Bank Spółdzielczy w Sztumie Tradycja Doświadczenie Nowoczesność SOMONINO® OSTASZEWO * ® PIENIĘŻNO &ELBLĄG KAŁDOWO $ ® MALBORK * ORNETA ® GODKOWO SZTUMU ® STARY TARG MIKOŁAJKI POMORSKIE ^ WWwJbsSZtUTTLpJ ■■■■■■■■■■■■■■■^■■■■■■■■■■■■■■■■■■■■■■■■■■■■^ Fobos contract packlng A manufacturing Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2012 roku” WOJEWÓDZKA BIBLIOTEKA PUBLICZNA im. Josepha Conrada Korzeniowskiego Pracownia Regionalna przegródka poczt. Nr 447 80-958 Gdańsk 50 tel. 301-48-11 do 14 w. 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 2 (8) 2012 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Okładka: Mariusz Stawarski Obrazy na okładce: Beata Białecka: Hodigitria (III str.), Dobry Pasterz (IV str.) Druk: Drukarnia W&P ul. Akacjowa 29, 82-200 Malbork Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10 tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Leszkowi Taborowi, burmistrzowi Sztumu Andrzejowi Rychłowskiemu, burmistrzowi Malborka Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Romanowi Pawłowskiemu, burmistrzowi Prabut Kazimierzowi Szewczunowi, burmistrzowi Dzierzgonia Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Kwidzyńskiemu Centrum Kultury Sztumskiemu Centrum Kultury Miejskiemu Domowi Kultury w Malborku Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim Stowarzyszeniu Inicjatywa Aktywny Malbork Stowarzyszeniu Malborskie Centrum Kwadrat www.marienburg.pl www.tvmalbork.pl Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Miejski Dom Kultury w Malborku Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim, ul. Kopernika 10 Księgarnia „Bestseller” w Sztumie, ul. Reja 13 Agencja Reklamowa „Aliem” Sławomira Michalika, Sztum ul. Galla Anonima 8 Sklep papiernicze - biurowy „Kopia!” w Malborku, ul. Żeromskiego 5 Księgarnia Idea Jz. w Nowym Dworze Gdańskim, pl. Wolności 11 Redakcja prowadzi również sprzedaż wysyłkową-zamówienia można składać pocztą elektroniczną na adres wydawcy. Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy - Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl SPIS TREŚCI Ósma „Prowincja”..........................................................5 Esej Krzysztof Czyżewski - Czas prowincji......................................6 Proza Andrzej Kasperek - Nocny jastrząb.........................................10 Janusz M. Moździerz - Cofka...............................................16 Tomasz Wandzel - Hycel....................................................22 Poezja Krzysztof Kuczkowski.....................................................29 Alfred Kohn...............................................................31 Marcin Włodarski..........................................................33 Iwona Skopińska...........................................................35 Jerzy Kosacz..............................................................37 Wędrówki po prowincji Justyna Liguz - Palcem po mapach dawnego Kwidzyna........................38 Aleksandra Turowska - Szlak rowerowy mennonitów czyli kreowanie tożsamości żuławskiej.................................48 Jacek Albrecht - Co dalej ze Szkołą Łacińską?............................57 Kordian Kuczma - Patroni naszych ulic (cz. 6) Wiebe, Steinbrecht, Flotwell............................................59 Wiesław Olszewski - Tajemnicza Złota Góra w Różewie.......................64 Andrzej Kasperek - Wódka gdańska, napój miły dla Polaka...................70 Agnieszka Jarzębska - „Ty byłaś mój początek i znów jestem z Tobą”. Miłosz i Żuławy.......................................................77 Jerzy Domino - Ginący świat wiatraków......................................84 50 lat Muzeum Stutthof w Sztutowie Anna Weronika Brzezińska - Naukowcy w Muzeum i o Muzeum..................90 Bartosz Stańda - Osadnicy.................................................92 Katarzyna Rybarczyk, Agnieszka Skowron - Dark tourism w Muzeum Stutthof? .. 94 Łukasz Posłuszny - Czas rzeźbi dalej......................................96 Bartosz Wiśniewski - Stara cegielnia w Sztutowie - od świetności do upadku.98 Na tropach historii Janusz Namenanik - Kościół Zesłania Ducha Świętego w Dzierzgoniu............101 Tomasz Agejczyk - Początki Zboru Baptystów w Malborku......................108 Janusz Ryszkowski - „Sprawa sztumska” na pierwszych stronach gazet w końcu XIX w...........................114 Łukasz Sobczak - „Polska kradnie ci konia i krowę” O propagandzie plebiscytowej.........................................121 Andrzej Wiłun - O poczcie i znaczkach podczas plebiscytu w 1920 r....131 Bożena Włodarczyk, Monika Tomkiewicz - Twierdza Malbork Losy mieszkańców w 1945 roku.........................................138 Prowincje dalekie i bliskie Maciej A. Grochowski - Augustowskie noce...................................151 Muzyka Wacław Bielecki - Wiosenne koncertowanie na Powiślu....................161 Plastyka Jarosław Denisiuk - Beata Białecka wobec sacrum............................163 Recenzje Wacław Bielecki - Nekropolie Pomorza.................................166 Andrzej Lubiński - Dawny Sztum gruntowanie przebadany................168 Marian Szarmach - Greckie zagadki....................................171 Janusz Ryszkowski - Notes krytyczny Rusina...........................172 Janusz Ryszkowski - Wspominki autochtona.............................173 Leszek Sarnowski - Oswajanie Żuław...................................174 Agnieszka Jarzębska - Jubileuszowa Borussia...........................176 Janusz Ryszkowski - Uważność Wieczór autorski Krzysztofa Kuczkowskiego............................179 Z przymrużeniem oka Maciej Kraiński - Tęgie pociąganie Dylemat unijny: Węgry czy Francja?...................................180 Marek Stokowski - Prowincjonalia...........................................182 Noty o autorach..............................................................187 5 ÓSMA „PROWINCJA” Kolejny numer naszego kwartalnika, rozpoczynamy esejem Krzysztofa Czyżewskiego, wybitnego animatora działań międzykulturowych, który wiele lat temu swoją prowincję odnalazł w Sejnach i Krasnogrudzie. To właśnie w Krasnogrudzie, na pograniczu polsko-litewskim, w dworze należącym niegdyś do rodziny Czesława Miłosza, powstało w ubiegłym roku Międzynarodowe Centrum Dialogu. Czyżewski zaprasza na prowincję, która jego zdaniem stwarza autentyczną możliwość poznawania świata, zachęca do pionierskiej aktywności i budowania pisząc: „Chciałbym, aby Polska stała się prowincją. Chciałbym, aby odkrywane w różnych regionach i zakamarkach Polski “nowe prowincje” zwyciężyły w niej ducha prowincjonalizmu”. Tropem Czyżewskiego podąża także Agnieszka Jarzębska, opisując ślady naszego wieszcza na Żuławach. W Drewnicy kilka tygodni temu upamiętniono mieszkającą tu po wojnie matkę Czesława Miłosza. Jednym z inicjatorów tego przedsięwzięcia był nasz redakcyjny kolega Andrzej Kasperek, którego kolejne opowiadanie publikujemy w tym numerze. Poza tym, polecamy opowiadanie Janusza Moździerza z Malborka i fragment najnowszej powieści Tomasza Wandzia z Prabut. Gościnnie publikujemy wiersze: Krzysztofa Kuczkowskiego, redaktora sopockiego kwartalnika „Topos”, Alfreda Kohna, przed laty dyrektora Sztumskiego Ośrodka Kultury, Jerzego Kosacza oraz dwojga debiutantów na naszych łamach - Iwony Skopińskiej i Marcina Włodarskiego. W wędrówkach po naszej prowincji Justyna Liguz oprowadza nas po starych mapach Kwidzyna, studentka z Poznania Aleksandra Turowska wiedzie nas szlakiem rowerowym mennonitów, Kordian Kuczma ulicami niemieckich patronów, Wiesław Olszewski odkrywa tajemnice złotej góry w Różewie, a Andrzej Kasperek wraca do tematu machandla i gdańskiej wódki. Miłośnicy lokalnej historii znajdą spora garść nieznanych faktów autorstwa Janusza Ryszkowskiego, Janusza Namenanika, Tomasza Agejczyka, Jacka Albrechta oraz dwa artykuły związane z plebiscytem na Powiślu autorstwa Łukasza Sobczaka i Andrzeja Wiłuna. W związku z 50-tą rocznicą powstania Muzeum Stutthof publikujemy kilka artykułów studentów i naukowców z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Bożena Włodarczyk i Monika Tomkiewicz z gdańskiego oddziału IPN prezentują wyniki swoich badań i śledztwa prowadzonego w sprawie odkrytych w Malborku masowych grobów z czasów ostatniej wojny. W dziale plastycznym prezentujemy sylwetkę i prace Beaty Białeckiej, absolwentki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, na co dzień mieszkanki Rodowa koło Prabut. Melomanii mogą zapoznać się z relacją z koncertu na Zamku w Malborku autorstwa Wacława Bieleckiego. Na koniec jak zwykle smakowite „Z przymrużeniem oka” pióra Marka Stokowskiego i żartobliwe porady Macieja Kraińskiego z Waplewa. Zapraszamy do lektury Redakcja 6 Esej Krzysztof Czyżewski CZAS PROWINCJI Polska jest prowincjonalna. Jesteśmy prowincjuszami, bo tak, a nie inaczej nazwaliśmy sobie świat po 1989 roku. To, że byliśmy jeszcze niedawno społeczeństwem wiejskim, że przeżyliśmy wielkie migracje ze wsi do miast, ze wschodu na zachód, że mieliśmy trudne dzieciństwo, że system komunistyczny zbankrutował, a kapitalistyczny okazał się zwycięski na rynku świata - to wszystko ma znaczenie dużo mniejsze niż nasz stosunek do tego, co było i co jest. Kimże bowiem jest prowincjusz? Człowiekiem, któremu miejsce zamieszkiwania przydaje kompleks niższości. Próbując wyleczyć się z niego, szuka swojego centrum gdzie indziej, niż przyszło mu żyć. I nie to jest groźne, że czerpie z obcych wzorów, że poznaje inny świat i go do swojego miejsca przyprowadza. Problem tkwi w tym, że swojego miejsca nie lubi, wstydzi się go, spycha w sferę skrytości (choćby nadrabiał miną wyzwolonego światowca), a co za tym idzie, nie zna go wystarczająco, nie potrafi dostrzec i wykorzystać drzemiącego w nim potencjału. Jest prowincjuszem, bo świat, który stworzył dla siebie, albo na który przystał, odbiera mu miejsce, w którym żyje. Tymczasem właśnie ta przestrzeń - ze swoim niepowtarzalnym pejzażem, splotem losów i doświadczeń, małością i marnością, tajemnicą i blaskiem - jest jego szansą wybicia się na nieprowincjonalność. Chciałbym, aby Polska stała się prowincją. Chciałbym, aby odkrywane w różnych regionach i zakamarkach Polski “nowe prowincje” zwyciężyły w niej ducha prowincjonalizmu. Zdaje się, że tylko one to potrafią. Tak jak to dzieje się w Nowym Jorku. W tym wielkim metropolis, które - jak prorokowało wielu - już dawno powinno pogrążyć się w śmiertelnych odmętach merkanty-lizmu, co chwila wyłania się nowa prowincja, gdzie budzi się życie. Długo rozmawiałem z Jona-sem Mekasem o tym, jak na przełomie lat 50. i 60., razem z Jurgisem Maciunasem i innymi tworzyli słynną dzisiaj nowojorską dzielnicę Soho. Nie mieli grosza przy duszy. Zagospodarowywali porzucony i zrujnowany, a przez to tani, skrawek miasta. Ale tym uchodźcom z wiejskich okolic Litwy, podobnie jak ich przyjacielowi Andy Warholowi, którego rodzice dotarli tutaj z karpackiej wioski, tego właśnie było potrzeba, by stworzyć nowe centrum światowej awangardy. Ich towarzysze, którzy poszli utartym torem - na Broadway czy do Hollywood - przepadli bez wieści. Dzisiaj Soho to już przeszłość. Łatwo daje się wyczuć, jak twórcze energie przenoszą się na Brooklyn albo objawiają na Bronxie. Zresztą nie trzeba ich szukać tylko w całych dzielnicach. Pióro Paula Austera, kamera Wayne Wanga i trochę tęsknoty za czymś innym niż mainstream wystarczyło, aby nowy świat powstał na rogu paru uliczek Brooklynu - świat z własnym mitem, filozofią życia, biznesem i sprawą, z którą można się utożsamić. Tym właśnie jest prowincja w moim rozumieniu - nową przestrzenią do zagospodarowania. Sama z siebie niewiele ma do zaoferowania. Dlatego ci, którzy od razu liczą na rozmaite profity, właściwie nie mają do niej przystępu. Do prowincji nie można przybyć “na gotowe”. Wszystko, co jest w niej do zrobienia, musi być budowane od początku. Wszystko, co może nam zaoferować, to ziemia leżąca odłogiem, spustoszenie albo dzikość, atmosfera zmierzchu i wyczekiwania. Można prowincję odnaleźć dla siebie w żywiole natury nie tkniętej cywilizacją, można na Krzysztof Czyżewski 7 ruinach i pozostałościach cywilizowanego świata, ale w jednym i drugim przypadku właściwa jej będzie dziewiczość, niepowtarzalny smak stawiania pierwszych kroków na dopiero co przecieranej ścieżce. O ich mocy i znaczeniu przekonają się dopiero ci, którzy - trzymając się kurczowo starego centrum - pozbawiają się udziału w tym, co pierwsze, i przybywają zawsze za późno. Siła początku, potrzeba zmiany, wychylenie ku nowemu - wszystko to sprawia, że prowincja jest przestrzenią otwartą. Zamiast wyczekiwać i narzekać na wiatr wiejący w oczy, warto docenić jej potencjał i wykorzystać właściwy moment, bo prowincja przyjmuje czujnych i wsłuchanych w puls życia. Jej dzieje to historia zaprzepaszczonych okazji i wykorzystanych szans. Zburzenie muru berlińskiego w 1989 roku otworzyło nowa przestrzeń do zagospodarowania. Nadszedł czas prowincji. Pojawiła się szansa wyruszenia w podróż, odkrycia nowych lądów, budowania od początku. Doświadczenia, na których opieram niniejsze refleksje, wiążą się z przygodą garstki ludzi wyrzuconych wydarzeniami “jesieni ludów” z siodła starego centrum, którzy wyruszyli w swoją podróż na Wschód i stworzyli w Sejnach na Suwalszczyźnie inicjatywę “Pogranicze”. Obok tych doświadczeń bardzo ważne dla moich rozważań są prace Marii Ja-nion, jej refleksja nad zanikającym paradygmatem romantycznym w kulturze polskiej i koncepcja Bildung. Janion i Żmigrodzka (we wspaniałej książce o Wędrówkach Wilhelma Meistra Goethego) przypominają, że Bildung, wywodzące się od pierwotnego “ciosać”, oznacza nadawanie kształtu, i znajdują dla niego polski odpowiednik w słowie “ukształcenie”. Właśnie o “ukształce-niu” myślałem, kiedy znalazłem się w Sejnach. Czas prowincji potrzebuje generacji pionierów, praktyków, ludzi z misją, choćby to śmiesznie i staroświecko dzisiaj brzmiało, bo wektor życiowych aspiracji zwrócony jest w przeciwną stronę - po szanse na karierę i lepsze jutro wędruje się na salony wielkiego centrum. By odnaleźć prowincje, nie trzeba jednak podróżować na odległe pogranicza ani też trzymać się koniecznie z dala od wielkich miast. Nowe prowincje odkrywane są dzisiaj na rynku we Wrocławiu, na Kazimierzu w Krakowie, na Pradze w Warszawie, na Żiźkovie w Pradze i na Zarzeczu w Wilnie. Wszędzie tam można znaleźć się u początku i na nowo zagospodarować przestrzeń, która czeka na odpieczętowanie i “ukształcenie”. Doświadczenie “Pogranicza” wiąże się z zagospodarowywaniem miejsca w dawnym kwartale żydowskim małego miasteczka o wielokulturowych tradycjach, w którym żyją Polacy i Litwini, miasteczka dźwigającego bagaż wszystkich tragedii, konfliktów, zniszczeń i ideologii XX wieku, z piękną okolicą (z osadami staroobrzędowców, a trochę dalej Ukraińców wysiedlonych tu w ramach akcji “Wisła”), w której napotkać można zarośnięte cmentarze żydowskie, ewangelickie, prawosławne, zrujnowane dwory i pałace, opustoszałe klasztory, mosty prowadzące donikąd, gościńce urywające się na granicy. Ta okolica płynnie przechodzi w przestrzeń Europy Środkowej, drugiej prowincji, którą dla siebie odkryliśmy, mocno zdewastowanej, pozostawionej na uboczu głównego biegu wydarzeń w świecie, pełnej tajemnic, nierozstrzygniętych spraw ciągnących się z przeszłości. Ciągle wydaje mi się, że istnieje tutaj grunt pod stworzenie całej cywilizacji, jakaś wielka szansa, która może zostać zaprzepaszczona, ale przecież nie musi. Bowiem przed mieszkańcami tych obszarów stoją ciągle niesamowite wyzwania - ujarzmienie całego splotu problemów przenikających się kultur, małych narodów, niepewnych granic, uporanie się z dziedzictwem ideologii nacjonalistycznej i komunistycznej, odnalezienie dla siebie nowego kształtu i własnej tożsamości. Trochę to przypomina sytuację formowania się cywilizacji chińskiej, zrodzonej w dorzeczu Żółtej Rzeki, o której Arnold Toynbee pisał, że „powstała jako konieczność opanowania i ujarzmienia nieobliczalnej i trudnej rzeki”. 8 Esej Wyruszając w 1989 roku w drogę, zanotowałem sobie takie zdanie z Prywatnych obowiązków Czesława Miłosza: "Jako polski pisarz, niemrawością i nietrzeźwością przyciśnięty do muru, nie mam wielkiego wyboru: albo objawiam się jako naśladowca i podrabiacz zachodnich stylów, albo jako istota rozumniejsza i trzeźwiejsza niź mój zachodni rywal". Żeby nie było niejasności - ów “zachodni rywal” był i jest moim partnerem w wielu ważnych sprawach, także w sprawie integracji europejskiej, ale pozostaje rywalem w procesie wyzwalania się z prowincjonalności. Wiem, że muszę z nim stoczyć walkę. Dlaczego czas prowincji nastał wraz z 1989 rokiem? Czy wcześniej odkrywanie i zagospodarowywanie prowincji nie było możliwe? Obawiam się, że w tym sensie, w jakim rozumiem te słowa, nie dało się tego zrobić. Była prowincja wspaniale odkrywana przez reporterów, przez Ryszarda Kapuścińskiego w Buszu po polsku czy środowisko białostockich “Kontrastów”. Wiedza w ten sposób zdobywana, często bardzo krytyczna i potrzebna, dotyczyła systemu, w którym żyliśmy, ale nie przyczyniała się do budowania nowej prowincji. Na to aparat władzy reżimowej nie zezwalał. W warunkach tamtej rzeczywistości można było tworzyć azyle, podziemia i rodzaj “życia na wyspach”. Ale prowincja, o której piszę, nie jest wyspą oddaloną od świata. Mam wrażenie, że wielu ludzi myśli o prowincji właśnie jako o spokojnej i odizolowanej od świata oazie, w której można się zaszyć, uciekając od udręk charakterystycznych ponoć dla życia w centrum. Tymczasem dopiero prowincja stwarza autentyczną możliwość penetrowania świata i jego współtworzenia, o czym można się było przekonać po upadku systemu komunistycznego. To, co rzeczywiste, stało się znów osiągalne. Już nie tylko poprzez idees generales intelektualistów, ale także poprzez praktykę zanurzoną w strumieniu życia konkretnej społeczności. Tego najbardziej nam brakowało - wolnego aktu czynienia, korzeniami tkwiącego w życiu wspólnoty i rozwijającego się w ciągłym z nią dialogu. Działając w Sejnach, byliśmy podawani do sądu za “nieprawomyślne” publikacje, atakowano nas w prasie, z krytyką występował ten lub ów polityk, ktoś nas zwalczał z powodów ideowych lub zwykłej ludzkiej zawiści, ale wszystko to marną stanowiło przeszkodę wobec dynamiki organicznej pracy. Kontakt z młodymi ludźmi, dialog międzypokoleniowy, praca nad odbudową pamięci, tożsamości małych ojczyzn, etosu pogranicza, i zerwanych mostów w Europie Środkowej, a wreszcie walka z “zachodnimi rywalami” o własną oryginalność skutecznie leczyły nas ze strachu, że zduszą nas kleszcze jakiejś ideologii. Nie było czasu na zastanawianie się, czy jesteśmy w centrum czy na peryferiach. Nie było izolacji artystów, którzy żyjąc w “alternatywie” czy też w “swoim świecie” od czasu do czasu pokazują ludziom przedstawienie, koncert czy wystawę. Była kultura oparta na uczestnictwie i współtworzeniu, zaangażowana społecznie i łącząca pracę artystyczną z szerokim programem edukacyjnym. Była praktyka wciąż dostosowująca się do rzeczywistych problemów spotykanych na pograniczu i trwająca nie dzień, dwa, ale miesiąc, rok, wiele lat. W naszej historii ostatnich stuleci, wstrząsanej nagłymi zrywami, zwycięstwami trwającymi krótko i klęskami dłużącymi się w nieskończoność, takie przedarcie się do pasma długiego trwania, choćby było zaczątkiem jedynie, bez żadnych gwarancji na daleką przyszłość, jest już czymś niezwykłym. Prowincja zagospodarowywana wolnym aktem czynienia otwiera nową perspektywę, w której życie i świat wartości określa język praktyki. Tradycja pozytywizmu, organicznikowska, nabiera nowego znaczenia. Czyż nie stanowi to szansy zaistnienia u nas w nowej postaci Prowincji Pedagogicznej Goethego czy Kastalii Hermanna Hessego? W Europie Środkowej pora nam powrócić do Bildung. Trudno byłoby mi znaleźć pojęcie bardziej odpowiadające duchowi czasu prowincji i precyzyjniej odnoszące się do wyzwań, które czas ten przed nami stawia. Krzysztof Czyżewski 9 Podróżując do Sejn, docieraliśmy do miejsca, które pełne było nierozstrzygniętych spraw z przeszłości, konfliktów, tematów tabu. Starając się zbliżyć do rzeczywistości, musieliśmy ciągle odwoływać się do pamięci, która okazała się niezbywalną częścią współczesnego świata. Nie tworzyliśmy wszak muzeum ani skansenu. Pracowaliśmy z młodymi nad nowym kształtem przyszłości i swoim własnym miejscem w Europie. I im bardziej odpieczętowywałiśmy to miejsce, tym więcej my - współuczestnicy tej pracy, dzieci, ich rodzice i dziadkowie - mieliśmy miłości i zrozumienia dla ludzi, którzy tu żyli, i dla ziemi, która ich przygarnęła. Pewnie, że nie obywa się to bez bólu, że niektóre urazy i napięcia w dalszym ciągu pozostają. Zajmowaliśmy się jednak - jak zauważył w swoim słowie o “Pograniczu” Czesław Miłosz - tym, “co w naszej części Europy jest szczegółowe, konkretne, bolesne, a zarazem życiodajne”. Aby było życiodajne, musieliśmy pozostawać na miejscu i zbliżyć się do rzeczywistości w perspektywie długiego trwania. Trzeba było odkryć tam dla siebie prowincje. "Świat musi zostać zromantyzowany. W ten sposób odnajduje pierwotny sens. Romantyzowanie to jakościowe potęgowanie. W działaniu tym niższe »ja« utożsamia się z lepszym »ja«. Tak jak my sami jesteśmy takim jakościowym spotęgowaniem. (...) Nadając rzeczom pospolitym wyższy sens, zwykłym - tajemniczy wygłąd, znanym - godność rzeczy nieznanych, skończonym - pozór nieskończoności - romantyzuje je”. Czytam ten fragment Uczniów z Sais Novalisa, niejeden raz przywoływany przez Marię Janion, i dziwię się, jak współczesne jest jego brzmienie, jak żywo rezo-nuje z tym, co starałem się powiedzieć o prowincji. Trudno nie dopatrzyć się w tym, co napisałem - o tradycjach Bildung i organicznikowskiej, o więzi z przeszłością i wadze pamięci, o docieraniu do początku i zagospodarowywaniu nowych prowincji - rysu romantycznego. Tylko czy to wystarczy, aby mówić o ciągłości paradygmatu romantycznego, o jego kontynuacji? Ilu takich praktyków prowincji można by dzisiaj znaleźć? Pewnie nie aż tylu, aby można mówić o tym jako o zjawisku kształtującym dzisiejszą rzeczywistość. Nie daje mi jednak spokoju myśl, że gdyby ich było więcej (co nie jest wykluczone w perspektywie naszego środkowoeuropejskiego eman-cypowania się), pojawiłoby się kolejne autentyczne ogniwo tradycji romantycznej, rozumianej nie jako desperacki zryw, ale jako ukształcenie nowej prowincji, która wyłoniła się po 1989 roku. Dlaczego czas prowincji tak silnie związany jest z romantyzmem? Pamiętam siebie, małego chłopca stojącego na lekcji wychowania fizycznego przed wysoko zawieszoną poprzeczką do skoku wzwyż. Trudno mi było nawet wyobrazić sobie, że ją pokonam. I usłyszałem zapowiedź nauczyciela: “A teraz skacze mały ciałem, ale wielki duchem”. Jakbym usłyszał Novalisa: “Nadając rzeczom pospolitym wyższy sens”. Ktokolwiek osobiście próbował zmierzyć się z przestrzenią prowincji, wie, o czym mówię. Wie też, dlaczego pozostaje mi tylko wzruszyć ramionami, gdy słyszę głosy mówiące o anachronizmie postawy romantycznej, która rzekomo nie przysta-je do współczesności. Maria Janion, autorka książki Do Europy tak, ale tylko z naszymi zmarłymi, wytyczyła drogę kontynuacji tradycji romantycznej, przeciwstawiając się niepamięci i obojętności młodych pokoleń (nieczułych na tragizm historii, który dotknął ich przodków). Drogą tą musi także podążać odkrywca prowincji. Jego praktyka jednak wkracza w inną przestrzeń niż cmentarz, obszar kresu i wyczerpania. Pamiętając, żyje on w wymiarze początku, nowego kształtowania, dynamicznego przecierania ścieżki w przyszłość - w przestrzeni prowincji. Mam nadzieję, że nikt nie zarzuci mi wstecznictwa oraz zamiaru izolowania się od świata, Europy i centrum. Przebudzenie do życia nowej prowincji jest pracą wykonaną nad “jakościowym spotęgowaniem” centrum, a także szansą uchronienia owego centrum przed prowincjonalizmem. 