PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNI DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW • NR 4 (IOI* 2012 Fobos Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2012 roku” WOJEWÓDZKA BIBLIOTEK PUBLICZNA Im. Josepha Conrada Korzeniowskiego Pracownia Regionalna przegródka poczt. Nr 447 80-958 Gdańsk 50 tel. 301-48-1 1 do 14 w. 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr4(10) 2012 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Okładka: Mariusz Stawarski Obrazy na okładce: III i IV str. okładki zdjęcia ze spotkań promujących kwartalnik „PROWINCJA” w Sztumie, Malborku, Prabutach, Nowym Dworze Gdańskim (autorzy- W Bielecki, M Opitz, P. Piesik, K. Hajbowicz Druk: Drukarnia W&P ul. Akacjowa 29, 82-200 Malbork Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10 tel. 693 527 614 prowincja(o>onet.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Leszkowi Taborowi, burmistrzowi Sztumu Andrzejowi Rychłowskiemu, burmistrzowi Malborka Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Romanowi Pawłowskiemu, burmistrzowi Prabut Kazimierzowi Szewczunowi, burmistrzowi Dzierzgonia Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Kwidzyńskiemu Centrum Kultury Sztumskiemu Centrum Kultury Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim Stowarzyszeniu Inicjatywa Aktywny Malbork Stowarzyszeniu Malborskie Centrum Kwadrat www.marienburg.pl www.tvmalbork.pl Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim, ul. Kopernika 10 Księgarnia „Bestseller” w Sztumie, ul. Reja 13 Agencja Reklamowa „Aliem” Sławomira Michalika, Sztum ul. Galla Anonima 8 Sklep papiernicze - biurowy „Kopiał” w Malborku, ul. Żeromskiego 5 Księgarnia Idea Jz. w Nowym Dworze Gdańskim, pl. Wolności 11 Redakcja prowadzi również sprzedaż wysyłkową -zamówienia można składać pocztą elektroniczną na adres wydawcy. Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy - Stowarzyszema Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl SPIS TREŚCI Dziesiąta „Prowincja”...........................................................5 Esej Stanisław Modrzewski - Gdzie druga taka ziemia płaska po sam widnokrąg?.......6 Proza Andrzej Kasperek - Są klucze, ale nie ma drzwi.......................10 Janusz M. Moździerz - Operacja - rejs........................................25 Barbara Kamyszek - Po tamtej stronie drutów..................................29 Michał Majewski - Zieliński..................................................34 Poezja Stanisław Modrzewski.................................................37 Barbara Marszałek............................................................39 Bożena Ciura.................................................................40 Wędrówki po prowincji Janusz Ryszkowski - W czyjej będę figurować historii.................41 Kordian Kuczma - Patroni naszych ulic (cz. 8 i ostatnia) ....................49 Jerzy Kosacz - Plac wielu zwycięstw i klęsk..................................56 ks. Andrzej Kilanowski - Jegłownik ekumeniczny................................65 Jacek Skrobisz - Spory wokół kościoła zamkowego w Malborku...................71 Aleksandra Kuźbida - Uśnickie anioły.........................................78 Na tropach historii Janusz Namenanik - Dzieje ratusza w Dzierzgoniu......................86 Tadeusz Linkner - Podróże księdza Konstantego Damrota........................91 Paweł Głogowski - Papierowy pieniądz zastępczy na terenie Powiśla i Żuław w latach 1914 - 1923.....................98 Maciej Kraiński, Dobromiła Rzyska-Laube - Rozproszona kolekcja Sierakowskich.............................................102 Tomasz Agejczyk - Prasa malborska do 1945 roku..............................110 Martyna Sarnowska, Leszek Sarnowski - Bank miast w Sztumie..................118 Polskie grudnie Adam Langowski - Strzały w hufcu pracy.................................137 Wiesław Olszewski - Linawa, 16 grudnia 1981 roku.......................143 Sylwetki Andrzej Kasperek - Wrońscy - portret podwójny..........................151 Agnieszka Jarzębska - Bolek - historia społecznika.....................160 Magdalena Gródecka - Za daleko mieszkasz miły... Historia Ady Rusowicz z Dzierzgonia...................................169 « Muzyka - Plastyka Wacław Bielecki - Muzyczny październik.................................175 Jerzy Kosacz - Skazana na tworzenie....................................180 Recenzje Andrzej Lubiński - Księgozbiór konserwatora malborskiego zamku.........182 Leszek Sarnowski - Steblewo opisane....................................184 Wacław Bielecki - Wieś o siedemnastu nazwach...........................185 Maciej Kraiński - Smakowanie Powiśla...................................187 Janusz Ryszkowski - Krytycznie po raz czwarty..........................189 Jacek Albrecht - Krucjaty - spojrzenie skandynawskie...................190 Leszek Sarnowski - Chmielowa historia po elbląsku......................193 Z przymrużeniem oka Zbigniew Stelmach - Pod stajenką.......................................195 Maciej Kraiński - Jerez - Xeres - Sherry...............................196 Marek Stokowski - X Prowincjonalia.....................................198 Noty o autorach 202 5 DZIESIĄTA „PROWINCJA” Wybitny rosyjski pisarz Wiktor Jerofiejew w eseju na 70-lecie śmierci Bruno Schulza napisał, że „na prowincji nocą lepiej widać gwiazdy. W wielkich miastach wydają się zbyt małe, nic nieznaczące. W wielkich miastach zbyt wiele czasu tracimy na życie w społeczności - tę niekończącą się gumę do żucia. Schulz znalazł mocny fundament swojej teologii- prowincjonalną nudę, którą w liście do Gombrowicza przenikliwie nazwał zbawczą". Paradoks Schulza polegał na tym, że żyjąc w zamkniętej, zdawało by się prowincjonalnej enklawie na rubieżach Rzeczpospolitej, z dala od intelektualnych metropolii, swoją twórczością uczestniczył w najważniejszych debatach, wyznaczając wręcz nowe trendy w literaturze i sztuce. Banalnie może w tym kontekście zabrzmi, że jakość życia gdziekolwiek, na prowincji czy w centrum, zależy od ludzi. Szukajmy zatem swoich Schulzów, Stasiuków, Nikiforów... W analizowaniu prowincji Stanisław Modrzewski odwołuje się do mistyków, sugerujących, że człowiek znajduje się w centrum świata, bo z każdego miejsca może zadawać sobie te same pytania o sens życia czy zachwycać się różnorodnością świata, choćby czasem w jego mikroskali. To nie miejsce określa wartość człowieka, pisze Modrzewski, odwołując się do współczesnej kosmologii, „która podpowiada, że choć jesteśmy zjawiskiem peryferyjnym w czasowo-przestrzennym porządku świata, to w porządku wartości przebywamy w miejscu uprzywilejowanym, a być może unikatowym, gdzie padają zasadnicze dla człowieka pytania o sens istnienia, o wartości, o ich miary i źródła, a wraz z pytaniami pojawiają się próby odpowiedzi." Niezależnie od tego czy prowincję potraktujemy jako „schulzowską” nudę, czy kosmologiczne centrum, ważne jest by z tą rzeczywistością się mierzyć, w niej się odnajdywać każdego dnia i nie traktować jak dopust boży. W pierwszym numerze naszego kwartalnika pisaliśmy w dyskusji redakcyjnej, że nasza prowincja bywa nudna, zakompleksiona, przewidywalna, parafialna, zaściankowa, wścibska, ale bywa też ciekawa, nostalgiczna, zdystansowana i kameralna, spolegliwa na plotkę, ale i inspirująca do literackich poszukiwań i inspiracji. Dowodów na to drugie daliśmy w naszym kwartalniku do tej pory sporo, literackich, historycznych czy publicystycznych. W tym numerze znajdziecie Państwo również swoich ulubionych autorów na tropach ciekawych historii naszej schulzowsko-kosmologicznej prowincji, a całość jak zwykle w artystycznym opakowaniu naszego redakcyjnego malarza, autora wszystkich okładek Mariusza Stawarskiego. Dziesięć numerów kwartalnika, to może niewiele, to zaledwie trzydzieści miesięcy, dwa i pół roku oraz ponad dwa tysiące stron, mamy nadzieję, ciekawej lektury. Może jeszcze nie ma czego świętować? A może jest, bo to dobra okazja do podziękowania Autorom, ale i Czytelnikom, bo jednych i drugich przybywa. I to jest chyba recepta na nasz mały, wspólny sukces, antidotum na nudę, żuławską depresję czy powiślańską obojętność. Zapraszamy do lektury jubileuszowego numeru kwartalnika w którym nie zabraknie prozy, poezji, lokalnych historii, zapomnianych bohaterów, oryginalnych zabytków... Redakcja Esej Stanisław Modrzewski GDZIE DRUGA TAKA ZIEMIA PŁASKA PO SAM WIDNOKRĄG? KILKA REFLEKSJI O PROWINCJI Pojęcie prowincji jest ściśle związane z ważną dla naszego myślenia o świecie metaforą okręgu. Ta zaś jest bytem złożonym z kilku elementów: środka czyli centrum, punktu (bądź punktów) tworzących okrąg oraz promienia stanowiącego miarę oddalenia od wyróżnionego punktu centralnego. Metafora okręgu funkcjonuje w bardzo wielu płaszczyznach naszego patrzenia na świat. Bywa poręcznym narzędziem myślenia o świecie i wciąż się ujawnia w różnych postaciach językowych w naszym mówieniu o rzeczywistości - jako prowincja, peryferia, margines, skraj, czy kres w relacji do metropolii, centrum, źródła, środka - zależnie od rodzaju dyskursu i retorycznych potrzeb. Każda kultura generuje własny obraz świata, a każda osoba zanurzona w określonej kulturze posiada swój intymny, wewnętrzny wizerunek rzeczywistości mniej lub bardziej zbliżony do modelu dominującego. Ów osobisty wizerunek rzeczy jest mniej lub bardziej sensownie uporządkowaną mieszaniną informacji pochodzących z bardzo wielu źródeł: z „obowiązującego” w danym czasie paradygmatu naukowo-filozoficznego, z naszych własnych filozoficzno-religijnych przekonań i przeczuć, z lektury popularno-naukowych opracowań (bo przecież nie wszyscy studiujemy Einsteina czy Newtona) z naszych praktyczno-bezpośrednich doświadczeń rzeczywistości nas otaczającej, z tego, co zaproponuje sztuka (w tym literatura), a także telewizja, gazety itd., itd. Trudno wymienić wszystkie źródła i nie ma takiej potrzeby. To sprawy dość oczywiste. Pojęcie prowincji jest proteuszowe. Zależnie od obrazu świata, jaki akceptujemy, to pojawia się z całą mocą - tak, że możemy powiedzieć: „Cały świat to jedna wielka prowincja” - czasem jednakże znika zupełnie tak, że prowincji dostrzec nigdzie nie potrafimy; a innym razem - aby sprawę skomplikować - ambiwalentnie pokrywa się z pojęciem centrum. Przykładem świata pozbawionego prowincji może być obraz rzeczywistości oparty na bardzo starej i bardzo sławnej definicji Boga, która wywarła znaczny wpływ na refleksję teologiczną i wyobraźnię poetów europejskich: Deus est sphera cuius centrum ubiąue, circumferentia nusąuam, czyli: „Bóg jest sferą, której środek znajduje się wszędzie, a obwód nigdzie". Sformułowanie to zostało zanotowane w Księdze dwudziestu czterech filozofów - manuskrypcie nieznanego autora z dwunastego wieku zawierającym dwadzieścia cztery definicje Boga zaproponowane przez anonimowych teologów. W świecie modelowanym przez tę formułę każde miejsce i każda chwila jest nacechowana obecnością Boga - środek znajduje się wszędzie - a jednocześnie świat jest otoczony nieskończonym Bogiem - obwód nie znajduje się nigdzie. Człowiek wraz ze swą duszą nie znajduje się w oddaleniu, z dala od centrum Wszechświata, gdzieś na kresach, na prowincji, na jakiejś „ukrainie”, ale zawsze i wszędzie pozostaje zbieżny z centrum. Bóg, czyli środek świata stanowi także środek duszy człowieka. Skoro Bóg jest niezmierzoną sferą, w całej swej pełni zawierającą się w swym śród- Stanisław Modrzewski 7 ku, który znajduje się wszędzie, dusza jest również środkiem zawierającym Boga. Krótko mówiąc, nie ma na świecie takiego miejsca, które można nazwać peryferiami, prowincją, kresami, i na które można by zesłać człowieka. Świadectwo takiego „antyprowincjonalnego” spojrzenia na rzeczywistość znajdujemy u mistyków. „Dusza krąży wokół tej głębi ducha bożego nie w sposób [... ] przestrzenny, ale tak jak duch zawierający w sobie innego ducha, bez granic, bez przestrzeni czy odległości” - pisze siedemnastowieczny mistyk angielski Peter Sterry, a Jakub Boehme potwierdza: „Wieczny środek i źródło życia [... ] znajdują się wszędzie”. W takim obrazie świata człowiek zawsze zajmuje centralne miejsce, bądź znajduje się blisko centrum, lecz nie ma to nic wspólnego z jego usytuowaniem na Ziemi, ani też z usytuowaniem Ziemi w Kosmosie. Centrum znajdować się może w dowolnym punkcie, gdyż człowiek z każdego punktu może poznawać świat, postrzegać zjawiska kosmiczne, oddawać się kontemplacji otaczającego świata i bożych w nim działań. W tak pojmowanym świecie pojęcie „prowincji”, peryferii, nie ma racji bytu. Każda chwila i każde miejsce, w którym się znajdujemy stanowią dla nas nowy punkt oglądania rzeczywistości w całym jej bogactwie i różnorodności. Istnieją wszakże obrazy świata, w których prowincji znajdziemy aż nadto. Dość powszechne jest przekonanie, że to Kopernik pozbawił nasz świat centralnej pozycji we Wszechświecie. Przesunął nas z centrum na mniej lub bardziej oddalone obrzeże. Było to w swej istocie przesunięcie w przestrzeni i to w ramach Układu Słonecznego, ale zostało odczytane jako przesunięcie wobec wartości i okazało się bolesne i trudne do zaakceptowania dla wielu ludzi Renesansu. Odczytywano to jako akt detronizacji, pewien rodzaj metafizycznej degradacji czy wręcz poniżenia. Niektórzy poczuli się prowincjuszami. Trochę to zaskakująca reakcja, bowiem już przed Kopernikiem filozofowie, teologowie, a za nimi poeci, wysyłali nas często na obrzeża, na metaforyczną Ukrainę, czyli miejsce leżące z „u kraja” rzeczywistości, a tym samym na margines spraw, na kresy. Mieliśmy czas, by się oswoić z takim widzeniem rzeczy. Średniowieczny pisarz Alanus ab Insulin porównywał Wszechświat do ogrodu, w centrum którego znajduje się zamek, a w nim, na tronie Bóg (władca-cesarz). W niższych niebiosach rycerstwo niebieskie, czyli aniołowie, a my, mieszkańcy Ziemi, znajdujemy się extra muros - czyli „poza murami”, poza bezpiecznym oddziaływaniem Panującego, i nie w cieniu skrzydeł niebieskiego rycerstwa, a tym samym jesteśmy narażeni na ataki wrogów. W tak malowanym porządku Wszechświata żyjemy na prowincji tak głębokiej, że właściwie jesteśmy kresowiakami. A kresy to miejsce bardzo dramatyczne. Tu bowiem rozgrywa się walka z wrogami niebiańskiego ogrodu. Inny wpływowy pisarz średniowieczny - Makrobiusz - twierdził, że przy stworzeniu świata najszlachetniejsza materia („materia eteryczna”) uniosła się do góry a to, co nieczyste, cięższe i nie dało się spożytkować dla celów wzniosłych spadło na dół, a jednocześnie do środka wszechrzeczy. Z tej oto nieczystej, marnej substancji (gliny) powstał nasz świat, a my wcale nie jesteśmy ważni i wzniośli, bo choć znajdujemy się w środku, to ów środek - mówiąc delikatnie - jest kosmicznym lamusem, a mówiąc wprost, to dół na odpadki marne, czyli śmietnik. A to jeszcze gorzej niż być kresami czy „prowincją” Sytuacja nie zmieniła się wiele, kiedy na średniowieczną horyzontalną metaforę okręgu nałożono w renesansie wertykalna metaforę drabiny czy łańcucha bytów. Uzupełniano ten obraz także w oświeceniu nadając mu newtonowskie cechy harmonijnie działającej konstrukcji, elegancko, hierarchicznie ułożonej w system systemów. W centrum a jednocześnie na szczycie łańcucha by- 8 Gdzie druga taka ziemia płaska po sam widnokrąg? tów znajduje się Bóg - Źródło i Cel wszelkiego stworzenia, a poniżej i w pewnym oddaleniu (zależnie od stopnia świętości) trzy zastępy po trzy chóry anielskie, jeszcze niżej, ale tylko nieco niżej, ma swoje miejsce w łańcuchu bytów człowiek, pod nim zwierzęta, rośliny i kamienie. W tym rozwijającym się przez wiele stuleci obrazie człowiek znowu nie znajduje się w centrum świata a na prowincji, ale prowincja to jednocześnie pogranicze - skraj tego, co duchowe i tego, co zwierzęce. I znowu okazuje się to być miejsce bardzo interesującym. Tu rozgrywa się dramat rozpięcia, a czasem rozerwania osoby pomiędzy tym, co duchowe, a tym, co cielesne: Nad nami chóry anielskie, pod nami zwierz wszelki krąży. Człowiek równie dobrze może stać się podobnym aniołom, co w pełni zrealizować swą potencjalną zwierzęcość - okazać się bestią targaną żądzami i instynktami. Metafizyczny prowincjonalizm okazuje się źródłem najbardziej dramatycznych zdarzeń we Wszechświecie. Jednocześnie zauważono, że choć na prowincji, z dala od Boga, to jednak znajdujemy w samym środku porządku rzeczywistości stworzonej. A więc jednak w dramatycznym, newralgicznym centrum bytów stworzonych! W pozycji uprzywilejowanej! Peryferia stworzonego świata to rośliny i kamienie - nie my! Najwyraźniej ludzie renesansu zapomnieli, że byli uważani za „kosmiczny śmietnik”, za przebywających „extra muros” i z trudem przyjęli Kopernikowskie widzenie świata nie odpowiadające centralnej pozycji wśród bytów stworzonych. Tak jakby wraz ze zmianą miejsca następowała zmiana znaczenia istnienia człowieka i jego wartości Doskwierał im typowy ból prowincjusza odczytującego swoje miejsce w życiu jako więdnięcie w oddaleniu od centrum. Ulegali infantylnemu złudzeniu, że samo przebywanie w przestrzennym środku rzeczy nobilitowało człowieka, czyniło go ważnym i wartościowym. Zapomniano, że to właśnie na prowincji, na kresach rozgrywają się zdarzenia najbardziej dramatyczne. Tu można zapaść się w otchłanie piekielnych kręgów. Tu można wkroczyć na górę czyśćcową składającą się z dziewięciu poziomów. Tu rozgrywają się dramaty wyboru pomiędzy dobrem a złem: spełnienie człowieczeństwa, albo jego zniweczenie. Zapomniano, że - jak ostrzegał Dante - ulegamy Wielkiemu Złudzeniu Optycznemu: Znajdując się w punkcie peryferyjnym (na jednym z okręgów) łatwo bierzemy ów punkt na okręgu za jego środek. Znamy dobrze to Wielkie Złudzenie: Oto stoimy na żuławskim polu. Dokoła widnokrąg - kres widzianego świata. Otwiera się perspektywiczna głębia. Gdzie druga taka ziemia płaska po sam widnokrąg? Chyba tylko na morzu. Może w Holandii i w angielskich fenach. Tu chałupy na terpach, małe barwne plamki ścian i dachów na horyzoncie - w ażurowej siateczce, mgiełce drzew. Tu widać spotkanie nieba z ziemią. A niebo tu - nie byle jakie strzępki i okruchy - to nieboskłon, to kopuła niebios rozpięta nad całym okręgiem ziemi. Tu za dnia można zobaczyć spektakl chmur pędzących dookoła, a nocą niebo rozgwieżdżone rozwija pełnie gwiazdozbiorów wędrujących cicho. Księżyc pośród gwiazd błądzących. Wiem jednak, że ten statyczny w swej regularnej - mechanicznej powtarzalności, trwały świat to złudzenie. To nie gwiazdy cicho wędrują - to ziemia wiruje raz na 24 godziny wykonując obrót dookoła swej osi a jednocześnie pędzi dookoła Słońca z prędkością. A gwiazdozbiory, które widzimy to wynik perspektywy naszego spojrzenia na rozrzucone w kosmosie gwiazdy Naszej Galaktyki. Odległości między niektórymi z nich dochodzą do 100 000 lat świetlnych. Nasza Galaktyka wiruje wokół jakiegoś własnego centrum, a my - mieszkańcy galaktycznych peryferii, prowincjonalnych obrzeży - pędzimy wraz z nią niezauważenie. A i ona nie jest centrum świata - to nie samotna wyspa w pustym Wszechświecie. Najbliżej nas w odległości dwóch milionów lat świetl- Stanisław Modrzewski 9 nych jest Wielka Galaktyka w Andromedzie - a to tylko mała cząstka: galaktyki są wszędzie, a odległości między nimi mierzy się miliardami lat świetlnych i cały czas rozbiegają się z zawrotną prędkością wciąż rosnącą wraz ze wzrostem odległości. Standardowy model wszechświata, model stanowiący dominujący paradygmat we współczesnej kosmologii, dociera także do nas w swych kilku prostych rysach. W tym obrazie rzeczy jesteśmy prowincją, niczym niewyróżniającym się miejscem w trudnym do ogarnięcia wyobraźnią Kosmosie -Wszechświecie. Jedno tylko wyróżnia nasze miejsce. Tu zaistniało życie, myślenie i wartości. Cały wszechświat w swym wymiarze naturalnym milczy o wartościach. „Ocean jakby był zbyt wielki - pisze Conrad w Zwierciadle morza - zbyt potężny na pospolite cnoty, nie zna ani współczucia, ani wiary, ani prawa, ani pamięci". I - jak dodaje w innym miejscu - ludzkie burzliwe namiętności nie pozostawiają żadnego śladu na jego „tajemniczym obliczu”. Wobec niemego oblicza Wszechświata padają pytania o sens istnienia, o jego tajemniczy początek i równie tajemniczy koniec wymykające się możliwościom poznawczym nauk empirycznych. W perspektywie wartości, w obliczu milczącego na ten temat Wszechświata nie jesteśmy już tylko prowincjonalnym wydarzeniem, ale centrum - miejscem, gdzie rodzą się wartości, gdzie wartości mają okazję się spełniać, gdzie pytamy o ich źródła i próbujemy udzielić na te pytania odpowiedzi. Bez względu na to, jakie te odpowiedzi są: czy źródła wartości doszukujemy się w nas samych, czy w drugim człowieku, czy upatrujemy ich pochodzenie w bytach wobec Wszechświata transcendentnych, czy może lokujemy je w samej naturze (zakładając, że sama dla siebie jest ostateczna miarą i wystarczającym usprawiedliwieniem), czy po prostu stwierdzamy, że tak było w naszej tradycji, której szacowna dostojność jest wystarczającą rękojmią ich prawdziwości. Tylko tu na tej kosmicznej prowincji zadawane są pytania i udzielane odpowiedzi. To nie miejsce określa wartość człowieka; to obecność człowieka nadaje wartość (a może tylko usiłuje nadać wartość) miejscu. Jeśli kogoś uwiera poczucie prowincjonalizmu jego własnego świata, to z pewnością nie płynie ono z kontemplacji bytu (prowincjonalizm jest głęboko wpisany w strukturę świata), ani z rozważań natury duchowej (religijnej), bowiem prowincjonalizm znika w takim świetle. Ból prowincjusza nie płynie też z rozważań nad obrazem rzeczy proponowanym przez współczesną kosmologię, która podpowiada, że choć jesteśmy zjawiskiem peryferyjnym w czasowo-przestrzennym porządku świata, to w porządku wartości przebywamy w miejscu uprzywilejowanym, a być może unikatowym, gdzie padają zasadnicze dla człowieka pytania o sens istnienia, o wartości, o ich miary i źródła, a wraz z pytaniami pojawiają się próby odpowiedzi. Współczesna kosmologia podpowiada nam, że jesteśmy Prowincją, ale to tu właśnie dzieją się rzeczy najciekawsze, najważniejsze. Podobnie sugerowali Makrobiusz, Alanus ab Insulin, Dante, George Eliot, James Joyce, Sherwood Anderson, Bruno Schulz i inni ... *** Esej ten zawdzięcza wiele książkom Michała Hellera: Usprawiedliwianie Wszechświata i Podglądanie Wszechświata oraz esejowi Georgesa Pouleta Metamorfozy koła z tomu: Metamorfozy czasu. Proza Andrzej Kasperek SĄ KLUCZE, ALE NIE MA DRZWI Krążył po salach wystawowych. Zawsze dziwiły go te Heimatmuseums. Są talerze, ale nie ma apetytu. Są obrączki, ale nie ma wzajemności. Rzeczy przeżyły swoich właścicieli. Czy to ma jakiś sens? Kogo dziś obchodzą stare grabie, rozchwierutane kredensy, maselnice bez obręczy, pordzewiałe łyżwy? Muzeum stron ojczystych. Ale gdzie one są, czym one są bez ludzi, którzy je zamieszkiwali? Czy istnieje magia krajobrazu bez ludzi? Bez dawnych mieszkańców tej krainy? Wujek Arnold poległ na froncie w Ardenach, kuzyn Siegfried zmarniał w sowieckiej niewoli, gdzieś w kopalni na Przylądku Dierżniowa, Lotte zgwałcona przez kilku czerwonoarmistów trafiła do czubków w Kocborowie. Przyjaciel matki zatonął na „Gu-stloffie”. Inni nie pamiętali już nic albo bardzo chcieli zapomnieć. Bał się tej podróży. Minęło tyle lat, odkąd wyjechał z miasteczka nad Tugą. Po co tam wracać? Przecież nic tam nie ma. Ale dlaczego w takim razie co roku przedłużał prenumeratę „Tiegenhófer Nachrichten”? Czego szukał na zebraniach Związku Dawnych Nowodwo-rzan i Żuławiaków? Wysiadł z furgonetki, na której napis obwieszczał wszem i wobec: EIS UND KUCHEN BEIKOSELLA SIND AM BESTEN! Nie miał innego samochodu. Oso-bówka? Nie uważał, że jest mu potrzebna. Po co? Miejsca w szoferce było przecież dosyć. Te kilka chwil obserwacji tonącego „Gustloffa” na zawsze wyleczyło go z chęci zdobycia bogactwa. Różnica jest taka, że człowiek obciążony złotem tonie szybciej niż ten z pustymi kieszeniami. Albo ten, który nie mógł się rozstać ze swą kolekcją srebrnych pięciomarkówek. I teraz stał przed domem. To był ten dom. Zbudował go dziadek Heinrich w 1902 roku. O, to był świetny facet! Niczym z amerykańskich historyjek typu od zera do milionera. Wzbogacił się na bułkach sprzedawanych w Szymankowie pasażerom pociągów jadących z Królewca do Gdańska. Bułki wodne, kajzerki, razowe grahamki, szneki z glancem i pampuchy. W dobry dzień potrafił sprzedać kilka koszy wypieków. To były niezłe pieniądze. Żona dowoziła pieczywo a on chodził po peronie i krzyczał: „Świeże rogale! Wyśmienite ja-godzianki! Chrupiące bułeczki z makiem!” Zawsze ktoś się skusił, wychylał się z okna i pytał: „Po ile?” Cena nie była wygórowana, kilka fenigów. Problem pojawiał się, kiedy brakowało drobnych, żeby wydać resztę. Właściwie to zawsze, kiedy ktoś wyjmował srebrne albo złote pieniądze, 5 albo 10 Goldmark, dziadek miał kłopot z miedziakami. Pociąg na tej małej stacyjce zatrzymywał się na krótko, dziadek podawał bułkę a później dzwonił w kieszeni fartucha drobnymi, a podróżny krzyczał, że może sobie zostawić drobniaki, że on chce tylko grube. Wtedy on z ociąganiem szukał tych grubych w kieszeni, a dyżurny gwizdał, i tak powoli wyciągał te monety o dużych nominałach, a pociąg nabierał prędkości, podnosił rękę z tymi monetami, które już dotykały palców podróżnego wychylającego się przez otwarte okno, czasem pasażerowie wychylali się tak, że w przedziale musiano ich trzymać za nogi, jeden zahaczył nawet głową o słup, a inny o semafor, ale po chwili palce szybko się odda- Andrzej Kasperek 11 lały, a on zdyszany stał z wyciągniętą ręką, w której trzymał te srebrne jednomarkówki. Ze smutkiem na twarzy wkładał je z powrotem do kieszeni. Prawie nigdy nikt nie upomniał się o resztę. Prawie, bo ten facet, który stuknął w słup, wysiadł w Tczewie i wrócił. Dziadek oddał pieniądze, ale on był ciągle wściekły, krzyczał, że zawiadomi policję kolejową. Zadowolił się dopiero dwudziestomarkowym odszkodowaniem, ale po tej awanturze na dworcu zawiadowca zakazał dziadkowi handlu na peronie. Na szczęście pozostało jeszcze kąpielisko w Stegnie. Jak tylko zaczynała się kanikuła wraz z żoną ładowali się do wąskotorówki jadą-cej nad morze i targali kosze z wypiekami na plażę. Ustawiali się gdzieś w okolicy Strandhal-le i tam handlowali. Ech stare czasy, znał to tylko z opowieści matki. Po dziadku odziedziczył imię. Miał też przejąć dom, był jedynakiem. A na dobitkę ojciec go odumarł, gdy miał kilka lat. To był piękny dom. Na MarktsraBe wyróżniał się wielkością. Secesyjne zdobienia sprawiały, że przy swej solidności nie był ociężały, jak flegmatyczny mennonita lub inny żuławski gbur. Ospali mieszkańcy tej krainy nie przestawali denerwować dziadka, który przywędrował tu po wojnie francusko-pruskiej, bo uwierzył kamratowi, z którym walczył pod Se-danem, że: „Lepiej utonąć na nizinach niż uschnąć na wyżynach.” Wsiąkł w ten krajobraz pełen wierzb, trzcin i buraków cukrowych, inkrustowany czarno-białymi krowami i wiatrakami, i nie chciało mu się już stąd ruszać. A poza tym, jak można zostawić taki dom? Duży, okazały, z elektrycznością? Klucze wisiały w schowku na miotły pod drzwiami. Już o nich prawie zapomniał. Hak, na którym je zawiesił, był akurat wolny. Obok dyndały zmiotki, szufelka, szczotka ryżowa, bo nie uznawał tych nowomodnych amerykańskich wynalazków zwanych mopem. Traf chciał, że wnuk Emil po lekturze pierwszego tomu historii o Harry’m Potterze, który mieszkał u swych złych opiekunów w schowku na miotły, przypomniał sobie, że coś takiego jest w domu dziadka i zapragnął zlustrować ten przybytek rzeczy przydatnych i rupieci. Trudno było znaleźć tam coś ciekawego, ale zaintrygował go pęk pokrytych patyną kluczy. Tak innych niż te obecnie używane. Chcąc nie chcąc, dziadek musiał wytłumaczyć chłopcu, skąd pochodzą i jak trafiły na omotaną pajęczyną ścianę. Emil, to staroświeckie imię dostał po wielu rozmowach z synem i synową na cześć ulubionej postaci literackiej dziadka. Ale mimo namów nigdy chyba książki Kastnera nie przeczytał: „Dziadku, to pewnie nudy!” - sto razy to słyszał od wnuka. Dobrze chociaż, że nastała moda na tego Pottera i chłopiec sięgnął po książkę. Wciągnął się nawet. Drugiego wnuczka, noszącego dziedziczne imię Heinrich, trzeba było siłą odrywać od konsoli gier; książkami gardził. Syna nigdy te klucze nie zainteresowały, nie mówił o nich nigdy inaczej jak: „Ten złom”. I tyle. Kiedy spacerował wieczorami po Altonie i patrzył na nabrzeża oraz ulice przytulone do Łaby albo kanałów, kiedy szwendał się bez celu w okolicach Targu Rybnego, to widział Tugę. Leniwa rzeka unosiła łaskawie barki wyładowane cukrem, galary wypełnione serami tylżyckimi z mleczarni Kriega, kołysały się na niej dubasy, krypy, łódki, kajaki i jacht pełnomorski pana dyrektora cukrowni w Nowym Stawie. Nawet dziś żaden z jachtów zacumowanych w Hamburgu mu nie dorównuje. Kiedy tamten przepływał przez jego mia- 12 Są klucze, ale nie ma drzwi steczko wszyscy chłopcy biegli na most Stobbego, żeby przyjrzeć mu się z bliska, żeby popatrzeć, czy muśnie mostowy rozporek. Szparę, której rozwarcie było wystarczająco duże, żeby szkuty, berlinki i inne statki żaglowe nie musiały składać swego masztu. Albo żeby kominy stateczków parowych nie zawadziły o most. I kiedy rufa eleganckiego jachtu była na wysokości spichlerzy Stobbes Machandel und Likórfabrik malcy ruszali jak na komendę do zwodzonego mostu. Cwałem rwali MarktsraBe, mijali Rofigarten i skręcali przy ogromnym Haus der Deutschen Volksgemeinschaft. Galgenbriicke już przez swą nazwę budził nasze emocje. „Szubienica się podnosi! Most się rozkręca!” - wrzeszczeli jak opętani. W ich wyobraźni ramię dźwigające skrzydła mostu było czymś nadzwyczajnym, niesłychaną konstrukcją, która bez wysiłku, siłą jednego dróżnika, kręcącego korbą, unosiła wielkie przęsło i przepuszczała statki. Wiele lat później Heindrich zobaczył reprodukcję obrazu van Gogha. Most, który wymalował Holender, był prawie identyczny, jak ich, ten z Tiegenhofu. Tyle ze miał dwa ramiona. Dziś wie, że takich cudów techniki rodem z Holandii jest wiele.. Ale wtedy most - szubienica był jedyny, ich nowodworski... Harry przysłał mu kartkę z miasteczka. Licha czarnobiała pocztówka pokazywała kilkupiętrowe bloki. Stały koło siebie. Zbyt blisko, za ciasno. Z trudem ocyfrował nazwę: Nowy Dwór Gdański. Próbował się domyślić, co oznaczają te kreseczki nad o i en? Klucze wtedy jeszcze leżały w szufladzie kredensu. Wyjmował je od czasu do czasu i starannie przecierał flanelową szmatką skropioną olejem. Robił to powoli i uważnie - żaden wrąb, ani żadna ob-lość nie mogła zostać pominięta. Rytuału dopełniało liczenie - jeden, dwa, pięć, osiem... Klucz do głównych drzwi, do kawiarni i komórki na węgiel, do szaf, piwnicy z winem, ten mały kluczyk z wzorem kratki na uchwycie był od szafki z papierosami, w której znajdowały się racjonowane wyroby tytoniowe. Przypominał mu, jak dla rozliczenia musiał przyklejać kartki za zakup papierosów na dużej gazecie. Po co je ciągle liczył? Nikt poza nim nie brał ich przecież do rąk, odkąd matka zmarła. Nikt nie mógł żadnego z nich odczepić z kółka, bo po prostu nikt o nich nie wiedział. Był strażnikiem nieistniejących bram, klucznikiem pilnującym zamków zawieszonych gdzieś w przestrzeni. Należących do państwa tylko potencjalnego. Albo wirtualnego, jak to się dziś mówi. Wolne Miasto Gdańsk przestało istnieć 1 września 1939 roku. Był królem nie istniejącego królestwa. Te klucze to nie był zbędny ciężar psychiczny lub fizyczny albo niepotrzebny pęk żelastwa w kieszeni. Były jego balastem, ale nie zbytecznym obciążeniem. One jak balast w statkach stawiały go do pionu, dawały poczucie, że gdzieś jest coś dla niego ważnego. Teraz były także wspomnieniem zmarłej matki. Harry nie pisał, czyjego dom jeszcze stoi. A może nie chciał go martwić? Może te bloki tam wyrosły? Na tym miejscu. Wszystkie były do siebie podobne. Prymitywna bryła wyglądała, jakby to dziecko ją wykreśliło - małe okienka, co kilka metrów drzwi klatki schodowej. I jakieś idiotyczne nadbudówki na dachu, wyglądające jak kioski. Może to były punkty obserwacyjne, może tam wartował ktoś wypatrując samolotów Luftwaffe? Zastanawiał się ciągle, czy jego dom stoi, czy może padł ofiarą ostrzału Armii Czerwonej. Ta myśl go prześladowała. Zastanawiał się, co zrobić z kartką? Podszedł do półki z książkami, wyciągnął gruby tom, nie patrząc na tytuł. Najlepiej będzie, jeśli włoży pocztówkę pomiędzy strony i zapomni Andrzej Kasperek 13 o niej, zapomni, gdzie ją podział. Nie chciał, nie mógł, włożyć kartki do komody, gdzie, poukładana według dat, spoczywała jego korespondencja. Odstawiając książkę odruchowo spojrzał na grzbiet i przeczytał: Lessing „2. Dramen”. Piękna skórzana okładka z arabeskowym tłoczeniem. Pamiętał, jak przed laty kupił to wydanie na pchlim targu. Było niekompletne i choć datowane na rok 1884, to zapłacił za nie kilka marek. Przecież to kompletnie bez sensu. Nie zapomni, że to Lessing. Tak nie ukryje pocztówki. Ale przed kim chce ja chować i po co? Przed sobą? Dreptał po mieszkaniu. Było słoneczne i czyste. Dzieci już wyszły z domu, zona dawno odeszła. Wziął znowu gruby tom, wyjął fotografię i spojrzał na nią przez lupę, może da się dojrzeć gdzieś rodzinny dom, może stoi w jakiej przerwie w zabudowie, w jakimś prześwicie. Ale były tam tylko podobne do siebie klocki, pomiędzy którymi rosły liche iglaki. Na wyliniałej trawie stała samotna huśtawka. Terminował, pracował, awansował. Wreszcie założył własny zakład cukierniczy. Robił w nim lody i ciastka według przepisów z zeszytu, który przeżył zatopienie „Gustloffa”. Matka nie pamiętała o zabraniu dokumentów i pieniędzy, ale nie zapomniała notatnika dziadka. Wytarta ceratowa okładka skrywała skarb - spisane w szkolnym brulionie receptury, gdzie skrupulatnie zapisano ingrediencje, czas ubijania i mieszania, termin pozostawania w piecu... Atrament wypłowiał, ale szkolne kaligraficzne pismo było ciągle czytelne: „wziąć pięć łyżek dobrego surowego masła, tyleż cukru, pół litra mąki, jedno żółtko i śmietany wiele ciasto przyjmie, zagnieść razem i wyrabiać przez pół godziny”. Zawsze go wzruszały te przepisy, w których trzeba było „bić trzepaczką aż się szodo ogrzeje i zgęstnieje. Wtedy zdjąć z ognia, dodać 12 listków rozpuszczonej żelatyny i ubijać na lodzie, dopóki krem nie zacznie teżęć, poczem wlać kieliszek araku lub konjaku, włożyć do formy i pozostawić w zimnem miejscu”. I to słownictwo, gdzie kwarty, funty, gliniane garnce i frytura sąsiadowały z durszlakiem i auszpikiem. Ale okazywało się, że jeśli zamieniło się funty na dekagramy a kwarty na litry, to można było za pomocą tych archaicznych receptur wygrywać kulinarne konkursy i przyciągać klientów, którym znudziły się pakowane w celofan placki z Aldiego. Pierwszy raz przyjechał do miasteczka w 1971 roku. Kilka miesięcy wcześniej Willy Brandt był w Warszawie i dogadał się z Polakami. Wcale go ten układ warszawski nie zachwycił, nie mógł się zgodzić, żeby ktoś, nawet jeśli był kanclerzem, decydował za niego. Co to jest? Ale nie mógł już dłużej czekać, chciał zobaczyć swój dom. Wrażenie było okropne. To nie było jego miasteczko - gdzie się podział rynek, gdzie zniknęła fabryka Stobbego, gdzie jest Haus der Jugend? Chodził po ulicach i wszystko było inne, jakieś obce, mniejsze niż zapamiętał. Jednak wiele ulic prawie się nie zmieniło. Nad Tugą ciągle straszył teutoński kolos rodem z wagnerowskiego Złota Renu. Najważniejsze było jednak to, że dom dziadka ciągle stał. Był prawie niezmieniony. Klucze obciążały mu kieszeń prochowca, kaleczyły podszewkę, wypychały bok płaszcza. Stał po przeciwnej stronie i gapił się - drzwi wejściowe były inne. Po prawej stronie był sklep z telewizorami. Wielkie drewniane pudła zawierały małe szkiełka ekranów. Archaiczne pokrętła zamiast nowoczesnych przycisków i suwaków, jakie znał ze swego telefunkena. Co za zacofanie - pomyślał. Nacisnął klamkę. Sprzedawca w spranym niebieskim fartuchu popatrzył na niego podejrzliwie. Był zbyt elegancki jak na tę dziurę. Ekspedient wstał, ale nadal tkwił za ladą, nie wypowiedział ani jednego słowa. Ich spojrzenia na moment się spotkały i w tej chwili do 14 Są klucze, ale nie ma drzwi sklepu wkroczyła malutka babcia. Zrobiła to prawie bezszelestnie. Cichutko podeszła do lady, nawet nie było słychać szurania jej butów. Z kieszeni płaszcza wyjęła baterię i pokazała ją sprzedawcy. Otworzyła usta i coś zaskrzeczała. Nie rozumiał słów, ale wyraźnie słyszał Batterie. Tego pomorskiego, wibrującego R nie można przecież z niczym pomylić! Ge-rolltes R... Przyjrzał się staruszce. Czy to możliwe? Przypominała panią Groddeck. Emmę Groddeck, matkę jego kolegi szkolnego. Mieszkali pod miastem, uprawiali warzywa. Jej mowa była twardsza od słów sprzedawcy. Wyszedł za kobietą i nieśmiało zagadnął: „Pani jest matką Jochema?” Spojrzała na niego i bez zdziwienia, jakby niemiecki był tu nadal obowiązującym językiem urzędowym, odparła: „A pan skąd? Pewnie z Bundesrepublik?” „Tak, nazywam się...” „Wiem, poznaję, toć ślepa nie jestem. Pan od Kosellów. Tych od ciastek.” Uśmiechnęła się, ale nie wyglądało na to, że chce wspominać. Coś innego ją zajmowało. „To dla wnuczka, te bateryjki, do takiego malutkiego radyjka, co od wujka Egona dostał. Walte-rek, znaczy się wnuczek, mówi, że bez muzyki nie da rady się uczyć. On musi ciągle słuchać tych szarpidrutów. Radio Luxembourg i radio Luxembourg... Niczego innego nie chce słuchać. Syn to się drze na niego, a on musi słuchać, bo on musi mieć spokój, bo on zdaje maturę...” Duma z wnuka ją wprost rozpierała: „Abitur, Abitur... On musi mieć Abiturrr!” Kręcone R brzęczało w powietrzu.’„On musi mieć maturę. Mój Walterek, on będzie pierwszy w rodzinie miał matura!” Ile to lat minęło? On też próbował zdać egzamin dojrzałości jako ekstern. Ale matka wtedy chorowała, musiał brać nadgodziny, żeby starczyło na życie. Nie dał rady. Później już nie próbował. Kumple się śmiali. Pokpiwali, że zachciało mu się być uczonym!... „Ty się lepiej w ekierkach podciągnij!” Rozumie się, używali na nim, co wlazło, a on najgorzej gniewał się, jeżeli nazwał go kto „panem doktorem od beżów i profitrolek”. Co za durnie! Tuga płynęła jak przedtem. Domek rybaka stał tak, jak przed laty, ale nie było przy nim pomostu ani łódki. Nie było też kościoła ewangelickiego. W tym miejscu biegały dzieciaki za piłką, było tam boisko szkolne. Przeszedł kilkaset metrów i zobaczył, że kościół katolicki ocalał. Była połowa maja a zimno okropnie. Kobiety stroiły krzyż koło kościoła. Kwiaty były takie, jak dawniej, narcyzy i żonkile. Był ciekawy, czy na strychu kościoła za belką jest jeszcze ciągle kołnierz ministrancki jego kolegi Bruna. Schował go, owinięty w „Tiegen-hófer Wochenblatt” czy jakąś inną starą gazetę, tuż przed ucieczką z miasta. Kolega, z którym spotykał się w czasie zebrań Ziomkostwa Żuławiaków prosił go, żeby wszedł tam i to sprawdził. Ale nie miał ochoty pukać do drzwi plebani i na migi wyjaśniać, że chodzi mu o kawałek białej szmatki z zielonym guzikiem. Pomyślał, że niech Bruno sam się pofatyguje - skoro on mógł przyjechać... Bruno był jego kumplem z klasy. Byli nierozłączni. Teraz spotkali się po kilkudziesięciu latach i ledwie go poznał. Utył, był w eleganckim dwurzędowym garniturze ze złotymi guzikami, jedwabnym fularem zamiast krawata i grzywą siwych włosów błyszczących od pomady. Poczuł się przy nim trochę nieswojo. Złote oprawki okularów to był jedyny luksus, na jaki mógł sobie pozwolić. Kiedy popijali machandla kolega podał mu swą wizytówkę: BRUNO GRAFF. EXPORT-IMPORT GmbH. To wszystko wyjaśniało. Ten sznyt, ten błysk. Kolega lubił się pokazać. A jego to zupełnie nie obchodziło. W styczniu 1945 roku wyleczył się raz na zawsze ze skłonności do bogacenia, pozowania, zadawania szyku... Andrzej Kasperek 15 Na tym spotkaniu Tiegenhofverein Bruno opowiedział mu, jak w zakrystii zastał księdza Knittera czytającego Biblię. Zaczęła się msza, a on został, żeby rozdmuchać mieszankę nasion kolendry, okruchów bursztynu i korzeni perzu w kadzielnicy Po kilku latach wojny wszystkiego brakowało i proboszcz ratował się tą utartą w moździerzu mieszaniną, która od biedy udawała kadzidło. Dziecinna ciekawość kazała mu zajrzeć do Pisma Świętego. Zakładka tkwiła w Ewangelii św. Mateusza. Spojrzał na słowa zakreślone ołówkiem: „Przetoż módlcie się, aby nie było wasze uciekanie w zimie...” Co z dziwny cytat, pomyślał. Nie wiedział, że za kilka dni NS-Kreisleitung wyda rozkaz, żeby wszyscy mieszkańcy opuścili miasteczko. Uspokajano, że to tylko chwilowe, ze niedługo wszyscy wrócą do domów. Wystarczy że Rosjanie zostaną zatrzymani na Nogacie i odepchnięci. Później twierdzono, że granicą, której Iwan nigdy nie pokona, jest Wisła. Wtedy wrócimy do siebie, tak przekonywali funkcjonariusze partyjni. A on raptem kilka dni wcześniej był w Malborku, usuwano mu migdałki. Zabieg wykonywał sławny, ale znany ze swojego grubiaństwa, doktor Trampenau. Okropnie się bał. Chyba mniej bólu a bardziej tego osławionego „szubienicznika w białym kitlu”. Tak matka mówiła o nim do sąsiadki. Okazało się, że doktor miał dobry dzień i wszystko poszło jak z płatka. Wcale nie wyzywał małego pacjenta ani jego rodzicielki. Na pożegnanie lekarz schylił się i powiedział do niego: Módl się dziecię, módl do Boga, przyjdzie rano Rusek i trwoga, Iwan chyżo bieży, nauczy dziecię pacierzy. I zaśmiał się jak szaleniec. O co mu chodziło? Przez całą drogę powrotną matka wygadywała na doktora: „Dobry lekarz, ale obwieś. Żeby tak straszyć dziecko!” Jeszcze miał gorączkę, kiedy Kathe Kosella zapakowała dwie walizki, syn wziął plecak - tylko niezbędne rzeczy. Nikomu nie wolno było zabrać więcej niż sam potrafi unieść -walizka w każdą rękę, plecak na garb. Najważniejsze rzeczy: biżuteria, przedmioty wartościowe, dokumenty, komplet garderoby na zmianę. Walizek nie można daleko unieść, może trzeba je będzie gdzieś zostawić. Z ruksakiem zaś da się maszerować. Jego matka starannie pozamykała drzwi do mieszkania, do kawiarni, do piwnicy, do składziku. Zakluczyła szafkę, nie zapomniała o kredensie. Klucznica, która wszystko zawsze starannie zamykała. Pamiętał laski wanilii, które stały w wysokim słoju - matka za każdym razem dokładnie sprawdzała, biorąc czarne drewienko, czy wieczko słoika jest dokładnie dociśnięte a uszczelniająca gumka przypadkiem się nie zagięła. Na końcu przekręciła klucz w zamku drzwi wejściowych. Porządek musiał być! Pęk kluczy, który zwykle nosiła umocowany przy pasku pod fartuchem, liczył osiem sztuk na zwykłym metalowym kółku. Zawsze była dumna z tego, że umie chodzić około domu, że wyuczyła się gospodarstwa. Wyglądało to tak, jakby miasto schroniło się w drzwiach, a drzwi schroniły się w kluczu. I ten klucz był za cale miasteczko, był jego miniaturą, która zmieściła się w skórzanym mieszku. Kiedy matka przekręcała klucz od drzwi wejściowych, tych od MarktsraBe, zamykała jakby pewną epokę. Żadne z nich jeszcze o tym nie wiedziało. Klucz obracał się i chro- 16 Są klucze, ale nie ma drzwi botał w zamku i nikt nie słyszał tego, co do nich wówczas mówił. Tej smutnej baśni o końcu jego dzieciństwa, o wiecznym wdowieństwie matki, o „wujku” Gutim leżącym gdzieś na kamiennej rafie Ławicy Słupskiej, o kresie istnienia małego miasteczka, w którym kroczył rano do przedszkola z koszyczkiem wypełnionym wiktuałami: cynamonową bułeczką i kromką chleba z masłem i z talarkiem ementalera. Nikt nie miał czasu, aby wsłuchiwać się w zgrzyt przekręcanego klucza, który mówił im słowa, których nie chcieli słuchać, że ten świat już minął, minął na zawsze. Droga na Gdańsk była pełna wozów uchodźców. Dlaczego wszyscy uciekali? Nic z tego nie rozumiał. Co prawda słyszał coś o tym, co wydarzyło się wNemmersdorfie. Bruno szeptem opowiadał mu, co podejrzał w czasie wyświetlania kroniki filmowej, kiedy był z prowiantem u ojca w kinie. Ale pan Graff, który zwykle udawał, że nie widzi ich zerkania na ekran, na którym wirowały tańczące girlsy, tym razem był naprawdę wkurzony i wytargał jedynaka za uszy. Czy można było wierzyć w tę opowieść kolegi o tym, ile kobiet zostało zgwałconych przez rosyjskich żołnierzy, potem pomordowanych, poprzybijanych do wrót stodół. O czołgach T 34, które doganiały i miażdżyły uciekających, o zastrzelonych dzieciach leżących w ogródkach przed domami i w przydrożnych rowach? Ogromny wąż wił się po horyzont. Chłopskie wozy obładowane zabranym dobytkiem, platformy wyładowane stertami pierzyn. Budy na kołach, z wystającymi rurami od piecyków żelaznych. Sanie, wózki i saneczki dziecięce, rowery, motory z przyczepką i bez, samochody. Defilada dekawek, mercedesów, volkswagenów, autobusów z elbląskiej firmy Kom-nicka... Tłumy objuczone tobołkami i zawiniątkami. Wyglądało tak, jakby ci ludzie pozabierali ze sobą wszystko, co posiadali, cały dobytek łącznie ze zwierzętami. Wtedy zrozumiał zdanie: Omnia mea mecum porto, które powtarzał kolega. Ciągle znosił mu te łacińskie mądrości. Myślał, że jak jest ministrantem i wykuł te wszystkie katolickie: in saecula saeculorum oraz Pater noster... to rzuci kolegów na kolana. Bardzo chciał im zaimponować. Dziś już nie pamiętał, kto to powiedział - grecki albo rzymski uczony, a może legionista czy wygnaniec? „Wszystko, co twoje noś ze sobą!” Ile człowiek jest w stanie ze sobą unieść, uciekając z rodzinnego miasta? A może rzeczy zupełnie się nie liczą i ważne jest tylko to, co mamy w głowie - wspomnienia, przeżycia, obrazy, pamiątkowe rupiecie. Ważna jest umiejętność nie-przywiązywania się. Po co w takim razie było tak starannie zamykać wszystkie bramy, drzwi, drzwiczki. Sowiecki żołnierz mógł je przecież z łatwością wywarzyć jednym kopniakiem, uderzeniem kolby, mocnym szarpnięciem. Czy naprawdę wierzyli, że za chwilę powrócą do domu i zastaną wszystko bez zmian - sztućce w szufladach, talerze w kredensie a nalewki w piwniczce? Te zamki, zatrzaski i skobelki miały stać na straży domowego ogniska. Śmieszne, żałosne. Teraz to wiedział, ale pięćdziesiąt lat wcześniej jego ziomkowie wierzyli, że wrócą za jakiś czas do swych domów a tam wszystko będzie po staremu. Rosjanie uszanują ich własność, nic nie ruszą, tylko trochę kurzu osiądzie na meblach. W tłumie wychodźców on z mamą. Chłopiec z gorączką na dwudziestostopniowym mrozie. Przeszli przez Wisłę i okazało się, że droga jest zupełnie zapchana. Ciągnęły jedna za drugą kolumny wozów. Ogromna fala, która parła ze wschodu posuwała się dręczą- Andrzej Kasperek 17 co pomału, wciąż robiły się zatory. Wozy załadowano pośpiesznie, często konie źle zaprzężono, łamały się koła, pękały osie. Konie były wyczerpane, często przewracały się na gładkiej jak lód nawierzchni i trzeba je było z ogromnym mozołem stawiać na nogi. Krew z poranionych kopyt spływała w śnieg. Niektórzy błąkali się już od tygodni, ich zaprzęgi ustawały i wlokły się niemiłosiernie. Widać było nawet woły, a może to były krowy. Nie znał się na tym zbyt dobrze. Wiedział jednak, że zwierzęta wcale nie przypominają tych, które znał z pobytów u babci w Nowej Cerkwi. Tamte aż się świeciły, były czyściutkie a babcia czasem pozwalała mu na czyszczenie ich zgrzebłem. To było fajne, przystawiał sobie w oborze zy-delek używany w czasie dojenia i czesał końską grzywę (bo to nie było duże gospodarstwo, jeden koń musiał wystarczyć, babcia była wdową, dziadek zginął w 1916 roku pod Verdun). Wyciągał rzepy z sierści. Czuł się tam dobrze i bezpiecznie. Wieś była łaskawa dla niego, bo jak się wywrócił, biegając po polach czy łąkach albo i koło domu, to nie bolało. A jak ryp-snął na bruku w Nowym Dworze to była krew, siniaki i bolało. Choć to też nie było takie złe, bo mama zawsze pocałowała w skaleczone miejsce i mówiła, że do wesela się zagoi. I dostawał lizaka albo oranżadę. Stali kilka godzin. Konie waliły kopytami w zmarzniętą ziemię, ludzie chodzili koło taborów i żeby się rozgrzać zabijali ręce, machali nimi jak meliorant sztychówką przy pogłębianiu rowów. Wychylił głowę z autobusu, bo przez zaparowane szyby niewiele można było zobaczyć. Na poboczu dostrzegł ludzi w pasiakach. Wyglądali jak Charlie Chaplin w filmie o uciekinierze. Ale jego paski były poziome a ich pionowe. - Heil Hitler! - wesoło wznosili ręce więźniowie, mijając tłumy uciekinierów. Chciał spytać matkę o te istoty w łachmanach, dlaczego nie dano im ciepłych ubrań? Dał jednak spokój, w głowie mu się zakręciło i wrócił do ciepłego wnętrza. Usiadł i natychmiast zasnął. Miał piękny kolorowy sen. Marika Rókk tańczyła wspaniale ogniste tango. Taka sama jak w filmie „Die Frau meiner Traume”. Była dziewczyną jego marzeń. Oczywiście nie powinien oglądać tego filmu i nigdy by go nie zobaczył, gdyby nie ministrant Bruno. Jego ojciec był kiniarzem i kiedy zanosił ojcu obiad do kabiny operatora, zabierał ze sobą kumpla. Taśma kręciła się, publiczność kina „Apollo” gapiła się na ekran, a oni paśli oczy, wyglądając przez okienko obok projektora. Ojciec Bruna co prawda od czasu do czasu odrywał się od blaszanki i żując twarde mięso mamrotał: „Chłopcy nie gapcie się! To nie dla was...” Ale mówił to bez przekonania, tylko pro forma. Zawartość menażki absorbowała go bardziej, niż troska o czystość serc płochej młodzieży. Wpatrzeni w ekran podziwiali, jak olśniewająco piękna artystka tańczy na nabrzeżu pomiędzy krewkim matrosem a studentem z korporacji. Jej kusa spódnica co rusz odsłaniała wspaniałe nogi w czarnych pończochach. Tancerka wirowała, robiła szpagat, przytulała się do mężczyzn i śpiewała smutną piosnkę kwiaciarki, która nie przestawała marzyć: „Dziś przyjdzie mężczyzna, który powie, że mnie kocha i nic więcej się nie liczy...” Jednak najbardziej zdumiewała ich scena, w której Marika wskakiwała na dach automobilu. Ona po prostu frunęła w powietrzu! Chowała się w wielkim pudle na kapelusze i wychodziła z niego jako dama. Tylko po to, żeby po chwili w niesamowitym tempie tańczyć kankana, wywijać koziołki, łapać niesłychane figury. To był istny zawrót głowy. „No chłopaki, starczy już. Do domu. Zmiatajcie!” - ojciec Bruna skończył obiad i nie chciał, żeby ktoś szwendał mu się po kabinie. Z niechęcią opusz- 18 Są klucze, ale nie ma drzwi czali mały budynek kina. Stawali jeszcze przed gablotą z fotosami. To był kolorowy film. Coś zupełnie innego, niż czarnobiałe obrazy znane im do tej pory. Coś ekstra! Barwne i huczne widowisko porywało w tych wojennych latach wyobraźnię widzów. Kochał się skrycie we wspaniałej, zabójczo uśmiechniętej Marice. Natura wyposażyła ją hojnie w gibkie i zdrowe ciało, złocistą skórę, długie nogi bez zarzutu, czarujący biust. Otwierała swe niebieskie roześmiane oczy, uśmiechała się nieskazitelnymi wargami... Czuł wręcz jak roztaczała wokół niebywały aromat i promieniowała austriackim zdrowiem. Strzegł jej jak drogocennego brylantu i co pewien czas wyjmował z ukrycia pocztówkę, na której uśmiechała się czarująco i kusząco, jej odkryte ramiona były krągłe a wachlarz tylko pozornie pierś przysłaniał, co sterczała nieskromnie mącąc spokój jego duszy i budząc zdrożne myśli. Był w tym dziwnym wieku, kiedy w jego głowie biły się myśli o dziewczętach z pytaniami o miejsce, w któryńi można nakopać najlepszych rosówek a pudełko po cygarach, które pozostało jeszcze po dziadku skrywało jego skarby: ołowiane żołnierzyki, szklane kulki i fotosy aktorek. Marlena Dietrich jako Der blaue Engel siedziała na beczce pokazując swe nogi aż po podwiązki, za to Lida Baarova czarował niewinnym uśmiechem... Taki sam zamęt miał teraz w głowie. Matka dotknęła jego czoła i po raz kolejny stwierdziła, że jest rozpalone. Autobus był pełen ludzi, którzy stawali się coraz bardziej nerwowi. Ciągle ktoś otwierał drzwi, ktoś wychodził i wracał. Kręcił głową i klął pod nosem. Stali już kilka godzin. Kathe Kosella wpadła na pomysł, że szybciej będzie można dostać się piechotą do Pruszcza, a stamtąd pojadą dalej pociągiem. Nic z tej drogi nie pamiętał. Szumia-ło mu w głowie. Dreptał po skutej lodem szosie powoli i jakoś doszli na dworzec. Czekali na pociąg i nadjechał, ale towarowy, z otwartymi wagonami, całkowicie załadowany ludźmi. Boże jedyny! Jak oni wyglądali! Skurczone postacie, zdrętwiałe od zimna, niezdolne by wstać. Mizerne odzienie częściowo podarte, kilka koców na skulonych ramionach, szare zapadłe twarze. Wszyscy jakby przeklęci, nie padło żadne słowo. Kolejarze zbierali małe zawiniątka i układali je na peronie. Domyślił się, że to małe, zamarznięte dzieci. Nikt nic nie mówił, nikt nie uronił żadnej łzy, gdy wtem tę nieznośną ciszę, zakłócaną tylko sapaniem parowozu, przerwał skowyt kobiety, która nie chciała oddać pokrytego szronem becika. Ten szloch i ludzka nędza, którą zobaczyli sprawiły, że ogarnęło ich przerażenie. A w tle tego widoku pojawia się przepotężna wizja - to przecież my, to przyjdzie i na nas, tak więc to będzie, gdy odryglują się mroczne wrota w przyszłość. Przepełnionym pociągiem dotarli do Gdyni. Tam miał czekać na nich Gustav, który pracował jako kucharz na „Gustloffie”. Pojawiał się czasem w ich domu, kazał mówić na siebie wujku. Niekiedy nocował i wtedy matka rano robiła na śniadanie kakao, jakby to była niedziela. Był całkiem fajny - zawsze miał dla Heinricha jakieś łakocie. Bywało, że mały dostawał nawet banana lub mandarynkę. Matka pytała go kilka razy, czy chciałby mieć nowego tatusia? Czy chcialby, żeby „wujek” Guti z nimi zamieszkał? Rzeczywiście czekał na nabrzeżu. Wypatrzył ich wśród mrowia uciekinierów, którzy ciągle napływali z wszystkich stron. Ciżba była okropna, wrzaski, kłótnie, pokrzykiwania i szarpanie się za klapy. Guti miał dla nich miejsca w kabinie - to był luksus, o jakim inni nie mogli nawet marzyć. Zaokrętowali się na MS „Wilhelm Gustloff ”, wycieczkowy statek pasażerski, okręt marzeń obywateli III Rzeszy. W ten sposób spełniło się marzenie matki - w ilu- Andrzej Kasperek 19 strowanych pismach podziwiała zawsze ten statek wybudowany dla KdF. Przecież jej też należał się choć raz w życiu urlop. Też chciała nabrać nowych sił przez radość z wypoczynku. Dlaczego szczytem jej marzeń miała być wycieczka do Stegny lub Kadyn? Norweskie fiordy, Madera, a choćby nawet kredowe skały Rugii - to były jej plany. Przepychali się teraz przez zawalone ludźmi oraz ich pakunkami i tobołami tarasy, sale i schody. Tam i wszędzie indziej, na korytarzach poszczególnych pokładów, w niegdysiejszych salach balowych i jadalnych czuć wymiocinami, zapchanym klozetem, karbolem. Na pokładzie było bowiem nie, jak przewidywano w czasach pokojowych, zaledwie półtora tysiąca osób wolnych od codziennych trosk, lecz około dziesięciu tysięcy dusz, które miały przeczucie zagrażającej im śmierci i w trudnej do oszacowania liczbie ową śmierć poniosły. Mały Heinrich czuł się już o wiele lepiej, gorączka minęła i zachwycony biegał po statku. Chromowane poręcze, wyściełane fotele, basen z mozaiką i kolumnami, który udatnie naśladował rzymskie termy, wielki taras widokowy były czymś olśniewającym. Zadziwiony wszedł do sali teatralnej, która do złudzenia przypominała mu, świetnie znaną, salę widowiskową w Domu Wspólnoty Niemieckiej. Myszkował po tym małym pływającym mieście, starając się jednak szukać punktów orientacyjnych, żeby trafić z powrotem do kabiny, gdzie czekała matka. Wyszedł na pokład, obejrzał szalupy, dotarł do wielkiego brezentowego namiotu na dziobie statku i próbował zajrzeć do środka, ale wejście było mocno zasznurowane. Zawrócił i spojrzał na trap - ciągle jeszcze okrętowali się nowi pasażerowie. Przypominali mrówki, które tłoczą się, aby wejść do mrowiska. Każda obarczona ładunkiem ledwo do udźwignięcia, worem, pakunkiem, tobołem, skrzynią, z kufrem, walizą i plecakiem. Nie było już matrosa, który spisywał wchodzących. Trap trzeszczał, a ludziska napierali. O mało co powpadaliby do morza. Na nabrzeżu leżały sterty śmieci, jakichś już niepotrzebnych przedmiotów, końskich uprzęży i wałęsających się psów, które przyszły za swoimi właścicielami z Mierzei Kurońskiej, Sambii, Kłajpedy, Pilawy i Elbląga. Psów, których nie wolno było wziąć na pokład i które teraz wyły jak potępione, jakby wiedziały już, wiedzione swym psim instynktem, jaki los spotka za kilka godzin ich panów, ich wiarołomnych łże-przyjaciół. Ludzie byli wszędzie, nawet w opróżnionym basenie kąpielowym. W termach zakwaterowano młode kobiety służące w Krigsmarine i pielęgniarki. Stłoczone leżały i siedziały w kucki. Fryzury jeszcze się trzymały. Ale nie było śmiechu. Kilka cierpiało na morską chorobę, bo bujało fest. Fartuchy miały pobrudzone rzygowinami. Tego się tak łatwo nie da usunąć a zaprać nie było jak. Przypomniała mu się scena sprzed kilku miesięcy z Haus der Volksgemeinschaft. Czasem wieczorami odbywały się tam partyjne mityngi a on wraz z kolegami z Hitlerjugend musiał być na nich obecny - grał na trąbce w grupie, która uświetniała fanfarami oficjalne uroczystości. Do trąbki przyczepiony miał proporczyk ze swastyką, fan-farzyści w wyprasowanych mundurach stali na emporze na baczność i w wyciągniętych rękach trzymali instrumenty. Patrzył na dół - przed sceną była ustawiona mównica z ogromnym hakenkreuzem, udekorowano ją kwiatami jak w kościele, przemawiał Werner Kempe, który przyjechał specjalnie z Gdańska, przed nim po prawej lewej w poczwórnych rzędach (a może nawet to było pięć rzędów?) stały młode pielęgniarki i sanitariuszki w śnieżnobiałych fartuchach, kołnierzykach i czepkach. Wyprężone i ustawione według wzrostu, trzy- 20 Są klucze, ale nie ma drzwi mały przed sobą prawe ręce w hitlerowskim pozdrowieniu. Ich młode twarzyczki promieniały kiedy składały przysięgę wierności i posłuszeństwa Fuhrerowi. Patrzył na to, ale wcale nie przeżywał uniesienia. Przeżywał męki za sprawą pełnego pęcherza. Nigdy nie mógł sobie odmówić kolejnej butelki oranżady i przed wyjściem z domu wypił całą flaszkę. Teraz stał już drugą godzinę, uroczystość przedłużała się niezmiernie, a on nie mógł opuścić szeregu, aby pójść do wucetu. Uznano by to za straszne nieposłuszeństwo, złamanie dyscypliny, niemalże dezercję! Wysikać, szczać, odlać się wreszcie - nic innego go nie interesowało. Ale na mównicy pojawił się kolejny bonza, który wysławiał swego przedmówcę, nazywając go ukochanym synem ziemi żuławskiej. Bo Kempe pochodził z Nowego Dworu, był najstarszym synem kupca. Mama mówiła, że naprawdę nazywał się Kamiński, ale zmienił nazwisko, bo utrudniało mu awanse. Pamiętała jeszcze, jak stał za ladą rodzinnego sklepu, który mieścił się kilka domów dalej na naszej ulicy. Był to człowiek bez wykształcenia, z zawodu pomocnik handlowy branży konfekcyjnej a jak daleko zaszedł! A potem jeszcze wszystkie dziewczyny podchodziły do mównicy, uśmiechały się i z rąk Kempego odbierały jakieś legitymacje. Wreszcie skończyło się. Jak z procy wyskoczył, zbiegł na dół i wskoczył do ubikacji. Zatrzasnął się w kabinie i wreszcie’mógł opróżnić swój przepełniony pęcherz. Kiedy wyszedł zobaczył przed sobą dziewczynę. Połapał się, że wszedł do damskiej ubikacji. Chyba też przed chwilą wyszła z kabiny i teraz oparła nogę o wykafelkowany podest i poprawiała pończochę. Nie mógł oderwać od niej oczu. Od jej karku i jej ramion, jej piersi, które zbyt opięty, a może o dwa numery za mały, fartuch bardziej podkreślał niż zakrywał, od pośladków, które ów gest wyciągniętej nogi uwydatniał, od jej nogi obciągniętej białą jedwabną pończochą. Czuła jego spojrzenie. Zamarła w pół ruchu, obróciła się i spojrzała w jego oczy. Patrzyła tak jakoś dziwnie - ze zdziwieniem, pytająco, przeszywająco, z naganą... Zaczerwienił się i stał z pałającą twarzą. Potem już dłużej nie wytrzymał, rzucił się do drzwi, wybiegł do westybulu, pognał po schodach i wypadł na ulicę. Zapomniał swojej ślepej latarki, nie pamiętał, że ulice są zaciemnione. Ale w końcu nie było daleko do domu... Basen był na pokładzie E. Później dowiedział się, że druga torpeda uderzyła prosto w niego i zamieniła kafelki pływalni i odłamki mozaiki w pociski. Przeżyły tylko dwie albo trzy junaczki ze służby pomocniczej marynarki. Mówiły później o zapachu gazu i dziewczynach rozszarpanych na strzępy przez odłamki roztrzaskanej szklanej mozaiki i kafelki basenu. Tej cudnej, szklanej mozaiki zapełnionej przez dziewice o rybich ciałach i baśniową zwierzynę morską... Pomyślał, że dobrze mieć takiego „wujka”, jak ten kolega mamy. Dzięki niemu mieli własną koję. Przyglądał się pasażerom, chyba czuli się bezpiecznie. Myśleli pewnie, że już nic złego im się nie stanie. Martwili się zapewne tylko tym, dokąd trafią, kto ich przenocuje? Ogrzewane pomieszczenia były czymś komfortowym po koszmarze dni i tygodni spędzonych na mrozie. Wielu natychmiast po wejściu na statek zasnęło. Wracał do kabiny na dolnym pokładzie, chciało mu się spać. Ciepłe czyste łóżko - tylko tego mu było trzeba. Przed snem pomyślał jeszcze, że trochę to dziwne, że wypływają na morze na tym wielkim statku, oddalają się od domu a przecież mieli tam zaraz wrócić. To po co odpływają? I dokąd? Andrzej Kasperek 21 Obudził ich huk walących się piętrowych metalowych łóżek. Spadająca prycza uderzyła go w nos i złamała go, ale nic nie czuł. Panika i zimno sprawiły że ból do niego nie docierał, krew ściekała mu po policzku a on o tym nie wiedział. Dopiero, kiedy matka na szalupie dotknęła jego rozkwaszonego kiniola wrzasnął. A później całe to zamieszanie w Kołobrzegu, gdzie nikt nie chciał wierzyć, że są ocaleńcami z „Gustloffa” i tylko krzyczeli wciąż i wciąż: „Papiery! Pokażcie papiery! Dokumenty gdzie macie?” Jakiś lekarz czy sanitariusz opatrzył jego ranę, a na prośby matki, żeby go zbadać w szpitalu, odpowiedział opryskliwie: „Kobieto, my tu trupy z portu wywozimy ciężarówkami. Całe tony! A ty co?! Do wesela się zagoi”. Dopiero potem ktoś fachowo się nim zajął, ale było za późno. Po kilku operacjach udało się jego nos poskładać, tyle że bardziej przypominał gruzłowaty kulfon niż normalny nos. To byk jego pamiątka. Nigdy, patrząc w lustro, nie mógł nie wspomnieć tego, co zdarzyło się w lodowatą wojenną noc. Spoglądał w lustro i widział małego chłopca w szalupie, wtulonego w poły matczynego płaszcza. Zaczęli uciekać spod pokładu do góry. Matka była trochę chora i podciągała się jedną ręką na poręczy, a drugą opierała o syna. Wiele osób leżało na schodach, zastanawiał się, dlaczego oni nie wstają? Okazało się, że warto było wałęsać się po statku. Ciągnął mamę prosto do szalup. Mieli szczęście, że dostali się do ostatniej spuszczonej łodzi. Co decyduje w takiej sytuacji o tym, kto przeżyje a kto zginie? Szczęście, łaska boska, fatum? Nikt nie wie tego na pewno. Często ludzie życzą sobie dużo zdrowia, ale czy ci, którzy utonęli w liczbie przeszło dziewięciu tysięcy osób, a więc dużo więcej niż liczyła ilość mieszkańców jego miasteczka, byli chorzy, czy brakowało im zdrowia? Pewnie co poniektóry z pasażerów był przeziębiony, miał katar, chorował na lumbago, skarżył się na wrzody dwunastnicy. Ale to się wtedy nie liczyło. Nie. Liczyło się tylko to, że zabrakło im szczęścia. Matka miała ze sobą jedynie torebkę, w której schowała klucze i trochę pieniędzy. Jedyna rzecz, jaką zdołała uratować. Była styczniowa noc, szalupa przechylała się niebezpiecznie, była przeciążona. Pani Kossela chciała podłożyć torebkę pod głowę ciężarnej kobiecie, która znalazła się z nimi, ale ona odmówiła. Bełkotała coś o ojcu dziecka, ale jeszcze nie mężu, który jest na froncie, gdzieś we Włoszech... Albo nie przestawała powtarzać: „Mamusiu, mamusiu, już będę grzeczna!” Reflektory okrętu towarzyszącego omiatały wzburzone morze i przechylający się coraz bardziej statek z marzeń i snów. Ciągle jeszcze niektórzy pasażerowie próbowali się ratować skacząc do lodowatej wody, ale przecież nawet w kamizelkach ratunkowych nie mieli odrobiny szans, wychłodzenie następuje w ciągu kilku minut, temperatura powietrza tej nocy wynosiła minus dwadzieścia jeden stopni Celsjusza. Ile stopni mogła mieć woda? Góra dwa - trzy stopnie. Widzieli ich dryfujących, jeszcze żywych, błagających o wciągnięcie na szalupę, wykrzykujących prośby, przekleństwa, próbujących wdrapać się do łodzi. Niektórym się to udawało - wspinali się na burty, a wtedy pasażerowie zamierali ze strachu, że rozchybotana łódź ratunkowa się wywróci. Zimny wiatr pędził chmury po niebie, a blady księżyc swym upiornym blaskiem oświetlał niezatapialne kamizelki, w których zasnęli snem wiecznym dorośli i dzieci. Dzieciaki, które matki rzucały ze statku a one spadały w otchłań i tonęły, ich główki znajdowały się pod wodą, w niebo sterczały stopki. Nóżki w wełnianych pończochach, w paputkach z pomponami z kolorowej włóczki, w piżamkach w kolorowe delfiny fikające w falach albo misie dźwigające ogromne 22 Są klucze, ale nie ma drzwi słoje miodu, albo myszki rozkoszujące się smakiem żółtego sera. Pewnie ich mamusie wyjęły na statku ich ulubione piżamki, bo w czasie ucieczki nie było sposobności, żeby je wdziać. Na „Gustloffie” poczuły się bezpieczne, było ciasno ale ciepło a z głośników nadawano radiowe przemówienie Fiihrera do narodu: „Przed dwunastu laty, 30 stycznia 1933, w prawdziwie historycznym dniu, Opatrzność w moje ręce złożyła los niemieckiego narodu...” To przecież były krzepkie, pewne ręce. Flanelowe piżamki, pajacyki i śpioszki były namiastką utraconego domu. A jemu przypomniał się wierszyk, który usłyszał niedawno: „Módl się dziecię, módl do Boga, przyjdzie rano Rusek i trwoga...” Okazało się, że Iwan przyszedł wcześniej niż się spodziewano - ten ranek zaczął się już późnym wieczorem. Wyłowił ich kuter. Nie mieli niczego, tylko tę damską torebkę. Wszystko zostało w kabinie. Władze nie chciały im uwierzyć, że należą do 826 osób, które się uratowały. I ten zmasakrowany nos. Po latach dowiedział się, że uczestniczył w Operacji Hannibal. Pewnie jakiś mądrala, sztabowy oficerek z Berlina przypomniał sobie lekcje łaciny i wymyślił tę nazwę: Hannibal antę portas. Rychłe niebezpieczeństwo... Ratujmy się przed dziką ordą ze wschodu! Dzikusami, którzy pożądają niemieckich kobiet i zegarków. Oślepieni pragnieniem zemsty, żądzą mordu, pijani spirytusem z rozbitych niemieckich gorzelni... Po co zresztą się wyzłośliwia? Przecież oboje z matką przeżyli. Matka do końca życia powtarzała swoją mantrę: „Stobbe miał fabryki, miał miliony, był prawie hrabią i nie żyje! A ja nie mam nic i jeszcze nie wiem, za co jutro kupię chleb i mleko, ale ja żyję! Pan Bóg jest dobry, Pan Bóg jest bardzo dobry!” Udało im się wyjechać do Hamburga. Rozbitków przyjęła do siebie matka Gustava, który nie zdążył stać się ojczymem Heinricha. Ale nie mogli wytrzymać jej opłakiwania syna, pojechali na wieś w Szlezwiku Holsztynie. Dla matki takie życie to nie pierwszyzna. Mogła doić, obrabiać buraki, pomagać w kuchni. Powtarzała ciągle: „Losowi trzeba stawić czoła!” Dwór był po sam dach napchany ludźmi, podobnie było w innych domach, w każdej małej komórce, szopie i psiej budzie... Ci, którzy coś mieli utyskiwali na tych, którzy wszystko stracili. Miejscowi narzekali na przybyszów, te wschodnie przybłędy, które chciały im wszystko zabrać. Uchodźcy skarżyli się znowu na niewyrozumiałość, oziębłość, twarde serce i wyniosłość tubylców. Dziesięć lat tułaczki, przeprowadzek, a klucze są z nimi. Dopiero w 1955 dostają mieszkanie w Hamburgu. Kosella skończył naukę, został cukiernikiem i wyprowadził się do Hamburga. Matka też dostała tam pokoik. Zabrała ze sobą klucze. Nigdy nie zapomni, jak raz wrócił z roboty a ona klaskała w ręce jak mała dziewczynka i śpiewała piosenkę, którą usłyszała w radiu: Dziurawa moja koszula, że w głowie się to nie mieści. Buty zdarte już kompletnie, szafa się mieści w plecaku. U Polaków moje meble, A pieniądze w Dresdner Banku. Bez ojczyzny i bez domu, but bez glancu na dodatek - Andrzej Kasperek 23 Zdziwiony spytał: „Co robisz?” „Nie rozumiesz? Przecież to piosenka o nas. Wreszcie ktoś o nas coś napisał”. „Ale skoro nasze meble są u Polaków, to jaki sens ma twoje noszenie kluczy od domu w Nowym Dworze, przecież nawet nie wiesz, czy on ostał się po ostrzale Sowietów?” „Stoi. Na pewno stoi. A zresztą pojedziesz i zobaczysz!” Wtedy przyjechał pierwszy raz. Chodził po swoim-nieswoim miasteczku i uczył się go od nowa. Z mostu Stobbego został tylko przyczółek. Nie wiadomo dlaczego nie odbudowano go tylko obok postawiono nowy, drewniany, bez rozporka. Który chyba i tak nie był potrzebny, bo Tuga była martwa. Ani barek, ani łodzi, nie uświadczysz żadnej barki. Na przyczółku stała buda strzelnicy. Wieczorem wyglądała jak mały teatr. Nad strzelnicą ciemna noc i gwiazdy, a na małej scenie wszystkie kolorowe skarby świata do zdobycia: czerwone lizaki, pluszowe misie, barwne wachlarze, lusterka z Raquel Welch w skórzanym bikini na odwrocie. Przy ladzie tłoczyli się chłopcy i podchmieleni faceci, jedni i drudzy pewnie dawno już powinni być w domu. Scena była prawie jak z St. Pauli, jak z tamtego lunaparku. Podszedł bliżej i zrozumiał. Za ladą na podwyższeniu stała blond piękność - taką się wydawała się w lichym świetle słabych żarówek. Całkowicie niedostępna i władcza łamała wiatrówkę opierając na biodrze kolbę, ładowała śrut, bądź lotkę, zamykała karabinek i podawała klientowi. Przypomniał sobie fragment jakiejś piosenki, z tych co to potrafią się do człowieka przyczepić jak rzep do psiego ogona: „Serca młode - a już połamane - jak wiatrówki”. Nie pamiętał, kto to śpiewał. Matka zmarła kilka lat temu. Przeżyła dziewięćdziesiąt dwa lata. Nie ma po niej prawie żadnych pamiątek. Nie znosiła się fotografować. Była chora, kiedy musiała iść do fotografa, żeby zrobić zdjęcie do dokumentów. I tylko takie zdjęcie, ze śladem pieczątki i dwoma dziurkami po nitach mocujących fotografię w dowodzie osobistym, które zdołał ocalić po pogrzebie, mu zostało. I klucze. Wisiały zakurzone w składziku. A niech wiszą, nie mógł ich wyrzucić. Nie dałby rady. Nie myślał o nich, zaczął słabować i bardziej go zdrowie zajmowało niż jakieś pamiątki z przeszłości. I wtedy coś się zdarzyło. Najpierw przyszedł Emilek i spytał: „Dziadku, a może te klucze są jak te od szafy w »Opowieściach z Narni«? Może ja bym mógł otworzyć którymś starą szafę i wejść do magicznego królestwa?” To go zmusiło do ponownego sięgnięcia po „ten złom”. A kilka dni później oglądał telewizyjne wiadomości i zobaczył, jak na ekranie tłumy Palestyńczyków stały przed jakimś wysokim murem i trzymały w podniesionych rękach klucze. Takie same, jak u niego wisiały. Stare, ubrane na czarno, kobiety grzechotały pękami kluczy i wrzeszczały. Choć to w zasadzie nie był wrzask, to był jakiś wściekły gardłowy dźwięk pochodzący z głębi trzewi. Spiker mówił coś o intifa-dzie, palestyńskim „prawie powrotu” i wyjaśniał, że to są klucze od ich domów w Jerozolimie, Jerychu i Hebronie. Patrzył wstrząśnięty, bo wyobraził sobie matkę, która stoi przed polskim konsulatem w Hamburgu i z wściekłością wymachuje kluczami. Jej czerwona twarz wyglądała tak, jakby za chwilę miała ją porazić apopleksja. Usłyszał jak wrzeszczy, jak jodłuje. Czy tak nie mogło być? Czy miał być taki, jak ci nieszczęśliwi ludzie pozbawieni swych domów, którzy spędzili życie w obozach dla uchodźców? On miał więcej szczęścia - nie musiał wychowywać się w obozie dla wypędzonych, a matka nie musiała jako wdowa chodzić całe życie w czarnej sukni... Dano im pokoik, później mieszkanie, pracę, emeryturę. Dano im szansę na nor- 24 Są klucze, ale nie ma drzwi malne życie, cokolwiek mogłoby znaczyć słowo ‘normalne’. Była wczesna wiosna, kiedy wrócił z kluczami do swojego domu stojącego teraz na ulicy Wejhera. Jej nazwa zmieniała się przez te sześćdziesiąt sześć lat wiele razy: Marktstra-Be, SchlosserstraBe, Adolf Hitlerstrafie, Stalina, Bieruta, Wejhera... Nie wszedł do środka. „Pewnie klucze nie pasują już do żadnych drzwi” - pomyślał. Ale nie korciło go, by to sprawdzać. Uśmiechnął się na myśl, że w piwnicy stoją kilkudziesięcioletnie omszałe butelki reńskiego. Tak, to ładny obrazek. Szedł przez senne miasteczko, wyminął muzeum, gdzie w szklanej gablocie spoczywały klucze do jego miasta i przeszedł przez most wisielca. Nic się nie zmienił. Zastanawiał się, czy go jeszcze otwierają. Brukowana ścieżka zawiodła do parku nad Tugą. Kasztanowce były ogromne - one wyrosły a on czuł się przy nich taki malutki. Taki mały, jak wtedy, kiedy opuszczał swe miasteczko. Ten park był kiedyś ewangelickim cmentarzem, tu pochowano jego dziadka i ojca. Usiadł na ławce. Była mokra, przykrył ją gazetą. Trawnik po zimie wyglądał żałośnie. Patrzył na dwie sroki, które po nim skakały. Jedna z nich złapała w dziób gałązkę. Śledził, jak wzbiła się w powietrze, zatoczyła krąg. Gdzieś tam wysoko w koronie bezlistnego drzewa dostrzegł czarną koronkę - zaczątek gniazda, ptak formował rozpierzchłe gałązki w .swój dom. [w opowiadaniu użyłem w formie cytatów lub parafraz fragmentów z następujących autorów: Wisława Szymborska, Bohumil Hrabal, Maria Monatowa, Bolesław Prus, Christian von Krockow, David Foenkinos, Jerzy Stuhr, Balis Sruoga, Bułat Okudżawa, Adam Mickiewicz, Molier, Bernhard Schlink, Gunter Grass, Stanisław Władysław Reymont, Stanisław Modrzewski; wykorzystałem też relacje Juliusa Hinza i Heinricha Korelli] Podobieństwo do niektórych osób i zdarzeń jest nieuniknione Janusz M. Moździerz 25 Janusz M. Moździerz OPERACJA - REJS Kajetan mu było, choć mówili na niego Korniszon. Nikt nie pamiętał przyczyny, dla której zyskał taki skwaszony przydomek (bez dania racji?!), ale pseudo ma to do siebie, że raz przyklejone trudno kiedykolwiek w pełni czymś atrakcyjniejszym zneutralizować czy choćby wymienić na lepiej brzmiące lub niezawierające jednoznacznie sugestywnego skojarzenia. Może wzięło początek od jego ulubionej zagrychy, gdy wyskakiwali we dwóch z mariny na krótkie drinki przedłużające się nieodmiennie do długich kolejek, kiedy flauta a pić się chce niemo-żebnie, a po głowie wędrują setki zwariowanych pomysłów bez ładu i składu i trzeba sobie uzmysłowić, że właściwie znowu coś nie tak poszło, jak powinno - co zawsze ma swój fatalny skutek przewidywalny niczym amen w pacierzu - lecz nie wiadomo kiedy zabrać się do odnowy - określenie: „restauracji” byłoby grubo nie na miejscu, cokolwiek i obraźliwe, zresztą - po co owijać w bawełnę - prawdziwemu ochlajowi każda aura sprzyja... Prawdopodobieństwo spore. Choć nie istotne za bardzo. I licha warte. Inicjały identyczne KK - skojarzenie raczej kiepsko wpisujące się w ich rzeczywistość, jawnie kodeksowe z naciskiem na karny (!) lecz nie o nie chodzi w gruncie tzw. rzeczy. Bowiem, jak dopieszczali ironię w swoim gronie: w tym się oto rzecz macała-, z jawną kpiną w oczach przy dwuznaczności z macaniem w tle czyli: macant natychmiast proszony do macami, Ka-Pe-Wu?! Inaczej może: poetyka spod budki z piwem... Przynajmniej w trzeźwej ocenie Kajetana. Z reguły wygłaszanej rzadko, co poczytywano mu za nadmiar skromności w otoczeniu. Niemniej doceniano walory charakteru samego inicjatora trudnej akceptacji, cudzych mało eleganckich spostrzeżeń, choć niejednokrotnie trafnych, a zawsze dosadnie brzmiących wypowiedzi. Wiadomo. KK miał kiepełę nie od parady. Tego nikt nie śmiał negować, zresztą nie było nigdy po temu okazji ani istotnej potrzeby. Leader niekwestionowany. W nomenklaturze zaczerpniętej gdzieś z kręgów zbliżonych do wścibskich badaczy złożonych związków w tzw. grupie (najczęściej doświadczalnej, czy eksperymentalnej lub porównawczej etc.) - samiec alfa; którego to określenia sam zainteresowany nie znosił wprost organicznie... Ot, głupi epitet, jaki może się przytrafić każdemu, za przyczyną cudzego widzimisię, sądził. Kara boska z tym wyścigiem szczurów z tytułem naukowym w tle. O palmę pierwszeństwa?! Pewnie taka palma często odbija. Nawet na pewniaka tak jest, a wtedy okazuje się jeden wielki obciach i tyle! Szkoda gadać i marnować czas. KK żeglował ostro na wiatr, aż zazdrość brała pozostałych. Brał przechyły, jakich nikt nie potrafił wytrzymać. Nie do przebicia. Chojrak z fasonem z rumplem w garści, choć nie tylko. Gracz o nie lada stawkę. Aż przechylił zanadto coś innego, zbyt mocnego, nawet dla niego. Przedobrzył gdzie indziej, bo wódzia dobra bywa w ilościach proporcjonalnych do odporności ciała, gdy to ciało jest całkiem zdrowe. W pełni sił i ochoty do pojedynku pt. siły natury kontra podróba umiłowana... Jedyny P. kiedyś - dużo wcześniej, gdy jeszcze forma dopisywała obu na wodzie i przy kontuarze, zażartował z przekąsem: „Pij ciało, ile chciało i się stało...” Wichrzyciel nadziei. Jakby był jakimś kurwa prorokiem albo choćby tylko jasnowidzem... Dziwkarz i popapraniec cholerny bez skrupułów z gatunku - co się rusza pod nóż i do wora; 26 OPERACJA - REJS mógłby tym swoim wyrośniętym bajecznie fajfusem gruchy obijać z niższych gałęzi z powodzeniem. Erektorem Wspaniałym (EW) przezwany nie bez własnego solidnie prezentującego się pomimo licznych zastrzeżeń natury estetycznej wkładu w pseudo, zgrywus setny choć wciąż niepewny odpowiedzi na odwieczne pytanie partnera z pokładu: Kto to wszystko kiedyś przerżnie...?!