Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarzqd Fobos Invest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar „Rozwoj kultury Publikacja zostala dofinansowana z budzetu samorzqdu Wojewodztwa Pomorskiego w ramach programu w wojewodztwie pomorskim w 2013 roku” WOJEWÖDZKA BI3LIOTEKA PUBLICZNA im. Josepha Conrada Korzeniowshiego Pracownia Regionalna przegrödka poczt. Nr 447 80-958 Gdahsk 50 tel. 301-48-11 do 14 w.237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOEECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWISLAI ZULAW Nr 1 (11) 2013 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Waclaw Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Okladka: Mariusz Stawarski Obrazy na III i IV str. okladki: Zofia Sumczynska Druk: Drukarnia W&P ul. Akacjowa 29, 82-200 Malbork Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Krölowej Jadwigi 10 tel. 693 527 614 prowincj a^) onet.pl Redakcja sklada serdeczne podzi^kowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroscie kwidzynskiemu Wojciechowa Cymerysowi, staroscie sztumskiemu Leszkowi Taborowi, burmistrzowi Sztumu Andrzejowi Rychlowskiemu, burmistrzowi Malborka Miroslawowi Czapli, staroscie malborskiemu Kazimierzowi Szewczunowi, burmistrzowi Dzierzgonia Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdanskiego Ewie Dqbskiej, staroscie nowodworskiej Dzi^kujemy röwniez za wspölprac^ przy promocji kwartalnika: Kwidzynskiemu Centrum Kultury Sztumskiemu Centrum Kultury Zulawskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdanskim Stowarzyszeniu Inicjatywa Aktywny Malbork Stowarzyszeniu Malborskie Centrum Kwadrat www.marienburg.pl www.tvmalbork.pl Dzierzgonskiemu Osrodkowi Kultury Miejsca w ktorych mozna kupic kwartalnik „Prowincja”: Kwidzynskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Zulawski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdanskim ul. Kopernika 10 Ksi^garnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Agencja Reklamowa „Aliem” Slawomira Michalika Sztum ul. Galla Anonima 8 Sklep papierniczo - biurowy „Kopial” w Malborku ul. Zeromskiego 5 Redakcja prowadzi röwniez sprzedaz wysylkowq -zamöwienia mozna skladac pocztq elektronicznq na adres wydawcy. Wszystkim, ktörzy zechcq wesprzec finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy - Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spöldzielczyw Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl SPIS TRESCI Jedenasta „Prowincja”......................................................5 Proza Marek Stokowski - Poswi^cenie lejtnanta Wasilewskiego......................6 Andrzej Kasperek - Swi^ty Michal mial koguta..............................12 Andrzej Grzyb - Przetartym szlakiem.......................................22 Malgorzata Anna J^drzejewska - Marzenia nie bol$ .........................28 Grazyna Kamyszek - Inna...................................................35 Tomasz St^zala - Ulmia....................................................42 Poezja Jerzy Bänder..............................................................54 Hanna Duda................................................................56 Jacek Zukowski............................................................57 Zygmunt Mietlewski........................................................59 W^drowki po prowincji Janusz Ryszkowski - Kronika zbrodni i wyst^pku............................62 Eukasz Rzepczyhski - Losy rodziny Isakowitz z Marienwerder................66 Jerzy Kosacz - Friedrichsbad - Kurort pod B^dkami.........................75 Wieslaw Olszewski - Tropami Wahkowicza....................................78 Kamila Thiel-Ornass - Dom nad jeziorem....................................90 Jozef Urbaniak - Jeden dzieh z kulturq polsk$ w Lubece....................98 Na tropach historii Andrzej Czaplihski - Z historii Starego Dzierzgonia......................103 Bogumil Wisniewski - Pustelnia Doroty....................................107 Tomasz Agejczyk - Festung Marienburg.....................................113 Jan Chlosta - Polacy na Powislu przed 1939 rokiem........................121 Marcin Owsihski - Pionierskie czasy Nowego Dworu Gdahskiego..............134 Leszek Sarnowski - Wolnosc w samo poludnie................................145 Rok „Zolnierzy Wykl^tych” Marta Chmielinska - Jamroz - „Wykl^ci” na Powislu....................155 Marta Chmielinska - Jamroz - Zolnierze wykl^ci, rozmowa z prof. Piotrem Niwihskim..................................163 In memoriam Andrzej Kasperek - Bolek.............................................167 Leszek Sarnowski - Pani Wladyslawa.......................................168 Muzyka - Plastyka Waclaw Bielecki - W poszukiwaniu muzyki nowej........................171 Michal Majewski - Malarstwo i witraze Zofii Sumczyhskiej.................174 Rozmowy Maciej Wqsik - „Slohce jest tarn gdzie chcemy je zobaczyc” rozmowa z Agnieszkq Cegielsk^, dziennikark^ TVN....................176 Recenzje Leszek Sarnowski - Kwidzyhskie przemiany.............................181 Janusz Ryszkowski - Babska sila (W)razenia...............................182 Pawel Paziak - „Zulawskie pejzaze” z historiq w tle......................183 Janusz Ryszkowski - Mi^dzy prawdq a fantazjq.............................185 Leszek Sarnowski - Kaliningrad bez wizy..................................186 Z przymruzeniem oka Maciej Kraihski - Wielkanocne chrzanienie............................188 Marek Stokowski - XI Prowincjonalia......................................191 Noty o autorach..........................................................195 5 JEDENASTA „PROWINCJA” Po raz jedenasty mamy niew^tpliw^ przyjemnosc powitac powislahsko-zulawsk^ cz^sc jede-nastu procent spoleczehstwa. Tyle bowiem osöb w Polsce, jak wynika z badan Biblioteki Naro-dowej, przeczytalo w minionym roku wi^cej niz siedem ksiqzek. Zakladamy bowiem, ze nasi stali Czytelnicy czytaj^ cztery numery kwartalnika „Prowincja” w ci^gu roku (co daje w sumie nieba-gatelne ponad osiemset stron), a maj^c takie stabilne przyzwyczajenia, z pewnosci$ si?gaj$ po co najmniej trzy inne ksi^zki, by w zaszczytnych jedenastu procentach si? znalezc. Dziesi^c lat temu do takiej liczby przeczytanych ksi^zek przyznawalo si^ ponad 22% Polakow. Ponad 60% naszych wspölobywateli nie przeczytalo zadnej ksi^zki. O tempora, o mores!, zakrzykn^lby dzis powtör-nie Cyceron. Id^c jego tropem, my zadnego Katyliny jednak nie oskarzamy i w miar? naszych mozliwosci staramy si? wzi^c na siebie pozytywistyczn^ powinnosc docierania ze slowem pisa-nym do najmniejszych miast i miasteczek naszego regionu, bo z czytaniem jest niestety najgorzej. Zatem do dziela. A dzielo i tym razem bardzo urozmaicone. Proza, to poza naszymi stalymi au-torami - Andrzejem Kasperkiem, Malgorzat^ J^drzejewsk^, Markiem Stokowskim, Grazyn^Ka-myszek, dwoch debiutuj^cych na naszych lamach autorow czyli Andrzej Grzyb i Tomasz St^za-la. W poezji sami debiutanci - Jerzy Bänder, Jacek Zukowski, Hanna Duda i Zygmunt Mietlewski. W w^drowkach po prowincji Lukasz Rzepczyhski szuka sladöw zydowskiej rodziny Isako-witz w Kwidzynie, Wieslaw Olszewski pod^za tropem Melchiora Wahkowicza, Teresa Ornass -Thiel wspomina rodziny dom w Sztumie, Tomasz Agejczyk twierdz^ Malbork, Janusz Ryszkow-ski sztumskie historyjki kryminalne sprzed wieku, Bogumil Wisniewski odkrywa slady blogosla-wionej Doroty w Kwidzynie, a Andrzej Czaplihski pocz^tki Starego Dzierzgonia, Jerzy Kosacz przedwojenny kurort pod B^dkami, a Jozef Urbaniak wspomina jeden dzieh z zycia emigranta w Lubece. Jerzy Chlosta dokumentuje losy Polakow na Powislu w okresie mi^dzywojennym, Marcin Owsihski pionierskie czasy Nowego Dworu po wojnie, a Leszek Sarnowski snuje reflek-sje woköl pierwszych wolnych wyboröw w 1989 roku. Wspominamy tez naszych przyjaciöl, ktö-rzy odeszli - Boleslawa Kleina z Nowego Dworu Gdahskiego i sztumiank^ Wladyslaw^ Thiel. Rok 2013 zostal uznany za Rok Zolnierzy Wykl^tych. O trudnych losach zolnierzy niepod-leglosciowego podziemia w walce z komunistycznym rezimem pisze Marta Chmielihska-Jamroz i rozmawia o nich z prof. Piotrem Niwihskim. Maciej W^sik przepytuje Agnieszk^ Cegielsk^, dziennikark^ TVN z jej pracy i zwi^zkach z ro-dzinnym Malborkiem. W naszej plastycznej rubryce prezentujemy sylwetk? Zofii Sumczyhskiej, absolwentki poznahskiej ASP, autorki malowniczych witrazy z jednego z kosciolöw w Nowym Dworze Gdahskim. O Jej obrazach prof. Feliks Tomaszewski napisal, ze „emanujq cieplem, spo-kojem, sentymentalnym figlem, niemalze chagallowskq tajemnicq i niemalze chagallowskq lekkosciq”. Jak zwykle spor^ dawkq dobrego humoru dziel^ si? z Pahstwem Maciej Kraihski z Waplewa i Marek Stokowski z Malborka. Zyczymy milej lektury Redakcja Proza Marek Stokowski POSWI^CENIE LEJTNANTA WASILEWSKIEGO Ci^zarowki i wozy bojowe Armii Czerwonej sun^ zasniezonymi drogami Prus Wschod-nich. Jest nadzwyczaj mrozny styczen. Podczas przejazdu przez plonqce miasta, blask ognia bije w szyby sanitarki, w ktorej pol-drzemie lejtnant Wasilewski, trzydziestoosmioletni Chirurg z Leningradu. * Wozy z rannymi i sprz^tem medycznym tlocz^ si? stadem wokol palacu z poobijanym herbem dawnych wlascicieli. Budowla stoi na skraju parku. Park jest rozlegly - rosn$ w nim lipy i stare swierki, teraz okryte czapami bieli. Na jego skraju lezy spory folwark, a niedale-ko - wies pelna schludnych, murowanych domow. W samym palacu i w nieodleglych, niskich czworakach sowieckie wojsko rozlokowuje polowy szpital, funkcjonuj^cy na tylach frontu. * Lejtnant Jurij Wasilewski pochloni^ty jest organizacjq lazaretu, dlatego nie widzi, jakpija-ni towarzysze broni w watowanych kurtach i uszankach maltretujq i poniewierajq wszystkich, ktorzy nie zdolali wczesniej uciec z folwarku i ze wsi. Zreszt^, chyba nie chce tego widziec. Przygn^biajq go obrazy rytualnych, dzikich gwaltow i bestialstwa. On si^ brzydzi tq holot$ znajduj^c^ upojenie w zadr^czaniu, mordowaniu slabych i bezbronnych. On jest inny! Cywi-lizowany, nawet wyrafinowany. I nie zawsze tak zrezygnowany, tak zoboj^tnialy z przem^cze-nia i z nadmiaru okrucienstwa wojny. * Dzisiaj niemal trudno mu uwierzyc, ze jesieniq - raz i drugi - odwazyl si^ zaj^c rannymi z Wehrmachtu, a nawet probowal ich bronic przed katami z watach Smiersza. Wlasciwie po-winni go byli rozwalic, rozerwac na strz^py, ale jakos mu si? to upieklo, zapewne dlatego, ze jest uznawany za niezast^pionego w polowym szpitalu dywizji, a w dodatku jeden z genera-low-pulkowniköw, szefWydzialu Specjalnego, ma u niego dlug wdzi^cznosci. Zawdzi^cza mu zycie, a to jest niemalo. * Lejtnant Jurij Wasilewski pochodzi z rodziny o polskich korzeniach. Gdzies w polowie przedrewolucyjnego wieku przodkowie doktora osiedli na stale w stolicy Imperium, w sa- Marek Stokowski 7 mym sercu Petersburga. Wbrew niezwykle ci^zkim czasom Jurij zostal wychowany w duchu tych wartosci, jakie od pokolen byly wazne dla wi^kszosci jego antenatow - medykow, mala-rzy kupcow, s^dziow i nauczycieli. Oczywiscie, przetrzebiono ich, jak innych. Sowiecki apa-rat terroru zajmowal si$ nimi z uwag^ i znawstwem. Ci, ktorzy przezyli, stali si^ przebiegli i ulegli, wszakze s^ wsrod nich i tacy, ktorzy nadal podczytuj^ ksiqzki ukrywane pod podlog^ i modlq si? cichcem przed ikonq albo przed obrazem. * W chaotycznej prowizorce lazaretu ordynator i jego personel energicznie opiekuj^ si? ran-nymi, zwlaszcza tymi, ktorzy maj^ szans^ na przezycie. Jednym z rannych jest okolo pi^cdzie-si^cioletni Kazach Bachtiar. Ten bardzo cierpi^cy strz^p mi^sa nigdy si? nie skarzy ani slo-wem i nie odpowiada na pytania, jakby nie znal ludzkiej mowy. Biyszczqcymi gor^czkq ocza-mi uwaznie spogl^da na swego doktora. Kazach gapi si? na niego takze wtedy, kiedy lejtnant jest w zupelnie innym miejscu, poza palacowq salq, w ktorej tarnten trwa zamkni^ty w nie-ludzkim milczeniu. * Lejtnant Jurij Wasilewski pracuje wlasciwe bez przerwy, peinige nieustanny, ostry dyzur. W bardzo rzadkich wolnych chwilach pisze listy. To listy do zony. Wie od innych, ze przezyla jakims cudem piekielne miesi^ce blokady. Boi si^, ze jadla ludzkie mi^so. * Par§ dni po zainstalowaniu lazaretu, Wasilewski odnajduje dwie kobiety. Natyka si^ na nie, kiedy poszukuj^c chociaz chwili samotnosci, krötkiej chwili bez zam^tu, bl^dzi po pod-daszu zawalonym rupieciami, ktore nie zn^cily nawet jego lapiduchöw ciqgle glodnych wo-jennego lupu. * Obie gniezdzq si? w niewielkiej klitce. Starsza moze miec gdzies ze trzydziesci par^ lat. Jest pi^kna. Jej pi^tnasto- lub szesnastoletnia towarzyszka, niewqtpliwie corka, wydaje si? chora. Ubior kobiet i ich osobliwa godnosc w zachowaniu, tak widoczna mimo strachu, jaki kryje si? w ich cialach, wyraznie zdradzaj^, ze nalezq raczej do pan tego upadlego domu niz do pa-lacowej sluzby. Przerazenie w oczach kobiet sprawia doktorowi przykrosc. Nie jest, do cholery, wilkola-kiem! Zwraca si^ do nieznajomych po francusku. Matka odpowiada jednym zdaniem. Prosi, zeby on, na Boga, nie krzywdzil jej corki. Wasilewski sciska pi^sci, wychodzi bez slowa, a po-tem, na dole, wscieka si^ na swych podwladnych. 8 Poswi^cenie lejtnanta Wasilewskiego * Dose poznym wieczorem powraca na gor?. Przynosi kobietom gorqc$ herbat?, marmola-d?, chleb i margaryn?. One nadal s$ struchlale, ale glöd ma swoje prawa. Gdy juz jedz^ lejtnant Jurij Wasilewski znowu stara si? nawi^zac z nimi kontakt za pomo-cq zardzewialej, troch? smiesznej francuszczyzny. Starsza podtrzymuje konwersaej? - uprzej-mie, skwapliwie, moze nawet az za bardzo, jak gdyby nie chciala go niczym rozgniewac. * Wkrotce staje si? zupelnie jasne, ze nie musz^ mowic z sob^ po francusku. Obie panie sq Polkami. Wasilewski zna ich j?zyk. Zawdzi?cza to babce, a zwlaszcza lekturom „W pustyni i w puszczy” „Potopu” i „Lalki”, podsuwanym mu w okresie, gdy wlazil na drzewa i pozniej, gdy zacz^l z nich schodzic. Lejtnant Jurij Wasilewski juz wie, kogo znalazl. To pani Helena Oginska i Klara, jej corka. Zaraz na pocz^tku wrzesnia 1939 roku Niemcy rozstrzelali w lesie m?za i tescia Heleny -za tworzenie i aktywnq przynaleznosc do organizaeji polskich w Prusach. Reszta bliskich oca-lala. Pewnie wstawil si? za nimi general von Wissmann, ktory pozostawal pod urokiem nie-gdysiejszych milych wizyt w maj^tku Oginskich. Babka, ciotki i wujowie bardzo pr?dko wyjechali do Krakowa. A one zostaly. Uczynily to pomimo blagah i zakl?c rodziny. Zostaly utrzymac to gniazdo, budowane od pokolen. Oczywiscie, zyly tutaj na wulkanie. Rekwizycje, szczucie, dokwaterowania, pl^drowanie gospodarstwa, bezwzgl?dna zlosliwosc urz?döw - stanowily chleb powszedni. Ale jakos uszly z zyciem. A teraz juz chyba jest koniec. S4 w saku. Nie zdolaty si? ewakuowac. W istocie zostaly zdradzone przez sluzb?. Lejtnant Jurij Wasilewski latwo moze si? przekonac, jak chleb i herbata rozwi^zuj^ ludz-ki j?zyk. * Matka cicho prosi Klar?, zeby troch? wi?cej jadla, ale ona raczej pije, pochlania stygn^c^ herbat?. Do tej pory pila tylko wod? wytapian^ z garsci sniegu wyci^ganych juz po ciemku, ukradkiem zza okna. Wasilewski sprawdza jej temperatur?, zagl^da do gardla. Ma z sob^ ste-toskop, wi?c chce jq osluchac, lecz Klara si? broni, nie chce, zeby jej dotykal. Matka czuje si? zaklopotana. Dose poznym wieczorem lejtnant Jurij Wasilewski dostarcza dziewczynie lekarstwo - cos w amerykariskiej fiolce - i przynosi grübe koce, rowniez z atlantyckich dostaw. Marek Stokowski 9 * Bachtiar czuje si? o wiele lepiej. Wysoka gor^czka juz nie szkli mu oczu. Nie zmienia si? jedno: ranny nadal milczy jak zakl?ty i wciqz patrzy na Wasilewskiego, jakby chcial w nim doj-rzec cos, co bylo wdac tylko z wysokiego brzegu smierci. * Ordynator Wasilewski przekonuje si?, ze kilka osob z jego szpitalnego personelu dowie-dzialo si? juz o kobietach, ktore ukrywaj^ si? na strychu. Oglasza swym ludziom, ze maj$ si? trzymac z daleka. Zastrzeli kazdego, kto bedzie probowal tarn lazic na gor?. A potem zagrywa jak szuler. Przyjmuje Helena do sluzby przy rannych. To ma j$ ochronic skuteczniej niz groz-ba. No i rzeczywiscie, ostry rygor narzucany przez ordynatora i niebagatelna wartosc pracy calkiem sprawnej piel?gniarki stanowi^ dla pani Oginskiej dodatkowy, mocny puklerz. * W gründe rzeczy od pocz^tku tej frontowej znajomosci lejtnant Jurij Wasilewski pragnie wtulic si? w Helen?. Naturalnie, ani razu nie pozwala sobie na tak smiale zachowanie, tym bar-dziej ze zawsze przy matce jest Klara. Czasem zdaje mu si?, ze kobieta spogl^da na niego z czyms wi?cej niz tylko z obaw^ i ro-dzajem czujnej ciekawosci. Zatem czeka na jej znak - znak zgody. * Wlasciwie co wieczor lejtnant Jurij Wasilewski przesiaduje na poddaszu. Zjada razem z ko-bietami zup? przynoszon^ ze szpitalnej kuchni i pije herbat?. Rozmawiaj^ o Mahlerze, Mic-kiewiczu, Dostojewskim, futurystach i surrealistach, i bardzo dalekiej, zamglonej Wenecji. On jest zawsze osobliwie spi?ty, lecz Polki pomalu zaczynaj^ czuc si? przy doktorze o wiele bezpieczniej niz wczesniej. Probuj^ si? nawet do niego usmiechac, choc nadal ogarnia je trwoga, kiedy gosc oddycha oparami wodki - wypitej przed chwilq albo nieco przetrawio-nej - czy gdy jakos tak jaskrawiej rzuci im si? w oczy jego mundur i zimowa czapa z krwawq gwiazd^. * Uplywajq trzy tygodnie. Trwa pospieszna krz^tanina. Szpital ma byc podciqgni?ty blizej frontu. Trzeba podj^c ry-zykowny transport sprz?tu i niektorych sposrod rannych. Z rannymi jest klopot, na przyklad z Bachtiarem. Kazach znowu jest w malignie. Jego rany niemozliwie cuchn^. Oczywiscie milczy, tak jak zwykle, i przyglqda si? Wasilewskiemu. Ten zaczyna si? tym irytowac. 10 Na dzien przed odjazdem lejtnant Jurij Wasilewski zjawia si? na gorze znacznie pozniej niz zazwyczaj. I matka, i corka zd^zyly juz zasn^c. Helena si? budzi, kiedy Wasilewski siada przy niej na poslaniu. On tak siedzi dosyc dlugo w polmroku poddasza rozjasnionym biel^ okna. Nic nie mowi. Oczekuje dyskretnego znaku przyzwolenia, zyczliwego gestu dobrej woli. Ale czeka nadaremnie. * Helen? ogarnia niepokoj. Wasilewski wreszcie si? odzywa. Mowi do Heleny szeptem. Pyta, czy pozwoli mu na pocalunek, taki zwykly, na dobranoc. Kobieta odsuwa si? wolno, ostroznie w kqt lozka - najdalej, jak moze. M?zczyzna przybli-za si? do niej i probuje trafic na jej usta. Strasznie kluje szczeciniast^ brod^ i znow cuchnie sa-mogonem. Jego ruchy sq nerwowe, okropnie niezr?czne, chociaz stara si? zachowac umiar, ja-kis rodzaj uprzejmosci w stylu bohateröw Turgieniewa, Tolstoja, Czechowa. Jego udawana powsci^gliwosc jest nadzwyczaj nieprzyjemna. Uderza go zapach i cieplo - najwspanialsze na tej ziemi. * Bachtiar jest zupelnie nieprzytomny. Pod zebrami otworzyla mu si? stara rana. Chyba le-piej, zeby umarl, zeby juz si? tak nie m?czyl, i nie sprawial im klopotu - mysl^ ci, co musz^ znosic fetor jego gnij^cego ciala. * Lejtnant Jurij Wasilewski staje si? upiornie natarczywy, az w kohcu przygwazdza kobiet? do lozka. Caluje jej szyj? i piersi. Helena probuje si? wyrwac. Nie chce zbudzic krzykiem cor-ki, ale j?czy szarpie si? i wierzga. M?zczyzna uderza jq w glow?. Jest zdumiony tym, co zrobil. Na moment zastyga zupelnie bez ruchu. Kobieta przestaje si? bronic. Wasilewski zdziera z niej bielizn? i bierze gwaltownie, pospiesznie, bez slowa. Glosno sa-pie, niemal rz?zi, potem cos belkocze i przerywa. Opada na plecy. Obserwuje przezroczyste kl?by pary ktore wydmuchuje w stron? okna. Bye moze zaczyna si? odwilz. Helena obraca si? na bok i lezy skulona. Jest jej przerazliwie zimno. * Klara kuca w k^cie izby. Obejmuje ramionami nogi. Wasilewski zsuwa si? z amerykahskich kocow. Podnosi dziewczyn?, chwyta j$ i bardzo moeno tuli, jakby chcial przeprosic za to, czego byla mimowolnym swiadkiem. Klara wcale si? nie broni, tylko jakos dziwnie skamle. On przy-piera jq do sciany. Matka szarpie go za mundur i ci^gnie za wlosy probuje oderwac od dziec- Marek Stokowski 11 ka, wreszcie gryzie w kark jak oszalala suka - dostaje pot?zny cios lokciem i traci przytomnosc. Klara pachnie jeszcze pi?kniej niz jej matka. Lejtnant Jurij Wasilewski na nowo odczuwa pragnienie - nie do nasycenia samogonem ani roztapianym w ustach sniegiem. * Dluga kolumna wozow bojowych i transporterow Armii Czerwonej sunie zatloczonymi drogami Prus Wschodnich. Ordynator Wasilewski udaje, ze drzemie. Jest lekko pijany. Jego sanitarny Studebaker cz^sciej stoi w zaspach i zatorach, niz jedzie do przodu. Wasilewski nienawidzi tej podrozy tego kraju i tej zimy. Nienawidzi tej holoty z gwiazda-mi na czapach, nienawidzi swoich rannych, pr^dko sztywniej^cych zmarlych, nienawidzi jeri-cow i cywilow, ktorzy kl?cz$, zanim b?d$ lezec w swojej krwi, z dziurami w czaszkach. Nienawidzi splqdrowanych domow, spalonych kosciolow i stodol. A najbardziej nienawidzi siebie. * Lejtnant Jurij Wasilewski nie potrafi poj^c tego, co si? stalo. Przeciez nie jest jednq z dzi-kich istot przygonionych tu ze stepöw Azji, z kolchozow i stanic, z wn^trza bezgranicznej tajgi i z wiecznej zmarzliny. Zawsze byl zupelnie pewny, ze dzieli go od nich nie Ural a Kosmos. Byl pewny, ze nie jest, absolutnie nie jest zdolny do wejscia w ich zywiol, w szalehstwo motlochu. Studebaker wjezdza w lasy, wi?c ogieh pozarow nie drazni juz zrenic. * Kazde lesne drzewo jest pytaniem. Czy mozliwe, by do tego, co uczynil zeszlej nocy, pchn?Ia go zwyczajna, nader pospolita z^dza? Czy poddal si? temu, co drzemie sekretnie w naturze czlowieka, co trwa przyczajone i czeka cierpliwie na moment do skoku? Czy zatriumfowala fizjologia, wygral biologiczny im-peratyw? Przeciez umial je poskramiac, trzymac w ryzach w swym prawdziwym, przeszlym zyciu, w swoim dawno utraconym miescie! Czy zatem skorzystal z powszechnego prawa do udzialu w bezkarnosci i rozkoszy wspol-nej zbrodni? Czy skorzystal z przyzwolenia wojny, zjadl niezakazany owoc? Ale przeciez ni-gdy nie byl z tymi, ktorzy rozwalali az do samych piwnic porzqdek wszechswiata. Czyz nie za-chowywal si? wspanialomyslnie, nie poswi?cal si? dla bliznich? Czy nie staral si?, jak umial? A moze to wlasnie ta jego szlachetnosc domagala si? nagrody? * Bachtiar juz od dawna nie oddycha, choc patrzy przed siebie - uwaznie, uparcie - az nie da si? dluzej wytrzymac spojrzenia jego nieruchomych, trupich oczu. Trzeba zakryc t? kazach-sk^ mord?, tylko szkoda na to plaszcza. Lepiej sypn^c na ni^ sniegiem. 12 Swi^ty Michal mial koguta Andrzej Kasperek SWI^TY MICHAL MIAL KOGUTA Röw w ktörym plynie m^tna rzeka nazywam Wislq. Ci^zko wyznac: na takq milosc nas skazali takq przebodli nas ojczyznq. Zbigniew Herbert Prolog „Boze nasz, Boze nasz, Boze nasz/ Jak ten strajk, jak ten strajk dlugo trwa...” Te slowa piosenki tlukly mi si? nieustannie po glowie. Studencki strajk, nazwany pozniej radomskim, trwal juz prawie miesi^c, dwa razy dluzej niz ten slynny z Sierpnia 1980. Sytuacja byla pato-wa, ludzie nieludzko zm^czeni, bez sily i bez wiary energia i nadzieja wyparowaly. Wszystko przelajdaczone, przegrane nie tylko do ostatniej nitki, ale do ostatniego westchnienia wolne-go - myslalem z gorycz^. Caly miesi^c spania na materacach, jedzenia tuszonki, alkoholowej abstynencji i wszystko w pizdu... Zapal wyparowal, ochota dowalenia czerwonemu oslabla, z k^tow wylazila zwykla nuda pomieszana z zawodem i rezygnacj^. W ilu wiecach i mszach za ojczyznq mozna uczestniczyc, ile piosenek zaspiewac, ilu wykladow wysluchac? Nawet naj-pi^kniejsze recytacje przestaj^ nas zachwycac, najciekawsze filmy nie porywaj^, bo czlowiek marzy o spacerze, o kuflu piwa, o golonce. Nadbudowa nie nad^zala za baz^, ideolo zwyci^za-lo z rewolucyjnq swiadomosci^ mas. Pojawilo si$ pytanie banalne, ale nieuchronne - co da-lej? Mniejsza o odrobienie zaj^c, to si§ da zrobic. Gorsze bylo poczucie niespelnienia, bo ko-muna pokazala, ze nie chce juz ust^powac. No pasarän! Ale to my mielismy tak powiedziec! Patrzylismy na pokazywane w Dzienniku Telewizyjnym obrazki z pacyfikacji strajku w Wyzszej Oficerskiej Szkole Pozarniczej w Warszawie. Na migocz^cym ekranie telewizora ganiali uzbrojeni milicjanci, paly mieli jeszcze przytroczone, ale szybko mogly byc gotowe do uzycia, szyby z pleksi blyszczaly niczym przylbice na helmach zomowskich. „Zmotoryzowa-ne Odwody Milicji Obywatelskiej - mowil telewizyjny spiker - uczestniczyly w akcji przywra-cania porzqdku...” Helikoptery kr^zyly nad strajkuj^cq szkol^ i po chwili nastqpil desant na jej dach. Nie, takich widokow nie znalismy. Czerwony wcale nie byl taki slaby, jak myslelismy. Nasz strajk zdychal. Jedyne, co moglismy zrobic to wyjsc z niego z twarz^. Zeby ludzie si^ nie wstydzili, ze brali w nim udzial. Zeby mogli spojrzec w oczy rodzinie i s^siadom, kiedy wrocq do domu. Zeby umieli odpowiedziec na pytanie - raz z troskq a innym razem z jadem zadane - i po co to, do czego to bylo potrzebne? Zeby wytlumaczyli, dlaczego strajkowali od 18 listopada. Bo po prawdzie sprawa samorzqdnosci polskich uczelni poza studentami i pra-cownikami naukowymi nikogo wowczas nie interesowala. Kazdy mial sto wazniejszych rze-czy na glowie, na przyklad jak kupic chleb albo buty na zim?. Michal Hebda - profesor try- Andrzej Kasperek 13 bologii (nikt nie umial powiedziec, co to takiego a Wikipedii jeszcze nie bylo) - zostal rekto-rem Wyzszej Szkoly Inzynierskiej bez konsultacji spolecznych. „Powazne zaostrzenie konflik-tu spowodowane uwlaczaj^cym zasadom demokracji i samorz^dnosci wyzszych uczelni wy-borem prof. M. Hebdy na rektora WSI w Radomiu, uznajemy za sytuacj? nadzwyczajn$” - tak brzmialo oswiadczenie Solidarnosci. I tego si? trzymalismy. Komuna potraktowala oczywi-scie caiy ten spor w kategoriach bitwy o wladz?. Nie zaden czerwony rektor si? liczyl - tylko „wadza”, jak to slowo wymawial Kolega Kierownik z, bardzo wöwczas popularnego, radiowe-go programu Jacka Fedorowicza „60 minut na godzinf. Rektor WSI, ktöry byl ucielesnieniem aparatczyka, sluzyl do sondowania, na ile sobie wadza moze pozwolic. Przeciez polowa uczelni w Polsce nie strajkowala przez miesi^c z powodu jednego czlowieka. Widzielismy, ze juz nie nie zdzialamy. Kilkuset Student 6w zdecydowalo w referendum, ze zawieszamy strajk w sobot^ 12 grudnia a w poniedzialek zaczynaj^ si^ zaj^cia dydaktycz-ne. Bylismy obolali, adrenalina, ktora nas tak dlugo trzymala, wyparowala. Czulem si? pod-lawo. Nasz wysilek nie na wiele si^ zdal. Rozchodzilismy si^ w milczeniu. Wczesny zimowy zmierzch wisial nad miastem. Broda zaproponowal, zeby pojechac do niego - siostra wykupila mu przydzial kartkowy: 0,5 litra wödki czystej. Vistula czy inna Baltic vodka, cholera wie. Jedno swinstwo. Wodka byla ciepla, bo nikt nie pomyslal, zeby wlozyc butelk^ do lodowki. I tak przeciez od dawna miesz-kalo w niej tylko echo i miejsca bylo pod dostatkiem. Ale nie bylismy znowu takimi snobami. Raczej wyznawalismy zasad? sformulowanq przez Jerzego Dobrowolskiego, a moze Marka Hlask^, juz nie pomn§: „Ciepla wodka? Rano? Oczywiscie!” Wypilismy po malym kusztycz-ku. Pierwszy od miesi^ca alkohol przeszedl przez moje gardlo jak ogieh, wzdrygn^lem si$, ale pözniej poszlo juz lepiej. Pilismy powoli, zeby na dluzej starczylo a poza tym stracilismy kon-dycj§. Gadac si? nam nie chcialo. Dosyc mielismy tych strajkowych deliberaeji. W telewizyj-nej dwojee pokazywano wloski film braci Tavianich Swi^ty Michal mial koguta. Paolo i Vittorio T. par^ lat wczesniej zachwycili nas pokazywanym na Konfrontacjach filmem Padro padrone, czyli We wladzy ojca. Zdaje si^, ze zdobyl on Zlotq palm§; wtedy jeszcze wierzylismy w takie trofea, w to, ze cos znacz$. Nagle film si? urwal. Specjalnie nas to nie zdziwilo. Ci^gle cos wylq-czano, a to pr^d, a to wod?, cos si^ psulo, ogolny burdel, czyli mowi^c j^zykiem owczesnej pra-sy - chaos i destabilizaeja. Czekalismy na ciqg dalszy, ale nie pojawila si? nawet plansza: „Prze-praszamy za usterki. Za chwil? dalszy ci^g programu.” Ani Jan Suzin, ani Krystyna Loska nie poinformowali nas, czy ci^g dalszy nast^pi. Bylo po dwunastej. Czas si? zbierac, pomyslalem. Szedlem do tramwaju, ktory wsröd nocnej ciszy slychac bylo z daleka. Gruchotal po za-marzni^tych szynach turlajqc si? od stronyjelitkowa. Wyglqdal jak widmo - po bokach wago-nu zwisaly poszarpane sople, polowa zarowek si? nie swiecila; wychyn^l z mroku niczym ja-kis demoniczny poci^g z opowiadania Grabinskiego. Motorniczy, okutany jak francuski gre-nadier wracaj^cy spod Moskwy, z trudem otworzyl mi oblodzone drzwi. W srodku bylo zim-no, ogrzewanie nie dzialalo, wylqezono je z oszcz^dnosci albo bylo zepsute. Jeden czort. We-wnqtrz walczylo z zimnem i sennosci^ kilka osob - ofiary drugiej zmiany, jakies nocne cmy, niedopici poszukiwacze absolutu i zolnierz zagubiony w faldzie czasu, ktory pewnie juz daw-no powinien bye w koszarach na Slowackiego. Wszyscy bylismy podobnie odziani - skafan-dry, czyli ubraniopodobne szmaty z podpinkq ze sztucznego misia, ktöre kiepsko chronily 14 Swi^ty Michal mial koguta przed zimnem. Wszystkie w ulubionych kolorach mieszkahcow tej krainy: szarobury feldgrau, siena palona, brudny bez, zgnila zielen... Zresztq i tak przy tym lichym oswietleniu wy-gl^dalismy prawie jednakowo. Jakby ten stary tramwaj, a wlasciwie rozklekotany gruchot wy-ci^gni^ty ze zlomowiska, byl lodzi^, ktora w oblokach zamarzaj^cej mgly plynie po rzece Styks. Moje oczy utkn^ly nieruchomo w szybie wagonu i patrzyly w swiat poza oknami. Szy-ba trz^sla si? w podrzutach wozu, wci^z jednakowo gladka i czarna - nie widzialem przez ni^ nie. Wysiadlem przez pomylk? przystanek za wczesnie. Zly i senny dowloklem si^ do akade-mika. Zaspana portierka, opuchni^ta od snu Zosia, Czesia czy Irena, dzis juz nie pami^tam, bez usmiechu podala mi klucz. Spac, spac! Wreszcie po miesi^cu wyspac si? we wlasnym 16z-ku, w poscieli. To mi si^ marzylo. Kiedy si? obudzilem, Polski juz nie bylo. Marek stal nad moim lozkiem i potrzqsal mn^. Wygrzebywalem si? ze swego krötkiego, ale mocnego snu jak topielec, lapalem powietrze, rz^zilem. Kumpel pewnie pomyslal z zazdrosci^, ze t^go wczoraj pochlalem. „Stan wojen-ny, wojna, Jaruzel oglosil w telewizorze!” Nic do mnie nie docieralo, ale szybko wskoczylem w ciuchy i wyszlismy zobaczyc, co si? dzieje. Poranek byl swietlisty, jeden z tych cudownych zimowych switow, jak z plotna holenderskiego starego mistrza. Drzewa owocowe pobliskich ogrodkow dzialkowych pokrywalä koronka zamarzni^tej szadzi. Wyglqdalo to wr^cz nieprzy-zwoicie bajkowo, niczym z wiersza Zima z wypisow szkolnych: „Ktoz to tak sniezkiem proszy z niebiosow? A ktoz na szybach maluje kwiaty, srebrzyste pr^zki, listki, gal^zki? A ktoz te slicz-ne zawiesil sople za oknem u okapu?” Poszlismy na Humana, jak pieszczotliwie zwalismy nasz wydzial, zeby si? dowiedziec, co jest grane. Znikn^ty bramki przy wejsciu, ale wsz^dzie jeszcze widac bylo slady po strajku. Papiery, ogloszenia, kartony po margarynie Rama... „Strajkujemy tygodniami a hebdziar-stwo trwa latami” - wieszczyl ponuro napis na plakacie wisz^cym na drzwiach. Powoli zja-wiali si? studenci i pracownicy, ale to nie byly te tlumy onegdajsze i wczorajsze. Pojawili si? lu-dzie z KZ Solidarnosci i nasz komitet strajkowy prawie w calosci. Postanowilismy rozpocz^c (a moze kontynuowac) strajk, ale tak naprawd^ to nikt nie wiedzial, jaki ma on byc. Na wszel-ki wypadek skladu komitetu nie podalismy do wiadomosci, bo Dekret o stanie wojennym mial na to odpowiednie artykuly. Wladze apelowaly do studentow, aby jechali do domöw i wizja przedluzonych ferii okazala si? dla niektorych kusz^ca. Ludzie wyciekali ze strajku i trzecie-go dnia, we wtorek wieczorem, postanowilismy, ze przerywamy nasz protest. Kto chcial, mogl jechac do stoczni. Tym bardziej, ze po wczorajszej paeyfikaeji wielu jej pracownikow pozo-stalo w domu i proszono nas o pomoc. Nad czym tu si? bylo zastanawiac, skoro powiedzia-lem A to... Sk^d ta decyzja, bo przeciez wiedzielismy, ze pojscie do stoczni moze miec powaz-ne konsekweneje? Glowy mielismy pelne romantycznej literatury a nasze enzetesowskie pi-smo nie przypadkowo nazwalismy „Reduta”. W jego stopee dumnie obwieszczalismy, ze „Collegium redakcyjne pracuje pod rozkazami Juliana K. Ordona.” Wielu z nas bylo studentami profesor Marii Janion i uczestnikami jej colloquiow gdahskich. Romantyczne cytaty trafia-ly nawet na ulotki a w czasie Sierpnia na krzyzu stoj^cym przed stoczni^ ktos przybil kartk^, na ktorej wypisano slowa z Giaura lorda Byrona (ale autora nie ujawniono, bo po co mieszac Anglika do naszych polskich spraw): Walka o wolnosc, gdy si^ raz zaczyna,/ Z ojca krwiq spa-da dziedzietwem na syna. Andrzej Kasperek 15 Udekorowana bialo-czerwonq wst$zeczk$ i girlandami kwiatow w towarzystwie swi^tych obrazköw zaswiadczala o prawdziwych intencjach, ktore przyswiecaly strajkuj^cym i tym wszystkim, ktorzy si? z nimi solidaryzowali. Byla niczym emblemat. To my bylismy tymi „synami”. Czulismy si? spadkobiercami filomatow i filaretöw, powstah-cow z niezliczonych polskich insurekcji oraz konspiratoröw z PPS-u i AK. Pojscie do stoczni bylo konsekwencj^ naszych lektur, przekonah i tego, co robilismy od kilku lat. Tym bardziej, ze nazajutrz przypadaia jedenasta rocznica pami^tnego Grudnia 70. Zadekowalismy bibul? i archiwum, wywiezlismy powielacz i spakowalismy nasze klamoty. Trzeba bylo isc na przy-stanek. I wtedy nast^pila scena jak z Grottgera, tyle ze troch^ ä rebours: doktor Cz., poszla z nami i probowala nas odwodzic od tej decyzji przekonuj^c, ze tu na uniwersytecie jest nasze miejsce. A potem niczym w Pozegnaniu powstanca przezegnala nas. Znalismy j$ z semina-rium i wiedzielismy, ze to matczyna troska ni^ powoduje, ale wiedzielismy tez, ze inaczej zro-bic nie mozemy. Tak, czulismy si?, jakby ten tramwaj uwozil nas na front a koledzy chyba my-sleli podobnie, bo wciskali nam do kieszeni fajki. Na placu kolo pomnika Trzy krzyze nie bylo juz czolgow, w ktorych lufy ludzie powsadzali wczoraj kwiaty i na ktorych wiezyczkach wypisali solidaryc^ nazw$ wtedy najwazniejsz^. Leszek, ktory byl kurierem pomi^dzy Human^ a stoczniq powiedzial, ze ten oddzial czolgow juz wycofano ze wzgl^du na demoralizacj? zolnierzy. Wchodzilismy przez slynn^ bram^ numer 2, na ktorej obok kwiatow i zdj^c papieza ktos przymocowal wyci^te z kartonu plansze, a na nich wypisano tylko daty: 56, 68, 70, 80, 8... Obokstala grupka skulonych ludzi. O, zupelnie inaczej wygl^dalo to poltora roku wczesniej. Ale wolelismy tlumaczyc to zblizaj^c^ si? godzi-n^ milicyjn^. Jednak nie nastrajalo to optymistycznie, podobnie jak zimowy zmierzch i wiatr hulajqcy pomi^dzy nieczynnymi zurawiami. Pokazalismy legitymacje studenckie na wartow-ni i skierowano nas do stolowki. Bylo pustawo i ogölnie ciulowo. Dobrze chociaz, ze Bogus, ktory byl urodzonym showmanem, zlapal kilka lyzek i dal swietny, improwizowany koncert. To na chwil? oderwalo nas od sm^tnej rzeczywistosci. Skierowano nas pod bram? nr 1. Znalismy ten teren, bo wczesniej wiele razy przyjezdzalismy tu do pracy organizowanej przez spöl-dzielni^ studenckq. I tak powoli Stocznia im. Lenina stawala si^ Stoczni^ Polsk^ a my jej obrohcami - kilku-dziesi^ciu studentow, kilku pracowniköw naukowych, kilkunastu stoczniowcow. Skupilismy si§ kolo koksownika, prymitywnego urz^dzenia, ktore mialo stac si^ symbolem tej zimy i woj-ny polsko-jaruzelskiej. Tam bylo ciut cieplej. Jacys stoczniowcy ci^li palnikiem rur^ i podawa-li nam metrowe kawalki. Ogarnal mnie pusty smiech - co my mamy z tym zrobic? Tym mamy walczyc z zomolami? Niektörzy jednak lapali za nie a nawet wygrazali nimi wojowniczo, kie-dy pod bram^ zajechal jakis milicyjny patrol. Jedynym naszym uzbrojeniem byla r^czna syre-na. Mielismy stosowac bierny opör. Slepilismy w mrok wypatruj^c zomowcöw, wolno mijala godzina za godzinq i nie si^ nie dzialo. A cos si§ musialo wydarzyc - tego dnia wypadala rocznica wydarzeh grudnio-wych. Uderzyli okolo szostej rano, widocznie uznali, ze jestesmy juz wystarczajqco zm^-czeni i b^dzie im latwiej. Poza tym juz niedlugo mogli przychodzic ludzie do pracy a tak-ze manifestanci pod pomnik. Zajechaly budy, z ktorych wybiegli zomowey; mieli tarcze, 16 Swi^ty Michal mial koguta paly w r?kach, helmy z opuszczonymi przylbicami a zza ich glöw sterczaly zapasowe pal-ki wsadzone za kolnierz kurtek zwanych panterkami. Szybko ustawili si? w tyralier? i wol-no pocz?E podchodzic do ogrodzenia. Tak, sk^ds znalem ten obraz. Przypomnialem so-bie sceny pacyfikacji szkoly pozarniczej. Uslyszelismy syren? spod bramy nr 2, chwil? poz-niej spod trojki. Uruchomilismy nasz^. Przez tub? krzyczelismy do zomowcöw, ale to chy-ba nie bylo popularne pözniej haslo: „Chodzcie z nami!” Möwilismy im, ze przeciez jeste-smy Polakami. Pytalismy ich, czy wiedz$ komu sluz^ i w imi? jakich interesöw dzialaj^. Za-cz?li walic palami w tarcze, zeby nas zagluszyc a jednoczesnie mialo to w sobie cos z jakie-gos wojennego czy plemiennego rytualu. W oknach okolicznych domöw zapalaly si? swia-tla i pokazywaly si? twarze. Wzi?lismy si? pod r?ce i sczepieni takim laricuchem spiewali-smy hymn, Boze cos Polsk? i Rot?. Nie byl to spiew a raczej krzyk. Ale to na nich nie dzia-lalo, podobnie jak napis na wrotach: „Uwaga, brama pod napi?ciem ponad 380 V”. Chy-ba czuli, ze to pic na wod?, fotomontaz. Niebo rozjasnilo si? od rakiet, zielonych i czerwo-nych, choc do Sylwestra byly jeszcze dwa tygodnie. Ktos przybiegl spod dwojki i krzykn^l, ze rozwalil j$ czolg a ZOMO jest juz w stoczni. Sam nie wiem, kiedy brama rozwarla si?. Zbilismy si? w kolumn?, spleceni, rami? do ramienia, wspölnymi laricuchy stworzylismy cos na wzör figury nazywanej przez rzymskich legionistöw testudo, czyli zotw. „Nie rzucim ziemi, skqd nasz röd...” - wylismy, bo jednak spiew to nie byl. Zomowcy pröbowali nas rozdzielic, lali palami, szarpali, ale kiedy zobaczyli, co si? dzieje, uzyli gazu. Poobijani blon-dynkami a moze i czarnulkami - z racji koloru tak nazywano policyjne palki - z Izawi^cymi oczami opuchni?tymi od tarcia rozpierzchlismy si?. Zölw si? rozsypal, ale po chwili skleili-smy nasz^ fbrmacj? troch? dalej. Ile to trwalo, ta ciuciubabka? Dzis juz nie potrafi? powie-dziec, ale dobrze pami?tam, gdzie stalismy my a gdzie stalo ZOMO. Zobaczylismy ze spod dwojki i trojki prowadzq naszych. Nie bylo sensu dluzej stawiac oporu. Ze spuszczon^ glowq powoli poszlismy do zomow-skiej niewoli. A wlasciwie po co? Mozna bylo jeszcze wtedy latwo uciec, przeskoczyc przez plot do bazy PKS-u, schowac si? w jakiejs pakamerze, zadekowac. Dlaczego wi?kszosc z nas nie uciekla? Chyba czulismy, ze tak si? nie robi, ze trzeba pewne sprawy doprowadzic do koh-ca, jak nas uczyli nasi ojcowie. A przede wszystkim, ze wzi?cie nög za pas byloby nie w porz^d-ku wobec naszych chlopaköw. Tych, o ktörych pisal Edward Stachura, pisarz wtedy bardzo dla nas wazny a dzis zapomniany: „Jakich chlopaköw mialem na mysli? Czy ja wiem? Tak w ogö-le. Naszych chlopaköw... na przyklad z Powstania Listopadowego, z Wiosny Ludöw. Mialem na mysli tych z Powstania Styczniowego. I tych z Komuny Paryskiej. I tych z Wojny Domo-wej w Hiszpanii. I tych z Powstania Warszawskiego. Gdybys ich zawolal i gdyby ci? usluchali, to bylaby wielka pi?kna armia duchöw.” A moze chcialem mied odpowiedz na pytanie: „Wielu was bylo? Bo gdyby spytali tak - cözbym powiedzial?” Grupy pojmanych ustawiano przy ceglanej scianie Sali BHP. Tak, tej samej, w ktörej szes-nascie miesi?cy wczesniej Wal?sa wielkim tandetnym dlugopisem podpisywal porozumienie, ktöre wcale nie bylo tandetne, ktöre dawalo nadziej?... A jednoczesnie to byla zwykla sala, w ktörej zasypialismy na organizowanych bladym switem szkoleniach z Bezpieczehstwa i Hi-gieny Pracy, a bez takiego swistka SSP Techno-Servis nie pozwala nam pracowac przy sprzq-taniu statköw. Andrzej Kasperek 17 Stawiano nas w dwuszeregu, nie pozwalano na zadne rozmowy. Wygl^dalismy sm^tnie -niewyspani, bladzi, podrapani, rozczochrani, w porozrywanych kurtkach, niektorzy z sinca-mi. Zomowcy sprawnie, niczym biegli pasterze, kieruj^c palami segregowali nas. Musieli nie-zle ich wczesniej wycwiczyc. Teraz dopiero moglem si^ im blizej przyjrzec. Wcale nie byl to tlum frankensteinöw, nowa rasa - zomitow, wyhodowana w jednym celu: by wszystkich bic w PRL-u. Zwyczajni chlopcy, choc o twarzach ziemniaczanych. Wzrok przyci^gal za to ich dowodca - wysoki niczym koszykarz, szczuply z inteligentnq twarz^. Pozniej regularnie spo-tykalem go na wszystkich zadymach organizowanych w rocznic^ 13 grudnia. Ale kiedy si^ odezwal nie uzyl bynajmniej inteligenckiego j^zyka: „Studenty. To jest, kurwa, klasa robotni-cza. Ojciec na wsi albo badylarz, gospodark^ ma, fors? ma, a tu taki jeden z drugim skurwy-syn na stoczni^ przyjechal. Pracowac mu si? nie chce, uczyc mu si? nie chce tym bardziej, tyl-ko przed wojskiem spierdala”. Jego ludzie przyj^li t? tyrad? z pelnym zrozumieniem, widac trafil w sedno. I wtedy si§ to wydarzylo. Stalismy chyba juz godzin? na mrozie, kiedy przyprowadzo-no mlodego czlowieka w kozuszku. Opieral si? i szarpal. Najpierw wprowadzono go do sali a pozniej wywleczono pobitego na dwor i kazano wejsc do suki. Hardy byl, krzyczal, ze sam nie wlezie, zeby mu pomogli. No to go podsadzili na palach a on jeszcze stoj^c w otwartych drzwiach budy nie dawal si? i kopnql tego wysokiego dowodc^ w piers. I caly czas krzyczal: „Robotnicy, jak mozecie na to pozwolic?!” Tego juz bylo im za wiele, kilku zomoli wpadlo do srodka, drzwi zamkn^li. Z budy slychac bylo odglosy bicia i krzyk: „Chlopaki zapami^tajcie mnie, nazywam si? Zenek Kwoka!” Ilu nas tarn wtedy bylo? Setka, moze wi^cej i stalismy mil-cz^cy, z opuszczonymi glowami. Ani jeden czlowiek si? nie poruszyl, ani jedna r^ka nie pod-niosla si?. Wiele razy o tym pozniej myslalem i wci^z nie jestem pewny, jak nalezalo si? zacho-wac? Bylo nas wi^cej niz oprawcow i pewnie moglibysmy ich pokonac golymi r^kami. To dla-czego nie nie zrobilismy, czy zdecydowala o tym zasada non violence, ktor^ wybrala Solidar-nosc? Zagoniono nas do historycznej sali, ale obeenose zomowcow natychmiast zdesakralizo-wala to miejsce. Ustawiono nas rz^dami i kazano stac nieruchomo. Pobiezna rewizja, odebra-nie dokumentow i szesc godzin - a moze i wi^cej - bez ruchu na bacznosc. Milicjanci za slyn-nym stolem prezydialnym przeglqdali w tym czasie nasze papiery i wypelniali jakies formu-larze. A gipsowa figura Lenina lypala na nas i na to wszystko z boku. Ponoc historia powtarza si? jako farsa. To prawda, wtedy si§ o tym przekonalem. Prezydium w Sali BHP zlozone z es-bekow, gliniarzy i zomowcow. Czysty Kafka. Godziny stania na bacznosc, bez rozmow, bez je-dzenia, picia, papierosa, toalety... Pewnie chcieli nas skruszyc a moze po prostu nie wiedzie-li, co z nami zrobic. Drzemalem na stoj^co, nie ja jeden. Co i rusz ktos si? gibal i tracil pion. Wywolywalo to wscieklosc naszych straznikow. Przypomnialem sobie Wielkq czystk^ Aleksandra Weissberga-Cybulskiego. Teraz wiedzialem, ze mowil prawd^ opisuj^c tak zwany kon-wejer. Cos si§ musialo dziac pod stoczniq, bo co chwila ktos wpadal, slychac bylo nisko latajqce helikoptery, huk wybuchaj^cych petard. Zomowcow na sali ubywalo. Dopiero potem dowie-dzialem si?, ze pod stoczni^ toczyla si? wtedy bitwa. 18 Swi^ty Michal mial koguta Kolyszqc si^ lekko staralem si? jednak za wszelk^ cenq utrzymac pozycj? wertykaln^. Po glowie z szybkosci^ poci^gu ekspresowego przemykaly mi jakies obrazy mysli, cytaty ktore zacz^iy si§ powielac, krzyzuj^c w posetne linie, k^ty zelazne przeploty. Na prawo i lewo wy-padaly z mrokow nocy niby na spotkanie latarki zwrotnic, wyci^galy szyje stacyjne zurawie, studnie, ci^zarowe dzwignie, stoczniowe krany A przy tym wszystkim do muzyki wystrza-low, j^ku koluj^cych smiglowcow odezwal si^ katarynkowy rytm wierszy ksi^dza Baki. Tego, w ktörym przestrzegal mlodych nieroztropnych ludzi: Cny mlodziku, Migdaliku, Czerstwy rydzu, Slepowidzu, Kwiat mdleje, Wi^dnieje. EJ dziateczki! Jak kwiateczki Powycina, Was pozrzyna Smierc kosq Z lat rosq. Sk^d si? wzi^l i dlaczego niczym upierdliwa mucha smietnikowa brz^czal mi w glowie? Nie moglem odgonic go zadnym sposobem, ci^gle wracal i jazgotal prosto do mojego ucha: Sliczny Jasiu, Mowny szpasiu, Möj slowiku, B^dzie zyku. Szpaczkujesz, Nie czujesz? Smierc jak kot Wpadnie w lot! Aza nie wiesz, Ze smierc jakjez? Ma swe glogi, Wszpilkach rogi? Ukoli Do woli. Aztfkniesz I p^kniesz. Pewnie odzywaly si? l?k i trwoga. Strach i imaginacja podsuwaly rozne obrazy Nie wie-dzielismy co z nami zrobiq. Nikt nie smial marzyc, zeby wypuscili tak po prostu do domu. Czasu mialem tak duzo, ze moja wycwiczona studencka pami^c przywolala nawet jakies strz?-py z Dekretu o stanie wojennym, ktory wydrukowany na wielkich plachtach papieru wisial na Wydziale Humanistycznym, i w ogole wsz^dzie, niczym jakies cholerne wojenne Bekan- Andrzej Kasperek 19 ntmachung/Obwieszczenie. Smielismy si^ czytaj^c, ze „udzial w strajku stanowi ci^zkie na-ruszenie przez pracownika podstawowych obowi^zköw pracowniczych”, ze „kto b^d^c czlon-kiem zwiqzku zawodowego, zrzeszenia lub organizacji, ktörej dzialalnosc zostala zawieszona, nie odst^pil od udzialu w takiej dzialalnosci, podlega karze pozbawienia wolnosci do lat 3. Kto organizuje albo kieruje strajkiem lub akcj$ protestacyjn$ podlega karze pozbawienia wolnosci do lat 5.” Ale byly tarn czyny zagrozone jeszcze wyzszymi karami - osiem lat, dycha nawet! Teraz nie bylo mi do smiechu. Chwala Bogu, ze wyprowadzono nas do mniejszej sali i dano wod? do picia a potem po-zwolono nam pojedynczo, w eskorcie uzbrojonego konwojenta, wychodzic do ubikacji. Dali im juz brori palnq; dopiero teraz zauwazylem, ze zomowcy odczepili rakietnice i miotacze gazu i na plecach maj^ kalachy. Najwazniejsze bylo, ze moglem zapalic. Pierwszy papieros od kilku godzin zadzialal jak narkotyk. Sztachn^lem si^ mocno i nogi si? pode mn^ ugi^ly. Pomy-slalem przez moment, ze palant przylal mi palq po lydach. Ale nie to tylko organizm tak zare-agowal. Moglismy juz szeptac do siebie, ale niewiele mielismy sobie do powiedzenia. Nasza przyszlosc, ta najblizsza i ta dalsza to byla enigma. Czulismy si? jak zeslani na Sybir studenci, o ktörych spiewal Jacek Kaczmarski: Dwaj inni usiedli razem Dr^czq si^ w mokrych ubraniach Jak by tu ojcu pokazac Naganne ze sprawowania Byl juz czwartek siedemnastego w nocy, kiedy zacz^to wyczytywac nasze nazwiska i kaza-no wychodzic na dwör. Bylo strasznie zimno. Wchodzilismy do bud. I co teraz? Ktos zacz^l apokaliptycznie: „No panowie, pewnie do Sztuthofu albo do Szp^gawska nas powioz^. Musi na rozwalk^!” Powialo groz^. Ktos przez szpar^ w drzwiach zobaczyl, ze kierujemy si^ w Strong Pruszcza Gdariskiego. Gdzies po godzinie nasza buda stan^la. Inne pewnie tez. Uslyszeli-smy szcz^k otwieranych drzwi, wsciekle ujadanie psow, wrzaski zomowcöw i krzyk bitych. Ale nasza buda pojechala dalej. Kiedy wysiedlismy zobaczylismy ceglany mur ze stercz^cy-mi odlamkami szkla. Jakies blanki, wykusze, niemiecki neogotyk. Marek rozejrzal si? i szep-n$l: „Toc to wi^zieh w Starogardzie.” Pochodzil z Kociewia i natychmiast rozpoznal to miej-sce. Do drzwi prowadzil szpaler zomowcöw. Stali na rozstawionych nogach, kolysz^c si? z lek-ka, paty przekladali z r^ki do r^ki. Kurwa, zaraz si§ zacznie sciezka zdrowia, pomyslalem. Zna-lem to z opisöw wydarzeh w Radomiu w 1976 roku w „Biuletynie Informacyjnym KSS KOR”. Ale o dziwo nie bili mocno, ledwie nas poszturchali. Bardziej wyzywali si? w bluzgach. W po-wietrzu az furczalo od slöw na: k..., ch... i p... To chyba byli ormowcy. Glupie prymityw-ne gnoje, ktörym marzyla si? choc odrobina sily i wladzy. Byl mröz i kolnierze panterek mie-li postawione na sztorc a na wewn^trznej stronie kolnierza byly naszywki z nazwiskami: Pa-piewka, Kruger, Becker. Zaraz przybiegl dowödca i zdrowo ich opieprzyl: „Czyscie ochujeli?! Chcecie, zeby te okurwiehce, ta kontrrewolucja warn domy popalila? Wrzucom warn koktajla Molotowa i fertig!” Zap^dzono nas do swietlicy i pojedynczo wywolywano na przesluchanie. Dwöch zaspanych esbeköw patrzylo na mnie jak na kocie göwno - smierdzi toto, ale sprz^tn^c trzeba. Nazwisko, imi^, adres, kierunek studiöw... Troch? straszenia, troch^ wy- 20 Swi^ty Michal mial koguta zwisk. Cos najbardziej przyczepili si? do malego egzemplarza Ewangelii sw. Mateusza, kto-ry mialem ze sob^. W czasie opuszczania Humany wzi^lem j$ ze sob^. Lezala samotnie, zapo-mniana na parapecie jakiejs sali wykladowej zamienionej na sypialni?. Pomyslalem, ze nie za-wadzi wlozyc j$ do kieszeni. „I co jehowcu? Kocia wiara ci juz nie wystarcza? Panstwo socjali-styczne trzeba rozpierdolic koniecznie, zebyscie mogli armi? olewac bezkarnie!” Z ulg$ przy-j^lem rozkaz: „Wypieprzac do celi!” Klawisze byli bardzo kulturalni i wr^cz delikatni. Pewnie nie mieli jeszcze takich lokatoröw. A moze mysleli o swoich synach. Niektörzy z nich pewnie za miesi^c mieli miec studniöwk^. „I warto si? to, panie uczyc, zeby trafic do tatowego kibla?” - moze i taka mysl przeszla przez glow^ niejednego. Prowadzili nas przez niekoncz^ce si? korytarze, pobrz^kuj^c kluczami, kto-rymi wci^z otwierali i zamykali niezliczone drzwi. „A slyszeliscie o Sl^sku? W kopalni »Wu-jek« zabili kilku gornikow.” Zamurowalo mnie. Od dwoch dni nie wiedzielismy co si^ dzie-je w Polsce. Okazalo si^, ze spelnia si? najgorszy, krwawy scenariusz. Taki sam, jak w Grud-niu 70. „Jak? Co si$ stalo?” „Ano artykul 26 Dekretu z dnia 12 grudnia 1981 r. o stanie wojen-nym: »W przypadkach nadzwyczajnych mog^ byc uzyte srodki przymusu bezposredniego, a w przypadkach wyj^tkowych, gdy niebezpieczehstwa lub zamachu nie mozna inaczej unik-n^c - röwniez broh palna« - wyrecytowal, bo pewnie od dawna regulaminy i dekrety pozwo-lily mu nie zastanawiac si^ nad tym, co robi i zwolnily go od myslenia. - Oni na milicj^ z lo-mami polecieli. To, co mieli robic? Musieli strzelac!” Upychali nas w celach jak sardynki, cz^sc musiala polozyc si$ na podlodze na siennikach. Wreszcie dostalismy jakies jedzenie - skibka chleba z margaryn^ i kubek gor^cej kawy zbo-zowej z kotla smakowal wspaniale. Nareszcie moglismy si? wyci^gn^c i sprobowac zasn^c, ale to nie bylo takie proste. Ktos chlipal, ktos inny mial atak padaczki. Klawisze wyniesli go na noszach do izby chorych. Rano zacz^to nas wyprowadzac pojedynczo z celi. Okazalo si?, ze idziemy na kolegium do spraw wykroczeh. Krotkie przesluchanie i prawie z automatu kazdy dostawal po 3000 zlotych grzywny (z zamian^ na 30 dni aresztu) za naruszenie art. 50, ust. 1 wiadomego dekretu plus 100 zl kosztow post^powania. Nie mialem poj^cia ani sk^d wzi^c te pieni^dze, ani jak si? skontaktowac z rodzicami. Wybawienie nast^pilo nazajutrz. Zona Mar-ka, Alina, zdobyla fors§. Wykupila nas poswi^caj^c pieni^dze, ktore dostala od ojca na plaszcz zimowy. Reszt? wyprosila od znajomych. Trzasn^la zelazna brama. Nie oglqdalem si? za siebie. Nie chcialem tarn wracac, ale wycho-dzilem ze swiadomosciq, ze na kryminal zaraz za bramq zasluzymy sobie od nowa. Miesi^c pozniej wezwano mnie do uniwersyteckiej komisji dyscyplinarnej. Jej przewodnicz^cy byl wyraznie niezadowolony, ze podrzucono mu to smierdz^ce jajo. Rozmawial ze mn^ nerwo-wo, wyraznie zdegustowany, ze musi to robic, chcial miec juz to z glowy. Dostalem upomnie-nie. W uzasadnieniu napisano, ze „niski wymiar kary uzasadnia wyj^tkowosc sytuacji, zrozu-mialy sk^din^d naströj podniecenia i emocji.” Nasi koledzy, ktorzy trafili do Pruszcza mieli mniej szcz^scia. Dostali lomot juz w czasie przeganiania przez sciezk^ zdrowia a potem bylo juz tylko gorzej - bito ich w czasie przeslu-chah. A kolegium dostali najwyzsze, po pi^c patoli. Niektorych skazano na odsiadk^. Pruszcz byl blisko Gdahska i tarn si? nie patyczkowano. Roboty mieli full. Starogard to byly wolne moce przerobowe socjalistycznego wymiaru sprawiedliwosci. Stan wojenny dopiero si$ rozkr^cal... Andrzej Kasperek 21 *** Dwadziescia kilka lat pozniej z moimi uczniami wybralem si? do Gdahska na wystaw^ „Drogi do wolnosci”. Weszlismy na teren stoczni, poszlismy do Sali BHP. Lenin stal jak kie-dys, bo przeciez jest wieczny. W gablocie pysznil si? wielki dlugopis Wal^sy. Ja probowalem odnalezc miejsce, w ktorym wowczas stalem, ale bezskutecznie. Nigdzie, na zadnej planszy nie odnotowano, co wydarzylo si? tu w grudniu 1981, ale nigdy nie mialem ci^got do komba-tanctwa i specjalnie mnie to nie zmartwilo. Rozgl^dalem si? po tej sali i przypomnial mi si? cytat z dziennika Maksa Gierymskiego: „Pod farb^ dobrze polozon^ i pod werniksem lezy czasem zagrzebane troch^ uczucia, w ktore si? samemu nie wierzy cz^sto, lub o ktorym si? w$tpi w pewnych chwilach, ta trocha przegl^-da jednak, bywa, poprzez färb? i moze jej blasku dodaje, tylko co plynie samo z przepelnio-nej duszy, jest godnym dzielem sztuki.” Ta „trocha” uczucia przywolala obrazy tego czasu i od-swiezyla pytanie o motywacj? naszego gestu. Czy wiedzielismy, na co si? decydujemy? Pyta-nie naiwne, bo w tym wieku nie ma si? takich dylematow i w^tpliwosci a decyzje sq zwykle prostsze. Wazna jest solidarnosc grupy i poczucie duchowej jednosci. W ten sposob nadawali-smy sens naszemu zyciu, dawalismy mu sankcj? moraln^. Przestawalismy byc niedowarzony-mi mlodzikami a nasz gest byl projekcjq w przyszlosc i odrzuceniem trawi^cego nas przeko-nania o bezsensie naszej peerelowskiej egzystencji. Myslalem o kosztach stanu wojennego, o tym, ilu swietnych ludzi si? zalamalo, wyemigro-walo. Ilu najszlachetniejszych i najsilniejszych moralnie ludzi z mojego pokolenia wypalilo si? wtedy, popadlo w alkoholizm. Nie ehe? si? uzalac. A i möwienie o straconym pokoleniu by-loby przesad^, ale dr?czyla mnie mysl o niedoli tragicznie zlamanego zycia ludzi rokuj^cych nieprzeci^tne nadzieje, pi^tno miernoty i niemocy, jakie los wycisn^l na ich biografii, widzia-lem gorycz niespelnionych marzeh, nie dokonanych zamierzeh, nie podj^tej czynnej sluzby dla kraju, niesprawiedliwosci i kompletnego zapomnienia. Nagle cos mi przyszlo do glowy albo raczej pami^c miejsca wywolala nagly impuls. Od lat juz nie pal?, ale wtedy musialem zajarac. Dyskretnie poprosilem kolezank? o papierosa i za-palki. Wyszedlem z sali, schowalem si? przed uczniami za w^glem i wyci^gn^lem zdobyezne-go marlboro. Wialo od morza, ale jakos udalo mi si? oslonic plomyczek w zagl?bieniu dloni. Sztachn^lem si? najmocniej, jakpotrafilem i kolana si? pode mn^ ugi^ly. A jednak! *** Apendyks W opowiadaniu wykorzystalem fragmenty utworow: Macieja Pietrzyka, Stefana Zerom-skiego, Marka Hlaski, Stefana Grabihskiego, Jaroslawa Marka Rymkiewicza, Adama Mickie-wicza, fragmenty anonimowej relacji uczestnika strajku w stoczni opublikowane w Interne-cie, Wladyslawa Broniewskiego, Edwarda Stachury, Juliusza Slowackiego, Janusza Szpotari-skiego, Zbigniewa Herberta, Tadeusza Borowskiego, Jozefa Baki, Jacka Kaczmarskiego oraz Aliny Witkowskiej. 