10 Proza Andrzej Kasperek NOCNY JASTRZĄB „Poza tym łydki jego mięsiste i wydatne, zarówno jak długi graniasty nos, zwiastowały przymioty moralne (...) które potwierdzała szeroka i naiwna twarz poczciwca. Wyglądał na solidnie zbudowaną bestię, zdolną włożyć cała swoja inteligencję w uczucie.” Honore Balzac Ojciec Goriot, przeł. Tadeusz Boy-Żeleński Andrzej Kasperek 11 Te dziewięćdziesiąt minut obowiązkowych zajęć z filozofii marksistowskiej i teorii rozwoju społecznego to była cotygodniowa udręka. Trybut spłacany socjalistycznemu państwu za łaskę bezpłatnej edukacji. Prowadził je docent G. Starsze roczniki pytane ° radę, jak przeżyć tę opresję, wymigiwały się jakimś zdawkowym stwierdzeniem: „Docenta docenta!” Już niegramatyczne użycie czasownika nakazywało ostrożność. G., niestety w pełni zasłużył na lekceważącą opinię. Jaki tam z niego był marcowy docent? Zastanawiało nas, jak zrobił magisterium? Skąd się wzięły przed jego nazwiskiem dwie literki: dr? Jego zasób wiedzy, tudzież sposób wysławiania, zdradzał absolwenta WUML -u, czyli Wieczorowego Uniwersytetu Marksizmu-Leninizmu. Dla nas miało to wymiar jakiejś choroby psychicznej, rozdwojenia jaźni. Bo jak to tak - umyć ręce pastą BHP, aby starannie usunąć ślady kleju/farby po rozlepianiu/drukowaniu ulotek Wolnych Związków Zawodowych/Studenckiego Komitetu Solidarności i spokojnie pójść na wykład doc. G., który udowadniał wyższość filozofii marksistowskiej nad filozofią zachodnią. Nie nazywał już co prawda Bertranda Russela „wodzirejem współczesnego idealizmu i wojującym ideologiem imperializmu”, jak nakazywał Krótki słownik filozoficzny pod redakcją M. Rozentala i P. Judina, za to wytwory myśli niemieckiego filozofa z Trewiru były dla niego najwyższą formą „umiłowania mądrości” na tej planecie. Nie było jeszcze wolnych sobót, ale zajęcia kończyły się wcześniej. Po obiedzie uczelnia pustoszała. Była wczesna wiosna, od morza wiała ciepła bryza. Zdecydowaliśmy się na rozpoczęcie sezonu. Po wypiciu piwa w Jelitkowie poczłapaliśmy do Sopotu. Wiatr rozwiewał poły naszych porozpinanych zimowych kurtek, łopotał szalikami. Powoli wywiewał z naszych głów teorie boskiego Karla Marxa. Nie podzielaliśmy zachwytów nad niłodym Marksem, nie chciało nam się czytać 18 brumairea Ludwika Bonaparte, choć tytuł się nam podobał. Nie potrafiliśmy zagłębiać się w odmęty współczesnych komentatorów jego myśli z „Woprosów fiłosofii”. Nie trawiliśmy też artykułów Louisa Althus-sera, który niedawno udusił swą żonę i siedział w domu wariatów. Marek powiedział złośliwie: „Widzisz, jak to się kończy!?” Był właśnie po lekturze biografii Stalina i stosunek generalissimusa do żony, Nadieżdy Alliłujewej, wydawał mu się komunistyczną normą. Wyszliśmy koło sopockiego mola i wessały nas trzewia pawilonu stojącego blisko plaży. Był to monstrualny szklak noszący dumną nazwę „Zagłoba” (a może inną, już nie pa-miętam). Usytuowany przy końcu Mońciaka nie próbował niczego udawać. Może jeszcze w sezonie resztką sił starał się robić za jadłodajnię, ale przez pozostałe miesiące był tylko podłą knajpą, nieledwie mordownią. Jego swojskie klimaty przyciągały tych, dla których niedostępny był sopocki Parnas: „Złoty Ul”, „Spatif”, a nawet pod „Pod Strzechą”. Nas skusił przede wszystkim niską ceną piwa. Światowe życie Sopotów, jak niektórzy uparcie powtarzali dawną nazwę miasta, było czymś z pogranicza legendy. Nieremontowane od dziesięcioleci fasady kamienic sypały się, farba łuszczyła a neony nie świeciły. Blichtr festiwalu w Operze Leśnej był tyle wart, ile przepalone żarówki w napisie FESTIWAL INTERWIZJI. A zresztą pokażcie mi kurort, który przed sezonem (lub po nim) wygląda świetnie. Nas to zresztą wcale nie ob- 12 Nocny jastrząb chodziło. Liczyło się to, że było piwo. Chwilę szukaliśmy wolnego stolika. Sączyliśmy napój z kufla o wątpliwej czystości i rozglądaliśmy się. Przy sąsiednim stoliku siedzieli marynarze. Przepustka się kończyła, siły były, ale pewnie środków płatniczych z lichego żołdu zaczynało brakować. Pili łapczywie, jakby koniecznie chcieli się nałoić i szybkość opróżnianych kufli miała w tym pomóc. Napój bryzgał na ich czarne sukienne kurty, które wchłaniały piwo niczym bibuła. Dalej siedział Peter Konfederat, zarośnięte zwaliste chłopisko w filcowym kapeluszu na głowie. Uważał się za poetę i artystę życia. I może miał trochę racji. Ubarwiał ten szary pejzaż, w którym po marzeniach trupy biegły. O którym można powiedzieć za słowami pewnej piosenki: „Cest la vie - cały twój Paryż z pocztówek i mgły Cest la vie - cały twój Paryż dwie drogi na krzyż Knajpa, kościół, widok z mostu knajpa, kościół i ten bruk - ideał nie tknął go...” Konfederat oraz Parasolnik i George Canada (a może po prostu Dżordż Kanada) byli miejscowymi wariatami. Na szczęście nieszkodliwymi. Budowali sopocki folklor a całe miasto traktowało ich z wielką estymą, jako swoich jurodiwych. Niektórzy wierzyli pewnie, że w tym kraju trzeba stać się głupim, by posiąść mądrość. Ale dziś Peter opity zupą chmielową był już tylko żulem odcinającym kupony od swej legendy i czekającym na darmowe piwo od swych fanów lub przyjezdnych naiwniaków. Obok ktoś mówił z kresowym zaśpiewem. Siedziała tam grupka facetów w sile wieku, którzy pewnie witali krewniaka zza Buga. Opowiadał o swym życiu w kołchozie na Żytomierszczyźnie. Wystarczyło przejść kilka ulic i gdzieniegdzie można było odnaleźć domki repatriantów, czy raczej ekspatriantów. Bo pewnie za takich się uważali. Wyglądały jakby je przeniesiono z Zaosia czy Świętobrości. Brakowało tylko strzech i suszących się na płocie glinianych garnków. Drzwi się otworzyły i weszła stara kobieta. Ciągle jeszcze, mimo dziesięcioleci spędzonych w mieście, ubierała się z wiejska; wystrojona była w wełnianą chustę, zawiązaną na piersiach. „Toć chodźcie już do domu. Dwa razy babka Anastazja krupnik odgrzewała!” Z wielką cierpliwością próbowała ich przekonać, żeby skończyli z opilstwem i wrócili. Mężczyźni okazali się potulni. Jeden co prawda próbował odcinać się śmiałym „Matka da spokój!” Ale został rychło zmitygowany: „Jak się smarku do matki odzywasz? Niech wujenka ciutkę, ciuteczkę zaczeka, ino piwo dopi-jem”. Oni ciągle jeszcze pamiętali, że grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą. A „smarkul” miał na oko około pięćdziesiątki. Nagle Marek schylił się i zanurkował pod stół. Pomyślałem, że fajki mu spadły. „Znalazłeś?” - spytałem. Podniósł się, ale starał się być odwrócony do drzwi. „G.” - wyszeptał. Dopiero teraz zobaczyłem, że wszedł docent. Mieliśmy pecha. Znaliśmy pełne grozy opowieści starszych roczników. Kiedyś „stare ciotki” z Zakładu Metodyki zobaczyły w jelitkowskim ogródku piwnym, jak zamiast pisać dziennik praktyki pedagogicznej, Andrzej Kasperek 13 pewien dzielny student osuszał butelkę o charakterystycznym kształcie. Skończyło się źle, bo nieborak musiał powtarzać rok. Wychowane według zasad wypisanych na harcerskiej lilijce - Ojczyzna, Nauka, Cnota - nie mogły znieść widoku studenta polonistyki, przyszłego nauczyciela, pijącego piwo. Szans na zaliczenie przedmiotu nie miał żadnych. Za wszelką cenę pragnęliśmy uniknąć spotkania z naszym wykładowcą, bo chociaż byliśmy pełnoletni, to chyba jeszcze myśleliśmy kategoriami licealistów, ściganych za wejście do kawiarni. Jak na złość G. zmierzał w naszą stronę. Szedł prosto do stolika matrosów. Spotkanie było nieuniknione. Chyba jednak nas nie dostrzegł. Był już nieco wcięty. Uśmiechał się szeroko do młodych chłopaków ostrzyżonych na przepisową zapałkę. Białe paski na wykładanym kołnierzu miały dziwną moc przyciągania. Szurnął nogami, stuknął przepisowo i złączywszy pięty nieco się zachybotał. „Czy panowie pozwolą się przysiąść?” - spytał, jakby dopiero co skończył zajęcia z regulaminu Marynarki Wojennej a nie z marksizmu. „Może doniosę piwka?” „A pewnie!” - odpowiedzieli ochoczo. Stało się. Co robić - dopić i spadać, czy zostać. Gdy wracał niosąc trzy poka-le nasze spojrzenia się zderzyły. „Dobry wieczór!” - wymamrotaliśmy grzecznie. Trochę się zjeżył, pewnie nie chcial spotkać tu nikogo znajomego. Choć jego zdawkowe odezwanie „Dobry...” i niepewna mina pokazywały, że chyba nie bardzo nas rozpoznaje. Postawił piwo i zaczął rozmowę. Nie przypominało to w niczym suchego i nudnego wykładu, którym raczył nas co tydzień. Był jak tokujący głuszec, jak bażant, co jak leci na śmierć, to tak się wypręży i tak pazurami drapie, tak tupie... Ani chybi była to pieśń godowa. Zamurowało nas. On się do nich zabierał. Był pede... pede... Pedałem. Żadnej mnej nazwy na tę formę seksualności nie znaliśmy. Ale, ale... Mówiło się przecież jeszcze pedryl i ciota. Wersji neutralnych nie było. Marynarze chyba byli ucieszeni, że znalazł się jeleń, który stawia im piwo za piwem. Docent sprytnie udawał, że chce się z nimi zaprzyjaźnić, pobratać, stowarzyszyć. Opowiadał o swej służbie wojskowej, o poligonach, o nagrodach zdobywanych za strzelanie, o przełożonych przychodzących do niego po radę. Słuchali go z zainteresowaniem, tak, jak się słucha wujka lub sąsiada, który wrócił z zagranicy. A on wyraźnie ich czarował 1 emablował. Szczególnie umizgał się do tego wyższego, jasnego blondyna. Nadskakiwał Hau, częstował camelami, przypalał papierosa swoim ronsonem. Oczy mu błyszczały. Był Podniecony i głos drżał mu z lekka, ale krył się z podnieceniem. Starał się tego nie okazywać. Nie pił tyle, ile kompani u stołu. Alkohol służył mu tylko dla dodania sobie kurażu. Starał się mieć kontrolę nad sytuacją. Był jak myśliwy. Przy kolejnym kursie od bufetu do stolika omiótł nas wzrokiem i jakby zaskoczył, Przypomniał sobie: „A panowie studiują na UG! Byliście dziś na wykładzie. Zapraszam!” Po co to zrobił? Może uznał, ze skoro już nas rozpoznał, to trzeba studentów jakoś zneutralizować, żeby nie rozgadywali Bóg wie czego. Można to zrobić przez pijacką sztamę. Czy był sens dosiadać się do stolika tego faceta? Przecież uważaliśmy go za kutasa. Mimo tego przysunęliśmy się ze stołkami. Tak się czasami zdarza, że człowiek jest w nastroju nieprzysiadalnym. Ale tego wieczoru byliśmy w przysiadalnym. 14 Nocny jastrząb Skorzystał na tym, bo dzięki nam zaimponował swym towarzyszom. Odnosiliśmy się do niego z szacunkiem i tytułowaliśmy go „panie doceńcie”. Szweje byli już mocno wcięci i walili mu na ty. Nocny łowca przystąpił do decydującego ataku - zaproponował, żeby skończyć z tym piwskiem i pojechać do jego mieszkania, gdzie ma wódeczkę. Kusił, że jest to niedaleko, na Żabiance. „Panów, oczywiście też zapraszam!” - dodał głośno. „Będę was deprawował!” - zachichotał obleśnie. „Co, co będziesz... Czesiek? Czesiula, co ty będziesz robił?” - wybełkotał adonis z MW. I znowu zamiast odmówić, zapakowaliśmy się z G. i pijanymi wojakami do taryfy. Tak, jakby działała siła ciężkości i newtonowskie jabłko musiało spaść na ziemię. Cholerna grawitacja. Nieraz tak się działo. Jak wtedy, gdy jako podrostek jechałem na koniu. Miałem nim kierować, żeby ojcu lżej się radliło ziemniaki. Mógł wtedy skupić się na tym, żeby radliny były równe i aby wszystkie bulwy dobrze okryć ziemią. Jechałem na oklep, patrzyłem przed siebie na kępę drzew, zwaną Olszynki. Koń był spokojny i zamiast złapać się jeg° grzywy r?ce trzymałem na kolanach. Poczułem, że zaczynam się wolno zsuwać. Początkowo nie myślałem, czym to może grozić, ale po chwili już wiedziałem, że spadnę. Dlaczego nie chwyciłem za końskie włosie. Przecież bez wysiłku mógłbym się podciągnąć i poprawić swą pozycję. Nic nie zrobiłem. Wiedziałem, że spadnę i nie chciało mi się tego powstrzymać. Wiedziałem też, że nic groźnego się nie stanie - ziemia była świeżo wzruszona i miękka, koń stąpał wolno. Chciałem zobaczyć, jak się spada. Chciałem to poczuć... „Czemu się nie trzymałeś?” - spytał ojciec. Nie był zły, patrzył na mnie z niedowierzaniem. Pewnie myślał: „Co to za odmieniec ten chłopak?” Coś wymamrotałem, wziąłem lejce i poprowadziłem konia idąc sąsiednią bruzdą. Jak miałem mu wytłumaczyć, do czego był mi potrzebny ten upadek? Teraz też wiedziałem, że może się to skończyć upadkiem, ale z uporem brnęłem w tę nieciekawą sytuację. Domyślałem się przecież, w jakim kierunku to zmierza. Miałem świadomość, że powinniśmy się ewakuować, ale coś mnie ciągnęło dalej... Kawalerka naukowca marksisty była skromna. Tapczan, ława, regał z książkami. Obejrzałem je z nawyku. Przeważała klasyka rosyjska w tanich wydaniach z lat pięćdziesiątych, kilkanaście tomów Lenina, Marks i Bolszaja Sowietskaja Encykłopedija w kilkudziesięciu zaczytanych (sic!) tomach. Ani śladu zadbania, żadnego kwiatka, kretonowe firanki i wyblakła reprodukcja Słoneczników van Gogha. Wręcz ascetycznie, jak przystało na miłośnika komunizmu. G. szybko postawił butelkę żytniej i kieliszki, zakąski nie przewidział. Rozsiadł się wygodnie, aż prawie się zapadł na wysiedzianym tapczanie. Nogawki jego spodni się zawinęły, skarpety były zwałkowane i odsłoniły się owłosione łydy. Porastająca je szczecina była siwa, taka sama, jak na jego głowie. Łydki były mięsiste i wydatne. Przypomniałem sobie zadziwiający cytat z Ojca Goriot. Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak można po łydkach oceniać przymioty moralne? A może Honore de Balzac był prekursorem antropometrii? Może wyprzedził słynnego Lombroso? Czy łydki docenta zawierały jakąś informację na temat jego moralności albo niemoralności? Andrzej Kasperek 15 Wszystko to furda! Docent z premedytacją rasowego drapieżnika zmierzał do finału. Wódka wyraźnie go podochociła i jakby tracił panowanie nad swymi popędami. Twarz mu spurpurowiała. Chyba zapomniał o naszej obecności albo uznał, że wcale nie musi się już kryć... Położył rękę na udzie blondyna. Marynarz próbował go odepchnąć, ale robił to bez przekonania. Jakby przeganiał natrętną muchę. Był jak otępiały. Podniecony docent wędrował z ręką coraz wyżej. Już był w ogródku, już witał się z gąską... Pło-naJ Spalał się! Drugi marynarz zmożony zbyt szybkim tempem konsumpcji zaległ na fotelu. W jednostce pewnie na nich czekali i szykował im się zakaz opuszczania miejsca zakwaterowania. Ale teraz o tym nie myśleli. Za to ja pomyślałem, co my tu w ogóle robimy? Ten typ doświadczeń cielesnych był nam nieznany i takim miał pozostać. Choć czasem w akademiku odwiedzał nas kumpel Marka, który choć żonaty, to zdradzał podobne inklinacje. Tyle, że u niego kończyło się na powłóczystych spojrzeniach i nerwowym oblizy-waniu ust. Chcieliśmy wyjść po angielsku, ale śpiący marynarz nagle zaczął wymiotować. Wyrzucał z siebie potoki rzygowin, cuchnące jak gnojówka fragmenty niestrawionej kiełbasy czy innej treści pokarmowej. Zdenerwowany docent oderwał się na chwilę od swego obiektu pożądania. Wyraźnie był w rozterce - nie wiedział, czy ma poniechać kare-sów i zająć się czynnościami porządkowymi, czy jednak zatracić się w uwodzeniu. Ryzykował utratą trofeum. Szczęście, które wydawało się tak już bliskie nagle oddaliło się za sprawą tego łachudry, chomąta i wołu, który niestrudzenie womitował. Gdzie tam, on po prostu ordynarnie rzygał i końca tego nie było widać. Lśniący paw pokrywał go jak lukier. Nieustanne erupcje wyrzucały nowe pokłady błyszczącej mazi. Jej nadmiar spłycał na klepki podłogi. Skąd się w człowieku tyle tego bierze? Nagle drzwi się otworzyły i mimo późnej pory wszedł facet w bonżurce. Udał, że nie dostrzega nic dziwnego w tym materii pomieszaniu i zwracając się do G. powiedział: wChciałem, panu koledze przypomnieć, że jutro jest niedziela czynu partyjnego. Zbiórka przy ogródkach działkowych koło naszego fakultieta, znaczy się Wydziału Humanistycznego. Dobranoc.” Zadowolony z siebie wyszedł nucąc wesoło: Nie była to dziewczynka, lecz chłopię, jak malinka. Co się nosiło z szykiem -z czerwonym kutasikiem! A doceńcik czynił czasem gomorkę ze sodomką. [Wykorzystałem fragmenty piosenek: Taki pejzaż, Cest la vie, Bażant i kura, Bez ciebie, Kapturek 62 oraz Biblii, Pana Tadeusza, Ferdydurke, bajki Lis i kozioł oraz wiersza Nie-przysiadalność] 16 Cofka Janusz M. Moździerz COFKA Zyguś w zasadzie nie pił - on chlał. Nałóg prawdziwy. Najlepszy z całej paczki. Z gęby mu cuchnęło na okrągło, jak ze starego parowozu przed generalnym remontem. Właściwie chyba nieco mniej. Zresztą nie bez dania racji; w końcu był starszym synem kolejarza z sekcji ruchu - więc miał prawo, a nawet obowiązek zaglądać, gdzie każdy porządny ruchowiec musiał wcześniej czy później spojrzeć głębiej... Rzeczywiście; nigdy nie próżnował - jeśli zapytać o gardło. Chlał na umór. Dokładnie i codziennie. A rano nikt by się nie domyślił, że facet spędził poprzedni dzień na wielogodzinnej popijawie. W dodatku w pojedynkę. Nawet bez towarzysza w lustrze, zresztą od dawna pękniętym nierównomiernie - co nie dziwi akuratnie w przypadku tanich patrzydeł ani trochę - lekko po skosie od górnego prawego rogu ku dolnemu środkowi, tuż przy złoconej ramie rozchodzącymi się w przeciwnych kierunkach rysami. Gwoli prawdy nie patrzył już w tę stronę od dawna; przestał się golić, zanim lustro dostało od niego w twarz: pięścią z lekkiego odmachu, w chwili gdy zauważył pierwsze pęknięte żyłki wokół nosa. Zwiastun chylenia się bez szansy na pełny wyprost... Wtedy nie wiedzieć czemu coś skojarzył w otępiałym umyśle: „każda piczka pachnie zużytą spermą”, ale po kilku dniach, w przypływie lepszego humoru, uzupełnił: „ale młode nie wszystkie, czasem czuć je perfumem...” Tym perfumem szafował bardzo rzadko. Zresztą nieczęsto wyrażał się o kobietach i ich przymiotach; w gruncie rzeczy był to dla niego temat bardzo odległy i nawet nieco zawstydzający. Zygi nie był fajtłapą życiowym i nie brakowało mu też swoistej elegancji, chociaż nosił się licho i nie przywiązywał wagi do aktualnie obowiązujących ubiorów ani niezwyczajnych kobiecych obyczajów. On kochał chlać. Ale umiał też ostro, choć dwuznacznie powiedzieć: „To dobra dziewczyna, chociaż kurwa pierwszej wody; ale nie bierze drogo za usługę.." Czasami nadmiar wódy mieszał mu w głowie zbytnio i miewał przywidzenia niekoniecznie sympatyczne - dla kobiet szczególnie. Wyłącznie w wieku tartacznym - jak niekiedy określał dziewczyny do łatwego wzięcia. Cenił gruntowne zasady w niektórych kwestiach. Ot, dla przykładu; obchodził szerokim łukiem zjawisko, które na własny użytek określał mianem bezpieczeństwa życiowego, tak powszechne w praktycznym użytkowaniu przez większość pobratymców. Potocznie mówił o tej przypadłości: średniactwo niemożebne - z dostatecznie widocznym naciskiem w głosie na niemożebne. W ogóle określnik „niemożebne” uważał za swego rodzaju kod dla niejednej igraszki losu, jakie jednak stawały się zbyt często jego udziałem, nie zawsze w pełni uświadamiane z racji nadużywania alkoholu wysoko procentowego lub - jak kto woli - permanentnej nietrzeźwości zdecydowanej... Niekiedy przypominał sobie stare ojcowskie określenie: sprostaczenie..., ale czynił to nader rzadko. Choć nie był całkowicie pozbawiony instynktu samozachowawczego i wiedział, gdzie tkwi istota jego osamotnienia. Dobrowolnego, a nawet pełnego zadowolenia z dokonanego wyboru. Miał chłop jedną słabostkę, której się zresztą zupełnie nie wstydził: łowienie grubych ryb. Wcale nie w przenośni, choć jako człowiek wykształcony, zatem i nieźle oczytany - Janusz M. Moździerz 17 w odległym czasie — coś tam jeszcze kojarzył ze sztuki Bałuckiego — zapomnianej zupełnie przez pobratymców... Zyguś zawzięcie spinningowa!. Jeśli znalazł w sobie dość siły, by dotrzeć na upatrzone łowisko, zanim zabierana na taką okazję piersiówka otrzymana przed laty w imieninowym praktycznym i trafionym w dziesiątkę prezencie od starszego brata — z metalowym mieniącym się lekko przy tartym mosiężnym pobłyskiem kieliszkiem mieszczącym równą pięćdziesiątkę — nie pokazała dna. Bowiem zakole leniwej rzeki w którym zazwyczaj rozpoczynał serię rzutów stosując niezmiennie blachy wahadłowe — dla obrotó-wek nigdy nie miał serca ani krzty przekonania i podczas kilku nieudanych zupełnie prób za każdym razem plątał żyłki do tego stopnia, że musiał wymieniać cale szpule na nowe, a leciwej wierzbie pod którą zazwyczaj zaczynał łowić przybywało nylonowych włosów z zerwanych plecionek — leżało ponad pięć kilometrów od ostatniego przystanku, a właściwiej byłoby powiedzieć, pętli autobusowej; stamtąd czekał go pochyły trakt zarastający burzanami w dół rozchylającej poszarpane wojennymi szrapnelami brzegi doliny coraz bardziej rozpłaszczającej się ku dobiegającym rzece rżyskom. Ponad nią — o tym wspominali nieliczni pozostali po pożodze tuziemcy — wznosiły się spore połacie kośnej polany; onegdaj stanowiła lądowisko dla płatowców. Zyguś nie znał tej zagadkowej historii. Na dwie rzeczy Zyguś nie dusił grosza; wódzię i dobry, wygodny w użyciu sprzęt wędkarski. W tym drugim — a może i w obu — przypadkach — bywał nie lada koneserem i w całej mieścinie nikt nie mógł się równać z jego umiejętnościami w kwestii wyboru i doboru kijów czy błystek do łowienia drapieżników. Okazów — tzw. w bardzo ciasnym, prawie elitarnym, z reguły niedostępnym dla nuworyszy środowisku dobrych moczykijów i moczymor-dów - trofiejnych... Zygusia schwytała na damską przynętę Hela. Ruda. Właściwie Złota. Z charakteru — ° czym dowiedział się Zygi zbyt późno — wedle zdania nielicznych znajomków i jednego klawego przyjaciela pochodzącego w prostej linii ze znanej rodziny batiarów z Łyczakowa. Podeszła go niemożebnie wcale nie strojąc tych właściwych wszystkim nieklawym kobitkom biodro-dupo-podrzutów i tym podobnych hecnych sztuczek, w których giętkie ciało powinno odgrywać pierwszorzędną rolę w kontrze do wpółprzymkniętych — trudno dostępnych na powierzchowny rzut oka — usteczek ciupasek. Złapała go po prostu za fraki, kiedy nieopatrznie postawił nogę w gumiaku na wyślizganym korzeniu i wylądował pięć metrów poniżej biegnącej w tym miejscu ku górze zbocza ścieżki. I przytargała do barki, zanim noga spuchła jak bania, ale i tak trzeba było rozcinać cholewę i but wylądował w kącie... Ale tej operacji lekko przymulony Zyga nie widział. Może i dobrze, bo gira wyciągnięta z gu-mofilca po kilku godzinach łażenia po bezdrożach zapaszek swój intensywny ma, każdy porządny nadrzeczny wędrowiec to potwierdzi...Więc i wstyd w parze wędruje z nią niemo-żebny a jakże... Morowa Hela — za taką od niepamiętnych dni uznawała ją ferajna bardaczkowa — wiedziała doskonale, jak należy trzymać wędzisko podczas brania rekordowej sztuki i wcale jej drobna — spalona na lekko przyszarzały brąz — damska rączka nie zadrżała w tej decydującej dla każdego zawodowego łowcy chwili. 