- ale bez krzty blagi, kozak na wodzie pierwszej wody... Ależ zbitka! - skojarzenie jakby wyciągnięte z pudła fałszywych klejnotów magika, niby płynne przejście do cd. tematu. Co ?! To prawda; kozak na łodzi nie przymuruje dupska na kei dłużej niż by wypadało z musu... No i poszło K. o ten jeden decydujący raz - nie wiedzieć czemu akuratnie wtedy, pewnie z tzw. puli przypadków pospolitych - za dużo w męską rurę, i tętnice porosły tłustym chwastem niepospolitym, draniem nie do wyplenienia; taki sukinsyn kiedy już poderwie podatną ofiarę; wiadomo z góry, co musi być dalej. Strzał nie do obrony. W dodatku - samobój oczywisty, tak określił dynamiczny stan nieziemsko wyczerpany po tygodniowym ciągu Jedyny P.: „Się paskudnie złożyły okoliczności, splot właściwie cały, niby rozdarty pod naporem zbyt nachalnego szkwału żagiel; nie zbierzesz bracie już ponownie umykającego wiatru w pokaleczone płótno, napędzające powietrze uszło bezpowrotnie i zostaje ci rola outsidera-, na taki szpas nie ma rady. Żadnej - ani pomocnej dłoni znikąd. (Jesteś brachu prawie samotny Biały Żagiel - chichy-śmichy!') Powrót do punktu wyjściowego ustalono z góry (u góry?!) na niemożliwy. Co gorsza, najprawdopodobniej przy twoim milczącym poparciu. Jedyny ten EW niezawodny zresztą, odpłynął pierwszy, podczas psiej wachty, gdzieś na wiecznie rozczochranym Biska-ju, jak powiedziano, podczas symbolicznej - bo zatoka okazała się niełaskawa do końca i nie zwróciła pechowca - ceremonii: zmustrowałprzedwcześnie, a wkrótce popękały pierwsze kasztany i dzieci z okolicy dokonywały cudów waleczności w wyścigu o pierwszeństwo w zdobyciu brunatnych skarbów. Więc zanim pierwsza podleciała pod skalpel lewa noga do kolana, K. miał trochę uciechy wyglądając za okno, prosto na plac bezkrwawego boju. Kibicował nawet niemo zza opuszczonej firanki, nie chcąc przerwać przedwcześnie spektaklu - i spłoszyć uczestników przekrwioną facjatą - najmłodszym hasającym radośnie bobasom, powracając wcale chętnie do dni, kiedy sam nielicho obrywał w dzieciństwie od starszaków, podczas podobnych starć. Ale już go ponosiło. To cholerne czekanie w kolejce, na którą nie miał najmniejszej ochoty. Ani na efekt - z którego nawet najtwardszy hipokryta by się nie śmiał uśmiać! Jednak konieczności nie zapobiegał; dawał ostro w gardło skracając maksymalnie dystans do zabiegu. I kiedy tylko operacja udała się w pełni - kule pod pachę i wio na pokład jachtu. Kto rozumie wiatr - a Kajetan był co najmniej jego koneserem - temu nie straszna żegluga bez jednego kulasa. Nawet łódce lżej jakby o tę brakującą wagę nieobecnej kończyny. W końcu ster trzyma się w łapsku - podobnie szoty i są jeszcze knagi. Da się wyżyć. I dupa przylega jak należy do pokładu podczas balastowania. Jak przed. Żadnej wyczuwalnej różnicy; ani, ani. Nie ważne czy idziesz pełnym wiatrem czy wypada dać parę halsów; nawet ciekawiej się robi, kiedy zadowolona łódka zaczyna brykać na fali; jest uciecha nieziemska, kulasek sobie lekuchno dynda do taktu i znowu nadarza się galanta okazja, by gardło nie próżnowało. A rozhulana dusza pije swobodę. Haustami. Wolność się wtedy zbliża niedostrzegalnie szybko i musisz człowieku bardzo to a bardzo uważać, by nie przegapić chwili, kiedy przekroczysz granicę; wówczas nie ma już wstecznego odliczania; trzeba wierzyć na słowo Jedynemu P. On miał to wyczucie czasu i przestrzeni, o jakim tylko pomarzyć można... I nie lada doświadczenie. Miał - kiepsko się Janusz M. Moździerz 27 mówi, jeszcze gorzej - słuchać.., szczególnie osamotnionemu sternikowi dwuosobowej załogi. A po cholerę jasną go pchało na to biskajskie zadupie zdradliwe jak sukinsyn. Szkoda gadać po próżnicy. Ze swoim stażem mógł przebierać w ofertach niczym w ulęgałkach, ale on wziął pierwszą z brzegu i masz; się doczekał - właściwie - nie doczekał. Choć trzeba lojalnie przyznać, że miał intencje najwyższego lotu: zarobić na szkoleniu cymbałów z wypchanymi portfelami niczym bele skoszonego siana, co im się śniły nocami szlify zejmanów pierwszej klasy, więc zarobić ile wlezie zielonych papierków i zdążyć na czas, żeby opanować Kaj etanowe szaleństwo i dać w łapsko komu trzeba a nie należy, i ratować to jego wyczerpane wódecznością żeglarskie ciało. Ale nie złapał fartu w żagle. Oj, nie złapał nawet odrobiny. Choć duło jak cholera. Na takie przypadki JP gadał jednakowo: wieje niczym sto tysięcy fur pijanych skurwysynów! Głupio prowokował i prorokował. Poszedł za burtę bez świadków i po zawodach. Czarną, bezgwiezdną nocą. Kurewska dola, nie ma co. I KK nie doczekał powrotu Jedynego P. Zawiódł go na całej linii. Można wyczuć, że obaj się zawiedli... Najpewniej. Tak i znowu o czekaniu przyszło powiedzieć. Coś w tym jest. Jakiś atawistyczny podtekst albo rytm, czy coś w tym rodzaju. Trudno dociec. Nieludzka sprawa. Raczej wypadałoby powiedzieć: sprawka. Diabelska. Nieprzewidywalna. Iprzerwany wątek wraca niby bumerang. Nie trzeba było zbytnio czekać. Zaledwie na długość kilkunastu skonsumowanych sam na sam czterdziestoprocentowych krówek zero siedemdziesiąt pięć litra przykuśtykanych z pobliskiego samu. Kajetanik znowu przefajnował z uczuciem sympatii odwzajemnianej do gorzałecz-ki. Kompletnie. Bez odwołania. I nie pomogły stosy opakowań wspomagaczy czerpane pełnymi garściami z miejscowej apteki. Nic już nie mogło pomóc. Czekanie okazało się nad wyraz krótkie i owocne. Operacja prawej nogi przebiegła pomyślnie. Pomyśleć strach: pomyślnie - uff! Ktoś się bardzo postara o dopełnienie obrazu po tej jatce, zobaczysz; zdążysz na pewno dostrzec - przewidywał smętnie pozbawiony partnera Jedyny P. Przeważnie EW miewał niemało racji. Raczej w sprawach ocierających się blisko o relacje damsko-męskie. Czy na ich styku nawet. Tym razem trafił w jądro kwestii poważniejszej o niebo. A powinno być pudło; stuprocentowe. Choć nie walkower - z pewnością nie! A potem poszło jak z płatka. (Cholera jasna! - płatek bywa synonimem lekkości i przywodzi nieodmiennie na myśl lewitowanie swobodne, niewymuszone, ciekawe, rokujące lot ku nieznanym rejonom; niby doskonały gwarant kuszącej gamą zapachów i barw nieskazitelnych drogi ku niewiadomemu... kolejna paranoja!) Skrewili prędko. Zbyt szybko?! Taka to stadna natura pewnie. I odżeglowali z wiatrem ulicy najdawniejsi przyjaciele - których podobno poznajesz w najstraszniejszej biedzie - podobno to delikatnie powiedziane; szybko zapomnieli adres, pod którym gospodarz nigdy nie zamykał drzwi na klucz, i zawsze można było liczyć na ciepłe wspomnienie o wspólnym żeglowaniu albo przynajmniej pociągnąć z lufki mocnego półdymka, a i kieliszek nigdy nie stał na stoliku dnem do góry. Czasem bywała sytuacja z gatunku vice versa, choć nic nikomu do tego, jak sobie K. meblował kawalerkę podczas przyjacielskich spotkań. Wara! I basta jednocześnie! Gdyż ten surowy pokój, w którym główny rekwizyt stanowił wózek inwalidzki dla dorosłego mężczyzny i stara lampa naftowa z jakiegoś dawno zatopionego żaglowca, zapełniał się wtedy, gdy na dworze szaruga, a wypić się chce i nie ma co, i nie ma gdzie przytulić zmarzniętej 28 OPERACJA - REJS dupy i suchego gardła, a wiadomo Kajetan pomoże, bo taki żeglarski honor jego; by nie wypuścić ostatniego włóczęgi bez skromnego nawet w słoninową zagrychę poczęstunku, i kawałek dobrej, porządnej nieraz i przeklętej męskiej rozmowy o tym życiu, które tak szybko się kurczy, jak pierwszomajowy balonik przekłuty nieuważną rączką berbecia w wózeczku. Ale płakać nie należy za utraconym bezpowrotnie... I o tym, że dobrze się nawet człowieku nie rozkręcisz, a tu ci pukają z wezwaniem do stawienia na ostateczne rozliczenie. A przecież jeszcze słabnące coraz szybciej ciało ogrzewa wciąż uparta myśl o tamtych rejsach samotnych w dużej - za dużej na wysiłek jednego niepełnosprawnego człowieka - łodzi. I ciągnie go do okna, aby poczuć wiatr z tych brudnych ulic zakurzonego miasta, ale on wie-je z daleka i uziemiony żeglarz nie czuje smrodu zabieganej mieściny; z lubością wdycha zapach dawnych podróży po czystej, zmarszczonej bryzą tafli i zamyka oczy, by dostrzec w porę tamten kręty przesmyk, przez który jego za duża łódź nie ma żadnych szans przepłynąć i już wie, że zaraz rozbiją się o ostre kamienie nabrzeża, że powinien wykonać szybki zwrot i wracać, a wtedy ta podstępna niemoc, zabierze mu resztki siły w ramionach; barki opadną bezradnie, oczy zaciągnie błękitna mgła bryzgów od dziobu, i już nie usłyszy uderzenia o brzeg... Zrobi się nagle przenikliwie cicho w tym pokoju od zawsze przyjmującym w gościnę każdego, i serce Kajetana odmierzające sekundy od nieuchronnej katastrofy powoli odchodzi samotne na ostatnią wachtę w środku ludnego miasta. A raptowny poryw wiatru - jedynego towarzysza przykutego do wózka człowieka - otwiera na oścież ledwie uchylone okno bunkrowca, jakby chciał przypomnieć żeglarzowi o jego obowiązku stawienia się na pokładzie; ponagla do wypłynięcia w dziewiczą podróż do nieznanego portu: Słyszysz?! To będzie tylko dłuższa wędrówka z szarymi przystankami pamięci; spłoszone jezioro, mgła tuląca strwożony las, gdy trąbka przerwie „Ciszą" horyzont, i umykający smak karczmy z gorzką skargą przyjaciela. Pomilczymy przed wyruszeniem... - jak zawsze. I pomachasz na pożegnanie słowami zamkniętymi w echo oddechu. Nie spłowieją jedynie tamte obrazy, których barwy zabierasz w drogę Słyszysz?! I Kajetan z całym spokojem stygnącego ciała daje się swobodnie unosić tężejącym podmuchom. Wyrusza w rejs; w jedną stronę., by zaliczyć wyścig, w którym nie liczy się miejsce wywalczone na mecie. Może odnajdzie na szlaku Jedynego P.?! Któż to wie? Kto? Barbara Kamyszek 29 Barbara Kamyszek PO TAMTEJ STRONIE DRUTÓW Anna wiedziała, że porządkowanie rzeczy ojca będzie traumatycznym zajęciem. Odszedł rok temu. Minęło wiele miesięcy, a ciągle powracała wyrazista postać starszego pana, w poplamionym fartuchu, stojącego przy sztalugach, pochłoniętego pracą, nieobecnego, głuchego na odgłosy otoczenia. Nie słyszał pytania o to, czy ma ochotę na gorącą herbatę, nie reagował na propozycję wspólnego spaceru. Spieszył się. Coraz bardziej się spie-szył. Chciał dokończyć rozpoczęte prace, chciał jeszcze pokazać ludziom, że coś potrafi, że może przekazać na płótnie ważne przesłanie o życiu, że nie jest epigonem, że jest oryginalny, a jego abstrakcyjne wizje są, mimo podeszłego wieku, ciągle nowatorskie. Gdy wydawało mu się, że nikt go nie widzi, rozmawiał ze swoimi rękoma. Annę ogarniało przerażenie, kiedy z ukrycia obserwowała ojca przemawiającego do dziesięciorga swoich palców. Intencjonalną modlitwą błagał, zaklinał je, aby nie odmawiały mu posłuszeństwa. Często masował ręce, uderzał jedna o drugą i powtarzał, jakby odganiał złe moce - nie bądźcie jak patyki wystrugane z desek, ja ich nie zabijałem, ja tylko je znienawidziłem, bo zadawały ból, bądźcie żywe. Żyjcie, zaklinam was, żyjcie! Nie mścijcie się na mnie. Annę przerażały takie sceny. Martwiła się, że ojciec traci zmysły. Kiedy jednak znienacka pojawiała się w zasięgu jego wzroku, i pytała czy czegoś nie potrzebuje, bo wydawało jej się, że ją o coś prosi, zwykle odpowiadał zdenerwowany, że to są jej urojenia, że ma omamy słuchowe. Zachowywał się jak chłopak przyłapany na gorącym uczynku, broniący się przed nieuzasadnionymi oskarżeniami. Anna wiedziała, że atak ojca jest jego obroną przed ujawnieniem tajemnicy, której zaciekle strzegł. Zdarzało się to coraz częściej. Dialog z palcami był dowodem na zadrę tkwiącą w psychice ojca. Nieraz miała ochotę zapytać, co go dręczy, co wywołuje jego dziwne stany emocjonalne? Nie miała jednak dość od-wagi, nie chciała drażnić go pytaniami, na które i tak nie otrzymałaby odpowiedzi. Któregoś dnia znalazła go leżącego przy przewróconych sztalugach, pochlapanego różnokolorowymi farbami. Nie dotarło do niej, że stało się to najgorsze. Gdy weszła do pokoju, oniemiała z zachwytu. Wydawało jej się, że oto na podłodze pojawiła się tęcza. Przeniknęła przez zamknięte okno i zagnieździła się w pracowni starszego pana, raziła w oczy intruza, a feeria barw była przeznaczona wyłącznie dla malarza, jakby chciała swoimi kolorami umilić mu ostatnie chwile przy sztalugach i towarzyszyć w przechodzeniu na drugą stronę. Nie zdążyła zniknąć, zaskoczona niespodziewanym wtargnięciem intruza. 30 Po tamtej stronie drutów Anna miała wrażenie, że oto znalazła się w środku baśniowego widowiska, a cicha muzyka sącząca się z radia, potęgowała uczucie irracjonalności. Kiedy tęcza znikła, kiedy urzeczywistniła się bolesna prawda, Annie trudno było uwierzyć w smutne zakończenie baśni. Od tamtej chwili miała dziwne przeświadczenie, że śmierć ma kolory tęczy i nie jest tak straszna, jak przedstawia ją literatura i sztuka. Ojciec był znanym plastykiem, człowiekiem zamożnym. Anna sporo po nim odziedziczyła, ale utrzymywanie kolejnego domu nie wchodziło w grę. Jedyna córka, która mogłaby przejąć dom po dziadkach, wyfrunęła daleko z Polski. Zbudowała swoje gniazdo za wielką wodą. Urządziła życie po swojemu, od razu zastrzegając, że nie wróci, więc Anna jeździła do niej z mężem . Raz w roku lecieli z Piotrem do Stanów. Nie czuli się tam dobrze. Anna często zastanawiała się, jak to się stało, że rodzinne korzenie coraz marniej trzymały się tradycji i sentymentów. Często rozmawiała o tym z mężem, a on spokojnie odpowiadał - ekonomia, moja droga Aniu, ekonomia. Każdy dąży do lepszego życia. Anna wiedziała, że muszą spieszyć się z porządkami, ponieważ podpisali umowę wstępną, dotyczącą sprzedaży domu. Potencjalni właściciele zaczęli naciskać, zależało im na czasie, aby jeszcze przed zimą rozpocząć remont. Już od kilu dni segregowali dokumenty ojca. Przeglądali je dość wnikliwie, odkrywając rzeczy, o któ-rych nie mieli pojęcia. Umowy, dyplomy, nagrody i szkice, które już nigdy nie zostaną dokończone... Gubili się w tym co ważne, a co można zniszczyć. Gdyby żyła mama, na pewno służyłaby wyjaśnieniami, ale jej nie było z nimi już od dawna. Nie da się zamknąć stuletniego domu w ciągu kilku dni. Dla Anny wszystko miało wartość, może nie materialną, ale na pewno emocjonalną, tylko gdzie te wszystkie uczucia zamknąć, ile potrzeba walizek, aby nie mieć wyrzutów sumienia, że oto coś bezpowrotnie zniszczyły bezlitosne jęzory piwnicznego pieca. Ciągle odnajdywała jakieś nieznane dokumenty, odkładając je na potem. Miały poczekać na swój czas. W pewnym momencie Annę zaintrygowała stara, szara koperta leżąca na dnie szuflady biurka, przykryta stertą pożółkłych gazet. Już chciała ją odłożyć, ale jej uwagę zwróciły rzędy drutów kolczastych. Były tak sugestywnie namalowane, że strach było dotknąć powierzchni papieru w obawie o zranienie się którymś ostrym szpikulcem. Spoza drutów patrzyły na Annę czyjeś smutne oczy. - Piotrze, podejdź do mnie. Odkryłam małe dzieło sztuki. Zobacz, to wygląda jak trójwymiarowy obraz! Zobaczmy, co jest w środku. Gruba warstwa kleju chroniła zawartość koperty, nie pozwalała zbyt łatwo zajrzeć do środka. Piotr z dużą ostrożnością rozciął jej drugi brzeg i wyłożył zawartość na stół. Oprócz kilku kartek zapisanych drobnym pismem ojca, patrzyły na Annę i Piotra czarno - białe portrety dziewczynek, wykonane piórkiem i węglem. Kartki, na których ręka ojca naszkicowała portrety, nosiły ślady minionych lat. Były pożółkłe, ale można było odczytać „Danusia, Sztum 1958”, a na drugiej „Krystynka, Sztum 1958”. Barbara Kamyszek 31 Annę ogarnął dziwny niepokój, spojrzała na męża, a w jej wzroku można było odczytać pytanie - czyżbym miała jakieś nieznane siostry ? - Sztum, kojarzysz tę miejscowość? - zwróciła się do Piotra. - To nie wiesz, że jak pojedzie się do Sztumu, to można wyjechać po kilku latach? To miasto na północy Polski, gdzie znajduje się jedno z większych więzień w naszym kraju. Anna wiedziała, że ojciec siedział kiedyś w więzieniu za rozpowszechnianie złośliwych karykatur ówczesnych bonzów partyjnych. Był wtedy młody. Pamiętała, że długo nie było taty w domu. Mama tłumaczyła jego nieobecność koniecznością wyjazdu do pracy, którą znalazł w innym mieście. Pamięta, jak było im ciężko, jak mama płakała po wizytach dziwnych panów, którzy, siedząc przy stole w dużym pokoju, wypytywali ją o męża, o rodzinę, o znajomych. Mu-siała wyjmować z szafy rzeczy taty, przeglądali je skrupulatnie, wertowali jakieś papiery, niekiedy sami zaglądali do biurka, wyciągali szuflady i kontrolowali ich zawartość. Mała Ania widziała to wszystko z kuchni. Mama kazała jej zająć się lekcjami, a ona udawała, że się uczy. Siadała przy kuchennym stole w takim miejscu, żeby obserwować to, co dzieje się w dużym pokoju. Podczas rozmowy panowie często używali dziwnego wyrazu w Braniewie. Chcąc zapamiętać jego brzmienie, Ania rozbierała go na cząstki, zaczynając od środkowej sylaby, a na końcu dodawała pierwszą. Wychodziło wtedy nie wie bra. Gdy sylabę bra uzupełniła literką t, łatwo było zapamiętać krótkie zdanie nie wie brat. Gdy odrzucała t i przestawiała sylaby, znowu pojawiało się w Braniewie. Kiedyś zapytała mamę, czy tata pracuje w Braniewie? Pamięta, dziwny wyraz twarzy mamy i odpowiedź, że tatuś mieszka i pracuje w Warszawie i niedługo wróci. Już jako dorosła kobieta dowiedziała się od mamy o pobycie ojca w więzieniu w Braniewie i gdzieś jeszcze, ale nie była zbyt dociekliwa i nie zapamiętała nazwy miejscowości. Czuła, że był to mroczny rozdział w życiu ojca, o którym chciał zapomnieć. Nie drążyła tematu, nie rozgrzeby-wała przeszłości, tym bardziej, że miała na głowie chorą mamę, a potem jej śmierć. Tymczasem przeszłość nieoczekiwanie przyszła sama. Wyłoniła się z czeluści zapomnianej szuflady, patrzyła oczami dwóch dziewczynek na czarno - białych portretach. Żadna nie jest do mnie podobna, pomyślała z ulgą Anna, żadna nie ma rysów ojca, więc to chyba nie są moje przyrodnie siostry. Piotr zaproponował, aby zajrzeć do notatek ojca, w których na pewno będzie jakieś logiczne wytłumaczenie. Pochylili się nad zapiskami. Nie były uporządkowane. Zorientowali się, że nie ma w nich chronologii wydarzeń. Na jednej z kartek dłuższy zapis: Wiem, jak. wyglądał hesperyjski sad. Oglądam go prawie codziennie zza więziennych drutów. Ten jest bogatszy, bo rosną w nim nie tylko jabłonie. Latem widzę złote papierówki, ajesienią antonówki, wgłębi oczy razi malinowe drzewo, a śliwa mieni się granatem. Staję przed drutami i cieszę oczy ogrodem bogów. Nie wolno mi tego robić. Strażnik, jak stugłowy nieśmiertelny smok, widzi wszystko. Grozi i straszy karcerem. Wracam do układania desek... Deski, deski , wszędzie deski, ranią ręce, są ostre jak potłuczone szkło. Sprawiają, że moje palce są bez czucia. Ręce przypominają bezkształtną masę z czerwonymi wybroczynami. Tak jak onuce chronią nogi, tak 32 Po tamtej stronie drutów ja owijam ręce szmatami. Chronię je, ale to niewiele pomaga. Żal mi drzew, ofiar drwali. Może teraz deski mszczą się na mnie za swój drewniany los. Bronią się przed bólem, którego przed nimi jeszcze wiele...Uwierzcie mi deski, to nie moja wina, że jesteście w więzieniu, ja też wielu rzeczy nie mogę pojąć. Anna dopiero teraz zrozumiała dialog ojca ze swoimi rękoma. To był powrót do przeszłości. Przy sztalugach, kiedy ręce nie były już tak sprawne, wracał więzienny koszmar. Tu jest następna kartka, Piotr podsunął Annie papier: Przychodzą tu prawie każdego dnia, dwie małe Hesperydy. Złamały rozkaz Hery. Zrywają złote jabłka i przerzucają przez druty. Nie boją się smoka - Danusia i Krystynka. Nie mają świadomości, że stworzyły nową wersję mitu. Mojego mitu. Są w wieku mojej córeczki Anulki. Bardzo za nią tęsknię. Gdy na nie patrzę, robi mi się ciepło na sercu. Nie widzę wtedy dwóch rzędów drutów kolczastych, dzielących świat na dobry i zły. Mimo że jestem zły, bo taki wydano wyrok, dobro odnajduje mnie, przychodzi nieproszone, mówi miłym dziecięcym głosem i z troską pyta, czy czegoś mi nie brakuje. A ja chcę tylko patrzeć na hesperyjski ogród, widzieć w nim małe, dobre Hesperydy, słuchać ujadania psów i odgłosów podwórkowej krzątaniny, czuć zapach dymu tańczącego ponad spiczastymi, czerwonymi dachami osiedlowych domów. Nie ma wtedy dru-tów, nie ma stugłowego smoka, jest chwila normalnego życia, w którym czas na zadumę. Tu inna kartka. Czytaj teraz ty - zwróciła się Anna do męża. Jej zdławiony głos był oznaką emocji, których nawet nie próbowała ukryć: Małe cwaniary. Przychodzą tu z huczkami pod pozorem pielenia grządek, bo mama kazała. Nie wolno im zbliżać się do drutów. Już niejeden raz przepędzał je strażnik, ałe one nic nie robią sobie z zakazów. Są za drutami w swoim ogrodzie, w swoim świecie. Cóż może zrobić im smok? On przecież jest po tamtej stronie drutów. Niech sobie pokrzyczy. Nie są siostrami. Tylko Krystynka tu mieszka, dla-tego często przychodzi sama. Powiedziałem kiedyś - jesteś małą i bardzo odważną Hesperydą. A ona mnie zapytała z niepokojem w głosie, dlaczego ją wyzywam, czy zrobiła coś złego? Nie podobało jej się to nieznane słowo. To jest postać z mitu. A co to jest mit? Mity to legendy baśnie, to niesamowite opowieści o różnych dziwnych bohaterach. Wiem, ja bardzo lubię baśnie. Jedną z nich jest historia o Hesperydach,, które miały pilnować w ogrodzie jabłoni rodzącej złote jabłka. Pomagał im w tym stugłowy smok. Właścicielką ogrodu była bardzo sroga pani. Czy te wszystkie jabłka były ze złota? Wszystkie, dlatego były takie cenne. I te Hesperydy nie pozwalały zerwać tych jabłek? Nie pozwalały, bo czekała je surowa kara. To oni wszyscy byli żli, ale ja nie jestem zła, bo ja panu daję jabłka, one nie są ze złota, ale dobrze smakują, a złotych pan by nie ugryzł i nie przerzuciłabym ich przez druty, bo byłyby za ciężkie. Właśnie dlatego nazwałem cię dobrą i bardzo odważną Hesperydą. To moja koleżanka też jest Hesperydą? Oczywi-ście. I na pewno to nie jest brzydkie słowo, bo mama krzyczy, jak się wyrażam. Polubiłem te małe stworki zza drutów. One też mnie polubiły. Następna kartka zawierała szkic poranionych rąk, a pod nią tekst: Ciągle każą nam układać te cholerne dechy. Nie mam już siły. Patrzę na moje spracowane, opuchnięte i poranione ręce, na zdeformowane palce. Czy kiedykolwiek będę mógł utrzymać w nich pędzel? Kolejny zapis to nieczytelny przekaz, wiele miejsc zamazanych czarnym tuszem, spod którego nie można odczytać żadnego wyrazu, ale z chaotycznej rozsypaniu zdań wyłonił się sensowny tekst: Siedzę z kryminalistami. Dzisiaj znowu zostałem pobity i nie tylko...Obrywam za to, że jestem inny. Uważają, że wynoszę się ponad, że ich lekceważę. Zauważyli moje szkice, na kartkach, na kartonie... Obroniłem palce. Chcę umrzeć. Nie dam rady, ale nie zrobię tego córci, a co pomyśli Krystynka Barbara Kamyszek 33 i Danusia. Obiecałem im przecież. Wyjdę, odwiedzę. Jutro znowu je zobaczę, moje małe Hesperydki. Pozbieram śłiwki i jabłka. Jutro znowu jest dzień i muszę go przeżyć.. Siedzieli w milczeniu przytłoczeni wspomnieniami ojca. Anna nie kryła łez. Piotr czytał dalej. Następna kartka okazała się kontynuacją treści poprzedniej. Pytały mnie, dłaczego mam siną twarz? Przewróciłem się. Ktoś pana pobił? Mówiłem, uderzyłem się. Pan chyba kłamie, bo jak kiedyś oberwałam piłką, to też miałam takie sińce pod oczami. Dlaczego jestem smutny? Tęsknię za domem. Co panu przerzucić? Nic. Przychodźcie tylko. Może papierosy? Podkradniemy tacie. Nasz kolega przerzuci, jest silny. Nie palę. To da pan innym, może nie będą bić. Przysiadłem za wysokimi sągami drewna. Strażnik gdzieś odszedł, więc mogłem spokojnie porozmawiać. Dziękowałem dziewczynkom za owoce. Smak jabłek i śliwek z ich ogrodu zapamiętam do końca życia. Ileż siły musialy wykrzesać z siebie te małe istotki, aby przerzucić owoce przez dwa rzędy drutów. Nie zawsze były to celne trafienia. Świadczyły o tym okaleczone owoce, tkwiące na ostrych kolcach, jak dowody największej zbrodni. Raziły w oczy stugłowego smoka, a mnie dodawały otuchy. Kilka innych kartek to próby szkicowania twarzy dziewczynek. Widać było, że ojciec próbował odtworzyć ich rysy z pamięci. Nie było dat, więc trudno określić, nawet w przybliżeniu, kiedy miało to miejsce. Ostatnia kartka...Napisana chyba nie tak dawno, świadczy o tym gatunek papieru - zauważyła Anna: Nadszedł ten upragniony dzień. Wyszedłem na wolność. Kupiłem torbę cukierków i odnalazłem dom Krystynki. Zastałem tylko mamę, bo dziewczynki wyjechały na wycieczkę szkolną. Żałowałem, że nie mogłem się z nimi pożegnać. Zostawiłem słodycze i obiecałem, że kiedyś je odwiedzę i przywiozę im ich portrety. Nigdy tego nie zrobiłem i wstyd mi za moją niespełnioną obietnicę. Być może moja córka lub wnuczka postawi kropkę nad tamtym rozdziałem mojego życia. Odnajdzie Danusię i Krystynkę, dzisiaj pani w stosownym wieku, i podziękuje im za to, że pomogły mi przetrwać. Te dwie małe, odważne dziewczynki nie widziały we mnie więźnia, ale człowieka, któremu trzeba pomóc. Każde jabłko i śliwka przerzucone małą rączką, dodawały mi otuchy w odczłowieczonym świecie. Przez całe życie traktowałem te owoce z należytym szacunkiem, widząc w nich symbol dobroci i bezinteresowności. Dorosły zapewne zapytałby, co dostanę za pomoc? One nigdy o to nie zapytały, po prostu przychodziły, przerzucały i cieszyły się moją radością. A mnie ich niesubordynacja budowała. To ja bałem się stugłowego smoka, a one buntowały się i łamały zakazy. Kiedy wiele lat później opanowała nasz kraj fala strajków, widziałem w młodych ludziach, walczących na ulicach miast, twarze dziewczynek ze sztumskiego ogrodu. Anna spojrzała na Piotra. Porozumieli się bez słów. Wiedzieli, że pojadą na północ, aby w małym miasteczku odszukać miejsce i ludzi, o których pisał ojciec. Minęło wprawdzie pół wieku, ale przecież nie można zastać sa-mych znaków zapytania. Na pewno spotkają kogoś, kto pomoże im postawić kropkę nad więziennym rozdziałem życia młodego, zagubionego człowieka, którego wspierały dwie małe dziewczynki - nieposłuszne Hesperydy ze sztumskiego ogrodu. 34 Zieliński Michał Majewski ZIELIŃSKI Kiedy zawijał stopy, całą izbę wypełnił charakterystyczny zapach. Taki, w którym przeciętny nos, a nawet taki z byle jakim powonieniem, był w stanie wyczuć mieszaninę wszystkiego: potu, wypitego wczoraj piwa, siana, słomy, obroku, paszy dla świń, żuławskiej ziemi, no i - chyba w największej części - tego grzyba, który powoduje, że nasze stopy mają zapach zbliżony do zapachu niektórych gatunków sera. Misiu i Braciszek znali już dokładnie ten codzienny rytuał. Przyzwyczaili się, choć wciąż nie mogli odżałować, że psuje im to zapach wiejskiego śniadania. Jajka na miękko w koszulkach, twarożek świeżo odcedzony przez szmatę, ugotowane mleko, oczywiście bez kożucha - już nie smakowały tak, jak powinny były smakować. I z reguły były niedojedzone. Zresztą... Przyczyn niedojedzenia było zawsze więcej. A tą najgłówniejszą widać było przez szyby małego okna, którego parapet był jakby przedłużeniem jadalnego stołu. Tuż pod oknem widać było, jak stary pies Bobek pognał kota w stronę drewutni. Stadko kur grzebiących w trawie zostało zmuszone w ten sposób do krótkiej lewitacji. Jedynie kogut stał nieruchomo, twardo, na ziemi. Dalej, przy oborze, pokasływał młody pies Amor, biegając wte i wewte przy budzie, po półokręgu o promieniu wyznaczonym przez długość łańcucha. Zza otwartych drzwi obory dobiegało jedynie chrumkanie świń, bo cała reszta, czyli krowy, pasła się teraz na łące. Na lewo, przy oborze, stał drewniany wychodek. Za nim widać było fragment wielkiej kupy gnoju, a dalej już tylko drzewa i drzewa. Wielki sad śliwkowy był właśnie tym, do czego niecierpliwili się chłopcy. Tam było najlepsze śniadanie. Wysoko nad sadem fruwały jaskółki, zapowiadając dalszy ciąg pięknej, wakacyjnej pogody. Dziadek Zieliński zaczął właśnie wciągać gumiaka na tą zdrową, prawą nogę. Ta druga, szpotawa, miała na sobie wciąż tylko onucę. Był pochylony, w wielkim skupieniu, i w za-okiennym świetle poranka jego twarz zdawała się być podobna do tej drugiej twarzy, namalowanej na wielkim obrazie, wiszącym nad łóżkiem - twarzy Pana Jezusa. - Ni chuja... Nie dam rady - powiedział. I zaraz wrzasnął: - Krysia, chodź tu! - Czego? - Babcia Krysia zajrzała od kuchennych drzwi. - Jeszcze zakładasz te onuce, psiajucho?! Pospiesz się! Koń już dawno stoi w zaprzęgu przy studni! - Podejdź i mi pomóż! Nie mogę sobie dać rady... - Nie możesz?! Aż tak jesteś skacowany? - Babcia Krysia była mocno zdenerwowana. -A może jeszcze jesteś pijany? Nie wstyd ci, psiajucho? Nie wstyd ci, że dzieci na to patrzą? Czy ty w ogóle pamiętasz, że wczoraj znowu Koń sam cię do domu przywiózł? Misiu z Braciszkiem już nie jedli śniadania, tylko z zaciekawieniem słuchali całej rozmowy. Koń sam przywiózł Dziadka Zielińskiego - to nie raz już widzieli, więc teraz zaciekawiło ich coś innego. Usłyszeli jakieś słowo, którego znaczenia nie znali. I chyba Braciszek od- Michał Majewski 35 ważył się jako pierwszy zapytać: - Babciu, a co to znaczy chuja? Babcię normalnie zatkało i przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć? Spoglądała to na chłopców, to na Dziadka Zielińskiego, w końcu wyciągnęła zza kuchennych drzwi miotłę -taki pęk wierzbowych witek - i wymachując nią, podeszła do dzieci mówiąc: - To jest bardzo brzydkie słowo! I nie wolno wam go powtarzać, bo jak usłyszę, to poczu-jecie te rózgi na swoich tyłkach! Chłopcy jakby na to czekali. Pierwszy znalazł się w kuchni Misiu, tuż za nim chyłkiem przemknął Braciszek i zaraz potem pobiegli na podwórze wołając: - Chuja, chuja, chuja...! - Widzisz, co narobiłeś, psiajucho?! - Babcia rzuciła wściekłe spojrzenie w stronę Dziadka i podążyła za Misiem i Braciszkiem, wymachując miotłą. Oni jednak byli już za daleko. Jeden nawet zdołał wleźć na śliwę i zaczynał trząść gałęzią, w celu zdobycia upragnionych owoców. I nie za długo dało się też słyszeć od strony studni: - Nu...! Wio...! - Dziadek strzelił z bata i pognał Konia, który ospale pociągnął wóz przez błoto, w stronę szosy, do miasta. Chłopcy tęskno spoglądali, jak furmanka się oddala. Też chętnie by pojechali. Uwielbiali jeździć z Dziadkiem konnym wozem. No i uwielbiali też samego Konia. Koń był potężny, pociągowy, i był piękny. Koloru dojrzałego kasztana, a przy kopytach i przy pysku ciut jaśniejszy. Miał też piękne, zdrowe zęby w swojej dużej buzi, i Misiu z Braciszkiem lubili, jak łaskotał wyprostowane wnętrza ich dłoni, kiedy podawali mu coś do jedzenia. Niestety nie mogli jeździć z Dziadkiem do miasta. Dziadek Zieliński załatwiał tam swoje sprawy i nie miałby czasu, żeby się nimi zajmować. Pozostało więc czekać, aż wróci. I wtedy będą mogli przynajmniej pogłaskać Konia po pysku, a może nawet usiąść na niego, jeśli Dziadek pozwoli i pomoże. Tego dnia czekali wyjątkowo długo. Dziadek Zieliński, widać, miał tym razem bardzo dużo do załatwiania. Wrócił długo po obiedzie i też był słaby, tak jak wczoraj. Ale nie spał. Sam kierował furmanką, mocno trzymając lejce. Musiał. To znaczy nie mógł spać, bo by nie dojechał. Bo koń, który zaciągnął wóz w okolice studni, to wcale nie był Koń, tylko jakaś wychudzona szkapa. Wszyscy patrzyli milcząc, w wielkim zdumieniu, jak Dziadek Zieliński złaził z wozu. Szkapa natomiast wcale nie była zdziwiona, tylko pochyliła łeb i spokojnie zaczęła skubać trawę przy cembrowinie. - Co to jest?! - Babcia wreszcie nie wytrzymała i wrzasnęła. - Gdzie jest Koń?! Co ty tu zaprzągłeś do wozu, psiajucho...?! -Jak to?! Nie widzisz? - Dziadek Zieliński zachował błogi spokój, podpierając się batem. - To jest dopiero koń! Rasowy! Nie widzisz? Wygląda jak prawdziwy koń arabski! Na pewno ma gorącą krew. A ja miałem już dość tego zimnokrwistego ruska. - Znowu się napiłeś, psiajucho, i zamieniłeś konie?! Nie widzisz, że dałeś się oszukać? Przecież ta szkapa nie pociągnie pługa, stary durniu! 36 Zieliński - Pociągnie. Wóz pociągnęła, to i orać będzie. A teraz daj mi spokój, bo muszę coś zjeść i się wyspać. Dziadek Zieliński pokuśtykał w stronę domu. Misiu i Braciszek patrzyli jeszcze długo, z rozdziawionymi buziami i smutkiem w oczach. Czekali na konia, a tu coś takiego. W końcu jednak zaczęli się przyzwyczajać do nowego widoku. Szkapa była inna, ale też piękna. Wysmukła, jaśniejsza od konia, za to włosy na szyi i w ogonie były dużo ciemniejsze. Miała też bardzo jasne skarpety i życzliwie spojrzała na chłopców, kiedy zaczęli się do niej zbliżać. A kiedy byli już całkiem blisko, głośno zarżała, pokazując garnitur żółtobrązowych, podniszczonych zębów. Poezja Stanisław Modrzewski TU, NAD NOGATEM... ... sztukę można określić jako rzetelną próbę oddania najwyższej sprawiedliwości widzialnemu światu... Joseph Conrad Tu, nad Nogatem, stać i patrzeć pragnę bez przenośni - mniej czy bardziej kunsztownych. Tylko tyle metafor, by sprawiedliwość oddać światu widzialnemu i nie zamilknąć całkiem. Wśród pływających liści czerwone lusterka nieruchomej wody-gdzieniegdzie pomarszczone wiatrem. Rozrzucone kwiaty lilii otwarte o brzasku. Zmierzchanie wkrótce je zamknie bo słońce czerwieni już chmury zapadłe -cumulusy u kresu swojego istnienia. (To efekt kąta patrzenia i odbitych fal) Krótko mówiąc, oto, gdy stoję i patrzę przez zielono-czerwono-złotą smugę nenufarów, grążeli, tataraków i trzcin płynie Nogat niezauważenie. Przejście chmury przez granicę rosy odzwierciedla (jak potrafi) - najwierniej i przez chwilę spełnia się we mnie. A ja? A moje pragnienie? 14 października 2012 38 Poezja UCHO (EXTEMPORE) Zbyt wiele przegapiłem by jak Mistrz van Gogh malować tylko extempore. Przychodzi czasem obraz oczyścić z tego, co było, czyli z tego, co zdarzy się potem. Lato ’75. Nad Nogatem niebo sierpniowe w nasyconym błękicie nowe gwiazd roziskrzenie, smak ust (jak bułki z masłem) niezgrabne przytulenie i myśl płonąca w ciele zagarniętym na zawsze... na zawsze. Słów oczyszczać nie muszę. . Milczałem. Gapiłem się w gwiazdy płonące nad jej uchem. Co począć z na zawsze rozświetlonym we mnie -nie wiedziałem. Elbląg, 12 grudnia 2008 Gdańsk, 17 grudnia 2008 Poezja 39 Barbara Marszałek DALIE przepysznie nasączone kolorami malarskiej palety królów godne ostatnie letnich kwiatów rwanie utrwalanie radości widzenia lecącego ptaka wsłuchanie się w słowa sens ich wyczytać szukanie oparcia świat ucieka spod nóg pragnienie dotykania rąk na powitanie sekund rozmowę pamięć lat zapisze po krokach tylko milczenie dzwoni powrót do pustego już ogrodu gdzie jesień za furtką stoi i z melancholią patrzy otulona szalem mgły idzie cicho sama by nie spłoszyć odlatującego ciepłego lata już 40 Poezja Bożena Ciura KU PAMIĘCI Nalej wino. Czerwone. Spójrz głęboko. Co widzisz? Nic. Głębiej... Nie płacz, Przecież czeka Cię jeszcze wiele niedopitych lampek. Nie pozwól, by ta noc dobiegła końca. Chwila jest tak piękna. Piękno, to nie tylko estetyczny obraz i porządek na biurku. Pięknem jesteś po prostu Ty wraz z całym swym rozgardiaszem. Bo kocha się za nic. I mimo wszystko. Pamiętaj. NOSTALGIA Jeszcze poczekam. Jeszcze tylko relatywną chwilę. Dopóki tli się światło żółtej żarówki W Twoim oknie. Będę czekać. Nie odejdę. Przecież jeszcze nie zapłonęło słońce na szybie Twojego pokoju. Wzrokiem odprowadzę Cię tam, Dokąd zmierzasz. Będę towarzyszyć. Wiara ocali mnie. Do ostatniego tchu będzie krzewić się we mnie nadzieja, Że w końcu spojrzysz. Tylko podnieś kącik ust - proszę. Nie zapomnę. Wędrówki po prowincji Janusz Ryszkowski W CZYJEJ BĘDĘ FIGUROWAĆ HISTORII1 1 Rozdział opowieści o sztumskim doktorze Feliksie Morawskim. 42 W czyjej będę figurować historii 1. Maria Zientara-Malewska przyjechała do Sztumu z prelekcją „Nasza walka o polskość” zaproszona przez miejscowe Towarzystwo Kobiet im. św. Kingi. Był 1923 rok. Wiemy o tym z jej książki wspomnieniowej „Polacy spod znaku Rodła” opublikowanej w 1974 r. W tym czasie pracowała w redakcji „Gazety Olsztyńskiej” była też sekretarzem Towarzystwa Młodzieży Polsko-Katolickiej. Drukowała pierwsze wiersze... Los zetknął mnie z panią Marią ponad pół wieku później w studenckim klubie Niebo” Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie. Recytowała wstrząsające w prostocie i wymowie „Ręce (wspomnienie z Ravensbriick)”: Widziałam ręce, wiele rąk Wyciągniętych po kawałek chleba... Wszystkie krzyczały pośród mąk O pomsty grom do nieba! Lecz choć nas męczą, psami szczują, Te ręce Polskę odbudują „Wieczór jednego wiersza czterech pokoleń poetów olsztyńskich” - tak nazywała się ta impreza. Nestorka liryki warmińskiej, wówczas po osiemdziesiątce, mająca kłopoty ze zdrowiem, chętnie przyjęła zaproszenie studentów. Do dziś w mojej biblioteczne stoi na honorowym miejscu niewielki tomik, powielony na kserografie w nakładzie 120 egzemplarzy za zgodą rektora Wyższej Szkoły Pedagogicznej (tak ominięto cenzurę). W nim wydrukowano czytane wtedy wiersze - oprócz Zientary-Malewskiej - Leonarda Turkowskiego, Klemensa Oleksika, Stefana Połoma, Jerzego Adama Sokołowskiego, czyli w tamtym czasie czołowych poetów Olsztyna. Obok nich pojawili się studenci - Waldemar Chyliński, Jerzy Ignaciuk, Janusz Ryszkowski, Michał Spankowski, Waldemar Tychek i Bogusław Żmijewski. Tę mini antologię „Wiersz jest najdroższym biletem” opracował student polonistyki, Jan Ro-słan. Tytuł zaczerpnął z mojego utworu, co było powodem dodatkowej satysfakcji. Rysunkami publikację opatrzył Marek Świątecki, syn dziekana Wydziału Humanistycznego WSP. Tak się złożyło, że większość wymienionych autorów pozostała wierna pisaniu do dziś. Jerzy Ignaciuk, zanim zadusił go alkoholowy demon, wydał kilka wysoko cenionych i nagradzanych opowiadań i powieści, a jako Jerzy Szumski dopisał dalsze przygody kultowego „Pana Samochodzika” po śmierci jego twórcy, Zbigniewa Nienackiego. Ks. prałat Jan Ro-słan jest uznanym publicystą, Waldemarowie: Chyliński - występuje z gitarą i pisze piękne teksty piosenek, Tychek - też literatury nie porzucił. Bogusław Żmijewski, autor świetnych tekstów dla grupy „Niebo”, wręczył mi niedawno swoją wizytówkę „doradca prezydenta Olsztyna”. Nie orientowałem się wówczas (1977 r.), że pani Maria miała w przeszłości bliższe związki z Powiślem i moim rodzinnym Sztumem. Szczerze mówiąc, niewiele mnie to wtedy interesowało. Nie rozczytywałem się także w jej wierszach, które - my, młodzi gniewni - uważaliśmy za skamielinę, przebrzmiały relikt, zaścianek. Te „rymy z prostych słów”, wywiedzione wprost z ducha Mickiewicza i Konopnickiej nie chciały zainspirować, uwodzić, pobudzać, zapładniać, powalić na kolana. Janusz Ryszkowski 43 Wkrótce znalazłem się na seminarium magisterskim prowadzonym przez dr. Mirosława Swiąteckiego. Zacząłem się powoli oswajać z literaturą Warmii i Mazur (także nieco z problematyką Powiśla, choć to akurat na tych zajęciach było skromną przystawką do dania głównego. Seminarzyści mieli także możliwość osobistego poznania działaczy warmińskich - Zientary-Malewskiej właśnie czy Jana Boenigka. Pamiętam, jak kolega, występujący już wtedy na zawodowej kabaretowej estradzie wielu miast kraju (ale jeszcze nie w wymarzonej telewizji), kpił sobie, że oboje siusiali pod mały dąb posadzony ku czci kanclerza Bismarcka, polakożercy jak wiadomo. Tak też można okazywać patriotyzm - mówił i robił słynną minę niewinnego dziecka. Innym razem ktoś, czytając wspomnienia międzywojenne Boenigka, podkreślił sobie, że ten - wówczas kierownik Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego - miał do dyspozycji samochód, co wydało mu się mocno podejrzane. Zaglądam do pierwszego wydania „Minęły wieki a myśmy ostali” Boenigka i rozdziału „Atak na Sadłuki odparty”. Do polskiej szkoły założonej w 1929 roku chodziło w pewnym momencie tylko sześcioro uczniów. Zgodnie z przepisami niemieckie władze oświatowe mogty j$ zamknąć. Boenigk opisuje, jak to uratował szkołę podstępem - dziecko Wróblewskich ze Starego Targu i tam uczęszczające na zajęcia, w trybie ekspresowym, tuż przed wizytacją, przepisano do placówki w Sadłukach. Dziewczynka została umieszczona w majątku Donimirskich w Małych Ramzach. Do południa miała chodzić do szkoły, a po lekcjach opiekować się najmłodszą córeczką Kazimierza Donimirskiego, prezesa Związku Polaków w Niemczech. Kiedy więc do Sadłuk przyjechał szkolny inspektor powiatowy, nie mógł już zamknąć placówki. W tej akcji przenosin Jan Boenigk dysponował samochodem, niemiecki urzędnik jeździł po terenie rowerem. Wreszcie polskość prawdziwie zatriumfowała. Już nie z lancami na czołgi, nie sami przeciw wszystkim. A powiedzmy to wreszcie szczerze: przed laty w akademiku przy ul. Niepodległości ten samochód Boenigka pojawił się w wieczornych rozmowach kilku uczestników seminarium literatury regionalnej niczym Smętek, zły duch. Czy ów jegomość, który przed chwilą wysiadł z czarnego daimlera (może to była inna marka, nieważne...) mógł przekonać rodziców, by swoje dzieci posyłali do polskiej, katolickiej prywatnej szkoły, by polska wiara, polska mowa trwała przez dalsze pokolenia? Własnym przykładem świecić, by nie dali się przekupić administracji niemieckiej, która oferowała im, klepiącym biedę, pracę w zamian za zabranie dzieci z polskiej szkoły? Czy jakaś kobieta nie mruknęła pod nosem, spoglądając na samochód: dobrze mu tak gadać...? Odświeżam to mgliste wspomnienie z czasów seminarium magisterskiego. Uciekałem długo od tego regionalizmu, ale mnie w końcu dopadł. Dziś jestem mocno zaściankowy, prowincjonalny. Moje fascynacje małą sztumską ojczyzną bywają powodem do żartów. W ubiegłym roku, goszcząc u Zdzisława, brata stryjecznego, w Brąswałdzie pod Olsztynem, usłyszałem, że specjalnie dla mnie Dorota kupiła jajka z gospodarstwa potomków poetki. Spałaszowałem je w niewiedzy na śniadanie. Podczas spaceru po wsi zajrzeliśmy do zadbanego obejścia, gdzie mieszkała Zientara-Malewska. Kury chodziły niezwykle dostojnie, jedna przedostała się jakoś przez ogrodzenie i przedefilowała przed popiersiem wystawionym poetce. 44 W czyjej będę figurować historii 2. Zientara-Malewska poznała Stefanię Morawską w Olsztynie, za jej pośrednictwem zaznajomiła się z resztą rodziny mieszkającą w Sztumie. Stefa stała się jej „najserdeczniejszą przyjaciółką”, jak napisała w „Polakach spod znaku Rodła”. Ale jest trochę i o reszcie rodziny. Doktor Morawski był wysokim, przystojnym mężczyzną o otwartej twarzy i mądrych oczach. Morawskiego ceniono nie tylko jako dobrego lekarza, lecz także życzliwego człowieka. Pacjentów miał zawsze wielu. Leczył zarówno Polaków, jaki i Niemców. Mieli oni do niego duże zaufanie, nawet sam landrat leczył się u Morawskiego, na co zawistnym okiem patrzyli lekarze niemieccy. Cały swój wolny czas poświęcał Morawski pracy społecznej. Jeszcze przed założeniem organizacji polskich, takich jak Związek Polaków w Niemczech, Polsko-Katolickie Towarzystwo Szkolne, w domu Morawskich odbywały się zebrania, narady i spotkania towarzyskie miejscowej Polonii. Gdy częściowo z jego inicjatywy założono w Sztumie Bank Ludowy, a nie było początkowo pieniędzy na opłacenie lokalu, Morawski oddał największy pokój w swoim domku na cele banku. Obdarzony pięknym głosem i absolutnym słuchem, nałeżał do polskiego chóru w Sztumie. Miał zawsze hojną rękę do podtrzymywania organizacji polskich, w których piastował różne funkcje społeczne. Za przykładem ojca poszły wszystkie dzieci. Właściwie po co sięgam po wspomnienia Zientary-Malewskiej ? Po co mi są potrzebne? Nie opowiadają niczego nowego o doktorze Morawskim, może poza tym, że był wysoki i przystojny, miał mądre oczy i twarz otwartą, czyli szczerą. Powiem szczerze. Ano chodziło mi bardziej o serdeczną - jak pisze - przyjaciółkę pani Marii - Stefę, najstarszą córkę doktora. Jakoś musiałem ją wprowadzić na naszą scenę. Między Bogiem a prawdą - to ją na scenę nie trzeba było wprowadzać, bo występowała na deskach amatorskiego teatru w Sztumie. Na przykład w lutym 1924 roku w sali Strzelnicy w komedyjce „Ciotka Karola” jako Lord Karol Wyklam. „Stworzyła postać bardzo sympatyczną i wiarygodną, acz mniej plastyczną od panny Olesi Morawskiej w roli Basseta, której się powiodło niemal każdym ruchem przyprowadzić widownię do śmiechu” - pisał anonimowy sprawozdawca w „Gazecie Olsztyńskiej”. Czyli młodsza o dwa lata siostra Aleksandra miała większe zdolności aktorskie? Stefania Morawska, czyli dla rodziny i znajomych Stefa, ukończyła liceum w Gdańsku, rozpoczęła praktykę zawodową w Banku Ludowym w Sztumie. Ojciec był kierownikiem tej placówki. Potem Stefa na trzy lata przeniosła się do Banku Ludowego w Olsztynie. Była nawet jego kierowniczką. Prezesem Rady Nadzorczej banku był ks. Wacław Osiński, urodzony w Sztumskim Polu, który przewodniczył Związkowi Polaków w Prusach Wschodnich, a potem IV dzielnicy Związku Polaków w Niemczech. Jakiż kąsek dla tropicieli układów i powiązań! Kolejnym etapem jej kariery zawodowej był poznański Bank Przemysłowców, dokładniej - jego filia w Gdańsku, powstała po podpisaniu umowy monetarnej między Polską a Wolnym Miastem Gdańskiem. W 1925 roku świetnie rozwijającą się instytucję finansową dopada kryzys wynikający ze spadku wartości złotego i wojny celnej z Niemcami. Skutki Janusz Ryszkowski 45 są dotkliwe - likwidacja oddziałów, obniżka kapitałów i wyprzedaż nieruchomości. W 1933 roku ogłasza upadłość. Stefa w 1928 r. znajduje zatrudnienie z konsulacie RP w Ełku. Zientara-Malewska poda-je, że była kierowniczką kancelarii. To z Ełkiem wiąże się chyba najpiękniejsza historia jej życia. Można sobie łatwo wyobrazić taką scenę. Na jednym ze spotkań w konsulacie Stefa zobaczyła wysokiego, szczupłego mężczyznę w okularach. Czy było to od razu ogniste uczucie, czy też zaledwie iskierka, powoli rozniecająca się w płomyk, który po miesiącach bliższej znajomości wybuchnął z wielką siłą? Jej jedyna żyjąca wnuczka Julita opowie mi o tym tak: Właśnie włożyłam na palec obrączkę mojej Babci z wygrawerowaną wewnątrz datą 31-8-34. Poznali się w konsulacie w Ełku, prawdopodobnie w 1932,1933 r. Miłość dojrzałych samotnych ludzi wybuchła na tyle silnie, że Stefania nie oglądając się na nic popłynęła do Indii w 1934 r. (Podróż trwała dwa tygodnie). Jej wybranek, dr Horst Sieg był naukowcem, zajmował się badaniem trzciny cukrowej. Byli po zaręczynach, ślub wzięli w Indiach. Stefania miała 34 lata, on był o 5 lat starszy. Trzy lata później urodziła im się córeczka - Ewa Joanna Charlotta, moja mama. -Stefciu, skąd nam się wzięło takie piękne dziecko - powiedział rozpromieniony Horst. Byli szczęśliwi, pracowici i bogaci. Horst znał siedem języków, babcia cztery, uczyli się hinduskiego, do dziś przechowuję ich zeszyt ćwiczeń. W1939 roku przyjechali do Polski na wakacje. Tu zastał ich wybuch wojny. Ona Polka, on Niemiec... Nigdy do Indii nie powrócili. Stracili wszystko. Mój dziadek zaginął w 1945 roku podczas działań wojennych. Wszelkie poszukiwania zawiodły. Nie był to pierwszy Sieg, który pojawił się w historii rodzinnej Morawskich, ale z pewnością najważniejszy. Pogrzebmy w dokumentach. 31 marca 1860 roku w Monasterze (Munster) zostali wyświęceni na księży Feliks Morawski (stryj sztumskiego doktora) i młodszy o rok Michał Sieg. Los związał ich po skończonych studiach z Pelplinem, z Collegium Ma-rianum. Sieg ponad 30 lat, aż do śmierci w 1896 roku, był dyrektorem tej zasłużonej dla utrzymania polskiego ducha placówki, Morawski zaś przez prawie tyle uczył młodzież języków klasycznych. Po wojnie Stefania Sieg pracowała w Tyrolu jako główna tłumaczka z angielskiego i niemieckiego w obozie UNRRA. Tak napisze w podaniu o pracę. Było tak, dopóki obozem zarządzali Amerykanie. Po przejęciu go przez Francuzów została wkrótce aresztowana. Kilkuletnią córką zaopiekowała się jej znajoma z obozu, Polka Sabina, też mająca za męża Niemca. Pozostały przyjaciółkami do końca życia, ciocia Sabcia - tak mówiła o niej wnuczka Stefanii, Julita - mieszkała potem w Toruniu. Do Sztumu, rodzinnego miasta, wróciła Stefania z córką w 1946 roku. Znalazła pracę w starostwie, została kierowniczą działu budżetowego. Po dwóch latach przeszła do Inspektoratu PZKW. Co to za skrót - nie wiem. Tak napisała w życiorysie, który prawdopodobnie załączyła, gdy starała się o kolejną pracę. Dlaczego opuściła Sztum i wyjechała do Białogardu? Można się tylko domyślać. Z rodzinnych wspomnień wiem, że Stefanią mocno zaczęło się interesować UB. Podejrzewano ją o szpiegostwo. Korespondowała po angielsku ze zna- Janusz Ryszkowski 47 jomymi z czasów pobytu w Indiach. Zresztą bezpieka miała na celowniku nie tylko ją, ale i brata Edmunda. Podejrzane wydało im się to, jak mógł całą wojnę przesiedzieć w obozie koncentracyjnym i przeżyć. Białogard nie był po wojnie zniszczonym miastem, wydawał się być dobrą przystanią na nowy rozdział życia. Niedaleko, bo w Koszalinie, zamieszkał brat Stefanii, Stanisław Morawski, lekarz laryngolog. Czy to miało jakiś wpływ na wybór miejsca osiedlenia? Pewnie tak... Syn Stanisława Morawskiego zapamiętał, że ciotka mieszkała z córką Ewą na drugim piętrze kamienicy. Żeby się do nich dostać, trzeba było znać umówiony szyfr. Wystukiwało się go, uderzając w rynnę. Ciotka przez okno upewniała się co do tożsamość gościa, po czym schodziła otworzyć drzwi. Ta niemal zwierzęca czujność nie brała się z powietrza. W czasach białogardzkich Stefania ponownie została na krótko aresztowana. Powodów mogło być wiele - w tym przedwojenna przynależność do Związku Polaków w Niemczech, a zwłaszcza praca w konsulacie polskim. Prof. Zenon Romanow podaje, że od 1949 roku Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Szczecinie prowadził na terenie całego województwa akcję „Ofenzywa 1” (sic!). Szukano funkcjonariuszy i współpracowników przedwojennej „dwójki”, polskiego wywiadu wojskowego. Wnuczka Julita jak przez mgłę pamięta babciną opowieść, zresztą jedną z setek, bo w dzieciństwie wymuszała kolejne opowiadania. Jakiś znajomy babci znalazł się w rękach Urzędu Bezpieczeństwa. Wypuszczono go skrajnie wycieńczonego, najpewniej oprawcy zdawali sobie sprawę z tego, że niewiele życia mu zostało. Nie przewidzieli, że umierający zechce zostawić świadectwo potomnym, jak był traktowany. Stefania była w gronie kilku osób, które utrwaliły jego relację na piśmie i schowali. Wierzyli głęboko, że przyjdą jeszcze takie czasy, że ujrzy światło dzienne. Stefania nie pogodziła się z tą Polską, jaka wyłoniła się z jałtańskiego ładu. Uciekała w swój równoległy świat. Namiętnie korespondowała ze znajomymi, rozsianymi na kilku kontynentach, jeśli jej pozwalały władze, podróżowała do znajomych w Niemczech, nie zdecydowała się tam zostać na stałe, choć ją namawiano. Utrzymywała bliskie kontakty z koleżanką z czasów przedwojennych, Gerdą, której rodzina miała pod Sztumem duży majątek ziemski. Kiedyś do konińskiego mieszkania trafił niezwykły list - Hindusa, mieszkającego w USA. Jakimś cudem odnalazł Stefanię Sieg, po to, by podziękować za coś, co miało miejsce przed fety, a zaważyło na jego życiu. W Indiach jej mąż Horst pomógł młodemu szesnastolatkowi... Przysłał potem dla wnuczki sari. Babcia nauczyła Julitę, jak się je zakłada. Przed śmiercią, w 1986 roku, pokazała wnuczce kilka dokumentów. Na dwa lata przed wybuchem wojny kupili z mężem kamienicę w Olecku. Stefania miała nadzieję, że wnuczka będzie mogła upomnieć się o rodzinną własność. 