■■ £ 7 V: l> nowi W KWARTALNIK SPOŁECZNO KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW • NR 3 (13) • 2013 Bank Spółdzielczy w Sztumie Tradycja DOŚWIADCZENIE Nowoczesność SOMONINO® OSTASZEWO $ * PRĘŻNO « ELBLĄG KAŁDOWO® ® MALBORK ® ORNETA ® GODKOWO SZTUM* ® STARY TARG MIKOŁAJKI POMORSKIE * www.bssztum.pl * Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2013 roku” WOJEWÓDZKA BIBLIOTEKA PL *C7W to. Josepha Conrada KorzeniowskTegc Pracownia Regionalna Przegródka poczt. Nr 447 80-958 Gdańsk 50 tSl. 301-48-1 1 do 14 w. 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 3(13) 2013 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Okładka: Mariusz Stawarski Obrazy na III str. okładki: Rajmund Cadoudal Obraz na IV str. okładki: Janusz Hankowski Druk: Drukarnia W&P ul. Akacjowa 29, 82-200 Malbork • Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10 tel. 693 527 614 prowincj a (o) onet.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Leszkowi Taborowi, burmistrzowi Sztumu Andrzejowi Rychłowskiemu, burmistrzowi Malborka Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Kazimierzowi Szewczunowi, burmistrzowi Dzierzgonia Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Ewie Dąbskiej, staroście nowodworskiej Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury Kwidzyńskiemu Centrum Kultury Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim Stowarzyszeniu Inicjatywa Aktywny Malbork Stowarzyszeniu Malborskie Centrum Kwadrat www.marienburg.pl www.tvmalbork.pl Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim ul. Kopernika 10 Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Agencja Reklamowa „Aliem” Sławomira Michalika Sztum ul. Galla Anonima 8 Sklep papierniczo - biurowy „Kopia!” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Redakcja prowadzi również sprzedaż wysyłkową -zamówienia można składać pocztą elektroniczną na adres wydawcy. Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy - Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Trzynasta „Prowincja”.......................................................5 Poezja Lothar Quinkenstein.....................................................6 Andrzej Grzyb...........................................................10 Katarzyna Piekoś........................................................12 Proza Maria Von Ebner-Eschenbach - Krambambuli...............................13 Andrzej Kasperek - Postscriptum do noweli Krambambuli...................20 Grażyna Kamyszek - Lekcja łysego........................................22 Izabela Chojnacka - Miłość na gruzach Kosowa - W polu...................27 Marta Chmielińska-Jamroz - Pokochałam Klecie i mój dom..................31 Wędrówki po prowincji Tomasz Agejczyk - Historia „Ołówka”.....................................36 Antoni Barganowski - Mennonici w Dolinie Kwidzyńskiej...................43 Andrzej Kasperek - Drugie życie żuławskich domów podcieniowych..........59 Janusz Ryszkowski - Śledztwo w bibliotece...............................71 Paweł Głogowski - Krzyż Prus Zachodnich w Białej Górze..................82 Mirosław Melerski - Adieu Stutthof, Adieu Francjo,......................87 Jerzy Kosacz - Most pod Kwidzynem.......................................93 Andrzej Kasperek - VII międzynarodowe spotkanie menonitów na Żuławach...97 Na tropach historii Seweryn Szczepański - Nazwa plemienna Pomezania i jej znaczenie........99 Tomasz Agejczyk - Pomniki wojenne sprzed 1945 roku...................102 Przemysław Szczuchniak - Nastroje w Malborku po poznańskim czerwcu 1956 r..112 Leszek Sarnowski - Kombinat rolny „Powiśle” w Czerniniew czasach „Solidarności”..................................115 Prowincje dalekie i bliskie Adam Langowski - Misjonarz z Waplewa.........................................130 Elżbieta Piepiórka - Zawsze wrócę do Sztumu..................................138 Tomasz Gliniecki - Słoneczne spotkanie z historią............................145 Muzyka-Plastyka-Teatr-Film Jarosław Denisiuk - O czasie i przestrzeni w malarstwie Janusza Hankowskiego.150 Wacław Bielecki - Od Bacha do Bacha..........................................153 Dorota Maluchnik - Oswoić przestrzeń miasta..................................158 Dorota Maluchnik - Teatr to coś więcej ......................................160 Aleksandra Buła - Meteoryty „Stroiciela lasu”................................165 Recenzje Janusz Ryszkowski - Sztumianin w obozie kwarantannowym.......................167 Andrzej Kasperek - Żuławy z lotu ptaka.......................................168 Andrzej Lubiński - O Dzierzgoniu dla każdego.................................170 Leszek Sarnowski - Kaczmarski według Kasperka................................173 Wacław Bielecki - Koń Sztumski...............................................175 Krystian Zdziennicki - Jeszcze bogatsze Mikołajki............................177 Z przymrużeniem oka Maciej Kraiński - O trudzie istnienia........................................179 Marek Stokowski - XIII Prowincjonalia........................................182 Noty o autorach..............................................................186 TRZYNASTA „PROWINCJA” Przesądni, mimo prowincjonalnej proweniencji, zanadto nie jesteśmy. Trzynastka więc to nic szczególnego, oczywiście poza faktem dla nas najistotniejszym, że trwamy. A zatem... W dziale poezji z przyjemnością witamy naszych przyjaciół - Lothara Quinkensteina z Berlina i Andrzeja Grzyba z Kociewia, a także jak zwykle kogoś z debiutantów - tym razem Katarzynę Piękoś z Malborka. Proza to odkryte przez Andrzeja Kasperka opowiadanie austriackiej pisarki Marii von Ebner--Eschenbach o oryginalnym trunku Krambambuli, czyli gdańskiej wiśniówce, znanej też na Żuławach. Poza tym, fragment powieści Miłość na gruzach Kosowa Izabeli Chojnackiej-Skibickiej, od niedawna mieszkanki Klęcia pod Malborkiem, a także kolejna dawka naszej stałej już autorki Grażyny Kamyszek. W wędrówkach po prowincji Tomasz Agejczyk opowiada historię słynnego „Ołówka”, dawnego kościoła w Nowym Stawie przekształconego dzięki środkom europejskim w centrum kultury, Antoni Barganowski opisuje losy menonitów w dobnie kwidzyńskiej, Andrzej Kasperek uratowane, dzięki pasjonatom i marszałkowsko-ministerialnym środkom, żuławskie domy podcieniowe. Janusz Ryszkowski wraca do historii rodziny Morawskich, odkrywając na Powiślu ślady Kazimiery Iłłakowiczówny, a Mirosław Melerski przenosi nas do rodzinnych okolic pod Lipnem, gdzie odnajduje francuskiego zbiega ze Stutthofu, oryginalnego malarza, który po wojnie wybrał polską prowincję za swoją nową Ojczyznę. Wzdłuż Wisły, przez nowy most w Kwidzynie (Jerzy Kosacz) wracamy do przedwojennej Białej Góry (Paweł Głogowski), śladami dawnych Po-mezanów (Seweryn Szczepański). Po drodze Tomasz Agejczyk opowie o pomnikach wojennych powiatu kwidzyńskiego i nowodworskiego, Przemysław Szczuchniak o nastrojach w Malborku po poznańskim czerwcu 1956 roku, a Leszek Sarnowski o „Solidarności” w Kombinacie Rolnym „Powiśle” w Czerninie. Polecamy też refleksje z dalekich krajów. Adam Langowski odkrywa Ekwador w losach misjonarza z Waplewa, nastolatka ze Sztumu Elżbieta Piepiórka opisuje swoje życie w Dubaju, a Tomasz Gliniecki swoją wyprawę „garbusami” do Gibraltaru. Jarosław Denisiuk przybliża nam malarstwo wybitnego artysty z Elbląga Janusza Hankowskie-go, Dorota Maluchnik prezentuje sztumsko-dzierzgoński Teatr 3,S i sylwetkę jego twórcy Marka Kurkiewicza, a Wacław Bielecki, zachwycając się muzyką Bacha, analizuje muzykę organową od Stegny, przez Malbork, po Kwidzyn. I na deser, jak zwykle, Maciej Kraiński i Marek Stokowski. Smacznego. Miłej, jesiennej lektury - Redakcja Poezja Lothar Quinkenstein MARZEC, KWIECIEŃ CZTERY WYROBY WIERSZOPODOBNE WYRÓB PIERWSZY Uważaj na ruchome kafelki, powiedziała kobieta do swojej córeczki, a mi akurat toner się skończył i szedłem do sklepu przez ten marcowy deszcz i drugi raz już ochlapałem sobie buty na rozhuśtanym chodniku. Więc to nie był żaden ochrzan, tylko szczera wskazówka odnośnie pójścia przed siebie. Kobieta wyglądała na zmęczoną i córeczkę ubrała w oczopląs pięciokolorowy, ale głos miała jak anielski dzwon, na pewno, pomyślałem, coś o tym napiszę, może latem, kiedy marcowe deszcze powoli staną się historią i nikt nie będzie miał pretensji, że wszystko wymyśliłem. Poezja 7 WYRÓB DRUGI Menedżerka wydawnicza prezentowała bujne włosy w kolorze ognia, przed którym najlepsza straż pożarna zwinęłaby węża i zaczęłaby się modlić. Realizm magiczny, powiedzmy. Tłumaczka obok wołała skromniejszą fryzurę, na szyi nosiła drobną planetę, dla której wełniana sukienka była niebem. Nieco znudzona słuchała wywodów na temat wysokich nakładów i sukcesów. Ale jaka radość ją ogarnęła, kiedy czytając opowiadanie we własnym tłumaczeniu, mogła zadać pytanie, które nurtuje nie od dzisiaj, zadać publicznie i bezkarnie, dzięki literaturze pięknej, dla której poświęciła nie jeden dzień swojego życia, wkuwając słówka i wyjątki, zadać pięknym ludzkim głosem: „O co, do cholery jasnej, w tym wszystkim chodzi?” 8 Poezja WYRÓB TRZECI Trochę jak Stachura w tej swojej dżinsowej koszuli, szczypta ironii, szczypta smutku w oczach, kącikach ust, przypomniałem sobie pierwszą zimę, kiedy chodziłem wokół domu tego języka, wszystko zamknięte na cztery spusty, tylko przez szparę okiennic niteczka światła, że może kiedyś zrozumiem tę odmianę, Wędrówką jedną życie... Ale kiedy powiedział, że Konstancja, której kremowe kolano trzymał w prawej ręce, dostała awans, i że niedługo kończą remont w domku letniskowym nad jeziorem, pomyślałem sobie, że chyba jednak bardziej do siebie jest podobny niż do Stachury. No, to za awans i domek letniskowy, zaproponowali koledzy, i on, zostawiwszy kolano, podniósł kieliszek z Polską Dębową de Chene. Przyj edźcie latem, zrobimy ognisko, będzie fajnie, prorokował wypiwszy, chwytając na nowo kolano awansujące, chwilowo w pozycji wypoczynku. Na razie ledwo wiosna się zaczęła i może kilka słów przybyło od tamtej zimy, ale nadal za mało, więc na pewno dobrze zrobi pojechać latem, nazbierać trochę chrustu w lesie koło domku nad jeziorem, posiedzieć przy ognisku, posłuchać starych piosenek, przypomnieć sobie, jak nauczyłem się liczyć do trzech, kolejnej pory roku. Poezja 9 WYRÓB CZWARTY Chciałam się zapytać, bo tydzień temu tutaj szłam i tutaj wrzuciłam kopertę, żeby na pewno doszła do Świąt, a teraz synowa dzwoni, że nie doszło do nich nic, i głupio mi, że nie dostali, bo tydzień temu specjalnie tutaj szłam i tutaj wrzuciłam, żeby na pewno na Święta było, i czułam, że skrzynka była pusta, cała pusta była, bo koperta poszła do samego dna, a teraz synowa mówi, że nie dostali, to przyszłam się zapytać, co Pan poradzi. 10 Poezja Andrzej Grzyb Z MORZA SNU WYŁOWIONE. KSIĘGA PODRÓŻY OSTATNICH 1 Nim ruszę w drogę, siedzę na progu. Wiem, dokąd prowadzi moja droga, która dzień po dniu będzie niespodzianką. Słońce wschodzi zza sosnowego lasu, za dni kilka za nim zajadzie, a ja zaczerpnę chłodnej wody Bajkału. Tak śnię nad Uralem i dalej w głębi syberyjskiej tajgi. 2 Z wieży kościelnej wystającej nad wzgórzem Głuche dzwony żegnają sąsiada. Neogotycki zegar z chroboczącym kornikiem wybija trzeci kwadrans na siódmą. Pierwszy oddech rozrywa moje płuca, nieświadomy wrzeszczę wniebogłosy. Patrzcie go, pępowinę kurczowo trzyma, jakby bał się świata, ten cherlak już nad sobą płacze, a drogę przejść trzeba biedaczyno za górkę, a po drodze może będzie Ameryka czy Australia. 3 Deszcz pada. Płodny deszcz. Krakanie kruka błądzi we mgle. Ciemne kolumny drzew ruszają się ospale. Bór chciwie spija żywe krople. Śpiewam. Jak mi się zdaje, tkam z dźwięków zagubionych w tej mgle. Do rytmu kropli bijących w butwie liści. Pieśń, która się powtarza. Krąży w kolumnach sosen, jak echo od korzeni po korony pnie się i spada. Poezja 11 4 To gdzie byłem? Gdzie śniłem? Wciąż siedzę na progu, a słońce uparcie wstaje zza lasu. Kiedy wróciłem, nie wiem. Zdaje się, że wcale w drogę nie ruszałem, choć czuję brzemię drogi, jej słodki i gorzki smak, a moja gwiazda, zwodnicza przewodniczka, zgaśnie, nim ją korona słoneczna przykryje. 5 Byłem na krańcu świata. Na wielu krańcach. Teraz idę wzdłuż lasu brzegiem strumienia. Na włosach moich osiadają nici babiego lata. Między rudo-płową brzozą a krwawiącym klonem staję i czekam, aż z zatrzcinowych mokradeł wyjdzie okazałorogi, siwogrzywy jeleń. Z mgły wyjdzie jak zjawa, by w mgle przepaść. Kiedyś ktoś przy tym strumieniu znajdzie moje i jego kości. 6 Do spienionej muzyki fal kapitan na mostku mruczy chropawą pieśń o świecie, który się przemienia z pogodnej ciszy w sztorm o stali, którą sól zżera, o miłości, nie dłuższej niż noc. W śnie napisałem kilkadziesiąt niewierszy-wierszy. Wszystkie, z wyjątkiem tych kilku ułomków, były kruche, niepewne, tak blade, że nieczytelne. Przebudzenie je przekreśliło i posłało w niebyt. Albo na karty ksiąg alternatywnych, które, jak krople wody mnie podobni, napisali w alternatywnych światach. 12 Poezja Katarzyna Piekoś CYNAMON koniec sierpnia pachnie cynamonem jesienno-płomiennym cierpkim i złotym rumieni się prawie jak jabłka w koszu zbierane pieczołowicie co rpku z ogrodu koniec sierpnia jest dziwnie ostateczny słodko-gorzki dojrzały i senny mazany wciąż słoneczną farbą na wciąż leniwym płótnie chmur koniec sierpnia ma tak wiele znaczeń subiektywny nieuchwytny i płynny stopiony w pomarańczach i zieleni i zimny dogłębnie jak fale Bałtyku koniec sierpnia pachnie cynamonem herbatą i czarem starych książek nocą cyka sierpień piosenki o końcu i o początku OWSIANKA Owsianka to przystań dla białych niewinnych łez dlatego jest taka słona Często zdarza się że cumują przy niej również dzieci cumują i cumują a babcie sztormują z grymasem - no jedz rybciu bo nie urośniesz -wtedy dzieci płaczą ze strachu a łzy mają kolor biały i są słone jak Morze Martwe Proza Maria Von Ebner-Eschenbach KRAMBAMBULI Człowiek ma zamiłowanie do różnych przedmiotów i istot. Ale prawdziwą, trwałą miłość poznaje - jeśli w ogóle ją poznaje - raz tylko. Tak przynajmniej utrzymuje leśniczy Hopp. Miał on już wiele psów i wiele z nich też polubił, ale naprawdę pokochał tylko jednego, jeden tylko pozostał na zawsze w jego pamięci: Krambambuli. Kupił go, a właściwie nabył w drodze zamiany, w gospodzie „Pod Lwem”, w Wyszkowie, u pewnego pomocnika leśniczego. Od pierwszego ujrzenia psa owładnęło nim uczucie sympatii, które przetrwać miało do ostatniego tchu leśniczego. Właścicielowi pięknego zwierzęcia, siedzącemu przy stole przed pustym kieliszkiem i klnącemu na gospodarza, źle patrzyło z oczu. Niewielkie było to chłopisko, jeszcze młode, a mimo to wypłowiałe jak zamarły pień drzewa; drab miał rude włosy i rzadką, rudawą brodę. Kurtka myśliwska, przypuszczalnie pozostałość minionej świetności ostatniej służby, nosiła ślady nocy, spędzonej w wilgotnym rowie. Chociaż Hopp niechętnie zadawał się z podobnym towarzystwem, usiadł obok chłopaka i rozpoczął z nim rozmowę. Wkrótce też dowiedział się, że nicpoń oddał już w zastaw oberżyście swój sztucer i torbę myśliwską, i że chciałby również to samo uczynić z psem, lecz oberżysta ani słyszeć nie chciał o zastawie, który musiałby karmić. Pan Hopp nie rzeki na razie ani słowa, że bardzo mu się pies podoba. Kazał przynieść flaszkę dobrej gdańskiej wiśniówki, którą wówczas oberżysta miał na składzie i pilnie nalewał drabowi. Po godzinie wszystko było załatwione. Leśniczy dał dwanaście flaszek tego samego napoju, przy którym interes został zawarty; włóczęga dał psa. Ku jego chwale należy przyznać: niełatwo go wydał. Ręce mu drżały, gdy wiązał zwierzęciu linkę dokoła szyi; zdawało się, że nigdy tej manipulacji nie ukończy. Hopp czekał cierpliwie i w cichości podziwiał psa przecudnego, aczkolwiek znajdującego się chwilowo w fatalnym stanie. Liczył on może dwa lata, a w barwie był podobny do draba, który go oddawał; jeno że kolor psa był o kilka odcieni ciemniejszy. Na czole miał znamię: białą pręgę, rozbiegającą się na lewo i prawo w małe kreski, podobnie jak szpilki na gałązce jodłowej. Oczy psa były wielkie, czarne, błyszczące, oblamowane obrączkami jasnożółtymi i czyste jak rosa; uszy miał wysoko osadzone, długie, bez skazy. I bez skazy było wszystko w całym psie, od pazurów po delikatne nozdrza; bez skazy było silne, giętkie ciało zwierzęcia. Cztery żywe słupy, które mogłyby równie dobrze nosić ciało jelenia, a nie były grubsze niż skoki zająca. Na świętego Huberta! Stworzenie to musiało mieć drzewo genealogiczne tak stare, jak rodowód rycerza zakonu krzyżackiego. Leśniczy z całego serca radował się, że udało mu się za-wrzeć tak wspaniały interes. Wstał, ujął za linkę, którą wreszcie włóczędze udało się zawiązać na węzeł i zapytał: -Jak się tedy zwie? - Krambambuli - brzmiała odpowiedź. - Dobrze, dobrze, Krambambuli! Chodźże! Pójdziesz? Naprzód! 14 Krambambuli Ba, długo mógł wołać, gwizdać, szarpać - pies nie był posłuszny, zwracał głowę ku temu, którego jeszcze uważał za swego pana, wył, gdy ten krzyknął: „marsz!”, i równocześnie, wydając ten rozkaz, mocno kopnął go nogą. Dopiero po gorącej walce udało się panu Hoppo-wi wziąć psa w posiadanie. Związanego i spętanego psa musiał wreszcie umieścić w worku i na plecach przenieść do leśniczówki, oddalonej o kilka godzin drogi. Trzeba było pełnych dwu miesięcy, aż Krambambuli, bity do krwi po każdej próbie ucieczki i umocowany do łańcucha obrożą z kolcami, wreszcie pojął, do kogo teraz należy. Potem jednak, gdy poddał się zupełnie, jaki to wtedy zrobił się z niego pies! Niepodobna wymierzyć szczytu doskonałości, który osiągnął nie tylko w wykonywaniu swego zawodu, lecz również i w życiu codziennym jako gorliwy sługa, dobry kolega, wierny przyjaciel i stróż. „Brakuje mu tylko mowy”- mówi się o innych inteligentnych psach; Krambambuli nie odczuwał tego braku, jego pan przynajmniej wiódł z nim długie rozmowy. Żona leśniczego była wielce zazdrosną o psa „Buli”, jak go pogardliwie nazywała. Czasem czyniła też mężowi wyrzuty. Przez cały dzień, o ile nie sprzątała, myła lub gotowała - w milczeniu robiła pończochę. Wieczorem, po wieczerzy, gdy znowu zabierała się do robienia na drutach, chętnie pogwarzyłaby o niejednym. - Umiesz rozmawiać tylko z psem, Hopp, a nigdy ze mną... Z wiecznego gadania z tym bydlęciem zapomnisz, jak się należy wysławiać z ludźmi. Leśniczy w duchu przyznawał, że jest w tym powiedzeniu nieco prawdy, ale nie wiedział, jakby temu zaradzić. O czymże miałby rozmawiać ze swą starą? Dzieci nigdy nie mieli, krowy nie wolno im było trzymać, a drób nie interesuje wcale myśliwego. Zaś dla upraw leśnych i anegdot myśliwskich żona żadnego nie miała zrozumienia. Hopp znalazł wreszcie wyjście z dylematu: zamiast mówić z psem, mówił o nim, o triumfach, które wszędzie z nim odnosił, o zazdrości, jaką wzbudzało jego posiadanie, o śmiesznie wysokich sumach, które mu za psa ofiarowano, a które oczywiście z pogardą odrzucał. Dwa lata minęły, gdy pewnego dnia pojawiła się w domu leśniczego pani hrabina, żona jego chlebodawcy. Leśniczy od razu wiedział, co te odwiedziny znaczą, a gdy dobra, piękna pani rozpoczęła: -Jutro, panie Hopp, jest dzień urodzin hrabiego... Leśniczy, lekko uśmiechając się, rzeki: - ...wobec tego chciałaby jaśnie pani hrabina panu hrabiemu dać upominek, a jest przekonana, że najstosowniejszym upominkiem byłby Krambambuli. - Tak, tak, kochany panie Hopp. Hrabina pokraśniała z zadowolenia, że leśniczy jest taki ustępliwy i prosiła o wymienienie ceny, jaką należałoby za psa uiścić. Ale leśniczy, szczwany lis, zachichotał, udawał widać skromnego i wystąpił wreszcie z następującym oświadczeniem: -Jaśnie pani hrabino! Jeżeli pies zostanie na zamku, jeśli nie pogryzie każdego postronka, nie rozerwie każdego łańcucha, albo jeśli, robiąc to, nie udusi się, wówczas niech go jaśnie pani za darmo zatrzyma; wtedy bowiem nie jest więcej nic wart. Maria Von Ebner-Eschenbach 15 Uczyniono próbę, ale do uduszenia nie doszło, gdyż wpierw stracił hrabia ochotę zatrzymania tego upartego zwierzęcia. Na próżno usiłowano go pozyskać sobie miłością, poskromić srogością. Pies gryzł każdego, kto się doń zbliżał, odmawiał przyjmowania pokarmu i zszedł zupełnie na marne. Po kilku tygodniach uwiadomiono Hoppa, że może odebrać swe psisko. Gdy pośpiesznie skorzystał z tego zezwolenia i zbliżył się do psiej budy, cóż za radosne było to spotkanie! Krambambuli począł głośno wyć, podskoczył ku swemu panu, oparł przednie swe łapy o pierś leśniczego i zlizywał łzy radości, płynące po twarzy starego. Wieczorem tego szczęśliwego dnia wędrowali społem do oberży. Leśniczy zagrał partyjkę taroka z doktorem i zarządcą, Krambambuli leżał w kącie za swym panem. Czasem ten obracał się, a pies, choć - zdało się - śpi głęboko, poczynał natychmiast ogonem bić o podłogę. A gdy Hopp, zapominając się, jakby pieśń triumfalną począł nucić: „Co porabia mój Krambambuli?” - wówczas pies podnosił się pełen powagi i poważania, a jego jasne oczy odpowiadały: - „Powodzi mu się dobrze!” O tymże czasie grasowała w bezczelny wprost sposób, nie tylko w lasach hrabiego, ale również i w całej okolicy, banda kłusowników. Przywódcą tej bandy był jakiś złajdaczony osobnik. Rudym nazywali go drwale, spotykający go w jakiejś najpodlejszej spelunce przy wódce, lub gajowi, którzy czasem byli już na jego tropie, a nigdy go przychwycić nie mogli, wreszcie wywiadowcy, których ten drab wśród hołoty miał w każdej wsi. Był to zaprawdę najbezczelniejszy łobuz, który kiedykolwiek sprawiał kłopoty uczciwym myśliwym; musiał być zresztą sam z tego fachu, gdyż nie umiałby z taką pewnością tropić zwierzyny i z taką zręcznością wymigać się z sideł, które nań nastawiano. Szkody w drzewostanie i zwierzostanie osiągnęły niezwykłe rozmiary; cały personel leśny znajdował się w stanie wielkiego wzburzenia. Toteż zdarzały się wypadki, że biedacy, schwytani w lesie, na małoznacznych zresztą wykroczeniach, byli pociągani do surowszej odpowiedzialności, niżby to miało miejsce w normalnych czasach i niżby tę srogość można było usprawiedliwić. Nadleśniczy, przeciw któremu przede wszystkim nienawiść skierowała się, otrzymał wiele życzliwych ostrzeżeń. Ponoć kłusownicy poprzysięgli, że przy pierwszej nadarzającej się sposobności wywrą na nim swą zemstę. Ale odważny i popędli-wy nadleśniczy puszczał te wieści mimo uszu i dbał przede wszystkim o to, by powszechnie było wiadomym, że nakazał swym podwładnym najbezwzględniejsze obchodzenie się z kłusownikami, sam przyjmując na się odpowiedzialność za każde następstwo tej srogości. Najczęściej przypominał nadleśniczy panu Hoppowi obowiązek surowego wykonywania obowiązków służbowych, zarzucając mu czasem brak energii, na co oczywiście stary tylko się uśmiechał. A Krambambuli w takich chwilach tylko głośno i pogardliwie ziewał. Zarówno on, jak i pan jego nie brali tych słów za złe panu nadleśniczemu. Wszak nadleśniczy był synem tego, u którego Hopp uczył się ongi szlachetnego kunsztu myśliwskiego, zaś Hopp obecnego nadleśniczego jako małego chłopca wtajemniczał w pierwociny zawodu myśliwskiego. Hopp był dumny ze swego byłego ucznia i kochał go mimo surowości, z jaką traktował zarówno jego, jak i innych. 16 Krambambuli Pewnego poranka, w czerwcu, zastał Hopp nadleśniczego znowu przy „egzekucji”. Było to w zagajniku lipowym, na kraju hrabiowskiego parku, graniczącego z lasem, w pobliżu kultur leśnych, które nadleśniczy najchętniej byłby otoczył minami prochowymi. Lipy właśnie zakwitły; kilkunastu małych chłopców wylazło na nie. Jak wiewiórki łazili po gałęziach, łamali wszystkie gałązki, które mogli dosięgnąć i zrzucali je na ziemię. Dwie kobiety zbierały szybko te gałązki i napychały nimi kosze, do połowy już napełnione wonną grabieżą. Nadleśniczym owładnęła nieposkromiona wściekłość. Kazał gajowym potrząsać drzewami, nie dbając o wysokość, z której chłopcy na ziemię spadali. Gdy, kwiląc i wrzeszcząc, pełzak dokoła jego nóg, jedni z poszarpanymi twarzami, inni z wywichniętemu rękami i nogami - nadleśniczy bił obie kobiety. W jednej z nich poznał Hopp lekkomyślną dziewkę, która ponoć miała być kochanką Rudego. A gdy kosze i chustki kobiet, a także czapki chłopaków zostały skonfiskowane, a Hopp otrzymał zlecenie odstawienia wszystkich przychwyconych na gorącym uczynku do sądu - nie mógł się wyzbyć jakiegoś przeczucia, że sprawa ta fatalnie się zakończy. Rozkaz, który mu wtedy dał nadleśniczy, dziki jak diabeł w piekle i jak tenże otoczony jęczącymi i zadręczonymi grzesznikami - był ostatnim, który Hopp otrzymał za życia nadleśniczego. W tydzień potem zastał go Hopp znowu w zagajniku lipowym - nieżywego... Ze stanu, w jakim znajdował się trup, można było poznać, że przywleczono go przez bagna i żwir, by go tu właśnie złożyć. Nadleśniczy leżał na ściętych gałązkach, dookoła czoła miał gęsty wieniec kwiatów lipowych; takiż sam wieniec był owity dokoła jego piersi. Jego kapelusz znajdował się tuż obok i był również napełniony kwiatami lipowymi. Również torbę myśliwską zostawił morderca; wyjął tylko naboje, a zamiast nich wetknął kwiaty lipowe. Brakło piękniej dubeltówki nadleśniczego; zamiast niej znajdowała się jakaś nędzna strzel-bina. Gdy potem znaleziono w piersi zamordowanego śmiercionośną kulę, okazało się, że dokładnie jest dopasowana do lufy tej flinty, którą jakby na kpiny położono przez piersi nadleśniczego. Hopp znieruchomiał z przerażenia na widok zeszpeconego trupa. Nie był w stanie ruszyć palcem, mózg miał jakby sparaliżowany; błędnie patrzał tylko i z początku wcale nie myślał; dopiero po pewnym czasie zdobył się na pewne spostrzeżenie, na nieme pytanie: - Co właściwie dzieje się z psem? Krambambuli obwąchuje trupa, biegnie dokoła niego. To skomli, to przenikliwie szczeka; robi kilka skoków i znowu donośnie poszczekuje; jakby w nim budziło się jakieś dawno zamarłe wspomnienie... - Do nogi! - woła Hopp. - Do nogi! Krambambuli jest posłuszny, jednak spoziera na swego pana w najwyższym wzburzeniu, jakby mówił: - Błagam cię na wszystko w świecie: czy nie widzisz? nie czujesz? O, drogi panie, spójrz tu, powąchaj! O panie, chodźże tu... I dotyka pyskiem kolana leśniczego i pełza naprzód, wciąż się oglądając, jakby pytał: - Czy idziesz za mną? I wraca do trupa, i podnosi ciężką strzelbę, i suwa ją, i stara się chwycić między zęby, Maria Von Ebner-Eschenbach 17 widocznie, by ją zaaportować. Leśniczego przenika dreszcz i różne przypuszczenia poczynają mu świtać w mózgu... Że jednak nie jego rzeczą jest dochodzić, kto jest sprawcą mordu, a obowiązkiem tylko uwiadomić władze - czyni to, co doń należy, to jest udaje się wprost do sądu. A gdy to się stało i wszystkie formalności, przepisane przez ustawę w podobnych katastrofach, zostały wypełnione - co zajęło cały dzień, a ponadto i część nocy - wdał się Hopp przed udaniem się na spoczynek w rozmowę ze swym psem. - Mój piesku - rzecze - teraz żandarmi są na nogach i prowadzą wszędzie swe dochodzenia. My innym pozostawimy trud schwytania szubrawca, który zastrzelił naszego pana nadleśniczego. Mój piesek zna nikczemnego zbója, zna go, tak, tak! Ale tego nikt nie powinien wiedzieć... Ja miałbym mego pieska wplątać w tę aferę? Ani myślę! Pochylił się nad psem, siedzącym między rozstawionymi jego kolanami, przytulił twarz do głowy zwierzęcia i radował się tegoż wdzięcznymi pieszczotami. Przy tym nucił: „Co porabia mój Krambam-buli?” aż go zmógł sen... Psychologowie starali się wytłumaczyć tajemniczy popęd, który niejednego zbrodniarza wciąż z powrotem zapędza na miejsce zbrodni. Hopp nie wiedział zupełnie o tej uczonej teorii, a jednak bezustannie włóczył się w pobliżu zagajnika lipowego. Dziesiątego dnia po śmierci nadleśniczego po raz pierwszy przez kilka godzin zajął się czym innym niźli myślą o pomście; w lesie znaczył drzewa, które przy najbliższym wyrębie miały być ścięte. Gdy skończył tę robotę, przewiesił dubeltówkę i ruszył najkrótszą drogą, prowadzącą w poprzek lasu w stronę zagajnika lipowego. W chwili, w której chciał wstąpić na ścieżkę, biegnącą wzdłuż płotu bukowego, miał wrażenie, jakby coś zaszeleściło w pobliżu. Natychmiast jednak zapanowała cisza, głęboka, długotrwała cisza. Byłby wcale na ten szelest nie zwrócił uwagi, gdyby pies nie wpatrywał się w pewien punkt tak dziwnie... Krambambuli stał z najeżoną sierścią, wyciągniętą szyją, do góry podniesionym ogonem - i wytrzeszczał oczy w jedno miejsce płotu. - Oho! - pomyślał Hopp - czekaj drabie, jeśli to ty jesteś! Skrył się za drzewem i napiął kurek dubeltówki. Jak oszalałe biło mu serce i dech mu zaparło, gdy nagle... przez płot na ścieżkę przełazi Rudy! Dwa młode zajączki były przytwierdzone do jego torby myśliwskiej, a na ramieniu miał strzelbę nadleśniczego! Co za gratka, by draba zastrzelić z zasadzki! Ale nawet na najgorszego zbója nie wystrzeliłby naboju pan Hopp, nie uprzedziwszy go. Jednym susem wybiega z poza drzewa na ścieżkę i woła: - Poddaj się, przeklęty zbóju! I gdy w odpowiedzi na to kłusownik porywa strzelbę z ramienia, daje Hopp ognia... Ba, dubeltówka jego zatrzeszczała, zamiast huknąć. Zbyt długo z nałożoną kapslą była oparta o drzewo w wilgotnym lesie... Strzał zawiódł... - Dobranoc - przemyka się po głowie starego - idzie śmierć... 18 Krambambuli Lecz nie: żyje! Tylko jego przedziurawiony śrutem kapelusz spada na murawę. Również i zbójowi nie poszczęściło się. Był to ostatni nabój w strzelbie, właśnie wyciąga z kieszeni nowy... - Weź go! - nakazuje psu ochrypłym głosem Hopp. - Weź go! - Do nogi, Krambambuli, do nogi! - wabi drab pieszczotliwym, ach, od dawna znanym głosem. A pies... To, co teraz się stało, zaszło o wiele prędzej, niż opowie-dzieć można. Krambambuli poznał swego pierwszego pana i pobiegł ku niemu aż do... środka drogi. Wtem zagwizdnął Hopp i pies nawrócił; poczym gwizdnął Rudy i pies znowu nawrócił... I poczęło się psisko to w jedną to w drugą stronę zwracać, pełne rozpaczy, w jednakim oddaleniu od leśniczego i kłusownika, równocześnie wabieniem pierwszego swego pana pociągane, a gwizdem swego drugiego pana osadzane na miejscu... Wreszcie biedne zwierzę zaniechało rozpaczliwej walki i koniec położyło swym wątpliwościom, lecz zaprawdę nie swojej udręce. Szczekając, wyjąć, z ciałem wypiętym jak cięciwa, a głową w górę wzniesioną, jakby wzywało niebo na świadka swych mąk duchowych, poczęło się czołgać ku swemu pierwszemu panu... Na ten widok żądza krwi owładnęła Hoppem. Drżącymi rękami ujął strzelbę i zmierzył się... Również Rudy podniósł swą broń i wycelował... Teraz musi się rozstrzygnąć! Wiedzą o tym obaj i bez względu na to, co się dzieje w ich wnętrzu, celują tak spokojnie, jak dwaj namalowani na obrazach strzelcy. Padają dwa strzały. Leśniczy trafia, kłusownik chybia. Dlaczego? Bo w chwili, gdy miał wypalić, pies nań wskoczył z objawami niepohamowanej radości... - Bestio! - syczy kłusownik, pada na wznak i nie rusza się więcej... Powoli podchodzi doń leśniczy. „Masz dosyć - myśli - szkoda każdego dalszego ziarnka śrutu”. Mimo to ustawia dubeltówkę na murawie i nabija ją znowu. Pies siedzi z wywieszonym językiem i patrzy na niego. A gdy leśniczy nabił już swą strzelbę, wiódł z psem rozmowę, z której ani słowa nie posłyszałby żaden świadek, choćby nim była żyjąca osoba, a nie ten leżący na murawie trup. - A wiesz ty, dla kogo jest przeznaczony ten nabój? - Domyślam się... - Dezerterze, zdrajco, coś zapomniał o swym obowiązku i przykazaniu wierności! - Tak, panie, tak, tak... - Byłeś okrasą mego życia. Teraz to minęło. Nie sprawiasz mi więcej radości. - To zrozumiałe... I Krambambuli wyciągnął się na murawie, złożył głowę na przednich łapach i wpatrywał się w leśniczego. Gdyby to przeklęte bydlę tak weń nie wpatrywało się! Prędko by z nim zrobił koniec i zaoszczędził mąk zarówno sobie, jak i psu. Ale tak jakoś nie można! Kto Maria Von Ebner-Eschenbach 19 potrafiłby zastrzelić stworzenie, które tak się wpatruje? Pan Hopp przewiesił przez ramiona dubeltówkę i zabrawszy zające, przytroczone do torby kłusownika, poszedł ścieżką w stronę zagajnika. Pies śledził go oczyma aż znikł między drzewami - potem powstał i począł żałośnie i długo wyć. Wreszcie usiadł koło trupa... Tak zastała go komisja sądowa, która pod wieczór w towarzystwie Hoppa zjawiła się, by oglądnąć zwłoki i uprzątnąć je. Krambambuli cofnął się o kilka kroków, gdy panowie podeszli. Jeden z nich rzekł: - To przecież pański pies, panie Hopp. - Zostawiłem go tu na warcie - odparł leśniczy, wstydząc się wyznać prawdę. Gdy trupa umieszczono na wozie i ruszono w stronę cmentarza, Krambambuli kroczył za wozem z opuszczoną głową i wciągniętym między tylne łapy ogonem. W pobliżu trupiarni, w której zwłoki Rudego przez noc leżały, nazajutrz widział go grabarz włóczącego się. - Marsz do domu! - krzyknął i dał mu kopniaka. Krambambuli wyszczerzył zęby i pobiegł. Ale do domu nie wrócił; począł wieść nędzny żywot włóczęgi. Zdziczały, wychudły, znalazł się po pewnym czasie koło zagród najbiedniejszych chałupników na kraju wsi. Nagle rzucił się na dziecko, stojące przed chatą i porwał kawałek twardego chleba, które ono gryzło. Dziecko osłupiało ze strachu; z chaty wypad! mały piesek i począł oszczekiwać rabusia. Ten natychmiast wypuścił łup i uciekł... Tego samego wieczora Hopp przed ułożeniem się do snu stał przy oknie i wpatrywał się w poświatę księżyca, sączącą się na uśpione lasy. I oto ujrzał z tamtej strony łąki, na kraju lasu, psa, z tęsknotą spoglądającego na miejsce swej minionej szczęśliwości... Leśniczy zatrzasnął okiennice i położył się do. łóżka. Po chwili jednak wstał i przystąpił znowu do okna. Psa już nie było... I znowu chciał się udać na spoczynek i znowu nie mógł zaznać spoczynku... Nie mógł więcej uleżeć! Sprowadzę go do domu - pomyślał i uczuł wielką ulgę po tej decyzji. Ledwo świtać poczęło, ubrał się i przykazał żonie, by nie czekała nań z obiadem. Gdy przestąpił próg domu dostrzegł tego, którego wybrał się poszukać gdzieś w oddali. Martwe ciało psa leżało pod domem. Krambambuli przycisnął głowę do progu, którego przekroczyć nie miał odwagi. Leśniczy nigdy nie mógł go przeboleć. Do najszczęśliwszych chwil w jego dalszym życiu należały te, w których zapominał o swej stracie. Czasem poczynał nucić: „Co porabia mój Krambam...” — ale nie kończył, jeno potrząsał głową i głębokie westchnienie dobywało się z jego piersi... 20 Postscriptum do noweli Krambambuli Andrzej Kasperek POSTSCRIPTUM DO NOWELI KRAMBAMBULI Zdarza się czasem, że .przeczytane kiedyś zdanie, opowiadanie czy fragment artykułu utkwi głęboko w naszej głowie, choć wcale tego nie zauważyliśmy. Przypadkowa lektura, pozornie bez znaczenia, nie została wcale zapomniana - jej wrażenie, jakieś słowo czy od-błysk gdzieś w nas spoczywa i trzeba impulsu, który je powróci do życia. Ale wcale nie jest to takie proste, aby przypomnieć sobie, skąd to znamy; najczęściej już nie pamiętamy, kto to napisał, kiedy i gdzie to przeczytaliśmy. Trzeba ogromnej cierpliwości archeologa pamięci, żeby odkopać potrzebne informacje, a i to nie zawsze się udaje. Coś takiego przytrafiło mi się w zeszłym roku. W czasie pisania artykułu o gdańskich alkoholach do 8 numeru „Prowincji”, zgłębiając tajniki goldwassera i machandla, trafiłem na jeszcze jeden trunek, dziś kompletnie zapomniany, zwany krambambuli. Wyróżniał się pięknym czerwonym kolorem. Pierwotnie była to jałowcówka, później przeobraziła się w trunek z dodatkiem cynamonu i wielu innych ingrediencji. Często znany był ów napitek jako gdańska wiśniówka. W uczonej rozprawie o obecności gdańskich wódek „in der Weltliteratur” znalazłem wzmiankę, że Maria von Ebner-Eschenbach napisała opowiadanie pod tytułem Krambambuli. Gdy przeczytałem jego streszczenie coś mi się przypomniało - kiedyś już czytałem tę poruszającą historię. Ale kiedy? Prawdopodobnie było to w „Przekroju”; niestety, przekopywanie się przez hałdy starych roczników nie przyniosło skutku. Dopiero wertowanie katalogów bibliotecznych dało odpowiedź. Opowiadanie wydaniu książkowym ukazało się po polsku tylko raz w tomie Krambambuli. 14 arcydzieł nowelistyki nowoczesnej... Zebrał dla dorastającej młodzieży, częściowo przełożył i wstępem zaopatrzył MERWIN. Książkę wydało Towarzystwo Wydawnicze „Rój” w Warszawie w 1930 roku. Po półrocznych poszukiwaniach udało mi się ów tom zdobyć. Lektura tytułowej noweli pokazała, że warto było szukać. Maria von Ebner-Eschenbach to austriacka pisarka żyjąca w latach 1830-1916 (ciekawostka - w tych samych latach żył Franciszekjózef I). Ze względu na epokę i tematykę (stosunki pomiędzy chłopami a szlachtą, napięcia pomiędzy poszczególnymi narodowościami CK Austro-Wegier) można ją porównać do Elizy Orzeszkowej lub Marii Konopnickiej. Pisarka z domu była hrabianką Dubsky, urodziła się na zamku Zdzislavice na Morawach, ale większość życia spędziła w Wiedniu. Próbowała sił jako poetka, zajmowała się dramaturgią, jednak największy sukces odniosła jako autorka aforyzmów (tomik tych utworów wydano 1974 roku w opracowaniu i przekładzie Mariana Dobrosielskiego) i nowel. Są one zaliczane do klasyki i ciągle wznawiane w krajach niemieckojęzycznych. Największy sukces przyniosły jej utwory czerpiące z wnikliwej obserwacji życia i natury. Znajdzie- Andrzej Kasperek 21 my u niej nawet polonika, napisała dwie nowele zainspirowane rabacją galicyjską z 1846 roku: Lekarz powiatowy i Jakub Szela. Ale dziś jej twórczość może nużyć, nawet jeśli autorka „głosiła ideę miłości ludzkiej bez względu na narodowość i wyznanie”. Z jednym jednak wyjątkiem - chodzi właśnie o arcydzieło nowelistyki Krambambuli. Utwór powstał dzięki historii, opowiedzianej przez brata pisarki, o psie, którego jego właściciel (Cygan) źle traktował a nawet chciał zabić; został odkupiony przez dobrych ludzi, ale uciekł od nich, gdy tylko Cygan pojawił się w okolicy. To ten utwór sprawił, że jej nazwisko jest ciągle wymieniane a nowela została pięć razy [sic!] sfilmowana, ostatnio w 1998 roku. Utwór jest wymieniany w jednym rzędzie z takimi tytułami jak: Biały kieł Jacka Londona, Pies i pan Tomasza Manna czy Biały Bim, Czarne Ucho Gawriiła Trojepolskiego. Wszystkie wymienione znakomicie opisują psychikę psa i to na długo przed tym, zanim powstały katedry Dog Psychology Science. Ja sam od lat, z miernym skutkiem, próbuję zgłębiać kocią psychikę, dlatego nie będę rozwijał tego tematu. Jest wiele analiz noweli Ebner-Eschenbach. Poczynając od tej, że autorka osierocona w niemowlęctwie uczyniła sieroctwo jednym z ważnych motywów swej twórczości, przez deliberacje na temat konfliktu wierności, któremu pies nie mógł sprostać, psychoanalityczne spekulacje na temat stosunków pomiędzy dzieckiem a matką, którą się kocha najmocniej, nawet wtedy, gdy nas krzywdzi („bo matka to zawsze matka”), aż do stwierdzenia, że autorka stworzyła alegorię stosunków czesko-niemieckich, panowie się nienawidzą a lud (pies) nie wie dlaczego. Możemy jednak je wszystkie odłożyć na bok i po prostu czytać znakomity opis pewnej przyjaźni, zdrady, rozpaczy. Opowieści o bólu utraty, zawiedzionej nadziei, niepewności szczęścia... *** W cytowanym zbiorze 14 arcydzieł nowełistyki nowoczesnej... nie podano nazwiska autora przekładu noweli. Udało mi się ustalić, że chodzi o Bertolda Merwina (właściwie: Ba-rucha Menkesa), żołnierza i oficera Legionów Polskich, pisarza, nauczyciela, dziennikarza. Porównałem tłumaczenie z oryginałem niemieckim. Zdecydowałem się na powrót do układu graficznego oryginału. Poprawiłem ewidentne błędy ortograficzne, słownikowe, interpunkcję, dodałem kilka opuszczonych passusów oraz nieco poprawiłem składnię i stylistykę. Pozostawiłem jednak pseudonim kłusownika: „Rudy”, choć w wersji niemieckiej zwany jest „Gelbe”, czyli „Żółty”. Może tłumacz miał swoje powody do tej zmiany? Zależało mi przede wszystkim, na tym, żeby współczesny czytelnik rozsmakował się w tym nieco staroświeckim utworze z 1883 roku i docenił, że jest warty czytania, dopóki psy patrzą na swych panów z uwielbieniem... To ponoć Winston Churchill jest autorem aforyzmu: „Psy patrzą na nas z szacunkiem, koty z pogardą, a świnie jak na równych sobie”. Ale co ja tam wiem - psa miałem tylko jako dziecko, zawsze byłem kociarzem, moja kotka darzy mnie szacunkiem a ze świnią spotykam się tylko na talerzu, w oczy jej nie zaglądam. 22 Lekcja Łysego Grażyna Kamyszek LEKCJA ŁYSEGO Siedziałam w pustym przedziale przy oknie. Pociąg miał zaraz ruszyć. Byłam szczęśliwa, że jestem sama ze swoimi myślami i nie muszę wdawać się z nikim w grzeczną pogawędkę o pogodzie lub o czymkolwiek innym. Pociąg ruszył. Nikt nie dosiadł, więc wyglądało na to, że do następnej stacji, co najmniej przez godzinę, będę w przedziale sama. Niestety. Drzwi, pchane czyjąś wytatuowaną ręką, nagle rozsunęły i zostały wypełnione ciałem postawnego mężczyzny. - Wolne ? - zachrypiał z góry. - Wolne - odpowiedział mój stłumiony głos spod okna. Młody, łysy chłopak usiadł naprzeciwko mnie. Zerkałam ukradkiem na niego znad książki i coraz bardziej się bałam. Mój towarzysz podróży był bardzo dobrze zbudowany, krótkie rękawki czarnego podkoszulka odsłaniały umięśnione, wydziergane ramiona. Ktoś misternie wytatuował na nich coś, czego w żaden sposób nie mogłam rozszyfrować. Wojskowe spodnie i ciężkie buty uzupełniały wygląd młodego człowieka, który nie wzbudzał zaufania a raczej wywoływał strach. Co chwilę wycierał pot z ogolonej głowy, a wielka łapa bezskutecznie szukała w przepastnych kieszeniach chusteczki. Wycierał ręce w spodnie, które i tak nie grzeszyły czystością. Bałam się Łysego (tak nazwałam go w myślach). Co robić? Zabrać torbę i przenieść się do innego przedziału? Głupio tak. Bałam się szczególnie wtedy, gdy nasz wzrok spotykał się niby przypadkowo. Wiedziałam, że obserwujemy się dyskretnie. Bałam się coraz bardziej. Miałam w pamięci zdarzenie, które zbulwersowało cały kraj. Wyrzucono z pociągu młodą, sparaliżowaną strachem, dziewczynę. Było ich dwóch. Ten był jeden, ale nie miałabym z nim szans. Nie patrzyłam w jego stronę, prawie nie oddychałam. Cóż może mi zrobić - dodawałam sobie otuchy - okraść z mojej mizernej biżuterii, zażądać PIN-u do kart kredytowych, na których i tak miałam debet, na gwałt byłam chyba za stara i niezbyt atrakcyjna. - Gorąco, nie? - zachrypiał. - Gorąco - przytaknęłam. No i koniec konwersacji. Boże, spraw, żeby ktoś dosiadł. Nie wytrzymam tego napięcia. Do następnej stacji pozostało około pół godziny. Wytrwam, a potem udam, że wysiadam i zmienię przedział lub wagon. Bałam się takich łysych, umięśnionych i wytatuowanych typków. Nagle drzwi przedziału rozsunęły się i stanął w nich jakiś młody mężczyzna. Wyciągnął rękę w naszą stronę i zaczął wygłaszać formułkę, którą prawdopodobnie powtarzał w każdym przedziale. - Dzień dobry państwu. Proszę o wsparcie. Jestem biedny, szukam pracy, mam na utrzymaniu chorą matkę. Pomóżcie mi, dajcie parę groszy... Czekał z wyciągniętą ręką. Grażyna Kamyszek 23 Sięgnęłam po torebkę, żeby wyjąć portfel i wtedy odezwał się Łysy. - Niech mu pani nie daje ani grosika! To jest obibok, któremu nie chce się pracować! Łysy wstał. Podszedł do żebraka, zamknął drzwi za jego plecami i zmusił go do zajęcia miejsca. - Słuchaj bratku! - zachrypiał. - Masz ręce, masz nogi, masz rozum? Odpowiadaj! - Mam... - wykrztusił. - No to weź się do jakiejkolwiek roboty, a nie wciskaj ludziom kitu. Na następnej stacji grzecznie wysiądziesz i nie będziesz łaził po przedziałach z wyciągniętą łapą, bo jak cię zobaczę, to wyfruniesz z pociągu. Posiedzisz tu do następnego przystanku, potem wysiądziesz i piechotką powędrujesz do chorej mamusi. Będziesz miał czas na myślenie, jak znaleźć robotę i nie żebrać. - Ale... - jęknął młody człowiek. - Nie ma żadnego „ale”, nie bierz mnie na litość - Łysy był nieubłagany. Ja często jeżdżę tym pociągiem i nieraz cię tu widziałem. Już tak od roku łazisz po przedziałach z wyciągniętą łapą. Obyś się znowu na mnie nie napatoczył, bo nie będzie tak miło jak dziś. Szukaj jakiejkolwiek roboty, bo na żebranie jesteś za zdrowy i za młody. Zaraz stacja. No, zbieraj się i spier...! Zrozumiałeś kmiotku?! Ja cię przypilnuję, czy nie wsiadłeś z powrotem. Wyszli, a właściwie pofrunęli, bo przy posturze Łysego młody żebrak wyglądał jakby nie czuł ziemi pod nogami, tym bardziej że umięśnione ręce mojego towarzysza podróży mocno trzymały koszulę sparaliżowanego strachem chłopaka. Siedziałam jak zahipnotyzowana. No proszę! Łysy to facet z charakterem. Jak to pozory często mylą - pomyślałam. Wrócił. Przez okno widziałam wściekłą twarz młodego człowieka idącego peronem. Łysy był niezmiernie zadowolony z siebie. Gdy pociąg ruszył, pogroził jeszcze na pożegnanie a potem krzyknął, a jego zachrypnięty głos niósł się echem po pustym peronie - do ro-bo-ty, dźwi-gać mło-ty! -Jak ja nienawidzę młodych, zdrowych facetów z wyciągniętą łapą. Od razu bym lał w te głupie, leniwe łby. Roboty jest wszędzie pełno, tylko trzeba zgiąć kark. No czy nie mam racji? - zwrócił się do mnie. - Może on był chory? - wyraziłam nieśmiało swoją wątpliwość. - A wyglądał na chorego? Właśnie tacy żerują na portfelach innych. Pani też dała się nabrać - pouczył mnie mój współpasażer. Już nie miałam ochoty zmieniać miejsca na inny przedział. Zaczynało robić się całkiem interesująco. Odważyłam się, aby zadać Łysemu pytanie - dlaczego tak bardzo zdenerwował go ten mężczyzna, przecież nic o nim nie wiedział? Moje pytanie sprowokowało Łysego do uchylenia rąbka tajemnicy ze swojego życiorysu. -Ja dobrze znam takich jak on i powiem pani, że mam ich głęboko w (w tym miejscu nastąpiła cisza dopełniona po dłuższej chwili odpowiednio wyszukanym przez Łysego słowem) ... tyłku. No proszę - pomyślałam - Łysego stać nawet na eufemizm, chociaż w jego wykonaniu zabrzmiał nieco nienaturalnie. Postanowiłam zaskoczyć go i nazwać rzecz po imieniu. 24 Lekcja Łysego - Poniekąd ma pan rację, można mieć głęboko w dupie takich ludzi, ale należy wziąć poprawkę na różne sytuacje życiowe, które skłaniają niektórych do tego typu działań. - O widzę, że z pani równa babka i gada jak człowiek, a ja już myślałem, że z pani taka ą, ę - Łysy z radością skomentował użyte przeze mnie słowo i z pewnością też pomyślał, że pozory mylą. Byłam bardzo ciekawa, jak dalej potoczy się nasza konwersacja. Już chciałam zapytać o coś intersującego z życia Łysego, ale on sam z ogromną ochotą zaczął opowiadać o sobie. - Też mógłbym wyciągnąć łapę i powiedzieć dajcie, bo jestem biedny i nieszczęśliwy, i wcale bym nie skłamał. Miałem 15 lat, gdy ojczym zapił się na amen. Byłem najstarszy, zostałem z matką i czworgiem rodzeństwa. Drobiazg taki. Wie pani, że jak ten ch... zdechł, to nam ulżyło. Po pijaku odp... mu tak, że z siekierą latał i zabijać chciał. Kiedyś mu taki wpi... spuściłem, że przez tydzień był spokój. No i po co mi to było - pomyślałam - chciałam zbratać się z Łysym jednym niewinnym słówkiem, a on mi za to w euforii serwuje wyrazy, które zgrzytały w uszach i nie prowokowały do dalszego bratania się. O jakże byłam naiwna, chciałam być trendy, kreować się na równiachę a jedną niewinną „dupą” uruchomiłam paletę barw. Ciekawe, jaka byłaby reakcja Łysego, gdybym użyła któregoś z synonimów, np. pupa, rzyć, zadek, cztery litery itp. Na moją zgubę użyłam czteroliterowego słówka „dupa”, a przecież kiedyś wyraz ten nie miał pejoratywnego znaczenia. Pochodzi od starosłowiańskiego dupło - zagłębienie, dziura. Według Aleksandra Brucknera w XIII wieku określenie „dupna mogiła” oznaczało pusty grób. Trudno, sama tego chciałam, więc teraz z pokorą muszę słuchać wynurzeń współpasażera, który swoje zwierzenia okraszał epitetami wykraczającym poza normy społeczno -obyczajowe. - Matka do dziś dostaje jakieś pieniądze z opieki - kontynuował Łysy - a ja chwytałem się wszystkiego, jak to na wsi, zawsze jest coś do roboty. Latem żywił nas las, wie pani, jagody, grzyby. Chodziłem też na wyrąb , żeby mieć drewno na zimę. Pracowałem też przy żniwach. Ciężko było, ale do nikogo ręki po jałmużnę nie wyciągałem. Skończyłem zawodówkę, zaocznie, ale zdobyłem fach. Potem poznałem zajebistego kumpla. Chcieliśmy szybko zarobić, no wie pani, jak to jest. Imponował mi. On miał wydziergane całe łapy i tors. Nie chciałem być gorszy. Teraz żałuję, bo nie da się tego zmyć. Już taki pomalowany umrę -zaśmiał się chrapliwie. Ten kumpel chciał mnie wpi... w coś brudnego, ale wie pani, mam swój rozum, nie dałem się, jeb... to wszystko w pi...! - Zapaliła się czerwona lampka alarmowa? - wtrąciłam. -Jo, jo, to właśnie. Gdyby nie ta lampka, jak pani mówi, oglądałbym świat zza krat więzienia. Wyjechałem. Znalazłem robotę. Jestem kamieniarzem. - No to rozumiem, skąd te muskuły - znowu wtrąciłam. - A żeby pani wiedziała. Ile ja się nanoszę tych ciężarów. Najbardziej lubię robić w marmurze. Najgorszy jest ten cholerny pył przy szlifowaniu. Niby zakłada się maskę, a i tak ciągle mam podrażnione gardło i gadam, jak bym ciągle był wczorajszy. A niech mi pani wierzy, że gorzały do ust nie biorę. Browarka od czasu do czasu przechylę i na tym koniec. Grażyna Kamyszek 25 Co tydzień, czasem co dwa, jeżdżę do domu. Zawsze wiozę coś dzieciakom. Na pewno są już w drodze. Zawsze wychodzą mi naprzeciw. Nieraz przyjeżdżają rowerami, bo od stacji to 5 kilometrów. Dla maluchów to kawał drogi. Pokazałbym pani, co kupiłem, ale zaraz wysiadam. Pociąg zaczął zwalniać. - No to do widzenia. I niech pani nie wspomaga zdrowych żebraków, bo to lenie. Niech chwytają za młoty i do roboty! He, he, he - zaśmiał się chrapliwie na pożegnanie. - Do widzenia. Życzę wszystkiego dobrego - odpowiedziałam. Zobaczyłam zniszczony budynek dworcowy, a na jego tle czworo dzieciaków wpatrujących się w poszczególne drzwi wagonów. Nagle cała czwórka ruszyła z impetem w stronę Łysego, który pojawił się na peronie. Nie spojrzał w moją stronę. Oddał plecak dwóm starszym chłopakom, a na ręce wziął dwie małe dziewczynki. Szedł jak ślepiec, bo maluchy wczepiły się w brata jak kociaki, których ostre pazurki trudno oderwać od nierównej powierzchni. No Łysy, zaimponowałeś mi, a tak cię niesprawiedliwie oceniłam. Drażniły mnie twoje wulgaryzmy, ale sama byłam temu winna. Jedną maluczką „dupą” otworzyłam ci drogę do nazywania rzeczy po twojemu. Od tamtej pory inaczej patrzę na żebrzących ludzi i zanim wyciągnę portfel, aby ich wesprzeć, zastanawiam się - czy warto. Nauczył mnie tego Łysy. Izabela Skibicka-Chojnacka MIŁOŚĆ NA GRUZACH KOSOWA Izabela Skibicka-Chojnacka Tl W POLU Po niecałym kilometrze zeszłyśmy z drogi na ścieżkę prowadzącą na pola, minęliśmy jakieś zabudowania i... dech zaparło mi w piersiach: niesamowicie piękne widoki. Pola rozciągały się na długości kilku kilometrów, mistrzowsko poukładana kratka zasobów podarowanych przez Naturę. Połacie ziemi to wzbijały się kilkoma odcieniami zieleni w górę, to znów łagodnym lukiem opadały w dół, wyglądało to jakby się goniły. W powietrzu czuło się wiosnę, zapach trawy drażnił nozdrza, słońce coraz odważniej grzało, przez moment czułam się szczęśliwa, że tam byłam, że mogłam chłonąć czar tego miejsca. Ale to była chwila, odżyły wspomnienia z kraju, zatęskniłam za polską wiosną, za podwórkiem, po którym krzątał się dziadek, za babcinym ogrodem pełnych tulipanów, piwonii i innych kolorowych kwiatów. Poczułam, jak łzy napływają mi stopniowo do oczu, opamiętałam się, nie chciałam robić żadnych sensacji, ani dawać Rushitowi powodów do awantur. Nie ufałam teściowej na tyle, żeby mieć pewność, że się nie poskarży, a on różnie reagował na moją tęsknotę za domem, najczęściej denerwowało go to i zawsze było przyczyną kłótni. Opanowałam więc emocje na zewnątrz, ale w sercu pozostał wielki smutek... Doszłyśmy chyba na miejsce, bo Nasife szerokim rozmachem ramienia pokazała mi duży kawał ziemi tłumacząc, że to wszystko należy do ich rodziny. - Nawet po podziale każdy dostanie sporo ziemi. Rushit też - dodała znacząco - Trzeba tylko czekać, aż Bajram zmądrzeje, albo umrze. - Co Bajram ma z tym wspólnego?