Bank Spółdzielczy w Sztumie Doświadczenie Nowoczesność GDYNIA '* PIENIĘŻNO ® ELBLĄG KAŁDOWO® ® MALBORK * ORNETA S GODKOWO PRZODKOWO S KARTUZY6) GDAŃSK® KARIUZY ŻUKOWO SOMONINO® OSTASZEWO * SZTUMU • STARY TARG MIKOŁAJKI POMORSKIE ® www.bssztum.pl ---— ----- Fobos contract packlng 4 manuftclurlng Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2013 roku” WOJEWÓDZKA BIBLIOTEKA PUBLICZNA im. Josepha Conrada Korzeniowskiego Pracownia Regionalna przegródka poczt. Nr 447 80-958 Gdańsk 50 tel. 301-48-11 do 14 w. 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 2(12) 2013 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Okładka: Mariusz Stawarski Obrazy na III i IV str. okładki: Jacek Albrecht Druk: Drukarnia W&P ul. Akacjowa 29, 82-200 Malbork Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10 tel. 693 527 614 prowincja(ą)onet.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Leszkowi Taborowi, burmistrzowi Sztumu Andrzejowi Rychłowskiemu, burmistrzowi Malborka Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Kazimierzowi Szewczunowi, burmistrzowi Dzierzgonia Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Ewie Dąbskiej, staroście nowodworskiej Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Kwidzyńskiemu Centrum Kultury Sztumskiemu Centrum Kultury Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim Stowarzyszeniu Inicjatywa Aktywny Malbork Stowarzyszeniu Malborskie Centrum Kwadrat www.marienburg.pl www.tvmalbork.pl Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim ul. Kopernika 10 Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Agencja Reklamowa „Aliem” Sławomira Michalika Sztum ul. Galla Anonima 8 Sklep papiernicze - biurowy „Kopia!” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Redakcja prowadzi również sprzedaż wysyłkową -zamówienia można składać pocztą elektroniczną na adres wydawcy. Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy - Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl SPIS TREŚCI Dwunasta „Prowincja”..........................................................5 Esej Remigiusz T. Ciesielski - Prowincja - pytania i paradoksy.................6 Paweł Huelle - Wisła, Leniwka, Nogat.......................................9 Żuława, Pomezania, Prusy.................................11 Proza Jerzy Bander - My ocaleni................................................13 Rodzinny brydż w Zakopanem...............................16 Grażyna Kamyszek - Czy o tym dęby szumiały?...............................19 Janusz M. Moździerz - Hermes i Laska, czyli pieskie życie.................26 Michał Majewski - Galabija................................................33 Poezja Tadeusz Dąbrowski........................................................36 Paulina Dyka..............................................................37 Marlena Jasińska..........................................................39 Alina Michalik............................................................40 Wędrówki po prowincji Janusz Ryszkowski - Klepsydra doktora Stanisława.........................41 Tomasz Agejczyk - Pomniki wojenne sprzed 1945 roku, część 1. Powiat malborski i sztumski............................................50 Bogumił Wiśniewski - Szukanie przeszłości.................................62 Adam Langowski - Ukryci wśród hromiszu....................................72 Filip Bebenow, Grzegorz Fey - Żuławska wąskotorówka.......................78 Justyna Liguz - Kwidzyński magistrat......................................88 Radomir z Tiegenhofii - Rowerowa sobota...................................91 Na tropach historii Krystian Zdziennicki - Czy rzeczywiście „Szwedy, co prowadzieli wojnę z Polakami beli okrutne...”?............................................95 Andrzej Lubiński - Między romantycznym porywem, a pracą......................102 Leszek Sarnowski - Gmina żydowska w Dzierzgoniu..............................107 Jan Chłosta - Polacy na Powiślu przed 1939 rokiem............................117 Marcin Owsiński - Trzy światy Stutthofu: kurort - obóz - normalność..........127 Menonickie historie Andrzej Kasperek - Gdzie są korzenie Anny German?............................141 Karolina Manikowska - O domu, w którym straszy, cmentarzu, który nie istnieje i menonitach............................................................154 Agnieszka Ojcewicz - Menonicki dom modlitwy w Jeziorze.......................159 Marta Chmielińska - Menonita z Kanady........................................167 Muzyka - Plastyka Wacław Bielecki - „Żelazny” jubileusz kwidzyńskiej szkoły muzycznej..........171 Stanisław Matzner - Artysta niebanalny.......................................174 Ludzie Prowincji Marta Chmielińska - Z Wołynia do Malborka....................................176 Aleksandra Kuźbida - Perła na bieżni.........................................180 ks. Eugeniusz „Ideki” Izdepski - Moje święcenia kapłańskie...................184 Recenzje Janusz Ryszkowski - Najpiękniejsze, które przepadły?.........................187 Wacław Bielecki - Sprawa kwidzyńska..........................................189 Andrzej Lubiński - Suski skarbiec...........................................190 Z przymrużeniem oka Kamila Thiel-Ornass, Danuta Thiel-Melerska - Dzieciństwo telefonu............192 Maciej Kraiński - Czosnyczek podróżniczek....................................196 Marek Stokowski - XII Prowincjonalia.........................................199 Noty o autorach 203 5 DWUNASTA „PROWINCJA” Witamy po raz dwunasty z przyjemnością wracając do naszych stałych tematów, bo oto nad miejscem prowincji we współczesnej Globalnej Wiosce zastanawia się dr Remigiusz Ciesielski z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. To kolejny głos, po Krzysztofie Czyżewskim z Sejn, który w jednym z poprzednich numerów pisał o pozytywnych aspektach prowincji, która odrodziła się po 1989 roku. Remigiusz Ciesielski zastanawia się nad kolonizacją prowincji, która, po zakwestionowaniu sensu centrum, może okazać się, że jest wszędzie: „A może prowincja to jednak coś zupełnie odmiennego, to miejsce gdzie zakonserwowała się idea Arkadii, spokojna i odizolowana od świata przestrzeń, w której można się zaszyć, uciekając od udręk charakterystycznych dla życia w centrum". Z przyjemnością publikujemy w naszym kwartalniku dostojnych gości, naszych przyjaciół -wybitnego pisarza Pawła Huelle, a także bywałego na europejskich salonach poety z Gdańska Tadeusza Dąbrowskiego, który w wierszu „Pochwała prowincji" pisze: spójrz ile się tu dzieje / zawiane pagórki pół domu / śpi w zaspie świerk w wyświechtanym /płaszczu śnieżnego idiomu... a tam w pubach burdelach / centrach handlowych / tylko pozory ruchu. Warto do takiej refleksji wracać i tak postrzegamy nieustannie naszą rolę. Zaczyna się czas letniej kanikuły, co sugeruje również okładka autorstwa Mariusza Stawarskiego. Jak Państwo widzą, Pani na kocyku to zapewne jedna z naszych Czytelniczek i do takiego wypoczynku również zachęcamy. Przygotowaliśmy sporo atrakcji. Wracamy do naszych stałych autorów. Grażyna Kamyszek, Janusz Moździerz, Michał Majewski, Jerzy Bander to odrobina prozy. Mamy też kolejnych debiutujących poetów. To Paulina Dyka, Marlena Jasińska i Alina Michalik. Po prowincjonalnych bezdrożach i tematach oprowadzają nas Janusz Ryszkowski, Tomasz Agejczyk, Bogumił Wiśniewski, Adam Langowski, Justyna Liguz czy debiutujący u nas miłośnicy żuławskiej wąskotorówki - Filip Bebenow i Grzegorz Fey. O szwedzkich podbojach na Powiślu pisze młody historyk Krystian Zdziennicki, do powstania styczniowego wraca Andrzej Lubiński, Jan Chłosta kontynuuje swoją opowieść o Polakach na Powiślu, Marcin Owsiński opisuje życie w cieniu obozu Stutthof, a Leszek Sarnowski gminę żydowską w Dzierzgoniu. Ważną część naszego kwartalnika zajmują, nie po raz pierwszy zresztą, menonici. Andrzej Kasperek szuka przodków Anny German na Żuławach, Karolina Manikowska i Agnieszka Ojcewicz porządkują menonickie cmentarze, a Marta Chmielińska towarzyszy profesorowi Glenowi Penne-rowi z Kanady, szukającemu śladów swoich przodków. Jubileusz szkoły muzycznej w Kwidzynie relacjonuje Wacław Bielecki, a Stanisław Matzner prezentuje sylwetkę artysty malarza Jacka Albrechta z Malborka. Piszemy o ciekawych ludziach prowincji, recenzujemy książki, kończąc, jak zwykle, radosno-baśniowym spojrzeniem na naszą „małą ojczyznę” piórem Kamili Thiel-Ornass, Danuty Thiel-Melerskiej, Macieja Kraińskiego i Marka Stokowskiego. Życzymy miłej lektury z nadzieją, że zabierzecie nas Państwo ze sobą na wakacje. Redakcja Esej Remigiusz T. Ciesielski PROWINCJA - PYTANIA I PARADOKSY Kiedy pojawia się zainteresowanie konkretną kategorią humanistyczną, chciałoby się ją do-określić, oznaczyć zakres tego, czego ona dotyczy, jakie jest jej znaczenie dla mnie i dla tych, z którymi będę ją opisywać. Rozpoczynając moje zastanowienie nad tym, jakie znaczenie ma dziś dla badaczy kategoria prowincji, chciałem znaleźć ten moment, w którym prowincja jako przestrzeń wrażliwości, przestrzeń szczególnej odmienności, narodziła się dla mnie. Jak sądzę, miało to miejsce gdzieś w latach osiemdziesiątych XX wieku. Miałem szczęście w tym okresie przysłuchiwać się zajmującym dyskusjom toczonym między innymi przez J. Kaspra, R. Grupińskiego, K. Czyżewskiego, A. Jurewicza, T. Soldenhoffa. Prowincja, która wyłaniała się z tych dyskusji była prezentowana jako inne centrum, tak jak wyłaniało się ono z Dziedzińca strusich samic. Proszę zatem o zrozumienie pewnych niekonsekwencji czy też niespójności w tej próbie zmierzenia się z odpowiedzią na pytanie, czym jest prowincja dziś. Pytania te mają służyć przede wszystkim dookreśleniu interesującej nas kategorii. Czy prowincja istnieje? To na pozór oczywiste pytanie być może posiada swoje bezpośrednie odniesienie w kontekstach geograficznych czy też administracyjnych, w których dość łatwo wyznaczyć obszar podziału politycznego czy też odległości od tego, co ważne w prezentacji konkretnych tez geograficznych, geologicznych czy politologicznych. Prowincja w tym wymiarze istnieje rzeczywiście, co więcej, jest konkretnie opisywana i mierzalna, być może te przestrzenie wydają się najbardziej obiektywne i w tym wymiarze humanistyka powinna prowincję dookreślać, szukać konsekwencji bycia w konkretnej przestrzeni bez względu na to, czy jest ona jedynie simula-crum rzeczywistości, czy też jej właściwym odbiciem społecznym. Nie sposób w tym miejscu pominąć istotnej cechy prowincji, związanej z potocznym rozumieniem bycia prowincjuszem, a więc kimś słabszym w sensie wyposażenia jednostek wychowanych i egzystujących w centrum, kimś konserwującym w sobie wartości mniej nowoczesne, kimś zakompleksionym, niemodnym, a może właśnie przez to znaczącym, bo odbijającym w sobie to, co przeszłe, co może być wyrzutem pohańbionej historii wspólnoty. A może rzecz ma się zupełnie inaczej i należy zacząć od innych współrzędnych? Może należy zacząć od Canettiego? W Prowincji ludzkiej przeczytałem dość niejasne zdanie, przypadkiem znalezione, kiedy zasiadałem do myślenia nad prowincją: „Nadzieję budzi fakt, że cała ziemia nazywa się tak samo, jak każdy jej kawałek". Prezentowane we wstępie do tych rozważań, obiektywne założenia nauk geograficznych czy też politycznych stałyby się czczym tropem, różnicującym jedynie pozornie ekierką kartografa przestrzeń stawiając granicę, która w rzeczywistości jest sztuczna i rzeczywiście nieróżnicującą. I zaraz pytam siebie: Jak zatem dookreślić prowincję, mając w pamięci konteksty teorii McLu-hana? Przecież główna koncepcja McLuhana określa przestrzeń Globalnej Wioski. Świat - zda- Remigiusz T. Ciesielski 7 niem kanadyjskiego uczonego - zmniejsza się za sprawą coraz nowocześniejszych środków komunikowania. Czy więc prowincja będzie wszędzie? Prowincjusz, o czym wspominałem, to także obelżywe nazywanie „wieśniakiem” kogoś pojawiającego się w nie-swojej przestrzeni. A więc być może nie ma już człowieka salonu, człowieka kawiarni (powracając do treści Dziedzińca) pozostał jedynie człowiek spożywający niezatrute ciasta [sic!] własnego wypieku. A może prowincją będzie miejsce niedostatecznego komunikowania, niedostatecznego gwaru, braku ciszy? A jeżeli tak, czy ta niedostateczność jest powiązana z brakiem potencjalnego komunikowania globalnego czy tez na przykład z brakiem chęci uczestniczenia w działaniach komunikacji globalnej. Jak rozumiem, w każdym znaczeniu słowa „prowincja”, jest zaznaczona relacja z centrum. Czy, jeżeli dobrze rozumiem sens opisu współczesnej rzeczywistości politycznej, socjologicznej lub kulturowej, mamy do czynienia przynajmniej z brakiem rzeczywistego funkcjonowania centrum, a zatem, czy istnieje prowincja? A jeżeli może ona istnieć bez zasadniczej odległości od centrum czy nie trzeba zastanowić się nad nową nazwą tego, co nazywamy, i co odczuwamy jako prowincje. A może należałoby podążyć tropem przedstawionym przez Krzysztofa Czyżewskiego, który wyraźnie zauważa, że Polska jest prowincjonalna: „Jesteśmy prowincjuszami, bo tak, a nie inaczej nazwaliśmy sobie świat po 1989 roku. To, że byliśmy jeszcze niedawno społeczeństwem wiejskim, że przeżyliśmy wielkie migracje ze wsi do miast, ze wschodu na zachód, że mieliśmy trudne dzieciństwo, że system komunistyczny zbankrutował, a kapitałistyczny okazał się zwycięski na rynku świata - to wszystko ma znaczenie dużo mniejsze niż nasz stosunek do tego, co było i co jest. Kimże bowiem jest prowincjusz? Człowiekiem, któremu miejsce zamieszkiwania przydaje kompleks niższości’’ Czy więc wiedza, utrata pewności poruszania się w świecie dotąd niemożliwym do penetracji, skłania do samookreślenia, postrzegania siebie jako kogoś nieobytego, niedorosłego, nieumie-jącego? To wiedza o sobie, która stygmatyzuje, osłabia, wyklucza. Prowincja jako garb, problem, głęboko skrywana rana, historia. Pamiętam rozmowę z moim przyjacielem, dobrym, mądrym człowiekiem, pochodzącym z Jedwabnego, kochającym tę miejscowość, a jednak ukrywającym miejsce wychowania. Nikt bowiem nie chciał zrozumieć, że on, Polak, jest wnukiem Polaka z Jedwabnego, który pomagał sąsiadom, a nie zabijał. Bezpieczniej jest mu mówić: pochodzę z Białegostoku. Prowincja jawi się wówczas jako konsekwencja niewiedzy, stygmat nadany przez tych którzy „wiedzą”, będąc w centrum, bo to wiedza rzeczywiście „sprawna”. Próbując wyleczyć się z tego kompleksu, człowiek prowincji zafałszowuje swoje centrum, wskazując że jest gdzieś indziej, w miejscu innym od tego, w którym przyszło mu żyć. Rację ma zatem Czyżewski, który mówi wprost: „Problem tkwi w tym, że (prowincjusz) swojego miejsca nie lubi, wstydzi się go, spycha w sferę skrytości (choćby nadrabiał miną wyzwołonego światowca), a co za tym idzie, nie zna go wystarczająco, nie potrafi dostrzec i wykorzystać drzemiącego w nim potencjału. Jest prowincjuszem, bo świat, który stworzył dła siebie albo na który przystał, odbiera mu miejsce, w którym żyje. Tymczasem właśnie ta przestrzeń - ze swoim niepowtarzalnym pejzażem, splotem losów i doświadczeń, małością i marnością, tajemnicą i blaskiem - jest jego szansą wybicia się na niepro-wincjonalnośc’. 8 Prowincja - pytania i paradoksy Nadszedł czas zadać może najważniejsze pytanie: Dlaczego czas prowincji nastał wraz z 1989 rokiem? Czy wcześniej odkrywanie i zagospodarowywanie prowincji nie było możliwe? Obawiam się, że w tym sensie, w jakim rozumiem znaczenie tej kategorii, nie dało się tego zrobić. Była prowincja wspaniale odkrywana przez reporterów, na przykład przez Ryszarda Kapuścińskiego w Buszu po polsku. Czy aparat władzy lat 1944-1989 nie zezwalał na myślenie w kategoriach aksjologicznych antonimów wieś - miasto, centrum - prowincja? A może prowincja to jednak coś zupełnie odmiennego, to miejsce gdzie zakonserwowała się idea Arkadii, spokojna i odizolowana od świata przestrzeń, w której można się zaszyć, uciekając od udręk charakterystycznych dla życia w centrum. Prowincja jako miejsce ucieczki od rzeczywistości w świat marzeń, ideałów, dziecięcej hierarchii wartości, w której chroni się współczesny inteligent po stłumieniu okrzyku: „Eureka! znalazłem sens świata ukryty w anahorezie". Czyżby zatem kolonizacja prowincjalna? A jeżeli centrum nie ma sensu, to czy prowincja jest wszędzie? A jeżeli jest wszędzie, to czy jest sens zajmowania się wszechobecnym bytem jako czymś fenomenalnym? Może jednak najwłaściwszym wymiarem humanistycznych studiów nad określeniem statusu kategorii „prowincja” jest atmosfera powiązanego z nią marzenia, a wiec projekt swoistej poetyki prowincji. „Świat musi zostać zromantyzowany. W ten sposób odnajduje pierwotny sens. Romantyzowanie to jakościowe potęgowanie. W działaniu tym niższe »ja« utożsamia się z lepszym »ja«. Tak jak my sami jesteśmy takim jakościowym spotęgowaniem. [...] Nadając rzeczom pospolitym wyższy sens, zwykłym - tajemniczy wygląd, znanym - godność rzeczy nieznanych, skończonym - pozór nieskończoności - romantyzuje ją". To fragment Uczniów autorstwa Novalisa. Dlaczego rozumienie prowincji w romantyzującej potoczności jest tak silnie związany z tajemniczością, dzieciństwem, błogosławieństwem losu? Pamiętam rozmowę z Aleksandrem Jurewiczem, gdzieś w połowie lat 80-tych, która wpisała w przestrzeń mojego postrzegania prowincji kategorię losu. Autor Nie strzelajcie do Beatlesów, ze względu na zapach jabłek, zapamiętał siebie jako małego chłopca przybywającego z Lidy do polskiego miasteczka, które jego rodzice obrali jako miejsce zamieszkania. Zupełnie przypadkiem w tym miasteczku była też szkoła i biblioteka - tak skonstruowana przestrzeń „zbudowała” jego świat, który, jak u Novalisa, „nadał rzeczom pospolitym wyższy sens”. Ktokolwiek osobiście próbował zmierzyć się z przestrzenią prowincji, wie, o czym mówię. Na marginesie, warto dodać, że to odkrycie miejsca oddalonego jako własnego, szczególnego, pięknego, jest opisywane w XXI wieku przez brudną literaturą, brudny film, odmienny na przykład od kolorów Tarkowskiego czy barw Kolskiego, czy też sensualności. A może prowincja to miejsce, w którym kształtują się wartości niezakłamane doświadczeniem świata, budzące wyrzuty sumienia wyznaczające przestrzeń ideałów porzuconych w aktualności działania. Pisze Joseph Campbell: „czas i przestrzeń kształtują formy postrzegania, które zakreślają granice naszym doświadczeniom. Nasze zmysły ograniczone są polem czasu i przestrzeni, nasze umysły uwikłane są w sieć kategorii myśli. Ale to, co najwyższe (a nie jest to żadna rzecz), i z czym próbujemy wejść w kontakt, nie jest ograniczone i zamknięte w taki sposób. Zamykamy to, gdy próbujemy o tym myśleć". Czyżby więc prowincja przestawała istnieć, kiedy ją zdekonstruujemy, dookreślimy, przywrócimy do życia poprzez przypominanie, że ta przestrzeń idealna rzeczywiście istnieje i do nas woła? Paweł Huelle 9 Paweł Huelle WISŁA, LENIWKA, NOGAT1 To, co zachwyca na starych mapach, to nie tylko zapis geograficznej wiedzy minionych epok, ale estetyka: owe pracowicie cyzelowane przez rytowników legendy, róże wiatrów, podziałki wyrażone w egzotycznych dziś miarach, a przede wszystkim kartusze zdobione fantazyjnymi elementami, które topograficznej ścisłości przydawały skrzydeł poezji. Kartusze te spełniały rolę tytułową, informacyjną i alegoryczną: jednym spojrzeniem czytelnik miał się zorientować, jaki charakter ma studiowana właśnie kraina. Piękna mapa Francji z 1631 roku opatrzona została imponującym kartuszem w kształcie głowicy antycznej kolumny, na której dopiero pod napisem GALIA widnieje inskrypcja - Le Royaume de France. To odwołanie do antyku jest konsekwentne - tarczę z trzema liliami Bourbonów, ustawioną na szczycie kolumny, podtrzymują dwie postaci: Apollo z lirą oraz Atena w bojowym szyszaku, odziana w egidę i z nieodłączną włócznią w dłoni. Oglądający mapę nie może mieć wątpliwości, że kraj rządzony przez Ludwika XIV jest spadkobiercą tradycji starożytnych, królestwem silnym i potężnym, w którym męstwo, rozum i sztuki piękne stanowią cnoty kardynalne. Szampania, Gaskonia czy Prowansja do dzisiaj trwają w tych samych, co wówczas granicach, zmieniły się natomiast nazwy wód. Ocean Atlantycki z Zatoką Gaskoń-ską w wieku XVII określony został jako Oceanus Aquitanicus; Kanał Angielski nazywano wówczas Oceanus Britannicus, a kanał La Manche występował pod nazwą Le Calais. Zupełnie inny charakter ma kartusz mapy Nowej Francji z roku 1632, obejmującej swym zasięgiem wschodnią Kanadę i Labrador, czyli obecną prowincję Quebec. Na szczycie owalu zwieńczonego bukszprytem i kotwicą zasiada amor. Po jego obu stronach widzimy długowłosych, wąsatych i brodatych mężczyzn, dzierżących rybacki sznur, na który nawleczono mnóstwo ryb. „Extrema Americae versus Boream ubi Terra Nova Francia” - jak głosi napis - jest więc krainą żeglarzy i rybaków oraz nieprzebranej obfitości ryb, co różniło ją zasadniczo od wizerunku starej Francji. Przeglądając słynny Atlas MaiorJeana Blaeu - podobno najdroższą książkę w całym XVII stuleciu - natknąłem się również na mapę gdańsko-pomorskiej prowincji, nazwanej dość nieprecyzyjnie Prussia. Nieprecyzyjnie, bo przecież Prusy dzieliły się w owym czasie na Królewskie i Książęce, czego autor mapy - Gaspar Henneberg - nie zaznaczył. Moje rodzinne miasto zostało tu opisane jako Dantzk (czytaj zapewne „Dańsk”), więc jego nazwa nie brzmi tak twardo jak niemieckie Danzig. Bez wysiłku rozpoznałem znajome miejsca i klasztory: Zernowitz, Carthaus, Oliva, Pelplin, trudziłem natomiast język i oko przy takich miejscowościach, jak Boszepol, Mirchaw czy Bouta - ten ostatni to oczywiście Bytów. Kartusz u szczytu mapy jest czytelny: herb Prus dzierżą trzy nimfy, których atrybutami są kłosy zbo- 1 Paweł Huelle wiele razy w swej twórczości zaglądał na Żuławy. Wystarczy wspomnieć świetne opowiadanie Stół ( Opowiadania na czas przeprowadzki, 1991) czy Mimezis {Pierwsza miłość i inne opowiadania, 1996), Pierwsze łato z {Opowieści chłodnego morza, 2008). Autor wyraził zgodę na przedruk w „Prowincji” dwóch esejów/felietonów (bo trudno tu ustalić gatunek), które podejmują żuławskie tropy. Ukazały się one w tomie Inne historie opublikowanym przez gdańskie wydawnictwo słowo/obraz terytoria w 1999 roku. 10 Wisła, Leniwka, Nogat ża, róg obfitości oraz gałęzie liściastych drzew, być może owocowych. Niżej, u ich stóp, spoczywa starzec trochę podobny do Sylwana, a trochę do Neptuna. W jednej dłoni dzierży wiosło, w drugiej przechylony dzban, z którego pełnym strumieniem wypływa struga wody. Prussia to zatem kraina płodnych pól i wszelkiej obfitości, gdzie bukoliczna poezja w stylu Wergiliusza nie zrodziła się wyłącznie z powodu klimatu. Okręty pod pełnymi żaglami, tak finezyjnie narysowane na pustej przestrzeni Marę Balticum, wiozą do północnej krainy zapewne to, czego tu najbardziej brakuje: wino, oliwę, korzenie i fantazję. Moja prowincja oglądana na mapie Gaspara Henneberga, którą w swoim atlasie przedrukował Jean Blaeu, została zupełnie arbitralnie pozbawiona Kaszub. Ziemia ta, a więc Cassubiae Pars rozciąga się dopiero na zachód od koryta Piaśnicy i Jeziora Żarnowieckiego; za to Mierzeja i Zalew Wiślany nie odbiegają zasadniczo od współczesnych kształtów, podobnie jak Cieśnina Pilawska (Pilaw), o którą dzisiaj toczą się żegługo-wo-prawne boje z Rosjanami. Znacznie ciekawsze jest jednak prześledzenie rozgałęzień Wisły. Długi i wąski Nogat, podobnie jak krótka, lecz szersza Szkarpawa, wpada do Zalewu Wiślanego mniej więcej tak jak dzisiaj. Trzecia, główna wówczas odnoga rzeki, zwana Leniwką, na parę kilometrów przed morskim brzegiem skręcała na zachód, opływała Gdańsk i wpadała do morza w okolicy miejsca, które obecnie znane jest jako Westerplatte. Z trzech odnóg rzeki kartograf opisał tylko jedną - Nogat. Leniwka oraz Szkarpawa pozostały anonimowe. Przypomina to inną, znacznie wcześniejszą mapę, wydaną przez Henryka Zella w Norymberdze w 1542 roku, na której Wisła rozgałęzia się tak samo troiście, lecz ani jedna z odnóg nie posiada nazwy własnej. Rzut oka na mapę Zella albo Henneberga wystarczy, aby zrozumieć to, co wydarzyło się zimą 1840 roku. Rzeka spiętrzona lodowym zatorem sama skróciła sobie drogę do morza, przebijając piaszczyste wydmy obok Górek Wschodnich. Leniwka z czasem stała się Martwą Wisłą, a nowa - teraz główna i czwarta już odnoga - zyskała miano Śmiałej. Okazało się jednak, że system wodny Żuław i Gdańska, naruszony po tej rewolucji, nie sprzyja żegludze i polderom. Od 1890 roku przystąpiono więc do realizacji śmiałego przedsięwzięcia: przekopu nowego koryta rzeki na linii Świbno - Mikoszewo: Ten kilkukilometrowy odcinek, wpuszczający główny nurt rzeki „prosto do morza”, otworzono uroczyście w marcu 1895 roku. Wówczas powstała Wyspa Sobieszewska i piąta - jak do tej pory ostatnia - odnoga Wisły, zwana Przekopem. Rzecz jasna, zmian biegu naszej domowej rzeki nie wyśledzimy w atlasie Jeana Blaeu. Jego słynna na całą Europę oficyna spłonęła w Amsterdamie w 1627 roku. Właściciel i wydawca zmarł rok później, a jego piękny Atlas Maior nigdy już nie był aktualizowany ani wznawiany przez spadkobierców. Stare mapy obrazujące historię zmian biegu Wisły znajdują się jednak znacznie bliżej - w Bibliotece Gdańskiej PAN, a kilka z nich przedrukowano w Katalogu, wydanym z inicjatywy Stowarzyszenia Wyspy Sobieszewskiej. Szkoda tylko, że w tak nikłym nakładzie i tak małym formacie: nawet porządna łupa wyda-je się bezradna przy próbie odczytania szczegółów i kartuszy. Paweł Huelle 11 ŻUŁAWA, POMEZANIA, PRUSY Opactwo Cystersów w Oliwie, fundacji kaszubskiego księcia Sambora, przez pierwsze dziesięciolecia swojego istnienia nie mogło się cieszyć harmonijnym rozwojem. W roku 1226 Prusowie przekroczyli linię Wisły i najechali Księstwo Pomorskie. Klasztor i kościół zostały spalone, dobytek zrabowany, a konwent zakonników i opat Etheler, zamordowani na oczach mieszkańców Gdańska, którego umocnień pogańskie drużyny nie były w stanie sforsować. Ta okrutna egzekucja przed wałami grodu miała w sobie coś z politycznej deklaracji. Prusowie demonstrowali chrześcijanom, że nie mają ochoty przyjąć nowej religii i że będą bronili swojego stanu posiadania na wschód od Wisły. Misja świętego Wojciecha, podjęta dwa stulecia wcześniej, pozostawała nadal sprawą otwartą, a sąsiedztwo Prusów dawało się we znaki w równym stopniu gdańskiemu Pomorzu co Mazowszu. Dokładnie dziesięć lat po męczeńskiej śmierci opata Ethelera pomezańskie plemię Prusów raz jeszcze najechało Oliwę. Podobnie jak w roku 1226 poganie pozostawili po sobie zgliszcza i trupy zakonników, podobnie też nie byli w stanie zdobyć Gdańska, w którym twardą ręką rządził książę Świętopełk, zwany przez potomnych Wielkim. Niektórzy historycy podkreślają, że to drugie zniszczenie Oliwy- w roku 1236 - było odwetem pruskiego plemienia Pomezanów za misyjne zapędy i wojenne wyprawy gdańskiego księcia na ich ziemie. Dwieście lat później Pomorzem Gdańskim rządzili już od dłuższego czasu Krzyżacy, dynastia miejscowych książąt dawno wymarła, a po Pomezanach, których ziemie rozciągały się niegdyś między rzeką Osą, Wisłą i Zalewem Wiślanym - oprócz kurhanów i kilku nazw miejscowości - nie pozostał żaden ślad. Dalej na wschód i północ ostali się jeszcze Warmowie, Galindowie, Natan-gowie i Sambowie, ale ich los był już przesądzony. Cywilizacja chrześcijańska potraktowała ich z taką samą bezwzględnością, z jaką kilka stuleci później dokona zagłady Indian w obu Amerykach. Postęp etyczny polegał chyba jedynie na tym, że Indianie - nieliczni i zdegradowani - przetrwali w rezerwatach, Prusowie natomiast nie dostąpili tego dobrodziejstwa, znikając ze sceny dziejów bezpowrotnie. O wojowniczym plemieniu Pomezanów rozmyślam zazwyczaj wówczas, gdy powracając z Warszawy do Gdańska samochodem, widzę po lewej stronie szosy malownicze brzegi jeziora Drużno. Widok jest piękny, zwłaszcza wiosną, kiedy skłonem równiny schodzą ku wodzie kwitnące sady. Prawdopodobnie w tej właśnie okolicy, osiem wieków temu, wyrastał najświętszy gaj dębowy Pomezanów, prawdopodobnie niedaleko stąd znajdowało się legendarne miasto Truso, o którego lokalizację po dziś dzień spierają się archeolodzy. Faktem bezspornym jest natomiast gruntowna zmiana pejzażu: minąwszy jezioro Drużno ostatecznie rozstajemy się z krainą łagodnych pagórków i do samego Gdańska czeka nas już tylko równa jak stół, depresyjna nizina Żuław. Kraina ta nie miała szczęścia do wybitnych malarzy czy poetów, jej pozorna monotonia nie przyciąga turystów przemykających tędy nad morze, a jej historia - warstwowa niczym 12 Wisła, Leniwka, Nogat palimpsest - znana jest raczej wąskiemu gronu specjalistów i lokalnych entuzjastów. Tymczasem wystarczy zboczyć nieco z głównej trasy by za smutną, popegeerowską fasadą, pośród kanałów, grobli i starorzecz, znaleźć okruchy cywilizacji, którą tworzyli tu, począwszy od XVI stulecia, „olendrzy” i „nowochrzczeńcy” - czyli menonici. Przybyli na bagienne nieużytki delty. Wisły za czasów Zygmunta Augusta, sprowadzeni przez królewskich dzierżawców - Loizów. Dokumenty tej pierwszej lokacji zaginęły, dopiero w przywileju Władysława IV, wydanym 22 grudnia 1642 roku, czytamy o „potomkach mieszkańców Wielkiej i Małej Żuławy”, którym „nic z wolności i zwyczajów dotychczas im przysługujących odjęte być nie może ...” Tolerancja wobec „sekciarzy” czy „manitów” (jak nazywali ich mieszkańcy miast), wyrażona królewskim przywilejem, miała konkretne przyczyny: zysk z jednego łanu oddanego przybyszom potrafił wzrosnąć w ciągu lat kilkunastu o kilkadziesiąt razy. Nie tylko hydrotechniczno-inżynieryjne umiejętności zapewniały im takie powodzenie, lecz przede wszystkim religijna dyscyplina wspólnoty. Menonici byli w tamtych czasach ludem Księgi. Treść Starego i Nowego Testamentu interpretowali w wielu punktach najdosłowniej. Dlatego nie składali przysiąg, odmawiali służby wojskowej, zachowywali surową czystość obyczajów. Fakt, że ich gminy nie stanowiły nawet luźnej federacji, sprzyjał wtapianiu się - jedna po drugiej - w żywioł niemiecki. Zanim jednak do tego doszło, trzymani byli, podobnie jak Żydzi, z dala od bram miast Prus Królewskich, gdzie nie wolno im było kupować nieruchomości ani się osiedlać. Musieli natomiast płacić coraz to nowe podatki i często stawali się celem gwałtownych ataków kaznodziejskich - zarówno z luterańskiej, jak katolickiej ambony. Mimo to przetrwali na Żuławach przez stulecia i chociaż znacznie różnili się od swoich szesnastowiecznych przodków, do czasu ostatniej wojny tworzyli niezwykły koloryt delty Wisły. Czas komunizmu i pegeeryzacji dokonał największego spustoszenia. W ciągu pięćdziesięciu lat z pejzażu tej ziemi zniknęły niemal doszczętnie wiatraki, spichlerze, zbory, zwodzone mosty, tkalnie i inne warsztaty rzemieślnicze. Stalle na zapuszczonych cmentarzach, nieliczne domy o charakterystycznej architekturze oraz kanały - to pozostało. Myślę o tym, przeglądając piękny album Marka Opitza Żuławy - czas przełomu, który wiele - choć nie wszystko - zawdzięcza menonickim inspiracjom. Niezwykła uroda tych fotografii uwodzi wzrok i porusza wyobraźnię, ale też napełnia serce melancholią. Być może za następnych pięćdziesiąt lat po „manitach” i „Olendrach” nie pozostanie na Żuławach więcej śladów niż po pogańskich Pomezanach. Być może nasze prawnuki, buszując w sieci internetu, nigdy nie dowiedzą się o istnieniu książek Kizika, Szafrana czy Klima, w których ci pasjonaci Żuław starali się, jak Marek Opitz - ocalić od zapomnienia były skrawek niebyłej Rzeczypospolitej Wielu Narodów. Proza Jerzy Bander MY OCALENI Hajfa, lipiec 2006, wojna Dziś, w połowie lipca, nie jest dobrze. Syrena uprzedzająca o kolejnym ataku rakietowym wyła już pięć razy, a to dopiero dziewiąta rano. Po takim sygnale powinno się wszystko rzucić i biec do schronu. Ci, którzy nie lubią co pół godziny, albo częściej, biegać -mają dwa wyjścia; pozostawać stale w schronie albo olać wszystko i nie ruszać się z mieszkania, licząc na to, że rakieta trafi w inny dom niż nasz. To taka nowa wersja gry znanej pod nazwą Rosyjska Ruletka. Tu ta nazwa pasuje jak części w ruskim zegarku Pobieda, bo te rakiety, którymi wali w nas (przepraszam za brzydkie słowo) Nasralla też są Madę In Russia. Nazywają się romantycznie Katiusza i mało przypominają te z czasów drugiej wojny światowej, są większe i mają spory zasięg. W dodatku tak szybkie, że bieganie do schronu, o ile nie znajduje się tuż obok domu, praktycznie nie ma sensu, bo od chwili gdy syrena zacznie wyć do charakterystycznego, głośnego bum upływa minuta, czasem mniej. No to siedzę sobie spokojnie w domu i piszę głupoty w nadziei, że mi się uda wyjść cało z tej przygody. Żona przy każdym alarmie dzwoni komórką z pracy, by się spytać czy aby na pewno jestem w schronie. Boi się o mnie, głupia. Gdyby mnie trafili, odniosłaby podwójną korzyść; pozbyłaby się czuba, czyli mnie i wzięła wysokie odszkodowanie. Jesteśmy małżeństwem dopiero od kilku miesięcy, dlatego jeszcze nie zdążyła się zorientować, co ze mnie za ziółko. Obrzydzałem jej to małżeństwo jak mogłem. Zeznawałem nie przymuszony przez nikogo, że jako niemowlę w getcie przechodziłem zapalenie ucha środkowego i opon mózgowych, wskutek czego jestem przygłuchy i wariat. Że zaliczyłem w czasie ostatnich dwudziestu pięciu lat osiem pobytów w najlepszych uniwersyteckich klinikach psychiatrycznych, których utytułowany personel, od młodszego asystenta zaczynając, a na profesorach zwyczajnych kończąc, był całkowicie zgodny w diagnozie, że jestem nienormalny. Pisali mi to po łacinie na wypisie za każdym razem, gdy wychodziłem po udanej kuracji - pewni, że i tak do nich niedługo wrócę. Teraz czasem myślę, że ta nowa żona to dopiero ma nierówno pod sufitem, bo mnie wybrała, ale nie śmiem jej tego głośno powiedzieć, gdyż wiem z doświadczenia, że niektóre wariatki bywają niebezpieczne dla otoczenia. W czasie przygotowań do ślubu, który wzięliśmy w Polsce, w środku zimy, posłyszałem niechcący jej rozmowę z koleżankami. Pytały, dlaczego bierze sobie na łeb rozwodnika bez pieniędzy, starszego o osiemnaście lat. Cale szczęście, że zadzwonił telefon i nie dokończyły przesłuchania. Teraz, gdy przez tę przeklętą wojnę człowiek podświadomie analizuje swoje dotychczasowe wzloty i upadki, bo nie ma pewności, czy mu los pozwoli dalej się wygłupiać przed światem, teraz myślę, że tym co babę przyciągnęło była ciekawość. Bo ja jestem survi-verem, czyli wstrętnym Żydziskiem, którego przystojniakom w nienagannie skrojonych mundurach Gestapo i SS, nie udało się posłać do gazu lub wykończyć w inny sposób. A sposobów tych było bez liku. Ci panowie byli niezwykle pomysłowi w temacie Endlosung, czyli Ostatecznego Rozwiązania problemu, który spędzał im spokojny sen z powiek, problemu żydowskiego. Teraz też sporo ludzi zastanawia się co z tą resztą cudem ocalonych Żydów zrobić, gdzie 14 My ocaleni ich wysłać by nie psuli widoku za oknem. Nazywają to antysemityzmem bez Żydów. Śmieszne i straszne, jak człowieczy los. W posłowiu do książki „Pianista” przeczytałem następujące słowa polskiego Żyda Wolfa Biermana: Każdy, kto zna historię ludzi ocalonych wyczuje, że ten, któremu się udało wyrwać z tego piekła jest czymś w rodzaju cynicznego dowodu na istnienie Boga. Z pewnością uratowanie się z pogromu jest cudem, a każdy z tych ocalonych jest przede wszystkim urlopowanym nieboszczykiem, zjawą w ludzkim ciele. Może ten Bierman ma rację, ale z drugiej strony; czyż nie jest pięknie tak żyć dziesiątki lat jako nieboszczyk na urlopie, chodzący truposz, któremu dobry Pan pozwolił jeszcze trochę nacieszyć się widokiem łąk, lasów i pól, albo pustyni i morza. Marznąć w zimie w Polsce, albo pół roku oblewać się potem w Erec Israel. Mieć ludzkie zmartwienia i radości, kochać i nienawidzić, żyć beztrosko nie martwiąc się co będzie jutro. Bo to przecież tylko urlop, czas relaksu. Bywa jednak, że trzeba wrócić do codzienności, albo co gorsza oglądnąć się za siebie i stawić czoła tragicznemu wczoraj, które boli, jak nigdy nie zagojona rana. Trzymam w ręku dwie kartki papieru przysłane dzisiaj z Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie. Nazywają je LIST ŚWIADKA/ PAGE OF TESIMONY/. To wszystko co zostało po mojej matce Rozalii, zwanej Alą, z domu Thun, ze Lwowa i babci (matce ojca) Salomei, zwanej Salą, z domu Robinsohn. Ocalało jeszcze kilka zdjęć przechowanych pieczołowicie przez ciotkę, Helenę Fleiszfarb z domu Nacht, która ocalała i od ponad pół wieku mieszka tu, w Izraelu. W 1999 roku Instytut Yad Vashem przysłał ciotce pocztą te karty do wypełnienia. Ciekawe co szanowny Instytut, który wtedy obchodził 50-lecie istnienia, miał przez te pół wieku ważniejszego do roboty, niż zbieranie zeznań świadków Zagłady. Może spokojnie czekał aż ostatni świadek umrze. Ciotka wypełniła w sumie sześć takich kart, po jednej dla każdego ze znanych jej członków naszej rodziny, którzy zginęli w Holocauście. W ten sposób powstały te najsmutniejsze i najbardziej niezwykłe Akty Zgonu, które oprócz danych osobowych i miejsca na zdjęcie ofiary mają u dołu cytat z Księgi Izajasza: Dam im domu moim i w murach moich miejsce i imię lepsze nad synów i córki, imię wieczne dam im, które nie zaginie. Teraz moja biedna stara ciotka rwie resztki siwych włosów z głowy widząc jak zadowolony z siebie urzędas wydziału Liszkat Ha Keszer Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Tel Avivie udaje greka, odmawiając mi po raz kolejny statusu obywatela państwa Izrael. Pyta mnie ciotka; czy nasza rodzina nie zapłaciła potwornej daniny żydowskiej krwi za to, byś mógł na starość powrócić do Ziemi Ojców, o której całe wieki marzyli nasi przodkowie? Czy po to umierałeś z głodu i chorób przez pierwsze dwa lata życia, najpierw w getcie, a potem w sierocińcu, by tu w Izraelu jakaś urzędnicza kanalia pluła ci w twarz, mówiła, że nie jesteś Żydem? Trzymam te Listy Świadka w ręku i myślę o moim bł. pam. ojcu, który jak ja cudem przeżył, ukrywając się w różnych miejscach. Uciekł z samochodu wiozącego go na rozstrzelanie na Górę Piaskową we Lwowie. O jego życiu decydował przypadek, jak wtedy, gdy po tej brawurowej ucieczce, wpadł do mieszkania sąsiadów i schował się pod łóżko. W mieszkaniu była dwunastoletnia córka sąsiadów, Wiesia Górnicka. Ona wiedziona niewidzialną ręką usiadła spokojnie na łóżku jak gdyby nic się nie stało. W jej nogach ułożył się ich pies, potężny wil- Jerzy Bander 15 czur. Gdy do pokoju wpadli Szaulisi, ukraińscy policjanci, wilczur wyszczerzył na nich kły To wystarczyło, by odebrać im chęć do poszukiwania zbiega. Ale tego wszystkiego dowiedziałem się we Lwowie, dziesięć lat po śmierci ojca. Przez ponad trzydzieści lat jego i mojego dorosłego życia ojciec ani razu nie wymienił imienia swojej pierwszej żony Rozalii z domu Thun, mojej matki, która podobno, bo nikt nie wie tego na pewno, została wywieziona do Obozu Janowskiego we Lwowie i tam zakatowana przez niemieckich oprawców. Ojciec ożenił się po raz drugi w grudniu 1945 roku, gdy ja miałem 3,5 roku, tym razem z katoliczką. Ocalona resztka naszej rodziny i rodzina drugiej żony umówili się, że nigdy nie poznam okrutnej prawdy, miałem żyć w nieświadomości właśnie dlatego, bym miał szczęśliwe dzieciństwo. Ale ta prawda i tak mnie odnalazła i cały mój świat zbudowany z kłamstw i niedomówień, w jednej chwili runął, zwalił mi się na głowę. Od tego czasu, od dwudziestu lat jestem jednym z was; surviverzy. Już nie dumny Polak, ale żydowski cień człowieka, który całą swoją postawą mówi światu; przepraszam, że żyję. Obserwuję ze zgrozą jak dużo jest wśród nas, surviverów, życiowych połamańców nie umiejących sobie ułożyć życia osobistego. No bo skąd mielibyśmy wiedzieć co to rodzina, skoro jej nas pozbawiono. Obserwuję chorobliwe zachowania naszych dzieci i wnuków, wielu z nich wymaga stałej, jakże kosztownej pomocy psychologów, a czasem i psychiatrów. Może kiedyś naukowcy wypreparują z człowieka ten gen ocalonego z Zagłady. Ale zanim to nastąpi będzie on przekazywany z pokolenia na pokolenie. W życiu survivera bywają także epizody takie bardziej do śmiechu. Jedną z takich historii opowiedziano mi tu, w Izraelu. Pewien samotnie żyjący ocaleniec z Polski, jak co roku, zapalił w Erew Jom Kipur świece pamięci za zamordowanych członków swojej rodziny - po jednej za każdego. I nic by się złego nie przydarzyło, gdyby nie to, że staruch miał niezwykle dobrą pamięć i duży zapas tych świec w domu. Dokładał tych świec i dokładał, a kiedy zabrakło mu miejsca na stole, to ustawiał je na podłodze. Potem usiadł, zaczął się modlić i zasnął. Głowa mu opadała coraz niżej, aż w końcu płomienie świec sięgnęły włosów. Gdy się obudził całą głowę miał w płomieniach. Na szczęście łazienka była blisko i nawet się nie poparzył. Tylko wszyscy się z niego śmiali, kiedy widzieli jego osmalony łeb. Nie wiem czy polsko-izraelska pisarka Irit Amiel znała tę historię, ale zatytułowała swój zbiór opowiadań o ocalonych: OSMALENI. Tacy właśnie jesteśmy. Zbyt blisko i zbyt długo, my lub nasi rodzice, przebywaliśmy blisko ognia krematoryjnych pieców, płonących stosów trupów, synagog i budynków gett, zbyt długo by móc żyć dalej tak jak inni ludzie. Do końca naszych dni będziemy rozpamiętywać śmierć naszych bliskich. Ich dusze jak w dramacie Dybuk opanowały nasze wnętrze, zadomowiły się w nas. Nie możemy mieć o to pretensji, w końcu każdy szuka sobie jakiegoś miejsca, azylu, nawet dusze zmarłych nie są tu wyjątkiem. Jak widać życie urlopowanego nieboszczyka bywa pełne niespodzianek i dramatycznych zwrotów akcji. Znów zawyły syreny, będą tak wyć co jakiś czas aż do zmroku. W nocy na szczęście nie strzelają. Nikt nie umie powiedzieć, kiedy ta wojna się skończy. Jedno jest tylko pewne, że nie będzie ostatnia. A tak bardzo wierzyliśmy, że nowy wiek i nowe tysiąclecie przyniosą światu trwały pokój. Cóż, ludzie mówią; pożyjemy, zobaczymy. Dziś my, mieszkańcy Hajfy, mówimy inaczej; zobaczymy jak przeżyjemy. 16 My ocaleni RODZINNY BRYDŻ W ZAKOPANEM Kraków 2006 Czy pan gra w brydża? Nie, ja się brydżem brzydzę, ja się brydżę Żydem, ja się brzydzę Żydem - te słowa przedwojennego szmoncesu łażą za mną od kilku dni. Magiczne słowo: Brydż! Modna aż do znudzenia rozrywka przedwojennej inteligencji. Zaraz po wojnie nieliczne resztki tej sfery zasiadały przy zielonym stoliku nie dla samego grania. Zbiedniałe nagle, pojedyncze egzemplarze wojennych niedobitków umarłej klasy awansowane przez komunistyczną propagandę na wrogów ludu pracującego miast i wsi, szukały gwałtownie spokojnego kąta - azylu, gdzie nie podpadając wszechobecnej bezpiece można by swobodnie porozmawiać, a raczej ponarzekać - sami wśród swoich. Takim azylem był brydż-wypadało umieć w to grać! Zacząłem dojeżdżać na studia z Bytomia do Gliwic. Pociąg wlókł się prawie godzinę, co było robić, graliśmy w pociągu w brydża, miałem wtedy osiemnaście lat. Na pierwsze dorosłe zimowe wakacje rodzice zabrali mnie ze sobą do Zakopanego. Stryj i stryjenka już byli na miejscu. Duża willa Tatrogród była przed wojną własnością słynnej Lody Halamy. Po wojnie z całego nazwiska właścicielki, która pozostała na zachodzie, lud przyswoił sobie tylko słowo lody. A willę objął w posiadanie państwowy Fundusz Wczasów Pracowniczych, czyli FWP. Hej, gdzie się podziało to dawne Zakopane lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Gdzie te długie zimy, gdzie sanie mknące w noc po świeżym śniegu. Teraz na głównym deptaku, czyli uprzątniętych ze śniegu Krupówkach turyści ocierają się o siebie, a wtedy zimą była to wielka ślizgawka. My, złota młodzież - sześciu chłopaków ze Śląska i siedem dziewczyn z Warszawy - zjeżdżaliśmy na butach od Watry na sam dół do stacji kolejki, dziko wrzeszcząc i roztrącając nielicznych przechodniów. Ale to dopiero po południu, gdy jak co dzień, należało obowiązkowo zaliczyć fajf na Gubałówce. Wstyd się przyznać, że każdy nasz dzień zaczynał się potwornym kacem, na który jedynym lekarstwem było piwo u Kmicica - starsi ludzie jeszcze pamiętają ten lokal. Zamawiało się u kelnerki stolik piwa -musiała postawić na stoliku tyle butelek, ile się zmieściło i miała nas, jak się to mówi z głowy. Piwo Żywiec i papierosy - to było nasze śniadanie i obiad. Ale nikt nie głodował, bo w państwowej jak wszystko gastronomii obowiązywał przepis, że nie wolno podawać wódki bez zakąski. No to zakąszaliśmy całe popołudnia, wieczory i noce - hm, jakby to powiedzieć, już wiem - upojne - w dosłownym znaczeniu tego słowa. W tych czasach w Zakopcu czasem brakowało prądu i miasto tonęło w ciemnościach. Wtedy ubranych w stroje wieczorowe dansingowiczów czekało schodzenie po śniegu nocą z Gubałówki - było ślisko więc część trasy pokonywaliśmy na... siedząco. W ostatnim dniu pobytu jeden z kolegów zauważył przytomnie, że przywiezione narty smętnie stoją sobie w kącie. Zagraliśmy w marynarza, kto zjedzie z Gubałówki na deskach i wiecie co - marynarz już na pierwszej muldzie skręcił nogę -wracał do domu jak prawdziwy narciarz czyli w gipsie. Jerzy Bander 17 Zaraz po sylwestrze towarzystwo wyjechało, a ja zostałem czekając na przyjazd ojca z Bytomia oraz stryja i stryjenki z Krakowa. Takoż i przyjechali. Aleś ty zmizerniał, zauważyli, nie smakuje ci ten wczasowy wikt? Udało mi się uniknąć dalszej dyskusji na temat mojego kiepskiego wyglądu i tak szczęśliwie powróciłem na łono rodziny - znów byłem ułożonym, grzecznym jedynakiem. Wieczorem, po kolacji, tato popatrzył na mnie znacząco i zapytał: Usiądziesz z nami? Tego mi było trzeba - wreszcie zagram ze starszymi. Miałem dziewiętnaście lat, niedawno z trudem zaliczyłem pierwszy rok Politechniki. Tzw. sprawność studiów na moim kierunku nie mogła wznieść się ponad osiem procent, co oznaczało, że na stu przyjętych najwyżej ośmiu kończyło studia w terminie. Podobno byłem zdolny. Ty, Bander - mówił podniesionym głosem profesor Plamitzer, znajomy mego ojca jeszcze ze Lwowa - ty sobie kup „sitzenfleisch” i przysiądź fałdów, bo ja na takich zdolnych leni jestem cięty, oj cięty. Ale wróćmy do ad remu jak mawiał pułkownik z naszego studium wojskowego, były Kościuszkowiec, słynny z tego, że przeprawił na drzwiach wyrwanych ze stodoły całą kompanię wojska przy forsowaniu Wisły. Niezły był z niego drań, bo na pytanie studentów, ilu jego wojaków dopłynęło na drugi brzeg, śmiał się głośno: Cha, cha, nie mogę powiedzieć, bo to tajemnica wojskowa! Dobre, co? Zasiedliśmy pod lampą przy niewielkim kwadratowym stoliku przykrytym kocem z braku zielonego sukna. Ja z tatą przeciw stryjowi Witkowi i stryjence Janeczce. Zapowiadało się rewelacyjnie: dwóch magistrów filozofii, jeden doktorat historii na UJ (to stryjenka) i ja, o mało co magister inżynier - może za cztery lata. Wykształcenie uczestników jak widać wyższe, czego niestety nie dało się powiedzieć o poziomie gry. Ale o tym za chwilę. Początek nie zapowiadał żadnej sensacji. Jako najmłodszy rozdałem sprawnie karty, siedzący po mojej lewej ręce stryj Witek zaanonsował BEZ ATU, a mój tata, w tej chwili partner: PAS. Wszyscy zastygli w oczekiwaniu, co zadeklaruje stryjenka. Widać było, że jest całkowicie odprężona. Nuciła pod nosem - a nos miała żydowski, że tak się wyrażę - klasyczny grecki profil. Grecki czy żydowski, w końcu nie wiem i pewnie się już nie dowiem. A więc pod tym noskiem słychać było ulubiony song Janeczki z Opery Za Trzy Grosze Bertolta Brechta. Minęło długie dwadzieścia siedem lat zanim się dowiedziałem, skąd przylgnął do niej ten Brecht. Teraz już wiem, że najbliższym przyjacielem Janki był Roman Szydłowski, pochodzący tak jak ona z Tarnowa - wybitny teatrolog. Stryjenka oderwała się na chwilę od swych myśli, podniosła znad kart uroczą główkę w blond loczkach - w rzeczywistości była ruda i miała piegi. Jej niewinne pytanie: W CO GRAMY?, stało się początkiem mającej nastąpić lawiny. Wypadało, aby odpowiedział jej partner, czyli stryj. Odpowiedź nie była uprzejma i w dodatku nie wyjaśniała niczego: W BRYDŻA, KOCHANIE, W BRYDŻA! Stryjenka nawet się nie obraziła. Zajęta dalej swoimi myślami nie zwracała uwagi na drobne złośliwości. Poczułem, że coś się święci -znając kochaną Stryjenkę można było przewidzieć dalszy ciąg dialogu, który coraz mniej przypominał licytację. Stryj miał już dość - ostatkiem sił, jakby za chwilę miała go trafić apopleksja, wstał, ale przywołany do porządku wzrokiem taty, który jeszcze miał nadzieję, że gra się potoczy — z powrotem opadł na siedzenie krzesła. 18 My ocaleni BEZ ATU! - wrzasnął Wituś jakby wszyscy nagle ogłuchli. Z nadzieją patrzyliśmy teraz na stryjenkę, może wreszcie? Niestety kochana Janeczka była już całkiem gdzie indziej. Może wspominała swojego ojca i matkę - tarnowskich Żydów z licznej rodziny Margulies, którzy zginęli w komorze gazowej w obozie w Bełżcu? Może płakała w duszy nad siostrą - ukochaną Marylą o wspaniałej słowiańskiej urodzie, kasztanowych długich włosach i zniewalającym uśmiechu? Maryla popełniła samobójstwo, skacząc z czwartego piętra kamienicy w tarnowskim getcie, kiedy się zorientowała, że wszystkich już zabrali i została sama. Po wojnie stryjenka zaniosła zdjęcie Maryli do krakowskiego malarza by namalował duży portret, który teraz wisi u mnie na ścianie. A może po prostu stryjenka myślala intensywnie, co powiedzieć swojemu ukochanemu nad wszystko Witusiowi -mężulkowi, z którym przeżyła trzy długie, syberyjskie zimy nad rzeką, gdzie ich wywieźli ruscy za odmowę przyjęcia ukraińskich paszportów. Patrząc na błąkającą się wśród cieni przeszłości stryjenkę, zacząłem powoli mieć pewność, że gra się nie odbędzie. I nie pomyliłem się. Wydarzenia nabrały tempa. Następne pytanie Janeczki: KTO WYCHODZI? - świadczyło o jej genialnym roztargnieniu. Biedaczka zapomniała, że dopiero rozpoczęliśmy licytację. Trudno się jej dziwić. Ta drobna, miła i tak strasznie skrzywdzona przez życie kobieta (jedna rana, jeden wyrzut sumienia dla świata) wróciła do swojego Tarnowa, do swoich bliskich - i nikogo tam nie zastała. Straszne! Stryj Witek ma dość. Gwałtownie wstaje z krzesła, krzesło leci do tyłu: JA WYCHODZĘ! - odpowiada stryjence wściekły jak jasna cholera i faktycznie wychodzi na balkon. Podążamy wszyscy za nim. W ciemnościach błyskają pojedyncze światełka okien, jeszcze wtedy niezbyt licznych pensjonatów. Jest chłodno i cisza taka, iż wydaje się, że słychać jak płatki śniegu osiadają na koronach drzew. Pełną piersią wdychamy wspaniałe, ostre, górskie powietrze. Dziwimy się, jak można było tracić czas na przygotowania do gry, która zakończyła się jak zwykle fiaskiem. Po co daliśmy się wędzić jakbarany stryjowi palącemu jednego papierosa za drugim. Na koniec z pokoju wychodzi kochana Janeczka. Chyba się biedaczka popłakała. Podchodzi do stryja, kładzie blond główkę poniżej jego ramienia - jest znacznie niższa od swojego męża i przeprasza: Witusiu, ja naprawdę nie chciałam. Jak chcesz, możemy znowu usiąść grać. Nikt nie chce. Szkoda czasu na grę, zaczynamy rozmawiać - jest świetnie, cudownie. Szkoda - było, minęło - już nie zagramy w starym składzie. Z całej ekipy pozostałem przy życiu tylko ja. Ciekawe czy tam, gdzie są teraz pozostali znaleźli czwartego? A może grają z dziadkiem, takim z długą, siwą brodą. W końcu On też ma prawo czasem się zrelaksować przy brydżu. Grażyna Kamyszek 19 Grażyna Kamyszek CZY O TYM DĘBY SZUMIAŁY? Tutaj było jej dobrze. Przynajmniej nie tęskniła do ludzi. Otaczali ją wprawdzie chorzy, którzy szybko odchodzili, ale ważniejsi byli ci zdrowi. Oni raczyli ją niewymuszonym uśmiechem, dobrym słowem, ciepłym dotykiem rąk. Dopóki chodziła, czuła się jak w domu wczasowym lub w sanatorium, a widok starych dębów w szpitalnym parku przywoływał w pamięci znajome miejsca ukochanego miasta, które mu-siała opuścić. Maria wierzyła, że kiedyś tam powróci, usiądzie na ławeczce przy „Rondzie pod Dębami” i wsłucha się w szelest grubych dębowych liści, a one niczym stare szeptuchy obdarzone tajemną mocą, będą odganiać zło i magicznymi zaklęciami przywoływać tylko dobre zdarzenia. Lubiła wsłuchiwać się w dębowy szum przypominający szept modlitwy. Tu, w tym miejscu był jedyny, niepowtarzalny, duchowo złączony z jej intencjami, które bezgłośnie kierowała ku górze. Odkąd pamięta, dęby zawsze tu były, stały nieugięte, dostojne, dumne. Ich rozłożyste korony górowały nad rozwidleniem dróg. Dla wielu były drogowskazem, w którą stronę pójść, a można było wybrać tylko prawą lub lewą. Maria żartowała, że lepiej wybrać lewą stronę, bo ta prowadziła na dworzec kolejowy, skąd można było ruszyć w daleki świat, zaś prawa strona mogła zawieść tam, gdzie uczono dyscypliny i karności. Nazywała dęby sztumską elitą, arystokracją, przed którą należało nisko się pokłonić. Ludzie, owszem, przechodzili z pochylonymi głowami, ale nie w hołdzie dla dębów, ale dla zabiegania, dla trosk dnia codziennego, dla bezpieczeństwa, aby nie potknąć się w przeprawie na drugą stronę ulicy. Lubiła tam przychodzić w letnie wieczory, kiedy ruch samochodów był niewielki, a wiatr radził sobie ze spalinami, przynosząc wilgotne powietrze i zapach tataraku znad pobliskiego jeziora. Wierzyła, że kiedyś powróci do ukochanych miejsc, jednak z tygodnia na tydzień słabła, i przy pomocy chodzika, z ogromnym wysiłkiem poruszała się po szpitalnych korytarzach. Muszę jak najdłużej zachować sprawność - nakazywała swojej podświadomości - muszę być jak najdłużej samodzielna. Jednak niezależność oddalała się bezpowrotnie. Bezczelnie naigrywała się ze słabych rąk i drążących nóg. Maria zdumiona swoją bezsilnością, kuliła się na łóżku, przybierając coraz częściej pozycję embrionalną. Zdarzało się niekiedy, że obrażona i do głębi dotknięta niesprawiedliwością tego świata, opuszczała bezpieczny kokon i rzucała z impetem pustym kubkiem lub szklanką po herbacie. Naczynie odbijało się o ścianę i lądowało na podłodze. Miała ogromną satysfakcję, jeśli rozbijało się na drobne kawał- 20 Czy o tym dęby szumiały? ki. Z dumą patrzyła na swoje dzieło. Kolorowe skorupy napawały ją otuchą. Jestem jeszcze silna, jeszcze dam radę, jeszcze nie przegrałam - pocieszała się w myślach. Ignorowała uwagi pielęgniarki sprzątającej rozbite szkło -pani Mario, to już trzeci kubek w tym tygodniu. Jeśli w takim tempie będzie pani rozbijać kubki i szklanki, to zbankrutujemy albo damy pani w prezencie jakieś metalowe naczynie z uszkiem. A poza tym brudzi pani ścianę. Tych plam nie da się już niczym zmyć. Jeszcze kilkakrotnie użyła swojej siły, ale kubki, ku jej nieopisanej rozpaczy, nie rozbijały się z dźwiękiem. Naigrywały się z jej słabości i bezradności, patrzyły głębią grubych denek i zdawały się mówić - to już koniec, przegrałaś śmieszna kobieto, już nie jesteś groźna, pokonałyśmy cię, nie masz z nami szans. A ona chciała użyć swojej siły ku pokrzepieniu serca, ale też i po to, aby uciszyć telewizor, zatrzymać dziwne obrazy i natrętne dźwięki wydobywające się ze ściany na wprost łóżka. Bunt i napady niepohamowanej złości były jednak coraz rzadsze. Zdawała sobie sprawę z tego, jakie nierozsądne było jej zachowanie. Uchodziła przecież za osobę niezwykle kulturalną, a jej poczynania zaprzeczały utartej opinii. Ale jak można pamiętać o godności, kiedy ból rozsadza każdy zakątek ciała, a mózg błaga o następną porcję narkotyku? Usłyszała kiedyś rozmowę lekarza z pielę-gniarką. Byli przekonani, że otumaniona lekami, nie ma świadomości tego, co dzieje się przy jej łóżku. A ona słyszała strzępy zdań... Krakali nad jej głową niczym stare wrony, a ich skrzeczące głosy wdzierały się do resztek pokiereszowanej świadomości. Nie miała siły, aby dać jakikolwiek znak tlącego się życia, stanąć w obronie swoich bliskich, walnąć bezgłośnie ręką o miękki materac, by zaprotestować głupiemu gadaniu. - Kiepsko z nią. To już kwestia dni. Ale jeszcze dzielnie walczy. -Już nie walczy, nawet przestała rzucać kubkami, nie ma już siły. Jaką ona była kiedyś piękną kobietą. Proszę spojrzeć, doktorze, na te zdjęcia. A jakiego miała przystojnego męża. - Rzeczywiście, piękna para. Na zdjęciu obok to jej jedyna córka. Bardzo podobna do matki. Tylko raz ją widziałem. - Kiedy jeszcze nie było z nią tak źle, czytała mi swoje wiersze. Nawet kilka nowych napisała tu, w hospicjum. Chce pan doktor poczytać? Gdzieś powinien leżeć jej notatnik. - Proszę nie szukać, nie można naruszać cudzej prywatności. A poza tym, o czym miałyby być jej wiersze? Z pewnością o śmierci, o odchodzeniu, o samotności. Widzę to na co dzień i żadna poezja, nawet przepięknie podana, z wyszukanymi środkami stylistycznymi nie pozbawi mnie przygnębienia. Żal mi pani Marii, ale nic nie możemy już zrobić. - Ona wciąż czeka na córkę, a ta zachowuje się, jakby mieszkała na innej planecie i czekała na naprawę statku kosmicznego. Żal serce ściska... - Mówiłem pani, widziałem tę kobietę tyłko raz, kiedy umieszczała matkę w hospicjum. Elegancka, postawna brunetka, nieźle sytuowana, bo hojnie zasiliła nasze konto. - Raczej hojnie stłumiła swoje wyrzuty sumienia. Jest pielęgniarką, ale chyba nieczułą na cier- Grażyna Kamyszek 21 pienie. Może ta obojętność to skrzywienie zawodowe. Boję się, że po kilkunastu latach pracy do-padnie i mnie znieczulica. Wtedy będę musiala pomyśleć o zmianie zawodu... - Nie oceniałbym zbyt pochopnie ludzi. Skomentowałbym to raczej powiedzeniem cest la vie! W głowie Marii kłębiły się zbuntowane, chaotyczne myśli. Że była kiedyś kimś ważnym? Że jej mąż, niegdyś znany i szanowany człowiek, odszedł tak nagle... A przecież kazał wierzyć jej w swoją długowieczność. Wmawiał jej, że jest silny i niezniszczalny jak sztumskie dęby, że przetrwa każdą wichurę, że będzie strzegł jej bezpieczeństwa. Wierzyła, a on ją oszukał. Jak mógł?! Że teraz jest sama jak bezpański pies? Że córka nie odwiedza? I co z tego? Przecież wszyscy sami muszą uporać się z odejściem. Kiedy nadejdzie ta pora, zazwyczaj jesteśmy sami - pocieszała się w myślach. A jednak była szczęśliwa, że wokół niej są ludzie. Życzliwi, znoszący ze stoickim spokojem jej chore fanaberie, których ona z pewnością by nie wytrzymała. Wolontariusze, niczym Anioły Pocieszenia, wzorowo pełnili swoją rolę i zapewne dziwili się, że tak długo walczy. Miała być tutaj tylko miesiąc, no może trzy, a była ponad rok, wzbudzając niepokój personelu. Dlaczego tak długo? Czyżby postawiono złą diagnozę? A Maria, wyczuwając konsternację otoczenia żartowała, że zawarła przyjacielski układ z raczkiem nieboraczkiem, więc nie spieszył się. Dała mu dużo swobody, a on kroczył sobie wolniutko, szczypał nieznacznie, aby w końcu uwieńczyć swój wielomiesięczny trud i ogłosić tryumfalnie zwycięstwo. Jeśli tak się stanie, wrócą nie z tarczą, lecz na tarczy, ale razem, połączeni nierozerwalnym węzłem przyjaźni. No i co będziesz z tego miał głupi nieboraczku, myślała Maria, polegniesz razem ze mną i skończy się twój żywot. Mimo wszystko była wdzięczna nieboraczkowi, że niespiesznie dążył do celu. Lubiła ludzi, którzy ją otaczali. Zawsze ktoś zajrzał do pokoju, pomachał ręką na powitanie lub pożegnanie. Przyniósł świeżą, pachnącą wspomnieniami drożdżówkę. Pamięta swoje wyprawy na zydlungi, gdzie w osiedlowej piekarni Leona Głazy kupowała szneki z glancem, świeżutkie, pokryte grubą warstwą kruszonki, błyszczące białym lukrem. Gdy jechała do innego miasta, musiala bardzo uważać, aby w cukierni poprosić o drożdżówkę, a nie o szneka. Nazwa tego wypieku na długo zakorzeniła się w miejscowym słowniku i tu brzmiała swojsko, nie wzbudzając zdziwienia ekspedientek, natomiast w innych miejscach wywoływała zdziwione oczy i uniesione brwi, które wyraźnie prosiły o powtórzenie nazwy produktu. Kiedyś Maria zwierzyła się młodemu wolontariuszowi, że lubi widok drożdżowego ciasta, bo kojarzy jej się nie tylko ze sznekami kupowanymi w małej piekarence, ale też z zapachem wypełniającym każdy zakamarek jej mieszkania. Często piekła dla zapachu, dla wspomnień z dzieciństwa, dla zaróżowionej twarzy babci, u której zawsze pachniało „drożdża-kiem”. Maria zjadała tylko kawałeczek swojego wypieku, resztę wynosiła ptakom na pobliski śmietnik. Poznawały ją z daleka, rozćwierkane, radośnie krążyły nad siwą głową, bo oto znowu idzie starsza pani z blachą przysmaku. Teraz ona była ptakiem, ale okaleczonym, niezdolnym do lotu, bo jakiś nieborak połamał jej skrzydła, uzależnił od tych, którzy przysiadali na chwilę przy łóżku, trzymali za rękę lub kładli smakołyk na blacie szafki. 