18 Cofka Dziwna sprawa. Dziwaczna nawet. M.H. hodowała kucyka. Całkowitego przybłędę; prawdopodobnie uciekiniera z cygańskiego taboru. Dość niesamowita story. No bo kto by się spodziewał {nie. zaczynaj ciulu zdania od No i Że etc. !!!), że taka harda, nie dająca sobie w kaszę dmuchać - ani w inne miejsca bez stosownego zezwolenia też! - dziewczyna gorą-cokrwista na oko - będzie się angażowała w co by nie gadać, wcale nie łatwą - i okropnie zakasztanianą co i rusz - opiekę nad czworonogim, przygrubawym w zadzie głuptaskiem, którego jedyne zajęciem dzienne polegało na wycinaniu cokolwiek pokracznych paraho-łubców na prowizorycznym paddocku, jaki mu wyszykowała Helga Jedyna Przyjaciółka, przy trapie swojej mieszkalnej barki zacumowanej na grunt przy Zielonym Szpindlu. Nocne obowiązki kuc wypełniał rżeniem z gatunku nieco namolnych... Miała rybaczka ponad hektarowy spłachetek ni to łąki, ni tzw. użytkowania w służebności od gminy i jak dotychczas nikt się nie przyczepiał z prawem własności do tej nadrzecznej, pełnej mleczów pokropionych kopczykami pracowitych kretów, równinki. Zresztą, któż by próbował nadepnąć na odcisk zuchowatej dziewczynie, która - co musi być powtórzeniem koniecznym - w kaszę sobie dmuchać i nie tylko - nie pozwalała i basta. Ba, mało kto wiedział, że jeszcze żaden mężczyzna nie przeżył przyjemności dmuchania Helgi, choć w mieścinie krążyła od lat zupełnie przeciwna opinia w kwestii prowadzenia się niezamężnej, samotnie mieszkającej na odludziu kobiety. Jedynaczki. De domo córki rybaka Mateusza, dzierżawiącego po kres rybaczenia, ten spory kawałek Brunatnej Rzeki poczynając od mętnego zakola przy Zielonym Szpindlu do rakowatego, wielopalczstego ujścia w brudnoszare wody zamulanego coraz dokładniej osadami wielkiej rzeki - zdążającej nieprzerwanie ku przeznaczeniu w niespokojnym jesienną porą, spiżowo przyglądającym się ciągnącym od północy obłokom - morzu. Ono kiedyś stanowiło bursztynowe zagłębie, jednak to były tak odległe czasy, że o prawdziwym jantarze mogli jedynie opowiadać najstarsi tuziemcy - o takim, którego bryły nie potrafiło dźwignąć z łachy dwóch dorosłych chłopów...Tak. Teraz tylko włosy Heli podczas czerwonego zachodu na jutrzejszy wiatr, niosły w sobie jego tajemniczy pobłysk - zresztą, jak i ona sama; kobieta bez stałego mężczyzny. Całkowicie bez... Kiedyś nawet próbowano przypiąć jej łatkę zdecydowanej lesby - za sprawą kilkakrotnego przenocowania na łajbie podróżującej po kraju autostopem studentki etnografii; dziewczyna prawdopodobnie wiedziona intuicją przyszłego badacza dziejów człowieczych, natknęła się na pławiącą się wespół z kucykiem w rzece Helę i bez zbędnych ceregieli grzeczno-ściowo-badawczych otrzymała bezterminowy popas z miską ciepłego jadła na pokładzie... Ale ludzkie oko bystre bywa kiedy nie należy..! Bardzo bystre, choć zapatrzone w swoją fałszywą bezstronność, tak głęboko, że nawet dna tego skurwysyństwa nie widać. Absolutnie! Bystre i domyślne...Właśnie! {Ale dno oka! - i owszem jest i wcale nietrudno je dostrzec w razie potrzeby; choć niekoniecznie należy to robić samodzielnie). No bo czy to normalne, na ten przykład, żeby córka rybaka wszystkie złowione samodzielnie sztuki - a smykałkę chyba otrzymała w genetycznej spuściźnie?! - po ucałowaniu (a jakże - bez odrazy i z czułością wartą lepszej okazji...) rybiego pyskula, wypuszczała każdą na wolność, coś tam szepcząc nad kręgami rozchodzącymi się po ostrym starcie w toń niedoszłego trofeum. Niby złota rybka dla złotowłosej. No, no, no. Janusz M. Moździerz 19 Durnowata chyba, czy co ?! — tak sobie przypuszczało ciekawskie ludzkie oko, to i w kwestii odmienności płciowego zwyczaju mogło mieć podstawy do krzywdzących złotowłosą podejrzeń. Rozpowszechnianych metodą magla — znaną i cenioną; jak niewiele bardziej skutecznych sposobów oczerniania bliźniego... być bywalcem tego klubu Zygi nie zamierzał i nie czynił starań o zdobycie karnetu wstępu wielokrotnego użytku... I choć nosił w sobie trochę pogardy, nigdy nie ujawniał jej niepotrzebnie, a tamtych ludzików starał się jedynie omijać i zazwyczaj udawała mu się ta sztuczka wyniesiona jeszcze z domu; ojciec kiedyś mu powiedział kilka słów tzw. prawdy, w przerwach wielodniowego milczenia — jego przyczyn mógł się jedynie domyślać, lecz nigdy nie miał odwagi zapytać wprost — więc i nie znał definitywnej odpowiedzi, co go martwiło szczególnie w dni, kiedy na kieliszek brakowało, a duma nie pozwalała na obcesowe telefony, czy rozpuszczanie wici ulicznym sposobem. Zresztą, kto zrozumie dumę pijaka bez forsy?! Głupio nawet na ten temat rozwijać gadkę, niepotrzebnie zupełnie, bez wyczucia nijakiego; na zasrane pytania, zawsze jest jedna i ta sama — zasrana — odpowiedź; idź do jasnej cholery i nie pokazuj mi się na oczy popaprańcu jeden! Tylko gdzie iść?! Kiedy morduje cię suchota nieprzeparta i język niezwyczajnie kołowacieje, a czaszka trzeszczy w szwach. No gdzie?! Fakt. Zygi nie przepadał za towarzystwem człowieka, więc i do Heli też nie od pierwszego spotkania nabrał chętki. O nie! Gdy tylko wykurował zwichniętego kulasa, unikał spotkania kobiety jak ognia, czy nawet zarazy. Ale natręctwa myśli nie mógł się pozbyć łatwo; to go zaczęło więcej niż trochę niepokoić. Los potrafi sobie podrwić kiedy zechce i z kogo zechce bez cudzej pomocy. I zawiódł na całej linii Zygiego, kiedy w pełni ozdrowieniec wrócił spinningować nad rzekę, wpadł prosto w ramiona {lepiej by chyba pasowało rzec: niewódj panny rybaczki. Zaraz po pospiesznym przywitaniu {można powiedzieć śmiano: neurotycznym^ nad umocnionym paskami wikliny brzegiem, zwiał bez słowa — po prostu zwiał z prądem i poszedł chyba ponad miarę dystansu; poznał to po dokuczliwym pieczeniu w gardle — doskonale znanej wyłącznie wytrawnym pijakom zgadze, jakiej nie zwalczy żadna nawet dubeltowa porcja najskuteczniejszej sody, jedynie stanowczo pociągnięty lyk, choćby najpodlejszej siwuchy - i pustym dźwięku wydobywającym się przy tzw. trzą-chaniu kropli z wkurwiającej w takich chwilach człowieka niedopitego w wędrówce, piersiówki. Głupia sprawa wyszła i zawiedziony, trochę smutny a trochę zażenowany własną słabością, wrócił po paru godzinach jak niepyszny, z mało atrakcyjnym pytaniem do złotowłosej, która wcale się nie jeżyła niepotrzebnie, zaparzyła jakiegoś czaju wcale niezgorszego i dała niezłej nalewki, a potem kazała zbierać dupę w troki i nie pokazywać pijackiej mordy do pełnego otrzeźwienia, co w przypadku Zygusia musiało oznaczać, ni mniej, ni więcej, dobrą dobę wliczając w to poranne golenie, bo już go wzięło to wymowne, krótkie przyjęcie na barce za serce, które zaczynało coś za szybko wystukiwać nocą marsza; niekoniecznie pogrzebowego; choć słyszał kiedyś parę kawałków Chopina i nawet niektóre wygwizdywał, kiedy zagnało go za ostatnią śluzę i czuł się coraz bardziej samotny, pokonując śliski zarastający jeżynami i łopianem szlak, a ciężkie chmury, prąc nisko ku południowej skarpie, znad zalewu niosły zapowiedź rychłego, nieprzemijającego prędko deszczu. Melodię sprokuro-waną przez Mendelssohna-Bartholdyego jeszcze pamiętał, ale nigdy jej nie nucił. Zresztą nie zastanawiał się nad tym trochę zatrącającym myszką zagadnieniem nurtującym więk- 20 Cofka szość; być albo nie być..; czy lepiej szczerzyć zęby w głupawym uśmiechu czy może skuteczniej przesłaniać gębę powagą troski - bo przeczuwał, że autor już dawno przewraca się w grobie spoglądając bez sympatii z zaświatów na ten padół; więc specjalnie nie wysilał mózgownicy w kulawym biegu do przyszłości, opartej na nierozpoznanej do końca przeszłości. Doceniał chwile samodzielności, myślenia opartego na własnym rozpoznaniu; czasem - ale coraz rzadziej miał ku temu sposobność i chęci - sięgał do książki, zwłaszcza gdy nawałnice pustoszyły brzeg rzeki wylewami i cofka szła od zalewu ogromna, demoralizująca, pokazująca siłę na jaką nie było żadnej logicznej odpowiedzi, wówczas zostawał w domu i sięgał po lekturę urozmaicaną doskonałą nalewką z tarniny. Wtedy pił małymi łyczkami i nigdy się nie upijał, nawet potrafił o suchym pysku przelecieć kilka rozdziałów, bez sięgnięcia po karafkę stojącą w zasięgu ręki; i zasypiał na trzeźwo...O czym tu gadać...O czym.?! Chyba o tej Conradowskiej smudze cienia...Polubił ten kawałek i często wracał do książki otrzymanej od stryja w imieninowym załączniku do niezłej flaszki (wypitej zanim sięgnął po nowelę pachnącą przygodą, pogardą świata podłych charakterów i - świeżym drukiemj. Teraz, przed pierwszą niejako oficjalną wizytą na barce miał dylemat: zabrać kwiatek czy kryształową karafkę z ćwiarteczką bursztynowej nalewki. I cholera go brała, bo intuicja, która najczęściej podpowiadała mu rozsądne wyjście z głupawych sytuacji milczała głupio: nie miał o to pretensji, (choć uważał, że głupoty nie sposób wyleczyć, lecz należy ją regularni temperować; ale nie wiedział skąd wydostać odpowiednią ostrzynkę...) wszak sytuacja wcale nie należała do idiotycznych; raczej posiadała wymowę zaskakującej i nawet cokolwiek tajemniczej, więc trudno było o trafny wybór. * * * Cofka zapowiadana czy przespana przez służby powołane lub amatorskie, przychodzi zawsze nie w porę i może spierdolić każdą atrakcyjnie zapowiadającą się sprawę. Taki ma charakter niezależny; nie sposób dokładnie zlokalizować jej początku ani godziny bezpiecznego końca, (kiedy się wycofa... - śmiesznie to zabrzmiało co?!) Jest nieobliczalna i jeszcze nikt z nią nie wygrał. Absolutnie. Przynajmniej w oficjalnych kanałach propagandowych trudno by szukać nazwiska triumfatora z tą zarazą nieludzką. Ona sobie wali wodną falangą sprzymierzona ze skrzydłami czarnej wichury; ta dmie w swoją trąbę zapowiadając szarżę kawaleryjską, tamta topi i wyrywa domy z korzeniami jak jej się podoba i kiedy zechce i gdzie popadnie. Kurwiszcze jakieś albo i lepsza suczyzna! I nie ma na nią żadnej skutecznej obrony. No niby jedna jest: wiać gdzie pieprz rośnie i przeczekać te dni, gdzieś z daleka, i wypić coś na pociechę i frasunek. Nie za mało i nie za wiele; ale raczej nie za mało. Niedo-picie szkodzi cholernie; świra łatwo dostać... Taak... Nie warto sprawdzać spraw dawno dowiedzionych. Ta cofka podkradła się bezchmurną nocą. Nietypowo. Do pełni brakowało ciut ciut. Dmuchnęło zimnicą. Ale jak! Z mety ponad skalę. Grubo ponad. A z drugiej strony - znaczy od południowego kierunku, patrząc z biegiem rzeki - rozlała się chłodna fala nadziewana całkiem sporymi ciasteczkami kry połamanej (wg niektórych: wpizdu !!!j przez oba lodo-łamacze. I wyszło, wypadałoby stwierdzić: całkiem idiotycznie - gdyby nie fakt, że spotkanie obu czołówek - fali powodziowej i cofki od zalewu znaczy: kulminacja, choć po praw- Janusz M. Moździerz 21 dzie, może pasowałoby określenie „rodzime tsunami, choć to nie ta skala — nastąpiło na wysokości Zielonego Szpindla; i w jednym momencie z dna leniwej Brunatnej Rzeki narodziła się góra wodna sięgająca wyżej połowy pylonu rocznicowego mostu, (pobudowanego na któreś tam n-lecie objęcia...i goździk, i rąsia, i buźka, i klapa, etc.') tak przynajmniej — już grubo po akcji — opowiadali ludzie z ekipy, którym nie udało się ocalić helowej barki. Mówili tylko, że woda szła piekielnie szybka i porywająca; jakby to była jakaś tajemnica; wiadomo, nikt jej nigdy nie potrafił się przeciwstawić, więc co tu dużo gadać. Wody trza się bać i tyle. Tej piekielnie szybki ej...przede wszystkim... I wierzyć, że ominie twoje siedlisko; pójdzie bokiem, niechby nawet po sąsiadach, a pies to jebał.., niech się ratują własnym strachem, ale niech da ci spokój człowieku. Trza ufność mieć w sobie... Masz dość swoich zmartwień na co dzień. Zyguś parł do progu trzeźwości pełnej, kiedy ogłoszono trzeci stopień zagrożenia. Alert niby Dochodził w miejscu przeznaczonym dla takich ochlajów, co chcą, a nie mogą przerwać ciągu czy jak zwał tak zwał, etc.; ba, dobrowolnie zaglądających tam po kolejnym nawróceniu się na ścieżkę z drogowskazem wyznaczającym jeden kierunek do... — nigdy z powrotem. Ot, normalka. Choć u Zygi był to pierwszy raz; żadna tam próba rzucenia, zresztą nawet o takim zaprzaństwie nigdy wcześniej nie pomyślał! Doił bo chciał i nikomu nic do tego! Wara! — więc żadne takie obiecanki cacanki na niby albo całkiem do dupy: wielokrotnego użytku zaklęcia... — ale poważna nieodwołalna, jednoznaczna decyzja. Pełna i pewna. Bo (nie zaczynaj znowu cymbale od bo!') obiecał Złotowłosej, a złotowłosych się nie mami nigdy. Przenigdy. I z tego powodu trwał w nieświadomości zdarzeń nad Brunatną; cofka była o wiele mil za daleko od izolatki (gadają też co delikatniejsi — separatką); wieści ze świata docierały przesiane przez sito skutecznej infiltracji kwarantanny — na dobrą sprawę sama istota należała z gruntu do kwestii lokalnych; nikomu z personelu nie przyszło nawet do głowy, że Zygi może być zaangażowany w uczucie i z tego tylko tytułu gościł czy raczej pościł w odosobnieniu i być może podświadomie łaknie nowinek, ale nie pokaże po sobie, że mu zależy bardzo — aż łupie pod ciemieniem; wszak to był jeden z warunków dotrzymania umowy z kobietą... Dopiero na czwarty dzień po zejściu zbełtanej, buntowniczej wody odszukano zagrzeba-uą po nadbudówkę w szarym mule barkę Heli; jakimś trafem zatrzymał ją litościwie próg betonowego jazu przy ostatniej śluzie. Udomowione hieny zdążyły wykonać robotę (kso-bie), zanim dotarli pierwsi ludzie... Po kucyku pozostał jedynie zawiązany do relingu jedwabny uwiąz; nieśmiały prezent od przełamującego pierwsze lody Zygi; upaprany teraz dąsami gnijącej szybko na przesiąkniętym wilgocią powietrzu moczarki — gówniana zdobycz dla szabrowników. (Zupełnie nieprzydatna rzecz; po co komu zalatujący nawet po wielodniowej przymusowej kąpieli żrącym końskim potem powróz, nieprzydatny nawet dla wisielca... - Stop!!! Stop! Stop...). Zygiemu donieśli uprzejmi o cofce i reszcie, kiedy było już dawno po. Zbędna fatyga. W trakcie najbliższego obchodu łóżko w separatce okazało się puste, choć wyglądało na ciepłe. Nie inaczej rzecz miała się z hucułkowym uszarganym uwiązem; zniknął. Na odrapanym relingu pozostał wyraźnie odcinający się od całości ślad: wytarta obrączka... P.S. Chodziły słuchy, że podobno ktoś wyłowił z Brunatnej zgnieciony mosiężny kieliszek... Podobno. 22 Hycel Tomasz Wandzel HYCEL Chciał jeszcze pospać. Była sobota, ulubiony dzień tygodnia. Nie musiał wstawać skoro świt i pędzić do pracy. Jednak odgłosy dzieci dobiegające z dołu były skuteczniejsze od budzika. - Dalibyście pospać staremu ojcu - narzekał wchodząc do salonu. Siedmioletni synek układał puzzle. Młodsza o trzy lata córka skutecznie mu przeszkadzała, choć jej zamiary były zgoła odmienne. - Tato, powiedz coś Martynie, ona ciągle mi psuje! - Martynka, choć pomożemy mamusi w robieniu śniadania. - Dziewczynka z wyraźnym ociąganiem porzuciła kolorowe puzzle. - Kochanie, coś ci pomóc? - przywitał żonę całując w policzek. -Ja też chcę pomagać - dopominała się córka. - Skoro jesteście tacy chętni, to nakryjcie do stołu - poprosiła Ilona, kończąc układać kanapki na talerzu. - Co powiecie na wyjazd do kina? - zaproponował, gdy siedzieli już przy stole. - Tak, ale pod warunkiem, że będzie to film o kosmitach - zażądał syn. Córka stwierdziła stanowczo, że ona pojedzie ale tylko na film o księżniczkach. Wyjście z patowej sytuacji znalazła Ilona. -Ja z Martyną pójdziemy na film o księżniczkach, a ty z Rafałem na film o kosmitach. Adam sądził że będzie to miła familijna wyprawa. Jednak kolejny raz przekonał się o różności upodobań syna i córki. Czekając na żonę i dzieci zdążył umyć szyby w samochodzie, uzupełnić płyn w spryskiwaczu i sprawdzić ciśnienie w kołach. - Tylko dobrze zapnijcie pasy - przypomniał siedzącym w fotelikach dzieciakom. - Tato, czy jestem już odpowiednio duży, żeby mieć psa? - Pytanie syna nie było ani dla niego, ani dla żony zaskoczeniem. Powtarzało się regularnie co kilka dni. Na zmianę z Iloną tłumaczyli synowi, że jest jeszcze za mały. Tym razem przyszła jego kolej. - Rafał, jesteś dość duży by chodzić do szkoły, sprzątać swój pokój, pomagać mamie w kuchni, ale do tego by mieć psa musisz trochę dorosnąć. Poza tym trzeba znaleźć takiego, który będzie dla was odpowiedni. - A ty nie możesz przynieść psa z pracy? - wtrąciła córka. -Jak to z pracy? - zdziwiła się Ilona. - Normalnie, mama mojej koleżanki z przedszkola pracuje w fabryce słodyczy i codziennie przynosi jej cukierki - wyjaśniła z poważną miną Martyna. - A ty przecież łapiesz psy! Tomasz Wandzel 23 - dodała po chwili. Sposób myślenia małych dzieci, łączenie zasłyszanych informacji z innymi faktami był dla Adama jedną wielką zagadką. - Martynko, ale tatuś łapie pieski, które się zgubiły, odwozi je do schroniska gdzie czekają na 'właścicieli. - Wyjaśnienie zastanowiło dziewczynkę. — To dlaczego nie mogą poczekać w naszym domu? Może ktoś nie będzie szukał i piesek będzie nasz! - Kochanie, my nie mamy tyle miejsca, by trzymać wszystkie znalezione przez tatusia psy. Tym razem odpowiedź była zadowalająca. Kilka minut później córka spała z szeroko otwartą buzią. Gdy Adam wszedł do biura, Stefan pił już poranną kawę. -Jak tam weekend? - zapytał odkładając kubek i sięgając po dzisiejszą gazetę. - Rodzinnie i filmowo - odpowiedział relacjonując szczegółowo wyprawę do kina. - U mnie tylko działka - westchnął smutno Stefan. — Moja pani ma świra na jej punkcie. Jak nie zajrzymy tam raz w tygodniu, to normalnie jest chora. Ostatnio nawet żartowała, że m^ 13 pochować na działce, bo wtedy nie zapomnę o koszeniu, podlewaniu, plewieniu i tym wszystkim - dodał i z rezygnacją machnął ręką. Adam Mielnik i Stefan Podolski prowadzili firmę odławiającą bezpańskie zwierzęta. Współpracowali od dziesięciu lat, kiedy to Adam zamieszkał z żoną w ich nowo wybudowanym domu. Na początku zamierzał otworzyć lecznicę zwierząt, ale twarde realia rynku uświadomiły mu, że dyplom z weterynarii nawet z wyróżnieniem to za mało. Ludzie wole-li jeździć do oddalonego o kilka kilometrów schroniska, gdzie przyjmował stary miejscowy weterynarz. Przez żonę, która zaczęła pracę w miejscowej szkole dowiedział się, że właściciel firmy odławiającej bezpańskie zwierzęta poszukuje pracownika. Po roku Stefan zaproponował, żeby zostali wspólnikami. Praca nie należała do łatwych, ale z czasem zaczął lubić tę robotę. Stefan, który łapał zwierzęta od trzydziestu lat, nauczył go wszystkiego, co trzeba umieć w tym fachu. Na brak zleceń nie mogli narzekać i tak interes się kręcił. — Słuchaj Adaś, za miesiąc wygasa umowa z miastem, a za dwa miesiące z powiatem, trzeba przygotować nowe oferty. Zajmiesz się tym? - Prośba wspólnika była raczej przypomnieniem. Od kilku lat przejął prowadzenie całej papierkowej roboty. — Będą gotowe do końca tygodnia - obiecał nalewając sobie kawy. Dzień w pracy zaczynali od dużej czarnej. „Filiżanki są dobre dla biurokratów - mówił z pogardą Stefan uznający tylko duże kubki. Po kawie odsłuchiwali automatyczną sekretarkę. Jeśli ktoś nagrał zgłoszenie o wałęsających się psach, jechali na miejsce. Gdy żadnych wiadomości nie było, ruszali na rutynowy patrol po mieście. Tego dnia było aż sześć zgłoszeń. Zapakowali do furgonetki sprzęt i ruszyli na łowy. Prawie nigdy nie znajdowali psów w miejscach wskazanych przez zgłaszających. Bywało też tak, że kilka zgłoszeń dotyczyło tego samego psa. Zostawili samochód obok małego kościółka pełniącego rolę muzeum. Wierząc dwóm zgłoszeniom gdzieś tutaj powinni znaleźć brązowego psa podobnego do jamnika. Przeszukanie okolicy zajęło im prawie godzinę, ale nie był to czas stracony. Poza jamnikiem złapali jeszcze czar- 24 Hycel nego kundelka. W pozostałych miejscach nie mieli tyle szczęścia. Wracając do biura mogli mówić o udanym dniu. Trzy prawdopodobnie bezpańskie psy czekały w klatkach na odwiezienie do schroniska. Lekkie ukłucie wybudziło psa. Gdy otworzył powieki, zobaczył potężnego mężczyznę chowającego coś do przewieszonej przez ramię torby. Zareagował instynktownie obnażył zęby, groźnie zawarczał. Z całą agresją, jaka w nim była zaatakował. Mężczyzna zasłonił się torbą. Ostre kły rozdarły materiał. Nim pies ponowił atak, twarda pięść uderzyła go w tył głowy. Zatoczył się w bok. Mózg zwierzęcia błyskawicznie ocenił sytuację. Był poza boksem, mógł nadal atakować, ale miał też szansę ucieczki. Pies wybrał wolność. Biegł szybko między boksami pełnymi wściekle ujadających pobratyńców. Przebiegł obok budynku lecznicy. Przez otwartą bramę wydostał się na asfaltową drogę. Pobiegł nią aż do lasu, gdzie zniknął między drzewami. Weterynarza zdziwiła szybkość oraz stanowczość z jaką odparł atak. Był przekonany, że te kilka sekund ocaliły mu życie. Wyciągnął z torby pistolet z nabojami usypiającymi, ale pies był za daleko. Lekarz bezradnie obserwował, jak zwierzę wybiega przez bramę i znika za zakrętem. Nie mógł zrozumieć, dlaczego pies się wybudził. Środek nasenny powinien działać co najmniej półtorej godziny. Rozmasowując bolącą dłoń zajrzał do pustego boksu. Przewrócona miska była rozwiązaniem zagadki. Idąc do biura zastanawiał się, czy pies wywrócił miskę celowo, czy przez przypadek. Wiedział, że są psy o szczególnych zdolnościach. Czy ten był właśnie jednym z nich? Wątpił, czy i na to pytanie znajdzie odpowiedź. W całej historii schroniska nie miał równie tajemniczego pensjonariusza. Rozmyślania przerwał odgłos samochodu. Wyjrzał przez okno. Na teren schroniska wjechała furgonetka firmy wyłapującej zwierzęta. - Cześć Władziu! Mam kilka piesków - oznajmił na powitanie Stefan. Weterynarz znał właściciela firmy od dziecka, przez pewien czas mieszkali nawet na tej samej ulicy. Ale, gdy lekarzowi zmarła żona sprzedał dom, wykupił od gminy schronisko wraz z lecznicą i w niej zamieszkał. - Jak na bezpańskie psiaki wyglądają nawet dobrze - ocenił lekarz oglądając nowych mieszkańców. -Ja też sądzę, że za kilka dni zgłoszą się do ciebie stęsknieni właściciele - przyznał mu rację Stefan. Boks po uciekinierze przypadł brązowemu jamnikowi i małemu czarnemu kundelkowi. Azyl biegł najszybciej jak tylko mógł. Zwolnił dopiero wtedy, gdy gęsty las zapewnił schronienie. Był wolny, czuł pod łapami miękkość ziemi, traw i liści. Kilka miesięcy za kratami schroniska było już tylko złym wspomnieniem. Przy leśnym strumieniu zaspokoił pragnienie. Wciągał w nozdrza woń zielonych drzew, miękkiej pulchnej ziemi, soczystej trawy, tak różny od zapachu schroniska. Noc przespał w wysokiej trawie obok leśnego parkingu. Rankiem wyruszył na poszukiwanie jedzenia. Instynkt podpowiadał, że pożywienie jest tam, gdzie są ludzie. Przy kilku mijanych domach wyczuł zapach jedzenia, ale nie było sposobu by je zdobyć. Przeszkodami byli obecni w pobliżu mieszkańcy, ujadające psy, albo po- Tomasz Wandzel 25 zamykane drzwi i bramy. Tego dnia nie znalazł nic do jedzenia. Z zapadnięciem nocy dotarł do miasta. Jaskrawe światła, napotkani ludzie, jeżdżące samochody, przypominały czasy spędzone z opiekunem. Obok jednej z kamienic poczuł woń jedzenia. Zapach zaprowadził go do kontenerów na śmieci. By wydostać zawartość, musiał przednimi łapami oprzeć się na ścianie pojemnika. Kości pełne pożywnego szpiku, chrupiące pieczywo, resztki owo-cow i warzyw nie były wymarzonym posiłkiem, ale pozwoliły zaspokoić głód. Pozostałą częśc nocy pies szukał miejsca na odpoczynek. Park na obrzeżach miasta był idealny. Dużo wysokich traw i zarośli, mało ludzi i brak samochodów. Pies wczołgał się pod zdziczały różany krzak i zasnął. Zgłoszenie było bardzo nietypowe i jak w większości przypadków, anonimowe. Przy miejskim targowisku widziano grupę około dziesięciu bezpańskich psów obszczekujących przechodniów. Nim Adam zdążył zapytać, jak dawno temu, rozmówca odłożył słuchawkę. Po dotarciu na miejsce nie mogli uwierzyć własnym oczom. Swora psów rzeczywiście siała postrach wśród ludzi. ■ Spróbuję dopaść tego wielkiego, a ty załatw resztę. - Mimo, że byli wspólnikami, to Stefan decydował o rozdziale zadań. Adam nauczył się od niego wszystkiego o łapaniu psów. Jak zarzucać siatkę, kiedy użyć rękawic, jak odczytywać ślady. Zabrał kilka kawałków kiełbasy i ruszył wolno chodnikiem. Upuszczał wędlinę co kilka metrów. Na skrzyżowaniu zawrócił. Wracając zauważył, że przynęta podziałała. Kilka psów z apetytem zajadało kiełbaski. Nim psy pojęły zagrożenie, trzy z nich uwięzione w siatkach próbowały się wyswobodzić. Reszta sfory uciekła z głośnym ujadaniem. Stefan wrócił z pustą siatką. Bezradnie wzruszył ramionami. Przy łapaniu psów poza odpowiednim sprzętem i umiejętnościami potrzebne hyło szczęście. Mimo to wyjazd mogli uznać za udany. „Jeszcze kilka takich wypraw a po sforze nie będzie śladu” - pomyślał Adam zamykając w klatkach złapane psy. Azyl z dnia na dzień coraz lepiej znał miasto. Wiedział już, w których śmietnikach najlepiej szukać pożywienia, a gdzie nie warto zaglądać. Którejś nocy przy jednym z kontenerów natknął się na grupę innych psów. Przywódca sfory rudo-biały mieszaniec niechętnie patrzył na nowego osobnika. Azyl nie spotkał dotąd psów żyjących w grupie. Poczekał, aż wataha skończy się pożywiać i sam zjadł to, co jeszcze zostało. Dogonił psy na moście. Odwiedził razem z nimi kilka innych kontenerów ze śmieciami, a nad ranem zasnął w wysokiej tracie obok jeziora, gdzie grupa odpoczywała. Wszystkie psy poza przywódcą zaakceptowały nowego towarzysza. Rudo-biały mieszaniec warczał na niego co jakiś czas dając do zrozu mienia, że to on jest szefem. Każdego dnia odbierali kilka nowych zgłoszeń o sforze zastraszającej mieszkańców. Poza pierwszym wyjazdem, gdy złapali trzy psy, każdy następny był porażką. Albo przyjeżdżali za późno, albo psy na ich widok rozbiegały się w różne strony. - Adam, myślę, że nas dwóch to za mało, musimy zatrudnić kogoś trzeciego. - Sugestia Stefana była słuszna, ale to oznaczało zmniejszenie ich dochodów. - Wiesz, teraz sytuacja jest wyjątkowa, a co będzie jak wróci do normy? Wtedy nie będzie roboty dla trzech. - Adam nie chciał otwarcie sprzeciwić się pomysłowi przyjaciela. 