- zaskoczyła mnie - Moja teściowa miała podobną sytuację jak ja, jej mąż, który był najstarszym z braci zmarł dość szybko, pozostawił po sobie tylko Islama. Ona wyszła za mąż za jednego z młodszych braci, Ajeta. Prawnie całą ziemię powinno się podzielić pomiędzy Islama a resztą jego braci. A oni dzielą między swoimi synami. W tym przypadku jedną połowę tego wszystkiego dostanie Rushit i Kastriot, a drugą całe ich kuzynostwo. Niesamowite są zasady, które kierują ich światem. Być może i u nas przestrzegają takich podziałów, ale najprawdopodobniej na wsiach, a ja należę do typowych mieszczuchów. Ziemia w Kosowie jest bardzo żyzna i chętnie przyjmuje prawie wszystko, co się na niej posadzi, bo panuje tam klimat podzwrotnikowy. Uprawia się przeważnie pszenicę, kukurydzę, konopie, tytoń i winorośle. Nasife powiedziała, że te opustoszałe tereny, które rozciągają się od Carralluke, aż pod Malisheve przed wojną pokryte były plantacją winorośli. Ponad 30% powierzchni Kosowa to lasy, głównie dębowe. Wydobywa się tam węgiel brunatny, rudę cynku i ołowiu, chrom, magnezyty, srebro i złoto. To ostatnie jest powodem, dlaczego Mi-trovicę podzielono na pół między Serbów i Albańczyków. To tam znajduje się największa kopalnia złota. Miasto dzieli most, którego pilnie strzegą oddziały wojsk NATO. Do tamtej pory miałam okazję zobaczyć to tylko w telewizji, ale i to wystarczyło, żeby wyciągnąć wniosek, że nie jest to bezpieczne miejsce, mimo że wojna oficjalnie zakończyła się kilka miesięcy temu. Oprócz tych bogactw hoduje się w Kosowie bydło i owce. Jasnoniebieskie, jednolite niebo tuliło do piersi pagórki, na których po zimowym śnie przeciągały się nieśmiało drzewa, szumiąc cicho. W oddali widać było białe domy z czerwo- 28 Miłość na gruzach Kosowa - W polu nymi dachami skupione po kilka obok siebie, żaden nie stał samotnie. Brunatny grunt, aż prosił się o wypielęgnowanie jego powierzchni, żeby pokryć ją potem bogactwami natury. Tylko na jednej części kołysało się żyto. Patrzyłam na to wszystko nie mogąc nasycić oczu pięknem i prostotą, zerwałam pęk żyta i napełniłam kieszenie od spodni ziemią. Teściowa nie pytała o nic, uśmiechnęła się tylko i pokiwała głową. Zupełnie, jakby zdawała sobie sprawę z tego, że prędzej, czy później musiałam pokochać i zauroczyć się tym dookoła. Czuło się jakąś magiczną moc bijącą od tego miejsca, chciało się położyć na środku, patrzeć w bezchmurny błękit i słuchać ciszy, która panowała. Stałam tak rozkoszując się widokiem, gdy zbliżający się z oddali helikopter bezlitośnie ściągnął moje myśli z obłoków do okrutnej rzeczywistości. Przeleciał nad nami hałaśliwie, odprowadziłam go wzrokiem i spojrzałam ponownie w dół. Pola pokryły się ludźmi w mundurach, biegli potykając się, jakby ziemia umyślnie chciała opóźnić ich przybycie do wioski. Słyszało się niemal każdą gałązkę łamaną pod ich stopami, każdą gniecioną trawkę. Za nimi nadciągały czołgi niszcząc po drodze wszystko, co żyło i rosło. Niebo pociemniało, raz po raz błyskały wystrzały z karabinów, zraniona ziemia krwawiła. Zdawało mi się, że słyszę krzyki ludzi uciekających w panice. - To stamtąd przybyły wojska serbskie - moje rozmyślania przerwała Nasife. Spojrzałam na nią starając się dojść do siebie. Skąd wiedziała? - Miałaś to wypisane na twarzy, sposób w jaki patrzyłaś na asfalt za polami. Zresztą ja też myślę o tym za każdym razem, nie da się zapomnieć... Jakie to uczucie, kiedy wiesz, że nadciąga śmierć... - Opowiedz mi, proszę, jak to było. O dziwo, nie przyszło jej to ciężko, czyżby wspomnienia załagodził czas?! Nie pamiętała kiedy to było dokładnie, w każdym razie było zimno. Tamtego dnia kładli właśnie mieli kłaść się spać, gdy do drzwi zapukali żołnierze UęK, przysłał ich tam Ramush. Kazali uciekać szybko, bo nadchodziły oddziały policji serbskiej, dzieliły ich od Carralluke jakieś dwa kilometry. UęK ewakuowali całą wioskę, wszyscy zdążyli uciec, tylko jedna rodzina zdecydowała się zostać. Liczyli chyba na cud, bo Serbowie nie mieli litości, bo zamknęli ich w domu i spalili żywcem. Dwadzieścia cztery osoby, od maleńkich dzieci do starców. Nikt nie przeżył. Co było później opowiedział mi potem Ramush. Zablokowali Serbom drogę dając wieśniakom czas na ucieczkę, po ich wycofaniu się stamtąd wrócili do Carralluke i tam walczyli. - To ta blokada między Drenovcem a naszą wioską? - Dokładnie. Nasz dom ocalał tylko częściowo, góra była zburzona, a na dole Serbowie urządzili się całkiem wygodnie. Ramush mówił, że w pokoju, w którym śpisz teraz mieli sypialnię, bo były tam legowiska z materaców, zupełnie inaczej poukładane niż zostawiliśmy. Cały sprzęt zniszczono, co miało jakąś wartość ukradziono. W salonie pełno było przypalonych , brudnych garów, zarżnęli wszystkie kury. - I to w kilka dni? - Iza, to nie są ludzie, tylko bydło, barbarzyńcy. Nawet nie wiesz do czego są zdolni... Miałam na końcu języka uwagę, że może przynajmniej nie biją swoich żon, ale to chyba Izabela Skibicka-Chojnacka 29 nie był odpowiedni moment. Nasife wróciła do opowiadania: - U Reshita, naszego sąsiada, zrobili sobie stołówkę, poznosili stoły z okolicy, pozestawiali razem, dookoła mieli kilkanaście krzeseł, wszędzie walały się naczynia. Zupełnie, jakby stołowała się tam cała armia. Reshit pokazywał nam też kilka strzykawek, które znalazł u siebie w domu. Podobno wielu żołnierzy serbskich brało narkotyki. To by nawet tłumaczyło te wszystko, co zrobili. - Czy w waszej wiosce zdarzyły się jakieś morderstwa, masakry? Nasife usiadła, ręką poklepała miejsce obok dając mi do zrozumienia, żebym usiadła, bo to będzie długa historia. Przez chwilę milczała, jakby starała się sobie coś ważnego przypomnieć. W końcu zaczęła: - Nie będę ci opowiadała o zbrodniach, o których usłyszałam od kogoś, bo to czasem może być nieprawda, ale powiem ci o tych, które spotkały naszą rodzinę, znajomych, albo ich znajomych. Pewien mężczyzna uciekał przez las ze swoim szesnastoletnim synem, tam zatrzymał ich patrol serbski. Nie zabili ich, ale chłopcu wydłubali oczy i kazali ojcu zjeść, pod groźbą, że zabiją jego syna, jeśli tego nie zrobi. Poczułam, że robi mi się niedobrze, przypomniały mi się jakieś krwawe sceny z horrorów, które oglądałam namiętnie z Janą w Niemczech. Tam jednak łatwo było ruszyć wyobraźnią, że to nie było autentyczne, a tu nastolatek wijący się z bólu, z ociekającymi krwią pustymi oczodołami. Mimo to chciałam słuchać dalej. - W najbliższym czasie będziesz miała okazję poznać kuzyna Rushita, Fatmira, ze strony rodziny Ramusha. Często tu przyjeżdża, przeważnie wiosną. Podczas wojny ukrywał się w lesie, kiedy wrócił do domu w ogrodzie znalazł głowę swojego starszego brata, wszystkie jego szczątki były porozrzucane po okolicy. Fatmir własnoręcznie je zbierał i zakopał w grobie. - To musiało być okropne - wyszeptałam zszokowana - Nie wiem, czy już słyszałaś już o tym, że policja serbska miała w zwyczaju porywać młode dziewczyny. Zabierali je ze sobą, miały im usługiwać. Znam historię nastolatki, którą trzymano przez ponad trzy miesiące. Czego te potwory z nią nie robiły... Na koniec obcięli jej piersi. - Nie żyje? - Oni jej nie zabili, ale to, co ją czeka nie można nazwać życiem. Wspólnie z policją z Serbii współpracowali żołnierze Arkana. - Tak, słyszałam już o nich. Słynne oddziały śmierci, ludzie w maskach, maszyny do zabijania w najwymyślniejszy sposób. To oni dokonywali najgorszych zbrodni. Arkan, bośniacki Serb, naprawdę nazywał się Zeljko Raznatovic dorobił się majątku na przestępstwach dokonywanych przeważnie za granicą typu napady na bank, wyłudzenia, kradzieże itd. Był poszukiwany listem gończym przez Interpol, ale bezskutecznie, nikt nigdy go nie znalazł, a może nikt tak naprawdę go nie szukał... W roku 1992 w Chorwacji zorganizował prywatną armię nazwaną „Tigers”, potem taka sama powstała w Bośni. Jego ludzie dokonali masakry w 1991 r. w Słowenii, przyczynili się do „czystek etnicznych” w Bośni. Szóstego kwietnia 1992 r. oddziały Arkana 30 Miłość na gruzach Kosowa - W polu zamordowały brutalnie ok. 1400 bośniackich muzułmanów w Srbinje. W styczniu 1998 r. miał zorganizować armię składającą się z 3,000 Serbów w Skenderaj w Drenicy, w Kosowie. Nie wiadomo dlaczego, jednak nie doszło to do skutku. 15.01.2000 r. przed hotelem w Belgradzie „nieznani sprawcy” oddali do niego trzydzieści osiem strzałów, zmarł na miejscu. Mimo to na temat jego śmierci jest kilka różnych wersji. Urzędnicy piastujący stanowiska w ONZ wolą nie uchodzić za naiwnych i poddają wątpliwości, czy Arkan zginą na pewno. Groziła mu sprawa przed Trybunałem Wojennym w Hadze, miał więc powody, aby taką „zbrodnię” zaaranżować i samemu zniknąć. Inna wersja dotyczy przyczyny tego morderstwa, zbrodniarz był niewygodny dla Milosevica, wiedział stanowczo za dużo o nim i tym samym był przeszkodą, dlatego to tamten zlecił zabicie go. - Podobno nie było tu, w Kosowie ludzi Arkana - powiedziałam do Nasife nie licząc na jakiekolwiek bliższe informacje. W tej sprawie powinnam zgłosić się do Ramusha. - Oficjalnie nie, ale jak wytłumaczyć to, że często znajdywano zwłoki ludzkie przybijane po trzy w kształcie litery „A” do czego się tylko dało. - Zadali sobie tyle trudu, żeby zostawić jakąś wizytówkę?! - A co to dla nich za sztuka. No dobra, do roboty. Skoro już tu przyszłyśmy posadzimy czosnek. Z wiaderka, które niosła odsypała trochę zawartości do dimi, resztę dała mi. Po usłyszeniu kilku wskazówek zagłębiłam palce w ziemi. Słońce grzało przyjemnie w plecy, po pół godzinie zasypałam ostatnią cebulkę czosnku. Wracałyśmy do domu na skróty, przez pola, potem ogród, obie zagłębione w swoich myślach. Nie mówiłyśmy nic, ale chyba chodziło nam po głowie to samo... - No, napiłabym się herbaty - westchnęła Nasife, kiedy dotarłyśmy na miejsce- Ciekawe, czy Saranda wyrobiła ciasto na chleb. Ja udałam się od razu do swojego pokoju, chciałam wziąć jakieś ubranie na zmianę i korzystając z prądu, wykąpać się. Otworzyłam drzwi i.... zamurowało mnie. Na podłodze leżały porozrzucane pocięte na kawałki zdjęcia, pod oknem siedziała zaryczana Shyrete i niszczyła kolejne fotografie. Podniosłam skrawek z dywanu, uśmiechała się na niej połowa twarzy Rushita. Marta Chmielińska-Jamroz 31 Marta Chmielińska-Jamroz POKOCHAŁAM KLECIE I MÓJ DOM ROZMOWA Z IZABELĄ CHOJNACKĄ-SKIBICKĄ, MIESZKANKĄ KLĘCIA, KTÓRA PRACUJĄC NAD KOLEJNĄ KSIĄŻKĄ ODNALAZŁA DAWNYCH MIESZKAŃCÓW WSI. -Jak powstała Twoja pierwsza książka? - Na pomysł spisania moich wspomnień wpadły panie z zaprzyjaźnionej biblioteki w Tczewie, skąd pochodzę. Kiedy dowiedziały się o moim pobycie w Kosowie, o tamtejszych tradycjach i stwierdziły, że byłby to świetny materiał na książkę. - „Miłość na gruzach Kosowa” to bardzo osobiste wyznanie kobiety zniewolonej w obcym kraju, nie bałaś się, że ludzie zbyt wiele się o Tobie dowiedzą? Te bardzo osobiste sprawy, jak miłość, zbliżenia czy przemoc i poniżenie, opowiedziałaś wszystkim czytelnikom... - Nauczyłam się w życiu nie przejmować opinią ludzi. Sama kiedyś oceniałam, 32 Pokochałam Klecie i mój dom zwłaszcza kobiety, który mimo przemocy w domach nadal tkwiły w chorych związkach. Po swoich przeżyciach wiem, że nigdy nie wiadomo, czy nas coś podobnego nie spotka. Do Kosowa pojechałam w czasie, kiedy internet nie był tak popularny, więc nie wiedziałam dokładnie w co się pakuję. Pomyślałam, że być może moje wspomnienia pomogą innym kobietom, uprzedzę je... Czy nie bałam się pisząc o tych osobistych sprawach? Nie. Z takich rzeczy składa się nasze życie, z poniżeń, ze zbliżeń itd. Nie udawaj my, że tego nie ma. - Ostatnio, po kolejnym wydaniu książki, odbywasz spotkania autorskie, o co najczęściej pytają Cię ludzie? - Czy mam kontakt z rodziną z Kosowa? Czy Laura pamięta swoje życie tam i jak wpłynęły te przeżycia na nią? - Pracujesz nad drugą książką, co to będzie? - Mieszkam w starym domu, chciałam zostawić w nim to, co dało się uratować, stare drzwi, podłogi, klamki itd. Dotykając tego na co dzień, nigdy nie zastanawiamy się, kto korzystał z tego kiedyś... Ile rąk chwytało za te klamki, ile nóg dreptało po podłodze. Okazało się, że mój dom nie kryje żadnych mrocznych tajemnic, więc postanowiłam stworzyć je w mojej wyobraźni. Nasze okolice mają bardzo ciekawą Marta Chmielińska-Jamroz 33 historię^ stąd pomysł na napisanie książki z wplecionymi prawdziwymi wątkami z okresu II wojny światowej. Ale nie będę nudziła czytelników... Ja historię uwielbiam; to moja pasja, ale nie każdy musi lubić przeszłość. - Wiem, że praca nad historią Zosi doprowadziła do ciekawych odkryć... - Tak, główna bohaterka to Zosia. Jak już wspomniałam w książce, chciałam umieścić jak najwięcej faktów, więc zaczęłam grzebać w historii. Niestety, w całej wiosce i okolicach nie mieszkał nikt, kto pamiętałby Klecie i okolic z okresu II wojny światowej. Wszyscy mieszkańcy są napływowi. Poszperałam więc w internecie, korzystając ze znajomości języków także na stronach niemieckojęzycznych i znalazłam informacje o właścicielach naszego domu podcieniowego. -Jak udało Ci się odnaleźć rodzinę Wiehlerów - przedwojennych właścicieli domu podcieniowego? - Znalazłam stronę internetową tej rodziny, wysłałam mail ale nie odpisywali dość długo, więc szukałam dalej. Napisałam do Marty Antoniny Łobockiej, autorki błoga „Kochamy Żuławy”, ona z kolei skierowała mnie do pani Moniki Jastrzębskiej Opitz z nowodworskiego ŻOK. Okazało się, że ostatni żyjący syn przedwojennego właściciela domu podcieniowego w Klęciu często bywa w Polsce. Udało mi się z nim skontaktować, napisałam mail, odpisał. - Spotkałaś się z Frankiem Wiehlerem na Żuławach, jak do tego doszło? - W lipcu tego roku miał odbyć się kolejny zjazd menonitów. Frank Wiehler jest przewodniczącym „Menonickiego Towarzystwa Historycznego w Niemczech”, oczywiste było, że przyjedzie na ten zjazd. Zaproponował mi spotkanie. Bez wahania zgodziłam się. - W Twoje ręce trafił pamiętnik pisany przez jednego z Wiehlerów, zawiera on opis przeżyć rodziny z Klęcia... - Z pamiętnika starszego brata Franka Wiehlera - Hansa Joachima Wiehlera przeczytałam tylko fragment. Pan Frank obiecał mi kopię całego pamiętnika. Pierwszy zapisany w pamiętniku dzień był ostatnim dniem ich pobytu w Klęciu. Piętnastoletni wówczas Hans Joachim opisywał ucieczkę przed sowietami, którzy do Klęcia zbliżali się od strony Elbląga. Pisał o ich ostatnim posiłku, którym był ryż z cukrem i cynamonem, o tym jak żegnali się z całym gospodarstwem i zabierając niewielki dobytek wyruszyli po prostu przed siebie, nie wiedząc, gdzie będzie ich nowy dom. - Czym zaowocowało spotkanie z Wiehlerem? - Chęcią wplecenia historii jego rodziny do powieści. 34 Pokochałam Klecie i mój dom - Czy zdjęcia i pamiętnik chcesz również wykorzystać? - Nie wiem. Na pewno nie zrobię tego bez uprzedniego zapytania pana Wiehlera. -Jak rozwija się praca nad powieścią? - Pisanie to moja pasja, ale przede wszystkim jestem matką i dlatego nie poświęcam pisaniu tyle czasu, ile bym chciała. Poza tym, mieszkam na wsi, gdzie jest masa roboty. Sporo czasu zajmuje mi też szukanie informacji, zbieranie faktów. Spotykam się z ludźmi, którzy mają ogromną wiedzę, tu podziękowania dla Bernarda Jesio-nowskiego, który za każdym razem zgadza się na spotkanie i cierpliwie odpowiada na moje pytania. Podsuw’a mi też kontakty do innych osób, który mają potrzebną mi wiedzę, np. Andrzej Gilewski, Jacek Kmieć. - Czy poznanie losów Wielehrów spowodowało coś więcej niż tylko stworzenie tła historycznego do książki? - Tak. Spojrzałam na nasze Żuławy trochę innym okiem. Nigdy nie dzieliłam ludzi na Niemców, Polaków itd., dla mnie jedyny podział, to ludzie dobrzy bądź źli. Żal mi osób, które zbudowały swoje domy na tych ziemiach, stworzyli rodziny, żyli nie wadząc nikomu i nagle musieli tułać się po świecie szukając swojego miejsca. Lubię w cieplejsze wieczory siadać przed domem, patrzeć na dwie, ponad stuletnie lipy stojące przy drodze i zastanawiać się co one widziały, jak żyli tamci ludzie. Zaczęłam jeszcze bardziej szanować historię mojej wioski i okolic. Spotykam się i rozmawiam z najstarszymi mieszkańcami mojej wsi. Ich wspomnienia są dla naszego pokolenia bardzo ważne. Słuchając tych ludzi, ich wspomnień o okropieństwach powojennych, człowiek docenia to, co ma i przestaje narzekać na swój los. - Czy czujesz się związana ze swoją wsią? Nie jesteś rodowitą kleciowianką, bo urodziłaś się w Tczewie... - W zasadzie mieszkam na uboczu, jakiś kilometr od wioski. Moimi najbliższymi i jedynymi sąsiadami jest starsze małżeństwo, państwo Treska, których uwielbiam. To tacy prawdziwi, szczerzy ludzie, którzy żyją w takich samych warunkach od wielu lat i są naprawdę szczęśliwi. Mój trzyletni synek nie wyobraża sobie dnia bez odwiedzin u dziadków, gdzie do woli może ganiać babcine kaczki i chodzić z dziadkiem na krótkie spacery. Niestety, takich ludzi jest coraz mniej. Mieszkańcy żyją swoim życiem, zabiegani, załatani... Tylko czasem starsi mieszkańcy wspominają jak to kiedyś było, razem pracowali w polu i razem pili... Praca była ciężka, ale zawsze był czas, żeby odwiedzić sąsiada. Pokochałam Klecie i mój dom. Zawsze powtarzam, że moja chałupka to taki staruszek, którym obiecałam opiekować się do końca życia. Nie wstydzę się przyznać, Marta Chmielińska-Jamroz 35 że często głaszczę stare ściany i przytulam się do lip. Na własne życzenie zrezygnowałam z wygód życia w mieście, ale gdybym mogła cofnąć czas, to pewnie znowu kupiłabym ten dom. Nic nie zastąpi porannej kawy pitej w piżamie we własnym ogrodzie. - Dziękuję za rozmowę. Wędrówki po prowincji Tomasz Age jeżyk HISTORIA „OŁÓWKA” Tomasz Agejczyk 37 Nowy Staw - malownicze miasteczko na Żuławach posiada wiele interesujących zabytków, lecz jeden wyróżnia się wśród nich. Mieszkańcy nazywają go Ołówkiem, mowa o poewangelickim kościele z charakterystyczną wieżą widoczną z daleka, dojrzą ją nawet podróżni jeżdżący pociągami relacji Malbork-Tczew. Dziś kościół jest po generalnym remoncie, mieści w sobie Galerię Żuławską, lecz trudno odnaleźć w jego wnętrzach informacji o historii powstania czy też dziejach reformacji na tych ziemiach. Tekst ten jest próbą zestawienia dziejów Ołówka z uwzględnieniem wyposażenia sprzed 1945 roku. Podobnie jak do innych miast również i do Nowego Stawu dotarły w 1 poł. XVI wieku nowości religijne, wywołujące w mieście ferment i ostre napięcia. Powstałej w 1565 roku gminie ewangelickiej udało się w 1575 roku pozyskać na jakiś czas kaplicę Sw. Jerzego. Przywilej króla Zygmunta Augusta nadany 27 kwietnia 1569 Organy z 1805 roku, odnowione w 1935 roku przez gdańską firmę J. Goebela,fot. archiwum autora roku protestantom przyniósł znaczne uspokojenie, a w każdym razie zakończył dyskryminacyjne poczynania w stosunku do innowierców. Dzięki zajęciu Nowego Stawu przez króla szwedzkiego Gustawa II Adolfa ewangelicy otrzymali prawo budowy kościoła, czego jednak nie uczynili otrzymując od Rady Miejskiej na piętrze Ratusza, największą salę do celów religijnych. Pożar z 15 kwietnia 1742 roku strawił ów ratusz, który jednak odbudowano, a 24 listopada 1745 roku otwarto kościół ewangelicki w formie przybudówki do ratusza1. Najgroźniejszy pożar, wzniecony 12 maja 1802 roku przez nieostrożnego służącego w jednym z gospodarstw strawił niemal 90 procent zabudowań, w tym ratusz mieszczący kaplicę ewangelików, browar miejski, aptekę i inne obiekty miejskie. Rada miasta ze względu na zniszczenie zrezygnowała z odbudowy ratusza w pierwotnym miejscu, a miejsce na Rynku przeznaczyła w całości gminie ewangelickiej. Do 7 marca 1803 roku toczyła się sprawa o przekazanie parceli. W maju następnego roku przekazano do akceptacji rządowej plany nowej świątyni. Prace trwały do 1805 roku. Powstał wtedy prosty budynek na planie prostokąta (bez ceglanego lica, otynkowany!) z drewnianą wieżyczką, w stylistyce podobny do przedstawionego przez Dewitza na rycinie z 1745 roku. Ceremonia otwarcie nastąpiła 11 maja 1806 roku. Wewnątrz umieszczono ozdobny ołtarz z amboną, wykonany w 1805 roku w formie klasycznej z charakterystycznymi sześcioma kolumnami korynckimi. Prospekt organowy z tego samego roku przypominał swą budową (trzy podporządkowane wieże) działa rokoka. Srebrne wyposażenie wykonano w malborskiej pracowni NJ. Hor-1 I.G. Gódtke, Kirchengeschichte der Stadt Neuteich, w: Archivfiir vaterlandische Interessen oder Preuflische Provinzial-Blatter, Marienwerder 1845, s. 614. 38 Historia „Ołówka” ninga i składało się na nie: dwa kielichy, dwie pateny, dzbanek na wino oraz misa chrzcielna. Na jednej z paten umieszczono inskrypcję: Der Ev. Luth. Kirche zu Neuteich bei dereń Einweihung und SOjdhr. Jubel Feier des H. K. . und Sch.(ul) Inspectors Dan(iel) Fr.(iedrich) Bobrik. P. d. O. Dom. Rogate d. 11. Maj 1806 Jacob Sielmann von Koselitzke, J. S Schoppenauer Kaldow, Kuhnke Kaminke. Do sprzętu liturgicznego należy doliczyć jeszcze jeden dzban na wino z inskrypcją: Kirchenkanne in Neuteich 1806, kielich oraz patenę tym razem wykonane z cyny. Puchar na komunikanty zakupiono 27 września 1806 roku. Do końca XIX wieku wnętrze ozdobiono 61 posrebrzanymi kartuszami trumiennymi (wymienić należy m.in. kartusze ku czci pastorów Bobrika, Hópfnera), tablicą weteranów z 1813 roku oraz poległych w 1866 roku. W roku 1863 dobudowano do kościoła zgodnie z projektem radcy budowlanego Robert August Gersdorffa (doskonały specjalista od budownictwa wodnego, któremu zawdzięczać możemy rozbudowę oraz wzmocnienie wałów przeciwpowodziowych Nogatu i regulację koryta Wisły) wieżę o charakterystycznym kształcie. Z budową związana jest legenda opisana przez Eudokiusza Oleszczuka: Zanim doszło do zbudowania wieży, trzeba było okreśłić jej wielkość oraz wygląd. Znalezienie koncepcji, która by wszystkim odpowiadała, nie było łatwe. Aby położyć kres kłótniom, radca budowlany Gersdorff wyjął z kieszeni kamizeli mały ołówek i powiedział: - Tak wygląda wieżal Powinna być ośmiokątna z wąskim czubkiem2. Propozycja ta znalazła uznanie i wkrótce powstała wysmukła, zwieńczona krzyżem wieża kościelna o wysokości 50 m, zbudowana z żółtej cegły, która harmonizowała z jasną fasadą całego kościoła. Z powodu niestabilnego, bagnistego gruntu wieża musiała być zbudowana nie tylko na rusztowaniu palowym, ale także odsunięta od głównej budowli i połączona z nią niskim, zadaszonym przejściem. Pod spiczastym dachem umieszczono trzy dzwony, odlane w 1863 roku w pracowni Johanna GroBa w Królewcu (Kónigsberg). Kolejnym etapem w rozbudowie kościoła był rok 1898, kiedy to rozpoczęły się prace polegające na przebudowie całej bryły świątyni według projektu inspektora Góttera. Przez dwa lata zmieniono fasadę kościoła na ceglaną, wydłużono boczne okna, dach pokryto zieloną dachówką oraz dobudowano zakrystię. Nowe okna otrzymały w 1923 roku oszklenie w siedmiu barwach (po dwa okna) z symboliką religijną w medalionach (zaczynając od wejścia głównego): niebieskie: portret autora pieśni kościelnych Paula Gerharda (1607-1676) - średni dzwon na wieży nosił jego imię, oraz króla szwedzkiego Gustawa II Adolfa (1594-1632), który gościł w Nowym Stawie w 1626 roku, to dzięki niemu ewangelicy otrzymali prawo wybudowania kościoła; żółte: lew jako symbol Ewangelisty św. Marka oraz byk - św. Łukasza; fioletowe: złoty kielich na Biblii oraz św. Jan z Agnus Dei; czerwone: zmartwychwstały Jezus oraz Ecce homo; turkusowe: ryba, wino i chleb oraz krucyfiks; niebieskie: orzeł symbol Ewangelisty św. Jana oraz uskrzydlona postać ludzka - św. Mateusz; zielone: portrety reformatorów Filipa Melanchtona (1497-1560) oraz Marcina Lutra (1483-1546). 2 Legendy i opowieści Elbląga i okolic, Wydawnictwo Uran, Elbląg 2009, s. 281. 40 Historia „Ołówka” W środkowym oknie od strony wschodniej umieszczono witraż przedstawiający ukrzyżowanie Chrystusa z podpisem Der Tod ist verschlungen in Ewigkeit (Pochłonięta jest śmierć w wieczności 1 Koryntian 15:54 - tłum, autor ) Malowidła na szkle wykonał Arthur Fahlberg z Friedrichshagen k. Berlina, znany m.in. z odnalezienia malowideł ściennych w nawie południowej kwidzyńskiej Katedry. Pierwsza wojna światowa przyniosła spustoszenie wśród członków gminy oraz straty materialne. Najsmutniejszy los przypadł dzwonom. Duże braki surowców takich jak miedź, mosiądz czy srebro, powodowało przetapianie dzwonów kościelnych, dachów miedzianych, piorunochronów i innych elementów metalowych na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Z wieży kościoła w czerwcu 1917 roku zostały zdjęte i przetopione dwa dzwony: duży o imieniu Martin Luther z 1863 roku z inskrypcją Ehre sei Gott in der Hóhe (tłum. Chwała Bogu na wysokościach) oraz średni o imieniu Paul Gerhardt odlany w królewieckim warsztacie J. Colliera w 1893 roku (dzwon z 1863 roku pękł w 1892 roku i został przetopiony). Posiadał on inskrypcję: Friede aufErden (tłum. Pokój na ziemi). Oprócz dzwonów na front wojenny zabrano piszczałki z organ, pochodzących z 1805 roku. Zmuszone do kapitulacji Niemcy, na które nałożono wysokie reparacje i które pozbawiono na 15 lat zagłębia Saary - 15 procent terytorium bogatego w rudy żelaza, cynku i węgiel - pogrążyły się w chaosie. Odłączono również Gdańsk, tworząc Wolne Miasto Gdańsk (wcielając do tego również Nowy Staw). Wartość pieniądza papierowego spadała coraz szybciej. Żeby mieć pojęcie o kolosalnym spadku wartości marki wystarczy przypomnieć, iż za jednego dolara można było otrzymać pierwszego dnia lipca 74,5 tysiąca marek, a 22 już 136 tysięcy. Na początku września 1923 roku kurs dolara amerykańskiego wynosił niecałe 10 milionów marek, pod koniec miesiąca było to 160 milionów, niewiele później dolar kosztował już miliardy i biliony marek. Inflacja w zastraszającym tempie przerodziła się w hiperinflację. Wszelkie inwestycje nowostawska gmina odłożyła w czasie. W roku 1935 dzięki staraniom pastora Krugera zebrano sumę 3500 Guldenów na nowe organy. Pracami zajęła się znana gdańska firma Josepha Goebela, która odnowiła organy w oliwskiej Katedrze. 31 sierpnia 1935 roku w obecności biskupa Beermanna nowostawski organista Haselau zaprezentował możliwości nowego sprzętu. Kończąc uroczyste nabożeństwo zagrano Preludium C-dur Moritza Brosiga. Rok później, 30 maja 1936 roku do Nowego Stawu przywieziono dwa nowe dzwony, które zostały umieszczone przez pastora Pachnio przed ołtarzem, a 14 czerwca uroczyście wciągnięto je na wieżę. Duży, tonowy dzwon otrzymał tak jak poprzednik imię Martin Luther oraz inskrypcję: 1863 Ich das Lebenfand, 1917 mich der Weltkrieg hinnahm, 1936 Ruf ich auf's neu trotz Abtrennung und Not: Einefeste Burg ist unser Gott (1863 dano mi życie 1917 zabrała mnie wojna światowa 1936 pomimo odłączenia i cierpienia wołam na odnowę: mocnym zamkiem jest nasz Bóg). Drugi, mniejszy poświęcono Paulowi Gerhardtowi, a na brzegu umieszczono inskrypcję: Friede aufErden, 1893 Ich das Lebenfand. 1917 geopfert dem Va-terland, 1936 Ich wieder erstand (Pokój na ziemi, 1893 otrzymałem życie, 1917 poświęcony dla ojczyzny, 1936 ponownie powstałem). Przy okazji nie można zapomnieć o najmniejszym z dzwonów o imieniu Christian Fiirchtegott Gellert (teolog i poeta). Dzwon ten przetrwał 42 Historia „Ołówka” obie wojny światowe i jest jedynym zachowanym w słynnym Ołówku. Po 1945 roku kościół został użytkowany aż do oddania kolegiaty św. Mateusza przez katolików. Następnie całe wyposażenie (ołtarz, ławki, organy) zostały przekazane do Gdańska a świątynię przeznaczono na spichlerz oraz sklep meblowy. 21 września 2002 roku odbyły się uroczystości podniesienia kościoła św. Mateusza Apostoła do rangi Kolegiaty Żuławskiej. Sumie eucharystycznej przewodniczył abp metropolita warmiński dr hab. Edmund Piszcz oraz biskup diecezjalny elbląski dr Andrzej Śliwiński i biskup sufragan drJózefWysocki. Święto parafialne zgromadziło wielką liczbę parafian i gości, kilkudziesięciu kapłanów z archidiecezji gdańskiej, archidiecezji warmińskiej, diecezji elbląskiej i pelplińskiej, przedstawicieli władz samorządowym i wojewódzkich z marszałkiem województwa pomorskiego Janem Zarębskim, wojewodą pomorskim Janem Ryszardem Kurylczykiem, posłami na Sejm RP: Maciejem Płażyńskim oraz Tadeuszem Cymańskim. Po uroczystościach honorowi goście odwiedzili dawny kościół ewangelicki. Jak podaje strona niemiecka, było to pierwsze użycie świątyni od 1946/1947 roku. Dzięki współpracy Nowego Stawu z miastem partnerskim Wilster i byłymi mieszkańcami udało się 4 lipca 2005 roku odprawić pierwsze nabożeństwo ekumeniczne w dawnej ewangelickiej świątyni. Nabożeństwu przewodniczyła pastorowa Karin Haufler - Musiol, która powiedziała, że ten kościół pozostał w centrum miasta dzięki woli Boga i nie tylko dzisiaj, lecz także w przyszłości powinien być miejscem spotkań i pokoju. W latach 2011-2012 kościół poddany został rekonstrukcji i adaptacji na galerię sztuki (koszt: 6 min zł). Pod szklaną posadzką wyeksponowane zostały relikty dawnego ratusza. Inwestycję realizowała firma ze Starogardu Gdańskiego. Ołówek dzięki charakterystycznemu kształtowi i udanej rekonstrukcji stał się miejscem przyciągającym turystów. Antoni Barganowski MENNONICI1 W DOLINIE KWIDZYŃSKIEJ Na prośbę Autora zostawiamy pisownię słowa „mennonici” przez dwa „n”, chociaż w „Słowniku ortograficznym języka polskiego” pod red. M. Szymczaka, Warszawa 1986, PWN, s. 466 - w tym wyrazie znajduje się tylko jedno „n”. (red.) 44 Mennonici w Dolinie Kwidzyńskiej Krajobraz kulturowy Doliny Kwidzyńskiej, podobnie jak na Wielkich Żuławach, obejmuje ukształtowanie terenu wytworzone przez siły przyrody oraz po pojawieniu się osadnictwa ludzkiego pokrycie zdominowane przez człowieka. Podobnie jak na Żuławach, część pokrycia przyrodniczego to też dzieło ludzi, w tym mennonitów, np. potężny wał wiślany, groble i kanały. Pokrycie kulturowe to domy, budynki gospodarcze, nasadzenia zieleni, układy przestrzenne wsi oraz cmentarze. Krajobraz Doliny Kwidzyńskiej ma charakter otwarty, w którym dominują rozległe przestrzenie na linii północ - południe. O wschodu nad linią horyzontu widać krawędź wysoczyzny Pojezierza Iławskiego. Ze szczytu wysoczyzny rozciąga się niezwykle malowniczy widok na całą Dolinę. Szczególnie wyraźnie widać ją z wieży katedry, z gdaniska i dziedzińca zamku w Kwidzynie oraz z kościoła i cmentarza w Ryjewie. Z wnętrza Doliny barierę zachodnią stanowi wał wiślany, ciągnący się od Gór Łosiowych koło Wełcza do Białej Góry. Pod względem gospodarczym to typowy krajobraz rolniczy. Na prawym skraju Doliny, ale głównie na wysoczyźnie, leży tylko jedno miasto Kwidzyn oraz dwie wsie o coraz bardziej miejskim charakterze - Ryjewo i Sadlinki. Ten typowy krajobraz wiejski ma wybitnie antropomorficzne pochodzenie. Na Żuławy Kwidzyńskie od II połowy XIII wieku sprowadzano kolonistów, najpierw z Fryzji i krajów niemieckich, z czasem także z Holandii i Pomorza oraz z ziem polskich. Zmuszeni oni byli walczyć z wylewami Wisły oraz wydzierać jej ziemię potrzebną do uprawy, hodowli i zamieszkiwania. Osuszanie bagien i torfowisk, wydobywanie wody z polde-rów, regulacja rzek, budowa i utrzymanie rowów i kanałów odwadniających, a zwłaszcza trwająca kilkaset lat budowa wału wiślanego, to była jedyna droga prowadząca do zagospodarowania Doliny. Względy bezpieczeństwa wymagały ciągłego przekształcania środowiska przyrodniczego, aż do prawie całkowitego zaniku elementów naturalnych. Dlatego też płynące wody, roślinność łęgowa i wodna były stopniowo i systematycznie poddawane regulacji i uporządkowaniu. Nie zostawiono w zasadzie zieleni w skupiskach naturalnych. Drogi prowadzące do wsi lub do rozproszonych zagród obsadzano przed wszystkim drzewami wyższymi - jesionami, lipami, dębami i drzewami owocowymi. Okazy tych drzew towarzyszyły też domostwom. Pełniły one role piorunochronów, chroniły przed wiatrem i dawały cień. Były też odporne, zwłaszcza jesiony, na obłamywanie gałęzi na bieżące potrzeby. Rowy obsadzano drzewami niższymi, głównie wierzba krzewiastą, która „wypompowywała” nadmiar wody z polderów. Z wierzby i z wikliny wykonywano płoty, otaczające łąki i pola uprawne, a także różnego rodzaju kosze i koszyki. Zajmowano się też wyrobem serów holenderskich (edamski, gouda) oraz wydobyciem torfu na opał. Nie było w Dolinie parków wiejskich lub dworskich (wyjątek stanowią Lipianki), ale przy niektórych zagrodach były małe parki przydomowe. Obecnie w związku z motoryzacją większość drzew przydrożnych, w tym wszystkie owocowe, wycięto. Mennonici oraz większość wszystkich osadników uprawiali głównie te rośliny, których okres wegetacji mieścił się między wiosną a jesienią oraz którym wylewy rzek nie przynosiły większych szkód. Wisła była i jest najbardziej krajobrazowo twórczym czynnikiem Doliny Kwidzyńskiej. Bieg Wisły i Liwy uległ zasadniczym przeobrażeniom od XIII wieku, kiedy zaczęło się pierwsze osadnictwo średniowieczne. Rzeki stopniowo i z trudem w końcu zostały ujarz- Antoni Barganowski 45 mione i płyną trasami wyznaczonymi przez człowieka. To następstwo olbrzymiej pracy, działań administracyjnych i zastosowania urządzeń technicznych. Kolonistów na wiele lat zwalniano od czynszów w zamian za obowiązek wspólnego wznoszenia wałów, ich naprawy i utrzymania. Wydawano wilkierze i regulaminy, normujące gospodarkę wodną w skali po-nadgminnej. Zastosowane technologie zmieniały się od sypania prostych wałów i kopania kanałów odwadniających do struktur bardziej skomplikowanych, wprowadzonych przez osadników holenderskich, w tym mennonitów. Wał wiślany o podstawie do 40 m, wysokości do 12 m i szerokości korony 6 m, wyraźnie się wyróżnia na tle płaskiego krajobrazu. Niezwykle wrażenie potęguje usytuowanie zabudowań wsi przywałowych dochodzących do samego nasypu oraz kilka dawnych strażnic wzniesionych na koronie wału. Stopniowo wybudowano gęstą sieć kanałów i rowów odwadniających, jazów przepustów i grobli. Kanały i rowy jak szachownica dzielą pola i łąki uprawne. Używano też pomp, początkowo napędzanych wiatrakami odwadniającymi. Od końca XIX wieku zastąpiono je pompami parowymi, a następnie elektrycznymi. Sołtysi i wyznaczeni specjalni urzędnicy nadzorowali stan kanałów, rowów, grobli, mostków, kładek i zastaw, sprawdzając je dwukrotnie w ciągu roku. Związki wałowe regularnie sprawdzały i konserwowały wały wiślane. Miały swoje statuty, których wypełniania bezwzględnie przestrzegano. 46 Mennonici w Dolinie Kwidzyńskiej Drogi wyznaczano po najkrótszych liniach łączących poszczególne miejscowości. Przez całą Dolinę południkowo, wzdłuż wału wiślanego, wytyczono trasę komunikacyjną. Po osiedleniu się mennonitów gęstość sieci komunikacyjnej znacznie wzrosła . Wprowadzili oni zabudowę skupioną (wsie rzędówki, łańcuchówki) i rozproszoną (samotne siedliska). Wymagało to zaprojektowania dojazdu do poszczególnych gospodarstw. Liczne drogi poprowadzono po groblach, a część z nich była dostępna tylko latem. W Dolinie sieć dróg przeplatała się z gęsta siecią kanałów, co wymagało budowy mostów - kiedyś drewnianych, obecnie betonowych i metalowych. Już w XIII wieku powstały pierwsze przeprawy przez Wisłę. Przewożono ludzi łodziami i promami, zbudowanymi z kilku lub kilkunastu łodzi. Miejsca przepraw ulegały ciągłym zmianom, zależnie od ukształtowania brzegu, głębokości i szerokości rzeki w danym miejscu, szybkości przepływu wody, itp. Ziemia w Dolinie Kwidzyńskiej została w ciągu blisko 800 lat wydarta wodzie i egzystowała w ścisłym z nią związku. Każdy osuszony i zmeliorowany skrawek ziemi był wykorzystany i prawie nie było nieużytków. Prze kilka wieków niewiele zmienił się też czytelny układ podziału ziemi na część mieszkalną i część przeznaczona do uprawy. W zagospodarowaniu Doliny udział mieli przedstawiciele różnych grup społecznych, a głównie chłopi, różnych narodowości i różnych wyznań. Pochodzący głównie Holandii i częściowo z pół- Antoni Barganowski 47 nocnych Niemiec, mennonici nie byli wcale najliczniejsi, stanowiąc na ogół tylko kilka procent stałych mieszkańców. Ale to właśnie ta oryginalna grupa społeczno - religijna wywarła największy wpływ na zagospodarowanie całej Doliny Dolnej Wisły. Mimo braku stałego osadnictwa w okresie przedkrzyżackim, niewykluczone, że ziemie te podlegały wpływom politycznym monarchii pierwszych Piastów wX - XI wieku. Jednocześnie od VIII wieku z północnego wschodu docierały do Wisły plemiona pruskich Pomezanów. Na początku XIII wieku misję chrystianizacyjną podjęli tu cystersi z biskupem Chrystianem (Zantyr) oraz zakon rycerski Braci Chrystusowych (tzw. dobrzyńcy). Od 1233 roku na północ wzdłuż Wisły posuwali się rycerze Zakonu Domu Niemieckiego p. w. NMP, zwani w Polsce Krzyżakami, którzy opanowali te ziemie na trwałe, łamiąc opór Prusów, chrystianizując i tworząc diecezję pomezańską. O prawo korzystania z pastwisk rywalizowali biskupi pomezańscy z mieszczanami z Kwidzyna i z Gniewu. Po drugim pokoju toruńskim (1466), południowy skrawek Doliny (rejon Wełcza) podlegał polskim starostom grudziądzkim. Północna część Doliny znalazła się w polskim województwie malborskim, zaś łąki gniewskie na prawym brzegu Wisły w pomorskim. Pod władzą krzyżacką pozostał odcinek Doliny od Rusinowa na południu do linii na południe od Janowa, Białego Dworu i Tychnów na północy. Po upadku państwa zakonnego ta część Doliny znalazła się w lennych wobec Rzeczypospolitej Prusach Książęcych (1525 - 1657). Na obszarach należących do Polski zachodziły stopniowo procesy polonizacyjne, natomiast na terenach pozostających pod władzą pruską pogłębiały się procesy germanizacyjne. Straty ludzkie i spustoszenia materialne przyniosły wojny polsko - krzyżackie w XV wieku i polsko - szwedzkie w XVII wieku. Po pierwszym rozbiorze Rzeczypospolitej (1772) cala Dolina Kwidzyńska znalazła się pod władzą Królestwa Prus, należąc do powstałej wtedy rejencji kwidzyńskiej. Została podzielona od 1818 roku pomiędzy powiaty: grudziądzki, kwidzyński i sztumski. W latach 1871 - 1918 ziemie te wchodziły w skład zjednoczonego Cesarstwa Niemieckiego. Nie sprzyjały rozwojowi tych ziem wojna północna, wojna siedmioletnia (1757 - 1763) i wojny napoleońskie na początku XIX wieku. Wszystkie wojny sprzyjały natomiast przenoszeniu się niosących śmierć epidemii i rabunkom ze strony różnych wojsk. Obszarów tych nie dotknęły bezpośrednio działania pierwszej wojny światowej. Po traktacie wersalskim odrodzonej Polsce przypadł południowy skraj Doliny (Wielki i Mały We-łcz), zaś przeprowadzony na pozostałym obszarze w lipcu 1920 roku plebiscyt przyniósł zdecydowane zwycięstwo Niemcom. W większości wsi południowej części Doliny prawie wszyscy mieszkańcy głosowali za Prusami Wschodnimi. Sukcesem Polski zakończył się plebiscyt w pięciu wsiach, tworzących obecne Janowo. Do Polski przyłączono ten teren oraz port w Korzeniewie i przyczółek mostowy w Grabówku. Była to tzw. Mała Polska, należąca do powiatu gniewskiego (1920 - 1932), a następnie tczewskiego (1932 - 1939). W czasie drugiej wojny światowej cały ten obszar był w niemieckiej prowincji Danzig - Westpreus-sen (Gdańsk - Prusy Zachodnie). Od stycznia 1945 roku po zajęciu tych ziem przez Armię Czerwoną, stopniowo wiosną przejęła je administracja polska. Większość Doliny Kwidzyńskiej znalazła się w powiatach kwidzyńskim i sztumskim województwa gdańskiego (1945 - 1975), a następnie w województwach elbląskim (1975 - 1998) i pomorskim po przywro- Antoni Barganowski 49 :eniu powiatów (od 1999). Południowy jej skrawek był w powiecie grudziądzkim województwa bydgoskiego (1945 - 1975), w województwie toruńskim (1975 - 1998) i obecnie est znowu w powiecie grudziądzkim województwa kujawsko-pomorskiego (od 1999). ZASIEDLENIE DOLINY KWIDZYŃSKIEJ Zasiedlanie Doliny Kwidzyńskiej oznaczało walkę ludzi z niszczącą siłą wylewów Wisły. Historia wsi nadwiślańskich świadczy o niezwykłej pracowitości i sile woli mieszkających tam pokoleń ludzi niemal codziennie zmuszanych do walki z żywiołem. Stan pierwotny tych obszarów to bezładne rozlewiska wód, bagna, piaszczyste wyspy, błonia krzaki i zarośla, krótko nadające się do wykorzystania pastwiska, tereny bez możliwości do stałego zamieszkania przez ludzi. Przelotni myśliwi, przygodni rybacy, to ludzie, którzy odwiedzali te obszary głównie latem. Uprawa tych zaszlamionych, mulistych gruntów wymagała nie lada umiejętności i narzędzi. Na tym terenie nieprzydatna była zwykła socha czy radio. Ciężka ziemia wymagała metalowych łopat i pługów z żelazną odkładnicą. Można wyróżnić kilka okresów (etapów) osadnictwa w Dolinie Kwidzyńskiej i na jej obrzeżach (Nazwy części wsi się powtarzają, gdyż głównie po powodziach, ale i po wojnach odradzały się na nowo, zaś na końcu podano dzisiejszą połską nazwę): 1. Kolonizacja przedkrzyżacka (pomorsko-pruska) do końca XIII w. - już we wczesnym średniowieczu istniały grody: Zantyr (Biała Góra), Benowo, Budzyń (jałowiec), Scha-dewinkel (Szałwinek - pod koniec XIII w. miał tu dwór komtur gniewski), Baldram (zniszczony w X w.), Bystrzec (Biały Dwór), Parvum Queden = Mały Kwidzyn (Podzamcze) Quidin (Kwidzyn). Na naturalnych wypiętrzeniach w dolinie istniały osady zajmujące się wypasem bydła i rybołówstwem: Weisenberg (Wiśliny), Ziegiellack (Cygie-lak - Lipianki) Mewischfelde (Gniewskie Pole), Kuligany (Kułaga - prawy brzeg Wisły na pagórku obok przeprawy promowej Janowo - Gniew). 2. Kolonizacja krzyżacka (Zakon na trwałe opanował te obszary w II poł XIII w), złożony z dwóch podokresów: a) kolonizacja niemiecka z udziałem ludności polskiej, pruskiej i pomorskiej (poł XIII w. - poł. XIV w).: powstały jako pierwsze w 1294 r. Wolice (Woltz — Wełcz), a potem Alt - Rothof (Stary Czerwony Dwór - Podzamcze), Bynhow (Pszczeli Dwór - Benowo), Czadel (Sadil - Sadlinki), Gross Grabau (Grabowo), Baldram (Mariental, Mer-gental - Baldram), Mareese (Mareza), Kurzebrack (Krótkie Ugory - Korzeniewo), Nova Curia (Neuhoefen - Nowy Dwór Kwidzyński), Schyban (Bogusch - Bogusze) i Cygielak (Ziegiellack - Lipianki), b) kolonizacja fryzyjsko-flamandzka i niemiecka (poł XIV w. - XV w.): powstały Nebrau (Nebrow - Nebrowo Wielkie), Russenau (Rusinowo), Ouwe der Au (Błonie — Ka-niczki), Wyselberg (Weichselburg - Wiśliny), Waldhof (Benowo), Kunczken (Kanicz-ki), Schulzenweide (Sołtyski - Benowo), Stangendorf (Glina), Rehehof (Sarni Dwór - Ryjewo), Tralaw (Tralauerweide - Tralewo - Benowo), Gotteswerder (Boża Żuława - Grabówko), Molbach ( Alt Muehlbach - Stare Młynki) i Ruden (Ruda - Sadlinki). Dom podcieniowy z 1763 r. w Pastwie, fot, archiwum autora 3. Kolonizacja „olęderska” (poi. XVI w. - 1789) - Olędrami nazywano w Rzeczypospc litej nie tylko osadników z Niderlandów, ale wszystkich, którzy otrzymywali ziemię n okres od kilku do kilkudziesięciu lat wolnizny w zamian za jej zagospodarowanie, i dc piero potem zobowiązani byli do płacenia podatków. Otrzymywali także szereg innyc przywilejów, w tym samorząd wewnętrzny. Powstały wtedy: Gutsch (Gurcz), Ziegielac (Lipianki), Sandhuebel (Piaski - Białki), Johannisdorf (Janowo), Wolz (Wielki Wełc i Mały Wełcz), Kampangen (Kępiny - Olszanica), Paradies (Raj - Olszanica), Schinker berg (Bronisławowo), Gross Grabau (Grabowo), Kanitzken (Kaniczki), Weichselbur (Wiśliny), Stangensdorf (Glina) - do obu ostatnich wsi starosta Moritz von Wilmsdoi sprowadził fryzyjskich Holendrów i chłopów niemieckich z Pomorza Zachodniego, N< brau (Nebrowo), Rundewiese (Okrągła Łąka), Gotteswerder (Boża Żuława - Klein Gn bau - Małe Grabowo), Grabau (Grabowo), Russenau (Rusinowo), Klein Paradies (ma Raj - Olszanica), Klein Sedlinen (Sadlinki), Neuhoefen (Nowy Dwór Kwidzyński Treugenkohl (Karpiny), Neu Muehlbach (Nowe Młynki - Karpiny), (Mewischfeld Antoni Barganowski 51 (Gniewskie Pole), Kleinfelde (Małe Pólko - Janowo), Fuchswinkel (Fusswinkel, Vos-swinkel - Lisi Kąt - Gniewskie Pole), Neu Liebenau (Nowe Lignowy - Janowo), Rat-sweide (Radzieckie Pastwiska - Obory), Aussendeich (bursztach - Janowo), Schulzen-wiese (Sołtysia Laka - Jarzębina), Klein Nebrau (Nebrowo Małe), Kramershof (Kramry Dwór - Janowo), Boenhof (Benowo), Weisshof (Biały Dwór), Budzin (Budzin - Jałowiec), Baggen (Bagna - Jałowiec), Unterwalde (Podlasie — Jałowiec), Gross Schardau (Szkaradowo Wielkie), Rudnerweide (Rudzińskie Pastwiska - Rudniki), Gross Wende (Pastwa), Johannisdorf (Janowo), Schadewinkel (Szałwinek), Gross Schardau (Szkaradowo), Bliefnitzerweide (Bliźnice - Benowo), Schulzenwiese (Sołtysia Łąka - Jarzębina), Tragheimerweide (Pastwiska Tragenhaynanie - Barcice), Rehhof (Ryjewo), Mon-tauerweide (Mątowskie Pastwiska), Schweingrubbe (Świnia Gruba, Szwedy - Barcice), Zwanzigerweide (Cwancychowe - Barcice), Kanitzken (Kaniczki). 4. Panowanie pruskie/niemieckie (1789 - 1945) - nie powstawały już nowe wsie, ale zniszczone przez powodzie stopniowo się odbudowywały, jak np. dwukrotnie Benowo. Z kolei po edykcie króla Prus Fryderyka Wilhelma II z 1789 r., który zabronił im wszelkich praw dzierżawy i posiadania majątku oraz nałożył dotkliwe kary pieniężne za uchylanie się od służby wojskowej, mennonici masowo emigrowali do Rosji, dokąd już wcześniej zaprosiła ich caryca Katarzyna II, głównie na Powołże i na Ukrainę. 5. Panowanie polskie (od 1945 r.) - nastąpiła zarządzona przez władze niemieckie przymusowa ewakuacja i ucieczka dotychczasowych mieszkańców przed Armią Czerwoną. Pozostałych Niemców przymusowo wysiedlono (mennonitów od nich nie odróżniano), a na ich miejsce przybyła ludność z różnych stron Polski oraz z ziem utraconych na rzecz ZSRR. Polityka władz PRL doprowadziła do masowych wyjazdów ludności autochtonicznej do Niemiec, a przydział gospodarstw nowym przybyszom stawał się często powodem konfliktów. Na części tych ziem tworzono gospodarstwa uspołecznione (PGR-y i spółdzielnie produkcyjne). Następowała stopniowa degradacja części tych ziem, przekształcanie i zanikanie przestrzenne wielu miejscowości, zmiany sposobu gospodarowania oraz zanik dotychczasowego obszaru kulturowego Doliny Kwidzyńskiej. GOSPODARSTWA MENNONICKIE W DOLINIE KWIDZYŃSKIEJ Próby osiedlenia przybyszy z Holandii w Prusach Książęcych w celu odbudowy kraju, zniszczonego wojną z lat 1519 - 1521 z Polską, podejmował już książę Albrecht w latach 20-tych XVI wieku, ale rozmieszczał ich na terenach wyżynnych i zalesionych,. Dlatego ta akcja zakończyła się niepowodzeniem. Pierwsi wyznawcy doktryny mennonickiej przybyli na Pomorze Gdańskie już prawdopodobnie w połowie lat 30—tych XVI wieku. Na pewno zaś pojawili się w Gdańsku, Elblągu i na Żuławach Wiślanych na przełomie lat 40-tych i 50-tych tego stulecia. Prawdopodobnie powstające tu gminy mennonickie odwiedził w 1549 roku sam Menno Simons. Stąd rozprzestrzenili się na inna obszary, w tym dotarli do Doliny Kwidzyńskiej. Ich fachowe umiejętności wykorzystano przy ujarzmianiu Wisły i Nogatu oraz mniejszych rzek. Z czasem mennonici dotarli dalej na południe, osiedlając się wzdłuż 52 Mennonici w Dolinie Kwidzyńskiej Wisły na Kujawach, na Mazowszu i w Małopolsce - także nad Sanem, w dorzeczu Warty w Wielkopolsce i w innych rejonach. Główne przyczyny przybycia mennonitów do Polski to: krwawe wojny religijne w Holandii, - upadek republiki Jana van Leyden w Munster; represje i prześladowania ich w Holandii i w krajach niemieckich; zniszczenia spowodowane wojnami polsko - krzyżackimi; dążenie właścicieli feudalnych do ponownego zasiedlenia i zagospodarowania pustek, osuszania bagien, lepszego wykorzystania pastwisk i ugorów; uchodzenie Rzeczypospolitej za państwo tolerancji religijnej, w którym można znaleźć ziemie i pracę; korzystne warunki osadnictwa i dzierżawy ziemi z długim okresem wolnizny i możliwością przekazywania dziedzicznego (emfiteuzy); rola inspirująca Jana Łaskiego, przebywającego w Holandii czołowego przedstawiciela polskiej reformacji; wielkie powodzie i wyludnienie terenów nadwiślańskich w I połowie XVI wieku, co stało się bezpośrednią przyczyną ściągania osadników. W Dolinie Kwidzyńskiej pierwsi mennonici zostali osadzeni w jej południowej, należącej do Polski strefie, już w 1564 roku, kiedy otrzymali wyludniony Wielki Wełcz, określany także jako Polski Wełcz. Jako pierwszy osadnik znany z nazwiska jest Hans Hansen z Małego Wełcza (1579), który wspominał, że po wygnaniu z ojczyzny właśnie tu z żoną otrzymał z „łaski bożej pierwszy kawałek chleba”. W 1595 roku Zygmunt III Waza wydał przywilej dla Antoni Barganowski 53 Małego Wełcza, pozwalając przewozić swobodnie towary Wisłą. W 1604 roku z kancelarii król wyszedł dokument, potwierdzający nadanie przez starostę grudziądzkiego Macieja Konopackiego 39 włók (1 włóka = ok. 16,7 ha) na 40 lat wolnizny dla 6 wymienionych z imienia i nazwiska gospodarzy mennonickich w Wielkim Wełczu. Jeden z nich - Felix Buettner dostał aż 14 włók. Był to pierwszy znany dokument, zawierający prawa i obowiązki olędrów i stał się charakterystyczny dla wszystkich wsi olęderskich w polskich Prusach Królewskich. Holendrzy mogli swobodnie swoje włości zabudowywać, ogradzać i okalać nasypami. Zostali zwolnieni ze służby zamkowej i szarwarku, bez przeszkód mogli wyznawać swoja wiarę. Wszystkie swoje produkty mogli swobodnie wodą i lądem przewozić oraz sprzedawać gdzie zechcą. Mogli hodować pszczoły i nie płacić od nich podatku. Otrzymali wewnętrzny samorząd i swoje sądownictwo, za wyjątkiem spraw życia i śmierci. Mogli sami wybierać opiekunów prawnych dla sierot i zarządzać ich dobrami. Wspólnie mieli utrzymywać i naprawiać tamy i groble oraz przepędzać bydło z terenów zagrożonych powodzią na teren „zamkowy” i tam je paść. Mieli dostawać z lasów zamkowych darmowe drewno do naprawy i wzmocnienia grobli. Jeżeli nie zalegali z opłatami, to mogli sprzedawać i zamieniać swoje włóki, a po upływie 40 lat dzierżawy oni lub ich spadkobiercy mogli przejąć ziemię na własność lub opuścić wieś bez przeszkód. Wszyscy koloniści mieli za te 39 włók solidarnie płacić czynsz roczny w łącznej wysokości 400 florenów. Z sąsiednich Prus Książęcych mogli przeprowadzać rowy odprowadzające wodę. Wreszcie w 1619 roku Zygmunt III zatwierdził też dzierżawę starosty Jakuba Szczepańskiego na 40 lat gruntów w Małym Wełczu dla 6 rodzin mennonickich za 250 guldenów rocznego czynszu. Znamy też dość dokładnie późniejsze nadania z Małego (1762) i Wielkiego Wełcza (1765) dla kolejnych osadników olęderskich, ale nie wiemy, czy i ilu spośród nich, było mennonitami. W luterańskiej, południowej części doliny, należącej do lennych wobec Rzeczpospolitej, Prus Książęcych, pierwsi osadnicy olęderscy pojawili się w Kaniczkach w 1575 roku na mocy dokumentu księcia Albrechta Fryderyka. Wymienionych z nazwiska 6 kolonistów miało płacić roczny czynsz dla starosty kwidzyńskiego, za otrzymanych 40 włók przez 30 lat, w tym przez pierwsze 10 lat po 100 marek rocznie. Mieli utrzymywać w dobrym stanie kanały i wał wiślany oraz usuwać i naprawiać wszelkie szkody. Wszyscy osadnicy mieli holenderskie nazwiska i byli protestantami, ale nie można stwierdzić jednoznacznie czy byli mennonitami. Generalnie należy zauważyć, że w należącej do Prus Książęcych części Doliny men-nonici osiedlali się raczej rzadko, gdyż radykalne społeczności religijne były wrogo traktowane przez luterańską większość mieszkańców. Jednak często jest mowa o osadnikach olęderskich, wśród których byli chłopi z Niderlandów, Fryzji, Flandrii, Szlezwiku, Westfalii, Dolnej Saksonii, Pomorza Przedniego (Vorpommern), Zachodniego, Meklemburgii i Brandenburgii. W XVII - XVIII wieku pojedynczy mennonici pojawili się w południowej części Doliny w Małym Raju, Kępinach, Bronisławowie, Okrągłej Łące, Grabówku, Nebro-wie, Korzeniewie i na Marezie. Najstarszy zabytkowy podcieniowy dom mieszkalny z osad- 54 Mennonici w Dolinie Kwidzyńskiej nictwa olęderskiego, chociaż niekoniecznie mennonickiego, w całej Dolinie Kwidzyńskiej, zachował się do naszych czasów w Kaniczkach i pochodzi z 1759 roku (Ostatni właściciele sprzedali go Muzeum Etnograficznemu w Toruniu i ma w 2013 lub 2014 roku zostać rozebrany i przeniesiony do nowego skansenu mennonickiego w Małej Nieszawce nad Wisłą, którego otwarcie jest planowane w 2015 roku). Mennonici na tym terenie tworzyli prawie wyłącznie społeczności wiejskie, Spotykamy ich jednak także w miastach, leżących na obrzeżach Doliny - w Kwidzynie, Sztumie, Gniewie i w Prabutach. Zajmowali się handlem, rzemiosłem, produkcją wódki (sami nie pili). Pozwoliło to im osiągnąć wysoką pozycję materialną. Często wbrew obowiązującym ich zakazom włączali się w życie publiczne, dochodząc nawet do wysokich stanowisk. I tak mennonita Izaak Momber z Gniewu - handlarz odzieżą i jedwabiem około 1750 roku nabył dom przy rynku w Kwidzynie. Interes po nim rozwijał syn Anton Friedrich, który poślubił córkę właściciela warzelni mydła. Jako mennonita nie poszedł na własny ślub do katedry, zlecił zastępstwo, pozostając w domu. Po śmierci żony przy porodzie, poślubił wkrótce drugą bogatą pannę. Ich syn - też kupiec Friedrich Momber zakupił w 1826 roku w Wielkim Raju (Olszanica) duży majątek ziemski, którego wartość w chwili jego śmierci (1839) wzrosła 2,5 raza. Inny mennonita z Kwidzyna Peter Hoeppner poślubił w 1736 roku bogatą mennonitkę Annę Jantzen. Ich syn Anton też bogato ożeniony, był znanym kupcem, producentem gorzałki oraz został rajcą miejskim. Wnuk Anton Hoeppner rozwinął interes ojca i od 1809 roku był honorowym radcą w magistracie. Z kolei jego syn Rudolf kontynuował rodzinny interes i firma ta w pozostała w rękach rodziny do 1945 roku. Córka Antona Ho-eppnera Caroline poślubiła w 1798 roku Carla Heinricha Dycka - syna mennonity z Korze-niewa. Wzbogacił się on na handlu zbożem podczas wojen z lat 1807 - 1814. Miał spichlerz i wytwórnię gorzałki w Kwidzynie, a w 1813 roku nabył za 4000 talarów dobra rycerskie w Boguszach, które potem odsprzedał swemu zięciowi. Dzieje rodów Momberów, Hoeppnerów, Dycków i Jantzenów, którzy w Kwidzynie zaliczali się do uprzywilejowanych obywateli, tzw. Grossbuerger i mieli kamienice w centrum miast, świadczą o tym, że potrafili prowadzić z powodzeniem rozliczne interesy, zdobyć wysoką pozycje materialną i uznanie społeczne. W 1837 roku w Kwidzynie mieszkało 78 mennonitów, w tym 18 nieochrzczonych dzieci. Co każdy czwarty tydzień mieli nabożeństwo w ewangelickiej katedrze. W Kwidzynie w latach 1802 i 1862 wydrukowano katechizm mennonicki. Z drukarni Kantera wyszło też zmienione wydanie „Gestreiches Gesangbuch” (1780) - pierwszego śpiewnika mennonickiego w Prusach Zachodnich, opracowanego przez Hansa Steena. Zawierał on 620 pieśni, głównie psalmów. Potem wyszły kolejne wydania tego popularnego śpiewnika (1803 i 1819). Posługiwali się nim także mennonici w USA, Rosji, Kanadzie i Meksyku. Inna sytuacja była w północnej, należącej do Polski części Doliny Kwidzyńskiej. Wojny polsko-szwedzkie i wojna północna, ale przed wszystkim niszczące częste powodzie spowodowały, że proces osadnictwa stałego nastąpił tu stosunkowo późno, po 1565 roku pojawili się stali koloniści w okolicy Janowa. W 1677 roku osadnicy olęderscy zasiedlili Stela z 1809 roku w Marezie,fot. H. Michalik S6 Mennonici w Dolinie Kwidzyńskiej Pastwę, ale nie wiemy z całą pewnością, czy byli to mennonici. Na dużą skalę osadnictwo mennonickie rozwinęło się tu w początkach XVIII wieku. Większość mennonitów w Dolinie należała do gmin fryzyjskich. Były one mniej liczne od gmin flamandzkich i bardziej skłócone wewnętrznie, na ogół też biedniejsze i bardziej ascetyczne. Z drugiej strony, mennonici fryzyjscy wykazywali więcej skłonności do kompromisu przy zawieraniu małżeństw mieszanych i do traktowania pochodzącego z tych małżeństw potomstwa. Nazywano ich też „Waterlandes”. Ciekawe były okoliczności osiedlenia się mennonitów fryzyjskich w okolicach dzisiejszych Barcic. Straszliwa epidemia dżumy wyludniła w latach 1709 - 1711 nadniemeńskie obszary tzw. Litwy Pruskiej w rejonie Kłajpedy i Tyłży. Król pruski Fryderyk I sprowadził tu mennonitów z Niziny Sartowicko-Nowskiej. Przybysze otrzymali atrakcyjne warunki, ale brutalny pobór do wojska pruskiego w 1724 roku spowodował ich masowe protesty. Ostatecznie rekruci mennoniccy zostali zwolnieni, lecz musieli opuścić kraj. Potem król Fryderyk Wilhelm I odwołał ten reskrypt, ale część mennonitów postanowiła wrócić do polskich Prus Królewskich. W 1724 roku mennonici z Żuław - Solomon Becker i Jacob Jantzen zakupili dla nich za 2200 guldenów ziemie w Tragheimerweide (nazwa od pastwisk używanych wcześniej przez mennonitów z Tragamina na Żuławach). Wykupowano też okoliczne łąki i pastwiska w sąsiednich osadach: Schweingrube (Szwedy), Zwanzigerweide (Przydatki), Montauerweide (Mątowskie Pastwiska), Zieglerhuben (Cegiełkowo), Klein Schardau (Szkaradowo Małe), Gross Schardau (Szkaradowo Wielkie). W1728 roku biskup chełmiński Feliks Ignacy Kretkowski zgodził się na budowę drewnianego domu modlitwy (bettenhaus), którego pierwszym starszym został Peter Tjart (do 1750). W 1763 roku kościół powiększono i od tego roku mennonici mieli koło świątyni własny cmentarz. W1866 roku, na miejscu starego, wzniesiono nowy murowany kościół w stylu neogotyckim. Świadczyło to o stopniowej asymilacji mennonitów i przejmowaniu przez nich ówczesnych wzorów architektonicznych. W latach 1733 - 1779 kongregacja przeżywała kryzys na tle sporu o dopuszczalność małżeństw mieszanych, których chciały zakazać kongregacje fryzyjskie z całych Prus Zachodnich. Ostatecznie nie doszło do schizmy, spór zakończono i małżeństwa mieszane były tolerowane. W 1744 roku dzisiejsze Barcice były całkowicie mennonickie. Jednak wobec pogarszania się warunków życia, na początku XIX wieku 17 rodzin mennonickich wyemigrowało do Rosji i na Ukrainę. Kongregacja miał dwa oddziały: Gurcz i Kwidzyn. Wierni z Gucza wywodzili się z największej na Żuławach kongregacji w Heubuden (Stogi Malborskie), gdzie dominował odłam flamandzki. Jednak w 1899 roku 81 członków i ponad 20 dzieci zjednoczyło się z kongregacją w Tragheimerweide (największa część obecnych Barcic). Kongregacja nazywana Tragheimerweide, zmieniając przejściowo nazwę na Zwanzigerweide (1892 - 1929), przetrwała do 1945 roku. W 1852 roku do kongregacji należało 336 osób, w 1888 roku - 357, w 1928 roku - 550, a w 1940 roku - 510 osób. Nadal byli oni w większości rolnikami i mieszkali w 27 wsiach oraz w 2 miastach (Kwidzyn, Sztum). Bettenhaus w Barcicach był jedyną świątynią mennonicką w całej Dolinie Kwidzyńskiej. Służbę pełnił jeden starszy i pięciu kaznodziejów. Wszyscy byli członkami Konferencji Mennonitów Prus Wschodnich i Zachodnich. Antoni Barganowski 57 Zachowały się wykazy starszych kongregacji Tragheimerweide: Peter Tjart (przed 1740 - 1750), Hans Ewert (1750 - 1756), Marten Albrecht (1776 - ok. 1782), Jacob Ewert (1800 - 1843; od 1776 roku kaznodzieja), Jonas Quinng (1843 - 1860; od 1808 roku kaznodzieja), Dawid Ewert (1860 - 1903; od 1840 roku kaznodzieja), Dawid Pauls (1903 -1909), Franz Ewert (1913 - 1939), Albert Bartel (1940 - 1945). Ten ostatni został w 1958 roku starszym odnowionej kongregacji w Bremie, a mieszkał kolo Espelkamp. W1945 roku gmina mennonicka przestała istnieć, a jej członkowie zamieszkali w Niemczech, USA i Urugwaju. Kościół przetrwał drugą wojnę światową, ale został zdewastowany i ostatecznie rozebrany na przełomie lat 50-tych i 60-tych XX wieku. Zostały tylko fundamenty, i obok dawna plebania - obecnie budynek mieszkalny. Oprócz obecnych Barcic mennonici mieszkali też wMątowskich Pastwiskach (od 1730), Rudnikach (od 1742), Ryjewie, Małym Szkaradowie, Wielkim Szkaradowie Przydatkach Szwedach (od 1744), Jarzębinie, Szałwinku i Nowych Lignowach (od 1765). W Nowych Lignowach w 1768 roku spotykamy polsko brzmiące nazwiska mennonitów: Dombrow-skie, Lubofskie i Schepanskie. Był teżjakob van Kiedy, który ożenił się z Polką i zmienił nazwisko na Fankydeyske. W każdej z tych wsi było od kilku do 25 gospodarstw (Ryjewo w 1744 roku). Duże zasługi miała tu starościna sztumska Tekla Bielińska, która wydz.erza-wiła im w 1735 roku ziemię w Schinkenland (część Borowego Młyna), a potem w Rudm-kach i Małym Szkaradowie. Koniec osadnictwa mennonickiego na tych terenach zapoczątkował pierwszy rozbiór Polski i przejście całych Prus Królewskich pod władzę pruską (1772). Wspomniany wcześniej restrykcyjny edykt króla Prus z czerwca 1789 roku i wywołany nim konflikt na tle wprowadzenia służby wojskowej, zapoczątkował masową emigrację mennonitow do Cesarstwa Rosyjskiego. Zwłaszcza w I połowie XIX wieku z Prus Zachodnich wyjechało na stałe kilkaset rodzin. W 1772 roku mieszkało na zabranych obszarach ponad 13 tys mennonitów a w 1817 roku 12,6 tys.. Najwięcej mieszkało w powiecie malborskim - 5,7 tys a w zyns; m było ich w roku 1817 - 504. Z powiatu kwidzyńskiego tylko w latach 1817 --1824uby o 84 mennonitów. Na przełomie XVIII i XIX wieku zaczęli przemieszczać się w obrębie Doliny KwidzyńskiejPna ogół w kierunku południowym. Oprócz wymieniony juz wsi y 6 Pastwie Benowie, Gurczu, Gniewskim Polu, zamieszkali - często przejściowo - akz w ' dóbr _ Lisim Kącie, Olszanicy, Oborach Jałowej w Białym Dworze, Tychnowach, Jerzewie, Z j ’ Bagnie. Przenosili się także do samego Kwidzyna. . i osiedlania się na wysoczyźnie. Niektó- Widać też nową tendencję od roInlctwa, zajmując się głównie rzy, zwłaszcza przenoszący się do miast sprMczne, co wynikało też kupiectwem i rzemiosłem. Rożne dane: ty ty podaWana liczba mennonitów z uwzględniania lub nie, n*" cztonkó„ kongregacji w Tragheimer- w całym ówczesnym powiecie pokrywa ę śd Doliny Kwidzyńskiej werde nawet przy uwzględnieniu, ze innych kongregacji. Za- znaleźli się w powiecie sztumskim, a nie y & 58 Mennonici w Dolinie Kwidzyńskiej chowała się imienna lista członków kongregacji w Tragheimerweide (Barcice) z 1935 roku. W pięciu miejscowościach ówczesnego powiatu sztumskiego położonych w Dolinie Kwidzyńskiej miało ich być 199, z czego 74 w Barcicach. Mając na uwadze obecne granice powiatu kwidzyńskiego mennonici mieszkali w: Kwidzynie, Marezie, Pastwie, Gurczu, Bądkach, Tychnowach, Gniewskim Polu, Janowie, Brokowie, Białym Dworze, Czerwonym Dworze, Paczkowie, Jarzębinie, Podzamczu, Roz-pędzinach, Nebrowie Wielkim/ Zebrdowie, Kamionce, Kaniczkach, Małym Pólku, Kram-rowie, Budzinie, Szałwinku, Ryjewie, Barcicach, Straszewie, Benowie, Mątowskich Pastwiskach, Rudnikach, Wielkim Szkaradowie, Prabutach i Trumiejkach. Andrzej Kasperek 59 Andrzej Kasperek DRUGIE ŻYCIE ŻUŁAWSKICH DOMÓW PODCIENIOWYCH Jeśliby szukać logo dla Żuław, jakiegoś wyrazistego symbolu tej krainy, to pierwszym skojarzeniem, które się nasuwa jest wiatrak. Sprytne urządzenie, które wykorzystywało siłę wiatru nie tylko do mielenia zboża, jak to miało miejsce na innych obszarach Polski, ale służyło do napędu pomp odwadniających. Ale nie wiatrakami chcę się zająć w tym tekście (na to przyjdzie jeszcze pora) a domami podcieniowymi. Są one drugim żuławskim emblematem. Charakterystyczna bryła dużego domu z wysuniętą częścią wspartą na kilku drewnianych kolumnach, połączenie drewna z konstrukcją szkieletową, szachulcową (wypełnienie z gliny wymieszanej ze słomą, sieczką lub trzciną) albo z muru pruskiego (wypełnienie ceglane), stała się znakiem żuławskiej architektury. Mało kto w Polsce zna zagrodę holenderską w typie wzdłużnym, choć ten typ budynku jest bardzo popularny na tym terenie, a za to dom podcieniowy rozpozna wielu. 