22 Czy o tym dęby szumiały? To młody chłopak zawsze w piątek przynosił pachnącą drożdżówkę, opowiadał o tym, co słychać za oknem. Opisywał białe przebiśniegi, mówił o nabrzmiałych pąkach forsycji, o tym, że jeden z dębów nie wygląda najlepiej i chyba w tym roku nie wybuchnie zielenią. Przekonywał Marię, że na wiosnę nie godzi się umierać, bo to nie jest dobry czas na odchodzenie, ale na łapanie życia. Nieraz zastanawiała się, skąd u tak młodego człowieka tyle wrażliwości? Kiedy pytała go o to wprost, odpowiadał, że każdy ma w sobie pokłady dobroci, które musi uwolnić. On uwolnił je kilka lat temu, kiedy odszedł ktoś bardzo mu bliski. Nie drążyła w jego przeszłości. Sam stwierdził, że to ona, Maria jest ważna, a nie on i jego sprawy. Najbardziej martwiły ją coraz większe luki w pamięci. Nieraz w jej głowie pokazywały się obrazy, którymi była niezmiernie zdziwiona. Zazwyczaj pojawiały się na przeciwległej ścianie. Miała wrażenie, że patrzy na duży ekran telewizora ze zmieniającymi się scenami z czyjegoś życia. A może to było jej życie? Oto widzi parę młodych ludzi. Kto to jest? On wysoki, przystojny w dobrze skrojonym garniturze. Ubranie uszyte wprawną ręką miejscowego mistrza krawieckiego Jana Omie-czyńskiego, dziś z powodzeniem mogłoby konkurować z młodymi projektantami. Ona, w kwiecistej sukience targanej przez niesforny wiatr, wygląda zjawiskowo. Idą spacerowym krokiem główną ulicą miasta. Są tak piękni, że nie ma osoby, która by się za nimi nie obejrzała. Trzymając się za ręce, mijają kościół przy aptece. Zatrzymują się przed hotelem. Jaką trasą dziś idziemy? Na prawo, w stronę parku nad Jeziorem Barlewickim, czy na lewo, nad Jezioro Zajezierskie? Dzisiaj pójdą prosto, aż do rozwidlenia dróg przy starych dębach. W drodze powrotnej zatrzymają się przed gablotą ze zdjęciami eksponowanymi przez fotografa Henryka Lipskiego. Obejrzą swoje nowe fotografie. Obraz znika. Maria martwi się, że nie rozpoznała pięknej pary. To musiał być ktoś niezwykle znany i szanowany, ale kto...? Znowu nowy dzień. Poranna krzątanina, kroplówka, zastrzyk i chwilowe życie bez bólu. Dzisiaj jest wyjątkowo dobrze. Nawet ma ochotę na rozmowę z wolontariuszką. Nie widziała jej nigdy przedtem. Jest urodziwa, delikatna, ma miły głos. Zderzenie młodości, piękna i zdrowia ze strzępem człowieka rodzi bunt, ale tylko przez chwilę. - Dlaczego tu przychodzisz? - Z potrzeby serca. Widzę, że nikt pani nie odwiedza. Chcę umilić czas, porozmawiać... Każdego człowieka może dopaść choroba. Nikt nie wie, co go czeka. Może ja kiedyś też będę potrzebowała czyjejś pomocy... - Czy tylko taki masz interes? Zadbać na zapas o swoją psychikę? - Źle mnie pani ocenia. Przychodzę głównie po to, żeby nie była pani sama i samotna. Robię to dla pani, nie dla siebie. - Przepraszam..., ale ta napastliwość to chyba po lekach. Nieraz nie poznaję samej siebie... Grażyna Kamyszek 23 - Rozumiem panią. - Jesteś podobna do mojej córki, kiedy miała 20 lat. Teraz to już dorosła kobieta, dobiega pięćdziesiątki, ale nadal jest bardzo atrakcyjna. Rozwiodła się z mężem. Teraz ma partnera, tak się dzisiaj mówi... Partner. Jestem stara, ale mnie to nie gorszy. Już nic mnie nie gorszy.. . nic nie dziwi... - A gdzie jest pani córka? -Już od wielu lat pracuje w Anglii. Opiekuje się chorymi. Jest pielęgniarką. Jestem z niej taka dumna. Nie może teraz przyjechać. Ma przecież tyle obowiązków. Może zadzwoni w tym tygodniu... Poza tym lada dzień zostanie babcią, a ja prababcią, ale chyba już nie zobaczę mojej prawnuczki... Wiem, że będzie dziewczynka. - Trzeba wierzyć w to, że zobaczy pani swoją prawnuczkę. Będzie wszystko dobrze. Może zadzwonimy do córki? Chce pani porozmawiać? Muszę tylko znać numer. Mam komórkę, wystukam... - Nie! Nie! Nie chcę jej niepotrzebnie niepokoić. Ona zadzwoni do mnie sama...Może dzisiaj znajdzie czas, żeby się odezwać... Znowu zapadła w półsen. Znowu na ścianie ekran. Znowu ktoś do niej mówi. Wyraźnie słyszy znajomy głos: urodziła wychowała i oddała innym w wigilijny wieczór kolejny już raz policzy cztery kąty i uderzenia starego serca podzieli się opłatkiem z samotnością a łzę powita jak spóźnionego gościa z kawałków życia szklanego ekranu pozlepia ludzkie losy o północy porozmawia z psem o wigilii w przyszłym roku Widzi jakąś starą, przygarbioną kobietę karmiącą czarnego psa. Co ona mu daje? Opłatek? Co robisz, przecież pies nie jada takich rzeczy! Kobieta z ekranu odwraca się. Widzi wyraźnie jej zapłakaną twarz. Swoją twarz... Czuje dotyk aksamitnej ręki i słyszy szept młodego głosu: - Cichutko, proszę nie płakać. Miała pani przykry sen. 24 Czy o tym dęby szumiały? - Dobrze, że jesteś mój aniołku. Poproś pielęgniarkę, żeby zabrali ten telewizor na wprost mojego łóżka. Męczy mnie. Włącza się wtedy, gdy chcę spać, a ja nie mam już ani kubków, ani siły żeby go wyłączyć... Wolontariuszka spojrzała na pustą ścianę. - Dobrze, porozmawiam z pielęgniarką. Pójdę już. Życzę spokojnej nocy. Przyjdę jutro wieczorem. Do zobaczenia. Znowu poczuła ciepły dotyk młodych rąk. Gładziły jej policzki, wycierając resztki łez, błąkały się nieśmiało po siwej głowie. - Idź już córciu, przyjdź jutro. Dobranoc. Jednak nikt nie zabrał telewizora, bo oto widzi dwoje starszych ludzi. Odpoczywają na ławeczce przy „Rondzie pod Dębami”. - Pamiętasz - zwraca się kobieta do mężczyzny - w tym miejscu zawsze rosły piękne dęby, a pod nimi była karczma, stara, skurczona jak zgrzybiały starzec. Przypominała rybacką chatę. Moja mama nieraz wyciągała stąd ojca. Lubił tu przychodzić z kolegami na piwo i tracił poczucie czasu. Zajrzałam tu kiedyś, ale kłęby gęstego dymu tytoniowego i gwar podchmielonych głosów szybko wygonił mnie na zewnątrz. - To było tak dawno. Wszystko mija, my też - mężczyzna czule otoczył kobietę swoim silnym ramieniem. - Pamiętasz ten wiersz? - zwróciła się do mężczyzny. ja minę ty miniesz on minie mijamy mijamy woda liście umyła olszynie(...) minąłeś minęłam już nas nie ma a ten szum wyżej to wiatr on tak będzie jeszcze wieczność wiał nad nami nad wodą nad ziemią - Pięknie ujęła to poetka - stwierdził mężczyzna . - Dobrze, że mijamy razem, a nie w samotności - dodała kobieta. Słyszysz szum tych sta- Grażyna Kamyszek 25 rych dębów? Kiedyś obiecały mi, że zawsze będą tu szumiały i... szumią. Kiedy wstali z ławki, mężczyzna trzymał mocno rękę kobiety i prowadził ją ku nieznanemu. Szła z ufnością, nie oglądając się za siebie. Najważniejsze, że nie była sama. Następnego dnia wieczorem wolontariuszka skierowała się do pokoju chorej. Zastała puste łóżko. Domyśliła się, co się stało, a jednak poszła do dyżurki, by upewnić się, że pani Maria naprawdę odeszła. - Gdzie ta pani spod szóstki? - W chłodni, czeka na przyjazd córki. Teraz to już na pewno się doczeka... *** Stare sztumskie dęby prężyły się dumnie niczym wojownicy. Były wprawdzie na tarczy ronda, ale nie poległy. Żyły. Mocno ukorzenione tkwiły w magicznym kręgu. Opasane kamiennym wieńcem patrzyły z wysoka i niczemu się nie dziwiły, bo dużo widziały i słyszały. One były tu od zawsze. A ten szum wyżej, to wiatr. On tak będzie jeszcze wieczność wiał, nad nami, nad wodą, nad ziemią... W opowiadaniu wykorzystano: [ 1 ] wiersz autorski „Wigilia” [2] fragment wiersza Haliny Poświatowskiej „Koniugacja”. 26 Hermes i Laska, czyli pieskie życie Janusz M. Moździerz HERMES I LASKA, CZYLI PIESKIE ŻYCIE To mogło być zrządzenie losu. Przynajmniej tak o tym wydarzeniu mówili tuziemcy poniewczasie. No tak, poniewczasie łatwo się wymądrzać każdemu jednemu. Choćby nie miał najmniejszego pojęcia co jak i dlaczego?! Zielonego pojęcia nawet. Jakie tam znowu zrządzenie!? Ot, traf zwyczajny. Niekoniecznie przyzwoity. Nie! Nie tak! - raczej niezwyczajny, a niejako po drodze i mało obyczajny. Być może lepiej oddawałoby jego charakter słówko fatum? Jednak pewne symptomy przemawiały przeciwko takiej łatwiźnie w tłumaczeniu zajścia. Zresztą, niech się samo wypowie w tzw. imieniu własnym... Jeszcze niewielka dygresja: w Powrotach nikt nie wiedział czym pachnie, a co najmmej nie rozumiał, znaczenia sinusoidy uczuć... Chwilka! Coś się w jaźni zapętlilo, jakaś zapodziana przestroga: Miała mama synka, małego syna sukinsyna... Niepotrzebne skreślić..! Tak, wulgaryzmy - z całą pewnością wyrzucić... Pomieszkiwał w pozbawionej kół przyczepie campingowej przez okrągły rok. Razem z psem. Kulawym mieszańcem. Czasem dochodziła z nizin kobieta, lecz nie zostawała nigdy na noc. Mieszkaniec plastykowej budy nie wymagał od niej uczucia. Ani partnerstwa. Całkiem, całkiem laska, myślał o niej czasem bez istotnego powodu; zresztą zdarzało mu się to bardzo rzadko. I nigdy nie mówił jej tego. Nie traktował nowomowy poważnie, ani związanych z nią obcych mu obyczajów czy wybujałych atrybutów mogących irytować. Były mu obojętne; bytowały w zupełnie obcej przestrzeni, z którą nie próbował szukać kontaktu, ani nie przewidywał nawiązania choćby sporadycznego — dla odświeżenia ducha — porozumienia. Kobieta nie stanowiła w tym względzie żadnego zagrożenia. Absolutnie. Chociaż wiedział, że one potrafią czasem upodabniać się do zacietrzewionych tygrysic w obronie jakiejś racji. (Swoją drogą, kto widział takie zoologiczne sparowanie: cietrzewia z największym kotem?!) Obydwoje wiedzieli czego oczekują od siebie, więc słów padało niewiele i całą sprawę załatwiano bez żadnych podchodów. Nie krótko. Podczas wizyty pies warował za drzwiami. I dokładnie wszystko słyszał. Ale nie wydawał nigdy żadnego dźwięku, mogącego świadczyć o dręczących go wspomnieniach czy obawach. Albo zapiekłej zazdrości. Zwinięty w kłębek czekał cierpliwie, aż przestanie równomiernie trzeszczeć posłanie (trach, trach - ach! ach! - rymp, rymp) a skrzypną intensywnie zawiasy i kobieta wejdzie na ścieżkę powrotną. Wówczas z widocznym ociąganiem wskakiwał na trzy metalowe stopnie wiodące do wnętrza i opróżniał do dna miskę z wodą. Jedzenia w te dni nie tykał nigdy, i po pewnym czasie mężczyzna zaprzestał napełniać drugą miskę po każdych odwiedzinach. Próbował zrozumieć dziwne zachowanie się mieszańca, lecz nie miał szans; za krótko przebywał w okolicy, nie znał miejscowych miłosnych historii ani nie przeżył nigdy zimy w czasie której wa- Janusz M. Moździerz 27 taha potrafiła w biały dzień zaatakować obejścia ludzkie. Nie wiedział też, że niektóre psy potrafią rzygać, kiedy uznają, że sytuacja zasługuje na takie potraktowanie; lecz wstrzymują się z nieznanych dla człowieka powodów i tylko odtrącają od siebie zapach żarcia, obarczając go całą winą za tragedię. Kobieta na odchodne zabierała przygotowane na blacie stolika pieniądze, odliczała sumiennie banknoty, śliniąc palec wskazujący i kciuk, zwijała je w rulonik, ściągała wekową gumką, by potem wcisnąć głęboko - uczciwie zapracowany zarobek - w szczelinę pomiędzy wypukłymi nadmiernie piersiami. Była czysta, czerstwa, w wieku tartacznym i nie miała ani jednego siwego włosa na głowie. Chodziła prosto, jak większość rodowitych mieszkańców Powrotów; biodra nosiła po chłopsku, bez wyzywającego kręcenia dupencją (damską kwintesencją!), i ten nawyk bardzo bawił mężczyznę, bo przeżył sporo lat w podróży, widział wiele miast w obcych krajach i poznał niemało sposobów zachęcania mężczyzn przez kobiety różnych zawodów do zastanowienia się nad propozycją wypróbowania skutecznych metod seksu dającego odprężenie i lekkość umysłu. A czasami nawet duszy. Lecz nie ciała; ono zachowywało się już od tamtego czasu, o którym starał się zapomnieć, nieodmiennie - umęczone, choć jeszcze sprawne, nie reagowało na doznane bodźce, tak jak przed niewielu laty... - cóż, na to nie wymyślono jeszcze żadnej skutecznie działającej recepty, więc pogodził się z sytuacją przegranego w bardzo kiedyś dla niego istotnej sprawie doznań fizycznych. Mężczyzna dobrowolnie porzucił poprzednie mp. - znając dobrze cenę czasu, jaki mu pozostał do świadomej dyspozycji, zanim zupełne ciemności zapanują nad w miarę jasnym umysłem i bez zbędnych ceregieli kupił zachodniego grata w stanie wskazującym na humanitarne podejście poprzedniego właściciela do martwej natury. Dał za skorupę iście psie pieniądze na jakiejś przygodnie spotkanej giełdzie używanych pojazdów, daleko od doliny, i przywlókł ją na porośniętą ciemnozieloną - zbyt wybujałą (raczej zdziczałą) murawą - polanę odziedziczoną po ojcu. Zalesione szczyty czuł w zasięgu ręki. Doliny najczęściej od świtu przykrywały opary mgły ustępującej niechętnie w starciu z natarczywymi promieniami południowego słońca. Tak było od chwili opuszczenia pokładu. Właśnie - opuszczenia! Nie zejścia... Bezwzględnego. Bezpowrotnego. Wtedy po raz pierwszy zawitał w te strony, chociaż testament znał jeszcze za życia starego i był jedynakiem. Więc nikt nie nosił się z zamiarem oszukania go; przynajmniej w tej przyziemnej kwestii. Jednak wówczas nawet nie pomyślał, że kiedyś osiądzie daleko od morza i będzie próbował zapomnieć jego gorzki zapach pobudzający do dalszej wędrówki bez planu. W tamtych latach gonił młodzieńcze marzenia, niektóre spełniał, jeśli nawet musiał je ścigać niczym pies tropiący — bo wiedział, że raz przepuszczone, nie wracają już w swej pierwotnej formie - inne umykały na zawsze, lecz nigdy nie było mu dość Niespodziewanego... Jeszcze nie wiedział, że dystans może skuteczniej zabić człowieka, niż najcelniej wystrzelony pocisk. Jeszcze nie znał zapachu zdrady i nieodwracalnej porażki...Wciąż uważał, że prawdziwy facet nie jest manekinem, i wiek nie ma tu nic do rzeczy... Ale dogonił go czas, a potem przegonił. Poza krajem rodzinnym...! musiał odejść, opuścić pokład, zwinąć żagle i powędrować na ziemię, której nie widział nigdy, choć był od lat jej prawowitym i jedynym 28 Hermes i Laska, czyli pieskie życie właścicielem. I nagle skurczyła mu się przestrzeń przed oczyma, a wyrosła niespodziewanie perspektywa przybliżyła zbyt szybko kres podróży. Doskonale rozumiał, że czasu nie można ani na chwilę zatrzymać, ale trzeba się starać wstrzymać jego upływ - coś co koniarze nazywają pół paradą konia - zwrócić mu uwagę, kto tu rządzi i po co, choćby w tym jednym tylko momencie. Ważna sprawa. I poważna. Czasem. Facet w klinice powiedział mu bez ogródek: - Panie, bez owijania w bawełnę, masz pan dobrze odkarmionego raka, jak należy... ale jaka zdrowa przy tym wątroba! Gdyby nie ten wieprz (cancer) w sam raz do przeszczepu by się nadała, zważyłbyś pan co za paradoks... (a jaka ma być do cholery!? Po tylu latach treningu..!? Trening czyni mistrza: załapała wezwanie jak należy... i chociaż ona jedna nie dała ciała...! Dupek, nie diagnosta!!! Świetnie się składa; serca też nie zabiorą, ono było od zawsze przeznaczone dla kogo innego, do diabła, łapiduchu przeklęty!!!). I wtedy dotarła swoimi zawiłymi ścieżkami wiadomość o zdradzie. Właśnie w ten podwójnie feralny dzień badania. I zrozumiał w jednej chwili, że już nigdy nie wykpi się od daru losu... Dubeltowego. I dobrotliwego... (z całym dobrodziejstwem inwentarza... wciąż żywego... cha! cha! cha! - ...jakiś taki zwiędły ten śmiech okrutnie) Więc teraz przed dotarciem do mety - której linię zaczynał coraz wyraźniej dostrzegać -postanowił uczynić coś znaczącego dla dyskretnego, okaleczonego powiernika, na którego wierności nigdy się nie zawiódł. Beżowa, dwuizbowa przyczepa stała na polanie trzeci rok, na tyle długo, że tuziemcy z doliny, gdzie przycupnęły nieliczne zabudowania Powrotnej, uznali przybysza za faceta niegroźnego dla ich nie zawsze legalnych interesów leśnych; pogadali o jego inności od czasu do czasu i przestali się interesować człowiekiem o trzech nogach. Tak nazywano w Powrotnej i okolicy ludzi potrzebujących do ruszenia się z miejsca, solidnej podpory. Laski. Pies, pomimo kalectwa obchodził się wcale sprawnie bez sztucznej pomocy. I nie okazywał w burych oczach oznak pogodzenia się z losem kulawego. Patrzył wyzywająco i dumnie, chociaż był tylko nierasowym wyrośniętym kudłaczem bez papierów nadających psim championom pisane i fanatycznie przestrzegane - z pewnością wymyślone przez dwunożnych championów, więc z gruntu pierdolone - prawo wywyższania się nad pospólstwem. Nie często machał przyjaźnie przyciętym kiedyś przez nieznanego rzeźnika ogonem, ani nie krygował się niczym rozbierająca się panna przed zaścielonym tapczanem w obecności osobnika płci rozpalonej do czerwoności. Wciąż był wierny. Bardzo. Bardziej niż poprzednia - jedyna - kobieta nowego pana. I od początku znajomości przejawiał błyski inteligencji na poziomie zbliżonym do IQ_większości mieszkańców Powrotów. Jednak potrafił bywać czasami namolny i wkurwiać pana. Ten przypuszczał, że mieszaniec tym sposobem wystawiał go na próbę ludzkiej wierności, a może nawet odporności na ciosy rozdawane przez los. I chyba miał rację; ale był facetem z pewnością nieco bardziej inteligentnym od swego nabytku i niełatwo dawał się wywieść w pole. Choć raz komuś się ta sztuczka bardzo skutecznie udała... I wreszcie pojął, że niekiedy coś, co wydaje się Piękne, okazuje się naprawdę Okrutne - bywa też na odwrót... Ta druga możliwość go ominęła, a pierwsza pozostawiła po sobie szpetny ślad. Janusz M. Moździerz 29 Rudowłosy pies od chwili przybycia na polanę starał się zapomnieć zapach zardzewiałego łańcucha i ohydnie cuchnącej nawet dla takiego odrzutka - jakim był od urodzenia - przegniłej budy na podwórzu poprzedniego właściciela, nieżonatego dróżnika, strzegącego dość niefrasobliwie bezpieczeństwa podróżnych na jedynym szlaku kolejowym rzuconym fantazją projektanta w ten puszczański zakątek. Lecz tą swoją psią pamięcią sięgał o wiele dalej. I w tym przypadku nowy pan był głupi niczym przysłowiowy but i mógł sobie odpuścić z góry, szykowanie nawet najlepiej zapowiadającej się niespodzianki dla swojego pupila. Pozbawiony nogi kudłacz stanowił pierwszy zakup na nowym miejscu, jakiego dokonał przyjezdny; bez większych targów zgodził się na wymienioną cenę - nadmiernie wygórowaną chytrością wrodzoną - przez sprzedającego, odciął psu wyostrzonym na igłę bagnetem obrożę, gwizdnął przeciągle i kulawy rudzielec ruszył za nim w górę gościńca, nie oglądając się na zaskoczonego taką niesubordynacją, a nawet jawnym lekceważeniem dotychczasowego pana -chama. Powędrował na trzech nogach i dopiero wtedy mężczyzna dostrzegł podobieństwo pomiędzy ich sposobem poruszania się pośród innych. Ludzi również. Obaj gubili gdzieś przez lata towarzystwo czy nawet zaufanie do stałej towarzyszki życia. I potrafili - tak sądził błędnie właściciel przyczepy - zastąpić sobie ten problem namiastką... Nie był znawcą duszy zaszczutego zwierzęcia - za długo przebywał poza lądem... A pies miał do niedawna stałą partnerkę, dla której wskoczyłby w ogień bez namysłu w burych oczach (wtedy jeszcze lśniących przywiązaniem)', w tamtym czasie nigdy nie wiązano go krótko, zazwyczaj chodził swobodnie po całym obejściu przyjaznego gospodarza, który traktował go jak domownika, i miał miejsce do spania w ganku na starym supełkowym kilimie i zawsze pełną miskę żarcia pachnącego jak należy i nigdy w tej chałupie nie zapominano o świeżej wodzie dla domownika o czterech kosmatych, zdrowych, silnych łapach. A towarzyszka mieszkała po sąsiedzku, była zachęcającą, dorodną suką po ojcu owczarku alzackim z nieznanej matki, nosiła łeb hardo zadarty i początki znajomości wcale dla rudego nie zapowiadały się obiecująco. Jak zwykle bywa, tępy upór amanta zwyciężył, a i instynkt panny młodej też miał coś do powiedzenia w tej kwestii, więc skonsumowanie związku mu-siało nastąpić nawet wbrew woli domowników z sąsiedztwa, którym marzył się mariaż al-zatki z przystojniejszym partnerem z dobrze udokumentowanym rodowodem. Tacy są często ludzie, cudze, prawdziwe uczucia obchodzą ich wyłącznie jako temat obmowy, a już miłość wśród zwierząt uznają za dopust boży i zawczasu martwią się, gdzie będą potajemnie topić czy wynosić do lasu młode z każdego miotu... Tacy są.., chociaż nie wszyscy... Przybysz znał paru odmieńców w tym względzie, ale oni odeszli w inne rejony; dawno przestał żywić nadzieję na ponowne spotkanie kiedykolwiek. Więc postanowił przynajmniej w tym jednym przypadku — właśnie w interesie z rudzielcem — nadrobić zaległości z kilkudziesięciu lat przebywania w środowisku niesprzyjającym przyjaźni, a nawet miłości do zwierząt. Kobiety także. 30 Hermes i Laska, czyli pieskie życie Teraz miał dylemat. Sam w części fizjologicznej zaspokajał własne potrzeby; kudłaty był bez szans znalezienia partnerki na odludziu, a z wilkami już nie zamierzał po raz wtóry zawierać znajomości. Właśnie dzięki ich sprytowi, odwadze i determinizmowi stracił w ciągu jednej zimowej nocy - przez zwyczajną ludzką nieostrożność i zaniedbanie - alzacką piękność i władanie w rozszarpanym kikucie prawej nogi. Wtedy odszedł bez pożegnania z pustej chaty i zawarł znajomość z surowym strażnikiem szlaku kolejowego. Poszedł na twardą służbę, beznadziejną i pustą. Jakby pragnął odegnać tragiczne wspomnienia krwawych obrazów; powędrował hen w górę strumienia, aż za największe wzniesienie i zawitał po raz pierwszy do Powrotów. I tak beznadziejnie trafił na trzy lata warowania i męskiej, psiej posuchy. Czasami z tej głębokiej tęsknoty wył do księżyca w bezchmurne noce, ale dusza jego al-zatki pewnie uleciała w bardzo odległe rewiry świata, bo nigdy nie doczekał się odzewu, najmniejszego nawet echa, chociaż był na tyle inteligentny, że rozumiał bezowocność swoich wysiłków - lecz nie mógł jej zapomnieć. I wył - kiedy go zanadto przypiliło. Strasznie. Mężczyzna wiedział jedno; psu należy się to samo co jemu. Pies uważał podobnie, ale nie nalegał na pośpiech; raz już się sparzył, lokując trwale niefortunnie uczucie, podobnie jak pan - chociaż jeden o dramacie drugiego wcale nie wiedział i nigdy nie miał się dowiedzieć. Właściciel przyczepy nie sądził jednak, że może napotkać sprzeciw ze strony jedynego przyjaciela w kwestii znalezienia mu - choćby tylko dochodzącej - panienki. Kiepsko ocenił partnera. Zupełnie nietrafnie. Po prostu spudłował, co mu się rzadko przedtem trafiało. Cóż, zawsze kiedyś trzeba zacząć robić poważniejsze błędy, tego pewnie nikt nie uniknie, jedynie może udawać niezrozumienie lub po prostu fałszować na własny użytek rzeczywistość, lecz wtedy gość zasługuje na miano zwyczajnego frajera... Nawet czubka. A przecież doskonale znał głębokość słowa wierność. Jego przepastną czeluść. Jedynie zapomniał, że nieznane wielu uczucie może sięgać po kres... Tłumaczem - który go wyprowadził skutecznie i na zawsze z błędu - okazała się pierwsza i ostatnia zarazem Kobieta. Tamto starał się zapomnieć, choć wiedział, że nie ma w sobie już na tyle mocy, by wygrywać z bolesną pamięcią. Choć próbował... Lecz wypływające niespodziewanie wspomnienia nie dawały mu spokoju nawet na tym pustkowiu. Wciąż przegrywał każdą batalię z wyobraźnią i chociaż tyle w życiu zobaczył, nie potrafił na czas dostrzec słabości istoty - dla której wy-rzekł się marzeń - i zwyczajnie usunąć w cień, zanim będzie za późno. A nie był z pewnością infantylnym dupkiem, ani nie czuł rozczarowania życiem. Coś potrafił i dotrzymywał przysięgi. Niczym głupiec z bielmem na oczach, próbował odnaleźć wśród zdziczałych chaszczy, pąki kwitnącej jabłoni; i dotknąć rajskiego drzewka... Lecz chybił okrutnie... Więc już nie szukał dalej. Chociaż jeszcze zdążał siłą inercji fałszywym szlakiem. Jednak nie udawał straceńca, wiedział, że będzie musiał kiedyś udać się wreszcie w ostatnią wędrówkę, bez towarzystwa. Nawet kulawego psa... Chociaż nie!!! Jego by chyba dopuścił w pobliże, bo jaką taki rudzielec może dorosłemu mężczyźnie po przejściach wyrządzić krzywdę swoją obecnością podczas aktu ostatecznej bezsilności, jeśli bywa traktowany po partnersku. Z kobietą jest inaczej - miał taką pewność... Nabrał... Janusz M. Moździerz 31 Wydawało mu się też, iż przejrzał kudłatego towarzysza na wylot przez wspólnie przebyty czas i rozumie jego potrzeby.., a jednak popełnił fatalną pomyłkę. Okaleczony pies w lot wyczuł niecny - jego pieskim zdaniem - zamiar pana, choć wyglądem przypominał raczej mało okrzesanego wiejskiego zawadiakę, skorego raczej do bitki, niż poważnego brytana strzegącego z rozmysłem bezpieczeństwa domostwa. I znowu dopomina się o prawo udziału uwaga, stara niczym nasza cywilizacja, że nic wygląd świadczy o zamożności intelektu i sile charakteru, bowiem wystrzępiony na karku, wielokolorowy kudłacz na pewno był posiadaczem ponadprzeciętnej inteligencji, i jako pies inteligent nigdy jej nie nadużywał, ani też niepotrzebnie nie okazywał publicznie swej wyższości, a także skali zdolności rozumienia, kojarzenia, pojętności, bystrości i wykorzystywania zdobytej tą drogą wiedzy na trudną, niebezpieczną drogę życia. Mówiąc krócej i konkretniej przybliżając tę postać; pies wyglądem zupełnie odbiegał od przyjętego stereotypu intelektualisty i wcale mu z tym było do twarzy, (pyska?!) a pan pomimo trzech lat znajomości i niejakiego związku partnerskiego ze zwierzęciem zupełnie nie pojmował jego oziębłości płciowej i próbował przyjacielowi zafundować zaskakującą niespodziankę w postaci znalezienia miłej, oddanej i nie stwarzającej żadnych trudności panny psiego rodu. - No tu to on się grubo pomylił! - warknął sobie kundys rudy, kiedy przewąchał niecny zamiar Pana zmierzający do podważenie niezłomności jego uczucia względem alzatki. I postanowił zaprotestować przeciwko knowaniom właściciela przyczepy. Więc w tym celu zatrudnił do roboty nieprzeciętny umysł na dni kilka i wymyślił pokrętny sposób oduczenia pana od sprawiania niespodzianek niechcianych, nawet grubo niepożądanych, wręcz nietaktownych — a przecież uważał swego pana za faceta z jajami, co miał okazję niejeden raz na własne oczy zobaczyć i także w trakcie odwiedzin dochodzącej, usłyszeć i ocenić ich pracowitość, spoczywając pod podłogą ich wspólnego plastykowego mieszkania. I wymyślił podkop. Przyczepa stała na skraju stoku na czterech wysuwanych podnóżkach zablokowanych solidnymi dębowymi klinami. W dole, kilkadziesiąt metrów niżej biegł gościniec wiejski przekraczający vis a vis stanowiska budy kamienistą strugę drewnianym mostkiem z nieheblo-wanych modrzewiowych bali. Kiedy zdeterminowany rudzielec podjął przebiegłą decyzję o edukowaniu pana w sprawie najważniejszej dla psiego i ludzkiego honoru, dokładnie spenetrował sposób wypozio-mowania nowego domu; na jego psi nos pan nie za bardzo natrudził się nad bezpiecznym posadowieniem plastykowego paskudztwa. A jemu pozostały trzy sprawne, silne łapy i łeb nie od parady. Więc powzięty zamiar nosił znamiona logicznie zaprojektowanej logistycznie spreparowanej niespodzianki. Pomimo dobrze wyostrzonego instynktu zamachowiec nie zwietrzył jednak kryjącego się w pokrętnym, żeby nie powiedzieć; wręcz zwodniczym pomyśle, niebezpieczeństwa utraty przyjaźni pana. Rolę zarobkującej kobiety z doliny pomijał w prymitywnych rachubach zupełnie. Ona mogła jedynie dotykać pana — w pobliże miski miała wstęp wzbroniony; podobny zakaz obowiązywał ją w kwestii głaskania rudej sierści. I dobrze! Bo niby co dobrze zbudowanej kobiecie po głaskaniu skołtunionej sier- 32 Hermes i Laska, czyli pieskie życie ści wypłowiałej rudości?! Ani pożytku, ani przyjemności. Tzw. dupa mokra! Więc wara! Zresztą jak mawiają w Powrotnych stronach: da się niebawem widzieć i szlus! Warto poczekać... i przeczekać warto też. Krecią robotę wykonywał nocami, gdy pan zapadał w sen człowieka pozbawionego złudzeń, bez męczących majaków; wtedy zwierzę wydartą spod klinów ziemię rozrzucało dla niepoznaki równo pod podłogą całej przyczepy. Trzy noce zajęło mu przygotowanie niespodzianki; czwartą podporę zostawił na moment, w którym do ich domu powinna zawitać kobieta z nizin. Oczekiwana chwila nadeszła w najbliższy poniedziałek. Kiedy już cała buda rozkołysała się równomiernie, pies wykopał ostatni punkt podparcia, odrzucił pozostałe kliny i plastykowy domek zaczął łagodnie - nabierając na stromej pochyłości przyspieszenia - zdążać niby karykaturalne sanie ku swemu przeznaczeniu. Rudzielec nie pobiegł za nim. Wołał widok z góry, zapewniający mu lepszą perspektywę: taka przewrotnie zwodnicza myśl przebiegła przez ogromny łeb. Leciwy plastyk nie wytrzymał starcia ze zdrowymi balami mostka, ale nadwerężył je na tyle, że pokiereszowane poręcze przebiły cienkie ścianki nie omijając ciał obydwojga zajętych sobą ludzi. A potem całkowicie zdemolowana przyczepa runęła w nurt wartkiej strugi i reszty aktu zniszczenia dokonała niewielka, choć wyjątkowo wartka i czysta woda przetaczająca się od wieków po sterczących z kamienistego dna głazach. Laska jako jedyna wydobyła się z topieli i szczęśliwie unoszona prądem dopłynęła do spokojnej zatoczki, lądując na wilgotnym piasku. Lecz rudzielec nie czuł do niej pociągu i nie próbował jej odszukać. Pies od dawna znał zapach śmierci. Nie ruszył za wędrującą wodą i jej ofiarami, obrał szlak pod prąd, na samotną poniewierkę; kiedyś jego pierwszy właściciel wołał go - Her- mes. Michał Majewski 33 Michał Majewski GALABIJA Chyba w każdym życiu następuje w końcu taki moment, że większość podróży, które odbywamy, można zaliczyć do podróży sentymentalnych. Mało tego - podwójnie sentymentalnych. Może to brzmi śmiesznie, ale takiego właśnie dokonałem odkrycia. Podwójnie dlatego, że każda przeszłość ma swoją przeszłość. Czyłi moja przeszłość ma swoją przeszłość - rozumianą jako zespół faktów i wydarzeń determinujących przebieg mojej przeszłości. Wybrałiśmy się z żoną do Muzeum Wisły. No i wpadłem. Zacząłem odkrywać przeszłość mojej przeszłości. Bo jak się okazało, wciąż tam jeszcze była ekspozycja dotycząca Szkoły Morskiej w Tczewie. Bez reszty oddałem się studiowaniu życiorysów jej twórców, pierwszych wykładowców i łegendarnych absolwentów. Wszyscy spoglądali na mnie z ogromnych fotografii przenikliwym wzrokiem, pełnym niewysłowionego błasku. I sądzę, że to nie było wynikiem jakiegoś retuszu, łecz autentycznej pasji, widocznej nie tylko w oczach, ale też w całej ich posturze. Pasji odzianej w marynarskie mundury. Poczułem ducha tamtych czasów i ducha morza. Tego samego, który na stałe osiedlił się w książkach Karola Olgierda Borchardta, i który mnie też kiedyś zagnał na morze. Czytałem życiorysy Antoniego Garnuszewskiego, Gustawa Kańskiego i Kazimierza Bielskiego. Życiorysy wielkich kapitanów, inżynierów i - bardzo często - artystów. Z zapartym tchem oglądałem stare legitymacje, pamiętniki, dzienniki okrętowe i pierwsze w języku polskim podręczniki do nauki morskiego zawodu. Oglądałem stare mapy z wytyczonymi trasami szkoleniowych rejsów „Lwowa". Oglądałem modeł tego żaglowca, a także model mniejszego statku szkolnego „Kopernik” I nagle stanąłem jak wryty. Za szkłem prostopadłościennej gabłoty stał modeł statku, którego swojskie kształty wprawiły moje serce w rytm godny spotkania z którąś z dawnych, nieobojętnych mi koleżanek. Aż nie do wiary. Założyłem okulary do bliży i pochyliłem się. Tak - napis na dziobie potwierdził, że przyspieszone kołatanie w mojej klatce piersiowej było uzasadnione: „Antoni Garnuszewski”. Oto moja młodość; czas przeszły mojego życia, do którego mam okazję wrócić w tej podwójnej podróży sentymentalnej. Zaszedłem od łewej burty, przyłożyłem oko do samej szyby, żeby lepiej widzieć i zacząłem li-czyć bulaje; począwszy od dziobu, te na wysokości mniej więcej górnego pokładu. Najpierw dwa, potem po trzy na kabinę. Trzecia trójka należała do mojej kabiny, więc wytężyłem wzrok, żeby zajrzeć do środka. Kabina była sześcioosobowa. Pod szotami, od dziobu i od rufy stały piętrowe koję, a między nimi szafy. Stół stał pod środkowym bulajem, przy nim sześć krzeseł i to wszyst- 34 Galabija ko. Mieszkańcy kabiny byli, o dziwo, w komplecie. Wszyscy krzątali się, wyraźnie podekscytowani, jakby statek stał przy kei w Gdyni, a oni czekali już tylko na opuszczenie trapu, żeby pognać do domu. Rzeczywiście - statek stał przy kei, jednak nie w Gdyni, tylko w porcie Casablanca. A chłopaki czekali na przybycie „kupców” w nadziei na sprzedanie niebagatelnych ilości kremu Nivea i wody kolońskiej Prastara. Misiu też wypakował swój towar i położył na górnej koi, tuż przy drzwiach po lewej. Był po wachcie, zmęczony i senny, i najchętniej poszedłby w kimono. Ale nie było litości. Biznes jest biznes. Zresztą kumple i tak by mu pospać nie dali. Wyjrzał przez bulaj. Wielkie portowe żurawie zastygły w popołudniowej drzemce. Wszystko drzemało, dokerzy także. I jakby się dobrze przyjrzeć, to w mroku prawie każdego cienia można by zobaczyć kończyny jakiegoś odpoczywającego człowieka. - No... - Zdzichu też swoje wypakował i z zadowoleniem zatarł ręce. - Teraz już tylko pozostało czekać. Zobaczycie, zaraz się jakiś Arab pojawi. Zdzichu wiedział. Jako jedyny z całej szóstki był już raz w takim rejsie. A pozostali korzystali z jego doświadczenia: - I jeszcze raz powtarzam: targować się, bo Arab ma to we krwi. Obrazi się, jak się z nim nie potargujesz. Ale też pamiętajcie: łan krema, łan dolar! Żeby mi się czasem nikt nie wyłamywał! I uważać na łapy Araba, jak przyjdzie! Bo oni tylko czekają na okazję, żeby nas, niewiernych, zrobić na szaro. Za to mają podobno grzechy odpuszczone. Misiu nie wiedział, czy w tych opowieściach Zdzicha jest chociaż cząstka prawdy. Nie znał tematu. Nigdy nie widział Araba na żywo, z bliska, twarzą w twarz. Ale bardzo chciał zobaczyć. I tak naprawdę najbardziej chyba to właśnie go ekscytowało. Bardziej niż ten cały „biznes”. Nie mógł się doczekać, aż wreszcie się doczekał. Ktoś mocno stuknął w drzwi i w kabinie pojawił się Arab. Prawdziwy Arab. Ubrany był w luźne, spływające aż do podłogi okrycie, w kolorze złamanej, a może przyżółconej bieli. Była to galabija. Misiu odniósł wrażenie, jakby zobaczył kogoś w najzwyklejszej koszuli nocnej, jaką pamiętał z czasów dzieciństwa. Na głowie Araba leżała bawełniana kefija, też biała i uformowana w krążek, przypominający turban. Błyskające z ogorzałej twarzy oczy szybko zlustrowały całą kabinę i Arab, używając czystej polszczyzny, wypowiedział następujące zdanie: - Cześć kurwa Stasiu, jest biznes? Wszystkich na moment zatkało. A najbardziej chyba Stasia, który siedział na krześle pod bulajem. Otworzył ze zdziwienia gębę i chyba się zastanawiał, o co tu chodzi? Zdzichu wiedział i błyskawicznie zareagował: - Cześć Stasiu! Dawaj, dawaj! Jest Prastara, jest krema Nivea! I zaraz potem zrobił się gwar jak na jakimś miejskim targowisku. Było wesoło, wszyscy się cieszyli, bo Arab szybko napełniał towarem swoją plecioną z kolorowej żyłki torbę, no i też dlatego, bo okazało się, że za pomocą dwóch słów - „Stasiu” i tego drugiego - można się całkiem nieźle dogadać. I w końcu się uspokoiło. Arab sobie poszedł, a chłopaki zaczęli się Michał Majewski 35 pokładać na koję. Misiu też, z myślą, że się jeszcze trochę zdrzemnie przed kolacją. Zamknął oczy i po chwili już zaczął popadać w błogostan. Jednak nie na długo, bo nagły wrzask Zdzi-cha wszystkich poderwał jakby na alarm „opuszczanie statku”. Zdzichu siedział na koi i wpatrywał się w podłogę wzrokiem wyrażającym nie tylko wściekłość, ale też bezgraniczne zdumienie. W miejscu, gdzie stawiał swoje nowiutkie adidasy, stały stare, obdrapane klapki. Wszystko wskazywało na to, że kiedyś miały kolor żółty, a ich nosy wciąż unosiły się do góry jakby mówiąc: „I co, niewierny? Nie podobają ci się nasze buty?” Podniosłem głowę, bo na ramieniu poczułem dłoń żony. Uśmiechała się do mnie pytającym wzrokiem. - Pływałem na tym statku. - Wiem przecież. Opowiadałeś mi o tym wiełe razy. - Ciekawe, co teraz się z nim dzieje? „W 1991 statek w ciągle idealnym stanie technicznym został sprzedany armatorowi chińskiemu. Według nieoficjalnych źródeł statek uległ spaleniu bądź został złomowany." Tyle dowiedzieliśmy się z opisu, umieszczonego nad gablotą z modelem. Zrobiło mi się smutno-, pewne rzeczy umykają w przeszłość zupełnie bezpowrotnie i nie da się ich odwiedzić, nawet w podróży najbardziej sentymentalnej. No i ten Arab. Ciekawe, czy nadal jest w stanie tak zgrabnie zmieniać buty przebierając nogami pod galabiją? Poezja Tadeusz Dąbrowski1 WIERSZ BEZ TAJEMNICY Być sobie na Żuławach operatorem śluzy na mało istotnym odcinku kanału, pośrodku płaskiego krajobrazu. Codziennie jeździć rowerem do betonowej budki, mniejszej niż kiosk ruchu. Obserwować przez kwadratowe okienko wschody i zachody słońca. Nie mieć pojęcia o sztuce, wiedzieć, gdzie się czają szczupaki, a gdzie węgorze. W pewien mglisty poranek, popijając herbatę ze spirytusem, usłyszeć w radiu, które odbiera tylko jedną stację, że na śwfecie żyje ponad dziesięć milionów gatunków roślin i zwierząt, i nie dać temu wiary, albo że są takie kraje, gdzie ludzie umierają z głodu, i zamyślić się nad tym, i zapomnieć spuścić śluzę. I zalać kilka pobliskich łąk. I nie ponieść za to żadnych konsekwencji. POCHWAŁA PROWINCJI spójrz ile się tu dzieje zawiane pagórki pół domu śpi w zaspie świerk w wyświechtanym płaszczu śnieżnego idiomu w dali białe jezioro na białym tle cisza taka że możesz w niej wyrzeźbić grafomańskiego ptaka lub jeszcze głębszą ciszę a tam w pubach burdelach centrach handlowych tylko pozory ruchu tu w deszczu zmrożonych sekund wszystko stale się zmienia tamten ruch jest złudzeniem bez ciebie go nie ma 1 Wiersze pochodzą z najnowszego tomu poezji T. Dąbrowskiego pt. „Pomiędzy” wydanego w tym roku przez krakowskie Wydawnictwo a5. Poezja 37 Paulina Dyka ZIMNY kochała bardziej niż własne marzenia pisane nocą na skrawkach świadomości on bardzo ją lubił owiniętą białym ręcznikiem i w mokrych włosach kiedy jej lekko opalone ciało komponowało się paznokciami w kolorze wina oczy dotychczas w niego wpatrzone wydłubane z zazdrości usta za nim stęsknione popękane z bezsilności już nie są zmysłowe przestają być nabrzmiałe stygną jak oni teraz SKÓRA wracała jak zawsze po południu w niedzielę odkładając klucze głaskała psiaki i zginając stopy w palcach podążała po drewnianych schodach zakręcanych zgodnie z ruchem wskazówek zegara otwierała szklane drzwi i wtapiała długie palce za uszami poprawiając włosy oraz jednocześnie koszulą w dół - piersi na dzień dobry przykładała nos do nosa znużona niewyjaśnionymi nieporozumieniami na leżąco odmawiała pacierz uspokojona oddechem nos-usta przyciągała spękaną dłonią pościel do chropowatej szyi i oplatała jego łydkę swoimi stopami zasypiała dopiero wtedy gdy czuła stado małych łapek na łóżku impulsywnie usiłujących znaleźć sobie idealne miejsce na spokojny sen 38 Poezja BIEL ubrana na biało zlewa się ze śnieżną ścianą w sali trzynastej na piętrze gdzie do okna pukają cienkie gałęzie próchniejącego drzewa jej dom prawdziwszy niż ten w którym mieszka jej rodzina dbająca o kaktusy na pochylonym parapecie dom kolorów wymarzonych mimo płatków śniegu i zasp skrzypiących pod wpływem nacisku suchych stóp tęcza w środku dwudziestego czwartego dnia grudnia rażąca w samotne serce spoczywające na metalowym łóżku między szafką na kółkach a gazetnikiem z prasą medyczną dla pacjenta rani jak wyżynanie czasu w policzonych na palcach dniach jej dom straszny dom zawierający wszystkie jej rzeczy i wspomnienia jedyne czego nie ma to kluczy do niego gdyż drzwi otwierają się automatycznie jak przecież w każdym szpitalu specjalistycznym Poezja 39 Marlena Jasińska GIPSOWA FIGURKA Myślałam że wybudowałam pomnik gdzie srebrem jest mowa i złotem milczenie a to zaledwie figurka gipsowa pomalowana spojrzeniem bladym nieszlachetny żal wypełniał jej wnętrze uwięziony do czasu -świat pokazał drogę zegar wybił godzinę rozstania i powrotu strącona figurka upadła rozbita na drobne części ujrzało światło dzienne wszystko to co złe nie zastanawiając się długo zamiotłam pod dywan 40 Poezja Alina Michalik OPOWIEDZ MI O LESIE Opowiedz mi o lesie bez patosu bez pędzla bez wpisu do księgi gości. Opowiedz mi o lesie sosnową igłą we włosach i czarnymi piętami. RĘKAWICZKI być razem gubić się i znajdować w śniegu w kieszeniach płaszcza w mokrym brzuchu pralki być osobno na przeciwnych kciukach trzymać z drugą dłonią wczoraj spałam za fotelem ty w szufladzie! Wędrówki po prowincji Janusz Ryszkowski KLEPSYDRA DOKTORA STANISŁAWA Dziwnych znaków, lub - jak kto woli - zbiegów okoliczności towarzyszących pisaniu o Morawskich1 nie brakowało. Niektóre zostawię dla siebie, inne nie, bo przecież z czegoś trzeba zszywać ten patchwork. Utknąłem na dobre (właściwie powinienem napisać - na złe), gdy przyszła kolej na Stanisława, urodzonego w 1897 roku w Sztumie. Wiedziałem, że poszedł w ślady ojca. Maria Zien-tara-Malewska pisała o nim („Polacy spod znaku Rodła”), że przed II wojną leczył na Śląsku, a od 1948 roku mieszkał w Koszalinie. Jednak, gdy sięgnąłem po „Rocznik lekarzy Rzeczpospolitej Polskiej na rok 1948” nie znalazłem o nim wzmianki. Dysponowałem za to innym, niemal ostatecznym tropem. Była to klepsydra, która pochodziła z rodzinnego archiwum jednej z najstarszych sztumskich rodzin, Osińskich, zaprzyjaźnionej z Morawskimi. Pod klepsydrą podpisała się żona i syn. Nie łudziłem się specjalnie, że uda mi się kiedyś porozmawiać właśnie z synem... Fragment przygotowywanego do druku patchworku historyczno-literackiego „Trudna polskość. Morawscy - pięć pokoleń i pól. Projekt realizowany jest przy pomocy finansowej Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego. 42 Klepsydra doktora Stanisława Poszukiwanie śladów Stanisława Morawskiego w mieście nad Parsętą zacząłem zwyczajnie. Miałem nadzieję, że kustosz Danucie Szewczyk, współautorce wystawy „Koszalin 1945-1950. Historia na nowo odkryta”, pokazywanej w Muzeum w Koszalinie od 11 listopada 2008 r. do 30 września 2011 r., to nazwisko coś powie. Przecież - takie miałem przekonanie - w tuż powojennych dziejach miasta taki specjalista musiał zostać dostrzeżony. Niestety, w dokumentach związanych ze służbą zdrowia pani Danuta na nazwisko Morawskiego nie natrafiła. Może powinien szukać w archiwach wojskowych - padła podpowiedz, gdy przesłałem jej klepsydrę na dowód związków doktora z miastem. Archiwum Państwowe w Koszalinie powiadomiło, że dokumentów szpitala garnizonowego żadnych nie posiada... Odłożyłem prawie czysty plik roboczo zatytułowany „Doktor Stanisław M.” do teczki komputera. KTÓRYŚ Z LIPCOWYCH DNI 2012 roku spędzałem z rodziną na nadmorskiej plaży. Rozleniwiony od słońca z niechęcią sięgnąłem po ujadającą komórkę. - Słuchaj, do Sztumu przyjechał wnuk doktora Morawskiego... - prawie alarmował Andrzej Lubiński, historyk, częsty towarzysz moich reporterskich wędrówek. Starałem się zachować spokój, choć zabrzmiało to sensacyjnie. - Nie wkręcaj mnie. Przecież on nie ma wnuka... - starałem się zachować dystans. - Nie może mieć. Zmarł w 1929 roku, dzieci najmłodsze urodziły się na początku XX wieku, jak to możliwe? - Przed chwilą rozmawiałem z nim telefonicznie. Mówił, że jest synem Stanisława, lekarza... Tego, który zmarł w Koszalinie. Pytał mnie o swojego dziadka, a ja skierowałem go do ciebie, bo książkę o jego rodzinie piszesz. Powiedział, że za kilka dni wróci jeszcze do Sztumu. - Wziąłeś do niego numer telefonu? - Nie, ale on obiecał, że ciebie odnajdzie. Stukot białych mew... Zastanawiałem się, czy nie padłem ofiarą żartu. Wieczorem, po powrocie znad morza, zajrzał do nas pan Henryk, od lat pilnujący polis ubezpieczeniowych. - Jak ten czas leci - jęknąłem na jego widok. Urlop dopiero się zaczął, a tu kolejny wydatek. Zanim podsunął mi do podpisania kolejną umowę i wyjaśnił drobiazgowo, jakie to wynegocjował dla nas korzystne zniżki, żeby mniej bolało (finansowo), uraczył mnie opowieścią. - Pomagałem koleżance włączyć alarm w naszym biurze, gdy podszedł do nas mężczyzna, gdzieś około sześćdziesiątki i zapytał o ulicę Morawskiego. Pokazałem mu, jak ma tam trafić. Nieznajomemu to nie wystarczało. Zaczął dopytywać, czy wiemy, kim był doktor Morawski. Panie Januszu, miałem jakie takie pojęcie, bo czytałem kiedyś pana tekst na ten temat, ale nie bardzo chciałem wdawać się w pogaduchy, bo mi się spieszyło. Nieznajomy wtedy powiedział na pożegnanie: Jestem jego wnukiem... Z tego co zrozumiałem, jest też jak dziadek lekarzem. Zapamiętałem, że miał samochód z koszalińską rejestracją. Janusz Ryszkowski 43 Trwałem w osłupieniu, a pan Henryk cierpliwie czekał na mój podpis. -1 co dalej? - Dalej? Nic. Poszedł w stronę ulicy Morawskiego. Co było potem - wiem już z relacji Andrzeja Lubińskiego. Pierwszy budynek na Morawskiego to przychodnia zdrowia z apteką. Nieznajomy wszedł i zagadnął farmaceutę o patrona ulicy. Może wspomniał, że też jest lekarzem? Kierownik apteki, kierowany pewnie zawodową solidarnością, a może tym, że jego matka mieszkała w Sztumie od przedwojnia i nazwisko doktora Morawskiego nie mogło być jej obce, zadzwonił do kolegi z czasów licealnych, uznanego w mieście historyka. Lubińskiego. Choć minęło kilka dni, wnuk Morawskiego nie dał znaku życia. Rozpłynął się w mgle. Andrzej zapamiętał z krótkiej rozmowy telefonicznej, że do Sztumu przyjechał z Opalenia, gdzie wypoczywał. - Gdzie niby był na wywczasach? - nie mogłem uwierzyć. Opalenie to wieś mojego urodzenia! W tamtych okolicach zamieszkiwali moi pradziadkowie od końca XVIII wieku! Marcin (Martin - jak zapisano w księdze chrztu) Limanowski, mój prapra... urodził się w 1793 roku wioskę dalej. Przeleciało mi przez głowę, że ktoś mnie w coś wkręca. Kto do diaska, do Opalenia nad Wisłą, jeździłby na urlop? Ale jeśli to prawda, to był widomy znak, że Morawskimi zajmuję się z głębszych powodów niż przypuszczałem. Wreszcie zdecydowałem się na telefon do kuzynki Tereski mieszkającej w Opaleniu. Jej mama Ludwina jest moją matką chrzestną. Krótko przestawiłem sprawę. Mimo natłoku spraw obiecała mi pomoc. I spisała się niczym licencjonowany detektyw. Zajrzała najpierw do miejscowego gospodarstwa agroturystycznego. Właściciel napomknął, że jakiś pan doktor chciał się u nich zatrzymać. Mieli już komplet, więc polecili starszą panią dysponującą pokojami na wynajem. Tereska tam poszła i miała szczęście. Zastała letnika. Przekazała mu po krótkiej rozmowie mój numer telefonu. Dodała jeszcze: - Twój poszukiwany bohater nie nazywa się Morawski, jakoś inaczej... Zaskoczyła mnie. Coraz mniej zaczynałem rozumieć. Znowu kilka dni nerwowego wyczekiwania. - Panie Januszu, pan mnie chyba szukał, więc jestem... - usłyszałem wkrótce w słuchawce. Wiele obiecywałem sobie po tym spotkaniu. Przegadaliśmy co prawda kilka godzin, ale niewiele przybyło notatek do życiorysu doktora Stanisława Morawskiego. Czasem tak bywa. Utonęliśmy w licznych dygresjach. O muzyce operowej, dzieciństwie spędzanym u dziadków w Opaleniu, nowoczesnej medycynie, w tym moim skołatanym serduchu. Gdzieś w tym zniknął jego ojciec. Nie zapamiętał go dobrze, bo miał ze trzy lata, gdy zmarł. Z jego matką pozostawali w nieformalnym związku. Pochodziła z Opalenia. Jak się poznali - nie wie i chyba tak pozostanie. 44 Klepsydra doktora Stanisława Pamięta (raczej z opowieści), że w domu raz było dużo pieniędzy, a raz prawie bieda. Ojciec był cenionym laryngologiem. Studiował w Heidelbergu. Przed wojną praktykował na Śląsku, może w Rybniku? Do Koszalina, po wojnie, przywiózł platynowe narzędzia. Musiał mieć szalony magnetyzm, że pokochała go taka młoda i ładna dziewczyna. A zmarł na skutek powikłań po zabiegu, który sam na sobie wykonał. Nie nosi nazwiska biologicznego ojca. Matka wyszła za mąż, także za lekarza i nosi nazwisko ojczyma. Zawsze chcial pojechać do Sztumu i zobaczyć grób dziadka Feliksa. Dowiedzieć się czegoś więcej o rodzinie. Spędzając część urlopu w Opaleniu, z którym wiążą się barwne, dziecięce wspomnienia z wakacji u dziadków, zdecydował, że odwiedzi Sztum. Pierwszy raz w życiu. Promem przez Wisłę do Korzeniewa, Kwidzyn i stamtąd po 24 kilometrach miasto dziadka Morawskiego. Dalej już wiem. Doktor obiecuje przejrzeć domowe archiwa i przesłać mi jakieś zdjęcia. Jedziemy jeszcze na stary cmentarz, gdzie pochowani są babcia i dziadek oraz bracia ojca - Józef i Edmund. Mój rozmówca siada na skraju rodzinnego grobowca, sięgam po aparat. Naciskam migawkę. Nic. Bateria wysiadła. W takiej chwili. Kto mi uwierzy (jeśli kogoś to w ogóle obejdzie), że rozmawiałem z nieznanym wnukiem doktora Feliksa Morawskiego? Na kilkanaście tygodni kontakt się urywa. Dostaję SMS. „3 dni jak jestem w domu - szpital. Dyskopatia. Wypadek na schodach w klinice w Berlinie. Odezwę się.” I znowu cisza. Tak do dziś...Gdyby nie SMS, który przechowuję w komórce, pomyślałbym, że rozmawiałem z widmem. To miała być pointa. ZEPSUŁA MI JĄ (NA SZCZĘŚCIE) prasowa archeologia. Coś jeszcze znalazłem ciekawego, przekopując gazety. 2 stycznia 1921 roku sztumskie Towarzystwo Kobiet p. w. św. Kingi urządziło zabawę po-łączaną z przedstawieniem amatorskim. Zagrano zabawną sztukę Anczyca „Chłopi arystokraci”. Niecałe 30 lat wcześniej pokazało ją miejscowe Koło Śpiewu, któremu przewodził doktor Morawski. Czy był tego wieczoru na widowni? Nie jest to wykluczone, a może nawet prawie pewne. Wielką niespodzianką był dla uczestników śpiew solowy p. St.[anisława] Morawskiego. Swym pięknym i silnym głosem wykonał „Ave Maria". Słowa pieśni przetłumaczone na polskie brzmiały mile w uszach słuchaczów, a gdy przy końcu każdej zwrotki rozległa się w sali pieśń „Maryo Dziewico Twe dziecię błaga Cię" łzy rozrzewnienia można było zauważyć w oczach niektórych obecnych. (...) Pan St. M. zaśpiewał jeszcze bardzo mełodyjną pieśń - z cyklu znanych cygańskich pieśni „Chryzantemy", która nadzwyczajnie się podobała. Czytałem ten fragment z „Gazety Olsztyńskiej” kilkakrotnie. Za każdym razem nie mogłem opędzić się od natrętnej myśli, że gdy spotkałem się z synem Stanisława Morawskiego, Januszem, ten opowiadał mi głównie o świecie opery. Nie o ojcu, którego przecież prawie nie znał, ale o swoich wyjazdach do Berlina, spotkaniu z Montserrat Caballe. (Jej „Barcelona” - hymn igrzysk olimpijskich wyśpiewany w duecie z Freddiem Mercurym z grupy Qu-inn - pobrzmiewała przez cały 1992 rok, do tej pory mam kasetę magnetofonową kupioną na bazarze w Malborku.) Wybrał po ojcu i dziadku nie tylko profesję, w genach miał zakodowane zamiłowanie do muzyki. Janusz Ryszkowski 45 W tym samym, 1921 roku, Stan (i takiej formy imienia używano) Morawski jeszcze kilka razy pojawił się na łamach prasy. W maju sztumskie Kółko Śpiewackie dało swój popis w lokalu Winkowskiego (pierwsza kamienica we wschodniej pierzei Rynku, już nieistniejąca od pożaru wznieconego przez Sowietów w 1945 roku). Liczną publiczność przywitał doktor Feliks Morawski. Wśród licznych deklamacji i śpiewów na uznanie zasłużyły „Kraśkiewicza, solo odśpiewane przez St. Morawskiego i śpiew p. Wandy Woelkówny”. Towarzystwa niemieckie przygotowywały się w tym czasie do świętowania pierwszej rocznicy wygranego plebiscytu 11 lipca, który - na mocy postanowień wersalskich - zdecydował o tym, komu przypadną Warmia, Mazury i Powiśle. Za Niemcami opowiedziało się wtedy ogółem ponad 92 proc, głosujących. Na Powiślu przegraliśmy także, ale nie w tak katastrofalnych rozmiarach. W powiecie kwidzyńskim pięć wsi z Janowem nad Wisłą przyłączono do Rzeczpospolitej. Za Polską opowiedziało się 26 proc, mieszkańców Sztumu, 19 proc, w skali powiatu. Nie brakowało tam dużych wsi, gdzie większość głosowała za odrodzoną Polską: Stary Targ (391 głosów, ale zaledwie kilka mniej za Niemcami/Prusami), już za to bardzo zdecydowanie opowiedziały się społeczności Postolina (285), Straszewa (231), Trzciana (177) i Pierzchowic (147). Tak też było w polskich majątkach rycerskich: Zajezierzu, Czerninie, Mątkach, Buchwaldzie, Małych Ramzach, Cygusach, Szenwizie (Krasna Łąka). W Waplewie, symbolu polskiej obecności na Powiślu, siedzibie hrabiów Sierakowskich, wynik padł niekorzystny, bo 149:177. Wymieńmy także mniejsze miejscowości, gdzie opowiedziano się za przyłączeniem do Rzeczpospolitej - Balewko, Duże Ramzy, Dziewięć Włók, Mirany, Mi-chorowo, Pruska Dąbrówka, Pułkowice, Sadłuki. Jednego głosu zabrakło, by tak było w Nowej Wsi (160:159). Od - 46 do 48 procent poparcia - odnotowano w Mikołajkach, Szpitalnej Wsi i Nowym Targu. 40 proc, w Tropach, 37-35 proc, w Wilczewie, Wielkich Watkowicach i Koniecwałdzie, 28 -25 proc, w Kałwie, Igłach, Małych Watkowicach. Wyliczam to dokładnie, bo mam wrażenie, że nie chce się o tym pamiętać. Pokutuje stereotyp, że polskość tej części Powiśla to wymysł peerelowskiej propagandy. Czkawka po haśle: „Ziemie zachodnie i północne odwiecznie polskie” Statystyki niemieckie z 1910 roku podawały, że dla 42 proc, mieszkańców powiatu sztumskiego polski jest językiem ojczystym. W 1925 roku już 15 proc. Dlaczego? Nietrudno się domyślić. Reakcją na plebiscytową klęskę i szykany zwycięzców były wyjazdy tutejszych Polaków ze swojej małej ojczyzny do kraju. (Po drugiej wojnie sytuacja się odwróci - wyjadą Niemcy). Inni odcinali się od narodowych korzeni, czego jaskrawym dowodem były zmiany nazwisk. Ci najbardziej aktywni i świadomi utworzyli już w listopadzie 1920 roku Związek Polaków w Prusach Wschodnich. Wśród założycieli najwięcej było reprezentantów Powiśla - m.in. hrabina Helena Sierakowska z Waplewa, Kazimierz Donimirski z Ramz Małych, Paweł Mu-chowski, kupiec ze Sztumu, ks. Władysław Demski ze Starego Targu, Władysław Haertle z Szadowa koło Kwidzyna. W numerze 95 „Gazety Olsztyńskiej” z 26 kwietnia 1921 roku ukazał się na czołówce tekst „Więcej poczucia narodowego”, skreślony ręką - jak podano - działacza polskiego na Powiślu. Sygnowany jest „D”, niewykluczone, że jego autorem jest ks. Władysław Demski, zamęczony w obozie Sachsenhausen i zaliczony do grona błogosławionych. 46 Klepsydra doktora Stanisława „Bóg dał nam polską mowę, stworzył nas Polakami, takimi jesteśmy całem sercem i takimi chcemy pozostać po wsze czasy. Atoli twardy los przypadł nam żyć na obczyźnie, gdzie zagraża wynaradawianie. Jesteśmy mniejszością, miejscami poważnie skoncentrowaną mniejszością. Wróg nasz, to wróg chytry i przebiegły, dąży do zatarcia wszelkich śladów polskości. Zamiary te nie odniosą skutków pożądanych, o ile my sami nie przyłożymy reki. Dlatego też trzeba więcej poczucia narodowego.” Autor daje sześć przykazań: „Rozmawiajcie po polsku w domu”, „Módlcie się po polsku”, bo „doświadczenie uczy, iż w języku ojczystym człowiek najlepiej umie wynurzyć serce swe przed Bogiem”; „Czytajcie po polsku”, „Pisujcie po polsku”; „Śpiewajcie po polsku” („I nasi wrogowie pozazdroszczają nam naszych pięknych pieśni, bądź to religijnych bądź to świeckich. Tak czule, tkliwie, serdecznie żaden naród nie umie śpiewać (...). Polska pieśń niech rozlega po całej ziemi”; „Czujcie po polsku”, bo „Nie Polak kto mówi po polsku, lecz kto czuje po polsku. Serce robi człowieka tym, kim on chce być.(...) Wstępujcie do polskiej organizacji, którą jedynie na naszych kresach jest „Związek Polaków” (...) rolnicy do Kółek Rolniczych, robotnicy do Zjednoczenia Zawodowego, niewiasty do św. Kingi, młodzieńcy do „Sokoła”, wszyscy razem do towarzystw ludowych. (...) Abonujcie nasamprzód polską gazetę (...). PRACUJCIE W POLSKIM DUCHU. Z takim apelem na końcu zwracał się wspomniany działacz do czytelników. 7 sierpnia 1921 roku Towarzystwo Kobiet św. Kingi urządziło zabawę. Polacy tłumnie kierowali swe kroki do Strzelnicy. Szło wszystko do sali, którą młode panienki i panie przyozdobiły w sposób elegancki. Stoły bielą okryte, śliczne wazony z bukietami najrozmaitszych kwiatów, jak gdyby jakaś uroczystość familijna miała się odbyć. Zabrałiśmy miejsca wokół stołów i niemal zapomnieliśmy o programie, bo taką moc magnetyczną miały ciastka na stołach. Po małem posileniu się p. Domański ze Sztumu przywitał wszystkich gości jak najserdeczniej podając program i życząc miłej zabawy. Zaraz potem rozweseliły nas panienki prześliczną pieśnią „Siwy konik, siwy". Osobno z popisami śpiewnemi p. Stach Morawski i panna Wanda Woelkówna, za które podziękowano hucznemi oklaskami. Potem nadszedł czas, by rozstrzygnąć do kogo trafią loteryjne fanty - kaczki, koguty, króliki, ciasta i „wiele innych pięknych rzeczy”. Tym także, którym dopisało szczęście w licytacji amerykańskiej dostali po koszu jabłek, gruszek. „Następnie dodając ducha obecnym i przypominając cel owego zgromadzenia, zaśpiewał na cztery głosy chór śpiewacki „Orły sokoły”, „Wędrownika” i „Wspomnienie”. Podziękowano burzliwymi oklaskami”. A potem towarzystwo ruszyło do tańca, zabawa trwała „aż w późną noc”. Na 4 września 1921 roku zaplanowano w Starym Targu zlot kółek śpiewaczych z całego Powiśla. Inicjatywa okazała się jednak trudna do zrealizowania w takiej skali. W końcu udało się zorganizować imprezę dla trzech zespołów działających na terenie parafii starotarskiej. Dołączyły do nich kółka ze Sztumu i Podstolina (Postolina). Z programu Zlotu Kółek Śpiewackich Powiśla, opublikowanego w „Gazecie Olsztyńskiej”, wynika, że zjazd miał się rozpocząć wspólną pieśnią „Nie rzucim ziemi”, powitanie - Kazimierz Orlewicz, wicepatron Towarzystw Śpiewackich. Podano także repertuar: Podstolin („Boże coś Polskę”, „Złamane berła”), Janusz Ryszkowski 47 Waplewo („Smętna” Zdradzona”), Nowy Targ („Niespodzianki” „Nowiny”), Sztum („Narwę kwiatków”, „Wspomnienia”), Stary Targ („Polonez” Kurpińskiego, „Wiesie”). Na zlot przyjechał z Olsztyna sekretarz generalny Związku Polaków w Prusach Wschodnich Brunon Gabrylewicz. To on dał zgrabną relację do „Gazety Olsztyńskiej” jako „Jerzy Wiejski”. Uroczystość popisu Kółek Śpiewackich odbyła się w ogrodzie przy oberży p. Kikuta. Przygotowano, że tak powiem, cały teatr prowizoryczny, scena naumyśłnie pobudowana, - dła widzów ławki ustawione - a przed ławkami szeroki stół ubrany w kwiatki, białem obrusem nakryty: dła prześwietne) jury, dła sądu konkursowego. A to wszystko pod dachem obszernego „szałasu”, aby w razie deszczu cała uroczystość żadnej nie ucierpiała przerwy. Nawet światło ełektryczne zaprowadzono w tym prowizorycznym przybytku sztuki, poezji i śpiewu. (...) Powołi nadchodzą goście, trochę to gderają na wysokość wstępnego, bo aż 15 m[are]k, ale zresztą płacą i zostają. Ja też z konieczności uiszczam się z tego ekonomicznego obowiązku. Członkowie kółek i ich rodziny mieli wstęp wolny. W jury: Zofia Szeliska z Szenwizy, pani Rogaczewska z Pruskiej Dąbrówki, doktor Feliks Morawski, Ritter, dyrektor dóbr waplewskich, należących do hr. Stanisława Sierakowskiego. Jury przyznało pierwszą nagrodę kółku ze Sztumu, drugą otrzymało Waplewo, trzecią Po-stolin. Nagrody rozdzielił p. radca zdrowia dr. Morawski na ręce poszczególnych kółek, wygłosiwszy uprzednio bardzo zajmującą przemowę o powstaniu, znaczeniu i rozwoju śpiewu a szczegól-nie śpiewu narodowego i pieśni łudowej. Rzeczowy spokojny był ten wykład bez frazesów łekko pobrzmiewających ałe w tonie godnym, przekonywającym. Zebrani słuchali bardzo uważnie i mówcę uczcili rzęsistymi oklaskami.” Sprawozdawca pochwalił także piękną krotochwilę „O chlebie i wodzie”, deklamację „Czarnego szala”, jak napisano, znanego wiersza (widocznie wtedy popularnego, bo komu dzisiaj, poza prawdziwymi znawcami poezji dziewiętnastego wieku, coś ten tytuł powie...), wypowiedzianego „czystym i poprawnym akcentem polskim. Dlaczego sprawozdawca ten fakt podkreśla? Dla wielu przybywających na Powiśle Polaków zetknięcie z gwarą sztumską (wolę nie używać równorzędnego określenia „dialekt mal-borski”, bo sugeruje, że chodzi o okolice innego, choć po sąsiedzku miasta), którą posługiwał się osiadły po wsiach lud polski, było zaskoczeniem. Elwiro Andriolli podczas swojej wyprawy na Powiśle w 1889 roku, słysząc w Starym Targu bankiera z miejscowej spółki pożyczkowej Marcina Kikuta, określił go jako... Mazura. Stanisław hrabia Tarnowski, profesor literatury Uniwersytetu Jagiellońskiego, goszczący tu kilka lat wcześniej zauważał, że to „wymowa do kaszubskiej zbliżona, twarda i jakoby gardlana” („Z Prus Królewskich”). A Stefan Żeromski, który przybył na Powiśle z Janem Kasprowiczem rozpalać serca i umysły rodaków przed plebiscytem 1920 roku, zauważał, że „inaczej niż wszyscy posługują się naszą mową polską. Jest to język nasiąknięty niemczyzną jak gąbka” („Inter arma”). Ta mowa prostego ludu sztumskiego - zdaniem językoznawców - była bytem odrębnym, o czym świadczy monografia prof. Huberta Górnowicza, wydana w latach 70. ub. wieku. Na starotarskim zjeździe pokazano też komedyjkę „Pacjent nr 1”. Sprawozdawca „Olsztyń- 48 Klepsydra doktora Stanisława skiej”: „Ja się tylko pytam, skąd ten nadzwyczaj zgrany zespół i ta wyborna gra poszczególnych osób. Nie wiem, kto to wszystko wyćwiczył z tą młodzieżą, tego się nie dowiedziałem, ale na tern miejscu należy wypowiedzieć szczere, jak najszczersze uznanie.” I pochwalił duet: „Grały niby dwie stare kobiety ale zdaje mi się, to była maska.” Gdzieś nam (raczej piszącemu Grabrylewiczowi) wyparował z tej relacji Stan Morawski. Zapowiedziano go przecież w programie w występie solowym „Wlazł kotek na płotek”. KILKA DNI PÓŹNIEJ (11 września) sztumskie Towarzystwo Młodzieży Jedność przygotowało przedstawienie z tańcami w Strzelnicy. Premiera „Królowej z Powiśla” miała swój wymiar symboliczny ze względu na osobę autora sztuki. Ludwik Łydko, redaktor „Gazety Olsztyńskiej”, został w sierpniu wydalony za granice Rzeszy, zaraz po odbyciu kary 5 miesięcy więzienia za przestępstwo prasowe. Odpowiadając na antypolski artykuł „Alesztajnerki” („Allensteiner Zeitung”), miał obrazić prezesa rejencji olsztyńskiej. Na początku wystąpiło Kółko Śpiewackie pod dyrekcją pana Schwartza z pieśnią „Witaj domku mój rodzinny”. Posłuchajmy (raczej przytoczmy za opracowywanym przez Ludwika Kubiaczyka „Śpiewnikiem polskim zawierającym pieśni ludowe i narodowe Związku Kół Śpiewaczych na Westfalję, Nad/enję i s.