48 W czyjej będę figurować historii 3. Długo szukałem jakiegoś zakończenia dla tej opowieści. Okazało się, że była w zasięgu ręki. Na kilkanaście miesięcy przed śmiercią Edyta Marek (1959 - 1983), wnuczka Stefanii, napisze: O mnie rozpętała się ta wojna Ludzie znani i ci bezimienni Toczą o mnie wojnę Trybik w dziwnej machinie samozagłady i samotworzenia Zgrzyta i nie chce być posłuszny i nie chce być zrozumiany Może kiedyś odczyta go historia Może A ja siedzę w fotelu na biegunach Przy drzwiach zamkniętych Niczego nie słucham tylko siebie ’ I robię swetry na drutach I nie rozumiem dlaczego to o mnie I nie chcę krwi i nie chcę umierać Dopóki nie uwierzę - aż nie stanie się to I umrę Nawet nie będę wiedziała za co i dlaczego Ot tak - jakaś zabłąkana kula Którą przyjmę i która mi ulży Ludzie będą śpiewać nad trumną Dadzą mi order za odwagę I powiedzą - umarła za sprawę Ciekawe tylko do jakiej Sprawy mnie przypiszą I w czyjej będę figurować historii Kordian Kuczma 49 Kordian Kuczma PATRONI NASZYCH ULIC (CZ. 8 i ostatnia) NASI W WARSZAWIE W poprzednich odcinkach serii „Patroni naszych ulic” starałem się przekonać Czytelników „Prowincji” że dowody pamięci o wybitnych postaciach naszego regionu w postaci nazw ulic można odnaleźć w różnych częściach Polski, a nawet Europy (przede wszystkim Niemiec). Nie można jednak zapominać o naszych nietuzinkowych rodakach z Powiśla i Ziemi Elbląskiej, którzy z różnych przyczyn nie doczekali się tego typu uhonorowania, mimo że niejednokrotnie na to zasługiwali. Często na ich ślady można napotkać czytając książki i odwiedzając miejsca, w których byśmy się ich nie spodziewali. Jednym z takich miejsc jest warszawski cmentarz ewangelicko-reformowany przy ulicy Młynarskiej, fragment większego kompleksu nekropolii znanego pod ogólną nazwą Powązek. Kronikarzem tego bogatego w ślady historii zakątka (oraz sąsiedniego cmentarza ewangelicko-reformowanego) był Eugeniusz Szulc (1919-91), syn długoletniego intendenta cmentarza, z wykształcenia biolog, za ukrywanie żydowskiej rodziny odznaczony Medalem „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata”. Od czasu publikacji ostatniej z napisanych przez niego książek w 1989 roku nieco straciły one walory praktyczne jako przewodniki - z tego, co sam zaobserwowałem podczas wizyt na cmentarzu, sporo nagrobków trafiło do konserwacji lub znajdującego się pod jednym z odcinków muru lapidarium. Rezultaty wieloletnich badań Szulca, w których pomagała mu żona Janina, pozostają jednak wartościowym źródłem wiedzy o dziejach warszawskiego mieszczaństwa i inteligencji, a z ich kart nadal bije pasja związanego z tym środowiskiem (choć urodzonego w wielkopolskim Turku) autora. Z PLECAKIEM PO BARONIĘ Niektórzy bohaterowie jego narracji wywodzili się z obszaru zainteresowania naszego kwartalnika. Już niemal bezpośrednio po wejściu na teren cmentarza, po lewej stronie od bramy można zauważyć skromną płytę z napisem „grób rodziny Tomasza barona Dangla”. Chyba mało kto z odwiedzających to miejsce zdaje sobie sprawę, że ten arystokrata urodził się w 1742 roku w Pasłęku. Do Warszawy przybył jako około dwudziestosześciolatek - jak pisze Szulc - pieszo, a cały jego dobytek mieścił się w jednym plecaku. Młody Tomasz Michał miał jednak już za sobą pożyteczne doświadczenia - naukę rzemiosła siodlarskiego w zachodniej Europie i konstrukcji powozów w Londynie. Poznane metody pracy wdrożył we własnym zakładzie, w którym zatrudniał około 300 robotników. Mieścił się on przy ulicy Elektoralnej i w krótkim czasie dołączył do najznaczniejszych firm tego typu w Europie. Obecnie w tym miejscu, w budynku dawnego szpitala św. Ducha mieści się Mazowieckie Centrum Kultury i Sztuki, w którym miałem przyjemność gościć w czerwcu 2011 r. na spotkaniu dawnych mieszkańców ziemi nieświeskiej. Dangel zbudował swoją markę na wysokiej jakości produktów oraz korzystnym systemie sprzedaży ratalnej, który pozwalał mu skutecznie rywalizować z konkurencją oferującą tańsze modele. Wśród jego klientów był sam król Stanisław August Poniatowski. Self-ma-de-man z Prus Królewskich stał się właścicielem kilku domów w Warszawie, dóbr ziemskich (Falenty, Raszyn, Gołków), 11 listopada 1790 r. - polskiego szlachectwa, zaś w 1798 r. dziedzicznego tytułu barona Królestwa Pruskiego. Fabrykant zasłużył na pamięć nie tylko z racji działalności biznesowej. W czasie insurekcji kościuszkowskiej zajmował się dostawami zaprzęgów i koni dla wojska. Pracował również na rzecz warszawskiej parafii ewangelickiej jako starszy Zboru i członek Kolegium Kościelnego. Zmarł 21 lutego 1808 roku. Również jego bracia Jan Fryderyk (wytwórca armat) i Karol Fryderyk (kupiec) zdobyli ważną pozycję w życiu warszawskiego mieszczaństwa. POTOMEK KRZYŻAKÓW Na pewną ironię historii zakrawa fakt, że dopiero po ustaniu pruskiego panowania w Warszawie prestiżową posadę w stolicy Księstwa Warszawskiego objął urzędnik tej monarchii, urodzony w okolicach Kwidzynia w 1778 roku Aleksander Engelke. Wywodził się on z ro- Kordian Kuczma 51 dżiny żyjącego w XIII wieku rycerza zakonu krzyżackiego, którego potomkowie w ciągu wieków osiedli na trzech kontynentach. Jeden z nich, Hans, na początku XVII wieku dostąpił godności senatora w Hamburgu, inny - Adrian, niedługo później został rajcą i bibliotekarzem w Gdańsku. Aleksander kształcił się w Niemczech, zdobywając tytuł doktora praw, zaś karierę zawodową rozpoczął w Poznaniu. Do Warszawy przybył w 1808 r. i objął stanowisko zastępcy profesora prawa karnego w świeżo utworzonej Szkole Prawa Księstwa Warszawskiego (od 1811 r. - Szkole Prawa i Administracji). Kiedy w 1817 r. weszła ona w skład Uniwersytetu Warszawskiego, awansował na profesora. Prowadził także wykłady z prawa cywilnego. W tak wszechstronnej działalności dydaktycznej pomagały mu doświadczenia z praktyki zawodowej, jednocześnie bowiem sprawował obowiązki rejenta i pracował w Komisji Rządowej Sprawiedliwości. Ze szkicu na temat historii nauczania prawa konstytucyjnego w Warszawie autorstwa Moniki Żabickiej-Kłopotek można jednak dowiedzieć się, że akurat w tej dziedzinie nie był wybitnym specjalistą. Mimo tak aktywnego trybu życia, Engelke znalazł jeszcze czas na udział w pracach loży masońskiej „Świątynia Minerwy”, tworzenie poezji, do której muzykę układał Józef Elsner, i założenie rodziny. W1837 r., dwa lata przed śmiercią, dosłużył się godności prezesa Generalnego Konsystorza Wyznań Ewangelickich w Królestwie Polskim, którą objął po samym Samuelu Bogumile Lindem. Podobnie jak Dangel, za swoje zasługi dla Królestwa Polskiego został uhonorowany szlachectwem. Jego żona Helena pochodziła ze znanej cukierniczej rodziny Lesslów, zaś syn Juliusz prawdopodobnie brał udział w powstaniu styczniowym. Niestety położony w alei 11 cmentarza grób prawnika nie zachował się do naszych czasów. PRZYPADKI POCZMISTRZA Grobu kolejnego wybitnego Powiślanina również nie da się odnaleźć bez szczegółowej lektury prac Szulca. Według niej pod okazałym pomnikiem znanej rodziny przemysłowców branży metalowej Hennebergów w poprzecznej alei oznaczonej literą D spoczywają szczątki urodzonego w Malborku ok. 1741 roku Ernesta Sartoriusa de Schwanenfelda. Całe swoje życie zawodowe poświęcił on pracy w dziedzinie łączności, dochodząc do najwyższej godności komisarza generalnego poczt koronnych i litewskich (1776-94). Sprawował również analogiczną funkcję w Księstwie Warszawskim i Królestwie Polskim (1813-20). Wcześniej uczęszczał do szkół w Królewcu i kierował placówką w Gdańsku. Parał się również dyplomacją - w 1793 roku został rezydentem Księstwa Kurlandii w Warszawie. Jego postawa polityczna ulegała częstym zmianom. Przez dłuższy okres pozostawał w dobrych stosunkach z rosyjskim ambasadorem Ottonem Stackelbergiem, jednak jeszcze przed drugim rozbiorem Polski nawiązał współpracę z Hugonem Kołłątajem, którą kontynuował także, kiedy współtwórca Konstytucji 3 Maja znalazł się na emigracji. W okresie poprzedzającym wybuch insurekcji kościuszkowskiej starał się chronić tajemnicę powierzanej sobie korespondencji przed Rosjanami, co nie uchroniło go przed znalezieniem się w areszcie domowym w czasie powstania. Wydaje się jednak, że wierność Sartoriusa Ojczyźnie trudno kwestionować, ponieważ 52 PATRONI NASZYCH ULIC (cz. 8 i ostatnia) swoich dwóch bratanków wychował w polskim duchu, co pomogło im uzyskać nobilitację w dobie Sejmu Czteroletniego. Niestety po śmierci stryja 17 lutego 1820 r. okazali się oni formalistami i z powodu niedopełnienia przez niego wszystkich obowiązków obalili jego testament, na mocy którego urzędnik zapisywał sześćset tysięcy złotych różnym instytucjom charytatywnym. Ostatecznie na cele dobroczynne postanowili obrócić jedną czwartą tej sumy. Za życia poczmistrz wraz z Janem Krystianem Lehmanem podarował parafii ewangelickiej w jurydyce Golędzinów na prawym brzegu Wisły dwie posesje pod budowę kościoła i plebanii. Szkoda, że w wielu miejscach, m.in. w Wikipedii i na stronie UM Warszawa można znaleźć wzmianki jedynie nt. dwóch innych posesji przekazanych w 1783 r. przez założyciela miasteczka Stanisława Augusta Poniatowskiego.. Świątynia nie posłużyła długo miejscowym luteranom - uległa zniszczeniu podczas nawiedzających Warszawę na przełomie XVIII i XIX wieku wojen. Sartorius miał też swoją cegiełkę w rozwoju nauki - artykuł jego pióra na temat sytuacji polskich protestantów znalazł się w jednym z tomów serii „Opisanie ziemi” współtwórcy nowoczesnej geografii Antona Friedricha Biischinga. ŻUŁAWSKI OJCIEC EUROPY? Sam fakt obecności i odgrywania wybitnej roli w warszawskiej wspólnocie ewangelickiej przez mieszkańców naszych okolic nie jest szczególnie zaskakujący, aczkolwiek liczebnie na pewno ustępowali przybyszom z Wielkopolski, innych okolic Mazowsza i różnych Kordian Kuczma 53 państewek niemieckich. Z drugiej strony, chyba najsławniejszy warszawski luteranin Samuel Bogumił Linde pochodził z nie aż tak przecież odległego Torunia. Miłośników historii Żuław na pewno zainteresuje także obecność osadnictwa mennonickiego na Saskiej Kępie, którą w XVII wieku nazywano Kępą Holenderską. W 2010 roku pojawiła się propozycja nadania nowej ulicy w tym rejonie nazwy Holendry, jednak ostatecznie wygrał as myśliwski generał Stanisław Skalski. Na Cmentarzu Ewangelicko-Reformowanym spoczywa zaś najsłynniejsza Polka pochodzenia mennonickiego (choć należała do Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego), bohaterka wystawy w Muzeum Żuławskim w Nowym Dworze Gdańskim - Anna German. Znacznie większa niespodzianka związana z dziejami naszych okolic stała się moim udziałem w związku z osobistością jak najbardziej słowiańskiego pochodzenia. Wiosną 2005 r. uczestniczyłem w Warszawie w finale licealnego konkursu wiedzy o Republice Federalnej Niemiec. Nie udało mi się nic zwojować, ale miałem przynajmniej okazję podziwiać galerię portretów rektorów miejscowego uniwersytetu. Moją uwagę przykuło szczególnie rzadkie nazwisko: Ignacy Koschembahr-Łyskowski. Już wtedy nie było mi ono całkowicie obce, ponieważ natrafiłem na nie w wartościowym „Leksykonie historii Polski” wydawnictwa Wiedza Powszechna. Kiedy rozpocząłem zaoczne studia magisterskie w Collegium Civitas, jedną z moich ulubionych lektur pochłanianych w trakcie piątkowych wizyt w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, była seria wydawnicza „Biogramy uczonych polskich”. Jakież było moje zdziwienie, kiedy z drugiego zeszytu dotyczącego przedstawicieli nauk społecznych dowiedziałem się, że Łyskowski urodził się 3 lutego 1864 roku w... Żelichowie koło Nowego Dworu Gdańskiego, którego właścicielem miał być jego ojciec Mateusz herbu Doliwa. Prawdę mówiąc, na pomorskie korzenie profesora powinno naprowadzić mnie jego nazwisko. Wszak jego imiennik i stryj położył duże zasługi dla tego regionu jako pierwszy prezes Towarzystwa Naukowego w Toruniu, poseł na sejm pruski i założyciel „Szkółki Narodowej” - pierwszego polskojęzycznego czasopisma na tych ziemiach. On również używał czasami przy-domka Koschembahr, który prawdopodobnie stanowi zniemczoną wersję spotykanego na Śląsku w średniowieczu imienia Kosieborz. A nie mówimy w tej chwili o pierwszym lepszym wykładowcy wyższej uczelni. Łyskowski studiował na uniwersytecie w Berlinie, gdzie uczęszczał na wykłady, m.in. jednego z pierwszych literackich noblistów - Theodora Mommsena. W latach 1894-1900 kierował katedrą prawa rzymskiego we Fryburgu Bryzgowijskim, gdzie w ostatnim roku pracy powierzono mu funkcję dziekana wydziału prawa. Podobnie stało się osiem lat później w jego kolejnym miejscu pracy - we Lwowie. W Warszawie pojawił się w 1915 r. wraz z odnowieniem zlikwidowanego przez władze carskie uniwersytetu. Oprócz prawa rzymskiego wykładał na nim także historię prawa zachodnioeuropejskiego. Kierował uczelnią w roku akademickim 1923/24, w kolejnym sprawował godność prorektora. W 1914 roku został przyjęty jako członek rzeczywisty do Towarzystwa Naukowego Warszawskiego (1917-28 był członkiem jego Zarządu), zaś w 1910 r. - jako korespondent do Akademii Umiejętności w Krakowie. Należał też do Instituto di Diritto Romano w samym Rzymie. W uznaniu zasług dla nauki otrzymał Krzyż Komandorski Orderu Polonia Restituta i tytuł doktora honoris cau- 54 PATRONI NASZYCH ULIC (cz. 8 i ostatnia) sa uniwersytetu we francuskim Nancy i UW. Rolę Ignacego Koschembahra-Łyskowskiego w historii prawa rzymskiego jako dyscypliny naukowej na pewno trudno zrozumieć bez bliższej znajomości tej hermetycznej dziedziny. Trzeba jednak zaznaczyć, że oprócz studiowania szczegółów starożytnego prawa cywilnego (m.in. w odniesieniu do zobowiązań i obrotu handlowego) starał się wykorzystywać dawne reguły prawne w komentarzach do aktualnych problemów niemieckiego i austriackiego sądownictwa. Na pewno zdobyte w ten sposób doświadczenie pomagało mu w pracy Komisji Kodyfikacyjnej RP, której był wiceprezydentem (1927-39). Pokolenie badaczy do którego należał, dokonało rewolucji w metodach przekazywania prawnej spuścizny Rzymian wychodząc poza pandekty czyli zbiór 50 ksiąg z czasów panowania cesarza bizantyjskiego Justyniana. Cieszył się dużym szacunkiem w europejskim środowisku naukowym, co próbował wykorzystywać na potrzeby polskich uczelni. Pozostawał w regularnych kontaktach ze swoimi berlińskimi profesorami, którzy cytowali jego publikacje, najczęściej wydaną w 1888 r. pracę doktorską „Die Collegia tenuiorum der Romer”. (Collegia tenuio-rum - tak nazywano swoiste towarzystwa ubezpieczeniowe tworzone w starożytnym Rzymie przez najuboższą ludność, często niewolników, które finansowało z wpłacanych składek pogrzeby ich członków). Mimo tego wykłady Łyskowskiego na UW uważane były za nadmiernie skomplikowane i nie cieszyły się popularnością. Jak pisze w swojej pracy „Europa i prawo rzymskie” Witold Wołodkowicz nie pomagało nawet wprowadzanie przez profesora akcentów humorystycznych w rodzaju uwag, że zwraca się do audytorium per „panowie”, ponieważ „wychodzi z założenia, że panowie obejmują panie”. „Cieszył się” także opinią najsurowszego, wręcz złośliwego (szczególnie dla dziewcząt) egzaminatora na całej uczelni. Miał pogratulować odwagi wyjątkowo nieprzygotowanemu studentowi, który krótko po zakończeniu wojny z bolszewikami pojawił się na egzaminie w mundurze przystrojonym orderami. W biografii Koschembahra-Łyskowskiego opracowanej przez Ossolineum najbardziej zaintrygowała mnie jednak informacja, że prawdopodobnie w latach wojennego wygrania w Milanówku, gdzie zmarł 10 stycznia 1945 roku, przygotowywał on „statut federacji państw Europy Środkowej (zgodnie z ideami gen. W. Sikorskiego) ”. Gdyby wziąć ten passus za dobrą monetę, pojawia się wiele interesujących pytań badawczych. Czy uczony traktował ten szkic wyłącznie jako eksperyment intelektualny, czy też konsultował jego treść z przedstawicielami podziemnych ugrupowań politycznych? Na ile ten projekt wykraczał poza podejmowane przez rząd RP na emigracji wysiłki na rzecz stworzenia jednego państwa z Czechosłowacją? Czy echa tych pomysłów można odnaleźć w takich powstałych w ostatnich dekadach organizacjach, jak Grupa Wyszehradzka i CEFTA? W jakim stopniu idee profesora stanowiły odbicie tzw. idei jagiellońskiej i układu politycznego w Europie obowiązującego w okresie największego rozkwitu potęgi tej dynastii? Odpowiedź na wszystkie te pytania najprawdopodobniej znajduje się w prywatnym archiwum naukowca, które jego synowa, zmarła w ubiegłym roku zasłużona profesor psychiatrii Halina Wardaszko-Łyskowska, przekazała do zbiorów Uniwersytetu Warszawskiego. Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś znaleźć czas na dotarcie do tego dokumentu. Jego treść Kordian Kuczma 55 mieści się bowiem w zasięgu moich zainteresowań badawczych stosunkami międzynarodowymi w Europie Środkowo-Wschodniej, szczególnie polityką historyczną w tym regionie. Mimo trudności, jakie pod wpływem kryzysów finansowych przeżywa proces integracji europejskiej, wydaje mi się, że postać uczonego o takim dorobku naukowym i wykraczających poza granice Polski horyzontach badawczych, jak Ignacy Koschembahr-Łyskowski zasługuje także na wykorzystanie w strategiach promocyjnych powiatu nowodworskiego. *** Aby jednak zwiększyć szanse pojawienia się możliwości bliższego zajęcia się tym tematem, muszę pójść w ślady bohaterów tego artykułu, a co się z tym wiążę - zrezygnować z niektórych podejmowanych dotychczas działań. Jestem bardzo wdzięczny red. Leszkowi Sarnowskiemu za udostępnienie cyklowi „Patroni naszych ulic” łamów kwartalnika „Prowincja”. Dla niektórych z zaprezentowanych myśli szukałem ujścia nawet przez kilka lat, niektóre biografie prezentowałem wcześniej w innych środkach przekazu, jednak do tej pory był to środek przekazu o największej sile oddziaływania, przy pomocy którego miałem okazję szerzyć wiedzę o tematyce nazewniczej i historii Powiśla. Jeżeli przynajmniej kilka osób skłoniłem do refleksji nad tą wydawałoby się stosunkowo przyziemną, lecz niepo-zbawioną interesujących kontekstów tematyką, uważam swoje zadanie za spełnione. Szczególnie miło zaskoczyło mnie nazwanie jednej z ulic Malborka imieniem bohaterów jednego ze szkiców - Heleny i Stanisława Sierakowskich. Mam nadzieję, że czeka mnie jeszcze niejedna taka niespodzianka i że będę miał jeszcze okazję opublikować w „Prowincji” wyniki swoich przyszłych badań naukowych. Bibliografia Biogramy uczonych polskich: materiały o życiu i działalności członków AU w Krakowie, TNW, PAU, PAN. Nauki społeczne. K-O, Warszawa-Wrocław-Kraków-Gdańsk 1984. Szulc Eugeniusz, Cmentarz ewangelicko-augsburski w Warszawie, Warszawa 1989. Szulc Eugeniusz, Cmentarze ewangelickie w Warszawie, Warszawa 1989. Wołodkiewicz Witold, Europa i prawo rzymskie. Szkice z historii europejskiej kultury prawnej, Warszawa 2008. Wołodkiewicz Witold, Insegnamento e ricerche di diritto romano in Polonia Jra le due guerre, http://www.dirittoestoria.it Żabicka-Kłopotek Monika, Nauczanie prawa konstytucyjnego na Uniwersytecie Warszawskim w latach 1808-1915, www.prawokonstytucyjne.wpia.uw.edu.pl http://kronikatalikowskich.com Łyskowski, http://www.genealogia.okiem.pl/forum 56 Plac wielu zwycięstw i klęsk Jerzy Kosacz PLAC WIELU ZWYCIĘSTW I KLĘSK W Kwidzynie nie ma podobnego miejsca, w którym zachowało się tak wiele z klimatu przeszłości, jakiego możemy doznawać na obecnym Placu Plebiscytowym. Jest to jedyne takie miejsce w mieście, z którego widzimy wokół siebie prawie kompletną panoramę zachowanych ponad stuletnich budowli. Odtwarzanie bezpowrotnie minionej aury miasta jest zajęciem beznadziejnym, jako że składają się przecież na nią nie tylko jego ulice i budowle, lecz przede wszystkim zaludniający je mieszkańcy oraz styl ich życia. Czas bieży i nie powraca, a kto ciekaw jest życia w dawnym Kwidzynie, może sobie jedynie podglądać jego migawki utrwalone na starych fotografiach i pocztówkach. Miasto ma swą niezmienną od wieków wizytówkę z Równym flagowym zabytkiem, jakim jest średniowieczny monument katedry zespolonej z zamkiem i imponującymi arkadami Gdaniska z całą współczesną aranżacją otoczenia. Stare Miasto zostało spalone i spustoszone już po wojnie. Ostały się w różnych punktach miasta pojedyncze zabytkowe budynki, głównie kamienice w szeregowej zabudowie na Grudziądzkiej, Kościuszki i w paru innych miejscach. Zbudowane przed ponad stu laty dla pruskich urzędników tutejszej rejencji i innych instytucji prowincji, kiedyś imponujące wystrojem zewnętrznym, dziś prezentują się różnie. Przywoływanie dawnych widoków najczęściej zakłócają socrealistyczne potworki w postaci tzw. plomb budowlanych, w miejscu wyburzonych budynków. Jeszcze bardziej dokuczliwy jest wszechobecny natrętny śmietnik wizualny reklam i szyldów. Niekiedy oślepia psychodeliczna kolorystyka elewacji niektórych budynków, jak choćby klasycystycznej XIX-wiecznej elewacji b. kina „Tęcza". Na szczęście, coraz częściej pojawiają się w ostatnich latach przykłady staranniej odnowionych kamienic, jak i przykłady ciekawej zabudowy współczesnej. Możemy kontemplować zachowany tu i ówdzie ocalały detal architektoniczny w stylu eklektyzmu lub berlińskiej secesji na fasadach budynków: dekoracyjne frontony, aplikacje, gzymsy, obwoluty i oryginalne portale oraz balkony z metaloplastyką wykonaną w modnym tutaj przed wiekiem Jugendstil. Powojenna dewastacja Kwidzyna szczęśliwie ominęła Plac Plebiscytowy. Zachowana zabudowa jego czworoboku uniknęła jakiejś zasadniczej transformacji i modernizacji, ponieważ składały się na nią wyłącznie budynki użyteczności publicznej niezasiedlo-ne mieszkańcami. Dlatego to obecnie, siedząc na ławce pomiędzy okazałym starodrzewem mamy tam większą szansę, niż gdzie indziej poddać się magii miejsca, którego nie dotknęły jakieś poważne zmiany poza „wymianą” centralnie usytuowanego pomnika. Mimo swej nazwy plac jest zaledwie skwerem miejskim z krzyżującymi się alejkami, trawnikami i środkowym klombem. Położony jest w kwartale ulic: Słowiańskiej, Chopina i Magazynów ej. jak. wszystkie inne skwery i parki kwidzyńskie jest to także dawny cmentarz. Ten służył pacjentom XIV-wiecznego Szpitala Św. Jerzego, na którego średniowiecznych fundamentach stoi neogotycki ceglany XIX- wieczny dworek na zachodniej krawędzi placu. Położony poza murami miejskimi szpitalik był placówką specjalistyczną, jako że służył trędowatym. Patrona byłego leprozorium upamiętnia wmurowana płaskorzeźba przedstawiająca jego potyczkę ze smokiem. Powstały tu wówczas Cmentarz Św.Jerzego zajmował prawie całą przestrzeń obecnego placu, jak to jeszcze pokazuje plan miasta z 1788 roku. Cmentarz zlikwidowano w 1827 roku, tworząc na jego miejscu park i plac nazwany imieniem Heinricha Edwarda Flottwella (1786-1865) — Flottwelplatz. Wyróżnienie to spotkało prezydenta kwidzyńskiej rejencji za zasługi w służbie administracji pruskiej, w tym niestety, za twardą antypolską politykę germanizacyjną. Zmienne i burzliwe czasy najłaskawiej obeszły się z Gimnazjum Królewskim po wschodniej stronie placu. Klasycystyczny gmach wzniesiony w latach 1835-1838 wg projektu Karla Friedricha Schinkla zasłużenie dominuje nad najbliższą okolicą. A w nieodległym sąsiedztwie znajduje się jeszcze jedna kolejna kwidzyńska autorska realizacja zamysłów architektonicznych Schinkla, a mianowicie kościół św. Trójcy zbudowany w latach 1846 -1858 wg jego projektu. Łacińska sentencja na frontonie gmachu szkoły niezmiennie zaprasza złotymi zgłoskami: „Wejdźcie tu ci, na których muza łaskawie spojrzała przy narodzinach." Porównując obecny widok ze starymi fotografiami, widzimy że także dzisiaj mamy przed szkołą pomnik, nawet na tym samym cokole. Wprawdzie ostatniego patrona tej szkoły Friedricha Schillera zastąpił Stanisław Staszic, to pomijając tu historyczne meritum, nie stanowi to istotnej ingerencji w tradycyjny widok. Inauguracja Gimnazjum Królewskiego odbyła się w dniu 4 maja 1838 roku. Niezwykle okazała uroczystość otwarcia uczelni trwała tego dnia 10 godzin z udziałem licznych dostojników dworu i rządu pruskiego. Popisy śpiewacze chóru wykonującego hymny, dziękczynne peany pod adresem sponsora szkoły króla Fryderyka Wilhelma III, aż po mowę ucznia klasy pierwszej o wdzięcznym nazwisku Piwko, wygłoszoną po łacinie pod tytułem: „de Borussiae inter omnes civitates praestantia" ("O Prusach dzierżących prymat pośród innych państw"). Na koniec dnia uroczystość przeniosła się do Resursy Obywatelskiej „Jedność”, w której długo jeszcze trwały podniosłe wystąpienia, wznoszono toasty za pomyślność króla, jego dworu i kwidzyńskiego Gimnazjum. Resursa „Jedność" skupiała najliczniejszy klub towarzyski w ówczesnym Kwidzynie. Była miejscem spotkań wolnego mieszczaństwa, gdzie realizowano podjęte przezeń zamysły obywatelskich inicjatyw. Założyli ją 1 maja 1810 roku kwidzyńscy mieszczanie i niżsi urzędnicy czując się postponowanymi przez ówczesny miejski establishment, czyli ówczesną „grupę trzymającą władzę" w mieście, która nie dopuszczała ich do uroczystości, często wówczas organizowanych przez królewski dwór, co odczuwali oni szczególnie dotkliwie. Jerzy Kosacz 59 W tamtym majowym dniu przed ponad 170 laty spełniane w Resursie do późnych godzin dziękczynne toasty adresowane do władcy miały też ten konkretny powód, jako że Fryderyk Wilhelm III wyasygnował na budowę Gimnazjum 17 tysięcy talarów ze swej osobistej królewskiej kasy Cały koszt budowy wyniósł 24 705 talarów. Sam monarcha odwiedził kwidzyńskie Gimnazjum dopiero po dwóch latach 5-go czerwca 1840 roku. Gimnazjum Królewskie było humanistyczną uczelnią o profilu klasycznym kształcącą na wysokim poziomie, z zaawansowaną nauką łaciny i greki. Jego absolwenci zasilali szeregi pruskiej inteligencji. Nie brakowało tu późniejszych wybitnych przedstawicieli nauki, administracji i generalicji, od armii cesarskiej po Bundeswehrę i NATO (ab. z 1925 r. gen. Wolf v.Baudissin). Absolwentem Gimnazjum był także Carl Goerdeler przewidziany na kanclerza Rzeszy po Hitlerze, gdyby powiódł się na niego zamach z 20 lipca 1944. Także działające tu po latach polskie szkoły wydały niejednego wybitnego absolwenta, ale to już inny temat. Przez lata zgromadzono w gimnazjalnej bibliotece, zarówno tej nauczycielskiej, jak i w bibliotece uczniowskiej, kilkadziesiąt tysięcy woluminów. Wiele starodruków pochodziło jeszcze ze średniowiecznej szkoły przy kwidzyńskiej Katedrze. Była to cenna kolekcja imponująca w całym regionie. Niestety, zima 1945 roku była tak sroga, że zasoby biblioteki gimnazjalnej posłużyły jako opał w urządzonym tu szpitalu dla rannych 60 Plac wielu zwycięstw i klęsk żołnierzy Armii Czerwonej. We wspomnieniach pierwszych powojennych uczniów LO z 1945 roku są opisy, jak pod wodzą prof. Królakowej przewozili na saneczkach zebrane pod oknami funkcjonującego w Gimnazjum szpitala znikome resztki tamtego księgozbioru, zastępujące brak podręczników łaciny. Pojedyncze woluminy z pieczęcią biblioteki gimnazjalnej spotykamy w Bibliotece Gdańskiej i niekiedy jeszcze pojawiają się u miejscowych kolekcjonerów oraz na aukcjach. W styczniu 1945 roku pomieszczenia Gimnazjum, jak i wszystkie inne położone wokół placu, zostały zajęte przez Armię Czerwoną na potrzeby „polowego szpitala dla lekko rannych”. Był to jeden z kilkunastu szpitali rozlokowanych w Kwidzynie, przez które do 1946 r. przewinęło się ok. 120 tys. rannych i ozdrowieńców. W budynku Gimnazjum ulokowano oddział chirurgiczny. Szpital ten miał swój tymczasowy cmentarzyk na placu w jego połudn.-zachodnim narożniku przy ul. Chopina. W wojennych wspomnieniach znalazłem historię pacjenta czerwonoarmiejca, którego leczono tam po utracie jednej nogi i oka. Opatrzony w kwidzyńskim szpitalu został potem skierowany do ambulatoryjnego leczenia w szpitalu w Moskwie. Przy wypisie stamtąd wymagano od niego jakichś zaświadczeń demobilizacyjnych, których nie miał i na przełomie sierpnia i września 1945 roku udał się on po nie „na gapę” wojskowymi eszelonami w drogę powrotną do Kwidzyna. Zdążył na ostatni dzień ewakuacji szpitala, potem odnalazł swoje dowództwo i załatwił „bumagę" niezbędną do uzyskania dowodu inwalidztwa wojennego. A szpital „na Flottwellplatz w gorodie Marienwierder” wspominał 9 maja 2008 roku, gdy miał 88 lat. Od Gimnazjum niewiele starszy jest budynek na rogu Słowiańskiej i Szkolnej. Zbudowany w I poł. XIX w. jako prywatny budynek mieszkalny później przejęty przez gminę wykorzystywany był jako posterunek policji. W latach 30-tych, gdy tutejsza rzeczywistość stawała się coraz bardziej policyjna, budynek ten przekazano niesławnej pamięci młodzieżówce partyjnej Hitlerjugend, a policja zajęła znacznie większy niedaleki budynek Urzędu Finansowego przy obecnej Piłsudskiego, w którym dzisiaj jest Biblioteka Miejska. Ten (pierwszy) dom miał przybudówkę. Niewielki, nieotynkowany ceglany budynek na zapleczu posesji pełnił funkcję więzienno-aresztancką. W czasach hitlerowskich przetrzymywano tam głównie Polaków, działaczy z plebiscytu w 1920 r. i członków organizacji polonijnych. Był też „przystankiem” przed wysyłaniem ich do hitlerowskich obozów. Stąd, mieszkańcy Dolnego Powiśla nazywali to miejsce „Polskim aresztem”. Związane z tą martyrologią miejsce (ów ceglany budynek na zapleczu ul. Słowiańska 6), zachował się do końca lat 70-tych ub. wieku. Na ścianach aresztanckich cel przetrwały wydrapane w tynku napisy. Były to nazwiska, daty i patriotyczne hasła umieszczone tam przez ludzi świadomych, że czeka ich śmierć za polskość. Zupełnie bezrefleksyjnie został wyburzony i teraz jest tam ogrodzone podwórko i jakieś komórki na węgiel. Budynek aresztu był obskurną budowlą, ale było to miejsce polskiej martyrologii ziemi kwidzyńskiej. Z krajobrazu miejskiego skutecznie wymazano materialny ślad po niej. Jerzy Kosacz 61 (Zwyczaj bicia bezbronnych powrócił do Kwidzyna 40 lat później, gdy to w 1982 r. odbyła się pacyfikacja ośrodka internowanych w miejscowym więzieniu). Pod koniec wojny jako tymczasowy areszt przed zesłaniem do obozów wykorzystywana była również stojąca przy placu sala gimnastyczna obecnego Społecznego LO. Znam relację nauczyciela Jana Trocha, który jako nastoletni chłopiec przeżył masakrę na tamtym dziedzińcu szkolnym sprawioną aresztowanym przez wyrostków z pobliskiej siedziby HJ. Północną krawędź placu zajmują dziś budynki Sądu i przyległa przychodnia lekarska. Pierwszy z budynków powstał w latach 1864 -1866 jako siedziba Zachodniopruskiego Ziemstwa Kredytowego. Dobudowany neorenesansowy budynek zajmowały biura owego Ziemstwa. Sąd w zasadzie zachował pierwotną bryłę architektoniczną, choć współcześnie nie ma już swego splendoru z przeszłości. Przyczyniło się do tego ogołocenie frontonu fasady z umieszczonej na jego szczycie wielopostaciowej rzeźby, symbolizującej Prusy Zachodnie, oraz „wygładzenie innych dekoracji w elewacji budynku. Metalowa ocynkowana rzeźba była dziełem Heinricha Medema, twórcy m.in. pomnika Heinricha Balka i ołtarza w katedrze. Zdemontowana jeszcze w 60-tych latach leżała na dziedzińcu zamkowym aż znikła. W 1920 roku urzędował tu Międzynarodowy Komitet Plebiscytowy i od tego wydarzenia pochodzi obecna nazwa placu. Zachowało się sporo fotografii dokumentujących manifestacje ludności pod balkonem tego budynku. Organizowali je na przemian, tak Niemcy, jak i Polacy. Zwożeni tu niemieccy emigranci manifestowali przed siedzibą Międzynarodowej Komisji Plebiscytowej wolę przyłączenia tych ziem do Niemiec. Niedaleko od tego miejsca, przy ul. Słowiańskiej w resursie obywatelskiej „Jedność , w okresie Plebiscytu zna- 62 Plac wielu zwycięstw i klęsk nej jako „Kasyno Polskie”, działał polski Warmiński Komitet Plebiscytowy. Również stamtąd wychodziły na plac manifestacje często rozbijane przez niemieckie bojówki. Po przegranym plebiscycie Polacy utracili resursę, która została rozebrana do fundamentów i utworzono tam miejskie targowisko funkcjonujące przy Słowiańskiej nawet jeszcze 50 lat po wojnie, a dziś jest tam strzeżony parking. Od zachodu, za Szpitalem św. Jerzego, po stronie uliczki Magazynowej wznosi się szkieletowa konstrukcja pięciokondygnacyjnego spichlerza . W jego wnętrzu funkcjonuje obecnie klub muzyczny „Spichlerz". Późną porą bywa tam głośno, ale nie aż tak, jak 13 maja 1847 roku. Wówczas to przybyła tam stuosobowa grupa zdesperowanych robotników z żonami i dziećmi z kwidzyńskich przedmieść i po odbytej demonstracji gruntownie opróżniła spichlerz z pszenicy, żyta i grochu. Było to dość powszechne w Prusach preludium do Wiosny Ludów 1848 roku. W tym rewolucyjnym plądrowaniu solidarnie pomagali mieszkańcy Kwidzyna. Dopiero ściągnięty z Prabut oddział kirasje-rów zapobiegł rozbijaniu kolejnych magazynów. Wydarzenia te poprzedził nieurodzaj w roku 1846 , stały wielokrotny wzrost cen zboża i ziemniaków oraz powszechny brak pracy. Oskarżany wmieście o pąskarstwo kupiec Bestvater przypłacił doszczętnym splądrowaniem swego spichlerza niezadowolenie głodujących wyrobników. Po kupcu Be-stvaterze zostało do dziś tylko to dramatyczne wspomnienie, ostał się spichlerz i choć nie ma już w nim pszenicy, żyta ani grochu, to mamy tam muzykę i pląsających w jej takt wyrobników z „Jabila" i z innych miejscowych manufaktur jeszcze tam pracujących albo już nie. Jerzy Kosacz 63 W 1873 roku, na środku placu został postawiony pomnik chwały oręża pruskiego i jego zwycięstwa nad Francuzami w 1871 roku. Po wygranej wojnie, państwo pruskie otrzymało wielomiliardową kontrybucję od Francuzów. Dzięki tej kontrybucji rozpoczął się w Prusach festiwal inwestycyjny za francuskie pieniądze. W Kwidzynie chyba ten pomnik był jego inauguracją. Pomnik miał formę obelisku, czyli wysokiego (ok. 10 m) stożkowatego słupa z czerwonego granitu stojącego na czworobocznej podstawie w kolorze czarnym z trzema medalionami z brązu przedstawiającymi: cesarza Wilhelma I, Bismarcka i gen. Moltke, z metaloplastycznymi aplikacjami wieńców laurowych. W 1945 roku, już za polskiego władztwa nad miastem, pomnik pozbawiono tych wizerunków i pruską granitową iglicę „przechrzczono” na symbol kompleksowego zwycięstwa nad germanizmem, co głosił wykuty nowy napis: „1410 - Grunwald - 1945” i od tego czasu nazywano go „Grunwaldzkim”, a plac otrzymał nazwę Placu Zwycięstwa. Gdy przywódcy PRL zaciągali coraz więcej pożyczek na Zachodzie, to ośmielony tym konsul RFN w Gdańsku złożył zastrzeżenie odnośnie przerabiania niemieckiego dziedzictwa na polskie pomniki podając przykład polskich napisów na kwidzyńskim obelisku. Następstwem tego było całkowite jego rozebranie w 1972 r. i schowanie go na placu magazynowym przy ul. Wiślanej. Pomnik miał jeszcze swoje „życie po życiu”. Zachowała się zgoda naczelnika miasta Kwidzyna na wykonanie z pozyskanego granitu nagrobka dla lokalnego działacza partyjnego na cmentarzu komunalnym. Jak zdecydowano, tak uczyniono, co osobiście odnalazłem i obejrzałem zrecyclingowane granitowe płyty i gzymsy. Widoczne są otwory montażowe elementów dawnego pomnika. Parometrowy slup z obelisku spoczywa natomiast w jednej z piaskowni na terenie IP. W miejscu pomnika „zmiennej chwały mamy dzisiaj na placu kamień (znaleziony w jednej z glinianek w Sadlinkach), wspominający spoczywających tu trędowatych ze Szpitala św. Jerzego. Południowa strona placu ukazuje neogotyckie zabudowania kompleksu szkolnego z. czerwonej licowanej cegły. Powstał on w latach 1861-1862 kosztem 11 tys. talarów. W tle jest obecnie Szkoła Muzyczna, która choć stoi przy Batalionów Chłopskich, to wejście ma obecnie od strony Placu. Tu była Friedrichschule. W tym budynku pastor Alberti w 1838 r. założył prywatną wyższą szkołę dla dziewcząt, a dwa lata później w 1840 żeńską szkołę nauczycielską, takie pierwsze w mieście liceum pedagogiczne. Niestety, szczyt budynku jest pozbawiony czterech rzeźb postaci, które stały tam przez sto lat do wiadomej daty. W narożniku Placu, gdzie krzyżują się Słowiańska z Chopina stoi budynek, który jest najmłodszy w całym nobliwym otoczeniu, lecz wyjątkowo z nim harmonizuje. Dziś jest tu apteka. Pierwotnie była w tym budynku komunalna kasa oszczędnościowa. Budynek posiada cechy „lekko” modernistyczne , jako że powstawał w latach ekspansji Bauhausu. A w głąb ul. Chopina, w kierunku elektrycznego drzewka na rondzie mamy jeszcze 64 Plac wielu zwycięstw i klęsk widoczek na pięknie zachowany budynek eklektycznej neobarokowej willi z 1912 roku, o czym informuje oryginalny napis ponad panoramicznym oknem. Parę kroków dalej w tym samym kierunku mamy już pawilon handlowy w stylu „byle jakim”. Są jeszcze dwie „budowle” już nowsze i na przeciwległych rogach placu. Po jednej stronie murowany szalet miejski, a naprzeciwko kiosk „totolotka”. Mimo znacznego oddalenia łączy je pewna wspólna tożsamość polegająca na tym, że tak jak w pierwszym obiekcie za niewielką opłatą można „coś tam-coś tam” pozostawić, tak w tym drugim „totolotkowym” możemy dokładnie to samo wygrać. Z czasów cesarskich pozostał na placu żywy pomnik, którym jest okazały dąb zasadzony w dniu cesarskich urodzin w 1871 r. Potem co roku odbywały się tu w urodziny cesarza miejskie uroczystości z paradą rezerwistów w uniformach wszystkich formacji i koncertem orkiestry wojskowej. Padała salwa honorowa. W zgromadzeniu uczestniczyły miejscowe władze, młodzież szkolna i mieszkańcy. We wszystkich sąsiednich budynkach instytucji, jak i w mieszkaniach prywatnych okna były przyozdobione iluminacjami i flagami. Po ceremonii młodzież miała już tego dnia czas wolny od zajęć szkolnych. W latach międzywojennych, gdy już Niemcy nie były cesarstwem , z estrady na placu pobrzmiewały niedzielne popisy wojskowych muzyków. I to jest prawie cała moja opowieść o placu pośrodku miasta, placu który od 1990 r. nosi obecną nazwę: Plac Plebiscytowy. Wprawdzie Plebiscyt z 1920 r. nie był polskim sukcesem, ale nazwa ta sławi wysiłek i poświęcenie ówczesnych Polonusów z tych ziem. Plac szczęśliwie zachował swój ogólny historyczny kształt, a dziś toczy się tam współczesne życie codzienne. Każdy z nas może przysiąść na parkowej ławce i snuć tu swoją własną historię tego miejsca. W otaczających parkowy skwer budynkach niejeden z nas bywał i wiąże z tym swoje wspomnienia. Wokół tylko tego jednego placu można było, tak jak i dziś: ukończyć szkołę podstawową, zawodową i średnią, dodatkowo kształcąc się muzycznie. Można też było uczyć w którejś z nich (!). Kto miał pecha, to miał okazję poznać budynek Sądu i Prokuratury od wnętrza. Starsi mogą pamiętać wizyty u szewca w budyneczku na rogu Szkolnej u pana B. A ileż to czasu zmitrężyli mieszkańcy w poczekalniach tutejszej przychodni lekarskiej. Był internat żeński Liceum Ekonomicznego, spółdzielnia ogrodniczo-pszczelarska i poradnia psychologiczna w budyneczku szpitala św. Jerzego. Rosną stare drzewa z pierwotnego założenia parkowego: wiekowe lipy, kępy cisów oraz bujny cesarski dąb chroniony metalową barierką. Plac otaczają ponad stuletnie budynki, które trwają szczęśliwie, niewiele nadgryzione burzliwą historią. Budowle wokół Placu Plebiscytowego stanowią swoisty miejski skansen architektoniczny i galerię mnogości stylów budownictwa z przeszłości. Można je podziwiać z parkowej ławeczki lustrując zabytki architektoniczne wokół placu. Mieniący się barwnie drzewostan, wybiegający tu na przerwę uczniowie , widok aresztantów dowożonych do Sądu oraz emeryci skrywający za pazuchą przed strażnikami miejskimi piwne flaszki i karty do gry „w baśkę” - to współczesny nastrój tego placu i jego obecni gospodarze konkurujący o miejsca na ławkach. ks. Andrzej Kilanowski JEGŁOWNIK EKUMENICZNY Wybudowanie w 1641 roku kościoła można uznać za umowną datą powstania Jegłow-nika1. Warto pamiętać, że w tym czasie miejscowość jako taka zaczynała dopiero powstawać. Na charakterystycznym - trochę mniejszym niż w pobliskim Wikowie i Nowym Dworze Elbląskim - wzgórku (najwyższy jego punkt liczy 6.6 m n.p.m.) znajdował się iglasty las, w większości jodłowy i świerkowy. Świadczą o tym jeszcze do dziś wykopywane z ziemi korzenie pierwotnej puszczy oraz nazwa miejscowości, trafniej przetłumaczona po wojnie z niemieckiego Fichthorst na Jodłownik. Wcześniej niż Jeglownik istniały tu, oprócz wspomnianych powyżej wiosek: Kopanów, Nogatowo, czy leżące nad Fiszewką Szopy i Kar-czowiska. Dodatkowo, wraz z przybyciem menonitów osuszana jest delta Nogatu i na olchowych lasach powstają przynależne do parafii wjeglowniku Helenowo i Adamowo . By okoliczni mieszkańcy nie pokłócili się czyja miejscowość jest najważniejsza w centrum terytorium, na miejscu wykarczowanego lasu wybudowano kościół i założono parafię. Teren rozwijał się dynamicznie. Religijny i materialny patronat elbląski nad miejscową para- 1 M. Józefczyk, Elbląg i okolice 1937-19S6, Elbląg 1998, s. 233. 2 E.G. Kerstan, Die Geschichte des Landkreises Eling, Elbing 1925, s. 274-278. 66 Jegłownik ekumeniczny fią i ludnością tu osiedlającą się z jednej strony oraz wpływ wysokiej kultury rolnej bogacącej się ludności, która pojawiła się tu wraz z przybyciem holenderskich menonitów z drugiej - robiły swoje. Holendrze przywieźli ze sobą wiatraki, przekładnie ślimakową, mleko i sery. Niemcy - porządek prawny i przemyślaną gospodarność. Polacy - pracowitość i zaradność. Jegłownik „kwitł w oczach”. Po trochę więcej niż stu sześćdziesięciu latach pojawiła się konieczność wybudowania nowego, większego kościoła. Powstał on w 1804 roku. Nowa część rozwijającej się miejscowości została nazwana - nomen omen - Neukircheniederung (Nowy Kościół na Nizinie)3. Debata na temat potrzeby nowej świątyni trwała 12 lat. Dotyczyła kształtu nowej świątyni i pieniędzy na jej wybudowanie. Potwierdza to ówczesny organista kościoła - Johann Jacob Reiman4. Gdy zabrano się do budowy, przebiegała ona już w tempie ekspresowym. 9 kwietnia 1804 do prac przystąpiło 50 robotników i 16 czeladników. 17 czerwca gotowe były fundamenty i cała, drewniana konstrukcja szachulca. Prace murarskie i wykończeniowe zakończono w październiku, tak, że 21 października odprawiono ostatnie nabożeństwo w starym kościele, a niedzielę później poświęcono nową świątynię. Z czasem (1848 r.) wybudowano wieżę. Przetrwała ona do dzisiaj, od 1945 roku znajdując się w rękach przybyłych tu katolików. Budowniczy kościoła, bogaci ewangeliccy chłopi nie myśleli pewnie, że z czasem będą zmuszeni do opuszczenia tych ziem, a przesiedleni na ich miejsce Polacy wejdą w posiadanie ich świątyni. Długo można byłoby deliberować na temat przyczyn, sprawiedliwości lub niesprawiedliwości dziejowej złożonych relacji polsko-niemieckich, wysiedlenia Niemców z Prus i Śląska czy wypędzeniu Polaków z Wilna i Lwowa. Fakty są jednak jednoznaczne, gdyby nie opieka katolickich mieszkańców Jegłownika, miejscowy kościół podzielił by losy wielu opuszczonych i zniszczonych bezpowrotnie świątyń żuławskich jak chociażby meno-nickiego kościoła w Jeziorze5. Ironią losu jest fakt, że budowniczy kościoła dbali o ewangelicką „czystość” swojego kościoła. Jako poreformacyjna już świątynia nie nosił on żadnego tytułu świętego patrona. „Diese Kirche ist erband in nemen Christi" - głosi zachowany do tej pory napis. „Co do pytania o miejsce ambony w kościele postanowiono, że ambona powinna być wbudowana w ołtarz. Czeladnik, który budował kościół przejął też budowę ołtarza i ambony za 800 guldenów i pobudował je tak jak to widać obecnie."6 Po raz kolejny cytujemy to zachowaną kronikę budowy kościoła, która znajduje się w archiwum Kościoła Ewangelickiego w Berlinie. Wspomniany budowniczy to Georgus Jakubowski, którego imię widnieje w em-porze chórowej świątyni7. Informacja o centralnym umiejscowieniu ambony jest ważna, 3 W odniesieniu do dużej, rozwijającej się wioski, jaką był Jegłownik funkcjonowało wiele jej nazw, bardziej adekwatnych do części miejscowości niż samego Jegłownika. Były to oprócz wzmiankowanego: Neukirch, Fischhorst, Fridrichberg, Neu-heide. 4 „Kronika” powstała w oparciu o zapisy proboszcza Georga Arenda oraz organisty JohannaJacoba Reimanna. Historyczne zapisy kroniki kończą się 1.06.1812 roku i opatrzone są podpisem ówczesnego proboszcza Christiana Andreasa Vanse-lowa. Dalej następują informacje o wojnie napoleońskiej i jej skutkach. Odnaleźć też można dość luźno powiązane i chaotycznie przedstawiane informacje bardziej księgowo-parafialne dotyczące okresu pracy proboszcza Ernst Friedrich We-ickhmann oraz organisty i nauczyciela Jacoba Gehrmanna z 1838 roku. Kopiowane z Księgi Kościelnej z Jegłownika nr 6043, z archiwum „Ewangelickiego archiwum centralnego w Berlinie”. Transkrypcja dokonana przez Hilmara Schermall. 5 Nie zmienia to faktu, że ogrom krzywd zaznanych w czasie wojny ze strony hitlerowskich Niemców spowodował, że zaraz po wojnie z opustoszałej plebanii wyrzucono i spalono niemieckie księgi metrykalne. 6 „Kronika”, s. 4. 7 Podobnie jak inwokacja i data budowy, napis dotyczący Jakubowskiego mógł być autorstwa roku malarza portretowego z Grudziądza, który rozpoczął tynkowanie ambony i ołtarza. Do pomocy miał swojego syna, który był malarzem. Prace ks. dr Andrzej Kilanowski 67 bo w odróżnieniu od katolików (u których w tym miejscu jest tabernakulum) luteranie budując w głównym miejscu ambonę podkreślają rolę Biblii a nie Eucharystii. Podobnie było z bocznymi emporami chórowymi, które nie istniały w kościołach katolickich. Nie przypadkowo drugi chronologicznie po wojnie katolicki proboszcz ks. Walerian Sześciu, chciał je usunąć jako typowy znak luterańskości świątyni8. O wyjątkowości i znaczeniu tego ewangelickiego budynku świadczą pochodzące z 1751 roku imponujące organy, najprawdopodobniej autorstwa Christofa Heinricha Obucha, ucznia samego Hildebranda. Przeniesione do nowego kościoła otrzymały odnowiony i odmalowany prospekt wraz z charakterystycznymi dla ewangelików napisami z Biblii umieszczonymi na emporach chórowych. Ważne było też wybudowanie wieży. Świadczyła ona o znaczeniu kościoła. Na przykład świątynie menonickie nie mogły takich wieży posiadać. A propos menonitów w oparciu o starą zasadę „cuius regio eius religio” zmuszono ich do wsparcia materialnego przy wznoszeniu jegłownickiego kościoła. „Wszyscy, którzy są w naszym kraju z jego prawami, a szczególnie Menonici, którzy osiedlili się na ziemiach w powiecie malborskim są wezwani do dialogu z protestanckimi kaznodziejami i powołani do współfinansowania świątyń, budynków szkolnych, nauczycieli w zależności od wielkości ich posiadłości ziemskiej takiej samej, jakiej winien jest każdy protestancki członek wspólnoty."9 Wybudowany 200 lat temu kościół w rękach protestantów był około 140 lat. Niedługo minie 70 lat jak jest on w posiadaniu katolików. Zaznaczyli oni ten fakt troską i dbałością o tę świątynię. Od lat poddawana jest ona pracom budowlanym i konserwatorskim. Dużą dbałością otoczone są ślady jej ewangelickich korzeni. Równocześnie odciśnięto wyraźne piętno jej katolickości. Na miejscu ambony umieszczono tabernakulum. Z jednego z żuławskich kościołów, w początku lat 50. zamienionego w pegeerowski magazyn, „ukradziono” tzn. uratowano rokokową, katolicką ambonę. Została zainstalowana - „tak jak należy” - po lewej strony nawy bocznej10. Nad tabernakulum, w miejscu rzeczonej protestanckiej ambony umieszczono figurę Matki Boskiej. Boczna kruchta zamieniona została w kaplicę dedykowaną Matce Boskiej Częstochowskiej. W bocznym ołtarzu tam wybudowanym umieszczono relikwie świętych. Nadano też „w końcu” tytuł kościołowi. Oczywiście nie komu innemu jak Maryi. Ogromna to zasługa pracującego tu wiele lat, marianina ks. Eugeniusza Chajęckiego11. Śmiało można zaryzykować tezę, że wszystko uległo zmianie i że kto by mógł się tego spodziewać! To co ewangelickie stało się katolickie, a to co niemieckie polskie. Tyle tylko, że do końca nie jest to prawdziwe i tak proste. Jegłownik i jego okolice od zarania były miejscem tolerancji i współistnienia wie-lowyznaniowego, a także wielonarodowościowego. Mieszkali tu razem niemieccy osadnicy rodem z Lubeki i Westfalii, menoniccy Holendrzy i polscy koloniści, których znaczna ilość była w okolicznych katolickich parafiach Zwierzna, Fiszewa, Żuławki czy Krzyżanowa12. Różnili się oni językiem, zwyczajami, zasobnością portfela, wyznawaną wiarą. Żyli jednak razem, strzegąc rozpoczęto 19 kwietnia 1805. 8 Archiwum Diecezji Elbląskie w Elblągu, P. 101. Pismo z dnia 9 lipca 1948 roku. 9 „Kronika” s. 5. 10 Chodzi najprawdopodobniej o kościół w Kaczynosie zamieniony w magazyn i stajnię dla owiec. Ambona ma epitafium dedykacji Anny Rentelin z Krasnołęki. 11 W. Zdaniukiwicz, Kronika Parafii Jegłownik, s. 1. 12 Największa liczba osadników polskich pojawiła się po wojnach szwedzkich, gdzie spustoszone Żuławy Elbląskie osiedlone zostały przez pobliskich chłopów z Warmii oraz Kaszub i Kociewia. Swoje robiła polska administracja województwa malborskiego. 68 Jegłownik ekumeniczny GruB aus Fichthorst, Elblng-Land Kościół parafialny w Jegłowniku przed wojną, fot. z archiwum autora swojej tożsamości i odrębności, w ramach jednego państwa - czy to polskiego czy pruskiego. I co najważniejsze było to życie harmonijne, przepełnione umiłowaniem ziemi na której mieszkali. Pewnie nie znano wtedy mądrych, teologicznych określeń typu ekumenizm, w praktyce jednak żyło się razem, a echa wojen religijnych dawno przebrzmiałych, nie wpływały już więcej na jakość tego życia. Na pewno nie chodzono do siebie do świątyń. Małżeństwa mieszane wyznaniowe nie były mile widziane. Wymawianie się od służby wojskowej w wydaniu menoni-tów nie zyskiwało im sympatii, a to co katolickie utożsamiano często zbyt łatwo i powierzchownie z tym co polskie. Praktyka była jednak taka, jak w „Blaszanym bębenku” Guntera Grassa, gdzie sklep rodziców małego Oskara był zamknięty tak z powodu Bożego Ciała jak i Wielkiego Piątku. W Jegłowniku śladów takiej koegzystencji było dużo: - W samej świątyni, tej pierwszej z 1641 roku, znajduje się grupa ukrzyżowania, gdzie nie tylko występuje pod krzyżem Maryja (młody Luter nie był wcale tak zdecydowanie an-tymaryjny). Nawet w dobrej wierze, Biblii nie można zakłamywać, a Maryja pod krzyżem była. Co więcej jest to typowa rzeźba barokowa, a jak wiadomo barok z nazwy swojej był kontrreformacyjny. Co z tego, skoro piękny i powszechnie stosowany. W tymże kościele „na stronie południowej mieściła się hala (westybul, przedsionek), a na północnej, ”. Być może była to namiastka pozostałości po nie uznawanym przez protestantów sakramencie pokuty, gdzie wierni przed nabożeństwem szli do pastora po radę, dobre słowo lub pociechę. Zachowany w archiwum berlińskim spis inwetaryzacyjny parafii z 1894 roku mówi o dębowym konfesjonale, który stał w zakrystii. Najprawdopodobniej już nie używany, wcześniej jednak na pewno. - Relatywnie często - najprawdopodobniej zwyczajowo 7, 8 razy w roku - sprawowano Wieczerzę Pańską, a nie tylko nabożeństwo Słowa Bożego. Parafia posiadała: 4 mosiężne puszki ofiarne, 2 srebrne kielichy i 2 patery, dzban komunijny i srebrne, wewnątrz pozłacane naczynie do podawania komunii chorym. Najstarszy kielich był z roku 1644 i nosił inskrypcję: „Mateuszowi Holender pośmiertnie wdowa.” Natomiast unikatowe naczynie do komunii chorych składało się z małego kielicha, srebrnej patery i srebrnego kubka na wino. Widniał tam tez napis: „G.R.1776”. I wszystko to wśród ewangelików, którzy podobno nie wierzą w obecność Chrystusa w Eucharystii! ks. dr Andrzej Kilanowski 69 - Zadziwia istniejący w Jegłowniku dom diakonis. Dziś na jego miejscu wybudowano Gminny Dom Kultury, bibliotekę i mieszkania. Zgromadzenie Diakonisek zostało powołane do życia w 1834 roku w Keiserwerth w Nadrenii, przez pastora Theodora Fliednera. Zajmowały się one chorymi a także sierotami, kalekami, inwalidami wojennymi, starcami i ubogimi. Na początku drugiej połowy XIX wieku były w Królewcu, Elblągu i Malborku. Kiedy pojawiły się w Jegłowniku - trudno ustalić. Być może wpływ na to miały diakonisę z pobliskiego Elbląga, może Malborka. Czy nie było po części tak, że fakt istnienia diakonis, jeżeli nie wprost, to na pewno ubocznie inspirowany był istnieniem zakonnic katolickich? Duch współistnienia wielowyznaniowego miał tu długą tradycję. Przed wojną w administracyjnym obszarze parafii istniały dwa menonickie domy modlitwy w Helenowie i Szopach. W samy Jegłowniku była kaplica metodystyczna a także zbór baptystów. Raz w miesiącu przyjeżdżał z Elbląga, ze św. Mikołaja ksiądz katolicki odprawiając w prywatnym domu Mszę Świętą13. Dziś niestety, oprócz domu po baptystach, nic nie pozostało. Istnieją za to inne grupy wyznaniowe i religijne: greko-katolicy, prawosławni, zielonoświątkowcy, adwentyści, Świadkowie Jehowy oraz przedstawiciele Armii Dawida. Jest ich bardzo mało. Zyją za to w symbiozie i wzajemnej życzliwości z dominująca większością katolicką. W szeroko rozumiany „ekumenizm geograficzny” wpisują się powojenni księża tu pracujący. Ks. Mikołaj Zając pochodził z Bieszczad i był grekokatolikiem. Korzenie ks. Eugeniusza Chajęckiego były z centralnej Polski, ks. Władysław Zdaniukiwicz z Wileńszczyzny a ks. Władysław Janczy z Podhala. Niektórych z nich cechował też „ekumenizm polityczny”: Zając lata stalinowskie spędził w obozie w Jaworznie, fałszywie posądzany o współpracę z UPA14, Chajęcki w tym czasie „odpoczywał” w Rawiczu i Wronkach, bo „współdziałał z organizacją "‘s, a Zdaniukiwicz zaraz po wkroczeniu wojsk sowieckich na Wileńszczyznę aresztowany był przez bolszewików (17.07.1944) i wraz z rodziną jakiś czas spędzi w Riazaniu i Diagilewie. Skoro jest mowa o różnych odmianach ekumenizmu warto wymienić także „nazwiskowy”. Na pomniku z I Wojny Światowej można wyczytać: Wessolowskiego z Hakendorfu, Celińskiego i Kaminskiego z Elerwaldu i Tritt, Czarnitzkiego i Jankowskiego z Aschenbu-den czy Matuschka i Sawatzkiego z Neukirch. Istniej jeszcze więcej nazwisk o polskiej proweniencji, zresztą nie tylko na pomniku, np. żona pastora Ullmana nazywała się Maria Ta-felska. Oddzielną sprawą jest cmentarz przykościelny. Dzięki Bogu zachowany w swojej dużej strukturze architektonicznej. Mimo, że po wojnie wpisany w księgi rolne jako „teren rekreacyjno-wypoczynkowy” i za taką kwalifikację terenu parafia płaci podatki, zachował swoja 11M. Józefczyk, Elbląg i okolice 1937-19S6, Elbląg 1998, s. 233-235. 14 Centralny Obóz Pracy Jaworzno - w Jaworznie, istniał od 1947 do 1956. Działał on na terenie byłego oddziału obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, utworzonego 15 czerwca 1943. Utworzony został 23 kwietnia 1947 decyzją Biura Politycznego KC PPR dla Łemków i Ukraińców przesiedlanych ze swoich ziem, którzy podejrzani byli o współpracę lub sympatyzowanie z OUN i UPA. W obozie tym znalazło się prawie 3873 więźniów (2781 Ukraińców - w tym 823 kobiety, 23 księży greckokatolickich, 3 księży prawosławnych), z czego 162 zmarło. Oprócz Ukraińców znaleźli się przede wszyst- kim polscy działacze niepodległościowi, żołnierze AK, górnicy, Niemcy. Is Leksykon duchowieństwa represjonowanego w PRL w latach 1945-1989. 70 Jegłownik ekumeniczny ciągłość historyczną. Co na swój sposób zrozumiałe, ogromna część poniemieckich grobów uległa zniszczeniu lub została zdewastowana - wciąż jednak istnieje kilka zachowanych nagrobków. Niektóre, jak chociażby grobowiec rodziny Kantelbergów z Wiktorowa znajduje się wśród współczesnych grobów katolickich. Ciekawy jest też żeliwny krzyż nagrobkowy przy wieży kościoła znaczący miejsce pochówku właścicieli młyńskich Krugerów. Nie do końca do udowodnienia jest teza, że spoczywali tak blisko kościoła wskutek jakiś donacji, których udzielili parafii. Bardziej prawdopodobne jest to, że pochówki ewangelickie były bezpośrednio przy murach świątyni. Katolicy natomiast oddzielali je szeroką aleją wokół budynku kościelnego by móc odprawiać procesje eucharystyczne. Stąd inne, blisko leżące groby uległy zniszczeniu, ten natomiast się zachował. Ocalał także u wejścia na cmentarz pomnik ofiar I Wojny Światowej. Liczba poległy, pochodzących z parafii jest ogromna: 186 osób. Co ciekawe, jakimś wyczuciem duchowym powojenni mieszkańcy Jegłownika potrafili odróżnić na swój sposób jeszcze „normalną” I Wojnę Światową od tej bestialskiej II, pełnej faszyzmu i innych ideologii. Także sam kościół do dziś zachował szeroko rozumianego ducha ekumenicznego. Na Mszę tutejszych katolików zwołują poniemieckie i ewangelickie dzwony. Wcześniejsze pochodziły z 1880 roku z odlewni Jaena Collie w Gdańsku. Obecne odlane były, jak głosi widniejący na nich napis w 1922 roku. Czas wyznacza pochodzący z końca XIX wieku cztero cyferblatowy zegar. W prezbiterium ksiądz odprawia nabożeństwa na płatach nagrobnych jeszcze z pierwszego kościoła. Wśród nich są nagrobki ewangelickich proboszczów, organisty z rodziną, czy żony pastora Arenda. Co ciekawe, swoista zgoda religijna dotyczyła także opłat za ławki kościelne. Wydawać się by mogło, że ten dość powszechnie istniejący kiedyś w kościele katolickim zwyczaj nie odnosił się do ewangelików. Nic bardziej mylnego. Kronika opisuje, że karą za opieszałość przy budowie kościoła została obłożona część gospodarzy z Nowego Dworu i nie mogli oni liczyć na swoje ławki, co z kolei wywoływało ich gniew i irytację. Ilość zarezerwowanych miejsc zależała od zamożności danego mieszkańca, a co za tym idzie od jego pracowitości, która była cnotą nadrzędną. Do tej pory w zasobach parafii zachowała się porcelanowa tabliczka z jednej z ławek. Mając na uwadze tak liczne oznaki symbiozy ekumenicznej dawnych i współczesnych mieszkańców Jegłownika, przy zachowanym pomniku ofiar I Wojny Światowej w 2011 roku utworzono niewielkie lapidarium z ocalałych, odnalezionych i wykopanych płyt nagrobnych. Niektóre przetrwały w stanie prawie nienaruszonym. Inne, ząb czasu nie potraktował tak przyjaźnie. Znowu są razem. Ewangelicy, menonici. Polsko brzmiące nazwiska widnieją na wojennym pomniku. Pojawił się też całkiem nowy grób urodzonego w tutejszej parafii przed wojną, później wychowanego i żyjącego w Niemczech, a na koniec ziemskiego życia w urnie z prochami pochowanego znowu tu, skąd pochodził Eduarda Teucherta. Jacek Skrobisz SPORY WOKÓŁ KOŚCIOŁA ZAMKOWEGO W MALBORKU Zachowane figury Jezusa i Apostołów, fot. J. Skrobisz 72 Spory wokół kościoła zamkowego w Malborku Zapadła decyzja w sprawie formy odbudowy zamkowego kościoła w Malborku. Najważniejsza krzyżacka świątynia odzyska średniowieczne sklepienie gwieździsto-żebrowe zniszczone w 1945 roku i posadzkę nawiązującą do koncepcji pierwszych budowniczych kościoła na Zamku Wysokim. Taką decyzję akceptuje zapewne większość polskich i zagranicznych autorytetów z dziedziny architektury, historii sztuki czy archeologii. Nie oznacza to jednak zakończenia dyskusji ani na temat zapowiadanych prac budowlano-konserwatorskich, ani tej dotyczącej wyposażenia świątyni. Muzealnicy i historycy przyznają po cichu, że trzeba być ostrożnym w podejmowaniu decyzji, bo ta może być postrzegana nawet przez pryzmat polityczny. Padają też sugestie, że brak w odtworzonym kościele elementów wyposażenia z czasów polskich można traktować jako naruszenie konstytucji RP. Aby wyobrazić sobie, jak wiele pracy i trudnych decyzji czeka pracowników Muzeum Zamkowego przy odbudowie kościoła Najświętszej Marii Panny, trzeba choć trochę poznać jego historię i sposób wykorzystywania na przestrzeni wieków. I tu zaczyna się pierwszy kłopot, bowiem nie istnieje jeszcze monografia poświęcona tylko tej świątyni. Nie dlatego, że temat jest mało ciekawy. Wręcz przeciwnie, dlatego, że historia jest bardzo bogata, a dokumentów źródłowych poświęconych kościołowi, zwłaszcza po 1457 roku, istnieje niewiele. A to pozwala na dowolność interpretacji wielu wydarzeń. Najbogatsze są źródła dotyczące pierwszych lat funkcjonowania tego „serca” państwa zakonnego. Wiadomo, że obecny kształt kościół Najświętszej Marii Panny uzyskał w latach 1331-1344. Po przeniesieniu do Malborka stolicy zakonu krzyżackiego i wybudowaniu na Zamku Sredhim siedziby wielkich mistrzów oraz Wielkiego Refektarza postanowiono dostosować istniejącą kaplicę do potrzeb głównego domu zakonnego. Zajął się tym wybrany w 1331 roku wielki mistrz Luter, książę Brunszwiku. Dawna kapli- Jacek Skrobisz 73 ca miała 9,9 m szerokości i 19 m długości. Sklepienie sięgało 12 m. Na potrzeby konwentu zakonnego i gości wielkiego mistrza kaplica wydawała się za ciasna, więc nakazano ją wydłużyć do 38 m i podwyższyć do 14,4 m. To wtedy powstało sklepienie gwieździsto-żebrowe, które dziś chce odtworzyć jak najwierniej Muzeum Zamkowe. CZTERY OŁTARZE, PIĘĆ ZAKRYSTII Do dziś istnieją ślady po „pierwszym” kościele sprzed rozbudowy. Miał on na ścianie północnej trzy wąskie jednoczęściowe okna, z których dwa podczas przebudowy z 1340 r. zostały zamurowane. Na ścianie zachodniej kościoła mieści się do dziś empora, która służyła prawdopodobnie jako chór muzyczny. Emporę rozbudowano, dodano do niej trybunę wspartą na kolumnach oraz wykonano nową balustradę ganku z okazałym baldachimem. W połowie XIV wieku w świątyni pojawiły się organy. Kościół był wyposażony w cztery ołtarze (według spisów mistrza dzwonnego, od 1394 do 1439 roku były to główny ołtarz przeznaczony na msze poranne po stronie południowej, po stronie północnej ołtarz NMP oraz ołtarz środkowy). W świątyni po rozbudowie było pięć zakrystii, w tym cztery w wielobocznym zamknięciu kościoła. Sklepienie kościoła NMP spływało na służki, pod którymi znajdowało się 18 rzeźb przedstawiających dwunastu apostołów i innych świętych. Część z nich nadal spogląda ze ścian, inne można obejrzeć na wystawie w dormitorium. To te, które w czasie ostrzału artyleryjskiego zamku w 1945 roku spadły i częściowo się rozbiły. Will arkadach biegnących wzdłuż świątyni było namalowanych 85 portretów oraz 26 stojących postaci świętych. Ścienne malowidła wykonano ok. 1360 roku przy użyciu głównie zielonego i czerwonego koloru (co widać w części północno-zachodniej świątyni), a po rozbudowie pojawiły się kolory nie-biesko-biało-czarne. Duży wpływ na dobór farb i kolorystykę wnętrza miały witraże w oknach (wpływ na to miała barwa światła padającego do wnętrza świątyni) o nieznanych do końca przedstawieniach biblijnych. Sklepienie przetrwało 600 lat, ale nie tylko ono. Sześć wieków z zewnętrznej niszy kościoła zamkowego spoglądała nadnaturalnej wielkości figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Pokryta była mozaiką, która odbijała promienie słoneczne i była z daleka pozdrawiana przez wędrowców. KRZYŻACY ODCHODZĄ Do 1457 roku wyposażenie kościoła niewiele się zmienia. Z zapisów księgi komtura krzyżackiego można wywnioskować, że witraże były naprawiane m.in. w 1411 roku po oblężeniu. Zapis z 17 maja 1411 roku brzmi następująco: „40 skojców murarzowi za dzień stawiania rusztowań przy oknach w kościele", a dalej: „1 wiardunek za jeden witraż przy siedzisku mistrza w kościele, 4 skojce za zrobienie jego herbu". W 1454 roku, gdy Krzyżacy przygotowywali się do opuszczenia zamku, wielki mistrz miał w obowiązku zabezpieczyć dobra doczesne, w tym archiwum i sprzęty liturgiczne. W owym czasie w kościele miało się znajdować 14 kielichów, w tym 4 złote i 10 srebrnych. Pojawiają się później wzmianki o 18 kielichach. W świątyni miało się też znajdować ponad 50 relikwii, w tym krzyże relikwiarzowe z drzazgą z Krzyża Pańskiego czy głowa św. Barbary. Ta ostatnia relikwia miała dotrzeć do Malborka przed 1437 rokiem ze Starogrodu koło Chełmna. Nie wia- 74 Spory wokół kościoła zamkowego w Malborku domo tak do końca, co się działo z wyposażeniem świątyni przez okres stacjonowania na zamku żołnierzy zaciężnych, którzy w 1457 roku sprzedali warownię królowi Kazimierzowi Jagiellończykowi. Król Polski miał oddać relikwie Radzie Miejskiej w Gdańsku. Ranga kościoła malała wraz z odejściem Krzyżaków. Nie ma wielu zapisów mówiących o obecności polskich królów w świątyni, ale niemożliwym jest, by nie odwiedzili kościoła, mieszkając w Malborku. W XVI i XVII wieku nasiliły się w mieście wpływy luterańskie i kalwińskie. Kościół zamkowy był wtedy postrzegany jako ostoja katolicyzmu. Mocno swoją obecność zaznaczyli Szwedzi, którzy ograbili zamek (zabrali m.in. dzwony kościelne i organy), opuszczając miasto w wyniku rozejmu w Sztumskiej Wsi w 1635 roku. Do tego czasu kościół był w rękach kalwinów, niechętnych jakimkolwiek ozdobom i wystrojowi kościołów. Po tych wydarzeniach kościół chylił się ku upadkowi. A nadmiaru złego dopełnił tragiczny pożar w 1644 roku trawiąc dachy krzyżackie. Odbudowane zostały z polecenia starosty i podskarbiego Gerharda Denhoffa. Wyremontowano też okna i uzupełniono kościelny mobiliarz. Kościół NMP nabrał znowu na znaczeniu w okresie 1652 - 1773, gdy osiedlili się tu jezuici. Został wyposażony w stylu barokowym. Pojawiły się nowe ołtarze. Do dziś można oglądać w zamku pozostałość po ołtarzu głównym ufundowanym w 1687 roku przez starostę królewskiego Kazimierza Ludwika Bielińskiego. Zachowała się m.in. figura św. Wojciecha. Są też ślady po dwóch bocznych ołtarzach. Jezuici opuścili zamek w 1773 roku w wyniku dekretu Fryderyka II, króla Prus. Potem Zamek Wysoki był przebudowywany na magazyny wojskowe, co doprowadziło do wielu zniszczeń dawnej architektury, sam kościół miał jednak nadal być oparciem dla żołnierzy. Funkcje liturgiczne świątynia przestała pełnić w 1882 roku, wtedy prace rekonstrukcyjne na zamku zaczął przeprowadzać Konrad Steinbrecht. Dziś różnie są one postrzegane z po- Jacek Skrobisz 75 wodu sporej dowolności prac konserwatora. Ściągnięto do Malborka m.in. witraże z Torunia i Chełmna, które były wykonywane w tym samym czasie, co zniszczone wcześniej malborskie. Pojawił się neogotycki ołtarz główny. Steinbrecht dokonał też własnych aranżacji wnętrza kościoła. Zerwano wówczas oryginalną posadzkę i położono nową, w kształcie trzech dużych rozet. Pojawiła się również krata lektoryjna, a u sufitu zostały zainstalowane świeczniki. JAK POKAZYWAĆ HISTORIĘ? To, co dziś można zobaczyć w kościele zamkowym, to przede wszystkim rozmiar zniszczeń z pierwszych miesięcy 1945 roku, gdy Armia Czerwona bez szacunku dla zabytku bombardowała twierdzę Marienburg, w której broniły się wojska niemieckie. Świątynię zniszczono niemal doszczętnie. Najlepiej zachowała się Złota Brama, wykonana w końcu XIII wieku jako główne wejście do kościoła. Brama była symbolem wejścia do królestwa niebiańskiego i obietnicy życia wiecznego. Dziś jest obietnica, że miejsce odzyska swój dawny wygląd, a brakuje do tego wiele. Zachowały się tylko fragmenty stall i ław, ołtarzy i wyposażenia. Nie ma kielichów, relikwii, szat liturgicznych. Zniknęło sklepienie, dziś zastąpione żelbetową konstrukcją. Nie każdy uważa jednak, że przywrócenie oryginalnego sklepienia jest właściwą drogą do pokazania pełnej historii świątyni. Dla Bernarda Jesionowskiego, starszego kustosza Muzeum Zamkowego, ta żelbetowa konstrukcja jest symbolem najnowszej historii kościoła zamkowego. Nie jest on zwolennikiem odtwarzania sklepienia średniowiecznego, bo traktuje on świątynię jako rodzaj pomnika barbarzyńskich zdarzeń z 1945 roku. Uważa, że warto zachować obraz ogromu zniszczeń z czasów wojny, bo w innym przypadku będzie to „tylko” kolejny zrekonstruowany kościół. Tomasz Korzeniowski, prezes Towarzystwa Opieki nad Zabytkami w Gdańsku, popiera decyzję dyrektora muzeum w sprawie odbudowy gotyckiego sklepienia, ponieważ przyczyni się to do przywrócenia pierwotnej skali i formy średniowiecznej przestrzeni sakralnej ważnego zabytku. Uważa, że obecnie wnętrze jest wręcz przytłoczone prymitywną strukturą żelbetowego stropu, którego obecność w gotyckim kościele szokuje na równi ze skutkami wojennych zniszczeń. ARGUMENT Z KONSTYTUCJI To nie koniec różnic dzielących naukowców. Duża część z nich uważa, że skoro odbudowane zostaną gwieździste sklepienie (kompromisem jest niejako decyzja, że odtworzone sklepienie pozostanie nietynkowane) oraz bliska oryginalnej posadzka ceramiczna, to wnętrze też powinno nawiązywać do pierwotnego wystroju. Ale czy na pewno? Tomasz Korzeniowski zaskoczył część środowiska muzealników podczas niedawnej konferencji naukowej poświęconej kościołowi. Domagał się wprowadzenia wyposażenia z czasów polskich. Krytykuje też zamiar wystawienia w odnowionej świątyni sprowadzonego do Malborka przez Konrada Steinbrech-ta ołtarza z Tękit z 1504 roku. Jego zdaniem, wstawienie tego ołtarza z jednoczesną eliminacją eksponowanych obecnie części barokowych ołtarzy z 1687 i 1741 roku będzie działaniem wpisującym się w zwyczaj regotyzacji zabytków popularnym w XIX stuleciu. Twierdzi, że unicestwiono wówczas wiele cennych przykładów barokowego wyposażenia świątyń, a przecież obecność okazałych, późniejszych stylowo ołtarzy z XVII czy XVIII wieku we wnętrzach go- 76 Spory wokół kościoła zamkowego w Malborku Madonna z malborskiego zamku przed 194Sr.,fot. Archiwum Fundacji Mater Dei tyckich to niemal powszechna cecha dziedzictwa dawnej Rzeczpospolitej. Zamiar usunięcia z wnętrza kościoła zamkowego bezcennych historycznie pamiątek, którymi są zachowane częściowo barokowe ołtarze jezuickie, jest dla niego trudny do zaakceptowania pod względem konserwatorskim. Uważa, że zachowanie i wyeksponowanie obu ołtarzy na pierwotnym miejscu jest oczywistym obowiązkiem dyrekcji muzeum. Prezes Towarzystwa Opieki nad Zabytkami przypomina fragment preambuły konstytucji RP o tym, że jesteśmy „zobowiązani, by przekazać przyszłym pokoleniom wszystko, co cenne z ponadtysiącletniego dorobku”. Jego zdaniem, to rozstrzyga jednoznacznie prawny obowiązek zachowania w kościele elementów barokowych. Tomasz Korzeniowski twierdzi też, że są one najważniejszą materialną pamiątką trzystuletniego władztwa Pierwszej Rzeczpospolitej na malborskim zamku, będącym największym polskim trofeum zwycięskiej wojny trzynastoletniej. Ma nadzieję, że ostatecznie uda się uwzględnić te kwestie w planowanej inwestycji, która wpisze się w trwającą od lat serię ważnych przedsięwzięć konserwatorskich realizowanych w zabytku światowej klasy. LICZĄ SIĘ PROPORCJE Grzegorz Kita, jeden z autorytetów w gronie malborskich przewodników, nie do końca zgadza się z taką argumentacją. Uważa, że ołtarz z Tękit też powinien stanąć w odnowionym kościele obok tych jezuickich. Jako powód przytacza proste wyliczenie. Gdyby porównać czas istnienia wyposażenia nawiązującego do czasów krzyżackich i tego polskiego, to stosunek wynosiłby 2 do 1. Grzegorz Kita zaznacza, że jest to pewne uproszczenie. W tym przypadku duch wnętrza kościoła z czasów krzyżackich i polskich jest równie ważny. Jego zdaniem, muzealnicy, historycy różnych dziedzin naukowych i decydenci powinni stanowczo wypowiedzieć się, który ołtarz i gdzie powinien się znaleźć. Miejsca w kościele jest dużo. Jacek Skrobisz 77 Najbliższe lata pokażą, w jakiej formie odtworzony zostanie kościół. Muzeum Zamkowe zamierza złożyć wniosek o dofinansowanie prac remontowo-konserwatorskich do Norweskiego Mechanizmu Finansowego. Rząd norweski już raz pomógł finansowo muzeum, dzięki czemu wyremontowano Zamek Średni, m.in. z niedostępnym przez kilkadziesiąt lat dla turystów Wielkim Refektarzem i nigdy niepokazywanymi piwnicami. Szacuje się, że prace w samym kościele pochłoną ponad 20 min zł, a muzeum chciałoby otrzymać z NMF ok. 15 min zł. Co, jeśli się nie uda? Wtedy malborska instytucja będzie musiała sfinansować roboty z własnego budżetu. Mariusz Mierzwiński, dyrektor Muzeum Zamkowego, zapewnia, że uwaga muzealników od przyszłego roku będzie skupiona tylko na świątyni Najświętszej Marii Panny - nie tylko w środku, ale też na zewnątrz. Od pięciu lat bardzo dużo mówi się o odbudowie ośmiometrowej figury Madonny w zewnętrznej niszy kościoła. Pieniądze na ten cel zbiera Fundacja Ma-ter Dei. Do tego czasu zebrano 273 tys. zł i jest to kropla w morzu potrzeb. Odtworzenie figury, w zależności od techniki wykonania prac (jedyna pracownia potrafiąca wykonać posąg według metod średniowiecznych znajduje się we Włoszech), wyniesie około 1 min zł, choć mówi się nawet o 2 min zł. Dla wielu, posąg Madonny jest ostatnim brakującym symbolem krzyżackiego zamku. LEGENDA Z POLITYCZNYM PODTEKSTEM Z Madonną wiąże się kilka legend. Jedna z nich opowiada o wydarzeniach po przegranej bitwie pod Grunwaldem, gdy Malbork był oblegany przez wojska polsko-litewskie oraz m.in. tatarskich żołnierzy. Doszło wtedy do profanacji gotyckiej rzeźby Matki Boskiej. Kilku podchmielonych wojaków szydziło z niej. Był wśród nich bezbożny rusznikarz, który zapewnił kłamliwie swoich kompanów, że każdy z nich zdobędzie w przyszłości umiejętność oddania każdego dnia trzech celnych strzałów, jeśli odda strzał do posągu Madonny. Uwierzył mu jeden z młodych Kozaków, napiął łuk i wypuścił strzałę, która chybiła celu. Za to on sam stracił wzrok. Bezbożny rusznikarz roześmiał się, pochwycił strzelbę i chciał z niej oddać strzał. Nie zdążył tego zrobić, gdyż w chwili, gdy składał się do tego strzału, lufę strzelby rozerwało. Od rozlatujących się metalowych części zginęło kilku najbliżej stojących wojowników. Życie utracił też dowódca Tatarów, który wcześniej w bitwie pod Grunwaldem zadał śmiertelny cios wielkiemu mistrzowi Zakonu Niemieckiego, Ulrichowi von Jungingenowi. Pozostali Ta-tarzy wpadli w złość, chwycili za szable i pomścili śmierć swego dowódcy zabijając rusznikarza. W taki to sposób bezbożny człowiek stracił życie za udzielanie niecnych i fałszywych rad o trzech pewnych strzałach. Legendę opisał Roman Apolinary Regliński w książce pt. „W kręgu legend krzyżackich”, ale i Jan Długosz miał wspomnieć o historii strzelania do posągu. Nie brakuje też przypowieści związanych z mocą figury, które mogą przez niektórych zostać potraktowane w wymiarze politycznym. Przypowieść mówi bowiem, że tak długo, jak owa figura stoi na swoim miejscu, ziemia, jaką ona dogląda, pozostanie pod niemiecką kontrolą. Gdy wróci w swoje miejsce posąg Matki Boskiej Malborskiej, wróci też na te ziemie duch niemiecki... Za pomoc merytoryczną przy pisaniu tego tekstu dziękuję Panom: Grzegorzowi Kicie, Bernardowi Jesionowskiemu, Jerzemu Kapejewskiemu i Andrzejowi Pankowi. 