PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW • NR I (19) • 2015 Spółdzielcza Grupa Bankowa Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu Publikacja została dofinansowana przez Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu Fobos Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2015 roku” WOJEWÓDZKA BIBLIOTEKA PUBLICZUa im. Josepha Conrada KorzeniowskiXo Pracownia liegionalna przegródka poczt. Nr 447 80-958 Gdańsk 50 101.301-48-11 do 14 w.237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 1(19) 2015 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Projekt okładki: Mariusz Stawarski Reprodukcje obrazów na III i IV str. okładki: rzeźby Waldemara Cichonia Druk: Drukarnia Bernardinum w Pelplinie Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja(a>onet.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Markowi Charzewskiemu, burmistrzowi Malborka Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Elżbiecie Domańskiej, burmistrzowi Dzierzgonia Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Markowi Szulcowi, burmistrzowi Prabut Zbigniewowi Ptakowi, staroście nowodworskiemu Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Stowarzyszeniu Inicjatywa Aktywny Malbork, Stowarzyszeniu Malborskie Centrum Kwadrat. Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim, ul. Kopernika 10 Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Agencja Reklamowa „Aliem” Sławomira Michalika, Sztum, ul. Galla Anonima 8 Cafe Figaro, Sztum, ul. Władysława IV Sklep papierniczo - biurowy „Kopia!” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Redakcja prowadzi również sprzedaż wysyłkową -zamówienia można składać pocztą elektroniczną na adres wydawcy. Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Dziewiętnasta „Prowincja”.....................................................5 Poezja Hugon Lasecki............................................................6 Andrzej Lipniewski..........................................................8 Proza Marek Stokowski - Pociąg.................................................9 Andrzej Grzyb - Szczęściarz................................................13 Lech M. Jakób - Płonie ognisko i...........................................17 Izabela Chojnacka-Skibicka - Zupa z pokrzyw, duch i tajemnica (fragment)...19 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy........................................23 Wspomnienia, pamiętniki, relacje Dominika Kraska - MIA - Opowieść o dzieciństwie mojej babci - część 1......29 Wiesław Olszewski - Osadnicy żuławscy - część 1............................36 Małgorzata Łukianow - Bankowa grupa operacyjna w Kwidzynie w pamiętniku pracownika z 1945 r......................................44 Teodor Sejka - My z Łemkowyny wygnańcy.....................................50 Zofia Sumczyńska - Łzy matki...............................................64 Wędrówki po prowincji - bliskiej i dalekiej Andrzej Kasperek - Tłusty Żuławiak......................................68 Małgorzata Jędrzejewska - Nowy Staw - wspomnienia klawiaturą przywołane....78 Marta Chmielińska-Jamroz - Nietoperze z malborskiego zamku.................80 Marcin Urbanowski - Z plecakiem w Kaszmir..................................85 Zabytkom na ratunek Leszek Sarnowski - Dotacje na ratowanie zabytków w roku 2015............95 Arkadiusz Kosiński - Renowacja barokowego epitafium w kwidzyńskiej katedrze .... 98 Marek Kurkiewicz - Zabytkowy ołtarz w Dzierzgoniu.........................100 Krzysztof Wojewódzki - Remont konkatedry w Prabutach......................102 Agnieszka Jarzębska - Witaj w domu. Podcieniowym...........................104 Dominik Żyłowski - Dokumentacja rozpadu...................................112 Na tropach historii Justyna Lijka - O zaginionych widokach zamku malborskiego Carla Ludwiga Rundta.................................................114 Adam Langowski - Krzyż hrabiego Władysława...........................124 Jan Chłosta - Nieznany tekst ks. Barczewskiego o Powiślu...............131 Galeria Prowincji Jarosław Denisiuk - Dozorca drewnianych ludzików.......................135 Muzyka Maciej Grochowski - Zaczęło się od liścia bzu..........................139 Wacław Bielecki - Niski sezon z „Marią Stuart”.........................144 Stanisława Wojciechowska-Soja - Zaczarowany flet czyli marzenia się spełniają... 149 Andrzej Kasperek - Jacek Kaczmarski - lekcja historii..................158 In memoriam „Przechodniem byłem między Wami” - Jerzemu Kosaczowi na pożegnanie...162 Recenzje Andrzej Lubiński - Jezuici w protestanckim Malborku....................169 Jan Chłosta - Morawscy wpisani w dzieje Powiśla........................172 Piotr Piesik - Wokół Ziemi Malborskiej.................................175 Andrzej Kasperek - Stutthof / Sztutowo - mała wieś o wielkiej historii.176 Marta Chmielińska-Jamroz - W więzieniu poznałem Jezusa.................178 Leszek Sarnowski - Elbląski zryw „Solidarności”........................181 Marta Antonia Łobocka - Z pasją o Żuławach...........................184 Nasze konkursy Opowiem ci legendę.....................................................187 Konkurs „Żuławy - mozaika wielu kultur”................................191 Sponsor „Prowincji” Bank służy lokalnej społeczności.......................................200 Noty o autorach................................................................205 DZIEWIĘTNASTA „PROWINCJA” Według ostatnich statystyk ponad 6 min Polaków nie przeczytało w ubiegłym roku ani jednej książki, a ponad 10 milionów Polaków żadnej książki nie ma w domu. To prawie co czwarty z nas. Zanika nawyk czytania. Możemy to tłumaczyć brakiem środków, bo książki są za drogie, ale też niestety w bibliotekach tłoku nie ma. Młodzi nie wiedzą, że czytanie to wielka przygoda, że czytanie poszerza horyzonty, i zwiększa to, co taka ważne i cenne dziś - kreatywność czy innowacyjność. Znany publicysta Michał Komar nawołuje, że skoro mamy już „orliki” sportowe to może powinniśmy zająć się budowaniem „orlików” bibliotecznych. Komar podaje, że pewien rosyjski ekonomista polskiego pochodzenia Strumiłło, ogłosił na początku XX wieku pracę, w której udowadniał, że pracownik, który czyta książki, charakteryzuje się wyższą wydajnością niż ten, który książek nie czyta. No to czytajmy... pracobiorcy i pracodawcy. Rozpoczynamy wspólnie piąty rok funkcjonowania kwartalnika „Prowincja”, w którym jak mniemamy znajdujecie Państwo wiele tekstów do czytania. Jeśli już przeczytacie, podajcie dalej, pożyczcie sąsiadce, sąsiadowi, koleżance z pracy, dziecku. Niech wszyscy czytają. Na początek „Prowincję”. Część znajdzie tu coś ciekawego dla siebie, część być może choćby utrwali umiejętność czytania. Raduje nas każdy tekst pozyskany dla naszego kwartalnika. Cieszy, że nowymi opowiadaniami wraca nasz wybitny przyjaciel i kolega z redakcji Marek Stokowski, który za swoją ostatnią książkę „Kino krótkich filmów” został nominowany do prestiżowej Nagrody Literackiej Europy Środkowej „Angelus”. Kłaniamy się Izabeli Chojnackiej-Skibickiej, która po książce kosowskiej, wraca do nas książką żuławską. Witamy Przyjaciół zza wiślańskiego Kociewia - Andrzeja Grzyba i Zofię Sumińską i Lecha Jakóba z Koszalina. Możecie też liczyć Państwo na dobre poetyckie słowo - Hugona Laseckie-go i Andrzeja Lipniewskiego, a także na rozważania Andrzeja C. Leszczyńskiego, tym razem o teatrze, nudzie, podsłuchiwaniu i pamięci. Polecamy cykl tekstów wspomnieniowych o osadnikach żuławskich z Nowego Dworu Gdańskiego i powiślańskich z Kwidzyna. Dominika Kraska wspomina dzieciństwo swojej babci w Sztumie, a Teodor Sejka krainę swego dzieciństwa na łemkowszczyźnie. Andrzej Kasperek zabiera nas w kulinarną podróż po Żuławach, Marcin Urbanowski do Kaszmiru, a Marta Chmielińska-Jamroz do piwnic malborsko-kwidzyńskich w poszukiwaniu nietoperzy. Z wielką radością odnotowujemy działania władz centralnych i regionalnych na rzecz ratowania zabytków żulawsko-powiślańskich. Do takich działań będziemy sukcesywnie zachęcać i je monitorować, aby jak najmniej było dowodów upadku i destrukcji kulturowego dziedzictwa, które dokumentuje Dominik Żyłowski. W dziale plastycznym, tym razem sylwetka niewidomego rzeźbiarza Waldemara Cichonia, a w muzycznym - o operze, Kaczmarskim, zespole jazzowym z Nowego Dworu Gdańskiego i o Marii Seibert, wybitnej animatorce kultury z Malborka. Z żalem niestety żegnamy naszego Wielkiego Przyjaciela Jerzego Kosacza z Sadlinek, stałego autora „Prowincji”, poetę, malarza, gawędziarza, opozycjonistę i pasjonata lokalnego dziedzictwa. Polecamy Go Państwa pamięci... Redakcja Poezja Hugon Lasecki Ir * * Siedzieć cicho, nie targać sprężyn, nie przepraszać za ścianę, za biały obrazek, za widzialne, za ciało, za kuszenie, za wiarę. * * Wśród tysięcy plażowiczów -podejrzany szalik, tych, co biorą środki na utrzymywanie przyjaźni północnej. Niedaleko piachu, w trawie milczy rzeźba profesora Wnuka. Rowerami lata słonina I wiatr od morza. Władza nie wyklucza zatrzymania. Aresztowano lalkę i matkę lalki. Poezja 7 * * * Już odpoczywają żniwiarze, już na plecach ślady mozołu. Już milczy ten, co pasie stado. Już łąka - jak malowana. Dobranoc, dobranoc -Mamo. * * * Rano płatki, w południe płatki, na noc płatki. A wszechświat zmierza gdzie popadnie, w kucki i na bosaka. Bo już niczemu wie wierzy. Z tomu „Wiem o czym milczę” (2014) Poezja Andrzej Lipniewski POCIECHA Dla Veruś bądźmy wzajemną pociechą gdy obumarli najbliżsi w kieliszkach fiordowe echo lodowe pejzaże przyszłe my dzieci Slavii pszenicznej bogactwa Kaszubił płomień Wikingów rejs idylliczny i Żuław wiatrak pozdrowień radosny kolor rysunek bogaty łup polifonii pijemy morze na umór plaża naguska w pogoni za naturalną miłością gną się sosnowe uda werniks złocony nicością czarnego kiru ułuda ODRĘBNY na pomoc już nie licz banknotów zawiłe są sploty energii przesłanej dłoń Polska bezradna w kłopotach otwarta i martwa nad ranem obrazy są twoje nieswoje i złe mdły świat porażają wiecznością ty swój autoportret gumowy już tniesz ów relief płonącej celności nikt cię nie przytuli otuli na lód jak atom po mieście się kręcisz spasieni bonzowie ogłaszają cud i święto za świętem się święci Proza Marek Stokowski POCIĄG Zbyszek ma do załatwienia ważne sprawy na Pomorzu, nad Parsętą. Mieszka tam samotnie jego ciotka. Przyszywana, ale zawsze. Dość bogata. Warto jechać. Zbyszek wsiada w skład do Kołobrzegu. Dwa wagony pierwszej klasy, cztery drugiej, dwa sypialne i restauracyjny z jajecznicą i herbatą. Razem - dziewięć. Maszynista K. Makowski utrzymuje, że bywało jeszcze gorzej. Miał już dziesięć do Szczecina i trzynaście do Białegostoku. Do jednostki pociągowej wchodzą dzisiaj: K. Zarzycki, R. Kawalec, C. Jackowski, F. Konecki, Z. Mizgała, G. Matusiak i wspomniany wyżej K. Makowski - punktualni, silni i ambitni. Razem - siedmiu. Podłączają się do czoła składu i puszczają do wagonów ogrzewanie. Zbyszek czuje, że się robi coraz cieplej, a chciał już interweniować. Ci z jednostki pociągowej mają całkiem nowe szelki - pikowane, dość wygodne. Słychać gwizdek, więc ruszają pełną parą. Koła w ruch, powoli, szybciej, coraz prędzej, prędzej, prędzej, aż zaczyna świstać w uszach i migają ekspresowo domy, słupy, drzewa i tak dalej. Maszynista K. Makowski nic nie mówi do kolegów, bo ma usta pełne wiatru. Oni także nic nie mówią, całą drogę. Zbyszek je kolację - trochę z nudów, bo go jeszcze nie ssie w dołku. Naszykował sobie trzy kanapki z pasztetową, dwa ogórki i herbatę. Herbatę nalewa z termosu. Trafia do plastikowego kubka, który pękł trzy lata temu i od tamtej pory cieknie. A w przedziale jest dość luźno. Siedzą jeszcze: starsza pani i dziewczyna z paznokciami. Ta dziewczyna robi miny, że kanapki z pasztetową, że ogórki i herbata. Niby że wieprzowa kiszka z błyskiem zalatuje zdechłą świnią, że niezdrowa, w marnym guście, a herbata kapie na podłogę. Zbyszek je i patrzy w okno. Szyba robi się zupełnie ciemna. Na postojach dobre panie w kolejarskich czapkach i spódnicach poją zaprzęg pociągowy wodą z pompy i futrują tłustym boczkiem. Każdy z chłopów musi zjeść i dużo wypić. Zwłaszcza picie jest tu ważne. To określa regulamin. Zresztą, biorąc nawet tak na chłopski rozum - chyba jasne, że bez wody nie uciągnie. Noc się wlecze, jakby zegar zasnął i zapomniał, by popychać czas do przodu. Tylko K. Zarzycki, R. Kawalec, C. Jackowski, F. Konecki, Z. Mizgała, G. Matusiak i wspomniany wyżej K. Makowski biegną, nie ustają, nie próżnują, chociaż czują już zmęczenie, a Mizgale spada trzewik. Zbyszek myśli o tych ludziach. Trochę im zazdrości ich wspólnoty, męskiej więzi zaprzęgowej, wsparcia dla każdego, kto kuleje, i porozumienia bez gadania, świetnej formy mimo pięćdziesiątki, dotlenienia, troski niewiast w kolejarskich czapkach i spódnicach nad kolano, no i diet za pracę na wyjeździe. Też tak chciał, lecz go nie wzięli. Nie zdał testów wytrzymałościowych i nie wiedział, co oznacza opuszczone ramię semafora. Niby łatwe, dzieci wiedzą, ale on się zdenerwował i zupełnie stracił rezon. Teraz jedzie za pieniądze. A mógł biec i jeszcze by zarobił. 10 Pociąg Nocą męczą ludzi takie zmory, takie myśli ciężkie jak parowóz. Zakradają się do czaszki. Zbyszek macha nagle ręką, by odegnać je, przegonić, a kobiety myślą, że zwariował. Potem on zasypia. Strasznie chrapie i do tego cieknie mu z kącika ust strumyczek śliny. O 9.07 K. Makowski i koledzy przyciągają skład do Kołobrzegu, rozkładowo, tak jak trzeba. Zbyszek żegna się z paniami, one ledwo mu coś odbąkują, nie chcą już na niego patrzeć. Chcą zobaczyć silnych mężczyzn, którzy przyciągnęli pociąg na Pomorze, mogą nawet być spoceni. Więc zbierają się prędziutko, wysiadają, gubiąc chustki, i cwałują wzdłuż peronu w stronę czoła sapiącego składu. Razem z nimi pędzą inne panie z bagażami. Zbyszek też wysiada, z tym że wolniej, i zaczyna szukać ciotki, bo w istocie nie zna jej adresu. Ałe to jest całkiem inna sprawa. A tymczasem K. Zarzycki, R. Kawalec, C. Jackowski, F. Konecki, Z. Mizgała, G. Matusiak i wspomniany wyżej K. Makowski idą, na godzinkę, nad brzeg morza. Moczą nogi, rozcierają obolałe karki, bo w południe znowu pociąg - do Katowic, towarowy. I tak w kółko. W słońcu, deszczu, śniegu i tak dalej. No, co począć, taki zawód. LEKARZ Zbyszek idzie do lekarza, bo jest mu tak jakoś, tak jakoś niedobrze. Przychodzi i siada. A lekarz mu mówi: -Jestem chory. Źle się czuję. Zbyszek na to: - Tak, rozumiem. Co się dzieje? - Tu mnie boli - lekarz pokazuje palcem na tułowie. - No, to proszę ściągnąć górę - rzuca Zbyszek, myje ręce i podchodzi do leżanki. - Teraz proszę się położyć. Ostrożnie, powoli. Butów można nie zdejmować. Lekarz - bez fartucha i koszuli - leży cicho i spokojnie. Zbyszek bardzo delikatnie bada, uciskając koniuszkami palców, poszczególne strefy narządowe. - Gdzie najbardziej pobolewa? - O, tu właśnie, z lewej strony, mocno w sobie. - Tak, rozumiem - Zbyszek jest skupiony i poważny. - A od kiedy pan odczuwa te sensacje? - Właściwie od dziecka. - Czy był pan w dzieciństwie szczęśliwy? - Tak za bardzo nie pamiętam. Ale zachowałem z tamtych czasów próbkę stolca. - Zobaczymy, czy się przyda. Najpierw pana osłuchamy. Proszę teraz nic nie mówić i oddychać równomiernie. Marek Stokowski 11 Lekarz się stosuje do poleceń. A Zbyszek podnosi ze stołu stetoskop, zakłada słuchawki. Przytyka membranę do ciała doktora, raz za razem, w różnych miejscach. Robi to dokładnie, po kolei. Najpierw - drugie międzyżebrze ciut po prawej stronie mostka. Zbyszek słyszy tam kwartety - skrzypcowe kwartety Franciszka Schuberta, zakłócane z lekka basem Chóru Floty Czarnomorskiej. Potem idzie drugie międzyżebrze ciut po lewej stronie mostka. Fonendoskop wyłapuje tu ze środka mocne zgrzyty jazzu eksperymentalnego. - Proszę przez pięć sekund nie oddychać - Zbyszek szepcze do lekarza. Pora już na czwarte międzyżebrze na lewo od mostka. Tu, z prawej komory, dobiegają dość irytujące dźwięki orkiestry tanecznej Karela Hradlika. Teraz prędko piąte międzyżebrze. Słychać kroki poloneza. A więc ulga, wielka ulga. Zbyszek bał się, że usłyszy słynną trzecią część sonaty F. Chopina. Zdejmuje słuchawki i uśmiecha się do badanego. -Już można oddychać. Proszę ubrać się i nie denerwować. Lekarz robi, co mu polecono, i pokornie czeka na diagnozę. Zbyszek znowu myje ręce, po czym zapisuje coś w milczeniu. To zabiera mu dość dużo czasu. Nareszcie odkłada długopis i podnosi wolno głowę. Patrzy na lekarza w białym kitlu. - Sądzę, że już wiemy, co się dzieje - stwierdza Zbyszek. - Jest za dużo trąbek i puzonów. I zbyt wiele partii eon dolore, ostinato albo secco. Farmakologicznie zamienimy je w tranąu-illo, a potem, stopniowo, wytłumimy w panu groźne eon tutta laforza. Proszę pić o wiele więcej wody. Miesiąc, dwa i będzie dobrze. No, głowa do góry! Będą tańce na weselu! Zbyszek wraca do papierów. Przepisuje odpowiednie środki i kładzie na stole receptę. Lekarz zdaje się szczęśliwy, bardzo wdzięczny, wręcz wzruszony. Zbyszek klepie go po plecach, ustala wizytę kontrolną, żegna się uprzejmie i wychodzi. Czuje się już dużo, dużo lepiej. W recepcji uiszcza stosowną należność. A Wiedeń nieufny wobec nowatorskich praktyk Zbyszka i przychodni Medi-Nuova. Zresztą nad Dunajem dudnią walce - natrętne i głośne - a więc nie da się usłyszeć żadnych cichych śpiewów duszy, zagłuszane są krwiorytmy i grania organów. PRZEJŚCIE Zbyszek ma sąsiada, tak jak inni. Tyle że ten sąsiad nie jest taki, jak tysiące lokatorów za ścianami mieszkań pracowniczych, betonowych bloków i kamienic. Na nazwisko ma Madejski, jeśli komuś to coś mówi. Mieszka sam, w niewielkiej kawalerce. Lokal w gruncie rzeczy do remontu. Jest tam przejście, nie wiadomo tak za bardzo dokąd. To znaczy - ci przed nim, przed Madejskim nie wiedzieli, a on się domyślił. Ma je zasłonięte ciężką derą, zwłaszcza teraz, w środku grudnia, kiedy wieje stamtąd zimnem. Tę kotarę trzeba umiejętnie unieść i przekroczyć próg - wysoki, tak mniej więcej do pół łydki - i od razu jest się w stajni. A tam można wsiąść na konia. Koń jest zawsze osiodłany. Więc Madejski wsiada i wyjeżdża. 12 Pociąg Jedzie poprzez gęsty las. Na świecie kwiecień, dziesięć dni po Wielkanocy. Jeździec zbliża się do krańca puszczy, pozostawia za plecami huk dzięciołów, szum gałęzi, głos kukułki, kaszel kozła. Sunie wśród zielonej oziminy, skrajem wzbierających sokiem pastwisk, nad którymi śpiew skowronków strzeże nieba przed piorunem. Po godzinie takiej jazdy widzi białe ściany dworu. Dwór jest zacny, kryty gontem, winoroślą i wróblami, jak z obrazka w zaczytanej książce dla wygnańców. Jeździec zsiada blisko ganku. Stary sługa wita go ukłonem. To jest sługa pana domu, a nie pana Madejskiego. Stary bierze konia i odchodzi. Pewnie każę go napoić, dać obroku i oczyścić. Sąsiad Zbyszka zna te kąty. Wolno stąpa przez sień dworu, schyla głowę przed nadpro-żem, wkracza do pokoju stołowego. Tam na ścianie wisi kilim, na nim skrzyżowane karabele. Jest dość jasno, bije zegar, nie ma pcheł, a jeśli są, to śpią w popiele i nie gryzą teraz w nogi. Wkrótce wszyscy zbiorą się przy stole, bo już czas na wspólny obiad. Będą państwo, młodzież, dziatwa, guwernantka, stare ciotki i ekonom, a dziś jeszcze pan Madejski. Będą zupy, potem szczupak, sarni comber, żurawina, baba z makiem, susz z owoców, słodki kompot i nalewki - te, wiadomo, nie dla dzieci. Będzie miła pogawędka o urokach gospodarstwa, zapytania, co tam w świecie, wolne żarty i uwagi o pogodzie, że jest zmienna, jak, nie przymierzając, damy. Będą śmiechy, trochę śpiewu, suchy kaszel jednej z ciotek, skarga psa wyrzuconego za drzwi za to, że za bardzo się naprzykrza. Będzie dobrze jak u Pana Boga w tym ogrodzie, który żywił ludzi owocami i przyjaźnią tego, co stworzone. Pierwsza wchodzi panna Zofia w żółtej sukni. Wita gościa. Pan Madejski strzela obcasami. Panna pyta z nadzwyczajnym wdziękiem i uśmiechem w jasnych oczach, czy zdrożony, czy napije się herbaty, może z jaką konfiturą, teraz zaraz czy przy wetach. On, że zaraz, bardzo chętnie. Jest samowar a w nim ukrop, więc herbata będzie prędko. Gdy Madejski chwyta filiżankę, pod panienką załamuje się podłoga. Zofia znika w czarnej jamie. On jej skacze na ratunek. Robi się na chwilę całkiem ciemno. Kiedy staje się cokolwiek jaśniej, sąsiad Zbyszka stoi w oknie, w swojej klicie do remontu. Widzi ludzi, którzy taszczą ciężkie siaty, nie są w stanie przedrzeć się przez linie ulic, przez szeregi samochodów. Wstrętny grudzień w sporym mieście. Na chodniku leży zderzak, a w rynsztoku - głowa lalki. Tramwaj skrzeczy na zakręcie niczym gawron. Śnieg jest czarny, a nie biały. W kawalerce Madejskiego mryga światło. Coś z napięciem, z zasilaniem? A do tego ziąb w pokoju. Ciągnie z przejścia za kotarą. Zofia leży owinięta grubym kocem. Nie rozumie, co się dzieje, co się stało. Bardzo tęskni do rodziców, do zielonych pól i domu, nawet pcheł jej teraz brak, a zwłaszcza kundla, który wciska mordę na kolana. Wie, że pan Madejski jej pomoże, bo to człowiek prawy i rycerski. Nie wygląda na siłacza, nie ma wąsów ani szabli, ale to mężczyzna opiekuńczy i kawaler honorowy. Tak, odwiezie ją do dworu, kiedy koń doczłapie się tu do nich, trochę zje, wypije i odsapnie. Teraz trzeba tylko czekać, trzeba mieć nadzieję, że koń wróci, sam odnajdzie szlak do stajni. Andrzej Grzyb 13 Andrzej Grzyb SZCZĘŚCIARZ Jestem szczęśliwy. Tak myślę od zawsze. Kiedy miewam wątpliwości, powtarzam sobie, że przecież niemożliwe, żebym zawsze się mylił. Wiem, że to, co dla mnie jest szczęściem, dla kogoś innego może szczęściem nie być. Przyszedłem na spotkanie. Świąt uznanych i oznaczonych w kalendarzu jest wcale niemało, tych nieoznaczonych jest bez liku. Zaprzysięgli birbanci, lekkoduchy i pijacy wcale nie żartują, twierdząc, że zawsze znajdzie się okazja do chwytającego za serce i gardło patriotycznego przemówienia, to tańca, tęgiej popijawy, a i do różańca też. Stop. Stop. W tył zwrot. Do rzeczy. Pośród kolorowego tłumu kobiet i dzieci jest przyjemnie. Panie od stóp do głów, od butów po wstążki we włosach są tradycyjne, regionalne. Uśmiechają się, śpiewają, tańczą, żartują. Sala jest za duża i chłodna, lecz wcale nie psuje to nastroju. Promienie słoneczne, sącząc się przez okna, przemieszane z kolorowymi smugami ze ściennych refleksów, zdają się wyginać drewniane belki stropu i deformować strop i ściany w rytm swojskiej muzyki. Człowiek z miasta niby uprzejmie, nie do końca żartobliwie, w gruncie rzeczy nie najlepiej mi życząc, powtarza to, co usłyszał - historyjkę o prawdziwym szczęściarzu. - Pewien ktoś gdzieś daleko za morzami, a właściwie za oceanem, miał niewytłumaczalne, niewyobrażalne szczęście. Pominąwszy dzieciństwo i czas młodzieńczy, mówi, kiedy dorósł, zdarzyło się, że wpadł pod pociąg. Nic mu się nie stało. Pęd parowozu i wagonów zdmuchnął mu tylko kapelusz z głowy. Słyszałeś już tę historyjkę? Przecząco kręcę głową. - No to opowiem do końca. Nie minął rok, a jeździł pociągami często, bo był komiwojażerem, wypad! z rozpędzonego pociągu. Ten wypadek skończył się dla niego gorzej, ale jak zwykle szczęśliwie, trochę się podrapał. Jakiś czas później, kiedy przejeżdżał samochodem przez most, ten się zawalił. Ów przypadek miał dla niego znacznie poważniejsze konsekwencje. Samochód utonął wraz z dwoma włóczęgami, których zabrał po drodze. On, szczęściarz, ocalał, ale mocno się przeziębił. Po tym ostatnim wypadku, z którego oczywiście szczęśliwie wyszedł bez szwanku, postanowił sprawdzić raz jeszcze swoją szczęśliwą gwiazdę. Kupił pół losu na wielkiej krajowej loterii i... wygrał milion. Był szczęśliwy. Był pewien, że niezawodnie czuwa nad nim opatrzność, że najjaśniej, jak to możliwe, świeci jego szczęśliwa gwiazda. Nie mąciła jego szczęścia myśl, że mógł odżałować pięćdziesiąt centów i kupić cały los nie połowę, a wygrałby dwa miliony. Myśl tę, uśmiechnięty od ucha do ucha, odpierał, mrucząc pod nosem: Jeśli tylko będę chciał, zagram ponownie, tym razem za dolara i wygram te dwa miliony, wygram, jak dwa razy dwa jest cztery, bo przecież jestem niespotykanie szczęśliwym człowiekiem. I co ty na to? - spytał człowiek z miasta, kolega, a może nawet przyjaciel. - No, chłopie, tobie w życiu też się sporo udało. 14 Szczęściarz Nad głowami obecnych wisiało pomylone oko opatrzności, kolorowo mrugający telebim. Starsze panie na ekranie zamieniały się w słupy soli. Operator wyróżnił staruszkę, która z podejrzanym wdziękiem, z uporem wartym lepszej sprawy, uśmiechała się, demonstrując swój jedyny, ostatni, ale własny, ząb. Młodsze wdzięczyły się do kamery, poprawiając w tym lusterku niesforne kosmyki, koczki i loczki. Najmłodsi stroili miny pocieszne i straszne, pokazując się nawzajem palcami. Impreza rozkręcała się. Patrzyłem na kolorowe kobiety, słuchałem zgrabnego, słodkiego, syreniego wręcz śpiewu. Uśmiechałem się, kiwałem głową, jak koń łbem, kiedy wyżera z zawieszonego na szyi zaczarowanego wora cudownie mnożące się owsiane ziarna. Myślałem o swoim szczęściu. Tak, ja to dopiero miałem i mam niewyobrażalne szczęście. Nie wpadłem pod pociąg. Nie runął pode mną żaden most. Nie wygrałem co prawda w totolotka, ale zarobiłem niejeden milion choćby wtedy, gdy zdarzyła się galopująca hiper-inflacja. Pracę mam prawie przyjemną. Dochód może i ponad miarę. Rodzinę. Sad nieduży i staw jeszcze mniejszy. Zdrowie w zgodzie z wiekiem. Samochód w miarę nowy. Sporą garść przyjaciół. Nieprzyjaciół może mniej, a może więcej. Któż to wie. Grzechem byłoby narzekanie. Sam tworzę to swoje szczęście. Wiem, że szczęście szczęściem, ale najpewniej jest mocno w ręku trzymać wodze. Może to moje przekonanie jest przesadzone i wątpliwe. Może. Z niejakim zdziwieniem patrzyłem na zadowolenie miejskiego człowieka, który opowiedział mi anegdotę o szczęściarzu zza oceanu z zamiarem, jak mi się zdaje, zakłócenia mojego spokoju ducha. Kiedy tak patrzyłem na niego, wybaczając mu może i niezamierzoną złośliwość, podeszła do mnie młoda, acz dojrzała, kolorowa kobieta z naburmuszonym brzdącem. - Moje szczęście uparło się, że chce mieć ze mną zdjęcie. Czy mógłby pan spełnić jego i moje życzenie? - Tak, tak, ależ oczywiście, jeśli o szczęście chodzi to natychmiast. O, uwaga, ptaszek poleci - uśmiechnąłem się, mrużąc oko, żeby drugim dobrze widzieć w wizjerze aparatu kolorową panią i brzdąca. - O, już. Mama, a może babcia, nie wiem, nie wypadało spytać, wmieszała się w tłum kolorowych kobiet, by po chwili wrócić. - Raz jeszcze przepraszam, pan wybaczy, ale to moje szczęście uparło się teraz, żeby zobaczyć, jak udało się, jak wygląda to nasze zdjęcie. A szczerze mówiąc, ja też chciałabym je zobaczyć. - Ależ, miła pani, nic nie szkodzi, rozumiem jego upór. O proszę, tak pani wygląda z tym swoim szczęściem. Na ekranie wyświetlacza elektronicznego aparatu ukazała się kolorowa pani w stroju regionalnym, delikatnie, jakby niepewnie uśmiechnięta, trzymająca za ramiona, sięgającego jej ledwo co powyżej podołka przykrytego białym fartuchem z wyhaftowanym chabrem, naburmuszonego brzdąca, ssącego miast lizaka serdeczny palec. Andrzej Grzyb 15 - Pięknie dziękujemy - dygnęła szczerze, jak się zdaje, dziękując kolorowa gospodyni i zniknęła w tłumie kolorowych kobiet z dziećmi. Dla dopełnienia tego obrazu dodam, że było na tym spotkaniu kilkunastu panów, owszem, uśmiechniętych, ale jakichś takich szarych, przygaszonych, milczących, jakby nieobecnych. Kiedy kobietom wręczano żółte tulipany, panowie przyoblekali jak jeden mąż dziwacznie szczęśliwe miny, może modląc się w duchu, żeby ktoś się nie pomylił i też nie wręczył im żółtych tulipanów. Nim wyszedłem, w pomieszczeniu obok sali widowiskowej, która była też salą gimnastyczna, zaproponowano mi przekąskę. Małe co nieco na ząb. No cóż, nie odmówiłem. Grzecznie poproszono, to nie wypadało odmówić. Stół mierzył co najmniej dwadzieścia metrów, a szeroki był na dwa metry. Na każdym metrze kwadratowym tego stołu mieściło się potraw sześć a może osiem. Slinotok połączony z oczopląsem. Skubnąłem tu, skubnąłem tam. Zaręczam, niebo w gębie. Czego tam nie było. Nie wiem, no może kapłona we flaszy i jesiotra od łba gotowanego, dalej smażonego, a następnie pieczonego z ogonem w galarecie. I może jeszcze bażanta jak żywego. I jelenia, któremu z pyska wyfruwają przepiórki, ale nie była to biesiada myśliwska, a tym bardziej książęce wesele. Szynek cztery rodzaje. Kiełbas rodzajów sześć, nie licząc salcesonów. Mięs nadziewanych, smażonych, gotowanych też sześć. Szandar, zwany też żuchlem, ze skwarkami w dwóch odmianach. Siedzi w pierzyn-kach, śmietanach, olejach z pięć salaterek, a i szczupak po żydowsku i błękitny karp. Udka kurze na trzy sposoby. Galaretki, zwane też zylcem, z drobiu i wieprzowej golonki, dwie. Pasztetów cztery, w tym jeden z gęsi, a jeden z indyka. Jajek faszerowanych, na ile sposobów nie zliczyłem. Do tego sosy, musztardy, chrzany. I ciasta: drożdżowe, serowe, mazurki, baby pieczone, gotowane, w lukrze i czekoladzie. Litości, mruczałem pod nosem, bo z kuchni snuł się zapach kartoflanki, żurku, zrazów zawijanych, kotletów panierowanych i bigosu. To, co powyżej, to początek litanii smakowitej, nie mającej końca. Szczęściarzem będzie ten, któremu uda się dotrwać do choćby symbolicznego kęsa ostatniej potrawy, pomyślałem, ruszając w drogę, a jeśli dotrwa, domruczałem już za progiem, to, daj Boże, żeby nie pękł i w swym rozsmaczonym zapamiętaniu przedwcześnie żywota nie zakończył. Szczerze w duchu żałowałem, że muszę już iść, a na stole pozostawić tyle dobra, tyle smaków, tyle zapachów. No cóż, niech inni skosztują z każdego półmiska, z każdej patery, z każdego talerza. Niech się nasycą albo co najmniej porządnie przekąszą. Mnie musi wystarczyć te kilka kęsów i wyobrażenie nieskonsumowanej reszty. Dla pełni tego sprawozdania muszę dodać, że prosząc do stołu, wspomniano coś o skromnym poczęstunku. Doprawdy nie sposób sobie wyobrazić, jak wygląda porządny geburstag czy weselna uczta, lecz warto spróbować, pamiętając o obfitości, rozmaitości tego „drobnego” poczęstunku. Kiedy ociągałem się w progu skrępowany dylematem iść czy zostać, do sali z uginającym się pod ciężarem jadła stołem weszła inna kolorowa pani z pucołowatym malcem, który rozejrzał się po stole, obiegł go niespiesznie tanecznym bez wątpienia krokiem i przemówił: - Mamo, ja chcę Big Maca i frytki z keczupem. - Na szczęście, synku, nie ma. Trzeba jeść to, co jest na stole. 16 Szczęściarz Malec się skrzywił, ale w mig przeprosił i capnął talerz, pokazując palcem wybrane dania: - To i to, i to, i to, proszę. No proszę, pomyślałem, stuprocentowe dziecię dwudziestego pierwszego wieku z czasem z tego big maca i frytek wyrośnie. Widzę oczyma wyobraźni to dziecię z ciepłą bułką niewiadomego pochodzenia (mąka z ukraińskiego, białoruskiego, czy - nie daj Boże - czarnobylskiego zboża, nim ja wypieczono z dodatkiem ulepszaczy, przyspieszaczy i innych amerykańskich wynalazków, bułka oczywiście świeża, mimo że przewędrowała pół świata, mięso, nim je zmielono półdziko acz z konieczną farmakologią, wygrzewało się w słońcu Argentyny, zielenina z hydroupra-wy holenderska, pomidor hiszpański malowany, keczup włoski na pomidorach greckich, musztarda niemiecka, a we wszystkim ile wlezie nawozów i pestycydów), widzę to dziecię, jak wgryza się w rozjeżdżające się połówki tej bułki, jak po chwili wymalowana żółtozieloną musztardą i czerwonym keczupem buzia zamienia się w tubylca na wojennej ścieżce, jak upaćkana wszerz i wzdłuż, mówi z groźną miną, z błyszczącym pożądaniem w oku, tupie, kopie, płacze na sucho, krzyczy: - A gdzie cola, ja chcę colę z lodem i to już. - Nie ma coli - dziecię nadęło się, zesztywniało, opuściło główkę jak skazaniec tuż po ogłoszeniem strasznego, ostatecznego wyroku. Bez dwóch zdań moja wyobraźnia jest okropnie paskudna. Nieładnie jest takie scenki zapisywać, nawet jeśli rzeczywiście miały miejsce. Ze spotkania wracałem na skróty polną drogą. Bladozielone, obsiane oziminą pola z płoworudymi miedzami otwierały przede mną, po horyzont krąg życia. W zmrożonych koleinach szklił się cienki lód. Tam, gdzie droga wrzynała się głębiej w pole płytkim parowem, w skąpych już śnieżnych pierzynach, w słońcu podpierała niebo, okryta rozpękłymi baziami, głowiasta wierzba. Na następnej wierzbie, mniejszej, przysiadło gile stadko, udając rajskie jabłuszka. Przedwiośnie. Miły, wielce obiecujący czas. Nabierałem z zadowoleniem w płuca solidne porcje rześkiego powietrza, choć może to niedopuszczalne dziwactwo, najzwyczajniej w świecie czułem się szczęśliwym człowiekiem. Lech M. Jakób 17 Lech M. Jakób PŁONIE OGNISKO I... Prawie całe pudełko zapałek zużyte, a ognia nie ma. Krótki błysk i pełgający ogienek znika, momentami tylko puszczając wątłą stróżkę dymu. Frustracja. Cóż, dwa dni lało i wilgotna jest nawet ściółka spod drzew. Wracam na pokład przycumowanego jachtu w poszukiwaniu czegokolwiek suchego. Jest w worku na śmieci stara gazeta. I kartonik po jajkach. Jakaś torebka po mące. Dobra nasza! Drugie pudełko zapałek napoczynam i... nic. Jeden lub dwa razy obiecująco zapełgał płomień, by równie szybko zgasnąć. Bo również papier nasiąknięty dwudniową wilgocią. A tak pragniemy ogniska, jego ciepła, pogodnego blasku... - To jak? - woła z pokładu Stworzonko. - Kolację zjemy tu czy tam? Wino do koszyka już zapakowałam... Kanapki mam robić? -Jakie kanapki!? - burczę. - Daj mi jeszcze chwilę! Stworzonko droczy się ze mną. Bo w paczuszkach z aluminowej folii czekały wcześniej złowione płocie i okonie. Mieliśmy je upiec. Przynajmniej taki był plan na ten wieczór. Zdesperowany rozbijam kamieniami zapasową zapalniczkę. I wreszcie wątły płomień, dzięki rozlanej na gazecie benzynie, ożywia się, obejmując pokruszoną korę z nie do końca mokrych gałązek sosny. By wolno, wolniutko, potrzaskując i dymiąc meandrującymi smugami, okrzepnąć, urosnąć i począć lizać ściółkę przemieszaną z większymi patyczkami. Wreszcie mamy upragnione ognisko! To nic, że dymi, niczym ubiegłowieczny parowóz. Najważniejsze, iż w ogóle jest! Ileż to razy długie kwadranse schodziły na rozpalaniu ognisk. Wreszcie któregoś razu wkurzyłem się. I od pewnego czasu nie ruszam w rejs bez podpałki w płynie. Co prawda używanej w ostateczności. Bo jak nocą na lądzie, podczas rejsowej włóczęgi, bez ognia? Jak? Może niegłodno, ale nijako, momentami wręcz smutno. Nie wspominając o kolacjach przy palenisku. I nuceniu pieśni, gdy posiłek za nami, a w butelce z czerwonym winem jeszcze nie widać dna... Ognisko. Nim jednak zapłonie, sporo przygotowań. Mniej jeśli przy miejscu cumowania trafimy na pozostałość wcześniejszych palenisk - a tak zwykle bywa. Lecz zdarzają się lokalizacje zupełnie nowe - wówczas pracy więcej. Nieraz w ruch pójdzie saperka i podkopanie wytypowanego miejsca. Lub zbiórka kamulców na wieniec wokół nowego paleniska. To ważne, by później rozniecony ogień przypadkowo nie wymknął się spod kontroli. Potem zbiórka suszu, chrustu, większych gałęzi, których przy zalesionym nabrzeżu nie brakuje. Nawet przytopione u brzegów się nadają - gdy ogień już nabierze mocy. A dla 18 Szczęściarz dłuższego siedzenia większe pniaki lub fragmenty powalonych drzew. Wtedy to siekierka w dłoń wskakuje^ łupiąc co i jak należy. Czy na tym koniec przygotowań? Prawie. Bo jeszcze kijaszki do opiekania kiełbas mogą się przydać. Lub prowizoryczny ruszt, jeśli na widoku jest podwędzenie złowionych ryb. I naturalnie siedziska - kamienne albo z powalonych pni. Wszak jakiż sens ma kilkugodzinne stanie przy ognisku... Nocny ogień, jego pląsy. Pomruki i poświstywania w szczelinach polan, ciche huczenie, trzaski i pełgające płomyki na obrzeżach, wreszcie mini gejzery iskier przy zawaliskach zwęglonych szczątków bierwion. I rozwiewane pióropusze dymu, gdy w pułapkę ognia wpadają wilgotne gałązki. I taniec cieni okolicznych drzew. Czasem od strony jeziornych trzcin słychać chlupot kotłujących się ryb. Z głębi lasu dotrze zaraz cichnący krzyk ptactwa. Coś zaszeleści w pobliskich krzewach. A wśród koron drzew, na tle rozgwieżdżonego nieba, raz, drugi i trzeci bezgłośnie przemknie nietoperz. Wszystko dookoła żyje, pulsuje, choć nie tak intensywnie jak za dnia - jakby na zwolnionych obrotach. Przynajmniej takie odnosi się wrażenie. Tymczasem ognisko, podsycane kawałkami drew, wciąż gada i gada. Nieco głośniej lub przechodząc do szeptu snuje opowieści. Słyszę je, wspomagane wracającą pamięcią wcześniejszych ognisk. Ile ich w moim życiu było? Grube setki, może i tysiąc. Myśli błąkają się w nieokreślonych rewirach, jest mi niemal błogo - nie sposób oderwać oczu od hipnotycznie pulsującego żaru. Stworzonko już dawno usnęło na jachcie, w bezpiecznej koi. Przed snem próbowało nawoływać, bym wrócił, ale gdzie tam. Jeszcze nie czuję się nasycony, jeszcze uschnięty olchowy pniaczek ląduje w przygasłym już żarze. Tak nieraz przesiaduję do świtu, nie potrafiąc oderwać się od towarzystwa jednego z moich najlepszych kumpli - ogniska. Które w końcu, chcę czy nie chcę, jednak opuszcza mnie, przemienione w popiół. Opowiadanie z przygotowywanej do druku książki „Pod żaglem. Fotoopowiadania", która ukaże się nakładem Oficyny Wydawniczej MULTICO. Izabela Chojnaćka-Skibicka ZUPA Z POKRZYW, DUCH I TAJEMNICA (FRAGMENT) 20 Zupa z pokrzyw, duch i tajemnica Zosia lubiła ten moment, kiedy wracała rano do swojego domu. Najpierw zawoziła Konrada do przedszkola, później przed szkołą wysadzała Laurę i wracała do swojej wioski. Otwierała okno i jechała powolutku zniszczonym brukiem, wdychając zapach zieloności. Zastanawiała się, dlaczego nikt nie wpadł na pomysł stworzenia perfum o takiej woni, wąchałaby go z tęsknotą, kiedy tylko trawę pokryłby biały, zimowy puch. Wstawiła wodę na herbatę, kiedy zagotowała się, otworzyła wieczko czajnika i zmyła naczynia. Lubiła, kiedy w kuchni było czysto, miała wrażenie, że herbata i kawa smakowały wtedy zupełnie inaczej. Po krótkim czasie woda była gotowa, aby zalać nią drogocenną zieloną herbatę. „Co ja tu mam za skarby... - grzebała w koszyku z herbatami. - O! Rześki poranek z nutką mięty będzie idealna z rana”. Całe życie starała się prowadzić w miarę zdrowy tryb życia, choć na co dzień różnie z tym bywało. Jednak zielona herbata była u niej podstawą. Z kubkiem zielonkawego, delikatnie pachnącego miętą napoju, usiadła przed domem, na schodkach. Przed wjazdem na podwórze stały dwie potężne lipy, jak strażnicy pilnujący, aby nikt nie zakłócił spokoju mieszkańcom tego niewielkiego domu z czerwonej cegły. Zaczęła się zastawiać, czy właśnie tym brukiem, który od jej domu oddalony był o jakieś dwadzieścia metrów, uciekali wtedy pod koniec wojny ludzie z wioski. Zerwała się z miejsca i w kuchni otworzyła laptop. Stary, poczciwy Assus służył jej osiem lat. Kiedyś fuli wypas, jak to mówiła córka, teraz prawie zabytek techniki, ale bardzo go lubiła. Niestety monitor 17 calowy nie był zbyt praktyczny, kiedy chciała usiąść z nim na ławce przed domem. Zbyt ciężki i nieporęczny, do tego kompletnie nie działał bez baterii. Zosia jednak, w przeciwieństwie do męża, nie miała potrzeby posiadania coraz to nowszych i bardziej „wypasionych” cudów techniki, ten laptop jej wystarczał. Poprzedniego dnia poczytała o mennonitach, ale chciała przejrzeć dokładnie stronę rodziny Wiehler, może znajdzie tam coś godnego uwagi... Historia samej rodziny zaczęła się dawno temu, ale zaciekawił ją fragment pamiętnika najstarszego syna Joachima Wiehlera. Urodzony w 1930 roku Hans-Joachim opisał przymusową ucieczkę swojej rodziny 23 stycznia 1945 roku. „Lumpiego zamknęliśmy w jadalni, żeby nie mógł za nami pobiec. W międzyczasie słyszymy, że Rosjanie są już w Elblągu i Jasnej. Chcemy jechać przez kładkę, bo malborski most nad Nogatem od tej części jeszcze nie jest wolny dla uchodźców. Mój dziadek też już każę pakować wóz, ale jeszcze nie chce jechać. Nie może rozstać się ze swoim pięknym gospodarstwem. Kiedy już siedzimy w wozach, jest czas do przemyśleń. Czy jeszcze kiedykolwiek zobaczymy nasze Klecie? Czy będzie przez te walki zniszczone? Jak będzie wyglądało, kiedy tu wrócimy?...” Zosia otarła łzy i spojrzała przez okno na stare lipy. Były świadkami tamtego wieczoru. Dlaczego nie mogą opowiedzieć o cierpieniu i smutku tych ludzi, którzy musieli zostawić cały swój dobytek? Hans-Joachim napisał, że następnego dnia mieli wracać do szkoły... Lumpi to zapewne ich pies, którego musieli zamknąć w jadalni, pewnie skowyczał, tęsknił za nimi... Czekał, kiedy wrócą... I wtedy Zosia zobaczyła postać mężczyzny po raz drugi! Ogarnął ją nagły, przenikający ciało chłód, kątem oka zobaczyła stojącą w drzwiach postać mężczyzny. Strach ukłuł ją w serce, sparaliżowana patrzyła na bardzo niewyraźną postać, nie krzyczała, ale miała wrażenie, że przestała oddychać. Siedziała bez ruchu i patrzyła... Mężczyzna wyciągnął do niej Izabela Chojnacka-Skibicka 21 dłoń i rozpłynął się w powietrzu. Wzięła głęboki wdech i starała się uspokoić kołatanie serca. Przecież to nie był duch... To nie mógł być duch... Chwyciła telefon i wystukała numer Iwony. -Jesteś w domu? Jadę! - krzyknęła, nie czekając na odpowiedź. W biegu zdjęła kluczyki z wieszaka, wsiadła do auta i ruszyła z piskiem opon. Kwadrans później siedziała skurczona na fotelu, oburącz trzymając kubek z jakimiś ziółkami. - Iwuś, to był duch. Ja... ja naprawdę to powiedziałam?! Duch?! Powiedz, że po prostu zwariowałam! Iwona nie wiedziała, jak zareagować. Znała Zośkę i raczej nie podejrzewała jej o zbyt wybujałą fantazję. No dobra, fantazję to ona miała, ale żeby duchy sobie wymyślać?! Raczej nie... Ostatnio, kiedy była u niej w zasadzie też miała jakieś dziwne odczucia, jakby nie były same, poza tym coś spadało, hałasowało i co chwilę miała wrażenie, że siedzi w prostej linii okropnego przeciągu. Sama nigdy nie widziała ducha, ale wierzyła, że towarzyszą ludziom na co dzień, tylko są kompletnie niewidoczne. A ten Zosiny duch odważył się pokazać w całej okazałości. - Mam pomysł! - zawołała. - Pojedziemy do pani Irminy, ona zna się na duchach i na pewno coś nam o tym twoim kawalerze opowie. Iwona przez wiele lat pracowała w lokalnej gazecie, dzięki czemu udało jej się nawiązać sporo ciekawych kontaktów. Teraz była bezrobotna, już od pół roku, ale znajomości na szczęście zostały. Pani Irmina okazała się lekko zdziwaczałą na pierwszy rzut oka panią w średnim wieku. Taka trochę w stylu Cyganki, ubrana w długą powłóczystą suknię, obwieszona biżuterią. Kiedy otworzyła im drzwi, przytulała do siebie czarnego kota. Zośka zauważyła, że ta zjawiskowa kobieta mimo swojego wieku była wyjątkowo piękna. - Wejdźcie, kochane moje - zaprosiła je do środka, uśmiechając się serdecznie. - Zapraszam, zapraszam... Usadziła je w fotelach, a sama poszła zrobić herbatę. Zosia rozejrzała się zachwycona po pokoju, który zdradzał pasje i talenty jego właścicielki. Wszędzie walały się farby, pędzle, palety. W kącie stało kilka obrazów, przeważnie portrety i akty kobiece oraz męskie. Każda ze ścian pomalowana na inny, bardzo intensywny kolor, meble w stylu eklektycznym dodawały uroku całej tej scenerii. Iwona spojrzała na przyjaciółkę z niemym „wiedziałam, że ci się spodoba”. Irmina przyniosła na tacy trzy cudne filiżanki w różyczki i dzbanek z herbatą. Postawiła na stole, rozlała złoty napój i spojrzała na Zosię pytająco: - No, kochana? Masz kłopot, prawda? Zosię zamurowało, miała ten kłopot na twarzy wymalowany, czy co? Opowiedziała o swoim starym domu i dość nietypowym gościu. Kiedy skończyła, pani Irmina uśmiechnęła się tajemniczo, ale spokojnie i powiedziała: - Jakaś niedokończona sprawa trzyma tego pana na ziemi. Pamiętaj, kochana, że nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny. To właśnie ty miałaś kupić ten dom i to ty masz rozwiązać jego zagadkę. Jeśli, tak jak mówisz, prócz tego gościa nie czujesz żadnego niepokoju 22 Zupa z pokrzyw, duch i tajemnica w swoim domu, to znaczy, że ma on dobrą energię. Czyli mieszkali tam dobrzy ludzie, więc nie masz czego się obawiać. Duchy bywają złe i dobre, ale wszystko wskazuje na to, że ten duch zły nie jest i nie zrobi ci krzywdy. Zawieszeni między życiem po śmierci a życiem doczesnym nie mogą odejść, jeśli coś ich tu trzyma. Nie radzą sobie z tym sami, więc często proszą o pomoc żywych. Ich wybór nie jest jednak przypadkowy i zanim zdecydują się komuś pokazać, muszą się przekonać, że będzie to ktoś godny zaufania. Wszystko wskazuje na to, że twój duch ufa ci i wierzy, że mu pomożesz. Naprawdę nie masz czego się obawiać. Powiedziałaś, że miał na sobie mundur, a historia twojego domu sięga czasów przedwojennych, tak więc musisz cofnąć się daleko w przeszłość i zagrzebać się w niej po łokcie. Duchy przeważnie są tam, gdzie jest ich tajemnica, tak więc masz odpowiedź, gdzie powinnaś szukać. Duch raczej nic ci nie powie, ale może cię nakierować na pewne fakty. Ja natomiast znam kogoś, kto historię ma w małym palcu i może ci opowiedzieć ewentualnie, co działo się dawno temu w twojej wsi. Bernard jest świetnym historykiem i uwielbia opowiadać, więc skontaktuj się z nim jak najszybciej. -Ja mam numer, więc dam Zośce, niech dzwoni - przerwała Iwona. - Pani Irmino, jest pani aniołem. Bardzo dziękujemy. - Dla mnie to prawdziwa przyjemność. A ty, moja droga - tu zwróciła się do Zosi - masz wyjątkową misję, ale nie tylko ty pomożesz temu nieszczęśnikowi, on również pomoże tobie... Zosi przez plecy przebiegł dreszcz, zaczęło do niej docierać, że w domu ma ducha. Jak jednak ta zjawa z zaświatów może jej pomóc?! Dziewczyny wypiły herbatę i pożegnały się z panią Irminą. Zosia obiecała, że będzie zachodziła, żeby na bieżąco opowiadać o postępach całej sprawy. Wiedziała, że musi odebrać dzieci i wracać do domu, ale bała się. Nękały ją wątpliwości, czy aby na pewno duch nie zrobi krzywdy jej, albo co gorsza dzieciom. Iwona jakby czytała w jej myślach: - Irmina wie, co mówi. Ta kobieta to prawdziwa wyrocznia. Gdyby ludzie nie byli tacy głupi i ograniczeni, to korzystaliby z jej usług na szerszą skalę, ale niestety żyjemy w ciemnogrodzie... Tego wieczoru Zosia położyła dzieci i udała się do pokoiku na piętrze. Przerażona usiadła na kanapie i powiedziała półgłosem: - Kimkolwiek jesteś, wiem, że potrzebujesz pomocy i ja ci pomogę. Mam do ciebie tylko prośbę, żebyś naprowadził mnie, bo nie wiem od czego zacząć. I nie wyskakuj mi czasem z szafy, bo zawału dostanę. I dzieci mi nie strasz, proszę... „Jezu, co ja robię - pomyślała. - Rozmawiam z duchem, na głowę upadlam chyba. Byłabym ciekawym przypadkiem dla psychiatry ”. Nagle usłyszała bardzo ciche i niewyraźne: - Zofio... Zofio... Zerwała się na równe nogi i wybiegła z pokoiku. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień... Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY NAGOŚĆ W TEATRZE Krystian Lupa („Notatnik Teatralny”) komentując wypowiedź Gustawa Holoubka o nagości, która jest „sprzeczna z naturą teatru”, używa języka hunwejbinów. Mówi o geście burżuja, poglądzie mieszczucha formułowanym na dodatek z dziewiętnastowiecznej mieszczańskiej perspektywy. Perspektywa ta zdaniem Lupy charakteryzuje się hipokryzją, kłamliwością, łączy nagości z grzechem oraz histerią, w kinie ujawnia się jako „ślinienie się mieszczucha”. W teatrze dziewiętnastowiecznym fetyszem jest kostium. Sens teatru przejawia się w kostiumie, odarcie z kostiumu jest sprzeczne z ideą teatru. Bez wątpienia sprzeczne z ideą teatru dziewiętnastowiecznego, teatru towarzystwa wzajemnej adoracji. Tymczasem nagość nie tylko nie jest sprzeczna z naturą teatru, ale jest jego głównym komponentem. W podręcznikach i opracowaniach teatrologicznych mowa jest o wielu komponentach teatru (scena, widownia, muzyka, aktor, tekst literacki, reżyser itp.), nigdzie jednak nie znalazłem nagości. Za to o kostiumie pi-sze się niemal wszędzie. Lupa wyżywa się na mieszczańskim dziewiętnastym wieku, powinien jednak sięgnąć głębiej. W antycznej Grecji aktor nie obywał się bez lnianego, pozbawionego rękawów i wkładanego wprost na ciało chitonu (ypraw) oraz płaszcza, strojów symbolicznych informujących o cechach postaci (jprawą - bogini w krótkim chitonie - to była sceniczna Artemida). Chiton jest okryciem, osłoną, jako chityna okrywa również ciała stawonogów. Kostium, a bardziej jeszcze maska, to podstawowe środki teatralne skrywające wykonawcę a odsłaniające postać. Persona (persónaj to maska aktora lub głowa (ludzka bądź zwierzęca) w masce; w znaczeniu przenośnym - to postać dramatu, rola. Kostiumy odróżniały postaci Boga, Piłata, Matki Boskiej podczas średniowiecznych misteriów. Commedia dellarte stawiała kostium ponad tekstem sztuki. W teatrze elżbietańskim strój mówił o przynależności narodowej i stanowej. Można długo wywodzić o późniejszych przemianach kostiumu, o tym, co mówiono na jego temat w czasach Wielkiej Reformy. Lupa nadmienia, że Jarosław Iwaszkiewicz „cały jest z dziewiętnastego wieku”; czemu więc nie wspomni o Tadeuszu Kantorze, też żałosnym „mieszczuchu” (Kantor - mieszczuch: trudno byłoby wymyślić coś równie absurdalnego!) podług kryteriów odwołujących się do „kulturowego umundurowania”, czyli skrywania nagości. Czemu nie wygarnie Witkacemu, nie wyśmieje jego mieszczańskiej, bo jak najdalszej od pokusy imitowania nagiej rzeczywistości, Czystej Formy. Co do hipokryzji - owszem, była w teatrze zawsze; w końcu aktor w grece to właśnie hipokryta: hypokrites (ynÓKpmjlf); ÓTtÓKpiai^ oznacza granie jakieś roli, obłuda. Kłamliwość - także. Aktorzy to najwięksi oszuści, mówi kilkadziesiąt stron dalej Ewa Dałkowska, sześć-dziesięciosześcioletnia (co sama podkreśla) aktorka Krzysztofa Warlikowskiego, która rozbiera się w jego spektaklu {Opowieści afrykańskie według Szekspiraj i lubi to robić. Lupa - podobnie zresztą jak Kantor - buduje swój teatr na sumie doświadczeń egzystencjalnych, sceny z dzieciństwa stają się źródłem uogólnień interpretacyjnych. Oto matka 24 Okruchy i ciotka w swej pruderii nie ujawniały przed Krystianem nagości, zmusiła je do tego dopiero starość (prowadzenie do ubikacji, przebieranie). Mówiąc o nagości starych ludzi omijamy niewygodne pytania, przykre obrazy, plamy na pościeli. Do diabla, po co je omijać? Dlaczego wydaje się nam nieprawdopodobieństwem droga idąca na wprost, w której trzeba pokazać wszystko do końca: organy rodne starej kobiety, a nie tylko jej pochylone plecy. Cipę starej kobiety. Dopiero wówczas będzie to przeżycie krańcowe. Przepraszam - a odbyt? Charakterystyczne dla wieku starczego kłopoty z defekacją? Co dla kogo jest przeżyciem krańcowym, to sprawa względna. Tadeusz Kantor, który pokazuje „pochylone plecy”, mówi o czasie, o starości i umieraniu rzeczy o wiele bardziej wstrząsające i uniwersalne, niż byłaby w stanie pokazać cipa najbardziej starej kobiety. W tym właśnie, w uniwersalności, leży także sens sztuki teatru. Słowo to (dćazpov) bierze się od bedopat (przypatruję się), skąd krok tylko do teorii (Oewpia). Dla Lupy ważniejsza jest jednak cipa. Wspomina nowojorskie przedstawienie Tramwaju zwanego pożądaniem Tennessee Williamsa, w którym aktorka Blanche DuBois w ginekologicznie wręcz obnażonej nagości odbywała kłótnię. Nagość zagościła w teatrze w 1967 roku, gdy w alternatywnym Public Theater wystawiono Hair: The American Tribal Love-Rock Musical. Przedstawienie to, podobnie jak późniejsze o rok Paradise Now Living Theatre, kontestowało martwe schematy i normy społeczne, przede wszystkim zaś represyjność instytucji państwowych. Richard Schechner prowadził operujące nagością warsztaty, nawiązujące do prymarnych rytuałów kulturowych (Diony-sus In 69, The Performance Group); o ich wartości wyrażał się po latach z powątpiewaniem. Owszem, ludzie rodzą się nadzy („jak ich Pan Bóg stworzył”), chowani są już jednak w kostiumach. Taka jest droga od natury do kultury; ta pierwsza - jak Raj - staje się stanem bezpowrotnie traconym. Tylko dzieci potrafią istnieć in puris naturalibus (w sposób całkowicie naturalny); istoty, którym jeszcze nie „otworzyły się oczy” i nie „poznali że są nadzy”; kto widzi możliwość odwrócenia tego porządku, daje świadectwo pychy i naiwności. Leo Steinberg (Seksualność Chrystusa. Zapomniany temat sztuki renesansowej) w eksponowaniu nagości Jezusa - niemowlęcia i ukrzyżowanego - widzi głębokie uzasadnienie teologiczne, nie mające nic wspólnego z tzw. realizmem. Takie przedstawienie mówi o tajemnicy wcielenia: Jezus, syn Boży równy Ojcu, jest także prawdziwym człowiekiem. Nagość teatralna stała się towarem. Hair grano przez wiele lat na Broadwayu, rewia erotyczna Oh! Calcutta! wystawiana była w komercyjnych teatrach niemal wszystkich krajów zachodnioeuropejskich. Kiedy na gdyńskiej premierze po zakończeniu spektaklu część widzów weszła na scenę i zaczęła się rozbierać, nie zrobiło to na nikim wrażenia. Nie mogło zrobić, skoro coraz powszechniejszym zjawiskiem staje się dziś sexting: robienie nagich zdjęć komórką i rozsyłanie ich wśród znajomych. Czterdzieści kilka lat po nowojorskiej prapremierze, gdy nagość stała się wszechobecna w kulturze popularnej, wyrazistym znakiem scenicznym staje się raczej kostium niż jego brak. NUDA „Zeszyty Literackie” przypominają dawny (1935 r.) szkic Jerzego Stempowskiego pt. Praca i nuda. Jeszcze jako student, w Monachium, odkrywa przerażająca pustkę niedzielnych odpoczynków. W monachijskich piwogródkach siedzi przy kuflach kilkanaście tysięcy Andrzej C. Leszczyński 25 ludzi o twarzach wyrażających rodzaj skamieniałego cierpienia [...]. To była nuda, nuda straszliwa nuda, o której pewien renesansowy myśliciel mówił, że jest gorsza od śmierci. Straszliwy ten i dławiący stan można znieść jedynie „dzięki zbawiennej bliskości poniedziałku”. Stempowski widzi w nudzie źródło konfliktów, agresji, wulgarności - zjawisk widocznych na przykład w środowiskach rencistów. Dominująca religia pracy („miarą człowieka i jego wartości jest jego praca, jego udział w procesach produkcji”) powoduje, że ludzie niepracujący doznają uczucia wstydu i upokorzenia. Można zazdrościć, pisze autor, dawnym społecznościom rolniczym i pasterskim - zrównoważonym wewnętrznie, nie znającym wyścigu pracy, systemu Taylora itp. Członkowie tamtych społeczeństw pracowali w miarę potrzeby, poza tym potrafili bawić się, konsumować, cieszyć życiem towarzyskim itp. Marcin Król (Nuda jako śmiertelna choroba demokracji) pisze o znudzeniu publicznym, o apatii przeczącej istocie demokracji polegającej na tym, że społeczeństwo chce uczestniczyć w decyzjach, które go dotyczą. Za społeczne znudzenie odpowiadają pospołu rządzący i opozycja, nie zainteresowani budzeniem debat i sporów. Dochodzą do tego nuworysze, rozpaczliwie chroniący swe pozycje i swój dorobek przed wszystkim, co mogłoby je podważyć. Znaczenie ma też zanik kultury, zanik potrzeb związanych z humanistyka i sztuką (ten, kto czyta, nigdy się nie nudzi). Z długotrwałą nudą, kończy swe wywody Król, demokracja musi przegrać. Jeszcze nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale przegrana jest już w trakcie. Nie muszą natomiast - nie mogą - być nudne ćwiczenia kształcące umiejętności praktyczne: wprawki warsztatowe, doskonalące etiudy, poprawiane frazy, dopieszczane linie i kształty, powtarzane wielokrotnie pasaże i gamy, szkice i studia, baletowe aplomby, bat-tementy i trappesy. Żmudne ćwiczenia, pisze Krzysztof Karasek, są po to, żeby raz na sto godzin dostać tę minutę od Boga i wykonać doskonale jakiś numer. Jeśli ktoś nie będzie ćwiczył, to nawet gdy zstąpi na niego augustiańska czy rimbaudowska iluminacja, nic z tego nie będzie. TAŚMY Podsłuchiwanie, a jeszcze bardziej podglądanie, to źródła wiedzy, jakiej nie dałoby się uzyskać w sposób otwarty. Stąd pewnie bierze się odwieczne marzenie o byciu niewidzialnym, o możliwości bycia przy kimś, kto o tym nie wie. Bo jeśli wie, zaczynają się gry, fasady, gęby, miny. Gombrowiczowska sztuczność. Niejawność patrzenia i słuchania - to znaczy: nieobecność sprokurowana, czyli obecność utajniona, zamaskowana - demaskuje to, co też pozostałoby zamaskowane, odegrane przed pozbawionym maski-niewidki obserwatorem. Jakaś maska musi w każdym razie być, żeby drugiej nie było. Jest niewątpliwie rzeczą mało godziwą naruszać i wywlekać to, co chce pozostać dyskretne. Tym bardziej paskudną, gdy zatruwa atmosferę, rodzi podejrzliwość i niszczy tkankę społeczną. Ale niekiedy tylko w taki sposób można dotknąć prawdy drugiego człowieka. Trzeba wybierać, a wybór trzeba uzasadnić celami wyższymi, nie zaś chęcią rozgłosu czy spodziewanym zyskiem finansowym, bo w takim wypadku byłaby to zwykła obrzydliwość. Afera taśmowa. Nazwa dość archaiczna, nie ma przecież żadnych taśm. Były jeszcze w filmie Taśmy prawdy Sidney' a Lumeta, bo jest to film sprzed prawie półwiecza. Dzisiejsze „taśmy to nośniki cyfrowe, na których za jakiś czas znajdą się zapewne także zapisy ludzkich 26 Okruchy myśli. Wiadomo że ukryte spojrzenie Wielkiego Brata oznacza możliwość kontroli, stanowi źródło nieograniczonej władzy. Zdaniem Bronisława Łagowskiego podsłuch i podgląd środkami elektronicznymi rozszerza się, kiedyś obejmie wszystko, co zainteresuje władzę. Wejdzie szeroko do biur, do prywatnych mieszkań, do kuchen, sypialni i wychodków. Co ja mówię »wej-dzie«, już wchodzi, otwarta jest tylko kwestia, jaka część społeczeństwa będzie tym objęta. Wierzę w wizję Orwella: myślę, że cale. Póki co ujawniane są nie myśli, a słowa. Są to słowa bardzo przygnębiające. Nie chodzi mi teraz o zawarte w nich treści (niektóre z nich budzą uwagę prokuratury), ale o styl, językową brzydotę. Nie jest to sprawa czwartorzędna, jak słychać w niektórych komentarzach, ale taka, którą trzeba by postawić przed jakąkolwiek uznaną za pierwszorzędną. Ten styl mówi oczywiście o ludziach - le style c'est l'homme. Przede wszystkim jednak informuje o rzeczywistości, w jakiej ci ludzie przebywają. Język nie opisuje rzeczywistości, ale ją buduje, nie wyraża, lecz stwarza. Rzeczywistość to jedno wielkie „językowisko”, mawiał Miron Białoszewski. Podsłuchano język wulgarny. Nie było w nim przekleństw, słów, które przepełnione są nie dającymi się wyrazić w inny sposób emocjami - rozpaczą, zachwytem, ekstazą miłosną. Były wulgaryzmy - wypowiadane spokojnie, rzeczowo, czasami z humorem, częściej z pogardliwym poczuciem wyższości. Wulgarny język buduje równie wulgarną rzeczywistość. Pewnie, że można by machnąć ręką na to, w jakiej rzeczywistości przebywa jeden knajak z drugim. Tyle tylko, że dysponując władzą będą tę prostacką rzeczywistość mnożyli, utrwalali w dziedzinach, na które mają wpływ, w polityce oświatowej, kulturalnej, naukowej itp. Nie potrafię wyobrazić sobie, by ludzie, którzy tworzyli zręby władzy w Polsce dwadzieścia pięć lat temu, w prywatnych pogawędkach mogli używać języka wyraźnie odbiegającego od tego, jakim posługiwali się w wypowiedziach publicznych. Byli kulturalni. Dla pokolenia dzisiejszych polityków kultura staje się formą narzuconego obowiązku. Niewygodną maską poprawności, którą właśnie zdarto z kilku twarzy. Wystan H. Auden: Prywatne twarze w miejscach publicznych/ Mądrzejsze są i milsze/ Niż w miejscach prywatnych twarze publiczne. DOBRZE ŻE ODSZEDŁ Danka, w mailu: Dobrze że odszedł Krzysztofowicz, bo miałam wrażenie, że przez ostatnie dwa lata robił psychoterapie dla siebie na tych kazaniach. Niekiedy, przyznaję, lubiłam go słuchać i zgoda też że przyciągał tłumy. Jest mało mądrych księży, a ludzie ze swej stadnej natury potrzebują pasterza (też autorytetu). Chrystusa nie dotkniesz dzisiaj, a czytać nie lubimy. Pomimo zewnętrznej, pozornej skromności był, na moje oko, typem narcystycznym. Bywałam czasami na tych słynnych mszach o dwudziestej pierwszej, choć gdzieś od paru miesięcy przestałam tam chodzić. Irytował mnie coraz częściej relatywistycznym podejściem do spraw związanych z Bogiem i nauczaniem Chrystusa. Chyba jestem bardziej konserwatywna. Dziwne dla mnie jest też, że powiedział tym wpatrzonym w niego ludziom, zagubionym, którzy szli do niego, by go posłuchać, że nie wierzy w sens życia ostatnich dwudziestu pięciu lat. Powiedział, że odchodzi z kapłaństwa do łudzi, a mam wrażenie, że właśnie tych ludzi zostawił i trochę egoistycznie Andrzej C. Leszczyński 27 zwrócił się ku sobie i pozornie wyleczonym lękom (które miał wcześniej). [... J Dla mnie osobiście niepotrzebny był ten wygłoszony publicznie rachunek sumienia. Mam takie ciche przekonanie, że jeszcze o nim usłyszymy. A może podczas mszy świętej w ogóle nie powinno być kazań? Tylko liturgia słowa, ewangelia - i ogłoszenia na zakończenie. PRZESZŁOŚĆ JAKO SEN Andrzej Leder napisał książkę, w której odwołał się do dwóch swych wyuczonych specjalności: filozofii i psychiatrii. Książka nosi tytuł Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014) i stanowi diagnozę stanu mentalnego współczesnego społeczeństwa (narodu) polskiego - społeczeństwa (narodu) będącego wytworem zasadniczych i głębokich przeobrażeń, jakie dokonały się wiatach drugiej wojny światowej i dekady powojennej (1939 - 1956). Przeobrażenia te to w istocie rewolucja obejmująca eliminację ogromnej części społeczeństwa - najpierw Żydów (Holocaust), potem Niemców (wypędzonych z Ziem Zachodnich), wreszcie ziemiaństwa (reforma rolna i upadek gospodarki folwarcznej). Problem w tym, pisze autor, że wszystko to zostało mentalnie unieważnione, wyparte ze świadomości jako treść ambiwalentna (odczucie lęku i skrytej rozkoszy), uznane za coś, na co nie miało się jakiegokolwiek wpływu. Beneficjenci tych przemian, przede wszystkim chłopstwo, poddali się im ze skwapliwą inercją, zajmując pożydowskie, poniemieckie i poziemiańskie dobra jako dziejowy profit. Krzysztof Pomian w swej znanej książce z 1968 roku mówił o przeszłości jako „przedmiocie wiary”. Lederowi chodzi o coś innego niż wiara i związana z nią myślowa życzeniowość. Siedemnastoletni okres, w którym tkwią zalążki dzisiejszej rzeczywistości mentalnej Polaków, przypomina jego zdaniem sen, o którym nie chce się nawet myśleć. To sen, w którym spełniają się najskrytsze i najokropniejsze marzenia i lęki. Sen jednak, w którym to spełnienie marzeń i lęków doświadczane jest pasywnie, bez podmiotowego udziału, jakby wszystko zdarzało się samo. Wyparcie, o jakim tu mowa, ma zapewne charakter obronny, nie dopuszczający do samowiedzy rzetelnej i ryzykownej. Pisał Elias Canetti: Jak to łatwo powiedzieć: odnaleźć samego siebie. Ale gdy stanie się to naprawdę, jakże bardzo jesteśmy przerażeni'. Pamięć to oczywiście coś innego niż historia - dziedzina naukowa oparta na źródłach i rygorach metodologiczno-warsztatowych. Pamięć zbiorową stanowi w głównej mierze wiedza potoczna, selekcjonowana i przetwarzana zgodnie z preferencjami światopoglądowymi poszczególnych ludzi, ich uwikłaniami politycznymi, ideologicznymi, religijnymi, pozycją społeczną itp. Właśnie selekcja i dobór, zdaniem Tzvetana Todorowa, stanowi podstawową właściwość pamięci zbiorowej; to współdziałanie zapomnienia (zatarcia) i zachowania. Ernest Renan w swym klasycznym tekście (Co to jest naród?, 1882) wyraża przekonanie, że żaden naród - a zwłaszcza naród francuski - nie mógłby istnieć bez zapominania. Pisze: [...J esencja narodu zasadza się na tym, że wszystkie jednostki ludzkie mają wiele wspólnego, a także, że wiele z przeszłości uległo zapomnieniu. [...] każdy obywatel francuski musiał zapomnieć Noc Sw. Bartłomieje i masakrę na południu Francji w XIII w. [chodzi o rzeź albigensów - acl]. Godzi się jednak nadmienić, że czym innym jest owo, konieczne dla dalszego istnienia zbiorowości, zapominanie („milczenie”), czym innym zaś pozbawio- 28 Okruchy ne skrupułów „mówienie”: przypominanie i uobecnianie przeszłości zdeformowanej przez pragmatykę polityczną. Jak wiadomo, z selekcji i ideologicznej deformacji historii systemy totalitarne czyniły jedno z podstawowych narzędzi panowania. Czytam właśnie szkic prof. Marcina Kuli („Przegląd Polityczny”, nr 126), zatytułowany Czy hagiografia narodowych dziejów może być patriotyczna? Autor pisze o potrzebie historii badawczej, nie zaś ścigającej się z innymi w sukcesach i nieszczęściach własnego kraju. Historyk nie jest od potępiania bądź chwalenia, lecz od analitycznych badań porównawczych sytuowanych w możliwie szerokim tle społecznym, politycznym itp. Muzeum II Wojny Światowej ma prezentować rzetelną wiedzę, nie zaś „polski punkt widzenia”; podobnie -Muzeum Historii Żydów Polskich, od którego jeden z polityków oczekuje, że będzie wyrażało polskie cele w „polityce historycznej” państwa. Patriotyczna jest wiedza i myślenie, a nie hagiografia narodowych dziejów. Patriotyczna powinnością historyków nie jest podbijanie narodowego bębenka i prowadzenie jakiejkolwiek polityki historycznej, lecz wsparcie społecznej refleksji wiedzą o przeszłości [...]. Patriotyczne jest powiększanie wiedzy i zwiększanie możliwości rozumienia spraw. Wspomnienia, pamiętniki, relacje Dominika Kraska MIA OPOWIEŚĆ O DZIECIŃSTWIE MOJEJ BABCI CZĘŚĆ 1 Mia w szkole, fot. archiwum rodzinne „Kiedy wspomnienia z dzieciństwa są źródłem szczęścia, wtedy rodzą się niezapomniane historie.” 