60 Drugie życie żuławskich domów podcieniowych Nie jest łatwo wyjaśnić genezę tych budowli. Jeśli szukać budynków zawierających podcień, to znajdziemy je na rynkach wielu niemieckich miast. Tworzą je pomieszczenia w dolnej części domów, otwarte na zewnątrz, podparte na filarach. Miały przede wszystkim charakter użytkowy - można było, bez obawy o deszcz czy śnieg, wykładać tam towar. Ale skąd ten pomysł w wiejskich chatach? Otóż to. Napisałem słowo chata i zawahałem się, bo kojarzy się ono zwykle z biednym budownictwem chłopskim, z drewnianym domkiem krytym strzechą. A na Żuławach dom rolnika to coś zupełnie innego. Osobliwość tego zakątka Rzeczypospolitej - jego specyficzna historia oraz ukształtowanie terenu - sprawiła, że tereny te były miejscem osadnictwa pruskiego, pomorskiego, polskiego, holenderskiego i niemieckiego. „Chłopi żuławscy byli grupą społeczną tylko z nazwy przypominającą chłopów z najbogatszych wsi kościelnych czy królewskich z innych regionów Polski”.1 Szlachty tu nie było, nie było pańszczyzny a gospodarze lokowani na prawie chełmińskim otrzymywali zwykle nadziały od 2 do 4 łanów. Łan chełmiński, zwany włóką, liczył 30 mórg ziemi, czyli 17,955 hektara. Łatwo więc można policzyć, że przeciętny chłop gospodarował na 36 - 72 hektarach. Przepisy zabraniały mu dzielenia majątku i jeśli był pracowity oraz gospodarny, to z pokolenia na pokolenie jego rodzina stawała się coraz zamożniejsza. Francuski dyplomata Charles Ogier podróżujący w 1635 roku z Gdańska do Malborka zapisał: „Wszędzie rozproszone w niewielkich od siebie odstępach domy wieśniaków, porządnie i wygodnie z cegły zbudowane. Wdzięczne ogrody, role najpiękniej uprawiane, siecią strużek wodnych zamknięte i ogrodzone. Bydła na polach ilość niezmierzona, wsie bardzo liczne”.2 Bogactwo wręcz kłuło w oczy. Tym bardziej, że niektórzy mieli gospodarstwa liczące od 4 do 12 a nawet 17 włók. Bagatela - to przeszło 300 hektarów! Nic dziwnego, że wielu bogaczy za wszelką cenę chciało się pokazać organizując wystawne uczty, nosząc luksusowe szaty. Autor artykułu sprzed prawie dwustu lat pisze: „Mieszkania rolników wygodą, czystością i pozorem prawdziwego bogactwa znamienite. [... ] O zamożności i bogactwie włościan żuławskich można się przekonać czytając prawa przeciw zbytkowi, który pomiędzy nimi panował. Jest w nich mowa o noszeniu jedwabnych sukien, srebrnych i złotych ozdób, aksamitów, adamaszków itp.”3. Takich przykładów zachwytu nad dobrym gospodarowaniem chłopów żuławskich znajdziemy wiele. Wincenty Pol notował: „Zamożność też tu wielka - i przy obyczajach kmiecych bogactwo niezwykłe. - Czystość budynków i domów iście holenderska!” A opisując dom gbura żuławskiego zauważył: „piętro każdego domu [... ] jest mieszkaniem zamożnego człowieka: - tu już i kosztowne posadzki - i obicia - i najwytworniejsze meble - tu rzeźbione starożytne szafy, zbiory porcelany i naczyń srebrnych - okazałe zwierciadła, kosztowne zegary, drzwi z palisandru i mahonie - firanki i pokrycia mebli z ciężkich jedwabnych materii - na posadzkach kosztowne angielskie dywany - po ścianach obrazy i złocone brązy!”4 Wprost nie do uwierzenia, że mowa o domostwie chłopskim. Jakiekolwiek porównania z chatami chłopów z Mazowsza czy Ukrainy są nie na miejscu. Zapewnie wiele dworów szlacheckich było biedniej urządzonych. Nic więc dziwnego, że polscy oficerowie, których 1 Przemysław Szafran Żuławy Gdańskie w XVII wieku. Studium z dziejów społecznych i gospodarczych. 2 Charles Ogier Dziennik podróży do Polski 163S-1636. 3 „Rozmaitości” nr 36 z 16 czerwca 1823 r. 4 Wincenty Pol Na groblach. Andrzej Kasperek 61 po klęsce powstania listopadowego internowano na tych terenach, nie mogli się nadziwić. Jeden z nich w swym pamiętniku zanotował: „W tym kraju nigdy żadnej rewolucji spodziewać się nie można, gdyż przebiegając wszystkie stany każdy kontent jest ze swego położę-ma ? Ślady tego bogactwa miejscowych włościan znajdziemy w podaniach ludowych. Bardzo wymowna jest historia o chłopach z Lichnów - po żniwach uznali, że są tak bogaci, iż nic już do wiosny robić nie muszą i całą zimę spędzą w karczmie, jedząc tłusto i popijając tęgo...6 Jest ono świetną ilustracją rosyjskiego powiedzenia: z żyru biesitsa, czyli w wolnym przekładzie: „od dobrobytu przewraca się w głowie”. Szlachta wydawała w dawnej Rzeczypospoli- 5 Cytat za: Bogusław Cygler Powstańcy listopadowi w Elblągu i na Żuławach. 6 Ciekawych odsyłam do tomu Baśnie i legendy Żuław i Mierzei Wiślanej. Cyganek-Opitz- plan 62 ie życie żuławskich domów podcieniowych tej tzw. leges sumptuariae - ustawy przeciwko zbytkowi mieszczan, zakazujące im używania kosztownych szat, futer itd. Panowie bracia nie lubili jak się łyki zanadto pyszniły swym bogactwem. Ale takież ordynacje przeciw zbytkom wydawały władze Gdańska (obowiązywały one też na Żuławach i Mierzei), Elbląga i Torunia. Edmund Kizik opisał przepisy tworzone od XVI do XVIII wieku, które „głęboko penetrowały sferę publicznej konsumpcji żywnościowej, odzieżowej, prawa do korzystania z usług artystycznych, literackich, muzycznych i innych - świadcząc o powszechnej wierze w niezwykłą skuteczność instrumentów prawnych w kreowaniu pozytywnych postaw konsumpcyjnych”.7 Przepisy ściśle określały ilość 7 Edmund Kizik Wesele, kilka chrztów i pogrzebów. Uroczystości rodzinne w mieście hanzeatyckim ... Andrzej Kasperek 63 gości na przyjęciach, jadłospis, skład kapeli a egzekwowano je bardzo skrupulatnie. Ale łamano je permanentnie a niektórzy nawet nie mieli ochoty zbytnio się tłumaczyć. Rajcy gdańscy uchwalili w 1635 roku, że wesele nie może trwać dłużej niż dwa dni, gości nie może być więcej niż 48 a posiłek nie może liczyć więcej niż trzy dania. Mieszkaniec Krzywego Kola - Michał Biberstein należał do najbogatszych łudzi na Żuławach, miał przeszło 185 hektarów ziemi. Urządził weselisko, o którym opowiadano przez lata. „Biberstein balował od wtorku w tygodniu przed środą popielcową a skończył już w Wielkim Poście, przy czym do wspólnej zabawy zaprosił aż 455 par, za co zapłacił 1000 florenów kary. W czasie uczty trwającej ponad tydzień zjedzono 5 wołów, 165 cieląt, 45 jagniąt, 100 par kapłonów, 145 gołębi, 60 zajęcy, 55 świń, 600 karpi, 4 tony chleba, wypito 62 beczki piwa, a przygrywało im 20 muzyków. W sumie więc rodziny państwa młodych wydały około 7 tys. florenów, co równało się cenie pięciołanowego gospodarstwa z zabudowaniami”.8 Wierzyć się nie chce, że było to wesele chłopskie. Opis przypomina magnackie uczty... Użyłem wcześniej słowa „gbur”. Dziś ma ono jednoznacznie negatywne konotacje, natychmiast kojarzy się z chamem, człowiekiem bez wychowania, ale na żuławach i Kaszubach słowo to oznaczało bogatego gospodarza i było powodem do dumy. Wsie żuławskie można podzielić aż na 32 typy, ale daruję sobie ich wyliczanie. Zwykle wieś liczyła 10-15 zagród gburskich oraz kilka należących do ogrodników (zagrodników), czyli chłopów biedniejszych. Na przykład w Marynowach na początku XX w. mieszkało 29 gospodarzy, z cze-go 18 miało po 40 i więcej hektarów a tylko 4 gospodarowało na użytkach mniejszych niż 10 ha. Wracając do próby wyjaśnienia genezy podcieni: na początku spełniał on „funkcję magazynową. Do pomieszczenia na piętrze przez otwór w podłodze lub za pomocą żurawia przez okno wciągano worki ze zbożem”.’ Często była to dodatkowa przestrzeń magazynowa, bo zasadnicza mieściła się na strychu, a te w domach żuławskich są bardzo duże bo da-Ay są dwuspadowe o znacznym kącie nachylenia. Wóz podjeżdżał pod otwor w podłodze i wory bez przeszkód transportowano na górę. Dodatkowo wystawka (bo tak fachowo na-W się wysuniętą część) mogła służyć jako pokój latem lub kiedy trzeba było uc.ekac wyżej przed powodzią. Co ciekawe typowy dom na tych terenach ma charakterystyczny plan, niezależnie od tego, czy ma podcień czy nie. Różnice wynikają tylko z wielkości budynku. W jego schemacie ^różnimy: sień główną, czarną i białą kuchnię, wielką izbę, poko) letni sień gospodarczą. Najstarsze zachowane domy żuławskie pochodzą z 2 połowy XVII w. Na zachowanym Planie wsi Suchy Dąb z roku 1667 widać kilkanaście domów podcieniowych usytuowanych prostopadle do drogi. świadczyło o popularności tego typu zabudowań Można było spotkać cale wsie tak zabudowane. Czasem podcień byl dobudowywany późnie, a kiedy kon-strukcja domu na to nie pozwalała robiono tzw podcień wgię y, , Dariusz Piasek Świat żuławskiego gbura, „Pomerania . Wiślanych [w:] Mennonici na Żuławach. Ocalone dzie- Jerzy Domino Budownictwo i cmentarze mennonic iena u 7 h r7 teeoż- Domy na Żuławach [w:] Domy żuławskie. dzictwo.J. Domino jest specjalistą od budownictwa żuławskiego. Zobacz g • •o Poszuk‘^niu zagubionej tradycji budownictwa. Kloeopel Die bduerliche Haus-, Hof- und Siedlungsanlage Więcej informacji o historii budownictwa w tym regionie. [w:] Das Weichsel - Nogat - Delta. 64 ie życie żuławskich domów podcieniowych wydłużyć facjatkę. I po co to wszystko - otóż dla prestiżu. Z czasem bowiem podcień nabrał charakteru reprezentacyjnego, każdy chciał go mieć, bo zaświadczał o bogactwie, podnosił rangę domostwa. Znakomicie można to zauważyć w domach zaprojektowanych przez Piotra Loewena. Działał on tylko przez kilka lat, od 1802 do 1807 i pozostawił 5 domów: dwa w Orłowie, w Marynowach, Żuławkach i w Lasowicach Małych. Ten ostatni niestety nie przetrwał, zniszczał kompletnie zaniedbany i opuszczony. Domy przez niego zaprojektowane to po prostu piękne, wielkie, liczące kilkaset metrów, rezydencje bogatych gburów. Usytuowano je na terpach, czyli sztucznie usypanych wzgórkach, które na tych terenach broniły domostwo przed zalaniem w czasie powodzi. A to zagrożenie było przekleństwem tej krainy aż do czasów przekopu Wisły w końcu XIX w. To prawdziwe chłopskie pałace. Rzecz charakterystyczna - powstawały one w okresie niesłychanej koniunktury dla gospodarki żuławskiej, która nastąpiła po III rozbiorze Polski. „Gdy w 1795 r. w Gdańsku przeładowano 20 tysięcy ton zboża, w 1802 r. cyfra ta podniosłą się do 84 tysięcy, a więc niewiele odstąpiła od poziomu przeładunków w okresie złotego Andrzej Kasperek 6S wieku”.11 Nie ulega wątpliwości, iż żyzne Żuławy znacznie na tym skorzystały. Dodajmy do tego zastąpienie średniowiecznej trójpolówki systemem czteropolowym, rozpoczęcie uprawy ziemniaków oraz wprowadzenie na terenach Prus pożyczek dla rolników. Nic dziwnego, że od 1790 do 1805 zbudowano aż 35 domów podcieniowych. W późniejszych czasach ten typ domów już się nie pojawia. Jest jeszcze jedna ważna rzecz. Nie powiedziałem do tej pory o tym, że są to domy drewniane. Niby nic dziwnego, na wsi był to zawsze materiał budowlany ze względu na swą dostępność i taniość. Ale za Żuławach drewno nie było ani łatwo dostępne, ani tanie. Lasów tu nie było, ten porastający Mierzeję Wiślaną został przez kilka wieków wycięty w sposób rabunkowy. Już w XVI w. Jan Kochanowski ubolewał: „Gdzie pojźrzę, wszędy rąbią: albo buk do huty,/ Albo sośnią na smołę, albo dąb na szkuty”. Drewno, sprowadzane z sąsiednich okolic albo przypływające Wisłą, było drogie. Zadziwia więc ta obfitość architektury drewnianej na Żuławach. W Polsce nie ma innej krainy, w której zagrody z drewna występują w takiej ilości. Ale architektura drewniana polskiej wsi kojarzy się nam ze szlacheckim modrzewiowym dworkiem lub lichą zabudową kmiecą, o której Kasprowicz powie z bólem: „Szare chaty! nędzne chłopskie chaty!” Na Żuławach było inaczej. Dla bogatych był ten budulec jeszcze jedną formą podkreślenia swego statusu, dla mniej zamożnych był najbardziej pożądany ze względu na swe właściwości. Wilgotny klimat, nieustanne zagrożenie zalaniem, koszty opału (pamiętajmy, że mowa o epoce, kiedy do opalania nie używano jeszcze węgla) - to wszystko sprawiało, że dom zbudowany z sosny lub świerka był tu idealny. Są to gatunki dobrze reagujące na zmiany wilgotności, kurczenie się i pęcznienie, o krótkim czasie wymiany wilgotnościowej. „Dzięki temu, że żuławskie domy miały bogatych mieszkańców, mają one piękny detal snycerski, który naśladował wzorce architektury stylowej. A były to wzorce najwyższej pró-by, gdyż pochodziły z Gdańska i Elbląga, a więc z miast, które w czasach świetności należały do światowej elity miast. Chałupy żuławskie miewają zatem wspaniałe renesansowe portale, barokowe gzymsowanie rodem z gdańskich kamienic. Wystawki zazwyczaj nie są wsparte na słupach o kwadratowym przekroju, jak to bywa w innych regionach, ale na kolumnach zgodnie z porządkami: toskańskim jońskim, korynckim czy kompozytowym. To wszystko razem z motywami typowo wiejskimi miesza się w niezwykłą, trudną do wyobrażenia, ale przecież harmonijną całość. [... ] Żuławska architektura drewniana zachwyca różnorodnością form, detali a nawet kolorystyki. Wynika to z różnorodności źródeł, z których czerpali budowniczowie: ze wschodu i zachodu ze wsi i z miasta, od sąsiada i od Palladia. 12 Zagrody holenderskie i domy podcieniowe doskonale wkomponowały się w płaski krajobraz żuławski i stanowią o jego pięknie i oryginalności a także są dowodem wysokiej cywilizacji mieszkańców i mądrego zagospodarowania przestrzeni. Taki stan równowagi pomiędzy człowiekiem i naturą trwał do końca II wojny światowej, który dla tych stron był kataklizmem. Wycofujące się wojska niemieckie przerwały wały wiślane i zalały cały obszar. Tragedii dopełniła ucieczka mieszkańców, którzy żyli tu od setek lat. To nie była tylko bardzo częsta w XX wieku trauma porzucenia stron rodzinnych, wygnania i tułaczki. 11 Lech Krzyżanowski Wpływ neokłasycyzmu na podcieniowe budownictwo Żuław Gdańskich. 12 Żuławy - architektura wiejska, za: http://ww.org.pl/strona.php?p=1891&c=5768# 66 Drugie życie żuławskich domów podcieniowych Na Żuławach całkowita wymiana ludności oznaczała, że znaleźli się tu nowi mieszkańcy zupełnie tej ziemi nie znający i nie rozumiejący. Melchior Wańkowicz pisał: „Ludzie nieraz dojeżdżali łodzią pod próg domu. Już przychodziły mroźne dni. Ludzie jechali do schlud nych, podmokłych domków, rwali progi i futryny podłogi na opał. Prosty to był lud, zzi Buga, z Rzeszowskiego, z najbiedniejszych kątów, gdzie o wyższych formach gospodarki nń miano pojęcia. Łąki po wyniosłościach, na które wdzierał się chwast, słynne łąki Żuław, ni których pasły się wysokomleczne holendry [sic!], przybysz zaorywał na kartofliska”.13 Jeśl do tego dodamy plagę szabrownictwa i niepewność swego losu na tej ziemi to obraz będzie prawie pełny. Dawne wielkie gospodarstwa podzielono - osadnicy dostawali po kilka hektarów lub scalono w Państwowe Gospodarstwa Rolne. Przekleństwem tej ziemi było, że jej powojenni mieszkańcy nie czuli się tu u siebie. Nasuwa się tu góralskie porównanie o „ptokach, krzokach i pniokach”. Niewielu przybysz) decydowało się tu zapuścić korzenie, aby stać się krzakiem a kiedyś wrośniętym głęboko pniakiem. Wielu było jak ptaki - przylecą, skubną, napaskudzą i odlecą... To wszystko powodowało narastającą degradację żuławskiego krajobrazu, niszczenie świadome i nieświadome zabytków, lekceważenie ziemi, na której się mieszka. Dawne bogactwo - „księgi katastralne niemieckie nakładały na te grunty blisko siedmiokrotnie większy podatek niż na ziemie kaszubskie” - stawało się tylko legendą. Źle i nieumiejętnie uprawiana ziemia nie rodziła obficie, wyrosły ohydne osiedla bloków mieszkalnych w PGR-ach, wielkie chlewnio i obory zaśmiecały krajobraz, rowy i kanały oraz wały nie były należycie konserwowane ... 13 Melchior Wańkowicz Walczący gryf Andrzej Kasperek 67 Trwało tak przez dziesięciolecia. W 1983 r. doszło do katastrofy - wody Zalewu Wiślanego zalały 3 tysiące hektarów na Wyspie Nowakowskiej. Wojsko musiało ratować powodzian. A że był to stan wojenny to uznano, iż roboty melioracyjne wykonają „niebieskie ptaki”, jak nazywano osoby uchylające się od nauki i pracy. I tak Żuławy szybko zyskały złą sławę. Stworzono specjalne oddziały Ochotniczych Hufców Pracy do melioracji i gdy ktoś rozrabiał, wysyłano go zamiast „do paki”, jak śpiewały Wały Jagiellońskie, „na Żuławy - rowy kopać”. Był to dowód największej pogardy władz dla tej ziemi - kwitnąca niegdyś kraina stała się miejscem zesłania. Niestety zmiany, które nastąpiły po 1989 r. nie były dla Żuław wyzwoleniem. Szybko zlikwidowano PGR-y, ale zupełnie „zapomniano” o pracownikach i ich rodzinach. Pół miliona ludzi spisano po prostu na straty. Na Żuławach spowodowało to powstanie dużego bezrobocia wśród dawnych robotników rolnych. Okazali się „niepotrzebni jako pracownicy najemni, nie wykształcili w sobie odpowiedniego doświadczenia aby stać się odpowiedzialnymi za własne losy właścicielami ziemi. Katastrofalne zubożenie tej grupy społecznej, stanowiącej większość ludności Żuław, powoduje pośrednio lawinową deprecjację zabytkowych obiektów architektury i budownictwa żuławskiego. Obiektów historycznych będących we władaniu tej grupy ludności, nie potrafią utrzymać w dobrym stanie technicznym ich bezrobotni mieszkańcy i właściciele”.14 Opinie o pogarszającym się stanie drewnianej zabudowy wsi żuławskich powtarzają się od połowy lat 50. Zaglądam do swojego archiwum. Chyba pierwszy był prof. Jerzy Stankiewicz, jego „Zabytki budownictwa i architektury na Żuławach” powstały w 1956 r. Tadeusz Chrzanowski w artykule „Przez Żuławy” z 1957 r. napisał: „czas polamentować nad stanem zachowania owych pięknych domów. [... ] W ogólnej sytuacji katastrofalnego stanu zabytków polskich, stan domów żuławskich jest z pewnością jedną z pomniejszych, lokalnych katastrof. Nie należy jednak zapominać, że tego rodzaju zespół, jaki znajdujemy w widłach Wisły, Nogatu i Motławy, jest czymś na naszym terenie wyjątkowym. Gdzie indziej można przejechać przez szereg wiosek nie odnajdując śladu zabytku: tu znajdujemy je na każdym kroku i najwyższej rangi artystycznej”. Takie opinie spotykamy w dziesiątkach publikacji prasowych, niestety niewiele z nich wynikało. Choć czasem jednak coś się wydarzyło - pod koniec lat 50. I w latach 60. kilka domów podcieniowych poddano konserwacji. Częściej jednak można było przeczytać, że kolejny dom niszczeje lub spłonął, zawalił się... Przy głównej ulicy Nowego Dworu Gdańskiego przez przeszło 10 lat straszył wypalony kikut domu „Pod Lipkami”, w Żuławkach konserwator zabytków patrzył spokojnie, jak wali się dom przy szosie wiodącej przez wieś. No ale po co w Żuławkach tyle podcieni, ten i tak był najmłodszy. O Lasowicach już pisałem. Lista strat jest ogromna, ale nie ma co rozrywać szat - lepiej ratować to, co jeszcze można ocalić. Według rejestru zabytków wojewódzkiego konserwatora w powiecie nowodworskim są 23 domy podcieniowe objęte ochroną: W Lubieszewie, Marynowach, Myszewku, Nowym Dworze, Orłowie (4 domy), Gniazdowie, Nowej Cerkwi, Nowej Kościelnicy, Izbiskach, Mikoszewie, Przemysławiu i Żuławkach (także 4). Po latach inercji i zaniedbań wreszcie coś pozytywnego się dzieje. Dlatego pozwoliłem sobie dać ten tytuł, nawet jeśli mówienie o drugim życiu jest na wyrost. Historie Jadwigi Grądkowskiej-Sawickiej, Ewy i Artura Wa- 14 Bogna Lipińska Drewniane budownictwo na Żuławach Wiślanych - ginący symbol tożsamości unikatowego krajobrazu wsi. 68 Drugie życie żuławskich domów podcieniowych silewskich, Magdaleny i Thomasa Hattigów oraz Marka Opitza dają nadzieję. Dom pani Jadwigi znajduje się w Marynowach. Widać go z drogi, jego ogromna bryła zwraca uwagę. Pisałem wcześniej o domach, które projektował i wznosił P. Loewen. To jeden z nich. Dom z historią, która została dokładnie zbadana. Pierwszym właścicielem był bogaty gbur David Zuch. Prawdopodobnie od jego syna odkupił go Johann Jacob Zimmer, który zlecił Loewenowi jego przebudowę. W 1803 r. powstał dom, który do dziś nie prze-staje imponować: przeszło 700 m2 powierzchni, piękna robota stolarska i snycerska (schody, drzwi wejściowe i wewnętrzne, okna, ozdobne laubzekiny) i podcień, który ma dwa poziomy po 70 m2. Przecież dziś to tyle, co dwa spore mieszkania. I tu pojawia się problem z domami podcieniowymi - kiedy je budowano miały zaświadczać o bogactwie i pozycji swych właścicieli. Pohlmann, Kling, Classen i Bruck - spisuję nazwiska kolejnych posesjo-natów. Sprawdzam, że Gustav Bruck, właściciel do 1945 r. gospodarzył na 70 ha. Te domy były rezydencjami, ich mieszkańców stać było na ich utrzymanie, remonty. Dbali o nie. Po wojnie wprowadzili się do nich ludzie, którzy nie traktowali ich jako swojej własności, poza tym często kwaterowano kilka rodzin. Ten akurat dom przydzielono 3 rodzinom. Rolnicy dostali po kilka hektarów ziemi, co ledwo starczało na przeżycie. I jak tu utrzymać takiego kolosa? Pani Jadwiga wyszła za mąż za syna jednego z właścicieli i okazało się, że dom jest na parterze wciąż zamieszkany. Nie mogła przecież wyrzucić teściów, rodziny i trzeciego lokatora. Na piętrze zaś nie było pieców i zimą ziąb był straszny. Powierzchnia domu była pułapką. Okazało się, że łatwiej i taniej wybudować nowy. Po śmierci rodziców męża dom stał w 2/3 pusty i zaczął się nieuchronny proces jego dewastacji. Dobrze chociaż, że zaczęli doń przyjeżdżać studenci konserwacji z UMK w Toruniu oraz Uniwersytetu w Oldenburgu. Dzięki prof. Janowi Tejchmanowi udało się podstemplować grożący zawaleniem podcień. Wydawało się, że to tylko prowizorka na 2-3 lata a trwało to lat 23. Pani Jadwiga opowiada o niekończących sie pielgrzymkach po urzędach, załatwianiu setek dokumentów, pozwoleń. Dziś się zastanawia, skąd brała się jej determinacja i wytrwałość. I odpowiedź jest jedna - to miłość do tego miejsca i świadomość, że jej dom ma ogromną wartość historyczną i sentymentalną. W końcu jej zabiegi zaczęły przynosić rezultaty - Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przyznały dotację. Kilkaset tysięcy pozwoliło na remont wystawki i dachu. Od sum w kosztorysie może się zakręcić w głowie. Sama dokumentacja kosztowała kilkadziesiąt tysięcy. A bez niej nic się nie zdziała. Skąd na to brać? Łatwo zakazać jakichkolwiek przeróbek, rozbiórki, skrytykować... Tradycyjny układ domu żuławskiego sprawdzał się kiedyś, ale po zamieszkaniu w nim kilku rodzin był zawadą. Domy dzielono, budowano ścianki działowe, przybudówki. Malowano farbą olejną, lakierowano, dachówkę zastępowano eternitem lub papą. To wszystko nie tylko szpeciło te budynki ale często prowadziło do ich szybszego niszczenia. Dom w Marynowach stoi i wierzę, że został uratowany, ale co z innymi w tej miejscowości? Ewa i Artur Wasilewscy kochają Żuławy, kolekcjonują stare meble, elementy wyposażenia, książki. Spełniło się ich marzenie i kupili dom loewenowski w Orłowie. Właśnie trwa jego remont. Teraz dom to drewniany szkielet, przez który widać chmury. Bo remont takie- go domu to jego rozbiórka, wymiana fundamentów, zastąpienie zniszczonych fragmentów nowymi. Praca gigantyczna, ale też robota wymagająca fachowców. No i oczywiście pieniędzy Na szczęście dziś już trochę łatwiej o dotacje. W ministerstwie i Urzędzie Marszałkowskim znaleźli się ludzie, którzy rozumieją konieczność ratowania substancji zabytkowej na Żuławach. W tym roku wsparcie finansowe remontu otrzymały trzy projekty: dom państwa Wasilewskich oraz domy w żuławkach i Nowej Kościelnicy. Remont nadzoruje Filip Gawliński, historyk sztuki, malarz i konserwator a poza tym człowiek kochający drewniane domy, znający ich tajemnice oraz umiejący docenić to, jaki cud architektury ma szansę ocalić. Pokazuje mi sekrety konstrukcji tego domu, pojawiają się pojęcia, których nikt nie spodziewa się usłyszeć przy remoncie chłopskiej chałupy: fryz, tryghf, spływ wolutowy me-‘opa, enthesis. Jeśli doldadnie przyjrzeć się tej konstrukcji to widać, ze nie jest to juz budów-nictwo wiejskie, zgrabna ciesiółka ale architektura drewniana o cechach klasycystycznych. Przed zimą remont ma być ukończony - pozostaną wówczas wnętrza. Czy obejdzie s.ę bez kolejnej dotacji? Pan Filip kieruje ekipą doświadczonych fachowców. Pochodzą z Kaszub, współpracują ze skansenem we Wdzydzach Kiszewskich. Nie wiem, czy to ci sami, którzy pracowali przy remoncie domu w Przemysławiu ale pamiętam rozmowę z panią Magdaleną Hattig, która nie mogła się nachwahc kaszubskich cieśli i stolarzy. Znają się na robocie, a to podstawa, bo kto medoszkolony może więcej zepsuć niż naprawić. Państwo Hattig znaleźli swój dom z og oszema. na s onczy a 70 ie życie żuławskich domów podcieniowych serwację zabytków, on jest architektem. Wprost idealne połączenie, które dało znakomite efekty15. Byli jednym z pionierów restauracji domów żuławskich. Ich dom nie jest tak wielki jak te z Marynów i Orłowa, liczy 260 m2. Remont16 trwał 10 miesięcy i od 2006 r. dom funkcjonuje pod nazwą Salvinia Lodge, można go wynająć na wakacje, choć nie jest to tanie, za tydzień pobytu trzeba zapłacić 1600 euro. Niemało, ale jeśli wynajmie dom kilka osób (pomieści się w nim spokojnie ósemka) to cena nie jest zaporowa. Gospodarze twierdzą, że mimo braku reklamy nie mają kłopotów z gośćmi. Dla niektórych szokujące są rozwiązania zastosowane w wystroju wnętrz - minimalistyczne sypialnie lub nowoczesne łazienki. Ale to jest problem, który staje przed tymi, którzy podejmą się wyzwania, jakim jest remont zabytku. W tych domach nie było przecież łazienek i WC, czy w takim razie postawić wygódkę w ogrodzie? Dom został ocalony, zarabia na siebie a Żuławy zyskały kolejne ciekawe miejsce noclegowe. To szalenie ważny problem - trzeba znaleźć sposób, aby te setki metrów po remoncie ogrzać, utrzymać, zagospodarować. O tym opowiada mi Marek Opitz, który uratował dom z Jelonek na Żuławach Elbląskich, gdzie niszczał i przeniósł go do Cyganka17. Za ruinę zapłacił kilka tysięcy, ale jego remont, a w zasadzie rekonstrukcja, to wydatek ogromny. Na szczęście Marek bardzo wiele rzeczy potrafił zrobić sam, ale oznaczało to, że budowa wydłużyła się do kilku lat. Dziś dom jest już gotowy i budzi szacunek to, jak jest dopieszczony każdy szczegół, jak wszystko przemyślano. Opitz zaplanował swój dom jako miejsce spotkań, konferencji, warsztatów tematycznych.18 W jakiś sposób będzie to przedłużenie tego, co robi w Żuławskim Parku Historycznym. Marek jest dumny ze swego dzieła, ale mówi, że gdyby wiedział, co go czeka - ile to pracy, walki z biurokracją, użerania się... Nie jest pewny, czy spróbowałby jeszcze raz. Powtarzają to wszyscy, z którymi rozmawiałem - ratowanie starych domów to wyzwanie, na którym wielu polegnie. Po prostu nie da rady. A czasem wystarczyłoby, gdyby ktoś nie przeszkadzał, żeby państwo dało choć trochę ulg, np. w podatku gruntowym, co pozwoliłoby ograniczyć wielkie koszty remontu. Najważniejsze jest, że zmienia się podejście do naszego dziedzictwa, że nie patrzymy na nie jako na coś obcego, poniemieckiego, że znajdują się ludzie gotowi ciężko pracować, aby uratować stare domy, aby ocalić unikalne zabytki, oddać im cześć, ożywić. Tewje Mleczarz, bohater „Skrzypka na dachu”, pytał, czym byśmy byli bez naszej tradycji? I odpowiadał: „Niczym”. Miał rację! 15 Można je podziwiać na stronach: http://www.salvinialodge.com/?page_id=7 oraz http://jwfoto.blogspot.com/2013/08/ salwinia-lodge-czyli-najpiekniejszy-dom.html 16 Dokładny opis znajdziemy w Poradniku dobrych praktyk ochrony żuławskich zabytków. 17 M. Opitz opisał wszystko w artykule Przenosiny domu - wyzwanie dla konesera [w:] Poradnik dobrych praktyk ochrony żuławskich zabytków. 18 Po szczegóły odsyłam na stronę: http://new.opitz.pl/ Janusz Ryszkowski 71 Janusz Ryszkowski ŚLEDZTWO W BIBLIOTECE1 Z rodzinnego księgozbioru doktorostwa Morawskich ocalało kilka pozycji (przechowuje je prawnuczka Julita Papiera), bardzo przy tym charakterystycznych. Najstarszą jest „Kuchnia polska” wydana w toruńskiej drukarni Ernesta Lambecka w 1885 roku. Na stronie pierwszej adnotacja: „Pamiątka na dzień urodzin 23-ego listopada 1888 r. dla Aurelii Korzeniewskiej Mirahny”. Mirahny to Mirany - wieś w powiecie sztumskim, w której mieli gospodarstwo Korzeniewscy. Kto podarował przyszłej doktorowej Morawskiej „ten niezbędny podręcznik dla kucharzy i gospodyń wiejskich i miejskich oraz poradnik w wielu gałęziach gospodarstwa domowego zawierający najlepsze przepisy przyrządzania najrozmaitszych potraw, obejmujące całe pole sztuki kulinarnej a zarazem podający jak najpewniejsze wskazówki względem konserwowania różnych owoców, przyrządzania w domu smacznych ciast, napojów gorących i zimnych, hodowania i pielęgnowania zwierząt domowych oraz innych zajęć w gospodarstwie domowym wydany podług wypróbowanych recept znakomitych kucharzy, kucharek i gospodyń”? Książka ta okazała się bestsellerem. Korzystam w piątego, uzupełnionego i poprawionego wydania z 1901 roku. Za nim przytaczam wstęp, bardzo dziś niepoprawny, bo przepełniony męskim szowinizmem. Bo oto ze zgrozą czytamy, że „dobrze sporządzone i przyprawione potrawy dają dobry humor, dobry humor sprowadza dobre uczynki, od których znów szczęście zależy. Szczególnie przypominać należy paniom mężatkom: smacznie przyrządzony obiad jest podstawą szczęścia domowego i dobrego humoru męża, a żona podająca mężowi smaczne potrawy ma tę pociechę, że mężowi nigdzie nic nie smakuje jak w domu. Żonkoś, szczególnie w mieście, nie widzi zatem potrzeby wymykania się z domu dla posmakowania czegoś lepszego w restauracjach, siedzi w domu i pilnuje domowego ogniska. Panie mężatki pamiętajcie o tym! Pani Aurelia otrzymała tę książkę na cztery lata przed swoim zamążpójściem. Fakt, że przetrwała przez lata w rodzinnej biblioteczce może świadczyć o tym, że darzyła ją sentymentem lub była praktyczna, a może i jedno, i drugie. Bardzo daleko mi do krytyka kulinarnego, nie jestem nawet smakoszem, ale bogactwo propozycji mile łechce podniebienie. Przykład pierwszy z brzegu - piętnaście rodzajów zup postnych: grzybowa (rydze lub pieczarki), rybna, migdałowa, poziomkowa, z suszonych owoców lub z takiejż rybki, zupa karmelitańska, piwna, gramatka z wina, zupa z bani (dyni), śliwek, czekoladowa, z powideł, kwaśna ze stynki. Ten zbiór przepisów tylko trochę ma wspólnego ze zwyczajną kuchnią pomorską. Wyjątek zrobił wydawca dla potrawy a la Czorlinści, jak nazywali ją Kaszubi, czyli morynki (moranki) z sosem musztardowym. Czorlinści, „co do Pucka po sece jachoł to bohater poematu Heronima Derdowskiego, pisarza w Kaszub, redaktora m.in. „Gazety Toruńskiej ' Fragment rozdziału z przygotowywanej książki „Trudna polskość. Morawscy - pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno- Titeracki” 72 Śledztwo w bibliotece i „Wiarusa” w Wyomi. Szukałem w książce jakichś charakterystycznych potraw dla kuchni powiślańskiej. Zawiodłem się srodze. Ale na osłodę pozostało mi to, że właśnie w krainie rondla i patelni dokonywała się swoista pokojowa integracja różnych kultur. Od vol au vent z kapłona w cieście francuskim, zrazów a la Sapieha i angielskich z cebulowym sosem, przez pilaw turecki, wołowiny na sposób hiszpański, kapuśniak ukraiński, po królewieckie bliny cytrynowe, karpia po niemiecku i szczupaka po żydowsku. Najbardziej zainteresowały mnie węgorze przyrządzane po elbląsku i to niekoniecznie dlatego, że szczególnie gustuję w tych rybach. Po prostu - spędziłem w Elblągu parę ładnych lat, urodziła się tam moja córka i sentyment wielki pozostał. A wcześniej jako starszy kapral podchorąży, wcielony do armii zazaz po studiach, przez kilka miesięcy mieszkałem w internacie wojskowym w Warszawie przy Elbląskiej. Widać to miasto E. jakoś było mi pisane. Węgorz w szarych latach osiemdziesiątych ub. wieku stanowił bardzo dobrą walutę. To wcale nie legendy, że wiele spraw udawało się załatwić lokalnym władzom w Warszawie dzięki wędzonym ogonom znad Zalewu Wiślanego. Skrzynka ryb do bagażnika i hajda na stolicę. Jedna z tego gatunku opowieści na zawsze pozostanie mi w pamięci. Jej autorem był Jerzy Templin, nieodżałowany dziennikarz sportowy z gatunku tych najprawdziwszych, związany z Trójmiastem i Elblągiem. Postać nader barwna, król życia, wrócił do pracy po przeszczepie serca. Nie poddawał się, ale heroiczną walkę przegrał, nie mając sześćdziesiątki. Któregoś dnia przyniósł mi artykuł o lokalnych rozgrywkach piłki nożnej. Napisany barwnie i co najważniejsze ze znawstwem tematu, bo Jurek często bywał na boiskach okręgówki czy A klasy. Miałem jednak wątpliwość, która wynikała z tytułu tekstu. Ostatnia drużyna tabeli, przegrywająca co tylko się dało, miała niebawem przeżyć cudowną metamorfozę pod ręką nowego trenera, zresztą rybaka. Zapytałem z uśmiechem, czy przypadkiem nie był z tym szkoleniowcem na większej wódce i stąd prognoza. Jurek machnął zniecierpliwiony ręką i zaczął tłumaczyć. - Widziałeś na pierwszej stronie gazet tytuły „Węgorz ruszył”? Wkrótce drużyna znad Zalewu zacznie wygrywać. Gdzie tajemnica sukcesów? Wystarczy wziąć, jadąc na mecz, kilka wędzonych węgorzy... Czasem dla sędziego, czasem dla rywali, zależy. Nie muszę chyba dodawać, że Jurek miał rację. Piłkarze z portowego miasteczka nie spadli z ligi. Pomógł im węgorz, niekoniecznie przyrządzony po elbląsku. ROBÓTKI KOBIECE Lektura „Kuchni polskiej” do wystarczający pretekst, by napisać nieco o działalności polskich pań w Sztumie i okolicznych wsiach, głównie w okresie międzywojennym. Zwłaszcza, że niemałą tu rolę odgrywała Aleksandra Morawska, młodsza z córek doktorostwa. Wyjdzie zatem, że nie wyłącznie o schlebianie gastronomicznym gustom panów mężów chodziło; ale może nie uprzedzajmy. W 1910 roku powstało Towarzystwo Ziemianek na powiat sztumski, stawiające sobie za cel pogłębianie wiary katolickiej, ducha polskiego i podnoszenie poziomu życia kobiet wiejskich-Po pierwszej wojnie światowej powstały także Towarzystwa Kobiet Polskich p.w. św. Kingi. Janusz Ryszkowski 73 Do najaktywniejszych członkiń Ziemianek i św. Kingi zarazem należały hrabina Helena Sierakowska z Waplewa, Wanda Donimirska z Czernina i Maria Donimirska z Małych Ramz. W sierpniu 1919 roku w Strzelnicy panie od św. Kingi zorganizowały spotkanie w sprawie powołania w Sztumie ochronki. Rozpoczęło się występem Kółka Śpiewackiego, które wykonało pieśni „Gdzie dom jest mój’, „Marsz Sokołów i „Bracia rocznica. O potrzebie kształcenia dzieci w duchu polskim mówił kupiec Paweł Muchowski. Hrabina Sierakowska poinformowała, że ochronka będzie bezpłatna, rozpocznie działalność od 1 września. Swoim patronatem zgodził się ją objąć ks. proboszcz Leon Neumann, a do zarządu ochronki weszły: Wanda Donimirska, Barbara Muchowska, Antonina Michalska, Gburkowska, Jansenowa i Aurelia, czyli jak podała gazeta - doktorowa Morawska. To zresztą jeden z niewielu śladów jej zaangażowania w sprawy publiczne. Dodajmy jeszcze, że ochronkę tę zwizytują kilka miesięcy później Stefan Żeromski i Jan Kasprowicz podczas wizyty na Powiślu. Paweł Muchowski, współzałożyciel Związku Polaków w Prusach Wschodnich (30 listopada 1920), wcześniej delegat z Powiśla na Sejm Dzielnicowy w Poznaniu (1918), wyprowadził się w połowie 1921 roku z rodziną ze Sztumu do Chełmna. Do Polski. Prezeską sztumskiego Towarzystwa św. Kingi była żona kupca Józefa Domańskiego, który to prowadził duży sklep na Rynku i bardzo angażował się w sprawę narodową. Ale i oni nie wytrwali na narodowym posterunku. Jego skład materiałów manufakturowych kupił na początku 1922 roku niejaki Rozenkrantz w Chełmna. Wspominam o tej rejteradzie (dość głupie określenie - wiem) nie dlatego, żeby rzucić cień na postawę Muchowskiego, Domańskiego czy innych sztumian, którzy opuścili Niemcy. Po to, by niezorientowanym w realiach tamtych czasów, w stosunkach panujących w państwie niemieckim uświadomić, ze wypełniać narodowy, polski obowiązek było czymś naprawdę heroicznym. Dlatego warto wracać do tamtych historii sprzed lat, do Sztumu lat międzywojennych. (Tak zróbmy, starą gazetę sobie kupmy, pośpiewywałaby w takiej sytuacji niezapomniana Krysia Muszyńska... Była w redakcji legendarnej gdańskiej „Samorządności, tygodnika Lecha Bądkowskiego. Na początku był dodatkiem do „Dziennika Bałtyckiego powołanym po Sierpniu 1980 W listopadzie 1981 roku usamodzielnił się, wyszły do stanu wojennego trzy numery. Redaktorem technicznym był wspomniany Jurek Templin. Z Krysią pracowałem w sztumskim oddziale „Dziennika Bałtyckiego” dwadzieścia lat później. Redakcyjne stresy zwalczała śmiesznymi wierszykami.) Ciekawym pomysłem było zorganizowanie „Wystawy robót kobiecych na Powiślu”. Czytamy znowu w „Olsztyńskiej”: Towarzystwa kobiece w powiecie sztumskim wykazują coraz większą żywotność i pomysłowość. Dowodem tego zamiar urządzenia wystawy robot i przemysłu domowego. Przygotowania do wystawy czynią już wszystkie towarzystwa bez wyjątku a hczba Roszeńjest pokaźna i jak najlepiej rokuje o powodzeniu wystawy Pomewaz jednak wystawa * powinna zainteresować szerszy ogół i liczy się także na współudz.al osob me należących do towarzystw kobiecych - będzie nie od rzeczy, żeby z programem bliżej zapoznać na lamach p.- (...) Kto może wystawiać? Każdy, czyja robota ręczna zostanie uznana za odpowwdmą, stosowną (dzieci, młodzież, niewiasty). Wystawa robót kobiecych na Powiślu! Kubę i Franka zapraszamy! Kuba: Czytałeś? Pani >Swoja< zaprasza nas i Wystawę robót kobiecych na Powiślu. Franek: Pojedziewa, może tam sobie jaka alkę na wystawie wyszukamy. Kuba: Ja wezmę tę, która odbierze pierwszą emję. Tak zachęcała „Gazeta Olsztyńska" do obejrzenia wystawy. Franek: Ja — rezerwuje sobie drugą premję. I dalej, że „wystawa będzie przenośna”, otwarta po jednym dniu w Sztumie, Starym Targu, Postolinie, Mikołajkach, czyli tam, gdzie powołano Towarzystwa św. Kingi. Sprzedane po wystawie eksponaty miały zasilić budżet aktywnych niewiast. NOBLISTA TAGORE U ZIEMIANEK Sporo miejsca poświęciłem wystawie. I znowu - bardzo bym nie chciał, żeby powstało przeświadczenie, że członkinie św. Kingi głównie odmawiały koronki, albo je tkały. Już tylko kilka tematów wygłoszonych wykładów, dużo nam powie o szerokości horyzontów. Helena Sierakowska na spotkaniu w Starym Targu mówiła np. o wynalazkach w dziedzinie fizyki i chemii, o pierwszej podróży dookoła świata, Maria Donimirska w Postolinie o wojnach krzyżowych. Janusz Ryszkowski 75 Ale najbardziej zaskoczył mnie odczyt w Towarzystwie Ziemianek z 23 marca 1922 roku. Pań stanowczo nie doceniałem. Ktoś, o kim nic na razie nie wiem, postanowił przedstawić rozważania na temat: „Nacjonalizm zagładą kultury”. Niedawno ukazało się w prasie naszej króciutkie dzieło jednego z największych myślicieli współczesnych, znanego powszechnie poety indyjskiego Rabindranath Tagore pod t.[y tulem] >Nacjonalizm< - tak zaczyna się tekst tego odczytu, publikowanego w „Olsztyńskiej". I nieco dalej: Równocześnie wpadła nam w rękę książka profesora Znanieckiego z Poznania >Upadek cywilizacji Zachodniej<. Dziwna wspólność konkluzji do których dochodzą ci dwaj uczeni z dwóch krańców świata - czy nie polega na tym co w jednym miejscu podnosi Rabindranath Tagore, na tym że, co mu zarzucają Anglicy, że jego filozofia jest filozofią narodu podbitego. Dlaczego ten właśnie temat pojawił się na zebraniu sztumskich Ziemianek? Odpowiedź wydaje się oczywista. Po przegranej plebiscytowej Polacy z Powiśla i Warmii odczuwali triumfujący nacjonalizm niemiecki, spychający ich na coraz to węższy margines. Pisał Tagore o sytuacji własnego ludu, ale można było to donieść także do sytuacji w Prusach Wschodnich: Ci, którzy nami rządzą, nie chcą poznać naszego języka, nie odczuwają potrzeby wejścia z nami w jakikolwiek kontakt poza swym urzędem. Popierają lub tamują nasze aspiracje na odległość, prowadzą nas według określonego programu lub spychają na inny za pomocą manipulacji biurokratycznych. Zdołałem dotrzeć tylko do pierwszej części (tak go przynajmniej sygnowano) odczytu „Nacjonalizm zagładą kultury”, opublikowanego w numerze 126. Może nie było drugiego odcinka, ale tego już prawdopodobnie nie sprawdzę, bo braki w poszczególnych rocznikach „Gazety” są duże. Stąd i moje konkluzje będą ostrożne. Autor tak przytacza najważniejsze poglądy Tagore: „Odkąd istnieje nacjonalizm, cały świat drży przed nim jakby przed złym widmem”, „Naród sam jest największym wrogiem narodu”, „Nie tylko ci co są niewolnikami, cierpią na żarłoczności narodu”, i wreszcie - „Nacjonalizm jest złem i złem tylko być może”. To ostatnie staje w opozycji do następnego, już odautorskiego, stwierdzenia: „Polak zgodnie z jakimś poczuciem, którego w nas nic nie wytępi, przedstawia naród jako coś, co mogłoby być ideałem, ale niestety nie jest”. Czy w takim razie możliwe jest, aby te dwa poglądy miały jakąś styczną? Tagore - staram się sumiennie referować artykuł - dowodzi, że „każda cywilizacja, im więcej jest narodową, tym więcej potrzebuje innych narodów, innych cywilizacji do dopełnienia się”, a „prawdziwy interes narodów leży w pomaganiu innym narodowościom do kompletnego rozwoju . I właśnie, jak sądzę, o wydobycie na światło dzienne tej konkluzji chodziło. Współpracę różnych narodów w ramach wspólnoty. Tum przerwał, lecz coś mnie trzymało, bym przyjrzał się sprawie nieco wnikliwiej. W 1921 roku profesor Florian Znaniecki, wkrótce potem światowej sławy socjolog, nakładem Komitetu Obrony Narodowej w Poznaniu wydał „Upadek cywilizacji zachodniej. Szkic z pogranicza kultury i socjologii”. Przeczytałem to 110-stronicowe dziełko. Autor stawia hipotezę o mającym nastąpić wkrótce gwałtownym końcu naszej cywilizacji. Jeśli — 76 Śledztwo w bibliotece zastrzegł - nie nastąpi zwrot w „kierunkach ewolucji dążeń masowych” lub nie pojawią się silne, nowe, których na razie socjolog nie dostrzegał. Nie straszył, ale wzywał do działania, by kryzys zażegnać. Co dla Znanieckiego było symptomami nadchodzącego upadku? Wzrost materializmu i ochlokracji (panowania motłochu), imperializm rasowy (nacjonalizm) i bolszewizm. Wszystkie te zagrożenia zostały przedstawione tak, aby przeciętnie wykształcony czytelnik mógł te zjawiska zrozumieć. Czytając Znanieckiego, inaczej spojrzałem na tekst z „Olsztyńskiej”. Autor odczytu mówił tekstem poznańskiego profesora; to pół biedy, ale jego twierdzenia przypisywał wprost Tagore! Wynotowuję wyimki z pracy poznańskiego profesora, bo powtórzył je autor odczytu o nacjonalizmie. Istotnie, nowożytny ideał narodowy, choć dopuszcza pewien stopień rywalizacji, nie daje się jednak pogodzić z jakimkolwiek rodzajem destruktywnego antagonizmu między narodami. Im bardziej specyficznie narodową jest jakaś cywilizacja, tym więcej potrzebuje innych cywilizacji dla swojego dopełnienia.(...)Prawdziwy interes narodu leży więc nie w przeszkadzaniu, lecz w pomaganiu innym narodowościom do swobodnego rozwijania ich własnych cywilizacji. Lecz to pojęcie interesu narodowego nie jest popularne, wymaga ono bowiem zdolności do zrozumienia i oceniania innych cywilizacji, wysokich norm działalności, znajomości warunków i czynników życia kulturalnego; te wszystkie cechy zaś są rzadkie na obecnym poziomie ewolucji moralnej i umysłowej. (...) I jeszcze jeden fragment. Dlatego więc pospolity patriotyzm ciągle powraca do tych prastarych dążności, które są wspólnym dziedzictwem całego gatunku ludzkiego. Wyraża się on w nieograniczonej i nieracjonalnie dodatniej ocenie cech etnicznych, właściwych własnemu narodowi, i w odpowiedniej pogardzie dla cech etnicznych wyróżniających inne narody. Stąd ogólna niechęć do przyjmowania obcych wartości, choćby były jak najwyższe, i zwykła dążność grupy narodowej do etnicznego zasymilowania członków innych narodowości, wśród niej żyjących, do wydalenia tych, którzy się zasymilować nie dają, do odepchnięcia jak najdalej grup, z którymi dana grupa styka się terytorialnie, i do odosobnienia się za pomocą silnych przeszkód politycznych. Ciągły użytek symbolów zmysłowych i świętość, przywiązana do nich, wskazuje, że popularny nacjonalizm jest blisko skojarzony umysłowo z magicznymi wierzeniami i praktykami dzikiego. Teraz jeszcze powrócimy do odczytu w „Olsztyńskiej”: Popularny patriotyzm, pospolity, jest blisko skojarzony z symbolami i praktykami dzikiego i nie zamyka oczu nasz autor na to, że dziś naród jest potężniejszy niż jakakolwiek grupa a równie agresywny i amoralny jak każda inna. Zbieżności są oczywiste. Nie w tym jednak tkwi problem, że zapożyczano całe zdania, ale na nie dość jasnym pokazaniu poglądów obu myślicieli. Bo choć główna myśl ta sama, to akcenty rozłożone są inaczej. Tagore był radykalny w potępieniu nacjonalizmu. Ale czy Janusz Ryszkowski 77 taki pogląd byłby do zaakceptowania na zebraniu sztumskich Ziemianek? Gdy trzeba było stawać w obronie narodowej tożsamości. Pielęgnować nacjonalizm. Trzeba więc było złagodzić radykalizm noblisty, sięgając po pracę profesora Znanieckiego. W numerze „Gazety Olsztyńskiej”, w którym ukazał się tekst prelekcji, Maria Zientarów-na opublikowała wiersz „Zgoda buduje”. Nie ma wątpliwości, że to jej poetycka odpowiedź na „Nacjonalizm zagładą kultury”: Nie krwawcie się nawzajem Lecz jedną myślą żyjcie I jednym ideałem A w pracy nie uśnijcie. Nie kłóćcie się wzajemnie Rzucając obelgami Na swoich bracia, siostry - Czy wyście aniołami? Niech wolność was połączy A kwitnie wśród was zgoda Bo zgoda gmach buduje Niezgoda młot mu poda. Nie wolno nienawidzić Wam jako chrześcijanie I modlić się do Boga „Ach ukarz że go Panie" Pokory brak - pokory Po trzykroć temu światu Pokorny znając siebie Przebaczy swemu bratu. Nikt nie jest tu aniołem Człek każdy jest grzesznikiem Lecz trzeba to zrozumieć I nie pogardzać nikim. POETKA MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO Jesienią 1985 roku odebrałem telefon od Włodzimierza Branickiego, redaktora działu kultury „Głosu Wielkopolskiego”. - Miło mi powiadomić, że jury przyznało panu nagrodę im. Kazimiery Iłłakowiczówny na najlepszą debiutancką książkę poetycką roku... Nie mogłem ochłonąć. Kilka miesięcy wcześniej olsztyńskie „Pojezierze” wydało mój „Stan podgorączkowy”. Pozytywne recenzje opublikowały „Życie Literackie” i „Tygodnik Kulturalny”. Nie spodziewałem się czegoś więcej... 