22 Przetartym szlakiem Andrzej Grzyb PRZETARTYM SZLAKIEM 1 Karol to przeciwienstwo tych, ktorzy wybierajq si? jak sojka za morze. Wlozyl te buty, w ktorych byl na Alasce, na Zakaukaziu i w Polnocnej Norwegii, zrobil dwa kroki do przodu, przytupn^l i rozejrzal si? dookola, jak to czyni$ ci, ktorzy zegnaj^ si? z domowymi oplotkami i okolicq, ci, ktorzy chcq zabrac w swiat obraz, widok, klimat, smak i zapach i w ogole, co si? da, wszystko, co pozwoli docenic, zat?sknic i, daj Boze, powrocic do domu. Gdzie on w tych butach, z przeceny, okazyjnie kupionych, nie byl. Gdyby byl starszy, pewne jak dwa razy dwa, przeszedlby w nich wojenny szlak. Rosj?, Bliski Wschod, Afryk? i Europa. Patrzy, ze patrz?, tym butom si? przygl^dam i mowi: - Chlopie, te buty niejedno moglyby opowiedziec, gdyby potrafily mowic. Poprawil sznurowadla i dodal: - No co si? tak guzdrzesz. Idziemy. Komu w drog?, temu... O przepraszam, gdzie moja czapka, o jest zapominalska... Wlozyl odnalezionQ w kieszeni granatow^ czapk? z daszkiem ozdobion^ bialym napisem „Skipper”, usmiechn^l si?, wygwizdal poczqtkowq fraz? „Glorii, glorii, alleluja...” - Idziemy, przyjacielu. - I ruszyl przodem, tak jak stal w tych butach nie do schodzenia i czapce sternika. Obejrzal si? na mnie. - Co tak patrzysz, slipia wytrzeszczasz, bez dobrych, wyprobowanych butow i sprawdzonej w drodze czapki nie sposob si? obejsc - wytlumaczyl. - A jak ci? znam, masz potrzebn^ w drodze reszt?. Cos do picia, cos do jedzenia, zapalki, scy-zoryk i takie tarn pierdölki. Puszczamy si? brzegiem kanalu, dzis jak si? zdaje naturalnego, ale w rzeczywistosci jak naj-bardziej sztucznego, wybudowanego za cz?sc sum bajoriskich z rozkazu krola pruskiego nie dla ludzi, lecz dla koni i krow, ktore potrzebuj^ siana, a siano w tych lasach mozna zbierac na l^kach, zbudowano wi?c na tych piaskach kanal i System hydrotechniczny po to wlasnie, by za-zielenily si? l^ki, a kiedy kröl ruszy na wojn?, nie zabraklo wolowiny do zolnierskich kotlöw i koni do armatnich lawet i jaszczy. Jedn$ z ofiar wojny, moze pierwszq, jest prawda. - O, widzisz ten kopczyk z brzozowym krzyzem. Niektorzy mowi^, ze tu pogrzebano zolnie-rza napoleonskiego, wracaj^cego z moskiewskiej wyprawy, inni mowi^, ze lezy tu jeden z par-tyzantow Yorka, s^ tez tacy, ktorzy twierdzq, ze to dezerter z Wermachtu, jeden z tych, co nie chcial wrocic z urlopu na front wschodni, jeszcze inni, ze lezy tu soldat sowiecki zastrzelo-ny przez enkawudzist? za gwalt na Polce. Wojny pomieszane, zolnierze, wojny, tylko smierc prawdziwa. Cz?sto okoliczne srodlesne pola rodzq kamienie, a bywa, ze miast kamieni czasz-ki i piszczele. To Karol opowiedzial, nim otworzyly si? przed nami polacie l$k poprzecinanych nawadniaj^cymi rowami. Andrzej Grzyb 23 - Patrz^ na drzewo, na listek i g^sienic^, i co widz§. Widz§ harmoni^ swiata - lykal powietrze jak kaszalot po godzinnym poszukiwaniu kalamarnic w przepastnych, tysi^cmetrowych gl?bi-nach, pozeral okolic^, wilczym sposobem nasluchiwal i w^szyk - Patrz? na Iqk?, na las i jezioro, coz za pi^kny dzien. A mily pan widzi, czy za przeproszeniem, jest slepy. H?? Milcz$, a on dalej mowi, mile slowa, oddziela i l^czy. Chmurzy si? i usmiecha. - Swiat si^ usmiecha. Cieszy si? zyciem. - Filozofowanie Karola poparte bylo minami po-waznymi i niepowaznymi, gestami godnymi Arystotelesa i niekrolewskiego, lecz raczej jar-marcznego blazna. Jednoczesnie. No, nie wiem, czy pami^taj^c starozytne powiedzonko -Arystoteles nie zawsze jest Arystotelesem a blazen blaznem. - Pogoda dobra, no, moze nie wymarzona, ale dobra. Nie pada, nie ma dokuczliwego wia-tru, slorice wygl^da zza chmur. Pi^knie si? w tak^ pogod^ w^druje. Do celu, a jeszcze lepiej bez celu, przed siebie, ciesz^c si^ tym, co droga przyniesie. Mowi^, a ty milczysz. Nie wydaje ci si^, ze kiedy tak do ciebie, a w gründe rzeczy do siebie, gadam, snuj? te moje opowiastki, to droga jakby szybciej mija? Co? O, o, o, juz, a to pi^knie, taki nasyp to nie Himalaje, cholernie pi^knie, widzisz, przecho-dzimy przez akwedukt gor^, nasypem, drog^ wzdluz kanalu, nizej w poprzek rzeczka, pi^kny akwedukt z czerwonej cegly. Ile ta budowla ma lat, z okladem sto pi^cdziesi^t, sporo, ale nie-wiele, jesli przywolac rzymskie, wymyslne konstrukcje, mam na mysli akwedukty, bo te tez wod^ niosly. 2 - Stop. Nie ma pospiechu. Nikt nas nie goni. Stop. Przysi^dzmy na chwil?. O, na tym pniu b^dzie dobrze. W niewielkim kamiennym kr^gu czarnialy popioly ogniska. - Pastuchy albo drwale posilali si? tu albo ogrzewali. To popioly wielu dni. O, nadpalony strz^p gazety - Karol wierzbow^ witk$ z popiolow i spod pni, ktore sluzyly za siedziska, wy-grzebywal nadpalone szcz^tki. - „Traged” - tyle zostalo z jakiejs tragedii. W kr^gu podejrzen „zaton^l statek”, to strz^py jakiejs gazety zlych wiadomosci, a tu puszka po, no po czym, mie-lonce mi^snej albo gulaszu angielskim, ki diabel wie, co to ten gulasz angielski. Wetkn^l patyk w puszk^, uniosl j^, obejrzal ze wszystkich stron. - Termin przydatnosci do spozycia jak zwykle przesadzony. Ta puszka nosi slady scyzory-ka, moze potem, albo przedtem, w czas ciemny wtornie sluzyla jako szyszak krasnoludkowi. I szyjka butelki, szklo biale, z gwintem, pewno po wodce, bo perfum tu raczej ogniskowe to-warzystwo nie uzywalo. O, jest i kose, kurza, kacza, raczej nozka niz skrzydelko. Wiatr rozwial, deszcz rozmyl popioly dni. Kazde z tych szcz^tkow to raczej juz na zawsze niewypowiedziana opowiesc. No coz, tak to jest. A tu na odwrocie tego nadpalonego strz^pu gazety caly niebie-ski wyraz „otr^by”, no, pisz-wymaluj resztka cudownego przepisu dla pi^knych pan, ktore pra- 24 Przetartym szlakiem gn^ byc jeszcze pi?kniejsze. Babcia swinie karmila otr?bami, dzisiaj otr?by z jajkiem w prosz-ku i suszem warzywnym to rarytas, ostatni krzyk mody w swiecie odchudzaj^cych si?. Swiat si? zmienia, wie to kazda pani Genia. Kanapk? z szynkq babuni czy z serem krolewskim pan sobie zyczy? Niebo nieczyste a wieczyste nad nami. Tu chmurka, baran, a tarn, nad padolem placzu, za-chmurzenie pelne. Niebo ocynkowane, podchromowane, a i niezdrowo skadmowane, tudziez osmalone na brzegach, na z?bato wystrz?pionych uskokach rdza. Zapowiedz innej bajki krwa-wej i przerazaj^cej ostatecznie. Cholera, chyba mam kamieri w bucie - mowi Karol. - Nie wiem sk^d, ale mam. Zzul buta, potrz^sn^l nim, wysypal troch? z jego trzewi prochow i maly kamyk. Kamyk po-turlal si? w traw?, ale Karol, niby jastrz^b, dopadl go natychmiast. - Popatrz, takie maleristwo, a tnie do kosci. Pol ziarenka grochu, a popatrz, jak si? paskudnie uwzi^l na moj^ stop?, do krwi pok^sal. Ostroznie wlozyl but, gladz^c go czule i poklepuj^c, nagradzaj^c za wiernosc i oddanie. - Kamieni mi tu prosz? nie zapraszac, nie wpuszczac, nie goscic, bo si? pogniewam. Coz za ulga. Uff. Teraz to calkiem co innego, mozna chocby do Rzymu isc. A gdzie my wlasciwie idzie-my? Czlowiek jest niepotrzebnie nazbyt praktyczny, chce isc gdzies, nad rzek?, nad jezioro, na ryby, na spotkanie, na, po, bo, ale naprawd? przyjemnie jest isc ot tak, bez celu, dla przyjem-nosci. Bez celu zawsze idziemy, bez celu, nawet jesli jestesmy swi?cie przekonani, ze cel jest ja-sny i pewny. Cel? Coz za przykra mysl. Moze bredz?? Moze z nadmiaru swiezego powietrza tak mieszam i plot?, co mi slina na j?zyk przyniesie. Z innej beczki czerpi^c, przypomnij sobie al-chemikow. Szukali sposobu na przeksztalcenie rt?ci, zelaza, a niektorzy nawet piasku w zloto. Zdarzalo si?, ze znajdywali to, czego nie szukali. Zgodnie z trzeci^ zasadq alchemikow, mowiq-c^, ze jeden objasnia to, co drugi ukryl, a ten kto prawdziwie szuka, potrafi odkryc wszystko. Zamilkl, na chwil? tak dlug^, ze zdala mi si? ta cisza niepokoj^ca. - Karol, co tobie? Zaniemowiles. - Cii-sza. Patrz, tu, o tu, za parawan tych przydroznych krzewow. Widzisz. Nie. Dobrze patrz. Koziolek idzie rownolegle z nami. Przyglqda si? nam. Moze si? dziwi, co tu robi ta para lazikow, halasuje tylko i powietrze psuje, tylko przeszkadza w spokojnym skubaniu trawy. Ma trzy lata, nie, cztery. Widzisz rogi, policzyc trzeba odrosty. Tak niektorzy mowi^. Tyle w tym prawdy, co nie. Obserwuje nas, intruzow, ale jest spokojny, nie poszczekuje, strach w nim mo-cuje si? z odwagq. - Jakzes tego koziolka wypatrzyl, Karolu? -Jak? Zwyczajnie. Trzeba miec oczy otwarte i patrzec. Chcesz zobaczyc, to zobaczysz. Jesli si? chce, to wiele rzeczy jest mozliwych. Patrzysz i jesli b?dziesz mial odrobin?, ot, ciut-ciut, szcz?scia, to wypatrzysz koziolka id^cego skrajem l$ki, krok w krok za nami, za parawanem krzakow. Pi?kny widok na tle kwitn^cej Iqki. Biele, bl?kity, zolcienie przetykajq si?, tworz^ abs-trakcyjny dywan. I ten koziolek rogaty. Szaro-plowy, ostrozny i odwazny jednoczesnie. On tu jest u siebie, jego s^ te Iqki zielone, ten las. Andrzej Grzyb 25 - Tak, jest bezapelacyjnie pi?knie. Wiesz, bywa, ze niespodzianie jakas mysl, nie nazw? jej natr?tn$, zakolacze, odezwie si?, przyplynie z zamglonych obszarow naszego mozgu i zaczy-na uwierac jak ten kamieh w bucie. Pojawia si? ni st^d, ni zow^d i dobija si?, doprasza, zeby j$ wypowiedziec. Szkoda, okrutnie smutno, ze nie ma z nami Stanislawa. Tak. Umarl. Nie ma go. Nie zobaczy juz nigdy tego, co tu dookola zyje, mnozy si?, rosnie. I nasze oczy, jak i jego, tez kiedys zgasn$. Zgasn$, a swiat nie zgasnie, nie obejdzie go to, ze nas nie b?dzie. - A coz to ciebie dopadlo? Zle si? czujesz? Cos ci dolega? - No nie, ale ta mysl dopadla mnie, dogonila, przykleila si? jak eien, ktory zawsze nam to-warzyszy, choc zazwyczaj go nie zauwazamy. Zawsze umiera si? nie w por?. Niepotrzebnie. Zawsze ktos zostaje sam, bliscy, no i my, przyjaciele. I my tez umrzemy nie w por?. I ktos zostanie sam. Paskudnie smutna sprawa. Ale... czasem to mnie uwiera jak ten kamien w bucie. Ciebie tez pewnie uwiera, ale o tym nie mowisz. Co? - To przykre, ale dzien jest pi?kny. I idziemy, w?drujemy, lazikujemy, no i zyjemy. My zyje-my, kochaniehki. I to jest tez pi?kne. 3 W kotlinie, pod koron^ lasu wyblysn?lo chabrowe jezioro. Dziewcz?ta l^kowe, smukle dziewanny-panny brodzily po kostki w skoszonej trawie, ru-mianolice, ploche, zalotnie usmiechni?te, bo swiat si? do nich usmiecha, kr?c$ kr^glymi bio-drami, na prawo, na lewo, przed siebie i w tyl, Boze odpusc slodk$ pokus?. - Siano grabi^, a zdaje si?, ze tancz^, ze kusz^. - Tak, no tak, brakuje jeszcze, zeby pasl si? tu gdzies jakis baranek. Biala falbana chmury nasuwa si? na sloneczny brzeg. Zar slonecznego lica podpala nie-chcian^ zaslon?, slohce nadyma zloty policzek, czerwieni si? zirytowane, drz^c^ koron? wpra-wia w ruch, wiruje, przewierca chmur? i leje sloneczny zar w cienisty w^dol. - Bajka, przyjacielu. Spojrz. Wiesz, tu, na tej skarpie przysi^dziemy na chwil?. Popatrzymy na ten nasz okoliczny, basniowy swiat. O tarn, widzisz, w k?pie olch do jeziora wplywa rzeka, a po drugiej stronie, w tej ciemnej k?pie olch wyplywa. Ten zak^tek usmiecha si? do nas jak matka do rozbrykanych dzieci. - Piejemy jak koguty o swicie, brzaskiem upojeni. Kukuryku. Ho-ho-ha. Patrzysz i widzisz, choc mniej niz ci si? zdaje. Wsrod mysli swobodnych, fruwaj^cych jak motyle, jest tez pytanie, czy my si? swiatem potrafimy cieszyc. Gdzies ta mysl kolacze, dobija si?, wierci w szorstkim, twardym kokonie dnia, choc jest jej oboj?tne, czy doczeka wypowiedzenia. Jest, a ty jej nie chcesz ujawnic, bo troch? to wstyd tak naiwnie ujawnic j^, dopuscic, zeby wybrzmiala. Bo tak jest oczywista, taka niem?ska, taka..., no wiesz. Usmiechn^ si?, ci, ktorzy j$ usfysz$, pokiwajq glowami i swoje haha pomysl^, patrzcie go, stary albo mlody pierdziel kwiatkami si? zachwy-ca, sloneczkiem, zielonym listeczkiem. Gdybys byl kobiet^, bylbys usprawiedliwiony, stop, ta- 26 Przetartym szlakiem kie gadanie winno byc zelazem wypalane, tak mysl$ niektorzy, ponoc wiedz^c, ze to seksizm, nie wiem, no nie wiem, w sobie ani w tobie nie widz^ ani krzty kobiety. Taki to bigos, dobry czy nie, to kwesta smaku. - W tak cieply dzien, kiedy koszula klei si? do grzbietu, warto chocby wspomniec troch^ polnocnych klimatow. A opowiadalem ci t? histori^ z Nordkappu? Nie, na pewno nie, bo do-piero przedwczoraj j$ uslyszalem. Zgrabna opowiesc, sprobuj^ j$ powtorzyc. To bylo mniej wi^cej tak: Grupka przyjaciöl, no wiesz, takich swiatowych powsinogow, wybrala si? na Nordkapp. Kajakami po norweskich fiordach. I doptyn^li. Wybrali dobre miejsce mi^dzy skal$ a pomostem, wcisn^li kajaki mi^dzy kamienie. Wiesz, taka troch^ zwariowana grupa przyjaciöl, jak nasza, ktora co roku szuka taaaakich ryb w norweskich fiordach. Poszli do campu. Zm^czeni, ale zadowoleni, bo to kazdy przyzna, nie byle co, doplyn^c kajakami na Nordkapp. Szef campu macha r^koma, jakby op^dzajqc si? od much, ktorych tu nie ma. - Nie ma much na Nordkappie - mrucz^, czuj^c na karku jakby powiew arktycznego wiatru. - Nie ma miejsc. Nie ma wolnego domku. Nie ma miejsc na parkingu. Dia samochodow nie ma miejsca na parkingu. Dia harleyow nie ma miejsca. To przykre, panowie, wiem, ale nie ma miejsca. Ten szef campu skr^ca si?, wije jak nadepni^ty w^gorz. Nie mamy samochodow - mo-wi^ - nie mamy harleyow, mowiq. Chcemy si? tylko umyc, najesc i wyspac. Nie ma miejsca, Nie ma miejsca. Nie macie samochodow. Nie macie harleyow, no to czym tu przyjechaliscie. Autostopem? Nie. Kajakami. Mozna zwariowac, prosz? powtorzyc, bo nie rozumiem. Kajakami. Czterema kajakami. Kajakami? Kajakami? Nie rozumiem. Kajakami. Przeciez to niemozli-we. Nie przyjechali, lecz przyplyn^li tu, na Nordkapp, czterema kajakami. Kajakami? Ten dom jest wolny. Jest wasz. Wszystko tu jest dla was za darmo. Kajakami przyptyn^li. Czterema. Mozna zwariowac. Mowil ten Norweg sam do siebie, choc procz zorzy polarnej, bialych niedzwie-dzi, fok i reniferow, niejedno juz widzial, co potwierdzaly pirackie tatuaze na jego marynar-skich nadgarstkach. - Zgrabna fantazja. Nordkapp to wysoka skala, nie ma tarn miejsca, zeby dobic do brzegu nawet dla kajakow. - Tak, moze to bylo gdzies w poblizu. No nie wiem, ale to niezla przestroga, zeby bezkry-tycznie nie powtarzac tego, co si? uslyszy. To moze opowiem ci o karmieniu orlöw z r^ki. To dopiero nie byle co, a rzecz pewna, bo sam je karmilem. - A to pi^knie, pewno zaczniesz od tego, jak orly nauczyles latac. Juz si? zamieniam w sluch. Widzisz te ciemne, ci^zkie chmury, ktore zdaj$ si? plyn^c po koronach sosen. Wiatr si? zmie-nil i jest jakby chlodniejszy. Za godzin? albo za kwadrans b^dzie lalo jak z cebra. Zawrocic, czy nie zawrocic, oto jest pytanie. - No to o tych orlach opowiem ci innym razem. Nie ma sensu opowiadac, kiedy si^ wraca. Andrzej Grzyb 27 Trzeba b?dzie isc szybciej, zeby uciec przed deszczem, a jak si? szybko chodzi, to trudno ga-dac. Dobrze jest czasem pomilczec. Nie uwazasz, ze to troch? smieszne. Dwoch nie do kon-ca jeszcze zdziadzialych facetow podwija ogon i wieje przed deszczem. No, przyjacielu, nieho-norowo. I co b?dziemy robic w domu. Przez okno popatrzymy, jak pi?knie leje, czy po szkiel-ku telewizora pozeglujemy nad Zatok? Hudsona. Kapcie, piwko i fotel. To ci dopiero paskud-na perspektywa. - Swi?te slowa, kolego, rzecz zatem przes^dzona, idziemy dalej. Zmoknie czlowiek, to i wy-schnie. - To rozumiem. Niech swiat placze, niech si? niebo wali na glowy, niech wiatr d?by wyry-wa, niech grad siecze i pioruny wal^ co krok, a my idziemy. A gdybys t? nasz^ wycieczk? chcial opisac, czemu, jak wiesz, jestem przeciwny, ani to krwiste, ani ckliwe, kto i po co ma to czytac, po co czytac tq gdzieniegdzie zmyslon^, tudziez przekr?con4, przedstawiona niezgrabnie i na opak, pozal si? boze opowiesc, gdybys, co wielce prawdopodobne, mnie nie poshichal, to mi-tr?g? zakonczenia daruj sobie i innym. Lepiej przerwac w polowie, niz ci^gn^c kiepsk^ spra-w? do konca. Niech rzecz b?dzie kulawa, ale prawdziwa, no, w miar? prawdziwa, bo przeciez tego, co bylo, co do szczegolu, chwili kazdej, drobiazgu najmniejszego, cienia i odcienia, nie wyslowisz, chocbys si? zawzi^l, uparl i wyt?zyl jak nigdy. Niech tajemnic^ zostanie dla czytel-nika, jak si? taki trafi, to, co za wzgorkiem, za lasem, za horyzontem. Niech czytelnik sam poj-dzie, zobaczy, dotknie, posmakuje, niech go slodko nogi zabol$. I niech mu si? trafi na wzgor-ku albo w dolinie jakis smok czy wiatrak. A my, przyjacielu, zgodnie z ogolnowojskow^ zasa-d^: lewq, gdzie nogi ponios^, marsz. - No wlasnie. Przerwana, uci?ta, a moze nawet nieprawdziwa ta nasza opowiesc, ale czy chcesz, czy tego nie chcesz, dok^dkolwiek podrozujemy, zawsze wracamy nad t? jedn$ rzek?, do kilku brzoz, sosen i jabloni za oknem, do bliskich, do domu, ktory choc przebudowany, od-mieniony zawsze jest ten sam. Malgorzata Anna J^drzejewska MARZENIA NIE BOLA1 1 Powiesc ukaze si? w 2013 roku nakladem Wydawnictwa Zysk i S-ka Malgorzata Anna J^drzejewska 29 Akcja powiesci rozgrywa si^ w moim rodzinnym miasteczku - tak bylo mi latwiej pisac. Jednak zastrzegam, ze wszelkie podobienstwo do osob, miejsc, sytuacji i wydarzen jest calko-wicie przypadkowe i niezamierzone. To nie jestpowiesc z kluczem i zaden z mieszkancöw No-wego Stawu nie posluzyl za wzorzecjakiejkolwiek postaci, wi^c prosz^ nie szukac si^ wsrod bo-haterow. Z pozdrowieniami dla wszystkich wspolmieszkancöw •kiek Telefon od Broni Wi^chewiczowej oderwal jq od waznej chwili rodzinnej, czyli pod-wieczorku, ktory Adam przygotowal na wyrazne zyczenie Marysi. Gdy weszla do gabi-netu prezeski, wiedziala, ze stalo sfo cos powaznego. W pomieszczeniu siedzieli pan Sta-sio z Adasiem i komisarz Zieniewicz. - Witam wszystkich. Co sfo dzieje? - przyst^pila od razu do rzeczy - Czesc, Ludka. Zle sfo dzieje - pokr^cila glow^ prezeska. - Adas zostal dzis przylapa-ny na kradziezy, a poniewaz wyszla sprawa obozu, pan komendant osobiscie przywiozl go tu, zebysmy si^ zastanowili nad zasadnosci^ zabrania go w gory... - A co ukradl? - spytala powsciqgliwie, ale juz czula, ze uszy zaczynaj^ jq piec. - Duzq czekolad^ - odpowiedzial Zieniewicz. - Wszystko zostalo nagrane, a on sfo przyznal. - Ktory to raz? - No... Oficjalnie pierwszy, do tej pory nie mielismy zadnego zgloszenia na jego te-mat - przyznal policjant. Spojrzala na Adama. Pozowal na twardziela, ale wargi lekko mu drzaly. - Adas... Faktycznie ukradles? - spytala chlopaka. - Tak - odpowiedzial hardo, z nienawisci^ patrz^c na Zieniewicza. - Pani profesor - wyjqkal pan Stasio. - To mlokos, glupi jeszcze. Raz mu sfo zdarzylo, tylko jeden malutki raziczek... - pokazal jak maly. - Pani profesor wie, jacy sq teraz mlo-dzi. Nic nie myslq. A on jeszcze taki przyklad ma w domu - westchnql ci^zko i spojrzal blagalnie na nauczycielk^. - Na coz go tak karac... - drzqcymi r^koma mfotosil chustecz-k^, ktorq raz po raz wycieral czolo. Znow byl w garniturze. „Albo sfo juz przyzwyczail, albo uznal, ze sytuacja jest bardzo powazna” - przemkn^-fo Ludce przez glow$. Spojrzala znow na chlopaka i nagle przypomniala jej sfo ostatnia dyskoteka szkolna. - Adam, mozesz wyjsc ze mnq na chwil?? - spytala. Wszyscy spojrzeli na niq zdziwieni. Wi^ckiewiczowa lekko skin^la glowq, a Adam po-szedl za ni^ na korytarz. 30 Marzenia nie bolq - To przez Kasi^, tak? - zaryzykowala. - Sk^d pani wie? - zaczerwienil si^. - Ale nie przez niq, tylko dla niej... - Adas... - zacz^la. - Bo pani nie nie wie! - przerwal jej. - Nikt nie wie! A ja zawsze i ciqgle najgorszy! Najgorsze ubranie, najgorsze sniadanie albo w ogole, bez ksiqzek, zeszytow, kredek, ma-zakow. Nic! Bo nigdy nie nie ma!... A Kasia jedna widziala we mnie kogos lepszego, niz jestem naprawd^ - wyszeptal. - A ja to zepsulem i chcialem naprawic... - usiadl na krze-sle tylem do Ludmily. - To znaczy... ? Powiesz mi? - spytala cicho. Plecy mu drzaly, ale po chwili opanowal si? na tyle, ze mogl spokojnie opowiedziec. - Wczoraj wieczorem namawialem jq na wyjazd do Malborka, na koncert. Taki tarn, wakacyjny, niewazne. Ale nie chciala jechac, bo spoznilaby si^ do domu. A ona zawsze umawiala si^ z rodzicami, o ktorej wroci, i dotrzymywala slowa. I ja, nie wiem, co we mnie wstqpilo, wysmialem j$ jak taki glupek, ze slucha starych jak przedszkolak... A ona wtedy poszla, bez slowa. No to ja tez si? obrazilem, ze tak mnie zostawila... Ale mi si? podoba, ze ona taka wlasnie jest! - wybuchnql nagle. - Ze tak z rodzicami dyskutuje, ar-gumentuje i wszystko uzgadnia, i ze tak slowa dotrzymuje... Taka odpowiedzialna jest, o... Nie jak te plastiki, ktore tylko aby tusz kapal z rz^s i goly brzuch pokazac, a w glo-wach sieczka... Kasia jest inna i dlatego ja tak... - glos mu zadrzal. - I dzis chcialem jq przeprosic za to, zeby juz si^ nie gniewala, zeby bylo jak przedtem... Bo nawet telefonöw ode mnie nie odbierala. Ale ojciec - powiedzial z goryczq - wzi^l reszt^ pieni^dzy dziad-ka i zabral t£ swojq zdzir^... - Adam! - upomniala go. - Przepraszam, ale nie umiem inaczej o niej myslec... Okej, wi^c zabral swojq ostat-niq kochank^... czy tak jest lepiej?... na jak^s imprez^ i musial miec szmal... No to ukra-dlem czekolad^, zeby nie isc do Kasi z pustymi r^koma - zakohezyl zrezygnowany. - Myslisz, ze czekolada by wszystko zalatwila? - Nie wiem - wzruszyl ramionami. - Ale chcialem, zeby to wyglqdalo inaczej... pi^k-nie... A wyszlo... jak zawsze - zgarbil si^. Chwil§ medytowala. - Adam... - zacz^la wreszcie, ale jej przerwal. - Wiem! - zerwal si^ z krzesla. - Nie moze mnie pani zabrac na ten oboz. No, trudno. Przezyj? i bez tego. Dziadka mi tylko zal, bo bardzo chcial jechac ze mn^, ale trudno... -glos mu zadrzal, zrobil ruch, jakby chcial wyjsc. - Czekaj! - zatrzymala go. - Cos taki w gorqcej wodzie kqpany! Mog? ci? zabrac i za-bior^! - powiedziala. - Tylko musisz mi obiecac, ze nie wyskoczysz z zadnq glupotq na obozie. Bo wtedy to juz ja ci^ obsmaruj^ przed Kasiq, a to b^dzie znacznie gorzej, rozu- Malgorzata Anna J^drzejewska 31 miesz? A tak w ogole do niej mozesz smialo isc bez czekolady, to przeciez mqdra dziew-czyna. Dlatego tak jq lubisz... Gdy oznajmila swojq decyzj?, Wi^ckiewiczowa usmiechn^la si^ z ulgq, Zieniewicz spojrzal na niq ponuro, a pan Stasio prawie si^ rozplakal. - Kochana pani profesor, ja wiedzialem, ja wiedzialem, ze pani cos wymysl! Wiedzialem! Dzi^kuj^ bardzo - cmokn^l jq niezdarnie w dlon. - To idziemy teraz, Adas, do ro-boty! Musimy miec przeciez jakies kieszonkowe na wyjazd. Na lody i takie tarn... Do pani Falkowskiej idziemy - powiedzial z dumq do Wi^ckiewiczowej. - Ogrodek b^dzie-my doprowadzac do porz^dku. To znaczy, Adas b^dzie pracowal, on silny, da rad?, a ja b$d^ mowil, co ma robic. Taka rodzinna firma - zachichotal niesmialo, juz rozluzniony po chwilach strachu. - Tylko niech pan garnitur zdejmie, szkoda zeby si§ pobrudzil - zasmiala si^ prezeska. - Ma si? rozumiec, pani prezes. My to wszystko mamy juz obmyslone... Kiedy drzwi si? zamkn^fy za niezwyldym tandemem rodzinnym, Wi^ckiewiczowa nagle wyskoczyla zza biurka. - Panie Stasiu! Panie Stasiu! Niech pan zaczeka! - wolaj^c, potruchtala za nimi. Zieniewicz spojrzal na Ludmil^. - Zdajesz sobie spraw^ z tego, co robisz? - spytal z niedowierzaniem. - Zabierasz ze sobq dwoch zlodziei! - Nie wtr^caj si^ - usmiechn^la si^ pogodnie. - To moja decyzja i ja b§d$ ponosic konsekwencje, jesli cos si? stanie. Jestern swiadoma zagrozenia, ale... uwazam, ze kazde-mu trzeba dac szans^... - Ludka... - Stop! - podniosla r^k^. - Klamka zapadla. Decyzji nie cofn§ i nie mowmy o tym wi^-cej, dobrze? -Jak chcesz... - wyglqdal na zmartwionego. - Wiesz co, nie gniewaj si^, ale mam wra-zenie, ze chyba za bardzo ufasz ludziom... Jestes zbyt latwowierna... Usmiechn^la si^ przekornie. - Zgadza si^! Ostatnio nawet uwierzylam pewnemu policjantowi, ze zaprosi mnie na kolacj^, a tu nie... Gdy wychodzili ze stowarzyszenia, byli juz umowieni i wyglqdali na zadowolonych, co z przyjemnosciq zauwazyla Wi^ckiewiczowa... 32 Marzenia nie bol$ Staly w drzwiach strychu tylko trzy - Eliza, Ludmila i Beata. Benia jeszcze okupowala szpitalne lozko, a Patrycja miala umöwione spotkanie z adwokatem Daro Versa. - Wszystko jest tarn - Ludmila pokazala prawq Strong strychu. - A tarnte szpargaly? - Eliza spojrzala w lewo. - To po rodzicach. - Przeglqdalas je? - A po co? - wzruszyla ramionami. - Tam tylko ja dokladalam. - Na wszelki wypadek - Eliza spojrzala z politowaniem na przyjaciölk^. - Möwilas, ze twöj tata to wszystko wnosil, tak? - No tak... - zawahala si^ na moment, przypominaj^c sobie sytuacj^. - Tak, stwier-dzil, ze to ci^zka robota, nie dla mnie, ja wtedy takie chucherko bylam, anemi^ mialam. I tata powiedzial, ze sam sobie poradzi. Jeszcze si$ dziwilam, ze... - urwala nagle. - Ze co? - podchwycila Beata. - On sporo czasu sp^dzal na strychu - przypominala sobie Ludmila. - Raz nawet za-zartowalam, ze jak juz przeczyta wszystkie notatki i skrypty Piotra, to inzynierem b^dzie mogl zostac. A tato... - znöw urwala. - No! - ponaglila jq Beata. - No, mow! Czy wszystko trzeba z ciebie wyci^gac jak ob-c^gami? - pokr^cila glowq. - A tato powiedzial, ze inzynierem to moze nie, ale zycia to mozna si^ z tego nauczyc... Nie dociekalam, co mial na mysli, Kuba wtedy byl malutki, ciqgle za mnq chodzil, plakal. Pozniej tata zmarl, o, i tyle pami^tam... Eliza i Beata spojrzaly na siebie. - Znalazl - zawyrokowala Eliza. - Zgadzam si^ z tobq - Beata pokiwala glowq. - I pewnie gdzies schowal... Nie pytaj-my jednak, gdzie, tylko wezmy si$ za poszukiwanie... Po dwoch godzinach Ludmila zeszla na dol zapalic papierosa i sprawdzic, jak si^ bawi Marysia, zostawiona w towarzystwie The Freaks, ktorzy musieli tego dnia odpuscic sobie prob^. - Wszystko w porz^dku - zaraportowal Kuba. - Marysia cala i zdrowa, rzqdzi nami jak prawdziwy maly duce. Kornelia rysuje portret malej i nawet jej to wychodzi. Dzwo-nil Cyprian, ze dzis mamy towarzystwo Szczurka - tak okreslili jednego ze sledzqcych - ale... pojawil si? jeszcze ktos nowy. Zdaniem Cypka, wyglqda to na konkurencj^. Wie-czorem b^d^ mial zdj^cia, ponoc nawet niezle wyszly - zakoriczyl. - Konkurencja, powiadasz... - zamyslila si?. - A jak tarn? - spytal Kuba, pokazuj^c na strych. - Jakies efekty? Malgorzata Anna J^drzejewska 33 - Jeszcze nie — skrzywila si^ matka. - Ale szukamy. A jak si^ szuka, to podobno i znaj-duje. Takq mam w kazdym razie nadziej^... Zrobila dzbanek kawy i wrocila na strych. - Dziewczyny! Kawa! - zawolala, choc calkiem niepotrzebnie, bo zapach juz zwabil spragnione poszukiwaczki. Podeszla ze swoim kubkiem do okna. Wyjrzala. Nie bylo zbyt wysoko, ale widok nieodmiennie robil na niej wrazenie. Na wprost miala „Olowek”, stary kosciol poewangelicki, ktory zajmowal centrum miasteczka. Zielone blachy jasna plytka ceglana, czerwony dach. Wszystko wyremontowane, az Isnilo nowosci^ i odkrytym nagle pi^knem. „Sliczny on - pomyslala. - Jeszcze jak skoncz^ remont wewn^trz... B^dzie cudehko na miar^ europejskq. Szkoda tylko, ze pracy nie ma i wszyscy stqd uciekaj^...” Oparla dlon na scianie. Pod palcami wyczula papier, zacz^la go ciqgnqc. Zobaczyla ja-kies litery. To jq zaintrygowalo. Odstawila kubek na podlog^ i zacz^la wydlubywac papier. Po chwili trzymala w r^ku kawalek kartki z papeterii. Wczytala si^ w pismo: „... oja Wera” - O jasny gwint - szepn^la - cos mam. Dziewczyny! - zawolala glosniej. - Chyba cos mam! Dzi^ki pomocy Kuby i odpowiednich narz^dzi tajemniczy schowek zostal otwarty. Wypadly z niego dwie spore paczki i list, dzi^ki ktoremu Ludmila znalazla skrytk^. - Jako ostatni gdzies si^ zablqkal i twoj tata wlozyl go luzem, chyba nie chcialo mu si? pakowac paczki jeszcze raz - wyrazila przypuszczenie Eliza. - Tak pewnie bylo - pokiwala glowq Ludka. - To co, schodzimy na dol? Spojrzaly na siebie. - Nie! - stwierdzila zdecydowanie Eliza. - Przegapil jedno, mogl przegapic cos jeszcze. Skonczmy tu, a potem zajmiemy si^ paczkami. Aha, Ludka, to ty moze opukaj i po-ogl^daj wszystkie sciany. Moze jeszcze jak^s skrytk§ znajdziesz... ? Niestety, nie wi^cej zagubionego albo schowanego nie znalazly, ale i tak, gdy juz wresz-cie zeszly ze strychu, byly zadowolone z lupow. Beata spojrzala na zegarek. - Sluchajcie, ja mam noeny dyzur, wi^c wi^cej warn dzis nie pomog^. Ale koniecznie chc^ wiedziec o kazdym odkryciu, okej ? - Oczywiscie, Beatko! I dzi^ki, ze z nami bylas, pani doktor - usmiechn^la si^ Ludka. - Tylko teraz doprowadz si? do porz^dku, bo paejentki ci^ nie poznajq... - Domestosa mam, rad^ dam - puscila oko i juz jej nie bylo. Eliza i Ludmila spojrzaly na siebie i wybuchn^ly serdecznym smiechem. -Ja tez mam Domestosa, jakby co - Ludmila rozcierala Izy na brudnych policzkach. - 34 Ale zaczniemy chyba od klasyki. Szybki prysznic? Nie dane im jednak bylo udac si^ do lazienki, bo mlodzi, widzqc Beat?, postanowili obejrzec reszt^ ekipy poszukiwawczej i wpadli do kuchni. Matylda na widok matki wpa-dla w amok. - To moja mama? Naprawd^? Perfekcyjna Eliza? Taka brudna? No nie, tata nie uwie-rzy! Kuba, rob zdj^cia, prosz^ ci^, Kubusiu! Po sesji fotograficznej, w trakcie ktörej pozowaly jak rasowe modelki, mogly doprowa-dzic si^ do porz^dku. Mlodziez jeszcze zakupila pizz^, widzqc, ze na obiad nie ma co li-czyc, i dopiero wtedy obie panie zasiadly do paczek. Ludmila westchn^la. - Troch? si^ boj^ - przyznala. - Nie wiem, jakich jeszcze rewelacji o moim m^zu mog^ si^ spodziewac, i to mnie przeraza. I boli. Ze tak malo go znalam... - Ludka, jesli chcesz, mog? to sama przejrzec - zaproponowala Eliza. - Nie - pokr^cila glowq przyjaciolka. - Fakt b^dzie faktem, bez wzgl^du na to, czy ty mi powiesz, czy sama przeczytam... Segregowanie zawartosci paczek poszlo sprawnie. Osobno listy, osobno jakies szkice plastyczne, jeszcze na innych stosach znalazly si§ zeszyty oraz pojedyncze kartki. Upo-rzqdkowaly wszystko i spojrzaly na siebie. Eliza pokiwala glowq. - Nie ma - stwierdzila. - Ani jednego... - Tato! - j^kn^la Ludmila, podnosz^c oczy do nieba. - Gdzie schowales zdj^cia i kli- sze... ?! Grazyna Kamyszek 35 Grazyna Kamyszek INNA Bala si^ ciemnych zydlungowych uliczek, a mimo to cz^sto wracala wieczorem, kiedy drog? do domu wyznaczaly w^tle snopy swiatel, padaj^ce z okien jednorodzinnych domow. Tu i owdzie palila si? uliczna lampa, ale jej nikly blask pozeral g?sty mrok i tylko w gorze tworzyla si^ mala, swietlista kula. Bala si^ ciemnosci, a jednak zabawy z Ulkq, najlepszq ko-lezank$ na zydlungach, warte byly ryzyka. Po wyjezdzie malego Klausa zostala jej tylko Ulka. Z kartonow zrobily pokoje dla lalek, drewniane klocki zast^powaly meble, a strz^py starych firan upi^kszaly dziury w kartonowych scianach. Lubily zabawy w dom. Mialy m§-zow i dzieci. Bardzo dobrze im si^ wiodlo. Przed domami staly samochody, ktorymi robily zakupy i wyjezdzaly na wakacje. Potrafily tak calymi godzinami rozmawiac ze sob^ i wyja-wiac swoje najgl^bsze tajemnice. Zwierzyla si§ kiedys Ulce i Klausowi, ze slyszy glosy i wi-dzi cienie. Zlozyli przysi^g? o dochowaniu tajemnicy, a jednak Ulka nie wytrzymala. Rozga-dala dzieciom na podworku o dziwach, ktore widzi Lilka. Krotko si^ na ni^ gniewala, ale po-dworkowa ferajna szybko uporala si^ z nowinq - plotkowala, kpila, dokuczala i wysmiewala. Nie to bylo najgorsze, ale dzieci^ce glosy, ktore slyszala i od ktorych nie potrafila si^ uwolnic. Dawno si§ nie odzywaly, a dzisiaj znowu nagle pojawily si?. Wybiegaly znienacka z ciemnych zydlungowych uliczek i podworek. - Biegnij Lilka! Biegnij, ile tylko masz sil! Szybciej, bo ci^ doganiamy! Za chwil^ ci? zla-piemy i ty b^dziesz musiala nas gonic! No, szybciej Lilka! Bawmy si^ w berka! Biegla, a male nozki potykaly si? o nierowne plyty chodnikowe. Tak blisko slyszala dzie-ci^cy glosik; szeptal za jej plecami - biegnij Lilka, bo ci? dogoni^. Byl mily, ale nie miala od-wagi odwrocic si^ i spojrzec, co dzieje si? z tylu. Juz kiedys tak zrobila i zobaczyla tylko cieh, a cienie przeciez nie majq glosu. Dzisiaj znowu si^ pojawily. Glosy i cienie, a tak dlugo ich nie bylo. Jeszcze tylko minie osiedlowy placyk, jeszcze skrzyzowanie, juz widzi swiatla w pokoju, jeszcze skrzypni^cie starej furtki i wpada do domu. Nie moze wydusic z siebie slowa, jest zziajana i trz^sie si^ ze strachu. Wpada do kuchni, gdzie ponurym wzrokiem wita jq mama. - Gdzie ty si^ znowu podziewalas? Od godziny czekam z kolacj^! - Bylam u Ulki. Mamus, to cos znowu mnie gonilo i mowilo do mnie - wykrztusila zdla-wionym glosem. A wi^c znowu jest nawrot choroby, a tak dlugo nie si? nie dzialo, pomyslala z niepokojem matka i sil^c si? na lekcewazqcy ton glosu, zwrocila si? do corki; - Co ty znowu za bzdury opowiadasz! Boisz si^ ciemnosci, to nie biegaj po nocy. Lekcje odrobilas? - Mamus, to naprawd? mnie gonilo i mowilo do mnie... 36 Inna Lilka przytulila si? do matki, a ona wyczula, ze strach corki nie jest udawany. Cos bardzo przestraszylo dziewczynk^. Tego wieczoru nie tkn^la jedzenia, od razu wskoczyla do lozka, nakryla si? koldrq i probowala opanowac drzenie wqtlego ciala. Gruba koldra byla zaporq, oddzielala od glosöw i cieni, zapewniala bezpieczehstwo. Tu mozna bylo znalezc latark^ swiec^c^ bialym, czerwonym, zielonym lub zöltym swiatlem. Nalezalo wybrac odpowiedniq przeslonk^ aby swiat pod koldrq przybral barwy sloneczne-go lata, zielonej Iqki lub ognistej jesieni. Tu przyjaznie patrzyla lalka wypchana drobnymi trocinami. Nie byla zbyt pi^kna. Z baj-kowej ksi^zniczki zamienila si? z czasem w dziwnego stworka o twarzy bez oczu i ust. Ciem-ne kreski namalowane farbk$ mialy poprawic jej urod?, ale podkreslily tylko brzydot^. Nie pomogly nawet dlugie blond wlosy, ktore kiedys mozna bylo rozczesac grubym grzebie-niem, a teraz przypominaly koltun. Nikt nie oglqdal brzydkiej lalki, nie widziala jej nawet Ulka, bo na pewno by wysmiala i rozgadala, ze Lilka bawi si? starq szmatq. A Lilka kochala, przytulala i zapewniala, ze trocinowa panienka jest najpi^kniejsza i najcudniejsza na swie-cie. Mozna tu bylo znalezc takze bajki o zlych czarownicach i dobrych wrozkach, resztki su-chego chleba, a takze niezjedzone cukierki, zawini^te na powrot w klejqce papierki. Tu lezala takze br^zowa butelka po piwie, zamykana ceramicznym krachlem. Tak mowil maly Klaus o kapslu przymocowanym drutem do butelki. Lilka t^sknila za Klausem. Zalo-wala, ze wyjechal do Niemiec. On wierzyl, ze Lilka slyszy glosy i widzi cienie. Podarowal jej swojq ulubionq butelk^, wierz^c w magicznq moc ciemnego szkla. Otwieraj krachel wieczorem, a zamykaj rano - radzil. Moze duchy wejdq do srodka i uwi^zisz je na zawsze. Moja Omi opowiadala mi bajk?, ze mozna zwabic ducha do butelki i zamkn^c. Wloz cos dobrego do srodka. Moze ci si? poszcz^sci - mowil z nadziejq w glosie. Omi zna bardzo duzo bajek. Mowi, ze ty nie jestes glupia, ale ci wszyscy, ktorzy si^ z ciebie wysmiewajq, bo Omi jest stara i duzo widziala. Tak kiedys mi powiedziala - Klaus z przej^-ciem pocieszal Lilk^ Lilce jakos nigdy nie udalo si^ uwi^zic duchow w brqzowej otchlani szklanego naczynia. Nie chcialy wejsc do srodka. Szkoda, ze nie ma malego Klausa. On na pewno by cos m^dre-go wymyslil. Koldra - to byl bezpieczny swiat malej Lilki. Tutaj nie mialy prawa wst^pu glosy i szep-ty. Nieraz przychodzily do jej pokoju, ale nigdy nie przekraczaly bariery, jakq byla koldra. Nie odbijaly si^ o jej powierzchni^, lecz rozmywaly si^ w kl^bach puchowej waty, byc moze tkwily gdzies w zakamarkach, ale nie mialy sily przebicia. Lilka wiedziala, ze nie przejd$. Miala zaufanie do pikowanego, kolorowego prostok^ta i kiedy mama sprawila jej nowe przykrycie, wpadla w histeri? pol^czonq z glosnym placzem i rzucaniem si^ na podlog?. To nie, ze miala sine pr^gi na nogach, to nie, ze leciala jej krew z nosa, najwazniejsza byla stara koldra obroniona przed zniszczeniem. Lilka dopiero wtedy, wiele tygodni temu, kiedy zanosila si^ placzem zbitego i sponiewie- Grazyna Kamyszek 37 ranego dziecka, przyznala sie, dlaczego tak bardzo kocha swojq koldre. Mama, sluchajqc jej opowiesci, byla coraz bardziej przerazona. - Od kiedy to trwa? - pytala z niepokojem. - Nie wiem, ale czesto wieczorem, kiedy jestem sama i gasisz mi swiatlo. - To spij przy zapalonym. - Ale tata krzyczy. - Porozmawiam z nim. Co widzisz, co slyszysz? Opowiedz mi. Czy to dzieje sie tylko w twoim pokoju? - Nieraz wieczorem, kiedy wracam od Ulki, to slysze glosy dzieci. One chcq sie ze mnq bawic w berka, ale ja nie chce- Boje sie, bo ich nie widac. Kiedys widzialam tylko cienie, dwa, takie male. Gonily mnie. Opowiedzialam Ulce, a ona mnie wysmiala. Rozgadala dzie-ciom i teraz wysmiewaj^ sie ze mnie wszyscy na podworku. Möwiq, ze jestem mal^ wariat-kq, ktörej pomieszalo sie w glowie. Nikt nie chce sie ze mnq bawic. Möwiq, ze jestem inna, a ja przeciez jestem taka jak oni. - Nie rozmawiaj z nimi, nie opowiadaj im o tym, co widzisz. - Oni zmuszajq mnie, zebym opowiadala. Pytaj^ mnie, to ja im opowiadam, a oni potem smiej^ sie ze mnie. Tylko Klaus mnie bronil, ale jego juz nie ma... - A Ulka? Przeciez to twoja najlepsza kolezanka? - Ona tylko patrzy i slucha... Zal bylo malego, zaplakanego, odrzuconego i osamotnionego dziecko. Zal sciskal serce, ale matka jeszcze wtedy nie widziala powodu, aby robic problem ze zwierzeri osmioletniej cörki. Wyrosnie, zapomni, zajmie sie czyms innym. - Uwierz mi, nie ma zadnych cieni. Wydaje ci sie, ze slyszysz dzwieki. To tylko twoja wy-obraznia - tlumaczyla dziecku, ale obiecaj mi, ze jesli kiedys znowu sie pojawi^, opowiesz mi o tym. I Lilka opowiadala, bo przychodzily dose czesto. Zaniepokojona matka poszla z Lilkq do lekarza. Pani doktor uznala, ze dziewczynka jest nadwrazliwa, nadpobudliwa, nerwowa i to wszystko minie z wiekiem. Przepisala leki uspokajaj^ce, kazala je regularnie zazywac i jesli nie nie bedzie sie dzialo, to znaczy, ze dziewczynka ma bujnq wyobraznie, ktörq chce zaim-ponowac kolezankom na podworku. Przez wiele tygodni byl spoköj, ale Lilka chodzila senna, nieobecna. Jej zycie skladalo sie z trzech elementow; szkola, dom, sen i tak od wielu dni. Matka sama zdecydowala o odsta-wieniu leköw. Nie mogla patrzec na otepialy wyraz twarzy cörki, na poglebiaj^cq sie apatie. Wierzyla, ze samowolne przerwanie leczenia nie uruchomi dzieciecych omamöw. I rzeczywiscie nie uruchomilo, ale tylko przez jakis czas, do dzisiaj, kiedy wielkie przera-zone oczy znowu wypatrywaly cieni w kqtach pokoju, a skupiona twarz nasluchiwala glo- 38 Inna sow zach^caj^cych do zabawy kiedy male rqczki corki obejmowaly koldry i zaslanialy si^ niq jak tarczq atakowan^ przez czaj^cego si?, niewidzialnego wroga. Matka z niepokojem obserwowala zachowanie corki. Nieraz miala ochot? zerwac z niej t£ nieszcz^sn^ koldry, widz^c w pokiereszowanym kawalku tkaniny cale zlo. Nie miala jed-nak odwagi, aby tak drastycznie reagowac na strach corki. Bala si? ataku histerii. Nie chciala pogarszac sytuacji. Do dzis miala wyrzuty sumienia za pr^gi, ktore pozostawil na ciele corki skorzany pas. Sqdzila, ze biciem zmusi jq do racjonalnego myslenia i zachowania, ze wygoni z malej glowy glupie mysli. Stara, nierozs^dna kobieta. Jak mogla tak zmaltretowac dziecko! Jakze si? potem wstydzila. Jak bardzo chciala wynagrodzic swoje zachowanie, kupuj^c Lilce wymarzonq lalk^ i pudlo czekoladek, z ktorych corka wcale si? nie ucieszyla. Laika siedzia-la zrezygnowana w kqcie fotela, czekaj^c na lepsze czasy, a czekoladki wcale nie smakowaly. Najwi^ksz^ radosciq byly wspolne zabawy polegajqce na gladzeniu koldry, powleczonej kolorowq powlokq w miski. Kiedy male dlonie Lilki spotykaly si? z duzymi, spracowanymi dlohmi matki, dziewczynk^ ogarnial ogromny spoköj i poczucie bezpieczehstwa. - Mamus - möwila radosnym glosem - bawmy si^ w lapanie glosow. Lapmy je i wyrzu-cajmy, o tak! Chwytala wyimaginowanego wroga w swoje male dlonie, zaciskala piqstki, by za chwil$ z ogromny silq otworzyc je i wyrzucic zawartosc w glqb pokoju. - Zagoni^ je do pieca - przylqczala si^ do zabawy matka - widzisz, jak plonq ! - Az sykn^ly z bolu. Juz nie wrocq! - piszczala z radosci Lilka. Wybierajmy jeszcze ze srodka koldry, ale najwi^cej jest ich w rogach. Koldra - stara wierna przyjaciolka, obejmujqca cieplymi ramionami, tulqca do serca cz?-sciej niz zapracowana mama. Stara koldra - ona nie wysmiewala, tak jak Ulka, ona nie wyzy-wala od wariatek i dziwolqgöw, tak jak podworkowi koledzy, ona przygarniala cieplym pu-chem i szeptala - nie jestes inna Lilka, uwierz mi, b^d? zawsze ci to powtarzac, nie jestes inna, znam ci§ doskonale, znam twoje l^ki i sny, przytul si? do mnie najmocniej, jak tylko potrafisz, b^d? czuwac nad twoim snem... Dzisiaj czuwala przy lozku takze i mama. Trzymala cork^ za r^k^, gladzila po wlosach lepkich od potu i przemawiala cichym, spokojnym glosem - wszystko b^dzie dobrze ma-lehka, spij spokojnie, jestem przy tobie. Upewniwszy si^, ze oddech corki jest spokojny, wy-szla z pokoju, nie gaszqc swiatla i nie zamykaj^c drzwi. - Lilka dzisiaj znowu miala napad l^ku - odezwala si? do m^za - znowu opowiadala o glo-sach i cieniach. Cos trzeba z tym zrobic. - Idz z niq do lekarza. Moze cos poradzi? - Zapisze jakies silne leki na uspokojenie i dziecko b^dzie otumanione przez caly dzieh. Potem sq skargi nauczycieli, ze spi na lekcjach i bardzo opuscila si^ w nauce. Nie b^d^ oglu-piac dziecka lekami. Zauwazyles, ze cz^sto dzieje si? to wtedy, gdy mala wraca od Ulki, a wiesz, gdzie mieszka Ula. Moze to prawda z tymi trupami w ogrodzie. Ludzie opowiada- Grazyna Kamyszek 39 M, ze gdzies zakopano jakies zwloki, chyba pod koniec wojny...To bylo tak niedawno. Lu-dzie mowiq, ze tarn straszy. - Co ty za pierdoly opowiadasz kobieto! Jeszcze potrzeba, zeby Lilka to uslyszala! - Czy to te trupy mnie goniq? - odezwal sie cichy drz^cy glosik. Mamus, ja sie boje! - Wracaj do lozka, bo zmarzniesz. Zaraz przyjde do ciebie. Nie placz, zaraz przyjde- *** - Masz na imie Lilianna? - zapytal pan wbialym fartuchu. Bardzo ladne imie - dodal, nie doczekawszy sie odpowiedzi. Lilka siedziala na wysokim krzesle w gabinecie lekarskim. Zwiesila glowe i zamknela oczy. Wyobrazila sobie, ze jest pod koldrq. Nie chciala tu byc, u tego dziwnego pana. Po co 14 tu przywlekli? Chciala juz do domu, pod koldre! - Dlaczego nie chcesz ze mn$ rozmawiac? Odpowiedzi^ byla cisza i zacisniete pi^stki. - Boisz si$ mnie? A nie boisz sie glosöw, ktore mieszkajq w twojej glowce? Powiedz mi, co one mowi^? Znowu cisza, a w glowie uslyszala dzieciecy glosik — nie nie mow, siedz cichutko... - Widze, ze bede musial porozmawiac z twoimi rodzicami. No, spöjrz na mnie, otworz °czy - zachecal lekarz, klad^c swq duzq dloh na glowie dziewczynki. Lilka spelnila prosbe lekarza, uniosla lekko powieki, ale tylko po to, aby wyci^gn^c reke po biale przescieradlo, przykrywaj^ce kozetke- Szarpnela plötno, przyci^gnela do siebie, zwinela w klebek i otulila sie jak koldrq. Na powrot zamknela oczy, zacisnela piqstki na bia-lym kawalku materialu i zastygla w bezruchu. Teraz juz nie jej nie zrobiq. Nie lubila glosu tego pana w bieli. Brzmial falszywie, nie byl mily, tak jak ten dzieciecy, ktory znala od daw-na. Ten byl natarczywy i mowil niezrozumialym jezykiem. - Co robisz, dziecko! Zostaw to przescieradlo - matka probowala bezskutecznie wyrwac material z rqk dziecka. ■ Prosze tego nie robic. Jesli to jej pomaga, niech tak pozostanie. Skoro panna Lilianna nie chce ze mn^ nawi^zac kontaktu, musze porozmawiac z rodzicami. Zgadzasz sie na to , Lilka? Odpowiedzi^ bylo glebsze pochylenie glowy i jeszcze bardziej zacisniete pi^stki. Czy dziecko ma omamy sluchowe? Ma. Slyszy dzieciece glosy zachecaj^ce do zabawy. Czy ma odczucia wechowe? Chyba nie ma. A omamy wzrokowe? Tak. Widzi cienie. 40 Inna Czy cienie chcq jq skrzywdzic? Chyba nie. Nigdy o tym nie wspominala. Czy ktos z rodziny niedawno umarl, ktos bliski, z kirn corka byla bardzo zzyta i wydaje jej si?, ze nadal widzi zywq osob?? Nic takiego , na szcz?scie, nie mialo miejsca w naszej rodzinie. Czy czuje czyjs dotyk? Nigdy si? nie skarzyla, aby ktos jq szarpal czy szczypal. Padalo pytanie za pytaniem. Niektore z nich dziwnie brzmialy i wzbudzaly l?k. Na niektore ani ojciec, ani matka nie potrafili udzielic odpowiedzi, a Lilka, siedziala jak maly, ska-mienialy pos^g, oboj?tny na proby nawi^zania kontaktu. Diagnoza psychiatry nie pozostawiala zludzen. Schizofrenia wieku dzieci?cego, powodu-jqca znieksztalcenie myslenia, dziwne odczucia i nietypowe zachowania. Chociaz, uspoka-jal lekarz, trudno stwierdzic, co jest wytworem fantazji dziecka i jego bujnej wyobrazni, a co jest objawem choroby, ale halucynacje, omamy sluchowe i wzrokowe jednoznacznie wska-zujq na chorob? psychicznq. Nie byloby powodow do niepokoju, gdyby takie zaburzenia pojawialy si? incydentalnie, ale sami panstwo podkreslacie, ze w ostatnim czasie jest coraz gorzej. Zapisz? odpowiednie leki i zalecam obserwacj?, ale przede wszystkim nalezy, w mia-r? mozliwosci, rozwazyc zmian? miejsca zamieszkania. Bye moze nowe srodowisko wplynie na dziecko pozytywnie, mala nawiqze nowe znajomosci i przyjaznie, bo zapewne jej zacho-wanie nie budzi sympatii i zrozumienia w grupie rowiesniczej i wycofanie spoleczne pot?-guje zamkni?cie si? i izolowanie. ★★★ Ktoregos dnia osiedlowe uliczki obiegla sensacyjna wiadomosc, podawana z podworka na podworko. Slyszeliscie, Lilki nie ma! A kto to jest Lilka? To ta mala wariatka, no wiesz, ta glupia! Ach ta! I co, juz jej nie ma? No, nie ma! Dlaczego? Wyprowadzili si?! Dokqd? Nie wiem! Szkoda, nie b?dzie si? z kogo nabijac! Moze cienie jq porwaly! Ale ona miala nasrane w tej glowie! Co ona za glupoty wygadywala! I co, naprawd? jej nie ma? Ulka, wiesz cos na ten temat, kumplowalas si? przeciez z ni^? Ula stala z poczuciem winy. Milczala. To przeciez ona wyjawila tajemnic? Lilki, to przez jej dlugi j?zor Lilka nie miala zycia na osiedlowych podwörkach. Plotka szybko znalazla po-zywk? wsrod dzieci. Krqzyla jak wirus, zarazala bujnq dzieci?cq wyobrazni?. Inwencja ma-lych umyslöw pobudzala do tworczosci na fasadach domow, drewnianych plotach i chod-nikowych plytach. Tu i owdzie mozna bylo zobaczyc sylwetk? ducha, namalowanego bialq kredq, a obok napis „ to widzi glopia” lub „uwaga na duchy”. To przez niq Lilka wyjechala, a wcale nie byla taka zla. Nieraz fajnie si? z niq bawilo. Wcale nie byla inna...Ale przeciez do-rosli tez si? z niej nabijali, tez mowili o niej ta mala wariatka... - myslala Ulka i od razu wina robila si? Izejsza, rozplywala si?, rozpraszala, dotykajqc innych. Grazyna Kamyszek 41 *** IV trakcie zakladania instalacji kanalizacyjnej w Sztumie, w jednym z wykopöw na terenie posesji polozonej na rogu ulic Chopina i Kalksteina, znaleziono ludzkie kosci. Nie ma jeszcze eks-pertyzy kryminalnej, ale juz wiadomo, ze sq to szczqtki kilku osöb, w tym dzieci. Wywiady z mieszkancami dzielnicy, sposrod ktörych niektorzy pami^tajq jeszcze tarnte dni, pozwolily na odtworzenie prawdopodobnego przebiegu tragedii, jaka wydarzyla sig przed 52 laty w tamtym miejscu. W istniejqcym do dzis domu mieszkala rodzina pana S. - Niemca, ktory wowczas walczyl na froncie wschodnim. Skladala si^ z dwoch doroslych kobiet i siedmiorga dzieci w wieku od 3 do 17 lat. Pod koniec stycznia 1945 roku do nie bronionego miasta weszly wojska radzieckie. Zdemo-ralizowane grupy zolnierzy rozeszly si^ we wszystkie strony. Jedna z takich grup trafila do domu rodziny S. Soldaci zabrali najstarszq dziewczyn^ a domownicy po chwili uslyszeli strzaly. Wowczas jed-va ze zdesperowanych kobiet zabila najmlodsze dzieci, a nast^pnie obydwie kobiety popelnily sa-'nobojstwo. (...) Dziennik Baltycki nr 162 (14. 07.1997 r.) *** Co slyszala i co widziala mala Lilka w mroku osiedlowych uliczek? Przed czym chronila jq tara koldra? Czy przed tym, o czym szeptali ludzie? Czy przed tym, co odkryto wiele latpo jej vyjezdzie? 