26 Hycel Wołał przedstawić konsekwencję ich kroku. Do tej pory decyzję podejmowali wspólnie. Co nie znaczy, że nie bezproblemowo. Bywały sytuacje, gdy droga do kompromisu wymagała od każdego z nich pewnych wyrzeczeń. - Nie chodzi mi o zatrudnianie kogoś na stale, ale czasowo, na miesiąc lub dwa. Adam, zbliżają się wakacje, sam wiesz, ile wtedy jest roboty. - Stefan miał rację, w okresie letnim było więcej zgłoszeń niż zazwyczaj. Powód był prosty, a zarazem okrutny. Byli ludzie, którzy woleli wywieść swojego pupila do lasu. Porzucony pies mógł mówić o szczęściu, jeżeli został wypuszczony w lesie. Bydlaki, bo inaczej nie można było o nich mówić, potrafili przywiązać psa do drzewa. Wtedy tylko cud mógł go uratować. Bardzo często psy porzucano w mieście. Być może ci, którzy tak robili liczyli, że ktoś przygarnie bezdomnego psa. Adam miał wątpliwości, czy znajdą osobę skłonną pracować tylko w czasie wakacji. Jego obawy zostały natychmiast rozwiane. Stefan miał już chętnego. Był nim jego bratanek, który szukał zajęcia na wakacje. Chłopak silny, sprawny, pojętny. Jeśli było tak, jak wspólnik mówił, to młodzieniec mógł się im przydać. Dwa dni później Stefan przyprowadził Tomka do biura. Już na pierwszej akcji chłopak jako jedyny odłowił dwa psy. Sfora, która od pewnego czasu terroryzowała miasto rozrosła się do kilkunastu osobników. Na miejsce odłowionego psa pojawiał się następny, albo nawet dwa. Ludzi zaczęła ogarniać panika. Póki co, psy nikogo nie pogryzły, ale widok kilkunastu ujadających psów wyzwalał lęk. Oprócz wielkiego rudo-bialego mieszańca w grupie był jeszcze jeden duży pies. Musiał do niej dołączyć, bo podczas kilku ostatnich akcji Adam go nie widział. Ten, w odróżnieniu od innych psów, wyglądał na rasowego owczarka niemieckiego. Trzymał się na uboczu i nawet bratankowi Stefana nie udało się go podejść. - Cwaniak z tego czarnego - powiedział Tomek, gdy wracali do biura. Tym razem obla-wę mogli zaliczyć do udanych. Złapali pięć psów. Gdyby odławiali je w takim tempie, to kilka wyjazdów załatwiłoby sprawę. - Adam, co z twoim urlopem? - zapytała Ilona przy obiedzie. Jeszcze przed wakacjami ustalili, że dwa tygodnie spędzą u jej rodziców na wsi. - Myślę, że za tydzień będziemy mogli jechać. - Dopiero za tydzień? - jęknęły rozczarowane dzieci. — Teraz mam sporo pracy, ale obiecuję, że po obiedzie pójdziemy na duże lody. - Perspektywa lodziarni zadziałała, jak czarodziejska różdżka przywracająca uśmiech. Popołudnie było upalne. Wszyscy szukali sposobu na ochłodzenie. Barowe ogródki z parasolami przeżywały oblężenie mieszkańców i turystów. Na skwerze obok lodziarni Adam zauważył kilka psów. Rudo-bialego mieszańca rozpoznał od razu. Było tam jeszcze kilka mniejszych osobników. Ujadały wściekle na przechodniów. - Idźcie zająć kolejkę, ja zaraz dołączę - poprosił żonę i dziecim a sam poszedł w kierunku psów. Był już po pracy, ale zawsze nosił przy sobie kilka gadżetów ułatwiających robotę. Jednym z nich był gwizdek emitujący dźwięki o niskich częstotliwościach. Nie było lepszego narzędzia do rozpędzania zwierząt. Zagwizdał kilka razy, psy natychmiast uciekly. Wrócił do lodziarni. Córka właśnie próbowała zdecydować, jakie lody będą najlepsze. Tomasz Wandzel 27 Azyl wędrował razem z innymi psami już kilka tygodni. Mimo to trzymał się na uboczu gruPy- Wyczuwał zamiary przywódcy i wołał nie wchodzić mu w drogę. Instynkt podpowiadał, że prędzej czy później rudo-biały zaatakuje. Azyl był na to przygotowany. Pora ataku została wybrana wręcz perfekcyjnie. Wędrowali od kontenera do kontenera. Noc była wyjątkowo ciemna i deszczowa. Głośny szum wody zagłuszał większość odgłosów. Rudo-biały liczył, że ulewa zagłuszy jego kroki. Azyl wciągnął w nozdrza wilgotne nocne powietrze. Lekki wiatr z tyłu przyniósł zapach napastnika. Zwolnił i po chwili przez szmer spadających kropel usłyszał ciężki chód przeciwnika. Dochodzili do kolejnego kontenera. Pierwsze psy buszowały już w workach z resztkami. Rudo-biały mimo wielkości i ciężaru był szybki i zwinny. Zaatakował błyskawicznie spadając na grzbiet Azyla. Chciał dać czarnemu psu nauczkę. Musiał pokazać, kto jest przywódcą grupy. Rozprawienie się z tym przybłędą będzie doskonałą lekcją dla innych psów. Azyl uskoczył w bok. Napastnik upadł na błotnistą ścieżkę, ale natychmiast wstał i ruszył na przeciwnika. Azyl napiął wszystkie mięśnie, zawarczał ostrzegawczo i odsłonił ostre białe kły. Psy okrążały się jak zawodnicy na ringu. Rudo-biały był większy i cięższy od przeciwnika. Azyl uważnie obserwował każdy ruch mieszańca. Kolejny atak był tak szybki, że Azyl nie zdążył uskoczyć. Poczuł, jak długie żółte zęby rozdzierają mu bok. Przewrócił się na grzbiet. Mieszaniec natychmiast skoczył na leżącego przeciwnika. Ten tylko na to czekał. Błyskawicznym ruchem uniósł otwarty pysk do góry i zacisnął na gardle mieszańca. Rudo-biały w ostatniej chwili wyczuł zamiar leżącego psa, ale na reak-cję było za późno. Próbował wyrwać się z mocnego uścisku, ale to tylko powiększało krwa-w4 ranę. Azyl zwolnił morderczy chwyt. Cielsko mieszańca upadło na mokrą trawę. Z gardła rannego psa wydobywało się piskliwe warczenie. Azyl wolno podszedł do leżącego mieszańca. Zacisnął potężne szczęki na rudo-białym karku. Odgłos miażdżonych kręgów był głośniejszy od uderzających o ziemię kropel. Ponure szare chmury drugi dzień wisiały nad miastem. Stefan, który kompletnie nie znał S1ę na pogodzie, był zdumiony jak dużo deszczu może spaść w ciągu kilkudziesięciu godzin. ^ takie dni wołał siedzieć w ciepłym biurze, pić mocną czarną kawę, słuchać ulubionego radia i czytać gazetę. Z wyraźną niechęcią odebrał dzwoniący uparcie telefon. - Wyłapywanie bezdomnych zwierząt, słucham? - Przez chwilę w słuchawce słychać było tylko trzaski. - Cześć Stefan, mówi Piotrek Pawłowski. - W jednej chwili dotarło do Stefana, że dzwo-n^ problemy. Ilekroć inspektor Pawłowski telefonował do biura, zawsze wynikały z tego łopoty. - Co cię do mnie sprowadza w ten piękny słoneczny dzień? - Żart rozbawił rozmówcę. - Dla kogo piękny, dla tego piękny -odpowiedział Pawłowski. Stefan przez cały okres szkoły podstawowej, a później również liceum, dzielił szkolną ławę z małym, chudym i wyjątkowo szpetnym sąsiadem z ulicy. Tamten został gliniarzem, a Stefan hyclem. Mimo to regularnie raz w miesiącu spotykali się na partyjce brydża. - Dobra Piotruś, wal ! - Słuchaj Stefan, dostaliśmy zgłoszenie o martwym psie na ulicy Kamiennej obok konte- 28 Hycel nerów na śmieci. - Stefana zaskoczyła sprawa, z jaką dzwonił kolega. - Panie inspektorze, my zajmujemy się tylko i wyłącznie żywymi psami, martwe nas nie interesują. - Tak wiem, ale wołałbym abyś tu przyjechał, bo sprawa może dotyczyć żywego psa. - Teraz Stefan już nic nie rozumiał. Co może mieć z sobą wspólnego żywy pies i martwy pies? Szkoda, że nie było Adama, wtedy nie musiałby opuszczać przytulnego biura. Pół godziny później żałował, że zjadł przed czasem kanapkę przeznaczoną na drugie śniadanie. Widział w swoim życiu bardzo wiele, również martwe psy. Ale wszystkie zapamiętane obrazy nawet psów, które zdechły z głodu przywiązane do drzewa gdzieś na odludziu, były niczym z tym, co zobaczył na trawniku przy ulicy Kamiennej. Gdy funkcjonariusz zakrył martwego psa, Stefan odetchnął głęboko, z niesmakiem przełknął zgromadzoną w przełyku żółć. Podszedł do radiowozu i usiadł obok przyjaciela. - Piotruś, takich rzeczy nie pokazuje się komuś, kto godzinę wcześniej zjadł kanapkę - zaczął z wyrzutem. - Ale mówiąc serio czegoś takiego jeszcze nie widziałem. -Ja też nie - przyznał policjant. Twarz nadal miał szarą, blade wargi drżały przy każdym słowie. - Ktokolwiek to zrobił jest mistrzem w sztuce efektów końcowych. Na pewno nie musiał wyrywać temu biedakowi strun głosowych by pozbawić go życia. Czy twoim zdaniem mógł to zrobić pies? Przed udzieleniem odpowiedzi Stefan dokładnie przeanalizował to, co zobaczył kilka minut wcześniej. Niewątpliwie gardło ofiary zostało rozszarpane, a kręgi szyjne zmiażdżone. — Z całą pewnością sprawcą jest zwierzę i to duże zwierzę, ale czy był to pies nie jestem pewien. —Jeśli nie pies, to co? - Na to pytanie Stefan nie znał odpowiedzi. Z dużych zwierząt, które mogły dokonać takiej masakry znał tylko wilki, ale je wykluczył. W okolicznych lasach nikt nigdy nie widział wilka. — Piotrek, najnormalniej w świecie nie wiem. - Przyjaciel pokiwał głową ze zrozumieniem. - W takim razie rzuć okiem na to. - Poprosił wyjmując z teczki kilka spiętych kartek. - Co to jest? - To są zeznania jednej z mieszkanek kamienicy. - Staruszka utrzymuje, że widziała wszystko, co tu się stało. Dwie godziny później Stefan znowu siedział w ciepłym biurze. Wypił drugą kawę a mimo to wciąż odczuwał chłód. Poezja 29 Krzysztof Kuczkowski narcissus poeticus Na ganku chłopiec w sandałach z niedbale opuszczonymi kolanówkami, przy ścieżce wbitej aż po szopę w piaszczyste ciało ogrodu zielone włócznie narcyzów, dziadek Franek cierpliwie wykrawa robaki ze spadów klapsów i koszteli, przy studni bukszpan wiecznie zielony, dalej klatki po królikach, mieszkają w nich sterty butów, wołają jeść, ale jeszcze można w nich spryskiwać drzewa albo bielić wapnem pnie śliw i jabłoni, z tego miejsca nie widać szosy z rzeźnikiem herbu „końska mucha”, ani altany po przeciwległej stronie ogrodu, nie słychać też hałaśliwego Murzyna, psa sąsiadów, bańka ciszy przepływa pomiędzy wysokopiennymi krzakami agrestu i rozłożystymi koszami porzeczek białych i czerwonych, omija rozpięte na żerdziach pomidory i odbija się od pomarańczowych dyni, teraz są jeszcze wielkości dziecięcej piąstki, jesienią kiedy zaczną być podobne do piłek lekarskich i jak one ciężkie, opuszczą grządki jako ostatnie, wtedy też w różnych częściach 30 Poezja ogrodu zapłoną małe ogniska ubrane w siwe kołpaki dymu, będą żółknąć zdjęcia, pękać pnie drzew, zapadną się szopa i altana, cynkowane wiadro utopi się w studni, zardzewiały sierp spadnie z gwoździa, zakryją go namioty łopianów i rabarbaru, będą umierać ogrodnicy - dziadek, ojciec, a ich synowie już nie będą umieli odnaleźć drogi do ogrodu, będą patrzyć tęsknie na płoty i na to co skrywają, w końcu ich oczy przestaną widzieć, ich język przestanie nazywać, więc gdyby nawet ujrzeli ten ogród, którego przecież zobaczyć nie mogą, pewnie nie poznaliby ani chłopca w sandałach, ani mężczyzny w leżaku z ostrym jak brzytwa kozikiem do nacinania i szczepienia gałązek, ani Staruszki, pręgowatej kotki, która nosiła na grzbiecie wszystkie odcienia brązów i późnej czerwieni, nie będą umieli napić się wody ze studni, w której za Niemca dziadek Franek utopił swoją szablę, zresztą taka woda wydobyta z ciemnego dna studni już nie mogłaby im smakować, zresztą tej studni już nie ma, a może nie ma i nieba, które mogłoby się odbijać w martwym oku wody. A co jest? narcyz biały, drobny kwiatek, którego na północy nazywają lilią zielonoświątkową, jego zapach, który jest istnieniem i język, który sam sobie wybiera usta, żeby przez nie mówić. Poezja 31 Alfred Kohn DIONIZEMU MALISZEWSKIEMU Musiałeś umrzeć żeby powiedzieli to był dobry człowiek wspaniały kolega wybitny poeta nawet zbłąkany medal odnalazł twoją pierś dopiero teraz zacząłeś żyć *** STASZKOWI PUŚCIONOWI kiedy umiera przyjaciel taki co to konie kraść język w gębie bezradny żeby wypowiedzieć żal i zdziwienie kiedy umiera przyjaciel co to mógłby jeszcze wiele lat w takiej chwili nawet Bóg staje się obcy kiedy umiera przyjaciel puste miejsce przy stole boli kiedy umiera przyjaciel to znak że trzeba być czujnym *** szukałem Ciebie Panie na ołtarzach przepysznych świątyń w księgach mądrości 32 Poezja o złoconych grzbietach w słowach złotoustych proroków uczonych w Piśmie a odnalazłem w płaczu dziecka w uśmiechu matki w barwach motyla w poranku wstającego dnia żeby zaczerpnąć wody nie trzeba przechodzić na drugą stronę strumienia RĘCE bywają delikatne jak mimoza lub pierwsza miłość mogą być lekkie jak powiew wiatru albo ciężkie jak umieranie kiedy biją brawo podobne są do ptaka w locie zaciśnięte w pięści przenoszą góry Matka Umarła Tak jak żyła Cicho Nie wadząc nikomu We śnie Poezja 33 Marcin Włodarski OBUDZILI SIĘ I IDĄ KU SŁOŃCU Robią zakupy, znam ich, nieustannie zawsze trzeba mieć coś pod ręką na wypadek gdyby potwór odezwał się w środku wtedy przez usta trzeba mu wlać wsypać na ścianach powiesić na podłodze rozłożyć mieć czym zabić albo co zapłodnić * * * chłód posadzki głęboki jak ta noc nie ma oczu nie widać ust dochodząc do klamki słyszę tylko cichy szmer tego co zostawiam gdzieś tu musi być moje odbicie wpasowuję się i po chwili jest jak dawniej. decyzja Spadasz na mnie w majtkach uszytych ze światła oślepiające słowa wylewasz z ust. rozumiem że chcesz wszystko zagłuszyć, jak trzydzieste urodziny. wiersze Norwida, wiersze tego dziecka w zeszycie w linie który tyle lat spędził za szafą. siadasz rozgorączkowana na śnieżnym dywanie i rozdzielasz zapachy wszystkiemu według zasług. tłuczesz talerze wyrzucasz przez okno wszystkie odciski palców każdy smak dźwięk który został tu ożywiony. Zostajesz. 34 Poezja *** To nie było moje dzieciństwo to dzieciństwo należało do ciebie ty mnie ubierałaś jadłem to co ty chciałaś bym jadł właśnie tak a nie inaczej kiedy już powiedziałem własnym głosem urodziła łaś łem kolejne dzieciństwo 35 Poezja Iwona Skopińska *** jeszcze trzymam się barierki sąsiadka z balkonu obok mruży oczy zakrywa dłonią usta szarpię spódnicę w czerwone maki zaczepiła się o donicę z bratkami rozkładam ramiona do lotu to wolność z perspektywy ósmego piętra *** Smaruje miłością kromki składa czule Całuje go na powitanie gładzi policzek, gdy odjeżdża Oddaje mu ochoczo czas odebrany matce wykradziony dziecku Z jasnym spojrzeniem okłamuje przyjaciół, by cieszyć się nim podawać mu lędźwie Zasypia i budzi się sama 36 Poezja *** zanim trzaśnie ci kręgosłup od dźwigania zaległych rachunków niezapłaconych rat kredytu lepienia oszczędnych pierogów z kartoflami jeszcze raz ppbrudź ręce mleczem zanurz twarz w świeżości fiołków poczuj jeśli jeszcze masz siłę *** amputowałam kawałek siebie jątrzącą część by przeżyć nie jestem dżdżownicą uczę się żyć bez tej połowy Poezja 37 Jerzy Kosacz SADLINKI - NIEBO NAD PROWINCJĄ (Małgosi i Adamowi) Ponad Okrągłą Łąką jasna Venus lśni nad Sadlinkami dyszlem zarył Wielki Wóz ktoś z niego wypad! i na stacji śpi obłapił głowę jakby strzegł swych snów cisza niebieskie monitorów tafle przejezdni suną w obie strony Zgubiony w zmierzchu klucz żurawi głosi swój klangor już ostatni jeszcze dociera jazgot miasta lecz już się miesza dzień i mrok za moment, chwila ta też zgaśnie nic więcej się tu nie wydarzy i Niebo rozlewa swe indygo zapewne skrada się już północ jutro, pojutrze, jak i wczoraj te miejsca znów ominą burze a Venus wzejdzie nad Okrągłą Łąką 38 Wędrówki po prowincji Justyna Liguz PALCEM PO MAPACH DAWNEGO KWIDZYNA1 Przedmiotem naszego zainteresowania są plany Kwidzyna z XVIII-XIX wieku, wcześniej niepublikowane i nieznane, lub bardzo rzadko wykorzystywane w badaniach. Dotychczas plany Kwidzyna, o zasadniczym znaczeniu dla prześledzenia rozwoju urbanistycznego miasta były publikowane w XIX wieku przez Maxa Toeppena i Johanna Heisego, a następnie w 1933 r. przez Ericha Wernickego, a więc były dostępne autorom piszącym o Kwidzynie. Wszystkie te publikacje łączy wspólna cecha: dla dokładniejszych badań źródłowych są one po prostu nieczytelne. Sposób reprodukcji w wymienionych opracowaniach pozostawia wiele do życzenia. Oryginały natomiast tych planów nie zachowały się. Niezwykle ciekawe plany Kwidzyna znajdują się w Tajnym Państwowym Archiwum w Berlinie Dahlem. Zbiory kartograficzne tego Archiwum są bardzo bogate i zawierają około 120 000 map, planów, szkiców i rysunków ze wszystkich zakresów działalności administracji pruskiej. Są to zarówno mapy i plany sporządzane ręcznie, czarno-białe, dwukolorowe i kolorowe, drukowane z wykorzystaniem różnych technik ich tworzenia. Historyk, dokonując kwerendy archiwalnej i bibliotecznej źródeł kartograficznych dotyczących miasta Kwidzyna przekonuje się szybko, że ma do czynienia z niezwykłym bogactwem zachowanych materiałów. Całość tej spuścizny można podzielić na kilka grup: a) dokładne plany Kwidzyna z lat 1788, 1799, 1800, 1802, 1831, z uwzględnieniem szczegółowej zabudowy, przebiegu murów miejskich i ważniejszych obiektów w mieście, pokazujące rozwój przestrzenny miasta, b) plany poszczególnych budynków, niektórych już nieistniejących: rejencji, gimnazjum królewskiego, przebudowy zamku przed i po rozbiórce, terenu przedzamcza, sądu ziemskiego, budynku poczty (budynku, który stał w miejscu obecnego gmachu), c) plany miejscowości (przedmieść), które obecnie są dzielnicami Kwidzyna: Marienau, Ma-rienfelde, Liebenthal, a więc obecnie Osiedle Piastowskie, Zatorze oraz Miłosna, d) mapy biegu Wisły z zaznaczonymi na niej miastami od Fordonu poprzez Grudziądz po ujście Wisły do Bałtyku; plany melioracji i niwelacji terenów pomiędzy Kwidzynem a Korze-niewem, plany portu, mostu pontonowego i wsi w Korzeniewie; Bardzo często plany te sporządzane są w różnych skalach (prętach reńskich, chełmińskich, metrach, kilometrach), różnych wielkościach (najmniejszy ma 25 cm x 18 cm, największy 217 cm x 64 cm oraz 380 cm x 120 cm). Ciekawym jest fakt, że często można z tych źródeł wyczytać takie informacje jak nazwiska właścicieli poszczególnych parcel, ich areał, przebieg dróg przed regulacją jak i często bieg nowo projektowanych traktów, zaznaczone są groble, mostki, cieki wodne, sieć melioracji i wiele innych informacji, które często uzupełniają infor- Wszystkie omawiane źródła kartograficzne dostępne są na stronie internetowej : www.muzeum.kwidzyn.pl. 39 Justyna Liguz macje znajdujące się w źródłach pisanych. Interesujące nas plany Kwidzyna obejmują 6 arkuszy map, różnej wielkości, odmiennych stylów wykonania oraz różnych autorów. Stanowiły one część zbiorów planów służących przedstawieniu ogólnej lub szczegółowej sytuacji całego miasta lub jego fragmentów. Porównanie planów miasta pozwala jeszcze wyraźniej określić kierunki jego rozwoju gospodarczego jak i jego rozwoju przestrzennego. Zachowane w Berlinie plany przedstawiające zabudowę miasta pochodzą z następujących okresów: pierwszy z nich: „Situations Plan von der Stadt Marienwerder", narysowany przez rysowniczego Zimmermanna 7 czerwca 1799 roku; drugi, nie datowany pochodzi z okresu nieco wcześniejszego (sprzed 1798 roku), co można wnioskować po rysunku planu (na pierwszym jest już zaznaczony budynek Sądu Ziemskiego), oraz trzeci: „Der Grundriss der Stadt Marienwerder”, sporządzony przez konduktora o nazwisku Kuhn w październiku 1831 roku. Jak wynika z analizy planów miasta interesującego nas okresu, sieć uliczna, czy podział Przestrzeni miejskiej w obrębie średniowiecznych umocnień obronnych i kształt blokow zabudowy, mimo licznych pożarów i zmian czynionych w trakcie odbudowy, pozostała w swej zasadniczej formie bez zmian. Był to układ regularny, pomimo wysunięcia części zabudowy ^ formie trapezu od strony przedmieścia grudziądzkiego. Prawdopodobnie taki układ wymuszało ukształtowanie terenu. Po północno-wschodniej stronie miasta istniał zbiornik wodny, Palcem po mapach dawnego Kwidzyna Dzisiejsza ulica Targowa, przedmieście grudziądzkie, szpital św. Jerzego, na planie Zimmermanna z 7 czerwca 1799 t. wzdłuż którego stał ciąg murów obronnych. Z czasem woda wysychała, całkowicie zanika jąc w XIX wieku, gdyż na drukowanych, późniejszych planach miasta nie jest już zaznaczony Przebieg zaś muru obronnego w południowo-wschodniej części miasta również wymuszało ukształtowanie terenu. Rynek miasta leżał więc nie w centralnej części miasta, lecz przesunięty był w zachodnią jego część. Po zachodniej stronie rynku znajdowały się w średniowieczu dwa bloki zabudowy, po północnej i południowej po jednym, a po wschodniej stronie trzy Blok zabudowy po południowej stronie katedry, położony w stosunku do rynku po północno zachodniej stronie powstał najpóźniej bo w czasach nowożytnych. Interesujące nas plany miasta ukazują dokładnie przebieg murów obronnych. Mury miejskie zbudowane zostały do 1336 roku. Przebieg ich da się dokładnie zrekonstruować na podstawie rysunków planów, choć pokazują one sytuację po rozbiórce bram miejskich. Dokonujący się w tym czasie rozwój przestrzenny miasta ze względów komunikacyjnych wymusił najpierw przebudowę a następnie ich rozbiórkę. Najpierw w latach 1743-1755 rozebrano bramy Malborską i Nizinną, a następnie w 1758 roku bramę Grudziądzką. W ten sposób uzyskano dogodne połączenia z przedmieściami. Oddzielnym murem otoczone było przedzamcze, które ponadto posiadało wzdłuż pół nocnego muru obronnego miasta również fosę. Tutaj od północy przez podzamcze prowa dził wjazd przez umocnione założenie mostowe nad fosą, do zamku kapituły. Co prawda pla ny miasta nie pokazują tegoż założenia, widoczne jest ono natomiast na planach placu zam- Justyna Ligu: kowego, do których jeszcze wrócimy. Natomiast wszystkie plany miasta pokazują, że również pomiędzy tymi zabudowaniami istniała jeszcze jedna brama miejska zwana Zamkową. O niej źródła pisane milczą. Analiza planów ukazuje podział przestrzeni miejskiej i bloków zabudowy na 72 działki. Położenie 72 domów i działek patrycjuszowskich w obrębie murów miejskich ustalił już Max Toeppen, a za nim opracował Erich Wernicke. Dokonany został również przez nich podział na kwartały: • dwa południowe bloki zabudowy z numeracją od 1 do 15; • południowy blok przylegający do rynku jako działki od 16 do 22; • dwa zachodnie bloki przyrynkowe mają numerację 23 do 27 i 28 do 33; • północny blok przyrynkowy posiadał szesc działek z nr 34 do 39, z tym, że w części zachodniej działki były krótsze, we wschodniej dłuższe, w wyniku wsunięcia w ten blok prezbiterium katedry; • lewa strona ulicy Malborskiej: nieregularny blok zabudowy bez numeracji działek; • prawa strona, wschodnia z działkami od numeru 40 do 47; Palcem po mapach dawnego Kwidzyn jako nr 48 i 49; Idąc na wschód znajdują się dwa bloki: blok środkowy (50-53) i wschodni (54-57); • od bramy Grudziądzkiej w kierunku zachodnim też dwa bloki zabudowy: wschodni z działkami 58 do 64 i zachodni, przylegający do rynku z numerami 64 i 65; • zachodni blok przyrynkowy miał 5 działek z numeracją 67 do 71. • ostatnia, pojedyncza działka nr 72, to dziedzictwo rady. Podział miasta lokacyjnego na takie bloki zabudowy i 72 działki szczelnie wypełniał przestrzeń miasta w obrębie murów obronnych jak również ściśle pokrywał się z zabudową prezentowaną na planie Zimmermanna z 1799 roku. Ponadto na rysunku tego planu dokładnie nazwiskami opisani zostali właściciele poszczególnych działek. Dokładna analiza i zestawienie nazwisk stanowiłyby cenną, dodatkową analizę, uzupełniającą dane źródeł pisanych. Plany Kwidzyna z przełomu XVIII i XIX wieku są jedynym źródłem kartograficznym, które ujmuje zespół zamkowo-katedralny przed jego zmianami, tj. przed podjęciem decyzji o rozbiórce wschodniego i południowego skrzydła zamku. Decyzję tę podjęły władze pruskie w 1798 roku. Uzyskaną z rozbiórki cegłę wykorzystano do budowy nowej siedziby Sądu - Rejencji Zachodniopruskiej, znajdującej się na tzw. Przedmieściu Malborskim. Analizując plany miasta można postawić tezę, iż budynek rejencji stawiano równolegle z rozbiórką zamku, na bieżąco wykorzystując zdobyty materiał. Jeden z planów miasta (nieopisany) przedstawia sylwetę zamku jeszcze w pierwotnym kształcie (rzut pionowy) oraz brak śladu w miejscu Wisła i Korzeniewo na planie z 1811 roku Justyna Liguz 43 usytuowania budynku sądu. Natomiast drugi plan (Zimmermanna) ukazuje (również w rzucie pionowym) rozebraną wieżę narożnika południowo-wschodniego oraz zaznaczony budynek na przedmieściu malborskim opisany jako nowy budynek rejencji (Neuer Regierungs Gebaude).A ponieważ plan ten sporządzony został w 1799 roku, a więc w niecały rok po podjęciu decyzji o rozbiórce można na tej podstawie wysnuć powyższy wniosek. Tym bardziej, że wykorzystano do tych celów większość pozyskanej cegły z rozbiórki, nie tylko z części wieży. O dużym tempie budowy, a co za tym idzie zużywania materiałów z rozbiórki, może świadczyć fakt, iż teren pod budowę został zakupiony 30 sierpnia 1798 roku, a w dniu 18 stycznia 1801 roku nastąpiło uroczyste otwarcie nowego budynku sądu. Omawiane plany przedstawiają sieć studni i źródeł wody w mieście. Są równocześnie jedynym zachowanym źródłem informacji o dokładnym ich rozmieszczeniu. Zapewne ujęcia wody w obrębie murów miejskich pochodzą jeszcze z okresu średniowiecza. W najstarszym okresie miasta studnie były na ogół otwarte, niczym nie zasłonięte, a korzystanie z nich regulowały wilkierze. Określenie ujęcia wody jako pompy pojawia się w Kwidzynie dopiero w początku XVIII wieku. Toeppen pisze, że w inwentarzu z 1689 roku wzmiankowane są trzy studnie, a w inwentarzu z 1755 roku mówi się o studni określanej jako „Kunst, dwóch dalszych określanych jako podupadłe i czterech będących w użyciu, w obrębie miasta. Niewątpliwie najstarszą studnią była studnia położona w bezpośrednim sąsiedztwie ratusza, po jego południowej stronie. ^ru84 c° do wieku i czasu powstania Toeppen uznał studnię założoną w 1586 roku i położoną w okolicach Bramy Nizinnej. Przy niej stanęła później figura założyciela miasta Hermanna Balka. Rada pobudowała w 1723 roku na miejscu starego budynku słodowni tzw. dom studzienny. Pisze o tym H. Jahn. Miejsce pozostałych studni nie zostało przez badaczy ustalone. O nakładach finansowych na budowę i utrzymanie studni pisze Erich Wernicke, ale również nie podaje ich dokładnej lokalizacji. O źródłach wody na przedmieściach grudziądzkim i malborskim piszą Max Toeppen i Erich Wernicke. Również nie podają oni ścisłej lokalizacji. Na obu planach z przełomu XVIII i XIX wieku zaznaczono dokładnie wszystkie ujęcia wody. Chociaż ciekawym jest fakt, że pomimo, iż oba plany pochodzą z tego samego okresu, występują pomiędzy nimi rozbieżności. Plan Zimermanna pokazuje następujące lokalizacje: w centralnej części starego miasta, obok ratusza od jego strony północnej; na targu rybnym - niedaleko bramy niskiej; niedaleko bramy grudziądzkiej; w połowie na wysokości późniejszej uliczki Wąskiej oraz trzy studnie w obrębie placu przedzamcza. W sumie: 7 studni. Plan drugi, wydatowany przez nas na lata wcześniejsze w stosunku do planu poprzedniego, w obrębie placu przedzamcza naniesione ma dwie studnie. Natomiast w kwartale zachodnim starego miasta pomiędzy działką pierwszą i drugą licząc od strony wejścia do Katedry zaznaczona jest kolejna studnia. Ujęcie wody od strony południowej ratusza, a więc to uznane za najstarsze jest zaznaczone, czego nie uwzględnia plan Zimmermanna. Czyżby obie wymienione tu studnie zostały zlikwidowane równolegle z opublikowaniem planu z 1799 roku? Brak źródeł zarówno pisanych jak i kartograficznych, aby dokonać dokładniejszej analizy. Oba omawiane plany miasta pokazują również dokładną lokalizację studni na wspomnianym wcześniej Przedmieściu grudziądzkim. Trzeci plan - Kuhna nie ukazuje sieci poboru wody, me można więc i tu dokonać porównania. 