78 Śledztwo w bibliotece Nagrody fundowanej przez „Głos Wielkopolskiego” i wręczanej w muzeum poetki (dawnym jej mieszkaniu) nie odebrałem, bo się jakoś nie złożyło. Pojechałem dopiero w 2007 roku na uroczystość z okazji ćwierćwiecza ustanowienia tej nagrody. Zaproszono laureatów i jurorów. Potem na bankiecie w Hotelu Rzymskim ciężko chory Włodek Branicki, który przez lata opiekował się laureatami, zagadnął mnie: A pamiętasz, jak włóczyliśmy się wtedy po Poznaniu? Nie przyznałem się, że nie byłem to ja... I jeszcze bardzo dziwny zbieg okoliczności. Nagrodę przyznano mi w pięćdziesiąt lat po tym, jak Iłłakowiczówna miała spotkanie z czytelniczkami w Sztumie. Ta fotografia prześladowała mnie od lat. Opublikował ją w 1999 roku Stanisław Donimir-ski w artykule „Donimirscy z ziemi sztumskiej rodem”, pochodziła tak jak inne ilustrujące tekst z jego rodzinnego archiwum. „Zdjęcie wykonane po wieczorze autorskim Kazimiery Iłłakowiczówny w Sztumie w budynku Banku Ludowego (dzisiejsza ulica Jagiełły 23) około roku 1934.” - głosi podpis. Pan Stanisław, niestrudzony kronikarz rodziny, ustalił dokładne personalia wszystkich czternastu pań towarzyszących poetce. Jego mama Wanda siedziała po jej lewej stronie, stryjenka Maria po prawej. Na zdjęciu (na szczęście po trosze sytuacyjnym) widać, że Aleksandra Morawska o czymś opowiada, a wielka Iłła słucha, lekko zwróciwszy się w jej stronę. Twarze kobiet poważne, czuje się, że są spięte i osobą gościa w Warszawy, i - może - wycelowanym obiektywem aparatu. Kilka razy podpytywałem pana Stanisława o ten wieczór autorski. Niestety, nic w tradycji rodzinnej się nie przechowało, do innych relacji nie dotarł. Ale wykonał niesamowitą pracę, Janusz Ryszkowski 79 aby ustalić wszystkie osoby z fotografii. Miał wątpliwości - któregoż to roku odbyło się spotkanie? Dlatego w podpisie zaznaczył „około 1934”. Znany był ze skrupulatności i sumienności. Doktor nauk technicznych. Dziejopis rodziny z najgłębszej pasji. Iłłakowiczówna, sekretarka marszałka Józefa Piłsudskiego, odwiedziła Sztum w marcu 1935 roku. Najpierw - w sobotę 9 marca - przyjechała do Olsztyna. „Gazeta Olsztyńska” relacjonowała jej pobyt na Warmii materiałem czołówkowym. Poetkę podejmował Klub Polski, a sala „z ledwością pomieściła ciekawych z miasta i powiatu”. P. Iłłakowiczówna poprzedziła recytacje krótkim wstępem, wprowadzając słuchaczy w wypadki, na których tle osnuła swe utwory. Wygłaszając je, przepłatała u uwagami i wyjaśnieniami, co czyni tak umiejętnie, iż nie zmniejsza to w niczym wrażenia, natomiast stwarza błiski, pełny wzajemnego porozumienia kontakt między poetką a salą. Przemawia opanowanym, melodyjnym głosem, pozbawionym wszelakiej afektacji. Dzięki temu jej pełne prostoty wiersze trafiają z łatwością wprost do duszy prostego słuchacza, wywołując w niej prosty oddźwięk. Bo właśnie prostota jest najbardziej uderzającą cechą wierszy Iłłakowiczówny, przynajmniej tych, które wygłosiła na wieczorze w Olsztynie. Słowa płyną jej łatwo, niewyszukanie, jakby od niechcenia i jakby same układają się w rymy i rytmy. Snuje się jakby naiwna opowieść ludowa, pozbawiona sztucznych elektów, za to przepełniona powściąganym, ale głębokim uczuciem. W momentach większego napięcia dramatycznego tężeje, zwiera się, z prostej powieści przechodzi w pieśń. Opowiadanie o moskiewskim męczeństwie księdza Budkiewicza nie ma pretensji do ścisłości historycznej. Zaznacza to wyraźnie sama autorka, która Kapłana-Męczennika znała osobiście. Jest to raczej legenda taka, która może by powstała jako pieśń ludowa, gdyby wypadki, przez nią opisywane, wydarzyły się paręset lub choćby sto lat wcześniej. Ten nastrój legendy odpowiada doskonale nastrojom ludu polskiego na Warmii. Szliśmy w duchu za słowami poetki drogą krzyżową świątobliwego bohatera, który, torturowany przez bolszewików, oddał życie za wiarę. Towarzyszyliśmy męczennikowi do więzienia i na miejsce stracenia. Głęboko, bardzo głęboko wryła się w serca słuchaczy postać ks. prałata Budkiewicza, który śmierć męczeńską przeniósł nad życie w hańbie, który wołał umrzeć, niż zaprzeć się Boga Prawdziwego i wiary ojców swoich. (...) Potem przeszła poetka do innego, weselszego, choć także pokrewnego tematu. Po bohaterze -męczenniku przedstawiła nam bohatera - zwycięzcę, który naród polski wywiódł z domu niewoli. Obaj „położyli dusze swoje za bracie swoje", ale gdy jednemu śmierć przypadła w udziale, drugiego fala dziejowa wyniosła na szczyty sławy i powodzenia. Marszałka Józefa Piłsudskiego, Wodza narodu polskiego i bohatera narodowego otacza cześć najwyższa Polaków, miłość żołnierzy i przywiązanie dzieci i jemu poświęciła p. Iłłakowiczówna wierszyki pełne prostoty i gorącego uczucia. „Ci co pomogą", „Dziecipod Belwederem", „Legenda o Marysi Belwederze", „List matki żołnierza do Marszałka", osnute wszystkie na tle prawdziwych zdarzeń poruszyły słuchaczy swą bezpośredniością. Imię Pana Marszałka dobrze jest znane ludowi polskiemu w Prusach Wschodnich, więc i tym tematem trafiła poetka bez trudu do serc zebranych." Słowem - „całkowicie przełamała flegmę warmińską". 80 Śledztwo w bibliotece Przytaczam obszernie tekst, bo bardzo dobrze ilustruje energetyczność spotkania z poezją Iłłakowiczówny w stolicy Warmii. Ale i zarazem w poczuciu bezradności, że praktycznie nic nie potrafię napisać o epizodzie sztumskim. Sekretarka marszałka przebywała w Olsztynie jeszcze w niedzielę, kiedy to spotkała się na dziećmi i odwiedziła sanktuarium w Gietrzwałdzie. W poniedziałek, 11 marca, odjechała do Kwidzyna. A stamtąd, jak wcześniej Wańkowicz z Tirliporkiem, trafiła do Sztumu. Pozostaje nam bezcenne zdjęcie, wykonane w Domu Polskim. Mieściły się tam siedziba Banku Ludowego oraz lokal oddziału Związku Polaków w Niemczech i pokój kierownika biura - to wszystko na parterze. Na piętrze zaś - gabinet kierownika Towarzystwa Szkolnego, mieszkanie kierownika biura ZPwN i woźnego. Panie zgromadziły się w lokalu Związku Polaków, gdzie odbywały się także zebrania pozostałych polskich organizacji - Towarzystwa Młodzieży Polsko-Katolickiej, Towarzystwa Kobiet św. Kingi. Podpisując tę fotografię, Stanisław Donimirski stwierdził, że zostało ono wykonane „po wieczorze autorskim”. Niewykluczone. Na pewno było to spotkanie kameralne, może właśnie tylko dla członkiń Ziemianek albo św. Kingi? Albo dla najaktywniejszych działaczek tych organizacji. Tak zapisały się bowiem w pamięci zbiorowej Izydora Osińska ze Sztumskiego Pola, Maria Donimirska z Małych Ramz, Wanda Donimirska z Czernina, Stefania i Irena Gawrońskie z Postolina, Antonina Schreiber i Salomea Pakalska z Mikołajek Pomorskich, Aleksandra Morawska ze Sztumu, Pelagia Zenke, Jadwiga Szypiewska i Elżbieta Jankowska z Sadłuk, Stefania Grochowska z Kołozębia oraz Stanisława Fiszer (żona dyrektora Banku Ludowego) z Kwidzyna. Może więc to spotkanie z poetką (od) marszałka miało po trosze konspiracyjny charakter? Przypomnijmy, był rok 1935. Nazizm hitlerowski coraz wścieklejszy. Pod relacją „Olsztyńskiej” z wieczoru poetyckiego Iłłakowiczówny, mającego podtrzymywać narodowego ducha, wiarę i mowę ojców, redaktor zamieścił przewrotny cytat z Hitlera, opatrzony tytułem: „Wynaradawia się jedynie element najmniej wartościowy”. KOCHANEJ I MIŁEJ... Raz jeszcze sięgnijmy do księgozbioru doktorostwa Morawskich, którego pozostałości przechowuje ich prawniczka Julita Papiera. Pierwotnie pozycja ta wcale nie była przeznaczona dla ich biblioteczki. Na stronie tytułowej dedykacja Marii Zientary-Malewskiej dla „kochanej i bardzo milej Pani Marii Kłosowej z Szreiberów na pamiątkę z serdecznymi wspomnieniami i przywiązaniem. Olsztyn 13 VI 1954”. Nie rozstrzygniemy, jak od pani Kłosowej te „Poezje Warmii i Mazur” trafiły do pani Aurelii Morawskiej. Może nawet jeszcze za czyim pośrednictwem? Tak najłatwiej stracić książkę. Pożyczyć komuś, ten przekaże dalej i gdzieś w tym łańcuszku wypadnie ogniwo. I już koniec. Cenne są te „Poezje Warmii i Mazur”, o czym za chwilę. To książka aż czworga poetów. Oprócz nazwiska Marii Zientary-Malewskiej (warmińskiej poetki przyrody - tak scharakteryzowano we wstępie), widnieją: Michał Lengowski (swojski satyryk i humorysta), Teofil Ruczyński (wzrusza gorącym przywiązaniem do swojego mazurskiego ludu), Alojzy Śliwa (trybun ludowy). Ogólnie zaś poezję autorów cechuje piękne połączenie ludowości z walczącą postawą narodową i szczerą religijnością. „Poezje...” ukazały się pod koniec 1953 roku w Wydawnictwie PAX i stano- Janusz Ryszkowski 81 wiły debiut książkowy autorów nieco wcześniej przyjętych w poczet rzeczywistych członków Związku Literatów Polskich. Te wiersze wyrosłe z ludu, nieuczone i proste, płyną z serca do serca, przekazują w sposób bezpośredni wzruszenie prawdziwe i siłne - tak brzmiało w części uzasadnienie. Daleko jednak ważniejsze była ich wspólna postawa ideowa w okresie międzywojennym - nie odstąpili od mowy i zwyczajów ojców mimo szykan i nacisków władz niemieckich. Ze wstępu „Poezji...” poznajemy też drugi powód, ten bardziej współczesny i może ważniejszy: „Nie mniejszej odwagi, tym razem odwagi myśli i sumienia społecznego, trzeba było przy spotkaniu z nową, socjalistyczną rzeczywistością Ludowej Polski. Choć wiele było wokół nich konserwatyzmu i zacofania, dziedzictwa junkierskich rządów pruskich, czterej poeci nie zawahali się. Rok 1945 zastał ich wszystkich na nowym posterunku, u boku walczącego o lepszą społeczną przyszłość narodu. I wszyscy oni coraz pełniej rozumieją sens dokonujących się w całej Polsce i wcale niełatwych przemian”. Trzeba raz jeszcze doczytać ostatnie zdanie. Coraz pełniej rozumieją, co nie znaczy, że już zrozumieli. Ale idą w dobrym kierunku - oceniają ideowi strażnicy. Jak jednak długo dotrzymają kroku w tym marszu? Wiemy - będą jeszcze potrzebni jako elementy scenografii akademii rocznicowych, uwiarygodniania się komunistycznych władz. Zientara-Malewska miała wówczas 59 lat, Lengowski 80, Śliwa 68, Ruczyński - 57. W każdym razie przyjęcie czworga miejscowych poetów do Związku Literatów Polskich pozwalało myśleć o stworzeniu oddziału w Olsztynie. Żeby dziwnie to nie wyglądało, że nowi członkowie nie opublikowali do tej pory książek, ukazały się ich utwory w zbiorowej publikacji. 15 lipca 1955 roku, w rocznicę bitwy grunwaldzkiej, powołano w Olsztynie oddział ZLP. Prezesem został Michał Lengowski, zastępcą Władysław Gębik (przedwojenny dyrektor Gimnazjum Polskiego w Kwidzynie), sekretarzem Janusz Teodor Dybowski, a skarbnikiem Teofil Ruczyński. Pozostali członkowie to Maria Zientara-Malewska, Emilia Sukertowa--Biedrawina i Alojzy Śliwa. Tak się złożyło, że uczestniczyłem w obchodach 25-lecia oddziału olsztyńskiego - jako miejscowego członek Koła Młodych ZLP. Kim była Maria ze Szreiberów Kłosowa, której Zientara-Malewska ofiarowała swoją książkę? Odnalazłem jej grobowiec w Mikołajkach Pomorskich. Zmarła w latach 60. ub. wieku. Pochowana została w kwaterze wśród innych Schreiberów, rodziny, która od kilku Wieków związana była z mikołajską ziemią, z katolicyzmem i polskością. Trwałą pamiątką po tej rodzinie pozostanie kościół parafialny, wybudowany głównie z ich pieniędzy pod koniec XIX wieku. Ks. dr Feliks Schreiber (1857-1889), urodzony w Mikołajkach, choć żył krótko, swą działalnością wśród duszpasterską wśród m.in. młodych czeladników oraz za Wspieranie języka polskiego w Kościele, zasłużył na to, by stać się patronem ulicy w centrum Olsztyna. Spoczął w rodzinnej, mikołajskiej ziemi. Jan Schreiber (1901-1950) był działaczem polskich organizacji w Niemczech, przed Wybuchem drugiej wojny zmuszony był do ucieczki do Polski. Po wojnie wrócił za ziemię ^tumską, działał w Polskim Stronnictwie Ludowym, potem Stronnictwie Ludowym, był Przewodniczącym Powiatowej Rady Narodowej. Niewygodny dla władzy ludowej, został aresztowany. Zmarł krótko po wypuszczeniu z więzienia. Brat Stanisław także zaangażował się w działalność polską w okresie międzywojennym. Zginął w Oświęcimiu. Maria Kłosowa była siostrą Jana i Stanisława. Paweł Głogowski KRZYŻ PRUS ZACHODNICH W BIAŁEJ GÓRZE Paweł Głogowski 83 Jadąc ze Sztumu do Białej Góry drogą wojewódzką nr 603, jakiś kilometr przed wsią, po lewej stronie, tuż przed kolonią domków jednorodzinnych mijamy niewielki parking leśny. Turysta, który się na nim zatrzyma, a następnie leśną dróżką uda w głąb lasu, już po jakichś 100 metrach trafi na piaszczyste, dość strome wzgórze. Na jego szczyt wiedzie wąska, wydeptana ścieżka, po pokonaniu której znajdziemy się na malej polance, porośniętej dookoła drzewami i krzakami. Miejsce zupełnie niepozorne, ukryte i kojarzące się raczej z lokalnymi miłośnikami tanich win, niż z czymkolwiek innym. No, może czasami ktoś zada sobie pytanie o straszący pośrodku polanki betonowy kikut, z którego sterczą powyginane pręty zbrojeniowe... Tymczasem miejsce to, przynajmniej przed drugą wojną światową, było jednym z najczęściej odwiedzanych przez turystów miejsc w powiecie sztumskim! Tak przynajmniej można mniemać z licznych widokówek czy reklam z tego okresu. Na szczycie wzgórza znajdował się bowiem punkt widokowy na dolinę Wisły, zwieńczony Krzyżem Prus Zachodnich (niem. We-stpreussenkreuz). Społeczeństwo niemieckie dość szybko otrząsnęło się po klęsce odniesionej podczas pierwszej wojny światowej oraz chaosie lat powojennych i wielkiej inflacji. Już z końcem lat 20-tych do głosu zaczął dochodzić coraz silniejszy nacjonalizm, a na terenach pogranicznych, także nastroje antypolskie i żądania rewizji traktatu wersalskiego. Na fali takich właśnie nastrojów doprowadzono do ustawienia krzyża. Westpreussenkreuz został uroczyście odsłonięty i poświęcony, w obecności starosty sztumskiego Aloisa Zimmera, w niedzielę 13 lipca 1930 roku - w 10 rocznicę wygranego przez Niemcy plebiscytu na terenie Powiśla, opodal wzgórza 54 pod Białą Górą (niem. Weissen-berg) w powiecie sztumskim. Samo wzgórze - Biała Góra (nazwa pochodzi od jasnego koloru piachu, z którego jest ono zbudowane) to najwyższe wzniesienie w okolicy, widoczne było z daleka - z drugiego brzegu Wisły (teraz należącego już do Polski) oraz z jej nurtu. Nazwę nadali ponoć w dawnych czasach flisacy pływający do Gdańska ze zbożem, dla których było °no dobrym punktem orientacyjnym, ostatnim przed wpłynięciem na teren Żuław. Miejsce wybrano nieprzypadkowo - tuż obok niego zbiegały się bowiem granice trzech państw: Niemiec, Polski i Wolnego Miasta Gdańska. Ten tzw. trójstyk granic (niem. Dreilan-derecke) był zresztą kolejną, wielką atrakcją turystyczną powiatu sztumskiego. Szczyt wzgórza ścięto i uformowano, tworząc swego rodzaju platformę widokową, na której ustawiono ławeczki. Dookoła wzgórza wytyczono alejki spacerowe obsadzone drzewami - do samego krzyża wchodziło się po schodkach zabezpieczonych płotem z siatki. U stóp wzniesienia ustawiono dodatkowo wielki, polny głaz z wyrytymi nazwami 4 miast leżących wówczas na terenie Wolnego Miasta: Gdańska, Nowego Stawu, Nowego Dworu i Sopotu. Głaz ten, przewrócony Po wojnie napisami do ziemi, przeleżał kilkadziesiąt lat zapomniany w lesie, zanim w sierpniu ^008 roku nie został podniesiony dźwigiem, przewieziony i ustawiony opodal śluzy w Białej Górze, jako dodatkowa atrakcja turystyczna. Sam krzyż wysokości 12 metrów posadzony został na solidnym postumencie (zbrojony be-ton, którego resztki możemy oglądać do dziś), obłożonym marmurowymi płytami. Wykonawcą pomnika była śląska Basaltfirma. Na cokole krzyża umieszczono napis: „Westpreussen dem unteilbaren deutschen Weichselland” „Prusy Zachodnie niepodzielną, niemiecką krainą Wisły”. 84 Krzyż Prus Zachodnich w Białej Górze Od samego początku idea krzyża-pomnika była prosta - miał on świadczyć o męczeństwie i udręce narodu niemieckiego, pognębionego i podzielonego traktatem wersalskim (był to, jak wspomniałem wcześniej, okres gwałtownego wzrostu nastrojów nacjonalistycznych w całych Niemczech) stąd, m.in. jego nazwa: Krzyż Prus Zachodnich, w domyśle - utraconych w większości na rzecz Polski, podczas gdy ich pozostałości (powiat sztumski i okoliczne) w okresie międzywojennym stały się administracyjnie częścią Prus Wschodnich (Ostpreussen). U stóp krzyża odbywały się zloty i wiece młodzieży nacjonalistycznej, „pielgrzymki” i wycieczki grup Hitlerjugend. Dla ich zakwaterowania w Białej Górze powstało drewniane schronisko młodzieżowe. W książce Melchiora Wańkowicza „Na tropach Smętka” czytamy, m.in.: „Dopiero w Weissenberg (Biała Góra) wjeżdża Niemiec na wzgórze, z którego ogarnia dolinę Wisły. Jest to punkt zetknięcia się wąskiego języka, którym się kończy terytorium gdańskie, Polski i Niemiec. Na wzgórzu na tę żałosną okoliczność, wystawiono krzyż, do którego ściągają manifestacje niemieckie. Tam sędziwy Mackensen, nad krajobrazem zwisając futrzanym czapskiem z wielką trupią głową, rzucał za Wisłę pogróżki, tam Hindenburgowi dzieci ze szkół ludowych śpiewały pieśń o gierige Pole. [...] Czyż można się dziwić, że po takim huraganowym przygotowaniu agitacyjnym Niemiec-turysta, otrzymawszy do plecaka naręcz broszurek propagandowych, wędruje wzdłuż Wisły, pomykając za wałem będącym granica dwóch państw, ze wściekłością i rozpaczą w sercu? Auto nasze przesuwa się wzdłuż tego wału, by w pewnym punkcie trafić na szlaban graniczny z polskimi żołnierzami. Przed szlabanem stoi grupa chłopaków z Hitlerjugend i patrzy tęsknie na połyskująca o kilkadziesiąt metrów wiślaną falę” (Melchior Wańkowicz „Na tropach Smętka", Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, str. 250 i 253) Pomnik, jak czytamy, odwiedził sam prezydent Rzeszy Paul von Hindenburg (podczas wizyty w Sztumie 14 czerwca 1931 roku) oraz feldmarszałek August von Mackensen, niemiecki bohater i legenda z czasów pierwszej wojny światowej, a także wielu innych wysokich notabli i urzędników. W latach 30-tych wydano wiele pocztówek i ulotek propagandowych z Krzyżem, po wybuchu drugiej wojny światowej, jak się wydaje, przestał już stanowić „atrakcję” tu- Odsłonięcie Krzyża w Białej Górze w 1930 roku, fot, archiwum autora Paweł Głogowski 85 86 Krzyż Prus Zachodnich w Białej Górze rystyczną. Co stało się z pomnikiem po wojnie? Wszystko wskazuje na to, że został wysadzony w powietrze. Nie wiadomo tylko, kto tego dokonał. Krasnoarmiejcy w 1945, czy może raczej polscy saperzy w latach 50-tych? Skłonny jestem uznać tę drugą odpowiedź za bliższą prawdy - przykładowo Wieża Bismarcka w Jasnej została wysadzona przez Wojsko Polskie dopiero w 1951 roku w ramach akcji niszczenia „pamiątek niemieckich”, mimo że przetrwała wojnę w dobrym stanie. Nie wiem również, co stało się z samym krzyżem - być może został zabrany do któregoś z okolicznych kościołów (Biała Góra, Piekło) ? Jeśli ktoś z czytelników „Prowincji” ma jakieś informacje na ten temat, proszę o kontakt. Szczątki granitowych płyt z pomnika można było jeszcze kilka lat temu znaleźć rozrzucone po okolicy. Co ładniejsze i większe fragmenty (głównie te z napisami oraz podstawa krzyża) zostały wyzbierane przez mieszkańców Białej Góry i dziś zdobią ogródki przydomowe we wsi. Mniej więcej do końca lat 60-tych wzgórze Biała Góra było reklamowane w przewodnikach turystycznych jako doskonały punkt widokowy na Wisłę i Żuławy rozciągające się u jej stóp. Niestety, później zarosło ono zupełnie drzewami. Dziś praktycznie cała okolica ginie w gęstym lesie i aby zobaczyć rzekę i jej dolinę trzeba przejść jeszcze ze 100 metrów na zachód, nad krawędź skarpy zabezpieczoną drucianym płotem postawionym przez służby leśne. Najlepiej wybrać się zimą lub wczesną wiosną, kiedy na drzewach nie ma liści. Szkoda, bo miejsce to mogłoby w dalszym ciągu być doskonałym punktem widokowym i kolejną, po śluzie i przystani jachtowej, atrakcją turystyczną Białej Góry i powiatu sztumskiego. Mirosław Melerski 87 Mirosław Melerski ADIEU STUTTHOF, ADIEU FRANCJO, Nie dowieźli GO do Stutthofu, bo uciekł. Uciekł z transportu, którym hitlerowcy wieźli skazanych ludzi do obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Przetrwał wojnę na polskiej prowincji. Będzie to opowieść o jeńcu wojennym Rajmundzie Dezyderiuszu Cadoudal, który urodził się 31 grudnia 1918 roku w miejscowości Sissy w Pikardii. Po ukończeniu szkoły podstawowej uczył się zawodu tokarza w szkole przyfabrycznej, a następnie kontynuował naukę jednocześnie pracując w fabryce Citroena. W 1938 roku został powołany do odbycia służby wojskowej. Po napadzie Niemiec na Francję walczył na froncie i pod Dunkierką w 1940 roku dostał się do niemieckiej niewoli. Po zaleczeniu ran, bo był dwukrotnie ranny, został internowany w obozie jenieckim pod Berlinem skąd uciekł w cywilnym ubraniu. Został schwytany na granicy francusko-luksemburskiej i skierowany do obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Pod-czas „załadunku” więźniów do transportu, żandarm niemiecki życzył szyderczo francuskim jeńcom „bon voyage” (dobrej podróży), a Cadoudal odpowiedział mu „que le diable te patafiole!” (Idź do diabła). W okolicy Grudziądza wraz innymi więźniami wyrwali deski w podłodze wagonu i udało im się zbiec, każdy w swoim, nieznanym kierunku. Dlatego jego nazwisko nie figuruje na liście więźniów francuskich obozu Stutthof. Początkowo ukrywał się w Grudziądzu, a następnie dotarł do miejscowości Maliszewo koło Lipna. Zainteresowałem się losem francuskiego uciekiniera, bo Lipno to moje rodzinne strofy. Opowieść usłyszałem od rodziny, która zaproponowała, że możemy pojechać do Mali-szewa. Pojechaliśmy na początku lat 90-tych. Rajmund Cadoudal niestety już nie żył. Ale W Maliszewie mieszkała jego żona Antonina Wołowska-Cadoudal. Zajmowała ten sam do-mek, w którym ukrywała francuskiego zbiega do końca wojny, w specjalnie wykopanym 88 Adieu Stutthof, Adieu Francjo, dole pod jej łóżkiem. Do Pani Antoniny jechaliśmy przez sosnowy las ozdobiony brzozami. Za lasem na skraju wzniesienia stał domek. Z miejsca tego rozciągał się rozległy widok na soczyste łąki prado-liny rzeczki Mień, wijącej się pomiędzy olszynami, i przeciwległy piaszczysty brzeg z zabudowaniami na horyzoncie. Pani Antonina karmiła kury, kiedy zajechaliśmy na podwórko. Przywitała serdecznie mnie i wnuków, zapraszając wszystkich do domku. Już w sieni oniemiałem ze zadziwienia. Skromny na zewnątrz budynek, natomiast w środku ściany i sufity wymalowane w obrazy. W jednym z pomieszczeń wiodącym motywem malowideł był chmiel. I w tej właśnie izbie znalazł schronienie nasz bohater. Ten malowniczo położony dom wewnątrz sprawiał wrażenie bajkowego la maison w ramce z kolorowych bratków na błękitnym tle. Stworzył go francuski jeniec, naiwny malarz - amator. Przez małe okienko sączyło się światło, przy którym pracował artysta. W innym pomieszczeniu sufit zbudowany ze zwykłej płyty pilśniowej podzielony był na kasetony wymalowane olejną farbą, przedstawiające kwiaty, ptaki i ludzkie głowy. Jedna z nich miała przesłonięte przepaską usta co nasunęło mi skojarzenie z głową z wawelskich komnat królewskich. Czy malarz widział sufit z głowami wawelskimi w Krakowie, czy zainspirowała go jedynie ilustracja.... Całe mieszkanie obwieszone obrazami. Była też galeria świątków, kwiatów, krajobrazów i pejzaży. - To wszystko wykonał Rajmund - spokojnie ale z dumą oznajmiła Pani Antonina, zataczając w krąg ręką. W jej głosie wyczuwałem radość i satysfakcję, że może pokazać dzieła męża. - Ja jestem już utrudzona życiem i pamięć nie taka, ale niech Pan pyta. - Widząc moje oczarowanie twórczością jej męża zaczęła opowiadać o dramatycznym początku znajomości. - Zimową szarówką kiedy wyszłam do obrządku zauważyłam w obejściu słaniającego się mężczyznę. Gdy podeszłam do niego pytając kim jest, co tu robi pochylił się i na śniegu narysował swastykę, pokazywał, że związane miał ręce i gestami przekazywał mi wiadomość, że uciekł. Oczywiście mówił mi coś ale ja nic nie rozumiałam. Co sprawiło, że ta młoda wdowa, której mąż Teofil Wołowski, leśniczy został rozstrzelany w pierwszych miesiącach wojny, matka czwórki dzieci, zaryzykowała swoim i ich życiem przyjmując pod swój dach w 1942 roku zbiegłego jeńca francuskiego? Antonina z przejęciem opowiadała, że aby ukryć Cadoudala wykopała dla niego dół pod własnym łóżkiem. Ziemia pod podłogą była zmarznięta więc musiała rozpalić małe ognisko, aby stworzyć kryjówkę dla zbiega. Mimo wyczerpania przybyły Francuz nocą pomagał jej ścinać gałęzie sosny do wyłożenia kryjówki. Po wyczerpującej ucieczce i znalezieniu schronienia francuski żołnierz ciężko chorował, był prawie nieprzytomny. Antonina opiekowała się nim cierpliwie. Obmywała rany, leczyła owrzodzenia, „ obmywała ciałko” jak mówiła czule. Wyczerpanego zbiega przenosiła na noc przy pomocy starszego syna na swoje po- Mirosław Melerski 89 słanie, a za dnia wracał do wykopanej jamy. Gdy poczuł się lepiej i stopniowo wracał do zdrowia porozumiewali się na migi. Pokazywała mu np. bochenek chleba i mówiła po polsku chleb, a on powtarzał. Nie mogli zapisywać słów, gdyż obawiali się denuncjacji, bo w sąsiedztwie mieszkał volksdeutsch. Z upływem działań wojennych, gdy klęska Niemiec stawała się bardziej oczywista, Ca-doudal zachowywał się coraz bardziej swobodniej w domu i w obejściu. Przynosił wodę ze studni, a nawet chodził do lasu z którego ściągał drzewo. Polubiły go dzieci którym okazywał ojcowską serdeczność. Bardzo szybko uczył się języka polskiego. Kiedy mogli się już porozumiewać opowiadał Antoninie o swoim życiu i zainteresowaniach. W NOWEJ OJCZYŹNIE Po zakończeniu wojny musiał wyjechać do Francji, ponieważ obcokrajowców odsyłano do krajów pochodzenia, ale Antonina i Maliszewo przyciągały jak magnez. Wrócił do Polski w 1947 roku i zapytał Tosię na powitanie: Danser avec moi? (Zatańczysz ze mną?}, a następnie stwierdził: Tosia tu seras ma femme (Będziesz moją żoną}. I Pani Antonina Wołowska z domu Surmacka ( ur. 24 grudnia 1909 roku) poślubiła Rajmunda Cadoudal, stając się Panią Cadoudal. W 1952 roku R. Cadoudal uzyskał obywatelstwo polskie. Pierwszą pracę w nowej ojczyźnie otrzymał w gospodarstwie rolnym. Następnie zatrudnił się w fabryce „Tłocznia” w Lipnie, w zawodzie tokarza. Nie było łatwo. W końcu wyjechał za pracą na Śląsk, ale po kilku miesiącach powrócił do Maliszewa. Rajmund był zapa- Fot ARCHIWUM Drużyna z Lipna z końca lat czterdziestych. Na zdjęciu stoją od lewej: A. Świtalski, J. Błaszkiewicz, A. Korytowski, (nieznany), W. Witecki. S. Bieńkowski, J. In Badowski; klęczą od lewej: R. Cadoudal, W. Kopczyński, J. Zdrojewski, J. Ciechanowski. 90 Adieu Stutthof, Adieu Francjo, lonym sportowcem. Grał w Lipnie w piłkę nożną w drużynach „PZGS Spójnia” i „Gwardia” uprawiał boks, którego był także trenerem, namiętnie grał w szachy. Przez kolegów z pracy i sąsiadów był nazywany zwyczajnie - Francuz, bo wielu z nich nie znało jego prawdziwego nazwiska, albo mieli trudności z prawidłową wymową. Koledzy oduczyli go picia wina, a nauczyli smaku ognistej wody z czerwoną kartką. Zresztą skąd w przaśno-wódczanym PRL-u można by było wziąć wino, bo trudno by było za takie uznać słodko-siarkowe produkty winopodobne, produkowane ze wszystkiego tylko nie z winogron. Rajmund był łubiany i w środowisku akceptowany jako swój chłop. RC FRANCUZ Rajmund Cadoudal malował już w dzieciństwie. Jako chłopak oglądał zauroczony malarstwo pewnego francuskiego malarza, znajomego jego wuja, ale z powodów finansowych musiał zrezygnować z terminowania u tego artysty. W okresie okupacji malował farbami na ścianach, próbował też na szkle. Po wojnie malowaniu poświęcał niedziele i wolne chwile. W jego rodzinie nie było malarzy, sami rybacy, którzy mieli własne kutry i zajmowali się łowieniem ryb. W pierwszych latach powojennych tworzył obrazy na kartonie i oprawiał je za szkłem. Później stosował wyłącznie farby olejne. Malował duże formaty na płótnie. Surowe ramy do obrazów zamawiał u znajomego stolarza, a sam pokrywał je złotolem, żeby błyszczały jak słońce. Mirosław Melerski 91 Tematy czerpał z najbliższej okolicy. Malował meandry rzeki Mień, okoliczne bagna z drzewami, las o świcie, las zimowy i jesienią, wiosnę w lesie, mostki w lesie, młyn na rzeką, drogi leśne. Był urzeczony lasem. Las otaczał GO dookoła. Jego ulubionymi drzewami były brzozy i sosny, a ulubionym kolorem zieleń w różnych odcieniach. Niebo malował błękitne, różowe, niekiedy czerwone, gdy kreował wschody i zachody słońca. Nie operował czystym kolorem. Farby odpowiednio mieszał i dawkował, stąd różnorodność i harmonia barw. Dbał o to, żeby obraz miał swój wyraz i nie przejmował się tym, że nie zawsze jego dzieła odpowiadały otaczającej go rzeczywistości. Lubił także malować wieś, drogi wiejskie ze szpalerami parterowych domów pod niebem sinych chmur. Jego obrazy nie są dosłownym przeniesieniem natury na płótno, ale raczej wizją, malowaniem znajomych okolic z wyobraźni. Towarzyszyła temu swoista kompozycja według własnego obranego planu. Malował na zamówienia żony, rodziny, znajomych. Tęsknił za Francją malując w lasach nad rzeką Mień postacie kobiet ubierał je w ludowe stroje ze swojej pierwszej ojczyzny. Ile stworzył dzieł? Pani Antonina nie potrafiła podać dokładnej ilości. Rajmund Cado-udal nie prowadził katalogu, nawet często nie nadawał tytułów swoim pracom, jedynie je sygnował „RC Francuz”. Namalował może dwieście obrazów, może więcej? Ponad osiemdziesiąt swoich dzieł podarował przyjaciołom i znajomym, pewną ilość sprzedał, resztę wymieniał na płótno, farby i ramki. Malowanie było Jego radością. Akcentował swoje miejsce na ziemi i upór w dążeniu do przedstawienia siebie. Rajmund Dezyderiusz Cadoudal zmarł 20 października 1985 roku i został pochowany na cmentarzu parafialnym w Lipnie. ANTONINA - Razem z Nim uleciała też część mego życia. Był zawsze i będzie w moich wspomnieniach - dobrych wspomnieniach - mówi Antonina, ocierając rąbkiem fartucha łzy - Rajmund nigdy nie dał mi powodów, bym mogła zwątpić w jego uczciwość. Wiedziałam, że ja i moje dzieci mogliśmy mu całkowicie ufać. - Uzupełniali się nawzajem, służyli sobie pomocą, wspierali się w ciężkich chwilach. Wiedzieli, że zawsze mogą na siebie liczyć. Nie przeszkadzały im sceptyczne głosy z zewnątrz. A takie bywały, ale o nich Pani Antonina nie chce pamiętać... Byli ze sobą bardzo szczęśliwi. *** Antonina Wołowska-Cadoudal zakończyła swoją podróż na tym świecie i dołączyła do Rajmunda 19 września 1993 roku. Tak jak zawsze chciała - bez choroby, leżenia i cierpienia. Na stojąco, pełna jeszcze życia. Poszła rankiem na łąkę do swojej krasuli i serce się zatrzymało. Nigdy nie została uhonorowana przez polskie władze za swój heroizm w ratowaniu życia mnego człowieka. A przecież jak głosi słynna maksyma - Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat, i to chyba niezależnie od narodowości.... - Opuściła nas osoba szłachetna - siłaczka. Całe swoje życie poświęcała rodzinie - wspomina babcię Tosię jedna z wnuczek. Była żywotna i wesoła do końca. Zahartowana fizycz- 92 Adieu Stutthof, Adieu Francjo, nie i psychicznie. Jej optymizm udzielał się innym, choć nieustannie musiała zmagać się z życiem i nieszczęściami, które ją spotkały, brnęła przez nie z podniesioną głową, wierząc w lepsze jutro. Po śmierci Pani Antoniny rodzina sprzedała posesję w Maliszewie. Nowy właściciel zburzył wkrótce domek, nie zachowując nic z twórczości „RC Francuza”. Wnuczka uratowała kilkanaście obrazów, które podarowała pis^ącemu. Serdeczne podziękowania składam rodzinie Pani Antoniny i Rajmunda, za udostępnienie materiałów archiwalnych i podzielenie się swoją historią. Antonina i Rajmund Cadoudal przed swoim domem, fot archiwum rodzinne Jerzy Kosacz 93 Jerzy Kosacz MOST POD KWIDZYNEM O ten most dobijano się u władzy państwowej już przed 20 laty. Wreszcie po trzech latach budowy, w końcu lipca tego roku oddano go do użytku. Należy przyznać, że to nowoczesne połączenie komunikacyjne Dolnego Powiśla z Kocie-wiem zawdzięczamy wieloletnim wytrwałym staraniom władz kwidzyńskiego samorządu, jak i poniekąd mieliśmy szczęście, bo nieczęsto się zdarza by prowadzono budowę dużych mostów przez Wisłę jednocześnie w niezbyt odległym sąsiedztwie (Kwidzyn, Grudziądz, Toruń). To szczęście było wspomagane przez lobby na rzecz budowy mostu, dość liczne i sporo się ono napracowało. Nasuwa się tu analogia z mostem w tej samej okolicy, który równie okazały jak na swoje czasy, przed ponad stu laty połączył brzegi Wisły. Most z 1909 roku na wysokości Grabówka i Opalenia, który wówczas spełniał przede wszystkim znaczenie strategiczne, odegrał istotną rolę w integracji gospodarczej i kulturowej ziem tego regionu, chociaż funkcjonował on zaledwie lat kilkanaście. Pomimo nieporównywalnych Warunków historycznych możemy oczekiwać podobnych rezultatów w naszej nowej erze, czyli w czasie odliczanym już od zbudowania mostu. Historia mostów przez Wisłę w okolicach Kwidzyna jest dość bogata, bo w minionych wiekach wielokrotnie budowano tu przeprawy. Były to sezonowe budowle saperskie w postaci mostów pontonowych, które głównie służyły różnym armiom przekraczającym Wisłę w obie strony. Taki most zbudowano w 1678 r. wojskom elektora brandenburskiego Fryderyka Wilhel- ma w czasie wojny ze Szwedami. W 1754 r. w pobliżu wsi Obory powstał most pontonowy z 2 promów i 32 łódek. Następnie zastąpiono go stałym połączeniem promowym w Korzeniewie, m.in. do obsługi pruskiej poczty królewskiej na szlaku Królewiec - Berlin, a mającej swą stację w Kwidzynie. Mosty saperskie budowały u nas także armie Napoleona w jego wyprawach na wschód i przy ucieczce z powrotem w latach: 1807 i 1812-1813. Jednak pierwsza stałą przeprawą był most kolejowo-drogowy do Opalenia z 1909 roku. Była to dziesięcioprzęsłowa konstrukcja stalowa, nitowana, składająca się z pięciu przęseł łukowych i pięciu prostokątnych o łącznej o długości 1058 m. Po wyznaczeniu granic po plebiscycie, 12 sierpnia 1920 r. Rada Ambasadorów przekazała most w całości Polsce, wraz z fundamentami filarów i przyczółków, włącznie z tymi, które znajdują się na prawym brzegu Wisły. Jednak ze względu na brak ruchu w latach 1927-29 został on rozebrany. Zdemontowane konstrukcje wykorzystano do budowy mostu w Toruniu, a dwa przęsła do mostu w Koninie, gdzie służą do dziś. Kolejne przeprawy mostowe w okolicach Kwidzyna dotyczą już lat ostatniej wojny. W pierwszych dniach września 1939 r. Wermacht zbudował saperski most pontonowy przez Wisłę naprzeciwko Gniewu. Podczas wojny Niemcy przystąpili do odbudowy rozebranego mostu do Opalenia. W sąsiedztwie tej budowy, w odległości 80 metrów w stronę Korzeniewa w ciągu 35 dni (od 1 września do 5 października 1944 r.) został także zbudowany prowizoryczny most drewniany zwany „mostem Guderiana”. Wycofujące się oddziały niemieckie 27 stycznia 1945 r. wysadziły w powietrze zarówno bliski ukończenia most z kratownic stalowych (już po próbach wytrzymałościowych), jak i most drewniany. Prowizorycznej naprawy tego ostatniego dokonali saperzy Armii Czerwonej i funkcjonował on do lutego 1946 roku, kiedy runął pod naporem kry lodowej. Od 1 maja 1946 r. Jerzy Kosacz 95 rozpoczęto odbudowę tego mostu, który wzmocniono i wyłożono dylinami w celu umożliwienia także ruchu kołowego. 22 lipca 1946 r. przez chyboczący się most przejechał pierwszy pociąg z Warszawy do Gdyni (trasą przez Działdowo - Iławę - Prabuty - Kwidzyn - Opalenie - Smętowo), jako że most tczewski był jeszcze zniszczony. Do końca 1946 roku było to jedyne połączenie kolejowe Warszawy z Gdańskiem. W marcu 1947 r. most rozebrano w obawie przed zniesieniem przez lody. Dla wyczerpania wątku historycznego wypada wspomnieć o jeszcze jednym pod kwidzyńskim moście. W 1964 r. w sztabie dowództwa wojsk Układu Warszawskiego powstał projekt o kryptonimie „Obiekt KW”. Był to projekt strategicznej przeprawy przez Wisłę, która miała się odbywać w warunkach wojennych po zbudowanym w ciągu 24 godzin kolejowym moście kratownicowy przerzuconym przez Wisłę. Po odbywających się w tym rejonie manewrach Układu Warszawskiego pozostała znacznych rozmiarów konstrukcja przygotowana do ekspresowego montażu, co było przewidziane w strategii Układu Warszawskiego w zakładanej inwazji na zachód Europy. Most ten był składowany w okolicach Nowego Dworu, gdzie mogliśmy go podziwiać jeszcze przez około 10 lat po formalnym rozwiązaniu Układu Warszawskiego w 1991 r. Zachowały się również nasypy ziemne odchodzące łukami w bok od istniejącej linii kolejowej. Tory kolejowe były utrzymywane w dobrym stanie do końca lat 80-tych. Znaki na szynach wskazywały na dość świeżą datę ich produkcji w latach 60-tych. Tak jak przed 100 laty otwarcie mostu do Opalenia, tak i obecne dni po otwarciu najnowszego mostu z Lipianek do autostrady Al i do Gniewu budzą poczucie doniosłości i konkretne nadzieje. Otwiera on szansę dla wielu inicjatyw gospodarczych, kulturowych i po prostu rozwoju cywilizacyjnego po obu połączonych brzegach Wisły. Nie popuszczając tu zbytnio wodzów wyobraźni, wystarczy wspomnieć o moście jako radykalnie skróconej drodze do stolicy województwa, do Borów Tucholskich i na Kociewie - to dla nas. Natomiast dla naszych sąsiadów zza rzeki ~ na Dolne Powiśle, Żuławy i na Mazury. Niewątpliwie, pierwszym i natychmiastowym efektem nowej przeprawy będzie rozwój wzajemnych odwiedzin turystyczno-wycieczkowych oraz przejazdów tranzytowych. Potem nastąpią wyprawy na zakupy i w interesach. Poza oczywistymi korzyściami polegającymi na skróceniu odległości i czasu dojazdu pomiędzy miejscowościami leżącymi po obu stronach Wisły można jeszcze dodać korzyść ekologiczną polegającą na obniżeniu emisji CO2 dzięki skróceniu tras przejazdu, jak i ekonomiczną wobec obniżenia kosztów transportu. Oczekiwana jest także poprawa atrakcyjności inwestycyjnej rejonów połączonych mostem. Cały projekt zrealizowany przez konsorcjum firm: Budimex i Ferrovial Agroman nosi oficjalną nazwę: „Przeprawa mostowa przez rzekę Wisłę na nowym przebiegu drogi krajowej nr 90 Waz z dojazdami w rejonie miasta Kwidzyn”. Za realizację inwestycji odpowiada gdański odział GDDKiA finansujący ją ze środków krajowych za ok. 380 min zł. Jest to jedna z najważniejszych 1 najbardziej oczekiwanych inwestycji na Pomorzu. O jej budowę zabiegały głównie miejscowe bładze samorządowe od około 20 lat. Budowa trwała przez trzy lata od 2010 roku. Dla mieszkańców okolicznych terenów oraz przejeżdżających tu tranzytem skończyła się konieczność korzystania z promu linowego lub wielokilometrowych objazdów. Most ma nietypową konstrukcję. Przy rozpiętościach głównych przęseł 2 x 204 m oraz długości całkowitej - 808,5 m, to najdłuższy most typu extradosed w Europie. W ramach inwestycji wybudowano także: trzy estakady o łącznej długości 1028 m, dwa mosty przez rzeki: Młyńska Struga i Liwa, przejazd gospodarczy, trzy duże przejścia dla zwierząt oraz kilkanaście przepustów pełniących jednocześnie funkcję małych przejść dla zwierząt. Dla tych wszystkich, którzy jeszcze nie widzieli mostu należy się informacja, że prezentuje się on jako bardzo okazałe i po prostu estetyczne dzieło inżynierskie, znakomicie wkomponowane w przestrzeń nadwiślańskiego krajobrazu, łącznie z całym systemem dróg dojazdowych i pomniejszych obiektów. Andrzej Kasperek 97 Andrzej Kasperek VII MIĘDZYNARODOWE SPOTKANIE MENONITÓW NA ŻUŁAWACH Co kilka lat menonici z całego świata przybywają do ojczyzny swych przodków. W tym roku odbyło się VII zjazd przedstawicieli tej grupy wyznaniowej, która miała tak wielki wpływ na kształtowanie się oblicza ziemi żuławskiej. W poprzednim numerze „Prowincji” znalazł się obszerny blok materiałów poświęconych wyznawcom doktryny Menno Simonsa, dlatego nie będę opisywał jej specyfiki. Zresztą ukazuje się coraz więcej publikacji na ten temat, organizuje się porządkowanie cmentarzy, wycieczki Szlakiem Menonitów po Żuławach... Przykład z ostatnich miesięcy - 9 czerwca 2013 r. wjegłowniku koło Elbląga odbyło się „Żuławskie Święto Sera” pod hasłem „Menonickie reminiscencje”. Okazuje się, że specyfika tego wyznania podnosi atrakcyjność turystyczną regionu. I bardzo dobrze! Tym bardziej, że jest to okazja do lepszego poznania miejscowej historii, a także nauka tolerancji -jednym z organizatorów wspomnianego festiwalu był ks. Andrzej Kilanowski, proboszcz miejscowej parafii. Przez lata współorganizatorem tych spotkań był śp. Bolesław Klein, niestrudzony działacz, zaprzyjaźniony z wieloma menonitami z całego świata. W tym roku Bolka zabrakło, ale spieszę donieść, że pan Harry Lau znakomicie spisał się jako jego następca i kontynuator prac służących Wzajemnym kontaktom pomiędzy dawnymi i obecnymi Żuławiakami oraz lepszemu poznawaniu tradycji i współczesności. W dniach 5 i 7 lipca mieliśmy przyjemność podejmować gości z Holandii, Niemiec i USA. W pierwszym dniu pobytu odbyło się nabożeństwo w Zborze Zielonoświątkowców w Gdańsku (do 1945 r. był to kościół menonicki) z wystąpieniami między innymi Franka Wiehlera, prof. Petera Klassena, pastora Arno Thimma. Tego dnia w planach było też zwiedzanie Muzeum Archeologiczne-Historycznego i starówki w Elblągu oraz msza ekumeniczna w kościele w Rozgarcie. Drugi dzień zjazdu rozpoczął się na cmentarzu w Stawcu, skąd goście udali się do Żuławskiego Parku Historycznego. Przywitał ich burmistrz miasta Nowy Dwór Gdański. Chwilą ciszy uczczono pamięć B. Kleina. W Sali Dwukolumnowej ŻPH prof. P. Klassen, autor książki „Ojczyma przybyszów” o dziejach osadnictwa olęderskiego w delcie Wisły, przedstawił krótki odczyt ua temat historii pobytu menonitów w Polsce, przemawiał też Frank Wiehler, którego rodzina zamieszkiwała piękny dom podcieniowy w Klęciu, dziś jest on przewodniczącym Arbeitskreis Polen. Głos zabrał też Paweł Grassman, nowodworski nauczyciel i pastor kościoła zielonoświątkowców. Ja miałem zaszczyt przedstawić nasz kwartalnik i powiedzieć o częstym podejmowaniu w nim tematyki „olędrów”. Grzegorz Gola, który jest jednym z mistrzów ceremonii machandla częstował przybyłych tym tradycyjnym żuławskim napitkiem, nota bene recepturę jego produkcji zawdzięczamy menonickiej rodzinie Stobbe. Później uczestnicy zjazdu pojechali do Cyganka, aby zwiedzić odrestaurowany przez Marka Opitza dom podcieniowy. Najważniejszym punktem programu z tego dnia była wizyta na 98 VII międzynarodowe spotkanie menonitów na Żuławach cmentarzu w Stogach Malborskich. Dla wielu gości było to bardzo duże przeżycie, wiele osób ocierało łzy. Być może znaleźli tu grób kogoś z rodziny. Przypomniałem sobie, jak na początku lat 90. wraz z Markiem i Piotrem Opitzami brałem udział w porządkowaniu tej nekropolii. Z grupą młodych menonitów przyjechał wówczas Helmut Reimer. Był to początek spotkań, wymiany młodzieży, wzajemnego poznawania się. Za czasów komunistycznych wszelkie tematy związane z historią Żuław były podejmowane niezbyt chętnie. Dopiero miało się to zmienić. Pan Reimer zmarł w czasie swego pobytu w Polsce i został pochowany na ziemi, z której pochodził. Zjazdy są organizowane od 1993 r. W pierwszym brało udział aż 400 osób, w tym 129 autentycznych menonitów. Warto przypomnieć nazwiska osób, które angażowały się od samego początku w te akcje; poza B. Kleinem byli to: Roman Klim z Muzeum Wisły w Tczewie i Arkadiusz Rybak. Dziś wszyscy już nie żyją, a patrząc na skład delegacji ze smutkiem zauważam, że brak młodych ludzi. Czy idea spotkań na Żuławach przetrwa, jeśli nie będą w nich brali udziału młodzi? W kościele w Stogach odbyła się msza ekumeniczna. Była bardzo wzruszająca, koncelebrowali ją pastor Arno Thimm, który często przyjeżdża do nowego Dworu i proboszcz z kaplicy św. Wincentego a Paulo zbudowanej koło cmentarza. Potem było spotkanie z mieszkańcami i wójtem gminy Malbork. Język polski, niemiecki i holenderski zabrzmiały pod jednym dachem. Po mszy spotkałem pana Krzysztofa Rybaka, który kontynuuje pracę rozpoczętą przez jego ojca. Za kilka lat kolejny zjazd. Jaka będzie średnia wieku? Zadaję to pytanie bez ironii. To bardzo ważna impreza i warto, żeby przetrwała. Patronat Honorowy: Annette Klein - Konsul Generalny Republiki Federalnej Niemiec w Gdańsku, Magdalena Pramfelt - Konsul Honorowy Królestwa Niderlandów w Gdańsku. Organizatorzy: Stowarzyszenie Miast Partnerskich Nowego Dworu Gdańskiego, Stowarzyszenie Miłośników Nowego Dworu Gdańskiego Klub Nowodworski. Sponsorzy: Nederlandse Stichting Hulp Polen, Mennonite-Polisch Friendship Association, Fresno, California, Mennonitischer Arbeitskreis Polen Freiburg, Pastor Kościoła Zielonoświątkowego w Gdańsku, Burmistrz Nowego Dworu Gdańskiego, Wójt Gminy Malbork, Wójt Gminy Gronowo Elbląskie. Na tropach historii Seweryn Szczepański NAZWA PLEMIENNA POMEZANIA I JEJ ZNACZENIE Obszar historycznej Pomezanii w okresie krzyżackim zamykał się w granicach wyznaczonych przez rzeki Osę na południu, Wisłę na zachodzie i Nogat północnym-zachodzie. Północną i północno-wschodnią granicę wyznaczały jezioro Drużno i ciąg obniżeń terenowych na linii obecnego Kanału Ostródzko-Elbląskiego wraz z pasem rozległych puszczy, rnokradeł i jezior. Na wschodzie zaś granice wyznaczało dorzecze górnej Drwęcy. Około połowy XIII w. Pomezania stanowiła jeden z rozleglej szych terytoriów, którego obszar wynosił mniej więcej 3530 km kw. Bezpośrednio przed przybyciem zakonu krzyżackiego obszar Pomezanii zaludniony był przez grupy ludności pruskiej. Początkowo Prusowie zajmowali tereny na północ od rzeki Dzierzgoń, zaś na południe od niej okolice Starego Miasta i Starego Dzierzgonia.. Około połowy XII w. Prusowie wkroczyli w okolice dzisiejszych Prabut, Susza, a także dalej zajmując tereny wokół Jezioraka i ostatecznie docierając w pobliże Kisielic. Nie wiadomo dokładnie, kiedy doszło do konsolidacji ludności zamieszkującej obszar Pomezanii. Nie wiadomo też dokładnie jak bardzo wyraźna była dominacja pruskiego żywiołu na jej zachodnich i południowych obszarach. Nie jest już od dawna tajemnicą, że Wpływy ludności słowiańskiej na południowych i zachodnich krańcach Pomezanii były dość wyraźne. Prusowie jednak w XIII w. stanowili już tam element dominujący, jeżeli me pod względem ilościowym to na pewno pod względem, rzec by można współczesnymi słowami - politycznym. Na pewno w latach 30. XIII w. Pomezania była już obszarem skonsolidowanym. Na jej obszarze znajdowało się dziesięć pomniejszych ziemi, których nazwy zachowały się w źródłach krzyżackich. Były to według dokumentu z 18 marca 1250 r- Posluam, Alyem, Loypicz, Lynguar, Komor, Pobuz, Geria, Rudencz, Resia i Prezla. Istnieją także hipotezy na temat istnienia jeszcze jednej ziemi - *Weiskavo, położonej na Żuławach Wiślanych. Nazwa plemiennej Pomezanii pojawia się w źródłach po raz pierwszy dopiero w pierw-SZej ćwierci XIII stulecia. W „Księdze podatkowej ziem podległych Królowi Danii”, tzw. Liber census Daniec znajdujemy ją jako Pomizania. Najpowszechniejsze dla XIII w. jest określenie jej jako Pomezania (1231, 1249, 1252, 1285, 1287, 1290) i wywodząca się od nazwy Plemiennej nazwa diecezji - Pomezaniensi diocesia. Rzadziej znajdujemy wspomniany już Zapis w postaci: Pomizania (Ićw. XIIIw, 1268), Pomesan (1299), Pomesania (1233, 1255). Zdarzały się także w kontekście Pomezanii zepsute zapisy takie jak Pomorania {1249) oraz kontekście tytulatury biskupów [Ernesto] Pomoraniensis (1249), czy ogólnie na temat bi- 100 Nazwa plemienna Pomezania i jej znaczenie skupstwa pomezańskiego błędnie stosowanie zapisu episcopum Po maranie (1250). W XIII w. wobec mieszkańców Pomezanii używano trybalnego określenia: Pomezani lub Pomeza-nen. Występująca w różnych zbliżonych do siebie wariantach nazwa Pomezania była różnorodnie interpretowana. Według XVI-wiecznych pisarzy: Erazma Stelli, Simona Grunaua i Lucasa Davida nazwa Pomezanii ma swe. źródło w zagubionych w pomroce dziejów początkach Prus i wiąże się z podaniem o dwóch braciach: kapłanie Brutenie (od niego pochodziła nazwa Prusy) i królu Widewucie. Jak pisał Erazm Stella, jednym z synów owego Widewuto był Pomesanus (Pomezo -u Grunaua), „który przodował przed wszystkimi synami wiekiem”. Otrzymał on według Stelli część dziedzictwa przyległą do ziemi chełmińskiej, co Grunau konkretnie określa jako obszar między rzekami Wąska ( Weseka), Osa? (Mocra), Nogat {Noyta) i Wisła (Istula), zaś za główną siedzibę ów Pomesanus wybrał sobie gród Quezyno (Kwidzyn). Miał ów Pomesanus wielu synów „którzy byli niczym olbrzymy”. Pobudowali oni sobie liczne grody i pełnili w nich władzę królewską. Podanie o Brutenie i Widewucie mimo, iż różni się w swoich trzech najstarszych zapisach, informuje o legendarnych początkach Pomezanii od syna Widewuto imieniem Pomesanus (Pomezo) od niego też pochodzić miała nazwa krainy. Rzecz jasna mając na uwadze jak odległy był czas spisania legendy od momentu konsolidacji plemienia i ogólnie początków osadnictwa pruskiego rodzi się szereg wątpliwości co do realności zachowanych w niej wydarzeń. Naukowcy szczególnie z Litwy od dłuższego już czasu spierają się, czy zachowana legenda ma rzeczywisty związek z jakimś tradycyjnym podaniem wywodzącym się z pruskiego kręgu kulturowego, czy też była to adaptacja analogicznych podań - mitów założycielskich, popularnych choćby u innych ludów indoeuropejskich. Do „obrońców” legendy zaliczyć należy litewskich językoznawców takich jak Povilas Pakarklis, Jonas Ycas i Jozuas Jurginis, którzy w podaniu zauważali szereg tradycyjnych bałtyjskich wątków, co miało według nich znaczyć przynajmniej częściowo o ich oryginalności. Zwolennikiem oryginalności, a nawet istnienia w legendzie faktycznych wydarzeń historycznych jeszcze z okresu wędrówek ludów jest także litewski archeolog Valdemaras Śimenas. Inaczej sprawę postrzegał inny litewski uczony Kazimieras Buga, który analizując z perspektywy językoznawczej zarówno łaciński tekst Erazma Stelli oraz niemiecki Simona Grunaua i podobnie jak wyżej wymienieni, starając się przywrócić bałtyjskie nazwy w poszczególnych wątkach, powątpiewał w oryginalność podania. Kolejny litewski językoznawca Gintaras Beresnevićius w swej pracy Prusijos amfiktionijos steigtis prasy legendose ir germaniśkasis kontekstas odkrył natomiast analogiczne do podania o Brutenie i Widewucie motywy w podaniu o wędrówce i założeniu państwa Longobardów. Oczywiście podobieństwa występujące u Longobardów nie powinny całkowicie przekreślać licznych wątków typowych dla Bałtów, jak choćby kwestie społeczno-prawne czy religijne, ale niewykluczone, że „twórcy” legendy jako erudyci mogli z powodzeniem korzystać z innych legend i na ich kanwie utkać analogiczny pruski mit założycielski. Pozostawiając już legendarne początki Pomezanii, należałoby w tym miejscu zastano* Seweryn Szczepański 101 wić się nad etymologią jej nazwy. Choronim ten, funkcjonujący w zachowanych zapisach w zlatynizowanej formie posiada wyraźnie bałtyjski źródłosłów. Należy wykluczyć teorię Mikołaja Rudnickiego, który wywodził go od polskiego słowa „miedza” proponując rekonstrukcję ludności plemiennej jako słowiańskiego określnika *Pomiedzanie. Podobną drogą interpretacji podążał już wcześniej Teodor Narbutt, który nazwę wywodził od litewskiego meźe - oznaczającego granicę. Co w konsekwencji zarówno u niego, jak i u Rudnickiego odnosiło się do ludności żyjącej na pograniczu - „pograniczanie”, zaś Pomezania to jak bardzo wcześnie proponował za Narbuttem Józef Jaroszewicz „prowincja nadgraniczna”. Wybitny językoznawca niemiecki Georg Gerullis zaproponował rekonstrukcję nazwy Pomezania jako *Pomedian, której etymologię wywodził od pruskiego po/pa - „pod” i median - „las”. Taka konstrukcja nazwy wskazywałaby na to, iż nadana ona została przez ludy ościenne, oddzielone od Pomezanii „kraju pod lasami” jakąś puszczą graniczną. Od lasu etymologię Pomezanii wywodził również Kazimieras Buga, który rekonstruując ją jako *Pamede proponował nieco inne znaczenie nazwy, a mianowicie jako „kraj lesisty”, mieszkańców zaś określał mianem *Pamedenai. Podobny źródłosłów, obok *Pomedian, podaje także Hubert Górnowicz, proponując przy tym rekonstruowany zapis *Pamede. Warto jeszcze napomnieć o spopularyzowanej przez Adama Naruszewicza i akceptowanej w XIX-wiecznej polskiej historiografii etymologii Pomezanii od Pomorza. Asumpt ku temu dały właśnie zepsute zapisy owej pruskiej nazwy jako „Pomerania”, występujące nie tylko w przedstawionych wyżej dokumentach, ale i u Jana Długosza, który wymieniał pięć znanych sobie plemion Pruskich: quinque Pruthenicae regiones armis subactae: Pomerania Erminii, Pogesani, Bartini et Nactangii. Ustalenia językoznawców przekonują jednak do traktowania etymologii choronimu Pomezania jako wywodzącego się od słowa „las” Geograficznie zaś jako kraju „pod lasem”, względnie „lesistego”. Nadal otwarte jest pytanie z jakiego kontekstu pochodzi owe określenie, czy była to nazwa którą operowali sami przedstawiciele plemienia, czy też nadali ją Pomezanom inni Prusowie? Tomasz Agejeżyk POMNIKI WOJENNE SPRZED 1945 ROKU CZĘŚĆ 2. POWIAT KWIDZYŃSKI I NOWODWORSKI Tomasz Agejczyk 103 Zwyczaj czczenia pamięci poległych w walkach narodowo-wyzwoleńczych i innych wojnach, rozpowszechnił się w Niemczech na początku XIX wieku, tuż po kampanii napoleońskiej z lat 1813-1815. Istotnym impulsem i zachętą do upamiętniania poległych w walce była postać niejakiego Theodora Kórnera. Ten pochodzący z Drezna poeta w okresie walki wyzwoleńczej z wojskami napoleońskimi, zaciągnął się do formowanego pod Sobótką korpusu ochotników dowodzonych przez generała Ludwiga von Lutzowa. Słowa wiersza pt. „Wezwanie”, spisanego przez Kórnera w 1813 roku mówią Vergifl, mein Volk, die treuen Toten nich (tłum. Nie zapomnij, mój narodzie, o wiernych zabitych). Dodatkowo Kórner wezwał swych rodaków do ozdabiania urn z prochami poległych bohaterów motywem wieńca z liści dębowych. Autor wiersza sam poległ wkrótce w boju 26 sierpnia 1813 roku w lesie koło Rosenow. Pochowano go przy starym dębie we wsi Wóbbelin, gdzie wkrótce ustawiono pomnik. Tak jak wspomniano w pierwszej części zwyczaj czczenia pamięci zaczęto od tablic (epitafiów), które były spotykane najczęściej w kościołach ewangelickich. W tym zestawieniu prym wiedzie powiat nowodworski (do 1920 roku wchodzący w skład malborskiego), gdzie prawie każdy kościół posiadał drewniane tablice, ozdobione medalami lub monetami wojennymi. Zwycięskie wojny w 1866 i 1870/71 roku doczekały się jedynie kilku realizacji pomnikowych. Warto wspomnieć tu o niezwykłym dziele w kwidzyńskiej katedrze autorstwa jednego z najwybitniejszych twórców klasycyzmu Karla F. Schinkela. Pomniki ustawiane po 1918 roku ku pamięci żołnierzy poległych w I wojnie światowej przybierały rozmaite kształty, rozmiary i motywy zdobnictwa. Analizując ich kształt i rodzaj materiału z jakiego zostały wykonane łatwo stwierdzić, że wsie należącego do obecnego powiatu kwidzyńskiego ustawiały pomniki kamienne - tańsze w realizacji. Powiat nowodworski zrealizował jedynie kilka, ale za to z cenniejszego materiału (Cyganek, Tujsk). Los niżej wymienionych pomników jest podobny do znajdujących się obecnie w powiatach malborskim i sztumskim. Tablice drewniane przepadły, pomniki z droższych materiałów zaginęły, a inne dostały drugie życie. Ciekawą historię przedstawiają tablice na kościele w Kmiecinie, zamurowane w 1958 roku, a w trakcie prac konserwatorskich w 2012 roku odsłonięte. Dzięki powojennej akcji antygermańskiej mamy obecnie przepiękny przykład sztuki ceramicznej. POWIAT KWIDZYŃSKI BRACHLEWO - RACHELSHOF Pomnik pierwszowojenny ulokowany w pobliżu dworca kolejowego, w kształcie usta-wionegona schodkowej podstawie, wykonanego z kamiennych kostek prostopadłościanu zwieńczonego orłem z rozpościerającymi skrzydłami, którego pazury spoczywały na kuli. Odsłonięcie pomnika odbyło się w czerwcu 1921 roku w obecności pastora ewangelickiego Jakela i kapelana katolickiego z Kwidzyna Zinta. Podczas uroczystości mowę wygłosił hrabia 104 Pomniki wojenne sprzed 1945 roku Baudissin, który podkreślił zwycięstwo Niemiec w plebiscycie. Na uroczystość zaproszony został sam Paul von Hindenburg, który jednak nie mógł do Brachlewa przybyć. W jego zastępstwie wieniec pod pomnikiem złożyła jego krewna - pani von Hindenburg, która przyjechała z Neudeck - rodzinnego majątku Hindenburgów, dzisiejszego Ogrodzieńca niedaleko Iławy. Na tablicach bocznych umieszczono 79 nazwisk żołnierzy poległych za ojczyznę. Centralna tablica zawierała medalion oraz główną inskrypcję. Nad nią wyryto w kamieniu daty 1914 i 1918. Pomnik przetrwał zawieruchę wojenną, zniknęła jednak tablica z frontu oraz orzeł, zastąpiony metalowym krzyżem. Zachowały się także dwie granitowe tablice z nazwiskami poległych w wojnie mieszkańców okolicznych wsi: Bagno (Baggen), Budzin (Budzin), Zajezierze (Hintersee), Jerzewo (Jerzewo}, Brachlewo (Rachelshof), Podzamcze (Unterberg), Jałowiec (Unterwalde), Bystrzec (Weisshof, Forsterei Weisshof). CZARNE DOLNE - NIEDERZEHREN Pomnik ku czci poległych w I wojnie światowej został odsłonięty 23 października 1927 roku przez pastora Klafkiego oraz przewodniczącego organizacji Kriegervereins Alwina Nikła. Miał kształt wysokiego obelisku na planie kwadratu z dostawionymi bocznymi mniejszymi częściami. Zbudowany był z granitowych dużych kostek. Na zwieńczeniu umieszczono orła z rozpostartymi skrzydłami. W centrum umieszczono napis DEN HELDEN 1914 - 1918 oraz tablicę z 33 nazwiskami. Po 1945 roku pomnik podzielił los innych miejsc pamięci - został odarty z wszystkich symboli i płyt, a w centralnym miejscu powieszono tablicę z napisem: Nie rzucim ziemi skąd nasz ród. Pomnik rozebrany, obecnie w tym miejscu stoi budynek mieszkalny. GARDEJA - GARNSEE Pomnik w parku miejskim ku czci poległych w 1914-1918. Nie zachował się do dzisiaj. Tablice w kościele ewangelickim z lat 1914-1918. KWIDZYN - MARIENWERDER Pomnik w Katedrze - w południowej nawie ustawiono ozdobny czworobok wykonany z czarnego marmuru z neogotycką dekoracją, jego pola frontowe i boczne pokryte były złoconymi napisami sławiącymi poległych Sie sterben fur Kónig und Yaterland (tłum. Pole- Tomasz Agejeżyk 105 gli za króla i ojczyznę) w wojnie wyzwoleńczej 1813/14, posłom do pierwszego demokratycznego ogólnoniemieckiego parlamentu w 1848 roku we Franfurckim Pauluskirche (w tym urodzonego w Kwidzynie Hansa A. E. von Auerswalda), oraz poległym w wojnie niemiecko-au-striackiej 1866 roku. Zwieńczeniem pomnika był Krzyż Żelazny. Pomnik zaprojektował słynny architekt Karl Friedrich Schinkel (1781-1841). Pomnik usunięto z Katedry w latach powojennych. Pomnik zwycięstwa w wojnie 1870-1871 - na nowo powstałym Flottwellplatz (ob. PI. Plebiscytowy) w miejscu poprzedniego cmentarza usytuowano w 1873 roku granitowy pomnik dla uczczenia zwycięstwa w wojnie z Francją (1870-71). Pomnik miał formę obelisku, czyli wysokiego na ok. 10 m stożkowatego słupa z czerwonego grani- tu stojącego na czworobocznej podstawie w kolorze czarnym z trzema medalionami z brązu przedstawiającymi: cesarza Wilhelma I, kanclerza Otto von Bismarcka i gen. Helmuta Kar-Bernharda von Moltke, z metaloplastycznymi aplikacjami wieńców laurowych. W 1945 roku pomnik pozbawiono tych wizerunków i pruską granitową iglicę zmieniono na symbol Zwycięstwa nad germanizmem, co głosił wykuty nowy napis: 1410 - Grunwald - 1945. Pomnik rozebrano w 1972 roku. Pomnik Szkoły Podoficerskiej - w 1904 roku przy ul. Grudziądzkiej na skwerze przed Szkołą Podoficerską stanął pomnik. Wykonany był w formie kamiennej Stelli, zwieńczonej figurą orła z brązu o szeroko rozpostartych skrzydłach, zrywającego się do lotu. Wmurowano również tablicę dla uczczenia 25-lecia powołania szkoły. Po I wojnie pomnik otrzymał dodatkową dedykację upamiętniającą poległych absolwentów i słuchaczy szkoły. Pomnik nie przetrwał. Tablice pamiątkowe w Katedrze. Na dwóch pierwszych filarach umieszczono duże dębowe tablice z nazwiskami poległych w latach 1870 i 1914-18 z miasta i powiatu. Tablice nie przetrwały. Pomnik Regimentu „Hochmeister” - na terenie Hochmeister-Platz ustawiono okaza-pomnik udekorowany armatami ku czci poległych z regimentu „Hochmeister”. Po II wojnie światowej był to Plac Orła Białego a w latach 60-tych stanęła tam Szkoła Podstawowa nr b- Obecnie pomnik nie istnieje. 