78 Uśnickie Anioły Aleksandra Kuźbida UŚNICKIE ANIOŁY Cisza. Na środku sceny kształtuje się swego rodzaju krąg. Krąg aktorów, trzymających się za ręce. Nagle nadchodzi chaos. Aktorzy padają na ziemię, zwijają się w bezbronne kłębki. Powoli wstają, bujają się na boki, są zagubieni. Jeden z aktorów odważa się wyjść z kręgu, wyciągając swoje ręce do drugiego w akcie dawania. Po chwili rezygnuje, splata swoje kończyny wokół siebie. Odchodzi, a wraz z jego odejściem pojawia się poczucie wyczekiwania... Co będzie dalej? Kto przyjdzie? Kolejny dawca. Niby intencja ta sama, jednak znaczenie inne. Jaskrawożółty materiał otula każdego aktora, sprawiając, że ten otwiera się. Na świat, na życie, na innych. Przytula bliskich, tańczy, obraca się wokół siebie. Nie ma nic do ukrycia. Ma wiele do podarowania. Jest Aniołem. „Podaruj mi...” sztuka trwająca niespełna piętnaście minut, bardzo wymownie pokazuje, że w życiu istotne jest dawanie, nie w znaczeniu materialnym tylko w metafizycznym właśnie. Dobro ludzkie jest nieograniczone, można nim dzielić bez jakiejkolwiek reglamentacji. Pokrojone, rozdzielone, rozrzucone, mnoży się jeszcze bardziej, rozsiewa swoje nasiona, rodząc dodatkowe plony, które można zbierać i poddawać dalszej produkcji. I to wszystko za darmo. Największe bogactwo. Takie dobro przekazują uczniowie Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Uśnicach, którzy już od ośmiu lat tworzą zespół teatralny „Uśnickie Anioły”. Ich stróżami są nauczycielki ośrodka, Agnieszka Doering oraz Jolanta Masny. Do wiosny tego roku stróżem był również Jarosław Pacanek. Ich ciężka praca, połączona z niezwykłą przyjemnością oraz własną satysfakcją, przekłada się na liczne sukcesy uśnickich aktorów. „Anioły” co roku biorą udział w Kwidzyńskim Forum Teatralnym, na którym zdobywają liczne nagrody oraz wyróżnienia. Dodatkowo, sztuki były również przedstawiane na Międzynarodowych Spotkaniach Artystycznych w Elblągu, a także na Festiwalu Teatralnym „Akcept” w Gdańsku. Na ich skrzydła została wręczona, m.in. prestiżowa nagroda „Dziennika Bałtyckiego”, nagroda Pomorskiego Kuratora Oświaty, nagroda Starosty Powiatowego w Kwidzynie, a nawet nagroda od Marszałka Województwa Pomorskiego. Tak ogromne docenienie umiejętności artystycznych „Aniołów” oraz pracy, włożonej przez pedagogów, z pewnością rozwijają skrzydła oraz przenoszą choć na chwilę do nieba. Nieba, w którym wszystko jest prostsze, barwniejsze, łatwiejsze. Nieba, w którym każdy jest na równi, bez podziałów i uprzedzeń. Z dala od świata, kierującego się stereotypami, często zabarwionymi negatywnie. GDZIE „ANIOŁÓW” KILKANAŚCIE, TAM TWORZĄ SIĘ BAŚNIE Nie, nie od początku był to teatr, raczej teatrzyk, coś w rodzaju kółka teatralnego, który miał rozwijać ukryte talenty aktorskie uczniów Ośrodka. Chęć wystąpienia na profesjonalnej scenie sprawiła, że Jolanta Masny, Jarosław Pacanek oraz Krzysztof Maciąg postanowili Aleksandra Kuźbida 79 stworzyć sztukę, która zostałaby wystawiona na deskach Kwidzyńskiego Forum Teatralnego Szkolnictwa Specjalnego. Był rok 2004. Po długich namysłach, wybór padł na „Szewczyka Dratewkę”. Główne rołe zagrane przez siedmiu uczniów, aranżacja muzyczna oraz całokształt scenariusza i scenografii sprawiły, że sztuka została entuzjastycznie przyjęta. Grupie z Uśnie przyznano nagrodę „Dziennika Bałtyckiego”. Ten sukces dodał im skrzydeł. Rok 2005. Do Ośrodka w Uśnicach została przyjęta Agnieszka Doering. Szybko okazało się, że jej zainteresowania krążą wokół teatru oraz muzyki. Chęć robienia czegoś twórczego zaowocowała powstaniem zespołu teatralno-wokalnego „Uśnickie Anioły”. Rok 2006. Inspiracja utworem Edwarda Stachury wpłynęła na powstanie kolejnego przedstawienia „Człowiek człowiekowi wilkiem...” Dzięki pomocy Szczepana Okroją, aktorzy wystąpili w profesjonalnych maskach zrobionych z gipsu, a przy pomocy Aleksandry Nowak, która jest szkolną krawcową, mieli na sobie czarno-białe kostiumy, symbolizujące dobro i zło współczesnego świata. Przedstawienie, grane przez dziesięciu aktorów, było swego rodzaju lekcją życia, wyznacznikiem, jak postępować, by nie dać się sprzedać w krainie, w której rządzą władza, zawiść, pieniądze, sława... Przekaz był na tyle doskonały, że „Anioły” pod swoje skrzydła przyjęły kolejną nagrodę: Pomorskiego Kuratora Oświaty. Duma, radość oraz coraz większa miłość do teatru tylko nakręcały nauczycieli oraz uczniów do dalszego działania. Rok 2007. Praca nad spektaklem „Robin Schudł” - żartobliwej historii o miłosnych perypetiach słynnego Robin Hooda. W sztuce wystąpili stali członkowie zespołu, jak i nowi aktorzy. Łącznie piętnaście osób. Jurorzy Kwidzyńskiego Forum Teatralnego przyznali „Aniołom” nagrodę Starosty Powiatowego w Kwidzynie. Dodatkowo, sztuka została wystawiona 80 Uśnickie Anioły w Domu Pomocy „Agape” w Nowym Stawie oraz podczas uroczystości zakończenia roku szkolnego, gdzie rodzice aktorów mogli na żywo obejrzeć zmagania teatralne swoich dzieci. Rok 2007 to również rok przełomu dla „Aniołów”, ponieważ od tej pory postanowiono, że nie będą już więcej wykorzystywane dialogi. Całość będzie opierała się na pantomimie i tańcu. Rok 2008. Barwny czas przygotowywania przedstawienia „Kolory ziemi”. Spektakl ten to opowieść o rasach ludzkich, kolorach skóry, które tak naprawdę są tylko zewnętrzną cechą człowieka. W rzeczywistości, każde istnienie jest takie same, ludzie mają podobne potrzeby oraz priorytety życiowe. Dwunastu aktorów, grających na scenie, pokazało widowni, że nie należy dzielić świata pod kątem wyglądu i pochodzenia. Sztuka dostarczyła mocnych wrażeń, zarówno wizualnych jak i emocjonalnych. Została nagrodzona przez Marszałka Województwa Pomorskiego. Rok 2009. Pantomima „Podaruj mi...”, opisana na samym początku, to kolejna lekcja, ucząca tego, że należy dzielić się dobrem z bliźnimi. Jedenaście osób na scenie pokazało, że dając samego siebie, daje się wszystko. Aktorzy odcedzili bogactwo materialne od duchowego, ucząc nas -odbiorców, że w życiu są sprawy ważniejsze niż tylko zawartość portfela. Rok 2010. „Krąg stworzenia”. Historia początku i końca, życia i śmierci, odchodzenia i wracania. To nauka tego, że wszystko ma swój sens. Spektakl, zmuszający do refleksji, został zagrany przez dziesięciu „Aniołów”. Rok 2011 to czas wielu prób przy sztuce „Inny niż co dzień-dzień”. To zobrazowanie zwykłego dnia, który tylko z pozoru wygląda ciągle tak samo. Scena podzieliła się na swego rodzaju dwa obozy: jednych, którzy celebrują każdą chwilę, nawet tę monotonną, taką jak np. Aleksandra Kuźbida 81 jedzenie śniadania, drudzy natomiast wcielili się z rolę tzw. robotów, czyli osób, które każdego dnia czynią wszystko mechanicznie, często nie zauważając, jak piękne momenty ich omijają. Spektakl tak bardzo spodobał się jurorom Kwidzyńskiego Forum Teatralnego, że „Anioły” otrzymały Nagrodę Zgromadzenia Ojców Benedyktynów z Tyńca. Dostały również zaproszenie na Międzynarodowe Spotkania Artystyczne w Elblągu. Rok 2012. „Anioły” wciąż rozwijają skrzydła, konsekwentnie spotykając się na próbach. Tym razem praca polegała na stworzeniu przedstawienia „Inny świat?” Znak zapytania nie jest tu przypadkiem, gdyż to właśnie on powinien zmusić odbiorcę do pewnej refleksji. Jakiej? Takiej, że innego świata nie ma. Istnieje tylko jeden, ten, w którym żyjemy my wszyscy. Bez podziałów na pełnosprawnych i niepełnosprawnych. W życiu, którego doświadczamy na co dzień, każdy człowiek jest taki sam. Różnić mogą nas jedynie cechy zewnętrzne. W rzeczywistości, wszyscy mamy te same potrzeby, pragniemy kochać, mamy swoje marzenia i fantazje. Morałem sztuki było zniszczenie symbolicznej bariery, która podzieliła scenę. Zważając na fakt, iż Kwidzyńskie Fora Teatralne odbywają się w maju, a rok 2012 był szczególnym rokiem dla Polski, końcówka przedstawienia przybrała barwy biało-czerwone, a polscy kibice, zjednoczyli się ze sobą, nie bacząc na to, czy ktoś jest sprawny, czy też nie. Ten optymistyczny akcent został ciepło odebrany przez widownię oraz jury. „Uśnickie Anioły” ponownie otrzymały Nagrodę Zgromadzenia Ojców Benedyktynów z Tyńca, po czym zostały zaproszone na Festiwal Teatralny „Akcept” w Gdańsku, gdzie przez trzy dni aktywnie uczestniczyły w życiu kulturalnym. Doświadczyły prawdziwego wymiaru sztuki oraz pozyskały nowe inspiracje, które z pewnością przełożą się na przyszłe przedsięwzięcia. „ANIOŁÓW” JEST WIELE Każdy z nich jest odrębną historią, która wprowadza do grupy coś niezwykłego, magicznego. To swego rodzaju połączenie różnych światów, które stają się jednym, spójnym, przepełnionym dobrem. To świat uczący innych, jak warto postępować oraz czym kierować się w swojej krótkiej, ale jakże fascynującej egzystencji. Nie ma stałej liczby członków zespołu. Z roku na rok, jedni uczniowie kończą swoją edukację w Ośrodku, drudzy dopiero zaczynają. Każdy wychowanek może uczestniczyć w danym projekcie, musi po prostu to chcieć i czuć. „Anioł” mają różne talenty. Jeden wokalny, drugi muzyczny, trzeci taneczny. Z reguły na scenie jest około piętnastu aktorów. Jednak nie jest to sztywny wyznacznik, ponieważ każda sztuka wymaga osobnego traktowania. To wszystko zależy od rodzaju spektaklu oraz potrzeby odpowiedniego przekazu. Jednak zawsze głównym aktorem przedstawienia jest muzyka. To właśnie ona napędza Anioły do gry. Jest inspiracją. Od samego początku istnienia „Aniołów”, w zespole jest Dawid - osiemnastolatek, który zachwyca nie tylko swoją urodą, ale przede wszystkim umiejętnościami tanecznymi. Potrafi nawet stanąć na głowie lub rękach. Jest bardzo życzliwy i szybko się uczy, dzięki czemu pełni rolę podpory dla smoka o trzech głowach (tak właśnie nazywają siebie pedagodzy, opiekujący się zespołem). Kolejnym „Aniołem” jest prawie dwumetrowy, dziewiętnastoletni Marcin, słynący 82 Uśnickie Anioły z tego, że świetnie gra na bębnach. Jest uzdolniony zarówno rytmicznie, jak i wokalnie, a wraz z Dawidem tworzy męski filar grupy. Oktawia, zazwyczaj obsadzana jest w rolach, pokazujących te dobre strony życia. To właśnie ona zagrała postać, celebrującą zwykły dzień w spektaklu „Inny niż co dzień-dzień”. I choć ma dopiero siedemnaście lat, świetnie gra mimiką twarzy i potrafi przyciągnąć widza. Osobą, która z pewnością nie może funkcjonować bez prób i wyjazdów z „Aniołami” jest Sylwia - wyrazista, pełna własnych zasad moralnych, których twardo się trzyma, choć dla zespołu jest w stanie poświęcić naprawdę wiele. Agata jest uzdolniona wokalnie. Co prawda zagrała w sztuce tylko raz, jednak odnosi liczne sukcesy w wokalnych przeglądach i festiwalach (nawet ogólnopolskich!). Jest trochę nerwowa, jednak muzyka sprawia, że szybko się uspokaja i wprowadza w doskonały nastrój. Małym „Aniołkiem” w zespole jest piętnastoletnia Karolina, która, mimo wieku, już teraz ma zadatki na prawdziwą gwiazdę. Rzadko narzeka, jest zawsze chętna do pracy i pomocy innym. Dodatkowo, pełni swego rodzaju rolę suflera, ponieważ zna niemalże wszystkie role i dzięki temu z pewnością żaden „Anioł” nie zgubi się na scenie. W zespole jest również Paula, znana wszystkim, jako gaduła, która często nie wie, gdzie jest jej miejsce na scenie oraz Paweł, który często nie rozumie, co się do niego mówi, jednak ze wszystkich sil stara się to ukryć i po prostu zgaduje, co ktoś miał na myśli. Odkrytym „Aniołem” jest Piotr - siedemnastolatek, zachwycający swoim aktorskim talentem. Piotr nie mówi, ale dzięki umiejętnościom pantomimicznym, potrafi wyrazić każdą, nawet najbardziej subtelną emocję. Jest też Michał, który pod skrzydłami zespołu przeistoczył się z małego chłopca, w prawdziwego mężczyznę, który nie boi się poważnych rozmów na temat życia. W tym roku odfrunął „Anioł” - Ewa, która już skończyła szkołę. Wszyscy pamiętają ją, jako prawdziwą gwiazdę, która, choć chimeryczna, potrafiła zagrać dosłownie wszystko -od złej czarownicy, po zakochaną niewidomą dziewczynę. Ewa umiała tak dobrze grać swoim ciałem, że widzowie naprawdę uwierzyli w to, że jest niewidoma. To, że jest już absolwentką, nie znaczy, że całkowicie odeszła z zespołu. Już na zawsze pozostanie w niej jakaś cząstka „Anioła”. Próby odbywają się raz w tygodniu, we wtorki. Uczniowie spotykają się na sali gimnastycznej na terenie Ośrodka. I choć warunki wcale nie przypominają profesjonalnej sceny teatralnej, aktorzy doskonale sobie z tym radzą. Dzięki wytworom wyobraźni, są w stanie odnaleźć się na tej niepozornej sali, przeznaczonej do uprawiania sportu. Tu tym bardziej uwidacznia się niezwykły talent „Aniołów”. Nie jest dla nich problemem przeniesienie wystawianej sztuki z zimnej, niedrewnianej podłogi na prawdziwą scenę w teatrze. Pytając o najczęściej wspominany spektakl, większość wskazuje na „Inny niż co dzień-dzień”. Być może dlatego, że dotyczy ona nas wszystkich. W zabieganym świecie, wyścigu szczurów, żądzy pieniądza i sławy, często zapominamy o tym, jak bardzo ważne jest docenienie choćby najmniejszego sukcesu zwykłego dnia. Już nawet sam fakt obudzenia się Aleksandra Kuźbida 83 i otrzymania możliwości przeżycia kolejnego dnia jest niezwykły. Delektowanie się minutą życia oraz celebracja chwili jest niezwykle potrzebna w odnalezieniu prawdziwego szczęścia. To nic nie kosztuje, a tak wiele daje. Właściwie trudno określić, dlaczego „Uśnickie Anioły” to akurat „Anioły”. Być może dlatego, że uczniowie Ośrodka, aktorzy zespołu teatralnego, sami tak siebie nazywają. Wierzą w to, że w naszym świecie pełnią rolę malutkich „Aniołów”, którzy gestem, mimiką, tańcem oraz grą na scenie choć trochę pomogą nam odnaleźć siebie w rzeczywistości, która nierzadko bywa brutalna. „Anioły” zstępują na ziemię z pewną misją. CICHA MISJA „ANIOŁÓW” Dlaczego teatr? Ponieważ jest to doskonała forma rozwijania talentów uczniów Ośrodka w Uśnicach. Wystawiane sztuki to próba udowodnienia, że człowiek niepełnosprawny też ma coś do przekazania we współczesnym świecie. Ma swoje uczucia oraz emocje, które jest w stanie wyrazić. Trudności werbalne większości aktorów sprawiły, że opiekunowie postanowili skupić się na pantomimie oraz tańcu. Taka forma ma swój głębszy przekaz, który nie tylko wymaga od „Aniołów” większego zaangażowania, ale również wymusza od samego widza próby refleksji nad własną egzystencją. Zmusza do wyobrażenia sobie czegoś, co nie jest dosadnie ukazane na scenie. „Anioły” uczą, wzruszają, sugerują odbiorcom, jak poruszać się w świecie, w którym niektóre wartości zostały już dawno zapomniane, a przynajmniej odłożone na drugi plan. Misja „Aniołów” polega na tym, by przypomnieć nam, jak bardzo ważna jest bezinteresowna pomoc, dobro, miłość i tolerancja. 84 Uśnickie Anioły Sens istnienia „Aniołów” jest dwuznaczny. Z jednej strony aktorzy, stojąc na scenie przed swoją widownią, mają poczucie tego, że są członkami społeczeństwa, nie dzieli ich niepełnosprawność, która często jest przeszkodą w normalnym funkcjonowaniu wśród innych ludzi. Pantomima okazuje się komunikacją bez barier, stwarza pole do popisu, pomaga otworzyć się przed widzami. Osoby niesprawne mają okazję do wyrażenia swoich uczuć, uświadamiają sobie, że funkcjonują w środowisku społecznym, w którym można porozumiewać się bez przemocy. Dodatkowo, podnoszą swoją samoocenę, wzajemnie siebie wspierając oraz zaczynają wierzyć w swoje wartości oraz umiejętności. „Uśnickie Anioły” to obszar rozwijania osobowości, kształtowania wrażliwości, wyobraźni, a także umiejętności komunikacji interpersonalnej. Z drugiej jednak strony, „Anioły” uczą nas - widzów. Pomagają nam w refleksji nad samym sobą, a także nad środowiskiem, w którym żyjemy. Łamią stereotypy, udowadniają, że osoby niepełnosprawne nie są odrębną grupą, tylko żyją wśród nas. Uczniowie Ośrodka, otwierając się przed nami na scenie, sprawiają, że i my otwieramy się na nich. Nie uciekamy od tego, co nieznane lub tajemnicze. Odbiorca ma chęć poznania świata „Aniołów”, próbuje zrozumieć mechanizm rozumowania osoby, która nie jest w pełni sprawna intelektualnie. Scena jest tylko materialną barierą pomiędzy „Aniołami” a widzami. Z pedagogicznego punktu widzenia, zespół pomaga w komunikacji na trzech płaszczyznach: uczeń-uczeń, uczeń-nauczyciel oraz uczeń-rodzic. Dodatkowo, uczy komunikacji bez barier, pomaga w nawiązywaniu nowych przyjaźni oraz umacnianiu już istniejących więzi. Aktywność w zespole uczy wychowanków organizacji wolnego czasu w sposób twórczy i przyjemny. Kształtuje ona postawy, związane z kulturą życia codziennego, a także przybliża uczniom tradycje i obyczaje lokalne, regionalne oraz pogłębia poczucie przynależności do społeczności. Dzięki zajęciom twórczym, osoby niepełnosprawne, rozbudzają swój słuch, ćwiczą mowę oraz kształtują swoją precyzję ruchu. Zespół teatralny uczy, jak wyrażać swoje emocje zarówno pozytywne, jak i te negatywne w sposób akceptowalny. Pogłębia więzi międzyludzkie, wyczula na różne instynkty oraz zmusza do bliskich kontaktów, sprzyjających nauce zawierania nowych relacji. Uczestnictwo w zespole daje szansę pełniejszego udziału w życiu społecznym. Dzięki przybieranym maskom, odgrywanym rolom, niepełnosprawni aktorzy kształtują swój byt oraz mają możliwość odegrania funkcji społecznej takiej, jakiej nie pozwala życie realne. Moment na scenie to chwila oderwania się od rzeczywistości. To chwila fantazjowania, spełniania marzeń, a także swobodnej ekspresji. „Anioły” zaspokajają swoje indywidualne potrzeby i usamodzielniają się, co owocuje w realnym życiu. Osoby niepełnosprawne niwelują w sobie tremę, wstyd i strach przed odrzuceniem przez środowisko. Poprzez aktywne uczestnictwo w życiu kulturalnym, wychowankowie Ośrodka w Uśnicach poprawiają swoje zachowanie, a także mają wyższą kulturę osobistą. Gra na scenie rozwija ich naturalność, rozładowuje napięcia, a przede wszystkim pozbywa kompleksów. Anioł jest istotą spontaniczną i odpowiedzialną za drugiego człowieka. Rozwija skrzydła, które przez różne sytuacje życiowe zostały podcięte. Każdy spektakl jest dodatkowym piórkiem do owego skrzydła, które mogą wzbijać się coraz wyżej i wyżej. Aleksandra Kuźbida 85 ŚWIAT TO NIEBO I PIEKŁO „Anioły” zstępując na scenę, łamią deski stereotypów. Pokazują, że wszelkiego rodzaju niepełnosprawności to tylko dodatek do życia, który wcale nie musi być udręką oraz przeszkodą w ujawnianiu własnych emocji oraz uczuć. Aktorzy, wspólnie grając, stwarzają swoje własne niebo, w których rozwijają swe skrzydła. Latają nad odbiorcami, przekonują widza, jakie wartości powinny być priorytetami w życiu. Są ponad nami, uczą wyobraźni, zmuszają do przemyśleń, niekiedy nawet bardzo wstydliwych. „Anioły” nie boją się tego, co nieuchronne, poddają się życiu takie jakie jest, a dzięki wystawianej sztuce, mogą to życie choć w pewnym stopniu pokolorować. Choć wielu z nas jeszcze o tym nie wie, „Uśnickie Anioły” są naszymi nauczycielami. Uczą, jak zharmonizować dwa światy, które siedzą w naszych głowach: świat ludzi sprawnych i niepełnosprawnych. Scena pomaga łączyć te dwa bliskie, a jednocześnie bardzo odległe istnienia. Dla każdego człowieka powinno być to obcowanie intymne, z samym sobą. Coś w stylu prześwietlenia własnej duszy oraz sumienia. Nie chodzi tu tylko o wyznawane idee oraz wartości. Chodzi również o przekonania, uprzedzenia i zbyt szybkie przyklejanie łatek do każdego człowieka. „Anioły” otwierają przed nami skrzydła, pokazują siebie takimi, jakimi są. Co więcej, chcą nas - widzów pod te swoje skrzydła zabrać, otulić ciepłem i udowodnić, że świat wcale nie musi być okrutny, szary i poddany żądzy pieniądza. Śledząc zmagania aktorów na scenie, powinniśmy ujrzeć w „Aniołach” wysłanników, którzy chcą nam coś przekazać. Ten przekaz należy trzymać w głębi siebie i regularnie odkopywać go, nie tylko wtedy, gdy jest nam źle, ale również wtedy, gdy jest dobrze. Światem rządzą różne wartości oraz emocje, zarówno dobro, jak i zło, szczęście i klęska, miłość i nienawiść, śmiech i płacz, strach i spokój... To wszystko przeplata się w naszej codzienności, która choć tak zwykła, niepowtarzalna jest. Świat to piekło i niebo. Konfrontacja tych dwóch płaszczyzn rozgrywa się w naszych sercach. Ważne jest, aby znaleźć odpowiednią drogę ku niebu. Bo w niebie są anioły. A najbliższe „Anioły” są w Uśnicach. Trzeciego grudnia obchodzimy Międzynarodowy Dzień Osób Niepełnosprawnych. W tym roku jest to wyjątkowo ważny dzień dla naszego małego lokalnego świata, ponieważ to właśnie wtedy zostanie podpisana wzajemna współpraca pomiędzy Ośrodkiem w Uśnicach a szkołami z całego regionu. Dzięki temu, oba światy, przedstawione w spektaklu „Inny świat?” zostaną połączone. Dzieci niepełnosprawne oraz pełnosprawne będą miały okazję do wspólnej pracy. Zostaną zorganizowane nowe przedsięwzięcia, w których wystąpią uczniowie różnych szkół. Będzie to symboliczny moment zjednoczenia, który przełamie wszelkiego rodzaju bariery, które budowane są przez bezpodstawne uprzedzenia, tak bardzo deformujące naszą rzeczywistość. Warto tego dnia choć na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wokół siebie i otworzyć się na innych. Od trzeciego grudnia wyczekujmy wspaniałych sztuk, które będą przygotowane przez najlepszych młodych aktorów z całego regionu!1 1 W czerwcu tego roku powstało Stowarzyszenie „Do życia przez życie ’, którego celem jest niesienie różnorakiej pomocy dzieciom oraz młodzieży niepełnosprawnej. Aby przekazać swoją cegiełkę, należy skontaktować się z prezesem Stowarzyszenia Jolantą Masny lub zasilić konto: 42 1020 1778 0000 2902 0105 5219 (SOSW Uśnice, 82-400 Sztum) Na tropach historii Janusz Namenanik DZIEJE RATUSZA W DZIERZGONIU Ratusz (niem. Rathaus - czyli dom rady) to reprezentacyjny budynek użyteczności publicznej, zwykle tradycyjna siedziba samorządowych władz miejskich. Budowano go najczęściej na planie prostokąta i nadawano formę monumentalną1. Ratusze w miastach północnej Europy pojawiać zaczęły się w XIII wieku. Były stawiane na planie czworoboku i sytuowane w centrum miasta. Ważnym elementem była wieża, pełniąca funkcję strażnicy miejskiej. Z wieży prowadzono obserwację miasta oraz terenu i sygnalizowano o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Na wieży był umieszczony zegar (zapewne jeden z nielicznych w mieście). Jak pisze autor monografii Dzierzgonia ks. Alojzy Szorc2: „Na podstawie pisma burmistrza Dzierzgonia z dnia 20 października 1728 roku przytoczono tekst, w którym jest mowa o chorągiewce. Była ona wywieszana na ratuszu w dni targowe od wczesnego poranka do godziny 9-tej w lecie i 10-tej w zimie. Do tego czasu kupcy przyjezdni nie mogli niczego kupować. Najstarsze zapisy o chorągiewce zawarte są w wilkierzu krzyżackim z 1503 roku.” Budynek posiadał dużą salę przeznaczoną do obrad rady miasta, która to na ogół była usytuowana na piętrze. Ratusz, jako budynek monumentalny i reprezentacyjny był symbolem siły i samorządności miasta. W dniu 3 stycznia 1299 roku komtur Heinrich von Baternrade za zgodą mistrza krajowego Reinharda von Querfurt przyznał miastu przywilej, w którym określano, że miasto Dzierzgoń może zbudować ratusz. Ratusz ten został zbudowany w 1300 roku3. Miejscem, gdzie postawiono ratusz był rynek miasta. Dzierzgoń w sumie nie posiadał typowego dla innych miast rynku na planie kwadratu. Pewne spekulacje na ten temat przeprowadził A. Szorc4, który pisał: „O rozplanowaniu miasta decydowało prawo lokacyjne w tym sensie, że miasta naśladowały styl miasta macierzystego. Dzierzgoń był lokowany naprawie chełmińskim więc rozplanowanie ulic powinno być podobne jak w Chełmnie. W środku dużego rynku samotnie stoi ratusz, dokoła niego plac miejski, następnie teren przeznaczony na zabudowę został podzielony siecią ulic w formie szachownicy. W Dzierzgoniu jednak tej regularności nie widzimy. Tutaj nigdy nie było centralnego placu z ratuszem pośrodku, ale szeroka ulica wokół, której wytyczono mniejsze uliczki równolegle lub prostopadle”. Dalej stwierdza, iż to dziwne, bo to w miastach na prawie lubeckim nie ma rynku, tylko główna szeroka ulica, np. Gdańsk, Braniewo. Dzierzgoń, mimo że lokowany na prawie chełmińskim, to rozplanowanie jego placu miejskiego było zbliżone do miast na prawie lubeckim. H. Wunder5 fakt ten tłumaczy pochodzeniem pierwszych mieszczan dzierzgoń-skich z okolic nadbrzeża, np. Elbląga. 1 W. Szolginia, Architektura i budownictwo, Warszawa 1992, s. 134. 2 A. Szorc, Dzierzgoń od początku do dni naszych 1248-1998, Dzierzgoń 1998., s. 89. 3 Schmid, Bau-und Kunstdenkmaler Pomesaniens, 3.Kreis Sthum, Danzig 1909, s. 23. 4 Szorc, op. cit., s. 40. 5 H. Wunder, Siedlungs-und Bevdlkerungsgeschichte der Komturei Christburg 13.-16, Jahrhundert, Wiesbaden 1968. Janusz Namenanik 87 Sadzę, że wyżej wymienieni autorzy nie mają racji. Otóż prawo jest prawem, a rzeczywistość nie zawsze stwarza warunki, aby owo prawo (w tym przypadku raczej prawo zwyczajowe) dosłownie zrealizować. Wystarczy przeanalizować plan Dzierzgonia, na którym zaznaczone są poziomice określające ukształtowanie terenu. Każdy mieszkaniec miasta wie i zna zapewne powiedzenie, że obojętnie gdzie w mieście nie stoimy to „mamy jedną nogę wyżej a drugą niżej”. Takie jest specyficzne ukształtowanie terenu na jakim położony jest Dzierzgoń. Na najwyższym i obronnie najlepszym szczycie ulokowano zamek, u podnóża którego znajduje się kościół i ulokowane zostało miasto. Miasto również musiało posiadać znikome, ale istotne położenie obronne. Na jego obrzeżach przepływała rzeka Dzierzgoń (wów- V°n Albert Frisch, Berlin W 35. Plan von Christburg 1810 Zin rUr Dnmanen-Recistratur der Kgl. Regierung Marienwerdcr.) 88 Dzieje ratusza w Dzierzgoniu czas bardziej rozlana), która stanowiła naturalną linię ewentualnej obrony. Biorąc te czynniki pod uwagę, łatwo możemy stwierdzić fakt, że znalezienie płaskiego obszaru względnie dużego i położonego wewnątrz miasta możliwe było tylko i wyłącznie w jednym miejscu, a że jego kształt jest zdecydowanie prostokątem a nie kwadratem wynika tylko i wyłącznie z ukształtowania terenu i nie ma na to wpływu prawo chełmińskie czy też inne. Tzw. dzierzgoński „świński rynek” też nie był placem a ulicą. Taka jest „uroda Dzierzgonia”. Specyficzne jest również umiejscowienie dzierzgońskiego ratusza, był on wybudowany nie na środku, lecz na skraju Rynku, a dokładnie w południowej jego części. Gdybyśmy współcześnie chcieli odtworzyć jego lokalizację, to należałoby go umieścić naprzeciw obecnego Ratusza i nieco poniżej na środkowej części placu Wolności. Dokonajmy próby oszacowania rozmiarów Ratusza. Na planie miasta sporządzonym przez Vogt’a w 1810 roku jest on wyraźnie oznaczony. Zakładając, że plan zachowuje proporcje rozmiarów obiektów, można porównać ratusz do obiektów aktualnie istniejących, których rozmiary doskonale znamy (np. budynek klasztoru). Z naszego szacunku wynika, że Ratusz był zbudowany na planie prostokąta o wymiarach zewnętrznych około 9 na 18 metrów, więc jak na warunki Dzierzgonia była to budowla dość okazała. Dłuższe boki ratusza były odpowiednio równoległe do dłuższych boków Rynku, a krótszy bok ratusza z jego południowej strony leżał tuż przy granicy Rynku. Jedyny widok ratusza przedstawiony jest na obrazie w książce Hartknocha6 z 1684 roku. Widzimy tu typowy budynek z dwuspadowym dachem i czterema oknami od frontu, ze środka dachu wystaje znacznej wysokości wieża porównywalna do wysokości wieży sąsiedniego kościoła. Wieża zwieńczona jest hełmem w kształcie cebuli a na jej szczycie powiewa chorągiewka. W środkowej części wieży umieszczony jest widoczny z daleka okazałych rozmiarów zegar. W opracowaniach historii Dzierzgonia, odnotowano kilka dat dotyczących dziejów ratusza. Od 1595 roku luteranie organizowali sobie nabożeństwa w ratuszu. Po 1604 roku sala ratusza wykorzystywana była przez miejscowe społeczeństwo do organizowania (używając współczesnego nazewnictwa) imprez masowych. W dniu 1 maja 1635 roku ratusz uległ spaleniu. Do 1647 roku ratusz odbudowano i luteranie znowu odprawiali w nim swoje nabożeństwa. W dniu 6 maja 1678 roku podjęto decyzje aby pod- dać remontowi wieżę ratusza. Kolejny pożar strawił ratusz w 1730 roku, ale ratusz został od- budowany. W siedem lat później w 1737 roku kolejny pożar zniszczył ratusz, ale mieszkańcy Dzierzgonia z uporem kolejny raz go odbudowali. Widać z tego, że był to obiekt o dużym znaczeniu dla miasta i jego istnienie było bardzo pożądane. Gdy Dzierzgoń przeszedł pod panowanie niemieckie, w dniu 14 września 1772 roku komisja pruska przybyła do Dzierzgonia i zwołała w ratuszu radę miasta i trybunał miejski aby przedstawić dokument wydany w Berlinie 13 września 1772 roku ogłaszając w ten sposób nową władzę i nowe porządki. Zawieszo- 6 K. Hartknoch, Altes und Neues Preu^en, 1684 - Hartknoch, s. 388. no na ratuszu pruskiego orła. Wiatach 1853 - 1857 rozebrano ratusz i przeniesiono urzędujących do nowego budynku, który jest zlokalizowany przy ulicy Odrodzenia 8. Stary budynek ratusza rozebrano z dwóch powodów: po pierwsze był to budynek stary a po drugie (i najważniejsze) powiększono znacznie obszar Rynku gdzie odbywały się targi i jarmarki, które to miały dla Dzierzgonia istotne znaczenie gospodarcze. Budynek nowego ratusza przetrwał po licznych przebudowach do dnia dzisiejszego. Władze miejskie urzędowały w nim około 90 lat, czyli do stycznia 1945. Zachowały się zdjęcia z początków XX wieku, na których widzimy jego ówczesny wygląd. W części dachowej była stylowa nadbudówka z zegarem, obok której sterczały dwa maszty na których umieszczano flagi. Niemieckie czasopismo poświęcone budownictwu w 1939 roku informowało: „Dzierzgoń - Kiedy ratusz został przebudowany w odnowionym budynku zewnętrznie zmieniono: przebudowano nadbudowę dachu i zniknął zegar. Ratusz otrzymał sołidny podest i naprawiono kasę." Przykładem na to, że ówcześni obywatele miasta czuli związek z ratuszem, a być może darzyli dużym zaufaniem władze tam urzędujące było ich zachowanie w styczniu 1945 roku tuż przed wkroczeniem wojsk rosyjskich do Dzierzgonia. Opisuje to O. Piepkorn w następujący sposób: „W dniu 22 stycznia 1945 r. była burza (zamieć śnieżna). Przed ratuszem zgromadzili się ludzie ze sprzętem gospodarstwa domowego, walizkami i pudłami. Ulica (ul. Odrodzenia) została zablokowana przez pojazdy wojskowe i ludzi. Ludzie stali przed ratuszem w zimnym i wielu usiadło i czekałi, czekali, a gęsty śnieg padał. Przychodzi wiadomość, że niedaleko jest już 30 rosyjskich czołgów." Piepkorn twierdzi, że ludzie nie bardzo zdawali sobie sprawę z powagi sytu- 90 Dzieje ratusza w Dzierzgoniu acji i faktem jest, że bardzo niewielka liczba osób poszła do stacji gdzie miały być pociągi ewakuacyjne, a reszta czekała na to, że ich zawiozą. Ale niestety ludzie się przeliczyli i urzędujący w ratuszu nie spełnili ich oczekiwań. W okresie powojennym namiastką dzierzgońskiego ratusza były różne siedziby władz miasta. W pierwszej kolejności był budynek nr 14 stojący przy ulicy Odrodzenia oraz część budynku nr 8 również przy tej ulicy. Następnie siedzibą władz miejskich był budynek klasztorny, ale w wyniku wyładowania atmosferycznego w dniu 5 lipca 1965 roku część dachu klasztornego uległa spaleniu. Ewakuowano ówczesny urząd do budynku hotelu przy ulicy Odrodzenia. W latach 1959 - 1964 w Gdańskim Biurze Projektów pod kierunkiem prof. Szczepana Bauma powstał projekt zatytułowany „Odbudowa Starego Miasta w Dzierzgoniu”. Obejmował on zabudowę obecnego placu Wolności, przy którym oczywiście znalazł swoje miejsce nowy dzierzgoński ratusz. Makieta tego planu zabudowy wystawiona była na widok publiczny, a dokładnie w oknie wystawowym miejscowej księgarni, która wówczas mieściła się przy ulicy Odrodzenia. Było to w latach sześćdziesiątych. Mieszkańcy zrujnowanego w czasie wojny miasta mogli się zapoznać z projektem. W latach siedemdziesiątych przeprowadzono zabudowę placu Wolności a obecny ratusz powstał pod koniec owych prac. W skład zespołu profesora Szczepana Bauma wchodziła architekt Danuta Olędzka, która w 1968 roku zaprojektowała obecny dzierzgoński ratusz. Warto nadmienić, że Danuta Olędzka była również projektantem Domu Technika w Gdańsku oraz najdłuższego bloku mieszkalnego w Polsce, a mianowicie „falowca” na gdańskim Przymorzu. Obecny dzierzgoński ratusz został oddany do użytku w 1977 roku i jego położenie niewiele odbiega od dawnego ratusza, jedynie jest on może o około 40-50 metrów przesunięty na zachód i nie stoi w środkowo-południowej części Rynku jak jego poprzednik, a w południowo-zachodniej obecnego placu Wolności. Tadeusz Linkner 91 Tadeusz Linkner PODRÓŻE KSIĘDZA KONSTANTEGO DAMROTA1 Rzeczywiście, o Gdańsku (ks. Konstanty Damrot - T. L.) powiedział wiele, ale to z czego potem zrezygnował, pozwoliłoby wiedzieć o grodzie Neptuna i przemyśleniach Damrota jeszcze więcej. Z Gdańska udał się do Malborka, oczywiście jadąc pociągiem przez Tczew, co w przedziale pozwoliło mu na obserwację i opisanie podróżnych, i to głównie polskiego małżeństwa, podróżującego w wakacyjny czas z siedmioletnim synkiem. Natomiast na podziwianie tego co za oknem, podróż koleją specjalnie nie pozwalała, bo jak wiadomo szczegółów nigdy nie zdąży się podczas niej dopatrzeć, o co w „Szkicach...” Damrotowi przede wszystkim chodziło. W Tczewie zwiedził jednak katolicki kościół św. Krzyża, który zrobił na nim wrażenie ubogiego, co zarazem o możliwościach jego parafian mogło świadczyć, o czym w „Szkicach...” już nie powiedział, oraz „sławny most żelazny na Wiśle” (s. 216), gdzie na jednej z wieżyczek dostrzegł akcent pruski, a na drugiej krzyżacki, co pozwoliło mu negatywnie powiedzieć o zaborcy, ale i zarazem bez jakiegokolwiek przekąsu pochwalić: że nie zapomniano sobie zapalić także kadzideł w odpowiednich napisach o kulturze niemieckiej, chociaż bądź co bądź podjęcie i wzorowe wykonanie tego olbrzymiego dzieła godne wszelkiego uznania i podziwienia (nr 22, 1878)2. Wkrótce potem, bo po dwóch godzinach przesiadki, przejechał przez ten właśnie most, udając się do Malborka. Kiedy zbliżał się do miasta, zapowiedział je słowami z „Konrada Wallenroda”, co z wallenrodyczną rolą Damrota w Kościerzynie i na kaszubskim Pomorzu natychmiast można kojarzyć. Przez chwilę miał zresztą takie odczucie, jakby były to tamte czasy i jakby słyszał tamte dzwony, tylko że obecnie brzmiały one z wieży malborskiego kościoła. Czar jednak rychło prysł, a wróciła rzeczywistość pruskiego zaboru, którą natychmiast odczuł na kolejowym dworcu w Malborku. Bo zanim w „Szkicach...” rozpocznie Damrot, po chwili odpoczynku w hotelu „Wielki Mistrz”, opisanie ad rem krzyżackiego zamku, w „Gazecie Toruńskiej” przedstawi jeszcze, jak tam się dostał, co jego podróżny szkic uczyni pełniejszym. A kiedy zakończy tę relacje westchnieniem za dawnymi czasami, zdradzi nie tylko swe umiłowanie średniowiecza, ale także tęsknotę za ideałem rycerza, bo raczej nie rycerskiego żywota, co znowuż o Konradzie Wallenrodzie nie pozwali zapomnieć: Ale z tego miłego złudzenia wyprowadził nas rychło krzykliwy głos dzwonka stacyjnego, uniformy urzędników i pstra gawiedź podróżnych uwijających się po dworcu! Minęliśmy szybko te tłumy przypominające nam prozaiczną i niewesołą rzeczywistość, i podążyli 1 Fragment książki Tadeusza Linkera „Śląski poeta na Kaszubach, ks. Konstanty Damrot (1870-1884) , która ukazała się pod koniec 2011 roku, ale z racji niskiego nakładu nie została przekazana do sprzedaży, na czym w ogóle autorowi nie zależy! (T. L.). Tytuł pochodzi od redakcji. 2 Dotyczy to „Gazety Toruńskiej”. 92 Podróże księdza Konstantego Damrota pieszo ku miastu, by się tym wygodniej i spokojniej nasycić widokiem zamku malborskiego i swobodniej uporać się z nawałem myśli i uczuć, które nas uniosły w lepsze od dzisiejszych czasy, w świat tak różny od tego, który nas otaczał (nr 22, 1878). Zwiedzanie Malborka Damrot rozpoczął oczywiście od zamku, który od 1817 roku poddawany odbudowie nabrał już wtenczas swego wyglądu. Popełniono jednak przy tym wiele historycznych przekłamań, czego dosadnym przykładem mogła być chociażby ta scena, którą Damrot natychmiast wychwycił, „jak ostatni mistrz Wielki, nieszczęsnej pamięci Albrecht, margraf brandenburski, broni Marcina Lutra na sejmie niemieckim we Worms” (s. 232). Usprawiedliwieniem dla tych historycznych „niedorzeczności” mogłaby tylko być wola kojarzenia dawniejszych czasów z nowszymi, jak próbował to potem usprawiedliwiać, zastanawiając się jednak, czy wszyscy właśnie tak to rozumieli? Zresztą, i tak popełniony tego rodzaju błąd pozostawał błędem. Ponadto, zwiedzając malborski zamek, Damrot miał to samo odczucie, jak podczas poznawania tegoż największego gdańskiego kościoła. O tym już jednak w „Szkicach...” nie napisał, chociaż w „Gazecie Toruńskiej” było tego wiele. Rezygnując jednak z tych kilku kart tekstu, uczynił szkodę nie tylko sobie, ale także odbiorcy. Gwoli więc oddania pełni całej sprawy, trzeba w tym miejscu to dopełnić. Omawiając tę obszerną cytację, która zaraz nastąpi, trzeba najpierw zwrócić uwagę na specjalny zwrot do adresata tych listów, jakby miała się rozpocząć nowa epistoła. Chociaż wcale tak się nie stało, bo wtenczas musiałby to być kolejny list, miało to mimo wszystko znaczyć, że zapowiada się tu ważka treść. Po wstępnym uznaniu zasług Zakonu, Damrot uzna, że malborski zamek w kwestii budzonych uczuć jest zanadto zimny i pozbawiony idei, zaś z racji swej potęgi i przede wszystkim aury porówna go ze zwiedzanym tak niedawno największym gdańskim kościołem. Swym monumentem oddaje on mocarność, władzę i dumę krzyżackiego Zakonu, lecz to nie żadne pozytywne przymioty. Taka negacja wiadoma, natomiast co do pozostałych stwierdzeń, wzięły się one z działania Krzyżaków w korporacji, która dawała oczywiście siłę, ale ta właśnie siła z czasem doprowadziła do niebezpiecznego korzystania z władzy, na co biblijnego przykładu Damrot nie mógł sobie odmówić, podając w tym miejscu za przykład króla Saula. Dlaczego wobec tego niemiecki zaborca Krzyżaków uważał za swoich poprzedników, nietrudno zrozumieć, co Damrot dość obszernie skomentuje. Szkoda tylko że pruską zaborczość, z krzyżackiej biorącą przykład, skojarzy tak bezkrytycznie z protestantyzmem. Jedynym wytłumaczeniem być tu znowuż ówczesny czas zaborów, kiedy wszystko co pruskie i zaborcze było dla Damrota zarazem protestanckim. Ale od księdza można by w tej kwestii więcej wymagać, a tolerancji religijnej przede wszystkim, bowiem w tym miejscu za bardzo na zacietrzewienie to mogło wyglądać, i to jeszcze delikatnie mówiąc. Jedynym usprawiedliwieniem mogło być tylko to, że działo się tak za sprawą patriotyzmu Damrota, który z racji wykonywanych funkcji tak bardzo tłumiony, w „Listach...” ujawniał ze zdwojoną siłą nienawiść do wszystkiego, co miało jakikolwiek związek z pruskim zaborcą. Wobec tego nie można tutaj się spodziewać, że na koniec tej obszernej cytacji, zaistniałej tylko w „Gazecie Toruńskiej” nastąpi euforyczna pochwała tego krzyżackiego monumentu. Dla Damrota krzyżacki zamek nie przedstawiał żadnej wartości i dlatego był przekonany, że Malbork jako miasto na nim nie może skorzystać. Jeżeli natomiast powiadał, że ma on jakieś znaczenie tylko dla turystów, to miał oczywiście Tadeusz Linkner 93 rację. Poprzednia jednak uwaga z tym stwierdzeniem za bardzo się kłóciła. To jednak można było zrozumieć, ponieważ Damrot, tak wrogo nastawiony do krzyżactwa i prusactwa, czynił to bezwiednie, na pewno wiedząc, ile można zarobić na turystach. Nie mógł jednak myśleć inaczej o tym mieście, jak tylko negatywnie, jeżeli ówczesny Malbork właśnie z racji usytuowanego w nim krzyżackiego zamku nie robił na nim z wiadomych względów żadnego pozytywnego wrażenia. Widział wszędzie za wiele ingerencji i działania pruskiego zaborcy, aby mógł się przemóc i pomyśleć o Malborku pozytywnie i jako li tylko polskim mieście. I to byłoby tyle do lektury tej obszernej cytacji, której w „Szkicach...” nie znajdziemy, cytacji zapowiedzianej przez Damrota, jakby miał to być nowy list, zwrotem Kochany Przyjacielu!, a mającej tyle interesujących treści, że w „Szkicach...” mogła się ostać, ale gdyby nie cenzura...: Pomimo zastrzeżenia, że nie mam zamiaru moimi uwagami uwłaczać Zakonowi Kawalerów Teutońskich i czynić mu uszczerbku w sławie i zasługach sprawiedliwie nabytych i pomimo zastrzeżenia, że się starannie wystrzegam, by w moich sądach nie ulegać niesłusznemu uprzedzeniu i niechęci, nie jestem jednak w tej mierze całkiem bez obawy. Bo chcąc być otwartym, wyznać muszę, iż wobec zamku malborskiego doznałem równego uczucia, jak na widok kościoła P(an-ny) Maryi w Gdańsku: wielkie to zaprawdę dzieło, przynoszące zaszczyt geniuszowi ludzkiemu, ale idea w nim wcielona nie potrafi ująć sobie koniecznie widza, nie potrafi go zwłaszcza rozgrzać i zaentuzjazmować, zważywszy mianowicie tę okoliczność, że zamek malborski stanowił zakon duchowny, chrześcijański, katolicki, po którym można się czegoś innego spodziewać i trzeba czegoś więcej żądać. Pamiętam wprawdzie, że to twierdza a nie świątynia, że to stolica książęca a nie dom Boży, że nadto ogołocone zupełnie z pierwotnych ozdób i sprzętów; ale te ostatnie akcesoria jako przypadkowe nie mogą wiele zaważyć, bo nie mogą zmienić właściwego charakteru całości, który się w planie i murach uwydatnia i na zawsze stężał. Otóż właśnie ta kolo-salność i umiar mas, ta przesadzona przezorność i gruntowność, to subtelne wyzyskanie wszelkich sił i środków, wydają mi się tak specjalnymi przymiotami Zakonu Teutońskiego, że mi się wprost wydają być wadami; - słowem, com dawniej powiedział, powtarzam tu na nowo: w dziełach tego bractwa jest jedną z głównych sprężyn i jednym z głównych celów - duma, duma niewłaściwa i nieznana tyle pojedynczym członkom, ile raczej całej korporacji, a która się naturalnym sposobem, przy rycerskim zakroju bractwa, wyłoniła z ducha korporacyjnego. Dlatego zda-je mi się, że ten Zakon ma wiele podobieństwa do pierwszego króla żydowskiego Saula, w którym dobre przymioty ciała i duszy uległy wkrótce złym narowom, którego duma i chciwość były cechami charakteru i pierwszą przyczyną, że go Bóg odrzucił, który zaczął po Bożemu, a skończył po szatańsku. - Moje zapatrywanie widzę także w potwierdzonym i dowiedzionym przez powszechne i to ujemne zdanie potomności chrześcijańskiej o zakonie Rycerzy P(anny) Maryi, które się wyrobiło na fundamencie historii i doświadczenia tak bolesnego i szkodliwego dla Kościoła katolickiego i ludności słowiańskiej i pruskiej. Jako drugi pełny znaczenia dowód może posłużyć ta ciekawa okoliczność, dająca się streścić w tym zdaniu „similis simili ąuadet”, że wszystko co Kościołowi i Słowiańszczyźnie wrogo naprzeciw stoi, a zatem cały obóz niemiecko-protestanc-ki, jest najgorętszym czcicielem i obrońcą Krzyżaków. I nie dziw, bo odczuwają oni dobrze tego ducha, co najmniej podejrzanego w Krzyżakach, bo uznają oni ogromne zasługi Krzyżaków położone około celów pangermanizmu i protestantyzmu, bo widzą w Krzyżakach swoich poprzed- 94 Podróże księdza Konstantego Damrota ników i ojców, pionierów idei niemieckiej i protestanckiej, a siebie uważają za ich synów i spadkobierców tak dalece, że śmiało swe prace za dalszy ciąg czynów krzyżackich wydają. Nie przeczę, że w takich zapatrywaniach posuwają się za daleko, że w takich twierdzeniach jest obok fałszu wiele przesady, ale zawsze też w nich wiele prawdy, zawsze podobieństwo i pokrewieństwo zbyt bliskie i jawne (nr 24, 1878). Łatwo tedy zrozumiesz, że takie wrażenie, jakie zamek malborski w swej nowej sukience na mnie zrobił, było z dwóch tu wyłuszczonych przyczyn niekoniecznie zadowałającym i nie rozweseliło serca i ducha, choć zajął on w wysokim stopniu oko i ciekawość. Bądź co bądź ten zamek, tak jak jest, to wiełki anachronizm, to trup wystrojony, któremu żadne klejnoty i bogate suknie nie przywrócą już tchnienia; w pewnej mierze wzbudza waląca się ruina więcej współczucia, żywsze zajęcie i wznioślejsze myśli. To podobieństwo zaś staje się tym większym i prawdziwszym, że zamek malborski nie służy do niczego i nie ma żadnego przeznaczenia, chyba że zwabia mnóstwo turystów i daje rozmarzonym poetom niemieckim niższego rzędu pochop do układania bomba-stycznych ód i ckłiwych panegiryków na wielkość, potęgę i sławę ducha germańskiego i kultury niemieckiej. A wątpić można, by kiedyś znalazł odpowiednie przeznaczenie z przyczyny, że miasto Malborg(k) pozbawione wszelkiego znaczenia, nie nastręcza do tego sposobności, po prostu niestworzone na „Welt Stadt”. Z tym wszystkim niechże go jednak Opatrzność weźmie w opiekę i broni od wielkich Fryderyków i Szreterów! (nr 30, 1878)? Ponieważ wiadomo, że Damrot wędrował po Kaszubach, Gdańsku i po Prusach Królewskich głównie przed rokiem 1876, bo już potem - wiatach 1876 czy 1877 zajmował się spisywaniem swoich wspomnień, kiedy więc czytamy w „Gazecie Toruńskiej” o malborskim burmistrzu, Bartłomieju Blumie, który współpracował z Krzyżakami i wprowadził ich do Malborka w roku 1457, za co stracono go jako zdrajcę, autor też zda się odkrywać, kiedy zwiedzał Malbork i krzyżacki zamek. Mówiąc bowiem, że jemu to jednak Niemcy wystawili przed dziesięciu laty pomnik na miejscu publicznym, zaprawdę, jak gdyby im już zabrakło godniejszych bohaterów, by swej chełpliwości i stąd wypływającej manii stawiania pomników zadość uczynić (nr 14), wskazuje na swój pobyt w Malborku dziesięć lat później, czyli w roku 1870, jeżeli ten postument postawiono w roku 1860, o czym więcej za chwilę. Tu jednak powiedziano, że „zda się odkrywać”, bowiem w tym roku Damrot w Malborku nie mógł być. Chociaż mianowano go dyrektorem seminarium pod koniec roku 1870, to posadę objął dopiero w 1 stycznia 1871 i jak słusznie się mówi, pracował w Kościerzynie trzynaście pełnych lat; a wliczając rok 1870 jako rok otrzymania nominacji na dyrektora tegoż seminarium i rok odejścia w 1874, pobytu w Kościerzynie byłoby tych lat niemal piętnaście. Może więc Damrot się pomylił, albo nadto to wszystko zaokrąglił, lub podał tę informacje dla zmylenia cenzury, bo przecież łatwo można było sprawdzić, kto i kiedy w malborskim hotelu przebywał. Najpewniej więc jego nazwisko w 1870 roku w księgach hotelowych nie zaistniało, a pojawiło się później. Gdy potem zdecydował się na powtórne wydanie swoich peregrynacji po Kaszubach i Pomorzu w „Szkicach...”, aby wedle tych podanych w „Gazecie Toruńskiej” dziesięciu lat cenzura nie zechciała sprawdzać, kto mógłby być ich autorem, zdecydował się już nie tak 3 Warto w tym miejscu podać, że od nr 24 do 30, czyli od 29 stycznia do 6 lutego 1878 Listów... Damrota w „Gazecie Toruńskiej” nie było. Najpewniej redagował ich kolejną porcję? Tadeusz Linkner 95 dokładnie określać czasu postawienia pomnika Bluma. Pisał więc, że ten „nieforemny po-mniczek” (s. 232) stanął naprzeciw zamku „przed kilku laty” (s. 232). Najpewniej zaś najbliższa prawdy była ta informacja, jaką podał wcześniej, w „Gazecie Toruńskiej”. Zresztą, takich prawd mamy tu więcej i właśnie im poświecony jest m. in. ten rozdział. Natomiast z pomnikiem Bartłomieja Bluma było tak, że za sprawą malborskiego nauczyciela, R. Treschera, postawiono go w roku 1860 przy Zamku Wysokim z okazji czterechset-nej rocznicy śmierci tego malborskiego burmistrza. Był to siedmiometrowy obelisk z czerwonego piaskowca, z „neogotycką sterczyną z czterema ażurowymi przyporami”.4 Natomiast dla uczczenia w 1872 roku pierwszego rozbioru Polski postanowili zebrani rok wcześniej w Gdańsku urzędnicy pruscy, wśród których był także znany Damrotowi landrat En-gler z Kościerzyny, by centralne uroczystości odbyły się w Malborku i odsłonięto wtenczas pomnik Fryderyka Wielkiego oraz wydano historię Prus Zachodnich5. Jeżeli wśród takich ludzi Damrotowi udawało się pisać o nich tak źle, trzeba było być rzeczywiście niezłomnym i odważnym. Ponieważ w Malborku i okolicy „żywiołu polskiego” Damrot znajdował niewiele, i to pozbawionego niemal „poczucia narodowego” (s. 235), więc mógł powiedzieć, że tutaj wynarodowienie zaborcy się udaje. Poszukując przyczyn takiej sytuacji, znajdował je nie tylko w krzyżackiej przeszłości i niemieckich osadnikach. Jako ksiądz, znający najlepiej duchowieństwo, oskarżał za taką sytuację swoich braci, sprawujących na tym terenie duszpasterską posługę. Zarzucał więc tamtejszym księżom obojętność dla sprawy polskiej i lekceważenie języka (nr 30, 1878). Słusznie bowiem uważał, że kiedy naród zatraca język, ginie także jego wiara. Co prawda, Warmia była jeszcze katolicka, ale Damrot w tamtym czasie miał słuszne prawo obawiać się o jej przyszłość. W okolicach Malborka szanse na ratowanie polskości widział bardziej znikome, niż w tych powiatach, gdzie Polaków w diecezji warmińskiej było jeszcze wielu, tylko, jak zaraz potem mówił, jej duchowieństwo nie ma tego gorącego zamiłowania ojczyzny i żywego czucia, co pomiędzy klerem diecezji chełmińskiej (nr 30, 1878), którą stawiał tutaj za wzór do naśladowania. Chociaż Damrot znajdował tego przyczynę w politycznej i społecznej przeszłości Warmii, która spowodowała tak znaczne oddalenie od polskości i zasklepienie się niejako w sobie, to pomimo wszystko jego niepokój był słuszny i zasadny, a oskarżenia tamtejszego duchowieństwa konkretne i sensownie dowiedzione. I właśnie o tym można przeczytać w podanym niżej fragmencie, danym do „Gazety Toruńskiej”, gdy tym-czasem w „Szkicach...” Damrot z niego zrezygnował. Dlaczego tak uczynił, trudno powiedzieć, być może nie chciał się nikomu narazić, a przede wszystkim swojej społeczności, mając oczywiście na myśli katolickich duchownych. Ponieważ zdawał sobie sprawę, że już dość wiele powiedział bolesnej prawdy, bał się więc, że kielich goryczy może się nadto wypełnić i przelać, a wtenczas poza zaborcą swoja wrogość okażą mu również swoi. Negował wszak w tych „Szkice...” głównie pruskiego zaborcę, ale jeżeli w pierwszej wersji krytycznie wyrażał się także o swoich, to w następnej, kiedy po latach gorące pióro już ostygło, mógł z wielu niekorzystnych dygresji rezygnować. I to była jedna z przyczyn, która zmusi- 4 R. Rząd, Pomniki malborskie. Rys historyczny, „Rocznik Gdański” 1993, t. LIII, z. 1, s. 95-96. (Od red. O pomniku tym pisał Przemysław Doroszewski w artykule pt. Pomnik dla poćwiartowanego burmistrza „Prowincja nr 3(9) z 2012 r.) 5 „Gazeta Toruńska” 1871, nr 249, s. 2. 96 Podróże księdza Konstantego Damrota ła Damrota do tylu przeredagowań. Kiedy więc pokrótce omówiono już porzuconą w tym miejscu treść, trzeba zapoznać się z nią w oryginale. Dla porządku trzeba tylko dodać, że w ostatecznej redakcji, która trafiła do „Szkiców...”, zachowało się tylko to pierwsze zdanie, które zapisano tutaj prostą czcionką: „Proces wynaradawiania idzie wolno, ale stale” (s. 235), a niestety przyczynia się duchowieństwo katolickie aż nadto skutecznie do takiego rezultatu, przez swoją obojętność dla sprawy polskiej i lekceważenie języka, który u wielu z nich jest przecież ich ojczystym. Pochodzi to stąd, że pomiędzy duchowieństwem diecezji warmińskiej, do której powiat malborski należy, nie ma tego gorącego zamiłowania ojczyzny i żywego czucia, co pomiędzy klerem diecezji chełmińskiej. Jest to po części następstwem dawniejszych stosunków politycznych i pewnej niezależności diecezji czyli księstwa warmińskiego od Rzeczypospolitej i Kościoła polskiego, jako niemniej skutkiem braku pewnego ogniska, w którym by się skupiły siły narodowe duchowne i z niego znów rozchodziły promieniami ożywczymi po kraju. Skutkiem owej odrębności położenia i luźności stosunków, wyrobiła się w Warmii prawdziwie chińska zaściankowość i powiatowszczyzna, która zasklepiona w ciasnych granicach „szarego grochu" (ulubionej potrawy Warmiaków), stanowi jakby światek dla siebie, poza którym nie ma nic, co by ją bliżej obchodzić mogło łub powinno. Że takie życie jest pomimo pozorów zastałym i dla ogółu mało pożytecznym, każdy przyzna; a nadto zawiera w sobie zarody niebezpieczne i szkodliwe; bo bądź, żeby się pojawiła osobistość ambitna i dzielna, a popchnęłaby całe społeczeństwo na fałszywe tory i wprawiłaby je w zgubę, albo bądź, żeby w społeczeństwie zabrakło sił tęższych i szlachetniejszych, a padłoby wkrótce ofiarą zastojałości i nieczynności. Względem sprawy polskiej za wielką szkodę poczytać trzeba ową odrębność i obojętność, bo ludność polska w diecezji warmińskiej przeważa jeszcze w kilku powiatach, mianowicie w olsztyńskim, sztumskim, kwidzyńskim, ostródzkim i innych. Smutno zwłaszcza, że powołani do czuwania nad powierzoną sobie trzodą duchowni przewodnicy tak mylnej hołdują zasadzie, niepomni na doświadczenie, stwierdzone szczególnie w Szląsku i Wielkopolsce, że w stronach z ludnością mieszaną, z upadkiem poczucia narodowego, a szczególnie z pozbyciem się języka ojczystego, pozbywa się lud już w bliskich generacjach także wiary ojców swoich. - Przyznać atoli trzeba, że owa odrębność, ale więcej może związek acz luźny z Polską, zachował Warmię od zlutrze-nia się, która aż do dzisiejszego dnia słusznie słynie z wierności i przywiązania do Kościoła i wiary katołickiej (nr 30, 187) U DONIMIRSKICH W „Szkicach...” Damrot swój pobyt w Malborku na zwiedzeniu zamku i najbliższej okolicy skończył i w dalszą podróż udał się do Pelplina. Lecz zanim tam dotarł, w „Gazecie Toruńskiej” jeszcze opowiedział, jak to odwiedził państwo D. w Buchwaldzie, czyli w powiecie sztumskim w dzisiejszym Bukowie, gdzie miała swe dobra, pochodząca z pomorskiego Ostrowitego, znana nie tylko na ziemi malborskiej ale na całym Pomorzu, więc znana także Damrotowi, rodzina Donimirskich. A ponieważ był już dalej od Kościerzyny, więc nie mu-siał już kamuflować miejsca zamieszkania tychże Donimirskich, jak miało to się z Franciszkiem Schrederem i Anną z Bardzkich Karwatową. W tym miejscu Damrot, mówiąc o sędzi- Tadeusz Linkner 97 wym państwie mieszkającym w buchwałdzkim dworze, gdzie tak życzliwie został przyjęty, myślał o Teodorze i Zofii Donimirskich. Ze „Słownika geograficznego Królestwa Polski i Litwy” i „Polskiego słownika biograficznego” wiadomo, że Teodor Brochwicz Donimirski, urodzony 19 lutego 1809 roku, objął dobra buchwałdzkie w roku 1833 i dał się poznać jako aktywny działacz społeczny i dosko-na-ły gospodarz, znający się nie tylko na polityce ale także na ekonomii. Działał w kwidzyńskim ziemstwie kredytowym, przez wiele lat przewodniczył Towarzystwu Pomocy Naukowej w Chełmnie, a w roku 1867 utworzył z Ignacym Łyskowskim z Mieleszew i Jacentym Jackow-skim z Jabłowa instytucję Sejmików Gospodarczych, która znalazła swą siedzibę w Toruniu. Jego drugą żoną była pochodząca z Trzebcza Zofia ze Śląskich. Teodor Donimirski, który miał trzech synów: Jana, gospodarującego w Buchwaldzie, Edwarda prowadzącego gospodarkę w Łysomicach i Antoniego z doktoratem, zajmującego się ekonomią i polityką. Teodor Donimirski zmarł w swoim majątku w Telkowicach 1 maja 1884 roku6 w wieku siedemdziesięciu pięciu lat. Ponieważ Damrot napisze w „Gazecie Toruńskiej”, że miał jeszcze okazję poznać Teodora Donimirskiego, musiał więc trafić do Buchwałdu o wiele wcześniej, i to przed rokiem 1877, kiedy Donimirski miał się jeszcze dobrze. Skorzystał tym razem z pociągu, jadąc z Malborka na Morąg, bowiem tak nieznacznie polskiej Warmii odechciało mu się już tak dokładnie zwiedzać, a na to pozwalała tylko podróż rzemiennym dyszlem. Jako że tylko w „Listach...” zachowała się relacja z tego spotkania, więc jakże tego nie podać! Na koniec nietrudno sobie wyperswadować, kiedy konieczność każę i umieliśmy sobie osłodzić tę niby stratę, bo ta Warmia zasklepiona sama w sobie, odrębną odgrywająca rolę od wieków, która dziś całkiem wyrzekła się swojej macierzy polskiej, skutkiem czego zaskrzepła i leży martwym ugorem wśród bujnych niw polskich, nie przedstawiała nam się w zbyt ponętnym świetle i obiecywała wzbudzić więcej żałosnych i bolesnych, aniżeli pocieszających i wzniosłych uczuć. Stanęło przeto na tym, żeśmy postanowili skręcić się na powrót i zwiedzić miejsca położone wzdłuż kolei w właściwych Prusiech Królewskich. Bawić się w tych stronach, a nie wstąpić do Buchwałdu, aby Nestorowi polskiemu tych województw złożyć swe uszanowanie, aby oddać hołd winny zasłudze i cnocie, byłoby uchybieniem obowiązkowi swemu, jako Polaka. Szczęśliwym, żem temu obowiązkowi mógł zadosyć uczynić, a przez krótki pobyt w dworze państwa D. do wianka miłych wspomnień podróżnych, uszczknąć jeden z najwonniejszych i najurodniejszych kwiatków. Ktokolwiek zna dwór buchwałdzki iprze-zacną parę sędziwego państwa, ten nie może nie potwierdzić szczerości i prawdziwości mego zdania. Tym, acz przykrótkim, wspomnieniem pragnąłem dać wyraz przynajmniej uczuciom wdzięczności i zadowolenia, skoro sercu nie wolno wylać się całkowicie. Tymczasem więc dobra-noc! (nr 31, 187) 6 Słownik geograficzny Królestwa Polski i Litwy, 1.1, Warszawa 1880, s. 432; Polski słownik biograficzny, t. V, Kraków 1939-1946, s. 324. 98 Papierowy pieniądz zastępczy na terenie Powiśla i Żuław w latach 1914 -1923 Paweł Głogowski PAPIEROWY PIENIĄDZ ZASTĘPCZY NA TERENIE POWIŚLA I ŻUŁAW W LATACH 1914 - 1923 Pieniądz zastępczy, to środek płatniczy stosowany przy drobnych, codziennych transakcjach i - jak sama nazwa wskazuje - zastępujący w pewnym okresie czasu legalny, oficjalny pieniądz obiegowy za mniejszym lub większym przyzwoleniem władz. Przyjmowanie pieniądza zastępczego w regulowaniu zobowiązań, czy transakcjach handlowych nie było obowiązkowe. Wystawcami takiej waluty były najczęściej władze lokalne (rady miast, gmin wiejskich, powiatów), banki i główne kasy miejskie, miejskie kasy oszczędnościowe, gazownie, dyrekcje kolei, dyrekcje zakładów przemysłowych, właściciele ziemscy, administracja wojskowa, komendantury obozów jenieckich, izby handlowe, związki kupieckie, właściciele sklepów, itd., itp. Trudno o ścisłą definicję pieniądza zastępczego. Najczęściej określany jest jako znak pieniężny, emitowany nie zawsze z zachowaniem odpowiednich formalnych procedur, a czasami nieoficjalnie, przez wystawców nienależących do grupy upoważnionych do tego banków, czy instytucji państwowych, wtedy, gdy występował niedobór oficjalnych środków płatniczych o niższych nominałach. W języku niemieckim spotykamy się najczęściej z terminem Notgeld, ale także, nieco rzadziej: Ersatzgeld, Kriegsnotgeld, Gutschein czy Kassen-schein. W niniejszym artykule skupimy się na papierowym pieniądzu zastępczym, emitowanym na terenie dzisiejszego Powiśla (mniej więcej powiat kwidzyński i sztumski) oraz Żuław (powiaty: malborski i nowodoworski) w okresie od 1914 do 1923 roku. Mimo, że chodzi o stosunkowo krótki czas, niespełna dziesięć lat, możemy go podzielić na trzy, znacznie różniące się od siebie okresy: 1914-1918 (czyli okres I wojny światowej), 1919 - 1922 (okres tuż powojenny) i 1923 (czasy wielkiej inflacji). Paniczne nastroje jakie wybuchły w całych Niemczech (a więc także na omawianym obszarze) po ogłoszeniu mobilizacji 1 sierpnia 1914 roku spowodowały masowe wycofywanie przez ludność wkładów z banków oraz tezauryzację pieniądza kruszcowego (a należy pamiętać, że ówczesne monety wykonane były ze złota, srebra lub miedzi). Dodatkowo, 4 sierpnia zawieszono oficjalnie wymienialność banknotów na monety złote. Doprowadziło to w efekcie do zupełnego zniknięcia z rynku bilonu. Działania zaradcze Banku Rzeszy nie przyniosły znaczących rezultatów i sytuację zmuszone były ratować władze lokalne, jak również, za cichym przyzwoleniem władz, emitenci prywatni. K&^ Rotgeld 11920 Jfagijtrat ber BrWiMoWI Wmienbutą. M( Cbristburg, 1. Juli 1919-Der fllaftistrat. 9&M#C» but wbt Wu&m&MSS ^Vr ^iittf^unberf ^SKart ^^ ^S®®^^ Wszystkie bony na zdjęciach pochodzą z prywatnej kolekcji autora. S^^ § Gutscbe^ jzy MMś^ Marie nburg ^1>^_®' >125 Konto Nr. . ! . Al. ^ ^ś' StadteSparkasse Marienwerder Xtn diw Platzanwcisunu aus ^^^"dhabcn .in >^----~w----------~-^^ —-otAy Uebcrbrin .'»'^*«M>*«^i***^ ^"^ £feg? . VgSś Oittigbi# elninfinonAt nad) jłłufruf. t x t t t’ 100 Papierowy pieniądz zastępczy na terenie Powiśla i Żuław wiatach 1914 - 1923 Na rynku pojawiły się zatem papierowe pieniądze, zastępujące monety o niskich nominałach: od 1 feniga do 1 marki. Za najwcześniejsze w całych Niemczech uznaje się bony wyemitowane przez powiat pasłęcki - już 1 sierpnia 1914 r.! W naszej okolicy pierwsze bony (na 1 markę) pojawiły się w Kwidzynie z datą 4 sierpnia - do ich emisji wykorzystano dostępne „od ręki” kwity kasy miejskiej (patrz zdjęcie), a kilka dni później także bony Zachod-niopruskiego Związku Kredytowego o nominałach 0,50, 1 i 2 marki. Z czasem emisje udoskonalono, a druk zlecano profesjonalnym drukarniom, nie tylko zresztą na papierze, ale także na znacznie trwalszym kartonie (np. bony Dzierzgonia). W miarę przedłużania się działań wojennych i w warunkach wojennych niedoborów, z rynku znikły również najdrobniejsze monety miedziane, czy te, bite zastępczo w cynku lub żelazie. Od roku 1916 - 1917 roku mamy już do czynienia z regularnymi emisjami bonów fenigowych, tak w Kwidzynie (bony na 10 i 50 fenigów z 20 grudnia 1916 r.), Dzierzgoniu (bony kwidzyńskie ostemplowane dodatkowo pieczątką „Agentur Christburg”, a następnie własne emisje kartonikowe o nominale 5,10,25 i 50 fenigów), Sztumie (bony na 10 i 50 fenigów z 20 lutego 1917 r. i kolejne), jak i w Malborku (5, 10 i 50 fenigów z 24 stycznia 1917 r.), Nowym Stawie (10 i 50 fenigów z 9 maja 1917 r.) czy Nowym Dworze Gdańskim (5, 10 i 50 fenigów z 6 marca 1917 r.), a nawet we wsi Palczewo (kartonowe 50 fenigów z 5 października 1917 r.). W 1918 roku, pod koniec wojny, brakuje już nawet banknotów o wyższych nominałach: 5, 10, 20 i 50 marek - także one pojawiają się w obiegu (Kwidzyn, Sztum i Malbork). W 1922 roku pojawiają się kolejne, wyższe nominały: 100 i 500 marek (Malbork i Kwidzyn). Po zakończeniu wojny sytuacja stabilizuje się nieco, mimo dość znacznej inflacji (przykładowo, 1 kg chleba kosztował tuż przed wojną 23 fenigi, w 1920 roku już 2,37 marki). Okazuje się jednak, że emisja pieniądza zastępczego jest całkiem opłacalna dla... emitenta! Władze lokalne każdorazowo zarabiają na nich całkiem nieźle. Każda emisja ma określony okres ważności (najczęściej są to 3 miesiące), po którym następuje wykup bonów przez miasto. Jak można się domyślić, nie wszystkie bony wracają do emitenta. Dodatkowo rozkwitł rynek kolekcjonerski i pojawili się wyspecjalizowani handlarze, podróżujący z miasta do miasta i skupujący lokalne notgeldy! Same bony zaczynają być drukowane na coraz lepszym papierze, nierzadko seriami (stąd niemiecka nazwa Serienscheine), są coraz bardziej kolorowe, a nierzadko projektowane też przez profesjonalnych rysowników. Ponadto okres tuż powojenny, to gorący czas polityczny: upadek cesarstwa, powstanie państwa polskiego i Wolnego Miasta Gdańska, wreszcie plebiscyt na terenach Powiśla, to wszystko sprzyja wzmożonej agitacji i propagandzie, w której „uczestniczą” również zastępcze pieniądze. Przykładem może być np. seria bonów 10, 25 i 50-fenigowych z Malborka, z hasłami plebiscytowymi i wezwaniem do głosowania na Niemcy. Część miast prezentuje również na swych bonach lokalną historię czy walory krajobrazowe etc. Ten okres kończy się jednak bardzo szybko - Niemcy, zmuszone do spłacania reparacji wojennych bardzo szybko popadają w hiperinflację, której szczytowy okres przypada na rok 1923. Nie ma już mowy o nominałach w fenigach czy nawet dziesiątkach lub setkach marek. Pojawiają się bony na miliony, a potem miliardy marek! Inflacja galopuje tak szybko, że w pewnym momencie po prostu wykonuje się nadruki z wyższymi nominałami na Paweł Głogowski 101 gotowych już bonach o niższych nominałach (np. kwidzyńskie 500 marek przedrukowane na 25 miliardów marek!). William Guttman w swej książce „Wielka inflacja w Niemczech 1919-23” przytacza wspomnienia berlińskiego studenta, który zamówił w kawiarni kawę, kosztująca 5 tys. marek. Kiedy po niecałej godzinie przyszło do płacenia rachunku, opiewał on już na 8 tys. - o tyle wzrosła bowiem jej cena w tym czasie! Robotnicy w fabrykach dostawali swoje wypłaty codziennie, w przerwie obiadowej, by móc jak najszybciej dostarczyć je swym żonom, aby te z kolei zdążyły jeszcze zrobić zakupy na następny dzień! 1 listopada 1923 r. pół kilograma chleba kosztuje już 260 miliardów marek. Najwyższy nominał, jaki pojawił się w naszej okolicy, to 1 bilion marek na bonie z Malborka, datowanym na 2 listopada 1923 roku. 15 listopada 1923 roku władze niemieckie rozpoczęły emisję tzw. marki rentowej, powiązanej z 1 marką złotą lub 1 bilionem marek papierowych (sztywny kurs, gdzie 1 dolar USA = 4,20 goldmarki). Stopniowo udało się w ten sposób opanować inflację. Na krótki okres czasu pojawiły się jeszcze bony nominowane w goldmarkach i goldfenigach (na naszym terenie była to wspólna emisja powiatowa sztumsko-malborska w goldmarkach, kwidzyńskie festmarki oraz bony emitowane przez Cukrownię Malbork). Już wkrótce jednak, wraz z drugim etapem reformy walutowej pojawiła się (w sierpniu 1924 r.) pełnowartościowa Reichsmarka, a wszelkie inne rodzaje pieniądza, w tym bony lokalne, przestały być środkiem płatniczym. Dziś ten niewielki epizod w historii, także numizmatycznej, jest ciekawym polem do popisu dla kolekcjonerów i fanów lokalnej historii. 