[ąsiednie] prow.[incje]” (1894). Witaj domku mój rodzinny, Dworku biały zfacyatką, W tych to ścianach wiek dziecinny Przepędziłem z ojcem, matką. (■■■) Witaj domku mój drewniany, Pełen wspomnień i pamiątek; Witaj dworku ukochany, Skarbie drogi świętych szczątek! (■■■) Żegnam drogie twoje ściany! Głos przyszłości brzmi z daleka; Idę, idę w świat nieznany, Gdzie powinność, ludzkość czeka. Stan Morawski „z werwą wygłosił deklamację”. „Na jego apel, że się nie można kryć i rozpaczać mając cnoty, wiarę i Boga w sercu odpowiedziało Kółko Śpiewackie „Narwę ja kwiatków pod krzyżem je złożę”. „Królową z Powiśla” wyreżyserowała Stefania Morawska. Zagrali w tym przedstawieniu Apelbaumówna, Małgorzata Woelk, Gawrych, Joskowski, Ewertowski, Brunon Świtalski, syn miejscowego dentysty, i przewodniczący Towarzystwa Młodzieży Jedność Fiszer, który - jak Janusz Ryszkowski 49 podaje „Gazeta...” - żegnał się tym występem ze Sztumem. Wkrótce jego miejsce w Jedności zajmie Świtalski, ale i on za kilka miesięcy zrzeknie się tej funkcji i wraz z ojcem wyprowadzi się do Polski. Niedaleko, bo do Tczewa. A Jan Fiszer wróci jeszcze w te okolice i będzie występować z innymi amatorami na scenie i kierować polskimi bankami aż do wojny. Najpierw w Kwidzynie, od 1930 roku także w Sztumie, po śmierci Feliksa Morawskiego. W październikową niedzielę 1921 roku otworzył jeszcze Brunon Świtalski zabawę Jedności. Udział w niej wzięli goście - Szymański, pracownik Konsulatu Polskiego w Kwidzynie, Brunon Gabrylewicz, sekretarz generalny Związku Polaków, Stanisław Pilarczyk z Agencji Prasowej w Kwidzynie. Przybyło towarzystwo polskie z Iławy, by „czerpać posilenie na duchu”. Młodzież zaprezentowała deklamacje, krótkie komedyjki, były wspólne śpiewy. Walc kwiatowy i biały. „Po polonezie udano się do wspólnej kawki.” Dziękowali organizatorom Gabrylewicz, Pilarczyk, Szymański i radca zdrowia Morawski. Czy jego syn Stanisław, bo przecież jego poszukiwaliśmy, tak jak kilka razy wcześniej także tam bawił? W kilku numerach „Gazety Olsztyńskiej” z lata 1924 roku pojawiają się ogłoszenia doktora Feliksa Morawskiego. Dla wielu pewnie niewiele znaczące, ale dla mnie cenne. Radca zdrowia informuje pacjentów o swoim tymczasowym wyjeździe. Od 15 lipca do 30 sierpnia zastąpi go Stanisław Morawski, lekarz praktyczny. To jego ostatni ślad w międzywojniu, na jaki natrafiam. Od 1948 roku do przedwczesnej śmierci leczył w Koszalinie. Pozostała zatem w jego życiorysie dwudziestoczteroletnia biała plama, albo czarna dziura. Biel i czerń często mieszają się w moim patchworku. URZĄD MARSZAŁKOWSKI WOJEWÓDZTWA POMORSKIEGO ul.Okopowa 21/27, 80-810 Gdańsk tel. 58 32 68 555, faks 58 32 68 556 www.pomorskie.eu Tomasz Agejczyk POMNIKI WOJENNE SPRZED 1945 ROKU CZĘŚĆ 1. POWIAT MALBORSKI I SZTUMSKI 1866, 1870-71, fot. archiwum Malborski KttM Tomasz Agejczyk 51 Przed 1945 rokiem prawie każda miejscowość leżąca obecnie w granicach powiatów mal-borskiego i sztumskiego posiadała miejsca pamięci poległych w wojnach: napoleońskich 1806-1815, o zjednoczenie Niemiec 1866- 1871, czy też w I wojnie światowej 1914-1918. Od 1813 roku zapoczątkowano czczenie pamięci żołnierzy, którzy zginęli w walkach narodowo-wyzwoleńczych i wojnach. Na kościołach umieszczano epitafia, na które nanoszono nazwiska wojskowych ofiar. Epitafia te z czasem zaczęto zdobić wieńcem liści dębowych lub orłem. Potem, po wojnach austriacko-pruskiej z 1866 roku i francusko-pruskiej z 1870 roku, obok epitafiów na świątyniach i kapliczkach zaczęły się pojawiać pomniki. Sposób, w jaki upamiętniano żołnierzy i ich czyny, stał się wzorem dla pomników dla poległych w I wojnie światowej, w której to Niemcy straciły ponad 2 miliony żołnierzy (w szeregi armii niemieckiej wcielono 11 min ludzi). Praktycznie z każdej wioski zginęło przynajmniej kilka osób. Po zakończeniu wojny między 1918 a 1932 rokiem Niemcy masowo stawiali pomniki najczęściej przy kościołach lub na cmentarzach, rzadziej obok szkół (Szkoła Rolnicza w Malborku), na placach czy na rozwidleniu dróg. Różnice w wyglądzie pomiędzy wszystkimi pomnikami wynikała przede wszystkim z zamożności miejscowości. Decydowało to o rodzaju materiału użytego na monument, często przybierały skromny wygląd - zwykłego głazu (Malbork, Rakowiec, Bągart) lub częściej jednak stawiano poległym pomniki betonowe lub z kostek granitowych z wyrytymi nazwiskami na tablicach z gładkiego, droższego kamienia czy metalu (Stary Targ, Koniecwałd, Gościszewo, Bucznik), na marmury i bogate zdobienia stać było większe miejscowości. Jednak niezmiennym elementem pomnika była lista (często w postaci tablicy) z wyrytymi nazwiskami ułożonymi chronologicznie. Charakterystycznym elementem w okresie międzywojennym był Gaj Bohaterów, odwołujący się do ważkiej staroniemieckiej idei Heldenhain, w której widomą rolę obok samej architektury pełniła przyroda. Kompozycja przestrzenna poświęcona pamięci żołnierzy niemieckich, poległych podczas pierwszej wojny światowej, związanych bezpośrednio lub pośrednio z daną miejscowością. Ów monument wybudowano w 1924 roku w malborskim Parku Miejskim oraz dzięki inicjatywie księcia Alexandra zu Do-hna-Slobitten, właściciela majątku Prakwice, w Starym Mieście. Wybudowany w 1938 roku pomnik jubileuszowy Nowego Stawu - ofiarowany został również poległym żołnierzom. Oprócz najczęściej występujących pomników upamiętniających mieszkańców danej wsi, parafii lub miasta odnaleźć można pomniki szczególne, wystawione ku czci poległych żołnierzy pułków (pomnik 152. pułku piechoty, pomnik 154. pułku piechoty czy też pomnik 4. pułku ułanów - wszystkie znajdujące się w Malborku). Malbork posiadał również tablicę z 1914 roku na Starostwie Powiatowym, upamiętniającą główną siedzibę sztabu wojskowego generałów Paula von Hindenburga i Ericha Ludendorffa. To stąd dowodzili wygraną bitwą pod Tannenbergiem. Zabytki te przez wiele lat po 1945 roku były przez nowych, polskich mieszkańców ziemi elbląskiej niszczone jako pamiątka po dawnych, niemieckich obywatelach tego terenu. Padały one ofiarą tak zorganizowanej odgórnie akcji ich usuwania, jak również zwykłego rabunku czy dewastacji. Dziś gdy świadomość o historii tych ziem sprzed 1945 roku staje się dla nas częścią historii Małej Ojczyzny, niezależnie, czy zbudowanej przez Niemców, czy Polaków S2 Pomniki wojenne sprzed 1945 roku, Część 1. Powiat malborski i sztumski - łatwiejsze jest spojrzenie na pomniki z innej perspektywy. Półwiecze PRL-u zrobiło swoje z tymi miejscami - część z nich zaginęła bezpowrotnie, a wraz z tymi pomnikami, tablicami, zaginęły też nazwiska ludzi i ostatnie ziemskie po nich ślady Każdy, który jednak przetrwał w takiej czy innej, ale możliwej do odczytania formie, niesie ze sobą pamięć o ludziach, którzy żyli niegdyś na naszej ziemi, chodzili po niej tymi samymi, co my drogami i ścieżkami. Poniższy spis obejmuje obiekty powstałe na terenie obecnego powiatu elbląskiego na przełomie XIX i XX wieku, do których można odwołać się w dokumentach źródłowych. Ze względu na dużą ilość obiektów lista nie jest skończona a stanowi jedynie początek zinwentaryzowania miejsc pamięci byłych mieszkańców tych ziem. POWIAT MALBORSKI MALBORK - MARIBNBURG • Pomnik wojny 1866, 1870-71 - projekt wykonał Friedrich Adler (1827-1908), profesor historii architektury berlińskiej Wyższej Szkoły Technicznej. Uroczyste odsłonięcie nastąpiło 1 września 1876 roku. Pomnik miał formę przyozdobionej panopliami korync-kiej kolumny stojącej na ośmiobocznym postumencie, na którego ścianach znajdowały się tablice z nazwiskami osiemdziesięciu poległych żołnierzy. Całość, ustawiona na szerokim tarasie, na placu przed Bramą Mariacką, zwieńczona była orłem z rozpartymi skrzydłami, wykonanym z brązu. Dostarczył go weteran tej wojny - major Heinrich Brix z Hanoweru. Roboty kamieniarskie wykonał Keferstein z Halle, całość zestawili rzemieślnicy Malborka. Obecnie nie istnieje. • Dwa epitafia z 1876 roku w kościele św. Jerzego, upamiętniające poległych żołnierzy w czasie wojny w 1866 i 1870/71. Nie istnieją. • Tablica pamiątkowa - na Starostwie Powiatowym na pamiątkę siedziby sztabu wojskowego Paula von Hindenburga umieszczono w 1914 roku kamienną tablicę z napisem: Generalfeldmarschal von Hindenburg der Bejreier Ostpreufiens hatte hier am 23. u. 24 August 1914 sein erstes Hauptąuartier (tłum. Felmarszałek von Hindenburg - oswobodziciel Prus Wschodnich miał tu od 23 do 24 sierpnia 1914 roku swoją pierwszą główną kwaterę). Obecnie nie istnieje. • Pomnik przy śluzie Galgenberg (Rakowiec) - ustawiony został duży głaz poświęcony żołnierzom poległym w czasie pierwszej wojny, pochodzącym z dzielnicy Malborka - Piaski. Na głazie widniał napis: SANDHOF seinen gefallenen Sohnen 1914-18 (tłum. Piaski swoim poległym synom 1914-18 oraz nazwiska poległych. • Tablica poświęcona poległym członkom gminy żydowskiej w I wojnie światowej -odsłonięta 6 czerwca 1922 na budynku synagogi, fundatorami byli dr Pinkus i radny Heinrich Fiatów. Na tablicy widniały nazwiska: Edmund Blumentahl, Simon Gottfeld, Mo-ritz Cohn, Erich Kalkstein i Erwin Danziger. Budynek spłonął w 1938 roku. • Grób Nieznanego Żołnierza - zlokalizowany przy Szpitalu Jerozolimskim. Była to jed- Tomasz Agejeżyk 53 na z prostych, ziemnych mogił wojskowego cmentarza Jerozolimskiego, w południowej części miasta, od innych wyróżniająca się tylko większym, kamiennym krzyżem. Pod krzyżem wyryto napis: UNBEKANNTER DEUTSCHER SOLDAT (tłum. Nieznany Niemiecki Żołnierz). Odnaleziony w 2009 roku, zabezpieczony w ZGKiM. Przy wejściu na cmentarz znajdowały się dwa wielkie głazy z wyrytymi na nich datami oznaczającymi okres, z którego pochodzą zmarli (1914 i 1919). Pośrodku ustawiono wielki dębowy krzyż widoczny z każdego miejsca cmentarza, obok kolejny wielki kamień ku czci matek poległych żołnierzy z napisem Den Miit-tern der Helden 1914-18 (tłum. Matkom bohaterów 1914-18). • Tablice w Szkole Rolniczej - trzy tablice ku czci poległych w czasie I wojny światowej nauczycieli i uczni ze Szkoły Rolniczej, znajdującej się ulicy Fellensteina (ob. Sierakowskich). Tablice odsłonięto 28 czerwca 1922 roku. Umieszczono na nich nazwiska 3 nauczycieli i 75 uczniów. Szkoła została spalona w 1945 roku, a następnie rozebrana. • Gaj Bohaterów - w 1924 roku na skraju parku miejskiego, położonego na północ od zamku, odsłonięto Heldehain (Gaj Bohaterów) - mauzoleum w formie megalitycznego kręgu kamiennego o średnicy około 12 metrów. Położone na płaskim brzegu Nogatu, upamiętniało ofiarę poległych z trzech powiatów: malborskiego, sztumskiego i elbląskiego. Do dzisiaj przetrwała podstawa, elementy kamiennego kręgu zostały rozrzucone wokoło danego pomnika. Centralna część została przekształcona pod zegar słoneczny. • Pomnik 152. Pułku Piechoty - wyraz dumy mieszkańców z malborskiego 152. Pułk Piechoty im. Zakonu Niemieckiego (Deutschordens-Infanterie-Regiment Nr. 152). Odsłonięty 2 sierpnia 1925 r. na placu im. Zakonu Niemieckiego (ob. plac 3 Maja). Był to wysoki obelisk, otoczony murkiem. Zaprojektował go ówczesny konserwator zamku - doktor Bernhard Schmid (1872 - 1947). Na tablicy umieszczono napis: 81 Offiziere, 211 Unte-roffiziere, 2258 Mannschaften. Obecnie nie istnieje. • Pomnik 154. Pułku Piechoty - pomnik zlokalizowany przy koszarach wojskowych przy Birkgasse (ob. Jagiellońska) ku czci poległych z 154. (5. dolnośląski) pułku piechoty (5. Niederschlesisches Infanterie-Regiment Nr. 154). Pomnik ceglany, zwieńczony hełmem żołnierskim. Na postumencie wmurowano tablicę z inskrypcją: Den im Weltkriege 1914-18 gefallenen Kameraden des 5. Niederschlesisches Infanterie-Regiment Nr. 154 (tłum. Poległym kompanom w wojnie światowej 1914 -18 z 154. (5. dolnośląskiego) pułku piechoty). Pomnik nie istnieje. Pomnik 154. (5. dolnośląskiego) pułku piechoty przy malborskich koszarach, fot, archiwum Tomasz Agejczyk 55 . Pomnik 4. pułku ułanów - pomnik odsłonięty w 1933 roku w Parku Miejskim ku czci 4. (1. pomorski pułk ułanów im. von Schmidta (1 Pommersches Ulanen-Regiment „von Schmidt" Nr. 4). Był to skromny ceglany obiekt w kształcie prostokątnego sześcianu z tablicami po obu stronach i krzyżem na szczycie.. Istnieje do dzisiaj, ale bez tablic i krzyża. • Pomnik w Nowej Wsi - ustawiono go ku czci poległych w czasie I wojny światowej żołnierzy pochodzących z wspomnianej dzielnicy. Obecnie nie istnieje. NOWY STAW - NEUTEICH W kościele ewangelickim umieszczono dwie tablice: weteranów wojny 1813 oraz poległych w 1866 roku. Obie drewniane nie przetrwały do naszych czasów. Pomnik postawiony dla uczczenia 600-lecia istnienia miasta. Uroczyste odsłonięcie nastąpiło w niedzielę 16 października 1938 roku na rogu Heilige-Geist-StraPe i Werner-von-Orseln-Straże (ob. Jana Pawła II i Gdańska). W późniejszych latach nazywany również pomnikiem ofiar I wojny światowej. Ceglana budowla, nawiązująca kształtem do pomni-ka-mauzoleum bitwy pod Tannenbergiem (ob. Olsztynek). Zniszczony podczas II wojny światowej. Obecnie w tym miejscu stoi Pomnik tym którzy walczyli o Polskę. POGORZAŁA WIEŚ - WERNERSDORF W kościele ewangelickim drewniana tablica ku czci poległych w 1813, 1866 i 1870. Kościół rozebrano po 1945 roku. SZAWAŁD - SCHADWALDE W ewangelickim kościele (ob. katolicki) wybudowanym w 1846 roku umieszczono drewnianą tablicę ku czci poległych w 1813 roku. Nie istnieje. 56 Pomniki wojenne sprzed 1945 roku, Część 1. Powiat malborski i sztumski W 1872 roku z inicjatywy cesarza ufundowano nowy dzwon odlany z francuskich luf dział ku czci poległych w 1870-71. ŚWIERKI - TANNSEE Kościół ewangelicki posiadał tablicę ku czci poległych w 1870-1871 oraz podobnie jak w innych kościołach tabliczki pośmiertne poświęcone oficerom m.in. Petera Samuela Dóh-ringa z 1 Zachodniopruskiego Pułku Ułanów (później 1 Pułk Ułanów cesarza Aleksandra III) ozdobiona orderami wojennymi z 1813-1814; podoficera 2 Przybocznego Pułku Huzarów Martina L. Soenke z orginialnym Krzyżem Żelaznym II klasy, rosyjskim Orderem św. Jerzego 5 klasy. POWIAT SZTUMSKI BĄGART - BAUMGART Po zakończeniu I wojny światowej ówcześni mieszkańcy wsi, związek żołnierzy i inne organizacje wiejskie podjęły decyzję o postawieniu pomnika 53 mieszkańcom i byłym współobywatelom, którzy nie powrócili z wojny. W ten sposób w roku 1924, ówczesna firma Friedrich Hermann z Elbląga otrzymała zlecenie na postawienie pomnika na wiejskim pastwisku. Na olbrzymim głazie narzutowym wyryto i wymalowano jasną farbą inskrypcję: Es lies-sen ihr Leben im Weltkriege fur Volk und Vaterland aus Baumgarth (tłum. Mieszkańcy Baum-garth, którzy w wojnie światowej swoje życie oddali za naród i Ojczyznę) oraz listą 53 nazwisk mieszkańców. Zrekonstruowany staraniem Stowarzyszenia Mniejszości Niemieckiej Sztum, Dzierzgoń. Ponownie poświęcony 26 czerwca 2006 roku. Tomasz Agejczyk 57 BUCZNIK - BUCHWALDE Skromny pomnik w formie podstawy złożonej z dwóch stopni, na których ustawiony jest trzeci stopień - kamienny z wmurowaną płytką z datami 1914-1918. Zachowany do dzisiaj. Brak jest informacji o pierwotnym wyglądzie pomnika. DZIERZGOŃ - CHRISTBURG Tablica poległych znajdująca się na prawo od głównego ołtarza w kościele ewangelickim, wybudowany w 1792 roku u zbiegu dzisiejszej ulicy Elbląskiej i 3 Maja. Kościół został spalony w 1947 roku. Na Rynku, a ściślej bliżej jego północno-wschodniej ściany, 14 czerwca 1914 roku odsłonięto pomnik ku czci poległych żołnierzy z XIX-wiecznych wojen. Był to pomnik w kształcie czworościennego zaostrzonego na górze obelisku, na szczycie którego stał pruski orzeł. W 1924 roku obchodzono przy pomniku 50-lecie kombatantów (dzierzgońskiego koła kombatantów). Do początku lat 50-tych stał jeszcze cokół tego pomnika a jego fundament był widoczny do końca lat 60-tych. GOŚCISZEWO - BRAUNSWALDE Niedaleko kościoła ustawiono pomnik ku czci poległych w I wojnie. Na jednostopniowej podstawie znajdowała się bryła zasadnicza pomnika w kształcie szerokiego, ściętego ostrosłupa wykonanego z kamiennych kostek, zwieńczona hełmem żołnierskim. W niszy przedniej płaszczyzny umieszczono tablicę z nazwiskami poległych. Nie przetrwał. 58 Pomniki wojenne sprzed 1945 roku, Część 1. Powiat malborski i sztumski KONIECWAŁD - KONRADSWALDE Pomnik ku czci poległych w 1870-1841 w kształcie steli ozdobionej medalionem z wizerunkiem herbu Prus. Lokalizacja, jak również losy tego pomnika są trudne do określenia. Pomnik wybudowany w 1922 roku w centrum wsi ku czci poległych w I wojnie. Forma podobna do obiektu w Gościszewie. Na dwustopniowej podstawie znajdowała się bryła zasadnicza pomnika w kształcie szerokiego, ściętego ostrosłupa wykonanego z kamiennych kostek, zwieńczona hełmem żołnierskim. W niszy przedniej płaszczyzny umieszczono tablicę z nazwiskami poległych. Do pomnika prowadziły kamienne schody. Nie istnieje. MIKOŁAJKI POMORSKIE - NIKOLAIKEN Niezachowany pomnik poległych w czasie I wojny światowej mieszkańców wsi był w kształcie umieszczonego na wielostopniowej podstawie prostopadłościanu. Na przedniej płaszczyźnie umieszczono inskryp'cję: ES sterben den Heldentod fars Konig u. Vaterland im Weltkriege 1914-1918 (tłum. Oni polegli w bohaterskiej śmierci za cesarza i ojczyznę w wojnie światowej 1914-1918). Ponad napisem wyryto wizerunek Krzyża Żelaznego oraz gałązki dębu. Pod inskrypcją umieszczono wizerunek hełmu żołnierskiego na tle skrzyżowanych bagnetów z dekoracją z gałązek dębowych. Na następnych stronach pomnika umieszczono nazwiska poległych. Obelisk nie przetrwał do dzisiaj. MILIKOWO - HEINRICHSDORF Na cmentarzu wojennym znajduje się ciekawy pomnik w formie wysokiego cokołu - kolumny, na której znajduje się figura rycerza, obecnie bez głowy i ręki. Na cokole umieszczono wizerunek Krzyża Żelaznego oraz inskrypcję: ES STARBEN • DEN HELDENTOD • FURS VATERLAND ♦ IM WELTKRIEGE . 1914-1918 (tłum. Oni polegli w bohaterskiej śmierci za ojczyznę w wojnie światowej 1914-1918)/Poniżej znajdują się nazwiska poległych oraz daty. Pomnik zniszczony i zapomniany. STARY DZIERZGOŃ - ALT CHRISTBURG Niezachowany pomnik z pierwszej wojny światowej w formie wysokiej, sześcioczęścio-wej kolumny, zwieńczonej wizerunkiem siedzącego orła. PARPARY - PARPAHREN Pomnik ku czci poległych w I wojnie. Na dwustopniowej podstawie znajdowała się bryła zasadnicza pomnika w kształcie szerokiego, ściętego ostrosłupa wykonanego z kamiennych kostek, zwieńczona figurą orła o szeroko rozpostartych skrzydłach. W niszy przedniej płaszczyzny umieszczono tablicę z nazwiskami poległych. Niezachowany. Tomasz Agejeżyk 59 PIETRZWAŁD - PETERSWALDE W kościele przy prospekcie organowym umieszczono trzy tablice. Dwie zawierają nazwiska poległych, trzecia wizerunek Krzyża Żelaznego oraz daty 1914— 1918. Bardzo dobrze zachowane. POSTOLIN - PESTLIN Pomnik przy kościele odsłonięty 20 września 1936 roku. Na postumencie znajdowała się figura żołnierza oraz inskrypcja: Unsern Gefalłcnen Wełtkricg 1914 — 1918 (tłum. Naszym poległym w wojnie światowej 1914-1918). Na odwrocie umieszczono wersy 16-18 z 3 rozdziału Listu św. Jana: Po tym poznaliśmy miłość, żc on oddał za nas życic swoje. My także winniśmy oddać życie za braci. Na murze umieszczone były kiedyś cztery tablice z nazwiskami poległych. Obecnie miejsca zamurowane. W 2010 roku na postumencie ustawiono popiersie księdza Władysława Łęgi. STARE MIASTO - ALTSTADT Kompleks pomnikowy odsłonięty w 1924 roku z inicjatywy księcia Alexandra zu Do-hna-Slobitten, właściciela majątku Prakwice. Umiejscowienie pomnika w Starym Mieście a nie w Prakwicach wynika z faktu, że był on poświęcony poległym parafianom, a patronami kościoła ewangelickiego w Starym Mieście byli członkowie rodu zu Dohna-Slobitten. Kompleks jest największą tego typu realizacją na terenie dawnego powiatu morąskie-go, całość powierzchni wynosi około 0,2 ha, pierwotnie składał się z pomnika, dwóch alei w kształcie krzyża oraz półkolistej bramy i nasadzeń granicznych. 60 Pomniki wojenne sprzed 1945 roku, Część 1. Powiat malborski i sztumski Kamienna brama była zwieńczona wizerunkiem Żelaznego Krzyża. Po prawej i lewej stronie bramy widniał napis: Heilig sei dieser Ort und Ehrfurcht schiitze ihn (tłum. Uświęcone jest to miejsce i strzeże jego czci). Na pomniku, w formie dużego, kamiennego obelisku, umieszczono pierwotnie nazwiska poległych żołnierzy w trzech sąsiadujących rzędów. Do chwili obecnej zachowała się jedna rozbita i mało czytelna tablica inskrypcyjna z mar-blitu, wykonana w malborskiej pracowni Hermanna Stilla. Widoczny jest na niej wizerunek Krzyża Żelaznego z wieńcem z lauru i dębu. STARY TARG - ALTMARK Przy skrzyżowaniu na Tropy znajdował się pomnik ku czci poległych w I wojnie światowej. Na dwustopniowej podstawie znajdowała się bryła zasadnicza pomnika w kształcie szerokiego, ściętego ostrosłupa wykonanego z kamiennych kostek, zwieńczona hełmem żołnierskim. W niszy przedniej płaszczyzny umieszczono tablicę z inskrypcją: DEN GEFAL-LENEN HELDEN DES WELTKRIEGE 1914-1918 (tłum. Bohaterom poległym w wojnie światowej 1914 -1918). Tablice z nazwiskami poległych umieszczono na tablicach znajdujących się trzech bokach pomnika. Do dzisiaj z obelisku przetrwał jedynie fragment głównej tablicy, znajdujący się w sztumskim muzeum. SZROPY -SCHROOP Na terenie cmentarza znajduje się kostnica, pełniąca przed wojną rolę pomnika wojennego ku czci poległych w 1914 - 1918 z okolicznych wsi: Szrop (Schroop), Gintro (Gintro, Guntern), Igieł (Iggeln), Zielonki (Grunfelde), Jordanki (Jordanken, Jordansdorf) ijodłówki (Tannfelde). Kostnica w latach 80-tych została powiększona a przedwojenna tablicę z wy- Tomasz Agejczyk 61 pisanymi nazwiskami umieszczono na ścianie przybudówki. Pomiędzy wizerunkami Krzyży Żelaznych umieszczono inskrypcję: Den Heldentod fars Vaterland Gefallen im Weltkrieg 1914-18 (tłum. Poległym bohatersko za Ojczyznę w wojnie światowej 1914-18) oraz nazwiska 37 poległych. Pomnik odsłonięto 23 września 1928 roku. SZTUM - STUHM Pomnik „Plączącej matki” odsłonięty 16 czerwca 1929 roku na dzisiejszym placu Wolności. Autorem rzeźby był profesor akademii królewieckiej Stanislaus Cauer (1867-1943). Upamiętniał żołnierzy którzy polegli podczas I wojny światowej. Na pierwotnym miejscu pomnik stał do końca II wojny światowej, potem przeniesiono go na zaplecze dzisiejszego Banku PKO, po czym zaginął. W^ dniu odsłonięcia rzeźby na sztumskim rynku rozbił się samolot pilotowany przez wielokrotnego rekordzistę w lotach szybowcowych Ferdinanda Schulza i jego kompana. 62 Szukanie przeszłości Bogumił Wiśniewski SZUKANIE PRZESZŁOŚCI Trzy ciekawe miejsca na mapie powiatu sztumskiego. Każda inna, łączy ich ród, który przywędrował w te strony z Kaszub. Rodzina ta wielokrotnie była represjonowana przez władze pruskie. Nie mieli łatwego życia, na tym terenie corrida trwała nieustannie. Raz wychodzili zwycięsko, a innym razem tracili wszystko. Trzy miejscowości i jedna rodzina Donimirskich. W dokumentach pisanych miejsce to, pojawia się po raz pierwszy w roku 1477 pod nazwą Sloissthendorf, w 1483 roku mówiono na nią: Schloeschendorf, Schloyschendorf, Szlosendorf, a w 1592 roku Zajezierze, a w 1710 roku utrwaliło się jako Hintersee. Wiele polskich rodów posiadało Zajezierze, od Powierskich pod koniec XV wieku, poprzez Wilczewskich, a na Donimirskich kończąc. Według danych ze słynnego dzieła topografii Prus J. Goldbecka, w 1789 roku Zajezierze było zapisane jako dobro szlacheckie o siedmiu dymach, z karczmą i młynem. Dwa pokolenia sprawiły, że mała miejscowość pod Sztumem, pozytywnie zapisała się na kartach historii. Pierwszym, był Henryk, drugim August zwany przez rodzinę zdrobniale Gucio. Dwa sprzeczne charaktery, dwa inne stulecia, a jednak ten sam kierunek. Bogumił Wiśniewski 63 Działalność polityczną Henryk rozpoczął bardzo młodo. W latach szkolnych był członkiem tajnej organizacji filomackiej w Chełmnie. Za co spotkały go represje ze strony władz. Najwidoczniej nie przejął się tym, ponieważ jak się tylko nadarzyła okazja od razu przyłączył się do powstańców i walczył w powstaniu styczniowym. W 1873 roku przejmuje majątek Zajezierze. Później zostaje radcą Ziemiaństwa Kredytowego w Kwidzynie. Henryk Donimirski żył w tym czasie i hołdował stwierdzeniu, że „kto się lęka, ten nie godzien być obywatelem" - jak pisał w tych ciężkich czasach „Pielgrzym, które popierało jego kandydaturę w wyborach do parlamentu. Henryk był posłem do parlamentu niemieckiego z ramienia ludności polskiej (wybrany 12 XII 1892 w wyborach uzupełniających z okręgu kwidzyńsko-sztumskim), otrzymał 8432 głosów, a na jego konkurenta Wessela zagłosowało 7330 wyborców. Warto tu nadmienić, że za pierwszym razem w wyborach 27 X 1891 roku, nie zdobył wystarczającej przewagi nad konkurentem. Przegrał minimalną ilością głosów z byłem ministrem Rzeszy z partii liberalnej - Hobrechtem. W okręgu wyborczym kwidzyń-sko - sztumskim na Donimirskiego głosowało 6789 wyborców, natomiast na Hobrechta oddano 7360 głosów. Jadąc do Zajezierza myślałem, że pięknie przystrzyżone klomby równiutko przyciętymi krzaczkami bukszpanu, jak pisała w swoim pamiętniku Halina Dommirska, zostały bez powrotnie utracone, myliłem się - wszystko pozostało jakby na swoim miejscu. Park i dwór na Oko wygląda bardzo ładnie. Ścięta trawa, porządek - przeczy moim wcześniejszym wyobra-żeniom o tym miejscu. Jedynie w nozdrza nie zdołam uchwycić zapachu ściętej trawy, jak pisała Halina Doni-mirska - jego zapach unosił się dokoła i do dzisiejszego przywołuje mi obraz Zajezierza- ponieważ nie ta pora roku. Pozostała intensywna barwa zieleni - to się nigdy w słońcu me zmienia. Pałac jest wpisany w wojewódzki szlak Kopernikowski, a w 1960 roku do wojewódzkiego rejestru zabytków. Wszystko w około zatrzymało się w czasie. Od strony frontowe) dworu - droga ułożona z kamienia, zachowała się prawie w całości. Budynki gospodarcze również, to rzadkość na tych terenach, tym bardziej, że zabudowania są blisko miasta. Przed wojną majątek - kiedy był w polskich rękach, składał się z pałacu oraz ze 1800 morgów zie-mi (ok. 950 hektarów). Był to bardzo duży majątek, którego Niemcy, tak naprawdę me akceptowali. To nie przypadek, że takie duże majątki jak w Zajezierzu, Czerninie czy w Ram-zach Małych dobrze funkcjonowały. W obrębie nich przeważała ludność polska, która pracowała uczciwie dla swojego dziedzica. Julian Ursyn Niemcewicz będąc w Sztumie w 1817 roku nie mógł się nadziwić że lud wiejski wszędzie mówi po polsku, tak dalece, iż kiedy w Warszawie raz tylko na miesiąc każą po Polsku w protestanckich kościołach, tam, w kościołach katolickich, trzy razy po polsku, a raz tylko po niemiecku. I ten to tylko poczciwy lud wiejski sprawia, że język nasz nie upada,. ze Num-cy po miastach chcąc kupić masła, jaj, itd., krztusić się muszą po pols W Sztumie ludzie mówią na ten pałacyk w Zajezierzu dworek Żeromskiego. Autor Popiołów” wraz z Stanisławem Kozickim, który brał udział w konferenc). pokojowe; w Paryżu jako sekretarz generalny delegacji polskiej, spędzili noc na dysputach z Augustem o- 64 Szukanie przeszłości nimirskim - synem Henryka (przejął majątek po ojcu w 1912 roku). Rozmawiali o problemach Polaków w Prusach Wschodnich. Rok 1920, to rok plebiscytu, więc atmosfera rozmów mężów stanu musiała być gorąca. Na pewno Kozicki mówił o Lloyd George, który nie był przychylny Polakom. August Donimirski na pewno przedstawiał swojemu wyjątkowemu rozmówcy, trudną sytuację Polaków w Niemczech. Rzeczywiście, nie wyglądała ona za ciekawie. Stefan Żeromski - wyraził zrozumienie dla miejscowych rodaków, obiecał pomóc. Dał temu wyraz w reportażu: Iława-Kwidzyn-Malbork. na łamach „Rzeczpospolitej” w 1920 roku. Żeromski był człowiekiem małomównym, ale po spotkaniu z Augustem w Zajezierzu oraz po wizycie w Górkach pod Kwidzynem u państwa Kowalskich, głośno opowiedział się o prawa do tej ziemi w odezwie sejmowej, którą później wręczył marszałkowi Sejmu. August uczestniczył w walkach o niepodległość II Rzeczpospolitej. Założył i prezesował Kółku Rolniczemu w Sztumie. W rpaju 1920 roku jako major WP został odkomenderowany na teren plebiscytowy Powiśla w charakterze komendanta polskiej straży plebiscytowej. W 1921 roku brał udział w pracach Komisji Granicznej. Organizował i był pierwszym dowódcą 18 Pułku Ułanów w Grudziądzu, nota bene tam - gdzie później uczył się w szkole na kawalerzystę Jerzy Waldorff, późniejszy obrońca zabytkowych nagrobków na Powązkach Warszawskich. Augusta Donimirskiego niemiecka propaganda atakowała w różny sposób. W numerze 217 z roku 1927 w gazecie „Elbinger Zeitung”, ukazała się prowokacyjna informacja jakoby August, miał sprzedać swoje dobra władzom pruskim. Reakcja na te wiadomości była natychmiastowa. Zdementował te pogłoski na łamach „Słowa Pomorskiego” w numerze 255 z dnia 6 listopada 1927 roku, stwierdzając - że dalej będzie gospodarzyć Zajezierzem, stwierdził jednocześnie, że odbuduje spalone w nie wyjaśnionych okolicznościach - zabudowania folwarczne. August za swoją działalność polityczną nie mógł powrócić do swojego majątku w Prusach. Do 1938 roku majątkiem zarządzała jego kuzynka Jadwiga Czarlmska. Po tym ro u Donimirski, wymienił swój majątek z Niemcem, który mieszkał w powiecie Nowe nad Wi-słą. August zmarł 1952 r. i został pochowany na cmentarzu w Lęborku. Wolą Stanisława Do-nimirskiego, ekshumowano Augusta w 2012 r. i powtórnie pochowano go w gro ie ro zin nym na cmentarzu w Sztumie dnia 30 lipca 2012 r. Spoczął obok swojej matki - Bogumiły. Czernin, dawniej Hohendorf, wieś i majątek rodziny Donimirskich - położony jest me opodal Sztumu. W tym pałacyku urodziła się między innymi autorka wspomnień pt.,, y ‘aki świat...” Halina Donimirska-Szyrmerowa. Autorka wspomnień powraca do lat dziecinnych, młodości i beztroski, gdzie głównym zajęciem była nauka i za awa. o świat wi dziany oczyma młodej osoby, który i dzisiaj całkowicie różni się o świata orosłyc Halina Donimirska urodziła się w rodzinie ziemiańskiej. Jej ojciec Witold zajmował się gospodarką. Różnił się od pozostałej rodziny, ponieważ stał na innym biegunie patriotyzmu. Nie zajmował się bezpośrednio polityką. Nie znaczy to, że los Polakow na Powiślu był mu obcy. Wręcz przeciwnie. Miał inny temperament i spojrzenie na całosc his oni o ski. Jego głównym zadaniem była praca organiczna i dawanie pracy rodakom zamieszkałym w Prusach Wschodnich. Widział w niej Jedyiuj skuteczną metod. przccMStawema s^germa-nizacyjnym działaniom rządu pruskiego, jak napisała autorka. 66 Szukanie przeszłości W 1900 roku objął podupadający majątek w Czerninie. Szybko postawił go na nogi. Był stanowczy i konsekwentny podkupywał ziemie od zbankrutowanych rolników. W krótkim czasie Witold Donimirski, stworzył bardzo dużą posiadłość. Cały swój wysiłek, wkładał w gospodarkę rolną. Wspomagał również finansowo wraz żoną Wandą z domu Sikorska z Wielkich Chełmów, ubogich polonusów z Prus. Był pracodawcą dla wielu polskich rodzin dzięki temu, mogły one przetrwać w miarę spokojnie bardzo trudny okres swojego życia w Prusach. Matka Haliny, Wanda, była osobą nietuzinkową. Brała czynny udział w tworzeniu polskich przedszkoli i szkół na Powiślu. Narażała się na represje ze strony niemieckiej, ale chęć pomocy polskim dzieciom było silniejsze. Pani domu w Czerninie udzielała gościny wykładowcom tajnych Powszechnych Wykładów Uniwersytetu Poznańskiego w Prusach Wschodnich i tu wreszcie aż do 1939 roku, odbywały się ostatnie spotkania i zebrania polskich organizacji i stowarzyszeń w Prusach. Pani Wanda miała poczucie humoru, występowała w amatorskich przedstawieniach. Prowadziła dom wspaniale. Pan domu Witold, prowadził gospodarstwo wzorowo, był lepszy od pozostałych gospodarzy niemieckich, co bardzo ówczesnej władzy nie było na rękę. Jednocześnie Witold był inicjatorem i współzałożycielem Banku Ludowego w Sztumie, który wspomagał polskie majątki Waplewo, Zajezierze, Buchwald, Ramzy Małe, Cygusy, Górki, ale i nie tylko. Bogumił Wiśniewski 67 Po przegranym przez Polskę plebiscycie w 1920 roku Witold Donimirski uniósł się honorem. Zamierzał z rodziną opuścić na stałe ziemię sztumską, ale myśl pozostawienia samej sobie ludności polskiej - nie pozwoliła mu na ten desperacki krok, czym później przypłacił życiem w czasie II wojny światowej. Został bestialsko zamordowany w obozie Sachsenhausen. Natomiast pani Wanda spędziła cały okres II wojny światowej w obozie koncentracyjnym Ravensbruck, gdzie bezpowrotnie straciła zdrowie. Polacy stanowili się na tym terenie niebezpieczną konkurencję dla gospodarzy niemieckich. Nie podobało się to wielu Niemcom. Dlatego też, Donimirscy, zostali wysiedleni z Czernina 15 sierpnia 1939 roku w głąb Rzeszy. Majątek skonfiskowano i przekazano w obce ręce, chociaż uczciwie płacili podatki dla państwa. Ale nie oto przecież w tym wszystkim chodziło. Nie przydatkowe w Sztumie organizowano w 1931 i 1932 imprezy zwanymi: Niemieckimi Dniami (Deutsche Tage), robiono to, aby zastraszyć i pognębić Polaków mieszkających na Powiślu. Każdy pałac ma swoja tajemnicę. Czasami nie ma o nim żadnych źródeł. Wtedy trzeba tylko się domyślać i kombinować, zadając pytanie - co w nim było? Jak był umeblowany i urządzony? O pałacu w Czerninie wiedziałem dużo, dzięki przekazom ze wspomnień Haliny, córki Wandy i Witolda. Miałem przed oczyma plastyczne opisy wnętrza pałacyku. Wiedziałem, w których salonach i jakie meble gdańskie stały. Gdzie była kuchnia i ten tzw. tajemniczy gabinet pracy Witolda Donimirskiego - jak pisała jego córka. I w końcu przed oczyma miałem, wiszące w hollu herby rodowe gospodarzy. Chciałem to teraz wszystko zobaczyć i skonfrontować z rzeczywistością. Przez chwilę zastanawiałem się tylko, czy chociaż dane mi będzie wejść do pałacyku i zobaczyć autentyczny układ wnętrz sprzed wojny. Wiadomo o wyposażeniu trzeba zapomnieć. Niemcy, co cenniejsze rzeczy rozgrabili lub zniszczyli. Wojna i lata socjalizmu dopełniły reszty. Tym razem nie udało mi się wejść do środka pałacu. Szkoda, że tak zakończyła się moja eskapada. Chciałem przekroczyć próg pokoi, poczuć ich zapachy, w których w wolnych chwilach, jak pisze Halina Donimirska, ojciec jej bawił się z dziećmi w chowanego. A miał dużo pociech do odnalezienia: ośmioro. Mogłem jedynie przejść się kawałek po drodze, po której pierwszy samochód Ford Kabriolet, wiózł w niedzielne popołudnie, całą rodzinę do kawiarni w Malborku na sernik wiedeński i lemoniadę o nazwie Zitrone Naturell. Więcej o udanej wędrówce do Czernina na mojej stronie. http.//www.bogumil.wi sniewski.ckj.edu.pl/12.html, na której to śp. Stanisław Donimirski oprowadza po majątku rodzinnym. Stanisław Donimirski, rocznik 1927, przekraczając granicę w Gardei, nie przy puszczał, że żegna się na zawsze ze światem dzieciństwa i rodzinnym domem. Szybko mu dane było wydorośleć. Ramzy Małe. W tym majątku przebywał w latach trzydziestych XX wieku, znany pisarz Melchior Wańkowicz. To tam „na piętrze”, jak napisał: - „jadł wraz z córką podane na tacy, smakowite śniadanie". 68 Szukanie przeszłości Powiem szczerze. W Ramzach Małych, szukałem atmosfery z 1935 roku. Atmosfera ta, została zapisana na kartach przedwojennego bestsellera pt.: „Na tropach Smętka” (dziesiąte wydanie we wrześniu 1939 roku, skonfiskowali Niemcy w drukarni bydgoskiej). Właściciel majątku Kazimierz Donimirski wraz z rodziną bardzo szybko doświadczył na własnej skórze, okropności zbliżającej się II wojny światowej. Trzydziestego kwietnia 1939 roku, przedstawiciele lokalnych władz niemieckich, doręczyli mu nakaz wysiedleńczy. Miał trzy dni, aby pożegnać się ze swoim 186 hektarowym gospodarstwem. Hitlerowcy zaraz po wkroczeniu do majątku, spalili po byłych właścicielach: książki, zbiory sztuki i inne cenne pamiątki. W Tczewie na dworcu kolejowym, podczas postoju pociągu relacji: Elbląg - Berlin, Kazimierz wraz z rodziną brawurowo uciekł do Polski, chociaż miał za sobą ludzi w mundurach tzw. „czarnych aniołów śmierci". Ucieczkę zorganizowali konsul RP z Kwidzyna oraz kolejarze z Tczewa. Jadę do majątku przez Postolin. Na lewo dawna gospoda Kaszubowskiego, gdzie polska gawiedż bawiła się w rytm muzyki z patefonu. Skręcam w prawo, wybrałem trakt polny. To stara droga. Na mapach już od dawna widnieje. Pędzę samochodem do majątku, o którym pisał w połowie XIX wieku Natalis Sulerzyski w swoim arcyciekawym pamiętniku pt. „Pamiętnik byłego posła Ziemi Pruskiej”. Kazimierz Donimirski (1880-1947) i żona jego Maria (1890-1942); to osoby bardzo zasłużone dla Polaków mieszkających na Powiślu. Byli społecznikami. Pani Marysia prowadziła działalność społeczno-oświatową, pisywała literackie teksty dla amatorskich przedstawień teatralnych; jej sztukę komediową: „Ciotka Karola” wystawiano w Sztumie. Ofiarnie pracowała na rzecz głodujących polskich dzieci. Opiekowała się również dziećmi w ochronkach, nie szczędziła swoich pieniędzy na naukę dla ubogich rodaków w Prusach Wschodnich. Mąż - Kazimierz, ziemianin, działacz ruchu polskiego na Powiślu i w Niemczech. Działalność społeczno - polityczną rozpoczął po I wojnie światowej jako poseł na Sejm Dzielnicowy w Poznaniu. Był wójtem w pow. sztumskim. Działacz plebiscytowy w 1920 roku, koordynował działania we wsiach, położonych w kierunku Prabut. Od 1923 r. sprawował funkcję prezesa Zarządu Okręgu Związku Polaków Ziemi Malborskiej, był ponad to wicemar-szałkiem sejmiku Pomorskich Kółek Rolniczych. W1933 roku wraz z ks. B. Domańskim,}. Kaczmarkiem, wszedł w skład delegacji Związku Polaków w Niemczech, która podczas audiencji u papieża w Rzymie, przedłożyła petycję w sprawie złego traktowania ludności polskiej w Niemczech. W 1934 roku Donimirski złożył rezygnację ze wszystkich funkcji społecznych. Jego re zygnacja podyktowana była obawą o życie rodziny. To w Sztumie organizowano w 1931 i 1932 imprezy zwanymi; Niemieckimi Dniami (Deutsche Tage) aby zmiękczyć i za; -szyć Polaków mieszkających na Powiślu, chociażby Donimirskich z Czernina i Sieraków^ skich z Waplewa oraz innych Polaków mieszkających na tym trenie. W tych wiecach zawsze brał udział gauleiter Prus Wschodnich Erich Koch, po to, aby pokazać mepoządanej mniej-szóści siłę i narodowosocjalistyczny styl życia. _ _ .,11- Wańkowicz wraz z córką ta samą drogą je- Droga do majątku okazała się ”Przeb^°". , chał powozem do kościoła w Postolinie. Widzia y 1 70 Szukanie przeszłości Mijał jakieś strzechy, jakieś biedne zagrody. Musiało go i córkę przy tej okazji nieźle wy-telepać, a przecież jazda po mocnym „węgrzynie”, na pewno potęgowało irytację autora: „Na tropach Smętka”. Wieczorem, dzień przed wyjazdem do kościoła, córka pisarza - „rzuciła nawet zabójcze spojrzenie na butelczynę”, mówiące wprost, czy oby nie za dużo tego dobrego jak na jeden raz? Poranne konsekwencje wieczornej uciechy, chyba każdy z nas zna, więc opis pozwolicie, że pominę. Ale skutki zabawy na drugi dzień są. Kazik, umiał ugościć przybyszów, był człowiekiem otwartym, optymistą, należał to tzw. kawalarzy. Znany w okolicy z ciętego politycznego dowcipu. Potrafił ubawić całe towarzystwo zabawnymi minami, parodiował współczesne mu osobistości z życia politycznego, był duszą towarzystwa. Lubił się śmiać i bawić. Melchior Wańkowicz w Ramzach Małych, oczywiście nie pozostał dłużny swojemu gospodarzowi i dalekiemu kuzynowi jak sam napisał w książce. W podzięce za gościnę, wygłaszał na jego cześć podczas imprezy kwieciste toasty i wraz z nim: „wysączał ostatnie kropelki bursztynowego tokaja z nabożeństwem”. Pewnie smucąc się, że to już koniec tak szybko przedniej zabawy. Z oddali na wzniesieniu, widzę skupisko szumiących drzew. Nareszcie. Widzę budynek z przytwierdzoną tabliczką policyjną: Ramzy Małe 8. Jednak domek przetrwał, jest niepozorny. Myślałem, że zobaczę coś większego, imponującego pałac a la Waplewo. Obiekt do którego przyjechałem, został pobudowany na planie prostokąta. Jednokondygnacjo-wy z użytkowym poddaszem, z dwuosiowym płytkim ryzalitem, zwieńczonym tympanonem z okulusem w środku. Budynek murowany z cegły ceramicznej, otynkowany z gankiem przeszklonym na głównej osi, poprzedzony betonowymi schodami. Całość nakryta dachem dwuspadowym. Od razu z miejsca, z ciekawością „rzucam okiem” na drugą kondygnację ryzalitu. Tam przebywał w pokoju gościnnym Melchior wraz z córką Martą. Szukam. Nikogo nie widzę. Szkoda. Wokoło budynku zachował się opisany w książce: „czarny starodrzew chwiejący się niewiadomą głębią”. Nawet i teraz słyszę, że: „pod oknem odzywa się pies”. Tak jak w tamtym czasie. Fizycznie wszystko jakby pozostało na miejscu, z czym się wtedy spotkał Wańkowicz, a jednak czegoś tu brakuje. Brakuje opisanej atmosfery. Warto w tym miejscu nadmienić, że książka: „Na tropach Smętka”, została zakwalifikowana jako druk tajny i posłużyła dla: Bund Deutscher Osten, NSDAP i Gestapo jako wskazówka w tropieniu „niesfornych” dla władzy niemieckiej Polaków w Prusach Wschodnich. Dobrze, że tu przyjechałem. Z tego miejsca emanuje jakiś spokój i jakaś tonacja molowa na wietrze. Słońce od czasu do czasu, przebija się przez umięśnione konary drzew, jest przyjemnie i słonecznie. Wpadam w lekką zadumę, o rany chyba przenoszę się w inny wiek. Po wojnie w gospodarstwie Donimirskich funkcjonował PGR. Wszystkie ruchome rzeczy, co nadawały się do sprzedania, sprzedano. Oglądając dworek, zauważyłem pana Andrzeja Płóciennika, wynajmuje dwa pokoje na parterze od Agencji Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa. Zarządza gospodarstwem w Ramzach. Mówię o Wańkowiczu, pan An- Bogumił Wiśniewski 71 drzej ze zrozumieniem kiwa głową, zna historię tego miejsca. Zaprasza mnie na kawę, powiedziałem, że chciałbym zrobić parę zdjęć i zwiedzić budynek. Dom w Ramzach Małych wypiękniał, odnowiła go - jak wszystkie inne dworki w okolicy - Agencja Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa. Szkoda tylko, że odrestaurować historii się nie da. Słowa, gesty — minęły, są ułotne. Do relacji z podróży Wańkowicza do Ramz Małych każdy z czytający ten tekst może sięgnąć, to krótka ale ciekawa opowieść. W 90 rocznicę powstania Związku Polaków w Niemczech Odział Prusy Wschodnie, a także w 70 rocznicę śmierci Marii Donimirskiej, żony Kazimierza, ich najmłodsza córka Teresa Donimirska—Piechocka wraz ze synem Markiem Piechockim, odsłoniła w dniu 29 lipca 2012 r. o godz. 9.30 pamiątkową tablicę o treści: „Dom ten od XIX wieku należący do rodziny Brochwicz-Donimirskich był przez lata panowania niemieckiego ośrodkiem walki o polskość tych ziem. Ostatni właściciele Maria i Kazimierz z dziećmi zostali wysiedleni z majątku 3 maja 1939 r. Gościło tu wiele znamienitych osobowości, m.in. ks. Piotr Wawrzyniak, Eugeniusz Romer, Melchior Wańkowicz. Potomkowie 2012." Ukazała się też w roku ubiegłym książka Marii Donimirskiej „Bóg dał nam czas próby”, wspomnienia z lat 1918-1935. Książka wydana została dzięki finansowemu wkładowi rodziny i Banku Spółdzielczego w Sztumie. Adam Langowski UKRYCI WŚRÓD HROMISZU Pierwsze lata na Pomorzu - Trankwice, przełom lat 40. i SO. Stoją od lewej: Czesław i Aniela Huminowie oraz Katarzyna Kozicka (siostra pani Anieli), towarzyszy im pies Bobik, fot. ze zbiorów rodzinnych Adam Langowski 73 Wiek XX bywa nazywany wiekiem masowych migracji; wysiedleń i deportacji. Wymienione procesy w sposób szczególny uwidoczniły się w okresie II wojny światowej, kiedy w wyniku polityki ludnościowej realizowanej przez przywódców III Rzeszy i Związku Radzieckiego doszło do przesiedleń całych grup etnicznych i narodów. Przemieszczenia ludności miały miejsce także po zakończeniu wojny i były rezultatem uregulowań pokojowych. Przymusowe wysiedlenia oznaczały dla ludzi dotkniętych tym zjawiskiem często bezpowrotną utratę stron rodzinnych, co stanowi, jak pisze socjolog A. Sakson, dramat o wymiarze jednostkowym, doprowadzając często do rozpadu i dezintegracji całych społeczności lokalnych. Potęguje go fakt, iż wysiedleńcy przenoszą się do nowego, często wrogiego środowiska, do którego należy się dostosować, nieraz pod groźbą zdeklasowania się i nędzy. Nowe środowisko różni się zazwyczaj pod względem fizycznym, klimatu, typu osiedlenia czy wyposażenia technicznego. Jednak różni się przede wszystkim odmiennym typem środowiska społecznego, w którym dominują odmienne poglądy, zwyczaje, obyczaje i panują inne systemy wartości1. Wydaje się, że w latach 40. i 50. XX wieku obszarem objętym najintensywniejszymi ruchami migracyjnymi była Europa Środkowo-Wschodnia, w tym terytorium dawnej II Rzeczypospolitej. Polityka okupantów oraz powojenne przesunięcia granic doprowadziły na wspomnianych terenach do trwałej zmiany struktury etnicznej, społecznej, a także religijnej. Wysiedlenia i ucieczki wpisane są w życiorysy wielu obecnych mieszkańców Powiśla i Żuław, czego przykładem jest historia pani Anieli Humin ze Starego Targu w powiecie sztumskim. Pochodzi z Bieszczad, urodziła się 5 stycznia 1920 roku w Solinie: Często sobie wspominam tę naszą Solinę. Teraz już jej nie ma, bo powstało Jezioro Solińskie. Byłam tam dwa razy. Nie ma wioski, tylko woda. W latach 1960-1968 w miejscu starej Soliny i kilku innych bieszczadzkich wsi wybudowano największą zaporę wodną w Polsce. Utworzono wówczas zbiornik o pojemności 474 min m3, powierzchni 22 km2 i spiętrzeniu do 60 m. Gdy powstawała zapora, pani Aniela Humin już od kilkunastu lat mieszkała w okolicach Sztumu, więc nie doświadczyła osobiście rozbiórki wsi oraz jej zalania. Gdy podczas wojny pierwszy raz musiała opuścić swą rodzinną miejscowość, była już dorosła. Miała wówczas 20 lat, dlatego dobrze pamięta dawną Solinę. To była duża wieś o gęstej zabudowie, leżąca wzdłuż drogi biegnącej blisko rzeki San. Większość domów była drewniana z charakterystycznymi wystającymi węgłami, które zachodziły na siebie. Urodziła się w kurnej chacie, czyli w domu bez komina, ale rok później rodzice rozpoczęli budowę nowego domu, już z kominem. Podczas wojny jeden z Niemców, starszy Wiekiem, schludny i uprzejmy, wszedł do tego starego domu, ostukał drewniane ściany i powiedział z uznaniem: Gut Haus! W jednej z izb nowego domu wisiały dwa święte obrazy przedstawiające Jezusa i Matkę Boską. Z obrazami wiąże się również pewne wo jenne wspomnienie: Pewnego razu wpadł do naszego domu radziecki żołnierz z kulomio- A. Sakson, Migracje w XX wieku, http://mighealth.net/pl/images/b/b4/Sakson.pdf 74 Ukryci wśród hromiszu tern pod sam sufit. Nie był agresywny, tylko dość długo dziko się rozglądał po izbie. Jak zobaczył obrazy, to mało mu oczy nie wyszły i powiedział: «U was Bóg jest? Bo u nas Boga nie ma!». Popatrzył i wyszedł. To był taki ubogi żołnierz, że jeszcze takiego nie widziałam! Owi-jaki i reszta ubioru były parciane, tak biednie wyglądał. Nie miał nic ze skóry. I sam dziegieć było od niego czuć! Przed wojną ludzie w Solinie żyli w zgodzie. Obok siebie mieszkali Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Nie dochodziło do zatargów z Ukraińcami. We wsi dużo było Tokarczyków - Michał, Jurko, Andrzej. Nie wytykano się wzajemnie i nie robiono sobie wymówek. W Solinie stał kościół i cerkiew greko-katolicka. Podczas odpustu to nawet Polacy chodzili do cerkwi. W szkole od drugiej klasy wszystkie dzieci uczyły się języka polskiego i ukraińskiego. Spośród solińskich Żydów pani Aniela pamięta Lejbę, Małkę i Szprinkę. Był także Srulko, którego rodzice prowadzili karczmę. No i jeszcze Neha i Icek. Neha pochodziła z Kwidzyna i wzięła ślub z Ickiem. Byli młodzi, tworzyli piękną parę. Żydzi stanowili większość mieszkańców powiatowego Leska. Czasami byli nieznośni, bo zaczepiali innych, aby coś od nich kupili. Podczas wojny Niemcy zamknęli miejscowych Żydów w gettach, a później głośno było o ich wymordowaniu. Niektórzy starali się pomóc: Wiem, że kilkoro Żydów z okolicy ukrywało się. Do naszej wioski należał przysiółek o nazwie Werlas. Jeden gospodarz wykopał dół z korytarzem, wyłożył to jakoś, zapewnił światło i zastawił kryjówkę jakimś kurniczkiem. Parę osób mogło się tam schować. To oczywiście była tajemnica, ale spotykałam się z ludźmi z tego przysiółka, więc coś wiedziałam. Wiosną 1940 roku wojna brutalnie wkroczyła w życie pani Anieli. W ramach zabezpieczania nowej granicy radziecko-niemieckiej przebiegającej na linii Sanu Rosjanie planowali przeprowadzenie przesiedleń ludności. W dniach 13-15 kwietnia mieszkańcy Soliny oraz innych wiosek leżących w pasie nadgranicznym zostali zmuszeni do opuszczenia swoich rodzinnych stron: Jechaliśmy towarowymi wagonami. Ludzie w pozbijanych klatkach mieli kury, niektórzy wieźli nawet owce. Nie wiedzieliśmy, dokąd nas wiozą, czy będziemy mieli gdzieś domy. A może wyrzucą nas gdzieś w lesie? Nikt nic nie wiedział. Pociąg zatrzymał się w Radziwiłłowie w powiecie dubieńskim na Wołyniu. Przesiedleńcy zostali rozmieszczeni w pobliskich miejscowościach i zajmowali budynki oraz działki po tzw. osadnikach, czyli Polakach, którzy nabyli ziemię w parcelacji na obszarze ziem wschodnich II Rzeczypospolitej. Osadnicy zostali przez Rosjan deportowani dwa miesiące wcześniej, dokładnie 10 lutego 1940 r. Jedni przesiedleńcy zajęli więc miejsce innych wysiedlonych. Pani Aniela wraz z rodzicami trafiła do Podzamcza, sołtys nazywał się Żeleźniak. Pierwszy dom, który został im przyznany, był w fatalnym stanie. Brakowało elementów dachu, a w środku leżała słoma. Jednak jeszcze tego samego dnia po południu przyszło dwóch komsomolców, którzy zaprowadzili ich do innego domu. Zamieszkali tam wspólnie z miejscowym dziadkiem Wędziną, który uniknął lutowej deportacji. Podstawą utrzymania w okresie pobytu na Wołyniu była ziemia po osadnikach. Nawiązywały się nowe znajomości, a niektóre zwyczaje bardzo dziwiły: Poznałam tam dziewczyny, one były Ukrainkami i zapraszały nas do siebie. Mieli inny zwyczaj prowadzenia obiadów na niedzielę. Tego dnia królowały u nich pieczone pierożki. Na stole stawiali talerz pierożków nakryty serwetką i wodę w butelce dopicia. Na śniadanie jedli gotowane ziemnia- Adam Langowski 75 ki z chlebem i pili kawę. To dla nas było coś innego, przecież my tak nie jedliśmy. Na Wołyniu sporo było greko-katolików, ale tych nie brakowało przecież także w rodzinnej Solinie. Również język nie stanowił przeszkody, ponieważ znajomość ukraińskiego pani Aniela wyniosła jeszcze z solińskiej szkoły. Zetknęła się za to z prawosławiem. Jako druhna uczestniczyła w ślubie swojej koleżanki, Anastazji Tokarczyk. Ceremonia odbywała się w obrządku prawosławnym, a jej przebieg nieco zaskoczył panią Anielę. Z zaciekawieniem przyglądała się brodatemu popowi, duchownemu prawosławnemu, który w charakterystyczny sposób odczytywał uroczyste formuły. Wraz z drugą druhną musiała także wykazać się wytrzymałością: Kazali nam trzymać obrazy o wymiarach około 50x70 cm. Trwało to prawie godzinę i było naprawdę ciężko. Myślałam, że już nie wytrzymam. Na Wołyniu pani Aniela poznała swojego męża, Czesława Humina. Jego rodzina pochodziła z okolic Krasnegostawu, ale on sam urodził się już na Wołyniu i tam wychował. Mieszkał w Mogiłkach, przysiółku należącym do Podzamcza, w którym z kolei mieszkała pani Aniela. Ślub odbył się 23 listopada 1941 roku w odległym o 16 kilometrów Radziwiłłowie. Świadkami byli Ludwik Podkalicki, kuzyn pani Anieli, który przyjechał na tę okazję z Bieszczad, oraz Grzegorz Ślęczkowski, sąsiad z Podzamcza. Po zakończeniu uroczystości wszyscy wsiedli na wóz i ruszyli w drogę powrotną. Końskie uprzęże przyozdobione były wstążeczkami, co zwróciło uwagę dwóch Niemców jadących z przeciwka motorem. Żołnierze wydali polecenie: Haiti, które przeraziło nowożeńców. Tym razem jednak wszyscy odetchnęli z ulgą, ponieważ Niemcy złożyli młodej parze życzenia i pojechali dalej. Wiosną 1943 roku na Wołyniu dochodzi do wielu antypolskich wystąpień. Trwa rzeź wołyńska — eksterminacja ludności polskiej zorganizowana przez jeden z dwóch odłamów Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i przeprowadzana przez jej zbrojne ramię, czyli Ukraińską Powstańczą Armię (UPA). W gminie Radziwiłłów, na terenie której leżało Podzamcze, Ukraińcy również atakują wsie i mordują Polaków. Wszystko zaczęło się od Drańczy Polskiej, bo były niedaleko dwie wioski, Drańcza Polska i Drań-cza Ukraińska. W południe ci z Drańczy Ukraińskiej i reszta tego bractwa ukraińskiego spalili Drańczę Polską i pozabijali ludzi. Niektórym udało się uciec. Widziałam ich, jak jechali wozami, smutni i zmartwieni, pytali o chleb. Mówiono, że kto umiał pacierz po ukraińsku, tego oszczędzali. W wyniku napadu na Drańczę Polską śmierć poniosło 51 mieszkańców tej miejscowości. Dla pani Anieli, będącej już wówczas w ciąży, podobnie jak dla wielu innych Polaków, rozpoczął się dramatyczny okres ukrywania się i ucieczek. Początkowo nocowała z mężem u znajomego gospodarza, Ukraińca Łukijana. Pani Aniela spała nawet w jednym łóżku z jego córką. Łukijan chciał pomóc, ale jednocześnie bał się, żeby sprawa nie wy szła na jaw. Prosił o zachowanie tajemnicy. Po dwóch nocach pani Aniela wraz z mężem Postanowili nie narażać gospodarza i jego rodziny. Wrócili do swojego domu, ale nocą Chodzili w pole i ukrywali się w łanach zboża, co dla pani Anieli zakończyło się ostrym przeziębieniem. Należało pomyśleć o innej kryjówce. Niedaleko stodoły leżał gruz -biały kamień nazywany przez miejscowych hromiszem, który był wykorzystywany na Wołyniu jako materiał budulcowy. Mąż pani Anieli wykopał w tamtym miejscu ziemian- 76 Ukryci wśród hromiszu kę, zabezpieczył ją deskami i płytą paździerzową. Po przygotowaniu kryjówki małżeństwo regularnie przez ponad miesiąc opuszczało wieczorami dom i udawało się w stronę stodoły, gdzie wśród hromiszu znajdowało się schronienie. Ataki Ukraińców nie ustawały. Wobec utrzymującego się zagrożenia pani Aniela z mężem porzucili dotychczasową kryjówkę i uciekli do Radziwiłłowa. Wydawało się, że w mieście będzie bezpieczniej. Pomogła dobra znajomość z kowalem Zieńkowskim z Podzamcza, który na pół roku przed rozpoczęciem antypolskich akcji przeniósł się do Radziwiłłowa. Mąż pani Anieli skontaktował się z Zieńkowskim, a ten udostępnił jeden pokój młodemu małżeństwu. W okresie pobytu w Radziwiłłowie Czesław Humin został zatrzymany przez dwóch SS-manów i skierowany do pracy na kolei. Pani Aniela próbowała wspierać męża i przekazywała mu jedzenie, w czym pośredniczył syn kowala Zień-kowskiego, Józef. Ostatecznie po jakimś czasie Czesław został zwolniony z robót. Skala ukraińskich akcji wymierzonych w Polaków mogła przerażać. Ogółem do lip-ca 1943 roku w powiecie dubieńslęim dokonano napadów na 15 polskich wsi. W tej sytuacji wielu Polaków szukało możliwości ucieczki z Wołynia. Dla pani Anieli i Czesława okazją do wyjazdu stał się przewóz kolejarzy i ich rodzin z Radziwiłłowa do Brodów, gdzie znajdowała się granica Komisariatu Rzeszy Ukraina z Generalnym Gubernatorstwem. Uprzedzeni o specjalnym kolejarskim składzie wyruszającym do Brodów, przyczaili się wraz z innymi uciekinierami w małej budce znajdującej się niedaleko stacji i wykorzystując zamieszanie, wsiedli do pociągu. Gdy dojechali do Brodów, musie-li wyskoczyć z wagonów, co mogło zakończyć się bardzo dramatycznie ze względu na wysoki nasyp i stan pani Anieli, która była wówczas w piątym miesiącu ciąży. Na granicy grupa uciekinierów nawiązała kontakt z polskim podziemiem i otrzymała potrzebne dokumenty. Kolejnym etapem ucieczki był Lwów, następnie bieszczadzka Ustjanowa, a stamtąd już pieszo udało się dotrzeć do Soliny. W ten sposób po trzech latach pobytu na Wołyniu pani Aniela znalazła się znowu w Bieszczadach. Pierwszy rok po powrocie był bardzo trudny: Zastanawialiśmy się, co wsiać. Zboże, które wieźliśmy ze sobą, zamokło. Jak już byliśmy w Solinie, to mama rozłożyła prześcieradło na słońcu i próbowała je wysuszyć. Jak ktoś miał trochę pszenicy, to sobie wsiał, a jak nie, to siało się owies. Mama oczyszczała tę owsianą mąkę, ale tam zawsze w niej ości zostawały i tak jedliśmy. W kolejnym roku udało się zachować właściwy cykl upraw i było już łatwiej. Tymczasem w Bieszczadach coraz szersze wpływy uzyskuje UPA. W okolicy zaczynają pojawiać się ukraińskie sotnie: Jeden z upo wców przyszedł raz do naszego domu. Nóż miał w ręku i powiedział, że się boi psa i ojciec ma go wyprowadzić. Ale jak wchodził do domu, to się psa nie bał? Siostra akurat myła włosy i się uczepiła ojca z tą mokrą głową. Przyszła sąsiadka i powiedziała do tego upowcapo ukraińsku, że dowódca go woła. I on wtedy wyszedł. A jakby to się skończyło, to nie wiem, czy ojca by wyciągnął... Wzrost zagrożenia ze strony ukraińskich nacjonalistów spowodował podjęcie decyzji o opuszczeniu Soliny. W marcu 1947 roku pani Aniela z mężem wyjeżdżają na Pomorze i na jakiś czas osiedlają się w Trankwicach. Pod koniec 1952 roku przenoszą się do Sta- Adam Langowski 77 rego Dworu, gdzie Czesław Humin obejmuje stanowisko kierownika miejscowego gospodarstwa rolnego. Później nastąpi jeszcze przeprowadzka do pobliskiego Starego Targu, w którym pani Aniela mieszka do dzisiaj. Życie pani Anieli Humin naznaczone zostało wysiedleniami i ucieczkami. Zapewne wielu z nas będzie mogło odnaleźć w jej historii cząstKę losu swoich bliskich — rodziców, dziadków, pradziadków, którzy doświadczyli wojennych lub powojennych migracji. Filip Bebenow Grzegorz Fey ŻUŁAWSKA WĄSKOTORÓWKA Dziewięć Włók Suchy Dąb Bystra < Gdańska Grabiny ' Zameczek Gdańsk Piaski Wąsk. Martwą Wisła lantar Lewy Brzeg Wisły Przejazdowo Świbno Mikoszewo Junoszyno Przegalin; Miłocin II Żuławki Płn. Błotnik Tujsk Miłocin Trutnowy Nowa Kościelnica Osica iwskie Kmiecin Cerkiew Wężowni Palczewo Rakowiska Pardanowo Myszewo Trępnowy Lichnówki Tragamin [isła Kami Mail Grobelni Miłoradz Kraśi Lubię szewo Mleczarnia Lubstowo Gdańskie [ Dworek Żuławski Świerki Gdańskie Dąbrowo Gdańskie Dąbrowa Gdańska V Tuja ‘^'Mleczarnia Tuja Lasowice JHelkie Żuławki Płd. O Niedźwiedzica 5 Jeziemik Płn. 1 < lAT^mik Sr No*y Dwór i J jezierniK br Gdański Wąsk! Jeziemik y \ Lubieszewo '^xS_Gdanskie ' Nowy Staw Wąsk. ^-CL Dębina Lipinka ^^^Gdańska Gdańska Stegna Gdańska Sztutowo Wiś lina Szkarpawą Cedry Małe Cedry Wielkie Cyganek Giemlii Lisewo Wąsl Stara Wróblewo Gdańskie Suchowo So|n|ca itrza ork Kałdowo Wąsk. Pogorzała Wieś Mątowy Małe Mątovł Wielkie Bałtyckie Morze Schemat sieci kolejowej Gdańskich Kolei Dojazdowych z lat 60. XX wieku, oprać. Filip Bebenow Filip Bebenow, Grzegorz Fey 79 To już ponad 10 lat. Dokładnie 21 czerwca 2013 roku mija dekada od reaktywacji połączeń pasażerskich na kolei wąskotorowej, łączącej Nowy Dwór Gdański z Mierzeją Wiślaną. Choć wielu uważało to za niemożliwe, po likwidacji przez PKP Gdańskich Kolei Dojazdowych, dzięki współpracy lokalnych samorządów i Pomorskiego Towarzystwa Miłośników Kolei Żelaznych, pociągi powróciły na wąskie tory, w sezonie turystycznym służąc mieszkańcom i gościom Żuław i Mierzei. Dziesiąta, „okrągła rocznica jest dobrą okazją do przyjrzenia się tej — dość nietypowej jak na polskie warunki — inicjatywie, jak również do streszczenia w kilku słowach historii: rozwoju, upadku i reaktywacji kolei wąskotorowej, tak ciekawej jak cała historia Żuław Wiślanych. Na początku XIX wieku w Wielkiej Brytanii, wynaleziono lokomotywę parową i ustandaryzowano konstrukcję toru kolejowego, co wpłynęło na upowszechnienie się transportu kolejowego w całej Europie. Wiele miejscowości zabiegało o to, by zyskać połączenie z liniami kolejowymi, oznaczało to bowiem łatwość zaopatrywania w surowce i produkty oraz zapewniało mobilność mieszkańcom. Dzięki kolei, świat stawał przed lokalnymi gospodarkami otworem, gwarantując prawdziwy skok cywilizacyjny naprzód. Od połowy XIX wieku w ówczesnych Prusach budowa