42 Ulmia Tomasz St^zala ULMIA Nie jestem w stanie przypomniec sobie, dlaczego i komu dalem si? namowic na przy-bycie na ten zlot lotniczy. Jesli znacie adoratorow motocykli, ktorzy gdy tylko znajd^ si? w swoim gronie, zapominaj^ o obowiqzkach gospodarzy i gadajq o swoich maszynach - to lotnicy sq kwadratem cyklistow. Zapewne skuteczna przechwalka ktoregos z nich poruszy-la moje l^kliwe serce do czynu. Oczywiscie lotnictwo sportowe to sport z klas^ klas^ najwyzszq. Taki golf w wydaniu arystokracji, gdzie uszlachetnia si$ wlasne jestestwo poprzez podkr^cenie wyniku lub naj-nowsz^ nowosc zamontowan^ we wlasnym aeroplanie. Wracaj^c do glöwnego wqtku - w jakis sposob znalazlem si^ na lotnisku w Elbingu w ten cieply czerwcowy dzieh. Bylo wczesne popoludnie, rozdygotane nieodleglym porykiwa-niem gwiazdowych i rz^dowych motorow, smrodkiem nafty i smarow, uchwytnq woniq dro-gich perfum i spoconych od nadmiaru emocji cial m^zczyzn i kobiet. Lekka bryza zmi^k-czala t$ kakofoni^ aromatöw, czasami dodaj^c doh zapach podsychajqcej trawy i lekkie smu-gi dymu z pobliskich robotniczych ogrodow, ktore przylegaly do cz^sci pasa wzlotow. Zaliczylem juz obowi^zkowe zwiedzanie placu przed hangarami, gdzie staly wystawione maszyny ustawione jak konie w maszynie startowej, gotowe do rzucenia si^ przed siebie jak w Royal Ascot. Jest faktem, ze jako bylego kolejarza, po cz^sci nawet maszynist^ posiadacza wlasnego automobila, silniki zawsze mnie fascynowaly. Oczarowany mocq motorow z na-bozenstwem przygl^dalem si$ cylindrom, owiewkom i smiglom. Raz czy dwa odskoczylem nerwowo, gdy silnik obok kichnql gniewnie siwym dymem, a potem zagrzmial soczystym basem. Piloci stali w grupkach, opierali si? o skrzydla swoich jedno i dwuplatowcow, wpa-trujqc si? w znaczki map, gadaj^c z mechanikami, czy napinaj^c podswiadomie mi^snie, gdy poczuli na sobie kobiecy wzrok. Sobota byla drugim cieplym dniem po dlugotrwalej mokrej zimnicy, pozwalaj^c zrzucic z siebie przekl^te grübe palta i rajstopy, pozbyc si? swetrow i kapeluszy i wreszcie cieszyc si? wolnosci^ dotyku wiatru i slohca. Od ubieglego roku zauwazylem takze zmian^ w kroju lotniczej odziezy. Jednocz^sciowe kombinezony, obowi^zkowo z kilkoma plamami silnikowej oliwy, staly si? bardziej dopaso-wane, lepiej opinaly ciala. Oparlem si^ o skrzydlo Bückera udaj^c zainteresowanie jakims detalem i zerkaj^c na stojqcego obok Klemma, na ktorego placie stala Elly Beinhorn. Z po-wodu warkotu silnikow docieraly do mnie tylko strz^py slow. Awiatorka nagle zamachala r^koma, oburzona chyba na to, co powiedzial jej mechanik, po czym wlozyla glow^ do kabi-ny, wypinajqc ku mnie swoje ksztaltne posladki. Szarobrqzowy kombinezon nie byl w stanie ukryc pi^knego zaokrqglenia bioder, podkreslanego przez ich energiczne ruchy, gdy ukry-tymi w kokpicie dlorimi przy czyms manipulowala. Rozejrzalem si^ wokolo i zarumieni- Tomasz St^zah 43 lern. Nikt z kr^c^cych si? wokolo ludzi nie zwrocil uwagi na Elly ani tym bardziej na mnie, na moj sztubacki rumieniec. Jakze ja moglbym... Okrzyk otrzezwil mnie. Niski, kr^py m^zczyzna zniecierpliwionym ruchem dloni kiwal na mnie przyzywaj^co. Rozejrzalem si§, ale wpoblizu nie bylo nikogo innego, wi^c wypro-stowawszy si^ omin^iem wysuni^ty na mej drodze plat samolotu i podszedlem. Chyba tro-ch^ zmieszal si^, gdy spojrzalem na niego z gory, ale zaskakuj^co niskim glosem grzecznie poprosil o pomoc. Stojqcy obok przedpotopowy Albatros B I ugrz^zl w blocie jednym ko-lem, a jego kolejka na Start byla tuz. Skrzywilem si^: moje nowe, jasne, letnie ubranie spe-cjalnie poprawione przez znajomego krawca, zostanie zrujnowane, ale widok stoj^cych za skrzydlami m^zczyzn i kilku pah zdusil moje skrupuly. Trudno. Ktos jeszcze przyskoczyl i razem, rozbujawszy aeroplan, wypchn^lismy go z mazistej pulapki. Awiator odwdzi^czyl si? strumieniem powietrza bij^cego zza smigla, ktory zrzucil nakrycia glow, potargal fryzu-ry i upstrzyl odziez brudnymi plamkami oderwanymi z blotnistej kaluzy. Nie zaklqlem, sly-sz^c parskni^cia smiechu i widz^c rozradowane twarze wokolo. Ktos podszedl i uscisnql mi dloh, zaraz potem t^gawy jowialny jegomosc przyjaznie klepnql mnie w rami^. Fala niewy-muszonej radosci si^gn^la i do mojego serca, wi^c Stanglern wsrod nich z przylozonq do czola dloni^ i pod^zalem wzrokiem za staruszkiem Albatrosem, ktory mozolnie wzbijal si? w niebo kopcqc niemilosiernie ze swojego kominka pilotowi w twarz. W powietrzu bylo juz moze z dziesi^c maszyn, rozpierzchlych na znacznym obszarze, by wzajemnie sobie nie przeszkadzac. Wsrod maszyn dostrzeglem i szwedzkiego rodaka i Avi^, i nie omieszkalem b^kn^c o tym dose glosno. Poczulem na sobie uwazny wzrok kilku par oczu, ale bylem wtedy twardy i udalem, ze pochloni^ty jestem powietrznym baletem. Pierwsze pytania padly zaraz potem, wi^c poczulem cierpliwie wyjasniac podstawowe lotnicze poj^cia. - A moze zechcecie przeleciec si? nad lotniskiem i miastem? - zapytalem grzecznie. He-mie, ktory mnie tu zaprosil, w koheu byl szefem calego tego zlotu samolotow i wcisnqc mögt na poklady dwoch pasazerskich Junkersow F 24 swiezo zapoznanych ludzi. Dwie chicho-cz^ce panienki, nastoletni pryszczaty chlopak w pumpach i dwoch gentelmanow, w tym ^n, ktory mnie wezwal do pomocy przy samolocie, ucieszylo si^ ogromnie na 6w pomysl. Wzi^lem z sob^ owego karzelka, ktory nazywal si? Ulrich i byl piwowarem, i poczlapalismy przez nienajlepiej skoszonq traw? w stron? hangarow, ktore dzisiaj buzowaly zyciem. Wy-j^tkowo, gdyz nieszcz^sne Niemcy po przegranej wojnie, musialy zniszczyc swojq dum^, sWoj^ awiaej^, w ktörej tak si? kochano. Rozpytywany przez imc Ulricha obiecalem sobie w duchu, ze po powrocie do domu zglosz^ si^ na lotnisko i chocby nie wiadomo co, dokoh-cz? lotniczy kurs. Toc to cudowny lek, wr^cz panaceum na moja wrodzon^ niesmialosc, l^k przed niewiastami i nabyte starokawalerstwo. Jezeli owi laicy awiaeji tak mnie sluchali, to kimze si^ stan^ w ich oczach, gdy b^d? sam mögl wzniesc si^ w przestworza?! Heinie pociqgal ostro z butli z piwem, zm^czony i spocony, z rozbieganym wzrokiem sta-raj^cym si^ obj^c wszystko, co si? wokolo dzieje. Pochylil si^ do mnie i szczerze wyznal, ze zostala mu tylko modlitwa, aby ten caty „cyrk nie spadl mu i gapiom na glow£. Unioslem brwi zdumiony, a wtedy on wykrzyczal mnie 44 Ulmia i Ulrichowi w twarze, ze awiatorzy sq chyba pijani, bo malo kto przestrzega procedury i tyl-ko laska Boska sprawila, ze smiglo nie obci?lo jeszcze r?ki i zaden czlowiek nie zostal rozje-chany przez automobile. Czujqc na sobie baczny wzrok piwowara, wydqlem pogardliwie wargi. - No coz, ludzie spragnieni sq szaleristwa. Przeciez przez prawie miesi^c kisili si? w do-mach, przeklinajqc deszcz i zimno. Widziales ile tu kobiet? Przeciez kazdy z lotnikow musi pokazac si?, ze nie gorszy jest od Richthofena czy Udeta. A jesli sq tu awiatorki, jak panna Beinhorn, to nawet taki osiol, jak ty musi to zrozumiec. Zamrugal zdumiony i otworzyl szeroko usta. Chyba nadmiar piwa sprawil, ze jego ostry jak brzytwa umysl, nie umial zareagowac na moj protekcjonalny ton i na tego „osla”. Tak na-prawd? to si? nie przyjaznilismy a jedynie dobrze znali. I to Heini byl zawsze duszq towa-rzystwa i jego liderem. Przelkn^lem slin?, zdajqc jobie spraw? ze swojego zuchwalstwa. Katern oka uchwycilem wyraz podziwu na twarzy malego Ulricha i wiedzialem, ze wycofac si? nie mog?. To byla jedna z tych chwil w zyciu osobnikow mojej plci, gdy swiadomie, b^dz pchni?ci przez oko-licznosci, z chlopcow nagle przeistaczajq si? w m?zczyzn. Ubralem twarz w marsowq min? i oparlem si? o stolik. Heini wciqz glupio si? na mnie patrzyl, podobnie jak ladna, choc zbyt koscista telefonistka i dwoch policjantow siedz^cych przy s^siednim stoliku. - Przerwij natychmiast loty i wezwij do siebie pilotow! - Powiedzialem to z takq pewno-sciq siebie, jakbym byl wieloletnim jego szefem. - No cos ty nie mog? przerwac pokazow. - j?kn$l zalosnie szukaj^c poparcia u policajöw. - Ty wiesz, kto jest na lotnisku? - A ja nie ehe? miec przyjaciela w wi?zieniu! - stuknqlem pi?sci^ w stöl, az otwarta butel-ka piwa przewrocila si?. - Panowie policjanci, prosz? natychmiast biec na pole wzlotow i zatrzymac starty. A pa-nienka niech dzwoni, gdzie moze, aby piloci zjawili si? tu bezzwlocznie. Nooo! - warknqlem groznie na mundurowych, ktorzy przestraszeni tönern nieznanego im, acz zapewne niezwy-kle waznego jegomoscia, chwycili swoje smieszne czapki i wybiegli z hangaru. - Heini - powiedzialem tönern juz spokojniejszym, prawie po ojcowsku lagodnie - wez si? w garsc. Obmyj si?, wywal to piwsko, bo musisz pilotom ostro pogrozic. Powiedz, ze odbie-rzesz im licencj? albo polozysz areszt na maszyn? na caly sezon! Podniösl si? z krzesla, obciqgajqc marynark?. - Cholera, nie ma takiej kary jak areszt na samoloty. - mruknql niepewnie. - A skqd ja mam to wiedziec. Oni pewnie tez tego nie wiedzq a ty jestes tu panem i wlad-c^. Idz, obmyj si? i uczesz. Przeciez JA nie b?d? gadal za ciebie. No, JA nie mog?. - sily ze mnie nagle uszly y jak powietrze z p?kni?tej d?tki. Tomasz St^zala 45 Mialem dose, moja przestraszona dusza schowala si^ w lewej pi^cie i nie chciala wyjsc. - Tak, on nie moze - uslyszalem nagle z boku baryton malego pana Ulricha. Obaj z He-inim spojrzelismy na niego nie maj^c poj^cia o co chodzi czlowieczkowi. - Prosz^ popatrzec na nasze marynarki! S4 cale ochlapane blotem! - wyjasnil powaznie. Dopiero teraz dostrzeglem ruin^ swojego odswi^tnego stroju i z wdzi^cznosci^ skinqlem swojemu wybawey. Heini wybiegl z pomieszczenia, w ktörym zostalismy sami z chud^ telefonistk^. Zostalo nam tylko milcz^ce rozgl^danie si^ po scianach zawieszonych obrazkami, dyplomami i nie-skohezonq ilosciq karteczek. -Juz nie da rady zalatwic tego samolotu? - Ulrich szeptem przypomnial powod naszej wi-zyty. Usmiechn^lem si? lekko. - Niech pani kaze czekac pilotom na zewnqtrz! - poinstruowalem telefonistk?. Babecz-ka wybiegla za Heinim, a ja udajqc znudzenie, zaczqlem przeglqdac lezqce papiery. Sprawne palce znalazly wreszcie to, co powinno tarn lezec, a kopiowy olowek zalatwil reszt?. - Tak- mruknqlem znaczqco. - Chodzmy. Smierdzi tu, nie sqdzi pan, panie Ulrichu? Wyszlismy przed hangar na ostre slorice, ktöre utrudnilo dokladne obejrzenie sceny, gdy Heini wrzeszczal na grupk? kobiet i m?zczyzn w kombinezonach i pilotkach. Przylozylem dloh do czola. Cz?sc z nich byla chyba zaskoczona tq farsq, dwöjka lub tröjka cos gniew-nie mruczala, a reszta ironicznie usmiechala si?. Slowa o cofni?ciu licencji starly im te glu-pie usmieszki z twarzy. Takze tym z czerwonymi opaskami na ramionach. Heini wysapal si? wreszcie i skinql na pomocnika, ktory zaczql odezytywae nowq listt lotow. Zza plecöw postawnego faceta z opaskq wysun?la si? Elly a ja poczulem nowy przyptyw energii. Starajqc si? nadac swoim krokom swobodny luz podszedlem do Heiniego i protek-cjonalnie polozylem mu r?k? na ramieniu. Gwaltownie odwröcil si?, ale widok mojej twa-rzy zgasil eksplozj?. - Pami?tasz zapewne oJunkersie dla mojego towarzystwa? - szepnqlem i skinqlem glowq w stron^ pilotki. Cos mi zaswitalo. - Aha, bqdz tak mily i pusi Elly zaraz za Junkersem, aby towarzystwo moglo jq widziec. Dasz rad?? - moje dlonie zacisn?ly si? na jego ramieniu. Chyba chcial jak dawniej mnie zbesztac, ale rozlany na mojej twarzy bezczelny usmieszek, rozbroil go. Skinql glowq. Cofnqlem si? pod hangar i wydalem instrukeje Ulrichowi, ktory smiesznie kiwajqc si? na swoich nozkach, pomknql do amatorow awiaeji. Bylo troch? awantur i przepychanek, gdy porzqdkowi wprowadzili „moje” towarzystwo do samolotu. Pomachalem im, gdy wsiada-li i nagle zdalem sobie spraw?, ze znowu jestem sam. Cholera. Nawet swietny Start Klem-ma Elly nie byl w stanie oddalic naplywajqcej znowu chandry Juz wiedzialem, co si? sta-nie. Znowu znajdq mnie zapitego w trupa, zarzyganego i brudnego jak swmia. Pogodzo-ny z losem powloklem si? do namiotu, skqd unosila si? won Wurstu . Tam tez musialo bye Piwo. Byla tez kolejka waniajqcych potem obywateli, ktorzy zirytowam przerwq w lotach, 46 Ulmia gromadnie poczuli glod. Przyznam, ze czulem znaczne obrzydzenie w stosunku do cyca-tych mutti i biegaj^cych wsz^dzie ktnderöw, ktore udawaly soldatow starego Fryca, wywija-jqc wurstami obsmarowanymi musztardq, machaj^c nimi jak szablami. Juz, juz mialem zlo-zyc zamowienie spoconemu posiadaczowi bokobrodow ala’ Franz Josef, gdy czyjas dloh za-cisn^la si? na r^kawie mojej marynarki i energicznie nim pociqgn^la. Jeden z mlodziankow z grupki karlowatego Ulricha wpatrywal si? przej^ty w mojq scisni^tq mi^dzy kolejkowi-czow postac. - Bardzo prosimy pana szanownego do towarzystwa. Zaraz b^dq podawac do stohi! - wy-rzucil z siebie i odsapnql z ulgq. - A gdzie Herr Ulrich? - ciekawosc przyszla szybciej niz przypomnialem sobie o godno-sci. Stalem si? w oczach tych dopiero co poznanych ludzi kims waznym, zaslugujqcym na pewno na niezwykly szacunek, ze wzgl^du na moje lotnicze „mozliwosci”. A tu taka wpad-ka! Znaleziony w kolejce dla drobnomieszczan, jak jakis prostak a nawet wi^cej - zyciowy bankrut. Ale czy takim nie bylem? - A szuka pana. Rozdzielilismy si^, by pana szanownego znalezc i podzi^kowac za tak^ atrakcj^! Nabralem powietrza, ktore wypelniajqc moje arterie uczynily mojq sylwetk? ponownie wyzszq i godniejszq. Wysun^lem si^ z kolejki wr^cz z ulgq, niestety nie wzbudzajqc w sto-j^cych za mnq poczucia chocby elementarnej wdzi^cznosci, za danie szansy wbicia z^bow w wurst o kilka sekund wczesniej. Lekki wiatr zdmuchiwal ze mnie woh ludzkiego potu i dymu z drzewnego w^gla. Zrobi-lo si? teraz ciszej w powietrzu, bo powiewy wiatru daly miejsce startu szybowcom. Mniej lub bardziej obudowane maszyny wyrzucane przemiennie przez gumowe liny b^dz st^ka-j^cq wyci^gark? wylatywaly w powietrze w poszukiwaniu nosnej termiki. Wyglqdaly troch? jak bociany lub zurawie nad pruskimi mokradlami. Bylo cos niezwyklego w ich troch? nie-zdarnej lekkosci. Chlopak, ktory mial na imi^ Robert, doprowadzil mnie do rozpi^tej na grubych palach zaglowej plachty ulokowanej w rogu lotniska. Za plecami mielismy krza-czowisko, a za nim niewielkie robotnicze domki, jakie wznosila swoim ludziom fabryka lo-komotyw. Goscinny Ulrich powital mnie wybiegajqc z otwartymi ramionami, glosno przedstawia-j^c zebranym. Pod plachty i obok niej stalo kilka bialych stolikow, skladane krzesla i wikli-nowe, takze biale foteliki i kanapki. Towarzystwo pewnikiem nie zebralo si^ cale, a do roz-pocz^cia konsumpcji czasu bylo troch?. Przyjqlem z uklonem wr^czony mi aperitif, przy-witalem si? grzecznie z nieznajomymi i wylewnie ze znajomymi, ktorych odroznialem po plamkach wysuszonego blota na odziezy. - Wyjqtkowo pi^kne te szybowce. - rzucilem dwom paniom, ktore ruszyly za mnq poza plachtowy daszek, by podziwiac awiatorow. Mocna woh perfum zakr^cila mi w glowie, wi^c wystawilem wiklinowe foteliki i zaprosilem damy do oglqdania. Moze to zresztq nie perfu-my a glod, ktory zaczql mi coraz bardziej dokuczac. Sam usiadlem na dwuosobowce po ci-chu modl^c si?, by nie zolqdek nie dal znaku zycia burczeniem. Tomasz St^zafa 47 Zmruzylem oczy chroni^c je przed slonecznymi promieniami i odchyliwszy glow$ kon-templowalem powietrzny balet. Nieco na wschod od nas kilka maszyn Kranich i Weiche tra-fic musialo na komin i blyskajqc biely skrzydel ustawily si? w spiral^ powoli oddalajyc si? od poziomu lotniska. Siedzialem rozparty i rozleniwiony delektuj^c sif cieplem czerwco-wej niedzieli, dochodzycym szcz^kiem sztuccow, cudownym widokiem nad sob^ oraz wi-dokiem na interesuj^c^ a co najwazniejsze darmow^ wyzerk? i popijaw?. Dia przyzwoito-sci od czasu do czasu rzucalem komentarz, fachowymi slowy opisuj^c damom to, co dzia-lo si^ nad nami. Uszy z trudem wychwycily, a na wpol uspiony mozg, ledwie przetworzyl pytanie, czy prosb^ o miejsce obok. Naswietlone sloricem oczy wyluskaly otoczony aureoly swiatla po-stac kobiety, ktora zach^cona skinieniem i chyba czyms na ksztalt zaproszenia, delikatnie usiadla. Pojawil si^ keiner z nowymi kieliszeczkami i przeprosinami, ze jeszcze chwilk^ po-czekac trzeba b^dzie, gdyz nie wszyscy z waznych gosci si? juz pojawili. Panie obok rozchi-chotaly si§, a ja musialem powrocic nieco na ziemi? celebrujyc kieliszeczek. Zerknylem na siedzyca obok nieznajomy. Moze zreszt^ przedstawila si?? Gdybym byl malarzem, to po-wiedzialbym, ze byla nieco Rubensowska, ale bardzo delikatna. I wlosy. Seifte na dluzszy chlopczyc^ ale srebrne bydz platynowe, w kazdym b^dz razie niezwykle. Pociygnylem nieco alkoholu i ponownie oparlem glow^ o oparcie kanapki. Najwyzszy Kranich zrobil si^ juz malutki, a do kolejki dolyczyl Stamer Lippisch, ktory choc prymitywny, musial bye dosiada-ny przez niezlego powietrznego jezdzea. - Pan takze lata? - uslyszalem obok siebie jej glos. - „Edukuj^ si^ prosz^ pani w lotnictwie. Mam okres przerwy, ale wkrotce mam nadzie-j? powrocic w przestworza.” - odparlem gornolotnie. Sk^d mi sif taki idiotyzm przyp^tal? Czyzby to glöd i alkohol na pusty zolydek zaczynaly tak dzialac? Rozkosz lenistwa przegrywala z irytujycym brakiem cukru we krwi. Gotow bylem nawet wstac i podejsc pod zagiel, by pochwycic ktorys z kawalkow chleba i przykryc go plastrem boczku, gdyby nie owa aureola... hm... to cos, co emanowalo od mojej sysiadki. Zza plecow dolecial mnie szum powietrza a nad nami, na wysokosci ze trzydziestu me-tröw przelecial maly Stamer Lippisch, ciygnycy w stron? powietrznego komina. Spod plach-ty wyszli ciekawscy, nawet kelnerzy i kucharz by przygl^dac si? walce z wysokosciy. - Dociygnie. - E, da rad?. - Spadnie, mowi^ warn, ze spadnie. - Biedny chlopiec. - rozlegalo si? woköl. Szybowiec kiwal si?, ale mlody pilot dobrze wy-bral i wbil si? w slup powietrza. Towarzystwa nagrodzilo go oklaskami i radosnynu okrzy-kami. Instynktownie odwröcilem si^ za siebie i daj? slowo, ze zobaczylem jego napi^t^ twarz i przerazone, szeroko otwarte oczy. Musial chyba wczesniej zanurkowac, gdyz p^dzil z nie-zwykly jak na tak prymitywny maszyn?, pr?dkosciy Moja sysiadka musiala wyczuc go, 48 Ulmia a moze wybuch mojego niepokoju, bo takze odwrocila si?. Lippisch wciqz znizal si? p^dz^c wprost na nas a ja zaczqlem wrzeszczec: - Sciqgaj, sciqgaj! - zwracajac uwag? towarzystwa na p^dzqcy na nas kolejny szybowiec. W siodle siedzial niewysoki smarkacz, jakich teraz pelno kr^ci si? przy samolotach, ktory zapewne przypomnial sobie teraz, jak brzmi zapomniana modlitwa do Najwyzszego. Gdy przelatywal kilka metrow nad nami, wcisn^lem glow? w ramiona i odruchowo obj^em ra-mionami jej tulow nieznajomej, chroni^cy si? przy moim boku przed naglym niebezpie-czeristwem. Wielki cieh przemkn^l nad glowami z sykiem powietrza. Wokolo rozlegly si? okrzyki przestrachu, przeklehstwa i wyzwiska, ktorych nawet lepsi, bo bogaci uzywajq, gdy wyrwie si? ich ze stanu spokoju ducha. Musz? przyznac, ze i ja szpetnie zakl^lem po szwedzku, po czym poderwalem si? na row-ne nogi odpychaj^c moj^ sqsiadk?. Ale co mialo, to stalo si$. Jej wlosy pachniaty morzem, czyms, co kojarzylo mi si? z gl^biq Baltyku, z wodorostami. Nie, nie byl to zapach pospoli-ty, raczej jak niezwykla mieszanka mistrza perfum zestawiona w tworczym uniesieniu. Byly delikatne ale i gl^bokie, szybko przenikaj^ce do tkanek ofiary i zadajqce jej duszy smiertelne rany. Najgl^bsze wspomnienia, chyba nawet nieprzezytych wspomnieh, delikatne drgania anielskich harf, niezwykle kolory ktorych oko nie jest w stanie dostrzec. Dlatego chwycilem ja za ramiona i powstrzymalem przed upadkiem, po czym nieopatrznie zapadlem spojrze-niem w zielono-stalowych oczach. - Jest pan tarn? - usmiechn^la si? k^cikami ust. Nadal stalem trzymaj^c jq za ramiona i wpatrujqc si? w jej twarz. Regularn^, spokojnq ale jednoczesnie zagadkow^. Do tej pory nie potrafi? sobie przypomniec, co bylo tym czyms, co czynilo jej rysy unikalnymi. Na pew-no byla znacznie starsza niz ja. To jest ten wiek, gdy kobieta osiqga szczyt swojej urody, gdy nawet pierwsza zmarszczka dodaje jej pi^knu g^bi witraza, spokoju i pewnosci siebie mo-rza. Jeszcze kilka miesi^cy i zacznie przekwitac: te wypiel^gnowane rysy zacznq pokrywac si? siatkq coraz gl^bszych bruzd, ktorych zaden puder nie pomoze przykryc. Wrzask za plecami pozwolil mi otrzqsnqc si? z czaru i zmusil do odwrocenia si?. Moja wspoltowarzyszka cos szepn^la przerazonym glosem. Czlonkowie naszego towarzystwa p^-dzili w stron^ rozbitego szybowca, ktory smiesznie skr^conym skrzydlem bezradnie wska-zywal w niebo. Wkrotce ich podskakuj^ce sylwetki zaslonily nam str^cony z niebosklonu aparat i mlodego Ikara. Zerknqlem na ni^. Stala z r^koma zlozonymi jak do modlitwy i cos szeptala. Pomi^dzy rz^sami pojawila si? kropla, ktöra zacz^la powi^kszac si?. - Niech pani si^dzie. - poprosilem zmieszany jej stanem, jak jaki sztubak. Z kieszeni wy-suplalem chusteczk^ i podalem j^. Gdy chwycila jq, z przerazeniem stwierdzilem, ze jest cala poplamiona. Spetryfikowany wstydem patrzylem, jak wyciera Izy, rozmazuj^c brud na twarzy. - Niech pani poczeka. - pochylilem si? nad niq i chwycilem jq delikatnie za nadgarstek. Zaskoczona poddala si?, a ja wysuplalem jej z dloni chusteczk^ i czerwieniqc si? pokazalem jak jest czysta. Tomasz St^zaia 49 - Czyja... Skinqlem glowq i zamkn^lem oczy. Dzis moje czary dzialaly nie tak, gdyz nie moglem za-pasc si^ pod ziemi^ czy zamienic w granitowy glaz. ■ Jakpanu na imi^? - zapytala spokojniejszym, prawie cieplym glosem. -Otto. Otto Shepke. - b^kn^lem znowu palqc raka na twarzy. - Niech pan przyniesie mi w kubeczku wody, zanim oni nie wroc^. - w jej wci^z wilgot-nych oczach pojawily si^ wesole skierki. Wpadlem pod piotno i chwycilem butelk^ wody gazowanej i szklaneczk^. Zaden z kelne-row, ani kucharz mnie nie zauwazyl. Wciqz stali wpatrzeni w tlum kr^c^cy si§ kolo rozbitego szybowca. Odetchnqlem z ulgq i najdyskretniej jak to mozliwe, pop^dzilem do nieznajomej. Siedziala z lusterkiem w dloni, na odglos moich krokow odwröcila si?. Teraz dopiero za-uwazylem, ze pod oczyma miala wr^cz klaunowskie plamy. Szybko odbilem korek i polarem podanq mi czystq, koronkowq chusteczk^. Sprawnymi ruchami doprowadzila si^ do po-rz^dku, zabawnie poruszaj^c przy tym ustami. - Niech pan siqdzie, Otto. Co tarn slychac z szybowcem” - Zapewne zaraz si^ dowiemy, pierwsi juz wracajq... - wskazalem ruchem glowy - ... pani... Zmieszala si^ i pokiwala glowq. - Ma pan calkowitq racj$. Nie przedstawilam si^. Na imi^ mam Ulmia. - O! Nigdy takiego nie slyszalem... - b^kn^lem niezbyt grzecznie. Pierwsi „nasi” wraca-H pod placht^, sp^dzaj^c leniuchujqcych kelnerow i kucharza na stanowiska bojowe. Z ich radosnych pohukiwari mozna bylo wnosic, ze niedoswiadczony pilot mial wiele szcz^scia. Pomi^dzy wracaj^cymi pojawila si§ karlowata postac Ulricha, ktory widz^c mnie wyraznie przyspieszyl i jak kr^gielna kula potoczyl si? w nasza stron^. - Mial szcz^scie, smarkacz jeden, mial szcz^scie! Jeno potluczony i nos sobie rozkwasil. Ale maszynk^ szlag trafil. - sapal przej^ty. - Prosz?, prosz? do stolu. Pewnie pan bardzo glodny, zresztq my wszyscy. Mam tu zestaw piw z calego kraju, zobaczy pan jakie arcydziela warzymy. - kiwnql zapraszaj^co i wykonal zwrot na pi^cie. Podalem pani Ulmi dloh, ktörq przyj^la i razem ruszylismy w stron? zastawionych stoli-kow. Ku mojemu zaskoczeniu kobieta wolala prostackie piwo od czerwonego, francuskie-go wina, nawet lekko uderzylismy si? kuflami, rozmawiaj^c ze sob^ i z resztq towarzystwa. Pyl to doskonaly wybor do serwowanego jadla, gdyz kucharz przy aplauzie biesiadniköw rozsiekal prosiaka prawdziwym pruskim palaszem, a ja dolozylem do plam blota na ubra-niu kilka nast^pnych, polyskuj^cych tlusto. Ktos wstal i zanucil. Stare ludowe, potem jedna z pari popisala si^ Offenbachern, ja zaintonowalem marsz lotniczy, po czym wszyscy stali-smy si^ bracmi i siostrami zyj^cymi tym wspanialym czerwcowym popoludniem. Od czasu 50 Ulmia do czasu rzucalem spojrzenia na Ulmi§, ktora najwyrazniej takze dobrze bawila si?, choc za-pewne tak jak i ja trafila pomi^dzy tych ludzi przypadkowo. Pod bielq obrusa jej kolano zde-rzylo si^ w pewnej chwili z moim, ale zapewne przerazone swoim zuchwalstwem odskoczy-lo. Potem zetkn^l si^ moj pantofel z jej bucikiem. Czy przypadkowo? Bylern juz niezle wy-pity ale gdy jej kolano ponownie dotkn^lo mojego, promile z piwska wyparowaly natych-miast. Ulmia dyskutowala z rudowlosq pulchnq kobietq przy s^siednim stoliku. Zamruga-lem ze zdumienia, gdy przy rudej dostrzeglem profil Elly Beinhorn, ktora przekomarzala si$ z nieznanym mi m^zczyznq, wygl^daj^cym na pilota. Nasze kolana trwaly walecznie przy sobie, az zaczqlem czuc lepkosc potu pod materialem spodni. Przeprosilem i z trudem podnioslem si? z krzeselka. Staraj^c si? z calych sil isc prosto ruszylem w Strong wychodkow, uswiadamiaj^c sobie, ze nawet w najbardziej cywilizowa-nym kraju swiata, jakim niew^tpliwie byly Niemcy, byl to nadal problem nierozwi^zany Nagly impuls wywolany wyimaginowanym obrazem domku z serduszkiem skierowal mnie w krzaki. To bylo wlasciwe rozwi^zanie. Zawsze w takim momencie nachodzila mnie reflek-sja nad ostatnio przezytym fragmentem swojego istnienia, wi^c wracaj^c w kierunku plach-ty gor^czkowo zastanawialem si?, co zrobic. Jej urok na tak^ odleglosc nie dzialal mocno, wi^c po prostu moglem si? oddalic po angielsku, bez slowa. Z drugiej strony jej czar byl de-likatny i slodki. Byla duzo starsza, w kazdym razie tak mi si^ wydawalo. Zonata? Wdowa? Nie wyglqdala na takq, ktora moglaby si? w jakis sposob chciec wi^zac. Nikt z wspolbiesiad-nikow nie zwracal na nas specjalnej uwagi, zaj^ci piciem i swoimi gadkami pomalu dzielili si? na grupki, coraz belkotliwej gadaj^ce o wszystkim i niczym. Rozejrzalem si? wokolo. Moj nieco filozoficzny nastroj wymagal odrobiny samotnosci, wi^c przenioslem wiklinowq kanap^ jeszcze troch? wbok, obok stojqcej polci^zarowki. Od-bilo mi si?, w ustach poczulem ci^zki smak wurstu obtaczanego majerankiem, nogi ugi?ty si? i opadlem ci^zko na wiklin^. Z przykrosciq pomyslalem o jutrzejszym kacu, o koniecz-nosci oddania garnituru do prania, i ze pewnie jakies plamy na nim zostanq. Jutro trzeba b^-dzie zlapac kuzyna i wreszcie zabrac si? za spraw^ tych hochsztaplerow. Dlori byla jedwabiscie chlodna, ale jednoczesnie jej dotyk rozpalil mojq skor^ na szyi. Ze-sztywnialem niepewny, przez umysl przebiegly tysi^ce pytah i wqtpliwosci. Jedno bylo pew-ne. Rozszerzonymi nozdrzami wciqgalem 6w zapach morza, wodorostow a resztki swiado-mosci, zanim zanikly zdqzyly wykrzyczec, ze usidlila mnie. Byla jak Freya, matka wojowni-köw, ktora miala niezwyklq moc dawania im sily ale jednoczesnie wi^zania az do smierci. Rozluznilem mi^snie szyi i oparlem glow^ o wiklin^ poddaj^c si^ delikatnym ruchom jej dloni. -Jest taki mlody. - szepn^la w dal do kogos, choc bylem przekonany ze mowi o mnie. By-lismy tu tylko we dwoje, reszta biesiadnikow pijackim wrzaskiem witala kolejny pocz^stu-nek, wnoszony przez podchmielonych kelnerow. - Niech pani usiqdzie, pani Ulmio. - poprosilem niesmialo. Znöw czulem si? jak sztu-bak. Przypomnialem sobie obrazek sprzed lat, gdy bylem na kinderbalu u swojego starszego o pi^c lat kuzyna. Mialem wowczas pi^kne, kr^cone loki, ktorych zazdroscily mi wszystkie Tomasz St^zala 51 panienki, ktore go odwiedzily. Christa, bardzo daleka kuzynka, tez tak stala za mnq i prze-czesywala swoimi palcami moje loki po raz pierwszy burz^c we mnie krew. Kuzyn Anders, rzucal na mnie ponure spojrzenia i zresztq potem wbil mi pi^sc w zol^dek wyladowujqc swoj^ wscieklosc. Usiadla obok. Przez chwil^ patrzylismy przed siebie na koluj^ce ptaki i na ostatnie samo-loty podchodzqce do Iqdowania. Zrobilo si? chlodniej, na jej przedramieniu zobaczylem g?-si$ skork^. Poderwalem si^, by zdj^c marynark^, ale zatrzymala mnie. Otoczylem jq ramie-niem pozwalaj^c oprzec si^ jej srebrzystej glowie o moje rami^. Zacz^lem upajac si^ zapa-chem jej wlosow, w ktorym wyczuwalem w^tki dymu, delikatnego kobiecego potu i owych niezwyklych perfum. - Jesli mog^ paniq... ciebie zapytac Ulmio... - zacz^lem niesmialo. - Tak, prosz^. - odparla cicho. Nadal czulem lekkie drzenie jej ciala walcz^cego z zimnem czerwcowego wieczora. - Co to za perfumy? Przepraszam za bezposredniosc, za niegrzecznosc. - poprawilem si^ szybko - Ale sq tak niezwykle. Uniosla glow^ i spojrzala mi w oczy. Przez chwil^ tak trwala, przygl^daj^c si^ zmieszaniu na mojej twarzy, a potem ponownie oparla glow§ na moim ramieniu. -Ja juz taka jestem. Z takimi wlosami si^ urodzilam. A perfum nie uzywam. Ponoc moje cialo chlonie niektore zapachy otoczenia i zapach ten utrzymuje si^ przez dlugo. Zadrzala. Otulilem jq mocniej ramionami. Przez chwil? tak trwalismy, gdy zbieralem si? na odwag$. - Moze odprowadz^ ci^ do domu? - wyrzucilem wreszcie.- Tam chyba nie ma co wracac, bo oni sq juz pijani, a zresztq zaraz ich st^d sluzba pozabiera. Znow uniosla glow§ i zamkn^Ia oczy. Poczulem jej usta na swoich i stracilem panowanie nad zmyslami. Tak naprawd^, to musialo mnie chyba niezle trzasn^c to wypite piwsko. Bo przeciez nie moglem unosic si^ nad polami i dachami domow, trzymaj^c Ulmi§ przytulo-nq do mojego ramienia. Nie przypominam sobie, sk^d wzi^l si? ten angielski automobil, taki model z poprzed-niego dziesi^ciolecia, z zaci^gni^tym nad glowami dachem, do ktorego j^ poprowadzilem. Moze to i ona mnie don zawiodla? Jak przez mgl? widz§ siebie, gdy otwieram drzwiczki, po-daj^ jej dlon, a ona unosi si^ nad ziemi^ i opada na obitej najprzedniejszym aksamitem ka-napie. Jej dloh wyciqga si? do mnie i przyzywa. Przez uliczki noszqce nazwiska awiatorow suniemy z dostojehstwem godnym najstarszej pruskiej szlachty, by wjechac w Tanneberg i pozdrowic dzwi^kiem klaksonu dzwoni^cy na naszq czesc tramwaj. Jej ramiona szczelnie otaczajq mnie i ostatnie, co kojarz?, to zblizajqca si? do mojej twarzy biel jej piersi. Okolica, w ktorej znalezlismy si? byla mi znajoma, ale dom, okazaly i bogaty, otoczony malowanym parkanem z kamiennymi rzezbami... ? Chyba grala muzyka, ale jakas taka uroczysta, w Wagnerowskiej tonacji; tanczylismy 52 Ulmia a raczej plyn^lismy w powietrzu w Strong schodow i sypialni. Sluzba dyskretnie odwracala oczy gdy rozpinala mq koszuk i rozsuplywala wi^zy krawata. Jak nigdy w zyciu, to wtedy by-lem naprawd^ wolny. Jej sypialnia byla jak lotniczy hangar, posciel w dotyku jak letnia bry-za a ona? Czy slowa s^ w stanie jq opisac? Obudzil mnie delikatny szelest otwieranych drzwi. Zloty promien oswietlal wielkie ma-lowidlo na scianie, poruszajqc jednoczesnie wirem drobnego kurzu. Z oddali zblizala sk do mnie wyprostowana, pelna godnosci postac taksuj^c mnie niewidzqcym spojrzeniem. Od-ruchowo oslonilem swojq nagosc srebrzystym atlasem na rowni zaskoczony i zmieszany sy-tuacjq. Postac butlera stan^la w stosownej odleglosci od loza, oddala mi poklon az blysn?-ly bialka oczu nieposiadaj^ce zrenic. Za to ja wpatrywalem si§ w sylwetk^, ktora wyprosto-wawszy sk, odslaniala niezwykle cechy. Rosly, mial wysklepione bary i dlugie, siwe wlosy spi^te w stylu wielkiego Fryca. Na twarzy bielily sk szramy, zadane moze bagnetem lub ka-waleryjskq szablq, przetykane zmarszczkami starca. I oczy, zaslonkte mgk ale czujne, jakby widzqce prawdziwie. Choc tylko lekko otworzyl usta i potem nimi nie poruszyl, to oznajmil mi, ze odziez ma czeka oczyszczona i odprasowana a pani raczy mi darowac godzin^, bym mogl jej dom opuscic. Gdy mowil i nie mowil czulem podnoszqce sk na skorze wlosy i lod wijqcy swe igly w moje arterie. Ow butler odwrocil sk, po czym odplynql a ja przetoczylem sk na brzeg loza zrzucajqc z siebie przescieradla. W sp^kanym starosciq weneckim lustrze dostrzeglem swe cialo i zamarlem. Na r^kach, tulowiu, biodrach czarne plamy sqsiadowaly z bladorozo-wymi pr^gami, ludzqco podobnymi do tych butlerowskich. Moje dlonie pow^drowaly do serca, a pake przesun^ly po sinym okr^gu na skorze zdobionym bialymi szramkami. Jakby cos chcialo mi w nocy moje serce wyrwac. Potem wzrok przeniosl sk na scian^ z roz-promienionym slohcem obrazem. Srebrzystowlosa istota unoszqca sk nad morskq topie-Iq, niosla na wyci^gni^tych ramionach skrwawione ludzkie cialo. Malarz nie pokazal jej lica, ale i bez tego wiedzialem kirn jest. Wzburzone zmysly zakr^cily mi w glowie tak, ze o malo nie upadlem. Rzucilem sk szukac mojej odziezy, a wci^gajqc pospiesznie gatki schylilem sk i wtedy srebrny krzyzyk, ktory ongis dostalem od ojca, prawowiernego katolika w prote-stanckiej Szwecji, opadl z karku na piers, na srodek owego czarnego kr^gu. Schwycilem go i przylozylem do ust, podswiadomie wyczuwajqc, iz to on wydarl mnie z mocy tego czym byla Ulmia. Nagle swiat wokolo zaczql wirowac, a ja sciskajqc buty i marynark^ w dloniach, w jednej skarpetce p^dzilem schodami w dol, do wyjscia. Bil zegar, sciany wirowaly, zmieniajqc ko-lor na zielony, morski. Poczulem slone krople na wargach, fala zmoczyla mi nogi. Cos pro-bowalo mnie schwytac, ale wyslizgnqlem sk z ramion i wypadlem z domu na drog^ p^dzqc na zlamanie karku. Bieglern tak z szaleristwem w oczach az nationalem sk na patrol policji, ktory pojmal mnie i belkocqcego odstawil na odwach. Nie wiem, ile sp^dzilem tarn czasu, wsrod brudnych wyrzutkow spoleczehstwa i porto-wych dziewek. W kohcu krata celi otworzyla sk i wyprowadzono mnie do pokoju komen-danta, gdzie czekal Heini z mocno zatroskanq minq. Wsadzil mnie do swojego wozu i za- Tomasz St^zala 53 wiozl do mieszkanka, gdzie czekala jego mlodsza siostra Heidi, ta pieguska z ognistym war-koczem. Zasnqlem, gdy tylko posadzili mnie na kozetce i juz bez snow dotrwalem do sniada-nia. Przy stole, przy porannej kawie w koncu zacz^lismy rozmawiac o niedzielnym poka-zie i o moim znikni^ciu. - Rozmawialem z Herr Ulrichem, w sumie niezwykle sympatycznym jegomosciem. -oswiadczyl, przypatruj^c si^ mi uwaznie. Mowil, ze bawiles si^ doskonale, sypales anegdo-tami jak z r^kawa i byles duszq towarzystwa. Jak nigdy! - tonacja jego glosu wyrazala naj-wyzsze zdziwienie. - Ale takze mowiles do siebie, potem wyszedles i rozwaliles si^ na wiklinie az w koncu zniknqles. Czyzbys znalazl jak^s interesuj^cq dam^? - jego pytanie zawislo wpowietrzu. A ja milczalem analizujqc jego slowa. Jaka byla ta moja prawda? - Z drugiej strony, patrz^c na te slady na twoim ciele, to chyba spadles bez spadochronu z samolotu, bo przeciez zadna kobieta tak si$ nie kocha. Wci^z nie mog^ dojsc do siebie po tym wydarzeniu. Oczywiscie, razem z Heinim poje-chalismy tarn, gdzie mial byc dom, ale poza sadzawk^ i k^pq starych, ponurych drzew ni-czego tarn nie znalezlismy. Moj szef, komisarz policji, widz^c möj stan wyslal mnie do Bre-sku, gdzie moj daleki kuzyn tez tropi przest^pcow. Musz^ nabrac dystansu do tego wszyst-kiego, ale potem jak chart, puszcz^ si^ tropem i dowiem si^, co stalo si^ tego najdluzszego dnia w roku w Elbingu. Poezja Jerzy Bänder KADISZ JATOM1 Mojej matce Rozalii z domu Thun zamordowanej w Obozie Janowskim we Lwowie W ostatni wieczor 2000 roku nie wyszedl z domu Wszyscy wkolo hucznie swi^towali koniec wieku Tylko on samotnie odprawial zalob^ po matce, Ktorq zamordowali Niemcy w 1942 roku Poniewaz byla Zydowkq. Normalnie zaloba po rodzicach trwa rok Kadisz nalezy odmawiac przez jedenascie miesi^cy On musial czekac cale pi^cdziesiqt osiem lat! Czekal cierpliwie i Pan go wysluchal Gdy mial czterdziesci pi^c lat obcy ludzie powiedzieli mu Ze jego matka zgin^la niedlugo po tym, gdy go urodzila Nast^pnie jedenascie lat zaj^lo Ustalenie jej imienia i nazwiska paniehskiego Ojciec: Zyd, ktory cudem przezyl wojn§ Nie chcial mu niczego powiedziec O swojej pierwszej zonie Jak zgin^la i jak on si^ uratowal Pomimo tego szukal - az znalazl! W lecie roku 2000 stary czlowiek podal mu zdj^cie Wykonane w 1937 roku Pana matka to ta, ktora trzyma psa - powiedzial Na pozolklej fotografii moda kobieta w letniej sukience Trzymala za obroz^ duzego owczarka alzackiego Miala dlugie wlosy upi^te w kok, Usmiechala si^. 1 KADISZ JATOM - kadisz sierocy - modlitwa dzi^kczynna odmawiana przez syna za zmartych rodzicow w obecnosci minjanu - tj. dziesi^ciu doroslych m^zczyzn - Zydöw Poezja 55 Eadna - pomyslal - zrobilo mu si? zal, Zrozumial! Teraz juz tak b^dzie na wieki Matka pozostanie mloda i pi^kna Pies b^dzie zawsze taki sam Nigdy si$ nie zestarzej^ I nigdy nie umq! Tylko mnie czeka starosc i smierc. Mnie i moje dzieci Ale nie matk$. Ona b^dzie zawsze mloda! Wtedy zaczql odmawiac KADISZ JATOM JISGADAL WEJSKADASZ SZMEJ RABA Zalowal, ze byl sam W jego miejscowosci od dawna nie bylo dziesi^ciu Zydow Wyjmowal zdj^cie, patrzyl Czy matka jest ciqgle mloda? Czy jest przy niej pies? Dzi^kowal Najwyzszemu Stworcy Ty kierowales moimi krokami, wyrozniales laskq Inni Zydzi wciqz szukajq swych bliskich Ale nie ja - ja znalazlem! Oswi^cim 31. 12. 2000 r. 14 pazdziernika 2012 56 Poezja Hanna Duda KAMIENICA W k^tach rozposcierajq si? paj?czyny Ktorych nikt nie sprz^ta. Jak indiahskie lapacze snow Chwytajq mysli i zdarzenia, Rzeczywistosci bytow roznych, Zjawy nocne, marzenia i koszmary. W starym domu na starej ulicy Kolejni lokatorzy sniq od wiekow Te same sny. *** Sprz?ty dookola Drobiazgi niezb?dne do zycia Upchni?te w kqty Zb?dne bibeloty z ktorymi nie wiem co zrobic Z odbiciem mojej pami?ci Czasoprzestrzeh smietnika zycia Noc - dzieh - wielka bzdura Poezja 57 Jacek Zukowski DZIEWCZYNKA Z PORCELANY porcelanowa dziewczynka z kokardq we wlosach jej usmiech niewinny i do kolan sukienka pami^tam lato ujrzalem jej oczy zatopilem wzrok w bl^kit oceanu ktöry z nazwy byl jeszcze spokojny pewien w^saty pan sprzedawal marzenia o smaku pistacji w kawalku wafla za kilka monet na niedzielnych mszach siadala blisko wspölczula Maryi ze ci^gle placze sama zas swoim usmiechem sprawialas ze temu panu co wisi na krzyzu - tak mawiala - bylo Izej lubila herbatk? z niewidzialnego spodeczka w towarzystwie innych wymyslonych dam czasem pozwalala patrzec na swiat swoimi oczami i sluchac o podrözach stoj^cych w kolejce möwila ze kiedys ukradkiem wejdziemy do bajki i ulepimy ze slöw swöj wlasny swiat porcelanowa dziewczynka z kokardq we wlosach jej usmiech niewinny i do kolan sukienka uciekla zostawiajqc jedynie kokard? i kilka slöw tak pogubionych w nicosci ze stracily smak szukalem na dworze 58 Poezja na mszy w ksiqzkach i na zdj^ciach usmiercilem nawet kilka gwiazd po latach w witrynie sklepowej zobaczylem porcelanowa twarz pop^kane usta i rysy na policzkach i slady nowych blizn porcelanowa dziewczynka z kokard^ we wlosach jej usmiech niewinny i do kolan sukienka juz nie ta na sprzedaz zabawka tekturowe manekiny spelnialy marzenia za kilka monet jak ten w^saty pan juz rozbierz wez daj tyl milcz wez ssij milcz lykaj bierz daj krew milcz gotowa cycki daj bierz milcz koniec oczy wilgotne pozbawione pigmentu jak niegdys figurka na oltarzu przez jej zaplakane witraze nie widac bylo swiatel nadziei puste opakowania chusteczek i Izy spadaj^ce na podlog? przypominaly o prawie grawitacji kto jeszcze wierzy we wrozki albo ufa jednej jaskolce? ona wpatrzona w t^cze na czarno bialych zdj^ciach malowala znaki zapytania tarn gdzie koncz^ si? nadgarstki a zaczyna bol porcelanowa dziewczynka z kokard^ we wlosach jej usmiech niewinny i do kolan sukienka takq zapami^tam Poezja 59 Zygmunt Mietlewski ZA ZAMKNI^TYMI DRZWIAMI Za zamkni?tymi drzwiami w pokoju stol i cztery krzesla. Jedno dla mnie dla ciebie drugie Dwa pozostale, pozostaly. Juz si? pewnie po nie nikt nie zglosi. Jedno wi?c twoje drugie moje. Za zamkni?tymi drzwiami w pokoju stol i cztery krzesla. Jedno dla ciebie, Trzy pozostale, pozostaly. Juz si? pewnie po nie nikt nie zglosi. Sq wi?c twoje Za zamkni?tymi drzwiami w pokoju, na przeciw okna, wisi zegar na scianie i odmierza cierpliwie czas niecierpliwym handlarzom staroci. Za zamkni?tymi drzwiami w pokoju stal stol i cztery krzesla ... 60 Poezja JEST TAKI DWORZEC Jest taki dworzec, w holu ktorego na scianie mozaika, a na niej rownanie E = mc2 Wiem kim byl Albert Einstein. Znam tresc listu jego do prezydenta F. D. Roosevelta. Dookola kasy bar i informacja: sk^d, kiedy dokqd? Na tym dworcu wszystkiego mozna si? dowiedziec - oprocz tego: HIROSZIMA! NAGASAKI! MOJAMIEOSC! Dlaczego? TY SI$ ZE MNA MASZ Ty si^ ze mn^ masz. Ja si? z tobq mam. Wiek lub dluzej to juz trwa, ale zadne z nas od siebie nie chce odejsc. Mowisz, ze to rozejm! Ja tlumacz^ to wygodq! Poezja 61 A KIEDY KAWE PRZYNOSZAC A kiedy przynoszqc kaw?, nad wierszem mnie nie zastaniesz. Ja b?d?, tarn za widnokr?giem, czekal na ciebie kochanie. A kiedy mnie juz nie b?dzie, (moze to zabrzmi jak kpina) napij si? kawy z tej filizanki, ktorq wlasniewr?ku dla mnie trzymasz. B?dzie jak dawniej, blizej do siebie. A kiedy czar prysnie jak banka mydlana Ty jak zawsze kochana zakrz^tasz si? w kuchni z rana. Ja na twoj poci^g b?d? czekal, jak na swoich inni podrozni. Chociaz juz teraz wiem, ze bardzo si? s p 6 z n i! W^drowki po prowincji Janusz Ryszkowski KRONIKA ZBRODNI I WYSTEPKU Kiedys, w drugiej polowie XIX wieku, Sztum byl spokojnym, sennym miasteczkiem, a i okolica nader bezpieczna. Tak mogloby si? pewnie wydawac, ale z prawdq niewiele ma wspolnego. Wystarczy si?gnqc do pozölklych roczniköw „Gazety Torunskiej”. Dlaczego wlasnie do niej? Sk^d impuls, by w niej poszukac informacji o ziemi sztumskiej? Pomysl moze si? wydac niefachowcom od historii prasy nawet mocno niedorzeczny. Gdzie Rzym, gdzie Krym...? Aprzeciez sprawa wyglqda inaczej. Wsröd zalozycieli gazety byl Teodor Donimirski, ziemianin z Buchwaldu, czyli dzisiejszego Bukowa. Jego syn Antoni byl przez 10 lat dyrektorem banku kredytowego Donimirski, Kalkstein, Lyskowski w Toruniu i mial duzy wplyw na gazety. Zresztq po opuszczeniu grodu Kopernika w 1882 roku zostal cenionym dziennikarzem, najpierw we Wiedniu, potem w Warszawie. Na kilka miesi^cy - z jego polece-nia - w redakcji znalazl si? dr Jozef L?gowski pochodz^cy z Michorowa, czekaj^cy na zatrud-nienie w wejherowskim gimnazjum. Chocby to sprawialo, ze informacje z ziemi - jak pisano wowczas - malborskiej (ale chodzilo nie o okolice Malborka, ale Sztumu wlasnie), pojawialy na lamach pisma wcale nie tak rzadko, na pewno - zaryzykuj? i chyba si? nie pomyl? - w od-wrotnej proporcji do ilosci tutejszych czytelniköw. To, ze „Gazeta Torunska” byla w powiecie sztumskim czytana, swiadczq nadawane st^d anonse czy korespondencje. Gdyby przyjrzec si? gazetom sprzed ponad wieku, to - zachowujqc wszelkie proporcje - wi-dac, ze az tak bardzo nie roznily si? od wspolczesnych. Nie wiemy, czy owczesni redaktorzy glosno wyznawali zasad? pism brukowych, ze „nie tak nie ozywia gazety, jak trup na pierw-szej stronie”, ale na pewno od niej nie stronili. Az tak bardzo (a moze wcale) potrzeby czy gu-sta czytelniköw nie zmienily si?. „Gazeta Torunska” nie miala oddzielnej rubryki kryminalnej, ale odnotowywala przypad-ki zbrodni i wszelakiego wyst?pku w „Wiadomosciach potocznych”. Zdarzalo jej si? takze re-lacjonowac ciekawsze procesy s^dowe. Zatrzymamy si? na kilkunastu mroz^cych krew w zylach zdarzeniach z ziemi sztumskiej. ZABÖJCZE PRZYPADKI 1878 „Makabrycznego odkrycia dokonala dziewczyna, ktora zamierzala posadzic kwia-ty przy Bozej M^ce, niedaleko kamienia, upami^tniaj^cego rozejm polsko-szwedzki z 1635 r. w Sztumskiej Wsi. Kiedy tylko zacz?la przekopywac ziemi?, natkn?la si? na cialo dziec-ka, okolo rocznego. Natychmiast powiadomiono wöjta Henryka Donimirskiego z Zajezierza. Rozpocz?lo si? policyjne sledztwo. Zostalo ono oddane prokuratorowi, bo prawdopodobnie dziecko zostalo uduszone. Ale przyczyn? smierci ustali sekeja zwlok.” Nie natrafilismy w nast?pnych numerach „Torunianki” na dalszy cqg tej sprawy. Czy do-szlo do zaböjstwa, czy moze smierc byla nast?pstwem nieszcz?sliwego zdarzenia, albo tez Janusz Ryszkowski 63 miala przyczyny naturalne? Zdani jestesmy na domysly. Miejsce pochowku - w poblizu Bo-zej M?ki - przeczylaby raczej wersji o morderstwie. Ktos pogrzebal dziecko w poblizu miej-sca kultu religijnego, nie na jakims pustkowiu. 1880 Podczas budowy drogi wiod^cej ze Sztumu do Starego Targu w okolicach Hohen-dorfu (Czernina) przekopywano gosciniec spalonej przed laty gospody. Robotnicy natrafi-li na „szkielet mlodego na pozor m?zczyzny, ktory musial juz jakie cwierc wieku spoczywac w ziemi. Na grzbiecie szkieletu lezal ci?zki kamien, a w czaszce widac bylo kilka skaleczeh po-chodz^cych od uderzenia ostrym narz?dziem. Obok w ogrodzie, kolo kuzni, znaleziono kosci kilku cial, a w poblizu karczmy skrzyneczk? z cialem dziecka calkiem juz zgnilem”. Znalezisko makabryczne, ale czy piszqcego do gazety nie poniosla przypadkiem fantazja? Kr^zyla legenda (spisal jq Wladyslaw Lenga) o karczmie zwanej Zawalicha, w ktorej mordo-wano gosci. Mozna czepiac si? szczegolow relacji, np. sk^d wiadomo bylo, ze szkielet nalezal do m?zczyzny, a juz okreslenie, ze byl „mlody na pozor” musi po prostu smieszyc. Pozostaw-my zatem t? opowiesc tarn, gdzie byc powinni, czyli mi?dzy bajkami. 1881 „W Kalwie umarla niedawno zona siodlarza 10 dni po slubie”. Nagly zgon wydal si? podejrzany wojtowi wioski. Postaral si? o to, by zmarlq poddano autopsji. Wtedy okazalo si?, ze podejrzenia wladzy wiejskiej byly uzasadnione. Kobiet? otruto arszenikiem. 1883 12-letnia Agnieszka Guzowska sluzyla w gospodarstwie Martensow w Szropach. Wieczorem rodzina poszla na zabaw?, a pilnowanie dobytku i obejscia spadlo na Agniesz-k?. Kiedy gospodarze wrocili nocq do domu, znalezli dziewczyn? zamordowan^. Po miesi^cu «przytransportowano do s^du okr?gowego w Sztumie czlowieka okutego w kajdany, ktorego majq za morderc? (...) Guzowskiej. Pochwycono go na gorqcym uczynku kradziezy w Warlu-biu i oddano w r?ce policji nowskiej, ktora go odstawila do Sztumu. Dotychczas nie odbyla si? konfrontacja tego czlowieka z ludzmi, ktorzy majq go poznac”. Dalsze sledztwo nie wykazalo, ze zatrzymany mial cos wspolnego z zabojstwem i po kilku tygodniach pobytu w sztumskim wi?zieniu odeslano go do Nowego, gdzie mial odbyc resz-t? kary za kradziez. 1885 W Ryjewie robotnik Witzki zastrzelil z rewolweru robotnika Borkowskiego. Trafil go w serce. „Zyli z sob^ w niezgodzie”. W Nowym Targu „niewiasta zabila trzewikiem wlasnie dziecko. Zdaje si?, ze zrobila to w pomieszaniu zmyslow”. 1887 W czasie zniw obiegla powiat wiese, ze gospodarz Zerwer z Trzciana zastrzelil pra-cuj$cego u niego robotnika Hillera. Zdaniem swiadköw, ofiara wraz z dwoma innymi zatrud-nionymi, skarzyla si? na zle jadlo. Zdecydowali doniesc o tym wojtowi. Gospodarz zemseil si? perfidnie. Zerwer zostal zatrzymany i odstawiony do sztumskiego wi?zienia. Tlumaczyl si?, ze strze-lil w obronie wlasnej. Sekcja ofiary „wykazala, ze naböj cz?sciq serce, cz?sci^ pluca nadwer?-zyl. Grudzi^dzki „Gesellige” tak naswietlal okolicznosci tragedii. Gospodarz naj^l do prac zniwnych dwoch robotnikow spod Malborka. Kilka dni potem zaz^dali od pracodawcy roz-wi^zania umow i oddania dokumentow, skarz^c si? na zle jedzenie. Zerwer na to zgodzic si? nie chcial, wi?c obaj robotnicy weszli bezprawnie do jego mieszkania, by zmusic go grozba- 64 Kronika zbrodni i wyst^pku mi. Hiller möwil, ze jesli gospodarz nie poslucha, to szyby mu powybija. Zerwer nie zamie-rzal im popuscic, po chwili rozlegl si^ brz^k tluczonego szkla. Gospodarz chwycil za broh, kazal robotnikom wynosic si? z domu. Kiedy ci nie zamierzali go sluchac, strzelil do Hillera. 1890 S^d przysi^gtych w Elblqgu skazal dwie kobiety z Polskiego Bruszwaldu (Goscisze-wa) - Bert^ Hochstein i Weronik? Domalskq na kar^ smierci za zaböjstwo m^za tej pierwszej. Notatka prasowa jest krötka, ale mozna z niej wyczytac mi^dzy wierszami, ze za tq sprawq kryla si? niepospolita tragedia. Hochstein byl smiertelnie chory. Kobiety, zapewne aby skrö-cic jego cierpienia, zdecydowaly si^ go powiesic. Upozorowaly jego samoböjstwo, ale zrobi-ly to nieudolnie. Widac wladza cesarska takze nie potraktowala tego czynu jako popelnionego z niskich po-budek, bo zamienila obu kobietom kar^ smierci na dozywocie. Nie wiem, czy jakis zwi^zek z post^powaniem Domalskiej miala nieco wczesniejsza tragedia, jaka dotkn^la t^ robotnicz^ rodzin^. Troje dzieci bawilo si? w piaskowni na polu Schroedera w Koniecwaldzie, gdy przy-sypala je ziemia. Wydobyto je spod zwalöw piasku, ale 12-letna Domalska juz nie oddychala. 1892 Epidemia cholery zbierala tego roku obfite zniwo. Ostrzegano w gazecie, aby nie pic wody z Wisly. O roznoszenie choroby podejrzewani byli glöwnie flisacy. Za jedn^ z ofiar epi-demii uznano robotnika Kolodzihskiego z Czerwonego Dworu. Ale wkrötce rozeszly si? po-gloski, ze zostal otruty. Mialy one pewne podstawy. W dzieri jego smierci pewna kobieta, naj-prawdopodobniej u ktörej mieszkal, podj^la oszcz^dnosci, jakie mial wkasie. „Chyba mu dala trucizn^ w wodzie wislanej, bo bakcyl znaleziono w trupie z pewnosciq” - donosila „Gazeta”. Pani^ t$ zaresztowano. Czy jednak postawiono jq w stan oskarzenia - wypada w^tpic. „Toru-nianka” o tym dalej nie napisala; poza tym otrucie wod^ z Wisly byloby zbrodniq doskonalq. Pelplinski „Pielgrzym”, ktory tym przypadkiem takze si^ zainteresowal, zaprzeczal, aby ba-dania wykonane w Berlinie potwierdzily zachorowanie cholery. Tam do „dokladniejszej re-wizji” wyslano „niektöre cz^sci” zmarlego. A czy rzeczywiscie zostal otruty, mialo wykazac sledztwo. 1996 W kaluzy krwi znaleziono 64-letni^ Bartuszewskq, ktöra bawila u krewnych w Sztu-mie. Jednak okolicznosci jej smierci nie byly jasne. Najpierw czytamy, ze znaleziono jq w ogro-dzie, potem juz, po sekcji, ze na poddaszu domu. W pierwszej wiadomosci, pisze si^ - „jak po-wiadaj^” o czynie samoböjczym spowodowanym utratq znacznego maj^tku. Potem, ze stala si^ ofiar^ nieznanego mordercy. PRZYPADKI SAMOBÖJCZE Zamachy na wlasne zycie traktowala gazeta glöwnie jako przejaw zepsucia moralnego i odejscia do zasad nauczania Kosciola. W 1896 roku utopil si? w Nogacie niejaki Sengerski, dozorca glöwek nadbrzeznych. Zostal pochowany na cmentarzu ewangelickim, „poniewaz proboszcz katolicki slusznie zabronil po-grzebu samoböjcy na swi^tej ziemi”. Cz^sto gazety wskazywaly na przyczyn? ucieczki od zycia: „powiesil si? w melancholii”, „niezgoda malzehska”, utrata majqtku, choroba, zawöd milosny. A oto informacja ze Sztumu przeslana do „Torunianki” w 1890 r. „W sobot^ rano odebral Janusz Ryszkowski 65 sobie zycie wlasciciel browaru Puttkamer, syn zamoznych rodzicöw. Podobno jeszcze rano napisal list do rodzicöw, ze zycie mu si^ znudzilo. Bardzo szybko! Bo mial 29 lat. Takie to cza-sy. Nazywa si? to post^powymi”. PRZYPADKI WI^ZIENNE Skoro juz jestesmy przy „zbrodni i wyst^pku”, to poswi^cmy nieco miejsca sztumskiemu wi^zieniu. Znajdowalo si? ono w zamku, podobnie zreszt$ wykorzystywano pokrzyzackie warownie takze w innych miastach. Wi^zienna codziennosc byla przerywania przez mniej lub bardziej dramatyczne epizody. W 1883 r. przewieziono do Sztumu 23 skazahcöw z Elbl^ga, bo w tamtejszym panowala cia-snota. Przybysze w nowym miejscu si^ spili i zrobili burd^. Musieli interweniowac strazni-cy - Tucholski i Pawlowski. Uzyli bialej broni i wielu wi^zniöw poranili. Dziewi^c lat pözniej role si? odwrocily. Dozorca Tucholski uslyszal dochodzqcy z celi po-dejrzany halas. Kiedy otworzyl drzwi, jeden z uwi^zionych chwycil palasz, ktory mial straz-nik. Uderzyl nim kilka razy Tucholskiego w glow^. Jedno z takich ci^c pozbawilo go ucha. W sztumskim wi^zieniu byli przetrzymywani nie tylko m^zczyzni, ale takze niewiasty. Jeden z dozorcöw, niejaki Sobocihski, wdal si? z nimi w stosunki zbyt poufale. Na jego nieoby-czajne zgola zachowanie kobiety si^ poskarzyly. I pewnie sprawa by przycichla, gdyby nie to, ze straznik zaczql naklaniac je do krzywoprzysi^stwa, ktore bylo przest^pstwem gorszym od nieobyczajnosci. Dozorca zostal skazany na 3 lata wi^zienia. Zdarzaly si^ tez ucieczki. Co prawda nie znalezlismy informacji, ze z budynku wi^zienia, ale bylo kilka przypadköw w czasie nadzorowanej pracy u gospodarzy w polu. Glosna natomiast byla ucieczka dwöch zatrzymanych z transportu. Przewozono ich poci^giem z Su-sza do s^du w Elbl^gu. Za Mikolajkami zmylili konwojenta i wyskoczyli z wagonu. Jednego z nich znalazl zandarm ze Starego Targu w lasku pod Cygusami. Nazywal si^ Thaddey i - naj-pewniej - pochodzil naszych okolic. Przewieziono go do wi^zienia w Sztumie. Podczas prze-sluchania wyjasnial, ze wyskoczyl z p^dz^cego poci^gu, licz^c ze tak polozy kres zyciu. Jak-by na potwierdzenie swoich slöw pröbowal potem w celi powiesic si? na pasku, ale przeszko-dzil mu w tym dozorca. Drugiego uciekiniera takze zatrzymano po kilku dniach w okolicach Mleczewa. 23-letni Jan Thaddey pod siln^ eskort^ trafil do Elblqga. Tamtejszy s^d skazal go na 8 lat ^ifzienia za podpalenie zabudowah piekarza Bischofa i rolnika mieszczanina Jahna w Sztu-rnie oraz kradziez kaczek. Nie wnikajmy, czy byl to wyrok sprawiedliwy, ale na pewno rychli-'vy Thaddey pröbowal ucieczki 12 maja, a os^dzony zostal juz po uplywie 16 dni. X Dzis ulegamy terrorowi mediöw, zwlaszcza elektronicznych oraz krzykliwych tabloidöw. Atakuj^ nieustannie; tragedia, ktöra wydarzyla si? kilkaset, nawet kilka tysi^cy kilometröw od nas, jest na wyciqgniecie r?ki i niemal naszym udzialem. St^d zapewne poczucie, ze zyje-my w okropnych czasach. 66 Losy rodziny Isakowitz z Marienwerder Eukasz Rzepczyriski LOSY RODZINY ISAKOWITZ Z MARIENWERDER Spacerujqc w miejscu dawnego Rynku Starego Miasta Kwidzyna, dawniej Marienwerder, nie raz zastanawialem si^, co dokladnie tu bylo. Jakie staly kamienice, jakie znajdowa-ly si^ sklepy a przede wszystkim, jacy ludzie mieszkali tu niegdys. Jednym slowem, chcia-lem przeniesc si^ do przeszlosci. Z biegiem lat mozna by powiedziec, ze w pewnym stopniu udalo mi si^ to, malo tego, mam przyjemnosc teraz zabrac Was ze sob^ na spacer, do miej-sca w ktorym znajdowal si^ sklep odziezowy Hermanna Isakowitza „Konfektionhaus Herz”. Poznacie tez histori? wlasciciela i jego rodziny. Osobiscie uwazam, ze wlasnie Historie ludzi sq najciekawsze oraz najbardziej nam bliskie. Hermann Isakowitz urodzil si? 15.04.1879 roku w Königsbergu (Krolewcu) i byl wy-znawcq judaizmu. Do Marienwerder przybyl mi^dzy 1909 a 1912 rokiem. Jak podaje ksiqz-ka adresowa z 1912 roku Isakowitz mieszkal i prowadzil sklep odziezowy w kamienicy przy Markt 11 (Rynek), ktörq wynajmowal od Petera Sikorskiego. Okolo 1920 roku zostal juz jej wlascicielem. Wczesniej w tym miejscu mieszkali i prowadzili sklepy odziezowe Anna Sikorski, a po niej Fritz Fink. Kamienica znajdowala si$ w polnocnej pierzei Rynku Starego Miasta. Ciekawostk^ jest to, ze po 1920 roku prawie caly polnocny kwartal Markt (Rynek) nalezal do kupcow zydowskich, co z pewnosciq swiadczylo o ich zamoznosci. Pocz^w-szy od Markt 7/8 (Conitzerowie), Markt 10 (Marcuse Marcus), Markt 11 (Hermann Isakowitz) i narozna kamienica przy Marienburger Str. 1 nalezqca do Ewy Brahn (wdowa po kupcu Horwitzu), ktora byla spokrewniona z Conitzerami. Tylko Gustaw Pauls (Markt 9) Lukasz Rzepczyriski 67 nie nalezal do gminy zydowskiej. W 1921 roku w niespelna trzynastotysi^cznym miescie Marienwerder zylo 231 Zydöw (liczba ta stale malala). Kamienica Isakowitza zostala wybudowana prawdopodobnie w pierwszej polowie XIX wieku w stylu klasycystycznym. Byla trzykondygnacyjna. Ze wspomnieh Georga Isakowitza (syna Hermanna) i innych zrödel wiemy, ze na parterze miescil si^ sklep odziezo-wy Konfektionhaus Herz” na pierwszym pi^trze bylo mieszkanie w ktörym znajdowalo si? mi^dzy innymi pomieszczenie do lekcji nauk muzyki. Natomiast na drugiej kondygna-cji miescily si? pokoje czwörki dzieci Hermanna i Dorotea Isakowitz. Georg dzielil poköj z bratem Erwinem, a Ewa z siostq Hannq. Tuz naprzeciw fasady kamienicy stal ratusz, kto-7 rzucal na niq cieri. Prawdopodobnie dlatego bardzo rzadko wykonywano fotografie oma-wianego budynku.Na pozostalej cz^sci parceli znajdowala si? oficyna, ktora mogla sluzyc jako magazyn lub szwalnia. Bylo tez male podworze, ktöre ogrodzone bylo niewielkim mu-rem, wysokim na ok. 3 metry z wyjsciem w kierunku katedry. Mi^dzy 1921 a 1926 rokiem Hermann nabyi prawdopodobnie calq, s^siedniq parcel^ na ktorej znajdowalo si? kilka zabudowah. Jej oficjalnym adresem byla Marienburger Str. 1. Jednym z budynköw byla kamienica, ktora znajdowala si? cz^sciowo przy Markt i Marienburger Str (dzis ul. Braterstwa Narodöw). Kamienica ta byla wöwczas dopiero niedawno wybudowana (przypuszczalnie w latach 1909 - 1920). Przebudowy dokonala poprzednia wlascicielka Ewa Brahn. Owa kamienica posiadala niepowtarzalny wygl^d, na pewno si? wyrozniala z posröd calej zabudowy Runku Starego Miasta. Mozna smialo powiedziec, ze byla jednq z najmlodszych, jesli nie najmlodszq budowlq w bliskim otoczeniu Rynku. Hermann postanowil powi^kszyc swöj sklep „Konfektionhaus Herz” otwieraj^c w owej kamienicy na parterze nowe ekspozycje swojego towaru. Natomiast pozostalq kondygnacje wy-najmowal lokatorom na mieszkania. W jej miejscu wczesniej stal budynek handlowo-mieszkalny prawdopodobnie wybudo-wany po wielkich pozarach miasta w I polowie XVIII wieku. Podobnie bylo z reszt^ zabudowah na jego parceli. Mam tu namysli maly fragment XVIII-wiecznej kamienicy oraz pokaznych rozmiaröw budynek, ktörypowstalpo 1878 roku. Ich fasady znajdowaly si^ wcalosci przy Marienburger Strasse (obecnie Braterstwa Narodöw). Parter zdominowaly lokale handlowe takie jak: delikatesy - towary kolonialne (Wilhelm Gurth), sklep obuwniczy (firma „Tack&Cie”) oraz krawiec Johan Skibba. W pozostalej cz?