102 Rozproszona kolekcja Sierakowskich Maciej Kraiński Dobromiła Rzyska-Laube ROZPROSZONA KOLEKCJA SIERAKOWSKICH Zbiór obrazów i innych dzieł sztuki gromadzony na przestrzeni około 150 lat (XVIII -XX w.) przez hrabiów Sierakowskich w Waplewie Wielkim na Powiślu, jest -jak się wydaje - mało znany. Znaczenie rodziny, jej wkład dla kultury i polskości Pomorza, liczebność zgromadzonego zbioru, który w czasie II wojny światowej uległ rozproszeniu, wreszcie obecność w polskich muzeach niektórych eksponatów z Waplewa zobowiązują do zwrócenia uwagi na wartość i rolę powstałej galerii. Istnienie Katalogu zbioru obrazów oraz innych przedmiotów sztuki znajdujących się w posiadaniu rodziny hrabiów Sierakowskich, wydanego w Poznaniu w 1879 r. przez Klemen- Sala Biała, w 1895 r., wgłębi przy kominku czytająca Maria Potocka Adamowa hr. Sierakowska ( córka Adama hr. Potockiego z Krzeszowic, siostra Andrzeja hr. Potockiego namiestnika Galicji). Jej matką była Branicka z Branickich z Montresor, Wilanowa i Białej Cerkwi. Na ścianach Białej Sali obrazy kolekcji hrabiów Sierakowskich rozproszone i zaginione po II wojnie światowej. Nad kominkiem widoczny obraz „Kain i Abel", wymieniany w katalogu Klemensa Rodziewicza, fot. Archiwum na Wawelu, Dział Krzeszowice, pałac hr. Potockich. Maciej Kraiński, Dobromiła Rzyska-Laube 103 sa Rodziewicza sumptem Sierakowskich, miało zachęcić innych kolekcjonerów do podobnej działalności. Interesujący jest kontekst historyczny powstania zbioru. Waplewo Wielkie (niem. Gross Waplitz) na ziemi sztumskiej, po pierwszym rozbiorze polski w 1772 r., znalazło się pod panowaniem pruskim i pozostawało niemieckie aż do 1945 r. Ziemianie polscy, pod zaborami, wielkim wysiłkiem zarówno gospodarczym jak i intelektualnym utrzymywali swoją tożsamość narodową i kulturową. Elementem podtrzymującym związki z kulturą polską było kolekcjonerstwo zarówno dzieł sztuki jak i tworzonych księgozbiorów. Kolekcja Sierakowskich powstawała przez kilka pokoleń, od końca XVIII wieku do schyłku lat dwudziestych XX wieku. Jej rdzeniem był zbiór malarstwa, uzupełniony rzeźbą oraz innymi dziełami sztuki z zakresu rzemiosła artystycznego, jedynie wspomnianymi w Katalogu... Rodziewicza. Podstawowym źródłem mówiącym o zawartości zbioru waplewskiego jest ów Katalog..., który odnotowuje 335 pozycji, podając podstawowe wiadomości o zgromadzonych obiektach. Cennym źródłem informacji są listy Adama Lwa Sołtana - brata Marii Alfonsowej Sierakowskiej, rezydenta w Waplewie - do J. I. Kraszewskiego pełne informacji na temat galerii, świeżych nabytków i okoliczności im towarzyszących. Ponadto innymi źródłami pozwalającymi prześledzić wzrost zbioru od czasów wydania Katalogu... do momentu przejęcia go przez władze niemieckie w okresie II wojny światowej są: Inwentarz sporządzony w 1942 r., korespondencja urzędowa władz niemieckich w Gdańsku z łat 1941 - 1943 oraz wykaz zabytków ruchomych przekazany przez Andrzeja Sierakowskiego Urzędowi Wojewódzkiemu w Gdańsku w 1947 r. Dokumenty te uzupełniają wiedzę na temat zawartości zbiorów waplewskich Sierakowskich o około 100 obiektów. NA POCZĄTEK TINTORETTO Ród Sierakowskich pochodził z Mazowsza - przydomek z Bogusławie przyjął w 1510 roku od majątku w poznańskim. Nosili tytuł hrabiowski od czasu, gdy Wacław Hieronim Sierakowski, arcybiskup lwowski, otrzymał go od cesarzowej Marii Teresy w 1774 r. - dla siebie i całej rodziny. W 1776 r. król pruski Fryderyk II potwierdził tytuł dla Teodora i jego potomków. Pierwszy Sierakowski na Waplewie, Teodor, szambelan królewski, wszedł w posiadanie majątku poprzez ożenek z wdową po Józefie Bagniewskim, Marianną z domu Chrząstowską. Z Teodorem wiążą się pierwsze wzmianki o obrazach w dworze waplewskim. Na podstawie Inwentarza pałacu waplewskiego z 1759 roku dowiadujemy się o płótnie Jacobo Tintoretta przedstawiającym św. Sebastiana. Ów obraz, sto lat później rozpoczynał część pierwszą Katalogu... Rodziewicza poświęconą ponad 260 obrazom i rzeźbom szkół zachodnich oraz cenniejszym przykładom orientalnego rzemiosła artystycznego. Druga część spisu wymieniała ponad 70 portretów rodzinnych. Kolejny właściciel Waplewa - Kajetan Onufry Sierakowski przejął majątek, żeniąc się z córką Teodora, Anną Teodorą - bliską krewną. Kajetan Onufry hr. Sierakowski (1756-1841) zapanowania Stanisława Augusta Poniatowskiego pełnił funkcje starosty bobrownickiego i kasztelana słońskiego. Był posłem na Sejm Czteroletni i zwolennikiem ustawy zasadniczej, w jej obronie opublikował broszurę pt.: Do uprzedzonych względem Konstytucji dnia 3 Maja 1791 roku zapadłej. Wykształcenie zdobył w Krakowie i Wiedniu. Przejawiał szerokie zainteresowania kul- 104 Rozproszona kolekcja Sierakowskich turalne: zarówno bibliofilskie, kolekcjonerskie jak i dotyczące sztuki zakładania ogrodów. Duży wpływ na jego zainteresowania mieli bracia: Wacław, proboszcz katedry wawelskiej, teoretyk muzyki, sztuki ogrodniczej, bibliofil oraz Sebastian jezuita, rektor Szkoły Głównej w Krakowie, współpracownik Komisji Edukacji Narodowej, bibliofil autor dwutomowej encyklopedii budownictwa pt.: Architektura obejmująca wszelki gatunek murowania i budowania. Przykład braci mógł zaważyć na stworzeniu przez Kajetana biblioteki waplewskiej, założenia ogrodowego oraz galerii obrazów. Po śmierci Anny Teodory drugą żoną Kajetana została Helena z hrabiów Dzieduszycka, osoba o świetnych parantelach: siostra Magdaleny Dzieduszyckiej-Morskiej twórczyni pałacu w Zarzeczu i oryginalnego założenia ogrodowo-parkowego oraz siostra Justyny Dzieduszyckiej, żony Ksawerego Działyńskiego, właściciela Kórnika. Przekazawszy synowi Antoniemu w 1815 r. majątek, Kajetan Onufry pełni funkcję senatora Królestwa Polskiego i zamieszkiwał w Osieku Rypińskim, swojej drugiej posiadłości na terenie Królestwa. Kajetan Sierakowski prawdopodobnie wzbogacał przede wszystkim galerię portretów rodzinnych, zamawiając wizerunki u takich twórców jakjohann Niedermann (1759-1833), Kazimierz Woj makowski (1771-1812) czy Jan Krystian Gładysz (ok. 1762-1830). Jako pamiątkę po przodku pozyskał do Waplewa także obraz znacznych rozmiarów Wjazd posła polskiego do Carogrodu 1732 r., ukazujący moment uroczystego wjazdu do Konstantynopola Józefa Dołęgi Sierakowskiego, dziadka Kajetana ze strony matki. Wiadomym jest, że Kajetan Sierakowski nabył pięć obrazów na licytacjach związanych ze spuścizną po Stanisławie Auguście: dwa obrazy świętych Antoniego i Hieronima malarza Christiana Wilhelma Ernsta Dietricha (1712-1774), jeden włoski z historią Vertumnusa i Pomony przypisywany Annibale Caraccie-mu (1560-1609) i dwie „Sceny ludowe” Franciszka Smuglewicza (1745-1807). Były to zakupy raczej okazyjne, na miarę zamożności nabywcy i potrzeb wyposażenia pałacu. Właściwym inicjatorem zbiorów waplewskich był Antoni Sierakowski (1783-1842), szam-belan dworu pruskiego i deputowany do sejmiku w Królewcu. Jako człowiek szczególnie wrażliwy na sztukę - muzyk, grający dobrze na skrzypcach, wedle opowieści rodzinnych muzykujący z Fryderykiem Chopinem podczas jego pobytu w Waplewie w 1827 r., oraz mecenas sztuki, zaprzyjaźniony z rodziną gdańskich malarzy Meyerheimów, Carlem Friedrichem (1786-1837) i jego synem Friedrichem Eduardem (1808-1879), członek gdańskiego Kunstvereinu - nadał pierwotny kształt kolekcji Sierakowskich. Do Waplewa sprowadził grupę „pięknych obrazów włoskich” i prawdopodobnie za sprawą przynależności do Kunstvereinu, popularyzującego dobrą sztukę współczesną, nabył pewną ilość dzieł niemieckich artystów swojego pokolenia. Portrety bliskich i widoki rodzinnych stron zlecał zaprzyjaźnionym artystom: Gładyszowi juniorowi, F. E. Meyerheimowi (Muzeum Narodowe w Gdańsku Spław drewna fosą) oraz Piętro Ayresowi (1794-1878), włoskiemu artyście przebywającemu w Gdańsku w latach 20. XIX. Antoni był także miłośnikiem grafiki; kupersztychy pozyskiwał przy okazji wyjazdów służbowych do Gdańska, Królewca i Warszawy, a z Berlina sprowadzał odbitki za sprawą pośrednika. GROMADZENIE Z ROZMACHEM Galeria waplewska najwięcej zawdzięcza małżeństwu Alfonsa i Marii z Sołtanów Sierakowskich. Alfons hr. Sierakowski urodził się w Toruniu w 1816 roku. Po ukończeniu szkoły pijar-skiej w Warszawie i Królewskiego Gimnazjum Katolickiego w Braniewie studiował prawo na Maciej Kraiński, Dobromiła Rzyska-Laube 105 Uniwersytecie we Wrocławiu i odbył praktyki rolnicze na Śląsku u sławnego agronoma barona Kotza. Żoną Alfonsa była Maria Sołtan córka pułkownika wojsk Królestwa Polskiego i uczestnika Powstania Listopadowego. Maria, dzięki pomocy Zygmunta Krasińskiego zaprzyjaźnionego z jej ojcem Adamem Sołtanem, była oddana pod opiekę księżny Marii z Granowskich Lu-bomirskiej i wychowywana w Wiedniu. Po śmierci księżnej znaczna część jej majątku przeszła na Sołtanównę w wyniku zapisu testamentowego. Alfonsostwo Sierakowscy utrzymywali rozległe kontakty rodzinne i towarzyskie z zasłużonymi rodami z terenu zaboru pruskiego: Do-nimirskimi oraz z Księstwa Poznańskiego: Mielżyńskimi, Kwileckimi, Bnińskimi i Raczyńskimi. Gościli u siebie osoby zasłużone dla kultury polskiej jak Oskara Kolberga czy Józefa Ignacego Kraszewskiego, który spełniał znaczącą rolę doradcy przy podejmowaniu decyzji o zakupie obrazów do zbioru waplewskiego. Maria i Alfons wedle relacji współczesnych stanowili dobraną parę. Maria wspierała męża we wszelkich działaniach, była mu towarzyszką w podróżach i współdecydowała w urządzaniu wnętrz pałacu. Można przypuszczać, że to właśnie gust Marii, wyrobiony na salonach wiedeńskich i włoskich, w znaczący sposób wpłynął na nabytki do zbioru, i nadał kształt kolekcji. Za czasów Alfonsa i Marii Sierakowskich gromadzenie zbioru odbywało się z rozmachem, czego dowiadujemy się z relacji Adama Lwa Sołtana przekazywanych Józefowi Ignacemu Kraszewskiemu. W marcu 1869 r. pisał: „(■■•) galeria więc nasza ogromnie się powiększyła, bo od Waszej bytności przeszło 50 obrazów przybyło", zaś cztery lata później komunikował o przybyciu około 100 obrazów od wizyty Kraszewskiego w Waplewie we wrześniu 1867 roku. W tym też czasie znacznie powiększyła się grupa obrazów familijnych. Około dwudziestu portretów pochodziło z Litwy. Przedstawiały przodków Marii z rodziny: Sołtanów, Pociejów, Radziwiłłów i Korzeniowskich. Niektóre z nich dobrego pędzla: Jana Rustema (1762-1835) i Jana Chrzciciela Lampiego (1751-1830) - portret Stanisława Sołtana w zbiorach MNG, inne w większości w typie wizerunków sarmackich (w MNG m.in.: portrety Leonarda Pocieja, Teresy z Wojnów Pociejowej, Franciszka Zboińskiego). By stworzyć pełną galerię przodków, Sierakowscy zamawiali podobizny u zaprzyjaźnionych lub poleconych artystów: Januarego Suchodolskiego (1797-1875), Louisa Sy (1818-1887) malarza gdańskiego, Marcelego Krajewskiego (1840-1920), Tytusa Pileckiego (1840-1906), a nawet u późniejszego, oficjalnego malarza króla Włoch Michele Gordigianiego (1830-1909). Maria i Alfons zlecali także wykonywanie kopii portretów krewnych, które prawdopodobnie znajdowały się w rękach innych członków rodziny (w MNG portret Michała Radziwiłła pędzla Mariana Jaroczyńskiego według miniatury M.M. Dajfingera). Sama Maria z Sołtanów Sierakowska kopiowała niektóre spośród nich (w MNG portret Aleksandra Pocieja). Zdobywszy artystyczne wykształcenie w Wiedniu, uchodziła za utalentowaną malarkę - amatorkę. Cechą znamienną zbiorów poświęconych malarstwu szkół europejskich była przewaga obrazów malarzy północnych, których pozyskiwanie ułatwiała lokalizacja Waplewa na Pomorzu. Rozwój malarstwa koncentrował się na czterech głównych szkołach narodowych: włoskiej (w MNG „św. Sebastian"przypisywany Tintoretto, „św. Hieronim"przypisywany Guercino), holenderskiej i flamandzkiej - traktowanych jako jedna (w MNG „Raj” A. v. Stalbemta), niemieckiej (w MNG „Noli me tangere" Ch.W.E. Dietricha) oraz francuskiej („Ścięcie męczennicy chrześcijańskiej” E. Le Seuera). Nie zabrakło też przykładów sztuki angielskiej, hiszpańskiej czy rosyjskiej. Według klasyfikacji gatunkowej większość dzieł należała to tzw. storii, czyli obrazów o tematyce 106 Rozproszona kolekcja Sierakowskich religijnej (w MNG „Ecce Homo" Monogramisty Brunszwickiego), mitologicznej (w MNG „Leda z łabędziem" według F. Bouchera, „Wenus, Kupido i Satyr" kopia według L. Cambiaso) i historycznej, przy czym tzw. parerga - tematyka rodzajowa, pejzaż, portret („Dama czytająca list" kopia z J.E. Liotarda) i martwa natura (w MNG „Martwa natura z rondlami" M. Dichtla) były także należycie reprezentowane. Obecność kilku gatunków malarskich miała dawać pogląd na rozwój ich w różnych szkołach i nadawać charakterystykę poszczególnym środowiskom. W zbiorze znajdowały się obrazy znanych mistrzów lub ich kopie (w MNG "Madonna ze śpiącym Dzieciątkiem" kopia z Guido Reni), które mogły spełniać równoważną rolę, co oryginały. Istotne, że figurowało nazwisko głośnego twórcy. Zazwyczaj pojawiała się jedna lub dwie prace danego twórcy, co sprawiało, że żaden nie był wyróżniony. Zbiory malarstwa sięgały XIV w, największą liczbę stanowiła grupa dzieł z XVI i XVII w., a prace z XVIII i pierwszej połowy XIX stulecia reprezentowane były skromniej. Wymienione cechy skłaniają do twierdzenia, że kolekcja tworzona była z myślą o zilustrowaniu dziejów sztuki. Z racji niedużej odległości Waplewa od Gdańska i Elbląga, Sierakowscy dokonywali wielu zakupów w tych miastach. Nabywali zarówno dzieła malarskie gdańskich artystów, takich jak Andrzej Stech (1635-1697) (w MNG „Portret patrycjuszki gdańskiej") czy Daniel Chodowiecki (1726-1801) (w MNG „Chłopiec z podwiązaną twarzą") i przyczyniali się do ratowania zagrożonych zniszczeniem przykładów rzemiosła gdańskiego i elbląskiego. W pałacu waplewskim zachował się zabytkowy kominek elbląski z warsztatu Willema i Abrahama van den Blocków, a w kaplicy pałacowej figura „Madonny z Dzieciątkiem" z warsztatu Mistrza Pawła z ok. 1516 r., pochodząca z kościoła Mariackiego w Gdańsku. Za najbardziej reprezentatywne przykłady rzemiosła gdańskiego uchodziły w owym czasie meble, postrzegane jako symbol mebli narodowych. Stąd w Waplewie jedna z sal prezentujących zbiory artystyczne określana była mianem „Sali Gdańskiej”. Zakupy realizowano także w Dreźnie, Berlinie i Poznaniu. Z WYPRAW DO AZJI Następcy Alfonsostwa zarówno z przyczyn finansowych, a zapewne też innych zainteresowań nie dorównali im w powiększaniu kolekcji. Syn Adam Sierakowski urodził się w 1846 r. i przejął Waplewo w 1876 r., jeszcze za życia ojca, który umarł w Poznaniu w 1886 r. Ukończył w Poznaniu Gimnazjum św. Marii Magdaleny i kontynuował nauki na Uniwersytecie Berlińskim, uzyskując stopień doktora praw. Posłował do parlamentu niemieckiego w latach 1877-1881. Najbardziej jednak zajmowały go zagadnienia związane z antropologią, historią i archeologią. Był zamiłowanym podróżnikiem i świetnym myśliwym. W 1869 roku odbył wyprawę do Algierii, której owocem była książka poświęcona językowi berberyjskiemu. Trzy lata później wybrał się do Indii, a w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych podróżował w góry Kaukazu, do Jerozolimy i wielokrotnie do Włoch i Afryki północnej. Z licznych wypraw pozostawił dwutomowy zbiór „Listów z podróży” pełen opisów przyrody i zabytków kultury. W 1876 roku wstąpił w związek małżeński z Marią Potocką, córką Adama hr. Potockiego z Krzeszowic i Katarzyny z hr. Branickich - stąd koneksje rodzinne z Wilanowem i Montresor. Częste pobyty w Krakowie związane, między innymi, z pracami w Komisji Antropologicznej Akademii Umiejętności zainicjowały rewizyty w Waplewie luminarzy kultury takich jak: Jan Matejko, Konstanty Gryglewski, Michał Elwiro Andriolli, Napoleon Orda czy profesor Stanisław Tarnowski. Adam i Maria mieli troje dzieci: Wandę - zamężną za Edwardem Jaroszyńskim, późniejszą te- Maciej Kraiński, Dobromiła Rzyska-Laube 107 ściową prezydenta Edwarda hr. Raczyńskiego - oraz synów Stanisława i Jana. Postawa Adama Sierakowskiego jako zbieracza zabytków jawi się bardziej jako postawa naukowca niż kolekcjonera; wzbogacił on bowiem zbiory waplewskie o przedmioty artystyczne przywiezione z wypraw azjatyckich; każdy z nich stanowił świetny przykład dla dociekań nad wytwórczością i odmiennością kulturową badanych społeczności. Tradycyjnie powiększył także galerię portretów rodzinnych (w MNG kopia portretu Adama hr. Potockiego według Aryego Schejfera, portrecik Wandy Sierakowskiej nieznanego twórcy). NA STRAŻY SPUŚCIZNY Po Adamie majątek przejął w 1909 r. Stanisław i idąc w ślady przodków prowadził bardzo aktywne życie społeczno-polityczne. W związku z przynależnością do tajnej organizacji Towarzystwa Filomatów w Gimnazjum Katolickim w Chełmnie został aresztowany i pozbawiony prawa kontynuowania nauki na terenie państwa pruskiego. Stanisław zdał egzamin maturalny w Krakowie, a studia ukończył na Uniwersytecie Berlińskim i w Brukseli. Już przed I wojną światową został członkiem Towarzystwa Naukowego w Toruniu. Rozwinął aktywną działalność na polu obrony interesów narodu polskiego w Niemczech. Szczególnie zaangażował się w sprawę plebiscytu na Powiślu w 1920 roku, pełniąc funkcję konsula generalnego RP w Kwidzynie. Po przegranym plebiscycie współtworzył Związek Polaków w Niemczech i był jego pierwszym prezesem. Posłował do sejmu pruskiego w 1923 r. Aktywna praca na rzecz wielu organizacji pochłaniała olbrzymie sumy z prywatnego majątku Sierakowskich, co w konsekwencji doprowadziło do katastrofalnego zadłużenia dóbr i wprowadzenia przez władze niemieckie przymusowego zarządu w majątku. Bank niemiecki doprowadził do parcelacji majątku, a Stanisław Sierakowski otrzymał nakaz opuszczenia rodzinnego Waplewa. W1929 roku rodzina Sierakowskich opuściła teren Niemiec, by po kilku latach tułaczki osiąść w Osieku Rypińskim, na terenie Polski, swoim drugim majątku. Towarzyszką życia Stanisława była Helena Lubomirska z Przeworska - pochodząca z Lubomirskich, dobrodziejów Ossolineum. Jej ojciec Andrzej Lubomirski był ostatnim kuratorem Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. Helena dzielnie wspierała męża działalnością charytatywną i oświatową na rzecz społeczności polskiej na Warmii i Powiślu. Dzieląc los męża została rozstrzelana w Rypinie w październiku 1939 r. Wydaje się, że Stanisław i Helena Sierakowscy włączyli jedynie do zbiorów kilku rodzinnych portretów malarskich i rzeźbiarskich. Jeśli nawet nie wzbogacili znacząco zbiorów wa-plewskich, to znamienna była ich postawa stania na straży spuścizny przodków i dbania, by kolekcjonerskie dzieło ich poprzedników zachowane było w całości. Sierakowscy bowiem, mimo trudnej sytuacji finansowej, nie skorzystali w latach 30. XX w. z oferty niemieckich muzealników z Gdańska, zainteresowanych pozyskaniem trzech obrazów pędzla Andrzeja Stecha i średniowiecznej figury Madonny. Jeden z tych obrazów i figura dotrwały do dziś. Stanisław i Helena Sierakowscy mieli siedmioro dzieci. Najstarszy Adam został przed II wojną światową właścicielem tego, co pozostało z posiadłości waplewskich czyli pałacu, parku, piętnastohektarowej resztówki i kolekcji waplewskiej. Decyzją rodziny zachował obywatelstwo niemieckie, by tym sposobem uniknąć konfiskaty pałacu i zbiorów przez Niemców. Jego żoną 108 Rozproszona kolekcja Sierakowskich była Helena Czedekowska, malarka, córka wybitnego portrecisty wiedeńskiego. Adam nie pozostawił potomka. Zmarł w 1963 roku na atak serca w wynajmowanym pokoiku w dzielnicy Eris Court w Londynie. Jego siostra Jadwiga Sierakowska Dominikowa Rey zabrała, po jego śmierci, do Luxemburga, jeden jedyny obraz wiszący na ścianie jego londyńskiego mieszkanka, „Portret Adama hr. Sierakowskiego” pędzla jego żony Heleny Czedekowskiej-Sierakowskiej. ROZPROSZONA KOLEKCJA Dzieje zbiorów Sierakowskich od czasu przejęcia ich przez władze niemieckie nie są do końca wyjaśnione. Od momentu, gdy część majątku w 1932 roku została rozparcelowana, a Sierakowscy opuścili swoje gniazdo, nadzór sprawował w ich imieniu zarządca. Wówczas być może Sierakowscy zabrali ze sobą część dzieł sztuki. Po zamordowaniu Heleny i Stanisława Sierakowskich Niemcy w 1941 roku przejęli resztę posiadłości. Odtąd zbiory waplewskie zaczęły podlegać Generalnemu Powiernikowi do spraw zabezpieczenia niemieckich dóbr kultury na terenach wschodnich wcielonych do Rzeszy z siedzibą w Gdańsku. Współpracował z nim kurator wszystkich pomorskich zbiorów muzealnych, dyrektor Muzeum Miejskiego w Gdańsku, historyk sztuki Willi Drost. W listopadzie 1941 roku z rozkazu Alberta Forstera przewieziono z Waplewa do Muzeum Miejskiego w Gdańsku ok. 200 obrazów, rzeźbiony wystrój schodów, 10 skrzyń z fajansem, porcelaną i cennymi metalami oraz zabytkowe meble. Pozostałą część, wydaje się, że mniej wartościową przekazano w lutym 1942 r. Prezydium Finansów w Gdańsku. Rok później Niemcy zdecydowali o ewakuacji zbiorów muzealnych zagrożonych nalotami alianckimi. Zespół zabytków waplewskich przewieziono 12 lutego 1943 roku do Nowej Wsi pod Kwidzynem. • Tu ślad się urywa i nie ma prawie źródeł mówiących o dalszych losach zbiorów. Nie wiadomo, czy Niemcy wywieźli je potem do Turyngii, dokąd trafiło część muzealiów gdańskich, czy też Rosjanie korzystając z dokumentacji niemieckich zagarnęli większość z nich. A może w czasie działań wojennych część skrzyń z obrazami została rozbita i rozgrabiona? Dowodem na to może być pojawianie się od czasu do czasu obiektów z kolekcji w obiegu antykwarycznym i jej fragment w zbiorach Muzeum w Kwidzynie. Wiadomym jest, że resztki kolekcji w 1945 r. przejęła komisja rewindykacyjna pod przewodnictwem prof. Michała Walickiego i przekazała muzeom warszawskim. (Część zbiorów udało się zidentyfikować w Muzeum Narodowym i Muzeum Wojska Polskiego) Jeszcze w latach 90. XX w. rozpoznanych było zaledwie kilkanaście obrazów z kolekcji wa-plewskiej. Brak informacji o proweniencji poszczególnych obiektów przekazywanych do muzeów ze składnic muzealnych tworzonych po wojnie i przez zakupy w „Desie”, utrudniał ich identyfikację. Nie zachowała się bowiem dokumentacja (lub nigdy nie powstała), która by wyjaśniała jak i skąd trafiły zabytki do składnic. W okresie powojennym polskie służby celne udaremniły próbę przemytu części kolekcji. Przejęte obrazy zostały zwrócone Andrzejowi Sierakowskiemu, bratu Adama, a w 2011 roku Izabella Sierakowska-Tomaszewska, córka Andrzeja, ostatnia z żyjących waplewskich Sierakowskich, podarowała Muzeum Narodowemu w Gdańsku - ze wskazaniem Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim - 22 obrazy z kolekcji. W obecnej chwili możemy mówić o 82 zidentyfikowanych obiektach. W każdej chwili mogą wypłynąć następne. Należy szukać. Sierakowskim to się należy. Maciej Kraiński, Dobromiła Rzyska-Laube 109 WYBRANA BIBLIOGRAFIA Rodziewicz Klemens, Katalog zbioru obrazów oraz innych przedmiotów sztuki znajdujących się w osiadaniu rodziny hrabiów Sierakowskich w Waplewie, Poznań 1879. Spis obrazów w majątku Waplewo Sierakowskich, Zespół Akt Ministerstwa Kultury i Sztuki, 387/51/110-122, Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Bukowski Andrzej, Waplewo. Zapomniana placówka kultury polskiej na Pomorzu Nadwiślańskim, Wrocław 1989. Rzyska-Laube Dobromiła, Zbiory artystyczne Sierakowskich z Waplewa i innych polskich ziemian na Pomorzu Nadwiślańskim od końca XVIII w. po czasy dzisiejsze, praca doktorska przygotowywana pod kierunkiem prof. dr hab. Krzysztofa Pomiana, w Katedrze Historii Sztuki i Kultury UMK w Toruniu. Kowalska Helena, Zbiory waplewskie w świetle korespondencji niemieckiej lat 30-tych XX wieku [w:] Materiały sesji naukowej „Waplewo. Dziedzictwo odzyskane" 30 listopada 2007, w druku. Sala Gdańska, w 1896 r., nazwana od prezentowanych w niej mebli gdańskich. Na ścianach obrazy kolekcji hr. Sierakowskich rozproszone i zaginione po II wojnie światowej. Za stołem gdańskim w głębi widoczny kominek barokowy - ze scenami polowania zaczerpniętymi z mitologii greckiej - zakupiony przez Sierakowskich w Elblągu. Nad drzwiami, po prawej stronie zdjęcia, prowadzącymi do jadalni, widoczne wazy z Delft, obecnie w „Domu pod Gwiazdą" w Toruniu, fot. Archiwum na Wawelu, Dział Krzeszowice, pałac hr. Potockich. Tomasz Agejeżyk PRASA MALBORSKA DO 1945 ROKU U^rwiS ■ SKarienBueger vm« betnięt pro Ouartal fur _ yi^nvViiiiu "sssł^? Suwarr nimmt fur una entgegtn: bit ^lunouccn > ^pebition Bon ®. g. £anbe * Gamb « “^^“men. 9irpraftntantcn in alitu flrógtrtn ®tabtrn. a. 99t„ fott>it btttn 1872. aK$»są^ freffenben S^ S«K' Lcn*un$ W* »efraA»a Mo. 55 jniltmodj, hen 10. 3ufi (©HianbM&eniBlhfrrBiJaiłfcrM^^^^ "wi rutoirgerMung unb r. UntHtctufgHUti" ^ublifationbblatt bes JHniglidjen 8anbra^8amt« unb fonfliger ©e^rben. ^r. »6. Snotienburg. Tonnerftag be» 19. $luguft 18^8 ^wi§=SIatt fur fen £retó ^acienburg t8pr «rfĄeint 3Wittwo« *826, tr tseniger ald im 3abre *825, 7 wenlger ald im 3abre 1824 unb 37 weniger ald tm 3<$r« >833* H. ebellĄ getratif: auS brr Gtabt 26 ©aare, boni ganbe 4 9m ©lennonitcn 1 9., flberbaupt 31 9* ©lit ben borlgen 3o&ren petglfdjen, finb 1 ©Mr ■ trinłatr ald Im 3«be 1826, 8 ©nar roenlger ald Im 3«G« 1825, u ©aar weniger ald Im 3o^« 1824 unb to ©aort weniger ald 1823 getraut, III. geporben: ?- In ‘brr 6fabt 43 mannllĄt/ 5* welblidje, jufammen 93 9erfonrn, s, auf btm £anbe 19 mdnnli$e, 13 welbllc$e» jufammen 32 ©erfonen, ŚRennonittn 9 mdnnllcbC 4 Welbfl^r jufammen 13 Terfoneru OtFunbtne 0achen. 3«rl golbent Siwe, bon benen ber e|ne mit bet 3a&rjo6l 1550 óntldjnel Iff, Pnb t>e| und elngefltfcrf. SBer feln ©gene&um.an dnthi ober bem anbertt nadje juwelfen gebenlf, uióge p^ Innerfjalb 6 SBocben eu Stafbbauft 'inelbtn. • . * Wlarienburfl, ben 3. 3anuar 1828. ©er ©Jagiprot* ®nt6inbung«» 9tn|el&ą &t gefletń 9|benb£um |o Ubr erfolgte glurfliebe ©itblnbung Feiner grotę bon elnem gefunben finaben jeNee ganj ergebenR on. JOirfdjau, ben 3. ^annar 1828. ©er EanbrlĄtcr © $ u m o n n £Dlo r t i p r e i ft Der lin ©Jarienburg In ęibfng In^legenbofF CsĄth ftl b4 3 1 28 4 P. belfer tr 9 (MM 6 •MB 38 3 D. briter 3« 8 — 7 — 28 a D. frutre. Pierwsza i czwarta strona pierwszego numeru „Marienburgscher Anzeiger" z 1828 r.,fot. archiwum autora Tomasz Agejeżyk 113 mer kolejny był podawany cyframi arabskimi. Układ był jednokolumnowy. Graficzne opracowanie było proste i nie ulegało zmianom przez cały czas. Tematycznie podział przedstawiał się następująco: pierwsze strony zajmowały informacje kościelne, następne rozprawy informacje urzędowe. Ostatnią stronę pisma zajmowały aktualne ceny rynkowe, drobne ogłoszenia płatne oraz prognoza pogody na najbliższe dni. W grudniu 1833 roku władze powiatu zdecydowały o publikowaniu wszystkich obwieszczeń i ogłoszeń w tygodniku „Kreisblatt”. Każda miejscowość zobowiązana była przeznaczyć na roczną prenumeratę gazety 1 talara i 10 groszy. Pierwszy numer nowej gazety pojawił się dopiero 5 lipca 1834 roku, ale pod nazwą „Kreisblatt des Kóniglichen Lan-drats-Amtes zu Marienburg”. Połączono tym samym „Marienburgscher Anzeiger” i „Kreisblatt”, a druk powierzono oficynie Kantera. Nowa pozycja przechodziła pełną cenzurę treści wykonywaną przez policję z aprobatą malborskiego burmistrza. Gazeta zamieszczała obwieszczenia i ogłoszenia urzędowe starostwa, królewskich urzędów podatkowych i magistratów, ogłoszenia sądowe, prywatne, krótkie opowiadania, wiersze, ogłoszenia kościelne, prognozę pogody, sprawozdania rynkowe, itp. Rewolucja z 1848 roku uwolniła gazety spod pełnej władzy rządzących, ułatwiając wolność słowa. Wzrosła liczba nowych publikacji, szczególnie o tendencjach liberalnych. Pojawiły się mało znaczące nowe malborskie gazety „Der Hochmeister” i „Der Zeitspiegel” (Volksbl. f.d. Burger u. Landmann). Od sierpnia 1868 roku „Kreisblatt” wydawany był dwa razy w tygodniu, w środy i soboty oraz zmieniono format. Cena rocznej prenumeraty podzielonej na kwartały wynosiła 6 groszy a zamieszczenie ogłoszenia na przedniej stronie 1 grosz i 6 fenigów. Redaktorem prowadzącym był zawsze sekretarz powiatowy. Obok urzędowej części pojawił się blok rozrywkowy z felietonami, krótkimi nowelami czy też anegdotami. Jesienią 1871 roku stworzono nieoficjalną część, w której zamieszczano artykuły o treści politycznej, a rok później przeniesiono druk i wydawnictwo do zakładu A.M. Damme-rau’a, znajdującego się przy Kratzhammer 118. Konserwatywny i liberalny kierunek gazety przyniosło wydanie w 1868 roku niezależnej prasy w postaci „Nogat-Zeitung”, drukowanej do 1 sierpnia 1921 roku u Fritza Grossnic-ka, wznowionej w 1933 roku jako „Neue Nogat-Zeitung” (dodatek do „Westpreufiischen Zeitung“). Definitywny koniec jej wydawania nastąpił w 1937 roku. W pierwszym kwartale 1862 roku prenumerowano na poczcie malborskiej 24 tytułów spoza Malborka o łącznej liczbie 341 egzemplarzy. Dominowały wśród nich: „Danziger Zeitung" (69 egz.), „Alte Elbinger Anzeigen" (43), „WestpreuBische Zeitung" (33), „Burger-und Bauernfreund" (33), „Volkszeitung“ (32), „Neue Elbinger Anzeigen" (30), „PreuBi-sches Volksblatt“ (24), „National-Zeitung" (14), „Spenersche Zeitung" (11), „Dampfbo-ot“ (11), „Neue Wogen der Zeit" (8), „Vossische Zeitung“ (6), „Publizist“ (6), „Kónigsber-ger Zeitung" (5), „Neue PreuBische Zeitung“ (3), po 2 egzemplarze - „Graudenzer Gesel-lige" „Kólnische Blatter" „PreuBischer Staats-Anzeiger" i „Volkwirthschaftliche Zeitung“. Najmniejsze zapotrzebowanie było na: „Berliner Allgemeine Zeitung , „Braunsberger Kreisblatt”, „Neue Hallesche Zeitung”, „OstpreuBischer Zeitung”, „Ostsee-Zeitung“. Rok 1879 przyniósł rozdzielenie „Anzeiger” i „Kreisblatt”. Nurt rządowy bez rubryk roz- 114 Prasa malborska do 1945 roku rywkowych przejął „Kreisblatt”. „ Anzeiger” przekształciło się w „Marienburger Zeitung” -gazetę wydawaną trzy razy w tygodniu (we wtorki, czwartki i niedziele). Nowością było załączanie ilustrowanego dodatku literackiego „Nach der Arbeit”. Pierwszym redaktorem został Siegel - zecer z gdańskiej drukarni Kafemanna. W numerze datowanym na 1 października 1879 roku redaktor Siegel pisał: „Marienburger Zeitung jako nowy organ wypełnia brak na rynku malborskim niezależnej politycznie gazety, która przez artykuły, korespondencję omawia rzeczywistość bez stronniczości. Gazeta ma zawierać w każdym numerze zrozumiały prze-gląd układów państwo-sejm." Rozwój gazety przyczyniło się do ciągłego unowocześniania zakładu pod względem technicznym jak również personelu redakcyjnego. W 1880 roku w zakładzie pracowało trzech pomocników i dwóch praktykantów, a cały skład leżał w ręku jednego redaktora. Do dyspozycji mieli pamiętającą jeszcze czasy „Marienburgscher Anzeiger” ręczną maszynę drukarską tzw. maszynę płaską, a od 1878 roku pomagała im szybka prasa. Zakład nigdy nie zostawał w tyle, zawsze starano się wprowadzać innowacje. W 1912 roku zakupiono pierwszą maszynę rotacyjną, bardzo wydają, gdyż podłoże drukowe przemieszczało się przez maszynę ze stałą prędkością i w jednym kierunku, przez co możliwe było przenoszenie przez maszynę kilku arkuszy podłoża drukowego na raz. Szybka prasa i maszyna rotacyjna były napędzane silnikami gazowymi. Kolejna modernizacja nastąpiła po ustabilizowaniu się czasu wojenno- hiperinflacyjnego w 1924 roku, zakupiono wtedy tzw. żelaznego kolegę - maszynę do składania, a w 1926 roku zastąpiono dotychczasową rotacyjną maszynę nową, podwójną z możliwością drukowania aż 16 stron, produkcji Kónig & Bauer z Wurzburga. Rozbudowano również zakład, przyjęto drugiego redaktora prowadzącego (Radzko). Przy takim stanie „Marienburger Zeitung” świętowało swoje 100-lecie. Pierwsze wiadomości pozyskiwano telegraficznie oraz telefonicznie, czasami również wysyłano listem ekspresowym. W 1925 roku rolę tę przejęła agencja radiowa, co przyczyniło się do zwiększenia szybkości ukazywania się istotnych wiadomości a tym samym ustawiło „Marienburger Zeitung” na równym poziomie z przodującymi gazetami prowincji. Współpracowano z największymi biurami informatycznymi takimi jak Wolff schen Telegra-phen-Biiro czy Telegraphen-Union (TU). Informacje z miasta i powiatu przesyłane były przez specjalnego korespondenta. Mimo trudności jakie napotykała na swojej drodze „Marienburger Zeitung” utrzymała do 1883 roku swoją niezależność, wtedy to połączyła się ponownie z „Kreisblatt” tworząc „Marienburger Zeitung und Kreisblatt”. Fuzja powiększyła grono odbiorców, co wiązało się ze zwiększonym popytem na prywatne ogłoszenia. Pismo od 1888 roku wychodziło już cztery razy w tygodniu („Nogat-Zeitung” trzy razy). Co tydzień jako dodatek dołączony był ilustrowany przewodnik handlowo-rolniczy „Die guten Geister”, a raz do roku, w święta Bożego Narodzenia kalendarz ścienny (Schlosskalender). Od października 1901 roku „Marienburger Zeitung” stała się dziennikiem. Druk wciąż znajdował się w rękach zakładu A.M. Dammeraua, aż do jego śmierci w 1880 roku. Nowym właścicielem zakładu poprzez ślub z wdową po Dammerale, został Otto Halb, który w 1910 roku wybudował nowy zakład przy Neustadt 1 przenosząc tam wydawnictwo „Marienburger Zeitung”. Kontynuatorem rodzinnej tradycji od 1920 roku był syn Otta, Hans. Tomasz Agejczyk 115 Pierwsza wojna światowa postawiła przed wydawcami gazet duże wymagania, społeczność oczekiwała najświeższych informacji z pola walki. Malborska prasa, prawie codziennie, szczególnie w pierwszych miesiącach wojny, zamieszczała szczegółowe sprawozdania a nowe numery umieszczane były w witrynach wielu zakładów dla rozpowszechnienia wiadomości. Przez długi czas wydawca przekazywał bezpłatnie numery wszystkim chorym i rannym znajdującym się w malborskich lazaretach. Po wybuchu zamieszek w listopadzie 1918 roku nastąpiła zmiana wydawania „Kreis-blatt”, którego przejęła robotniczo-wojskowa rada, wydająca „Nogat-Zeitung”. Było to niezgodne z umową wydawcy „Marienburger Zeitung” i powiatu. Mimo to „Kreisblatt” pojawiał się osobno od 11 do 20 grudnia tego roku jako dodatek do „Herausgegeben unter Au-fsicht des Vollzugsausschusses des Arbeiter und Soldatenrates Marienburg”. Ze względu na szybki wzrost cen papieru i materiałów drukarskich w 1922 roku rozmiar „Marienburger Zeitung” został zmniejszony przez zaprzestanie drukowania dodatku w formie „Kreisblatt”. Dopiero nowa umowa z powiatem doprowadziła od 1 lipca 1922 roku do zmiany nazwy na „Marienburger Zeitung und Kreis-Anzeiger”. Hiperinflacja niemieckiej waluty powodowała zmiany cen prenumeraty gazety z miesiąca na miesiąc. Do końca lipca 1922 roku - prenumerata roczna kosztowała 60 marek, od sierpnia koszt miesięczny wynosił 25 marek, we wrześniu 40, w październiku 80, w listopadzie 100, a w grudniu już 170. Nowy rok przyniósł kolejną zmianę cen na 350 marek, luty 900, marzec 2 000, kwiecień i maj 3 000, czerwiec 3 500, lipiec 7 000 a sierpień już 18 tysięcy marek!. Przygotowanie do druku 200 cetnarów papieru kosztowało przed pierwszą wojną światową zaledwie 2 200 marek, w 1918 roku 5 025, w 1920 roku 41 200 a w lipcu 1923 roku 74 000 000 (siedemdziesiąt cztery miliony marek!). Redaktorami prowadzącymi „Marienburger Zeitung” byli: Siegel (1879), Schwabl (1885), Góttling (1888), dr Wunderlich i Grothe (1889), Hermes (1890), Zimmermann, Hupfer, Kristein (1896), Lehmann (1898), Engel (1899), Staberow (1901), Lindenmann (1904), Hesse (1905), Kohnert (1908), Sawatzki, Muntz (1912), Wórisshoffer (1916), Rassmann (1918), Will (1919), Reis (1921) oraz od września 1922 roku do stycznia 1945 roku Hubert Dettmeyer. 30 marca 1928 roku „Marienburg Zeitung” świętowało swoje stulecie. Nakład w tym dniu wyniósł 5000 sztuk. Życzenia przesłał ówczesny prezydent Niemiec Paul von Hin-denburg. Dzięki zakupionemu w 1925 roku przez oddział ekspedycji samochodowi, jubileuszowy numer został dostarczony niemal na cały powiat malborski i sztumski, jak również Żuławy. Przejęcie władzy w Niemczech przez partię NSDAP skutkowało namacalnymi zmianami w całej niemieckiej prasie. Hitlerowcy bardzo wcześnie uświadomili sobie, że publiczny charakter prasy, jej systematyczne docieranie do czytelnika i zaangażowanie polityczne czynią z niej narzędzie szczególnie skutecznego oddziaływania na społeczeństwo. Dał temu wyraz Hitler pisząc w „Mein Kampf ”, iż państwo ma obowiązek nadzorować wychowanie społeczeństwa i dlatego też „państwo musi mieć przy tym na uwadze szczególnie prasę, ponie- 116 Prasa malborska do 1945 roku waż jej wpływ na ludzi jest bezwzględnie najsilniejszy [...]. Państwo musi zatrzymać bezwzględnie dla siebie ten środek, wychowania mas, zabezpieczyć i postawić go w służbie państwa i narodu." Podjęto wtedy działania zmierzające ku stworzeniu ogólno-niemieckiej, nazistowskiej gazety. Nic z tego jednak nie wyszło gdyż rzecz polegała na ogromnych trudnościach w zdobyciu rynku czytelniczego. W Niemczech bowiem, inaczej niż w innych krajach zachodnioeuropejskich, nie było nigdy wielkonakładowych ogólnokrajowych dzienników, wydawanych w stolicy. Jak gdyby rekompensując ten brak prasy ogólnokrajowej, rozwinęła się tutaj nadzwyczaj prasa lokalna i regionalna w tym „Marienburger Zeitung”. Jak wszystkie „obywatelskie” gazety ta również musiała poddać się dyrektywom propagandy Goebbelsa. Utrudnienia spotkały również wydawcę Hansa Halb, który był członkiem loży wolnomularskiej. Nowa władza zwalczała gazetę co skutkowało zmniejszeniem nakładu do 2000 sztuk, dla porównania w 1928 roku nakład wynosił 5000 egzemplarzy. Mimo to Halb aż do swojej śmierci w 1943 roku, nie stworzył partyjnej gazety. Życzeniem wdowy po Hansie była kontynuacja wydawania „wolnej” prasy z Hubertem Detrmeyerem na czele, na co nie mogła się zgodzić hitlerowska władza. Doprowadzono do sprzedaży gazety Wydawnictwu Okręgu Gdańskiego. Partia osiągnęła swój cel. Dettmeyer pozostał na stanowisku, które opuścił dopiero 24 stycznia 1945 roku, wydając w południe ostatni numer „Marienburger Zeitung”. Nie można przy okazji zapomnieć o mieszczących się w Malborku filiach znanych pruskich gazet: „Weichsel - Zeitung" przy Langgasse 21 (obecnie Kościuszki) - dziennik przeznaczony dla Prus Zachodnich. W latach 1920 - 1945 gazeta była urzędowym organem władz państwowych i komunalnych powiatów: Kwidzyn, Sztum i Susz. W latach 1932 - 1934 nosiła podtytuł: „N.S. Weichsel - Wacht” (Narodowo-Socjalistyczna straż nad Wisłą). Dziennik reprezentował stanowisko hitlerowskiej partii i Związku Niemiecki Wschód w odniesieniu do Powiśla. Był nakierowany przeciwko Polakom i wszelkim przejawom polskości. Posiadał specjalną kolumnę przeznaczoną na wiadomości z obszaru „Zwischen Danzig und Memel” (Między Gdańskiem a Kłajpedą). „Elbinger Zeitung” przy Am Tópfertor 3 (obecnie J. Piłsudskiego) - opiniotwórcza gazeta wydawana w Elblągu od 1831 roku. Do tematów często poruszanych na łamach gazety należały zagadnienia polityczne. Gazeta była uwrażliwiona na zagadnienia lokalne i regionalne, zawierała m.in. omówienia wydarzeń kulturalnych, sprawozdania z imprez sportowych, zamieszczane były powieści w odcinkach. Dużą wagę przywiązywano w piśmie do dodatków takich jak „Kobieta” (Die Frau), „Dodatek dziecięcy” (Die Kinderbeilage), „Wolne godziny” (Feierstunden), które podnosiły atrakcyjność gazety. „Elbinger Zeitung” była gazetą przeznaczoną dla szerokiego kręgu odbiorców i do tego była niezależna i neutralna, redagowana poprawnie, niemniej nie mogła konkurować z pismami o ogólnoniemiec-kim zasięgu - nic nie przyczyniło się do wzrostu jej znaczenia poza granicami prowincji wschodniopruskiej. „Westpreussische Zeitung" przy Kuhlmanngasse 5 (obecnie Stare Miasto) - ukazujące się od 1 listopada 1933 r. W 1939 roku nakład dziennika wyniósł prawie 24 tysiące eg- Tomasz Agejczyk 117 zemplarzy. W ostatnim okresie istnienia pisma mutacje gazety byty rozprowadzane wśród mieszkańców powiatu malborskiego i pasłęckiego. Trudności wojenne i restrykcje w dostawach papieru dały się również odczuć na elbląskim rynku prasowym. Od 1 kwietnia 1943 r. zamiast „Elbinger Zeitung” oraz „Westpreussische Zeitung” zaczęło ukazywać się już tylko jedno pismo o nazwie „Neue Elbinger Zeitung”. Fuzja ta była jednym z kolejnych dowodów załamywania się hitlerowskiego systemu prasowego. „Elbinger Neueste Nachrichten” przy Niedere Lauben 3 (obecnie Stare Miasto) -prawdopodobnie ukazywało się od Wiosny Ludów (1848 r.) do 1915 roku. Gazeta w pierwszym okresie nosiła nazwę „Altpreussische Zeitung” i była organem elbląskich demokratów. Gazeta liczyła 4 strony, a ukazywała się od poniedziałku do niedzieli, nakład osiągnął 11 000 egzemplarzy. Raz w tygodniu ukazywał się dodatek specjalny „Tagliche Unterhal-tungsbeilage”, w którym zamieszczano zapowiedzi literackie i powieść w odcinkach. „Freie Presse” przy Langgasse 8 (obecnie Kościuszki) - gazeta ukazująca się w latach 1919 - 1933. Pismo było kierowane do zwolenników socjaldemokracji zamieszkałych w powiatach elbląskim i malborskim. Przez pierwsze lata istnienia gazeta borykała się z wieloma trudnościami materialnymi i organizacyjnymi, dlatego ukazywała się tylko raz w tygodniu. W 1927 roku podjęto próbę zwiększenia rangi pisma. Dzięki wysiłkom Hermanna Schulza, Paula Schulza, Franza Rudnitzkiego zaczęło się ono ukazywać już codziennie. W wymienionym roku „Freie Presse” prenumerowało tysiąc osób, później udało się zwiększyć nakład do czterech tysięcy egzemplarzy. Redakcja częściowo zamieszczała przedruki z „Kónigsberger Zeitung” oraz z berlińskiej „Konzentration”. Na kształt „Freie Presse” duży wpływ mieli Paul Schmidt i Paul Schulz, a od 1930 roku Rudolf Haetzel. W lutym 1933 roku gazeta, podobnie jak inne lewicowe pisma w Niemczech przestała się ukazywać. Patrząc na dzieje prasy malborskiej daje się zaobserwować dominowanie jednego tytułu „Marienburger Zeitung” oraz dążenie do sprostania wymaganiom związanym z przedstawieniem zróżnicowanych poglądów i opinii. Rozkwit prasy, stanowiącej ważny czynnik życia kulturalnego, znajduje swój konkretny wyraz w udziale malborczyków w codziennych wydarzeniach, co z kolei znajduje swoje odzwierciedlenie na łamach lokalnej prasy. BIBLIOGRAFIA Andrzejewski M., Zarys prasy elbląskiej w latach 1918-1945 [w:] Rocznik Elbląski, T.X, 1985. Borchert H.J., Marienburger Geschichtsbuch, Frankfurt/Main 2006. Dettmeyer H., Zacharias R., „Marienburger Zeitung" einst und jetzt [w:] Neues Marienburger Heimatbuch, Herford 1967 Górski K., Dzieje Malborka, Gdynia 1960. Jedliński W., Malbork - dzieje miasta, Malbork 2000. „Marienburger Zeitung” - numery archiwalne. 118 Bank miast w Sztumie Martyna Sarnowska Leszek Sarnowski BANK MIAST W SZTUMIE1 Początek lat siedemdziesiątych nie zapowiadał się najlepiej. Rozpoczął się dramatem grudniowym i kolejnymi ofiarami totalitarnego systemu na Wybrzeżu. Na ulicach Gdańska, Gdyni Elbląga zginęli ludzie. Edward Gierek, który przejął władzę w KC PZPR po Wiesławie Gomułce, już na lutowym posiedzeniu najwyższych władz partii (VIII Plenum KC PZPR w 1971 roku) zapowiadał: „wielką rolę do spełnienia w naszym życiu społecznym, w rozwoju demokracji socjalistycznej ma prasa, radio i telewizja. Postawa polityczna olbrzymiej większości środowisk dziennikarskich, ich udział w realizacji polityki partii stanowi ważną pomoc dla partii, dla władzy ludowej." Ponad rok później pojawia się hasło, będące jednym z głównych elementów propagandy sukcesu, a mianowicie program budowy „drugiej Polski”. Zakładał on podwojenie głównych wskaźników makroekonomicznych w ciągu jednego pokolenia i przekształcenie PRL -u w „państwo zasobniejsze, odpowiadające aspiracjom obywateli nowoczesnego kraju przemysłowego". Na język codzienny przekładają te hasła działacze lokalnych struktur partyjnych, a także „ponadpartyjnych” w postaci forowanego przez władze Frontu Jedności Narodu. Oficjalnie koncepcja propagandy sukcesu, która miała obowiązywać w kontrolowanych przez władze środkach masowego przekazu, została ogłoszona przez ówczesnego kierownika Wydziału Propagandy KC PZPR Jerzego Łukaszewicza w grudniu 1974 roku. Realizatorzy tej propagandy, czyli dziennikarze mieli przekonać społeczeństwo, że ekipa rządząca to sprawni socjalistyczni menadżerowie, otwarci pragmatycy i światowcy, w odróżnieniu od siermiężnych aparatczyków Władysław Gomułki. I to oni właśnie znakomicie orientują się w prawdziwych potrzebach społecznych i szczerze pragną je zaspokajać. Edward Gierek miał być prezentowany jako troskliwy gospodarz, który ma świetny kontakt z prostymi obywatelami. Otwarcie na zachód (specjalne sklepy „Pewexy”, w których można było kupować za dolary i specjalne bony, możliwość wyjazdu za granicę, ale przede wszystkim kredyty), miało pokazać, że PRL jest już normalnym i cywilizowanym krajem europejskim. O tym miała przekonywać właśnie telewizja, która emitując wiele programów zachodniej, z rozmachem kreowała konsumpcyjny i bezrefleksyjny model życia. Najważniejszym zadaniem propagandy sukcesu było ugruntowanie wśród obywateli przekonania o słuszności gierkowskiej koncepcji budowy drugiej Polski, dzięki czemu PRL miała stać się światową potęgą gospodarczą. W połowie lat 70-tych następuje szereg ważnych dla państwa i społeczeństwa zmian. W maju 1975 zlikwidowane zostają powiaty, a w miejsce dotychczasowych 17 województw 1 Wspomnienia mieszkańców zebrane zostały w 2004 roku w ramach konkursu historycznego IPN „Propaganda a rzeczywistość lat 70-tych”. Wykorzystano również wycinki prasowe ze zbiorów Wacława Bieleckiego, zdjęcia, ulotki i materiały propagandowe ze zbiorów Henryka Lipskiego,'Henryka Czaji, Stefana Szyszki, Janiny Solnica, Bolesława Grabowskiego. powołano do życia 49, w tym województwo elbląskie, w skład którego wszedł właśnie Sztum. W lutym 1976 roku, mimo protestów wielu środowisk i przy jednym głosie przeciwnym (Stanisława Stommy z koła poselskiego Znak), dochodzi do nowelizacji konstytucji, i wprowadzenia zapisu o tym, że PRL „urzeczywistnia i rozwija demokrację socjalistyczną" oraz „umacnia przyjaźń i współpracę ze Związkiem Radzieckim", a PZPR jest „przewodnią siłą polityczną społeczeństwa w budowie socjalizmu". W czerwcu 1976 roku w wielu miastach Polski, między innymi w Radomiu, Ursusie, Płocku odbyły się liczne i stłumione przez Milicję Obywatelską, protesty robotników przeciwko podwyżce cen żywności. We wrześniu 1976 roku 14 działaczy opozycji w tym Jacek Kuroń, Jerzy Andrzejewski, Jan Józef Lipski i Antoni Macierewicz powołało do życia Komitet Obrony Robotników (KOR). Oprócz pomocy dla represjonowanych robotników KOR poszerzył z czasem zakres swej działalności między innymi na próby przełamania państwowego monopolu informacyjnego w postaci tak zwanego drugiego obiegu czyli wydawanie literatury i biuletynów informacyjnych poza cenzurą. W marcu 1977 roku działacze niepodległościowi tacy jak Leszek Moczulski, Andrzej Czu-ma, gen. Mieczysław Boruta-Spiechowicz, o. Ludwik Wiśniewski utworzyli Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela, którego głównym celem działalności było wymuszanie na władzach respektowania międzynarodowych konwencji i paktów dotyczących praw obywatelskich. W lipcu 1979 roku za sprawą między innymi Aleksandra Halla, Arkadiusza Rybickiego, Macieja Grzywaczewskiego, Marka Jurka, Jacka Bartyzela powstał Ruch Młodej Polski. Za główny cel uznawał obronę praw obywatelskich oraz dążenie do odzyskania przez Polskę pełnej suwerenności. 16 października 1978 krakowski kardynał Karol Wojtyła został papieżem Janem Pawłem II. 120 Bank miast w Sztumie Właśnie w tym okresie narodził się pomysł ogólnopolskiej imprezy propagandowej pod nazwą Bank 440. Był to pomysł zainicjowany w Telewizji Polskiej, której szefem był wówczas Maciej Szczepański. Cełem Banku było ożywienie 440 samorządów gminnych, bo tyle ich było w całej Polsce. Było to gigantyczne przedsięwzięcie realizacyjne, które pochłonęło potężne kwoty pieniędzy, jak znaczne trudno policzyć, szczególnie jeśli chodzi o finanse związane z telewizyjnymi działaniami. Jak pisze w Leksykonie PRL Zdzisław Zbłewski: „rządząc telewizją w sposób niepodzielny „Krwawy Maciek", czyli Maciej Szczepański, przekształcił ją w potężny instrument oddziaływania społecznego, w narzędzie, którego głównym zadaniem była, prowadzona w inteligentny i przemyślany sposób, indoktrynacja polityczna telewidzów. Zadanie to realizowano głównie za pośrednictwem programów informacyjnych i publicystycznych, z których tradycyjnie najważniejszy był wieczorny „Dziennik Telewizyjny", przekształcony w 1976 roku w godzinny program „Wieczór z dziennikiem". Audycja charakteryzowała się skomplikowaną formułą, oficjalnym, niemal urzędowym stylem podawania informacji oraz irytującą manierą nachalnego lansowania pozytywnego obrazu polskiej rzeczywistości, obrazu, który w coraz większy stopniu rozmijał się z odczuciami 'przeciętnego obywatela. Innym ważnym zadaniem telewizji w okresie rządów Szczepańskiego było organizowanie wystawnych „igrzysk" dla społeczeństwa w postaci audycji rozrywkowych, atrakcyjnych filmów fabularnych i seriali oraz gromadzących przed telewizorami niemal całą Polskę.."2 JEDZIE TELEWIZJA Taka telewizja trafiła właśnie do Sztumu i innych miasteczek wytypowanych po wstępnych eliminacjach telewizyjnych. Sztum, według oficjalnych ulotek reklamowych przygotowanych z okazji Banku Miast, liczył w 1976 roku siedem tysięcy mieszkańców. W całej gminie mieszkało 14,5 tysiąca osób. W zakładach państwowych zatrudnionych było 5,5 tysiąca 2 Z. Zbłewski, Leksykon PRL. Warszawa, 2001 r. Martyna Sarnowska, Leszek Sarnowski 121 osób, z czego ponad tysiąc w przemyśle, 1,4 tysiąca w rolnictwie, ponad 600 w handlu i 2,6 tysiąca w pozostałych działach gospodarki. Do najważniejszych zakładów przemysłowych na terenie gminy należały: Przedsiębiorstwo Obróbki Metali POMET (zatrudniające także więźniów zakładu karnego), Przedsiębiorstwo Obróbki Drewna, Gdańskie Fabryki Mebli, Zakłady Przemysłu Odzieżowego „Artus”, Państwowy Ośrodek Maszynowy Sztum - Górki oraz Kombinat Rolny „Powiśle” w Czerninie. Handel skupiony był w 114 punktach - 66 sklepach, 12 zakładach gastronomicznych, 36 punktach drobnodetalicznych, 13 klubach i klu-bo-kawiarniach. Na terenie gminy działało 61 placówek usługowych, prywatnych i państwowych oraz 80 prywatnych zakładów rzemieślniczych. W ośmiu szkołach podstawowych, w których pracowało 114 nauczycieli, naukę pobierało ponad dwa tysiące uczniów. Szkoły średnie to liceum ogólnokształcące, ekonomiczne, medyczne oraz Technikum Hodowlane w Barlewiczkach i Zasadnicza Szkoła Zawodowa. Działalność kulturalna, którą koordynowało Sztumskie Centrum Kultury, prowadzona była w 52 placówkach, w tym w dwóch zakładowych domach kultury w Sztumie i Czerninie, Młodzieżowym Domu Kultury w Sztumie oraz wybudowanym w czynie społecznym, tuż przed inauguracją Banku 440, Wiejskim Domu Kultury w Uśnicach. Poza tym na zamku funkcjonowało Muzeum Powiśla, biblioteka publiczna i pedagogiczna oraz Towarzystwo Miłośników Ziemi Sztumskiej. Działało ponadto 8 klubów Prasy i Książki i 2 Kluby Rolnika. Rozgrywanemu na oczach milionów widzów całej Polski Bankowi 440, między Sztumem i Skwierzyną, podporządkowane było życie społeczne, polityczne, gospodarcze, a nawet kulturalne i sportowe. W jednej z ulotek reklamujących Sztum, a wydanych sumptem miejscowego Urzędu Miasta i Gminy czytamy: „ ... Nasze zobowiązania do Banku 440 są ogromne. Obejmują nie tylko zadania produkcyjne lecz również zadania kulturotwórcze. Ogólnie wzmożona działalność dała okazję do rozwijania wśród społeczeństwa aktywnych postaw zaangażowania w sprawy zakładów i miasta. Placówki kulturalno-wychowawcze poprzez rozwój zespołów takich jak estradowy, plastyczny, foto-filmowy oraz utworzony na bazie współpracy z Przedsiębiorstwem Obróbki Metali Klub Technika i Racjonalizatora stworzyły warunki sprzyjające aktywnemu uczestnictwu młodzieży i dorosłych w życiu kulturalnym... W okresie rozgrywek Banku 440 ośrodek sportu rekreacji zorganizował ponad 60 imprez sportowych, rekreacyjnych i wypoczynkowych.." Na ponad pół roku przed pierwszym finałowym starciem między Sztumem i Skwierzyną ówczesny naczelnik Sztumu Kazimierz Chyliński, tak na łamach „Dziennika Bałtyckiego”, prezentował atuty miasta: „ - Co chcecie pokazać, czym się pochwalić? - Fabrykę Mebli, zakłady „Artus", Fermę Tuczu i Stację Unasieniania Bydła w Czerninie, no i oczywiście naszych rolników indywidualnych. Poza tym chcielibyśmy pokazać Szpital Rehabilitacyjny, zajazd „Jonatan", placówki kulturalne, miasto, które pięknieje z roku na rok. Plany mamy bardzo rozległe. 10 min przeznaczyliśmy na zagospodarowanie parku miejskiego, amfiteatru i placu zgromadzeń, z czego 4 min przepracują sami mieszkańcy w czynie społecznym. Sprawą dokumentacji dla tego obiektu zajmuje się Politechnika Krakowska. Sztumianie pomogą także w dalszych pracach przy bulwarze i przy odbudowie murów zamkowych. Już w kwietniu przyszłego roku odda się do użytku dom towarowy, tak potrzebny miastu. Także w tym roku powstanie duży zakład gastronomiczny u zbiegu ulic Reja i Sienkiewicza. Znajdzie tu miejsce stylowa kawiarnia i restauracja na 320 122 Bank miast w Sztumie miejsc konsumpcyjnych obie. Dokumentację na ten duży obiekt „zapożyczyliśmy" z Kościerzyny... Poprawi się też, jeszcze w tym roku, nasza baza kulturalna. 22 lipca otworzy podwoje Młodzieżowy Dom Kultury.."3 Na klika dni przed pierwszym w historii miasta telewizyjnym wejściem na ogólnopolską antenę na klatkach schodowych, w witrynach sklepowych i we wszystkich urzędowych gablotach pojawiły się, niczym przedbitewne zawołania i okrzyki, apele i odezwy do mieszkańców nawołujące do aktywności i zaangażowania: APEL DO MIESZKAŃCÓW MIASTA I GMINY SZTUM! W dniu 24 października 1976 roku w programie Telewizji Polskiej miasto i gmina Sztum współzawodniczyć będzie w Baku440 z miastem i gminą Skwierzyna woj. Gorzów Wielkopolski. Zmierzymy się z przeciwnikiem silnym i ze wszech miar godnym do współzawodnictwa. Wygra Lepszy! Apelujemy do wszystkich mieszkańców o: - aktywny udział w czynach społecznych na rzecz środowiska zamieszkania i miejsca pracy, - zgłaszania indywidualnych i grupowych inicjatyw w zakresie tworzenia nowych urządzeń zwiększenia produkcji w zakładach pracy, wzrostu wydajności pacy oraz poprawy warunków socjalnych i kulturalnych, - pełne poparcie inicjatyw we wszystkich poczynaniach podejmowanych przez Komitet Organizacyjny Banku 440, - masową zbiórkę makulatury... Rolnicy i Pracownicy PGR! Zwracamy się do Was o pełne wykonanie zadań w zakresie produkcji i skupu płodów rolnych. Zwiększając produkcję rolną, przyczyniacie się do wykonania założeń polityki gospodarczej i socjalnej naszej Partii i Rządu, zamanifestujcie swoje przywiązanie do naszego miasta i gminy. Mieszkańcy Miasta i Gminy! Naszą podstawą w okresie poprzedzającym turniej i w dniu 24 października 1976 rok zamanifestujemy gorące serca, ofiarność społeczną i damy dowód, że nasze hasło „Ziemia Sztumska Gospodarna i Kulturalna" ma pełne pokrycie.."4. W podobnym tonie wyglądały doniesienia prasowe gazet lokalnych, szczególnie „Głosu Wybrzeża”, który na bieżąco śledził przygotowania Sztumu, jedynego miasta w województwie elbląskim, które zakwalifikowało się do Banku 440: ,jWgabinecie naczelnika miasta i gminy Kazimierza Chylińskiego zastępca dyrektora miejscowego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej Henryka Zaboronka. On także, podobnie jak naczelnik, jest zastęp- 3 Sztumska oferta, wywiad z naczelnikiem Urzędu Miasta i Gminy w Sztumie Kazimierzem Chylińskim, E.O., „Dziennik Bałtycki” 1976, nr 60. 4 Ulotka z 1976 roku wydana przez Urząd Miasta i Gminy w Sztumie. Martyna Sarnowska, Leszek Sarnowski 123 cą szefa sztabu przygotowania batalii. Tą ostatnią rolę przyjął na siebie I sekretarz PZPR Waldemar Tyszyński. - Nasi rzecznicy - zwierza się dyrektor, byli w Skwierzynie i mówią, że to silny przeciwnik. - Skwierzyna jest odpowiednikiem Sztumu w województwie gorzowskim - wpada w słowo naczelnik. Podobnie jak i my posiada zakład przemysłu drzewnego. Z tą różnicą, że nasz produkuje meble, a ich meble kuchenne. Posiada kilka szkół i placówek kulturalnych oraz POM, SK. Ma rolniczą spółdzielnię produkcyjną, natomiast naszym atutem jest Kombinat Rolny PGR Czernin: przeszło 20 tysięcy hektarów, rozwinięta hodowla bydła, jedna z większych ferma przemysłowego tuczu trzody chlewnej. Ale kto zaręczy, że Czernin przeważy szalę na naszą korzyść? Może czyny społeczne zadecydują?... Naczelniku - sporą dozę optymizmu wniosła przedstawicielka warszawskiej telewizji, Krystyna Romańczuk, zespół Kombinatu Czernin to duża klasa. Wczoraj w nowo otwartym Wiejskim Domu Kultury w Uśnicach oglądałam program przygotowany przez zespół młodzieżowy pod kierownictwem Mirosława Melerskiego. Słyszałam też w podziemiach Muzeum Powiśla kwartet instrumentalny. W odwodzie są jeszcze Yiolinki... - Atuty Sztumu w tej rozgrywce? - Po pierwsze - tytuł mistrza gospodarności województwa elbląskiego za rok 1975, premiowany kwotą 1,5 min zł. Złożyły się nań takie osiągnięcia, jak budowa w czynie społecznym chodnika Sztum - Czernin, budowa Młodzieżowego Domu Kultury, powołanie rady dyrektorów, zaawansowanie prac przy strzelnicy sportowej, powstanie bulwaru spacerowego nad jeziorem i zagospodarowanie przyległych terenów, powiększenie sieci placówek usługowych i handlowych oraz zdecydowana poprawa estetyki miasta... - Naczelniku - wtrąca dyr. Zaboronek - trzeba też „sprzedać", tyle że w tym roku urządziliśmy nowy ogród pracowniczy o 180 działkach. W przyszłym roku powiększymy go o dalszych 120 działek. Budujemy również przedszkole o 120 miejscach, a vis a vis Urzędu Miejskiego wznosimy dom towarowy - 2 tys. metrów powierzchni. W1977 roku zostanie oddany do użytku. Do gabinetu wchodzi pani Halinka. - Niech pan jeszcze przejrzy - prosi naczelnika Chylińskiego podając wielostronicowe opracowanie - chciałabym już przepisywać. - Wskaźnik czynów na jednego mieszkańca w górę poszedł czy w dół? - Wyraźnie w górę. - Proszę jeszcze zaznaczyć i podkreślić, że wieś wywiązała się ze świadczeń na Narodowy Fundusz Ochrony Zdrowia. To bardzo ważne. Czy był już teleks od redaktora Pacha?- zwraca się do sekretarki. - Jeszcze nie było. - Czemu oni tak długo zastanawiają się nad zestawem konkurencji? Na przygotowanie dali nam zaledwie 3 tygodnie. To prawdziwy gigant, nie impreza! Samo zakwaterowanie urasta do rangi problemu: ekipa telewizyjna, przedstawiciele władz i „konkurencji", do tego naczelnicy miast i gmin z całego kraju. Tych ostatnich zaprosiliśmy 439. Nie wiadomo, ile przyjedzie, ale przygotować się trzeba na przyjęcie wszystkich..."5 5 Mirosław Dymczak, Krajobraz przed potyczką, „Głos Wybrzeża” 1976, nr 238. Martyna Sarnowska, Leszek Sarnowski 125 Pełen entuzjazmu i już skory do świętowania sukcesu Sztumu redaktor Mirosław Dym-czak z Elbląga nie zapomniał jednak zapytać naczelnika gminy, jakie problemy czekają na załatwienie w najbliższej przyszłości: „Sprawa pierwsza to modernizacja sieci kanalizacyjnej. Mamy oczyszczalnię, cały system kanalizacji włącznie z przepompownią, lecz ich przepustowość jest za mała. Skutkiem tego nadmiar nieczystości przelewami awaryjnymi dostaje się do jeziora. W poprzednich latach kąpielisko było zamknięte, ponieważ zanieczyszczenie wody dwukrotnie przekraczało dopuszczalny wskaźnik. Rozbudowanie urządzeń rozpocznie się w przyszłym roku. Również ważnym problemem jest budowa sieci gazu ziemnego. Gazociąg zasilający Malbork i Elbląg biegnie przez Sztum, a mieszkańcy miasta nadal korzystają wyłącznie z instalacji bezprzewodowej. Mamy dokumentację, w nowych osiedlach jest nawet instalacja wewnętrzna. Zebraliśmy mnóstwo deklaracji na społeczne wykonanie wykopów i innych niezbędnych prac. Brak tylko odgórnej decyzji. Na to zadanie gotowi jesteśmy także przeznaczyć nagrodę za tytuł mistrza gospodarności... Ze swej strony proponuje rozpoczęcie budowy krytej pływalni.”6 Ostatnia relacja reporterska pojawia się cztery dni później, dzień przed finałowym starciem Sztumu ze Skwierzyną: „A więc to już w niedzielę telewizyjny pojedynek Sztum - Skwierzyna.. Reprezentant województwa elbląskiego wkracza w szranki w pełni przygotowany. Jedną z koronnych konkurencji będzie zbiórka makulatury, z której dochód zasili konto Centrum Zdrowia Dziecka. W tej chwili gromadzone są zapasy starych gazet, opakowań i szmat. Wszystkie budynki penetruje się od piwnic aż po strych. Największą operatywnością wykazują uczniowie klasy 6a Szkoły Podstawowej numer 2, którzy zebrali 2200 kg makulatury, tzn. drugie tyle, ile zgromadzili ich koledzy ze szkoły. Młodzież Liceum Ogólnokształcącego i Szkoły Podstawowej nr 1 ma w pogotowiu ponad 3 tony. Dobiega końca urządzanie wystaw wyrobów produkowanych przez Spółdzielnię Odzieżową Artus i Zakłady Papiernicze. WZGS natomiast sposobi się do serwowania w specjalnie urządzonych punktach małej gastronomii - sztumskich placków i hamburgerów. Największy wkład w przygotowanie miasta do telewizyjne potyczki ze Skwierzyną wniosło Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej, zakład Pomet oraz Fabryka Mebli Kuchennych. Wiadomo już w jakich konkurencjach - poza zbiórką makulatury -zostanie rozegrany pojedynek. W Sztumie reprezentanci obydwu miast rywalizować będą w zbijaniu skrzynek do owoców, montowaniu mebli kuchennych i rozsiewaniu nawozów mineralnych. Z kolei w Skwierzynie - w zabezpieczeniu drzewek owocowych przed zimą, w wykonawstwie rynny i montowaniu meblościanek.”7 Stefan Szyszka, ówczesny zastępca naczelnika miasta i gminy w Sztumie wspomina, że Bank 440 zainicjowany przez telewizję miał zaktywizować lokalną społeczność: „Była pełna mobilizacja, bo ludzie musieli trochę po godzinach pracować nie pytając o zapłatę. To że w sklepach pojawiło się dużo więcej towarów to nie był przypadek. Trzeba było trochę przy tym pochodzić. Wszystkie firmy przy tym pracowały, żeby więcej towarów trafiało do sklepów. To była dobra okazja żeby się pokazać. Była to rzeczywiście propaganda sukcesu, ale jak by to się nie nazywało, to nasze miasto na tym wiele zyskało. Wiele udało się zrobić w ramach prac społecznych, między innymi dom kultury w Uśnicach i Sztumie, chodnik z Czernina do Sztumu, ponad sto tysięcy metrów kwadratowych wyremontowanych dróg, bulwar nad jeziorem, ponad 10 tysięcy drzew 6 j.w. 7 W niedzielę pojedynek, Md, „Głos Wybrzeża” 1976, nr 242. 126 Bank miast w Sztumie i krzewów posadzonych.” Oprócz tego PBROL zobowiązał się do budowy przystanku PKS i pomieszczenia na hodowlę tuczników. Mleczarnia miała poprawić warunki pracy w zlewniach mleka. Kombinat Rolny w Czerninie zobowiązał się do dodatkowej produkcji żywca, wełny i zwiększenia pogłowia trzody chlewnej, a także budowy przedszkola zakładowego. SKR zobowiązał się do dodatkowej produkcji wełny i jaj. Wodociągi miały pomalować swoje ogrodzenia. Zakłady odzieżowe Artus miały wyprodukować dodatkowo 600 sztuk flag i szturmówek, a także 5 tysięcy par spodni, a biblioteka oprawić 30 tysięcy książek w folię. O tych działaniach i przedsięwzięciach, niczym z placu boju, donosiła oczywiście skrzętnie partyjna prasa na bieżąco relacjonując efekty działań: „Sztum podjął zobowiązania na kwotę 167,6 min zł, w czym czyny społeczne wyrażają się wartością ponad 25 min zł. Drogą czynów, których wykonawcami będą załogi poszczególnych zakładów produkcyjnych, Sztum doczeka się w ciągu najbliższego roku dalszego zagospodarowania terenów sportowych. W sąsiedztwie stadionu stanie pawilon stanowiący zaplecze dla zawodników. Zostaną wybudowane boiska do siatkówki, koszykówki i innych gier. Płynący w pobliżu Kanał Biały zatruwający swą wonią okolicę, zostanie przykryty betonowymi płytami. Realizowany będzie pierwszy etap budowy ośrodka kultury i sportu nad Jeziorem Barlewickim. Przebudowany zostanie amfiteatr, a teren otrzyma uzbrojenie. Brzeg Jeziora Białego od strony szosy do Uśnie - gdzie często wypoczywają mieszkańcy - otrzyma pomost, szatnie, kiosk oraz parking. Trzy inne parkingi będą wybudowane przy szosach do Kwidzyna i Białej Góry. Zobowiązania zakładów to m.in. przyspieszenie przez załogę Elbląskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego o 12 miesięcy budowy bloku w osiedlu im. Morawskiego. Roboty są zaawansowane, lokatorzy wprowadzą się do budynku w I kwartale przyszłego roku. Zakład nr 3 Gdańskich Fabryk Mebli w Sztumie dostarczy na rynek ponadplanowo 150 kompletów nowego zestawu mebli kuchennych „Sylwia”. Jedyny w kraju producent myjni sprzętu rolniczego - POM w Górkach wykona ponad plan 250 sztuk tych urządzeń, a Zakłady Odzieżowe „Artus” - 5 tys. par dżinsów.8 Bolesław Grabowski był wtedy zastępcą pierwszego sekretarza komitetu miejskiego PZPR Waldemara Tyszyńskiego: „Nasi przedstawiciele zostali zaproszeni na prezentację miast do telewizji i dopiero komisja konkursowa decydowała, jakie miasto ma wziąć udział w Banku 440. Zdobyliśmy wówczas ponad 800 punktów i dzięki temu zakwalifikowano nas do finałowej rozgrywki, która miała być transmitowana. Decyzja przyszła na trzy miesiące przed turniejem, że Sztum będzie walczył ze Skwierzyną. Redakcja przygotowała propozycje konkurencji, które Skwierzyna i Sztum konsultowały ze sobą. W grę wchodziły osiągnięcia gospodarcze i te sprawy zręcznościowe. Delegacje ze Skwierzyny przyjeżdżały do nas, podglądały i szukały słabych punktów. My też jeździliśmy do nich. Pamiętam taką jedną żartobliwą sytuację. Jako przedstawiciele Sztumu siedzieliśmy w restauracji w Skwierzynie, no i gdzieś tam szczur się pokazał. Więc posądzili, że to sztumiacy, żeby ich ośmieszyć przed finałem podrzucili tego szczura". Henryk Grabowski był wówczas dyrektorem malborskiej filii WZGS-u w Sztumie: „Zostałem wytypowany przez sekretarza i komitet organizacyjny jako juror do komisji konkursowej. Muszę powiedzieć, że bank miast był ogromnym przedsięwzięciem technicznym. Takie same konkurencje odbywały się jednocześnie w obu miastach, telewizja transmitowała je przez cały dzień. Byłem razem ze Stanisławem Karwanem, Henrykiem Obroślińskim, Czesławem Wieczerzyc- 8 Andrzej Preyss, „Głos Wybrzeża” 1976, nr 268. Martyna Sarnowska, Leszek Sarnowski 127 kim w delegacji do Skwierzyny, więc obserwowałem rywalizację jakby „od drugiej strony”. Była to wspaniała zabawa i promocja naszego miasta”. „O finansach wtedy się nie rozmawiało - mówi Stefan Szyszka, bo my mieliśmy pieniądze za wygrywanie konkursów wojewódzkich na mistrza gospodarności. Z tego tytułu w 1976 roku zdobyliśmy dodatkowe dwa miliony złotych i to szło na inwestycje. Była to gospodarka planowa i na przykład w ramach zadania inwestycyjnego było zaplanowane trzy bloki, ale dzięki temu że my uczestniczyliśmy w Banku to wojewoda dla prestiżu województwa wpłynął na przedsiębiorstwo budowlane żeby dodatkowo jeszcze jeden blok dobudowali. Podobnie było ze „Społem”, które dzięki Bankowi wybudowało nam dwa dodatkowe sklepy. Pamiętam sytuację taką. Dostaliśmy jednego dnia telefon z województwa, że jak znajdziemy dziś lokalizację to dostaniemy elementy gotowe na budowę nowego przedszkola. I znaleźliśmy i przedszkole do dziś stoi. Mimo tego, że było to młode województwo to Sztum był łubiany w Elblągu.” Sztandarową konkurencję turnieju czyli zbiórkę makulatury na cel szlachetny w postaci Centrum Zdrowia Dziecka, odnotowano nie tylko w lokalnych gazetach, ale także w szkolnych kronikach. Uczniowie wyróżniającej się klasy w nagrodę otrzymali od naczelnika miasta i gmin siedem tysięcy złotych na sprawy klasowe. Zbiórka makulatury w rzeczywistości nie wyglądała tak sprawnie, jak to relacjonowały gazety i oficjalne komunikaty. Akcja ogłaszana z wielką pompą okazała się kolejną farsą propagandy sukcesu. Niektórzy mieszkańcy pamiętają wielką górę z makulaturą sięgającą niemal drugiego piętra bloków na Osiedlu nad Jeziorem. Wszyscy mówili wtedy, że makulatura była zwożona do Sztumu z połowy województwa, bo nikt nie wierzył w to, że w tak krótkim czasie Sztum mógł „wyprodukować” tyle papieru. Potem przez kilka tygodni nie można było spokojnie przejść przez osiedle, żeby nie natknąć się na pozostałości po makulaturze. 