44 Palcem po mapach dawnego Kwidzyna Zachowane w Berlinie plany miasta przedstawiają sytuację, w której następuje gwałtowny rozwój miasta. Pod względem liczby ludności oraz budownictwa Kwidzyn rozwijał się w poprzednich wiekach powoli. Czynnikiem, który określał w poważnym stopniu charakter Kwidzyna jak oraz jego rozwój tak ludnościowy, jak i gospodarczy, była pełniona przez niego funkcja ważnego ośrodka administracyjnego, uzyskana po pierwszym rozbiorze Polski w 1772 r. Widać to również w trakcie analizy rozwoju przestrzennego miasta. Do XVI wieku w zasadzie zabudowa nie wychodziła poza obręb murów miejskich. Lokalizacja władz prowincjonalnych pociągnęła za sobą napływ pokaźnej liczby urzędników i rzemieślników. Spowodowało to ostry głód mieszkaniowy, a w konsekwencji konieczność rozbudowy miasta. W 1772 roku samo miasto wraz z Przedmieściem Malborskim miało w obrębie murów obronnych 130 domów mieszkalnych, a na Przedmieściu Grudziądzkim oraz w czterech wsiach dominialnych: Altschlóssen, Rumpelgasse, Knieberg i Dibau, pełniących rolę przedmieść Kwidzyna, dalsze 148 domów mieszkalnych, a więc łącznie 278 domów. I tak do 1783 r. zbudowano na tym obszarze 27, a od 1783-1814 dalsze 96 domów, łącznie 123 domy, dzięki czemu w 1814 r. było ich w Kwidzynie 401. Wreszcie w latach 1814-1843 zbudowano 97 domów, co dawało w sumie 498 domów mieszkalnych. Zaczyna się w tym okresie proces zasiedlania kwidzyńskich przedmieść, co bardzo ładnie i dokładnie obrazują analizowane plany miasta. Rozwój przestrzenny miasta ze względów komunikacyjnych wymusza rozbiórkę bram miejskich. Kwidzyn rozbudowuje się w kierunku północno-wschodnim oraz południowym, a więc w kierunku Dibau i Knieberg. Ten rozwój przestrzenny miasta pociągał za sobą z biegiem czasu, choć ze znacznym opóźnieniem, sukcesywne włączanie do obszaru, administracyjnego Kwidzyna tych terenów podmiejskich, które objęte zostały zabudową miejską. Dotyczyło to w pierwszym rzędzie wspomnianych wyżej, przylegających bezpośrednio do ówczesnego miasta wsi dominialnych jak Altschlóssen, Rumpelgasse, Knieberg i Dibau, które w 1784 r., a być może już w 1778 r. zostały przekazane miastu. Dopiero jednak w marcu 1809 r. w związku z wprowadzeniem w Kwidzynie ordynacji miejskiej z 19 listopada 1808 r., wsie te włączono do obszaru administracyjnego miasta. Obranie Kwidzyna jako stolicy rejencji miało więc olbrzymi wpływ na jego rozwój przestrzenny. Dokonywał się on wzdłuż dróg wylotowych prowadzących z miasta. Naturalną barierę rozwoju przestrzennego Kwidzyna w kierunku zachodnim stanowiła rzeczka Liwa. Plan Zim-mermanna obejmuje wyłącznie zabudowę o obrębie murów miejskich wraz z najbliższymi gruntami otaczającymi miasto. Lepiej widać to w trakcie analizy planu nieopisanego, a oznaczonego tu jako plan sprzed 1798 roku. Doskonałym punktem odniesienia jest tutaj również plan Kuhna z 1831 roku. Na obu planach miasta kolorem czerwonym oznaczono zabudowania murowane, natomiast kolorem czarnym zabudowę drewnianą. Dokonując porównania obu planów można zaobserwować, na ile intensywnie następowała przebudowa, szczególnie przedmieść, zabudowy drewnianej na murowaną. Przy czym potwierdza się tutaj fakt, że najintensywniej rozrastały się dzielnice Kniberg i Dibau. Najmniej postępowała zabudowa najstarszego przedmieścia Kwidzyna: Podolic. Były to tereny położone na zachód i południowy zachód od starego miasta. W interesującym nas okresie tereny te wykorzystywane były wyłącznie jako sady, warzywniki i ogrody. Kolejne dwa plany zachowane w Berlinie przedstawiają szczegółową zabudowę terenu Justyna Liguz 45 przedzamcza. Pierwszy z nich: „Situations Plan von dem Schloss Platze zu Marienwerder , został sporządzony przez rysownika o nazwisku Harmann w lutym 1788 roku, drugi: „Situations Plan des Schloss Platze zu Marienwerder" nie jest datowany, ale jego analiza zdaje się wskazywać na ok. 1805 rok. W tym czasie następowały zasadnicze zmiany w funkcjonowaniu placu. Do tej pory był to obszar nie powiązany bezpośrednio z miastem, bowiem przedzamcze pełniło funkcje usługowe wobec zamku kapituły pomezańskiej — znajdowały się tu mieszkania służby, stajnie, magazyny, koncentrowała się produkcja rzemieślnicza. Podzamcze pełniło także funkcję komunikacyjną, ponieważ tędy przez zwodzony most nad fosą wiodła jedyna droga do zamku. Związek tego terenu z kwidzyńską warownią potwierdza nazwa plac zamkowy, która pojawia się wszystkich omawianych planach miasta. W latach 1758-1763, na polecenie rosyjskiego generała Wilhelma Fermora, stacjonującego w Kwidzynie podczas wojny siedmioletniej, wybudowano pałac przeznaczony na jego rezydencję. Rosyjski generał co prawda szybko opuścił miasto, pozostał jednak obszerny, jednopiętrowy budynek o wyraźnie reprezentacyjnym charakterze, wkomponowany w otaczający plac. Położenie miasta na trakcie łączącym Prusy Zachodnie z Berlinem zdecydowały o umieszczeniu w 1772 r. w Kwidzynie stolicy prowincji, powstałej po pierwszym rozbiorze Polski. W pałacu Fermora umieszczono instytucje rządowe — Kamerę Domen i Wojen, zarządzającą dobrami ziemskimi i administracją prowincji, a w zamku Wyższy Sąd Dworski i Ziemski. Plan z 1788 roku przedstawia budynek pałacu jako Cammer Konferentz Haus. Składa się on z dwóch skrzydeł: zachodniego (większego) oraz północnego. To pierwsze skrzydło było pozostałością pałacu, drugie zaś według Maxa Toeppena dobudowano w 1775 roku nadając ty samym budowli dzisiejszą długość. Z budynkiem tym sąsiadują obiekty opisane na planie jako drewniana wozownia, a obok niej mieszkania urzędników kamery, (aufwarten). U zwieńczenia skrzydła północnego znajdowała się studnia a wokół niej skład drewna (w drewnianej szopie) oraz mieszkania urzędników. Wspomniany plan powstał jak wynika z opisu w miesiącu lutym. Można więc na tej podstawie wnioskować, że odzwierciedla on niewątpliwie obszar podzamcza jeszcze jako zaplecze gospodarcze powstających tutaj urzędów. Świadczą o tym objaśnienia umieszczone na planie. Zabudowania w obrębie placu zamkowego są dokładnie opisane, włącznie z oznaczeniem budynków drewnianych. Zaznaczyć trzeba, że na tym terenie, w 1788 roku oficjalnie powołano Królewską Stadninę Koni. Sądzić można, że opisy niektórych budynków świadczą o tym, że plan przedstawia sytuację bezpośrednio przed powołaniem stadniny. Część budynków, jak wynika z opisu służyła celom związanym z posiadaniem koni. I tak na rysunku mapy mamy dwie budowle opisane jako stajnie garnizonowe nr 1 i 2. Byc może były to stajnie służące Garnizonowi szwadronu Dragonów, którzy stacjonowali w tym czasie w Kwidzynie. Pozostałe budynki wyrysowane w obrębie placu to: lazaret, drewniane spichrze, magazyny, inne stajnie i mieszkania urzędników. U szczytu ciągu zabudowań przedzamcza zaznaczony został dom jako mieszkanie należące do pana Christiana von Zitzewitz. Nie udało się ustalić kim M ów mieszkaniec, na pewno nie był żadnym z prezydentów ani wiceprezydentów kamery. Ponadto na planie oznaczono ogrody. Pomiędzy pałacem a murami miejskimi od strony 46 Palcem po mapach dawnego Kwidzyna północnej znajdował się ogród służby kamery. Od strony południowej pomiędzy pałacem a zamkiem leżały ogrody urzędników. Od strony wschodniej placu znajdowały się także ogrody, należące do wspomnianego wcześniej Zitzewitza. O ogrodach i parku, które otaczały budynki rządowe i stadninę pisze H. Jahn, podkreślając piękno tego terenu. Rysunek mapy zawiera informacje (napis naniesiony bezpośrednio na szkic Katedry), że we wnętrzu Katedry istniał podział kościoła na kościół polski (w górnym chórze Katedry, gdzie nazwa chóru polskiego funkcjonuje do dnia dzisiejszego) oraz na kościół niemiecki. Plan zawiera w sobie również oznaczenia studni. Na rysunku zaznaczone są trzy miejsca. Ciekawym jest fakt, że dwie z nich nigdzie nie są poświadczone źródłowo, a obecny plan w ogóle jest jedynym źródłem informacji, jakoby studnia znajdowała się na dziedzińcu zamkowym. Tym bardziej, że zamek posiadał osobną wieżę studzienną. Druga z nieznanych studni, wspomniana już wyżej znajdowała się w bezpośrednim sąsiedztwie pałacu. Trzecia, o której wiadomo, że istniała oznaczona jest w centralnej części placu zamkowego. Kolejny plan - z 1803 roku przedstawia sytuację, już po zmianach dokonanych w związku z funkcjonowaniem stadniny. Rysunek sporządzony został w nieco większej skali, dokładniejsze są też rzuty poszczególnych budynków z prowizorycznie naszkicowanym ich rzutem pionowym. Plan ten potwierdza istnienie w obrębie przedzamcza dwu studni. Nie potwierdza natomiast istnienia studni na dziedzińcu zamkowym, ale być może tylko dlatego, że na planie narysowana jest tylko północna ściana zespołu katedralno-zamkowego. W 1799 roku został opracowany dla skrzydła wschodniego pałacu Fermora projekt. Zatwierdzono go w 1800 roku a następnie zrealizowano. W 1802 r. rozbudowano pałac rejen-cji - oddano do użytku w grudniu wschodnie skrzydło pałacu. Powodem była wzrastająca liczba urzędników oraz często odwiedzający miasto królowie Prus. Brak wzmianek źródłowych na temat wybudowania skrzydła południowego. Plan miasta wyraźnie ukazuje stan, kiedy obiekt ten miał już trzy skrzydła. Świeżo oddana do użytku ostatnia część budowy - skrzydło wschodnie, zaznaczona została na planie jako „Nowy Budynek”. Datowanie planu wskazuje jednoznacznie, że skrzydło południowe wybudowane zostało na pewno pomiędzy 1775 rokiem (a więc budową skrzydła północnego) a 1798 rokiem, więc przed rozbiórką skrzydeł zamku. Max Toeppen podaje, około 1804 r. w miejscu wcześniejszej zabudowy powstał również na placu przedzamcza istniejący do dziś klasycystyczny dom, który według niego od 1810 r. stał się rezydencją prezydentów rejencji. Na interesującym nas planie budynek ten opi' sany jest jako budynek mieszkalny pana prezydenta rejencji von Schróettera. Freiherr von Schrótter był tylko wiceprezydentem, a sprawował swą funkcję do 1808 roku. Niemniej jednak wzmianka ta wskazuje, że budynek pełnił funkcje mieszkalne już wcześniej. Co ciekawsze - na planie miasta z 1799 roku budynek ten, choć w nieco zmienionym kształcie również jest już zaznaczony, a w dodatku także opisany jako dom mieszkalny Schróttera. Plan z 1803 roku dokładnie ilustruje nowy stan zabudowy przedzamcza. Na rysunku pojawiają się wokół placu nowe zabudowania: stajnie stadniny koni, włącznie z oznaczeniem pojedynczych boksów dla koni oraz wydzieloną częścią dla koni przechodzących kwarantan- Justyna Liguz 47 nę lub chorych, magazyny budynek, który przeznaczony był prawdopodobnie na mieszkania dla pracowników stadniny królewskiej. Zaznaczony jest budynek mieszkalny głównego koniuszego. Plan przedstawia sieć chodników i placów wyłożony kamieniami, a także miejsce opisane jako gnojownica. Na placu przedzamcza wybudowano też nowy budynek oznaczony jako Ojficianten Haus. Być może znajdowały się tam również pokoje przeznaczone dla odwiedzających Kwidzyn królów Prus. W obrębie placu zaznaczona także jest studnia i postument pod zegar słoneczny. Tak więc wraz z powstałą wcześniej stadniną oraz wjazdem, będącym pozostałością dawnej bramy przedzamcza, przy którym niewielki budynek mieli pisarze bramowi, stworzone zostało zamknięte wnętrze urbanistyczne, które z pewnymi zmianami przetrwało do początku XX w. Warto dodać, że w 1806/7 roku usunięto z przedzamcza stadninę koni, która jednak niebawem - po Traktacie Wiedeńskim w 1815 roku - powróciła na swoje miejsce. Tak więc jeszcze przed 1806 rokiem wygląd placu zamkowego zmienił się. Potwierdzeniem a zarazem uzupełnieniem rozplanowania przestrzennego na terenie przedzamcza może być kolejny plan, który co prawda nie jest opisany i datowany, ale którego analiza wskazuje na podobny okres wykonania, co plan poprzedni. Jest to dokładny rzut pionowy zabudowań Stadniny Królewskiej wraz z wyrysowaniem rzutu pomieszczeń wewnątrz budynków. Znajdują się tu takie informacje jak ilość pomieszczeń w Officianten Woh-nung (czyli domu zwanego także królewskim lub na planie z 1799 roku Landgestiit Wohnung). Z planu wynika, że był to budynek piętrowy z kamiennymi schodami przy wejściu, gdzie poza trzema klatkami schodowymi na parterze znajdowało się osiemnaście pomieszczeń, na piętrze zaś piętnaście. Podobnie jest z budynkiem mieszkalnym koniuszego. Był to podobnie, dom piętrowy. Poza jedną klatką schodową i hollem na parterze było dziesięć pomieszczeń o różnym przeznaczeniu, na piętrze zaś dziewięć. Również i z tego rysunku można wyliczyć, ile boksów dla koni i z jakim przeznaczeniem posiadała stadnina. Na rysunku opisane zostały miejsca wyłożone kamieniem. Bardzo ważnym jest fakt, że w omawianym czasie na zmiany w zabudowie placu zamkowego miał również wpływ fakt podjęcia decyzji o rozbiórce dwu skrzydeł zamku kapitulnego. Podjęto ją, jak wcześniej wspomniano, w 1798 r. Kwidzyn należy do tych miast Pomorza, które szczególnie dotkliwie zostały zniszczone po II wojnie światowej. Stare miasto spotkał ten sam los, który stał się udziałem wielu zabytkowych miast tego terenu. Największe straty architektoniczne poniósł Kwidzyn w obrębie zabytkowego centrum, tracąc wiele z poprzedniej struktury przestrzennej. Rozebrano wszystkie przyrynkowe bloki zabudowy, później zabudowano wschodni i południowy kwartał w sposób naruszający zabytkowy układ i zacierający w znacznym stopniu jego czytelność. Tym samym zachowane plany w Archiwum Państwowym w Berlinie stają się tym bardziej cenne, ze względu na możliwość odtworzenia poprzedniej, pierwotnej zabudowy miasta, a co za tym idzie uzupełniają wszelką wiedzę źródłową na ten temat. Nie jest to jednak wiedza ostateczna. Przekonanie to wypływa z faktu istnienia w Gchcitncs Staatsarchw Pfcussi-scher Kulturbesitz w Berlinie-Dahlem również planów i map, które nie są ujęte w opublikowanych dotychczas inwentarzach zasobu wspomnianego archiwum. Dokładne kwerendy archiwalne, z nastawieniem na poszukiwanie źródeł kartograficznych Kwidzyna, pozwolą z pewnością skorygować jeszcze dotychczasową wiedzę na temat rozwoju przestrzennego miasta. 48 „Szlak rowerowy mennonitów” czyli kreowanie tożsamości żuławskiej Aleksandra Turowska SZLAK ROWEROWY MENNONITÓW CZYLI KREOWANIE TOŻSAMOŚCI ŻUŁAWSKIEJ Żuławy - krajobraz pocięty kanałami, ustawione w rzędach wierzby plączące, jak okiem sięgnąć równina, gdzie horyzont jaśnieje w oddali i trudno się przyzwyczaić, że jadąc rowerem pochłaniasz takie przestrzenie. Dla osoby wychowanej wśród pagórków i jezior egzotyczny widok. W momencie, gdy zaczynam swoje pierwsze rozmowy z mieszkańcami, z zainteresowaniem przysłuchuję się ich wspomnieniom, Żuławy zaczynają być mi coraz bardziej bliskie, znajome. To kraina przesiedleńców, opowieści tak podobne do tych zasłyszanych od moich dziadków: długa podróż, strach przed nieznanym, nadzieje na lepsze życie, wyobcowanie, mozolne budowanie zasad wspólnego życia na nowym, poniemieckim terenie. Żuławiaków od mieszkańców Pomorza Zachodniego odróżnia jednak to, że ich codzienność naznaczona była zmaganiem się z siłami przyrody, walką z nieustępliwym żywiołem wody, dla wielu obcym i nowym. Moja pierwsza podróż na Żuławy okazała się wyjątkowym i niezwykle wartościowym doświadczeniem. Nie tylko ze względu na możliwość szkolenia warsztatu badawczego w terenie, ale również dzięki doświadczaniu indywidualnych, osobistych, ciekawych lokalnych historii, historii o wielkiej sile. Aleksandra Turowska 49 Podczas dziesięciodniowych badań terenowych na Żuławach Gdańskich (2-11 września 2010) odwiedziłam, wraz z grupą studentów oraz indywidualnie kilkanaście miejscowości w gminach Cedry Wielkie i Suchy Dąb. Wśród mieszkańców wsi gminnych: Cedrów Wielkich i Suchego Dębu przeprowadziłam wywiady dotyczące postaw mieszkańców wobec ich miejsca zamieszkania; ich postrzegania życia w miejscowości oraz identyfikacji z nią. Respondenci stanowili grupę dwunastu osób -przedstawicieli różnych grup wiekowych oraz obu płci. W ramach zadania badawczego udało mi się porozmawiać z najstarszymi mieszkańcami siedmiu żuławskich miejscowości (Cedry Małe, Cedry Wielkie, Grabiny Zameczek, Koźliny, Krzywe Koło, Ostrowite, Suchy Dąb) na temat ich najwcześniejszych wspomnień z czasów tuz po wojnie, kiedy los rzucił ich na te tereny; jak wyglądały pierwsze dni, miesiące, lata po przybyciu oraz o ich samopoczucie w tym czasie. Jak wyglądała zastana infrastruktura, oswajanie nieznanego krajobrazu oraz pierwsze kontakty z osadnikami napływającymi z całej Polski, także tej przedwojennej. Rozmowy te, udokumentowane (nagrane i sczytane) są swoistym świadectwem dziedzictwa kulturowego regionu. Jego kolejnym cennym aspektem, również dokumentowanym przez nas, studentów podczas badań, był charakterystyczny, a w dużej mierze niedoceniany element żuławskiego krajobrazu, jakim są, nie, nie wiatraki, ale kapliczki i krzyże przydrożne. Poza dokumentacją fotograficzną oraz szczegółowym opisem, informacje o obiektach wzbogaciły się o opowieści fundatorów, tudzież ich potomków; obecnych opiekunów. Każda z nich przedstawiała inne motywy wybudowania kapliczki, krzyża i nagle obojętne, martwe punkty na mapie podróży przez wsie Żuław Gdańskich nabrały nowego wymiaru, indywidualności; szły za nimi ludzkie losy i motywacje, przełomowe wydarzenia, znaczące bieg życia rodzin i ich poszczególnych członków. Inwentaryzację kapliczek i krzyży przydrożnych przeprowadziłam w miejscowościach: Cedry Małe, Cedry Małe-Kolonia, Koźliny. Żuławy są terenem specyficznym nie tylko ze względu na swą wielokulturowość, jako iz jest t0 teren, na którym doszło do wytworzenia się mieszanki etnicznej i regionalnej \ ale także Przez fakt, że tożsamość żuławska musiała zostać zbudowana od nowa, z elementów takich jak doświadczenia nowo przybyłych osadników skonfrontowane z pozostawionym przez Niemów krajobrazem, trauma wojenna i przesiedleń; dorobek kulturowy przynajmniej kilku narodów: niemieckiego, polskiego, ale też ukraińskiego i żydowskiego. Na tozsamosc kulturową ^ada się dziedzictwo przeszłości, komunikowanie wewnętrzne i zewnętrzne, poszukiwanie sensu egzystencji, przeżywanie konfliktów2. Tyle, że na Żuławach wydarzenia historyczne przerwały ciągłość osiadłości regionalnej, zakorzenienia, ekologiczno-geograficznych czynników Połączonych z dziedzictwem kulturowym ojców, które miały rzutować na świadomą częsc osobowości, kształtując tożsamość zarówno zbiorową, jak i jednostek. Po II wojnie światowej przecięto habitat milionowym rzeszom ludności, rozdzielając ojczyznę ideologiczną od prywatnej. Dotyczy to również powojennych osadników żuławskich. Po 1945 roku rozpoczął się na Zuła-• wach proces budowania tożsamości zbiorowej i indywidualnej, znajdującej swoje o zwiercie dlenie w pojmowaniu regionu i jego dwóch wymiarów, z których pierwszy dotyczy ksztalto-Wania się świadomości lokalno-regionalnej mieszkańców, a drugi - podłoża kszta towa ę ^^^^uro^żniaw-rap^ ierenowyck, w: Bańska A.W. (red.) żuta., poszukiwaniu iożsamo- i ^ruszcz Gdański, Wydawnictwo JASNE 2009, s. 17. Trans Hums- Ntaorowiez J„ Pogranicze. TożsamoSł Edukacja iaicdzykultu^a, Białystok, Wydawnictwo Uniwersyteckie na199S,s.71. 50 „Szlak rowerowy mennonitów” czyli kreowanie tożsamości żuławskiej danej polityki kulturalnej oraz instytucjonalnych form regionalizmu. W tym kontekście należy zwrócić uwagę na działania lokalnych animatorów i miłośników regionu, którzy skupiają się na zachowaniu pamięci o dawnych mieszkańcach Żuław, traktując obszar Żuław jako „laboratorium budowania tożsamości lokalnej”. Rozmowy z respondentami ujawniły pewien dysonans pomiędzy obrazem Żuław kreowanym przez regionalistów, a postrzeganiem ich przez mieszkańców, opartym często, zwłaszcza wśród starszych osób, na doświadczeniach przesiedleńców. Wielu z aspektów lokalnych historii nie uwzględnia się, tracap na całościowej opowieści o terenie i jego wizji, która jest budowana dla potrzeb turystycznych. Podczas wielu rozmów udało mi się pozyskać informacje o sprawach dla Żuławiaków z pozoru zwyczajnych, codziennych i nieciekawych, a których istotnego wkładu w mozaikę kulturową Żuław nie można ignorować. Chciałabym zarysować problem kreowania tożsamości żuławskiej, zarówno wobec zawirowań historycznych, niepozwalających obiektywnie spojrzeć na dzieje regionu, jak i współczesnej aktywności jednostek wywierających wpływ na lokalną społeczność. Podejmuję próbę dowiedzenia się, na ile żywe są stereotypy właściwe Żuławom. W podsumowaniu zastanowię się, czy jednostkowe opowieści mieszkańców są warte uwzględnienia w działalności aktywistów żuławskich. REGIONALIŚCI NA ŻUŁAWACH W Nowym Dworze Gdańskim, działa Klub Nowodworski-Stowarzyszenie Miłośników Nowego Dworu Gdańskiego, które nie pozostaje bez wpływu na lokalne społeczności, także Żuław Gdańskich. Najbardziej namacalnym aspektem działalności klubu na tym terenie jest Szlak Mennonitów, przebiegający przez miejscowości: Wiślina, Wróblewo, Miłocin, Trutnowy, Cedry Wielkie, Leszkowy, Kieżmark, którego oznaczenia, jako łatwo dostępny punkt informacyjny, uświadamiają mieszkańcom tych wsi ewangelicką przeszłość żuławskich ziem. Obok Klubu Nowodworskiego należy wymienić również Żuławski Ośrodek Kultury i Sportu działający w Cedrach Wielkich oraz założone przez zaangażowanych w działalność społeczno-kulturalną państwa Kufel - właścicieli domu podcieniowego w Trutnowach - Stowarzyszenie Żuławy Gdańskie. Działalność Klubu Nowodworskiego wpisuje się w nurt budowania tożsamości lokalnej poprzez zachowanie pamięci o dawnych (w szczególności menonickich) mieszkańcach Żuław, skupiając się na ochronie zabytków kultury materialnej, ale również przykładając starania do tego, by nie uległy zapomnieniu „obrazy, odczucia, przeżycia należące do tamtego świata”. Tamten świat, to świat sprzed ’45 roku, rzeczywistość niemiecka i menonicka, dla mieszkańców Żuław już od trzech pokoleń, obca. Liczne przedsięwzięcia realizowane przez Klub Nowodworski, dotyczące kultury przedwojennych osadników i promujące ją, jak Muzeum Żuławskie w Nowym Dworze Gdańskim i jego filia - Cmentarz Jedenastu Wsi Lapidarium sztuki sepulkralnej w Cyganku, Szlak Mennonitów, Muzeum Opowieści Żuławskich, a także faworyzowanie tej kultury w regionie poprzez działania takie jak propagowanie ochrony przedwojennych cmentarzy czy spotkania z byłymi Nowodworzanami i Żuławiakami, stanowią istotny składnik organizowanej kultury żuławskiej. Ładunek informacyjny skonstruowany przez członków Klubu ulega przefiltrowaniu przez świadomość społeczną, która niezależnie od zamierzeń nadawców, dokonuje subiektywnego wyboru, co z niego przyswoić i w jaki sposób wykorzystywać. Aleksandra Turowska 51 Dom podcieniowy w Trutnowach, siedziba Stowarzyszenia „Żuławy Gdańskie , dzięki życzliwości państwa Kufel, udostępniany zwiedzającym, jest obrazem pasji i zamiłowania do tradycji żuławskiej jego właścicieli. Z tym samym zaangażowaniem, jakie państwo Kufel wkładają w opiekę nad zabytkowym budynkiem, pracują na rzecz turystyki i ochrony dziedzictwa kulturowego. Wśród projektów realizowanych przez Stowarzyszenie są np.: „Przystanek na szlaku - przygotowane z myślą o turystach udogodnienia na Szlaku Domow Podcieniowych, „Żuławskie bajanie” - projekt, w którym 25-osoba grupa młodzieży miała napisać i zilustrować żuławskie baśnie, wydane następnie w formie książeczki z obrazkami3; projekt „Pomorscy artyści Żuławom Gdańskim”. Od kilku lat państwo Kufel organizują w swoim domu konkurs na potrawy z regionu Żuław, którego zwieńczeniem jest wydanie książki z przepisami mieszkańców okolicznych miejscowości „Niebo w gębie”. Głównym celem, dla ktorego Stowarzyszenie zostało powołane, jest zaprojektowanie, zbudowanie od podstaw i utrzymanie skansenu miniatur architektury budownictwa regionu XVII, XVIII i XIX w. Tym, co odróżnia Stowarzyszenie „Żuławy Gdańskie” od Klubu Nowodworskiego, jest jego sceptyczny stosunek do dziedzictwa mennonitów na tym terenie. „Tych, którzy będą chcieli znaleźć ślady po mennonitach, czeka wielkie rozczarowanie. Za wyjątkiem jednego domu w Krępcu, nie ma ich na całych Żuławach Gdańskich. A dlaczego? Wszystkie spisy ludności jednoznacznie mówią, iż “mennonici stanowili mniejszość zarówno w stosunku do luteranów jak i do katolików. Według spisu ludności z 1818 roku na Żuławach Gdańskich było 516 mennonitów, w samym Gdańsku 496. Antyin-telektualna ludowość i plebejskość gmin mennonickich izolowała ich od życia społecznego in-nych grup wyznaniowych zamieszkujących Żuławy i praktycznie wyłączyła ich z twórczego gospodarowania w tym regionie”. [...] Mennonici nigdy nie stworzyli na Żuławach Gdańskich żadnej trwałej kultury materialnej.”4 - mówi notatka na temat szlaku mennonitów zamieszczona na stronie internetowej Stowarzyszenia. „Żuławy Gdańskie nie odżegnują się natomiast od dziedzictwa niemieckiego na tym terenie. Żuławski Ośrodek Kultury i Sportu (ŻOKiS), publiczna placówka kulturalno-oświatowa, z siedzibą w zabytkowym budynku w Cedrach Wielkich, przyciąga liczne grono zainteresowanych ciekawym i przystępnym programem - zajęciami sportowymi, plastycznymi i językowymi, ofertą dla dzieci, biblioteką, punktem internetowym. ŻOKiS pełni rozbudowaną rolę świetlicy wiejskiej/szkolnej, domu kultury, klubu sportowego zarazem. Funkcjonowanie takiego miejsca w gminie jest ogromnym dobrodziejstwem dla jej mieszkańców, wobec innych polskich gmin, pogrążonych w kulturalnym marazmie, stanowi wyjątek. W Żuławskim Ośrodku Kultury i Sportu mieści się wystawa „Na szlaku Mennonitów przedstawiająca minioną kultu-r? Żuław. Ciekawym elementem wystawy jest ludowy strój żuławski —przedstawiciel tzw. tradycji wynalezionej. Tożsamość kulturowa Żuław jest łączona przez regionalistów z kręgu Klubu Nowodworskiego w szczególności z cywilizacją osadników mennonickich, a efekty ich działań (specyficzne elementy kultury materialnej), które na trwałe weszły do krajobrazu kulturowego regionu, są traktowane jako strażnicy pamięci - znaki przeszłości, którym nadano określone znaczenie. Żuławskość utożsamiana jest z menonityzmem. Owa sytuacja nosi znamiona sztuczności, np. w przytoczonym z notatki o Szlaku Mennonitów cytacie: „Ciekawostką kolarską jest fakt, ze: ^Todzinięmęnnonitów wychowywany był Floyd Landis, zwycięzca Tour de France w 2006 * ^ttp-Z/zulawyorg/projekty/rownac-szanse/zulawskie-bajanie/, wgląd. 