30 MIA - Opowieść o dzieciństwie mojej babci Kiedy byłam mała, babcia czesała mnie w warkoczyki. Być może dlatego, że przypominało się jej wtedy, jak sama była kiedyś dziewczynką. Każdy pobyt w Sztumie przenosi mnie w czasy dzieciństwa, kiedy idąc na zakupy z moją babcią ulicami miasta, słuchałam jej opowieści o dawnym Sztumie. Wędrując główną ulicą miasteczka, mijałyśmy zabytkowe budynki, a każdy z nich wiązał się dla babci z jakimś wspomnieniem: budynek poczty, piękna willa, w której obecnie ma swoją siedzibę biblioteka publiczna, a przed wojną mieszkał tam wraz ze swoją rodziną najlepszy lekarz w Sztumie, no i w końcu miejsce bardzo bliskie babci - budynek szkoły im. Petera Mogge. To tam dziewczynka z warkoczykami nauczyła się czytać i pisać, nawiązała też piękne przyjaźnie, które niestety rozdzieliła wojna. Swoje koleżanki babcia wspominała przez całe życie. Kiedy dochodziłyśmy do rynku babcia jeszcze bardziej ożywiała się, po czym zwracając moją uwagę na konkretne miejsca mówiła: „Spójrz, to jest stara apteka, a tutaj była drogeria! Przychodziłam tu z mamą na zakupy... Tam mieścił się sklep i kawiarnia Paula Erasmusa - sprzedawał najlepsze ciastka i cukierki. Czasami częstował nimi dzieci. To był bardzo dobry człowiek. Ale gdy wybuchła wojna wraz z całą swoją rodziną nagle zniknął... Patrz, w tym miejscu był mój ukochany sklep - księgarnia i sklep papierniczy F. Albrechta. Na Gwiazdkę Gwiazdor przynosił mi piękne książki od pana Albrechta - „Baśnie” braci Grimm, powieści Johanny Spyri, kiedyś na urodziny dostałam stamtąd prawdziwy pamiętnik. Mam go do dzisiaj. Zapytałam babcię, czy pokaże mi te rzeczy. Kiedy wróciłyśmy do domu, babcia otworzyła magiczną szufladę i pokazała mi swoje skarby. Przechowywała tam „Baśnie” braci Grimm i różne inne książki. Choć czas pozostawił na nich swój ślad, uznałam, że są niesamowite, jakby wyjęte ze starej baśni. Byłam zachwycona! Ponownie magiczną szufladę mojej babci odkryłam podczas świąt Wielkanocnych w 2011 roku. Choć babci nie było już z nami dwa lata, ja wciąż czułam, jakby była obok nas. W wielki poniedziałek, kiedy odwiedziłam rodzinę w Sztumie, zwróciła moją uwagę jedna z szuflad w dużym pokoju. Zapytałam dziadka, czy mogę ją otworzyć. Dziadek odparł, że tak, ale dodał, że tam nic nie ma, same dokumenty i jakieś papiery. Jakież było zdziwienie, kiedy naszym oczom ukazało się mnóstwo pamiątek babci. Przez wiele lat przechowywała w tym miejscu swoje ukochane książki, śpiewniki, rysunki, świadectwo szkolne. Ja znałam te pamiątki! Przecież to te same, które babcia pokazała mi dawno temu. Oglądając te bezcenne dla nas skarby, byliśmy bardzo wzruszeni, a najbardziej kiedy odnalazłam wśród rysunków babci jeden szczególny obrazek. Była to wielkanocna laurka. Napisane na niej było „Froliche Ostem 1942”. Babcia życzyła nam Wesołych Świąt. Dominika Kraska 31 Moja babcia Maria Hoppe (z domu Bartsch) urodziła się 24 lutego 1930 roku w Sztumie. W tym zimowym dniu miasto zyskało nową mieszkankę, która pozostała mu wierna przez prawie 80 lat. Babcia lubiła opowiadać o swoim dzieciństwie w przedwojennym Sztumie. Przez całe życie pielęgnowała swoje wspomnienia i pamiątki z dzieciństwa. Mieszkańcy dawnego Sztumu kochali swoją małą ojczyznę. Postanowiłam w formie pamiętnika pisanego przez dziewczynkę, która później stała się moją babcią, opowiedzieć jej wspomnienia z czasów dawnego Sztumu. Zapraszam wraz z dziewczynką z jasnymi warkoczykami - Mią Bartsch na podróż w czasie do miasteczka, którego już nie ma, ale które dzięki jej wspomnieniom i pamiątkom można powspominać. Nazywam się Mia. Moje blond włosy mama najczęściej czesze w dwa długie warkoczyki. Lubię czytać książki i uwielbiam słodycze. Urodziłam się 24 lutego 1930 roku w małym miasteczku Stuhm, które znajduje się na terenie Rzeszy Niemieckiej w Prusach Wschodnich. Choć Stuhm jest małym miastem, jest bardzo malowniczy. Miasteczko położone jest nad dwoma jeziorami: Hinter-See i Barlewitz-See. Latem uwielbiamy kąpać się w nich i pływać po nich łódkami. Zimą jeziora zamieniają się w wielkie lodowiska i to jest dopiero zabawa! Gdy jeziora są zamarznięte, często po szkole spędzamy czas ślizgając się po jego tafli na łyżwach. Bardzo lubię moje miasteczko i mój dom. Chciałabym Wam o nich opowiedzieć. MÓJ DOM Moi rodzice prowadzą gospodarstwo, ale to wcale nie znaczy, że mieszkamy na wsi. Nasz dom znajduje się przy Pestlinerstrasse i jako ostatni należy do miasta Stuhm. Ta ulica nazywa się tak, bo prowadzi do wsi Pestlin. Ale ja nazywam ją „ulicą Babuni”, bo w Pestlin mieszka moja ukochana babunia, dziadek, jak i reszta rodziny od strony papy. Moja mama ma na imię Maria, a papa Franz. Mam dużo rodzeństwa. Najbliższa jest mi moja siostra Hilda. Nasze gospodarstwo składa się z domu, w którym mieszkamy, naprzeciwko jest domek dla ukochanych koni papy, czyli stajnia, obok stodoła i kurnik. Dom otacza ogród, sad z jabłoniami, wiśniami i pola uprawne. Często w czasie żniw pomagam wraz z moim rodzeństwem w pracy w polu, czasami jest to świetna zabawa na przykład przy ładowaniu na wóz snopków siana, a czasem jest to naprawdę męczące. Nie znoszę hakowania buraków! Sto razy bardziej wolę chodzić zimą w wełnianych, gryzących rajstopach. Chociaż to też jest okropne, więc już sama nie wiem co gorsze. Bardzo lubię nasz dom. Z sieni wchodzi się do kuchni, a stamtąd do pierwszego, największego pokoju, następnie do drugiego i trzeciego pokoju. Najbardziej lubię duży pokój. Stoi w nim brązowy kredens, stary, piękny „dziadkowy zegar” z kukułką, który mama uważa za skarb rodzinny, stół, kanapa, a przy piecu stoi ulubiony fotel papy. Lubię przebywać w tym pokoju szczególnie zimą, gdy w piecu tańczą kolorowe ogniki. Jest wtedy tak, jakby cały pokój miał swoją ciepłą duszę, która nas ogrzewa, gdy za oknem panuje Królowa Śniegu. Ja i Hilda mamy swój pokój na górze. Hilda zbiera lalki, a ja wolę książki, które dostaję od Gwiazdora na Gwiazdkę i od rodziców na urodziny. Wymieniamy się z siostrą swoimi skarbami. Czasem ja bawię się jej lalkami, a ona czyta moje książki. Okno w naszym pokoju 32 MIA - Opowieść o dzieciństwie mojej babci wychodzi na pole kartoflane. Kiedyś założyłam się z Hildą, że skoczę z okna. Śmiała się ze mnie, że jestem strachliwa, więc na pewno nie wyskoczę. A ja na złość jej i żeby udowodnić sobie, że nie jestem aż taka strachliwa, skoczyłam! Kiedy ocknęłam się leżałam na polu wśród krzaków kartofli, czułam się jakbym obudziła się z głębokiego snu. Gdy przypomniałam sobie, co się stało, tak przestraszyłam się gniewu rodziców, że schowałam się w kurniku. Długo mnie szukali. Gdy mnie znaleźli, mama jak to mama, trochę na mnie nakrzyczała, ale papa tylko mnie mocno przytulił i powiedział: „Nie rób tego więcej, Mia”. Oczywiście po tej przygodzie czekała mnie wizyta u lekarza. Na szczęście nic mi się nie stało. Przed domem jest piękny ogród. Wiosną, latem i jesienią kwitnie w nim mnóstwo najróżniejszych gatunków kwiatów. Moje ulubione kwiaty to lwie paszcze. Lubię obserwować, jak kwiatki rozchylają swe kolorowe kielichy. Lubię też modre chabry, które rosną na łąkach i polach. Papa mówi, że mam oczy w kolorze chabrów. MAMA Moja mama nazywa się Maria Bartsch. Kiedy jeszcze nie była żoną taty i naszą mamą, nazywała się Maria Zarah. Mieszkała na wsi koło Sztumu, która nazywa się Hohendorf (Czernin). Mama ma sześcioro rodzeństwa. Jedna z sióstr mamy pracuje w kinie, dlatego czasami wpuszcza nas za darmo na niektóre seanse. To wielki skarb mieć ciocię, która pracuje w kinie. Babcia i dziadek Zarah - rodzice mamy są kochani, choć trochę surowi, to znaczy dziadek nie, raczej babcia. Dziadek jest bardzo wysoki. Gdy idzie ulicą, wydaje się, że góruje nad całym światem. Babcia robi pyszne ciasto z rabarbarem. Kiedy mama skończyła szesnaście lat, znalazła pracę jako pokojówka w pałacu u bardzo bogatej rodziny polskiej arystokracji - państwa Donimirskich. Mama bardzo lubi wspominać pracę tam. Opowiada, że nosiła ładny, biały fartuszek i biały czepek na głowie. Musiała zawsze schludnie wyglądać, dygać przed państwem i wykonywać wszystkie polecenia na czas. Praca była ciężka, ale mniej niż w polu. Mama poznała tam fajne koleżanki. Często opowiada nam, jak wyglądał dzień w pałacu i pałacowe wnętrza. Wspominała też wystawne przyjęcia i bale. Bardzo lubię słuchać tych opowieści. A potem mama poznała - Franza Bartscha i tak została Marią Bartsch. Bywa surowa i wymagająca, w końcu niełatwo wychowywać taką gromadkę dzieciaków i jeszcze prowadzić gospodarstwo, ale robi najpyszniej-sze ciasteczka z serem i cukierki czekoladowe, jakie kiedykolwiek jadłam. PAPA Mój papa nazywa się Franz Bartsch. Jestem przekonana, że na całym świecie nie ma lepszego ojca niż nasz papa. Papa uwielbia dzieci. Jest wesołym i wyrozumiałym ojcem, który lubi nas rozpieszczać. A ja jestem jego ukochaną Mią. Papa pochodzi z pobliskiej wsi Pestlin (Postolin). Tam mieszka jeszcze jego mama, papa i reszta rodziny. Babcia Bartsh jest kochaną, małą staruszką. Dziadek ciągle się z czegoś śmieje i stara się zawsze rozśmieszyć też żonę. Dziadek ma śmieszne, odstające uszy. Gdy człowiek spojrzy na dziadka, ma ochotę od razu się uśmiechnąć. Taki wesoły wygląd ma mój dziadziuś. Lubię u nich spędzać czas. Mój papa kocha konie. Mieszka z nami kilka koników. Są to konie rasy sztumskiej. Te zwierzęta są wielką pasją mojego papy. Odnosi on w ich hodowli wiele sukcesów. Nasze koniki to Dominika Kraska 33 silne zwierzęta, stworzone do pracy na urodzajnych lecz trudnych tutejszych glebach. Czasami jeżdżę z papą na targi koni do Dzierzgonia. To jest bardzo ładne miasteczko, prawie tak ładne jak Stuhm. Bardzo lubię te wyjazdy. Na takim targu można obejrzeć i kupić nie tylko konie, ale też inne zwierzęta hodowlane. Papa jest dobrym gospodarzem. Zawsze rano najpierw idzie nakarmić zwierzęta, a dopiero potem sam je śniadanie. Mówi, że zwierzęta wyczuwają dobrych ludzi, którzy dbają o nie. Odwdzięczają się one człowiekowi wiernością i pracowitością. Czasami papa pozwala nam poczęstować koniki ich ulubionym przysmakiem, czyli cukrem w kostkach. Pokazują wtedy swoje wielkie zęby, a my mamy wrażenie, że się do nas uśmiechają. Bardzo zabawnie to wygląda. Lubię przytulać się do końskiej grzywy. Papa całe dnie pracuje ciężko na gospodarstwie. Wieczorami lubi usiąść w fotelu, w pokoju przy piecu, zapalić fajkę lub cygaro. Z dwóch rzeczy wolę zapach fajki. Ma słodki aromat i fajnie pyka. Odpoczywając, słucha radia. Gdy nie musimy iść rano do szkoły, rodzice pozwalają nam z nimi posiedzieć. Są to dla mnie jedne z najprzyjemniejszych chwil dnia. RODZEŃSTWO Mam dużo rodzeństwa - siostry: Hildę, Ullę i Irmchen oraz braci: Hansa, Franza i Georga. Hilda jest z nas najstarsza, jest o rok starsza ode mnie. Bardzo jesteśmy zżyte ze sobą. Uważam ją za moją przyjaciółkę. Hilda jest obrońcą wszystkich słabych istot, w tym mnie. W rodzinie uważają, że jestem delikatna i strachliwa, a Hilda jest moją starszą siostrą, która musi się mną opiekować. Czuwanie nade mną sprawiło, że Hilda potrafi zawsze pomóc słabszym i stanąć w ich obronie, nawet jeśli trzeba na kogoś nakrzyczeć. Specjalnie czekała rok, żebyśmy razem chodziły do szkoły. Czasami jest zła, że musi się ciągle mną opiekować, obraża się na mnie, a ja na nią, ale tak naprawdę nie możemy bez siebie żyć, bo kto się lubi, ten się czubi. Staram się być mniej strachliwa, nie bać się pająków i czarnych ślimaków, nie przewracać się bez powodu, być mniej nieśmiała, ale wychodzi mi to na razie raczej średnio. Czuję się silniejsza, gdy wiem, że jest przy mnie Hilda. Ale nawet jej nie pokazuję mojego pamiętnika, bo uważam, że pisanie pamiętnika to coś bardzo osobistego. Nie wiem, może kiedyś, jak już będę stara, zmienię zdanie i dam przeczytać pamiętnik moim dzieciom i wnukom. Chociaż nie jestem pewna, czy ich to zaciekawi, takie starocie. Pewnie wtedy świat będzie wyglądał zupełnie inaczej. SZKOŁA Codziennie oprócz niedziel, świąt, ferii i wakacji wyruszamy wcześnie rano z Hildą do szkoły. Przemierzamy w tym celu aż trzy kilometry. Najtrudniej jest zimą, kiedy trzeba dzielnie iść, mimo mroźnego wiatru i zasp śnieżnych. Oczywiście musimy się wtedy ciepło ubierać. Nie lubię tych ciepłych ubrań: swetrów, szalików, czapek. Najbardziej nie cierpię wełnianych, gryzących w nogi rajstop. To jest istny koszmar! Czasami z nudów w drodze do szkoły układamy piosenki i wierszyki. Wtedy czujemy się raźniej i jest nam nawet cieplej. Kiedyś ułożyłam taki wierszyk: Nie lubię grubych rajstop nosić i proszę mnie o to nie prosić. Moja babcia także nie lubiła, 34 MIA - Opowieść o dzieciństwie mojej babci Lecz gdy była mroźna zima, To rajstopy wełniane, gryzące do szkoły nosiła I tylko trochę grymasiła. Cóż, taka to dola rajstopowa, Wręcz pokoleniowa! Zimą przybywamy do szkoły bardzo zmarznięte. Mróz szczypie w uszy i w policzki. Na szczęście w naszej klasie jest wielki piec, przy którym można się ogrzać. Nasza szkoła imienia Petera Mogge znajduje się w samym centrum miasta. Peter Mogge był to bardzo zasłużony burmistrz dla naszego miasta. Cieszę się, że moja szkoła nosi jego imię. W mojej klasie uczą się same dziewczyny. Naszą wychowawczynią jest Frau Knoh. Kiedy zaczęłyśmy naukę, z wielką cierpliwością uczyła nas czytania i pisania. Nie było to wcale łatwe, bo niemieckie pismo gotyckie jest bardzo trudne. Ale było warto. Uwielbiam czytać książki. W księgarni u pana Albrechta na Rynku jest mnóstwo ciekawych książek. Wszystkie wydrukowane zostały właśnie czcionką gotycką. Pismo gotyckie bardzo mi się podoba. Dzięki niemu opowieści nabierają magii, a baśnie stają się jeszcze bardziej baśniowe. Najbardziej w szkole lubię lekcje historii i śpiewu. W naszych śpiewnikach są takie piękne piosenki! Bardzo lubię słuchać o dawnych czasach. Jestem ciekawa, jak kiedyś wyglądał Stuhm. Może kiedyś też ktoś będzie się zastanawiał, jak wyglądał, kiedy byłam mała, może przeczyta mój pamiętnik, może zachowają się dawne zdjęcia. Aparat fotograficzny to wspaniały wynalazek. Pomyśleć, że fotografia może przetrwać nawet 100 lat! Jak miałam sześć lat do szkoły przyszedł pan fotograf i robił nam zdjęcia. Było to bardzo fajne. Niektóre dziewczyny były wystraszone i powychodziły im przez to na zdjęciach takie śmieszne, wielkie oczy! Choć miałam wtedy tylko sześć lat, chętnie uśmiechałam się do obiektywu i wcale się nie bałam. Dominika Kraska 35 Zdjęcia wyszły bardzo ładnie. PRZYJACIÓŁKI Mam trzy przyjaciółki. Jedną z nich jest oczywiście moja siostra Hilda. Ma dobre serce i jest bardzo dzielna. Lubi zbierać lalki. Rodzina pamięta o tym, więc na każde urodziny, czy jak jest festyn w naszym mieście, Hilda dostaje lalkę. Czasami bawimy się nimi razem. Najbardziej podobają mi się lalki w czarnych włosach. Może dlatego, że taki kolor włosów ma moja druga przyjaciółka - Charlotte Brauns. Lottchen ma wielkie, czarne oczy i grube kruczoczarne warkocze. Uważam, że Lottchen jest piękną dziewczyną. Chciałabym mieć taki kolor włosów, choć papa mówi, że moje są piękne, takie jakie są. Renate Klatt - tak nazywa się moja trzecia przyjaciółka, jest bardzo utalentowana. Uczy się grać na pianinie. Często gra dla nas na lekcjach śpiewu i szkolnych uroczystościach. Spod jej palców wychodzą naprawdę cudowne dźwięki. Podoba mi się jej imię. Jak będę miała kiedyś córeczkę, nazwę ją Renate. Moje przyjaciółki, choć każda różna, są wspaniałe i cieszę się, że je mam. MIASTO Nasza ulica - Pestlinerstrasse to końcowa ulica miasta. Prowadzi do wsi Pestlin. By z naszej ulicy dojść do centrum, trzeba pokonać wiele kilometrów. Idąc, mijamy wiele gospodarstw naszych sąsiadów, a im bliżej centrum pojawiają się kamienice. Kiedy widzimy na horyzoncie zabudowania zamku, wiemy, że do Rynku już niedaleko. Rynek to główny plac miasteczka. Znajdują się przy nim kościoły, a w pięknych, eleganckich kamienicach można odwiedzić najlepsze sklepy i pójść na pyszną kawę do kawiarni. W każdą sobotę na rynku odbywa się targ. Można wtedy kupić tam warzywa, owoce, zwierzęta hodowlane, wszystko to co potrzebne jest w domu i w prowadzeniu gospodarstwa. Czasami przyjeżdżają też handlarze staroci, którzy przywożą ze sobą różne skarby. Lubię oglądać piękne, stare przedmioty. Wszystkie uliczki znajdujące się wokół Rynku są bardzo ładne i zadbane. Jest pewne miejsce w miasteczku, które bardzo mnie wzrusza. To Pomnik Plączącej Matki, poświęcony żołnierzom, którzy zginęli w czasie I wojny światowej i wszystkim matkom, które straciły swoich synów. Kiedy na niego patrzę, proszę Pana Boga, żeby już nigdy nie było wojny. Z Rynku w dół miasta prowadzi ulica Hindenburgstrasse. Przy niej znajdują się najważniejsze dla miasta budynki: Ratusz, nasza szkoła - Peter Mogge Schule i Central Hotel. W pięknej willi znajdującej się przy tej ulicy mieszka nasz lekarz z rodziną. Następna ulica to Bahnhofstrasse. Przy tej ulicy znajduje się między innymi budynek poczty. Tą ulicą można dojść na dworzec kolejowy i pojechać do wielu innych miast: do Marienburg (Malbork), gdzie znajduje się piękny zamek i do słynnego Danzig położonego nad morzem. Dalej można dojść do kina. Uwielbiam chodzić do kina, zatapiać się w wygodnych wyściełanych czerwonych pluszem fotelach i przenosić się do magicznego świata srebrnego ekranu. Moje ulubione aktorki to Magda Schneider i Marlena Dietrich. Bardzo lubię oglądać filmy z nimi. Niedaleko kina znajdują się koszary i szpital. Innym znanym miejscem w mieście jest więzienie. To jest bardzo nieprzyjemne miejsce, mam nadzieję, że nigdy nie będę miała z nim nic wspólnego. Jak na ironię, koło więzienia znajduje się bardzo przyjemne miejsce - amfiteatr w parku nad Barlewitz-See (jezioro Barlewickie). Latem, odbywa się tam wiele ciekawych przedstawień. Myślę, że Stuhm to bardzo ładne miasto. Cieszę się, że jestem jego mieszkanką. 36 Osadnicy żuławscy Wiesław Olszewski OSADNICY ŻUŁAWSCY CZĘŚĆ 1 Pierwsze próby stałego osadnictwa na Żuławach datuje się na koniec XIII wieku. Dokonywali tego słowiańscy Pomorzanie od zachodu i plemiona pruskie od wschodu. Granica między tymi grupami była dość płynna i ulegała przesunięciom. Pozostałością tego okresu są istniejące po dzień dzisiejszy osady i systemy odwadniające oraz liczne nazwy miejscowości. Przyjmuje się też, że mniej więcej w tym czasie ukończony został naturalny proces tworzenia się delty. Następne etapy jej kształtowania były już całkowicie dziełem człowieka. Kolejny, bardzo intensywny proces osadnictwa żuławskiego wiąże się z powstaniem tu państwa krzyżackiego, zwłaszcza po 1308 roku kiedy Zakon opanował całe Pomorze Nadwiślańskie. Dla realizacji koncepcji państwa zakonnego zaczęto na Żuławy sprowadzać osadników z krajów niemieckich, Fryzji, Niderlandów, Czech, później również z Kujaw i Mazowsza. Nastąpiła pierwsza zdecydowana wymiana mieszkańców tej ziemi. Dotychczasowa ludność wyginęła a przynajmniej znalazła się w zdecydowanej mniejszości, zdominowana przez przybyszów. Ten etap rozwoju gospodarczego i społecznego został przerwany przez Wielką Wojnę Polsko-Krzyżacką i Wojnę Trzynastoletnią. Po jej zakończeniu na mocy traktatu toruńskie- Wiesław Olszewski 37 go Żuławy w 1466 roku powróciły do Polski. Po okresowej zapaści, częściowym wyludnieniu nastąpił długoletni okres pokoju, a wraz z nim następna ważna faza rozwoju, wręcz rozkwitu osadnictwa na Żuławach Wiślanych. Około trzeciej dekady XVI wieku na tereny Żuław zaczęli napływać nowi przybysze. Byli to prześladowani w Niderlandach i północnych Niemczech członkowie odłamu religijnego Anabaptystów Menno Simonsa, nazywani od swego przywódcy - mennonitami. Mennonici posiadali przywiezione ze swojej ojczyzny wysokie umiejętności w zakresie odwadniania, pozyskiwania i zagospodarowywania terenów depresyjnych i zalewowych. Gdy po rozbiorze Polski w 1772 roku Żuławy przeszły pod panowanie pruskie były organizmem już w pełni ukształtowanym. Był to doskonale zagospodarowany, zasiedlony i dobrze funkcjonujący system gospodarczo-przestrzenny o wysokiej wydajności produkcyjnej i co za tym idzie, zamożności mieszkańców. Cały czas kontynuowano osuszanie i pozyskiwanie dalszych terenów. Na skutek zdecydowanej, ukierunkowanej polityki państwa pruskiego wzrastał w tym okresie na Żuławach odsetek ludności niemieckiej wyznania ewangelickiego. Momentem szczególnym w dziejach osadnictwa żuławskiego była II wojna światowa. Przywódcy koalicji antyhitlerowskiej na konferencjach w Teheranie, Jałcie i Poczdamie zdecydowali o przesunięciu granic i przymusowym transferze ludności niemieckiej. Proces wyludniania Żuław zapoczątkowały władze hitlerowskich Niemiec nakazując (19 stycznia 1945 roku) mieszkańcom, na wschód od Odry ewakuację przed zbliżającym się frontem. Pozostali w swych domach tylko nieliczni. W ostatnich tygodniach działań wojennych broniące się wojska niemieckie spowodowały niewyobrażalne zniszczenie obszaru Żuław. Po uprzednim całkowitym wysiedleniu pod przymusem ludności przerwano wały wiślane niszcząc jednocześnie stacje pomp. Tym samym zatopiono całe terytorium delty i zniszczono dotychczasowy, wielowiekowy dorobek kultury gospodarowania przestrzenią. Żuławy Wiślane na pewien czas powróciły do stanu nieomalże pierwotnego. Podjęte po wojnie starania o osuszenie i przywrócenie funkcjonalności tego obszaru dały w miarę szybko zadowalające efekty. Jednakże pod pewnym względem działania wojenne przyniosły nieodwracalne skutki. Było to pozbawienie tego terenu dotychczasowego, historycznie, ewolucyjnie ukształtowanego osadnictwa i jego specyficznej kultury. Jeśli pod względem fizycznym a następnie gospodarczym udało się ogromnym wysiłkiem osuszyć, zabezpieczyć i przywrócić funkcjonowanie tysięcy hektarów wspaniałej, urodzajnej ziemi żuławskiej, to pod względem społeczno-kulturowym Żuławy Wiślane stały się na zawsze inne, uformowane przez kolejną falę osadnictwa. Po 1945 roku nastąpiła całkowita wymiana ludności na tym terenie i w związku z tym jednoczesne wymieszanie kultur, gdyż przybysze napływali z wielu różnych stron Polski. Proces powojennego osadnictwa na Żuławach jest słabo udokumentowany, nie ma znaczącego odbicia w twórczości literackiej ani opracowaniach naukowych. W poprzednim systemie było to trudne a nawet niebezpieczne, obecnie chyba mało atrakcyjne. Nawet rodzące się tu po 1989 roku społeczeństwo obywatelskie, szukając swych dróg do tożsamości, odwoływało się do odleglejszej przeszłości pomijając ten okres jako, w jakimś stopniu, „wstydliwy”. A był to okres pionierski, heroiczny, kiedy o chłodzie i głodzie przywracano Polsce ten ciekawy i bogaty żuławski region. Proces ten odbywał się w specyficznym czasie, 38 Osadnicy żuławscy w bardzo złożonych uwarunkowaniach geopolitycznych. Czynniki te wywarły ogromny wielowymiarowy wpływ, ze skutkami mającymi odbicie w obecnej rzeczywistości, które oddziaływać będą jeszcze w przyszłości. Pozwoliliśmy bohaterom i świadkom tamtych czasów odejść, nie utrwalając ich wspomnień. Przyszłe pokolenia będą miały prawo mieć do nas uzasadnione pretensje. Jedyną w zasadzie pozycją wspomnieniową dotyczącą powojennego osadnictwa na Żuławach jest wydana w 1973 roku książka „ŻUŁAWIACY - Wspomnienia Osadników Żuławskich”. Jest to pozycja obszerna, zawiera relacje wielu ludzi aktywnych społecznie i zawodowo w tamtym czasie. Jest, niestety, bardzo przesiąknięta ideologicznie i dla prawdziwego, pełnego obrazu Żuław z tego okresu, trzeba starać się szukać informacji również „między wierszami” tej pozycji. To wspomnienia będące treścią tej publikacji są podstawą niniejszego opracowania. Dostępne są również nieliczne wspomnienia osadników żuławskich na stronie internetowej Klubu Nowodworskiego, a także na stronach niektórych bibliotek żuławskich. SZLI NA ZACHÓD OSADNICY Powojenne osadnictwo polskie na Żuławach Wiślanych było elementem wielkiego programu zagospodarowania tzw. Ziem Odzyskanych. Ze względów gospodarczych oraz politycznych osadnictwo na tych terenach było jednym z priorytetów ówczesnej władzy, która mocno zachęcała i w miarę swych możliwości wspomagała ten proces. W popularyzowaniu programu przejęcia ziem zachodnich uczestniczyły wszystkie ugrupowania polityczne i społeczne; od komunistów po narodowo-radykalną prawicę, tak w kraju jak i na emigracji. Również zdecydowana większość społeczeństwa widziała w tym dopełnienie sprawiedliwości dziejowej, zabezpieczenie przed nowym atakiem, panaceum na sytuację wewnętrzną (głód ziemi), a wreszcie cenę za 6 lat upokorzeń i poniżenia. IV roku 194S, zaraz po zakończeniu wojny, rząd polski wydał odezwę, aby każdy, kto tylko pragnie więcej ziemi, wyjeżdżał na ziemie zachodnie. Wyjechało bardzo dużo łudzi, a najwięcej ze zniszczonych terenów. Między innymi wyjechałem i ja w dniu 16 grudnia 1948 roku do powiatu Malbork, gromada Stare Pole, wieś Kławki.” - wspomina Jan Arabasz. Podkreśla jednak motyw ekonomiczny: „Różni ludzie przyjechali na Żuławy, ałe ogromna większość chłopów, którzy się tu znaleźli, to ludzie biedni. Do rzadkości należało, jak ktoś przywiózł krowę czy konia.... Potwierdza tę prawdę Mieczysław Szpinek, pierwszy wójt Ludkowa, obecnego Lubie-szewa: 25 maja 1945 o wschodzie słońca grupa nasza ruszyła z Czachowa, gmina Lasocin, do Jasiec, skąd pociągiem miała wyjechać na teren województwa gdańskiego, ściślej na Żuławy. (...) Wszyscy jechali w niewiadome. Szczerze mówiąc, nie z ochoty ani też na apel rządu, tylko ze zwykłej biedy. Stanisław Kowalczyk ze Stogów wyjaśnia: Z naszego zabudowania został tylko dom mieszkalny, i to też uszkodzony. Jako najstarszy z rodzeństwa zacząłem wspólnie z matką gospodarzyć na naszych czterech hektarach ubogiej ziemi. Mając już jako takie doświadczenie w pracy na roli w większym gospodarstwie, nie umiałem już po prostu pracować na tych kilku morgach piaszczystej ziemi, (...) razem ze swoją rodziną i rodziną żony, na apel Rządu, postanowiliśmy wyjechać na ziemie odzy- skane w celu objęcia gospodarstwa rolnego. - wspomina Henryk Szyszka z Lasowic Wielkich, który wojnę spędził na robotach przymusowych u bauera w okolicach Szczecina. Stanisław Rudziński ze Sztutowa opowiada: (...) na wyłącznym utrzymaniu miałem dwie młodsze siostry i matkę. Rozglądałem się czas jakiś i wreszcie skorzystałem z możliwości, jaką gwarantował Dekret Państwa o zagospodarowaniu Ziem Zachodnich i Północnych. Pożegnawszy rodzinny Cierpigórz w powiecie Przasnysz, włączyłem się w grupę osadników i wyruszyłem do Gdańska w poszukiwaniu pracy związanej z rolnictwem (...). Już w czerwcu 1945 roku urzędy repatriacyjne organizują wyjazdy na ziemie odzyskane. Ludzie masowo zgłaszają się na wyjazd. Korzystam i ja z nadarzającej się okazji i decyduję się na wyjazd do Gdańska, bo to morze, porty, stocznie, a więc łatwość w uzyskaniu pracy i duże możliwości ułożenia sobie życia (...) - wspomina Franciszek Sarnik, który odbudowywał z ruin stację pomp Chłodniewo. Droga na Żuławy dla nauczyciela Aleksandra Sredzińskiego wiodła prosto z wojska: De-mobiłizowanych żołnierzy kierowano na ziemie odzyskane (...) Zostałem skierowany na teren gminy Żurawice, położonej na zielonych Żuławach Elbląskich. Na początek zlecono mi pracę we wsi Wojciechowo, gdzie ocalał budynek szkoły wraz z urządzeniami. Decyzje o tak radykalnej zmianie warunków życia wymagały odwagi i nie przychodziły łatwo, toteż proces osadnictwa przebiegał z oporami. Gdy na terenie powiatu władza ludowa zaczęła się umacniać, a ludność pomimo apelu słabo przesiedlała się na ziemie odzyskane, gdyż reakcja rozsiewała pogłoski, że wojna Anglii i Ameryki z Rosją jest tylko kwestią czasu i to krótkiego, na polecenie władz powiatowych zwołałem w swojej wsi zebranie mieszkańców z udziałem władz powiatowych. Na zebraniu tym w styczniu 1947 roku rzuciłem hasło przesiedlania się 40 Osadnicy żuławscy bezrobotnych i małorolnych na ziemie odzyskane. Hasło chwyciło. Z samej tylko mojej wsi, nie licząc innych, przesiedliło się dwadzieścia rodzin do z góry upatrzonych miejscowości na terenie Żuław - pisze Antoni Banaszkiewicz, późniejszy mieszkaniec Łaszki koło Sztutowa. Innym podjęcie decyzji przychodzi „łatwiej”, są repatriantami, mają niewielki wybór, jak Andrzej Głowacki: 30 października 194-7 roku przybyłem do Marzęcina z upoważnienia Komisarza Ziemskiego w Gdańsku w celu objęcia gospodarstwa rolnego na tym terenie. Miałem ze sobą kartę repatriacyjną z tytułu powrotu ze Związku Radzieckiego (... ). My, repatrianci, nie mamy nic do stracenia (...) - stwierdza Marcin Kostuś z Markus na Żuławach Elbląskich i dalej pisze: Kiedy w roku 1947 dowiedziałem się o osadnictwie na Żuławach, zdecydowałem się na osiedlenie tam. (...) Mieszkałem wówczas w wiosce Cząstkowice, powiat Jarosław, województwo rzeszowskie. Tam zostałem osiedlony jako repatriant z powiatu Sambor, województwo lwowskie. Miałem dwa hektary ziemi rozrzuconej w sześciu kawałkach. Będąc już w Malborku wspomina: Przy nas przyjechały dwa transporty na zwiady. Jeden od granicy litewskiej, drugi z Wołynia - czterdziestu chłopów. (...) Nadchodzą transporty z repatriantami. W pierwszym transporcie kierownikiem był lekarz weterynarii, doktor Krajewski. Osiadł w Malborku i prowadził później powiatową łecznicę zwierząt (...). Przyjeżdżali również z zachodu, jak reemigranci z Francji, w grupie Ambrożego Rychlika, założyciela i wieloletniego prezesa Spółdzielni Produkcyjnej z Lichnów: Przed samym zakończeniem wojny, przeświadczeni, źe nadarzy się okazja powrócić do kraju, zorganizowaliśmy już we Francji Spółdzielnię Parcelacyjno-Osadniczą, która w swoich planach zakładała, źe Wiesław Olszewski 41 osiądziemy gdzieś na rozparcelowanym majątku obszarniczym i będziemy gospodarzyć. (...) Czterdzieści rodzin Polaków powróciło razem z nami z Francji do kraju mimo straszenia, że w Polsce bieda, że czarny chleb. Mnie z moją grupą skierowano na teren województwa gdańskiego (...). Wiele lat później ich losy stały się głównym motywem serialu „Pan na Żuławach” w reżyserii Sylwestra Szyszki. Dla niektórych ziemia ta była azylem, miejscem schronienia w tych skomplikowanych politycznie czasach. Dopiero w 1947 roku, w kwietniu, gdy wyszła amnestia, ujawniłem się i postanowiłem wyjechać na ziemie odzyskane (...)” - przyznaje Józef Liguz z Jeziernika, a Bronisław Radomski, późniejszy wieloletni dyrektor Państwowego Gospodarstwa Rolnego w Sadowię koło Malborka uzasadnia: Zacząłem pracować jako inkasent Państwowego Zakładu Ubezpieczeń w Końskich. Praca była bardzo niebezpieczna, bo po lasach włóczyło się jeszcze wiele różnych ciemnych typów. Po naradzie rodzinnej postanowiliśmy zlikwidować nasze gospodarstwo, ziemie oddać rodzinie i wyjechać na ziemie odzyskane. Niektórzy uciekali przed wymiarem sprawiedliwości: Ci ludzie napłynęli z różnych stron kraju. Kilku z nich, jak się później okazało, było przestępcami na różnym tłe. Uciekli przed odpowiedzialnością... - wspomina Stanisław Rudziński. ZIEMIA OBIECANA Wiedza o żyznych glebach Żuław Wiślanych, o zamożności mieszkańców tej ziemi, znana była od wieków. Doceniali to królowie polscy, opisywali podróżnicy, jak Wincenty Pol czy Zygmund Gloger. Szacuje się, że w okresie międzywojnia na Żuławy co roku przyjeżdżało z Polski około 10 tysięcy robotników sezonowych. Głównie z Kaszub i Kociewia ale również z dalszych stron Rzeczpospolitej. Oni umacniali ten, mityczny niemal, obraz delty, wielu ja-dących tu osadników miało go przed oczami. Niestety, to co zastali, najczęściej bardzo odbiegało od wyobrażeń. Józef Liguz z Jeziernika przyznaje, że: Po przyjeżdzie na tę dobrą ziemię ogarnął nas jednak strach. Rowy pełne wody, a gdzie niżej, to woda i na polu. Szuwary i wiklina jak las.... Kiedy wiosną 1946 roku przybyłem statkiem Żeglugi Gdańskiej do Sobieszewa i wysiadłem na brzeg, zobaczyłem tu mnóstwo zieleni, a wśród niej dużo zburzonych i spalonych budynków. (... ) Cała prawie wyspa pokryta była różnymi okopami, bunkrami, rowami strzeleckimi. Wszędzie pełno było napisów: „Achtung! Minen”. W lesie, na drogach i polach walały się szkielety zabitych zwierząt. Dość często spotykało się szkielety ludzkie leżące w rowach, bunkrach czy zaroślach. Ulegając rozkładowi zatruwały powietrze. Pełno tu było rozbitych i spalonych czołgów, armat, wozów itp. - wspomina Stefan Andrzejczak. Na terenach niżej położonych sytuacja wyglądała jeszcze gorzej, np. na Żuławach Elbląskich: Ziemie w naszej okolicy były częściowo zalane wodą. (...) Wody stały długo. Nawet korzenie drzew pogniły i uschły. Gdzie nie było zalane wodą, rosły ogromne osty, do wysokości dwóch metrów (... ). Podobnie w okolicach Cedrów: (...) odłogi porośnięte trzciną i wikliną, przypominające raczej las niż uprawne pola. (...) znajdowano szczątki samolotów, różne przewody, a niektóre tereny były zaminowane, było dużo broni, do dział włącznie. 42 Osadnicy żuławscy Również w okolicach Żuławek, jak opisuje Hieronim Dudek, Żuławy były zalane wodą na wysokość w niektórych wypadkach na półtora metra. Było to jedno wielkie rozlewisko. W czerwcu 1946 roku wody na polach już nie było, ale widać, jak wysoko stała, świadczyły o tym wierzby nad rowami, które popuszczały korzenie na takiej wysokości, do jakiej były zalane wodą. A w lasach Mikoszewa było bardzo dużo bunkrów i rozbitych samochodów niemieckich. Gdańsk - zniszczony prawie całkowicie - przedstawiał przygnębiający widok. Ulice zawalone gruzami, że trudno przejść; na Wyspie Spichrzów kłęby dymów unoszących się z płonących magazynów zbożowych; mosty pozrywane, przechodzi się po prowizorycznych kładkach. Stocznie kompletnie zniszczone; wejścia do portów zatarasowane specjalnie zatopionymi okrętami wojennymi; port w Gdyni zniszczony łącznie z nadbrzeżami i magazynami. - wspomina swój przyjazd na wybrzeże Franciszek Sarnik. Następnie opisuje, co zastał kiedy dotarł do celu, na Żuławy: Stoję na wale nad rzeką Tugą (obecnie Świętą), rozdzielającą dwa poldery, Chłodniewo i Graniczną, skąd roztacza się posępny widok. Jak okiem sięgnąć, nieprzejrzane rozlewisko wód po obu stronach rzeczki, a wały jak dwie czarne nitki na łustrzanej tafli wód gdzieś daleko zlewają się z horyzontem. Widok niezapomniany, przerażający, do dziś nie zatarty we wspomnieniach z tamtych czasów. Na tym rozlewisku widzi się gromady domów z poszczególnych wiosek oblanych dookoła wodą. Niektóre stoją na cokolwiek wyższym terenie, woda ledwie ich dotyka, ale widać i inne - woda sięga do połowy ich okien, a nawet i pod sam dach. Widać również połamane stalowe maszty linii wysokiego napięcia, wysadzone mosty, przepusty, zniszczone tory kolei wąskotorowej, a na wodzie pływające martwe konie i krowy. Tak podróż na Żuławy, by objąć urząd Wójta, opisuje Mieczysław Szpinek: Samochód jechał wolno. Na drodze było pełno wojska. Jak okiem sięgnąć wszędzie łeżały gruzy, gdzieniegdzie tylko stał dom albo jego cząstka. (... ) Przy wyjeździć z Gdańska co chwila to kontrola. Dopiero za Gdańskiem się rozluźniło. (...) Do Wisły teren był załany. Nawet na drodze stała woda. Na promie powiedzieli staroście, że droga na Nowy Dwór jest zalana i zaminowana. Trzeba jechać na Ludków (obecnie Lubiszewo). Ale tam też nie gwarantują przejazdu, bo za Szymbarkiem (Ostaszewo - przyp. aut.) woda na drodze wysoka (... ). Podobnie swoją wizytę w Nowym Dworze zapamiętał Bronisław Radomski: Były tam zalane nie tylko pola, ale równocześnie przez ulice przepływała woda. Tam, gdzie były wyższe tereny, rosła masowo trzcina i wikliny. A Sądowo, w którym osiadł opisuje tak: Budynki tej wioski były bardzo zniszczone w czasie frontu. Przyjechało tu nas pięć rodzin. Zajęliśmy mieszkania, których nie było czym ogrzać, nie było w nich drzwi ani okien. Ziemia była zarośnięta chwastami i szuwarami. (...) W całym tym dużym gospodarstwie było tylko pięć krów i kilka koni, którym nie było co dać jeść... Tak samo jak Gdańsk, tragiczny obraz przedstawiał zrujnowany Malbork, co wynika między innymi ze wspomnień Mieczysława Szpinka: Podeszliśmy pod zamek. Strach nas obleciał, bo tu czołg na czołgu stoi, wszystko porozbijane. Tablice informują, żeby chodzić po prze-torowanej drodze, nie zbaczać, bo tam są miny. Szliśmy bardzo ostrożnie. Wszędzie tylko wojsko. Cywile przemykają jak szczury. Nikt nic nie wie, gdzie jaki urząd. (...) Przechodząc z powrotem koło zamku weszliśmy do środka. Kręcili się tam ludzie, którzy ostrzegali nas, żebyśmy do lochów Wiesław Olszewski 43 nie wchodzili, bo są tam jeszcze ukryci Niemcy. Na dziedzińcu pełno było papierów i powypychanych ptaków z całego świata. W salach to samo. Wszystko porozrzucane, ludzie po tym depczą, chodzą po salach i opukują ściany. W jednej z sal wisial na łańcuchach wypchany dzik. Poroży różnych zwierząt na ścianach i na ziemi nie do złiczenia. Obrazów, ksiąg, rękopisów całe stosy. Stanisław Kowalczyk opisuje swoje wrażenia - z jednej strony przerażający widok zrujnowanego miasta, z drugiej piękny krajobraz żuławskiej wsi, wiosennych, kwitnących pól rozciągających się po horyzont: 25 kwietnia przybyłem do Malborka. (... ) Był wieczór. Miasto wymarłe. Straszyły kikuty spalonych domów, czeluście okien bez szyb. W dodatku dręczyła obawa, czy czasem jakiś zabłąkany Szwab nie pozostał gdzieś w tych murach. Ściskaliśmy znalezione po drodze granaty jak jakiś skarb. (... ) Ale jeszcze nie koniec wojny, chociaż Berlin jest oblężony. Jeszcze w pobliżu Malborka są i bronią się wojska niemieckie w pasie nadmorskim. (...) Ziemie malborskie w tym czasie przybierają wygląd kolorowego puszystego dywanu. Pola, na których rosną oziminy, mają kolor zielony. Tak samo łąki. Niektóre połacie to sam czerwony mak, inne pokryte są biało kwitnącym rumiankiem, a są też całe staje błękitne od bławatów. Jest też cała masa kwitnącego ostu i kąkołu. Warunki mieszkaniowe, jakie zastawali, były jednak dalekie od przyzwoitych: Mieszkałem w ładnym pałacyku w stylu gotyckim, tyle że bez okien i drzwi, z jedną starą leżanką... -wspomina Stanisław Rudziński. Potem trafił do gospodarstwa w Granicznej: (...) położone nad samą zatoką w szczerym polu, bez światła i wody. Dom stanowił istną ruderę. Jak okiem sięgnąć naokoło widniały ogromne, falujące trzciny, które łączył Załew Wiślany. Zaczęliśmy od uporządkowania budynku mieszkalnego, wszystko tu bowiem było zaśmiecone i wyglądało tak, jakby przeszedł huragan. W poszczególnych pomieszczeniach było pełno papierów, pierza i strzępów odzieży. Nie było żadnych mebli. Już ktoś wcześniej je zabrał. Zewnętrzny widok budynku był odstraszający, brak było dachówek na dachu, powybijane szyby w oknach, zniszczone drzwi - przypomina pierwsze dni na Żuławach Henryk Szyszka. Przybysze dostrzegali i pozytywne elementy w przeogromnym morzu zniszczenia, to często powodowało, że zostali i wrośli w tę ziemie: Zwróciłem potem uwagę na asfaltowe szosy i brukowane drogi, które chociaż były pod wodą to jednak pozostały w dość dobrym stanie - z zadowoleniem stwierdza Marcin Kostuś. Po przyjeździe do Tczewa przeprawiliśmy się przez Wisłę łódką, bo mosty były zniszczone. Wydostaliśmy się wreszcie na Żuławy. Nic nas w pierwszej chwili nie interesowało, tylko żeby jak najprędzej obejrzeć ziemie żuławską. Kiedy pierwszy raz spojrzeliśmy na zaorane pola w Lisewie, nikt oczu nie mógł oderwać od tej ziemi, tak pięknie się przedstawiała - zauważa Franciszek Miller. Drogę z Tczewa do Malborka po przeprawieniu się promem przez Wisłę musiałem przejść pieszo, ponieważ wskutek zburzenia mostów kolejowych na Nogacie i Wiśle pociągi nie kursowały. Z fal wiślanych sterczały tylko zrujnowane przęsła. Był cudowny, słoneczny, lipcowy dzień. Rozpalony asfalt na szosie uginał się pod butami. Odurzająco pachniały miodem przydrożne lipy, czerwieniły się maki na ugorach. Opuszczone domostwa niemieckie ziały otworami okien i drzwi. Na szosie prawie nie było ruchu kołowego - zapamiętał Aleksander Sredziński. 44 Bankowa grupa operacyjna w Kwidzynie w pamiętniku pracownika z 1945 r. Małgorzata Łukianow BANKOWA GRUPA OPERACYJNA W KWIDZYNIE W PAMIĘTNIKU PRACOWNIKA Z 1945 r. Kwidzyn zamieniony na miasto - szpital dla rannych żołnierzy radzieckich przedstawiał żałosny widok. Setki domów, całe dziełnice, dawniejsze centrum handlowe wokół olbrzymiej, prastarej katedry i średniowiecznego zamku - to olbrzymie rumowiska gruzów; miasto bez życia handlowego, towarzyskiego czy innego, przy ogromnych trudnościach aprowizacyjnych, braku światła i wody" - taki obraz Kwidzyna tuż po zakończeniu wojny wyłania się z pamiętnika Michała Wyszogrodzkiego. Co oprócz tego zapamiętali nowi mieszkańcy miasta i jak to miejsce zmieniało się w czasie? Co było istotne z punktu widzenia poszczególnych osób? Często możemy dowiedzieć się tego z rodzinnych opowieści, opracowań oraz książek. Innym źródłem takiej wiedzy są pamiętniki osadników, spisywane na potrzeby konkursów organizowanych przez polskich badaczy. Od kiedy tylko przyłączono Ziemie Zachodnie i Północne w obręb Polski, rozpoczęły się badania socjologiczne na tych terenach. Zmiana społeczna, która miała miejsce tak w Kwidzynie, jak i w innych regionach, które nazywano Ziemiami Odzyskanymi, była historycznym i socjologicznym precedensem. Nic więc dziwnego, że przykuła zainteresowanie badaczy. Można powiedzieć, że nowo przyłączone tereny stały się swoistym „laboratorium” badawczym. Co zatem badano? Najwcześniejszy okres badań nad Ziemiami Zachodnimi dotyczył przede wszystkim kwestii integracji ludności, która napłynęła, niosąc ze sobą zróżnicowanie pod względem kultury, języka, a także stosunku względem nowego miejsca zamieszkania. Badaniem objęto tereny, które zmieniły swoją przynależność państwową i które zostały zasiedlone przez zupełnie nowych mieszkańców. Badaczy interesowało to, w jaki sposób kształtowało się w społecznościach na Ziemiach Zachodnich poczucie swojskości oraz obcości, a także rodzajów zasiedlenia nowych obszarów. W tym celu konieczne było zastosowanie metody badawczej, która takie procesy zmian byłaby w stanie odpowiednio uchwycić. W tym celu organizowano konkursy pamiętnikarskie. Autorom w zamian za przekazanie swoich wspomnień związanych z wybranym okresem oraz tematyką oferowano najczęściej wynagrodzenie. Dzięki temu udało się zebrać dużą liczbę wspomnień. Dotyczyły one rozmaitych aspektów życia społecznego w Polsce po wojnie, a tematyka Ziem Zachodnich i Północnych zajmowała szczególne miejsce. Małgorzata Lukianow 45 Badania pamiętników z czasem stały się, można powiedzieć, specjalnością polskiej socjologii. Pierwszy konkurs zorganizowany został na Uniwersytecie Poznańskim w 1921 roku przez wybitnego polskiego socjologa, Floriana Znanieckiego. Później badania prowadzili także jego uczniowie, Józef Chałasiński oraz Jan Szczepański oraz wielu innych znamienitych polskich badaczy. Konkursy organizowała także Sekcja Socjograficzna Instytutu Zachodniego i te konkursy właśnie dotyczyły specyfiki zjawisk społecznych na Ziemiach Zachodnich i Północnych. Jakie były to zjawiska? Przede wszystkim, dzięki temu, że osadnicy sami spisywali swoje wspomnienia, możemy spojrzeć na tworzenie się nowych społeczności z perspektywy poszczególnych osób i zobaczyć, jakimi kategoriami posługują się one w celu opisania nowej rzeczywistości, w której się znalazły. Dla jednych będzie to więc zaangażowanie społeczne i odbudowa, dla innych - tworzenie nowego domu, dla jeszcze innych osób - wspomnienie wojny i drogi w nieznane. Oczywiście, w relacjach mogą znaleźć się błędy w nazwach i w datach, ale celem badania nie jest poszukiwanie faktów historycznych (choć często badania autobiograficzne historii mówionej mogą ich dostarczać). Nie było jednak tak, że treść pamiętników mogła być opublikowana w zupełnie dowolnej formie. Wiele publikacji obowiązkowo musiało przejść przez ręce cenzora i pamiętniki, nawet pisane w celach badawczych i naukowych, nie były wyjątkiem. W związku z tym raczej próżno szukać w nich opisu trudnych doświadczeń związanych z integracją społeczną. W końcu historia Ziem Zachodnich miała być historią napisaną na nowo Zamieszczony pamiętnik „Bankowa Grupa Operacyjna w Kwidzynie”, rozdział z publikacji „Pamiętniki osadników Ziem Odzyskanych” napisany został przez jednego z tzw. pionierów. Była to ludność polska, przybywająca na Ziemie Zachodnie, skierowana tu do pracy lub przybywająca dobrowolnie tuż po zakończeniu wojny lub jeszcze przed jej oficjalnym zakończeniem. Pionier charakteryzował się - choć może raczej: powinien był lub miał się charakteryzować - inicjatywą, ponadprzeciętnym wysiłkiem na rzecz odbudowy Ziem Odzyskanych oraz niegasnącym entuzjazmem: Właściwa i rzetelna praca dla dobra Ziem Odzyskanych i Polski Ludowej, praca pełna trudu, niewygód i wyrzeczeń, z myślą o zaludnieniu tych ziem i także z myślą o własnej pozycji.... Trudno oczywiście dziś ocenić, na ile ów entuzjazm był rzeczywisty, tym niemniej tego rodzaju narrację zaliczyć można zdecydowanie do obowiązującego wizerunku pioniera. Widzimy także, że niezależnie od kontekstu, rola pionierów była ważna. Kwidzyn w pierwszej połowie 1945 roku był miastem opuszczonym (czego dowiedzieć możemy się z tego pamiętnika, ale wiemy to także z innych źródeł historycznych). W mieście znajdowały się zakłady przemysłowe, które jeśli nie rozmontowane przez Armię Czerwoną, wymagały uruchomienia przez specjalistów, których w mieście nie było. W tym celu właśnie pionierzy otrzymywali nakaz pracy - w celu odtwarzania lub tworzenia instytucji i zakładów. To, co przedstawione jest w bardzo specyficzny sposób, to opis ludności niemieckiej w Kwidzynie. Dowiadujemy się o jeńcach i osobach „repatriowanych”. Istotnie, po zakończeniu wojny Niemców było w mieście bardzo niewielu i można tu wskazać, że autor opisując swoją perspektywę i swoje doświadczenia nie miał być może kontaktu z przedwojennymi 46 Bankowa grupa operacyjna w Kwidzynie w pamiętniku pracownika z 1945 r. mieszkańcami. Bardziej jednak prawdopodobna jest tu swoista „polityczna poprawność” tamtych czasów - kogo władza widzieć nie chciała, tego nie było, tak w statystykach, jak i opowieściach. Ulica Dworcowa (Bahnhofstrafle) z widokiem na Reichsbank, przedwojenna pocztówka, źródło: www.bildarchiv-ostpreussen.de Autor pamiętnika przywołuje budynek byłego Reichsbanku na ulicy Dworcowej. Ulica Dworcowa to była BahnhofstraBe, dziś ulica Chopina. W budynku pod numerem 22 do dziś swoją siedzibę ma bank, niezależnie jaki szyld akurat widnieje na elewacji. W tym budynku także, jak dowiadujemy się ze wspomnień, swoją działalność rozpoczynała Bankowa Grupa Operacyjna. Dziś rzadko stosuje się już metodę pamiętników, choć to metoda o bogatej tradycji. Częściej prowadzone są wywiady autobiograficzne. Służą one zarówno historykom w badaniach historii mówionej, jak i socjologom i badaczom społecznym, którzy dzięki nim poznawać mogą znacznie bardziej pogłębione konteksty zjawisk oraz procesy. Tym niemniej, w archiwach wielu instytucji znajduje się bogata dokumentacja i ogromna liczba pamiętników. Michał Wyszogrodzki - ur. Siekierki, pow. średzki, woj. poznańskie. Zawód: urzędnik finansowy. Wykształcenie: podstawowe. Miejsce zamieszkania na Ziemiach Zachodnich: Kwidzyn, woj. gdańskie. Podczas pisania pamiętnika w r. 1957 autor miał 65 lat. Pamiętnik nr ew. 74. Małgorzata Łukianow 47 BANKOWA GRUPA OPERACYJNA W KWIDZYNIE1 Stosując się do wezwania Instytutu Zachodniego, spróbuję odtworzyć wydarzenia i przeżycia tego okresu. Pracownicy przedwojennego Banku Zarządu Spółek Zarobkowych w Poznaniu, likwidowanego przez 5 lat w czasie najazdu hitlerowskiego, w ślad za cofającym się w popłochu wrogiem poczęli gromadzić się w dymiącym jeszcze i pełnym zgliszcz Poznaniu, by na nowo rozpocząć pracę, oddać swe siły dla odbudowującej się Ojczyzny. W tym czasie, tj. w lutym 1945 roku bank organizował grupy operacyjne i wysyłał je na teren Ziem Odzyskanych, by zakładali tam w poszczególnych miastach oddziały banku, które z polecenia ówczesnego ministra skarbu miały udzielać pomocy finansowej pierwszym osiedleńcom, by w ten sposób przyspieszyć zaludnienie tych ziem oraz ożywić powstające na nowo życie gospodarcze. Etap pierwszy, niejako zamknięty dla siebie, to podróż do Kwidzyna, tego prastarego polskiego miasta na Warmii, do którego zostałem skierowany. Termin wyjazdu ekip, wyznaczonych dla Kwidzyna, Malborka, Elbląga i Olsztyna, ustalono na dzień 18 kwietnia 1945 roku. W tym też dniu, zaopatrzeni w dokumenty, upoważnienia, delegacje, pisane w językach polskim i rosyjskim, wyruszyliśmy w podróż. Komplikacje zaczęły się już na dworcu w Poznaniu, gdyż bileterka nie wiedziała, gdzie leży Kwidzyń, nie mogła również obliczyć należności za przejazd. Opłaciliśmy więc na razie przejazd do Bydgoszczy, dokąd dojechaliśmy szczęśliwie po 15-tu godzinach jazdy częściowo w otwartej węglarce. W Bydgoszczy zorientowaliśmy się, że dalsza podróż chwilowo nie jest możliwa wskutek braku jakiejkolwiek komunikacji. Dworzec główny, poczekalnie i tunele zapchane były ludźmi, wyczekującymi dniami i nocami na okazję wyjazdu. Po bezowocnym 7-dniowym wyczekiwaniu zdecydowaliśmy się na wyjazd drogą wodną do Torunia, skąd jak słyszeliśmy miały być lepsze widoki na dalszą komunikację. Niestety, po kilkudniowym daremnym wyczekiwaniu, wróciliśmy z powrotem do Bydgoszczy okazyjną ciężarówką. Następnego dnia przypadkowo napotkaliśmy na wóz ciężarowy komitetu PPR z Grudziądza, dzięki czemu wygodnie dojechaliśmy do Grudziądza. Jakkolwiek do Kwidzyna dzieliło nas jeszcze 35 km, miał to być jednak najtrudniejszy odcinek podróży. W Grudziądzu, najzupełniej wypalonym, zrujnowanym i martwym trzeba było wytężyć całą energię i spryt, by po prostu znaleźć jakiś dach nad głową i łyżkę strawy... Dzięki również poczynionym znajomościom z żeńską obsługą stołówki PPR, mogliśmy się w pierwszych dniach utrzymać za odpowiednią opłatą. Połączenie kolejowe z miastem Kwidzyn było całkowicie unieruchomione, szyny kolejowe zerwane, toteż należało tylko liczyć na okazję. Przy pewnej dozie szczęścia, wyszedłszy z walizami na Tarpno, przy skrzyżowaniu dróg Kwidzyn-Łasin, zostaliśmy zabrani przez samochód wojsk radzieckich, jadący do Malborka przez Kwidzyn, oczywiście za opłatą litra zakrapianej, w którą przezornie zaopatrzyliśmy się u sympatycznych świetliczanek w grudziądzkim PPR. Owe panienki też, jak również nasze delegacje wypisane w języku rosyjskim wydatnie nam pomagały, za co obiecaliśmy im pomoc kredytową przy założeniu kawiarni w Kwidzynie. W ten sposób ekipa nasza znalazła się w początkach maja 1945 r. w Kwidzynie. Pamiętnik pierwotnie opublikowany został w: Z. Dulczewski, A. Kwilecki [red.] Pamiętniki osadników Ziem Odzyskanych, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1963, s. 280-283. Przedruk za zgodą Wydawnictwa Instytutu Zachodniego w Pozna-mu z zachowaniem oryginalnej pisowni. 48 Bankowa grupa operacyjna w Kwidzynie w pamiętniku pracownika z 1945 r. ... Kwidzyn zamieniony na miasto-szpital dla rannych żołnierzy radzieckich przedstawiał żałosny widok. Setki domów, całe dzielnice, dawniejsze centrum handlowe wokół olbrzymiej, prastarej katedry i średniowiecznego zamku - to olbrzymie rumowiska gruzów; miasto bez życia handlowego, towarzyskiego czy innego, przy ogromnych trudnościach aprowizacyjnych, braku światła i wody. Elektrownia, gazownia, wodociągi nieczynne. Jedynie w pewnych częściach miasta garnizon radziecki uruchomił światło za pomocą własnej lokomobili. W mieście, liczącym jeszcze w styczniu 1945 r. 25 tys. mieszkańców, było zaledwie - w maju 1945 r. - około 350 nowych osiedleńców-Polaków i kilkudziesięciu internowanych Niemców, których później repatriowano. Na miejscu był już przyszły starosta powiatowy, przybyły z Warszawskiego, tow. Sztejni-ke, burmistrz miasta inż. Chmielewski, dwóch przedstawicieli PPR i kilku funkcjonariuszy MO. Najpilniejszą sprawą było zarejestrowanie w Komendzie Wojskowej oraz milicji. Zamieszkaliśmy w tworzonym ad hoc hotelu, urządzonym przez niejakiego ob. Poznańskiego-Całe życie Polaków koncentrowało się na razie przy jednej ulicy, dawniejszej Hindenburg-strasse, obecnie ul. Braterstwa Narodów. Przy tej ulicy, obok starostwa, powstał zarząd miejski, zajmując piękną, ocalałą willę. Pierwszą działalnością miasta było zarejestrowanie przyjezdnych i przydzielanie im opustoszałych domków na przedmieściach za opłatą 100 zł. Wybrałem sobie również, jak i moi koledzy, dom do użytkowania, jednak po pewnym czasie nie zdołaliśmy się ustrzec przed szabrownikami, którzy wykradali co się dało. Zarząd miasta również po pewnym czasie zapomniał, że dom już komuś przydzielił, więc wydawał ponowne zaświadczenie użytkowania tego samego budynku za opłatą 100 zł. Przy zarzą-dzie miasta uruchomiono niebawem stołówkę dla wszystkich, jedyną żywicielkę mieszkańców w początkowym okresie. Na zaprowiantowanie składały się zapasy ziemniaków, znajdujące się w piwnicach opuszczonych domów, pieczywo i mięso uzyskiwane od komendy wojsk radzieckich, a dalej olbrzymie zapasy jakiegoś sera koloru brunatnego, maści do smarowania chleba. Nikt tego jeść nie chciał, ale musiał z konieczności. W połowie 1945 r. utworzyła się powszechna spółdzielnia spożywców, uruchamiając sprzedaż detaliczną artykułów spożywczych przy ul. Braterstwa Narodów, sprzedając początkowo tylko własnym członkom, którzy wpłacili udział w wysokości 100 zł. W drugiej połowie 1945 r. powstawały już liczne warsztaty rzemieślnicze, zarówno w samym mieście, jak i w powiecie kwidzyńskim. Były to warsztaty szewskie, krawieckie, ślusarsko-mechaniczne, cukiernia, dwóch fryzjerów, trudniących się poza swoim zawodem również handlem wymiennym: za swoje usługi otrzymywali od żołnierzy żywność i tytoń [] Uruchomiono Państwowy Urząd Repatriacyjny oraz TZP (Tymczasowy Za' rząd Państwowy) z bardzo energicznym dyrektorem, nie pozbawionym egoizmu. Z tym urzędem TZP trzeba było stale staczać walkę o każdy sprzęt, każde krzesło czy biurko-Punktem kulminacyjnym było wywalczenie dla banku kasy pancernej, która leżała rdzewiejąc na placu, ale natychmiast gdy chcieliśmy ją zabezpieczyć, wkraczał zachłanny TZP i nie chciał jej wydać. Skonfiskował nam również szafę i pianino, przeznaczone dla naszych dzieci. Małgorzata Łukianow 49 ... W tych warunkach, wobec braku odpowiedniego lokalu, spełnienie zadania, otwarcie banku, opóźniało się. Kilka budynków bankowych poniemieckich było zniszczonych, a dom po byłym Reichsbanku był zajęty przez komendanturę. Otwarcie banku nastąpiło dopiero w listopadzie, 1945 r., najpierw przy ul. 1 Maja, a później już w budynku po Reichsbanku przy ulicy Dworcowej. Poczyniono tam pewne konieczne remonty, jak urządzenie centralnego ogrzewania, okratowanie itp. Przytaszczono z pobliskiej wypalonej łaźni piec do centralnego ogrzewania, dalej zwieziono inny konieczny sprzęt, jak stoły, biurka, wszystko na znalezionym wózku, przy pomocy znajomych rzemieślników, korzystających już z kredytu bankowego. Przeprowadzone remonty sposobem gospodarczym przyczyniły się do zaoszczędzenia wielu tysięcy dla skarbu państwa. W budynku bankowym zamieszkała również część jego pracowników. W przylegającym ogródku posadzono kwiaty, sprowadzono drzewa, owocowe z Piątkowa pod Poznaniem od ogrodnika ob. Kuśnierka. Wszystko to dziś zdobi posesję, drzewa owocują ciesząc oko, nagradzając poniesiony trud. Oddział banku otrzymywał stałe dotacje na akcję kredytową, był w stałym kontakcie z NBP w Grudziądzu. Tymczasem mieszkańców przybywało z każdym dniem, uruchamiano nowe sklepy: żywnościowe, tekstylne, masarskie. Widzieliśmy w tym okresie (koniec r. 1945) jeszcze kolumny jeńców niemieckich. [...] Miasto Kwidzyń, w r. 1945, martwe, bezludne, o pustych budynkach szkolnych i wyższych sądów, z biegiem lat zatętniło życiem gospodarczym i towarzyskim. Gmachy publiczne i domy prywatne zwalniane stopniowo przez wojska, zostały oddane właściwemu przeznaczeniu: powstawały szkoły, domy dziecka, internaty i szpital. Ulice ożywiły się, pojawiały się z każdym miesiącem nowe, oświetlone wystawy sklepowe, liczne warsztaty rzemieślnicze wszystkich branż. Rozwój gospodarczy osiągnął szczytowy punkt w latach 1948 i 1949 - Bank Związku Spółek Zarobkowych i powstałe później KKO i BGS miały pełne ręce roboty. Nie pozostało już zbyt wiele czasu na wieczorki brydżowe i towarzyskie aranżowane przez Zrzeszenie Kupców i Powiatowy Cech Rzemiosł, z którymi związany był Bank z racji swojej współpracy gospodarczej z tymi organizacjami. Zwrot ku lepszemu następuje dopiero u schyłku r. 1956 i na początku r. 1957 w wyniku przeobrażeń zapoczątkowanych postanowieniami VIII Plenum Partii. Zmienia się znowu na lepsze wygląd miasta, liczne pozabijane przejściowo okna wystawowe nabierają nowego wyglądu. [... ] Rozpisany konkurs zawiera m.in. pytanie: co myślicie o swojej pracy, jakie odczuwacie potrzeby? Odpowiadam: Właściwa i rzetelna praca dla dobra Ziem Odzyskanych i Polski Ludowej, praca pełna trudu, niewygód i wyrzeczeń, z myślą o zaludnieniu tych ziem i także z myślą o własnej pozycji... Do tego wytkniętego celu zmierzałem konsekwentnie, z całym poświęceniem, z upartą wytrwałością, i pozostaję do dnia dzisiejszego na placu, jakkolwiek minął bez echa jubileusz 10-lecia tej pracy. 50 My z Łemkowyny wygnańcy Teodor Sejka MY Z ŁEMKOWYNY WYGNAŃCY Nikt z dotychczas żyjących nie powiedziałby, że żył w dobrych czasach Wiesław Myśliwski „Ostatnie rozdanie” Nad Beskidem budzi się kolejny majowy dzień. Ogromna tarcza słońca wyłoniła się zza góry i jęła swe promienie rozkładać po łagodnych skłonach wzniesień pokrytych świeży ukwieconą zielenią. Złote słoneczne refleksy zabłysły w szybach wieśniaczych chat. WieS budzi się z kolejnego niespokojnego snu, by codzienną gospodarską krzątaniną zagłuszyć swe wspólnotowe strapienie i od dawna trapiący niepokój. Słychać odgłosy porannego ob' rządku; pojenia bydła, dojenia krów, skrzypienia studziennych żurawi, brzęku wiader. Zda-je się, że dobroczynne promienie słońca śpieszą stroskanym mieszkańcom wsi z pociechą i otuchą, i że swym blaskiem i ciepłem usiłują tchnąć w nich nową nadzieję i unieważnić ten straszny koszmar, który ciężkim brzemieniem zawisł nad ich dalszym bytem i niepewnyn1 jutrem. Cóż jednak można poradzić, gdy koszmar ma na imię przymusowego wysiedlenia z rodzinnej wsi, z ojcowskiej zagrody, z własnej chaty. Czy od tych przyjaznych igraszek sło-necznych promieni może stać się lżej łemkowskim duszom i sercom? Oni nie mogą już mieC żadnych złudzeń. Codziennie dosięgają ich przerażające, fatalne wieści o wysiedleniach kolejnych wiosek, których tragiczny walec toczy się tu ze wschodu, od strony Bieszczad, będących faktycznym teatrum wojennych działań Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). * * * Dwa lata temu skończyła się straszna wojna, naznaczona zniszczeniem i śmiercią, stałyfl1 nękaniem kontyngentami żywności i przymusowymi pracami na rzecz armii niemieckiej/ jak kopanie okopów, dostarczanie drewna na opał, odśnieżanie dróg. Nie raz musieli ucieka^ z domów i kryć się po lasach lub do zbudowanych w ziemi schowkach na ziemniaki (skle' pach) przed nalotami samolotów. A gdy na jesieni 1944 roku Rosjanie przerwali front i przystąpili do bezkompromisowej walki o panowanie nad pobliską Przełęczą Dukielską, przyszła im na długie miesiące opuścić swoje domy i na własną rękę szukać sobie przytułku w odległych wioskach, gdyż ich rodzinny Grab znalazł się na linii frontu. Przymusowe opuszczeni własnych domów oznaczało dla nich społeczną i materialną degradację i przyjęcie status^ żebraków w obcym środowisku, niechęć lub odmowę przyjęcia ich pod obcy dach. Naszej 9-osobowej rodzinie było szczególnie trudno znaleźć sobie miejsce na przezimO' wanie.Wreszcie, po wielu nieudanych próbach i błąkaniu się po okolicy trafiliśmy do Nowica, oddalonej o 20 kilometrów od domu. Mamy ze sobą 2 krowy i młodziutką kobył' Teodor Sejka 51 kę. Gospodarz, człowiek małomówny i nieprzystępny zgodził się nas przyjąć i przezimować, jeśli w zapłatę za to otrzyma jedną naszą krowę. Pobyt w Nowicy od października 1944 do Wielkiej Nocy 1945 był dla rodziny okresem głodu, nędzy, upokorzenia i niewolniczego wypełniania woli gospodarza. W dodatku na wiosnę gospodarz wykalkulował sobie, że zamiast krowy bardziej opłaci mu się wziąć naszą kobyłkę, bo ma podobną swoją, więc będzie doskonała para do zaprzęgu. Perspektywa gospodarstwa rolnego bez konia była dla naszej rodziny nie do przyjęcia. Wywiązał się długotrwały ostry konflikt, gospodarz był zacietrzewiony w swojej nieustępliwości. Ustąpił dopiero w wyniku interwencji oficera rosyjskiego, któremu poskarżył się ojciec. Przestraszony gospodarz - właściciel domowej olejarni, z obawy, że mogą wyjść na jaw liczne jego oszustwa, wołał nie ryzykować swoim życiem, zgodził się więc nie brać od nas żadnej zapłaty za przezimowanie. Później, słowo Nowica przez długie lata w życiu rodziny funkcjonowało jako synonim skrajnej nędzy i upokarzającej poniewierki. Często było tak, że gdy ktoś z nas dzieci wybrzydzał na jedzenie rodzice wyrażali swój gniew i oburzenie słowami: „Nowicy na was trzeba!” Wracamy z Nowicy do domu, chociaż nie mamy pewności, czy ostała się nasza chata. Na szczęście jest. Stoi, tylko bez szyb, bo wyleciały od wybuchów bombowych. Wreszcie mieszkamy u siebie, chociaż z oknami zabitymi deskami. Ale spokojna wieśniacza egzystencja nie jest nam przeznaczona. Nowa fala niepokoju i udręki wiąże się z aktywnością UPA, głównie na terenie Bieszczad. Już 9 września 1944 roku w Lublinie był podpisany układ pomiędzy Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego i Ukraińską Socjalistyczną Sowiecką Republiką o przesiedleniu na Ukrainę ludności, która mogłaby sprzyjać oddziałom UPA. Ponieważ komunistyczna władza nie stosowała żadnego rozróżnienia między Łemkami a Ukraińcami, plany przesiedlenia dotyczyły wszystkich. Agenci sowieccy organizowali specjalne imprezy propagandowe, połączone z zabawami tanecznymi, by przekonać miejscową ludność o dobrobycie na Ukrainie i skłonić ją do masowego, dobrowolnego wyjazdu. „Nie brać niczego ze sobą, bo tam w kołchozach jest wszystkiego pod dostatkiem” - brzmiała zachęta. „Spalimy cię, jeśli z nami nie pojedziesz na wschód” - brzmiała groźba, gdy zachęta okazała się nieskuteczna. W pierwszej kolejności na wyjazd zapisywały się rodziny, które w wyniku działań wojennych straciły wszystko i nie miały żadnych warunków do dalszej egzystencji. Inni ulegli przebiegłej i natarczywej propagandzie o raju na wschodzie, o dobrobycie i swobodach religijnych w Kraju Rad. Wielu naiwnych widziało się już tam, w warunkach sytego, dostatniego życia na żyznej ziemi Radzieckiej Ukrainy. Były Łemkowskie wsie, których mieszkańcy w komplecie zapisywali się na wyjazd: Kotań, Rozstajne, Swierżowa Ruska, Nieznajowa, Radocyna. Łemkowie z Radocyny wzięli nawet ze sobą dzwon cerkiewny, by służył im w nowej parafii, którą tam utworzą. Wielu nie było w stanie uwierzyć swoim duchownym, że tam na wschodzie praktyki religijne są zakazane, a obiekty sakralne zamieniono na stajnie i magazyny. Wszystkich, którzy wyrazili zgodę na wyjazd w latach 1944-1946 kierowano na Daleką Ukrainę, do Donbasu, Kirowogradu i Charkowa. U celu swej podróży zobaczyli wielkie przestrzenie stepowe bez drzew, potoków, rzek i lasów -przestrzeń zgoła różniącą się od tej zostawionej w Beskidach. Okazało się, że ziemia jest 52 My z Łemkowyny wygnańcy (KKWl URZĄD gEPATRiACYJMY HW. Ob. mieszkance /nia^ta* gmina inne miejsc członkowie^ego rodziny wsi 1*1» ^J^raz eńcza urodź. U) roku dnia _____1*47 _ Nr. d. mm przesiedlają się następujący Uwaga ^.nazwisko Lp Rok ur. U2Lr H. im Stosunek pokr. do L4 ' głoiug rodziny Przesiedlający się): a) zabiera ze sobą: koni j . krów . trzody chlewnej kóz oraz'następujący inwentarz martwy owiec potrzebne »kielltó- U Karta przesiedleńcza Nr 17782, fot.archiwum autora _Au_y.ii. z.. .z.k*£ Łta..... . .'lwi-pozostawił: ziemi ogółei w rym użytków rolnych dom mieszkalny (jakB ; stodoła szopa Teodor Sejka 53 wspólna, kołchozowa. Była to dla nich rzeczywistość rodząca rozpacz, choroby, beznadzieję a czasem obłęd. Osobliwym przykładem jest tu wspomniana wieś Radocyna, która w lipcu 1945 w całości (84 rodziny) wyjechała na wschód, do obwodu Krzywy Róg. Gdy rozejrzeli się w nowym otoczeniu, nie pozwolili się rozładować z wagonów i zażądali powrotu w swoje rodzinne strony. Po 4 miesiącach tułaczki w pociągach, w dniu 6 listopada 1945 ich transport powrócił do stacji Gorlice - jako jedyny przypadek powrotu w historii przesiedleńczej. Tu na stacji, po 3 dniach przekonywania ich przez MO, UB i NKWD, transport, tym razem już pod eskortą, zawrócono do ZSRR, skąd nigdy nie wrócił. 6 rodzin z tego transportu nie dało jednak za wygraną i zwróciło się do Ambasady Polskiej w Kijowie, gdzie udało im się załatwić dokumenty repatriacyjne i wiosną 1946 wrócili do Polski. Zamieszkali na swoim, chociaż mieli duże przykrości ze strony UB, MO i władz administracyjnych. Ale wkrótce miało się okazać, że powrócili tu po to, by doczekać się Akcji Wisła i 11 czerwca 1947 roku wszyscy zostali wysiedleni na Ziemie Zachodnie. Po wojnie, już w 1946 roku, sytuacja gospodarcza i duchowa na zachodniej i środkowej Łemkowszczyźnie była stabilna; ocalało wiele domów, funkcjonowały tu parafie, ludzie uprawiali swoją ziemię, przejmowali też ziemię po tych co wyjechali na Ukrainę. Mimo to zagrożenie przymusową wywózką nie traciło na sile. Pozostające dotąd rodziny w Grabiu w kwietniu 1945 roku wraz z inwentarzem skoncentrowano we wsi Świątkowa Wielka. Rodziny te rozmieszczono po dwie w opuszczonych domach po wysiedleńcach. Tu miały czekać na samochody wojskowe, które zabiorą je do stacji kolejowej w Jaśle, by stamtąd odprawić wprost do obiecanego raju na Ukrainie. Na nasze szczęście oczekiwanie na samochody przedłużało się i po tygodniu, pod osłoną nocy, udaje nam się z całym majdanem czmychnąć z powrotem do Grabiu. Specjalne komitety przesiedleńcze ciągle nie ustawały w wysiłkach, nachodziły domy tych opornych na propagandę obiecanego raju, stosowały groźbę i podstęp, wymuszały pozorną zgodę na wyjazd. Dlatego całe rodziny, często przez dłuższy czas kryły się po lasach, by uniknąć brutalnego wymuszania na nich żądanej decyzji. Ukrywające się rodziny w swoich domach często zostawiały tylko swoich dziadków, by udaremnić wszczęcie czynności wysiedleńczych. Pewnego dnia sowieccy naganiacze przyszli do naszego domu, zobaczyli dziadków i kazali im pakować się na wyjazd na Ukrainę. Babcia zawinęła w węzełek niedawno upieczony chleb, po czym dziadek oświadczył, że już są gotowi. - A gdzie macie bagaże? ■ My tu po froncie nic więcej nie mamy. A wy, jak nas zabieracie, i u was jest taki dobrobyt, to na pewno coś nam dacie. Widząc samych staruszków, machnęli ręką i zostawili ich w spokoju. Po zakończeniu wojny władza wciąż poszukiwała skutecznego sposobu pozbycia się swych niechcianych obywateli przez wysłanie ich na Ukrainę. Zamiar ten dotyczył na równi Ukraińców jak i Łemków, mimo że mentalnie lud ten był daleki od narodowościowej identyfikacji z Ukraińcami. Na ten temat istnieją różne przeciwstawne orientacje, nawet wśród samych Łemków. Dlatego spór ten pozostawiam historykom - znawcom przedmiotu. 