128 Bank miast w Sztumie Zbiórkę makulatury pamięta Jan Kikut, który pracował wówczas w Przedsiębiorstwie Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej: „To było dopiero gigantyczne marnotrawstwo. To właśnie do naszego zakładu trafia setki, tysiące kilogramów makulatury. Mieliśmy w zakładzie takie specjalne maszyny, którymi zgniataliśmy dostarczana do nas makulaturę. Najbardziej nas szokowały transporty „świeżej" makulatury, czyli zupełnie nowych i nie używanych, oryginalnie zapakowanych papierowych torebek z cukrowni z Malborka, Nowego Stawu czy Pruszcza Gdańskiego. To wyglądało tak jakby prosto z drukarni torby trafiały na makulaturę." Niektórzy z mieszkańców mówią też, że aby zwiększyć ilość zebranej makulatury, czyli zdobyć więcej punktów, ktoś z gminnych oficjeli kazał nawet sprowadzić specjalny transport makulatury z Zakładów Celulozowo-Papierniczych z Kwidzyna, dokąd cała makulatura miała po zbiórce trafić. Być może porozumiano się z którymś z dyrektorów kwidzyńskiej Celulozy lub magazynierów i makulaturę po prostu „wypożyczono”. Nikt z gminnych władz do takiej wersji działań dziś się jednak nie przyznaje. Bolesław Grabowski zbiórkę makulatury uważał za cel strategiczny władz miasta. Jego zdaniem udało się to wręcz znakomicie, choć przyznaje, że były problemy ze stertami papierów, które walały się jeszcze przez kilka tygodni po bulwarze nad jeziorem i okolicznych krzakach i że ludzie przychodzili się skarżyć na zakład komunalny do komitetu partii. Mirosław Melerski był w tym czasie dyrektorem Sztumskiego Ośrodka Kultury: „Zostałem wytypowany przez komitet i urząd jako odpowiedzialny za stronę kulturalną Banku 440. To była ciężka praca. Nikt nie liczył dnia ani godzin. Zostawało się do nocy w domu kultury przygotowując wystrój plastyczny imprezy, stroje dla zespołów, w końcu zespoły muzyczne, taneczne i lu- Martyna Sarnowska, Leszek Sarnowski 129 dowe, żeby dobrze wypadły. Przygotowaliśmy korowód ulicami miasta, w czasie którego prezentowały się najważniejsze w gminie zakłady. To był największy festyn jaki kiedykolwiek robiliśmy. Mieliśmy wolną rękę jeśli chodzi o dobór repertuaru, zespołów i działań artystycznych. Nie było nacisków z góry co i jak mamy pokazywać. Wiedzieliśmy, że trzeba się jak najlepiej sprzedać". Danuta Thiel-Melerska, która była wówczas kierowniczką Muzeum Powiśla na zamku w Sztumie wspomina ekipę telewizyjną, która kręciła migawki do Banku 440: „Wystąpiłam w jednym zfelietonów, w którym mówiłam na temat wilkierzazXV wieku jednej zpodsztumskich wsi. Było to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie. Z redaktorami telewizyjnymi spotykaliśmy się dość często, gdyż mój mąż był wówczas dyrektorem Sztumskiego Ośrodka Kultury i szczególnie przed emisją programu redaktorzy gościli często w naszym domu. Ale w pamięci utkwił mi szczególnie jeden fakt. Proporczyk, który miał być wizytówką sztumskich zmagań ze Skwierzyną. Jego autorką była moja koleżanka plastyczka - Danka Jamiołkowska-Grześków. Szczególnie awers proporczyka był bardzo ciekawy i oryginalny. Była na nim bowiem przedstawiona stylizacja w neogotycko-klasycystycznym klimacie, sztumskiego herbu. Herb przedstawia Matkę Boską z dzieciątkiem Jezus na ręku. Komunistom ten herb nie był w smak i bardzo pilnowali, żeby nigdzie się nie pojawiał, przynajmniej w oficjalnych broszurach, znaczkach czy symbolach Sztumu. A tymczasem na proporczyku się znalazł, choć w artystycznej nieco formie. Do dziś nie wiem dlaczego. Być może w amoku przygotowań do zwycięskiego finału Banku Miast uśpiona została czujność cenzorska lokalnych działaczy. W pierwszej turze redaktorem prowadzącym transmisję telewizyjną był Stefan Truszczyński, a w drugiej Marek Grot. Bolesław Grabowski wspomina, że wspólnie z redaktorami szukano miejsca w mieście, gdzie można by ustawić główną estradę dla telewizji: „Nasza pierwsza propozycja była, żeby zrobić to w centrum miasta, w pobliżu pomnika na Placu Wolności. Ale to się nie spodobało redaktorom i realizatorom telewizyjnym. Powiedzieli nam, że gdyby w tym miejscu stały kamery, to w czasie transmisji cały czas w kadrze byłby kościół, raz jeden - katolicki, raz drugi - poewangelicki stojący na środku rynku. A tego nie wolno było pokazywać i koniec! Dlatego ostatecznie wybrano miejsce między blokami a spółdzielnią mieszkaniową na schodach prowadzących nad jezioro. Jeszcze bardziej przerazili się redaktorzy i realizatorzy telewizyjny kiedy zobaczyli nasz herb pochodzący jeszcze z czasów krzyżackich. Była to Matka Boska z Dzieciątkiem. Taki herb wielkich rozmiarów miał wisieć w trakcie telewizyjnej audycji na jednym z bloków mieszkalnych. Absolutnie nam tego zakazano i herb musial zniknąć. Zrobiliśmy duże napisy Sztum i tyle. Trzeba było też zmienić proporczyki, bo wstępnie taki herb miał być też na proporczykach. Jedna z plastyczek zmieniła i wystylizowała nieco zbyt religijny charakter herbu. No i wtedy zaczęło się przygotowywanie konkurencji, zawodników." Udział w Banku pamiętają też pracownicy telewizji. Andrzej Poniewski w 1976 roku był asystentem operatora kamery telewizyjne: „Wspólnie z dziennikarzami z Warszawy, z pierwszego programu, robiliśmy materiał o Banku Miast w Skwierzynie. Spędziliśmy tam cały tydzień. Mieliśmy zapewnione jedzenie i napoje, oprócz alkoholu (choć i ten się znajdował, bo w miejscowej knajpie talony na schabowe wymieniano nam na wódkę). Pamiętam, że od pierwszego dnia przydzielono nam asystentki z miejscowego urzędu, podobnie jak ekipie w Sztumie, bo nam koledzy opowiadali. Towarzyszyły nam na każdym kroku i pilnowały, żebyśmy filmowali to co było wcześniej zaplanowane, a więc raczej dobre strony miasta, ładne elewacje, nowe budynki spółdzielcze, 130 Bank miast w Sztumie zadbane parki, chodniki, zakłady pracy, drzewka posadzone w czynie społecznym czy inne tego typu przedsięwzięcia, które przygotowano specjalnie z okazji turnieju. Nie wolno nam było pokazać złych stron. Wspominam ten czas bardzo miło, bo dla nas to był prawdziwy wypoczynek. A, że była to jesień to w pobliskich lasach nazbieraliśmy całe mnóstwo grzybów, które później suszyliśmy pod jarzeniówkami w hotelu w leśniczówce gdzie byliśmy zakwaterowani. Ekipa ze Sztumu też nie próżnowała, bo tam lasów było jeszcze więcej i później licytowaliśmy się, kto nazbierał więcej prawdziwków." Czesław Bojarski, operator kamery z TVP z Gdańska był z kolei w ekipie filmowej w Sztumie: „To była ciężka praca. Wielkie kamery i ciężkie szpule z taśmą filmową, bo pracowaliśmy wtedy jeszcze na celuloidzie. Dlatego trzeba było wiełe godzin ćwiczyć z naszymi rozmówcami, żeby jak najmniej zmarnować taśmy, choć jak pamiętam sporo na tego rodzaju realizacje było przeznaczane pieniędzy przez tełewizję. To były priorytetowe programy, choć na pewno nowością było to, że na antenie mogli się prezentować nie tylko sekretarze i działacze z pierwszych stron warszawskich gazet, ale przede wszystkim lokalni politycy. To dla nas ludzi z branży było też wielkie wydarzenie, bo wtedy wejścia na, żywo były rzadkością i dlatego trzeba było je dobrze przygotować. Pamięta jak na odprawach tłumaczyli nam nasi szefowie odpowiedzialni za realizację, żebyśmy uważali, żeby gdzieś w tle naszego kadru nie pojawił się krzyż lub choćby cień kościoła. Grozili, że będzie to nasz ostatni kadr. Poza ciężką pracą realizacyjną pamiętam, że gościna w Sztumie była bardzo wyborna, dbano tu o nas bardzo wyjątkowo, przyjęcia, bankiety. To była ta radośniejsza część naszej pracy, tym bardziej, że my za to nie płaciliśmy." Maria Luterek pamięta ekipy telewizyjne, które filmowały miasto: „Kiedy robili zdjęcia bloku to jeden z filmowców chodził po mieszkaniach i mówił, żeby z balkonów pościągać suszącą się bieliznę, bo to będzie źle wyglądało w telewizji. Ludzie ściągali, bo chcieli swoje miasto widzieć choć w telewizji ładniejszym i bardziej niż na co dzień zadbanym. Niektórzy mogli się nawet później chwalić, że odwiedził ich słynny redaktor z telewizji. Niekoniecznie trzeba było przecież dodawać, że w sprawie... majtek na balkonie." Henryk Lipski podkreślał, że miasto skorzystało na Banku, choćby dlatego, że wszyscy angażowali się, by był porządek: „Pamiętam że hitem pokazywany w felietonie telewizyjnym był wówczas kombajn dla górnictwa, który wyprodukował Pomet. Maszyna nazywała się grot, tak samo jak prowadzący program telewizyjny Marek Grot. Pamiętam dzień przed finałem w świe-tlicy zakładu karnego zrobiliśmy niezłą imprezę, specjalnie dla redaktora Grota. Wszystkie lokale były wówczas pozamykane, bo było coś w rodzaju prohibicji, ale nam się udało kilka butelek zorganizować i trochę „rozmiękczyć" redaktora, żeby był nam bardziej przychylny." Anonimowy mieszkaniec Sztumu pamięta redaktorów z telewizji: „Wszędzie ich było pełno. Pracowali godzinę, dwie dziennie, a potem pili w sztumskich knajpach. Najczęściej chodzili po mieście pijani i trzeba było im schodzić z drogi. Często w ich pobliżu kręciło się kilka samotnych panien. Złośliwi mówili nawet, że populacja w mieście po odjeździe redaktorów nieco wzrosła." Henryk Czaja ponad 30 lat pracował w mleczarni w Sztumie. Brał udział w Banku 440 jako reprezentant Sztumu: „Mieliśmy czteroosobowy zespół, którego zadanie było przetoczenie wielkich metalowych baniek z mlekiem w jak najkrótszym czasie na wyznaczoną odległość. Ćwiczyliśmy kilka tygodni. Mim że nie byłem wielkiego wzrostu to byłem sprytny i najszybciej udawa- Martyna Sarnowska, Leszek Sarnowski 131 ło się bańki przetoczyć z miejsca na miejsce. Wygraliśmy i do dziś pokazuje wnukom zdjęcia z tej imprezy, że byliśmy najlepsi i to dzięki nam Sztum także wygrał. ” Telewizja miała swoje wymogi i jak się okazywało rzeczywistość, która odbiegała od wyobrażeń redaktorów trzeba było nieco podkolorować, chyba że był to zabieg sterowany odgórnie, by nawet wsie i miasteczka rządzone przez Front Jedności Narodu miały swoje na przykład orkiestry kameralne, bo to i poważnie wygląda i dobrze świadczy o władzy, która także kulturą się zajmuje. „Utkwił mi w pamięci - wspomina jeden z mieszkańców - koncert zespołu muzyki kameralnej, chyba ze 30 osób. W TVP przedstawiono to jako wizytówkę Sztumu i wszyscy się z tego w mieście śmiali, bo nikt takiego zespołu nie znał i nie widział na oczy w naszym mieście. Mieliśmy swój zespół muzykantów-amatorów z akordeonem, kontrabasem, bębnem i kilkoma trąbkami, ale nikt z nich w tym koncercie nie wystąpił." Ówczesny dyrektor Sztumskiego Ośrodka Kultury Mirosław Melerski, tłumaczy to tym, że zgodnie z umową ze Skwierzyną i telewizją każde z miast mogło do jednego z występów telewizyjnych zaprosić jakiś zespół z zewnątrz. Sztum zaprosił ekipę muzyków kameralnych z Elbląga, którzy zrobili prawdziwą furorę. Mirosław Dymczak z Elbląga był wtedy dziennikarzem partyjnej gazety „Głos Wybrzeża”: „To było imponujące wydarzenie, że niewielki Sztum był jedynym miastem w województwie, które trafiło do prestiżowej wówczas imprezy ogólnopolskiej jaką był Bank 440. Pisałem o tym z dużą przyjemnością, bo wiele rzeczy, które wówczas robiono były bardzo konkretne i korzystne dla miasta i gminy. Nie wywierano na mnie żadnego wpływu bym pisał o tych czy o innych wydarzeniach. Być może sam miałem autocenzora w sobie, a poza tym ze wszystkimi tymi partyjnymi sekretarzami, którzy wtedy mieli coś do powiedzenia byłem zakumplowany i dlatego mieli do mnie pewnie zaufanie i nie ośmielili się czegokolwiek narzucać. Byłem jednym z nich. Ale to co robiono w Sztumie, to aż się chciało opisywać. Ten entuzjazm i zaangażowanie były imponujące naprawdę. Tym bardziej, że podejście władz miasta do turnieju było bardzo zdrowe -jak wygramy to dobrze, jak przegramy to przynajmniej przy dobrej zabawie i promocji gminy w telewizji". „Pracowałem wtedy w Zakładzie Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej w Sztumie - mówi Jan Kikut. - Nasz zakład był odpowiedzialny za całą stronę techniczną Banku 440, ale również za wszystkie zobowiązania budowlane i remontowe, które wzięły na siebie władze miasta. Pamiętam, że były to wówczas wielkie emocje, wielkie święto i do wielu działań, takich jak choćby czyny społeczne ludzie nie trzeba było specjalnie namawiać. Większość chętnie się angażowała, nie licząc na jakąś dodatkową zapłatę choćby za nadgodziny spędzone w zakładzie. Było też w tym wiele z propagandy sukcesu i absurdu.. Pamiętam, że tak jak przed świętem pierwszomajowym, tak i przed emisją w telewizji polewaczki, które jeździły po ulicach i sprzątały to nie używały zwykłej wody, ale z dodatkiem szamponu, żeby oprócz tego że jest czysto to także żeby w mieście ładnie pachniało." Janina Solnica pracowała wówczas w Urzędzie Miasta i Gminy w Sztumie: „Pamiętam szczególnie zimowe zmagania, czyli drugą turę z lutego 1978 roku. Była to wtedy zima stulecia i wszystkim wydawało się, że zawody nie dojdą do skutku, ale jednak doszły. Był taki wielki mróz, że pamiętam jak w czasie transmisji telewizyjnej wiele konkurencji odbywało się na zamarzniętym jeziorze, po którym jeździły także samochody osobowe. Właśnie z powodu mrozu woleliśmy 132 Bank miast w Sztumie śledzić zmagania w telewizji, niż wychodzić na dwór. Pamiętam konkurencje w jakich rywalizowali mieszkańcy Sztumu i Skwierzyny. Między innymi było to rzucanie piłeczkami do puszek, ocieplanie drzewek owocowych w sadzie, dyktando (pisane na maszynie)" Henryk Lipski miał wtedy jeden z pierwszych zakładów fotograficznych w mieście: „Często filmowałem różne okolicznościowe imprezy w mieście. Ludzie nie mieli wtedy tak dużo aparatów fiotograficznych, a poza tym ciężko było dostać dobre filmy. My mieliśmy limit filmów na każdy zakład i jak się udało załatwić coś więcej nieoficjalnie to był i tak duży sukces. Ja robiłem na zlecenie urzędu i komitetu zdjęcia reportażowe z Banku. Pamiętam, że tuż przed bankiem to było w Sztumie gigantyczne sprzątanie. Taczki i miotły poszły w ruch na wiele tygodni przed telewizyjny finałem. Sprzątano w całym mieście, na osiedlach, nad jeziorem. Trzeba się było przecież pokazać, nie tylko telewidzom, ale tez gościom, bo w czasie finału zjechało do nas chyba pół województwa. Przypominam sobie konkurs zbijania skrzynek do jabłek. Wygrywał ten kto po zbiciu skrzynki przeniósł w niej jabłka. Nie wszystkim się to udawało i wtedy było sporo zabawy. ” Stanisław Dynowski pracował wtedy w straży pożarnej w Sztumie: „Pracowałem na dźwigu i sterowałem stanowiskiem z operatorem i kamerą. Były ich w sumie trzy. To było dość niebezpieczne, bo nie każdy by się odważył wejść na osiemnastometrowy dźwig, który bardzo się chwiał na wszystkie strony. To był taki mój wkład w ten turniej." „Pracowałem wtedy jako nauczyciel w Zespole Szkół Rolniczych w Barlewiczkach - wspomina Zbigniew Zwolenkiewicz. - Najbardziej utkwiły mi w pamięci zimowe zawody z 1978 roku w ramach Banku 440. Na zamarzniętym jeziorze ścigały się samochody osobowe i pamiętam jakie wrażenie na wszystkich robił uginający się, wręcz falujący pod polskimi Fiatami lód. Wytrzymał." „Pracowałem już wtedy w Peweksie w Sztumie - wspomina Józef Zdziennicki. - Młodym ludziom można przypomnieć, że to był taki sklep, w którym można było za dolary lub tak zwane bony towarowe kupić to wszystko, czego nie było w oficjalnych sklepach, od jeansów, sweterków kolorowych, po papierosy Marlboro, murkowe wina czy koniaki. Nie byłem zaangażowany w działania związane z Bankiem Miast, ale zostałem uwieczniony w jednym z filmowych felietonów ze Sztumu, jak z żoną Wandą spacerowaliśmy z wózeczkiem, z naszą dopiero co narodzoną córką Agnieszką. Było dużo szumu w mieście z okazji tego turnieju. Było też sporo fikcji, bo zarówno przed Bankiem, jak po, już tak porządnie jak wówczas, Sztumu nie sprzątano." Wielu mieszkańców potwierdza, że poprawił się zdecydowanie stan wielu ulic, utworzono i uporządkowano parki miejskie, zbudowano pomosty wokół jeziora (zrobili to w czynie społecznym wędkarze), no i co wszystkich najbardziej cieszyło, poprawiło się zdecydowanie zaopatrzenie w sklepach, szczególnie w odzież i artykuły gospodarstwa domowego. Można było bez problemu wtedy kupić w domu towarowym upragnione jeansy, na które wielu nie było stać wcześniej, bo można je było jedynie kupić w Pewexie, a niewiele osób w mieście miało marki, dolary lub choćby bony towarowe. Była to także atrakcja dla dziennikarzy z Warszawy, którzy masowo kupowali sanki dla swoich dzieci. Mówili na, że to prawdziwy rarytas, bo u nich nigdzie nie można było drewnianych, solidnych sanek kupić. Większość mieszkańców była pozytywnie nastawiona do turnieju. Chodziło głównie o dobrą zabawę, ale też o patriotyzm lokalny. Oczywiście, byli też sceptycy, ale była ich zdecydowana Martyna Sarnowska, Leszek Sarnowski 133 mniejszość. W dniach sztumskiej zabawy i ludowych igrzysk trzysta kilometrów dalej w Warszawie Stefan Kisielewski zapisał w swoim dzienniku: „..dziwna jest sytuacja, do żarcia nic nie ma, cukier zniknął, inne rzeczy też, przed sklepami ogony, ludzie wściekli. A jednocześnie wiadomo, że z 1000 ludzi albo więcej siedzi w więzieniach za czerwcowe zajścia, jest terror, mnóstwo robotników wylano z pracy.. Rzeczywiście kryzy trwa jak cholera: nie ma mięsa, węgla, ograniczenia prądu, w ogóle nic nie ma. A prasa dalej trąbi o wielkich sukcesach, co doprowadza ludzi do wielkiej wściekłej pasji.... Innym sposobem usypiania społeczeństwa jest telewizja.... Oczywiście polityczna strona telewizji jest taka sama jak cała prasy - idiotyczna. Idiotyzm jest specyficzny, bo bardzo szczegółowo i „wnikliwie" opisują, jak strasznie jest na zachodzie, jaki kryzys, inflacja, lęk, przygnębienie, podczas gdy o Polsce nic krytycznego napisać nie wolno..."9 Mobilizacja całego społeczeństwa, bardziej lub mniej wymuszona, bardziej lub mniej autentyczna i szczera przyniosła jednak efekty i sukces: „Przez całą niedzielę mieszkańcy Sztumu i Skwierzyny przeżywali emocje, gdy obydwa miasta zmierzyły się w telewizyjnym „Banku 440". W Sztumie impreza odbywała się na bulwarze nad jeziorem. Piękna, jesienna pogoda sprawiła, że „zapasom" przyglądało się - nie licząc naturalnie telewidzów - kilka tysięcy osób - mieszkańców Sztumu, a także liczni goście z Malborka, Kwidzyna, Elbląga i Gdańska. Przez długi czas prowadziła Skwierzyna. Dopiero w drugiej części Sztum w niektórych konkurencjach okazał się lepszy."10 Po roku przyszedł czas na rozliczenia, wspomina Stefan Szyszka: „Nasze dokonania wypadły nieźle. Z przyczyn obiektywnych nie udało się zrealizować dwóch zadań inwestycyjnych - modernizacji amfiteatru i budowy pawilonu sportowego, a także mniej niż zaplanowano wykonano czynów społecznych. Zrobiliśmy jednak dużo. Realizacja podjętych zobowiązań przyniosła nam między innymi - nowe przedszkole w Gościszewie, świetlicę w Sztumskiej Wsi, 25 mieszkań z budownictwa spółdzielczego, 12 kilometrów dróg wyremontowanych, zagospodarowanie bulwaru nad jeziorem sztumskim, przykrycie cuchnącego Kanału Białego betonowym chodnikiem, 4 ogródki jordanowskie dla dzieci, wyremontowany most w Uśnicach, uporządkowano teren nielegalnego wysypiska przy Parku Miejskim (choć niestety zlikwidowano wówczas także stary cmentarz żydowski, na co zresztą wyraził zgodę Urząd Wyznań w Warszawie, któremu wtedy cmentarz podlegały), zbudowano boiska sportowe i placówki kulturalne." Sukces, ale i dalsze wyzwania relacjonowała prasa: „Rozgrywki te przyniosły Sztumowi przewagę nieznaczną ilością punktów. Od tego czasu minęło 15 miesięcy. Nie marnowano go w żadnym z tych miast. Realizowano podjęte zobowiązania, które przyniosły podniesienie stanu zagospodarowania obydwu skupisk oraz poprawiły ich estetykę. Zakłady produkcyjne wykonywały „bankowe" czyny, wzajemna rywalizacja przyniosła też wiele efektów w rolnictwie. Delegacje Sztumu i Skwierzyny co pewien czas wzajemnie się odwiedzały podpatrując, czym przeciwnik próbuje zyskać przewagę. W sumie - jak to zwykle bywa w rozgrywkach telewizyjnego „Banku 440" - impreza przyniosła wiele pożytku."11 9 Stefan Kisielewski, „Dzienniki”, Warszawa 1989 10 Sztum wygrał ze Skwierzyną, AP, „Głos Wybrzeża” 1976, nr 244, str. 4. "19 lutego - finał rozgrywek Sztum - Skwierzyna, A.P, „Głos Wybrzeża z dn. 31.01.1978. 134 Bank miast w Sztumie „Po pierwszej edycji - wspomina Bolesław Grabowski - niektórzy przedstawiciele ze Skwierzyny szukali naszych słabych miejsc, robili zdjęcia. Były przyjęte pewne zobowiązania, co w tym okresie do drugiej edycji zrobią. Rozbierano stare budynki, zapadła decyzja o budowie Domu Towarowego „Kłos" i przedszkola. Miasto o tyle zyskało, że wtedy władze wojewódzkie zaczęły jakoś inaczej patrzeć na Sztum. Na czas Banku docierały większe dotacje z Elbląga, a po tym jak osiągnęliśmy sukces zaczęliśmy się liczyć w regionie. Zapadła między innymi decyzja o doprowadzeniu gazu do miasta. Tyłe ze spraw gospodarczych. Z konkurencji pamiętam, jak doktor Zbigniew Kowzan, przewodniczący Front Jedności Narodu w Sztumie miał rzucać piłeczką do puszek na czas, ale w ogóle mu się nie udawało. Potem przez długi czas mówiłi na niego „Celowniczy". Zbigniew Kowzan był wówczas kierownikiem przychodni i przewodniczącym Frontu Jedności Narodu w Sztumie: „Przed rozpoczęciem rywalizacji, byliśmy na „zwiadzie" w Skwierzynie. Dostaliśmy tam całą dokumentację i obraz tego konkurencyjnego miasta. Byliśmy tam bardzo mile przyjęci przez przewodniczącego Rady. Z nami był jeszcze Henryk Zaboronek - dyrektor PGKiM oraz Waldemar Tyszyński, pierwszy sekretarz Komitetu Miejsko-Gminnego PZPR w Sztumie. Potem przedstawiciele Skwierzyny przyjechali do nas na podobne „podglądanie". Brałem udział w konkurencji rzucania piłeczek do tarczy na czas. Miałem chyba S piłeczek pingpongowych i musiałem trafić do tej tarczy. Jakoś, no nie bardzo mi to wychodziło, dopiero jak czas się skończył, to trafiłem. To była wielka zabawa i dużo śmiechu. Pamiętam, że był wtedy wielki mróz i jeździliśmy bryczką po jeziorze. To była duża odwaga, bo to parę koni, nas czwórka i woźnica. Wtedy wyjechaliśmy na brzeg i z brzegu już prosto pod te kamery." Poza telewizją finałowe rozgrywki relacjonowała lokalna prasa, między innymi „Głos Wybrzeża”: - „Wczorajsze finałowe rozgrywki w drugiej edycji tełewizyjnego „Banku 440" między Sztumem i Skwierzyną emocjonowały przez całą niedzielę tysiące mieszkańców obydwu miast i okolic. Dwukrotnie - jak z pewnością zauważyli skrupulatni telewidzowie całego kraju - Telewizja Polska relacjonowała przebieg rozgrywek i towarzyszących im imprez na szklanych ekranach. Impreza przyniosła Sztumowi realizację zobowiązań produkcyjnych i społecznych na łączną kwotę 248 min zł, chociaż pierwszej wersji wartość ich oszacowano na 167mln zł. Sztumski zakład nr 3 Gdańskich Fabryk Mebli, Odzieżowe Przedsiębiorstwo „Artus" oraz inne zakłady dostarczyły na rynek dodatkowe meble, odzież i inne wyroby. Mieszkańcy Sztumu uczestniczyli w wielu pracach społecznych, między innymi zagospodarowaniu miasta, przy budowie bulwaru nad jeziorem. Wpłacili oni na rzecz Centrum Zdrowia Dziecka w Łodzi 1,4 min zł, znacznie dystansując konkurencyjne miasto. W rezultacie zwyciężył Sztum różnicą 100punktów..."12 UPRAGNIONY FINAŁ Henryk Czaja, pracownik mleczarni, był jednym z uczestników finału we Wrześni 12 maja 1978 roku: „Był konkurs skupu zwierząt rzeźnych, sprawdzian siły konia, wspinaczki na słup, sprawności kombajnów Bizon-Super, posypywania piaskiem czy toczenia baniek mlecznych, w który my wystąpiliśmy ze Skwierzyną. Przez dwa dni trwały próby najpierw bez kamer, potem dwa dni z kamerami i dopiero piątego dnia ostatecznie nagrywano program do emisji. Przez cały tydzień nas goszczono, ale ludzi było co niemiara. Występowano parami miast: Limanowa - Skoczów, Busko Zdrój - Głubczyce, Olesno - Pleszew, Stary Sącz - Witkowo, Końskie - Września, Ka- 12 Sztum - Skwierzyna pojedynek na wizji, „Głos Wybrzeża” 1978, nr 25, str. 4. Martyna Sarnowska, Leszek Sarnowski 135 mień Pomorski - Tuchola, Głogówek - Nowy Tomyśl, Skwierzyna - Sztum. Wygraliśmy ze wszystkimi miastami w konkurencji toczenia baniek z mlekiem. Dyrektor mleczarni zrobił dla nas bankiet w zakładzie po powrocie. Mieliśmy dostać jakąś nagrodę, to miały być takie dżinsowe kurtki i spodnie, które wtedy szył na eksport sztumski zakład odzieżowy Artus (podobne można było wtedy dostać tylko w Peweksie za dolary), ale jak się okazało ktoś inny, z miejscowej elity był bardziej pewnie potrzebujący i sprzątnął nam nagrody sprzed nosa. Także zostały nam wspomnienia i proporczyki. Ale generalnie było miło i sympatycznie i duża szkoda, że dziś takich imprez nie ma, bo one właśnie ludzi integrowały. Było przynajmniej wesoło w tej codziennej szarzyźnie.” Mirosław Melerski, dyrektor Sztumskiego Ośrodka Kultury w nagrodę za zaangażowanie w przygotowanie imprezy pod względem kulturalnym dostał nagrodę od wojewody elbląskiego w wysokości pięciu tysięcy złotych: „To było wówczas sporo pieniędzy, więcej niż moja miesięczna pensja. Moja nagroda była jednak jedną z najmniej znaczących. „Wodzowie" dostali bowiem talony na samochody. Pierwszy sekretarz na Trabanta, dyrektor zakładu odzieżowego na Wartburga, a dyrektor zakładu komunalnego na dużą Ładę. ” „Były talon na samochody dla kilku towarzyszy - przypomina sobie Bolesław Grabowski. - Wywalczyli je sobie już po Banku Miast na spotkaniu u wicepremiera Piotra Jaroszewicza w Warszawie. Przypomnieli wtedy, że Sztum wygrał, a wicepremier kazał przyznać im talony. To spowodowało w mieście trochę zamętu i waśni, bo niektórzy towarzysze, szczególnie pod naciskiem swoich żon zaczęli przebąkiwać, dlaczego ci dostali talony, a nie oni. Ale to minęło." Zbigniew Kowzan pamięta, że wygrane miasto miało dostać jakąś nagrodę: „Dla nas była to nowa śmieciarka i podłączenie Sztumu do instalacji gazu ziemnego, co było bardzo potrzebne. Były też drobniejsze nagrody, między innymi część naszych działaczy dostała na przykład talony na samochody, co było na ówczesne czasy wielką sensacją. To były także spore pieniądze, bo trzeba było zakwaterować i wyżywić ekipę telewizyjną, zbudować te podesty pod kamery itp." Gerard Zasadzki pracował wtedy z Zespole Szkół Zawodowych: „Byłem wtedy bardzo blisko związany z Gdańską Fabryką Mebli w Sztumie, bo był to zakład opiekuńczy naszej szkoły. Ponieważ Skwierzyna miała podobne zakłady jak Sztum to właśnie pod tym kątem dobierano też konkurencje. W konkurencjach meblowych dotyczących na przykład składania szafek brali też udział nasi uczniowie ze starszych klas. Doping był spory. Koszty pewnie były duże, bo miasto musiało poprawić swój wygląd estetyczny, choć telewizja tak operowała kamerami, że tych brzydszych części miasta nie pokazywano. Po zwycięstwie Sztumu w dużej sali PGKiM odbyła się duża impreza, z pieczonym prosiakiem i sporą ilością alkoholu i z redaktorami. Dzięki Bankowi odmalowano większość elewacji w mieście, a bez tego prawdopodobnie nic by nie zrobiono. Potem bank minął i wszystko wróciło do normy, została codzienna szarzyzna, choć bulwar nad jeziorem przez wiele lat był jeszcze dość porządny, jak o niego dbano, a to nie zawsze. Mirosław Melerski uważa, że była to jedna z najważniejszych imprez w powojennych dziejach miasta: „Takiej promocji na całą Polskę, ani nigdy wcześniej, ani nigdy później miasto nie miało. Była to niezapomniana szansa, że nasze miasto przestanie się kojarzyć jedynie z ciężkim więzieniem." Nie do końca można się z tym zgodzić, bo o Banku Miast niewielu dziś pamięta, a tym bardziej o prezentującym się tam Sztumie. Natomiast i tak miasto do dziś przede wszystkim kojarzy się w Polsce z więzieniem. 136 Bank miast w Sztumie Henryk Lipski wspominał, że nie tylko aktyw partyjny był zachwycony promocją: „Tym bardziej, że była to bezpłatna impreza, bo za wszystko płaciły zakłady pracy i z budżetu miasta niewiele na to poszło. Zresztą było najczęściej tak, że wystarczył jeden telefon z komitetu partii do dyrektora zakładu i wszystko było i na czas załatwione." Stefan Szyszka podkreśla, że poza śmieciarką i specjalną maszynę do produkcji asfaltu, największą jednak nagrodą były inwestycje, które w mieście pozostały i w większości są do dziś. Poza tym żadne miasto w województwie nie miało wtedy lepszej promocji niż Sztum. Bolesław Grabowski uczestniczył w finale we Wrześni. Spotkały się tam wszystkie miasta, które brały udział w Banku Miast. Cały Turniej był jedyną okazją, żeby zareklamować miasto. Pokazać, że gdzieś tam w Polsce jest takie małe miasteczko - Sztum. Był to duży plus: „Już po turnieju naczelnik Kazimierz Chyliński miał tam trochę kłopotów z prawem i musiał odejść. W tym czasie dużo osób wyjeżdżało do Niemiec. Pod Sztumem w Pietrzwałdzie emigrujący rolnik zostawił gospodarstwo w pełnym biegu. Naczelnik z kolegami „zajęli się" gospodarstwem. Wymłó-cili zboże i sprzedali. No i wpadli na głupocie. Niemądrze zrobili. Mówili, że mieli długi za bank miast i chcieli je w ten sposób spłacić. '* Inaczej wspomina to Stefan Szyszka: „Była afera zbożowa, ale nie miało to związku z odejściem naczelnika i całej władzy, a tym bardziej z Bankiem Miast. Było to nasze niedopatrzenie. Ja straciłem pracę za brak nadzoru, bo zboże rzeczywiście znikło. To był jednak pretekst do usunięcia nas, bo na nasze miejsca przygotowywani byli już nowi ludzie, bardziej posłuszni i lojalni. Z Moskwy po kursach i szkoleniach wrócił Władysław Oleksa, który został pierwszym sekretarzem PZPR w Sztumie. Bolesław Grabowski został wtedy naczelnikiem miasta i gminy Sztum." Ostatecznie finał Banku 440 wygrała Września. To, jak wspominają uczestnicy ze Sztumu, była to już raczej jedynie rozrywka i rekreacja, niż klasyczne współzawodnictwo, bo telewizja musiała cały cykl jakoś radośnie zakończyć. Później do tego rodzaju imprez już nie wracano. Pozostały wspomnienia, ale także, jak podkreślało wielu inwestycje, w lepszym lub gorszym dziś stanie. To niekwestionowane efekty Banku 440 w wielu miastach. Mieszkańcy zdawali sobie doskonale sprawę, że nie był to ich dzień powszedni, że było to święto, ale takie święto, z którego chcieli zyskać jak najwięcej i które w pamięci zostaje na długo, i też takie które oby jak najdłużej trwało. Telewizja takim złudzeniom potrafiła wówczas schłebiać. Poza tym, ważne było także poczucie wspólnoty, że wszyscy są razem. Tworzą wspólnotę na dobre i złe. Potem wracała jednak szara rzeczywistość z kartkami na cukier, nielicznymi towarami na półkach lub takimi, których kupić nie ma za co... A niespełna cztery lata później były już wówczas pierwszy sekretarz KC PZPR Edward Gierek pisał list z celi dla internowanych w stanie wojennym do swego następcy Wojciecha Jaruzelskiego: „Mimo różnych niepowodzeń, a nawet błędów, nasza partia w latach siedemdziesiątych, podobnie jak w całym okresie Polski Ludowej, skutecznie przewodziła realizacji programu socjalistycznego budownictwa, odpowiadającego historycznym ideałom klasy robotniczej i dążeniom patriotycznym sił polskiego narodu...." Polskie grudnie Adam Langowski STRZAŁY W HUFCU PRACY HISTORIA IRENEUSZA DROGOSZA W lutym 2011 r. na ekrany polskich kin wszedł film w reżyserii Antoniego Krauzego pt. „Czarny czwartek” przedstawiający dramatyczne wydarzenia^ które rozegrały się na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. Filmowi towarzyszył teledysk z „Balladą o Janku Wiśniewskim” słynną grudniową pieśnią wykonywaną niegdyś przez Krystynę Jandę, a tym razem zaśpiewaną przez Kazika Staszewskiego. Należy przypuszczać, że wielu młodych ludzi właśnie dzięki tej piosence, zinterpretowanej w charakterystycznym dla Kazika stylu, po raz pierwszy zetknęło się z tragedią 1970 r. Premiera filmu oraz niedawna 30. rocznica wspomnianych wydarzeń z pewnością przyczyniły się do upowszechnienia wiedzy na temat grudniowego dramatu. Myśląc o Grudniu’70, przypominam sobie historię Ireneusza Drogosza, nieżyjące-° Ireneusz Drogosz, fot. archiwum rodzinne go już mieszkańca wsi Ankamaty w gminie Dzierzgoń. Nie było tajemnicą, że jako nastolatek został postrzelony w kolano podczas starć w Gdyni w 1970 r. Czasami pojawiał się w mojej miejscowości, ale nie znałem go osobiście. Pamiętam, że zwracano się do niego „Renek” i że miał charakterystyczną czarną brodą. Gdy żył, byłem zbyt młody, aby porozmawiać z nim o Grudniu, a teraz jest to już niemożliwe. Okazuje się jednak, że pozostawił relację, która została wykorzystana w kilku publikacjach na temat Grudnia’701. Zanim przedstawię tę relację, warto przypomnieć wydarzenia, na tle których rozegrał się jego osobisty dramat. W grudniu 1970 r. doszło do jednego z najostrzejszych kryzysów polityczno-społecznych w Polsce Ludowej. Tragiczny konflikt rozgrywał się na kilku płaszczyznach i zawierał w sobie co najmniej dwa wątki. Z niezwykle złożonej struktury Grudnia’70 wyodrębnić trzeba przede wszystkim wybuch robotniczego protestu na Wybrzeżu, który następnie objął inne regiony kraju. Równolegle w kierownictwie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej toczyła się polityczna rozgrywka, która miała doprowadzić do zmiany na najwyższych 1 Zob. W. Kwiatkowska, Grudzień 1970. Relacje, część I, Gdańsk 1981, s. 2-3; W. Kwiatkowska, Grudniowa apokalipsa, Gdynia 1993, 166-168; J. Eisler, Grudzień 1970. Geneza, przebieg, konsekwencje, Warszawa 2000, s. 227-228. 138 Strzały w hufcu pracy szczeblach władzy, w tym na stanowisku I sekretarza KC PZPR. Złożoność spraw związanych z kryzysem przełomu 1970 i 1971 r. uwidacznia się już podczas próby precyzyjnego nazwania tego, co działo się wtedy w Polsce. W świadomości społecznej funkcjonują przejęte z języka oficjalnej propagandy i używane również w wielu publikacjach zwroty „wydarzenia grudniowe” lub „wypadki grudniowe”. Powszechnie stosowanym wyrażeniem jest „Grudzień 1970” które zawiera dość silny ładunek emocjonalny. Historykjerzy Eisler w przedmowie do książki Edwarda Jana Nalepy o roli Wojska Polskiego w grudniu 1970 r. zaproponował nawet określenie „Powstanie Grudniowe roku 1970” 2. W późniejszym czasie Eisler wycofał się nieco z tej propozycji i stwierdził, że „(... ) mieliśmy wtedy do czynienia z czymś, co wyłamuje się z prostych, jednoznacznych ocen i stereotypowych ujęć. Nie jestem zresztą wcale przekonany, czy w ogóle można jednym słowem nazwać to wszystko, co zdarzyło się w grudniu 1970 roku (...)” 3. Bezpośrednią przyczyną wybuchu społecznego niezadowolenia stała się, wprowadzona przez władze na kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia, podwyżka cen wielu artykułów pierwszej potrzeby, przede wszystkim żywności. Wśród towarów, których ceny miały wzrosnąć, znalazły się mięso, mąka, kasze, makarony, przetwory owocowe, a także węgiel, koks, tkaniny lniane i bawełniane. Jednocześnie władze zapowiedziały obniżkę cen niektórych artykułów. Potanieć miały telewizory, radia, lodówki, pralki i magnetofony. Porównując artykuły objęte zmianą cen, wyraźnie widać, że wzrastały ceny towarów często kupowanych przez społeczeństwo, zwłaszcza żywności. Taniały zaś te, które nabywane są rzadziej, niekiedy tylko raz w życiu danej rodziny. Od poniedziałku 14 grudnia 1970 r. rozpoczęły się w Trójmieście masowe protesty związane z ogłoszoną podwyżką cen. Jako pierwsza zastrajkowała Stocznia im. Lenina w Gdańsku, a później fala masowego sprzeciwu objęła również stocznie w Gdyni i Szczecinie oraz zakłady w Słupsku i Elblągu. Protesty przybrały gwałtowną formę i przekształciły się w walki uliczne. Do tłumienia demonstracji władze wysłały wojsko. Szacuje się, że na Wybrzeżu użyto łącznie ok. 27 tysięcy żołnierzy, 550 czołgów, 750 transporterów opancerzonych i 2100 samochodów. Ponadto wykorzystano 108 samolotów i śmigłowców oraz 40 jednostek pływających Marynarki Wojennej. Po doliczeniu sił pozostających w gotowości, ale nieużytych w akcji lub wyznaczonych do wewnętrznej ochrony obiektów na znacznym obszarze kraju, ogólna liczba sił wojskowych przedstawia się następująco: ok. 61 tysięcy żołnierzy, 1700 czołgów, 1750 transporterów opancerzonych i 8700 samochodów. Pacyfikowaniem protestów zajmowało się również co najmniej 9 tysięcy milicjantów, funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej, Służby Więziennej, a nawet Straży Pożarnej. Jak wylicza Jerzy Eisler, w trakcie tłumienia demonstracji zużyto łącznie ok. 150 tys. sztuk środków chemicznych, a sami żołnierze wystrzelili na Wybrzeżu prawie 46 tysięcy pocisków różnego kalibru i różnych typów. Zastosowanie tego rodzaju środków musiało przynieść tragiczne konsekwencje. Według oficjalnych danych w grudniu 1970 r. zginęło 45 osób, rannych zostało 1165 osób, z których 153 odniosły rany postrzałowe. Należy pamiętać, że to dane oficjalne, które prawdopodobnie są zaniżone, a rzeczywista 2 E.J. Nalepa, Wojsko Polskie w Grudniu 1970, Warszawa 1990, s. 6-7. 3 J. Eisler, Grudzień 1970. Geneza..., s. 17. Adam Langowski 139 liczba ofiar i poszkodowanych jest wyższa. W kalendarium grudniowych protestów szczególne miejsce zajmuje czwartek 17 grudnia. Tego dnia w Gdyni, w wyniku użycia broni przez wojsko i milicję, zginęło 18 osób w wieku 16-34 lat. Ulicami miasta podążał pochód, na czele którego niesiono na drzwiach ciało młodego mężczyzny - „Janka Wiśniewskiego” (Zbigniewa Godłewskiego). Wydarzenia z Gdyni przeszły do historii pod nazwą „czarny czwartek”, a „Janek Wiśniewski” stał się symbolem całego Grudnia 1970 r. Warto dodać, że 17 grudnia w Gdyni udzielono pomocy ambulatoryjnej 347 osobom i przyjęto do szpitali 233 rannych. Jednym z poszkodowanych podczas gdyńskiego „czarnego czwartku” był Ireneusz Drogosz. Miał wówczas 17 lat i należał do 96. Ochotniczego Hufca Pracy. Wraz z innymi junakami mieszkał w barakach na terenie hotelu robotniczego przy ulicy Śląskiej. W związku z niepokojami, które ogarnęły Trójmiasto, postanowiono przyspieszyć ich wyjazd do domów rodzinnych na święta, uniemożliwiając w ten sposób młodzieży ewentualny udział w demonstracjach. Przygotowujący się do wyjazdu chłopcy zostali zaskoczeni przez milicję, która brutalnie spacyfikowała hufiec. Ireneusz Drogosz w relacji z marca 1991 r. tak wspomina tamte wydarzenia: „Rankiem 17 grudnia podczas zbiórki komendant oświadczył, że przyjadą po nas autobusy, które odwiozą nas do Tczewa. Wszyscy junacy byli ubrani w mundury wyjściowe kolorem podobne do lotniczych, do tego furażerki z wyszytym białym orłem. Czekaliśmy na swojej sali i słuchaliśmy odgłosów strzelaniny oraz innych wybuchów. Odgłosy te narastały, słychać je było coraz wyraźniej. Wraz z innymi kolegami otworzyłem okna sali, w której przebywaliśmy, w tym celu, aby zoba- Opis zdjęcia rentgenowskiego z 7.01.1971 r. Widoczny zapis: „stan po ranie postrzałowej". 140 Strzały w hufcu pracy czyć, co się dzieje na zewnątrz. Po otworzeniu okien ujrzeliśmy tłum ludzi biegnących z ulicy Śląskiej w kierunku ulicy Witomińskiej. Z tego tłumu dobiegało rozpaczłiwe wołanie o pomoc. Widziałem biegnącą kobietę, która trzymała za rękę chłopczyka. Dziecko nie mogło nadążyć, przeraźliwie krzyczało, nóżki ciągnęły mu się po bruku. Młody mężczyzna o czarnej czuprynie złapał dzieciaka w pół i zmieszali się z tłumem. W pewnym momencie ujrzałem kilku chłopców przeskakujących przez płot, a następnie przez okno do sałi, w której się znajdowaliśmy. Ubraliśmy ich szybko w nasze mundury w tym celu, aby nie zostali rozpoznani przez funkcjonariuszy MO oraz inne służby porządkowe. Zamykałem okno, kiedy podbiegł pod nie milicjant w polowym mundurze. Zobaczyłem wściekłe oczy, a w nich coś, czego się nie da opisać. Milicjant w jednej ręce trzymał dużą tarczę, w drugiej pistolet TT, zaczął strzelać w moim kierunku. Kolega krzyknął: «Irek, nie bój się, on ma śle-pe naboje». Sam też tak myślałem. Przed oknem rozprysnęła się ziemia, następna kula przebiła ścianę baraku i utkwiła w moim prawym kolanie. Czy było to możliwe? Tak, ponieważ był to barak z trzciny słomianej obrzucony tzw. ropówką. W momencie, kiedy zostałem postrzelony, przewróciłem się na podłogę, lecz przy tomńości nie straciłem. Zewsząd dochodził mrożący krew w żyłach wrzask, posypały się petardy i gazy łzawiące. Staliśmy na środku sali jak skamieniali, ja także, przy pomocy kolegów, kałużę krwi przykryliśmy dywanikiem. Z korytarza dochodziły krzyki kolegów pomieszane z głosami wrzeszczącymi «wypierdalać skurwysyny, na dwór, pod ścianę i ręce do góry!». Nagle drzwi wyleciały z futryny. Myślałem, że to bomba, ale to była tylko służba porządkowa. Moi kołedzy wybiegli, chwilę byłem sam, funkcjonariusze wpadli, otrzymałem kilka uderzeń tarczą, wypchnięto mnie na korytarz. Obwodowa ZJUTT’ komisja lekarska do spraw inwalidztwa i zatrudnienia nr Nr akt Wypis z treści orzeczenia z dnia ........ W wyn)ku rozpatrzenia sprawy ur. dnia zam. . I .'.'... . /).. :...'. . Komisja w,oparciu o obowiązujące przepisy anawia: A. Uznać, że brak jest podstaw do zaliczenia Obywatela(ki) do jednej z grup inwalidów • B. 1. Uznać, że brak jest podstaw do ust nia uprawnień do świadczenia r-habilitacyjnego * 2. Uznać, że Obywatel(ka) spełnia warunki niezbędne do uzyskania świadczenia rehabilitacyjnego* na . . ..................................... • .miesięcy, licząc od daty wycze ia zasiłków chorobowych. 3. Uznać, że świadczenie rehabilitacyjne pozostajc w związku z wypadkiem przy pracy-wypadkiem w drodze do pracy lub z pracy-chorobą zawodowa* . C. 1. Zaliczyć Obywatela(kę) dy '.'..'. .7,'. grupy inwalidów z ogólnego itanu, zdrowi^. ,, 2. Zaliczyć Obywatela(kę) do . . 1 f. ' grupy inwalidów w związku z f..................j.......... t.^ 3. Zaliczyć Obywatela(kę) do . : IWC grupy inwalidów w związku* 4. Uznać, że inwalidztwo 5. Uznać, że inwalidztwo istnieje od . .../ grupy jest spowodowane-stanem narządu ,1'AL. J U.......AA'. 1 .....I. A'-. . . .’. . . I ?A U. . ' i » czasie zatrudnienia uległo-nie uległo* poprawie-istotnemu pogorszeniu*. ZUS Ń-8 —' Wypis z treści przeczenia KIZ Orzeczenie komisji lekarskiej do spraw inwalidztwa i zatrudnienia. W uzasadnieniach widoczna informacja o „wypadku w związku z wydarzeniami grudniowymi". Adam Langowski 141 Byłem tak przestraszony, że bólu nie czułem. Korytarz miał ok. 30 m długości i 1,8 szerokości, co 3-4 m stała ręka sprawiedliwości. Widziałem biegnącego kolegę, którego z dwóch stron okładali pałkami, kolbami, kopniakami, jak mnie się udało przebiec, nie pamiętam. Miałem 17 lat i bardzo chciałem żyć. Koledzy klęczeli pod ścianą baraku z rękami uniesionymi w górę, ukląkłem i ja. Kolega, który wiedział, że jestem ranny, obejrzał się, za co otrzymał potężne uderzenie w tył głowy. Ja klęczałem za szeroko, więc kopnęli mnie. Zrobiło mi się słodko i ciepło. Straciłem przytomność. Ocknąłem się na dobre dopiero w szpitalu". Podczas pacyfikacji hufca Ireneusz Drogosz odniósł najpoważniejsze obrażenia. Jako główny poszkodowany wymieniony został w oficjalnej „Informacji Wojewódzkiej Komisji OHP w Gdańsku dotyczącej postaw junaków i kadry OHP ZMS i ZMW w okresie wydarzeń grudniowych". W dokumencie tym Witold Murawski, ówczesny sekretarz Wojewódzkiej Komisji OHP ZMS i ZMW, zawarł następującą relację na temat akcji milicyjnej w hufcu: „Podczas gdy pierwsi z nich (junaków - przyp. A.L.) zbierali się przed komendą hufca, czekając na autokar, usłyszeliśmy strzały na ulicy w pobliżu hufca. Widzieliśmy, jak kilka osób uciekających przed strzelającymi milicjantami skryło się w pobliżu bramy hufca. Wejście na nasz teren było zaryglowane. Po chwili kilku milicjantów przekroczyło ogrodzenie otaczające hufiec i zaczęło bić pałkami stojących przed komendą junaków. Wszystkich ogarnęła panika. W ogólnym tumulcie słychać było strzały. W tym czasie kilkunastu innych funkcjonariuszy MO przeskoczyło ogrodzenie koło baraku nr 3, ścigając dwóch nieznanych mężczyzn, którzy uciekali przez teren hufca. Przypuszczając, że byli to także wychowankowie hufca, bito wszystkich napotkanych. Następnie spędzono z baraków nr 3 i4 wszystkich junaków, niektórych zbudzono biciem, i rozkazano im klęczeć i trzymać ręce założone na karku. Klęczących bito i kopano, używając przy tym wulgarnych słów. Moich próśb i wyjaśnień nikt nie słuchał. W rezultacie tego zajścia postrzelono w nogę junaka Drogosza Ireneusza, pobito do nieprzytomności junaka Józefa Orła oraz poturbowano wszystkich innych chłopców. Wymienionych dwóch junaków odwieziono do szpitala"4. Grudniowy postrzał w kolano naznaczył dalsze życie Ireneusza Drogosza: „Trzy miesiące noga w gipsie, potem leczenie sanatoryjne, następnie rok na rencie inwalidzkiej. W1976 roku woda w kolanie, kilka bolących punkcji i znowu noga w gips. Byłem już żonaty i miałem dwoje dzieci. Wszystkie moje choroby związane są z grudniem 1970, jedno stąpnięcie i historia się powtarza - pęknięcie łękotki. Operacja, usunięto łękotkę. Po operacji czuję się znowu jak w grudniu, milicjant z wąsami wciąż nasuwa się na pamięć (...) Jestem od tamtego czasu dziwny, nie umiem się zamknąć, siedzieć cicho, muszę protestować przeciwko niesprawiedliwości". Rzeczywiście, po doświadczeniach Grudnia 1970 Ireneusz Drogosz nie umiał „siedzieć cicho” i narażał się władzy ludowej: „Stan wojenny był gromem z jasnego nieba. Tuż przed Nowym Rokiem przemawiał w TV Albin Siwak. Robotnik budowlany, partyjny, ale w porządku, przychodził najwcześniej do pracy, kawę ludziom gotował... Siwak złożył jakiś protest przeciwko „Solidarności", treści już nie pamiętam. Szarpnęło mnie. Zabrałem dokumenty z 1970 roku, napisałem protest i poszedłem złożyć do jednostki wojskowej na Witaminie, położonej naprzeciw mojego bloku. Poprosiłem o dowódcę warty, przyszedł, mówię, że tu jest mój protest, chciałbym, 4 Cyt. za: J. Eisler, op. cit., s. 227. 142 Strzały w hufcu pracy żeby mi pokwitował. Na tym się miało skończyć. Niech pan poczeka. Przyszło dwóch wojskowych z bronią, skuli mnie kajdankami, zaprowadzili do komisariatu na Witominie, a stamtąd przewieziono mnie do komisariatu w Gdyni. Parę razy zrzucono mnie ze schodów, potem krótkie przesłuchanie. Miałem coś podpisać, nie chciałem, zawieźli do aresztu na Starowiejskiej. Wąskimi schodami do góry i rozbierać się. Zdjąłem kożuch - dałej, zdjąłem sweterek - do naga. Co wy, panowie, pedały? Biło mnie czterech. Dopiero po jakimś czasie ocknąłem się w celi. Ruszyć się nie mogłem, facet, który był w celi, napoił mnie wodą, bo kubka utrzymać nie mogłem. Odebrał mnie z aresztu szwagier milicjant. Oddali kożuch - cały porwany. Nie dość im było znęcania się nade mną, musieli jeszcze zniszczyć kożuch. Po drodze kazałem się szwagrowi zawieźć na pogotowie, chciałem wziąć obdukcję, lekarza jednak nie było i szwagier zawiózł mnie do domu. (...) Jeździłem nadal ciągnikiem. Niemal codziennie zatrzymywałem się przy barze mlecznym przy Władysława IV - miła obshlga i zjeść można było dobrze. Zdziwiło mnie jednego dnia, że facet z bloku naprzeciw robi mi zdjęcia. Traktora nie widział? Co prawda był to nowy ciągnik, pomarańczowo-żółty, oszklony, wielki sentyment do niego miałem. Tego dnia nie mieliśmy co zrobić z dzieckiem, więc zabrałem chłopca do pracy, miał osiem lat i to zdarzenie dobrze pamięta. Wyszliśmy z baru - skoczyło na mnie dwóch milicjantów, rzucili mnie na koło, zrewidowali, zrobili rewizję ciągnika. Nie wiedziałem o co chodzi, a dziecko stało i płakało. Wypytywali co robię, gdzie pracuję... Jak mi się Polska nie podoba, to mam powiedzieć, jaki kraj wybieram, jeszcze w tym dniu mnie wyślą. Powiedziałem, że mi się Polska podoba. Kazali mi wejść na maskę i zerwać plakietkę „Solidarności", wtedy dopiero zorientowałem się, o co chodzi. Dostałem ją w gdańskim MZK od Szwedów, wspaniała samoprzylepna nalepka. Nie zdjąłem jej, gdy nastał stan wojenny, koledzy swoje zrywali, ja z nią jeździłem parę miesięcy, gdziekolwiek stanąłem, ludzie oczy wybałuszali, teraz musiałem ją zrywać paznokciami, ciężko odchodziła... ”. Wiesław Olszewski 143 Wiesław Olszewski LINAWA, 16 GRUDNIA 1981 ROKU Dzień wprowadzenia w Polsce stanu wojennego był jednym z tych najbardziej tragicznych w historii naszego państwa i narodu. Ofiarami zamętów na zakrętach historii przeważnie nie są ich główni gracze, lecz ludzie zupełnie przypadkowi, nie mający aspiracji zostać bohaterami. Tak było również podczas stanu wojennego wprowadzonego 13 grudnia 1981 roku. O jednym z takich wydarzeń przypomina krzyż stojący przy moście na rzece Linawie koło Nowego Dworu Gdańskiego. Tu rozegrała się jedna z tragedii tego mrocznego okresu. Przed świtem 16 grudnia 1981 roku, łamiąc bariery mostu do lodowatej wody wpadł rozpędzony czołg. Zginęło czterech członków załogi. WOJSKO W STANIE WOJENNYM Dekret o wprowadzeniu stanu wojennego z 12 grudnia 1981 roku przewidywał znaczący w nim udział armii. Według oficjalnych danych w dniu wprowadzenia stanu wojennego w działaniach na terytorium kraju wzięło udział ok. 70 tys. żołnierzy Wojska Polskiego, bezpośrednio na ulicach miast - 1750 czołgów i 1400 pojazdów opancerzonych, 500 wozów bojowych piechoty, 9000 samochodów oraz kilka eskadr helikopterów i samoloty transportowe. Swe zadania wyznaczone miały również pododdziały 16 Kaszubskiej Dywizji Pancernej z Elbląga. Na początku stanu wojennego 13 grudnia 1981 część dywizji - pułk czołgów z Braniewa, została przegrupowana do Warszawy. Czołgi z Elbląga podobnie jak w roku 1970 otrzymały rozkaz marszu do Gdańska. RELACJE I PRZEKAZY Okoliczności wypadku do dzisiaj nie zostały jednoznacznie wyjaśnione. Przez długie lata nikt nie interesował się nieznanym szerzej epizodem pierwszych dni stanu wojennego. Długo zdarzenie to było tuszowane przez komunistyczną władzę. Również gdański oddział Instytutu Pamięci Narodowej nie prowadził żadnych badań dotyczących tego zdarzenia. Nie ma wydanego drukiem materiału opisującego tę tragedię, można znaleźć jedynie krótkie notki prasowe ukazujące się przy okazji kolejnych rocznic wprowadzenia stanu wojennego. Temat ten pojawił się również na jednym z forów internetowych. W trzydziestą rocznicę tragicznego wypadku powstał, poświęcony mu reportaż autorstwa Ewy Żmigrodzkiej. I artykuły prasowe, i wpisy internautów, i wypowiedzi bohaterów reportażu zawierają wiele błędów, nieścisłości i przeinaczeń, bo mijający czas sprzyja zacieraniu pamięci. Warto więc może zebrać te strzępy informacji i pokusić się na odtworzenie na ich podstawie przebiegu tragedii, aby pamięć o tym zachować. Oprócz innych względów temat ten jest mi bliski dlatego, że również byłem żołnierzem tego pułku. Później wprawdzie, bo w 1984 roku, odbywałem w nim służbę jako podchorąży na stanowisku dowódcy plutonu czołgów. Pamięć o grudniowej tragedii była tam wtedy 144 Linawa, 16 grudnia 1981 roku jeszcze bardzo świeża. Do rzeki wpadł jeden z wozów I Warszawskiego Pułku Czołgów Średnich im. Bohaterów Westerplatte stacjonującego w elbląskich koszarach przy zbiegu ulic Łęczyckiej i Grottgera. Kolumna kilkudziesięciu czołgów jechała do Gdańska, by wesprzeć siły wprowadzające stan wojenny. Pododdział wyruszył około godziny szóstej, o szóstej czterdzieści mijał Nowy Dwór. Kolumna prowadzona przez transporter opancerzony SKOT jechała z prędkością ok. 40 kilometrów na godzinę. Z niewyjaśnionych do końca przyczyn jedna z maszyn, wjeżdżając na most, zsunęła się do głębokiej na cztery metry rzeki. Czołg spadł wieżą w dół, co uniemożliwiło żołnierzom opuszczenie pojazdu. Zginęła cała załoga. W jakiś czas po wypadku ukazała się oficjalna krótka informacja: „Czteroosobowa załoga ostatniej maszyny usiłowała zdążyć za wszystkimi i niebezpiecznie przyspieszyła. Była wtedy zamieć śnieżna i mróz. Pojazd wpadł w poślizg, uderzył w barierkę mostu i zatonął w rzece Linawa. Zginęło czterech żołnierzy. Dopiero trzy dni po tym zdarzeniu wydobyto zamarznięty czołg z rzeki. Odmrażąno go w Elblągu. Prokuratura ustaliła wówczas, że przyczyną wypadku były błąd kierowcy i zbyt duża prędkość.” W wojskowych kronikach zdarzenie zapisane jest lakonicznie. Można w nich przeczytać, że miało miejsce 16 grudnia 1981 roku w godzinach porannych. W czołgu, który spadł z mostu do rzeki Linawa zginęło 4 żołnierzy, stanowiących załogę czołgu. Zginęli: dowódca czołgu kapral podchorąży (podporucznik) Marian Pudlak, działonowy kapral (sierżant) Wiesław Stankiewicz, kierowca mechanik starszy szeregowy (sierżant) Roman Tofiluk i ładowniczy starszy szeregowy (sierżant) Henryk Krosno. Stopnie wojskowe podane w nawiasach nadane zostały żołnierzom pośmiertnie. Były oficer zawodowy wspomina w wywiadzie prasowym: „Była to załoga I Warszawskiego Pułku Czołgów im. Bohaterów Westerplatte. Otrzymała rozkaz wyjazdu do Gdańska. Tego dnia, 16 grudnia, był silny mróz, droga była oblodzona. Śledztwo w sprawie wypadku prowadziła prokuratura, ale według mojej wiedzy przyczyna dramatu nie jest znana. Pamiętam jedynie, że były problemy z wydobyciem czołgu z rzeki. Do tego celu użyty został specjalny dźwig użyczony prawdopodobnie przez stocznię w Gdańsku lub elbląski Zamech. Czołg z uwięzionymi w nim ciałami trzech żołnierzy przetransportowano do jednostki, przypominał istną bryłę lodu. Czwartemu z żołnierzy udało się wydostać na zewnątrz, ale spadł na lód, który się załamał i utonął w lodowatej wodzie.” W artykułach prasy lokalnej można znaleźć relacje nielicznych świadków: „Mieszkamy niedaleko mostu. Jeden z naszych sąsiadów był na miejscu tuż po tym, jak czołg znalazł się pod wodą. Wtedy było bardzo zimno, kilkanaście stopni mrozu, potężne zaspy. Miejscowi chcieli ratować załogę czołgu, ale nie mieli jak tego zrobić. Najgorsze było to, że pozostałe wozy, mimo tragedii, nadal jechały naprzód. Nikt z wojskowych nie zatrzymał się na ratunek, choć ludzie krzyczeli, że pod wodą są ich koledzy. Chyba mieli takie rozkazy. Wszystkim było szkoda tych zabitych. To byli młodzi chłopcy.” Inny świadek relacjonuje: „Kiedy na miejsce dotarła pomoc, było już za późno. Później czołg został wydobyty. W czasie, kiedy się to stało, pracowałem w komitecie partyjnym. Wypadek miał miejsce o godz. 6.40. Otrzymałem telefon o wydarzeniu. Jakiś czas później dostałem polecenie, aby zawieźć żoł- Wiesław Olszewski 145 nierzom termos gorącego mleka. Oczywiście zrobiłem to.” W kolejne rocznice w lokalnym dodatku „Dziennika Bałtyckiego” ukazywały się krótkie wzmianki: „Rzeka Linawa zasłynęła niestety z bardzo przykrego wydarzenia. 16 grudnia 1981 r., kilka dni po wprowadzeniu stanu wojennego, w jej okolicach przebywał pododdział pancerny. W jednym z czołgów, przejeżdżających akurat przez most nad Linawą, zerwała się gąsienica, wskutek czego pojazd runął do wody. Na miejscu zginęła cała załoga, czyli czterej żołnierze. W momencie wypadku żaden z pozostałych czołgów nie zatrzymał się i nikt nie pomógł topielcom. Władza komunistyczna utajniła to wydarzenie i tuszowała go przez wiele następnych lat. Dopiero w wolnej Polsce, w 1993 r., można było upamiętnić czterech żołnierzy. Postawiono wtedy na moście krzyż z fragmentem czołgowej gąsienicy i tablicą z nazwiskami ofiar.” „19 grudnia 2009 r. w rocznicę wydarzeń z 16 grudnia 1981 r. odbyło się uroczyste złożenie kwiatów pod krzyżem, nad rzeką Linawą pod Nowym Dworem Gdańskim, upamiętniającym śmierć załogi czołgu T-55, która w kolumnie pojazdów pancernych zmierzała z Elbląga do Gdańska, w celu wsparcia sił wprowadzających stan wojenny. W maszynie zginęło czterech młodych pancerniaków. Wysiłkiem wielu w 1994 r. w miejscu zdarzenia stanął pamiątkowy krzyż, z fragmentem czołgowej gąsienicy. Co roku w tym miejscu grupa osób należących do dawnej opozycji składa wieńce i zapala znicze...” W grudniu 2010 roku, w 29 rocznicę, zamieszczono relację uczestnika wydarzeń, wówczas żołnierza elbląskiego pułku: „Mój czołg jechał z tyłu kolumny, kilkaset metrów za maszyną, która wpadła do wody. Wkrótce po wyjeździe z Elbląga zauważyłem leżące w rowach 146 Linawa, 16 grudnia 1981 roku pojazdy, które zsunęły się z drogi. Widoczności praktycznie nie było. Nie zatrzymywaliśmy się nawet na chwilę. O wypadku na moście wtedy nie wiedzieliśmy. Obowiązywała cisza radiowa. Dowódcy dopiero następnego dnia poinformowali nas o śmierci kolegów. Informacja była zwięzła: „Jak to w czasie bitwy są ofiary”. Rozpowiadano, że to Solidarność przeprowadziła sabotaż, dlatego nasi koledzy zginęli. To wszystko było straszliwie przygnębiające. Historię o czterech młodych żołnierzach trzeba stale przypominać, bo tylko w taki sposób będzie ona żywa.” Inny świadek, w tamtym czasie podchorąży, relacjonuje: „Odbywałem wtedy służbę wojskową po studiach. Znałem Mariana Pudlaka, który zginął tego dnia. To było wcześnie rano, było bardzo ciemno, zimno i ślisko. Nikt nie wiedział, co się stało, pozostałe czołgi się nie zatrzymały. O tragedii dowiedzieliśmy się później. Wyżsi oficerowie mówili szeregowcom, że to ludzie z Solidarności doprowadzili do śmierci ich kolegów.” I kolejna relacja: „Pamiętam ten dzień. Jechałam pilnie do szpitala w Gdańsku. Trasa (dzisiejsza „siódemka”) była kompletnie pusta! Nie minął nas żaden samochód w obie strony! W Kazimierzowie pierwsza zapora - BTR z karabinem maszynowym gotowym do strzału, kolczatka w poprzek drogi, żołnierze ogrzewający się przy koksownikach... Ciemno, upiornie... Pod Nowym Dworem Gd. powtórka blokady... Widziałam ten most na Li-nawie z zerwaną barierką, czołg był jeszcze nie wydobyty... Mówiono, że w czołgu pękła taśma gąsienicy i zsunął się automatycznie na bok, zahaczył barierkę i ściągnięty dalej, spadł do rzeki... Właz ewakuacyjny w podłodze był niestety - nie do otwarcia... Przejazdowo - Rafinera Gdańska jeszcze strajkowała. Naprzeciw niej, na „siódemce” kilkadziesiąt czołgów i pojazdów pancernych z lufami skierowanymi na rafinerię... Żołnierze stali na zewnątrz pojazdów, paląc na poboczu ogniska... Gdańsk - Okopowa i dalej - na ulicy pełno kamieni, koszy na śmieci, ławek i innego sprzętu... Zimno i przeraźliwie pusto... Czas Apokalipsy się zaczął.” Wiesław Olszewski 147 Temat pojawił się na jednym z for internetowych, umieściło tam swe wpisy wiele osób mniej lub bardziej znających temat. Wpisy nie pozbawione są osobistych emocji. „Służyłem w tej jednostce wojskowej, tj. 1 Warszawski Pułk Czołgów Średnich w Elblągu z ul. Łęczyckiej. Pamiętam co było słychać w radiostacjach czołgowych jak mijaliśmy ten most na Linawie. Później był transparent powieszony „Chwała poległym”. Byli to żołnierze już po dwóch latach służby. Dowódca to był podchorąży. Wszystkich pośmiertnie później awansowano. Kolega widział ten tragiczny wypadek na własne oczy. Przeklinali tą Solidarność, bo jechaliśmy na obstawę Rafinerii Gdańskiej, a w samym Gdańsku mieliśmy patrole aż do połowy stycznia. Później obstawa poczty w Elblągu i zadanie specjalne od października 1982 do 24.12.1982 pod Gdańskiem, a w Kolbudach mieliśmy swój obóz. Obstawa lotniska w Rębiechowie i telewizji na Babich Dołach. Wspominam tamten czas bardzo dobrze i niech będzie przeklęta ta Solidarność, bo jej nigdy nie było. A ludzie w Nowym Stawie pluli na nasze czołgi i wyzywali od gestapo jak w Elblągu, osobiście tego doświadczyłem. Za to mam ich kochać?” „Służyłem, tak samo jak kolega opisywał, w J. W. 1 Warszawski Pułk Czołgów w Elblągu. Jest to prawda, dosłownie jechałem w kolumnie samochodów zaraz za czołgami w samochodzie kompani remontowej. Ten czołg, który się utopił wyprzedził nas wraz z innym czołgiem, a po chwili spadł z mostu, ale on wcześniej nie był sprawny, podobno ściągało go na bok. To był szok kiedy się zatrzymaliśmy, dobiegliśmy do mostu, to tylko bulgotało i była duża dziura w lodzie, biedacy chcieli się uratować, bo do góry wypływało, to gumo-filce, to co było w czołgu i lekkie rzeczy. I tak jak kolega opisuje, kolumny nadal pojechały w kierunku Rafinerii Gdańskiej. Tam następny problem myśleliśmy, że nas krew zaleje, ludzie by nas tam wymordowali jak by mogli, a co myśmy byli winni tego stanu wojennego, dwa tygodnie nie myci, do golenia wodę rozpuszczaliśmy ze śniegu. Tak było, nikt tego nie uwierzy, ale tak było...” Inny internauta pisze: „Nie byłem osobiście świadkiem tego wydarzenia, ale wiem, że było tych żołnierzy pięciu. Piąty żołnierz był we włazie i wyrzuciło go na lód. Nic mu się nie stało. Przewieziono go do Komitetu PZPR w Nowym Dworze Gdańskim. Co się z nim dalej stało, niestety nie wiem... Na wiosnę, gdy byłem tam na rybach, stał w miejscu wypadku duży wojskowy samochód i płetwonurcy coś szukali w Linawie. Szukali coś ok. tygodnia.” Kolejny uzupełnia: „Jednostka przemieszczała się do Gdańska. Rozmrażany był w macierzystej jednostce. Rozmawiałem z człowiekiem, który ich wyciągał po rozmrożeniu. Dno rzeki jest b. muliste, więc we wnętrzu było pełno błota. Brakowało jakiejś sztuki broni osobistej, dlatego były jeszcze później poszukiwania.” „Czołg był z II kompanii czołgów ul. Grottgera w Elblągu. Wpadł do rzeki rano 13 grudnia. Byłem również w tej kompanii i również wtedy jechałem do Gdańska. Wiesiek Stankiewicz był moim kolegą. Całą załogę znałem. Czołg wypadł, ponieważ prędkość, z jaką jechały czołgi była zbyt duża. Ledwo nadążaliśmy za SKOTEM, który prowadził konwój. Dużo czołgów wypadało z drogi, ale tamten miał pecha i wypadł na moście. Z tego, co pamiętam załoga była czteroosobowa. Dodatkowo na wieży siedział podchorąży, który wypadł na lód, ale woda, która wracała po upadku czołgu zabrała go pod wodę i też zginął. Wyciąga- 148 Linawa, 16 grudnia 1981 roku ła go WZ- II z Elbląga, lecz była za słaba i przyjechała WZI na podbudowie czołgu ciężkiego i wyciągnęła go na brzeg. Z tanku wyciągnięto 1 osobę i przewieziono czołg do Elbląga. Tam po rozmrożeniu go w hali dotarto do pozostałych członków załogi. Czołg wyremontowano i powrócił do normalnej służby.” Pierwsze próby stworzenia dokumentu filmowego na ten temat pojawiły się na początku lat dwutysięcznych. W „Głosie Wybrzeża” z 12 grudnia 2003 roku ukazała się rozmowa z byłym dyrektorem TVP Gdańsk: „Uważałem, że jeżeli misja telewizji publicznej nie ma być hasłem, ale praktyką, to reportaż opisujący to zdarzenie powinien zostać pokazany przez TVP 13 grudnia. Na moją propozycję tematem tym zaczął się zajmować redaktor Krzysztof Kalukin. Wstępne zainteresowanie produkcją wyraził program drugi TVP, po czym z nieznanych bliżej mi powodów został z II zdjęty przez zastępczynię Niny Terentiew. Jako oficjalny powód podano problemy finansowe, jednak z mojej wiedzy o telewizji wynika, że jest to rutynowa wymówka wtedy, kiedy nie chce się czegoś robić. Byłem zdeterminowany, aby reportaż ten przygotować ze środków gdańskiej telewizji, ale zostałem odwołany i sprawa czołgu nie znalazła dalszego ciągu. Żałuję, że nie sięga się do zdarzeń dramatycznych i ważnych, które nie zostały do dzisiaj oświetlone. Uważam to za poważny błąd, a mój następca, z powodów których nie rozumiem i nie akceptuję, nie wykazał dość woli, aby się tym tematem zająć” Dopiero w trzydziestą rocznicę wprowadzenia stanu wojennego powstał krótki reportaż o tragicznym wydarzeniu na linawskim moście. Został wyemitowany w programie „Celownik” 12 grudnia 2011 roku. Można go znaleźć w internecie pod linkiem: http: / / www.tvp.pl/publicystyka/magazyny-reporterskie/celownik/wideo/gangi-kibo-li-12122011/5728689 REKONSTRUKCJA WYDARZEŃ Przygotowania do wymarszu rozpoczęły się w elbląskich koszarach ogłoszeniem alarmu już wieczorem 15 grudnia. W nocy alarm odwołano, wojsko poszło spać, ale o 4 rano ogłoszono go ponownie. Po stosownych przygotowaniach, około godziny szóstej, kolumna wyruszyła w kierunku Gdańska. Pułk miał zabezpieczać Rafinerię Gdańską. W rejon Stoczni Gdańskiej skierowano pododdziały 8 Dywizji Pancernej ze Słupska (pisze o tym obecny wiceminister MON Waldemar Skrzypczak, wówczas podporucznik, dowódca plutonu czołgów, uczestnik tych wydarzeń). Niewiele wcześniej przybyli do jednostki młodzi, nie-doświadczeni kierowcy - mechanicy. St. szer. Roman Tofiluk trafił do tragicznej załogi. Kolumnę prowadził dowódca pułku, jadąc transporterem opancerzonym Skot. Prędkość wynosiła ponad 40 km. na godzinę, była bardzo duża. Warunki atmosferyczne szczególnie niekorzystne: silny mróz, gołoledź, zamieć śnieżna. Z własnego doświadczenia wiem, że stan techniczny pojazdów też często budził sporo do życzenia. Wszystko to sprawiało, że wiele wozów wypadało ze śliskiej jezdni. Prawdopodobnie po takim zdarzeniu czołg plut. pchor. Mariana Pudlaka doganiał kolumnę, musieli jechać z jeszcze większą prędkością. Miało to miejsce ok. godz. 6.40 w okolicy Nowego Dworu Gdańskiego. W tych okolicznościach czołg z ogromną prędkością wjechał na most, przełamał barierę i przechylając się wpadł wieżą w dół do rzeki. Dowódca jadąc w otwartym włazie wypadł z pojazdu, ale powstały wir Wiesław Olszewski 149 wciągnął go pod lód. Zginęli wszyscy: dowódca plutonu plut. pchor. Marian Pudlak z Grudziądza, działonowy kpr. Wiesław Stankiewicz z Elbląga, kierowca - mechanik st. szer. Roman Tofiluk z Wyczółek koło Białegostoku i ładowniczy szer. Henryk Kosno z Jedlanka pod Radomiem. W warunkach, jakie wówczas panowały większość załóg zdarzenia nawet nie zauważyła. Czołg ze sporymi trudnościami wyciągnięto z rzeki trzy dni po tragedii. Na miejscu wydobyto tylko ciało dowódcy. W trakcie swej służby w jednostce, od świadków tamtych wydarzeń dowiedziałem się, że czołg przywieziono jako jedną wielką bryłę lodu. Umieszczony na hali, przez trzy dni rozgrzewany był przez elektryczne nagrzewnice z nadmuchem. Dopiero potem wydobyto ciała pozostałych członków załogi. Trumny z poległymi wystawiono w klubie garnizonowym przy ul. Mierosławskiego w Elblągu, następnie przekazano rodzinom. ŚLEDZTWO Wojskowa prokuratura prowadziła śledztwo w sprawie zdarzenia, umorzyła je stwierdzając, że był to nieszczęśliwy wypadek. Śledztwo przeprowadzono tuż po tym jak czołg spadł z mostu do rzeki Linawy koło Nowego Dworu Gdańskiego. Prokuratura ustaliła wówczas, że przyczyną wypadku były błąd kierowcy i zbyt duża prędkość. „Maszyna dowodzona przez plutonowego Mariana Pudlaka z Grudziądza doganiała kolumnę za Nowym Dworem - relacjonuje płk Piotr Wojnowski, szef Prokuratury Garnizonowej w Elblągu. - Jechali ok. 40 na godzinę. Wpadli w poślizg, czołg przełamał barierkę mostu i wpadł do Linawy gąsienicami do góry. Dowódca i trzech żołnierzy utonęli uwięzieni w czołgu.” OFIARY CZY...? Miejscowi wspominali wypadek, choć przez wiele lat zdarzenie to było utajnione i tuszowane przez komunistyczną władzę. Wojsko nie tylko nie czciło swoich poległych, ale pamięć o nich próbowało zatrzeć. Obecny na jednej z rocznicowych uroczystości Bogdan Borusewicz powiedział: „Kiedy w czasie jednego z przesłuchań generała Jaruzelskiego zapytałem, czy w tamtych latach po stronie wojska padły jakieś ofiary, otrzymałem odpowiedź, że takich nie było. Tymczasem my wiemy, że w czasie stanu wojennego zginęło w tym miejscu czterech żołnierzy. Widać więc, jak kłamliwy był to system.” Dopiero w wolnej Polsce, w 1993 r., można było upamiętnić poległych żołnierzy. Z inicjatywy wojska oraz nowodworskich samorządowców postawiono wtedy na moście krzyż z fragmentem czołgowej gąsienicy i tablicą z nazwiskami ofiar. Miało to miejsce w 12 rocznicę tragedii. Miejscem tym, w ramach programu „Żołnierska Pamięć , opiekują się żołnierze Jednostek Wojskowych 16 Pomorskiej Dywizji Zmechanizowanej, zwłaszcza 16 Batalionu Zaopatrzenia, który stacjonuje w koszarach zajmowanych dawniej przez I Warszawski Pułk Czołgów Średnich im. Bohaterów Westerplatte. O ile temat stanu wojennego nadal mocno dzieli społeczeństwo polskie, o tyle ocena tej tragedii jest dość jednomyślna. Również ci, którzy w tamtym czasie byli po drugiej stronie 150 Linawa, 16 grudnia 1981 roku tej nienaturalnej barykady uznają, że żołnierze ci byli takimi samymi ofiarami jak polegli górnicy czy stoczniowcy. Są oczywiście i inne głosy, zwłaszcza na forach internetowych. Tu duża anonimowość prowokuje do wypowiedzi wręcz nie nadających się do cytowania. Często są poniżej wszelkich standardów. Od wielu lat pod krzyżem w miejscu tragedii odbywają się uroczystości rocznicowe. Spotykają się przedstawiciele dawnej opozycji antykomunistycznej, lokalne władze, okoliczni mieszkańcy, są kwiaty i znicze, jest chwila ciszy i zadumy. Bywali przedstawiciele wyższych władz, np. Marszałek Senatu. Miejsce to odwiedzała rodzina śp. ppor. Mariana Pudla-ka, jego żona, brat oraz córka. Ona nie znała swojego ojca, urodziła się już po jego śmierci. Tablica upamiętnająca poległych czołgistów., fot. archiwum Sylwetki Andrzej Kasperek WROŃSCY - PORTRET PODWÓJNY Starość, choroby... Długa litania niedomagań: bezsenność, depresja, cukrzyca, chory kręgosłup. I te najgorsze choróbska... Jeszcze do niedawna myślał, że to zwykle drżenie rąk i zaburzenia pamięci. Myślał, że pamięć jest kapryśna. Dziś już wie, że to Parkinson i Alzheimer. Dwa złowrogie nazwiska. Myśl się rwie, wątek ucieka. Henryk Wroński sięga po dokumenty: notatki, akta sprawy, odwołania, akt rehabilitacji, artykuły prasowe, wycinki, książki i zdjęcia. Są jak kotwica, pomagają nakierować umysł, przytrzymać uwagę. Kiedy nie może zasnąć, stoi w oknie pokoju i spogląda w mrok. Gdzieś tam są żuławskie pola, wśród których stały jego ule. Jeszcze dalej jest wioska Tuja, do której przyjechał w 1945 roku wraz z rodziną. Nocą jest tak cicho, że zda-je mu się, że usłyszałby głos z Wołynia. Przejeżdżający samochód przywołuje wspomnienie podróży willysem UB do aresztu w Malborku. A pijackie wrzaski kojarzą się z tamtymi sprzed prawie siedemdziesięciu lat. W 1939 roku ma osiem lat. Jest wrzesień, ale szkoła zamknięta. Kierownik prosi ojca, żeby wziął na przechowanie książki ze szkolnej biblioteki. Aleksander Wroński ładuje je na furmankę i przywozi do domu. Heniu siedzi w domu i czyta Pana Tadeusza, pasie krowy i czyta strofy Wincentego Pola o swoich stronach: Pełny oddech ma tam życie I wszystkiego w bród obficie: Ryb i zboża, i świniny, Bydła, koni i zwierzyny, I konopi, pszczół i miodu... To wszystko skończyło się 11 lipca 1943 roku. Pamięta ludzi biegnących drogą przez wioskę - pokrwawieni, z odrąbanymi rękami, z szaleństwem w oczach. Byli na mszy w kościele w pobliskim Kisielinie. Ocaleni opowiadają o strzelaniu do wiernych wychodzących z nabożeństwa, o panice. Nazajutrz okazało się, ze Ukraińcy zabili osiemdziesiąt osób. Uratowali się ci, którym udało się uciec na strych kościoła. Przez kilkanaście godzin odpierali szturm upowców - odrzucali granaty, walczyli siekierami, gasili pożar... Wśród obrońców był Włodzimierz Dębski, ojciec znanego kompozytora. Krzesimir Dębski w filmie dokumentalnym Było sobie miasteczko opisuje śmierć swego dziadka. Zastanawia się, jak doszło do tego, że ludzie, którzy od pokoleń żyli koło siebie, znali się, odwiedzali się w święta katolickie i prawosławne, dopuścili się tak straszliwych czynów? Mówi: „Rodzina nacjonalistów ukraińskich, którzy później brali udział w mordach, nie miała studni i przez dwadzieścia pięć lat czerpała wodę ze studni moich dziadków. Pożyczali im choinkę, bo święta prawosławne są dwa tygodnie później... Tylko dziadek ostrzegł Polaków, że jego dzieci szykują się do morderstwa. UPA zaatakowało wówczas prawie sto kościołów, w których zgromadzili się Polacy. Krwawa niedziela przeszła do historii. Zaczynała się 152 Wrońscy - portret podwójny rzeź wołyńska. Ojciec zdecydował się szybko - trzeba uciekać. Zaprzągł konia, na wóz załadowano trochę ubrań, żywności, wsadzono dzieci. Krowa szła za wozem. Przyjął ich pan Lipiński, właściciel wielkiego majątku. Pilnowali go niemieccy żołnierze, bo dostarczał zboże dla frontu. Byli tam bezpieczni. Ojciec pracował w drożdżowni. Heniu przynosił mu obiad i wracał ze spirytusem. To była pewna waluta. Ale nie mogli tam pozostać. Niemcy wieźli zboże do Włodzimierza Wołyńskiego. Zabrali się z innymi uchodźcami w konwoju. Potem były miesiące tułaczki, wreszcie trafili za Bug. Pomagali dobrzy ludzie, ojciec wynajmował się do pracy. W Hrubieszowskiem zastał ich front. Co dalej robić? To pytanie zadawało sobie tysiące ludzi. Dokąd wracać. Tam już sowieci. Zostały domy, niezżęte pola, pszczoły w ulach, drzewa pełne owoców... I tysiące zamęczonych, zarżniętych Polaków. Mogiły, strach, nienawiść. Patrzę na zdjęcie z lat sześćdziesiątych - chata jest biedna, pochylona, drewno zmurszałe, licha strzecha, obok sad. We wspomnieniach ten dom w kolonii Lipnik, powiat Horochów, pozostanie na zawsze święty i czysty jak pierwsze kochanie, bo ten kraj szczęśliwy, ubogi i ciasny był własny. Domu już nie ma, drzewa wycięto. Lipnik, Jesionówkę, wioski i kolonie porasta dziś trawa. Gdzieniegdzie ostały się studnie przodków. Studnie zapomnienia. Wyrastają wśród pól i przypominają wioski i ludzi, których już nie ma... „Jedźcie na Zachód! Ziemie odzyskane czekają na repatriantów” - nawoływały plakaty. Cóż było robić. Wybrali Żuławy, zamieszkali w małej wsi Tuja. Na terpie stał dom, który ocalał wśród powodzi. Obok spalona stodoła i ogród, w którym dojrzewały truskawki i rosły drzewa owocowe. Namiastka domu, choć tam na Wołyniu zawsze trwa będzie zieleńsza a wiśnie większe i słodsze. Takie jest prawo pamięci. Wokół pluskała woda, ojciec jechał wozem, zastawiał pastki i sieci. Ryb było zatrzęsienie, pełny wóz potrafił przywieźć do domu. Nie głodowali. Ale pierwszy rok był bardzo trudny. W 1946 pojawiła się plaga myszy. Istny dopust Boży, tylko słoma została Andrzej Kasperek 153 zamiast plonów. Wielu osadników pouciekało. Ojciec zaczął rozglądać się za pszczołami i choć okazało się, że Rosjanie szukając miodu porozbijali ule, to pszczoły się uratowały - pochowały się w wierzbach. Jeździł z ojcem od drzewa do drzewa, walił pałką i patrzył, czy pszczoły wylecą. Jeśli były w pniu, to drzewo ścinali i zabierali ze sobą. I tak w poniemieckim parku założyli pasiekę na 40 uli. Zaczęła się szkoła. Najpierw w Nowym Stawie a później Liceum Rolnicze w Tczewie. Ale on marzył o zostaniu lotnikiem. Pojechał do słynnej Szkoły Orląt w Dęblinie. Zdał egzaminy, ale nie zaliczył rozmowy z oficerem politycznym. Oblał na pytaniu o krewnych za granicą, wygadał się, że ma kuzyna w Ameryce. Nie był pewny ideowo. Władza ludowa nie mogła przecież ryzykować, że pilot Wroński porwie samolot i wyląduje na Bornholmie. W tym czasie w Tui pojawia się Sławomir Grużewski. Zatrudnia się w miejscowym pegeerze, ale kilku młodym ludziom wyjawia swe prawdziwe plany. Chce założyć Młodzieżową Armię Krajową. Będą walczyć z ustrojem - mają werbować nowych członków, zdobywać broń, zbierać informacje o lokalizacji placówek UB i MO, jednostek wojskowych, spisywać członków PZPR. Chłopcy składają przysięgę i dostają pseudonimy. Trzymam w rękach pożółkłe i wymięte arkusze przebitkowego papieru. Kiedyś takiego używano do robienia kopii podczas pisania na maszynie. To akt oskarżenia, wyniesiony podstępem po przesłuchaniu w Urzędzie Bezpieczeństwa. Osiem stron gęstego zapisu. Szczegółowo opisano, jak grupka młodych ludzi „miała na celu prowadzenie walki z demokratycznym ustrojem Państwa Polskiego”. Zarzucono im udział w konspiracyjnych zebraniach, próbę zbrojnego obalenia władzy ludowej itd. Tak samo, jak przeszło sto lat wcześniej na procesie filomatów, z grupy młodych ludzi za wszelką cenę usiłowano zrobić groźnych przestępców. Przeklęty polski scenariusz, znowu: Przyśniła się dzieciom Polska, Czekana od tylu lat, Za którą walczył nasz ojciec Za którą ginął dziad. Przypominam ten cytat z wiersza, zapomnianego dziś poety, Edwarda Słońskiego, bo choć pochodzi z roku 1919, wszystko mówi o ich intencjach. Chcieli być tacy, jak ich starsi koledzy i bracia, którzy walczyli w powstaniu warszawskim, bronili Kresów, zrywali niemiecką tablicę z pomnika Kopernika. Czy mieli świadomość, że powtarzają stary wzór? Przed nimi byli filomaci, młodzi powstańcy z 1830 i 1863, bojowcy z PPS... Oni byli tylko kolejnymi kamieniami rzucanymi na szaniec. Ale bez tej legendy, która towarzyszyła ich starszym kolegom. Bo w tym kraju zawsze jacyś: [...] synowie ziemi nocą się zgromadzą śmieszni karbonariusze spiskowcy wolności będą czyścili swoje muzealne bronie przysięgali na ptaka i na dwa kolory A potem tak jak zawsze - łuny i wybuchy malowani chłopcy bezsenni dowódcy... 