106 Pomniki wojenne sprzed 1945 roku Tablica w Gimnazjum - 26 listopada 1921 roku w Gimnazjum, przy wejściu do auli wmurowano płaskorzeźbę i tablicę autorstwa rzeźbiarza Szmergalskiego, z nazwiskami poległych w pierwszej wojnie światowej nauczycieli i uczniów. Pod herbem Kwidzyna umieszczono napis: AUS UNSERER MITTE GEFALLEN FUR REICH und VATERLAND 1914-1918 (tłum. Naszym poległym za rzeszę i ojczyznę 1914-1918). Nie istnieje. Pomnik Bractwa Strzeleckiego - w ogrodzie Domu Strzeleckiego (Schutzenhaus) przy obecnej ulicy Ogrodowej członkowie Bractwa Strzeleckiego „Winrich von Kniprode” postawili swoim kompanom poległym w I wojnie światowej pomnik w kształcie umieszczonej na trzystopniowej kamiennej podstawie, płyty z tablicą na przedniej płaszczyźnie, na której znajdowała się inskrypcja oraz nazwiska. Pomnik nie przetrwał - obecnie teren Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 4. Pomnik Stowarzyszenia Gimnastycznego -w pobliżu wieży ciśnień (ob. ul. Sportowa) znalazł się pomnik z dedykacją dla poległych w pierwszej wojnie światowej członków Stowarzyszenia Gimnastycznego i Sportowego. Monument składał się z prostopadłościennej głównej bryły z tablicą na głównej płaszczyźnie. Zwieńczony był kamiennym wizerunkiem Krzyża Żelaznego. Nie przetrwał. Pomnik - Miłosna - leśny park w Miłosnej (Liebenthaler Wald) stał się miejscem ustawienia pomnika poświęconego poległym członkom Stowarzyszenia Śpiewaczego „Lieder-tafel” istniejącego w mieście od 1847 roku. Pomnik w kształcie głazu ustawionego na podmurówce kamiennej z wyrytym wizerunkiem Krzyża Żelaznego, inskrypcji oraz nazwisk przetrwał do dzisiaj. Przy pomniku znajdował się mniejszy kamień z wizerunkiem liry -obecnie przewrócony. Tomasz Agejczyk 107 LASKOWICE - LASKOWITZ Pomnik ku czci poległych w I wojnie światowej w kształcie ściętego ostrosłupa z kamiennych kostek ustawionego na jednostopniowej podstawie. W niszy przedniej płaszczyzny umieszczono tablicę z nazwiskami poległych. Pomnik wieńczył wizerunek Krzyża Żelaznego. Pomnik po II wojnie światowej przerobiono na kapliczkę i przeniesiono. NEBROWO WIELKIE - GROSS NEBRAU Pomnik ku czci poległych w I wojnie światowej ustawiony w centrum wsi. 17 sierpnia 1947 roku odsłonięto Pomnik Żołnierza Polskiego, Wykorzystując przedwojenny postument. Jego górny człon wraz z wieńczącym go orłem, podrywającym się do lotu, został usunięty. Ponadto poszerzono istniejący cokół do krawędzi najwyższego schodka, zakrywając tym samym znajdujące się tam wcześniej pamiątkowe tablice. W ten sposób liczba dotychczasowych stopni, na których posadowiony był monument, zmniejszyła się z trzech do dwóch. Zamocowaną na piedestale figurę żołnierza w hełmie, długim płaszczu oraz z karabinem u prawej nogi wykonywał artysta na miejscu. Ciosał ją w sprowadzonym w tym celu kamieniu, wzorując się na niewielkim modelu. Po Zakończeniu pracy przeniesiono rzeźbę na przerobioną wcześniej podstawę. Na jej przedniej ścianie przytwierdzono stojącego orła z rozchylonymi lekko w tył skrzydłami. PRABUTY - RIESENBURG Pomnik ustawiony na Wrangelpłatz (ob. plac Kościuszki) autorstwa prof. Mengesa z Monachium, wykonany na polecenie ówczesnego burmistrza Riesenburga Eggerta został odsłonięty 23 Października 1913 roku. Upamiętniający ofiary w°jen z lat 1864, 1866, 1870/71. Przedstawiał Pruskiego żołnierza w pełnym uzbrojeniu. Prze- Nebrowo Wielkie trzymał obie wojny zaś w roku 1946 z inicjatywy burmistrza Prabut został przeniesiony naprzeciw budynku poczty. Dziś na cokole stoi figura Matki Boskiej Niepokalanej, poświęcona przez franciszkanina A. Cz. Klimuszko. 108 Pomniki wojenne sprzed 1945 roku Heldendenkmal umiejscowiony w parku miejskim - poświęcony mieszkańcom poległym podczas pierwszej wojny światowej. Pomnik w formie mauzoleum z czerwonej cegły pokryty dachówką zaprojektował w 1925 roku nauczyciel gimnazjalny Georg Glaubig zaprojektował pomnik. Koszty budowy pokryły towarzystwa weteranów wojennych oraz wojskowych. We wnętrzu były umieszczone tablice z nazwiskami poległych w pierwszej wojnie światowej. Budynek przetrwał czasy ostatniej wojny. Dzieło zniszczenia dokonało się w latach powojennych. Tablice wykorzystywano jako m.in. posadzkę w prywatnym budynku. Do dzisiaj ocalał tylko fragment jednej z nich, zachowany w muzeum. RYJEWO - REHHOF Pomnik odsłonięty w latach 20-tych XX wieku ku czci poległych w pierwszej wojnie światowej. Na dwustopniowej podstawie znajdowała się bryła zasadnicza pomnika w kształ-cie szerokiego ostrosłupa wykonanego z kamiennych kostek. W niszach drugiej podstawy umieszczono tablice z nazwiskami poległych. Pomnik nie przetrwał, obecnie w jego miejscu znajduje się osiedle domków. SADLINKI - SEDLINEN Pomnik z 1921 roku ku czci poległych w pierwszej wojnie światowej. Był w kształcie ustawionego na dwustopniowej podstawie, wykonanego z piaskowych kostek prostopadłościanu zwieńczonego rzeźbą orła z rozpiętymi skrzydłami, zrywającego się do lotu z jednej z pięciu kul. Na dolnej podstawie umieszczono tablice z nazwiskami, zaś na górnej płaskorzeźbę oraz inskrypcję. Pomnik nie przetrwał. Tomasz Agejczyk 109 POWIAT NOWODWORSKI CYGANEK - TIEGENHAGEN Niezachowany pomnik ku czci poległych w I wojnie światowej w kształcie obelisku. Na przedniej płaszczyźnie umieszczone były nazwiska poległych oraz dedykacja. KMIECIN - FURSTENAU Na fasadzie zabytkowego kościoła pw. św. Jadwigi Królowej Polski znajdują się tablice ku czci 22 poległych w I wojnie światowej. Płyty pokryto tynkiem w 1958 roku, a w trakcie prac konserwatorskich w 2012 roku odkryto dawne inskrypcje. Na trzech polach, umieszczono płyty, wykonane z wypalonej gliny. Pole górne to jedna płyta, tablice z nazwiskami poległych zmontowane z trzech części. By je wstawić rozkuto niegdyś fragmenty ściany. Es sterben den Heldentod fars Vaterland 1914-18 (tłum. Zginęli śmiercią bohaterską za ojczyznę 1914-18) MARYNOWY - MARIENAU W kościele ewangelickim znajdowała się drewniana tablica z nazwiskami poległych w 1813 roku. Elementem ozdobnym tablicy były order wojennymi. Kościół po drugiej wojnie światowej rozebrano a na jego miejscu powstał magazyn zbożowy. NIEDŹWIEDZICA - BARWALDE W obecnym kościele pw. Św. Jakuba znajdowała się drewniana tablica pamiątkowa z 1818 roku ku czci Johanna Arkę, poległego w 1813 roku. Na płycie umieszczono medale oraz napis: Aus diesem Kirchspiel starben far Konig und Vaterland (tłum. Z tej parafii poległ za króla i ojczyznę). W późniejszych latach dopisano czterech poległych (m.in. J. Fuchsa). Tablica nie przetrwała. NOWY DWÓR GDAŃSKI - TIEGENHOF Pomnik wykonany z kamiennych kostek upamiętniający poległych w czasie wojen mieszkańców (1870/71 i 1914-18) przy Vorhofstrasse (ob. ul. Sikorskiego) nad rzeką Tugą. Był w kształcie ustawionego na dwustopniowej podstawie, zasadniczego prostopadłościanu na którym ustawiono mniejszy, zwieńczony rzeźbą siedzącego na kuli orła z rozpiętymi skrzydłami. Pomnik otaczał murowany płot. Po drugiej wojnie światowej teren otoczony murkiem wkomponowano fontannę, obecnie teren zagospodarowano bez uwzględnienia resztek przedwojennego pomnika. 110 Pomniki wojenne sprzed 1945 roku OSTASZEWO - SCHÓNEBERG W kościele ewangelickim (ob. katolicki pw. św. Jana Chrzciciela) umieszczone były tablice pamiątkowe poległych żołnierzy pochodzących z Ostaszewa m.in.: Paula Wienhol-da (zm. 1821), Michaela Wienholda (zm. 1842), Joh. Jac. Philippa (zm. 1847). Wszystkie wykonane w drewnie z prostymi dekoracjami, ozdobione orderami wojennymi. Tablica drewniana z 1815 roku z inskrypcją: Aus diesem Kirchspiel starben fur Konig und Yaterland (tłum. Z tej parafii poległ za króla i ojczyznę) oraz pięcioma nazwiskami poległych żołnierzy. Tablice nie przetrwały. Pomnik ku czci poległych w centrum wsi. Na jednostopniowej podstawie znajdowała się bryła zasadnicza pomnika w kształcie szerokiego, ściętego ostrosłupa, zwieńczona pierwotnie rzeźbą orła z rozpiętymi skrzydłami. Obecnie znajduje się na niej Pieta. Na przedniej płaszczyźnie, w miejscu dawnej tablicy, wmontowano w 2005 roku współczesną z tekstem: MIEJSCE POŚWIĘCONE WSZYSTKIM, KTÓRZY NA TEJ NASZEJ ZIEMI OJCZYSTEJ ŻYLI, PRACOWALI, CIERPIELI Tomasz Agejczyk 111 TUJSK - TIEGENORT Przy ambonie kościoła ewangelickiego znajdowała się drewniana tablica w ozdobnej ramie z inskrypcją: Aus diesem Kirchspiel starben fur Konig und Vaterland (Tłum. Z tej parafii poległ za króla i ojczyznę) oraz wykazem poległych w 1813/14, 1866 i 1870/71 roku. Kościół zniszczony podczas drugiej wojny światowej. Pomnik 1914-1918 na cmentarzu w kształcie obelisku. Na przedniej płaszczyźnie umieszczone były nazwiska poległych oraz inskrypcje: In unauslóschlicher Dankbarkeit gedenkt ihrer die Kirchenge-meinde Tiegenort. Auf dem Felde der Ehre befien ihr Leben fur uns. (tłum. W ich niezatartej pamięci wdzięczna parafia Tujsk. Oddali za nas życie na polu chwały.) Niemand hat grossere Liebe denn die, Dass er sein Leben lassetfiir seine Freunde (tłum. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich) Pomnik rozebrany po drugiej wojnie światowej. ŻUŁAWKI - FURSTENWERDER W dawnym kościele ewangelickim umieszczono 4 lipca 1816 roku tablicę w formie klasycznej ku czci poległych. Nie przetrwała. 112 Nastroje w Malborku po poznańskim czerwcu 1956 r. Przemysław Szczuchniak NASTROJE W MALBORKU PO POZNAŃSKIM CZERWCU 1956 r. Dochodzenie do prawdy o poznańskim czerwcu było przez długie lata bardzo utrudnione dla badaczy historii ze względu na niedostępność ważnych materiałów archiwalnych. Dopiero przemiany ustrojowe pozwoliły na dotarcie do dokumentów Instytutu Pamięci Narodowej, które w pewnym stopniu rzucają nowe spojrzenie na wydarzenia tamtego okresu. Zdaniem Agnieszki Łuczak z IPN z Poznania, poznański czerwiec 1956 r. był jedynym z wolnościowych i antytotalitarnych buntów w Europie lat 50-tych XX w.1 Antoni Czubiński, uważa, iż wypadki poznańskie odegrały kolosalną rolę w wydarzeniach wewnętrznych w Polsce w 1956 r.2 Warto pamiętać, iż na początku lat pięćdziesiątych wszystkie dziedziny życia w Polsce zdominowane zostały przez ideologię rządzącej partii komunistycznej. Były one wspierane wielotysięczną armią funkcjonariuszy UB i MO, którzy z nadgorliwością likwidowali wszelkie przejawy oporu ze strony społeczeństwa3. Zdaniem Wojciecha Roszkowskiego wypadki poznańskie miały wpływ na rozłam w kierownictwie PZPR i podniosły temperaturę nastrojów społecznych w całym kraju4. W opinii znanego szczecińskiego historyka Kazimierza Kozłowskiego, poznański czerwiec spowodował wielkie ożywienie polityczne i był także katalizatorem niezadowolenia społeczeństwa ze stanu politycznego i gospodarczego kraju. Stosunkowo niewiele informacji na ten temat, zdecydowanie tendencyjnych, zamieszczała prasa lokalna, pojawiały się też, w zasadzie zgodnie ze stanowiskiem władzy, oceny na zebraniach partyjnych i sprawozdaniach przesyłanych z powiatów do Komitetów Wojewódzkich PZPR5. W województwie gdańskim kierownictwo Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego w sprawozdaniach z 20 lipca 1956 r. informowało, że 22 lipca spodziewane są w Trójmie-ście wydarzenia takie jak w Poznaniu. Zanotowano wypowiedzi na ten temat, m.in. w Zakładach Masarniczych, Roszarni i Cukrowni w Malborku6. Jak twierdził K. Kozłowski, kierownictwo 1 A. Łuczak, Poznański Czerwiec [w:], Biuletyn IPN, nr 5-6 (maj-czerwiec) 2011, s. 98. 1 A. Czubiński, Poznań-Czerwiec 1956-1981, Poznań 1981, s.18. „Pod wpływem wydarzeń poznańskich toczyły się obrady VII i VIII Plenum KC PZPR, na których przekreślono teorię o odchyleniach prawicowa nacjonalistycznych i zdecydowano o rehabilitacji polskiej drogi do socjalizmu i Gomułki." 3 A. Łuczak, Poznański Czerwiec..., s. 98. 4 W. Roszkowski, Najnowsza historia Polski 1945-1980, Warszawa 2003, s. 322; M. R. Bombicki, Poznań 1956, Poznań 1992, s. 7. „Wkrótce po poznańskim „czarnym czwartku", 30 czerwca KC PZPR przyjął uchwałę o przezwyciężeniu kultu jednostki i jego następstw. Zawierała ona radziecką ocenę roli Stalina. Między innymi za błędną uznawano tezę Stalina o zaostrzaniu się walki klasowej w miarę postępów budownictwa socjalistycznego”; A.. Czubiński, Czerwiec 1956 w Poznaniu, Poznań 1986, s. 58. „VIIIplenum KC PZPR rozwiązało wiele problemów nurtujących załogi poznańskich zakładów pracy. Przyjęło ono sformułowaną przez W Gomułkę nową ocenę wydarzeń poznańskich i usankcjonowało proces decentralizacji i demokratyzacji stosunków w państwie. Poznań odzyskał rangę miasta wydzielonego. Do pracy powrócili ludzie aresztowani w związku z wydarzeniami czerwcowymi." 5 K. Kozłowski, Pomorze Zachodnie w sześćdziesięcioleciu (1945-2005). Społeczeństwo - władza- gospodarka-kultura, Szczecin 2007, s. 454. 6 K. Kozłowski, Od października 56 do grudnia 70. Ewolucja stosunków społeczno-politycznych na Wybrzeżu (1956-1970), Szczecin 2002, s. 47. Przemysław Szczuchniak 113 gdańskiego UB sugerowało, aby uważnie obstawić funkcjonariuszami imprezy masowe, takie jak mecze, zabawy taneczne, odsłonięcie pomnika w Sztumie, a nawet sesje rad narodowych. Ustalono, że zabezpieczenie „na zewnątrz” prowadzi MO, a wewnątrz UB. Aparat bezpieczeństwa prowadził prace operacyjną w większych zakładach. Kierownictwo Wojewódzkiego Urzędu d.s. Bezpieczeństwa Publicznego apelowało do kierownictwa Komitetów Wojewódzkich i Komitetów Powiatowych PZPR, aby na imprezy masowe o charakterze politycznym przychodziły najczęściej rodziny aktywu i aparatu partyjnego. W notatce służbowej sporządzonej 13 lipca 1956 r. w Powiatowej Delegaturze d.s. Bezpieczeństwa Publicznego w Malborku, skierowanej do Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego w Gdańsku, stwierdzono, iż w związku z prowokacją poznańską drogą agenturalną oraz poufną uzyskano materiały świadczące o niezadowoleniu robotników w poszczególnych zakładach pracy na terenie powiatu malborskiego. W samej Cukrowni Malbork, według informacji uzyskanych drogą oficjalną wynikało, że robotnicy są niezadowoleni i występują z żądaniami polepszenia warunków bytowych i spadającej stopy życiowej. Na zebraniu partyjnym zorganizowanym w Cukrowni w dniu 12 lipca 1956 r. zamanifestowali swoje niezadowolenie, występując przeciwko dyrekcji i czynnikom partyjnym. Domagali się zmniejszeniu norm pracy oraz podwyżki wynagrodzenia. Szczególną uwagę zwrócił na siebie jeden z robotników, który jako członek partii w swoim wystąpieniu mocno skrytykował fakt podnoszenia norm oraz braki w zaopatrzeniu pracowników w węgiel. Po zakończeniu zebrania robotnicy Cukrowni Malbork wysłali delegację do Centralnego Zarządu w Warszawie w celu przedstawienia swych żądań. Zdaniem funkcjonariuszy Powiatowej Delegatury d.s. Bezpieczeństwa Publicznego w Malborku istniało realne niebezpieczeństwo wystąpień publicznych robotników z Cukrowni. O zaistniałej sytuacji powiadomiony został I sekretarza KP PZPR w Malborku, który w powyższej kwestii miał być w kontakcie z Komendantem Wojewódzkim MO w Gdańsku. Podobne wystąpienia robotników odnotowano w PSS Malbork oraz w Zakładach Masarniczych. Zdaniem informatora, pseudonim „Sokół”, głównym inicjatorem wystąpień w Zakładach Masarniczych w Malborku był majster wyrobów wędliniarskich, który z pozostałymi robotnikami zaprotestował przeciwko niskim zarobkom. Następnie jeden z robotników z sekcji rozbioru mięsa, będący członkiem partii, zaprowadził wszystkich do biura dyrekcji z żądaniem poprawy Warunków płacowych. Po wysłuchaniu obietnic dyrekcji i uzyskaniu informacji, iż wynagrodzenie miesięczne zostało źle naliczone robotnicy wrócili do pracy. Kolejne przykłady niezadowolenia robotników odnotowano w Malborskich Zakładach Ro-szarniczych. Wystąpienia pracowników zakładu dotyczyło niewłaściwej regulacji płac. Zapewnienia dyrekcji o poprawie sytuacji nie zostały zrealizowane. Natomiast w malborskiej spółdzielni pracy „Metalowiec” robotnicy wysłali delegację z postulatami do Centralnego Zarządu Związku Spółdzielczego. Podobnie wyglądała sytuacja w niektórych spółdzielniach produkcyjnych. Między innymi członkowie spółdzielni produkcyjnej w Starej Kościelnicy podczas zebrania zabrali glos w sprawie zniesienia obowiązkowych dostaw i płacenia podatków gruntowych. Zdaniem funkcjonariuszy Powiatowej Delegatury d.s. Bezpieczeństwa Publicznego w Malborku informacje uzyskane od agentury oraz z rozmów z kontaktami poufnymi wskazywały na liczne komentarze niezadowolenia społeczeństwa z niskiego poziomu życia w Polsce. Ponadto 10 lipca 1956 r. o godzinie 23.30 do Powiatowej Delegatury d.s. Bezpieczeństwa Pu- 114 Nastroje w Malborku po poznańskim czerwcu 1956 r. blicznego w Malborku zgłosił się dyrektor Zakładu Wychowawczego w Malborku, znajdującego się na ulicy Marchlewskiego, który zgłosił fakt wywołania przez wychowanków buntu. W Zakładzie tym przebywali chłopcy w wieku od 14 do 18 lat. Prawdopodobnie około godziny 23.09 jeden z wychowanków, z zawodu ślusarz, który odbywał karę 8 lat domu poprawczego zachęcił innych osadzonych w celach do wystąpień wewnątrz zakładu. W sumie do buntu przystąpiło 64 osadzonych, którzy wewnątrz zakładu zaczęli tworzyć barykady. Następnie po zabarykadowaniu wejść wewnątrz gmachu włamali się do biura administracji, gdzie zniszczyli umeblowanie, portrety dostojników państwowych oraz dokumentację. Do tego celu wykorzystali znajdujące się tam narzędzia w postaci trzech siekier i toporów. Dokonali także włamania do magazynu żywnościowego i mundurowego. Z uwagi na swoje bezpieczeństwo wszyscy pracownicy zakładu wraz z dyrektorem i wychowawcami opuścili jednostkę penitencjarną. W porozumieniu z jednostką wojsk lotniczych stacjonującą w Malborku dokonano zabezpieczenia bramy wejściowej na teren zakładu do chwili przybycia większych sił Milicji Obywatelskiej. W tym samym czasie powiadomiona została Komenda Wojewódzka MO w Gdańsku oraz w trybie natychmiastowym ściągnięto 30 milicjantów z Elbląga. Po zebraniu większej ilości funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej o godzinie 3.30 przystąpiono do akcji przywrócenia porządku w zakładzie wychowawczym. W akcji tej wzięła udział także załoga miejscowej Straży Pożarnej. Pod osłoną dużych strumieni wodnych milicjantom udało się wejść do środka. Prawdopodobnie o godzinie 4.00 bunt został opanowany. W czasie przeprowadzania akcji odbicia zakładu wychowawczego obecny był I sekretarz KP PZPR w Malborku, Powiatowy Prokurator oraz Prezes Sądu Rejonowego. Decyzją Prokuratury Powiatowej w Malborku dwunastu wychowanków zakładu uznanych za prowodyrów buntu przewiezionych zostało do Więzienia Karno-Śledczego w Gdańsku. W sprawozdaniu kwartalnym z pracy Powiatowej Delegatury d.s. Bezpieczeństwa Publicznego w Malborku za III kwartał 1956 r. skierowanym do kierownika Wojewódzkiego Urzędu d.s. Bezpieczeństwa Publicznego w Gdańsku stwierdza się, iż w dalszym ciągu na terenie powiatu malborskiego odnotowuje się fakty wrogiej działalności przejawiającej się w formie wypowiedzi pochwalających wypadki poznańskie. Z kolei w miesiącu wrześniu funkcjonariuszom Powiatowej Delegatury d.s. Bezpieczeństwa Publicznego w Malborku udaje się przechwycić list anonimowy skierowany z pogróżkami do KC PZPR w Warszawie, który wrzucony został do skrzynki pocztowej w Malborku. Jednak w wyniku przeprowadzonych czynności służbowych nie udaje się ustalić autora wrogiego anonimu. Ponadto w związku z wypadkami poznańskimi agent ps. „Orzeł”, przekazał informację dotyczącą faktu pojawienia się w Malborku jednego z mieszkańców Wałbrzycha, który prawdopodobnie brał udział w demonstracjach poznańskich i zdobył tam broń wraz z amunicją. Informacje te nie zostały wówczas potwierdzone. Ale zdaniem funkcjonariuszy PD d.s. BP w Malborku materiały miały być dokładnie sprawdzone i wyjaśnione na drodze pracy operacyjnej. Należy stwierdzić, że stale pogarszająca się sytuacja materialna ludności oraz wydarzenia poznańskiego czerwca 1956 r. miały niewątpliwie duży wpływ na atmosferę niezadowolenia i rozgoryczenia pracowników malborskich zakładów przemysłowych. Jednak biorąc pod uwagę ilość skupionych w mieście jednostek wojskowych oraz znacznych sił funkcjonariuszy Komendy Powiatowej MO i Powiatowej Delegatury d.s. Bezpieczeństwa Publicznego, można jednoznacznie stwierdzić, iż przejawy jakichkolwiek wystąpień w tak niewielkim mieście zostałyby natychmiast stłumione. Leszek Sarnowski 115 Leszek Sarnowski KOMBINAT ROLNY „POWIŚLE” W CZERNINIE W CZASACH „SOLIDARNOŚCI” Kombinat Rolny „Powiśle” w Czerninie powstał w 1976 roku z połączenia państwowych goospodarstw rolnych i Fermy Przemysłowego Tuczu Trzody Chlewnej. W jego skład Wchodziło 10 zakładów rolnych i 4 specjalistyczne, zlokalizowanych w Czerninie, Konie-cwałdzie, Mleczewie, Watkowicach, Bruku, Jasnej, Cieszymowie, Zielonkach, Jurkowicach, Stanowię i Dworku, na terenie pięciu gmin województwa elbląskiego - Sztum, Dzierzgoń, Stary Targ, Mikołajki Pomorskie i Ryjewo. Głównym kierunkiem działalności gospodarczej Kombinatu była hodowla zwierząt, przede wszystkim krów, trzody chlewnej i owiec. Ważnym aspektem aktywności była również produkcja roślinna. Grunty rolne w posiadaniu Kombinatu stanowiły prawie 45% wszystkich użytków rolnych na terenie pięciu gmin. 116 Kombinat rolny „Powiśle” w Czerninie w czasach „Solidarności” Każdego roku areał gruntów powiększał się, gdyż Kombinat przejmował lub wykupywał kolejne gospodarstwa rolników indywidualnych, którzy w sytuacji braku następców decydowali pozbywać się swoich gospodarstw w zamian za państwowe emerytury. Zajmowano się również przetwórstwem rolnym, gdyż Kombinat był też właścicielem wytwórni pasz, suszarni zbóż i gorzelni. Na terenie dawnego powiatu sztumskiego Kombinat był bez wątpienia monopolistą na rynku rolnym. Był też największym pracodawcą na tym terenie, gdyż we wszystkich podlegających mu zakładach rolnych pod koniec lat 70-tych zatrudnionych było ponad 2600 pracowników. W gestii Kombinatu było także budownictwo mieszkaniowe, kilkanaście stołówek, przedszkoli, bibliotek, świetlic i klubów wiejskich. Prowadzono w nich działalność kulturalno-oświatową: kilkadziesiąt zespołów zainteresowań ze słynnym nie tylko w Polsce, ale i w Europie Zespołem Pieśni i Tańca „Powiślanie”, którym kierowała Albina Krzyś-piak. W tym czasie dla wielu młodych ludzi zespół był prawdziwym oknem na świat, bo dzięki koncertom zagranicznym spora grupa młodych ludzi po raz pierwszy w życiu mogła wyjechać za granicę. Kombinat zaliczany był do jednego z najprężniejszym tego rodzaju zakładów w województwie elbląskim, a także jednym z wiodących w kraju. Od powstania kierował nim Jan Grzywacz. Dyrektor miał bardzo dobre kontakty w Warszawie, dzięki czemu rządowe dotacje czy kredyty udawało się znacznie łatwiej załatwiać niż innym zakładom. Czerniński kombinat był też bardzo utytułowany, zdobywając wiele ogólnopolskich nagród resortowych. Jak wspominają byli pracownicy, centrala w Czerninie, gdzie swoją siedzibę miał dyrektor, a właściwie dyrektorzy, bo było ich kilku, nazywany był przez nich „Pentagonem”. To pokazywało wyższość centrali nad pozostałymi zakładami, mimo że wszystkie one miały swoich kierowników czy dyrektorów. To była prawdziwa władza. Jak wspominają, nawet sprzątaczka z „Pentagonu” pokazywała swoją wyższość wobec inżynierów i specjalistów z zakładów podlegających centrali. Codziennie rano odbywały się tak zwane telefoniczne operatywki, czyli odprawy produkcyjne ze wszystkimi kierownikami, którzy niemal na baczność stawali przed telefonem, zdawali swoje raporty i przyjmowali dyspozycje dyrektora naczelnego. Pozagospodarczą wizytówką Kombinatu był Zajazd „Jonatan” w Czerninie, który został oddany do użytku w 1975 roku. Spragnieni zabawy i dobrego jedzenia przyjeżdżali tu z całego województwa gdańskiego i elbląskiego. Dyrektor Kombinatu stworzył, jak mawiano wówczas, prawdziwą namiastkę Europy na prowincji. W dobrym tonie było tam bywać, choć nie było tanio. W słynnej, ale znanej tylko nielicznym, salce bankietowej na piętrze bywali miejscowi notable partyjno-gminni i wojewódzcy, szczególnie z okazji majowego lub lipcowego święta. Podobno były też pokoje na zamówienie z damami do towarzystwa, ale o tym jakoś niewielu nawet dziś chce mówić, tym bardziej, że z ich usług korzystali raczej przyjezdni goście wyższego szczebla. W każdym razie w Zajeździe odbywały się jedyne w powiecie sztumskim dancingi. Przez pewien czas tylko tutaj można się było na przykład napić piwa "Żywiec”, którego zdobycie w tym czasie na przykład w Trójmieście graniczyło z cudem. W Sztumie ten eksportowy trunek był niedostępny, bo to czym można było się uraczyć w piwiarni z tak zwanych „uchwytów”, czyli szklanych Leszek Sarnowski 117 kufli mytych w wiadrze lub nawet niekoniecznie. Nawet najwytrawniejsi piwosze dziś by pewnie nie wzięli do ust i nie ośmielili się nazywać tego piwem. W Zajeździe bywała miejscowa elita. Najsłynniejszym daniem był talerz Jonatan, czyli cztery rodzaje mięsa, frytki, przystawki. W latach 70-tych w „Jonatanie” bywał też striptis, co było w tym czasie już najdobitniejszym dowodem „wielkoświatwości”. Trzeba było stoczyć prawdziwą walkę o bilety wstępu. Panienki demonstrujące swe wdzięki przywożono ponoć z Gdańska, ale w związku z tym, że coraz częściej zdarzało się, że któryś z podchmielonych gości zachęcony występem rzucał się na artystkę z wyznaniem miłości na ustach, zaprzestano tego rodzaju atrakcji. CZASY „SOLIDARNOŚCI” „Solidarność” w Kombinacie zaczęto tworzyć już na początku września 1980 roku. Inicjatywa wyszła z Zakładu Przemysłu Rolnego w Czerninie, popularnie zwanego mieszalnią pasz. Dzień po podpisaniu Porozumień Gdańskich spotkało się dwóch pracowników Zakładu Przemysłu Rolnego - Edward Omański, młody prawnik, pracownik działu kadr i Antoni Fila, główny mechanik. To Omański rzucił hasło, żeby jak najszybciej zacząć zbierać podpisy osób chętnych do wstąpienia do nowego związku. Już w nocy dotarli do zakładu i w ciągu kilkunastu minut na listę zapisała się cała nocna zmiana. Pierwszy na liście był Antoni Fila, drugi Ryszard Orłowski, brygadzista. Omański jako kadrowiec nie mógł się zbytnio afiszować i wpisywać na pierwszym miejscu, ale jak czas pokazał, to Antoni Fila szybko stał się liderem związku. W ciągu kilku dni na związkowej liście było już ponad stu pracowników. Wtedy do związku zapisał się też ówczesny dyrektor, bardzo ceniony zresztą przez pracowników, Adolf Jankowski. Przewodniczącym komitetu założycielskiego „Solidarności” w ZPR został Antoni Fila. Kilka dni później Fila z Omańskim udali się do Gdańska, by w ówczesnej siedzibie MKZ w Hotelu Morskim zarejestrować komisją zakładową. Dyrektor Jankowski, bardzo życzliwie ustosunkowany do nowego związku, dał im nawet samochód służbowy, by bez przeszkód mogli dotrzeć do związkowej centrali. W Gdańsku jednak skierowano ich do Elbląga, gdyż zakłady pracy ze Sztumu, ze względu na swoją przynależność terytorialną do województwa elbląskiego, tam właśnie miały się rejestrować. W ciągu kilku tygodni do „Solidarności” zapisała się prawie cała załoga. Na 132 zatrudnionych W mieszalni 123 osoby znalazły się w nowym związku. Prawie 20% członków „Solidarności” należała do PZPR. Kilka dni po zarejestrowaniu pierwszej w Kombinacie komisji zakładowej „Solidarności” Antoni Fila sprowadził do Czernina przedstawicieli MKZ-u z Elbląga, którzy mieli poinformować pracowników o zasadach tworzenia nowego związku. Przyjechał szef MKZ-u Ryszard Kalinowski z doradcą Kazimierzem Seszelem. Dyrektor Jan Grzywacz zgodził się, by zebranie odbyło się w zakładowej świetlicy. Na spotkaniu obecni byli przede wszystkim pracownicy zakładów zlokali-z°wanych w Czerninie, Postolinie i Mleczewie. Spotkanie zaowocowało tym, że w ciągu kilku dni zaczęły powstawać kolejne komisje zakładowe. Dyrektorzy w zasadzie nie Przeszkadzali w tworzeniu związku. 118 Kombinat rolny „Powiśle” w Czerninie w czasach „Solidarności” Najszybciej zorganizowali się pracownicy Przedsiębiorstwa Przemysłowego Tuczu Trzody Chlewnej w Czerninie, czyli fermy. Inicjatorami i organizatorami powstania związku byli tam Marek Zaleski i Bronisław Dumalski. W ciągu kilku dni na 106 zatrudnionych pracowników wszyscy zapisali się do „Solidarności”, łącznie z dyrektorem fermy Robertem Witkowskim. Wcześniej wszyscy należeli do związków branżowych, bo nie było wyboru, pracownik nawet nie wiedział kiedy go zapisywano do związku, najczęściej stawało się to automatycznie w momencie zatrudnienia. Ale do „Solidarności” każdy zapisywał się z własnej woli, bez przymusu, choć pewnie niektórzy wyczuwali koniunkturę i mogli obawiać się, że zostając w starych związkach, pozostaną na marginesie. Jak wspomina Marek Zaleski: - Nikt się nie wyłamał, zawsze byliśmy solidarni i zwarci. Byliśmy młodzi i ambitni, pełni etuzjamzu, a z Gdańska i innych miast dochodziły wtedy dobre wieści, że nie trzeba się bać, że jesteśmy wolni i możemy mieć wpływ na to co się wokół nas dzieje. W ciągu kilku dni organizatorzy „Solidarności” w mieszalni pasz i w fermie - Antoni Fila, Marek Zaleski, Bronisław Dumalski, Ryszard Orłowski postanowili zjednoczyć siły i zacząć budować strukturę związku w całym kombinacie. Trzeba było w związku z tym zmobilizować ludzi w innych zakładach, co nie było łatwe, gdyż były one rozproszone po kilku gminach. Z pomocą przyszedł wtedy dyrektor Kombinatu Jan Grzywacz. Dał im samochód, czarną Wołgę służbową, by mogli dojechać do zakładów. Ryszard Orłowski nawet zrobił szablon z logo nowego związku i wymalował napis „Solidarność” na drzwiach samochodu, by ludzie nie kojarzyli ich z dyrekcją. To niestety spowodowało, że dyrektor po kilku wyjazdach zabrał im samochód służbowy, korzystali więc z własnych. Jeździli po pracy, bo żeby zebrać większość załogi zebrania organizowano na godzinę 18. W niektórych zakładach takie zebrania trwały nawet do północy, a w Watkowicach nawet do drugiej w nocy. Większość zapisywała się do nowego związku. Dyskusje były bardzo gorące, bo przy okazji takich spotkań pracownicy opowiadali o swoich codziennych problemach i sprawach, które należy rozwiązać. Najtrudniej było w Cieszymowie. Pierwsze zebranie się nie udało, bo znaczna część obecnych pracowników była pijana. Kilka dni później zorganizowano więc zebranie w czasie godzin pracy, w południe, ale i tym razem nie było inaczej. Udało się dopiero za trzecim razem. „Solidarność” w końcu powstała, ale jak się okazało później nie działała tam najlepiej. Pijaństwo w wielu zakładach pracy było w tym czasie, niestety, poważnym problemem. Szczególnie w Państwowych Gospodarstwach Rolnych, zlokalizowanych w najbardziej odległych miejscowościach, najczęściej daleko od dyrektorskich gabinetów i pozbawionych bezpośredniego nadzoru. W tym sensie komedie czasów PRL-u pokazujące skacowanych robotników, którzy próbują tak zwanym klinem, czyli porannym piwkiem zmierzyć się z rzeczywistością, oddają pewien klimat epoki, która do najweselszych nie należała. Pijaństwo, różnie motywowane, było nie tylko kolorytem PRL-u, ale jego poważnym problemem. Kiedy w 1956 roku statystyczny Polak wypijał rocznie ponad 3 litry spirytusu, to pod koniec dekady Gierka niemal trzykrotnie więcej, około 9 litrów. Z mitem, bardziej lub mniej zasadnym, pijanego robotnika mierzyła się też „Solidarność”. Zakaz spożywania alkoholu w trakcie strajków sierpniowych był jedną z pierwszych decyzji komitetu strajkowego- Szefem Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ „Solidarność” Pracowników Kombinatu Rolnego „Powiśle” w Czerninie został Antoni Fila, z którym aktywnie Leszek Sarnowski 119 współpracował Bronisław Dumalski i Marek Zaleski. Dołączył do nich Benedykt Nowak, który wówczas pracował przy zakładowej radiostacji, nadawał i odbierał codzienne komunikaty, miał zatem dostęp do wszystkich zakładów kombinatu. Z tygodnia na tydzień szer-gi nowego związku powiększały się, kosztem dotychczasowych związków. Jak wspomina Antoni Fila: - Byliśmy bardzo aktywni, bo zależało nam na zmianach. Mieliśmy już dość tego bałaganu, martotrawstwa, korupcji i kolesiostwa, a poza tym chcieliśmy być lepsi od starych związków, którym przewodził wtedy Kazimierz Górecki. I to rzeczywiście udało zrobić się w krótkim czasie, bo już na początku 1981 roku na 2600 pracowników Kombinatu, ponad dwa tysiące należało do „Solidarności”. Najwcześniej spośród zakładów Kombinatu, bo już 19 grudnia 1980 roku, powstała komisja zakładowa „Solidarności” na fermie. Przewodniczącym związku został Marek Zaleski, a jego zastępcą Bronisław Dumalski. Skarbnikiem związku został Czesław Kuśmiesz, a sekretarzem Zygmunt Charabin. W skład komisji wchodzili również - Waldemar Nowosielski, Mieczysław Gossa i Eugeniusz Dąbrowski. Dwa dni wcześniej - 17 grudnia odbyło się zebranie wyborcze w komisji zakładowej w mieszalni pasz. Przewodniczącym zebrania był Edward Omański. Poza wyborem komisji zakładowej debatowano nad problemami kombinatu. Antoni Fila po raz pierwszy sformułował postulat usamodzielnienia się Zakładu Przemysłu Rolnego i oderwania się od kombinatu, bo dzięki temu zakład będzie mógł zwiększyć produkcję i wypracować większy zysk, a poza tym pracownicy dysponować będą większymi środkami na cele socjalne. Poparł go również Tadeusz Lipert. Lech (?) Słodki mówił o trudnych warunkach socjalnych w jakich pracują, o brudnej i wilgotnej szatni i stołówce, które nie są dostosowane do swoich funkcji, konieczności wprowadzenia posiłków regeneracyjnych i ciepłych napojach, a także o przydziaale mieszkań dla pracowników z najdłuższym stażem. Złożył też wniosek o wygospodarowanie miejsca na pralnię brudnej odzieży ochronnej i suszarnię. Stanisław Laube apelował o budowę obiektu socjalnego z pomieszczeniem na odzież czystą, brudną i łaźnię dla pracowników. Antoni Fila zaproponował, by wystąpić do dyrekcji Kombinatu z wnioskiem o budowę takiego obiektu, z podaniem terminu jej realizacji. Inny uczestnik zebrania, Pietrzyk, mówił o wolnych sobotach, które miały obowiązywać w 1981 roku, jako jednej z ważnych zdobyczy Porozumień Sierpniowych, by zostały one wykorzystywane przez Wszystkich pracowników produkcji i by nie dać sobie ich zabrać przez różne manipulacyjne działania dyrekcji. Najważniejszym punktem programu były jednak wybory nowej komisji zakładowej. Do jej składu zgłoszono następujące osoby - Antoni Fila, Edward Omański (odmówił), Stefan Jęczyk, Kazimierz Barański, Tadeusz Lippert, Ryszard Czechowski, E. Górecka, Zdzisław Stefański, Leśniewski, Jan Grzechulski, Adam Wasiński, Pietrzyk, Andrzej Płóciennik. W głosowaniu tajnym najwięcej głosów zdobyli - Tadeusz Lippert (51 głosów), Kazimierz Barański (50 głosów), Antoni Fila (49 głosów), Zdzisław Stefański ( 4 głosy), Ryszard Czechowski (4 głosy). Jednak ze względu na niską frekwencję głosowanie nie zostało zakończone i przełożono je na następne spotkanie. Do czasu powołania władz komisją kierował Antoni Fila, który w kombinacie należał wówczas do najaktywniejszych związkowców. Jak Wspomina Edward Omański - Antek był z nas najlepszy, bo był odważny, nadawał się do pysko- 120 Kombinat rolny „Powiśle” w Czerninie w czasach „Solidarności” wania i wiecowania, nie bał się zabierać głosu na spotkaniach z dyrekcją, co wtedy jeszcze wiele osób onieśmielało. Choć zawsze mówiłem mu, że musimy wałczyć z systemem, a nie z łudźmi, ale do tamtej walki nadawał się najbardziej. Antoni Fila wspominając czas walki dodaje - Jak mam ceł, to muszę go osiągnąć. Problemy z frekwencją w następnych tygodniach sprawiły, że do oficjalnego ukonstytuowania się komisji zakładowej w mieszalni pasz doszło dopiero 9 lutego 1981 roku. Antoni Fila, który był naturalnym kandydatem na funkcję przewodniczącego komisji zakładowej, zrezygnował z kandydowania, gdyż jak stwierdzono, jako główny mechanik podlegający bezpośrednio dyrektorowi, nie może być szefem związku zawodowego, bo zabraniał tego statut. Przewodniczącym komisji zakładowej został więc wybrany Tadeusz Lippert. Jego zastępcą został Leszek Staliński, sekretarzem - Zdzisław Stefański, skarbnikiem - Ryszard Czechowski, a członkami - Kazimierz Barański i Alicja Grzechulska. W tym czasie doszło do ukonstytuowania się Komisji Zakładowej „Solidarności” na szczeblu kombinatu, która miała pełnić funkcję koordynującą między poszczególnymi komisjami zakładowymi. Przewodniczącym, na związkowym etacie, został Benedykt Nowak, zastępcami - Marek Zaleski i Antoni Fila. Stosunek ówczesnej dyrekcji kombinatu do powstającego związku można by określić jako „życzliwą powściągliwość”, choć jak wspomina Marek Zaleski: - Oficjalnie klepali po plecach, ale po cichu jątrzyli przeciwko nam. Antoni Fila dodaje, że Traktowali nas jak zło konieczne. Grzywacz nie traktował nas jak partnerów, na początku byłszok, bo nie wiedział co z tego wyrośnie, ale potem próbował manipulować. „Solidarność” próbowała rozwiązywać wiele problemów nie tylko stricte związkowych, ale także tych dotyczących niegospodarności czy nawet korupcji w zakładzie. Zwracano na przykład uwagę dyrektorowi, że za dużo mięsa i wędlin znika nielegalnie z zakładu. Dyrektor tłumaczył, że znaczna część przeznaczana jest na prezenty dla ważnych decydentów w ministertstwie czy zjednoczeniu, dzięki czemu kombinatowi łatwiej jest zyskać ich przychylność przy załatwianiu na przykład części zamiennych czy środków ochrony roślin. Za zgodą związku ustalono, że na tego rodzaju „cele reprezentacyjne”, dyrektor będzie miał w swej dyspozycji tonę mięsa i wędlin rocznie, które bez faktur będzie można wywozić z zakładu. Kiedy jednak dyżurująca w rzeźni pracownica była zbyt dociekliwa i chciała kontrolować, ile i kto wywozi towaru, została zwolniona przez kierownika, przy akceptacji dyrektora naczelnego. Były też problemy z premią za eksport byków, a szczególnie z podziałem tej premii między pracowników. Okazało się, że najwięcej dostali funkcyjni z centrali kombinatu, a nie pracownicy bezpośredno zaangażowani przy produkcji zwierzęcej. Protesty i tym razem pozostały bez echa. Podobnie było z kilometrówką jednego z wicedyrektorów kombinatu, który miesięcznie przejeżdżał po kilkadziesiąt tysięcy kilometrów. Może trochę ograniczył prywatne jazdy, ale tylko na krótko. Przez cały okres działania „Solidarności” Kombinat był polem walki z jednej strony o prawa pracownicze, ze względu na znaczną liczbę zatrudnionych tam ludzi, a z drugiej o przyszłość tej scentralizowanej formy zarządzania rolnictwem. Na konferencji sprawozdawczo--wyborczej sztumskiej PZPR w dniu 19 maja 1981 roku Tadeusz Makulski z Kombinatu Rolnego „Powiśle” w Czerninie zaatakował centralne władze partyjno-państwowe, mówiąc, Leszek Sarnowski 121 że: - Pracownicy kombinatu domagają się rozliczenia towarzyszy, którzy doprowadzili kraj do kryzysu, ukarania Gierka i Jaroszewicza i pozbawienia ich wysokich odznaczeń. Benedykt Nowak, gość konferencji z „Solidarności” kombinatu mówił o złej sytuacji w rolnictwie. Jego zdaniem, za taki stan rzeczy odpowiedzialna była zła struktura kombinatu rolnego, który w jego przekonaniu, powstał niezgodnie z prawem, jako administracyjna i mało wydajna struktura, ograniczająca samodzielność PGR-ów. Na lipcowej egzekutywie PZPR rozgorzał spór dotyczący działalności gospodarczej Kombinatu. Spór wywołany został decyzją władz Kombinatu o ograniczeniu produkcji zwierzęcej, gdyż była ona zbyt kosztowna i daje mało zysku. Wywołało to ostrą reakcję naczelnika gminy Bolesława Grabowskiego, który skrytykował takie działania, gdzie liczą się jedynie zyski, a nie potrzeby ludzi. Ówczesne ustawodawstwo dawało zakładom wiele samodzielności, jeśli chodziło o decyzje gospodarcze, ale jak widać przyzwyczajenia lokalnych władz do odgórnego decydowania, nawet o rodzaju i zakresie produkcji, były bardzo duże, choć w kwestii zaopatrzenia wynikały pewnie z realnej troski i strachu. We wrześniu 1981 roku przez kilka dni trwało pogotowie strajkowe polegające na oflagowaniu Zakładu Przemysłu Rolnego. Spór dotyczył tego, czy zakład ten miał być samodzielny, jak chcieli tego pracownicy, czy ma być częścią kombinatu. Nowe zasady gospodarcze, funkcjonujące od lipca 1981 roku, dawały możliwość usamodzielniania się zakładów rolnych. Przez kilka miesięcy w Czerninie i zakładach w innych gminach toczyły się dyskusje na ten temat. W efekcie zarejestrowano samodzielne zakłady rolne w Koniecwałdzie, Pietrzwałdzie, Postolinie oraz Zakład Przemysłowego Tuczu Trzody Chlewnej w Czerninie. Dyrektor mieszalni pasz Adolf Jankowski, przedstawiciele związków zawodowych oraz Rada Pracownicza również chcieli utworzyć samodzielny zakład, ale ze względu na sporo kontrowersji wojewoda elbląski zwlekał z pozytywną decyzją. Wiele zakładów zrzeszonych w kombinacie była bowiem przeciwna samodzielności mieszalni pasz, gdyż obawiali się, że tym samym stracą bazę paszową dla swojej produkcji hodowlanej, a już na pewno będzie ona droższa, bo to mieszalnia będzie dyktować ceny. 16 września w sali konferencyjnej kombinatu w Czerninie odbyło się spotkanie, w którym oprócz wojewody elbląskiego Zdzisława Olszewskiego, wicewojewody Zenona Kopczyńskiego i sekretarza KW PZPZ Tadeusza Ośko, wzięli udział dyrektorzy z zakładów rolnych z kombinatu, dyrektor naczelny, a także przedstawiciele związków zawodowych. Wojewoda przyjechał, by usłyszeć odpowiedź na pytanie - Czy rejestrować mieszalnię pasz jako samodzielny zakład? Obecny na spotkaniu przewodniczący Zarządu Regionu „Solidarność” w Elblągu Tadeusz Chmielewski apelował o porozumienie, gdyż - W kraju jest katastrofalna sytuacja na rynku żywnościowym. Apel na nic się nie zdał, bo pracownicy byli bardzo wzburzeni, sugerując nawet, że powinni rozmawiać sami, bez gości i dyrektorów. Atmosfera była tak gorąca, że sekretarz KW z Elbląga krzyczał, by choć członkowie partii byli cicho, bo nigdy nie dojdą do porozumienia. Zwolennicy samodzielności mieszalni tłumaczyli, że samodzielnie mogli by zwiększyć produkcję nawet o 100 Przeciwnicy krzyczeli na wojewodę, że jeśli usamodzielni mieszalnię to - wystawi inne zakłady Kombinatu do wiatru, bo zakład otrzymawszy samodzielność obedrze wszystkich ze skóry poprzez wyznaczanie wysokich cen za swój produkt. Wojewoda tłumaczył, że nie trzeba obawiać się 122 Kombinat rolny „Powiśle” w Czerninie w czasach „Solidarności” monopolistycznych praktyk mieszalni, bo ceny będzie ustalała Państwowa Komisja Cen. Nie uspokoiło to zebranych, tym bardziej, że dyrektor Grzywacz autorytatywnie oświadczył, - że w ramach Kombinatu, na wzór jugosłowiański będą stosowane ceny wewnętrzne, czyli takie jakie ustali producent. W sytuacji, kiedy wojewoda i dyrektor kombinatu podawali sprzeczne informacje, nie można się dziwić, że pracownikom trudno było się zorientować jaka jest prawda. To także pokazywało pozycję dyrektora, który nie obawiał się prezentować innego niż wojewoda zdania. Spotkanie zakończyło się bez efektu. Wojewoda obiecał, że podejmie decyzję po konsultacji w ministerstwie rolnictwa. Elbląski Zarząd Regionu „Solidarność” wpłynął na pracowników Kombinatu, by do czasu wyjaśnienia sprawy odwołać pogotowie strajkowe. Partyjna prasa uważnie śledziła losy Kombinatu, a przede wszystkim zabiegi pracowników wokół dyrektorskiego stanowiska. Partyjne Wiadomości Elbląskie nawet w tytule jednego z artykułów „Polowanie na dyrektora” sugerowały jednoznacznie, o co chodziło pracownikom. W roli łowczych, zdaniem gazety, występował dość egzotyczny, choć rzeczywisty wówczas duet, czyli szef „Solidarności” Benedykt Nowak i szef PZPR w Kombinacie Tadeusz Makulski. Gazeta wymieniała pozytywne opinie o dyrektorze, padające także ze strony „Solidarności”, że rzutki, energiczny, gospodarny, o czym świadczą dobre wyniki w hodowli i produkcji roślinnej, budowa bloków mieszkalnych, tworzenie załogom przyzwoitych warunków socjalnych, dodając jednocześnie, że - owe zalety dyrektora Grzywacza wobec widma taczek, którymi zamierza się wywieźć go poza bramę kombinatu, wydają się dla zbyt gorliwych i radykalnych działaczy miejscowej „Solidarności" niewiele warte. Zdaniem dziennikarza więcej mówiło się o błędach dyrektora, że apodyktyczny, arbitralny, przesadnie wymagający, nie liczący się z opinią załogi, woluntarysta, zamordysta, kacyk... i Bóg wie co jeszcze. Nie wykazywał też sprawiedliwości w przydziale mieszkań, wybudowanych w Czerninie ze środków kombinatu... kto nie potrafi zgiąć karku przed dyrektorskim majestatem, kto odważy się bronić swego zdania, kto wreszcie odważnie ujawnia nieprawidłowości, ten wcześniej czy później musiał odejść z kombinatu, bo szef „Powiśla" tak misternie potrafił utkać pajęczą sieć intryg, korzystając z poparcia wojewódzkich prominentów i wysokich urzędników zjednoczenia, że nieposłuszny delikwent musiał zwijaćpegeerowskie żagle i poddać się bezwiednie kołysaniu fal tułaczego losu. Tak - wyliczał dziennikarz - odeszli wicedyrektor ds. ekonomicznych kombinatu Józef Opack czy dyrektor w Zielonkach, mimo że wypracowywał jako jeden z nielicznych zysk, ale sprzeciwiał się dyrektorowi Grzywaczowi. Pracownicy przypominali sprawę dyrektora Bogusława Mosa-kowskiego z Bruku. Za jego odwołaniem pracownicy strajkowali już 8 listopada 1979 roku, kiedy takie słowa jak „strajk”, czy choćby niewinnie brzmiące „przerwy w pracy”, nie funkcjonowały jeszcze języku publicznym. W gazetach z tego okresu nie ma żadnej wzmianki na ten temat. Nie mniej dyrektor został zawieszony, ale mimo późniejszych strajków, już po Sierpniu 1980 roku, nie został pozbawiony stanowiska i bez świadczenia pracy pobierał pensję. Zdaniem Tadeusza Liperta z „Solidarności” w ZPR i Antoniego Fili, przewodniczącego ówczesnej Rady Pracowniczej w ZPR i wiceszefa „Solidarności” Kombinatu, negatywne stanowisko znacznej części zakładów wynikało z manipiulacji dyrektora Kombinatu Jana Grzywacza, który straszył inne zakłady, że samodzielność doprowadzi ich do bankructwa Leszek Sarnowski 123 i utraty pracy. Zdaniem związkowców dyrektor Grzywacz był główną przeszkodą w rozwoju ich zakładów. Poza tym, zarzucano mu: Dokonywanie przydziału mieszkań bez liczenia się ze stanowiskiem komisji mieszkaniowej, wyłączne dysponowanie funduszem socjalnym - w tym finansowanie bankietów z tego funduszu, wysłanie bratanka na kolonie do Bułgarii, nadużywanie zwolnień lekarskich itp. Przede wszystkim jednak - ten motyw stale powraca w rozmowie - autokratyczny, nie znoszący sprzeciwu sposób kierowania Kombinatem. Dyrektorowi zarzucano nietrafne zakupy w postaci na przykład specjalistycznych urządzeń w mieszalni pasz i deszczowni, która była bardzo droga, a nie była wykorzystywana. Oprócz tego w niewielkim tylko stopniu wykorzystywana była moc produkcyjna ZPR, który produkował pasze jedynie na potrzeby kombinatu i fermy, a mógłby wypracowywać dodatkowe zyski sprzedając swoją produkcję na zewnątrz. Ówczesną zdolność produkcyjną mieszalni szacowano na 200 ton dziennie, a produkowano mniej niż połowę. Jak wspominają związkowcy, ówczesny dyrektor zakładu Adolf Jankowski przez kilka lat apelował do dyrektora Kombinatu, by pozwolono im sprzedawać paszę choćby rolnikom indywidualnym, co dało by dodatkowe zyski, ale i ten postulat pozostał jedynie na papierze. Jak można się domyślać nie pasował do ideologii - rolnik musi sobie poradzić sam, a jak sobie nie radzi może swoje gospodarstwo sprzedać państwu, czyli w tym przypadku Kombinatowi. Dyrektor mieszalni zapewniał, że samodzielnie udało by mu się wypracować 25-30 milionów złotych zysku. Wcześniej przy dotacji państwowej w wysokości 46 min, zakład wypracowywał 42 min zysku, czyli tak naprawdę 4 min straty. Spłacić musiał poza tym prawie 37 min kredytów bankowych. Do debaty na temat przyszłości Kombinatu i jego dyrektora włączył się również Ryszard Zima, na co dzień brygadzista połowy z należącego do Kombinatu Zakładu Rolnego w Dworku, jedyny wówczas z ziemi sztumskiej członek KC PZPR. W płomiennym przemówieniu na III Plenum KC we wrześniu 1981 roku opublikowanym w Dzienniku Bałtyckim skrytykował przede wszystkim „Solidarność” za działania destrukcyjne nie tylko wobec Kombinatu: - Do sierpnia ubiegłego roku (czyli do podpisania porozumień w Gdańsku w 1980 roku - LS) wszystkie sprawy rozwiązywane były dość pomyśłnie, znajdowaliśmy wspólny język. Od sierpnia w przedsiębiorstwo jakby piorun strzelił. Twierdzi się, że trzeba go rozwalić, że taki kolos (20 tys. hektarów) nie ma racji bytu, że jest nadmiar administracji i nadmiar dyrektyw, że trzeba dojść do tego, aby PGR-y były nie większe niż 500 hektarów. Myśleli-śmy że ze współpartnerskim związkiem zawodowym „Solidarność" znajdziemy wspólny język, że nastąpi porozumienie między członkami „Solidarności” i Branżowego Związku Pracowników Rolnictwa. Otrzymaliśmy kontrę. Ci sami ludzie, którzy kiedyś pracowali razem z nami wstępując do nowego związku zamienili płaszcz i zaczęli od ostrej krytyki. Przyjmowaliśmy każde baty z ich strony ale dłużej nie można tych batów przyjmować. Co sądzić o tym, że czterech ludzi podejmuje decyzję o zwolnieniu dyrektora kombinatu w terminie 7 dni, zarzucając mu te, czy inne niedociągnięcia... moim obowiązkiem jako członka parti i pracownika jest go bronić... Aktyw w państwowym sektorze rolnym został całkowicie rozbity, KSR-y (Konferencja Samorządu Robotniczego - LS) zostały zlikwidowane, a rady robotnicze powoływane są wyłącznie pod