54 My z Łemkowyny wygnańcy Doświadczenie własnego życia zapewnia mnie o stałym poczuciu własnej odrębności kulturowej i narodowej Łemków, mimo stronniczych manipulacji polityków. Tymczasem władzom wciąż daleko było do ostatecznego rozwiązania kwestii oczyszczenia południowo-wschodnich ziem kraju z ludności niepolskiej, która mogłaby stanowić zaplecze żywnościowe i militarne (przymusowe wcielanie rekruta) dla oddziałów UPA. Ale niebawem nadarzyła się świetna okazja, ku całkowitemu rozwiązaniu tej kwestii. Bezpośrednim propagandowym powodem była śmierć generała Karola Świerczewskiego - Waltera. Zginął on w dniu 28 marca 1947 roku w Jabłonkach koło Baligrodu (w Bieszczadach); gdy jechał na inspekcję placówki do Cisnej. Oczywiście, ogłoszona wersja wydarzenia nie mogła być inna, niż obciążająca za tę śmierć siły UPA. Korzystając z nadarzającej się sytuacji władza pośpiesznie powróciła do swojej wcześniejszej koncepcji, by niechcianą ludność nie wysiedlać na Ukrainę, lecz na Ziemie Odzyskane, rozwiązując ten palący dla niej problem we własnym zakresie bez współpracy z rządem sowieckim. Działania były błyskawiczne. Już w ciągu kilkunastu godzin po tym wydarzeniu Biuro Polityczne KC PPR podjęło decyzję o deportacji tej ludności na tereny poniemieckie. Akcja otrzymała kryptonim „Akcja Wisła” i była kierowana przez zastępcę szefa Sztabu Generalnego WP gen. Stefana Mossora. Akcja rozpoczęła się 28 kwietnia 1947 roku o godzinie 4. Do jej przeprowadzenia zaangażowano łącznie 20 tys. żołnierzy oddziałów Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego oraz dodatkowo siły WOP, MO, ORMO i UBP. Jeszcze wcześniej, w styczniu 1947 roku były sporządzone spisy tych rodzin, których nie udało się wysiedlić wcześniej na Ukrainę. Teraz miały one przydać się w ostatnim akcie dramatu wysiedlenia, oficjalnie ogłaszanego jako represja za zamordowanie gen. Waltera. Warto zwrócić uwagę, że współcześnie znane są liczne opinie dezawuujące postać gen-Waltera, i że stał się on dla władz osobą niewygodną. Wikipedia np. podaje na ten temat bardzo ciekawy szczegół, który dotyczy generalskiego munduru przechowywanego w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Na mundurze jest otwór od ostrego narzędzia w tylnej jego części, co mogłoby sugerować cios zadany nożem przez siedzącego z tyłu członka jego własnej obstawy. Być może komunistyczna władza chciała się pozbyć „zasłużonego’ generała, a jego śmierć wykorzystać jako doskonały pretekst do oczyszczenia Bieszczad i Beskidu z resztek ludności tubylczej. Tym razem władza dobrała się do niej już ostatecznie- Dla Łemków z Grabiu działalność sił UPA była niedostrzegalna, bo nie było w tej okolicy żadnych jej działań, stąd nie orientowali się zupełnie w ogólnej sytuacji strategicznej-Jedyny incydent, który dotknął społeczność wsi zdarzył się latem 1946 roku na trasie Gon lice - Grab. Pięciu polskich żołnierzy wiozło wtedy furmanką amunicję na placówkę WOP w Grabiu. Po drodze we wsi Jasionka ostrzelał ich oddział UPA, w wyniku czego zginęło 3 żołnierzy, a 2 wzięto do niewoli. Śmiertelnie ranna została wtedy 17-letnia dziewczyna z Grabiu Maria Dawyd, która wraz z innymi osobami okazyjnie zabrała się tą furmanką-Tyle wiedziano w Grabiu o UPA, dlatego nie podejrzewano dalszej eskalacji zagrożenia swego bytu w rodzinnej wsi. Grabianie przetrwali tu groźne wichry wojny, ewakuacje spod linii frontu, skuteczni^ oparli się licznym próbom wywózki za wschodnią granicę, wszystko to miało się okazać Teodor Sejka 55 na próżno, bo złe wieści nadciągały od strony Bieszczad. Stamtąd też toczy się miażdżący walec wysiedleń. Przetacza się sprawnie, szybko i metodycznie na zachód i sięga już po ich Ojcowiznę. Hiobowe wieści przenoszą się jak płonąca żagiew obejmująca nazwy kolejnych łemkowskich wsi. Niedawno Krępna, Polany, wczoraj Wyszowatka. Pętla przeznaczenia zaciska się coraz mocniej. Teraz już nieuchronna kolej na Grab. Czy ludzie w tych domach mogą teraz myśleć o czymś innym? Czy może ich coś pocieszyć? Czy mogą szukać ratunku w ucieczce, w ukryciu się razem z dziećmi, starcami, z krowami, z dobytkiem całego życia? Pozostaje jedynie pokorne czekanie na dopełnienie się niesprawiedliwego losu. Zbliża się to, co wisiało nad nimi nieuchronnie. Fatum przychodzi tu tego samego majowego dnia 1947 roku, kiedy to łaskawe i przyjazne słoneczko tak mocno starało się swym blaskiem i ciepłem pocieszyć i dodać odwagi stroskanym mieszkańcom. Tego właśnie dnia do wsi Grab przyjeżdża uzbrojony pluton wojska. Żołnierze rozbiegają się po chatach i zwołują w trybie natychmiastowym zebranie wszystkich dorosłych mieszkańców przed domem sołtysa. Wieś jest mocno przerzedzona, bo większość rodzin wyjechała już na Ukrainę. Tych, co wciąż tu jeszcze trwają, pozostało 28 rodzin. Przed wojną Grab liczył 110 numerów, zamieszkiwało tu około 530 osób. Teraz zbliża się kres tego trwania. Zebrani ludzie wiedzą już dobrze o co chodzi. Narasta nastrój trwogi i lęku przed nieznaną przyszłością. Zebranie jest krótkie. Dowodzący plutonem porucznik w asyście uzbrojonych żołnierzy oznajmia, że decyzją władz „wszyscy mieszkańcy wsi zostaną przesiedleni na inne miejsce”. Jutro rano mają być spakowani i gotowi do drogi przed placówką WOP do godz. 11. Można zabrać ze sobą inwentarz żywy, wóz, podstawowy sprzęt rolniczy, naczynia kuchenne i żywność na drogę. Kto nie ma własnego wozu i konia, ma spakowany czekać przed chatą na samochód wojskowy. S6 My z Łemkowyny wygnańcy W tonie tego polecenia ludzie nie wyczuwają szczególnej wrogości czy rygoryzmu. Być może dowódca, na dnie swej duszy, żywi współczucie dla prostych, krzywdzonych ludzi. Zresztą, władze dobrze wiedzą, że na tym obszarze Łemkowszczyzny nie ma żadnych działań UPA, tym zapewne tłumaczy się miękkość w postawie porucznika spełniającego swoją powinność. Wysiedlenie musi się jednak dokonać, ale zastosowane środki są tu daleko łagodniejsze od tych stosowanych w Bieszczadach, gdzie grupuje się trzon militarno-opera-cyjny UPA. Tam stosowano zasadę, że wojsko otaczało wieś o świcie, aby nie dopuścić do ucieczki ludności do lasu. Obowiązywał tam też rygorystyczny przepis porządkowy ostrzegający, że każdy, kto pozostałby we wsi po wysiedleniu, będzie uważany za członka bandy. Instrukcja przewidywała tam tylko 2 godziny na spakowanie się i opuszczenie domów. Tutaj jest znacznie łagodniej, bez tej bojowej gotowości. Ludzie mają czas do rana. Władze widocznie uznały Łemków za mniej groźnych, aczkolwiek też niechcianych i przeznaczonych do przesiedlenia. Maj, pora prac polowych, a im zawalił się świat. Zebranie zakończyło się. Do jutra są wolni, ale jakby już nie u siebie. Mają o czym myśleć. Teraz nie są zdolni wyobrazić sobie własnej przyszłości. Gdzie zrzuci ich los? Na razie jeszcze do jutra są wspólnotą z dziada pradziada, zżytą społecznością. Jak będzie tam, na tym „innym miejscu”, nikt nie może wiedzieć. Jest wieczorna pora nabożeństwa majowego, ludzie jakby samorzutnie po raz ostatni gromadzą się w swojej cerkwi (grekokatolickiej), by wyżalić się w swoim zbiorowym utrą' pieniu przed Bogiem i Najświętszą Matką, by pożegnać swoją ukochaną świątynię, w cieniu której upływało życie wielu ich pokoleń. Przed ikonostasem każdy stawia zapaloną świeczkę. Nieobecnego księdza zastępuje miejscowy diak. Rozpoczyna się tu ostatnie ich wspólne nabożeństwo majowe, jutro już ich tu nie będzie, trudno więc wątpić w szczerość i gorliwość tej modlitewnej skargi. Cerkiewne śpiewy do Matki Bożej wkrótce przechodzą w ogólny płacz i szloch. Płaczą nie tylko kobiety. Tu, w tej świątyni łatwiej im przychodzi pogodzić się z losem, przyjąć na swe barki brzemię swego krzyża, dlatego modlą się o szczęście na drogę czekającej ich tułaczki. Ale na rozpacz nie mają czasu, bo przed nimi dziś pracowita noc pełna przygotowań w daleką, nieznaną, obcą, wrogą przestrzeń. Spieszą więc do domów by spakować swój dobytek, przygotować się do podróży. W taką noc nie może być mowy o spaniu. Ktoś miele na żarnach zboże na mąkę, ktoś piecze chleb na drogę. Inni robią masło i twaróg. W niektórych zagrodach zabijają kury, króliki, lub nawet cielę, żeby zabrać ze sobą mięso, chociaż łatwo przewidzieć, że w warunkach tułaczki, przy majowych temperaturach nie będą mieli z tego żadnego pożytku. Trzeba zdecydować co zabrać, co zostawić. Trzeba pamiętać o wszystkim co jest niezbędne do przeżycia, zwłaszcza dla dzieci. Czas biegnie nieubłaganie, zaczyna świtać, trzeba jeszcze koniecznie wyprowadzić krowy na łąkę, by się napasły przed długotrwałą podróżą, bo do najbliższej stacji kolejowej wjaśle jest 50 kilometrów. Następuje kulminacyjna odsłona dramatu rozstania. Jeszcze wczoraj byli tu gospodarzami i właścicielami swych zagród, dziś już tylko wyrzuconymi ze swej własności wygnańcami. Nie łatwo jest rozstawać się na zawsze z rodzinnym domem, w którym się żyło od wielu pokoleń. Płacz i lament towarzyszy tym pożegnaniom. Ludzie na odchodne całuje progi swoich chat. Przyszła pora deportacji. Wozy wypełnione dobytkiem, dziećmi i stal-' Teodor Sejka 57 cami gromadzą się na miejscu zbiórki. Za wozami idą prowadzący krowy. Rusza kawalkada wozów eskortowana przez uzbrojonych żołnierzy. Mają oni z jednej strony nie pozwolić na to, by oddziały UPA mogły przeszkodzić w procesie wysiedlania tubylców, a z drugiej, by ktoś z wysiedlanych nie uciekł po drodze. Wyjeżdżających żegna szczekanie i wycie psów pozostawionych przez gospodarzy, ryczą zdziwione niecodzienną sytuacją prowadzone za wozami krowy. Po mieszkańcach Grabiu pozostaje tylko smutny cień ich obecności, ich przestrzeń zapełnią wkrótce obcy przybysze. Rdzenni grabianie nie wypełnią już wnętrza swojej cerkwi, na zawsze pozostawią groby swych zmarłych przodków. Będą tu przybywać tylko w myślach, a rodzinna wieś na długo stanie się stałym tematem ich snów, tam, gdzieś „na innym miejscu”. Wyjazd ze wsi prowadzi pod bardzo stromą górę. Wtem, z jednej z zagród wybiega pozostawiona koza z koźlętami, miałaby ochotę dołączyć do swych właścicieli, ale na drodze pod górę tworzy się niesłychany harmider i zamieszanie. Drobne górskie pojedyncze koniki nie radzą sobie z pociągnięciem przeładowanych ciężarem wozów. Wozy toczą się w dół. Jeden z koników pada na kolana. Wrzaski woźniców i konwojentów, ogólny tumult ostatecznie zniechęca kozę do udziału w akcji wysiedleńczej. Wystraszona i zrezygnowana wraca na swoje miejsce, skąd przyszła. Pod wieczór eskorta zarządza pierwszy nocleg w miejscowości Krempna. Tu dołączają wysiedleńcy z Desznicy i z Jaworza. Ludzie poją krowy, starają się by skubnęły gdzieś choć trochę trawy, sami też posilają się tym co zabrali ze sobą. Potem układają się do snu. Dla kogo zabrakło miejsca na wozie mości sobie legowisko pod wozem. Rano przed wymarszem, znów najpierw troska o fundament chłopskiego bytu - o krowy, trzeba je napoić i zadbać by choć trochę się napasły. Po całodziennej podróży karawana wysiedlonych dociera do stacji kolejowej w Jaśle. Na przyległym do torów placu tworzy się ludzkie koczowisko furmanek i bydła. Tu teraz trzeba czekać na wagony kolejowe, które zawiozą ich do miejsca przeznaczenia. Ale wagonów na razie nie ma. I nie wiadomo kiedy będą. Pozostaje więc koczowanie pod chmurką, na szczęście jest ciepła majowa pogoda. Trzeba karmić bydło i swoje rodziny. Zabrali ze sobą zapasy chleba, mają przy sobie krowy, więc chleb i mleko są głównym pożywieniem. Gorzej jest ze zdobyciem paszy dla krów. Mijają dni koczowania przy torach. Wkrótce też przekonują się o bezcelowości zabranego z domów mięsa. Liczne jego nadpsute kawały leżą teraz na śmietniku. Ich zapach wywołuje wstręt. Podczas tego oczekiwania ojcowie rodzin wzywani są do namiotu, gdzie pracują urzędnicy Powiatowego Urzędu Repatriacyjnego (PUR), którzy wydają każdemu z nich Kartę Przesiedleńczą. Karta zawiera wyszczególnienie członków rodziny pozostawione nieruchomości (budynki i areał ziemi) oraz co zabierają ze sobą. W innym namiocie odbywają się przesłuchania osób najbardziej podejrzanych o nielojalność w stosunku do władzy ludowej lub o sympatię do UPA. Chodzi o sondowanie nastrojów wśród wysiedlanych, czasem jest to propozycja współpracy w formie funkcji donosiciela. Wreszcie po tygodniu podstawiono oczekiwane wagony. Kończy się koczowanie przy torowisku z nocowaniem na wozach i pod wozami. Z reguły jeden wagon towarowy przy- 58 My z Łemkowyny wygnańcy dzieła się na dwie rodziny. Z jednej strony krowy i konie, z drugiej ludzie i ich dobytek. Stanowimy liczną, 9-osobową rodzinę, dlatego do nas dołączono tylko jedną samotną kobietę z dzieckiem, której żywy inwentarz składał się z jednej kozy. Zabieramy ze sobą drobną, górską czerwoną kobyłkę, oraz dwie krowy - Krasulę i Różaną. Podróż ciągnie się długo z licznymi przestojami na bocznych torach. Dokuczają fatalne warunki higieniczne. Ale najważniejszym problemem jest zdobywanie paszy dla bydła, której po prostu nie ma. Na postojach konwojenci pozwalają, by mężczyźni oddalali się od pociągu i mogli tam nakosić trawy. Ludzie ochoczo chwytają za kosy i ruszają na pierwsze napotkane łąki, to zaś rodzi ostre konflikty z właścicielami tych łąk. By nie dochodziło do rękoczynów konwojenci wzywają do szybkiego powrotu do wagonów. Chłopi w pośpiechu chwytają w płachtę, co udało się ukosić i uciekają przed obrońcami swej własności. Pociąg natychmiast rusza i w ten sposób konflikt każdorazowo się zażegnuje. Przez wszystkie dni podróży głównym pożywieniem jest własny chleb i mleko od własnych krów. Czasem mojej mamie udało się nawet w tych warunkach wytworzyć twaróg z wydojonego mleka. Nie ma żadnej ciepłej strawy, nawet cieplej herbaty. Jedynym otrzymanym posiłkiem w ciągu tygodniowej jazdy jest litrowa konserwa ziemniaczano-warzyW-na jedna na dwie osoby, przydzielona nam z darów UNRY. Niestety nie ma warunków, żeby podgrzać jej zawartość, wiec jemy to na zimno. Jestem najmłodszy w rodzinie, za 3 miesiące będę miał 4 lata. Na moje szczęście nic jeszcze nie rozumiem, co się z nami dzieje i co to wszystko znaczy. Nie zdaję sobie sprawy z całej głębi naszego życiowego dramatu. Nie dzielę więc przerażenia, przygnębienia i rozterki rodziców, dziadków i starszego rodzeństwa. Nie interesuję się tym gdzie rzuci nas los. Cierpię tylko z powodu niewygody podróżowania, z powodu mojej ograniczonej aktywności ruchowej w obrębie przestrzeni wagonu. Dokucza mi nuda niekończącej się jazdy i niezaspokojona potrzeba nowych doznań wzrokowych. Mogę tylko wejść na jedną lub druga skrzynię lub zejść na podłogę. Jedna, to skrzynia posażna mojej mamy Anastazji, druga, to skrzynia posażna babci Marii. W obydwu tych skrzyniach zawarty jest cały zabrany z domu dobytek i żywność. Siedząc na jednej z nich, przez małe górne okienko wagonu widzę tylko druty elektryczne i co chwilę migające mi przed oczyma białe fajki izolatorów. Więcej świata nie widać. To zbyt skąpa i zbyt nudna porcja wrażeń poznawczych i estetycznych jak na potrzeby czterolatka. W dodatku takie przebywanie na skrzyni może w każdej chwili skończyć się dla mnie groźnym upadkiem, gdyż każdemu z licznych zatrzymań pociągu towarzyszy bardzo silne zderzenie się z buforów sąsiadujących ze sobą wagonów, a każde ruszanie pociągu z miejsca dostarcza wielokrotnych silnych szarpnięć, jakby robił to ktoś na złość. Podczas tych operacji trudno utrzymać się na nogach, nawet na podłodze, a upadek z wysokości skrzyni mógłby się skończyć nawet złamaniem kości. Na postojach sąsiedzi mówią, że to specjalne szykany załogi pociągu w stosunku do nas, jako ludzi podejrzanych, że starają się nam dokuczyć jak się da. Po tygodniu tak mało komfortowej jazdy pociąg zatrzymuje się na bocznym torze w Olsztynie. Tu gdzieś mamy być osiedleni. Zniecierpliwieni czekamy na rozładunek, ale postój w jakoś się przeciąga. Trwają jakieś narady decydentów z załogą pociągu, wreszcie okazuje się , że na terenie województwa olsztyńskiego wszystkie wolne gospodarstwa s4 Teodor Sejka 59 już zasiedlone. Dlatego musimy jechać jeszcze dalej. Ale dorośli mają jeszcze dodatkowe poważne zmartwienie. Nasza Krasula od kilku dni nic nie chce jeść, leży, ciężko oddycha i stęka. Z każdym dniem jest z nią coraz gorzej. Trwają dramatyczne narady z sąsiadami. Diagnoza jest niepomyślna. Krowa jest cielna, a liczne silne uderzenia i szarpnięcia wagonu podczas jazdy zaszkodziły właściwemu ułożeniu jej płodu. Jest oczywiste, że w tych warunkach nie ma żadnej szansy, by mogła się sama ocielić, i że właściwie jest już dla nas stracona. Dziwnym trafem znalazł się jakiś człowiek, który podjął się próby ratowania naszej Krasu-li. Mężczyźni kładą ją na drabinę od wozu i wynoszą z wagonu. Nieznany dobry człowiek przystępuje do dzieła, i o dziwo, wyjmuje z jej trzewi żywe cielątko. Niestety, po takim porodzie krowa nie jest do uratowania. Naszą Krasulę i jej cielę trzeba oddać do rzeźni. Po tym smutnym rozstaniu jedziemy w dalszą drogę. Znów migają mi przed oczyma niekończące się białe fajki na słupach. Następnego dnia pociąg zatrzymuje się w Kwidzynie. Wreszcie zaczyna się upragniony wyładunek z wagonów. Na przestrzeni pomiędzy torowiskiem i wysoką skarpą ulicy stoją w rzędzie pół okrągłe blaszane budy. Tu otrzymujemy tymczasowe zakwaterowanie. Kwidzyński PUR spisał się lepiej, niż tamten w Jaśle. Przynajmniej nie będziemy nocować pod gołym niebem. Tu też otrzymujemy konserwy z UNRY i czekamy na przydzielenie nam docelowego miejsca osiedlenia. Ale z tym władze jakoś się nie śpieszą. Tułaczka wciąż nie może się dopełnić. Szczególnie dojmująca jest troska o paszę dla zwierząt. Skąd wziąć ją w mieście. Pod skarpą przy torach koczujemy już cały tydzień. Wreszcie przyjeżdża po nas furmanka, która zawiezie nas na miejsce, do „ziemi obiecanej, chociaż niechcianej”. Przyjechał po nas gospodarz ze wsi Rudniki, pan Zdunek. Mamy teraz do dyspozycji wóz własny i wóz pana Zdunka. Jedziemy do wsi oddalonej od Kwidzyna o 25 kilometrów. Wieś nazywa się Ugory, później przemianowana zostanie na Barcice. Jest 24 czerwca 1947 roku, późnym popołudniem jesteśmy u celu tułaczki. Zastraszeni i zmordowani podróżą nie spodziewamy się tu luksusów. Wszak przywieziono nas tutaj naznaczonych stygmatem winy, chociaż sami nie bardzo rozumiemy w czym moglibyśmy zawinić wobec ludowej władzy. Gdy nasi nowi sąsiedzi pytają, skąd przyjechaliśmy i co my za jedni, moja mama potrafi im wyjaśnić tylko tyle, że „my z akcyji U , przekręcając to, co gdzieś słyszała, dając dowód bezgranicznej pokory wobec losu i braku zrozumienia powodów całego zamieszania, w której wzięliśmy udział. A jednak nowa rzeczywistość, mimo wszystko jest mocno rozczarowująca. Oto sołtys wsi Ugory przydziela nam ubogą chatkę ze słomianą strzechą, połączoną z niewielka stajenką i stodółką. W dodatku mamy tu mieszkać na razie wspólnie z inną 4-osobową rodziną -razem 13 osób. Oglądamy wnętrze domu. - Zobaczcie jakie tu czyste szyby w oknach - wola starszy brat. Sąsiadka dotyka ramy okiennej, by się przekonać, że w oknie nie ma żadnych szyb. Wnętrze robi żałosne wrażenie: niekompletne drzwi i okna, wygniła podłoga, żadnych sprzętów, mebli, sufit tak nisko, że wyższe osoby muszą uważać, by nie uderzyć głową w belkę. Trzeba od czegoś zacząć to pionierskie życie na nowym miejscu. Na drugi dzień, ojciec ze starszymi braćmi idą na zwiad odwiedzając opuszczone puste domy. Przynoszą ocalałe okna, by przybić je gwoździami, tam gdzie ich brakuje w naszym domu. Stopniowo też poznosili stare meble: stół, krzesła, ławkę, łóżka. Nic dziwnego, że osiedlono nas w bu- 60 My z Łemkowyny wygnańcy dynku, którego nikt n.e zajął, bo praktycznie nie nadawał się on do zamieszkania. Minęły już przecież 2 lata od zakończenia wojny. v 7 Proces zasiedlania terenów poniemieckich dawno się zakończył. Fala polskich osadników głównie z terenu Mazowsza, zaraz po wojnie zajęła tu co lepsze budynki i gospodarstwa To’ co pozostało po 2 latach procesu zasiedlania Ziem Odzyskanych mogło być teraz oddane przesiedleńcom z Akcji Wisła. Zręby nowej egzystencji w nowym miejscu są twarde Teren i środowisko jest nieoswojone, obcy równinny krajobraz, zgoła odmienny niż w górach klimat powietrze przesycone wilgocią. Trzeba jednak jakoś próbować żyć tu na obczyźnie Naigorzei’ że nie przydzielono nam na razie żadnych gruntów. Zresztą i tak jest już za późno by sadzić ziemniaki, siać zboze. Na szczęście mamy jeszcze jedna krowę kńynna r ’ 7 ~ r*- jemnych robotników do prac polowych u tych, którzy 2 lata temu przyjechali tu jako pierwsi osadnicy i pożałowali najlepsze poniemieckie gospodarstwa, opuszczone w pośpiechu przeważnie przez rodziny menonickie. Jak wiadomo menonici skryli , „ j - .*lo,, J z całym dobrodziejstwem inwentarze stały się teraz ich własnością. Rodzice i starsze rodzeń stwo muszą wynajmować się teraz u nich do pracy za niską zapłatę, by liczna rodzina mogła jakoś przezyc. A nowobogaccy chętnie ich zatrudniają, zadowoleni, że sami nie będą musteli się trudzie. Zresztą po ws. mesie Się pogłoska, źe przywiez.ono do wsi ukraińskich bandytów, ludzi gorszej kategorii, którzy z pewnością nie jedno maj, na sumieniu. W ich mentalność może uważają, ze są beneficjentami sprawiedliwości dziejowej. Nipkt s - . j nowej sytuacji, każą się nazywać dziedzicami, mają służbę, sumienie mają prawo nie rozumieć całej złożoności losu tych obcych przesiedleńców SP° ZfeSZtą Jedyną pociechą w tej opresyjnej rzeczywistości dla dziadków i • - obrazów poprzedniego życia w Beskidzie, gdy byli u siebie na łP V jawie całymi wieczorami snują opowieści wskrzeszające utracona CT °WSZCZyznie' zaś na współprzesiedleńcami sprawdza się w zasadzie zawsze do jedne™ to )COWlznę- Dyskusja ze długo nie pobędziemy, tylko patrzeć jak pozwolą nam wracać w U: tU peWn° dopytują się nawzajem, czy nie słyszeli czegoś na temat naszego powrotu*™7 Takie wzajemne przekonywanie się o tymczasowości swojego nok + u • t powoduje, że ich zamieszkiwanie ma wyraźne piętno tymczasowej co, np. wywozić obornik ze stajni na gnojownik, kiedy wystarczy ł 7 N°’ b° P° drzwi, po co się trudzić, przecież, zaraz stąd odjedziemy. Ale st 7 §° WyFZUC1C Z obory za pitulować, bowiem władze absolutnie nie zezwalały Łemkom °S°Wana taktyka musiała ska-dawnych siedzib. Dopiero odwilż pogomułkowska w 1956 r. pj^ j °dwiedzanie swoich ustępstwa. Ale tylko nieliczni zdołali załatwić sobie zezwolenie n & PeWne °graniczone sto wiązał się z koniecznością wykupienia swojego domu od noXh "" że na swą Ojcowiznę powróciło zaledwie około 10 proc, wysiedleńców k’ Szacuje się, Tymczasem na Ziemiach Odzyskanych trwa żmudny proces o^ • wiska, przełamywania barier własnej obcości. Różnimy sie • • ajama noweg° środo-religią. Polityka wysiedlenia zakładała maksymalne rozpro^ze^ie^ ^Zykiem? obycza)em' Teodor Sejka 61 tak by uniemożliwić im spotykanie się ze sobą. W jednej miejscowości mogły zamieszkać nie więcej niż 3-4 rodziny. Obok nas zamieszkały dwie rodziny z Grabin i dwie z Bartnego. Rodzimy społecznościowy trzon przestał istnieć. Za to obok nas mieszkają ludzie tutejsi; których powszechnie uważa się za Niemców, chociaż mają piękne polskie nazwiska: Dasz-kowski, Wajerski, Wichowski. Oni tak jaki my też mówią słabo po polsku. Jednak większość naszych sąsiadów to osadnicy z różnych stron Polski z przewagą Mazowszan. Proces przystosowawczy do życia w nowej, typowo polskiej społeczności przebiega opornie, towarzyszy mu poczucie obcości, niepewności, czasem nieprzyjaznego, czy wręcz wrogiego uprzedzenia. Jesteśmy czujnie obserwowani i podsłuchiwani przez MO i UB. Okazyjne spotkania, odnajdujących się tu na obcej ziemi, rozproszonych dawnych sąsiadów, zwraca uwagę służb i agentów mających tropić wszelkie próby aktywności tych niepewnych przybyszów. To zrozumiałe, że po całej gehennie tułaczki takie spotkania są dla swojaków źródłem wzajemnej radości, pociechy i optymizmu, że się tu odszukali, mimo rozpędzenia ich po odległych miejscowościach. Nic dziwnego, że artykulacją tej radości jest śpiew w swoim ojczystym języku. 62 My z Łemkowyny wygnańcy Cieszą się, śpiewając pieśni, które przywieźli ze sobą z Łemkowszczyzny, znają je przecież od dziecka. Ale w tym obcym miejscu takie śpiewy mogą być uznane za przejaw buntu i braku lojalności wobec Polski. Czyjeś, czujne i nieprzyjazne ucho może je uznać za symptom odradzania się nacjonalizmu ukraińskiego, z pewnością i sympatii dla UPA Codzienne życie upływa nam pod władzą obowiązującej poprawności politycznej- tu jest Polska, tu wszyscy są Polakami. Przekroczenie tej zasady mogło grozić kpiną obraźli-wym przezwiskiem, słownym przedrzeźnianiem, lekceważeniem, wreszcie wyobcowaniem towarzyskim. Dlatego należało się wstydzić swojego języka i natychmiast przestawiać się na język polski, gdy nasz dom odwiedzał ktoś obcy Przez pierwszy rok przybysze wciąż żyli naiwną nadzieją na szybki powrót do stron rodzinnych, ale gdy na wiosnę 1948 roku władze przydzieliły przesiedleńcom ziemię nastąpiła zasadnicza zmiana w myśleniu o naszej tymczasowej obecności na Ziemiach Od zyskanych. Mój ojciec otrzyma! wtedy 7 i pól hektara ziemi i myśl o powrocie w naszej rodzinie odchodziła na coraz dalszy plan, by z latami całkowicie rozpłynąć się w substancji codziennych bytowych trosk i przystosowywania się do życia w nowych warunkach Wraz z oswajaniem obcości, wzajemnym poznawaniem się, pojawiało się sąsiedzkie zrozumienie i optymizm. Zamieszkiwanie w jednej wsi i gospodarowanie obok siebie musiało zaowoco wać wzajemną akceptacją, sympatią i sąsiedzką pomocą. Należy przyznać że mieszkańcy - autochtoni od początku odnosili się do nas przyjaźnie i z ufnością. Odznaczali się praco-witością i gospodarnością i zawsze można było liczyć na ich F i i . u z r i ■ • ji / unią radę i pomoc, ale mimo upływu lat byc Łemkrem przesiedlonym w ramach Akcji Wisła oznaczało sytuację, którą Teodor Sejka 63 lepiej było ukrywać, był to wciąż temat wrażliwy i drażliwy. Lepiej było się nie przyznawać, skąd się tu przyjechało, by nie narazić się na większe lub mniejsze przykrości. Przypomina mi się drobny epizod z lat licealnych, gdy w grupie rówieśników jechaliśmy pociągiem, nasz wspaniały polonista pan prof. Poznański z ciekawości pytał każdego z nas; skąd przyjechali nasi rodzice na te tereny. Więc ja od razu przezornie kalkuluję sobie, że jak się przyznam, że z rzeszowskiego, to pan profesor od razu się domyśli, że jestem z tych bandytów, którzy zamordowali generała Waltera. Odpowiedziałem więc, że z województwa krakowskiego. Z pewnością zabrzmiało to bardziej neutralnie i mniej podejrzanie. * * * W ten oto sposób tymczasowy pobyt przymusowych przybyszów z małej beskidzkiej wioski na Ziemi Sztumskiej trwa już 67 lat. To w pełni wystarczająca czasowa przestrzeń życiowa, by „obce i nieznane” mogło się stać „swojskie i przyjazne”, by obczyzna zmieniła się w miejsce własne, gdzie jest się „u siebie”. Przy tym należy przyznać, że założony przez władze plan asymilacji kulturowo-narodowej przesiedlonych udał się znakomicie. Musiał się on udać w warunkach tak skrupulatnego rozproszenia i atomizacji tej ludności, toteż po okresie nostalgicznej tęsknoty za utraconą ziemią rodzinną, rozpoczął się proces szybkiej adaptacji do nowego środowiska. Zwłaszcza średnie pokolenie Łemków szybko przyjmowało język i styl życia polskiego otoczenia. Ludzie ostro przystąpili do gospodarowania na swych nowych gospodarstwach, kształcili dzieci, przechowując jednak na dnie duszy mentalne poczucie własnej odrębności narodowej, nierozerwalnie związane z barwnymi obrazami dzieciństwa i młodości przeżytej pośród wzgórz Beskidu. Bo czyż można wyma-zać z pamięci rzeczywistość, gdzie się pierwszy raz ujrzało urodę własnej ziemi zdobionej jaskrawymi barwami łubinów i koniczyny, wartkimi potokami ze śmigającymi w nich pstrągami, głosem skrytej w gęstwinie kukułki, której nijak nie udało się wypatrzyć? Czy można też wzgardzić językiem przodków, tym samym, w którym pierwszego pacierza uczyła mnie matka? Oto dlaczego mała, uboga, łemkowska wioska Grab ma w moim sercu stałe i honorowe miejsce. Ponieważ odchodzą już ostatni świadkowie tamtych dramatycznych, trudnych dni, moim zamiarem było zdążyć z pisemnym ich przywołaniem i ochronieniem od całkowitego upomnienia. Składam w ten sposób hołd świętej pamięci moim Rodzicom oraz wszystkim Wysiedlonym Łemkom, którzy na swoich barkach mężnie i z pokorą przenieśli wszystkie materialne i moralne troski i ciężary wojny i przesiedlenia. Moimi konsultantami byli: mój brat Michał oraz moi byli sąsiedzi, grabianie: Rozalia Bałasz-'Kmiecik - Grab, pow. Jasło (powróciła w 1957 r.), Anna i Dymitr Dawydowie - Międzyrzecz, Wasyl Skowronek - Strychy, pow. Międzyrzecz, którym składam serdeczne podziękowania. Zona Sumczyńska ŁZY MATKI Zofia Sumczyńska, z domu Osiecimska, kuzynka Witolda Pileckiego moja n y ~---- Zofia Sumczyńska 65 Byłam jeszcze dzieckiem i nie do końca zdawałam sobie sprawę, jak ciężkie może być życie. Jako najmłodsza z licznego rodzeństwa dużo czasu spędzałam z Mamą. Mama była bardzo pogodną osobą, często się śmiała i lubiła żartować. Lubiła też opowiadać. A w swoich opowieściach często wracała do czasów swojej młodości, do ukochanego miasta Wilna i do Niestaniszek, gdzie jej rodzice mieli majątek ziemski. Roztaczała przede mną obraz wspaniałej, nieistniejącej już, baśniowej krainy, którą określała w dwóch słowach: „Przed wojną”. Uwielbiałam słuchać matczynych opowieści. Pretekstem do ucieczki w inne, lepsze czasy był swoisty rytuał oglądania pamiątek, zakurzonych, nadgryzionych zębem czasu okruchów pamięci. Sypialnia rodziców była miejscem magicznym, gdzie w zakamarkach szafy i komody ukryte były najwspanialsze skarby: stare zdjęcia, pocztówki, pożółkłe listy 1 przeróżne bibeloty. Zdjęcia chociaż czarno-białe, miały swój niepowtarzalny klimat i pokazywały pięknych ludzi. Pewnego dnia dostąpiłam zaszczytu poznania mrocznej tajemnicy, co z pewnością było znaczącym elementem w kształtowaniu mojej osobowości. Pomagałam Mamie w wiosennych porządkach, a promyki majowego słońca rozświetlały sypialnię rodziców. Stare, przedwojenne zdjęcia układałyśmy w pudełka po bombonierkach. Siedziałyśmy na krawędzi małżeńskiego łoża, na którym też - między nami - leżała sterta fotografii. Mama co jakiś czas wyłuskiwała jedno by snuć swoją opowieść o ludziach z dawnych lat. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o Witoldzie Pileckim - kuzynie mojej Mamy. - Zobacz Zosiu! To jestem ja! - zawołała z radością chwytając zdjęcie na którym ujrzałam naałą dziewczynkę. -Jaka ładna! Tylko czemu na tym zdjęciu jesteś taka smutna, mamusiu? - zapytałam zatroskana. - Byłam wtedy chora... Na szkarlatynę - odpowiedziała Mama i nie wypuszczając zdjęcia z rąk raptem zamyśliła się i spoważniała. - Wiesz kochanie. Tak się składa, że dzisiaj jest dwudziesta piąta rocznica śmierci mojego kuzyna Witka Pileckiego. - Tak, mamusiu...? - Tak, kochanie. Został skazany na karę śmierci. - Głos Mamy zadrżał, a z jej oczu popłynęły łzy. - Mamo, a co on takiego zrobił? Co to za kuzyn? - Był to syn siostry mojego ojca, cioci Ludwiki Osiecimskiej. Co zrobił...? - Mama zawahała się, jakby rozważając, czy może mi o tym opowiedzieć. - Był niewygodny dla naszej władzy... Komunistycznej. Wiesz... Nawet urządzono mu proces pokazowy. Było o tym wtedy bardzo głośno. W gazetach i wszędzie... Straszne rzeczy pisali o Witku. To była wielka niesprawiedliwość. I po dziś dzień nie wiadomo, gdzie został pochowany... Wtedy jeszcze nie wszystko rozumiałam. „Co się stało? Dlaczego to wszystko?” - Nie ro-Zurniałam, ale widząc łzy mamy czułam, że to jakiś koszmar. Mama nie chciała, a może nie Potrafiła mi wyjaśniać. Wtedy nie wolno było mówić otwarcie o rzeczach niewygodnych dla socjalistycznej władzy. Mama trzymając cały czas swoje zdjęcie w ręku opowiadała dalej 66 Łzy matki - Pamiętam^ jakby to było dzisiaj - powiedziała ocierając łzy chusteczką. - To zdjęcie przypomina mi Witka. Mieszkaliśmy wtedy w Wilnie. Chorowałam; a Witek żeby nie było mi smutno, narysował dla mnie śliczny obrazek z misiem. On był bardzo zdolny i pięknie rysował. Studiował wtedy w Wilnie i często nas odwiedzał. Był o siedemnaście lat starszy ode mnie. Bardzo mi imponował. Podobny był do mojego ojca, był chłopakiem bardzo przystojnym, miał w sobie tyle radości i życia... To był wyjątkowo szlachetny człowiek... Znowu zobaczyłam łzy w Mamy oczach. Mijały lata. Rosłam; uczyłam się i dojrzewałam. I wiele się działo w moim kraju. Aż pewnego sierpniowego dnia cała Polska poczuła powiew nadziei i wolności. Zaczęto głośno mówić o rzeczach; o których przedtem nikt nie wiedział. Było pięknie, chociaż sklepowe półki świeciły pustkami, a sprzedawczynie smętnie spoglądały na klientów. Zaczęłam poznawać prawdę o życiu i o najnowszej historii naszego kraju. Prawie codziennie odkrywałam coś nowego. Któregoś wieczoru ślęcząc do późna nad szkolnymi książkami słuchałam radia. Z głośnika delikatnie wyciekały dźwięki - nieistot- ostómsh. „ó) dziadrk Ludwiki Oskiej (PllecheA malk. archiwum rodzinne ny szum był tylko tłem dla mojej nauki. Raptem przerwałam wkuwan uszu dotarły dwa słowa: „Witold Pilecki”. ie biologii. Do moich Słuchałam audycji z mocno bijącym sercem i o wielkim bohaterze, jednym z największych bohaterów Mw^uD?0^^ “ W“kU' dy, a prawda mnie poraziła... Poczułam jeszcze większa odray ’ OWiedziałam S1? Praw' i upadlał, który z wielkiego bohatera zrobił złoczyńcę i na' ? ° SyStemu’ który zniewalał nc? i najgorszego przestępcę. Wkrótce znowu ów system pokazał swoie 7eUr i ciw narodowi. Na ulicach z armatek wodnych 0016^7^0?^™^^ W°jsk° Prze' młodych ludzi. Gazem łzawiącym próbowano zdławić marTenia^ Pałowano w kościołach - „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie” Tuż • k Y° n°SCL Modhliśmy S1? przyciśniętym do zagłuszanego radia łowiłam okruchy Prawdy 7 dZleckiem ’Z uchem Zima była długa i mroźna. Ale w końcu przeminęła a nn ™ ły brudy. Nastała wolność. ’ " zpuszczonym śniegu pozosta- Zofia Sumczyńska 67 Wolność..? Dziki kapitalizm. Szalony pęd. Wyścig szczurów... Po ulicach chodzą młodzi yuppies ze słuchawką wetkniętą w ucho i mówią sami do siebie. Jak roboty. I raptem stało się bardzo patriotycznie, ktoś przypomniał sobie, że Powstańcy Warszawscy przelewali krew za polskość, za Ojczyznę, ktoś jeszcze zdążył odznaczyć i docenić. Ostatnia szansa, by choć niektórym uścisnąć już tylko drżącą, pomarszczoną ze starości dłoń, podziękować i przeprosić, że tak długo czekali. Rozpoczęły się próby odświeżenia nic już nie znaczących pojęć - patriotyzm, naród, ojczyzna, polskość. Wciąż jednak pozostaje smutna refleksja, że nawet elity, najlepsi z najlepszych, wybrani przez naród, eurodeputowani - nie potrafili stanąć murem za Polską sprawą, za sprawą Rotmistrza. Bóg, Honor, Ojczyzna - ideały za które zginął Witold Pilecki, ochotnik do Au- ..... .JŁ--------- Ludwika Osiecimska (Pilecka), siostra mojego dziadka Stanisława z córeczką Marią i synem Witoldem (późniejszym rotmistrzem), fot. archiwum rodzinne schwitz, wciąż mało znaczą, a bohater nadal jest mało znany. Wciąż pokutuje nad nami widmo komunizmu, czasów zakłamania i zacierania faktów historycznych. Gdyby takiej miary człowiek pojawił się w normalnym kraju, dawno już cały świat wiedziałby, kto to Rotmistrz Pilecki. Często oglądam telewizję nocą. Jedynie wtedy można natrafić na jakiś ciekawy, historyczny program. Bawię się pilotem i skaczę po kanałach. Wybór jest, bo i programów dużo. Ale co z tego, kiedy nie ma nic godnego uwagi. Przeskakuję na TVP Polonia - tam czasami jest szansa, że trafi się na coś ciekawego. I o dziwo pewnego dnia trafiłam - jest Pilecki! Tytuł: „Obywatel ziemski”. Poznaję nieznaną mi dotąd historię swojej rodziny. W taki oto sposób dowiedziałam się także, że Witek miał dzieci - Zosię i Andrzeja. Miedziano-kasztanowe włosy Zosi są takie jak moje. Imiona także mamy takie same. Jesteśmy rodziną, chociaż ona i Andrzej prawdopodobnie nic nie wiedzą o moim istnieniu, nie wiedzą także, że mają tyle kuzynek i kuzynów. Po moich policzkach spływają łzy. To łzy nie tylko moje, ale także mojej Mamy. Teraz -kiedy oglądam stare zdjęcia - ja plączę. Za nas obie. Wędrówki po prowincji-bliskięj i dalekiej Andrzej Kasperek TŁUSTY ŻUŁAWIAK Nazwa Żuławy wywodzi się z żulu, czyli namulu rzecznego, który niestrudzona Wisłą przez tysiące lat osadzała przy swoim ujściu. Warstwa po warstwie... I tak warstwa po warstwie osiadały tu kolejne grupy osadnicze: Prusowie, Pomorzanie, Polacy, Niemcy, Holendrzy. Mieszkało tu też trochę Żydów, Szwedzi... Po 1945 r. pojawili się tu także Ukraińcy. Każda nacja przynosiła swe zwyczaje kulinarne, przepisy, swoją metodę upraw warzyw, sadzenia drzew owocowych, własne nawyki żywieniowe. Tysiąc burzliwych lat powstawania i rozwoju tej krainy spowodo- Andrzej Kasperek 69 wało, że tutejsza kuchnia była wielokrotnie zmieniana, poprawiana i ulepszana, ale też została zapomniana i obecnie jest na nowo przywoływana do życia. Dziś na określenie jej specyfiki można przywołać modny termin/usion cuisine, czyli taki sposób gotowania, który łączy na jednym talerzu rozmaite tradycje kulinarne. Przez kilkaset lat wytworzyła się w tej krainie specyficzna tradycja agrarna i społeczność, które zniszczyła zupełnie II wojna światowa - na mocy porozumień jałtańskich ludność na Żuławach została w stu procentach wymieniona. Władanie nad tymi ziemiami objęli po raz pierwszy od czasów rozbiorów Polacy, a dotychczasowi mieszkańcy wyjechali do Niemiec, Holandii a nawet do Ameryki. Szukanie źródeł miejscowej kuchni to jak archeologia kulinarna. Jak się okazuje jest to sprawa dla wielu wielce frapująca, bo oto w ciągu ostatnich miesięcy pojawiły się aż trzy książki na ten temat: Wojciecha Marchlewskiego Mennonici - życie codzienne od kuchni, Elżbiety Skirmuntt-Kufel Kuchnia Żuław oraz Artura Wasielewskiego Kulinaria żuławskie1. Dla W. Marchlewskiego, badającego od lat tradycje i zwyczaje mennonickie, kuchnia tej wspólnoty religijnej jest tylko pretekstem do mówienia o początkach grupy wyznawców Men-no Simonsa, jej historii i współczesności. Książkę wydało Muzeum-Pałac w Wilanowie, które °d lat dba o dokumentację polskiego dorobku kulinarnego - wydając m.in. serię „Monumenty Poloniae Culinaria” zawierającą takie dzieła jak: pierwsza polska książka kucharska z 1682 r- - Stanisława Czernieckiego Compendium fercułorum albo zebranie potraw, spisana ok. 1686 r- Moda bardzo dobra smażenia różnych konfektów oraz druga wydana drukiem polska książka kucharska Kucharz doskonały (z 1783 r.). Kuchni Żuław niestety nie udało mi się kupić, miałem tylko możliwość przeczytania książki E. Skirmuntt-Kufel pt. Niebo w gębie, czyłi przysmaki powiatu gdańskiego wydanej kilka lat wcześniej. Autorka jest prezeską Stowarzyszenia Żuławy Gdańskie w Trutnowach i wzmiankowana książka to owoc konkursu na potrawy regionalne. Zawiera ciekawy wstęp prof. Andrzeja Wojciech Marchlewski Mennonici - życie codzienne od kuchni, Warszawa 2014, Elżbieta Skirmuntt - Kufel, Kuchnia Żuław, Trutnowy 2014, Artur Wasielewski, Kulinaria żuławskie, [bm] 2015. 70 Tłusty Żuławiak Januszajtisa pt. Tradycje kuchni żuławskiej. Kulinaria żuławskie A. Wasielewskiego ukazały się w ostatnich dniach i są efektem kilku lat zbierania przepisów, gotowania a nawet sadzenia zapomnianej obecnie brukwi, która pojawia się w wielu oryginalnych recepturach*. Wydawnictwo prezentuje Żuławy od kuchni, bo poprzedza je wstęp o historii regionu napisany przez Jerzego Domino a poza przepisami umieszczono wiele informacji i ciekawostek regionalnych. Czego się dowiadujemy z tych wydawnictw? Po pierwsze - skoro Żuławy były krainą rolniczą właściwie bez własnej szlachty, to naturalne, że wytworzyły kuchnię chłopską, prostą i mało wykwintną, a za to pożywną i sycącą, dającą siły do ciężkiej pracy na polu i w gospodarce. Pisze dr Jerzy Domino: Rodzina gburska posiadająca gospodarstwo rzędu 2-4 włók (czyli 30-70 ha) musiala je obrobić opłacie stałą kilkuosobową służb? (2-4 osoby), czynsz, dziesięcinę oraz robotników najemnych, którzy w czasie intensywnych robót byli żywieni przez gospodarza, bo jednym z warunków płacy był pos.łek. Charakter posiłków uzależniony był od pór roku dostępnych płodow rolnych [... ]. Spiętrzenie prac polowych - siannk™, • • ■ i -i kudziesięciu hektarów, zaoranie i obsianie ich wkrótkim terminie wymaeaU slerPem / koordynacji kilkunastu co najmniej osób i przygotowania energetyczny* p^lkó^3''1^’1’ Tu pojawia się specyfika żuławska - dochody gospodarstw chłopskich były tu nieporówna-me większe mz w innych częściach Rzeczypospolitej-pisałem , ... tykule o chłopskich pałacach („Prowincja” nr 13 2013) i wp • wczesniej, m.in. w ar-z D • „ 1Q a nr 13,2013) i w eseju o dzienniku Heinricha Dycka („Prowincja nr 18, 2014). To sprawiało, że jedną z cech nntr„ r , y była ich obfitość i tłustość - synonimy bogactwa. serwowanych na Żuławach Tadeusz Józef Chamski - polski oficer internowany w Pru^rb ™ 11 dowego - został zakwaterowany we wsi Heubuden (dziś: Stogi Maborstó L1S‘°Pa' tów. W swych wspomnieniach pt. Opis krótki lat upłynn.onych ich oh T"0"'' go bogactwo (szlachcic nie może się nadziwić, że w domu chłopskim iest tak^T’ fduT:Wa stość panującą w obejściu, ale ubolewa nad kuchnią zbyt tłusta Wart ' d"” ‘ gospodarze na żuławach [... ] zachowują wzorowe przodków niezmordowanie, co się dotyczę uprawy gruntu, ochędóstwa Ubytku i "Xu^^^ darskich, a mianowicie wykwintnej czystości domów i izb mieszkalnych w pachnie czystością. Słowem, w tych domach nie masz prawie gdzie nl,m3 k k^ u" “ remu Holendrowi lub obrzydliwej babie Holenderce bo tam sm J W g?bę SU z przyczyny używania zbytniego wieprzowiny i pokarmów nieumiarkow^ł^ch- P^ie pamiętnikarza mierziło swobodne puszczanie wiatrów rzecz w ki k 7 ' wstydliwa, a przy takim odżywianiu zupełnie naturalna C Ops^ei wcale nie dodawano boczek lub szynkę, która w innych regionach była 1 k ° ZaStępowala smietana> w ogóle nie występowała. Max Rosenheyn w Reise-Skizzen W kuchni chłopskiej z podróży po Prusach Wschodnich i Zachodnich) z 1858 r uisał i 7 V West-Preufien (Szkice dla mego główną potrzebą. MieszłLec^^^^ 2 Książki W. Marchlewskiego i A. Wasielewskiego zasługują na osobne potraktn tego tekstu. P trakto™e . recenzje, ale wykracza to poza ramy 3 T. J. Chamski Opis krótki lat upłynnionych, oprać, i wstęp: Robert Bielan r Dieiecki, Warszawa 1989. Andrzej Kasperek 71 mentowany napój, Żuławiak maślankę. Tamten je wieprzowinę smażoną, on gotowaną, przedtem przez kilka dni moczoną w śmietanie. Nawet służbę domową się tutaj dobrze żywi. Rano dostaje się gęstą kartoflankę, w lecie maślankę, ser i chłeb. W południe dużo tłustych potraw i mięsa”4. Być może stąd wzięło się żuławskie powiedzenie: „Lepiej utonąć na nizinach niż uschnąć na wyżynach”. Bo kto bogatemu zabroni? Mennonita Dyck w swym dzienniku zapisał pod datą 8 listopada: „Zaszlachtowaliśmy sześć świń, dwie ważyły od 370 do 380 kg.”. Tak gigantyczne świnie hodowano właśnie na słoninę, rasy mięsne są przecież znacznie mniejsze. Nie da się ukryć, że owe tłuste potrawy były nie tylko przyrządzane ze względów na ich walory energetyczne, to była także sprawa prestiżu, okazywania swego bogactwa i tego, że można sobie pozwolić na takie jedzenie. Stąd pomysł tzw. świńskiego podwieczorku polegającego na tym, że gdy ktoś był głodny szedł do spiżarni odkrawał kawałek solonej lub wędzonej słoniny i jadł z chlebem. Dowcipnie powiadano tutaj, że najlepszą jarzyną jest mięso. Dodawano zaraz: „Tak, ale porządnie tłuste!” Do historii Żuław weszła manifestacja owego chłopskiego bogactwa. Rajcy Gdańska (któremu część regionu podlegała) wydali w 1635 roku zarządzenie normujące obyczaje i postępowanie w czasie uroczystości rodzinnych. Były to tzw. ustawy o zbytkach5. Ustanowili, że: „Wieśniacy, którzy są dziedzicznie osiadli i mają gospodarstwa i włóki w dzierżawie, mają na wesele czy zabawy ślubne zarówno ze strony pana jak panny młodej nie więcej ludzi zapraszać niż najwyżej do 4 kanciastych stołów, czyli przy stole nie więcej niż 12 osób sadzać, licząc w tym także dzieci, czeladź i przyjaciół. Kto czyni przeciwnie ma za każdą nadliczbową osobę zapłacić jedną dobrą grzywnę. Co do potraw nie należy wnosić więcej niż trzech dań pod karą 5 dobrych grzywien. Jeżeli ktoś zechce wydać przyjęcie na mniej niż cztery stoły, ma swobodę czynienia tego. Przyjęcie czy zabawa ślubna nie może też trwać dłużej niż jeden dzień, gdyby ktoś to zlekceważył, ma bezwzględnie zapłacić 50 dobrych grzywien, tudzież nie wolno dodać dnia pod powyższą karą”6. Jednak zakazy nie zawsze skutkowały, ludzie je omijali i płacili kary. W 1700 roku Mikołaj Biberstein, syn sołtysa w Krzywym Kole, zaprosił na wesele 455 par gości! Przyjęcie zaczęło się we wtorek przed Środą Popielcową, a skończyło już w poście. Zużyto na nie: 45 funtów korzeni i przypraw, 15 kamieni [220 kg] ryżu, 12 kamieni [180 kg] śliwek, 5 wołów, 115 cieląt, 45 jagniąt, 100 par kapłonów, 145 par gołębi, 60 zajęcy, 55 świń, 10 kóp [600] karpi, 1 łaszt [2,2 tony] pszenicy i 2 łaszty [4,4 tony] żyta na chleb, 16 fas wismarskiego piwa, 10 beczek elbląskiego, 36 beczek gdańskiego, 4 oksefty [okseft pruski równy byl 206 litrom, więc daje to: 8321] francuskiego wina. Na ciastka i słodycze wydano 344 floreny, na 20 muzykantów 300 florenów. Nie liczono masła, słoniny, mleka, owsa, sieczki itp. W sumie wydano 6034 florenów i 15 groszy. Bogacza ukarano grzywną w wysokości 1000 florenów . Zapłacił karę ponoć bez szemrania, choć równała się ona cenie pięciołanowego (84 ha) gospodarstwa wraz z zabudowaniami. Mo- A. Januszajtis Dawni Żuławiacy na co dzień i od święta, „Rocznik Żuławski" 2008. Pisałem o tym także w art. Drugie życie żuławskich domów podcieniowych „Prowincja” nr 13. Cyt. za: A. Januszajtis, Dawni Żuławiacy... Powyższe dane podaje w cyt. artykule A. Januszajtis, pisze o tym także we wstępie do książki E. Skirmuntt-Kufel. Dokładny opis znajdziemy także w książce Przemysława Szafrana Żuławy gdańskie w XVII wieku. Studium z dziejów społecznych ‘gospodarczych, Gdańsk 1981. 72 Tłusty Żuławiak żerny zestawić to wyliczenie z innym, dotyczącym wesela Michała Korybuta Wiśniowieckiego Opis jego ośmiodniowej uczty weselnej, w której uczestniczyło ponad 7 tysięcy gości przekazał nuncjusz apostolski Galeazzo Marescotti. Podano wtedy m.in. 400 wołów 3 tys par cieląt 4 tys. baranów, 4 tys. jagniąt, 300 bażantów, 5 tys. par kuropatw, 100 jeleni, 5 łosi 2 tys zajęcy i kilkadziesiąt dzików". Uff! Ale jeśli policzymy proporcje (np. wedle ilości gości) to okaże się, że pan Michał Bewerstein (vel Biberstein) miał rozmach i fantazję, tudziez konieczne dlań środki finansowe... I tak przeszedł do historii. Mięso najczęściej jadano smażone lub pieczone, nie zapominano także o jego wędzeniu i wekowaniu . W żuławskich domach funkcjonowały „co najmniej dwa pomieszczenia związane z posiłkiem - czarna kuchnia oraz biała kuchnia [...], a dodatkowo jeszcze spiżarnia wędzarnia, suszarnia, piwnica. Czarna kuchnia jest stosunkowo dużym, centralnym, murowanym pomieszczeniem, niegdyś otwartym górą do zbudowanego nad nią komina. Przed wprowadzeniem kuchni płytowych, kiedy potrawy przyrządzano na otwartym palenisku dym unosił się do góry wędząc zawieszone tam na hakach lub drągach mięsa albo ryby lub sery. [... ] >«. Obfitość bydła wypasanego na bujnych żuławskich łąkach sprawiała, ze nie brakowało tu 'akich Pk: Johanny Loh Prakdsches Kochbuch, en-thalt uber 1600 Recepto (Praktyczna ks.ązka kucharska za^raj.ca przeszło 1600 przepis^)" oraz sióstr Margarete t Ehsabeth Doenning Kochbuch der ostpreufi.schen Haushaltschule (Książka kucharska wschodu,oprusk,ej szkoły gospodarska domowego)-znajdziemy sporo przepisów na przepisy z wołowiny oraz flaki. Te ostatnie były tak popularne, że w Elblągu był bardzo znany lokal „Zum Wartburg , który specjahzował się w tej potrawie. Jest ona często obecna we wspomnieniach dawnych m.eszkancow, m.in. tych drukowanych w „Tiegenhófer Nachrichte-n - - piśmie byłych nowodworzan i Żuławiaków. Flaki królewiprt^ . j • • w gospodach znajdujących się na przystaniach wodnych, np na Wiśle S nad Zalewem Wiślanym. Podawane z bułką i piwem stanowiły kompletne danbT™’ °8aC'e' P-ydomek tólewiecki nosiło też najsłynniejsze danie z tego regionu - klopsy królewieckie (Koningsberger Klopse). Żuławskie danie niedzielne. Jednocześnie W i j 7 . , . szych dań kuchni niemieckiej -zna je 93% Niemców Po II ■ ■ - no z najsłynniej- , , . ... Po 11 wol™e światowej w NRD ich nazwa była niepoprawna politycznie, bo Konigsberg zmieni! się w Kalininerad tnw • Kochklopse - gotowane klopsy. Cóż za soc finezja! Popularna bX te wieckie klopsy”. Jest to skromniejsza i oszczędniejsza, a więc codzienna ^m'3 H lewieckich. Opisywana była przez panią Krystynę Weilandt (zna • p’ m‘ana Uops°w kro- pisalem o niej w„Prowmcji” nr 17 2014) jako przysmak rod V ° menn°nitka” „ 7 mn^ pogrzebie pani Krystyny Zob. Krystyna Bockenheim Dworek, kontusz, karabela, Wrocław 2002 9 Na Żuławach był zwyczaj wekowania płodów rolnych - mięsa ryb o ' nach Polski. ’ ocow 1 jarzyn - zupełnie nieznany w innych regio- 10 Jerzy Domino Wprowadzenie historyczno-kulturowe, [w:] Artur Wasielewcf v i 11 Wydana w Elblągu w roku 1875. Autorka była wcześniej właścicielka cuk er P “ ZułaWskle' 12 Wydana w Królewcu w roku 1891. Książka miała wiele wydań Obecni ’ FZepisy terała przez 40 lat. Kuchen-Klassiker aus Ostpreufien - Ein Familienkochbuch mit uber ISOOR^ WZnaWlana pt Doe™'gs Kochbuch - Der kucharska z Prus Wschodnich - Rodzinna książka kucharska z 1500 prze kucharska Doennig - Klasyka 13 Pismo wydawane co roku przez Stowarzyszenie Byłych Nowodworzan^G ' Werder e.V. Czasopismo jest kopalnią wiedzy o przeszłości regionu ale ^meinnutzi8en Vere>n Tiegenhof - Kreis GroBes kontaktach pomiędzy dawnymi i obecnymi mieszkańcami Żuław Niestety7005' informacp ° współpracy i pismo pewnie przestanie się ukazywać. S owarzyszenie w 2014 r. zostało rozwiązane i Andrzej Kasperek 73 jej córka wspominała właśnie tę potrawę, jako szczególnie ulubioną przez matkę. Tak silna jest pamięć smaków dzieciństwa... Warto zauważyć, że u gospodarnych Żuławiaków nic się nie marnowało. Smażono naleśniki krwiste i siarne, wykorzystując krew z uboju i siarę po wycieleniu; wyrabianie salcesonu i kiełbasy płuckowej to był sposób zagospodarowania mniej atrakcyjnych części zwierząt hodowlanych. Niczego nie wolno było zmarnować, wyrzucić... Nawet świńskich uszu czy skóry. Taki sposób gospodarowania był podyktowany religią, bo oznaczał szacunek dla darów Bożych, ale ważna była też pamięć o ciężkich czasach, w jakich żyli przodkowie. Wszak mennonickie porzekadło mówi: „Die ersten hatten den Tod, die zweiten die Not, und die dritten das Brot”. Pierwsze pokolenie czeka śmierć, drugie - bieda, a dopiero trzecie - chleb. Oprócz wieprzowiny chętnie raczono się też drobiem. Preferowano gęsinę. To znakomity rodzaj ptactwa domowego. Po wojnie została niesłusznie zapomniana, hodowano ją tylko na użytek domowy lub eksport do Niemiec, gdzie polnische Gans cieszyła się (i cieszy się nadal) ogromną estymą. Na szczęście dziś wraca do łask handlu i konsumentów. Dzień świętego Marcina (czyli 11 listopada) na Żuławach był czasem zakończenia roku rolniczego. Erwin Flink jest autorem wspomnieniowej książki pt. Das Grafie Werder - Riickblick und Erinnerungen (Wielkie Żuławy - spojrzenie wstecz i wspomnienia), w której opisuje szczegółowo zwyczaje, jakie towarzyszyły tej dacie: „Wykonane zostały płatności w gotówce i produktach naturalnych, wypłacony czynsz za dzierżawę ziemi, i wypłacone zaległe wynagrodzenia pracownikom. Wszystko było już zebrane i można świętować. Pracownicy otrzymywali zapłatę 74 Tłusty Żuławiak i wracali do swoich domów, często premią była gęś zabierana do domu”14 We wspomnieniach mennonity Heinricha Dycka jest mowa, że w okolicach 11 listopada był wielki ubój gęsi Na świętego Marcina lepsza gęś niż zwierzyna” - powiada przysłowie. Hodowano je tu od dawna Francuski podróżnik Charles Ogier w 1635 r. pisał: „wyruszyliśmy przy cudownej pogodzie i przez bardzo urodzajne pola z Malborka do Gdańska; nigdzie indziej nie ujrzysz tylu gęsi tylu tłustych krów z tak pełnymi wymionami. Holendrzy to byli ci, którzy pola te osuszyli i bagna nieużyteczne, wykopawszy długie kanały i strugi, zamienili w role, łąki i ogrody pełne owocó- Gunter Grass w swojej książce Psie lata, której akcja toczyła się częściowo na żuławach, po-mieścił opis pieczenia gęsi, która miała uświetnić chrzciny. Niestety „gęś w duchówce, nie polewana [], ani razu nie odwrócona, stawała się coraz bardziej chrupiąca i niedzielna " Nie zdradzę zakończenia opisu przygotowywania gęsi „w trzecim roku wielkiej wojny kiedy gęsi stały się taką rzadkością że zaliczano je do wymierających gatunków zwierząt1- Podawano nie tylko gęs pieczoną. Popularne były też gęsie palki w białej galarecie oraz okrasa i półgęski a także gęsi smalec. r No tak, dopiero teraz się spostrzegłem, że pomyliłem kolejność, bo piszę o damach mięsnych a powinienem rozpocząć od opisu tutejszych zup. Proszę wybaczyć mi ten bałagan wwy-dawamu potraw, ale piszę kołysany marzeniem o pieczonej gęsi, a czyz „ślepa zupa rybna c^i nowodworska zupa^rybnabez ryb może człowieka rozmarzyć? A w dodatku Marek Opitz, au-tor znakomitych fotografii do książki Waglewskiego, które sprawiają, że jest ona wlaścw e albumem kulinarnym, sfotografował talerz, na którym są składniki zupy, ale brak zupy właściwej. Czyli mamy do czynienia me tylko ze ślepą polewką, ale z sucha 71™ A V 4 < i j 1 t -i . ■ j ^ucną zupą. A kiedy mu zwróciłem uwagę, to odparł: „To ilustracja rozdziału. Zupy są na kolejnych stronach a to zdjęcie ma intrygować, nieco zaskakiwać To w większości typowe składniki żuławskich zup, daj im poleżeć na zacnym talerzu bez płynu. Zauważ jak pięknie wzór łączy te składniki u . / P . liniami wykonanymi przez niderlandzkiego rzemieślnika maluiace * y 0 c etycznymi . 1 . . . . . . Plującego wówczas pewnie z ty- * to . a. strona z atlasu anatomii zupy. Otwierasz nasteone stmnw • X Do inaczej to T....................., ^następne strony a tam juz zupa ubrana w płynność ” 1 coz można więcej powiedzieć na takie dictum? Tylko kontemplować! A zupy były często podstawą chłopskiego jadła. Gęste grochówki i fasolówki, postne polewki (np. chlebowa lub z owocow bzu czarnego), rybne (dorszowa, z fladrv) flaki k P na. Ich przyrządzanie było łatwe, mniej czasochłonne, bo można b 1 ’ barSZCZe 1 CZem1' dni. A to było szczególnie ważne w czasie prac polowych, takich iak ° na8°tOWaC gar na wymagały ogromnego nakładu pracy wszystkich mieszkańców Każd^3 CZy ^^P^ które potrawy spożywane wtedy były szybkie, proste i pożywne A poza & S1? bCZy a’ Dlateg° na pole. P Za ^ym ^we do dostarczenia 14 Wspomnienia E. Flinka są dostępne w tłumaczeniu polskim na stronie- httn- / / byłoby je opublikować w „Prowincji”. ’ / wwv-marienburg.pl/, Myślę, że warto 15 K. Ogier, Dziennik podróży do Polski 1635-1636, Gdańsk 19S2 16 G. Grass, Psie lata, przeł. Sławomir Błaut, Gdańsk 1990. Andrzej Kasperek 75 Dotyczyło to także eintopfów. Pochodzenie potrawy związane jest z holenderskimi osadnikami. To wersja żuławska popularnego w Niemczech dania zwanego eintopf, czyli: „jeden garnek”. Dania łatwego w przyrządzeniu, sytego i nie wymagającego dużej ilości czasu. Pomysł na nie wywodzi się północnych Niemiec albo Holandii, ale znany jest też w innych kulturach. Potrawa w zależności od składników może przypominać zupę, gulasz lub potrawkę. Holendrzy specjalizują się w wersji zwanej stamppot, co dosłownie znaczy „tłuczony garnek” - utłuczone na papkę ziemniaki z warzywami plus tłusty sos oraz mięso, kiełbasa albo kaszanka. Niewielkim kosztem osiąga się sycące danie. Bliskość morza, zalewu, rzek i kanałów oraz rowów melioracyjnych sprawiała, że ryby były w tym regionie łatwo dostępne. Prawo połowów w Wiśle, Szkarpawie czy Motławie władze wydzierżawiły rybakom. Mieszkańcy Żuław mogli natomiast łowić ryby na kanałach i rowach albo też pozyskiwać je w czasie nawadniania łąk. Opisuje to powstaniec listopadowy we swych wspomnieniach: „Owe doliny stanowią najwytworniejsze łąki, które się przez nawodnienie kilkakrotnie co roku napawają wilgotnością, przez co ogromne ilości doskonałego osiąga się siana. Przy takiej manipulacji wielka masa ryb, a mianowicie sandaczy, dostaje się na łąki, a gdy się wypompuje woda, stają się one bardzo łatwym łupem”.1 Występowanie wielkiej ilości ryb w krótkim czasie doprowadziło do powstania sposobów ich zagospodarowania - np. peklowanie było prostym sposobem konserwowania ryb podczas tych połowów, w czasach kiedy nie było lodówek. Służyło temu także marynowanie. Popular- 76 Tłusty Żuławiak ne było danie: zielone śledzie w zalewie octowej. Zielone śledzie to świeże ryby prosto z kutra. Mają ledwie rok lub dwa, odznaczają się zieloną połyskującą łuską. O szlachetne ryby dziś trudno, ale śledzie nadal przypływają tu na tarło i łowione są w wielkich ilościach. Tyle, że nie przerabia się ich na miejscu, tylko sprzedaje do Niemiec i Holandii w myśl porzekadła:' „Sami nie wiecie, co posiadacie”. Ale nie martwmy się, bo wrócą do nas przetworzone - za jakiś czas będziemy je mogli kupić, np. w sklepach Lidl. Ale za jakie pieniądze! Spożywano też dania z minogów czy raków. Minogi były przysmakiem, popularnym zwłaszcza w Elblągu. W chwili obecnej są pod ścisłą ochroną. Dawniej te stworzenia wodne (nie są to ryby, choć je przypominają z wyglądu) były popularne w kuchni. Stefan Wiechecki, czyli Wiech, umieścił je nawet w tytule swej powieści Cafe pod Minogą, bo marynowane minogi były popularnym przysmakiem dawnej Warszawy. W niektórych krajach są nadal popularne, np. w Anglii dla królowej Elżbiety przyrządza się Lamprey Pie. Ale nie trzeba przesadzać z ich konsumpcją. Król Anglii Henryk I zmarł w 1135 po przejedzeniu się minogami. Uwaga: wielbiciele Gry o tron znajdą tam przepis na danie „placek z minogami”. Raków pewnie tu nie brakowało - jest kilka miejscowości, których nazwa wskazuje na ich obfitość: Rakowe Pole, Rakowiska, Raczki Elbląskie. Żuławy słynęły z doskonalej jakości nabiału. Obfitość łąk pozwalała na wypasanie wielkiej ilości krów rasy holsztyńsko-fryzyjskiej. Czarno-biała odmiana łaciatych krów pochodzi z Fry-zji. O atutach krów niderlandzkich wiedziano w Polsce już w dawnych wiekach Pierwsze z nich sprowadzono do Polski pod koniec XVI w., ale mogli sobie na nie pozwolić jedynie najbogatsi Gunter Grass w swej powieści Psie lata pisał: „Żuławy pachną masłem, twarogiem, serowniami, ozdrowieńczo i tak, ze az bierze na wymioty, pachną mlekiem”. Dosadnie, ale trafnie' Zwykła maślanka nie była traktowana jako pasza dla zwierząt, ale chętnie ją spożywano np w formie deserów lub używano do moczenia mięsa. Chętnie pokrzepiano się serami żółtymi - wiele gospodarstw produkowało go na własne potrzeby i na sprzedaż. Dyck sprzedawał po kilkaset ki-logramów tego typu sera. r W Tiegenhof (dzisiejszym Nowym Dworze Gdańskim) Szwajcar Leonhard Krieg od końca XIX w. produkował sery typu szwajcarskiego (ementaler) i tylżyckiego. W 1892 roku w odkupionych budynkach na parceli Rossgarten, czyli przy obecnej ulicy Kopernika 17 powstała wzorcowa mleczarnia i serownia z nowoczesnym, pierwszym w tej części Europy, systemem chłodniczym. W następnych latach firmę znacznie rozbudowano - posiadała lub dzierżawiła mleczarnie w Marzęcime, Orlmcu, Kmiecinie i Szkarpawie. W latach 1912-1914 wszystkie przedsiębiorstwa Kriega przerabiały łącznie w sezonie letnim blisko SO tysięcy litrów mleka dziennie. W okresie Wolnego M,asta Gdańska produkcja ze względu na zmiany rynków zbytu i granic celnych uległa zmianie . ograniczeniu. Zaczęto produkować sery topione, co stanowiło wówczas nowość na rynku. W skład firmy weszła mleczarnia w Rypinach Małych oraz w żeli-chowe-Cyganku. Pod koniec lat 30. dętego w.eku przedsiębiorstwo przerabiało latem do 17 tysięcy litrów mleka dziennie. W Wolnym Mieście Gdańsku znaczna większość mleczar-ni należała do Szwajcarów. Y Dziś mleczarskie tradycje regionu kultywuje „Maluta” czyli Okręgowa Spółdzielnia Mleczarska w Nowym Dworze Gdańskim powstała w 1963 r. na bazie pięciu małych przedwojen- Andrzej Kasperek 77 nych mleczarni. Warto nadmienić w tym miejscu o niestrudzonych wysiłkach serowara Krzysztofa Jaworskiego. W dawnej mleczarni Szwajcara Leonharda Kriega mieści się dziś Muzeum Żuławskie. Pan Krzysztof odtwarza tam dawne serowarskie tradycje oraz prowadzi warsztaty dla dzieci, ucząc żuławskich gospodarzy wytwarzania sera zagrodowego18. Do osobliwości kuchni żuławskiej należy też dodawanie jabłek i śliwek do mięsa. Rzecz w innych regionach zupełnie nieznana a wynikająca z obfitości tych owoców. Każdy dom miał swój sad, a mennoniccy kaznodzieje wręcz nakazywali wiernym sadzenie drzew owocowych. Sady przydomowe były źródłem znakomitych śliwek, z których wytwarzano powidła. Sadzono tylko jabłonie i śliwy. Do dziś tradycyjną metodę produkcji powideł kultywuje społeczność Dolnego Powiśla. Na przełomie XIX i XX wieku było tam przeszło dwa tysiące sadów przydomowych (największy na Pomorzu region sadowniczy). Wielu badaczy zakładanie sadów w tym regionie przypisuje mennonitom, był to bowiem największy poza Żuławami obszar kolonizacji olęder-skiej. Suszenie owoców należało do tradycyjnych metod przygotowywania zapasów na zimę. Śliwki w dawnych czasach suszono w suszarniach przydomowych opalanych drewnem, dym był również czynnikiem konserwującym. Praktyczne było też wędzenie śliwek w kominach domów żuławskich. Urządzano w nich wędzarnie, które były niezastąpione dla przygotowywania i konserwowania słoniny, wędlin, ryb i owoców. Suszone owoce znajdziemy w wielu żuławskich recepturach: zupie śliwkowej, czerninie... Były składnikiem farszu pieczonej gęsi a także nieodzownym składnikiem potrawy: ozór wołowy ze śliwkami. Nie sposób bez nich było także spełnić toastu miejscowym destylatem, zwanym machandel, bo do kieliszka z trunkiem wkładano wędzoną śliwkę przebitą wykałaczką. Najpierw zakąszano, potem wypijano, wypluwano pestkę i łamano drewienko. Złamany patyczek nawiązywał do zabobonnego porzekadła: „Połamania masztów!” A więc po prostu: „Na szczęście!” O machan-dlu pisałem na łamach „Prowincji” już wcześniej (zobacz w numerze 8 „Prowincji” z 2012 r.); dziś z przykrością informuję, że w Niemczech zaprzestano produkcji tego znanego od kilkuset lat napitku. Jego produkcję rozpoczął w 1776 roku Peter Stobbe z Orłowskiego Pola. Rodzinna firma do 1945 r. bogaciła Tiegenhof. Dziś możemy pocieszać się, że pewna wytwórnia w Polsce produkuje ten alkohol, ale kto chce spróbować oryginalnego wyrobu musi się pośpieszyć, jeszcze zaledwie kilka butelek zostało w nowodworskim barze „Kaper”. Po wojnie stare przepisy kultywowano tylko w domach dawnych mieszkańców tych ziem, gdzieś w Niemczech, Holandii a nawet Meksyku czy Kanadzie. Żyło jeszcze kilku autochtonów i to wszystko. Na te tereny przybyli nowi mieszkańcy - z centralnej Polski, zza Buga, ze zburzonej Warszawy, Kociewiacy i Kaszubi, Ukraińcy z Bieszczadów... Każdy ze swoją kuchnią, z własnymi przepisami. Gotowali żurek, lepili pierogi a także urządzali wspólne biesiady, np. z okazji świniobicia. Było ono swego rodzaju uroczystością, na którą zapraszani byli znajomi i sąsiedzi. Opis świniobić jest częsty we wspomnieniach powojennych osadników. Była to świetna okazja do spotkania, poznania się i budowania miejscowej wspólnoty. Ale to już temat na zupełnie lnną opowieść... 18 Więcej informacji na ten temat znajduje się na stronie internetowej www.serowarzulawski.pl i www.domsera.pl. 78 Nowy Staw - wspomnienia klawiaturą przywołane Małgorzata Jędrzej ewska NOWY STAW -WSPOMNIENIA KLAWIATURĄ PRZYWOŁANE Światem rządzi przypadek, a ja się o tym przekonałam całkiem niedawno Otóż od ponad roku mieszkam w Wlk. Brytanii, ale interesuję się na bieżąco tym, co dzieje się w moim rodzinnym mieście oraz u przyjaciół. Dlatego gdy zobaczyłam na Facebooku ogłoszenie o spotkaniu promującym nową powieść mojej przyjaciółki, pisarki Izabeli Chojnackiej Skibickiej (Mihsc na gruzach Kosowa, Zupa z pokrzyw, duch i tajemnica), powysyłalam zaproszenia do osób, które interesują się życiem kulturalnym Nowego Stawu. Niestety, bardzo szybko dostałam wiadomość, że jeden z nowostawskich pasjonatów nie może być bo w tym czasie będzie jeszcze w Niemczech. Ale okazało się też, że przygotowuje do druku nową książkę, a własctwie album fotograficzny „Nowy Staw na starej fotografii 1945-2000”. Jacek Agejczyk, bo o nim mowa, jest właścicielem zdjęć, dokumentów, planów oraz różnych rzeczy dotyczących historii naszego miasteczka. Maniacko (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) zbiera wszystko, co mu wpadnie w ręce i chyba mógłby już stworzyć małe muzeum. Ale, jak stwierdził, w rożnych publikacjach o Nowvm ■ • • • zdjęcia, a on chciałby takie, których jeszcze nikt nie upubliczniał. No cóż, marzenia nie bolą, ale trzeba im pomagać, a że znam siłę Internetu, pomyślałam, ze trzeba go wykorzystać w najlepszym z możltwych celu. Tym sposobem, od 21 lutego funkcjonuje na Fb wydarzenie pod nazwą „Nowy Staw na starej fotografii 1945-2000” a ja sama jestem pod wrażeniem dynamiczności, z jaką się rozwija. ’ Publikujemy na tej strome zdjęcia, które spotykaj, się z szerokim odzewem wśród osób zaplsanych do wydarzeń^ Uruchamiają się wspomnienia, przypominają nazwiska osób i miejsca, których juz nie ma. D a starszych to okazja do powrotu do świata dzieciństwa, dla młodszej generacji historia, która okazuje się być żywa i niezwykle piękna To także okazja do zacieśnienia więzów między pokoleniowych. Nie wszvscv nr — ’■ i więc warto pójść do babci/dziadka/cioci/wujka z tabletem czy telefonem3” I ' danie zdjęć połączone z opowiadaniem jest bardzo dobrym łącznikiem P Akcja trwa dopiero dwa tygodnie, a już liczy 311 uczestników (stan „a przedpołudnie 7 marca). Niektóre archiwa domowe już zostały przeszukana ; P eapoiuunie Nowego Stawu trafiły do Jacka, za có serdeczne dzc^ ‘ W uziękujemy i cały czas prosimy o więcej. W ramach wydarzenia ogłosiliśmy też konknrc cie wraz z pytaniem. Odpowiedzi trzeba wysyłać mailem^ d"80 fUbhku’emy zd^ę' a wśród tych, którzy biorą udział w konkursie i przesyłają zdL?8' ^7 ag^CZyk(S)wP-Pk P y ją zdjęcia, rozlosowane zostaną 3 Małgorzata Jędrzejewska 79 albumy. Oczywiście, to dopiero na promocji, która planowana jest na grudzień br. Wydarzenie okazało się czymś ważnym dla wielu osób. „Dzięki za puszczanie tych zdjęć do Internetu. Ile znajomości się odnawia, ile wspominek... " „Prosimy o więcej takich zdjęć, żeby było jeszcze radośniej’’ to przykład komentarzy, które się pojawiają, a dla nas to prawdziwa przyjemność, że przynosimy właśnie radość. Akcja na Fb potrwa (przynajmniej takie są plany) do końca lipca i tu także apel do czytelników „Prowincji”. Jeśli ktoś z Państwa ma stare zdjęcia związane z Nowym Stawem, ba-aardzo prosimy o kontakt mailowy: Jacek Agejczyk - jacekagejczyk(5)wp.pl lub Małgorzata Jędrzejewska - maj62(3)poczta.onet.pl lub przez Fb. A poniżej kilka zdjęć już nadesłanych. 