kolei parowej o szerokości toru 1435 mm (dzisiaj zwanej normalnotorową) trwała w najlepsze. Drogi żelazne łączyły przede wszystkim duże ośrodki miejskie. Na obszarze Żuław pierwsza linia kolejowa pojawiła się już w 1852 roku, gdy otwarto kolejny odcinek Królewskiej Kolei Wschodniej Ostbahn łączącej Berlin z Królewcem. Trudne warunki (podmokły teren, konieczność przekroczenia dolin Wisły i Nogatu) wymusiły budowę z dużym rozmachem. Powstały imponujące nasypy oraz wielkie mosty w Tczewie i Malborku. Dzisiaj linia nadal jest istotną ze społeczno-gospodarczego względu magistralą, łączy bowiem Trójmiasto i Warszawę, a jako fragment korytarza międzynarodowego E-65 poddawana jest obecnie modernizacji. W drugiej połowie XIX wieku sieć magistralnych tras w Prusach była już ukształtowana. Rozpoczęła się na dobre budowa linii drugorzędnych i znaczenia miejscowego. Uwzględniając duży potencjał rozwijających się Nowego Stawu (Neuteich) i Nowego Dworu (Tiegenhof) otwarto 1 października 1886 roku linię kolejową odgałęziającą się °d Ostbahnu w Szymankowie (Simonsdorf), tym samym sieć linii kolejowych normalnotorowych na Żuławach uzyskała dzisiejszą formę. W większości krajów na świecie podstawową szerokością stosowanych torów jest 1435 mm. Linie kolejowej o tym prześwicie przyjęto nazywać normalnotorowymi. Wynika to z faktu, że w Wielkiej Brytanii, ojczyźnie kolei rozstaw kół powozów, adoptowanych na pierwsze wagony kolejowe wynosił 1524 mm. Pionierzy kolejnictwa wykorzystywali do budowy toru szyn o szerokości 44,5 mm każda. Rozstaw szyn wynosił więc 1435 mm. Wszystkie linie o większym rozstawie nazywa się szerokotorowymi (np. Rosja 1520 mm, Hiszpania i Portugalia 1668 mm), a o mniejszym rozstawie wąskotorowymi. Pierwsze linie wąskotorowe powstawały w na Górnym Śląsku, sposrod nich odcinek Bytom - Miasteczko Śląskie (z 1853 r.) jest wciąż czynny. Im mniejsza szerokość toru tym mniejsza prędkość jaką mogły rozwijać pociągi i mniejsza masa towaru, któ rą mogłyby przewieźć, ale miały one poważny atut w stosunku do kolei normalnotoro- 80 Żuławska wąskotorówka wej. Ich budowa i eksploatacja była po prostu kilkakrotnie tańsza i wygodniejsza. Wąski tor zajmuje mniej miejsca niż tor normalny stąd łatwiej „wpasować” go w otaczający świat. Można swobodnie wytyczać ciasne luki, projektować mniejsze nasypy. Koleje wąskotorowe powstawały głównie jako połączenia mniejszych miejscowości, służyły za dojazdowe do stacji kolei normalnotorowej (stąd inna, upowszechniona w okresie powojennym nazwa kolei wąskotorowych - dojazdowe), służyły do wywozu płodów rolnych z pól oraz przewozu niewielkiej ilości towarów na krótkich odcinkach. Podobnie było na Żuławach Wiślanych. Koleje wąskotorowe na Żuławach mają rodowód prawie czysto przemysłowy. Zarówno na prawym, jak i na lewym brzegu Wisły pierwsze linie powstawały na potrzeby zwózki buraków do cukrowni. Najwcześniej, bo prawdopodobnie już w 1886 r. otwarto odcinek z cukrowni w Nowym Stawie (Neuteich) do miejscowości Dębina Południe (Eichwalde Siid). Trasę o długości 4,5 km obsługiwano trakcją konną. Krótka linia dała początek późniejszej sieci o szerokości toru 750 mm. Równolegle na lewym brzegu Wisły (Żuławy Gdańskie) w 1888 roku kolej o niespotykanym rozstawie szyn 780 mm wybudowała cukrownia w Cedrach Wielkich. Łączyła ona cukrownię w Cedrach ze stacją kolejową w Pszczółkach. Cukrownia w Nowym Stawie w 1891 r. uzyskała koncesję na budowę kolei wąskotorowej „z prawdziwego zdarzenia” bo obsługiwaną przez parowozy. Sieć kolei cukrowniczej cukrowni w Nowym Stawie była stopniowo rozbudowywana - w 1 893 roku zbudowano odcinki do Parszewa (Parschau) i Kącika (Neuteicher Hin-terfeld) oraz przez Lichnowy (Grofi Lichtenau) do Nowej Cerkwi (Neukirch), rok później kolej osiągnęła Lipinkę (Lindenau). Istniejąca od lat siedemdziesiątych XIX wieku cukrownia w Lisewie również zdecydowała się na budowę własnych linii kolei cukrow-nianej (również o szerokości toru 750 mm), sprawdzonej, idealnej do przewozu buraków cukrowych w okresie kampanii. W roku 1894 uruchomiono linię z Lisewa do Miłoradza (Mielenz) z odgałęzieniem do wsi Mątowy (Grofi Montau). W końcu roku 1897 kolej przemysłową cukrowni w Nowym Stawie oraz w Lisewie przejęła firma Allgemeine Deutsche Kleinbahn-Gesellschafi (w skrócie AD KG) z Berlina. Dostrzegła ona sens rozbu- Filip Bebenow, Grzegorz Fey 81 dowy kolei cukrowniczej przy jednoczesnym wprowadzeniu na wszystkich liniach trakcji parowej i wykorzystaniu sieci dodatkowo do przewozów pasażerskich. Sieć kolejowa wybudowana przez AD KG przyjęła nazwę Neuteich — Liessauer Kleinbahnnetz (Sieć Kolei Lokalnej Nowostawsko — Lisewskiej). Dwa lata później kolej wąskotorowa miała już blisko 51 km długości i łączyła między innymi Miłoradz, Lisewo, Lichnowy i Nową Cerkiew, oraz Lichnowy, Nowy Staw, gdzie linia krzyżowała się z linią normalnotorową Szymankowo — Nowy Dwór Gd. oraz Lipinkę. W dniu 27 maja 1899 roku powołana została spółka akcyjna pod nazwą Westpreu-fiiche Kleinbahnen A.G. (Zachodniopruskie Towarzystwo Akcyjne Kolei Lokalnych) z siedzibą w Berlinie. Kapitał założycielski wyniósł 2 820 000 marek, a udziałowcami zostały: państwo pruskie (25%), prowincja Prusy Zachodnie (13%), powiat malbor-ski (20%) i zarządca dotychczasowych linii wąskotorowych na Żuławach, firma AD KG (42%). Zastrzyk kapitału pozwolił na podjęcie planowanych od lat inwestycji i budowę nowych odcinków. W 1900 roku powstała wykorzystująca stary most Ostbahnu linia z Malborka do Kałdowa (Kalthof), a także z Kałdowa do Lipinki Gdańskiej i w przeciwną stronę, do Miłoradza. Rok później kolej wąskotorowa dotarła do Nowego Dworu Gdańskiego (powstała linia łącząca z Ostaszewem). Wiatach 1901-1903 rozbudowano sieć w stronę południowo-wschodnią, budując odcinki Stare Pole — Stalewo i Malbork - Stare Pole. Kolejne inwestycje wiązały się z wprowadzeniem wielu ciekawych, przy tym unikalnych rozwiązań hydrotechnicznych, umożliwiających pokonywanie przez wąskotorowe pociągi przeszkód w postaci żeglownych dróg wodnych. W 1905 roku połączono Gdańsk ze Sztutowem (45 km), między Świbnem a Mikoszewem uruchamiając prom kolejowy przez przekop Wisły. Jednostka o nazwie Aegir (imię boga mórz w mitologii germańskiej) z napędem parowym łączyła stacyjki Lewy Brzeg Wisły i Prawy Brzeg Wisły. Prom mógł zmieścić na pokładzie parowóz i kilka wagonów. Podczas przeprawy wykorzystując eżektor parowy zasysający wodę z Wisły, lokomotywa uzupełnia zapas wody trakcyjnej w zbiorniku. Jednocześnie oddano do użytku linię okrężną Przejazdowo - Giemlice - Koszwały. Odcinek Stegna - Nowy Dwór Gdański (długi na 15 km) uruchomiono w 1906 roku, przy czym na Szkarpawie, Linawie i Tudze zbudowano mosty obrotowe. Do dzisiaj największy z nich - przekraczający rzekę Szkarpawę w Rybinie — jest sprawny i nastawiany ręcznie dla kolei lub dla żeglugi (zależnie od chwilowej po trzeby) według zasad z początku XX wieku. Do obrócenia przęsła o długości 37,5 m wy-starcza siła dwóch ludzi. Most na Linawie w Tujsku już nie istnieje (w jego miejscu znaj duje się przepust) a most w Żelichowie na Tudze został przebudowany na stały. W 1909 roku uruchomiono linie Nowy Dwór Gdański - Lipinka (21 km) i Stalewo Jasna (3 km). Poza tym Żuławy w opisywanym okresie pokryła gęsta sieć odnog i bocznic, które docierały do prawie wszystkich wsi i majątków, zwłaszcza na południu Żuław. Umoż liwiało to podstawianie wagonów pod rozładunek konkretnym użytkownikom i zapew niało bardzo sprawny system obsługi towarowych przesyłek rozproszonyc . W niu 22 grudnia 1913 roku nastąpiła fiizja, Westpreussiche Kleinbahnen A.G. przejęły liczącą 116 km sieć i tabor należący do Neuteich — Liessauer Kleinbahnnetz. Po 1919 roku prawie cała sieć kolei wąskotorowych na Żuławach znalazła się pod administracją Wolnego Miasta Gdańska. W okresie międzywojennym ustało nieco tempo otwierania nowych linii kolejowych. Oddano wówczas do użytku jedynie trasę z Jezier-nika do Żuławek wraz z mostem zwodzonym na Kanale Wiślano—Zalewowym (1920 r.). Odcinek ten był wykorzystywany wyłącznie do ruchu towarowego. W roku 1920 całkowita długość sieci liczyła już 316 km, w tym na 248 km linii były prowadzone przewozy pasażerskie. Kolej przewoziła jednak przeważnie płody rolne, głównie buraki cukrowe, a także węgiel, nawozy i materiały budowlane. Ze względu na konieczność kilkukrotnego przekraczania granicy państwowej przez pociągi normalnotorowe kursujące z Gdańska do Malborka, na kolejach WKAG prawdopodobnie jako jedynych na terenie dzisiejszej Polski uruchamiano pociągi pośpieszne. Bezpośrednie pociągi z Gdańska do Malborka przez Wisłę i Nowy Dwór Gdański zatrzymywały się wyłącznie w Nowym Dworze i dla naboru wody. Pokonywały one tę trasę w mało „pośpiesznym” tempie prawie pięciu godzin, ale gwarantowały, że podróżni nie będą oczekiwać na odjazd ze stacji granicznych podczas przedłużającej się kontroli celnej. Nawet pośpieszne kursy nie mogły uchronić wąskotorówki od konkurencji w postaci rozwijającej się komunikacji autobusowej... U progu wybuchu II wojny światowej sieć kolejki, łącznie z prywatnymi bocznicami liczyła dokładnie 335,80 km linii, 96 mostów i przepustów, warsztaty główne w Nowym Filip Bebenow, Grzegorz Fey 83 Dworze Gdańskim i pomocnicze w Lisewie, Gdańsku i Malborku, 31 parowozów, 40 wagonów osobowych, 12 wagonów bagażowych i 1011 towarowych oraz 222 pracowników. Działania wojenne zasadniczo aż do jesieni 1944 roku nie dotykały bezpośrednio kolei. Zapisała się ona jednak dość niechlubną kartą w historii, gdyż od 1939 służyła jako główny środek transportu więźniów do obozu koncentracyjnego Stutthof. Dowożeni do stacji w Nowym Dworze Gdańskim koleją normalnotorowym jeńcy przesiadali się do otwartych (zazwyczaj wykorzystywanych do transportu buraków) wagonów towarowych wąskotorowych. Wysiadali oni na przystanku Stutthof Waldlager, tuż przed obozową bramą. Jesienią 1944 roku Niemcy, z myślą o obronie przeciwdesantowej Mierzei Wiślanej, zbudowali pośpiesznie odcinek Sztutowo — Alttief koło Piławy (dziś Bał-tijsk). Do jego budowy wykorzystano całe przęsła torowe z rozbieranych odcinków pozostałych linii kolejowych na Żuławach w tym fragmentów linii Rybina — Nowy Dwór Gdański. Prowizoryczna linia poprowadzona była w wielu miejscach po wydmach i po lesie, a ze względów przeciwpożarowych mogła tam kursować wyłącznie niewielka lo-komotywka spalinowa (ruch parowozami był wzbroniony). Po wojnie na skutek zalania Żuław przez wycofujących się hitlerowców pod wodą znalazło się 2/3 linii kolejowych. Dewastacji uległy stacje i parowozownie w Gdańsku, Lisewie i Nowym Dworze oraz warsztaty naprawcze. Budynek dworca w Nowym Dworze został zburzony, a administrację kolei i motowozownię urządzono w dawnej elektrowni (pełnią swą funkcję do dzisiaj). Zniszczono 25 mostów kolejowych. Ogromne szkody nie ominęły również taboru kolejowego. Przywracaniem kolejki „do życia zajął się Zarząd Gdańskich Kolei Wąskotorowych utworzony w Nowym Stawie przy Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych w Gdańsku. Sukcesywnie oddawano kolejne odcinki do ruchu, na przykład 1 lipca 1947 uruchomiono odcinek Gdańsk Wąskotorowy — Lewy Brzeg Wisły. Ciekawostką okresu odbudowy było przejściowe przebudowanie odcinka Nowy Staw — Nowy Dwór Gdański z 1435 mm na 750 mm. W 1948 długość czynnych torów na Gdańskich Kolejach Wąskotorowych wynosiła 197 km, a trzy lata później już 295 kilometrów. Wiatach 1945-1950 rozebrano jednak ostatecznie linię Sztutowo — Krynica Morska. Wbrew obiegowym opiniom, nie była to nigdy linia normalnie funkcjonująca w ruchu pasażerskim i towarowym, a przez fakt iż od jej rozebrania minęło już ponad 60 lat kwalifikuje wszelkie pomysły na odbudowę do — praktycznie - nierealnych. Pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, pomimo postępu technicznego, czego objawami niewątpliwie były wprowadzanie nowych wagonów motorowych (produkcji zakładów w Lisewie, seria MBdl) oraz dostawy nowoczesnych wagonów 3Aw, kolejka zaczęła przechodzić kryzys. Rozwijał się szybszy i tańszy transport drogowy, a przewozy koleją wąskotorową stopniowo malały. Zarówno władze państwowe, jak i PKP nie wykazywały większego zainteresowania jej eksploatacją i dalszym rozwojem. Na przełomie 1955 i 1956 roku, z uwagi na zły stan techniczny promu, zlikwidowano kolejową przeprawę promową na Wiśle, a następnie rozebrano tory w okolicy prawobrzeżnej przystani promowej. Nową stację Prawy Brzeg Wisły zlokalizowano za wałem przeciwpowodziowym w kierunku Mikoszewa. Jednocześnie rozbudowano stację i warszta 84 Żuławska wąskotorówka ty w Nowym Dworze, które przejęły od Lisewa funkcję stacji centralnej. Pod koniec lat sześćdziesiątych rozpoczął się okres likwidacji sieci kolei wąskotorowej na Żuławach. W latach 1967-68 likwidacji uległ odcinek Malbork - Jasna (Świetliki), a w roku 1969 rozebrano linię Jeziernik - Żuławki. Z początkiem 1974 roku zamknięto całą lewobrzeżną część sieci wraz ze stacją i parowozownią Gdańsk Wąskotorowy. Na prawym brzegu z myślą o turystach, na odcinku Prawy Brzeg Wisły - Sztutowo uruchomiono w czerwcu 1978 roku specjalny pociąg o nazwie „Jantar Express”. Po Żnińskiej Kolei Dojazdowej i Pomorskich Kolejach Dojazdowych, była to trzecia kolej wąskotorowa w Polsce, która rozpoczęła działalność na rzecz turystyki. Opracowana wówczas konstrukcja wagonu „letniego” (warsztaty w Lisewie) funkcjonuje do dzisiaj na wielu kolejach wąskotorowych w Polsce. Mimo rozwoju funkcji turystycznej, począwszy od lat osiemdziesiątych nasilił się proces stopniowego zawieszania przez PKP ruchu pasażerskiego na liniach Gdańskich Kolei Dojazdowych: 1 września 1938 r. na linii Lisewo - Pogorzała Wieś - Kałdowo, 1 października 1992 r. na linii Kałdowo - Lipinka - Nowy Dwór Gdański, na jesieni 1995 r. na odcinku Lisewo - Nowy Dwór Gdański. Gdy zlikwidowano pion Kolei Dojazdowych przy Północnej Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych w Gdańsku, wąskotorowe lokomotywownie Lisewo i Nowy Dwór Gdański trafiły pod zarząd dużej, normalnotorowej lokomotywowni Zajączkowo Tczewskie. Służba ruchu i drogowa podlegała od tej pory jednostkom normalnotorowym w Tczewie. Problemy kolei wąskotorowych były obce urzędnikom „dużej kolei”, co wywołało szybką degradację kolejki. W końcu, wobec braku zadowalających efektów finansowych 8 września 1996 całkowicie wstrzymano przewozy pasażerskie na ostatnim czynnym fragmencie Gdańskich Kolei Dojazdowych tj. liniach Nowy Dwór Gdański - Stegna i Prawy Brzeg Wisły - Stegna - Sztutowo. Poza złym zarządzaniem winę ponosili prawdopodobnie szeregowi pracownicy, którzy widząc rychły koniec kolei nie zawsze wystawiali bilety na przejazd, zawsze jednak kasując należność od podróżnych. Pociągi pasażerskie przynosiły więc straty, pomimo że jeździły pełne. Jesienią tego roku zawieszono również przewozy towarowe dla cukrowni w Nowym Stawie. Część taboru wywieziono inne koleje wąskotorowe, resztę pojazdów i wyposażenie na przykład obrotnicę w Nowym Dworze Gdańskim, pocięto na złom na miejscu. Brak dozoru spowodował też niekontrolowaną i masową grabież majątku. W roku 1999 nastąpiła oficjalna likwidacja Gdańskich Kolei Dojazdowyc . We wrześniu 2000 roku Pomorskie Towarzystwo Miłośników Kolei Żelaznych (PTMKŻ) wspólnie ze Starostwem Powiatowym w Nowym Dworze Gdańskim przy poparciu gmin Nowy Dwór Gdański, Stegna i Sztutowo podjęło starania reaktywacji działalności kolei wąskotorowej na Żuławach. Odbudowana kolej otrzymała nazwę Zu- Rok później starostwo przekazało PTMKŻ w bezpłatne użytkowanie częsc, a w 2003 roku całość dzierżawionej od PKP linii kolejowej oraz tabor będący jego własnością, pozyskany od PKP z likwidowanych kolei wąskotorowych. Wspólnym wysiłkiem członków i sympatyków PTMKŻ z całej Polski w połączeniu z finansową pomocą samorządów udało się odbudować bazę kolei w Nowym Dworze Gdańskim, uzupełnić bra na 86 Żuławska wąskotorówka szlakach spowodowane kradzieżami oraz wyremontować pozyskany tabor. Ukoronowaniem tych starań stał się pierwszy po 6 latach przejazd pociągu, zorganizowany 15 sierpnia 2002 roku. Spotkał się on z ogromnym zainteresowaniem mieszkańców Żuław i turystów. Rok później, 21 czerwca 2003 roku, uruchomiono planowe połączenia z Nowego Dworu do Prawego Brzegu Wisły i Sztutowa. Gdy powiat nowodworski przejął na własność linie kolejowe i część taboru Żuławskiej Kolei Dojazdowej, Pomorskie Towarzystwo Miłośników Kolei Żelaznych zostało na mocy nowej umowy operatorem kolei wąskotorowej na Żuławach. Dzisiaj jest jednym z kilku stowarzyszeń w Polsce posiadających komplet dokumentów uprawniających do prowadzenia bezpiecznego ruchu kolejowego, w tym posiadaczem licencji na przewóz osób i rzeczy. Niestety, zarzucając Towarzystwu niegospodarność władze powiatu wypowiedziały umowę na początku 2006 roku i przez trzy sezony turystyczne funkcję operatora pełniło zawiązane wśród dotychczasowych pracowników kolejki Stowarzyszenie Żuławskiej Kolei Dojazdowej. Decyzją administracyjną stwierdzającą nieważność zerwania umowy, od 2009 roku koleją wąskotorową ponownie zarządza Pomorskie Towarzystwo Miłośników Kolei Żelaznych. Jednym z pierwszych posunięć PTMKŻ po powrocie na Żuławską Kolej Dojazdową była przebudowa stacji Prawy Brzeg Wisły spowodowana nieuregulowanymi kwestiami własności gruntów odziedziczonymi po czasach PKP. W tym samym roku Pomorskiemu Towarzystwu Miłośników Kolei Żelaznych udało się, dzięki współpracy z przewoźnikiem kolejowym Arriva, PKP PLK SA oraz przy wsparciu samorządów Powiśla i Żuław, dokonać reaktywacji weekendowych przewozów pasażerskich w sezonie letnim na nieczynnej od roku 1989 normalnotorowej linii Szymankowo — Nowy Staw — Nowy Dwór Gdański. Połączenia „Na plażę” relacji Grudziądz - Sztutowo, oraz „Na zamek” relacji Sztutowo - Malbork z przesiadką w Nowym Dworze Gdańskim stały się hitem sezonu 2009, bijąc rekordy popularności. Inicjatywa kontynuowana była w kolejnych latach. W latach 2010-2012 na Żuławskiej Kolei Dojazdowej stacjonował prywatny parowóz Px48-1907 „Wiluś” wydzierżawiony Towarzystwu przez Waldemara Wilandta, hobbystę z Trójmiasta. Parowóz został sprzedany przez właściciela Gminie Krośnice, dokąd zabrano go tuż przed sezonem w 2012 roku. Baza techniczna kolei mieści się w Nowym Dworze Gdańskim, przy ul. Dworcowej 29. Dzisiaj kolej kursuje planowo na odcinkach Nowy Dwór Gdański - Stegna Gdańska oraz Prawy Brzeg Wisły - Stegna - Sztutowo. Sporadycznie uruchamiane są pociągi do Tui (dawna linia do Ostaszewa). Rozkładowe pociągi wąskotorowe Żuławskiej Kolei Dojazdowej kursują w okresie letnich wakacji szkolnych oraz w wybrane długie weekendy w ciągu roku. Poza tym istnieje możliwość zamówienia przejazdu pociągiem specjalnym przez cały rok, o dowolnej porze dnia i nocy. Składy zestawiane są zależnie od pogody, z wagonów „letniaków” lub krytych wagonów osobowych serii Bxhpi. Ciągną je wagon motorowy serii MBxd2 lub lokomotywa spalinowa serii Lxd2. Park pojazdów technicznych stanowią jest drezyna motorowa i ręczna. Ta ostatnia, tak zwana „machaj -ka” jest poza tym ulubioną atrakcją dzieci i młodzieży odwiedzających stację w Nowym Dworze Gdańskim. Do prac gospodarczych i na specjalne zamówienia (np. do pociągów historycznych, czy rekonstrukcji) uruchamiane są wagony towarowe. Filip Bebenow, Grzegorz Fey 87 Rocznie Żuławska Kolej Dojazdowa przewozi ok. 47 000 pasażerów, co daje jej silną pozycję wśród kolei wąskotorowych w Polsce. Jako kolej prowadzona przez organizację pozarządową boryka się z problemami niedofinansowania bieżącej działalności i utrzymania, pogłębianymi przez ciągłe kradzieże i dewastacje majątku, np. kradzieże elementów infrastruktury, rozjazdów i torów. W chwili zamykania tego numeru „Prowincji Żuławska Kolej Dojazdowa stoi u progu jedenastego już sezonu turystycznego po reaktywacji, gotowa przyjąć kolejne kilkadziesiąt tysięcy osób na swój pokład. Warto jednak dodać, że w 2014 roku Pomorskiemu Towarzystwu Miłośników Kolei Żelaznych, związanemu z Żuławami już kilkanaście lat, kończy się umowa dzierżawy linii kolejowych i pojazdów od powiatu nowodworskiego. Kolejne lata to z jednej strony czas ogromnych wyzwań, związanych ze zbliżającą się koniecznością przeprowadzenia kapitalnych remontów pojazdów i infrastruktury, z drugiej wielka szansa jaką daje — prawdopodobnie ostatnia — perspektywa finansowania projektów infrastrukturalnych z Unii Europejskiej. Czy Żuławska Kolej Dojazdowa przetrwa ten trudny okres? Czas pokaże... 88 Kwidzyński maj Justyna Liguz KWIDZYŃSKI MAGISTRAT 23 września 2007 roku, w godzinach popołudniowych, w kwidzyńskim magistracie przy ul. Warszawskiej wybuchł pożar. Była niedziela, a ogień szybko rozprzestrzenił się. W ciągu kilku godzin strawił całe poddasze, w sumie 1200 m kw. powierzchni. Akcja gaśnicza trwała 17 godzin. Uznano, że przyczyną tej tragedii było zwarcie instalacji elektrycznej. Największe straty odnotowało starostwo, które w dużej części zajmowało górne kondygnacje gmachu. W pożarze spłonęły pomieszczenia wydziałów edukacji, budownictwa, architektury, ochrony środowiska, rozwoju powiatu i komunikacji. Spośród referatów Urzędu Miasta najbardziej ucierpiał wydział inwestycji i zamówień publicznych. Był to największy pożar w najnowszych dziejach miasta. Te wydarzenia zadecydowały o rozdzieleniu instytucji Starostwa i Urzędu Miejskiego. Na potrzeby powiatu kwidzyńskiego przeznaczono budynek dawnych koszar wojskowych przy ul. Kościuszki, które jako nowa siedziba została uroczyście oddana do użytku 21 lipca 2009 roku. *** Budynek, w którym swą siedzibę ma Urząd Miejski, został wybudowany dla potrzeb władz okręgu kwidzyńskiego (Kreis Marienwerder). Powstał on z dala od centrum, we wschodniej części miasta, rozwiniętego wzdłuż ul. Warszawskiej (Hindenburgstrasse), gdzie na dużych parcelach lokowano reprezentacyjne budowle użyteczności publicz- Justyna Liguz 89 nej i rezydencje wyższych urzędników rejencji (Regierungs). Była to nowa siedziba tego urzędu, ponieważ starsza, która mieściła się w budynku naprzeciwko okazała się za ciasna. Plany budowy nowego gmachu rządowego w Kwidzynie powstały w 1913 r. Budynek miał służyć wyłącznie dla potrzeb starostwa (Kreisamt). Władze miasta urzędowały w tym czasie w ratuszu przy Rynku, w centrum miasta. Budynek oddano do użytku w 1918 r., a więc w czasie I wojny światowej. W lewym skrzydle znajdowała się część mieszkalna, szybko jednak mieszkanie przeniesiono do dawnego starostwa, zaś pomieszczenia w skrzydle adaptowano na biura. Nieliczne źródła historyczne potwierdzają, że plany budowy w lewym skrzydle, zrealizowano w całości. Wybudowano reprezentacyjne wejście w części mieszkalnej, a z tyłu tej części wybudowano balkon i dodatkowe, boczne zejście schodami do parku. Bardzo dokładnie stan pierwotny przedstawiają zachowane plany budynku z lip-ca i września 1913 r. Pewne wątpliwości budzi natomiast realizacja budowy w skrzydle prawym. Plany budowy wyraźnie wskazują, że z tyłu budynku powstało jeszcze jedno skrzydło. Na zdjęciach z tego okresu, od strony ul. Warszawskiej wydaje się, że tego skrzydła nie ma. Plany Kwidzyna z 1929, 1935 i 1938 roku, w rzucie pionowym pokazują jednak istnienie jakiejś budowli w tyle gmachu. Plany powojenne także nie pozostawiały wątpliwości. Przy okazji remontu budynku po wielkim pożarze w 2007 roku dokonano próbnego przekopu terenu, na którym mogło znajdować się skrzydło. Wynik był nieco zaskakujący, bowiem... dokopano się do fundamentów! Niestety — sprawa istnienia skrzydła z tyłu nadal pozostaje zagadką. Nie ma żadnych świadków, dawnych mieszkańców, którzy pamiętaliby ten element architektury. O tym, że jednak skrzydło było może także świadczyć dokładna obserwacja elewacji w tym miejscu. Zupełnie inne, nietypowe w stosunku do pozostałych okna, nierówna powierzchnia ściany, w ogóle mała liczba otworów okiennych, niesymetrycznie rozmieszczonych. Ślady te nieco zatarły się po remoncie po 2007 roku. Nie wiadomo także, jaki wygląd miała ta część oraz z jakich powodów została rozebrana. Wszystko wskazuje jednak, iż miało to miejsce już po wojnie, co tym bardziej zaskakuje „stopniem tajemniczości, wszak nie są to przecież odległe czasy. *** Usytuowanie budynku odpowiadało XIX-wiecznej koncepcji polegającej na stworzeniu tutaj reprezentacyjnego przedmieścia miasta z ważnymi budynkami o funkcjach publicznych. 1945 rok przyniósł pewne zmiany. Budynek przy ul. Warszawskiej 19 po-czątkowo zajmowali Rosjanie, nieco później zlokalizowano tu siedzibę starostwa kwidzyńskiego w miejsce byłych niemieckich władz administracyjnych. Nastąpiło to jednak prawdopodobnie nieco później. W 1946/47 r. przeprowadzono pierwsze prace adaptacyjne. Z powodu braku środków pieniężnych nie mogło być mowy o większych remontach czy przeróbkach. Przeniesienie władz miejskich do gmachu przy ul. Warszawskiej nastąpiło dopiero w 1975 r. wraz z wprowadzeniem nowego podziału admi- 90 Kwidzyński magistrat lustracyjnego w kraju i likwidacją powiatów. Trudno jednoznacznie określić, w jakich latach przeprowadzane były remonty budynku, przebudowy wnętrz, remonty elewacji. Brakuje pełnej dokumentacji źródłowej na ten temat. Na fotografiach z 1959 roku widać, że nad wejściem głównym wiszą jeszcze oryginalne lampiony, a w przybudówce są jeszcze drzwi, choć nie ma już spadzistego dachu. Pewną wskazówką może być data umieszczona na posadzce przy wejściu w holu głównym - 1960. Nie wiadomo jednak w pełni, jaki zakres robót objęły prace. Z pewnością modernizacja objęła lewą stronę tzw. niskiego parteru, odnowione zostały schody, przeprowadzono stopniową adaptację III piętra na cele biurowe (znajdowały się tam części strychu). Założyć można, że właśnie wtedy rozebrane zostało skrzydło na tyłach budowli. Najpóźniej, bo już w latach 70-tych zmodernizowano pomieszczenia znajdujące się bezpośrednio nad salą Rady. W tym samym czasie zlikwidowano reprezentacyjne schody w części mieszkalnej. Cały budynek przechodził również remonty elewacji w latach sześćdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Budynek urzędu w 1995 r. został wpisany do rejestru zabytków. Po pożarze w 2007 roku Urząd Miejski przeszedł kapitalny remont. Odtworzone zostały dach oraz poddasze. Budynkowi nie tylko została przywrócona dawna świetność, ale poprawione zostały jego funkcjonalność i wygląd. Ponowne oddanie do użytku nastąpiło 3 czerwca 2009 roku. Radomir z Tiegenhofii 91 Radomir z Tiegenhofii ROWEROWA SOBOTA Facebook jest przez niektórych uwielbiany, inni go nie znoszą a nawet nienawidzą. Dla mnie jest jeszcze jednym źródłem pozyskiwania wiadomości. Z ciekawością zauważyłem pojawienie na FB fanpageu (Jezu, nigdy nie pomyślałbym, że będę używał takich słów...) nazwanego „Kochamy Żuławy". Jego moderatorka — pani Marta Antonina Łobocka — nie tylko wrzuca ciekawe zdjęcia historyczne, ogłasza konkursy i zgadywanki, ale także organizuje zwiedzanie naszej depresyjnej krainy. Na jesieni był to spacer po Nowym Stawie i podziwianie znakomicie odnowionego „Ołówka , czyli dawnego kościoła ewangelickiego, w którym urządzono Galerię Żuławską. Miałem przyjemność uczestniczyć w tym wydarzeniu — było bardzo dobrze zorganizowane. Później było zwiedzanie Marynów i świeżo rewitalizowanego domu podcieniowego a ostatnio rowerowa rajza po okolicach Nowego Dworu Gdańskiego. Jej uczestnik, ukrywający się pod pseudonimem korespondent „Prowincji", przedstawia relację z wycieczki. Zapraszam do lektury i nie tylko. Pogoda dopisuje, szykujcie swoje stalowe rumaki, przewodnik (patrz recenzja w „Prowincji" nr 9, s. 151-152) do ręki i w drogę. Żuławy są tego warte! Andrzej Kasperek Koło PTTK „Szuwarek” wraz z Żuławskim Ośrodkiem Kultury zorganizowało wycieczkę po okolicach Nowego Dworu Gdańskiego. Dzień zapowiadał się ciepły i słoneczny już na starcie o godzinie 9 rano - temperatura dobijała do 20 stopni Celsjusza. Kilka minut później nasza grupa zapaleńców jechała na wschód, jedną z głównych ulic miasta. Nie spieszyliśmy się, a ja rozkoszowałem się wiatrem i promieniami słońca na skórze. Przewodnik wycieczki po dwudziestu minutach od startu rozpoczął swoją pracę, gdyż zatrzymaliśmy się na wiadukcie przerzuconym ponad drogą krajową nr 7 przed wsią Kmiecin. Zamglona Wysoczyzna Elbląska majaczyła na wschodzie, zaś po przeciwnej stronie mieliśmy widok na pola rzepaku i turbiny wiatrowe wyłaniające się zza drzew gdzieś za wsią Orłowo. Kilka minut później zjechaliśmy z wiaduktu pod cmentarz poległych żołnierzy radzieckich, którzy zginęli Żuławach Wiślanych, walcząc daleko od swych domów. Jest dobrze zachowany w przeciwieństwie do poniemieckich cmentarzy protestanckich. Pod jeden z nich, leżący kilka kilometrów od miasta mieliśmy zajechać. Lecz najpierw czekało na nas zwiedzanie kościółka z XIV wieku w Kmiecinie, który stoi w pięknym otoczeniu. Wokół stare i duże drzewa zazdrośnie zasłaniające jego bryłę przed wzrokiem pasażerów, przemykających w samochodach na krajowej „siódemce”. Pewno większość z nich w ogóle nie wie o istnieniu tej żuławskiej perełki architektury. Może to i dobrze! Przynajmniej nie zadepczą kościółka, tak jak robią to z Mierzeją Wiślaną, rozjeżdżając ją wzdłuż i wszerz. Sam kościółek jest piękny! Ma wiele, dobrze zachowanych elementów we wnętrzu oraz stare obrazy i rzeźby. Na jego teren wchodzi się przez drewnianą bramę. Swego czasu przeniesio- 92 Rowerowa sobota no ją spod kościół z jakiegoś bogatego i poniemieckiego gospodarstwa jako eksponat. Niegdyś kościół pełnił funkcję muzeum regionalnego. Dziś ta brama wydaje się być tu od zawsze, jakby zbudowano ją wraz z kościołem. Idealnie została wkomponowana w całe założenie! A w kościółku ruch... Już trwały próby do festiwalu pieśni religijnej, pani sołtys przystrajała wnętrze w zielone gałązki brzozy. To przecież czas Zielonych Świątek. Na tyłach budowli w niszach czy blendach - tablica z nazwiskami żołnierzy poległych podczas I wojny światowej. Ciekawostka - na dwadzieścia kilka nazwisk trzecia część brzmi znajomo, po polsku. Ot, los Polaków, ży-jących tutaj pod pruskim zaborem. Robimy zdjęcia i jedziemy dalej. Cel - dawna parowa stacja pomp i cmentarz protestancki w Różewie. Przejeżdżamy zdezelowane torowisko kolejki wąskotorowej, obejmującej niegdyś swym zasięgiem większą część Żuław Wiślanych. Wyjeżdżamy z Kmiecina i wkrótce potem przejeżdżamy „siódemkę” i skręcamy w wąską drogę asfaltową ginącą wśród pól. Z pachnącymi polami rzepaku - Żuławy są cudowne o tej porze roku! A zapach upraw rzepakowych aż kręci w nosie! Oddycham teraz pełną piersią, upajam się wonią rzepaku i cieszę się, że nie musimy się spieszyć. Nie widać burzowych chmur, a słońce co raz bardziej przygrzewa. Dojeżdżamy do samotnego, zrujnowanego komina dawnej, parowej pompy odwadniającej i poprzez pokrzywy wchodzimy na fundamenty budowli, która już nie istnieje. Wciąż jednak widać rowy, którymi płynęła ongiś woda oraz ceglany owal, gdzie prawdopodobnie zamontowana była turbina. Kilka łyków wody, słuchamy krótkiej opowieści przewodnika o tym, co tu było. Potem jedziemy ku wsi, na cmentarz jej dawnych mieszkańców. Na jego skraju, po lewej stronie rośnie ogromny i rozłożysty dąb. Może pamięta czas sprzed ponad dwóch wieków, kiedy powstawał Radomir z Tiegenhofii 93 cmentarz? Smętny obraz kilku protestanckich Stelli nagrobnych przywodzi na myśl tragiczne losy mieszkańców tego skrawka Pomorza i koniec ich historii po 1945. roku. Przez szaleńca i megalomana, który rozpętał wojnę — musieli opuścić te ziemie. Niestety większość z nich popierało tego szaleńca i zapłaciło za to ogromną cenę. Zrujnowane cmentarze i cmentarzyki, gdzie ci ludzie chowali swoich bliskich od dwóch albo i trzech wieków, popadły w ruinę i teraz tylko dobra wola obecnych mieszkańców, przesiedlonych z kresów wschodnich dawnej Rzeczpospolitej i z głębi kraju - może ocalić resztki dawnej historii tych ziem i jej dawnych mieszkańców. Tylko liście wielkiego dębu opowiadają nielicznym, przygodnym podróżnikom przeszłą historię tych ziem. A dąb — niczym strażnik nad pogańskimi miejscami kultu - czuwa i sprawuje pieczę nad grobami. Być może przekazuje Nam przesłanie: „wszystko to nicość”! I za kolejne sto czy dwieście lat tylko on będzie świadczył, że kiedyś było tu miejsce pochówku ludzi. Pstrykam parę fotek temu strażnikowi, a potem staję obok grupy do wspólnego zdjęcia. Nieco później - już pedałujemy na północ. Jedziemy ku Starej Tudze, aby zobaczyć opuszczony, mały akwedukt - jedyny na Żuławach. Miał on przeprowadzać wodę na łąki, ponad nurtem Starej Tugi. Ot, ciekawostka budowlana. Nie spełnił swej roli. Działał może dekadę, a potem popadł w zapomnienie. Dziś można spekulować czy jego budowa miała jakikolwiek sens. Kolejny przystanek to most przerzucony nad kanałem. Wokół pola rzepaku, przecięte wodami Starej Tugi i Wysoczyzna Elbląska na horyzoncie. Narastający upał i zwiększone parowanie roślin sprawia, że zamglenie wzrasta, a wzgórza wysoczyzny zdają się co raz bardziej przypominać chimeryczną fatamorganę z pustyni albo wał niskich i ciemniejszych nieco chmur na granicach krainy. Fotografujemy to, co uważamy za istotne, ładne i ciekawe, wsiadamy na rowery i jedziemy w kierunku Stobca, osady położonej obok Tujska. Tam rozpocznie się kolejny etap wycieczki, czyli spacer wśród starych chat Tujska. Niezbyt duża wioska, ale jest i tutaj co oglądać i o czym opowiadać. W pierwszych wiekach istnienia - Tujsk (dawniej Tiegenort) leżał nad brzegiem Zalewu Wiślanego. Po wsi oprowadza nas Edzia Kozakiewicz, pasjonatka historii tej miejscowości, i opowiada ciekawe rzeczy. Na przykład takie, że zabudowa wsi jest zachowana niemal w całości od stulecia. Do dzisiaj zachowały się stare domy. Każdy inny i każdy zdobiony inaczej. Według jej słów - brakuje tylko pięciu domów z czterdziestu kilku, które stały przed II wojną. Był tu zajazd z noclegami i trzy bary czy karczmy. Przy jednej istniała scena, gdzie mieszkańcy Tujska i okolicznych wsi bawili się na całego. Przy różnych okazjach wystawiano na niej kabaretowe scenki i skecze. Wymyślali je miejscowi rzemieślnicy, którzy na dodatek opisywali w nich swoją pracę w taki sposób, aby rozbawić widzów. Scena służyła również muzykom - amatorom. Według pani Edyty, właśnie w okolicach wsi rozpoczął się pierwszy etap bitwy na Zalewie Wiślanym między krzyżacką flotą a polskimi statkami z Gdańska i Elbląga. Bitwa odbyła się podczas Wojny Trzynastoletniej, zakończonej rozbiciem Krzyżaków i wcieleniem Pomorza Gdańskiego do Korony. To była dla mnie nowość, a sama historia godna jest dalszych badan. Tu też miała stacjonować flota, której Napoleon chciał użyć do oblężenia Gdańska. Na koniec ani Edyta pokazuje nam cudem uratowane, stare zdjęcie swojego domu. Czas płynie nieubłaganie. Żegnamy pasjonatkę Tujska i samą wieś pełną pięknych domów. 94 Rowerowa sobota Jedziemy na nieczynny, zwodzony most nad Tugą i „betonką” przy przeciwpowodziowym wale pedałujemy do Cyganka. Po drodze mijamy dwie zagrody holenderskie, by po pół godzinie dotrzeć do domu podcieniowego Marka Opitza, stojącego obok grecko-katolickiego kościoła w Cyganku pod wezwaniem świętego Mikołaja. Tam pan Opitz opowiada historię sprowadzenia domu podcieniowego aż z dalekich Jelonek. Krótka wizyta na „Cmentarzu 11 wsi”, dłuższa w kościele i wracamy pod podcieniowy dom na ognisko z kiełbaskami. Nie tylko nasza grupa przybyła tutaj. Zjechali do Cyganka członkowie koła PTTK aż z Gdańska. Dom podcieniowy jest częstym celem różnych wycieczek i wizyt. Coraz bliższe jest spełnienie marzenia Marka Opitza, aby ten dom „żył”. No pewnie! Szkoda, żeby ten dom stal pusty i zamknięty na głucho i popadał w ruinę, skoro może tętnić życiem, wnoszonym przez ludzi choćby podczas warsztatów wikliniarskich czy w dniu otwartych zabytków. Wysoczyzny już nie widać. Zniknęła. Wracamy do Nowego Dworu Gdańskiego przez Żeli- chowo, które niegdyś było znacznie większą wsią. Kiedyś obejmowało ono tereny po obu brze- gach Tugi. Połowa dzisiejszej ulicy Bałtyckiej, należącej do miasta, stanowiła jeszcze 40-50 lat temu teren wsi. Dzisiaj granica między miastem a wsią biegnie przez przejazd kolejki wąsko- torowej. A przejazd odległy jest c kończyła się niemal po dziewięciu godzinach pod okazałym domem kultury w Nowym Dworze Gdańskim. Przejechaliśmy tego dnia niemal 30 kilometrów jeśli wierzyć mojemu rowerowemu licznikowi. Zapowiada się kolejna wycieczka w okolice Osłonki i Ma-rzęcina. Jeśli pogoda dopisze, chętnie wyruszę znowu na szlak. Poznawania własnej ziemi nigdy dosyć. Nie chcę używać wielkich słów, lecz właśnie poznanie ziemi, w której żyjemy, sprawia że chce-my jej bronić przed wszelkimi zagrożeniami. Przywiązanie do niej sprawia, że zapuszczamy w niej korzenie, a potem bronimy jej jak możemy i jak umiemy i w niej chcemy żyć z rodziną. Stacja pomp w Rozewie, fot. Radomir Na tropach historii Krystian Zdziennicki CZY RZECZYWIŚCIE „SZWEDY, CO PROWADZIELI WOJNĘ Z POLAKAMI BELI OKRUTNE...”? W poniższym artykule chciałbym przedstawić losy wojny o „Ujście Wisły na ziemi sztumskiej, ukazane w spisanych przez Władysława Łęgę podaniach ludowych, czyli opowieściach ludności, których treść stanowi jakieś zdarzenie związane z danym regionem i jest oparte zwykle na legendzie, czy micie. Po pierwsze, zamierzam skonfrontować informacje przekazywane drogą ustną przez mieszkańców tej ziemi z faktami historycznymi oraz pokrótce przedstawić dzieje ziemi sztumskiej w powyższym okresie. Z drugiej strony temat ten jest znacznie szerszy, gdyż pokazuje nam świadomość historyczną Polaków mieszkających na Powiślu w I poł. XX w. Dlatego też moim zdaniem źródła, które wykorzystam, również odnoszą się do czasów zaboru niemieckiego, a nie tylko jak mogłoby się wydawać do historii wojen XVII w. Zatem jest to przyczynek do badan nad kulturą duchową ludności polskiej zamieszkującej okolice Sztumu do 1945 r. Ponadto, gdyby przyjąć, że owi Szwedzi są utożsamiani z współmieszkającynu Niemcami można stwierdzić, że ukazane są tam relacje polsko-niemieckie. W tym miejscu należałoby również poświęcić kilka słów osobie, która spisała owe podania - ks. Władysławowi Łędze. Urodził się on 4 VI1889 r. w Miranach jako syn Izydora oraz Franciszki z Frankiewiczów. Jego ojciec był nauczycielem. W 1910 r. młody wówczas Władysław ukończył Gimnazjum w Rogoźnie Wlkp., a następnie kontynuował naukę w seminarium duchownym w Pelplinie, gdzie po czterech latach przyjął święcenia kapłańskie. Na tym nie poprzestał swojej edukacji, gdyż już po pierwszej wojnie światowej kontynuował studia w zakresie etnologii i archeologii na Uniwersytecie w Poznaniu. Tam uzyskał tytuł doktora na podstawie pracy „Kultura Pomorza we wczesnym średniowieczu na podstawie wykopalisk”. Jego promotorami byli: prof. Jan Stanisław Bystroń i prof. Józef Kostrzewski. Ponadto udzielał się społecznie oraz sprawował szereg funkcji kościelnych. Poza tym działał na niwie nauki w Toruńskim Towarzystwie Naukowym. Zmarł 2 VII1960 r. w Sopocie. W 2006 r. przy rodzinnym kościele parafialnym w Postolinie upamiętniono tą wybitną postać popiersiem, pod którym zapisano: „Śpieszmy się, słuchajmy opowieści ludu, zanim on je zapomni”. To zdanie jest niezwykle trafne, gdyż charakteryzuje tego wybitnego etnografa, który wysłuchał owych opowieści i na ich podstawie napisał m.in. dzieło pt. Ziemia Malborka. Kultura ludowa. Choć specjalnie się on gwarą nie zajmował, dlatego tez swoje teksty po-daje w pisowni półliterackiej, co niekiedy zamazuje cechy gwarowe. Jednakże autor stara się 96 Czy rzeczywiście „Szwedy, co prowadzieli wojnę z Polakami beli okrutne.. podawać pewne wyrazy w pisowni fonetycznej, tj. dialekcie malborskim, przez autochtonów zwanym stumską movo (Sztum był wówczas duchową stolicą oraz najbardziej polskim miastem, z kolei Malbork jako najbardziej zniemczone miasto był symbolem zaborcy), która jest podobna zarówno do mowy Kaszubów, Kociewiaków, Mazowszan oraz mieszkańców ziemi chełmińskiej. Obecność Szwedów na ziemi sztumskiej w latach 1626-1629 miała niewątpliwie charakter militarny. 6 lipca 1626 r. wojska szwedzkie wylądowały w Piławie, a następnie rozpoczęły marsz na południe1. Król Szwecji Gustaw Adolf chciał przejąć tereny nad Bałtykiem w celu opanowania basenu Morza Bałtyckiego. Wojna ta miała przynieść mu panowanie nad ujściem Wisły wraz z Gdańskiem, a z kolei to wszystko miało zapewnić Szwecji wielkie dochody, które „Lew Północy” wykorzystałby na działania militarne podczas wojny 3O-let-niej wymierzone przeciw Habsburgom. Działania wojenne tego konfliktu zbrojnego trwały do momentu zawarcia rozejmu w Starym Targu (Altmarku), który został przedłużony w 1635 r. w Sztumskiej Wsi (Sztumdorfie). Szwedzi miasto Sztum zdobyli już 20 lipca 1626 r. Następnie pozostawili na zamku 200 osobowy garnizon żołnierzy. Jednakże w tradycji ludowej miasto miało zostać nie zdobyte przez agresora. W podaniu pt. „O Szwedach oblegających zamek sztumski" mieszkańcy głosili, że kiedy Szwedzi dotarli pod Sztum i rozpoczęli oblężenie zamku, który „ból mocno obwarowany murami i strzeżony przez jeziora, co so do dziś dnia kele niego"2. Rzeczywiście trzeba przyznać, że do tego momentu głoszone informacje są zgodne z prawdą historyczną. Jednakże dalsza cześć podania znacznie od niej odbiega. Szwedzi nie musieli podejmować się tak radykalnych działań, aby głodem pokonać Polaków. Wówczas jednak głoszo-1 A. Korytko, Szwedzi na Powiślu w XVII wieku, w: Z dziejów Sztumu i okolic cz. III. Biblioteczka Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej. Tom 5, Sztum 2003, s. 23-24. 2 W. Łęga, Ziemia Malborska. Kultura ludowa, Toruń 1933, s. 165. Krystian Zdziennicki 97 no, że szturm zamku wyglądał następująco: „Szwedy pocieszali się, że głodem wymorzo Polaków. I w zamku brak już belo wszystkiego, ale Polaki się nie dęli (poddali) eno chcieli Szwedów oszukać. Znaleźli u jedyny kobiety3 szynkę i trochę grochu. Wzieni to kobiecie i wepchnęli szynkę z grochem do armaty i wystrzeleli naprzeciwko Szwedom. Jak Szwedy obaczeli, że Polaki tyle majo eszcze żywności, że szynkami i grochem strzelajo, stracieli nadzieje wygłodzenia Sztumu. . Powyższa legenda kończy się tym, że Szwedzi opuścili miasto ze słowami „Choćbym sietem lat tu siedzieli, nic nie wskóramy”5. Powyższe podanie nie jest odosobnionym przypadkiem, gdzie w kulturze ludowej krążyły wieści o podobnych sytuacjach. Analogiczna legenda powstała również w okolicach Ojcowa. Opowieść ta była głoszona przez mieszkańców wsi Mi-rany, a została spisana w 1913 r.. W czasach zaborów prawdopodobnie krzepiła serca Polaków, którzy w trudnej sytuacji według tradycji mieli potrafić przechytrzyć wroga i wyjść z opresji bez szwanku. Po zajęciu ziemi sztumskiej przez Szwedów tereny te zostały pominięte w działaniach militarnych. Szwedzi w tym okresie fortyfikowali zdobyte zamki, sypali szańce, m.in. w okolicy Benowa oraz umacniali swoje pozycje. Łęga przedstawił również podanie ludowe opisującą jak Szwedzi obchodzili się z Polakami w czasach okupacji. Znamienne jest jego pierwsze zdanie „Szwedy, co prowadzieli wojnę z Polakami, beli okrutne . Rzeczywiście sytuacja nie była aż tak zła, gdyż poza opłatami kontrybucyjnymi ściąganymi przez władcę szwedzkiego ludność nie odczuwała aż tak bardzo obecności najeźdźcy. Żołnierze szwedzcy nie mogli bezkarnie grabić i palić, „nawet kury ani wiązki siana nie wolno mu było wziąć bez zapłaty”7. Etnograf ziemi malborskiej jednak spisał: „Oni ludziom wbijeli drzazgi za pazury, ła-peli ludzi, jeden trzymał a drugi wlewał do gęby gnojówkę, paleli kościoły, bodaj kościół w Mikołajkach też zniszczeli. Jak Szwedy noco maszerowali, Abo szukeli łudzi, swiecieli sobie zapa-lonemi wiechciami ze słomy. Mówio ludzie, że przed Szwedem to sie nikt ukryć nie móg, bo jak on obaczół do zwierciadła to wszystko widział. Aby ludzi oszukać udaweli oni Polaków i wołeli: Kaśka, Maryśka pódźta, Szwedy użposzłi. Eszcze jak odchodzili, togrozieli, że jak wróco to nawet dziecka nie ostawio żywego w kolebce 8. Również należy dodać, że pod koniec XIX wieku popularne było właśnie powiedzenie: „Wychodź Kaśka Maryśka już tych Szwedów djabli wzięli". Jednakże, gdyby założyć, że Szwedzi byli utożsamiani z Niemcami, to można stwierdzić, że to podanie genialnie ukazuje stosunki autochtonicznej ludności polskiej z niemiecką. XIX wieczne (do końca I wojny światowej) Prusy Zachodnie, w tym ziemię sztumską zamieszkiwali wyznawcy 3 wyznań: katolickiego, protestanckiego i mojżeszowego. Katolikami byli z reguły Polacy, a protestantami Niemcy, wśród których byli również katolicy9. Szwedzi byli luteranami. Warto tutaj dodać, że powyższe podanie zostało spisane w Pierz-chowicach w 1930 r.. W miejscowości, gdzie w czasie plebiscytu, który przeprowadzono 11 lipca 1920 r. ludność, tj. 147 na 193 głosujących, opowiedziała się w zdecydowanej mierze za przynależnością do państwa polskiego. 3 Wedhig innej wersji u Żyda. 4 W. Łęga, Ziemia Malborska, op. cit., s. 165. 5 Ibidem. 6 W. Łęga, Ziemia Malborska, op. cit., s. 165. A. Szęlągowski, O Uście Wisły. Wielka wojna pruska, Warszawa 1905, s. 40. 8 W. Łęga, Ziemia Malborska, op. cit., s. 165-166. . ,non ’ Sz. Wierzehoshwski, Polsh ruch narodowy w Prusach Zachodnich w latach 1S60-1914. Wrocław 1980, S.17. Do starcia zwanego w polskiej historiografii bitwą pod Trzcianą lub Trzcianem, a w szwedzkiej pod Sztumem doszło 27 czerwca 1629 r.. Na całość batalii składają się 3 potyczki podczas, których uciekające wojska szwedzkie dowodzone przez króla Gustawa II Adolfa poniosły klęskę z oddziałami polskimi hetmana polnego koronnego Stanisława Koniecpolskiego oraz cesarskimi gen. Jana Jerzego Arnheima (Arnima). Wiktoria wojsk polskich była chlubą dla autochtonów, którzy opowiadali sobie: „W Trzcianie przy jeziorze, pod lasem ugodzieli sie Polaki i Szwedy. Ale pierw się długo bieli. Dopiero jak król szwedzki Gustaw Adolf spad z konia i sie zabiół, Szwedy przesteli wojować". Trochę więcej informacji o szczegółach bitwy w świadomości mieszkańców Łęga umieścił w legendzie pt. „Gustaw Adolf gubi kapelusz” umieszczonej w książce pt. Legendy Pomorza, która powstała już po II wojnie świtowej. Akcja jej toczy się już w ostatniej fazie bitwy. Do szwedzkiego króla przybywa adiunkt ze złą informacją o tym, że przegrali batalię, dlatego muszą się wycofać. Na to jednak nie przystał dumny „Lew Północy . Wtem żołnierz ostrzegał władcę, że może zostać wzięty do niewoli, więc zatroskany o swoją osobę Gustaw miał w popłochu opuszczać pole bitwy. W czasie tej ucieczki jego kapelusz miał rzekomo zahaczyć o rosochatą sonę i spaść na ziemie. Nie zatrzymał się, aby szukać kapelusza tak, aby zdołać umknąć10. W rzeczywistości bitwa składała się ze starć: nad rzeką Liwom w okolicy Szadowa, pod Trzcianem, Straszewem i Pułkowicami, w których Polacy odnieśli druzgocące zwycięstwo wykorzystując głównie wojska konne. Walka trwała, aż do zmroku. Należy również wspomnieć, że w czasie tego zajścia kroi owi szwedzkiemu udało się uniknąć śmierci lub niewoli. Dość enigmatycznie na dzień po bitwie pisał o tym do króla Zygmunta III Wazy hetman 10 W. Łęga, Legendy Pomorza, Gdynia 1958, s. 181-182. Krystian Zdziennicki 99 Koniecpolski „od więźniów wiadomość jest, że był w wielkiem niebespieczeństwie"11, podobna informacja, choć trochę pełniejsza została podana przez Jana Zawadzkiego „powiadają niektórzy, że i Gustaw miał być postrzelony, ale o tern jeden Francus pojmany twierdzi; to pewna, że między armatą był, kiedy już kornety nasze i chorągwie insze kornety nieprzyjacielskie przed sobą pędziły"12. Trochę więcej na ten temat zostało zapisane w relacji z bitwy zgodnie z którą Lew Północy miałby zostać postrzelony a w ferworze walki miał zgubić swój kapelusz i rapier: „zgadzają się i na to więźniowie, że Gustaw postrzelony w miejsce znać szkodliwe. Kapelusz Gustawów jest w obozie cudzoziemskim, także pochwy od rapiru z pendetem. Jest tedy Panu Bogu dziękować, że hardość tego nieprzyjaciela stłumił"13. Król nie został zabity jak głosili mieszkańcy, choć była ona dla niego ciężkim doświadczeniem, gdyż przyznał, że było to według niego „gorąca łaźnia” jakiej nigdy jeszcze nie zaznał. Ważnym wydarzeniem były również rokowania pokojowe w Starym Targu, zakończone 26 IX 1629 r. podpisaniem rozejmu. W tym dyplomatycznym wydarzeniu oprócz zwaśnionych stron swój udział mieli dyplomaci: francuscy i angielscy oraz pośrednicy brandenburscy. Ogólnie rzecz biorąc był to niekorzystny traktat dla Rzeczpospolitej, który miał 1 S. Koniecpolski, Od Pana Hetmana do Króla Jego Mości z pod Nowejwsi na pobojowisku, dnia 28. Czerwca, w: S. Przyłęcki, Pamiętniki o Koniecpolskich. Przyczynek do dziejów polskich XVII wieku, Lwów 1842, s. 156. J. Zawadzki, Od P Jana Zawadzkiego do Xiędza kanclerza koronnego (Jakuba Żadzika), z obozu pod Nowąwsią, dnia 28. Czerwca 1629, w: S. Przyłęcki, op. cit, s 157. Relacja bitwy trzciańśkiej posłana od P. Hetmana, „Przegląd Historyczno-Wojskowy , t. 9,1937, z. 3, s. 431. miętniająca rozejm w Starym Targu, fot. K. Zdziennicki er^e W roC/ TarCU roM3mu w Staryi« Tag * SzWCC,ą Rzeczp°sp ) Uy. 100 Czy rzeczywiście „Szwedy, co prowadzieli wojnę z Polakami beli okrutne trwać przez 6 lat14. Niestety, nie jest znane żadna podanie opisujące to wydarzenie. Moim zdaniem, wynikać to może z tego, że traktat był zdecydowanie niepomyślny dla strony polskiej, przez co nie był zapamiętany przez miejscową ludność. Miejsce podpisania tego aktu nie było ponadto w żaden sposób upamiętnione aż do 2009 r. kiedy postawiono w miejscowości symboliczny głaz. 6 lat minęło szybko, dlatego mieszkańcy ziemi sztumskiej po raz kolejny byli świadkami kolejnych zmagań dyplomatycznych. Rokowania pokojowe prowadzono w Sztumskiej Krystian Zdziennicki 101 wsi od 24 V 1635 r. Przez niemal 4 miesiące trwały rozmowy, w których udział brali Szwedzi i Polacy, a także mediatorzy z Francji, Anglii i Holandii. Finalnie 12 IX 1635 r. podpisano zdecydowanie bardziej korzystny rozejm na 26 lat. Mieszkańcy Sztumskiej Wsi po 300 latach od zawarcia rozejmu pamiętali o tym znacznym w historii Rzeczpospolitej wydarzeniu. Autochtoni głosili na początku XX wieku: „W Sztumskiejwsi pogodzieli sie Szwedy, Polaki i Mniemcy i na znak zgody król polski, szwedzki i mniemiecki jedli tu obiad i postanowieli, że ludzie ze Sztumskiejwsi nie brukoweli płacićpodadków. Na tern miejscu postawieli kamień duży, który sięga aż pod kościół i eszcze tera tam je" (Sztumska Wieś 1913)“.Widać tutaj proste myślenie Polaków, którzy dopowiedzieli historię o zjedzeniu obiadu na znak zgody. Ponadto prawdopodobnie mieszkańców wsi nie spotkał przywilej ekonomiczny w postaci zwolnienia z podatków. W tym miejscu warto się przyjrzeć, dlaczego wśród stron wymienia się Niemców. Śmiem twierdzić, że wynika to z tego, że mieszkańcy zauważyłi, że wydarzenie to nie jest obojętne Niemcom. Dowodem na to może być to, że w 300 rocznicę zawarcia rozejmu (1935 r.) postawili oni znacznie większy głaz z niemiecką inskrypcją. Reasumując należy zwrócić uwagę, że podania ludowe, czy legendy nie zawsze mają na celu ukazanie prawdy historycznej, często znajdujemy w nich tzw. drugie dno. Moim zdaniem, omówione przeze mnie ludowe opowieści odzwierciedlają sytuację z początków XX wieku. Pokazują zarazem wiedzę historyczną, świadomość narodową oraz stosunki ówczesnych autochtonów: Polaków z Niemcami. Podania te bardziej krytycznie odnoszą się do Szwedów w momentach nasilonej akcji germanizacyjnej. Warto dodać, ze mogą również stanowić uzupełnienie nad badaniami wojen polsko-szwedzkich, gdyż ukazują jak były one postrzegane po 300 latach przez potomków naocznych świadków. Opowieść, te są dowodem, że wydarzenia z XVII wieku nie były zapomniane przez miejscową ludność. Niestety, nie zachowały się legendy z czasów wcześniejszych i nie można porównać zmian, jakie w nich zachodziły na przestrzeni wieków. Warto dodać, że dotychczas powyższe podania nie były analizowane przez historyków, ani pod kątem wojen polsko-szwedzkich, ani o e-su zaborów. 15 W. Łęga, Ziemia Malborska, op. cit., s. 166. 102 Między romantycznym porywem, a pracą Andrzej Lubiński MIĘDZY ROMANTYCZNYM PORYWEM, A PRACĄ W całym kraju uroczyście obchodzono 150 rocznicę wybuchu powstania styczniowego. W Sztumie także upamiętniono to zdarzenie, wiązanki kwiatów złożono na grobie powstańca Henryka Donimirskiego z Zajezierza przy kościele św. Anny oraz przy głazie, znajdującym się obok banku PKO BP. Chciałbym z tej okazji przybliżyć Czytelnikom echa, jakie wywołało powstanie na Ziemi Sztumskiej oraz początki pracy organicz-nikowskiej do 1868 roku. Pogrzeb generałowej Sowińskiej w Warszawie w 1860 roku był pierwszą dużą manifestacją patriotyczną ludności polskiej. Od tego czasu w zaborze rosyjskim zaczęto organizować kolejne wystąpienia, w których uczestniczyło coraz więcej Polaków. Wykorzystywano rocznice unii polsko-litewskiej w Krewie, Lublinie, zaczęto zapraszać na msze żałobne za polskich poetów. W 1861 roku podczas manifestacji związanej z rocznicą bitwy pod Olszynką Grochowską zginęło 5 uczestników. Ich pogrzeb przerodził się w wielką manifestację narodową. W Sztumie, w środę 20 marca 1861 roku, mszę żałobną za poległych odprawił ks. proboszcz Piotr Gaebler. Inicjatorami nabożeństwa byli Donimir-scy z Czernina i Zajezierza. 3 maja w Kałwie odbyło się kolejne nabożeństwo żałobne Andrzej Lubiński 103 „za niewinnie pomordowanych braci naszych w Warszawie . Mszę zamówił Teodor Donimirski z Bukowa. Informował o tym „Nadwiślanin” wydawany w Chełmnie w numerach 28 i 43. W tym samym roku za kolportowanie tekstu pieśni „Boże cos Polskę i spowodowanie rozruchów po mszy w kościele postolińskim zostali ukarani przez Królewsko-Pruski Sąd w Sztumie w dniu 11 października 1862Józefina Łyskowska z Wilczewa, Antoni Chrzanowski i Teodor Łyskowski. Ten ostatni był synem Marianny z Donimirskich Łyskow-skiej, która była siostrą Teodora Donimirskiego z Bukowa (na cześć wuja jej syn otrzymał imię Teodor). Oskarżonych bronił adwokat Wagner, radca sprawiedliwości z Kwidzyna. Dowodził uciemiężenia narodowości polskiej pod rządem rosyjskim i że w pieśniach śpiewanych naprzeciw rządowi pruskiemu nic podburzającego nie ma. Wnioskował o uwolnienie od wszelkiej kary. Sąd uznał oskarżonych niewinnymi przekroczenia paragrafu 100 prawa karnego, lecz za rozruch w kościele ukarał grzywną: Józefina Łyskowska i Antoni Chrzanowski mieli zapłacić 40 talarów, a Teodor Łyskowski 20 talarów. Oskarżenie wniósł proboszcz Franciszek Pawłowski, śpiewających pieśni „Boże coś Polskę i „Matko Chrystusowa” nazwał buntownikami. Powoływał się na rozporządzenie biskupa warmińskiego Józefa Ambrożego Geritza, zakazującego ich śpiewania. W 1862 roku Teodor Łyskowski z Wilczewa i Teodor Donimirski z Bukowa założyli w Postolinie pierwsze kółko rolnicze. Członkami było 4 ziemian i 20 włościan. 20 stycznia 1863 roku zostało przekształcone w Towarzystwo Rolnicze na Ziemi Malborskiej. Do zgromadzonych włościan przemówił właściciel Bukowa Donimirski dowodząc, że od dawna odczuwano w tych okolicach potrzebę istnienia takiego towarzystwa. Mówił o Towarzystwie Agronomicznym jakie założono w Starym Targu przed 20 łaty. Kilku włościan polskich przystąpiło do niego, a nawet jeden jako pierwszy u siebie w gospodarstwie wprowadził płodozmian. Ponieważ na posiedzeniach używano języka niemieckiego a włościanie tego języka nie rozumieją, wystąpili z towarzystwa i brali udział jedynie w wystawach rolniczych. W ciągu 20 lat wszyscy jednak gospodarze zaprowadzili u siebie płodozmian. Zamożność i dobrobyt zachęca gospodarzy do dalszych postępów a chęć wzajemnego udzielania sobie zrobionych doświadczeń i nowych ulepszeń w gospodarstwie wywołały życzenie założenia towarzystwa rolniczego, na którym tylko po polsku ma się obradować. Jako wzór statutu przyjęto Statut Towarzystwa Rolniczego Ziemi Chełmińskiej z małymi zmianami. Do zarządu Towarzystwa weszli Ignacy Donimirski z Cygus jako prezes, sekretarzem został Józef Plecyng z Dąbrówki, kasjerem Wawrowski ze Szpitalnej Wsi; zastępcy - Teodor Łyskowski z Wilczewa i Teodor Nejman z Pierzchowic. Wszyscy byli mieszkańcami parafii Postolin. Zaplanowano pięć zebrań w 1863 roku. Terminy miały być podane do wiadomości w „Przyjacielu Ludu”. Zebrania kółka odbywały się w niedziele po mszy, czytano na nich artykuły rolnicze z „Gospodarza” i „Przyjaciela Ludu”. Pisma te abonowano na koszt kołka. Oprócz tego towarzystwa tworzyły własne biblioteczki. Postolińska czytelnia liczyła 58 dzie . Od lat sześćdziesiątych Polacy zaczęli opuszczać niemieckie kółka i wstępować do polskich. 104 Między romantycznym porywem, a pracą Na posiedzeniu Towarzystwa Rolniczego Ziemi Malborskiej w Postolinie 2 listopada 1865 roku przewodniczący posiedzenia, a zarazem prezes Julian Czarliński z Zajezie-rza, powitał dwóch członków, jacy po dłuższej chorobie przybyli na zebranie. Poinformował zebranych o uczestniczeniu z kilkoma miejscowymi członkami w wystawie rolniczej w Piasecznie, jaką zorganizowało tamtejsze Towarzystwo w trzecia rocznicę założenia ich organizacji. Wystawa pokazała, jak dobre skutki może przynieść szczera praca nad podniesieniem poziomu życia rolników w różnych gałęziach gospodarczych. Przy Towarzystwie Rolniczym w Piasecznie powołano Kasę Pożyczkową. Julian Czarliński przywiózł do Postolina również egzemplarz ustawy o kasach pożyczkowych i przekazał Teodorowi Donimirskiemu, aby ten wypowiedział się na zebraniu, co o tej propozycji myśli i czy należałoby podobną kasę założyć przy miejscowym Towarzystwie w Postolinie. Donimir-ski zauważył, że Kasy Oszczędnościowe połączone z Towarzystwem Rolniczym będą skutkowały tym, że jak się czeladź i robotnik rolny dowie się o istnieniu Kasy, to zacznie nadmiar grosza gromadzić na swoich książeczkach w Kasie Oszczędnościowej, przez co dobrobyt i moralność robotników zostanie podniesiona. Gospodarz musi umieć nie tylko pracować na roli, ale też umiejętnie obracać pieniędzmi. Zebrani wyrazili zgodę, aby takową spółkę założyć. Wybrano pięciu członków: Bromirskiego z Postolina, Neumana i Ornasa z Pierz-chowic, J. Plecynga z Dąbrówki i Sypniewskiego z Bukowa, którzy z Teodorem Donimir-skim mieli wypracować ustawy do przedłożenia pozostałym członkom na następnym zebraniu w dniu 30 listopada. 24 maja 1866 roku miała zapaść ostateczna decyzja co do założenia Kasy Pożyczkowej i wybór zarządu. Ze względu na małą liczebność zgromadzonych członków zrezygnowano z dyskusji nad założeniem Kasy Pożyczkowej. Jeden z członków zaproponował, aby porozmawiać o uprawie rzepiku i lnu. Po dyskusji o rzepiku prezes Towarzystwa pokazał pisemko dla dzieci „Przyjaciel Dzieci” wydawane przez Józefa Chociszewskiego. Kilku zebranych dokonało prenumeraty. Korespondent „Nadwiślanina” Wojciech z pod Postolina podaje, że Towarzystwo postolińskie posiadało własną kasę i odłożony grosz ze składek członkowskich. Należałoby go dobrze wydatkować na zakup pism rolniczych, takich jak „Ziemianin”, „Gazeta Rolnicza”, zakup narzędzi i nasion nie tylko okopowych, ale lepszych gatunków lnu, żyta, grochu, pszenicy. Raz w roku należałoby zamówić mszę świętą w dzień założenia Towarzystwa. Korzyścią dla wszystkich byłoby zorganizowanie raz w roku małych wystaw bydła, koni, owiec, narzędzi rolniczych, produktów rolnych. Towarzystwo przekonałoby się, kto z członków robi postępy. Dobrze by było, gdyby duchowni zaangażowali się w prace Towarzystwa, jak to bywa w innych regionach Prus Zachodnich. Kolejne Kółka Rolnicze powstały w 1866 roku Pierzchowicach (wyodrębniło się z po-stolińskiego) i w Starym Targu. W dwóch pierwszych było razem 64 członków, w Starym Targu 46 członków, a ogółem w roku 1867 doliczono się 110, w tym 10 ziemian. W lipcu 1867 powstała Spółka Pożyczkowa na Powiślu w Starym Targu, obsługująca początkowo dwa towarzystwa rolnicze. Rok później w Pierzchowicach został założony Bank Ludowy. Osobą, która kierowała Spółką Pożyczkową w Starym Targu był Marcin Kikut. Udostępnił on swój dom na pomieszczenie banku. Kierownikiem banku w Pierz- Andrzej Lubiński 105 chowicach był Jan Łemkowski. Również w jego domu znalazło się pomieszczenie na bank. Obydwaj współpracowali ściśle z Teodorem Donimirskim, uczestniczyli w zebraniach Związku Spółek Zarobkowych odbywających się w Poznaniu, byli uczestnikami w szkoleń, itp. Wybuch powstania styczniowego spowodował, że 30 marca 1863 roku odbyły się rewizje w domu Teodora Łyskowskiego w Wilczewie, sołtysa Gromka i nauczyciela Grzesz-kowskiego w Trzcianie oraz u właściciela Kalksteina w Mikołajkach. W Wilczewie, gdzie rewizję przeprowadzał urzędnik z Kwidzyna Braun, bardzo skrupulatnie poprzewracano garnki, miski w kuchni oraz słomę w stodole. 