-sci kamienicy byly mieszkania najemcöw. Na zapleczu znajdowalo si? male podworze oraz dwie oficyny, z boku po prawej stronie miescila si? niewielka uliczka prowadz^ca do katedry, zamku oraz oficyn wszystkich kamienic w pölnocnym kwartale Rynku. W sklepie zaopatrywali si^ mieszczanie oraz przyjezdni z calego powiatu. Z ponizszej re-klamy mozemy si^ dowiedziec jakie towary byly w ofercie sklepu. Na reklamach i anonsach prasowych byla wzmianka o tym, ze sklep posiadal licencje na sprzedaz produktöw firmy Bleyle. Owa firma zostala zalozona w 1889 roku przez Wilhel-ma Bleyle. Pocz^tkowo miescila si? w Austrii, po czym przeniosla si^ do Niemiec (Stuttgart). Byla jednq z najwi^kszych producentöw wyroböw tekstylnych w Niemczech. Na po- 68 Losy rodziny Isakowitz z Marienwerder Reklama z 1912 roku, fot., Pomorska Biblioteka Cyfrowa Tlumaczenie reklamy: „Konfektionhaus Herz" wlasciciel H. Isakowitz. Sklep ze spe-cjalnq garderobq dlapanöw i chlopcöw. Naj-nowsze i najmodniejsze towary w zakresie garniturow, plaszczy jesienno-zimowych,' palta, spodnie, kamizelki, kapelusze, czap-ki, bielizna, krawaty oraz wszystkie artyku-ly dla panöw. Zapewniamy uszycie na miar^ z dobrych, naturalnych i modnych materia-low. Gwarancja kroju i szycia. Sklep ma li-cencje na sprzedaz produktöw firmy Bleyles. Chlopi^ce garnitury i swetry. Moja cala kon-fekcja jest wykonana wedlug naszych pro-jektöw i wyröznia si^ doskonalym dopaso-waniem, trwalosciq i najlepszymi materiala-mi. Moje zasady sprzedazy: Sprzedaz tylko za gotowk^, stala i tania cena na kazdy pro-dukt. Gwarantujemy rzetelnosc oraz dosto-sowujemy si^ do wymagan klienta. Konfektionshaus ^f3 Jnh. Jf Jsakowity Marienwerder Ldesfpr. Fernruf f50 Afar^t ft Special-Geschäft für bessere Herren- und tfnaben-Garderoben Jäglieber Eingang von Neuheiten •’n ^njüffen, leister. Paletots, diesen, Westen, Jfüten, Mützen, Wäsche. Jfrauattcn. sowie sämtl. Jferren-hHikeln Elegante Anfertigung nach Erfass aus guten, haltbaren und modernen Stoffen unter Garantie des tadellosen Sitzes Verkaufs-Niederlage von ^leyles gestr. ffnaben-hnsügen und Sweaters bfeirie getarnte ffen/ettien wird nach eigenen Anraten bergesfetlt und jcit^net M durch fite abtcJut eure Putt ferm, dauarbe/fe Verarbeite^ und bettet Outete*’Jt(a ferml aus. GcschdfttgrvndtäOc: Verkauf nur gegen bar ja den au/ Jaden $rUt vamer^tan billigen, streng fetter Preisen. Strengrie OtaUität Gritsfes Cntgagenlfamr-.cn czqtku XX wieku firma zdobyla wielkq slaw$ wprowadzajqc na rynek garnitury dla chlopcöw w tym kultowy tzw. marynarski, ktory byl stylizowany na uniform marynarza. Mi^dzy innymi wlasnie w takich strojach biegali po ulicach Marienwerder mali chlopcy na poezqt-ku XX wieku. Na podstawie przedstawionych materialöw dotycz^cych sklepu „Konfektionhaus Herz” mozna stwierdzic, ze mögt to bye najlepszy sklep z odziezq m^sk^ i chlopi^c^ w miescie. Stanowil bardzo duzq konkurenej^ dla innych geschäftow z tej samej branzy, takich jak: „Kaufhaus August Klinger” „M. Conitzer & Söhne” „Kaufhaus B.M. Lewinski” „Julius Selbiger” „Kaufhaus von Mogilowski” „Otto Daberkow” i wielu innych, ktorych jeszcze nie opisywalem. Ciekawostkq jeszcze jest to, ze w Marienwerder w latach dwudziestych (nie liczqc synöw Hermanna) mieszkal jeszcze jeden Isakowitz o imieniu Reinhardt. Czy byl spokrewniony z Hermannem? Tego nie wiem. Z ksi^zek adresowych wiadomo tylko, ze mieszkal przy Ziegelei Str. 3 (obecnie ul. Toruhska) i byl praktykantem w banku. Rodzina Isakowitzow wiodla spokojne i dostatnie zycie. Korzystali ze wszystkich dobro- Koni p ktiunsh»iu% • HERZ • dziejstw miasta, tj. teatru, kina, promenad, parköw, kr^gielni, lokalnych restauracji. Jeden z synow Erwin po zdaniu matury w 1933 roku wyjechal na studia biznesowe do Königsberga (Krölewca), natomiast drugi syn Georg ucz^szczal do renomowanego gimnazjum krölewskiego (obecnie ZSP 1). Hermann byl oficjalnym reprezentantem Rady Gminy Zy-dowskiej w Marienwerder. Z tego tytulu na pewno regularnie z rodzin^ ucz^szczal do miej-scowej synagogi na szabasowe modly ktore odbywaly si^ w pi^tki wieczorem i sobot^ rano. Z opowiesci Georga Isakowitza wiemy ze jego rodzina byla zaprzyjazniona z Lewinski-mi, ktörzy prowadzili Kaufhaus przy Nidertor Str. 5 (obecnie ul. Podjazdowa). Wlasciwie mozna przypuszczac, ze z uwagi na niewielk^ liczb^ wyznawcöw judaizmu w Marienwerder wszyscy doskonale si^ znali. Robili razem interesy a nawet zawierali zwiyzki malzeh-skie mi^dzy sob^. Utrzymywali tez dobre relacje z Marienwerderczykami innych wyznan. (Ostatnio otrzymalem list od przedwojennego mieszkahca Kwidzyna, ktöry mi napisal, ze jego rodzice doskonale znali Isakowitzöw). W 1926 roku na 14099 mieszkahcow 199 bylo Izraelitami, a w 1935 roku przy liczbie mieszkahcow 16143 juz tylko 154 nalezalo do gminy zydowskiej. Liczba ta stale malala juz od 1861 roku, kiedy w Marienwerder mieszka-lo 337 wyznawcöw Mojzeszowych. Wi^kszosc wyjezdzala, mi^dzy innymi do Berlina lub Ameryki. Jednym slowem mozna powiedziec, ze rodzina Isakowitzöw do lat trzydziestych XX wieku byla normaln^ niemieck^ szanowan^ rodzin^ i pewnie bylaby nadal gdyby nie jeden szczegöl - byli Zydami. W 1933 roku do wladzy w Niemczech dochodz^ nazisci z Adolfem Hitlerem na czele. Od tego momentu ludnosc zydowska byla bezustannie przesladowana. Wszystkie ich sklepy byly bojkotowane. W tej sytuacji dzieci Hermanna postanowily wy-jechac z Niemiec. Na t$ wiese ich mama Dorotea doznala udaru, ktöry byl niestety tak do-tkliwy ze spowodowal jej smierc. Erwin wyjechal do Izraela, potem do Danii, az w koheu osiadl w 1938 roku w Szwecji. Georg z duzymi problemami przedostal si? do Argentyny. Kwidzynskie wieszaki z kolekcji autora zpewnosciq pamitfajq czasy „Konfektionhaus Herz",fot. autoi Eukasz Rzepczyriski 71 Natomiast siostry Ewa i Hanna wyemigrowaly do Anglii. W Marienwerder zostal tylko sam Hermann, ktöry musial znosic bezustann^ nagonk? na Zydow. W1935 roku weszly w zycie ustawy norymberskie, ktore dotyczyly mi?dzy innymi czy-stosci krwi. W tym samym roku profanacji ulegl cmentarz zydowski w Marienwerder, na ktörym zostala pochowana Dorotea. Zröwnano go z ziemi^ (o tym wydarzeniu mozemy przeczytac w ksiqzce pt. „Marienwerder Stadt”, ktörq napisali Dr. Franz Neumann, Otto Gründer i inni mieszkaricy przedwojennego Kwidzyna). Kulminacjq byla „Noc Krysztalo-wa (Kristallnacht) - z 9 na 10 listopada 1938 roku zniszczono wtedy 7500 sklepöw i oko-lo 30 domöw towarowych nalez^cych do Zydow w calej Rzeszy. Spalono tez wiele synagog, mi?dzy innymi now^ boznic? w Marienwerder, ktora znajdowala si? przy Mackensen Str. (obecnie 15-go Sierpnia). Dzialania te mialy na celu uprzykrzac wszystkim Izraelitom zycie i spowodowac emigracje z Niemiec. Majqtki ich mialy byc skonfiskowane przez pahstwo. Te ostatnie przykre wydarzenia spowodowaly nagly wyjazd z Marienwerder ostatnich 100 osob wyznania mojzeszowego. Na poczqtku 1939 roku wyjechala ostatnia zydowska rodzina Cohnöw. O tym fakcie informowala lokalna gazeta: „Marienwerder ist damit Juden frei”. Prawdopodobnie w tej ostatniej grupie Zydow opuszczaj^cych Marienwerder byl Hermann Isakowitz. Ze wspomnieh Georga dowiadujemy si?, ze sklep jego taty przej?li jego pracownicy. Inne i zrödla mowi^ nam, ze w 1939 roku pod adresem Markt 11 urz?dowal H. Domagal-ski a w 1942 roku Heinz Dohme, ktörzy prowadzili sklep z tapetami i linoleum. Natomiast w kamienicach przy Marienburger Str. 1 nadal kontynuowali swoj^ dzialalnosc mi?dzy innymi: Wilhelm Gurth (Delikatesy), firma „Tack & Cie” (sklep obuwniczy) oraz krawiec Johan Skibba. Calkiem mozliwe jest tez, ze wlasnosc obydwöch parceli z wszystkimi zabudo-waniami przeszla na rzecz skarbu paristwa, ktore podnajmowalo lokale najemcom. W stycz-niu 1945 roku do nienaruszonego i opustoszalego miasta wkroczyli Sowieci. Przez kolejne miesi^ce cala zabudowa Starego Miasta byla systematycznie przez nich dewastowana i pod-palana. Skutkiem tego bylo calkowita zaglada historycznego miejsca, jakim bylo Stare Mia-sto, w tym tez dawnych nieruchomosci Hermanna Isakowitza. Dopiero od kilku lat miejsce te zaczyna na nowo ozywac. W ramach projektu „Rekom-pozycja Przestrzenna Rynku Starego Miasta” mozemy choc w malym stopniu poczuc daw-ny klimat i magie tego niezwyklego miejsca. Wröcmy jeszcze do Hermanna Isakowitza. Co si? z nim dzialo po wyjezdzie z Marienwerder? Z kilku zrodel wiadomo, ze na pewno trafil do rodziny w Berlinie, ale nie wiemy w kiedy. Powolujqc si? na zrödla z Marienwerder, mam tu na mysli informacje prasowe i wy-powiedz spedytora Hellmutha Ernsta, ze po 1940 roku nie bylo stqd zadnych deportacji, poniewaz zaden Zyd juz tu mieszkal. Natomiast z listy „Stolperstein” Berlin-Helensee dowiadujemy si?, ze Hermann przybyl do Berlina w 1941 roku. Byc moze wyst^pil jakis blqd lub jeszcze nie znamy wszystkich faktöw. Z relacji Georga Isakowitza wiemy, ze jego ojciec zabral ze sob^ do Berlina cz?sc wartosciowych rzeczy, w tym dziela sztuki i kolekcj? ksi^zek. Wszystko mu pözniej zarekwirowano. Prawdopodobnie mögl tez cos wyslac do cörek, ktore „bezpiecznie” mieszkaly juz w Anglii. 72 Losy rodziny Isakowitz z Marienwerder Hermann w Berlinie mieszkal w wynaj^tych mieszkaniach w kilku miejscach mi^dzy in-nymi w dzielnicy Charlottenburg - Wilmersdorf na ulicy Johannes Georg Strasse i na slyn-nej Kurfürstendamm, a nast^pnie w dzielnicy Kreuzberg przy Kreuzberg Strasse. Razem z nim w Berlinie mieszkalo jeszcze okolo dziesi^ciu Isakowitzow, z czego szesciu bylo z nim spokrewnionych. Gdy Hermann mieszkal w Berlinie, jego synowie przebywajqcy poza gra-nicami Niemiec, probowali uratowac ojca. Georg byl juz w tym czasie w Argentynie i sta-ral si? o wiz? dla brata i taty. Erwin w 1938 roku trafil do Szwecji, gdzie byl pracownikiem na roli. Po jakims czasie zostal bezpanstwowcem bez zadnych praw w Niemczech i Szwe-cji. Trzykrotnie blagal wladze szwedzkie o wiz^ dla swojego ojca gwarantowal, ze po przy-jezdzie Hermanna razem z nim wyjadq do brata do Argentyny i nie b^d^ ci^zarem dla pan-stwa. Niestety wladze Szwecji byly nieugi^te. Nikt nie chcial przyjmowac Zydow na swo-je terytorium. W 1941 roku krotko przed pierwszymi deportacjami w Berlinie zylo okolo 73 000 Zydow. Z tej liczby wojn? i holocaust przezylo ok. 1400 osob. Wi^kszosc berlinskich Zydow trafila do getta w Eodzi i Mirisku oraz obozow w okolicach Rygi na terenie Eotwy zaj^tej przez III Rzesz?. Pomimo wielu prob uratowania Hermanna przez synow w dniu 19 stycz-nia 1942 roku deportowano go do obozu w okolicach Rygi: „...jutro mnie st^d zabieraj^, modlcie si? za mnie”- byly to ostatnie slowa Hermanna przed deportowaniem, ktore zostaly uwiecznione w liscie przez niego adresowanym do syna Erwina w 1942 r. I tu nasuwa si? kolejne pytanie, do ktorego obozu? W okolicach Rygi byly dwa: „Kl Riga - Kaiserwald” - niemiecki oböz koncentracyjny, funkcjonowal wlatach 1943-1944. Awi^c Hermann nie mogl tu trafic, bo gdy go deportowano tego obozu jeszcze nie bylo (chyba, ze go tu przeniesli w pozniejszym czasie). Z duzym prawdopodobiehstwem mozna stwier- dzic, ze trafil do malo znanego obozu koncentracyjnego „Kurtenhof w Salaspils (Kircholm), ktory znajdowal si? 18 km od Rygi. Funkcjonowal on od pazdziernika 1941 do korica lata 1944 roku. Wprawdzie nie byl przystosowany do masowej zaglady i oficjalnie dzialal jako oboz pracy i tranzytowy. W rzeczywistosci bylo zupelnie inaczej. Wi?zniowie umierali w tym obozie w straszliwych m?czarniach. Po likwidacji obozu wi?kszosc wi?z-niow trafila do Kl Stutthof. Wedlug niektorych zrodel w obozie zgin?lo ponad 100 000 osob w tym prawdopodobnie rodak z naszego miasta - Hermann Isakowitz. 29 marca 2008 roku w obecnosci rodziny i przyjaciöl zostal odsloni?ty „Stolperstein -«Kamieh Pami?ci” przy Kurfürstendamm 133 w Berlinie upami^tniaj^cy Hermanna Isako-witza. B?dqc w Berlinie, nie omieszkalem odwiedzic tego miejsca. Gdy zwiedzalem kamie-nic? przez chwil?poczulem si? tak jakbym si? ponownie przeniosl w czasie. „Kamieh Pami?ci” z tekstem - Tu mieszkal Hermann Isakowitz, rok urodzenia 1879, de-portowany 19.1.1942 do Rygi, zamordowany - zostal umieszczony przed kamienicq w kto-rej ostatnie dni swojego zycia sp?dzil Hermann Isakowitz. „Stolperstein w doslownym tlu-maczeniu — kamieri, o ktory si? potykamy. Jest to niewielka mosi?zna tabliczka osadzona na kamieniu o ksztalcie kostki brukowej. Jest form^ upami?tnienia zamordowanych Zy-dow i nie tylko (ofiar nazizmu). „Kamienie Pami?ci zostaly wymyslone w 1993 roku przez niemieckiego artyst? Guntera Demniga. Znajduj^ si? przed domami w ktorych niegdys 74 Losy rodziny Isakowitz z Marienwerder mieszkaly osoby spolecznosci zydowskiej. Mozna na nie natrafic w Niemczech i innych kra-jach Europy (sq tez i w Polsce). W samym Berlinie jest ich ok. 3000. Cala czworka dzieci Hermanna przezyla wojn§. W Argentynie zyje jeszcze jeden z ro-dzehstwa, jest to Heinz Georg Isakowitz (93 lata). W 2006 roku po siedemdziesi^ciu latach przyjechal (jak sam opowiadal) do swojej Ojczyzny czyli dawnego Marienwerder, obecnie Kwidzyna. Przyjazd ten zostal uwieczniony na filmie pt. „Isakowitz - Erzwungene Wege” autorstwa Michaela Majerskiego. Inni potomkowie Hermanna obecnie mieszkajq w Stanach Zjednoczonych (mi^dzy in-nymi syn Georga Tomas) oraz w Szwecji (rodzina Erwina). Historia Erwina i jego rodziny, jest röwniez bardzo interesujqca. Po wojnie zmienil nazwisko z Isakowitz na Wattin. Wnuk Erwina Danny Wattin (znany pisarz w Szwecji) wyda niebawem swoj^ kolejnq ksiqzk?. Po-dejrzewam, ze b^dzie ona dla niego bardzo wyj^tkowa i bardzo osobista. Opisze w niej jak jego krewni przezyli holokaust ^ jak to wplyn^lo na relacje mi^dzy nimi. Zapewne wspomni tez o swojej podrözy do Kwidzyna oraz spotkaniu ze mn^. O rodzinie Isakowitz wi$cej mozecie si§ dowiedziec z strony http: //kwidzyn-muzeum-lukasz.blogspot.com Jerzy Kosacz FRIEDRICHSBAD - KURORT POD BAD KAMI1 Juz w XVIII wieku bylo znane zrödlo wyplywajace w dolinie lesnej w okolicach Malych Badek. To byla mala osada lesna polozona w poblizu traktu wiod^cego z Kwidzyna do Gru-dziadza, oddalona o kilka kilometrow od B^dek lezacych na skrzyzowaniu traktu z droga do Krzykos. Rozchodz^ce si^ pogloski o uzdrawiaj^cych wlasciwosciach wod z tego ziodla za-interesowaly lekarza Michaela Friedricha Tennigsa, ktory w 1727 r. opublikowal bioszuik^ z medycznymi rozwazaniami o leczniczych skutkach zazywania wod z tego ziodla. W ko-lejnej publikacji inny medyk von Flanss takze zachwalal lecznicze efekty kuracji woda po-chodz^c^ z tamtejszych zrodel. W tekscie wykorzystalem faktografi? z artykulu Haralda Kohtz’a „Friedrichsbad” w „Der Kreis Marienwerder/Wpr”, Hamburg 1985. 76 Friedrichsbad - kurort pod B^dkami Bardziej zasadnicze i konkretne podejscie do tematu zaprezentowal dopiero 60 lat poz-niej medyk David Gunther, ktöry kazal sobie przyslac do Krölewca kilka flaszek wody z pod-kwidzyhskiego zrödelka w celu dokladniejszych badah, ktorych wyniki oglosil w 1788 r. Okoliczne dobra ziemskie (Duze i Male B$dki) byly majqtkiem rycerskim nalezqcym do prezesa Pomezahskiego Konsystorium i radcy Pruskiego Trybunalu Johana Ernsta von Lehwald. Od niego to w 1819 roku zakupila zrödlonosny teren znana ze smykalki do inte-resöw rodzina Gessleröw. Przedsi^biorczy Gesslerowie zbudowali zajazd o nazwie „Zrö-dlo” (GasthausQuelle), do ktorego prowadzila pi^kna lesna droga z Malych B^dek do Bo-gusza. Przeprowadzano kolejne analizy tych wöd, poniewaz Dziennik Urz^dowy Rejencji Kwidzyhskiej z 15.09.1826 r. donosil, ze badania chemiczne wody z tych zrödel lesnych wy-kazaly wprawdzie zwi^kszon^ zawartosc zelaza w zrödlanej wodzie, ale w zbyt malej ilosci, zeby mozna bylo liczyc na jej lecznicze wlasciwosci. Nie przeszkadzalo to rosnacej slawie b^dkowskich zrodel, co powodowalo masowe od-wiedziny lasu, z ktorego one wyplywaly oraz zajazdu Gessleröw. Promocj^ przyszlego ku-rortu prowadzil przybyly do Kwidzyna w 1830 roku dr Heinrich Jacob Heidenhain az do 1868 r., kiedy to zmarl w czasie epidemii cholery. Zrödla slawil tez öwczesny autorytet w dziedzinie wodolecznictwa zalecajqcy lecznicze picie tutejszej wody VinzenzPriessnitz, ktöremuzachowujmy kazdorazowo wdzi^cz^ pami^c pod prysznicem, gdyz od jego nazwi-ska pochodzi nazwa tego urz^dzenia. Kolportowane publikacje o zrödle pod Kwidzynem przyczynily si? do powstania kuror-tu. 18 czerwca 1840 roku zostalo wydane urz^dowe zezwolenie wladz prowincji na otwarcie kurortu leczniczego a juz 17 lipca tego roku pierwszy turnus liczyl 19 kuracjuszy przybylych na leczenie z Wroclawia, Gdahska, Grudziqdza, Malborka i Pasl^ka. 24 pazdziernika tegoz roku zakladowi leczniczemu nadano oficjaln^ nazw^ Friedrichsbad. Zajmowal on 2 morgi chelmihskie pomi^dzy Malymi i Duzymi B^dkami oraz Boguszem. Do marca 1843 roku odwiedzilo kurort 196 pacjentöw, uzyskuj^c dobre wyniki ulecze-nia calkowitego lub cz^sciowego. Wlasciciele Friedrichsbadu rozwijali zaklad dokupuj^c teren w Boguszu i rozbudowuj^c Infrastruktur^ leczniczego kompleksu, ktöry w 1845 r. mial budynek mieszkalny, restauracj^, sal§ zabiegowq, lazienki z prysznicami, stajnie dla gosci i zabudowania gospodarcze. W 1852 r. Nadworna Oficyna Kanteröw w drukowanym cyklu 17 broszur opisöw i wspomnieh „Kwidzyn i okolice” poswi^cila nr 9 opisowi kurortu: „Go-sciniec nad Zrödlem” (Gasthausan der Quelle). Ten rozmach inwestycyjny i inne pröby ozywienia zakladu nie zapobiegly jednak nadchodz^cemu upadkowi calego przedsi^wzi^-cia. Po kilku latach kurort zaczql powoli zamierac a w kohcu na polecenie Gesslera juniora calosc obiektu poddano rozbiörce. W 1864 r. Friedrichsbad nazwano juz „bylq wspanialo-sciq” a pözniej pozostalo tylko wspomnienie o minionej idylli biedermeierowskiego kurortu. Tak jak okolice Milosnej, tak i lesne drogi prowadz^ce stamt^d do Bogusza niezmiennie byly takze w pözniejszych czasach ulubionym terenem w^dröwek mieszkahcöw Kwidzyna zwabianych tarn urokami lasu i legend^ zrödlanego uzdrowiska. Jerzy Kosacz 77 Poszukiwania sladow Friedrichsbadu, pomimo precyzyjnego zlokalizowania, niestety koncz^ si? taplaniem w blocie i odnajdywaniem zaledwie ceglanych ulomkow w lesnym poszyciu. Wspolczesnie badana w kwidzyriskim Sanepidzie wodapobrana z tamtejszych ciekowle-snych ma Standard owy zestaw skladnikow bez zadnych rewelacji. Ponadto jest juz wzboga-cona chemi^ calej tablicy Mendelejewa, dostarczon^ tarn podziemnymi ciekami wodnymi z wieloletniego smieciowiska miejskiego w Bqdkach. Po upadku uzdrowiska wiese gminna glosila, ze zrodelko stracilo sw^ moc leczniczQ po tym, jak ktos zawistny tajemnie zatopil w nim zdechlego psa. Nawet jesli to wowczas byla nieprawda, to dzis i tak mamy podobne efekty. Legendy zawieraj^ sporo prawdy. Chociaz dzieje wodoleczniczego kurortu pod Kwidzynem stanowi^ malo znany epizod lokalnej historii, to dla mieszkaricow Kwidzyna lasy b^dkowskie niezmiennie sq popular-nym terenem pieszych wycieczek, przez Bogusze, az po lesne ost^py w okolice Sadlinek. Wieslaw Olszewski TROPAMI WANKOWICZA Wieslaw Olszewski 79 Na Powisle Melchior Wahkowicz zawital w 1935 roku w ramach kajakowo-kolejo-wo-samochodowej podrozy po Prusach Wschodnich. Bogat^ relacj^ z tej wyprawy opi-sal w bestsellerowej powiesci Na tropach Sm^tka. Przed wyruszeniem w podroz Wahkowicz postaral si? w Niemczech o swoistq „przepustk?”: redaktor naczelny nazistowskie-go organu Der Angriff Hans Schwarz von Berk zamowil u niego artykul Ein Pole erlebt Ostpreußen (Prusy Wschodnie oczami Polaka). Zamöwienie to pisarz postanowil wyko-rzystac jako kamuflaz dla rzeczywistego celu ksi^zki - bylo nim przedstawienie obrazu zycia ludnosci polskiej zamieszkujqcej te tereny. Dodatkowym zabezpieczeniem przed podejrzliwosciq wladz niemieckich bylo podrozowanie w towarzystwie 14-letniej wow-czas corki pisarza Marty. Wprawdzie autor zastrzega: „Nie chc^pisac ksiqzki zaogniajqcej stosunki polsko-niemiec-kie. Dlatego nie rejestruß aktöw terroru, nie przypominam, nie wypominam [... J. Pisz^ tyl-ko o rzeczach, ktöre stan^ly mi bezposrednio na drodze." To si^ jednak nie udaje, wzbudzi-la ona bowiem protesty niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ktore bezsku-tecznie probowalo sklonic polskie wladze do wycofania powiesci z ksi^garh, w niemiec-kiej prasie pojawily si? tez ostre ataki na pisarza. Ksiqzka byla zakazana w Niemczech, po jej napisaniu Niemcy uznali reportera za „jednego z najniebezpieczniejszych Polakow” a Na tropach Sm^tka przetlumaczyli i wydali w nakladzie 500 numerowanych egzem-plarzy z nadrukiem „scisle tajne” tylko dla wybranych jako „cenny przyczynek do po-znania polskich metod walki narodowosciowej”. 6 wrzesnia 1939 r. rozglosnia niemieckiego radia we Wroclawiu, w komunikacie nadawanym po polsku zapewnia, ze Niemcy sq „na tropach Wahkowicza”, wiedzq, ze jest w Lublinie i dosi^gnq go. Nie dostal si? jednak w r^ce Gestapo - w pon? zdqzyl zbiec do Rumunii przekraczajqc Dniestr wplaw, pod ostrzalem . Niech^c do Niemcow trudno bylo Wahkowiczowi ukryc, choc jako mieszkaniec od-leglych Kresow Wschodnich, Niemcow nie znal. Zetknql si? z nimi w czasie pierwszej wojny, gdy przybyli zimq do ich dworu w stalowych, pobielonych dla kamuflazu wap-nem, helmach. Ale juz w maju 1918 roku, jako oficer Pierwszego Korpusu Polskiego gen. Jozefa Dowbor-Musnickiego, bral udzial w buncie przeciwko zawarciu porozumie-nia z Niemcami. Postawiony przed sqdem polowym, zostal uniewinniony. Ta postawa niech?ci towarzyszy mu w zasadzie do korica zycia i ma odbicie w tworczosci. Jest oczy-wiscie odwzajemniona a nawet spot^gowana nienawisci^, wrogosciq i ch?ch krwawej zemsty ze strony hitlerowcow. Na Powisle, czyli wedlug wiedzy pisarza Malboreß przybywa Wahkowicz w czerwcu 1935 roku. „Jedziemy z Olsztyna do Kwidzyna z dwukrotnym przesiadaniem. W Kwidzy-niu znöw czekamy na pociqg trzy godziny [... ]. Wkonsulaciepolskim dowiadujemy sß, gdzie mamyjechac wlasciwie. Do pana Kazimierza Donimirskiego pod Sztumem. Kolejq dwadzie-scia minut i od Sztumu kohmi, po ktöre telefonujemy, dziesßc kilometröw do Ramz, majqtku p. Donimirskiego". W mi?dzyczasie wyjasnia corce, jakie powinowactwo Iqczy ich z po-wislahskimi dziedzicami: „Siostra mego ojca wyszla za Swiackiego z Bielicy, a syn ich Ka- 80 Tropami Wahkowicza rol ozenil sie zpannq Donimirskq z Lysomic na Pomorzu. A ci Donimirscy majq krewniakow Donimirskich w ziemi malborskiej”. Wieczorem, w saloniku, przy omszalej butelczynie w^grzyna pan Kazimierz Doni-mirski objasnia dzieje rodu: „prapraprzodek Donimirskich wabil sie Nialek i rezydowalpod Chociebuzem. Nialki pieczetowali sie herbem Jeleh [...]. W czasie wojen domowych jeden z nich musial wyemigrowac na Slqsk, gdzie posiadl dobra Brochwicz. Czesc tych Brochwi-czow zniemczyla sie - rozmawialem o tym z dowodcq O.K. Prusy Wschodnie, gen. von Brau-chitsch - zas nasz Brochwicz zaciqgnql sie na sluzbe do Krzyzakow, a gdy w perypetiach z Kazimierzem Jagiellohczykiem w wieku XV Krzyzacy zalegali z zoldem, otrzymah Bro-chwicze pod Kartuzami dobra Donimierz, liczqce 18 000 morgöw. Bog jakos blogoslawil i niebawem rod Donimirskich rozrösl sie na Malboreje, wladajqc Görkami, Zajezierzem, Bu-chwaldem, Czerninem, Cygusami i Ramzami." Panowie wyrazajq zadowolenie, ze rod Donimirskich rozrasta si^ i mocno si^trzyma ale tez utyskujq, ze jedynie Donimirscy tu zo-stali, ze na obszarze calych Prus Wschodnich to jedyna ziemiariska rodzina polska i szla-checka. Kazimierz Donimirski, dzialacz Zwiqzku Polaköw w Niemczech, prezes Zwiqzku Po-lakow Ziemi Malborskiej wspomina czas plebiscytu i pozniejsze ci^zkie chwile. Przypo-mina prob^ zamachu na siebie ale takze inne akty terroru, nienawisci i bezprawia. Doty-czylo to ogölu ludnosci przyznajqcej si? do polskosci. Przytacza autor relacj? bylego na-uczyciela z Mikolajek Pomorskich: „Jeszcze przed otwarciem tej szkoly usilowali Niemcy terroryzowac p. Adama Osinskiego, ktöry wynajql, na niq lokal w swym domu. Czlonek sej-miku powiatu sztumskiego, Tabakowsky, przemawial mu do rozumu: „Zabrudzi pan przez to calq wioske". Gdy jednak szkola mimo wszystko powstala, przez sierpien, wrzesieh i paz-dziernik ciqgnie sie lancuch nieustannych prowokacyj. Wszkole razpo raz sq wybijane szyby, na nauczyciela szkoly organizowane jest bezustanne polowanie po ulicach, kamienie wlatujq do jego pokoju, a tlumy pod oknami wyjq, ze nalezy mu rozpruc brzuch. Gdy mimo wszystko szkola si% trzyma [...] dnia 28 pazdziernika decydujq sie Niemcy wymierzyc stanowczy cios. O godzinie 10. wieczorem banda, ktorajuz od paru godzin buszowala po Mikolajkach, wybijajqc szyby w polskich domach i kaleczqc przechodniöw, udala sie na dworzec, grajqcpo drodze na recznej harmonijce i na Teufelsgejge. Tu przybyly bojowki z Kwidzyna (Marienwerder), Susza (Rozenberg) i Prabut (Riesenburg). Cala gromada ze spiewem i muzykq przemaszerowala do karczmy Stegemanna. Rzeznik Kottke wydal trzy kolejki wödki. Oko-lo godziny 11. w nocy znow ze spiewem i muzykq ruszyli w szyku wojskowym przez wies do szkoly polskiej. Szyby wybito, powyrywano ramy okienne, zdemolowano lokal i zniszczono pomoce szkolne. Rozbito rowniez mieszkanie wlasciciela domu, w ktorym miescila sie szkola Osihskiego, ajego samego, 70-letniego starca, obito w lozku latami. Poraniono Malgorzate Osihskq ijej brata Feliksa i usilowano zmusic calq rodzine do spiewania deutschland über alles. Rozbito rowniez dom Kozlowskiej, w ktorym mieszkal nauczyciel. Awantura trwala trzy godziny do 2. w nocy, policja zas nie reagowala. W nastepnych dniach jeden z zandarmöw, Schereck, oswiadczyl: „Jezeli Polacy chcq miec opieke policyjnq, niech sie udadzq do Warsza-wy P° P°^cj? P°lskq. ” Nazajutrz po przyjezdzie - niedzielny poranek, wyjazd do kosciola. „Do kosciola w Po-stolinie jedziemy powozem. Droga polna wije sig pomigdzy wzgörzami. Kraj wesoly i zgola swoj. Tu i öwdzie domy murowane kryte slomq. Przechodnie witajq po polsku; „Pochwalo-ny- [...JWPostolinie odpust. Tlum ubrany z niemiecka mowipo niemiecku, przy straganach wydzierajq siy niemieccy przekupnie, na straganach sprzedajq maszynowe zabawki, a wsröd smakolyköw banany i slodycze wfabrycznym opakowaniu... Temu sielskiemu opisowi musi jednak towarzyszyc typowy dla tych ziem wqtek tra-giczny: „Wikarego, ks. Jozefa Przeperskiego, röwniez w same imieniny zabrano do wi^zienia. W czasie kol?dowania tego roku, kiedy pewien gospodarz, otrzymujqc obrazek, powiedzial „Dziekuje", ksiqdz wikary podal drugi obrazek synowi, mowiqc: „To pewnie i syn tez rozumie po polsku?", ale zle trafil. Mlody renegat nachmurzyl si^ i odciql: Ich verstehe nicht polnisch. Ksiqdz dwa miesiqce przesiedzial w wi^zieniu, do Postolina nie wröcil. Dzialo sä* to w roku ery chrzescijanskiej 1935, a porozumienia polsko-niemieckiego drugim. Tegoz jeszcze dnia, z panem Donimirskim jako przewodnikiem, wyrusza autor w od-wiedziny do s4siednich dworow, tez nalez^cych do Donimirskich. „Do majqtku Cygu-sy p. Boleslawa Donimirskiego jedziemy znowu polnq drogq. Trakty w tej ziemt sq przelot-ne, odwieczne. Ciqgnql nimi ku morzu i od morza kto jeno zyw. Potem jadq do Czernina, wowczas Hohendorfu, gaw^dz^c po drodze o miejscowych legendach, przekazach, po darnach, czasami tajemniczych i niesamowitych. Pojawia si? kolejny opis: „Dwor hohen-dorfski tchnie caly krzyzackq surowosciq. Gazon zdobi szereg kamiennych, armatmch kul, 82 Tropami Wankowicza a oryginalnie zalamany, podobno stylem krzyzackich domow, dach dzwiga wielkiefigury her-bowych jeleni Donimirskich". I tu pojawia si?, powracajqcy jak bumerang, temat chorych stosunkowpolsko-niemieckich: „Przechadzamy si^po parku i dowiadujemy si^, zepp. Do-nimirscy niedawno wydalili ogrodnika. Ogrodnikowi owemu, m^zowi zaufania miejscowej partii hitlerowskiej, wycigto kawal najlepszej ziemi tuz pod parkiem majqtku, wykupujqc t^ parcel^ w drodze przymusowej... " W dalszej podrozy rozmowa dotyczy walki w okresie plebiscytowym, o podst^pnych dzialaniach Niemcow, o powolaniu przez nich falszywej „partii polskiej” dla rozbicia i sklocenia spolecznosci polskiej, o szkalowaniu hrabiöw Sierakowskich, polskiego ziemiaristwa i dzialaczy. Podwaza si^ sens posylania dzieci do szkol polskich, jako nie zapewniaj^cych przyszlosci. Zajezdzajq do Sztumu by obejrzec chlubne dzielo Kazimierza Donimirskiego - budynek banku ludowego. „Okna budynku sq zaopatrzone przed wybiciem specjalnq siatkq. Patrzqc poprzez ksi^gi buchalteryjne na te okna, mysl^ o czasach, kiedy na tej ziemi i najejpograniczu ludzie wychodzili oracpole, zaty-kajqc miecz w skib^.” Ze Sztumu jeszcze podroz do pami^tkowego kamienia pod Sztum-skq Wsiq, ustawionego dla potwierdzenia zawartego w tym miejscu w 1635 roku rozej-mu polsko-szwedzkiego. Jedzie pisarz do Malborka, wprawia go w podziw masyw zamku. Opisuje pos^g Naj-swi^tszej Marii Panny w zamkowej niszy (o ktorego odbudow^ sq obecnie czynione starania): „Z daleka juz wita nas przestara, wysoka na 25 stop figura Matki Boskiej, poli-chromowana stiukowa rzezba, wykladana kawalkami szkla i napuszona roznymi kolorowy-mi pastami - niesamowita. Ten idol juz w 1410 roku ploszyl wojownikow Jagielly. Wedlug Niemcöw jest to keine weibliche Madonna, wedlug Polaköw, ze zacytuj^ Srokowskiego, „po prostu potwor, rodzaj szyldu bojowego, wystawionego ponad mury zamczyska." Przypomi-na Melchior Wahkowicz, ze na zamku goscili krolowie polscy: Stefan Batory Zygmunt III z malzonkq, Jan III Sobieski, August II, a przez kilka miesi^cy w 1708 mieszkal Stanislaw Leszczyhski. Wspomina pobyt tu polskich wojsk w czasie kampanii napoleoh-skiej. I postrzega zamek: „Ale obecnie Malbork jest wypucowany doszcz^tnie ze wszystkich wspominköw historycznych nie tylko polskich, ale i krzyzackich. Bo zaiste imponujqca rekon-strukcja jego jest w gründe rzeczy pelnq licencji kompozycjq na nowo opartq na motywach sredniowiecza. Rzec by mozna - patyna az Isni." Oczywiscie nie moze sobie autor odmo-wic finezyjnej uszczypliwosci: „Jesli nie miec pretensji do autentyzmu a spojrzec na Malbork jako na dekoracj^ teatralnq dla jakiegos misterium rycerskiego, to nalezy przyznac, ze stworzono rzecz pi^knq, wybitnie teatralnq, i nie dziwnego, ze stary komediant, Wilhelm II, nie mögt si$ oprzecpokusie wygloszenia tu wlasnie slynnej mowy malborskiej." Z Malborka, drogq na Sztum jedzie autor w stron^ granicy na Wisle. Wspomina o ka-walku Polski po tej stronie rzeki: „Jak wiadomo, przydzielono Polsce wqski pasek brzegu röwniez i po prawej stronie Wisly, przylqczajqc do Rzeczypospolitej pi^c wsi. W ten sposob Wisla zostala rzekq wewn^trznq polskq... ” I dalej: „Droga wi^c dla aut niemieckich biegnie w cieniu walu, za walem roztacza si^ pigkny przestwör wodny, „psiankno dolina", ale wejsc na wal i spojrzec na t^ dolin^ - nie mozna." Wieslaw Olszewski 83 Wspomina pisarz Weissenberg; czyli Bialq Gör^, zbiegaj^ce si^ tu granice powstale postanowieniem Traktatu WersalskiegO; wspomina wzgörze ze slynnym krzyzem Prus Zachodnich i jego rol$ w tworzeniu atmosfery nienawisci: „Jest to punkt zetkni^cia si^ wq-skiego j^zyka, ktorym si^ konczy terytorium gdahskie, Polski i Niemiec. Na wzgörzu na tg za-losnq okolicznosc wystawiono krzyz, do ktörego sciqgajq manifestacje niemieckie... ” Prze-mieszczaj^c si^ wzdluz wislanego walu; dojezdza jeszcze Wahkowicz do polskiej granicy w okolicachjanowa; do szlabanu z polskimi zolnierzami: „Wzywamy polskich strazniköw, pokazujemy polskie paszporty i idziemy na sam brzeg. Przybiega nam do stop drobna wisla-na fala, laskawa, ciepla... " Do Dolnej Wisly ma stosunek szczegolny wielkq nieskrywa-n$ milosC; byc moze nawet przez niego niewytlumaczalnq. Tak o niej pisze: „Wi^c kie-dy w kraju, wyznac musz^ Wisla wydawala mi si^ zawsze odarta z wszelkiego uroku - bura woda rozpelzajqca si^ w lachy, w mielizny, w wysepki piaszczyste i mierzeje - tu Wisla jasnia-la nam jak legenda wieköw, jakis Styks, na ktorym si^ konczy wladza Sm^tka... ” Tu konczy Pan Melchior swq podroz po Powislu, po naszej Prowincji. Powroci po bli-sko trzydziestu latach; aby wtrakcie swej reporterskiej podrozypokazad; polskie juz? Po-morze; Powisle; Zulawy. Wedlug niego wowczaS; nie obciqzone juz diabelsk^ zlowrogq dzialalnosciq Sm^tka i jego slug. Tak przedstawia swe owczesne; sentymentalne rozstanie: „Dotarlszy do Wisly, do-tknqwszy jej fal, niby muzulmanin czarnego kamienia w Mekce, wracam zielonq, rosnq doli-nq, przez wsie, wzdluz ktörych ciqgnqcy si^ röw za drogq jest granicq polskq, do wn^trz tego Iqdu Czarnego Krzyza, ktörych gl^bi^ i mrok zawzi^lismy si^ czytelnikom pokazac." Powiesc reportazowa Walczqcy Gryf jest niejako przedluzeniem wczesniejszej ksiqz-ki Melchiora Wahkowicza Na tropach Sm^tka — przedluzeniem na zachod. W ksiqzce tej zobrazowal Wahkowicz dzieje Ziemi Gdahskiej na przestrzeni tysiqca lat: od praslo-wiahskich czasöw do wspolczesnych pisarzowi; do öwczesnego dnia w stoczniach; nad Leb^ na Zuiawach, w Gdyni. Swiadkow opisywanych przez siebie wydarzeh z okresu mi^dzywojennegO; z czasu wojny i okupacji; szukal Wahkowicz uparcie; tropi^c ;;losy polskie”. Znajdowal ich nieraz na krahcach swiata - w stepach Manitoby na drugiej pol-kuli. Rozpoczynajqc swq nowq podroz reporterska nie mogl Wahkowicz nie zacz^c od swej ukochanej rzeki buduj^cej nowy l^d — Zulawy Wislane: „Wisla, nie tu urodzona, przybywajqca duzq wodq z poludnia, inaczej sobie zaradzala. Baltyk jq spotkal dzielem ukohczonym, walem zamknigtej mierzei. Wlewajqc si^ w zapiaszczone, rozpryskane dno za-lewu, wielka rzeka radzila sobie wlasnym materialem saperskim. Z wielkich mas niesionego przez siebie piasku tworzyla nasypy, r^kawy. Kiedy poczyna sig opowiesc tej ksiqzki, Wisla splywa No gutem jeszcze, az do XIII wieku. Potem przez wi^kszq juz cz^sc naszej historii roz-widla sig na 10 km przed ujsciem na zachöd tzw. Martwq Wislq (Leniwkq), aby na jej wo-dach urösl Gdansk. A jej deltg przerzynajq Motlawa, Swiata - martwe dzis odnogi wislane. Potem juz czlowiek zasnuljq sieciq kanalöw i walöw. Tu, na te urodzajne muly rzeczne, pchal 84 Tropami Wankowicza sig czlowiek odzarania dziejöw.” Przypomina autor czasy po II Pokoju Toruhskim w 1466 roku, kiedy ziemie te we-szly w sklad Krölestwa Polskiego. Po latach krzyzackiego jarzma dostrzega aktywnosc mieszkancow Prus w d^zeniu do Polski. Rzeczypospolita hojnie si? wywdzi^cza, zwlasz-cza miastom pruskim: Gdahskowi, Toruniowi, Elbl^gowi: „Zwlaszcza Elblqg, konkuru-jqcy z Gdariskiem, zabiega gorliwie ofawory Rzeczypospolitej. Ipolska polityka w tym okre-sie nie trqci parafiahszczyznq. Protestanci polscy, splywajqcy do Elblqga, otoczeni sq opiekq Rzplitej, garnizon polski w Elblqgu sklada si^ z oficeröw i zolnierzy przewaznie protestantow. Wywdzi^czajqc si^ za to mieszczanstwo gdanskie garnie si^ do polskiej kultury, ksztalci sy-now na Wszechnicy Jagiellonskiej, w Akademii Zamojskiej, elblqzanie obsadzajq szeregurz^-dow dworskich, a nawet piastujq wysokie stanowiska w wojsku polskim.” Pözniej przychodzi okres tragiczny, ponure wieki zaboröw, wyniszczaj^ca walka z okrutnq, bezwzgl?dnq germanizacjq, I wojna swiatowa. Wielu najlepszych synow tej ziemi ginie, w walce o wlasne sprawy ale i w obcej sluzbie. Przychodzi wreszcie radosc z odzyskanej niepodleglosci, ale radosc nie pelna. Ten najmilszy pisarzowi odcinek Krö-lowej Rzek Polskich jest w obcym pahstwie: „Tu przecie miesci si^ ujscie Wisly. Niemcy na tym gründe nie rosnq. Ale zostalo ich po pierwszej wojnie - o wiele za duzo. Sprawiedliwosci dziejowej byla splacona tylko pierwsza rata. ” I opisuje Wahkowicz lata mi?dzywojnia na Powislu, w Wolnym Miescie Gdahsku. Walk? o dost?p do morza w pelnym tego slowa znaczeniu. Pow^tpiewa, czy mozliwa jest pelna niepodleglosc bez wlasnego portu. Zarzuca rodzQcej si? Rzeczypospolitej zbyt male zainteresowanie tematyka morskq, przypomina zaleglosci w tych sprawach i w wiekach wczesniejszych: „Parlismy nad ten Baltyk gromadnie, splawiajqc na komie-gach, bykach, lyzwach, gabarach, kozach i pobitkach, na lichtugach, berlinkach, krypach i ba-tach, i tratwach dobro wszelakie, ktorym p^czniala Polska. Jeno tarn dalej, na pelnym morzu, nam si^ nie sporzylo. [...] Nie powiodlo nam si^ na morzu. Obslugiwalo nasprzez wieki, ale kto inny wiozlpo nim dobro z Polski.” I wreszcie z zachwytem i uniesieniem moze pisac o przebudzeniu, o korzystaniu z tych siedemdziesi?ciu czterech kilometröw odzyskanego morskiego brzegu: „Pocz^-lo si^ dzielo cudowne, przemyslne, ciqgle, nieprzerwane, zgodne, mqdrzejsze niz przemija-jqce rzqdy, mqdrzejsze niz skloceni ludzie, dzielo instynktu [...]. To wdwczas pociqgni^to kolej ku Helowi i pocz^to si^ rozglqdac, gdzie budowac port, czy podle Jeziora Zarnowiec-kiego, zbyt jednak ku Niemcom podanego, czy w Pucku, ku ktöremu by si^ trzeba guzdrac przez plytka maz zatoki, czy sig na trzydziestokilometrowy kanal do Tczewa przepomöc, czy wreszcie Gdynig wybrac.” Przedstawia autor zawile stosunki polsko-niemieckie w Wolnym Miescie, zaci^tq walk? o wszystko - o szkoly, o cla, o skrzynki pocztowe, o Westerplatte, o reprezenta-cj? zagranicznq. Podkresla bezczynnosc Wysokiego Komisarza bezsilnej Ligi Narodöw. Niemozliwym staje si? wyegzekwowanie od Senatu Wolnego Miasta obowiqzku utrzy- Wieslaw Olszewski 85 mania szkol polskich. Powstaje Towarzystwo Macierzy Szkolnej i tworzy szkoly prywat-ne, sq zaciekle zwalczane przez Niemcow, tym bardziej, im blizej wojny: ... „ojciec poslal mnie do szkoly polskiej w Kwidzynie. Na tydzien przed wojnq Niemcy otoczyli szkoly wszyst-kich nas aresztowali, po jakims czasie mlodszych, wi^c i mnie, puszczono do domu. W domu juz ojca nie zastalem, byl aresztowany, nie ujrzalem go wigcej”...- mowi rdzenny mieszka-niec tych ziem. Nadszedl ten tragiczny dzieri, ktorego si^ niechybnie spodziewano, wybuchla woj-na. W dniu ogioszenia mobilizacji ewakuowano rodziny urz^dnikow Komisariatu Ge-neralnego Rzeczypospolitej w Wolnym Miescie Gdahsku. Nie wszyscy chcq wyjezdzac, zostajq wszyscy, ktorzy czujq si? na sluzbie polski i polskosci. Pozostajq polscy poslowie do Senatu gdanskiego, Lendzion i Budzyriski, przywodcy spolecznosci polskiej, Boleslaw Paszota i Augustyn Perszon, ksi^za gdahscy, Komorowski, Rogaczewski, Nagorski. „Wreszcie mlody, dzielny ksiqdz Dydymski, proboszcz parafii w Piekle, w ktorym przetrzy-mywal w ostatnim miesiqcu istne pieklo obl^zen, wybijania szyb i pogrozek"... Prawie wszyscy placq najwyzszq cen^. Hitlerowcy z ogromnym okrucieristwem i brutalnosciq roz-prawiajq si? z kolejarzami, pocztowcami, celnikami: „Celniköw prowadzono wsrod naj-wi^kszych naigrywan gawiedzi. To ci, ktorzy w kazdej godzinie swiadczyli swojq pracq, ze Gdansk nalezy do polskiego obszaru celnego. To ci, ktorzy podczas aresztowan bezprawnych ostatnich miesi^cy, kiedy Rzeczpospolita chcqc uniknqc konfliktow nie mogla ich otaczac na-leznq opiekq, ktorzy wsrod petard wrzucanych w okna urz^dow, sröd szczucia, pomstowan tlumow, samotni na swoich oddalonych posterunkach: w Piekle, w Kalthofie, na Mierzei Wi-slanej, wyrzucani - wracali do rozbitych domkow celnych, rozpoczynaliprace od nowa." Brutalne tortury nie omijajq Zygmunta Zawadowskiego, zast?pcy Komisarza Gene-ralnego, mimo ze chroni go immunitet dyplomatyczny. Wrzeszczq, ze to rewanz za Kalthof - Kaldowo, chociaz jego to wydarzenie nie dotyczylo. ...„ jego poprzednik Perkowski byl uczestnikiem pami^tnego zajscia w Kalthof, kiedy jego szofer w obronie wlasnej zastrzelil niemieckiego awanturnika”... Teraz, tak jak ci wszyscy zolnierze Polski Walcz^cej na tym wyjqtkowym, trwajqcym wiele lat froncie, trafiajq do katowni urzqdzonej w Viktoria - Schule. Niektörzy tu kori-cz^ zycie, nie przetrzymuj^ okrutnych, nieludzkich tortur, pozostali jadq do Stutthof, tragicznego symbolu tej ziemi przez ponad pi?c mrocznych lat. W pierwszych miesi^cach 1945 roku przechodzi t?dy ognisty walec, piekielny taran, po ktorym pozostaj^ ruiny, zgliszcza, trupy, wyludnione miejscowosci i zatopione Zu-lawy. Ale od razu wiadomo, ze trzeba w te strony tchn^c nowe zycie: „Jeszcze bronila sig niemiecka Gdynia, kiedy w trop za wojskami radzieckimi sun^ly zdezelowane ci^zarowki, wiozqc profesoröw politechniki, urz^dnikow, ktorzy mieli obsadzac urz^dy administracyjne, eks-stoczniowcöw, rybakow wyzutych z morskiego dziedzictwa, lekarzy, kolejarzy. Oni byli pierwsi, przed szabrownikami... " To sladami pierwszych osadniköw przybyl Melchior Warikowicz do Nowego Dworu Gdanskiego: „Siedzimy w wielkim gmaszysku z czerwonej 86 Tropami Wankowicza cegly nad szklista wodq, w ktorej odbijajq si$ ptaczqce wierzby. Woda drga leciutko pomi^dzy przybrzeznymi trzcinami. Ten dom to do niedawna byl Parteihaus, gdzie esesmanöw zapra-wiano w krwawym rzemiosle. Dzisiaj - to Dom Kultury z salq widowiskowa na 1000 miejsc. Nowy Dwör, miescina, w ktorej ten dom stoi, liczy ok. S300 mieszkahcöw. Jestesmy w samym sercu Zulaw, mi^dzy Wislq Dolnq i Nogatem, w Delcie Wislanej, w sieci rzeczulek zywych i martwych, pöl zywych i na pol martwych. Ta powierzchnia wodna, na ktörq patrzymy, to rzeka Tuga. Ale Tuga jest tylko do Nowego Dworu; powyzej miasta, od Nowego Stawu, ta sama rzeka nazywa si^ Swi^ta... "Wspomina autor tragedi? z wiosny 1945 roku: „Przeko-pano tamy na tej tu Tudze, na Raduni, na Kanale Mlynskim, na Wisle Elblqskiej, na Leniwce, pod Marz^cinem, przy Zalewie Wislanym. Na wielkich przestrzeniach ziemi pszenno-bura-czanej stan^lo jezioro - olbrzym, miejscami na dwa metry gl^bokie. Ladunki trotylu wysadza-ly kolejki, pompy, rozbijano sluzy, ton^ly domy, zwierz^ta. Ziemia, wyzwalana przez ksiqzqt pomorskich przed szesciu wiekami, wrocila do stanu pierwotnego. Wtedy na tenpotop zacz^-li przychodzic ludzie, ruszani z miejsc, nawiani przez wojng. Ludzie, kazdy sobie, z röznych dziedzin Polski... "Jednym z nich, z jakze typowym zyciorysem, jest Tadeusz Szlajs, na-uczyciel: „Szlajs, wyn^dznialy eks-wi^zien ofiagu, chory, nie mogqcy wracac do rodzimego Skaiatu, przeczytal ogloszenie „Gdansk potrzebuje nauczycieli”. Dostal si^ wqskotorowkq do Nowego Dworu, stamtqd szedl siedem kilometröw pieszo do wsi Marynowy, gdzie mu zapro-ponowano prowadzenie szkoly. Byl listopad 194S roku - kilka miesi^cy po ustqpieniu Niem-cow. Przenocowalgo mlody soltys z wqsami. Byl eks-partyzantem, wolal, zeby go nie pozna-wano. Czlek na czleka patrzyl nieufnie. W calej wsi byl jeden koh i jedna krowa. Marynowy ton^ly w chwastach, w ktorych mögt si$ skryc jezdziec z koniem. Brunatne bulawy g^stym je- Wieslaw Olszewski 87 zem staly pod listopadowym niebem. Ludzie nieraz dojezdzali lodziq pod prög domu. Juz przychodzily mrozne dni. Ludziejechali do schludnych, podmoklych domkow, rwali progi,fu-tryny, podlogi - na opal. Prosty to byl lud, zza Buga, z Rzeszowskiego, z najbiedniejszych kq-töw, gdzie o wyzszychformach gospodarki nie miano poj^cia. Lqkipo wynioslosciach, na kto-re wdzieral si? chwast, slynne Iqki Zulaw, na ktorych pasly si? wysokomleczne holendry, przy-bysz zaorywal na kartofliska...” Wspomina pisarz walk? na wszystkich frontach, odbudow? walow, uruchamianie pomp, odwadnianie polderöw, czyszczenie rowow i osuszanie pol. Efekty, w ktore po-w^tpiewali specjalisci holenderscy, stajq si? faktem, sq widoczne i realne. Byl to zrywpo-röwnywalny z entuzjazmem odbudowy Warszawy czy Gdahska. Torowal drog? dla na-dziei na normalne zycie, rowniez dla wygnahcow ze wschodnich rubiezy.„... .Grzegorz Paszkowski, ktörego wyrzucila wojna z jego osiemdziesi?ciomorgowej gospodarki w skalac-kim powiecie, ozenilsi? z Polkq b?dqc na robotach pod Hamburgiem, tarn tez urodzila si? mu cöreczka. Miala trzy miesiqce, kiedy wröcil pod Starogard, skqd pochodzila zona, i uchwy-cil si? na Zulawach pi?tnastomorgowego gospodarstwa. Jako eks-magazynier UNRRA przy-wiözl tyle grosza, ze kupil krow?. Kon jakis byl na pagorze oblanym wodq, musial mu dowo-zic zywnosc i czekac, az odwodniq. Wpierwszym roku nie mögt uprawiac wi?cej jak trzy mor-gi. Ledwo zasial, strz?sla si? na Zulawy plaga myszy, ktore rozmnozyly si? w zbozach pozo-stawionych w 1945 r. napniu... " Trzeba bylo walczyc nie tylko ze wszechobecnymi my-szami, rozplenionymi do niespotykanych rozmiaröw trzcinami i chwastami ale i z bra-kiem, doslownie wszystkiego. Gdy zaczynalo pojawiac si? swiatelko nadziei, spadla ko-lejna plaga: kolektywizacja i rozkulaczanie, to tez trzeba bylo przetrzymac. „Szkoly wsz?dzie juz stojq. Pan Szlajs, przybywszy w pazdzierniku, odbyl pierwszq lek-cj? 10 stycznia 1946 r. Jedyna pomoc szkolna, jakq na razie rozporzqdzal, to poniemiecka mapa Europy Srodkowej. Dwa razy w miesiqcu wyprawial si? z plecakiem drogqjakze oköl-nq, bo mostow ani promdw nie bylo - przez Tczew do Gdanska po prowiant. Gdy szla kra, i ta droga byla odci?ta..." W?druje autor po Zulawach, odwiedza nowopowstalq szkol? w Tujsku, dostrzega osiqgni?cia ale i ogromne jeszcze braki: „Nowoczesny budynek. Mlody kierownik, Stanislaw Kubica, zonaty z nauczycielkq. Przyjechali ze Slqska w 1953 r. jako narzeczeni. Poka-zujq mi z dumq bibliotek?, licznepreparaty,pomoce naukowe [...J. Nie wszystko tu takpitknie. Kraj zalany, duszony przez wod? - nie ma tej wody; wody zalewajqce Zulawy sq zazela-zione, niekiedy na dodatek zasolone. Budowanie studni nie pomaga - bywa, ze i nagl?bokosci stu metröw wodajest nie do uzytku. Woda jest tak wstr?tna, ze dzieci w szkole nie mogq si? jej napic. A sami ludzie?Malo to jeszcze wyrobiony element, z röznych kqtow, nie zgrany, kulty-wujqcy separatyzm dzielnicowy..." Zajezdza do panstwowych gospodarstw w Wybicku i Szkarpawie, rozmawia z ludz-rni, poznaje te nowe formy gospodarowania. Od kierownika PGR-u w Wybicku dowia-duje si?: „ze Wybicko, ktore lezy dwa metry ponizejpoziomu morza, trzy lata bylopod wodq. 88 Tropami Wankowicza Gdy wod^ sciqgano, wynurzaly si^ wraki aut, czolgöw, amfibie, kosciotrupy. Gdy wod% sciq-gni^to trzeba bylo odmulac rowy, ciqc trzciny, zielsko szarpac..." Postrzega specyfik? indy-widualnej wsi zulawskiej w tamtych latach: „Widac, ze to jeszczepola indywidualnych wla-scicieli, bo co gospodarstwo, to inna metoda stozenia. W tym miejscu male stozki, jak slupki, jakie widzialem na Huculszczyznie. A tu duze poleskie stogi jak bizantyjskie wiezyce - zpio-nem zerdzi posrodku. Tylko nie widac bialoruskich „Ozierodow” - szeregu rosochatych po-przecznic, na ktörych si^ rozwiesza siano do suszenia. Ale bo tezpoza wierzbami przy kanalach nie ma tu drzewa na lekarstwo..." Wraca pisarz do tematu braku wody pitnej, pisze o poczqtkach, jakze strategicznie waznego, Centrainego Wodociqgu Zulawskiego: „teraz uchwalq Komitetu Ekonomiczne-go w 1965 r. rozpocz^ta zostanie budowa wodociqgu grupowego czerpiqcego wod% z Nogatu. Ta ogromna inwestycja, obliczona na dziesi^c lat i kosztujqca kilkaset milionöw zlotych, da wod^pitnq azpo Elblqg..." Odwiedza, pracuj^ce juz pelnq mocq, odbudowane po bestial-skim zniszczeniu, stacje pomp. W drodze do Gdanska, pokonuje promami Przekop Wi-sly pod Mikoszewem i Martwq Wisl^ w Sobieszewie. Wspomina pobyt Melchiora Wankowicza na tej ziemi dr inz. Kazimierz Cebulak, specjalista od delty Wisly i procesow odwadniania Zulaw. Byl jego przewodnikiem, przedstawial istot^ i specyfik^ tej depresyjnej przestrzeni. Pojechali do przepompow-ni w Oslonce, poszli na wal. Gdy si§ stoi na wale, to widac, ze z jednej strony jest woda, a z drugiej - nizej - Iqd. „-Jak ja mam t$ depresja nazwac?- zaczql si^ zastanawiac Pisarz, bo slowo „depresja” bylo wtedy zabronione. Zakaz cenzury chronil ludzi tu miesz-kajqcych przed l^kami. Depresja to przeciez poj^cie samo w sobie nieprzyjazne, smut-ne, dolujqce, irytuj^ce, przygn^biaj^ce. A co dopiero gdy czlowiek uswiadamia sobie, ze mieszka na terenie depresyjnym, czyli takim, ktory moze w kazdej chwili zatopic woda. Brr, straszno si^ robi. Wi^c Wahkowicz glowil si^, jak te tereny nazwac i wymyslil bar-dzo sympatycznq nazw?: „Iqd wyloniony”. Potem, gdy przyjechal po raz drugi, opowia-dal z zadowoleniem:- Mam inne okreslenie! „Ziemia obojnacka”, czyli ziemia majqca dwa oblicza: Iqdowe i wodne!” Byl Wankowicz tworcq nowoczesnego reportazu, powiesci reporterskiej, Iqcz^cej re-lacj? o faktach z fikcjq literackq i gaw^d^, pod wieloma wzgl^dami niedoscignionym do dzisiaj. Pomimo swojego zamilowania do podrozy po swiecie i umiej^tnosci wczuwania si^ w obyczaje innych, nie umial wyrwac si^ z polskosci. Ojczyzna zawsze byla dla nie-go wazna. Niemal kazda jego ksiqzka jest o Polsce i o Polakach. Potrafil barwnie opisy-wac bohaterstwo rodakow, ale takze krytykowac, nierzadko mocnymi slowami, spole-czehstwo i rzqdz^cych. Zawsze zachowywal niezaleznosc, z zadnq wladzq nie bylo mu do kohca po drodze. Po raz pierwszy trafil do wi^zienia juz jako uczeh w Carskiej Rosji. Po buncie w wojsku w czasie I Wojny Swiatowej o malo nie trafil przed pluton egzeku-cyjny. Nie potrafil identyfikowac si^ w pelni z zadnym obozem politycznym w II Rze-czypospolitej, zrezygnowal z panstwowej posady przed Zamachem Majowym. Gdyby nie ucieczka, okupacyjna wladza niemiecka niechybnie by go usmiercila. W PRL-u, juz Wieslaw Olszewski 89 jako starzec, zostal oskarzony i skazany na wi^zienie. Swq ksiqzkq Na Tropach Sm^tka, wyj$tkowym cyklem reportazy z podrozy po mi^-dzywojennych Mazurach pokazal Melchior Wahkowicz t£ krain^ rodakom. Przez wie-le lat byla ona dla Polakow skarbnicq wiedzy o historii tego regionu, jego mieszkahcach oraz pi^knie i bogactwie przyrody. Sprawila, ze zaraz po wojnie, rzesze kajakarzy ruszy-ly na mazurskie szlaki. Pierwsze splywy Krutyniq odbyly si^ juz w 1945 roku, a olsztyh-ski PTTK juz dawno mogl ustanowic odznak^ krajoznawczq: „Warmia i Mazury - ziemia serdecznie znajoma”. Swiadomosc zaslug Pisarza tarn istnieje. Przy najbardziej znanej stanicy wodnej PTTK w miejscowosci Krutyri, stoi poswi^cony mu glaz, jego imieniem nazwane sq szlaki turystyczne, odbywajq si? splywy kajakowe jego imienia. We wrzesniu 2012 roku, w 75 rocznic^ pierwszego wydania powiesci, w Piszu odsloni^to pomnik jej autora, jak dotqd - jedyny. A zasluguje Melchior Wahkowicz na naszq, ludzi z tych stron, wdzi^cznosc. Jak pi-sze: „Moje serce zawsze ciqgnie na polnoc [...]. Woda tarn na polnocy, bywa ruda, zelazi-sta, przejrzysta. Kwiaty - drobne, röznobarwne a pachnqce. Zaby tarn grajq pigkniej, slowi-ki wydzierajq si^ wdzi^czniej, a juz derkacze tak bijq, ze, zdaje si^, niebo cale trzeszczy nad czarnym lasem..." My, w naszej Prowincji, jakos nie pami^tamy o Panu Melchiorze. Wspominamy po-byt na Powislu Stefana Zeromskiego, Jana Kasprowicza i Wladyslawa Kozickiego, ktorzy goscili tu w ramach akcji plebiscytowej. Wiemy, ze goscmi waplewskiego palacu byli miedzy innymi Fryderyk Chopin, Jozef Ignacy Kraszewski, Jan Matejko, Oskar Kolberg, byc moze Henryk Sienkiewicz. Na Zulawach i zrosni^tej z nimi Mierzei przypominamy pisarzy - noblistow, Czeslawa Milosza odwiedzajqcego swych bliskich w Drewnicy, czy Güntera Grassa, ktory w mlodosci bywal na wakacyjnych obozach w dzisiejszym Miko-szewie. Ma swq izb? pami^ci Wincenty Pol, szkoly noszq jego imi?. Zdecydowanie nad-szedl czas aby w kohcu upami^tnic takze Melchiora Wahkowicza. W ramach projek-tu „P?tla Zulawska” powstala w Oslonce przystah wodna. Inwestycja stan^la w tym sa-mym miejscu, gdzie przed laty dr Cebulak objasnial Redaktorowi istot? depresji zulaw-skiej, gdzie powstalo to nowe okreslenie „Iqd wyloniony”. W czerwcu 2013 roku b^dzie przeplywal t^dy X Jubileuszowy Splyw Wodami Zulaw. Wierzymy, ze wezmie w nim udzial kilkadziesi^t osob z calej Polski, byc moze zaszczycq nas swoja obecnosciq goscie z Ukrainy. Jest to niepowtarzalna okazja do promocji nowej mariny wsröd ludzi zainte-resowanych plywaniem, jest to okazja do promocji Zulaw a takze do przedstawienia czy tez przypomnienia osoby Melchiora Wahkowicza jako pisarza i publicysty, ale przede wszystkim jako kajakarza i milosnika naszego regionu. Jest to takze jedyna tego rodzaju mozliwosc uhonorowania artysty poprzez nadanie marinie jego imienia. Wartosciowym, cennym historycznie, produktem turystycznym bylby na pewno szlak turystyczny imienia Melchiora Wahkowicza, wytyczony tras^ jego w^drowek po Dolnym Powislu. 90 Dom nad jeziorem Kamila Thiel-Ornass DOM NAD JEZIOREM W Sztumie przy cichej niegdys uliczce, teraz zatloczonej przez parkuj^ce samochody stoi dom. Nie wyroznia si$ z pewnosciq architektur^, pod tym wzgl^dem jest typowy dla budownictwa powislariskiego, ktore preferowalo szaro-biale, latwo kruszqce si? cegly i wy-kohczenia wokol okien oraz drobne zdobienia z czerwonej, czasem klinkierowej, cegly. Sty-listycznie dom nawi^zuje do s^siedniego, nieco wczesniejszego od niego, okazalego budyn-ku mlyna, od ktorego ulica wzi^la swq nazw^. Tym, co nadaje mu szczegolny Charakter jest fakt, ze od swego powstania, a wi^c od stu lat pozostaje wlasnosci$ tej samej rodziny. Ten stosunek wlascicielski przetrwal dwie woj-ny swiatowe, zmiany granic i ustrojow, przemarsze roznych wojsk, przemieszczanie si^ mas ludzkich ze wschodu na zachod, upadek systemow politycznych. Zachowaly si? dawne scia-ny i stropy te same od stulecia, teraz juz nierowne, podlogi i Stare drzwi z ozdobnymi klam-kami wygladzonymi dlohmi dawnych mieszkancow. Ale poza tym, ze dom tworzq ceglane Kamila Thiel-Ornass 91 mury, kamienne fundamenty i pochyly dach, spaja go budulec szczegolny. Trwa on w ulom-kach wspomnieh, fragmentach obrazow, emocjach, ktore kazdy z nas, mieszkahcow tego domu nosi w pami^ci i w sercu, buduje go ze wspomnieh, opowiadah i zdj^c, z drobnych przedmiotow, ktore pozostaly z przeszlosci. Po pierwszych wlascicielach pozostalo niewiele z ich materialnego swiata: jakas filizan-ka w kwiatki z wyszczerbionym spodkiem, kawalek marmurowego blatu z nocnego stolika, sluzqcy obecnie jako przycisk, zdekompletowana trzy-drzwiowa szafa, z ktörej zostalo tylko dwoje rzezbionych drzwi, stale odnawiana przez tapicera kanapa z dwoma fotelami. Przetrwaly tez najbardziej kruche pozostalosci: nieliczne juz szyby w oknach, rozpo-znawalne natychmiast, tak rozne od powojennych oszkleri przez ktore swiat widziany jest wprost, doslowny i jednoznaczny. Te dawne szyby, w zniszczonych ramach s^ inne. Oglq-dane przez nie drzewa, domy, chmury, caly ten swiat zewn^trzny jawi si^ dzi^ki szczegol-nej strukturze szyb jako rozchwiany, niepewny i kruchy. Jakby niedopowiedziany i troch^ odrealniony. Widzenie zalamuje si? i drzy. A jednak swiat z okien tego domu nieprzerwa-nie trwa. * Od czasu gdy Johann Schlegel, szanowany, zamozny kupiec i restaurator sztumski posta-nowil na zapleczu swej kamienicy przy Bahnhofstr. 