80 Nietoperze z malborskiego zamku Marta Chmielińska-Jamroz NIETOPERZE Z MALBORSKIEGO ZAMKU Ponad 300 nietoperzy zimuje wMalborku. Od 15 lat hibernujące ssaki liczy Ireneusz Stec. Malbork kojarzy nam się ze wspaniałym średniowiecznym zamkiem, same Żuławy z płaskimi równinami - latem żółtymi od rzepaku, i z sękatymi, pokrzywionymi wierzbami. Zwierząt dzikich me ma tu zbytniej różnorodności - sarny, dziki, czasami losie. Mało kto wie, ze zyją tu jeszcze maleńkie stworzenia, które spotykamy niezbyt często. To nietoperze Niektóre piękne o sympatycznych wyrazach pyszczków, inne przerażające w swym upiornym kształcie. Część z nich zimują w zakamarkach malborskiej warowni. Ireneusz Stec liczy nietoperze w Malborku, Prabutach, Kwidzynie. Stworzenia te są jego pasją od kilkunastu lat. ° DLACZEGO NIETOPERZE? Pan Ireneusz od dziecka interesował się biologią, jak wspomina zawsze trafiał na dobrych nauczycieli tego przedmiotu i jego fascynacja trwała przez kolejne szczeble edukacji. Studia również były świadomym wyborem - ochrona środowiska w toruńskim Uni-wersytecie Mikołaja Kopernika. - Moje zainteresowanie nietoperzami szięło się stąd, ze właściwie nic o nich nie siedziałem - opowiada. Na początku studios trochę przypadkiem trafiłem na obóz chiropterołogiczny -opowiada Ireneusz Stec. Prowadziliśmy wówczas letnie badan,a w Borach Tucholskich pod kierownictsem dra Krzysztofa Kasprzyka z Zakładu Zoolog,, Kręgowców UMK. Szukaliśmy metoperzy kontrolując budki dla ptakós, dziuple, stare młyny , poddasza. Po obozie, zamte-resosałem s,ę bardz,ej ą tematyką i siedziałem, że temat mojej pracy magurskiej będzie związany właśnie z nietoperzami. b j t MONITORING HIBERNUJĄCYCH - Od lutego 2001 roku liczę nietoperze w Malborku. Jako piersszy opisałem to zimosisko s ssoje, pracy mag,sersk,ej. W tym cjsie było jeszcze dużo tzs. „białych plam” na terenie Pol- Z , y ™ Vtowadzmo bad™ nietoperzami. Jednym z tych mieisc byt Zamek w Malborku. - opowiada Ireneusz Stec W J y ^cn mie)sc °y ■ ■ d ■ teC-WtyP°wamu^Cy gdzie mogłyby zimować metoperze juzodp.ersszego.czen,a pomagał mi pracosnik zamku-pan Bernard łes.onossk, Dz,ęh jego wiedzy , przychylności, co roku liczba kontrolowanych pomieszczeń ros a Od około 10 lat prowadzę również liczenia w tunelach pod rvnkip^ i „a ■ • , S* ' okotO D t . , . t. . . ... “uclucnP°a rynkiem i podziemiach Zamku Biskupiego w Prabutach a także na wtezy studź,ennej na terenie Zamku w Kwidzynie. D,SKUP'eg Liczenie na zimowisku polega na weiściu do nUU. ; . , • ektu i oznaczeniu każdego nanotkaneeo nietoperza z dokładnością do gatunku oraz zanotowaniu każdej obserwacji. O tej porze roku ssaki te hibernują wcisną w szczeliny. Jeśli nietoperz jest dobrze widoczny, tó określa się ___ Marta Chmielińska-Jamroz 81 gatunek do jakiego należy, a jeśli jest to niemożliwe, to przyporządkowuje się go do rodzaju. Zdarzają się oczywiście sytuacje, gdy oznaczenie do gatunku, czy rodzaju, nie jest możliwe ze stuprocentową pewnością. Wówczas osobnik taki odnotowany jest jako nieoznaczony. MALBORK MA SIĘ CZYM POCHWALIĆ W skali województwa Malbork ma się czym pochwalić - jest jednym z trzech największych zimowisk. Na terenie Zamku w Malborku i w Twierdzy Wisłoujście w Gdańsku obserwowano podobne liczby zimujących nietoperzy. Największym zimowiskiem na terenie województwa jest zbiornik wody Stara Orunia, gdzie zimuje około 600 nietoperzy. W Polsce mamy 25 gatunków nietoperzy, w Malborku najczęściej spotykany jest nocek natterera oraz nocki rude, karliki, mroczki późne, mopki i gacki brunatne. Rekordowa liczba zimujących osobników na terenie zamku w Malborku obserwowana była podczas zeszłorocznego liczenia -333 osobniki. W tym roku liczenie zakończyło się pod koniec lutego i dało wynik nieco niższy, bo 310 osobników. Na zimowiskach w Prabutach obserwowanych jest do 100 zimujących nietoperzy, natomiast w zamku w Kwidzynie około 40. Tak naprawdę jednak nie wiadomo, ile ich jest, bo w szczelinie może być widoczny jeden, lub kilka osobników, za którymi mogą kryć się następne. Dlatego też, jako wynik liczenia zimujących nietoperzy, podaje się parametr, zwany „liczbą spotkań nietoperzy”, który jest z pewnością niższy od faktycznej liczby hibernujących zwierząt na terenie danego obiektu. - Nietoperze robią zapasy energii na czas zimy - opowiada Stec. - W czasie hibernacji, raz jakiś czas wybudzają się, aby napić się czy załatwić, lub zmienić miejsce zimowania na bardziej korzystne. W czasie wybudzania nietoperz podgrzewa swoje ciało drżeniem mięśni - jest to °gromny wysiłek energetyczny. Każde dodatkowe, niepotrzebne wzbudzenie nietoperza na zimo- Karlik zimujący w szczelinie w pustaku, fot. I. Stec 82 Nietoperze z malborskiego zamku wisku, np. przez człowieka, może spowodować, iż nie wystarczyć mu zapasów energetycznych do przetrwania zimy. Dlatego tak ważne jest, aby nie niepokoić nietoperzy. CIEKAWE I POŻYTECZNE Te niewielkie stworzonka są niezwykle interesujące, gdy zimują, stopniowo przenoszą się w bardziej dogodne kryjówki w danej lokalizacji. Sen zimowy mogą zatem zacząć w jednym miejscu, a w miarę nadchodzenia większych chłodów przenoszą się w bardziej izolowane rejony piwnic czy studni. Obiekty mało izolowane, przewiewne, to tzw. kwatery przejściowe, z których nietoperze przenoszą się później w miejsca dogodne do głębokiej hibernacji, w których przez cały czas panuje stała temperatura. Każdy gatunek ma też swoje preferencje. Większość z nich lubi temperatury o wysokości kilku stopni powyżej zera. Przepiękne Mop-ki skrajnie niskie temperatury, nawet do kilkunastu stopni poniżej zera. Niektóre gatunki nietoperzy hibernują również pod korą starych drzew oraz w dziuplach. Dlatego tak ważne jest, aby zwracać na nie uwagę w czasie wycinek starodrzewu w okresie zimowym. WAŻNE BY OCHRONIĆ Potrzebę ochrony dostrzegła również dyrekcja Muzeum Zamkowego w Malborku Część piwnic została wyłączona z planów zagospodarowania ze względu na dużą ilość zimujących nietoperzy. W kompleksie piwnic pod Pałacem Wielkich Mistrzów, na zamku średnim prowadzone były również prace ochronne na rzecz zimujących nietoperzy. - Z pustaków ustawione zostały ściany, które służą za sztuczne schronienia dla zimujących nietoperzy. Korzystają z nich regularnie Karliki i Mroczki późne - informuje pan Ireneusz. - Wstawiliśmy również trzy brodziki w celu podwyższenia wilgotności pomieszczeń. W najbliższej przyszłości planowane są dalsze prace ochronne, mam mnóstwo pomysłów, mam nadzieję, ze udam, się je zrealizować. wR» * Mroczek późny zimujący w szczelinie w pustaku, fot. I. Stec Marta Chmielińska-Jamroz 83 LICZENIE W STUDNI Od kilku łat nietoperze liczone są przez stałą grupę, głównie absolwentów UMK. Zespół pod kierownictwem Ireneusza Steca składa się z następujących osób: Karol Banasik, Michał Sykut, Marcin Sykut, Darek Węcławek, Ania Falkowska. Liczenie trwa zwykle trzy dni. Pierwszego dnia o siódmej rano grupa wyjeżdża do Kwidzyna, następnie przenosi się do Prabut, gdzie zwykle spędzają około 3 godzin. Drugi i trzeci dzień przeznaczony jest na malborska twierdzę. Najpierw piwnice a następnego dnia - zjazdy na linach do studni i podpiwniczenia Kurzej Stopki. W pracach na linach od początku badań pomaga Robert Belzyt. Tylko dzięki jego wiedzy, doświadczeniu i dbałości o bezpieczeństwo, liczenia w tych trudno dostępnych obiektach są możliwe. - Aktualnie na terenie studni na zamku wysokim i studni na zamku średnim zimuje prawie 1/3 obserwowanych nietoperzy. - mówi Stec, w ostatnich latach obserwowano około 100 osobników w każdej ze studni. ZGUBNE PRZESĄDY Niestety, piękne te stworzenia bywają bezmyślnie mordowane przez ludzi. Wciąż pokutuje wiara w to, że nietoperz może wplątać się we włosy. - Nic bardziej mylnego - komentuje pan Irek. - Nietoperz ma bardzo precyzyjny zmysł echolokacji i omija przeszkodę jaką jest człowiek. Na pewno nie wplącze się nikomu we włosy, bo takie zachowanie zagraża przecież jego życiu. Drugim niemądrym przesądem jest wiara w to, że ssaki te wypijają krew. Tak naprawdę na ponad 1100 gatunków nietoperzy żyjących na świecie, tylko 84 Nietoperze z malborskiego zamku Jak to ładnie określił pan Ireneusz - gdy nietoperz wleci przypadkiem do mieszkania powinniśmy dać mu żyć. Należy otworzyć okna i czekać aż wyleci, ssaki te znajdują się pod ścisłą ochroną i nie można ich ani zabijać ani przetrzymywać. Tak jak w przypadku kontaktu z każdym dzikim zwierzęciem, również w przypadku kontaktu z nietoperzami, powinniśmy zachować ostrożność. Nie powinniśmy brać nietoperzy w ręce, gdyż mogą przenosić wściekliznę. Niebezpieczne dla tych istot są również turbiny wiatrowe, tak popularne na naszym terenie. Choć nietoperze omijają łopaty, bo je „słyszą”, to giną w inny sposób. - Podciśnienie, które tworzy się za obracającą się łopatą, rozrywa płuca stworzenia - mówi naukowiec. - Jeśli w czasie przelotów na, lub z zimowiska, na drodze nietoperzy znajdzie się pracująca turbina to zwierzęta mogą zginąć. Dlatego według obowiązujących przepisów zanim powstanie taka farma wiatrowa wykonuje się niezbędne badania pod kątem przelotów nietoperzy. Turbiny powinny być również wyłączane w okresach przelotów nietoperzy, gdy prędkość wiatru jest niższa niż 6 m/s. Powyżej tej prędkości wiatru nietoperze nie latają. NIETOPERZE POZNAJE W LOCIE Dla wprawnego oka chiropterologa wystarczy nieraz spojrzenie, aby rozpoznać lecącego nietoperza. - Na przykład Mroczki późne wylatują jako pierwsze na żer i gdy widzę średniej wielkości nietoperza, lecącego o wczesnej porze, mogę domyślić się, że to właśnie on - mówi chiropterolog. - Można typować przelatujący gatunek w zależności od miejsca, gdzie przebywa albo gdzie poluje, dla przykładu nocki polują nad wodą i tam można je spotkać. Ciekawostką jest to że nocek w ciągu jednego wieczoru potrafi złowić około 3000 komarów. Między innymi z tego powodu, ochrona tych zwierząt jest bardzo ważna. * r Marcin Urbanowski 85 Marcin Urbanowski Z PLECAKIEM W KASZMIR Wypełniając formularz związany wizowy, musiałem wpisać adres, pod którym będę przebywał przez parę pierwszych dni w Delhi, a ściślej - w dzielnicy Paharganj, najbardziej zaludnionym miejscu w Indiach. Wpisałem pierwszy lepszy hotel, który ukazał się w wyszukiwarce internetowej. Oczywiście z góry wiedząc, że nie skorzystam z tej gościny. Kilka dni później moja prośba o uzyskanie sześciomiesięcznej wizy została zaakceptowana. Kupiłem bilet w jedną stronę. Spakowałem szesnaście kilogramów najbardziej niezbędnego zaopatrzenia, kierując się radami wyczytanymi w portalach społecznościowych o podróżowaniu plecakowiczów (z czasem okazało się zbędnym ciężarem...). Właśnie z tej perspektywy opisuję swoją przygodę, gdzie brak planu, komfortu, otwartość umysłu staje się czymś zwyczajnym. Lot trwał około trzydziestu godzin z przesiadką w Amsterdamie, gdzie miałem wystarczająco dużo czasu, aby rozejrzeć się po mieście. Była 23:00, gdy lądowaliśmy. Podekscytowanie i strach uderzył z taką samą siłą jak ciepło, które odczułem przekraczając próg samolotu, i stawiając nogi na ziemi w dotychczas nieznanego mi kraju. Dotarłem do bramki granicznej, gdzie ku mojemu zdziwieniu dostałem dodatkowe papiery do wypełnienia. Znowu miałem wpisać, gdzie kilka pierwszych nocy będę zakwaterowany. Oczywiście, nie zapamiętałem adresu hotelu, wypełniając wcześniejsze dokumenty, a brak internetu w komórce uniemożliwił mi wyszukanie kolejnego. Wypełniłem to, co mogłem i ponownie podszedłem do bramki. Stojący tam mężczyzna przeczytał formularz i po chwili zwrócił się z zapytaniem, gdzie adres zameldowania? Zrozumiałem, że mogą wyniknąć z tego problemy... No cóż, już wylądowałem, więc nie wyobrażałem sobie nieprzekroczenia punktu granicznego. Przesadnie zbliżyłem się do mundurowego i zdając sobie sprawę z tworzącego się za moimi plecami zatoru, wyszeptałem, iż nie pamiętam adresu zameldowania, po czym grzecznie poprosiłem, aby coś wymyślił i wpisał jakąkolwiek znaną mu nazwę hotelu. Krótka wymiana spojrzeń, po czym facet chwycił długopis i wypełnił dokumenty, czego następstwem było wypowiedzenie kojących słów: Wellcome in Indie! W momencie przekroczenia bramki granicznej zaczęło kiełkować pomieszane uczucie strachu z podnieceniem, wynikające z braku jakiegokolwiek planu, chociażby na kolejne kilka godzin. Odebrałem plecak, który miał mi służyć przez parę kolejnych miesięcy. Zdecydowałem się na zaczepienie pierwszej lepszej osoby „pozytywnie promieniującej”, aby zaczerpnąć języka na temat okolicy. Wybrałem kobietę i miałem szczęście. Po krótkiej Wymianie zdań okazało się, że są to jej kolejne odwiedziny w Delhi. Postanowiliśmy rozpocząć przygodę razem, udając się w poszukiwanie transportu do centrum stolicy. Wyjście z terminalu w konfrontacji z wzrokiem tubylców skierowanym w twoim kierunku automatycznie daje ci do zrozumienia, że na czole masz wypisane: Jestem bogaty i chętnie z wami S1? podzielę, a do tego jestem głupi, więc nawet jak nie chcę się podzielić, to i tak łatwo 86 Z plecakiem w Kaszmir można zrobić mnie w bambuko. Właśnie w takim duchu jest oferowany każdego rodzaju serwis usług oferowany obcokrajowcom, jeśli zaś taka technika nie skutkuje, obierana jest inna. Następna charakteryzuje się ekstremalnymi umiejętnościami marketingowymi, naturalnymi do tego stopnia, że wielcy guru marketingu, tacy jak Philip Kotler lub Peter Drucker nie mieliby czego się powstydzić. Oferowany serwis jest grą uczuć i emocji, gdzie logika odłożona zostaje na półkę. Podczas sprzedaży masz wrażenie jakbyś był największym szczęściarzem na świecie, a przed sobą masz jedyną dostępną opcję kupienia losu na lotem ze stuprocentowym prawdopodobieństwem wygranej. Dokładnie tak zostanie sprzedana ci butelka wody na stacji kolejowej przez dzieciaka (będzie to dla ciebie ostatnia butelka), a ty kupisz ją z przyjemnością, bo malec przeleje swe emocje precyzyjnie trafiając w sam środek twego serca. On wie, że jak jej nie sprzeda, to nie przyniesie pieniędzy do domu i nie zadba o swoje jutro, a to oznacza głodówkę... Nocna podróż do Paharganj była mieszaniną emocji, a stary autobus pozbawiony klimatyzacji przypominał saunę. Oddalając się od lotniska wzrastała liczba bezdomnych błąkających się po już opustoszałych ulicach miasta, śpiących na chodnikach z głową skierowaną w kierunku ulicy, aby przejeżdżający obok samochód służył, jako delikatny powiew wiatru podczas bezwietrznych ekstremalnie ciepłych nocy. Ogromna masa bezpańskich psów, dobierających się w grupy zupełnie jak ludzie, aby czuć się bezpieczniej, grasująca wśród małych wysypisk śmieci mijających po drodze, to zupełnie normalny widok, zarówno jak towarzyszący smród temu zjawisku. Dotarcie na ostatni przystanek - stacji kolejowej było nie mniej szokującym doświadczeniem niż sama przejażdżka autobusem. Setki ludzi, setki śpiących wszędzie, gdzie się tylko Marcin Urbanowski 87 da, psy, smród i towarzyszący temu naganiacze, próbujący nieświadomym wcisnąć okrężną drogę rikszą do centrum dzielnicy, która znajduje się zaledwie po drugiej stronie stacji. Około dwugodzinne poszukiwania hotelu wśród wąskich ciemnych uliczek wypchanych ludźmi nieumiejącymi odnaleźć swego miejsca na ziemi zakończą się powodzeniem. Dostęp do internetu w pokoju z miejscem na łóżko, toaletą oraz dostępem do wody, z oknami na drugim piętrze, w których szyby zastąpiono gazetami, był w pełni satysfakcjonujący, po takich emocjach. Kilkugodzinna drzemka została przerwana wzrastającą temperaturą i gwarem dobiegającym z ulicy znajdującej się naprzeciwko mego okna. River nadal spała, a ja ze straszliwym poczuciem głodu wyruszyłem w poszukiwaniu jedzenia. Mimo to przez kilka kolejnych godzin bałem się cokolwiek włożyć do ust ze względu na brak higieny dostrzegalny gołym okiem. W trakcie przechadzki jesteś zaczepiany na każdym kroku, niepewność siebie, jak i to, że jesteś nowy, masz wyrzeźbione na twarzy, a ludzie doskonale zdają sobie z tego sprawę, toteż zalewają ciebie setkami różnorakich propozycji. Wychudzone kobiety z pożyczonymi dziećmi na rękach, aby wzbudzić uczucie litości błagają o jałmużnę lub chociaż o kupno mleka w proszku. W przypadku kupna, czym prędzej udają się do sprzedawcy, z którym mają układ wymiany produktu na gotówkę. Odmowa może skutkować opluciem. Cwaniaczki zgarniający ciebie prosto z ulicy pozornie kierowani dobrymi intencjami są niezwykle mili, gadatliwi, zupełnie jak alkoholicy, z którymi możesz porozmawiać na każdy temat przy dobrym trunku. Jej celem jest stworzenie nici emocjonalnej między tobą, a rozmówcą, która kończy się prośba o jałmużnę łub usługę serwisu. Właśnie tak wygląda spacer ulicami stolicy wypełnionymi osiemnastoma milionami mieszkańców. Nieustający hałas pogawędek dobiegający z niezliczonych targowisk wymieszany z dźwiękiem klaksonów wyłaniających się z równie niezliczonej ilości przeplatających się z ludźmi samochodów i skuterów. Zasady ruchu drogowego to po prostu chaos niezrozumiały dla obcokrajowców, ponieważ jedyna obowiązująca zasada to dźwięk klaksonu za pomocą, którego tubylcy odnajdują zrozumiały porządek, czego wynikiem w najbardziej ruchliwym miejscu na naszej planecie jest znikoma ilość wypadków. Zbliżał się zmrok, nadal z pustym żołądkiem, ostanowiłem wrócić do ośrodka i sprawdzić, czy River była już na chodzie. Przekraczając próg gesthausu dostrzegłem świeżo kwaterującego się plecakowicza i nie marnując okazji zawarcia nowej znajomości od razu nawiązałem rozmowę z pozytywnie nastawionym do życia Amirem z Izraela. Postanowiliśmy razem udać się na mój pierwszy posiłek w Indiach, przy okazji stosując bardzo istotną wskazówkę na temat jedzenia, aby korzystać z serwisu restauracji tylko i wyłącznie z przesadnym Przepływem tubylczych klientów, co jest znakiem higieny serwowanych potraw, gwarancją świeżości. Każdy posiłek w tym kraju wydawany jest na wielkiej metalowej tacy przedzielonej na parę osobnych części, zaś w każdej z nich znajduje się inny produkt w postaci sosów, Warzyw i zazwyczaj ryżu z dodatkiem chleba zwanym chapali. Posiłek je się nie za pomocą sztućców, lecz rękoma, więc między tobą a żywnością powstaje pewnego rodzaju więź. Dotyk w połączeniu ze smakiem przenosi ciebie do zupełnie innego wymiaru tworząc poczucie wdzięczności podczas tego na pierwszy rzut oka normalnego rytuału. 88 Z plecakiem w Kaszmir W stolicy razem spędziliśmy trzy kolejne dni, wymieniając się podglądami dosłownie na każdy temat, poczynając od krewetek, a kończąc na nanotechnologii, szkicując delikatnie zręby planu na następne kilka tygodni. Amir zainspirował mnie wspaniałą przygodą, którą przeżył w Kaszmirze, w stanie graniczącym z Pakistanem nieopodal Afganistanu, oczywiście nie uwzględniając, że jest to najbardziej niebezpieczny pod względem ataków terrorystycznych stan w całych Indiach. Po dobrze przespanej nocy z pełnym żołądkiem zdecydowałem, iż nastąpił czas urozmaicenia dotychczasowej dopiero co rozpoczynającej się przygody. Nie posiadając odpowiednich informacji na temat Srinagaru w stanie Kaszmir, postanowiłem doświadczyć tego, co nieznane ma do zaoferowania. Ścignięty prosto z ulicy przez jednego z naganiaczy udałem się do biura turystycznego. Skutkiem godzinnej rozmowy z prezentacją pięknych zdjęć odnoszących się do tego rejonu było skorzystanie z oferty. Była to pierwsza i ostatnia wycieczka, którą wykupiłem podczas paromiesięcznej wędrówki. Zasady były proste - z samego rana miałem stawić się w biurze, zostać przetransportowany do stacji autobusowej, a następnie po kilkunastogodzinnej podróży miałem zostać odebrany przez nieznaną mi osobę oraz zamieszkać z islamską rodziną. Ta powinna się mną zaopiekować, tak abym miło spędził czas. Następnego dnia z samego rana poszedłem do biura podroży. Podniecony i trochę przestraszony czekałem na kierowcę, który miał mnie zawieść na przystanek autobusowy. Ku mojemu zdziwieniu, co na początku do mnie nie dotarło, przed samym odjazdem podszedł do mnie kierownik i powiedział, aby w czasie podroży z nikim nie rozmawiać szczególnie na tematy religijne, jak i me dzielić się mymi poglądami, czym się zajmuję, etc, bo mogą z tego wyniknąć kłopoty. No cóż, koszty oferty zostały pokryte, a ja nie zamierzałem się wycofywać, choć do końca nie wiedziałem, co mężczyzna miał na myśli i byłem gotowy doświadczyć tego na własnej skórze. Miasto było zakorkowane do tego stopnia, iż przybyliśmy na miejsce odjazdu az z dwugodzinnym opóźnieniem. Kierowca wykonał parę telefonów, po czym powiedział, że pojazd, który ma mnie dostarczyć do Shrinagaru znajduje się przed mymi oczyma. Przestarzały sprawiający wrażenie nie będącego na chodzie, z prowizorycznymi oknami, a żeby było jeszcze ciekawiej, przepowiednia agencji, iż będzie wypchany backpackerami takim, jak ja, nie spełniała się. Byłem jedyną osobą z białą twarzą, a w dodatku jednym z niewielu udającym się w tym kierunku. Ogarnęło mnie delikatne przerażenie, które było podwaliną myśl.; aby w ostatniej chwili poddać się i zrezygnować z tej wyprawy, aczko wiek Ciekawość połączona z dreszczykiem emocji przeważyła ciężar strachu Wymieniłem lulka grzecznościowych zdań z towarzyszami, po czym prowizoryczna maszyna ruszyła. Przejazdzka miała trwać około szesnaście kolejnych godzin, więc aby urozmaicić sob.e podroż zacząłem Czytać książkę Georga Walkera Busha pod tytułem „Kluczowe Decyzje . Los zdecydował, ze kolejny rozdział lektury byl na temat organizacji terrorystycznej zwane, Al-Qąeda. Czytałem o mej akurat w momencie, gdy znajdowałem się wśród muzuł-manow i zbliżałem się do najbardziej niebezpiecznego stanu ™ k t j t i, ... © tanu w całych Indiach, w którym głównym wyznaniem jest islam. Co moc przekazu masowego robi 7 / k k nikomu tego tłumaczyć nie muszę. Nie dość, że ta cała svtna ' k i j , $ $ °W^ C 3 , i ■ i? j i ze ta cała sytuacja była dość stresująca, to lek- tura książki spowodowała m? hk myśli. To co może się wydarzyć, nie dawało mi spokoju. Oddalając się od stolicy kraju drogi pustoszały. Gdzieniegdzie kręcili się ludzie z turbanami Marcin Urbanowski 89 na głowie z długimi brodami. Strach z wielkimi oczyma robił swoje. W międzyczasie reszta pasażerów zalała mnie setką osobistych pytań, na które nie chciałem udzielać odpowiedzi, ale w tych okolicznościach nie dostrzegałem innej opcji, jak zaryzykować i kontynuować rozmowę, w przeciwnym razie niegrzeczność mogłaby przekroczyć granice i tym samym wzbudzić źdźbło podejrzliwości. Rozmowa przybierała dosyć agresywna formę do tego stopnia, iż domagano się, abym pokazał swe dokumenty w postaci paszportu, dowodu osobistego, prawa jazdy, itd. Kolejne minuty mijały, lecz czas zwolnił toteż każda z nich dłużyła się niczym godziny. Dotychczas opustoszałe ulice nadal takie pozostawały, zaś mężczyźni z turbanami przybrali bardziej agresywne postacie, ponieważ oprócz brody i turbanów na ich głowach dołączyły karabiny przewieszone przez ramię lub trzymane w rękach, sprawiając wrażenie gotowości na każdy możliwy wariant. Nadeszła chwila postoju w dość ucywilizowanym miasteczku, którego nazwy nie pamiętam. Duszona panika oraz obawy przed tym, co może nastąpić, jednogłośnie podpowiadały mi, że jest to odpowiedni moment aby się stąd wydostać. Czym prędzej chwyciłem plecak i wyszedłem, udając się do restauracji znajdującej się w hotelu, naprzeciwko którego zaparkowaliśmy. Nie minęła dosłownie sekunda, a wybiegający za mną kierowca wykrzykiwał, co ja wyprawiam. Odpowiedziałem, iż zmieniłem zdanie co do dalszej podroży i dziękuję za dotychczasową drogę, poradzę sobie sam. Rozpętała się istna burza, krzyki, wrzaski dobiegające z jego ust nie do końca zrozumiałym łamanym angielskim, przyciągnęły co najmniej kilkudziesięciu gapiów. Zostałem otoczony. Wokół mnie powstał okrąg składający się z brodaczy z turbanami na głowach. Chłopcy, którzy dołączyli do zbiegowiska, rozpętali istne piekło. Nie mogłem zebrać myśli. Przykucnąłem wśród nieznajomych twarzy zupełnie 90 Z plecakiem w Kaszmir jak ofiara kurcząca się przed przewyższającą silą wroga. Po chwili zastanowienia zebrałem mieszaninę emocji do ładu, po czym wstając podszedłem do kierowcy pytając się, w czym jest problem, i po co te całe zamieszanie. Chwila ciszy, w powietrzu zawisła niepewność. Po chwili powiedział, że jego obowiązkiem jest dostarczyć mnie na miejsce docelowe i nie może mnie wypuścić w żadnym innym punkcie, ponieważ jest za mnie odpowiedzialny. Chwyciłem plecak udając się w kierunku autobusu, tym samym kończąc przedstawienie. Ludzie się rozeszli. Stary ale jary pojazd i tym razem ruszył bez jakichkolwiek problemów Oczywiście powtórzyła się historia, jeśli chodzi o burzliwe rozmowy wśród kolegów, z którymi dzieliłem przestrzeń w autobusie. Nie chce się zbyt często powtarzać, dodam jedynie, że napięcie powstałe w pojeździe było nieustające. Krajobrazy z dotychczasowych, lekko pustynnych rejonów z niewielkimi ilościami zieleni, przeistoczyły się w najwyższe góry znajdujące się na naszej planecie. Mym oczom ukazała się korona ziemi, Himalaje. Kręta, wąska droga, jedna z najwyżej położonych na świcie dosłownie mroziła krew w żyłach, w szczególności, gdy nadjeżdżały inne pojazdy z naprzeciwka, a towarzysząca jej przepaście napełniały strachem. Do tego dochodziły co jakiś czas różnych wielkości wodospady przecinające szlak, które trzeba było pokonać aby dojechać do celu. Niedawne turbany ustąpiły miejsca ubiorom wojskowym Żołnierze byli po prostu wszędzie, na dżipach z wielkimi karabinami maszynowymi zamocowanymi na tylnych częściach samochodów, w różnych w pełni opancerzonych wozach z lekkim i ciężkim wyposażeniem. Byli widokiem zlewającym się z krajobrazem przez następne parę godzin. Po paru kontrolach przeprowadzanych przez mundurowych, gdzie w prawie każdym przypadku tylko ja byłem proszony o pokazanie dokumentu oraz wypisanie podstawowych formalności związanych z celem wizyty i miejscem zakwaterowania, dotarliśmy do celu Kilkuminutowe odprężenie na końcowym przystanku i oczekiwanie nieznajomą osobę .. Rozpoznała mnie bez żadnego problemu, ponieważ byłem jedynym obcokrajowcem, znajdującym się w tym miejscu. Razem z Nadimem, bo tak miał na imię, pojechaliśmy do domu, w którym miałem zamieszkać przez następne parę tygodni. Dom okazał się ogromną willą ogrodzoną metalowym płotem niczym bunkier mający przetrwać nadchodzącą wojnę domową. Zaparkowaliśmy przed bramą, po czym Nadim wystukał kod, chwila ciszy została zakłócona dźwiękiem ściągającego łańcucha po przeciwnej stronie ogromnej bramy. Wrota się otworzyły, a pierwszym punktem skupiającym mój wzrok były dwa ogromne psy nie- Przywitany zostałem jedną z najlepszych czarnych herbat na świecie wywodzącą się z gatunku Darjeehng. Podczas popijania afrodyzjaku padały mniej więcej te same pytania jaŁe m-łem okazje usłyszeć podczas męczącej zarówno jak i ekscytującej jazdy w drodze do celu. W trakcie pogawędki okazało się, że gdzieś zapodziały mi się dokumenty, potwierdza-jące dobicia targu z biurem turystycznym, czego wynikiem było delikatne napięcie i poczucie nieufności skierowane w mym kierunku. Na szczęście małe nieporozumienie zostało wyjaśnione po dokładnym spenetrowaniu mojego bagażu. Rodzina liczyła dziesięcin członków, z czego najciekawszą osobą był Nadim, który okazał się niewolnikiem odkupionym i tym samym uratowanym przez głowę rodziny. Był to meżC7v7na k i • oraz z brodą sięgającą do pasa, niewymawiający ani słowa, lecz snrawiai.„ • • > i 7 'iecz oprawiający wrażenie pełnej Marcin Urbanowski 91 obecności i zrozumiałości języka angielskiego. Nie widziałem go nigdy w innej pozycji, jak w siadzie skrzyżnym naprzeciwko księgi zwanej Koranem. Innym ciekawym mężczyzną nieposługującym się językiem angielskim był około pięćdziesięcioletni mężczyzna totalnie pozbawiony jakichkolwiek sił witalnych, nieustanie próbujący się wydostać poza bramę ogrodzenia. Z dalszych rozmów wynikło, iż był on członkiem rodziny, który z przedstawionej przez nich wersji, postradał zmysły. Jak dla mnie, był niewolnikiem, nie musiałem z nim rozmawiać, aby zrozumieć jego pragnienia, a czułem że jego potrzebą jest wolność. Około południa przyjechał mąż kobiety witającej mnie wspaniałą herbatą. Po krótkiej rozmowie przygotowaliśmy plan działania związany z moim pobytem. Jego rezultatem miał być trekking po Himalajach następnego dnia. Nie zdradzę konkretnej nazwy góry, ponieważ znajduje się tam baza militarna mająca na celu powstrzymanie grup terrorystycznych, próbujących przekroczyć granice Indii. Jeszcze tego samego wieczoru zaproszono mnie, abym odwiedził sklep, w którym są sprzedawane najlepszej jakości na świecie słynne kaszmirowe dywany. Osobą, która miała mnie tam zawieść był, jeszcze nieznany mi, członek rodziny o imieniu Arif. Zgodziłem się, lecz zanim wyjechaliśmy z domu, małżeństwo delikatnie zaczęło się czepiać mego angielskiego akcentu, próbując udowodnić, że zupełnie nie pokrywa on się z naturą akcentu języka polskiego. W tym samym czasie do domu dotarł wcześniej zapowiadany przez nich plecakowicz pochodzenia koreańskiego, który również zdecydował się dołączyć do już zorganizowanego wyjazdu. Wyjechaliśmy. Prowadzący samochód nie odzywał się ani słowem, zamiast tego na zmianę panicznie odbierał połączenia telefoniczne z trzech różnych komórek, znajdujących się na desce rozdzielczej jego dżipa. Nie zrozumiałem ani słowa z tego co mówił, lecz czułem, 92 Z plecakiem w Kaszmir iż coś kombinuje, i za wszelką cenę chce załatwić coś bardzo ważnego. Taki styl jazdy trwał przez kolejne dwadzieścia minut, zanim dojechaliśmy do sklepu z dywanami. Byl otoczony ogromnym murem, a wokół niego zobaczyłem swobodnie poruszające się okryte szatami kobiety lub mężczyzn, gdzie jedyną widoczną częścią ciała były oczy, zaś kształt szaty po dwóch stronach na wysokości pępka informował, iż pod nią znajduje się broń. Przywitał nas mężczyzna w podeszłym wieku z siwymi krótkimi włosami oraz długą brodą, bardzo zadbany, odziany w przepiękną białą szatę. Po krótkiej wymianie zdań powiedział, abyśmy podeszli do drewnianej maszyny znajdującej się na zewnątrz budynku. Chwycił kilkudziesięciu centymetrowy zawijany nóż w kształcie półksiężyca wyjaśniając, iż jest to narzędzie za pomocą którego dociska się plątaninę włosia na urządzeniu tworzącym dywan, pozyskanego z okolicy szyi kóz kaszmirskich. Po ręcznym oddzieleniu włosia twardego od miękkiego wykorzystując tylko te o najlepszej jakości. Nie wnikając dogłębnie w technikę, udaliśmy się do środka budynku. Drzwi za naszymi plecami zostały zamknięte W ogromnym pomieszczeniu znajdowało się około dziesięciu innych mężczyzn, którzy okazał, się służącymi pana domu. Spędziliśmy w tym miejscu, co najmniej dwie godziny, podczas których zadbany starzec wyjaśniał nam z punktu widzenia islamu, na czym polega sztuka tworzenia kaszmirowych dywanów. Nierozproszony przedstawieniem toczącym się przed naszymi oczyma kontynuował wzniosłe opowiadanie, podczas gdy służba rozrzucała piękne lśniące ogromne dywany na połyskującej kafelkowej podłodze. Skinięcie głowy jednego z nas czyli gości było znakiem, że jesteśmy gotowi na prezentację następnych. Dynamika przedstawienia zlewająca się ze słowami mędrca tworzyła niesamowitą atmosferę, którą jest ciężko ubrać w słowa, tego trzeba doświadczyć. Niewątpliwie cala ta sytuacja doprowadzała służbę do szalu spowodowanego wydawaniem poleceń ze strony obcokrajowców. Pan domu zauważył narastające napięcie między nami, delikatnie unosząc palec powiedział: „Jesteście moimi gośćmi, a ja zapewniam Wam absolutne bezpieczeństwo”. Spektakl będący zarówno niezapomnianą grą emocji, jak i wielką nauką dobiegi końca. Zrobiłem malutki zakup dla rodziny, który i tak miał wysoką cenę. O kupnie dywanu nawet nie marzyłem, ponieważ cena tego dzieła dochodziła do dziesiątek tysięcy dolarów Do domu nie wracaliśmy tym samym szlakiem, a droga powrotna trwała około godziny dłużej. Arif prowadząc zachowywał się tak samo jak poprzednio... Po upływie paru minut od momentu wejścia do willi zapytano się mnie jeszcze raz o trekking, i czy nie chcę przedłużyć pobytu w górach. Najciekawsze było to, że ilość zaproponowanych dni była odpowiednia do sumy gotowki znajdującej się w moim plecaku. Po wejściu do pokoju od razu zdałem sobie sprawę z zaistniałej sytuacji. Mój ekwipunek po prostu zostałem przeszukany. O poranku razem z Nadim wyruszyliśmy w góry oddalone kilkadziesiąt kilometrów od mtejscowosc. Podroż była zabawą, ponieważ środek lokomocji byl do tego stopnia stary, że co kilka kilometrów pod stromą górę musieliśmy się zatrzymywać, otwierać klapę pojazdu oraz chłodzie silnik wodą z pobliskich strumieni. W momencie dotarcia do miejsca rozpoczęcia wspinaczki, przydzielono mi dwoje dzieci z kasty cygańskiej jako przewodników oraz trzy kucyki jako tragarzy. r Parę dni spędzone na szczycie góry były wspaniałą przygodą. Czułem zrelaksowanie i pełnię bezpieczeństwa, ponieważ namioty były rozstawione zaledwie kilkaset metrów od Marcin Urbanowski 93 bazy wojskowej. Jedynym defektem, choć zupełnie zrozumiałym był przymus komunikacji z dowództwem przed podjęciem jakiegokolwiek trekkingu, aby w razie czego, nie zostać pomylonym z potencjalnym terrorystą, a w efekcie zostać zastrzelonym. Tak więc, każdy kierunek, w który się udawałem był przekazywany bazie. Efektem pobytu na kilkukilometrowej wysokości nad poziomem morza była poparzona skóra, silna gorączka z ogólnym bardzo nieprzyjemnym fizycznym samopoczuciem. Kolejna oferta została złożona dosłownie sekundę po powrocie, po przekroczeniu progu drzwi. Rodzina chciała zapoznać mnie ze swoim przyjacielem będącym lokalnym historykiem o imieniu Shafi. Pomimo opłakanego stanu, w którym obecnie się znajdowałem, zgodziłem się. Następnego popołudnia zjawił się historyk, rozpoczynając konwersację dziwną opowieścią z jego życia, związaną z kobietą pochodzenia polskiego, którą poznał rzekomo w ambasadzie, w międzyczasie wplatając w historyjkę polskie imiona, a następnie oczekując z mej strony potwierdzenia, czy aby na pewno jest to imię pochodzące z mego ojczystego kraju. Czułem się jak na przesłuchaniu mającym na celu udowodnienie mi szpiegostwa. Czułem, że coś mrocznego kryje się za tymi okolicznościami, jednak nie byłem wstanie rozświetlić tej ciemności. Zapoznanie w takich warunkach wzbudziło we mnie poczucie ciekawości, o co tu właściwie chodzi, czego owocem była wspólna przechadzka wśród najciekawszych miejsc Srinagaru, w toku, jakiej Shafi przedstawiał mi historię odwiedzanych meczetów jednocześnie próbując przeciągnąć mnie na stronę islamu dość silnymi spójnymi argumentami. Podczas mej nieobecności w willi wynikającej z czasu spędzanego z historykiem, dojechało dwóch kolejnych backpackerów, Amerykanin Patrick oraz Niemiec Lucas. Gorączka, która doprowadzała mnie do szaleństwa, spowodowała zaprzestanie zwiedzania oraz na- 94 Z plecakiem w Kaszmir tychmiastowy powrót do fortecy. Pomimo opłakanego stanu od razu załapaliśmy z chłopakami wspólny język, po czym udałem się prosto do łóżka. Po kolejnych dwóch dniach mój stan nadal się nie polepszał. Zdecydowaliśmy się odwiedzić lekarza, który przypisał mi antybiotyki, które okazały się bezsilne. Chłopaki korzystali z uroków pogody, a ja tym czasem pozostawałem w pokoju, będąc chroniony grubymi zasłonami przed promieniami słońca. Wiedzieliśmy się tylko w nocy i to właśnie pewnej nocy, kiedy siedzieliśmy wspólnie na patio zjawił się Arif. Momentalnie powstała nieprzyjemna atmosfera spowodowana jego obecnością, ponieważ od samego początku Patrick nie mógł z nim nawiązać nici porozumienia i vice versa. Ze strony tubylca rozmowa spłynęła na bardzo delikatny szczególnie w tym miejscu na ziemi temat, Al-Qaedy oraz samego jej założyciela Osamy bin Ladena i kontaktów Arifa w Arabii Saudyjskiej. Nie wnikając głębiej, rozmowa nabrała takiego rozmachu, że wszyscy razem zaczęliśmy drżeć do tego stopnia, iż Patrick z Lucasem stanowczo podziękowali i udali się do swoich pokojów. Zostałem chwilę dłużej wysłuchując, co jeszcze ma do powiedzenia. Dałem mu się wygadać, a następnie poszedłem spotkać się z chłopakami. Wszyscy jak jeden mąż stwierdziliśmy, że czas się stąd wynosić. Patrick z Lucasem postanowili w ciągu dwóch kolejnych dni wynająć kierowcę. W momencie, gdy rodzina dowiedziała się o ich planie wysunęła w mym kierunku kolejną propozycją. Chodziło o to, abym został tak długo, jak tylko będzie trzeba, bym odzyska! zdrowie, bez ponoszenia żadnych kosztów związanych z noclegiem oraz jedzeniem. Nie skorzystałem z tej oferty, ponieważ chłopaków dawno już by nie było, a ja pozostałbym sam nie wiedząc, czego oczekiwać. W przeciągu następnej godziny kupiłem bilet lotniczy do Jammu, aby czym prędzej wydostać się z tego miejsca. Tego samego dnia opuściłem Kaszmir cały i zdrowy. Dopiero trzy miesiące później zrozumiałem powód zachowania rodziny, jak i jej przyjaciół w miejscu oddalonym o trzy tysiące kilometrów od Srinagaru zwanym Hampu Zostałem zaczepiony na ulicy przez pewnego faceta, nie przedstawiając się nawzajem rozpoczęliśmy rozmowę o wszystkim i o niczym. Po krótkiej wymianie zdań okazało się, iz pochodzi z okolic Kaszmiru. Nie zaskakując mnie, zaczął opowiadać o zamachach terrorystycznych, konkretnie o prawdziwej historii związanej z pewnym chłopcem wychowanym w Stanach Zjednoczonych z białą twarzą i perfekcyjnie władającym językiem angielskim, zaś od samego dziecka szkolonym do przeprowadzenia zamachów bombowych na terenie Indii, do czego faktycznie doszło. Właśnie w tej chwili wcielając się w osobę należącą do ich społeczności i z tej perspektywy patrząc na samego siebie zrozumiałem, że wszystko to co miało miejsce, było wynikiem środków ostrożności, wynikającej zarówno z troski o własną rodzinę jak i o swój lud. Jest to jedne z wielu doświadczeń, jakie zostało mi podarowane przez tak wspaniały kraj jak Indie. Z czystym sumieniem i ręką na sercu stwierdzam, iz wartość osobistego kapitału zbudowanego na szczerości i zaufaniu do samego siebie jest czymś, co można osiągnąć tylko i wyłącznie wspinając się na najwyższe wierzchołki drzewa, bo właśnie na nich dorastają soczyste i dojrzale owoce. Można spaść lub zejsc bezpiecznie. Reszta w postaci pozbawionych pełni smaku owoców położonych w nizszej partii drzewa pozostaje dla ludzi ze sfory komfortu. Zabytkom na ratunek Leszek Sarnowski DOTACJE NA RATOWANIE ZABYTKÓW W ROKU 2015 Od początku istnienia naszego kwartalnika opisujemy zabytki naszego regionu. Z radością informujemy jeśli któryś z nich uda się uratować, ze smutkiem, gdy pada ofiarą nieubłaganego czasu i zapomnienia. Opisujemy też ludzi, którzy z wielką pasją, często samotnie i bez pomocy ratują to, co wydawało się nie do uratowania. Nikomu nie udało się do tej pory odrestaurować zabytkowych domów, bez wsparcia z zewnątrz, Stąd ważne są różnego rodzaju dotacje niosące ratunek zabytkom, zarówno ministerialne, jak i wojewódzkie (marszałkowskie). DOTACJE MINISTERIALNE Bardzo dobra wiadomość dla Żuław i Powiśla przyszła z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Kilka ważnych projektów otrzymało dotacje z Programu Dziedzictwo Kulturowe na ochronę zabytków. Parafia rzymsko-katolicka św. Wojciecha (XV w.) w Prabutach otrzymała 150 000 zł na II etap prac, czyli wykonanie izolacji ścian fundamentowych i drenażu oraz renowację tynku Wewnątrz kościoła. Parafia św. Trójcy Przenajświętszej w Dzierzgoniu otrzymała 160 000 zł na III etap prac konserwatorskich i restauratorskich przy ołtarzu południowym (2 ćw. XVIII w.) oraz 120 000 zł na prace konserwatorskie przy malowidle ściennym, w formie kotary za Ołtarzem Południowym (2 ćw. XVIII w.). 96 Dotacje na ratowanie zabytków w roku 2015 Kościół św. Jana Ewangelisty w Kwidzynie otrzymał 120 000 zł na II etap prac konserwatorskich i restauratorskich przy Epitafium Augusta Milde i jego żony (1628 r.). Towarzystwo Opieki nad Zabytkami oddział w Gdańsku otrzymało 150 000 zł na ratunkowe prace konserwatorskie, między innymi wzmocnienie połączeń konstrukcji dachowej (zgodnie z zaleceniem Głównej Komisji Konserwatorskiej) oraz prace dekarskie i kompleksowa konserwacja murów w kościele św. Szymona i Judy Tadeusza (XIV w.) w Gnojewie. Gracjan Kleczewski, właściciel domu podcieniowego w Żuławkach z 1721 r. otrzymał dotację w wysokości 300 000 zł na naprawę fundamentów domu, naprawę i uzupełnienie konstrukcji drewnianej przekroju poprzecznego całego budynku, zabezpieczenie dachu na 2/3 jego powierzchni wraz z podcieniem gospodarczym oraz rekonstrukcję stolarki. Zofia Krupińska - Marynowy, właścicielka domu podcieniowego z 1803 r. otrzymała 250 000 zł na IV etap prac polegających na remoncie konstrukcji stropów murowanego podpiwniczenia oraz dokończenie wymiany stolarki okiennej. Daniel Kufel i Elżbieta Skirmuntt-Kufel - Trutnowy, właściciele żuławskiego domu podcieniowy (1720 r.) otrzymali 150 000 zł na IV etap prac, czyli na remont . konserwację konstrukcji dachu, i reprofilację północnej elewacji kondygnacji piętra. Ewa i Artur Wasilewscy, przyjaciele naszego kwartalnika z Orłowa, właściciele domu podcieniowego z 1802 r. otrzymali 100 000 zl na III etap prac konserwatorskich i robót budowlanych przy swoim domu. Powiat tczewski otrzymał 700 000 zl na IV etap remontu zabytkowego mostu z XIX wie-ku - prace przy filarze nr 6. Niestety po raz kolejny znaczna część obiektów nie uzyskała wsparcia ze strony ministerstwa. Wśród odrzuconych wniosków znalazły się między innymi: kościół św. Michała Archanioła w Miłoradzu, Parafia grekokatolicka św. Michała w Cyganku, kościół grekokatolicki p.w. Zesłania Ducha Sw. w Dzierzgoniu, Parafia św. Piotra i Pawła w Mątowach Wielkich Parafia Matki Bożej Wniebowzięcia w Kończewicach, Sanktuarium Przemienienia Pańskiego w Gniewie Parafia św. Jana Chrzciciela w Malborku, dom podcieniowy w Mikoszewie, budynek poklasztorny Dzierzgońskiego Ośrodka Kultury, Parafia św. Anny w Krasnej Łące, Kaplica Ofiarowania Pańskiego w Cieszymowie, Parafia św. Anny w Sztumie - Kościół filialny p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego w Sztumskiej Wsi, Nowy Dwór Gdański - budynek admini-stracyjno-produkcyjny przy ul. Morskiej nr 83 (k. XIX w.), Pomorskie Towarzystwo Miłośników Kolei Żelaznych na remont jedynego w Polsce czynnego, ręcznego kolejowego mostu obrotowego w Rybinie, na linii wąskotorowej Żuławskiej Kolei Dojazdowej (1901-1906 r.). DOTACJA MARSZAŁKOWSKIE Rozstrzygnięto konkurs na dotację na prace konserwatorskie, restauratorskie i roboty budowalne przy zabytkach wp.sanych do rejestru zabytków, położonych na terenie województwa pomorskiego. To część Regionalnego Programu Strategicznego w zakresie atrakcyjność! kulturalnej i turystycznej pod nazw, „Pomorska Podróż”. Złożono 37 wniosków na łączną kwotę dofinansowania w wysokości ponad 2,5 min złotych. Komisja powołana Leszek Sarnowski 97 przez marszałka wyłoniła 10 wniosków, które zostaną dofinansowane łączną kwotą 600 000 zł zaplanowaną na ten cel w budżecie województwa. Z regionu Żuław i Dolnego Powiśla dotacje otrzymały zarówno obiekty sakralne, jak i osoby prywatne, w tym między innymi: - Parafia greckokatolicka św. Mikołaja w Żelichowie-Cyganku na remont ratunkowy ścian ryglowej części nawy z wymianą stolarki okiennej (111 345 zł), - Michał Pielaszkiewicz z Mikoszewa, w gminie Stegna, na remont konstrukcji podcienia i stolarki okiennej i drzwiowej zewnętrznej domu podcieniowego w Mikoszewie (wartość 60 000 zł), - Gracjan Kleczewski z miejscowości Żuławki, gmina Stegna, na remont okien i okiennic w południowej części domu podcieniowego w Żuławkach (35 525 zł). Z tego wynika, że z kwoty 600 000 zł, ponad jedna trzecia środków trafiła do naszego regionu. Pozostałe środki zostały przeznaczone na ratowanie zabytkowych obiektów w Gniewie, Pruszczu Gdańskim, Pelplinie, Kartuzach, Starkowie, Pączewie i Łączyńskiej Hucie. Arkadiusz Kosiński RENOWACJA BAROKOWEGO EPITAFIUM W KWIDZYŃSKIEJ KATEDRZE Arkadiusz Kosiński 99 Parafia pw. św. Jana Ewangelisty w Kwidzynie otrzymała 120 tys. zł z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na kontynuowanie renowacji epitafium upamiętniające Augusta Mildego i jego żonę. - To jedno z największych i najładniejszych drewnianych epitafiów w Europie. Mamy czym się chwalić - przyznaje Bogumił Wiśniewski z Urzędu Miasta w Kwidzynie, archeolog, główny specjalista ds. ochrony zabytków. O barokowym epitafium w Kwidzynopedii czytamy: „...utrzymane w odcieniach brązu, zawieszone jest w południowej nawie kościoła. Niegdyś jego miejscem była nawa po prawej stronie prospektu organowego”. U dołu nad inskrypcją widnieją podobizny ówczesnego burmistrza Augusta Mildego, który zmarł w 1628 roku i jego żony, zmarłej w 1601 roku. - „Powyżej główna płaskorzeźba przedstawiająca Jezusa w Ogrodzie Oliwnym. Szeroki fryz podtrzymywany kolumnami przedstawia cztery sceny pasyjne przedzielone cokołami z ustawionymi na nich figurami świętych. Nad gzymsem płaskorzeźba ze sceną ukrzyżowania. Całość wieńczy głowa amorka i dwie ptasie gło-wy z dziobami skierowanymi do środka (...)” - pisze Kwidzynopedia. Jak tłumaczy ks. Ignacy Najmowicz, proboszcz parafii pw. św. Jana Ewangelisty, renowacja całego epitafium potrwać może nawet 5 lat. Epitafium odnawiane jest etapami. Prace rozpoczęły się w 2014 roku, a pieniądze podobnie jak tym razem, parafia pozyskała z MKiDN. - Część, która w najbliższym czasie zostanie poddana zabiegom konserwatorskim, jest mniejsza od poprzedniej (górnej - przyp. red). To, jaki fragment epitafium będzie odnawiany, zależy °d konserwatorów, którzy oceniają jego poziom zniszczenia i dostosowują się do sumy pieniędzy, którą aktualnie dysponujemy. To bardzo żmudna praca, wymagająca ogromnej cierpliwości. Przypomina to nieco pracę archeologa, również tu zdejmuje się kolejne warstwy zabrudzeń i farby - mówi ks. Najmowicz. Odnowione fragmenty epitafium, podziwiać będziemy mogli dopiero, gdy zostanie ono ponownie połączone w całość. Warto przypomnieć, że niedawno częściowo wyremontowano witraże w kwidzyńskiej katedrze, przez które w trakcie deszczu dostawała się woda i stanowiła poważne zagrożenie dla malowideł na ścianach pod witrażami. - Efekt przerósł nasze oczekiwania. Witraże są przepiękne. Poprawiła się akustyka. Zrobiliśmy to na razie w jednej części kościoła, ale w kolejce czekają pozostałe witraże - mówił na ostatniej sesji Rady Miasta burmistrz Andrzej Krzysztofiak. Samorząd planuje również udostępnić zwiedzającym wieżę kościoła oraz jego sklepiecie, konieczny będzie jednak remont schodów prowadzących do wieży. Miasto sprawdziło już, czy zainstalowane na wieży nadajniki telefonii komórkowej będą w jakiś sposób zagrażać zdrowiu turystów, ale okazało się, że przebywanie w ich pobliżu zwiedzającym w żaden sposób nie zaszkodzi. 100 Zabytkowy ołtarz w Dzierzgoniu Marek Kurkiewicz ZABYTKOWY OŁTARZ W DZIERZGONIU Wybudowany w stylu gotyckim u początku XIV w. (lata 1310-1320), kościół parafialny w Dzierzgoniu, położony na tarasie podnóża Wzgórza Zamkowego. Góruje nad miastem stanowiąc jego wizytówkę, swoisty symbol miasta. Wielokrotnie niszczony przez pożary przechodził od swojego pierwotnego stanu szereg transformacji. Początkowo kościół posiadał strop ze sklepieniem w prezbiterium (do pożaru w 1730 roku). Wieża wkomponowana w korpus kościoła, niegdyś posiadająca drewnianą nadbudowę, zachowała w dolnej kondygnacji gwieździste sklepienie. Przy zachodniej ścianie mieści się klatka schodowa zaznaczająca się pół ośmiobocznym u dołu, a wyżej półokrągłym występem. Świątynia opatrzona jest w dwa przedsionki pochodzące z początku drugiej połowy XIX wieku i kaplicę św. Krzyża z 1731r. Rok ten, byl też czasem wybudowania w barokowej formie szczytu wschodniego. W zamurowanym wówczas gotyckim oknie, utworzona została wnęka mieszcząca krzyż. Marek Kurkiewicz 101 Wyjątkowość kościoła leży w zasklepionej krypcie, znajdującej się pod prezbiterium. W średniowieczu pełniła - być może - rolę dolnego kościoła. Po pożarze świątyni w 1647 r. przechowywano w niej uratowane wyposażenie, którego większość niestety spłonęła. Odbudowa trwała do 1682 r. Od czasu pożaru w krypcie odbywały się nabożeństwa. Po 1715 r. podzielono ją murem na dwie części: w jednej grzebano zmarłych, a w drugiej składano sprzęt kościelny. Dzisiejsze bogate wyposażenie Kościoła św. Trójcy w Dzierzgoniu pochodzi głównie z okresu po ostatnim wielkim pożarze jaki miał miejsce w roku 1730. Na szczególną uwagę zasługuje barokowy portal opatrzony lukowymi blendami oraz osiemnastowieczna ambona nakryta rzeźbieniami zakończonymi postacią Jezusa. Ciekawość wzbudzają cztery portrety szlacheckie przedstawiające dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Jeden z nich przedstawia Kazimierza Zawadzkiego, kasztelana chełmińskiego, posła na sejm, pisarza politycznego i myśliciela , autora traktatu o Rzeczpospolitej. Znanego też ze swoich konfliktów z biskupem chełmińskim Kazimierzem Opalińskim. Najstarszym zabytkiem znajdującym się w dzierzgońskiej świątyni jest jedna z płyt nagrobnych pochodząca z 1347 r. Wyposażenie kościoła w Dzierzgoniu stanowi cenny przykład zespołu malarstwa, snycerki i rzemiosła artystycznego z okresu gotyku, renesansu i baroku. Ministerstwo dofinansowało drugi etap prac konserwatorskich i restauratorskich przy ołtarzu południowym oraz przy malowidle ściennym, w formie kotary za ołtarzem południowym. To barokowy ołtarz z drewna polichromowanego z drugiej ćwierci XVIII wieku, flankowany obeliskami na cokołach i wspornikach. Na obeliskach znajdują się po trzy kartusze w rzeźbionych ramach z banderolami. W polu głównym ołtarza, pod baldachimem, znajduje się wizerunek Matki Boskiej z Dzieciątkiem, w dolnej części ołtarza dwie grupy osób świeckich i duchownych. Obraz flankowany rzeźbami świętych - Jacka i Dominika. W zwieńczeniu ołtarza znajdują się figury aniołów i puttów oraz monogram Marii w glorii promienistej. Obeliski zwieńczone są koronami na poduszkach. W kartuszach znajdują się malowidła symboliczne o tematyce maryjnej. 102 Remont konkatedry w Prabutach Krzysztof Wojewódzki REMONT KONKATEDRY W PRABUTACH Kościół katedralny pw. Świętego Wojciecha w Prabutach znajduje się przy ul. Barczewskiego 6. To najstarszy zabytek architektury średniowiecznej w mieście. To obiekt o wyjątkowej wartości historycznej i niekwestionowanych walorach architektonicznych. Kościół katedralny wybudowany, na wzór katedry kwidzyńskiej, przez biskupa pomezańskiego Rudolfa w latach 1310-1330. Po sekularyzacji Prus w 1525 roku stał się kościołem ewangelickim. Zniszczony w czasie wojny polsko-krzyżackiej w 1414 roku, wojny trzynastoletniej (1454-1466), wojny kleszej (1472- 1479) oraz wielkiego pożaru w 1688 roku. W czasie wojen napoleońskich w 1807 roku wojska francuskie urządziły we wnętrzu katedry lazaret. Od XVII w. miała wystrój barokowy z ołtarzami, emporą, prospektem organowym, am-boną, epitafiami, malowidłami, wyposażeniem ruchomym (żyrandole, kielichy srebrne, patery, świeczniki). Spalona wiosną 1945 r. przez armię sowiecką, odbudowana w latach 1979-85 staraniem infułata i prepozyta ks. Jana Oleksego (proboszcz od 1980 r.). Strop beczkowy, współczesny drewniany wystrój wnętrza. W 1983 roku zyskała status Pomezańskiej Kapituły Kolegiackiej. W 1992 roku Papież Jan Paweł II podniósł kolegiatę do godno-ści Konkatedry Diecezji Elbląskiej. Mury Konkatedry pw. Św. Wojciecha w Prabutach wymagały podjęcia natychmiastowych działań zapobiegających dalszej degradacji obiektu. Ściany obiektu wymagały oczyszczenia z mchów i nalotów, zabezpieczenia przed dalszym zawilgoceniem i lasowaniem. W murach występowały liczne ubytki zarówno w licu jak i w gzymsach, przyporach, daszkach przyporowych i elementach architektonicznych. Po rozebranych kruchtach występowały liczne ubytki w murze uzupełnione tynkiem cementowym, który został usunięty i uzupełniony cegłą z zaznaczeniem, ze w przeszłości przylegały tam ściany. Prace remontowo - konserwatorskie przywróciły pierwotne walory estetyczne, architektoniczne i historyczne murów kościoła. Działania te miały w większości charakter ratunkowy i po ich zakończeniu proces degradacji został znacznie ograniczony. W 2007 roku z dotacji Miasta i Gminy Prabuty w wysokości 62 500 zł wykonano ilumi-nację konkatedry. Dofinansowanie wyniosło 100% kosztów. W 2009 roku wykonano witraże: trzy przeszklenia witrażowe we wschodniej ścianie prezbiterium i jedno w zachodniej ścianie konkatedry. Całkowity koszt robót wyniósł 70 000 zł. Udział własny Parafii p.w. św. Wojciecha wyniósł 42 000 zł. Dotacja Miasta i Gminy Prabuty wyniosła 28000 zł. 7 ^70^7”“ 7mOntOWO - konserwatorskie murów konkatedry. Koszt całkowity 189669,88 zł. W tym udział parafii 32 769,88 zł, Miasto i Gmina Prabuty 45 000 Krzysztof Woj ewódzki 103 zł., Wojewódzki Konserwator Zabytków w Gdańsku 55 000 zł, Marszałek Województwa Pomorskiego 56 900 zł. W 2014 roku wykonano roboty ziemne - ręczna rozbiórka brukowca, niwelacja terenu, a także roboty instalacyjne wodno-kanalizacyjne i sanitarne. Ponadto wykonano szereg prac remontowych i renowacyjnych. Koszty ogółem 121028,94, w tym Ministerstwo Kultury 97 094,06, Miasto i Gmina Prabuty 19 999,91 i środki własne parafii w wysokości 3 934,97. W tym roku parafia rzymsko-katolicka p.w. Św. Wojciecha w Prabutach otrzymała 150 000 zł na z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na drugi etap prac czyli wykonanie izolacji ścian fundamentowych i drenażu oraz renowację tynku wewnątrz kościoła. 104 Witaj w domu. Podcieniowym Agnieszka Jarzębska WITAJ W DOMU. PODCIENIOWYM To było dziesięć intensywnych, ciekawych miesięcy. Co zostało po projekcie „S.O.S. dla żuławskich domów podcieniowych”? Dziś trudno mi powiedzieć, co było najważniejsze w tym działaniu. Każdy element miał znaczenie, choć z racji codziennej pracy dziennikarskiej szczegółnie zależało mi na „uwiecznieniu , „przekazaniu dalej ’ choć okruchów wiedzy o wyjątkowych żuławskich domach. Celem było wykonanie filmowej dokumentacji 10 wybranych zabytków i realizacja pięciu materiałów filmowych do szerokiego udostępnienia. Ostatecznie, oprócz dokumentacji, zrealizowaliśmy piętnaście reportaży. Są dość długie - trwają ok. 20-30 minut. Dziesięć opowiada o domach z podcieniami, które „uczestniczyły” w projekcie (złożyły się na cykl „W cieniu domów”), pięć - o domach w kontekście historii i dziedzictwa kulturowego Żuław. CO FILMUJEMY? Zabytki wybraliśmy w porozumieniu z ekspertami. Wskazówki przekazali nam: Tomasz Błyskosz (Narodowy Instytut Dziedzictwa w Gdańsku), dr Jerzy Domino (Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Olsztynie delegatura w Elblągu), Ewa Gilewska (Muzeum Narodowe w Gdańsku), Alicja Janiak (Muzeum Archeologiczno-Historyczne w Elblągu), Katarzyna Kozyra (Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Gdańsku), dr Iwona Liżew-ska (Narodowy Instytut Dziedzictwa w Olsztynie), Marek Opitz (prezes Stowarzyszenia Miłośników Nowego Dworu Gdańskiego Klub Nowodworski) i Krystyna Żuławska-Kan-torowska (Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Gdańsku). Otrzymaliśmy łącznie 63 wskazania domów zlokalizowanych w 56 wsiach. Po analizie typowań i na podstawie informacji własnych, zebranych w czasie objazdów Zulaw, we współpracy z panem Jerzym Domino, ustaliliśmy, że część wskazanych domów już me istnieje (niestety, w marcu 2014 r. spłonął jeszcze dom w Złotowie), część jest w stanie ruiny. Zgodę na dokumentację trzech obiektów pozyskaliśmy, dzięki panu Markowi Opitzowi, na etap.e pisania projektu. Przy wyborze pozostałych siedmiu domów kierowaliśmy się: typowaniami specjalistów (były domy wskazywane przez więcej osób) ich wskazówkami co do zasad i oczekiwań wobec dokumentacji (generalnie: aby obok domów pokazania ich detali, stanu zachowania, zaprezentować wypowiedzi mieszkańców, właścicieli o tym, jak wygląda życie w zabytku, jego remontowanie, wspomnienia, dokumenty itd ) informacjami zebranymi w czasie objazdów Żuław (oględziny domów, rozmowy z mieszkańcami, kwestiami prawnymi (uregulowany stan własnościowy, możliwość kontaktu z właścicielami), kryterium geograficznym (żuławy Gdańskie, Elbląskie, Malborskie) i kryterium „filmowym. Projekt stworzy! unikalną możliwość udokumentowania domów z zewnątrz iw środku, jak również cyfrowego zapisu wypowiedzi na ich temat. Domy ostatecznie wybrane powinny były dac taką możliwość, tzn. powinny być zachowane w całości, aby móc do nich wejsc, mieć dostęp do pomieszczeń, zakamarków; powinny mieć zachowany układ Agnieszka Jarzębska 105 pomieszczeń, jak najwięcej ciekawych elementów architektury, wyposażenia; ich mieszkańcy, właściciele powinni mieszkać w domu możliwie długo, mieć wspomnienia, chcieć rozmawiać, podzielić się swoją wiedzą i doświadczeniami, posiadać dokumenty, zdjęcia itp. Do wykonania filmowej dokumentacji wybraliśmy następujące domy: Żuławy Gdańskie: Trutnowy, Drewnica, Miłocin; Żuławy Elbląskie: Klecie, Markusy, Rozgart, Stalewo; Żuławy Malborskie: Orłowo, Marynowy, Żelichowo/Cyganek. Już pierwsze rozmowy z właścicielami pokazały, że z zainteresowaniem i otwartością podeszli oni do idei projektu i zaproszenia kamery do swoich domów. Na etapie pisania projektu nie było to dla mnie oczywiste. Bo są to po prostu prywatne domy, najczęściej w złym stanie i wymagające kapitalnego remontu. W czasie nagrań właściciele opowiedzieli nam o tych ogromnych domach (ich powierzchnia użytkowa: od kilkuset do ponad 1 000 metrów kwadratowych), o tym co wiedzą na temat ich historii, podzielili się wspomnieniami. Bywały momenty, że otworzyli swoje serca, sięgnęli do wspomnień i zdarzeń, o których pewnie nie chcą pamiętać, przypomnieli czas, który minął i ludzi, którzy odeszli. Filmową dokumentację przekazaliśmy właścicielom zabytków oraz instytucjom partnerskim. Otrzymali ją: Muzeum Archeologiczno-Historyczne w Elblągu, Muzeum Narodowe w Gdańsku, Narodowy Instytut Dziedzictwa wraz z Oddziałami Terenowymi w Olsztynie i Gdańsku, Stowarzyszenie „Jantar”, Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Gdańsku, Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Olsztynie wraz z delegaturą w Elblągu, Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim, którego operatorem jest Stowarzyszenie Miłośników Nowego Dworu Gdańskiego Klub Nowodworski. Materiał znajduje się też w Regionalnej Pracowni Digitalizacji Centrum Spotkań Europejskich „Światowid” w Elblągu, które projekt S.O.S. dla żuławskich domów podcieniowych zrealizowało. CZAS ZAKASAĆ RĘKAWY W czasie wyjazdów, spotkań z ekspertami w szkołach i w translokowanym z Jelonek (gmina Rychliki; dawny Oberland) domu podcieniowym w Żelichowie/Cyganku oraz w czasie spotkania podsumowującego, które w listopadzie odbyło się w Centrum Spotkań Europejskich „Światowid” w Elblągu, zbieraliśmy propozycje i postulaty na temat tego, co trzeba zrobić aby uratować resztki wiejskiej architektury regionalnej Żuław i ochronić unikatowy krajobraz kulturowy regionu. Było ich sporo. Oto te, które się powtarzały i wydają się być szczególnie istotne: 1. Większa otwartość przedstawicieli samorządu, urzędów i instytucji na problemy i potrzeby mieszkańców oraz opiekunów zabytków będących osobami prywatnymi. 2. Udzielanie opiekunom zabytków szerszego, niż dotąd, wsparcia i pomocy: formalnej, proceduralnej oraz finansowej, np. dofinansowania do przygotowania dokumentacji niezbędnej do ubiegania się o środki zewnętrzne, czy do samych prac remontowych i konserwatorskich, jak również udzielanie właścicielom dbającym o dobry stan zabytków, ich bieżące utrzymanie i remonty ulg w podatkach oraz opłatach lokalnych. 3- Szerszy i łatwiejszy, niż obecnie, dostęp do informacji, szkoleń i fachowego doradztwa, m.in. w zakresie obowiązujących przepisów i procedur prawnych oraz urzędowych związanych z zabytkami, dokumentów, właściwej opieki nad zabytkiem, pozyskiwania 106 Witaj w domu. Podcieniowym pieniędzy na remonty, realizacji inwestycji, stosowanych technologii itp.; systematyczne organizowanie spotkań informacyjnych dotyczących ochrony zabytków. 4. Łatwiejszy dostęp do danych o specjalistach i firmach zajmujących się remontami i konserwacją zabytków; możliwość pozyskiwania i wymiany informacji o jakości ich usług itp. 5. Uproszczenie urzędowych procedur związanych z zabytkami, zmniejszenie ilości potrzebnych dokumentów, szczególnie ilości egzemplarzy dokumentacji, którą musi dostarczać właściciel zabytku; dostosowanie ilości dokumentów do zakresu prac prowadzonych w obiekcie zabytkowym. 6. Umożliwienie załatwiania jak największej ilości spraw urzędowych dotyczących zabytków w formie elektronicznej, poprzez internet. 7. Wprowadzenie rozwiązań prawnych i organizacyjnych, które umożliwią samorządom i organom państwa wspieranie opieki nad zabytkami poprzez system dofinansowań do ich bieżącego utrzymania, a także zawieranie z właścicielami, którzy chcą przekazać zabytek na rzecz Skarbu Państwa, umów, które zagwarantują im dożywotnie mieszkanie w historycznym obiekcie oraz pomoc państwa w opiece i utrzymaniu obiektu. Tego rodzaju rozwiązania funkcjonują w krajach Unii Europejskiej i mogą zostać wdrożone także w Polsce. 8. Większa troska o zachowanie unikatowego krajobrazu kulturowego Żuław, w tym rozważne podejmowanie decyzji o ewentualnym lokowaniu w pobliżu miejscowości i obiektów szczególnie cennych pod względem historycznym i kulturowym siłowni wiatrowych, jak również nie likwidowanie torów kolejek wąskotorowych oraz elementów systemu melioracyjnego, który zabezpiecza Żuławy przed powodzią i jest pamiątką wielowiekowej historii zagospodarowywania tych terenów przez człowieka. 9. Rozważenie organizacji konkursu na opracowanie projektu architektoniczno-budowlanego wolnostojącego domu jednorodzinnego dla terenów wiejskich Żuław. Inspiracją mógłby być konkurs „Twój Dom - dialog z tradycją”, który w 2010 r. zorganizował Samorząd Województwa Warmińsko-Mazurskiego, we współpracy z olsztyńskimi oddziałami: Krajowego Ośrodka Badań i Dokumentacji Zabytków oraz Stowarzyszenia Architektów Polskich. 10. Wsparcie dla wojewódzkich urzędów ochrony zabytków, które obejmują swoimi działaniami teren Żuław - obecnie liczba zatrudnionych tam osób jest niewystarczająca. 11. Systemowe wsparcie organizacji pozarządowych, które zajmują się ochroną Dom podcieniowy w Klęciu, fot. archiwum Agnieszka Jarzębska 107 dziedzictwa kulturowego - dofinansowania do projektów ochrony zabytków i edukacji regionalnej. 12. Kontynuowanie idei Społecznych Opiekunów Zabytków. Można tu skorzystać np. z formuły Pogotowia Konserwatorskiego - grupy ekspertów, doradców działającej przy Stowarzyszeniu Miłośników Nowego Dworu Gdańskiego Klub Nowodworski. 