15.05.2011 ^*^P//2ulawy.org/turystyka/szlak-mennonitow/ 52 „Szlak rowerowy mennonitów” czyli kreowanie tożsamości żuławskiej r.”s. Fakt ten z pewnością stanowi interesującą informację, ale ile tak naprawdę mówiącą o regionie dziś? PODATNY GRUNT? ŻUŁAWY W OCZACH ŻUŁAWIAKÓW Rozmowy z mieszkańcami gmin Cedry Wielkie i Suchy Dąb ukazały, że holenderska przeszłość tych ziem jest im mało znana lub nieznana w ogóle. Z szeregu informacji opracowanych na potrzeby turystyczne regionu, część dociera do mieszkańców i traktowana jest raczej jako forma ciekawostki o regionie, którą wykorzystuje się w kontaktach z przyjezdnymi -ta wiedza w codziennym życiu nie ma zastosowania, nie zaspokajając żadnych potrzeb. Większość respondentów nie posiada skojarzeń z Holendrami na tym terenie, a starsze osoby nie pamiętają żadnych lokalnych historii z nimi związanych. Na pytanie o opowiadania o Holendrach, które mogły krążyć po okolicy, jedna z respondentek odpowiada:- -Nieee, Holendrzy, w którym to roku byli tu, jeszcze nas tu nie było. -Ao mennonitach? - Też nie, no bo przecież który to rok... ho, ho, ho, to nas tu jeszcze w ogóle nie było. Ani pani, ani mnie, nikogo tu jeszcze nie było w tym roku. (Informatorka, lat 75, zamieszkała w Cedrach Wielkich) Na wyżej wymienione pytanie zdarzyła się nawet odpowiedź, że Holender, owszem, żyje we wsi: - Holender to dopiero teraz, parę lat. A tak... Ożenił się. Tu u nas, no i jest. Ale bardzo dobry człowiek. Mieszka, troje dzieci ma. No porządny gospodarz. Fajny człowiek, no, fajny taki, przyjemny, umie po polsku już dobrze i wszystko. -Ale ma tu korzenie? Czy po prostu przyjechał, zupełnie tak... - Przyjechał kawaler. No, ale on tu coś, no jak to pani powiedzieć... On się interesował gospodarstwem no i tam trochę gospodarstwa tu kupił no i zapoznał i ożenił się i został tu. (Informatorka, 75 lat, zamieszkała w Koźlinach) Opowieści o Holendrach nie są znane, jednak pytanie o nie, nie wzbudza większych emocji-Inaczej jest z pytaniem o niemiecką przeszłość regionu, zwłaszcza wśród osób starszych. Doświadczenia przesiedleńców, polityka władz PRL-u i niepewność dotycząca życia na „ziemiach odzyskanych” wszak odebranym Niemcom, którzy mogliby się o nie upomnieć, powodują, że nawet po wielu latach Żuławiacy wolą unikać odpowiedzi na temat osadników niemieckich, odpowiedź poprzedzona jest chwilą milczenia i formułowana z namysłem - „czy na pewno powinno się o tym mówić?” Na tzw. Ziemiach Odzyskanych niepoprawnością było pamiętać o poprzednich mieszkańcach. Bezpieczniej jest odwołać się do historii znanych właśnie z działalności regionalistów i animatorów: -Ale szczerze mówiąc to można by było powiedzieć więcej o nemonitach aniżeli o tych czasach niemieckich czy poniemieckich. - Dlaczego tak? Więcej źródeł jest? - No nie wiem. Mam co prawda książkę, ale jeszcze jej nie zdążyłem przeczytać. Dostałem w prezencie, a to mam właśnie troszeczkę opisów jest na temat nasz. (Informator, 66 lat, zamieszkały 5 http://rowery.trojmiasto.pl/Szlak-Mennonitow-przez-Zulawy-Wislane-n33392.html, wgląd: 10.05.2011 Aleksandra Turowska 53 w Cedrach Małych) Z drugiej strony wciąż funkcjonuje na Żuławach stereotypowy obraz Niemca, ukształtowany przez doświadczenia wojenne. Ponadto, po drugiej wojnie światowej stereotypy Niemców skomplikowały się ze względu na powstanie wzajemnie się zwalczających bloków ideologicznych, a problem wypędzonych był przez długie lata niewypowiedzianym, ale istotnym elementem wzajemnego siebie postrzegania. Starsi mieszkańcy wspominają spotkania z Niemcami tuż po przyjeżdzie, jeśli ich relacje pozbawione były otwartej wrogości. Najczęściej są to wspomnienia o samotnych kobietach z dziećmi, które dzieliły z nowoprzybyłymi rodzinami domy przed wyjazdem na Zachód. Niemieccy mieszkańcy, jak mówią informatorzy, przyjeżdżali także odwiedzać swe dawne zagrody. Schemat takiego spotkania był we wszystkich przypadkach bardzo podobny - trudności z dogadaniem się, doza niepewności, a nawet lęku pomieszana z trochę uspokajającym przekonaniem, że przecież nie ma się czego obawiać, uprzejmości graniczące z sympatią, ale brak chęci do podtrzymywania kontaktów. W momencie takich wizyt, moi respondenci najczęściej znajdowali się poza domem, pracowali w polu, albo byli zajęci. Podczas wywiadów często mogłam usłyszeć podobne wypowiedzi. No przeważnie bratowa rozmawiała, bo ona tam mieszkała z brzegu, jeszcze na przodzie tam. A ja to tam miałem takie inne sprawy do załatwienia, to z bratową tam rozmawiała i była raz zdjęcia se porobiła, pojechała, a później przyjechała za jakiś, nie wiem, rok czy ile, drugi raz przyjechała. (informator, 87 lat, zamieszkały w Koźlinach) Poniemieckie i pomenonickie cmentarze, dziś uważane za dziedzictwo kulturowe Żuław wymagające ocalenia, przed laty były niszczone dla zatarcia pamięci o poprzednich osadnikach - wówczas śmiertelnych wrogach. Cmentarze te były jednym z aspektów obcości przestrzeni kulturowej6, a do oswajania tej przestrzeni próbowano przystępować natychmiast po przy-jeździe. Poniemieckie cmentarze uległy zniszczeniu na obszarze Żuław, Pomorza, Śląska. Dziś można odczuwać zasłużony wstyd za niechlubne wydarzenia historyczne, trudno jednak nie dostrzec ich wpływu na świadomość kolejnych pokoleń powojennych mieszkańców Ziem Odzyskanych. Najstarsi mieszkańcy pamiętają wszak czasy, gdy wykorzystywanie materiału bu dowlanego pochodzącego z cmentarzy było aspektem codzienności. - Taak, był cmentarz, później go rozkradali te pomniki, który ładny był, to ginęły te pomniki. w nocy gdzieś rozbierali czy sprzedawali, nie wiem, co oni tam. (Informatorka, 99 lat, zamieszkała w Cedrach Wielkich) - Tam też był cmentarz, nie duży, było tam kilka grobów tych, ale znaczy to tez zostało rozebrane, zniszczone. lat, zamieszkały w Koźlinach) - Co się stało z tymi cmentarzami? - Zlikwidowane. Tu koło kościoła też. ~ I kto to likwidował? 1945 roku. Analiza wybranych pamięci, Gdańsk-Pruszcz Gdań- Uga Z, Zur A., Ogonie krajobrazu kulturowo Zulw M^y^™^ , przyklap, „; Brzezińska A.W., Poczobut J„ Zach^ peta ski, Wydawnictwo JASNE 2010, s. 57. 54 „Szlak rowerowy mennonitów” czyli kreowanie tożsamości żuławskiej -pauza] Polaki. Sprzątały. -Co pani sądzi o tym, co się stało z tymi cmentarzami? - [pauza] No wie pani, tak, tak za dużo to nie mogę pani powiedzieć, bo to były starsze ludzie, chciały czysto, uprzątnęli. Teraz by tego nie pozwoliły, na pewno. (Informatorka, 75 lat, zamieszkała w Koźlinach) Podobnie rzecz się miała z pozostawionymi przez Niemców przedmiotami: sprzętem, meblami, pamiątkami. Nie przywiązywano do nich wagi, nie doszukiwano się ich wartości. -No były, były [przedmioty]. Nawet dziś żałuję, że to zniszczyłam, bo miałam takie, taką szafę, stała na takich, takie ze lwa były, jakby nogi, nie. No i taka ozdoba była u góry i tam były takie wyrzeźbienia; tak, no ładna szafa, ale później, no to wie pani, jak wyszły takie inne, takie meble jakieś segmenty [śmiech], to któryś trzeba było później wyrzucić, jeszcze z płyty pilśniowej zrobiony. Ja tą szafę sprzedałam, bo takie jeździli skupywali takie stare rzeczy, a u mnie była ona wyrzucona, bo nikt takich mebli nie trzymał, więc ja też nie chciałam. [...]A ktoś mądry, to se kupił to i takie starocie na tym, Dominikańskim targu to sprzedająca nie raz idę, mówię, zobaczę, czy moje cukiernice sprzedane [śmiech]. (Informatorka, 80 lat, zamieszkała w Ostrowitem) Pamięć o niemieckich osadnikach na tym terenie nie może być zatem istotnym składnikiem budowanej społecznej identyfikacji. Te z działań regionalistów i animatorów kulturowych, które mają na celu uświadomić niemiecką przeszłość narodu i pozbawić ją negatywnych konotacji, są pozytywne, o ile służą odkrywaniu prawdy historycznej, zakłamywanej przez lata polityki PRL-u. Należy przy tym docenić fakt, że pokolenie osadników i przesiedleńców, którym czas pobytu na Żuławach nie zdołał zatrzeć pamięci miejsca, z którego pochodzą, posiada niejako podwójna tożsamość: tę nową -żuławską i tę starą, związaną z miejscem, z którego przybyli7. Żuławy w oczach ich mieszkańców to bliżej nieokreślony teren pomiędzy Morzem Bałtyckim a Kaszubami, przecięty Wisłą, nizinny, z charakterystycznymi dla krajobrazu wierzbami i szerokim horyzontem. To także uciążliwość opadów, powodujących zaleganie wody, tęsknota za lasami i jeziorami. To przepiękna szadź osadzająca się zimą na wierzbach, dobre gleby, kanały. Tym, co warto umieścić w folderze reklamującym miejscowość, pokazać gościom z innych miejscowości, jest zawsze kościół we wsi. Większość respondentów lubi swoją miejscowość, ale tylko pojedyncze osoby mogą powiedzieć o niej, że jest to „moje miejsce na świecie”. Żuławiacy zmagają się nie tylko z przyrodą, ale również bezrobociem, z żalem obserwują zanik rolnictwa na tym terenie, ciągną do miasta, jeśli jest taka możliwość. Zapytani o tożsamość, w pierwszym rzędzie podają polską. Czy czuja się Żuławiakami? Ci młodsi tak, ci starsi to prawo przypisują tylko autochtonom, mieszkającym tu jeszcze przed wojną. Żuławiakiem trzeba się urodzić. W tym niejednorodnym pod względem kulturowym terenie, budują swój własny świat. DZIEDZICTWO KULTUROWE ŻUŁAW - KOŚCIOŁY, KAPLICZKI I KRZYŻE PRZYDROŻNE Zapytani o najważniejsze i najbardziej reprezentatywne miejsce we wsi, respondenci najczęściej podają kościół. Kościół jest symbolem miejscowości, miejscem szczególnym, wyrazem wspólnoty i polskości na tym terenie. Ogromnym uznaniem darzy się proboszcza i mieszkań- 7 Żur A., „To jest mój hajmat” -współczesna tożsamość kulturowa mieszkańców Żuław. Próba analizy materiałów terenowych, w: Brzezińska A.W. (red.) Żuławy w poszukiwaniu tożsamości, Pruszcz Gdański, Wydawnictwo JASNE 2009, s. 79. Aleksandra Turowska 55 ców miejscowości, którym udało się odbudować zniszczone po wojnie kościoły i doprowadzić do tego, aby pełniły rolę czynnych świątyń, mogły się w nich odbywać nabożeństwa, tak jak to było we wsi Cedry Wielkie. Zwiększa to dodatkowo rangę takiego miejsca. - Co przede wszystkim pokazałby Pan w swojej miejscowości znajomym z innych terenów? - Kościół. Kochana, naprawdę, przecież to były ruiny. Tam tylko mury stały, a tam nie było nic. Drzewa rosły, jak pani gruba, jak ja, to takie rosły. No. (Informator, 59 lat, zamieszkały w Cedrach Wielkich) Warto zaznaczyć, że tuż po wojnie, w większości miejscowości kościoły nie funkcjonowały i mieszkańcy pokonywali duże odległości, by stawić się na niedzielną mszę, np. w kościele w Pszczółkach. Powstanie parafii w poszczególnych miejscowościach jest wynikiem wspólnotowych starań ich mieszkańców, dla nich swoistym wyznacznikiem tożsamości. Poza tym często kościół jest jedynym miejscem we wsi, które da się wyróżnić, poza domostwami mieszkańców. Wyjątkowym elementem krajobrazu żuławskiego są natomiast kapliczki i krzyże przydrożne. Dlaczego wyjątkowym? Występują powszechnie w Polsce, są tak mocno wpisane w ojczysty krajobraz, że czasem trudno je z niego „wyłuskać , dostrzec. O ich wyjątkowości na Żuławach świadczy fakt, że pełniły tu ważną rolę w oswajaniu nowej przestrzeni, kształtowania poczucia identyfikacji z miejscem zamieszkania. Gdy nowi osadnicy zaczęli zasiedlać obce terytorium, starali się przeistoczyć je w kosmos, czyli „nasz świat ; stworzyć go od nowa, przez uświęcenie . Za postawieniem kapliczki, krzyża, zawsze stał ważny dla konkretnej osoby powód, niejednokrotnie zaskakujący, niejednokrotnie wzruszający, jeśli tylko zechce się wysłuchać tej opowieści. - W którym roku powstała ta kapliczka ? - To zaraz po wojnie ojciec pobudował, który rok nie powiem, w każdym bądź razie ojciec jak wrócił z obozu, że obóz przeżył. To takie w podzięce jakby powiedzieć, pobudował. To był chyba '47 rok. [...J Ogólnie była postawiona z tego względu, że przeżył obóz. Bo z obozu siedmiu ich wróciło. - Figurka jest Matki Boskiej. - Matki Boskiej, ale to było w podzięce za to, że przeżył obóz niemiecki w Niemczech. (Informator, 56 lat, zamieszkały w Cedrach Małych) - W nocy, tam zrobili, krzyż był u M., schowany w stodole, w nocy jeszcze, tu nasz sąsiad, nieboszczyk już, mój mąż, wykopali za dnia dziurę, przykryli, a w nocy przyciągnęli i wstawili, zacementowali. To już mąż z sąsiadem też z takim tutaj robił, cementował, no i krzyż w nocy wyrósł. Bo to było jeszcze za komuny, nie, w '85 roku było. Pamiętam tą datę, jak ksiądz święcił krzyż, a ja stałam pod domem, bo już mnie pierwsze bóle do porodu brały (śmiech). No to wtedy było. (Informatorka, 57 lat, zamieszkała w Koźlinach) Z uśmiechem wspominam zakłopotanie odwiedzanych przeze mnie opiekunów kapliczek, bo jak to, to przecież takie normalne, kapliczka stała tu od zawsze, nie ma się czym c wa ić. Wraz z okazywanym zainteresowaniem rodzinną historią związaną z tym miejscem sakra nym, wzrastało poczucie dumy i radość z docenienia obiektu, o którym, w jednym przypadku, pod-jęto decyzję o rozebraniu. Kapliczki i krzyże przydrożne, jako pewien wymiar religijności, są c^ścią podstawowego kryterium indywidualnej identyfikacji, zarówno na poziomie jednost-ki, jak i grupy. 56 „Szlak rowerowy mennonitów” czyli kreowanie tożsamości żuławskiej CZY WARTO DOCENIĆ LOKALNE HISTORIE? Badania terenowe na Żuławach ukazały mi zróżnicowany i ciekawy teren, swoistą mozaikę, która przy bliższym przyjrzeniu się, odkrywa, jak bardzo jest zmienną, ulegając przekształceniom i kreowaniu, zarówno w wymiarze fizycznym jak i niematerialnym. Spotkania z ludźmi zawsze są twórcze, zawsze uczą czegoś innego - o świecie, ale przede wszystkim o sobie. Warto przysiąść na chwilę na żuławskiej miedzy i przysłuchać się, o czym szumią te wierzby. Natychmiast rozumiem, dlaczego jedna z informatorek dziwi się, nad upodobaniem do kamiennej, zabytkowej podłogi, którą widziała w domu podcieniowym, nad zachwytem pana z Nowego Dworu Gdańskiego nad starym piecem ze zrujnowanego domu jej teścia. Rozumiem, dlaczego właściciele zabezpieczyli cokół kapliczki kiczowatym klinkierem. Dziedzictwo regionu to nie tylko zabytek, ale stosunek do niego jego mieszkańców. Jeśli go nie uwzględnić, to warto chociaż poznać. Warto uwzględnić lokalne historie. Człowiek jest umieszczony lub sam się sytuuje w obrębie różnorodnych związków nie wyczerpując się w powiązaniu z żadnym z nich bez reszty, a z każdego czerpiąc pewne elementy swego samookreślenia. Dopiero te wszystkie elementy czerpane z różnych związków wraz z innymi, psychicznymi czynnikami składają się na tożsamość jednostki. 57 Jacek Albrecht Jacek Albrecht CO DALEJ ZE SZKOŁĄ ŁACIŃSKĄ? W końcu marca 2012 r. na budowie nowego Centrum Kultury na Starym Mieście w Mai borku zapadła niepokojąca cisza. Archeolodzy skończyli swoje prace i zaczęły ważyć się losy ruin niegdysiejszej Szkoły Łacińskiej (i nie tylko). Odsłonięte zostały historyczne res ki stojących tam kiedyś budowli. Wiadomo już, że nadbudowa na starych murach jest raczej niemożliwa ze względu na ich fatalny stan techniczny. Wszystkie projekty trzeba więc zaczynać od początku, lub przynajmniej poważnie przerobić. Zmienić też wypadnie c °cia' ę ściowo samą koncepcję użytkową zagospodarowania obiektu. Powstał więc poważny y > co dalej robić? Należy zauważyć, że zarówno archeolodzy z Muzeum Zamkowego, jak i firma bud na zajmująca się obiektem pod okiem konserwatora zabytków wykonali wyjątkowo starannie swoje prace. Całość przykryta została namiotem, a prace początkowo realizowane sprzę mechanicznym w niższych warstwach prowadzone były ręcznie. Starano się dotrzeć do pierwotnych założeń budowlanych, nie niszcząc jednocześnie żadnych świadków historii. Ukaz się może nie nazbyt efektowny, ale zarazem fascynujący „skansen architektonicznyc walki prowadzonej niemal od samego początku istnienia obiektu z potężną awarią u ow 3 Zobaczyliśmy potężne mury przełamane w kilku miejscach oraz wiele konstrukcji mają y powstrzymać katastrofę na przestrzeni wieków. Pokazały się też fragmenty i zarysy muró wnętrznych trudnych do szybkiej interpretacji oraz zaskakujące detale architektoniczne. Wydaj e się że awaria mająca swój początek może w XIV-tym wieku aktywna była jeszcze w wieku XIX-tym. Nie można też stanowczo wykluczyć oddziaływania jej przyczyny jeszcze dzisiaj. Przełamanie zaś murów w sąsiadującym ze Szkołą Łacińską wykopie może św' X tym, że awaria nie dotyczy samego obiektu Szkoły i nie została spowodowana jedynie błędami technicznymi przy jej wznoszeniu. Przyczyna może być szersza i leżeć poza samym o le architektonicznym a tkwić na przykład w ruchu całej Wysoczyzny Malborskiej, spyc lającym budowle z jej brzegu. Do takich spekulacji zachęcają spękania budynków i murów za owy od strony rzeki, także tych pochodzących z XIX-to wiecznych rekonstrukcji. Inna teona m o wodach podmywających skarpę przed regulacją Nogatu. W tym wypa u za ozen niżyło stabilnie lustro wody w rejonie Malborka o około cztery metry i procesy niszczące j - by ustały. Można też początek awarii wiązać z ociepleniem klimatu i podniesieniem ę P mu wód powierzchniowych w XIV-tym wieku, o czym wspominają kroniki, lemniej Pod względem budowlanym należ uznać za niestabilny. Wznoszenie więc w tym miejscu wielokondygnacyjnej konstrukcji budowlanej niezależnie czy z wykorzystaniem starVch czy nie, wypada uznać w dłuższej perspektywie za niewskazane. Do ac tez rze ^ la, która stała tu do ostatniej wojny posiadała niezależną konstrukcję nośną z W ^ku opartą na samodzielnych filarach ceglanych i potężnej nowej ścianie. O jej s ame nic nie wiemy, chociaż istnieją przekazy, że w okresie międzywojennym nie y a y Natomiast obraz tego, co zostało odsłonięte mógłby stać się wspaniałą ^P”^’ " “ badawczym, poglądowym i turystycznym. Czytelny ogląd postępujące, awaru budów 58 Co dalej ze Szkołą Łacińską? lanej mającej swój początek w głębokim średniowieczu oraz obraz walki toczonej z nią w ciągu wieków mógłby stać się wybitnym zespołem poglądowym w zakresie rozwoju myśli architektonicznej na skalę europejską, ciekawie uzupełniając poglądowy charakter zrekonstruowanego zespołu zamkowego. Dałoby to też spokojny czas na dogłębne przebadanie pozostałości najwcześniejszej budowli i zbudowanie dla niej koncepcji rekonstrukcyjnych w zakresie zarówno użytkowym jak i architektonicznym. Już bowiem pobieżny ogląd odsłoniętych reliktów świadczy wyraźnie o tym, że: stał tam obiekt obronny o potężnych murach; powstawał etapami oraz bardzo wcześnie zaczęła nękać go awaria budowlana. Jeżeli był to zaginiony zamek zakonny Zantyr, o czym jestem przekonany, a co opisałem w numerze 2 „Prowincji” i książce „Tajemnice Malborka”, tę warto by było też poprowadzić badania właśnie w tym kierunku. Puszczając wodze fantazji, łatwo można pomyśleć, że obecny, roboczy dach namiotowy na konstrukcji aluminiowej zamieniony zostanie na stały dach przeszklony, a wewnątrz utworzona zostanie trasa turystyczna na pomostach z aluminium lub stali, że poprzez plansze i makiety uczytelnione zostaną relikty architektury i ich historia, a w zachowanej części od strony rzeki powstanie ośrodek badawczy, małe muzeum i kawiarnia widokowa dla turystów. W ten sposób powstanie wielka atrakcja turystyczna i specjalistyczna, co da istotny impuls odbudowie malborskiego Starego Miasta. Życie niestety przyniesie zapewne jak zwykle kompromis. Część starych murów zostanie rozebrana (z bólem), część spróbuje się wykorzystać, a niektóre także pokazać. Zrobione już projekty zostaną poprawione i dostosuje się do nowej sytuacji koncepcję użytkową całości. I tak niszcząc piękny, oryginalny i ogromnej wartości zespół poglądowy z zakresu historii kultury tej ziemi, wzniesie się w jego miejsce betonowo-szklane centrum edukacji kulturalnej, gdzie Szkoła łacińska, fot. J. Albrecht 59 Kordian Kuczma Kordian Kuczma PATRONI NASZYCH ULIC (CZ. 6) WIEBE, STEINBRECHT, FLOTWELL... W niniejszym tekście chciałbym skupić się na dotychczas nieporuszanym przeze mnie temacie wybitnych mieszkańców naszych okolic pochodzenia niemieckiego. Jak się oka zuje, w samym Berlinie patronami różnego rodzaju obiektów miejskich jest kilkanaście osób urodzonych na terenie dawnej rejencji kwidzyńskiej. Oczywiście pod panowaniem niemieckim również spora liczba nazw ulic w miejscach naszego zamieszkania upamiętniała tamtejszych luminarzy. O dwóch lokalnych patronach ulic w Elblągu: Franzu Komnicku z Tropiszewa (1857-1938; obecna Fabryczna) i tragicznie zmarłym w Sztumie Ferdinandzie Schulzu (1892-1929; dziś Romualda Miel-czarskiego) opowiadały artykuły opublikowane w poprzednich numerach „Prowincji. W tym miejscu przypomnę więc jedynie, że Komnick jako właściciel zakładu kowalskie go w Lubieszewie zasłużył się skonstruowaniem pomp, których wykorzystanie przy usu waniu skutków wielkiej powodzi w 1888 r. uchroniły Żuławy Wiślane przed epidemią malarii. W późniejszych latach zasłynął jako elbląski producent samochodów, autobu Sów i innych pojazdów mechanicznych, które m.in. eksportował do Rosji i Związku Radzieckiego. Schulz zaś, nauczyciel z wykształcenia, zwany „Ikarem z Prus Wschodnie , w 1927 r. mógł się poszczycić rekordami świata we wszystkich kategoriach istniejących w sporcie szybowcowym. Poniósł śmierć, kiedy jego samolot rozbił się na Rynku w tra -cie próby zrzucenia wieńca podczas uroczystości odsłonięcia pomnika poległych żołnierzy. Przed drugą wojną światową był on również patronem obecnej ulicy Ignaceg sickiego w