48, gdzie prowadzil restauracj^ i sklep kolonialny, na parceli z ogrodem nad jeziorem wybudowac kolejny dom czynszowy, dla zy-sku, na wynajem, uplyn^lo wiele lat. Ten dom, z zalozonym przy nim ogrodem, cz^sciowo mial tez shizyc jako letnisko na beztroskie spotkania calej rodziny przyjezdzaj^cej z tej dru-giej, polskiej strony Wisly. Od tego czasu scena swiata obracala si? kilkakrotnie ale dom ci^gle pozostawal w jego r^kach. Tak bylo i w 1945 roku, najbardziej dramatycznym, gdy dotychczasowi niemiec-cy lokatorzy opuszczali dom przy ulicy Mlyhskiej uciekajqc przed Armi^ Czerwon^. Na ich miejsce, ze wschodu przybywali nowi mieszkaricy obejmuj^c w posiadanie mieszkania na parterze i pi^trze. Zag^szczenie bylo tak duze, ze ledwo znalazly si^ dwa pokoje dla Johanna i Marii. Ich kamienicy z obszernym mieszkaniem na pi^trze wczesnq wiosnq 1945 r. strawil pozar tak jak wiele innych wokol Rynku. Dom przy ulicy Mlyhskiej przygarn^l ich pod swöj dach, ogrzal i nakarmil przy kuchen-nym, zelaznym piecyku z rur^ wstawion^ prowizorycznie do pokoju bo pozbawiono ich do-st^pu do kuchni. Oboje zagubionych w nowej, po-wojennej rzeczywistosci, postarzalych po smierci dwoch synow na wschodnim froncie i wyjezdzie jedynej corki Ireny do Niemiec za m^zem -zolnierzem. Mijaly lata, a z ich uplywem obcy mieszkahcy, przesiedlehcy ze wschodu, stopniowo opuszczali nie swoj dom, wyprowadzali si^ do nowych mieszkah w blokach. Wowczas rodzi-na wlascicieli, po wojnie takze wyzuta z wlasnej ziemi i domu, znalazla tu bezpieczne miejsce, obejmuj^c w posiadanie caly dom z ogrodem. Kiedy w pocz^tkach lat 70-tych ubiegle-go wieku ostatecznie zrywalismy Stare tapety, gl^boko zmywalismy wyblakle farby ze scian, 92 Dom nad jeziorem ukazal si? nam w pewnym momencie na szczytowej scianie jadalni, w miejscu odsuni?te-go na czas remontu bufetu, pozostawiony przez dawnych budowniczych napis: 1912 rok. Dia nas, wlascicieli, mial on moc i znaczenie nieledwie biblijnego mane, tekel, fares. Tu doszlismy, do tego miejsca i tu jest nasze zycie, tu juz mog^ nas policzyc, zwazyc i rozdzielic. Ta data stala si? dla nas znakiem z przeszlosci i tq datq dom do nas przemowil. Wylo-nil si? dla nas, mieszkaricow, z niebytu, ogarnql scianami powietrze, pust^ przestrzeh, kto-ra rozciqgala si? tu przedtem zamkn^l murami, przykryl dachem los ludzi, ktorzy odtqd tu rodzili si? i umierali, tu znajdowali schronienie i stqd uchodzili. To wszystko w nim trwa... * Sklep kolonialny i restauracja Johanna Schlegla przy Hinndenburgstr.4, te dwa gesche-fty prowadzone w jednym miejscu musialy dobrze prosperowac skoro ich wlasciciel zdecy-dowal si? na wydzielenie z gospodarstwa rolnego, nad jeziorem przy mlynie, parceli na kto-rej pobudowal dom czynszowy. Wuj mego ojca dobrze znal mentalnosc swoich ziomkow. Wiedzial bowiem, ze zmarzni?ty, po calym dniu targowania przy wozie na rynku, w zablo-conych butach, w wilgotnej kurtce, gospodarz aby si? rozgrzac, wypic kieliszek czy dwa, cos zjesc, nie wejdzie do restauracji Blocka, tylko przyjdzie do niego, do Schlegla. Block, zresztq blisko spokrewniony, do swojej restauracji na Rynku, niedaleko koscio-la, zakupil, wzorujqc si? na gdahskich lokalach, nowe, eleganckie meble, stoly nakryl obru-sami, bufet zaopatrzyl w nowoczesne, chromowane, blyszczqce od jasnych swiatel urzqdze-nia. Przeliczyl si? jednak bo lepszego, typowo miejskiego towarzystwa w Sztumie nie bylo wiele. Wuj Schlegel slusznie sqdzil, ze gbur lub biedniejszy bauer, po kilku godzinach handlo-wania, nawet z nieduzym utargiem, chce zazyc, owszem, miejskiego komfortu ale miejsce tego zbytku musialo byc swojskie, nie moglo oniesmielac. Tutaj, do Schlegla mogl smialo wkraczac, nawet nie rozstajqc si? z batem w zesztywnia-lych od zimna palcach. Do sklepu i restauracji wchodzilo si? po kilku schodkach wprost z glownej ulicy. Na pra-wo wejscie prowadzilo do sklepu kolonialnego o wylozonych ciemnq boazeriq scianach. Na otwartych polkach i w przeszklonych szafach trzymano tytoh i kaw?, kakao i herbat?, goz-dziki i laski cynamonu, pieprz i imbir, a takze czekolad?. Gospodynie wpadaly tu po cukier i olej. Blaszane pudla i kamionkowe naczynia pelne przypraw nie byly do kohca szczelne bo egzotyczny, korzenny zapach nasycal powietrze, meble i sciany tak mocno, ze trwal w skle-pie nawet w latach 40-tych, w czasie wojny, gdy coraz trudniej bylo o zamorskie zaopatrze-nie. W kqcie sali, na polkach i w skrzyniach czekal na nabywcow drobny sprz?t rolniczy, sru-by, przecinaki, lahcuchy, gwozdzie o charakterystycznym, metalicznym zapachu. W gl?bi sklepu, z boku, na szynkwasie na specjalnym stojaku spoczywala beczka. Z niej usluzny sprzedawca ch?tnym do wypicia, szybko, na stojqco, utaczal piwo do ozdobnych, z rzezbionq pokrywkq kufli. Kamila Thiel-Ornass 93 A kiedy zm^czonym nogom trzeba bylo naprawd^ dac odpocz^c, a zzi^bni^ty zolqdek rozgrzac, nalezalo wejsc do ciemnawej salki restauracyjnej i swobodnie usiqsc przy stole, zamowic z butelki z wytloczonym sloniem, sprowadzanej az z Berlina, kieliszek lub wi^cej, zielonej, mocnej, ziolowej wodki produkcji samego Schlegla. Z czasem wodka ta stala si^ znana dla swej mocy i przyjemnego smaku i rytualem bylo dla okolicznych mieszkahcow, po targu i zakupach, wpadac tu na jej skosztowanie. Restauratora nie gorszyl widok klienta, ktory, zdarzalo si?, zamiast zamowic zakqski z pölmiskow z oszklonego bufetu restauracyjnego, wyci^gal z kieszeni wlasne dwie zlozone ze sob^ sztule ze smalcem czy leberkq przygotowane wczesnym rankiem gdywyjezdzal z to-warem z domu, przez troskliwq zon^. Keiner podawal do tego gosciowi gor^c^, aromatycz-nq kaw^ w duzej tasce, z mlekiem lub bez, wedle zyczenia. A gdy akurat, przez uchylone do kuchni drzwi, dolecial na sal? zapach swiezo ugotowanej przez kuchark^ dla domownikow zupy, Maria Schlegel, za aprobatq Johanna, zyczliwie cz^stowala goscia talerzem zawiesiste-go eintopfu, rosolu czy zupy fasolowej. * Od stronyjeziora Barlewickiego zawsze wieje chlodem. Na skutek tego zimna cala wege-tacja roslin w ogrodzie jest spozniona o 10-14 dni; szczegolnie kwiaty kwitn^ duzo pozniej niz w ogrodach w innych cz^sciach Sztumu. A zim^, od stronyjeziora, wiatr rozp^dzony na jego lodowej przestrzeni uderza w sciany domu ze szczegoln^ silq. Nie inaczej musialo byc zimq 1920 roku, w okresie plebiscytu, gdy wazyly si? losy po-wrotu Powisla, Warmii do Polski czy pozostawania nadal w granicach niemieckich Prus. Tamtej zimy wdowa, pani Alma Golisz, mieszkaj^ca od 1914 r. wraz z 14-letnim synem Maksem przy ulicy Mlyhskiej, wynaj^la swoje mieszkanie na pi^trze, na biuro Warmih-skiego Komitetu Plebiscytowego. Prezesowal wowczas Komitetowi Kazimierz Donimirski, wlasciciel Malych Ramz. Aby dodac splendoru i powagi urz^dowi zdqzyl nawet sprowadzic wlasne meble ze dworu na dzieh otwarcia Komitetu - 1 lutego 1920 roku. Nosil zapewne pan Kazimierz, juz wowczas zazywny m^zczyzna o podgolonej, po szla-checku, glowie, pelis? podbit^ futrem z bobrowym kolnierzem, a mimo to, jak narzekala jego zona Maria: „bliskosc jeziora, cienkosc scian i pojedyncze okna przyczynily si? do tego, ze mieszkanie dogrzac bylo trudno”. Tlumy interesantow przy ci^gle otwieranych drzwiach powodowaly ucieczk^ resztek ciepla. Niebawem wi^c, jak pisze o nim pieszczotliwie zona, „kochany Kazio” postanowil o przeniesieniu Komitetu Plebiscytowego nie tylko do innego budynku ale i ze Sztumu do korzystniej, centralnie polozonej Ilawy. Stosunki mi^dzy rodzin^ Goliszow, a wlascicielami Malych Ramz pozostaly nadal przy-jazne, bo w swym pami^tniku Maria Donimirska wspomina czerwcow^ kolacj^ 1927 r., we dworze, w ktorej uczestniczyl owczesny sekretarz Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkol-nego na Powislu nauczyciel Maksymilian Golisz. Nasuwa si^ w tym miejscu spostrzezenie ogolniejszej natury o szcz^sliwym owczesnym oddzieleniu biez^cej polityki od zycia zwyklych ludzi i to tak dalece, ze kaufmann Johann 94 Dom nad jeziorem Schlegel, jak okreslono go w ksiqzce telefonicznej z 1941 roku, nie obawial si? negatywnych konsekwencji ani osobistych, ani dla swoich interesow z powodu wynajmowania miesz-kania zarowno w okresie gorqcej walki plebiscytowej, jak i w pozniejszych, grozniejszych hitlerowskich czasach, takim polskim patriotom, jak pani Alma, a w szczegolnosci jej syn Maksymilian Golisz. * Pocz^tek wojny, po dramatycznej jesieni 1939 roku 11-letniemu wowczas chlopcu, male-mu Romkowi, cudem, przez pruskq cz^sc rodziny, wyci^gni^temu wraz z rodzicami z obozu przejsciowego dla Polakow i umieszczonemu u „liebe tante” Marii w Sztumie na kilka mie-si^cy, wydawal si? spokojny. Chlopiec, zm^czony po dniu pelnym nowych obowi^zkow, wieczorem padal na lozko w pokoju na poddaszu, ktory dzielil ze sluz^cq wujostwa Schle-glow, mlodq dziewczynq pochodz^c^, jak wi^kszosc obslugi restauracji i sklepu, z polskie-go Postolina. Jej szept, po polsku, gdy ze swego lozka opowiadala mu, z powstrzymywa-nym smiechem o przebiegu zbiorek na ktore biegala jako nalezqca, jak i inne dziewcz^ta, do Bund Deutscher Madel, usypial go szybko. Za dnia w restauracji i w sklepie, gdzie zabraklo z racji wojny, mlodej, m^skiej obslugi przenosil z kontuaru i podawal kufle piwa gosciom, glownie starszym panom, niespiesznie rozmawiajqcym z wujem Schleglem o wojnie, szcze-golne o dzialaniach na roznych frontach, jak ledwo zdolal zrozumiec chociaz szybko uczyl si§ j^zyka niemieckiego. Atmosfera domowa jeszcze byla spokojna mimo, ze obaj synowie wlascicieli zostali powolani do wojska ale jeden z nich byl zatrudniony w administracji woj-skowej w Konigsbergu zatem w ocenie rodzicow i ku ich radosci wydawal si? bezpieczny. Za dwa, trzy lata juz tak nie b^dzie. Wojna dotknie ich, jak wielu innych, w swym najtra-giczniejszym wymiarze bo dwaj synowie zginq na froncie wschodnim, gdzies daleko w Ro-sji. Ale teraz ich ojciec, jeszcze nieswiadomy przyszlosci, oddaje si^ ulubionym i tak kojq-cym zaj^ciom ogrodniczym. To on wlasnie, przy domu na ulicy Mlyriskiej zalozyl, dot^d istniejqcy w tym samym miejscu, ogrod. Si^gal on do samego mlyna, do jego wysokiej, na-slonecznionej sciany. Tak^ dhigq operacj^ slohca w tej cz^sci ogrodu wykorzystal wuj Johann na nasadzenie przy murze szczepow winnej latorosli. Ku zaskoczeniu wielu przyj^la si? i szybko rozrosla, mimo chlodu znad jeziora, odwdzi^czaj^c si? cierpliwemu ogrodniko-wi obfitymi, slodkimi gronami. Sukcesem okazalo si^ tez posadzenie przezeh krzewow pi-wonii, bialych i rozowych. Ich kwitnienie i odurzaj^cy zapach nieodmiennie zwiastuje zbli-zaj^cy si? czas Bozego Ciala, a przekwitaj^ce kwiaty gubiq platki zbierane skrz^tnie do dzis przez dziewczynki, do koszykow, na procesj?. W ogrodzie, z tych najwczesniejszych czasow, ciqgle z nami trwa drzewo jabloni. Jej ogrodniczej nazwy nikt nie zna, dawniej zwalismy jq z powodu obfitosci bialych kwiatow Krolowq Sniegu ale nast^pne pokolenie mieszkahcow domu nie bylo juz tak sentymental-ne i zwykle mowimy o niej po prostu stara jabloh. Teraz zmalala, przygi^ta do ziemi, z pod-partymi dwoma konarami, prawie 90-letnia staruszka, jeszcze obsypuje si? w maju kwiata-mi ale owocuje juz nie w kazdym roku obficie. Jak mawiala mama „w tym roku jablek nie b^dzie bo jablonka odpoczywa”. Jäblka z niej zerwane czy podniesione z trawy majq skor- Kamila Thiel-Ornass 95 k? nieodmiennie cienk^, w kolorze alabastru, podbitym lekkim rozem. Smak tego jablka, slodki i soczysty jest szczegolny, odmiany juz nie spotykanej, naznacza sierpieri i wrzesieh w ogrodzie niepowtarzalnym urokiem. Niegdys w zieleni, wsrod krzewow jasminu i bzu krolowala altana, przez dhigie lata wsrod starszej cz^sci rodziny zwana laubq. Jej deski pomalowano w wesole zielono-zolte kolory; miala kratownic^ przy wejsciu zapewniajqcq dost^p swiezego powietrza, i okno na tylnej scianie wychodz^ce wprost na jezioro. W letnie niedziele i tylko wtedy, po pracowitym ty-godniu podawano tu na stöl kaw^ i ciasto drozdzowe, ktorego wypiekiem wowczas i do koh-ca swego zycia, na poczqtku lat 6o-tych, trudzila si?, wtedy juz wiekowa, ciocia Schlegel. A dozywaj^ca w czasie wojny swych dni w parterowym domku przytulonym do glownego budynku przy ulicy Mlyhskiej, siostra Johanna jak zapami^tal jq owczesny 11-letni Romek, tante Fine, zrywala z ogrodowej rabaty do wazonu na stol do lauby 2-3 biale lilie. Tylko tyle bo panowie siedz^cy przy kawie i cygarach we wn^trzu nie byli w stanie zniesc ich odurzajq-cego zapachu. Za to cale bukiety wonnych lilii wysylano juz w sobot? aby zdobily niedziel-ne oltarze w kosciele u sw. Anny. Rzeczywiscie nie myli si^, obecnie starsza, nobliwa pani, mieszkaj^ca w Krakowie, wowczas mala Basia, sliczna ciemnowlosa, bl^kitnooka dziewczynka, ubrana w ludowq, kwieci-stq sukienk^ z bialymi bufkami u ramion, gdy ten zielony zakqtek nad niebieskimi wodami jeziora pami^ta jako rajski ogrod. Ona tez powraca do ogrodniczych pasji wuja Schlegla, zwlaszcza wspomina, jako obiekt jego dumy trzy-metrowej wysokosci p?dy pomidorow, ktore przycinal w specjalny sposob i ktory ona, nasladujqc go, do dzis stosuje. Malq slicznq dziewczynk^ w tej pracowitej, nieco surowej, poboznej rodzinie traktowa-no zupelnie wyjqtkowo. Pozwalano jej spac przed poludniem, tak dlugo jak chciala, wpoko-ju na pi^trze, w lozku z baldachimem, ktorego ciemne kotary bronily dost^pu porannemu slohcu, a na stoliku nocnym stal dzwonek, ktorym, po obudzeniu si$ jak sama dzis smieje si^ z lekkim zgorszeniem, dzwonila na sluzb?. A moze nie bylo to tylko uleganie kaprysom uroczego dziecka? Wszak wszystkie panny Thiel, siostry mego ojca, w latach 20-tych ubie-glego stulecia byly wysylane z rodzinnego domu, z Pomorza az do Kuznic kolo Zakopanego aby w Szkole Gospodarstwa Domowego zalozonej dla mlodych Polek, jeszcze w XIX wie-ku, pod zaborami, przez hrabin? Zamojskq, przygotowac si? wszechstronnie do roli przy-szlej pani domu. Edukacja istotnie musiala byc wszechstronna bo uczennice, „ cepculki”, jak od bialych czepkow zakladanych na zaj^cia praktyczne w mleczarni czy szwalni, nazywali je gorale, jezdzily tez w görach na nartach, plywaly, a nasze ciotki nadto smigaly zimq w Sztu-mie na bojerze po zamarzni^tym jeziorze. Jest takie zdj^cie na ktorym cztery siostrzenice Marii Schlegel stoj^ na pomoscie, rz^-dem, wszystkie sliczne i zgrabne, no, moze jedna z nich, ciociaJadzia, jest nizsza i pulchniej-sza. Stoj^ usmiechni^te, w bialych marynarskich czapeczkach, przekrzywionych na jedno ucho, w plociennych sukienkach z granatowymi kolnierzami, kazda z lewa nog^ wysuni^-tq do przodu, w pozach jak do rewiowego tahca. W rogu zdj?cia widoczny jest drewniany boothaus, pobudowany przy pomoscie, na brzegu jeziora. Latem wyci^gano z niego lodzie: 96 Dom nad jeziorem jednq, przystosowanq do wiosel lub drugq, wi?ksz^ z zaglem, zas dlugi, w^ski bojer czekal pod dachem do zimy na seifte lodern jezioro. Pomost na ktorym stojq eztery panny zdaje si? odrywac od brzegu i plyn^c po wodzie. To wrazenie, w tym miejscu, nad jeziorem powtarza si? od wiosny do jesieni, rowniez obecnie. Kiedy z wn?trza domu, nieco z göry spoglqda si? na wody jeziora migocz^ce wsrod drzew i krzewow, dom rowniez, zda si?, plynie wsrod bujnej zieleni i momentami zatraca si? real-nosc miejsca. Czy to jeszcze ziemia, ogrod czy juz wyplywamy na wody jeziora. * Latem nasz ojciec zawsze szeroko otwieral piwnice domu od strony jeziora aby nagrzane powietrze osuszalo wilgotne sciany. Dia nas, dzieci, byla to okazja do myszkowania w ciem-nych piwnicach z ktorych wn?trza wyci^galysmy rozne zakurzone przedmioty z przeszlo-sci. Przez nasze dzieci?ce r?ce, w latach 50-tych minionego wieku, trafialy do piaskownicy, zamiast plastykowych wiaderek, rzezbione kufle z pokrywkami, ktore z trzaskiem zamyka-ly si? gdy wypelnialysmy je piaskiem aby nast?pnie odwrocic je dnem do gory i, bez powo-dzenia, postawic babk? na desce. Porzucalysmy je zatem szybko, przechodzqc do innej za-bawy, a nast?pnego dnia znow trzeba bylo wyciqgac spod starych sprz?tow, omiatac z paj?-czyn nast?pne kufle, bo te porzucone w piaskownicy w ciqgu nocy znikaly. W mroku piwnic znajdowalysmy tez kafle z rozebranych wysokich piecow z pokoi, gdy w domu zakladano centralne ogrzewanie. Korony piecow rzezbione w liscie i owoce leza-ly porozbijane, zakurzone, nie znajdujqc zastosowania w naszych praktycznych zabawach. Biale kafle przydawaly si? przynajmniej, po odwroceniu, do wsypania don piasku, kamy-kow czy lisci jako mqki, cukru lub soli do zabawy w sklep. Nie zaprzqtalysmy tez sobie glowy przyczynami rozbicia kremowych, pop?kanych kafelkow w niebieskie wzory i rysunki hala-bardnikow, pastuszkow, w?drowcow, wiatrakow. Wiedzialysmy, ze pochodzily z rozebrane-go, kuchennego pieca. Dia nas stawaly si? cenne bo latwo znajdowalo si? wsrod nich w mia-r? rowny, plaski kamyk do puszczania „kaczek” z brzegu jeziora lub do gry w klasy, naryso-wane wprost na ulicy. Ulica przed domem dlugo bowiem pozostawala bezpieczna, wolna wlasciwie od pojazdöw. Jedynie od sierpnia do polowy wrzesnia na ulicy, od switu do poz-nej nocy ustawial si? do mlyna dlugi ciqg furmanek i traktorow z przyczepami pelnymi zbo-za. Wowczas do drzwi naszego domu pukali, znuzeni dlugim oczekiwaniem, traktorzysci aby pozyczyc grübe szklanki tzw. „musztardowki”, do wödki, ktorq pili skracajqc sobie czas do chwili rozladunku. Zim^ zjezdzalismy z gorki, przecinaj^c ulic? sankami, ktore w rozp?dzie glucho uderza-ly plozami we frontowq scian? domu. I te uderzenia dom przyjmowal cierpliwie, jakby z po-blazliwym dla naszej beztroski zrozumieniem, spokojnie wyhamowujqc p?d dzieci?cych sa-neczek. Ktoregos dnia czeluscie piwnicy, jak fale jeziora wyrzucajqce na brzeg rozne, czasem dziwne przedmioty, ujawnily tajemnicz^, oprawionq w skor?, jak pocz^tkowo sqdzilismy, ksi?g?. Gdy otworzylismy jej ci?zkie i grübe okladki okazalo si?, ze mamy przed sobq album Kamila Thiel-Ornass 97 pelen starych zdj?c. Ukazaly si? nam karawany wielbl^dow ci^gn^ce przez pustynie, piasko-we wzgorza z pojedynczymi sladami stop, nostalgiczne pustynne krajobrazy, zolnierze wy-chodz^cy w pelnym rynsztunku na pustyni^, poj^cy wielbl^dy, cwiczqcy na dziedzihcu for-tu. Z pozolklych fotografii patrzaly wprost na nas usmiechni^te murzynskie dzieci, wypr$-zeni jak struny czarni wojownicy z dzidami w r^ku. Od doroslych, rownie jak my zaskoczonych owym znaleziskiem, dowiedzielismy si^, ze jest to album zagubiony lub porzucony widocznie przez Iren§, ktora bez duzego bagazu wy-jechala zaraz po wojnie do Niemiec, za m^zem, wlascicielem naszego piwnicznego odkry-cia, Ohlem, restauratorem z Pietrzwaldu. Zdj^cia zas pochodzq sprzed I-ej wojny swiatowej gdy znalazl si? on w Afryce, we francuskiej Legii Cudzoziemskiej. W Pietrzwaldzie istotnie, jeszcze jakis czas temu mozna bylo z drogi prowadzqcej ze Sztumu, zobaczyc na scianie domu gdzie pozniej, po powrocie, mial sklep i gospod?, wybla-klym juz gotykiem pisane jego nazwisko. Co gnalo tym 16-letnim chlopcem, jaki niespokojny duch zmusil go do ucieczki z wiej-skiego domu, jaki niepokoj, t^sknota za czym kazala uciec na niewyobrazalny wöwczas kraj swiata, szukac czegos, o czym si? juz nigdy nie dowiemy. Wiemy tylko, ze nad morzem, w Marsylii zgarni^to go, nastoletniego wlocz^gy, na kilka lat do Legii Cudzoziemskiej i wy-prawiono do francuskiej Afryki Polnocnej. Tam, na Saharze , w jednym z pustynnych for-tow sp^dzil kilka lat, probuj^c wraz ze swoj^ kompaniq ujarzmic dzikie plemiona Beduinow. Paradoksalnie, ta przeszlosc we francuskiej Legii byc moze ocalila mu zycie, bo w czasie II wojny skierowano go do Africa Korps generala Rommla, wykorzystuj^c dla celow wojen-nych jego znajomosc realiow pustynnych i miejscowych stosunkow. Stamt^d mial wi^ksze szanse, niz z frontu wschodniego, uratowac si? i rzeczywiscie przezyl wojn§ ale nie wrocil juz na Pomorze, w swoje rodzinne strony. Oddzialywanie tych zdj?c z przechowywanego w rodzinie albumu, ich egzotyka i melan-cholia pustynnych krajobrazow musialy byc silne i trwale skoro po 70-ciu latach znow kolej-ny chlopiec z rodziny poczul nieprzeparte pragnienie wolnosci, potrzeb? ucieczki, tym ra-zem ze zniewolonego w latach 80-tych kraju i koniecznosc szukania sensu zycia daleko od Polski, dalej niz gdzies wEuropie bo az w Afryce. Ale i on, jakpoprzednik, po latach, powrö-cil. Wrocil, bo po wielu w^drowkach i podrozach po swiecie czul rosn^cq potrzeb? powrotu do wyjqtkowego miejsca dziecihstwa, miejsca, gdzie wszystko si^ zacz^lo. Kolo zycia zato-czylo krqg. Wrocil, musial powrocie do tego szczegölnego miejsca, do domu nad jeziorem. Jozef Urbaniak JEDEN DZIEN Z KULTURA POLSKA W LUBECE WSPOMNIENIA PREZESA* Jozef Urbaniak 99 Dzialo si^ towpiqtek 21 wrzesnia 2001 roku. Pawel Kubica, uczenjanusza Olejnicza-ka, jeden z utalentowanych pianistow mlodego pokolenia, koncertem chopinowskim w wielkiej sali Wyzszej Szkoly Muzycznej w Lubece rozpoczql „Polskie Dni Kultury” w tym miescie. Nast^pnego dnia nasze Towarzystwo Spoleczno-Kulturalne LUBEKA 95 mialo ob-chodzic swoje szoste urodziny Wczesnie rano wybralem si§ spacerkiem na ulic?, gdzie mieszka moj mlodszy syn, po samochod. Idqc modlilem si? o dobrq pogod^. Zaraz po-tem zacz^lem si? pakowac, a to w zwi^zku ze straganem, ktory mielismy prowadzic pod-czas „Aegidienfest”, czyli corocznego swi^ta obchodzonego w trzeciq sobot^ wrzesnia, ku czci sw. Aegidiusza, czyli sw. Idziego. To cos w rodzaju duzego polskiego odpustu, ktory odbywa si^ wokol kosciola pod wezwaniem sw. Aegidiusza, na okolicznych ulicach i placach. Swiqtynia ta jest najmniejszym kosciolem z siedmiu sredniowiecznych koscio-low lubeckich i jest poswi^cona rzemieslnikom, z ktorych datköw zostal zbudowany. W sredniowieczu sw. Aegidiusz byl jednym z najbardziej popularnych swi^tych (obok sw. Marcina). Jest patronem, m. in. karmi^cych matek, rybakow, mysliwych, pasterzy, han-dlarzy kohmi, rozbitkow, epileptykow, chorych, rannych, grzesznikow, lucznikow, zebra-kow, zbl^kanych, dobrej spowiedzi, Wzywany jest w razie bezplodnosci i przeciw choro-bom psychicznym. Wiele niewiadomych bylo tego dnia. Nie mialem namiotu na stragan, nie mial mi kto zawiezc duzego sprz^tu, nie mialem zadnego cieplego dania na czas sprzedazy, nie wie-dzialem gdzie stoimy na „Aegidienfest”, nie wiedzialem, jak to zrobic by przygotowac sal? w Haus der Kulturen (Domu Kultury) do nauczania j^zyka polskiego. Wszystko z Bozq pomocq udalo mi si? rozwi^zac. O dziesiqtej mialem auto zapakowane az po sufit, tak ze nikt wi$cej nie mogl do nie-go wejsc, chociaz chcialem pierwotnie by ze mn^ jechala moja zona Urszula. Bylem jak w transie, bo jeszcze mialem zajechac do drukarni po nasze biuletyny, kupic talerzyki tu-rystyczne i papierowe obrusy na stoly. W Haus der Kulturen bylem umowiony z mojq zonq Urszulq, starszym synem Tom-kiem oraz Grazynkq. Spoznilem si? pi?c minut, ale na szcz^scie jeszcze nikogo nie bylo. W^skimi uliczkami dojechalem na podworze kosciola sw. Aegidiusza polozonego na Sta-rowce. Potem gor^czkowe wypakowywaniu, bo byli juz kupuj^cy... Okolo trzynastej byli-smy juz w dobrym nastroju - nie padal deszcz, a bigos Marii sprzedawal si? szybko. Przy-szly Basia i Ela M. Przyniosly chleb, smalec, noze i sol, ktora okazala si^ niezb^dna. Krotko przed czternast^ przebralem si^ za moim samochodem w garnitur i poszedlem na spotkanie z paniq dr Adq Kadelbach, aby z ni^ i pastorem Volkerem Schauerem uczest-niczyc w mi^dzynarodowym czytaniu prozy i poezji. Przed budynkiem Wydzialu Kultury i Sztuki miasta Lubeki czekalem na nasze aktorki, Joann^ Staneck^ pracuj^c^ od 2000 roku w Stadttheater Luebeck (Teatr Miejski w Lubece, najwi^kszy z szesciu), ktora z wielkim sukcesem grala rol^ w sztuce Slawomira Mrozka „Ein freundiges Ereignis („Szcz^sliwe wydarzenie”) oraz Ann^ Magdalena Fitzi - aktork^ niemieck^. Tam tez spo-tkalem spiesz^cego si? poet^ Jozka Plessa. Opowiedzial mi, jak to przez pol godziny krq- 100 Jeden dzien z kultury polsk$ w Lubece zyl w poszukiwaniu parkingu, bo cala cz^sc miasta byla zamkni^ta ze wzgl^du na Aegi-dienfest. Obydwaj niecierpliwilismy si$ nieobecnosciq naszych aktorek, bo na zegarze byla juz za dwie czternasta. Nagle odkrylismy, ze Joanna Stanecka siedzi juz w ogrodzie na lawie pod grusz^. Pani dr Ada Kadelbach, dyrektor Wydzialu Kultury i Sztuki, przywitala nas i innych gosci wlasnie tarn - pod gruszq, i mowila o tym, co za chwil^ b^dzie, i o gruszy. Niby to takie prozaiczne - grusza jak grusza, jeszcze raz spojrzalem w gör^, a tarn wisialy prawdziwe, jeszcze nie calkiem dojrzale gruszki i obok nich zarowki, duze, zölte i zielo-ne - to mialo cos z symbolu, nowego ducha. Obserwowalem mimik^ twarzy pani dyrektor i stwierdzilem, ze byla radosna i mowila szczerze to co czula, bylo tyle ciepla v/ kaz-dym jej slowie. Potem znalezlismy si? w przestrzennej sali, gdzie na zgromadzonq publicznosc spo-gl^daly wiekowe sciany. Tam, tak calkiem prosto, ale z odrobinq nonszalancji, zostaly za-powiedziane nasze aktorki. Joanna Stanecka zinterpretowala trzy wiersze naszej noblist-ki Wislawy Szymborskiej. Nie byla to tylko recytacja w j^zyku polskim, ale gra aktorska. Pierwszy wiersz möwil o kluczu, a nast^pny o wewn^trznej mocy oceniania si^, gdy czu-jesz, ze to wlasnie Bog na ciebie patrzy. Zatopilem si^ calym sobq w kazdy gest i w kazde wyszeptane przez niq slowo i w t$ cisz^. Czulem, ze to jest tak naprawd^. Byl klucz i nagle nie ma klucza. Jak dostaniemy si^ do domu ? Moze ktos znajdzie klucz zgubiony, Obejrzy go - i coz mupo nim? Idzie i w r^ce go podrzuca jak brylk^ zelaznego zlomu. Wislawa Szymborska, Klucz (jragment) Niemiecka interpretacja tego i innych wierszy byla nie tylko aktorska, Magdalena Fizi dawala wypowiedzianym slowom tak duzo blasku, ze odnosilem wrazenie, ze do swia-ta zostalo skierowane jakies nowe przeslanie milosci. To co prezentowaly nasze aktorki bylo tak ekscytuj^ce, ze po kazdym wierszu rozlegaly burzliwe oklaski i widac bylo, ze wi-downia byla zafascynowana pi^knem slowa. Wröcilem do naszego straganu. Grazyna, Ulka i od godziny Ela G., sprzedaly juz pra-wie caly bigos, wi^c my z Jözkiem Plessem dostalismy ostatnie porcje, za ktore, oczywi-scie, zaplacilismy. Potem Ulka wpadla na pomysl, by odgrzac pierogi zrobione przez Mari^ . W mi^dzyczasie sprzedawalismy röwniez piwo i prowadzilismy dlugie rozmowy z ciqgle nowymi, przybywajqcymi goscmi. Przed siedemnastq poszedlem do Haus der Kulturen, gdzie odbywal si^ „Schnuper-kurs Polnisch”, czyli krötki kurs j^zyka polskiego, prowadzony przez Malgosi^ E. Pocz^-stunek - domowe ciasta, w tym jablecznik i kaw^, przyniosly Maria K. i Ela G. Wszy-scy uczniowie siedzieli w jednym rz^dzie. Od razu pani Hinz, uczennica w moim wieku, zwröcila si? do mnie po polsku: „Ja nazywam si? Hinz a pan?” Oczywiscie zaraz jej odpo- Jozef Urbaniak 101 wiedzialem rowniez po polsku. Potem swobodna pogaw?dka w wesolym tonie przy ka-wie i ciescie. Bylern pelen dumy z post?pow naszych nowych uczniow i z tego co uslysza-lem, co glosno powiedzialem wszystkim. Szybko poszedlem do mojego opla, bo niestety, powoli zaczynal padac deszcz. Pomy-slalem sobie : „Panie i Ty Matko Najswi?tsza dotrzymalas swojej obietnicy”. Bardzo w$skq uliczkq podjechalem do naszego straganu. Padalo coraz mocniej. W du-zym pospiechu Ela i Grazyna spakowaly wszystko, a ja zanioslern do samochodu. Padalo juz tak, ze pakowalem do samochodu calkiem przemoczone kartony, rozlazqce si? w r?-kach. Probuj? wycofac samochod, ale mam problemy, wszystko zaparowalo a na dodatek möj opel jest wypelniony po brzegi. Wreszcie oddycham, jestem na prostej i jad? znowu do Haus der Kulturen. Sq tarn juz Grazyna i Ela, ktore przyszly od naszego straganu oraz Maria, wyraznie zm?czona, bo calq noc gotowala bigos, lepila pierogi oraz piekla ciasto. Policzylismy pieni^dze i rozliczylismy si?, po czym pojechalem do mojego garazu, zeby zawiesc to, co zostalo niesprzedane oraz krzeselka turystyczne, stolik i palnik gazowy. Odswiezylem si? i pojechalem do kina na polski film „Historia kina w Popielawach”. Na sali w bylo okolo 50 osob, czyli duzo wi?cej niz normalnie. Jeszcze krotko przed se-ansem rozmawialem z Irenk^ - wtedy moj^ zast?pczyni4 odpowiedzialn^ za sprawy kul-tury naszego Towarzystwa - o tym, jak i kiedy powiedziec, ze mamy problemy finanso-we dotycz^ce sprowadzania polskich filmow. Zaraz po zakonczeniu seansu Irenka wsta-la i powiedziala: - „Pan Urbaniak chce panstwu cos powiedziec.” Odczekalem az skonczy si? melodia przewodnia filmu i powiedzialem po niemiecku o problemach sprowadzania polskich filmow do Lubeki. Potem w kilkanascie osöb stalismy pod kinem opowiadaj^c sobie wrazenia, a ja musia-lem opowiedziec o moich wrazeniach z „recytowania” polskiej poezji. Poniewaz nikt nie kwapil si? do domu i znow zrobilo si? pogodnie, poszlismy szukac jakiejs przytulnej restauracji w poblizu kina. Wyl^dowalismy w „Theaterklause” w poblizu teatru, obszernej knajpce z kiczowato pomalowanymi scianami, prostymi meblami i z mozliwosciq wie-czornego sp?dzenia czasu na tarasie. W domu bylem przed pölnocq, ale juz o wpol do czwartej nast?pnego dnia cos lub ktos mnie obudzil. Bylem rzeski i pelen sil, wi?c po porannej modlitwie siadlem do kom-putera i napisalem: „Dzi?kuj? Ci Panie za ten cudowny dzien. Dzi?kuj?. * Autor od 1989 roku mieszka w Niemczech w Lubece (Lübeck). Przedtem byl mieszkan-cem Sztumu, nauczycielemfizyki i chemii w LO, Licem Medycznym i Szkole Rolniczej w Bar-lewiczkach orazpelnilfunkcjg wizytatora-metodyka tegoprzedmiotu. W roku 1971/1972 byl dyrektorem Zbiorczej Szkoly Gminnej w Starym Targu. Wlatach 1970 -1989 aktywnie dzia-lal w Zwiqzku Nauczycielstwa Polskiego, Ochotniczej Strazy Pozarnej, Lidze Obrony Kraju, Polskim Towarzystwie Turystyczno-Krajoznawczym oraz Zwiqzku Harcerstwa Polskiego, or-ganizujqc, m. in., biwaki, obozy w^drowne, bale dla nauczycieli. 102 Jeden dzieri z kulturq polskq w Lubece Swoje zainteresowania spolecznq pracq z mlodzietq poszerzone o dzialalnosc kulturalnq kontynuowal takte w Niemczech. W roku 1995 zalotyl Polsko-Niemieckie Towarzystwo Spo-leczno-Kulturalne LUBEKA 95 i byl jego prezesem do lutego 2007 roku. W tym czasie Towarzystwo zorganizowalo ponad 450 imprez, spotkan, akcji iprojektöw dla doroslych, dzieci a w szczegölnosci dla mlodziety. Dla przykladu, w tzw. Roku Polsko-Niemieckim 2005/2006 zrealizowano 70 imprez i spotkan w ktörych propagowano polskq kultur^ poprzez koncerty, wystawy malarskie, filmy, wyklady, wieczory literackie i spotkania tematyczne z udzialem ar-tystöw, muzyköw i twörcöwfilmowych z Polski oraz dziewi^c projektow wymiany mlodzieto-wej. Od wielu lat Towarzystwo systematycznie prowadzi nauk^ j^zyka polskiego dla dzieci, mlodziezy polskiej i niemieckiej oraz czwartkowe audycje radiowe w j^zyku polskim w Offener Kanal Lübeck, regionalnej audycji radiowej. W 2007 r. wspölnie z dr Berndem Bornemanem prezes Jözek Urbaniak zalozyl mi^dzyna-rodowe stowarzyszenie „Hanse-Akademie" (Akademia Hanzeatycka) Podstawowym celem tego stowarzyszenia jest skupianie artystöw z dawnych miast naletqcych do Hanzy. Dzifki temu artysci z 17panstw mieli motliwosc wystawiania swoich prac - malarstwo, rzezba, gra-fika oraz prezentowania swoich utworöw muzycznych lub literackich. Od dlutszego czasu Jozef Urbaniak wspölnie z Deutsche Auslandgeselschaft (Niemieckie Towarzystwo Zagraniczne) i z Akademia Baltika (Akademia Baltycka) realizuje ciekawe programy pobytu w Lubece dla grup mlodzietowych oraz dla nauczycieli j^zyka niemieckie-go, a takte dla turystöw indywidualnych igrup turystycznych z Polski. W programie jest zwie-dzanie miasta Lubeki, a cz^sto röwniet jej okolic. Przyjetdzajqcy nie tylko wzbogacajq swojq wiedz^ o Niemczech, ale röwniet przez cz^ste i bezposrednie kontakty, szczegölnie z mlodzie-tq niemieckq, niwelujq wzajemne uprzedzenia. Prowadzi to do pogl^biania porozumienia po-mi^dzy Polakami i Niemcami, co szczegölnie lety panu prezesowi na sercu. Na tropach historii Andrzej Czaplihski Z HISTORII STAREGO DZIERZGONIA Osadnictwo na obszarze gminy Stary Dzierzgori skupialo si? juz we wczesnej epoce zelaza, okresie wplywow rzymskich oraz wczesnym sredniowieczu. Potwieidzaj^ to przede wszyst-kim badania, ktore mialy miejsce na „Görze zamkowej” wpoblizu Starego Dzierzgonia. Pozy-skane w toku badah zabytki pozwolily okreslic uzytkowanie miejsca, przerywane doraznymi cyklami osadniczymi, pocz^wszy od wczesnej epoki zelaza az do XIII w. Podczas podboju Pomezanii pruskie grodzisko przeksztalcone zostalo w krzyzack^ wa-rowni^. Kres jej funkcjonowania polozylo najpewniej drugie powstanie pruskie. Najstarsze zapiski mowiqce o warowni lub grodzie, a nie o wsi, pochodz^ wprawdzie z 1239 r., ale od-noszq si^ jedynie do grodu, ktory w Starym Dzierzgoniu funkcjonowal znacznie wczesniej niz lokowana w 1312 r. wies. W dokumencie lokacyjnym wsi Stary Dzieizgori z 11 kwietnia 1312 r. w opisie granic znajdujemy informacj? o wzgorzu znajduj^cym si? nad izek^ Dzierz-gonkq (aquam Syrgen). Röwniez dokument lokacyjny Starego Miasta z 3 maja 1312 r. wymie-nia dwa grodziska, z ktörych pierwsze identyfikowac mozna z grodziskiem w Stai ym Miescie, drugie zas z grodziskiem w Starym Dzierzgoniu. 104 Z historii Starego Dzierzgonia Nazwa wsi pochodzi zatem od nazwy grodu. Jej genez? opisuje krzyzacki kronikarz - Dus-burg, ktory nawi^zuj^c do wydarzeh pierwszego powstania pruskiego informuje, Jakoby ry-cerze zakonni pod wodzq mistrza krajowego Henryka von Weida, w noc wigilii Bozego Na-rodzenia, podst^pnie zdobyli „zamek Pomezanow” {castrum Pomesanorum), „ktory polozo-ny byl wöwczas w miejscu, ktore nazywa si^ obecnie „Christburgk Antiquum”. Po zdobyciu grodu bracia krzyzaccy z uwagi, iz nast^pilo to w noc narodzenia Chrystusa nazwali go Cristburgk, co oznacza „zamek Chrystusa” (castrum Christi). Podaxia w Kronice ziemi pruskiej etymologia wydaje si? byc raczej legendarna, a bynajmniej nie powinno si? jej Iqczyc z okresem pierwszego powstania pruskiego, gdyz juz w dokumencie z 1239 r. znajdujemy informacje o miej-scu zwanym Kirsberg, ktorq odniesc mozna do grodu w Starym Dzierzgoniu. Jak podaje Dus-burg, Krzyzacy utraciwszy niebawem „Stary” Dzierzgoh posadowili si? w „Nowym” Dzierzgoniu zapewne w 1248 r. i na niego przeniesli nazw? Christburgk. Od tego czasu zauwazal-ne jest juz rozroznienie w stosowaniu nomenklatury wobec „starego” i „nowego” Dzierzgonia, z tym ze drugi czlon zapisywano jako: Kirsburg, Kirsberg, Crisberg, Christburgk. Pierw-szy slad wspomnianego rozroznienia znajdujemy w tekscie traktatu dzierzgonskiego z 1249 r., gdzie Stary Dzierzgoh wyst?puje jako „antiquum Christiborc”, w odroznieniu od zalozone-go w 1248 r. Dzierzgonia, ktory okreslony zostal tu jako „novum Christiborc”. Jednak do dnia dzisiejszego cz?sto myli si? jeszcze Stary Dzierzgoh z Dzierzgoniem. Nie ma jednak stuprocentowej pewnosci co do istnienia zarowno w 1239, jak i w 1249 r. wsi Stary Dzierzgoh. Najpewniej jednak wzmianki dotyczyly samego grodu oraz znajduj^ce-go si? w jego poblizu kosciola, ktory Prusowie mieli wzniesc na mocy postanowieh traktatu dzierzgonskiego. Pewne jest jednak, ze sama wies lokowana zostala na prawie chelmihskim w 1312 r. Wowczas juz znajduj^ca si? w jej okolicy warownia nie pelnila zadnej roli militar- Andrzej Czaplinski 105 nej, gdyz jak wspomniano, w opisie granic wyst^puje jedynie jako punkt orientacyjny, nazy-wany po prostu „grodzisko”. Lokacja wsi nastqpila 14 kwietnia 1312 r. z rqk komtura Gintera Arnsteina z Dzierzgonia. Wtedy tez parafii nadano pi^c wlök ziemi i dziesi^cin^ z 67 wlök. Odbudow? pierwszego ko-sciola parafialnego kolo Starego Dzierzgonia zarz^dzil dzierzgohski traktat pokojowy z Pru-sami z 7 lutego 1249 roku. Najprawdopodobniej kosciol ten sluzyl parafii przez okolo sto lat, poniewaz w latach 1350 - 1360 wybudowano drugi kosciol (gotycki), ktörego strona pölnoc-na nie posiadala okien. Komtur dzierzgonski Konrad von Bruiningsheim przed 19 listopada 1355 r. nadaj^c wsi dobra, szesc wlök przyznal kosciolowi, co potwierdzil jego nast^pca Werner von Rumdorf dnia 19 grudnia 1355 r. WI polowie XVI w. parafia byla nie obsadzona. Wi-zytator w 1543 r stwierdzil, ze do parafii nalezalo pi?c wsi, a proboszcz tutejszy obslugiwal röwniez teren parafii w Starym Miescie. WII polowie XVI stulecia dzialal zbiör protestancki, ale juz w 1591 r. zlozono z urz^du tutejszego proboszcza ewangelickiego. Kosciol, plebania i zabudowania proboszczowskie staly przy drodze tylnej wsi. Ze wzgl^du na to, ze mieszka-la tutaj znaczna liczba ludnosci polskiej, w XVII - XV11I w. nabozenstwa odprawiano po pol-sku. W tym tez czasie, na pocz^tku XVII w., powstala we wsi pierwsza szkola elementarna. W 1818 r. zrödla potwierdzily istnienie parafii ewangelickiej, Przej^ty przez protestantöw ko-sciöl przywröcono katolikom w 1945 r, a dnia 8 grudnia 1958 r. poswi^cono. Parafi^ katolickq utworzono 1 sierpnia 1957 roku. Parafia posiada dwie filie: kosciol w Przezmarku oraz kapli-c^ cmentarnq w Monasterzysku Wielkim, ktor^ dostosowano do odprawiania nabozenstw. Nazwa miejscowosci Stary Dzierzgon w wielu zrödlach wyst^puje cz^sto jako Dzierzgon i wg Krzysztofa Rymuta (Nazwy miejscowe Polski, Krakow 1997) etymologia tej nazwy prze-biegala nast^puj^co: 1200 r. - civitate Cristburg, 1239 r. - Krisberg, 1247 r. - Cristburg antiquum, Aldin Cristburg, 1249 r. - novo Christiborc, 1251 r. - Christeburch, 1258 r. - Krysburg, 1275 r. - Kri-stburg, Kristburch, 1285 r. - Christpurch, 1308 r. - Krysborg, 1311 r. - Cristborch, 1312 r. - Antiquo Cristburg, 1312 r. - Aldinkrisburg, 1355 r. - Aldekrisburg, 1317 r. - Cristburg, Crisburg, 1319 r. - Kirseborg, 1321 r. - Kirspurch, 1321 r. - Cristpurg, 1333 r. - Kyrsburg, 1335 r. - Kyrsburc, 1343 r. - Kirsburch, 1344 r. - Kersborch, 1346 r. - Kirsburg, 1383 r. - Kirstburg, 1410 r. - Dirzgou, 1454 r. - Kirsborg, Dzy(r)gon, 1465 r. - Kirsborg, 1466 r. - Dzierzgon, 1472 r. - Kyenszpark, 1480 r. - Kristborgk, 1493 r. - Kersborg, 1565 r. - od Kisparkau, 1570 r. - do Kiszporku, 1576 r. - Alt Christburg, 1601 r. - w Starym Kiszporku,1624 r. - od Kiszporgu, przy Kiszpurku, 1647 r. - Kiszburg, 1664 r. - Kiszpurg, 1667 r. - Kispurg, 1796-1802 r. - Alt Christburg, 1816 r. - Dzierzgon, 1881 r. - Dzierzgon, Kiszpork, niem. Christburg, Stary Kiszpork, 1941 r. - Dzierzgon Stary - Alt Christburg, 1951 r. - Stary Kiszpork, 1980 r. - Stary Dzierzgon. Zatem nazwa niemiecka Christburg odnosila si? do niemieckiego grodu w miejscu dzisiej-szego Starego Dzierzgonia, pözniej niem. Alt Christburg. Po zburzeniu grodu przez Prusöw Krzyzacy zalozyli nowy w miejscu dzisiejszego Dzierzgonia, przejsciowo nazwany niem. Neu Christburg. Nazwa miejscowa od Christ „Chrystus + bürg „zamek, miasto . 106 Z historii Starego Dzierzgonia W nazwie nastqpilo uproszczenie grupy spölgloskowej -stb- > -sb- i metateza Kris- > Kirs-. Postac Kirsburg stala si? podstawq polskiej nazwy Kiszpork, Kiszpark, Kiszporg itd. Nazwa Dzierzgon ponowiona z nazwy rzeki o tej samej nazwie Dzierzgonka: 1707 r. - Zorgenort, 1796 - 1802 r. - Sorgenorth, 1890 r. - Sorgenorth, Sorgenhorst, 1951 r. - Dzierzgonka, Sorgenort, 1952 r. - Dzierzgonka, 1980 r. - Dzierzgonka. Nazwa wsi od niemieckiej nazwy rzeki Dzierzgon (Sirgune 1234 r., w rzece Sorgen 1624 r.) z czlonem - ort „miejscowosc, okolica’, chyba bl^dnie - hörst. Nazwa rzeki jest pochodze-nia staropruskiego, od zirgis „ogier”, tu moze w znaczeniu „szybki’, z sufiksem -un. Nazwa Dzierzgonka wprowadzona po 1945 r. W ubieglym roku mieszkahcy Starego Dzierzgonia ufundowali kamienny obelisk z tabli-c^ upami^tniaj^c^ 700-lecie lokacji wsi. Kamieh jest ustawiony przed Gminnym Osrodkiem Kultury, odsloni^to go 2 wrzesnia 2012 r. Bogumil Wisniewski 107 Bogumil Wisniewski PUSTELNIA DOROTY Sw DorotazMqtöw (1343-1394) Wedlug najstarszej zachowanej ryciny z 1492 r. 108 Pustelnia Doroty W literaturze przedmiotu i tradycji koscielnej funkcjonuje opinia, ze cela w ktörej zo-stala zamurowana Dorota, znajduje si^ w katedrze p.w. sw. Jana Ewangelisty, a dokladniej w poludniowej stronie prezbiterium. Spotkalem si^ rowniez ze stwierdzeniem, ze jednak nie po stronie poludniowej prezbiterium, a po stronie pölnocnej szukac trzeba pomiesz-czenia swi^tej. Jednak s$ to za daleko idqce przypuszczenia, czy hipotezy, ktore zresztq nie majq potwierdzenia dokumentach i faktach. Sprawa polozenia celi wielu osobom sp^dza-la sen z powiek. Jezuita o. Fryderyk Szembek w swoim dziele pt. „Wizerunk Zacny Przygotowania Chrze-scianskiego Na Scz^sliwe Skonanie [...] To iest Zycie Chwalebne S. Dorothy z Prus Wdo-wy, Rodem Wiesniaczki a Miesczki Gdahskiey, Pahstw nie tylko Pruskich, ale tesz y Innych Onym Przyleglych, Starodawney Patronki [...] na Dobre Skonanie Pomocnice Sz^sliwey. Ktora w Kathedralnym Kosciele Biskupstwa Pomesanskiego, w Miescie Pruskim Quidczy-niu [...] Zamurowana Zyla: y [...] Dnia lednegosz Scz^sliwie Skonala. Dostateczniey niz przed tym Opisane; y do Druku Podane. Przez Collegii Brunsb. Soc. Jesu [...]” wydanym w 1698 r. umiejscowil cel§ „w gmachu pewnym po prawej stronie blisko oltarza wielkiego” opi-sal rowniez cel§: „jedno okno ku niebu mialo, drugie na cmentarz, a trzecie do kosciola dla ko-munii swi^tej, sluchania Mszy i innego nabozenstwa”. Z powyzszego opisu wynikalo by, ze in-teresujqca nas cela jest bezposrednio polqczona z katedr^, stanowi^c integralnq cz^sc ko- Bogumil Wisniewski 109 sciola. Pewnie dlatego wpözniejszych opisach Doroty powielano podanq informacj^ o. Fry-deryka Szembeka. Uwazano jq za pewnq informacj^ poniewaz ten duchowny byl w Kwidzynie z polecenia krola Zygmunta III Wazy, w celu odnalezienia grobu i szczqtkow rekluzy. S^dzono zapewne, ze zaczerpnql opini^ na temat polozenia celi przyszlej blogoslawionej od kogos z kwidzyniakow i dlatego zapis lokacji jest pewny. Wydaje mi si^, ze o. Szembek nie do korica mial racj?. Cela nie mogla byc integralnq cz^-sciq prezbiterium-katedry. Wiele wskazuje, ze rekluzorium bylo pobudowane w s^siedztwie kosciola jako wolno stoj^cy obiekt architektoniczny. Przyjmuje si^, ze budowano jq okolo trzech miesi^cy, tak jest rowniez podane w kalendarium ksiqzki. Trudno powiedziec z ja-kiego materialu ono bylo wzniesione, czy cegly, czy drewna, o czym dalej. Zagadnienie jest to o tyle wazne, poniewaz byc moze w przyszlych badaniach archeologicznych, udaloby si? odkryc fundamenty. Fundamenty budowli oraz ewentualnie fragmenty muröw wyko-nanych z cegiel tzw. palcowek, w jakims sensie pozwolilby na datowanie znaleziska i cale-go obiektu. W ubieglym roku 2012, ukazala si? bardzo wazna ksiqzka zwi^zana z bl. Doroty. Ksiqdz Biskup Julian Wojtkowski przetlumaczyl „Zywot Doroty z Mqtow” napisanq przez Jana z Kwidzyna, spowiednika i ojca duchowego pustelnicy. Pozycja ta uchyla drzwi i wpusz-cza nowe swiatlo na nasze rozwazania. Ta publikacja nie jest nowa, ale nie znajqc j^zyka nie-mieckiego nie moglem po niq si^gn^c, co utrudnialo mi poszukiwanie pustelni. Wszystkie cytaty uzyte w tym artykule pochodz^ z powyzszej lektury. A sq one naprawd^ bardzo cie-kawe i interesuj^ce. Faktem jest, ze nie ma tarn, tak duzo wprost mowiqcych opisow loka-lizacji celi, ale sq podpowiedzi, ktore naprowadzajq autora tekstu do wyci^gania wnioskow i przetwarzania ich w logicznq calosc. Dorota z Mqtow wielokrotnie podrozowala po miejscach swi^tych, stykala si? w swo-ich pielgrzymkach z pobudowanymi rekluzoriami. Wiedziala, ze aby osiqgnqc cisz? i kon-templacj? musi si? odciqc od swiata doczesnego. Ten swiat doczesny jq bolal, tak jakbolaly uderzenia m^za. Postanowila po jego smierci oddac si? Bogu, zyjqc jako ascetka w Kwidzynie. Udalo jej si^ to, miala widzenie prawie o caty rok wczesniej, widziala budow^ pustelni, w ktörej jq pozniej w 1393 r. „mocno murem oraz balami zamkni^to”. Rodzi si? w tym miej-scu pytanie, jezeli kohczono budow? katedry kwidzyriskiej, to dlaczego spowiednik wprost nie podal informacji, ze wzniesiono przy kosciele cel^ dla Doroty. „Gdy upewnisz sig o roz-pocz^ciu robbt przy budowie pustelni, powinnas wtedy, rzewnie plakac'j tej pustelni nie bylo w projekcje katedralnym, nie byla uwzgl^dniona przy pracach wykohczeniowych katedry, trzeba bylo po prostu jq wybudowac. „By kazdy przychodzqcy mögt domyslic, ze ta pustelnia jest domem swi^tym", „nazajutrz po przyj^ciu eucharystii, ukazal si^ diabel chodzqcy dookola pustelni , wyraznie Jan z Kwidzyna w tym zapisie stwierdza, ze rekluzorium, nie jest wymu-rowane przy katedrze, poniewaz diabel nie moglby chodzic dookola pustelni. W innym wy-padku napisalby, ze tylko chodzi przy celi. Ojciec Szembek wspomnial w swojej publikacji o trzech oknach. Rozmieszczenie i wi-dok z okien jest bardzo wazne. Jezuita konkretnie wymienial, co zamurowana kobieta widziala przez okna: cmentarz, oltarz i niebo. Jego opis do kohca nie jest prawdq, konfabulo- 110 Pustelnia Doroty wal pisz^c o oltarzu. Ale o tym pozniej. Zobaczmy co napisal o widoku z okien Jan z Kwidzyna, swiadek tamtych wydarzeh. Na str. 222 „... az do czwartego dnia niepragn^la orzez-wiajqcego powietrza ani widoku nieba, ani slonca. I nie patrzyla, czy okno na kosciol jest za-mkni^te czy otwarte. Pan wtedy powiedzial jej by je zamkn^la, a przez okno przeciwlegle patrzyla na niebo” sam w sobie, opis rewelacyjny. Wymienia si§ trzy okna, a jakby jeszcze si^ do-lozylo nast^pny cytat - to obraz b^dzie pelny: „ w pustelni przed dolnym oknem, przez ktö-re przynoszone b^dzie tobie jedzenie i picie, a ludzie b^dq mowili, miej zamkni^cie szklane do otwierania z koniecznosci.” Mozna z calq stanowczosciq stwierdzic, ze pustelnia miala trzy okna. Jedno okno wychodzilo na katedr^, drugie okno - dolne oszklone, sluzylo do spo-tkan z ludzmi, a trzecie musialo byc powyzej drugiego, tak aby slonce moglo oswietlac pu-stelni^. Budynek byl wi^c wolno stojqcy, wybudowany blisko kosciola od strony poludnio-wej katedry. Jedno okno wychodzilo w kierunku polnocnym na katedr^, dwa okna na polu-dnie: dolne i gerne. „Niektorzy ludzie przybyli tu na jarmark, gl^boko radujqc si^ ze mogli zo-baczyc miejsce twego mieszkania, czyli pustelni^.” Jarmarki w Kwidzynie odbywaly si? w mie-scie, a nie na podzamczu do ktofego bylo utrudnione dojscie. Pobudowanie celi od strony miasta tez mial cel propagandowy. W dzieh i w nocy mieszkaricy miasta mogli do pokutnicy przychodzic i z niq rozmawiac. Pami^tajmy ze Zakon jeszcze nie mial zadnej swi^tej ze swo-jego pahstwa korporacyjnego. „Agdy byla wpustelni, wielu ludziprzychodzilo do niej na wiel-kim mrozie zamarzni^tych i rozgrzewali si^, zanim od niej wyszli” nie wykluczone, ze przed rekluzorium rozpalano ogniska. „Wiele dni zdarzalo si^, ze jacys ludzie obojga plci zaglqdali z poboznosciq do pustelni.” I co ciekawe: „b^dqc w pustelni, nikomu nie podawaj r^ki, aby pie-niqdze przyjqc w darze, albo dotykac r^ki drugiego bez pozwolenia spowiednika (Jana z Kwi- Bogumil Wisniewski 111 dzyna)”. Musiala rozmawiac z celi z wieloma pielgrzymami. Wi^cej za niekontrolowane po-rady czasami: „zganili jqprzeto....., aleprzyjaznie za jej wypowiedz danq jakiemus czlowieko-wi bez ich zgody poprzedniego dnia wieczorem, ktory pragnql byc przez niq pouczony w spra-wach duszy". Nasza obecna domniemana cela umiejscowiona przy prezbiterium katedry ni jak ma si? do powyzszego opisu. Poniewaz ona nie ma trzech okien, ma tylko jedno, ani nie ma sladöw przepruc w murze ceglanym po dwoch pozostalych. Jan z Kwidzyna pisze tak: „sq tu bowiem trzy okna, a gdy bylo jedno dla swiatla i powietrza, wystarczyloby mi. Lecz trzy okna nie sq bez znaczenia” zapewne chodzi mu o Boga w trzech osobach. Obecne okno w domniemanej celi, znajduje si§ za wysoko. Dorota przyjmowala komu-ni^ swi^tq opierajqc podbrodek o parapet: „Ona zas na przyjqcie sakramentu, zginajqc kola-na, zwykla swq glowq ze czciq przysuwac do otworu, w ktorym wielokrotnie przyjqwszy Sakrament, gdy dusza zostala porwana, glowa jej pozostawala piqknie pochylona, podbrodek opieral si^ na dolnej czqsci otworu.." Kobiety w sredniowieczu nie byly za wysokie, kl^czqc stawala si? jeszcze nizsza, widac wi^c jasno, ze okno domniemanej celi nie pasuje do calego powyzszego cytatu. W takim ukladzie Dorota nie moglaby przyjqc komunii w celi przy prezbiterium, tym bardziej w postawie kl^czqcej. Chyba, ze stawala na stolek pod oknem, ale o tym nie ma mowy. Podkreslilem w cytowanym tekscie slowo: otwor, bo wydaje mi si^, ze oprocz trzech okien byl dodatkowo jeden otwor do komunikowania si? tylko z Janem z Kwidzyna. W tym miejscu, wracam do wspomnianego na poczqtku artykulu, wqtku o widoku oltarza z okna pustelni. „Skoro zas upragniony Sakrament nie mogl byc codziennie przynoszony z zewnqtrz (czyli z katedry) bez ujawnienia komunii, a spowiednikowi nie bylo wolno celebrowac przy niej w zamkniqciu przed swiatem, dlatego po naradzie z oblubienicq i prepozytem, w odpowiednim miejscu tego kosciola, mianowicie przedsionku pustelni, w pewnym schowku, w ktorym trzyma-no w zamkniqciu kielich i inne przybory mszalne, z uszanowaniem ukryl czcigodny Sakrament, a wgodzinie komunii sam jeden, zamykajqc siq we wspomnianym przedsionku pustelni, zapaliw-szy swiece, przy uzyciu innych ceremonii, tylko bez dzwonka, udzielal eucharystii". Z opisu jasno wynika, ze to nie byl glowny oltarz z katedry. Byl to tzw. polowy oltarz z przedsionka. Zwro-cilbym bym jeszcze uwag? na slowa „przynoszony z zewnqtrz". Eucharystia zawsze jest w ko-sciele w tabernakulum, tak bylo i wtedy. Nast^pny dowod, ze pustelnia byla wolno stojq-ca. I dalej, dlaczego msza bez dzwonka? Codzienna praktyka przyjmowania komunii swi^-tej w sredniowieczu nie byla szeroko rozpowszechniona. Mogla bulwersowac lud kwidzyh-ski. Dzwi^k dzwonka w czasie trwania mszy, robilby za duze halasu. Nie ma dzwi^ku, nie ma sladu. Stwierdzenie powyzsze jeszcze raz utwierdza mnie, ze rekluzorium bylo wolno-stojqcq, samodzielnq budowlq, wybudowanq od strony miasta. „Spowiednik niech ma klucz do pustelni w swoim wladaniu, by nikt nie przychodzil do ciebie bez jego zgody i woli wyjasnia si^ sprawa klucza. Klucz mial do dyspozycji spowiednik Doroty. Nie tylko w przedsionku odprawiano msz^, ale rowniez w nim spisywal wizje swojej penitentki. „Nadto wspomnia-ny schowek byl przed pustelniq po stronie okna pustelni umieszczony, tak daleko, ze nie mögt byc przez oblubienicq widziany oczami cielesnymi. Nawet gdyby mogla zobaczyc schowek, nie moglaby jednak zobaczyc tarn sakramentu wlozonego do korporalu. I dalej „i tak widziany byl sa- 112 Pustelnia Doroty krament przez mur i deski schowka, przez pektoral i jego torebk^ i to dokonywato sig bez wielkie-go i otwartego cudu." Sq to dwa bardzo wazne cytaty. Z jednej strony dowiadujemy si?, gdzie si? znajdowal przedsionek, a w przedsionku schowek i z jakiego materialu wykonano pu-stelni?, mowa jest o murze i deskach. Zakiadam wi?c, ze cela byla wymurowana wedlug ko-lejnosci zapisu i widziana z wewn^trz pustelni oczami Doroty: z cegiel (murowany budy-nek), a dostawiony przedsionek wykonany zostal z drewna. Przedsionek musial miec spore rozmiary skoro odprawiano w nim bez ograniczeh przestrzennych msz? oraz - ze posiadal jeszcze skrytki typu schowek. Potwierdzeniem tego faktu sq te oto slowa: „Byla wtedy to go-dzina, w ktörej ksiqdz, majqcy odprawiac w obecnosci oblubienicy, przywdzial szaty kaplanskie". Na zakoriczenie warto bylo by si? pokusic o dokladna lokalizacj? pustelni wraz z przed-sionkiem. Wiemy, ze zostala zbudowana po stronie poludniowej od strony miasta, wiemy z jakiego materialu zostala wykonana. A czy obecnie uda si? wskazac to miejsce palcem lub podac dokladne wspolrz^dne geograficzne tego miejsca? Az tak dokladnie, to chyba nie mozemy precyzowac rekluzorium. Ale mam swoje przypuszczenia. Aby potwierdzic przypuszczenie autora tekstu, na pocz^tek trzeba bylo by wykonac odwierty archeologicz-ne oraz w dalszej cz^sci przeprowadzic badania archeologiczne. Bye moze pod powierzch-niq ziemi zachowaly si? murowane fundamenty pustelni, a bye moze tarn juz nie nie ma. A co z deskami z przedsionka pustelni, przetrwaly? Uwazam, ze przetrwaly, ale dla dobra ich samych, nie mog? napisac, gdzie si? one znajdujq w katedrze. Moze kiedys za pomoc^ badan dendrochronologicznych, stwierdzi si? rok sci^cia drzewa do wykonania przedsionka, moze w ten sposob potwierdzi si? moja teoria, ale nikt nie stwierdzi jednoznacznie w stu procentach, ze zachowane drewniane deski byly uzyte w budowie przedsionka pustelni bl. Doroty, niestety tego na pewno si? nie dowiemy. Tomasz Agejczyk 113 Tomasz Agejczyk FESTUNG MARIENBURG Plan ukazujqcy rozlokowaniefortyfikacji Festung Marienburg Twierdza Malbork (Festung Marienburg) bardziej kojarzy si? z samym zamkiem niz systemem obronnym stworzonym na przelomie XIX i XX wieku, a rozbudowanym podczas I wojny swiatowej. Mimo ze do dzisiaj podmalborskie lasy kryj^ pozostalosci wielu fortyfikacji to wiedza o nich jest znikoma. Cz?sto mylona z budowlami wojenny-mi z czasow II wojny swiatowej. Historia nowozytnych fortyfikacji Malborka si^ga rozpocz^tej w 1626 roku wojny szwedzko-polskiej. Wpolowie lipca tego roku nieprzygotowany do obrony zamek, pra-wie bez walki, zaj^li Szwedzi. Miasto poddalo si$ samo, a mieszczanie zostali zmuszeni do placenia ciqglych kontrybucji i partycypacji w budowie nowych fortyfikacji dooko-la miasta, ktor^ kierowal namiestnik Carl Baner. Fortyfikacje stanowily swego rodza-ju wielki oböz, otaczajqcy od wschodu i poludnia miasto oraz cz^sciowo zamek, skla-dajqcy si? z jedenastu bastionöw polqczonych walami ziemnymi o Iqcznej dlugosci 2,5 km. W obr^bie tego ogromnego obszaru byly tez pastwiska, l^ki i ogrody. Po przeciw-leglej stronie Nogatu zbudowano jedynie urz^dzenie obronne zwane Vogelsank. Umoc-nienia te, widoczne na planie Getkanta z 1639 roku obejmowaly m. in. cz^sc obecnego Przedmiescia Sztumskiego. Ufortyfikowano rowniez Szpitaljerozolimski od strony po-ludniowej. W trzy lata pözniej, 25 lipca 1629 roku umocnienia usilowaly zdobyc woj-ska hetmana Koniecpolskiego - bez powodzenia. Szwedzi opuscili je dopiero na mocy rozejmu w Starym Targu, przy czym przekazali je wojskom elektora branderburskiego jako zastaw. W 1655 roku na Polsk? spadl nowy najazd szwedzki. W lutym roku nast^pnego Szwedzi podeszli pod Malbork. Miasto natychmiast poddalo si?. Zamek zdobyto po jednomiesi^cznym obl^zeniu. Krol szwedzki, chcqc uczynic z Malborka silnq twier-dz^ na wypadek obl^zenia polskiego, rozkazal ufortyfikowac miasto, ale wedlug innej Tomasz Agejczyk 115 koncepcji niz poprzednio. Wzorcem staly si? umocnienia nieregularne typu holender-skiego polozone zaraz za murami sredniowiecznymi i fosami (wzdluz obecnej ulicy 17 Marca). Ci$gn?Iy si? one az do zamku na wysokosc Mlyna Sredniego. W trakcie tych prac w cz?sci poludniowej zburzono kaplic? Najswi?tszej Marii Panny przed Bramq Sztumskq. Obl?zenie polsko-brandenburskie w 1659 roku nie powidlo si?. Wojska Karola Gustawa opuscily Malbork dopiero po podpisaniu pokoju w Oliwie w 1660 roku. Ogolocony z armat zamek nie mial odt^d praktycznie znaczenia militarnego. Nie obsa-dzono go tez stalq zalogq wojskow^. 