13. Postulaty zgłoszone przez dzieci i młodzież w czasie spotkań zorganizowanych w ramach projektu: organizacja publicznych zbiórek pieniędzy oraz otwieranie kont, na które można będzie wpłacać datki na potrzeby bieżącego utrzymania i remontowania konkretnych zabytków lub grup zabytków; pomoc właścicielom domów z podcieniami i innych zabytków w ramach praktyk uczniowskich, np. przez szkoły o profilu budowlanym. Prowadzenie przez młodzież spotkań dla kolegów i dorosłych o domach podcieniowych oraz innych zabytkach żuławskich i potrzebie ich ratowania. Stworzenie skansenu żuławskiego. ŚMIELEJ O ŚMIGŁACH! Jednym z zasygnalizowanych problemów jest lokowanie na Żuławach siłowni wiatrowych. Widoczne z odległości wielu kilometrów „wiatraki” stojące przy Nowym Stawie czy Nowym Dworze Gdańskim pewnie na szereg lat zmieniły unikatowy krajobraz, tchnący dotąd harmonią i spokojem. Głosy zaniepokojenia i prośby o interwencję płyną np. z Żuławek. Żuławki i sąsiednia Drewnica (stoi tam dom, w którym tuż po wojnie mieszkała rodzina Czesława Miłosza i drewniany wiatrak - jeden z ostatnich w regionie), z uwagi na liczną grupę zachowanych historycznych obiektów stanowią miejsce szczególnie cenne dla dziedzictwa kulturowego regionu. Trudno sobie wyobrazić, że w sąsiedztwie mają tam stanąć Wysokie, metalowe wieże ze śmigłami... Osoby sceptycznie patrzące na tę współczesną emanację idei pozyskiwania energii z wiatru, wyrażają obawy, że do Polski może trafiać zużyty sprzęt z Zachodu, że odchodzi się tam od stawiania tego rodzaju budowli na rzecz pozyskiwania energii odnawialnej w inny sposób, choćby poprzez kolektory słoneczne czy instalacje fotowoltaiczne. Pojawiają się wątpliwości, czy zawierane umowy w odpowiedni sposób zabezpieczają interesy właścicieli ziemi, ale też lokalnej społeczności, środowiska, krajobrazu kulturowego - i to nie tylko na początku inwestycji, ale też w jej trakcie, za ileś lat oraz na końcu, gdy umowa się zakończy i trzeba będzie zdecydować co zrobić z niepotrzebnym urządzeniem, w jaki sposób np. je usunąć i kto ma za to zapłacić. Oczywiście każda konkretna sprawa jest inna i jest to temat na osobną dyskusję. Dla ocalenia wyjątkowego charakteru Żuław ważne są działania lokalnych społeczności, właścicieli historycznych miejsc i pasjonatów, specjalistów w zakresie szeroko pojętej ochrony zabytków (oby ich wszystkich było jak najwięcej!). Liczą się jednak także decyzje władz różnych szczebli. I dokumenty strategiczne, w których zapisywane są priorytety i kierunki działań. Tu warto zwrócić uwagę np. na uchwaloną w listopadzie 2014 r. i dostępną w Internecie „Aktualizację Programu Ochrony Środowiska dla powiatu elbląskiego”, którą przygotowały; Agnieszka Kasperowicz i Barbara Wacław. Można w niej przeczytać: „Wśród Zalet wykorzystywania energii wiatru wymienia się głównie niewyczerpalność oraz brak emisji Zanieczyszczeń do środowiska. Istnieją głosy twierdzące, że elektrownie wiatrowe nie pozosta- 108 Witaj w domu. Podcieniowym ją jednak bez wpływu na ludzi, ptaki i krajobraz. Jako negatywne oddziaływanie wymienia się wytwarzany przez turbiny elektrowni jednostajny hałas, który ma niekorzystny wpływ na samopoczucie człowieka. W takich przypadkach proponuje się ustanowienie stref ochronnych wokół masztów elektrowni (szerokość strefy - 500 m). Wśród wad elektrowni wiatrowych wskazuje się również na niebezpieczeństwo grożące ptakom. Jedynie niektóre grona naukowe utrzymują, że ptaki migrujące posiadają zdolność omijania elektrowni. Ponadto wpływ elektrowni wiatrowych rozpatruje się także w odniesieniu do krajobrazu. Farmy wiatrowe zajmują znaczne powierzchnie, a ich lokalizacja często dotyczy turystycznych terenów nadmorskich". W części dokumentu zawierającej listę działań, które powinny zostać podjęte w celu realizacji „nadrzędnego celu strategicznego” (cel to: „zrównoważony rozwój powiatu elbląskiego szansą zachowania wysokiej jakości środowiska, poprawy bezpieczeństwa ekologicznego oraz warunków życia mieszkańców") jako jedno z działań wskazano „ograniczenie negatywnego wpływu rozwoju energetyki wiatrowej na przyrodę, mieszkańców, krajobraz oraz obiekty zabytkowe poprzez wieloaspektową analizę potencjalnych oddziaływań i określenie warunków lokalizacji nowych inwestycji, w tym wskazanie w planach zagospodarowania przestrzennego obszarów wyłączonych z możliwości lokalizacji obiektów energetyki wiatrowej". Jak się wydaje, tego rodzaju zapisy powinny być umieszczone w dokumentach strategicznych także innych samorządów. A ich działania powinno raczej cechować ostrożne, wyważone podejście. To o tyle istotne, że jak można wnosić m.in. z licznych przekazów medialnych, póki co przepisy prawa w tej materii w niewystarczający sposób zabezpieczają interes publiczny i społeczny. Takie też wnioski płyną z rozmów, w jakich miałam okazję uczestniczyć przy okazji projektu S.O.S. dla żuławskich domów podcieniowych. RATUJESZ? PŁAĆ PODATEK OD „ZBYTKU” Inny temat, który się w nich pojawił, to VAT na usługi budowlane - prace konserwatorskie Agnieszka Jarzębska 109 ne z VAT. Zastosowanie obniżonej stawki jest możliwe w przypadku usług na rzecz obiektów należących - według definicji zawartej w ustawie o VAT - do „budownictwa objętego społecznym programem mieszkaniowym”. Zabytki należą do tego rodzaju budownictwa. Jednak ustawodawca wprowadził ograniczenia w korzystaniu z ulgi. Do „budownictwa objętego społecznym programem mieszkaniowym” nie zaliczył „budynków mieszkalnych jednorodzinnych” o powierzchni użytkowej ponad 300 m2 i „lokali mieszkalnych” o powierzchni użytkowej ponad 150 m2. W przypadku takich obiektów niższy VAT stosuje się tylko w odniesieniu do „normatywu” - powierzchni objętej ustawową ulgą, tj. odpowiednio do powierzchni do 300 m2 „budynków mieszkalnych jednorodzinnych” ido 150 m2 „lokali mieszkalnych”. To ograniczenie co do metrażu jest niekorzystne np. dla żuławskich domów z podcieniami. Mają one bowiem, jak wyżej wspomniano, powierzchnię użytkową znacznie większą. - Remont obiektu historycznego to jedno z podstawowych działań, które kojarzymy z ratowaniem dziedzictwa kulturowego. Renowacja budynku będącego w złym stanie, czy wręcz w ruinie, przez prywatną osobę, to zadanie dla pasjonata. Można zakładać, że obniżenie VAT jest formą pomocy udzielanej przez państwo m.in. właścicielom zabytków - mówi opiekun jednego z domów podcieniowych. - W ostatnich latach państwo wspiera ratowanie zabytków poprzez dofinansowania udzielane np. przez konkursy grantowe ministra kultury i dziedzictwa narodowego. VAT w jakiejkolwiek wysokości, a uważam, że w przypadku obiektów historycznych w ogóle nie powinno go być, powoduje odbieranie części i tak skromnej pomocy finansowej udzielanej w konkursach grantowych. W ten sposób państwo jedną ręką daje, a drugą zabiera część pieniędzy. Osobną sprawą jest ograniczenie możliwości zastosowania obniżki VAT tylko do określonego metrażu. Każdy, kto próbował zdobyć jakiekolwiek wsparcie na remont zabytku, wie, że jest to naprawdę trudne, wymaga dużej determinacji i wielu wykonanych przez specjalistów, a co za tym idzie kosztownych, dokumentów. Czy jeśli już uda mi się pozyskać pieniądze na prace remontowe, to mam przeprowadzić je tylko na fragmencie domu, który ma powierzchnię kilkuset metrów i równie ogromną połać dachu? Wydaje mi się, że środowiska, którym zależy na opiece nad zabytkami i ministerstwo kultury powinni zabiegać o zmianę tych przepisów i takiego podejścia, bo pojedynczy człowiek niestety nic nie jest w stanie z tym zrobić. Lista trzynastu postulatów zebranych w czasie projektu S.O.S. dla żuławskich domów podcieniowych została przesłana drogą mailową m.in. samorządom żuławskim różnych szczebli. Wraz z reportażami nagranymi na płytach DVD zostały one także przesłane do 300 placówek: szkół, muzeów, bibliotek i ośrodków kultury z województw: warmińsko--mazurskiego i pomorskiego oraz z Polski. POMYŚL: ŻYJESZ W STARYM DOMU... Nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że pojedynczy projekt może zmienić podejście do danego tematu większej grupy osób. Jeśli chodzi o szeroko pojętą ochronę zabytków i dziedzictwa kulturowego, liczą się wszelkie pomysły, nawet najmniejsze i najskromniejsze, szczególnie takie, które są realizowane konsekwentnie, przez szereg lat. I chodzi tu nie tylko o wykonanie konkretnych, założonych przez organizatorów zadań i celów, ale też o to, że czasem stają się one impulsem do następnych przedsięwzięć. Nieocenione 110 Witaj w domu. Podcieniowym zasługi na różnych polach problematyki żuławskiej ma Klub Nowodworski i środowisko osób z nim związanych. Ciekawa, choć nie dotycząca bezpośrednio Żuław, jest działalność Stowarzyszenia Wspólnota Kulturowa „Borussia” z Olsztyna. Na uwagę zasługują m.in. zabiegi „Borussii na rzecz ochrony krajobrazu kulturowego czy alei przydrożnych na Warmii i Mazurach. To, co robią Klub Nowodworski i „Borussia”, stało się m.in. inspiracją do przygotowania projektu „S.O.S. dla żuławskich domów podcieniowych”. Kolejną był np. konkurs pt. „TWÓJ DOM - dialog z tradycją”. W 2010 r. przeprowadził go samorząd województwa warmińsko-mazurskiego wraz z olsztyńskimi oddziałami: Krajowego Ośrodka Badań i Dokumentacji Zabytków oraz Stowarzyszenia Architektów Polskich. Pomysł po-legał na tym, by zachęcić architektów z całego kraju do pochylenia się nad tematem współczesnej architektury regionalnej. Ich zadaniem było zaprojektowanie wolnostojącego domu jednorodzinnego - swego rodzaju „domu z katalogu”, ale inspirowanego historycznym budownictwem Warmii i Mazur, wpisującego się w tamtejszy krajobraz kulturowy. Nadesłane prace są ciekawe, można je zobaczyć w internecie. Czy nie można by pomyśleć o podobnym konkursie dla Żuław? Dzięki temu, że projekt „S.O.S. dla żuławskich domów podcieniowych” zdobył dofinansowanie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Województwa Warmińsko--Mazurskiego, można było m.in. umożliwić ponad 900 uczniom dziesięciu szkół spotkanie z domami podcieniowymi. Dzieci i młodzież dowiedziały się czym są domy podcieniowe (wcześniej słyszały o nich, bądź je widziały nieliczne osoby), kim byli ich budowniczowie, jak „czytać” taki dom, jak i z czego jest zbudowany, jak funkcjonował, skąd wzięły się potężne rozmiary domów i go- Agnieszka Jarzębska 111 spodarstw na Żuławach. Była to okazja by powiedzieć i o historii regionu. Eksperci starali się uświadomić dzieciakom to jak przez wieki Żuławy się zmieniały, w jaki sposób historia i żyjący tu ludzie zapisali się w krajobrazie. Uczniowie dowiedzieli się, że praktycznie wszyscy są potomkami osób, które na te tereny przybyli w wyniku II wojny światowej z różnych miejsc Polski, także z Kresów Wschodnich, w większości z terenów wiejskich. Mieli okazję powiedzieć o swoich korzeniach rodzinnych, zastanowić się jaki one mają wpływ na to kim są, a także co trzeba zrobić, by pamiątki po ludziach, którzy kiedyś żyli na Żuławach, przetrwały dla następnych pokoleń. Młodzi ludzie zobaczyli przykłady wartościowych przedsięwzięć na rzecz dziedzictwa kulturowego i architektury regionalnej, eksperci uświadamiali im jak istotne jest, by nowe obiekty nawiązywały do istniejącej zabudowy i krajobrazu kulturowego. W domu podcieniowym w Żelichowie/Cyganku, koło Nowego Dworu Gdańskiego, uratowanym przez Marka Opitza - fotografa, prezesa Klubu Nowodworskiego, pomysłodawcę, realizatora wielu przedsięwzięć na rzecz Żuław, miały miejsce trzy spotkania dla ponad 60 osób dorosłych. Były one adresowane do właścicieli zabytków, przedstawicieli samorządów, sektora pozarządowego, turystycznego, szkół i placówek kultury. Swoją wiedzą i doświadczeniami podzielili się: Tomasz Błyskosz (architekt i konserwator zabytków; specjalizuje się w architekturze regionalnej i rewaloryzacji zabytków; autor wielu dokumentów specjalistycznych, w tym programu opieki nad zabytkami dla województwa pomorskiego), dr Jerzy Domino (historyk sztuki i konserwator zabytków, badacz architektury regionalnej; główny specjalista ds. zabytków nieruchomych w elbląskiej delegaturze WUOZ w Olsztynie), Maria Gawryluk (historyk sztuki, konserwator zabytków z 30-letnim doświadczeniem, pełniąca obowiązki kierownika elbląskiej delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Olsztynie), dr Bogna Lipińska (wykłada na wydziale architektury Politechniki Gdańskiej i w Sopockiej Szkole Wyższej; specjalizuje się m.in. w problematyce krajobrazu kulturowego Żuław, tradycyjnej roślinności na Żuławach, tradycji żuławskich ogrodów przydomowych i parków), Marek Opitz i Krzysztof Szyluk (praktyk w dziedzinie budownictwa, konstrukcji drewnianych, bieżącej konserwacji i remontów zabytkowych obiektów drewnianych z kilkunastoletnim doświadczeniem; realizował m.in. remonty żuławskich domów podcieniowych w Drewnicy, Nowej Kościel-nicy i Żelichowie/ Cyganku). Czy te spotkania coś po sobie pozostawiły? Ocena należy do uczestników. Mam nadzieję, że przywołanie tematu bardzo złego stanu domów z podcieniami i braku systemowej opieki nad tymi oraz innymi zabytkami Żuław, możliwość poznania faktów i opinii specjalistów, samodzielnego zastanowienia się nad problemem, wreszcie zabrania głosu w dyskusji, wesprą proces zmiany podejścia do zabytków. Kropla drąży skalę. Kto poda następną? Dominik Żyłowski DOKUMENTACJA ROZPADU Nie da się powiedzieć, że na Żuławach czas się zatrzymał”. Przeciwnie - ta depresyjna kraina, to żywy dowód jego upływu. Żywy, bo często tutejsza unikalna hydrotechnika i niespotykana gdzie indziej architektura nadal spełnia swoje pierwotne funkcje. Ale przeważnie czyni to jakby mimochodem, trochę siłą rozpędu, zwykle mocno zaniedbana, zardzewiała i koślawa. Zapomniana tak samo, jak zapadnięte mennonickie i ewngelickie cmentarze. Obca. Mimo wszystko, to właśnie dlatego, że są autentyczne, że nie stały się skansenem i nie uległy mumifikacji, Żuławy stanowią region niezwykle malowniczy. Ale jest to specyficzny rodzaj fotogeniczności - właściwy też na przykład starym ludziom. Taki, z którym wiąże się świadomość przemijania. Nie ma wątpliwości, że fotografując dzisiejsze Żuławy Wiślane tworzy się dokumentację rozpadu. Tujsk Fiszewo Mikoszewo Nad jeziorem Drużno Wyspa Nowakowska Na tropach historii Justyna Lijka O ZAGINIONYCH WIDOKACH ZAMKU MALBORSKIEGO CARLA LUDWIGA RUNDTA Urodzony w Królewcu Carl Ludwig Rundt (1802-1868), jeden z najwybitniejszych romantyków pochodzących z Prus Wschodnich, należy dziś do artystów prawie zapomnianych. Za życia cieszył się jednak dużym uznaniem wśród współczesnych, uzyskując w roku 1846 tytuł nadwornego malarza króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV Hohenzollerna (1795-1861). Uprawiał pejzaż, wedutę i malarstwo rodzajowe. Zajmował się także litografią - popularną w XIX wieku techniką graficzną, której odkrycie w roku 1797 przez Aloysego Senefeldera (1771-1834) zrewolucjonizowało kulturę masową i dzieje poligrafii. Pierwsze nauki w zakresie sztuk plastycznych pobierał u Andreasa Knorre (1763-1841) w założonej w roku 1790 w Królewcu Szkole Sztuk Pięknych. Następnie, w latach 1822-1827, uczył się u Karla Josepha Begasa st. (1794-1854) w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w stołecznym Berlinie. Po zakończeniu edukacji, w roku 1828, wyruszył śladem wielkich artystów Północy do Rzymu Carl Ludwig Rundt, autoportret w wieku 25 lat; reprodukcja wg August Rodhe, Ostpreufiische Maler der Biedermeierzeit, Konigsberg 1940 w poszukiwaniu korzeni kultury europejskiej, gdzie przebywał z przerwami do końca lat pięćdziesiątych XIX stulecia, współtworząc niemiecką kolonię artystyczną. W międzyczasie odbył kilka studyjnych podróży po Europie. W roku 1847 mieszkał w Londynie, zaś pomiędzy rokiem 1848 a 1861 w Paryżu. Portretował znane miejsca i zabytki z różnych za- ’ kątków starego kontynentu, spośród których możemy wymienić m.in. - wnętrze opactwa w Westminster, kościół św. Franciszka w Asyżu, plac św. Marka w Wenecji, bazylikę św. Piotra w Rzymie, wnętrze Capella Palatina w Palermo, dziedziniec klasztorny w Monreale pod Palermo czy widok zamku królewskiego w Berlinie. W roku 1862 powrócił do stolicy Prus. Zmarł w heskim Wiesbaden w środkowych Niemczech. Prace artysty znajdują się obecnie w muzeach Europy i Stanów Zjednoczonych. Pod koniec lat dwudziestych XIX stulecia malarz odbył podróż do Prus, do rodzinnego Królewca. Odwiedził wówczas Gdańsk z pobliską Oliwą, Lidzbark Warmiński oraz odbudowywany w duchu romantycznego historyzmu - pokrzyżacki zamek w Malborku. To Justyna Lijka 115 niezwykłe „arcydzieła starożytności” po ustanowieniu na Kongresie Wiedeńskim przez zwycięskich koalicjantów nowego ładu w Europie, stało się materialnym znakiem czasu -wizualnym symbolem monarchii pruskiej, która po klęsce jenajskiej z roku 1806 szukała rudymentów narodowej tożsamości i genealogii w średniowiecznym państwie zakonnym. Dawna warownia wielkich mistrzów, w dobie ruchu reformatorskiego zainicjowanego przez Heinricha Friedricha Karla vom und zum Stein (1757-1831) i księcia Carla Augusta von Hardenberga (1750-1822), stała się pragmatycznym narzędziem polityki wewnętrznej - obrazowym instrumentem propagandy - ukierunkowanym na umacnianie ustroju mo-narchicznego oraz pozycji pruskiego władcy poprzez samoidentyfikację wspólnoty narodowej w określonej hierarchii i porządku społecznym. Początkiem tej historii był zmarły w Salermo w 1239 roku, czwarty wielki mistrz zakonu - Herman von Salza (sprawujący urząd w latach 1210-1239), faktyczny twórca jego potęgi, za którego rządów rycerze krzyżowi na prośbę księcia Konrada Mazowieckiego (ok. 1187-1247) przybyli do północnej Europy w celu obrony chrześcijan przed najazdami pogańskich Prusów. Natomiast łącznikiem a zarazem jej kluczem był spokrewniony z rodziną panującą Albrecht Ansbach von Hohenzollern (1490-1568), ostatni wielki mistrz teokra-tycznego państwa nad południowym Bałtykiem i jednocześnie pierwszy protestancki władca nowo utworzonych, zsekularyzowanych Prus Książęcych. Postulowany przez ówczesnego nadprezydenta Prowinicji Prusy Zachodnie Theodora Heinricha von Schóna (1773-1856) pomysł odbudowy malborskiej warowni zatwierdził w grudniu 1815 roku kanclerz państwa, książę von Hardenberg. W następnym roku decyzją Johanna Alberta Eytelweina (1765-1849) z Najwyższej Deputacji Budowlanej magdeburski architekt -Johann Conrad Costenoble (1776-1840), jeden z ówczesnych znawców średniowiecznej architektury niemieckiej, opracował projekty rekonstrukcyjne. Oficjalne rozpoczęcie restauracji zamku malborskiego, nad którą patronat przejęła rodzina królewska (co nadało najwyższą rangę przedsięwzięciu), nastąpiło 3 sierpnia 1817 roku, w rocznicę urodzin Fryderyka Wilhelma III (1770-1840). W swym zasadniczym zrębie trwała ona do lat pięćdziesiątych XIX stulecia i objęła zespół rezydencjonalny wielkich mistrzów, elewacje skrzydła północnego i zespól bramny Zamku Średniego, fragment przedzamcza oraz w niewielkim stopniu kościół Najświętszej Marii Panny z dolną kaplicą św. Anny na Zamku Wysokim. Dawny dom konwentu malborskiego pozostawał bowiem w gestii władz wojskowych jako ważny magazyn wojenny aż do roku 1871. Ogólne kierownictwo i kontrolę nad pracami sprawowała powołana przez monarchę komisja ministerialna z Berlina, której przedstawicielem był spiritus movens dzieła odbudowy nadprezydent von Schón. Natomiast z urzędu głównym opiniodawcą projektów (a także autorem wielu z nich) i osobą nadającą kierunek estetyczny został pionier państwowej ochrony zabytków, architekt, malarz i teoretyk sztuki w jednej osobie - Karl Friedrich Schinkel (1781-1841). Nadzór techniczny spoczął w gestii radcy budowlanego Carla Lob-gotta Hartmanna (zm. 1843) z zarządu rejencji gdańskiej. Natomiast na miejscu, w pierwszej fazie, pracami kierowali budowniczowie - Friedrich Obuch i Simon a od roku 1819, aż do swojej śmierci, prowadził je urodzony w Malborku, inżynier i artysta Carl August Gersdorff (1786-1850). Na głównych konsultantów historycznych powołano zaś dyrektora 116 O zaginionych widokach zamku malborskiego Carla Ludwiga Rundta archiwum królewieckiego, autora m.in. monografii o dziejach Malborka i dzieł o Zakonie Niemieckim - Johannesa Voigta (1786-1863) oraz malborskiego pastora i znawcę lokalnych archiwaliów - Wilhelma Ludwiga Haeblera (1768-1841). Prace budowlano-restauratorskie poprzedzały - jak na owe czasy niezwykle nowatorskie -badania nawarstwień chronologicznych substancji architektonicznej w celu ustalenia układu funkcjonalnego, pierwotnej formy architektonicznej i chronologii faz budowy poszczególnych założeń zamkowych. Wyniki tych szczegółowych analiz konfrontowano z badaniami źródeł (dokumentów) historycznych zgromadzonych w Królewcu i miejscowym archiwum oraz z porównawczymi studiami prowadzonymi równolegle nad architekturą innych zamków krzyżackich. Działania te stanowiły nie tylko platformę nowych odkryć i doświadczeń naukowych, ale także ważny krok w rozwoju nowoczesnej ochrony zabytków i ogólnej, pogłębionej, refleksji nad istotą zabytku jako określonej kategorii zjawisk kulturowo-społecznych. Środki finansowe na odbudowę warowni pochodziły z kasy państwowej, funduszy członków rodziny królewskiej, przedstawicieli różnych stanów pruskich oraz instytucji świeckich i kościelnych zarówno protestanckich, jak i katolickich. W pierwszej fazie prac budowlanych głównym zadaniem była rekonstrukcja pierwotnych form architektonicznych zamku — przywrócenie dawnej świetności Wielkiemu Refektarzowi i reprezentacyjnym wnętrzom rezydencji najwyższego urzędnika zakonu, jak również elewacjom skrzydła zachodniego na Zamku Średnim, które w poprzednich stuleciach uległy degradacji i znacznym przekształceniom. W północno-wschodnim narożu Pałacu Wielkich Mistrzów usunięto nowożytne przybudówki - budynek barokowej kancelarii pomiędzy dawną kaplicą pałacową a Wielkim Refektarzem, wyburzono siedemnastowieczną klatkę schodową i dzięki temu odtworzono wnętrze domowej kaplicy wielkiego mistrza pod wezwaniem św. Katarzyny. W Letnim, Zimowym i Wielkim Refektarzu zlikwidowano pozostałości po wtórnej zabudowie z czasów manufaktury i lazaretu, odsłaniając przepiękne sale audiencyjne z wyrafinowanymi w swym kształcie sklepieniami, wspartymi na smukłych, granitowych kolumnach. Odnowiono ich wewnętrzną strukturę architektoniczną, ujednolicono kolorystycznie i wprowadzono nowe elementy wyposażenia - ceramiczne posadzki, snycerkę drzwiową i barwne oszklenia o symbolicznej wymowie, stanowiące wizualną apoteozę Zakonu Niemieckiego i współczesnych Prus jako jego spadkobiercy. Zrekonstruowano także pomieszczenia w obrębie południowo-wschodniej części reprezentacyjnego piętra rezydencji najwyższych urzędników zakonu wraz z klatką schodową. Na zewnątrz odbudowano narożne wieżyczki-erkery i fragmenty krenelaża na szczycie Pałacu Wielkich Mistrzów. W późniejszej fazie wzniesiono jeszcze „teatralne” blankowanie nad elewacjami skrzydła zachodniego i skrzydła północnego Zamku Średniego, nowy przejazd bramny flankowany smukłymi wieżyczkami i neogotycki szczyt nad Wielką Komturią, co wiązało się z dość niefortunnym podwyższeniem dachu w tej części warowni. Na Zamku Wysokim jedynymi fragmentami, w których w wąskim zakresie przeprowadzono prace konserwatorskie, był kościół zamkowy Najświętszej Marii Panny wraz z dolną kaplicą św. Anny. W główne; świątyni zakonu oczyszczono wówczas ściany, uzupełniono maswerko-we wypełnienia okien i wstaw.ono w niektóre z nich czternastowieczne kwatery witrażowe sprowadzone z Torunia oraz wykonano konserwację mozaiki na monumentalnej figurze Justyna Lijka 117 Madonny z Dzieciątkiem w zewnętrznej niszy prezbiterium. W centralnym oknie kaplicy grobowej wielkich mistrzów umieszczono natomiast nowy witraż wykonany w latach 1822-1823 przez wrocławskiego artystę Alberta Hóckera (ok. 1795-1860), który przedstawiał spotkanie św. Anny z Najświętszą Marią Panną. Na zewnątrz prace ograniczyły się do przełożenia dachów nad kościołem i budowy nowego, neogotyckiego zwieńczenia wieży głównej w roku 1842. Na przedzamczu zaś w latach czterdziestych zrewitalizowano mury obronne od strony Nogatu a stojąca na północno-zachodnim krańcu zespołu zamkowego Baszta Maślankowa otrzymała nowe zwieńczenie z fryzem arkadkowym pod koroną muru i płaski dach. Odnowiono również południowy szczyt kościoła św. Wawrzyńca. Stworzony przez nadprezydenta von Schóna malborski „KunstschloC” - zarazem muzeum i panteon prowincji pruskiej, był wybitną kreacją artystyczną, wyrosłą z wyobrażeń wczesnego romantyzmu, której przyświecał ideowy cel i zadania wychowawcze; kreacją, która konstytuowała w świadomości społecznej pokrzyżacki zamek nie tylko jako wybitny zabytek dawnej architektury, ale również jako politycznie ważny znak pamięci, jedności i genealogii narodu pruskiego. Późniejsi znawcy przedmiotu - Ferdinand von Quast (1807-1877), pierwszy konserwator zabytków w Królestwie Pruskim, czy „główny budowniczy" drugiej, tzw. scjentystycznej, odbudowy pokrzyżackiej warowni, Konrad Emmanuel Stein-brecht (1849-1923) odnieśli się jednak do dzieła pierwszego etapu restauracji krytycznie, uznając jej końcowy „architektoniczny" efekt za sztuczny i w istocie zbyt teatralny, nieod-powiadający historycznej rzeczywistości. A w bryle zamku malborskiego pozostało do dziś niewiele śladów pionierskich działań pruskich budowniczych i artystów. Głównym źródłem cennych informacji o dawnych, romantycznych metamorfozach średniowiecznej warowni i jej wystroju są zachowane materiały ikonograficzne. Ważne miejsce wśród nich zajmują prace pochodzącego z Królewca - nadwornego malarza pruskiego króla C. L. Rundta. WNĘTRZA PAŁACU WIELKICH MISTRZÓW Na jesiennej wystawie w roku 1828 w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Berlinie artysta wystawił dwie, ożywione historyzującym sztafażem, kompozycje ukazujące Niską i Wysoką Sień oraz widok kaplicy św. Katarzyny w dawnej rezydencji wielkich mistrzów Zakonu Niemieckiego wraz z sześcioma, znanymi obecnie tylko z tytułów, rysunkowymi szkicami pokrzyżackiej warowni. Obrazy, namalowane techniką olejną na desce (o wymiarach 50 x 63 cm), zostały wówczas zakupione przez króla Prus Fryderyka Wilhelma III do jego prywatnej kolekcji. Przed 1945 rokiem znajdowały się w zamku Hohenzollernów w Królewcu, później ewakuowano je do zamku Rheinsberg w Brandenburgii. Dziś widoki te znamy wyłącznie z czarno-białych reprodukcji ze zbiorów archiwalnych Fundacji Pruskie Zamki i Ogrody Ber-lin-Brandenburgia (Stiftung PreuBische Schlósser und Garten Berlin-Brandenburg). Na obrazie z zachodnią perspektywą reprezentacyjnego traktu głównej kondygnacji pałacu, prowadzącego do sal audiencyjnych - Letniego i Zimowego Refektarza, plan pierwszy tonie w półcieniu Jego prostokątny kadr dzielą ostrołuczne arkady sklepień, rozpinające się nad granitowymi, smukłymi filarami. Po prawej stronie znajduje się w półmroku, ledwie zasygnalizowana, 118 O zaginionych widokach zamku malborskiego Carla Ludwiga Rundta przestrzeń klatki schodowej. Na podłodze leżą wielkie wapienne płyty, tworzące dwubarw-ną szachownicową kompozycję. Na ścianie zachodniej Niskiej Sieni, w głębi przedstawienia, w ostrołucznym polu, wisi wielkoformatowy, olejny, obraz z całopostaciowym wizerunkiem en face wielkiego mistrza Anno von Sangerhausena (zm. 1273), przeniesiony do Malborka z dominikańskiego kościoła św. Mikołaja w Toruniu. A obok - na południowej — widzimy fragmenty zbroi płytowych i obrazy z półpostaciowymi portretami wielkich mistrzów z klasztoru w Kartuzach, które stały się przedmiotem zainteresowania spacerującego po wnętrzu młodzieńca w stylizowanym na średniowieczny stroju. Trakt zachodni, zwany Wysoką Sienią, został ukazany w dużym skrócie perspektywicznym. Jego przestrzeń odcina się od kadru pierwszego planu migotliwym, rażącym światłem, wpadającym do wnętrza z usytuowanego na jego osi okna zw. uniwersyteckim, z malowanymi figurami księcia Albrechta von Hohenzollerna i pierwszego rektora Uniwersytetu w Królewcu - Georga Sabi-nusa (1508-1560). W tym kierunku podąża dostojnym krokiem, odwrócona od widza, nieco tajemnicza postać w średniowiecznym kostiumie, ożywiająca ten romantyczny portret dawnej architektury zamku malborskiego. Drugi obraz ukazuje widok kaplicy domowej wielkich mistrzów od południowego zachodu Wnętrze to odkryto dość przypadkowo, w czasie usuwania nowożytnych nawarstwień w 1818 roku i odbudowano w latach dwudziestych. Jest to pomieszczenie o niewielkiej kubaturze, nakryte krawędziowym sklepieniem gwiaździstym z listwami profilowanymi na kształt żeber. Jego wschodnią część, podwyższoną o jeden stopień, zamyka zaprojektowana przez K. F. Schinkla prosta ściana z trzema ostrołucznymi oknami, w które wstawiono witraże, opracowane przez A. Hóckera. Przedstawiają one postaci muzykujących aniołów. 119 Justyna Lijka Wnętrze kaplicy domowej Wielkich Mistrzów, fot. archiwum Poniżej znajduje się stiukowa dekoracja w formie maswerków i laskowań, wykonana w roku 1823 przez sztukatora o nazwisku Schutz. Przy środkowym oknie, na niskim postumencie, stoi prostopadłościenna mensa ołtarzowa, nakryta czerwonym aksamitem ze złotymi haftami. Zdobią ją po bokach - dwa brązowe lichtarze, a pośrodku - otwarta księga (Biblia) leżąca na pulpicie i bursztynowy krucyfiks w architektonicznej obudowie. W głębi zaś na ścianie wisi obraz ze sceną Narodzenia Chrystusa, podarowany przez króla Fryderyka Wilhelma III. Przed ołtarzem, na marmurowej posadzce, leży ręcznie tkany niebieski dywan z żółtymi kwiatami lilii i palmami. Do wnętrza kaplicy prowadzą z kruchty wielkie dębowe drzwi z dekoracją snycerską, usytuowane w ścianie południowej, w pobliżu których znajduje się chrzcielnica. Ich formalną przeciwwagą jest dwudzielne okno z malowanymi na szkle całopostaciowymi wizerunkami św. św. Jana Chrzciciela i Jana Ewangelisty, przez które do pomieszczenia wpada niewielki strumień światła, budując nastrój wyciszenia i kontemplacji. Tuż obok, przy ścianie północnej, stoi dębowe siedzisko z klęcznikiem o rozbudowanych architektonicznych kształtach. Modląca się w kaplicy postać to zapewne figura wielkiego mistrza, najwyższego urzędnika w państwie Zakonu Niemieckiego nad południowym Bałtykiem. W przejściu do garderoby, przy umieszczonych we wnęce drewnianych drzwiach, widzimy jeszcze młodzieńca (giermka), trzymającego atrybuty rycerskiego stanu miecz i hełm z otwartą przyłbicą (?). ZACHODNIA PANORAMA POKRZYŻACKIEJ WAROWNI Widok zamku malborskiego wykonany w popularnej w XIX stuleciu technice litografii ołówkowej, dość wiernie imitującej walorowy rysunek z jego delikatnymi, tonalnymi przejściami, datowany jest na rok 1829 120 O zaginionych widokach zamku malborskiego Carla Ludwiga Rundta Widok zamku w Malborku od strony Nogatu w XIX w., fot. archiwum zamkowe Wydano go w cenionym w owym czasie berlińskim zakładzie graficznym, kierowanym przez Louisa von Sachse (1798-1877). Zapewne kompozycja ta została opracowana na podstawie powstałych rok wcześniej szkiców z natury, które Rundt wykonał podczas swojej bytności w Malborku i zaprezentował na jesiennej wystawie akademickiej w Berlinie. Przedstawia panoramę dawnej warowni wielkich mistrzów od strony rzeki, zza Nogatu. Na pierwszym planie widzimy fragment nabrzeża w Kałdowie z bogatą szatą roślinną, dwoma konarami przypominającymi o przemijaniu i nieuchronności ludzkiego losu i łódką przy rozłożystym krzewie. Za nim rozpościera się lustro, płynącej łagodnym nurtem rzeki z łodziami przewożącymi towary, w którym odbijają się promienie słońca. W głębi zaś uwagę przykuwa zwarta zabudowa podzamcza z ustawionymi w jednej linii, jakby prowizorycznymi w swej konstrukcji, piętrowymi domami rzemieślników z czasów nowożytnych, pomiędzy którymi stoją zrujnowane, pozbawione zwieńczenia Baszty Mostowe, pamiętające jeszcze czasy wielkiego mistrza Dietricha von Altenburga (zm. 1341). Zza tych kulis wyłania się, po lewej stronie, majestatyczna bryła odbudowanego w romantycznym duchu Pałacu Wielkich Mistrzów z otwartym krenelażem na jego szczycie, nadwieszonymi wieżyczkami po bokach oraz z nowymi figuralnymi i heraldycznymi witrażami o symbolicznej wymowie w dwukondygnacj owych oknach Letniego Refektarza. Od północy przylega doń skrzydło zachodnie Zamku Średniego z przestronnym, pełniącym reprezentacyjne funkcje Wielkim Refektarzem. Sylweta Zamku Wysokiego, ukazana po prawej stronie, po przebudowie na magazyny wojskowe pozbawiona została swych gotyckich dekoracji, a wewnątrz średniowiecznych sklepień, które zastąpiono płaskimi stropami. Charakteryzują ją małe okna umieszczone w kilku kondygnacjach i niski dach. Jedynie skrzydło północne od zachodu znaczy niewielki trójkątny szczyt z blendami i ostrołucznymi oknami, flankowany dwiema Justyna Lijka 121 wieżyczkami. Nad kościołem Najświętszej Marii Panny wznosi się, tu nieco wysmuklona w proporcjach, wieża główna nakryta ufundowanym przez starostę Michała Ernesta Rexina (ok. 1696-1768) barokowym hełmem. W głębi dziedzińca, od wschodniej strony, pomiędzy dawnym zamkiem konwentualnym a Średnim, widoczny jest fragment rezydencji jezuickiej z drugiej połowy XVIII wieku, dziś już nieistniejącej. Była to prosta, dwukondygna-cjowa budowla, w części wsparta na średniowiecznych fundamentach, zwieńczona niskim czterospadowym dachem, krytym ceramiczną dachówką. Jej elewacje do pierwszego piętra otynkowano, powyżej pozostawiając ceglane lico ścian. A fasadę od zachodu rozczłonko-wywały w partii parteru i piętra lizeny. Wejście do budynku znajdowało się od strony południowej, tuż przy portalu do kaplicy św. Anny. NIEZREALIZOWANA SERIA WIDOKÓW MALBORSKIEJ WAROWNI Kiedy w roku 1796 Friedrich Gilly (1772-1800), dobrze się zapowiadający młody pruski architekt, w swym autorskim komentarzu do „impresji malborskich” - rysunków w sepii, zaprezentowanych rok wcześniej na wystawie w berlińskiej Akademii Sztuk Pięknych, napisał: Zamek w Malborku w Prusach Zachodnich jest dla oglądającego interesujący pod wieloma względami. Jest on godny uwagi ze względu na swoją architekturę: kolosalną, śmiałą strukturę i monumentalny, prosty styl, co czyni go najważniejszym pomnikiem dziejów ojczyźnianych i obiektem szczególnego zainteresowania antykw ariuszy], zapewne nie przypuszczał, iż owe -jak się wydaje - przypadkowe odkrycie „starożytnego monumentu” ze wschodnich kresów u schyłku XVIII stulecia, będące swoistym paradoksem historii2, i jego nowe „odczytanie” wywoła taki społeczny rezonans wśród oświeconych elit pruskiej stolicy. Wydarzenie to stało się bowiem ważkim impulsem, który rozbudził nie tylko pełne uniesień sentymentalno--romantyczne fascynacje rodzimą architekturą gotyku, ale również - w efekcie burzliwej batalii miłośników przeszłości nad dalszymi losami średniowiecznego zamku rycerzy Zakonu Niemieckiego, doprowadziło w kolejnych dekadach XIX stulecia do uznania malborskiej warowni za wybitnej rangi dzieło dawnej architektury i nadania mu po wojnie wyzwoleńczej ideowej funkcji pomnika historii narodu pruskiego a później cesarstwa niemieckiego. Rysunki Gilly ego, ukazujące pokrzyżacki zamek zarówno w ujęciach z natury, w jego aktualnym, napawającym głęboką refleksją, aktualnym stanie, jak i w idealizujących, na wpoły rekonstrukcyjnych wizjach, ożywionych historyzującym sztafażem (głównie stylizowanymi figurami rycerzy zakonnych), zostały na przełomie wieków włączone do wielkoformatowego albumu graficznego „Schloss Marienburg in Preussen. Nach seinen vorzuglichsten aussern und innern Ansichten dargestellt" wydanego w stolicy Prus przez Johanna Friedricha Fricka (1774-1858). Do rycin widokowych dodano wówczas także przerysy inwenta- 1 Christopfer Herrmann, Friedrich Gilly i Malbork. Początki ochrony zabytków w Prusach, [w:] Spotkania Malborskie im. Macieja Kilarskiego, cz. 1-3, red. Artur Dobry, Malbork 2010, s. 177. 2 Ten młody architekt w roku 1794 towarzyszył bowiem swojemu ojcu Davidowi (1748-1808), tajnemu radcy budowlanemu w Wyższym Departamencie Budownictwa w Berline, w podróży inspekcyjnej. Jej celem było sporządzenie przez pruskiego urzędnika projektów przebudowy malborskiego kompleksu zamkowego na ważny strategicznie magazyn zbożowy, łącznie z ewentualnymi planami i kosztorysem jego rozbiórki oraz wtórnego wykorzystania materiałów budowlanych. David Gilly do końca życia postulował rozebranie warowni jako rozwiązanie najbardziej właściwe pod względem ekonomicznym. 122 O zaginionych widokach zamku malborskiego Carla Ludwiga Rundta ryzacyjne niektórych detali architektonicznych i plany zespołu zamkowego, zdjęte z natury w 1797 roku przez architekta Friedricha Martina Raabego (1775-1856) oraz tekst Jacoba Andreasa Konrada Levezowa (1770-1835) z 1802 roku, traktujący o historii zakonu krzyżackiego w Prusach oraz średniowiecznej warowni. Album ten stał się inspiracją dla nadpre-zydenta prowincji pruskiej von Schóna, który pragnął, aby w drugim cyklu wielkoformatowych miedziorytów zostało utrwalone dzieło wielkiej odbudowy „pruskiego panteonu” i zapisane w wizualnej pamięci narodu pruskiego. Zgodnie z tym zamysłem w styczniu 1841 roku zlecono dwóm cenionym wówczas na dworze królewskim artystom - Johanowi Carlowi Schultzowi (1801-1873), dyrektorowi Szkoły Sztuk Pięknych i Rzemiosł w Gdańsku a zarazem rzeczoznawcy współpracującemu z Zarządem Odbudowy Zamku (Marienburger Schlofibauverwaltung) oraz C. L. Rundtowi wykonanie dwóch obrazow z widokami zamku malborskiego. Pierwszy kadr miał przedstawiać widok warowni od wschodu z bryłą kościoła zamkowego, w którego zewnętrznej niszy stała obłożona mozaiką ośmiometrowa figura Matki Bożej z Dzieciątkiem na ręku - symbol zakonu i Malborka. Z listu adresowanego do marszałka dworu hrabiego von Nlayerincka z 8 października tegoż roku, wynika iż, von Schón nie zaakceptował koncepcji Rundta, uznając jego malowidło w istocie za kompozycję rodzajową, a nie portret wyśmienitej architektury. Ostatecznie do albumu wykonano tylko dwie ryciny według koncepcji Schultza. Ukazywały one idealizujące wizje zamku z historyzującym sztafażem w perspektywie wschodniej — widok Zamku Wysokiego z centralnie usytuowaną sylwetą świątyni Najświętszej Marii Panny oraz od zachodu z Pałacem Wielkich Mistrzów. Ich twórcą był czynny na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych w Dreźnie i Berlinie miedziorytnik Wilhelm Johann Friedrich Witthoeft (1816-1874). Opracowana przez Rundta kompozycja, choć nadprezydent von Schón odniósł się do niej tak krytycznie i zerwał z artystą współpracę w ramach projektu, spodobała się królowi Fryderykowi Wilhelmowi IV. Monarcha zakupił ją do swojej kolekcji. Do roku 1944 malowidło znajdowało się w zamku Hohenzollernów w Królewcu, pod koniec wojny wywieziono je wraz z innymi dziełami do zamku Rheinsberg. Dziś uchodzi za zaginione i znamy je tak, jak wyżej wymienione widoki wnętrza Pałacu Wielkich Mistrzów, tylko z czarno-białej, archiwalnej reprodukcji ze zbiorów Fundacji Pruskie Zamki i Ogrody Berlin-Brandenbur-gia. Był to obraz o dość znacznych rozmiarach (97 x 127 cm), wykonany techniką olejną na płótnie. Przedstawiał w szerokim prostokątnym kadrze scenę uroczystego wkroczenia pruskiej Landwehry do miasta w 1814 roku, rozgrywającą się na tle architektury zamku Zakonu Niemieckiego Na pierwszym planie na błoniach, przed nowożytnymi ziemnymi fortyfikacjami, widzimy jak uradowani mieszkańcy z burmistrzem i pastorem na czele, wielkimi fanfarami witają bohaterów wojny wyzwoleńczej. W głębi kompozycji, za drzewami, po prawej stronie, rozpościera się sylweta pokrzyżackiej warowni z dwoma jej najważniejszymi członami -Zamkiem Wysokim i Średnim. Po lewej zaś rysuje się Stare Miasto z zabudową mieszkalną i najważniejszymi budowlami - kościołem św. Jana Chrzciciela, ratuszem znaczonym Justyna Lijka 123 smukłą wieżyczką na kalenicy dachu oraz dwiema wieżami bramnymi - Mariacką od południa i Garncarską od wschodu. Nad świętujących i miasto nadciąga zapewne burza, o czym mogą świadczyć, skłębione chmury, poruszone konary ulistnionych drzew i niecodzienne oświetlenie kubicznej bryły dawnego domu konwentu, którą zdobi przypominająca o czasach świetności monumentalna figura Matki Bożej z Dzieciątkiem, usytuowana w centralnej niszy prezbiterium i znacznie wysmuklona wieża główna nakryta barokowym hełmem. Choć „ten rodzajowy widok architektury” nie odpowiadał polityczno-artystycznej wizji nadprezydenta von Schón i nie został włączony do cyklu widoków, ukazujących wielkie dzieło odbudowy zamku malborskiego z 1. połowy XIX stulecia, to badacze przedmiotu uznali, iż był to jeden z najbardziej romantycznych w nastroju obrazów autorstwa C. L. Rundta, w którym malarz wprowadził w zdawałby się radosną i sielankową scenę, tajemnicze - tak charakterystyczne dla minionej epoki - napięcie pomiędzy treścią a formą, uzyskane poprzez mistrzowską grę światła i cienia. Wkroczenie wojsk pruskich do Malborka w 1814 r, fot archiwum zamkowe 124 Krzyż hrabiego Władysława Adam Langowski KRZYŻ HRABIEGO WŁADYSŁAWA Na skraju lasu, niedaleko drogi prowadzącej z Tulić do Olszaka w gminie Stary Targ, znajduje się okazały kamienny krzyż, na którym można przeczytać następującą inskrypcję: Władysław Branicki 12. VII. 1913 r. Krzyż upamiętniający śmierć Władysława Branickiego w tulickim lesie,fot. Robert Bałys Krzyż upamiętnia śmierć dwudziestoletniego hrabiego w czasie polowania w lasach wa-plewskich. Władysław Branicki przebywał wówczas w gościnie u hrabiów Sierakowskich, właścicieli Waplewa. W dotychczasowych publikacjach poświęconych rodzinie Sierakowskich to tragiczne wydarzenie nie było omawiane. Również w tradycji rodzinnej wątek śmierci hrabiego jest słabo zarysowany. Krótką wzmiankę na ten temat zamieścił w swoich wspomnieniach An-drzej Sierakowski1. 1 A. Sierakowski, Wspomnienia, oprać. S. Stankiewicz, „Prowincja” 2014, 1 (15) s 59 Adam Langowski 125 - Ani Izabella Sierakowska, ani pozostali członkowie rodziny niewiele wiedzą o Władysławie - mówi Maciej Kraiński, kierownik Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim, i dodaje: - Przy krzyżu byłem wielokrotnie, stawiając tam świeczkę ku pamięci. Z rodziny jedynie Cesia Rey odwiedziła wraz ze mną to miejsce. Śmierć przedstawiciela znanego rodu związanego z Wilanowem musiała zostać odnotowana przez prasę, szczególnie warszawską. Sięgnijmy więc do starych gazet, aby dowiedzieć się więcej o nieszczęsnym polowaniu z udziałem Władysława hr. Branickiego. SIERAKOWSCY I BRANICCY W 1876 r. dobra waplewskie przejął Adam Sierakowski, syn Alfonsa. W tym samym roku, 25 lipca, nowy pan na Waplewie ożenił się z Marią hr. Potocką z Krzeszowic, córką Adama hr. Potockiego oraz Katarzyny hr. Branickiej. Młodzi państwo 31 lipca przybyli do Waplewa, gdzie odbyło się uroczyste przyjęcie. Dzięki temu małżeństwu Sierakowscy weszli w krąg najbardziej wpływowych polskich rodów arystokratycznych, a Waplewo zbliżyło się do tak znanych ośrodków, jak Wilanów i francuski Montresor. Adam Sierakowski i Maria z Potockich mieli dwóch synów, Stanisława i Jana, oraz córkę Wandę. Jan Sierakowski wiele podróżował po Europie Zachodniej, przebywał we Francji i Szwajcarii. W grudniu 1911 r. odwiedził Montresor i stał się bohaterem jednego z polowań, zabijając dzika, który wbiegł do bażantarni i schronił się w kurniku. Opis tego niecodziennego wydarzenia został zamieszczony w dwutygodniku „Łowiec Polski” z 16 stycznia 1912 r.: Najbliżej bażantarni znajdował się podówczas hr. Jan Sierakowski, chwilowo bawiący w Montresorze oraz strzelec Czarkowski (...) Hr. Sierakowski i Czarkowski, nie namyślając się długo, wkroczyli do ogrodzenia przez drzwiczki, które za sobą zamknęli. Dzik, widząc się przyciśniętym do muru w calem tego słowa znaczeniu, szarżował na hr. Sierakowskiego, który ze swego mauzera strzelił do niego na kilka kroków i roztrzaskał mu ryj wraz z dolną szczęką. Nie wstrzymało to rozjuszonego zwierza, który wywrócił odważnego myśliwego, to samo uczynił z Czarkowskim, łecz hrabia już się zerwał i zmieniwszy nabój z magazynu, osadził wreszcie dzika śmiertelnym strzałem2. Jan Sierakowski zmarł w 1920 r. w Nicei i został pochowany w Montresorze, co podkreśla związki Sierakowskich z Branickimi. W 1909 r. majątek waplewski przejął z rąk Adama starszy z synów, Stanisław, który utrzymywał ożywione kontakty z hrabiami Branickimi, krewnymi ze strony matki. Jak wspomina Andrzej Sierakowski, Stanisław często jeździł do Montresoru, Wilanowa i Białej Cerkwi na polowania organizowane 2 „Łowiec Polski” 1912, R. 14, nr 2, s. 21. Zdjęcie Władysława Branickiego zamieszczone w czasopiśmie „Świat" nr 32 z 9 sierpnia 1913 r. 126 Krzyż hrabiego Władysława przez swojego kuzyna, Adama Branickiego3. Z kolei Braniccy byli chętnie podejmowani w Waplewie, gdzie w okolicznych lasach również uczestniczyli w polowaniach. - Lasy, o których mowa, należały przed wojną do majątku hr. Sierakowskich i tylko oni mogli tutaj polować wraz z zaproszonymi gośćmi — opowiada Lech Giergielewicz-Możaj-ski, wieloletni leśniczy w Leśnictwie Waplewo i prezes Koła Łowieckiego „Cyranka” w Sztumie, obecnie na emeryturze - Był to atrakcyjny teren łowiecki. Lasy tulickie obfitowały w zwierzynę płową (jelenie, sarny), czarną (dziki) oraz drobną. W lipcu 1913 r. do Waplewa przyjechał młodszy brat Adama Branickiego, Władysław. Kilka tygodni wcześniej z bardzo dobrym wynikiem zdał maturę w Petersburgu, a wizyta u krewnych miała stanowić zasłużony odpoczynek po okresie wyczerpującej nauki. Po wakacjach zamierzał rozpocząć studia na jednym z zagranicznych uniwersytetów. CHCIAŁ TRAFIĆ ROGACZA W sobotę 12 lipca 1913 r. hrabia Władysław udał się ze Stanisławem Sierakowskim do lasów waplewskich na polowanie. Młodzieniec miał wadę serca, ale od pierwszego ataku minęło kilka lat i wydawało się, że choroba została opanowana. Poza tym, od dwóch lat z powodzeniem towarzyszył swemu ojcu Ksaweremu w wyprawach na polowanie. Ograniczenie pobytu w Waplewie do rozmów z ciotką Marią z Potockich i spacerów po pięknym parku nie mogło satysfakcjonować gościa z Wilanowa. Gdyby tak ustrzelił dorodną sztukę, zaimponowałby na pewno starszemu o dwanaście lat kuzynowi, który uchodził za znakomitego myśliwego. Być może na to właśnie liczył hrabia Władysław, gdy ruszał na łowy. Polowanie miało jednak tragiczny przebieg, o czym informowała „Gazeta Toruńska” z 18 lipca 1913 r.: Wielki smutek spotkał tu [w Waplewie - przyp. A.L.] hr. Sierakowskich. Otóż bawił tu w gościnie 20-letnip. hr. Branicki, syn hr. Branickich z Warszawy. W sobotę wyjechał z p. hr. Sierakowskim na polowanie i gdy chciał strzelić do rogacza, ruszył go paraliż serca, tak że padł trupem. Pomoc lekarska okazała się bezskuteczną4. Na podstawie relacji z. „Torunianki trudno odtworzyć dokładny ciąg zdarzeń. Więcej szczegółów podawał „Łowiec Polski” w numerze z 1 sierpnia 1913 r.: Hr. St. Sierakowski z hr. Władysławem pojechali do lasu na podjazd. Spostrzegłszy stojącego w olszynach rogacza, hr. Władysław zsiadł z pojazdu i pod osłoną krzaków podchodził dostrzeżonego kozła. Zbliżywszy się na strzał, dał ognia. Zaraz też nadszedł hr. Sierakowski, pytając o rezultat. Hr. Władysław nie był pewny skutku, bowiem kozieł poszedł, obydwaj więc myśliwi udali się na miejsce, gdzie stał kozieł, dla obszukania odstrzału, a gdy go nie znaleźli, hr. Sierakowski, jako wytrawny myśliwy, poszedł po tropie, szukając farby. Gdy się rozłączył z hr. Władysławem, zauważył tylko, że siadł on na pieńku, sądził jednak, że pragnie chwilkę spocząć. Gdy jednak uszedłszy kilkanaście kroków farby nie znalazł i wrócił na miejsce rozstania, hr. Władysław leżał już na ziemi bez życia. Zgon nastąpił nagle, bez żadnych uprzednich oznak, które 3 A. Sierakowski, op. cit. 4 „Gazeta Toruńska” 1913, R. 49, nr 163, s. 3. Adam Langowski 127 mogłyby zapowiadać katastrofę. Hr. Sierakowski na rękach poniósł bezwładnego hr. Władysława do powozu, pojazd galopem popędził do pałacu, ale przywołany bezzwłocznie miejscowy łekarz, skonstatował już tylko śmierć5. Dla Stanisława Sierakowskiego nagła śmierć młodszego kuzyna musiała być bolesnym doświadczeniem. Właściciel Waplewa pełnił przecież funkcję gospodarza i w pewnym sensie opiekuna hrabiego Władysława. Wyrazem pamięci o zmarłym krewnym stał się kamienny krzyż ustawiony w miejscu tragedii, które w ciągu dziesięcioleci przekształciło się pod względem przyrodniczym. - Teren przez lata uległ zmianie, zwłaszcza bagno, a właściwie teren podmokły, który po melioracji został zalesiony - wyjaśnia Lech Giergielewicz-Możajski. - Drzewostany starsze również uległy zmianie poprzez prowadzenie zabiegów regulujących skład gatunkowy lasu według nowych zasad hodowlanych. DOKTOR PAWIŃSKI I WPŁYW WZRUSZEŃ NA SERCE Doniesienia o śmierci hrabiego Władysława Branickiego w Waplewie pojawiły się na łamach warszawskich gazet. W „Kurierze Warszawskim” 14 lipca wydrukowano pierwszy nekrolog, a w rubryce „Wiadomości bieżące - Osobiste” umieszczono następującą informację: S.p. Władysław hr. Branicki. W sobotę, d. 12-go b. m., o godz. 7-mej wieczorem, w dobrach hr. Sierakowskiego Waplewo, w W. Ks. Poznańskiem, zmarł nagle na anewryzm serca, najmłodszy, 2O-letni syn Ksawerostwa hr. Branickich. Zmarły od dłuższego czasu cierpiał na serce i był pod opieką lekarską dr. Pawińskiego. Ksawerostwo hr. Braniccy przybyli dziś do Warszawy i niezwłocznie wyjechali do Waplewa. Zwłoki ś.p. Władysława hr. Branickiego będą przywiezione do Wilanowa, gdzie spoczną w podziemiach kościoła wilanowskiego6. Przytoczona relacja wymaga sprostowania, ponieważ Waplewo nie leżało w Wielkim Księstwie Poznańskim, lecz w Prusach Zachodnich. W tekście pojawiła się ciekawa wzmianka o lekarzu, który leczył hrabiego Władysława. Chodzi o dr. Józefa Pawińskiego (1851-1925), ordynatora w Szpitalu Dzieciątka Jezus i Szpitalu Świętego Ducha w Warszawie. Dr Pawiński uznawany jest za jednego z twórców kardiologii polskiej. W 1883 r. doktoryzował się z pracy pt. „Badania kliniczne nad arytmią serca w ogóle, a w szczególności przy wadach zastawek”. Występował jako ekspert na międzynarodowych zjazdach naukowych w Berlinie (1890 r.), Moskwie (1897 r.), Madrycie (1903 r.), Paryżu (1904, 1920, 1925 r.) i Cannes (1914 r.). Swoje prace ogłaszał m.in. w „Gazecie Lekarskiej”, której był współwłaścicielem, a także członkiem jej komitetu redakcyjnego. W listopadzie 1912 r., a więc kilka miesięcy przed śmiercią Władysława, opublikował tam artykuł „O wpływie wzruszeń i przemęczenia umysłowego na serce, a zwłaszcza na powstawanie stwardnienia tętnic”. Jeden fragment tej publikacji wydaje się dla nas szczególnie istotny: Bardzo ciekawe doświadczenia nad działaniem wzruszeń na serce przeprowadził Ang. Mosso na psach, a zwłaszcza na jednym, który, jak się później okazało, był psem myśliwskim. Zastoso- „Łowiec Polski” 1913, R. 15, nr 15, s. 238. 6 „Kurier Warszawski" 1913, R. 93, nr 192, s. 5. 128 Krzyż hrabiego Władysława wawszy kardiografi przekonał się na krzywych, odpowiadających ruchom serca, jak znacznym wahaniom ulegała częstość i siła skurczów serca owego psa pod wpływem pewnych bodźców, np. samego widoku strzelby myśliwskiej, kładzenia do niej ładunków, odciągania kurka i t. p~ Czy hrabia Władysław Branicki stał się ofiarą gwałtownych „wzruszeń” o których pisał dr Pawiński? Wydaje się, że tak właśnie było. Prawdopodobnie emocje, których schorowany młodzieniec doświadczył podczas polowania, okazały się zbyt silne i wywołały zawał serca. POGRZEB HRABIEGO W czwartek 17 lipca 1913 r. w „Kurierze Warszawskim” ukazał się nekrolog informujący o czasie i miejscu pogrzebu Władysława Branickiego, a w rubryce „Rozporządzenia i zawiadomienia” podano: Z powodu pogrzebu ś.p. Władysława hr. Branickiego park wilanowski dla publiczności będzie w sobotę zamknięty8. Warto zaznaczyć, że tradycję udostępniania parku i pałacu wilanowskiego dla zwiedzających zapoczątkował Ksawery Branicki, ojciec zmarłego Władysława. Po śmierci Ksawerego w 1926 r. i przejęciu Wilanowa przez Adama Branickiego zwyczaj ten był kontynuowany. W kolejnym numerze „Kuriera” z 18 lipca ponownie wydrukowano nekrolog9. Pogrzeb hrabiego odbył się w sobotę 19 lipca 1913 r. Relację zamieszczono w niedzielnym wydaniu „Kuriera z 20 lipca. Warto przytoczyć ją w całości, ponieważ zawiera wiele szczegółów dotyczących przebiegu uroczystości oraz jej uczestników: Wczoraj o godz. 9, kolejką wilanowską wiele osób z Warszawy wyjechało do Wilanowa w celu wzięcia udziału w oddaniu ostatniej posługi zwłokom s.p. Władysława hr. Branickiego, zmarłego d. 12 b.m., w Waplewie, w Księstwie Poznańskiem. W świątyni wilanowskiej od g. 9-tej r., księża proboszczowie parafii dóbr wilanowskich przy bocznych ołtarzach odprawiali na zmianę ciche msze żałobne, po godz. zaś 11 -tej proboszcz parafii wilanowskiej, ks. Trawiński w asystencji kilku kapłanów odprawił solenne nabożeństwo, poczem przez otwór w posadzce kościelnej włościanie wilanowscy spuścili trumnę do podziemi kościelnych. Trumna spoczęła w niszy grobowej, po prawej stronie obok grobów ś.p. małżonków Augustostwa hr. Potockich. Na życzenie rodziców zmarłego nie było mów, ani śpiewów okolicznościowych. Z duchowieństwa warszawskiego przybył na smutny ten obrzęd ks. prałat hr. Łubieński, proboszcz parafii na Lesznie. W orszaku żałobnym uczestniczyli między innymi Andrzej hr. Zamojski, Zdzisław ks. Lubomirski i rodzina hr. Platerów, oraz dzierżawcy dóbr wilanowskich. Ś.p. Władysław hr. Branicki, pogrążył w żałobie oprócz rodziców, dwu braci: najstarszego hr. Konstantego i hr. Adama, ordynata dóbr Rosi w gub. Grodzieńskiej, oraz dwie siostry hrabianki Katarzynę i Jadwigę10. Z przekazu prasowego wynika, że na pożegnanie hrabiego Władysława przybyli licznie mieszkańcy Warszawy. W kolegiacie św. Anny w Wilanowie stawili się również przedstawiciele znanych rodów arystokratycznych. Zapewne byli tam również Sierakowscy, choć 7 „Gazeta Lekarska” 1912, Ser. II, R. 47, T. 32, nr 45, s. 1242. 8 „Kurier Warszawski" 1913, R. 93, nr 195, s. 5. 9 „Kurier Warszawski” 1913, R. 93, nr 196, s. 7. 10 „Kurier Warszawski” 1913, R. 93, nr 198, s. 7. Adam Langowski 129 U l ADYSLAW BRANK KI s>\ XAWER EGO I ANNY z POTOCKICH * W W 1L LANCAMI O AA '\ 1893 + W WAPLEWIE 12 LIPCA 1913 WIECZNY ODPOCZYNEK RACZ /O dać Panie Epitafium Władysława Branickiego z kościoła św. Anny w Wilanowie, fot. Malwina Żyra autor tekstu ich nie wymienia. Uroczystości pogrzebowe miały podniosły charakter, jednak z zachowaniem skromności, na czym zależało najbliższej rodzinie zmarłego. W relacji ponownie błędnie umiejscowiono Waplewo w Wielkim Księstwie Poznańskim. Część żałobników, chcąc uczcić pamięć zmarłego, zdecydowała się wpłacić pewne kwoty na cele charytatywne. W kilku numerach „Kuriera” w rubryce „Ofiary” opublikowano listy osób, które zrezygnowały z zakupu kwiatów lub wieńców i przekazały pieniądze na pomoc innym. Oto szlachetni ofiarodawcy: Władysławostwo Tyrchowscy, Edward Orda, Aleksander Szwede, Jan Sztolcman, Józef Zarembski, Wacław Paszkowski, Stanisław Żaboklicki, Wiktor Stephan, Jakub Mścichowski, Kazimierz Przecławski, Br. Jurczyński, Józef Dąbrowski, Pacyna, K. Kossobudzki, Leon Makarewicz, B. Błaszczyński, Jan Górski, M. Jakubowski, Osinkowski, Wrotnowski, Sitkowski z Unina, Szarras z Rosi, Józef Adamski, dr A. Rost-kowski z żoną, Michałostwo Jaworscy z Międzyrzeca, Kazimierz Tomaszewski, Helena, Jan i Eugeniusz Rafalscy, członkowie administracji ordynackiej roskiej Adama Branickiego, dr F. J. Różycki z żoną, dr Jan Bączkiewicz, A. Kruszewski, dr Bronisław Karpiński z żoną11. Wśród wymienionych rozpoznać można m.in. wybitnego przyrodnika i założyciela czasopisma „Łowiec Polski” (Jan Sztolcman), nadleśnego dóbr wilanowskich (Wiktor Stephan) oraz administratora Wilanowa (Stanisław Żaboklicki). Większość datków przeznaczono na Wsparcie szpitala dziecięcego przy ul. Kopernika oraz na wpisy dla niezamożnych uczniów i uczennic szkół prywatnych. Warto zauważyć, że Warszawski Szpital dla Dzieci był przez Branickich z Wilanowa otoczony specjalną troską. Ojciec [Adam Branicki - przyp. A.L.] -jak wspomina Anna Branicka-Wolska - ufundował i wyposażył salę w dziecinnym szpitalu na Kopernika. Tam co roku na gwiazdkę posyłaliśmy prezenty dla małych pacjentów12. 11 „Kurier Warszawski” 1913, R. 93, nr 197, 200, 202. 12 A. Branicka-Wolska, Listy niewysłane, Warszawa 1990, s. 258. 130 Krzyż hrabiego Władysława ŻAŁOBNE KARTY Wiadomość o nagłej śmierci Władysława Branickiego pojawiła się na stronach wielu gazet. Spośród wydawnictw warszawskich, oprócz cytowanego „Kuriera” informacje o tragicznym wydarzeniu w Waplewie opublikowało m.in. czasopismo „Świat”13, w którym wydrukowano także fotografię zmarłego hrabiego. O stracie najmłodszego syna Ksawerostwa Branickich mogli również dowiedzieć się czytelnicy „Dziennika Poznańskiego”14 oraz krakowskiego „Czasu”15. Należy dodać, że dla Ksawerego Branickiego i Anny z Potockich śmierć najmłodszego syna nie była jedynym nieszczęściem. W grudniu 1918 r. przyszło im pochować również najstarszego syna, Konstantego, oficera łączności Wojska Polskiego, Szefa Rejonu Winnickiego, który w wierszu pt. „Mój testament” pisał: Nie chcęja w krypty podziemnej więzieniu, Gnić w mokrym lochu otoczon murami. Na sen wieczysty połóżcie mnie w ziemi. Niech jako trawa zazielenię pola, Usłyszę znowu pieśni skowronkowe, Kielichem kwiatu - znów patrzę na słońce16. Czy pod słowami wiersza Konstantego podpisałby się jego młodszy brat, Władysław? Jako dwudziestolatek raczej nie myślał o śmierci, jednak odszedł nagle, umierając pośród drzew w waplewskim lesie. Trzeci z synów, Adam, zmarł w 1947 r. Był on ostatnim właścicielem dóbr wilanowskich oraz ostatnim z Branickich herbu Korczak. Wszyscy bracia spoczęli w krypcie rodzinnej w kościele św. Anny w Wilanowie. WŁADYSŁAW BRANICKI, syn Kawerego i Anny z Potockich Branickich, ur. 1893 r., zasnął w Bogu w Waplewie d. 12-go lipca 1913 r. Pogrążeni w głębokim smutku rodzice i rodzeństwo zapraszają krewnych, przyjaciół i życzliwych na nabożeństwo żałobne i złożenie zwłok do grobów rodzinnych w kościele parafjalnym w Willanowie w soboty d. 19-go lipca, o godz. ll-ej rano. Osobne zawiadomienia rozsyłane nie będą. 640r Nekrolog Władysława Branickiego z „Kuriera Warszawskiego" nr 196 z 18 lipca 1913 r. 13 „Świat” 1913, R. 8, nr 32, s. 17. 14 „Dziennik Poznański” 1913, R. 55, nr 161, s. 4. 15 „Czas” 1913, R. 66, nr 322, s. 3. 16 A. Branicka-Wolska, op. cit., s. 235. Jan Chłosta 131 Jan Chłosta NIEZNANY TEKST KS. BARCZEWSKIEGO O POWIŚLU Ksiądz Walenty Barczewski (1856-1928) był jednym z najbardziej zasłużonych badaczy przeszłości polskiej Warmii. Jego „Kiermasy na Warmii” będące opisaniem odpustu Opatrzności Bożej w po-dolsztyńskim Bartągu, ujmują cząstkę warmińskich zwyczajów i stanowiły książkę, do której często się odwoływali. Ksiądz Barczewski był także autorem innych opracowań jak: „Nowe kościoły katolickiego na Mazurach” i „Z piśmiennictwa polskiego na Warmii w XIX stuleciu”, drukowanego w latach 1924-1925 w „Gazecie Olsztyńskiej”. Po wydaniu w 1918 roku „Geografii polskiej Warmii”, ujmującym nazwy fizjograficzne południowej Warmii, nazwanej przez niego polską Warmią, zabrał się do opisania Powiśla. Drukowany w 1921 roku tekst (określił go jako appendix, czyli dodatek do „Geografii polskiej Warmii”) w czterech odcinkach: pod pseudonimem Ks. Walenty Barczewski, fot. archiwum Wiarosław w „Gościu Niedzielnym” dodatku do „Gazety Olsztyńskiej” i samej „Gazecie” pod tytułem „Geografia sztumskiego Powiśla” obejmował zaledwie 12 stron maszynopisu1. Ujął w nim nazwy geograficzne i fizjograficzne pod Sztumem i Kwidzynem, a więc: strumyków, pagórków, pól, bagien, lasów, uroczysk. Były one, jak wiadomo, określeniami znanymi Wyłącznie miejscowej ludności, nie odnotowanymi w jakichkolwiek dokumentach urzędowych, ani mapach, takie jak przykładowo pod Waplewem lasy: Borek, Wadlewsko, Olszak, bagna: Bobrak, Bocianek, Krzyżowe Bagno Spaleniec, Pogorzelec, Żurawek, Białe Błota, Straszne Błoto, Dębniak, pola: Portetajek, Piecki, nazwy zbiorników wodnych: Karpiak, Czarne Jezioro (bo w nim kiedyś moczono len i od tego woda nabrała czarnej barwy), łąki: Babiocha, strumyki: Bacha, pagórki: Pogorzelec, Kadykowa Górka (obrośnięta jałowcem). Zapewne te nazwy dostarczył autorowi rządca z majątku Stanisława Sierakowskiego w Waplewie. Sam ks. Barczewski nie był tak dobrze przygotowany jak w przypadku rodzinnej Warmii, chociaż spędził w Postohnie jako diakon przed święceniami kapłańskimi od początku lipca 1883 roku trzy miesiące. Wspomagał w posłudze religijnej 67-letniego probosz- 1 Wiarosław [ks. Walenty Barczewski], Geografia sztumskiego Powiśla, Gość Niedzielny, 1921 nr 46 z 12 XI; Gazeta Olsztyńska, 1921, nr 278 z 1 XII; nr 279 z 2 XII; nr 281 z 4 XII, nr 282 z 6 XII. 132 Nieznany tekst ks. Barczewskiego o Powiślu cza Jana Witkowskiego. Może już wtedy notował nazwy fizjograficzne, których po nim nikt nie zapisał? Nie wszystkie z nich znalazły się w opracowanym przez wybitnego leksykologa i dialektologa profesora Huberta Górnowicza z Uniwersytetu Gdańskiego dziele Toponimia Powiśla Gdańskiego2. Do pewnego stopnia nieścisłe jest stwierdzenie wprowadzone przez profesora Górnowicza do wstępu swojej pracy, że „termin Powiśle powstał w dwudziestoleciu międzywojennym w Związku Polaków w Niemczech, jako nazwa obszaru, na którym mówiono polskimi gwarami malborskimi”. Zanim 27 sierpnia 1922 roku powstał Związek Polaków w Niemczech użył tego terminu w piśmiennictwie polskim właśnie ks. Barczewski określając Powiślem południową część tej krainy z miastem Sztumem. W gromadzeniu nazw fizjograficznych księdza Barczewskiego mogli wspomagać konfra-trzy, z którymi był zaprzyjaźniony, a więc księża: Franciszek Połomski ze Straszewa, Piotr Baranowski z Tychnowów bądź Jakub Mayska z Krasnej Łąki oraz ktoś z powiślańskich ziemian. Ksiądz Barczewski nadał „Geografii sztumskiego Powiśla” taki sam układ jak opracowaniu o polskiej Warmii. Po kolei omawiał parafie katolickie wchodzące w skład dwóch dekanatów: sztumskiego i dzierzgońskiego oraz dwóch parafii leżących nad dolną Wisłą i No-gatem (Mątowy Wielkie i Pogorzała Wieś). W części wstępnej podkreślił, że w przeszłości Powiśle było bardziej związane z Pomorzem niż z polską Warmią. Potwierdzały to zwyczaje miejscowych mieszkańców i ich gwara, a po dawnych Prusach pozostały nazwy takie jak: Montki, Chojty, Kuksy, Krastychy, Tychnowy, Dypeny. Autor przypomniał, że Powiśle zostało przyłączone do diecezji warmińskiej bullą papieża Piusa VII z 16 lipca 1821 roku „de salute animarum. Stało się to po Kongresie Wiedeńskim, a biskup warmiński Augustyn Bludau, ze względu na rozległość dekanatu sztumskiego, dokumentem z 1 maja 1918 roku wprowadził podział dekanatu sztumskiego na dzierzgoński (6 parafii) i sztumski, w którym pozostawił 10 parafii. W swoim opracowaniu autor starał się, podobnie jak w „Geografii polskiej Warmii”, eksponować polskie tradycje tej ziemi. Ukazał więc związki Sztumu i okolicznych wsi z Koroną. Przytoczył wyniki spisu ludności, dokonanego przez Niemców w 1910 roku, który uwzględniał także Polaków w zwartych skupiskach. Polskość utrzymała się w tej części dzięki polskim ziemianom: Sierakowskim, Donimirskim, Kowalskim, Janta-Połczyńskim. Wymienił nazwiska duchownych z Warmii z którymi zetknął się w swoim życiu, jak z pochodzącym z Mikołajek Pomorskich ks. doktorem Feliksem Schreiberem (1857-1889), z którym zdawał maturę w gimnazjum chełmińskim, ks. Janem Nepomucenem Szadowskim (1834-1914), urodzonym w Cegielni pod Sztumem, po którym przejął posługę religijną w Wielbarku i Opaleńcu na Mazurach, wymienił swego wuja ks. Franciszka Burlińskiego (1821-1889), który wspierał go finansowo w edukacji i duszpasterzował w Tychnowach i Kwidzynie, ks. Piotra Baranowskiego (1805-1901), który aż 64 lata sprawował posługę religijną w Tychnowach, zwrócił uwagę na pracę Hieronima Poetscha (1856-1932), który ukończył również seminarium duchowne w Eichstat, gdzie rok wcześniej otrzymał święcenia autor, ks. prałata Jana Hanowskiego (1873-1968) z Mątek pod Olsztynem i ks. Jakuba Mayskę (1874-1924) zTomaszkowa. 2 H. Górnowicz, Toponimia Powiśla Gdańsldego. Pomorskie monografie toponomastyczne nr 4, Gdańsk 1980. Jan Chłosta 133 A oto zapis dotyczący Sztumu: „Sztum położony między dwoma jeziorami: Barlewic-kim i Zajerzerskim. Nazwa Sztum (Stuhm, Stoma), zachodzi już od 1249 roku. W 1335 roku była twierdzą Krzyżaków, do której należał duży obszar ziemi, obecnie dom sierot [należy rozumieć, że w reszcie budowli]. Miasto powstałe 1416 roku. Należy do niego 87 włók roli i lasu. W 1461 roku zdobyli Sztum Polacy, a od 1466 roku [drugi pokój w Toruniu], aż do 1772 r. Sztum należał do Polski. Ucierpiał wiele podczas wojen szwedzkich przez rekwizycje załóg wojskowych i pożary. Dziś w Sztumie [1921 r.] jest landrat, sąd, więzienie mniejsze i większe centralne [Zentralgefangnis) i od niedawna batalion wojska p. 152. Miasto liczyło w 1910 r. - 3091 mieszkańców (803 ewangelików, 81 Żydów, 2 194 katolików, w tej liczbie 1 432 Polakowi 762 Niemców). Urzędnicy przy landraturze, sądzie, więzieniach, magistracie są prawie tylko luteranie [ewangelicy] i Żydzi. Katolików w parafii sztumskiej 4 640, nowy względnie odnowiony kościół katolicki stoi wybudowaniach na polu miejskim 1901 roku, poświęcony przez biskupa sufragana Edwarda Herrmanna w 1903 roku, główna patronką jest św. Anna. Do Sztumu należy kościół filialny w Sztumskiej Wsi. Dziejowe znaczenie Sztumskiej Wsi polega na tym, iż 12 września 1635 r. nastąpiło zawieszenie broni czyli tymczasowy pokój między Polską a Szwedami i to pod gołym niebem. Miejsce to oznacza dziś wielki kamień i na około cztery wysokie drzewa, wiązy. Kościół nowy katolicki pod wezwaniem Podniesienia św. Krzyża stoi od 1868 roku. Wedle urzędowej statystyki było 2 grudnia 1910 r. Polaków katolików 407, ewangelików 2, Niemców katolików 45, Niemców ewangelików 67, mieszanych 10. Parafia sztumska jest bardzo rozległa, sięga do rzeki Nogat i prawie do Malborka, mieszkańcy niektórych miejscowości mają bardzo daleko do Sztumu, a bardzo blisko do Malborka np. Wielbark [obecnie Wielbark - Lotnisko], drugie zaś nad Wisłą z tej samej przyczyny oddzielono od Sztumu i przyłączono do Benowa. Do Sztumu przyłączono niedawno: Kadyki i Lądziki. Oprócz Sztumu i Sztumskiej Wsi należą jeszcze do parafii sztumskiej następujące folwarki i wioski: - po drugiej stronie Jeziora Sztumskiego czyli Zajezierskiego leży majątek Zajezierze - 579 ha, 160 Polaków, 22 katolików Niemców [1910 r.]