Kwidzynie. Ulice nazwane imionami miejscowych wlodzarzy często ze sobą sąsiadowały, two ą zwarte rejony. W Malborku największy znajdował się między rzeką Nogat a Bismarc -strasse (obecna ulica W. Sikorskiego). Przed II wojną światową tworzyły go m.in. u Samuela Wilhelmiego (obecnie W. Reymonta)- burmistrza Malborka w latach 9 -1726, autora interesujących zapisków z czasów swojego urzędowania, które zos*ały o -nalezione i wydane w 1902 r. przez Roberta Toeppena i Michaela Benjamina Johna (dziś B. Prusa), prawnika, który kierował magistratem na początku XIX wieku. Nazwa me-istniejącego już placu na rogu tych dwóch ulic (jeszcze w 1946 r. był wymieniany jako plac Zbawiciela) upamiętniała sprawującego tę funkcję w latach I wojny wiatowej thura Borna, honorowego obywatela grodu nad Nogatem z 1917 r. Ulica L Kraszewskiego i plac St. Wyspiańskiego nosiły wówczas imiona braci Hullmannow: Ernsta Frie ri-cha (1768-1840), malborskiego starosty, a wcześniej przewodniczącego Sądu Gro z e go dla Żuław i reprezentanta stanów pruskich w rozmowach z Napoleonem oraz Gusta- 60 Patroni naszych ulic (ode. 6) Wiebe, Steinbrecht, Flotwell... va Ludwiga (1785-1847), burmistrza miasta w okresie 1817-47. Podobne, choć nieco mniejsze skupisko lokalnych patronów można znaleźć na dawnych mapach na południe od dzisiejszej alei Rodła. Plac Wolności nosił imię Bartłomieja Blumego - prokrzyżackiego burmistrza, który doprowadził do wystąpienia miasta ze Związku Pruskiego na przełomie 1450/51, zaś w nocy z 27 na 28 września 1457 r. wpuścił do Malborka wojska krzyżackie, co doprowadziło do długotrwałego oblężenia polskiej załogi w zamku. Po odejściu rycerzy zakonnych został ścięty za zdradę. W 1860 r. z inicjatywy nauczyciela Treschera w okolicach Zamku Wysokiego odsłonięto głaz ku jego czci, który w 1920 r. przeniesiono do parku na Starym Mieście (w latach przedwojennych północną pierzeję placu stanowiła ulica Blumestrasse, w spisie nazw ulic z 1946 r. figurująca jako M. Konopnickiej). Ówczesnym patronem ulicy H. Derdowskiego był Wilhelm Ludwik Haebler (1768-1841), inspektor szkolny i pastor niedalekiego kościoła św. Jerzego, autor kilkutomowej historii zamku, która w 1827 r. przyniosła mu honorowe obywatelstwo Malborka. O innym inspektorze kościelnym i szkolnym na powiaty malborski i sztumski, Friedrichu Heinelu (1758-1813), przypominała nazwa obecnej ulicy J. Kasprowicza. Malbork pamiętał także o innych postaciach związanych z miejscową warownią. Kierownik Zarządu Odbudowy Zamku wiatach 1882-1921, wybitny archeolog Conrad Steinbrecht (1849-1923), doktor honoris causa uniwersytetu w Królewcu i Wyższej Szkoły Technicznej w Gdańsku, patronował placowi na rogu obecnych ulic Starościńskiej i Parkowej (w pierwszych latach po II wojnie światowej - 1 maja). Budowniczy kompleksu, rzemieślnik z nadreńskiej Koblencji Nikolaus Fellenstein (jednocześnie projektant zamku w Ragnecie, czyli obecnym Niemanie w obwodzie kaliningradzkim) został uczczony w nazwie niedalekiej ulicy Solnej. Położona jeszcze bardziej na południe ulica W. Witosa nosiła imię Maxa Halbego (1865-1944), kolejnego (jak zresztą i Steinbrecht) honorowego obywatela Malborka (otrzymał tę godność z okazji 60 rocznicy urodzin), wybitnego dramaturga, przedstawiciela naturalizmu rodem z Koźlin na Żuławach Gdańskich; który nad Nogatem uczęszczał do Gimnazjum Miejskiego. Ten znany z antypolskich sentymentów pisarz był też już za życia patronem dzisiejszego placu bł. B. Komorowskiego w Gdańsku-Wrzeszczu. Ogólnie rzecz biorąc, w przygranicznym niemieckim Malborku trudno było nie odwoływać się do historii zmagań germańsko-słowiańskich, czemu sprzyjała odwetowa postawa przygranicznej ludności w okresie weimarskim i hitlerowskim. W latach międzywojennych ulice położone przy trasie wylotowej do Dzierzgonia otrzymały imiona przywódców Zakonu Krzyżackiego: wielkich mistrzów Hermanna von Salzy (ok. 1179-1239; obecnie Ch. De Gaullea), Winricha von Kniprode (ok. 1310-82; Pionierów), Ulricha von Jungingena (1360-1410; Poznańska) oraz pruskich mistrzów krajowych: Konrada von Thierberga założyciela Chełmna, Torunia i Elbląga Hermanna von Balka (1209?-39; Partyzantów) oraz Konrada von Thierberga młodszego (zm. po 1289 r.; S. Mikołajczyka), za którego rządów w 1286 r. lokowano miasto Malbork. Pierwszy zwierzchnik zakonu rezydujący nad Nogatem, Siegfried von Feuchtwangen (zm. 1311) patronował inne- 61 Kordian Kuczma mu eksponowanemu traktowi, dzisiejszej ulicy B. Głowackiego. Ostatnią i chyba najbardziej odrażającą postacią w tej galerii był malborski rzeźnik Max Gruebnau, prowodyr wystąpień przeciwko polskim celnikom z Kałdowa w 1939 r., zastrzelony przez jednego z nich w obronie własnej w Gdańsku. Imię malborskiego „Blutzeuge” (męczennika ruchu nazistowskiego) nosiły obecne ulice: Kaszyńska w Malborku i S. Sołdka w Nowym Dworze Gdańskim. Fakt ten smuci tym bardziej, że jeszcze tylko dwie ulice w tym mieście miały wówczas (znacznie bardziej godnych) patronów, obecna H. Dąbrowskiego - Heinricha Stobbego, przedstawiciela rodziny producentów sławnej wódki jałowcowej (machandla), piwowarów i lokalnych bankierów, zaś dzisiejsza T. Kościuszki - niejakiego Badowskiego, który zapisał miastu majątek zdobyty na dostawach dla armii w czasie I wojny światowej. Podobnie jak w Malborku, przedwojenne nazwy ulic Kwidzyna o lokalnym rodowodzie stanowiły mieszankę zamierzchłej historii krzyżackiej ze świeższej daty wspomnieniami postępów urbanizacji w XIX wieku. W tym mieście również można było znaleźć ulice Balka (dziś A. Fredry), Salzy (J. Kasprowicza) i Kniprodego (J. Kochanowskiego), a także innego sławnego wielkiego mistrza - obrońcy Malborka w 1410 r. Heinricha von Plauen (1370-1429; S. Moniuszki). O przeszłości miasta jako stolicy diecezji pomezańskiej przypominały ulice położone na północ od wyżej wymienionych, budownicze go nowej katedry św. Jana Ewangelisty i wystawcy przywilejów dla kwidzyńskich mieszczan Bertolda (biskup 1333-46; J. Wybickiego), ofiarnego sojusznika Krzyżaków z czasów wojny trzynastoletniej Kaspra Linke (biskup 1440-63; Piękna) oraz drugiego protestanckiego zwierzchnika diecezji Paula Speratusa (1484-1551; J. Słowackiego), fundato ra stypendiów dla ubogich studentów uniwersytetu w Królewcu. Co ciekawe, trzech przedwojennych patronów ulic Kwidzyna do dziś można znaleźć w nazewnictwie miejskim Berlina. Dwóch z nich doczekało się upamiętnienia ze względu na stanowisko prezydenta miejscowej rejencji. Pochodzący z Insterburga (obecnie Czerniachowsk w obwodzie kaliningradzkim) Heinrich Eduard von Flottwell (1786-1865) sprawował tę funkcję w latach 1825-31. Położył zasługi w zwalczaniu skutków powodzi w 1829 i głodu w 1827. W następnych latach kierował prowincjami: poznans ą (1831-44), westfalską (1848-50) ibrandenburską (1850-62), atakże pruskimi ministerstwami: finansów (1944-48) i spraw wewnętrznych (1858-59). Należał do zaufanych urzędników króla Fryderyka Wilhelma III, którego poznał jeszcze podczas pracy w Kwidzynie, kiedy ten był następcą tronu. Miasto nad Liwą nadało jego imię obecnemu p a- •. luaiurn rrus odznaczył się taKze jeucn Cottlieb von HippU (1777-1843)-cję prezydenta rejencji w latach 1815-21), eO obwodzie kaliningradzkim), stu Urodzony w Gerdauen (obecnie Żelieznodoroz yj ^^^ gdzie uczęSzczał m.m. diował prawo i wiedzę o państwie na uniwersy . 1821-23 jako radca w Ministerstwie na wykłady Immanuela Kanta. W latach 1 które znacznie umocniły europejs ą Stanu pracował nad reformami administracyjny , rozkazu „Do narodu” z 17 marca Pozycję państwa pruskiego. Był autorem królewski g 62 Patroni naszych ulic (ode. 6) Wiebe, Steinbrecht, Flotwell... 1813 r., stanowiącego wezwanie do dalszej walki z Napoleonem. Karierę polityczną zakończył w 1837 r. jako prezydent rejencji opolskiej. W przedwojennym Kwidzynie patronował ulicy Południowej. Mieszkańcy miasta pamiętali też o pochowanym we wzniesionej za specjalnym królewskim zezwoleniem kaplicy przy katedrze właścicielu dóbr w Nowej Wiosce Otto Friedrichu von Groebenie (1656/57-1728). Jego młodość upłynęła na walkach w basenie Morzu Śródziemnym z Turkami i piratami w szeregach Zakonu Maltańskiego i podróżach po Europie. W 1682 r. elektor Fryderyk Wilhelm przekazał mu dowództwo dwóch fregat i misję założenia kolonii handlowej w Afryce. 1 stycznia 1683 r. Groeben wylądował na Złotym Wybrzeżu w Zatoce Gwinejskiej i po zawarciu porozumienia z wodzami miejscowych plemion rozpoczął budowę fortu Gross-Friederichsburg. Była to pierwsza niemiecka osada na Czarnym Lądzie. Trawiony febrą, musiał rok później powrócić do Niemiec. Elektor nadał mu tytuł szambelana oraz starostwo kwidzyńskie i prabuckie, jednak w wojnie północnej służył w armii Augusta II Mocnego, dosługując się stopnia generalskiego w piechocie. W 1694 r. w Kwidzynie ukazały się dwa opisy jego podróży, które były pierwszymi książkami kiedykolwiek wydrukowanymi w tym mieście. Nazwę „Groebenstrasse” nosiła ulica Polna. Bardziej standardowy charakter miało nadanie innym ulicom imion burmistrzów: Richarda Wurtza (lata urzędowania 1870-1903) obecnie M. Konopnickiej, Franza Zitzlaf-fa (1903-13) - Gimnazjalna i Richarda Dousa (1914-19) - Sz. Konarskiego. Należy zauważyć, że zarówno w przypadku Kwidzyna, jak i Malborka lokalni patroni stanowili gros wszystkich osób uhonorowanych w ten sposób przez miejskie samorządy. Ze względu na garnizonowy charakter tych miast, większość pozostałych to władcy, dowódcy wojskowi i lotnicy, w Kwidzynie także kilku ludzi pióra. Tak jak wcześniej wspomniałem, kilka interesujących „malborskich” i żuławskich śladów można znaleźć w Berlinie, który jako stolica państwa pruskiego był naturalnym punktem docelowym emigracji zarobkowej i miejscem realizacji karier zawodowych mieszkańców Prus Wschodnich. Np. w położonej w zakolu rzeki Szprewy na północ od centrum dzielnicy Moabit uwagę każdego, kto zetknął się z historią menonitów, przykuwa nazwa ulicy Wiebestrasse. Upamiętnia ona aż trzech zasłużonych inżynierów - przedstawicieli rodziny wywodzącej się z tej grupy religijnej. Najbardziej znanym z nich był urodzony w Stalewie na północ od Malborka Friedrich Eduard Salomon Wiebe (1804-92)-Odebrał on gruntowne wykształcenie w dziedzinie budownictwa, matematyki i fizyki na berlińskich uczelniach. Uzupełnił je podczas podróży badawczych do Francji i Wielkiej Brytanii, które odbywał wraz z zasłużonym dla urbanistyki stolicy Niemiec Jamesem Ho' brechtem. Pracę zawodową rozpoczął od nadzorowania budowy linii kolejowych - m.in-z Duesseldorfu do Elberfeldu (pierwsze połączenie w zachodnich Niemczech), Berlina do Prus Wschodnich (Ostbahn - był przewodniczącym jej zarządu) oraz ze Stargardu Szczecińskiego do Koszalina i Kołobrzegu. Postanowił jednak zmienić branżę na inżynierię sanitarną. Zaprojektował nowoczesny system wodociągów w Gdańsku, zrealizowany w latach 1869-71, 1859-75 prowadził analogiczne prace w Berlinie. Zajmow^ się też kanalizacją w Królewcu, Wrocławiu, Wiedniu, Frankfurcie nad Menem, BazyR1 63 Kordian Kuczma i Trieście. Swoje doświadczenia podsumował w kilku publikacjach książkowych. W 1885 r., z okazji 80 rocznicy urodzin, gdańscy rajcy uhonorowali go honorowym obywatel stwem. Co ciekawe, dwieście lat wcześniej odwadnianiem Gdańska zajmował się jego pizo dek, Adam Wiebe (1584?-1653), wszechstronny konstruktor (m.in. pomp i maszyn do cięcia lodu) rodem z holenderskiego Harlingen. Największy rozgłos zdobył on dzięki „drabinie Jakubowej” - prototypowi kolejki liniowej, który pomagał w budowie Bastionu Przedmiejskiego w 1644 r. Na jego cześć nazwano Wiebewall - jeden z odcinków obecnej ulicy Okopowej, znajdujący się na terenie zlikwidowanego bastionu, który również nosił jego imię. Inni zasłużeni dla Berlina przedstawiciele tej rodziny to bratankowie Eduarda: urodzony w Nowym Dworze Gdańskim Friedrich Ernst Adolf (1826 1908), który pracował przy regulacji rzek na terenie Marchii Brandenburskiej, m.in. skanalizował Szprewę na odcinku od Berlina do wówczas samodzielnego miasta Spandau oraz to-runianin Friedrich Carl Hermann (1818-81) - profesor budowy maszyn i od 1878 r. pierwszy rektor Politechniki w Charlottenburgu. Adolf pracował także przy budowie kanałów: Elbląsko-Ostródzkiego i Odra-Szprewa. Hermann specjalizował się w konstrukcji młynów. O jego roli w berlińskiej elicie świadczy sprawowana w latach 1862-71 funkcja mistrza loży masońskiej „Pod trzema serafinami. Patronem całego osiedla zbudowanego przed II wojną światową w dzielnicy Prenzlau-er Berg był malborczyk Carl Rudolf Legien (1861-1920), z zawodu tokarz, socjaldemokrata, od 1913 przewodniczący światowej federacji związków zawodowych. Jako przywódca niemieckich związkowców zarządził strajk generalny, który przesądził o upadku prawicowego puczu Kappa-Luettwitza w 1918 r. Również w Malborku urodził się kupiec tekstylny Heinz Galiński (1912-92), który brał udział w odtwarzaniu zdziesiątkowanej przez Holokaust gminy żydowskiej w Berlinie i 1949-89 stał na jej czele (przez większość tego okresu jego jurysdykcja ograniczała się do zachodniej części miasta). Przez kilkanaście lat kierował też Centralną Radą Żydów w Niemczech. Za zasługi dla pojednania me-miecko-żydowskiego i ocalenia pozostałości kultury swego narodu został w 1987 r. uhonorowany tytułem honorowego obywatela Berlina, zaś po śmierci nadano jego imię u i-cy w dzielnicy Wedding. Reasumując, uwiecznianie określonych bohaterów historii Powiśla w nazwach ulic często miało charakter polityczny, służąc uzasadnieniu roli tych ziem ja o „ ° P Niemczyzny na Wschodzie”. Było więc naturalne, że po powrocie tych ziem o o s ocena ich dziejowej roli ulegnie zmianie i na mapach miast zostaną zastąpiem przez innych patronów. Warto jednak czasami przypominać te nazwiska, przynajmniej w chara -terze przestrogi przed ekscesami szowinizmu. Tym bardziej warto pamiętać o niedostatecznie eksponowanych w nowych realiach postaciach, których zasług dla naszego regionu nie da się zakwestionować oraz tych, które wyłamywały się z propagandowego sc e matu zmagań między narodowościami. 64 Tajemnicza Złota Góra w Różewie Wiesław Olszewski TAJEMNICZA ZŁOTA GÓRA W RÓŻEWIE Samotny komin na Złotej Górze w Różewie - pozostałość po parowej przepompowni, fot. archiwum 65 Wiesław Olszewski______________________.________________________ Przemierzając Żuławy drogą krajową nr 7 w okolicach Kmiecina Suchowa koło No wego Dworu Gdańskiego, w pewnym oddaleniu po północnej stronie, widzimy tajemniczy, samotnie stojący, wysoki, ceglany komin. Od ludzi, którzy w pobliżu przeżyli często wiele lat, ba - nawet od osób uważanych za regionalistów, można usłyszeć, że jest to pozostałość mleczarni, czy cegielni. Nie jest to jednak prawda. Złota Góra (Goldberg) - nazwa topograficzna nie będąca dzisiaj w użyciu, na niemieckich mapach występuje aż do 1945 roku. Jest to naturalne wypiętrzenie terenu ciągnące się prawie dokładnie w kierunku północ - południe w pobliżu miejscowości Rozewo. Nie było tu nigdy złota, nie było innych skarbów, ale miejsce to pozwalało na spolderyzowanie sporej żuławskiej przestrzeni, zamienienie jej w urodzajny, „złotonośny teren. Naturalne za głębienie po zachodniej stronie wspomnianego garbu sprawiało, że tu spływały wody z pó Kmiecina, Ryk, Rychnów oraz południowo—zachodniej części dzisiejszego Nowego Dworu Gdańskiego. Wystarczyło zainstalować urządzenie przemieszczające wodę na drugą stronę i powstał polder obejmujący wymienione miejscowości. Tak się też stało. Miało to ogromne znaczenie dla pobliskiego Kmiecina (Furstenau). Wioska wspomi nana była już w 1332 roku jako niewielka osada, chroniona wzniesionymi w 1288 i 1294 roku wałami. Od roku 1246 należała ona do posiadłości ziemskich Elbląga i stanowiła ważny ośrodek administracyjny tego terytorium. Jak wiele innych żuławskich miejscowości Kmiecin doświadczany był okrutnie przez liczne powodzie. Kroniki podają, ze w roku 1412 wały nie wytrzymały ciśnienia wody i jej ogromne masy zalały część Żuław, także Furstenau i okoliczne wsie. Mieszkańcy opuścili tę okolice. Budynki gospodarcze stały puste. Rada Elbląga otrzymała prawo sprowadzenia zbiegłych mieszkańców siłą. Dokument z 6 maja 1412 r. z Archiwum Miasta Elbląga brzmi: „Wielki mistrz udzielił w tych trudnych czadach pełnomocnictwa Radzie Elbląga na schwytanie i sprowadzenie z użyciem wszelkich środ- ków zbiegłych mieszkańców czterech do miasta Elbląga należących wsi - Klein-Mausdorf (My-szewko), Gross-Mausdorf (Myszewo), Lupushorst (Lubstowo) i Furstenau (Kmiecin) w celu oporządzenia i odbudowy wspomnianych wsi. Tajemniczy komin jest pozostałością parowej stacji pomp. Jednak wcześniej wykorzysty- wano prostsze systemy. Wprawdzie nie ma prze- „ „ -ł-r- w^M F»™m ^ MA Fragment pieca parowego w przep p 66 Tajemnicza Złota Góra w Rozewie akurat miejsca, można jednak przypuszczać, że pierwszym urządzeniem odwadniającym, podobnie jak w innych częściach Żuław, był kierat wodny. Składał się z krzyża z wałem pionowym i kunsztu, który stanowiły dwa koła kierujące-Na wale poziomym umieszczone było koło czerpakowe przenoszące wodę na wyższy po-ziom. Do napędzania używano bydła lub koni. Pierwsze tego typu budowle wznoszone były w XIV w. przez Krzyżaków. Następnym etapem w dziele odwadniania Żuław była era wiatraków. Pierwsze tzw. pompy wietrzne powstały tu w I połowie XIV wieku, kiedy to zaczęto żuławską ziemię dzielić na tzw. poldery, czyli tereny otoczone wałem i kanałami, z których przy pomocy wiatraków systematycznie odprowadzano wodę aby uzdatnić je dla celów uprawnych. Czasy osadnictwa holenderskiego przyniosły ze sobą na Żuławy wiatraki wieżowe typn holenderskiego. Na mapie z 1807 r. na końcu Kanału Różewo, wcześniej zwanego Kmk cińską Łachą (Furstenauer Lachę), zaznaczono 3 wiatraki odwadniające. Niezależnie od typu wiatraka śmigi można było zawsze ustawić odpowiednio do kierunku wiatru. Najbardziej popularne były wiatraki z obrotową konstrukcją wieży, w której zamontowany był mechanizm przenoszący napęd ze śmigów poprzez pionowy wał koła Palecznego i wał poziomy, na koło czerpakowe w dolnej, stałej części wiatraka. Zadaniem koła czerpakowego byk podnoszenie wody na wyższy poziom. Oprócz niego stosowano śrubę Archimedesa, czy- 67 Wiesław Olszewski li czerpadło śrubowe - duża śruba (ślimak) obracająca się w korycie była bardziej wydajna, jednak trudniejsza do utrzymania w należytej sprawności technicznej. Nad całą panoramą Żuław górowały przepiękne wiatraki. Te drewniane konstrukcje napędzane siłą wiatru były głównym ogniwem w systemie odwadniania Żuław. Służyły jako pompy wodne. Dominowały wiatraki typu holenderskiego, gdzie na nieruchomej wieży znajdowała się obrotowa czapa z elementem napędowym, czyli śmigłami. Na wałach stały rzędy „holendrów”, a ich urządzenia pompowe w postaci koła czerpakowego, a od XVII wieku coraz częściej śruba Archimedesa, przelewały wodę z dolnego poziomu na wyższy. Wiatraków było bardzo dużo, mówi się, że każda wieś posiadała, co najmniej jeden. Praca tych urządzeń nie mogła być chaotyczna, ponieważ groziło to lokalnymi wylewami i pod-topieniami. 1 1 naned młynów, pomp odwadniających i innych Niezliczone wiatraki stosowane jako n pę y ,, uroku Kraiobraz taki urządzeń gospodarskich dodawały dawnym Nte tyiko domy miesz- żywo przypominał Holandię. Wincenty Po p £ u ó wietrznymi młynami kalne, ale wszystkie prawie budynki gospo ars le , zboże na krupy bo każdy żuławiak fest su w istocie Kietrz- i mąkę - ale zakupuje zboze spławne Wisłą. I 7- , r] w ruch nieustanny wprawiają nymi młynami: są także tartaki i młocarme wia pę olbrzymie pompy odlewające wodę do potoków. Liczbę wiatraków pracujących w danym czasie nawach ‘^^Wyst^ nieważ były to urządzenia nietrwałe. Częs Y rPOinnu żeby stwierdzić, • j i WTIT i XIX-wieczne mapy tego regionu, zeoy srwie , czy jednak spojrzeć na XVII-, XVIII- > * co wiadomo w 1774 roku na Zuła- zewietrzne pompy były tu bardzo powszec . g ■, na żulawach Malborskich -124 wach Gdańskich funkcjonowały 54 wiatraki, a wiatraków do II Wojny Światowej wiatraki odwadniające i 35 przemiałowych. ^ nietrwały gdyby nie zalanie Żuław dotrwało prawdopodobnie około stu i były y W°’2 j 945 roku. Dzieła zniszczenia do- w wyniku wysadzenia wałów przez hitlerowców w brakiem dbałości, ale nie rząd- ny jeszcze do lata 70. na terenie parku w Gdans P miejscowości Wieniec na dolnej części z potężnym kołem zębatym zostały P^10^ Nowy^ Dworze Gdańskim, Wyspie Sobieszewskiej, a stamtąd do Muzeum Żuławskiego w wy gdzie są elementem stałej ekspozycji. WII połowie XIX wieku zaczęto scalać poldery, cozale-pomp wietrznych wydajniejszymi, nowocześniejszymi^ wydajność pozwalająca na od-tą była niezależność od pogody, mezawo nosc o ^awsk mpownia parowa powstała wadnianie większego terenu jednocześnie. Pierwsza z osuszonej później części w 1840 roku w Piotrowie koło Cyganka. B7b U^?^bendofer W^ Do dziś istnie-Zalewu Wiślanego, zwanej Zakątkiem Stobiens ’ ° (Mullerland Kanał) miała ujście ją tam okazałe ruiny, niedaleko miejsca, g zie ara 68 Tajemnicza Złota Góra w Różewie do ówczesnego Zalewu Wiślanego. Takie pozostałości można znaleźć w pobliżu Marzęcina, na wschód od wsi, w dawnym wale Zalewu oraz w innych miejscach Żuław. Przekazy mówią, że mieszkańcy Żuław byli tak mocno przywiązani do wiatraków, że niechętnie inwestowali w nowoczesne pompownie parowe. Zwyciężyły jednak względy praktyczne. W tym czasie zbudowano również pompę parową na Złotej Górze w Różewie, zastępując nią trzy pracujące tam wiatraki. Istniejące wcześniej trzy kanały doprowadzające wodę do każdego z wiatraków połączono z turbiną maszyny parowej. W skład obiektu wchodził budynek z piecem i maszyną parową oraz stojącym do dzisiaj kominem, a także studnia, w której pracowała turbina podnosząca wodę na wyższy poziom i ceglany kanał odprowadzający - przejście przez wał na końcu Kanału Różewo. Nad murowanym kanałem znajdował się most umożliwiający komunikację po koronie wału. Wodę odprowadzano do Kanału Różewo, dopływu Kanału Panieńskiego (Jungfersche Lachę). Do czasu wybudowania śluzy w Marzęcinie, w połowie XIX w., poziom wody w tych kanałach był taki sam jak w Zalewie Wiślanym, a w czasie przechodzenia fali powodziowej Szkarpawą i Nogatem jeszcze wyższy. Aby móc uprawiać okoliczne pola wzdłuż tych kanałów usypano wały, a na przylegającym terenie obniżano poziom wody. Wały te jeszcze dziś imponują swoimi rozmiarami, zwłaszcza w konfrontacji z niskim poziomem wody w Kanale Różewskim. W pobliżu obiektu stały dwa budynki mieszkalne, zapewne dla obsługujących pompę. Tak jak przeminął czas wcześniejszych urządzeń, tak też skończyła się era maszyn parowych. Kres pracy przepompowni na Złotej Górze nastąpił w 1942 roku po ukończeniu prac nad stworzeniem nowego, wielkiego polderu marzęcińskiego. Po wybudowaniu nowej pompowni w Osłonce zlikwidowano 34 starych. Przepompowywanie wody z rowów odwadniających do kanałów stało się zbyteczne, a przez zastosowanie wydajnych maszyn obniżono w nich poziom wody o około 3 m. Teraz woda z pól Kmiecina dopływała grawitacyjnie do przepompowni w Osłonce. Nastąpiła szybka degradacja niepotrzebnych już urządzeń. Zniszczeniu uległ budynek maszynowni i znajdujące się nim maszyny. Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku, z powodu złego stanu technicznego rozebrano jeden z budynków mieszkalnych. Na początku lat 50-tych teren ten wraz z budowlami włączono, jako nieużytek, do działki powstającego PGR-u. Drugi z domów mieszkalnych służył pracownikom zakładu rolnego do lat 70-tych, po czym został rozebrany. Proces degradacji trwa nadal. Z opowiadań moich dziadków, którzy zamieszkali w pobliżu w 1947 roku, wiem, że gdy odbudowana po zniszczeniach wojennych przepompownia w Osłonce zaczęła osuszać teren, w bezodpływowych zagłębieniach u stóp Złotej Góry utknęły ogromne ilości ryb. Okoliczni mieszkańcy wybierali je wprost na furmanki gaflami - specjalnymi widłami do przeładunku ziemniaków lub buraków. Potem długo jeszcze nad tym miejscem unosił się charakterystyczny, niemiły zapach śniętych ryb. Trzeba wspomnieć, że w procesie dochodzenia do ery elektryczności w napędzie maszyn odwadniających, był też etap silników diesla. Na mniejszych, mniej znaczących polderach wiatraki pracowały dłużej i wymieniane były już nie na maszyny parowe lecz silniki wysoko- Wiesław Olszewski 69 prężne. Miało to miejsce po roku 1910, gdy powszechnie zaczęto produkować sUqonar^ silniki tego typu. Na Kanale Różewo oprócz przedmiotowej przepompowni parowe) praco wały jeszcze trzy o napędzie spalinowym. Na szczęście można naocznie przekonać się jak wyglądał opisywany parowym w czasach świetności. Do dziś przetrwała tylko jedna przepompownia Wu w pobliżu Różan, nad rzek, Tiną Dolną na żuławach Elbląskich w gmmie Gronow^ skle. Zbudowano ją w 1911 roku (niektórej wadniającego. Ta miała więcej szczęścia, pracowała jeszcze wie e a po o wykonane zachowana w bardzo dobrym stanie. Wewnątrz budynku znaj ują się urzą owy wy- przez zakłady dwóch największych przemysłowców ówczesnego Elbląga, P1^ ^ J konała firma Franza Komnicka. Maszyna, hydraulika oraz rury do P-ePompowama^wody pochodzą z zakładów Ferdynanda Schichaua. Stan tych urządzeń jest jak “ ™^ bry. Przepompownia parowa jest kompletna. Jest to prawdziwa perła nej. Możliwe jest jej zwiedzenie po uzgodnieniu z Zarządem Melioracji i Urządzeń Wod nych w Elblągu. Naprawdę warto. 