8 kwietnia 1660 roku malborczyk Maurycy Engelke dysputowal w elblqskim gimna-zjum o „koniecznosci obwarowywania fortyfikacjami miast”, co bylo wyrazem ogölne-go stanu umocnieh w Prusach. Zabiegi o utrzymanie i rozwöj fortyfikacji podejmowa-ne ze strony wladz krölewskich zderzaly si? z ogolnq zlq kondycjq miasta po wojnach polsko-szwedzkich. Stqd zrozumialy jest pewien opör mieszczan malborskich, kiedy komendant garnizonu wiosnq 1666 roku nakazywal im dostarczyc ludzi i materialy bu-dowlane w zwiqzku z budowq rawelinu, a krölJan Kazimierz w lutym nast?pnego roku zqdal podobnych swiadczen. Dopiero za Augusta II rozpocz?Iy si? pospieszne prace przy odnawianiu fortyfikacji zamkowych. Pogl?biono fosy i zalano je wodq. W 1734 roku idqce na Gdansk wojska rosyjskie zabraly z zamku ostatnie pi?c armat, zas szesc lat pozniej ostatniego dziala pozbylo si? miasto kupuj^c za nie pomp? przeciwpozaro-w^. Byl to definitywny koniec Malborka jako twierdzy. 11 wrzesnia 1772 roku z zamku wyszedl nieliczny polski garnizon pod dowödztwem generala-majora Goltza. Nast?p-nego dnia weszly tu wojska pruskie. Zmiana przynaleznosci panstwowej spowodowala, ze zamek stal si? miejscem militarnym. Skoszarowano w nim regiment piechoty „Graf von Krockow”. Przeprowadzono zakrojone prace majqce na celu przeksztalcenie zamku w koszary i magazyn wojskowy. W pocz^tkach XIX wieku zacz?to wskazywac na nieskutecznosc systemöw obron-nych z czasöw sredniowiecznych i nowozytnych. To przekonanie kierowalo wladzami francuskimi w 1807 roku, kiedy nakazaty rozebrac ruiny kaplicy Mariackiej - b?dqcej jednoczesnie zewn?trzn^ bram^ wjazdow^ do miasta od strony Sztumu. Prace przerwa-no po zawarciu pokoju w Tylzy. Rok 1839 przyniösl poczqtek waznego z punktu widze-nia rozwoju przestrzennego miasta procesu rozbiorki umocnien zewn?trznych. Zasy-pano wöwczas mi?dzy innymi fragment fosy przy ulicy Garncarskiej, w miejscu dawne-go mostu. Od lat 70-tych XIX wieku nastqpil dynamiczny rozwöj miasta. Prace rozpo-cz?to od rozbiorki nowozytnych umocnien. W 1869 roku zniwelowano rawelin i mury miejskie przy Bramie Mariackiej, a w latach 1878—1883 rozebrano pozostale umocnienia od strony wschodniej i poludniowo-wschodniej. Rowniez w tym czasie zniwelowano szaniec w Kaldowie. Jedynym wzmocnieniem starzej^cych si? fortyfikacji byla bu-dowa w latach 1851-57 mostu kolejowego na Nogacie i towarzysz^cych mu umocnien linii kolejowej: bram i wartowni mostu oraz blokhauzöwpowstalych z przebudowy sredniowiecznych baszt. W 1872 roku Malbork zostal zakwalifikowany do twierdz II rangi fortyfikacji Dolnej Wisly (Weischellinie) - co oznaczalo utrzymanie lub wzmocnienie jego obronnosci. W czerwcu 1889 roku nast^pila kasacja twierdzy, a rok pozniej podj?- to decyzj? o rozbudowie nowych umocnieh. Wlasciwie dopiero 14 stycznia 1898 roku sporz^dzono plany mobilizacyjne i projekty dotyczqce budowy kompleksu fortyfikacji broniqcych waznej przeprawy na linii kolejowej Berlin - Krolewiec. W latach 1899-1903 na prawym brzegu Nogatu, w luku rzeki, zbudowano pölpier-scien o promieniu 4 kilometröw skladajqcy si^ z 10 dziel1 piechoty punktu oporu pie-choty oraz 8 stalych baterii dzial 120 i 150 mm. Na froncie poludniowym nowej twier-dzy (w terenie pagörkowatym) rozmieszczono grupy dziel piechoty z bateriami na za-polu, a na froncie wschodnim (osloni^tym terenami podmoklymi) rozmieszczono ba-terie artyleryjskie wspierane tylko dwoma dzielami piechoty. Istnialo ponadto szesc przewoznych wiezyczek dla armat kalibru 50 mm rozmieszczonych parami w kilku miejscach. Proj ektowaniem i budowy nowej twierdzy kierowala Fortyfikacja Gdansk (Fortifikation Danzig), a od 1902 roku Fortyfikacja Grudziqdz (Fortifikation Grau-denz). W 1903 roku, w chwili ukonczenia budowy zasadniczego trzonu kompleksu obronnego, utworzono odr^bnq Fortyfikacja Malbork (Fortifikation Marienburg). W trakcie budowy fortyfikacji wykorzystano w celach obronnych idealne warunki te-renowe. 1 Dzielo piechoty to nazwa budowli ziemnej, schronu zelbetowego, bojowego lub mieszkalnego, czy kilku systemow razem zbudowanych. Na przeklad, w rejonie skarpy czy przeciwskarpy (ziemne budowle - rowy przeciwczolgowe) zabudowany jest schron bojowy ze stanowiskiem na armat^ lub dzialo. Tomasz Agejczyk 117 W 1901 roku ukoriczono: • Bateria nr 1 (Batterie 1 - Bl) “Heidnische Preußen” - zbudowana dla 6 armat 150 mm. Dwa betonowe schrony amunicyjne na skrzydlach baterii. Na prawym skrzy-dle ceglane stanowisko obserwacyjne. • Bateria nr 2 (Batterie 2 - B2) “Braunswalde” - zbudowana dla 6 armat 120 mm. Dwa betonowe schrony amunicyjne na skrzydlach baterii. Na prawym skrzydle ceglane stanowisko obserwacyjne. • Dzielo Piechoty nr 2 (Infanteriewerk 2 - IW2) - zbudowany w poblizu szosy do Go-sciszewa (Braunswalde) dla jednej kompani. Fort sklada si? z ceglano- betonowego schronu glöwnego oraz jednokomorowej wartowni. • Dzielo Piechoty nr 4a (Infanteriewerk 4a - IW4a) — fort sklada sfo z betonowego schronu glöwnego oraz jednokomorowej wartowni z prawej strony fortu dla jedne-go plutonu. Wybudowany wpoblizu drogi do Gronajn (Grünhagen). • Dzielo Piechoty nr 4b (Infanteriewerk 4b - IW4b) - fort wybudowano w celu bloka-dy linii kolejowej do Sztumu (Stuhm). Sklada sfo z betonowego schronu glöwnego. Na wale zlokalizowano baterie skladajqcq sfo z pary przewoznych wiezyczek Gruso-na dla armat szybkostrzelnych 53 mm. • Bateria nr 4 (Batterie 4 - B4) “Grünhagen“ - zbudowana dla 6 armat 120 mm. Dwa betonowe schrony amunicyjne. • Dzielo Piechoty nr 6 (Infanteriewerk 6 - IW6) - fort dla jednej kompani sklada si? z dwöch schronöw. • Bateria nr 5 (Batterie 5 - B5) „Altmark” - zlokalizowana przy drodze do Starego Targu (Altmark) dla 6 armat 120 mm. Sklada sfo z betonowego schronu amunicyj-nego, nisz obserwacyjnych oraz pary przewoznych wiezyczek Grusona dla armat szybkostrzelnych 53 mm. • Bateria nr 8 (Batterie 8 - B8) „Libenthal” - bateria dla 6 armat 150 mm. Dwa betonowe schrony amunicyjne oraz ceglane stanowiska obserwacyjne. • Bateria nr 9 (Batterie 9 - B9) „Schießberg” - bateria dla 6 armat 150 mm. Dwa betonowe schrony amunicyjne oraz ceglane stanowiska obserwacyjne. • Dzielo Piechoty nr 7 (Infanteriewerk 7 - IW7) "Königsberger Bahn“ - powstalo dla obrony linii kolejowej prowadz^cej do Elbl^ga i Krölewca. Sklada si^ z lewego schronu piechoty, prawego schronu piechoty oraz wartowni. • Punkt Oporu (Infanterie-Posten - IP) „Galgenberg“ - punkt oporu piechoty zloka-lizowany na Rakowcu, blokuj^cy drog? na wschöd w kierunku Elbl^ga i rzek^ Nogat. Obrona wzmocniona byla bateri^ skladajqc^ si? z pary przewoznych wiezyczek Grusona dla armat szybkostrzelnych 53 mm. Na zapleczu znajduje sfo jednokomo-rowy schron. Punkt przeznaczony dla polowy plutonu. 118 Festung Marienburg W roku 1902 ukoriczono: • Dzielo Piechoty nr 3a {Infanteriewerk 3a - IW3a) - fort sklada sfo z betonowego schronu glownego (5 komor + latryna) oraz jednokomorowej wartowni. Przezna-czony dla 2 plutonow. • Dzielo Piechoty nr 3b (Infanteriewerk 3b - IW3b) - fort sklada si? z betonowego schronu glownego (3 komory + latryna) dla 1 plutonu. • Dzielo Piechoty nr 5a (Infanteriewerk Sa - IWSa) - fort dla 2 plutonow, sklada sfo z schronu glownego (5 komor i latryna) oraz jednokomorowej wartowni. • Dzielo Piechoty nr 5b (Infanteriewerk Sb - IWSb) - fort sklada sfo z schronu glownego (3 komory i latryna). Przeznaczony dla jednego plutonu). W roku 1903 ukonczono: • Dzielo Piechoty nr 1 (Infanteriewerk 1 - IW1) - fort przeznaczony dla kompanii, sklada sfo z ceglano-betonowego schronu glöwny (6 komor i latryna) oraz jednokomorowej wartowni. Dla rozbudowy linii obrony pomi^dzy Bateriami 5 i 8 dobudowano na przelomie roku 1909 i 1910 now^ Bateri? nr 6, czym uzupelniono luk? w Milosnej. • Bateria nr 6 (Batterie 6 - B6) - fort dla 6 armat 120 mm. Sklada sfo z: dwoch ma-lych schronow, betonowego schronu dla artylerzystow (3 komory dla zalogi, komo-ra dla oficerow i telefonistow, maszynownia, latryna), stanowiska obserwacyjnego oraz duzego betonowego schronu amunicyjnego (2 komory). W rezultacie budowy 14 czerwca 1910 roku utworzono „Festung Marienburg”. Dziela Piechoty przybieraly najcz^sciej ksztalt polowy reduty o dlugosci frontowej 120 m przy dlugosci bokow do 94 m. Frontowe gardlo rozszerzalo sfo do 152 m. Skla-daly sfo z silnego schronu glownego, otoczonego przez splaszczony wal i plytkq fos? (od 1 do 1,5 m) chronionq zasiekami z druku kolczastego. Wal o owalnym ksztalcie byl znieksztalcany dla lepszego dostosowania do otaczaj^cego terenu. Kazde dzielo dyspo-nowalo wartowniq. Sciany posiadaly grubosc 1,5 m, sufit 1,2 m. Schrony amunicyjne nakryte zostaly za to betonem o grubosci 1,5 m. Do wszystkich dziel piechoty przewi-dziano 88 dzial. Po wybuchu pierwszej wojny swiatowej zwfokszylo sfo zagrozenie ze strony armii carskiej zblizajqcej sfo do Prus. 3 sierpnia 1914 roku podj^to decyzj? o rozbudowie pierscienia umocnieh twierdzy. Przyst^piono do budowy zasiekow z drutu kolczaste- go i gal^zi, kopania okopöw, a nast^pnie do prac fortyfikacyjnych. W latach 1914-1915 powstaly nowe budowle o konstrukcji betonowej: • 4 Schrony piechoty 1-4 (Infanterieraum - II - 14) - 4-komorowe schrony z latry-nami i maszynowniq sluzqcq röwniez jako kuchnia. W latrynie umieszczono strzel-nice flankujqce wejscie. Wszystkie schrony otrzymaly betonowe sciany o grubosci 2 m oraz metrowy sufit. Tylna sciana byla ciehsza (0,6 m) gdyz przykrywala jq war-stwa ziemi. Kazdy schron otrzymal röwniez wlasnq studni? o gl^bokosci 30 m dla zaspokojenia potrzeb 2 plutonöw (120 ludzi). • 9 Schronöw artylerzystöw nr 1, 2, 3, 4, 5, 8, 9, B i C (Artillerie-Raum — Al, A2, A3, A4, AS, A8, A9, AC, AB) - schrony betonowe z ceglanq fasadq przeznaczone dla artylerzystöw Baterii. Skladajq si? z 6 komör i latryny. Kazdy przeznaczony dla 150 osöb. • 6 Schronöw dla dzial polowych z obslugq (Zwischenraum-Streiche — Za, Zb, Zc, Zd, Ze, Zf) - schrony betonowe z ceglanq fasadq dla artylerzystöw i dwöch dzial baterii tradytorowych 77 mm. Sklada si^ z 4 komör. • 4 Schrony amunicyjne (Munitionsräume — M3, MS, MB, MC) — betonowe schrony z ceglanq fasadq. Skladajq si? z 2 komör. 120 Festung Marienburg Wszelkie prace ziemne prowadzone byly do wiosny 1915 roku przez 6000 cywil-nych pracowniköw, ktörych wspomoglo 800 m^zczyzn z 77 batalionu uzbrojenia. Woj-na przetoczyla si$ z dala od Malborka i nie spowodowala zadnych zniszczeh. Na mocy traktatu wersalskiego Malbork jak i inne miasta niemieckie zostaly opuscily wojska, a tym samym przestala istniec Twierdza. Kolejna militaryzacja miasta nastqpila w czerwcu 1944 roku, gdy wojska radziec-kie staly juz na przedpolach Prus Wschodnich. Ogloszono rowniez Malbork twier-dzq, a stare fortyfikacje zostaly przej^te przez wojsko. Pod koniec lipca przyst^piono do budowy szahcow. Row przeciwczolgowy pochodz^cy jeszcze z czasöw I wojny zo-stal pogl^biony i wydluzony do ponad 10 km. Okalal miasto pölkolem od sluzy Galgenberg (Rakowiec) poprzez Tessendorf (Nowq Wies), Willenberg (Wielbark) az do sluzy Schönau (Szonowo). Do pracy wykorzystywano okolo 6000 starych i mlo-dych mieszkahcöw Malborka, okolicznych wsi jak rowniez robotniköw sci^gni^tych na przymusowe roboty. Inwestycia realizowana byla pod kierownictwem oficeröw We-hrmachtu. Wewn^trz urz^dzeh obronnych przewidziano rowniez kilka stanowisk ar-tylerii, ktöre dopiero w polowie grudnia 1944 roku wyposazono w 18 zdobycznych dzial dla czterech baterii. Trzy z nich otrzymaly po cztery dziala wloskie 150 mm, a jed-na czesc starych dzial czeskich 75 mm. Traktowano je jako dziala pozycyjne. Na prze-lomie 1944/1945 roku rozbudowa umocnieh zostala w wi^kszosci zakohczona. Zalo-ga Twierdzi, l^cznie z Volkssturmem, liczyla 2500 ludzi. 23 stycznia 1945 roku wojska radzieckie znalazly si? na przedpolach Malborka. Dwa dni pozniej Armia Czerwona przelamala stanowiska Punktu Oporu Galgenberg i zblizyla si^ do miasta. Rozpocz^lo si^ obl^zenie Malborka, ktöre skohczylo si^ 9 marca - wysadzeniem mostow. Po wojnie czesc umocnieh zostala zaj^ta przez wojsko i dopiero w latach 90-tych XX wieku zostaly opuszczone, nie uwzgl^dniajqc terenu nalezqcego do lotniska. Wi^k-szosc obecnie zachowanych budowli niszczeje, jest dewastowanych przez zlomiarzy, kilka zostalo wysadzonych, niektore zasypane przez odpady z cukrowni. Wciqz nie ma pomyslu na pozostalosci po Festung Marienburg. Jan Chlosta 121 Jan Chlosta POLACY NA POWISLU PRZED 1939 ROKIEM CZ. 1 Powisle przez lata zwi^zane z Wielkopolskq i Pomorzem stanowilo w mi^dzywojniu te-ren o wi^kszym niz Warmia i Mazury stopniu nasilenia zywiolem polskim. Wplyn^lo na to miejscowe ziemianstwo, ktorego przedstawiciele byli tu przewodnikami zycia narodowego. Wywodzili si§ z Sierakowskich, Donimirskich, Chelkowskich, Janta-Polczynskich. Przeno-sili wi^c na te ziemie formy dzialari pogl^biaj^cych polskie trwanie, wczesniej powolywane w Poznariskiem i na Pomorzu jak banki, kölka rolnicze, towarzystwa ludowe. Tu zawsze dq-zono do Iqczenia mieszkahcow tej ziemi z kultury polsk^ starano si^ zainteresowac lumina-rzy nauki i kultury narodowej z ziemiami prawobrzeznej Wisly. Czynili to nie tylko Siera-kowscy z Waplewa, ale ich inicjatywy zostaly udokumentowane. Waplewo, ktöre od 1759 roku znajdowalo si? w ich r^kach, goscilo jeszcze w polowie sierpnia 1827 roku Fryderyka Chopina, kiedy kompozytor odwiedzal Gdansk, potem we wrzesniu 1867 rokujözefa Igna-cego Kraszewskiego, w 1875 roku - etnografa Oskara Kolberga, ktory zanotowal kilkana- Ji 122 Polacy na Powislu przed 1939 rokiem scie piesni miejscowych. Wreszcie w okresie od 1 do 8 pazdziernika 1877 roku przebywal z zon^ i najstarsz^ cork$ Jan Matejko, co zwi^zane bylo z pracq nad „Bitwq pod Grunwal-dem”, a mistrz pozostawil rysunki Marii z Potockich i Adama Sierakowskiego. Na dluzej za-witali do Waplewa w 1881 roku profesor Stanislaw Tarnowski z Krakowa, ktory odnotowal swoj^ goscin^ w drukowanym tekscie „Z wakacji” oraz Michal Elwiro Andriolli1. Zauwazyl ksiqdz Walenty Barczewski, ze historia Powisla bardziej Iqczyla si^ z Pomo-rzem, röwniez zwyczajami ciqzylo raczej ku ziemiom po lewej stronie dolnej Wisly niz do polskiej Warmii2. Juz w 1867 roku na Powislu utworzone zostaly pierwsze polskie spölki. Byl nim Bank Prywatny w Starym Targu i rok pözniej taki sam w Pierzchowicach. Wlasci-wie w Pierzchowicach istnialy dwa banki. Drugi powstal 30 pazdziernika 1891 roku. Zalo-zycielem banku w Starym Targu byl Teodor Donimirski z Buchwaldu, dyrektor Zachod-nio-Pruskiego Ziemiahstwa Kredytowego w Kwidzynie. Uchodzil on wöwczas za czlo-wieka obeznanego z nowoczesnym rolnictwem i finansami. Wiele podrözowal po Europie i wci$z pogl^bial swojq wiedz§ rolpiczq. Zdolal tez namöwic wi^kszych wlascicieli ziem-skich i drobnych gospodarzy do zalozenia banku, aby w ten sposöb uniezaleznic si? od ka-pitalu niemieckiego. Poczqtkowo byly to instytucje w uproszczony sposöb zorganizowane. Przyjmowaly depozyty czlonköw tylko wtedy, kiedy nadawala si^ dogodna lokata kapita-lu. Dopiero z chwilq przystqpienia do tych placöwek do Banku Spölek Zarobkowych w Po-znaniu sytuacja ulegla zmianie. Poznahski Bank, maj^cy Charakter centrali, regulowal do-ptyw i odplyw srodköw pieni^znych wedlug potrzeb powislahskich spöldzielni oszcz^dno-sciowo-pozyczkowych. Zresztq dzialacze Wielkopolski, ksi^za: Piotr Wawrzyniak i Stanislaw Adamski sami zach^cali miejscowych dzialaczy do powolywania kolejnych banköw na tym terenie. Tak bylo z powstalym 18 stycznia 1910 roku i wpisanym do ksiqg s^dowych 15 lutego tego samego roku, Bankiem Ludowym w Sztumie3. W pierwszym roku istnienia bank mial zaledwie 72 czlonköw, w 1913-212, 1919 - 240 czlonköw. Placöwka miescila si^ w bu-dynku stanowi^cym wlasnosc lekarza Feliksa Morawskiego, ktory byl röwnoczesnie kie-rownikiem i czlonkiem Zarzqdu banku. Stopniowo wrastaly skladane depozyty. Wynosi-ly one w 1910 - 227 381 marek, w 1913 - 568 266, w 1919 - 1 417 542 marek. Poza tym jeszcze w 1912 roku zalozono niewielki bank w Tychnowych k. Kwidzyna, w ktörym szcze-gölnq rol§ odgrywali: ks. Eryk Gross i Antoni Liszewski. W 1920 roku powstal Bank Ludo-wy w Kwidzynie. Podobnie jak w Wielkopolsce we wsiach powislahskich powolywano towarzystwa ludo-we i kölka rolnicze. Pierwsze kölko rolnicze powstalo w Starym Targu jeszcze w 1866 roku. Zalozyli je Jan i Teodor Donimirscy. Jan Donimirski prowadzil w swoim majqtku Buchwal-dzie wzorowq obor? zarodow^. Na zebraniach poslugiwano si? wylqcznie j^zykiem pol-skim. Kölka wykorzystywano do hurtowych zakupöw nawozöw sztucznych i ziarna siew- 1 A. Bukowski, Waplewo. Zapomniana placöwka kultury polskiej na Pomorzu, Wroclaw, 1989, s. 109-135. 2 W. Barczewski, Geografia sztumskiego Powisla, GottNiedzielny, dodatek do Gazety Olsztynskiej, [dalej GO], 1921, nr 46 Z12XI. 3 A. Lubihski, Przyczynek do dziejöw spöldzielczosci na ziemi sztumskiej w drugiej polowie XIX wieku i w pierwszej XX wieku. Komunikaty Mazursko-Warmihskie, [dalej KMW], 1982, nr 1; por. tenze i L. Chetnik, Bank Ludowy w Sztumie 1910-2010, Sztum, 2010, s. 12. Jan Chlosta 123 nego, na wspölnych spotkaniach dzielono si^ doswiadczeniami na temat upraw i hodowli. Ziemiahstwo polskie nie zgermanizowalo si^ szerz^c wsröd chlopöw i zatrudnionych tarn robotniköw rolnych swiadom^ akcj$ kulturalnq. Szczegölnie zashizyly si? w tej dzialal-nosci rodziny Sierakowskich i Donimirskich. Pierwsze kolo Towarzystwa Ziemianek na powiat sztumski zalozono juz w 1910 roku w Sztumie. Zrzeszalo, jak pisal konsul Jozef Gieburowski, na poczqtku 20, ale juz w 1922 roku — 70 kobiet, zon powislahskich rolniköw, ktörych gospodarstwa si^galy od 100 do 400 mörg. Na czele towarzystwa stan^la Helena Sierakowska (1886-1939), zona wlascicielka Waplewa. Wspomagaly j^ Maria i Wanda Donimirskie. Powislahskie towarzystwo przyjf-lo Statut i formy dzialania istniej^cych w Poznariskiem tego rodzaju organizacji. Urzqdza-no spotkania towarzyskie z interesuj^cymi pogadankami, pielgrzymki do Gietrzwaldu i Pia-seczna pod Gniewem, przygotowano kursy pod fikcyjnym szyldem kroju i szycia, na ktörych wyglaszano wyklady z literatury polskiej, historii i geografii. W ramach wieczornych zaj^c odbywaly si^ pröby przedstawieh teatralnych, deklamowano wiersze. Towarzystwo utrzymywalo patronat nad powolywanymi Towarzystwami Kobiet Chrzescijahskich pod wezwaniem swi^tej Kingi oraz tworzonymi przedszkolami, nazywanymi tutaj ochronkami. Pierwsze towarzystwo sw. Kingi zalozono jeszcze 8 grudnia 1918 roku w Starym Targu. Przewodniczyla temu kolu röwniez H. Sierakowska, czlonkami zarz^du byly. Emilia Chel-kowska, Maria Dziendzielöwna, Franciszka Kuszmideröwna i Maria Zakrzewska. Nast^pne kola zalozono w Mikolajkach Pomorskich, Postolinie, Nowym Targu. Mniej niz na innych ziemiach polskich zaboru pruskiego w dzialania narodowe angazo-wali si? ksi^za katoliccy. Wptyw na to mialy postawy rzqdcöw diecezji warmihskiej, do kto-rej Powisle na mocy bulli papieskiej z 1821 roku zostalo wlqczone. Zaröwno biskup Andreas Thiel jak i jego nast?pca Augustyn Bludau przenosili duchownych angazujqcych si? po stronie polskiej w niemieckie rejony diecezji. Tak stalo si? m. in. w 1903 roku z ks. dr Rober-tem Bilitewskim nios?cy poslug? religijn, w Gryzlinach, w 1926 roku z ks. Karolem Lan-gwaldem z Wrzesini pod Olsztynem. W obawie przed przeniesieniem do innych parafii, du-chowni nie brali udzialu w inicjatywach narodowych Polaköw. Wyjqtek stanowili: ksi?za: blogoslawiony ks. Wladyslaw Demski ze Starego Targu, ktöry w 1922 roku przeniösl si? do Inowroclawia, ks. Bronislaw Sochaczewski z Krasnej t^ki, ks. Eryk Gross z Tychnowych, Jan Mazella, ks. Franciszek Polomski ze Straszewa, Jozef Przeperski przez jakis czas nios^cy poslug^ religijnq w Postolinie. X Bezposrednio po zakonczeniu pierwszej wojny swiatowej na Powislu znöw ozylo pra-gnienie powrotu do Polski. Mieszkahcy liczyli si? z tym, ze jako cz^sc dawnych Prus Za-chodnich, podobnie jak Wielkopolska i Pomorze, zostanie wlqczone do panstwa polskiego. To przeswiadczenie dominowalo mi?dzy Polakami. Ono bylo obecne w pierwszych dzia-laniach powolanej juz w koricu listopada 1918 roku pod kierownictwem Stanislawa Sie-rakowskiego 34 osobowej Polskiej Rady Ludowej na powiat sztumski Zakladano, ze hcz-ba ludnosci polskiej w czterech powiatach: Sztum, Kwidzyn Susz i Malbork siygala ponad 40 tysi?cy. Co prawda Niemcy w dokonanych spisach ludnosci podawah inne dane, a mia- 124 nowicie to, ze 1910 r. zamieszkiwalo tarn zaledwie 15 445 Polakow, nast?pnie w 1922 - 10 805, w 1925 - 9 525, w 1933 - 5 828 Polakow, ale byly to przeciez wielkosci zanizone. Pierwszym waznym dzialaniem Rady Ludowej na tym terenie byly starania o polskie szkolnictwo. Po interwencji Rady Ludowej pruskie ministerstwo oswiaty wyrazilo zgo-d? na nauczanie j?zyka polskiego w trzech pierwszych klasach szkoly, w wymiarze od 4 do 6 godzin tygodniowo, jednak obiecano to wprowadzic z poczqtkiem roku szkolnego 1919/1920. Obj?lo ono szkoly niemieckie: w Nowym Targu, Straszewie, Trzcianie, Posto-linie. Dqbröwce Pruskiej, Starym Targu. Nast?pnie Komisja Mi?dzysojusznicza specjalnym zarz^dzeniem z 17 marca 1920 roku zezwolila na wprowadzenie do szkol ludowych nauki w j?zyku polskim lub utworzenia oddzielnych polskich szkol. Sprowadzono do tych szkol nauczycieli z Wielkopolski i Pomorza. Na tej zasadzie utworzonych zostalo 35 punktöw na-uczania w powiecie sztumskim i 5 w powiecie kwidzyriskim. Chociaz istnialy ter szkoly sto-sunkowo krötko, to obj?to w nich nauczaniem ponad 2000 uczniöw. Wyznaczono nawet inspektoröw szkolnych. Byli nimi; Franciszek Muzolf dla powiatu kwidzyriskiego i Henryk Sniegocki - dla sztumskiego. Opröcz tego utworzono 15 przedszkoli, do ktörych ucz?szczalo ponad 650 dzieci. Opie-kowala si? nimi takze Helena Sierakowska, Maria i Wanda Donimierskie oraz przybyla z Poznania Anna Lubiehska. Kilka przedszkoli zdolano utrzymac po przeprowadzonych plebiscytach. W tym samym czasie rz^d J^drzeja Moraczewskiego, oglaszaj^c wybory do Sejmu Usta-wodawczego, przewidywal przeprowadzenie rowniez wyboröw w dwöch powiatach kwi-dzynskim i sztumskim. Do wyboröw jednak nie doszlo, bo wladze niemieckie zagrozily, ze podj?cie jakikolwiek dzialah przedwyborczych zostanie potraktowane jako zdrada stanu. W tej sytuacji pierwszym powaznym posuni?ciem miejscowej Rady Ludowej byly wybory 21 delegatöw z Powisla na obraduj^cy mi?dzy 3 a 5 grudnia 1918 roku Sejmikiem Dzielni-cowy w Poznaniu. Wsrod nich znalezli si? wlasciwie wszyscy aktywniejsi dzialacze polscy z Powisla z Sierakowskim, Witoldem i Kazimierzem Donimirskimi na czele. To zgromadze-nie w Poznaniu stalo si? wielk^ manifestacj^ jednosci Polakow z dawnego zaboru pruskie-go. Podj?to na nim dwa wazne postanowienia: 1. wlqczyc Powisle wraz z Warmiq do Pod-komisariatu Naczelnej Rady Ludowej w Gdahsku oraz 2. podporz^dkowac si? postanowie-niom, jakie zapadnq na Wersalu w podczas konferencji pokojowej i nie podejmowanie zad-nych dzialah zbrojnych.. Tymczasem w Paryzu pojawiaty si? niekorzystne dla Polski i Powisla decyzje. Pierwszq bylo postanowienie Komisji Cambona o rozstrzygni?ciu przyna-leznosci pahstwowej poludniowych cz?sci Prus Wschodnich w drodze plebiscytu, a wi?c opowiedzenia si? ludnosci czy chcq nadal byc pod pahstwowosciq niemieckq, bqdz polskq? Nast?pne to sprawa Gdahska i przyj?cia w pierwszych dniach kwietnia 1919 roku projektu premiera Wielkiej Brytanii Lloyda George' a o stworzeniu z Gdahska obszaru o ograniczo-nej suwerennosci w postaci Wolnego Miasta. Ta kwestia Iqczyla si? z powiatami powislah-skimi. Nieprzychylny Polakom dyplomata angielski nalegal od razu, aby Rada Najwyzsza podj?la decyzj? o przylqczeniu Powisla do Prus Wschodnich. Stalo si? to 9 kwietnia 1919 Jan Chlosta 125 roku na posiedzeniu Rady Czterech, na ktörym przyjd° postanowienie o przesuni^cie po-wiatöw nadwislariskich do Prus Wschodnich, w tym takze przeprowadzenie powszechne-go plebiscytu pod nadzorem Komisji Mi^dzysojuszniczej. Premier Francji Georges Clemenceau pröbowal te dwie kwestie oddzielic, to znaczy zaakceptowac wniosek o uczynie-niu Gdariska wolnym miastem, ale Powisle przekazac Polsce bez plebiscytu. Przewidywal trefnie, ze przeprowadzenie tarn glosowania oznaczalo, ze powiaty te przypadn^ Niemcom. W tej sytuacji nie pozostalo nie innego jak tylko rozpoczqc starania o zmiany w ustale-nia zarz^dzen wykonawczych dotycz^cych samego glosowania 11 lipca 1920 roku. W tym celu wyznaczono trzech ekspertöw, wywodz^cych si^ z terenow glosowania. Powisle repre-zentowal S. Sierakowski. Wyjechal on do Paryza 16 pazdziernika 1919 roku i sp^dzil tarn co najmniej dwa miesi^ce4, W odroznieniu od dwöch pozostalych ekspertöw: Stanislawa Nowakowskiego z Warmii i Zenona Eugeniusza Lewandowskiego w sprawach Mazur, Sierakowski byl najbardziej zwi^zany z ziemi^ zamieszkania. Znal jak inny polozenie miejsco-wej ludnosci, jej stosunkowo nisk^ swiadomosc narodow^ w znacznym stopniu naruszon^ wieloletniq germanizaej^. Podzielal opini^ cz^sci Polaköw, ktöra uwazala, ze samo postanowienie o przeprowadzeniu plebiscytu bylo juz nasz^ przegran^. Nie wierzyl w sprawiedli-we glosowanie przedlozone na Wersalu przez Komisji Julesa Cambona, aby o przynalez-nosci pahstwowej ziem jedenastu powiatöw dawnych Prus Wschodnich mieli w plebiscycie mogli zdecydowac sami mieszkahey. Skoro jednak delegacja polska, niezbyt obeznana z sy-tuaejq narodowosciowa, przyj^la warunki glosowania, to nalezalo przynajmniej skorygo-wac wczesniej ustalone warunki glosowania,. Trzej eksperci byli zgodni, ze nalezy koniecz-nie doprowadzic do: - usuni^cia z terenow glosowania jak najwi^kszej liezby urz^dniköw niemieckich, - wprowadzenia alianckich wojsk okupacyjnych na calym obszarze glosowania, bo w pierwszej wersji na Wersalu przyj^to, ze utrzymanie porzqdku mialo nalezec wy^cznie do niemieckiej Strazy Bezpieczehstwa (Selbsschutz), co grozilo dyskryminaej^ strony pol-skiej, - zawieszenia postanowieri wst?pnych o uprawnieniu do udzialu w glosowaniu wszyst-kich urodzonych na tym obszarze, a zamieszkalych w 1920 roku gdzie indziej. Pisal o tym S. Sierakowski w liscie z 13 X 1919 roku do Podkomisariatu Naczelnej Rady Ludowej w Gdansku. Ekspertöw zach^cano röwniez do nawiqzania kontaktöw z Polakami, wcielonymi do ar-mii niemieckiej, ktörzy jako jehey przebywali wtedy we Francji, aby ich wykorzystac w pol skim aparacie plebiscytowym. Ostatecznie delegacii polskiej nie udalo si? zmienic cz?sci wst?pnych ustalen. Wlasci-wie zdolano przeforsowae jedynie kwesti? sprowadzenia niewielkiej liezby wojsk z paristw tworz^cych Komisje Mi?dzysojuszniczq. Na terenie glosowania pozostall wszyscy urz?dni-cy niemieccy z wyjqtkiem nadburmistrza Olsztyna Georga Zulcha i dowodey Strazy Bez- :T^^Z^ do Podkomisanatu Rady Ludowej w Gdahsku, w. Plebiseyty n. Warn», Mazuraeh i Powidu w 1920 roku, Wydali P. Stawecki i W. Wrzesinski, Olsztyn, 1986, s. 89. 126 Polacy na Powislu przed 1939 rokiem pieczehstwa majora hrabiego Oldenburg-Januschau. Ci zostali usuni^ci za to, ze odmowi-li udzialu w uroczystosci ponownego zawieszenia tablicy pod Konsulatem RP w Olszty-nie, zdj^tej w nocy przez nieznanych sprawcow. Dopuszczono tez do udzialu w glosowaniu wszystkich urodzonych na tych ziemiach przed 1900 rokiem, a zamieszkalych w zachod-nich cz^sciach Niemiec. Zenon Lewandowski w sprawozdaniu z 28 X 1919 roku na temat udzialu w glosowaniu „emigrantow” napisal: „Pokazato si^, ze to horrendalne glupstwo, aby urodzeni na terenie ple-biscytowym mieli prawo glosowania, zostalo na zyczenie polskich czlonköw komisji do traktatu wstawione! Jaka to lekkomyslnosc ludzi, ktorzy decydujq o losach kraju, ktörego nie znajq! Przez t^ lekkomyslnosc mozemy latwo Mazowsze stracic, bo wqtpi^ czy si^ ten blqd da naprawic”5 Na tej zasadzie ziemi^ swego urodzenia odwiedzilo w na glosowanie w przyblizeniu 128 tysi?-cy osob. Wszyscy oddali swoje glosy za Prusami Wschodnimi czyli za Niemcami. Nie udalo si? tez Stanislawowi Sierakowskiemu zrealizowac postulatu, aby przed ple-biscytami teren Powisla, a wi^c parafie katolickie podporz^dkowac bezposrednio Stolicy Apostolskiej. Jako prezes Rady Ludowej na powiat sztumski przedlozyl Nuncjuszowi Apo-stolskiemu w Warszawie arcybiskupowi Achillesowi Ratiemu, pozniejszemu papiezowi Piusowi XI, specjalne pismo. Proponowal w nim skierowanie na Powisle misjonarzy z Polski do poslugi religijnej oraz przylqczenie tych terenow do diecezji chelmihskiej, od jakiej w 1821 roku zostaly odlqczone i wyl^czenie spod jurysdykcji biskupa warmiriskiego. Wszystkie te kwestie powtorzono za wiecu 29 lutego 1920 roku w Kwidzynie. W podj$-tej rezolucji wysuni^to z^dano od Komisji Mi^dzysojuszniczej; 1. faktycznego wydalenia oddzialow niemieckich Sicherheitswehr, Einwohnerwehr i Grenzpolizei z obszaru plebi-scytowego, 2. odebrania wszelkiej broni i amunicji, ktora posiada cywilna ludnosc niemiec-ka, 3. wydalenia naplywowych urz^dnikow ktorzy wyst^powali wrogo wobec Polakow i za-st^pienia ich przedstawicielami ludnosci tubylczej lub silami polskimi spoza obszaru plebi-scytowego, 4. przesuni^cia terminu glosowania, aby ludnosc polskq z terroru stosowanego przez rzqd niemiecki i jego terenowych funkcjonariuszy ochlon^c mogla.6 Zachowujqc urzqd komisarza plebiscytowego rzqdu polskiego 5 lutego 1920 roku Stanislaw Sierakowski zostal mianowany konsulem generalnym utworzonego Konsulatu RP w Kwidzynie. Na udzielenie exequatur Komisji Mi^dzysojuszniczej nie musial dlugo cze-kac. Jego osoba nie spotkala z protestami Niemcöw, tak jak to bylo z Konsulatem w Olsz-tynie. W sklad personelu kwidzyhskiej placowki wchodzili: Tadeusz Morawski z Jurkowa, hrabia Stanislaw Potulicki ze Zmigrodu, redaktor „Dziennika Poznanskiego” Leon Przybyszewski, ktory po wyjezdzie Komisji Mi^dzysojuszniczej, a wi^c od 15 VIII 1920 roku, byl przez poltora roku kierownikiem placowki o zmniejszonej randze, bo agencji konsularnej. Dopiero po przybyciu na teren glosowania przedstawicieli Komisji Mi^dzysojuszniczej, co stalo si? 11 lutego 1920 roku, Warmihski Komitet Plebiscytowy mogl podj^c szerszq prac? kulturalno-oswiatowq, a wi^c organizowac wiece i tworzyc terenowe placowki dziala- 5 Z. Lewandowski, Sprawozdanie nr 6 delegata Warmii i Mazur, w: Plebiscyty na Warmii, Mazurach i Powislu w 1920 roku, op. cit. s. 93. 6 Nasze zqdania, Gazeta Polska dla Powiatow Nadwislanskich, 1920, nr 2 z 2 III. Jan Chlosta 127 nia narodowego. Dzi?ki ks. dr Antoniemu Ludwiczakowi, ktöry z poczqtkiem lutego 1920 roku, przejql po Kazimierzu Donimirskim kierownictwo Komitetu Plebiscytowego, podj?-to akcj? upowszechniania polskich ksiqzek i tworzenia bibliotek. Prawie kazda wies otrzy-mala bibliotek? z ksi?gozbiorem liczqcym okolo 100 woluminöw. Ozywily tez swojq dzia-lalnosc wczesniej powolywane towarzystwa ludowe, mlodziezowe, sw. Kingi, rolnicze. Roz-pocz?to organizowanie röznego rodzaju spotkan o charakterze narodowym, wieczory pie-sni, wspölnego czytania ksiqzek i gazet. Dwukrotnie na Powislu koncertowal wywodzqcy si? z Warmii Feliks Nowowiejski. Pierwszy koncert odbyl si? 25 kwietnia 1920 roku w sali swi?tego Michala w Kwidzynie. Obok samego kompozytora, ktöry dyrygowal miejscowym chörem „Lutnia” przygotowanym przez nauczyciela Szczygla, sam kompozytor gral na for-tepianie i poza nim wyst?powali: Helena Sosihska - spiew oraz Jadwiga Dirscianka i Wilk -recytacje. Brat kompozytora ks. dr Rudolf Nowowiejski wyglosil dluzsze wystqpienie o pie-sni polskiej. Wprogramie koncertu znalazly si? fragmenty „Na smierc Ellenai” trzecia scena z „Quo vadis” piesni solowe Nowowiejskiego, w tym hymny „Görnoslqzaköw” „Floty Polskiej” sama „Rota” spiewana takze przez publicznosc. Tydzieh pözniej ten sam repertuar powtörzono podczas koncert w Sztumie w Sali strzelnicy.7 W Kwidzynie dwukrotnie 24 lutego 1920 i 21 marca 1920 roku wystqpil zespöl teatralny Tomasza Dziadosza. Pierwszy raz wystawiono przedstawienie „Chrzesniak wojenny” Hen-nequina i Vebera, a drugi - komedi? „Ciotka Karola” Brandona. WJanowie, ktore jak wiado-mo, przypadlo Polsce po plebiscytach, 28 marca 1920 roku ten sam zespöl wystqpil z przed-stawieniem „Obrona Cz?stochowy”. W dniach poprzedzajqcych plebiscyt na Powislu goscili tez Stefan Zeromski, Jan Ka-sprowicz i Wladyslaw Kozicki. Zeromski przemawial na zjezdzie kölek rolniczych 24 maja 1920 roku w Sztumie, odbywal konferencje z przedstawicielami Komisji Mi?dzysojuszni-czej i odwiedzal miejscowych ziemian: S. Sierakowskiego w Waplewie, Jana Kowalskiego w Görkach, Donimirskich w Zajezierzu i Buchwaldzie. Swoje wrazenia z pobytu na Powislu zawarl w zbiorku „Inter arma” pt: „Ilawa-Kwidzyn-Malbork”. Wydal tez odezw? do spo-leczehstwa polskiego wzywajQcq do obrony polskosci w Prusach Wschodnich. Polska glosowanie 11 lipca 1920 roku przegrala. Nie miejsce tu na wskazanie przyczyn niekorzystnego wyniku glosowania. Daly o sobie znac na daleko posuni?te procesy ger-manizacji. Poza tym brzmienie samej kartki wyborczej, glosowalo si? za Polskq i Prusami Wschodnimi zamiast Niemcami, poza tym byla nieprzemyslana zgoda delegacji polskiej na dopuszczenie do glosowania tych wszystkich, ktörzy si? tu przed 1900 rokiem urodzi-li, a w 1920 roku przebywali w Westfalii i Nadrenii, oni wykorzystali darmowy przyjazd do odwiedzenia swoich stron rodzinnych, a poniewaz przejazd fundowali Niemcy, wi?c uzna-li, ze trzeba glosowac za Prusami Wschodnimi, obecnosc niemieckich urz?dniköw, terror, wojna z Rosj$ bolszewickq, mimo wszystko niewielka pomoc ze strony Polski, przyczynily si? do tej kl?ski. W czterech powiatach, a wi?c sztumskim, kwidzyhskim, suskim i malbor-skim za Polskq glosowalo zaledwie 7,58 procent, najwi?cej glosöw za Polskq padla w powie-cie sztumskim, az 19,07 procent. W tym powiecie byly az 33 wsie, w ktörych Polacy uzyska-^W^id^bS^^koncert plebiscytowy Feliksa Nowowiejskiego, w: Biblioteczka Towarzystwa Milosnihiw Ziemi Sztumskiej, Tom 1, Sztum 1997, s. 57-62. 128 Polacy na Powislu przed 1939 rokiem li wi?kszosc. Wsrod nich Stary Targ, Trzciano, Postolin, Zajezierze, Czernin, Pierzchowi-ce, Sadluki, Straszewo. Poniewaz znajdowaly oddalone od granicy z tego powodu pozosta-ly w pahstwie niemieckim. W tym rejonie do Polski przylqczono: Nowe Lignowy Klamro-wo, Borsztych, Janowo, Male Pölko, port w Korzeniewie, dworzec w Gardei oraz przyczo-lek mostowy na Wisle pod Opaleniem. X Polska tamto glosowanie 11 lipca 1920 roku przegrala, ale na Powislu pozostali Polacy. Po plebiscycie w przyblizeniu swojq ziemi? rodzinnq opuscilo prawie 2 300 osob.8 Cz?sc rolnikow swoje gospodarstwa zamienila z Niemcami, ktorzy opuscili tereny teraz wcho-dz^ce w sklad terytorium Polski. W swoich dobrach pozostali Sierakowscy Donimirscy Kowalcy Chelkowscy. Oni nadal przewodzili miejscowym Polakom w dzialalnosci naro-dowej, w staraniach o polskie szkolnictwo i trwanie przy kulturze i obyczajach przodkow. Pierwszym takim dzialaniem bylo powolanie Zwiqzku Polakow w Prusach Wschodnich. W zebraniu konstytucyjnym, ktoiv odbylo si? w Olsztynie 30 listopada 1920 roku bralo udzial dziewi?ciu delegatow z Powisla, siedmiu z Warmii i jeden z Mazur. Powisle reprezen-towali wi?c: Kazimierz Donimirski z Malych Ramz, ktory byl wicemarszalkiem zebrania, redaktor „Gazety Polskiej dla Powiatöw Nadwislanskich” Stanislaw Pilarczyk z Kwidzyna, ks. Wladyslaw Demski ze Starego Targu, Stanislaw Haertle z Szadlowa, Pawel Muchowski ze Sztumu, Leon Liebrecht z Postolina, Helena Sierakowska z Waplewa, Jan Klein ze Stra-szewa, Tadeusz Odrowski z Kwidzyna. W czasie obrad dluzsze wystqpienia wyglosili: S. Pilarczyk (O stanie polskosci na Powislu), S. Haertle (O organizacji kölek rolniczych), K. Donimirski ((Zwi^zek Spolek Zarobkowych, szczegolnie bankow), H. Sierakowska (O potrze-bie utrzymania ochronek i dzialalnosci charytatywnej). Prezesem Zwiqzku Polakow w Prusach Wschodnich wybrano ks. Waclawa Osihskiego z Butryn pod Olsztynem, jego zast?p-cq zostal Pawel Muchowski kupiec ze Sztumu, skarbnikiem zas Stanislaw Haertle z Szadlo-wa. Kierownikiem organizacji obrano Brunona Gabrylewicza, a po jego opuszczeniu Prus Wschodnich - Jana Baczewskiego z Gryzlin. Zalozyciele Zwiqzku Polakow w Prusach Wschodnich uzasadniali potrzeb? utworzenia tej organizacji ch?ci$ „obrony interesow polskiej mniejszosci narodowej, staraniem o podniesie-nie dobrobytu polskiego ludu [...] w szczegolnosci Zwiqzek Polakow domagac si^ b^dzie wypel-nienia wszystkich uprawnionych zqdah ludnosci polskiej [...J Zwiqzek Polakow jest przedstawi-cielem wszystkich Polakow bez jakiegokolwiek zabarwienia klasowego”.9 W krötkim czasie or-ganizacja zrzeszala 3000 czlonkow, najwi?cej bo az 1800 z Powisla. Nast?pnie, w przypadku tworzenia ogolnoniemieckiej organizacji polskiej pod nazwq Zwiqzku Polakow w Niemczech, co stalo si? 27 sierpnia 1922 roku, wlasnie doswiadczenia olsztynskie zostaly w pelni wykorzystane. Oddzialy Zwiqzku Polakow w Prusach Wschodnich z poczqtkiem 1923 roku staly si? agendami IV Dzielnicy Zwiqzku Polakow w Niemczech. W tym miejscu godzi si? przypomniec, ze prezesem Zwiqzku Polakow w Niemczech w latach 1922-1931 byl Stanislaw Sierakowski, a w sklad Rady Naczelnej weszli: Jan Baczewski i ks. Waclaw Osihski, a od 1931 r. Kazimierz Donimirski zostal wiceprezesem 8 Z. Lietz, Plebiscyt na Powislu, Warmii i Mazurach w 1920 roku, op. cit. s. 143. 9 [L. Lydko], Zwiqzek Polakow w Prusach Wschodnich, Gazeta Olsztyhska [dalej Gazeta], 1920, nr 146 z 4 XII Zwiqzku Polaköw w Niemczech. Znane s^ nazwiska zaledwie 260 czlonköw Zwi^zku Polaköw w Niemczech, zamiesz-kuj^cych na Powislu.10 W tej liczbie bylo zaledwie 45 kobiet, az 80 procent czlonköw za-mieszkiwalo w powiecie sztumskim. Najwiycej, bo az 60 czlonköw bylo w Oddziale Trzcia-nie, 17 w Waplewie, 13 w Nowym Targu, po 10 w Sztumie i Starym Targu, w Mikolajkach, po 8 w Postolinie i Straszewie. Prezesem zarz^du okr^gu Ziemia Malborska Zwiazku Polaköw w Niemczech w latach 1923-1934 byl Kazimierz Donimirski, a nastypnie do wybuchu II wojny swiatowej - Boleslaw Osihski. Zachowane dokumenty wskazuja jednak na to, ze czlonköw ZPwN na Powislu bylo ich znacznie wiycej. Otöz w 1926 roku bylo 960 czlonköw, a jeszcze w kwietniu 1938 roku Okr?g Malborski, czyli Powisla, IV dzielnicy Zw,,z-ku Polaköw w Niemczech obejmowal 583 czlonköw, nadto 124 czlonkin Towarzystwa Kobiet Chrzescijariskich sw. Kingi i 160 czlonköw Zwiazku Towarzystw Mlodziezy. Jeszcze rok wczesniej istnialo na Powislu 20 Oddzialöw ZPwN. Znajdowaly si? one w nast?puH-cych miejscowosciach: Sztum, Stary Targ, Nowy Targ, Waplewo, Mikolajki, Sadluki, Pru-ska Dubrowka, Mirany, Pierzchowice, Postolin, Kwidzyn, Benowo, Tychnowy, Nowa Wies, Kalwa-Pietrzwald, Trzciano, Krasna L^ka, Dubiel, Nygusy Balewo. Röwnoczesnie Zwiqzek Polaköw w Prusach Wschodnich przej,l rol? koordynatora röz-nychzakresow pracy narodowej przez utworzenie pi^ciu patronatow. 1. Spo e i Towa B. Luk.™z W. Wrzesi«, iV Dzidnic, Z„l^^ Olsztyn, 1982, s. 15 i dalsze. 130 Polacy na Powislu przed 1939 rokiem rzystw Zarobkowych, 2. Kölek Rolniczych, Towarzystw. 4. Szkolnictwa, 5. Spraw Robot-niczych. Komisji szkolnej przewodniczyla H. Sierakowska, ktöra doprowadzila na Powislu do utrzymania po plebiscytach nauczania j^zyka polskiego. Zreszt^ Komisja Szkolna uznala starania o polskie szkoly oraz nauczanie j^zyka polskiego w szkolach niemieckich i organi-zacjach pozaszkolnych za najwazniejsze. Nie pomijano rowniez sprawy przygotowania mlo-dziezy z tych ziem do zawodu nauczycielskiego. Chodzilo o to, aby w momencie pozyska-nia zezwolenia wladz pruskich na otwarcie polskich szköl na Powislu i poludniowej War-mii wlasnie ci przygotowani nauczyciele podj^libywnich nauczanie. Z tego powodu powo-lane Polsko-Katolickie Towarzystwa Szkolne kierowaly mlodych ludzi do seminarium nauczycielskiego w Lubawie.11 Ukohczyli je m. in. dwaj nadzwyczaj aktywni dzialacze w pra-cy szkolnej na Powislu: Maksymilian Golisz i Jan Boenigk. Na Powislu glöwnie dzi^ki zapobiegliwosci Heleny Sierakowskiej udalo si?, przy wyko-rzystaniu istniej^cych przepisöw, utrzymac nauczanie j^zyka polskiego w dziewi^ciu miej-scowosciach. Na lekcje ucz^szczah od 180 do 200 dzieci. W 1928 roku zas bylo jedenascie punktöw szkolnych z nauka j^zyka polskiego z 264 dziecmi. Szkoly w ktörych nauczano czytania i pisania po polsku, niekiedy wylqcznie religii w tym j^zyku, znajdowaly si? w na-st^puj^cych miejscowosciach: Biala Gora (10 z uczniami), Dubrowka Polska (6), Dubiel (16), Mikolajki (50), Mirany (5), Nowa Wies (17), Postolin (27), Pulkowice (12), Stary Targ (32), Straszewo (5), Trzciano (84). W 1927 roku istnialo siedem przedszkoli: w Mikolajkach z 29 dziecmi, zaj^cia prowadzi-la Helena Gwiazda, w Nowym Targu, (18) Maria Wroblewska, w Postolinie (20) Anna Piotrowska, w Starym Targu (20) Maria Sufrazanka, w Sztumie (15), Anna Kiwity, w Trzcia-nie (17) Agnieszka Polomska, w Waplewie (40), bylo chwilowo nie obsadzone. Przedszko-lanki zajmowaly si^ rowniez miejscowymi bibliotekami. W razie potrzeby dostarczala star-szym czytelnikom ksiqzki do domöw. W 1936 roku bylo jeszcze 12 bibliotek. Znajdowaly si§ one w Pierzchowicach, Postolinie, Sadlukach, Waplewie, Trzcianie, Nowej Wsi, Nowym Targu, Miranach, Starym Targu Mikolajkach, Sztumie i Tychnowych. W dalszym ci^gu zabiegano o utrzymanie polskich organizacji gospodarczych takich jak kölka rolnicze i banki. W 1925 kölko rolnicze w Sztumie zrzeszalo 20 czlonköw, kierowa-li nim Boleslaw Osihski jako prezes oraz Teofil Redmer i Jan Kowalski, w Postolinie: (14) - Jozef Zblewski, Rendke i Jan Gorski, w Pierzchowiach: (12) - Franciszek Lemkowski, Jan Lemkowski i Alfons Kalinowski, w Mikolajkach: (21) - Stanislaw Schreiber, Sypniewski i Nierzwicki, w Tychnowych: (27) - Glodny Kolodziej, Kulecki, w Starym Targu: (40) -Franciszek Chelkowski, Rejewski i Stanislaw Gorski, w Trzcianie: (20) - Franciszek Quella, Antoni Lewicki, Trzcihski. Patronem wszystkich kölek byl Kazimierz Donimirski. On wci^z upominal si^ w centrali Zwiqzku Polaköw o utworzenie w Sztumie Rolniczo-Han-dlowej Spöldzielni „Rolnik”, podobnej do tej jaka istniala w Olsztynie. Co roku w kazdym z tych kölek odbywaly si? srednio po siedem zebrah szkoleniowych czyli pogadanek m. in. o wprowadzeniu plodozmianu, korzysci z nawozöw sztucznych, hodowli bydla, uprawy ro-slin paszowych, dokonywano lustracji gospodarstw. Organizowano tez konkursy na wzoro- 11 J. Chlosta, Szkolnictwo polskie na Warmii w latach 1919-1920, KMW, 1977, nr %, s.388; Por. B. Koziello-Poklewski i W. Wrzesinski, Szkolnictwo polskie na Warmii, Mazurach i Powislu w latach 1919-1920, Olsztyn 1980, s. 52. Jan Chlosta 131 we gospodarowanie. W dalszym ciqgu istnialy banki: najstarszy w Sztumie, nadto w Kwidzynie, Pierzchowi-cach i Tychnowych. Najwi^cej czlonkow mial sztumski Bank Ludowy oraz bank w Kwidzy-nie - 114 czlonkow. Brakowalo w nich zawsze srodköw, ale drobnymi pozyczkami wspo-magaly polskich rolniköw w ten sposöb uniezalezniajqc ich od korzystania z niemieckich banköw, co zawsze Iqczylo si^ z nakazem zerwania przez nich zwi^zkow z ruchem polskim. Wazne bylo powolanie w listopadzie 1923 roku Zwiqzku Towarzystw Mlodziezy w Pru-sach Wschodnich, dqzqcego do ujednolicenia dzialalnosci istniej^cych juz köl mlodziezy na tym terenie. Zaröwno na Powislu jak i na poludniowej Warmii pierwsze kola mlodziezy zacz^to tworzyc jeszcze przed plebiscytami. Powstawaly wtedy kola mlodziezy i gniaz-da sokole do obrony wiecöw oraz towarzystwa spiewacze. Po glosowaniu 11 lipca 1920 roku wi^kszosc z nich zupelnie zawiesila swojq dzialalnosc. Nawet Zwi^zek Polaköw w Pru-sach Wschodnich nie powolal komisji mlodziezy. Nast^pnie pod Olsztynem kola mlodziezy ozyly w Gietrzwaldzie, Lesznie, Gutkowie, Stanclewie, Wrzesinie, Roznowie, Biskupcu, Gryzlinach i Mokinach, a na Powislu dzi^ki inicjatywom Franciszka Barcza juz w 1922 roku tworzono kluby sportowe, kola spiewu w Czerninie, Postolinie, Starym i Nowym Targu, Andrzejowie, Trzcianie, Krasnej L^ce, Waplewie, Straszewie, Sztumie, Tychnowach, Zaje-zierzu i Mikolajkach. Dzialalnosc istniej^cych kol wymagala pewnej koordynacji. Do zjaz-du zalozycielskiego polskich towarzystw doszlo 3 listopada 1923 roku. Wowczas kola mlodziezy w calych Prusach Wschodnich zrzeszaly juz 960 dziewcz^t i chlopcöw, w tym na Powislu na Powislu 300 osöb. Na zjezdzie dokonano wyboru Rady Wykonawczej, znalezli si^ w niej z Powisla: Jan Schroeiber, Jan Fiszer, Pawel Sowa i Anna Brassöwna. W statucie pod-kreslono, ze zwi^zek ma na celu zrzeszanie wszystkich towarzystw mlodziezy polskiej ku jednolitemu: 1. piel^gnowaniu mowy ojczystej i przywiqzaniu do ziemi rodzinnej, 2. ogöl-nemu oswieceniu wszystkich, 3. popieraniu materialnemu i pomocy wzajemnej wszystkich czlonkow, 4. utrzymaniu kolezehskich stosunköw i piel^gnowaniu braterstwa, 5. wychowa-niu fizycznemu przez urz^dzanie wspölnych wycieczek, cwiczeh gimnastycznych, zaklada-nie kluböw sportowych. Opierajqc si? na formach pracy innych organizacji takze Zwiqzek Towarzystw Mlodziezy przyjql roczny kalendarz tematyczny dzialalnosci, w ktorym styczeh i luty poswi^cone byly prowadzeniu zaj^c teatralnych i zabawom zimowym, w marcu i kwietniu — recytacjom utworöw poswi^conych polskiej mlodziezy, w maju i czerwcu — piesni i muzyce polskiej, w lipcu i sierpniu — sportowi, wycieczkom i zabawom, we wrzesniu i pazdzierniku — histo-rii Polski, czytelnictwu i bibliotekom, w listopadzie i grudniu - religijnosci, w tym okre-sie przypadalo swi^to patrona zwiqzku sw. Stanislawa Kostki. Dzialalnosc poszczegölnych köl byla silnie nasycona tresciami religijnymi. Pomi^dzy waznymi zadaniami na pierwszym miejscu wymieniono „obrony i szerzenie religijnosci i dobrych obyczajöw , nast^pnie - pie-l^gnowanie mowy ojczystej i przywi^zanie do ziemi rodzinnej. Wszystkie zebrania i spotka-nia rozpoczynano od piesni „Boze cos Polsk?. Liczba köl mlodziezy na Powislu zwi^kszala si^. W 1922 roku bylo 7 köl z 165 czlonka-mi, w 1924 roku juz 15 köl z 482 czlonkami, w nast^pnych latach liczba czlonkow nie zeszla 132 Polacy na Powislu przed 1939 rokiem ponizej 300 osob. Czynione byly starania, aby mlodziez z Powisla, Warmii i Mazur uczestni-czyla w zaj^ciach zorganizowanego przez ks. Ludwiczaka Uniwersytetu Ludowego w Dal-kach pod Gnieznem. Informacje o odbywaj^cych si§ w okresie jesienno-zimowym poda-wano w kolejnych numerach „Zycia Mlodziezy” i „Gazecie Olsztyriskiej”. L^cznie w turnu-sach wzi^lo udzial blisko 100 czlonkow Zwiqzku Towarzystw Mlodziezy. Odnotowac trze-ba takze prowadzone przez Mikolaja Dorsza kursy przysposobienia rolnicze, ramach szko-lenia mlodziez prowadzila poletka doswiadczalne. W pazdziernika 1932 roku na zakohcze-nie kursu w Cygusach na Powislu urz^dzono uroczystosci dozynkowe. W ramach köl mlodziezy zalozono szesc druzyn pilki noznej: w Waplewie z 26 zawod-nikami, w Postolinie z 23, klub przyj^l nazw^ „Jastrz^b” w Krasnej L^ce z 28, opiekowal si? nimi ks. Jozef Przeperski, w Trzcianie z 21, Starym Targu z 16 i tyle samo w Andrzeje-wie. Zespoly co najmniej raz w tygodniu odbywaly treningi i rozgrywali mi^dzy sob^ me-cze. W 1924 roku odbylo si? spotkanie pomi^dzy reprezentacjq Polaköw z Powisla i Warmii. Wygrali Powislacy az 7:1. Kolejne ozywienie sportu na Powislu nast^pilo w latach trzydziestych. Konkretne dzia-lania inicjowal konsul z Kwidzyna Mieczyslaw Rogalski, ktory w raporcie z 28 VIII 1935 roku napisal: „W dziedzinie sportu akcja konsulatu idzie w trzech kierunkach [...] wywiera si^ w kierownictwach towarzystw mlodziezy nieoficjalny nacisk by dokladali starah nad stwo-rzeniem i organizowaniem polskich zrzeszeh sportowych [...] Druga liniq wytyczna jest spro-wadzanie druzyn polskich z kraju, co ma na celu przede wszystkim popularyzowanie sportu na calym terenie. Trzeciq liniq po jakiej konsulat rozwija akcje sportowq, to nawiqzanie kontaktow sportu niemieckiego zpolskim". W tym czasie na Powislu istnialy cztery druzyny m^skie siat-kowki: w Sztumie, Trzcianie, Starym targu i Postolinie oraz w Sztumie druzyna zehska. 25 sierpnia 1935 roku Zwiqzek Polakow urz^dzil turniej siatkowki, w ktorym wzi^ty udzial wszystkie druzyny. Wystqpil takze goscinnie zespol „Gryfa” z Torunia. W turnieju najle-piej wypadl zespol ze Sztumu przed Trzcianem, Postolinem i Starym Targiem. Goscie z Torunia dali pokaz gry w siatköwk^ i kladko pokonali kombinowana druzyny mlodziezy pol-skiej z Powisla 2:0. Juz w pierwszym numerze dwutygodnika Zwiqzku Towarzystw Mlodziezy z 12 X 1924 roku, jakim bylo „Zycie Mlodziezy”, podkreslono, ze „celem towarzystw mlodziezy jest obro-na wiary, tu po ojcach odziedziczona, przed zap^dami jej wrogöw. Wspolna komunia swiata czlonkow towarzystwa, to bardzo skuteczny srodek do osiqgni^cia tego celu. Srodek przypisany przeciez takze przez ustawy nasze”.12 Pismo sluzylo przede wszystkim samym kolom mlodziezy, podsuwalo tematy rozmow na zebraniach, interesuj^ce lektury, organizowalo konkursy, zach^calo do nadsylania wypo-wiedzi o pracy kola terenowego, przygotowanych przedstawieniach teatralnych, przeczyta-nej ksiqzce, sportowych rozgrywkach i wycieczkach. Autorem wi^kszosci artykulow programowych byl Antoni Szajek. Nawolywal on mlo-dych: „Nie jest dobrze jezeli tylko starzy ludzie trzymajq si^ swojej gadki macierzystej, czyta-jq polskie ksiqzki i cejtunki [gazety], chodzq na polskie nabozenstwa. T^ drogq spuscizn^ po oj- 12 Zycie Mlodziezy, [dalej ZM] 1924, nr 1 z 12 X. Jan Chlosta 133 cach przelac powinnismy takze na mlodziez naszq. Kazdy mlodziak i kazda dziewczyna pamie-tac o tym powinny, ze nie ma na swiecie narodu, ktory by pogardzal mowe macierzystq i wstydzil si$ ^j mowy”.13 W innym artykule zach^cal do pracy nad sob^: „Mysmy sie nieraz wyrazali na lamach „Zycia", ze najwazniejszym zadaniem ruchu naszego musi byc wyrobienie i wyksztalce-nie sposröd mlodych rzesz jak najwiecej i jak najlepszych przywödcöw spoleczenstwa polskiego w Niemczech"}4 Zqdal od mlodych, by„starali sie o to, azeby wiara wpolskosc, poczuciepolsko-sci, milosc dla idealow naszych zakorzenila sie w sercach Waszych". W pismie drukowano utwory klasykow polskiej literatury wiersze naszych romanty-kow, ale tez utwory Konopnickiej, Asnyka, Lenartowicza i innych. Zakresem wyrozniajq-cym dwutygodnik byly materialy ukazuj^ce rodzimy folklor, zwyczaje mieszkahcow takze Powisla, opisy waznych wydarzeri historycznych. „Zycie Mlodziezy” stawialo sobie cel wychowanie mlodych mieszkancow Powisla, War-mii i Mazur na swiatlych i rozumnych Polakow, gotowych oprzec si? germanizacji. Byly ono nadzwyczaj przydatne w pracy organizacyjnej. Znaczne ozywienie kol mlodziezy na Powislu i Warmii trzeba wi^zac z otwartymi w 1933 roku swietlicami polskimi. Na Powislu bylo ich dziewi^c. Znajdowaly si? w nast?pujqcych miejscowosciach: Cygusy Stary Targ, Trzciano, Sztum, Waplewo, Sadluki, Mikolajki, Nowa Wies, Postolin. Swietlice mialy stac si? miejscem ksztaltowania swiadomosci narodowej, ogniskiem tworczosci artystycznej, zabawy i pozytecznej rozrywki. Mialy rozwijac zainte-resowania mlodych Polakow, w rzeczywistosci obejmowaly stosunkowo niewielkq liczb? dziewczqt i chlopcow. Tak jak w innych placowkach eksponowane byly tresci religijne i na-rodowe. Dokohczenie w nast^pnym numerze 1 ’ A. Szajek, Do mlodziezy mazurskiej, ZM, 1926, nr 6 z 14 Hl- 14 Tenze, Ruch mlodziezy - szkoly pracowniköw spolecznych, tamze, 1927, nr 8 z 30IV. Marcin Owsihski PIONIERSKIE CZASY NOWEGO DWORU GDANSKIEGO (Z ARCHIWUM HISTORII ZULAW) Historia jest niezwykla w swej roznorodnosci i sposobach przekazu. Potrafi do nas mo-wic w czasie rozmowy ze swiadkiem, ktöry po latach stara si§ odtworzyc jak najwi^cej za-kamarkow swej pami^ci. Ta sama hiStoria moze stac si? takze polem nieskr^powanej w wol-nosci wyobrazni, gdy czytamy zapisane strony relacji lub wspomnieri swiadkow, ktorych juz z nami nie ma. Historia moze tez miec postac odtwarzania rzeczywistosci z obrazu - starej fotografii, gdzie na czarno-bialych, malych obrazkach staramy si? wychwycic zarysy znanej nam wspolczesnie rzeczywistosci. Cz^sto jednak zapominamy ze historia to przede wszyst-kim odtwarzanie przeszlosci za pomocq dokumentow wytworzonych w danej epoce. Marcin Owsinski 135 Jako historyk odnosz^ wrazenie, ze w ostatnich latach wywiady ze swiadkami, stare Fotografie i czytanie relacji zepchn^Fy na boczny tor inne zrödla, z jakich mozemy i powinnismy czer-pac wiedz^ o przeszlosci naszego regionu. Tymczasem „tory poznania” powinny byc dwa i mu-szq byc one wytyczone röwnolegle do siebie. Poza wymienionymi wyzej metodami poznawa-nia historia to przede wszystkim dokumenty z epoki b^d^ce bezposrednim swiadectwem cza-sow, w jakich powstaly. Tego rodzaju materialom odnosz^cym si^ do powojennej historii naszego regionu chciaibym si? przyjrzec. Od stycznia 2011 roku sp^dzam sporo czasu w archiwach. Generalnie interesuje mnie okres zwiqzany z zakohczeniem wojny i rozpocz^ciem dzialalnosci przez administracj? polskq na Zulawach, przede wszystkim w obr^bie obecnego powiatu nowo-dworskiego. Ostatecznq cezur^ moich badah jest rok 1990. Pozölkle i zakurzone stare karty z ko-lejnych zespolöw akt - wiele z nich jest otwieranych po raz pierwszy - sq dla mnie fascynuj^cq i wczesniej w ogöle nieznanq przygod^ z historiq. O poczqtkach polskiej administracji w Nowym Dworze i przyleglych do niego gminach wie-my niewiele i sporo materialöw z tego zakresu czeka jeszcze na swoje odkrycie i publikacj^. Daty graniczne okreslajqce czas „przelomu” dla tego obszaru to 11 marca 1945 roku, kiedy Armia Czerwona zaj^Ia Tigenhof (wkrötce potem w dokumentach polskich zacz^to uzywac nazwy Nowy Dwor) oraz 9 maja 1945 roku, kiedy skapitulowaly ostatnie jednostki niemieckie w ko-tle w okolicach miejscowosci i obozu Stutthof (pierwsza polska nazwa miejscowosci to Obo-zy). Okres ten cechowal chaos zwiqzany z zaj^ciem terenu przez Armi? Czerwon^. Przebywala tu niewielka liczba Polaköw oraz dziesiqtki tysi^cy Niemcöw (mieszkancow i uchodzcöw z Prus Wschodnich). Mialy miejsce pierwsze pröby utworzenia zacz^tkow nowych wladz polskich. Choc wojewodztwo gdariskie powolano juz 30 marca 1945 roku i obejmowalo ono teoretycznie juz wöwczas takze tereny Zulaw, to de facto administracja polska w Nowym Dworze i okolicz-nych gminach ksztaltowala si^ organizacyjnie i osobowo jeszcze przez kilka nast^pnych miesi^-cy. Z powstalej w 1945 roku dokumentacji archiwalnej miasta Nowy Dwör i 8 gmin przyleglych (wszystkie nalezaly w tym czasie do powiatu gdanskiego z siedzib^ w Sopocie i Pruszczu Gdah-skim) wynika wyraznie, ze skala problemöw, z jakimi mierzyli si^ Polacy na tym terenie w pierw-szych miesi^cach po zakohczeniu wojny byla ogromna. Pierwsze organizacyjne zebranie polskich wöjtöw, burmistrzöw i sekretarzy gmin powiatu gdanskiego odbylo si$ w Sopocie 10 maja 1945 roku. Na spotkaniu tym byl „Delegat na miasto Nowy Dwor - ob. Wera”. Jak wynika ze stenogramu byl on jedynym delegatem z terenu Zulaw i jest pierwszym znanym zrödlowo urz^dnikiem polskim z Nowego Dworu. 