. Własność Augustyna Donimir-skiego, syna śp. Henryka Donimirskiego, niedaleko folwark z wielką cegielnią p. Witolda Donimirskiego Hohendorf (Czernin, 578,8 ha, 182 Polaków, 6 niemieckich katolików, 1 ewangelik, dalej Szpitalna Wieś (Hospitalsdorf), 242 ha, 51 Polaków, 13 niemieckich katolików, 1 ewangelik, Buchwald, 459 ha, 259 Polaków, 5 niemieckich katolików, 1 ewangelik, folwark Goraj (Górki), Koniecwałd, Węgry (Wengern), 490 ha, 56 Polaków, 54 niemieckich katolików, 31 ewangelików, Ostrów Lewark i ostrów Broże oraz wsie: Barlewice (z dwoma majątkami na wiejskim polu) uroczo nad Jeziorem Barlewickim, 567 ha, 130 Polaków, 24 niemieckich katolików, 45 ewangelików. Koniecwałd (Konradswalde) wieś i majątek 1063 ha, 379 Polaków, 110 niemieckich katolików, 96 ewangelików, Parpary 84 ha, 371 Polaków, 139 niemieckich katolików, 95 ewangelików, Gościszewo 1089 ha, 388 Polaków, 230 niemieckich katolików, 343 ewangelików, Wielbark (Willenberg) (dzisiaj dzielnica Malborka), 1190 ha, 90 Polaków, 504 niemieckich katolików, 300 ewangelików, 23 innych wyznań.”3 W opracowaniu autor zawarł, jak można było się zorientować, niewiele informacji o przeszłości Powiśla. W przypadku Sztumu pominął fakt, że po bitwie pod Grunwaldem miasto 3 Tenże, Geografia sztumskiego Powiśla, Goić Niedzielny, 1921 nr 46 z 12 XI. 134 Nieznany tekst ks. Barczewskiego o Powiślu zdobył król Władysław Jagiełło i wydał tu we wrześniu tamtego 1410 roku pamiętny przywilej królewski dla szlachty i chłopów, natomiast wielką wartość mają zanotowane nazwy fizjograficzne z tej części ziem nadwiślańskich, dawne nazwy Krasnej Łąki - Cirnine lub Wothinen, Trzciana - Midycz itp. Autor nie ustrzegł się drobnych nieścisłości jak tych, że ks.Jan Szotowski (1868-1923) nie urodził się w Dźwierzutach, lecz w Biskupcu, albo napisał o długoletnim duszpasterzowaniu ks. Hieronima Poetscha w Prabutach, a faktycznie ten duchowny posługiwał tam religijnie niecałe trzy lata. Tak jak większość ludzi pióra Postolin nazywał Podstolinem, a Dzierzgoń - Kiszporkiem. Pominął też ważną działalność narodową i społeczną ks. Eryka Grossa z Tychnowach, który przyczynił się do powstania Banku Ludowego w tej wsi i w sposób nadzwyczajny wspierał Polaków w okresie poprzedzających plebiscyt w 1920 roku. Był w tamtym czasie aktywnym działaczem miejscowej Rady Ludowej. Niewiele miejsca poświęcił autor w swoim opracowaniu polskim ziemianom. Tego tekstu nie można jednak pominąć. Galeria Prowincji Jarosław Denisiuk DOZORCA DREWNIANYCH LUDZIKÓW O SZTUCE WALDEMARA CICHONIA Waldemar Cichoń od najmłodszych lat zajmuje się rzeźbą w drewnie. Ukończył gdańską PWSSP w pracowni prof. Franciszka Duszeńki, najbardziej otwartej, liberalnej i chłonnej nowości. Praktyka ówczesnego akademickiego kształcenia na kierunku rzeźby była jednak morderczo monotonna, zmuszająca studenta do dyscypliny w wykonywaniu tematycznych i technologicznych poleceń prowadzącego. Waldemar Cichoń, fot. portEL Niewątpliwie była to dobra lekcja rzemiosła. Prace w drewnie, które były dotąd „odskocznią” stawały się osią twórczości, znakiem coraz szybszej rozpoznawalności artysty. Zaczął stylizować materiał na starszy, nakładając warstwy wosku, pigmentu, akceptując naturalne zabrudzenia i strukturę materiału. Widać w tych wczesnych pracach fascynację technologią, mechaniką łączeń elementów. Trudności techniczne w przypadku popiersia rozwiązywał metodami nierzeźbiarskimi, włączając weń rysunek, dopracowując szczegóły ołówkiem. W ten sposób powstawały oczy i przecierane bliki. Na IV Biennale Sztuki Gdańskiej w 1980 roku Waldemar Cichoń uzyskał I nagrodę w dziedzinie rzeźby. W porównaniu do konkurencji, jego zestaw prac emanował czymś świeżym, czymś, czego jeszcze nie pokazywano, przynajmniej na tej miary konkursach. Nagroda, zdobyta niejako z marszu, potwierdziła niesłychaną intuicję artysty, tym bardziej, źe szereg kolegów zaczęła wkrótce podążać za przykładem Cichonia, odważniej prezentując swoje produkcje w drewnie. W okresie studiów na gdańskiej PWSSP młody artysta stanął naprzeciw dylematu, który był szeroko komentowany w krytyce artystycznej tamtego okresu. W latach 70. tendencje figuralne w polskiej sztuce ścierały się z przejawami dążeń przeciwnych - z uproszczeniem oraz geometryzacją. Waldemar Cichoń rozstrzygnął ten dylemat poprzez sięgnięcie swoimi zainteresowaniami formalnymi do głębszej tradycji, wcześniejszej, plasując się w kontrze wobec 136 Dozorca drewnianych ludzików tych tendencji, które rzeźbę drewnianą usuwały w ogóle z pola zainteresowania. Nawiązując do rzeźby figuralnej i portretowej, interesowały go głównie atrybuty stylistyczne, które służyły umacnianiu a nie bojkotowaniu znaczeń kulturowych. Wzbierała wówczas w sztuce polskiej tendencja neoekspresyjna. Nowa ekspresja stawała się dopiero co uświadomionym głosem pokolenia. Cichoń wyznawał jednak naczelną zasadę w przeciwieństwie do reprezentantów generacji neoekspresji, że w rzeźbie liczy się przede wszystkim autentyzm i praca. A podstawą kreacji jest perfekcyjne rzemiosło. I jakby na przekór modzie, która i w Gdańsku znalazła swoich wyznawców, zwrócił się ku eksplorowaniu tradycyjnego warsztatu i normatywnych zasad rządzących rzeźbą. To sprawiało, że od samego początku zawodowej drogi twórczej Cichoń świadomie znalazł się poza głównym nurtem pokoleniowych wystąpień i niejako sam siebie skazał na poszukiwania indywidualne, co z pewnością nie ułatwiało mu kariery, ale bez wątpienia bliższe było jego stylowi pracy i temperamentowi. Człowiek Cichonia jest wyobcowany, skrajnie odcieleśniony obdarzony szczególnego gatunku nadprzyrodzoną godnością, czy wręcz patetyzmem. Postaci ludzkie Cichonia - najczęściej męskie, bądź o nieokreślonej płciowości, dalekie są od indywidualizmu. Nie tyle mają być portretami konkretnych osob, nośnikiem cech właściwych jednostce, co tworzące raczej pewien uniwersalny typ ludzki. Z dużą skalą realizacji przyszło mu się zmierzyć kilkakrotnie. Należałoby rozpatrywać te dokonania łącznie, choć dzieli je nie tylko strategia twórcza, ale przede wszystkim temat i materiał. W1985 roku Galeria EL zaproponowała objęcie Cichoniowi kierownictwa pleneru, który w zamyśle reaktywował koncepcję współpracy instytucji z Zakładami Mechanicznymi ZAMECH, na wzór Biennale Form Przestrzennych. To właśnie te imprezy, wsparte mecenatem wielkiego przemysłu, zadecydowały nie tylko o wyjątkowości Galerii EL, ale też rozpoczęły dyskusję o sztuce w przestrzeni publicznej w Polsce. Impreza pod nazwą Ingerencje zorganizowana w czerwcu 1985 roku skupiła kilkunastu polskich artystów. W większości przypadków modele, będące już gotowymi formami narzucały artystom gotowe już rozwiązania przestrzenne. Sam materiał, który nie poddawał się obróbce, wyznaczał sztywno granice inwencji artystycznej. Kurator Ingerencji zrealizował groteskową figurę pta-ka/kury, którą umiejscowił na Bulwarze Zygmunta Augusta. Cichoń posłużył się świadomą stylizacją ludową, archaicznym i banalnie dekoracyjnie motywem, spotykanym wówczas na kiermaszach sztuki folklorystycznej. Ale podniesienie motywu do skali monumentalnej ujawniał aspekt parodystyczny i karykaturalny. Zupełnie inny charakter pracy, z racji powagi zamó-wieniam, towarzyszył realizacji popiersia króla Kazimierza Jagiellończyka. Jeśli styl i forma jest funkcją znaczeń, jakie ze sobą niosą, to w tym przypadku położenie przez Cichonia akcentu na klasyczną, spokojną, ale i nie pozbawioną humanizmu formę zdaje się mówić o próbie ujęcia postaci w harmonijnym i pełnym obrazie, przywołując ideał doskonałości człowieka. Popiersie powstawało przez dwa lata i ostatecznie na 50-lecie istnienia szkoły stanęło w 1988 roku przed gmachem II Liceum Ogólnokształcącego. W latach 80. ubiegłego wieku zaczęła się rozwijać w sztuce koncepcja pracy w materiałach nietrwałych, jak śnieg czy lód. W Polsce w tym czasie brakowało osobowości, które zdolne by były podjąć się tworzenia w dużym, nietrwałym i nieobliczalnym materiale. W 1986 roku Ci- Jarosław Denisiuk 137 choń wziął; wraz z Adamem Bagińskim i Florianem Retkowskim, udział w Sympozjum Rzeźby w Śniegu w fińskim Rovaniemi. Artyści powtórzyli niejako formę zaprezentowana przez Cichonia podczas realizowanego rok wcześniej Sympozjum Ingerencje w Elblągu i przy dużej konkurencji zdobyli II nagrodę. Było to pierwsze zetknięcie z tym najmniej szlachetnym z nieszlachetnych materiałów. W kolejnych latach artysta brał udział w podobnych sympozjach w Kanadzie, USA, Szwecji. W początkach lat 90. artysta zaczął gorzej widzieć. Zawężało się jego pole widzenia, zanikało poczucie światła. Retinopatia barwnikowa - tak zdiagnozowano przypadłość rzeźbiarza. Cichoń musiał rezygnować z tworzenia detali i małych form oraz z technik artystycznych wymagających większej precyzji. Postępująca choroba spowodowała całkowitą utratę wzroku. Po krótkim przerwie w pracy Cichoń wrócił do rzeźbienia. Coraz częściej zapraszano na amatorskie przeglądy twórczości osób niepełnosprawnych i konkursy warsztatów terapii zajęciowej. Rozpoczęła się dla artysty walka i ucieczka od stygmatyzacji niepełnosprawnością. Przed tym, żeby nie traktowano go jako niepełnosprawnego artystę. Elementem walki o swój status, o samo potwierdzenie własnej wartości było otwarcie przewodu doktorskiego na Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. Utrata wzroku to moment zwrotny w życiu i twórczości artysty. Wszystko, począwszy od najprostszych funkcji życiowych, jak poruszanie się, orientacja w przestrzeni, aż po pracę twórczą, zmieniło się. Musiało minąć kilka lat, by Waldemar Cichoń, nauczywszy się nowego stylu pracy, polegania na „pamięci dotyku” i pomocy innych osób, zaczął tworzyć w swoim zwykłym tempie. Nigdy artysta nie zrezygnował z pracy w drewnie i realizacji postaci. W cyklu prac powstających po 1995 ciągle istotnym rodowodem formy jest indywidualnie rozumiana klasyka. Formę kształtuje Cichoń ze skłonnością ku syntezie, obok kształtów obłych, wypracowanych, nieraz pojawiają się - w zależności od źródła pozyskania materiału -elementy, pęknięte i rozłupane. Postać jest polem bardzo wysublimowanych eksperymentów formalnych potęgujących siłę wyrazu. Artysta kształtuje ją z zadziwiającą lekkością i swobodą. Dla podbicia wyrazu czy znaczenia osadza głowę na wydłużonej szyi (ELDORADOR, AB-POPA), innymi razy dokonuje spłaszczeń formy elementów nakryć głowy, uzyskując ją, albo poprzez zestawianie gotowych elementów drewna, np. odnalezionego nad brzegiem morza. Niezwykle rzadkim elementem fizjonomii stają się natomiast małżowiny uszne postaci, które - tak charakterystycznie dla artysty - ukryte są pod głęboko zaciśniętych czepcach na głowach postaci. Utrzymuje tym samym równowagę pomiędzy realizmem a deformacją, co nie oznacza, że obca jest Cichoniowi bardzo szlachetna, choć oszczędna dekoracyjność. Dobry warsztat połączył z dużą wiedzą technologiczną w zakresie obróbki drewna - pozwala mu to na osiągniecie efektów nie tylko rzeźbiarskich, ale i - tu z nieodzowną pomocą najbliższych - kolorystycznych. Cichoń od lat świadomie balansuje na granicy przewrotnego żartu i dystansu do siebie, własnej twórczości a także narracji medialnych i politycznych: Moje tytuły są często żartami. Jestem ostatnim człowiekiem, który traktowałby wszystko, co robi, poważnie. Nie lubię takiego zadęcia, rozdęcia, tych wszystkich niepotrzebnych tragedii. Aby znaleźć dramat, wystarczy zajrzeć do gazety. Wypracowana przez niego strategia artystyczna pozwala na swobodne czerpanie z obfitości inspirujących go sfer i miksowanie ich z wyrastającą z wyobraźni ikonografią. Elementy odarte z tożsamości, kontekstu, wyjęte z innego - nie-artystycznego porządku stają się podatnym 138 Dozorca drewnianych ludzików tworzywem dla wyobraźni i grą z widzem. Często jest tak, że kod tytułu nadanego przez artystę jest swoistą grą wymagającą dopowiedzenia, bądź czytelna jest tylko dla grona najbliższych mu osób. Ważnym elementem prac Cichonia są atrybuty. Artysta wykorzystuje wiele przedmiotów odrzuconych, bądź takich, którego funkcja przestała być użyteczna, tj. instrumenty muzyczne, muszle, rogi, części maszyn, medale i odznaki (DOZORCA SZKLANYCH KULEK, SZME-ROŁAP, DMUCHAWIEC, CZERWONY PAŹ). Wyrywa je z kontekstu — jego właściwego środowiska - i włącza w przestrzeń rzeźby nadając jej tym samym nowy, symboliczny charakter. Trafnym opisem jest poszukiwanie inspiracji wśród zabaw dziecięcych i wspomnień z dzieciństwa. Prócz dawki estetycznej dostarczają satysfakcji intelektualnej - poprzez swój symboliczny przekaz: Najczęściej sięgam do swojej prywatnej mitologii, w której znajduję okruchy dzieciństwa, rzeczy zapamiętane do końca życia, wspomnienia kształtów zapierających dech w piersiach, które kiedyś tam, oczami dziecka widziane po raz pierwszy, były zaprzeczeniem banału i pozostały w pamięci jako przecudne bogactwo królewskich wspaniałości; zaklętą w drobiazgach tęsknotę za irracjonalną cudnością wstydliwych smutków. Niezwykłą wagę w interpretacji poszczególnych postaci Cichonia ma prywatna pasja rzeźbiarza - muzyka. Artysta jest audiofilem, w swoich zbiorach ma setki czarnych krążków i płyt CD. Najwyższą pozycję w jego muzycznych gustach stanowi bez wątpienia muzyka klasyczna i jazz, ale też rock czy blues. Słucha wszystkiego, co może go wzbogacić i poszerzyć wiedzę o świecie. Muzyka nie tylko jest towarzyszem niewidomego rzeźbiarza, ale stanowi ważny element inpiracji. Szereg jego prac nosi muzyczne tytuły: Cantus firmus, FADO, RAP’n’ROLL, Apokryficzny gambista, Tango. Język dzieł Cichonia wypowiada prawdy o rzeczywistości językiem metafory i symbolu. Opowiada historię poetycką, wskazując na metaforyczność i liryczną sugestię, o pięknie, muzyce, samotności, intymności i przemijaniu w sposób ironiczny i pełen uczucia, zawsze głęboko ludzki. Nie jest wolny Waldemar Cichoń od myślenia krytycznego i interwencyjnego. W ostatnich latach powstało kilka prac, które są znakiem jego reakcji na zagadnienia polityczne, medialne czy kulturowe. WTen sposób Cichoń zafunkcjonował w mediach ogólnopolskich. Na wystawę w krakowskiej Galerii Związku Polskich Artystów Plastyków w Krakowie w 2008 roku cztery swoje drewniane rzeźby oraz obiekt. Była to szklana szpitalna kaczka na mocz, z wydzierga-nym z moherowej wełny zakończeniem naciągniętym na szyjkę naczynia i szklanymi kulkami wewnątrz. Pracę nazwał „Kaczką Dziwaczką, grając ze skojarzeniem tytułu z czołowym politykiem prawicowym. Organizator wystawy uznał to za prowokację polityczną i w dniu wernisażu wycofał pracę z ekspozycji. Punktem styku tych wielorakich impulsów, źródeł i inspiracji pozostaje ostatecznie pytanie o człowieka, jak też pytanie o kondycję samego siebie. Współcześni artyści ukazujący problem reprezentacji podmiotu wskazują często na aspekt degradacji tożsamości, zagubienia jednostki. Sztuka Cichonia, którą odczytać można przez pryzmat ludzkich ograniczeń zradza się z dialogu z rzeczywistością. Tą, w tym konkretnym przypadku, nie w pełni recypowaną, zapośredniczaną przez media, ale objawiającą wizję człowieka, który mimo życiowego dramatu ciągle, z sukcesami, tworzy. Muzyka Maciej Grochowski ZACZĘŁO SIĘ OD LIŚCIA BZU Zgodnie z tradycją w dzień zapustny - Tłusty Czwartek 12 lutego 2015 roku w Żuławskim Ośrodku Kultury w Nowym Dworze Gdańskim odbył się X jubileuszowy koncert jazzu tradycyjnego - „Old Jazz nad Tugą”. Miał wyjątkowy charakter, gdyż nie tylko obchodzono dziesięciolecie tego cyklu koncertów, ale również na ten rok przypada 20-lecie powstania „Fila Band”, grupy muzyków zauroczonych muzyką Nowego Orleanu. Bo jazz narodził się w Nowym Orleanie. Jego początki sięgają pierwszych lat XX wieku. Pierwszymi wykonawcami byli potomkowie niewolników przywiezionych z Afryki. Pierwsi twórcy nie znali nut, stąd w muzyce jazzowej tak wyraźnie występuje dowolność interpretacji i improwizacja. Z Nowego Orleanu pochodził Louis Armstrong - sławny trębacz i wokalista amerykański. Koncert jubileuszowy uświetnili znakomici goście. Z Warszawy przyjechali: wokalista Janusz Szrom oraz Bogdan Hołownia - wybitny pianista jazzowy. Wróćmy jednak na własne podwórko do historii nowodworskiego jazzu. Nasza historia zaczyna się wiele lat temu, kiedy mały Jurek Fila biegał w krótkich spodenkach po nie zawsze wybrukowanych ulicach Nowego Dworu Gdańskiego. Po zakończeniu wojny rodzina Filów w poszukiwaniu pracy wyruszyła z dalekiej Zamojsz-czyzny i osiedliła się w Gdańsku. Pan Piotr podjął pracę w porcie przy rozładunku statków. Była to ciężka fizyczna praca. W tamtym powojennym czasie brakowało sprzętu mechanicznego, który by dokerom ułatwiał pracę. Na dodatek często bywało, że wynagrodzenie za pracę regulowane było towarem. Dlatego w domu bywała czekolada, ale za to brakowało mięsa. Właśnie w Gdańsku Jurek przyszedł na świat. Tam też uczęszczał do przedszkola. Potem pan Piotr kupił karuzelę, a po jakimś czasie utworzył również kapelę, aby muzyką przyciągnąć większą liczbę klientów. Głównie dochody czerpał latem, obsługując wczasowiczów. Niestety, zdarzyło się, że był zmuszony na krótko wyjechać do rodziny. Jego wspólniczka wykorzystała tą nieobecność i zniknęła bez śladu, razem z karuzelą. W 1951 roku pojawiła się możliwość zamiany niewielkiego mieszkania w gdańskim bloku na samodzielny dom i tak cała rodzina znalazła się w Nowym Dworze Gdańskim na ulicy Morskiej. Wówczas były to peryferie miasta i można było swobodnie hodować drób, świnie, owce i trzymać konia. Do tego w pobliżu było do dyspozycji około 2 hektarów pola. Nic dziwnego, że dla rodziny pana Piotra było to bardzo korzystne rozwiązanie. A rodzina naprawdę była liczna, bo państwo Władysława i Piotr mieli trzy córki i dziewięciu synów. Posiadanie kawałka ziemi i zwierząt bardzo ułatwiało wyżywienia takiej gromadki. Mama, jak wspomina Jurek, sama piekła chleb i ciasto, robiła przetwory - zapasy na zimę. Uzupełniała skromny budżet rodziny kisząc na sprzedaż beczki kapusty i ogórków. Pan Piotr podjął pracę w pogotowiu ratunkowym jako sanitariusz. Nie była to zbyt dobrze płatna posada, więc dorabiał, robiąc po domach zastrzyki, a także grając na weselach lub innych rodzinnych uroczystościach. To nie były czasy, gdy muzycy dysponowali znako- 140 Zaczęło się od liścia bzu mitym sprzętem. Nikt nawet nie słyszał o instrumentach elektronicznych, ba mało kto mógł posługiwać się zwykłym wzmacniaczem i mikrofonem. Pan Piotr wybierał odpowiedni -nie za młody (bo za wiotki) i nie za stary (bo za sztywny) liść bzu, kładł go na talerzu i przykrywał drugim, aby liść szybko nie zwiądł. Potem, w czasie występów, pan Piotr układał liść pomiędzy kciukami obu rąk i „robił za instrument dęty. Ponoć wychodziło mu to idealnie, a potrafił zagrać wiele modnych wówczas melodii. Minęło parę lat i pan Piotr zasiadł przy nowiutkiej czarnej perkusji zakupionej w Gdańsku, a jego zespół zyskał większą popularność. Z czasem również synowie zaczęli udzielać się w zespole taty. Mama Władysława z kolei znała i śpiewała różnego rodzaju przyśpiewki weselne, a także tańczyła. W takiej atmosferze wyrastał mały Jurek. Nic dziwnego, że rodzice postanowili zadbać również o muzyczne wychowanie swoich dzieci. Toteż w domu pojawił się fortepian, a dzieci zaczęto wysyłać do nauczycieli muzyki. W ten sposób najstarszy syn Ryszard trafił do pana Sokołowskiego, przybyłego z Wilna nauczyciela gry na skrzypcach, który mieszkał na ulicy Dworcowej. Przyszłego pianistę Henryka i Jerzego uczył pan Klemens Filbrandt. Również pozostałe dzieci z lepszym lub gorszym skutkiem uczyły się muzyki. Henryk później ukończył średnią szkołę muzyczną. W domu panowała dyscyplina i Jurek chciał czy nie musiał podporządkować się woli rodziców i mimo że koledzy wołali go na rozgrywki piłkarskie, karnie maszerował do nauczyciela i cierpliwie, ćwicząc przeponę, oczekiwał na korytarzu na swoja kolejkę. I tak nauczył się grać na klarnecie. Jerzy swoimi umiejętnościami popisywał się, grając w orkiestrze miejskiej prowadzonej przez swego mentora - kapelmistrza Klemensa Filbrandta. Potem przyszła nauka w szkole samochodowej w Gdańsku. To tam za sprawą kuzynki trafił do Maciej Grochowski 141 klubu „Rudy Kot” - podejrzanego w tamtych czasach siedliska jazzmanów i tam zakochał się w jazzie tradycyjnym. Po powrocie do Nowego Dworu podjął pracę. Wkrótce się ożenił, na świat przyszły dzieci i trzeba było zadbać o rodzinę. Postanowił wybudować dom i uruchomić własny warsztat naprawy samochodów. To pochłaniało sporo czasu i pieniędzy. Na muzykę, która wiadomo dochodu nie przynosi, czasu już nie starczało. Kiedy już uładził się z tymi problemami, jego brat Henryk zaproponował wspólne muzykowanie. Przychodził do Jurka i razem ćwiczyli w garażu. Henryk, który współpracował z Żuławskim Ośrodkiem Kultury zaproponował ówczesnej dyrektor pani Violetcie Komorowskiej, aby w ośrodku zaczął ćwiczyć duet muzyczny. Znaleziono pomieszczenie wymagające remontu i rozstrojony fortepian, jedno i drugie zostało doprowadzone do używalności (na własny koszt muzyków). Duet braci przygotował program i po raz pierwszy wystąpił na scenie 11 listopada 1995 roku jako „Duet Fila”. Wkrótce do duetu dołączyli brat Darek i Kazimierz Zaniewski z saksofonami, a potem przez zespół przewinęła się cała plejada muzyków. Dzisiaj Jerzy wymienia ponad dwadzieścia nazwisk, ale nie ma pewności czy kogoś nie pominął. Są to: panie: Marta Kozakiewicz - wokal, Anna Zaniewska - saksofon, Barbara Karda-sińska - saksofon i wokal, Małgorzata Smuda - wokal oraz Ewa Maciaszczyk - wokal. A także panowie: Dariusz Fila (brat) - saksofon, Leszek Świerk - perkusja, Kazimierz Zaniewski -saksofon i gitara, Roman Górski - piano, Marek Henke - gitara i banjo, Grzegorz Sycz - perkusja, Szymon Zuellke - saksofon, Krzysztof Pytel - puzon, Bartłomiej Krzywda - piano, Radosław Gdula - piano, Kamil Chojna - puzon, Janusz Giedrys - perkusja, Zbigniew Mleczek - gitara i banjo, Roman Ślefarski - perkusja, Piotr Jankowski - perkusja, Jan Skałbania - puzon, Adam Wiśniewski - puzon, Maciej Czyż - klarnet, Krzysztof Czoch - kontrabas. Zespół Jazz Band Fila, a obecnie Fila Band stale się rozwijał, stawał się rozpoznawalny, koncertował przy różnych okazjach. Zaczął być zapraszany do sąsiednich miejscowości. Odbył też cykl koncertów w szkołach, aby zarazić dzieci miłością do muzyki. W 2000 roku z inicjatywyjerzego powstało Towarzystwo Kulturalne „IWA” i tam zrodził się pomysł organizowania dorocznych koncertów „Jazz nad Tugą”. Początkowo koncerty odbywały się w miejscowych lokalach: Starówce, Bałtyckiej, Jokerze, Novej, potem band występował w Żuławskim Parku Historycznym i Żuławskim Ośrodku Kultury. Kilkukrotnie przy okazji świąt państwowych organizowane były również koncerty na świeżym powietrzu. Również do tradycji należą „Zaduszki Jazzowe” - koncerty odbywające się w pierwszą niedzielę listopada w kościele pw. Przemienienia Pańskiego w Nowym Dworze Gdańskim. Niekiedy koncert poświęcone były konkretnym postaciom związanym z jazzem, takim jak Louis Armstrong, Duke Ellington, George Gershwin czy Krzysztof Komeda. Po jednym z koncertów Mariusz Raca ówczesny dyrektor ŻOK pisał: Nie potoczy się żadna łza... gdy Jazz-band Fila gra choć serca nasze zranione miłością. Jazz, chłopcy czują nowoorleański styl 142 Zaczęło się od liścia bzu zostaw w domu nudę i spleen jazz-band zabierze cię w lepszy świat Jazz-band Fila dl ciebie wciąż gra! Pamiętaj jazz-band! Oni będą wciąż grać od nowa jazzowe tony brzmieć będą jak zawsze w uliczkach tego miast nawet wówczas, gdy wszyscy przeminą ich melodie poniesie żuławski wiatr. I SŁYSZYSZ?! TO ON... JEGO KLARNET... TO WSZYSKO WCIĄŻ TRWA! Publiczności przybywało z każdym rokiem i stało się oczywistym, że na koncerty zespołu musi być przeznaczona największa sala w mieście. Z czasem poza Fila Band w koncercie zaczęli uczestniczyć zaproszeni goście - między innym obejrzeliśmy popis par tańca towarzyskiego, słuchaliśmy grupy wokalnej BK & TRIO, pianistki Aleksandry Tomaszewskiej, kwartetu saksofonowego oraz 16-osobowego zespołu jazzowego z Elbląg czy wybitnego saksofonisty Przemka Dyakowskiego z Gdańska. Pierwsza swoją płytę z standardami jazzowymi zespół nagrał w 2013 roku. W ubiegłym roku Fila Band występował w telewizji Polsat w programie „Must Be the Musie”. Zespół odniósł spory sukces, dochodząc do półfinału tego programy. Dzięki temu Fila Band stał się znany w Polsce i zaczął być zapraszany do różnych miejscowości. Maciej Grochowski 143 Obecnie skład zespołu przedstawia się następująco: Zenon Żelazny - trąbka, Kazimierz Milewski - klarnet, saksofon, Eugeniusz Stasiak - puzon, Arkadiusz Fila - kontrabas (syn Jerzego), Jerzy Fila - leader-frontman, banjo, klarnet, tarka, wokal. Wydaje się on optymalny. Widać, że muzycy lubią współpracować ze sobą, a każdy występ przynosi im radość i satysfakcję. Ci ludzie po prostu się przyjaźnią, a to z kolei wpływa na piękne brzmienie wykonywanej przez nich muzyki. Na dodatek wszyscy trzej muzycy grający na instrumentach dętych są wirtuozami w swojej specjalności. Nie sposób nie wspomnieć o jeszcze jednej osobie o Renacie - żonie Jurka. Wiadomo, muzyk - poeta żyje czasami w nieco innym świecie i wymaga to dużej dawki cierpliwości, aby tak zwyczajnie, na co dzień wytrzymać z takim człowiekiem. Renia jest przykładem takiej osoby. Nie tylko znosi humorki męża, ale czynnie go wspiera, uczestniczy w niemal wszystkich koncertach, czasami karmi cały zespół. Ale jest również surowym krytykiem poczynań męża. A w ogóle to cierpliwie znosi kakofonię dźwięków, które rozbrzmiewają z sutereny podczas prób zespołu. Ale wróćmy do koncertu jubileuszowego. Jako pierwszy wystąpił jubilat - zespół Fila Band z nowym dixielandowym repertuarem. Słuchacze usłyszeli kilka tematów przygotowywanych na nową płytę. Były to między innymi „Tiger Rag” i „Basin Street Blues”. Wykonywane utwory dały muzykom możliwość wykazania się swoim talentem i umiejętnościami oraz wywołały ogromny aplauz wśród widowni. Przy okazji przypomniano historię zespołu i muzyków, którzy w nim występowali. W drugiej części koncertu na scenie pojawili się goście. Jerzy Szrom zachwycił słuchaczy swoją interpretacją wykonywanych standardów, swobodą sceniczną oraz znakomitym kontaktem. Natomiast Bogdan Hołownia zaskoczył wielką wirtuozerią i lekkością z jaką wykonywał partie fortepianowe. Po koncercie przyznał, że instrument na którym grał, zaskoczył go pięknym brzmieniem. Na zakończenie goście i gospodarze wystąpili wspólnie wykonując „Sweet Georgia Brown” i „When the Saints...” Publiczność wielokrotnie nagradzała wykonawców brawami na stojąco. Szczególna podziękowania i pokłony należą się całemu personelowi Żuławskiego Ośrodka Kultury, który dużo serca i pracy włożył w przygotowanie koncertu. Dzięki nim, mimo dużej sali stworzona została kameralna, ciepła atmosfera, a to miało ogromny wpływ na odbiór wykonywanej muzyki. Koncert ustawił wysoko poprzeczkę i za rok organizatorów i wykonawców czekać będzie bardzo trudne zadanie, aby mu dorównać. Od redakcji Maciej Grochowski przez skromność nie wspomniał, że on sam od samego początku pomaga w organizacji dorocznych koncertów. Razem z Jerzym Filą szukają sponsorów, przygotowują program, roznoszą zaproszenia. Symbolicznie rozpoczynają każdy koncert odśpiewaniem fragmentu piosenki: Starsi panowie, starsi panowie, starsi panowie dwaj /Już szron na głowie już nie to zdrowie a w sercu ciągle maj... Życzymy im oraz wszystkim uczestnikom koncertów dużo zdrowia i wiecznego maja w sercu i duszy! 144 Niski sezon z „Marią Stuart” Wacław Bielecki NISKI SEZON Z „MARIĄ STUART” Przywołany w tytule termin używany jest w turystyce. „Wysoki” sezon przypada na okres wakacji, a „niski” w okresie zimowych miesięcy, szczególnie w lutym. A jak jest w muzyce? Trudno to porównać. Wiadomo, że w filharmoniach i operach sezon kończy się w czerwcu, a otwarcie nowego następuje zazwyczaj w październiku. Czy to oznacza, że w czasie wakacji, używając języka turystyki, mamy niski sezon? Tak prosto nie jest, bo w lipcu i sierpniu życie muzyczne wprost kwitnie w innej formie, w postaci rozmaitych festiwali. Mamy ich mnogość, ale to wszystko, o czym przed chwilą napisałem nie dotyczy, niestety, prowincji. U nas w lutym rzeczywiście jest niski sezon muzyczny. Co w związku z tym może robić mieszkający tu meloman? Jechać do metropolii. Tak też uczyniłem, udając się do stolicy, aby w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej wysłuchać drugiego przedstawienia „Ma- Maria Stuart - plakat z premiery w lutym 2015 r. rii Stuart Gaetano Donizettiego, jednego z największych kompozytorów XIX-wiecznego stylu bel canto (wł. piękny śpiew). Premiera odbyła się dwa dni wcześniej, 20 lutego 2015 r. Historia tej opery zaczyna się prawie dwa wieki temu, w 1834 r. w Teatro San Carlo w Neapolu, gdzie przebywał wtedy Donizetti. Od miejsca swojego urodzenia w Bergamo niedaleko Mediolanu na północy Włoch dzieliła go odległość ośmiuset kilometrów. Donizetti urodził się w suterynie bez okien w bardzo ubogiej, wielodzietnej rodzinie. Jego ojciec był dozorcą domu, a matka szwaczką. Muzyczne talenty młodego chłopca rozpoznał Jo-hann Mayr, dyrektor tamtejszej szkoły muzycznej, znanej oficjalnie jako „Muzyczne Kursy Dobroczynne . Tenże utwierdziwszy się w zdolnościach Gaetano załatwi! mu stypendium i dalszą naukę trwającą pięć lat u padre Stanislao Mattei w Liceo Filarmonico w Bolonii (był on także nauczycielem Rossiniego). Podobno dwieście kilometrów, jakie dzieli Bergamo od Bolonii, Donizetti przeszedł na piechotę, jak Bach z Arnstadt do Lubeki. Nie będę tutaj rozwodził się nad szczegółami życia kompozytora. Wspomnę tylko, że Donizetti żył krótko, zmarł mając 51 lat. Przyczyną jego śmierci była, nazwijmy to, wstydliwa choroba, w tamtym czasie nieuleczalna, która powodowała silne bóle głowy i nudności, dreszcze, bezsenność oraz drętwienie nóg. Wszystko to doprowadziło do choroby psychicznej. Na parę lat przed śmiercią dopadł go paraliż i uległ demencji. Przez ponad półtora roku prze- Wacław Bielecki 145 bywał na leczeniu psychiatrycznym, a niektórzy uważają, że był po prostu więziony przez pazernego lekarza w szpitalu w Ivry koło Paryża. Donizetti w ciągu krótkiego życia napisał aż 70 oper i słynne „Requiem” (mszę żałobną) na śmierć Vincenza Belliniego oraz wiele pieśni i utworów na zespoły kameralne. Najsłynniejsze opery skomponowane przez Donizettiego to „Napój miłosny” oraz „Łucja z Lam-mermoor” „Don Pasquale”, „Córka pułku”, „Maria Stuart”. Dzieła te ciągle znajdują się w repertuarze teatrów operowych. W ubiegłym sezonie „Napój miłosny” wystawiany był 335 razy, co daje mu 13 miejsce wśród najczęściej granych oper na świecie (na pierwszym miejscu króluje „Traviata” Verdiego). „Maria Stuart” wystawiana była 52 razy, co jest także niezłym osiągnięciem. Jej libretto na podstawie znanej tragedii Friedricha Schillera napisał pod ścisłym nadzorem kompozytora niejaki Giuseppe Gardari, o którym niewiele wiadomo. Jak pisze Wiarosław Sandelew-ski w biografii kompozytora, treść opery wywołała duże zastrzeżenia cenzorów w Neapolu. Poszło o to, że w dziele tym dochodzi do skazania i egzekucji królowej. W tej sytuacji cenzura zabroniła jej wystawiania. Kompozytor z librecistą pospiesznie zmienili treść i zmienili tytuł najpierw na „Giovanna Gray” ale i to nie spodobało się cenzurze. Ustąpiła ona po dalszych przeróbkach i zmianie tytułu na „Buondelmonte”, w którym głównym bohaterem stał się mężczyzna. Dopiero rok później wystawiono w mediolańskiej La Scali operę pod pierwszym tytułem ze słynną sopranistką Marią Malibran w roli tytułowej. W obu wypadkach „Maria Stuart” odniosła umiarkowany sukces, jednak zdaniem znawców, III akt opery można zaliczyć do najlepszych kompozycji w twórczości Donizettiego. Później o tym dziele zapomniano na długie lata. Jej powrót na sceny zaczął się od wystawienia w rodzinnym Bergamo dopiero w 1958 r. W Polsce „Maria Stuart” nie była grana. Została wystawiona po raz pierwszy dopiero w 2011 roku na scenach oper w Poznaniu, Łodzi i Bytomiu. Obecna premiera warszawska jest wynikiem międzynarodowej koprodukcji czterech teatrów operowych: Royal Opera House Covent Garden w Londynie, Gran Teatre del Liceu w Barcelonie, Theatre des Champs-Elysees w Paryżu oraz naszej Opery Narodowej. Konieczność współpracy teatrów operowych wynika z ich trudnej sytuacji finansowej. Jesienią ubiegłego roku światowe media obiegła sensacyjna wiadomość o sytuacji w operze w Rzymie. Otóż zarząd tej szacownej instytucji podjął decyzję o zwolnieniu grupowym caiej orkiestry i chóru - łącznie ponad 180 osób. Zwolnienia nie objęły 270 pracowników administracyjnych i technicznych. Przyczyną tej decyzji było, m.in. wielkie zadłużenie opery i konflikty między grupami pracowników, zaś bezpośrednim pretekstem wcześniejsza rezygnacja Riccardo Mutiego z funkcji dożywotniego honorowego, pierwszego dyrygenta Rzymskiej Opery. W liście do zarządu opery i burmistrza Rzymu miał on napisać, że mimo wielu usiłowań nie może zapewnić warunków niezbędnych do dalszej pracy nad kolejnymi, zaplanowanymi premierami i dlatego składa rezygnację. Decyzje zarządu wzbudziły powszechne oburzenie i zdecydowane protesty muzyków nie tylko we Włoszech. W listopadzie ubiegłego roku doszło do kompromisu między kierownictwem teatru i władzami Rzymu a pracownikami. Artyści zrzekli się części należnego wynagrodzenia i dodatków i wspólnie z pracodawcą monitorują sytuację ekonomiczną opery. Tak to wygląda w „wiecznym mieście”. 146 Niski sezon z „Marią Stuart” W naszej najbliższej metropolii, w Operze Bałtyckiej sytuacja też nie jest łatwa. Dyrektor Marek Weiss na swoim blogu nazywa zarządzaną przez siebie instytucję „najuboższą operą w Polsce . Rzeczywiście, jak się zajrzy do repertuaru, np. z lutego br. i zobaczy, że w ciągu całego miesiąca wystawiona została tylko jedna opera, i tylko przez trzy dni, to trudno się z nim nie zgodzić. Ale wróćmy do stolicy i „Marii Stuart”. Najpiękniejszym fragmentem opery był dla mnie chór z III aktu, a nie któraś z wielu arii. Przypomina on najsłynniejszy chór operowy, jakim jest znane wszystkim „Va, pan-siero z opery „Nabucco Verdiego. To zdanie nie oddaje jednak prawdy o tych dziełach, ponieważ chór Donizettiego powstał w 1834 roku, a więc dziewięć lat przed chórem Ver-diego. To nie Donizetti wzorował się zatem na Verdim! Nie tylko melodia i partie głosowe, ale także akompaniament jest po prostu wspaniały. Orkiestra nie przypomina w tym fragmencie „wielkiej gitary , co często zarzucali krytycy stylowi bel canto. Jej akompaniament jest bardzo urozmaiconym, miejscami dramatyczny, co nasuwa skojarzenia z symfoniami Mozarta. Pochodzący z Ukrainy dyrygent, obecny dyrektor artystyczny naszej Opery Narodowej - Andriy Yurkevych (tak się teraz pisze na modłę angielską nazwisko Andrzeja Jurkiewicza) prowadził solistów, orkiestrę i chór w bardzo spokojny sposób, bez aktorstwa i popisywania się przed publicznością. Oszczędnym gestem uzyskiwał precyzyjnie zapisane w partyturze efekty dźwiękowe, subtelne cieniowania dynamiczne i wyważone proporcje natężenia dźwięków pomiędzy solistami a akompaniująca im orkiestrą. Czołowi soliści w tym spektaklu nie byli polskimi śpiewakami. Główną partię królowej Marii Stuart wykonała włoska sopranistka Cristina Gianelli. Wypadła nieźle zarówno głosowo, jak i aktorsko. Jej sopran odznacza się ciekawą, miękką barwą. Nie miała także większego problemu z fragmentami, gdzie trzeba było popisać się koloraturą, jak choćby w duecie „spowiedzi przed zbliżającą się egzekucją - „Quando di luce rosea” {Kiedy światłem różowym dzień mi zajaśniał') lub jeszcze bardziej melodyjnej arii zwanej po włosku „Preghiera {modlitwa), gdzie w akompaniamencie pojawia się harfa. Śpiewaczka na koniec spektaklu zebrała wielkie brawa, a już zupełnie ujęła publiczność, kiedy podczas oklasków, w nieco teatralnej pozie, padła na kolana dziękując za aplauz. Inaczej wypadła Ketevan Kemoklidze , amerykańska mezzosopranistka o gruzińskich korzeniach, śpiewająca partię królowej Elżbiety. Jej głos, szczególnie na początku spektaklu, gdzie śpiewa swoją arię „Ah! Guando allara {Ach! Gdy ołtarza mnie wiedzie czysta miłość z nieba), był zbyt siłowy, za ostry i gardłowy. Poza tym, niezbyt podobała mi się prawie nieustannie trwająca wibracja głosu śpiewaczki. Trochę tego było za dużo. Ubrana w stylizowaną, olbrzymią, teatralną suknię czasem z trudem poruszała się, szczególnie, gdy trzeba było się cofać. Niezbyt spodobał mi się jej ruch sceniczny, gdyż zbyt często, i zbyt nisko pochylała się ku scenie. W roli Roberto, hrabiego Leicestera, wystąpił gruziński tenor Shalva Mukeria. Swoją partię wykonał przepięknie, np. w popisowej arii w I akcie „Ah, rimiro ił bel sembiante” {Znów widzę piękne oblicze, ukochane). Wacław Bielecki 147 Polscy śpiewacy wykonywali, niestety, tylko mniejsze role. W postać Giorgio Tablota wcielił się całkiem udanie bas Wojciech Śmiłek, a w lorda Cecila - Łukasz Goliński, bas - baryton. Drobną rolę służącej królowej Marii bardzo ładnie zaśpiewała mezzosopranistka Anna Bernacka. Chór Teatru Narodowego przygotowany przez Bogdana Golę mógł się podobać, i to bardzo, chociaż w tym dziele jego rola jest bardzo statyczna. W drugiej połowie ostatniego aktu śpiewacy po prostu stoją nieruchomo lub siedzą na scenie, ale śpiewają przepięknie. O orkiestrze można pisać tylko dobrze. Smyczki, instrumenty dęte i perkusyjne grały tak, jak trzeba grać w romantycznych operach: gdy trzeba to lekko, zwiewnie, z licznymi odcieniami kolorystycznymi, a kiedy indziej, burzliwie i dramatycznie. Jednym słowem, pod względem muzycznym wykonanie „Marii Stuart”, mimo pewnych zastrzeżeń, zasługuje na słowa uznania. A jak było z reżyserią i scenografią? Każda opera to przecież nie tylko dzieło muzyczne, ale i teatralne. Reżyserią spektaklu zajął się znany tandem - Moshe Leiser, pochodzący z Antwerpii i Patrice Caurier z Paryża, zaś scenografię zaprojektował Christian Fenouillat z Grenoble, a kostiumy Agostinao Cavalca z Włoch. Akcję opery, która odbywa się w pałacu Westminster i w zamku Forteringay w 1587 roku, przeniesiono w czasy prawie współczesne, co widać po kostiumach artystów. Tylko dwie królowe przebrane były w historyczne stroje, przy czym Maria miała strój skromniejszy. Królowa Elżbieta grała w olbrzymiej, teatralnej sukni, co jest zgodne z przekazem historycznym. Widomo bowiem, że ta niezbyt urodziwa niewiasta lubowała się w wyszukanych strojach. Pozostali śpiewacy i chórzyści byli przebrani w nieco stylizowane kostiumy z drugiej połowy XX wieku. Ten zabieg możne się podobać, bo jednocześnie wprowadza słuchacza w historię epoki i przenosi akcje w czasy nam bliższe. Gorzej jest z innymi elementami scenografii, np. z toporem. Opera kończy się sceną ścięcia królowej Marii, ale już na początku podczas uwertury widać spadającą z pieńka głowę. Nie wiadomo, po co to, bo od razu widać, że głowa jest sztuczna i cała ta scena zamiast grozy budzi śmiech, a nawet trąci szmirą, jak w niemych filmach z początku XX wieku. Olbrzymi topór pojawia się w czasie spektaklu zbyt często i, moim zdaniem, niepotrzebnie. W pierwszym akcie trzyma go w swoich drobnych rękach Elżbieta, śpiewająca arię. W oczy kłuje sztuczność, bo jakim cudem tak drobna kobieta może utrzymać z łatwością, olbrzymie i ciężkie narzędzie katowskie, które na dodatek prawie pieści. W drugim akcie paraduje z toporem po scenie dworzanin Cecil, królewski skarbnik, zły duch, nieustannie namawiający Elżbietę do podpisania wyroku śmierci. Na końcu opery topór trafia wreszcie we właściwe ręce kata. Gra go mim, ucharakteryzowany na postać w stylu niemych filmów grozy, ale przebrany w dżinsy w których w tylnej kieszeni znajduje się piersiówka z wódką, którą kat co chwilę wyciąga, aby wzmocnić się przed wykonaniem ciężkiego obowiązku. Sama scena ścięcia nie jest pokazana. To trzeba zapisać realizatorom na plus. Wiadomo przecież, że w czasie próby generalnej opery przed przedstawieniem w Neapolu w 1834 r. na widowni pojawiła się ówczesna królowa Krystyna, władczyni Obojga Sycylii. Tak się wczuła akcję, że w czasie kulminacyjnej sceny zemdlała. To przykład na potęgę oddziaływania sztuki operowej. Podczas obecnego spektaklu omdlenia na widowni nie zauważyłem, pewnie z przyczyn o których pisałem przed chwilą, bowiem inscenizacja jest czasem po prostu fatalna. Dobrze, że muzyka jest wprost genialna. 148 Niski sezon z „Marią Stuart” Tak się złożyło, że na początku stycznia br. na scenie Teatru Wybrzeże w Gdańsku oglądałem sztukę pod tym samym tytułem - „Maria Stuart” w reżyserii Adama Nalepy. Zarówno sztuka teatralna, jak i opera opiera się na tym samym romantycznym dramacie Friedricha Schillera. W gdańskim teatrze wystąpili znani aktorzy: Dorota Kolak jako Maria Stuart, Katarzyna Figura - Elżbieta, królowa Anglii, Mirosław Baka - hrabia Leicester. Scenografia była bardzo oszczędna, a głównym rekwizytem było krzesło umieszczone w środku sceny. Aktorzy, podobnie jak w Warszawie, ubrani byli we współczesne stroje, z wyjątkiem Marii i Elżbiety. Dobrze dobrana została muzyka i światła. Całe przedstawienie zagrane zostało bez patosu, jakby w „wyciszeniu . Reżyser i aktorzy skupili się na ukazaniu problemów władzy: odpowiedzialności władcy za podnoszone decyzje i jego samotności. Tymczasem w operze, akcenty rozłożone są zupełnie inaczej. To zupełnie inna sztuka. Jest tu element walki o władzę, ale najważniejsza jest pokazanie kobiecej rywalizacji i zazdrości Elżbiety o ukochanego. Można powiedzieć, że na wierzch wychodzą uczucia: zazdrość, nienawiść, strach o utratę władzy. Na dodatek libretto opery daje dość prymitywną wykładnię tych emocji. Od razu wszystko wiadomo, np. że Elżbieta kocha hrabiego Leicestera a nienawidzi Marii, natomiast hrabia Leicester kocha Marię i chcę ją uratować od topora wykorzystując słabość królowej do siebie. W scenie spotkania królowych, która w rzeczywistości nigdy nie miała miejsca (bo to tylko pomysł dramaturgiczny Schillera, zresztą jak i wymyślone przez poetę uczucie Elżbiety do hrabiego Leicestera), obie kobiety wzajemnie sobie wymyślają używając dosadnych określeń. W końcu Maria nie wytrzymując obelg nazywa Elżbietę „vil bastarda (wł. podły bękart), czym przypieczętowuje wyrok śmierci na siebie. W teatrze wszystko odbywa się inaczej. Główni bohaterowie skrzętnie ukrywają swoje uczucia oraz motywy działania, i to jest bliższe psychologicznej prawdy. Na przykład, Elżbieta ciągle waha się z podpisaniem wyroku śmierci na swoją kuzynkę i ostatecznie próbuje tę decyzję przypisać jednemu z dworzan, który jakoby nie zrozumiał jej intencji. W operze Elżbieta w przypływie namiętności niemalże rozbiera hrabiego Leicestera, a gdy ten nie odwzajemnia zalotów, odchodzi przysięgając krwawą zemstę. Wszystko to jest bardzo przerysowane i sztuczne. Jeśli tak, to dlaczego opera może się podobać? Już od początku istnienia spotyka się ona z wielką krytyką, bo jest to bardzo specyficzna i dość sztuczna dziedzina sztuki. Od ponad dwóch wieków znana jest definicja opery Samuela Johnsona jako „egzotycznej i bezsensownej rozrywki. Jednak opera ciągle ma swoich zwolenników. Zdobycie biletów do znanych teatrów - La Scali, Opery Wiedeńskiej, czy Metropolitan Opery w Nowym Jorku jest niezmiernie trudne. W teatrze operowym działa bowiem magia muzyki i sceny. Opera jest chyba najbardziej skonwencjonalizowaną dziedziną sztuki i dlatego - paradoksalnie - może się podobać. Znany, i mocno kontrowersyjny, reżyser operowy Mariusz Treliński twierdzi, że opera w naszych czasach „Jest sztuką totalną, w której następuje połączenie muzyki, potężnej orkiestry i chóru z obrazem, słowem, ruchem. Efekty bywają ekstatyczne, jak w żadnej innej sztuce. Muzyka i obraz wymykają się dosłowności, budują obszar mieniący się znaczeniami. Nawet kino nie ma takiej mocy. Opera jest ostatnim miejscem sakralnego odbioru sztuki. Teatr nie ma już takiej siły, nie ma jej kino, gdzie wchodzimy z popcornem.” Stanisława Wojciechowska-Soja 149 Stanisława Wojciechowska-Soja ZACZAROWANY FLET CZYLI MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ Maria Seibert nigdy nie przypuszczała, że flet może zdominować jej życie. Długo do niego dojrzewała. Przez cztery lata wystukiwała akordy na pianinie. Aż pewnego dnia powiedziała: basta. Rodzice bardzo zmartwili się jej decyzją, zwłaszcza tata. Wtedy z pomocą przyszedł dyrektor Stolarski i zaproponował Majce grę na flecie. Młoda buntowniczka podchwyciła ten pomysł. Było to coś nowego w jej uładzonym świecie pasaży. Dalsza jej edukacja w podstawowej i średniej szkole muzycznej przebiegała pod znakiem fletu. I choć zawodowo nigdy flecistką nie została, to wie, że od fletu wszystko się zaczęło. PRELUDIUM - Wzrastałam w domu, gdzie muzyka była jak śpiew anioła i to w dosłownym znaczeniu. Rodzice poznali się w chórze kościelnym. Tata był tenorem, a mama sopranistką. Po latach i ja dołączyłam do zespołu młodzieżowego w tym samym kościele. W ogóle to mój rodzinny dom od zawsze był rozśpiewany, a z upływem lat muzycznie ubogacał się tonami różnych instrumentów. Miłość do muzyki całej szóstce swoich pociech zaszczepił tata. Już w czasie służby wojskowej został zauważony. Nawet zaproponowano mu pracę w zespole i pozostanie w marynarce wojennej na stałe, ale musiał wrócić do domu, bo czekał na niego rodzinny interes. Jednak swoje marzenia i tęsknoty przelał na szóstkę własnych dzieci. Posyłał je do szkoły muzycznej, na lekcje prywatne, zachęcał do gry na instrumencie. Dzisiaj przy okazji Wigilii tworzymy całkiem zgrany zespół: ja gram na flecie, Staś - na akordeonie, Mirka na gitarze, Małgorzata na mandolinie, Arek na gitarze i śpiewa, Ela też śpiewa. Do tej grupy coraz śmielej dołączają wnuki - opowiada Maria. Kiedy nastał czas wyboru studiów wyraźnie określiła się - chciała studiować w Gdyni w Studium Wokalnym im. Danuty Baduszkowej. - Tato był przeszczęśliwy. Natomiast mama z babcią dały na mszę, bym nie dostała się na te studia - dziś śmieje się Majka. - Ja też nieśmiało liczyłem, że Majka nie dostanie się. Nie chciałem mieć żony aktorki. Wprawdzie wspierałem ją fizyczne, bo towarzyszyłem jej na egzaminach, ale modliłem się po cichu, by nie została studentką tej szkoły - dodaje Mirek Seibert, wtedy jeszcze narzeczony. Modły zostały wysłuchane ku rozpaczy dziewczyny i jej taty. Tata był pierwszą osobą, która uwierzyła w jej talent. Wprawdzie przeszła wszystkie etapy egzaminacyjne, ale na aktorstwo musicalowe nie dostała się. Zaproponowano jej śpiew w chórze. Odmówiła. Poszła do pracy w szkole, wyszła za Mirka, urodziła Michała. I tu znów zadziałał czarodziejski flet. Miał moc wyzwalania w niej nowych sił witalnych. Czuła, że jej powołaniem jest z praca z dziećmi utalentowanymi muzycznie, zwłaszcza 150 Zaczarowany flet czyli marzenia się spełniają z tymi, które chcą śpiewać. Dość szybko zorientowała się, że potrafi szlifować i promować talenty. Trochę w tej działalności przypomina króla Midasa: czego się dotknie - zamienia się w złoto. I tak zrodziło się niejedno dzieło Marii Seibert, zwane po łacinie: opus. OPUS PIERWSZE - BALBINY SWÓJ GŁOS MAJĄ... - Miałam doświadczenie w występowaniu w chórku kościelnym. Ćwiczyłam śpiewanie pod czułym uchem nieżyjącego już znanego muzyka malborskiego, Wawrzyńca Zamkowskiego. Bardzo lubiłam te „kawałki wplatane w liturgię mszalną. Niektóre powodowały mrowienie duszy. To organy ze śpiewem wprawiały mnie wtedy w trudną do zdefiniowania ekstazę. Takich samych wrażeń chciałam dostarczyć młodzieży podczas uroczystości szkolnych- wspomina. Wybrała grupkę najbardziej pojętnych dziewcząt i zaczęły śpiewać. Repertuar ze względu na cenzurę, był mocno ograniczony. Bezpieczne były piosenki harcerskie, turystyczne i patriotyczne czyli jak na ówczesne czasy o charakterze dziękczynnym na rzecz nowego ustroju! Próbowały jednak śpiewać także poezję. Pierwszy skład grupy tworzyły: Izabela Wiśniewska, Dorota Będowska, Katarzyna Naganowska, Renata Żebrowska, Wioletta Jan-kowiak, Anna Czech i Iwona Wielewicka. - Nazwa zespołu wzięła się od bajki „Ptyś i Balbina". Dziewczyny były strasznie temperamentne, podobnie jak bohaterka, i przychodząc na próbę, określiłam je właśnie „Balbinami". I tak już zostało - informuje Maria. Dziewczyny przez dwa lata ćwiczyły różne piosenki, występowały na malborskich i okolicznych scenach. Doczekały się pierwszego wyjazdu zagranicznego. Był nim udział w Koncercie Inauguracyjnym Festiwalu Polskiej Muzyki Pieśni i Tańca w Kaliningradzie w maju 1986 roku. Sukces zawitał do nich niespodziewanie na XV Harcerskim Festiwalu Kultury Młodzieży Szkolnej w Kielcach w sierpniu 1988 roku. Zdobyły „Złotą Jodłę”. - To była wielka radość dla zespołu. Potem występ w TV w „Teleranku". Duma nas rozpierała - mówi Beata Zbień. - Z biegiem lat nazwa „Balbiny zaczęła nam ciążyć. Wydawało się nam, że jesteśmy na nią „zbyt dorosłe . To wtedy pojawił się pomysł na nową nazwę „Airam", czyli imię Maria czytane od końca. Wpadliśmy na to wspólnie z dziewczynami i tak już zostało. Później wszystkie młodsze składy były „Balbinami „ a starsze „ Airamkami - objaśnia Karolina Sumowska. Do grupy wokalnej zapisują się nawet pięciolatki. O nich Majka mówi: Balbineczki. Nieco starsze to Balbinki, dalej Balbiny, czyli trzon grupy. Oba zespoły (Balbiny i Airam) mają na swym koncie turnieje zagraniczne, z których przywoziły nagrody i statuetki. I tak: w 2000 r. z tarczą wróciły z Veszprem na Węgrzech (I miejsce); w 2002 r.- dwa pierwsze i dwa drugie miejsca na „Igea Marina” we Włoszech i II miejsce w bułgarskim Balczik; w 2005 r. - wyróżnienie w Mołdawii; w 2007 - w Kraniewie, w Bułgarii, dwa pierwsze i jedno drugie na festiwalu „My XXI wiek”; w 2008 - II, II i wyróżnienie w Rimini (Włochy) na „Magia Italiana”; 2009 - na Międzynarodowym Festiwalu Sztuki „Uśmiech morza” w Bułgarii - I i II miejsca; w 2013r. w XXI Międzynarodowym Stanisława Wojciechowska-Soja 151 Festiwalu Sztuki dla Dzieci i Młodzieży „My - XXI Wiek” w bułgarskim Słonecznym Brzegu został wytypowany przez Telewizję Polską i stanął na wysokości zadania, zajmując najwyższe miejsce na podium jako zespół i soliści; w 2014 -1 miejsca dla zespołów „Balbiny” i „Balbinki” oraz solistów w VII Światowym Festiwalu - Karnawał Młodzieży „Orfeusz in Italia” i na Międzynarodowym Konkursie Wokalnym we Włoszech Lido do Jesolo otrzymał nominację do udziału w Międzynarodowym Festiwalu w Hiszpanii. * Największym jednak osobistym sukcesem Marii Seibert są jej podopieczni. Na jej oczach dorośleli i rozwijali się muzycznie. Wiele godzin spędzali na ćwiczeniach głosu, próbach i festiwalach. Stawali się sobie coraz bliżsi, często zanikały pomiędzy nimi granice prywatności. Wzajemnie otwierali się i stworzyli wspólnotę na wzór kochającej się rodziny, wspierającej się wzajemnie, pełnej zrozumienia i życzliwości. Opowieści o tych relacjach brzmią najpiękniej po latach i bliskie są legendom, które nie pokryją się kurzem jak te posążki nad drzwiami. Można zasłyszeć wiele szeptów o „balbinowych czasach”, o pani Seibert i niekończące się westchnienia... I to jest ta najprawdziwsza kronika, nad której stronicami warto pochylić się: - Byłam „Balbiną” od czwartej klasy szkoły podstawowej do pierwszej licealnej. Był to czas kształtowania się mojej osobowości. Majka była dla mnie wzorem, zaraziła mnie swoją energią. Wiedziałyśmy, że nie jest jej lekko, bo miała małego Michasia, studiowała zaocznie w Bydgoszczy (wychowanie muzyczne), pracowała w szkole i prowadziła nasz zespół. Później jeszcze urodził się Tadziu, drugi synek. Mimo nawału obowiązków była pogodna, uśmiechnięta. Była wspaniałą trenerką i przyjaciółką. Nauczyła nas pracy w zespole, wychodzenia na scenę i poruszania się na niej. Dodawała nam odwagi i kształtowała poczucie pewności siebie, czyli tych cech, które ważne okazały się w dorosłym życiu. Umiała też rozwiązywać konflikty, jeśłi pojawiały się w grupie. Za moich czasów wygrałyśmy „Złotą Jodłę”. Wyjeżdżałyśmy też za granicę, co było rzadkością w łatach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Byłyśmy w pewnym sensie elitą. [Beata Zbień] - Często śmiejemy się z koleżankami z zespołu, że gdyby nie „Balbiny”, to nie wiadomo co by z nami było. Pani Maria, przez te wszystkie lata nie tylko uczyła nas śpiewać, ale też nas wychowywała. Czasami bywało tak, że więcej czasu w tygodniu spędzałyśmy ze sobą, niż we własnych domach. Kiedy, jak każda nastolatka, miałam swoje wybryki, humory i popełniałam błędy, Pani Maria zawsze stała na straży. Bycie w tym zespole nauczyło mnie wiary we własne możliwości i tego, że trzeba dążyć do swojego celu i ciężko pracować na swój sukces. [Agata Kujawa] - Moja przygoda z zespołem „Balbiny” zaczęła się w 1995 roku. Okazało się, że starszy skład idzie na studia i pani Majka szukała nowych dziewczyn do zespołu. Tak trafiłam do Młodzieżowego Domu Kultury „Ratusz”. Było to dla nas wyjątkowe miejsce, które traktowaliśmy jak drugi dom, a pani Majka była jak mama. Ważne dła nas było to, że mogliśmy przyjść do niej po pomoc nie tylko w sprawie głosu, również w tych prywatnych zawirowaniach. [Karolina Sumowska] -Ja to miałem trochę „przechlapane” jako syn Marii Seibert. Często koleżanki z zespołu, kiedy coś przeskrobały, zwalały to po prostu na mnie. Idąc z założenia, że „większość ma rację” - nie miałem dużo wtedy do gadania. Często przeszkadzało mi to, że byłem jedynym chłopakiem w ze- 152 Zaczarowany flet czyli marzenia się spełniają spole. Jak po latach się dowiedziałem, nie było to zamierzone. Bywałem chwilami bardzo zazdrosny o dziewczyny. One miały częściej kupowane stroje, a ja zazwyczaj w tych samych spodenkach albo koszulinie. [Tadeusz Seibert] - Pani Majka to niezwykła kobieta. Przemiła, rodzinna. Jest mi bliska, bo przeprowadziła mnie przez wiele tajników występu solowego. Podpowiadała mi, jak się przebić w dżungli „szoł-biznesu”. Uczyła mnie, jak dzielić się radością życia. Brałam udział w wielu warsztatach, gdzie doskonaliłam swoje „rzemiosło”. Dzięki Pani Majce nauczyłam się obcowania z kamerą, ze sceną, z telewizją. To wszystko sprawiło, że chciałabym zostać wokalistką. Swoich sił próbowałam, min. w,„Szansie na sukces” „X Fakctor”, „Must Be The Musie”. Kształcę się równolegle: studiuję wokalistykę jazzową oraz marketing i nowe media. Nadal mam marzenia muzyczne. [Paulina Czapla] OPUS DRUGIE - ŚPIEWALI OD PRZEDSZKOLA DO OPOLA Telewizja Polska w latach 1995-2007 emitowała program artystyczno-rozrywkowy „Od przedszkola do Opola”. Jego autorkami były Jolanta Mąkosa i Barbara Skarżyńska z Trójmiasta. Pierwsze nagrania odbywały się w Teatrze Muzycznym w Gdyni, później w siedzibie TVP Gdańsk, a na końcu - w Warszawie na ulicy Woronicza. Nadawany był w I TVP i gromadził przed ekranami fanów małych wykonawców, ich rodziny, znajomych i wreszcie - niezliczone kręgi telewidzów. Mali artyści wykonywali utwory znanych piosenkarzy i zespołów. - W tym czasie pracowałam jako kierownik muzyczny tego programu. Małym artystom towarzyszył chórek. Był słaby i nie spełniał moich oczekiwań. Miałam na żywo w pamięci „Balbiny”, Stanisława Wojciechowska-Soja 153 gdyż poznałam je w Koninie pod koniec maja 1996 roku, gdzie zdobyły „Brązowy Aplauz”, więc zatelefonowałam do Majki z propozycją stworzenia nowego chórku. Ona ją przyjęła i wywiązała się z tego znakomicie. Robiła to z talentem i radością. Od razu było widać, że to nie jest amatorszczyzna a profesjonalizm - podkreśla Krystyna Kwiatkowska, muzyk, kompozytorka, założycielka zespołu dziecięcego „Radiowe Nutki” Warszawie. I tak dzieci z Malborka trafiły na mały ekran. Stały się idolami swoich rówieśników. - Jak leciał ten program, siadałam blisko przed telewizorem, na niby w pierwszym rzędzie i wpatrywałam się w ekran z nieskrywaną zazdrością. Tak bardzo chciałam w nim wystąpić -mówi Ania Szatybełko, późniejsza członkini chórku w programie, która doszła do Opola! -Jednorazowo nagrywałyśmy cztery odcinki. Musiałyśmy przygotować po kilka piosenek czterech wykonawców. Trzeba było obmyślić aranżację i choreografię. Forsowna praca. Na dodatek miałam w zanadrzu przygotowanego mojego solistę na wypadek nieprzybycia zaproszonego dziecka, na przykład z powodu choroby. Niektóre moje dzieci występowały po kilka razy, ratując „trudną sytuację" dla programu. Mój syn, Tadziu, wystąpił z tego powodu aż trzy razy. Tyle samo razy Paulina Czapla. W ten sam sposób znalazły się na małym ekranie: Martyna Jażdżewska czy Beata Krakowiak - odtwarza tamte czasy Majka. - Na Malbork zawsze można było liczyć. Jestem wdzięczna Majce, że umiała ratować nas z opresji. Poza tym potrafiła zapalić dzieci do śpiewu, do radości z tego, co robią. Pamiętam też mała Paulinkę Czaplę. Miała wtedy 3,5 roku i wykonała piosenkę Justyny Steczkowskiej pt. „To nie ja byłam Ewą”. Była najmniejsza z dzieci. A jak czysto zaśpiewała! Dosłownie powaliła mnie z nóg. A to przecież Majka ją wyćwiczyła - dorzuca Barbara Skarżyńska, pomysłodawczyni programu. To właśnie program „Od przedszkola do Opala” rozsławił „Balbiny” na całą Polskę. Były rozpoznawalne na późniejszych festiwalach i konkursach. - Przez 10 lat śpiewałam w tym programie i miałam okazję poznać i śpiewać z wieloma najlepszymi wokalistami, takimi jak: Mietek Szczęśniak, Kasia Kowalska, Justyna Steczkowska, Andrzej Piaseczny, Edyta Górniak - mówi Karolina Sumowska. Niekwestionowaną gwiazdą chórku została Ania Szatybełko: Marzyłam, aby wystąpić w programie „Od przedszkola do Opola”, ale okazało się, że już jestem „za stara”. Tymczasem spotkała mnie jeszcze większa radość, bo po dwóch - trzech latach pani Majka zaprosiła mnie do chórku tej audycji. Występowałam przez 6 lat, oglądając ten program od środka. Obserwowałam podenerwowane dzieci i ich mamy. Z bliska widziałam wiele gwiazd piosenki. Wtedy nie przypuszczałam, że kiedyś wystąpię w prawdziwym Opolu... Do amfiteatru opolskiego trafiłam jak laureatka programu „Śpiewaj i walcz". Z całej Polski wybrano 16 osób. Do finału doszło 6 osób. Nagrodą był udział w debiutach festiwalowych. Mnie to szczęście spotkało. Występ w Opolu był dla mnie wielkim przeżyciem. Po raz pierwszy wystąpiłam na scenie w długiej sukni i w szpilkach. Cały czas myślałam o tym, aby nie upaść i nie skompromitować się. Poczułam się bardzo osamotniona. Dopiero, gdy ujrzałam na widowni transparent z moim imieniem, paraliż zaczął odpuszczać. Wiedziałam, że „Balbiny” są ze mną. Obecnie jestem dziennikarką Telewizji Pomorskiej w Gdańsku, ale nadal jestem pasjonatką śpiewu. Przynajmniej raz w miesiącu występuję z kwidzyńską grupą „The Go-odies”, by pośpiewać sobie. Jak widać, bez muzyki nie mogę żyć... - zwierza się Ania. * 154 Zaczarowany flet czyli marzenia się spełniają Ci mali wówczas chórzyści w późniejszych latach dostarczyli swojej nauczycielce sporo radości i wzruszeń. Koro Su, czyli Karolina Sumowska była jedną z głównych bohaterek przesłuchań w ciemno w programie „The Voice of Poland”, emitowanym przez TVP 2. Wokalistka zachwyciła jury wykonaniem utworu Bryana Adamsa „Please Forgive Me”. - Karolina opowiadała mi, że nastąpiło małe zamieszanie przy naciskaniu guziczków przez oceniających muzyków, nie wszystko zadziałało jak trzeba. Jednak nie miało to wpływu na wybór Karoliny, która od początku chciala zaśpiewać w drużynie Marii Sadowskiej. Już w zapowiedzi występu Karolina podkreśliła, że jest z Malborka i że przez wiele lat szlifowała swoje umiejętności wokalne w zespole „Balbiny . Ale to nie był nasz jedyny akcent. Rewelacyjnie spisała się kibicująca jej widownia, przy której jury nie mogło pozostać obojętne. Nazwa Malbork została odmieniona chyba przez wszystkie możliwe przypadki, żadne inne miasto nie miało tak wielkiej promocji w tym programie i to w najlepszym czasie antenowym - akcentuje Maria Siebert. Natomiast Paulina Czapla zachwyciła jurorów podczas pierwszego odcinka siódmej edycji programu telewizji Polsat „Must Be The Musie”. Za wykonanie utworu zespołu Nonę Blondes „What s Up” Paulina otrzymała „tak” od wszystkich oceniających - Kory, Elżbiety Zapendowskiej, Adama Sztaby i Piotra Roguckiego z grupy Coma. OPUS TRZECIE - HISTORYCZNE KOROWODY MUZYKI DAWNEJ Kiedy Majka była małą dziewczynką, miała kłopot z określeniem własnej tożsamości. Doświadczyła tego, gdy była na koloniach w czasie wakacji. Dzieci naśmiewały się z niej, że jest „krzyżaczką , co ją wówczas mocno bolało. Przez długi okres w obcym środowisku przedstawiała się, że pochodzi z Gdańska. W dorosłym życiu często rozmyślała o tym, jak uchronić malborską młodzież przez taką determinacją, co sprawić, by mieszkańcy miasta byli dumni ze swojego grodu. - Olśnienie nastąpiło w czasie pobytu w Woźnikach Śląskich na VII Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki Dziecięcej w 1995 roku. Zobaczyłam, jak tam ludzie się bawią. Wszyscy mieszkańcy towarzyszyli nam i gorąco kibicowali. Było to bardzo serdeczne i spontaniczne. Zamarzyło mi się takie wspólne święto z korowodami, jarmarkami i muzykowaniem w Malborku. Pomysł dotyczył czasów przeszłych, czyli sięgnięcia do korzeni. Padło na średniowiecze, odrodzenie i barok. Tak narodził się Festiwal Kultury Dawnej - objaśnia Majka. Początki tej imprezy,,która z czasem pozyskała artystów zagranicznych, były nader skromne. A działo to się w 2000 roku w obrębie Ratusza. Pomysłodawczyni wypożyczyła stroje historyczne od kolegi zza miedzy, czyli Andrzeja z Drewnicy i z grupką „Balbin” śpiewały proste kanony renesansowe. Ugotowały wcześnie bigos, nadały mu nazwę: „Bigos Jagiellończyka”. Na zewnątrz pojawiły się stragany z wróżbami, drobne bibeloty, a także chleb ze smalcem i ogórkiem malosolnym. Dziś to uroczystość pełna atrakcji i gromadzi tłumy. Niektóre pomysły organizatorzy zaczerpnęli z niemieckiego Bretten, gdzie od 50 lat króluje średniowieczna impreza „Peter und Paul fest”, na której gościli. Dużą rolę w całym przedsięwzięciu odgrywa Szkoła Podstawowa nr 9 im. Kazimierza Jagiellończyka, z racji patrona, także dzieci i młodzież ze szkół Stanisława Wojciechowska-Soja 155 z terenu Malborka i okolic. Nieoceniony jest też wkład pani Celiny Pacanowskiej, znanej malborskiej choreografki, instruktora zespołu tanecznego „Bursztynki”. I tak Festiwal Kultury Dawnej na stałe wpisał się w obrzędowość miejską. Malborski Festiwal Kultury Dawnej został doceniony przez Kapitułę ruchu „Piękniejsza Polska”, działającą pod patronatem ówczesnego Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej, Aleksandra Kwaśniewskiego. Na dyplomie dla Marii Seibert widnieje wpis: „za tworzenie piękna, którym możemy szczycić się przed światem”. Dziś już Maria Seibert nie ma problemu z określeniem swojej tożsamości. Dumnie mówi: Jestem stąd, z Malborka. OPUS CZWARTE - HALO, TU „NASZE RADIO PTASIE” ... Maria Seibert lubi swój mały domek, tworzący enklawę z innymi poniemieckimi budynkami wśród czteropiętrowych bloków. Lubi go, bo tu zamyka się ze swoimi marzeniami. Czasem wyjdzie do ogródka, posiedzi na bujanej ławeczce, wtuli się w cień brzóz zaglądających z sąsiedzkiej posesji Joanny. Słyszała, że bywa tak, iż od muzyki piękniejsza jest cisza. Na podkładzie ciszy rozmyśla o artystycznych planach. Czasem boi się ich, bo są bliższe białawym obłokom niż przydomowej rabacie z oleandrami. Kiedy doskwiera jej takie samotne majaczenie o rzeczach prawie niemożliwych, siada w domu przy stole, meblu magicznym, gdyż nad nim fruwa miłość rodzinna. Wtedy otwiera się przed mężem i synami... - Mama zawsze marzyła o wystawieniu musicalu dziecięcego. Takie przedsięwzięcie jest bardzo dużym projektem. Oczywiście, ze strony organizacyjnej, technicznej, jak również - finansowej. Dlatego też, mimo wielu wcześniejszych prób i chęci, na jego realizację pomysł z musicalem musiał wiele lat poczekać - wyjaśnia syn Tadeusz. 156 Zaczarowany flet czyli marzenia się spełniają To marzenie długo w niej dojrzewało, nim zaowocowało na dobre. Ze swoich tęsknot zwierzyła się aktorowi i reżyserowi, Cezaremu Domagale, który miał doświadczenia tego typu z młodzieżą warszawską. Zwróciła się do niego z prośbą o przeniesienie swoich praktyk na grunt malborski. - Podjąłem to wyzwanie. Miałem przygotowanych 14 piosenek. Napisałem do nich tekst, a muzykę skomponował Tomasz Bojarski. Przesłałem Majce te piosenki, aby nauczyła dzieci je śpiewać. Potem spotkaliśmy się kilka razy, by omówić spektakl pod względem zdarzeń dramaturgicznych, wizji scenicznej i obsady. Aż nadszedł czas prób - ogromny wysiłek dla wszystkich. Bardzo dobrze pracowało mi się z dziećmi od strony wokalnej, bo były profesjonalnie przygotowane przez Majkę. Jednak to był ogromny trud, bo musiałem zgrać cały zespół pod względem ruchowym i aktorskim. Nie było zmiłuj... Lały się łzy, niektóre dzieci nie wytrzymywały psychicznie z fizycznie moich oczekiwań. Ja małego artystę traktuję jak dorosłego. Nie bawię się w teatrzyk szkolny. Eliminuję złe nawyki szkolne, gdy dzieci mówią rymem a nie - sensem. Nie głaszczę je po głowie. Twardo wymagam. One muszą wiedzieć, że sukces to mordercza praca, wtedy lepiej poczują jego smak. Ale warto było - zapewnia reżyser spektaklu. Musicalowe marzenie Marii spełniło się 9 listopada 2013 roku. Sala Karwanu wypełniona była brzegi. Były owacje na stojąco. Były słowa zachwytu. ' Oglądałam to widowisko z moją młodszą córeczką. Marysia patrzyła na scenę z otwartą buzią. Próbowała nawet śpiewać z wykonawcami. Wstawała, siadała, biła brawo. Podobnie czyniły to inne dzieci na widowni - komentuje Anna Milanowska. DIDASKALIA - ZAMIAST AD VERBUM EPILOGU W sali prób zespołów Majki na drugim piętrze Ratusza są cztery okna: dwa patrzą na Zamek, dwa - na bloki mieszkalne. Łączą przeszłość z teraźniejszością. Dobrzy ludzie mówią, że to miejsce jest kuźnią i kopalnią talentów, bo tu wydobywa się diamenty, a potem poddaje ciężkiej obróbce jak młot kowala. W tej salce we wtorki i czwartki „Balbineczki” stoją w półkolu wokół pianina. Ćwiczą dykcję i mimikę. Kładą na policzkach dłonie, by głoska „a nie była za szeroka. Pięcioletnia Hania ma kłopot z wymówieniem wyrazu: okulary. Majka głaszcze ją po głowie. Do znudzenia śpiewają: „Czarna krowa w kropki bordo”, „Entliczek, pentliczek... . Po kolei wykonują dwie z czterech piosenek, bo będą startować w przesłuchaniach konkursu „Wygraj sukces”. Największą popularnością cieszy się piosenka „Koci wesoły świat. Za drzwiami czekają z maleńkimi dziećmi mama Wiktorii i Lenki. Wiktoria Czaplińska chodzi po domu i śpiewa do atrapy mikrofonu. Chce być piosenkarką. Pani Niedźwiecka wozi Lenkę na próby z Nowego Stawu. Mówi, że warto. * Jaś Gustomski, lat 9, twierdzi, że śpiewa operowo. Raz w świetlicy szkolnej zaśpiewał i tak samo wyszło. Tata go zapisał do „Balbin”. Jest już w 50% artystą, bo został laureatem „Uśmiechniętej Rybki” i „Bim- Bomu”. Nagrał z Mikołajem Tomalą program dla Telewizji ABC . Zaśpiewali piosenkę z kabaretu „Starszych Panów” - „Tanie dranie”. Trudno było mu się skupić, bo cztery kamery na niego patrzyły. Wie, że stać go na więcej. Stanisława Wojciechowska-Soja 157 * Nie wszyscy mieszkańcy miasta wiedzą, że zegar na ratuszowej wieży po 60 latach znów zaczął odmierzać czas dzięki Marii Seibert, ówczesnej dyrektorki Młodzieżowego Domu Kultury. Najpierw przez dwa lata organizowała akcje charytatywne na ten cel. Uroczysty moment zawieszenia zegara nastąpił w 2003 roku. Były armatnie wystrzały, wypuszczenie 100 baloników w przestworza i, oczywiście, występy dzieci. Zegar wykazywał się niesłychaną pracowitością. Co pół godziny wybijał czas. Później do głoszenia radosnej nowiny dołączył się hejnał, odtwarzany w samo południe. Niektórym mieszkańcom pobliskich domów to wadziło. Dzwonili do Marii z wyrazami protestu. Ich narzekania wysłuchały niebiosa. W lipcu 2014 roku dwa pioruny uderzyły w Ratusz. Stanął zegar i zamilkły kuranty. Wtedy mieszkańcy znów dzwonili do Marii. Nie złorzeczyli. * W salonie małego domku brzoskwiniowego koloru, gdzie za oknami na rabacie teraz drzemią oleandry, jedna ściana jest wypełniona półkami. Ta z lewej. Myliłby się ten, kto chciałby ujrzeć na nich książki. Tam wcisnęły się w sposób nienaganny duże winylowe płyty. To królestwo Mirosława Seiberta, męża Majki. Nie ma klucza do zbierania tych nagrań retro. Kocha muzykę w ogóle. Może niekoniecznie disco polo. Za to uwielbia zaklęty w winylach muzyczny świat lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Lubi takie wieczory, kiedy z żoną, albo młodszym synem siadają na kanapie i z patefonu wydobywają się melodie niepodrasowane żadną cyfrówką. Najczęściej słucha sam. Oswaja syndrom opuszczonego gniazda. Tadeusz studiuje w Bydgoszczy, ma zespół w Łodzi, zaś Michał - nową rodzinę. Za to z Joanną sprezentowali dziadkom Tymoteusza. Mały ma talent. W lutym na jego imieninach zagrał z babcią Majką walczyk na trzy ręce. Drugą opierał się o pianino. Majka ma „Balbiny”, „Airam”, koncerty, wyjazdy. Nie ma do niej żalu. Wie, że robi to dobrze i z pasją. Nawet jeździ z nią na konkursy, pomaga organizacyjnie. Tak. Kocha ją. * Najtrudniejszym i najbardziej bolesnym momentem w życiu Marii Seibert była likwidacja Młodzieżowego Domu Kultury „Ratusz” ze względów „oszczędnościowych”, którego była przez 11 lat dyrektorem. Uważa, że wszyscy tam pracujący pedagodzy wypełniali swą pracę wzorowo i z pełnym poświęceniem. Rozwijali upodobania i marzenia młodych. To oni pokazywali, jak ważna w życiu jest kreatywność i wspólne przebywanie, bezpośrednia wymiana myśli. Nie było to łatwe w dobie fascynacji młodzieży Internetem. „Ratuszowcy” tworzyli wielką rodzinę, gdzie każdy był traktowany z pełnym szacunkiem i serdecznością. Twierdzi, że na dzieciach nie można oszczędzać. Sama swoich synów zawsze miała blisko siebie, dlatego też są związani z jej profesją, czyli muzyką. Zastanawia się, czy ma wrogów. Pewnie tak. Jak każdy, kto robi coś ponad miarę. Ona idzie dalej i nie ogląda się wstecz. Zło nie mieści się w jej prywatnym Dekalogu. 