5 kwietnia rewidowano księdza proboszcza Jana Witkowskiego, ale również bezskutecznie. 24 kwietnia aresztowano o godzinie 9 rano Teodora Łyskowskiego i odprowadzono do więzienia w Sztumie. 8 maja 1864 roku Teodor Łyskowski został zwolniony. W więzieniu sztumskim nabawił się gruźlicy, co spowodowało, że 15 czerwca 1869 roku przedwcześnie zmarł, osierocając pięcioro nieletnich dzieci (od 4 do 15 lat). Przyczyną przeprowadzanych rewizji były denuncjacje. 2 maja 1865 roku odbyła się rewizja w Bukowie. Przeprowadzał ją urzędnik z Kwidzyna Braun w towarzystwie sekretarza powiatu sztumskiego i dwóch żandarmów w Bukowie. Teodor Donimirski, znając prawo, domagał się od urzędnika nakazu na piśmie. Braun odpowiedział, że polecenia rewizji na piśmie nie ma, ale jest w prawie takowe. Donimirski przyniósł książki prawnicze i poprosił, aby mu pokazano odpowiedni paragraf, ale niemiecki urzędnik nie mógł go znaleźć. Donimirski akt przeprowadzenie rewizji uznał za bezprawny, zamknął swe biurko na klucz i wyszedł do ogrodu. W domu w Bukowie przebywał syn Antoni, student prawa Uniwersytetu Wrocławskiego, chory na tyfus. Jego stan był bardzo ciężki, leżał w malignie. Przyjechał do niego doktor Kunce z Malborka. Lekarz widząc, że urzędnik szukając paragrafów i głośno mówiąc, powoduje pogorszenie stanu zdrowia chorego, wyszedł z panią Zofią Donimirską i prosił jej męża, by zgodził się na rewizję. Braun przeszukał biurka, stoliki i nic nie znalazł. Lekarz sprzeciwił się rewizji w pokoju chorego. Niektórzy uczniowie katolickiego Gimnazjum Chełmińskiego na wieść o wybuchu powstania styczniowego nielegalnie przekroczyli granicę i wzięli udział w potyczkach z zaborcą rosyjskim. W walkach jako ochotnicy z ziemi sztumskiej uczestniczyli Henryk Donimirski z Zajezierza, jego kuzyn Edward Donimirski z Bukowa, który został ranny w potyczce. Ojciec kupił mu później pod Toruniem majątek Łysomice, szkolili się tam i odbywali praktyki rolnicze synowie polskich ziemian z Prus Zachodnich. Ze wsi Posto-lin do powstania udało się trzech braci Floriańskich: Bernard - kupiec, Franciszek - rolnik, Józef - rzemieślnik. Teodor Donimirski udzielał powstańcom pomocy materialnej, co spotkało się z szykanami władz pruskich. O kontakty z powstańcami był podejrzany też hrabia Alfons Sierakowski, bo wiosną 1863 roku podróżował często do Krakowa. Henryk Donimirski wrócił w rodzinne strony gospodarował na majątku rodzinnym w Zajezierzu. Gdy trzydzieści lat później został posłem do sejmu cesarskie; Rzeszy na zebraniu niemieckich konserwatystów w Tczewie jeden z dyskutantów zauważył, że poseł Donimirski z Zajezierza był pruskim oficerem, ktoś drugi dodał uszczypliwie: i oficerem 106 Między romantycznym porywem, a pracą polskim w 1863. Te fakty miały posła kompromitować w oczach niemieckiej opinii publicznej. Henryk Donimirski napisał do niemieckiej prasy wyjaśnienie, że nigdy nie był oficerem pruskim. Brał natomiast udział w wojnie francusko-pruskiej, walcząc w bitwie pod miejscowością Metz 14 sierpnia 1870 roku jako podoficer. Po śmierci swojego przełożonego kapitana von Puttkamera podczas natarcia przejął jego obowiązki. Sam został dwukrotnie ranny - kulą w nogę i odłamkiem granatu w rękę. Nie odciął się od swojego udziału w powstaniu styczniowym pisząc: „nie żałuje tego, że jako młodzieniec walczył w roku 1863 za braci swoich ciężko uciskanych którą to walkę najpoważniejsi mężowie podówczas pochwalali, a którą dla dobrej sprawy zapałem przejętego młodzieńca w oczach ludzi szlachetnych na sztych nie wystawia”. Leszek Sarnowski 107 Leszek Sarnowski GMINA ŻYDOWSKA W DZIERZGONIU1 Szesnastowieczny rabin krakowski Mojżesz Ben Izrael Isserles pisał, że „Jeśliby Bóg nie dał Żydom Polski jako schronienia, los Izraela byłby rzeczywiście nie do zniesienia”. Polskie prawodawstwo, począwszy od statutu kaliskiego Bolesława Pobożnego z 1264 roku, dawało Żydom liczne przywileje - wolność handlu, finansów, regulowało sprawy jurysdykcji, kar i przysiąg składanych przez Żydów, a przede wszystkim społeczność ta znalazła się pod bezpośrednią opieką prawną władcy. Zygmunt August nadał Żydom autonomię w dziedzinie administracji gminnej. Takich praw wyznawcy judaizmu nie mieli nigdzie w Europie, a często doświadczali tam licznych represji czy wręcz pogromów, jak choćby w czasie wypraw krzyżowych. Tolerancja naszych władców powodowała, że Polskę często określano jako „niebo dla szlachty, czyściec dla mieszczan, piekło dla chłopów i raj dla Żydów”. Tak było, przy licznych zastrzeżeniach, przynajmniej do drugiej połowy XVII wieku, kiedy w obliczu licznych wówczas wojen, sytuacja Żydów uległa pogorszeniu. Na szczególne traktowanie społeczność ta nie mogła również liczyć po rozbiorach, choć dotyczyło to także społeczności polskiej. Władze państw zaborczych przeciwne były uprzywilejowanej pozycji, jaką Żydzi cieszyli się na ziemiach polskich. Fryderyk II Wielki w Prusach, podobnie jak Maria Teresa w zaborze austriackim po pierwszym rozbiorze, zmuszali ubogich Żydów do emigracji do Polski. Tym, którzy nie wyjechali odbierano przywileje lub zmuszano do asymilacji. W Prusach Fryderyk II objął ograniczoną ochroną grupę zamożnych Żydów. Część z nich korzystała z tzw. Schutzjuden, czymś w rodzaju żelaznych listów ochronnych. Żeby taką ochronę uzyskać każdy Żyd musiał się wykazać majątkiem nie mniejszym niż tysiąc talarów reńskich. Nie było ich zbyt wielu. Większość Żydów nie miała jednak możliwości zamieszkania w miastach i często prowadzili wędrowny tryb życia, jeżdżąc z towarami na rynki miejskie, a bez pozwolenia także na wieś, gdzie handlowali właściwie wszystkim. Za taki domokrążny handel groziły wysokie kary, gdyż była to profesja zagwarantowana dla mieszczan. Niechęć mieszczan płacących podatki wobec Żydów, którzy ich nie płacili, miała w tym wypadku przede wszystkim podłoże ekonomiczne. Żydzi na ziemi sztumskiej zaczęli się osiedlać od początku XVIII wieku, kiedy ziemie te wchodziły w skład Rzeczpospolitej. Pierwsi Żydzi pojawili się w Dzierzgoniu. Gmina żydowska w tym mieście należała do jednych z najstarszych w Prusach Wschodnich. To nie przypadek, bo w latach 1772-1815 Dzierzgoń był siedzibą wielkiego powiatu dzierzgońskiego zwanego ziemskim. W jego skład wchodziły cztery dawne starostwa 1 Opracowano na podstawie tekstów niemieckich, m. in. O. Piepkorna, w tłumaczeniu Danuty Thiel-Melerskiej. 108 Gmina żydowska w Dzierzgoniu polskie: malborskie, dzierzgońskie, sztumskie i tolkmickie. W 1815 roku Dzierzgoń został włączony do nowego powiatu sztumskiego (do 1818 roku nazywano go dzierzgoń-skim). Nieliczne wzmianki na temat osadnictwa żydowskiego wskazują, że wyznawcy judaizmu pomieszkiwali tutaj już od XVII wieku. Nie było to jednak trwałe i zwarte osadnictwo. Najczęściej nie mieli stałego miejsca pobytu, bo zajmowali się zakazanym handlem obwoźnym. Z danych zebranych przez niemieckich historyków Ottona Piepkor-na i F. Hassensteina z Dzierzgonia, wynika, że pierwsze informacje o trwałym osadnictwie żydowskim w Dzierzgoniu pochodzą z 1772 roku. Mieszkały tu wówczas 124 osoby pochodzenia żydowskiego, co stanowiło 8,5 % ogółu mieszkańców. W znacznie większym pobliskim Elblągu mieszkało wówczas kilkunastu Żydów. Dopiero w 1798 roku ich liczba wzrosła tam do 95, choć nadal było ich mniej niż w Dzierzgoniu. Już w 1774 roku Żydzi dzierzgońscy mieli własny cmentarz, jeden z pierwszych w Prusach. Dlatego przez kilkanaście, lat chowano tu Żydów również ze Sztumu, Malborka, Kwidzyna i Elbląga. Gmina elbląska dopiero w 1811 r. założyła własny cmentarz. W podobnym czasie powstał też cmentarz w Sztumie, dopiero znacznie później w Kwidzynie i Malborku. Cmentarz żydowski w Dzierzgoniu, choć w bardzo niewielkim kształcie istnieje do dziś. Po cmentarzu, który powstał w XVIII wieku nie ma śladu ani w żadnej dokumentacji historycznej, ani w terenie. Istniejące nagrobki pochodzą z XIX wieku. Zachowały się w części północnej cmentarza i można się jedynie domyślać, że było ich znacznie Leszek Sarnowski 109 więcej, zważywszy liczebność dzierzgońskiej społeczności żydowskiej. W wyniku kolejnych dewastacji i braku opieki uległy zniszczeniu, część w czasie „nocy kryształowej w 1938 roku, a część po wojnie. Wiele z zachowanych nagrobków posiada formę tradycyjnej żydowskiej macewy, jednak najbardziej charakterystyczne są nagrobki klasycy-zujące, z kolumnami na postumentach i stele. Większość znacznie uszkodzona i zdewastowana. Najstarsza macewa, zachowana we fragmencie, datowana jest na 1861 rok. To nagrobek Tamre Therese Berendt z domu Moses z 1861 roku. Z 1865 roku pochodzi nagrobek Dorothei Rosenthal z domu Rosenblath, która zmarła w wieku 47 lat. Z 1875 roku pochodzi neoklasycystyczny nagrobek Hirscha Jontofsohna, w formie steli, z flankowanym półkolistym zwieńczeniem, na którym znajduje się płaskorzeźba z dzbanem, znakiem rodu Lewitów czyli kapłanów. Być może był to nagrobek rabina. Zidentyfikowane nagrobki na cmentarzu żydowskim w Dzierzgoniu (według ewidencji Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Elblągu opracowanej w 1985 roku przez Jacka Gzowskiego) LP Nazwisko Data śmierci 1 Tamre Therese Berendt z d. Moses 12.08.1861 2 Dorothea Rosenthal z d. Rosenblath 1865 3 Marcus Kaaser Hammerstein 15.01.1871 4 Hirsch Jontofsohn 1875 5 Josephine Kamiński z d. Jantofsohn 21.08.1877 6 Emma Hammerstein z d. Simonetty 1877 7 Julius Cohn 1879 8 Samuel Vaserstein 31.05.1881 9 Ernestine Bluhm z d. Pattlizer 1893 10 Barbara Jitzing pocz. XX w. 11 Leo Warszawski lata 70-te XIX w. Z zebranych przez niemieckich historyków, Piepkorna i Hassensteina, danych wynika, że do 1858 roku liczebność Żydów w gminie Dzierzgoń, systematycznie wzrastała. Procentowo było ich najwięcej w 1816 roku (219 osób), bo stanowili 11% mieszkańców. Ilościowo najwięcej Żydów, bo aż 318, mieszkało w Dzierzgoniu w 1858 roku. Był to szczytowy rok dla osadnictwa żydowskiego w gminie. Od tego roku datuje się stopniowy spadek liczby Żydów w Dzierzgoniu. Z braku jakichkolwiek danych, możemy się jedynie domyślać, że mieszkańcy wyznania mojżeszowego, podobnie jak z innych miasteczek pogranicza, stopniowo opuszczali miasto w poszukiwaniu lepszych warunków życia i prowadzenia działalności gospodarczej. Z terenów pruskiego pogranicza przenosili się wgląb Niemiec, do większych miast (Gdańsk, Elbląg, Berlin), do innych państw europejskich lub do Ameryki. Być może wynikało to również z braku 110 Gmina żydowska w Dzierzgoniu w Prusach prożydowskiego ustawodawstwa. Żydzi prawa obywatelskie w Prusach uzyskali bowiem dopiero w czasie Wiosny Ludów w 1848 roku, choć nadal nie byli objęci pomocą państwa. Sami musieli utrzymywać szkoły, a ich synagogi i cmentarze obłożone były dodatkowo specjalnymi podatkami. Pełne i bezwarunkowe równouprawnienie dały Żydom dopiero Ustawy Związku Północnoniemieckiego z 1869 roku. Potwierdzono je i zastosowano do całego cesarstwa po zjednoczeniu Niemiec w 1871 roku. Od tego czasu mogli bez przeszkód osiedlać się w miastach i na wsi. Rozwój gminy żydowskiej w Dzierzgoniu Rok Ogół mieszkańców Żydzi % ludności żydowskiej 1772 1454 124 8,5 1816 1990 219 11 1831 2183 196 9 1840 2431 259 10,6 1846 2700 248 9,2 1849 2768 262 9,5 1858 318 1871 3330 283 8,5 1880 3284 256 7,8 1888 3113 224 7,2 1893 220 1897 3218 167 5 1902 3118 84 2,7 1905 3004 87 2,9 1910 3004 77 2,6 1911 3005 68 2 1925 2924 50 1,7 1937 3676 13 0,4 Największy spadek liczby Żydów w Dzierzgoniu widoczny jest na przełomie XIX i XX wieku. W ciągu pięciu lat, od 1897 do 1902 roku, liczba Żydów spadła o połowę, z 167 do 84 osób. Do 1925 roku odsetek Żydów kształtował się w granicach 2-3%, kiedy w połowie XIX wieku wynosił ok. 10%. W latach 30-tych, po nasileniu się terroru ze strony niemieckich nazistów Żydzi właściwie zniknęli z lokalnej społeczności. W 1937 roku mieszkało tu zaledwie 13 Żydów i są to ostatnie dane. Podobnie jak w Sztumie i innych miastach Powiśla i Żuław, jeśli Żydzi nie zdążyli wyemigrować, to z pewnością trafiali do obozów koncentracyjnych, pobliskiego Stutthoffu czy Rygi. W 1812 roku w Dzierzgoniu było 55 rodzin, które przyjęły obywatelstwo pruskie. W związku z tym musiały one zmienić nazwiska według obowiązujących wówczas za- Leszek Sarnowski 111 sad. Wcześniej Żydzi nie posiadali nazwisk we współczesnym rozumieniu. By ułatwić identyfikację do imion dodawali na przykład miejsce urodzenia, miejsce pracy lub miasta skąd pochodzili. Często dodawali imię ojca lub matki np. Salomon ben Aron czyli Salomon syn Arona. Przymus nadawania nazwisk wynikał przede wszystkich z powodów użytkowych. Musieli mieć nazwiska żeby stać się podatnikami i poborowymi. W Prusach proces rejestracji Żydów i nadawania im nazwisk rozpoczął się w 1797 roku. Najprostszą formą nowego nazwiska była niemiecka wersja wcześniejszego żydowskiego, jak choćby Jacob Abraham to był Jacob syn Abrahama, a po niemiecku Abraham-sohn. Żydzi dzierzgońscy LP- Dotychczasowe nazwisko Nowe nazwisko 1 Jacob Abraham Jacob Abrahamsohn 2 Isaac Samuel Samuel Behrend 3 Leiser Isaac Leiser Isaac Cohn 4 Fischer Judei Philip Cohn 5 Abraham Hirsch Abraham Hirsch Cohn 6 Leiser Lewin Leiser Lewin Cohnh 7 Hersch Judei Hersch Judei Cohn 8 Witwe Hirschin Witwe Hirschin Freimann 9 Michael Fischel Michael Fischel Frolich 10 Isaac Jacob Isaac Jacob Gotthelff 11 David Schmul David Schmul Grau 12 Jochem Jacob Jochem Jacob Heimann 13 Philip Isaac Philip Isaac Hernberg 14 Jacob Hirsch Jacob Hirschberg 15 Elias Jacob Elias Jacobi 16 Jacob Jontoff Jacob Jontoffsohn 17 Joel Marcus Joel Marcus Jaski 18 Jontow Joseph JontowJosephsohn 19 Michael Joseph Michael Josephsohn 20 Samuel Isaac Samuel Isaacsohn 21 Benjamin Isaac Benjamin Isaacsohn 22 Hirsch Samuel Samuel Kirschenstein 23 Lewin Hirsch Hirsch Krause 24 Schmul Marcus Meyer Kronfeldt 25 Moses Laser Moses Laserstein 26 Michael Lewin Michael Lauden 27 Simon Lewin Simon Leberecht 28 Itzig Lachmann Itzig Lechmann 112 Gmina żydowska w Dzierzgoniu 29 Lewin Lachmann Lewin Lechmann 30 Witwe Lewin Lehna Witwe Lehna Lessin 31 Schier Lewin Schier Lewinsohn 32 Pincus Lewin Pincus Lewinsohn 33 Lewin Pincus Juda Lewinsohn 34 Meyer Lewin Meyer Liedeke 35 Meyer Liebchen Meyer Loewenstein 36 Isaac Lewin Isaac Loewenthal 37 Ischejacob Jacob Lorentz 38 Joseph... Joseph Lubeck 39 Abraham Lewin Lewin Lur 40 Marcus Mathes Moses Marcus Mathessohn 41 Jacob Koppel Jacob Mendel 42 Jacob Michael Jacob Michaelowicz 43 Meyer Nathan Meyer Nathansohn 44 Hirsch Joseph Joseph Neumann 45 Joseph Samuel Joseph Samuelsohn 46 Witwe Zakek Witwe Schneider 47 Hirsch Abraham Abraham Schneider 48 Lewin Abraham Lewin Schneider 49 Nathan Joseph Nathan Scholl 50 Abraham Simon Simon Simonetty 51 Israel Simon Israel Simonshon 52 Abraham Meyer Meyer Weinberg 53 Witwe Marcus Reie Witwe Wilhelminę Wohlgemuth 54 Witwe Marcus Blume Witwe Henriette Weinholtz 55 Abraham Hirsch Abraham Wolf Mimo, że Żydzi przyjmowali obywatelstwo pruskie, to społeczność żyła we własnym środowisku. Niewielu się asymilowało, tym bardziej, że asymilację wśród Żydów traktowano jako zdradę. Byli lojalnymi obywatelami państwa pruskiego, ale żyli we własnym, odrębnym świecie, regulowanym przez biblijne przepisy religijne. Podobnie działo się też w miastach i miasteczkach dawnych polskich kresów wschodnich. W 1847 r. władze pruskie wydały „Ustawę o stosunkach żydowskich”, która regulowała kwestie prawne dotyczące organizacji i funkcjonowania gmin żydowskich. W głównej miejscowości każdej dzielnicy, poza synagogą, musiał istnieć także cmentarz żydowski. Gmina żydowska posiadała osobowość prawną, a jej członkowie byli zobowiązani do płacenia składek na jej utrzymanie. Wysokość składek była uzależniona od posiadanego majątku i osiąganych dochodów. Najbiedniejsi byli zwolnieni. W każdej gminie sy-nagogalnej musiało być prowadzone nauczanie religii. Gmina sprawowała opiekę nad Leszek Sarnowski 113 biednymi i chorymi członkami swojej społeczności. Za miejsca siedzące w synagodze pobierano opłaty. W 1838 roku w Dzierzgoniu zbudowano synagogę przy Schlossvorstadt (Przed-zamcze) 34. Nie udało się do tej pory niestety znaleźć żadnego zdjęcia tego obiektu. Tym bardziej, że na początku XX wieku synagoga spłonęła w niewyjaśnionych okolicznościach i nigdy nie została odbudowana. Dzierzgońscy Żydzi korzystali od tego czasu z synagog w Sztumie, Malborku, Kwidzynie lub Elblągu. W Dzierzgoniu istniała w tym czasie również łaźnia rytualna (mykwa), o której niemiecki historyk Otto Piep-korn pisze, że znajdowała się naprzeciwko ogrodnictwa Schaldach na brzegu rzeki Sorge. Po pierwszej wojnie łaźnia byłą rzadko używana i wkrótce została zamknięta. Około 1826 roku powstała pierwsza żydowska szkoła. Dzięki niemieckim historykom znamy nazwiska niektórych nauczycieli i urzędników zajmujących się oświatą. Często obie funkcje były łączone. W latach 1855 - 1860 roku kulturą i szkolnictwem w gminie żydowskiej zarządzał nauczyciel Joachim Cohn. Przez kilka lat do połowy 1884 roku dyrektorem szkolnictwa i kultury, nauczycielem i kantorem był prowadzący śpiew Priester. W tym czasie pensja wynosiła 2380 marek. Od 1884 do 1895 roku nauczyciel J. Warszawski był urzędnikiem Działu Szkolnictwa i Kultury. Pochodził z Nowego Tomyśla pod Poznaniem. W1893 roku do szkoły żydowskiej uczęszczało 35 dzie- 114 Gmina żydowska w Dzierzgoniu ci. W 1902 roku urzędnikiem do spraw szkolnictwa i kultury był nauczyciel i kantor Bi-schburg. Do szkoły żydowskiej uczęszczało wtedy 7 dzieci. Od 1910 urzędnikiem do spraw szkolnictwa i kultury był S. Pommer. Do szkoły uczęszczało 6 dzieci. Pensja wynosiła 2.500 marek. Bardzo ważną funkcję w życiu społeczności żydowskiej odgrywało Zgromadzenie Reprezentantów Gminy Żydowskiej. Zgodnie z prawem pruskim każda dzielnica sy-nagogalna musiała mieć swój statut, kolegium reprezentantów i zarząd. Zarząd gminy składał się z trzech członków. Byli oni zatwierdzani przez władze państwowe. Każdy samodzielny i pełnoletni mężczyzna był zobowiązany do przyjęcia co najmniej jednego urzędu w gminie nieodpłatnie. Jedynym zwolnieniem od tego obowiązku była choroba lub osiągnięcie wieku 60 lat. Prawo wyborcze uzyskiwali pełnoletni mężczyźni, należący do gminy przynajmniej od trzech lat, posiadający nieposzlakowaną opinię i regularnie płacący składki. Wybierali oni spośród siebie kolegium (zgromadzenie) reprezentantów liczące 9 osób. Mogli działać tylko wspólnie i odpowiadali przed całą gminą. Kadencja członków trwała 6 lat. Wybory zarządzał komisarz państwowy. Były to wybory tajne, a decydowała większość głosów. Kolegium reprezentantów za zgodą Zarządu wybierało urzędników kultu (rabina, kantora, mohela - zajmującego się ubojem rytualnym itp.), którzy sprawowali swoje obowiązki przez 3 lata Niemieckim historykom udało się ustalić nazwiska osób działających w dzierzgoń-skiej gminie żydowskiej. W 1885 roku w zarządzie gminy zasiadali - Ed. Jacoby, Isa-ac Marcus i Hermann Wronsky. Przewodniczącym Reprezentantów był M. H. Cohn. Rok później przewodniczącym gminy był kupiec Ed. Jacoby. W 1893 roku przewodniczącym gminy żydowskiej został wybrany Hermann Wronsky. W 1896 do zarządu gminy zostali wybrani: kupiec Nathan Lewiński, kupiec Casper Heymann, kupiec Max Heymann i handlowiec Casper Scharlinski, jako zastępca przewodnicząccego. W 1897/1898 urzędnikiem do spraw szkolnictwa i kultury był D. Cohn. W skład zarządu gminy wchodzili: Nathan Lewiński, J. Marcus i B. Behrendt. Przedstawicielami byli: S. Heymann (przewodniczący), E. Hołz, H. Michaelis, Th. Gerson, G. Rosenthal, S. Liedtke, J. Sommerfeld, Jacob Lorenz i J. Rosenbaum. Obradowali między innymi na takie tematy jak naprawa synagogi. W maju 1897 roku do gminy należeli następujący członkowie: Nathan Lewiński, Berhard Behrendt, E. Hołz, I. Josephsohn, S. Liedtke, H. Wronsky, Dr Sachs, Casper Heymann, H. Freundlich, J. Rosenbaum, Bokofzer, Jontoffsohn, Th. Gerson, Sommerfeld, M. Rosenthal, Max Heymann, M. Katz, Aron Rosenthal, J. Rosenthal, J. Marcus, H. Michaelis, Graf, Rosenberg, A. Berendt, Scharlinski, Hirschberg, S. Heymann, J. Gut, Markowski, J. Lorenz, Sandmann, Grueneberg, Joh. Josephsohn, Georg Josephsohn, Th. Sommerfeld, Braun, L. Moses, Dannenberg, Fischer, L. Lichtfelde, Leib Kamiński, L. Itzig, Itzig (ostatni trzej byli prawdopodobnie zatrudnieni w mieście jako czeladnicy). W roku 1902 w zarządzie gminy byli: J. Marcus, B. Behrendt i Isaac Marcus. W 1910 roku zarząd gminy składał się z: S. Liedtke, Eugen Hołz i J. Rosenberg. Przedstawicie- Leszek Sarnowski 115 le: J. Rosenbaum, jako przewodniczący, G. Jontoffsohn, C. Heymann, G. Libowski, H. Michaelis i J. Lorenz. W 1911 roku Zarząd tworzyli J. Marcus i S. Liedtke. Zarząd gminy zarządzał czterema legatami: Jacoby, Falkenhein, Lewiński i Josephsohn. Przewodniczącym byłj. Marcus, który otrzymywał za to 1853 marek. W1913 roku urzędnikiem do spraw szkolnictwa i kultury został kantor Dubowski. W skład zarządu gminy wchodzili}. Rosenberg, S. Liedtke i radca sanitarny dr Sachs. Etat wynosił 1631 marek. Było 20 osób płacących podatki. W Dzierzgoniu działał również żydowskie towarzystwa. Pod koniec XIX wieku (1888 rok) były to między innymi: Chewra Kadischah, zajmująca sie opieką nad osobami potrzebującymi pomocy, z przewodniczącym}. Marcus i E.}acoby, Chewra Ge-milut Chassodim - Kasa Pomocy z przewodniczącym}. Marcus oraz organizacja kobieca, której przewodniczącą była wdowa }ontoffsohn. Społeczność żydowska wypełniała także wiele obowiązków obywatelskich. Wielu z nich uczestniczyło także w działaniach wojennych. W czasie I wojny światowej z dzierzgońskiej gminy żydowskiej zginęli: Aleksander Berhard, Georg Sandmann, Hermann Winkler. W czasie plebiscytu, który miał potwierdzić państwową przynależność ziemi sztumsko — dzierzgońskiej miejscowi Żydzi w znaczącej większości głosowali za Niemcami, jako lojalni obywatele państwa pruskiego. Trudno właściwie się dziwić, bo ówczesne pokolenia Żydów nie pamiętały już czasów polskich, a przyznane im przez państwo niemiecki prawa obywatelskie w zupełności im wystarczały, bo w zasadzie było im 116 Gmina żydowska w Dzierzgoniu wszystko jedno pod jakim panowanie przychodziło im żyć, bo i tak żyli we własnym, odrębnym od większości (niezależnie polskiej czy niemieckiej), świecie. Około 1924 roku do gminy żydowskiej należały 63 osoby. 16 osób płaciło podatki. Kantor i nauczyciel Asperowitz nauczał 8 dzieci. Zarząd składał się z Alfreda Mannes, J. Rosenberg i Libowski. Przedstawicielami byli: Scharliński, Rosenthal, Gruenberg, Be-rendt i Gerson. Ostatnie dane pochodzą z lat 1929/31. W Dzierzgoniu mieszkało wtedy 50 Żydów. 16 osób płaciło podatki. Nauczyciel i kantor Prager nauczał 9 dzieci. Przewodniczącym gminy był J. Rosenberg, a w zarządzie zasiadali: Alfred Mannes, dr Sachs i J. Rosenberg, który był jednocześnie sekretarzem gminy. Chewra Kadischah była kierowana przez Alfreda Mannes. Dziś, poza cmentarzem, nie ma w Dzierzgoniu żadnych widocznych śladów po społeczności żydowskiej. Cmentarz wpisany jest do rejestru zabytków i od kilku lat opiekuje się nim młodzież z miejscowego Zespołu Szkół. To chyba najlepsza nauka historii i wrażliwości. Jan Chłosta 117 Jan Chłosta POLACY NA POWIŚLU PRZED 1939 ROKIEM1 CZ. 2 Z chwilą pozyskania w 1922 roku dwóch mandatów poselskich w sejmie pruskim przez Jana Baczewskiego i ks. Józefa Wajdy z Kielczy na Śląsku Opolskim (po jego śmierci 3II1923 r.) mandat otrzymał Stanisław Sierakowski z Waplewa, kierownictwo Związku Polaków podjęło starania o uregulowanie szkolnictwa polskiego w Niemczech. Już 23 lutego 1923 roku dwaj posłowie złożyli interpelację w sprawie wprowadzenia oświaty polskiej. Potem sam Baczew-ski wiele razy zwracał się o wydanie przepisów stwarzających mniejszości polskiej możliwości otwarcia własnych szkół. Jego zabiegi zakończyły się ostatniego dnia 1928 roku wydaniem przez sejm pruski ordynacji dotyczącej uregulowania szkolnictwa mniejszości polskiej. Na tej podstawie można było otworzyć pierwsze szkoły polskie w Niemczech, sprowadzić z kraju do Niemiec polskich nauczycieli, którzy także w pracy pozaszkolnej w skupiskach Polaków zdołaliby rozwinąć działalność kulturalno-oświatową, wpłynąć swoim autorytetem na ożywienie istniejących towarzystw i organizacji młodzieżowych. Jan Baczewski jako prezes Związku Polskich Towarzystw Szkolnych w Niemczech przywiązywał wielkie znaczenie do werbunku kandydatów na nauczycieli we wsiach o znacznej liczbie ludności polskiej. Osobiście odbywał z nimi rozmowy w Berlinie. Znając mentalność i położenie Polaków w Niemczech starał się uwzględniać predyspozycje każdego kandydatów, kierować nauczycieli do tych miejscowości, w których mogli przynieść najwięcej pożytku dla sprawy polskiej. Podstawowym zadaniem nauczyciela było nauczanie w szkole, ale ważna była też praca narodowa. Szkoła miała promieniować na okolicę polska kulturą, wciągać więcej gospodarzy do działalności Rad Rodzicielskich, które właściwie były kołami Związku Polaków w Niemczech. Na Powiślu tworzeniem polskich szkół, jak napisałem, zajmowali się: Maksymilian Golisz i Jan Boenigk. Oni musieli wynajmować lokale na szkoły, pozyskiwać pisemne zgody rodziców na uczęszczanie dziecka do Polsko-Katolickiej Szkoły Prywatnej. Pierwsze trzy szkoły na Powiślu powstały 3 czerwca w 1929 roku w Trzcianie, Starym Targu i Waplewie. Najwięcej dzieci miała szkoła w Trzcianie, na zgłoszonych wstępnie 90 pojawiło się na pierwszych zajęciach aż 62 chłopców i dziewcząt. W tej sytuacji trzeba było naprędce wynająć i adaptować kolejne klasy lekcyjne, także zatrudnić trzech nauczycieli, a więc Wiktora Kleszczyńskiego, Ka-^Od Redakcji: W poprzednim numerze „Prowincji” wypadł ze str. 129 następujący akapit i dołączona do niego literatura: „W dwa lata po ukazaniu się książki B. Łukaszewicza i W. Wrzesińskiego, Andrzej Lubiński zdołał ustalić kolejnych kilkadziesiąt nazwisk: dla oddziału Postolin - 119, i innych - 284, a w roku 1999 i 2002 kolejnych 180 - dla Trzciana, Sadłuk i Starego Targu.” A. Lubiński, Uzupełnienie listy członków Związku Polaków Ziemi Malborskiej, Komunikaty Mazursko-Warmińskie, nr 1 \ 1984; A. Lubiński, Towarzystwo Młodzieży w Michorowie i Miranach, w. Z dziejów Sztumu i okolic II, Sztum 1999; A. Lubiński, Członkowie Związku Polaków w Niemczech z Trzciana, Starego Targu i Sadłuk, w: 80 rocznica Związku Polaków w Niemczech, Sztum-Kwidzyn 2002. 118 Polacy na Powiślu przed 1939 rokiem zimierza Gebela i Jana Boenigka. Do szkoły w Starym Targu przybyło 62 dzieci, następnie z powodu przeciwdziałania Niemców liczba spadła do 28. Pierwszym nauczycielem był tutaj Antoni Sarnowski. W kwietniu 1933 szkołę w tej miejscowości przejął Franciszek Jujka. Szkoła liczyła 36 uczniów. Polski inspektor szkolny Józef Mozolewski wystawił nauczycielowi następującą opinię: „jest obywatelem polskim. Żonatym o wysokiej wartości zawodowej i wszechstronnych zainteresowaniach, pracuje umiejętnie i z zamiłowaniem, stanowi pod każdym względem wartościowy typ nauczyciela-wychowawcy, stateczny i taktowny, umie wytworzyć atmosferę współżycia z miejscowym społeczeństwem”.2 Jujka pisał wiersze i zbierał miejscowy folklor. Pod pseudonimem Lech Malbor drukował swoje utwory poetyckie w „Małym Polaku w Niemczech” i w „Gazecie Olsztyńskiej”. Kilka z nich ukazało się w zbiorku wydanym przez Tadeusza Kajana oraz w antologii „Poeci spod znaku Rodła”3. Nauczyciel ze Starego Targu był również autorem wierszowanego tekstu, zatytułowanego „Spotkali się bracia...”, recytowanego przez młodzież z Niemiec podczas pamiętnego Kongresu Polaków 6 marca 1938 roku w Berlinie.4 W Waplewie pierwszym polskim nauczycielem był, wywodzący się z Westfalii, Jan Allery. Naukę rozpoczęło tam zaledwie dziesięciu uczniów. W krótkim czasie ich liczba wzrosła do czternastu. Swoją agitacją o zwiększenie liczby uczniów naraził się władzom rejencji w Kwidzynie, która usunęła go już 7 listopada tego samego 1929 roku. Jego miejsce zajął Kazimierz Miańczyński, do tej pory nauczający w Nowym Kramsku na Pograniczu. Kolejne szkoły utworzono w Postolinie (18 VIII 1929) z 25 uczniami, potem w Mikołajkach (10 V 1930) z 11 uczniami, w Pruskiej Dąbrówce (14 V 1930) z 8 uczniami, w Nowej Wsi (15 VII1930) z 11 uczniami, w Nowym Targu (19 VIII1930) z 11 uczniami, w Sadlukach (14IV 1931) z 10 uczniami. W 1933 roku do dziewięciu polskich szkól na Powiślu uczęszczało 215 uczniów, a w 1939 roku tylko 95 uczniów.5 Co najmniej pięciu uczniów tych szkół kontynuowało naukę w otwartym 10 listopada 1937 roku Polskim Gimnazjum w Kwidzynie. Byli to: Joachim Dumalski, Tadeusz i Marian Łemkowscy, Czesław Pakalski oraz Feliks Włodar-czak, który wcielony potem do Wehrmachtu, przeszedł na stronę aliantów i jako starszy strzelec 8 baonu strzelców I Dywizji Pancernej generała S. Maczka poległ w 1944 roku w Normandii. Wszystkie polskie szkoły na Powiślu przetrwały do wybuchu drugiej wojny światowej. Szkoły polskie w szczególny sposób przyczyniły się do ożywienia działalności ruchu polskiego. Dzięki pracy nauczycieli rozwinęły się różne formy działalności kulturalnej w świetlicach, powstałych przeważnie w miejscowościach, gdzie znajdowały się polskie szkoły, poszerzono sieć bibliotek, którymi po 1933 roku zajmowało Polsko-Katolickie Towarzystwo Szkolne. W szkołach powołano drużyny harcerskie. W 1938 roku było na Powiślu osiem drużyn harcerskich: w Waplewie, liczącej 10 chłopców i dziewcząt, w Starym Targu - 20, w Sadłukach - 7, w Postolinie - 26, Czernin 6, Mikołajkach - 14, Trzcianie - 12 i w ramach Gimnazjum Polskiego w Kwidzynie 132 chłopców.6 2 T. Filipkowski, W obronie polskiego trwania. Nauczyciele polscy na Warmii, Mazurach i Powiślu w latach międzywojennych, Olsztyn, 1989, s. 67. 3 Lech Malbork [Franciszek Jujka], Słowa żarliwe. Wybrał i opracował T. Kajan, Zielona Góra 1965, s.24; Wiersze spod znaku Rodła, Wstęp i oprać. J. Chłosta, Olsztyn, 1998. 4 Polacy spod znaku Rodła, oprać. H. Lehr i E. Omańczyk, Warszawa 1972. 5 W. Wrzesiński, Ruch polski na Warmii mazurach i Powiślu w latach 1920-1939, Olsztyn, 1973, s.168. 6 AAN. Pos. sygn. 3677. k. 245. Sprawozdanie z działalności Hufca Ziemi Malborskiej z 31VIII 1938 r. Jan Chłosta 119 Z powodu podejmowanej przez nauczycieli pozalekcyjnej wielu pozbawiono prawo nauczania na Powiślu. Tak stało się nie tylko z Janem Allerym w Waplewie i Franciszkiem Jujką w Starym Targu, ale też w 1932 roku Kazimierzowi Mańczyńskiemu odebrano prawo nauczania w Waplewie, Pawła Hansa usunięto w 1935 roku ze szkoły w Dąbrówce Pruskiej, a ks. Józefowi Styp-Rekowskiemu udzielono jedynie warunkowego zezwolenia na nauczanie religii w Polskim Gimnazjum w Kwidzynie. Na początku marca 1938 roku musiał opuścić Kwidzyn. X Innym zakresem polskiego trwania na Powiślu, dotąd raczej pomijanym przez historyków, były starania o utrzymanie polskiego języka polskiego w kościele katolickim. Kierownictwo Okręgu Powiśle ZPwN przywiązywało do tej sprawy wielkie znaczenie. Jeszcze w 1933 roku w jedenastu parafiach, a więc: w Benowie, Kałwie, Krasnej Łące, Kwidzynie, Mikołajkach, Postolinie, Starym Targu, Ryjewie, Straszewie, Sztumie i Tychnowach odprawiana nabożeństwa w języku polskim. W jednych jak w Postolinie, Starym Targu i Straszewie odprawiane były trzy msze święte po kolei w miesiącu i tylko jedna kazaniem niemieckim oraz w Sztumie i Kwidzynie, gdzie w miesiącu odbywały się po jednym nabożeństwie. Bliżej wybuchu drugiej wojny światowej pomniejszano liczbę polskich nabożeństw. Następowało to pod naciskiem niemieckich organizacji nacjonalistycznych na Kurię Biskupią we Fromborku, a ksiądz biskup Maksymilian Kaller, tak jak jego poprzednik na urzędzie biskupim, sprzyjał Niemcom. Przy każdej okazji potwierdzał jednak przywiązanie polskich katolików do Kościoła. Starania te znalazły swoje odzwierciedlenia w zachowanych petycjach polskich parafian z Postolina, Mikołajek, Straszewa i Sztumu. W liście parafian z Postolina czytamy: „Z bólem serca przyjęliśmy wiadomość o zmniejszeniu liczby nabożeństw z kazaniami, wygłaszanymi w języku polskim w kościele parafialnym w Sztumie. Aczkolwiek kazania te były wygłaszane niepoprawna polszczyzną, to jednak przemawiały one nam więcej do duszy, aniżeli obce, dla wielu całkiem niezrozumiałe kazania niemieckie. Poza tym zredukowane do jednej trzeciej nabożeństwa polskie samego Bractwa Serca Pana Jezusa, którego większą część członków, bo aż 56 z ogólnej liczby 60, używa języka polskiego podczas modłów [... ] Zanosimy karna prośbę do Jego Ekscelencji o zrozumienie naszych duchowych potrzeb i zniesienie tak srogiego zarządzenia, przywracając stan dawniejszy nabożeństw z kazaniami i śpiewem polskim tj. w każda drugą niedzielę miesiąca oraz trzy razy w dni powszednie”.7 Biskup Kaller odesłał petycję z adnotacją, że korespondencja do Kurii Biskupiej we Fromborku odbywać się powinna w języku niemieckim. Autorzy listu przełożyli tekst, ale prośba wyrażona w języku niemieckim nie zmieniła wcześniej wydanego zarządzenia. Liczyli bardzo na zrozumienie biskupa, bo przed rokiem, jak sam mówił w kościele po polsku, to Niemcy demonstracyjnie opuścili świątynie, a on wtedy powiedział „mogli przynajmniej te kilka minut spokojnie poczekać!” Kiedy ksiądz proboszcz odczytywał Ewangelię w obecności biskupa, to nawet niemieccy parafianie nie wstawali. Kuria Biskupia we Fromborku nie sprzyjała kapłanom związanym z ruchem polskim. Jeszcze w 1923 roku delegacja parafian ze Straszewa udała się do Fromborka i prosiła rządcę diecezji, aby przy obsadzaniu probostwa zechciał wziąć pod uwagę księży: Andrzeja Czeczkę, Karolą Langwalda i Wojciecha Rogaczewskiego, jako kapłanów znających język polski. Tymcza-7 AAN, KK. sygn. 3680, k.4. Memoriał do Księdza Biskupa Kallera we Fromborku z 10II1932 r. 120 Polacy na Powiślu przed 1939 rokiem sem ordynariusz mianował proboszczem ks. Jana Certę bardzo słabo posługującego się językiem polskim. Zostało, zatem jak napisał konsul Józef Gieburowski, nie tylko zignorowane życzenie patronatu, ale nie spełnienie potrzeby polskiej parafii. Dwa lata później ten sam Ksiądz Biskup Augustyn Bludau nie dokonał również wyboru z trzech proponowanych przez właściciela Waplewa Stanisława Sierakowskiego, z tytułu przysługującemu mu prawo prezenty kapłana w parafii w Krasnej Łące (spośród księży: Sochaczewskiego, Rogaczewskiego i Langwal-da), tylko mianował ks. Juliusza Weichsla, wcześniej kanonicznie usuniętego z parafii św. Jakuba w Olsztynie, zupełnie nie posługującego się językiem polskim. Kiedy zaś po śmierci ks. Weichsla w 1931 r. w Krasnej Łące rozpoczął posługę ks. Sochaczewski, to urzędnicy z Kurii zażądali od niego pisemnego oświadczenia, że zerwie kontakty ze zorganizowanym ruchem polskim i nie będzie przygotowywał dzieci do Pierwszej Komunii świętej w języku polskim. X Z początkiem lat trzydziestych władze niemieckie podjęły zdecydowaną walkę z ruchem polskim na Powiślu. Postanowiono uderzyć w postawy tego ruchu, jakim było samo ziemiań-stwo. Ku temu nadarzyła się akurat okazja w postaci klęski nieurodzaju zbóż na tych ziemiach. W tym 1932 roku banki niemieckie wypowiedziały kredyty polskim ziemianom. Najbardziej uzależnionym id tych instytucji był majątek Sierakowskich w Waplewie, obejmujący aż 12 tysięcy mórg Stanisław Sierakowski był zadłużony aż na 900 tysięcy marek Preussische Central Bodenkreditbank Anstalt w Berlinie i tenże bank nie tylko wypowiedział dalszego kredytowania, lecz nakazał właścicielowi Waplewa natychmiast spłacić całą sumę, w przeciwnym wypadku majątek zostanie poddany licytacji. Sprawy nabrały od razu przyspieszenia. Wyznaczono nawet termin licytacji majątku na 2 lutego 1933 roku. W Waplewie od razu pojawili się przedstawiciele Siedlungsgesellschaft, które miało wtedy w Niemczech prawo pierwokupu ziemi. I wtedy Sierakowskim z pomocą przyszedł rząd polski, który wyasygnował kwotę 1 800 tysięcy złotych na pokrycia zadłużenia. Stanisław i Helena Sierakowscy przenieśli się do kraju, zamieszkali po jakimś czasie w swoim majątku w Osieku pod Rypinem. W tym samym 1933 roku postanowiono połowę klucza waplewskiego, złożonego z sześciu folwarków, sprzedać, a pozostałe 6 000 mórg przekazać pod administrację synowi Kazimierza Donimirskiego, Zbigniewowi. Sam pałac i park z kaplicę pozostał własnością Sierakowskich. W tym samym czasie poddano licytacji zadłużony majątek ziemski Górki, będący własnością Jana Kowalskiego. Niemcy próbowali również wykorzystać nieporozumienia między Polakami. W grudniu 1931 roku Roman Sadowski ze Sztumskiego Pola, nie uzyskawszy pożyczki z Banku Ludowego w Sztumie, bo jego podania nie zaakceptował przewodniczący Rady Nadzorczej Kazimierz Donimirski z tego powodu, że ubiegający się o kredyt był zwykłym robotnikiem rolnym w majątku Franciszka Chełkowskiego w Telkwicach i nie miał zabezpieczenia majątkowego, poczuł się tą decyzją urażony. Zaczął oskarżać Związek Polaków o jednostronne działanie i założył opozycyjną wobec Związku organizację pod nazwą Związek Prusko-Polski. Zyskał przy tym wsparcie landrata dr Zimmera i komendanta policji dr Zierpisa, czego nie ukrywał. Zapowiedział, że w wyborach do parlamentu niemieckiego nie będzie głosował na listę Polskiej Par- Jan Chłosta 121 tii Ludowej, organizował za zezwoleniem Niemców zebrania we wsiach pod Sztumem i zachęcał Polaków do wstępowania do nowej organizacji. Większego uznania swoimi hasłami przeciwko polskim ziemianom i Donimirskiemu nie uzyskał, ale spowodował usunięcie ze Starego Targu nauczyciela polskiego Antoniego Sarnowskiego. Stało się to po tym jak Sadowski pojawił się na zebraniu w październiku 1932 roku w sali szkolnej w Starym Targu z udziałem blisko 150 osób i po „otwarciu dyskusji zabrał głos, obrzucając stekiem wyzwisk przywódców Połskiej Partii Ludowej. Zebrani zareagowali na obelgi Sadowskiego i wyrzucili go z sali".8 Po tym incydencie Sadowski postanowił się zemście. Doniosł o tym władzom niemieckim, że z wiecu został usunięty przez polskich nauczycieli Antoniego Sadowskiego i Wiktora Kleszczyńskiego. Radca szkolny dr Olbrich po miesiącu odebrał Sarnowskiemu prawo nauczania w Niemczech i wystosował nakaz opuszczenia Powiśla. A Sadowski pozostał w Sztumski Polu. Wnet jednak ucichło o Związku Prusko Polskim. Również proces między dwoma Niemcami Kramerem i Wiechertem, który odbył się 13 i 14 lutego 1934 roku przed Sądem Krajowym w Elblągu wykorzystano do uderzenia w Polaków. Oto Kramer zaskarżył swego konkurenta z branży piekarniczej, że Wiechert nazwał go publicznie Polakiem i sympatykiem Polaków jeszcze w okresie plebiscytu. Ten fakt miał potwierdzić proboszcz z Tychnowach ks. Eryk Gross. Na to duchowny stwierdził, że zna Kramera, ale nigdy nie widział go na zebraniach między Polakami. To oświadczenie od razu zmieniło przebieg procesu. Przewodniczący zespołu oskarżającego zauważył, że główną i wymagającą nagany osobą w tym procesie jest duchowny z Tychnowach i jego trzeba potępić, a nie Kramera. W dalszym ciągu procesu przypominano, że ks. Gross nie zmniejszył liczby polskich nabożeństw w parafii i prowadził nadal polski bank. Odtąd w Tychnowach rozpoczęto kampanię przeciwko proboszczowi, zwrócono się nawet do biskupa o skierowanie do posługi religijnej innego kapłana. Tymczasem w obronie proboszcza stanęła większa część parafian. W tej sytuacji biskup cofnął wcześnie wydana nominację księdzu Golanowi. Miejscowi hitlerowcy napisali nawet doniesienie do gauleitera Kocha, aby ten usunął język polski z kościoła w Tychnowach. Sprawę rozstrzygnęła niespodziewana śmierć ks. Grossa (17 XI 1935 r.). Po nim dusz-pasterzował tam jakiś czas ks. Feliks Wieczorek. X Szczególną manifestacją polskości na Powiślu, i jak się okazało ostatnią, przed wybuchem drugiej wojny światowej był Sejmik Polaków z Ziemi Malborskiej (taką nosił nazwę), który odbył się 19 lutego 1938 roku w Sztumie.9 Brało w nim aż udział 900 osób, wśród nich, jak podkreślił to konsul, wielu młodych poniżej 30 roku życia. Sejmik poprzedzał pamiętny Kongres Polaków w Berlinie. W Sztumie odczytano wydano z okazji 15-lecia ZPwN. Zakrzewską Odezwę Rady Naczelnej. Znalazły się w niej zdania: „Odrodziliśmy się. Podnieśliśmy poczucie narodowe, rozpłomieniliśmy miłość, zwrócili na powrót i dali mocną wiarę w naród Polski, jego przyszłość, którą własnymi siłami kształtować musimy. Zaszczepiliśmy w serca wartości nieprzemijalne przeciw potęgom materialnym i formalnym. Zjednoczyliśmy wszystkich Polaków z całej Rzeszy w jedną rodzinną gromadę, pod sztandarem Rodła. Dokonaliśmy dzie- ’ AAN.KK. sygn. 3660, k. 347, Pismo Konsulatu RP nr 53a/T/36 z 6 XII 1932 r. 9 Zjazd Polaków Ziemi Malborskiej w Sztumie, GO, nr 41 z 19II. 122 Polacy na Powiślu przed 1939 rokiem ła, którego dotychczas nie potrafiła żadna mniejszość osiągnąć. Lud Polski w Niemczech udowodnił, że w każdym Polaku tkwi mocno poczucie jedności gromadzkiej i każdy Polak potrafi i pragnie jednoczyć się ze wszystkimi Polakami”.10 Odezwę przyjmowano jako wyraz samouspokojenia. Tymczasem nad Polakami w Niemczech wisiały już czarne chmury. Od pewnego czasu władze hitlerowskie wzmogły ograniczenia ruchu polskiego. Jakże odmienne od oficjalnych deklaracji przywódców rządu Hitlera były poczynania terenowych władz. Co raz częściej zdarzały się przypadki pobicia, napadów na Polaków, których sprawców nigdy nie wykryto. Potem w oparciu o hitlerowską ustawę o bezpieczeństwie granic i odwecie z 9 marca 1937 roku rozpoczęto na Powiślu wydawanie nakazów przymusowego opuszczenia miejsca zamieszkania, tak jak czyniono to w innych rejonach etnicznie polskich ziem, wobec aktywniejszych Polaków. Najwcześniej, bo już 24 kwietnia 1939 roku wręczono nakaz opuszczenia do 5 maja swego majątku w Małych Ramzach Kazimierzowi Donimirskiemu wraz z całą rodziną, także jego synowi Zbigniewowi, zarządzającemu majątkiem w Waplewie, leśniczemu z Waplewa Wiktorowi Żyndzie, Józefowi Lewickiemu ze Starego Targu, Guzińskiemu z żoną z Waplewa, braciom Romanowi i Tadeuszowi Gawrońskim z Postolina. Następnie nakaz opuszczenia otrzymał ks. Bronisław Sochaczewski z Krasnej Łąki, Władysław Preuss i Antoni Broda z Waplewa. W połowie sierpnia tamtego 1939 roku wysiedleni zostali ze swego majątku w Czerninie Wanda i Witold Donimirscy wraz z dziećmi. Jakiś czas przebywali w Bad Nauheim, a potem uwięzieni zostali w obozach koncentracyjnych. Ale to najgorsze miało się jeszcze zacząć. Już 25 sierpnia 1939 roku na Powiślu Niemcy rozpoczęli pierwsze aresztowania. Internowano uczniów i nauczycieli Polskiego Gimnazjum w Kwidzynie. Potem nauczyciele i bardziej zaangażowani w pracę narodową Polacy z tych ziem zostali uwięzieni w obozach koncentracyjnych. W porównaniu do innych ziem, Powiśle oddało wielką daninę krwi. Aż 27 Polaków, związanych z tą ziemią w latach międzywojnia, oddało życie w hitlerowskich obozach. Wśród nich byli dwaj konsulowie kwidzyńskiego konsulatu: Edward Czyżewski (1893-1939) i Władysław Mierzyński (1901-1945) zamordowany w Bu-chenwaldzie. Nauczyciele polskich szkół: Paweł Hans (1903-1939), który nauczał w Dąbrówce Pruskiej, został rozstrzelony w Silnie k. Torunia, Franciszek Jujka (1906-1942), nauczający w owej Wsi i Starym Targu zginął w Żbikowie k. Poznania, Wiktor Kleszczyński z Trzciana i Waplewa, został rozstrzelony na fortach grudziądzkich, Antoni Sarnowski (zm. 1939) ze Starego Targu zginął koło Skrwilna pod Rypinem, Maksymilian Golisz (1906-1943), będący kierownikiem Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolne na Powiśle, najpierw przebywał w obozie Sachsenhausen i wyszedł na wolność, następnie ponownie aresztowany pod zarzutem tajnej działalności na rzecz Polski wyrokiem sądu został skazany na śmierć, związani z Polskim Gimnazjum w Kwidzynie nauczyciele Józef Wenda (1890-1940) zginął w Mauthausen-Gu-sen, Nikodem Rozkwitalski (1906-1940) w Sachsenhausen, woźny tej szkoły Teofil Sadowski (1911-1941) zmarł w Gusen, a lekarz gimnazjum Franciszek Gabriel (1904-1944) został zamordowany podczas ewakuacji obozu na Majdanku. Czterej duchowni zginęli w obozach: ks. Władysława Demskiego (1884-1940) ze Starego Targu zamordowano w Sachsenhausen, został on beatyfikowany 13 VI 1991 przez Jana Pawła II w Warszawie, ks. Antoni Lu-dwiczak (1878-1940), będący kierownikiem Warmińskiego Komitetu Plebiscytowego zagazowano w komorze w Hartheim, Tam zginął również katecheta Gimnazjum Polskiego w Kwi- 10 W. Wrzesiński, Ruch polski na Warmii Mazurach i Powiślu, op. cit. s. 292. Jan Chłosta 123 dzynie ks. Stanisław Zuske (1903-1942), ks. Bronisław Sochaczewski (1886-1940) z Krasnej Łąki stracił życie w Sachsenhausen, a ks. Wojciech Rogaczewski (1888-1944), wywodzący się z Dąbrówki pruskiej zmarł w Buchenwaldzie, w Radzimiu zginął ks. Jan Mazella (1883-1939) do plebiscytu w 1920 roku duszpasterzujący w Kisielicach. Zostali zamordowani zwyczajni Polacy: Witold Donimirski (1874-1939) w obozie w Sachsenhausen, Mikołaj Dorsz (1901-1940) instruktor kół młodzieży na Powiślu w Mauthausen-Gusen, tam zginęli również Jan Fiszer (1893-1941) kierujący w latach trzydziestych XX wieku dwoma bankami ludowymi w Sztumie i Kwidzynie oraz Jan Lenga (1895-1942) zajmujący się towarzystwa młodzieżowymi, w Sztutthofie zakończyli życie Bolesław Osiński (1872-1940) ze Sztumskiego Pola prezes Zarządu Okręgu Ziemia Malborska IV Dzielnicy ZPwN, Antoni Pacer (1870-1940) ze Trzciana i Antoni Lewicki (1894-1940) także ze Trzciana. W kaźni gestapo w Rypinie zakończyli życie maltretowani przez miejscowych oprawców, pierwszy prezes ZPwN Stanisław Sierakowski (1881-1939) z Waplewa i jego żona Helena (1886-1939), która mężowi przynosiła pożywienia do więzienia, w Oświęcimiu zginął działacz ruchu polskiego na Powiślu Jan Wróblewski (1899) z Postolina. Ginęli tak, jak Polacy z innych ziem. Załącznik nr 1 Spis członków Banku Ludowego w Sztumie z 1927 roku Członkowie ze Sztumskiej Wsi 1. Kalinowski Teodor gospodarstwo 134 mórg 2. Klingenberg Emil n 246 n 3. Kowalski Ksawery n 153 n 4. Szypkowski Ezeusz n 233 n 5. Szypniewski Piotr n 120 n 6. Kozłowski Maks n 160 n Członkowie ze Starego Targu 7. Bendżnierowski Franciszek n 168 n 8. Bendżnierowski Jan n 247 n 9. Demski Franciszek n 215 n 10. Klingenberg Jan n 125 n 11. Liebrecht Franciszek » 66 n 12. Preuss Ksawery n 64 n 13. Przeperski Leon n 159 n 14. RadkeJózef » 68 n 15. Teschner Józef n 167 n 16. Wojtacki Franciszek n 208 n Członkowie z Nowego Targu 17. Górski Michał n 515 n 18. Hoffmann Stanisław n 160 n 19. Omieczyński Adolf n 157 n 20. Omieczyński Jan n 109 n 21. Paturalski Juliusz n 165 n 22. Paturalski Aleksander n 70 n 23. Radtke Stanisław n 101 24. RadtkeJan n 248 n 25. Radtke Paweł n 87 n 26. Wichowski Józef n 159 n 124 Polacy na Powiślu przed 1939 rokiem Członkowie z Trop 27. 28. Sehnke Feliks Szypniewski Franciszek n gospodarstwo 124 96 mórg 29. Woelk Franciszek Członkowie z Pierzchowic n 143 n 30. Gramatowski Józef 323 n 31. Kalinowski Alfons » 163 n 32. Krajnik Apolinary n 159 n 33. Łemkowski Franciszek n 311 n 34. Łemkowski Jan n 512 » 35. Neumann Michał » 188 n 36. Pawelecki Józef n 61 n 37. Wojtackijan Członkowie z Mikołajek n 66 n 38. Bogdan Monika n 120 39. Bredejan n 132 » 40. Klatt Franciszek » 292 41. Kobritzkijan n 50 n 42. Lewandowski Leon » 173 n 43. Mierzwicki Anastazy n 104 n 44. Nowak Józef n 102 n 45. Pakalski Wacław n 78 w 46. Przeperskijan n 113 w 47. Schomion Franciszek n 27 n 48. Schreiber Zofia n 433 n 49. Szypniewski Aleksander n 72 n 50. Szypniewski Paweł n 97 n 51. Werth Aleksander n 135 » 52. Wiśniewski Antoni n 51 » 53. Wróblewski Hugo n 38 » 54. Woelk Franciszek Członkowie ze Straszewa n 128 n 55. Dluszkowski Ernst n 56 n 56. Gawroński Michał » 33 n 57. Kalinowski Franciszek n 41 n 58. Kalinowski Jan n 48 n 59. Olszewski Alfons gospodarstwo 50 mórg 60. Olszewski Franciszek n 105 n 61. Połomski Leon n 39 n 62. RadtkeJózef n 193 n 63. Salewskijan n 34 M 64. Schreiber Józef n 60 n 65. Schreiber Piotr n 25 n 66. Ścisłowska Amalia n 103 n 67. Wróblewski Stefan n 41 n 68. Wróblewski Franciszek n 62 n 69. Chełkowski Franciszek n 1130 „ z Telkwic 70. Wesołowski Maks Członkowie z Trzciana » 74 „ z Uśnie 71. Borkowski Józef n 46 n 72. Falkowski Jan n 143 n 73. Górtz Brunon n 142 n 74. Górtz Bonifacy n 40 n 75. Mruczkowski Paweł 50 M Jan Chłosta 125 76. 77. 78. 79. 80. Czk Patzwald Franciszek Przeperski Józef Quella Antoni Redmer Władysław Patzer Antoni jnkowie z Nowej Wsi n n » n n 84 120 146 44 35 n n n n n 81. Gawroński Władysław n 30 n 82. Klingenberg Franciszek 169 n 83. Pakalski Teofil n 100 n 84. Wardecki Franciszek n 178 a 85. Wiśniewski Michał n 99 » 86. Wasielewski Jan n 129 n z Nowego Dworu Członkowie ze Sztumu 87. Nowotarski Aleksander n 87 » 88. Osiński Bolesław n 257 n 90. Scisłowski Stanisław, kupiec 91. Wróblewski Jan gospodarstwo 41 mórg Członkowie z Koniecwałdu 92. Murawski Franciszek n 81 n 93. Pakalski Aleks n 222 n 94. Szydzik Aleksandra n 80 n 95. Woelk Brunon n 44 n 96. Wysocki Klemens n 89 » z Gościszewa (Brauswałdu) 97. Sperlin Maria n 35 n z Parpar Członkowie z Postolina 98. Górski Albin n 285 n 99. Klatt Albin 107 n 100. Klatt Bolesław n 129 n 101. Łęgajan n 80 n 102. Nowak Zofia n 197 103. Pawelczak Władysław n 38 n 104. Pawelecki Bernhard n 85 » 105. Radtke Józefa n 243 n 106. Szypkowski Franciszek n 108 n 107. Weissgeber Franciszek n 202 n 108. Zblewski Józef n 359 n Członkowie z Pietrzwałdu 109. Beyer Alfons n 192 n 110. Majewska Anna n 167 n z Czernina 111. Donimirski Witold 2484 112. Donimirski Bolesław n 1597 n z Cygus 113. Donimirski Kazimierz n 747 n z Małych Ramz 114. 115. Donimirski August Donimirski Jan n n 1482 3640 n n z Zajezierza z Bukowa (Buchwald) Członkowie z Kałwy 116. Dambeck Leon n 104 » 117. Korzeniewska Maria n 196 n 118. Szulc Olga n 193 n 119. Łemkowski Jan n 283 n 120. Wichowski Józef gospodarstwo 137 mórg 121. Wichowski Michał n 142 n 126 Polacy na Powiślu przed 1939 rokiem Członkowie z Roślinki 122. Brede Franciszek gospodarstwo 35 mórg 123. Gnatkowski Paweł n 24 n 124. Karczewski Antoni n 32 n 125. Przeperski Józef n 64 n Członkowie z Kołozębia 126. Grochowska Aleksandra gospodarstwo 130 mórg 127. Majewski Aleksander 139 » 128. Scisłowskijan n 151 129. Werthjan n 96 n 130. Połczyński-Janta Roman n 2336 „ z Michorowa i Mątek Członkowie z Miran 131. Borkowski Marcin n 29 n 132. Izdepski Antoni n 135 w 133. Izdepski Bernhard n 111 » 134. Preuss Wacław • n 30 n Członkowie z Dziewięciu Włók 135. Dombrowski Teofil n 122 n 136. Werth Brunon n 62 n Członkowie z Pułkowic 137. Kozłowski Antoni » 48 n 138. Kozłowski Władysław » 30 n 139. Majewska Jadwiga n 98 n 140. Omieczyński Franciszek n 114 n 141 Quella Anastazja n 167 n Członkowie z Wielkich Ramz 142. Gawroński Antoni n 108 n 143. Smoliński Franciszek n 184 n 144. Ścibora Bolesław n 85 n 145. Ścisłowski Ludwik » 102 „ z Ramot Członkowie z Sadłuk 146. Bruntke Józef n 92 n 147. Lenzner Hieronim gospodarstwo 81 mórg 148. Nowak August n 57 n 149. Ścisłowski Franciszek n 69 n 150. Ścisłowski Tomasz 58 n 151. Ścisłowski Piotr n 165 n Członkowie z Nowej Dąbrówki 152. Barez Antoni gospodarstwo 71 mórg 153. Duszyński Franciszek n 143 n 154. Grochowski Izydor n 240 n 155. Hoffmann Konstanty n 157 n 156. Quella Piotr n 127 n 157. Szydzik Anastazja n 60 158. Szypniewski Stanisław n 134 Źródło: AAN, Konsulat RP w Kwidzynie, sygn. 3681, k. 312. Marcin Owsiński 127 Marcin Owsiński TRZY ŚWIATY STUTTHOFU: KURORT - OBÓZ - NORMALNOŚĆ Często operując obrazami związanymi z obozami koncentracyjnymi oraz ich więźniami dokonujemy skrótów myślowych oraz generalizacji ocen. Wszystko wydaje się nam czarno-białe i jest skonstruowane na zasadzie dobro - zło, pozytyw - negatyw. Zawężone pojęcie wynika z naszej ograniczonej wiedzy i koncentracji uwagi na typowych obrazach obozowych: kominach, barakach, ludziach w pasiakach, drutach kolczastych. Tymczasem wszystkie te typowe obrazy obozowego mikroswiata są tylko wycinkiem większej całości, w jakiej powinniśmy widzieć i oceniać obozową rzeczywistość. Sam obóz nie był nigdy światem samym w sobie, samowystarczalnym i żyjącym w całkowitej izolacji od otoczenia. Był on zawsze połączony siecią widzialnych połączeń i niewidzialnych zależności z najbliższym otoczeniem, był fragmentem rzeczywistości społecznej, gospodarczej, politycznej itp. Zazwyczaj te zależności i połączenia rozpatruje się z perspektywy sprawców i ofiar, w ostatnim czasie dochodzi do tego trzecia grupa „stojący z boku, przyglądający się. W wypadku byłego KL Stutthof sytuacja jest o tyle ciekawa, że grupę „obserwatorów” można podzielić na dwie bardzo wyraźne części: niemieckich mieszkańców wsi Stutthof oraz polskich mieszkańców wsi - zwanej początkowo Obozy a potem Sztutowo. Wieś Stutthof znana jest w dokumentach od XV wieku, została założona przez rycerzy Zakonu Krzyżackiego. Od samego początku istnienia teren delty Wisły był bardzo silnie związany z największym miastem regionu i ośrodkiem politycznym - Gdańskiem. Od końca XV wieku w Stutthofie znajdowały się dobra ziemskie należące do miasta, które oddawane były w dzierżawę przeważnie urzędnikom miejskim, w ten sposób w II połowie XVIII wieku w Stutthofie osiedliła się rodzina Schopenhauerów. Do 1772 roku i pierwszego rozbioru Polski Stutthof, tak jak i Gdańsk, należał do Polski, a po tej dacie aż do 1920 roku stanowił część Prus, potem II Rzeszy. Przez cały ten czas administracyjnie traktowany był jako domena gdańska. Podobnie było w latach 1920-1939, kiedy istniało Wolne Miasto Gdańsk. Gdańsk i Stutthof administracyjnie były częścią III Rzeszy od września 1939 roku do maja 1945. W tym okresie ludność miejscowości była całkowicie niemiecka. Stutthof był siedzibą gminy wiejskiej, siedzibą władz powiatu był pobliski Tiegenhof (Nowy Dwór Gdański). Teren był typowo rolniczy, jedynie część nadmorska gminy była szerzej znana jako teren wypoczynkowy, do którego można było dojechać koleją, statkiem albo samochodem. W 1943 roku wieś Stutthof liczyła 2941 mieszkańców. Sama miejscowość nie została szczególnie doświadczona przez działania wojenne. Poza powołaniami do wojska (prawie stu mieszkańców Stutthofu zginęło na froncie w czasie II wojny) i kilkoma przelotami sa molotów bombardujących Gdańsk i Królewiec, do 1945 roku życie było spokojne. Obszar gminy i samej miejscowości Stutthof został w całości zajęty przez oddziały Armii Czerwonej w dniach 8-9 maja 1945 roku po bezwarunkowej kapitulacji podpisanej w Ber- 128 Trzy światy Stutthofu: kurort - obóz - normalność linie. Wejścia Rosjan doczekało we wsi ok. 300 jej mieszkańców, reszta - 90%, zdecydowało się na ucieczkę w zimie 1945 roku. Ostatnich niemieckich mieszkańców Stutthofu wysiedlono za Odrę jesienią 1947 roku. Na pozostanie w Polsce i przystosowanie się do nowej rzeczywistości zdecydowało się tylko kilka rodzin niemieckich. MIESZKAŃCY STUTTHOFU Tym, co zdecydowało, że mała i niepozorna wieś Stutthof przeszła do historii najnowszej, nie są jednak losy jej mieszkańców, ale działalność założonego w pobliżu wsi obozu koncentracyjnego. Punktem wyjścia naszych rozważań o stosunku niemieckiej ludności Stutthofu do obozu i jego więźniów będzie tom Ostseebad Stutthof wydany w 1995 roku w Niemczech. Piękna, wydrukowana w dużym formacie, księga jest dość typowa dla tego rodzaju wydawnictw: ma ponad 300 stron i zawiera kilkaset fotografii oraz szczegółowe opisy każdej ulicy i miejscowości wra^ ze skorowidzem nazwisk i wydarzeń. To prawdziwa kopalnia wiedzy i wspomnień, dokumentująca przede wszystkim schyłkowy okres istnienia wsi Stutthof, tj. lata 1939-1945. Stanowisko byłych mieszkańców Stutthofu w sprawie istnienia na terenie gminy obozu koncentracyjnego dobrze oddaje jedyna kilkuzdaniowa wzmianka o KL Stutthof. Dowiadujemy się z niej, że w 1939 roku na terenie gminy - podobnie jak i na innych terenach Rzeszy - zaczęto budować obóz koncentracyjny. Rozebrano dom wypoczynkowy, leśniczówkę, dom starców i postawiono baraki dla więźniów. „Gmina Stutthof nie miała żadnej możliwości, aby temu zapobiec. Dopiero po zakończeniu wojny 8 maja 1945 roku do ogółu dotarły wiadomości o strasznych zjawiskach w obozie”. Wydaje się, że ta krótka notatka oraz generalnie objętość materiału o obozie funkcjonującym przez prawie 6 lat tuż koło wsi to trochę za mało, a jak było rzeczywiście? Czy na podstawie innych informacji można odtworzyć skomplikowaną sytuację, jaka istniała w Stutthofie w okresie wojny i która dotyczyła bezpośrednio obozu koncentracyjnego? Prześledźmy to na kilku przykładach: „DANZIGER VORPOSTEN” Wiedza o obozie była o wiele bardziej powszechna na Pomorzu i w Gdańsku niż nam się pozornie wydaje. 