23 maja 1945 roku na kolejnej odprawie u starosty poza wspomnianym wyzej delegatem z Nowego Dworu bylo juz kilku innych przedstawicieli samorzqdu: „Wöjt Gminy Tygenhof - ob. Wasilewski”, „Wöjt Gminy Stegen - ob. Wystyglo” oraz „Burmistrz Nytychu - ob. Pronowski”, „Wöjt Gminy Ny-tych - ob. Cyldaff’T . Kolejnym nazwiskiem polskiego burmistrza Nowego Dworu jakie pojawia si? w materialach zrödlowych jest burmistrz Wyzywa, ktöry 5 czerwca 1945 roku wydal odezw^ porz^dkow^ do 1 APM, Gminna Rada Narodowa i Zarzqd Gminny w Ostaszewie. Zebrania burmistrzow, wöjtöw i sekretarzy gmin 1945-1949, sygn. 20/19. Prawidlowa pisownia nazwiska öwczesnego wojta Nytychu (Nowego Stawu) to Cyrklaff, bardzo cie-kawe wspomnienie o nim zob.: E. Cyrklaff Ojciec byl czlowiekiem skrupulatnym [w:] „Prowincja nr 1 (3), 2011, s. 173-180. 136 Pionierskie czasy nowego Dworu Gdahskiego polskich mieszkancow miasta. Jak wynika z kolejnych zachowanych dokumentow latem 1945 roku w Nowym Dworze powolany zostal kilkuosobowy Zarz^d Miejski (skladaj^cy si? z burmi-strza, zast^pcy i sekretarza), jednak sposob prowadzenia dokumentacji oraz jej wyrywkowe za-chowanie nie pozwalaj^ na razie ustalic nazwisk osob pelni^cych w tym czasie wladz^. Wydaje si? jednak; ze w toku dalszych kwerend w innych archiwach informacje te b^d^ mozliwe do od-tworzenia. Wybrane do niniejszego materialu dokumenty przechowywane sq w archiwum w Malborku i wytworzone zostaly jesieni^ 1945 roku przez pierwsze polskie wladze Nowego Dworu Gdahskiego (Zarz^d Miejski). Dokumentacja z tego okresu dla naszego terenu jest niestety bardzo uboga. Ma to wytlumaczenie w stosunkowo malej bieglosci „urz^dowej” pracowniköw owcze-snej kancelarii (dokumenty sq cz^sto pisane r^cznie, niekonsekwentne w formie i dose niechluj-nie), brakach materialowych (papier przez kilka pierwszych lat powojennych byl towarem defi-cytowym i dokumenty pisano na odwrocie drukow niemieckich). Problem ten dotyczy wszyst-kich owczesnie istniej^cych w naszei.okolicy gmin wiejskich. Na poczqtku prezentowane s^ Wy-kazy osiedlehcze miejskie (osobne wykazy tego rodzaju robily takze gminy wiejskie, w tym tak-ze gmina Nowy Dwor) wykazuj^cy w skondensowanej formie stan ludnosci i substaneji miasta pod koniec wrzesnia 1945 roku. Kolejnymi dwoma dokumentami b^d^ dwa Raporty Zarzqdu Miejskiego w Nowym Dworze z akeji osiedlehczej z wrzesnia i pazdziernika 1945 roku. W pre-zentowanych materialach zachowany zostal uklad i pisownia oryginalu. Dokument 1: Archiwum Pahstwowe Malbork, sygn. 26/43 Zarzqd Miejski w Nowym Dworze Wykaz osiedlenczy miejski z dnia 23.09.1945: Dane ogölne: dn. 23.09.1945, zniszczenia: 60%, zaludnienie: Polska -164, Niemcy: 73 mieszkania zaj^te przez: Polaköw - 108, Niemcöw - 96, wolne - 375 warsztaty pracy zaj^te przez: Polacy - 36, Niemcy - 0, wolne - 65 Ogölne liczebne zapotrzebowanie ludnosci: 1500 osöb. Warsztaty pracy zaj^te (czynne): piekarnia 3 (2); restauraeje 3 (2), rzeznik 3 (1), szewc 3 (1), slu-sarz 2 (1), ogrodnik 2 (1), sklady kolonialne 7 (2), piwiarnia/herbaciarnia 3, owocarnia/herbaciar-nia 4 (4), stolarnia 2 (1 ),fryzjer 1 czynny, Spöldzielnia Sam. Chi. 1 nieczynna, olejarnia pahstwo-wa 1 nieczynna, krawiec 2 nieczynnych, mularz 1 czynny, malarz artysta 1 czynny. Warsztaty pracy do zaj^cia: lekarzy 2, akuszerka 1, apteka 1, drogeria l,fryzjeröw 2, kowali 4, kolodziejöw 2, sklady kolonialne 3, rymarzy 2, szklarzy 2, dentysta 1, krawcöw 3, piekarzy 2, fotograf 2, malarzy pokojo-wych 2,mularzy 10, ciesli 8, dekarzy 4, elektromonteröw 5, hydrauliköw 3, mleczarz-serownik 1, bla-charzy 2. W powyzszym sprawozdaniu mozemy zauwazyc kilka danych o charakterze wyjsciowym dla Nowego Dworu w tym okresie. Po pierwsze ogromne zniszczenie wywolane dzialaniami wojen-nymi, ktore szacowano na ponad polow? substaneji miejskiej. We wrzesniu 1945 roku liezba ludnosci nie byla zbyt duza i nie przekraczala 300 osob, sposrod ktörych wi^kszosc stanowili Pola- Marcin Owsinski 137 cy. Zdecydowana wi^kszosc budynköw w miescie stala pusta. Plan przewidywal zasiedlenie ich przez ok. 1500 Polaköw. Sprawozdania tego rodzaju - dla Nowego Dworu zachowalo si^ ich kilka - sq typowe dla tego okresu. Skladane byly w regularnych odst^pach czasu do Starostwa Po-wiatowego Gdariskiego z siedzib^ w Pruszczu Gdariskim (potem Sopocie). Punktem odniesie-nia dla pierwszego sprawozdania jest drugie sporz^dzone miesi^c pözniej. Daje ono dobry ob-raz dynamizmu öwczesnej sytuacji. Dokument 2: Archiwum Paristwowe Malbork, sygn. 26/43 Zarzqd Miejski w Nowym Dworze Wykaz osiedlehczy miejski z dnia 25.10.1945: Dane ogolne: dn. 15.10.1945, zniszczenia: 60 %, zaludnienie: Polska - 244, Niemcy: 797 (830) mieszkania zaj^te przez: Polaköw - 108, Niemcow - 353, wolne -123 (37) warsztaty pracy zaj^te przez: Polacy - 35, Niemcy - 0, wolne - 62 Ogolne liczebne zapotrzebowanie ludnosci: 1435 osöb. Warsztaty pracy zaj^te (czynne): piekarnia 3 (2); restauracje 3 (2), rzeznik 3 (1), szewc 2 (1), slu-sarz 3 (1), ogrodnik 2 (1), sklady kolonialne 5 (2), piwiarnia/herbaciarnia 4 (3), kawiarnia 4 (3), stolarnia 2 (l),fryzjer 1 czynny, Spöldzielnia Sam. Chi. 1 nieczynna, olejarnia pahstwowa 1 nieczyn-na, krawiec 1 nieczynny, mularz 1 czynny, malarz artysta 1 czynny, drogeria 1 nieczynna. Warsztaty pracy do zaj^cia: fryzjeröw 2, kowali 4, kolodziejöw 2, rymarzy 2, szklarzy 2, dentysta 1, krawcöw 3, piekarzy 2, fotograf 2, malarzy pokojowych 2, mularzy 10, ciesli 8, dekarzy 4, elektromonteröw 5, hy~ drauliköw 3, mleczarz-serownik 1, blacharzy 2, garbarzy 1. Poröwnuj^c oba dokumenty stwierdzic mozna, ze w ci^gu kilku tygodni jesieni^ 1945 roku liczba ludnosci polskiej zwi?kszyla si? o ok. 50%, a liczba ludnosci niemieckiej wzrosla az o 700% Ogromny wzrost liczby Niemcow wynikal z przenoszenia niemieckich mieszkaricöw z zajmowa-nych przez nich gospodarstw do miasta, gdzie mieli czekac na przewiezienie do punktu zborne-go i transport do alianckich stref okupacyjnych za Odr^. Osadnicy i przesiedlericy polscy przy-bywajqcy na tereny Zulaw w tym czasie pochodzili przede wszystkim z terenöw wiejskich i roz-dzielani byli przede wszystkim na gospodarstwa rolne, z zadaniem podtrzymania na tym terenie produkcji rolnej. Niemcy przenoszeni do miasta zajmowali puste mieszkania, byli rowniez do-kwaterowywani do juz zajmowanych mieszkari i domöw niemieckich. Rezerwa wolnych miesz-kari i domöw b^d^cych w gestii Zarzqdu Miejskiego przeznaczona byla przede wszystkim dla rodzin Polaköw - fachowcöw obsadzaj^cych wolne warsztaty pracy oraz wojska i urz?dniköw. Mimo naplywu ogromnej liczby Niemcow i zmniejszenia si? liczny wolnych mieszkari zapo trzebowanie na now4 poIsM ludnosc miejsk^ okreslone w dokumencie wci^z bylo duze i prze-kraczalo 1400 osöb. Poza cytowanymi wyzej dwoma dokumentami mnych „Wykazow osiedlen-czych z Nowego Dworu” prawdopodobnie juz nie sporz^dzano. Kolejnym dokumentem o charakterze sprawozdawczym jest Raport nr 1 z akcji osiedlenczej zlozony przez wladze miejskie Nowego Dworu do Starostwa pod koniec wrze^nia 1945 ro u. Nieco prowizoryczna jesli chodzi o uklad i tresc zawartosc dokumentu spowodowala, ze jest to Przed ruinami olejarni w Nowym Dworze Gdanskim w 194S r.,fot. archiwum autora jedyny Raport z akcji osiedlericzej zlozony w tej formie. Tak wyglqdal Nowy Dwor w oczach polskiej administracji na progu jesieni 1945 roku: Dokument 3: Archiwum Paristwowe Malbork, sygn. 26/43 Zarzqd Miejski w Nowym Dworze Raport z akcji osiedlenczej nr 1 z dnia 25.09.1945: Melduj^ ze akcja osiedlencza na terenie gminy i miasta Nowy Dwor napotyka na pewne trudno-sci natury czysto technicznej. Miasto Nowy Dwor jest w 60 % zniszczone przez dzialania wojenne. Wpierwszej chwili niezabezpieczone urzqdzenia ulegly cz^sciowemu zniszczeniu. Energia. Brak jakichkolwiek zrödel energetycznych jak: prqdu, w^gla, ropy, sprzeciwia si^ uruchomie-niu tak mniejszych, jak i wi^kszych zakladöw pracy. Miejscowa olejarnia tylko z powodu braku ener-gii elektrycznej jest do dnia dzisiejszego nieczynna. Niektöre warsztaty zpowodu braku narz^dzi trud-no doprowadzic do stanu produkcji. Aprowizacja. Zaaprowizowanie miasta jest bardzo utrudnione, gdyz tereny gminy Nowy Dwor Gdan-ski sq w 85 % zalane wodq, zas osadnicy obejmujq gospodarstwa wyniszczone - sami nie nie posia-dajqc nie mogq miastu zapewnic nalezytego zaprowiantowania, trudno nawet wywiqzac si^ z nalez-nych kontyngentöw. Natomiast dowöz zywnosci jest uciqzliwy, gdyz dotychczas miasto nie ma zadnej Iqcznosci komunikacyjnej. Komunikacja. Magistrala kolei normalno- i wqskotorowych jest w rejonach zalanych wodq podmy-ta. Autostrady [drogi] sq w stanie dobrym i zapewniajq sprawnq komunikacja jednak brak pojazdöw mechanicznych jak i innych srodkow komunikacyjnych, calkowicie nie rozwiqzuje problemu komu-nikaeji. Wszystko to wplywa niekorzystnie na akej^ osiedlenczq. Malo jest ludzi ch^tnych do osiedle- Marcin Owsinski 139 nia si^ na tutejszych terenach. Miasto ze swej strony zapewnia opiekg. Na terenie miasta jest placöw-ka Czerwonego Krzyza (szpital). Bezpieczehstwo miasta i wsi jest nalezycie zorganizowanie w mysl rozporzqdzenia ob. Wojewody Gdahskiego M.S.P., ktora zadowalajqco wspölpracuje z placöwkq Milicji Obywatelskiej. Zdarzajq si^ wypadki kradziezy i napadow. Po wsiach sq dose liczne wypadki napadow rabunkowych. Najwigcej kradnie si^ koni i bydla. Charakterystyka ludnosci polskiej: ludnosc polska naplywa ze wszystkich zakqtköw Polski i rekru-tujqca sig z roznych warstw spolecznych, podj^la pionierskq pracg. Na kazdym odeinku zycia mimo szalonych trudnosci zycia widac dobre wyniki pracy. Wsröd Polaköw panuje zupelna subordynaeja. Mimo röznic dzielnicowych, pozostalosci po okupantach, Polacy zzyli si^ ze sobq. Pelni sq poswi^cenia dla spraw pahstwowych i spolecznych. Po zaj^ciach zawodowych dzialajq honorowo w M.S.P., orga-nizujq zycie kulturalne, nadajq miastu polskie t^tno i wyglqd. Sprawy polityczne: pod wzgl^dem spraw politycznych Polacy na razie nie biorq zywszego udzialu wkladajqc raczej caly swöj wysilek w prac^ pionierskq utrwalajqc polskosc na tych terenach. Ludnosc niemiecka: stanowi wigkszosc. Zarzqdzeniem miasta obywatele niemieccy zobowiqzani sq do wykonywania prac zwiqzanych z uporzqdkowaniem miasta. Ludnosc niemiecka zachowuje spo-köj. Obrzqdki religijne sq pod cenzurq Polaköw. Obserwacje i wnioski: zdarzajq si^ przypadki, ze niektörzy Polacy po obj^ciu warsztatöw pracy, wzgl^dnie otrzymania nakazu zaj^cia warsztatu juz nie powracajq do miasta. Miasto znajduje si^ w toku wykonywania prac porzqdkowych, chwila doprowadzenia miasta do nalezytego stanu zatrud-nienia wymaga jeszcze duzo ludzi. Nadmieniam, ze niektörepunkty sprawozdania nie zostaly jeszcze wyczerpujqco opracowane. Nast^pne meldunki b?dq wplywaly terminowo z uwzgl^dnieniem wszystkich danych. Sekretarz Burmistrz (bezpodpisöw) Cytowany wyzej Raport pokazuje nieco wifcej niz tylko suche dane statystyczne i daje ob-raz sytuaeji spolecznej miasta, w ktörym zniszczona jest infrastruktura komunalna, brak jest zrö-dla energii, szwankujq dostawy zywnosci, w wszelka komunikacja ze swiatem jest bardzo utrud-niona ze wzgl?du na zalanie terenöw wodq. W dokumencie zostala röwniez zauwazona przewa-ga liczebna ludnosci niemieckiej, ktora jako sila robocza uzywana jest do odgruzowywania mia sta. Wzmiankowana z kolei postawa Polaköw i ich niewielka liczebnosc przesloniono sq przez zagrozenia plyn,ce z rabunköw, kradziezy i ogölnej mepewnosci wlasnego losu. Wydaje si?, ze widoczna w dokumencie pröba ideologicznego dodania „urz^dowego animuszu tej grupie jest jednak tylko urz^dniczym sloganem przeznaczonym dla wyzszych wladz. Drugi Raport z Akcji osiedlenczej sporzqdzony zostal w mlescie miesiqc pozniej, pod koniec pazdziernika 1945 roku. Tym razem na wyrazne zqdanie wladz uj?ty on zostal w orm? wyma-gan, od tego rodzaju dokumentöw, tj. z odpowiednim ukladem i duzym opisem. Jest to rowno- ^^“^Z^ Popkowa,tymezaso«^^^^ wartownicz^ i porz^dkow^, wspölpracujqca z Milicji Obywatelskq. 140 Pionierskie czasy nowego Dworu Gdariskiego czesnie ostatni zachowany Raport tego rodzaju z Nowego Dworu. Pozwala on dose szczegolo-wo przypatrzec si? miastu, jego mieszkancom i wladzom na progu nowej, tym razem polskiej, historii miasta. Dokument 4: Archiwum Pahstwowe Malbork, sygn. 26/43 Zarzqd Miejski w Nowym Dworze Raport nr 2 z akeji osiedlenczej Miasta Nowego Dworu za czas od 23.09 do 25.10.1945: Stosownie do przeslanego wzoru w sprawie skladania terminowych raportöw z akeji osiedlenczej prze-sylam sprawozdanie skladajqc odpowiedzi na poszczegolne pytania kwestionariusza. Odnosnie punktu I. Dotyczqcego sprawozdania z pracy Panstwowego Komitetu Osiedlenczego Za-rzqd Miejski nie moze udzielic konkretnej informaeji. Odnosnie punktu II. Dotyczqcego sprawozdania z pracy referatu osiedlenczego. Donosz^, ze z powo-du braku sil biurowych i etatöw, referqt ten przy zarzqdzie miasta nie jest jeszcze obsadzony. Wszyst-kie terminowe sprawozdania zwiqzane z osadnietwem miejskim, zalatwia na razie zast^pca sekreta-rza. Wkazdym razie dla przyszlej pracy tego referatu zostal przygotowany odpowiedni material. Referat osiedlenczy prowadzi dokladny wykaz wolnych lokali mieszkaniowych, handlowych i warszta-tow pracy, z uwzgl^dnieniem uszkodzen. Wszystkie mieszkania przydzielone osiedlencom sq z grub-sza doprowadzone do stanu uzytecznosci. Jednoczesnie referat osiedlenczy wspolpracuje z referatem ruchu ludnosci i referatem handlowo-przemyslowym, przeprowadzajqc scislq statystyk^. Wpracy referatu osiedlenczego nie napotyka si^ na powazniejsze trudnosci. Odnosnie punktu III. dotyczqcego przebiegu akeji osiedlenczej oraz trudnosci z niq zwiqzanych. Ak-cja osiedlencza napotyka na pewne trudnosci natury technicznej. Pomimo, ze Zulawy nalezq do naj-zyzniejszych ziem, to jednak okolice Nowego Dworu dzialajq zniech^cajqco na ludzi zamierzajqcych si^ tutaj osiedlic. Tereny przylegajqce do Nowego Dworu sq zalane wodq. Nowy Dwör jest w 60 % zniszczony przez dzialania wojenne. Powazniejsze osrodki przemyslowe, z braku energii elektrycznej, sq unieruchomione. Arterie komunikacyjne sq cz^sciowo zalane wodq. Brak komunikaeji oraz odpo-wiednich srodkow transportowych i lokomoeji odeinajq ten teren od reszty swiata. Wszystko to dziala bardzo ujemnie na psychik^ czlowieka pragnqcego si^ tutaj osiedlic. Rolnik nie znajduje na razie od-powiednich gospodarstw, gdyzjak wspomniano, teren jest w 85 % zalany wodq. Wolne gospodarstwa sq powaznie zniszczone, brak inwentarza zywego i sil pociqgowych (a tych potrzeba duzo, gdyz zie-mia jest na ogol ci^zka) powoduje, ze rolnicy nie obeznani z prowadzeniem takiej gospodarki nie sq w stanie wywiqzac si^ ze swoich dobrze poj^tych prac. Podobnie robotnicy przemyslowi nie znajdujq tutaj zrodel utrzymania, gdyz zaklady przemyslowe, jak np. Panstwowa Olejarnia „Zulawy" z powo-du braku energii elektrycznej jest do tej pory unieruchomiona. Mniejsze zaklady i warsztaty sq prze-waznie zdekompletowane i brak jest najpotrzebniejszych narz^dzi. Poza tym Zarzqd Miejski nie po-siadajqc zadnych subweneji na odbudow^ miasta, nie jest w stanie oplacic wi^kszej ilosci robotniköw, mimo, ze prac zwiqzanych z odbudowq miasta jest bardzo duzo. Odnosnie punktu IV: co powiatowy Komitet Osiedlenczy uczynil dla przezwyci^zenia trudnosci i usprawnienia akeji, a z czym zwraca si^ o mterwenej^ do Urz^du Wojewödzkiego. Pomimo, ze Zarzqd Miejski do dnia dzisiejszego nie otrzymal zadnych subweneji na odbudowq miasta, to jednak w tym kierunku poczyniono juz pierwsze kroki. Miasto ukonczylo wst^pnie prace porzqdkowe. Ogrod Marcin Owsinski 141 miejski zostal uporzqdkowany, z ulic miasta usuni^to zlomy gruzöw, co mimo wielkiego zniszcze-nia nadalo ulicom wyglqd dosyc estetyczny. Duzo mieszkah zniszczonych doprowadza si? do stanu uzytecznosci, takze drobne uszkodzenia budynköw np. naprawy dachöw przeprowadza si? mozli-wie szybko, zabezpieczajqc w ten sposöb domy przed dalszym zniszczeniem. Osiedlehcy dzi^ki stara-niom miasta otrzymujq mieszkania z grubsza wyremontowane i nadajqce si? do zamieszkania. Pra-ce te przeprowadza si? wykorzystujqc sily robocze niemieckie (opierajqc si? na zarzqdzeniu wydanym przez Zarzqd Miasta, ktöre traktuje o przymusowej pracy wszystkich mieszkancow narodowosci nie-mieckiej. Kierownictwo pracy powierzone jest rzemieslnikom i fachowcom polskim. Drobne warsz-taty rzemieslnicze mimo szalonych trudnosci podj?ly juz dose intensywnq prac? zwiqzanq z odbu-dowq miasta. Siec wodociqgowa i kanalizacyjna zostala naprawiona i oddana do uzytku mieszkah-com miasta. Wysilkiem miasta zostal wyremontowany i uporzqdkowany i oddany do dyspozyeji leka-rza powiatowego Szpital Miejski. W ostatni czasie w piwnicach szpitala pojawila si? woda, a poniewaz znajduje si? tarn kuchnia i urzqdzenia ogrzewnicze, szpital, chwilowo z wyjqtkiem przychodni, jest nieczynny. Tak samo miejski osrodek zdrowia, po gruntownym remoncie, doprowadza si? do stanu uzytecznosci. Zarzqd Miejski wlasnym wysilkiem zamierza w jak najkrötszym czasie uruchomic pry-mitywnie elektrowni?, ktora by tylko wgodzinach wieczornych zaopatrywala mieszkancow w swiatlo. Jednoczesnie Zarzqd Miejski uporzqdkowal budynek w parku miejskim, ktory przeznaczyl na przed-szkole dla dzieci. Podj^ta praca odbudowy miasta jestpracq syzyfowq, natomiastpr^dszej odbudowy miasta spodziewac si? nalezy z chwilq otrzymania wi^kszych subweneji na odbudowy. Odnosnie punktu V: wspölzycia z Armiq Czerwonq. Na terenie miasta nie kwateruje obecnie zaden oddzialArmii Czerwonej. Od czasu do czasu pojawiajq si? tylko pewne oddzialy, b?dqce prawdopodobnie w przemarszu. Niezaleznie od tego pojawiajq si? tak zwani maruderzy. Trudno jest jednak ustalic, czy sq to zolnierze Armii Czerwonej. Faktem jest, ze wyst?pujq w mundurach Armii Czerwonej, a zle zachowanie si? ich nie wplywa dodatnio na ludnosc. W inteneji dobrego wspölzycia naleza-loby aby jak najpr?dzej wladze bezpieczehstwa ustalily personalia maruderöw podkopujqcych au-torytet Armii Czerwonej. Blizsze objasnienia podane sq w punktach omawiajqcych bezpieczenstwo. Odnosnie punktu VI: charakterystyka dawnej ludnosci polskiej. Na ogöl dawnej ludnosci narodowosci czysto polskiej obecnie tutaj nie ma, poza kilkoma Polakami, ktörzy w czasie okupaeji niemieckiej byliprzymusowo wywiezieni na te tereny celem wykonywania pracprzymusowych. Polacy cipo oswo-bodzeniu przez Armi? Czerwonq pozostali na miejscu obejmujqc natychmiast placöwki gospodar-cze, na ktörych w czasie okupaeji byli zatrudnieni. Mimo silnego nacisku ze strony wladz niemieckich przynaleznosci narodowej nie zmienili. Pod wzgl?dem zapatrywan politycznych sq socjalistami i na-lezq do PPS. Odnosnie punktu VII: charakterystyka naplywajqcych osadniköw polskich. Ludnosc polska naplywa szczegölnie z wojewödztwa Warszawskiego i Pomorskiego. Jest takze spory naplyw repatriantöw zza Buga. Scisle möwiqc mamy tutaj ludnosc z röznych dzielnic Polski. Pomimo röznic dzielnicowych Polacy zzyli si$ ze sobq, jeden wobec drugiego wykazuje duzo zrozumienia ipanuje mi?dzy nami zupel-na harmonia. Ludnosc sklada si? z röznych warstw spolecznych, najwi^cej jednak jest elementu urz^d-niczego. Wszyscy Polacy zupelnie pewniposwi^cenia dla spraw Panstwowych i Spolecznych. Zycie kul-turalne na razie slabe. Pod wzgl^dem politycznym Polacy nie biorq zywszego udzialu, gdyz caly wy-silek wklada s^ w prac? pionierskq. Jednakze istniejqca Polska Partia Socjalistyczna rozwija si? co-raz pomyslniej, wi?c czlonkowie zamierzajq otworzyc swietlic?, lokal spoleczno-kulturalny, w ktörym 142 Pionierskie czasy nowego Dworu Gdariskieg« ogniskowaloby si$ jednoczesnie zycie polityczne. Tak samo PPR rozwin$la juz swojq dzialalnosc, ktö-ra ozywia sii z kazdym dniem. Odnosnie punktu VIII: zachowanie si^ ludnosci niemieckiej. Ludnosc niemiecka zachowuje si^ zupel-nie spokojnie, okazujqc tylko niezadowolenie z powodu zlego zaprowiantowania. Obrzqdki religijne sq pod stalym nadzorem wladz polskich. Odnosnie punktu IX: Stan bezpieczenstwa na wsi i w miastach. Stan bezpieczenstwa w miescie jest nalezycie zorganizowany. Placöwka Miejskiej Milicji Obywatelskiej jest troch^ slaba silq czterech mi-licjantöw i nie moze dac calkowitej gwarancji za stan bezpieczenstwa miasta, wobec czego z pomocq MO przychodzi zorganizowana w mysl Wojewody Gdanskiego i utworzona takze w naszym miescie tak zwana Miejska Straz Porzqdkowa, skladajqca si^ z miejskich Polaköw, ludzi nieskaziteinych mo-ralnie ifizycznie. MSP wspölpracujqc z MO stoi na strazy ladu i porzqdku w miescie. W ostatnim ty-godniu do Nowego Dworu przekazano takze dwöch urz^dniköw bezpieczenstwa, ktörzy tworzq na terenie miasta ekspozytur^ Powiatowego Urz^du Bezpieczenstwa. Mimo, ze stan bezpieczenstwa jest nalezyty, to jednak od czasu do czasu meldowane sq kradzieze i nocne napady. W kilku przypadkach milicjajak i sami poszkodowani stwierdzili, ze sprawcami byli jacys osobnicy uzbrojeni i umunduro-wani. W ostatnich tygodniach zameldowano wypadek gwaltu, gdzie poszkodowana zarazona wene-rycznie niemka stwierdzila, iz sprawcami byli uzbrojeni osobnicy, ktörzy wyst^powali w mundurach rosyjskich. Poza tymi wypadkami, szczegölnie wieczorami, jestduzo bezladnej strzelaniny, ktöra alar-muje mieszkancöw i milicji Odnosnie punktu X: stan komunikacji. Stan komunikacji jest cholendalny (tak w oryginale, horren-dalny). Nowy Dwörjest odci^ty od swiata i do dnia dzisiejszego miasto nie ma zadnej stalej Iqcznosci i komunikacji. Najdalej wysuni^ta Iqcznosc kolejowa dochodzi do Nytychu. Inne arterie komunikacyj-ne jak autostrady [drogi] sq na ogöl w stanie dobrym i zapewniajq dose sprawnq komunikacji, brak jest jednak odpowiednich pojazdöw mechanicznych. Odnosnie punktu XI: stan aprowizaeji. Aprowizacja miasta jest w stanie oplakanym, na zly stan aprowizowania wplywa przede wszystkim to, ze tereny okoliczne sq zalane wodq, zas osadnicy obej-mujqcy gospodarstwa wyniszczone, nie mogq zapewnic miastu nalezytego zaprowiantowania. Poza tym dowöz zywnosci z powodu okropnej komunikacji jest bardzo uciqzliwy iprawie niemozliwy. Wobec zblizajqcej sii zimy w Nowym Dworze grozi nieomal ze n^dza. Ceny artykulöw zywnosciowych, poza przydzialem kart aprowizacyjnych, sq w placöwkach wolnego handlu niewspölmiernie wysokie w stosunku do zarobköw robotniköw, rzemieslniköw i pracowniköw panstwowych. Odczuwa sii brak kartofli, mqki, tluszczöw i innych artykulöw pierwszej potrzeby. Na kartki zywnosciowe nie zawsze otrzymuje si$ przydzielone towary. Odnosnie punktu XII: Stan inwentarza zywego. Gospodarstw rolnych nalezqcych do miasta jest malo, sq to przewaznie gospodarstwa zalane wodq. W miescie jest nieco inwentarz zywego, okolo 12 kröw i 10 koni. Skromna ilosc koni nie pozwala na dostarczanie podwöd, ktorych w ostatnich dniach jest wi^cej jak koni w miescie. Ilosc kröw nie pokrywa zapotrzebowania dla dzieci dla naszego miasta. W ostatnich dniach Zarzqd Miejski poczql starania o przydzial kröw dla miasta. Odnosnie punktu XIII: Uwagi do pracy PUR. PUR urz^duje w Nytychu dla lepszej sprawnosci i spr^-zystosci w urzidowaniu. Rejonowy Inspektorat Osadnictwa w Nytychu deleguje dwa razy w tygodniu urzgdniköw, ktorzy w Urz^dzie Ziemskim zalatwiajq sprawy na miejscu. W najblizszym czasie dla usprawnienia swej pracy PUR stworzyc ma ekspozytur^ w Nowym Dworze. Odnosnie punktu XIV: Uwagi o pracy Urz^du Ziemskiego. Pomimo, ze praca Urz^du Ziemskiego na-potyka pewne trudnosci, gdyz brak jest tutaj odpowiednich danych gruntowych, jednak Urzqd Ziemski przydziela udzialy ziemi sprawnie i nalezycie. Odnosnie punktu XV: uwagi gospodarcze przy przydziale mieszkan i zakladöw pracy. Dotychczas Urzqd Miejski przydzielat osiedlencom mieszkania zgrubsza wyremontowane, dobre do zamieszka-nia. W takim samym stanie zostaly oddane osiedlajqcym sig tutaj ludziom warsztaty pracy. Poniewaz Zarzqd Miasta nie otrzymuje kredytöw na odbudowg miasta, wi^c w przyszlosci b^dzie musial odda-wac mieszkania w takim stanie w jakim faktycznie sq. Mieszkania i warsztaty przydziela si^ w mysl odpowiednich urz^dowych form, polegajqcych na zlozeniu wniosku zatwierdzonego przez miasto. Odnosnie punktu XVI: Jakich osadniköw do ktörych warsztatöw pracy potrzebujq miasta ze wzgl?-dow politycznych i gospodarczych. Miasto moze w razie otrzymania kredytöw potrzebnych na odbu-dow$ miasta chlonqc jeszcze duzo osadniköw, rzemieslniköw i robotniköw budowlanych. Istniejqcejuz dzisiaj warsztaty pracy zaspokajajq calkowicie potrzeby 244 znajdujqcych sie tutaj Polakow. Na razie potrzebni sq dwaj szklarze i kilku murarzy, trudnojest bowiem osiedlic duzofachowcöw, ktorzy nie znajq tutejszych warunköw egzystencji o ktörej mogq pomyslec, gdy odbudowa miasta ruszy w szyb-kim tempie naprzöd. Odnosnie punktu XVI: Jakie kolejne gminy i gromady powinny bycosiedlone w powiecie przez rolnt-köw oraz dokonania spisu gospodarstw wolnych i zaj^tych przez niemcöw. Co do zapytania nie moz na dac konkretnej odpowiedzi poza wyjasnieniem, ze Zarzqd Miasta posiada dokladny spis domöw mieszkalnych, lokali przemyslowych oraz handlowych wolnych i zaj^tych przez Polakow. Niemcy za mieszkujq tylko pewne wi^cej zniszczone osrodki miasta. 144 Pionierskie czasy nowego Dworu Gdariskiego Odnosnie punktu XVII: Reasumujqc wszystkie omowione w raporcie odpowiedzi podkreslic nalezy, ze brak odpowiednich kredytow na odbudow^ miasta, kiepskie warunki aprowizacyjne oraz zly stan ko-munikacyjny wplywajq hamujqco na akcj% osiedlenczq. Cytowany wyzej raport z pazdziernika 1945 roku to dokument wazny i jedyny w swoim ro-dzaju. Opisy poszczegolnych elementow zycia miasta i stanu jego ludnosci sq szczere i wyczer-puj^ce, a ogolny obraz nie jest podkolorowany. Wmiescie dzieje si? zle: mimo uruchomionej ka-nalizacji i wodoci^gow, szpitala oraz bliskiej uruchomienia elektrowni warunki zycia sq ci^zkie (tak dla Polaköw jak i Niemcow). Miasto nie jest wlasciwie zaopatrywane, mieszkania sq znisz-czone i zdewastowane, brak jest srodkow transportu, okolica jest zalana wod^, a w miescie i oko-licach grasujq szabrownicy i maruderzy z ktorymi nie potrafi sobie poradzic kilkuosobowa pla-cowka MO. Miasto wydaje si? odci^te od swiata i zdane tylko na siebie. Ludzie dopiero pröbuj^ przyzwyczaic si? do nowej rzeczywistosci i nowego otoczenia, jak si? tez wydaje wszyscy starajq si? przygotowac do pierwszej zimy na nowym miejscu - pierwszej zimy na Zulawach.... • Przytoczone wyzej dokumenty to nieznane, a bardzo cenne zrodla do poznania najnowszej historii Zulaw. Mogq byc z pewnosci^ przyczynkiem do wielu opowiesci, takze szczegolowych, „naocznych” i fotograficznych. Narracja dokumentu z czasu bezposrednio powojennego nie jest jak widac opowiesci^ wyidealizowanq, a wizja jest wszechstronna i szczera. Mimo ze sq to dokumenty urz^dowe widac w nich takze osobistq refleksj? i codzienny trud nad zbudowaniem czegos, co mozna by nazwac psychiczn^ i aprowizacyjn$ stabilizacjq bytu. Na pewno daje si^ rowniez odczuc owczesna wielonarodowosc miejscowosci i rany zadane miastu przez wojn?. Mimo wszystkich trudnosci, a chyba nawet wbrew im wszystkim nasi przodkowie jednak dali rad? i wytrzymali pierwsz^ zim$, oswoili krajobraz, osuszyli wod^, nauczyli si^ ziemi i zostali w swoim nowym domu, naszym domu. Leszek Sarnowski 145 Leszek Sarnowski WOLNOSC W SAMO POLUDNIE KILKA REFLEKSJI I CYTATÖW NA MARGINESIE WYBOROW 4 CZERWCA 1989 R. Plakat z kultowym Gary Cooperem w roli sprawiedliwego i dumnego szeryfa z filmu „W samo poludnie” byl najslynniejszym plakatem, ktory pojawil si? na ulicach calej Polski w 1989 roku i najlepiej w tym czasie oddawal nasze emocje. To byl zwyci?ski szeryf i my bylismy zwyci?zcami. Szeryf z plakatu nie mial w dloni rewolweru tylko kartk? wy-borczq z logo „Solidarnosci”. Takimi wlasnie kartkami, wspartymi oczywiscie ogromnq pra-c^ organizacyjn$ i peln$ entuzjazmu kampani^ wyborcz^ wygralismy rowniez MY. Wygra-li Ci, ktorzy nie zw^tpili w „Solidarnosc”, wygrali Ci, ktorzy zostali w kraju i Ci, ktorzy zmu-szeni zostali z niego wyjechac, Ci, ktorzy angazowali si? w walk? podziemn^ i Ci, ktorzy ich wspierali... Komitet obywatelski „Solidarnosc to wazna cz?sc zyciorysow naszego po-kolenia. To bylo wtedy wyjscie z domu, samoorganizacja, wlasciwie inicjacja dzialah de-mokratycznych, prawdziwa szkola demokracji w czystym wydaniu, z jej wadami i zaletami. W 1989 roku prowadzilismy dzialania dwutorowo. Najpierw rejestracja lokalnej „Solidarnosci ”, a jednoczesnie pröba tworzenia Struktur Komitetu. My w Szkole Podstawowej nr 2, gdzie uczylem wowczas historii. bylismy pierwszym zakladem pracy ze Sztumu, ktory zare-jestrowal swoje istnienie. To byl pocz^tek reaktywowania „Solidarnosci w naszym miescie. Za nami poszly inne zaklady. Dopiero kiedy udalo si? stworzyc zr?by organizacji zwi^zko-wych w zakladach pracy, mozna bylo zaj^c si? powolaniem Komitetu Obywatelskiego „Solidarnosc” Trzeba si? bylo bowiem najpierw policzyc. Nie bylo to trudne. W takich mia-steczkach, jak Sztum nie da si? wiele ukryc. Ludzie si? dobrze znaj^, wszyscy o sobie prawie wszystko wiedz$. Wiedz$, co kto robil w 1980 roku i jak si? zachowal w stanie wojennym. Do tego nie trzeba bylo teczek IPN-u, te przyszly pozniej i nie byla to latwa prawda dla wie-lu. Wtedy jednak wystarczyla wlasna wiedza czy dobra opinia zaufanego proboszcza, a ta-kim byl na pewno ks. Antoni Kurowski z kosciola sw. Anny w Sztumie, ktory bardzo poma-gal w powstawaniu naszego ruchu. Poza tym przelom lat 1988/ 1989, szczegolnie pierwsze zwiastuny odwilzy, jak chocby rozmowa Wal” byly znalezione przez Miloslava Gajdosa w archiwum dwa takty koncertu na kontrabas napisane r?lq samego Jozefa Haydna. Malborskie wykonanie utworu zapowiedziano, jako wielkie wydarzenie, bo byla to podobno trzecia prezen-tacja „swiatowa”. Czy jest to utwör wspolczesny? Oczywiscie tak, gdy chodzi czas powstania, ale nie jest to muzyka nowa, bowiem koncert zarowno w formie oraz melodyce i harmonii jest napi-sany tak, jak pisano ponad dwiescie lat temu w okresie zwanym muzycznym klasycyzmem. To wspolczesne dzielo niezbyt przypadlo mi do gustu. Po pierwsze dlatego, ze kompozytor za bardzo chcial upodobnic kontrabas do wiolonczeli, stqd w utworze jest przewaga fragmentow, w ktörych kontrabas gra w wysokich i bardzo wysokich rejestrach. Niestety, kontrabas nie okazal si? wiolonczelq a jego brzmienie bylo jakies nikle, „chrypiqce” i malo szlachetne. To dziwne, ale dose cz?sto grajqce z kontrabasem w duecie skrzypee (solowki koncertmistrza), byly lepiej slyszalne niz ten pot^zny Instrument. Po drugie, soliscie zdarzaly si? cz^ste wpadki w intonaej^ w wysokich dzwi^kach, falszywe flazolety i dwudzwi?ki. Miloslav Gajdos zapowiadany byl jako „wizjo-ner” kontrabasu. Nie bardzo wiem, dlaczego. Ani w technice gry, ani w kompozyeji tego wizjo-nerstwa nie widac. Wqtpliwe jest tez, ze - jak möwiono - „jest on pierwszym w swiecie kontraba-sistq akompaniujqcym sobie do spiewu”. Od razu skojarzyli mi si? spiewaj^cy kontrabasisci z ze-spolow jazzowych. Nie bardzo spodobaly mi si? takze utwory wykonane na bis, w tym spiewana po czesku piosenka o psie, ktory ukradl kielbas? z muzyk^ do slynnego „Karnawalu weneckiego”. Jaki bis, taki artysta, mozna powiedziec. Trudniejsza sprawa, gdy chodzi o muzykq now^, jest z Krzysztofem Pendereckim. Ten swia-towej slawy kompozytor przybyl na pocz^tku stycznia do gdariskiego Dworu Artusa, aby byc swiadkiem pierwszego w Polsce wykonania swojego najnowszego utworu: „Missa brevis (Krot-ka msza). Osiemdziesi?cioletni kompozytor przylecial samolotem pod zamarzni?tq fontann? Neptuna prosto z Kopenhagi, gdzie pracuje nad now^ wersj$ swojej opery „Diably z Loudun. Na program koncertu zlozylo si? dziewi?c utworow Krzysztofa Pendereckiego na chör a capella, czyli bez akompaniamentu, wykonanych przez zawodowy Polski Chor Kameralny - Schola Canto- 172 W poszukiwaniu muzyki nowej rum Gedanensis pod batut^ Jana Luka-szewskiego. Wszyscy byli najbardziej zaintereso-wani najnowszq kompozycjq Pendereckiego „Missa Brevis”. Zostala ona ukoh-czona w grudniu 2012 roku. Utwor ten zostal zamowiony przez Thomanechore Leipzig, czyli chor chiopi^cy dzialaj^cy od osmiuset (!) lat przy kosciele sw. To-masza w Lipsku, swi^tyni w ktorej praco-wal i jest tarn pochowany Jan Sebastian Bach. W Swi^to Trzech Kroli 6 stycznia tego roku „Misa Brevis” zostala tarn wy-konana po raz pierwszy, natomiast gdah-skie wykonanie bylo pierwszym w Polsce. Jaki jest to utwor? Sklada si^ z szesciu cz^sci, z ktorych pierwsze dwie - „Kyrie” i „Gloria” oraz ostatnia „Agnus Dei”, s^ kompozycjami nowymi, powstalymi w ubieglym roku. Te cz^sci zostal wyko-nane przez chor mieszany. Trzy pozosta- Krzysztof Penderecki w Dworze Artusa w Gdansku,fot. W. Bielecki le byly napisane i wykonywane wczesniej. W Dworze Artusa byly one spiewane albo przez chor m^ski - „Benedicamus Domino”, albo przez chor zehski - „Sanctus” i „Benedictus”. Kompozytor poproszony o kilka slow po wykonaniu mszy publicznie przyznal, ze jemu same-mu najbardziej podoba si^ ostatnia cz^sc - „Agnus Dei”. Dodal, ze wydaje mu si?, ze jest to naj-pi^kniejszy utwor, jaki udalo mu si^ napisac. Stwierdzil tez, ze po wysluchaniu utworu w Lipsku i w Gdahsku bardziej spodobalo mu wykonanie przez chor mieszany, chociaz msza zamowio-na byla na chor chlopi^cy, czyli jak powiedzial: „dla chlopcöw”. Rzeczywiscie, jest to przepi^k-na kompozycja. Na bis i na zejscie ze sceny gdanscy chorzysci zaspiewali „Ari^ z 3 utworow w dawnym stylu”, ktor^ tak skomentowal dyrygent Jan Lukaszewski: „Prosz? pahstwa, nie myslcie, ze to jest Mozart, to tez Penderecki.” Jesli chodzi o wykonanie, to tylko z podziwem mozna pisac o chorzystach ze Schola Cantorum Gedanensis: wspaniala intonacja, emisja i dykcja. Wsröd glosow stychac bylo anielskie soprany, gl^bokie alty i super niskie basy. Doskonale wykonanie to wynik calkowitego zespolenia si? ze-spolu w spiewie i wr^cz instynktownego, porozumienia z dyrygentem. Ogölne moje odczucia z koncertu s^ bardzo pozytywne. To wzniosla, sakralna muzyka. Jednak gdy siucha si^ po kolei kilku utworow, to bdnosi si^ wrazenie pewnej powtarzalnosci, bra-ku zroznicowania, a nawet monotonnosci dotycz^cej zarowno tekstow, jak i srodkow artystycz- Waclaw Bielecki 173 nych i technik uzytych przez kompozytora. Wszystkie utworach s$ bowiem napisane... „w stylu Pendereckiego”. W zasadzie zroznicowanie polegalo na tym, ze utwory wykonywane byly przez rozne zespoly spiewacze: chor mieszany, m?ski, zehski. Szczegolnie brakowalo mi zroznicowania w tempach (wszystkie utwory byly raczej powolne), nastroju (wszystkie byly dramatyczne lub smutne). Jednym wyjqtkiem byla zaspiewana na koniec zartobliwa „Kaczka pstra” dedykowana wnuczce kompozytora. Powszechnie wiadomo, ze Penderecki juz bardzo dawno temu porzucil awangard? muzycznq. W mlodosci powiedzial nawet kiedys: „Zeby przyspieszyc przelom w muzyce, nalezaloby rozp?-dzic orkiestry, ktore graj^ Beethovena, i poslac na zlom fortepiany.” A co si? dzieje, gdy chodzi o wspolczesnq muzyk? operow^ na prowincji? Opera Baltycka w Gdahsku pod koniec stycznia br. przedstawila realizacj? dwöch jednoaktowych oper zwiyzanych z Dymitrem Szostakowiczem. Pierwsza, to monodram pt. „Skrzypce Rotszylda” Benjamina Fleischmanna, ucznia Szostakowicza, ktory zginql na froncie podczas II wojny swiatowej. Mistrz przekonany nieomal o genialnosci ucznia dokoriczyl to dzielo. Gdanskie przedstawienie rezy-serowal Marek Weiss. Dokohczenia rozpocz?tych przez Szostakowicza „Graczy” na motywach sztuki Gogola podjql si? wspolczesny polski kompozytor, Krzysztof Meyer, dokomponowujqc 2/3 muzyki do tej opery. Sam Szostakowicz zrezygnowal swiadomie z pracy po napisaniu 1/3 dziela, tj. okolo 50 minut, gdyz zorientowal si?, ze opera musialoby trwac wiele godzin, aby skon-sumowac libretto Gogola, a tak dlugiego dziela nie zechcialby wystawic zaden teatr. Dlaczego zatem wbrew intencjom Szostakowicza podj?li si? tego Krzysztof Meyer oraz debiu-tuj^cy w rezyserii operowej znany aktor Andrzej Chyra? Trudno dociec. W kazdym razie trwaj$-ce 90 minut dzielo jest bardzo nudne, albowiem przeniesienie sztuki teatralnej na scen? operow^ zawsze wi^ze si? z wielkim spowolnieniem akcji. Specjalisci möwi$ o co najmniej o trzykrotnym wydluzeniu akcji scenicznej w operze. Od strony aktorskiej opera moze si? podobac. Swietny byl Jacek Laszczykowski w roli Ichariewa oraz Leszek Skrla, jako Utieszytielnyj. Niezle tez wypadla orkiestra pod pewnq r?kq Michala Klauzy, ale libretto opisuj^ce jak to szuler karciany zostal oszu-kany przez grup? szulerow jest w tym wydaniu po prostu nuz^ce. Poza tym, na scenie mamy tylko dziewi?ciu m?zczyzn i zadnej kobiety oraz niezbyt ciekawq scenografi?. Jednym slowem, nudy na pudy.A moze lepiej byloby z tych dziel zrobic balet? Paradoksem jest, ze najbardziej wartosciowym akcentem tego przedstawienia okazal si? dla mnie starannie wydany program z tekstami, m.in. Malgorzaty Sikorskiej-Miszczuk (rozmowa z Markiem Weissem i Andrzejem Chyr^) oraz Danuty Gwizdalanki (zony Krzysztofa Meyera). Jed-nak co innego ciekawy tekst, a co innego porazaj^ce nud^ dzielo sceniczne. W tym kontekscie o niebo lepsze jest wystawiony w listopadzie 2011 roku przez Oper? Baltyckq spektakl „Madame Curie” z muzykq wspölczesnej polskiej kompozytorki Elzbiety Sikory, ktory doczekal si? w mar-cu br. utrwalenia na plycie DVD. Jak jest wi?c z muzykq now^ na prowincji? Trzeba jej szukac, czasami troch? dalej, za oplotka-mi. Natomiast sama muzyka nowa bywa, co nie jest wielkim odkryciem: dobra i zla, ladna i brzyd-ka, ciekawa i nudna. Tak zresztq bylo z muzykq w kazdej epoce, st^d oprocz utworow genialnych powstawaly i powstaj^ dziela natychmiast, lub z biegiem lat, slusznie zapomniane. 174 Malarstwo i witraze Zofii Sumczyriskiej Michal Majewski MALARSTWO I WITRAZE ZOFII SUMCZYNSKIEJ Wpatrywalem si? dlugo, zupelnie zaskoczony. Zobaczylem swoj wlasny swiat w mikroska-li, swiat z pradawnego podworka, z zabiej perspektywy, ukryty w sekretnych miejscach, posrod traw i kamieni, strzezony przez robaki, slimaki i smoki. I aniola, ktory fruwa gdzies w bl?kitach. Bralem do r?ki nast?pne kartki, pokryte akwarelq, i odkrywalem dalej, jakby to byly te dziew-czynskie widoczki z dziecihstwa, gdzie wszelkie marzenia i pragnienia, ukladane w Symbole z najcenniejszych skarbow przyrody miescity si? pod skrawkiem szkla z rozbitej butelki, zama-skowanym dla niepoznaki warstewk^ piasku, lisci i igliwia. I wtedy po raz pierwszy zrobilo mi si? gor^co na plecach. A kiedy si? odwröcilem, zobaczylem to samo, jednak w duzo wi?kszej skali: kolory rzucone na plotna. „Lubi? kolor” - powie-dziala. - Tak, to widac od razu. Jednak to nie wszystko. Do tego potrzeba jeszcze odpowiednie-go manipulowania palet^, zeby dac odbiorcy tyle ciepla. Potem - jakis czas potem - z ust jed-nej pani uslyszalem to samo: „Te obrazy grzej^. Czuj? to na plecach. I w ogole - w calym miesz-kaniu jest jakos tak cieplo, slonecznie, radosnie...” „Ktory ci si? najbardziej podoba?” - zapytala, widz^c, ze wszystkie mi si? podobajq. I w taki oto sposob stalem si? pozniej, z okazji jakiegos swi?ta, posiadaczem akwareli, na ktörej zobaczylem siebie. Takiego, jak lubi? - w calkowitym odizolowaniu od reszty swiata. W bezpiecz-nym kokonie, zawieszonym gdzies w kosmosie, a moze zagniezdzonym na samym kohcu jakiejs gl?bokiej nory, w wygodnej, embrionalnej pozycji, z glow$ peln^ bajkowych snow z dzieciristwa. Znowu to slowo; wciqz lapi? si? na tych powrotach do zamierzchlej przeszlosci. Jednak - tak s^-dz? - nie da si? tego unikn^c i jest tu uzasadnione. Oprocz akwareli dostalem cos jeszcze: poznalem Zosi?*. Poznalem i pokochalem, tak samo jak to, co robi. Wi?cej: poznalem i pokochalem dzi?ki patrzeniu na to, co i jak robi. Cz?sto szu-kam odpowiedzi na pytanie: czy czlowiek jest wart tyle, ile jego dzielo? Nie znajduj? odpowie-dzi. Jednak w odniesieniu do Zosi mog? stwierdzic calkiem swiadomie: jej sztuka jest w stu procentach odzwierciedleniem jej duszy. Jest jak j?zyk dziecka, ktore zobaczylo nagiego kro-la - szczery, cz?sto naiwny, kolorowy ci^glq radosciq poznawania swiata, i w zwiqzku z tym zda-rza si?, ze jest takze bl^dzeniem - jednak pozytywnym, tworczym, chociaz dla otoczenia (takze dla mnie) czasami uci^zliwym. Kolory, kolory, jakie kolory...? Obserwuj? Zosi? przy sztalugach, z bezpiecznego dystansu. Nie lubi, jak si? patrzy na jej r?ce podczas pracy. Rozumiem to, bo mam tak samo. Ona nie lubi, jakktos podgl^da j^ w trakcie podgl^dania swiata przez pryzmat palety. Katern oka dostrzegam, jak powaznieje i odnosz? wrazenie jakby chowala gdzies gl?boko, w zanadrzu swoj^ radosnq, dzieci?cq intuicj?, zamieniaj^c si? w naukowca, w magistra sztuk, wykladaj^c na palet? wszelkie instrumenty, cal^ wiedz? zdobytq przez lata studiowania w poznariskiej Akademii Sztuk Pi?k- Michal Majewski 175 nych. Wkurza mnie to czasami, bo mam obawy, iz jestem swiadkiem zatracania czegos; kreska i kolor utracq lekkosc intuicyjnej spontanicznosci, stajqc si^ idealne w swojej naukowej sztyw-nosci. Jednak zawsze potem okazuje si^, ze moje l^ki sq niesluszne, i bij^ si^ w piersi - po raz ko-lejny Zosia zdumiewa efektem swojej pracy. Szklo. Kolorowe szklo takze stalo si^ przedmiotem pasji Zosi. Witraze to tez obrazy przez ktore swieci slonce. Zosia to widzi doskonale. A ja moglbym dalej pisac o moich obawach, ale tez o uwielbieniu, o tym jak kocham, obserwujqc kqtem oka z bezpiecznej odleglosci, z jakim namaszczeniem Zosia lapie swiatlo przez kazdy kawalek szkla, zanim zrobi kompozycj^ ktora potem zagra genialnym zestawem barw w jakims przeszkleniu, albo chociazby w lampie. Prawd§ mowiqc, pisanie o pracy twörczej bliskiej, ukochanej istoty nie jest latwe, i nawet moze byc niebezpieczne; tu juz trudno mowic o zachowaniu odpowiedniego dystansu. I tak so-bie pomyslalem, ze dobrze si^ stanie jesli zacytuj^ na koniec pi^kne slowa o sztuce Zosi, wypo-wiedziane przez innq bliskq mi osob§, profesora Feliksa Tomaszewskiego z Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdanskiego, podczas wernisazu w Tawernie Mestwin w Gdahsku, gdzie Zosia wystawiala swoje pejzaze i anioly: [...]jej obrazy - mysl{ o cyklu aniolow - sq kolorystycznie czyste, zywe, stonowane i - toprawda! - emanujq cieplem, spokojem, sentymentalnymfiglem, niemalze chagallowskq tajemnicq i niemalze chagallowskq lekkosciq. Rysunek postaci jest uproszczony[...J Spojrzenia tych listonoszy z metafizycznych parkow sq nieobecne, dlonie znakujq napi^cie mi^dzy modlitewnq ekstazq a erotycznym - zazenowanym lekko - zachwyceniem, pochylenie glowy wskazu-je na iluminacyjnq pokor^ albo otwiera przestrzeh marzenia sennego.[...J W obrazach Zosi - mysl% o malowanych pejzazach - niepada deszcz, ale i slonce jest ukryte, w tych obrazach przede wszyst-kim nie ma ludzi. Przez obrazy Zofii Sumczynskiej - kolorystycznie - plynie czas, barwy odmierza-jq pory roku i znakujq niemalze renesansowq zgod^ na przemijanie swiata i przemijanie tego, ktory na to przemijanie patrzy. Zastanawia autorskie, artystyczne „lamanie" powierzchni, kolorystyczne „zkladkowanie” pochwyconej p^dzlem rzeczywistosci. Zapewne jest to swoistego rodzaju podpis Zo-fii Sumczynskiej, znak wydeptanej w artystycznym lesie sciezki. Tak jakby probowala - uchylajqcpio-nowe, kolorystyczne zaluzje odslaniajqce swiat - dotrzec do istoty postrzeganych zjawisk, tak jakby probowala w inny jeszcze sposob zlamac dwuwymiarowosc malarskiej plaszczyzny. A byc moze jest tak (przeciez w jednym z kosciolow w Nowym Dworze znajdziemy ogromne witraze jej autorstwa), ze - sprowadzony do dosyc czytelnych, uproszczonych znakow - swiat w obrazach artystki uobecnia si^ tak, jak uobecnia si^ swiatlo w kawalku szlachetnie ci^tego szkla. Wi$c popatrzmy. * Zofia Sumczynska - urodzila si^ w 1965 roku w Gdahsku. Absolwentka Akademii Sztuk Pi^k-nych w Poznaniu. Mieszka i pracuje w Starogardzie Gdahskim. Pod koniec 2012 roku otworzyla galerig sztukipod nazwq „Galeria autorska 24B’', w ktorej prezentuje swojq tworczosc, ale takze, z zalozenia, tworczosc innych artystöw. Artystka ma na swoim koncie kilka wystaw indywidualnych w Gdahsku oraz w Starogardzie Gdahskim. Brala takze udzial w wielu wystawach zbiorowych w Polsce oraz w innych krajach, mi^dzy innymi w Japonii, Wielkiej Brytanii i Niemczech. W latach 2011 i 2012 otrzymala stypendium tworcze od Prezydenta Miasta Starogard Gdahski. Rozmowy Maciej W^sik „SLONCE JEST TAM GDZIE CHCEMY JE ZOBACZYC” ROZMOWA Z AGNIESZKA CEGIELSKA, DZIENNIKARKA TVN „Mysl^, ze w zyciu nie warto zbyt wiele planowac, lepiej widziec slonce tarn, gdzie chcemy je zobaczyc. Ono dla mnie na Zulawach zawsze b^dzie swiecic najmocniej, bo tu na zawsze b^dzie moj dom.” Miala 16 lat gdy zostala Miss Polski Nastolaitk, szybko potem wpadla w wir pracy. Juz jako licealist-ka pracowala na najwi^kszych wybiegach mody. Od 9 lat zawodowo zwiqzana jest ze stacjq TVN, od 10 lat jako zona, od ponad trzech röwniez jako mama Frania. Tegoroczna laureatka Telekamery i Gwiazda Dobroczynnosci w kategorii “Darczynca organizacji spolecznej". Agnieszka Cegielska na nadmiar czasu nie narzeka. Kazdq wolnq chwil^ stara si^ sp^dzac z rodzinq i najblizszymi. Nie b^d^ ukrywal, ze znamy si^ juz ponad polow^ naszego zycia, jednak na wy-wiad z Agnieszkq i tak najlatwiej mi bylo si^ umowic pomi^dzy jej wejsciami w telewizji. Maciej W^sik: Zm^czona ? Agnieszka Cegielska: Spöldzielnia pracy precy-zja. Miedzy wejsciami zd^zylam uspic synka, zrobic sobie kolacj^ i zasi^sc do rozmowy z Tobq. My-sl^, ze jestem raczej pozytywnie pobudzona, bo czytalam Franiowi do snu „Auta 2”. Zdalam sobie wlasnie spraw?, ze z bajek mog? si? duzo dowie- Agnieszka Cegielska, Jot. archiwum rodzinne dziec o motoryzacji, o ktorej do tej pory mialam powiedzmy - slabe poj^cie. Same pozytywy macierzynstwa? Odkrywasz ich coraz wi^cej z czasem? Czy zawsze byly ? Z czasem wi^cej, bo wi^cej niz 3 godziny mog^ przespac w nocy. Wi^cej, bo kontakt, rozmo-wa, czy tez moze powinnam to nazwac dialog z 3,5 - latkiem jest coraz wi^kszy. Czasem zastana-wiam si^, jak ja b^d^ go kochac jakb^dzie mial 18 lat ? A potem jakb^d^ plakac, jakb^d? musiala go oddac innej kobiecie? (smiech) Nie mam zbyt wiele do ukrycia, od 10 lat m^zatka, od ponad 3 mama. Nudny ze mnie rozmowca dla dziennikarza, malo sensacji a wlasciwie ich brak. Maciej Wqsik 177 Mysl?, ze wprostocie jest wlasnie najwi?ksza sila. No, ale Jako mama, zona i aktywna za-wodowo kobieta, miewasz tez czasem chwile wyczerpania. Gdzie ladujesz baterie? Mysl?, ze najbardziej kiedy spi? i slucham ciszy, ktora jest najpi?kniejszq muzyk^ jak^ znam. Bo muzyka dobra, prawdziwa i pi?kna to taka, ktora porusza zmysly i pomaga cialu dodac ener-gii jak si? wstaje o 4:30. Poranki gdy budzi si? dzieh tez uwielbiam, ale to w ciszy odpoczywam najbardziej. A s$ miejsca, ktore szczegdlnie dobrze Ciebie nastrajajq? To w kontekscie muzyki o kto-rej wspomnialas. Dom, dom, dom. Na samq mysl, ze wracam do niego usmiecham si? do siebie samej No wlasnie, ale czy to dom w Warszawie? Dom w Malborku? Dom w mojej opinii jest tarn, gdzie jest dziecko. Jednak ja tez jestem jeszcze dzieckiem, bo mog? cieszyc si? tym, ze moja mama jest blisko. Wi?c dla mnie domem b^dzie zawsze Malbork, a dla mojego dziecka stworzylam dom w Warszawie. Wroc? na chwil? do domu w Malborku. To tu si? wszystko zacz?lo mam na mysli kariert Jak wspominasz tarnte czasy? Tarnte czasy byly i pi^kne i z pewnych prywatnych powodow trudne. Byly momentami nie-winne a chwilami bardzo dorosle, ale wspominam je cz?sto, bo byly i s$ dla mnie wazne. Bylas jeszcze dzieckiem, bo miatas zaledwie 16 lat, gdy z tego domu musialas wyjechac. Wyplyn?las na gt?bokq wod?, do, mozna powiedziec, wielkiego swiata. To nie byla tylko Warszawa, ale i tez Mediolan, Paryz a potem Barcelona i w kohcu Tokio. Trudno bylo na pewno, ale czy trudniej, bo pochodzilas z „prowincji” z malego miasteczka? Nigdy o tym nie myslalam w tych kategoriach, ze jestem z prowincji. Zawsze szlam z podnie-sion^ glow^, dumnie mowilam, ze jestem z Polski, z kraju Jana Pawla II, z Malborka, gdzie mamy najwi?kszy ceglany zamek na swiecie. Chwalilam si? tym na prawo i lewo. Kiedys möj znajomy z Chorwacji powiedzial mi, ze ja jestem taka DUMNA POLKA - odebralam to jako komplement. Zartuj? cz^sto, ze jestem dziewczyn^ z prowincji, dlatego tak dobrze gotuj? i wekuj?, ale praw-da jest taka, ze jestem szcz?sliwa, ze jestem z dziewczyn^ z Malborka i ciesz? si?, ze mog? to miasto reprezentowac teraz w stolicy. Jednak cz?sto slyszymy, ze trudniej jest ludziom z malych miast. Ze trudniej jest im si? przebic w takiej na przyklad stolicy, myslisz ze to jest jeszcze uzasadnione twierdzenie? Nie s^dz?, bo gdybym miala policzyc, ile osöb w mojej firmie jest z Warszawy, a ilu jest tych tak zwanych naplywowych, to okazaloby si?, ze nie jestem w mniejszosci. Brakuje jednego w Warszawie, tego, ze nie mog? po pracy z moim Franiem pojechac do mamy na pomidorowk?. Tak po prostu, zeby porozmawiac, baterie naladowac, bo czlowiek tu jest sam, bez rodziny i chociaz silny byc potrafi, cz?sto bardziej niz niejeden warszawiak, mysl?, ze mi?dzy innymi z tego powodu, to t?skni si? mocno a z wiekiem nawet jeszcze bardziej 178 „Slonce jest tarn gdzie chcemy je zobaczyc” To moze dlatego tak cz?sto wspominasz swoj rodzinny Malbork jak jestes na wizji? Wy-daje mi si?, ze sq jakby dwa podejscia tych, ktorzy odniesli sukces do kwestii pochodzenia. Jedni bardzo cz?sto zapominajq, sk^d pochodz^ i szybko stajq si? mieszkahcami swiata i ci drudzy, ktorzy pami?tajq i na kazdym kroku podkreslajq swoj^ tozsamosc regionaln^. Ty nalezysz chyba do tych drugich. Nie rozumiem podejscia tych, ktorzy zapominaj^. Troch? mnie to dziwi, bo to znaczy, ze albo nie kochaj^ tego miejsca, w ktörym si? urodzili i wychowali, albo maj^ jakies kompleksy. Cz?