154 Wrońscy - portret podwójny Czytam wiersz Herberta i nagle coś mi się skojarzyło. „Łuna” - taki pseudonim wybrał sobie Wroński. Inni nazwali się: Dąb, Kliczary, Chawaj, Witold. Ich konspiracja działała raptem kilka miesięcy. Wpadli wszyscy. Jego aresztowano 28 listopada 1950 r. w internacie liceum w Tczewie. Właśnie odrabiał lekcje, gdy przewodniczący szkolnego ZMP wprowadził do sali czterech ubeków. Zrewidowali jego szafkę, pogrzebali w sienniku, sprawdzili walizkę. „Jesteś aresztowany. Ubieraj się, pójdziesz z nami!” Nikt z nich nie spostrzegł, że sięgnął po palto do szafki kolegi. Do dziś nie potrafi powiedzieć, dlaczego tam powiesił swój płaszcz. W jego kieszeni spoczywał pistolet, popularna „tetetka”. Był uzbrojony i nikt tego nie zauważył! Zawieźli go do aresztu w Gdańsku, ubrali w kożuch i postawili przy gorącym piecu. Po tym, co później przeżył ten sposób „zmiękczania” wydał mu się wręcz dziecinny. Podobnie jak straszenie psem, który zamiast się na niego rzucić, zaczął się do niego łasić. Zapakowani go na willysa i pojechali do Malborka. Wspomina: „Jedną rękę miałem skajdan-kowaną z UB-ekiem. Ciągle myślałem, jak się pozbyć pistoletu, który miałem w wewnętrznej kieszeni płaszcza. Co chwila wyciągałem drugą ręką chusteczkę do nosa. Udawałem zakatarzonego. Za którymś razem zamiast do kieszeni spodni, włożyłem chusteczkę do kieszeni płaszcza. W Tragaminie z przeciwka natknęliśmy się na ciągnik. Mocno nas oślepiał reflektorami. Kierowca klął, że należałoby skur...nowi posłać kulkę. Wykorzystałem moment, wyciągnąłem pistolet i przy burcie wypchnąłem go na zewnątrz. Gdyby go znaleźli przy mnie, mogłem dostać 25 lat, a nawet wyrok śmierci”. Miał ogromne szczęście, bo w Malborku dokładnie go zrewidowano. Ubeka zainteresował pierścionek z orłem w koronie. Wielu młodych wówczas taki nosiło, był symbolem niezgody, tak jak wiele lat później opornik. Popatrzył na niego i powiedział szyderczo: „To my już ci tę koronę zdejmiemy!” Kilku oprawców rzuciło się ochoczo na niego - pierścionek zdjęli mu razem ze skórą. Pobity do nieprzytomności ocknął się dopiero w celi. Powoli poznawał ludową sprawiedliwość. Niekończące się przesłuchania, bez przerwy przez wiele dni i nocy, przez kilku, zmieniających się oficerów śledczych. Bicie, wyzwiska, straszenie, brak snu, zimno, głodowe posiłki - metoda zwana konwejer, której prawie nikt nie potrafił na dłuższą metę się oprzeć. Wydobyto z oskarżonych to, czego chciano. Wtedy przypomniał sobie słowa ze szkolnej lektury: „Panie! któż dzieci takbije! /Jego zbito [...] po katowsku zbito”. Wiedział już, że to o nich pisał poeta. Słowa pani Rollisonowej były wciąż aktualne, choć minęło przeszło sto lat od ich na- Henryk Wroński na odsłonięciu pomnika AK, fot. z archiwum rodzinnego Andrzej Kasperek 155 pisania. W pokazowym procesie, na który spędzono młodzież szkolną, Sąd Wojskowy w Gdańsku skazał konspiratorów, którzy nawet nie byli jeszcze pełnoletni, na surowe wyroki - od pięciu do piętnastu lat. Dostał osiem. Odsiadkę rozpoczął od dziewięciu miesięcy izolatki za okrzyk pod brama więzienną: „Żegnaj wolności!” Potem przewieziono go na Śląsk. Był niewolnikiem Stalina - na budowach, w hutach i kopalniach tacy, jak on, pracując po 12 godzin na lichym Wikcie, bez zabezpieczenia, piątek świątek i niedziela, budowali socjalizm. Gdzie nie mógł zwykły robotnik posyłano więźnia. Plan musiał być wykonany. Po apelacji wyrok zmniejszono do pięciu lat, po amnestii do trzech. Wyszedł na wolność, ale nie na długo. Marzenia o kontynuacji nauki okazały się niemożliwe do zrealizowania. Żadna szkoła nie chciał go przyjąć, nikt nie chciał go zatrudnić. Ale LWP o nim nie zapomniało. Ale dla takich jak on była tylko karna kompania, musztra z karabinami z przewierconą lufą i znowu zesłanie do kopalni. Kierowano ich na najgorsze odcinki, bez instruktażu, bez kasków, na boso, tylko ze świdrami czy kilofem. Ginęli zasypani, rozjechani przez kolejkę w ciemnym korytarzu, przygnieceni przez wagonik z węglem. Nikt nie liczył zmiażdżonych rąk, złamanych kończyn, rozbitych głów. Sam ledwo przeżył dwa zawały chodnika; blizna, która pozostała na głowie nie pozwala zapomnieć o tych czasach. Zniszczona młodość. Najlepsze lata zabrane. Kto wróci mu stracone szanse, zrujnowane zdrowie? Pozostały traumy, koszmarne sny i długa litania chorób. Ale i tak miał więcej szczęścia niż wielu jego kolegów skazanych potajemnie, zesłanych na Sybir, zastrzelonych w piwnicy więzienia. Niektórzy z nich do dziś nie mają nawet mogił. Przeżył więzienie i katorżniczą pracę w kopalni. Wrócił do domu, udało mu się zdobyć pracę, choć o jakiejkolwiek karierze nie mógł marzyć. Swym dzieciom opowiadał zawsze prawdę o polskiej historii. Tej, która tak bardzo różniła się od podręcznikowej wersji. Zajął się uprawą działki i pszczelarstwem. Kiedyś rolnictwo i hodowla pszczół były zajęciem jego ojca, teraz stały się jego hobby. Doczekał się czasów, kiedy orzeł w koronie powrócił na ściany instytucji i urzędów. I nikt już za to nie karze. W1991 r., czterdzieści lat po wyroku, Sąd Wojewódzki w Gdańsku unieważnił dawny wyrok. Minister obrony narodowej awansował go na porucznika WP, odznaczono go Srebrnym Krzyżem Zasługi. Dzięki jego staraniom powstał Społeczny Komitet Budowy Pomnika w Nowym Dworze Gdańskim. Wysiłek wielu osób dziesięć lat temu zakończył się sukcesem - w środku miasta stanął obelisk. Tablica umieszczona na ogromnych głazach, które Kaszubi ofiarowali Żuławiakom, głosi: „W hołdzie poległym i pomordowanym za wolną i niepodległą ojczyznę - weterani Armii Krajowej i społeczeństwo Żuław”. Oprawę przygotowali żołnierze z jednostki w Pruszczu Gdańskim. To nie przypadek - jej dowódcą był wówczas płk Dariusz Wroński. Jego syn. *** Z marzeń ojca o lataniu nic nie wyszło. Wracał w 1948 r. z Dęblina jak zbity pies. Koledzy patrzyli na niego i powtarzali: „Przecież mówiliśmy, że cię nie przyjmą! Nie miał powodów, żeby się wstydzić, przecież zdał egzaminy. A poza tym - przynajmniej spróbował. Jego syn Dariusz, czterdzieści lat po odrzuceniu kandydatury ojca, też spróbował. Najpierw - po ukończeniu szkoły podstawowej - zdał egzaminy do liceum lotniczego, ale pierwszeństwo miały dzieci wojskowych. Poradzono mu, żeby przyjechał po otrzymaniu matury. Wrócił do Nowego Dworu Gdańskiego, skończył LO im. Ziemi Żuławskiej. Nie żałuje czasu spędzonego w nowodworskim ogólniaku, bo tu mógł dowiedzieć się więcej o dziejach swego kraju. Młody historyk Janusz Wyka 156 Wrońscy - portret podwójny bez cenzury mówił im na lekcjach o Katyniu i powtarzał: „Musicie się nauczyć odróżniać prawdę od kłamstwa. W historii, w polityce i w życiu...” Znowu pojechał do Dęblina. Był dobrym podchorążym w Wyższej Oficerskiej Szkole Sił Powietrznych, ale oficerowi politycznemu nie spodobało się, że nosi krzyżyk. Złapał za łańcuszek i spytał „z troską”: „A nie boicie się Wroński, że w czasie wuefu możecie się zadusić? Może lepiej go zdjąć?” „Mama mi go założyła, właśnie po to, żeby nic złego mi się nie przytrafiło” - odparł. Politruk nie nalegał. Na szczęście nie były to już czasy zdejmowania pierścionka ze skórą... W LO poznał świetną dziewczynę, zakochał się i ustalili datę ślubu. Cywilny na 19 a kościelny na 25 grudnia 1981 roku. Decyzja o ślubie kościelnym nie ułatwiała mu drogi kariery. Pan młody nie pojawił się na ślubnym kobiercu. Nie zadzwonił, nie napisał ani słowa wyjaśnienia. Nie był jednak facetem, który by stchórzył. To: „mistrzyni życia, Historii, zachciało się psich figlów”. Rzeczywistość stanu wojennego pokazała mu, że nie ma łatwych wyborów. Jako żołnierz miał wykonywać rozkazy ludzi, którzy od 1944 roku nie mieli społecznego mandatu, aby rządzić w Polsce. Anna, jego żona, była absolwentką historii filozofii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który wówczas uznawany był za '„matecznik reakcji i sił antysocjalistycznych”. Miała kontakty z duchowieństwem, z opozycją działającą w podziemiu. Z rozmów z żoną poznawał inny obraz kraju, odmienny niż ten widziany z koszar. Nigdy nie pomyślał, żeby wstąpić do PZPR, choć wielokrotnie go do tego przymuszano. Do jego akt personalnych trafił zapis, że ma „nie-skrystalizowany światopogląd”. Był zbyt samodzielny. Skierowano go do 49. Pułku Śmigłowców Bojowych w Pruszczu Gdańskim. Traf chciał, że to tam w 1985 roku odbywałem moją służbę wojskową po skończeniu studiów. Nigdy się nie spotkaliśmy. Zapamiętałem jednak z jaką atencją i estymą traktowano w JW 1300 pilotów. To była elita. I ta elita latała na rozlatującym się sprzęcie, stała w kolejkach w kantynie po kilo kiełbasy zwyczajnej, mieszkała w betonowych blo- Andrzej Kasperek 157 kach przy torach. Zmiany, które przyniosły czerwcowe wybory wprowadziły w wojsku zamęt. Rozwiązywano jednostki, zmieniano zwyczaje, nagle język angielski okazał się lepszy niż rosyjski. Doszło nawet do tego, że zaczęto mówić o utworzeniu związków zawodowych w armii. Oczywiście na pierwszej linii znalazł się doskonale zaprawiony w bojach o koryto aktyw partyjny. Aparat polityczny był gotowy do zmiany warty i zamienienia stanowisk politruków na etaty związkowe. Niepokorny pilot Wroński wraz z innymi, podobnie myślącymi (okazało się, że byli tacy), postanowił do tego nie dopuścić. Wystosowali petycje do prezydenta, premiera, sejmu i senatu, żeby zamiast tworzyć pseudo-związki zawodowe w siłach zbrojnych doprowadzić do daleko idących zmian systemowych, wprowadzić cywilną kontrolę nad wojskiem, odmłodzić kadry. Po latach odpowie dziennikarzowi „Polski Zbrojnej”: „Pyta pan o tamtą petycję, która wywołała szum nie tylko w wojsku? Dziś być może trzeba byłoby ją zmienić. Mamy cywilną kontrolę nad wojskiem, ale przy tym nie mamy ludzi, którzy by bronili naszych interesów. Nie tak miało być...” W Pruszczu dowództwo niezbyt przyjaźnie na niego patrzyło. Długo nie awansował, nie miał wielu kolegów. To tylko zmobilizowało go do większego wysiłku. Podjął studia w Akademii Obronny Narodowej. I znowu powtarzał się stary scenariusz - nie bardzo chciano go przyjąć, choć na egzaminach wstępnych miał drugą lokatę. Głowa ciągle zajęta, nerwy, praca pilota wymagająca maksymalnego skupienia i uwagi. Aby choć trochę od tego uciec i odpocząć, zaczął biegać na długie dystanse. Doszedł do maratonu. Taki bieg to nie tylko okazja do sprawdzenia siebie, swojej kondycji, możliwości psychofizycznych. Samotność długodystansowca to okazja do zebrania myśli, refleksji nad życiem, a czas na rozwiązywanie skomplikowanych problemów i podejmowanie decyzji. To coś jeszcze -maratończyk musi być dobrym strategiem i organizatorem, musi wiedzieć, jak rozłożyć siły, żeby nie paść przed metą, musi umieć analizować trasę, rozpracować konkurentów. Czyli wszystko, co powinno cechować dobrego dowódcę. Ukończenie rozpoczętej w 1993 nauki oraz wielkiej ilości kursów i jego bogate doświadczenie sprawiły, że otrzymał w 1996 roku awans na stanowisko zastępcy dowódcy pułku ds. szkolenia. Trzy lata później został dowódcą. Lotniczą praktykę wzbogacał biorąc udział w międzynarodowych ćwiczeniach - we Francji i Stanach Zjednoczonych. Stamtąd właśnie przywiózł specjalizację w bojowym poszukiwaniu i ratownictwie na polu walki. Zrozumiał też, że nowoczesne wojsko nie może się ograniczać tylko do spraw militarnych, że dowódca musi być jednocześnie menadżerem, znającym się na wielu sprawach, do tej pory zarezerwowanych dla cywilów. Stąd decyzja o skończeniu kolejnego kursu, tym razem dla członków rad nadzorczych z udziałem Skarbu Państwa oraz podyplomowych studiów na wydziale ekonomii Uniwersytetu Gdańskiego. I pomyśleć tylko, że dawniej ukończenie jakiejkolwiek szkółki wojskowej dawało ciepłą posadkę do końca służby i wystarczyło tylko pojawić się w miarę trzeźwym na porannym apelu. Ale nie oszukujmy się - nie wszyscy mają tyle zapału, energii i wytrwałości co pilot Dariusz Wroński. Żeby mieć siły do tego, potrzebował silnych fundamentów. Znalazł je w swej rodzinie - żona i cztery córki stanowią dla niego niezastąpione oparcie. Zawsze może na nie liczyć, choć jego praca nie pozwala poświęcić rodzinie zbyt wiele czasu. Niekiedy uszczuplanego jeszcze przez uprawiane przez niego sporty - biegi, snowboard i windsurfing. Ale prawdziwym wyzwaniem dla rodziny była jego służba w Iraku, gdzie został dowódcą Samodzielnej Grupy Powietrzno-Szturmowej IV zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego. Pamiętam dyskusje, któ- 158 Wrońscy - portret podwójny re się wówczas toczyły na temat zasadności obecności naszych wojsk. Pytano, czy to nasza wojna, jakie są tam polskie interesy? Nigdy nie byłem zwolennikiem tej wojny, ale rozumiem też, że Polska jako członek NATO musi wywiązywać się ze swoich zobowiązań wobec sojuszników. Spodobała mi się wówczas wypowiedź płk dypl. pilota Dariusza Wrońskiego: „Skoro żołnierz nie chce jechać na wojnę, to pytam - po co szedł do wojska? Czy tylko dla pensji? Żeby ładnie wyglądać na paradach? Jeśli tak, to pora na zmianę fachu”. W 2005 roku do Iraku poleciały „latające czołgi” z Pruszcza. Tak rosyjskie gazety ochrzciły śmigłowce Mi-24. Rzeczywiście to bardzo groźna broń: jedenastotonowy kolos, pancerz pokryty tytanem, prędkość nawet do 335 km/h, 128 rakiet pod skrzydłami, działko szybkostrzelne, przewozi ośmiu żołnierzy, może wytrzymać pięćdziesięciostopniowe upały i trzydziestostopniowe mrozy. Ale nie o osiągi techniczne tu chodzi, tylko o cel polskiej misji. Wysłano ich, aby osłaniali polskie oddziały i siły koalicji oraz przeciwdziałali atakom terrorystycznym, ochraniali ludność cywilną, irackie siły bezpieczeństwa. Powiedział wówczas bez owijania w bawełnę: „Nie możemy stać jak ten bezbronny kurczak na gnieździe i patrzeć, co z nami zrobią. Pokażemy tym, którzy chcą wyciągać broń na naszych chłopców, że mamy czym się bronić”. Nie były to słowa bez pokrycia - zatrzymano wiele osób odpowiedzialnych za napady na polskich żołnierzy, ratowano rannych, likwidowano składy broni, ale przede wszystkim pomagano ludności cywilnej. Często minuty, w czasie których helikopter docierał do rannych, decydowały o tym, że przeżyli. Irak to była pierwsza ciężka próba dla polskiej armii a jednocześnie możliwość sprawdzenia się w warunkach bojowych. Wroński jest pilotem klasy mistrzowskiej. Za sterami śmigłowców spędził w powietrzu ponad 2000 godzin, odbył 76 lotów bojowych. To nie jest typ dowódcy, który dowodzi zza biurka. Wreszcie zaczynają go doceniać. Po powrocie z wojny w Iraku idzie na kurs generalski. Potem dostaje awans na stanowisko dowódcy w elitarnej 25 Brygadzie Kawalerii Powietrznej w Tomaszowie Mazowieckim. W 2008 roku jego „bogate doświadczenie teoretyczne i wielokrotnie weryfikowana praktyka zdecydowanego i odpowiedzialnego działania” zostają uhonorowane mianowaniem na stopień generała brygady. Od 2010 roku jest dowódcą Wojsk Aeromobilnych. Pewnie wielu ludzi miałoby kłopot z odpowiedzią, co to za rodzaj wojsk. Słowa „aero” i „mobilny” wyjaśniają wszystko - „powietrze” i „ruchliwy, aktywny”. Są spadkobiercami wojsk po-wietrzno-desantowych, cichociemnych i czerwonych beretów. To oddziały szybkiego reagowania, gotowe w każdej chwili do walki, do wypełniania misji specjalnych. Wojska te działają na lądzie i z powietrza. Na terenie własnym i przeciwnika. Żołnierze są szybcy, świetnie wyszkoleni, najlepsi. To nie przypadek, że dowodzi nimi taki oficer jak gen. bryg, pilot Dariusz Wroński. *** Ojciec i syn. Dwaj żołnierze. Pierwszemu przypadła w losie poniewierka, pogarda i ciężkie życie, bez szans na własny rozwój, studia, awans. Drugi dorastał w czasach zupełnie innych, ale na każdym kroku musiał pokonywać trudności. Bo w tym kraju tak już jest i ktoś, kto chce być niezależny w myśleniu i działaniu, musi się liczyć z tym, że nie wszystkim się ta niezależność spodoba. Daleka droga, która prowadziła z kolonii Lipnik na Wołyniu, skąd wyjeżdżał ukradkiem Heniu Wroński, do gabinetu Szefa Wojsk Aeromobilnych w Wojskach Lądowych w Warszawie, w którym urzęduje Dariusz Wroński. Zastanawiałem się, jak zakończyć ten tekst. I nic innego nie przychodziło mi do głowy poza „Pieśnią o cnocie” Jana Kochanowskiego. Pomyśli ktoś, że zanadto się spinam, ale ja uważam, że Andrzej Kasperek 159 te słowa znakomicie dopełniają te dwa życiorysy. Słowa poświęcone tym, „którzy swe pospolitej rzeczy służby oddali”: Cnota (tak jest bogata) nie może wziąć szkody Ani się też ogląda na ludzkie nagrody; Sama ona nagrodą i plącą jest sobie I krom nabytych przypraw świetna w swej ozdobie. A jeśli komu droga otwarta do nieba, Tym, co służą ojczyźnie. *** Henryk Wroński, ur. 3 czerwca 1931 r. w Zaturcach na Wołyniu. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. Aresztowany za udział w Młodzieżowej Armii Krajowej, osądzony i skazany na osiem lat więzienia. Po amnestii wypuszczony, ale wcielony do karnych jednostek LWP. Od 1954 r. pracował Spółdzielni GS, MPK, Zakładzie „Tworzywo” i Wytwórni Ozdób Choinkowych „Geda-nia”. Od 1991 r. na emeryturze. Inicjator umieszczenia tablicy pamiątkowej w kościele parafialnym i budowy pomnika AK. Żona Zofia, synowie: Mariusz, Dariusz, Wojciech oraz córka Monika. Dariusz Wroński, ur. 23 lipca 1960 r. w Ostaszewie. W 1979 r. rozpoczął naukę w Wyższej Oficerskiej Szkole Lotniczej w Dęblinie. Po promocji przydzielony do 49 Pułku Śmigłowców Bojowych w Pruszczu Gdańskim na stanowisko starszego pilota. W roku 1990 objął obowiązki dowódcy klucza. W 1996 r. awansuje na stanowisko zastępcy dowódcy pułku a w roku 1999 zostaje dowódcą. W 2005 r. dowódca Samodzielnej Grupy Powietrzno-Szturmowej IV zmiany PKW Irak. W 2008 r. powołany na stanowisko dowódcy 25 Brygady Kawalerii Powietrznej. Pilotował śmigłowce: SM-1, SM-2, Mi-2, Mi-24D/W oraz AH-1S, Bo-105, UH -ID, Gazelle, Super Puma. Wykonywał loty ratownicze i z pomocą humanitarną oraz kierował Zgrupowaniem Śmigłowców w czasie powodzi w 1997 roku. Żona Anna i cztery córki: Anna (w Edynburgu), Marta (w Kopenhadze), Klaudia (w Chicago) i Karolina (w Gdańsku). W 2011 r. został honorowym absolwentem Liceum Ogólnokształcącego w Nowym Dworze Gdańskim. Po nominacji generalskiej 160 Bolek - historia społecznika Agnieszka Jarzębska BOLEK - HISTORIA SPOŁECZNIKA Pan Bolesław jest niezadowolony. Złamana noga unieruchomiła go na kilka tygodni, a w kolejce czeka tyle spraw. Na ścianach pokoju, w którym rozmawiamy wiszą obrazki o tematyce żuławskiej. Na półkach książki i spore archiwum. Na biurku stoi komputer. Mimo osiemdziesiątki pan Bolesław odbiera e-maile. Po mieście, jak przed zawsze, porusza się rowerem. W lipcu za pracę „na rzecz pojednania narodów w Delcie Wisły” Bolesław Klein został odznaczony Krzyżem Zasługi ze Wstęgą Zasługi Republiki Federalnej Niemiec. JESO HISTORIA 7 września 1939 roku Bolek obchodzi dziesiąte urodziny. Razem z rodziną mieszka w Sub-kowach, wsi na Kociewiu. Jego mama pochodzi z Mogilna w Poznańskiem. Po szkole podstawowej trafiła pod Grudziądz, pilnowała dzieci u bogatej rodziny. Później, kiedy usamodzielniła się, nauczyła gotować i prowadzić dom, znalazła pracę w Subkowach, u państwa Wieli-szewskich, którzy mieli duże gospodarstwo. Tam poznała męża, który pracował jako kowal. „Tato był przedsiębiorczym człowiekiem. W marcu ‘39 spłacił ostatnią ratę kredytu, za który na kupionej przez siebie działce postawił dom i zabudowania gospodarcze. To było wielkie wydarzenie w rodzinie. Ojciec bardzo się cieszył, ale radość nie trwała długo. W 1940 roku Niemcy wyrzucili nas z domu. Nasze miejsce zajmuje niemiecka rodzina, która mieszka tam do wejścia Rosjan”. W czasie wojny większość polskich rodzin mieszkających w Subkowach zostaje wywieziona do Generalnego Gubernatorstwa. Na spakowanie rzeczy mają dwie godziny. „Ojca nie wywieźli, był potrzebny przy budowie mostu w Knybawie. Całą rodziną zamieszkaliśmy w jednym pokoju z kuchenką. Rodzice musieli podpisać tzw. listę niemiecką trzeciej grupy, przygotowującą „do zostania Niemcem”. Ludzi ze wsi zebrano w dużej sali, powiedziano: jak nie podpiszecie, to już słyszeliście, co to znaczy Stutthof, a jeśli nie wiecie, możemy was tam zawieźć... Potem ojciec pracował w Starogardzie Gdańskim, w Gdańsku. Przyszło jednak wezwanie do Wehrmachtu. Pamiętam, jak płakaliśmy, że go zabierają... Później nam opowiadał, że zdezerterował, dostał się do niewoli amerykańskiej, potem do wojska polskiego w Anglii i pod koniec 1946 roku wrócił do domu, w mundurze polskim, honorowo”. Mama, kobieta zaradna, sama prowadzi gospodarstwo i wychowuje trójkę dzieci. Bolek jest najstarszy. Ma brata i siostrę. „W czasie wojny dwa razy widziałem, jak mama płacze. Pierwszy raz jak Niemcy napadli na Polskę i 8 marca 1945 roku - gdy Rosjanie wkraczali do Subków, kiedy jedna okupacja przeszła w drugą. Brat mamy, policjant w Białymstoku, został internowany i zamordowany przez NKWD. Ciocia dostała potem informację, że był w Ko-zielsku, dalej ślad się urywał... W naszym domu opowiadało się o tym, wiedzieliśmy, co się Agnieszka Jarzębska 161 działo. Wiedzieliśmy też, że jedną z cioć Rosjanie wywieźli aż nad rzekę Irtysz, za Ural i była tam do 1954 roku”. W czasie wojny Bolek z bratem i siostrą chodzą do niemieckiej szkoły w Subkowach - polską zamknięto, nauczycieli wywieziono, m.in. do Stutthofu. „Na niemieckiego nauczyciela mówiliśmy: Polakożerca. Za powiedzenie polskiego słowa uderzył mojego brata tak mocno, że wybił mu ząb. Za każde »polskie« zachowanie trzeba było samemu przynieść kij i na pytanie: Wo ist Palestina? - »Kto tam mieszka? - Żydzi, Juden« - trzeba było odpowiedzieć, nachylić się i tyłek wypiąć do bicia. Trzymał dyscyplinę, ale nauczył nas niemieckiego. Podczas okupacji skończyłem niemiecką podstawówkę - świadectwo mam do dziś”. W życiu codziennym wszędzie trzeba mówić po niemiecku. W domu mówi się po polsku, ale po cichu. „Niemcy zabrali polskie książki, zostały tylko te kościelne i trochę do nich zaglądaliśmy. Kiedy już po wojnie pani Koszłaczenko z Litwy, pierwsza, niezapomniana nauczycielka polskiego w Subkowach, zrobiła dyktando, na jednej stronie miałem osiemnaście błędów!” Kiedy Polska znowu wraca do Subków, Bolesław i inne dzieci nadrabiają szkolne zaległości. Bolek jest ministrantem, prowadzi też punkt biblioteczny. „W specjalnej skrzynce miałem Krzyżaków Sienkiewicza i inne powieści. To były pierwsze po wojnie kontakty z polską książką. Wiele osób, młodzi i starsi, przychodzi po te książki prosto z kościoła, po mszy. To był początek mojego społecznego działania. Potem nasza pani namówiła nas do założenia kółka teatralnego. Uczyliśmy się wierszy, śpiewów, występowaliśmy na uroczystościach. Ale później szkołę zaczęto kontrolować, cenzura była, nie wszystkie wiersze i nie wszystkie występy teatralne mogły być publicznie pokazane, pozwolenia trzeba było otrzymywać ze starostwa w Tczewie. Wiele zawdzięczam tej mojej pierwszej nauczycielce - nauczyła mnie poprawnie 162 Bolek - historia społecznika pisać po polsku, pisać różne pisma i występować publicznie”. Potem jest gimnazjum w Tczewie: „Łaciny uczył prof. Pasierb, ojciec słynnego później poety księdza Janusza Pasierba. Z Januszem chodziliśmy do jednej klasy, także później wiele razy mieliśmy ze sobą kontakt”. Następnie jest dwuletnie technikum rolnicze i nakaz pracy w służbie rolnej. Lata 50. Czas budowy kołchozów, spółdzielni rolniczych. Do 1956 roku Bolesław Klein jest agronomem w Państwowych Ośrodkach Maszynowych w Gronowie Elbląskim, Kwidzynie i Suchostrzygach. „Uczyłem rolników, jak mają siać, orać. Oni byli, naturalnie, mądrzejsi ode mnie, ale jakoś umiałem się z nimi porozumiewać. Później, po dojściu Gomułki do władzy, zaczęły powstawać kołka rolnicze, zrzeszające rolników indywidualnych, organizowane były szkolenia, kupowane maszyny. Służby rolne przeniesiono do starostw i miały one wspierać rolników indywidualnych. Pracowałem wtedy w starostwie w Tczewie, w wydziale rolnictwa. Wstąpiłem do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego - wielkiego wyboru nie było: PZPR, ZSL i SD. Do ZSL należałem do okresu przemian, do końca lat 80. Potem wybrałem Unię Wolności. Obecnie należę do Platformy Obywatelskiej. Mam liberalne poglądy na tematy polityczne. Wtedy trzeba było gdzieś należeć, dziś uważam, że muszę mieć swoją przynależność, bo trzeba być aktywnym uczestnikiem tego, co się dzieje. Mam na to osobiste zapotrzebowanie, chcę być na bieżąco”. Z Tczewa zostaje przeniesiony do Kościerzyny, gdzie powołano go na wiceprezesa Powiatowego Związku Kółek Rolniczych i kierownika biura. „Od prezesa Jana Bielawy wiele się nauczyłem jeśli chodzi o tzw. aktywne uczestnictwo w życiu społecznym. Był Kaszubą. Miał swoje zasady. Odnosiliśmy się do niego z dużym szacunkiem. Na jednym z ważnych zebrań, w czasie przerwy, jeden ze starszych Kaszubów wyjmuje tabakierę, zażywa, podaje tabakę sąsiadowi i tak dalej. W końcu trafia do mnie. Wszyscy patrzą. Ja naturalnie przyjąłem, położyłem szczyptę na dłoni - nauczyłem się tego od mojego dziadka. Potem żeśmy sobie pokichali i usłyszałem: »To nasz chłop«. Tak zostałem zaakceptowany i przyjęty do tego grona. To sobie zapamiętałem: żeby robić coś dla innych, trzeba zostać zaakceptowanym. Na szczęście nigdy nie miałem z tym kłopotu”. Oprócz pracy zawodowej Bolesław Klein cały czas działa społecznie. „Przed wojną, w Sub-kowach, należałem do zuchów, tuż po wojnie - do harcerzy. W szkole zapisali nas do Związku Młodzieży Polskiej, ale jak tylko w ‘56 nastąpiły zmiany, z miejsca przeszedłem do Związku Młodzieży Wiejskiej i tam miałem fajną działalność - spotykałem się z młodzieżą, wspomagałem przez szkolenia np. o tematyce rolniczej i społecznej. Nigdy nie chodziło mi o to, żeby być »sławnym«, »popułarnym«. Nie na to zwracałem uwagę. Ale fakt, że mogłem komuś pomóc, napisać potrzebne pismo, poinformować na zebraniach o sprawach, które interesowały ludzi - to wszystko w jakiś sposób kształtowało moją osobowość”. W kolejnych latach Bolesław Klein włącza się do ruchu OSP, bo „tam można było pracować po swojemu”. Jest nawet prezesem struktur powiatowych strażaków - ochotników. Do Nowego Dworu Gdańskiego trafia w 1962 roku. Do 1975 roku, czyli do reformy administracyjnej i likwidacji powiatów, jest przewodniczącym prezydium powiatowej rady narodowej - odpowiednikiem dzisiejszego starosty. Gdy powstaje województwo elbląskie i wielu jego współpracowników przenosi się do Elbląga, zostaje w Nowym Dworze Gd. i do 1979 Agnieszka Jarzębska 163 r. przewodzi Radzie Miejskiej. Później aż do 1990 roku, czyli do emerytury, pracuje jako zastępca dyrektora Wydziału Rolnictwa w Urzędzie Wojewódzkim w Elblągu. „Dojeżdżałem codziennie, nie przeniosłem się, choć mi proponowano. Powiedziałem: pozostanę Żuławiakiem, tu mam kontakty z wieloma osobami”. ICH HISTORIE Agnieszka Jarzębska: Jak w Pana życiu pojawili się menonici i w ogóle przedwojenni mieszkańcy regionu? Bolesław Klein: Kiedy było już można, zaczęliśmy szukać kontaktów z Zachodem, choć w tym czasie trzeba było jeszcze patrzeć na Wschód i nasze zainteresowania były dla niektórych podejrzane. Uważaliśmy jednak, że musimy pójść w inną stronę, mieć kontakty z zagranicą. Wtedy poznałem Romana Klima (inżyniera, muzealnika, regionalistę i krajoznawcę - red.). Po raz pierwszy o menonitach usłyszałem właśnie od Romana. Przybliżył nam ich historię, mówił, że po wojnie wiele pamiątek po nich, m.in. cmentarze, zostało zniszczonych, ale warto do tego wszystkiego wrócić. Dzięki temu w połowie lat 80, razem z Jackiem Opitzem, ojcem Marka, oraz doktorem Mieczysławem Hoffmannem (architektem, urbanistą - red.), założyliśmy Żuławski Oddział Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Holenderskiej. Później jego nazwa została zmieniona na Żuławski Oddział Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Niderlandzkiej. To był taki nasz pierwszy, otwarty kontakt z Zachodem. Kilka lat później z Markiem Opitzem do tematu menonitów „dołączyliśmy” również temat byłych niemieckich mieszkańców naszego regionu i tak powstało Stowarzyszenie Miłośników Nowego Dworu Gdańskiego - Klub Nowodworski. Klub istnieje od 1991 roku. Był jedną z pierwszych organizacji pozarządowych, które powstały w naszym regionie po upadku PRL-u. Pamięta Pan jego początki? To była potrzeba tamtego czasu: zrzeszyć się, zgromadzić, coś wspólnie robić. Marek Opitz wyszedł z inicjatywą, że należy chronić ślady przeszłości - to było główne założenie. W grupie założycieli Klubu byli też: Grzegorz Gola, Jerzy Wcisła, Barbara Chudzyńska, Ryszard Rostankowski. Ja byłem członkiem zarządu i skarbnikiem. Uznaliśmy, że potrzebna jest taka organizacja, że trzeba określić zadania statutowe, kontaktować się z byłymi mieszkańcami, z młodzieżą i stworzyć muzeum. I to się udało. Zaczęliśmy od zbierania starych przedmiotów. Ryszard Rostankowski już wcześniej zgromadził wiele rzeczy i użyczył je, oddał w depozyt nowemu muzeum. W ten sposób 20 lat temu, w jednym pomieszczeniu, stworzyliśmy Muzeum Żuławskie. Pamiętam też, jakby to było wczoraj, pierwszą wizytę katolickiego księdza ze Szwajcarii, dawnego mieszkańca Niedźwiedziówki, ks. Rudolfa Gygaxa. Jego rodzice mieli mleczarnię w Nowej Kościelnicy. Na spotkaniu z Markiem i ze mną przekazał muzeum pamiątki rodzinne. Potem wiele osób zaczęło przynosić różne rzeczy, które do dziś są w muzeum. A z ks. Gygaxem, który teraz ma już 90 łat, nadal utrzymujemy kontakty. On dotarł do nas za pośrednictwem Stowarzyszenia Byłych Nowodworzan i to był początek naszej współpracy z dawnymi mieszkańcami Nowego Dworu Gd., którzy obecnie mieszkają w Niemczech. Promotorami zbliżenia między dzisiejszymi i dawnymi Żuławiakami byli - i są: Julius Robert Hinz, który za tę działalność otrzymał Krzyż Zasługi od prezydenta Niemiec i z którym współpracujemy od ponad 25 lat, rodzina Stobbe, a szczególnie Ott Heinrich Stob- 164 Bolek - historia społecznika be, a także świętej pamięci Herman Spode. Ludzie chętnie przynosili dary dla muzeum? Różnie z tym było. Niektórzy darowali, inni chcieli zarobić, jeszcze inni przynosili byle co i chcieli za to dostać na piwo. Ale udało się i dziś mamy naprawdę dużo eksponatów. Wiele pamiątek przekazali nam byli mieszkańcy tych okolic. Wyobrażam sobie, że na ludzi z Klubu patrzono trochę jak na dziwaków, którzy zbierają to, czego wszyscy inni się pozbywali. Nasza społeczność jest dosyć zainteresowana działalnością stowarzyszenia. Dużo dobrego zrobiły „drzwi otwarte” muzeum, które spopularyzowały też nasz klub. Działania klubu generalnie spotykały i spotykają się z poparciem ze strony lokalnych władz. Pamięta Pan swoje pierwsze spotkanie z menonitami? To było na pierwszym zjeździe menonitów. Wtedy poznałem paru przedstawicieli tej społeczności i miałem okazję wysłuchać ich ciekawych wystąpień w Muzeum Wisły w Tczewie. Byli mile zaskoczeni, że w ogóle ktoś interesuje się ich historią, że mogą tu przyjechać i odwiedzić rodzinne miejscowości. Agnieszka Jarzębska 165 W 2013 roku odbędzie się siódmy światowy zjazd menonitów. Od pierwszego zjazdu minęło 20 lat. Ten pierwszy miał miejsce w Stogach i Tczewie, zorganizował go Roman Klim. Byłem jego „biernym” uczestnikiem. Drugi zjazd był już w moich rękach, a Roman mi pomagał. Od tego czasu mam „na sumieniu” sześć, chyba nieźle zorganizowanych, międzynarodowych spotkań. W każdym uczestniczyło ponad stu menonitów, m.in. z USA i Holandii. To osoby, które wracały pamięcią do przodków, którzy zaczęli się tu osiedlać w XVII wieku, bo u siebie doświadczyli prześladowań religijnych. Najwięcej kontaktów mieliśmy z grupami menonickimi z Holandii, m.in. z Haarlemu. Dzięki ich środkom finansowym i wsparciu Klubu Nowodworskiego w Haarlemie powstała wystawa o menonitach, która po paru łatach została przekazana naszemu Klubowi. I dziś każda grupa menonicka, która przyjeżdża do Polski zwiedza ją w Muzeum Żuławskim. Z tą tematyką poszedłem też do szkół i młodzieży. To okazało się cenne, bo wiele szkół w regionie przejęło opiekę nad cmentarzami menonickimi. Na każdy zjazd zapraszałem również księży katolickich, którzy spotykali się z pastorami i kaznodziejami. Odbywały się ekumeniczne msze. Mój cel to zbliżenie między nami. Mamy jednego Boga, oni i my, i wspólnie możemy zbliżać się do Niego. Nie chcę jakoś szczególnie tego podkreślać, ale wydaj e mi się, że przez te wszystkie lata, wspólnie z Romanem, którego niestety nie ma już wśród nas, sprawiliśmy, że w Polsce słowo „menonici” zostało zauważone, rozpoznane i przyjęte. Pewnie dla wielu osób menonici to Niemcy. Tymczasem ich przodkowie przyjechali z Niderlandów. Jeden z moich przyjaciół, Arno Thimm, pochodzi spod Nowego Dworu Gdańskiego. Jego rodzice mieli gospodarstwo i w 1945 roku musieli je opuścić. Zostali wypędzeni. Rosjanie potraktowani ich jak Niemców, mimo że byli Holendrami. Kiedy dorastał, powiedział sobie, że nie będzie wracać pamięcią do tamtych wydarzeń. Jakieś piętnaście lat temu jeden z jego kolegów odwiedził nas i opowiedział tę historię. Ten człowiek na tyle nabrał do nas zaufania, że swoje pozytywne wrażenia przekazał Arno. W następnym roku Arno przyjechał do mnie, poznaliśmy się i zostaliśmy przyjaciółmi. Często tu wraca. Był m.in. motorem zorganizowania wystawy menonickiej w Haarlemie. Organizował też grupy, które przyjeżdżały porządkować menonickie cmentarze na Żuławach. W tym roku był już u nas dwa razy. Z tego, co opowiadał, uważano ich za Niemców, bo mówili po niemiecku. Większość z nich rzeczywiście mówi po niemiecku, ale między sobą, przynajmniej wówczas, porozumiewali się językiem dolnonie-mieckim - „plattdeutsch”. Żyjąc bardzo długo na Żuławach, zasymilowali się, bądź doświadczyli germanizacji. Zresztą Polacy też ich po wojnie wypędzali lub proponowali przyjęcie polskiego obywatelstwa. Oni obywatelstwa przyjmować nie chcieli, wyjeżdżali, uważali, że zostali wypędzeni z tych terenów. Ich gospodarstwa przejęło państwo polskie. Chciałbym tutaj jeszcze powiedzieć o pewnym mało znanym, a ciekawym wątku historii żuławskich menonitów. Pewną ich grupę caryca Rosji Katarzyna zaprosiła na teren dzisiejszej Ukrainy, by uprawiali tamtejsze ziemie. Po I wojnie światowej wielu potomków tych menonitów wyjechało stamtąd, m.in. do Kanady, Urugwaju i USA. Kilku z nich mieliśmy okazję gościć w Nowym Dworze Gdańskim — oglądali wystawę w Muzeum Żuławskim i szukali miejsc, z których pochodzili ich przodkowie. 166 Bolek - historia społecznika Przez wiele lat o menonitach, tak jak i o Niemcach, którzy mieszkali tu przed wojną, nie mówiło się głośno. Kiedy, już po upadku PRL-u, menonici i byli niemieccy mieszkańcy Żuław zaczęli tutaj przyjeżdżać i spotykać się z miejscową ludnością, mogli przekonać się, że Polacy nie są takimi wrogami, jak im to przedstawiano. Oprowadzałem ich, zawoziłem w miejsca, które znali, razem odwiedzaliśmy ich dawne domy, spotykaliśmy się z obecnymi mieszkańcami tych gospodarstw, którzy wpuszczali ich do siebie - nie miałem przypadku, żeby polska rodzina odmówiła takiego spotkania. To stwarzało klimat do nawiązywania bliższych kontaktów. Z tego, co mogłem się zorientować, dla byłych Żuławiaków ważne były te spotkania. Ale nigdy nie mówiło się o nich w kontekście ich ewentualnych powrotów na te ziemie i „odebrania swojego”. Ze strony polskiej także nie spotkałem się z takim podejściem. Oni rozumieją, że taka była historia, niektórzy z nich mówili: sami zaczęliśmy wojnę i to jest tego konsekwencja. Lokalne władze w odpowiedni sposób troszczą się o to, co zostało po menonitach? Władze wiejskiej gminy Malbork dbAją o cmentarz w Stogach. Trzeba pochwalić Markusy - są bardzo zaangażowane, dbają o cmentarze. Nowy Dwór Gdański także dba. Pani wójt wiejskiej gminy Elbląg również jest zaangażowana w ochronę śladów obecności menonitów. Potrzeba tylko trochę chęci i pamięć, że należy o to dbać, bo cmentarze są własnością gmin. Dlaczego dla menonitów jest to ważne? Bo musi być zachowana ciągłość. Oni chcą, żeby pamiątki po ich przodkach trwały. Możliwość odwiedzenia grobów bliskich, to dla nich przeżycie duchowe, religijne. Oni z pochowanymi przodkami są związani, naprawdę cieszą się, że mogą tu przyjeżdżać i odmawiać za swoich zmarłych modlitwy. Mieszka Pan na Żuławach 50 lat. Jak przez ten czas zmienił się nasz region? Które działania przyniosły największe efekty, które były najważniejsze? Kiedy w 1962 roku przyjechałem na Żuławy, problemem było zaopatrzenie wsi w wodę, melioracja i drogi. Po ciężkich sytuacjach powodziowych, podtopieniach powojennych i dużych opadach w 1960 roku powstała idea stworzenia rządowej uchwały żuławskiej i w tym okresie Żuławy Nowodworskie dostały spory zastrzyk pieniędzy. Przyznano limity budownictwa mieszkaniowego, powstała nowa przychodnia, zaczęto budowę Centralnego Wodociągu Żuławskiego, który objął całe Żuławy, łącznie z możliwością zabezpieczenia Elbląga. W czasie kiedy byłem przewodniczącym prezydium powiatowej rady narodowej, wspólnie z innymi osobami, z którymi miałem dobre kontakty w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku, zostało skierowanych wiele środków na Żuławy Nowodworskie, w tym na rozwój dróg. Dużym wsparciem były czyny społeczne. Ja i osoby, z którymi w tamtym czasie współpracowałem, dbaliśmy również o sprawy melioracji. „Chodziłem” za nimi nawet do Warszawy, kiedy było trzeba - z podarunkami w postaci węgorzy (uśmiech). Drugi etap porządkowania melioracji udało się nam zrealizować wspólnie z doktorem Hoffmannem, kiedy na początku lat 80. była duża powódź w Batorowie. Wtedy powstała tzw. druga uchwała żuławska i województwo elbląskie otrzymało dodatkowe środki na ochronę wałów przeciwpowodziowych. Także dzisiaj Żuławy muszą być wspierane, bo z każdej strony są zagrożone wielką wodą i mu- Agnieszka Jarzębska 167 simy być przygotowani na niebezpieczeństwo. Warto dodać, że za sprawą pierwszej uchwały żuławskiej w Nowym Dworze Gdańskim zbudowano mleczarnię. Niestety, przy okazji całej operacji, zniszczono sieć przedwojennych mleczarni na Żuławach, które za moich czasów jeszcze funkcjonowały. Jak bardzo zmieniła się przestrzeń Żuław, ich pejzaż? Żuławy pozostały Żuławami. Polska przejęła teren o uporządkowanej strukturze rolnej -sieć gospodarstw o powierzchni od 20 do 150 ha. W okresie powojennym tę strukturę całkowicie zniszczono. Utworzono państwowe gospodarstwa rolne, do których trzeba było dopłacać. To był dla mnie najboleśniejszy moment - rozwój PGR-ów, które zupełnie zmieniły kulturę gospodarowania na Żuławach. Tamta kultura była dopasowana do systemu melioracji i celowo ją zniszczono w imię budowy socjalizmu w Polsce. A pejzaż kulturowy? Dziś nie ma już w nim wiatraków, ubyło domów podcieniowych. Kiedy tutaj przyjechałem, panowało przekonanie, że co niemieckie, powinno zostać zniszczone. Nie myślano, że to może być coś cennego, wręcz odwrotnie - im więcej zostanie zniszczone, tym lepiej. To było oficjalne stanowisko władz. Próbowałem, na ile to było możliwe, ratować, co się dało, ale było wiele bieżących spraw, które nas przygniatały i którymi trzeba się było zająć. Jednocześnie, w okresie związanym z pierwszą uchwałą żuławską, trzeba było być w stałym kontakcie z władzami Pomorza i władzami centralnymi, trzeba było wciąż zabiegać o pieniądze... Patrząc z perspektywy kilkudziesięciu łat, jak Pan sądzi, czy ci pierwsi powojenni polscy osadnicy zdali egzamin na nowych gospodarzy Żuław? Podziwiam dzisiejsze pokolenie, które wrosło w Żuławy, czuje się Żuławiakami i nadrabia czas stracony przez swoich dziadków i rodziców. Przez wiele lat ludzie nie dbali o gospodarstwa, w których zamieszkali. Niektórzy wycinali belki, niszczyli meble i przeznaczali je na opał. Kiedy tu przyjechałem, ludzie się czuli nieswojo. W wielu wypadkach panowało przekonanie, że wrócą Niemcy, więc po co dbać o domy i obejścia? To trwało bardzo długo. Teraz społeczność żuławska jest zupełnie inna, bo ona się zintegrowała. W poprzednim systemie ludzi integrowała np. budowa dróg w czynie społecznym. Rozwiązanie tego problemu wymagało zaangażowania społecznego. Przedtem były tutaj gruntowe drogi. Przed wojną każdy gospodarz miał obowiązek utrzymywać „swoje” odcinki dróg i rowy melioracyjne w należytym porządku. Każdy miał poczucie odpowiedzialności za „swój odcinek bytowania”. Troska o meliorację, budowa wodociągu żuławskiego - też integrowały. Byli nowodworzanie nie dowierzali nam, że rozwiązaliśmy problem dostaw wody. A na początku to był punkt numer 1 do załatwienia na liście potrzeb. Rozwiązanie tego problemu zintegrowało całe wsie. Później, po przemianach 1989 roku, to organizacje społeczne w dużej mierze integrowały ludzi, budując podstawy dla nowych Żuławiaków, którzy mają swoje korzenie już tutaj i którzy - jestem o tym przekonany - będą lepiej dbać o tę ziemię, niż moje pokolenie. 168 Bolek - historia społecznika Na zmianę podejścia nowych Żuławiaków do ziemi i ludzi, którzy żyli tu przed nami, trzeba było wielu lat. Prawdziwa zmiana mentalności stała się możliwa dopiero po 1989 roku. Dziś prawie w każdej wsi mamy stowarzyszenie - Klub Nowodworski szkoli osoby zainteresowane działalnością społeczną w sektorze pozarządowym. Z inicjatywy Klubu powstała też Lokalna Grupa Działania „Żuławy i Mierzeja”. Dzięki takim przedsięwzięciom mieszkańcy mają swoich przedstawicieli społecznych. Ale to stało się możliwe dopiero po przemianach 1989 roku. Od wielu lat działa Pan społecznie: wspiera Klub Nowodworski, pracuje w związku emerytów i rencistów. W działalność Polskiego Związku Emerytów i Rencistów zaangażowałem się sporo lat temu. Od 15 lat jestem przewodniczącym związku w Nowym Dworze Gdańskim. Myślę, że mam duży kontakt z koleżankami i kolegami, regularnie wyjeżdżamy też na wycieczki. Chciałbym jeszcze powiedzieć o Stowarzyszeniu Miast Partnerskich Nowego Dworu Gdańskiego. Wśród tych miast są: Sarny na Ukrainie, Swietłyj w Rosji, Velka nad Velićkou w Czechach i Hennef w Niemczech. W ubiegłym roku obchodziliśmy dziesięciolecie podpisania umowy z Hennef, ale współpraca z tym miastem trwa już prawie 20 lat. Tam nazwisko Klein jest mało znane, ale jak się powie „Bolek” to wszyscy wiedzą, o kogo chodzi. Współpraca miast partnerskich jest często niedoceniana. Wiele osób uważa, że nie przynosi ona wymiernych efektów. Myślę, że u nas ta współpraca jest doceniana i zauważana. Szczególnie udało się rozwinąć kontakty sportowe. Co roku nasza młodzież wyjeżdża do miast partnerskich. W październiku bieżącego roku gościliśmy około 250 młodych ludzi z zagranicy. Naszym osiągnięciem jest, że osoby przyjeżdżające, znajdują zakwaterowanie u rodzin. Nawet jak przyjedzie grupa stuosobowa, potrafię wszystkich w ten sposób „zagospodarować”. W „temacie menonickim” duże zaangażowanie wykazuje Gimnazjum Nr 1, kierowane przez Mariana Kwoczka. W szkole tej były też kilka razy organizowane spotkania uczniów z menonitami. Uczniowie są zainteresowani Żuławami - to najlepszy dowód na potrzebę takich działań. Dlaczego Pan to wszystko robi? Robię to dla społeczności. Robię, bo to mi się podoba i mam możliwość utrzymywania kontaktów z ludźmi. I jeszcze pielęgnuję swój niemiecki. Ale przede wszystkim chodzi o to, że mogę komuś pomóc. Czasem jest to pomoc grupom z zagranicy, które potrzebują przewodnika. Kiedyś odwiedziła nas grupa z Ukrainy. W podziękowaniu za to, że im pomogłem, przyjechali pod mój dom, wywołali mnie i zaśpiewali. Coś takiego zdarzyło się trzy czy cztery razy. To dla mnie najlepsza nagroda. Zdarzają się również poważniejsze sytuacje, gdy np. dochodzi do wypadków drogowych, w których uczestniczą osoby mówiące po niemiecku i potrzebny jest tłumacz, to również chętnie pomagam. Jak Pan o sobie myśli? Kim się Pan czuje? Polakiem. Żuławiakiem. Także Europejczykiem, bo kontakty z ludźmi z innych krajów Europy tak mnie wciągnęły... Doświadczenia z czasów wojny i PRL-u też mają swój wpływ -negatywne trzeba powyrzucać, a z dobrymi iść naprzód, żeby być w kontakcie z ludźmi, budować przyjazny klimat i pomagać kiedy ktoś jest w potrzebie. Magdalena Gródecka 169 Magdalena Gródecka ZA DALEKO MIESZKASZ MIŁY... HISTORIA ADY RUSOWICZ Z DZIERZGONIA Zwyczajna dama polskiego big-bitu, piękna diwa w szortach, szydełkująca muza Czesława Niemena. Rzecz będzie o wielkiej artystce i zwykłej dziewczynie - Adzie Rusowicz. URODZONA GWIAZDA Adriana Rusowicz urodziła się 8 września 1944 roku w Wilnie, ale szybko razem z rodzicami i siostrami zamieszkała w Dzierzgoniu i tu się wychowywała. Jako mała dziewczynka uwielbiała czytać książki, już w przedszkolu nauczyła się czytać i pisać, przez co szybciej poszła do szkoły. Zawsze się śmieliśmy, że gdyby nie miała co czytać, to chyba brałaby choćby fizykę atomową i czytała - wspomina siostra Ady, Krystyna Grynicz. Od wczesnych lat dziecięcych występowało u niej ogromne zainteresowanie muzyką. Grała na mandolinie, gitarze hawajskiej, pianinie, a nawet - z czego była znana - na nosie! W szkole podstawowej brała udział w różnych festiwalach, konkursach, recytowała wierszyki, śpiewała w szkolnym radiowężle oraz w chórze, którego była solistką. „Był taki zwyczaj - opowiada dalej pani Krystyna - że jak do rodziców przychodzili znajomi, to my, małe wtedy dziew- Ada Rusowicz, fot. archiwum rodzinne czynki, dawałyśmy wszystkim we trzy koncert. Najmłodsza siostra tańczyła, ja grałam, a Ada śpiewała. Rodzice się na to godzili i wszyscy musieli tego wysłuchiwać (śmiech). Mówi się, że człowiek rodzi się już gwiazdą i Ada jest chyba najlepszym przykładem na potwierdzenie tej teorii. Od zawsze muzyka i występy — choćby takie domowe — były częścią jej życia, a chłopcy już w szkole widzieli w niej diwę, bo jak opowiada siostra Ady, miała zawsze duże powodzenie u chłopców i było ich zawsze wokół niej więcej niż koleżanek. Po szkole średniej, którą skończyła w pobliskim Sztumie (wychowawczynią Ady była Pani Jadwiga Burna), dzięki sympatii do historii i języka polskiego oraz mimo mi- 170 Za daleko mieszkasz miły... Historia Ady Rusowicz z Dzierzgonia łości do muzyki, poszła na studia pedagogiczne do Olsztyna. Ojciec Ady szybko zmarł i ona, jako najstarsza spośród rodzeństwa, czuła się odpowiedzialna za rodzinę. Mimo iż serce rwało się do śpiewania, Ada usłuchała zatroskanej o los córek matki i podjęła naukę, by zdobyć dobry zawód. POD CZUJNYM OKIEM NIEMENA Podczas studiów jednak pasja jej nie opuszczała i współpracowała ze studenckimi grupami muzycznymi. W roku 1963 zdobyła wyróżnienie na II Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie, a rok później wzięła udział w przesłuchaniu do chórku Czesława Niemena Błękitne Pończochy, który towarzyszył zespołowi Niebiesko-Czarni. Została przez niego wybrana obok dwóch innych dziewczyn, lecz wkrótce okazało się, że grupa nie jest zbyt potrzebna i została rozwiązana. Czesław Niemen pisał dla Ady piosenki doskonale trafiając w wyborze dla niej odpowiedniego repertuaru. Dla Ady Rusowicz w czasach zespołu Niebiesko-Czarni Czesław Niemen napisał kilka wielkich przebojów, jak choćby „Duży błąd”, „Za daleko mieszkasz miły”, „Nie pukaj do moich drzwi”, „Hej dziewczyno, hej”. Pamiętam, jak zobaczyłam ją po raz pierwszy. To był koncert w auli głównej Uniwersytetu Warszawskiego. Wtedy śpiewała w chórkach Czesławowi Niemenowi. Adę zapamiętałam od razu, bo ona miała urodę i nosiła się wyjątkowo, ku zazdrości takich małolat, jaką ja wtedy byłam - pisała dziennikarka muzyczna Maria Szabłowska w wywiadzie dla portalu onet.pl. W 1968 zdobyła tytuł najpopularniejszej wokalistki roku. W latach 1968-1970 wraz z Niebiesko-Czarnymi koncertowała we Francji, Belgii, RFN, Finlandii, Jugosławii. Mimo tak wielkiej kariery Ada zawsze znajdowała czas, by przyjechać do domu rodzinnego i pomóc mamie i siostrom. Przyjeżdżała nawet między koncertami, pomagała, układała drewno, razem zakładałyśmy gumiaki i kopałyśmy ogródek. Kiedy przyjeżdżała nie zachowywała się jak gwiazda, chodziła w butach na płaskim obcasie, szortach i zwy- Magdalena Gródecka 171 kłych koszulkach. Czuła się odpowiedzialna za dom, pierwsze zarobione pieniążki przeznaczyła właśnie na niego, kupiła pralkę, założyła centralne ogrzewanie. Mama miała kawałek poła i krowę. Ada kiedy przyjeżdżała pomagała przy kopaniu ziemniaków, dojeniu krowy, przerzucaniu siana. Także zespół oraz Czesio Niemen, kiedy przyjeżdżałi razem, pomagali w pracach polowych - wspomina pani Krystyna. Pomiędzy Adą a Czesławem Niemenem nawiązał się wówczas romans. Artysta często przyjeżdżał do Dzierzgonia. Przyjeżdżał pociągiem, który już po godzinie czwartej nad ranem był w Dzierzgoniu. Nie chciał nas budzić i czas wypełniał sobie chodząc po wzniesieniach znajdujących się niedaleko naszego domu. Zdejmował buty, by ich nie ubrudzić, przewieszał je na sznurówkach przez ramię, podwijał nogawki i na boso, w długich włosach spacerował. Ludzie mówili: co to za dziwoląg o świcie tu chodzi? Wtedy nie każdy miał tełewi-zor lub nie interesował się muzyką, a Niebiesko-Czarni to był jeszcze młody zespół. Nie każdy wiedział, kim jest Niemen. Zwracał jednak uwagę, bo wyróżniał się bardzo, inaczej chodził ubrany, miał długie włosy i był przy tym bardzo naturalny. Pamiętam, że nie pił alko-holu, nawet szampana, i nie palił. Bardzo bał się o swój żołądek, na który zmarł jego ojciec - dowiadujemy się z relacji siostry Ady. W tamtych czasach ciężko było kupić cokolwiek w sklepach. Ada wraz z koleżanką z Niebiesko-Czarnych, Heleną Majdaniec, dzięki wyjazdom i zagranicznym trasom koncertowym mogły obserwować modę na Zachodzie i wyruszać na zakupowe szaleństwo. Ada i Helena, przez podobne fryzury i makijaże wyglądały na scenie podobnie. Ada zdecydowała się pomalować włosy na blond. Mylona była także z siostrą. Bardzo mnie to dziwiło, bo przecież byłam 10 cm niższa, Ada miała naturalnie kruczoczarne włosy, a ja miałam jaśniejsze, nie miałam czarnych oczu, mam niebieskie. Czasem jak pojechałam na zakupy do Gdańska, to młodzież chcia-ła ode mnie autografy. Nawet sąsiedzi nas mylili. Mówili: Krysiu, widzieliśmy Cię wczoraj w telewizji. Kiedy pytałam jak byłam ubrana odpowiadali, że w moim czarnym futerku, a przecież miałyśmy z Adą takie same, bo ona zawsze mi kupowała i sobie. W tamtych czasach trudno było o wszystko. Zawsze się jednak coś kombinowało, miało się dobrą krawcową i szyło się samemu. Pamiętam, że ściągało się „Burdy" i z kilku wzorów robiło się jeden, żeby nikt nie miał takiej samej kreacji - tak wspomina te trudne czasy Krystyna Grynicz. Ada lansowała modę w tamtym czasie, już wtedy nosiła mini, a młode dziewczęta za nią obcinały spódnice przed kolano. MOCNE UDERZENIE Prawdziwa kariera Ady rozpoczęła się w roku 1966, kiedy od Niebiesko-Czarnych odszedł Czesław Niemen. Wówczas najważniejszą postacią w zespole stał się Wojciech Korda i razem z Adą tworzyli świetny tandem wokalny. Ada Rusowicz i Helena Majdaniec rywalizowały scenicznie z Kasią Sobczyk i Karin Stanek z zespołu Czerwono-Czarni. Mówi się, że wokalistki Czerwono-Czarnych były bardzo dziewczęce, a pozostające w kontraście do nich Ada i Helena wyróżniały się raczej seksownym wizerunkiem scenicznym. Siostra Ady wspomina jednak, że rywalizacja ta była złudna i raczej przez media tworzona, bo dziewczęta były dobrymi koleżankami: To była jedna wielka 172 Za daleko mieszkasz miły... Historia Ady Rusowicz z Dzierzgonia rodzina. Często przyjeżdżali do nas na sylwestra czy święta i w kameralnym gronie u nas w domu się bawiliśmy. Nie było wtedy hoteli, więc dmuchaliśmy materace i wszyscy spali u nas. W roku 1967 od zespołu odeszła Helena Majdaniec i Ada stała się jedyną wokalistką. Ada i Wojtek świetnie razem brzmieli, a kariera Niebiesko-Czarnych przebiegała doskonale. Zespół stał się jednym z ważniejszych kapel ery polskiego big-bitu i wylan-sował wiele znanych przebojów. Ada nagle z chórzystki stała się wokalistką i razem z Wojciechem Kordą tworzyli zgodny duet, który okazał się sukcesem nie tylko na scenie. Wkrótce Ada i Wojtek pobrali się i już jako małżeństwo występowali i robili dalszą karierę. To była piękna, duża uroczystość. Ślubu udzielał ksiądz Sztuba w naszym kościele parafialnym. Było dużo gości, także z zespołów: Piotr Janczarski, który był konferansjerem w Niebiesko-Czarnych, Krzysztof Klenczon, Czerwone Gitary i inni. Wesele było u nas w domu. Niebiesko-Czarni pojawili się także w filmach „Mocne uderzenie” i „Kulig”. Wojtek Korda i współkomponujący z nim piosenki Zbigniew Podgajny oraz Janusz Popławski, w trakcie wizyty w USA zainspirowani rock-operą „Jesus Christ Superstar” podjęli wysiłek stworzenia czegoś podobnego w polskich warunkach. W 1968 roku powstała pierwsza polska rock-opera „Naga”, w której Ada wzięła udział. Znana jest z tego przedsięwzięcia piękna piosenka „Tańcz, naga wyspo”, jednak sama sztuka oceniana była jako mocno odróżniająca się od tych wielkich widowisk amerykańskich. Ada nade wszystko kochała jednak muzykę i mimo występów w filmach to śpiewanie sprawiało jej najwięcej radości. Mimo iż, jak wspomina siostra Ady Krystyna Grynicz: koncertowanie w tamtych czasach nie było tak przyjemne jak dziś, bo jeździli starym autobusem bez ogrzewania, dawali po 2 - 3 koncerty dziennie, rozdawanie autografów po ostatnim koncercie było naprawdę ciężkie, Ada nigdy nie narzekała, to było jej życie. Dowiadujemy się także od rodziny Ady, że zespół Niebiesko-Czarni koncertował także dwa razy w Dzierzgoniu w starym kinie. Ada była dumna, że pochodzi z Dzierzgonia. Zawsze gdy Adusia z zespołem przyjeżdżała do Dzierzgonia mama zwoływała sąsiadki i przygotowywały razem obiad dla wszystkich. Tak samo uczyniłam, kiedy Ania ze swoją kapelą koncertowała w tym roku w Dzierzgoniu. Mimo całej tej sławy ludzie nie nastręczali się, Ada swobodnie mogła chodzić po ulicy, czy pomagać nam w ogródku - tłumaczy Krystyna Grynicz.. ZWYCZAJNA DAMA POLSKIEJ ESTRADY Ada mimo wielkiej kariery zawsze znajdowała czas dla rodziny i miała wiele różnych pasji. Od siostry Ady dowiadujemy się, że lubiła gotować i piec. Poznane w podróżach zagranicznych smaki zawsze próbowała powtórzyć w domu mimo niewielkiego na ów czas wyboru przypraw. Z wielką pasją pochłaniała książki oraz z dużą łatwością uczyła się języków obcych. Uwielbiała także szydełkować i robić na drutach. Dużo podróżowała pociągiem. Zawsze w torebce miała szydełko i dwa druty i kiedy tylko zobaczyła u kogoś ciekawy splot na swetrze zaraz próbowała go odtworzyć: Miała pełno takich małych kawałków rozpoczętych na drutach. Każdy z innym wzorem. To były takie próbki, żeby nie zapomnieć ciekawego motywu - wspomina pani Krystyna. 174 Za daleko mieszkasz miły... Historia Ady Rusowicz z Dzierzgonia Największą jednak miłością Ady stały się jej dzieci, którym poświeciła karierę. Kiedy urodził się Bartuś ciężko było kupić dobry wózek. Ada dostała taki piękny, który dla Na-talki przywiozła z Francji Anna Jantar. Pamiętam jak mój mąż jechał po niego do Warszawy. Jeździł w nim Bartuś, później Ania, a potem sąsiadka z góry go dostała - dodaje pani Krystyna. CZAS RODZINNY W 1976 roku Niebiesko-Czarni przestali istnieć. Ada Rusowicz i Wojciech Korda stworzyli duet „Ada i Korda”, a towarzyszył im zespół „Horda”. Mimo iż nagrali płytę i wylansowali jeden przebój („Masz u mnie plus”) nie osiągnęli popularności choćby zbliżonej do tej z lat 60. Ada w 1977 roku urodziła pierwsze dziecko, syna Bartłomieja, a w 1980 roku wycofała się ze sceny i poświęciła rodzinie. Korda występował sam. W 1983 roku na świat przyszła córka Ania. Stworzyli razem w Poznaniu wspaniały, ciepły dom. Ada czasem wyjeżdżała na koncerty, choć już dużo rzadziej niż kiedyś. Adzie pomagała przy dzieciach mama. Kiedyś wyjechała na 2 - 3 miesiące do Japonii. Wtedy mama pojechała do Poznania zajmować się wnukami, Wojtek koncertował w Norwegii. Po kilku dniach zadzwoniła do mnie kołeżanka, że mama źle się czuje i trzeba ją położyć do szpitala. Pojechaliśmy z mężem po nich i przywieźliśmy do Dzierzgonia. Mama miała wtedy 80 lat, to było dla niej zbyt ciężkie. Ja zaprowadzałam Bartusia do szkoły, a mąż brał Anię ze sobą do pracy i pielęgniarki dawały jej lalki, żeby ją zabawić. Poza tym Ada rzadko koncertowała, zajmowała się dziećmi. Wyjeżdżała czasem z Wojtkiem na koncerty, sylwestry. Wracając z jednego z nich zginęła - opowiada Krystyna Grynicz. Ada Rusowicz zginęła w wypadku samochodowym, wracając z mężem i dwójką znajomych z imprezy sylwestrowej. Tragedię przeżył tylko Wojciech Korda. Tak przedwcześnie i nagle zakończyła swoje życie wspaniała artystka, troskliwa mama i zwyczajnie skromna Ada Rusowicz. CZAS NA ANIĘ Pamiętam jak śpiewała malutkiej Ani piosenki, ale nie swoje, Ania miała swoje ulubione innych piosenkarek i zawsze się ich domagała. Jako dwuletnie dziecko śpiewała: „Zuzia lalka nieduzia", a Ada dziwiła się, że ona w ogóle nie ma słuchu - wspomina Krystyna Grynicz. Dziś córka Ady, Ania Rusowicz, która po mamie odziedziczyła wielki talent oraz urodę, także jest piosenkarką, dalej realizuje jej dzieło i dzielnie zabiega o pamięć o Adzie Rusowicz. Tego lata scenie plenerowej w Dzierzgoniu nadano imię Ady Rusowicz. Odsłonięcia tablicy pamiątkowej dokonały dzieci Ady - Ania i Bartłomiej, a potem, pierwszego koncertu na scenie z tak wspaniałą patronką dokonała sama Ania Rusowicz. Mieszkańcy Dzierzgonia dumni są z pochodzenia „pierwszej damy big-bitu”, a Ani, życzą samych sukcesów. Muzyka - Plastyka Wacław Bielecki MUZYCZNY PAŹDZIERNIK Melomanii z Powiśla i Żuław wiedzą, że tutejsze życie muzyczne, gdy chodzi o muzykę klasyczną, nie jest zbyt bogate. Niestety. Tym bardziej więc trzeba odnotować pewien natłok koncertów, jaki zdarzył się w weekend w połowie października 2012 r. Swoje piąte urodziny obchodziła Elbląska Orkiestra Kameralna. W tym samym czasie w Waplewie Wielkim odbyły się Pomorskie Dni Chopinowskie, a w Malborku chór „Lutnia” wystąpił z koncertem muzyki sakralnej. W następnym tygodniu mogliśmy posłuchać w tym mieście aż dwóch koncertów związanych z czterdziestoleciem istnienia szkoły muzycznej. Szkoda, że takie muzyczne tygodnie zdarzają się u nas bardzo rzadko. PIĄTE URODZINY ELBLĄSKIEJ ORKIESTRY KAMERALNEJ Elbląska Orkiestra Kameralna, czyli EOK, obchodziła swoje piąte urodziny. Z tej okazji w Galerii El odbył się koncert, na który zaproszono znakomitych wykonawców. Na początku wsłuchaliśmy utworu Jerzego Maksymiuka, specjalnie napisanego na tę okazję, pt. Happy Birthday to Orchestra. To taki żart muzyczny na orkiestrę kameralną, fortepian oraz głosy... publiczności, w którym kompozytor dokonuje wielokrotnych przetworzeń powszechnie znanej amerykańskiej piosenki, odpowiednika naszego Sto lat. W trakcie utworu, kiedy Jerzy Maksymiuk zasiadł do fortepianu, pałeczkę dyrygenta przejął na chwilę Szymon Morus, koncertmistrz II skrzypiec. Potem program wieczoru został ułożony według zasady: Znacie? Znamy. - To posłuchajcie. -Janusz Olejniczak wykonał na fortepianie Yamaha II koncert fortepianowyf-moll Fryderyka Chopina. Towarzyszyła mu EOK wzmocniona przez instrumenty dęte - flet, obój oraz po dwa klarnety, fagoty i rogi. Wykonanie było bardzo piękne, stylowe, jak to u tego artysty. Początkowo planowano, i tak podano do mediów i w zaproszeniach, że zagra on koncert Mozarta, ale na dwa dni przed koncertem zamieniono repertuar i - moim zdaniem - dobrze się stało. Pianista na bis zagrał Bacha, ale dobrał utwór bardzo smutny, niezbyt pasujący do atmosfery uroczystości, tak więc drugiego bisu nie było. Po przerwie na scenie została już tylko Elbląska Orkiestra Kameralna a w roli pierwszego solisty w Koncercie na dwoje skrzypiec a-moll A. Vivaldiego wystąpił Jan Stanienda, znakomity skrzypek, który kiedyś grał z Jerzym Maksymiukiem w Polskiej Orkiestrze Kameralnej, a obecnie jest dyrektorem Wrocławskiej Orkiestry Kameralnej „Wratilsavia”. Partię drugich skrzypiec wykonał bardzo udanie Paweł Kukliński, koncertmistrz EOK i jej dyrektor artystyczny. Ostatnim dziełem wykonanym tego wieczoru były przesławne Cztery pory roku Vivaldiego. Zwykle omijam koncerty, na których wykonywany jest ten utwór, bo ile razy można go słuchać. Jednak tym razem wykonanie było rewelacyjne, głównie za sprawą Jana Staniendy. Potrafił on w niespotykany sposób wciągnąć do muzycznego dialogu całą orkiestrę oraz poszczególnych instrumentalistów - altowiolistę, wiolonczelistę, czy klawesynistkę i kształtować niuanse partytury w zakresie tempa, dynamiki i sposobów wydobywania dźwięku ze smyczków. Wszystko to było bardzo, bardzo piękne. 176 Muzyczny październik Ten występ potwierdza moje przeświadczenie, że muzyka odbywa się w czasie - tu i teraz - i jakość jej wykonania zależy od wielu ulotnych czynników, właśnie w danym miejscu i danej chwili. Raz się uda, a raz nie bardzo. Tak było na przykład, półtora roku temu, kiedy Elbląska Orkiestra Kameralna grała Cztery pory roku Vivaldiego z innym solistą i w znacznie lepszych warunkach akustycznych, bo w sali koncertowej szkoły muzycznej. Wtedy było to ładne, ale standardowe wykonanie, teraz znakomite, wręcz cudowne. Koncert z okazji jubileuszu przebiegał według określonego scenariusza. Na początku były więc przemówienia vipów, a na koniec życzenia dla członków orkiestry. Nie usłyszałem tylko jednego życzenia dotyczącego przyszłości orkiestry. Chodzi mi o to, że przez pierwsze pięć lat swojego istnienia Elbląską Orkiestrą Kameralną dyrygowali różni mistrzowie batuty, ale czy możliwy jest dalszy rozwój zespołu bez stałego, utalentowanego dyrygenta? I tego życzę elbląskim kameralistom na następne lata. „CHÓR TO MOJA RODZINA” Tak o swoim zespole powiedziała publiczności zgromadzonej w połowie października 2012 roku w pamiętającym czasy średniowieczna kościele pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela znajdującym się tuż przy krzyżackim zamku w Malborku na koncercie muzyki sakralnej, Bożena Bel-carz, dyrygentka w chóru „Lutnia”. Koncert został nazwany „Te Deum”, gdyż w jego programie znalazły się utwory chóralne sławiące Boga, a szczególnie zaś dwa „Te Deum laudamus” („Ciebie Boga chwalimy") - wczesnośredniowieczne z przełomu IV i V wieku oraz współczesne, skomponowane przez Józefa Świdra. Występ chóru zaczął się od kilku utworów śpiewanych a cappella, czyli bez towarzyszenia instrumentów. Najpierw chór mieszany wykonał średniowieczny hymn „Alle psallite cum luya” („Śpiewajmy na Jego chwałę") z XIII wieku, napisany przez anonimowego kompozytora. Następnie kantor zaintonował pochodzące z około 400 roku naszej ery, czyli aż sprzed siedemnastu wieków (!), jednogłosowe „Te Deum” autorstwa biskupa Nicetasa z Remesian (obecna Serbia). Surową melodię zaczyna śpiewać solista (kantor) a następnie podchwytuje ją chór śpiewający uni-sono, czyli bez podziału na głosy. W obu pierwszych utworach chórzyści stali przodem do ołta- Wacław Bielecki 177 rza z zapalonymi świecami, a tyłem do publiczności dla podkreślenia, że śpiewają Bogu. - Kolejną pieśnią wykonaną przez malborskich chórzystów był „Veni, Sancte Spirytus" („Przybądź Duchu Święty") - anonimowy hymn, napisany na głosy w niezbyt wyszukanej formie polifonicznej. Chór żeński przepięknie wykonał pieśń „Zdrowaś Królewno Wyborna” współczesnego kompozytora polskiego Andrzeja Koszewskiego z Poznania, a następnie już cały zespół zaśpiewał, chyba najbardziej wpadający w ucho podczas tego koncertu, hymn Józefa Świdra z Katowic „Czego chcesz od nas Panie” ze wspaniałymi słowami Jana Kochanowskiego. Ten ostatni utwór napisany jest na chór mieszany nie w stylizacji renesansowej, a romantycznej. Pierwsze zdanie w formie pytania w tym utworze oparte jest na przepięknej melodii, która skojarzyła mi się ze słynną arię Nemorina z opery „Napój miłosny” G. Donizettiego. Ostatnią pieśnią śpiewaną a capella, była współczesna antyfona - „Salve Regina” („Witaj Królowo") w opracowaniu Gunnara Ericssona. Niewątpliwie najważniejszym utworem wykonanym tego wieczoru było trwające ponad dwadzieścia minut wieloczęściowe „Te Deum” napisane do łacińskich słów przez wspomnianego wcześniej Józefa Świdra. Kompozycja powstała w 2001 roku na chór mieszany, sopran i baryton oraz organy i instrumenty perkusyjne. W porównaniu ze średniowiecznym, jednogłosowym i surowym „Te Deum”, kompozycja Józefa Świdra jest bardzo urozmaicona, bowiem są w niej fragmenty wykonywane „tutti”, czyli razem, lub tylko śpiewane przez chór, bądź solistów (Justyna Wlazło, sopran i Robert Pożarski, baryton). Wszystko wykonane było z akompaniamentem zespołu składającego się z organów (Maria Erdman) i instrumentów perkusyjnych (Maciej Lange i Soraya Nayyar) oraz marimby (Dorota Kuczewska). Zabrzmiało to bardzo pięknie i chociaż muzyka jest osadzona we współczesnej estetyce i nasycona licznymi dysonansami, to nie jest zbytnio awangardowa. Słuchało się jej z dużą przyjemnością. Przez cały czas widać i czuć było duże, emocjonalne zaangażowanie wykonawców. Występ został gorąco przyjęty przez licznie zgromadzoną publiczność nie tylko z Malborka ale i z pobliskiego Sztumu, z którego wywodzi się Bożena Belcarz, dyrygentka chóru „Lutnia”. Na bis chórzyści powtórzyli fragment „Te Deum J. Świdra oraz radośnie i z zapałem zaśpiewali pieśń w stylu negro spirituels „Kumbaya my Lord ’ („Przybądź do mnie, mój Panie ). Koncert, jak powiedziała Bożena Belcarz, był uwieńczeniem jej dwudziestoletniej pracy ar- 178 Muzyczny październik tystycznej. Dyrygentka dziękowała nie tylko chórzystom, publiczności i sponsorom, ale także swoim mistrzom - prof. Benedyktowi Błońskiemu z Olsztyna oraz prof. Jadwidze Gałęskiej-Tritt z Poznania. Powiedziała, że do „Te Deum” dojrzewała 20 lat, a chór jest jej rodziną. Relacjonowany występ chóru „Lutnia” odbył się w ramach przewodu doktorskiego Bożeny Belcarz. Niebawem będziemy więc mieli na Powiślu i Żuławach doktora niezwykle rzadkiej specjalności - sztuki muzycznej. 