naciskiem „Solidarności". W naszej radzie pracowniczej nie ma nikogo ze związków branżowych... Członkowie partii w zakładach pytają towarzysza I sekretarza, kiedy wreszcie zostania przecięta ta plaga działalności przeciwko partii. Sklepy, stacje kolejowe, okna powylepiane są 124 Kombinat rolny „Powiśle” w Czerninie w czasach „Solidarności” plakatami uderzającymi wprost w członków partii. Nie można też pozwolić na szykanowanie dobrych działaczy partii. Tym sprawom trzeba położyć kres. Wymowa wystąpienia, jak się zdaje, była jednoznacza - Kombinat i jego dyrektora trzeba było bronić, bo realizuje linię polityczną Partii, a z „Solidarnością” trzeba zrobić porządek. Choć akurat w kombinacie także wielu partyjnych działaczy, a nawet dyrektorów z partyjnej rekomednacji, niezależnie od tego czy z pobudek koniunkturalnych czy innych, popierało postulaty „Solidarności”. Wśród członków zakładowej „Solidarności” około 20 % stanowili członkowie PZPR. W tym kontekście zarzut o dyskryminacji członków Partii był bezpodstawny, bo np. najbardziej aktywni członkowie „Solidarno-ści|” w Kombinacie tacy, jak Antoni Fila i Benedykt Nowak, byli jednocześnie członkami PZPR. Właściwie to partia powinna raczej się cieszyć i to wykorzystywać, że w gronie aktywnych „solidarnościowców” (w kręgach partyjnych częściej mawiano - „solidaru-chów”), było tak wielu członków partii. Chyba, że chodziło o bardziej zaufanych i wiernych, a tych którzy uwierzyli w „Solidarność” od początku traktowano jako zdrajców i odszczepieńców. Wystąpienie Ryszarda Zimy pokazywało, że ludzie Partii mają dość niekontrolowanej krytyki i upokorzeń i domagają się od swoich władz zrobienia porządku z „Solidarnością”. Jak wiadomo ze znanych dziś dokumentów, dla władz, które od dłuższego już czasu planowały wprowadzenie stanu wojennego, taki prawdziwy głos wzburzonego „ludu pracującego” był bezcenny. Przykładem prawdziwych intencji PZPR była sprawa samorządu robotniczego. Zgodnie z ustawą obowiązującą od paździenrika 1981 roku organem samorządowym na szczeblu przedsiębiorstwa miała być wybierana na ogólnym zebraniu załogi - Rada Pracownicza. W czernińskim kombinacie już 23 paździenika dyrekcja wystąpiła do poszczególnych zakładów, by oddelegowały po jednym pracowniku do samorządu tworzonego na szczeblu Kombinatu. Było to działanie niezgodne z prawem, gdyż naruszało obowiązujące procedury demokratyczne, czyli wymóg zebrania załogi i przeprowadzenie wyborów. Ale, jak domyślało się wówczas wielu pracowników, prawdopodobnie chodziło o to, że może udałoby się w skład rady pracowniczej przemycić jakąś grupę członków partii, wskazanych na przykład przez zaufanego dyrektora. Na takie działania i zamiary zareagowała Rada Pracownicza Zakładu Przemysłu Rolnego, sugerując, że - próba utworzenia mianowanej, ąuasi - Rady Pracowniczej, nie mieści się w ramach obowiązujących przepisów i urąga wysiłkom rządu oraz mas pracujących podejmowanym w celu wprowadzenia zasad samorządności i reformy gospodarczej. Dlatego Antoni Fila, przewodniczący Rady Pracowniczej ZPR, zapowiedział, że mieszalnia pasz nie wyznaczy nikogo do prac w takim samorządzie, a jeśli on w jakikolwiek sposób powstanie nie będzie respektować żadnych uchwał i postanowień tak powołanego organu ze względu na jego niekompetencje. Zaproponował, by we wszystkich zakładach wchodzących w skład kombinatu wybrać delegatów na zebranie ogólne, na którym w następnej kolejności dokona się wyboru Rady Pracowniczej kombinatu. Sugestie te pozostały jednak bez odpowiedzi, tym bardziej, że atmosfera w kombinacie stawała się bardzo gorąca, daleka od porozumienia, a bliższa konfrontacji. Leszek Sarnowski 125 STRAJK Wobec silnych protestów innych zakładów z kombinatu wojewoda elbląski Zdzisław Olszewski odłożył decyzję o rejestracji ZPR i Zakładu Remontowo-Budowlanego w Mleczewie jako samodzielnych zakładów. Nie rozwiązało to sporu, lecz go zaostrzyło. Dyrektor Kombinatu na początku dawał nadzieję na jakąś formę samodzielności, ale później wypowiadał się jednoznacznie, że Kombinatu nie powinno się dzielić i mieszalnia powinna być jego częścią. W takiej sytuacji Tadeusz Lipert, szef zakładowej „Solidarności”, zwołał w południe 6 listopada zebranie załogi, które odbyło się w jednym z warsztatów w mieszalni. Na jego pytanie, czy jest szansa na porozumienie z dyrektorem Kombinatu, zdecydowana większość pracowników uznała, że przy tym dyrektorze na kompromis nie ma szansy. Antoni Fila, oceniając po latach dyrektora Grzywacza wspomina: - To był udzielny książę, wszystko załatwiał z Warszawą, El-bląg się nie liczył. Był politykiem, ale rządził twardą ręką. Dużo przez układy zrobił dla kombinatu -ferma, zakłady przemysłowe, transport, sad, ale duńska wytwórnia pasz dla bydła była porażką. Tadeusz Lipert przypomina sobie, że dyrekcja straszyła ich wtedy, że jak będą chcieli być smo-dzielni, to nie będzie mieszkań zakładowych dla ich pracowników. Mimo takiego szantażu, niemal jednogłośnie, w głosowaniu jawnym podjęto decyzję o strajku okupacyjnym zakładu. Edward Omański wspomina: - Byłem przeciwny strajkowi, bo w tym czasie sytuacja w kraju nie była najlepsza, obawiałem się, że ludzie nas nie zrozumieją i będą nam zarzucać wichrzy-cielstwo, kiedy jednak załoga podjęła demokratyczną decyzję, zostałem solidarnie w zakładzie. Szefem komitetu strajkowego został Antoni Fila, zastępcą Ryszard Orłowski. Edward Omański dobrze wspomina ówczesną postawę dyrektora mieszalni Adolfa Jankowskiego: - To był w porządku gość, mimo że był członkiem egzekutywy wojewódzkiej PZPR. Jak tworzyliśmy Komitet Strajkowy chciał się nawet do niego zapisać, ale uprosiliśmy żeby tego nie robił, bo może to mu zaszkodzić szczególnie w partii, która go rekomendowała na to stanowisko, co było zresztą wtedy powszechnym zwyczajem. Dyrektor do komitetu strajkowego się nie zapisał, ale strajkującym towarzyszył do końca. Strajk rozpoczął się w południe 6 listopada i trwał do niedzieli 8 listopada. Był to jedyny w tym czasie strajk okupacyjny na terenie byłego powiatu sztumskiego. W międzyczasie trwały rozmowy komitetu strajkowego z wicewojewodą elbląskim. Protest mieszalni popierała także „Solidarność” z Zakładu Produkcji Zwierzęcej, czyli fermy, której kilka miesięcy wcześniej udało się wywalczyć samodzielność. W strajku uczestniczył szef „Solidarności” z fermy Marek Zaleski. Strajkujący pracownicy byli bardzo zdyscyplinowani, mimo że nie byli przyzwyczajeni spać na swoich biurkach czy warsztatach pracy. Zorganizowano straż strajkową, która wyposażona była w drewniane drągi, wytoczone specjalnie na zakładowych tokarkach. Obawiano się prowokacji, zaatakowania wicewojewody, a nawet podpalenia zakładu. Strajkujący przez całą dobę pełnili na zmianę dyżury i pilnowali, by nikt obcy nie dostał się do środka. Było jednak spokojnie. Pracownicy pojedyńczo mogli na godzinę opuścić zakład, by skontaktować się z rodziną, ale niewielu z tego korzystało. Z jedzeniem nie było problemu, bo strajkujący dostali wędliny z rzeźni zakładowej, niektórzy przynosili jedzenie z domu, a sekretarz PZPR w Kombinacie Tadeusz Makulski dostarczył im nawet kilka skrzynek jabłek z zakładowego 126 Kombinat rolny „Powiśle” w Czerninie w czasach „Solidarności” sadu. W niedzielne południe zorganizowano nawet Mszę Świętą w biurowcu Kombinatu, którą odprawił ks. Lech Wasilewski, ówczesny wikariusz z kościoła Św. Anny w Sztumie. Najważniejszym postulatem była samodzielność zakładu. Oprócz tego pracownicy domagali się sprawiedliwego podziału mieszkań zakładowych, a także by w ich zakładzie po usamodzielnieniu się obowiązywały ceny państwowe, a nie wewnętrzne. Dodatkowym postulatem, który, jak wspominają dziś pracownicy mieszalni podsunął sekretarz zakładowej PZPR Tadeusz Makulski, było pozbawienie stanowiska dyrektora kombinatu Jana Grzywacza. Tadeusz Makulski, przewodniczący Komitetu Zakładowego PZPR przy kombinacie tak przedstawiał przebieg zdarzeń, które przyczyniły się do ogłoszenia strajku na łamach „Solidarności Sztumskiej” nr 44 z 2 grudnia 1981 roku: - Do lipca, niemal wszystkie załogi podjęły uchwały o konieczności usamodzielnienia się. Wtedy ze zdecydowaną kontrakcją wystąpił dyr. Grzywacz wraz z grupą specjalistów z Zarządu Kombinatu. Nocne narady, zebrania części załóg, podwyżki dla dyrektorów, w tym mianowanie dyrektorami ludzi przychylnych dyr. Grzywaczowi zrobiło swoje... Ze względu na to, że w pozostałych zakładach doszło do różnicy zdań między dyrekcjami a Solidarnością (do Wojewody jechały na raz dwie delegacje -jedna z wnioskiem o rejestrację, druga temu przeciwna). Wojewoda zainicjował spotkanie przedstawicieli poszczególnych załóg. 18 sierpnia Komisja Koordynacyjna Solidarności wystąpiła do Wojewody z wnioskiem o odwołanie dyr. Grzywacza. Wniosek ten pozostał jednak bez odpowiedzi. To jeszcze bardziej zaktywizowało stronnictwo Grzywacza. Wypłynęła dodatkowo sprawa tzw. cen wewnętrznych, zaczęło się obiecywanie mieszkań, sprzętu itp. Jednym z elementów tej kampanii było torpedowanie wysiłków załogi ZPR zmierzającej do usamodzielnienia się. Tłumaczono załogom tzw. zakładów zielonych (produkcja roślinna), że usamodzielnienie się ZPR oznacza zubożenie pozostałych zakładów przy jednoczesnym braku gwarancji, że zakłady te będą mogły na dotychczasowych warunkach zaopatrywać się w paszę. Wszystko to złożyło się na protest załogi „mieszalni”, który przybrał formę strajku okupacyjnego. 8 listopada 1981 roku, po dwóch dniach strajku okupacyjnego, doszło do podpisania porozumienia między komitetem strajkowym Zakładu Przemysłu Rolnego w Czerninie, który reprezentował Antoni Fila, a wicewojewodą elbląskim Zenonen Kopczyńskim. Ustalono, że do dnia 31 listopada mają zostać zorganizowane zebrania pracowników Kombinatu, na których mają się oni wypowiedzieć na temat samodzielności ZPR, a także innych zakładów jako odrębnych od kombinatu jednostek gospodarczych. Zatwierdzono podział mieszkań przygotowany przez komisję mieszkaniową w czerwcu 1981 roku i zobowiązano dyrektora do dokonania podziału pozostałych mieszkań do dnia 14 listopada, w porozumieniu ze związkami zawodowymi. Obie strony wyraziły zgodę, że w rozliczeniach między zakładami rolnymi Kombinatu obowiązywać będą państwowe ceny zboża, a nie jak sugerowano ceny wewnętrzne ustalane przez zakłady, które będą sprzedawać ZPR swoje zboże. Dziś może się to wydawać absurdalne, bo to oznaczało, że nie rynek dyktował ceny, a państwo, ale wówczas ZPR jako samodzielny podmiot obawiał się, że niejako w zemście za samodzielność zakłady rolne będą im dyktować specjalnie wysokie ceny komercyjne. Z dniem 9 listopada 1981 r. Wojewoda Elbląski odwołał Jana Grzywacza ze stanowiska Dyrektora Naczelnego Kombinatu Rolnego „Powiśle” w Czerninie. Jeszcze przed podpisa- Leszek Sarnowski 127 niem porozumienia dyrektor ZPR Adolf Jankowski zasugerował wicewojewodzie, by nowym dyrektorem został Jerzy Józefiak, wówczas wicedyrektor Zjednoczenia Państwowych Przedsiębiorstw Gospodarki Rolnej w Elblągu. Tak się też stało, choć jak wspominają pracownicy, objęcie obowiązków przez nowego dyrektora nie było łatwe, bo dyrektor Grzywacz przez dwa tygodnie nie wpuszczczał do gabinetu swego następcy. Po podpisaniu porozumienia związkowcy zgodzili się zawiesić strajk okupacyjny, który miał zostać całkowicie odwołany po realizacji zawartych ustaleń. W myśl podpisanego porozumienia dyrekcja zorganizowała referendum. Zakłady wypowiadały się w dwóch kwestiach - czy chcą być samodzielne i czy samodzielna powinna być też mieszalnia pasz. W większości zakładów opowiadano się za samodzielnością. Fila, Omań-ski, Zaleski jeździeli w imieniu „Solidarności” i komitetu strajkowego i agitowali na rzecz samodzielności mieszalni i innych zakładów. Na jednym z zebrań Fila wypowiedział się, że to niesprawiedliwe, że samodzielność mieszalni jest kwestionowana (pod wpływem kadry „Pentagonu” czyli dyrekcji kombinatu), a nikt nie ma nic przeciwko temu, by samodzielny był zakład sadowniczy, w którym pracuje 17 osób i dwa psy. Pracownicy sadu nie mogli mu tego wybaczyć, choć chodziło raczej o pokazanie zjawiska, jak mocno trzyma się stara struktura władzy, w myśl słynnej wówczas maksymy, że „socjalizmu bronić będziemy jak niepodległości". Były dwie tury zebrań, pierwsze konsultacyjne, a na drugim głosowano za lub przeciw samodzielności. Dyrektora Grzywacza już nie było i, jak sugerują dawni związkowcy, dyrektorzy zakładów przestali się bać, bo większość młodej kadry kierowniczej była za samodzielnością. Poczuli wiatr w żagle, że będą samodzielni i będą sami wypracowywać zyski. Droga do realizacji porozumienia nie była jednak łatwa. Na jednym z zebrań 11 listopada dyrektorzy kilku zakładów, kierownicy oraz działacze partyjni zakwestionowali nawet podpisane ze strajkującymi porozumienie i domagali się przywrócenia dyrektora Grzywacza, a nawet zaproponowali zorganizowanie strajku w jego obronie. Nie doszło jednak do tego, jednak zdecydowaną większością głosów obecnych na spotkaniu wyrażono poparcie dla dyrektora i konieczność odwołania się od decyzji wojewody elbląskiego. Zdaniem strajkujących związkowców taka postawa części pracowników była reakcją obronną ludzi zagrożonych utratą posady. Z drugiej strony, uznawali to za efekt długoletniej polityki kadrowej dyrektora Grzywacza, polegającej na obsadzeniu kierowniczych stanowisk ludźmi sobie powolnymi. Podobnego zdania był przewodniczący PZPR w Kombinacie Tadeusz Makulski. Okazało się, że szef organizacji partyjnej działał wspólnie z działaczami „Solidarności”, nawet wbrew członkom partii - Myśmy z działaczami „Solidarności" od początku znajdowali wspólny język. Im łatwiej było podejmować różne akcje. Zresztą, część KZ (PZPR- przyp. autora) też jest manipulowana.... Część ludzi nie rozumie, co się dzieje, część nie chce zrozumieć! Dyrektor Grzywacz na początku grudnia zapewniał na łamach „Sztumskiej Solidarności”, że nie ma sobie nic do zarzucenia, gdyż w jego przekonaniu Kombinat był najlepszą formą zarządzania w rolnictwie państwowym, a jego odwołanie to efekt działania sekretarza zakładowej PZPR Tadeusza Makulskiego i „Solidarności”, którą od początku wspierał: - Od kwietnia nasilono propagandę przeciwko kadrze kierowniczej, która rzekomo hamowała chęć zmian organizacyjnych. W swych dążeniach, osoby te nie uwzględniały wypracowanych powią- 128 Kombinat rolny „Powiśle” w Czerninie w czasach „Solidarności” zań kooperacyjnych i dotychczasowych dobrych wyników produkcyjnych i socjalnych wyróżniających Kombinat w skali województwa i kraju. Gdy zabrakło argumentów, sięgnięto do kłamliwych oszczerstw w tym głównie o mojej osobie. Sytuacja jako została wytworzona wokół mojej osoby jest intrygą okreśłonych osób z kombinatu i województwa. Istotną rolę w tym spełnia I Sekretarz KZ w Kombinacie tow. T. Makulski, który jest reżyserem „Solidarności" i wykorzystuje kilku działaczy do realizacji własnej polityki... chciał pełnić rolę komisarza. O wszystkim decydować i nie ponosić żadnej odpowiedzialności. Od września roku ubiegłego posypały się mocne oszczerstwa i pomówienia przeciw mojej osobie. Mówiono, że mam dwie wille, że bratu załatwiłem dwa ciągniki i inny sprzęt itp. a ja pracując 24 lata nie wybudowałem nawet zwykłego własnego domu czy mieszkania. W 1974 r. otrzymałem talon na samochód. Działacze ówczesnej „Solidarności” odrzucają zarzut, że byli manipulowani przez sekretarza PZPR, gdyż negatywna ocena dyrektora była, ich zdaniem, dość powszechna w kombinacie. Konfliktem w Kombinacie zajmowała się także sztumska Egzekutywa PZPR. W sporze o samodzielność zakładów rolnych sztumska Egzekutywa opowiadała się za integralnością kombinatu. Na posiedzeniu w dniu 4 grudnia 1981 roku zajmowano się głównie sporem między dyrektorem Janem Grzywaczem, a szefem KZ PZPR w ZPR w Czerninie Tadeuszem Makulskim. Niedopuszczalne, zdaniem działaczy PZPR, było to, że obaj członkowie partii dyskutowali ze sobą na łamach prasy „solidarnościowej”, a nie partyjnej. Tadeuszowi Makul-skiemu, który był za samodzielnością zakładów, zarzucano przede wszystkim, że: - intrygował, niewłaściwa praca propagandowa, korzystanie ze świadczeń jako pracownika PGR, a był pracownikiem KW PZPR, udział w grupie która swoim działaniem doprowadziła do odwołania dyrektora, nie doszło do oceny pracy „Solidarności" na posiedzeniu egzekutywy KZ Powiśle, był obecny podczas strajku w zakładzie rolnym w Czerninie, odsuwanie starych działaczy partyjnych od pracy partyjnej, nie uczestniczenie w zebraniach POP, a czas poświęca na wyjazdy z grupą „Solidarności", nie udzielał pomocy w pracy związkowej a wręcz przeszkadzał. Zarzuty te przedstawiał Włodzimierz Preś, jeden z działaczy PZPR z Kombinatu i członek tamtejszej kadry kierowniczej, stąd jego obiektywność była dość wątpliwa. Działaczy PZPR irytował również fakt zbyt dużej aktywności „Solidarności” w Kombinacie, a szczególnie Benedykta Nowaka, który był członkiem partii, a działał aktywnie w „Solidarności”. Był w tym czasie także członkiem Zarządu Regionu „Solidarność” w Elblągu i jedynym z ziemi sztumskiej delegatem na I Zjazd „Solidarności” w Gdańsku. I ten właśnie fakt przesądził o dalszym losie Nowaka w PZPR. Za krytyczny stosunek do władz partii Nowak, już po Zjeździe „Solidarności” i zmianach personalnych w Kombinacie, został w listopadzie wyrzucony z PZPR. Jednego z ważniejszych postualtów strajkujących, czyli usamodzielnienie zakładów wchodzących w skład Kombinatu nie udało się jednak wywalczyć, bo przestraszeni pracownicy części zakładów w listopadowym referendum zdecydowali o pozostaniu w starych strukturach. To przede wszystkim była zasługa skutecznego kontrnatarcia ze strony działaczy PZPR. Ludzie ponownie zaczęli się bać, tym bardziej, że wprowadzony kilka tygodni później stan wojenny dawał ku temu wiele argumentów. Usamodzielniły się tylko cztery zakłady - ferma i zakłady w Postolinie, Pietrzwałdzie i Koniecwałdzie. Już w stanie wojennym, w sierpniu 1982 roku na łamach „Dziennika Bałtyckiego” analizowano skuteczność reformy Kombinatu. Okazało się, że 12 zakładów kombinatu przyniosło Leszek Sarnowski 129 stratę w wysokości 148 milionów złotych, a 9 zakładów wypracowało zysk w wysokości 84 min zł, czyli łącznie strata kombinatu, przy dotacji 70 min, wyniosła 64 min. W 1981 roku strata, przy dotacji 219 min, wyniosła 144 min zł. Najlepiej wypadł zakład w Watkowicach, który wypracował 10 min zysku. Najgorzej zakład w Zielonkach, ze stratą 76 min, co stanowiło niemal połowę strat 12 najgorszych zakładów. Pracownicy najlepszych zakładów żalili się wówczas dziennikarce, że gdyby referendum na temat samodzielności odbyło się w tym roku, głosowali by za samodzielnością, gdyż kombinat im w żaden sposób nie pomaga w funkcjonowaniu, a łożyć na jego utrzymanie musieli. *** Dziś po potężnym niegdyś Kombinacie, który był jedną z gospodarczych kwintesencji PRLu, nie ma śladu. Większość dawnych PGR-ów jest w rękach prywatnych właścicieli lub dzierżawców. O większości, szczególnie niewykwalifikowanych, pracownikach transformacja zapomniała, zasilili rzesze bezrobotnych, głównie mieszkańców wsi. Nieliczni sobie poradzili - założyli własne firmy (także w branży rolnej), w najgorszym wypadku stali się rencistami lub emerytami. Nie ma ich z pewnością wśród kombatantów walki z systemem. Rzadko wracają do wspomnień sprzed 30 lat, choć jak wracają, jeszcze dziś słychać emocje i żar. *♦* W artykule wykorzystano dokumenty z Archiwum Państwowego w Elblągu z siedzibą w Malborku, informacje prasowe z Głosu Wybrzeża, Dziennika Bałtyckiego, Wiadomości Eł-bląskich, Sztumskiej Solidarności. Szczególne podziękowania, za podzielenie się swoimi wspomnieniami, kieruję pod adresem działaczy i założycieli „Solidarności” w Kombinacie Rolnym Powiśle w Czerninie w 1980 roku - Antoniego Fili, Marka Zaleskiego, Edwarda Omańskiego, Ryszarda Orłowskiego i Tadeusza Liperta. Prowincje dalekie i bliskie Adam Langowski MISJONARZ Z WAPLEWA W trakcie minionych wakacji miałem możliwość spotkania się z o. Zbigniewem Braunem, franciszkańskim misjonarzem, który przebywał akurat na urlopie w rodzinnym Waplewie Wielkim. Okazało się, że nawet podczas urlopu misjonarz to niezwykle zajęty człowiek. Mimo wiełu zajęć o. Zbigniew znałazł czas na rozmowę ze mną, a na miejsce spotkania wybrał park otaczający pałac Sierakowskich. Usiedliśmy na jednej z ławek w pobliżu pałacu, kryjąc się przed sierpniowym słońcem w cieniu okazałego drzewa. Upał panujący tamtego dnia był prawdopodobnie bardziej męczący dla mnie niż dla mojego rozmówcy, który od szesnastu lat prowadzi prace misyjne w Ekwadorze i ma za sobą doświadczenie życia w trudnym amazońskim klimacie. Myślę, że droga życiowa o. Zbigniewa mogłaby zaciekawić dawnych właścicieli pałacu, zwłaszcza Adama Sierakowskiego, pana na Waplewie w latach 1876-1909, człowieka o szerokich zainteresowaniach. Adam Sierakowski nałeżał do Towarzystwa Antropologicznego i Towarzystwa Geograficznego w Berlinie oraz pełnił funkcję prezesa Wydziału Historyczno-Archeolo-gicznego Towarzystwa Naukowego w Toruniu. Odbył także wiele podróży zagranicznych, m.in. do Algierii, Indii, Palestyny, Syrii, Grecji, Turcji oraz Indonezji, których opisy zawarł w cenionych „Listach z podróży". Hrabia podróżnik na pewno chętnie podjąłby o. Zbigniewa w swoim pałacu i wypytał o sprawy związane z ekwadorską misją. Mogliby również porozmawiać o Włoszech, gdzie waplewski misjonarz pracował przez kilka lat, a Sierakowski udawał się na kuracje zdrowotne. Może duch hrabiego unosił się gdzieś ponad nami i usłyszał opowieść o. Zbigniewa Brauna, którą przedstawiam poniżej. PRZYKŁAD KSIĘDZA GOLKSA Moje powołanie kształtowało się od momentu, kiedy byłem ministrantem. Ważny okazał się przykład niektórych kapłanów, szczególnie ks. Huberta Golksa, wikarego w parafii Stary Targ, do której należało kiedyś Waplewo. Wyjeżdżał z nami - ministrantami - na różnego rodzaju obozy i zgrupowania. Może wtedy to się zaczęło? W ósmej klasie, kiedy nasza wychowawczyni, pani Helena Bonczyk, pytała każdego, kim chciałby być w przyszłości, odpowiedziałem, że chcę zostać księdzem. Opowiadała mi później, że bardzo ją to zaskoczyło. Żeby pójść do seminarium wyższego, należało mieć maturę. Wybrałem technikum elektryczne w Malborku, jednak po roku trafiłem do Niepokalanowa i uczyłem się w liceum ogólnokształcącym w niższym seminarium duchownym, już w duchu franciszkańskim-Przed rozpoczęciem studiów filozoficzno-teologicznych był jeszcze rok nowicjatu, który odbyłem w klasztorze w Smardzewicach. Po roku nowicjatu i złożeniu pierwszych ślubów zakonnych wysłano mnie do seminarium w Łagiewnikach, gdzie przez sześć lat studiowałem filozofię i teologię. W dniu moich urodzin, 22 maja, w 1993 roku zostałem w Koszalinie wyświęcony na kapłana. Adam Langowski 131 ŻYCIE WE WSPÓLNOCIE Obecnie istnieją trzy zgromadzenia męskie zakonu franciszkańskiego: Bracia Mniejsi, Bracia Mniejsi Kapucyni oraz my - Bracia Mniejsi Konwentualni. Stanowimy najstarszą spośród wymienionych rodzin, powstaliśmy jeszcze za czasów św. Franciszka. Nazwa zgromadzenia wskazuje, że naszą główną zasadą jest życie we wspólnocie. To było ideą św. Franciszka, do którego w pewnym momencie zaczęli przyłączać się inni - pragnący podążać za Chrystusem i żyć według Ewangelii. Braci, którzy zaczęli wtedy pracować i mieszkać w konwentach - domach przyłączonych do kościołów - nazywano konwentualnymi. Sam Franciszek w testamencie pisze: „Pan dał mi braci”. Myślę, że to jest bardzo charakterystyczne w tym wymiarze życia ewangelicznego - żyć we wspólnocie braci, którzy sobie służą. W Polsce nosimy czarny habit z pelerynką i kapturem oraz biały sznur z trzema węzłami, oznaczającymi trzy śluby ewangeliczne. Ze względu na klimat w Ameryce Południowej używamy szarych habitów. Warto zaznaczyć, że oryginalny habit św. Franciszka był popielaty. 132 Misjonarz z Waplewa WAPLEWIAK W EKWADORZE Powołanie misyjne jest powołaniem specyficznym. Kiedy byłem jeszcze w niższym seminarium w Niepokalanowie, mój rektor, śp. o. Lucjan Modrzejewski, powiedział, że byłbym dobrym misjonarzem. Pierwsze ziarno zostało więc zasiane. Niedługo po święceniach prowincjał zakonu o. Manswet Wardyn zebrał cały nasz rok w domu prowincjalnym i oznajmił, że planowane jest otwarcie nowej misji w Ameryce Południowej, w Ekwadorze. Pytał, kto mógłby pojechać. Nie zastanawiając się długo, powiedziałem, że mógłbym pojechać. I właśnie od tego „Ja mógłbym pojechać” wszystko się zaczęło. Prowincjał potraktował moją deklarację bardzo poważnie i po kilku miesiącach zadzwonił. Następnie z dwoma braćmi zostałem wysłany do Hiszpanii na kurs języka hiszpańskiego. Jednak na misje nie wyjechałem od razu. W pewnym momencie prowincjał przyjechał do Hiszpanii i powiedział, że potrzebuje od zaraz osoby, którą mógłby wysłać do Włoch. Powiedział również, żebym się nie martwił o swoje powołanie misyjne, które na pewno się zrealizuje, ale teraz musi wysłać kogoś do klasztoru w Pizie. W Polsce nie było akurat nikogo, kto znałby język włoski. Prowincjał żartował, że z włoskim i hiszpańskim to jest tak jak z polskim i czeskim, więc jakoś się dogadam. I stało się tak, że przed wyjazdem do Ekwadoru przez prawie trzy lata pracowałem na placówce w parafii św. Franciszka w Pizie. Po trzech latach zadzwonił prowincjał z pytaniem, czy nadal chcę wyjechać na misję. Odpowiedziałem, że jak się powiedziało „A”, to trzeba powiedzieć „B”. Bracia, którzy już pracowali w Ekwadorze, mieli w tamtym momencie cztery parafie do obsługi, a było ich trzech. Ponadto spoczywała na nas odpowiedzialność za formację nowych kandydatów do zakonu, ponieważ pojawił się Ekwadorczyk, który chciał zostać franciszkaninem. Ta sytuacja przyczyniła się do tego, że prowincjał zadzwonił do Pizy i powiedział: „Jak chcesz jechać, to pakuj się i jedź od razu”. Praktycznie nie miałem więc czasu, żeby porządnie przygotować się do tego wyjazdu. Do Ekwadoru trafiłem dokładnie 8 września 1997 roku. Po przyjeździe zacząłem tak naprawdę odkrywać ten kraj. „Boże, gdzie ja jestem! ” - to była pierwsza myśl po wylądowaniu. Lotnisko w Quito przypominało jakiś kurnik. Miało bardzo krótki pas startowy w środku miasta i było jednym z najbardziej niebezpiecznych lotnisk w Ameryce Południowej. Czekał na mnie o. Eugeniusz Wetta z Polką, która tam od lat pracuje i która wyszła za mąż za Ekwadorczyka. Trzeba przyznać, że w Ekwadorze mieszka wielu Polaków. Później był przejazd z Quito do Santo Domingo, gdzie przed laty rozpoczynaliśmy naszą pracę jako franciszkanie w Ekwadorze. Do Santo Domingo zjeżdżało się bardzo niebezpiecznymi, krętymi drogami, które były dziurawe jak szwajcarski ser. Całą trasę o długości 136 km pokonywało się więc w ciągu sześciu godzin lub dłużej. POBUDZAĆ POWOŁANIA Założenie podstawowe naszej misji było takie, żeby zakon Braci Mniejszych Konwentualnych pojawił się i zaczął istnieć w Ekwadorze jako jedynym z krajów Ameryki Południo- Adam Langowski 133 wej, gdzie jeszcze nasza wspólnota nie miała struktur. Chcemy pobudzać powołania wśród tamtejszej młodzieży. Dość nieoczekiwanie już niecałe dwa lata po przybyciu naszych braci zgłosili się pierwsi kandydaci. Kiedy już pracowałem, to tych kandydatów było około dziesięciu. Była to więc praca formacyjna, należało przeprowadzać jakiś proces przygotowawczy tych chłopaków, którzy przychodzili w ramach postulatu. Staramy się cały czas szukać powołań i jednocześnie współpracować z Kościołem ekwadorskim. STO PROCENT MISJI W SHUSHUFINDI Obecnie w Ekwadorze mamy cztery placówki. Najstarsza znajduje się w Santo Domingo, powstała w 1995 roku. W kwietniu 1999 roku wyjechałem z Santo Domingo do pracy w Tulcan, tuż przy granicy z Kolumbią. Jest tam klasztor wraz z kościołem po kapucynach. W tym samym roku, ale w sierpniu, otworzyliśmy trzecią placówkę w Shushufindi, w ówczesnym wikariacie Aguarico, już w Amazonii. Muszę przyznać, że pracować w Shushufindi to pracować tak jak na prawdziwej misji. Dzisiaj jest już łatwiej, bo prawie do wszystkich kaplic można dojechać samochodem. Kiedy w 2000 roku pierwszy raz ruszyłem w Puszczę Amazońską, to do części kaplic trzeba było chodzić pieszo. Do tych najbardziej odległych dojeżdżało się samochodem tylko do pewnego momentu. Zostawiało się auto gdzieś na plantacji palmy afrykańskiej, a później trzeba było kilka godzin iść pieszo w błocie i deszczu przez busz amazoński, nieraz śpiąc w jakiejś wiosce i wracając następnego dnia. Tam czuło się życie misjonarza na sto procent. 134 Misjonarz z Waplewa Czwarta i ostatnia placówka została otwarta niedawno w Quito, stolicy Ekwadoru. Stolica jest miejscem, gdzie możemy się wszyscy z łatwością zjechać z różnych placówek. Wcześniej niejednokrotnie spotkanie całej misji było trudne do zrealizowania. Często bywało tak, że jakiś obryw skał czy ulewne deszcze, które zerwały mosty, nie pozwalały na to, żeby-śmy się spotkali. Władze zakonne zawsze starały się nas wspierać, kiedy mieliśmy trudności personalne i myślało się o zamknięciu jakiejś placówki. Pamiętam, jak przyjechał do nas generał zakonu. Gdy odwiedził Shushufindi i zobaczył ponad dwustu katechetów oraz ludzi odpowiedzialnych za kaplice, powiedział: „Na pewno placówki w Shushufindi nie zamkniemy, obiecuję, że przyślę do was współbraci”. AMEBY W AMAZOŃSKIM SOKU Najbardziej uciążliwe były dla nas ameby. Co jakiś czas musimy brać tabletki na robaki ameby, żeby oczyścić organizm. W Amazonii unikaliśmy picia soku, który dawali nam tubylcy, ponieważ najczęściej wyciskali pomarańcze, papaje albo inne owoce tropikalne i dolewali nieprzegotowanej wody. W surowej wodzie od razu można się spodziewać ameby i różnego rodzaju robaków, więc najczęściej prosiliśmy o kawę lub o coś ciepłego. Podobno organizm i system trawienny z florą bakteryjną przestawia się po dziesięciu latach. Może teraz mam już florę ekwadorską, a nie europejską? Jeśli chodzi o dzikie zwierzęta, to nie starałem się ich szukać. Pewnego razu prawie nadepnąłem żmiję, ale zatrzymałem się dwa kroki od niej. Nie zaatakowała, więc ja też jej nie atakowałem. Chodząc po Amazonii, nie wycinaliśmy sobie drogi maczetami i nie ryzykowaliśmy spotkania z wężem lub innym zwierzęciem. Nie jest tak, że zwierzęta same wychodzą jakby chciały zawołać: „Tutaj jestem, możesz na mnie popatrzeć!”. Zazwyczaj jest tak, że też się boją. Niejednokrotnie słyszałem, że coś się ruszało w krzakach, ale raczej nie próbowałem sprawdzić, jaki to może być wąż. BIAŁY ZAWSZE JEST GRINGO Biały dla Latynosa to zawsze będzie gringo, czyli obcokrajowcem, a więc tym, który nie jest ich. Nieważne, że będzie tam żył, mieszkał, pracował z nimi pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat. Biały zawsze jest gringo, zwłaszcza dla tych, którzy go nie znają. Zauważyłem, że ten dystans między ludźmi zmniejszał się, kiedy człowiek był już z nimi - czy to razem na obie-dzie, czy w czasie rozmowy, albo później gdy zostawał nawet na całą noc. Po pewnym czasie ich sposób patrzenia był zupełnie inny, a jeżeli mijały tygodnie, miesiące czy lata współpracy, no to rzeczywiście tworzyła się inna relacja z tymi ludźmi, bardziej rodzinna. Jeśli chodzi o pracę w parafii, w której jestem obecnie, w Santo Domingo, to mamy bardzo dużą grupę ludzi zaprzyjaźnionych i czujących odpowiedzialność nie tylko za nas, ale także za parafię. Jeżeli teraz zażartowałbym sobie w parafii, że wracam do Polski, że już nie chcę być w Ekwadorze, to myślę, że staraliby się mnie przekonać do tego, żebym jednak został. Adam Langowski 135 Plemiona indiańskie żyją według swoich praw. Mimo to, że te plemiona są już wierzące - większość z nich to katolicy, to jednak zachowują swoje tradycje. Rząd i Kościół uznają te prawa. Plemię Colorados (Tsachilas) maluje sobie twarz czerwoną farbą, którą otrzymuje się z pewnej rośliny, i cały czas zachowuje swój sposób życia. Mają swoje prawa wewnętrzne, starają się, żeby małżeństwa były zawierane wewnątrz plemienia. Z kolei plemiona górskie stosują własne, surowe prawo karania. Potrafią na wysokości 3000 m n.p.m. oblać winnego zimną wodą i wychłostać rózgami lub pokrzywami. Oficjalnie rząd mówi, że nie powinno być samosądów, jednak są pewne rzeczy, których Indianie się trzymają, twierdząc, że to jest ich kultura. W szkołach wykłada się język hiszpański jako urzędowy, ale plemiona posiadają prawo nauki także we własnym języku. ZAGINIONE LISTY Kiedy wyjeżdżałem do Ekwadoru, nie było takich możliwości kontaktu z krajem i domem rodzinnym jak dziś. Podstawową formę kontaktu stanowiły listy, bo nawet nie można było bezpośrednio zadzwonić do Polski. Dzwoniliśmy najpierw do naszego klasztoru w Niemczech, oni z kolei dzwonili do Polski, później Polacy oddzwaniali do klasztoru w Niemczech i dopiero nas informowano w Ekwadorze. Z listami bywało różnie. Ktoś wysłał list na Boże Narodzenie i ten list z życzeniami przychodził dopiero w czerwcu albo wysłał na Wielkanoc, a list przychodził po Bożym Naro- 136 Misjonarz z Waplewa dzeniu. Dawniej listy z Polski bardzo często ginęły na poczcie. Zwłaszcza jeśli były trochę grubsze, bo na przykład mama więcej napisała albo włożyła jakąś kartkę czy zdjęcie. Pracownicy ekwadorskiej poczty myśleli, że tam jest pełno pieniędzy i te listy ginęły. Dzisiaj nie ma już takich problemów. Jak pojawił się Internet i możliwość połączenia się przez Sky-pe’a czy inne środki komunikacji, które oferuje dzisiejszy świat, to jest już o wiele łatwiej. MISJONARZ NA URLOPIE Na początku mieliśmy możliwość przyjazdu do Polski co trzy lata. Jednak uznaliśmy, że trzy lata oczekiwania na wakacje to trochę za długo. Zwróciliśmy się z prośbą do rady pro-wincjalnej, żeby ten okres skrócić do dwóch lat, czyli żeby trwał tyle, ile w innych krajach. Teraz przylatujemy co dwa lata na dwa miesiące. Różnie wykorzystuję ten czas. W tym roku starałem się być tylko w domu rodzinnym w Waplewie. Zawsze jestem dyspozycyjny, jeżeli pojawia się potrzeba pomocy w miejscowej lub sąsiedniej parafii. Często podczas urlopu staram się również szukać możliwości znalezienia pieniędzy na klasztor lub jakiś projekt. Niejednokrotnie dochody, które mamy z tamtejszych parafii, nie wystarczają. Może być tak, że dochody z całej parafii wyniosą 600 dolarów, a wydatki miesięczne mogą czasami przekroczyć 1000 dolarów. I często ten deficyt staramy się uzupełnić, kiedy jesteśmy na wakacjach. Ostatnio widać, że z Waplewa wyjeżdża dużo młodzieży. W mojej rodzinie prawie wszyscy są poza Waplewem. Dwie kuzynki i kuzyn pracują w Norwegii, następna kuzynka od lat żyje i założyła rodzinę we Włoszech. W tym roku dwóch kuzynów pracuje w Niemczech. Myślę, że przykład mojej rodziny nie jest odosobniony. Nie ma większych perspektyw na pracę w Waplewie. Z drugiej strony można zauważyć, że chyba właśnie dzięki tej pracy za granicą domy czy ogródki wizualnie się zmieniły. Można by więc powiedzieć, że jest lepiej, ale czy tak jest naprawdę? ŚMIERĆ MISJONARZA Śmierć Mirka Karczewskiego1 jest sprawą bolesną dla nas wszystkich i myślę, że jeszcze bardziej dla rodziny Mirka. Byłem naocznym świadkiem całego dochodzenia w tej sprawie, którą od samego początku bardzo źle prowadzono. Nie było tajemnicą, że o. Mirosław miał problemy z pewnymi osobami w parafii. Kiedy przebywał na wakacjach w Polsce, to mówił członkom swojej rodziny, że nawet grożono mu śmiercią. Znałem go od trzydziestu lat. Był człowiekiem, który zawsze chciał coś zrobić dla najbardziej potrzebujących. Dla młodzieży z parafii, która zaczęła wchodzić w narkotyki, założył klub sportowy. Kiedyś wspomniał delegatowi, że w parafii mówi się, że chcą go zabić. Tylko to powiedział. Może uważał, że uszanują kapłana i nic mu nie zrobią? Jaki był prawdziwy powód jego zabójstwa, trudno dzisiaj powiedzieć. 1 Ojciec Mirosław Karczewski pochodził z Połczyna-Zdroju. Był jednym z pionierów misji franciszkańskiej w Ekwadorze, gdzie pracował nieprzerwanie od 1995 roku aż do śmierci. 6 grudnia 2010 roku został brutalnie zamordowany przez nieznanych sprawców w klasztorze w Santo Domingo, w którym pełnił funkcję gwardiana i proboszcza. Na jego ciele były liczne rany cięte. Motywy zbrodni nie zostały wyjaśnione. Adam Langowski 137 Pamiętam, jak po śmierci Mirka Karczewskiego przyjechał nasz prowincjał i pierwsze pytanie było takie, czy chcemy zostać w Ekwadorze. Oczywiście wszyscy odpowiedzieli, że chcą zostać. Myślę, że każdy zdawał sobie sprawę, że zawsze coś może się wydarzyć. Może nie w taki sposób, ale misjonarze giną na całym świecie. W Peru też zamordowano naszych dwóch współbraci, w Pariacoto2. W wikariacie Aguarico Indianie Huaorani zabili pierwszego biskupa Alejandro Labakę3 i mimo to kapucyni pozostali. Nie można powiedzieć, że jeśli dokonane zostało morderstwo, to wszyscy parafianie czy Ekwadorczycy to są mordercy. Widać było, że ci ludzie odczuwali ból po śmierci Mirka. Na spotkaniach z prowincjałem rada parafialna i parafianie wyrażali żal oraz prosili o przebaczenie. Najłatwiej oczywiście byłoby spakować walizki i wyjechać, ale myślę, że jesteśmy tam z powodów bardziej poważnych niż osobiste. 2 9 sierpnia 1991 roku dwaj polscy misjonarze z andyjskiego klasztoru w Pariacoto - o. Zbigniew Strzałkowski i o. Michał Tomaszek, zostali zamordowani przez członków terrorystycznego ugrupowania Sendero Luminoso (Świetlisty Szlak). 3 Biskup Alejandro Labaka, ur. w 1920 roku, był hiszpańskim kapucynem, ordynariuszem Aguarico w Ekwadorze. Został zamordowany 21 lipca 1987 roku. Wraz z nim zginęła misjonarka kapucyńska s. Ines Arango. 138 Zawsze wrócę do Sztumu Elżbieta Piepiórka ZAWSZE WRÓCĘ DO SZTUMU Elżbieta Piepiórka 139 Mieszkałam w tej prowincji. W bloku, na Morawskiego, w Sztumie. Z pochylonego balkoniku na samej górze widoki są naprawdę urocze. Nie chodzi o rzędy garaży lub cieniutką uliczkę, (chociaż one też mają swój urok). Jeżeli spojrzy się za granicę betonu - tam widać rozmaite odcienie zielonych drzew, błękitne niebo, i oczywiście jezioro. Jezioro chyba fascynuje każde dziecko, a przynajmniej powinno. Przy niewielkim wietrze woda tajemniczo rwie w każdą stronę i uroczo odbija tańczące promyki słońca. Oczywiście tak jest latem, w zimie to kompletnie inna bajka. Ale przecież już od kilku ja widuję Sztum tylko latem. *** Jako młoda, ciekawska sztumianka, zawsze interesowałam się światem i w pewnym stopniu go zwiedzałam. Bo przecież byłam na oblężeniu Malborka, i w zamku, i w Trójmieście, i w innych sąsiednich miastach i wsiach. Ale dopiero w 2004 roku, w wieku siedmiu lat, po raz pierwszy znalazłam się na lotnisku. Właściwie to na trzech: w Gdańsku, - na Lecha Wałęsy; w Frankfurcie - na przesiadce, i w końcu... w Dubaju. W samolocie czułam się jak prawdziwa dama. Na moim siedzeniu była poduszeczka i koc, dostałam pełno zabawek, a uśmiechnięte panie podawały mi jedzenie. Jak wysiadłyśmy, nie mogłam się nadziwić tym, co po raz pierwszy odkrywałam. - Mamo, Mamo - PATRZ!- Szepczę podekscytowana, ciągnąc moją Mamę za bluzkę, i wskazując palcem. - Łaaał, ale. ta pani ma ciemną skórę, a tamta ma włosy aż do ziemi - mówię z podziwem. Otacza mnie kompletnie nowy, zachwycający świat; pełen fascynujących ludzi. I to był początek innego życia, nie lepszego, nie gorszego, po prostu innego. Legenda według mojego Taty głosi, iż jak wyszłam z lotniska w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i poczułam tą nienormalną temperaturę, to krzyknęłam - Ale ciepło, już nigdy nie chcę stąd wyjeżdżać. Ale coś nie chcę mi się wierzyć, bo dziewięć lat potem, ta gorączka uprzykrza mi każdy dzień. *** - Good morning to Dzień dobry - a jak chcesz się przedstawić to powiedz - My name is Ela -tłumaczy Mama, w drodze na basen. Maj nejm is Ela staram się wydukać, ale coś nie jestem przekonana do tego nowego języka. Na basenie, dopiero ucząc się pływać, przypadkowo pochlapałam egipską rodzinę. - What isyour name? - pyta się Arabski pan o moje imię, śmiejąc się. - My name is Ela - odpowiadam - i tak właśnie zawarłyśmy z Mamą pierwsze zagraniczne znajomości z Mezonem, jego żoną Reham i ich synem Sejfem. *** Wzdycham. Co roku to samo. Koleżanki często przedstawiają mnie, jako Ela z Dubaju, a ja staram się je grzecznie poprawić - Ela ze Sztumu, tylko mieszkam w Dubaju. Ale nikt moich sprostowań nie słyszy, bo zaczyna się burza pytań: 140 Zawsze wrócę do Sztumu - A u was pada śnieg?, Obchodzicie święta?, A mieszkasz w namiocie?, Są tam wielbłądy?, A tam jest ten luksusowy hotel? Jest pełno powodów żeby zachwycać się lub podziwiać Zjednoczone Emiraty Arabskie, i jak bym miała otworzyć stanowisko Emiratów w Sztumie, by zaspokoić ciekawość i odpowiedzieć na rozmaite pytania, to bym powiedziała, że: - Są dwa oficjalne języki - angielski i arabski'. - „Emiratczyków” jest bardzo mało, olbrzymia większość ludności jest z zagranicy. - Są tam Królowie i Królowe, a raczej „Sheikhowie” i „Sheikhi”, a sam kraj ma zaledwie 40 parę lat. -Jest „Burj AlArab” hotel, który ma siedem gwiazdek. -Jest „Burj Khalifa”, czyli najwyższy wieżowiec na świecie. -Jest „Mail of the Emirates”, gdzie jest sztuczna skocznia narciarska i zimowe plac zabaw. -Jest „Dubai Mail” czyli jedno z największych centrum handlowe na świecie (1 124000m2), gdzie jest największy pokaz tańczących fontann. - Każda prawdziwa gwiazda Hollywoodu ma letniskowy domek na sztucznej wyspie w kształcie palmy (a jak nie ma to, jaki wstyd!). - Mamy około 15 do 20 stopni Celsjusza w zimę, oraz około 40 do 50 w lato. A przy tym ponad 80% wilgotności powietrza (taaaa... bardziej wdychasz wodę niż powietrze). - Malutkie, marne roślinki, są podlewane całodobowo, poprzez węże wbudowane w ziemie i zraszacze. - Tylko raz w roku mamy burze deszczowe, ale nigdy nie zabraknie burzy piaskowej. - Dachy są kompletnie płaskie, i zamiast kominków są klimatyzacje. - Nie ma alkoholu w sprzedaży w żadnym sklepie, dobrej wieprzowiny też nie kupisz. - Na plaże lub basen można jechać gdziekolwiek, i najdalszy basen będzie oddalony od twojego domu piętnaście minutowym spacerkiem. - O piątej rano oraz przez kolejne 4 razy w ciągu dnia, obudzi cię modlitwa z meczetu (muzułmańskiego kościoła). - Przejście na emeryturę jest tam nie możliwe dla cudzoziemca, ponieważ nigdy nie dostanie obywatelstwa. *** Doceniam ludzką ciekawość, i zawsze staram się opowiadać jak najlepiej umiem, ale szczerze mówiąc, to bywa męczące. Czasami czuję, że gdy ktoś dowie się gdzie mieszkam, to przechodzę w ich oczach transformację, staję się zbiorem informacji o danym miejscu, raczej niż Sztumianką na wakacjach. Kocham opowiadać ludziom historię, które ich zadziwiają, bo niektóre różnice pomiędzy krajami Arabskimi a Europą są naprawdę bawiące. Na przykład, tutaj znaki drogowe są ciut inne, np. „uwaga wielbłądy” albo „uwaga konie”, to codzienność. No, bo przecież każdy szanowany Sheihk musi spełniać następujące kryteria: - Musi mieć własną stajnie i wygrywać wyścigi konne, co nie jest trudne, bo wyprzedzanie Sheika w wyścigach jest niedozwolone. - Musi mieć sokoły do polowania i musi umieć strzelać. - Musi mieć paręnaście żon, i kilkadziesiąt dzieci. - Musi mieć lamparta, pawia, kucyka i gazele w swoim ogródku. Elżbieta Piepiórka 141 Jeżeli chcesz gdzieś wyjść na miasto - idziesz do centrum handlowego. Jest z czego wybierać. Najbliższe centrum koło mojego domu to „Ibn Battuta Mail” które ma sześć różnych sekcji, każda sekcja to kolorowy odpowiednik kraju: Egipt, Andaluzja, Chiny, Indie, Turcja i Persja, w którym był podróżnik Ibn Battuta. Jak przejdziesz się wzdłuż 1,3 km tego dostojnego centrum handlowego, będziesz się czuł jak Alicja w Krainie czarów. Ale Ibn Battuta Mail nie cieszy się największą popularnością, więc można też iść do „Mail of the Emirates”. Centrum handlowe Emiratów jest zawsze strasznie klimatyzowane, z czego ludzie się cieszą, bo to jest jedyne miejsce, gdzie można pochodzić sobie w swetrze. A poza tym, ten chłód wprawia w nastrój do zjeżdżania na nartach, warto też usiąść w jednej z kafejek i poobserwować tych, którzy zjeżdżają. Wygląda to jakby oni wszyscy byli w ogromnej kuli śniegowej. Da się też zauważyć czerwone oczy, czyli reakcje alergiczne do sztucznego śniegu. Zawsze można też pojechać do „Dubai Mail”. Słyszeliście ten żart o Dubaj MalFu? - Du-baj Mail jest taki duży, że ma własną autostradę, a jak ominiesz zjazd to dojedziesz do Abu Dhabi (sąsiedniego Emiratu). Oczywiście w Dubaj Maiku póki masz pieniądze, to się nie nudzisz! Możesz iść do kina, zobaczyć jedno z największy na świecie zamkniętych akwarium, możesz iść na łyżwy, albo do wesołego miasteczka, możesz zostawić swoje dzieci w „Kidzania” czyli miniaturowym mieście, gdzie mogą udawać, że studiują, mają prawo jazdy i wykonują jakiś zawód. Możesz iść do designerskich sklepów typu Chanel czy Prada, albo po prostu zjeść obiad na balkonie i obserwować tańczące fontanny i najwyższy budynek świata. Chociaż szczerze mówiąc, jak już zaparkujesz w Dubai MalFu, to dopiero po dwunastu godzinach szukania znajdziesz swój samochód. Nigdy nie przejdziesz koło akwarium w spokoju, bo cały czas będziesz miał wrażenie, że cię rekiny albo płaszczki obserwują, a poza tym można dostać oczopląsu od tych wszystkich lamp błyskowych aparatów. Ja to tam tylko jadę żeby zobaczyć, jak ludzie na lodowisku się trzymają poręczy niczym własnego życia, i żeby zadziwiać się Arabkom, które kupują torebki po parę tysięcy. W sumie to im się nie dziwię. Emiratki noszą czarne suknie, którymi zamiatają ziemie, i różne zakrycia na głowę. Czasami zakrywają tylko włosy, czasami zakładają złote, materiałowe maski, czasami zostawiają małe szpary na oczy, a czasami w ogóle wszystko zakrywają. Gdy nawet butów im nie widać, nie dziwię się, że chcą szpanować torebkami. Nawet, gdy są na plaży, muszą być zakryte. Są specjalne stroje dla nich, tak jak pianki dla serferów, tylko że zakrywają ręce do nadgarstków i nogi do kostek, plus oczywiście włosy. Większość czasu kąpią się w ubraniach, wtedy wyglądają jak syreny, z których wylewa się atrament, poprzez efekt, który daje cienki materiał, gdy unosi się na wodzie. Mężczyźni mają łatwiej - skórzane sandałki, białe suknie do ziemi, i chusty różnego koloru i różnie zawiązane, w zależności na to, co im się podoba. Emiratczy-cy często noszą czarne przeponki ze sznurkami na swoich chustach, mogłoby się pomyśleć, że to skromne korony, ale tak naprawdę one kiedyś służyły do wiązania wielbłądów. Często zadawane pytanie po opisie ich ubrań jest takie, „Ale czy nie jest im gorąco?!”. Na plaży może i jest gorąco, ale wołałabym się znaleźć na pustyni w puchowej kurtce niż w stroju kąpielowym. Ich cieniutkie materiały są przewiewne, a zarazem chronią skórę od słońca, a w Dubaju to jest najważniejsze. 