158 Jacek Kaczmarski - lekcja historii Andrzej Kasperek JACEK KACZMARSKI -LEKCJA HISTORII W czasie XXV Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu w 2004 roku zaprezentowano spektakl „Galeria - piosenki Jacka Kaczmarskiego” w reżyserii Wojciecha Kościelniaka. Został on przygotowany jeszcze za życia i przy udziale Kaczmarskiego. Jacek bardzo zaangażował się w ten projekt, był jego łabędzim śpiewem. To on dobierał utwory oraz napisał krótkie wprowadzenia do piosenek, które wiązały je w całość, wyjaśniały konteksty, ironicznie puentowały... Koncert odbył się 3 maja, już po śmierci pieśniarza. Wrocławski spektakl (grany później w Teatrze „Capitol”) stał się hołdem dla zmarłego artysty, a jednocześnie udowadniał, że Kaczmarski nie był tylko i wyłącznie autorem „Murów i bardem „Solidarności. Pokazywał go jako świetnego poetę, wrażliwego na sztukę, ale też piewcę życia. Powstała galeria piosenek inspirowanych obrazami różnych malarzy. Lecz nie tylko, bo autorzy przedstawienia zdecydowali się na odejście od klucza inspiracji malarskich i uzupełnili je innymi utworami - od „Pompei”, „Obławy” czy „Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego” aż do „Muchy w szklance lemoniady”. „Galeria...” to bardzo ciekawe przedstawienie, a W. Kościelniak po latach udowodnił swój wybitny talent wystawiając musicale „Lalka” oraz „Chłopi”. Piosenkę „Autoportret Witkacego zaśpiewał wówczas Jacek Bończyk i było to wykonanie zapadające w pamięć. Dziś okazuje się, że nie była to tylko jednorazowa przygoda Boń-czyka z piosenkami Kaczmarskiego, bo wracał do nich często, zwłaszcza w 2014 r. Najpierw śpiewając je w dziesiątą rocznicę śmierci (koncert „Kaczmarski subiektywnie”), a później podczas widowiska zorganizowanego dla uczczenia 25-lecia wolności. Bończyk mówi, że wykonuje te piosenki od 30 lat, a w wywiadach podkreśla, że to Kaczmarskiemu zawdzięcza swą wiedzę historyczną, że uczył go malarstwa, wiedzy o świecie, wrażliwości. Nie on jeden oczywiście. Jacek Bończyk jest nazywany „strażnikiem pamięci polskiej piosenki”; zupełnie słusznie, bo nie ustaje on w podtrzymywaniu zainteresowania twórczością Czesława Niemena, Grzegorza Ciechowskiego, Wojciecha Młynarskiego. Piosenkarze to bardzo różni, łączy ich jedno - to wielcy artyści; tacy, którzy zdarzają się raz na sto lat. Miałem przyjemność uczestniczyć w gdańskim koncercie „25 lat później” i byłem mile zaskoczony niektórymi interpretacjami piosenek Kaczmarskiego. Dlatego z wielkim zainteresowaniem przyjąłem wiadomość, że Bończyk szykuje nowe przedstawienie zbudowane tylko i wyłącznie z tekstów, które zostały zainspirowane przez obrazy. Fachowo nazywa się takie utwory ekfrazami i w twórczości Jacka Kaczmarskiego jest ich aż 60, to dziesiąta część jego dzieła. Już to pokazuje, że dla poety i pieśniarza była to bardzo ważna część jego oeuvre. 22 listopada 2014 r. w warszawskim Teatrze Ateneum odbyła się premiera spektaklu „Jacek Kaczmarski — lekcja historii. Oto kilka informacji: reżyseria — Jacek Bończyk, sceno- Andrzej Kasperek 159 grafia - Grzegorz Policiński, aranżacje i kierownictwo muzyczne - Fabian Włodarek, występują: Julia Konarska, Jacek Bończyk, Wojciech Brzeziński, Wojciech Michalak, muzycy: Fabian Włodarek - piano, akordeon, Paweł Stankiewicz - gitary, Jacek Bończyk - gitara klasyczna. Narratorem (z offu) jest Piotr Fronczewski. Spektakl wystawiono w ramach projektu „Muzyczne obchody 10. rocznicy śmierci Jacka Kaczmarskiego” dofinansowanego ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, przy współudziale Fundacji Róbmy swoje dla kultury oraz Fundacji im. Jacka Kaczmarskiego. Okazało się, że nie trzeba jechać do stolicy, żeby obejrzeć nowe przedstawienie, bo 13 grudnia 2014 r. dzięki staraniom obu fundacji „Lekcję historii” pokazano w Europejskim Centrum Solidarności. Piękny prezent dla miłośników twórczości autora „Wojny postu z karnawałem”. Występ poprzedził swoisty wstęp - Mirosław Baka i Klementyna Umer zaprezentowali fragment jednego z ostatnich wywiadów prasowych Kaczmarskiego, w którym mówił on o swoich piosenkach i rozumieniu zadań artysty. Chciałbym na początku zaznaczyć, że ten tekst to tylko kilka moich refleksji na temat przedstawienia, a nie recenzja. Nie robiłem notatek, nie poszedłem do ECS jako recenzent. Gdańskie przedstawienie upamiętniało rocznicę wprowadzenia stanu wojennego i dobrze się stało, że wybrano na tę okazję właśnie je. Bez martyrologii, bez rozdrapywania ran -koncert pięknych piosenek w dobrym i bardzo dobrym wykonaniu. Pewnie niektórzy spodziewali się większej ilości polityki, wspominek... Ale nic z tego. „Lekcja historii” to Kaczmarski, którego najbardziej lubię i tą częścią jego twórczości zajmuję się naukowo od kilku lat - autor mądrych piosenek o obrazach, historii, życiu. I świetny poeta, czego wielu odbiorców do dziś nie dostrzegło. Powtórzę słowa, które wypowiadam od dawna: Na 160 Jacek Kaczmarski - lekcja historii odbiorze twórczości Jacka Kaczmarskiego ciągle jeszcze ciąży etykietka poety politycznego, barda „Solidarności. To bardzo zawęża recepcję. Zęby krat dawno zostały wyrwane, kajdany zerwane, mury runęły. Marzenia o wolności spełniają się, a wielu z nas nie potrafi tego dostrzec. Takie wąskie odbieranie Jego twórczości jest krzywdzące dla autora „Naszej klasy”. A to, że koncert odbył się w Gdańsku jest dowodem, że miasto pamięta o twórcy, który wybrał to miejsce, żeby przeżyć tu swe ostatnie lata. Zacznę od pochwal - to jest świetne przedstawienie! Jacek Bończyk wybrał 16 utworów. Od „Pejzażu z szubienicą’ z 1978 r. do „Alegorii malarstwa” napisanej rok przed śmiercią poety. Można więc mówić o dużym spektrum owej śpiewanej lekcji historii ilustrowanej obrazami. Połowa utworów pochodzi z programu „Muzeum” poświęconego malarstwu polskiemu, a pozostałe to teksty, które powstawały w okresie całej twórczości Kaczmarskiego. Reżyser nie ukrywa, że bezpośrednią inspiracją była książka Diany Wasilewskiej i Iwony Grabskiej „Lekcja historii Jacka Kaczmarskiego” wydawnictwa DEMART. Stamtąd pochodzą krótkie informacje o obrazach, które są odczytywane przed każdą piosenką, kiedy na ekranie oglądamy reprodukcję. Niektórzy zżymają się na ten zabieg, uważają go za niepotrzebny; twierdzą, że narzuca się widzom interpretację, że pachnie to szkołą. Nie zgadzam się, uważam, że te wprowadzenia są potrzebne. Spektakl obejrzy wielu widzów i oczywiście dla koneserów to „słowo wiążące” jest zbyteczne, wiedzą przecież więcej, ale wielu młodych widzów po raz pierwszy zobaczy obrazy, o których mowa w piosenkach. Dla nich może to być początek fascynacji malarstwem, asumpt do zgłębiania historii. Bardzo często się tak działo, wystarczy poczytać na forach poświęconych Kaczmarskiemu, sam reżyser o tym zresztą mówi. Jacek Kaczmarski nigdy nie ukrywał, że w swych „śpiewanych obrazach” chciał często zawrzeć treści dydaktyczne, był tu nieodrodnym synem swych rodziców - malarzy, a jednocześnie pedagogów (można by też powiedzieć, że kontynuował tradycje dziadków - nauczycieli). Sam też nie stronił od takich króciutkich wstępów przed wykonaniem kolejnej piosenki, można je odnaleźć na niektórych płytach koncertowych. A w czasie tournee z „Muzeum” piosenkom towarzyszyły slajdy z reprodukcjami obrazów. Także później na koncertach czasem ważną rolę odgrywało zapomniane już obecnie urządzenie epidiaskop, czyli rzutnik przeźroczy. Dziś możliwości są dużo większe, oglądamy obrazy, które komputerowo zostały ożywione. Ale twórcy spektaklu bardzo ostrożnie (według mnie zbyt ostrożnie) podchodzą do tego pomysłu. Czasem aż się prosi, żeby animacja była bardziej aktywna (np. w piosence do obrazu „Walka postu z karnawałem”). Ale rozumiem to — Jacek Bończyk chce przede wszystkim, żeby wybrzmiały teksty i melodie piosenek. Dlatego scenografia jest tak oszczędna, a ruch sceniczny bardzo skromny, on sam nie gwiazdorzy, tylko stoi (lubi siedzi) z gitarą z boku, nie pcha się do przodu. Przypomina się „Breughel w przebraniu sukiennika [który] Podgląda pozy i śmiesznostki” z piosenki, której akurat na tym spektaklu zabrakło. Reżyser, a jednocześnie śpiewak i muzyk, ubrany na ciemno jest prawie zawsze w cieniu, a mimo to jest obecny, czuwa nieustannie nad całością. Obecny i nieobecny. Nie chodzi tu tylko o kontrolę, chodzi o „stawanie się” spektaklu, bycie demiurgiem. Andrzej Kasperek 161 Wykonania są różne, aranżacje czasem też odbiegają od oryginalnych. I bardzo dobrze, bo przecież nie idzie tu o imitację, a raczej pokazanie, że ta sztuka jest wciąż żywa, że jest „źródłem, które wciąż bije”. Z wykonań chciałbym wymienić trzy - „Krzyk” śpiewany przez Julię Konarską, „Lot Ikara” interpretowany przez Wojciecha Brzezińskiego oraz wspominany już „Autoportret Witkacego”, który Bończyk wykonuje wciąż z wielką siłą i ekspresją. Dobre też są wykonania zbiorowe. Widać, że sporo czasu poświęcono na próby. Warto było! Publiczność to doceniła - spektakl idzie przy kompletach widowni, a bilety na luty są już wyprzedane. Taka informacja może smucić potencjalnych widzów, ale dla twórców jest to najlepsza recenzja. Już przy wyjściu z gościnnego ECS widzom wręczono znicze. Każdy mógł pójść pod pomnik Poległych Stoczniowców i zapalić światełko na wspomnienie Jacka Kaczmarskiego, ofiar Grudnia ‘70 i stanu wojennego. To była bardzo wzruszająca scena, gdy dziesiątki osób zapalało znicze. Przypomniał mi się fragment: „Świec tysiące palili mu”. I tak to życie się miesza z poezją. Pod warunkiem, że jest to prawdziwa poezja. Przypomniało mi się też, że były lata, kiedy zapalenie świeczki pod pomnikiem wymagało odrobiny odwagi. Na szczęście to już historia. Jej lekcje nigdy się nie kończą. In memoriam „PRZECHODNIEM BYŁEM MIĘDZY WAMI” JERZEMU KOSACZOWI NA POŻEGNANIE Hieronim Guzowski, jeden z działaczy elbląskiej „Solidarności” tak pisze o Jerzym Kosaczu w Encyklopedii „Solidarności”: Jerzy Kosacz, ur. 24 II 1942 w Budsławiu (obecnie Białoruś). Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, Wydziale Nauk Politycznych (1971). 1962-1963 robotnik w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, 1964-1966 bibliotekarz Biblioteki Miejskiej w Kwidzynie; 1973-1975 nauczyciel akademicki w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku, 1976-1981 kierownik Biblioteki Miejskiej w Kwidzynie. W III 1968 uczestnik wieców na Uniwersytecie Warszawskim. Od IX 1980 w „Solidarności", współorganizator w Bibliotece Miejskiej, od IX 1980 przewodniczący MKZ w Kwidzynie, od XI 1980 MKK tamże; współzałożyciel i redaktor „Biuletynu Związkowego MKZ NSZZ «Solidarność» w Kwidzynie" i „Poradnika Prawnego MKZ NSZZ «Solidarność» w Kwidzynie". 12 XII 1981 zatrzymany, internowany w Ośr. Odosobnienia w Iławie, zwolniony 18 I 1982; w III 1982 zwolniony z pracy. 1982-1990 prowadził własny zakład stolarski w Białkach k. Kwidzyna. 1982-1989 współorganizator działalności Duszpasterstwa Ludzi Pracy przy katedrze św. Jana w Kwidzynie, m.in. pomocy dla represjonowanych. 1984-1985 przewodniczący podziemnej MKK „Solidarności" w Kwidzynie, 1985-1989 członek Tymczasowego Zarządu Regionu „Solidarności" w Elblągu; 15 XII1985 aresztowany, osadzony w RUSW w Kwidzynie, następnie w WUSW i AŚ w Elblągu, zwolniony 28 III 1986 po poręczeniu przez Cech Rzemiosł Różnych w Kwidzynie. 1991-2001 kierownik wydz. w Urzędzie Wojewódzkim w Elblągu; członek KZ „Solidarności”przy Urzędzie. Od 2001 na emeryturze. Odznaczony Krzyżem Semper Fidelis (2003), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2006). Tyle suche fakty. Jerzy Kasacz na swoim blogu, który prowadził od 2009 roku zapisał, że hasło o sobie w Encyklopedii Solidarności napisałby nieco inaczej, choć może nie tak szczegółowo, jak na stronach Instytutu Pamięci Narodowej, gdzie prześledzić możemy kolejne dowody obserwacji Jerzego przez służby specjalne PRL. Z tych akt wynika, że obserwowany był od połowy sierpnia 1980 roku, aż do 1988 roku. W stanie wojennym internowany, bo istniało przypuszczenie, że przebywając na wolności organizowałby nielegalne zbiegowiska, co zagrażałoby bezpieczeństwu państwa i porządkowi publicznemu. Obserwowany, przeszuki- Jerzemu Kosaczowi na pożegnanie 163 wany, oskarżany między innymi o: podejrzenia istnienia nielegalnej organizacji i związku dorosłych, przewożenia z Gdańska do Kwidzyna kilkuset ulotek zawierających fałszywe wiadomości mogące wyrządzić poważną szkodę interesom PRL. Obserwujący ubecy nadali Jerzemu bardzo znamienne pseudonimy: „Literat”, „Hydra” „Roztargniony” „Nawiedzony” „Artysta”. Cóż za elokwentni specjaliści. Polecamy Państwa uwadze tych kilka słów, którymi chcielibyśmy pożegnać się z naszym Przyjacielem, który zmarł w Sadlinkach 8 marca 2015 roku. Redakcja 164 „Przechodniem byłem między Wami” Bogumił Wiśniewski Jerzy Kosacz, człowiek legenda, człowiek niezwykły. Poznałem Jerzego Kosacza jeszcze za czasów realnej komuny. Chodziłem do średniej szkoły kiedy miałem po raz pierwszy przyjemność Go spotkać. Długoletnia znajomość, rozpoczęła się w kościele katedralnym p.w. św. Jana Ewangelisty. W owym czasie działali prężnie ojcowie franciszkanie, którzy udostępniali swoją ambonę opozycjonistom solidarnościowym. Jerzy Kosacz często zabierał tam głos, mówił o Polsce niezwykle odważnie, jasno, bez cenzury. Mój ojciec Józef, mówił mi po tych spotkaniach, że na pewno tego człowieka zamknie komuna w więzieniu. I rzeczywiście tak się stało. Został internowany. Już teraz dobrze nie pamiętam, ale chyba było to - po wypuszczeniu Jerzego z internowania, często go widziałem przy ul. Karowej w Kwidzynie, gdzie budował dom dla swojej rodziny. Nie mogłem się wtedy na dziwić, że taki utalentowany człowiek potrafi sam wznosić budynek mieszkalny od podstaw. Więcej, że intelektualista pracuje fizycznie. Jak wiadomo był człowiekiem słusznego wzrostu, ale bardzo gibkim - i tak patrząc się na Niego z nasypu z wąskotorów-ki, kiedy montował więżbę dachową, wydawał mi się jakimś człowiekiem pająkiem. Był osobą bardzo uczynną i otwartą dla innych. Jak wracałem samochodem z nim ze Sztumu, z promocji kolejnej „Prowincji”, rozmawialiśmy na różne tematy. Mówił o piśmie i o redaktorze Leszku Sarnowskim w samych superlatywach, żałował tylko - że tak mało teraz jest takich ludzi - pokroju Leszka, społeczników, sam taki przecież był, więc zapewne wiedział, co mówi. Powiedział mi również w samochodzie, że dzięki artykułom zamieszczanym w piśmie coś namacalnego pozostanie po nim na tym świecie. Jak zawsze w takich momentach protestowałem, podkreśliłem, że czemu mówi o śmierci, skoro się tak dobrze trzyma. Dopiero wiele tygodni później w rozmowie telefonicznej, dowiedziałem się, że jest chory. Powiedział mi o tym, tak lekko jakby to była tylko złapana grypa na mieście. Bardzo spokojnie i dzielnie to wszystko przyjmował. Dzwoniłem w tym czasie kilkakrotnie. Żałował tylko, że ma jeszcze kilka tematów do napisania, których już na pewno nie skończy. Ciężko mi było wtedy z Nim rozmawiać. Coś łapało mnie za serce. Jerzy Kosacz, rysował, malował. Człowiek orkiestra. Mówił mi, że latem musimy wybrać się pod Kadyny, bo tam - przy jednym z budynków folwarcznych jest zakopany skarb. Nie chciał mi powiedzieć dokładnie o jaką miejscowość chodzi, ponieważ — nie mówi nikomu nu razie o tym głośno, gdyż mieszkają tam jeszcze ludzie, i nie chce - aby ktoś tam robił niepotrzebny ferment. Tak więc tajemnicę skarbu zabrał ze sobą. To był wyjątkowy człowiek. Żałuję bardzo, że tak szybko odszedł. Janusz Moździerz Jurek Kosacz to byłe prawdziwy człowiek renesansu o wielu zainteresowaniach i talentach, malarz, literat, rzemieślnik z zacięciem artystycznym, konserwator zabytków, w latach młodzieńczych przewodnik po malborskim zamku w czasach, kiedy niby żak odżywiał się jedną bułką i jednym kefirem dziennie, wagabunda życzliwy dla świata, wspaniały kolega, niezrównany gawędziarz i tropiciel historii Powiśla, a nade wszystko Życzliwy Dobry Człowiek, Z pokolenia „Twardziełi”. Jerzemu Kosaczowi na pożegnanie 165 Justyna Liguz Jerzy Kosacz był jedną z ważniejszych postaci kwidzyńskich lat osiemdziesiątych. Osobą powszechnie kojarzoną z etosem pierwszej „Solidarności” oraz stanem wojennym - internowany, zwolniony z pracy, ale nie uległy. Stoczniowiec, bibliotekarz, nauczyciel akademicki, stolarz, przewodniczący podziemnej MKK „S” w Kwidzynie, a także współorganizator działalności Duszpasterstwa Ludzi Pracy. Jego życiorys w wielu miejscach „zaskakuje”. Miał szerokie zainteresowania i pasje. Zajmował się malarstwem i grafiką, dużo i ciekawie pisał, starał się iść z duchem czasu, czego przykładem był choćby blog, który pisał od 2009 roku. O swoich pasjach, a także o historii lat stanu wojennego potrafił godzinami opowiadać z charakterystycznym przekazem, czasem powagą, czasem dowcipnie. Wraz z odejściem Jerzego Kosacza zamknął się ważny i obszerny rozdział w historii najnowszej naszego miasta. Janusz Ryszkowski W lapidarnym e-mailu, który okazał się naszym ostatnim kontaktem, gratulował mi wydanych książek. Coś w tym było - tak to odbieram teraz - symbolicznego, bo właściwie każde spotkanie z Jurkiem (głównie na niwie literackiej przez kilkanaście lat z różną częstotliwością) zahaczało o publikacje. Namawiałem go, żeby przygotował do druku tomik swoich wierszy. - Tylko znowu mi o tym nie przypominaj - bronił się, uśmiechają się przy tym w charakterystyczny dla siebie sposób. Z ironią, dystansem, ale i jakoś ciepło, szczerze. Ale w końcu się poddawał, obiecywał, że się do tego ma serio zabierze. Na razie jednak miał co innego na głowie... Kiedy przysyłał teksty do „Prowincji” , wypatrywałem z nadzieją wierszy. Ale on jakoś tym nie rozpieszczał - albo były to przyczynki historyczne z małej kwidzyńskiej ojczyzny (z czasem i sadlińskiej), albo mocno autobiograficzna proza. Wreszcie doczekałem się nowych, niespokojnych liryków. Żałuję, że tak niewielu... Wacław Bielecki Jurka Kosacza poznałem niedawno. Było to na zamku w Sztumie podczas spotkania promocyjnego naszego kwartalnika jesienią 2011 roku. Wtedy to opowiadał o swoich pierwszym artykule pt. Franek zamieszczonym w „Prowincji” w nr 5 z 2011 r. Był to krótki tekst o przypadkowo spotkanym „pegeerowskim pastuchu” o imieniu Franek. W pewnym miejscu Jurek podzielił się z czytelnikami taką oto refleksją: Codziennie spotykamy, lub tylko mijamy zwykłych szarych ludzi, którzy swym życiorysem mogliby wypełnić scenariusz niejednego przygodowego serialu, a na pewno obdzieliliby swymi przygodami wielu. Żyją wśród nas ludzie o niebywałych życiorysach. Nie zawsze jednak udaje nam się wejść do ich świata. Potem prawie w każdym numerze można było przeczytać jakiś tekst napisany przez Jurka. Ostatni raz widziałem go na spotkaniu promującym „Prowincję” latem ubiegłego roku w sali czekoladowej SCK. Pamiętam z jaką pasją opowiadał o tym, jak zbiera materiały do swoich tekstów. Ileż w tym było dociekliwości, uporu i wręcz młodzieńczej pasji, wzbudzającej podziw do Autora. Niestety, to było nasze ostatnie spotkanie. Parę miesięcy potem doszły mnie wieści, że z Jurkiem jest źle... 166„Przechodniem byłem między Wami” Myślę, że Jego bogatym życiorysem można by wypełnić nie tylko serial przygodowy bo był człowiekiem niezwykłym. Leszek Sarnowski O chorobie Jerzego Kosacza wiedzieliśmy już od jakiegoś czasu, choć nie obnosił się z tym, odpowiadał zdawkowo. Mimo to słał nam kolejne teksty i pojawiał się na promocji naszego kwartalnika w Sztumie. Zawsze były to wyjątkowe spotkania. Przeglądając zdjęcia różnych autorów uderzające jest to, choć dla mnie jasne, że wszyscy oni skupiali swoją uwagę na Panu Jerzym, Jego gestykulacji i fizjonomii mędrca. Piszę Panu Jerzym, bo nie wiem do końca, czy byliśmy na Pan czy na Ty, najczęściej przez wzajemny szacunek jakoś tak bezosobowo. Pan Jerzy gestykulujący, gawędzący ze swadą, składający naprędce, jakby gdzież się spieszył, najdrobniejsze fragmenty historii lokalnej w tajemniczą i przeciekawą całość. Pod koniec sierpnia ubiegłego roku napisałem do wszystkich potencjalnych autorów Prowincji meila z zachętą do nadsyłania propozycji tekstów do kolejnego numeru kwartalnika. Jerzy Kosacz 9 września odpisał: Dzień Dobry Panie Leszku. Rozchorowałem się i to bardzo poważnie i terminalnie. Jutro jadę dobijać się do różnych szpitali i to o dwie operacje na początek. Niestety choroba wyłączyła mnie z pisaniny i ze współpracy z PROWINCJĄ. Nie zdążyłem dokończyć szkicu o wizycie Zbigniewa Herberta 30 maja 1950 r. w tartaku w Ryjewie, w PeGeeRze Górki i w LO w Kwidzynie. Skończę to i kilka innych szkiców gdybym doszedł do jakiejś formy, ale to ewentualnie do któregoś z przyszłych numerów. Muszę to napisać, że współpraca z PROWINCJĄ była jedną z najsympatyczniejszych moich przygód. Serdecznie pozdrawiam. Jerzy Kosacz Kiedy odpisałem z pytaniem czy mógłbym jakoś pomóc, Jerzy odpowiedział: Panie Leszku, bardzo dziękuję za szczere chęci pomocy. Mój stan ostatecznie wyjaśnił się po konsultacjach i to w dwóch ośrodkach. Chodzi o chorobę nowotworową, niestety już niemożliwą do operowania z powodu rozległego rozsiewu na kilka podstawowych organów wewn. (sprawa genetyczna, 2 m-ce temu zmarł mój brat Paweł). Rozpocząłem intensywną chemioterapię i jestem po pierwszej sesji. Zatem od m-ca wiem już komu bije dzwon i przyznaję, że ta wiedza jest niezwykle interesująca twórczo. Mam wreszcie autentyczną motywację do pisania. Obym tylko miał nieco kondycji fizycznej i nie popadał w łatwiznę. Nigdy nie wyobrażałem sobie ile to świeżych refleksji można doznać w sytuacjach banalnych, jak deszcz, czy wiatr. Pomimo tego „dzwonu” udaje mi się nie dramatyzować i uczę się z tym żyć. Liczę, że po 3 m-cach zaplanowanej „chemii” coś tam jeszcze zmajstruję. Pozdrawiam serdecznie. Jerzy Kosacz. I tekst dostaliśmy. IV ostatnim do Niego mejlu z początków grudnia pisałem: Dziękuję za tekst do Prowincji, oczywiście będzie w najbliższym numerze. Promocja w Sztumie 13.12.14 o 18.00. Jeśli jest moc to oczywiście zapraszam, jeśli nie, to będziemy myślami razem z Panem, a Pan, mam nadzieję, z nami. Wiem, że ze zdrowiem u Pana nie najlepiej, choć nie wiem na ile-Przesłany tekst pokazuje, że wrażliwość i ciekawość świata dopisuje. To dobrze. Tak trzymać. Bardzo sobie cenię Pana teksty i mam nadzieję, że będzie ciąg dalszy. Jeśli zdrowie pozwala i jest ochota i siła to proszę pisać do mnie, do nas, dzielić się swoimi refleksjami, przemyśleniami, stanem ducha, bo zawsze są i będą to cenne dla nas teksty, nie mówiąc już o Pana arcyciekawych, oratorskich wręcz wystąpieniach w czasie naszych „prowincjonalnych” spotkań. Ja ze swej strony Jerzemu Kosaczowi na pożegnanie 167 służę dobrym słowem, bezcennego w tej sytuacji jak mniemam, pozdrowienia. Jestem, Jesteśmy z Panem. Z przyjaźnią i dobrymi myślami". Odpowiedział, jak się domyślam, z wielkim trudem: Dziękuję, Jerzy Dziś, wiedząc już, że nie ma Go wśród nas odpowiadam w naszym wspólnym imieniu, redakcji kwartalnika „Prowincja” i jak mniemam naszych Czytelników: Dziękujemy Ci Jerzy, że z nami byłeś. Zostaniesz w naszej Pamięci i, tak jak chciałeś, na kartach naszego kwartalnika. Na swoim blogu Jerzy Kosacz w dniu 31.10.2010 pisał o pamięci zmarłych: „Wszystkich Świętych", „Zaduszki", „Święto Zmarłych", a we wschodnich regionach „Dziady", to uroczyste dni poświęcone tym, którzy odeszli.W te dni odwiedzamy cmentarze, groby bliskich, znajomych i nieznanych, budząc w sobie refleksję o nieuniknionym przemijaniu i odchodzeniu ludzi, o tym że w swoim czasie dołączymy do nich wszystkich, już ostatecznie nieobecnych tu wśród nas. Archeolodzy odróżniają groby ludzkie od „człekopodobnych" i rozpoznają je po materialnych śladach, rytualnie pochowanych z nimi przeróżnymi symbolami nadziei na jakieś przyszłe życie po śmierci. Praktyczne przedmioty, broń i dobytek. Od czasów historycznych towarzyszy już ludziom także wiara w jakieś oczekiwane życie po życiu. Rozprzestrzenia się tak po ludzku sympatyczny zwyczaj ogarniania zaniedbanych grobów i na niewielkim cmentarzyku w Sadlinkach nie znalazłem żadnej opuszczonej mogiły, choć z wnuczką zdeptaliśmy w dzisiejszy wieczór cały cmentarz. Jest on położony opodal mego domu, w środku wsi i bardzo zadbany. Mam tu niedaleko teraz i w perspektywie. Zauważyłem, że w zwykłe dni, przez cały dzień jest on odwiedzany przez miejscowych, którzy w trakcie codziennych obowiązków, po drodze i na chwilę często zaglądają tam nawiedzając swych bliskich. Jest to obyczaj bardzo pogodny i nie ma tu nawet śladu, niektórym kojarzącej się jakiejś zabobonnej grozy cmentarnej wiązanej z takim miejscem. Po zmierzchu, przez cały rok codziennie widać tu wiele płonących zniczy, sygnalizujących mieszkańcom Sadlinek, że spoczywający tu ich bliscy czuwają w wiecznym śnie i upominają się o pamięć. Zderzyłem się z e-forumowym poetą Waldemarem, który także krążył po sadlińskim cmentarzu, obdziełając zapalonymi zniczami upatrzone mogiły. Inni tutejsi znajomi złośliwcy dopytywali się, czy właśnie nie upatruję dla siebie schronu przed wyziewami spalarni. Odnalazłem swoich znajomych sprzed lat, jak i ostatnio odeszłych sąsiadów. Przystanek przy każdym takim grobie to osobna historia. Niezapisana pozostawi tylko personalia spisane na nagrobku. Budowniczemu domu, który zamieszkujemy z wnuczką także zapaliliśmy znicze, bo chałupka jest znośna, i choć mogłaby mieć ciekawsze rozwiązania, to nie wypominaliśmy mu tego, jakby nie było już po czasie. 168 „Przechodniem byłem między Wami” To była postać, której fantazja do dziś jest tu wspominana.(Ale „Lincolna”, którego przywiózł z USA do Sadlinek, prawie takiego samego jakim jeździł Elvis Presley, to może nie musiał kiedyś tam wyprowadzać z garażu na zmarnowanie i na złom.) Klarze zupełnie nie przypadła do gustu moja rezerwacja, którą jej pokazałem. Zlustrowała pobliskie porcelanowe fotografie na nagrobkach i wybrała mi, jej zdaniem, sympatyczniejsze towarzystwo, niż pusty placyk. Nawet nie próbowałem tłumaczyć dziecku, że za chwilę-moment ten placyk nie ma szans na pustostan. Dzieciom nie ma co opowiadać bajek ani o ludzkich narodzinach, ani o tajemnicy odchodzenia z tego świata. Wówczas normalniej będą to znosić. Dosyć sztucznie implantowany do polskiej tradycji zadusznej karnawałowy obyczaj amerykański jako „Halłoween” zdaje się zupełnie nie pasować do tych dni, jako coś obcego i dziwacznego. W polskim kalendarzu jest wiele innych okazji do zabawy i do krotochwili niekoniecznie w tym czasie, tradycyjnie obchodzonym przecież nie jako żałoba, ale raczej w zadumie komuś tam należnej. W te dni nachodzi mnie też pamięć o spotykanych cmentarzach kompletnie zdewastowanych i zapomnianych. Na szczęście obudziła się już polska wrażliwość, dotycząca także tamtych grobów. Odziedziczone z całym dziedzictwem tej ziemi już nie są nam tak obce i coraz częściej są porządkowane przez lokalny wolontariat. Na koniec jeszcze wiersz Jerzego Kosacza z 2005 roku, który z pewnością można zadedykować samemu autorowi na ostatnie pożegnanie. JERZY KO SĄCZ ŚMIERĆ PIĘKNODUCHA moja piękna dusza uleci pod sufit do wlotu w świetlisty tunel tam, ostatni raz spojrzy w dół na banalną kompozycję tego, co było jej mieszkaniem ostatnią myślą przed odlotem w światło będzie zdziwienie w dole, na łóżku pozostanie żal i rozpacz tylko nadzieja wyplątując się z piżamy niepostrzeżenie dla stojących wokół wzbije się za mną na neurologii brzmi Albignioni korytarzami płyną postacie El Greca Recenzje Andrzej Lubiński JEZUICI W PROTESTANCKIM MALBORKU Jezuici Malborku a życie religijne na terytorium diecezji pomezańskiej w okresie nowożytnym, red. Janusz Hochleitner, Malbork 2014. Późną jesienią 2014 roku ukazała się kolejna publikacja w serii „Biblioteka Mal-borska” jako pokłosie sesji naukowej zorganizowanej 17 października 2013 roku w Karwanie. Jej wydawcami są Malbor-skie Centrum Kultury i Edukacji, Muzeum Zamkowe w Malborku i Zrzeszenie Ka-szubsko-Pomorskie Oddział w Malborku. Oprócz wygłoszonych referatów zamieszczone zostały artykuły Stanisława Achrem-czyka, Janusza Hochleitnera i Justyny Zyśk. Książka składa się ze wstępu i dziewięciu artykułów. „Diecezja Pomezańska w okresie rozbicia terytorialnego i wyznaniowego 1466-1821” ks. Jana Wiśniewskiego przedstawia dzieje diecezji pomezańskiej podzielonej na część krzyżacką i polską, a pół wieku później na katolicką i protestancką. Autor przybliża czytelnikowi dzieje kościołów i kaplic w polskiej części diecezji pomezańskiej do 1821 roku będącej pod administracją biskupów chełmińskich jako administratorów biskupstwa pomezańskiego. W imieniu biskupa chełmińskiego jurysdykcję w dawnym biskupstwie pomezańskim sprawował oficjał pomezański rezydujący w Malborku. Na terenie oficjalatu pomezańskiego początkowo miało być 70 parafii a w roku 1766 było już tylko 32 parafii i 18 filii. „Zakony w Pomezanii od średniowiecza do 1945 roku” ks. Wojciecha Zawadzkiego Jezuici w Malborku a życie religijne na terytorium diecezji pomezańskiej w okresie nowożytnym pod redakcją Janusza Hochleitnera omawiają rolę zakonów w chrystianizacji Pomezanii. Odrodzenie misji chrześcijańskiej nastąpiło w XIII wieku w wyniku działań cystersów z Łekna. Następnym zakonem, jaki prowadził misję w Pomezanii byli dominikanie z Gdańska, a potem pojawili się Krzyżacy. Na początku XV wieku posiadali już 26 konwentów i niechętnie widzieli na swoim terytorium inne zakony, udzielili jedynie zgody na przybycie franciszkanów (1480) do Zalewa. Reformacja spowodowała zamykanie klasztorów. Dopiero w 1618 w Malborku osiedli jezuici. Następnym klasztorem męskim byli franciszkanie reformaci w Dzierzgoniu. Pierwszym za- 170 Recenzje konem żeńskim były szarytki, działające w Malborku od 1866 roku. Kolejnym, także w Malborku, było Zgromadzenie sióstr św. Katarzyny i Męczennicy z Braniewa. Od 1904 roku prowadziły one na zamku w Sztumie sierociniec. Pracowały również w sztumskim szpitalu. Na początku XX wieku pojawiły się elżbietanki. W Piekle od 1937 roku rozpoczęły pracę dominikanki z domu zakonnego w Gdańsku. Od średniowiecza do 1945 roku miało działać 9 męskich zakonów i 3 żeńskie. „Kościoły malborskie w I połowie XVII wieku” ks. Mieczysława Józefczyka przedstawiają losy kościołów między pierwszą a drugą wojną szwedzką. Oficjałem pomezańskim był wtedy Herman Weiher. Po nim Jan Schmak. Musiał on odremontować kościoły, wspierać jezuitów. W Malborku były 3 kościoły: Zamkowy, św. Ducha, św. Wawrzyńca oraz kaplica N. Maryi Panny nad Bramą, kaplica św. Wojciecha, św. Bartłomieja, przedmiejski kościół św. Jerzego, rezydencja jezuitów. W czasie pierwszej wojny szwedzkiej wszystkie uległy mocnemu zniszczeniu. Niektórych kaplic nie udało się odbudować. Wiatach 1626-1636 nie było żadnego kapłana katolickiego w Malborku oraz Pomezanii. Artykuł „Malbork miastem obrad sejmików generalnych Prus Królewskich” Stanisława Achremczyka pokazuje, jaką rolę odgrywało miasto w życiu sejmikowym prowincji pruskiej. Sejmik generalny odbywał się w dniu św. Stanisława, a w Grudziądzu dzień po św. Marcinie. Na sejmiki generalne przybywała szlachta z trzech województw. Miasta, gdzie odbywały się sejmiki musiały być dobrze przygotowane na czas obrad. Przybywała do nich nie tylko szlachta, ale również przedstawiciele wielkich miast, zakonni wysłannicy wojskowi. Królowi zależało, aby w sejmiku uczestni- czyli senatorowie. Obrady rozpoczynały się w ratuszu od wystąpienia najstarszego senatora. Pod koniec dnia wprowadzano na salę obrad posła od króla. Oddzielnie obradowały izby senatorska i poselska. Najdłużej dyskutowano nad sprawami podatkowymi. Z obrad sejmikowych korzystali mieszczanie Malborka, Grudziądza, którzy otrzymywali wynagrodzenie za wynajem kwater, karczem, zajazdów, odbywały się też targi dające duże możliwości zarobku. „Posługa duszpasterska Jezuitów w Malborku w świetle kroniki ” Andrzeja Kopiczki zawiera sporo informacji o wydarzeniach politycznych, wojnach, klęskach żywiołowych, pobycie władców oraz pracy jaką wykonywali Jezuici w Malborku i okolicy. Posługę religijną zakonnicy sprawowali przy kościele parafialnym Jana Ewangelisty. Pod opieką zakonników znalazł się też kościół zamkowy i kaplice. Na początku XVIII wieku bracia zakonni ufundowali ołtarz św. Stanisława Kostki, w następnych latach świątynia uzyskała dwa ołtarze św. Ignacego i św. Franciszka Ksawerego. Jezuici odnotowywali skrupulatnie ilość wysłuchanych spowiedzi, udzielonych chrztów w tym kilku żydom i menonitom. Jako sukces podawali przywrócenie kościołowi odstępców, odszczepieńców, błędnowierców, świętokradców. Sporo informacji autor poświęcił kultowi świętych wywodzących się z Towarzystwa Jezusowego. Szczególną cześć oddawano św. Stanisławowi Kostce. W XVIII doszedł św. Nepomucen. Ważną rolę odgrywało u jezuitów triduum paschalne obchodzone od Wielkiego Czwartku do niedzieli Zmartwychwstania. „Jezuici na dawnych ziemiach pruskich w XVI wieku ze szczególnym uwzględnię- Recenzje 171 niem Warmii” to artykuł Janusza Hochle-itnera. Jezuici przyczynili się do rozwoju systemu oświatowego, przywrócenia do Kościoła katolickiego zwolenników reformacji. W Braniewie, gdzie się osiedlili, otrzymali klasztor pofranciszkański. Początkowo oprócz Braniewa prowadzili działalność misjonarską w Elblągu i Malborku. Organizowali ewangelizacje ludności wiejskiej. Najważniejszą zasługą jezuitów było wypracowanie atrakcyjnego programu nauczania w kolegiach jezuickich, gdzie poziom nauczania był bardzo wysoki. Kształtowali nową pobożność otwartą na zewnątrz. Urządzali widowiska parateatralne z nabożeństwami, procesjami z wykorzystaniem salw armatnich, sztucznych ogni i paleniem kukieł heretyków. Wielu Warmiaków wstępowało do klasztoru jezuitów. „Konwertyci w kronice jezuitów mal-borskich 1647-1744”. Autor tego tekstu, emerytowany biskup warmiński Julian Wojtkowski, dokonał łacińskiego przekładu na polski kroniki wydanej w Olsztynie w roku 2013. W krótkim artykule przedstawił działalność misyjną na terytorium, gdzie żyło sporo zwolenników reformacji, którzy przeszli na katolicyzm. Od 1653 do 1743 nawrócić się miało 2227 ewangelików, 100 prawosławnych, 75 odstępców,6 menonitów, 5 żydów. Do najwybitniejszych misjonarzy biskup Wojtkowski zaliczył osobę świecką Jana Tesmera, ojca Szymona Szperlinga, Jana Gasparidesa, Jana Szpera, Piotra Ossowskiego, Jakuba Cyndela. Sam Gasparides miał nawrócić 360 inowierców a Jan Szper 200. Wybitnymi konwertytami byli luteranin Jan Demelius i kalwinista Jerzy Orlicz. Sukcesem jezuitów było nawrócenie starosty malborskiego Michała Rexina. Wydarzeniem był też fakt, że córka rabina z Hamburga została katoliczką. „Od powietrza, ognia i wojny wybaw nas Panie. Klęski elementarne i choroby w Malborku w XVII i XVIII wieku w świetle kroniki jezuickiej”. Autorka tekstu Justyna Zyśk przytacza za nią klęski i nieszczęścia jakie dotknęły Malbork i okolice. Jako przykład można podać rok 1717, gdy przerwany został wał przeciwpowodziowy na długości 300 łokci. Woda nie zalała jezuickiego majątku w Koźliczkach, ale zalała gospodarstwa luterańskich gburów, co autor kroniki uznał za przejaw boskiej opatrzności i kary dla niekatolików. Największe straty przynosiły ostre mrozy. Spustoszenia robiły też burze z piorunami. Klęski żywiołowe powodowały niedożywienie wśród najuboższych jak epidemie, choroby układu nerwowego, narządów wewnętrznych, puchlina wodna. Pierwsze wypadki dżumy w Malborku miały miejsce w połowie XVII wieku. Ta zaraza kilka razy atakowała Malbork w XVIII wieku. „Siedziba kolegium jezuickiego na zamku w Malborku (XVII-XVIII w.)” to opracowanie Artura Dobrego. Jezuici początkowo otrzymali mały domek niedaleko kościoła św. Jana. Zabiegali o kaplicę Mariacką nad Bramą Przewozową, ostatecznie otrzymali kościół Najświętszej Marii Panny na Zamku Wysokim oraz Domek Dzwonnika. Tu w przyszłości urządzili własną siedzibę i kolegium. Dzięki fotografiom z roku 1885 wiadomo, jak wyglądał budynek kolegium jezuickiego. W jego murach na początku XIX wieku znalazła się pruska administracja wojskowa. Jak wyglądał Domek Dzwonnika w czasach jezuitów pokazuje rekonstrukcja C. Steinbrechta z roku 1895. Autor zamieścił kilka ilustracji obrazujących Zamek Wysoki i Średni w XIX wieku. 172 Recenzje Jan Chłosta MORAWSCY WPISANI W DZIEJE POWIŚLA Janusz Ryszkowski, Morawscy pięć pokoleń i pół, Wydawnictwo Bernardinum, Pelplin 2014 (Biblioteka kwartalnika Prowincja t.2) W tylko co wydanej w ramach Biblioteki kwartalnika Prowincja książce „Morawscy pięć pokoleń i pół” jej autor Janusz Ryszkowski dążył do pokazania fragmentów ważnych wydarzeń z minionych 90 lat w historii Powiśla. Zresztą tego nie ukrywał, bo już na początku napisał: „Moja narracja będzie traktowała o przedwojennych Polakach na Ziemi Sztumskiej” (s. 16). Trzy lata temu w Prowincji drukowano fragmenty tej książki. Historia rodu Morawskich wszak bardzo temu przedsięwzięciu odpowiadała. Obok powiślańskich ziemian: Sierakowskich, Donimirskich, Janta-Połczyńskich, właśnie Morawscy, począwszy od nadzwyczaj sprawnego lekarza doktora Feliksa (1861-1929), który osiadł jeszcze w czerwcu 1890 roku w Sztumie i położył wielkie zasługi w aktywizowaniu kulturalnym miejscowych Polaków. Będąc lekarzem organizował tu, opierając się na wzorach pomorskich, polski ruch śpiewaczy i teatralny, a potem zajął się działalnością banku ludowego. Nie brakowało w jego życiu momentów dramatycznych. Nie był człowiekiem pokornym. Jeszcze 22 marca 1897 roku podczas uroczystego obiadu w Hotelu Królewskim z okazji setnej rocznicy urodzin cesarza Wilhelma I, właśnie dr Morawski w mundurze pruskiego lekarza wojskowego wraz z dziesięcioma innymi uczestnikami, odmówił zgody na wysłanie depeszy hołdowniczej depeszy do Otto von Bismarc- ka, przecież jeszcze niedawno demonstrującego wrogość do Kościoła katolickiego i Polaków. Ten protest nie mógł spotkać się z przychylnością niemieckich uczestników uroczystości. Jeden z nich wypowiedział nawet kilka obraźliwych słów wobec lekarza, które ten wykorzystał w wygranym procesie przed sądem niemieckim. Doktor Morawski zabiegał o polskie wychowanie swoich siedmiorga dzieci, doprowadził do ich udziału w działalności polskich organizacji. Tak można napisać o Aleksandrze, Stefanii, Bolesławie i Stanisławie. Ich wciągnął do pracy w miejscowym Banku Ludowym i do działalności kulturalnej. Recenzje 173 W książce znalazły się nie tylko opisy polskiego trwania, lecz również zostały pokazane złożone losy ludzi tej ziemi, uwikłanych w meandry wydarzeń i nieprzewidzianych okoliczności, tak jak to bywa w życiu, nie wszystko układało się według ustalonego schematu czarno-biały. W przypadku Stefanii Morawskiej czy Melanii, żony kapitana Wojska Polskiego Bolesława Morawskiego, kolejne etapy życia nie były ze sobą spójne. Córka doktora Stefania, pracując w Konsulacie RP w Ełku w 1932 roku wyjechała z niemieckim naukowcem dr Horstem Sie-gem do Indii, tam wzięli ślub, przed samym wybuchem wojny powrócili do Niemiec, ona była w 1945 roku więziona przez Francuzów w Tyrolu, w 1946 roku powróciła do rodzinnego Sztumu, tu z kolei była inwigilowana przez funkcjonariuszy UB i musiała zmieniać miejsca pobytu. Melania zaś za rzekomą współpracę w latach 1939-1944 z niemieckim okupantem odbywała czteroletnią karę więzienia za przyjęcie volkslisty. Janusz Ryszkowski mozolnie gromadził materiał do napisania monografii o Morawskich. Zdołał dzięki temu sprostować kilka mylnych ustaleń biograficznych, zamieszczonych w słownikach o poszczególnych przedstawicielach rodu. Przywołał mało znane lub przesadzone zapisy, jak między innymi wszystko to, co związane było z posługą nie tylko religijną sztumskiego proboszcza ks. Karola Stalinskiego i jego nieprzejednaną postawą wobec Konrada Osińskiego, ojca przyszłego prezesa Związku Polaków w Prusach Wschodnich i IV Dzielnicy Związku Polaków w Niemczech ks. Wacława Osińskiego. Właśnie Konradowi Osińskiemu nakazał ks. Stalinski, jako wybranemu członkowi rady parafialnej, złożenie przysięgi w języku niemieckim, a nie po polsku. Kiedy ten odmówił, doprowa- dził do procesu sądowego, zakończonego skazaniem Polaka, dalej omówił w oparciu o zapisy w rocznikach Gazety Toruńskiej działalność kulturalną Feliksa Morawskiego (szkoda, że autor przy cytatach z gazet nie podał chociażby daty druku albo numery pisma), nadto pokazał powikłane losy pozostałych Morawskich: Aleksandry, Edmunda, Józefa, Stanisława. Przypominając uchybienia uczynione w zestawieniu członków IV Dzielnicy Związku Polaków w Niemczech w opracowaniu z 1982 roku B. Łukaszewicza i W. Wrzesińskiego (w opublikowanej książce zabrakło nazwisk 260 członków z Powiśla, zresztą takie sprostowane sporządził i zamieścił w „Komunikatach Mazursko-Warmińskich” Andrzej Lubiński), nie bez racji dał do zrozumienia, że olsztyńscy historycy często marginalnie traktowali dotąd dzieje Powiśla. Wszystko to jako wytrawny literat i dziennikarz ujął w książce w dziesięciu oddzielnych rozdziałach i do tego w sposób czytelny i komunikatywny. Całość wzbogacił krótkimi informacjami biograficznymi o osobach występujących w tekście, kalendarium życia i działalności Feliksa Morawskiego, 22 fotografiami, indeksem i bibliografią. Mimo usilnych starań Autora, nie udało się ustalić wszystkich faktów i kolejnych etapów życia poszczególnych przedstawicieli rodu. Swoje poszukiwania, w których nie brakowało też przypadkowości, opisał barwnie i ze swadą. W tym wypadku sprawdziła się prawidłowość, że historyk podejmujący tematy dotąd ledwie dotknięty, sam skazuje się na taki los. Wszystko to, co Janusz Ryszkowski zawarł w swojej książce o Morawskich trzeba uznać za nadzwyczaj ważne dokonanie. Dał przez to świadectwo o wyjątkowym rodzie, który swoją służbą zapisał się trwale w naszej historii. 174 Recenzje Do tego co autor napisał o Morawskich ze Sztumu chciałbym dodać drobny epizod do biografii jednego z nich, ale także z pytajnikiem, bo do końca nie jestem pewny niżej zawartych ustaleń. Otóż w artykule z okazji 50 rocznicy śmierci ks. Walentego Barczewskiego, zamieszczonym w wydawanym w Londynie Przeglądzie Zachodnim (1978 nr 3-4 s. 23), wywodzący się z podolsztyń-skiego Unieszewa Augustyn Steffen napisał, że „dwie urocze córki gospodarza Luki ze Spręcowa [pod Olsztynem] uczęszczały na lekcje łaciny do szkółki księdza Barczewskiego w Brąswałdzie. Jedna z nich [chyba Jadwiga - J.Ch.] wyszła potem za syna przemiłego doktora Feliksa Morawskiego ze Sztumu, który był bankowcem [wydaje się, że chodzi o Józefa], druga młodsza od niej [Agnieszka] wstąpiła do klasztoru jako 16-letnie dziewczyna”. Tyle Augustyn Steffen. Imiona córek Joachima Luki, który był mężem zaufania Związku Polaków w Niemczech, odnalazłem we wspomnieniach Otylii Grotowej („W kręgu spraw ojczystych”, s. 35) oraz dokumentach w warszawskim Archiwum Akt Nowych, bo w 1925 roku obie córki Luki wraz z 16-letnią Otylią i Martą Wróblewską z Dajtek udały się do Uniwersytetu Ludowego w Dałkach k. Gniezna, prowadzonego przez ks. Antonie Ludwi-czaka, wcześniej prezesa Warmińskiego Komitetu Plebiscytowego. Skoro wspomniałem ks. Barczewskiego, to podzielam pogląd J. Ryszkowskiego o potrzebie edycji drukowanych w „Gazecie Olsztyńskiej” dwóch cyklów artykułów: „Z piśmiennictwa polskiego na Warmii w XIX stuleciu” (1924 i 1925 około 105 odcinków) oraz „Piśmiennictwo polskie na Warmii w XIX i XX stuleciu” (1927 i 1928 około 30 odcinków), zresztą próbę druku tych tekstów już podjąłem, ale w całości ujęcie wszystkich staje się dzisiaj niemożliwe, bo w zbiorach bibliotecznych i archiwalnych w naszym kraju nie zachowały się pełne roczniki pisma Pieniężnych. Akurat w tych latach występują największe luki. Stąd będzie to niemożliwe. Autor wielokrotnie powoływał się na wspomnienia Marii Zientary-Malewskiej, ale pominął fakt, że warmińska poetka pierwszy raz dłużej przebywała na Powiślu w październiku 1922 roku, kiedy zaprosił ją do Sztumu konsul RP Józef Gieburow-ski, aby zapoznała się z działalnością kół Towarzystwa Kobiet Chrześcijańskich pod wezwaniem św. Kingi i przystąpiła do organizowania podobnych stowarzyszeń na południowej Warmii. Rezultat tej kilkudniowej wycieczki był taki - cytuję konsula - że „po powrocie do Olsztyna zaczęła Zienta-równa wespół z innymi Polkami organizować kółka kobiet polskich. Obecnie znajduje się sześć grup terenowych”. Powstały one w Olsztynie, Brąswałdzie, Unieszewie, Gryźlinach, Jarotach i Gietrzwałdzie. Bardzo zachęcam do sięgnięcia po książkę Janusza Ryszkowskiego, a inicjatorów Biblioteki Prowincji do podjęcia kolejnych edycji. Recenzje 175 Piotr Piesik WOKÓŁ ZIEMI MALBORSKIEJ Ziemia Malborska - zręby zapomnianej tożsamości, pod redakcją Janusza Hochleitne-ra i Piotra Szwedowskiego, Biblioteka Malborska, Malbork 2014. Wypada się tylko cieszyć, że coraz więcej jest na Pomorzu lokalnych i regionalnych biblioteczek, by tak nazwać trend wydawania rozmaitych pozycji książkowych, dotyczących dziejów Małych Ojczyzn. Gdyby na jednej umownej półce zgromadzić wszystkie książki nt. Sztumu i Ziemi Sztumskiej, wydane drukiem w czasie ostatnich pięciu lat, powstałaby całkiem spora biblioteczka. Mamy „Bibliotekę Prowincji”, kolejna książka pojawiła się w Bibliotece Malborskiej. Tylko tak trzymać, bo ciekawych tematów do publikacji na pewno nie zabraknie. „Ziemia Malborska” jest pojęciem zapomnianym. Warto powrócić do treści, które przez wieki definiowały tożsamość naszej małej ojczyzny. W jej poszukiwaniu ważną rolę odgrywa historia - pisze Piotr Szwe-dowski, jeden z redaktorów książki, we wprowadzeniu do całości. Lektura treści na pewno może być w tym pomocna. Książkę podzielono na dwie części, „dwie rzeczywistości”, jak to nazywa Janusz Hochleitner. Pierwszej nadano wspólny, umowny tytuł - „Wybrane elementy tożsamości Ziemi Malborskiej w czasach staropolskich”, drugiej zaś „W odkrywaniu tożsamości zakotwiczonej w kulturze”. Wśród autorów poszczególnych materiałów znaleźć można wiele nazwisk bliskich „Prowincji”, m.in. Wacława Bieleckiego i Krystiana Zdziennic- Ziemia Malborska - zręby zapomnianej tożsamości pod redakcją Janusza Hochleitnera i Piotra Szwedowskiego kiego. Niektóre zagadnienia znajdowały też wcześniej miejsce na kartach kwartalnika. Historię i współczesność tworzą ludzie, zwłaszcza jednostki wybitne i zasłużone dla regionu. W opublikowanych materiałach sporo dowiadujemy się o ludziach, którzy wprawdzie są dziś nawet patronami ulic -jak Jan Bażyński, Jakub i Ludwik Wejherowie, Oskar Kolberg i Władysław Łęga - lecz tej wiedzy nigdy za wiele i warto wykorzystywać każdą okazję do jej upowszechnienia. Szczególnie podkreślić trzeba rolę etnograficznych badań Oskara Kolberga, których wyniki zasługują na gruntowne opracowanie. Prawdziwy tygiel kulturowy, jaki z powodu dziejowych burz miał miej- 176 Recenzje sce na Ziemi Malborskiej, spowodował przemieszanie zwyczajów, tradycji, strojów, pieśni. W tej sytuacji badania etnograficzne Kolberga okazały się bezcenne. Korespondują z nimi w interesujący sposób materiały nt. zwyczajów sobótkowych w kulturze ludowej Ziemi Malborskiej oraz zwyczajów żniwiarskich. Część z nich do dziś przetrwaławobrzędachdożynkowych, widzowie nawet nie domyślają się ich pochodzenia. Dla ludzi przemierzających Ziemię Malbor-ską ciekawa będzie prezentacja kapliczek, rozproszonych po całym regionie. Tym bardziej, że Stanisław Kuprjaniuk z pewnością nie wyczerpał tematu i nie opisał wszystkich takich miejsc. Dlatego warto zagadnienie to kontynuować, bowiem zainteresowanie badacza może się przełożyć na większą dbałość o zachowanie kapliczek ze strony lokalnych społeczności. Książkę polecić można każdemu, kto interesuje się historią Ziemi Malborskiej i szuka jej tytułowej zapomnianej tożsamości. Do nabycia pozycji zachęca też niewygórowana cena (15 zł) i dobry poziom edytorski, choć w tekstach znalazło się kilka irytujących „literówek”. Andrzej Kasperek STUTTHOF / SZTUTOWO - MAŁA WIEŚ O WIELKIEJ HISTORII Marcin Owsiński, Stutthof Historia miejscowości i gminy od średniowiecza do maja 194S roku. Muzeum Stutthof, Sztutowo 2014. Sztutowo jest położone u nasady Mierzei Wiślanej, tam gdzie wyrasta ona z Żuław. Chyba niewiele jest wiosek w Polsce, którym poświęcono by tyle wzmianek i opracowań historycznych. Zachwycała się nim Johan-na Schopenhauer (matka słynnego filozofa). W swoich Gdańskich wspomnieniach młodości opisuje wypady z Gdańska do majątku w Stutthof, który dzierżawił jej ojciec i zachwytom nad tym miejscem nie ma końca: „Szczęśliwe, szczęśliwe czasy, które [tam] przeżyłam”. W jej wspomnieniach Sztutowo i jego okolice to istny raj. I może zbytnio nie przesadzała, bo znajdowała tam spokój, ciszę zakłócaną tylko przez trele ptaków, brak trosk życiowych... Dzieje miejscowości rozpoczynają się STUTTHOF HISTORIA MIEJSCOWOŚCI I GMINY OD ŚREDNIOWIECZA DO MAJA 1945 ROKU Recenzje 177 w początkach XIV wieku, kiedy Krzyżacy założyli nad Szkarpawą osadę, w której urzędował frater Reynico magister piscaturae Scar-poviae - a więc „rybicki”, czyli brat odpowiedzialny za połowy ryb, pozyskiwanie drewna z lasów mierzei i wypasanie koni. Bo to od stadniny i dworu bierze się niemiecka nazwa wsi: Stutt = Gestiit = stadnina, Hof = dwór. Przez wieki to właśnie ów dwór, wielki i bogaty, był palony, burzony, odbudowywany... Raz nawet nocował tam car Piotr Wielki. Koło dworu wyrosła wieś. Jej dzieje opisał w 1928 r. niemiecki historyk John Muhl w dziele Die Geschichte von Stutthof a obecnie Marcin Owiński przedstawił na nowo w książce: Stutthof. Historia miejscowości i gminy od średniowiecza do maja 1945 roku. Tytuł zdaje się sugerować, że będzie kontynuacja. Autor jest do opisania powojennych dziejów swej rodzinnej wsi jak najbardziej uprawniony, ale nie przez tylko przez fakt zamieszkiwania w niej, a raczej przez swe kompetencje. Marcin Owsiński to fachowy historyk i kustosz, kierownik działu oświatowego Muzeum Stutthof w Sztutowie. Czytelnicy „Prowincji” znają zresztą go od lat, po na łamach naszego kwartalnika kilkukrotnie ukazywały się jego artykuły, m.in.: Trzy światy Stutthofu: kurort - obóz - normalność („Prowincja” nr 12). Książkę wydało Muzeum Stutthof i jest to kolejna publikacja muzealnego wydawnictwa, które w ostatnich latach prowadzi bardzo intensywną działalność. Publikuje nie tylko wspomnienia byłych więźniów (Las bogów Balysa Sruogi, A jednak żyję. Wspomnienia ocalałego Chanana Werebejczyka, Warszawiacy w Stutthofie Wiktora Ostrowskiego), opracowania naukowe (Zeszyty Muzeum Stutthof, nr 11 i 12, Żydzi w KL Stutthof Danuty Drywy), ale także rzeczy zupełnie nowatorskie - komiks Szczęściarz z rocznika 1917 autorstwa Agnieszki Kosko-Hołowczyc i Wandy Swaj- dy już stał się wydarzeniem edytorskim i ma szanse na zdobycie dużej popularności, co w kategorii książek wydawanych przez muzea jest bardzo rzadkie. Książka Owsińskiego ma charakter popularny, autor zdecydował się na opowiedzenie dziejów Sztutowa od jego początków za czasów panowania Krzyżaków, przez czasy władania polskiego, pruskiego aż do XX wieku, kiedy to 2 września 1939 r. rozpoczął swe funkcjonowanie Konzetrationlager Stutthof, założonym jeszcze za czasów istnienia Wolnego Miasta Gdańsk. Zadziwiające, że wyzwolono go dopiero 9 maja 1945 r. Te dwie daty wyznaczały czas wojennej apokalipsy. KZ Stutthof stawał się więc symbolicznym obrazem wojny i jej okrucieństwa. Czymś na kształt II wojny światowej w miniaturze. Zła opinia, a raczej niesława, owego „osławionego obozu nad morzem” (określenie Tadeusza Borowskiego z opowiadania Pożegnanie z Marią) legła cieniem na powojennej historii wsi. Do tego stopnia, że zaraz po wojnie używano nazwy Obozy, a przecież istniała już od dawna nazwa spolszczona - podaje ją np. Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, który był wydawany w latach: 1880-1902. W tomie XII jest mowa o „największej i najpiękniejszej wsi na gdańskiej Nierzeji”. Pamięć o miejscu martyrologii, o kominach krematorium i masowych mogiłach była przeszkodą w normalnym funkcjonowaniu miejscowości, np. o wiele mniej chętnie przyjeżdżali tu letnicy a przecież przez lata wieś słynęła jako kurort nad Bałtykiem. Morze, Zalew Wiślany, Szkarpawa, lasy i łąki - to wszystko pozostało, ale jakieś w odczuciu wielu było jakieś inne, bo ten dawny raj stal się piekłem dla tysięcy niewinnych ludzi. Marcin Owsiński wykorzystał w książce rezultaty swych prowadzonych od lat prac ba- 178 Recenzje dawczych, dotarł do wielu niepublikowanych źródeł historycznych; zdjęć, listów, archiwaliów. Dało to możliwość napisania ciekawej książki, która jednak wbrew tytułowi nie jest szczegółową (na niecałych stu stronach to przecież niemożliwe) historią żuławskiej wioski, ale raczej, jak mówi sam autor: „opowieścią o ludziach, którzy część swego życia spędzili właśnie w Stutthofie. Historię tworzą ludzie i oni też są jej przedmiotem, to co ludzkie jest jednocześnie najbardziej ulotne i zmienne w czasie, czasem trudne, zawsze jednak pouczające”. Dlatego też na historię pierwszych sześciu wieków istnienia wsi (od 1309 po 1939) autor poświęcił raptem 20 stron, z czego połowę zajmują ilustracje. To pokazuje, że czasy najnowsze są właściwym obszarem zainteresowania dla M. Owsińskiego. Nie dziwi to u historyka od lat zajmującego się tymi problemami i nie czynię mu z tego powodu zarzutu, ale trochę mi żal, że dawna historia wsi została potraktowana zbyt lakonicznie. Bo są to dzieje wielce zajmujące - nieprzypadkowo napisałem w tytule, że Sztutowo to mała wieś o wielkiej historii. Mam nadzieję, że książka doczeka się rychle wznowienia i ten rozdział zostanie znacznie wzbogacony. Właściwym żywiołem Owsińskiego jest okres II wojny światowej i powojnia, tu czuje się najpewniej, dlatego książka przynosi dużo wiadomości o powstaniu obozu koncentracyjnego, jego współistnieniu z gminą, o stosunku miejscowej ludności do KZ Stutthof a także o końcu istnienia kacetu i exodusie dotychczasowych mieszkańców wioski. Zamknęła się pewna epoka i rozpoczęła nowa. Już zupełnie inna. Dużym walorem książki jest ciekawa ikonografia - bardzo dużo fotografii, rycin i widokówek. Najczęściej pochodzą one ze zbiorów miejscowej Biblioteki Publicznej oraz Archiwum Muzeum Stutthof. Kilka lat temu, gdy pracowałem nad opowiadaniem Sianokosy u Schopenhauerów odwiedziłem sztutowską bibliotekę i byłem zdziwiony, jak bogatymi zbiorami regionalnymi ona dysponuje. Wiele książek, zdjęć, listów to dary dawnych mieszkańców. Zupełnie wyjątkowa jest współpraca pań bibliotekarek z Irmgardą Stoltenberg, dawną mieszkanką Sztutowa, która od lat odwiedza kraj swych lat dziecinnych, opisuje go we wspomnieniach; biblioteka półtora roku temu zorganizowała ciekawą wystawę jej fotografii... Marzy mi się książka Owsińskiego, która będzie kompletną historią wsi - uwzględniającą także czasy powojenne, dającą barwny obraz dziejów ciekawego miejsca na mapie Polski. Dzieło zaopatrzone w przypisy i skrupulatne w lokowaniu cytatów. Sztutowo na to zasługuje. Marta Chmielińska-Jamroz W WIĘZIENIU POZNAŁEM JEZUSA Krzysztof Łaszuk, Zdeptany bukszpan, Komuna... Stan wojenny... Kto dziś do-Wydawnictwo Misjonarzy Krwi Chrystusa kładnie pamięta tamte czasy - mamy świa-Pomoc, Częstochowa 2014. domość kryzysu, kolejek, kartek i wojska na Recenzje 179 ulicach, czasami mówimy o ofiarach w kopalni Wujek lub stoczniowcach z Wybrzeża, ale obrazy te powoli się zacierają. Młode pokolenie zupełnie nie zna uczuć towarzyszących Polakom w roku 1981, coraz częściej też pojawiają się westchnienia tęsknoty za PRL-em. Lekceważyć je? Czy może głośno przypominać nie tylko w czasie rocznic kolejnych wydarzeń? Czy to nie zostanie nazwane polowaniem na czarownice? Funkcjonariusze SB to dziś emeryci z siwymi głowami, mili panowie, którzy czasami częstują dzieci cukierkami. Czym częstowali swoich wrogów politycznych w latach 80-tych? Na pewno nie były to słodycze. Książka „Zdeptany bukszpan” ukazała się w grudniu ubiegłego roku, jej autor jest mieszkańcem Malborka. Krzysztof Łaszuk opowiada o swojej drodze, która przez więzienie wiodła do Jezusa, o swojej przemianie i narodzinach na nowo, a doszło do tego w czasie odsiadywania wyroku za kolportaż ulotek w stanie wojennym. Aresztowano wówczas pięć osób: Regina, Jurek, Andrzej, Kazik i Krzysiek. - Tak prawdę mówiąc, nie wiem jak silna byłą opozycja w Malborku, ja byłem szarym, zwykłym członkiem „Solidarności”, bardziej mnie interesował ruch niepodległościowy niż związkowy - mówi Krzysztof Łaszuk. - To się wyniosło z domu, gdy ojciec w latach 70-tych opowiadał o Katyniu, o marszałku J. Piłsudskim, a dziadek czytał mojej mamie „Trylogię” Sienkiewicza. Tak byliśmy wychowani. Interesowała mnie historia. W latach młodzieńczych bardzo się przyjaźniłem z koleżanką ze szkolnej ławy - Reginą Tuszakowską, która działała w „Solidarności”. Później poznałem też śp. Kazika Derkowskiego, Jurka Ziętę i Andrzeja Laskowskiego. 