13 września 1939 roku główna gdańska nazistowska gazeta opublikowała duży reportaż pod tytułem „Zdrajcy, podpalacze, złodzieje i wrogowie państwa będą internowani”. W tekście czytamy: Obóz dla 2000 mężczyzn w Stutthofie. W Stutthofie w pobliżu leśniczówki w środku lasu powstaje wielki obóz dla internowanych. Kiedy budowa zostanie zakończona około 2000 mężczyzn należących do tej hołoty znajdzie w nim swoje miejsce. Obecnie w obozie znajduje się 480 osadzonych cywili. Ponieważ między nimi reprezentowane są wszystkie zawody, budowa obozu posuwa sie błyskawicznie do przodu. Obecnie funkcjonujący kom-płeks obozowy jest otoczony około trzymetrowej szerokości pasem zasieków i wysokim płotem z drutu kolczastego. Ogromny długi barak znajdujący sie w środku jest na ukończeniu. Dła pewnej części więźniów postawione zostały na środku placu namioty obozowe. Z wcześniej wyczysz- Marcin Owsiński 129 czonym i zdezynfekowanym ubraniem hołota ta, o ile nie zasłużyła wcześniej na ostrzejsza karę, trafia do Stutthofu. Tutaj zostaną zewidencjonowani i każdy z nich otrzyma swój numer. Nie ma już Salomona Totenkopfa albo Bronisława Transkowiaka, jest tylko numer taki i taki. Jak długo jeszcze pozostaną oni w obozie, gdzie musza ciężko pracować, jeszcze nie wiadomo. Kolumna więźniów przechodzi przez wieś Stutthof, około roku 1942, fot. ze zbiorów Archiwum Muzeum Stutthof 130 Trzy światy Stutthofu: kurort - obóz - normalność DWA ZDJĘCIA WYKONANE WE WSI STUTTHOF W CZASIE WOJNY Na pierwszym z nich więźniowie ciągnąc wóz w kolumnie idą przez główną ulicę miejscowości (zdjęcie wykonane z ukrycia). Na drugim figurują więźniowie w jednym z tartaków wsi Stutthof razem z cywilami (zdjęcie oficjalne). Obie sytuacje zaprezentowane na fotografiach wydają się być traktowane jako sytuacja normalna: są ludzie z różnych grup, toczy się normalne życie, nie dzieje się nic niezwykłego. A co się wydarzyło w czasie pomiędzy wykonaniem tych dwóch fotografii? Można opowiedzieć o kilku wydarzeniach, których nie ma na żadnych zdjęciach: są to np. transporty żydowskie przywożone do Stutthofu latem 1944 roku: W ciągu pół roku, od końca czerwca 1944 r. do końca grudnia tego roku do obozu koncentracyjnego Stutthof, oprócz więźniów innych narodowości, przysłano ok. 49 tysięcy więźniów pochodzenia żydowskiego. Taka ilość ludzi przybywająca do małoj miejscowości w ciągu stosunkowo krótkiego czasu, nie mogła być niezauważona przez miejscową ludność, tym bardziej, że niektóre, kilkutysięczne nawet, transporty przybywające do obozu przechodziły wprost przez wieś w swojej drodze do obozu. MIESZKAŃCY STUTTHOFU - SS Analiza wzajemnego oddziaływania obozu i miejscowości może być dokonana nie tylko pod względem stosunków społecznych i międzyludzkich, ale i od strony instytucjonalnej. Zarówno obóz koncentracyjny jak i urząd gminy były jednostkami administracyjnymi, emanacją państwa. W obu tych instytucjach pracowali ludzie miejscowi oraz przyjezdni urzędnicy i żołnierze. Obóz koncentracyjny nigdy nie był traktowany jako swoista enklawa, był integralna częścią miejscowej rzeczywistości, także od strony politycznej i administracyjnej. W rozkazach komendanta KL Stutthof za 1942 rok zachowały się wytyczne związane z obchodami rocznicy puczu monachijskiego, jakie odbyły się 8 i 9 listopada 1942 roku. W programie uroczystości był uroczysty przemarsz delegacji załogi SS KL Stutthof w mundurach galowych z obozu do wsi Stutthof, gdzie odbywała się następnie w hali ludowej wspólna ceremonia i zabawa SS-manów i mieszkańców wsi. W Stutthofie znajdował się urząd gminy wraz z urzędem stanu cywilnego, który sporządzał m.in. akty zgonów. Wpisywano je w odpowiednich księgach. Analiza kilkunastu ksiąg, jakie się zachowały (nie jest to komplet) pozwala stwierdzić, że w trzytysięcznej gminie w latach 1939-1945 odnotowano zgony przynajmniej kilkunastu tysięcy ludzi. Większość zmarłych jako adres zamieszkania ma wpisany: Stutthof, Danzigerstrasse, jest narodowości polskiej, rosyjskiej lub żydowskiej. Znalezienie nazwiska prawdziwego mieszkańca Stutthofu wśród tysięcy stron jest naprawdę trudne, znakomita większość odnotowanych zgonów to więźniowie obozu. Wszystkie zgony do ksiąg zostały wpisane ręką kilku urzędników gminnego urzędu stanu cywilnego, mieszkańców wsi Stutthof. Marcin Owsiński 131 MIESZKAŃCY - WIĘŹNIOWIE Nie są znane publicznie żadne spisane reakcje mieszkańców Stutthofu na widok kolumn więźniarskich przechodzących przez miejscowość w okresie 1939-1945. Już sam ten fakt jest bardzo wymowny. Wydaje się, że gdyby probowac określić emocjonalny stosunek ludności miejscowej do więźniów, dominującym faktorem byłaby po prostu obojętność, przy wszech-obecności obozu i jego więźniów w codziennym życiu mieszkańców miejscowości. O obojętności niemieckiej społeczności zamieszkującej najbliższą okolicę obozu świadczy wymownie brak jakiejkolwiek reakcji z ich strony na widok przybywających transportów więźniów. Dla przykładu można przytoczyć dwa fakty. Na oczach mieszkańców Nowego Dworu Gdańskiego (Tiegenhof) na stacji kolejowej przeładowywano kilkutysięczne transporty Żydów przybywające z KI, Auschwitz i z Kowna z pociągów kolei szerokotorowej do wagoników kolejki wąskotorowej. Podobnie na oczach ludności mieszkającej w pobliżu obozu przybywały transporty Żydów z Rygi, dostarczane drogą morską do Gdańska, a następnie barkami dopływającymi Wisłą i jej odnogami do pobliskiej przystani. O ile mieszkańcy nie spisywali swoich wspomnień z tych wydarzeń, o tyle dysponujemy relacjami więźniów, którzy obserwowali okolice w czasie swojego przybycia do obozu. Przechodzący przez wieś lub jadący wagonami kolejki wąskotorowej więźniowie zapamiętali czyste domy otoczone płotami i kwiecistymi rabatami, przy których bawiły się dzieci. W Stut-thofie nawet w czasie wojny było kolorowo i po prusku spokojnie. Tylko widok więźniów KL Stutthof od czasu do czasu zakłócał nieco ten obraz: W Tiegenhofie otwarto drzwi wagonów i kazano nam wysiadać. Siąpił majowy deszczyk. Okolica wyglądała nieciekawie. Jakieś torfowiska, bagna. O sto metrów od naszej stacji stały przygotowane dla nas odkryte wagonetki kolejki wąskotorowej. Gromada policjantów pilnowała porządku. Wpakowana nas do wagonetki upychając, ile wlezie. Policjanci z gotowymi do strzału karabinami umieścili się na początku, na końcu i w co trzecim wagonie składu. Wreszcie ruszyliśmy. Droga wiodła przez równinę, na której stały schludne murowane domki, typowe dla niemieckich kolonistów. Ludzi widać było mało. Polaków nie było w ogóle. Nieliczni Niemcy patrzyli na nas z nienawiścią i pogardą . Dla ilustracji stosunku miejscowej ludności do więźniów podać można dwa przypadki zawarte w relacjach więźniów. Wydaje się, że oba dobrze oddają dość ludzi i indywidualny charakter każdego przypadku. Wyrażanie swoich uczuć, emocji i czynów w stosunku do więźniów obozu zależały przede wszystkim od stopnia empatii i poziomu indoktrynacji ideologicznej danej osoby. Wydawać by się mogło, że najgorzej było z młodymi Niemcami. Opisuje to Martin Nielsen: Chłopcy z Hitlerjugend w wieku od 7 do 11 lat, którzy wdrapali się na rampę, przy której stały wagony, w których byliśmy stłoczeni, wrzeszczeli do nas przez nie zamknięte otwory w ścianach: - Jedziecie do Stutthofii, do Stutthofu, ha, ha, ha. Stamtąd jeszcze nikt nie wrócił. Równocześnie pluli na nas przez otwory w ścianach. Ci, którym udało się trafić w nasze twarze, nieruchome wobec panującego ścisku, zdawali się rosnąć we własnym mniemaniu i zdobywać szacunek swych kolegów. Mamy jednak także relacje zupełnie inną: Kuba Olszewski, 16-letni więzień pracujący w obozowych warsztatach Gewehrkommando bardzo pozytywnie wspomma pomoc, ja- 1 KrzysztofDunin-W^sowicz, Stutthof Ze wspomnień wifżma obozu koncentracyjnego, Sztutowo 2011, s. S. 132 Trzy światy Stutthofu: kurort - obóz - normalność kiej doznał od niemieckiej dziewczyny, której ojciec SS-man był nadzorcą warsztatów. W tajemnicy przed ojcem, gorliwym nazistą, młoda dziewczyna dzieliła się z Kubą swoim jedzeniem. Oczywiście zastanawiające jest, że w ogóle miała ona wstęp na teren obozu i przebywała w pracy razem z ojcem, potwierdza to jednak tezę, że świat obozu nie był bardzo hermetyczny dla mieszkańców Stutthofu. Więźniowie Stutthofu byli powszechnym widokiem w całej okolicy. Ogólną praktyką było wypożyczanie z obozu praktycznie darmowej siły roboczej do pracy na roli lub w okolicznych firmach. Można był trafić różnie. Pewna więźniarka wspomina: Miałyśmy pecha. Dostałyśmy się do najgorszego człowieka w Orłowie. Tak twierdziłi miejscowi łudzie. On sam był diabełsko zły, żona jego nie miała w sobie nic ludzkiego, a synalek 15-letni bił nas przy każdym spotkaniu. Pracowałyśmy w polu przy zbiorach jesiennych 1944 r. Praca była bardzo ciężka, a jedzenie kiepskie. Nawet w niedzielę nie mogłyśmy odetchnąć, gdyż gospodarz wypożyczał nas innym. Mieszkałyśmy w dziesiątkę w malutkim pokoiku i pod konwojem szłyśmy do pracy. [...] Żydów nienawidził z całego serca. Dlatego też kiedy dostałam gorączki i zamknięto mnie w naszym pokoiku, przyszedł gospodarz z jakąś kobietą i twierdził, że symuluję.[...] Zastrzegł, że jeżeli następnego dnia nie stawię się do pracy, odeśle mnie". Jedynym miejscem, do którego należałoby skierować chore Żydówki, według niemieckiego gospodarza, było krematorium, gdyż : „... psów i Żydów nie wozi się do szpitali. W tej trudnej sytuacji chora więźniarka otrzymała jednak pomoc od zupełnie przypadkowej osoby, Niemki, która przyszła do gospodarstwa, gdzie pracowały kobiety z obozu: Później [...] wróciła i nakarmiła kawą i bułką, a wieczorem zabrała do siebie, nagrzała wody, umyła i strzykawkami oczyściła moje poranione ciało, abym rano jednak mogła pójść do pracy. Dodała: . Potem dalej leczyła mnie. Podobnych relacji związanych z różnymi postawami mieszkańców okolicznych wsi w stosunku do więźniów jest więcej, krótko podsumowując stwierdzić można, że o stosunku do osadzonych decydował charakter człowieka, a nie jego wiek, płeć, czy narodowość, podkreślić też należy, że wszelkie szykany ze strony gospodarzy i właścicieli firm były ich własną inicjatywą, gdyż grupa wypożyczonych więźniów pracowała u nich najczęściej bez stałej eskorty SS-manów i była uzależniona od gospodarza i członków jego rodziny. EWALD FOTH W książce Ostseebad Stutthof w wykazie wielu rodzin i miejscowości brakuje jednej bardzo licznej i znanej do 1945 roku rodziny. Jej członkiem był SS-Rottenfuehrer Ewald Foth, zwany w KL Stutthof „Kró/ew żydowskim". Urodził się 1 sierpnia 1908 w Stutthofie. Od 1936 należał do SS, a od 1937 do NSDAP. 1 listopada 1941 wstąpił do Waffen-SS. Od września 1939 do kwietnia 1945 należał do załogi obozu Stutthof. Początkowo pełnił funkcję strażnika, ale stopniowo awansował zostając w 1944 kierownikiem żydowskiej części obozu (znalazły się w niej głównie kobiety z Węgier, Kowna i Rygi). Tak charakteryzowali go więźniowie: Foth -tęgi, silny, pięćdziesięcioletni mężczyzna, z rudawymi kłakami i posiniałym od bimbru nosem. Foth miał własne, dobrze prosperujące gospodarstwo rolne, położone w niedalekiej odległości od obozu. Szczycił się wspaniałymi końmi i krowami, tęgą żoną i czwórką dzieci. Stutthof zakupywał u niego produkty rolne. Interes -jak sam o tym mówił - szedł całkiem dobrze. Foth umiał bez skrupu- Marcin Owsiński 133 łów zabijać i bez powodu znęcać się nad więźniami. To było przyczyną, że władze obozowe darzyły go pełnym zaufaniem. Później otrzymał przydomek „Króła Żydówek". Będąc odpowiedzialny za blok żydowski, nie licząc się z żoną i surowym prawem o ochronie wyższej rasy niemieckiej, utrzymywał intymne stosunku z Żydówkami. „Królem Żydówek" nazywano go jednak z innego powodu. W jego rękach spoczywała decyzja o życiu lub śmierci więzionych kobiet, wskazywał, kogo należy wsadzić do komory gazowej, kogo zamęczyć, a kogo tymczasowo oszczędzić, to znaczy zapędzić do katorżniczej roboty2. Foth był jednym z najbardziej okrutnych esesmanów w Stutthof, szczególnie znęcał się nad więźniami żydowskimi. Często brał udział w egzekucjach i innych akcjach represyjnych. W maju 1945 SS-Rottenfuhrer Ewald Foth, kierownik, obozu żydowskiego w KL Stutthof, urodził się i całe życie mieszkał w gminie Stutthof, fot. ze zbiorów Archiwum Muzeum Stutthof został aresztowany przez Brytyjczyków i następnie ekstradowany do Polski w maju 1946. W drugim procesie załogi Stutthof przed Sądem Okręgowym w Gdańsku był jednym z głównych oskarżonych. 31 stycznia 1947 skazany został na śmierć przez powieszenie. Stracono go w październiku 1947 w gdańskim więzieniu. Rodzina Foth nie jest dziś powodem do dumy dla dawnych stuttho-wiaków, nikt tak naprawdę się do niego nie przyznaje... IRMGARD STOLTENBERG Młoda dziewczyna, urodzona w roku 1929, dorastająca w latach wojny, mieszkająca w Stutthofie. To z kolei zupełnie przeciwny obraz. Irmgard w latach wojny ukształtowała swoją osobowość, zapamiętała Stutthof jako rodzinną wieś, pełną koloru i życia, miejsce swojego rozwoju i pierwszych miłości. Wyjechała ze Sztutowa w 1947 roku, jednak bardzo często wraca do tej miejscowości. Od kilkunastu lat systematycznie przekazuje do zbiorów miejscowej biblioteki zdjęcia, dokumenty i pamiątki po dawnym niemieckim Stutthofie. Spotyka się z Niemcami i Polakami szukając pojednania, zrozumienia i pokazując świat, który przeminął. Irmagard podobnie jak wielu innych mieszkańców wsi Stutthof na polecenie Armu Czerwonej porządkowała wiosną i latem teren byłego KL Stutthof. Zapamiętała ślady po ludziach, górę obuwia, wiele baraków i sprzętu oraz świadomość, że obóz był praktycznie integralną częścią niemieckiej miejscowości Stutthof - widoczny w prześwitach między drzewami, wyczuwalny przez zapach, kojarzony przez dzieci jako plac zabaw przy drutach kolczastyc . Jak dowodzą powyższe przykłady świat Stutthofti z punktu widzenia niemieckich mieszkańców regionu to dwa równoległe i współistniejące byty - wieś i obóz, które funkcjonowały w symbiozie jako miejsce pracy, życia, fabryka, ośrodek odosobnienia, powszechnie znana 2 Balis Sruoga Las Bogów, Gdańsk 1965, s. 160. 134 Trzy światy Stutthofu: kurort - obóz - normalność „tajemnica” coś normalnego. Przez cały okres wojny do Stutthofu regularnie kursowały pociągi, statki, autobusy, ludzie przyjeżdżali po zakupy, odpoczywali w lasach, kapali się w morzu. Może rzeczywiście, skoro nie mamy na coś wpływu, to wystarczy to po prostu zaakceptować takim jakim jest? WIĘŹNIOWIE STUTTHOFU Odpowiedź na pytanie, co wiedziano na Pomorzu i w Polsce o obozie Stutthof podczas okupacji niemieckiej to żmudne odtwarzanie historii na podstawie jedynie niewielkich dostępnych jej okruszków, które zachowały się w dokumentacji nielegalnej i świadomości ówczesnych ludzi. Działalność obozu Stutthof była generalnie znana w mniejszym stopniu niż np. Auschwitz, Majdanka, czy innych obozów koncentracyjnych i zagłady. Główną przyczyną tego stanu rzeczy jest założenie obozu na ziemiach zamieszkanych przez ludność niemiecką oraz będącego przed 1939 rokiem poza zasięgiem polskiej administracji. Również polskie ośrodki konspiracyjne nie dysponowały pełnym serwisem informacyjnym o Stutthofie. Zdobywanie materiału informacyjnego odbywało się w niezmiernie ciężkich warunkach. Wiadomości o Stutthofie starały się gromadzić różne piony polskiego Państwa Podziemnego oraz niewielkie komórki pomorskich organizacji konspiracyjnych. Członkowie-żołnierze Polski Podziemnej, więzieni w Stutthofie, przesyłali w różnorodnej formie informacje o panujących tam warunkach. Najczęstszą formę stanowiły grypsy przerzucane poza obóz lub przekazywane osobom zainteresowanym, podczas kontaktów ze światem zewnętrznym, np. podczas wy- Marcin Owsiński 135 konywania różnego rodzaju prac przymusowych w podobozach. Czesc danych uzyskiwano poprzez przekazy ustne więźniów lub też relacji już zwolnionych ze Stutthofu. W wydawnictwach konspiracyjnych brak jest szerszych informacji na temat warunków bytowych, transportów, czy egzekucji. Co zatem wiedzieli więźniowie o Stutthofie? Szczerze mówiąc - bardzo niewiele, albo najczęściej w ogóle nic. Nazwa obozu znana była i kojarzona z miejscem eksterminacji praktycznie tylko na Pomorzu, nie była to nawet tutaj jednak wiedza powszechna, ale raczej opowieści szeptane zaufanym, które były oparte na relacjach niewielkiej grupy zwolnionych z obozu. Wyobrażenia i nieliczne dostępne opisy najczęściej okazywały się jednak fikcją w zetknięciu z rzeczywistością, o czym świadczą wspomnienia jednego z więźniów: „O Stutthofie słyszałem już wcześniej, ale to co zobaczyłem to był sam środek po niemiecku zorganizowanego piekła. Nie muszę mówić, jak przekraczało to moje o nim wyobrażenia. Pierwszy kontakt z nazwą „Stutthof” osadzeni mieli najczęściej przy wyprowadzaniu transportu z aresztu bądź więzienia oraz podczas obserwacji drogi w czasie jazdy. Obok głównego wjazdu na teren obozu biegła zbudowana na przełomie XIX i XX wieku linia kolejki wąskotorowej. Ostatnia stacja kolei normalnotorowej znajdowała się w Tigenhof, tam też odbywał się przeładunek tysięcy ludzi z dużych wagonów towarowych do wagoników wąskotorówki. To właśnie kolejka była głównym środkiem transportu więźniów do obozu koncentracyjnego Stutthof: Po godzinnej jeździe pociąg zatrzymał się obok tablicy Stutthof- Waldlager. Było już prawie ciemno. Wysiedliśmy i kazano nam się ustawić w szeregi po 10. Obok nas przebiegał ciągle wysoki SS-mann w czarnym płaszczu. Robiący upiorne wrażenie. Także wartownicy, w czarnych mundurach z trupimi główkami nie budzili miłych myśli3. Transport nowych więźniów po wyładowaniu na stacji lezącej obok głównego wjazdu do obozu pieszo udawał się w dalszą cześć drogi do obozu. Po kilkuset metrach więźniowie mijali główną bramę wejściową do obozu. Bezpośrednio za nią rozciągała się murowana zabudowa części administracyjnej, 200 metrów dalej, za tzw. Bramą Śmierci, znajdowały się baraki części więźniarskiej obozu. Więzień wspominał: Zgrzytnęły hamułce samochodu. Przecinamy las boczną drogą i poprzez bramę, przy której widzę znane już mundury z karabinami, wtłaczamy się w nową i inną rzeczywistość. Przed nami polana, z prawej duży budynek, kawałek dalej odsłania się przed tobą barak przy baraku, wszystko opasane drutem kolczastym. Widzisz szybko poruszające się postacie. Widzisz jakbyś patrzył na obraz w soczewce: wszystko skupione w jednym miejscu, a z boków i w głębi okala obóz zielona ściana świerków i sosen. Świat obozowy skupiony za drutami kolczastymi obejmował w końcu 1944 roku 120 ha powierzchni zabudowanej barakami mieszkalnymi oraz magazynami i halami fabrycznymi. Jednocześnie w tym czasie na powierzchni tej przebywało około 40 tysięcy więźniów reprezentujących kilkadziesiąt narodowości. Więzień Stutthofu z codziennej perspektywy nie znal prawie zupełnie świata dookoła, w najbliższym otoczeniu. Był on dla niego geograficznie i społecznie obcy i wrogi, a najczęstszym poziomem tej znajomości była przymusowa praca w okolicznych gospodarstwach i fir mach, przy głodowym wyżywieniu i upadlających warunkach sanitarnych i bytowych. Miej- 3 K. Dunin-Wąsowicz, op. cit., s. 8. Trzy światy Stutthofu: kurort - obóz - normalność scowi kojarzyli się przede wszystkim z obcym językiem, złym traktowaniem, karaniem za najmniejsze uchybienie oraz oborami i stodołami, w których umieszczano więźniów na noc, jeśli grupa nie wracała do obozu na noc. Przykłady różnych postaw ludności miejscowej do więźniów Stutthofu przytoczono wyżej. Emocjonalnie dla więźniów Stutthof zawsze będzie jednak kojarzył się z nazwą obozu koncentracyjnego a nie miejscowością, z kominem i zapachem krematorium a nie szumem morza, z szarością i cierpieniem, a nie radością i normalnością. Ten zrozumiały i specyficzny świat emocji i obrazów jest szczególnie dobrze widoczny w powojennych staraniach byłych więźniów związanych z upamiętnieniem terenu byłego KL Stutthof i trwających kilkanaście lat zabiegów o powołanie muzeum i miejsca pamięci. Już 1 września 1945 roku byli więźniowie zorganizowali pierwszą uroczystość poświęconą ofiarom Stutthofu. Ponieważ w tym czasie nie było jeszcze możliwości wejścia na teren obozu, gdzie stacjonowała Armia Czerwona, uroczystości te odbyły się na cmentarzu na gdańskiej Zaspie, przy masowych mogiłach'więźniów zmarłych w obozie w latach 1939-1942. Na uroczystościach padły wówczas znamienne słowa: „Obóz koncentracyjny w Stutthofie będzie zawsze realnym dokumentem i symbolem naszej martyrologii regionalnej”. 7 września 1946 roku na terenie byłego obozu Stutthof odbył się pierwszy kilkutysięczny zjazd jego byłych więźniów połączony z uroczystościami religijnymi. Widok rozebranego, zaniedbanego i rozszabrowanego miejsca kaźni wywołał przygnębiające wrażenie. Związek Byłych Więźniów Politycznych starał się od 1947 roku zabezpieczyć pozostałości i teren Stutthofu: zatrudniono kilku wartowników, zbierano rzeczy wartościowe i materiały budowlane, porządkowano przestrzeń, starając się generalnie zabezpieczyć jej dal- t. ze zbiorów Archiwum Muzeum Stutthoj Marcin Owsiński 137 szą dewastację. Naturalnym było, że na najstarszej i najmniej zniszczonej części terenu byłego obozu powstanie muzeum — rozpoczęto już nawet akcję zbierania relacji i pamiątek oraz uzgadniano jego koncepcję działania. Z drugiej strony zajęto się także gospodarczym wykorzystaniem terenu, w tym przede wszystkim byłego ogrodnictwa i zaplecza gospodarczego. Z dzisiejszej perspektywy może się nam to wydawać dziwne, ale były oboz zarządzany przez jego byłych więźniów miał przynosić konkretny dochód ze sprzedaży materiałów budowlanych i wyhodowanych produktów żywnościowych, miał się też stać ośrodkiem wypoczynkowym dla członków Związku Byłych Więźniów, a nawet ośrodkiem kolonijnym. Wydaje się nawet, że tej działalności poświęcano w tamtym czasie znacznie większą uwagę niż kreowaniu funkcji muzealnej terenu. Zmiana sytuacji politycznej przyniosła jednak szybkie reperkusje w stosunku do terenu byłego KL Stutthof i rozporządzania nim przez byłych więźniów. W kwietniu 1949 roku rozebrano w majestacie prawa większość baraków Starego Obozu na tzw. „części muzealnej — zostały cztery, które stoją do dzisiaj. Rozpoczęty konkurs na pomnik nie został zakończony a w 1950 roku zlikwidowano w ogóle w Ministerstwie Kultury Wydział Pomników Walki i Męczeństwa zajmujący się tą tematyką. Muzeum Stutthof udało się powołać dopiero w 1962 roku w zupełnie innej rzeczywistości politycznej, dopiero wówczas duża część Pomorzan, w tym byli więźniowie i ich rodziny, poczuła ulgę i dumę, że niełatwa historia najnowsza naszego regionu, której Stutthof jest i będzie jeszcze długo nieodłącznym elementem, znalazła swoje symboliczne uzewnętrznienie. Dla tysięcy byłych więźniów i ich rodzin Stutthof to tylko i wyłącznie obóz, miejsce cierpienia i upamiętniania. Dla pełnej reprezentatywności postaw powinniśmy do naszej analizy dołączyć jeszcze jedną charakterystyczną grupę, jaką są polscy mieszkańcy miejscowości, osiedlający się na tym terenie od 1945 roku. MIESZKAŃCY SZTUTOWA Polska historia wsi Stutthof zaczyna się latem 1945 roku, kiedy na ten teren zaczęli przybywać pierwsi osadnicy. W ciągu kilkunastu następnych miesięcy przybyło ich ponad dwa tysiące. Większość z nich pochodziła z Wołynia, Wileńszczyzny, Sandomierza oraz pogranicza polsko-ukraińskiego. Statystycznie jedynie około 20-30% nowej ludności pochodziło z najbliższego regionu: Pomorza i Gdańska, Oznacza to, że znakomita większość nowych osadników trafiła do zupełnie nowej rzeczywistości kulturowej, gospodarczej i historycznej. Wszystko wydawało się obce, inne: mieszkania, maszyny, infrastruktura, mentalność, nawet nazwa miejscowości, którą w 1945 roku decyzją władz zmieniono na Obozy wydawała się nieprzyjemna. Inny był też były obóz Stutthof- obcy, niezrozumiały, nawiedzany przez grupy nieznanych ludzi, jednocześnie przerażający ogromem i kuszący ja o poten cjalne źródło materiałów opałowych i budowlanych. W świetle przeprowadzonej przeze mnie kwerendy i wywiadów stwierdzić można, ze jedynie niewielka część nowych mieszkańców gminy miała emocjonalny, osobisty stosune do 138 Trzy światy Stutthofu: kurort - obóz - normalność terenu i pozostałości byłego KL Stutthof. W grupie tej dominują rodziny pochodzące z Pomorza (Gdańsk, Gdynia, Kaszuby), które w okresie okupacji zetknęły się z terminem Stutthof oraz często miały bliskich, którzy byli więźniami tego obozu. Pierwszy zlot byłych więźniów na terenie byłego KL Stutthof we wrześniu 1946 roku organizowała polska rodzina pochodząca z Gdyni, która sprowadziła się do miejscowości Obozy kilka miesięcy wcześniej. W obozie w czasie okupacji osadzono dwóch dalszych członków tej rodziny, z których jeden zginął. Rodzina ta uważała, że uczestnicząc aktywnie np. w konstrukcji i wystroju ołtarza na terenie byłego obozu upamiętnia przede wszystkim swoich bliskich - ofiary KL Stutthof. W tych samych uroczystościach „nowe” polskie władze gminy nie wzięły aktywnego udziału. Większości było to obojętne, gdyż po prostu zabrakło emocjonalnej łączności z tą tragiczną historią, z drugiej zaś strony codzienność pierwszych powojennych miesięcy wymuszała przede wszystkim materialne a nie symboliczne podejście do codzienności. Tym samym teren byłego obozu w szybkim tempie był rozbierany, rozkradany i niszczony także przez miejscową ludność. Sytuacja polityczna i akcje propagandowe wymuszały na władzach lokalnych z kolei włączanie akcentu obozowego do bieżącej działalności gminy tylko w warstwie symbolicznej. W okresie stalinizmu skromna zachowana część byłego KL Stutthof, szczególnie ruiny krematorium, były areną kilku wielotysięcznych zgromadzeń w rodzaju wiecu poparcia Apelu Sztokholmskiego, Wiecu Obrońców Pokoju, czy międzynarodowego zlotu kombatantów lub pochodu mieszkańców Sztutowa z okazji święta 1 Maja. Przy ewentualnej wizycie i zwiedzaniu terenu byłego obozu (co było wówczas możliwe) wejście na teren musiało się odbywać przez wejście boczne przez las, przy ominięciu budynków wojskowych WOP (czyli dawnej części SS-mańskiej) oraz prywatnego gospodarstwa rolnego jakie zainstalowało się na środku dawnego obozu (w ogrodnictwie, szklarniach i stajniach poobozowych). Od końca lat pięćdziesiątych aż do 1962 roku na miejsce żołnierzy do byłej komendantury Stutthofu przyjeżdżali na wywczasy pensjonariusze delegowani przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Wczasy, morze, tańce i wypoczynek w cieniu byłego obozu jak widać nie były traktowane jako coś niezwykłego... Powstanie w 1962 roku Muzeum Stutthof w Sztutowie (obecna nazwa miejscowości używana jest od 1947/48 roku) oraz nieuchronna czasowa i materialna stabilizacja „nowej” powojennej ludności zmieniły nieco optykę postrzegania Stutthofu przez okoliczną ludność. Były obóz stał się przede wszystkim wyznacznikiem znaczenia historycznego miejscowości oraz miejscem pracy wielu mieszkańców regionu, gdyż muzeum stworzyło kilkadziesiąt nowych miejsc pracy. W pewnym sensie, w odnoszeniu się polskich powojennych „obserwatorów” do byłego obozu - podobnie jak w przypadku „obserwatorów” niemieckich z okresu okupacji - emocje zastąpiła normalność i traktowanie miejsca od strony utylitarnej. Nie chodzi przy tym np. tylko o pryzmat Stutthofu jako miejsca pracy. Specyfiką muzeum od samego początku jego istnienia było, że miejscowi obejmowali posady nie merytoryczne, a niewielka grupa naukowców rekrutowana była w Trójmieście, dopiero w ostatnich kilkunastu latach tendencja ta nie- co się zatarła. Marcin Owsiński 139 Ciekawym podsumowaniem stosunku miejscowych do Stutthofu jest funkcjonujący przez kilkadziesiąt lat skrót — dzika ścieżka piesza i rowerowa, która była masowo wykorzystywane o każdej porze dnia i nocy do skracania i ułatwiania sobie dojazdu, nikomu przy tym nie przeszkadzało, że prowadzi ona przez były teren Nowego Obozu oraz obok pomnika i relikwiarza z prochami ofiar. Jej zamknięcie kilka lat temu związane z wytyczeniem strefy ochronnej wokół muzeum wywołało duże protesty korzystających z niej codziennie mieszkańców. Pierwsze trzy dziesięciolecia istnienia Muzeum Stutthof, organizowane w nim maso-we manifestacje (liczbę uczestników uroczystości w 1968 roku szacuje się na ok. 70 tysięcy), wizyty polityków oraz zainteresowania prasowe sprawiły, że znajdująca się obok miejscowość gminna w ogóle przestała być zauważana, muzeum przysłoniło miejscowość całkowicie swoim cieniem, znaczeniem i rozpoznawalnością. Dla osób z zewnątrz Sztutowo było tożsame ze Stutthofem, tak jak kiedyś obóz Stutthof był tożsamy z miejscowością Stutthof. Sytuacja taka w nieco mniejszym zakresie trwa do dzisiaj, na jej niewielkie złagodzenie wpłynęła z pewnością wymiana pokoleniowa, rozwój infrastruktury turystycznej Sztutowa oraz zdecydowanie mniejsze polityczne i propagandowe wykorzystanie Stutthofu przez władze po 1989 roku. Dokonana analiza oddziaływania symboliki i historii Stutthofu na rożne grupy odbmr-ców bezpośrednio doświadczających KL Stutthof pozwala wysnuć kilka wniosków. Emocjonalnie najbardziej związani i terenem i spuścizną byłego obozu koncentracyjnego są jego więźniowie. Jest to reakcja naturalna i bardzo zrozumiała. Obcy mentahue i geograficznie fragment terenu w pobliżu niemieckiej wsi Stutthof i powojennego polskiego Sztutowa stał się dla nich symbolem losów własnego pokolenia, pomnikiem zmarłych towarzyszy i niezbędnym elementem służącym nauce następnych pokoleń. To właśnie dla byłych więźniów 140 Trzy światy Stutthofu: kurort - obóz - normalność historia Stutthofu stała się najbardziej bliska i im też zależało i zależy na jak najszerszym jej utrwalaniu^ m.in. poprzez istnienie Muzeum Stutthof. Z kolei dla mieszkańców regionu, zarówno tych niemieckich do 1945 jak i polskich po 1945 roku Stutthof to przede wszystkim życie codzienne i „normalność”: praca, polityka, utylitarność. Oczywiście jest zauważalna różnica między stosunkiem Niemca widzącego z okien swojego domu fragmenty zabudowań KL Stutthof, a Polakiem który po osiedleniu się we wsi Sztutowo przyszedł wraz z rodziną manifestować w ruinach krematorium pod hasłem „Nigdy więcej wojny!” Teren Stutthofu jest elementem który łączy wszystkie analizowane grupy: więźniów, niemieckich mieszkańców Stutthofu i polskich mieszkańców Sztutowa. Wszystkich z nich łączy również to, że tych kilkadziesiąt tysięcy ludzi różnych narodowości stojących po różnych stronach w różnych czasie określić można jako podmioty, na których testowana była ideologia i propaganda. Sprawcy, ofiary i obserwatorzy to różne przypadki odporności na totalitaryzm i indywidualności charakterów, wszyscy zostali poddani takiej próbie, nie każdy jednak w jej obliczu zachował ludzką twarz. Menonickie historie Andrzej Kasperek GDZIE SĄ KORZENIE ANNY GERMAN? Anna German z matką Inną Martens, fot. z wystawy w Muzeum Żuławskim 142 Gdzie są korzenie Anny German? „Mama jak zwykle czekała na występ swej ukochanej piosenkarki - Anny German, która była dla niej ideałem kobiecej urody i muzycznego talentu”. Urywek pochodzi z mojego opowiadania „Adapter Bambino”, które powstało kilka lat temu, a później znalazło się w tomie „Back in the DDR i inne opowiadania”. Przywołuję go, bo na fali obecnego ogromnego zainteresowania artystką, warto przypominać, że w wielu domach jej piosenki były stale obecne a zainteresowanie „Tańczącą Eurydyką” nie jest dla niektórych tylko chwilową modą. Kiedy na wiosnę TVP zdecydowała się na emisję rosyjskiego serialu, zatytułowanego po prostu „Anna German”, nikt nie mógł przypuszczać, że te dziesięć odcinków pokazywanych w piątkowe wieczory zwabi przed ekrany przeszło sześć milionów widzów, że jego oglądalność utrzyma się na tym poziomie, co ulokowało serial wśród największych telewizyjnych hitów. A w związku z tym, że żyjemy w epoce oglądalności i wysokość słupków jej pomiarów decyduje o wielu sprawach, natychmiast runęła lawina nowych wydań płyt, książek, wspomnień, artykułów prasowych... To zadziwiające wskrzeszenie piosenkarki, o której Polacy zdążyli już zapomnieć, jej reaktywacja, stało się już także przedmiotem analiz speców od mediów i kultury popularnej. Jedni twierdzą, że jej postać idealnie nadawała się do serialu (trudne dzieciństwo, ogromny talent, kariera piosenkarska, wypadek, powrót na estradę, obecność ukochanego mężczyzny, śmiertelna choroba). Z takich składników nietrudno stworzyć historię „duszoszczipatielną”, łapiącą za serce, powiadają owi mądrale. Synteza Brzydkiego Kaczątka i Kopciuszka zawsze się dobrze sprzedaje. Ale czy poza fenomenem tej (być może rzeczywiście chwilowej popularności) dostrzegają prawdziwą twarz „polskiego słowika”? Czy przypominają sobie słowa jej słynnej piosenki: Człowieczy los nie jest bajką ani snem. Człowieczy los jest zwyczajnym, szarym dniem. Człowieczy los niesie, z sobą żal i łzy. Pomimo to można los zmienić w dobry lub zły. Jeśli spojrzymy na German w ten sposób, przez pryzmat jej losów, jej tragicznego życia i wyznawanych przez nią wartości, to zobaczymy postać nie bajkową, nie ckliwą bohaterkę latynoskiej telenoweli, jak chcą ją niektórzy widzieć. Zobaczymy pięknego człowieka, naszego bliźniego. Nie chcę tu rozpisywać się na temat życia Anny German. Napisano o nim mnóstwo, mnóstwo też przekręcono i nazmyślano... Interesują mnie przede wszystkim jej korzenie, menonickie pochodzenie jej przodków, sprawa jej polskości. Sławomir Koper napisał w jej biogramie w książce „Życie artystek w PRL”: „Artystka była Polką z wyboru, w jej żyłach nie płynęła bowiem nawet kropla polskiej krwi. Pochodziła z mieszanego małżeństwa, urodziła się w Urgenczu w Uzbeskistanie na trzy lata przed wybuchem drugiej wojny światowej. Jej ojcem był Niemiec Eugeniusz German, matką Holenderka Irma Martens. Genealogia żadnego artysty epoki PRL nie sprawia tylu kłopotów, co rodowód Anny German. Można jednak spojrzeć na to inaczej - przodkowie German na początku XVIII wieku opuścili Żuławy, które po pierwszym rozbiorze Polski stały się częścią Królestwa Prus, ale przecież przez wieki menonici byli poddanymi królów polskich. Amerykański historyk Pe- Andrzej Kasperek 143 ter J. Klassen zatytułował swą książkę o ich historii w Polsce i w Prusach: „Ojczyzna dla przybyszów”. Wymowny tytuł, który mówi wszystko — Rzeczypospolita stała się ojczyzną dla wygnanych z Holandii i Niemiec wyznawców nowej doktryny religijnej. I Rzeczpospolita po wielu wiekach znowu dała schronienie trzem prześladowanym Holenderkom. Przybysze byli anabaptystami - odrzucali chrzest dzieci i uważali za konieczny powrót do ideałów pierwszych chrześcijan. Był to stworzony przez Menno Simonsa w 1539 roku radykalny ruch dążący do odrzucenia „zepsutego świata” który uznano za dzieło szatańskie. Głosił ideał budowy nowego społeczeństwa opartego na rzetelnych fundamentach. Taki też tytuł: „Dat Fundament des Christelycken leers” („Podstawy wiary chrześcijańskiej”) nosi główne dzieło M. Simonsa. Zawarł w nim m.in. zalecenie, aby chrztu udzielać od 14 roku życia, zakazał swym wyznawcom sprawowania urzędów, składania przysięgi, używania bro- 144 Gdzie są korzenie Anny German? ni i służby w wojsku. Menno uważał, że gmina wyznaniowa powinna wybierać „starszego” spośród siebie - oznaczało to w praktyce likwidację stanu duchownego. Nacisk położył na spoistość wspólnoty, jej izolację od sąsiadów, zakaz małżeństw mieszanych. Edmund Ki-zik, najwybitniejszy polski badacz menonitów, napisał, że „integracji i konsolidacji społeczności menonickiej - oczywiście poza nakazami i zakazami religijnymi lub zwyczajowymi - sprzyjało niewątpliwie życie w wyizolowanych, autarkicznych środowiskach wiejskich, we wspólnotach sąsiedzko-krewniaczych”. Nowa doktryna zyskała szczególną popularność wśród mas chłopskich oraz plebsu miejskiego, czyli drobnych kupców, rzemieślników i wyrobników. Plebejusze z Flamandii i Fryzji tworzyli grupy wyznawców Menno Simonsa. Ich odmienność, radykalizm przekonań, bezkompromisowość poglądów nie spodobała się ani biskupom, ani panom. W Muzeum Żuławskim w Nowym Dworze Gdańskim eksponowana jest wystawa „Na polskich polderach” poświęcona historii menonitów i ich życiu. Wiele rycin pokazuje cierpienia wyznawców tej grupy wyznaniowej, jakie spotkały ich we własnej ojczyźnie. Zostali oni wyjęci spod prawa, wielu zamordowano. Prześladowani wyemigrowali do Prus Królewskich. Przybyli tu w połowie XVI wieku, w czasach koniunktury gospodarczej. Polscy królowie nadawali im przywileje dotyczące swobody wyznania. Tolerancja religijna była wówczas czymś realnym i Polska zasłużyła na dumne miano „kraju bez stosów”. Osiedlano wychodźców w dolinie Wisły, a szczególnie często na Żuławach, w okolicach Gdańska i Elbląga. W Gdańsku początkowo nie pozwalano im zamieszkiwać w obrębie murów - bano się konkurencji. Za to w delcie Wisły, która w dużej części była wówczas terenem podmokłym, depresyjnymi mokradłami zarośniętymi rogożą i olszyną, przyjmowano ich lepiej - po prostu wykorzystywano ich, nabyte w Holandii, umiejętności osuszania terenu. Było to tym ważniejsze, że po trzech wielkich powodziach w 1526, 1540 i 1543 roku Żuławy były wyludnione a pola zamulone. W 1642 r. król Władysław IV ogłaszał: „Na pokorną prośbę wymienionych mieszkańców naszych wysp malborskich, podtrzymujemy i całkowicie chronimy, bez żadnego wyjątku, każde z osobna prawo, przywilej i obyczaj nadany przez miłościwego Zygmunta Augusta, naszego dziada i potwierdzony przez miłościwego Stefana, Zygmunta III...” Z tego fragmentu już widać, że kolejni władcy Polski uznawali za pożyteczne dbać o swych dzierżawców, którzy tak skutecznie sypali wały, odwadniali poldery i meliorowali teren. W historycznej relacji z tych czasów kronikarz zapisał: „Nowy Dwór i jego okolice, zanim zostały zasiedlone przez menonitów, były w większości bagnistym, nieużytecznym terenem, pokrytym trzciną i krzakami. [... ] Ci ludzie uczynili z wielkich i małych wysp (Żuławy) zdolne do uprawy ziemie, budując groble [... ] Zbudowali wiatraki i wykopali rowy melioracyjne. W ten oto sposób bagnistą i nieużyteczną ziemię uczynili zdolną do użytku”. (Cytuję za książką prof. P. J. Klassena.) O menonitach żuławskich nie będę tu więcej pisał, w następnym numerze „Prowincji” chciałbym przedstawić szerszy portret tej grupy. W każdym razie ich cechy - ogromna pracowitość, gospodarność, zmysł praktyczny, czystość, oszczędność i skromność dały znakomite efekty. Menonickie porzekadło głosi: Die ersten hatten den Tod, die zweiten die Not, und die dritten das Brot. - Pierwsze pokolenie czeka śmierć, drugie - bieda, a dopiero trzecie - Andrzej Kasperek 145 chleb. Kiedy już doczekali się owocow swej pracy wtrąciła się historia w wyniku pierwszego rozbioru Polski tereny na których zamieszkiwali stały się łupem Prus. Król Fryderyk II nie zamierzał potwierdzać żadnych przywilejów nadanych menonitom przez polskich królów. Nastawionego militarystycznie władcę mierził ich stosunek do służby wojskowej; niechęć do państwa jako takiego, zamykanie się we własnej grupie. Co prawda początkowo król okazał swa łaskawość i zezwolił na zastąpienie rejestracji i poboru rekruta opłaceniem stosownie wysokiego podatku (przywilej z 1780 r.). Jednak gdy okazało się, że menonici wykupują od swych luteranskich i katolickich sąsiadów ziemię, co oznaczało „pomniejszanie tym samym obszarów rekrutacyjnych miejscowych regimentów” urzędnicy pruscy zakazali im nabywania nowej ziemi lub w wypadku takiego zakupu przejęcie obowiązku dostarczenia rekruta. Fryderyk II lubił pozować na władcę oświeconego, działał zgodnie z przepisami prawa, tyle, że prawa przez siebie stanowionego. Edykt z roku 1789 oraz następny z 1801 ograni-czyły menonitom własność ziemi do 2100 włók (prawie 38 tysięcy hektarów). Mogli oni dokupić ziemi i służyć w wojsku, albo zrezygnować z powiększania gospodarstw, a to oznaczało stagnację i biedę, jako że większość z nich (aż 85%) żyła z uprawy roli. Pojawił się dylemat: przystosować się lub wyemigrować. Pojawia się możliwość wyjazdu. Oto Katarzyna II podbiła właśnie Krym i zdobyła żyzne tereny nad Morzem Czarnym. Brakowało jej chłopów, których mogłaby tam posłać. W1786 roku jej wysłannik przybywa do Gdańska i kontaktuje się z Piotrem Eppem, starszym zboru. Caryca Rosji zaoferowała menonitom bardzo dogodne warunki osiedlania się. Na Ukrainę wyruszył zwiad, aby zbadać warunki kolonizacji; po jego powrocie „jesienią 1788 roku 228 rodzin menonickich przybywa do Dubrownej nad Dnieprem, gdzie spędzają zimę. Menonici ostatecznie osiedlają się u ujścia rzeki Chor-tycy do Dniepru i w jej okolicach; do 1870 r. około 9 tysięcy osób emigruje do Rosji, przeważnie do kolonii Chortyca i Mołoczna, które osiągnęły zaludnienie 45 tysięcy. Do 1914 r. powstało czterdzieści kolonii córek lub siostrzanych o powierzchni 12 tysięcy km i populacji wynoszącej sto tysięcy osób (ustalenia Grzegorza Goli). Exodus obejmował najbardziej religijnych i nieprzejednanych, którzy nie uznawali kom-promisów w sprawach wiary oraz tych, którzy nie mieli szans na własne gospodarstwo lub warsztat. Jedni szukali nowej ziemi obiecanej, inni po prostu lepszego miejsca do życia. Wyemigrowała nadwyżka demograficzna i na Żuławach pozostało przeszło 12 tysięcy wyznaw-ców doktryny Menno Simona, czyli niewiele, bo stanowiło to około 3% całe; populacji w regionie. Taka liczba utrzymała się aż do XX wieku. Ci, którzy pozostali pod berłem pruskim (a później niemieckim) powoli tracili swą odrębność - obowiązkowe nauczanie w szkołach (wcześniej menonici prowadzili własne), służba woskowa, odpływ do miast i inne czynniki sprawiły, że (jak pisał Kazimierz Mężyński): „Totalitaryzm pruski burzy mur izolacji, tak starannie utrzymywany przez menomtow od XVI w. średniowieczny niemal w swym ascetyzmie menonita znalazł się nagle wśród ze-świecczałego [... ] społeczeństwa. Wstrząs był ogromny [... ] naruszenie izolacji zabiło ideę [...] grupa się rozpada”. Postępowała germanizacja, najczęściej dobrowolna. Znikł pacy-fizm, a za to w XX wieku w wielu domach zawisły portrety F 146 Gdzie są korzenie Anny German? Paweł Huelle w opowiadaniu „Stół” napisał: „[menonici] śnią mu się po nocach, że widzi ich jak na jak na jawie, gdy w czarnych kapotach przekraczają bramy obozów, gdy w tych czarnych kapotach zdążają prosto do nieba, a tam, w górze otwierają się wrota i Pan Bóg wita ich z uśmiechem. Bo któż miałby być mu milszy niż oni, którzy uprawiali tłustą ziemię w pocie czoła i z miłością, oni, którzy przekopywali pracowicie kanały, budowali śluzy, stawiali wiatraki, śpiewali hymny i psalmy i nigdy, pod żadnym pozorem nie chcieli brać do ręki broni?” Autor stworzył piękną legendę, ale znakomicie uchwycił podstawową cechę tego wyznania - pracowitość. Prawdziwą religią menonitów była bowiem praca. Menonici, którzy przez wieki często skazani byli na tułaczy los, bardzo dbają o badanie swojej genealogii. Na internetowych stronach typu (np. http://www.rootsweb. ancestry. com lub http://www.bkwin.org) znajdziemy korzenie rodów do piątego pokolenia! W popularnym serialu oglądaliśmy Annę, jej matkę Irmę Martens i babkę Annę Friesen. Wczytując się drzewo genealogiczne piosenkarki dowiemy się, że Irma Martens urodziła się w 1909 r. w Wohldemfurst, taką nazwę nosiło dzisiejsze Wielkokniażeskoje, założone przez kolonistów na lewym brzegu rzeki Kubań. Osada leżała niedaleko Stawropola. Rosyjska wikipe-dia podaje, że jest to „Libkniechtowski rajon Ordżonikidzewskogo kraja”. Jak widać łatwiej nadać nazwę geograficzną utworzoną od nazwiska zasłużonego komunisty (Liebknecht, Ordżonikidze) niż ją zmienić. Jej ojciec Eugen Hórmann urodził się w Łodzi, też w 1909 r. Andrzej Kasperek 147 Rosjanie zapisywali jego nazwisko cyrylicą: German. I tak już pozostało. Pochodził z niemieckiej laterańskiej rodziny. Irma była córką Anny Friesen (1886-1971) i Davida Marten-sa. Pradziadkowie ze strony matki (będę się zajmował tylko linią żeńską, ciekawych odsyłam do wymienionych stron) to Abraham i Katharina Friesen. Abraham był synem Jacoba (ur. 1830), a tego spłodził Johann Friesen urodzony w 1800 w Prusach. Uff! A swoją drogą można pozazdrościć potomkom holenderskich chłopów — polski chłop nie jest najczęściej w stanie wskazać żadnych przodków poza dziadkami lub pradziadami. Przytaczam ten rodowód, aby uzmysłowić, skąd tak naprawdę pochodziła Anna German. Niestety nie mamy informacji, gdzie dokładnie urodził się Johann Friesen. Sięgam po dwa opasłe tomy: „Vorubergehende Heimat” („Tymczasowa ojczyzna”) i „Die Auswande-rung aus Deutschland nach Rufiland in den Jahren 1763 bis 1862” („Emigracja z Niemiec do Rosji...”) Karla Stumppa. W pierwszym zamieszczono mapę emigracji, na której pokazano, że z Królestwa Prus emigracja dotyczyła dwóch regionów: okolic Lipska, skąd wyjechało 950 osób i delty Wisły, skąd wyruszyło 6447 osób. Pierwsza grupa skierowała się do Besarabii, druga natomiast nad Morze Azowskie. Ale gdzie urodził się praprapradziadek Anny? Artur German (Hórmann), odnaleziony po latach stryj, młodszy brat ojca, opublikował w 2003 r. książkę „Die unbekannte Anna German” („Nieznana Anna German”). Wymienia tam miejscowość, skąd wyruszyła do Rosji rodzina jego bratowej: Danzig-Marien-werder. „Po prostu Kwidzyn. Antoni Barganowski, kwidzyński historyk i współautor przewodnika po szlaku turystycznym »Śladami menonitów w Dolinie Kwidzyńskiej« zdziwił się tą informacją. Kiedy spotkał sędziwą Irmę Martens w muzeum menonickim w Nowym Dworze przed kilku laty - nic na ten temat nie mówiła”. To słowa Anny Chomickiej, autorki cyklu artykułów o Annie German, opublikowanych w „Dzienniku Bałtyckim. Tyle, że nikt w Nowym Dworze Gdańskim w Mńzeum Żuławskim pani Irmy nie widział, bo mimo zaproszeń nikt z rodziny piosenkarki się nie pojawił. Nota bene wystawę „Na polskich po-Iderach” otwarto w lipcu 2006 roku, pani Irma miała wówczas dziewięćdziesiąt siedem lat z okładem i chyba nie podróżowała. Artur Hórmann raczej też się myli - nie ma takiej miejscowości. Owszem Kwidzyn nazywał się do 1945 r. Marienwerder, ale nazwa podana przez stryja jest chyba połączeniem nazw: Danziger Werder i Marienburger Werder, czyli Żuławy Gdańskie i Żuławy Malborskie. Stryj pewno nie rozeznawał się w topografii tych terenów, tym bardziej, że to nie był jego Heimat. Karl Stumpp w swym ogromnym dziele dotyczącym emigracji do Rosji wymienia nazwiska wychodźców. Odnotowuje on cztery osoby nazywające się Johann Friesen, żadna z nich nie urodziła się w roku 1800. Biorąc pod uwagę, że wśród menonitów było to stosunkowo popularne nazwisko (spotykane też w wersjach: Friese, Friessen, Fresen, van Riesen) i występowało w wielu wsiach żuławskich (m.in. Rakowo, Rakowe Pole, Piecewo, Swierzni-ca, Cyganek). Po polsku brzmiałoby ono: Fryzyjski; odnosi się to do kramy ich pochodzenia, czyli Fryzji. Sami menonici należeli do dwóch głównych grup - flamandzkiej i fryzyjskiej. Ta druga była mniej poważana, niektórzy pogardliwie nazywali jej członków - Drec-kwagen. 148 Gdzie są korzenie Anny German? Mapa Kolonii Mołoczna z 1852 roku - Orloff= Orłowo, Tiege = Tuja, Rosenort = Różewo... Z dużym prawdopodobieństwem można więc powiedzieć, że przodkowie Anny German wywodzą się z Żuław. Ale o tym w rodzinie się nie mówiło głośno. Jej matka w swych wspomnieniach podaje taką oto wersję: „Gdy miałam sześć, może siedem lat, matka opowiedziała mi o naszym pochodzeniu. Dowiedziałam się wówczas, że ojczyzną moich przodków była Fryzja, północna kraina holenderska, skąd protoplasta rodu po kądzieli przybył do Rosji jako emigrant około 1850 roku. Przodek ów, menonita - mój prapradziadek, hrabia Johan Friesen - będąc zamożnym, opuścił Holandię wraz z trzema synami. Czwarty syn pozostał we Fryzji, by zarządzać gospodarstwem i dbać o konto bankowe. Niestety, przegrał cały majątek w kasynie. Prapradziadek, dowiedziawszy się o tym, miał wyrzec słowa: „teraz nie ma dla mnie powrotu i nie jestem już hrabią”. Na szczęście, przywiózł on do Rosji trzynaście wozów najszlachetniejsżych i najcenniejszych nasion, sadzonek kwiatów i drze- Andrzej Kasperek 149 wek oraz niemały dobytek ruchomy i ludzi, których zatrudniał w swoim majątku. W rejonie osiedlenia zapoczątkował i rozpowszechnił wysoko rozwiniętą holenderską kulturę ogrodniczą. Przodkowie rodziny po mieczu także byli holenderskimi emigrantami, lecz o ich przybyciu do Rosji zachowało się mniej wiadomości. Dzięki matce zrozumiałam, dlaczego w domu rozmawiamy nie po rosyjsku, lecz po holendersku . („Człowieczy los. Wspomnienia matki”) Ładna historia, ale chyba wymyślona. Zwracam uwagę na określenia: „po mieczu i po kądzieli”. Dziwnie brzmi to przywoływanie „miecza” i powoływanie się na szlacheckie pochodzenie. Menonici, jak już wspomniałem, wywodzili się raczej z niższych warstw społecznych. Ta legenda wydaje mi się rodzajem kamuflażu. „Człowieczy los nie jest bajką ani snem” - Anna doskonale wiedziała, że tak jest. Jej matka żyła w ciągłym strachu i trudno się temu dziwić. Ciepło przyjęci przez rosyjskich carów wyznawcy Mennona doskonale gospodarowali w Rosji. Dostali duże nadziały urodzajnej ziemi — po 65 dziesięcin, czyli przeszło 70 hektarów na rodzinę, gwarantowano im wolność wyznania, zwolnienie ze służby wojskowej, zwolnienie z przysięgania w procesach sądowych, własne szkoły. Zabroniono im prowadzenia karczm i produkcji trunków, zakazano nawracania prawosławnych oraz opuszczenia kolonii. Pierwsze lata były trudne, ale później stawali się coraz bogatsi, ich zamożność można porównać z bogactwem szlachty. Powtórzyła się sytuacja z Żuław, gdzie wielu gospodarzy było znacznie bogatszych od polskiej szlachty. Warto zaznaczyć, że zakładanym przez 150 Gdzie są korzenie Anny German? siebie osadom nadawali bardzo często nazwy przywołujące opuszczoną żuławską ojczyznę i tak w holenderskich koloniach można było znaleźć (podaję je w polskim brzmieniu): Orłowo, Lubieszewo, Pordenowo, Żuławki, Różewo, Fiszewo, Tuję. To tylko kilka nazw, które spisałem z mapy okolic Mołocznej. Hodowla bydła i owiec, produkcja mleka, uprawa pszenicy oraz budowa młynów, kuźni a nawet fabryk, przede wszystkim rozwinięta na dużą skalę produkcja maszyn rolniczych. W drugiej połowie XIX wieku w tych okolicach zaczęli osiedlać się także rosyjscy chłopi. Bogactwo sąsiadów aż kłuło w oczy. A w roku 1871 wprowadzono w Rosji pobór powszechny. Historia się powtórzyła. Zaczęła się nowa emigracja, tym razem za ocean - do USA, Kanady, Paragwaju... Sytuacja pogorszyła się znacznie w czasie I wojny światowej, kiedy Rosja i Niemcy znalazły się po przeciwnych stronach frontu. Zaczęły się napaści na osadników, zabroniono im mówić publicznie po niemiecku, wysiedlano z terenów przygranicznych. Rewolucja październikowa przyniosła dalsze prześladowania, bo uznano ich za kułaków, zaczęły się aresztowania i wywłaszczenia.' Strach Irmy trwał jej całe dorosłe życie - już w 1919 r. władza radziecka uwięziła jej dwóch braci „uznając ich winnymi, gdyż jako pracownicy gminy wydali pewnemu mężczyźnie - poszukiwanemu przez władze rewolucyjne - przepustkę zezwalającą na podróż do nieodległej osady”. Zostali skazani na śmierć i ledwo jej uniknęli. Ojciec „zniknął” w 1921 roku. Jej mąż (niektóre źródła twierdzą, że z Eugenem nie wzięła ślubu, nie miał on bowiem rozwodu ze swą żoną Almą) został uwięziony. Historię aresztowania męża serial pokazał dość wiernie, także tułaczki Irmy po Syberii opisano w nim zgodnie z realiami sowieckiej Rosji. Był jeszcze wsadzony do łagru brat Wilmar. Lista represjonowanych członków rodziny jest naprawdę długa - ojciec Eugena umarł z głodu w obozie pod Archangielskiem, wielu krewnych zostało aresztowanych lub zesłanych do Kazachstanu i na Syberię. We wspomnieniach napisała, że słuchając słów hymnu ZSRR: Sziroka strana moja rodnaja, mnogo w niej liesow, poliej i riek ma przed oczyma wielką Syberię, „krainę, która serdecznie wszystkich przyjęła. I jeśli się tam już człowieku dostałeś, władza była spokojna. Mało kto stamtąd wracał”. Wreszcie zrozumiała, że męża skazanego na „ 10 lat bez prawa do korespondencji” w rzeczywistości zabito, zrobiła wszystko, żeby ocalić swe dziecko i matkę. Heroicznie znosiła poniewierkę, prześladowania, głód... Sił dodawały jej słowa ojca, wypowiedziane do niej, kiedy opuszczała dom rodzinny: Sie jeracht onfercht diefer ceeneml (Postępuj sprawiedliwie i nikogo się nie bój!). Małżeństwo z obywatelem polskim, Hermanem Bernerem, dało jej szanse na opuszczenie ZSSR, kraju gdie tak wolno dyszit cziełowiek. Berner prawdopodobnie zginął w czasie bitwy pod Lenino. W 1946 roku Irma z matką i córką stały na dworcu w Taszkiencie; wreszcie po miesiącach oczekiwania uzyskały dokumenty repatriacyjne. Czerwonoarmista długo przeglądał ich papiery i wreszcie pozwolił wsiąść do wagonu, ale na pożegnanie uśmiechnął się obmierźle i powiedział: „Nie myślcie, że tam wam będzie le-piej! Kiedy dowiedziała się, że w Celinogradzie (dziś to Astana, stolica Kazachstanu) mieszka brat jej Eugena i pisze książkę o nieznanych epizodach z życia ogromnie popularnej w Ro- Andrzej Kasperek 151 sji Anny German, prosiła go w liście: „Jeśli spisujesz swoje memuary bądź z myślą o nas ostrożny”. Lata zagrożenia i walki o przeżycie sprawiły, że doceniła rosyjskie porzekadło: Tisze jedziesz, dalsze budiesz! Im mniej osobie mówisz, tym lepiej. Odwieczna prawda rosyjskiej egzystencji stawała się w stalinowskim państwie konicznym warunkiem przeżycia. Stąd pewnie ta ładna historia o holenderskim hrabi. Lepiej było się przyznawać do holenderskiego pochodzenia. Przodek urodzony w Prusach stawał się od razu podejrzany, jako Niemiec, szczególnie kiedy nosiło się takie nazwisko, bardzo podobne do pogardliwego określenia „giermaniec”. Holenderskie pochodzenie brzmiało lepiej - Anna w wywiadzie z 1972 r. dla radzieckiej prasy mówi: „Moja rodzina wywodzi się ze starego holenderskiego rodu osiadłego w Rosji”. A tak na marginesie, myślę, że podobnie było po wojnie ze śladami menonitów na Żuławach. Ocalały ze względu na swe holenderskie pochodzenie. Protestanckie cmentarze rozebrano i zaorano, ale na szczęście te menonickie, leżące gdzieś na uboczu, wśród pól, ocalały... Reżyser Waldemar Krzystek powiedział o bohaterce serialu: „jest w niej duma i siła ducha holenderskich menonitów, z których wywodziła się jej matka”. Rzeczywiście jej upór w dążeniu do celu, uczciwość, solidność i głęboka wiara w Boga to był jej spadek po przodkach To pozwoliło przetrwać trzem kruchym kobietom „na nieludzkiej ziemi” (mówiąc słowami Józefa Czapskiego). To pozwoliło jej przeżyć straszliwy wypadek, urodzić dziecko i walczyć z rakiem. A przy tym była niezwykle pogodnym, ciepłym człowiekiem. Katarzyna niętniająca współbraci, którzy w 1794 roku wyjechali do południowej ‘ " sław Jońca 152 Gdzie są korzenie Anny German? Gaertner, która była autorką jej pierwszego wielkiego przeboju pt. „Tańczące Eurydyki” powiedziała o swej przyjaciółce: „Gdyby człowiek święty’ był zdefiniowany, to Ania zapewne miałaby wszystkie jego cechy. Była oddana sztuce, miała wiele niepowtarzalnych, cudownych cech. Była zamknięta w sobie, a jednak biło od niej ciepło, dobroć, spokój”. Jest w filmie kapitalna scena, która wiele mówi o jej przodkach i dziedzictwie. Po wielu miesiącach leżenia w gipsowym pancerzu Anna jest wreszcie w domu. Jeszcze niesprawna, jeszcze w łóżku. Coraz trudniej jej znosić ten los. I wreszcie czuje się trochę lepiej. Prosi Zbyszka, swego późniejszego męża Zbigniewa Tucholskiego, żeby posadził ją na podłodze i przyniósł kubeł z wodą oraz ścierkę. Podłoga jest brudna, narzeczony goniący resztką sił nie sprzątnął jej należycie. Ten brud sprawia jej fizyczny wprost ból. I teraz myje podłogę i jest szczęśliwa. Nie tylko dlatego, że może wykonać wreszcie pewne drobne fizyczne czynności. To scena symboliczna i wiele mówiąca o jej pochodzeniu. Niedawno ukazała się praca Piotra Oczki pt. „Miotła i krzyż. Kultura sprzątania w dawnej Holandii, albo historia pewnej obsesji”. Autor prześledził motyw holenderskiej schludności, która była słynna w całej Europie. Polski oficer przebywający na Żuławach po upadku powstania listopadowego zanotował po pobycie w domu menonickim: „zachowali wzorowe przodków zwyczaje pilności, gustu, starań... ochędóstwa dobytku i zabudowań gospodarskich, a mianowicie wykwintnej czystości domów i izb mieszkalnych... aż pachnie czystością. Słowem w tych domach nie masz gdzie plunąć...” Badacz tłumaczy, na czym to polegało, pisze: „o przywiązywaniu krowom w oborach ogonów, żeby machając nimi nie pobrudziły ścian, myciu chodników kilka razy dziennie, szorowaniu fasad domów co tydzień mydlinami, przymuszaniu gości do ściągania butów i nerwowym pilnowaniu ich, żeby nie pobrudzili obrusa przy jedzeniu”. Możemy teraz lepiej zrozumieć, dlaczego tak popularnym typem domu była zagroda holenderska w stylu wzdłużnym. Czyli połączenie części mieszkalnej z budynkiem gospodarskim. Jeśli krowy były wyszorowane a gnój regularnie wyrzucany to można było wchodzić prosto z kuchni do obory. Raz byłem w takim domu; gospodarze nie zachowywali „iście holenderskiej czystości” i w kuchni niezbyt ładnie pachniało. Ale ta, dla wielu przesadna troska o czystość, miała umocowanie religijne. Badacz protestantyzmu Alister McGrath pisał, że praca fizyczna była „usankcjonowanym wyznaniowe ideałem. Po raz pierwszy zwyczajne, codzienne czynności najdrobniejszego wytwórcy uzyskały znaczenie religijne”. Tak jak w wierszu angielskiego poety metafizycznego Geor-ge’a Herberta: Gdy kto do pracy stanie Jak sługa Twego prawa, Nawet podłogi zamiatanie Świętym się dziełem zdawa. (przeł. St. Barańczak) Starałem się napisać o menonickich i żuławskich korzeniach Anny German, bo uważam, że miały one ogromne znaczenie dla jej formacji duchowej, zawodowej i ludzkiej. Ale zaciekawiło mnie jeszcze jedno - jak po latach, pewnie nie zdając sobie z tego sprawy, mała grup- Andrzej Kasperek 153 ka uciekinierów spod władzy Stalina znalazła azyl w kraju, który wieki wcześniej przygarnął jej przodków uciekających z Fryzji. Dlatego Anna German, kiedy mówiła, że jest Polką nie robiła tego koniunkturalnie, ona tak to widziała. I kiedy dumnie odrzucała propozycję Leonida Breżniewa, aby została obywatelką kraju Rad wiedziała, co robi. Była Polką z wyboru. Korzystałem z następujących prac: „Mennonici na Żuławach. Ocalone dziedzictwo", Gdańsk 2007; Peter J. Klassen „Ojczyzna dla przybyszów", Warszawa 2002; Sławomir Koper „Życie artystek w PRL", Warszawa 2013; Anna German „Wróć do Sorrento", Zielona Góra 2002; Karl Stumpp „Die Auswanderung aus Deutschland nach Rufiland in den Jahren 1763 bis 1862", 1993; Worubergehende Heimat: ISO Jahre Beten und Arbeiten in Alt-Samara... ", Steinhagen 2009 oraz artykułów: „O mennoni-tach w Polsce" i „Z wędrówek menonitów pomorskich: Gmina w Berdiańsku nad Morzem Azow-skim” Kazimierza Mężyńskiego („Rocznik Gdański" z 1960-61 oraz 1969), „Żuławscy mennonici” Edmunda Kizika ("Gazeta Wyborcza z 1993), cykl artykułów Aleksandry Chomickiej („Dziennik Bałtycki" z 2013), „Kraj miotły i szczotki. Rozmowa z Piotrem Oczką" (dwutygo-dnik.com z 2013). Irma Martens mimo bardzo ciężkiego życia przeżyła 97 lat. 154 O domu, w którym straszy, cmentarzu, który nie istnieje i menonitach Karolina Manikowska O DOMU, W KTÓRYM STRASZY, CMENTARZU, KTÓRY NIE ISTNIEJE I MENONITACH Stela Abrahama Sudermannafot. T. Wąsik Karolina Manikowska 155 Cisy - niewielka wioska na trasie Malbork - Tczew, położona między Kaldowem a Gnoje-wem. Żeby tam dojechać, trzeba kawałek za Kaldowem odbić w lewo z zatłoczonej i niebezpiecznej drogi krajowej nr 22. Teren Cis był niegdyś własnością miasta Malborka, o czym przypomina niemiecka nazwa wsi: Stadfelde - miejskie pola. Powstanie Cis związane było z kolonizacją olę-derską i datowane jest na XVII w. W 1820 r. na 86 mieszkańców 36 było menomtami - zapewne wcześniej było ich znacznie więcej, ale w większości wyemigrowali do Rosji, na tereny obec-nej Ukrainy. Po prawej stronie lokalnej drogi w Cisach, ok. 100 metrów od zjazdu z „22”, stoi okazały, niewykończony dom, wybudowany ponoć w końcówce lat 80. XX w. Właściciel jakiś czas temu zmarł, a mieszkańcy potwierdzają, że nikt nie kwapi się do kupna nieruchomości. Można by zastanawiać się, dlaczego tak się dzieje - budynek ma dobrą lokalizację, nie jest to tez jakiś „klocek, ale ludzie wiedzą swoje i mówią, że w nim straszy. Opowiadają, że jakiś czas temu kilku śmiałków chciało nocą, na własnej skórze przekonać się, czy tak jest w istocie. Plany pokrzyżowała im po-licja. Nie bez powodu powstały te pogłoski, o czym dobrze wiedz, mieszkańcy Cis. Pierwotnie na tym właśnie kawałku ziemi znajdował się cmentarz, prawdopodobnie służący jako miejsce pochówków miejscowym menonitom. Mieszkańcy wsi i okolicznych miejscowości dobrze pamiętają niewielki cmentarzyk, na którym jeszcze przynajmniej do lat 70. znajdowały się nagrobki. Co sie z nimi stało - nikt nie wie. Ale nie jest pierwszym, ani ostatnim takim miejscem na Żuławach, wystarczy wspomnieć, np. Dąbrowę, Lichnowy Wielkie, Lichnówki, Parszewo Lisewo Koscie-leczki. W tych ostatnich na miejscu zabytkowego cmentarza zrobiono bo.sko. Jednak chyba tylko tutaj ktoś postanowił się wybudować. Wydawało się, że ostatnią pamiątką po cmentarzu w Cisach będzie opowieść o duchach straszących w niewykończonym domu, a jednak los sprawił, że jedna z mieszkanek sąsiedniej wsi - Starej Kościelnicy - usłyszała od mieszkającego w Cisach kuzyna iz ma on u siebie w gospodarstwie jakieś „żydowskie nagrobki”. Mieszkanką ową jest Aleksandra Paprot, etnoloz^, dokt°-rantka na UAM w Poznaniu, a kuzynem - Michał Skotarek miejscowy gospodarz. W kręgu zainteresowań naukowych Oli znajdują się żuławskie nekropol e zatem gdy latem ubiegłego roku, rozmawiając z Tomaszem Wąsikiem z Inicjatywy Aktywny Malbork, rodziną autorki mniejsze go artyku u, oraz nią samą przypomniała sobie słowa kuzyna, stało się to bodźcem do natych-miastowych, wspólnych odwiedzin w Cisach. Kuzyn Oli chętnie zaprezentował owe „żydowskie nagrobkT i po dokładniejszych oględzinach stało się jasne, ze są to mennonickie stele. Z pewnością pochodzą one z cmentarza w Cisach, ale nikt nie wie, w jaki sposob znalazły się w go-noscią pocnou 4 . seniorka rodu. Podobno juz wcześniej mtereso- spodarstwie, a były tam, o ą sięg nieufoa kh historyczną wartość dostrzegł wał się mmi miesz aniec BLkowski (znany nowodworzanom jako były radny powiatu, jeden z jej członków obecnie pełnomocnik PiS), który nie pozwolił na odda- długoletm działacz N > właśnie nadeszły. Po dość długich nara- me płyt. Czekały więc na epsze cz y, , Michał wraz z panem Bojkowskim, zdecydowa-dach, państwo Skotarkowie: Krystyna, a e współpracującej okazjonalnie ze stowarzy- li sie na przekazanie ich pod tymczasową opiekę Oh, P P H , . . - -—* - Stogi, podobnie, jak Cisy, znajdują się na terenie gminy Malbork. Po drugie, menonici z Cis podlegali gminie menonickiej z siedzibą w Stogach. Po trzecie, na tamtejszym cmentarzu - największej menonickiej nekropolii na Żuławach - znajdują się również nagrobki ocalone z ewangelickiego cmentarza w Lasowicach Wielkich. Tym bardziej powinno więc znaleźć się miejsce dla tych trzech płyt z Cis - ostatnich świadków menonickiej historii wioski. Nagrobki te upamiętniają następujące osoby - Gerharda Dycka z Cis, ur. 15.05.1783 r., zm. 11.05.1868 r., Heinricha Entza, ur. 16.05.1837 r. w Sandhof - niegdyś wioska pod Malborkiem, obecnie Piaski - dzielnica miasta, zm. 22.01.1873 r. w Szymankowie, oraz Abrahama Su-dermanna z osady Goldschaar - obecnie część Kałdowa (OHZ Gajewo), ur. 16.10.1763 r., zm. 09.12.1840 r. Zatrzymajmy się chwilę przy tym ostatnim. Prawdopodobnie z powodu jego biblijnego imienia i niemieckiego w brzmieniu nazwiska, wyrytych na steli, przesiedleńcy uznali płyty za macewy. Jednak Abraham Sudermann nie był Żydem, lecz menonitą. Mieszkający w niewielkiej osadzie Goldshaar (Golshaar-Heubuden), Abraham Sudermann, był dwukrotnie żonaty. Z pierwszego małżeństwa z pochodzącą z Kraśniewa Anną Dueck, miał dwoje dzieci. Anna zmarła w 1796 r. Z drugiego małżeństwa z pochodzącą z Treugenkohl (dawne wybudowanie nieopodal Gnojewa) Karolina Manikowska 157 Anną von Riesen - aż czternaścioro; ostatni urodził się syn - Leonhard (1821 r.). Zgodnie z men-nonicką tradycją , został on w 1838 r. ochrzczony w Stogach, a po śmierci ojca wyjechał wraz z matką na Ukrainę, gdzie mieszkała już część jego rodzeństwa. Tam, w późniejszym czasie, ożenił się i został wybrany starszym menonickiej gminy w Berdiańsku. Jednak jego największym dokonaniem była współorganizacja (wraz z Corneliusem Jansenem) w 1876 r. emigracji tzw. ruskich menonitów z Ukrainy do Ameryki Północnej i pomoc osadnikom w nowym środowisku. Usiadłszy w Stanach Zjednoczonych, w Whitewater w stanie Kansas, Leonhard był starszym tamtejszego Kościoła Menonickiego Emmaus aż do swej śmierci w 1900 r. Czternaste, urodzone na terenie dzisiejszego Kałdowa dziecko Abrahama dokonało więc wielkich rzeczy. Tym większa radość z odnalezienia i odzyskania płyty nagrobnej jego ojca, który całe życie spędził na miejscu jako jeden z typowych olęderskich gospodarzy. Miejmy więc nadzieję, że wraz z dwiema pozostałymi stela zostanie wyeksponowana w najwłaściwszym miejscu - na cmentarzu w Stogach. Bibliografia ks. Frydrychowicz R. „Stadfelde” w: Chlebowski B., Walewski W, Sulimierski F. (red.) Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, Warszawa 1890, t. XI, s. 174. Źródła internetowe: Domino J. „Cisy”. Katalog Zabytków Osadnictwa Holenderskiego. 2005. Stan na dzień 03 czerw-ca 2013. http://holland.org.pl/art.php?kat=obiekt&id=304 Krahn, Cornelius N. (1959). Sudermann, Leonard (1821-1900). Global Anabaptist Mennonite Encydopedia Online. Stan na dzień 03 czerwca 2013, http://www.gameo.org/encyclopedia/con-tents/sudermann_daniel-l 158 O domu, w którym straszy, cmentarzu, który nie istnieje i menonitach 160 Menonicki dom modlitwy w Jeziorze MENONICI W 1536 roku holenderski ksiądz Menno Simons wystąpił z Kościoła Rzymsko-Katolickiego i dołączył do grona tzw. anabaptystów. Jego decyzja była poprzedzona wieloletnim studiowaniem Biblii i porównywaniem pism z tym co widział na co dzień podczas swojej posługi. W wielu listach i traktatach Simons głosił potrzebę życia według tego, czego nauczał Chrystus, chrzczenia dorosłych, wspierania słabych i uciśnionych oraz odrzucenia przemocy, nawet wobec oprawców. Bardzo szybko nauki te zyskały zwolenników, których zaczęto nazywać menonitami. W związku z przybierającą na sile reformacją, wzmogły się prześladowania anabaptystów, w tym menonitów. Za schwytanie lub zabicie Menno Simonsa została wyznaczona nagroda, przez co musiał on ukrywać się do końca życia. W całej zachodniej Europie wielu mnnonitów poniosło śmierć. W 1660 roku w Holandii została opublikowana książka „Lustro męczenników , opisująca okoliczności śmierci wielu anabaptystów, którzy są określani jako „bezbronni” przez swój całkowity brak oporu wobec prześladowców. Wielu menonitów szukało nowego, bezpiecznego miejsca do życia. Znaleźli je w Polsce, gdzie przybywali na zaproszenie Korony, przedstawicieli miast i szlachty. Było to możliwe dzięki panującej w Polsce tolerancji religijnej, która w 1573 roku została potwierdzona aktem wydanym przez sejm. Dzięki swej wiedzy i doświadczeniu w zakresie inżynierii wodnej, menonici byli bardzo mile widzianymi osadnikami na terenach Żuław Wiślanych. Gdziekolwiek się pojawili, budowali sieć kanałów i rowów melioracyjnych oraz wiatraki osuszające nowe poldery. Zamieniali bagniste nieużytki w dobrze prosperujące gospodarstwa rolne. GMINA KLEINWERDER Już w połowie XVI wieku pierwsi menonici pojawili się w okolicach jeziora Drużno. We wsi Jezioro (Thiensdorf) najprawdopodobniej około 1580 roku. Jako że nie mogli zbudować własnej świątyni, gmina nazywana była Kleinwerder, czyli Małe Żuławy w odróżnieniu od Wielkich Żuław leżących między Wisłą a Nogatem. Była to gmina fryzyjska, do której należeli też menonici, m.in z Markus (Markushof) i Rozgartu (Pr. Rosengart). W 1728 roku nabożeństwa odbywały się w stodole na posesji starszego Melchiora Fro-ese w Markusach. Rok ten przyniósł jednak dobre wieści: decyzją biskupa chełmińskiego Ignacego Kretkowskiego, gmina Kleinwerder uzyskała pozwolenie na budowę domu modlitwy na terenie wsi Jezioro. Budynek wzniesiono w tym samym roku, najprawdopodobniej był on zbudowany z drewna. Prosta forma architektoniczna nawiązywała bardziej do domu mieszkalnego niż do kościoła. W pobliżu założono także cmentarz, na sztucznie podwyższonym terenie, z niewielkimi stawami po obu jego stronach. Po inkorporacji Żuław do Królestwa Pruskiego w 1772 r. menonici utracili prawa wyznaniowe nadane im przez królów Polski. Fryderyk II ustanowił jednak prawo, które w zamian za zapłacenie podatku zwalniało menonitów ze służby wojskowej. Po kilkunastu latach Agnieszka Ojcewicz 161 dodano do tego przywileju zastrzeżenie, że jeśli menonita kupi ziemię od katolika lub lu-terana, to razem z ziemią kupuje obowiązek dostarczenia rekruta. Postawiło to menonitów w trudnej sytuacji, ponieważ kupowanie ziemi było warunkiem rozwoju gospodarstw, jednak wstąpienie do armii kłóciło się z fundamentami ich wiary. Wielu menonitów wyjechało wtedy do Rosji na zaproszenie carycy Katarzyny II. Aby możliwe było reprezentowanie wspólnych interesów, narodził się pomysł, aby zjednoczyć fryzyjskie i flamandzkie gminy. Było to dość trudne, ponieważ przez lata pogłębiały się różnice między tymi grupami. Konieczne były więc ustępstwa. Przedstawiciele gmin fryzyjskich zgodzili się na zaprzestanie przyzwalania na małżeństwa mieszane z luteranami i katolikami i przyjmowania dzieci z tych związków do wspólnoty. Doprowadziło to do schizmy w gminie Jezioro, gdzie w 1791 roku grupa menonitów na czele ze starszym Sperlingiem odłączyła się od zboru i wybudowała nowy dom modlitwy w pobliskich Markusach. Po kilkudziesięciu latach różnice między sąsiednimi zborami coraz bardziej się zacierały, o czym najlepiej świadczy fakt, że podczas budowy nowego domu modlitwy w Jeziorze w 1865 roku, menonici z tej gminy korzystali ze świątyni w Markusach. Po powodzi w 1888 roku, podczas której ucierpiał budynek w Markusach, postanowiono połączyć gminy Jezioro i Markusy, od tej pory gmina nosiła nazwę Thiensdorf-Markushof, a nowy dom modlitwy wybudować w odległym o kilka kilometrów Rozgarcie (PreussischRosengart). Co ciekawe świątynia ta została zaopatrzona w dzwonnicę, co było nietypowe dla mennonitów. Po 1945 roku budynek zaadaptowano na kościół rzymsko-katolicki. Czasy menonitów na Żuławach zakończyły się wraz z II wojną światową. Do 1945 roku większość z nich wyjechała na zachód. W gminach Jezioro - Markusy i Rozgart pozostało około 200 menonitów, wraz ze starszym zjeziora Corneliusem Dirksenem (1875-1951), który wspierał współbraci w czasie, kiedy wokół panował powojenny chaos. W lutym 1947 roku zmarła żona Corneliusa Dirksena - Emma i jeszcze w tym samym roku on sam wraz z współbraćmi wyjechał najprawdopodobniej do Kanady. Wilson Hunsberger z podziwem wspomina, że starszy Cornelius Dirksen, mimo że w zniszczonych ubraniach, wygnany z ojczyzny, pozbawiony dorobku życia i praw obywatelskich, zachowywał chrześcijańską siłę ducha mówiąc, że traktuje to, co przyniesie mu życie jako kolejny krok do nieba. MENONICKI DOM MODLITWY W JEZIORZE Harold S. Bender, który w 1947 roku odbył podróż po menonickich świątyniach na Żuławach, napisał: Tylko [dom modlitwy] w Tiensdorf był zamknięty (starszy Cornelius Dirksen wciąż tam był i miał klucze), więc był czysty i gotowy do użytku. Budynek, w którym przez ponad 80 lat odbywały się spotkania menonitów, stoi w Jeziorze do dziś. Wybudowany w 1865 roku, bardzo różni się od menonickich domów modlitwy z XVIII wieku. Jest to budynek w stylu neogotyckim, ceglany na podmurówce z kamienia, zwrócony frontem do ulicy. Narożniki budowli zwieńczone są małymi wieżyczkami z płyci- 162 Menonicki dom modlitwy w Jeziorze nami w formie krzyży. Po obu stronach drzwi a także na dłuższych ścianach znajdują się wysokie gotyckie okna ozdobione maswerkami. Niestety, nie zachowały się oryginalne drzwi, nad którymi znajdował się napis: „Zur Eh-res Gottes Erbaut im Jahre 1865” -„Ku chwale Boga wybudowany w 1865 roku” Otwór drzwiowy, niegdyś ostrołukowy, został przebudowany najprawdopodobniej w celu umożliwienia wjazdu maszyn rolniczych do budynku, który przez długi czas służył jako magazyn. W książce “Mennonici na Żuławach” możemy przeczytać opis oryginalnego wnętrza: Kazalnicę, osadzoną wysoko na kolumnie, za lawą diakonów i nauczycieli, umieszczono przy dłuższej ścianie (północnej). Stół na komunikanty i ławki ustawiono tak, jak w zborze gdańskim. Szerokie empory, wsparte na smukłych kłasycyzujących kolumnach (prawdopodobnie z żeliwa), objęły nie tyłko trzy ściany. (...) zaopatrzono je krótkie skrzydła na ścianie z kazalnicą. (...) Od strony cmentarza, w przyziemiu wydzielono aneks z izbą zarządu i schodami na emporę. Natomiast organy umieszczono nie z boku, lecz naprzeciw kazalnicy." Z relacji Petera J. Dycka wiemy, że mimo starań miejscowego księdza nie udało się uratować nawet organów i już w 1958 roku nie zachowało się nic z oryginalnego wystroju świątyni. Agnieszka Ojcewicz 163 CMENTARZ MENONICKI Do XVIII wieku, kiedy to zezwolono na budowę pierwszych domów modlitwy, meno-nici chowali swoich zmarłych na pobliskich cmentarzach ewangelickich lub katolickich. Cmentarz menonicki w Jeziorze powstał najprawdopodobniej w czasie wybudowania pierwszego domu modlitwy w 1728 roku. Jest on usytuowany na podwyższeniu w kształcie prostokąta o powierzchni 20 arów, przy dłuższych bokach znajdują się niewielkie stawy o regularnych kształtach. Niegdyś był podzielony dwiema alejami na cztery części, obecnie dobrze zachowana jest jedynie dłuższa aleja. Co ciekawe, dom modlitwy z 1865 roku został zbudowany na osi alei głównej cmentarza, pełniąc rolę symbolicznej bramy. Niestety, zachowało się niewiele nagrobków. Nawet obramowania grobów są przykryte grubą warstwą liści i bluszczu i często niewidoczne. Najbardziej charakterystyczny w Jeziorze jest nagrobek rodziny Bartel, znajdujący się w po lewej stronie cmentarza. MAJÓWKA W JEZIORZE Pierwszy raz odwiedziłam Jezioro w sierpniu 2012 roku, podczas wycieczki rowerowej po Żuławach Elbląskich. Wcześniej czytałam tylko o tym miejscu i widziałam kilka zdjęć, które jak się okazało, nie mogły oddać uroku tego miejsca. Jadąc przez Jezioro nie da się nie zauważyć menonickiego domu modlitwy, stoi on tuż przy drodze. Obok znajduje się wiejski sklepik, co niejako tłumaczy urodzaj wszelkiego rodzaju kapsli i nakrętek przy ścianie frontowej. Budynek mimo zniszczenia prezentuje się bardzo okazale. Otwory okienne zostały zamurowane, ale zachowały się jeszcze niektóre z maswerków je zdobiące. Dach jest szczelny, dowiedzieliśmy się, że jest on regularnie naprawiany z polecenia gminy Markusy. Niestety, nie udało nam się wtedy wejść do środka budynku. Przechodząc wzdłuż południowej ściany kościoła aby dostać się na cmentarz, napotkaliśmy na swojej drodze pasącego się byczka, który wydawał się być bardzo zainteresowany naszymi rowerami. Cmentarz okazał się być bardzo zaniedbany, dobrze widoczny był jedynie nagrobek rodziny Bartel oraz imponująca aleja lipowa. Przez kilka kolejnych miesięcy starałam się znaleźć informacje na temat Jeziora i meno-nitów zamieszkujących niegdyś w okolicy. Podczas refleksji i rozmów z Casparem Jonke-remna temat złego stanu cmentarza i bałaganu panującego wokół domu modlitwy, narodził się pomysł, żeby pojechać do Jeziora nie tylko zwiedzać, ale spróbować coś zmienić. Dla Caspara - menonity z Holandii - miało to szczególne znaczenie, bo dom modlitwy w Jeziorze, to miejsce, gdzie kiedyś spotykali się jego bracia i siostry. 4 maja 2013 roku, dzięki współpracy z gminą Markusy, która udostępniła nam narzędzia, udało nam się przeprowadzić prace porządkowe. Przyjechaliśmy do Jeziora w siedmioosobowej grupie. Kilka osób biorących udział w porządkach (Ada, Ela, Caspar, Przemek i ja) miało już doświadczenie w podobnych pracach przeprowadzonych na menonickim cmentarzu w Orłowskim Polu, który tak jak ten w Jeziorze należał do gminy fryzyjskiej. Dla Michała i Pawła była to pierwsza taka akcja. Już na miejscu dołączyły do nas mieszkające w Jeziorze Alicja, Justyna i Kasia. 164 Menonicki dom modlitwy w Jeziorze Wczesnym sobotnim popołudniem zaczęliśmy pracę. Zaczęliśmy od dokładnego obejrzenia i zebrania podstawowych wymiarów budynku. Było to nieco trudne z powodu pokrzyw rosnących przy ścianach oraz braku drabiny która pozwoliłaby na zmierzenie wysokości ścian. Tu z pomocą przyszedł ojciec Justyny- jednej z nowych koleżanek, który nie tylko przyniósł nam drabinę ale jeszcze pomagał przy pomiarach, często zaskakując nas swoją pomysłowością. Przy dokładnych oględzinach, udało nam się zauważyć wypalone na niektórych cegłach symbole, które najprawdopodobniej były znakiem cegielni, z której pochodził materiał. To, że budynek niszczeje widać najlepiej po pęknięciach biegnących pionowo na dłuższych ścianach. Można zauważyć, że były podejmowane próby zatrzymania tego procesu, który niestety i tak postępuje. Pod ścianami znaleźliśmy także kilka fragmentów połamanych maswerków zdobiących szczyty okien. W niektórych miejscach brakuje kilku cegieł lub są one wykruszone. Wnętrze wylane jest betonową posadzką a ściany pokryte grubą warstwą powoli odpadającego tynku. Stojąc w środku budynku można jeszcze zauważyć metalowe ramy okien, znajdujących się nad drzwiami. Niestety, mimo starań lokalnych władz, aby kościół pozostał zamknięty, regularnie niszczone są kłódki lub nawet wyłamywane deski z drzwi. Ściany wewnętrzne pokryte są napisami, które są przekrojem myśli młodzieży z kilkunastu ostatnich lat i nijak nie współgrają z oryginalnym przeznaczeniem budynku. Co ciekawe, okazuje się, że mieszkańcy wioski, mówiąc o domu modlitwy, najeżę- ściej używają słowa „magazyn” ponieważ jako taki istnieje w pamięci i świadomości większości ludzi. Szybko doszliśmy do wniosku, że nie uda nam się zrobić tak wiele jakbyśmy chcieli podczas jednego dnia, więc ustaliliśmy plan działania. Zależało nam na oczyszczeniu frontu domu modlitwy ze śmieci tam zalegających. Chcąc jednocześnie podkreślić rangę jednego z ostatnich na Żuławach menonickiego kościoła, postanowiliśmy stworzyć po obu stronach drzwi rabatki z kwiatami. Odstawiliśmy więc, opierający się o ścianę budynku, fotel samochodowy pod kasztanowiec rosnący nieopodal i rozpoczęliśmy przygotowywanie ziemi. Po jednej stronie okazała się ona tak ubita, że nie było mowy o przekopaniu jej w jeden dzień. Problem stanowiło już samo posprzątanie walających się śmieci, którymi w ciągu całego dnia zapełniliśmy kilka worków. Powstał pomysł przeniesienia części ziemi z innego miejsca, dzięki czemu udałoby się także wyrównać poziom rabatek po obu stronach kościoła. W tym czasie nasza grupa podzieliła się i część osób przeszła na cmentarz leżący za kościołem aby postarać się uwidocznić obramowania choć kilku grobów. Posługując się planem cmentarza zawartym w opracowaniu „Śladami mennonitów na Żuławach Wiślanych” autorstwa Romana Klima, mogliśmy przewidzieć, gdzie znajdują się zachowane mogiły. Okazało się jednak, że przynajmniej jedna, którą znaleźliśmy, nie znajdowała się na planie, co daje nadzieję na to, że zachowało się więcej niż wspomniane w powyższym opracowaniu 28 obramowań grobów. Mimo że spędziliśmy na cmentarzu zaledwie kilka godzin, udało nam się odnaleźć fragmenty tablicy inskrypcyjnej przez wiele lat przykrytej ziemi. 166 Menonicki dom modlitwy w Jeziorze Zbliżał się koniec dnia więc połączyliśmy siły aby wspólnie zasiać aksamitki i nasturcje oraz posadzić bratki. Pozostało je tylko podlać, wodę przyniósł nam jeden z mieszkańców wioski, którzy uważnie przyglądali się naszym działaniom. Kiedy zakończyliśmy prace, nad Jeziorem zachodziło słońce. Akcja ta uświadomiła nam, że potrzeba będzie jeszcze wielu takich dni i wielu zaangażowanych osób aby doprowadzić cmentarz do jak najlepszego stanu. Warto byłoby uwidocznić obramowania grobów oraz postarać się znaleźć kryjące się pod warstwą ziemi tablice upamiętniające pochowanych. Wydaje się, że zadbanie o dobry stan zarówno cmentarza jak i menonickiego domu modlitwy mogłoby sprawić, że wzrosłaby świadomość mieszkańców Jeziora na temat historycznej wartości miejsca, w którym mieszkają a sama wioska stałaby się bardziej atrakcyjna turystycznie. Zdjęcie grupowe przed domem modlitwy; od lewej Przemek Siwicki, Caspar Jonker, Michał Ojcewicz, Paweł Bonk, Ada Zagrywyj, Justyna Pałka, Ela Nowaczyk, Agnieszka Ojcewicz Marta Chmielińska MENONITA Z KANADY W POSZUKIWANIU KORZENI 168 Menonita z Kanady Właściwie początek tej opowieści jest zupełnie zwyczajny - jeden z wielu dni, które poświęcone pasji spędzałam w archiwum i w zasadzie krótka rozmowa z mężczyzną fotografującym księgi. Menonici... temat w sumie wcale mi nie jest bliski. Urodzona na skraju Puszczy Białowieskiej wciąż żyję innymi klimatami, a Żuławy dopiero powoli stają się moją przystanią... Mężczyzna ten przeglądał księgi menonickie i choć one są mi obce, to całkiem blisko znam kogoś, kto żyje tym tematem. Nastąpiła wymiana adresów mailowych i to był koniec naszego spotkania. Kilka tygodni później przy okazji dowiedziałam się, że z korespondencji nic nie wynikło, bo adresat nie odpisał... Wydawało się, że to koniec tej historii a właściwie epizodu, bo historia dopiero się zaczęła... Nie od dziś wiadomo, że czasami naszym życiem rządzą przypadki i taki PRZYPADEK pisany drukowanymi literami zdarzył się właśnie mi. Koleżanka umówiła się ze mną na małą czarną, ale już przy drzwiach do lokalu wyjaśniła, że w zasadzie to chciała, żebym w pomogła jej odnaleźć archiwum potrzebne materiały. No cóż... z kawy zrezygnowałam i trafiłam do pracowni archiwalnej. A tam ku mojemu ogromnemu zdziwieniu mężczyzna, którego poznałam kiedyś przy menonickich księgach. Przywitałam się z nim i zapytałam, czemu nie odezwał się do moich przyjaciół pasjonujących się osadnikami z Niderlandów. Mój rozmówca wyjaśnił mi przyczynę milczenia i dodał, że właśnie przyjechał z profesorem Glennem Pennerem z Kanady, który zgłębia temat, kopiuje księgi, a do tego jest prawdziwym... menonitą. Ta wiadomość nawet mnie ignorant-kę żuławską zelektryzowała, bo wiem co to pasja poszukiwacza, a takimi poszukiwaczami na pewno są moi przyjaciele. I jak mogą sobie Państwo wyobrazić, z numerem telefonu natychmiast pobiegłam do Karoliny i Tomka, którzy ostatecznie z profesorem Pennerem spędzili niemal dwa dni, rozmawiając i pokazując mu menonickie domy i cmentarze. I tu zaczyna się właściwa opowieść. Proszę wybaczyć ten przydługi wstęp, ale urodzona gaduła nie mogła darować sobie tej historii. Glenn Penner mieszka od urodzenia w Kanadzie, pochodzi z rodziny menonitów, którzy wyemigrowali z Żuław do Rosji i dalej do Kanady. To tak zwani „ruscy menonici” mieszkający do pierwszego rozbioru w Polsce. Po 1772 roku, kiedy Żuławy znalazły się pod panowaniem pruskiego króla Fryderyka II Wielkiego, który rozbudowując armię zmuszał do służby wojskowej także menonitów, którzy do tej pory mogli tej służby unikać. Najbardziej konserwatywni przedstawiciele tej religii opuścili więc granice zaboru pruskiego i udali się na zaproszenie carycy Katarzyny II do Rosji. Trafili na Ukrainę, skąd w latach 70. XIX wieku wyemigrowali do Ameryki i Kanady. Tą właśnie drogą z Żuław do kanadyjskiej prowincji Ontario dotarła rodzina Glenna Pennera. Takich rodzin były setki, a dziś ich potomkowie postanowili złożyć w całość indywidualne historie składające na się na wielką historię menonitów. Tak powstał projekt „Mennonite DNA Project” którego realizacją zajmuje się między innymi prof. Glenn, jest on odpowiedzialny za archiwalną część projektu jeździ więc po archiwach i kopiuje księgi. Tak dotarł do Archiwum Państwowego w Elblągu z siedzibą w Malborku. I tu spotkałam jego asystenta Tadeusza Piłata. Zanim jednak ów projekt powstał, działać zaczęła Fundacja D.F. założona w 1996 r. przez Delberta F. Pletta, historyka i prawnika ze Steinbach w kanadyjskiej prowincji Manitoba. Podstawową zasadą tej organizacji non profit jest przekonanie, że solidna wiedza na temat Marta Chmielińska 169 własnej historii może wzmocnić w menonitach ich wiarę, kulturę, Kościół i społeczność oraz poczucie człowieczeństwa. Organizacja ta wspiera i promuje poszukiwania i badania historyczne powiązane z kulturą, migracjami i osadnictwem konserwatywnych menonitów, którzy przybyli do Kanady z carskiej Rosji w latach 70. XIX w. Sam projekt „Mennonite DNA Project” ma na celu ustalenie, jak wielu przodków mają współcześni menonici, liczby przodków dla każdego współczesnego nazwiska, użycie znajomości DNA menonitów do odtworzenia koneksji rodzinnych i międzyrodzinnych oraz dogłębne zbadanie pochodzenia menonitów. Jest to część większego projektu, który obejmuje badania nad pochodzeniem menonitów, amiszów i huterytów, pochodzących z dawnych Niderlandów, Niemiec i Szwajcarii. Te zależności pomogą zbadać materiały kopiowane przez profesora Pennera, ale jego wizyta dzięki PRZYPADKOWI, o którym mówiłam na początku nie zamknęła się tylko w murach archiwum i przerzucaniu kart dokumentów sprzed 200 lat. Ten PRZYPADEK sprawił, że Karolina i Tomek wspierani przez Roberta, pokazali Glennowi ślady menonitów na Żuławach. Odwiedzili więc cmentarze, dawne wsie i dom podcieniowy w Marynowach, do którego pozwolono im wejść. 170 Menonita z Kanady - Na czterech nagrobkach znalazłem moje nazwisko - mówił Glenn Penner. - Chociaż nie jest to bliska rodzina, to z badań DNA wiemy, że wszyscy Pennerowie pochodzą od jednego przodka. Korzyść ze spotkania była obopólna, bo Penner poznał w naturze miejsca i ludzi, o których do tej pory czytał w księgach, Karolina i Tomek zaś, pytali o to, jak żyli kiedyś i jak żyją dziś menonici. Poznali charakterystyczne i tradycyjne potrawy przyrządzane w domach „ruskich menonitów”, dowiedzieli się też jak we współczesnym świecie żyją ci ludzie. Z opowieści prof. Glenna wynikało, że w dzisiejszej Kanadzie obok siebie żyją menonici „współcześni” i ci ortodoksyjni, obok ludzi niewiele różniących się od reszty społeczeństwa zdarzają się tacy, którzy żyją bez prądu. Penner należy do tych menonitów, którzy zachowali i umieją używać języka plautdietsch, który jest wymierającym językiem używanym przez ortodoksyjnych menonitów. Tak więc malborscy pasjonaci wzbogacili się także o wiedzę na temat wymowy wielu słów, nazwisk i nazw. Wizyta Glenna Pennera w Malborku nie była pierwszą, był on w naszym mieście dwa lata temu i również pracował w archiwum, na przyszły rok planuje zaś kolejną podróż w poszukiwaniu menonickich korzeni na Żuławach. I w zasadzie tu powinno nastąpić zakończenie, ale podobnie jak początek będzie ono nieco dłuższe. Otóż kilka tygodni po spotkaniu Pennera rozmawiałam z pewną mieszkanką Malborka o historii miasta i okolic. Kobieta ta trafiła w te rejony jako robotnica przymusowa, miała 14 lat, gdy w łapance została zatrzymana i wysłana w nieznane, została przywieziona na Żuławy i trafiła do gospodarstwa... Pennerów pod Nowym Stawem. Znając już to nazwisko spróbowałam dowiedzieć się czegoś więcej o tych gospodarzach. Moja rozmówczyni wspominała, że jeździła z gospodynią na cmentarz menonicki, nie narzekała na złe traktowanie, choć komfortu nie czuła w takich okolicznościach. Pennerowie pozwalali jej co niedzielę chodzić do kościoła na mszę i sami również jeździli na nabożeństwa do swojej świątyni. Oboje byli starszymi ludźmi i nie mieli dzieci. Próbowali uciekać wraz z innymi przed radzieckim frontem jednak zawrócili z drogi i pozostali w domu. Nie udało mi się ustalić, czy przeżyli wejście Rosjan, moja rozmówczyni opowiedziała, że ostatni raz widziała ich zamkniętych w pomieszczeniu i pod strażą sołdatów około 10 marca 1945 roku. Czy to była rodzina Glenna Pennera? Chyba tak, bo wszyscy Pennerowie mieli wspólnego przodka. Muzyka - Plastyka Wacław Bielecki „ŻELAZNY” JUBILEUSZ KWIDZYŃSKIEJ SZKOŁY MUZYCZNEJ W kwietniu 2013 r. Państwowa Szkoła Muzyczna I stopnia imienia Feliksa Nowowiejskiego w Kwidzynie obchodziła 65-lecie istnienia. Jest ona najstarszą tego typu placówką na Dolnym Powiślu i Żuławach. W ubiegłym roku swoje rocznice świętowały szkoły muzyczne w Elblągu (60 lat istnienia) i Malborku (40 lat). W Kwidzynie uroczystości związane z tzw. „żelaznym” jubileuszem celebrowano przez cztery dni, poczynając od wtorku 16 kwietnia. Zaczęło się od przemarszu orkiestry przez miasto. Młodzieżowa Orkiestra Dęta „Helikon” powstała piętnaście lat temu i jest swoistą wizytówką szkoły i Kwidzyna. Od samego początku jest ona prowadzona przez tego samego dyrygenta - Eugeniusza Kizińskiego. W jej skład wchodzą nie tylko uczniowie, ale absolwenci i nauczyciele. Od 2002 roku w czasie licznych koncertów i parad towarzyszy jej grupa mażoretek kierowana przez Ewę Jamrozek. Orkiestra uświetnia wszelkie uroczystości państwowe, miejskie, powiatowe, gminne i sportowe. Jej występy cieszą się dużą sympatią mieszkańców i władz. Spektakularnym wydarzeniem był dwukrotny udział „Helikonu” w popularnym programie telewizyjnym „Jaka to melodia”. 172 „Żelazny” jubileusz kwidzyńskiej szkoły muzycznej W kolejnym dniu jubileuszu gościem kwidzyńskiej szkoły był pianista i organista - Jan Nowowiejski, najmłodszy syn patrona placówki, Feliksa Nowowiejskiego oraz jego córka, Bogna Nowowiejska (wnuczka kompozytora). Podczas spotkania z uczniami i nauczycielami Jan Nowowiejski przypomniał swojego ojca, znanego muzyka i kompozytora, twórcę melodii do powszechnie znanej pieśni patriotycznej - „Roty” oraz oratorium „Quo vadis”, opery „Legenda Bałtyku”, dziewięciu symfonii organowych i kilkuset pieśni chóralnych. Feliks Nowowiejski przebywał w Kwidzynie prawie przez trzy tygodnie wiosną1920 roku w czasie przygotowań do plebiscytu. 25 kwietnia 1920 roku odbył się koncert, na który złożyły się pieśni w wykonaniu miejscowego chóru „Lutnia”, który Feliks Nowowiejski sam przygotowywał do występu oraz utwory kompozytora, m.in. fragment patriotycznego w wymowie poematu symfonicznego „Śmierć Ellenai” do słów „Anhellego” Juliusza Słowackiego. Podobne koncerty plebiscytowe odbyły się wkrótce w Sztumie i Olsztynie. Szkoła kwidzyńska ubiegała się o nadanie imienia Feliksa Nowowiejskiego przez dwa lata i otrzymała je w 1958 roku, w dziesiątym roku swojego istnienia. W ciągu 65 lat ukończyło szkołę 1260 osób, trochę więcej dziewcząt, niż chłopców. Najsłynniejszym absolwentem jest znany muzyk jazzowy Włodzimierz Nahorny. W czasie uroczystości jubileuszowych udało się go zaprosić do Kwidzyna na spotkanie. W. Nahorny ukończył szkołę w 1955 roku, a trafił do niej niejako z konieczności. Opowiadał o tym, że po osiedleniu się jego rodziny w Kwidzynie zaraz po wojnie w ich mieszkaniu było poniemieckie pianino. Takie instrumenty znajdowały się w wielu domach i dlatego władze utworzyły komisję, której zadaniem było sprawdzenie, czy ktoś z domowników potrafi na nich grać. Starsza siostra Włodzimierza Na-hornego nie spotkała się z uznaniem komisji, natomiast on, kilkuletni chłopiec, zdaniem członków komisji rokował nadzieję na rozwój muzyczny i dlatego pianino mogło zostać w domu, ale pod warunkiem, że rodzice zapiszą go do szkoły muzycznej. Później Nahorny uczył się w średniej szkole muzycznej w Gdańsku, ale nie dostał się na fortepian, tylko na klarnet i na tym instrumencie doskonalił się w Akademii Muzycznej, której siedziba była jeszcze w Sopocie. Potem na klarnecie grał w gdańskiej filharmonii. Obecnie oprócz intensywnej działalności koncertowej i nagrywania płyt jest profesorem nadzwyczajnym Akademii Muzycznej w Gdańsku. Pracuje w katedrze: Jazz i Muzyka Estrado-wa.W maju 2009 obronił pracę doktorską „TwórczośćFryderyka Chopina jako źródło inspiracji w muzyce jazzowej. Miał wtedy 67 lat. Włodzimierz Nahorny jest doskonałym znawcą i wykonawcą muzyki Chopina. Robi to przetwarzając romantyczne utwory na styl jazzowy. Tak się złożyło, że w tym samym czasie, w którym kwidzyńska szkoła obchodziła swój jubileusz, w Trój-miescie odbywał się VI Gdański Festiwal Muzyczny. Co roku powołuje się wtedy tzw. rezydenta, czyli muzyka, którego kompozycje grywane są częściej. W tym roku rezydentem został Włodzimierz Nahorny. Koncerty jego zespołu Nahorny Sextet odbyły się w Studio Koncertowym Radia Gdańsk, Teatrze Miejskim w Gdyni i Sali koncertowej Polskiej Orkiestry Kameralnej na terenie Opery Leśnej w Sopocie. Miałem wielką przyjemność być na występie Nahorny Sextet w Studio Koncertowym Radia Gdańsk w sobotę 13 kwietnia 2013 r. Koncert miał tytuł: „Chopin Genius Loci”, gdyż przeważały w nim improwizacje jazzowe na tematy wzięte z dzieł naszego wielkiego kompozytora: „Fantazja na tematy polskie” z pieśnią „Laura i Filon” Franciszka Karpińskiego („Już miesiąc zaszedł”), „Mazurek a-moll, „Preludia A-dur i c-mołl, pieśń „Życzenie”, zaczynająca się od słów „Gdybym Wacław Bielecki 173 ja była słoneczkiem na niebie” wykonana przez Dorotę Miśkiewicz z udziałem publiczności. Oprócz tego słuchaliśmy „Mazurków nr 12 i 14” Romana Maciejewskiego oraz ballady osnutej na temacie jednego z mitów Karola Szymanowskiego pt. „Narcyz”. Na bis były improwizacje na temat pieśni Mieczysława Karłowicza - „Po spokojnym, ciemnym morzu”. Koncert był bardzo udany. Sprzyjała temu kameralna sala na około osiemdziesiąt miejsc, dobra akustyka (choć czasami było trochę za głośno), no i świetna gra muzyków. Niewątpliwie, atmosferę tworzył lider zespołu Włodzimierz Nahorny, który ma łatwy kontakt z publicznością. Jego zapowiedzi są krótkie i dowcipne. Po koncercie naszły mnie różne refleksje. Pierwsza, dotycząca jazzu w wykonaniu Nahorny Sexstet. Jest to specyficzny jazz oparty na tematach z muzyki klasycznej, dlatego muzycy mieli na pulpitach sporo nut oraz trochę mniej czasu na swobodną improwizację. Nazwał bym ten jazz aleatorycznym, gdyż miejsca na improwizacje są ściśle określone, niczym u Witolda Lutosławskiego. Zastanawiałem się też, co by na taką muzykę powiedzieli kompozytorzy, z których twórczości Nahorny bierze tematy do improwizacji, a szczególnie Fryderyk Chopin. Wiem, że takie pytanie jest trochę niedorzeczne, ale nie mogłem się od niego uwolnić. Ostatnią imprezą zamykającą uroczystości jubileuszowe kwidzyńskiej szkoły muzycznej był koncert w Teatrze Miejskim w piątek 19 kwietnia. Zgromadził on liczną publiczność, głównie rodziców uczniów i sympatyków szkoły oraz wielu gości. Zwykle tego typu imprezy zaczynają się od części oficjalnej, od przemówienia dyrektora. Tym razem było trochę inaczej, bo na początku mogliśmy obejrzeć półgodzinny film przygotowany przez Telewizję Kwidzyn w ciekawy sposób przedstawiający historię szkoły oraz jej bieżącą działalność. Z ekranu wysłuchaliśmy krótkich wypowiedzi kilku nauczycieli i dyrektora Jarosława Goldera, kierującego szkoła od piętnastu lat. Oczywiście, nie obyło się bez wręczania nagród i wyróżnień pracownikom szkoły oraz okolicznościowych przemówień vipów. Najciekawsze jednak były występy uczniów. Ze względu na ograniczone możliwości czasowe organizatorzy zdecydowali się pokazać działające w szkole zespoły. Usłyszeliśmy więc:chór (nauczyciel prowadzący - Barbara Lis), zespół perkusyjny (Stanisław Bień), duet klarnetowy z towarzyszeniem fortepianu (Andrzej Dubieniecki), kwartet saksofonowy (Dariusz Dobosz), duet fortepianowy (Tatiana Gromow), zespół akordeonowy, a właściwie orkiestrę kameralną z przewagą akordeonów (Walery Kunac). Z solistów były tylko dwie uczennice, pianistki Alicja Kędzior oraz Kinga Łompieś. Na zakończenie wystąpiła Młodzieżowa Orkiestra Dęta „Helikon” w paradnych strojach wraz z pięcioma mażoretkami pod dyrekcją Eugeniusza Kizińskiego. 174 Artysta niebanalny Stanisław Matzner ARTYSTA NIEBANALNY Jacek Albrecht jako artysta to postać bez wątpienia nietuzinkowa. Jego skomplikowana droga twórcza związana jest z uporem w poszukiwaniu własnego miejsca między czystą sztuką a jej związkami z techniką. Jest on więc jednocześnie klasycznym artystą plastykiem, magistrem sztuki po ASP w Gdańsku, ale też inżynierem budownictwa po Politechnice Koszalińskiej oraz konserwatorem zabytków architektury po podyplomowych studiach na Politechnice Warszawskiej. W niniejszym szkicu chciałbym powiedzieć kilka słów jedynie o ostatnim okresie twórczości plastycznej artysty. Okresie związanym z jego powrotem do tematyki plenerowej w klasycznej postaci obrazów na płótnie inspirowanych bezpośrednio pracą w terenie. Okres ten zaowocował między innymi wystawą „3 Plenery” w malborskiej galerii „Nova” w kwietniu i maju bieżącego roku podsumowującej działania plenerowe roku 2012 w zestawieniu prac dwóch artystów, Jacka Albrechta i Bohdana Paczkowskiego. A przypomnieć należy, że Jacek Albrecht realizował się w przeszłości w bardzo różnych obszarach twórczości próbując takich ekstremalnych realizacji jak rzucane na ekran na żywo i reagujące bezpośrednio na muzykę ruchome obrazy podczas koncertów jazzowych. Ma też w dorobku performance o procesie twórczym, projekt pomnika „Ludzi morza”, rzeźby, także ze styropianu, kolaże, grafiki i grafiki komputerowe. W obszarze samego malarstwa przeszedł on też długą drogę rozwoju twórczego. Zaczynał od realistycznych prac jeszcze w Ognisku Plastycznym w Malborku, gdzie uczęszczał od wczesnego dzieciństwa. Potem pojawiły się na poły realistyczne widoki architektury zabytkowej, często zamku malborskiego, w końcu impresje na ten temat, do romantycznej symboliki w cyklu „Bramy czasu”. Doszedł też w dojrzałej już twórczości do ekspresyjnej abstrakcji monochromatycznej o głębokich fakturach i do bardzo oszczędnej abstrakcji barwnej, którą uprawia równolegle także dzisiaj. Po drodze była jeszcze przygoda z kilkoma cyklami nastrojowych portretów w różnych technikach malarskich i graficznych aż w końcu, przed dwoma mniej więcej laty, nastąpił powrót artysty do klasycznego pleneru, to znaczy wyjechania w teren i malowania z natury na płótnie. Czy zatem powrót do źródeł zarówno inspiracji jak i techniki twórczej można postrzegać jako zakreślenie pewnego koła jakie przebył on w swoim rozwoju? Czy może jest to raczej cofnięcie się do podstaw dla nabrania oddechu dla jeszcze bardziej zaskakujących realizacji? Czy możemy zatem mówić tu o pewnym wypaleniu twórczym, lub zagubieniu oczywistej drogi i intensywnym poszukiwaniu „u źródeł” nowych inspiracji? Odpowiedzi na powyższe wątpliwości spróbować doszukać się możemy oglądając najnowszą wystawę artysty „3 Plenery . I już pobieżne porównanie pokazanych tu prac ze znanymi z dawnych wystaw i katalogów realizacjami plastycznymi autora unaocznia pozorne jedynie cofnięcie się do dawnego postrzegania materii malarskiej. Owszem, Jacek Albrecht Stanisław Matzner 175 nie przestał być romantykiem zakochanym w polskim malarstwie nastrojowym i muzyce Chopina. Widać że i Chełmoński, Wyspiański ale i Duda-Gracz ze swojego wielkiego chopinowskiego cyklu są mu bliscy. Że próbuje oddać te same nostalgiczne nastroje własnym, dojrzałym językiem twórczym, w którym znajduje indywidualne formalne i technologiczne rozwiązania. Nie możemy więc mówić tu w żadnym wypadku o ślepym zatoczeniu koła czy nawet o wycofaniu się z raz obranej drogi, ale wyłącznie o w pełni świadomym etapie rozwoju artystycznego. Etapie przywołującym, nieraz z wysmakowanym humorem, plenerowe, a więc podstawowe inspiracje każdej kreacji artystycznej na nowym, wysokim i w pełni dojrzałym poziomie. Doświadczenie to daje też solidną bazę do kolejnych eksperymentów i nowych, ciekawych realizacji z zakresu sztuki na które z niecierpliwością czekamy. Warto tu dodać kilka słów o ostatniej wystawie Jacka Albrechta w Galerii NOVA w Malborku z kwietnia i maja bieżącego roku zatytułowanej „3 Plenery”. Zaproponowana przez artystę formuła sama w sobie stanowi już niezmiernie ciekawą, skomplikowaną kreację artystyczną. Wystawa zestawia obrazy dwóch malarzy Jacka Albrechta i Bohdana Paczkowskiego powstałe w czasie ich uczestnictwa w tych samych trzech plenerach w roku 2012, lub zostały tym uczestnictwem zainspirowane. Zestawia też reakcję obu artystów na trzy pory roku, wiosnę, lato i jesień w jakich odbyły się owe plenery, a także zbliżone tematy, co dodatkowo uatrakcyjnia ekspozycję. Dość długi czas między samymi plenerami a wystawą pozwolił również pokazać odmienne tendencje w dojrzałym przetwarzaniu już w pracowni materii malarskiej obu artystów pchające Bohdana Paczkowskiego w stronę formalnych rozwiązań abstrakcji geometrycznej, a Jacka Albrechta zbliżających do romantycznych, ale też żywiołowych tendencji abstrakcji ekspresjonistycznej. Nie jest to więc prosta wystawa poplenerowa, ale ciekawy, zawieszony między naturalizmem a abstrakcją obraz ciągłych poszukiwań i eksperymentów twórczych dwóch dojrzałych artystów. Te same widoki, nastroje pór roku i technika pozwalają zaobserwować tu istotę procesu twórczego jakim jest indywidualne przetworzenie tematu malarskiego przez dwie jakże różne osobowości każdego z uczestników. Proces ten nazywamy indywidualną kreacją artystyczną, a więc i twórczością i jest to jeden z największych i tu jak najbardziej zasłużonych komplementów jaki na temat swojej pracy może usłyszeć artysta. Ludzie Prowincji Marta Chmielińska Z WOŁYNIA DO MALBORKA MAMA ZGINĘŁA W CZTERNASTYM DNIU POWSTANIA Pani Regina to miła starsza kobieta, którą pierwszy raz spotkałam w czasie obchodów rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego na malborskim skwerze im. Żołnierzy Wyklętych. Wtedy od razu zwróciła moją uwagę czymś szczególnym - niewymuszoną, mimowolną elegancją, którą dobrze znałam i którą podziwiałam u mojej babci. Co ważne - była to elegancja wyjątkowa - ja nazywam ją przedwojenną, która nie zależy od jakości ubrania czy drogich perfum, ale kilku trudnych do określenia cech. To się po prostu ma, nawet w szlafroku i w każdym wieku. • Usiadłyśmy na ławeczce przy pomniku i wówczas popłynęła opowieść - nieco chaotyczna i opowiadana głosem łamiącym się ze wzruszenia: ...Pamiętam powstanie w Warszawie... w czternastym dniu powstania zginęła moja mama..." - wtedy już wiedziałam, że muszę usłyszeć historię tej kobiety i przelać ją na papier. DZIECIŃSTWO NA WOŁYNIU Na świat przyszła w 1938 roku w Beresteczku na Wołyniu. Dorastała w rodzinie o patriotycznych tradycjach i bogatej historii. Ojciec - Klemens Świerczewski był żołnierzem marszałka Józefa Piłsudskiego, za udział w wojnie z bolszewikami jako osadnik wojskowy otrzymał ziemię na Kresach wschodnich i zaczął pracę w policji. Początkowo był posterunkowym w Łucku, a później przeniósł się na placówkę do Beresteczka. Kiedy w 1939 roku wybuchła wojna, rodzina Świerczewskich mieszkała w Beresteczku. Warto pamiętać, że ziemie te zamieszkiwali Polacy i Ukraińcy, a wybuch wojny podsycił i tak silne nastroje nacjonalistyczne wśród ukraińskiej ludności. Ta sytuacja ostatecznie doprowadziła do rodzinnej tragedii — dziadek Reginy ze strony mamy, Marian Stański został zamordowany na progu swojego domu w Nieświeżu. Okupacja sowiecka niemal od razu połączona była z represjami — aresztowania dotknęły urzędników, inteligencję a także służby mundurowe — w tym oczywiście policję. W tej sytuacji całkiem słusznie o swoje życie obawiał się Klemens Świerczewski i dość szybko okazało się, że miał rację. NKWD aresztowało go i osadziło w więzieniu wraz z wieloma innymi Polakami. - Zaprowadzili ich do piwnicy, urzędników i inteligencję, z późniejszych opowieści ojca dowiedziałam się, że byli tam znajomi, między innymi sędzina od nieletnich, księża, nauczyciele... Ttata widział, że niektórzy nie wracają po przesłuchaniach i domyślił się, że będzie źle - opowiada pani Regina. - W piwnicy, w której ich stłoczono, było okienko i właśnie tamtędy udało mu się zbiec, podsadzili go współwięźniowie, którym radził zrobić to samo. Marta Chmielińska 177 WARSZAWA, MŁYNARSKA 16 Klemens uciekł do Warszawy i napisał do rodziny list. Obawiając się NKWD, podpisał się jako „ciotka Godlewska” - kuzynka mieszkająca w stolicy. Przyjedź tu do Warszawy z dziećmi, rodzina ci pomoże...” Bronisława, bo tak miała na imię żona Klemensa i mama Reginy, od razu poznała pismo męża i zorientowała się, że to wiadomość specjalna. Z trójką dzieci wyruszyła do Warszawy, na ulicę Młynarską. - Nie pamiętam, jak długo mieszkaliśmy u ciotki Godlewskiej, ale po pewnym czasie przenieśliśmy się do innego mieszkania. Gdybyśmy się nie przeprowadzili to później w powstaniu pewnie by nas spalili, bo płonęła cała Wola, a z nią Młynarska... Zamieszkaliśmy przy Franciszkańskiej 3 nieopodal Nowego Miasta - wspomina pani Regina. - Tata wstąpił do Armii Krajowej, jako że był policjantem udało mu się dostać do granatowej policji i w ten sposób pomagał polskiej ludności. Pamiętam jak nas prowadzał do przedszkola, a przekupki sprzedające bułeczki i inne rzeczy najpierw chowały się, ale gdy widziały, że to mój tata, wychodziły i mówiły „o to pan Świerczewski idzie". Tata był wielkim patriotą i nas tak wychowywał, zresztą cała nasza rodzina taka była. POWSTANIE WARSZAWSKIE Klemens Świerczewski brał udział w akcji powstańczej i kiedy wybuchło powstanie był wraz z innymi żołnierzami, rodzina zaś na Starówce. Pojawił się, aby pomóc żonie i dzieciom - teraz już piątce, bo w Warszawie urodziło się dwóch synów: Ryszard i Tadeusz, przenieść się do piwnic. Dziś trudno wyobrazić sobie taką sytuację, ale wtedy ludzie całymi rodzinami zamieszkali w piwnicach, a były one w starych kamienicach duże i w miarę przestronne. Każda 178 Z Wołynia do Malborka rodzina miała swoje pomieszczenie do spania i przebywania, kobiety wymykały się na górę do mieszkań, aby ugotować jakiś ciepły posiłek, jednak wszystko to odbywał się w atmosferze napięcia i strachu. Całą sytuację nie do końca rozumiały dzieci, które trudno było czymś zająć w tych warunkach, z ciekawością przyglądały się kobietom odmawiającym na głos modlitwy. Gdy zbliżało się uderzenie kobiety modliły się coraz głośniej, by przyciszyć głosy po wybuchu. Po latach pani Regina mówi, że to było takie niedojrzale, bo bardziej je to śmieszyło niż napawało lękiem... - W czternastym dniu powstania zginęła moja mamusia - wspomina pani Regina. - Nie widziałyśmy ciała ani nie pamiętam pogrzebu, ale siostra opowiadała, że widziała huty mamy w skrzyni... Mamę pochowała kuzynka Roma sama pod murem kościoła oo. franciszkanów obok wiełkiej akacji... To był bardzo trudny czas, zajęła się nami kuzynka. Roma była niewiele starsza od Reginy, Danusi i reszty dzieci, którymi przyszło jej się teraz opiekować. Kuzynka miała 16 lat, ale podobnie jak wiele innych dziewcząt w jej wieku brała udział w akcji zbrojnej - była łączniczką i sanitariuszką Armii Krajowej, ona także miała iść do powstania, ale Bronisława uprosiła ją, żeby została i pomogła jej przy dzieciach. Ojciec Reginy był w tym czasie na Pradze, około drugiej połowy sierpnia gdzieś przy kanałach jego grupę złapali Niemcy i załadowali do wagonów. Ich trasa, czego Klemens Świerczewski dowiedział się później, wiodła do obozu w Oświęcimiu. Jednak i tym razem szczęście mu sprzyjało - wraz z innymi mężczyznami uciekł z wagonu przez otwór po wyłamanych deskach podłogowych. OBÓZ W PRUSZKOWIE W tym samym czasie ludność cywilną Niemcy przepędzili ze Starówki na Wolę. Roma wraz z pięciorgiem dzieci znalazła się w kościele św. Wojciecha. Panował tłok, ludzie siedzieli i leżeli na podłodze, kobiety i dzieci w świątyni, a mężczyźni na zewnątrz. Roma aby wyglądać na naszą matkę ubrudziła sobie twarz i nałożyła chustkę na głowę. - Dzieci niewiele rozumiały z całej tej sytuacji, pamiętam, że miałam taką lalkę i wtedy gdy Niemcy pędzili nas ze Starówki Roma kazała mi ją wyrzucić, a ja tak nie chciałam jej zostawić.. - wspomina pani Regina. - W końcu rzuciłam ją gdzieś na Miodowej, zapamiętując miejsce i myśląc, że wrócę po nią...To dziwne, że człowiek pamięta tak nieistotne szczegóły, ale widocznie było to wtedy dla mnie bardzo ważne. 7 kościoła Regina wraz z rodzeństwem i innymi ludźmi wypędzonymi z Warszawy trafiła do obozu przejściowego w Pruszkowie. Panował tam nieopisany tłok i straszne warunki, ludzie rozmieszczeni zostali w budynkach danych Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego, szacuje się, że przez oboz ten przeszło do 410 000 osób. Osoby niezdolne do pracy, a w tym kobiety z dziećmi, trafiły z czasem do różnych miejscowości w Generalnym Gubernatorstwie, tak też stało się z rodziną Świerczewskich. - W Pruszkowie panowały dramatyczne warunki, spaliśmy na słomie w dawnych warsztatach -opowiada pani Regina. - Przyjechały tam panie z Caritasu czy jakiejś innej organizacji i zaoferowały, że mogą nas zabrać do Piotrkowa Trybunalskiego. Od razu pojechać nie mogliśmy, bo chyba jakieś urzędowe sprawy trzeba było załatwić ale Roma obiecała, że przyjedziemy niedługo. Jedna Marta Chmielińska 179 z pań bardzo chciała zabrać którąś z nas od razu - widocznie żal jej było dzieci, i upatrzyła sobie mnie, aleja bałam się rozdziełenia z rodziną i do Piotrkowa pojechała moja siostra Danusia. Kobieta zostawiła Romie dowód...To było takie dziecinne, ale ufaliśmy im. SPOTKANIE W PIOTRKOWIE - Na drugi dzień pojechaliśmy wszyscy - ja, Lusia, Roma i dwaj bracia - opowiada pani Regina.- Lusia miała 9 lat i pomagała Romie - nosiła taką małą teczkę z dokumentami i musiała Rysia trzymać za rękę. Kiedy dojechałyśmy do Piotrkowa do domu pani Wiśniewskiej - nawet nie znam jej imienia -powitała nas z Danusią na rękach, a Danusia była taka wystrojona, ze wstążkami we włosach...! wtedy poczuliśmy się jak w domu. Mniej więcej w tym samym czasie do Pruszkowa przyjechał Klemens Świerczewski, odwiedził zaprzyjaźnionego księdza Kamińskiego i od niego dowiedział się, że dzieci są w Piotrkowie. Po pewnym czasie odnalazł rodzinę i doszło do radosnego spotkania. - Pamiętam, że tego dnia Lusię posłali po gazetę i tata zobaczył ją pod domem, poznał ją i woła ją „Lusia córuchno"...ale ona nie poznała wąsatego taty, bo on wąsy zapuścił. Ale podszedł do niej i razem wrócili do pani Wiśniewskiej - wspomina tę chwilę pani Regina. - Później przyjechała do nas ciocia i miała zabrać nas do rodziny ojca. Ja z Rysiem byłam u jednej cioci, a Lusia u innej - tata zaś dostał pracę w gospodarstwie pod Ołsztynem. NOWY DOM PO WOJNIE Rodzina osiadła pod Olsztynem, Klemens ożenił się po raz drugi i dzieci zyskały drugą mamę - Natalię, którą do dziś Regina wspomina ze wzruszeniem. Klemensa zaś co jakiś czas aresztowała władza ludowa i przetrzymywała po kilka dni aby nie siał wrogiej propagandy, tak było przed Referendum w 1946 roku i przy innych okazjach, a nawet i bez specjalnego powodu. Szczęśliwy rozdział w życiu po raz kolejny jednak przesłoniły ciemne chmury. Jesienią 1946 roku dwaj młodsi bracia Reginy - Ryszard i Tadeusz zginęli od wybuchu miny. - To był wrzesień, za naszym gospodarstwem był staw wówczas wyschnięty, oni się tam bawili i znaleźli minę, jeden drugiemu podawał i wybuchła - wspomina starsza pani. - Taty nie było wtedy na miejscu, bo choć to była niedzieła załatwiał jakieś sprawy, mama Natalia ze swoim bratem Wackiem zabrała poranione dzieci do szpitala, ale one się w drodze na wozie wykrwawiły...Tata tak rozpaczał, tak wychudł. Niedługo po tej tragedii rodzina ponownie zmieniła miejsce zamieszkania, Klemens został zmuszony do sprzedania gospodarstwa i Świerczewscy przenieśli się do Ornety. Tam w latach 50. zmarła najpierw Natalia, a kilka lat później Klemens. Regina wyszła za mąż za lotnika nawigatora i w 1969 roku przyjechała do Malborka. Miejsce spoczynku mamy nie udało się dokładnie ustalić, ponieważ nie było nikogo z rodziny w czasie kolejnych ekshumacji w Warszawie, ten zbiorowy grób Regina wraz z córką Ewą odnalazłyśmy w 1980 roku dzięki pomocy Polskiego Czerwonego Krzyża. Bronisława Świerczewska spoczywa Cmentarzu Powstańców na Woli. Regina też nigdy więcej nie była na Wołyniu. 180 Perła na bieżni Aleksandra Kuźbida PERŁA NA BIEŻNI Jej każdy start to nowa „żydówka”. Codziennymi treningami wyćwiczyła swoje ciało na wagę złota - zdobyła je w 2013 roku w Spalę, stając się mistrzynią Polski. W swojej kolekcji posiada niezliczoną ilość medali oraz pucharów. Jest członkinią klubu sportowego Zantyr Sztum, a jej nazwisko widnieje jako hasło w Wikipedii: Agnieszka Borowska. Pukam. Za drzwiami słychać szczek psa, którego tak dobrze znam. Głos po drugiej stronie woła: „proszę!”. I już czuję się swobodnie. Wracam do dzieciństwa. Pewnym ruchem naciskam na klamkę, wchodzę, przemierzam w kapciach do pokoju. Uśmiechamy się do siebie, jakbyśmy dopiero wróciły z podwórka. Wszystko wraca, choć-ściany już inne, a my - kompletnie zmienione. Agnieszka i ja. „Papużki nierozłączki” mawiał na nas strażnik miejski, pomagający przejść przez ulicę do szkoły. Faktycznie, tak było. Wszystko robiłyśmy razem, każdą chwilę spędzałyśmy wspólnie, wszędzie biegałyśmy niemalże za rękę. No właśnie - biegałyśmy. Lata minęły, każda z nas poszła swoją własną ścieżką, najpierw oddzielne klasy w szkole, potem ja wyjechałam na studia, a Agnieszka została. I cały czas biegała. Coraz dłużej, szybciej. Aż do mistrzostwa. Aleksandra Kuźbida 181 GDY PASJA I PRACA TO JEDNO Na początku było Szkolne Koło Sportowe (SKS). W czwartej klasie szkoły podstawowej, pod opieką nauczycielki wychowania fizycznego Jadwigi Gabańskiej-Kwelli zaczynała swoją przygodę z lekką atletyką. Agnieszka skupiała się nad ogólnym rozwojem, jednak szybko rozpoczęła treningi długodystansowe. Pod czujnym okiem trenera Ryszarda Mazerskiego zdobywała pierwsze sukcesy. Zwątpienie pojawiło się dopiero w pierwszej klasie gimnazjum. Biegi okazały się monotonne, wręcz nudne. Miłość do sportu rozbudził w niej na nowo trener Adam Szpalerski, który zaproponował bieg przez płotki na trzysta metrów. Treningi były bardziej urozmaicone, ciekawsze. Agnieszka zaraziła się ponownie. W ostatniej klasie gimnazjum rozpoczęła szkolenie z wieloboju. Gdy, będąc juniorką młodszą, zdobyła srebrny medal w Halowych Mistrzostwach Polski w Spalę, pokochała sport miłością najszczerszą i najprawdziwszą. Uświadomiła sobie, że to właśnie w tym kierunku chciałaby się rozwijać. Nie odpuściła. Trenuje codziennie, z wyjątkiem niedziel. Gdy jest na obozie, ćwiczy dwa razy na dobę. - Nie lubię tracić dnia, dlatego wstaję około dziewiątej. Szkoda życia na sen - mówi. Rano przeważnie sprawdza nowe wiadomości oraz idzie na spacer z psem. Godzina piętnasta jest czasem treningu. Zimą ćwiczy na hali sportowej w sztumskim gimnazjum lub jeździ do Grudziądza. W okresie letnim, dodatkowo, wybiera się na stadion w Malborku. - Tak na dobrą sprawę jest to praca oraz przyjemność zarazem - wyznaje. Po powrocie nadchodzi czas na relaks z przyjaciółmi lub partnerem. Wbrew pozorom, nie stosuje żadnej specjalnej diety. Je co chce, lecz z umiarem. Dodatkowo, zawsze ma przy sobie coś słodkiego. - Niektóre sportsmenki się głodzą. Nie rozumiem tego, przecież na trening lub zawody trzeba mieć odpowiednio dużo energii oraz siły - podsumowuje. Każdy dzień jest, jednak, walką o dobrą kondycję ciała. Trzeba uważać na kontuzje. Wszak to właśnie ono jest dla Agnieszki narzędziem pracy, środkiem wyrażania siebie, spełniania swoich marzeń. WSZYSTKO JEST „FAIR PLAY” Każde zawody są nową „żydówką”. Trzeciego maja we Florencji osiągnęła 5528 punktów w wieloboju, uzyskując jednocześnie swój nowy rekord w skali całego siedmioboju. Piętnastego maja skoczyła 6.15 m. w dal w Gdańsku podczas Ligi Młodzików. Jej start był poza konkurencją, jednak wynik liczy się zawsze. Najważniejszy dla niej - ten z szesnastego lutego obecnego roku. Halowe Mistrzostwa Polski Seniorów w Spalę zaowocowały złotym medalem, czyniąc z Agnieszki Borowskiej mistrzynię. - W swojej kolekcji posiadam kilkanaście medali z mistrzostw Polski - wyznaje. Okazuje się, że zasada „fair play” w sporcie wciąż obowiązuje. Pytając o trudności na starcie, Agnieszka nie potrafi przypomnieć sobie jakiejkolwiek. - Nawet, gdy ktoś zabiegnie komuś drogę, nie jest to celowe - mówi. To samo tyczy się kwestii zazdrości i zawiści. - Wiadomo, osoba stojąca wyżej na podium wywołuje poczucie, że można było bardziej się postarać. Jednak uczucie to jest bardziej mobilizujące i powoduje, że chce się więcej i więcej - dodaje. Poza tym, w Polsce wszyscy praktycznie się znają i spotykają na tych samych zawodach, co sprawia wrażenie sportowej rodziny, wspólnie bawiącej się po startach. Najbliższą przyjaciółką Agnieszki jest Iza Mikołajczyk - sportsmenka z Wrocławia. Pomimo liczby kilometrów, które je dzielą, codziennie mają 182 Perła na bieżni kontakt oraz widują się na obozach. Na tych z kolei Agnieszka bywa przeważnie raz na trzy miesiące. Główne miejsca: Spała, Bydgoszcz, Szklarska Poręba. Dzięki sportowej karierze Mistrzyni zwiedziła sporą część świata. W 2010 roku była w Kanadzie na Mistrzostwach Świata, w których uzyskała piętnastą lokatę. - Nie byłam zadowolona z tego wyniku, jednak to był mój debiut - mówi. Poza Stanami Zjednoczonymi, odwiedziła kilkakrotnie Włochy, Anglię oraz Holandię. W lipcu tegoż roku wybiera się do Finlandii na Młodzieżowe Mistrzostwa Europy. - Jedyną przeszkodzą podczas pobytów zagranicznych jest moja bariera językowa - wyznaje. Agnieszka odczuwa blokadę podczas posługiwania się językami obcymi, mimo to ma wielu przyjaciół, praktycznie z całego świata. - Poznałam ludzi z Nowej Zelandii, Australii, Brazylii, Hiszpanii i wielu innych krajów. Z każdym mam regularny kontakt. - dodaj e, uśmiechając się. WSPARCIE Z KAŻDEJ STRONY Sport, będąc najbardziej absorbującą kwestią w życiu Agnieszki, nie jest jej jedynym zajęciem. Oprócz codziennych treningów, dbania o kondycję oraz licznych wyjazdów, jest, ponadto, studentką. Uczy się zaocznie w Elbląskiej Uczelni Humanistyczno-Ekonomicznej (EUH-E) na kierunku administracja. Co dwa tygodnie ma zajęcia, choć nie zawsze może być na nich obecna. W nadrabianiu zaległości oraz aktualizowaniu notatek pomaga jej siostra Justyna, która studiuje razem z nią. Dzięki temu każdy egzamin zdaje za pierwszym razem, a cały tok nauczania mija jej bez żadnych przeszkód. Co więcej, w tym roku Agnieszka broni swoją pracę licencjacką. - Nigdy Aleksandra Kuźbida 183 nie odczuwałam dyskomfortu, związanego z moimi zdarzającymi się nieobecnościami. Wręcz przeciwnie, czasem nawet zaczepi mnie dziekan z zapytaniem o nowe sukcesy. To bardzo miłe, gdyż wiem, że mam w swojej szkole ogromne wsparcie. - mówi. Dodatkowo, Agnieszka uzyskała stypendium sportowe z EUH-E-u. Poza tą dotacją, otrzymuje jeszcze stypendium Marszałka Województwa Pomorskiego, Urzędu Miasta Sztum oraz Starosty, a także posiada sponsora - firmę meblarską Elita. Poza tym, w sferze finansowej pomaga jej również klub. - To dla mnie bardzo ważne wsparcie materialne. Bez tego byłoby mi ciężko. Potrzebuję około czterech par kolców, a jedna para kosztuje nawet trzysta złotych. Do tego dochodzą jeszcze getry, dresy i inne niezbędne akcesoria. - wyznaje. Regularnie przyjmuje także dozwolone odżywki w postaci cennych witamin oraz minerałów. To wszystko wiąże się z wysokimi kosztami, jednak okazuje się, że w sukces mistrzyni warto inwestować. Agnieszka jest przede wszystkim osobą, która nigdy nie przestaje się uśmiechać. Głównym powodem jej szczęścia jest uprawianie sportu oraz coraz to nowsze i poważniejsze sukcesy. Prócz tego, jest także zakochaną kobietą, będącą w udanym związku już od pięciu lat. - Tycjan jest masażystą, więc często bywa dla mnie nie tylko partnerem, ale również swego rodzaju terapeutą. - śmieje się. Pytając o odczucia zazdrości, tęsknoty oraz podejrzliwości, sportsmenka kiwa głową. - Mam w nim stuprocentowe wsparcie. Tak na dobrą sprawę, te moje obozy przyczyniają się do pełni szczęścia naszego związku. Dzięki temu zawsze mamy co robić oraz cieszymy się każdą wspólną chwilą. - podsumowuje. Jej największe marzenie? Wystartować w Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro w 2016 roku. Czy jest to osiągalne? - Oczywiście, że tak. - stwierdza. Prócz tego, Agnieszka nie lubi niczego planować. Żyje z dnia na dzień, nie snuje długoterminowych zamiarów. Jednego jest, jednak, pewna: chce zostać w Sztumie i dalej trenować pod okiem swojego trenera. Tu jest jej najlepiej, tu czuje się najbezpieczniej. I choć miała propozycje przejścia do innych klubów, przeniesienia się, pozostaje patriotką lokalną. Jest perłą Sztumu. 184 ks. Eugeniusz „Ideki” Izdepski ks. Eugeniusz „Ideki” Izdepski MOJE ŚWIĘCENIA KAPŁAŃSKIE W styczniu tego roku spotkałem swojego bratanka Janusza Izdepskiego u jego matki Doroty w Mikołajkach Pomorskich. W trakcie rozmowy dowiedziałem się, że w Sztumie wydawany jest kwartalnik „Prowincja”, w którym znajdują się ciekawe i cenne artykuły przypominające historię i dzieje Ziemi Sztumskiej pisane przez ludzi, którzy znają i kochają tę krainę. Wtedy podjęliśmy decyzję o przypomnieniu ważnego wydarzenia, które miało miejsce w Postolinie dnia 21.01.1962 r., mianowicie moich święceń kapłańskich. W ciągu 800 lat istnienia parafii było to jedyne takie wydarzenie. Od tego czasu minęło 51 lat. Ks. Eugeniusz Izdepski w czasie święceń kapłańskich w Postolinie, fot. archiwum rodzinne Moje święcenia kapłańskie 185 Wspomnienia zacznę od kilku słów o sobie. Nazywam się Eugeniusz Izdepski. Urodziłem się 4 marca 1936 roku w Miranach (obecnie Mirowice) pow. sztumski. Rodzice Alfons i Helena z domu Danielewska pochodząca z Trop. Byli to rdzenni mieszkańcy tych ziem. Do szkoły podstawowej uczęszczałem w Miranach i Postolinie. Szkołę średnią ukończyłem w Pelplinie. Seminarium duchowne ukończyłem w Olsztynie w roku 1962. Dlaczego w Postolinie? Podam kilka zdarzeń historycznych z dziejów tej parafii i miejscowości. Parafia ta była pierwszą parafią powstałą w Prusach. Mieszkali tu Prusowie z plemienia Pomezanów. Ludzie spokojni, pracowici i uczciwi. Już w XII wieku przybywali tu misjonarze katoliccy. Najbardziej znany był Chrystian z Zantyru, który potem został pierwszym biskupem pruskim. Przybyło również wielu Cystersów z Pomorza. Spokojna i cicha praca dała wspaniałe owoce. Wszyscy mieszkańcy Postolina i okolic przyjęli chrześcijaństwo. W 1236 r. powstała pierwsza parafia i zbudowano pierwszy drewniany kościół pod wezwaniem św. Michała Archanioła. Zmieniło się wiele, gdy przybyli Krzyżacy, którzy nawracali miejscową ludność przemocą i siłą, zmuszając ich do pracy i licznych opłat. Reakcją był natychmiastowy bunt. Za czasów krzyżackich powstały jednak wspaniałe zamki i twierdze obronne - Malbork, Sztum, Kwidzyn, Prabuty, Dzierzgoń i inne. Pogańscy Prusowie napadli na Krzyżaków i na nawróconych Prusów, między innymi na Postolin. Spalili kościół i wymordowali wielu mieszkańców. Ukarano Prusów - agresorów i za karę musieli wybudować kościół murowany w Postolinie, który istnienia do dnia dzisiejszego. Rozwijało się tu życie religijne. Od początku było dużo powołań kapłańskich i tak było przez wieki. Najbardziej znanymi kapłanami pochodzącymi z Postolina są: Jan z Postolina - uczony filozof, psycholog i mistyk. U jego boku uświęcała się Błogosławiona Dorota z Mątów (XV wiek). Inni kapłani to ks. Józef Połomski, ks. Władysław Łęga, ks. Alfons War-decki - budowniczy kościoła Serca Pana Jezusa w Olsztynie, ks. Klemens Pakalski, ks. Paweł Piotrowski, ks. Józef Sikart. Było wielu kapłanów, ale nigdy nie było święceń kapłańskich. Gdy byłem w seminarium (1956 - 1962) ówczesny proboszcz ks. Mieczysław Wegnerow-ski podjął starania, by moje święcenia odbyły się w Postolinie, aby w ten sposób uhonorować tak bogatą historię parafii i podziękować Bogu za tak wielką ilość powołań kapłańskich. Prośbę, którą skierował do ówczesnego biskupa diecezji ks. dr Tomasza Wilczyńskiego motywował tym, że kandydat na kapłana pochodzi z pierwotnej ludności pruskiej. Prawdę tę potwierdziłem moimi badaniami. W roku 1992 r. odwiedziłem Archiwum dla Prus Zachodnich. Dyrektorem był mój parafianin ze Świątek prof. Johannes Kossendey i wspólnie znaleźliśmy moje rodowe nazwisko „Ideki”. Po 1772 roku i pierwszym rozbiorze Polski, Prusów - katolików uznano za Polaków, Prusów - ewangelików za Niemców i wtedy otrzymaliśmy nazwisko Izdepski. Biskup naszej diecezji ks. dr Tomasz Wilczyński przychylił się do prośby księdza proboszcza i ustalono datę - 21 stycznia 1962 roku o godz. 11.00 w kościele parafialnym w Postolinie. Życzeniem księdza biskupa było, aby zaprosić cztery najbliższe dekanaty mianowi- 186 ks. Eugeniusz „Ideki” Izdepski cie: Malbork, Sztum, Kwidzyn i Dzierzgoń. Słowa księdza biskupa Wilczyńskiego brzmiały: „Chciałbym, aby ta uroczystość przyczyniła się do wzrostu powołań kapłańskich, bo wciąż mamy mało kapłanów.” Na uroczystość przybyło kilka tysięcy wiernych - samochodami ciężarowymi z Kwidzyna, ciągnikami z przyczepami z Malborka i Dzierzgonia, samochodami osobowymi i rowerami z różnych stron oraz liczne grupy piesze. Pogoda była przepiękna jak na styczeń. Przez cztery dni padał ulewny deszcz a tego dnia od rana świeciło słońce. Na uroczystości przybyli ks. bp dr Józef Drzazga - sufragan olsztyński, ks. prof. dr Tadeusz Pawluk, ks. prof. dr Jerzy Wirszyło. Przybyli dziekani: ks. kan. Feliks Sawicki z Malborka, ks. kan. Franciszek Brudniarz ze Sztumu, ks. kan. dr Gracjan Rudnicki z Kwidzyna, i ks. proboszcz Stanisław Sztuba z Dzierzgonia, wszyscy okoliczni proboszczowie i wikariusze. Było ponad 50 kapłanów. Uroczystość rozpoczęła się pięknym powitaniem przez dzieci i młodzież, a w imieniu dorosłych przemawiali wzruszająco: pan Marcin Korzeniewski, pan Joachim Dumalski i ks. proboszcz Mieczysław We-gnerowski. Uroczystości trwały 3 godziny. Potem odbyło się uroczyste przyjęcie w moim domu rodzinnym przygotowane wspólnym wysiłkiem rodziny i sąsiadów. Przy stolach zasiadło ponad 200 osób. Pięknie przemówił ks. Biskup, a w imieniu rodziny głos zabrał mąż kuzynki Jadwigi - Zbigniew Banach pochodzący ze Lwowa. Podsumowując, uroczystość ta była wielkim duchowym przeżyciem dla mnie, dla parafii Postolin i czterech dekanatów biorących udział w tych uroczystościach. Owocem tego wydarzenia były dwa następne powołania: ks. Henryk Wołyniec ze Sztumu - student medycyny z Gdańska i ks. Paweł Grochowski z Perklic z parafii w Krasnej Łące. Dla Ziemi Sztumskiej było to znaczne wydarzenie, które ży-jący mieszkańcy wspominają do dziś. Biskup Józef Drzazga udziela sakramentu kapłaństwa w Postolinie, fot. archiwum rodzinne Recenzje Janusz Ryszkowski NAJPIĘKNIEJSZE, KTÓRE PRZEPADŁY? Andrzej Grzyb Miejsce na ziemi i inne drobiazgi, Rysunki Per Oskar Dahlberg, Bernar-dinum, Pelplin 2013. Andrzej Grzyb spełnia się w pisarstwie na wiele sposobów, bo to poeta, prozaik, reportażysta dokumentujący wyprawy wędkarskie (Norwegia, Kanada), publicysta, popularyzator Kociewia i jego tradycji - w tym baśni i kuchni, wreszcie redaktor. W dorobku ma ponad 30 książek i 300 tekstów w wydawnictwach zbiorowych i prasie. A przy tym animator wielu przedsięwzięć kulturalnych. W Czarnej Wodzie, gdzie mieszka, zainicjował przed laty Biesiady Literackie, które zyskały sobie świetną markę i do dziś dobrze służą popularyzacji kociewskich twórców. Za twórczość nagradzany, doceniany przez wielu krytyków. „Autentysta z Czarnej Wody” - tak Krzysztof Kuczkowski zatytułował posłowie do „Cierpkiej tajemnicy świata”, wierszy Grzyba z lat 1975 - 1985, wydanych w 1996 roku. I zapewne niełatwo znaleźć trafniejszą formułę dla jego poezji, a może i całego pisarstwa. Nasi Czytelnicy mogli niedawno smakować prozę Andrzeja Grzyba „Przetartym szlakiem” („Prowincja” nr 11). To zarazem jeden z dwóch najdłuższych utworów w wydanym tomiku autora - „Miejsce na ziemi i inne drobiazgi”. Warto zwrócić uwagę na ten drugi element tytułu. Już w kilku poprzednich książkach Grzyba pojawiały się bliźniacze określenia: „mała pro- miejsce na ziemi I INNE DROBIAZGI za” lub „prozy mniejsze”. Widać krótkie formy leżą w jego pisarskiej naturze. Większość wydawców traktuje zbiory opowiadań jako z góry skazane na rynkową klęskę, preferują powieści, w tym opasłe. A przecież jako społeczeństwo sięgamy po książki coraz rzadziej, komunikujemy się ze sobą za pomocą SMS, wydawałoby się więc, że właśnie krótkie formy powinny być w cenie. Tomik Grzyba ma format pocketbooka, co samo w sobie jest zachętą, by czytać go podczas krótkiej podróży, w kolejce do doktora, albo przed snem. I na każdą z tych okazji znaj-dziemy odpowiednią klimatycznie prozę. 