142 Zawsze wrócę do Sztumu Jest pełno dubajskich norm, typu - Zmieniam akcent i styl angielskiego w zależności od tego, z kim rozmawiam, żebyśmy się lepiej rozumieli, które są kompletnie szokujące dla ludzi, którzy nigdy nie mieszkali w miejscu, gdzie jest taka międzynarodowość. Prawda jest taka, że mam dwa domy, jakby w dwóch innych światach i kulturach, więc serce zawsze za czymś albo za kimś tęskni. Ze Sztumem na myśli, i Polską krwią w żyłach, jestem wieczną patriotką; życie za granicą tylko to wzmocniło. Co roku w Greenfield Community School, mojej szkole, samorząd uczniów (w którym jestem na stanowisku Public Relations i Marketingu) organizuje piękny festyn, pod hasłem „Dzień Międzynarodowy”. Po szkole rodzice, uczniowie, i nauczyciele zbierają się razem, by uczcić to, co w Dubaju najcenniejsze..., czyli różnorodność. Mam w szkolę ponad osiemdziesiąt narodowości, ludzi z każdej religii, ludzi innej kultury i wychowania, ludzi o różnorodnych opiniach, i ludzi o zupełnie innych wyglądach. W tą niesamowitą uroczystość, wszyscy nawzajem się akceptują, a wręcz podziwiają obce im kultury i ich zwyczaje. Każdy kraj rozstawia swoje stanowisko i przedstawia cokolwiek, czym ten kraj się wyróżnia, między innymi jedzenie, literaturę, ciekawostki, biżuterię, ludowe tańce oraz stroje. Oczywiście w tym roku nie zabrakło stanowiska z tabliczką POLAND. Najpiękniejszy moment w tym całym tym dniu - to Parada Narodów. Z wielką flagą w ręku, w kolorowym stroju Krakowianki, który jest ciut za ciepły jak na 40 stopni Celsjusza, z ogromnym wian- Elżbieta Piepiórka 143 kiem unoszę dumnie głowę. Nie mogąc się powstrzymać, uśmiecham się od ucha do ucha, ponieważ czuję się jak królowa, mogąc reprezentować swój kraj przed innymi. To prawdziwy zaszczyt. Gdy ludzie chwalą mój strój i stanowisko, czuję się prawdziwą patriotką. Moje zdjęcie w ludowym stroju nawet trafiło do szkolnego albumu, jak dla mnie to malutki kawałek Polski, uwieczniony w kopii każdego ucznia. Ale oczywiście, nie ograniczam się tylko do chwalenia Polski, bo dwa lata z rzędu tańczyłam tańce hollywoodzkie, lub pomagałam przy organizacji całego festynu. Co roku jestem zachwycona i oczarowana, bo każdy kraj jest wyjątkowy. Z Indii rozdają rozkosznie pachnące, białe kwiatuszki, które wpina się we włosy. Z Pakistanu słychać bicie bębnów. Południowa Afryka kusi suszonym mięsem, ale Filipiny zapraszają na orzeźwiającą lemoniadę. Dania opiekuję się dziećmi, poprzez gry i turnieje Z kolei Kanada zapraszała starszych na oryginalną kawę Tima Horrtona. Dziewczyny z Fuji ożywiały publiczność swoim tańcem bioder. Coś pięknego, dla każdego. To mój ulubiony dzień w roku szkolnym. *** Dubaj to inny świat, wszystko wydaję się do góry nogami, i jest faktycznie zadziwiające. Więc dlaczego zawsze wracam do Sztumu, Sztumskiego Pola, Kwidzyna, Malborka, Gdańska, gór i całej reszty Polski? Jest w tych ziemiach niepowtarzalna moc, każdy budynek ma głęboką historię, a każde miasto ma kolorowe legendy. Tutaj czyta się dzieciom baśnie na dobranoc, a one mogą się nimi podzielić w przedszkolu lub szkole, bez powtarzania zdania - No wiesz... nie da się tego dosłownie przetłumaczyć na angiełski. - Zamiast trąbienia i krzyków wielkiego miasta, w lasach można się wsłuchać w szum liści na drzewach, które mają po paręset lat. Tutaj się oddycha powietrzem zamiast wodą. Tutaj ma się tych samych przyjaciół od żłobka, i ich przodkowie byli przyjaciółmi twoich przodków. Tutaj rodziny mają swoje korzenie, a więzi pomiędzy ludźmi są głębsze. Dlatego smuci mnie, jak młodzi Polacy mówią, że chcą „uciec z tej dziury”, oni po prostu niewystarczająco doceniają to, co mają pod dostatkiem. *** Siedem lat wychowywałam się w Sztumie. Zaczynam swój dziesiąty rok mieszkania w Dubaju. Odwiedziłam Oman, który mnie oczarował. Byłam w Londynie w czasie Olimpiady, i zwiedziłam, co się tylko dało. Co roku jeżdżę na obóz w góry, w tym roku byłam także na pielgrzymce z Rybnika do Częstochowy. W nadchodzącym roku szkolnym, planujemy z rówieśnikami wyjazd charytatywny do Nepalu. Przez takie dosłowne latanie dookoła, nauczyłam się jednego - podróż wychowuje człowieka. Jako dziecko zdumiewała mnie ciemnoskóra kobieta, dziś nie mam dwóch koleżanek z tym samym odcieniem skóry. Kiedyś mówiłam wyłącznie po polsku, teraz mówię także naturalnie po angielsku, uczę się arabskiego i francuskiego. W pierwszej klasie, w szkolnym teatrzyku, grałam postać niemą, w tle, w czwartej klasie byłam jednak Rodophis, czyli egipskim kopciuszkiem. Miałam swoją mówioną rolę. 144 Zawsze wrócę do Sztumu Nic tak człowieka nie otwiera i kształci jak podróżowanie i błądzenie. Ale szczerze mówiąc, „wszędzie jest dobrze, ale w domu najlepiej”. Każde miejsce na ziemi ma zalety i wady, tak jak wszystko w życiu. Polecam trochę się pokręcić, pozwiedzać, i znaleźć swoje miejsce na ziemi. Do Sztumu zawsze wrócę, do moich rodzinnych korzeni Gossów i do Stajni Iskra. Jest tutaj jakaś cicha magia, jakiś naturalny impuls, tajemnicze zaklęcie, które wyrzuca ludzi w świat, tylko żeby ich przyciągnąć z powrotem, żeby znowu rozczulali się nad pięknem jezior i lasów. Tomasz Gliniecki 145 Tomasz Gliniecki SŁONECZNE SPOTKANIE Z HISTORIĄ GIBRALTAR W 70. ROCZNICĘ ŚMIERCI GENERAŁA SIKORSKIEGO Spotkali się w upalny dzień na skraju Europy. Połączeni zostali rocznicą śmierci generała Sikorskiego, polskiego premiera i przywódcy wojskowego sprzed siedmiu dekad. Każdy na swój sposób przeżywa miejsce i czas, w jakim się znalazł. - Panie Generale, walczyłeś za sprawę Ojczyzny do ostatniego tchu w piersiach. Bóg oszczędził Ci wielu rozczarowań i zawodów - głośno apeluje w gibraltarskiej katedrze ksiądz Józef, biskup połowy Wojska Polskiego. - Nie poznałeś już zdradzieckiej umowy zawartej w Teheranie i Jałcie. Nie słyszałeś szlochu polskich żołnierzy z 2. Korpusu, którzy nie mieli dokąd wracać, bo w dużej części ich domy pozostały poza granicami Polski. Oszczędzone Ci było widzieć rozpacz polskich żołnierzy, którzy po zakończę- 146 Słoneczne spotkanie z historią niu wojny nie zostali zaproszeni do udziału w defiladzie. Nie poznałeś też prawdy o ponownej sowieckiej okupacji - biskup bierze głębszy oddech. - Wyjątkowo Gibraltar ma awarię elektryczności, więc katedra pozbawiona jest prądu i przez to nagłośnienia. Rozpraszające półmrok światło wpada przez otwarte drzwi. - Czuję dotknięcie historii. Jestem tu nie wcześniej i nie później, tylko dokładnie wtedy, kiedy przeszłość traci wymiar symboliczny i staje się rzeczywistością - wyjaśnia Martyna, studentka dziennikarstwa z Wrocławia. -Jesteś tak daleko od Polski, a tu nagle, prawie wszyscy rozmawiają po polsku. Wspominają coś, czego na co dzień nie dostrzegamy. Tu jest możliwość zatrzymania się w biegu współczesności. Bez wielkich i nadętych słów. Taki normalny, zwykły patriotyzm. - Ja tu dziś jestem służbowo, ale oczywiście mogę sobie zrobić wspólne zdjęcie z gośćmi z Polski - uśmiecha się Kaiane, najbardziej znana tutejsza piękność, Miss World z 2009 roku . Jest pracownikiem administracji Gibraltaru i pomaga w sprawnym przeprowadzeniu uroczystości. Jednak nawet przy tak poważnej chwili jej uroda zostaje zauważona i po zakończeniu części Samolot spadł do morza Generał Władysław Sikorski pojawił się na Gibraltarze 3 lipca 1943 r. Wracał z inspekcji Polskich Sił Zbrojnych na Bliskim Wschodzie. Dzień później, późnym wieczorem udał się lotnisko. O godz. ,23.08 samolot wystartował. Kilkanaście sekund później, 600 metrów od pasa startowego maszyna spadła do morza. Według oficjalnej wersji zdarzeń, zginęli wówczas: Prezes Rady Ministrów RP na Uchodźstwie i Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych gen. broni Władysław Sikorski, szef Sztabu Naczelnego Wodza gen. bryg. Tadeusz Klimecki, doradca wicekróla Indii brygadier John Percival Whiteley, brytyjski oficer łącznikowy, członek brytyjskiego parlamentu płk Victor Cazalet, szef III Oddziału Operacyjnego Sztabu Naczelnego Wodza płk dypl. Andrzej Marecki, adiutant Naczelnego Wodza, por. marynarki Józef Ponikiewski, komendantka PSK ppor. Zofia Leśniowska - prywatnie córka generała Sikorskiego, przedstawiciel brytyjskiego Ministerstwa Transportu w Zatoce Perskiej Walter H. Lock, szef stacji telegraficznej RoyalNavy w Aleksandrii Harry Pinder, sekretarz Naczelnego Wodza Adam Kułakowski, kurier Armii Krajowej Jan Gralewski, drugi pilot samolotu mjr William S. Herring, nawigator Lewis Zalsberg, mechanik pokładowy Francis Kelly oraz dwóch strzelców-radiooperatorów, George B. Gerry i Do-bson Hunter. Jedynym ocalałym był kpt. Eduard-Prchal, czeski pilot w służbie RAF. Części ciał nie odnaleziono. Tajemnice śmierci generała Sikorskiego wciąż nie zostały w pełni wyjaśnione, a teoria zamachu pojawia się równie często, jak możliwość katastrofy komunikacyjnej. Żadne z wielkich mocarstw, po dziś dzień nie zdecydowało się na odtajnienie archiwów, dotyczących tej sprawy. oficjalnej, młodzi Polacy chętnie fotografują się w jej towarzystwie. Przez cały czas z aparatami fotograficznymi pracuje kilkoro rodaków. Jest wśród nich Tomek. - Dzisiaj mam szczególną przyjemność, bo dokumentuję wydarzenie historyczne. Jak wyjawia, na co dzień pracuje jako kierowca ciężarówki w Gdańsku, a robienie zdjęć dzieli z bratem jako pasję. - Wrzucę to wszystko później do Internetu, niech znajomi patrzą i wiedzą, co się tu działo - w katedrze i przy tym nowym pomniku. Tylko muszę jeszcze rozpoznać, kto dokładnie jest na tych zdjęciach. Tomasz Gliniecki 147 Sir Adrian jest gubernatorem Gibraltaru. Pomógł Polakom w rozbudowie i przeniesieniu pomnika z dość wstydliwego miejsca na obrzeżach do reprezentacyjnego Europa Point, miejsca z którego widać brzegi Afryki. - Dziś przez odsłonięcie tego pomnika, który został słusznie odbudowany w tym wspaniałym miejscu, oddajemy cześć gen. Sikorskiemu i wszystkim towarzyszącym mu osobom, które zginęły w katastrofie. Oddajemy cześć niezwykłej odwadze polskich patriotów, którzy walczyli ramię w ramię z aliantami - mówi dobitnie, wskazując na przykłady Tobruku, Monte Cassino i matematyków, którzy złamali kody Enigmy. Jarek, historyk i germanista z Dobrego Miasta, to jeden z organizatorów rajdu pamięci starych samochodów do Gibraltaru. - Czy Polacy potrafią czcić tylko klęski i tragedie? Nie tylko, ale historia nam ich nie szczędziła, więc i ta uroczystość nie jest wesoła. Zawsze jednak możemy się zapytać, czego nas te klęski nauczyły, na ile jesteśmy po nich mądrzejsi. Ja przyjechałem z małego miasteczka na Warmii w kilkudziesięcioletnim volkswagenie, bo mam taką fantazję. To jest miara mojego patriotyzmu, że dziś tu jestem i że jest ze mną mój dorosły syn, który kiedyś to opowie swoim dzieciom. - Sikorski uosabiał walkę Polaków na wszystkich frontach. Wziął na siebie odium za podpisanie paktu Sikorski-Majski, który przyniósł dziesiątkom tysięcy Polaków wybawienie z nieludzkiej ziemi - przypomina generała Jan, kierownik Urzędu ds. Kom- 148 Słoneczne spotkanie z historią Siedem dekad później W uroczystościach 4 lipca 2013 r. wzięli udział, min. gubernator Gibraltaru sir Adrian Johns, burmistrz Gibraltaru Anthony Lima, dowódca sił brytyjskich na Gibraltarze komodor John Clink, biskup Gibraltaru RalphHeskett, biskup połowy Wojska Polskiego Józef Guzdek, kierownik Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych Jan Stanisław Ciechanowski, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Krzysztof Kunert, dyrektor gabinetu dyrektora Biura Bezpieczeństwa Narodowego generał brygady Krzysztof Szymański, dowódca garnizonu Warszawa generał brygady Wiesław Grudziński, konsul generalny RP w Londynie Ireneusz Truszkowski, Karolina Kaczorowska - wdowa po ostatnim prezydencie RP na uchodźstwie Ryszardzie Kaczorowskim. List od prezydenta RP, Bronisława Komorowskiego, odczytał jego doradca, Waldemar Strzałkowski. W licznych komentarzach dyskutowano nieobecność na uroczystościach polskich ministrów rządowych. Szczególnymi gośćmi byli natomiast przedstawiciele rodzin ofiar: Teresa Ciesielska, córka pułkownika Mareckiego i syn drugiego pilota, Graham Herring. Na uroczystość przywieziono grupę polskich kombatantów z czasów II wojny światowej. Byli też polscy turyści oraz zamieszkująca Gibraltar i okoliczne hiszpańskie miejscowości Polonia. Autor, wraz z grupą przyjaciół, dotarł na skraj Europy w ramach „Rajdu Pamięci 1943-2013”. Wyprawa miłośników starych samochodów wyruszyła z Olsztyna, metę miała w Pępowie pod Żukowem. batantów i Osób Represjonowanych, główny organizator uroczystości odsłonięcia nowego pomnika na Gibraltarze. - Z drugiej strony, generał nie był w stanie w tym czasie uzyskać gwarancji polskiej granicy wschodniej. Ale gdy wiosną 1943 roku trzeba było upomnieć się o ponad 10 tysięcy polskich oficerów zamordowanych w Katyniu i innych miejscach, honor polskiego oficera nie pozwolił mu milczeć lub dawać wiarę w to, że zbrodni tej dokonali Niemcy. To był kres możliwości kompromisu. To była obrona polskiej racji stanu i walka o prawdę. - Usłyszałem w polskim radiu, że będą uroczystości i że jacyś szaleńcy jadą z tej okazji starymi samochodami z północnej Polski. Pomyślałem, że też zajrzę, skoro mam tak blisko i tu się spotkaliśmy - Jarek (drugi), pracuje w hiszpańskiej La Linei, miasteczku granicznym, sąsiadującym z brytyjską enklawą. Dziś wziął wolne i przyjechał z kolegą, bo takie polskie święto nieprędko się im trafi. Katarzyna, pielęgniarka w hiszpańskiej Murcii, przyjechała na Gibraltar ze znajomymi, którzy odwiedzili ją w Hiszpanii. - Nie mam jakiejś szczególnej pasji do historii, ale lubię słuchać ludzkich opowieści. Dlatego porozmawiałam tutaj z jednym z kombatantów. Najpierw zaciekawił mnie, bo mimo poważnego już wieku nagrywał wszystko małą, poręczna kamerą wideo, znakomicie sobie radząc z nowoczesną techniką. Potem opowiedział mi w skrócie swoją wojenną drogę. Jeśli będę kiedyś miała więcej czasu podczas urlopu w Polsce, chętnie dokończę tę rozmowę, bo miły pan dał mi swoją wizytówkę i zaprosił na herbatę. Jarek (ten już trzeci) mieszka z rodziną na Gibraltarze. - Jesteśmy tu już od kilku lat i pewnie zostaniemy, bo do szkoły poszła nasza kilkuletnia córeczka. Wcześniej bywaliśmy w różnych krajach, ale na tym skalistym skrawku nam się spodobało. Sprzedaliśmy wszystko, co mieliśmy w Polsce i zachwyciliśmy się nowym miejscem. Moja żona prowadzi blog o życiu pod skałą gibraltarską, więc w takiej chwili nie mogło nas tu za- Tomasz Gliniecki 149 braknąć. Zresztą, zobaczcie sami, wyszukiwarka podpowie - „Lubię Gibraltar”. - Dzisiaj dzieje się coś wyjątkowego. Przygotowałem się do tego. Chociaż galowego stroju nie założyłem, to jednak czuję się odświętnie. Po drodze, przez cały Gibraltar na moim samochodzie powiewała duża flaga narodowa. Zamocowałem ją na drzewcu do zderzaka. Taki jest mój sygnał, że wiem i pamiętam, co się tu stało przed siedemdziesięciu laty. Zdzisław jest inżynierem drogownictwa z Mrągowa. - W szeregach Polskich Sił Zbrojnych na wszystkich frontach drugiej wojny światowej służyło pół miliona żołnierzy, walczących o „wolność waszą i naszą” - wyjaśnia wojenny trud naszych rodaków Andrzej, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. - W ich imieniu polski poeta, Ryszard Kiersnowski, służący wówczas jako korespondent wojenny, prosił potomnych w wierszu „Testament poległych”. Słowa te wyryliśmy na pomniku, który dzisiaj odsłaniamy: „A gdy dzieci zapomną, że mieszkały w schronach, Że widziały dni straszne, ponure i krwawe. Niechaj tylko to jedno pamiętają o nas, Żeśmy padli za wolność, aby była prawem.” - Sami Państwo oceńcie, czy nam się ta uroczystość udała - mówi w zamyśleniu Waldemar, doradca prezydenta Komorowskiego. W tym czasie służby techniczne sprzątają krzesełka i nagłośnienie z Europa Point. Po kwadransie tylko wieńce przy pomniku z żołnierskim orłem przypominają o niedawno celebrowanej tu rocznicy. Muzyka-Plastyka-Teatr-Film Jarosław Denisiuk O CZASIE I PRZESTRZENI W MALARSTWIE JANUSZA HANKOWSKIEGO W marcu i kwietniu tego roku dorobek malarski Janusza Hankowskiego prezentowany był w murach Centrum Sztuki Galerii EL. To podziękowanie za pięćdziesiąt lat Jego wspaniałej pracy twórczej. Janusz Hankowski związany jest z Elblągiem od początku lat sześćdziesiątych. Był współzałożycielem i twórcą Galerii El, a także pomysłodawcą jej nazwy. To w ruinach tego dawnego, podominikańskie-go kościoła, działała pracownia plastyczna Jurgena Bluma-Kwiatkowskiego oraz Janusza Hankowskiego. Obaj odpowiadali za sformułowanie programu działań Galerii EL, byli też inicjatorami i współtwórcami cyklu pięciu głośnych, nie tylko w Polsce, Biennale Form Przestrzennych w Elblągu. Janusz Hankowski był także pomysłodawcą organizowanych od 1968 roku Salonów Elbląskich, prezentacji elbląskiego środowiska plastycznego oraz współzałożycielem, działającego do dziś, Elbląskiego Towarzystwa Kulturalnego. W ubiegłym roku Janusz Hankowski za swoją wieloletnią pracę twórczą został uhonorowany przez ministra kultury srebrnym medalem Gloria Artis. Stajemy przed malarstwem Janusza Hankowskiego pełni konfuzji, bo to malarstwo od początku swej drogi nie dotknięte przez wstrząsy zmian, mody malarskie i obowiązujące paradygmaty. Malarstwo „nieprawdopodobne”, gdy zaczniemy snuć o nim opowieść z zastosowaniem języka „współczesności”. Bo też malarstwo Hankowskiego nie ma odniesień do bliskiej nam tradycji przedstawiania. Gdy patrzymy na obrazy oczami Europejczyka to, to co jest na nich przedstawione, wydaje się nam niepodobne do tego, co widzimy w salach wystawienniczych. Inne niż obowiązujące. Całkowicie poza modą. „Prawdopodobieństwo malarstwa zachodnioeuropejskiego osiągane było, między innymi, poprzez użycie perspektywy liniowej. W tym przypadku jest zupełnie inaczej. Malarstwo Hankowskiego sięga przy konstruowaniu pola obrazowego do tradycji jeszcze wcześniejszej. Dominujące wrażenie z obcowania z tymi płótnami i tryptykami na desce, tak wzmacniane przez samego autora, każę odnosić je i porównywać z malarstwem ikon. Ta właściwość malarstwa Hankowskiego wymaga w pierwszym rzędzie przyjrzeć się kategorii kształtowania przestrzeni malarskiej. To podobieństwo do ikon osadza się w stosunku do tego elementu i tej właściwości. Stosunek twórców ikon do przestrzeni wewnątrzobrazowej był zupełnie inny. Przestrzeń „nie z tego świata” zazwyczaj była kształtowana poprzez zastosowanie całkowicie martwego, często złotego tła, zaś przedmioty i ich wzajemne położenie malowało się w tak zwanej perspektywie odwróconej. Perspektywa odwrócona stwarza w tym przypadku nadzwyczaj silny efekt: przestrzeń rozwija się wszerz i w głąb, do góry i do dołu tak mocno, że to, co dzieje Jarosław Denisiuk 151 się na oczach widza, uzyskuje wymiar innego rzędu - rzekłbym „kosmiczny” Perspektywa odwrócona miała też sens duchowy i była elementem stosowanym z intencją - przeciwko pokusom „cielesnego - penetrującego wzroku”. Normatywizm takiego malowania stawiał tamę chaosowi świata. Miał uchronić przed rozproszeniem uwagi nakierowanej na cele po-zaświatowe. Ikona zatem jest wyrazem poszukiwania medium, w którym można przekazywać prawdę o tym, co najważniejsze dla człowieka. Tego malarstwa nie powinno się oglądać tak, jak obrazy. Nie ma w nich nie tylko zwykłej przestrzeni, ale również nie obrazuje ono wydarzeń, powiązanych narracjami, czy związkami przyczynowo-skutkowymi. Ikona jest oknem do świata innej rzeczywistości, ale oknem otwartym tylko dla tych, którzy umieją posłużyć się duchowością. Bardzo podobny status w moim przekonaniu ma malowanie Hankowskiego, gdzie warstwa ilustracyjna nosi charakter nie tyle reprezentacji lecz symbolu przy pomocy którego możemy się podnieść do osiągnięcia innego rzędu. Jeśli mówimy o podobieństwie malarstwa elbląskiego artysty do ikon to także dlatego, że twarze postaci Don Kichotów z obrazów Hankowskiego tracą podobnie jak kanonizowanych świętych w ikonach swoje rysy indywidualne i przekształcają się w oblicza - symbole, w znaki uduchowienia nie z tego świata. Osobny status ma w malarstwie ikon koncepcja czasu. Według niej życie ludzkości to czas, który ma początek i koniec - od momentu stworzenia aż po paruzję. Wydarzeniem, które rozdzieliło historię na dwie części - epokę starą i nową - było narodzenie Jezusa Chrystusa - wcielenie Boga pod postacią człowieka. Przed stworzeniem świata nie było czasu, zaś do samego Boga czasu nie da się zastosować. Stąd święci przedstawiani w malarstwie ikon są ukazani poprzez brak ruchu. Ich wydłużone postaci, członki pozbawione swojego ciężaru, właściwości fizycznych odnoszą się do sfery uduchowienia. Hankowski zasiedla swoje płótna postacią bohatera historycznego uosabiającego cechy tragizmu wyborów. Don Kiszot tak często eksplorowana postać przez artystę wpada w obłęd pod wpływem romansów rycerskich i wyrusza w świat jako błędny rycerz niesiony szczytnymi, rycerskimi ideałami pomagania najsłabszym. Ta symbioza z motywem literackim to cecha szczególna malarstwa Hankowskiego. Powołanie się na legendę literacką, wydawałoby się może niedzisiejszą i zderzyć z nią empirycznie postrzeganą współczesność, a wtedy obraz „dzisiejszego świata”, tego, jakim go widzimy, wszystkie jego ograniczenia i jego pozorne wolności, zaczną chwiać się w posadach. Wyzwolić współczesność od niej samej, wkroczyć w epokę niedzisiejszą, na teren przez nas zapomniany, albo co do którego uwierzyliśmy, że istnieje tylko w książkach. Don Kiszot Hankowskiego to nie materiał na everymana ani bohatera naszych czasów. Kontekst współczesności malarstwa Hankowskiego nie odmienia całkowicie podstawowych pytań o człowieka, kulturę itd., ale niewątpliwie je „zabarwia”, „modyfikuje”. Sposób w jaki odczuwamy nasz świat, nie jest zależny wyłącznie od specyfiki naszych czasów, i tę prawdę zdaje się mówić nam Hankowski. Najbardziej charakterystyczny dla naszego artysty obraz z 1999 roku przedstawia motyw dobrze znany z malarstwa Hankowskiego - trzech jeźdźców na tle zabudowań klasztoru 152 O czasie i przestrzeni w malarstwie Janusza Hankowskiego prawosławnego. Horyzont wyznaczany jest linią murów klasztoru oraz dachów zabudowań i cerkwi. Nietypowy i rzadki w twórczości artysty jest sposób budowy poszczególnych planów. Bardzo ubogi, sprowadzony do rudymentów elementarz form - plan pierwszy z wyrysowanym perspektywicznie, wprowadzającym nasz wzrok w głąb kompozycji trotuarem, zasiedlony jest przez tytułowych jeźdźców, których Hankowski, swoim zwyczajem sadza na pokracznie wychudzonych, pozbawionych fizyczności koniach. Na dalszym planie pieczołowicie wyrysowane zabudowania klasztorne spełniające w obrazie funkcje oddzielającą - cezurę pomiędzy niebem a ziemią. W obrębie drugiego planu artysta nie chce odżegnywać się od rozpoznawalności czy imitacji rzeczywistości, wprowadzając sugestie istnienia przestrzeni. Jest to wzmacniane śladami pociągnięć pędzla czy żłobienia rylcem w miękkiej, schnącej warstwie pigmentu. Poziom szczegółowości, relatywnie duża w stosunku do niewielkiej wysokości planu. Ta wartość emancypuje je z funkcji tylko mimetycznej, upodobniającej miejsce wydarzenia i naśladowania faktury budynku, przenosząc je w sferę autonomiczności, przez co zyskuje na wartości ich abstrakcyjność. Jakością spajającą oba plany, integrującą obie strefy, jest światło. Stanowi ono immamentną właściwość pigmentu, wydobywa się z materialności farby. Nakładany ostro modelunek zachowuje jednocześnie swój „nadprzyrodzony” charakter, poprzez usytuowanie źródła światła poza kadrem kompozycji. Wrażenie „nieprawdopodobności” potęguje bardzo oszczędna, jednolita kolorystyka tła oraz motywy uchwycone w zupełnie nieokreślonej czasowo chwili, dominujący wobec tego wydaj e się nastrój, atmosfera ciszy i zadumy. Wacław Bielecki 153 Wacław Bielecki OD BACHA DO BACHA W niedzielę 28 lipca 2013 r. w kościele św. Anny w Sztumie odbył się koncert organowy. Był to czwarty z kolei koncert, jakie są organizowane co roku w celu upamiętnienia rocznicy plebiscytu oraz pobytu i koncertu w 1920 roku w Sztumie znakomitego kompozytora polskiego Feliksa Nowowiejskiego. Przypomnę krótką historię tych wydarzeń muzycznych. W 2010 r. gościli i grali na Powiślu - Jan Nowowiejski, najmłodszy syn kompozytora oraz jego córka Bogna, również organistka. Rok później wystąpił z recitalem świetny organista z Lublina Jerzy Kukla, a w ubiegłym roku słuchaliśmy gry Waldemara Wyrwy mieszkającego w Warszawie. Waldemar Gawiejnowicz,fot. W. Bielecki W tym roku do wykonania recitalu został zaproszony organista Waldemar Gawiejno-wicz, absolwent, a obecnie adiunkt Akademii Muzycznej im. Ignacego Jana Paderewskiego w Poznaniu, gdzie prowadzi wykłady, ćwiczenia i seminaria z gry organowej, liturgicznej oraz organoznawstwa. Na program koncertu złożyły się utwory z okresu baroku, romantyzmu i neoromanty-zmu skomponowane przez wybitnych kompozytorów niemieckich - J. S. Bacha, D. Buxte-hudego, F. Liszta, J. S. Rheinbergera oraz francuskich - A. Guilmanta i L. Boellmanna. Artysta zagrał też jedną miniaturę F. Nowowiejskiego. Żaden z tych utworów nie był dotychczas wykonywany u nas. Repertuar był więc bardzo urozmaicony, jeśli chodzi o kompozytorów. Na uwagę zasługuje to, że artysta starał się także zróżnicować utwory pod względem tempa, dynamiki oraz barwy dźwięku dobierając do każdego utworu inne głosy. Trzeba przyznać, że udało mu się to, szczególnie w ostatnim utworze, Suicie gotyckiej Leona Boellmanna. Tak jak wykonawca zapowiadał, utwór ten nadaje się do prezentacji możliwości organów. Szczególnie ciekawie zabrzmiała trzecia część suity, Priere a Notre-Dame (Modlitwa w katedrze Notre-Dame), gdzie mogliśmy usłyszeć m.in. delikatny głos organowy Vox celesta, czyli głos niebiański. Najbardziej efektowną jest ostatnia część tego dzieła - Toccata. Tutaj mieliśmy popis wirtu- 154 Od Bacha do Bacha ozerii organowej oraz możliwość usłyszenia głównej melodii granej na klawiaturze nożnej, opatrzonej przepięknymi figuracjami wykonywanymi na obu klawiaturach ręcznych. Przyznam, że bardzo oczekiwałem na wykonanie tego utworu, bo rok temu miałem możliwość wysłuchania go kilka razy na żywo podczas etapu gdańskiego konkursu organowego im. Pieterszoona Sweenlincka na organach znajdujących się w kościele św. Brygidy w Gdańsku. Interpretacja Waldemara Gawiejnowicza spodobała się nie tylko mnie, ale i licznie zgromadzonej publiczności. Wynikiem tego był zagrany na bis znany i łubiany chorał J. S. Bacha Wachet auf, ruft uns die Stimme (Zbudźcie się, woła nas głos). Tak więc koncert zaczął się i zakończył utworami Bacha. Zauważyć trzeba, że bisy na koncertach organowych zdarzają się niezwykle rzadko. Na naszych, sztumskich koncertach stało się to po raz pierwszy. Z innych utworów zaprezentowanych podczas recitalu moją uwagę zwróciła transkrypcja Wstępu i Fugi - Ich hatte viel Bekiimmernis (Miałem wiełe trosk, ale Pan mnie ze wszystkich wybawił) J. S. Bacha dokonana przez F. Liszta. To bardzo żywy utwór w którym wykonawca pokazał możliwości dynamiczne organów. Chyba głośniej już na nich zagrać nie można. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że sztumskie organy elbląskiej firmy „Terletzki-Wittek”, które w tym roku osiągnęły wiek 112 lat, nie są instrumentem koncertowym, a ich głównym przeznaczeniem jest u uświetnianie liturgii. Na chórze, koło organów, gdzie siedziałem podczas koncertu, było dosyć głośno, ale bezpośrednio po recitalu, rozmawiając z kilkoma osobami o ich muzycznych wrażeniach, dowiedziałem się, że na dole kościoła, szczególnie w nawach bocznych, dochodzące dźwięki nie były zbyt głośne. Może wynikało to także z dobranego repertuaru, bo solista chyba ma skłonność do utworów bardzo melodyjnych (Buxtehude, Rheinberger, Guilmant), które ze swojej natury wymagają cichego grania, a ich urok można odnaleźć w przepięknej melodii i operowaniu delikatnymi odcieniami muzycznych barw. Odniosłem także wrażenie, że utworów lirycznych i smutnych było proporcjonalnie więcej, niż tych żywszych, dynamicznych i weselszych. Niektórych z tych utworów (Buxtehude, Guilmant, Bach) mogłem wysłuchać w wykonaniu Waldemara Gawiejnowicza z jego płyty, nagranej w 2012 roku w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Gdańsku na niedawno postawionych, sporych organach posiadających około 2500 piszczałek oraz trzy klawiatury ręczne. W czasie koncertu organista zapowiadał kolejne kompozycje starając się, m.in. znaleźć powiązania utworów skomponowanych przez różnych autorów z patronem koncertu, Feliksem Nowowiejskim. I tak, słuchacze dowiedzieli się takich ciekawostek, że Rheinberger był nauczycielem Josepha Rennęra, organisty katedry w Ratyzboznie, u którego potem przez krótki czas uczył się Nowowiejski. Z kolei cykl sonat organowych skomponowanych przez Guilmanta był dla Nowowiejskiego inspiracją do stworzenia własnych 9 symfonii na organy solo. Celem tych zapowiedzi było także - jak to powiedział organista - lepsze zrozumienie muzyki. Czy to się udało osiągnąć? Myślę, że tylko częściowo, albowiem zapowiadający czasami używał trudno zrozumiałego, fachowego języka. Na przykład mówiąc o utworze Nowowiejskiego - Wstęp do hymnu ( Przybądź Duch, Stwórco) - użył takich określeń: „reminiscencja barokowego preludium chorałowego”, „temat zostaje przeprowadzony z wykorzystaniem techniki imitacji”, „melodia gregoriańska, Wacław Bielecki 155 kończy się ściśnionym wprowadzeniem tematu w formie stretta”, „dynamika organo pleno”. Na szczęście nie było aż tak przy każdej zapowiedzi, a poza tym były one krótkie. Myślę, że komentarze byłyby lepiej zrozumiane, gdyby organista je mówił, a nie odczytywał. Zresztą, w tym koncercie ważniejsze były nie słowa, ale pięknie wykonana muzyka. Bezpośrednio po zakończeniu koncertu w rozmowie z wykonawcą udało mi się usłyszeć bardzo ciekawą i cenną opinię o sztumskich organach. Waldemar Gawiejnowicz powiedział, że ten romantyczny instrument, mimo niewielkich rozmiarów (tylko 17 głosów - WB), nadaje się do prezentacji utworów z różnych epok. Jest to wymagający instrument, bo ma bardzo lekką, pneumatyczną trakturę (bardzo lekko działające klawisze - WB). - Jestem nim naprawdę urzeczony. Oczywiście, każdy instrument zawsze można poprawić, jeśli idzie o strój, czy sprawność, ale sztumskie organy mają swoją duszę! - stwierdził organista. Kończąc, trzeba powiedzieć, że koncert był ciekawy i udany, i dla wykonawcy, i dla licznej publiczności, i dla organizatorów - Sztumskiego Centrum Kultury oraz Parafii św. Anny. Trzeba już myśleć o następnych, ale żeby do nich doszło, wcześniej, czy później konieczny jest generalny remont instrumentu, bo niestety, ciągle toczy go robak - słynna kołatka. Udało się go wytępić w kościele, ale został w drewnianych piszczałkach organów i nieustannie prowadzi swą niszczycielską działalność. Program koncertu: Johann Sebastian Bach: Concerto G-durBWV 592: [Allegro assai] - Grave - Presto; Dietrich Buxtehude Komm, Heiliger Geist Herre Gott BuxWV 199; J. S. Bach - Franz Liszt: Ein-leitung und Fugę Ich hatte viel Bekiimmernis; Joseph Gabriel Rheinberger: Cantilene z Sonaty Nr 11 op. 148; Feliks Nowowiejski: Wstęp do hymnu Veni Creator Spiritus op. 9 nr 8; Ale-xandre Guilmant: Andante z IVSonaty op. 61; Leon Boellmann: Suitę gothique op. 25: Intro-duction-Choral - Menuet gothique - Prtere a Notre-Dame - Toccata. Na bis - Johann Sebastian Bach: Wachet auf ruft uns die Stimme BWV 645. Waldemar Gawiejnowicz (1968) jest absolwentem Akademii Muzycznej im. Ignacego Jana Paderewskiego w Poznaniu na Wydziale Instrumentalnym w klasie organów prof. AM Sławomira Kamińskiego oraz absolwentem Wydziału Chemii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Brał udział w mistrzowskich kursach interpretacji prowadzonych przez prof. Ch. Bosserta (Niemcy, 1995) oraz prof. J. Boy era (Szwecja, 1996). W1995 roku otrzymał wyróżnienie na konkursie organowym w ramach VII Ogólnopolskiego Festiwalu Muzyki Religijnej im. ks. Stanisława Or-mińskiego w Rumi. Jest doktorem sztuk muzycznych w specjalności instrumentalistyka (2010). Prowadzi wykłady, ćwiczenia i seminaria z gry organowej, liturgicznej oraz organoznawstwa na Wydziale Dyrygentury Chóralnej, Edukacji Muzycznej i Muzyki Kościelnej macierzystej akademii, obecnie na stanowisku adiunkta. Swoje zainteresowania koncentruje na grze organowej, historii, teorii i praktyce budownictwa organowego oraz propagowaniu muzyki. Występuje jako solista i kameralista na terenie Polski i poza jej granicami (Niemcy, Włochy). We wrześniu 2012 nagrał płytę CD „Muzyka organowa w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Gdańsku". Konsultował dokumentacje do renowacji organów i projekty dyspozycji nowych instrumentów, m. in. współpracował przy opracowaniu koncepcji brzmieniowej i dyspozycji nowych, koncertowych organów firmy A. Schuke w Auli Nova Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu. 156 Od Bacha do Bacha Sprawuje kierownictwo artystyczne lubuskich festiwali organowych. W latach 1996-2012 prowadził łącznie ponad 200 koncertów solowych i kameralnych z udziałem blisko 500 artystów z Polski, Austrii, Belgii, Czech, Francji, Holandii, Niemiec, Łotwy, Szwajcarii, Szwecji, Ukrainy, Wielkiej Brytanii i USA. Jest autorem wielu artykułów. Od 2009 r. współpracuje z wydawnictwem Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego oraz Towarzystwem im. Feliksa Nowowiejskiego w Poznaniu nad redakcją nowej edycji utworów organowych Feliksa Nowowiejskiego. Opinie słuchaczy o koncercie - Koncert był cudowny, ja uwielbiam muzykę organową; - Bywam na tych koncertach corocznie. Wrażenia - umiarkowane. Podobał mi się Bach; - Muzyka mnie wyluzowała, była zróżnicowana, dobrane utwory nie były „zbyt ciężkie”, jeśli chodzi o formę i czas trwania; - Wołałabym, aby koncert przetykany był większą ekspresją. Dla mnie utwory nie były dość zróżnicowane, przeważnie były smętne i ciche. W odbiorze muzyki przeszkadzały mi stukoty dochodzące od organów; - Przeważała typowo romantyczna, specjalnie wysublimowana muzyka, bo można przecież wyszukać, np. takie utwory Bacha, że organy aż się trzęsą. Organista, celowo wyszukał misterną muzykę, gdzie melodia gdzieś się chowała, to znowu wynosiła się. Zrobił to jako naukowiec, i nie wiem, czy do wszystkich to dotarło, i to zrozumieli, dlaczego artysta akurat to powybierał. Najbardziej podobał mi się ostatni utwór Boellmanna. Słyszałem już go wcześniej, ale koncertujący organista pięknie go zagrał wykonując cudowne wejścia lewą ręką na manuale. Jestem zadowolony z koncertu, chociaż na mój gust wykonawca grał trochę za cicho i za subtelnie; - Za dużo było utworów lirycznych i smęcących. Pewnie dlatego podobał mi utwór Liszta, bo to była żywa i dynamiczna kompozycja. Mankamentem było to, że dla mnie muzyka była za cicha, może dlatego, że siedziałam w bocznej nawie. Trzeba jednak przyznać, że wykonawca wydobył wiele subtelności. - Organista wybrał perełki muzyczne. Było to piękne, jak melodia przebiegła, czy jak przeplatała się z czymś innym, czy te chorały, czy dobór głosów. Nawet zdziwiłem się, że nasze organy mają takie możliwości i tak się ładnie prezentują; - Bardzo fajny koncert, wprawdzie nie taki jak w filharmonii, ale bardzo fajny; - Niedawno byłem na koncercie w kościele św. Anny w Warszawie na którym grał organista z Włoch. Muszę powiedzieć, że koncert w Sztumie bardziej się mi podobał ze względu na repertuar i wykonanie; - Z zaprezentowanych utworów podobały mi się wszystkie, ale najbardziej czteroczęściowa „Suita gotycka” Boellmanna oraz mocny akord na bis, czyli „Chorał” Bacha. Przy okazji omawianego koncertu warto zastanowić się nad problemem, jaka jest aktualna sytuacja muzyki organowej na Dolnym Powiślu i Żuławach? Najlepiej jest w Stegnie Gdańskiej, gdzie w tym roku odbył się już XXXII Międzynarodowy Festiwal Organowy. Jest to impreza organizowana przez Polską Filharmonię Bałtycką im. Fryderyka Chopina w Gdańsku oraz Gminny Ośrodek Kultury w Stegnie. Kierownikiem artystycznym jest prof. Roman Perucki, organista, a jednocześnie dyrektor gdańskiej Wacław Bielecki 157 filharmonii. W lipcu i sierpniu tego roku zaplanowano siedem koncertów z udziałem polskich i zagranicznych wykonawców. 10 sierpnia br. udało mi się wysłuchać kameralnego koncertu wykonywanego na tamtejszych organach firmy Schlaga ze Świdnicy oraz Gdański Kwartet Smyczkowy. Zagrano utwory: J. Pachelbela, L. Lefebure-Welya, J. S. Bacha, M. Ra-vela, E. Gigouta, A. Vivaldiego oraz F. Nowowiejskiego (Wariacje na temat Schuberta). Z dużym zadowoleniem trzeba przyjąć pojawienie się I Malborskiego Festiwalu Organowego. Koncerty odbywały się w kościele św. Jana Chrzciciela przy zamku. W czasie tegorocznych wakacji zaplanowano ich trzy. Miałem możliwość uczestniczenia w inauguracyjnym koncercie w niedzielę 7 lipca br. Grali muzycy związani z Akademią Muzyczną w Gdańsku, Marcin Zakrzewski organy, kierownik artystyczny festiwalu oraz Szymon Morus, skrzypce. Znajdujące się w kościele dziewiętnastowieczne organy, dzieło Bruna Goebla z Królewca zostały niedawno wyremontowane. Nie jest to instrument który może porazić słuchacza potęgą brzmienia, bo posiada tylko dwa manuały, pedał i ponad 20 głosów. Słychać to było szczególnie w Tokacie i fudze d-moll J. S. Bacha. Malborskie organy brzmią kameralnie i dlatego bardzo ładnie współgrały ze skrzypcami. Oprócz pierwszego utworu na organy solo, pozostałe dzieła były wykonywane przez skrzypce i organy. Usłyszeliśmy krótkie utwory kameralne J. G. Rheinbergera, A. Vivaldiego, J. H. Schmeltzera, E. Morricone, G. Faurea, i elbląskiego kompozytora W. F. Makrulla. Zdecydowana większość z nich utrzymana była w wolnych tempach i raczej smutnych nastrojach, co nie znaczy, że utwory nie były piękne lub źle wykonane. Cieszyć się trzeba, że mamy w Malborku festiwal organowy i życzyć, aby był kontynuowany w następnych latach. Najgorsza sytuacja, gdy chodzi o muzykę organową jest obecnie w Kwidzynie. Jeszcze niedawno odbywały się tu Powiślańskie Wieczory Organowo-Kameralne. W latach 2010 i 2011 podczas wakacji można było posłuchać w konkatedrze co najmniej kilku koncertów, wykonanych na samych organach, bądź przez zespoły kameralne. Niestety, po dwóch latach impreza upadła. Dlaczego? O tym można dowiedzieć się ze strony internetowej kwidzynia-ka, Piotra Michny, kierownika artystycznego tego przedsięwzięcia, który od kilku lat jest organistą w kościele św. Mikołaja w Gdańsku. Wielka szkoda, bo w konkatedrze św. Jana Ewangelisty znajdują się romantyczne organy firmy Wilhelma Sauera, co prawda, wymagają one kosztownego remontu, ale nawet w obecnym stanie są największym instrumentem na Dolnym Powiślu i Żuławach. 158 Oswoić przestrzeń miasta Dorota Maluchnik OSWOIĆ PRZESTRZEŃ MIASTA FESTIWAL TEATRÓW ULICZNYCH W SZTUMIE Aby zaistniało zjawisko zwane teatrem ulicznym, musi być wydzielona pewna przestrzeń. Jak zauważyła D. Ogrodzka (Dialog 20013/6) (...) każda przestrzeń, o której chcie-libyśmy powiedzieć, że jest publiczna, a więc - dopuszczająca różnorodność i współobecność, czyli konflikt, agon - musi mieć żywy nerw performatywny. Być gotowa na bieżące ustanowienia znaczeń. Przestrzeń, by można ją było uznać za publiczną, domaga się w jakimś sensie teatru. Dla urzeczywistnienia idei teatru ulicznego w praktyce nie wystarczy, by wyszedł ktoś np. na szczudłach i zaczął robić miny, istotą teatru jest bowiem performance, czyli akt działania (od ang. czasownikaperform, czyli „działać, wykonywać”). Od czasów starożytnych przestrzeń teatralną dzieliło się na „teren gry” i „teren obserwacji” .Ta zasada obowiązywała zarówno podczas przedstawień klasycznych, jak i podczas występów mimów w średniowieczu. Oglądając spektakle uliczne odnosi się wrażenie, iż zwykły, i codzienny plac miejski uzyskuje nową jakość. Nie bez przyczyny w sztuce od dawien dawna istnieje podział na sfery sacrum oraz profanum (dotyczy to również przestrzeni teatralnej) - teatr uliczny eksponuje to bardzo dobitnie. Jak łatwo zauważyć, cechą teatru ulicznego jest przekraczanie granicy pomiędzy przestrzenią gry a przestrzenią obserwacji; w większości przedstawień widz jest wciągany w akcję. Tak działo się również podczas festiwalu w Sztumie. W tym roku w Festiwalu Teatrów Ulicznych w naszym mieście, który odbył się w dniu 6 lipca, wzięły udział następujące zespoły: Teatr Prawdziwy z Bielawy (ze spektaklami: Kolory ognia oraz Ostatni marsz), Teatr Nikoli z Krakowa (ze spektaklami Święto kucharza oraz Impresario), Teatr Trójkąt z Zielonej Góry (prezentujący dwa spektakle: Dawno, dawno temu oraz Wyspę piratów), Teatr Waga-bunda z Krakowa (wykonujący happening oraz pokazy ognia ) oraz Teatr Cztery Żywioły z Chojnic (prezentujący spektakle: Wzlecieć ulecieć oraz Zapomniani podróżni). Bez wątpienia najlepszym z teatrów, jakie zawitały do Sztumu, był krakowski Teatr Nikoli, znany widzom już z poprzedniej edycji festiwalu. Znakomity był zwłaszcza spektakl pt. Impresario, w którym szczególnie zwróciła moją uwagę młoda aktorka w roli staruszki -kloszarda. Na uwagę ponadto zasługiwały pokazy swoistego teatru ruchu (z towarzyszeniem nagrań muzycznych) w wykonaniu grupy z dolnośląskiej Bielawy (zwłaszcza spektakl pt. Wędrowcy, nawiązujący w swych pomysłach do spektakli słynnej niegdyś grupy Akademia Ruchu), pomysły plastyczne oraz kompozycyjne teatru z Chojnic oraz interakcje z dziecięcą widownią prowadzone przez grupę zielonogórską, która zapewniła wiele uciechy najmłodszym widzom. Warto dodać, że swoistą ramę festiwalu stanowiły działania happe- Dorota Maluchnik 159 ningowe krakowskiej grupy o nazwie Wagabunda. Grupa ta zagospodarowała teren przy pompie wodnej, tworząc przedziwny plac zabaw, będący jakby złomowiskiem gier i zabawek (był tam zabytkowy rower, huśtawka, wielkie warcaby oraz inne arcyciekawe przedmioty, jakby wyciągnięte z archiwum osobliwości). Ponadto Teatr Wagabunda zamknął tegoroczny festiwal pięknym pokazem ogni (między innymi podpalono wykonany ze sznura napis „Sztum 2013”) - późna pora nocna oraz widowiskowość tych pokazów wykreowały niezwykłą atmosferę. Moja uwaga do tegorocznych prezentacji jest następująca - trochę zbyt dużo było ku-glarstwa, czyli żonglerki, akrobacji, pokazów ognia (nota bene wyśmienitych), a trochę za mało czystego teatru. Osobiście bliższe mojemu sercu są - dające do myślenia - spektakle w rodzaju tych, jakie zostały zaprezentowane przez Teatr Nikoli oraz grupę z Bielawy, niż - nazbyt ilustracyjne, iluzjonistyczne - pokazy grupy z Zielonej Góry. Z kolei do grupy z Chojnic mam zastrzeżenie, iż nazbyt obficie korzysta z pomysłów innych teatrów, np. ze znanych spektakli gdańskiego Teatru Snów (pomysł ze skrzydłami jest autorstwa tego właśnie teatru). Oczywiście, w sztuce, podobnie jak w literaturze istnieją tzw. motywy wędrowne, lecz korzystanie z cudzych pomysłów powinno być ujęte w swoisty cudzysłów. Reasumując - tegoroczny festiwal, choć nieco słabszy, dostarczył widzom wielu wrażeń. Dorota Maluchnik TEATR TO COŚ WIĘCEJ Z MARKIEM KURKIEWICZEM, TWÓRCĄ TEATRU 3.5, ROZMAWIA DOROTA MALUCHNIK f Dorota Maluchnik 161 -Jak długo był pan związany z gdańskim Teatrem Snówl Co spowodowało, że założył pan własny teatr? - Mój oficjalny debiut w Teatrze Snów miał miejsce w 2001 r. kiedy zagrałem rolę w Republice marzeń, ale współpraca z gdańskim Teatrem Snów i Zdzisławem Górskim rozpoczęła się długo wcześniej, bo w roku 1997. Ten czas między debiutem a pierwszą współpracą można by nazwać „terminowaniem”, bo tak właśnie było. Poprzez udział w mniejszych akcjach teatralnych, nauce w Sominach (pracowni Teatru Snów), kształtowały się niezbędne narzędzia w pracy aktora. Moja decyzja o odejściu z TS i założeniu własnego teatru wydaje się być czymś zupełnie naturalnym, wynikającym z głębokiej relacji między uczniem a mistrzem. Przychodzi po prostu czas, kiedy w sposób zgodny z naturą uczeń opuszcza mistrza i stawia samodzielne kroki. Tak jak pisklę, które nauczyło się już latać. Zanim to się stało, we właściwy Zdzisławowi sposób, byłem delikatnie wprowadzany w tajemnice pracy reżysera i lidera teatru. Aż przyszedł czas narodzin Teatru 3.S w roku 2012. Zdzisław Górski zresztą nadal wspiera mnie aktywnie w mojej działalności. Często korzystam z jego rad. Teatr 3.5 jest bowiem z całą pewnością zbudowany na idei przyświecającej Teatrowi Snów, którą staramy się twórczo rozwijać. -Jak powstają pana spektakle? Co jest ich źródłem inspiracji? - Nasze przedstawienia powstają niejako w pracowni teatru lub na placu prób. To tam budujemy historię i scenariusz, kreujemy postaci, budujemy pojedyncze etiudy. Nigdy nie starałem się pisać papierowych scenariuszy, partytur ruchu itp. Moim zdaniem, to w jakiś sposób dławi i cenzuruje proces twórczy, który ze swojej natury nie może być sztucznie zorganizowany. U nas praca nad spektaklem jest poszukiwaniem zaskakujących przypadków, swoistego dialogu między przedmiotem, przestrzenią i aktorami. Budowaniem powtarzalności. Inspiracje najczęściej biorą się z fascynacji jakimś przypadkiem, obrazem, delikatnością relacji między ludźmi, codziennością, która bywa poetycka. Stałym punktem odniesienia dla mnie, z całą pewnością są ludzkie marzenia i aspiracje. Czasem żartuję sobie, że moje robienie teatru bierze się z braku talentu do malowania. - Wasze spektakle, np. Imaginarium rozwijają się od wewnątrz, mają pewną gradację, podobnie jak utwór muzyczny... - Tak w rzeczywistości jest. W przedstawieniach Teatru 3.S staramy się, operować raczej narzędziami właściwymi poezji czy muzyce niż teatru, jeśli idzie o narrację. Czas jest tu częścią składową rytmu opowieści, potrafi przyspieszać, cofnąć się czy nawet tylko drgnąć. Pojawiają się echa, refreny. Sam spektakl w zamyśle ma „rodzić się”, „wzrastać”, „żyć” i „przemijać”, tak jak żywe stworzenie. Język spektakli Teatru 3.S ma w swojej istocie przemawiać raczej do wrażliwości niż zdolności interpretacyjnych widza. To trochę jak z patrzeniem na obrazy. Kiedy skupiamy się na tym , co „autor miał na myśli”, tracimy z pola widzenia to co było ważne w dziele. Czasem wystarczy dać się ponieść. Tak jak słuchamy muzyki, tak oglądając przedstawienia naszego teatru wystarczy dać się wciągnąć... Od wieku dziecięcego słysząc muzykę widzę przed oczami obrazy, w teatrze staram się odwrócić ten proces i tworząc obrazy chcę „widzieć” muzykę. Dorota Maluchnik 163 - Czy to prawda, że Imaginarium w pierwszym zamyśle miało być historią tragicznie zmarłego pilota (konstruktora), lecz obecny kształt tego spektaklu znacznie różni się od wizji początkowej ? - Tak, to prawda. Jak już wcześniej wspomniałem, przestawienie ma w sobie coś żywego. W związku z tym często rośnie i rozwija się w zupełnie nieprzewidzianym kierunku. Tak było i tym razem. Bardzo lubię zresztą, kiedy tak się dzieje. To właśnie taki efekt niespodzianki jest jedną z rzeczy, które mnie przyciągają do teatru. Początkowo miała to być historia Ferdynanda Schulza, uzdolnionego marzyciela i utalentowanego sportowca zmarłego tragicznie na rynku sztumskim. Jednak szybko okazało się, że kiedy dotknęliśmy tematu pasji w życiu, narodziło się jednocześnie wiele pytań. Przedstawienie zaczęło ewoluować w stronę opowieści o relacjach międzyludzkich, zależności między samorealizacją a życiem we dwoje w codziennym świecie. Spektakl zupełnie niechcący stał się moją osobistą historią, bowiem codziennie staję przed problemem bycia aktywnym uczestnikiem życia rodzinnego i towarzyskiego i jednoczesnym poświęcaniem się pasji, która jest również moim sposobem utrzymania. - Który ze spektakli granych przez Waszą grupę lubi pan najbardziej? - To trudne pytanie. Do wszystkich dotychczas granych przedstawień mam stosunek bardzo osobisty. W każdym staramy się opowiadać o sprawach ważnych. Jednak po przemyśleniu sądzę, że Małe Oczy - spektakl grany na scenie. Bardzo kameralny. Z minimalną obsadą (gramy tam we dwoje z Justyną Gregorkiewicz). Opowiada o dziecięcym przeświadczeniu o „już-dorosłości” i niedojrzałości świata samych dorosłych, tracących z pola widzenia, punkt widzenia dziecka. To bardzo skromne przedstawienie, z minimalną ilością przedmiotów, krótkie (30 minut), ale bardzo prawdziwe. - Dlaczego w tym roku Teatru 3,5nie było na sztumskim Festiwalu Teatrów Ulicznych? - Również zadaję sobie to pytanie. Ale nie robię z tego powodu problemu. Nie mam w zwyczaju pchać się, gdzie mnie nie chcą. Rzeczywiście szkoda, że sztumianie nie mogli zobaczyć teatru ze swojego regionu. I my również żałujemy. Ale mam wrażenie, że Sztum liczył na to, że zagramy za darmo. Nie mogę jednak na to pozwolić. Teatr utrzymuje się sam i z pomocą lokalową a także promocyjną Dzierzgońskiego DOK. Nasze przedstawienia generują pewne koszty. A ja nie dysponuję budżetem, takim jak festiwal. Jest mi przykro, że żałuje się pieniędzy na promocję lokalnych inicjatyw. Na szczęście gramy dla widzów, a nie dla władz, które przemijają. Robimy swoje. A piłka jest po stronie instytucji sztumskich. -Czym zaowocowała wasza obecność na Festiwalu w Kwidzynie? - Otrzymaliśmy kilka zaproszeń między innymi na Festiwal w Stalowej Woli. Dostaliśmy też propozycję przeprowadzenia warsztatu z kwidzyńską młodzieżą z finałem w postaci spektaklu plenerowego. - Nad czym pan obecnie pracuje? - Obecnie pracuję nad dwoma spektaklami: scenicznym i plenerowym. Ten w prze- 164 Teatr to coś więcej strzeni zamkniętej planuję pokazać po raz pierwszy w marcu przyszłego roku. A plenerowy w maju przyszłego roku, jeśli środki na to pozwolą. Oba przedsięwzięcia będą dość spore i mamy nadzieję im podołać. - Czy to prawda, że jeden z tych spektakli będzie inspirowany malarstwem Chagalla? Czy mógłby pan powiedzieć na ten temat coś więcej? - Od wielu lat malarstwo M. Chagalla'zaprząta moją wyobraźnię i obecnie znajduje to ujście w pracach nad nowym spektaklem plenerowym. Konkretniej chodzi o postaci latających ludzi, par młodych. Dziecięco widziany świat w obrazach M. Chagalla jest nieprzebranym źródłem pomysłów i inspiracji. Spektakl będzie nosił tytuł Inżynieria snu (Dreams Engineering). To będzie dość spore przedsięwzięcie, zarówno budżetowo jak i aktorsko oraz przestrzennie. Teatr 3.5 Powstał w Sztumie w lutym 2012 roku z inicjatywy Marka Kurkiewicza i z pomocą Sztumskiego Centrum Kultury, w którym początkowo znajdowała się jego siedziba. Obecnie grupa działa niezależnie, a swoje miejsce na świecie i pracownię otrzymała od Dzierzgońskiego Ośrodka Kultury, od samego początku wspierającego działalność zespołu. Swoje przedstawienia zespól opiera na precyzyjnie wypracowanym ruchu i subtelnej metaforze przywołującej skojarzenia ze sposobem w jaki świat postrzegają dzieci. Teatr 3.5 realizuje swoje spektakle w plenerze i zamkniętych pomieszczeniach. Debiutował w czerwcu 2012 roku pokazem etiudy „Małe Oczy”. Do tej pory publiczność miała okazję zobaczyć przedstawienia : „Przeniesienia”, „Święto wody”, „Przechadzka”, Imaginarium” (w czerwcu 2013 r. w Parizaskoje, Rosja, miała miejsce premiera). W przygotowaniu są: „Śnienia” (scena) , „Inżynieria Marzeń”( plener). Aleksandra Buła 165 Aleksandra Buła METEORYTY „STROICIELA LASU” Marzenna Szymańska jest absolwentką Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi oraz podyplomowych studiów pedagogicznych. Zajmuje się fotografią i animacją kulturalną. Jest współtwórcą otwockiej Pracowni Rozwoju KALEJDOSKOP, gdzie prowadzi zajęcia z fotografii. W elbląskiej Galerii Spatium Novum zaprezentowano jej wystawę Meteoryty, która jest artystycznym dialogiem z książką Marka Stokowskiego „Stroiciel lasu” (2010), pisarza z Malborka. Nie byłoby wystawy Meteoryty Marzenny Szymańskiej, gdyby nie przedziwne zrządzenia losu. Bo jak inaczej nazwać to, że najpierw trafia na książkę Stokowskiego, a potem czytając ją orientuje się, że w swoim archiwum fotograficznym posiada zdjęcia ilustrujące owe dziwne zdania, które co jakiś czas pojawiają się w głowie M, bohatera powieści? Wszystko to wy-daje się jeszcze bardziej niesamowite, gdy uświadomimy sobie, że zdjęcia do „meteorytów” z książki zostały zrobione gdzieś w Polsce i są tam takie perełki jak zdjęcie z „rozdzielnią snów". Czy nie jest nieprawdopodobne, że ktoś w ogóle zrobił taki napis (jakby żywcem wyjęty z książki) na stacji transformatorowej, a Pani Marzenna zupełnie przypadkowo na niego natrafiła i sfotografowała? ROZDZIELNIA SNOM I Rozdzielnia snów, fot. M. Szymańska Wystawa Meteoryty powstała ze zderzenia tekstu i wyobraźni artystki. Jest ona przykładem na to, jak bardzo tekst może wpływać na odbiorcę i inspirować go do tworzenia artystycznych kreacji. Bohater książki Marka Stokowskiego M od czasu do czasu dostaje w głowę „meteorytem” - myślą pojawiającą się nagle i nie wiadomo skąd. Są to meteoryty w rodzaju: „Rośliny są ciche", „Przycupnął w kałuży pod dźwigiem i zasnął. Pokusa jest wieczna", „Zostawmy to wszystko, jest dobrze. Żegłujmy jak modrzewie". Wizualizacją takich właśnie dziwnych zdań pojawiających się w głowie bohatera i innych fragmentów z książki jest wystawa Marzenny Szymańskiej. Zaskakujące, jak artystka widzi owe „meteoryty”, jak je po swojemu interpretuje i przedstawia. Czy autor książki wyobrażał sobie meteoryt „Zastała na stole rozlaną muzykę", tak jak przedstawiła go Szymańska? Oglądając wystawę składającą się z duetów: zdjęcie i tekst, możemy jak gdyby wedrzeć się do wyobraźni autorki i zobaczyć jej wizję wybranych fragmentów „Stroiciela lasu”. Z całą pewnością, wystawa jest równie interesująca zarówno dla tych, którzy już znają „Stroiciela lasu”, jak i dla tych, którzy lekturę książki mają dopiero przed sobą. A Meteoryty podążają dalej, tak aby jeszcze więcej osób mogło dowiedzieć się o niezwykłej książce Marka Stokowskiego. Tych, którym nie udało się zobaczyć wystawy w Bibliotece Elbląskiej zachęcamy do odwiedzenia Mazowieckiego Centrum Kultury i Sztuki w Warszawie, gdzie będzie ona prezentowana od 11 września. Autorka wystawy zapowiada, że będą jeszcze kolejne miejsca, w których będzie można ją zobaczyć. A tych, którzy jeszcze nie czytali książki Marka Stokowskiego, tym bardziej zachęcamy do jej lektury. Recenzje Janusz Ryszkowski SZTUMIANIN W OBOZIE KWARANTANNOWYM Jacek Emil Szczepański, Niemiecki Obóz kwarantannowy w Zegrzu 1918 r., Muzeum Historyczne w Legionowie, 2013. Podążając śladami urodzonego w Sztumie Bolesława Morawskiego (1896 - 1940), kapitana Wojska Polskiego, który najprawdopodobniej został zamordowany w Katyniu, natrafiłem na wiele epizodów z jego życia, które wymagały szerszego naświetlenia. W przypadku jednego z nich to się udało, dzięki opracowaniu opublikowanemu przez Muzeum Historyczne w Legionowie. Morawski studiował medycynę we Wrocławiu. Kiedy wybuchła I wojna światowa zaciągnięto go do wojska niemieckiego. W jego aktach widnieje informacja, że po leczeniu szpitalnym w Akwizgranie (ranny pod Sommą), pod koniec 1917 roku, został przeniesiony do batalionu zapasowego macierzystego 61 Pułku Piechoty w Toruniu, alS marca 1918 roku otrzymał przydział do wydziału jeńców wojennych w sztabie Generalnego Gubernatorstwa Warszawskiego. Od czerwca do października był adiutantem dowódcy w obozie dla jeńców w Zegrzu. Nie miałem pojęcia, co się pod tym kryło. Zagadka to także dla profesjonalnych historyków wojskowości. Aż natrafiłem na niewielką i pionierską publikację dr. Jacka Emila Szczepańskiego „Niemiecki obóz kwarantannowy w Zegrzu w 1918 r.”, która sporo wyjaśnia. Jeden z punktów traktatu pokojowego zawartego w Brześciu 3 marcu 1918 r. zobowiązał strony do szybkiego uwolnienie jeńców. Niemieckie Naczelne Dowództwo Wojskowe zdecydowało, że dla żołnierzy zwalnianych z niewoli rosyjskiej powstaną ośrodki na terenie Generalnego Gubernatorstwa Warszawskiego. Sprawami tymi zajął się sztab generalny GGW Utworzono w nim wydział jeńców wojennych. Jak trafił do niego ppor. Bolesław Morawski? Skazani jesteśmy na domysły. Na pewno ważny był takt, że jako Polakowi (choć w mundurze okupanta) łatwiej mu było na terenie Warszawy załatwiać wiele spraw i kontaktować się z miejscową ludnością. Tylko do końca marca do Warszawy przyjechało pociągami ponad 15 tys. żołnierzy. Zaraz po przyjeździe (pierwsze trans- 168 Recenzje porty witał gubernator Warszawy generał Hans Hartwig von Beseller) rannych i chorych kierowano do szpitali, reszta trafiała do punktu zbornego utworzonego w kompleksie po carskich spichlerzach wojskowych na Powązkach. Następnego dnia zostawali oni poddawani odkażaniu. Zabierano im ubrania, najczęściej zawszawione, potem gorąca kąpiel, obcięcie włosów, badanie lekarskie, ewidencja. Wreszcie przebrani w bieliznę i mundury pobrane z magazynów udawali się do obozów kwarantannowych. Zlokalizowano je w Warszawie, Pomiechówku, Modlinie i Jabłonnej (obecnie Legionowo), centralny obóz dla szeregowców znajdował się w Zegrzu. Przez ten ośrodek przewinęło się około 50 tys. jeńców, nie tylko zwalnianych z niewoli rosyjskiej Niemców, ale i ich sojuszników - Bułgarów i Turków. Właśnie tam 1 czerwca został skierowany w charakterze adiutanta dowódcy obozu ppor. Morawski i pełnił ją do 3 października. Kwarantanna dla byłych jeńców trwała 2-3 tygodnie, po czym byli zwalniani do domów. Podczas pobytu w obozie uczestniczyli w festynach sportowo-rekreacyjnych, występach artystycznych, teatralnych. Wszystko po to, by w lepszej formie, powrócili do rodzin. Autor przygotował opracowanie o zegrzyńskim obozie w ramach szerszych badań, jakie Muzeum prowadzi nad I wojną światową. Publikacja wzbogacona jest zdjęciami z ośrodka kwarantannowego, pocztówek, przedstawiających koszary, wysyłanych przez byłych jeńców i stempli z ich listów. Andrzej Kasperek ŻUŁAWY Z LOTU PTAKA Mariusza Staniucha, Mark Opitz, Żuławy - podniebny rejs / Das Grosse Werder- eine Himmelsreise, Gdańsk 2013, Wydawnictwo Oskar. Biblioteka książek o Żuławach powiększa się z roku na rok. I wypada się z tego tylko cieszyć. W dużym stopniu jest to odrabianie lat zaniedbań. Kilka miesięcy temu gdańskie Wydawnictwo Oskar opublikowało kolejna pozycję. Książę wyjątkową, choćby ze względu na swe rozmiary - jest to album „Żuławy. Podniebny rejs” wydany w wersji dwujęzycznej, z tłumaczeniem na język niemiecki: „Das Gro^e Werder - eine Himmelsreise”. Marka Opitza nikomu z czytelników „Prowincji” nie trzeba przedstawiać. W re- cenzji sprzed trzech lat napisałem: „Żuławy to wielka miłość Marka, który dokumentuje ją przy pomocy aparatu fotograficznego. Dzięki jego pasji i talentom możemy podziwiać piękno tej krainy w dwóch albumach. W 1998 roku ukazała się książka Żuławy Recenzje 169 - czas przełomu, a pod koniec 2009 Delta Wisły - krajobraz dla konesera.” Dziś do jego bibliografii można dopisać kolejną książkę. Kilka słów należy się współautorowi. Mariusz Staniucha tak mówi o sobie: „całe życie jestem związany z Żuławami. Od ponad 17 lat pracuję w administracji rządowej. Pomimo natłoku obowiązków odnajduję czas na realizację swoich pasji, którymi są muzyka oraz poznawanie uroków Bieszczad. Wraz z żoną współpracuję z zespołami muzycznymi Stare Dobre Małżeństwo oraz Plateau. Organizując ich koncerty na terenie kraju spędzamy wiele dni w trasach koncertowych. Wierzę, że każdy człowiek w jakimś momencie swojego życia dokonując oceny przeżytych lat stwierdza: tempus fugit (czas ucieka). Dostrzegamy to wszyscy. Wiemy, że czasu nie da się zatrzymać a to spostrzeżenie wyzwala wtedy w nas żal za przemijaniem. Dlatego też w mojej głowie narodził się pomysł stworzenia albumu: „Żuławy - podniebny rejs”, który stanowi połączenie wszystkich pasji: zamiłowania do latania, fotografii, a przede wszystkim miłości do Żuław, ich piękna i jedynego w swoim rodzaju uroku, ich historii i kultury. Ta lotnicza wyprawa ponad ziemią żuławską i dokumentacja fotograficzna, jakiej nikt do tej pory nie podjął się wykonać, to jedyny w swoim rodzaju przewodnik po Żuławach, gdzie zwiedzającego prowadzić będą zdjęcia wykonane z „lotu ptaka”. Mamy teraz okazję podziwiać, co wynikło z połączenia pomysłu i pasji, planu i zdania się na przypadek, chęci udokumentowania zmian i utrwalenia tego, co historyczne. Czytelnik otrzymuje gruby tom, liczący przeszło 200 stron dużego formatu, który dopełnia pracę wykonaną przez Opitza w jego wcześniejszych książkach. Niewątpliwie wielką wartością tego albumu jest to, że powstawał w ciągu kilku lat. Praca nad nim trwała od 2006 do 2011 roku. Świetnym pomysłem jest zestawienie obok siebie zdjęć, które dzieli kilka lat. Wystarczy spojrzeć na przebudowę trasy krajowej nr 7 - rondo im. Jana Pawła II, wiadukt w Kmie-cinie, przebudowa obiektu dla Żuławskiego Parku Historycznego... Przykładów jest zresztą więcej. Można by powtórzyć za Marią Dąbrowską: „tu zaszła zmiana” i dodać: „na szczęście zaszła na lepsze”. Żuławy są trudnym tematem dla fotografa i niewielu się udaje uzyskać dobry efekt w zdjęciach tego „krajobrazu dla konesera”, zwykle za mało na nich lądu, za dużo nieba... W zdjęciach lotniczych ten problem zdaje się znikać, ale nie do końca. Okazuje się, jak ważny dla ostatecznego efektu jest pułap lotu, kąt nachylenia. Kadrowanie tylko pozornie jest łatwiejsze. Na niektórych zdjęciach widać koło samolotu, ale nie poczytuję tego za błąd, to raczej rodzaj podpisu, zdradzającego genezę tych fotografii. Powiem otwarcie - wolę zdjęcia pól, meandrów leniwych rzek żuławskich, pasących się krów i ujścia Wisły od zabudowań dawnych pegeerów (np. Rakowo), bloków mieszkalnych Osiedla Wyszyńskiego czy (pożal się Boże) apartamentowców w Stegnie i Krynicy Morskiej. Rozumiem, że wielka ilość zdjęć z Nowego Dworu jest podyktowana przez kalkulację - ludzie będą kupować album, jako pamiątkę („a tu mój dom z lotu ptaka”) lub prezent („zobaczcie jak mieszkamy”) i nie ma w tym niczego złego. Ciekawe jest rozpoznawanie miejsc, które dobrze znamy z innej perspektywy, szukanie swojego domu, domów znajomych, miejsca pracy, nauki... Po to się robi takie albumy, ale czasem przydałaby się staranniejsza selekcja - po co aż 4 zdjęcia 170 Recenzje Szpitala i Ośrodka Rehabilitacji w Jantarze? Jego architektura mnie nie uwiodła. Wiem jednak, że nawet zdjęcia ohydnych obór, magazynów czy bloków mają wartość historyczną i dokumentacyjną. Pokazują, jak człowiek bezmyślnie niszczył unikalny żu- • ławski pejzaż, zaśmiecał go, degradował. I to ciągle się dzieje - wystarczy spojrzeć przez okno na kręcące sie wiatraki. Niestety nie te, które osuszyły tę krainę. Słusznie zauważył we wstępie Dariusz Piasek, że ten album ma jeszcze jedną wartość, bo pokazuje z góry, jak różnymi krainami są Żuławy i Mierzeja Wiślana. Dwie siostry, ale raczej przyrodnie. Tylko z góry widać sieć rzek, kanałów, rowów melioracyjnych - istotę żuławskiej egzystencji. Przepompownie, przystanie wodne, mosty, promy i śluzy prezentują się zlotu ptaka zna- komicie. Podobnie jak stare domy, kościoły i wiele innych budowli. Nowoczesne rozwiązania komunikacyjne wokół Nowego Dworu też wyglądają imponująco. Autorzy albumu i wydawca wykonali kawał dobrej roboty. Tak, jak zauważył M. Staniucha: czas ucieka i jeśli nie potrafimy go udokumentować, to nie zostanie żaden ślad naszej tu obecności. Powstała kolejna ważna książka o Żuławach. A także świetny prezent dla osób, którym chcemy przybliżyć Żuławy i Mierzeję. Może trzeba też pomyśleć o wyborze zdjęć do kalendarza i wersji mini (koniecznie z wersją językową angielską i rosyjską) - sprzedawałbym ją na stacjach benzynowych, żeby kierowcy, którzy pędzą przez płaskie Żuławy zechcieli się tu zatrzymać i rozejrzeć, bo wiemy, że warto. Niech się inni o tym dowiedzą! Andrzej Lubiński O DZIERZGONIU DLA KAŻDEGO Janusz Namenanik, Dzierzgoń szkice z dziejów miasta, Warszawa 2013, CeDeWu, Sp. Z.o.o. Autor najnowszej książki o mieście leżącym nad rzeką Dzierzgonką jest rodowitym mieszkańcem tego grodu. Do tej pory znany był głównie jako nauczyciel fizyki i wiedzy o społeczeństwie. Po przejściu na emeryturę zainteresował się przeszłością Dzierzgonia. Praca nad książką trwała ponad dwa lata. Literaturę pozyskiwał z bibliotek naukowych, korzystał też z informacji, jakie uzyskał przeglądając różne strony internetowe. Efekt końcowy jest imponujący. Książka składa się ze wstępu, czterech rozdziałów „Zabytki”, „Społeczność”, „Gospo- darka”, „Co pisano o Dzierzgoniu”, uwag końcowych, bibliografii, spisu ilustracji, załączników oraz „Kroniki miasta Dzierzgonia” autorstwa F. Hassensteina w tłumaczeniu autora. Recenzje 171 W rozdziale pierwszym autor przybliża czytelnikowi najcenniejsze zabytki związane z miastem. Najbardziej znaną osobliwością jest figura Potrimposa, mająca przedstawiać bożka pruskiego. Wzbudzała ona zainteresowanie wielu uczonych niemieckich i polskich. Drugi zabytek to tajemnicza tablica wbudowana we wschodnią ścianę budynku byłego klasztoru Reformatów. Dokonując odczytania tablicy pisanej po łacinie J. Namenanik ustala, że jest to epitafium poświęcone wojewodzie malbor-skiemu, staroście dzierzgońskiemu Stanisławowi Konarskiemu. Autor zebrał kilka informacji z różnych źródeł, jakie pasują do biografii starosty dzierzgońskiego. Kościół ewangelicki znajdujący się u wejścia na górę św. Anny zbudowany był w latach 1791-1792. Na wyposażenie składał się póżnobarokowy ołtarz połączony z amboną z 1733 roku, chrzcielnica oraz dwie figury wyrzeźbione w drewnie z XIV wieku. Autorowi udało się odnaleźć duży dzwon z tego kościoła. Obecnie znajduje się we wsi Veen-hausen w Dolnej Saksonii. Opisuje ołtarz i obrazy znajdujące się w kościele Zesłania Ducha Świętego wraz z rodową kryptą rodu Zawadzkich, właścicieli Waplewa. Kościół jest obecnie własnością parafii grekokato-lickiej. Ważnym miejscem w życiu miasta był ratusz jako symbol siły i samorządności. Pierwszy miał być wybudowany już w 1300 roku. Od 1595 w ratuszu luteranie organizowali swoje nabożeństwa. Ratusz istniał do 1857 roku i został rozebrany i w ten sposób powiększył się obszar rynku.. Siedziba nowego została przeniesiona na dzisiejszą ulicę Odrodzenia 8. Dla współczesnego mieszkańca miasta najcenniejszy jest rozdział drugi „Społeczność”. Rozpoczyna się od opisu miasta w 1858 roku, gdzie mieściły się poszczególne urzędy, przedstawicielstwa firm, poszczególne zakłady rzemieślnicze. Miasto miało dobrze rozwiniętą sieć gastronomiczną i usługową. Opisując ulice autor podaje nazwy współczesne, jak również nazwy niemieckie. Wskazuje, kto przy nich mieszkał i czym się trudnił. Osobą odgrywającą ważną rolę w życiu miasta był pastor ewangelicki Feliks Hassenstein. Autorowi udało się ustalić jego dokładną datę urodzenia (14 stycznia 1861), a nie jak do tej pory podawano 9 listopada 1860. Pastor założył nowy cmentarz i fundusz kościelny. Gdy była inflacja, ratując zgromadzony fundusz, kupił drugą parcelę w Bągarcie i przeznaczył 30 tysięcy marek na budowę kaplicy w tej miejscowości. Założył w mieście Kasę Oszczędności, Kasę Kredytową. Prowadził też działalność literacko-kronikarską. Jako Niemiec namawiał mieszkańców do głosowania 11 lipca 1920 za Niemcami. Ważną rolę w zagospodarowaniu czasu wolnego pełniło bractwo strzeleckie oraz katolicki chór męski św. Cecylii. Pewną rolę odgrywało też słowo drukowane. W mieście były dwie księgarnie, wydawano miejscową gazetę. Istniała też biblioteka. Po I wojnie formą spędzania czasu było również słuchanie radia. Istniały też trzy kina. W krótkim tekście „Wielcy w Dzierzgoniu” autor wymienia, kto odwiedził miasto na przestrzeni wieków: legat Jakub z Le-odium, biskup Kacper Linke, kardynał Józef Glemp, biskup połowy Sławoj Leszek Głodź, a także Napoleon, cesarz Wilhelm II, Josif Broz Tito. Dzierzgoń odwiedzali również wykonawcy muzyki rozrywkowej, jak Czesław Niemen z wokalistką pochodzącą z Dzierzgonia Adą Rusowicz, Jacek Lech, Maryla Rodowicz. 