9 kwietnia 1982 r. wszyscy zostaliśmy aresztowani. Ubecy po- o Krzysztof Łaszuk ■ I Zdeptany | bukszpan wiedzieli mi, że jestem z tzw. „Przestępczej piątki malborskiej - wrogowie socjalizmu”. Nie wiedziałem o co im chodziło. Jaka była „Solidarność” w Malborku, trzeba o to pytać głównych ówczesnych działaczy związkowych. To byli bohaterzy, ja byłem tylko małym, nic nie znaczącym „trybikiem” w tej wielkiej machinie związkowej. Można by powiedzieć, że wcale tego nie pragnąc i niewiele robiąc w tym zakresie, nagle znalazłem się w orbicie wielkiej historii. Dziś już wiem, że to był zamysł Boży. To co się kiedyś stało w moim życiu pozwoliło mi odkryć nowe, piękne i głębokie wartości, które pozwoliły mi rozpocząć życie konsekrowane. Wierze, że nic nie dzieje się bez przypadku, „nawet włosy są policzone na mojej głowie”. Bóg jest twórcą i Panem naszej historii i „choćbym chodził ciemną doliną zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”. Choć dla wielu wydaje się to niemożliwe, 180 Recenzje brat Krzysztof pełen jest miłości do swoich oprawców, tych z więzienia jak i esbeków z Malborka - to bardzo szczególna cecha, bo człowiek zwykle nie potrafi zapomnieć a już z pewnością trudno mu pokochać tych, którzy go krzywdzą. Brak rozliczenia funkcjonariuszy komunistycznych służb oraz wciąż nie zakończone sprawy zabójstw i zbrodni stanu wojennego wciąż są żywe w polskim społeczeństwie. W każdym mieście i miasteczku na ulicach możemy spotkać byłych funkcjonariuszy systemu represji - milicjantów, esbeków, sędziów i prokuratorów. Dziś wyglądają niewinnie, jednak kilkadziesiąt lat temu potrafili z satysfakcją wyżywać się nad członkami opozycji, pobierają też za swą ówczesną pracę emerytury i żyje im się całkiem dobrze. Jednak autor „Zdeptanego bukszpanu” zamiast nienawidzić - patrzy na nich jak na braci, którzy błądzili. - Kiedy na lekcji religii pytam moich uczniów z „Głównych prawd wiary” - co to znaczy, że „Bóg jest sprawiedliwy, który za dobro wynagradza a za złe karze?”, to uczniowie wiedzą, że zbrodnia nie ukarana jest demoralizująca - tłumaczy swoje odczucia Łaszuk. - Trzeba osądzić i wybaczyć, ale nie można zapomnieć. Bo zbrodnia nie ukarana daje pożywkę innej zbrodni. Kiedy czytam w mojej teczce z IPN nazwiska tych, którzy donosili, zdradzali, bili, to nie mam w sobie nienawiści. Nam chrześcijanom, nie wolno nienawidzić. Gdy Jezusa przybijano do krzyża, to On modlił się za oprawców - „Ojcze przebacz im, bo nie wiedzą co czynią.” Chcę być uczniem Jezusa, więc muszę kochać i przebaczyć. Jeśli będę nienawidził to już nie mogę być uczniem Jezusa. Choć sprawiedliwość domaga się ukarania, to w głębi serca Bóg woła - PRZEBACZ. Zło dobrem zwyciężaj - uczy św. Paweł. On też był w więzieniu. „Zdeptany bukszpan” przepełniony jest bliskością Boga i refleksjami Krzysztofa Ła-szuka, znajdziemy tam cytaty z Biblii i przesłanie miłości i wiary. Wiele w niej jest także obrazów więziennego życia i to stanowi jakby drugą warstwę książki. W czasie PRL-u i stanu wojennego więzienia nie były tak łaskawe dla więźniów jak dziś. „Imię!” „Nazwisko!” „Adres!” I ten przerażający stukot klucza o kraty celi, to słowa, które w książce powtarzają się bardzo często. To prawdziwy obraz tamtych dni, w czasie których młody Krzysiek z Malborka cierpiał, bał się i tęsknił za rodzicami, to widzenia w czasie których nie można było nawet swobodnie rozmawiać i czereśnie, których aresztowany nie mógł otrzymać od rodziny. Wielomiesięczny pobyt w więzieniu, odsiadywanie wyroku z kryminalistami, spowodowały przemianę Krzysztofa Łaszuka. Jak sam mówi „więzienie nauczyło mnie być wolnym, za kratami w ograniczeniu doznałem wewnętrznej wolności”. Krzysztof jest teologiem, ukończył Akademię Teologii Katolickiej w Warszawie oraz wiele dodatkowych podyplomowych kierunków związanych z pedagogiką, kształceniem zintegrowanym i dydaktyką katechezy. Pracował jako nauczyciel katecheta w kilku miastach a obecnie w Malborku. Jest członkiem Instytutu Świeckiego Chrystusa Króla, gdzie złożył śluby wieczyste, ale nie jest osobą duchowną. Instytut świecki tworzą ludzie, którzy żyją w warunkach świeckich i całkowicie oddają się Bogu. Brat Krzysztof cieszy się, że udało mu się wydać książkę, choć nie było to łatwe. Po wielu próbach i rozesłanych do wydawnictw maszynopisach, książką zainteresowało się Wydawnictwo Misjonarzy Krwi Chrystusa „Pomoc”. Pierwsze spotkanie promocyjne odbyło się w Malborku. Recenzje 181 Leszek Sarnowski ELBLĄSKI ZRYW „SOLIDARNOŚCI” Karol Nawrocki, Studium przypadku. Opór społeczny wobec władzy komunistycznej w województwie elbląskim (1976-1989), str. 476, Wydawca - Instytut Pamięci Narodowej Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, Elbląg-Gdańsk 2014. Czym jest historia „Solidarności” regionu elbląskiego wobec historii świata i kosmosu? Pyta retorycznie i filozoficznie we wstępie książki Karol Nawrocki. Na szczęście odpowiada pozytywnie i konkretnie i przedstawia nam efekt swoich dociekliwych, żmudnych i skrupulatnych badań. Zgadzam się w pełni z autorem, że w tej chwili, po opracowaniu ogólnej historii ruchu „Solidarność”, należy przejść od szczegółów i pokazaniu fenomenu „Solidarności”, prawie dziesięciomilionowego związku, z perspektywy „prowincji”, gdzie też mieliśmy do czynienia z rzeszą jeszcze bezimiennych, cichych bohaterów niepodległościowego zrywu. Tu na dole było znacznie trudniej, bo aparat partyjny był silny, sprawny i przebiegły, a uwikłania towarzysko - polityczne jeszcze silniejsze. Pojawiło się już na szczęście sporo opracowań przyczynkarskich do dziejów poszczególnych miast, ale brakowało uporządkowanego opracowania całości. Tego właśnie podjął się Karol Nawrocki, młody historyk, naczelnik Biura Edukacji Publicznej gdańskiego oddziału IPN, rocznik 1983, a zatem nie uwikłany w działania lat 8O-tych, ze świeżym i obiektywnym spojrzeniem. Choć dzieło swoje nazywa „Studium Przypadku”, to można powiedzieć, że jest to mimo tego zastrzeżenia dzieło dość kompleksowe i niemal kompletne. STUDIUM PRZYPADKU OPÓR SPOŁECZNY WOBEC WŁADZY KOMUNISTYCZNEJ W WOJEWÓDZTWIE ELBLĄSKIM (1976-1989) KAROL NAWROCKI Dzieło ukazujące opór społeczny lat 1976-89 w województwie elbląskim, choć nie aspirujące do kompleksowego zarysowania całości życia społeczno-politycznego. Książka składa się z siedmiu rozdziałów. W pierwszym ogólna charakterystyka województwa elbląskiego. W drugim autor pokazuje początki buntu w województwie czyli 1976 rok, kiedy do akcji strajkowej włączyła się spora część załogi elbląskiego Zamechu, ale także inne zakłady w Kwidzynie czy Malborku. Protest nie był na tyle silny, jak wiemy żeby przynieść jakiekolwiek efekty, poza kolejnymi represjami, przy obojętności w tym czasie Kościoła. Jak wynika z badań autora, do 1979 roku w województwie elbląskim nie podejmowano 182 Recenzje żadnych działań opozycyjnych. Po tym roku zaczęły się pojawiać pierwsze ulotki i wydawnictwa książek bezdebitowych. Opozycyjne myśląca część elblążan skupiła się w Klubie Inteligencji Katolickiej. Działalność opozycyjną podejmowali młodzi elblążanie, którzy studiowali poza Elblągiem, jak choćby Edmund Krasowski w Warszawie. Służba bezpieczeństwa z kolei pozyskiwała wielu młodych ludzi do współpracy, by inwigilować środowiska, w których mogło by się pojawić potencjalne zagrożenie. Krasowskiego nie udało się zwerbować, ale ze środowiska kwidzyńskiego udało się pozyskać na tajnego współpracownika ówczesny student prawa w Toruniu, Marka Sidora (TWSkorpion). W sierpniu 1980 roku województwo elbląskie, jak dostrzega Karol Nawrocki, nie należało do najaktywniejszych jeśli chodzi o działalność opozycyjną. Pierwsze informacje o strajku w stoczni gdańskiej dotarły 15 sierpnia. Co zadziwiające nie zaprotestował wtedy Zamech, gdzie pracowało najwięcej robotników, ale Lokomotywownia PKP w Malborku, WPWiK w Elblągu i Masarnia w Sztumie. Protest na szerszą skalę wybuchł w województwie dopiero następnego dnia kiedy stanął zakład nr 3 czyli Gdańska Fabryka Mebli w Sztumie. Przyczyny strajku były głównie socjalne, ale właśnie wtedy w województwie zaczął się masowy protest. Sygnał zatem poszedł ze Sztumu. Dopiero 18 sierpnia fala strajków rozszerzyła się na większość miast regionu elbląskiego. Stanęła większość zakładów Elbląga, część zakładów Malborka i Kwidzyna, choć do akcji nie włączyła się większość spośród pracowników tych zakładów, a strajki słabły często następnego dnia. Wielu działaczy próbowało ratować sytuację. W Kwidzynie np. Jerzy Kosacz w dniu 21 sierpnia powołał z kilkoma osobami (Jacek Goszczyński, Tomasz zachorowski) Komitet Wspierający Strajk w Stoczni Gdańskiej - zbierano pieniądze, za które kupowano papierosy i razem z papierem z Celulozy wysyłano stoczniowcom do Gdańska. W Sztumie do protestu w kolejnych dniach przyłączyło się sporo zakładów, ale na krótko, bo już 29 sierpnia w mieście panował spokój. W Nowym Dworze Gdański strajki rozpoczęły się w PKS-ie. W Dzierzgoniu strajkował PGKiM i Prefabet. Po zwycięstwie i podpisaniu porozumień sierpniowych rozpoczęło się budowanie struktur związkowych. Pierwszym przewodniczącym MKZ „Solidarność” w województwie elbląskim został Ryszard Kalinowski, który był również jedynym reprezentantem regionu w ogólnopolskiej Krajowej Komisji Porozumiewawczej NSZZ „Solidarność”. We wrześniu MKZ liczył 74 zakłady z całego województwa, część zakładów, między innymi z Malborka, Sztumu i Kwidzyna podlegała pod MKZ w Gdańsku. Autor, co jest ważną wartością książki, analizuje również tworzenie struktur związkowych w całym województwie. W Kwidzynie szefem MKZ został Jerzy Kosacz, w Malborku Zenon Mucha, w Nowym Dworze Gdański Zbigniew Pąsik, w Dzierzgoniu Lech Lepka, w Sztumie Andrzej Kazior. Sztum, jak podkreśla autor, poza Elblągiem, był drugim miastem w regionie, w którym wydawano lokalną gazetę solidarnościową. Szefem redakcji „Sztumskiej Solidarności” był Wacław Bielecki, z którym współpracowali między innymi - Józef Ty-miec, Mirosław Melerski i Krystyna Muszyńska. Działalność wydawniczą w Sztumie kontynuowano po 1989 roku, wydając najpierw „Sztumską Solidarność”, a następnie „Gazetę Sztumską”, których redaktorem naczelnym był piszący te słowa. W kolejnym rozdziale Karol Nawrocki analizuje sytuację w województwie w okre- Recenzje 183 sie represji stanu wojennego. W całym województwie internowano ponad 70 działaczy „Solidarności” większość trafiła do zakładów karnych w Iławie i Kwidzynie. Jak duża była skała zastraszenia i penetracji środowisk solidarnościowych, świadczy choćby to, że do końca 1982 roku SB pozyskała do współpracy w całych województwie ponad 250 osób, jako tajnych współpracowników. Opór w okresie stanu wojennego był zatem dość utrudniony. Spośród ponad stu tysięcy członków „Solidarności” w 1981 roku, w stanie wojennym w całym województwie na rzecz podziemnych struktur działało zaledwie sto osób. Najsilniej opór funkcjonował w Elblągu, gdzie skupiony był wokół Grupy Marcina czyli Edmunda Krasowskiego i Józefa Gburzyń-skiego, przy znacznym wsparciu Kościoła, a szczególnie ks. infułata Mieczysława Józef-czyka. Jego plebania w Elblągu przy katedrze była prawdziwym azylem dla wszystkich tych, którzy podejmowali jakiekolwiek działania antykomunistyczne. Wiele osób, które nie zaprzestały swojej działalności lub zajmowali się kolportażem nielegalnych wydawnictw skazano w sądowych procesach (ok.30 osób). Część działaczy zdecydowała się na emigrację, głównie do Niemiec, Norwegii i USA. Ci, którzy zostali, podejmowali działania w ramach legalnych struktur i stowarzyszeń - Klub Inteligencji Katolickiej, Duszpasterstwo Ludzi Pracy (Elbląg, Kwidzyn) lub wybierali, jak to wówczas określano „emigrację wewnętrzną”. Była to dość powszechna postawa, szczególnie w mniejszych miejscowościach województwa, gdzie inwigilacja SB przybierała największe rozmiary. Zmiany nastąpiło dopiero po obradach okrągłego stołu, kiedy ponownie zalegalizowano „Solidarność”, zaczęły powstawać Komitety Obywatelskie „Solidarność” i dawni działacze (przynajmniej część) zaczęli angażować się w ponowne odzyskiwanie suwerenności. Karol Nawrocki, w oparciu o źródła pisane i mówione (rozmowy z działaczami), wykonał bardzo potężną pracę. To na dziś najważniejsze źródło do dziejów zrywu solidarnościowego w województwie elbląskim. Ważnym atutem książki jest także aneks z licznymi załącznikami, jak choćby lista internowanych, skazanych wyrokami sądowymi w całym województwie elbląskim, a także analiza sytuacji strajkowej w 1980 roku w różnych zakładach regionu. Poza tym bogata bibliografia, indeks osób i miejscowości. Oprócz środowiska elbląskiego bogato zaprezentowane zostało również środowisko ze Sztumu, Malborka, Kwidzyna, Nowego Dworu Gdańskiego, Braniewa, Pasłęka, Dzierzgonia, a nawet Sadlinek, Ryjewa. Mamy tu wiele znanych nam nazwisk - Krystyna Muszyńska, Wacław Bielecki, Mirosław Melerski, Benedykt Nowak, Antoni Fila, Stanisław Bogdanowicz, Wanda Bura, Jan Chojnacki, Janusz Baranowicz, Jerzy Kosacz, Leszek Koszyt-kowski, Andrzej Lubiński, Leszek Sarnowski, Józef Tymiec. Poważnym mankamentem, choć to nie zarzut pod adresem autora, a raczej czasów o których pisze, jest mała ilość zdjęć. W książce mamy kilkanaście legitymacyjnych portretów działaczy „Solidarności” i kilka na szczęście ocalałych zdjęć operacyjnych SB. No cóż, takie były czasy, że nie było miejsca na dokumentację, albo część jej została zniszczona przez samych działaczy lub organy bezpieczeństwa. Wydawcą książki jest gdański oddział Instytutu Pamięci Narodowej, który konsekwentnie, ale także dzięki takim autorom jak Karol Nawrocki, przywraca i utrwala pamięć o najnowszych dziejach naszego regionu. To książka ważna, bez taryfy ulgowej, zgodnie z tym co pisał wiele lat temu Józef Mackiewicz, że „tylko prawda jest ciekawa”. 184 Recenzje Marta Antonia Łobocka Z PASJĄ O ŻUŁAWACH Katarzyna Czaykowska-Stój, W biegu, po drodze żuławskim traktem, Wydawnictwo Stowarzyszenia „Kochamy Żuławy", 2014. dW biegu, po drodze żuławskim traktem” to opowieść o Żuławach, widziana oczami przewodniczki, Katarzyny Czaykowskiej-Stój, która od dawien dawna przybliża innym region delty Wisły. Najnowsza publikacja jest pewnego rodzaju przewodnikiem po Żuławach Steblewskich (Gdańskich), ale autorka mówi także o Gdańsku, Elblągu i Malborku. To opowieść o historii małej i dużej, o ludziach, tradycjach, kuchni, problemach, blaskach i cieniach tych ziem, ale także o dzieciństwie, rodzinie, dziurach w cegłach i autorytetach pani Kasi. Książka została wydana z inicjatywy Stowarzyszenia „Żuławy Gdańskie” - na podstawie zapisek publikowanych na blogu autorki https:// czaykowska.wordpress.com/ Czytając książkę „W biegu, po drodze żuławskim traktem” zdecydowanie można poczuć pasję pani Katarzyny Czaykowskiej oraz miłość, jaką obdarzyła Żuławy. Mimo iż to mieszkanka dużego miasta, jak mało kto rozumie ona specyfikę Żuław. Często przewodniczka podkreśla, że nie wie kto ma większą frajdę z żuławskich wypraw: turyści, których oprowadza, czy też ona sama. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś było inaczej: Muszę się do czegoś przyznać... Otóż wiele lat temu powiedziałam, że na Żuławach nie ma niczego ciekawego. Że płasko, pusto, nudno... A potem, najpierw z rodzinnej historii wychynął się jakiś „praszczur” na Żuławach, a następnie - zostałam przewodnikiem... Konkludując, nigdy już tak nie powiem. Ba! Odszczekuję wszystko!!! Bo im więcej wiem o Żuławach (...) tym bardziej bliski staje mi się ten Płaski Kraj nad Wisłą. Pytana o to jak to się stało, że pokochała Żuławy, pani Katarzyna odpowiada: Powinnam powiedzieć, że ta miłość spadła na mnie nagle i niespodziewanie. Ale tak nie było. Mogę śmiało określić to uczucie, jako miłość dojrzałą i świadomą. To nie żadne tam zafascynowanie nagłe, typu och-y i ach-y. To stawało się tak stopniowo ;) Otóż, znalazłam rodzinny ślad tutaj właśnie. Bo nie przemawiało do mnie kiedyś, że mój Ojciec zakochany był w Żuławach. Że znał je od WTEDY, czyli zanim jeszcze odeszły w niepamięć po 1945 roku. Nie wierzyłam Mu, że tu może być pięknie, magicznie, mistycznie. Nie widziałam tego wszystkiego. No i w końcu los mnie pokarał, zsyłając mi jakiegoś przodka, pociotka czy powinowatego (?) na Żuławy w początkach wieku XVIII. Zaczęło się szperanie, szukanie, dywagacje, dlaczego tu, dlaczego on - i takie tam... Przy sposobności nagle pojawiali się ludzie, którzy chcieli, bym im pomogła w poszukiwaniach rodzinnych. No i dostałam od Recenzje 185 Rodziny aparat fotograficzny... Jak wiemy - Żuławy są szalenie Jotogeniczne, i nie ma dwóch takich samych ujęć nawet tej samej wierzby. No i przyszła miłość. Taka dojrzała, bo już wiedziałam za co kocha się Żuławy. To nie fascynacja nagła, to nie egzaltacja, jakiej ulegamy wszyscy przy pięknych widokach, to są moje Żuławy. W deszczu zacinającym. W błocie po uszy. Z chabrami, makami i ze śpiewem skowronków. Z zapachem rzepaku. Z mentalną niemocą lokalnych władz, nieczu-jących bagażu przeszłości. Z niejednokrotnie okrutną bezmyślnością wielu, którzy tu tylko mieszkają. Z zapałem wreszcie - wielu, którzy na szczęście identyfikują się z tym kawałkiem błota na mapie Polski.... Jestem wielką admiratorką Żuław i ich historii, poznawanej poprzez pryzmat ludzkich losów. Autorka ukazuje Żuławy z perspektywy człowieka i to właśnie ludziom poświęca bardzo dużo uwagi. To oni są przedmiotem jej wnikliwej analizy. Poszukuje prawdy historycznej o dawno zmarłych mieszkańcach tych ziem, ale także uważnie słucha opowieści tych żyjących, którzy często niosą na swych barkach ciężki bagaż doświadczeń. To właśnie ten ludzki aspekt książki „W biegu, po drodze żuławskim traktem” oraz fakt, że autorka pisze z przymrużeniem oka, sprawia, że publikację „pochłania się” błyskawicznie. A gdy czyta się to, co już samemu słyszało się od jednej z Żuławianek, pani Eli Kufel: „Trutnowy, jak krowy - pamiętaj odmianę” - człowiek uśmiecha się od ucha do ucha :). Pani Kasiu, mi również ten zwrot zapadł w pamięci - jest on bardzo pomocny, gdyż odmiana nazwy „Trutnowy” przysparza wielu problemów. Pytana o to jakie spotkania ceni sobie najbardziej, pani Katarzyna mówi: Każde jest cenne. Pamięta Pani to spotkanie w jednym z niesłychanie zaniedbanych domów pod- cieniowych „na trasie"? Nieopodal pasła się urocza koza, a spod nóg niemal czmychnął nam kot... To też było wyjątkowe, bo nagle spotkałyśmy WTEDY przeniesione do TERAZ. I wątpię, by obecni mieszkańcy borykający się z okrutna prozą dnia codziennego w ogóle myśleli o poprzednich właścicielach, czy też o tym, ile i jaką śmietankę do słodkich bułeczek używali. Cenię sobie też ludzi, którym się chce. Chce się grzebać w dokumentach, chce się korespondować z Przeszłością, i chce się wiedzieć więcej. Chyba jednak takie spotkania cenię sobie najbardziej. Bo spotkania z Mennonitami i ich wspomnieniami - są oczywiście poza protokołem ;) To co autorka najczęściej wspomina i to z największym sentymentem, poruszając serca wszystkich słuchaczy, to opowieści z jej wypraw w poszukiwaniu śladów przeszłości i bytności dawnych mieszkańców Żuław: Znalazłam jakiś krzak z kolcami i małymi przekwitłymi kwiatkami. Pani X zerwała kilka gałązek na pamiątkę. Mówiła, że okno jej pokoju wychodziło na park właśnie i pamięta poranne ćwierkanie wróbli. Nie ma już domu, w którym Pani X spędziła szczęśliwe dzieciństwo, zamiast niego stoi murowane bezstylowe pudełko. Dziki park był już o tej oprze ciemny i cichy. Szumial jedynie wiatr w liściach... Odwróciłam się ku pani X i ujrzałam, że płacze. Wszyscy mieliśmy mokro pod powiekami. Poszukiwania bywają jeszcze trudniejsze. Lord L. w 1945 r. uciekał wraz z matką i siostrą z Prus Wschodnich. Rezygnując z promu Wilhelm Gustloff, przemierzali wozem zamarznięty Zalew. Wiele lat później przyjechał na Mierzeję Wiślaną: Stał na molo w Krynicy z zaciśniętą dłonią. Patrzył na Zalew jakby kogoś szukał w niemal idealnie gładkiej toni. (...) Utonęła gdzieś tu, na Zalewie - wskazał ręką przed siebie. - Na wysokości Frauenburga. Pamiętam 186 Recenzje wzgórze z katedrą - dokończył. Czy Lord L. mówił o matce czy o siostrze? Nie wiadomo. W książce nie mogło zabraknąć oczywiście zamku w Malborku: Malbork istniał w moim życiu od zawsze i to o różnych porach roku. Najwyraźniej istniał jesienią (...) wtedy cały zamek był nasz, bo przewodnika nie potrzebowaliśmy - mój Ojciec od przedwojnia znał zamek i ciekawostki o nim.” Pani Kasia, będąc już na studiach, przychodziła tutaj na wagary. Wiadomy Zamek (tak mówi o malborskim zamku) konsekwentnie trwał w codzienności pani Kasi, aż zakorzenił się w jej sercu na dobre. Teraz pani Kasia jest licencjonowaną przewodniczką po Muzeum Zamkowym i każda wycieczka po tej największej w Europie Kupie Cegieł (jak to określa czasem autorka) to dla niej fascynująca przygoda, mimo iż odbyła ich pewnie z milion). W swojej książce autorka skupia się na pozytywnych aspektach zwiedzania Żuław, ale porusza także trudniejsze kwestie. Autorka ubolewa nad trudną sytuacją, w jakiej znalazły się Żuławy po 1945 roku. Czy jest jakakolwiek nadzieja na uratowanie tych wyjątkowych zabytków żuławskiej architektury? Czy urzędnicy tak regionalni, jak i wyższego szczebla wreszcie zauważą, że Pomorze to nie tylko Kaszuby i że tutaj, na Żuławach istnieje wciąż, jakby na przekór powszechnemu mniemaniu, niesłychanie bogate dziedzictwo kulturowe? (...) Dobrze więc, że chociaż lokalne grupy mieszkańców od czasu do czasu zbierają się (...) ale i oni niewiele mogą, bo „grubsze” remonty kosztują. Opisuje też swoje spotkania z dawnymi mieszkańcami Żuław, którzy widzą zrujnowane gospodarstwa, zniszczone cmentarze lub... puste pola: Reagują bez histerii towarzyszącej Polakom jeżdżącym na wschód. Wiem, że to okrutne dla wielu mających korzenie na kresach. Ale oni są po prostu dojrzalsi. Owszem, jest im łatwiej, nie przechodzili przez to, co spotkało Połaków, ale w ten sposób można wszystko wytłumaczyć. Zwalając winy na innych, system i Obcych. Nigdy nie spotkałam się z jakąkolwiek postawą roszczeniową z ich strony, ale z drugiej strony (wobec nich) spotkałam się niejednokrotnie z agresją i wręcz chamstwem. Kiedyś nas nawet poszczuto psami. Ale nie zawsze tak jest, i powiedziałabym, że coraz rzadziej. Często zawiązują się przyjaźnie, i raz nawiązana korespondencja trwa potem wiele lat. Generalnie, reagują z radością, że cokolwiek istnieje, jednocześnie traktując te tereny jako ogniwo w często nie do końca znanej historii rodziny. Katarzyna Czaykowska podsumowuje: Książeczka - moja książeczka... brzmi dumnie. I nie przypuszczałam, że tyle frajdy mi przyniesie. Co innego czytać siebie w necie, a co innego przewracać kartki i kłócić się sama ze sobą o każdy akapit. Jedno mnie dziwi, że jednak TO zrobiłam, że odważyłam się napisać :). W planach mam ciąg dalszy, bo przecież moje słońce w kieszeni i chmura gradowa - to nie tylko Żuławy, ale też i dawne Prusy Wschodnie. Mam co robić. A życzliwość, z jaką się ta moja pierwsze drukowana pisanina spotkała, pozwala mi mieć nadzieję, że i następna część znajdzie ciepłe przytulisko. Nasze konkursy OPOWIEM CI LEGENDĘ Powiatowy konkurs literacki im. Oskara Kolberga pod honorowym patronatem kwartalnika „Prowincja”pod nazwą - „Opowiem ci legendę” został rozstrzygnięty w grudniu ubiegłego roku. Jego pomysłodawcą była Anna Bogdanowicz, polonistka ze szkoły w Waplewie. Podstawowym wymogiem było stworzenie legendy (podania) osnutej na jednym ze spisanych przez Kolberga w czasie pobytu w Waplewie i Bukowie wątków podań dotyczących ziemi sztumskiej. Każdy, kto zna 39 tom „Dzieł Wszystkich Oskara Kolberga” wie, że zapiski dotyczące poszczególnych miejscowości są krótkie i rozproszone w różnych rozdziałach tematycznych, a i tam nie są grupowane według miejscowości z których pochodzą. Pierwszą trudnością było odnalezienie owych wątków. Można było wykorzystać również inne zapiski Kolberga dotyczące naszego regionu: opisy strojów, obyczajów, potraw, teksty pieśni, itd. Jak można zauważyć, uczestnicy konkursu czerpali z tego bogactwa bardzo obficie. Wymagało to od nich pomysłowości i umiejętności pisarskich - tak snuli swoje opowieści, by stały się pretekstem do wplatania opisów tradycji i dawnych zwyczajów czy słów pieśni. Było to zadanie tym trudniejsze, że i język i styl Kolberga znacznie odbiegają od potrzeb narracji typowej dla legendy, czy podania - ślady takich potyczek i borykania się z tym problemem są widoczne, np. w postaci niekonsekwencji językowych (formy czasowników) czy stylistycznych. Zważywszy jednak, że młode Autorki mają od 11 do 13 lat, należy uznać, że wywiązały się z zadania po mistrzowsku. Jeżeli chodzi o treść... cóż, pomysłowość nie zawiodła i tutaj: mamy typowe motywy podań, legend, czy opowieści ludowych, z próbą stylizacji językowych włącznie, ale nie zabrakło i świeżości - pojawiła się syrenka, kojarzona dotąd z innymi regionami Polski i świata. Można też odnaleźć klimaty bliskie mrocznym sagom skandynawskim czy... naszej polskiej „Balladynie”. Lektury to raczej uczestniczkom konkursu jeszcze nieznane, można więc pogratulować intuicji i wyobraźni. Główną nagrodą dla młodych twórców była publikacja zwycięskich legend na łamach naszego kwartalnika, co niniejszym, z przyjemnością czynimy. Redakcja Zuzanna Bociańska klasa V, Zespół Szkół w Mikołajkach Pomorskich I miejsce OPOWIEM CI LEGENDĘ O NOWOTARSKIM JEZIORZE... Działo się to w czasach, gdy żołnierze króla szwedzkiego grabili i niszczyli nasze ziemie, nawet kościoły... Obce wojska paliły, w ruinę obracały wszystko, co napotkały po drodze. Ludziom w owym czasie żyło się więc nielekko. W znoju i pocie uprawiali małe płachetka ziemi. Bywało, że poranny głód oszukiwali suchymi kartoflami, na obiad kartofle z okrasą albo i bez, a wieczorem, po ciężkiej pracy zazwyczaj na włościańskich morgach - smelka -woda wrząca zasypana mąką. Z rzadka w ów czas widywali mięso. 188 Opowiem ci Razu pewnego z okolic Waplewa trzech młodzików - krzepkich braci, postanowiło wyruszyć na służbę, do Gdańska. Przemyśliwali sobie, aby na statek jakowyś się zaciągnąć jako chłopcy okrętowi, albo do flisowania. Postawni bowiem byli, robotni, mocnej budowy. Włosy mieli jasne, oczy bystre, siwe. Marzyło im się żeglowanie, a nawet zdobycie skarbów. Już widzieli siebie, jak dokupują mórg urodzajnej ziemi do niewielkiego ojcowskiego poletka, które wykarmić wielu gąb rady nie dawało. Śnili o murowanej chałupie z kilkoma izbami, o ławach, zastawionych stołach. Ojciec i matka - staruszkowie - serdecznie pożegnali synów. Przyszykowali im skromne węzełki, a w nich trochę kartofli, słoniny i po osełce masła. Najżałośniej jednak przyszło się rozstać najstarszemu, Jaśkowi, ze swą ukochaną, co ją w myślach i sercu od dawna nosił. Pewnego wieczora, tuż przed odejściem ze wsi, udali się bracia do karczmy. Wystroili się w paradne, granatowe jaki, takież spodnie i buty z cholewami do kolan. Pod szyją czerwieniły im się chustki, na głowach mieli kapelusze z szerokim rondem. Nie było we wsi dziewczyny, która by nie zerkała ukradkiem na rosłych młodzików, którzy na służbę na wsi nająć się zapragnęli. Gdy w rozświetlonej, gwarnej karczmie zagrzmiała muzyka, Jasko ujął swą najmilejszą prawą ręką. Lewą delikatnie objął jej kibić, ona zaś wsparła się na jego ramieniu i tak obeszli w koło izbę. Potem puścił ją, a dziewczyna, patrząc smutno w oczy Jaśka, stanęła naprzeciwko - na drugim końcu izby. Przytupywali przy tym, a wreszcie zamienili się miejscami. Dwaj młodsi bracia z podziwem przyglądali się wybrance Jaśka. Piękne, jasne włosy splecione miała w dwa warkocze złożone w ósemkę na głowie. Spódnica na niej - czerwona, wełniana i żółty kubrak ozdobiony mieniącymi się zakochani patrzyli sobie tęsknie w oczy i w pewnej chwili Jaśko zanucił, a dziewczyna mu zawtórowała. Dwa piękne głosy uderzyły w powałę: W sadku wiszenki A na polu gaj, Już mnie opuściła moja najmilejsza Będzie ci to żal. Wyszła do niego najmilsza jego Jak różany kwiat, Ni zapłakała, ni zadumiała, Odmienił ij się świat. Czego tak plączesz, (czego) narzekasz, Dziewczyno moja? Jak ja ni mam płakać, jak nie mam narzekać, Nie będę twoja. Będziesz, dziewczyno, będziesz jedyna, Będziesz, dalibóg, Nasze konkursy 189 Ludzie, mi cię rają I pirsze sam Bóg. Ty pójdziesz dróżką, A ja doliną, Ty zakwitniesz różą, ty zakwitniesz różą’ A ja leliją. Gdy skończyli śpiewać, z oczu dziewczyny trysnęły łzy i potoczyły się po cudnych jagodach. Jaśko ujął ukochaną i poprzysiągł, że nim minie rok, wróci cały, ze skarbami. Dwóch młodszych braci wziął na świadków przysięgi. I oni zawtórowali słowom najstarszego, obiecując, że wnet stawią się we wsi. W tejże chwili ciemne niebo rozpłakał się, jakby potowarzy-szyć pragnęło łzom dzieweczki. Lunął deszcz i całymi strugami woda uderzała w waplewską ziemię. Groźne pomruki burzy odezwały się znienacka i niebieski piorun uderzył w pobliskie nowotarskie jezioro. Rozszlochana dziewczyna odprowadziła braci na skraj wioski i długo stała, moknąć. Tęsknym wzrokiem obejmowała Jaśka i odprowadzała go niebieskimi, smutnymi oczyma. W Gdańsku prowadzono werbunek i młodzieńcy przyjęli się na korab pewnego bogatego kupca. Służba na statku przeciągnęła się, bo chociaż grosza trochę odłożyli, to jednak skarbów nie znaleźli. Młodsi bracia tęsknili za starymi ojcem i matką, za wioską. Ale Jaśko pragnął bogactwa i powrotu w chwale na ojcowiznę. Mijały lata. Bracia okrzepli, twarze ich stały się ogorzałe. W niczym nie przypominali młodzieńców sprzed lat. Zmarło się ojcu, a matula sama biedna, w izdebce wypatrywała synów. W czarnej chuście na głowie, zawiązanej nad czołem w podwójny węzeł, niby rogi; w trepach drewnianych z rzemieniem, w szerokiej, ciemnej spódnicy - siedziała na progu i przypominała, zastygła, ptaka, który strzeże gniazda z nawyku jakiego, bo młode, wyklute pisklęta wyleciały hen, daleko. Ukochana Jaśka wypłakała niebieskie oczęta, zrazu przepędzała zalotników, potem widywano ją pod sadem wiśniowym, błąkającą się nad jeziorem, biegającą leśnymi dróżkami - a to w towarzystwie, a to samą. Razu pewnego, głęboką nocą, wichura się zerwała i deszcz zaczął zacinać od północy. Zdawało się dziewce, że słyszy głosy, łomotanie do drzwi. Odryglowała je ruchem gwałtownym i wpuściła do chałupy ino ziąb, wodę i jakowąś dziwną poświatę. A wichura szalała. Wyrywała drzewa z korzeniami, zrywała dachy i zarzucała je gdzieś do góry. Rozszalała się i woda na Bałtyku. Nastały złe godziny dla wszystkich żeglarzy. Morze huczało, miotało okrętami. I okręt bogatego kupca, na którym służyło trzech braci, tańczył, jak łupinka. Fale wzdymane wiatrem piętrzyły się jedna za drugą. Spienionymi grzbietami zalewały deski pokładu i rzucały korabiem na wszystkie strony. 190 Opowiem ci Majtek wołał głośno i niecierpliwie: - Lądu nie widać! Zwinięto żagle, a ze strwożonych ust rozległy się słowa modlitwy. Niejedną burzę już przeżyli, ale ta trwała wyjątkowo długo i końca jej widać nie było. Nocne niebo przedzierały błyskawice i raz po raz gromy uderzały w Bałtyk. Zacinał zimny deszcz, do brzegu było daleko, a i świateł latarni nijak nawet z bocianiego gniazda dostrzec nie było można. Ziąb i lodowata woda przenikały kubraki marynarzy, którzy ciałami przywarli do desek pokładu i z całej mocy trzymali się lin. Na nic. Żywioł triumfował. W jego ciemnej i groźnej paszczy zginął i ten, i niejeden okręt. Woda pochłonęła statki i ludzi, ich losy, dobytek albo jedynie marzenia o nim. Potopili się braciszkowie, o czym w ostatniej godzinie myśleli - trudno rzec. Starzy gadają, że pewno o rodzinnych stronach, ojcu, matuli, dziewczynie, dla której serce biło. Bo do dzisiaj z wód nowotarskiego jeziora wychodzą trzy postaci szare i białość je otacza. Bracia wracają, bo tak obiecali. Pojawiają się wraz z widmem latarni, oświetlającym drogę do domu, który stał się dla nich ostatnim portem. Nasze konkursy 191 KONKURS „ŻUŁAWY - MOZAIKA WIELU KULTUR” We wrześniu 2014 r. Stowarzyszenie „Kochamy Żuławy" zaprosiło młodych Żuławiaków do wzięcia udziału w projekcie „Żuławy - mozaika wielu kultur". W ramach projektu przygotowano konkurs skierowany do uczniów ze szkółponadgimnazjalnych na reportaż i blog o Żuławach. Celem konkursu było kształtowanie świadomości kułturowej, tożsamości regionalnej oraz upowszechnianie właściwych postaw młodzieży wobec wielokulturowego dziedzictwa i przeszłości regionu. W trakcie trwania konkursu Stowarzyszenie „Kochamy Żuławy" prowadziło błog edukacyjny (http://zulawymozaika.wordpress.com/). Organizatorzy publikowali na nim materiały dotyczące regionu i jego historii oraz wskazówki dotyczące tekstów, które mieli przygotować uczniowie szkół. Na blogu pojawiły się następujące posty: „Wielokulturowość Żuław", „Dziedzictwo kulturowe Żuław", „Moja rodzina na Żuławach", „Moja mała ojczyzna", „Ciekawa postać z Żuław", które są ogółnodostępne. W rywalizacji o cenne nagrody wzięli udział uczniowie ze szkół w Nowym Dworze Gdańskim z Zespołu Szkół nr 1 - Liceum Ogólnokształcące im. Ziemi Żuławskiej i w Elblągu z Zespołu Szkół Ogólnokształcących - I Liceum Ogólnokształcące im. J. Słowackiego. Organizatorzy otrzymali blisko 50 prac, które były oceniane w dwóch etapach przez specjalnie wyłonione jury, w którego skład wchodzili członkowie Stowarzyszenia „Kochamy Żuławy": Aleksandra Paprot, Joanna Trojnar, Anna Krokosz, Przemysław Jońca oraz osoby spoza stowarzyszenia: dr Anna Weronika Brzezińska - etnołożka z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Marek Stokowski -pisarz i kustosz Muzeum Zamkowego w Malborku. 6 grudnia 2014 r. w Galerii Żuławskiej w Nowym Stawie, odbyła się uroczysta gala kończąca projekt. Wydarzenie inaugurował wykład na temat wielokulturowości Żuław, który poprowadziła Aleksandra Paprot, wiceprezes Stowarzyszenia „Kochamy Żuławy" - kułturoznawca i etnolog. Następnie miało miejsce uroczyste wręczenie nagród laureatom konkursu. Pierwsze miejsce zajął Jakub Sosnowski, I Liceum Ogólnokształcące im. J. Słowackiego w Elblągu, drugie Emil Koller, a III miejsce Szymon Lewandowski, obaj z Liceum Ogólnokształcącego im. Ziemi Żuławskiej w Nowym Dworze Gdańskim. Przyznano również IV miejsce Aleksandrze Kowalskiej, V miejsce Weronice Stawasz, VI miejsce Kacprowi Cerowskiemu oraz wyróżnienia Wiktorii Gałkowskiej i Magdalenie Jegier. W trakcie gali można było obejrzeć wystawę zdjęć nadesłanych na konkurs przez uczestników. Były to fotografie odnalezione w starych albumach rodzinnych, a także zdjęcia prezentujące pamiątki z przeszłości np. dyplomy i ordery. Obok nich zaprezentowano zdjęcia z żuławskich plenerów fotograficznych wykonanych przez członków Stowarzyszenia. Patronat medialny nad konkursem objęli: „Dziennik Bałtycki”, tygodnik „Żuławy i Mierzeja”, „Gazeta Malborska" oraz portale naszemiasto.pl i ndg24.com. Projekt współfinansowany był ze środków otrzymanych od Województwa Pomorskiego. 192 Konkurs „Żuławy - mozaika wielu kultur” Poniżej publikujemy trzy zwycięskie prace. Zostały one zredagowane przez Aleksandrę Pa-prot. •k-k-k Jakub Sosnowski JEDEN REGION - WIELE KULTUR Większość uczniów kończąc szkołę zapamięta przede wszystkim, że Żuławy to ziemia wydarta wszechobecnej na tym obszarze wodzie. Czy pamiętamy jednak, że za tymi wszystkimi działaniami stoją konkretne grupy ludzi? Ludzi, którzy tak jak my, mieli swoje zwyczaje, tradycje, ale również problemy dnia codziennego. Czy pomimo upływu czasu w jakiś sposób oni nadal są wśród nas? Ostatnio wybrałem się w nietypową podróż po bliskich mojemu sercu terenach delty Wisły. Tak naprawdę po raz pierwszy odkrywałem pod względem kulturowym i obyczajowym nieznane mi rodzinne tereny. Zobaczyłem ludzi w odmiennym mi krajobrazie. Nie spodziewałem się nawet, że ta wędrówka wywrze na mnie tak ogromne wrażenie i wzbudzi zaciekawienie historią tych terenów. ŻUŁAWSKI PORZĄDEK Wśród mnóstwa wiejskich alei porośniętych drzewami stoją imponujące zabytki architektoniczne wybudowane m.in. przez mennonitów - domy podcieniowe. Drewniane, ryglowe lub murowane ze wspartą na kilku słupach piętrową, najczęściej ryglową wstawką - podcieniem. Nadaje on specyficzny charakter budownictwu wiejskiemu Żuław. Dużą wartość prezentują również dobrze zachowane zagrody holenderskie, których głównym załażeniem podczas budowy było połączenie wszystkich zabudowań pod jednym dachem. Czy to nie interesujące? Oprócz zabudowań gospodarczo-mieszkalnych charakterystyczne są także wszechobecne zabytki hydrologiczne. Wśród nich można odnaleźć stare, nieco zaniedbane, śluzy i zastawki. Przez kanały i rzeki „poprzerzucane” są mosty, które nie tylko łączyły komunikacyjnie dwa brzegi rzeki, ale również musiały posiadać taką konstrukcję, aby umożliwić przepływanie pod nimi statków. Po wiejskich ścieżkach prowadzą mnie wiekowe wierzby, które mogłyby opowiedzieć nie jedną ciekawą historię. W piękny krajobraz idealnie wkomponowują się także dostojne wiatraki, które leniwie obracają się pod wpływem podmuchów natury. Z dala od budynków, na skraju wsi, można dostrzec otoczone łąkami i polami zapomniane i lekko zaniedbane cmentarze. Coraz mniej osób pamięta o osadnikach z Niderlandów, jednak zdarzają się również tacy, którzy stopniowo przywracają piękno tym szczególnym miejscom. Pomimo nieubłagalnego czasu, duch mennonicki nadal pozostał. To właśnie mennonici najbardziej rozwinęli szeroko rozumianą kulturę Żuław, która obecnie tak bardzo kojarzy się nam z krajobrazem regionu. Wprowadzili nie tylko nowe rozwiązania w technice melioralizacji terenów, ale również w architekturze, sztuce i zwyczajach. ŁAD I HARMONIA Przemieszczając się w kierunku Żuław Wielkich odnajduję pewne różnice w krajobrazie okolicznych miasteczek. Jest to jakby podróż w czasie - stopniowe przejście podczas wędrówki. Zaczynam obserwować pejzaż kształtowany przez myśl średniowieczną Krzyżaków. Spowodowała ona fundamentalne zmiany w sferze życia materialnego i duchowego. Charakterystyczne zagrody holenderskie należą już tutaj do rzadkości. Przeważają budynki wolno stojące z czerwonej cegły o bardziej masywnej budowie. Dobiegające do nich aleje i drogi tworzą wisie o w miarę regularnych i uporządkowanych kształtach. Wszystko jest dokładnie dopracowane, nie spotkam nawet pojedynczych siedlisk, które mogłyby zakłócić ten wszechobecny ład. Zieleń okala zabudowania gospodarcze, cmentarze oraz kościoły ze strzelistymi wieżami (katolickie i protestanckie) i idealnie podkreśla klimat regionu. Oczyma wyobraźni widzę chłopów posługujących się coraz częściej dominującym językiem niemieckim. Przemieszczając się dalej w swojej podróży, już z daleka dostrzegam ogromną twierdzę, której nie powstydziłby się żaden z europejskich władców. Potężna i masywna, zbudowana z cegły fortyfikacja krzyżacka stanowi świadectwo dorobku ludzi z epoki średniowiecza. Idealnie ukazuje również siłę zakonu krzyżackiego, którą można poczuć przyglądając jej się zamkowi z bliska. By poznać dalszy ciąg fascynujących bitew i podbojów krzyżackich wystarczy wejść i znaleźć się w komnatach pełnych historii, w których jeszcze pobrzmiewa echo chwały zwycięzców na polu bitwy. 194 Konkurs „Żuławy - mozaika wielu kultur” Wróć tutaj znów do kwietnych łąk, gdzie znajdziesz swój znajomy kąt, znajome dni, znajomy czas1 O czasach akcji „Wisła” opowiedziała mi rodowita Żuławianka, koleżanka mojej babci. Pani Lucyna w 1947 r. miała 11 lat. - Czym była akcja „Wisła”? - To władze komunistyczne dążyły do całkowitej likwidacji problemu z ludnością ukraińską. Chciano ją wysiedlić na inne, obce tereny. Głównym celem tych działań była połonizacja tej mniejszości narodowej w Polsce. W ten sposób dążono do stworzenia jednolitego państwa. -Jak na początku, po przesiedleniu, wyglądały relacje między ludźmi tu, na Żuławach? - Problemem we wzajemnym poznawaniu siebie była niechęć Polaków i Ukraińców wobec siebie. My żyliśmy wśród swoich, a oni wśród swoich i trzymali się razem. Zasiedlali domy już wcześniej wybudowane, ale zrujnowane. Z początku spotykali się tylko w tych swoich grupach, w których razem obchodzili święta. Jednak z czasem zrozumieli, że zostaną tutaj na dłużej. W jakiś sposób to zaakceptowali. Później łatwiej było się nawet się z nimi porozumieć, zwłaszcza w szkole z moimi rówieśnikami. Z czasem było już coraz łatwiej i dla nich i dla nas, i jakoś się żyło. TU SĄ NAPŁYWOWI Tereny delty Wisły to także historia najnowsza. Jak się dowiedziałem od mieszkańców tych terenów, obecnie Żuławy to współistnienie różnych ludzi oraz ich kultur, tradycji, obyczajów. Powojenni mieszkańcy Żuław przybyli na te tereny po 1945 r. Jak powiedział mi pewien starszy Pan: Ta nowa ludność przybyła pod przymusem, zostali przesiedleni, nie mieli ' Piosenka „Syberiada” w wykonaniu Ani Wyszkoni i Piotra Cugowskiego. Nasze konkursy 195 wyboru. Są to ludzie pochodzący z terenów Kaszub, Mazowsza, Białostocczyzny, Lubelszczyzny, Rzeszowszczyzny, jak i z Kresów Wschodnich - z Wołynia czy Wileńszczyzny. Przy okazji pokazał dom obok, w którym mieszkała kobieta z Mazowsza. Zarówno wszyscy ludzie - tzw. napływowi, którzy przybyli tu po wojnie, jak i ich potomkowie tworzą współczesny obraz Żuław. Nadają tym terenom specyficzny, niepowtarzalny charakter. Załęży im, aby w naszą kulturę, włączyć ich tradycje, które jeszcze pamiętają - mówi mi mój rozmówca. Dzięki temu współczesna kultura nie jest jednolita, jest wielopostaciowa, co przy poznaniu historii przesiedleńców może stanowić dla nas dużą wartość. Leon Wojtczak - Czy znasz li ten kraj Czy znasz ten kraj? Gdzie wierzba prastarych w szeregach tysiące Stoi na straży pól nizinnych Gdzie rzędy pasiek i roje brzęczące Dążą brzemiennie do swych gniazd rodzinnych? Czy znasz ten kraj ? Gdzie pszenne łany falują jak morze Na łąkach krasę stada się pasące Gdzie traktor szary czarną ziemię orze I płoszy ptactwo w szuwarach krzyczące? Czy znasz ten kraj? Co padł ofiarą potopu, zagłady To wroga ręka dopełnia czynu Z zemsty za pogrom, tu nie ma przesady Tu znalazł klęskę, a nie laur wawrzynu Czy znasz ten kraj ? Jak naród wyzwalał z topieli tę ziemię Jak pracą i znojem z zaparciem i wiarą Budował od podstaw Nasze polskie mienie Kosztem wyrzeczeń i poświęceń miarą? Czy znasz ten kraj? Gdzie krew praojców żyźniła tę ziemię W obronie ojczyzny przed najazdem wroga? Gdzie polska gwara i słowiańskie plemię Gdzie po bursztyn prowadziła droga? 196 Konkurs „Żuławy - mozaika wielu kultur” Czy nasz ten kraj? Gdzie go jeszcze polska ryła socha Od Prusów Granice po brzegi Motławy Gdzie lud spokojnie swą ojczyznę kochał To Polska Ludowa! To my Żuławy DROGA JEST DŁUGA Terytorium Żuław stanowi klasyczny obszar pokazujący problemy pojawiające się wskutek częstej zmiany przynależności państwowej i „wymieszania” różnych kultur i grup społecznych. Skomplikowana historia i podziały terytorialne wpłynęły na wielokulturowe dziedzictwo regionu. Pojawiają się w nim zarówno odmienne grupy etniczne: bałtyckie, słowiańskie i germańskie, różne wyznania religijne, w tym prastare pogańskie wierzenia, rzymskokatolickie, mennonickie, ewangelickie oraz greckokatolickie. Różnorodność językowa poszczególnych grup ludności składa się na mozaikę lokalnych nazw własnych, miejscowości i elementów środowiska geograficznego. Przenikanie się kręgów kulturowych doprowadziło do utworzenia jedynego w swoim rodzaju krajobrazu kulturowego. Nie zapominajmy o tym, że przed nami również żyli tu ludzie, tak różni i odmienni. Nie zapominajmy o tym, co pozostawili po sobie. Dbajmy o ich dorobek, ponieważ jest on jedyny w swoim rodzaju i stanowi o wartości Żuław. Emil Koller MOJA RODZINA NA ŻUŁAWACH Moja rodzina od strony ojca pochodzi z trenów dawnego zaboru austriackiego, a od strony matki z terenów obecnego województwa lubelskiego. Dziadek od strony ojca pracował najpierw przymusowo w gospodarstwie bogatego Niemca. Potem, gdy skończył 18 lat, został wcielony do Wermachtu. Tam służył jako celowniczy w artylerii przeciwlotniczej. Jednak przez zaniedbanie, podczas odpoczynku żołnierzy, miasto, którego bronili zostało zbombardowane. Następnie sformowano z nich artyleryjską kompanię karną składającą się ze zniemczonych Polaków i wysłano ich na front. Ze 135 żołnierzy przeżyło tylko trzech. Podczas obrony fabryki dziadek został trafiony przez odłamki z bomby fosforowej, które go poważnie poparzyły. Kiedy powrócił do zdrowia, wysłano go na front ponownie. Pozostałości blizn i odłamków zostały już jednak na jego ciele na zawsze. Koniec wojny zastał mojego dziadka w Czechosłowacji, po drugiej stronie gór. W czasie podróży powrotnej do Polski został złapany. Miał przy sobie niemiecką książeczkę wojskową, za co trafił do polskiego obozu pracy. Pracował w nim dziewięć miesięcy razem z górnikami w kopalni. Potem przybyła komisja międzynarodowa, która sprawdzała tożsamość osadzonych. Po zweryfikowaniu zeznań dziadka uznali, że rzeczywiście jest Polakiem i wypuścili go do domu. Nasze konkursy 197 Dziadek na Żuławy przyjechał na początku marca 1946 r. Z racji tego, że większość terenu w tym czasie wciąż była zalana, musiał się osiedlić na wale Kanału Panieńskiego. Aby gdzieś dotrzeć, poruszał się łódką przez kanał. Pierwszy rok był wyjątkowo ciężki. Nie było nic do jedzenia. Przetrwał głównie dzięki racjom żywnościowym rozdawanych przez UNRRA. Pradziadek ze strony mojej matki trafił z kolei na przymusowe roboty w Niemczech, ponieważ służył w Wojsku Polskim jako łącznościowiec. Pracował w gospodarstwie rolnym bogatego Niemca jako stolarz. Pod pozorem załatwienia dokumentów uciekł do Polski. Po powrocie do miejsca, z którego pochodził, został wójtem. Uciekł stamtąd jednak wraz rodziną, bojąc się prześladowań Ukraińców z UPA. Na Żuławy jechali w październiku w wagonach towarowych wraz z inwentarzem żywym. Podróż trwała siedem dni. Drewniany dom, w którym zamieszkali, był kryty dachówką, połączony z zabudową gospodarczą. W sto- Portret dziadka, kiedy był w przymusowej służbie w Wermachcie, ok. 1943 r.,fot. archiwum rodzinne dole znajdował się kierat. Pola wciąż porastała trzcina, którą rolnicy wycinali i wypalali. Po wykarczowaniu trzciny przy domu, resztę podpalono, przez co spłonęło wiele opuszczonych budynków. Do dziś zachowały się tylko pagórki, na których znajdowały się te domy. Należy wspomnieć, że Niemcy często zostawiali swój majątek w domach w ciemnych kuchniach lub zakopywali w ogrodach. Dziadkowie ze strony matki znaleźli w ten sposób dwie bańki z bielizną i porcelaną. Jednak chyba najbardziej znanym w okolicy znaleziskiem był skarb bogatych właścicieli zakładu produkcyjnego. Po kilkunastu latach ich potomkowie powrócili, znaleźli i zabrali ze sobą. Pozostawiony samemu sobie dorobek przedwojennych mieszkańców Żuław został w większości zrabowany przez licznych szabrowników. Domy nie miały drzwi, okien. Z tego powodu przez pierwsze tygodnie pobytu na Żuławach okna zakrywano drewnianymi okiennicami. Pradziadek orał żuławską ziemię pługiem jednoskibowym ciągniętym przez konia (potem miał trzyskibowy). Obaj dziadkowie uprawiali pszenicę, konopie, warzywa, miętę, ar-cydzięgiel, mak, kminek, jęczmień, a później buraki cukrowe. Nie mieli co prawda wiele czasu wolnego, ale gdy tylko taki nadszedł, to lubili słuchać radia, wędrować po Żuławach, a dziadek od strony ojca grał na grzebieniu i harmonijce ustnej na zabawach. Ich życie codzienne było skromne: nosili koszule flanelowe, bądź płócienne oraz drelichowe spodnie, a na obiad jedli często pierogi, zagęszczane zupy i kapustę. Szymon Lewandowski MOJA RODZINA NA ŻUŁAWACH Historia mojej rodziny ze strony babci sięga czasów, kiedy jeszcze Brześć (dzisiejsza Białoruś) należał do Polski. To właśnie stamtąd pochodzą moi pradziadkowie. Pradziadek Mieczysław i prababcia Irena urodzili się w 1923 r. W 1944 r. postanowili wziąć ślub. Z ich małżeństwa narodziła się m.in. moja babcia Izabella i jej brat Romuald. Pradziadek w 1947 Nasze konkursy r. został skazany na pięć lat lagrów i dożywotnią zsyłkę na Syberię. Uznano go za przestępcę politycznego, choć nigdy nie miał on takich powiązań. Pradziadek z wykształcenia był architektem, a z zamiłowania malarzem. Po odsiedzeniu wyroku osiedlili się na południu Syberii, pod granicą mongolską w mieście Czarno-gorsk. Rodzina pradziadka dołączyła do niego pokonując 6000 km w dziewięć dni pociągiem, trasą transsyberyjską Moskwa-Wladywostok. Po śmierci Stalina w marcu 1953 r. nastąpiła amnestia i wszyscy zesłańcy otrzymali wolność i mogli wracać do swoich domów. Pradziadek z prababcią, moją babcią i jej bratem wrócili do Brześcia, a w 1958 r. w ramach repatriacji wyjechali do Polski i zamieszkali na Żuławach w Stegnie. Niestety, pradziadek Mieczysław pobyt w łagrach i na Syberii przypłacił zdrowiem i cierpiał na choroby płuc. Zmarł 199 Pradziadek Sergiusz, fot. archiwum rodzinne już w Stegnie w 1971 r. Prababcia Irena ponownie wyszła za mąż za Sergiusza, który walczył w 1. Warszawskiej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki pod dowództwem Zygmunta Berlinga. Brał udział m.in. w bitwie pod Lenino oraz bitwie o Berlin. Pradziadek Sergiusz miał rangę kaprala. Pełnił tam funkcję zaopatrzeniowca. Był m.in. kierowcą dowozu pocisków, szoferem, dowódcą drużyny samochodowej. Zdobył wiele odznaczeń oraz dyplomów. Pradziadek Sergiusz zmarł w 1985 r., a 4 lata później w 1989 r. zmarła prababcia Irena. Podczas wojny los także nie oszczędził rodziny ze strony dziadka. Mama dziadka, Antonina, urodziła się w 1923 r. w Kamionce (dzisiejsza Ukraina). Natomiast tata dziadka, Wacław, w Sompolnie w 1924 r. (dawne województwo poznańskie). Obydwoje podzielili ten sam los. Zostali zesłani na przymusowe roboty w Niemczech. Tam też poznali się i zawarli związek małżeński. Przebywali tam od 1941 do 1946 r. W tym czasie urodził się mój dziadek Kazimierz w 1944 r. w Sterlei. Do Polski pradziadkowie wrócili po wyzwoleniu i osiedlili się w Stegnie, ale nim tu dotarli, prababcia Antonina pokonała drogę z Gdańska do Stegny pieszo, nieprzerwanie mając na rękach mojego dziadka Kazimierza. Po przybyciu do Stegny na świecie pojawił się wujek Tadeusz i ciocia Jadwiga. Niestety, moi pradziadkowie już nie żyją. W 1967 r., 25 grudnia babcia Izabella i dziadek Kazimierz wzięli ślub w miejscowości, w której się poznali - w Stegnie. Z ich związku w 1968 r. urodziła się moja mama Danuta. W 1991 r. mama wyszła za mąż za mojego tatę Andrzeja urodzonego 1964 r., który przyjechał do naszej miejscowości do pracy. Tata i jego rodzina pochodzą z Susza. Tak wygląda historia mojej rodziny na Żuławach. Sponsor „Prowincji” BANK SŁUŻY LOKALNEJ SPOŁECZNOŚCI 5 maja 1950 roku datowane są Statuty Gminnej Kasy Spółdzielczej, na podstawie których powstała instytucja finansowa - dzisiejszy Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu. Założycielskie zgromadzenie z udziałem 34 osób odbyło się 8 lipca tego samego roku, a pierwsza rejestracja 11 sierpnia pod numerem 138, w ówczesnym Sądzie Okręgowym w Elblągu. Gmina Kasa Spółdzielcza obejmowała swoim zasięgiem teren miasta i gminy Dzierzgoń oraz gminyjasna i Szropy, będąc jedną z 1255 podobnych kas spółdzielczych w całym kraju, podporządkowanych najpierw Bankowi Rolnemu, od 1953 roku zaś Narodowemu Bankowi Polskiemu. Rzec by można, że w porównaniu do spółdzielczych banków powstałych ponad sto lat temu w Pierzchowicach czy Sztumie dzierzgoński to młodzieniaszek, bowiem obchodzić będzie w tym roku jubileusz 65-lecia. Lecz choć powstawał w zupełnie innej rzeczywistości państwowej, prawnej, społecznej, demograficznej i kulturowej, posiada niekwestionowane zasługi w pracy na rzecz lokalnego środowiska, niezależnie od tego, że jako wspomniana instytucja finansowa ma rzetelnie i skutecznie obracać powierzonymi jej pieniędzmi oraz je pomnażać. Warto przy tym pamiętać, że leżąca u podstaw działania banku idea spółdzielczości wywodzi się jeszcze z okresu zaborów, natomiast pierwsza polska spółdzielnia oszczędnościowo - kredytowa: Towarzystwo Pożyczkowe dla Przemysłowców Miasta Poznania powstała przed 1861 rokiem. UNIWERSALNY BANK LOKALNY Dobroslawa Frączek, prezes dzierzgońskiego Banku Spółdzielczego, bardzo konkretnie przedstawia swoją wizję rozwoju kierowanej przezeń instytucji: - Jesteśmy uniwersalnym, lokalnym bankiem, który skutecznie znajduje rozwiązania dostosowane do potrzeb swoich klientów. Pragniemy liczyć się na rynku lokalnym, korzystając z potencjału zrzeszenia Spółdzielcza Grupa Bankowa, do którego należymy. Naszą rolę postrzegamy jako lokalnego centrum usług finansowych, które dba o wynik ekonomiczny, łecz równocześnie wspiera rozwój otaczających nas środowisk. Prezes określa bank mianem prowincjonalny, co znakomicie koresponduje z tytułem kwartalnika „Prowincja”. Osadzony korzeniami głęboko w lokalnej społeczności, bardzo relacyjny. Lokalność podkreślana jest często w codziennej praktyce banku. Prowadzony jest z zachowaniem wszelkich zasad ekonomii, z wykorzystaniem zdobyczy nowoczesności. Identycznie jak wielkomiejski bank komercyjny, jednak w Dzierzgoniu wskazują, że w placówce bankowej w dużym mieście rzadko się zdarza, by niemal wszyscy klienci osobiście znali prezesa oraz personel. Taka praktyka znakomicie się sprawdza, zwłaszcza na Powiślu. Tu wciąż przywiązuje się znaczenie do tradycji bankowości spółdzielczej. To rolnicze tereny, gdzie wiele gospodarstw przechodziło z ojca na syna, mimo zmian ustrojowych. Niejako w spadku razem z gruntem i zabudowaniami dostawało się konto w banku, z którym ojciec współpracował. Sponsor „Prowincji” 201 - To wielka satysfakcja, kiedy przychodzą do nas młodzi, wykształceni rolnicy, gospodarujący bardzo nowocześnie, znający współczesny rynek usług finansowych, natomiast zadowoleni są z tego, co możemy im zaproponować i zapewnić. W krajowym rolnictwie zaszły i zachodzą wielkie zmiany, lecz rolnicy pozostali chyba najbardziej wiarygodną grupą kredytobiorców. Pewnie bierze się to z tradycji przywiązania do ziemi, odpowiedzialności za swoją schedę - dodaje Dobrosława Frączek. OD GMINNEJ KASY DO BANKU Powróćmy do lat 50-tych poprzedniego stulecia. Początkowo Gminna Kasa Spółdzielcza zatrudniała ledwie kilku pracowników, jej siedziba znajdowała się na parterze klasztoru reformatów przy ul. Krzywej, gdzie dziś mieści się Dzierzgoński Ośrodek Kultury. Polityczne i gospodarcze reformy często powodowały zmiany organizacyjne w sektorze finansów lokalnych - już w 1957 roku, 16 sierpnia zmieniono więc nazwę na Kasa Spółdzielcza w Dzierzgoniu. Nadano jej uprawnienia do gromadzenia wkładów oszczędnościowych, udzielania pożyczek. Tak gospodarowano przez dziewiętnaście lat. W 1975 roku powstał Bank Gospodarki Żywnościowej, stanowiący ogólnopolską centralę spółdzielni oszczędnościowo - pożyczkowych. Dzierzgońska Kasa Spółdzielcza stała się Bankiem Spółdzielczym, który udostępniał dla interesantów punkt kasowy przy ul. Słonecznej w Dzierzgoniu oraz oddziały w Jasnej i Szropach. Rok później zasięg banku znacznie się zmniejszył, bowiem Szropy administracyjną decyzją podporządkowano Bankowi Spółdzielczemu w Sztumie. Nazwa dzierzgońskiego banku nie była już zmieniana od strony organizacyjnej. Kolejny etap rozpoczął się w roku 1990, kiedy bank uzyskał osobowość prawną jako samodzielny 202 Bank służy lokalnej społeczności podmiot ekonomiczny, działający na podstawie prawa bankowego. Postęp widoczny był bardzo szybko, także w postaci wybudowania z własnych środków nowej siedziby przy ul. Wojska Polskiego 4. W sektorze bankowym wprowadzano liczne zmiany ustawowe i systemowe. Od 1996 roku istniała trójszczeblowa struktura spółdzielczości bankowej, z bankami spółdzielczymi u podstaw. W tym samym roku zawiązano Pomorsko - Kujawski Bank Regionalny SA w Bydgoszczy, którego jednym ze 132 akcjonariuszy był Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu. Od stycznia 2002 roku P-KBR SA w Bydgoszczy został przyłączony do Gospodarczego Banku Wielkopolskiego SA w Poznaniu. 28 marca tego samego roku w Poznaniu podpisano umowę zrzeszeniową pomiędzy Gospodarczym Bankiem Wielkopolski SA i Bankiem Spółdzielczym w Dzierzgoniu. Od tego dnia bank należy do zrzeszenia pod nazwą Spółdzielcza Grupa Bankowa (SGB). Ta przynależność trwa do dziś. W SŁUŻBIE Główny tytuł artykułu został zaczerpnięty od jednej z wielu nagród i laurów, którymi dzierzgoński bank może się pochwalić. 26 czerwca ubiegłego roku Dobrosława Frączek odebrała wyróżnienie w konkursie Krajowego Związku Banków Spółdzielczych „Bank Spółdzielczy w służbie społeczności lokalnej” za „szczególne zaangażowanie w działalność na rzecz społeczności lokalnych” - jak napisano na okolicznościowym dyplomie. Dwukrotnie już zdobywano dla Dzierzgonia zwycięstwo w nader prestiżowym konkursie „Złoty Bank SGB”. Kryteria w tej rywalizacji są wręcz bezlitosne - w I etapie ocenia się banki od strony ekonomicznej, zrzeszeniowej i sprzedażowej, w II części ocenie poddawana jest jakość obsługi i wizualizacji. Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu okazywał się najlepszy w II grupie banków (trzy grupy uszeregowano według wielkości sumy bilansowej na koniec poprzedniego roku). Laureaci zyskują m.in. prawo posługiwania się logotypem „Złoty Bank SGB” na stronach internetowych oraz wszelkich materiałach promocyjnych i reklamowych. Dobrosława Frączek bardzo wysoko ceni nagrody zdobyte w konkursach branżowych pism sektora finansowego. W konkursie „Gazety Bankowej” na najlepszy bank w 2014 roku dzierzgonianie zajęli II miejsce w kategorii małych i średnich banków spółdzielczych. Z kolei w krajowym rankingu „Wyróżniające się banki spółdzielcze” miesięcznika „Nowoczesny Bank Spółdzielczy” dzierzgoński bank został laureatem I nagrody. Tutaj również decydują wymierne liczby - ranking powstaje na podstawie wyników banków oraz podstawowych danych bilansowych. - Wszystkie nagrody są wynikiem konsekwentnej realizacji przemyślanej strategii, którą przyjęliśmy - konstatuje Dobrosława Frączek, przekonaliśmy do powrotu do nas niemal wszystkich przedsiębiorców z Dzierzgonia i okolic, którzy korzystali z usług innych banków. Na pewno są i będą tacy, dla których banki spółdzielcze nie przygotują satysfakcjonującej oferty, ponieważ inna jest skala naszego działania. Jednak ogromna większość usług bankowych jest wykonywana przez nas na takim samym - o ile nie lepszym - poziomie niż w przypadku banków komercyjnych. Sponsor „Prowincji” 203 Na pewno klientowi do nich bliżej - mieszkańcy Dzierzgonia i Powiśla mogą bez problemu trafić do siedziby centrali Banku Spółdzielczego przy ul. Wojska Polskiego (w ubiegłym roku gruntownie zmodernizowanej), także do filii banku przy ul. 1 Maja. Kolejna filia działa w Elblągu, przy ul. Podgórnej. - Zasiadam w Radzie Nadzorczej Banku Spółdzielczego najdłużej, niedługo minie chyba dwadzieścia pięć łat, więc będę miał także swój własny jubileusz - z humorem mówi Henryk Wojtowicz, prowadzący gospodarstwo rolne w Poliksach, przewodniczący Rady Nadzorczej Banku Spółdzielczego, i mam wielką osobistą satysfakcję, że uczestniczę w tak dynamicznym rozwoju banku i mam swój udział w realizowaniu decyzji, podejmowanych przez radę i zarząd. Tym bardziej, że okazują się trafne i przynoszą dobry skutek. Że tak jest, świadczą nagrody dla „Złotego Banku". Nasz bank bazował od samego początku na rolnikach i to głównie rolnicy korzystają z najszerszego zakresu usług finansowych. Ale i przedsiębiorcy niezwiązani z rolnictwem coraz częściej do nas zaglądają i podejmują współpracę. Dlatego bank może doskonale się rozwijać, z dynamiką wyraźnie przekraczającą sto procent. Nie można w tym momencie zapominać o profesjonalizmie i rzetelności pracowników banku, z prezes Dobrosławą Frączek. Myślę, że określenie - ten bank służy lokalnej społeczności - najlepiej oddaje spełnianą przezeń rolę. I jeszcze jedno wyróżnienie - swoisty „znak czasów”. Dziś kto nie jest obecny w Internecie, tego nie ma, powiada przysłowie informatyków. Bank posiada nie tylko efektowną stronę internetową (z prostą nawigacją, co bynajmniej wcale nie jest takie powszechne, wiele stron internetowych nie jest „przyjaznych” dla odwiedzających) ale i dynamicznie redagowany fanpage na Facebooku, z blisko pięciuset „łajkami”. MECENAS I SPONSOR Bank ma obracać pieniędzmi - to jego podstawowe zadanie od kiedy wynaleziono środki płatnicze. Jednak w Dzierzgoniu trudno szukać lokalnych wydarzeń, gdzie Bank Spółdzielczy nie byłby obecny jako partner, patron, często sponsor. Wykracza to poza najważniejszą rolę instytucji finansowej, lecz służy lokalnej społeczności, co zapisano w misji i strategii banku. Logo BS widoczne jest podczas koncertów muzycznych, widowisk teatralnych, festynów gminnych i dożynek. Bank służy pomocą licznym stowarzyszeniom i tzw. organizacjom pozarządowym. - Jest strategicznym partnerem dla naszego ośrodka jako wierny, konsekwentny i systematyczny mecenas kultury - ocenia Wojciech Demko, dyrektor Dzierzgońskiego Ośrodka Kultury, dzięki życzliwości zarządu banku możemy realizować interesujące przedsięwzięcia niż w przypadku poprzestania na własnych siłach i możliwościach. Nie działają w sposób sztampowy, są bardzo otwarci na innowacje i oryginalne pomysły, możemy więc działać bardziej kreatywnie. Oczywiście rewanżujemy się promując bank i jego usługi. Niezwykle interesującym przykładem mecenatu dzierzgońskiego banku jest współpraca ze Zbigniewem Chrostkiem, mieszkającym w Dzierzgoniu artystą plastykiem. Uprawia on wiele dziedzin sztuki - przede wszystkim rzeźbę i malarstwo, jest również cenionym pedagogiem. Jednym z jego bardziej znanych dzieł jest nowy pomnik patronki miasta - św. Katarzyny Aleksandryjskiej. Figura świętej męczennicy znajduje się w centrum Dzierzgo- 204 Bank służy lokalnej społeczności nia, Zbigniew Chrostek wykonał nowy pomnik, ustawiony w miejsce poprzedniego, wzbudzającego wiele kontrowersji. Wewnątrz banku obejrzeć można jego olejne obrazy. Kiedy modernizowano siedzibę centrali banku przy ul. Wojska Polskiego, prace Zbyszka Chrostka umieszczono w głównej sali obsługi klientów, by nadać jej ciepły charakter i ożywić wnętrze. W sali konferencyjnej zorganizowano zaś dużą wystawę prac artysty. - Taką działalność, jaką prowadzi dzierzgoński bank postrzegam niezwykle pozytywnie, jest bardzo potrzebna w dobie szerokiej rezygnacji z mecenatu państwa nad kulturą - mówi Zbigniew Chrostek, bo w naszym regionie dopiero tworzy się moda na umieszczanie obrazów, grafik czy rzeźb w pomieszczeniach typowo użytkowych, taki pozytywny snobizm na sztukę. Na biznesie nie znam się, lecz skoro bank tak świetnie się rozwija, ludzie tam pracujący znać się muszą. Dzięki pomocy banku także moje prace stały się znane, inaczej postrzegane. kkk Tekst ten nie miał być jubileuszową laurką dla Banku Spółdzielczego w Dzierzgoniu, który w ramach swojej szerokiej aktywności sponsorskiej wspiera też wydawanie kwartalnika „Prowincja. Rzecz w tym, że skoro bank osiąga bardzo dobre wyniki swojej podstawowej działalności - a choćby nagrody o tym świadczą - to wypada jedynie przyklasnąć, że otwiera się na współpracę z innymi. Dlatego przy okazji oglądania plakatów zapowiadających rozmaite przedsięwzięcia kulturalne warto zwrócić uwagę na logo dzierzgońskiego banku. Noty o autorach Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika Sztumska Solidarność, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa przekształconego w Wojewódzki Zespół Szkół Policealnych w Sztumie. Jan Chłosta - dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 500 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu, leksykonów, prac o Wydawnictwie Gazety Olsztyńskiej i ludziach z nią związanych. Marta Chmielińska-Jamroz - ur. w 1973 r. w Hajnówce na Podlasiu. Pracowała jako dziennikarka Kuriera Porannego i TV Podlasie. Jej teksty ukazywały się w Niedzieli i Piśmie Kulturalnym. Od 2010 roku mieszka w Malborku, współpracuje z Gazetą Malborską, Radiem Malbork. Izabela Chojnacka-Skibicka - pisarka, autorka powieści Miłość na gruzach Kosowa oraz Zupa z pokrzyw, duch i tajemnica” (2015). Od 2009 roku mieszka w Klęciu na Żuławach. Członkini Stowarzyszenia Alternatywni, Stowarzyszenia „Kochamy Żuławy” oraz Małborskiego Stowarzyszenia „Oś”. Jarosław Denisiuk - absolwent historii sztuki na UAM w Poznaniu, dyrektor Centrum Sztuki Galeria EL, historyk i kurator sztuki. Maciej Andrzej Grochowski - ur. w 1938 r. w Dąbrowie Górniczej. W Nowym Dworze mieszka od 44 lat. Przodownik Turystyki Kajakowej PTTK, działacz Klubu Nowodworskiego. Andrzej Grzyb - poeta, prozaik i publicysta urodzony w Złym Mięsie na Kociewiu. Jest założycielem kilku stowarzyszeń społeczno-kulturalnych na Kociewiu. Laureat wielu nagród literackich, autor ponad 30 książek, tomików poezji, powieści, zbiorów opowiadań, baśni dla dzieci i reportaży. Mieszka w Czarnej Wodzie. Lech M. Jakób - ur. 1953 r. w Białogardzie; poeta, prozaik, autor powieści dla dzieci i młodzieży, aforysta, felietonista, recenzent, założyciel i redaktor naczelny pomorskiego magazynu literac-ko-artystycznego Latarnia Morska (www.latarnia-morska.eu). Laureat wielu nagród artystycznych. Mieszka w Kołobrzegu. Agnieszka Jarzębska - ur. w 1975 r. w Elblągu. Absolwentka polonistyki na UMK w Toruniu. Dziennikarka - Gazeta w Elblągu, Radia Olsztyn, Telewizji Elbląskiej, Elbląskiej Gazety Internetowej PortEl.pl. Od 2007 roku redaktor naczelna Portalu Kulturalnego Warmii i Mazur eswiatowid.pl. Mieszka w Elblągu. Małgorzata Anna Jędrzejewska - bibliotekarka, nauczycielka języka polskiego. Mieszkała w Nowym Stawie, obecnie w Anglii. Pracowała w gimnazjum nowostawskim. Jej pasją jest teatr i realizuje ją głównie poprzez wszelkiego typu animacje teatralne przeprowadzane z zespołami teatralnymi. Autorka dwóch powieści - A jednak i Marzenia nie bolą. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim. Od 25 lat jest nauczycielem w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania (2010), który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Opublikował książką poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie oraz zbiór opowiadań Koronczarka (2013). Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. Arkadiusz Kosiński - ur. w 1989 r., od stycznia 2012 roku reporter kwidzyńskiego oddziału Dziennika Bałtyckiego. Wprawdzie pracuje w „papierze”, ale jak sam przyznaje, największą frajdę sprawia mu prowadzenie portalu kwidzyn.naszemiasto.pl. 206 Dominika Kraska - ur. w 1981 roku w Gdańsku, mieszkanka Gdyni, związana ze Sztumem sentymentem, sercem i więzami rodzinnymi. Absolwentka informacji naukowej i bibliotekoznawstwa Uniwersytetu Warszawskiego. W 2014 roku zadebiutowała zbiorem opowiadań Opowieści magicznego Trójmiasta. Marek Kurkiewicz - ur. 1980 r. w Gdańsku. W latach 1999-2012 aktor gdańskiego Teatru Snów. Pracuje jako animator i instruktor Teatru 3.5 w Dzierzgońskim Ośrodku Kultury. Od stycznia 2015 roku prowadzi Lokalny Nieregularnik Kulturalno-Społeczny „Goniec Dzierzgoński” Adam Langowski - ur. 1981 r. w Sztumie, ukończył historię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, pracuje jako nauczyciel historii w Zespole Szkół w Starym Targu oraz Niepublicznym Gimnazjum w Sztumie. Hugon Lasecki - ur. 1932 w Grudziądzu, malarz, rysownik, pedagog i poeta. Absolwent gdańskiej PWSSP (1962). Od 1994 profesor zwyczajny. Młodość spędził na Kociewiu i do tej krainy często powraca w swoich wierszach. Wydał m.in. zbiory poezji Szczęśliwy, że jestem (2006), Najpiękniejszy dzień to dzień dobry (2012), Wiem o czym milczę (2014). Andrzej C. Leszczyński - nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydal: Ojciec człowieka Szkice afiniczne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. Andrzej Lipniewski - ur. w 1945 r. w Gdańsku. Po ukończeniu gdyńskiego Liceum Plastycznego oraz Studium Nauczycielskiego zamieszkał w Stegnie, gdzie pracował jako nauczyciel. W 1976 roku wrócił do Gdańska. Malarz, muzyk i poeta. Wydał tomy wierszy Mitologie Stegny Gdańskiej (1975), Żuławy podeszczowe (1978). Andrzej Lubiński - ur. w 1952 r. w Gniewie, Absolwent LO w Sztumie i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (historia). Zainteresowania - historia regionalna Pomorza i Powiśla. Publikacje w Komunikatach Mazursko Warmińskich, Roczniku Elbląskim, Studiach Elbląskich, Z dziejów Sztumu i okolic. Współautor książki Bank Spółdzielczy w Sztumie 1910-2010. Mieszka w Sztumie. Marta Antonina Łobocka - Prezes Stowarzyszenia „Kochamy Żuławy” oraz założycielka nieformalnego projektu „Kochamy Żuławy”. Organizatorka licznych wycieczek krajoznawczych, także po Żuławach. Pasjonatka fotografii. Magister turystyki i rekreacji. Z urodzenia Kaszubka, z zamieszkania Gdańszczanka, a z wyboru Żuławianka. Małgorzata Łukianow - absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego. Pod kierunkiem prof. Cezarego Obrachta-Prondzyńskiego napisała pracę magisterską na temat wielokulturowości Kwidzyna i wspomnień powojennych osadników. Wiesław Olszewski - ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Współzałożyciel i Prezes Klubu Turystycznego PTTK w Nowym Dworze Gd. Przewodnik po Muzeum Stutthof. Piotr Piesik - ur. w 1962 r. w Malborku. Przez 20 lat mieszkaniec Częstochowy, od 2009 roku ponownie w Malborku. Absolwent nauk politycznych na UAM w Poznaniu. Dziennikarz. Pracował m.in. w tygodniku Wiadomości Elbląskie, częstochowskim oddziale Dziennika Zachodniego, Radio „City” i telewizji „Orion” w Częstochowie, Życie Częstochowy. Obecnie redaktor prowadzący oddziału Dziennika Bałtyckiego w Sztumie. Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii UG. Jako dziennikarz współpracował z Gazetą Wyborczą, Dziennikiem Bałtyckim, Radiem Gdańsk, Radiem Plus, TYP 207 Gdańsk. Redaktor naczelny Sztumskiej Solidarności i Gazety Sztumskiej w latach 1989-93. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika Prowincja. Mieszka w Sztumie. Teodor Sejka - ur. w 1943 r. w Beskidzie Niskim na Łemkowszczyźnie. Absolwent sztumskiego LO. Nauczyciel rusycysta. Doktorat na Uniwersytecie Gdańskim w 1984 r. na temat rosyjskiej prozy lirycznej. Artykuły w Slavia Orientalis, Rycerzu Niepokalanej i Dzienniku Bałtyckim. Mieszka w Sztumie. Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz PWSSP w Gdańsku. Od 1990 roku mieszka i pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 roku zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Marek Stokowski - ur. w 1957 r. w Warszawie. Absolwent Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Kustosz w Muzeum Zamkowym w Malborku. Autor książek beletrystycznych i edukacyjnych. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wydał m.in. Dzień nad ciemną rzeką (1996), Sny dla dorosłych i dla dzieci (1998), Krzyżacy, ich państwo i zamki (2003), Błazen (2004), Noc tajemnic (2005), Samo-loty (2005), Stroiciel lasu (2010), Kino krótkich filmów (2014). Mieszka w Ryjewie. Zofia Sumczyńska - ur. w 1965 r. w Gdańsku. Absolwentka PWSSP w Poznaniu. Oprócz malarstwa zajmuje się projektowaniem i wykonywaniem witraży oraz lamp witrażowych. Brała udział w wielu wystawach indywidualnych i zbiorowych w Polsce oraz w innych krajach, między innymi wjaponii, Wielkiej Brytanii i Niemczech. W Starogardzie Gdańskim prowadzi Galerię Autorska 24B. Marcin Urbanowski - ur. w 1987 r. w Sztumie. W latach 2002-2007 uczęszczał do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Gdańsku, 2004 - 2010 reprezentant Polski w biegach długodystansowych. Zdobywca kilkunastu medali Mistrzostw Polski. Początkujący poeta, podróżnik, fotograf, samouk designu graficznego, pasjonat psychologii, filozofii i rozwoju osobistego. Bogumił Wiśniewski - ur. w Kwidzynie. Absolwent archeologii na UMK w Toruniu. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. W 2006 r. zainspirował poszukiwania doczesnych szczątków błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich oraz poszukiwania w kwidzyńskiej katedrze pochówków trzech wielkich mistrzów krzyżackich. Mieszka w Kwidzynie. Stanisława Wojciechowska-Soja - absolwentka Liceum Pedagogicznego w Tczewie, Uniwersytetu Gdańskiego - filologia polska, Podyplomowego Studium Wiedzy o Filmie, Teatrze i Telewizji, Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa. Autorka powieści Na oszmiańskich rozstajach, licznych reportaży prasowych w Dzienniku Bałtyckim. Długoletnia nauczycielka LO im. H. Sienkiewicza w Malborku, obecnie na emeryturze. W 1995 roku odbyła podróż morską dookoła świata. Waldemar Cichoń