188 Recenzje W „Miejsce na ziemi...” jest po części wpisana figura flaneura, spacerowicza. Na ten trop naprowadza nas otwierające książkę motto z „Przechadzki” Roberta Walsera. Nie jest to spacerowanie po mieście w klasycznym już wydaniu, znane choćby z prozy Waltera Benjamina czy Alfreda Kerra, ale narracja wywiedziona z tego właśnie ducha. Niespieszna, migotliwa, smakująca detal. Stawiająca tamę dzisiejszemu zabieganiu, wrzaskowi. Flaneur to spotkany przez narratora przy parkingu w centrum miasta drobny pijaczek Jan, który mówi o sobie: „Łażę, włóczę się, spaceruję. Szukam czego nie zgubiłem.” Prosi o kilka złotych na piwo. Przy okazji zadziwia narratora, bo mówi tak, jakby czytał Walsera. Zresztą łączy go ze szwajcarskim pisarzem i to, że nie potrafi przystosować się do obowiązujących powszechnie reguł (Walser długie lata spędził w zakładzie psychiatrycznym, gdzie zmarł). „Ja śmierdzę i świat śmierdzi. Tak to czuję” - powiada. Jego monologi narrator zapisuje potem na bilecie parkingowym i w kalendarzyku. Po co je utrwalił, skoro nie zmienią świata? Jedna z możliwych odpowiedzi, nie upieram się, że najlepsza, może brzmieć tak: Prawdziwy spacerowicz - pisał przed prawie 80 laty Franz Hessel -jest jak czytelnik, który czyta książki dla zabicia czasu i dla rozrywki - coraz rzadszy dzisiaj gatunek ludzi, ponieważ większość czytelników i widzów teatralnych powodowana fałszywą ambicją czuje się w obowiązku wydać własny sąd(...). [tłum. Sława Lisiecka]. Andrzej Grzyb nie stara się, by każda z jego różnych gatunkowo próz stanowiła zamkniętą całość zwieńczoną pointą, stawiającą kropkę na i. Owo zamknięcie jest zarazem otwarciem, uchyleniem drzwi, gdzie czai się ciąg dalszy. Od wrażliwości i zaanga- żowania czytelnika zależy, czy zechce przekroczyć kolejny próg. Bo pisarz lubi podro-czyć się trochę z odbiorcą. „Podróż w niepamięć” jest właśnie czymś zgoła odwrotnym. Spotkanie z 99-latką, jej opowieść o zwykłym życiu w dwiema wojnami w tle. I proste mądrości: „Życia opowiedzieć nie spróbuję. Każdego ciekawe i własne i jedyne. Lepiej opowiem wam o jabłkach”. I snuje wątek o rodzinnym sadzie, zapewne nieświadomie potrącając o rajski archetyp. Prosta relacja, można powiedzieć mało medialna. Gdyby trafiła do redaktora działu reportażu wyraziłby zapewne wątpliwość: dlaczego mamy pisać o tej pani, samo długie życie to nie wystarczający powód, by nasz czytelnik to kupił, chyba że pani owa ma nieznaną receptę na długowieczność. Ale ujmuje zwykłością, szczerością, godna „au-tentysty z Czarnej Wody”. Bo ta proza żywi się tym, co literacki spacerowicz dostrzeże, dotknie, przeżyje. Nie karmi się literackimi, odgrzewanymi po wielokroć fastfoodami. „Kto wie, czy nie najbardziej intrygujące są te opowieści, które przepadły w białych czeluściach kartki papieru. Kto wie, jak były piękne, jak genialne” - tak zaczynają się „Porzucone początki”. To najprawdziwsza prawda, jak mówią jeszcze nie tylko na Kociewiu. Dobrze jednak, że proza Andrzeja Grzyba do nas trafia... Recenzje 189 Wacław Bielecki SPRAWA KWIDZYŃSKA Karol Nawrocki, Karol Lisiecki, Sprawa kwidzyńska 1982. Internowanie, pobicie, proces. Gdańsk - Kwidzyn 2012, Instytut Pamięci Narodowej. O tzw. sprawie kwidzyńskiej lub „krwawej sobocie” 14 sierpnia 1982 roku w Kwidzynie, dowiedziałem się z „Grypsu z Kwidzyna” jaki bardzo szybko dotarł do mnie w czasie stanu wojennego. Było to nielegalne pisemko, kilka maleńkich kartek zapisanych drobnym drukiem i wydrukowanych przy użyciu powielacza. Egzemplarz tego grypsu przechowuję do dzisiaj w swoich zbiorach. Dopiero po wielu latach miałem możliwość dokładniejszego zapoznania się z tą sprawą z obszernej książki napisanej przez samych internowanych - Bogusława Kazimierza Gołąba i Władysława Kałudziń-skiego pt. Kwidzyn. W niewoli brata mego... Stan wojenny. Wspomnienia, refleksje, oceny. Olsztyn 2005. Dzisiaj leży przede mną duży, przepięknie wydany album z wieloma fotografiami i dokumentami wydrukowany na kredowym papierze. Jest to praca historyków z Oddziału Gdańskiego Instytutu Pamięci Narodowej. Album składa się dwóch części. Pierwsza, to rzeczowe przedstawienie tematu pióra Karola Nawrockiego, zawierające siedem rozdziałów o tytułach: Kwidzyn, Stan wojenny, Ośrodek Odosobnienia w Kwidzynie, „Krwawa sobota”, Prowokacje, Między pobiciem w procesem, Proces elbląski. Druga część albumu opracowana przez Karola Lisieckiego zawiera ilustracje i indeks nazwisk. Nie będę tu przypominał meritum sprawy kwidzyńskiej, bo o tym pisał niedawno w naszym kwartalniku sam Karol Nawrocki w artykule pt. „Krwawa sobota” w Kwidzynie, „Prowincja" 2012, nr 9, s. 119 - 124. Jest to jakby streszczenie tego co w znacznie obszerniejszej wersji można przeczytać w prezentowanym albumie. Opis wydarzeń w Ośrodku Odosobnienia w Kwidzynie zajmuje mniej więcej jedną trzecią część albumu. Zajmę się krótko drugą, znacznie obszerniejszą częścią publikacji. Zawiera ona wiele fotografii osób internowanych i funkcjonariuszy więziennych oraz kopie najróżniejszych dokumentów. Jest tu, np. zestawienie, jakby kartoteka, 389 osób internowanych w Kwidzynie, z krótkimi danymi 190 Recenzje osobowymi oraz ich fotografiami. Są reprodukcje takich dokumentów jak, np.: „Decyzja o internowaniu” lub „Nakaz zatrzymania i doprowadzenia” w których tak się uzasadnia internowanie: „zagrażałby bezpieczeństwu Państwa i porządkowi publicznemu przez to, że organizowałby wrogie wystąpienia.” Nie brak też kopii listów internowanych oraz ich twórczości poetyckiej, choćby tak zaczynającego się „Hymnu Internowanych”: Nie peszą nas za oknem kraty / Nie straszny nam niepewny los / Nie pora rwać na piersiach szaty / Lecz przeciwnościom śmiać się w nos. Bardzo znaczące jest zamieszczenie pełnego wykazu funkcjonariuszy Ośrodka Odosobnienia w Kwidzynie, niektórych nawet możemy zobaczyć na fotografiach. Są też imienne wykazy funkcjonariuszy z Zakładów Karnych w Kwidzynie (29 osób), Sztumie (21), Iławie (15), którzy „brali udział w tłumieniu buntu w dniu 14.08.1982 r. w Ośrodku Odosobnienia w Kwidzynie.” Mamy też zdjęcia i dokumentację siedmiu funkcjonariuszy, którzy zostali oskarżeni o pobicie internowanych. Można również przeczytać protokoły przesłuchania świadków, pismo z wizyty delegatów Międzyna- rodowego Komitetu Czerwonego Krzyża w miejscu internowania w dniach 17, 18 i 19 sierpnia 1982 r., poręczenia społeczne, np. Biskupa Warmińskiego Jana Obłą-ka, a z drugiej strony gratulacje i nagrody dla prokuratorów, którzy prowadzili proces w Elblągu... Publikacja licznych dokumentów umożliwia lepsze poznanie tematu i zbliżenie się do prawdy o tych wydarzeniach. Jak wiadomo, sześciu internowanych pobitych przez funkcjonariuszy więziennych zostało przez Sąd Wojewódzki w Elblągu orzekający pod przewodnictwem Alfonsa Wierzbickiego skazanych na kary więzienia do dwóch lat za udział w zbiorowej akcji protestacyjnej. W trakcie procesu zarzucano im, że ... to oni pobili strażników więziennych. Tak wyglądała socjalistyczna sprawiedliwość. Dopiero w październiku 1991 r. Sąd Najwyższy poddał kasacji wyrok sądu elbląskiego i uniewinnił skazanych. Natomiast prawdziwi sprawcy zajść i niesprawiedliwi sędziowie uniknęli odpowiedzialności, wszakże, jak pisze w ostatnim zdaniu Karol Nawrocki: „Przed odpowiedzialnością moralną i historyczną nie ma jednak ucieczki.” Andrzej Lubiński SUSKI SKARBIEC Skarbiec Suski. Półrocznik wydawany przez Miasto i Gminę Susz 9 października 2008 roku doszło do spotkania założycielskiego Towarzystwa Miłośników Ziemi Suskiej. Prezesem wybrano Krzysztofa Kępińskiego. W roku założenia liczyło 26 członków zwyczajnych i 36 wspierających. Towarzystwo jako cel główny postawiło sobie promowanie miasta i gminy poprzez organizowanie imprez plenerowych, wystaw, konferencji popularnonaukowych, utworzenie regionalnej Izby Pamięci oraz wydawanie publikacji „Skarbiec Suski”. Recenzje 191 W roku 2009 ukazał się pierwszy numer pisma, w podtytule którego są hasła: historia, środowisko, kultura. Redaktorem naczelnym jest prezes Towarzystwa K. Kępiński, sekretarzem redakcji Włodzimierz Pa-liński. W słowie wstępnym do pierwszego numeru redaktor naczelny informował czytelników, że autorem „Skarbca...” może być każdy, kto zechce podzielić się wiedzą na temat związany z tytułem. Zachęcał do dostarczania wspomnień, pamiątek, pamiętników i zdjęć. Odzew był duży. „Skarbiec Suski” ukazuje się dwa razy w roku. Finansowany jest przez Miasto i Gminę Susz, różne instytucje i osoby fizyczne. Objętość numeru nie przekracza 100 stron. Na podkreślenie zasługuje bardzo ciekawa szata graficzna i profesjonalne redagowanie. Bardzo interesujące są artykuły m.in. Seweryna Szczepańskiego z Iławy, uczestnika seminarium doktoranckiego prof. dr hab. Grzegorza Białuńskie-go z Uniwersytetu Mazursko-Warmińskiego, oraz jego brata Łukasza. Bardzo ciekawy jest dział „Wspomnienia”, gdzie publikowane są teksty mieszkańców Susza po roku 1945 - Andrzeja Chmielewskiego, Marka Żółtowskiego, Bazylego Dziemidowicza, Marii Nadrasik, Sylwii Zielińskiej oraz tych sprzed roku 1945. Stanisław Blonkowski zamieszcza artykuły dotyczące piękna przyrody suskiej. Krzysztof Kępiński prezentuje w kolejnych numerach stare widokówki miasta. Sebastian Zieliński dokumentuje działalność Klubu Odkrywców. Największym jego sukcesem było znalezienie „Skarbu monet krzyżackich”. 111 monet zostało przekazanych do Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie. 23 kwietnia 2013 roku w Izbie Historii Regionu w Suszu miała miejsce sesja popularna okolicznych Towarzystw połączona z Skarbiec Suski HISTORIA | ŚRODOWISKO i KULTURA Nr 1. 2009 ISSN 1689-9962 W numerze: - Średniowieczne osadnictwo - Tajemnicze znaki promocją III tomu „Rocznika Historycznego Pojezierza Iławskiego”. Jako że Pojezierze Iławskie to także nasze ziemie, znalazł się w roczniku artykuł „Sztum i okolice przed 150 laty” wyżej podpisanego. Redaktorom „Skarbca Suskiego” i Towarzystwu Miłośników Ziemi Suskiej należą się słowa uznania za ciekawe inicjatywy. Z przymrużeniem oka Kamila Thiel-Ornass Danuta Thiel-Melerska DZIECIŃSTWO TELEFONU BAJKA DLA DOROSŁYCH I DLA DZIECI Było to dawno, a może jeszcze dawniej niż myślicie. W każdym razie działo się to w czasach, gdy powstawały pierwsze instrukcje obsługi różnych skomplikowanych sprzętów i urządzeń. Instrukcja, o której będzie tu mowa, pochodziła z Królewca z 1882 roku i dotyczyła obsługi aparatu telefonicznego. Znaleziono ją dużo później na strychu pewnego starego domu w Sztumie. Leżała tam sobie zupełnie bezużytecznie, bo w domu tym nie było telefonu, a poza tym, napisano ją w obcym języku i dwie dziewczynki, które ją tam znalazły, zaraz ją porzuciły. Z całego bowiem jej tekstu zrozumiały, że jest to jakieś zadanie matematyczne, bo występowały tam literki A i B. Musi to być, sądziły, tzw, a znienawidzone przez nie „zadanie z treścią”, dotyczące zwykle samochodu ciężarowego albo pociągu, który poruszał się z miasta A do miasta B i w żaden sposób nie dało się wyliczyć odległości między A i B, ciężaru przewożonego między A i B, nie mówiąc już o - nie do obliczenia - prędkości poruszania się między A i B. Nic dziwnego zatem, ze dziewczynki jak najszybciej odrzuciły instrukcję na stertę różnych, zalegających strych papierów i sięgnęły po inne, o ileż przyjemniejsze teksty. Działo się to bowiem w czasach, gdy dzieci czytały „Baśnie” Andersena i to nie tylko wtedy, kiedy przeziębione i z gorączką, przymuszone były do picia herbaty z czarnego bzu na poty. A kiedy wypiły już jej do niektórych z nich, zwłaszcza do szczególnie rozgorączkowanych dziewczynek, wychylała się z herbacianych gałązek i liści wyrastających wprost z imbryka uśmiechnięta Bzowa Babuleńka. Chłopcy w tamtych czasach woleli podróże w latającym starym kufrze i bardzo uważali aby nie zostawiać w nim na noc żadnego, nawet najmniejszego fajerwerku. Możliwość latania wśród błysków rac, fajerwerków i sztucznych ogni nad miastami i miasteczkami, nad gapiami zadzierającymi ku nim głowy była dla tych śmiałych chłopców o wiele bardziej kusząca niż zdobycie miłości, a nawet ręki tureckiej księżniczki, jeżeli jeszcze wiecie, co to znaczy „zdobycie ręki”. W tamtych nieodległych, a jednak odległych czasach, zarówno w domu jak i w szkole, przygotowywano dziewczynki do dorosłego życia. Jednym z takich sposobów była nauka starannego cerowania pończoch, grubych, prążkowanych - tzw. patentek. Wciągało się piętę pończochy z dziurą na drewniany grzybek, zwykle w kolorach wesołego, czerwonego muchomora. Operowanie igłą z nitką w górę i w dół, następnie od lewej do prawej i odwrotnie wymagało uwagi i stawało się dla małych dziewczynek nużące. Dopiero baśniowa opowieść o igle do cerowania tak ambitnej, że wyobrażała sobie, że jest igłą do szycia albo brylantową spinką rozwiewała nudę cerowania. Ach, jak dobrze było tym dziewczynkom cerującym bure pończochy na czerwonym w białe kropki muchomorze. Kamila Thiel-O mass, Danuta Thiel-Melerska 193 Wtedy dorośli postanowili, że dzieciom będzie jeszcze lepiej, a stanie się tak po założeniu w mieszkaniu telefonu. Mama dziewczynek wcale nie była przekonana o pożytku płynącym z posiadania aparatu telefonicznego. mimo że pracownicy poczty usilnie ją do tego przekonywali. Rodzice dziewczynek, chociaż przed wojną posiadali domowy telefon, teraz odmawiali nachodzącym ich pracownikom, bo wiedzieli, że w Sztumie i w całym powiecie jest tylko kilkudziesięciu posiadaczy aparatu, wliczając w to urzędy, milicję i straż pożarną, więc nie byłoby do kogo specjalnie dzwonić. Mama sprzeciwiała się też kuciu świeżo pomalowanych ścian, koniecznemu do założenia linii telefonicznej. W czasie kolejnej wizyty pracownicy poczty znów siedzieli z mamą dziewczynek przy stole i używali różnych argumentów, m. in., że usuną wszelkie zniszczenia spowodowane instalacją, że pomalują na nowo ścianę. Bezskutecznie. Dopiero argument niematerialny przeważył: - Pani jest taką światłą osobą, nauczycielką i musi pani dawać przykład innym w postępie. Szerzenie postępu w owych czasach było obowiązkowe, mimo ofiar. Mama dziewczynek zgodziła się zatem być taką ofiarą. W domu pojawił się więc czarny, ebonitowy aparat, z okrągłą, cyfrową tarczą, ze słuchawkami na widełkach. Telefon miał numer 91. W oczach dziewczynek był niebywale atrakcyjny i równie tajemniczy jak garnek świniopasa z „Baśni” dzięki któremu można było zajrzeć do każdej kuchni w mieście i poznać smak potraw od królewskiego dworu po najuboższe mieszkanie. Obie dziewczynki spodziewały się, że dzięki aparatowi telefonicznemu będą mogły rozmawiać ze wszystkimi mieszkańcami miasteczka i wiedzieć w ten sposób co dzieje się w każdym domu i mieszkaniu: od sekretarza partii po sprzątaczkę kościelną. Jakże się jednak rozczarowały. Telefon milczał. Nikt do nich nie dzwonił ani one nie miały do kogo zadzwonić. Ale przede wszystkim zacząć należało od tego, że dzieci nie umiały obsłużyć aparatu i dopiero należało je tego nauczyć. Ojciec dziewczynek podjął się tego trudu i w tym celu wyciągnął XIX-wieczną instrukcję obsługi telefonu, usadził dziewczynki na krzesłach i tłumaczył jej słowa na zrozumiały dla dzieci język. Zaczął od przekazania, wyjątkowo uważnie wsłuchanym w jego słowa córkom następujących informacji: Dzwonić należało w godzinach, latem od 7-ej, zimą od 8-ej godziny do 21-ej wieczorem, szanując potrzebę snu telefonistki łączącej rozmowy. Instrukcja pouczała, aby nie mówić nadmiernie głośno, wystarczało wyraźnie wymawiać słowa, ale znów nie za wolno. Rozmówców określono literami A i B, przy czym pouczono, że A inicjując rozmowę winien się przedstawić i zapytać czy rozmawia z B. Po potwierdzeniu przez B zaczynała się wymiana pytań, informacji i poglądów. Kiedy rozmowa zmierzała ku końcowi A powinien wyraźnie powiedzieć: koniec rozmowy i palcem przycisnąć przycisk powodując rozłączenie rozmówców. Słuchawkę następnie należało odwiesić na haczyk. Tak pouczone dziewczynki mogły już dzwonić. Tylko do kogo? Dzieci nie mogły przecież ot, tak sobie zadzwonić do pierwszego w mieście posiadacza telefonu, magistra Telesfora Nowaka, największego w Sztumie czciciela nowinek i postępu, ale tylko w dziedzinie techniki i to wyłącznie zachodniej. Sprowadzał te nowości do Polski, do Sztumu dzięki kontaktom z dawnymi kolegami z armii gen. Andersa. Nie wolno też było dzwonić do koleżanki młodszej z dziewczynek, Marylki Muszalskiej, jedynej w klasie posiadaczki telefonu, córki taksówkarza, bo ojciec zapowiedział jej, aby nawet 194 Dzieciństwo telefonu nie próbowała podchodzić do aparatu i z kimś się kontaktować, gdyż w tym właśnie momencie może zadzwonić potencjalny klient i zamówić kurs. Innych posiadaczy telefonów dziewczynki nie znały. Telefon zatem stał bezużytecznie. Wydawał się marnieć w oczach, stawał się jakby mniejszy i mniejszy. Młodszej dziewczynce wydawał się małym, czarnym bezbronnym krecikiem przyniesionym z ogrodu. I kiedy domownicy prawie zapomnieli o stojącym na bufecie telefonie, młodsza dziewczynka, późniejsza eksplorator-ka świata, mając naturę zdobywczyni postanowiła go ożywić i w nagłym impulsie zadzwoniła do koleżanki, owej córki taksówkarza. Gdy wykręciła jej numer telefonu z przejęcia zapomniała większości reguł instrukcji i zaczęła głośno i bez przedstawiania się: - Dzwonię do ciebie Marylko, bo mamy założony telefon. Dlatego do ciebie dzwonię. Marylka odpowiedziała: - Ale dlaczego tak krzyczysz? Nie musisz tak głośno mówić, ja ciebie dobrze słyszę. . Młodsza dziewczynka nie miała już o czym z nią rozmawiać. Powiedziała przecież i właśnie zrobiła to co sobie założyła. Dlatego jedynie ciszej dodała: - Tylko to ci chciałam Marylko powiedzieć. I wtedy dopiero, zgodnie z instrukcją z XIX wieku, dodała głośno i wyraźnie: - Koniec rozmowy. Ponieważ nie było haczyka na odwieszenie słuchawki, położyła ją, wbrew instrukcji, na widełkach. - Z wrażenia musiała aż usiąść. Czuła się bardzo odważna. Prawie jak Gerda pokonująca przednią straż przed pałacem Królowej Śniegu. Było w tym odczuciu i w porównaniu trochę przesady ale naprawdę mogła być dumna z siebie bo oto pierwsza w rodzinie, chociaż najmłodsza, wykonała rozmowę telefoniczną z domowego aparatu. Płynął czas. Starsza z dziewczynek zaczęła naukę w Liceum Ogólnokształcącym w Sztumie, którym kierował wówczas dyrektor Michał Gembicki, niewysoki, barczysty mężczyzna o świdrującym spojrzeniu ciemnych oczu. Wśród uczniów wzbudzał respekt, a nawet lęk. Był miłośnikiem dyscypliny i przestrzegania regulaminu szkolnego ponad wszystko. Dyżurujący codziennie przy wejściu do szkoły, przy ogromnych drzwiach, nauczyciele, nierzadko w obecności samego dyrektora, sprawdzali czy uczniowie mają przyszyte, a nie przypięte do rękawa tarcze szkolne, a na głowach noszą berety. Nawet zimą. A zimy w owym czasie były długie i mroźne. Starsza dziewczynka, która marzła w berecie pokonując drogę do szkoły, któregoś dnia, ośmielona obecnością koleżanek w klasie, zapytała dyrektora w czasie lekcji biologii, czy gdy będzie mróz 20 stopni można przyjść do szkoły w czapce lub chustce na głowie? Pytania zawisło w powietrzu i wszystkie uczennice nadstawiły uszu tak samo narażonych na mróz. Dyrektor nie zawahał się z odpowiedzią. Nie było mowy o zmianie regulaminu na czas mrozów. Beret nadal należało nosić, tyle że w czasie wielkich mrozów miał być zwieńczeniem stroju uczniowskiego nałożony na zimową czapkę lub chustkę zawiązaną pod brodą. Dziewczynce nie było do śmiechu, gdy wyobraziła sobie siebie idącą do szkoły z taką piramidą na głowie. Do tego słyszała jeszcze kpiące śmiechy koleżanek. Wydawało jej się, że już dawno wyzwoliła się spod uroku baśni duńskiego poety, ale w tym momencie dyrektor Gembicki podobny był przez moment do starego, porcelanowego Chińczyka, który arbitralnie decydując o losie Pasterki i Kominiarczyka narażał ich na wiele przykrości. Kamila Thiel-Ornass, Danuta Thiel-Melerska 195 Po mroźnej zimie rozkwitła wiosna, a po niej słoneczne, upalne lato i starsza dziewczynka zapomniała już o zimowej przykrości. Tego lata baśniowe diabły ze swym kolejnym lustrem musia-ły jednak przelatywać nad Sztumem. I może przeleciałyby wysoko pod chmurami nie zwracając uwagi na małe domki i mieszkających w nich małych ludzi, gdyby nie ostry promień słoneczny odbity od tafli jeziora sztumskiego, który z taką siłą uderzył w powierzchnię lustra, że rozbiło się ono na tysiące milionów, bilionów i jeszcze więcej okruchów. Jedne z wielu najmniejszych okruchów musiały widocznie wpaść do oczu czterech jeszcze ciągle dziecinnych dziewczynek razem spędzających wakacje. To skraweczki lustra w ich oczach musiały sprawić, że trzy dziewczynki przystały na pomysł starszej - licealistki, przyszłej badaczki relacji międzyludzkich, na wykonanie prowokacyjnego telefonu, proponującego randkę dyrektorowi Gembickiemu. Pomysł podekscytował cztery kuzynki, a Małgosia, skora do zabawy i zadziorna, równolatka - licealistka z Owczarek koło Grudziądza, miała podszyć się pod wielbicielkę dyrektora. Szczęśliwie dla dziewczynek w niedzielne przedpołudnie telefonu nie odebrała żona, a sam dyrektor Gembicki, któremu nastoletnia Małgosia przedstawiła się śmiało jako Krystyna. Rzekoma Krystyna zapewniała, że od dawna obserwuje i podziwia pana dyrektora i wreszcie chciałaby poznać go osobiście. Dziewczynki skupione wokół aparatu słyszały słowa obruszające-go się dyrektora: - Nie znam pani, o co pani chodzi? Czego pani chce? Kuzynka Małgosia z poważną miną prowadziła dalej rozmowę, a trzy pozostałe dziewczynki prawie głośno się śmiały, zachwycone zaskoczeniem dyrektora. - Od dawna chcę się z panem spotkać. Czy to możliwe, może dzisiaj? - Co za głupstwa, kim pani jest? - dyrektor był zdenerwowany, jednak nie przerywał rozmowy, nie odrzucał słuchawki. - Od dawna pana widzę w Sztumie. Spotkajmy się, naprawdę, bardzo pana proszę. Będę w niebieskiej, w kratkę, sukience. Ale dyrektor, słysząc w tle rozmowy telefonicznej nieustające chichoty, domyślił się uczniowskiej psoty i podjął grę, zapewne w nadziei wykrycia sprawców. - No dobrze, a gdzie i kiedy mamy się spotkać? - jego głos jest już rzeczowy i konkretny. Kuzynka nie traciła rezonu i zaproponowała randkę jeszcze dziś o 4-ej, po południu przy małym kościele na Rynku. Dziewczynki były jednak ciągle dziećmi, nie wytrzymały napięcia, wypadły z ról, śmiały się nerwowo i krzyczały do siebie. Zdeprymowana ich reakcją „Krystyna” również przerywała rozmowę i rzuciła słuchawkę. Śmiechom później nie było końca ale nikomu z dorosłych nie zwierzyły się z tego telefonu. Incydent nigdy nie został ujawniony i żadna ze sprawczyń nie poniosła przykrych konsekwencji telefonicznego flirtu z dyrektorem Gembickim. A o dalszych losach odłamków lustra, jeżeli rzeczywiście prawdą jest, że wpadły im kiedyś do oczu, tylko one same mogłyby coś powiedzieć. My na ten temat z pewnością nie będziemy się rozpisywać. Gdy ilość posiadaczy aparatów telefonicznych w powiecie sztumskim, dzięki żmudnemu wysiłkowi i wytężonej pracy pocztowców kierujących właściwe argumenty do potencjalnych abonentów, przekroczyła 200 osób, telefon w mieszkaniu dziewczynek otrzymał numer 291. Od tego czasu nikogo nie trzeba było już namawiać do założenia telefonu. Stał się on, jak wiele przedmiotów i usług w całym kraju w owych czasach, towarem deficytowym i trudno dostępnym. 196 Czosnyczek podróżniczek Maciej Kraiński CZOSNYCZEK PODRÓŻNICZEK „Czy ja Lechita. - Cóż to? Czy mi z oczu Patrzy gburstwo, pijaństwo, obżarstwo, Siedem śmiertelnych grzechów, gust do wrzasku, Do ukwaszohych ogórków, do herbów/' (Lilia Weneda, Juliusz Słowacki) Będzie się działo. No bo i przyprawa i „lek biedaków” i afrodyzjaczek, choć odorek niezbyt seksy. Do dzieła! Czosnek pospolity, trybulka, allium sativum. Rodzina liliowate, krewniak cebuli. Inskrypcje na piramidach egipskich donoszą, że codzienne porcje czosnku wydzielano niewolnikom w mozole i pocie wznoszącym monumenty ku chwale faraona. Ponoć bunt wzniecili, kiedy wstrzymano im codzienne racje czosnku. Pierwotnie występował w Azji Środkowej i Indiach. Uprawiany w dwóch rodzajach: białym i niebieskim. Przeniesiony do Grecji i Rzymu, a przez legiony rzymskie rozwłóczo-ny po całej Europie, za co należy im się chwała wiekopomna. Czosnek, ten wielki zwycięzca, do Polski dotarł wraz z najazdem tatarskim, straciliśmy Henia Pobożnego, zyskaliśmy czosnek - historia nie znosi próżni. Roślina lecznicza, głównie jednak przyprawowa. Cebule oraz liście stanowią silny środek bakteriobójczy, przeciwrobaczy, przeciwgrzybiczny i wykrztuśny. Słuchajcie dalej, zwłaszcza wy 50+, ponieważ nasz śmierdzioszek redukuje ciśnienie, obniża poziom cholesterolu i stymuluje procesy trawienne. W kuchni panuje niepodzielnie; siekany, rozcierany z solą, wyciskany, jest komponentem zup wszelakiej maści i proweniencji. Zalecany do sosów: pomidorowego i fondue, dressingów do zielonej sałaty, pomidorów i mięs, ryb z rusztu, szaszłyków. Nie do zastąpienia w marynatach, nacieraniu lub szpikowaniu, pieczeni wołowej, wieprzowej, do baraniny, królików, drobiu... Listę można by wydłużać w nieskończoność, a miejsca kuso. Gryźcie ludzie czosnek! Zapa-szek zabijecie żując natkę pietruszki, liść laurowy lub zgryzając ziarnko pimentu (papryki), czy ziarnka kawy. Wielu Hiszpanów woli żuć goździki korzenne. Może też pomóc w złagodzeniu zapaszku łyżeczka miodu. Francuzi stosują najbliższy mego serca sposób: piją dużo, dużo czerwonego wina. Rzymianie poświecili go bogini płodności Ceres i przyrządzali z niego napój miłosny z dodatkiem kolendry. Ze starych ksiąg wyczytać można, że roślina pobudza do nierządu i leczy impotencję spowodowaną złymi czarami. Ci zas co mieli szczęście zdać onegdaj maturę, posiadłszy umiejętność czytania ze zrozumieniem, co jak wiadomo nie jest w naszych czasach „oczywistą oczywistością”- by za- Maciej Kraiński 197 cytować czołowego „statystę” naszego szczęśliwego narodu - wiedzą, że Jan Kochanowski pomiędzy wylewaniem łez nad Orszulą, a śpiewaniem o spustoszonym przez „pohańca spro-snego” Podolu, brzdąkał krotochwilnie struną poetyckiej liry: Choć u mnie głowa siwa, jeszczem niezgoniony, Czosnek na głowę białą, a ogon zielony. Czy Sierakowscy jadali czosnek? Nie znam odpowiedzi na to fundamentalne pytanie, godne osobnej konferencji i kilku dysertacji doktorskich. Myślę jednak, co jak wiadomo jest zjawiskiem ocenianym czasami pozytywnie, że jadali z dużym umiarem, by nie powiedzieć, zrozumiałą powściągliwością. Wyobraźmy sobie bowiem, że grafini z siódemką swojej pro-genitury defiluje środkiem kościoła w Starym Targu czy Krasnej Łące, a za nimi ciągnie się smuga czosnkowej perfumy. Toż to istna prowokacja. Wiadomo starozakonni cebu-larze cuchnęli czosnkiem. Natychmiast usłużni informatorzy donoszą gdzie trzeba. Odpowiednie służby uskrzydlone Ustawami norymberskimi rozpoczynają postępowanie sprawdzające czy aby znienawidzony von Sierakowsky nie jest uś Sierakowsky? Alfabetem Mor-se’a wystukują do Berlina - sprawdzić! A tam aparat urzędniczy działa, chciałoby się powiedzieć bez pudła - „dla chcącego nic trudnego”. Wyczuleni na prowokacje, czosnku Sierakowscy nie jedli, jeżeli już tam coś zalatywa-ło, to zawsze można było zeznać, że to z powodu kiszonych ogórków, które jak powszechnie wiadomo bez czosnku, chrzanu, liścia dębowego i kopru obejść się nie mogą. A ja się nie boję. Siedzę sobie w Biarritz, obwarzanek rodziny polsko-francuskiej obsiada stół. Atlantyk w przypływie obmywa mi stopy, za nami piętrzy się hotel cesarzowej Eugenii. Zamawiamy mule a’la marinara: Gdzież małże zajadać, ssać środki ich z raju, jednoż takie znam miejsce, Zatoka Biskaju. Będzie czosnkowo-pietruszkowo. Będzie felicitacion. Oczywiście wino. Dyskretny sommelier w długim fartuchu, pod muchą, z obowiązkowym próbnikiem dyndającym na łań-cuszku u szyi, profesjonalnie podsuwa kartę win. Wybór padł na Graves. To było dla mnie oczywiste. Tam w Saint-Pierre-du-Mont, nieopodal Langon, przez osiem sezonów lałem pot pobierając nauki w winnicy Jean Marc Brideta. Białe Chateau Cazebonne dzień w dzień ostrzyło mi zmysły i wrażliwość na doznania podniebienne. To była szkoła! Mer-cijean Marc! Graves jest ojczyzną najprzedniejszych białych win bordoskich, zarówno słodkich jak i wytrawnych. Szczepy Sauvignon Blanc i Semillon, w różnych proporcjach, stanowią podstawę produkcji białego Bordeaux. Połączenie jest bardzo korzystne, gdyż Sauvignon Blanc zapewnia trunkowi wdzięk, podczas gdy wolniej dojrzewające grona Semillon przydają winu lepkość i głębię pozwalając na długie starzenie. Białe wytrawne z Graves są rześkie, pełne energii, kiedy są młode; z czasem rozwijają pełne bogactwo i miodowy bukiet. Podali oszronioną butelkę. Wprawna defloracja debuszoniera i kielichy napełnione: oko, nos, język. Przelewam w ustach z lewa na prawo, wino opływa język niczem łachę na Wi- 198 Czosnyczek podróżniczek śle. Kubki na języku - nastroszone na podobieństwo wyżelowanej czuprynki modnisia ministra - chwytają niuanse. Bagietka z koszyczka chrupie w dłoniach, okruszki zaśmiecają obrus, uśmiechy, luz. Taka jest obiadowa Francja. A kuchnia walczy: świeże lub z lodu muszelki rzucić na rozgrzaną patelnię. Żywe się otworzą, trupy pozostaną zamknięte; te wyrzucić, nie żałować, nie podważać skorupek - są trujące. Zmysłowo rozwarte małże wyrzucić na sito. Sok o zapachu i smaku oceanu zachować - będzie bazą do sosu. Czosnek, wcześniej obrany, drobno siekamy. Dużą nać zielonej pietruszki dokładnie posiekać. Obraną szalotkę ciach, ciach. Teraz sosik. Na rozgrzaną patelnię wrzucić dużą łyżkę masła, do roztopionego wrzucić szalotkę, lekko zrumienić, czas na mąkę ale tak ciut, ciut. Kiedy mąka się rozpulchni wlać odcedzoną wodę morską - ciągle mieszać - dodać czosnek, wlać kieliszek wina białego, może i dwa, dodać świeżo kręconego pieprzu. Raczej nie solić - woda z Atlantyku jest naturalnie słona. Sos robimy w głębokim garnku, tak aby zmieściły się w nim małże, które wrzucamy do gotowego sosu. Jeszcze świeży tymianek. Podgrzewamy. Gorące muszelki należy podać na dużym półmisku. Przed serwowaniem do-rzucić dużą garść pietruchy - nie żałować. Voila’...!!! Panie, Panowie. Małże po marynarsku... Kuchnia wydaje. Rozmowy na chwilę cichną jemy nosalnie. Chrapy się rozdymają wciągając woń czosnku, oceanu, ziół i wina. Atakujemy, wysysamy, wycmoktujemy z muszli mięsko małży. Jeszcze butelkę wytrawnego Graves, proszę. Jeszcze kawał bagiety do wytarcia talerza, jeszcze łyk białego. Rozmowy coraz głośniejsze. Życie jest piękne. Idź precz ponuraku burkliwy - a kysz...!, a kysz...! - A ten, to pewnie jaki Żyd..., co mu do naszych ogórków? Niech się lepiej swoich gęsich pipków trzyma..., musowo, globalnie rzecz biorąc i generalnie to ja jestem na tak. Widział ziomal? Robaki żrą z czosnkiem. One tu wszystkie kozikiem chrzszczone. Nie to co u nas. No nie... Pozdrawiam Was Rodacy - Maciej z Waplewa Marek Stokowski 199 Marek Stokowski XII PROWINCJONALIA CZYLI KRONIKA ŻYCIA TERENOWEGO Znów nie zdążyliśmy zaznać wiosny. Nie mieliśmy czasu na patrzenie i słuchanie, smakowanie tego, co przyniosła. Były różne nie cierpiące zwłoki sprawy, ważne prace i wyjazdy, no i cóż - opadły bzy, porosło zielsko, ucichł sad, nie grają pszczoły. Coś minęło i nie wróci. Zauważył to na przykład trębacz z ratuszowej wieży w Nowym Stawie, dlatego gra smutno i tęsknie. Czasem, gdy nie może zasnąć z żalu, grywa nawet w środku nocy, jakby wołał do księżyca, i muszą go wtedy zdejmować z tej wieży strażacy. Coś minęło, ale nie do końca! Przedstawiamy państwu to, co zdołaliśmy schwytać w porze, kiedy wiosna jeszcze była z nami - różne znaki kwitnącego życia z miast, miasteczek i zydlungów rozrzuconych nad brzegami dolnej Wisły Redakcja ŻYCIE OBIADOWE Na rozległym stole Żuław rozkładamy najprzód obrus. Potem idą sztućce i zastawa. Wreszcie wjeżdża rosół w sporych wazach, po nim zrazy z buraczkami, poza tym ziemniaki, kwaszone ogórki, coś z marynowanych grzybków, a na końcu kisiel z żurawiny i herbata zagryzana świeżym ciastem. Byłoby naprawdę idealnie, gdyby nie te wiatry nad polami. Strasznie studzą wszystkie dania podawane na gorąco. Krzepnie rosół, marzną zrazy. W dodatku z ziemniaków odfru-wa przybranie, a najgorzej jest z kisielem - rozchlapuje się po stole od Nogatu aż po Wisłę. Najważniejsze jednak, że jest przestrzeń - dużo większa niż ta w bloku, w dwóch pokojach z wąską kuchnią - przestrzeń niemal nieograniczona. Tutaj nikt nie ciśnie się, nie szturcha innych. No i jeszcze cieszy to, że po obiedzie przyjdą sarny, zjedzą resztki. A jak po południu zacznie padać, no to deszcz pozmywa statki i przepierzę poplamiony obrus. ŻYCIE PRZYRODNICZE Nie wiadomo, co to jest gaszparon. On też nie wie i w dodatku nawet nie ma kogo spytać. Nikt mu nic nie wytłumaczy. Podobnie jest z ryblem czy powszechnym u nas zoterbasem, z 200 XII Prowincjonalia krafeltmantem, fladalogiem, małą rechtką. Wszystkie chciałyby coś wiedzieć o swych podstawowych formach, funkcjach, o naturze, pochodzeniu, głębszym sensie własnej egzystencji, ale znikąd informacji i zupełna obojętność gatunkowa Homo sapiens. Jeśli zostawimy je w nieświadomości, jeśli nadal będą żyć skazane na niewiedzę, to pewnego dnia przestaną czekać. Same sobie znajdą wyjaśnienia, choćby nawet byle jakie, wydumane i fałszywe, albo się pojawi ktoś nie bardzo dobrej woli i to on narzuci im tożsamość, ukształtuje ich emocje, i być może staną nam się wrogie, i już nie da się współistnieć z nimi po sąsiedzku pod tym samym niepojętym Słońcem. ŻYCIE ZARAŹLIWE Grypa jedzie bez biletu pociągiem z Grudziądza. Ktoś wsiada w Sadlinkach. A ona od razu zaczyna podchody, przysuwa się bliżej, podstępnie zajmuje to miejsce tuż obok, po minucie włazi na kolana, dosięga policzków, zagląda do nosa, do gardła i głębiej, dociera do krtani, żołądka i serca. To nie jest w porządku, że konduktor nic robi, a przecież powinien być czujny, wyrzucać z wagonu, karać wszystkich gapowiczów - namolnych, natrętnych, nękających pasażerów i poszukujących łatwych przygód. Ktoś wsiada w Ryjewie. A tamta od razu - tak samo jak wcześniej. ŻYCIE FILMOWE Zapoznane dzieło „Na przechadzce” braci A. i L. Lumiere z Lyonu. Zachowane jakimś cudem w Nowym Dworze, odmuchane z piwnicznego kurzu. Pani w kapeluszu, w długiej sukni, z parasolką w prawej ręce, drobi śmiesznie prędkim krokiem, potyka się nagle na jakimś kamieniu i pada. Ukazują się ineksprymable, właściwie ich skrawek. Podbiega pan z wąsem. Przyklęka przy pani. I film się urywa. Nie wiemy, co dalej. Czy pan spełni obowiązek i pomoże podnieść się tej damie, odwiezie do domu, zawoła doktora, czy raczej skorzysta z dogodnej okazji, zachowa się strasznie, a może to ona go wciągnie w amory? A może się zjawi pustynny dyliżans i pędząca w sukurs kawaleria, a może pan z panią od dawna są w zmowie, planując napady na banki i pociąg, a może przeciwnie - ten pan to detektyw lub agent wywiadu? A może oboje polecą rakietą, popłyną okrętem albo on wyjedzie do Indochin, na wojnę, do piekła? A może ta dama zamieni się w bestię, rozszarpując pana na kawałki, a może zatańczą i ona zaśpiewa - na razie bezgłośnie, ale z czasem pełną piersią? Nie wiemy, przepadło. Zadaje się, że już od ponad wieku wymyślamy zakończenia jarmarcznego widowiska braci A. i L. Lumiere z Lyonu, i ciągle nie wiemy, czy to wreszcie to, czy znowu pudło i musi-my szukać dalej. Marek Stokowski 201 ŻYCIE SAMOCHODOWE Smutne oczy samochodu. On tak patrzy kiedy cierpi. Coś musiało sprawić mu ogromną przykrość. Obojętność właściciela? Samotność na deszczu, w czasie, kiedy tamten siedział w domu i jadł zupę z makaronem? Wspomnienie szyderstwa z ust amarantowej limuzyny? Ból po ukąszeniu przez autobus? A może świadomość, że lata mijają, rdza zżera nadkola, i w końcu wysiądzie rozrusznik i pompa? To, tamto czy owo, albo jeszcze coś innego, wywołuje jego smutek, tak że zwija się w blaszany bęben i chce zasnąć, i zapomnieć. ŻYCIE KOBIECE Była, mówi, w siódmym niebie, a w drodze powrotnej zatrzymała się na moment w szóstym, wpadła na pięć minut do piątego, w trzecim pogadała z koleżanką. Teraz coś załatwia w niebie pierwszym. Kiedy wróci już do siebie, do Szawałdu, będzie miała huk roboty, bo nie było jej od czwartku. A tu wszystko zakurzone, nie podlane, zafajdane, tyle tego, że naprawdę, no, cholery można dostać. ŻYCIE MAŁŻEŃSKIE Całe lata go błagała, mówiła do niego: Zapomnij! Na próżno. Kiedy się zestarzał i jak większość jego rówieśników wszedł pokornie w wiek sklerozy, pojawiła się ogromna szansa. Z tym że jakoś tak się nie spełniła. Zapomniał o wszystkim - z wyjątkiem tamtego. Chyba byłoby o wiele lepiej, gdyby ona mu tak nie mówiła, gdyby tak nie powtarzała co godzinę, co pięć minut, co minutę, gdyby nie przypominała, błagając przez lata: Zapomnij! ŻYCIE WSPOMNIENIOWE Niemłodzi wędkarze czekają na branie. Palą krótkie papierosy. Dzisiaj jest pogoda taka raczej nie za bardzo, taka raczej na niewielkie sztuki, te małe szkarady z mętnymi ślepiami, ze strupem na łusce. To wrzody pamięci, a oni czekają, czekają na branie - na to wymarzone - na wspomnienia najpiękniejsze, te z czasów młodości i jasnej nadziei, nawet gdyby były drobne, nawet chude, ale takie z blaskiem w oku. ŻYCIE KOLEJOWE Strasznie gorąco, a my czekamy na coraz bardziej opóźniony pociąg. Na małej stacji z pojedynczym torem, pięć kilometrów od prawego brzegu Wisły. 202 XII Prowincjonalia Chwieją się trawy. Wieje pustynny wiatr kaktusowy, taki miejscowy, polski, kwietniowy. Ktoś, gdzieś daleko, gra na organkach. Kto dzisiaj jeszcze umie to robić? Czy to nie dziwne? I ten dyliżans, który zajeżdża zamiast pociągu, poharatany mocno przez Indian. Z wozu wysiada dama w fioletach i z parasolką. Pyta o salon i lemoniadę. Z kozła na ziemię spada woźnica; oddaje ducha, przebity strzałą. Pociąg się spóźnia. Ważne, by zdążył przed Apaczami, bo co my potem powiemy w pracy? ŻYCIE POLITYCZNE No pewnie, że można nie lubić czternastki. To jest nadal dozwolone. Można woleć siedemnastkę, czwórkę, szóstkę albo liczbę tysiąc pięćset dziewięćdziesiąt dziewięć. Trudno, ludzie mają różne gusta i bywają nierozsądni. Za brak uczuć do czternastki nikomu nie grozi więzienie. Nie trzeba się martwić, że przyjdą nad ranem i wyciągną prosto z łóżka. Jeśli już w ogóle zatrzymają, to pod wieczór i na krótko. Zwyczajnie spytają dlaczego, odradzą, poradzą. I koniec. To, że ktoś nie staje murem za czternastką, nie kompromituje go na zawsze. Kiedyś może coś zrozumie, a poza tym w gronie ludzi na poziomie są tolerowane do pewnego stopnia: siedemnastka, czwórka, szóstka, nawet liczba tysiąc pięćset dziewięćdziesiąt dziewięć. Oczywiście lepsza jest czternastka. Pozostałe są w niedobrym guście. Pozostałe liczby śmierdzą. Człowiek światły, wykształcony, cywilizowany i obyty, powinien mieć jasność. Powinien to wiedzieć. I koniec! Noty o autorach Tomasz Agejeżyk - ur. w 1985 roku w Malborku, od najmłodszych lat zafascynowany historią Malborka, w szczególności latami międzywojennymi. Pasjonata i zbieracz wszelkich pamiątek dotyczących miasta. Numizmatyk. Obecnie mieszka w Elblągu. Należy do Fórderverein Jerusalem-Hospital des Deutschen Ordens in Marienburg (Malbork) e.V. Współpracuje z Magazynem Elbląskim. Jacek Albrecht - ur. w roku 1951 w Łodzi. Od 1952 z przerwą 15 lat mieszkaniec Malborka. Konserwator zabytków architektury i artysta plastyk, autor książki popularno-naukowej Tajemnice Malborka i szeregu artykułów o tematyce konserwatorskiej, współwłaściciel firmy „Kopiał”. Absolwent Wydziału Budownictwa Politechniki Koszalińskiej, Podyplomowego Studium Konserwacji Zabytków Politechniki Warszawskiej i Wydziału Edukacji Artystycznej ASP w Gdańsku. W 1989 przewodniczący Komitetu Obywatelskiego w Malborku oraz Klubu Obywatelskiego. Inicjator powołania pierwszej niezależnej gazety malborskiej Nowiny Malborka. Autor kilkunastu wystaw plastycznych w różnych miastach Polski. Uprawia malarstwo, grafikę i grafikę komputerową. Ulubioną tematyką prac jest portret psychologiczny. Jerzy Bander - Ocalony z Holocaustu - syn małżeństwa Żydów: Rozalii i Ludwika Banderów. Urodził się w sierpniu 1942 r. w więzieniu Gestapo w Samborze k. Lwowa w czasie pierwszej dużej akcji, w której wywieziono do Bełżca i zamordowano ok. 4 tys. Żydów. Z najbliższej rodziny przeżył tylko ojciec, ukrywając się na terenie Sambora i Lwowa. Matkę niemieccy oprawcy zamordowali we Lwowie. Jerzy wyniesiony z więzienia, przebywał w getcie w Samborze, a potem znajoma ojca, Polka Maria Wachułka, ukryła go w sierocińcu. W kwietniu 1945 r. wraz z ojcem był repatriowany do Polski. W 1965 r. ukończył studia wyższe na Wydziale Elektrycznym i Automatyki Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Kilka lat po studiach zamieszkał w Kętach niedaleko Oświęcimia. Był aktywnym członkiem pierwszej „Solidarności”. Od 1989 r. działa w organizacjach żydowskich: Stowarzyszeniu Dzieci Holocaustu i Stowarzyszeniu Żydów Kombatantów. Od grudnia 2005 r. do czerwca 2009 przebywał na emigracji w Izraelu. Jest autorem zbioru wierszy pt. Kadisz jatom oraz zbioru opowiadań pt. My ocaleni. Obie książki wydano w 2011 r. Mieszka w Sztutowie. Filip Bebenow - Dyrektor Żuławskiej Kolei Dojazdowej, sympatyk Pomorskiego Towarzystwa Miłośników Kolei Żelaznych, maszynista kolejowych pojazdów trakcyjnych, absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, laureat wielu nagród i stypendiów naukowych, badacz turystyki kolejowej i muzealnictwa kolejowego, autor kilkudziesięciu artykułów w prasie fachowej, technicznej i hobbystycznej dotyczących kolejnictwa, pochodzi z Bydgoszczy. Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. Były dyrektor Wojewódzkiego Zespołu Szkół Policealnych w Sztumie. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika Sztumska Solidarność, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. W latach 1990 - 1994 roku przewodniczący Rady 204 Noty o autorach Miasta i Gminy Sztum. Obecnie na emeryturze. Zainteresowania pozazawodowe: muzyka - nie tylko klasyczna, fotografia, spacery rowerowe i wnuki. Jan Chłosta - dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 50 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu (Warmia i Mazury w literaturze, polskiej i niemieckiej w latach 194S-199Śj leksykonów (Słownik Warmii), prac o Wydawnictwie Gazety Olsztyńskiej i ludziach z nią związanych, wydawca wierszy i prozy M. Zientary-Ma-lewskiej, ks. W. Barczewskiego,}. Liszewskiego, K. Frenszkowskiego oraz zbiorków wspomnieniowych o ludziach regionu. Marta Chmielińska - ur. 1973 w Hajnówce na Podlasiu. Pracowała jako dziennikarka Kuriera Porannego i TV Podlasie. Jej teksty ukazywały się w Niedzieli i Piśmie Kulturalnym. Od 2010 roku mieszka w Malborku, współpracuje z Dziennikiem Bałtyckim i Radiem Malbork. Remigiusz T. Ciesielski - Prodziekan Wydziału Nauk Społecznych UAM, pracownik naukowy w Zakładzie Semiotyki Kultury w Instytucie Kulturoznawstwa UAM, autor książki Metamorfozy maski. Koncepcja Josepha Campbelła. Tadeusz Dąbrowski - ur. w 1979 r. Poeta, eseista, krytyk, redaktor dwumiesięcznika literackiego Topos. Publikował m.in. w: Tygodniku Powszechnym, Polityce, Gazecie Wyborczej, Rzeczpospolitej, Dzienniku, Zeszytach Literackich, Twórczości, Odrze, Res Publice Nowej, Kresach oraz w prasie zagranicznej. Laureat m.in. Nagrody Kościelskich (2009), Hubert-Burda-Preis (2008), nagrody Splendor Gedanensis (2007), Nagrody Artystycznej GTPS (2007). Od Tadeusza Różewicza otrzymał Nagrodę Fundacji Kultury Polskiej (2006). Tłumaczony na dwadzieścia języków. Autor książek poetyckich: Wypieki (1999), e-mail (2000), Mazurek (2002), Te Deum (2005,2008) oraz Czarny kwadrat (2009). Wybory jego wierszy ukazały się w Niemczech (Schwarzes Quadrat auf Schwarzem Grund, 2010; 6. miejsce w prestiżowym niemieckim rankingu SWR-Bestenliste) i Stanach Zjednoczonych (Black Sąuare, 2011). Mieszka w Gdańsku. Paulina Dyka - ur. w 1993 r. w Kwidzynie. Absolwentka I Liceum Ogólnokształcącego w Kwidzynie o profilu humanistycznym. Współpracowała z kwartalnikiem Schody Kawowe w Kwidzynie. Laureatka wielu miejskich i powiatowych konkursów poetyckich. Obecnie studiuje prawo i europeistykę na UMK w Toruniu. Grzegorz Fey - absolwent Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Gdańskiego, członek Pomorskiego Towarzystwa Miłośników Kolei Żelaznych od 1996 r., posiada kwalifikacje zwrotniczego, miłośnik kolejnictwa i historii, kolekcjoner pamiątek związanych z historią kolejnictwa na Pomorzu Gdańskim. Autor artykułów publikowanych m.in. w miesięczniku Świat kolei, „30 dni”, Roczniku Gdyńskim i internetowym serwisie iBedeker, pochodzi z Gdyni. Paweł Huelle - ukończył filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. W sierpniu 1980 był jednym z inicjatorów apelu o powołanie niezależnej organizacji studenckiej. Był członkiem redakcji Głosu Wolnego wydawanego w czasie I Krajowego Zjazdu Delegatów Noty o autorach 205 związku, a po wprowadzeniu stanu wojennego współpracował z wydawnictwami podziemnymi. W latach 1994-1999 był dyrektorem TVP Gdańsk. Popularność przyniosła mu debiutancka powieść Weiser Dawidek (1987), zekranizowana przez Wojciecha Marczewskiego. Jest członkiem Polskiego PEN Clubu. W 2008 za powieść Ostatnia Wieczerza był nominowany do nagrody literackiej Nike. W 2001 za książkę Mercedes-Benz. Z listów do Hrabala został laureatem Paszportu Polityki. W 2012 prezydent Bronisław Komorowski odznaczył go Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Jest redaktorem naczelnym gdyńskiego kwartalnika Bliza. Marlena Jasińska - ur. 11.04.1991 r. w Malborku; absolwentka Zespołu Szkół Po-nadgimnazjalnych Nr 3 w Malborku. Obecnie studentka pierwszego roku zarządzania na Uniwersytecie Gdańskim z wydziałem w Sopocie. Na co dzień zajmuje się obsługą klienta w sklepie z damską odzieżą, nie wyobraża sobie życia bez aktywności fizycznej; kocha siatkówkę, lubi tańczyć, śpiewać, czytać dobre książki i oglądać dobre filmy. Grażyna Kamyszek - ur. w 1950 r. w Sztumie. Absolwentka LO w Sztumie. Ukończyła filologię polską na UG i studia podyplomowe z bibliotekoznawstwa. Pracowała jako nauczycielka języka polskiego w Postolinie i w Ustce. Autorka scenariuszy i realizatorka wieczorów poetyckich przybliżających twórczość H. Poświatowskiej, E. Stachury i K. K. Baczyńskiego - wystawianych na scenie Domu Kultury w Ustce. Współredaktorka wydania tomu poezji Młode głosy (1997r.), promującego twórczość młodzieży. Aktualnie na emeryturze. Mieszka w Ustce, a latem w Barcicach. Andrzej Kasperek - ur. 1958 w Stegnie. Prawie całe życie spędził na Żuławach. Po studiach na UG (seminarium Marii Janion), działalności w SKS, zakładaniu NZS i pracy w DKF „Żak” od ćwierć wieku oddaje się pracy nauczycielskiej w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2010, który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie ukończył pracę nad książką poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Gale-ria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. Maciej Kraiński - ur. 1950 r. w Gdańsku. Studiował filologię polską na UMK w Toruniu i Uniwersytecie Gdańskim. Współzałożyciel pisma literackiego Litteraria. Założyciel i pierwszy prezes Koła Młodych przy ZLP w Gdańsku. Uczestnik strajku sierpniowego 1980 r. Wiatach 1999-2003 dyrektor Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku. Prezes i założyciel Stowarzyszenia Gunthera Grassa. Pomysłodawca i współtwórca obchodów 80-tych urodzin noblisty w Gdańsku w 2007 r. W latach 2005-2006 jako współpracownik Dziennika Bałtyckiego. Współpracował z miesięcznikiem Punkt i Dziennikiem łondyńskim. Wydał tomik poezji Jelita i współtworzył almanach poetycki Nowy transport posągów. Od 2009 roku tworzy Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim oddział Muzeum Narodowego w Gdańsku. W 2010 roku wydał książkę Panowie na Waplewie. Aleksandra Kuźbida - ur. 1991 r. w Sztumie. Studiuje dziennikarstwo i komunikację społeczną na Uniwersytecie Gdańskim. Działa w kole naukowym CDN. Publikowała w Dzienniku Bałtyckim i Wysokich obcasach, dodatku Gazety Wyborczej oraz w Prowincji. 206 Noty o autorach Adam Langowski - ur. 1981 r. w Sztumie, absolwent LO w Sztumie, ukończył historię na UMK w Toruniu. Pracuje jako nauczyciel historii w Zespole Szkół w Starym Targu, wychował się w Ramotach w gminie Stary Targ. Mieszka w Sztumie. Justyna Liguz - ur. w 1970 r. w Kwidzynie. Absolwentka Instytutu Historii i Archiwistyki UMK w Toruniu. W 2003 doktorat z historii na UMK. Od 2003 roku pracuje jako główny specjalista ds. pracowni regionalnej przy Kwidzyńskim Centrum Kultury w Kwidzynie, zajmując się popularyzowaniem lokalnej historii ziemi kwidzyńskiej. Od 2000 roku założycielka i prezes Kwidzyńskiego Towarzystwa Kulturalnego, a także redaktor naczelny kwartalnika kulturalno-historycznego Schody Kawowe. Andrzej Lubiński - ur. w 1952 r. w Gniewie, absolwent LO w Sztumie i UMK w Toruniu (historia). Zainteresowania - historia regionalna Pomorza i Powiśla. Publikacje w Komunikatach Mazursko Warmińskich, Roczniku Elbląskim, Studiach Elbląskich, Z dziejów Sztumu i okolic. Współautor książki Bank Spółdzielczy w Sztumie 1910-2010. Uczestnik i wykładowca kilku sympozjów naukowych. Prezes Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej. Mieszka w Sztumie. Michał Majewski - ur. w 1954 r. w Lęborku. Studiował na Wydziale Mechanicznym Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. Jako mechanik pracował około 10 lat na statkach Polskich Linii Oceanicznych i Chipolbroku. Po zejściu na ląd zamienił swoje hobby - snycerstwo w profesję. Rzeźbi w drewnie, robi artystyczną stolarkę, renowację starych mebli i ich repliki, a także wszystko, co się da - byle z drewna. Wiele jego rzeźb znajduje się w Kościele Niepokalanego Poczęcia Maryi w Nowym Dworze Gdańskim. Mieszka w Starogardzie Gdańskim. Karolina Manikowska - ur. w Malborku. Absolwentka PWSZ w Elblągu (język polski) oraz UG (historia sztuki). Prezes stowarzyszenia Inicjatywa Aktywny Malbork. Pracuje w elbląskiej delegaturze WUOZ w Olsztynie. Jest współautorką przewodnika rowerowego Żuławy Rowerem, wyd. Region 2012. Współtworzy stronę na facebooku poświęconą Żuławom - Nasze Żuławy. Mieszka w Malborku. Alina Michalik - ur. 1976 wjenie, w Turyngii. Publikowała poezję w piśmie artystyczno-literackim Undergrunt oraz kwartalnikach Wigwam i Kayas Ochi. Od 2005 roku prowadzi popularnego błoga Ziemia i Ziemianie, gdzie zamieszcza swoje felietony, reportaże oraz poetyckie impresje. Tematyka najczęściej dotyka współczesnych zjawisk kulturalno-społecznych, problematyki eko-rozwoju oraz wątków z życia autorki. Zaprzyjaźniona z czasopismem Taraka. Pracuje w Ośrodku Edukacji Ekologicznej „Zaułek Benowo”. Od kilku lat prowadzi również autorskie warsztaty życia w harmonii z Naturą. Jesienią tego roku ukaże się jej tomik poezji, zatytułowany Blisko. Janusz Moździerz - absolwent ART w Olsztynie. Był nauczyciele w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym w Malborku. Debiutował jako laureat Ogólnopolskiego konkursu na prozę współczesną, opowiadaniem Gdziekolwiek jesteś na początku lat 80 - tych. Publikował w Tygodniku Literackim, Akcencie, Autografie, Tyglu i Toposie, a także w Polskim Radio w Szczecinie i Olsztynie. Wydał trzy zbiory opowiadań - Krzyk kani (1999), Noty o autorach 207 Konik polny (2006) i Dzikie trawy (2007). Jest członkiem Stowarzyszenia Elbląski Klub Autorów „SĘKA”. Mieszka w Malborku. Agnieszka Ojcewicz - urodzona w Nowym Dworze Gdańskim, studentka Medycyny Weterynaryjnej we Wrocławiu. Interesuje się historią i kulturą Żuław, szczególnie tematyką związaną z osadnictwem mennonitów. Marcin Owsiński - ur. w 1975, historyk, kustosz muzealny, kierownik Działu Oświatowego Muzeum Stutthof w Sztutowie. Autor koncepcji i redaktor prowadzący wydawnictwa i pakietu edukacyjnego Pamiętamy, pamiętam... Pomorze Gdańskie i obóz Stutthof 1939-1945. Twórca koncepcji edukacyjnej Muzeum Stutthof oraz scenariuszy zajęć edukacyjnych. W swoich zainteresowaniach badawczych koncentruje się na analizach zboro-wości polskich więźniów KL Stutthof, kwestiach funkcjonowania miejsc pamięci po 1945 roku oraz historii najnowszej Żuław. Autor książki Polscy więźniowie polityczni w obozie Stutthof 1939-1945 oraz opracowań naukowych i artykułów prasowych. Obecnie zajmuje się badanem historii dziejów gminy Sztutowo i muzeum Stutthof w latach 1945 - 1989. Publikował w Dzienniku Bałtyckim i Biuletynie IPN. Janusz Ryszkowski - ur. 1955 w Opaleniu. Absolwent Filologii Polskiej UWM w Olsztynie. W latach 1984-2009 dziennikarz Wieczoru Wybrzeża, Wiadomości Elbląskich i Dziennika Bałtyckiego. Jako poeta debiutował w 1975 roku w Nowym Wyrazie, jako krytyk literacki trzy lata później na łamach Nowych Książek. Opublikował tomiki: Wiersze (1983), Stan podgorączkowy (nagroda im. Kazimiery Iłłakowiczówny na najlepszy książkowy debiut 1985 roku), Płatny romans, Prywatne śledztwo (1992), Do snu nie przemycisz domowych zapachów (2001). Autor reportaży Reąuiem dla hrabiego (1997), W podróży po ziemi sztumskiej (2010), współautor albumów starych pocztówek oraz fotografii Sztum-Stuhm (2000) i Odcienie szarości (2003). Z Krystyną Błaszczyk - Ryszkowską przygotował antologię Oko judasza (2007), złożoną z prac literackich nadsyłanych od 1992 na Ogólnopolski Przegląd Sztuki Więziennej w Sztumie. Mieszka w Sztumie. Leszek Sarnowski - ur. 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii UG. Jako dziennikarz współpracował z Gazetą Wyborczą, Dziennikiem Bałtyckim, Radiem Gdańsk, Radiem Plus, TVP Olsztyn, TVP Gdańsk. Przewodniczący Komitetu Obywatelskiego „So-lidarność” w Sztumie w 1989 roku. Redaktor naczelny Sztumskiej Solidarności i Gazety Sztumskiej w latach 1989-93. Wydawca i redaktor książki „Od „Solidarności” do społeczeństwa obywatelskiego” (2005). Założyciel Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie, pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika Prowincja. Obecnie dyrektor Departamentu Kultury Urzędu Miejskiego w Elblągu. Mieszka w Sztumie. Mariusz Stawarski - ur. 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz PWSSP w Gdańsku. Od 1990 roku mieszka i pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 roku zajmuje się malarstwem liryczno-gro-teskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach -Grand Prix Satyrykonu 1998, Secend Prize Istanbul - Turcja. Mieszka w Malborku. 208 Marek Stokowski - ur. 1957 r. w Warszawie. Absolwent Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Kustosz w Muzeum Zamkowym w Malborku. Prowadzi unikalne w skali kraju gry edukacyjne i przygodowe dla młodzieży i dorosłych. Autor książek beletrystycznych i edukacyjnych. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wydał m.in.- Dzień nad ciemną rzeką (1996), Sny dla dorosłych i dla dzieci (1998), Legendy i opowieści zamku Malbork (2002,2005), Krzyżacy, ich państwo i zamki (2003), Błazen (2004), Noc tajemnic (2005), Samo-loty (2005), Stroiciel lasu (2010). Mieszka w Malborku. Danuta Thiel-Melerska - ur. w Tczewie. Absolwentka historii UMK w Toruniu. Kustosz Muzeum Zamkowego w Malborku i kierownik Muzeum Powiśla w Sztumie do 1984 r. Kierownik Archiwum Miejskiego w Lórrach (Niemcy), obecnie na emeryturze. Zajmuje się historią fotografii, dziejami wsi pomorskich, historią żelazek, genealogią i ogrodem. Mieszka w Nadbrzeżu gm. Tolkmicko. Kamila Thiel-Ornass - sędzia Sądu Okręgowego w Gdańsku w stanie spoczynku. Radna Dzielnicy Kamienna Góra w Gdyni, o której zachowanie przedwojennej architektury zabiega. Prowadzi Rodzinną Fundację Stypendialną im. Ornassów w Pelplinie. Nie wyobraża sobie życia gdzie indziej niż w domu nad jeziorem w Sztumie. Bogumił Wiśniewski - ur. w Kwidzynie. Ukończył archeologię o specjalności architektura zabytków na UMK w Toruniu. W latach 1994 - 98 był radnym Rady Miejskiej w Kwidzynie, a od 2001-2 zastępcą burmistrza Kwidzyna. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Obecnie pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. W 2006 r. zainspirował poszukiwania doczesnych szczątków błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich oraz poszukiwania w kwidzyńskiej Katedrze p.w. św. Jana Ewangelisty, pochówków trzech wielkich mistrzów Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Szczątki średniowiecznych dostojników zakonnych - jedynych w Europie - ostatecznie, a także miejsce pochówku bł. Doroty odkryto w 2007 roku. Mieszka w Kwidzynie. Krystian Zdziennicki - ur. w 1992 r. w Sztumie. Absolwent Liceum Ogólnokształcącego w Sztumie. Obecnie studiuje historię na Uniwersytecie Gdańskim, gdzie jest członkiem Naukowego Koła Historyków UG. Popularyzuje historię ziemi sztumskiej podczas studenckich sesji naukowych, gdzie wygłasza referaty związane z powyższą tematyką.