-sto mowi? o Malborku, bo to miejsce, ktore dla mnie duzo znaczy, to jest moje rodzinne miasto, gdzie nadal mieszkaj^ najblizsi, ktörych kocham z moj^ mam^ na czele. Tu s^ groby moich uko-chanych dziadkow, ktorzy mnie wychowywali, ktorym bardzo duzo zawdzi?czam. Tu w szko-le narodzila si? przyjazh dla mnie jedyna taka, najwazniejsza, ktora trwa do dzis. I w koncu st^d zdarza mi si? cz?sto przywozic pietruszk? do Warszawy, bo ta nasza z rynku w Malborku smaku-je najlepiej, a na pewno lepiej od tej warszawskiej. Tak, jak mnie zapytasz, jestem lokaln$ patriot-k^ i juz si? nie zmieni?. A myslisz, ze kiedys jeszcze wrocisz na Zulawy? Mysl?, ze w zyciu nie warto zbyt wiele planowac, lepiej widziec slohce tarn, gdzie chcemy je zobaczyc. Ono dla mnie na Zulawach zawsze b?dzie swiecic najmocniej, bo tu na zawsze b?dzie moj dom. Maciej W^sik 179 No wlasnie cz^sto podkreslasz, ze slonce jest tarn gdzie chcemy je zobaczyc. A widzisz je wstaj^c o 4:30 nad ranem i gdy wychodzisz z pracy po polnocy? Widz?, ale od niedawna, od kiedy mamy okno w redakcji. A tak na serio to jak wyjezdzam do pracy po 5 rano, to przez cz^sc roku jest rzeczywiscie wschod slohca i gdy to widz$ cz^sto wra-cam myslami do slow piosenki Adama Nowaka: „zapyta Bog w swym niebie, co dalem mu od siebie? Wierzylem, kochalem i bylem tym kirn chcial bym byl". Ja mam to wielkie szcz^scie, ze w moim zy-ciu slonce swieci bez wzgl^du na por? dnia. Wracajqc do Malborka to jednym z powodöw Twoich cz^stych powrotöw, poza oczywi-scie rodzinq, jest Twoja praca dla Fundacji Szkola Otwartych Serc? To prawda, ale to jest bardzo mily powod. Dzialam w mysl zasady ze ten komu zostalo dane wi^cej niz na co dzieh potrzebuje, ma moralny obowi^zek dzielic si? tym w sposob m^dry i inte-ligentny. Pomagaj^c jednoczesnie dzi^kuje za to, ze mam zdrowe dziecko. Te wizyty spotkania z podopiecznymi Fundacji Szkoly Otwartych serc sq niesamowite, uskrzydlajq mnie, bo energia, ktor^ otrzymuje od dzieci jest magiczna i gory potrafi przenosic. To pi^kne, mysl^ bardzo prawdziwe i cz^sto przez wielu nieodkryte uczucie.Jednak praca z tq konkretnq fundacji i tymi dziecmi nie jest tylko zwyklym przypadkiem? Mam na mysli to, ze nie przypadkowo wybralas to wlasnie miejsce, ktoremu pomagasz od lat? Jak najbardziej. Zdecydowalam si$ zostac ambasadork^ tej Fundacji mi^dzy innymi dlatego, ze to Fundacja z Malborka, z mojego miasta, gdzie si? urodzilam i wychowalam. Jednak poza tym, a moze nawet przede wszystkim, zalozyla j$ osoba szczegolnie dla mnie wazna i szczegolnie mi bliska - pani Dorota Ojdowska-Starzyk, ktora wiele lat temu przygotowywala mnie do matury i do dzis jest dla mnie jak druga mama. To dla mnie wielkie wyroznienie, ze mog^ byc pomocni-kiem takiego aniola, jakim niewqtpliwie jest Pani Dorotka dla podopiecznych Fundacji. Mowilismy o tym co pi^kne i wazne, ale w zyciu nie zawsze jest przeciez kolorowo. Wiem, ze nie lubisz uzalac si^ nad sob^, ale czy jest cos co bys zmienila, patrz^c z perspek-tywy czasu? Czy s^ lub byly momenty w ktorych bylo po prostu ci^zko ? Nie lubi? wracac, myslec i zastanawiac si^ nad trudnymi momentami w moim zyciu. Byly i by-wajq jak u kazdego, ale trudne momenty to problemy, a ja wyznaje zasady, ze problemy sq po to zeby je rozwiqzywac, a nie myslec za duzo o nich, bo wtedy tracimy sily i energi^. Niektorzy twierdzq, ze cierpienie uszlachetnia czlowieka, wi^c dobrze jest umiec je god-nie znosic a cechq szczegolnq jest umiec poradzic sobie w najtrudniejszych zyciowych sytu-acjach. Bywaty takie trudne momenty w Twojej karierze? Problemy byly, sq i b^d^ jak w zyciu kazdego z nas, Jednak ja problemami w zyciu zawodowym nie martwi^ si? az tak bardzo jak problemami w zyciu prywatnym czy rodzinnym. Tak naprawd^ cos o czym marz^ dla swoich najblizszych i siebie samej, to zdrowie i jesli na tym polu dzieje si$ cos niedobrego to rozpatruje to w kategoriach problemu i to sq te trudniejsze momenty. Pytanie prawie na koniec, bo widz^, ze juz spoglqdasz na zegarek i przebierasz nogami. Pytanie byc moze banalne, ale i tez takie, ktore wi^kszosc z nas zadaje sobie dosyc cz^sto. Co dla Ciebie w zyciu jest najwazniejsze? 180 „Slonce jest tarn gdzie chcemy je zobaczyc” Najwazniejsza w moim zyciu jest rodzina, nie mam co do tego zadnych wqtpliwosci. Prac^ swojq lubi? i szanuj^ ale to dla rodziny sq zarezerwowane najpi^kniejsze emocje, to w domu od-poczywam i zbieram sily do pracy. To zanim uciekniesz do pracy, choc brzmi to dziwnie, bo jest juz 23:00 - jeszcze jedno tym razem ostatnie pytanie. Z czego czerpiesz najwi^kszq radosc? Moje radosci sq takie zwyczajne, normalne, ale dlatego smakujq tak magicznie. Uwielbiam gotowac, czytac i spac. Przez wi^kszq cz^sc miesiqca wstaje do pracy o 4:30 rano, a przy ma-lym dziecku noce tez bywajq rozne, dlatego odkqd jestem mamq mozliwosc przespania wi^cej niz 6-ciu godzin rozpatruje w kategoriach luksusu. Takiego zwyczajnego, normalnego luksusu ktory sprawia mi najwi^kszq radosc. Ale teraz naprawd^ musz? juz uciekac, bo przed polnocq mam przeciez wejscie... Jak powiedziala tak i tez zrobila. Mimochodem przejrzala si^ w lusterku, zabrala klucze od auta i wyleciala. Za kilkadziesiqt minut, po raz kolejny opowie o pogodzie najutro. Jak znam Agnieszka nie-wazne, czy b^dzie padac, czy jakis niestosowny nizznad Skandynawii popsuje nam humory, ona znaj-dzie w tej pogodzie jakis pozytyw, jakqs “pogod^” ducha. W koncu slonce jest tarn gdzie chcemy je zobaczyc. Recenzje Leszek Sarnowski KWIDZYNSKIE PRZEMIANY Danilew icz, Grabek, Kozlenko, Semczuk, Stankiewicz, Wilczak - Przemiany, 11 reportazy o Kwidzynie, Fundacja Projektor Kultury, Warszawa 2012, s. 214. Zbior reportazy o Kwidzynie to cz^sc ZIo-tej Kolekcji Malych Ojczyzna - Biblioteka Pol-ska XXI wieku. To pomysl grupy dziennikarzy stolecznych pism - Gazety Wyborczej, New-sweeka, Wprost, Rzeczpospolitej, odwiedza-j^cych rozne miasta i miasteczka pod egidq Fundacji Projektor Kultury, ktorzy - jak pisz^ - chcq zostawic dla przyszlych pokoleri waz-ny slad Polski dzisiejszej. Siad naszych Malych Ojczyzn. Kwidzyn idealnie w te dzialania si? wpisuje, bo na mapie przeobrazen ostatnich ponad 20 lat zajmuje miejsce szczegolne. W slowie wprowadzaj^cym wieloletni bur-mistrz miasta Andrzej Krzysztofiak, byly pra-cownik Celulozy, jeden z tworcow lokalne-go samorz^du, pisze, ze Kwidzyn mial dwa razy szcz^scie, pierwszy raz w 1972 roku, kiedy podj^to decyzje o budowie Celulozy i dru-gi, kiedy minister Janusz Lewandowski prze-ksztalcil zaklad w jednoosobow^ spolk? Skarb Pahstwa, ktorej wi^kszosc akcji kupil nast^p-nie amerykanski koncern International Paper. Trudno si? z tym nie zgodzic, ze wiatr w za-gle byl rzeczywiscie sprzyjaj^cy, ale tez i zegla-rze wytrawni. Bo bez zdeterminowanych i kre-atywnych mieszkancow i ich elit byc moze tyle by si? nie udalo i nie dzialo. Andrzej Krzysztofiak, Jerzy Kozdron, Leszek Czarnobaj, Jerzy Godzik, Roman Bera, Andrzej Fortuna, Marek Krzykowski, Andrzej Golyga - to tylko kil-kanascie sposrod nazwisk samorzqdowcow, poslow, senatorow, przedsi^biorcow, przywo-lanych na kartach ksi^zki. To ludzie kwidzyn-skiego sukcesu. 11 REPORTAZY 0 KWIDZYNIE PRZEMIANY Danilewicz • Grabek • Kozlenko Semczuk • Stankiewicz • Wilczak Mi^dzy tymi z pierwszych stron gazet jest tez Jaroslaw Szramka z przeprawy promo-wej w Janowie, jedyny chyba w powiecie kwi-dzynskim mieszkaniec, ktory nie podziela po-wszechnego entuzjazmu z powstaj^cego mo-stu na Wisle, bo dla niego to oznacza koniec pracy. Rozumie korzysci z nowego mostu i otwarcie na swiat, ale ma nadziej?, ze choc jeden prom zostanie, chocby jako atrakcja tu-rystyczna. Szczepan Jedowski to najstarszy masztalerz ze stadniny w Milosnej, pami?tajqcy jej po-cz^tki. Dorota D^bek - absolwentka bialostoc-kiego wydzialu lalkarskiego PWST, rezyser te-atru lalek, realizatorka Ogolnopolskiego Festiwalu Miniatur Lalkowych „Animo” w Kwidzynie. Wrocila, jak wielu innych, do Kwidzy-na dziesi?c lat temu i tutaj si? realizuje, z dala 182 Recenzje od metropolitalnych centrow kultury, bo jak mowi w miescie sq jakies dobre drozdze, one caly czas pqczkujq. Jakas suma doswiadczen, co sprawia, ze o Kwidzynie, mimo, ze niewielki, trudno mowic jak o prowincjonalnym miescie. Ewa Romanow spelnia si§ w roli promoto-ra dzialah edukacyjno-ekologicznych. Justyna Liguz zbiera i gromadzi pokawalkowane cz^-sci lokalnej tozsamosci. Bogumil Wisniewski w poszukiwaniu szczqtkow blogoslawio-nej Doroty odkrywa groby wielkich mistrzow krzyzackich, dawnych wladcow Kwidzyna. Radek Wojtaszek od mistrza Polski przed-szkolakow w szachach trafil do scislej czolow-ki swiatowej. Jacek Goszczyhski w podkwi-dzyhskiej Milosnej podtrzymuje miejscowe tradycje könne. Jaroslaw Rosiak, prezes kwi- dzyriskiego Parku Technologicznego, marzy o Dolinie Krzemowej. Jest w kohcu Teresa Bargad, od 46 lat wla-scicielka niewielkiego sklepiku przy ulicy Slo-wackiego, czynnego codziennie od szostej rano do osiemnastej. Bez przerwy ze swiezym towarem i dobrq radq dla kazdego, niemal jak w modnych dzis gabinetach terapeutycznych. Ludzie od wielkich i malych spraw. Nie-zaleznie od wielkosci zaangazowania i decy-zyjnosci Iqczy ich pasja. Sq pasjonatami swe-go miasta, choc zadna z tych osöb nie moze o sobie powiedziec, ze jest kwidzyniakiem ’z dziada pradziada. Ich przodkowie przybyli z roznych stron, ale oni sq juz stqd. I to podsta-wowy atut tej ksiqzki, ze autorom z zewnqtrz udalo si? odkryc kwidzyhski genius loci. Janusz Ryszkowski BABSKA SILA (W)RAZENIA Anna Peplinska, Zulawska baba, Wy-dawnictwo Wilk stepowy, Elblqg, 2013. Wiersze Anny Peplihskiej swoim tytu-lem nawiqzujq do klasycznej juz ksiqzki poetyckiej Anny Swirszczynskiej „Jestern baba” (1972), najglosniejszego w swoim czasie manifestu kobiecosci, wyzwala-jqcej si^ z romantycznej pozy zwiewnej kochanki i gorsetu klamliwej konwencji. „Zulawska baba” to swoisty remake, zro-biony po latach. Na tym konczq si^ jednak proste podobienstwa. Choc Peplinska, tak jak jej poprzedniczka, bywa oszcz^d-na w slowach, to - w swoich najcelniej-szych moim zdaniem wierszach — pozo-stawia odbiorcy wi^ksze pole do interpre-tacji, przez niedopowiedzenia, migotli-wosc obrazu, odleglosc skojarzeri, takim niestawianiem kropki nad i. Recenzje 183 A przy tym ma poetka wyrazne sklon-nosci, by unicestwiac egzystencjalnq po-wag? zartem. Jakby nie chciala pozosta-wac do kohca z nami serio, moze i nie do konca wierz^c w swojq moc (w)razenia. Stqd owe pastisze, piosenki, limeryki. Nawet jesli Anna Peplinska zdecydu-je si? w swoim tomiku dac upust takze li-terackiej zabawie, to i tak b^dzie to waz-na publikacja poetycka. Nie tylko patrz^c z perspektywy elblqsko-zulawskiego po-dwörka. Pawel Paziak „ZULAWSKIE PEJZAZE” Z HISTORIA W TLE „Zulawskie pejzaze” - poplenerowa wystawa fotograficzna, Galeria Zulawska w Nowym Sta-wie, od 13 marca do 10 maja 2013 r. ks. dr Mieczyslaw Jözefczyk „Z dziejöw religijnych Pomezanii w wieku XVII”, tom I - Synte-za dziejöw, Muzeum Zamkowe Malbork 2012. Wystawa fotograficzna „Zulawskie pejzaze” to kolejna propozycja Nowostawskie-go Osrodka Kultury skierowana do wszyst-kich zainteresowanych regionem polozonym w delcie Wisly i Nogatu. Otwarcie wystawy odbylo si^ 13 marca br. w Galerii Zulawsldej, mieszcz^cej si? w od-restaurowanym kosciele poewangelickim -„Olöwku”. Organizatorzy polqczyli prezen-tacj? prac artystow fotografikow z promocjq ksi^zki ks. infulata dra Mieczyslawa Jözefczy-ka „Z dziejöw religijnych Pomezanii w XVII wieku”. - Wernisaz jest owocem wspölpracy Muzeum Zamkowego i Starostwa Powiatowego -podkreslil dyrektor malborskiego zamku, Mariusz Mierzwinski. - W plenerze fotograficz-nym bralo udzial okolo 40 artystow fotografi-köw zrzeszonych w gdanskim oddziale Zwi^z-ku Polskich Artystow Fotografikow. Profe-sjonaln^ duszq pleneru byl prezes gdanskie- Zamkowe w Mall ? TOM I SYNTEZA DZ1EJÖ’ Mir Z DZIEJÖW RELIGIJNYCH POMEZANII W XVII WIEKU Malbork 2012 184 Recenzje go oddzialu, Stanislaw Skladanowski, a efekt mozemy dzisiaj ocenic sami, ogl^daj^c zdj^cia w nowostawskiej galerii. Na wystawie zapre-zentowano kilkadziesi^t sposrod kilkuset wy-konanych zdj^c, na ktorych zatrzymano w ka-drze röznorodne pejzaze, obejmuj^ce zwlasz-cza tereny powiatu malborskiego. Fotografie wydobywaj^ pi^kno zulaw-skiej ziemi, pokazuj^ cz^sto takie elemen-ty, ktorych na co dzien nie zauwazamy. Pra-ce gdanskich fotografikow poruszaj$ i wywo-luj^ refleksj^ - czasem moze i gorzkq, ze dopiero ktos musi „strzelic aparatem”, by uchwy-cic wycinek rzeczywistosci, nierzadko b^dqcej blisko, a niewidzialnej dla chaotycznego ludz-kiego patrzenia. Jest w tych zdj^ciach uj^ta zulawska dusza - „zaduma polna, Osm^tnica” - jest zapach ornej ziemi, pelen czlowieczego trudu, z kto-rego w poswiacie zachodz^cego przepi^kne-go zulawskiego slonca wyrastajq lany zboz, jest przestrzen zanurzona w melancholii wol-nosci, kusz^cej wieczn$ w^dröwkq az za hory-zont ku uniwersalnej ludzkiej tajemnicy ist-nienia - jak na obrazach genialnego romanty-ka Caspara Dawida Friedricha. Jest wreszcie czlowiek posrod tego swiata zanurzonego w naturze - sam w niej zanurzo-ny i obecny w swiecie materialnym: w zblize-niu podcieniowego domu, w ruinach gotyc-kiego kosciolka, w biegnqcym do nieskonczo-nosci lisewskim staruszku - wiadukcie, ktore-go oby kiedys nie zabraklo, bo coz to by byla za „ludzka” nieludzka niewdzi^cznosc wobec dorobku tych, ktorzy byli tutaj przed nam. Galeria Zulawska to dobre miejsce na takie prezentacje - cos si? skonczylo, cos si? zacz?-lo, cos oddycha wci^z... W drugiej cz^sci spotkania odbyla si^ pro-mocja ksi^zki ks. dra Mieczyslawa Jozefczy-ka „Z dziejöw religijnych Pomezanii w wieku XVII”, wydanej przez Muzeum Zamkowe. Pomezania to historyczna nazwa krainy, zamieszkanej przez Pomezanow, jedno z ple-mion pruskich. Jej terytorium po cz^sci po-krywa si^ z pözniejszymi krainami historycz-nymi - Powislem i Prusami Gornymi. Wyklad promocyjny wyglosil ks. dr. hab. Wojciech Zawadzki, profesor Uniwersytetu Kardynala Stefana Wyszynskiego w Warszawie, przedsta-wiaj^c sylwetk^ autora, jego dorobek nauko-wy oraz charakterystyk^ wydanej publikacji. -Pracq naukowq ks. Jozefczyk zajql si^ ma-jqc 65 lat, czyli wtedy, gdy inni zaczynajq my-' slec o zasluzonej emeryturze - zauwazyl ks. prof. Zawadzki. - Jest autorem kilku ksiqzek orazpo-nad 40 artykulöw naukowych. Swietna znajo-mosc j^zykow niemieckiego i lacinskiego pozwala mu z latwosciq czytac, badac i analizowac zro-dla z epoki. Ksiqzka bazuje na bardzo bogatym materiale zrödlowym, ktörego najwazniejszymi cz^sciami sq protokoly wizytacji kanonicznych, akta kurii i konsystorza chelminskiego, doku-menty dotyczqce zycia religijnego w Pomezanii oraz zasob ksiqg metrykalnych. - Jak w tyglu mieszajq si^ na kartach ksiqz-ki elementy historii swieckiej i koscielnej, losy ka-planow i wiernych swieckich, ludzkie drama-ty i momenty nadziei na lepsze jutro - podkre-slil w swoim wystqpieniu promotor ksiqzki. - Taki bowiem byl wiek XVII na Zulawach i na Powislu. Byl to czas dwöch rujnujqcych okolice wojen szwedzkich, czas przemarszu rozmaitych wojsk, niszczenia swiqtyn, wymierania i mordo-wania ludzi. Byl to tez czas wielu napi^c o cha-rakterze religijnym, tradycyjnie na tej ziemi mi^-dzy katolikami, luteranami, kalwinami, a niekie-dy i menonitami. Ludzkq bied^ pomnazaly ko-lejne wylewy Nogatu i Wisly, a do pustoszenia miast i wsi dodatkowo przyczynialy si^ epidemie chorob zakaznych. Liczne nieszcz^scia przepla-taly si^ z radosciq odzyskanego pokoju, podno-szeniem z ruin miast i wsi, w odbudowie swiqtyn Recenzje 185 i powrotu kaplanöw katolickich. Ksiqdz Jözef-czyk bardzo wnikliwie przeanalizowal rol^ jakq w tych wydarzeniach pelnili biskupi chelminscy i ksi^za pomezanscy. Konczqc swojq laudacj^, ks. Zawadzki zwrocil uwag^ na fakt zwi^kszonego za-interesowania historiq zulawskich terenow: „W dobie komputeryzacji, cyfryzacji, globaliza-cji, w dobie urz&lowego i nakazowego odwrotu od humanistyki na rzecz nauk technicznych, gdy nade wszystko liczy si^ ekonomia, jakby wbrew Janusz Ryszkowski wszystkiemu rodzi si^ w wielu ludziach t^sknota za pi^knem i za mqdrosciq zyciowq, za klasycz-nymi kanonami pi^kna, za wartosciami i praw-dami uniwersalnymi. Badanie przeszlosci wpisu-je si^ w ten proces. Pew nie dlatego wielu studiu-je dzieje swej malej ojczyzny. Mieszkancy Zulaw i Powisla otrzymujq nie tylko cudownq lek-tur^ ale takze olbrzymi material ku reßeksji i za-dumie. Warto wspomniec, ze ks. Jozefczyk pod-jql si^ kolejnego opracowania dziejöw religijnych Pomezanii tym razem w wieku XVIII". MI^DZY PRAWDA A FANTAZJA Tomasz Gliniecki, Elblqg czasöw wojny, Wydawnictwo Uran, Elblqg 2013 s. 212. Kiedy opowiada si? o przeszlosci, to jed-noczesnie dokonuje si? jej interpretacji. Warto o tym pami^tac, bo panuje dose sil-nie zakorzenione przekonanie, ze histo-ryk powinien neutralnie odtwarzac prze-szlosc. A przeciez - patrz^c z czytelniczej perspektywy - bardziej pociqgajqce bywajq np. kolejne biografie Krzysztofa Kolumba, probuj^ce udowodnic, ze wielki odkryw-ca byl narodowosci a to dunskiej, niemiec-kiej, ormiahskiej, zydowskiej, wreszcie sy-nem Wladyslawa Warnenczyka, a nie genu-ehskiego kupea. Tomasz Gliniecki, byly redaktor naczelny „Dziennika Elbl^skiego” i „Gazety Olsztyh-skiej”, zajmuje si? obecnie popularyzowaniem przeszlosci, pracuj^c w Muzeum Archeolo-giczno-Historycznym w Elbl^gu. Jego najnow-sza ksiqzka „Elblqg czasow wojny. Mi^dzy fan-tazj^ i prawdq” jest cz^sci^ autorskiego projek-tu edukacyjnego, realizowanego w muzeum. ELBLQG | Itasow 1 Tomasz Gliniecki Wydawniotwo URAN 2013 Gliniecki nie jest zawodowym history-kiem. Bez tego uwieraj^cego gorsetu, jako milosnik przeszlosci swojego miasta, moze pozwolic sobie pisarsko na wi^cej niz tyl- 186 Recenzje ko kurczowe trzymanie si^ literatury i archi-wöw. Chocby na hipotezy, ktore - jak sam przyznaje - s$ byc moze nie do udowodnie-nia. Zapewne doswiadczenie dziennikar-skie kazalo mu spojrzec na „Elbing czasöw wojny” z wielu punktöw - m.in. oczami ro-botnika przymusowego z D^browy Görni-czej, korespondenta wojennego, pisarza Ilii Erenburga, esesmana Reinharda Heinricha, czy legendy boksu Maxa Schmelinga. W su-mie autor przedstawil jedenastu bohate-röw, dla ktorych miasto Elbing bylo mniej lub bardziej znaczqcym epizodem wojen-nym. Zarazem stanowili oni dobry pretekst, by Gliniecki mögt przywolywac lub tworzyc narracje wykraczaj^ce poza granice malej el-bl^skiej oj czyzny. Autor niezwykle zywo i ciekawie opo-wiada. Udaje mu si? nie ugrz^znqc w szcze-golach faktograficznych, o co w podob-nym pracach bardzo latwo. A przy tym po-trafi udanie inkrustowac tekst. W rozdziale „Podchor^zy Waldek” opisuje wrzesniowe walki graniczne pod Grudzi^dzem, przy-wolujqc fragmenty wierszowanego epo-su uczestnika tej bitwy Zygmunta Kukom-skiego. To zarazem hold zlozony zmarlemu w ub. roku pisarzowi, ktory staral si^ przeka- zac wlasn$ wizj$ historii w formie mu bardzo bliskiej, choc niemal ostentacyjne nie-gdysiejszej. Jednq z bardziej pasjonuj^cych historii jest przypadek Stefana Balwierza. Gliniecki zetknql si? z nim jako reporter. Balwierz opowiedzial mu o swojej misji w Elblqgu w charakterze czlonka tajnej organizacji wy-wiadowczej „Rodlo”. Dokonal zamachu na jedno z kin, wyeliminowal groznego agen-ta w obozie dla robotnikow przymusowych, bral udzial w akcji wykradzenia planöw mi-niaturowej lodzi podwodnej. Po wielu la-,tach Balwierz probowal znalezc swiadkow swojej okupacyjne dzialalnosci. Bezsku-tecznie. Takze i Gliniecki nie znalazl takich dowodow. „Ale to co najwazniejsze nigdy i ni-gdzie nie zostalo zapisane" - podzieli si? autor refleksjq przy innej juz okazji. Natomiast to, co zapisane w dokumentach, wcale nie musi byc odzwierciedleniem prawdy... Wypada zyczyc Tomaszowi Glinieckie-mu calej serii ksiqzek o „Elblqgu XX wieku”, ktörej ta omawiana daje swietny poczqtek. I jeszcze drobna uwaga - lista polecanych przez autora opracowan liczy sobie raptem 5 pozycji. Szkoda, ze zabraklo wykazu literatury, z ktörej korzystal autor. Leszek Sarnowski KALININGRAD BEZ WIZY Adam Hlebowicz, Kaliningrad bez wizy, Wydawnictwo Oskar, Gdansk 2012 r. Krölewiec, Regiomontium, Kunnegs-garbs, Königsberg, Karaliaucius to pol-ska, lacihska, pruska, niemiecka i litewska nazwa tego samego miasta. Jest nim Kaliningrad - dzis metropolia rosyjska, po-lozona niespelna 170 km od Trojmiasta. Jednak jeszcze kilka lat temu odleglosc pomi^dzy obydwoma miastami nalezalo liczyc raczej w latach swietlnych niz kilo-metrach, zas ich mieszkahcow Iqczyla je-dynie trajektoria lotu pocisköw balistycz-nych RSD-10 Pionier, przenosz^cych glowice nuklearne. Na szcz^scie czasy si? zmienily. Recenzje 187 „Kto chce poznac Rosj? niech zacznie od Kaliningradu” - tym zdaniem Adam Hlebowicz rozpoczyna swq opowiesc o swiecie znajdujqcym si^ tuz za miedzq, ktory wciqz nie przestaje nas zadziwiac. Warto wyruszyc w t^ podroz z Autorem - wytrawnym w^drowcem i obserwato-rem nie tylko najbardziej odleglych zak^t-kow dawnego sowieckiego imperium, ale i znawcq meandrow ludzkiej duszy. Wie-lu mieszkahcow Zulaw i Powisla w ciq^gu roku cz^sto wciela si^ röwniez w podroz-niköw w^druj^cych do obwodu kalinin-gradzkiego, choc niekoniecznie w poszukiwaniu estetyczno-turystycznych wra-zeh, ale bardziej przyziemnych i zycio-wych czyli za tanszq benzyn^ papiero-sami czy innymi artykulami spozywczy-mi. Ksiqzka przydac si? moze takze im, by spojrzec na sqsiadow z nieco innej per-spektywy. Adam Hlebowicz - dziennikarz, histo-ryk, pasjonat podrozy do krajow dawnego ZSRS. Na co dzieh dyrektor Radia Plus w Gdahsku. Autor dwunastu ksiqzek, kilku-set artykulow, filmow dokumentalnych i programöw telewizyjnych. Od 1989 roku jezdzi za wschodniq granic^, poznaj^c kraje od Litwy po Moldawi^, od Bialorusi po Syberi^ i Kazachstan. Wspoltworca Parady Niepodleglosci w Gdahsku oraz tworca i organizator Miste-rium M^ki Pahskiej na ulicach Gdahska. Zonaty, troje dzieci, z rodziny odbyl tez kilka podrozy na Wschod. "To bardzo potrzebna ksiqzka i na cza-sie. Stare, pruskie miasto Königsberg - Krö-lewiec, o imponujqcej architekturze, dostalo w 1945 r. cios nokautujqcy. Nie tylko w kröt-kim czasie zgladzono bqdz usuni^to jego niemieckich mieszkaricow, a na ich miejsce wprowadzono ludzi o innej mentalnosci, kulturze, j^zyku i obyczaju, ale tez zmiaz-dzono niemal kompletnie jego substaneji materialnq i zastqpiono jq zupelnie innq -z innego swiata. Takiej apokalipsy nie do-swiadczylo zadne inne duze miasto euro-pejskie i na dodatek na ponad pol wieku od-grodzono je od reszty Europy nieprzeniknio-nym kordonem. Adam Hlebowicz z talen-tem historyka, reportera, kompetenejq poli-tologa i socjologa przenika przez ten chiriski mur izolacji i w sposöb niezwykle sugestyw-ny, plastyczny i rzeczowy pokazuje polskie-mu czytelnikowi co tarn jest obecnie, jak da-leko stamtqd do Europy ijakie szanse ma to miasto powrotu na dawny, europejski szlak swietnosci. Jest to ksiqzka pod tym wzgl%-dem prekursorska w polskiej historiografii-".-Prof. Stanislaw Slawomir Nicieja, Rektor Uniwersytetu Opolskiego Z przymruzeniem oka Maciej Kraihski WIELKANOCNE CHRZANIENIE Pisane w migsopust w Waplewie Zaczn? od tylu, czyli od leguminy. W krainie naszego zycia daj^ kucha przed sle-dziem. Zatem b?dzie od tylu, przasnie jak to na prowincji. Zgola odmiennie na salonach wielkomiejskich, tarn ordewry, antipasti, startery brylujq - Europa, no... prawie. Zapach wanilii jest najbardziej chyba poetyckim z aromatow stosowanych w sztuce kulinarnej. Nic dziwnego, bowiem ciemnobrunatne strqki sq owocami egzotycznej or-chidei oplataj^cej drzewa „zielonego piekla” - lasow Ameryki Poludniowej. Vanilla pla-nifolia jest pn^czem o bialozielonkawych kwiatkach kwitnqcych niepozornie, lecz swym zapachem wabi^ca motyle i kolibry. Owoce wanilii sq zielone, twarde torebki o dlugosci 10-15 cm, zawierajq wewn^trz liczne drobne nasiona. Niedojrzale owoce zanurza si? we wrzqcej wodzie b^dz stawia na slohcu pod przykryciem. Trac^c wod? strqki fermen-tuj^, przybieraj^c kolor ciemnobr^zowy. Podczas suszenia pokrywajq si? aromatyczny-mi krysztalkami. Jesli istnieje bogini lakomstwa, jest ni^ wysmukla i dluga czarnula wa-nilia, w sukni mieniqcej si? pachnqcymi klejnocikami. Europa poznala jq i pokochala dopiero w XVI wieku dzi?ki Aztekom. A propos, za-wdzi?czamy im rowniez czekolad?. Konkwistadorzy pojmali pachnqce laseczki i przy-wiezli do Hiszpanii wraz z kakao. Proby udomowienia wanilii poza Amerykq Poludnio-w^ spelzly na niczym. Czego brakowalo do szcz?scia dzikusce? Czy t?sknila za wilgot-nq puszcz^? Okazalo si?, ze brakowalo jej pieszczot przyjaciolek z amerykariskiego lasu, dziwnych bezz^dlych, niezwykle zarlocznych pszczol Meliponinae. To wlasnie one byly dostarczycielkami miodu potrzebnego do slodzenia ulubionego napoju Aztekow, kakao z waniliq i to one zapewnialy krzyzowq reprodukcj? plciowq kwiatow. One i tylko one byly zdolne spenetrowac wn?trze kielicha poprzez zamykaj^cy go hymen. Wanilia jest najwykwintniejszq przyprawq aromatycznq do ciast, tortow, kremow, bu-dyniow, czekolady, lodow, kompotow, niekiedy konfitur, a nawet likierow. Wsadz lasecz-k? w cukier, a uzyskasz cukier waniliowy. Wygorowana cena przyprawy zach?cila che-mikow do poszukiwah zast?pczyni. I znalezli ersatz - zwie si? wanilina, uboczny pro-dukt przemyslu papierniczego. Tak to zachlanni pozeracze lodow waniliowych, wpusci-liscie si? w wanilinowe maliny. Baby wszyscy klepiq na Wielkanoc — i tu i owdzie — najwazniejsze jednak by dobrze od dloni odchodzila, bo to sygnal, ze juz gotowa i nie klapnie nam zdradnie, kiedy na wypiekanie si? zbierze. Oczywistym jest tez, ze w bab? lask? wanilii wetknqc nalezy, przenosnia to drogi czytelniku, wszak cukier waniliowym byc powinien i kazden, do-morosly nawet cukiernik, to wie. Ale jak wyszykowac krem waniliowy, tego wszyscy nie Maciej Krairiski 189 wiedzq. A ja posiadlem tajemnq wiedz? penetrujqc staropolskq kuchni? w Waplewie, gdzie z pölki zalotnie rumieni si? na moj widok Lucyna Cwierczakiewicz. Wez mnie, ach, wez! - szelesci zalotnie puculowatymi karteczkami. Dobrze juz dobrze Lusiu, robisz wrazenie na Maciusiu i krem waniliowy podaje prawie z glowy, bo smaczny jest i odlotowy. „Pol kwarty smietanki zagotowac, wrzucic pöt laski pokrajanej wanilii i lut zelatyny, na-moczonej w calosci na godzin^ pierwej w zimnej wodzie, a nast^pnie wycisni^tej lekko w r^ku. Osobno ubic 6 zoltek z polfuntern cukru i lyzkq zimnej smietanki nag^sto; gdy si^ smietanka powoli gotuje, zaparzyc jaja, to jest lac gorqcq smietanki w zoltka, rozbic dobrze, postawiw-szy na gorqcej blasze, az dobrze para isc b^dzie, wtedy wylac z rondla zeby przestyglo i da-lej bicpoty, poki nie b^dzie g^stniec, wlozyc wform^ i wyniesc do piwnicy. Tam niech stanie!” Przyznaj czytelniku, ze czaru bez liku w Lusi waniliowym kremiku. Bylo po pomorsku, od deseröw zacz?lismy. A wedle salonu, we wlasciwym porz^d-ku, powinno byc tak: „Kiedy dro krzan, znaczy sia swienta wielkanocne przyszli. Bozesz ty moj, a otworz ty okno, abo wedlepieca cupnij, bo w slozach potopisz sia” - möwila Kazia, co mamie pomagala w kuchennych potyczkach. Oj wiedziala Kazia co möwi, to byl ktos, choc z „bosych Antköw”. Swi?ta za pasem. Chrzan w Polsce cieszy si? niezmiennym uznaniem od stuleci - Ar-moracia lapatifolia Gilib. Pochodzi z Europy Wschodniej. Rozpowszechniony w stanie dzikim po miedzach, przydrozach, smietniskach. Rosnie na siedliskach zyznych. Jest by-linq o grubych, walcowatych, mi?sistych, bialozöltawych korzeniach silnie rozgal?zio-nych i si?gajqcych do 4 metröw w glqb. Rozmnaza si? przez podzial korzenia. Najdaw-niejsza z rodzimych przypraw polskich, a takze lek ludowy. Juz za Jagiellonöw podawa-no chrzan jako przypraw? na stolach czeladzi. Marcin z Urz?dowa w Herbarzu Polskim z 1593 roku odnotowuje: „chrzan ziele znakomite w Polsce jest prawie jak pieprz". W sta-rym zielniku znajdujemy pouczenie, iz przy nadmiernym poceniu si? nög trzeba go po utarciu przykladac na lydki. Gotowany z miodem leczyl zaflegmienia i chrypk?, w oc-cie zas z wodq uzyty do plukania, wzmacnial dziqsla i co wazniejsze „oddalal cuchnienie”. Utarty, drobno strugany czy pokrajany jest doskonaly jako ostry dodatek do gotowa-nych i pieczonych potraw mi?snych i rybnych, w?dlin, kielbas, szynek i jaj gotowanych na twardo. Uzywany do podprawiania musztardy, majonezu i twarogöw. Jest skladni-kiem rozlicznych sosöw w polqczeniu ze smietanq, jablkami lub boröwkami jako doda- 190 Wielkanocne chrzanienie tek do dziczyzny. W Anglii na bazie horseradish - konskiego korzenia - tak go zwq, kr?-cq slynny sos Cumberland serwowany do jaj, drobiu i ryb slodkowodnych. Cwikty czy-li ostrej marynaty chrzanowo-buraczanej, nie moze zabrakn^c na zadnym polskim wiel-kanocnym stole, a juz na pewno do gotowanej szynki. Jego liscie i korzenie s$ dobrym, konserwuj^cym dodatkiem do marynat. „Patrza] synok, ogorek twardzioszek. A znasz ty czemu? Tocja dala krzanu!" Ach Kaziu, Kaziu, czemu ty tak szybko poszla do Bozi garn-ki mu szurac po piecu! Czas mi^sa idzie i nieustaj^ce dylematy winne tez. W zasi^gu r^ki takie bogactwo, ze wybor mi^dzy bulgarskim, chilijskim, wloskim, a francuskim, kalifornijskim, czy austra-lijskim doprowadza do mqk piekielnych, prawdziwy embarras de richesse, czyli klopot nadmiaru. Wybor z wolna traci sens, kiedy wi^kszosc krajow wytwarza wino o tej samej nazwie. Oczywiscie to szczep, ale na etykiecie jak wol „stoi napisane” - Cabernet Sauvi-gnon. Jak na mily Bog, stoj^c przed polk^ z kilkunastoma roznymi w ksztalcie butelkami, ale o tej samej nazwie, trudno zdecydowac, ktor^ zataszczyc do domu. Mowi? i glosz? t? katechez^, niczem Jan nad Jordanem: Pic, pic i jeszcze raz pic - jedynie przez prakty-k^ dochodzimy do mistrzostwa! Umiej^tnosc podstawowa to taka, by wino pasowalo do potrawy. Tak jakkrawat, gar-nitur i skarpetki zestawiamy, zestawmy wino. Harmonia!!! Godne zapami^tania, para-metrem wina jest „t^gosc”, czyli pol^czenie owocowego aromatu, st^zenie garbnikow i alkoholu, daj^ce w sumie wrazenie mocy. Kolejny parametr to „d^bowosc” i wiek trun-ku. Jak wiadomo wino markowe jest starzone i lezakowane w beczkach d^bowych. T§-gie d^bowe wina doskonale uzupelniajq mi^sa pieczone, w^dzone, suszone i czerwone w^dliny. Na Wielkanoc jakulal. Do serow dobieramy wina mlode, orzezwiaj^ce. Wszyst-kie te uwagi, co oczywiste, dotyczq win czerwonych. Jedynie czerwone, w czas mi^sia-rzy, goszcz^ na stolach. I to by bylo na tyle. Alleluja!!! Marek Stokowski 191 Marek Stokowski XI PROWINCJONALIA CZYLI KRONIKA ZYCIA TERENOWEGO A zatem juz wiosna. Chyba trzeba si^ obudzic i przypomniec sobie, ze zyjemy. Chcielibysmy Pahstwu pomoc w wychodzeniu z sennej zimy, przekazuj^c kilka wiado-mosci z naszych miast, miasteczek i zydlungow. Spojrzcie tylko, ile si^ dokola dzieje! Nie wstyd Wam tak gnic w poscieli, kiedy inni juz od dawna oddychajq tchnieniem wyt^sknio-nej pory roku nad brzegami dolnej Wisly? Redakcja ZYCIE OBYWATELSKIE Tropiszewo otoczone jest polami. Na granicach wsi czuwaj^ straze. Majq swe zamasko-wane stanowiska i posluchy w k^pach bzu, na wi^kszych drzewach, w rowach i prowizo-rycznych budach. Broniq wsi przed chorobskami. Jak tylko si? jakies pojawiq na drodze albo chylkiem biegnq miedzq, to chlopaki je widla-mi. Albo chlopy toporami. Albo jednym, drugim i w dodatku kamulami, czym popadnie, az utlukq. Kiedys jedno z chorobsk chcialo gor^. Lqdowalo przed spoldzielniq, no i wpadlo mi^dzy baby. Kilka sekund i byl spokoj. Od trzech lat w granicach Tropiszewa nie zdarzylo si^, by ktos zaniemogl. Straz obywa-telska, jak zegarek, nie odpuszcza na sekund^. W sumie nie ma innej rady, bo daleko st^d do miasta, gdzie jest szpital i przychodnia. A poza tym - ludzie wiedzq - nawet jak juz ktos tarn jakos si§ doczlapie, no to doktor go nie przyjmie tak od razu, czlowiek zd^zy umrzec, zanim wejdzie, zesztywnieje i wystygnie, zanim zmierzq mu temperatur^. ZYCIE SPOZYWCZE Ludzie jedzq: swinie, krowy, owce, kury. Przewaznie w powiatach malborskim i sztum-skim. A na swiecie rozni ludzie jedzq jeszcze: psy, jezowce, plazy, gady, osmiornice i niedz-wiedzie, mrowki, szczury i robaki. Co si^ potem dziwic albo gniewac, ze stworzenie nas nie trawi. Co si^ wsciekac, ze kot zmyka, ryba milczy, pszczola z^dli, malpa stroi miny jak nie-mqdra. 192 XIPROWINCJONALIA Ludzie wiedz^, ze w dodatku nie lubiani sq przez sliwki. Nie cierpiq ich rowniez ogor-ki, buraki, nawet bezy i kremowki, nawet one, choc powinny nienawidzic raczej os lub la-sych mrowek. A te, nie! Nie znoszq Marcinkowskiej i Benowicz, i göwniarzy z podstawow-ki w Starym Polu, i pracownic biura fiskalnego, a najbardziej - czlonkow Kola Emerytow Malbork Piaski. Dobrze chociaz, ze rekiny nie nie majq do seniorow, zwlaszcza do Komornickiego i Nie-czaja. Maj^ moze troch? do Wdowczyka, z tym ze on o niczym raczej nie wie i to dobrze - niech ma spokoj. ZYCIE FLORYSTYCZNE Chee kupic wi^zank? dla zony. Spostrzega, ze pani, ktora obsluguje go w kwiaciarni, wklada mi?dzy roze ryb?. Tak^ dlug$, lososiow$. On pyta dlaczego. - Dlatego, ze ryba jest pi?knym przybranienl, ze na swiecie tak si? robi, w Skandynawii i Kanadzie, i ze ryba, tak jakkwiaty, nadzwyczajnie lubi wod?. Po prostu pasuje. Jakpan tego nie rozumie, to mog? jq wyj^c, ale b?dzie strasznie glupio. On troch? si? boi, ze publicznie si? skompromituje, wi?c prosi zostawic. Pani cieszy si?, ze pan zrozumial. Potem wr?cza mu gotowy bukiet, kasuje naleznosc i dodaje cos na do wi-dzenia. - Taki losos po trzech dniach zaczyna przypominac o potrzebie kupna swiezych kwia-tow. Zona to potwierdzi, bez w^tpienia. ZYCIE PALACOWE Korniki w Waplewie, na pi?trze palacu. Samiec rzecze do samicy: - Kochanie, to dziwne, ze si? przypisuje nam psychik? i w ogole wladze umyslowe ja-kichs znacznie wi?kszych organizmow zupelnie innego gatunku. No i wmawia nam si?, ze jak one komunikujemy si? slowami, korzystaj^c z polskiej gramatyki. Do tego weiqz slyszy si? glosy, ze mamy podobne do tamtych relacje ze swiatem, hierarchi? wartosci, poczucie humoru... Kochanie, to glupie. To ma nawet swojq nazw?, tylko teraz zapomnialem. - Ty przestah juz gadac - przerywa mu zona. - Lepiej wez si? do roboty. Pan kornik przestaje i wgryza si? w szaf?, a zona gotuje szczawiowq na sosnie, wlasciwie na proszku z pracowicie obrabianej deski. ZYCIE TEATRALNE Otwiera torebk?. Patrzy, a tarn zieje straszna przepasc. Znikly w niej kluczyki, portmo-netka, czekoladki, szminka i w ogole wszystko, co potrzebne do przezycia. Ona stwierdza to w antrakeie. Marek Stokowski 193 Przerazona blqdzi r^kq w ciemnym wn^trzu. Nic nie czuje, nie znajduje, nie natyka si^ na zaden przedmiot, wi^c otwiera torb? jeszcze szerzej i zaglqda jak najgl^biej, prawie wklada glow^ w srodek. Widzi gigantycznq przestrzeh a w niej miliard rozproszonych iskier. Co to jest? Podr^czny kosmos? Jakies pieklo eleganckich kobiet? Probuje wypatrzec lusterko i ewentualnie tusz do powiek. Robi to na tyle nieostroznie, ze pogrqza si$ w bezkresie. Cos jq wciqga i nie puszcza, jakas silna grawitacja. W drugim ak-cie pozostaje na widowni jedno dramatycznie wolne krzeslo. Nie musialo tak si? skonczyc. Ona mogla skupic si^ na grze aktorow, a dopiero potem, po powrocie szukac tego, co zgin^lo. Mogla porozumiec si^ z bratowq, ktora juz od dawna zma-ga si^ z czelusciq w swojej torbie. Ta bratowa umie sobie niezle radzic; czasem wraca z dose odleglych gwiazdozbiorow z odzyskanym kwitem z biblioteki albo mlecznym z^bem mlodszej corki. ZYCIE INNOWACYJNE Zawsze ma przy sobie to dynamo i pedaly. Teraz tak - na przyklad jedzie do Kwidzyna, a 6w pociqg wlecze si^, jak nie wiem. No, to on rozstawia urzqdzenie na podlodze i zaczyna pedalowac. Po minucie pociqgp^dzi jak sza-lony, az si^ rozmazujq krajobrazy. Podobnie si^ dzieje, kiedy pan nie rozstajqcy si^ z torpe-do podrozuje autobusem. Jesli tylko jest spoznienie, z miejsca kr^ci, kr^ci, kr^ci, az do swi-stu wiatru w uszach. A gdy siedzi tak po prostu w parku czy przed domem, to dose czysto kr^ci w drugq Strong i w ten sposob moeno zwalnia naturalny bieg planety. Robi tak zazwyczaj wtedy, kiedy dzien jest bardzo pi^kny, nie nie boli - ani glowa, ani serce - i dziewczyny przechadzajq si^ w sukienkach, ktore zach^cajq do najsmielszych marzeh. ZYCIE TECHNICZNE Obrotowy, plaski talerz, wykonany z utwardzonej stali, wiruje na walku i rozcina kloce drewna. To pila tarczowa, juz wiecie. Chyba kazdy si? domyslil. A czy wiecie, ze potrafi czasem uciec? Na przyklad w Barcicach uciekla we wtorek i od tego czasu lata, jak zlosliwy, wieloz^bny szerszeh. Przez godzin^ cicho siedzi, odpoczywa, przyczajona pod okapem. Nie chce, szezwana, zeby jq znalezli i zawlekli nazad do trajzegi. Potem wyskakuje i znow lata, znöw ze swistem tnie z powietrza. Lecq wiory, siersc, koniuszki palcow, czasem skalp, antena, ogon. Ona si? tak msci za jakies krzywdy, w gruncie rzeczy nie wiadomo za co. We wsi jest naprawd^ niebezpiecznie, a przeciez zyc trzeba, mus czasami wyjsc na pole, do ogrodu, do kosciola, albo szukac sobie m^za, albo zony do rozrodu. 194 XI PROWINCJONALIA ZYCIE IDEOWE Ostrowska z Elblqga. Widzi siebie w ogniu bitew. Rozrywajq si^ pociski, a tymczasem ona opatruje cale setki ci^zko rannych. Albo krzqta si^ w laboratorium, gdzie powstaje le-k-remedium na wszelkie choroby na swiecie. Jest gotowa do poswi^cen, tych najwi^kszych, niebotycznych. Bo Ostrowska kocha ludzkosc. Czasem staje na balkonie i - wzruszona - patrzy na gromady bliznich na ulicach. Rzuca tym na dole platek sera, serwetk^ z motywem roslinnym czy innym, list z wyznaniem swych szlachetnych uczuc. Jest dobra. Wie o tym. Niestety w tym wszystkim jest jeszcze Ostrowski. Nie zamyka sedesowej klapy je jak swinia i lysieje. Zresztq, to w ogole jest prymityw. I dlatego ona juz od dzisiaj b^dzie trzy-mac go w piwnicy zeby nie kompromitowal idealow, zeby nie przeszkadzal w wielkiej spra-wie. ZYCIE NA WYJEZDZIE Wyborne sniadanie z widokiem na kurort. Jajecznica na prawdziwej szynce i jajka na mi^kko, pieczywo i maslo, herbata i kawa, salatka z owocow, soki w oszronionych dzban-kach, jogurt, müsli orzechowe, pasztet, sery i w^dliny chrzan, twarog z rzodkiewk^ pomi-dory z oregano, no i jeszcze konfitury krem z wisni^ i ciasta. Jemu jest potwornie glupio, wstyd, ze plawi si? w dostatku, jakims cudem tutaj zaproszo-ny. Siedzi nad nietkni^t^ bulkq z maslem i nad zimnq filizankq. Czuje, ze to wszystko mu si? nie nalezy i samo siedzenie w tym miejscu juz czyni go zdrajcq. Wyslizguje si? z hotelu na czczo. Gory s^ dla niego tez za duze. Na te gory rowniez nie zasluzyl. Okolice sq za pi^kne, a specjalnie teraz, kiedy Isniq w marcowym slohcu. W ogole dokola za wiele dobrego. Za wiele tych darow i za wiele przywilejöw. Nie potrafi tego uniesc. To jest zbyt przytlaczajqcy ci^zar dla kogos z rowniny. Dlatego czym pr^dzej powraca na polnoc - do pokoju z ciasnq kuchniq i do miski z bia-lym barszczem. Wraca chylkiem do swej skory ktorq wyprawily wschodnie wiatry. Noty o autorach Tomasz Agejczyk - ur. w 1985 roku w Malborku, od najmlodszych lat zafascynowany historiq Malborka, w szczegolnosci latami mi^dzywojennymi. Pasjonata i zbieracz wszel-kich pamiqtek dotycz^cych miasta. Numizmatyk. Obecnie mieszka w Elblqgu. Nalezy do Förderverein Jerusalem-Hospital des Deutschen Ordens in Marienburg (Malbork) e.V. Wspölpracuje z Magazynem Elblqskim. Jerzy Bänder - Ocalony z Holocaustu - syn malzenstwa Zydow: Rozalii i Ludwika Ban-deröw. Urodzil si^ w sierpniu 1942 r. w wi^zieniu Gestapo w Samborze k. Lwowa w cza-sie pierwszej duzej akcji, w ktorej wywieziono do Belzca i zamordowano ok. 4 tys. Zydow. Z najblizszej rodziny przezyl tylko ojciec, ukrywajqc si^ na terenie Sambora i Lwowa, gdzie zlapany uciekl z ci^zarowki wiozqcej go wraz z innymi Zydami na rozstrzelanie. Matk^ nie-mieccy oprawcy zamordowali we Lwowie. Jerzy wyniesiony z wi^zienia, przebywal w get-cie w Samborze, a potem znajoma ojca, Polka Maria Wachulka, ukryla go w sierocihcu. W kwietniu 1945 r. wraz z ojcem byl repatriowany do Polski. W 1965 r. ukohczyl studia wyzsze na Wydziale Elektrycznym i Automatyki Politechniki Slqskiej w Gliwicach. Kilka lat po studiach zamieszkal w K^tach niedaleko Oswi^cimia. Byl aktywnym czlonkiem pierwszej „Solidarnosci”. Od 1989 r. dziala w organizacjach zydowskich: Stowarzyszeniu Dzieci Holocaustu i Stowarzyszeniu Zydow Kombatantow. Od grudnia 2005 r. do czerwca 2009 r. przebywal na emigracji w Izraelu. Jest autorem zbioru wierszy pt. Kadisz jatom oraz zbioru opowiadah pt. My ocaleni. Obie ksiqzki wydano w 2011 r. Mieszka w Sztutowie. Waclaw Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Ab-solwent pedagogiki Uniwersytetu Gdanskiego. Pracowal jako nauczyciel w Szkole Podsta-wowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. Byly dyrektor Wojewödzkiego Zespolu Szköl Policealnych w Sztumie. W 1980/81 roku redaktor naczel-ny tygodnika Sztumska Solidarnosc, a na przelomie lat 1989/90 czlonek kolegium redakcyj-nego tego czasopisma. W latach 1990 - 1994 roku przewodnicz^cy Rady Miasta i Gminy Sztum. Obecnie na emeryturze. Zainteresowania pozazawodowe: muzyka - nie tylko kla-syczna, fotografia, spacery rowerowe i wnuki. Jan Chlosta - dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Woj-ciecha K^trzynskiego, autor ponad 30 ksiqzek i 50 artykulöw, poswi^conych przeszlosci Warmii i Mazur, w tym pismiennictwu (Warmia i Mazury w literaturze polskiej i niemiec-kiej w latach 1945-1995) leksykonöw (Slownik Warmii), prac o Wydawnictwie Gazety Olsz-tyhskiej i ludziach z niq zwiqzanych, wydawca wierszy i prozy M. Zientary-Malewskiej, ks. W. Barczewskiego, J. Liszewskiego, K. Frenszkowskiego oraz zbiorköw wspomnieniowych o ludziach regionu Andrzej Czaplihski - ur. w 1955 r. w Elblqgu. Z wyksztalcenia Zootechnik i pedagog. Przez 17 lat pracowalem w rolnictwie. Od 1995 r. pracuje jako dyrektor Gminnego Osrod-ka Kultury w Starym Dzierzgoniu. Zamilowania: historia lokalna, lowiectwo, muzyka i fotografia. Zonaty, jedno dziecko. Mieszka w Dzierzgoniu. 196 Noty o autorach Hanna Duda - ur. w 1969 roku. Absolwentka LO w Malborku, Policealnej Szkoly Ochrony Srodowiska w Gdansku i Akademii Morskiej w Gdyni. Jednq kadencj? zasiada-la w Radzie Miejskiej Malborka. Od 2006 roku prowadzi dzialalnosc gospodarcz^. Miesz-ka w Malborku. Andrzej Grzyb - poeta, prozaik i publicysta urodzony w Zlym Mi?sie na Kociewiu, mieszkaj^cy w Czarnej Wodzie. Jest zalozycielem kilku stowarzyszeh spoleczno-kultural-nych na Kociewiu. Laureat wielu nagröd literackich, autor ponad trzydziestu ksiqzek, to-miköw poezji, powiesci, zbioröw opowiadah, basni dla dzieci i reportazy z podrözy w?d-karskich. Malgorzata J?drzejewska - bibliotekarka, nauczycielka j?z. polskiego, lifecoach. Miesz-ka w Nowym Stawie. Na co dzieh pracuje w gimnazjum nowostawskim, staraj^c si?, ze zmiennym skutkiem, wyrobic u mlodziezy poci^g do czytania - dlatego rokrocznie organi-zuje maratony czytelnicze, ktore cieszq si? powodzeniem takze u doroslych mieszkahcow miasta. Jest czlonkiniq Alternatywnego Elblqskiego Klubu Literackiego. W 2013 roku wy-dala powiesc Marzenia nie bolq. Grazyna Kamyszek - ur. w 1950 r. w Sztumie. Absolwentka LO w Sztumie. Ukohczy-la filologi? polsk$ na UG i studia podyplomowe z bibliotekoznawstwa. Pracowala jako nauczycielka j?zyka polskiego w Postolinie i w Ustce. Autorka scenariuszy i realizatorka wie-czoröw poetyckich przyblizajqcych tworczosc H. Poswiatowskiej, E. Stachury i K. K. Ba-czyhskiego - wystawianych na scenie Domu Kultury w Ustce. Wspölredaktorka wydania tomu poezji Mlode glosy (1997 r.), promuj^cego tworczosc mlodziezy. Aktualnie na emery-turze. Mieszka w Ustce, a latem w Barcicach. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Prawie cale zycie sp?dzil na Zulawach. Po studiach na UG (seminarium Marii Janion), dzialalnosci w SKS, zakladaniu NZS i pracy w DKF „Zak” od cwierc wieku oddaje si? pracy nauczycielskiej w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania, slowo/obraz terytoria, Gdansk 2010, ktöry znalazl si? w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie ukohczyl prac? nad ksiqz-kq poswi?con4 inspiracjom malarskim w twörczosci Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydlo Wschodnie. Jerzy Kosacz - ur. w 1942 w Budslawiu (obecnie Bialorus). Absolwent Wydzialu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Pracowal jako robotnik w Stoczni Gdahskiej, bibliotekarz w Kwidzynie, nauczyciel akademicki w Pahstwowej Wyzszej Szkole Sztuk Pla-stycznych w Gdansku, kierownik Biblioteki w Kwidzynie. Od 1980 przewodnicz^cy MKZ „Solidarnosc” w Kwidzynie, wspölzalozyciel i redaktor Biuletynu Zwiqzkowego MKZ NSZZ Solidarnosc w Kwidzynie w Kwidzynie”. 12 XII 1981 zatrzymany, internowany w Ilawie, zwolniony 181 1982, nast?pnie zwolniony z pracy. W latach 1982-1990 prowadzil wlasny zaklad stolarski w Bialkach k. Kwidzyna. W latach 1984 -1985 przewodnicz^cy podziem-nej MKK „S” w Kwidzynie, 1985-1989 czlonek TZR„S” w Elblqgu. Odznaczony Krzyzem Semper Fidelis (2003), Krzyzem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2006). Mieszka w Sadlinkach. Noty o autorach 197 Maciej Krainski - ur. w 1950 r. w Gdansku. Studiowal filologi? polskq na UMK w To-runiu i Uniwersytecie Gdanskim. Wspölzalozyciel pisma literackiego Litteraria. Zalozy-ciel i pierwszy prezes Kola Mlodych przy ZLP w Gdansku. Uczestnik strajku sierpniowego 1980 r. Wlatach 1999-2003 dyrektor Wojewodzkiej Biblioteki Publicznej w Gdansku. Prezes i zalozyciel Stowarzyszenia Gunthera Grassa. Pomyslodawca i wspoltworca obchodöw 80-tych urodzin noblisty w Gdansku w 2007 r. W latach 2005-2006 jako wspolpracownik Dziennika Baltyckiego. Wspolpracowal z miesi^cznikiem Punkt i Dziennikiem londyhskim. Wydal tomik poezji Jelita i wspoltworzyl almanach poetycki Nowy transport posqgow. Od 2009 roku tworzy Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim oddzial Muzeum Narodowego w Gdansku. W 2010 roku wydal ksiqzk^ Panowie na Waplewie. Michal Majewski - ur. w 1954 r. w L^borku. Studiowal na Wydziale Mechanicznym Wyzszej Szkoly Morskiej w Gdyni. Jako mechanik pracowal okolo 10 lat na statkach Pol-skich Linii Oceanicznych i Chipolbroku. Po zejsciu na Iqd zamienil swoje hobby - snycer-stwo w profesj^. Rzezbi w drewnie, robi artystycznq stolark?, renowacj^ starych mebli i ich repliki, a takze wszystko, co si? da - byle z drewna. Wiele jego rzezb znajduje si? w Koscie-le Niepokalanego Pocz^cia Maryi w Nowym Dworze Gdanskim. Mieszka w Starogardzie Gdanskim. Zygmunt Mietlewski - ur. w 1953r., z wyksztalcenia inzynier i ekonomista, wykladow-ca na Akademii Morskiej w Gdyni. Ojciec trzech cörek i jednego syna. Przygod? z poezji rozpocz^l juz w szkole podstawowej. W szkole sredniej w Gliwicach zalozyl Teatr Analiz Li-teracki, ktory wystawil m.in. Bialq dam^ Cypriana Kamila Norwida, Treny Kochanowskie-go. Po powrocie do Sztumu w drugiej polowie lat siedemdziesiqtych prowadzil na zamku w Sztumie spotkania z poezji i muzykq. Pierwszy tomik poezji zatytulowany Spragnieni i ni-gdy niesyci milosci opublikowal wspolnie z Hannq Adamkiewicz, kolejny zadedykowany zo-nie i corkom nosi tytul Nasze male kochanie. Mieszka w Sztumie Wiesiaw Olszewski - ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsz-tynie, rolnik. Inicjator reaktywacji Struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajo-znawczego w Nowym Dworze Gdanskim. Wspölzalozyciel i Prezes Klubu Turystycznego PTTK w Nowym Dworze Gdanskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof. Marcin Owsihski - ur. w 1975, historyk, kustosz muzealny, kierownik Dzialu Oswia-towego Muzeum Stutthof w Sztutowie. Autor koncepcji i redaktor prowadzqcy wydawnic-twa i pakietu edukacyjnego Pami^tamy, pami^tam... Pomorze Gdanskie i oböz Stutthof 1939-194S. Tworca koncepcji edukacyjnej Muzeum Stutthof oraz scenariuszy zaj^c edukacyj-nych. W swoich zainteresowaniach badawczych koncentruje si^ na analizach zborowosci polskich wi^zniow KL Stutthof, kwestiach funkejonowania miejsc pami^ci po 1945 roku oraz historii najnowszej Zulaw. Autor ksiqzki Polscy wi^zniowie polityczni w obozie Stutthof 1939-1945 oraz opracowah naukowych i artykulöw prasowych. Obecnie zajmuje si? bada-nem historii dziejow gminy Sztutowo i muzeum Stutthof w latach 1945 - 1989. Publikowal w Dzienniku Baltyckim i Biuletynie IPN. Pawel Paziak - ur. W 1970 r. w Slupsku. Absolwent filologii polskiej w WSP w Shipsku, w 2001 r. doktorat na UG. Na Zulawy przybyl w 1994 roku „za chlebem” i tylko „na chwilf, 198 Noty o autorach ktora wciqz trwa. Mieszka w Nowym Stawie, pracuje w szkole ponadgimnazjalnej. Od 2005 roku wspolpracownik Gazety Malborskiej. Publikowal w Poradniku Jpzykowym, Gazecie Pol-skiej, Gosciu Niedzielnym, Naszej Polsce. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 w Opaleniu. Absolwent Filologii Polskiej UWM w Olsztynie. Wlatach 1984-2009 dziennikarz Wieczoru Wybrzeza, Wiadomosci Elblqskich i Dziennika Baltyckiego. Jako poeta debiutowal w 1975 roku w Nowym Wyrazie, jako krytyk literacki trzy lata pözniej na lamach Nowych Ksiqzek. Opublikowal tomiki: Wiersze (1983), Stan podgorqczkowy (nagroda im. Kazimiery Illakowiczowny na najlepszy ksi^zkowy debiut 1985 roku), Platny romans, Prywatne sledztwo (1992), Do snu nie przemycisz domowych za-pachow (2001). Autor reportazy Requiem dla hrabiego (1997), W podrözy po ziemi sztumskiej (2010), wspolautor albumow starych pocztowek oraz fotografii Sztum-Stuhm (2000) i Odcienie szarosci (2003). Z Krystyna Blaszczyk - Ryszkowsk^ przygotowal antologi? Oko judasza (2007), zlozonq z prac literackich nadsylanych od 1992 na Ogolnopolski Przeglqd Sztuki Wi^ziennej w Sztumie. Mieszka w Sztumie. Eukasz Rzepczynski - ur. w 1981 roku, mieszka w Kwidzynie. Z wyksztalcenia polito-log, absolwent Wyzszej Szkoly Zarzqdzania w Kwidzynie. Obecnie na UMK w Toruniu stu-diuje Podyplomowe Studia - Zabytkoznawstwo i Konserwatorstwo Dziedzictwa Architek-tonicznego. W 2013 roku otrzymal tytul Spolecznego Opiekuna Zabytkow. Od kwietnia 1999 roku jest aktywnym czlonkiem Towarzystwa Milosnikow Ziemi Kwidzynskiej. Jest znanym w Kwidzynie i powiecie popularyzatorem wiedzy o przeszlosci i zabytkach regio-nu zwlaszcza wsrod dzieci i mlodziezy. Jest laureatem wielu konkursow krajobrazowo-hi-storycznych, wspolorganizatorem wielu wystaw zwi^zanych z historiq ziemi kwidzynskiej, cenionym kolekcjonerem. Od ponad 20-stu lat kolekcjonuje pami^tki zwi^zane z przed-wojennym Kwidzynem (Marienwerder). Prowadzi blog o tematyce historycznej na ktorym prowadzibadania zhistorii miasta - (http://kwidzyn-muzeum-lukasz.blogspot.com). Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii UG. Jako dziennikarz wspölpracowal z Gazetq Wyborczq, Dziennikiem Baltyckim, Radiem Gdansk, Radiem Plus, TVP Olsztyn, TVP Gdansk. Przewodnicz^cy Komitetu Obywatelskiego „So-lidarnosc” w Sztumie w 1989 roku. Redaktor naczelny Sztumskiej Solidarnosci i Gazety Sztumskiej w latach 1989-93. Wydawca i redaktor ksiqzki Od „Solidarnosci" do spoleczenstwa obywatelskiego (2005). Zalozyciel Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie, pomyslodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika Prowincja. Obecnie dyrektor Departamentu Kultury Urz^du Miej skiego w Elblqgu. Mieszka w Sztumie. Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydzialu Architektury Wn^trz PWSSP w Gdahsku. Od 1990 roku mieszka i pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje si? wy-stawiennictwem i grafikq uzytkow^. Od 1986 roku zajmuje si^ malarstwem liryczno-grote-skowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach - Grand Prix Satyrykonu 1998, Secend Prize Istanbul - Turcja. Mieszka w Malborku. Tomasz St^zala - elblqzanin z urodzenia i wyboru. Absolwent ART w Olsztynie. Szcz^sliwie zonaty i dzieciaty. Nauczyciel w liceum w Elblqgu. Pisze od kilku lat. Opublikowal Elbing 1945, Porucznicy 1939 w warszawskim wydawnictwie Erica. W najbliz- Noty o autorach 199 szym czasie ukaze si? kolejna ksiqzka pt: Kapitanowie 1941, a takze powiesc sensacyjna. Laureat nagrody „Elblqska Ksi^zka Roku 2010”. Interesuje si? histori^ wojskowosci^ i gra w golfa. Aktualnie pracuje nad trzeciq cz?sciq trylogii Trzy Armie. Strona internetowa: www.tomaszstezala.pl Marek Stokowski - ur. w 1957 r. w Warszawie. Absolwent Wydzialu Polonistyki Uni-wersytetu Warszawskiego. Kustosz w Muzeum Zamkowym w Malborku. Prowadzi unikal-ne w skali kraju gry edukacyjne i przygodowe dla mlodziezy i doroslych. Autor ksi^zek bele-trystycznych i edukacyjnych. Czlonek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wydal m.in.- Dzien nad ciemnq rzekq (1996), Sny dla doroslych i dla dzieci (1998), Legendy i opowiesci zamku Malbork (2002, 2005), Krzyzacy, ich panstwo i zamki (2003), Blazen (2004), Noc tajemnic (2005), Samo-loty (2005), Stroiciel lasu (2010). Mieszka w Malborku. Maciej W^sik - ur. w 1979 w Malborku. Absolwent University of The Arts w Londynie i Mistrzowskiej Szkoly Rezyserii Filmowej Andrzej a Wajdyw Warszawie. Pierwsze kroki za-wodowe stawial w Wielkiej Brytanii. W latach 2008 - 2012 zwi^zany z TVP S.A. w Gdah-sku i w Warszawie. Obecnie wspölpracuje z wydawnictwami i instytucjami kultury w kraju i za granicq. Mieszka w Gdahsku. Bogumil Wisniewski - ur. w Kwidzynie. Ukohczyl archeologi? o specjalnosci architek-tura zabytköw na UMK w Toruniu. W latach 1994 - 98 byl radnym Rady Miejskiej w Kwidzynie, a od 2001-2 zast?pc^ burmistrza Kwidzyna. Znawca i milosnik Kwidzyna i okolic. Obecnie pracuje w Urz?dzie Miejskim w Kwidzynie. W 2006 r. zainspirowal poszukiwa-nia doczesnych szcz^tkow blogoslawionej Doroty z Mqtowow Wielkich oraz poszukiwania w kwidzyhskiej Katedrze p.w. sw. Jana Ewangelisty, pochowköw trzech wielkich mistrzöw Zakonu Szpitala Najswi?tszej Marii Panny Domu Niemieckiego wjerozolimie. Szcz^tki sre-dniowiecznych dostojniköw zakonnych - jedynych w Europie - ostatecznie, a takze miejsce pochöwku bl. Doroty odkryto w 2007 roku. Mieszka w Kwidzynie. Jacek Zukowski - poeta i prozaik, czlonek Alternatywnego Elblqskiego Klubu Literac-kiego. Pracuje jako dziennikarz i prezenter w Telewizji Elblqskiej. 200