40-LECIE PAŃSTWOWEJ SZKOŁY MUZYCZNEJ I STOPNIA W MALBORKU Uroczystą fanfarą w wykonaniu sześciu trąbek zaczął się w poniedziałek 22 października 2012 roku koncert absolwentów z okazji 40-lecia Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia w Malborku imienia Ignacego Jana Paderewskiego. Tak się szczęśliwie złożyło, że na czterdziestolecie szkoła otrzymała nareszcie nowy budynek (zbudowany nie tak znowu dawno dla komitetu powiatowego wiadomej partii) i - jak to usłyszeliśmy z ust dyrektor Danuty Kuczewskiej - pracuje teraz w znacznie lepszych warunkach - ma własną, choć małą salę koncertową oraz liczne pomieszczenia do nauki gry na instrumentach. Szkoła powstała u na bazie istniejącego wcześniej Społecznego Ogniska Muzycznego założonego w 1952 foku przez Lucynę Kucharską. Jej pierwszym dyrektorem czterdzieści lat temu w 1972 rok został Bogusław Stolarski, późniejszy dyrektor Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych w Elblągu. Koncert pomyślany był jako pierwszy, rozpoczynający rok jubileuszowy. Prowadziła go Dorota Grochecka, zapraszając wykonawców do krótkich rozmów o sobie przed wykonaniem utworów. W rozmowach tych nie brakowało dygresji i wskazówek dydaktycznych adresowanych do obecnych uczniów i rodziców. W szczelnie wypełnionej sali koncertowej wystąpiło ośmiu absolwentów. Dwoje z nich jest teraz nauczycielami malborskiej szkoły muzycznej. Jako pierwsza zagrała na fortepianie i zaśpiewała akompaniując sobie Milena Wiśniewska („Posłanie do nadwrażliwych” Jarosława Wasika), obecnie uczennica Szkoły Muzycznej II stopnia w Gdańsku Wrzeszczu w klasie organów. Kolejna wykonawczyni, Agata Chrząstek flecistka, kontynuuje naukę na tym instrumencie w szkole muzycznej II stopnia w Elblągu. Roman Chojnacki, skrzypce, absolwent i obecny nauczyciel szkoły zaimprowizował solo na skrzypcach standardowego bluesa. Dziecięca publiczność spontanicznie wyklaskiwała rytm. Następnie na trąbce z towarzyszeniem fortepianu zgrał Piotr Karczewski. Bardzo ładnie wypad! Paweł Robaczek, wykonując na ksylofonie skoczną polkę, którą rozgrzał młodych słuchaczy. Karolina Kulpa wiolonczelistka, studentka V roku Akademii Muzycznej w Gdańsku, zagrała partitę Bacha. Julita Głąb wykonała na gitarze klasycznej jedną z etiud Heitora Villi-Lobosa. Nauczycielka skrzypiec Dorota Grzybek, w tym nauczycielka wcześniej występujące nauczyciela Romana Chojnackiego, zagrała cygański romans „Dwie gitary” usłyszany kiedyś - jak to sama przypomniała - na krakowskim rynku pod Sukiennicami. Koncert zakończył duet trąbek - Piotr Karczewski i Dariusz Krefta, którzy z akompaniamentem fortepianu wykonywanym przez, jak zwykle, Marcina Maliszewskiego zagrali skocznego ragtime’a. W sumie było uroczyście, wesoło i pogodnie, no może troszkę za głośno, jeśli chodzi o zachowanie się dziecięcej, niecierpliwej publiczności. Wacław Bielecki 179 Bezpośrednio po koncercie wręczono wyróżnienia i nagrody uczniom, którzy wzięli udział w konkursie o patronie szkoły - Ignacym Janie Paderewskim. Uczestniczyło w nim 63 osób, a pierwsze miejsce wywalczyła Zuzanna Łopata z klasy IV. Na wiosnę w ramach jubileuszu szkoły zaplanowany jest „piknik z Paderewskim” *** Po poniedziałkowym koncercie odbył się w piątek 26 października 2012 r. drugi. Tym razem głównym solistą był grający na waltorni, czyli rogu, absolwent malborskiej szkoły Grzegorz Mondry, obecnie wykładowca szczecińskiej Akademii Sztuki i założyciel kwintetu dętego o nieco śmiesznej nazwie „PAU-PA-RAU”. Artysta zaczął się od koncertu na róg Camillea Saint-Saen-sa z 1887 roku zatytułowanego „Marceau de concerto”, który zgrał z akompaniamentem Marcina Maliszewskiego przy fortepianie. Potem zaprezentował się już cały kwintet w składzie: Sylwia Kędzierska - flet, Joanna Krzanowska - obój, Radosław Herdzik - klarnet, Jarosław Nowak - fagot i Grzegorz Mondry - na waltorni. Kameraliści przedstawili mało znany repertuar: „Wczesne tańce węgierskie” Ferenca Frakasa, „Trzy szanty” Malcoma Arnolda oraz I część „Quintetu” Paula Taffanela, a na bis zagrali współcześnie zaaranżowane tango. W ich wykonaniu muzyka jest „lekka, łatwa i przyjemna”, choć nie unikają współczesnych, ciekawych brzmień. Skład kwintetu w którym są cztery instrumenty dęte drewniane i jeden blaszany (waltornia) nieomal jest stworzony do grania efektów humorystycznych, czy wręcz komicznych, i to artyści chętnie wykorzystują, oferując, jak to napisali w programie - „muzykę żywą i prawdziwą, bez prądu, akwizytorów, pośredników i innych dyrygentów”. Uroczyste koncerty z okazji jubileuszu już minęły. Szkoła Muzyczna w Malborku pracuje od 1 września tego roku w bardzo dobrych warunkach. Została nawet tuż przed piątkowym koncertem wyświęcona. Ciekawi mnie, czy szkoła dysponując ładną, kameralna salą koncertową na 150 miejsc zacznie organizować cykliczne, powiedzmy raz w miesiącu, koncerty muzyczne nie tylko dla swoich uczniów, ale dla melomanów z Malborka i Sztumu oraz okolic? 180 Skazana na tworzenie Jerzy Kosacz SKAZANA NA TWORZENIE Minęło właśnie sześćdziesiąt lat, jak do Kwidzyna przybyła pewna osoba, choć niepokaźna, to jednak dała się później poznać bardzo wyraziście w ówczesnym, sennym miasteczku. Były to czasy siermiężnego „Peerelu”, ale chyba częściej niż obecnie, można było wówczas spotykać różne dziwne i oryginalne postacie, które przydawały miastu kolorytu wzbogacającego szarą codzienność. Jedną z takich kolorowych postaci była niewątpliwie pani Jadwiga Budzisz-Buy- ' nowska. Urodziła się jeszcze w XIX wieku. Młodo owdowiała. Po ciężkich przejściach okupacyjnych i powojennych w 1952 roku przyjechała do Kwidzyna. Pewnie tylko starsi mieszkańcy mogą pamiętać trochę dziwną damę dostojnie przechadzającą się po mieście w wielkim kapeluszu ozdobionym ogródkiem kwiatowym, mówiącą trochę dziwnie, i to najczęściej, sama ze sobą. Jak wszystkie dawne „panny z dobrych domów” tak i ona wyniosła z rodzinnego domu we Lwowie znajomość dobrych manier, gry na instrumencie (najczęściej na fortepianie), pisania i malowania. Pani Jadwiga nie miała szczególnych problemów malarskich, chociaż przecież już nie najmłodsza, wzięła do ręki pędzel. Być może podglądała w tym swego młodo zmarłego męża malarza. Faktem jest, że została malarką z pasji, z Bożej łaski, z samotności i z choroby. Mówiła o sobie: „Zostałam skazana na tworzenie”. Tragiczne przejścia i niedole, w tym więzienie w 1946 roku za rzekome szpiegostwo, wpędziły ją w chorobę, która od 1954 roku ze zmiennym natężeniem dawała się jej we znaki i nadawała szczególnego wyrazu jej malarstwu. Parafrenia, bo tak nazywała się choroba, powodowała, że zaczęły ją nękać stany lękowe i urojenia o otaczających wokół prześladowcach i wrogach. W chwilach ustępowania objawów choroby opowiadała, jak to prześladowcy odstępowali od nieprzyjaznych zamiarów. Któregoś razu wybrałem się do pani Jadwigi zaciekawiony jej twórczością, która nabierała już rozgłosu w mieście. Moim przewodnikiem był pan Wijer, podobnie jak ja - tutej- Jerzy Kosacz 181 szy „malarz niedzielny”. Okna mieszkania w parterze bloku na ulicy Spółdzielczej były wy-klejone obrazkami przedstawiającymi niepokojące wizje malarki. Głównie były to zdeformowane przerażeniem twarze jej urojonych prześladowców z nienaturalnie wielkimi wytrzeszczonymi oczami. Wyglądało to jak listy gończe za złoczyńcami dręczącymi malarkę. Po pukaniu do drzwi i po naszej odpowiedzi usłyszeliśmy: - Ja nie pytam o nazwiska, tylko czy to są przyjaciele, czy wrogowie?- Do mieszkania wpuściła po upewnieniu się o naszej przyjaźni: - Bo wrogów to ja do domu nie wpuszczam - zapewniła. Żyjąc w biedzie malowała na wszystkim, co jej wpadło w ręce. Na papierze, kartonach i opakowaniach, Widzieliśmy twarze o przenikliwym spojrzeniu, kwiaty i odrealnione krajobrazy. Pokazała nam jakiś widoczek i gazetę, z której go przerysowała z przejęciem pokazując ją jako dowód, że dookoła w ścianach ma zainstalowane podsłuchy i wizjery, tak śledzona jest przez swych prześladowców, którzy zdążyli już sfotografować jej obrazek i wydrukować w pokazywanej gazecie. Musiałem dołożyć starań, by pani Jadwiga zgodziła się sprzedać mi jeden ze swoich obrazów na płycie pilśniowej. Później przez kilka lat, na ścianie mojej chałupy w Białkach wpatrywałem się w zamglony widok nieporadnie namalowanych cementowych, liszajowatych bloków na Spółdzielczej i na ich odbicie z rozjarzonymi niebiesko oknami w błocie czarnych kałuż. Zniechęcałem siebie w ten sposób do powrotów z Białek do Kwidzyna. Potem mnie wzięli do pudła, a stolarnię i chałupę w Białkach okradli, nie zapominając przy tym o obrazie pani Jadwigi. Dzisiaj wspomnienie tego obrazu kojarzy mi się z późniejszą piosenką „Lombardu”- Szklana pogoda. Malarstwo Jadwigi Budzisz-Bujnowskiej w 1970 roku odkrywają najpierw studenci historii sztuki Uniwersytetu Warszawskiego, potem innych uczelni oraz dziennikarze. Organizowano sesje naukowe na temat jej twórczości i liczne wystawy, m.in.w Warszawie i na Śląsku. Wielu dziennikarzy zainteresowało się nie tylko pracami malarki, ale i warunkami jej życia oraz brakiem zainteresowania jej osobą przez instytucje i ludzi władających kulturą w Kwidzynie. Ukazywały się artykuły: „Sama przeciwko miastu”, „Kwidzyńska ława przysięgłych - Niebezpieczny człowiek”, „ Pani Sporna”, „Malarka smutnych oczu”. Coraz mniej świadomą i żyjącą w urojonym świecie artystkę dopadło uznanie, zatem znalazła się też opieka: w Domach Pomocy Społecznej: w Kwidzynie, Ryjewie i we Fromborku. Zmarła w 1990 roku w wieku 91 lat. Jej prace rozproszone są w prywatnych zbiorach. Nie wiadomo, ile ich przetrwało do dziś. Po wizycie u pani Jadwigi na Spółdzielczej widywałem ją jeszcze spacerującą po Kwidzynie. Gdy zagadnąłem kiedyś na ulicy pytając o malowanie - usłyszałem, że planuje jeszcze występy... w balecie. - Proszę pana, ja jeszcze wystąpię — zapewniała mnie z przejęciem. Mijając miejsca, w których widywałem tę niewątpliwą artystkę, widzę w wyobraźni,jak w Kwidzynie po ulicy Warszawskiej spaceruje niewielkiego wzrostu dama w kwiecistym kapeluszu w obłoku urojeń i marzeń. Nadal jest niewidzialna, tak jak to było za jej kwidzyńskiego życia. Recenzje Andrzej Lubiński KSIĘGOZBIÓR KONSERWATORA MALBORSKIEGO ZAMKU Wiesław Sieradzan, Bernhard Schmid (1872-1947). Księgozbiór prywatny ostatniego niemieckiego konserwatora zamku w Malborku, Próba rekonstrukcji, Malbork 2011. Wiesław Sieradzan, Bernhard Schmid (1872-1947). Księgozbiór prywatny ostatniego niemieckiego konserwatora zamku w Malborku, Próba rekonstrukcji, Malbork 2011. Wiesław Sieradzan, toruński historyk, zajmujący się epoką średniowiecza, opublikował książkę poświęconą księgozbiorowi Bernharda Schmida, który znalazł się po II wojnie światowej w granicach państwa polskiego. Praca stanowi podsumowanie badań, jakie autor prowadził kilka lat temu nad wydaniem atlasu historycznego miasta Malborka. Prowadząc kwerendę w bibliotece Instytutu Historii UMK, natknął się na książki będące własnością niemieckiego konserwatora. Ich dalsze poszukiwania prowadził również w Warszawie, Gdańsku i Malborku. Praca składa się ze wstępu i pięciu rozdziałów: Stan badań i źródła dorobku naukowo-konserwatorskiego Bernharda Schmida, Biografia Bernharda Schmida (1872-1947), Miejsca przechowywania książek Bernharda Schmida do i po 1945 roku, Zainteresowania Bernharda Schmida dawna kartografią miejską, Ocena wartości naukowej księgozbioru Bernharda Schmida. Do tej pory nie ukazała się biografia lub studium na temat księgozbioru malborskie-go konserwatora. Kilka artykułów opubliko- Mc z ujm Zamkowe w Malborki Wiesław Sieradzan Bernhard Schmid (1872-1947) Księgozbiór prywatny OSTATNIEGO NIEMIECKIEGO KONSERWATORA ZAMKU W MALBORKU Malbork 2011 wał dr Reiner Zacharias, urodzony w Malborku niemiecki teolog i historyk. Do 1945 roku materiały archiwalne, rękopisy, sprawozdania znajdowały się w Malborku, później trafiły do Archiwum Państwowego w Gdańsku, Biblioteki Polskiej Akademii Nauk w Gdańsku, część pozostała w dawnym miejscu, np. „Zespół odbudowy zamku w Malborku”. Na uwagę zasługuje zbiór liczący 194 strony wykładów na temat historii sztuki, miast, zakonu krzyżackiego, zamków w Kurlandii. W archiwum gdańskim są również akta służbo-wo-rodowe Schmida. Niektóre źródła posiada biblioteka Muzeum Narodowego w Gdańsku, Archiwum Herder Instytut w Marburgu i Marienburger Archi w w Hamburgu. Źródła do działalności malborskiego konserwa- Recenzje 183 tora, mimo zniszczeń wojennych, zachowały się w Polsce w znacznej ilości. Bernhard Schmid urodził się 26 września 1872 roku. Był dumny ze swego pochodzenia, a szczególnie z matki, wywodzącej się z rodu szlacheckiego von der Oelsnitz (X w.). Rodzina ojca miała też stare korzenie, pochodziła z pierwszej połowy XVII wieku, choć nie ze stanu szlacheckiego. Jego ojciec obrał karierę wojskową. Służył w garnizonach Chełmno, Grudziądz i Kołobrzeg, gdzie urodził się Bernhard. Ucząc się w gimnazjum kołobrzeskim zainteresował się historią, historią sztuki, łaciną. Ze względu na stan zdrowia nie wybrał kariery wojskowej, lecz podjął naukę w Wyższej Szkole Technicznej w Berlinie. W roku 1897 uzyskał tytuł mistrza budowlanego i przyjechał do Malborka. Po pożarach w 1899 r. i 1902 r. odbudowa miasta stała się pilną sprawą dla władz miasta i cesarza. W wieku 31 lat objął funkcję konserwatora zabytków Prus Zachodnich, po śmierci Conrada Steinbrechta w roku 1922 został głównym konserwatorem zamku. W 1945 r. opuścił Malbork dwa dni przed natarciem Armii Czerwonej. Przez Gdańsk, Kołobrzeg, Greis-fwald dotarł do miejscowości Husum w północnych Niemczech. W poglądach politycznych był powściągliwy, ale Pomorze i Powiśle uważał za czysto niemieckie. Profesor Karol Górski, który go odwiedził w Malborku w roku 1934 w wydanej „Autobiografii” zanotował, że był to poważny i bezstronny badacz. Schmid utrzymywał dobre stosunki z polskimi uczonymi, znał polską literaturę. Przed wybuchem wojny był dwa razy w Polsce - w roku 1933 i 1935. W Toruniu otrzymał od Zbigniewa Batowskiego książkę „Wizerunek Kopernika” i miał nawet napisać jej recenzję, ale ostatecznie zrobił to historyk warmiński, specjalista od czasów Kopernika ks. Eugen Brachvo- gel, do którego malborski konserwator zwrócił się, uważając za bardziej kompetentnego. Wcześniej Gwido Chmarzyński, autor tekstu „Sztuka w Toruniu. Zarys dziejów” w książce jaka ukazała się na 700-lecie „Dzieje Torunia” w 1933 roku, dziękował Schmidowi w dedykacji napisanej 17 lipca 1934 za piękne godziny spędzone w Malborku i prosił o recenzję jego pracy. Wizyty Schmida w Toruniu nie były rekonesansem badawczym poprzedzającym rabunek polskich dzieł sztuki podczas II wojny światowej. Do NSDAP wstąpił dopiero w 1941 r. Dopiero pod koniec wojny zdał sobie sprawę, że to był poważny błąd. Jego dorobek badawczy jest ogromny -prawie dwieście publikacji. Koncentrował się na architekturze budowli nie tylko ceglanych, również z kamienia i drewna, opisywał kościoły, ratusze, dzwony. Kolekcjonowanie książek zapoczątkował na studiach. W 1900 roku miał już 216 pozycji dotyczących przeszłości zamku w Malborku, Kołobrzegu, Pomorza, Brandenburgii. W czasie II wojny światowej jego biblioteka i archiwum zostały przeniesione z jego domu do Wieży Księżej. Na zamku w Malborku znalazły się też zbiory biblioteczne Seminarium w Pelplinie, Biblioteki Gdańskiej, razem miało się znajdować na zamku około 10 tysięcy woluminów. Po wojnie zbiory malborskie, poza rewindykacją własnych książek z Pelplina i Gdańska, trafiły do Warszawy, Torunia, Fromborka. Początkowo największym beneficjentem było Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Pierwsze książki trafiły do stolicy w sierpniu 1945 r. Do Torunia trafiły we wrześniu 1946 i przeznaczone były na potrzeby powstałego Uniwersytetu. Ostatnie transporty książek przybyły w sierpniu 1949 r. Wiesław Sieradzan twierdzi, że w tym ostatnim znalazł się również księgozbiór Bernharda Schmida. 184 Recenzje W bibliotece Instytutu Historii UMK znajduje się 1300 książek z Malborka, są też druki publikowane od 1599 do 1945. Z terenu Prus Wschodnich i Zachodnich książki zwozili młodzi pracownicy naukowi I. Janosz Bi-skupowa, J. Serczyk, T. Grudziński, L. Żytko-wicz, H. Baranowski, K. Śląski, J. Mossakowski. W Toruniu znajduje się 150 książek konserwatora. Ogółem autor książki ustalił 350 książek, będących własnością Schmida, także w Warszawie i Gdańsku. Jego księgozbiór stanowi wielką wartość naukową dla badaczy Prus, Pomorza. Mimo że Schmid nie miał wykształcenia historycznego liczono się z jego dorobkiem naukowym, należał do wielu towarzystw naukowych. Wielu badaczy ofiarowywało mu swoje książki - Keyser, Krollmanm, Chma-rzyński, Batowski. Posiadał również sporo pozycji poświęconych reformacji i Marci- nowi Lutrowi. Był gorliwym ewangelikiem, należał do wspólnoty ewangelickiej Positive Union. Do końca życia łudził się, że będzie mógł wrócić do Malborka i przystąpić do odbudowy zniszczonego zamku. Zmarł 11 lutego 1947 w Husum w Północnych Niemczech. Już po ukazaniu się książki Wiesław Sieradzan na konferencji 19 października 2012 w Malborku wygłosił referat „Uzupełnienia do rekonstrukcji księgozbioru Bernharda Schmida”, uzupełniając o kolejne pozycje z jego księgozbioru prywatnego. Książka Wiesława Sieradzana przybliża czytelnikowi postać i działalność Bernharda Schmida jako wybitnego konserwatora zamku malborskiego. Muzeum Zamkowemu w Malborku należą się pochwały za to, że podjęło się wydrukowania tej cennej pozycji. Leszek Sarnowski STEBLEWO OPISANE Tomasz Jagielski, Steblewo, dawne dzieje, Pruszcz Gdański, 2012 r. Niezbyt często się zdarza, by wieś licząca niemal czterystu mieszkańców miała swoją monografię. Ale się zdarza, choćby w przypadku wsi Steblewo w gminie Suchy Dąb na Żuławach. Po raz kolejny okazało się, że dzięki pasjonatom można zdziałać wiele. W tym przypadku do akcji wkroczyło Stowarzyszenie Żuław Ste-blewskich, które działa od pięciu lat i zorganizowało konkurs na publikacje o swojej wsi. Steblewo to wieś herbowa od 1925 roku. Herb nadało Wolne Miasto Gdańsk. Tomasz Jagielski STEBLEWO, DAWNE DZIEJE Recenzje 185 Składa się z trzech pól- w jednym dwa krzyże gdańskie, drugim- pierścień z trzema liśćmi lipowymi i trzecim - drwal z podniesioną siekierą przy drzewie. Liście i drwal to nawiązanie do symboli z czasów krzyżackich. Nawiązanie to nie jest przypadkowe, bo to właśnie za czasów zakonu wieś otrzymała swoje najważniejsze przywileje. Książka, mimo niewielkiej objętości (45 stron) zawiera wiele ciekawych faktów z dziejów wsi. Z obszernego kalendarium dowiadujemy się choćby tego, że we wsi stacjonował król Władysław IV i szwedzki Karol Gustaw. Opisano wiele oryginalnych zabytków- pochodzący z XIV wieku kościół, zniszczony niestety przez Armię Czerwoną w 1945 roku, kaplica rodziny Wessel, strażnice wałowe czy domy podcieniowe i olęderskie. Książka autorstwa Tomasza Jagielskiego powstała w ramach projektu „Zabytki Steblewa”, i sfinansowana przez Fundację Inicjatyw Obywatelskich. W ramach tego projektu podjęto również prace remontowe ruin zabytkowego kościoła w Steble-wie. Wacław Bielecki WIEŚ O SIEDEMNASTU NAZWACH Aleksandra Paprot, Stara Kościelnica. Dzieje żuławskiej wsi, Warszawa 2012, Wydawnictwo Naukowe SCHOLAR. Przed rozpoczęciem lektury zadałem sobie pytanie, co wiem na temat tej wsi? Okazało się, że właściwie nic. Z trudem zlokalizowałem ją na mapie, chociaż jako osadnik na Żuławach przejeżdżałem trasę z Malborka do Tczewa dziesiątki razy i mijałem pomiędzy Cisami a Gnojewem skrzyżowanie na Miłoradz, z którego widać zabudowania Starej Kościelnicy. Nigdy tam nie byłem. Nazwa tej bardzo starej, siedemsetletniej wsi zmieniała się aż siedemnaście razy. Początkowo nazwała się ona Ossyn (Ośno), prawdopodobnie od bogato występujących tu kiedyś drzew - osik. W przywileju wydanym dla pobliskiego Miłoradza w 1321 roku wymieniona jest jako wieś polska. Później- Dzieje żuławskiej wsi 186 Recenzje sze nazwy związane były z kolonizacją niemiecką. W 1323 roku właścicielem wsi został Henryk von Miinsterberg z Altlandu na Śląsku, który otrzymał nadanie z rąk wielkiego komtura krzyżackiego Wernera von Olsena. Ostatnia, niemiecka nazwa miejscowości po II wojnie brzmiała: Alt Munster-berg. W wielowiekowej historii Starej Kościel-nicy można wyróżnić kilka etapów kolonizacji. Mieszkali tu m. in. Prusowie, Polacy, Niemcy, Holendrzy, wyznawcy różnych reli-gii - katolicy, protestanci, menonici. Wpływ różnych nacji i religii odcisnął piętno na kulturze tej żuławskiej wsi. Książka, dedykowana rodzicom, została napisana na podstawie pracy magisterskiej autorki powstałej pod kierunkiem dr Aleksandry Wieruckiej w Katedrze Kultu-roznawstwa Uniwersytetu Gdańskiego i wydana w nagrodę w formie książki za udział w konkursie pt. „Polska wieś - dziedzictwo i przyszłość” organizowanego przez Fundację na Rzecz Rozwoju Polskiego Rolnictwa w Warszawie. Praca składa się z sześciu rozdziałów, przedmowy, wstępu, zakończenia, bibliografii oraz aneksu zawierającego spis fotografii, map, tabel i diagramów. Najbardziej obszerne i najciekawsze są, moim zdaniem, rozdziały czwarty i piąty, omawiające obraz Starej Kościelnicy zachowany w pamięci pierwszych osadników oraz opisujące ich tożsamość. Powstały one, między innymi, na podstawie badań za pomocą ankiety przeprowadzonej w 2010 roku przez autorkę wśród 102 losowo wybranych mieszkańców wsi, liczącej niecałe 250 osób. Wynika z nich, że najwięcej osadników przybyło w 1946 roku. Proces zasiedlania trwał aż czternaście lat. Ludność napływała z Wileńszczyzyny, Gro-dzieńszczyzny, Wołynia, Podola, Kielecczy- zny, Małopolski, Podlasie, Kociewia i Gdańska. Autorka przytacza liczne wypowiedzi osadników dotyczące ich pierwszych, często szokujących wrażeń po osiedleniu się na Żuławach, w obcej i niezrozumiałej dla nich krainie, po odcięciu od najbliższych sercu, rodzinnych stron. Opisuje powojenną wieś i zachowania się nowych mieszkańców oraz niektóre instytucje i osoby, takie jak, szkoła i nauczyciele, kościół i księża cmentarze, przyjazdy przedwojennych mieszkańców - Niemców oraz codzienne życie wsi, aż do punktu zwrotnego jakim było pojawienie się w domach telewizorów. Bardzo ciekawe są rozważania autorki na temat tożsamości mieszkańców Starej Kościelnicy. Aby stwierdzić, kim są sta-rokościelniczanie, autorka przeprowadziła wiele rozmów. Okazało się, że odpowiedź na to pytanie: Czy czuje się Pan/i Żuławia-kiem/Żuławianką? - jest mocno uzależniona od wieku. Inaczej odpowiadają na nie osoby przesiedlone po wojnie z innych regionów Polski, a inaczej ich dzieci i wnuki urodzone tutaj, na Żuławach. Kultura delty Wisły - dowodzi autorka - stanowi wypadkową wielu kultur napływowych, które przywieźli ze sobą przybywający tu osadnicy. Widać to w kultywowaniu dawnych tradycji, a przede wszystkim w języku, jego dialektach i gwarze. Przenikanie różnych kultur było tutaj naturalnym procesem, który zachodził w wyniku spotkania się różnych grup społecznych i nacji. Przykładem powyższych rozważań są sporządzone przez autorkę krótkie biogramy czterech osób ze Starej Kościelnicy, które szczególnie zapisały się w zbiorowej pamięci jej mieszkańców. Są to, społecznik Wacław Wesołowski, mieszkająca tutaj już przed wojną Wanda Szulkowska, zajmujący się połowem ryb na Wiśle mężczyzna zwany „Rybakiem” oraz poetka Grażyna Mierzwa. Recenzje 187 W końcowym rozdziale książki autorka opisuje działalność mieszkańców na rzecz swojej wsi. Wspomina o różnych inicjatywach tuż po wojnie i w ostatnich latach, jak na przykład zaangażowanie w remont gotyckiego kościoła pod wezwaniem św. Jerzego, czy udział w konkursie „Piękna Wieś”. Książka została wydrukowana dość starannie, w twardej oprawie przez warszawskie Wydawnictwo Naukowe Scholar. Treść pracy jest uzupełniona przez mapy, tabele, diagramy oraz 55 fotografii. Te ostatnie nie są, niestety, zbyt dobrej jakości, a kilka fotografii, np. na stronach: 99, 129, 127, 132, 134, jest po prostu fatalnych pod względem ja- kości. Nie wynika to z tego, że zdjęcia są stare, ale po prostu źle przygotowane na etapie składu lub druku. Aleksandra Paprot znana jest czytelnikom kwartalnika „Prowincja” z artykułu o meno-nickim cmentarzu w Stogach Malborskich, który powstał na podstawie jej pracy licencjackiej („Prowincja” 2011, nr 1). Niewątpliwie inspiracją do napisania prezentowanej książki był fakt, że autorka jest mieszkanką Starej Kościelnicy. W jej pracy widać pozytywny, emocjonalny związek z tą miejscowością. Szkoda, że wiele spośród prawie trzystu żuławskich wsi nie ma takiej monografii. Maciej Kraiński SMAKOWANIE POWIŚLA Grażyna Michalik, Smaki Powiśla, Kwidzyn 2012, Kwidzyńskie Centrum Kultury. Książka Pani Grażyny Michalik pt. "Smaki Powiśla”, jeszcze ciepła i chrupiąca skórką chleba wiejskiego, wpisuje się w ogólnopolską tendencję zmierzającą do odtwarzania zagubionych kuchni regionalnych, po doświadczeniach wojny i komunizmu, które jak walec przejechały przez Polskę zostawiając w spadku gar skisłego bigosu. Odsiecz nadchodzi. Popatrzmy wokół. Na Kociewiu Andrzej Grzyb z „Kociewską książką kucharską”, na Kaszubach Jarosław Ellwart i „Tradycyjna kuchnia kaszubska” w Gdańsku kolejna inicjatywa Andrzeja Grzyba,tłumaczenie „Gdańskiej książki kucharskiej” Marie Ro-snak wydanej w 1858. Na wschodzie „Smak Mazur, kuchnia dawnych Prus Wschodnich” w opracowaniu Rafała Wolskiego, na 188 Recenzje północy wreszcie dwie części „Nieba w gębie” o przysmakach żuławskich Pani Elżbiety Skirmutt-Kufel. - Pani Michalik uratowała honor Powiśla w procesie reaktywacji kulinarnego atlasu Pomorza - chwała jej za to! „Próbuję” przepisy Grażyny tu siorbnę zupę z brukwi na kawałkach gęsiny z kuleczkami „kubaba” a to „ruchane placki na młodziach” albo też „plince” gryznę, ówdzie paluch w „parzybrodę” zapcham i obliżę z ciekawością. I jeszcze pasternak z mięsem, hine frikasse, krokiety z dorsza, pierogi z glom-zą, szpejza z gryzu i angrestu i babie uszy na młodziach. Oczy błyszczą radośnie, koszula ubabrana sosem i pełnia szczęścia - felici-ta. Przedzierając się przez przepisy jak rybak przez szuwary i tataraki Zalewu Wiślanego natykam się na „konigsberger klopse” - próbowane już u Grassa w „Blaszanym bębenku”, przez Matzerata wypieszczane. Czytam recepturę, coś mi nie gra. Sięgam po literaturę przedmiotu: „Do czołowych osiągnięć gastronomicznych tych ziem należą legendarne - (...) -klopsi-ki królewieckie. Zmierzch Królewca i dawnych Prus Wschodnich przetrwała dyskusja, czy sporządzać je tylko z mielonej cielęciny? czy też masę mięsną można wzbogacić o wieprzowinę bądź wołowinę? Faktem jest że bez cielęciny klopsiki przestają być królewieckimi !!!". Problem jest nad wyraz poważny. No bo jestem w kropce, czy konigsberger klopse Pani Grażyny ulepiony wyłącznie ze świnki powiślań-skiej jest prawdziwym konigsberger klopse? A może takie są smaki Powiśla? Może wszystko przerabiają po swojemu. Może to takie sztumskie cusine fusion? Pytanie po-zostaje bez odpowiedzi dopóki nie zadam go autorce. „Smaki Powiśla” Grażyny Michalik są wygotowane ze starannością godną pochwały. No bo i słownictwo gwarowe jest przywo- łane we wstępie i przepisach, podział na gotowanie codzienne i odświętne, przetwory na zimę i dobre rady dla gospodyń też i owszem. Mówiąc wprost książka jest przemyślana - może tyko indeksu mi brakuje, który dla szybkiego wyszukiwania przepisów zdałby się. Ponieważ z natury jestem złośliwcem dorzucam łyżkę dziegciu do beczki miodu i pragnę nadmienić, że do zadań leśniczych czy to państwowych czy prywatnych nie zaliczamy „Łowiectwa na dzikiego zwierza” (str. 9), lecz dbanie o las i zwierzynę się w nim znajdującą. W czasach przywołanych przez autorkę polowali właściciele lasów, cesarz i jego dwór, ewentualnie wysocy urzędnicy państwowi i zapraszani goście. Służba i pracownicy leśni organizowali polowania, naganiali lub też dobijali postrzałka. Polowanie było strzeżonym przywilejem właściciela. Pragnę też nadmienić, że wiewiórki i lisy są pomijane w jadłospisie myśliwego. Brak mi też napojów, piw i nalewek miejscowych dopełniających obrazu upodobań czyli smaków lokalnych Nie utyskuję, namawiam do drugiego uzupełnionego wydania z ładną szata graficzną, ponieważ jestem pewien, że pierwsze sprzeda się na pniu - wszak wypełnia lukę w wiedzy powiślaków o ich ziemiach i o nich samych. Bez tej wiedzy jesteśmy drzewami bez korzeni i statkami bez kotwic. Polecam ze wszech miar „Smaki Powiśla” jako lekturę obowiązkową osób zakochanych w miejscowym obyczaju i stole oraz wyrażam przekonanie, że lektura i praktyczne wskazówki z niej wynikające, rozbudzą apetyt na regionalizm i powstanie, w niezbyt odległej przyszłości, z prawdziwego zdarzenia gospody serwującej przysmaki Dolnego Powiśla. Recenzje 189 Janusz Ryszkowski KRYTYCZNIE PO RAZ CZWARTY Ryszard Tomczyk, Szkice literackie i felietony 4, Wydawnictwo Uran, Elbląg 2012. Wszystkim, którzy mają choćby mgliste pojęcie o elbląskim środowisku kulturalnym, autora przestawiać nie trzeba. Reszcie powinno wystarczyć, że to malarz, teatrolog, krytyk literacki, prozaik, eseista, redaktor, pedagog, działacz od 1953 roku związany z Elblągiem. Po trzech tomach „Recenzji literackich”, które ukazywały się w latach 2002, 2005 i 2009, otrzymujemy czwarty, zawierający szkice i felietony literackie z ostatnich pięciu. Śmiało można napisać, że Ryszard Tomczyk to krytyk towarzyszący głównie autorom związanym w jakiś sposób z Elblągiem. Z szkiełkiem pozytywisty pochyla się pracowicie nad prawie wszystkim wartymi uwagi pozycjami. Dla wielu autorów pozostanie przy tym jedynym krytykiem, który na taki trud się zdobył. I choć jego opinie nie otwierają drogi na salony literatury, bo nie ma do dyspozycji opiniotwórczych łamów (ale powiedzmy sobie otwarcie: które jeszcze pismo o proweniencji literackiej taką rolę spełnia...), to stara się być życzliwym orędownikiem pisarzy tworzących na prowincji (elbląskiej, żuławskiej, powiślań-skiej), niekoniecznie jednak prowincjonalnych. W najnowszym zbiorze Ryszard Tomczyk prowadzi intymny dialog m.in. z liryką Aleksandra Nawrockiego, Bohdana Wrocławskiego, Wiktora Mazurkiewicza, Mariana Jurzysty, omawia prozę Ryszarda Fiłbrandta, Tomasza Stężały, Edwarda Pukina. Warto zwrócić uwagę na felieton „Przyśpieszony proces zapominania”. Przypomina autor elbląskich poetów i pisarzy, którzy utonęli w „nieprzyzwoicie galopującej niepamięci”. Na tej liście znalazło się nazwisko Stanisława Filipowicza, „chyba najznakomitszego elbląskiego słowiarza powojennego”. Kto upomni się o niego i jego twórczość w Dzierzgoniu, w mieście, z którym związał się przecież zawodowo i rodzinnie? 190 Recenzje Jacek Albrecht KRUCJATY - SPOJRZENIE SKANDYNAWSKIE Erie Christiansen, Krucjaty północne, Poznań 2009, Dom Wydawniczy Rebis. Książka ta to historyczna opowieść o zdobywaniu przez świat chrześcijański wybrzeża Bałtyku. W Polsce mamy na ogół potocznie utrwalone bardzo wąskie spojrzenie na ten fragment historii niejako od wewnątrz, z perspektywy wyłącznie naszego kraju, ewentualnie poszerzone nieco przez historiografię niemiecką. Omawiana pozycja wydaje się tak ważna i potrzebna, albowiem ukazuje zewnętrzny, w tym wypadku skandynawski, horyzont wydarzeń. A tylko na szerokim tle epoki można ukazać i zrozumieć procesy pchające, np. tłumy gości rycerskich z całej Europy do walki w szeregach Zakonu. Większość życia mieszkam w Malborku, lecz ciągle mam problem z tożsamością swojego miejsca na ziemi. To dziwne miasto naznaczone dramatycznymi zmianami w ciągu dziejów stało się początkowo przypadkowym miejscem pewnego rodzaju zesłania naszej rodziny. Przymusowy nakaz pracy skierował tu w roku 1951 moją mamę, ale też rodzina nie miała dokąd wracać. I to nie tylko dlatego, że domy ich zostały na Kresach, ale też ponieważ obaj dziadkowie byli zawodowymi oficerami i cały okres międzywojenny mieszkali w służbowych kwaterach wielu miast tamtej Rzeczpospolitej. Może to, że miasto Malbork też traciło swoją tożsamość hi- storyczną, i to kilka razy, trzyma mnie w nim tyle lat budząc poczucie pewnej wspólnoty i sympatii. Ciągle też pozna-ję nowe fragmenty jego dziejów, dlatego też tak fascynująca wydała mi się książka „Krucjaty północne” opisująca historyczne tło początków „mojego” miasta i pozwalająca lepiej zrozumieć przemiany w nim zachodzące. Miasto Malbork też nie ma dokąd wracać. Ostatnie państwo do którego należało przed wojną, wchodzące w skład Rzeszy Niemieckiej państwo pruskie rozwiązano formalnie dekretem sprzymierzonych w roku 1947. Wcześniej należało jednak długo do Recenzje 191 Rzeczpospolitej, ale pozbawione swojego historycznego zaplecza wegetowało na pograniczu nie mogąc znaleźć impulsów rozwojowych. Jeszcze wcześniej było stolicą silnego państwa zakonnego Krzyżaków, a jego początki gubią się w poszlakach dotyczących pierwotnego zamku krzyżackiego Zantyru, misji cysterskiej biskupa Chrystiana, grodu pomorskiego Świętopełka, czy wreszcie warowni pruskiej. Lud Prusów na którego ziemiach powstał Malbork przestał istnieć. Język pruski zaniknął już w XVII-tym wieku. Historycznie miasto najdłużej już należy do Polski i to akurat nie my wypędziliśmy stąd dotychczasowych mieszkańców, chociaż najgorsi spośród nas współpracowali z nowym najeźdźcą. Przetoczył się przez tutejszą ziemię walec historii łamiąc dotychczasowy porządek i oto my, nowi polscy mieszkańcy Malborka ży-jemy w mieście o długiej historii, która wydaje się, nie dotyczy już nikogo. I tylko my możemy uznać tę historię za swoją, możemy uznać i uszanować dorobek pokoleń w zagospodarowywaniu ziemi malborskiej i samego miasta. Możemy też wykorzystać narosłe doświadczenia w poszukiwaniu najlepszych dróg dalszego rozwoju i bogacenia się grodu nad Nogatem. Omawiana książka ukazując szeroką panoramę procesów chrystianizacyj-nych i krucjat w rejonie Bałtyku łagodzi emocjonalny odbiór konfliktu polsko-krzyżackiego jako typowego zjawiska owych czasów pomagając bez emocji spojrzeć na przeszłość i przyszłość naszego miasta. A przecież tylko kontynuując dzieła ludzkie nabywamy praw moralnych do ziemi na której mieszka- my. Niszcząc zaś i burząc co wzniosły tu pokolenia praw tych się pozbawiamy, a bez poczucia takich praw jesteśmy jedynie kolejnymi okupantami, a nie gospodarzami tej ziemi. Przez czterysta lat wokół Bałtyku toczono zmagania w imię idei chrześcijaństwa a podboje krzyżackie wpisują się w ten proces. Wiek XII to początek epoki północnych wypraw krzyżowych, poczynając od południowo-zachodniego Bałtyku w roku 1147, kiedy papież po raz pierwszy ogłosił świętą wojnę z poganami północy, a kończąc na pograniczu ruskim około 1505 r. kiedy z Rzymu wyszła ostatnia w historii bulla wzywająca do wyprawy krzyżowej. W ich wyniku ziemie podbite przez krzyżowców zmieniły się radykalnie w aspekcie demograficznym, językowym, kulturowym, gospodarczym i politycznym. Wszędzie nastąpił napływ zasadniczych składników kultury średniowiecznej z jej źródeł we Francji, Italii i Nadrenii oraz rozwój handlu i skuteczniejsze wykorzystanie zasobów, a wszystko to było częścią szerszego zjawiska ekspansji Zachodu. Krucjaty północy były pomysłem Bernarda z Clairvaux. Przy braku szerszego odzewu na wezwanie do wyprawy do Ziemi Świętej ze strony rycerstwa północnej Europy powstała idea alternatywna, skierowana zarówno na Maurów hiszpańskich jak i ludów żyjących nad Bałtykiem. W 1171 roku papież Aleksander III ogłosił bullę stawiającą wojnę z poganami Północy - Estami i Finami - na równi z pielgrzymkami do Ziemi Świętej. Ruszyli tu Niemcy i Duńczycy oraz ocalali książęta Zachodnio-słowiańscy Ru-gii i Meklemburgii, a z początkiem XII 192 Recenzje wieku pojawiają się nad Bałtykiem też zakony rycerskie. W wyniku wojen zaborczych jakie przetoczyły się przez region wschodniego Bałtyku w XIII wieku najpierw Liwowie, Estowie i Łatga-lowie, a później Prusowie i Finowie zostali rozgromieni, podbici i ochrzczeni i narodziły się cztery nowe kraje: Inflanty i Prusy oraz Estonia i Finlandia. Epokę Średniowiecza - wojny kolonizatorów krain nadbałtyckich - zastępują w nowej epoce wojny imperialne trzech potęg - Szwecji, Moskwy i Polski wobec których kraje bałtyckie były zbyt małe żeby coś znaczyć. Oczy zaś krain niemieckich i papieża odwróciło wkrótce od tych regionów zagrożenie tureckie na południu. Bałtyk u świtu XVI wieku był katolickim jeziorem, a nadbrzeżne państwa - w pełni zasymilowanymi członkami katolickiej rodziny. Święta wojna nie mogła już służyć interesom katolicyzmu w tej części kontynentu. Natomiast rozkwit Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, które wchłonęło Psków i Nowogród, Polski i Litwy oraz potrójnej monarchii skandynawskiej był polityczną rewolucją. Krzyżacka organizacja w Prusach i Inflantach była po roku 1466 wobec nich zbyt wątła i osła- biona, aby być czymkolwiek więcej niż „niepotrzebnym, acz tolerowanym dodatkiem”. Dla Zachodu, Litwina jako głównego niechrześcijańskiego wroga wschodniej Europy, zastąpił też wkrótce Turek. Zaczęła się nowa epoka wojen imperialnych i to aż czterech religii: katolicyzmu, protestantyzmu, prawosławia i islamu. Ciekawą konstatacją tej książki jest zauważenie, że Zakon Krzyżacki nie prowadził swej działalności w Prusach w swoim własnym imieniu, ani w imieniu nacji niemieckiej. Nie mógłby on też dokonać i utrwalić swoich podbojów bez szerokiego wsparcia całej chrześcijańskiej Europy i jej instytucji takich jak rycerstwo krzyżowe, królowie i książęta - krzyżowcy, zakony, legaci papiescy czy biskupi oraz darowizny majątkowe na rzecz krucjat. Nie nabył on też żadnych praw do zajętego terytorium ani dla siebie, ani dla nacji niemieckiej, chociaż pretensje do takowych usilnie próbowała głosić już krzyżacka, a potem pruska propaganda. Miło jest poczytać, że ktoś poza Polską to dostrzega i choćby dlatego, poza wspomnianymi wyżej argumentami merytorycznymi, książkę tę uważam za wartą polecenia. Recenzje 193 Leszek Sarnowski CHMIELOWA HISTORIA PO ELBLĄSKU Wiesława Rynkiewicz-Domino, Tomasz Gliniecką Browar w Elblągu. Tradycyjnie od 1872 roku, Wydawnictwo Uran, Elbląg 2012 Pamiętam jeszcze z czasów studenckich w Gdańsku, że zdobycie piwa elbląskiego, słynnego już wówczas Spe-cjala, uchodziło za nie lada wyczyn i sukces. Czasem trzeba było zjeździć pół miasta. Powód był jeden, a właściwie dwa - po pierwsze, mimo że browarów było sporo, zdobycie jakiegokolwiek piwa graniczyło z cudem, a po drugie, elbląskie piwo było najlepsze. Później już w latach 90-tych, kiedy na rynek nie tylko regionalny, trafiło elbląskie EB, też zrobiło sporo zamieszania i okazało się hitem nie tylko jednego sezonu. No, ale cóż zwyciężyła korporacja i jej dobro, a nie marka elbląska. I dziś piwa EB mogą się jedynie napić sąsiedzi z Kaliningradu i inni smakosze z Euro-py- Jak dowodzą autorzy książki historia elbląskiego piwa jest niezwykle imponująca. Prawo ważenia piwa przysługiwało bowiem mieszczanom elbląskim już w momencie powstania miasta. Potwierdza to przywilej wielkiego mistrza Zygfryda von Feuchtwangera z 1309 roku. Pierwsze bractwo browar-ników powstało w 1336 roku. W połowie XV wieku uruchomiono pierwszą słodownię miejską. Na początku XVII Browar w Elblągu Tradycyjnie od 1872 roku wieku działało w mieście ok. 150 bro-warników. Do produkcji piwa używano miejscowego zboża i doskonałej jakości wody, a chmiel importowano ze Śląska, Czech lub Bawarii. Liczne zabytki, takie jak dzbany, kubki, puchary, szklanice, odnajdywane przez archeologów na Starym Mieście świadczą o tym, że piwo w Elblągu cieszyło się dużą popularnością. W połowie XIX wieku na początku nowej ery przemysłowej w mieście działało 8 browarów. Najważniejszym wydarzeniem w dziejach elbląskiego browarnictwa było zawiązanie w 1872 194 Recenzje roku Elbląskiej Spółki Akcyjnej. Powstał nowoczesny przemysłowy browar parowy. Po pierwszych niepowodzeniach w 1880 roku powstała nowa spółka pod nazwą Brauerei Englisch Brun-nen, Elbing. W pierwszym roku zakład sprzedał ok. 5 tys. hektolitrów piwa, a pod koniec XIX wieku ponad 50 tysięcy. Elbląski pilsner zdobywał liczne nagrody, pijał je cesarz niemiecki w czasie pobytu w Kadynach, a także feldmarszałek Hindenburg. Przed I wojną filie elbląskiego browaru działały już między innymi w Gdańsku, Olsztynie, Malborku, Toruniu, Bydgoszczy i Tylży. W ramach walki z konkurencją elbląski browar wykupił mniejsze browary w Gdańsku, Malborku i Kwidzynie. Piwo transportowano konno, wodą, a także koleją nadzalewową. Po drugiej wojnie browar niemal natychmiast uruchomił swoją produkcję, mimo zniszczeń wojennych. Elbląski Zdrój, Special, Jasne Pełne, Karmelowe, Pełne Elbląskie, to tylko niektóre z gatunków piwnego asortymentu. W 1981 roku od elbląskiego browaru oddzielił się browar w Gdańsku. Dziesięć lat później Elbląskie Zakłady Piwowarskie jako jedne z pierwszych w branży zostały sprywatyzowane z udziałem kapitału australijskiego, jako Elbrewery Co.Ltd. Hitem stało się wówczas słynne na całą Polskę piwo EB. Spółka pro- dukując ponad półtora miliona hektolitrów piwa była największym producentem w Polsce. W 1998 roku spółka Brewpol połączyła się z Żywcem, a właścicielem został Heineken. W 2004 roku nastąpiło ostateczne połączenie Grupy Żywiec z Elbrewery. Od tego czasu nazwa firmy to Grupa Żywiec SA Browar w Elblągu. W 2008 roku browar produkował ponad dwa i pół miliona hektolitrów piwa, ze sztandarowym Specjałem na czele. Tak w niewielkim skrócie wygląda historia elbląskiego piwa, od niewielkich browarników, po międzynarodową korporację. Historię tą niezwykle barwnie opisują pracownicy elbląskiego Muzeum Archeologiczno-Histo-rycznego: Wiesława Rynkiewicz-Do-mino i Tomasz Gliniecki. To niezwykle udokumentowane dzieło, z licznymi ilustracjami, zdjęciami piwnych akcesoriów, zabytków archeologicznych, etykiet i innych cennych precjozów, nie tylko dla birofilów. To ważny fragment historii miasta i okolic. Na prawie 130 stronach opowiedziano niezwykłe dzieje elbląskiego browarnictwa. Okazją było 140 rocznica powstania pierwszego przemysłowego browaru w Elblągu, choć piwna historia miasta sięga znacznie głębiej w czasy średniowiecznych cechów. Albumową historię browaru wydało elbląskie Wydawnictwo URAN. Z przymrużeniem oka Zbigniew Stelmach POD STAJENKĄ Po coście tu przyszli Wy barany i owce Prowadzone przez odwiecznie Pustynne Judei manowce I wy krowy i byki Którzy skończycie jako Mcdonaldzkie befsztyki Do ciebie też mówię Skończony mule i ośle Nie pusz się tak wyniośle No i ty głupia kozo Pędzona byle jaką łozą I ta cała reszta kury gęsi i indyki Kaczki kotki pieski I do tego ja Prosty pastuch niebieski Do stajenki chcecie? Poszły won - zajęta Tam odpoczywa Rodzina święta Przecież mówię - nic tu po was Bo On jeszcze taki malutki bobas Zalegajcie sobie gdzieś tam w oddali Niech Matka Boska na hałas się nie żali On i tak przecież jeszcze nie słyszy i nie widzi Ale to normalne u tak małej dzidzi Kiedyś wzmocni się i okrzepnie To pewnie coś wam rzeknie A jeśli nic z tego nie zrozumiecie To trudno bo bydło ście przecie Koln, 06.01.2012 196 JEREZ - XERES - SHERRY Maciej Kraiński JEREZ - XERES - SHERRY CZYLI O SILE KUCHNI I WSPARCIU WINNYM Strasznym draniem był kapitan Francis Drakę, korsarz Elżbiety I Tudor. Wszystko uchodziło mu na sucho, chronił go układ z królową - od każdej udanej grabieży odpalał sowity procencik królowej. Razu pewnego Sir Francis - jak się jest ustosunkowanym to rabunek okazuje się być czynem patriotycznym nagradzanym herbem i podwiązką - wybebeszył w Bristolu luki zdobycznych okrętów hiszpańskich. Na kei stanęły beczki Jerezu, wina z Andaluzji. Dwór w Londynie dostał należną działkę. Jerez stał się trendy. Celebryci kręcąc tyłeczkami w obcisłych gatkach wynosili pod niebiosa zalety sherry - jak zwano z arabska - Jerez. Anglicy zadbali o nadanie rozgłosu winom, a następnie wyciągnęli z tego korzyści handlowe. Dzisiaj Zjednoczone Królestwo jest pierwszym rynkiem zbytu Jerezu. Nazwa miasta Bristol występuje na etykietach butelek potwierdzając jakość. Winnice naszego wina usytuowane są nad zatoką Kadyksu. Słońce wypala tam ziemię na popiół przez boży rok, a szczep Palomino pomimo to rodzi słodkie grona. Sherry dojrzewa w beczkach otwartych, na wierzchu moszczu w kadzi pojawia się gruba biaława warstwa drożdży zwana „kwiatem winnym” - ten swoisty welon chroni wino przed oksydacją -utlenieniem. Po takiej formie macerowania w bodegach, wina się dosładza i wzmacnia wysokoprocentowym (95%) destylatem winnym. Sklarowane wino zlewa się do beczek z amerykańskiego dębu o pojemności 600 litrów. Wino leżakuje w beczkach ułożonych co najmniej w trzy rzędy, w zależności od wieku przechowywanego w nich trunku. Rząd przy podłodze, najstarszy, to rząd solera, a każdy następny jest criadera od - wylęgarnia. Dojrzałe solera butelkuje się. Odlaną z beczki część uzupełnia w tych samych proporcjach winem z wyższego rzędu, czyli pierwszej criadery, która z kolei uzupełniana jest winem z kolejnego rzędu. W ten sposób młodsze wina przejmują właściwości starszego. Specyficzne to wina, ich smak zapach i kolor zawsze przywodzi na myśl Andaluzję i rytuał towarzyszący ich popijaniu. Wymagają smukłego ale niezbyt wielkiego kieliszka, przeznaczonego wyłącznie do Jerezów. Świetne na „otwarcie” i „zamknięcie” posiłku. Można dobierać od wytrawnych fino lub manzanilla - zawsze schłodzonych, po półwytrawne amontillado czy oloroso, aż po słodkie pedro ximenez na koniec. Na stół wystawiamy przystawki zwane tapas, od zwykłych oliwek, migdałów palonych, najprzeróżniejszych orzeszków, krewetek, sardynek i innych owoców morza po rybki i ryby - Andaluzja jest krainą kulinarnych drobiazgów. Rozsiadamy się wygodnie tu skubniemy, ówdzie upijemy z kielicha i ciągniemy opowieści, na przykład o sile kuchni obalającej królów i wynoszącej nowych władców i nowe dynastie, wszak kuchnia rządzi światem. W odróżnieniu od polityki stół to miejsce gdzie człowiek nie zazna nudy. Pobieżny przegląd postaci uwikłanych w kuchnie niech przekona Czytelnika o słuszności wcześniejszej konstatacji. Oto Aleksander Wielki wożący za sobą kucharza, nie byle kogo, bo syna Ary- Maciej Kraiński 197 stotelesa. Dalej podąża Oktawian August przebiegle nakarmiony figą, co go struć raczyła, a było to za sprawą ukochanej żonki Liwii na białej dłoni raczącej cesarza śmiercią. Sięgnijmy do jąkały Klaudiusza ukatrupionego grzybkiem przez okrutnika Nerona. Wzory polskie cisną się niecierpliwie pod klawisz. Spójrzmy na Bola Chrobrego jak dostatnio podejmuje chuderlawego Ottona, cóż za przepych i potęga. Nie zapominamy Kaźmierza Wielkiego - króla mądrego i przebiegłego, karmiącego u Wierzynka znamienitości europejskie - podano ptasie języczki, łabędzie szyje, a do picia wina cypryjskie! Przypo-mnijmy Sasów co popuszczali pasów biesiadując i politykując zarazem. A oto i król Staś nadchodzi w pludrach obcisłych, zapraszając gestem szerokim na czwartkowe pojadanie z Konstytucją 3 maja na deser. We Francyji dobrego króla Henryka wspomnijmy, kurą po swojemu, naród żywiącego, a po nim marszałka od majonezu i muszkieterów. No i Nelson, bez oka, któren celnie flotę francuską swoimi zrazami pod Trafalgarem zbombardował. I jeszcze Napoleon, głodny sławy, ale jeść powoli nie umiejący, skutkiem czego wrzodów się nabawił i Waterloo spaprał, w bólach się wijąc. A mamy na całym świecie mówią: „Jedz powoli, gryź dokładnie!”. Kończę na obrzydliwcu Dżugaszwili, ten to tylko smalec, cebulę i chleb ciemny pochłaniał, wódeczką się racząc, dlatego mnie mierzi kompletnym brakiem finezji podniebiennej, choć przyznać należy, że nieźle zamieszał w garze z bigosem światowym, misz-masz zostawiając następcom. A naszym współczesnym statystom czegóż można by życzyć. Ano by wino dobre pili, na tapas pestki słonecznika pogryzali, wtedy im oleum do głowy pójdzie i na szarej masie mózgowej osiądzie mądrości przydając. Wina wybierajcie panowie politycy, pardon, i panie polityczki i ministry! 198 X PROWINCJONALIA Marek Stokowski X PROWINCJONALIA CZYLI KRONIKA ŻYCIA TERENOWEGO Mijają sezony, a wraz z nimi znika to, co kiedyś było tak realne, co istniało nieodparcie. Nie wiadomo, gdzie są śniegi z 2009 roku. Nie wiadomo, gdzie są liście z 2010 i gdzie śliwki z lat dziewięćdziesiątych, gdzie podziały się te słowa, które wypowiedział Zych do Skowrońskiego na peronie w Starym Polu 29 września, pięć lat temu, albo skargi Zofii Seifert, porzuconej przez Duckiego, wykrzyczane pod oknami kwidzyńskiego magistratu 14 października, w 2006 roku. Zatarły się w lasach dawne tropy dzików i jeleni, i ślady stóp ludzkich nad brzegami Liwy i Nogatu. Rozwiał się ten wiatr, co jeszcze wczoraj pędził falą przez Żuławy, zniknął plakat o szczepieniach psów w Ryjewie, wypaliły się w westfalce szczapy, które łupał Kalibowicz. Ktoś odszedł, ktoś przyszedł, wyblakły wspomnienia, nie wiadomo nawet, gdzie podziały się kalosze, z których wyrósł syn sąsiadów, poza tym Stokowski wyłysiał i męczy się prędzej niż zeszłej jesieni. Nawet trębacz nowostawski dobrze nie wie, gdzie przepadły te hejnały, które grał przed rokiem nad dachami. Minęły sezony. Wiele spraw i rzeczy sczezło, wszakże coś nam pozostało. Coś się jednak nie zmieniło! Dziś w kronice przedstawiamy przykład takiej rzeczy nieprzemijającej. Jest nią, proszę państwa, bida z nędzą jako temat dla artysty. Redakcja ŻYCIE OPEROWO-JUBILEUSZOWE Teatr operowy w Nowym Dworze, który doskonale znamy dzięki udanemu wystawieniu „Cyrulika Sewilskiego” - z udziałem fryzjera, który darmo strzygi i golił widzów - ten teatr nie spoczął na laurach. We współpracy z podobnymi placówkami z Prabut, Mikołajek, Sztumu i Dzierzgonia, szykuje premierę jednej z nieco zapomnianych oper prawnuka Moniuszki, Janusza. Wystawienie tego dzieła ma uświetnić jubileusz kwartalnika, który gości tę kronikę. „Straszny głód”, bo o tym arcydziele mowa, w swojej warstwie znaczeniowo-ideowej zachowuje trwałą aktualność, zwłaszcza po niewielkiej adaptacji, przenoszącej akcję w nasze czasy. Nic dziwnego, że wybitna reżyserka Lidia Małek wybrała operę Moniuszki juniora, Marek Stokowski 199 jako idealnie pasującą do kondycji finansowej kwartalnika i kondycji jego publicystów, literatów, historyków, redaktorów i grafików, i - jak przypuszczamy - czytelników. Małek wie, że oni doskonale znają tytułowe ssanie w dołku. A poza tym wie, że strasznie słabną i dlatego chcieliby zobaczyć przedstawienie podnoszące ich na duchu - coś ku pokrzepieniu pełnych żalu serc i pustych brzuchów. Zanim jednak dojdzie do premiery, ktoś może już zemdleć. Dlatego bez zwłoki pragniemy podzielić się z państwem librettem opery - tak jak wyposzczone zimą ptaki dzielą się ze sobą zmarzłym jabłkiem STRASZNY GŁÓD opera dziadowska w trzech aktach UWERTURA Na scenie zastawionej ubogimi dekoracjami, które imitują redakcję pisma społeczno-kulturalnego, tańczą papiery z poniechanymi artykułami. Fruną, wirują zamiast haletnic - z powodów czysto oszczędnościowych. AKT I REDAKTOR NACZELNY leży bez siły na biurku. Ostatni raz podjadł do syta u teściów. Dokładnie pamięta, dostał trzy talerze ogórkowej. Z tym że to się wydarzyło bardzo, bardzo daw- no temu. REDAKTOR NACZELNY (śpiewa) Pewnej babie spod Czarlina śniła się co noc wędlina. Mąż do pracy szedł zmęczony, pokrwawiony, nadgryziony. Prosił: Zono nie śnij więcej aktu zanurzania zębów w mięsie. Śnij już inne akty raczej, inne akty ci wybaczę. Ale babie spod Czarlina ciągle śniła się wędlina. Nie umiała śnić inaczej - chłop miał marnie płatną pracę. 200 X PROWINCJONALIA W snach jak w życiu zawsze będzie, jest i było najpierw mięso, potem miłość. Redaktor naczelny gaśnie na biurku. Wyciemnienie świateł. AKT II Izdebka SEKRETARZA REDKACJI. Sekretarz znajduje w szufladzie kawałek leciwej kiełbasy i wyschniętą kromka chleba. Tłumi w sobie krzyk radości i zanurza zęby w czerstwym. Światło punktowe na twarz artysty. Ten, zmieszany, zaczyna śpiewać z pełnymi ustami. SEKRETARZ REDAKCJI W małej chatce nad Nogatem żyła baba ze swym katem. Ona mówi: Kupmy dywan. On jej nogi powyrywał. Ona chciała mieć firany. On jej zadał krwawe rany. Ona chciała mieć na smalec. On jej za to złamał palec. Ciągle chmurny i nerwowy, nie traktował ładnie żony. Brudną ścierką wiązał dzieci, by nie wyjadały śmieci. Wielką pałą straszył gości, krzycząc, że akurat pości. Wreszcie baba nad Nogatem pogoniła kata batem. I szczęśliwa, chociaż bosa, zaśpiewała głosem kosa: Chcesz mieć wolność i parówki, nie bierz chłopa z budżetówki. Sekretarz redakcji przełyka ostatni kęs chleba. Światło punktowe gaśnie. Cisza i w tej ciszy słychać głos zawstydzającej czkawki - tak zawsze po suchym bez kropli mokrego. Marek Stokowski 201 AKT III AUTOR TEKSTÓW stoi na szczycie wieży Zamku Malbork. Patrzy w kierunku Bałtyku. Coś zauważa. Zaczyna śpiewać. AUTOR TEKSTÓW Pewna dama spod Niechorza uwarzyła zupę z morza. Nie musiała sypać soli, w morzu soli jest do woli. Nie musiała wrzucać kości, wystarczyły rybie ości. Nie dodała żadnych warzyw, mąż na glony się nie skarży. Wszyscy wokół panią chwalą. W czasach, kiedy poza morską falą nic się w domu nie przelewa, radzić sobie jakoś trzeba. Autor tekstów próbuje odfrunąć na północ, w kierunku bałtyckiej zupy. Niestety, bez powodzenia. Jego połamane pióra opadają na rozległe pola Żuław. FINAŁ REDAKTOR NACZELNY i SEKRETARZ REDAKCJI usiłują sprzedać na makulaturę egzemplarz libretta opery, by uzyskać chociaż siedemdziesiąt groszy netto na wypłatę dla autorów, ale spotykają się z niezrozumieniem w skupie. Tymczasem autorzy grożą obu panom czymś okropnym. Sekretarz redakcji i redaktor naczelny śpiewają w duecie wielką arię finałową. SEKRETARZ i REDAKTOR Mi-ze-ria się Da-je we zna-ki. Strach waści? Nie! Zaażyyj taabaaaaaaaaaakii. koniec Noty o autorach Jacek Albrecht - ur. w roku 1951 w Łodzi. Od 1952 z przerwą 15 lat mieszkaniec Malborka. Konserwator zabytków architektury i artysta plastyką autor książki popularno-naukowej „Tajemnice Malborka” i szeregu artykułów o tematyce konserwatorskiej, współwłaściciel firmy „Kopiał”. Absolwent Wydziału Budownictwa Politechniki Koszalińskiej, Podyplomowego Studium Konserwacji Zabytków Politechniki Warszawskiej i Wydziału Edukacji Artystycznej ASP w Gdańsku. Autor kilkunastu wystaw plastycznych w różnych miastach Polski. Uprawia malarstwo, grafikę i grafikę komputerową. Ulubioną tematyką prac jest portret psychologiczny. Tomasz Agejeżyk - ur. w 1985 roku w Malborku, od najmłodszych lat zafascynowany historią Malborka, w szczególności latami międzywojennymi. Pasjonata i zbieracz wszelkich pamiątek dotyczących miasta. Numizmatyk. Obecnie mieszka w Elblągu. Należy do Fórderverein Jerusalem-Hospital des Deutschen Ordens in Marienburg (Malbork) e.V. Współpracuje z Magazynem Elbląskim. Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. Dyrektor Wojewódzkiego Zespołu Szkół Policelanych w Sztumie. W1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika Sztumska Solidarność, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. W latach 1990 - 1994 roku przewodniczący Rady Miasta i Gminy Sztum. Zainteresowania pozazawodowe: muzyka - nie tylko klasyczna, fotografia, spacery rowerowe i wnuki. Bożena Ciura - ur. w 1990 roku w Sztumie, studentka pedagogiki rewalidacyjnej i wczesnego wspomagania rozwoju na GWSH. Wychowała się we wsi Trankwice. Interesuje się „niekomercją” i pięknem - szeroko rozumianym Paweł Głogowski - ur. 1969 r. w Warszawie. Absolwent politologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zainteresowania: historia, rekonstrukcje historyczne, numizmatyka, Indianie, góry, książki. Mieszka w Sztumie. Magdalena Gródecka - ur. 1985 r., w Sztumie. Absolwentka archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Obecnie mieszka w Dzierzgoniu i pracuje w Dzierzgoń-skim Ośrodku Kultury. Kiedyś zobaczy na żywo pływające w morzu wieloryby i uściśnie dłoń Tadeusza Konwickiego. Agnieszka Jarzębska - ur. 1975 r. w Elblągu. Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, specjalność: teatrologia i pedagogika. Dziennikarka - Gazety w Elblągu, elbląskie wydanie Gazety Wyborczej, Polskie Radio Olsztyn - redakcja w Elblągu, Telewizja Elbląska, Elbląska Gazeta Internetowa PortEl.pl. Od 2007 roku redaktor naczelna Portalu Kulturalnego Warmii i Mazur eswiatowid.pl. Mieszka w Elblągu. Grażyna Kamyszek - ur. w 1950 r. w Sztumie. Absolwentka LO w Sztumie. Ukończyła filologię polską na UG i studia podyplomowe z bibliotekoznawstwa. Pracowała jako nauczycielka języka polskiego w Postolinie i w Ustce. Autorka scenariuszy i realizatorka wieczorów poetyckich przybliżających twórczość H. Poświatowskiej, E. Stachury i K. K. Ba- Noty o autorach 203 czyńskiego - wystawianych na scenie Domu Kultury w Ustce. Współredaktorka wydania tomu poezji „Młode głosy”(1997r.), promującego twórczość młodzieży. Aktualnie na emeryturze. Mieszka w Ustce, a latem w Barcicach. Andrzej Kasperek - ur. 1958 w Stegnie. Prawie całe życie spędził na Żuławach. Po studiach na UG (seminarium Marii Janion), działalności w SKS, zakładaniu NZS i pracy w DKF „Żak” od ćwierć wieku oddaje się pracy nauczycielskiej w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2010, który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie ukończył pracę nad książką poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. Andrzej Kilanowski - ksiądz, doktor teologii, historyk i dziennikarz. Wykładowca WSD w Elblągu, długoletni adiunkt Szkoły Wyższej im. B. Jańskiego, współpracownik Telewizji Elbląskiej. Od trzech lat proboszcz parafii MBNP w Jegłowniku. Jerzy Kosacz - ur. w 1942 w Budsławiu (obecnie Białoruś). Absolwent Wydziału Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Pracował jako robotnik w Stoczni Gdańskiej, bibliotekarz w Kwidzynie, nauczyciel akademicki w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku, kierownik Biblioteki w Kwidzynie. Od 1980 przewodniczący MKZ „Solidarność” w Kwidzynie, współzałożyciel i redaktor Biuletynu Związkowego MKZ NSZZ «Solidarność» w Kwidzynie w Kwidzynie”. 12X11 1981 zatrzymany, internowany w Iławie, zwolniony 181 1982, następnie zwolniony z pracy. W latach 1982-1990 prowadził własny zakład stolarski w Białkach k. Kwidzyna. W latach 1984-1985 przewodniczący podziemnej MKK „S” w Kwidzynie, 1985-1989 członek TZR„S” w Elblągu. Odznaczony Krzyżem Semper Fidelis (2003), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2006). Mieszka w Sadlinkach. Maciej Kraiński - ur. 1950 r. w Gdańsku. Studiował filologię polską na UMK w Toruniu i Uniwersytecie Gdańskim. Współzałożyciel pisma literackiego Litteraria. Założyciel i pierwszy prezes Koła Młodych przy ZLP w Gdańsku. Uczestnik strajku sierpniowego 1980 r. Wiatach 1999-2003 dyrektor Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku. Prezes i założyciel Stowarzyszenia Gunthera Grassa. Pomysłodawca i współtwórca obchodów 80-tych urodzin noblisty w Gdańsku w 2007 r. W latach 2005-2006 jako współpracownik Dziennika Bałtyckiego. Współpracował z miesięcznikiem Punkt i Dziennikiem londyńskim. Wydał tomik poezji „Jelita” i współtworzył almanach poetycki „Nowy transport posągów”. Od 2009 roku tworzy Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim oddział Muzeum Narodowego w Gdańsku. W 2010 roku wydał książkę „Panowie na Waplewie”. Kordian Kuczma - ur. w 1986 r. zamieszkały w Sztutowie (powiat nowodworski), magister stosunków międzynarodowych, student studiów doktoranckich Collegium Civitas i Instytutu Studiów Politycznych PAN, analityk think-tanku Instytut Jagielloński ds. polityki historycznej i obszaru postsowieckiego, b. sekretarz redakcji kwartalnika „Business Security Magazine”, współpracownik Gazety Finansowej i Sportu Wyczynowego. 204 Noty o autorach Aleksandra Kuźbida - ur. w 1991 r. w Sztumie. Ukończyła LO w Sztumie, obecnie jest na trzecim roku studiów na Uniwersytecie Gdańskim na kierunku dziennikarstwo i komunikacja społeczna. Działa w Kołe Naukowym CDN, gdzie pisze artykuły do studenckiej gazety CDN. Na swoim koncie ma praktyki dziennikarskie w sztumskim oddziale Dziennika Bałtyckiego oraz opublikowany artykuł w sobotnim wydaniu Wysokich Obcasów (dodatku do Gazety Wyborczej). Adam Langowski - ur. 1981 r. w Sztumie, absolwent LO w Sztumie, ukończył historię na UMK w Toruniu. Pracuje jako nauczyciel historii w Zespole Szkół w Starym Targu, wychował się w Ramotach w gminie Stary Targ. Mieszka w Sztumie. Tadeusz Józef Linkner - ur. w 1949 w Chojnicach. Historyk literatury, publicysta i działacz społeczny. Absolwent Studium Nauczycielskim w Bydgoszczy oraz filologii polskiej na Uniwersytecie Gdańskim. W 1982 obronił z wyróżnieniem doktorat „Dramaty bałtyckie Tadeusza Micińskiego”, w 1993 habilitował się z „Mitologii słowiańskiej w literaturze Młodej Polski”, w 1996 został profesorem UG, w 2004 profesorem tytularnym, w 2007 profesorem zwyczajnym. Zajmuje się literaturą Młodej Polski, mitologią słowiańską w literaturze, krytyką literacką, edytorstwem oraz tematyką regionalną: Kaszub, Kociewia i Ziemi Borowiackiej. Andrzej Lubiński - ur. 1952 r. w Ghiewie, Absolwent LO w Sztumie i UMK w Toruniu (historia). Zainteresowania - historia regionalna Pomorza i Powiśla. Publikacje w Komunikatach Mazursko Warmińskich, Roczniku Elbląskim, Studiach Elbląskich, Z dziejów Sztumu i okolic. Współautor książki „Bank Spółdzielczy w Sztumie 1910-2010”. Uczestnik i wykładowca kilku sympozjów naukowych. Mieszka w Sztumie. Michał Majewski - ur. w 1954 r. w Lęborku. Studiował na Wydziale Mechanicznym Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. Jako mechanik pracował około 10 lat na statkach Polskich Linii Oceanicznych i Chipolbroku. Po zejściu na ląd zamienił swoje hobby - snycerstwo w profesję. Rzeźbi w drewnie, robi artystyczną stolarkę, renowację starych mebli i ich repliki, a także wszystko, co się da - byle z drewna. Wiele jego rzeźb znajduje się w Kościele Niepokalanego Poczęcia Maryi w Nowym Dworze Gdańskim. Mieszka w Starogardzie Gdańskim. Barbara Marszałek ur. 1950 r., magister pedagogiki i studiów podyplomowych. Przez kilka lat pracowała jako instruktor teatralny w Żuławskim Ośrodku Kultury w Nowym Dworze Gdańskim. Była także dyrektorem tej placówki. Od 1986 roku zmienia zawód i zo-staje nauczycielką. Pracuje w Gimnazjum nr 1 aż do przejścia na emeryturę. Wiersze pisze od dawna, ale dopiero w lipcu 2012 roku ukazał się jej tomik „Płynę do Ciebie łódką”. W przygotowaniu kolejny, w którym znajdą się wiersze stare i zupełnie nowe. Stanisław Modrzewski - ur. 1956, wykładowca historii literatury brytyjskiej i teorii literatury na uniwersytecie Gdańskim. Od lat współpracuje ze szkołami wyższymi kształcącymi nauczycieli języka angielskiego w Gdańsku i swoim rodzinnym Elblągu, gdzie wykłada także historię literatury amerykańskiej. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Conradowskiego. Opublikował szkice o twórczości autora „Lorda Jima”, monografię „Autorska Noty o autorach 205 świadomość systemów a warsztat literacki Conrada” oraz zbiory opowiadań „Wielorzecze” „Gdzie tataraki, gdzie jerzyki”. Krąg jego zainteresowań badawczych obejmuje dwudziestowieczną prozę i poezję brytyjską w szczególności zaś obok Conrada, twórczość Grahama Greenea, Williama Empsona, Seamusa Heaneya oraz Petera Ackroyda i Grahama Swifta. Janusz Moździerz - absolwent ART w Olsztynie. Był nauczycielem w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym w Malborku. Debiutował jako laureat Ogólnopolskiego konkursu na prozę współczesną opowiadaniem „Gdziekolwiek jesteś” w Almanachu Wyd. „Iskry” na początku lat osiemdziesiątych. Publikował prozę i poezję w Tygodniku kulturalnym. Elbląskie Towarzystwo Kulturalne wydało mu arkusz poetycki pt. „Szare Tatuaże”. Jego opowiadania ukazywały się w Akcencie, Autografie, Tyglu i Toposie oraz w czasopismach regionalnych, a także w Polskim Radio w Szczecinie i Olsztynie. Wydał 3 zbiory opowiadań: „Krzyk kani” (1999), „Konik polny” (2006) i „Dzikie trawy” (2007). Mieszka w Malborku. Janusz Namenanik- ur. 1952 roku w Dzierzgoniu. Absolwent Akademii Pomorskiej w Słupsku. W latach 1982-2003 był nauczycielem fizyki w dzierzgońskich szkołach. Od 2003 roku na emeryturze. Autor licznych opracowań z zakresu dydaktyki fizyki, które w latach 1987 - 1993 publikowane były na łamach Fizyki w Szkole. Zdobył I miejsce w ogólnokrajowym konkursie na opracowanie dydaktyczne nt. Domowe zadania doświadczalne z fizyki. Od grudnia 2010 roku publikuje na łamach Dzierzgońskiego Informatora Samorządowego artykuły będące szkicami z dziejów Dzierzgonia. Obecnie mieszka w Lęborku. Wiesław Olszewski - ur.1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo - Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno - Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Współzałożyciel i Prezes Klubu Turystycznego PTTK w Nowym Dworze Gdańskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof. Janusz Ryszkowski - ur. 1955 w Opaleniu. Absolwent Filologii Polskiej UWM w Olsztynie. Wiatach 1984-2009 dziennikarz Wieczoru Wybrzeża, Wiadomości Elbląskich i Dziennika Bałtyckiego. Jako poeta debiutował w 1975 roku w Nowym Wyrazie, jako krytyk literacki trzy lata później na łamach Nowych Książek. Opublikował tomiki: „Wiersze” (1983), „Stan podgorączkowy” (nagroda im. Kazimiery Iłłakowiczówny na najlepszy książkowy debiut 1985 roku), „Płatny romans” „Prywatne śledztwo” (1992), „Do snu nie przemycisz domowych zapachów” (2001). Autor reportaży „Requiem dla hrabiego” (1997), „W podróży po ziemi sztumskiej” (2010), współautor albumów starych pocztówek oraz fotografii „Sztum-Stuhm” (2000) i „Odcienie szarości” (2003). Z Krystyną Błaszczyk - Ryszkow-ską przygotował antologię „Oko judasza” (2007), złożoną z prac literackich nadsyłanych od 1992 na Ogólnopolski Przegląd Sztuki Więziennej w Sztumie. Mieszka w Sztumie. Leszek Sarnowski - ur. 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii UG. Jako dziennikarz współpracowawał z Gazetą Wyborczą, Dziennikiem Bałtyckim, Radiem Gdańsk, Radiem Plus, TVP Olsztyn, TVP Gdańsk. Przewodniczący Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” w Sztumie w 1989 roku. Redaktor naczelny Sztumskiej Solidarności i Gazety Sztumskiej w latach 1989-93. Wydawca i redaktor książki „Od „Solidarności” do społeczeństwa obywatelskiego” (2005). Prezes Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmi- 206 Noty o autorach na” w Sztumie, pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika Prowincja. Obecnie dyrektor Departamentu Kultury Urzędu Miejskiego w Elblągu. Mieszka w Sztumie. Martyna Sarnowska - ur. 1987 w Sztumie. Studentka slawistyki (filologia chorwacka) Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Laureatka (wspólnie z Magdaleną Romanowską i Karolem Rozenbergiem) konkursu IPN i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego za pracę poświęconą historii „Solidarności” w Sztumie. Mieszka w Sztumie. Jacek Skrobisz - ur. w 1979 roku w Malborku. Z wykształcenia politolog, absolwent Podyplomowego Studium Dziennikarstwa i Szkoły Menedżerów na Uniwersytecie Gdańskim. Od 2004 roku dziennikarz Dziennika Bałtyckiego. Mariusz Stawarski - ur. 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz PWSSP w Gdańsku. Od 1990 roku mieszka i pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wy-stawienictwem i grafiką użytkową. Od 1986 roku zajmuje się malarstwem liryczno-grote-skowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach - Grand Prix Satyrykonu 1998, Secend Prize Istanbul - Turcja. Mieszka w Malborku. Zbigniew Stelmach - ur. 1955 r. Pochodzi z Ostrowi Mazowieckiej. Z zawodu pedagog, z zamiłowania poeta, pieśniarz. W latach 80 - tych mieszkał i pracował w Sztumie. Od ponad 20 lat mieszka w Kolonii, w Niemczech. Pracował jako pedagog w Domu Młodzieży Św. Michała w Leverkusen. Działacz Polsko - Niemieckiego Stowarzyszenia Twórców Sztuki, Kultury i Literatury „Kontakt” w Dortmundzie. Marek Stokowski - ur. 1957 r. w Warszawie. Absolwent Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Kustosz w Muzeum Zamkowym w Malborku. Prowadzi unikalne w skali kraju gry edukacyjne i przygodowe dla młodzieży i dorosłych. Autor książek beletrystycznych i edukacyjnych. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wydał m.in.- „Dzień nad ciemną rzeką” (1996), „Sny dla dorosłych i dla dzieci” (1998), „Legendy i opowieści zamku Malbork” (2002, 2005), „Krzyżacy, ich państwo i zamki” (2003), „Błazen” (2004), „Noc tajemnic” (2005), „Samo-loty” (2005), „Stroiciel lasu” (2010). Mieszka w Malborku.