172 Recenzje Trzeci rozdział poświęca autor gospodarce miasta. Dzierzgoń i okolice znane były z rozwoju rolnictwa. Największe gospodarstwa rolne to gospodarstwo „Son-ne” E.Schmidta, „Georgenhof” O. Pennera, „Farma miejska” należąca do F. Welskiego, „Judittenhof” I. Rugenstein. W mieście dobrze funkcjonowały przedsiębiorstwa przetwarzające produkty rolne. Pełniąc funkcje handlowe, przetwórcze i usługowe miasto było często odwiedzane przez przyjezdnych. Rozwinięta była też sieć noclegowo--gastronomiczna. Dobrze funkcjonowało różnego rodzaju rzemiosło. W gospodarce miasta ważną rolę pełnił utworzony w 1905 roku zakład betoniar-ski. Autorowi udało się sporządzić dokładny spis jarmarków z lat 1848-1944. Targi i jarmarki odbywały się według określonych zasad. Cotygodniowe odbywały się w każdy piątek, handlowano owcami, kozami świniami, końmi. Targi końskie były najważniejsze ze wszystkich targów. Lokalny targ odbywał się w środy i soboty. Ciekawie przedstawia autor losy dzierz-gońskiej kolei i jej zabytkowych budowli jak budynek dworca kolejowego w Prakwicach wybudowany w tym celu, aby cesarz mógł wysiąść z pociągu i uczestniczyć w polowaniach organizowanych przez rodzinę Do-hna. Ważną funkcję w mieście pełniły gazownia oddana do eksploatacji w 1904 roku, a przejęta przez miasto w 1912, nowe wodociągi w 1929 roku i kanalizację miejską rok później. Na rozbudowę tej ostatniej miasto otrzymało pomoc od państwa w kwocie 3 tysięcy marek. Autorem wieży ciśnień był Hans Hoop z Królewca. Od roku 1882 miasto posiadało własną straż pożarną. Czwarty rozdział przedstawia miasto w polskiej prasie XIX i XX wieku, jak „Gazeta Toruńska”, „Pielgrzym”, „Przyjaciel”, „Gazeta Grudziądzka”, „Słowo Pomorskie” oraz w literaturze polskiej. Rozwiewa niektóre mity, jakie związane są z historią miasta, np. lata wydawania „Gazety Dzierzgoń-skiej” („Christburger Zeitung”), lokalizacji tzw. świńskiego rynku lub trzody chlewnej, apteki zlokalizowanej na rogu ulicy Odrodzenia i Słowackiego noszącej nazwę „Adler Apotheke”. Przy opisie, kto gdzie mieszkał, gdzie był dany zakład autor wykorzystał tzw. Rejestr Tannera - pracownika gazowni i wodociągów w okresie międzywojennym. J. Namenanik sumiennie wykorzystał bibliografię dotyczącą historii miasta, pozycje książkowe, prasę i czasopisma dostępne w bibliotekach cyfrowych. Wśród załączników umieścił nazwy ulic, liczbę mieszkańców, wykaz jarmarków oraz „Kronikę miasta Dzierzgonia” F. Hassensteina. Bardzo ciekawe są zamieszczone plany miasta, widokówki, zdjęcia, rozkłady pociągów na trasie Malbork - Małdyty - Olsztyn. Jedyna moja krytyczna uwaga dotyczy błędnie podanego nazwiska autora książki „Geschichte des Stuhmer Kreis Schmifdtt”. Powinno być - F.W.F. Schmitt. Praca ta była opublikowana, a nie jak pisze autor tłumaczenia „Kroniki...” - niepublikowana. Książka „Dzierzgoń szkice z dziejów miasta” stanowi ważne uzupełnienie dotychczasowych pozycji pisanych po niemiecku, jak i polsku. Każdy interesujący się przeszłością Dzierzgonia winien mieć ją w swojej podręcznej bibliotece. Część tekstów publikowana była już na łamach kwartalnika „Prowincja”. Recenzje 173 Leszek Sarnowski KACZMARSKI WEDŁUG KASPERKA Andrzej Kasperek, Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2013 r. Słuchanie, granie, śpiewanie Jacka Kaczmarskiego w czasie studiów w latach 80-tych było prawdziwym rytuałem. Jak by powiedział mistrz Herbert była to „sprawa smaku”. Tak było nie tylko w Gdańsku. Towarzyskie imprezy, ogniska, rocznicowe „zadymy” stanu wojennego, etc. Wszędzie królował Kaczmarski. Znajomość tekstów barda była niemal patriotycznym obowiązkiem. Pasował do emocji, do czynnej lub biernej walki z komuną. Inspirował, wzruszał, dawał nadzieję. Jego Mury, Arka, Syberia, Źródło, Zbroja to niemal katechizm antykomunisty. Kaczmarski był nasz, niczyj inny. Był użyteczny i niezbędny, bo potrafił wyrazić to co w duszy grało. Czy Go rozumieliśmy to już inna kwestia. Raczej nie, bo nawet kultowe Mury, chcieliśmy rozumieć jako zachętę do walki, nie dostrzegając ostatnich wersów, że mury rosną, a śpiewak jest sam. W tym kontekście jakże cenna jest uwaga Andrzeja Kasperka we wstępie do książki, że „dziś, kiedy polityczne odniesienia jego utworów tracą na ważności, zostaje to co najważniejsze - czysta sztuka”. Ta sztuka wymaga jednak uwagi i do takiej uwagi zaprasza nas właśnie swoją książką Andrzej Kasperek. Czytając najnowszą książkę Andrzeja Kasperka Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło wschodnie mam wrażenie, że autor spróbował zrozumieć barda trochę za Andrzej Kasperek Galeria Jacka Kaczmarskiego Skrzydło wschodnie nas, bez dawnych emocji, a jeśli, to ukrytych. Rozłożył Kaczmarskiego na czynniki pierwsze dochodząc do Jego uniwersalizmu. Kasperek skupił się na tekstach Jacka Kaczmarskiego inspirowanych obrazami wybitnych malarzy, z których część została umieszczona na Jego autorskiej płycie Muzeum, zrealizowaną wspólnie z Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapińskim. Ten muzyczny album inspirowany był słynną wystawą Polaków portret własny, zorganizowanej w 1979 roku w Krakowie. Mimo, że wystawa, oficjalna w istocie, nie była specjalnie nagłaśniana przez władze, to ściągnęła niewyobrażalne tłumy. Jak wspomina, cytowany przez Kasperka, Tadeusz 174 Recenzje Nyczek: „Nie można było napisać, że wystawa jest manifestacją patriotyzmu. Ale cenzura nie miała wpływu na interpretację, emocji nie dało się ocenzurować”. Polacy zobaczyli ważny fragment swojej historii, bo nie o względy jedynie artystyczne w tej wystawie chodziło. Tym bardziej, że na końcu wystawy, ustawiono lustro, w którym każdy mógł zobaczyć swój autoportret. Kto wie, jaki wpływ na dalsze losy Polaków, w kontekście przebudzenia 1980 roku, miała ta wystawa. Jacek Kaczmarski takie lustro stawiał nam w każdym swoim utworze. Z bardzo wielu tekstów „malarskich” barda Andrzej Kasperek wybrał zaledwie siedem, choć ich opisanie zajęło mu aż 230 stron, w tym niemal 50 stron szczegółowych przypisów, z krótkim streszczeniem w języku angielskim i, co cenniejsze, zważywszy treść książki, w języku rosyjskim. To fantastyczny wysiłek redaktorski i eru-dycyjny, do jakiego już Andrzej Kasperek nas przyzwyczaił, zamieszczając w swojej poprzedniej książce Back in DDR, wiele cytatów z wybitnych mistrzów słowa. Zatem zgadzam się z autorem, że by dziś zrozumieć akurat te „malarskie” utwory Kaczmarskiego, potrzebny jest solidny wykład z historii sztuki, historii i literatury, a wszystko po to, by „nasz” bard stał się bardem uniwersalnym. I na taki wykład czytelnicy, którzy sięgną po książkę, mogą bez zawodu liczyć. Andrzej Kasperek opisał, jak wspomniałem, siedem obrazów, które zainspirowały Kaczmarskiego. To Encore, jeszcze raz, Pikieta powstańcza, Wiosna 1905 roku i Kwartet syberyjski czyli Zesłanie studentów, Wigilia na Syberii, Powrót z Syberii i Zatruta studnia. Wybitne dzieła Pawła Fiedotowa, Maksy- miliana Gierymskiego, Jacka Malczewskiego i Stanisława Masłowskiego. Wszystkie te obrazy - teksty ilustrują skomplikowane dzieje naszych trudnych kontaktów ze wschodnim sąsiadem, z Rosją, pokazując je na tle ważnych dla nas doświadczeń historycznych, z dodatkiem literackich odniesień. Stąd podtytuł publikacji Skrzydło wschodnie. Intencją Jacka Kaczmarskiego, jak sam o tym mówił, „było umieszczenie polskich doświadczeń okresu Solidarności w perspektywie historycznej tak, by odbiorca pojął, że jest świadkiem procesu, a nie jakiegoś wyjątkowego wydarzenia”, ale także przekonanie, że nie jesteśmy najważniejsi na świecie, a historia może być nauczycielką życia, a przynajmniej skłaniać do refleksji. Może Jacek Kaczmarski nie jest nam potrzebny do porozumienia z Rosjanami robiącymi zakupy w „naszych” niemieckich, portugalskich czy francuskich hipermarketach, bo do tego wystarczy znajomość języka rosyjskiego, ale z pewnością przyda się nam także dziś płynąca z Jego utworów uniwersalna, historyczna refleksja nad naszymi narodowymi słabościami i przywarami. I do takiej refleksji, krocząc śladami Jacka Kaczmarskiego, zaprasza nas Andrzej Kasperek. Jedyny mankament książki jest, niestety, słaba jakość reprodukcji analizowanych obrazów, ale to może wyzwanie i zachęta, by odwiedzić galerie malarskie w Warszawie, Krakowie czy Moskwie, gdzie obrazy te się znajdują. Książka została wydana przez Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, przy finansowym wsparciu samorządu województwa pomorskiego. Recenzje 175 Wacław Bielecki KOŃ SZTUMSKI Wiesław Jończyk, Koń sztumski - wczoraj, dzisiaj, jutro, Malbork 2012. Gdyby zapytać przypadkowego przechodnia gdzieś w Polsce, z czym kojarzy mu się Sztum, to na pierwszym miejscu byłoby zapewne więzienie, później Sztumska Wieś, jako miejsce zawarcia rozejmu polsko-szwedzkiego w 1635 roku. Myślę, że niewielu miałoby skojarzenia związane z końmi. Tymczasem prezentowana książka poświęcona jest właśnie sztumskiemu koniowi, bo jest o czym pisać i czym się chwalić. Konie lubię, ale się na nich zupełnie nie znam, dlatego prezentowaną książkę przeczytałem z zaciekawieniem, chociaż w trakcie lektury natrafiałem na najróżniejsze problemy z jej zrozumieniem, a na samym początku, co to jest, np. koń zimnokrwisty? Skądinąd wiadomo, że przedmiotem powszechnego podziwu są gorącokrwiste konie sportowe o żywym temperamencie, np. araby ze stadniny w Janowie Podlaskim, kupowane za niebotyczne sumy przez szejków. Autor pisze, że hodowla koni ras zimnokrwistych na Pomorzu Gdańskim zaczęła się od czasów krzyżackich. Na przełomie XIV i XV wieku Krzyżacy sprowadzili konie z Danii, Niderlandów, Turyngii i założyli około trzydziestu stadnin. Jedna z nich, licząca około 150 koni mieściła się w samym Sztumie. Prawdziwa historia hodowli współczesnych koni zimnokrwistych zaczęła się jednak w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku za czasów pruskich. Po II wojnie w 1960 roku minister rolnictwa utworzył na Pomorzu Gdańskim Ośrodek Hodowlany Konia Sztumskiego, który przyczynił się do wytworzenia rodzimych typów koni zaprzęgowych. W pracy przypomniane są zasługi inżyniera Jana Barły, kierownika Wojewódzkiego Związku Hodowli Koni w Gdańsku, którego konsekwentne, 25-let-nie działania przyczyniły się do wyhodowania konia sztumskiego, czyli „ciężkiego typu konia pospieszno roboczego”. Wyjaśnić tu trzeba, skąd się wzięła nazwa „koń sztumski”. Otóż po drugiej wojnie światowej większość koni zimnokrwistych znajdujących się na terenie Powiśla przepa-dła. W 1946 roku znaleziono, przeważnie w gospodarstwach autochtonów, 23 ogiery, z których sześć wywodziło się z miejscowej hodowli. Przypomnijmy ich imiona: Belgrad, Fagos, Grillharzer, Wandolin, Cyprjan i Dobosz. Ich potomstwo, jako własnego 176 Recenzje chowu, zaczęto nazywać „koniami sztumskimi” dla odróżnienia koni pochodzących z innych rejonów. Powszechnie znane są trzy cuda piękności: kobieta w tańcu, statek pod żaglami i koń w biegu. Niestety, trzeba przyznać, że koń sztumski do najpiękniejszych nie na-' leży. Sylwetkę ma zawalistą, by nie powiedzieć grubaśną. Daleko mu do idealnych proporcji koni rasy arabskiej. Jednak inne cechy zadecydowały o jego nieprzerwanej hodowli od wielu lat. Jest bardzo silny i wytrzymały, nadaje się, jak żadna inna końska rasa, do zaprzęgu i ciężkich prac. Zdaniem Wiesława Jończyka, wieloletnie zabiegi hodowców doprowadziły do poprawienia urody konia sztumskiego przez uzyskanie koni o ładnej głowie z okrągłym grzebieniem szyi i okrągłą potylicą harmonijnie łączącą głowę z szyją. Obecnie hodowla tego typu koni związana jest z ich wykorzystaniem jako żywej siły pociągowej przy różnego rodzaju pracach rolniczych i pociągowych w mniejszych gospodarstwach oraz przy produkcji żywności ekologicznej, a także do zrywki drewna w kaszubskich lasach. Konie sztumskie zaprzęgane są także do bryczek i sań, wozów turystycznych oraz używane do jazdy wierzchem. Zdecydowana większość omawianej książki poświęcona jest genealogii konia sztumskiego. Czytelnik znajdzie tutaj bardzo szczegółowe informacje o końskich protoplastach, choćby taką, że założycielem najstarszego rodu sztumskiego jest ogier Atlantyk urodzony wl955 roku w Państwowym Gospodarstwie Rolnym w Sztumskiej Wsi. Jego rodowód i liczni potomkowie są dokładnie opisani, a zdjęcie tego ogiera, ważącego około 800 kg można zobaczyć na okładce pracy oraz na stronie 36. Na licznych kartach książki opisane i przedsta- wione są rody męskie tworzące hodowlę koni sztumskich. Autor podaje nawet specjalistyczną receptę na to, jak koń sztumski powinien być w hodowli doskonalony. Otóż ze względu na odmienną genealogię, „powinno się to odbywać w głównej mierze przy użyciu ogierów rasy reńskiej - niemiecki zimnokrwisty oraz belgijski pociągowy, a w mniejszym stopniu przez belgijskie i francuskie ardeny, natomiast minimalny powinien być dolew szwedzkich ardenów.” W prezentowanej książce znajdują się liczne fotografie koni. Naliczyłem ich prawie 170. Tak jak w albumie rodzinnym można więc zobaczyć wizerunki opisywanych ogierów i klaczy. Te zdjęcia stanowią ważną cześć pracy, tym bardziej, że wszystkie są precyzyjnie opisane. Oprócz fotografii lekturę ułatwiają liczne wykresy, tzw. drzewa genealogiczne. To one pozwalają na orientację w powikłanych końskich rodowodach, kto od kogo pochodzi. Po przeczytaniu książki, zastanawiałem się, komu można ją polecić? Na pewno, nie jest to lektura dla wszystkich. Myślę, że najchętniej sięgną po nią specjaliści od hodowli i znawcy koni oraz ich użytkownicy, czyli osoby posiadające konie sztumskie oraz wszelacy miłośnicy koni, a może także lokalni historycy z Powiśla i Pomorza. Dla nich, podobnie jak dla wielu hodowców koni zimnokrwistych, konie typu sztumskiego stanowią cenne dobro kultury regionalnej i nie wyobrażają sobie krajobrazu bez tych koni. Muszę jednak przyznać, że w pomorskim, powiślańskim i żuławskim krajobrazie (oprócz stadnin) widok konia, to wielka rzadkość. Od dawno nie miałem szczęścia go ujrzeć. Cieszyć się zatem trzeba, że już niedługo sylwetkę konia sztumskiego, podobno w skali 1:1, będą mogli zobaczyć sztumianie i turyści w odnowionej fosie miejskiej. Recenzje 177 Krystian Zdziennicki JESZCZE BOGATSZE MIKOŁAJKI NASZ DOM. Mieszkańcy Mikołajek Pomorskich i okolic, ich historie i wspomnienia oraz Słownik dialektu sztumskiego, pod red. ks. Marka Karczewskiego, Mikołajki Pomorskie 2013. Ks. Marek Karczewski, profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego po raz kolejny podjął się stworzenia publikacji poświęconej Mikołajkom Pomorskim oraz okolicom. Można powiedzieć, że prezentowana książka jest kontynuacją wydanej cztery lata temu monografii „Bogaci ludźmi”. Ks. Karczewski już w poprzedniej publikacji zebrał wiele interesujących historii i wspomnień mieszkańców, lecz okazało się, że znalazły się osoby, które również chcą się podzielić swoimi wspomnieniami. Chyba pierwsza publikacja do tego ich ośmieliła. Warto nadmienić, że publikacja oprócz licznych wspomnień zawiera artykuły ukazujące losy osób, które w większości są związane z Mikołajkami Pomorskim. Ciekawym elementem pracy jest Słownik dialektu sztumskiego wraz z tekstami napisanymi w tym dialekcie oraz dział poświęcony regionalnej kuchni. Słowo wstępne napisał wójt gminy Mikołajki Pomorskie Kazimierz Kulecki. Z kolei słowo zachęty do czytelników skierował ks. prof. Jan Wiśniewski, a wprowadzenie zawierające liczne wyjaśnienia oraz krótki opis napisał redaktor wydania. Zawarte wspomnienia i historie rodzinne dotyczą zarówno historii mających miejsce na terenie gminy spisanych przez osoby zamiesz- kujące do dziś w swojej Małej Ojczyźnie, jak i te, które z różnych przyczyn opuściły swoje rodzinne ziemie. Znajdują się tam również interesujące wydarzenia odległe geograficznie od Powiśla, głównie ze Wschodu, relacjonowane przez tych, którzy trafili tutaj już po zakończeniu działań wojennych. Wspomnienia te ukazują różnorodność ziemi sztumskiej. Mieszkają tutaj zarówno autochtoni, jak i osoby przybyłe z różnych stron i tamim bagażem doświadczeń na tereny tzw. ziem odzyskanych. Większość tych wspomnień ukazuje przywiązanie zarówno tych pierwszych, jak i drugich, do tej ziemi, która jest lub była dla nich domem. Przy czytaniu wspomnień chciałbym zauważyć, że są to bardzo ciekawe źródła do 178 Recenzje badania dziejów Dolnego Powiśla. Pamiętać jednakże należy, że są one nacechowane subiektywizmem i tak naprawdę pokazują nam osobiste refleksje, z którymi nie każdy musi się zgadzać. Część druga zatytułowana Historie szczególne składa się z artykułów poświęconych głownie Mikołajkom Pomorskim i okolicom. Ks. Waldemar Maliszewski napisał artykuł biograficzny poświęcony ks. Feliksowi Schreiberowi, urodzonemu w Mikołajkach Pomorskich. Arkadiusz Dzikowski spisał działania V Wileńskiej Brygady AK na Powiślu. Autor tego artykułu przedstawił wydarzenia związane z działalnością AK zarówno mające miejsce w Mikołajkach, jak rozbrojenie posterunku milicji oraz wiele innych, dziejących się na terenie ziemi sztumskiej. Ksiądz Marek Karczewski z kolei przetłumaczył z języka niemieckiego fragmenty z Geschichte des Stuhmer Kreises autorstwa F. W. F Schmitta (1868), które dotyczyły Mikołajek Pomorskich i okolic. Przyznam, że jest to wspaniała forma popularyzacji historii regionu. Autor pokazał tym tłumaczeniem wkład historyków niemieckich w badania dziejów ziemi sztumskiej. Następnie, aby ukazać głównie młodzieży, czasy epoki socjalizmu, napisał artykuł o obowiązkowych dostawach płodów rolnych i zwierząt hodowlanych na rzecz państwa. Kolejny artykuł poświęcił ks. Bronisławowi Sochaczewskiemu, proboszczowi z Krasnej Łąki w latach 30-tych, który być może jako męczennik zostanie błogosławionym, gdyż aktualnie trwa jego proces beatyfikacyjny. Znajdziemy również tekst proboszcza mikołajskiej parafii ks. dra Marka Żmudzińskiego, przybliżający postać ks. Wojciecha Zinka - jedynego księdza, który po aresztowaniu prymasa tysiąclecie Stefana Wyszyńskiego zaprotestował przeciwko decyzji władz państwowych. Ciekawą formą popularyzacji tradycji regionalnych jest Słownik dialektu sztumskiego formalnie zwanego dialektem malborskim, a przez autochtonów nazywanego sztumską mową lub gatką. W dodatku do Słownika odnajdziemy kilka krótkich tekstów napisanych tym „lokalnym językiem” przez sześć osób urodzonych na naszych ziemiach. Całość tego działu kończy krótki artykuł opisujący dialekt sztumski. Jeżeli jeszcze ktoś nie znalazł czegoś dla siebie, to zachęcam do zajrzenia do tej książki ze względu na spisanie ponad 20 przepisów kulinarnych. Całość pracy wieńczą zdjęcia Mikołajek i okolic. Uważam, że książka ta jest warta polecenia, ze względu na jej popularno-naukowy charakter. Czytelnik może znaleźć coś dla siebie, co go zaciekawi. Jest to publikacja, którą warto mieć we własnej biblioteczce. Z przymrużeniem oka Maciej Kraiński O TRUDZIE ISTNIENIA NIEZNANA KARTA Z DZIEJÓW KONSPIRACJI Motto: Wszystko co się pisze jest w końcu autobiografią. Siedzimy. Ja. Maciej, Marcin, Stanisław de Crayna Koźlorogi Kraiński herbu Jelita. Obok Pluralis Maiestaticus. Rodzina. Rezydenci. Inni. Serwetki pod brodą. Gotowość. Chateau Margaux, otwarte na czas, oddycha na wykrochmalonym stole, z pełną zastawą prezentującą broń pod prawą i lewą dłonią. Łokcie przy sobie. Postawa wyprostowana jak przy anglezowaniu. Leon, dłonią w białej rękawiczce, delikatnie ujął butelkę i pewnie, bez zbędnych ruchów ulał do pękatego kielicha. Wstrzymujący ruch dłonią. Podkręcił sprawnie wycierając szyjkę białą serwetą. Zastygł w oczekiwaniu, niczem żuraw na jednej nodze, ściskając kamień w drugiej. Czujnie wysunął szyję z kołnierza koszuli frakowej. Bezwstydna grdyka wędruje czekając werdyktu. Sięgam, zakręcam, wącham, degustuję, bezgłośnie cmokam. Cudownie zrównoważone. Ma być. - Aha, powiedzieć Leonowi żeby nie używał mojej wody kolońskiej. Przesadza z poufałością. „Bardziej konfidans niż znajomans”- jak mówiła św. pamięci prababka marszałkowa Szumlańska. Ale to tak en passant. Niech podają. Delikatne dzyń-dzyń dzwoneczkiem kamerdynera. Obydwa skrzydła drzwi od kredensowego rozwarły się. Wykrochmalone dziewki wnoszą. Leoncio dyryguje. Serwują ordewry. Cepe a la bordelaise cieszy oko zielenią pietruszki na brązowym kapelusiku. Chrapy rozwarte, zniewolone wypełniającą je wonią igliwia, jałowca, majeranku i czo-snyczku. Soki ruszyły. Kęs grzybka, łyk wina, bułeczka. Teraz indyk. Podnoszą kopulaste przykrywy błyszczące polerowanym srebrem. Buchnęło smugą zapachów, a tam zrumieniony indor - chciało by się rzec gulgocze, ale nie, już się wygulgotał. Myślał o niedzieli, no i tak dalej. W każdym razie powinien się cieszyć. Skończył po pańsku, owszem, owszem doceniamy. Donoszą uprzejmie miseczki żurawiny z gruszkami, unurzane w syropie konfiturowym, tarmoszące się za łby o palmę pierwszeństwa - które pierwsze trafi do naszych ust dostojnych. FELICITACIONS. Zapomniałem, zapiekane bakłażany. Udały się nadzwyczaj babci Janinie. Ale prawdę mówiąc to zasługa Marynki, jej rękodajnej. A wrzesień był piękny tego roku. Siedzimy. Serwetki pod brodą. Nagłe, wypełniające usta nieprzełkniętym kęsem, łomotanie do drzwi. Złamały się pieczęcie drzwi naszych i wtoczyli się Ci Czterej na pałąkowatych nogach. - Kto śmiał wpuścić? 180 O trudzie istnienia - Albrecht Diirer - szepnęła Babiś, nerwowo skręcając rodzinne perły na zwiędłej szyi. Bagnety. Szynele. Smród. Patrzę na Leona. Cóż za pogarda na twarzy. Nie da się tego inaczej określić - disgusted. No i popsuli mu spektakl. My odchodzimy z kart historii, spiesznym truchcikiem, ze śmieszną krochmaloną serwetką bezużytecznie stercząca pod brodą, ściskając tłumoczek po pachą. „Nowe” żłopie nasze Margaux z gwinta i dziobie indyka bagnetem. Żurawiny wychłeptywane z miseczki broczą szlachetną czerwienią zawszony szynel. - Aha - mówię konfidencjonalnie Leonciowi na odchodnym. Niech Leon weźmie sobie moją wodę kolońską. Ale szybko, bo wypiją. Deseru nie podasz. A szkoda, tak się cieszyłem na gruszkę pięknej Heleny i kieliszeczek Cointreau... Lubię likier na grandę finale. Clou metafory jest pierwszym przykazaniem dramatu: Wino podane w pierwszym akcie, w trzecim bulgoce w gardle rewolucjonisty. Nastały zadziwiające czasy, kiedy to nasza kuchnia i wino wypchnęły nas z głównego „nurtu życia społecznego” w ramiona kulinarnej emigracji wewnętrznej. Odmówiliśmy współpracy z garkuchnią i kompotem na kisielu. Staliśmy się marginesem społecznym, wyrzutkami mówiącymi czterema językami, ale ta znajomość była psu na buty. Poranne roznoszenie mleka proletariuszom stało się naszą rodzinną profesją. Tutta la grandę famiglia pobrzękiwała porannie szklanymi butelkami. Można by rzec zmonopolizowaliśmy rynek w „przedmiocie dostaw mleka” na wycieraczkę. Ileż to tajemnic można poznać analizując kto i co zostawia z butów na wycieraczce. Niejeden szpicel mógłby się uczyć. Gdyby tylko wiedział. Tłukła by taka szują pałą w wycieraczkę wrzeszcząc: - Wycieraczko powiedz przecie kto ... ? Ale nie wiedział. Pary z ust nie puszczaliśmy. Odziani w fufajki i czapki uszatki dystyngowanie dostarczaliśmy zmarznięte mleczko. Wróćmy do ad remu - jak mawiał prezes naszej spółdzielni. Kulinarna emigracja była możliwa dzięki „tatowemu szaleństwu” - myślistwu. Budowaliśmy naszą wewnętrzna niezgodę na „nowe” w przekonaniu, że cyraneczka nadziewana jabłkami podana z jedynie w owym czasie możliwym Pinot noir de Hongrie, wykruszy niedbałą budowlę bylejakości gastronomicznej. Wyrychtowany arsenał, przemyślnie wspomagała taktyka i strategia Ćwierczakiewiczowej, Monatowej i Macierewiczowej. Bój trwał latami, a my potomkowie Hrabiego Henryka dumnie trwaliśmy w okopach św. Trójcy. Czymże były mizerne puknięcia puszek z bombiaszem, wobec cudownej palby do słonek, bekasów i krzyków kutanych w słoninkę, wspomaganych rozmarynem. Bażantów faszerowanych wątróbkami z rozmoczoną w mleku bułką, garścią rodzynków i szczyptą gałki muszkatołowej. Wobec combra zajęczego, wyleżałego w bejcy, z sosem śmietanowym i buraczkami. I jeszcze kluseczki kładzione-francuskie. A pasztet z przodków zajęczych. A gulasz na żołądkach łysek. Maciej Kraiński 181 A dzik w sosie miodowo-musztardowym. A jeager stiuk z sarniny. A medalion z cielaka jelenia. Harcownicy byli w polu. Wróg nie zaznał spokoju. Nieraz proch się wąchało. A i śrut nie był nam obcy szczerbiąc ząb chwalebnie. Eine schmackhaffe wirklich Polnische wuderbare Waffle. Wspomaganie winne unosiło się bukietem i radowało oko rubinową czerwienią by wreszcie przelewając się przez porohy rozlewiskiem doświadczyć mapę smakową języka. Nie zawsze radość degustacji była pełna, zważywszy że Egri Bikaver, Egri Burgundi, szczepowe Pinot Noir czy Kadarka „Bułgarka” - brnąc w militaryzmy - zniechęcały niewypałem, czy też niewybuchem sztuki winiarskiej. Taka to była rycerska dola czasów partaczyzny. Przemyślna zawartość tobołków uciekinierów uszła oczom żołdactwa łasego na błyskotki. Niepozorną „Fizjologię smaku” Brillat-Savarin’a wsparła „Historia winiarstwa i win Francji” - biblia enologów. Przede wszystkim zaś głowa, przez niektórych uniesiona na karku. Głowa zaopatrzona w oczy, co pierwsze jedzą i piją, nos co truflę spod ziemi dobędzie, a zanurzony w szkle odor Burgundii odnajdzie, zgniliznę Sauternes wyniucha. Wreszcie język, co podniebienie gniecie i mapą swą rozpoznaje drogi na krzyżówkach smaków. Mówi się, że mózg jest najbardziej erogenną częścią ciała ludzkiego. Ryzykuję hipotezę o mózgu najbardziej smakoszowskiej części naszego ciała. Wszak to tam w jedno się zlewają oczy, nos i język - stamtąd płynie błogość doznań smakowych. Stamtąd kultura. Oda do głowy co smaki pomieszcza O! Głowo uniesiona z pogromu, Ol Głowo trwająca na wyniosłym karku, O! Głowo, z której wyszły zastępy zwycięskiej kontrrewolucji, w puch roznoszące czcicieli przaśności i bylejakości. Wielbię cię głowo moja, przewodniczko moja, po cieszyciełko moja, orędowniczko moja. A hufich... oczy, nos i jęzor. A imię jego ... smak !!! Kołodziej historii skrzypnął kołem w kolejnym obrocie, uwalniając nas Maciejów Kraińskich -z tych i et caetera - wewnętrznych emigrantów, społeczne odpadki, z zakamarków eremii. Wiekowy kruk nie wysila już dzioba niosąc sery na zakonspirowane lądowiska. Może zjawi się Leon we fraku, z usztywnionym przodkiem i gestem mistrza ceremonii rozewrze drzwi do kredensowego.... Może będzie normalnie? Może do jasnej cholery podadzą desery. W końcu... Finita la cospirazione, Polonia restituta est!!! 182 Marek Stokowski Marek Stokowski XIII PROWINCJONALIA CZYLI KRONIKA ŻYCIA TERENOWEGO Idzie jesień. Będzie mokro, będzie wietrznie i grypowo. Trzeba mieć w zanadrzu coś suchego, krzepiącego i wzmacniającego, zwłaszcza kiedy grywa się na trąbce na najwyższej kondygnacji wieży nad ratuszem w Nowym Stawie. Przedstawiamy zatem garść obrazów, sytuacji i relacji, jakie mogą nam się przydać tej jesieni, żeby przeżyć ją z nadzieją, w miarę ciepło, podziwiając bujne, nigdy nie zamierające życie nad brzegami dolnej Wisły. Redakcja ŻYCIE WYCHOWAWCZE Hoppe uczy swego syna, jak wyławiać słońce z Liwy. Na odcinku pod Benowem ojciec trzyma drąg, a syn - podbierak. Wszystko idzie nader sprawnie. Słońce jest niewielkie, ale ciężkie i do tego trochę parzy. Ważne, by nie dotknąć go niebacznie ręką, tylko wrzucić wprost do balii. - Będzie świecić tam, gdzie je ustawisz - mówi Hoppe - na poddaszu czy w garażu, cały dzień aż do wieczora, bo wieczorem zblednie i zagaśnie. Następnego dnia o świcie znowu będzie można je wyłowić z wody, chyba że - wiadomo - przyjdą chmury albo rzekę skuje lód po mroźnej nocy. ŻYCIE STAROTARSKIE Nad Starym Tagiem i okolicą - z nieba zwieszają się męskie nogi. Są jeszcze dłuższe od trąb powietrznych. Młócą nieboskłon, jakby wysunął się spod nich rower, choć przecież nie ma takich rowerów, które odpowiadałyby im rozmiarem. A może nogi szukają schodów? Może to członki kogoś, kto zjechał, omsknął się z góry i bardzo pragnie wspiąć się z powrotem? Ludzie na ziemi chcieliby pomóc, z tym że budowa schodów do nieba jest zbyt kosztowna i niebezpieczna. Ktoś im - jak niegdyś - mógłby pomieszać języki we wsi. A ludzie lubią sobie pogadać. I lubią postać, patrząc leniwie, jak ktoś wytrwale depcze powietrze nad Starym Tagiem i okolicą. XIII Prowincjonalia 183 ŻYCIE ORNITOLOGICZNE Dzięcioł wali dziobem w kamień. Czy ten ptak jest nienormalny? Czy on nie wie, że w granicie nie doszuka się robaków, a kamienna dziupla będzie zimna? A może to rzeźbiarz? Może on wykuwa epitafium albo jakiś większy pomnik dla dzięciołów i dla innych, nie tak uskrzydlonych stworzeń, które tłukły łbami w twarde, kiedy cała reszta świata uważała, że nie warto i waliła tylko w miękkie? ŻYCIE Z NIEUCHWYTNYM KOTEM Bury kot z iskrami w futrze. Gdy ociera się o nogę stołu, wywołuje zapłon drewna. Gdy ociera się o nogi panów, doprowadza do pożaru spodni. Gdy ociera się o ścianę domu, gospodarze wyrzucają z okien graty i rodzinne fotografie, bo za moment będzie już za późno. Straszny kot jest nieuchwytny i do tego działa z zaskoczenia. Przemknie raptem za piętami albo zjawi się pod murem. Ludzie zdają się bezradni, chociaż jest i kilku takich, którzy nie chcą się zwyczajnie poddać. Twierdzą, że podobno na Kociewiu biega inny kot z iskrami w futrze i że tego da się zła-pać-i. Potem trzeba by go przywieźć tutaj, puścić wolno i poczekać. Owszem, na początku zagrożenie mocno wzrośnie, koty będą sycić się podwójnym ciepłem. Przyjdzie jednak taki moment, kiedy otrą się o siebie. To jest oczywiście pomysł panów. Panie mają czułe serca i na pewno na to nie pozwolą. ŻYCIE W ZAGROŻENIU To sabotaż cywilizacyjny. Niby żadnych bomb, napadów z bronią, jedynie śrubokręt ukryty w kufajce, ale sytuacja jest poważna. W autobusie, w biurze, w poczekalni, na żelaznym moście, w toalecie, wszędzie, gdzie zobaczy jakąś śrubę, czeka, aż odwrócą wzrok, odejdą, znikną, on zostanie sam i będzie działał. Natychmiast rozkręca, luzuje, wykręca. I powoli wszystko nam się rozsypuje. Zaczęło się w Sztumie. Dziś jest już w Madrycie. Niedługo obejmie Vancouver i Sydney. ŻYCIE BOLESNE Helmut Raiser płacze z bólu. Ma wrażenie, że mu coś rozsadza plecy. Bolą go od paru lat, nieznośnie. Wczoraj zrobił wreszcie prześwietlenie. Okazało się, że to są skrzydła - nie wyklute, nie wyrosłe, ugniecione pod powierzchnią grzbietu. Zamieniły się w kamienie, które stają się codziennie cięższe, tak że Raiser chodzi coraz wolniej, coraz bardziej przygarbiony. W wodzie idzie zaraz na dno. W łóżku wygniótł dwa kratery. No i nie wpuszczają go do samolotów, bo w powietrzu powoduje przechył. Raiser czuje, że już jest za późno, żeby wyjść na płaskie pole poza miastem i próbować, no, właściwie czego? 184 Marek Stokowski ŻYCIE W WORKU Oczywiście każdy chciałby wiedzieć, co jest w worku o zielonej barwie. Dlatego bez przerwy padają pytania i to staje się męczące. Właściciel ma dosyć. Postanawia namalować obraz. Objawi w nim wszystko. Będą tam wiosenne prace budowlane w Koniecwałdzie i ognisty miecz zdumienia, nowy rozkład samolotów i królowa winorośli, i sąsiad z motorem, który ciągle mu się psuje, herbata na zimno i ogień, i kanapki z pomidorem, wszystko całkowicie jasne, żeby dali już właścicielowi spokój, żeby więcej nie pytali, żeby mógł spokojnie zasnąć. ŻYCIE FIZJOLOGICZNE I DUCHOWE Pierwszy ranny promień słońca trafia Arka Szmidta w szyję, przecina powłoki, tętnicę, kręgosłup. Głowa Arka Szmidta spada, wolno toczy się po drodze. I teraz pytanie, co dalej. Kto powinien dążyć do scalenia? Czy to ciało musi się postarać, żeby móc odzyskać głowę, czy też głowa jest odpowiedzialna za to, by odzyskać utracony korpus? Wszakże najważniejsze z wszystkich pytań brzmi następująco: Gdzie przebywa Arek Szmidt - w obszarze płuco-serca czy pod ciasnym niebem czaszki? Może tu i tam, po trochu? ŻYCIE PANI ULI Pani Ula karmi koty. Bardzo młoda, bardzo ładna - mogłaby zadawać szyku na bankietach i pokazach mody w Nowym Jorku, Mediolanie czy Paryżu, ale woli robić to, co robi. Twierdzi, że dachówce poruszają się z nieporównanie większą gracją niż modelki Arma-niego i ubrane są o wiele piękniej. No i prezentują dużo wyższą klasę od tych wszystkich, którzy uświetniają rauty w ambasadach czy premiery w kinach i teatrach. Koty nie gadają takich głupot i nie cuchną sztucznym piżmem. A szczególnie kocur Mozart - w czarnym, eleganckim garniturze i koszuli białej jak ponowa. Gdyby szepnął pani Uli jedno słowo, gdyby machnął na nią łapą, z miejsca poszłaby na koniec świata za tym draniem, powsinogą. ŻYCIE RODZINNE Ojciec chciałby strzelić bramkę. Nawet w jakimś mało ważnym meczu, rozgrywanym w niższej lidze. Gol bardzo smakuje. Po golu jest dobrze i przez jakiś czas nie boli. Matka może to ostentacyjnie lekceważyć, ale żeby nie wiem co myślała, wszyscy wiedzą, gol jest golem. Ojciec bardzo chciałby strzelić i marudzi od tygodnia. Dlatego bierzemy go dzisiaj na stadion. Wypadają derby Tczewa. Jest spore napięcie. Wypuścimy ojca na boisko dosłownie na moment. Jak go znamy, zdąży trafić. Potem zdoła uciec i się schować. Wieczorem powróci cichaczem do domu i będzie miał wilczy, radosny apetyt. XIII Prowincjonalia 185 ŻYCIE POD RYJEWEM Andrzej zatrzymuje się codziennie na przejeździć kolejowym pod Ryjewem. Stoi tam i gapi się, i myśli. Mija miesiąc, trzy miesiące, rok, dwa lata z małym hakiem, wreszcie Andrzej decyduje się i działa. Wie, że między 08:17 a 10:09 linia jest zazwyczaj wolna na odcinku między Sztumem a Kwidzynem. I dlatego tuż po ósmej on przecina obie szyny zwykłą piłką do metalu, i zaczyna stawiać tory. Stawia je do pionu jak drabinę. Dźwiga je z mozołem, metodycznie, idąc krok po kroku na południe. Szyny z podkładami są dość sztywne, lecz drabina im jest wyższa, tym wyraźniej chwieje się, faluje i wygina się na wietrze. Zdaje się, że w pewnej chwili trzaśnie albo zwiesi się ku ziemi. Mimo wszystko stale rośnie i gdy Andrzej mija Kwidzyn, ona sięga do najwyższej sfery. Tam opiera się na czymś solidnym i przestaje skręcać się, kołysać. Ktoś ją z góry chyba przytrzymuje, tak że Andrzej może śmiało wejść na pierwsze szczeble. On się trochę boi, że przemarznie lub zabraknie mu powietrza, jednak nie przestaje się wdrapywać. Będzie wspinał się tak długo, aż zobaczy - twarzą w twarz - centralną stację. Noty o autorach Tomasz Agejeżyk - ur. w 1985 roku w Malborku, od najmłodszych lat zafascynowany historią Malborka, w szczególności latami międzywojennymi. Pasjonata i zbieracz wszelkich pamiątek dotyczących miasta. Numizmatyk. Obecnie mieszka w Elblągu. Należy do Fórderverein Jerusalem-Hospital des Deutschen Ordens in Marienburg (Malbork) e.V. Współpracuje z Magazynem Elbląskim. Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika Sztumska Solidarność, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. W latach 1990 - 1994 roku przewodniczący Rady Miasta i Gminy Sztum. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa przekształconego w Wojewódzki Zespół Szkół Policealnych w Sztumie. Antoni Barganowski - ur. w 1953 r. w Kwidzynie. Absolwent LO im. St. Żeromskiego w Kwidzynie i historii na Uniwersytecie Gdańskim, studia podyplomowe: religioznawstwo z filozofią, politologia i geografia z ochroną środowiska. Nauczyciel historii, geografii i wiedzy o społeczeństwie w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych nr 2 w Kwidzynie, doradca metodyczny w WOM w Elblągu. Radny Rady Powiatu Kwidzyńskiego, członek ZNP, PTTK, Towarzystwa Miłośników Ziemi Kwidzyńskiej, Lokalnej Organizacji Turystycznej Ziemi Kwidzyńskiej „Liwa” Autor i współautor 9 książek o tematyce regionalnej (m. in. z Henrykiem Michalikiem w 2007 r. pierwszego przewodnika historyczno - krajoznawczego po powiecie kwidzyńskim i w 2010 albumu Kultura materialna Doliny Kwidzyńskiej) oraz około 40 artykułów o tej tematyce. W Wiadomościach Elbląskich, Dzienniku Bałtyckim, Jantarowych szlakach, Zeszytach Kwidzyńskich TMZK, Kurierze Kwidzyńskim. Pulsie Kwidzyna; współorganizator rajdów, wycieczek i konkursów turystyczno - krajoznawczych; otrzymał wiele odznaczeń i wyróżnień. Aleksandra Buła - absolwentka III LO w Elblągu i filologii polskiej na UMK w Toruniu. Pracuje w Bibliotece Elbląskiej im. C. Norwida. Mieszka w Elblągu. Marta Chmielińska-Jamroz - ur. 1973 w Hajnówce na Podlasiu. Pracowała jako dziennikarka Kuriera Porannego i TV Podlasie. Jej teksty ukazywały się w Niedzieli i Piśmie Kulturalnym. Od 2010 roku mieszka w Malborku, współpracuje z Dziennikiem Bałtyckim i Radiem Malbork. Izabela Chojnacka-Skibicka - jest autorką książki Miłość na gruzach Kosowa, w której opowiada o swoich przeżyciach w Serbii, gdzie znalazła się jako partnerka Albańczyka poznanego w Niemczech. Urodzona w Tczewie, swoje miejsce odnalazła w Klęciu pod Malborkiem. Obecnie pracuje nad powieścią, w której główna bohaterka odkrywa tajemnice domu na Żuławach. Jarosław Denisiuk - dyrektor Centrum Sztuki Galeria EL, historyk i kurator sztuki (historia sztuki na UAM w Poznaniu, studia podyplomowe - Zarządzanie na Akademii Koźmińskiego w Warszawie), redaktor Przewodnika Otwarta galeria. Formy Prze- Noty o autorach 187 strzenne w Elblągu, redaktor publikacji Elbląg konceptualny oraz Notatnik Robotnika Sztuki. Autor wielu tekstów krytycznych zamieszczanych w kwartalniku Tygiel, tygodniku Tydzień w Elblągu. Tomasz Gliniecki - ur. w 1967 w Elblągu. Absolwent pedagogiki Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie. Poeta, dziennikarz, redaktor naczelny Dziennika Elbląskiego, Gazety Olsztyńskiej. Poszukiwacz lokalnych historii Elbląga i okolic z okresu drugiej wojny światowej i powojennego. Obecnie pracownik Muzeum Archeologiczno-Histo-rycznego w Elblągu. Paweł Głogowski - ur. w 1969 r. w Warszawie. Absolwent politologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zainteresowania: historia, rekonstrukcje historyczne, numizmatyka, Indianie, góry, książki. Mieszka w Sztumie. Andrzej Grzyb - poeta, prozaik i publicysta urodzony w Złym Mięsie na Kociewiu. Jest założycielem kilku stowarzyszeń społeczno-kulturalnych na Kociewiu. Laureat wielu nagród literackich, autor ponad 30 książek, tomików poezji, powieści, zbiorów opowiadań, baśni dla dzieci i reportaży. Mieszka w Czarnej Wodzie. Grażyna Kamyszek - ur. w 1950 r. w Sztumie. Absolwentka LO w Sztumie. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim i studia podyplomowe z bibliotekoznawstwa. Pracowała jako nauczycielka języka polskiego w Postolinie i w Ustce. Autorka scenariuszy i realizatorka wieczorów poetyckich przybliżających twórczość H. Poświatowskiej, E. Stachury i K. K. Baczyńskiego - wystawianych na scenie Domu Kultury w Ustce. Współredaktorka wydania tomu poezji Młode głosy (1997r.), promującego twórczość młodzieży. Aktualnie na emeryturze. Mieszka w Ustce, a latem w Barcicach. Andrzej Kasperek - ur. 1958 w Stegnie. Prawie całe życie spędził na Żuławach. Po studiach na UG (seminarium Marii Janion), działalności w SKS, zakładaniu NZS i pracy w DKF „Żak” od ćwierć wieku oddaje się pracy nauczycielskiej w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2010, który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie opublikował książką poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. Jerzy Kosacz - ur. w 1942 w Budsławiu (obecnie Białoruś). Absolwent Wydziału Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Pracował jako robotnik w Stoczni Gdańskiej, bibliotekarz w Kwidzynie, nauczyciel akademicki w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku, kierownik Biblioteki w Kwidzynie. Od 1980 przewodniczący MKZ „Solidarność” w Kwidzynie, współzałożyciel i redaktor Biuletynu Związkowego MKZ NSZZ «Solidarność» w Kwidzynie. 12 XII 1981 zatrzymany, internowany w Iławie, zwolniony 18 1 1982, następnie zwolniony z pracy. W latach 1982-1990 prowadził własny zakład stolarski w Białkach k. Kwidzyna. W latach 1984-1985 przewodniczący podziemnej MKK „S” w Kwidzynie, 1985-1989 członek TZR 188 Noty o autorach „S” w Elblągu. Odznaczony Krzyżem Semper Fidelis (2003), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2006). Mieszka w Sadlinkach. Maciej Kraiński - ur. w 1950 r. w Gdańsku. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i Uniwersytecie Gdańskim. Współzałożyciel pisma literackiego Litteraria. Założyciel i pierwszy prezes Koła Młodych przy ZLP w Gdańsku. Uczestnik strajku sierpniowego 1980 r. W latach 1999-2003 dyrektor Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku. Prezes i założyciel Stowarzyszenia Gunthera Grassa. Pomysłodawca i współtwórca obchodów 80-tych urodzin noblisty w Gdańsku w 2007 r. W latach 2005-2006 współpracownik Dziennika Bałtyckiego. Współpracował także z miesięcznikiem Punkt i Dziennikiem Londyńskim. Wydał tomik poezji Jelita i współtworzył almanach poetycki Nowy transport posągów. Od 2009 roku tworzy Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim oddział Muzeum Narodowego w Gdańsku. W 2010 roku wydał książkę Panowie na Waplewie. Adam Langowski - ur. w 1981 r. w Sztumie, absolwent LO w Sztumie, ukończył historię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Pracuje jako nauczyciel historii w Zespole Szkół w Starym Targu, wychował się w Ramotach w gminie Stary Targ. Mieszka w Sztumie. Andrzej Lubiński - ur. w 1952 r. w Gniewie, Absolwent LO w Sztumie i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (historia). Zainteresowania - historia regionalna Pomorza i Powiśla. Publikacje w Komunikatach Mazursko Warmińskich, Roczniku Elbląskim, Studiach Elbląskich, Z dziejów Sztumu i okolic. Współautor książki Bank Spółdzielczy w Sztumie 1910-2010. Uczestnik i wykładowca kilku sympozjów naukowych. Mieszka w Sztumie. Dorota Maluchnik - ur. w 1963 r. w Malborku. Absolwentka LO w Sztumie i teatrologii na Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Nauczycielka języka polskiego i angielskiego. Publikacje w Regionach Elbląskich. Nagroda poetycka w 2001 w Kaliszu oraz amerykańskiego portalu citic' s award. Publicystka, tłumacz, krytyk teatralny. Mieszka w Sztumie. Mirosław Melerski - ur. w 1949 r. w Lipnie. Absolwent historii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. W latach 1976-82 dyrektor Sztumskiego Centrum Kultury. Przewodniczący Terenowej Komisji Porozumiewawczej NSZZ „Solidarność” w Sztumie w 1981 roku, współzałożyciel i redaktor biuletynu Sztumska Solidarność w 1980 - 81. W latach 1992 - 2002 pracował w Vitra Design Museum w Weil am Rhein (Niemcy), gdzie zajmował się koordynacją produkcji i dystrybucji miniatur z kolekcji Vitra Design oraz organizacją wystaw kolekcji Vitra w Polsce, Czechach i na Węgrzech. Publikował artykuły na temat nowoczesnego designu w polskich pismach fachowych. Mieszka w Nadbrzeżu. Elżbieta Piepiórka - ur. w 1997 r. w Sztumie, gdzie mieszkała do siódmego roku życia. Od 2004 r. z rodzicami mieszka i uczy się w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Publikacja w Prowincji to jej debiut. Noty o autorach 189 Katarzyna Piękoś - ur. w 1993 roku w Malborku, gdzie do tej pory mieszka. Absolwentka tamtejszego I Liceum Ogólnokształcącego. Obecnie studentka filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim. Lubi wędrówki po górach. Lothar Quinkenstein - ur. 1967 w Bayreuth. Wychował się w Kraju Saary. Absolwent filologii germańskiej i etnologii w Freiburg im Breisgau. Pracował jako nauczyciel języka niemieckiego w St. Petersburgu i w Mielcu. Od 1999 r. starszy wykładowca w Instytucie Filologii Germańskiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Ostatnie publikacje: Beim Stimmen der Saiten (Przy strojeniu strun, wiersze, 2007), Eini-ge Momente Karls (Kilka chwil Karla, opowiadanie, 2010). Publikuje artykuły literaturoznawcze, eseje oraz recenzje w niemieckich i polskich czasopismach. Stypendysta Willi Decjusza w Krakowie. Kilka ostatnich lat mieszkał w Malborku, obecnie w Berlinie. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 w Opaleniu. Absolwent Filologii Polskiej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. W latach 1984-2009 dziennikarz Wieczoru Wybrzeża, Wiadomości Elbląskich i Dziennika Bałtyckiego. Jako poeta debiutował w 1975 roku w Nowym Wyrazie, jako krytyk literacki trzy lata później na łamach Nowych Książek. Opublikował tomiki: Wiersze (1983), Stan podgorączkowy (nagroda im. Kazimiery Iłłakowiczówny na najlepszy książkowy debiut 1985 roku), Płatny romans, Prywatne śledztwo (1992), Do snu nie przemycisz domowych zapachów (2001). Autor reportaży Reąuiem dla hrabiego (1997), W podróży po ziemi sztumskiej (2010), współautor albumów starych pocztówek oraz fotografii Sztum-Stuhm (2000) i Odcienie szarości (2003). Z Krystyną Błaszczyk-Ryszkowską przygotował antologię Oko judasza (2007), złożoną z prac literackich nadsyłanych od 1992 na Ogólnopolski Przegląd Sztuki Więziennej w Sztumie. Mieszka w Sztumie. Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Jako dziennikarz współpracował z Gazetą Wyborczą, Dziennikiem Bałtyckim, Radiem Gdańsk, Radiem Plus, TVP Olsztyn, TVP Gdańsk. Przewodniczący Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” w Sztumie w 1989 roku. Redaktor naczelny Sztumskiej Solidarności i Gazety Sztumskiej w latach 1989-93. Wydawca i redaktor książki Od „Solidarności" do społeczeństwa obywatelskiego (2005). Założyciel Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie, pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika Prowincja. Obecnie dyrektor Departamentu Kultury Urzędu Miejskiego w Elblągu. Mieszka w Sztumie. Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 roku mieszka i pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 roku zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach - Grand Prix Satyrykonu 1998, Secend Prize Istanbul - Turcja. Mieszka w Malborku. Marek Stokowski - ur. w 1957 r. w Warszawie. Absolwent Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Kustosz w Muzeum Zamkowym w Malborku. Prowadzi 190 Noty o autorach unikalne w skali kraju gry edukacyjne i przygodowe dla młodzieży i dorosłych. Autor książek beletrystycznych i edukacyjnych. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wydał m.in. Dzień nad ciemną rzeką (1996), Sny dla dorosłych i dla dzieci (1998), Legendy i opowieści zamku Malbork (2002, 2005), Krzyżacy, ich państwo i zamki (2003), Błazen (2004), Noc tajemnic (2005), Samo-loty (2005), Stroicieł lasu (2010). Mieszka w Malborku. Seweryn Szczepański - ur. w 1978 r. w Iławie. Absolwent Instytutu Historii Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, doktorant w Zakładzie Historii Krajów Nadbałtyckich IHiSM UW-M Olsztyn. Mieszka na stałe w Iławie, gdzie jest nauczycielem historii. Publikuje w takich periodykach jak Pru-thenia, Lietuvos Archeologija, Zapiski Historyczne, Komunikaty Mazursko-Warmińskie. Jest współautorem książki Tales, Myths and legends of Ancient Prussia oraz redaktorem i współautorem pracy zbiorowej Kamienie w historii, kulturze i religii. Współpracuje z Uniwersytetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie przy projekcie „Katalog grodzisk Warmii i Mazur”, jest także członkiem zespołu zorganizowanego przy Ośrodku Badań Naukowych w Olsztynie, którego celem jest przygotowanie Encyklopedii Warmii i Mazur. Przemysław Szczuchniak - ur. w 1972 r., absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Doktorat obroniony w 2012 roku na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie - Kształtowanie się nowych struktur władzy na Powiślu 1945-1949. Autor kilku artykułów dotyczących historii Powiśla w XX wieku. Pracuje w Zespole Szkół im. Jana Kasprowicza w Sztumie. Krystian Zdziennicki - ur. w 1992 r. w Sztumie. Absolwent LO w Sztumie. Obecnie studiuje historię na Uniwersytecie Gdańskim, gdzie jest członkiem Naukowego Koła Historyków UG. Popularyzuje historię ziemi sztumskiej podczas studenckich sesji naukowych, gdzie wygłasza referaty związane z powyższą tematyką.