70 Wódka gdańska, napój miły dla Polaka... Andrzej Kasperek WÓDKA GDAŃSKA, NAPÓJ MIŁY DLA POLAKA... Każdy chyba zetknął się z ziołowo-korzennym likierem Jagermeister. Kto podróżował po Niemczech czy Austrii, miał okazję zadziwić się nad wielką ilością likierów oraz wszelkiej maści trunków owocowych i ziołowych. Inne niż u nas przepisy prawne, dotyczące produkcji i dystrybucji alkoholu sprawiają, że każdy region ma swe flagowe napitki. Rzecz to w Polsce zupełnie nieznana. Może z wyjątkiem łąckiej śliwowicy, która choć słynna, bo ponoć „daje krzepę i kra^i lica”, to w świetle polskiego prawa jest ciągle nielegalnie produkowanym bimbrem. A w wielu europejskich krajach rolnik, sadownik lub po prostu właściciel ogrodu ma prawo zawieść do gorzelni płody rolne i odebrać wytworzony z nich destylat. W tym celu właśnie obsadzano pobocza dróg drzewami owocowymi. Do dziś pamiętam smak czereśni zrywanych przy drodze w Kotlinie Kłodzkiej. Na Bałkanach jesie-nią można spotkać objazdowe destylarnie. Jakoś nikomu to nie przeszkadza i nie ma biadolenia nad rozpijaniem narodu... W komedii Gottholda Ephraima Lessinga Minna von Barnhelm, czyli Żołnierska dola jeden z bohaterów smakując trunek nie może się nachwalić i mówi: „Muszę przyznać: dobre! Bardzo dobre! Czy to własnej roboty, panie gospodarzu?” Na co oberżysta odpowiada: „Uchowaj Boże! Prawdziwa wódka gdańska z podwójnym łososiem!” (przeł. Henryk Zy-mon-Dębicki). W oryginale brzmi to po prostu: „Danziger! echterdoppelterLachs!” Słowo Lachs, czyli łosoś, stało się synonimem dobrego alkoholu. Potwierdza to Słownik języ~ Oryginalna butelka mennonickiego machandla z Nowego Dworu Gdańskiego i sklep firmowy w Gdańsku przed wojna, fot. archiwum ŻPH Andrzej Kasperek 71 ka niemieckiego braci Grimm. Tak, tak - Jakub i Wilhelm Grimmowie byli nie tylko bajkopisarzami, stworzyli też, do dziś ceniony, Das Deutsche Worterbuch. A więc „podwójny łosoś” znaczy: wódka dubeltowa, czyli podwójnie destylowana. Wódka kupna, lepsza od domowej, bo tej nie dało się tak znakomicie oczyścić i uszlachetnić. A wszystko to za sprawą kanciastych butelek, na których pysznił się łosoś - symbol szczęścia i zamożności. A po prawdzie - dwa łososie, pewnie dla potwierdzenia owej podwójności. Produkcję alkoholu rozpoczął w Gdańsku przybysz z Flandrii - Ambrosius Vermoellen. W 1598 r. uzyskał koncesję na prowadzenie gorzelni. Rozpuścił w 40-procen-towym alkoholu mieszankę ziół i dosypał odrobinę płatków 22-karatowego złota. Swoją nalewkę nazwał Goldwasser. Trunek cieszył się dużą popularnością także poza granicami Gdańska. Smakował nawet koronowanym głowom. Car Piotr Wielki był wielkim amatorem wszelakich napojów alkoholowych, a że bywał nieraz w Gdańsku, to niejedną szklaneczkę Goldwassera wychy lił. Jeg° córka, caryca Elżbieta, tak polubiła ów likier, że zamawiała go w ogromnych ilościach płacąc zresztą sumy nie byle jakie. Zachował się rachunek opiewający na sumę 5152 złotych! Za jej panowania dochodziło w Rosji do fałszowania zacnego trunku. W probierni „Pod Łososiem” na ulicy Szerokiej 51/52 było w dawnych czasach firmowe muzeum, w którym wystawiano ciekawe eksponaty, m.in. wspomniany rachunek a także skargę Dircka Heckera, spadkobiercy praw do wyrobu. Prosił carycę o interwencję. Sfałszowano nie tylko napitek, ale podrobiono znak firmowy na flaszy - dwa skrzyżowane trójkąty, niektórym kojarzące się z gwiazdą Dawida. Katarzyna Wielka, bądź co bądź Niemka z urodzenia, też gustowała w owym alkoholu a jej zamówienia przewyższały ponoć obstałun-ki poprzedniczki. Pewnie w niejednym szlacheckim domu stała flaszka „złotej wody . Była oznaką bogać twa, dobrych żniw i pełnego trzosu, który przywieziono po sprzedaniu zboza w portowym mieście nad Motławą. Adam Mickiewicz dwa razy wspomina słynny alkohol.W balladzie Pani Twardowska czarnoksiężnik ze łba szewca „gdańskiej wódki/ Wytoczył Pół beczki”, ale - jak pamiętamy - jej konsumpcja nie wyszła mu na zdrowie. Zaś w Panu Tadeuszu czytamy: wWódka to gdańska, napój miły dla Polaka; »Niech żyje! krzyknął Sędzia, w górę wznosząc flaszę, Miasto Gdańsk, niegdyś nasze, będzie znowu nasze!« I lał srebrzysty likwor w kolej, aż na końcu Zaczęło złoto kapać i błyskać na słońcu. Po wojnie słodki ziołowy likier z płatkami złota powstawał w starogardzkim Polmosie. W roku 2009 zaprzestano jednak produkcji i likier wytwarzany jest juz tylko w Niemczech. Dziś trudno uwierzyć w to, że kiedyś to z Niderlandów licznie przybywali do Polski ludzie szukający tolerancji religijnej i spokojnego miejsca do życia. Vermoe en y nonitą. Gdańsk utrzymywał z Holendrami intensywną wymianę handlową. Kiedy mia- 72 Wódka gdańska, napój miły dla Polaka... sto weszło w posiadanie ziem żuławskich ktoś wpadł na pomysł, że z Niderlandów trzeba ściągnąć specjalistów od osuszania mokradeł i gospodarowania na ziemi wydartej morzu. Wśród przybyszów było wielu prześladowanych w Niderlandach i Niemczech członków nowego odłamu anabaptyzmu. Od połowy XVI w. chętnie chronili się oni pod berłem polskich królów. W 1642 r. król Władysław IV ogłaszał: „Na pokorną prośbę wymienio-nych mieszkańców naszych wysp malborskich, podtrzymujemy i całkowicie chronimy, bez żadnego wyjątku, każde z osobna prawo, przywilej i obyczaj... ” Opieka królewska była ważna, bo Gdańsk z czasem niechętnie traktował wygnańców. Ale dzieje osadnictwa „olędrów to temat na osobną opowieść. Z wytwórni i probierni w domu na Szerokiej pochodzi jeszcze inny napitek, dziś prawie zapomniany a kiedyś niezwykle ceniony, likier krambambuli. Wyróżniał się pięknym czerwonym kolorem. Nazwa wywodzi się ze słów: Krandewitt, czyli jałowiec oraz Blamp - napój alkoholowy. Pierwotnie była to jałowcówka. Później przeobraziła się w trunek z dodatkiem cynamonu i wielu innych ingrediencji. Był tak popularny, że układano o nim pieśni. Najpopularniejsza, napisana przez Christopha Friedricha Wedekinda liczyła aż 102 zwrotki! Była szczególnie łubiana przez burszów (studentów uniwersytetu niemieckiego n^ leżących do korporacji studenckiej - red.): „Gdy ckliwo w sercu i żołądku, a boleść czuję w duszy mej, zasiadam sobie w knajpie w kątku, a zaraz mi się robi lżej, bo tam osusza moje łzy pienisty dzban krambambuli Nie dotarł weksel ojca do mnie, za to pieniądz poszedł na gry, znów nie pisało me kochanie, żałobę niesie poczta mi. Więc piję ja z melancholii pelniutki dzban krambambuli, krambambuli, krambambuli!” Prawdopodobnie studenci raczyli się jednak inną wersją napitku niż panowie szlachta, skoro stać ich było na pełny dzban... Jędrzej Kitowicz w Opisie obyczajów za panowania Augusta III napisał, że „krambambula” była najdroższa: „płacono [zaj kieliszek, pół ćwierć kwaterki trzymający, po tynfie jednym”. Prawa do znaku: „Krambambuli. Wódka starogdan' ska. KrauterLikór” ma dziś Destylarnia Sobieski SA ze Starogardu Gdańskiego, następu Polmosu. Co ciekawe na Białorusi produkuje się alkohol, uznawany za trunek narodowy, o takiej samej nazwie. Jest to mieszanka wódki, miodu, tłuczonych goździków, czarnego pie' przu i gałki muszkatołowej.Są też inne wersje, występuje w nich cynamon, pieprz, kminek, anyż, jałowiec, migdały, skórki pomarańczy... W literaturze niemieckiej Goldwasser ma ugruntowaną pozycję. Poza komedią Lessing3 Andrzej Kasperek 73 odnajdziemy go jeszcze w Rozbitym dzbanie pojawia się w wielu innych ku gdańskiej wódki na wyśmienite śniadanie. g ^ DanzigerLachs in der We-utworach. Ba, problemowi poświęcono specja ą P' ? „kładkę książki. Tak Itliteratur. Krambambuli też nie jest 8°““' Z* za ulka butelek gdańskie-jest zatytułowane wzruszająca opowieść o p , P Ebner von Eschenbach. go trunku, napisana przez dziewiętnastowieczną p O niesłabnącej popularności noweli świadczy, że s mowano ją p ę Pewnie niewiele miast na świecie może się poszczycić taką ■ to nie byle jakich, bo opiewanych przez artystów. Do na Pomorzu od- cze jeden trunek - machandel. Ta nazwa w ad ’ [ Ha^ oznacza jalowców. mianie niemieckiego, rozpowszechnione) ę P ^ mennonitą, pochodzi! kę. W 1776 roku rozpoczął jego produkcję e ^ zwalano im miesz- z Fryzji. Polityka Gdańska wobec anabaptystów z y ^^ . Siedkach Bano się kać w mieście, kazano osiedlać się na przedmiesci ’ sukna. koronek od polowy ich konkurencji w rzemiośle i kupiectwie, m.in.w Pr . . , . 7abrai; sie za gO- XVII w. coraz więcej cechów było dla nich zamkniętych. Szukając zajęcia zabrali się go rzelnictwo, browarnictwo i handel alkoholem. Wielu gdańszczan nrzed laty wręcz utożsamiało mennonitę z gorzelnikiem, właścicie-Wielu gdańszczan przed laty wrę „„„cięż surowa reguła Menno Simonsa żalem knajpy lub piwowarem. Paradoksalnie, bo p . , . nminkcii i dvstrvbu- braniala swym wiernym picia alkoholu. Jednak nie ™Z pilawie a nacji. Mennomci zajmował, się propinacją “ 'anabaptystów wet Tylży i Kłajpedzie. Znamienne jest jedna , y ^^ zboru zapisal z uigą, zaniechano, wielu z nich zerwało z branżą monopo ą. iarvrE sie tvm procede- że po roku 1800 z dawnych siedemdziesięciu czterec oso alkoholo- rem w branży pozostały tylko cztery. Wśród mennomtow dc, dziś. propaguje się wą wstrzemięźliwość, szczególnie w odniesieniu do mocnyc .. . litierach i wódkach smakowych. Mozę Interesujące jest, że specjalizowali się oni ,, h napitków przywieźli z oj-decydowało o tym pochodzenie. Receptury swych “ W^ ^ korzenne czyzny. Likiery produkowano już w trzcilowy P-yP^a- - pieprz, anyż, kardamon, cynamon, imbir ora y X rozpuszczano w wód- ły z Nowego Świata do Europy mnisi specjalizowali się w wódkach ce. Mieszano, wstrząsano, podgrzewano^. D J to robota alchemików, którzy leczniczych z dodatkiem ziół i korzeni. Pozmej czę porcelanę, a czasem likwory. szukając złota i kamienia filozoficznego czasem o ^^^ Ut Umu zaczynały się wód- Nieraz lecznicze, a często po prostu smaczne. Daw , czane kariery takich marek jak Bols, De Kuyper, Cointr w szlacheckich dworach było osobne pomieszczenie lub choćby s^ Ignacy Krasicki w Pijaństwie opisał alkoholika, kj °rJ^h^/Ha„yżek mnie zaleeiał, tro-gi dzień, bełkocze: „Jakoś koło apteczki przesze piątkowe - Czesław Miłosz chę nie zawadzi." Apteka to było w dworze PomieSZ^™ ^ się wydaje nieraz, że ^rn^ że „była najbardziej magicznym pokojem. B^ 74 Wódka gdańska, napój miły dla Polaka... cała moja poezja wzięła się z apteczki... ” (Czesława Miłosza autoportret przekorny). Fascynowały go zapachy pojemniki na przyprawy i „rozmaite ingrediencje”. Ale jednak to „wódki różnych gatunków stanowiły pierwszą zasadę apteczki domowej, gdzie były pod kluczem jej-mościnym a w większych domach pod dozorem i kluczem »panny apteczkowej«" - jak zauważa w swej Encyklopedii staropolskiej Zygmunt Gloger. Stobbe, którego nie chciano w Gdańsku, osiedlił się w żuławskiej osadzie Tiegenhof, czyli Tujski Dwór, czyli po prostu Dwór nad rzeką Tugą. Tu założył w roku 1776 wytwórnię machandla. Z Fryzji przywiózł przepis na jałowcówkę. W Niemczech i Niderlandach ten typ alkoholu był szczególnie popularny. To tam wymyślono później najpopularniejszą wódkę z owoców jałowca, czyli gin. Napitek warzony przez Petera Stobbego nadzwyczajnie zasmakował żuławskim gburom i gdańskim robotnikom portowym, stoczniowcom, a także rzemieślnikom. Goldwasser był dla elity a machandel stał się napitkiem proletariackim. Był dobrą wódką za nieduże pieniądze. Najpopularniejszy był »Machandell 00«. Kiedy jednak poleżakował kilka lat zyskiwał miano machandla stołowego. Ott Heinrich Stobbe, żyjący w Niemczech spadkobierca rodu opowiadał: „Był też »Machandel jubileuszowy« oraz tak zwany »Najstarszy rocznik^ który w trakcie przechowywania nabierał żółtawego koloru, prawie tak jak koniak. Nie wyczuwało się w nim już prawie smaku jałowca - smakował łagodnie, podobnie do koniaku. [...] i miał na pewno około 100 lat." Na obrazie z 1835 r. przedstawiającym panoramę miasta widać zabudowania Likór-fabrik. Kiedy wiele lat później cesarz Wilhelm I nadał osadzie Nowy Dwór prawa miejskie, wytwórnia Stobbego była już dużym zakładem przemysłowym, który zajmował całe centrum. Na rycinie z końca XIX w. widać liczne hale, dymiące kominy (wtedy był to powód do dumy - oznaczały postęp, używanie maszyn parowych). A wszystko to w otoczeniu klombów, ozdobnych drzewek i fontanny. Zakład rozdzielała Tuga, wybudowano więc most i nabrzeża, do których cumowały statki rozwożące produkcję (warzono też piwo) do Gdańska, Elbląga i dalej w świat. Monarcha w 1884 odwiedził miasto i na odjeździe wręczono mu wielki kufel. Poddani zamarli ze strachu, że Hermann Stobbe poczęstował władcę machandlem i po wychyleniu naczynia cesarz upije się. Na szczęście okazało się, że to było tylko miejscowe piwo. W Gdańsku na ulicy Ogarnej był lokal J. Reimanana a we Wrzeszczu był tawerna Ma-chandeltreppchen. Firmy nie narzekały na brak klientów. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie z 1914 r., na którym przedstawiono ustawione równiutko na ulicy przed lokalem beczki trunku. Zgromadzono tam zapasy wojenne - około pięciuset solidnych drewnianych baryłek. Już to pokazuje, jaka była popularność żuławskiej jałowcówki. Stała się ona narodowym trunkiem gdańskim, o czym dumnie obwieszczał napis na butelce. Jej kształt, przypominający beczułkę, został opatentowany. Podobnie etykieta w formie krzyża maltańskiego. Kiedyś krzyże z herbu Gdańska tak właśnie wyglądały. W mieście powstał rytuał spożywania tego alkoholu. Na serii reklamowych zdjęć aktor miejskiego teatru Gustav Nord ucharakteryzowany na gdańskiego bówkę, czyli miejscowego ulicznika, demonstruje kolejne etapy degustacji: do kieliszka z trunkiem włożo- 75 _____________Andrzej Kasperek_________________________________________ no wędzoną śliwkę przebitą wykałaczką. Najpierw^^ owocowego, z które- pestkę i łamiemy drewienko. Śliwka jest pewnie a UZJ zabobonne porzekadło: „Po-go pędzono wódkę. A złamany patyczek sym o iz°wa^ Skręcenia karku!” zaklinając łamania masztów!” Tak jak mówimy: "Poła™^ alkohol „nie miał zaszko- rzeczywistość. A więc po prostu: „Na szczęści . P pomylił stawiał następ- dzić głowie”, jak zapewniał wierszyk pod jednym ze z j? ną kolejkę. Wiersz kończy się wręcz patetycznie. „Teraz możesz wypić do dna Machandelek jako trza, Sznaps Stobbego, iskra bogów Wielką sławę w świecie ma . (Przeł. Andrzej Januszajtis) „ Jeśli przypomnimy so- Ot co! Sznaps Stobbego porównany jest do is y 6 radości, iskro bo- bie Odę do radości Fryderyka Schillera, która zaczyna się gów...” to zobaczymy, jak wielka pochwa a się u ^ jaloWCówki do ku- Inna rzecz, że na Żuławach był pity inaczej jednego naczynia a sztuka polega Aa, dodawano cukier i mieszano drewien em bo ^OgO to wypadło, ten stawia ła na tym, żeby nie być przedostatnim w spozyw_ dawano w butelkach tylko w ecz wszystkim. W Nowym Dworze machandla nie p kach lub oplatanych butlach. Ambrosius Vermoellen zale- Może mennonici mieli jednak skrupuły sprz , .g. Wypij łyk Goldwassei a a twa d cal: „Najpierw spróbuj naszych wyśmienitych dan, P ^koju: Podobnie chyba dziada z wielką radością i tajemniczą siłą z dawnyc ep dawać odpoczyne hł ten rytualny sposób picia. Alkohol miał ^on" Mętnym. żuławskirob spracowanym mięśniom, być czymś ludycznym aj sznapsa nie po to, aby się ^P1^' czy gdański tragarz sięgał po ulubionego lokal Lianie alkoholu świadczyło tak-ale żeby lep,ej pracować lub złapać chwilę “^ ^.^ansow^ które można spozyt-« O bogaceniu się społeczeństwa, o istnieniu nadwyzeK kować na przyjemności. k b ło dla wielu firm du- Koniec I wojny światowej i powstanie Wolnego M utworzono w Malborku ^ problemem Aby zaopatrywać klientów ^^ receptury. ° d Mię wytwórni. Miano tu produkować machan a J się do tego nadaje. Zara zo s>ę jednak, że miejscowa woda, zbyt bogata w u , yoiona c|em. Z Nowego no temu sprowadzając wodę z zagranicy - orne becIid napełnione wo ą z rm ™ codziennie przywożono dwie 600-litrowe drewma ^ na Nugacie „lnicy dłu-^1 studni. Na posterunku w Kałdow.e przed wjazde ^^ „y „eczywiśce jest gimi prętami badali, czy nie posiadają podwójnego to woda. odziny Stobbe. Beczki naj- Koniec II wojny światowej oznaczał kres prosp^r ^ Rosjanie, fabry- lepszego, najstarszego, trunku wywieziono o P 76 Wódka gdańska, napój miły dla Polaka... ka została zniszczona a jej właściciel wywieziony na Sybir. Czerwonoarmiści w twórczym trudzie opróżnili zapasy jałowcówki, a kilka miesięcy później zrobili to z szlachetną wersją machandla ukrytą w Sopocie. Kiedy właściciel wytwórni wrócił do NRF, na początku lat pięćdziesiątych wznowiono produkcję słynnej jałowcówki Szczęśliwie receptury ocalały. W latach siedemdziesiątych firma została sprzedana, zaniechano rozlewania do firmowych butelek. Dziś ponoć produkcja jest już niewielka a może zupełnie ustać, bo wymierają jej naturalni odbiorcy - niemieccy gdańszczanie i żuławiacy. W powojennej Polsce tradycja picia machandla nie była znana. Grupa osób z Klubu Nowodworskiego postanowiła wskrzesić dawny zwyczaj. Trzy lata temu na zjeżdzie dawnych mieszkańców Żuław potomkowie rodziny Stobbe - Rudolf i Ott Heinrich nadali ośmiu osobom prawo publicznego demonstrowania rytuału degustacji. Są nimi Barbara Chudzyńska, Grzegorz Gola, ks. Dariusz Juszczak, Bolesław Klein, Szymon Klein, Harry Lau, Piotr Opitz i Marek Opitz. Jednocześnie mają one prawo wydawania stosownych poświadczeń tym, którzy prawidłowo trunek wychylili. Certyfi' kat ów ma następujące brzmienie: „Niniejszym potwierdzam, że ... posiada znajomość kil' kusetletniej,sławnej w świecie, tradycyjnej żuławskiej i gdańskiej procedury spożycia Stobbes Machandel z nadzianą na wykałaczkę suszoną w dymie śliwką". Uczestnicy sztumskich spotkań z „Prowincją” mogli uczestniczyć w degustacji i otrzymać certyfikat z datą 18 grudnia 2010 r. Grzegorz Gola, jeden z mistrzów ceremonii, mówi: „Wystawiłem już przeszło tysiąc za' świadczeń. Dla wielu to cenna pamiątka. Dziś w naszym zabieganym życiu coraz częściej ma' rżymy o tym, żeby zwolnić tempo, stąd sukces slowfoot. Ceremoniał picia jałowcówki daje nart taką okazję - małe kieliszki, biesiada, równe tempo, celebrowanie przyjemności. Poza tym, czy stosujemy gdański, czy żuławski rytuał to i tak piciu nadajemy walor niezwykłości. Nie jest to żadne upijanie się. Raczej zabawa, trzeba mieć się na baczności, uważać, kto ile pije, ile zosta' ło w kuflu. To sprytny koncept, że płaci przedostatni". Machandel pity według tych zaleceń, lekko schłodzony, ze śliwką, która przez chwil? nasiąkała jego aromatem, smakuje wybornie. Jest niepowtarzalny. Wcale nie przypomina ginu ani niemieckich Wacholderów. Wątpię, żeby odzyskał dawną popularność, ale z pewnością warto go promować. W modzie są przecież produkty lokalne, typowe dla regiO' nu. Coraz modniejsza jest też turystyka kulinarna. Trudno w Gdańsku spróbować wódki ze złotymi płatkami, jałowcówki ze śliwką. O krambambuli i piwie jopejskim nawet nie wspominam. A może znajdzie się nowodworski lokal, który ustawi na ladzie żuławską j3' łowcówkę, żeby spełniło się dawne zawołanie: „Trotz aller Zeiten Wandel - wir trinkenno^ Machandeł!" Czyli: „Mimo wszystkich zmian na świecie, jeszcze pijemy machandla!" W odnowionym niedawno Muzeum Żuławskim w Nowym Dworze Gdańskim jest ekspozycja poświęcona dziejom tego trunku. Stare reklamy, butelki, widok zakładów oraz buteleczka po napitku wypełniona żuławską ziemią, którą wyjeżdżając po wojnie zabrał ze sobą na pamiątkę wychodźca. Wziął to, co było dla niego najcenniejsze, co kojarzyło m11 się z Heimat, z małą ojczyzną w delcie Wisły. AgnieszkaJarzębska < mPlT „TY byłaś mój początek I ZNÓW JESTEM ZTOBĄ • MIŁOSZ I ŻUŁAWY Andrzej K^erek, Krzysztof Czyżewski i Andrzej Fra^ ^^ żpH Miłosz, jak Mickiewicz, Norwid I i paru jeszcze innych twórców polskiej literatury wielkim poetą jest, i basta. Tego nikt nie kwestionuje. Ale kto go czyta i zna? W szkole omawiane bywają pojedyncze wiersze, na studiach po lonistycznych - przynajmniej tak było jeszcze parę lat temu - jego dzieła to oczywiście lektura obowiązkowa. Jednak, jak można przypuszczać, poetyc kie i prozatorskie utwory Czesława Miłosza znajdują się w niewielu domo wych biblioteczkach tak zwanych zwy- kłych zjadaczy chleba. stuleciem urodzin poety z Sze- W ubiegłym roku obchodziliśmy Rok warmińsko-mazmskr- lejni. Na Żuławach, w regionie elbląskim, a e i na j okazji- Coś się je « go jakoś nie mieliśmy wielu i specjalnej rang. ^? ' ^ książki zadziało! W kwietniu w Bibliotece Elbląskie), p ^ ' - Kasperkiem, polonis ą, i inne opowiadania” rozmawiałam z jej autorem ^^iwersytecie Gdańskim, który należy cielem z Nowego Dworu Gdańskiego, doktoran em Nowodworski”. Pan An rze) ? .^ do prężnie działającego od wielu lat stowarzyszeni Czesława Miłosza, która m dział, że w jednym z opowiadań pojawia się temat ^ bUotece Elbląskiej, gośrfzwy izmarławDrewnicy, nażuławach. Niedługo potem, aW Wadem prof. Feliks Tomaszewski, literaturoznawca ^ wn temat. Jego tekst pos Neż udało mi się porozmawiać i nagrać radiową rozm matce Miłosza ukazał się też w kwartalniku „Prow ) popularnonaukowa, zwią 10 maja w Nowym Dworze Gdańskim odbyła SI« ^J^Klub Nowodworski i^Na -sana z żuławskim epizodem w biografii noblisty W merytoryczna °P‘cku ie bałtyckie Centrum Kultury w Gdańsku. P™^^ Gdańskiego, ^ponnna^ Ptof. Małgorzata Czermińska, literaturoznawczym z ze swoich sp oDrewnicyusłyszaław 1998 r.. Czesław Miłosz mówił o niej ) żorskich w Gdańsku. na ten 78 ,Ty byłaś mój początek i znów jestem z Tobą”. Miłosz i Żuławy - Pomyślałam, że to jest nie tylko fragment biografii jego i jego rodziny, ale że przecież oni byli cząstką tej wielkiej fali, wtedy mówiło się „repatriantów”, a właściwie: wygnańców z Kre-sów Wschodnich - opowiada prof. Czermińska. ODNALEZIONY MEDAL Z WILNA O Żuławach i Miłoszu rozmawiało w Nowym Dworze Gdańskim grono cenionych specjalistów: literaturoznawców i historyków. Zresztą, nie tylko rozmawiano. Organizatorom udało się przygotować dwa ciekawe, towarzyszące sesji spotkania. Pierwszym była wizyta w Drewnicy, połączona z odsłonięciem kamienia upamiętniającego matkę poety. Drugie odbyło się w Nowym Dworze Gdańskim, na terenie Żuławskiego Parku Historycznego. W jednym z pomieszczeń muzeum Andrzej Kasperek przygotował mini-wystawę pamiątek po rodzime Miłoszów. Odnaleźli je obecni właściciele domu w Drewnicy Hanna i Jarosław Czeladkowie. Pan Jarosław urodził się w Drewnicy i wiele lat temu zakochał się w leżącym na uboczu, pochodzącym pewnie z XIX wieku domu. Postanowi! go kupić. Wtedy nie wiedział jeszcze, że kiedyś mieszkali tam Miłoszowie. - Nasz dom znajduje się około kilometra za wsią. Wisła jest blisko, i wał... Jest sporo drzew, aleja ipowa. Dom jest drewniany... Dla mnie jest tu pięknie, jest spokój, cisza, śpiew ptaków. To taka oaza spokoju, miejsce na ziemi, gdzie się chce mieszkać, choć wymaga dużo pracy i remontów - mówi pani Hanna. - O tym, że mieszkali tu kiedyś rodzice Czesława Miłosza, dowiedzie hsmy się później, od poprzedniego właściciela domu, który już nie żyje. Potem znaleź-Uśmy jakieś zapiska i jeszcze trochę innych przedmiotów. Było tego niewiele. Przez lata przez ten dom przewinęło się sporo osób, nikt nie interesował się starymi rzeczami, wszystko, co sta-re, było niszczone, bo wchodziło nowe. Takie były czasy Państwo Czeladkowie z jednej strony cieszą się, że o domu zrobiło się głośno. Z drugie), obawiają się, ze zakłóci to ich spokój. & 6 - Ale cieszymy się, że coś w tym kierunku się dzieje, że iest ; ----------------------v ł ’ ^ejest takie miejsce w naszej miej- Agnieszka Jarzębska w rozmowie z Hanną i Jarosławem Czeladkamiw -----,.i w Drewnicy, fot. archiwum ŹPH scowości, że był tutaj po' eta, noblista, że mieszkała tu jego matka. Zresztą każ' dy stary dom ma swoją hi' storię i w tym tkwi urok takich miejsc - mówią. Przedmioty należące kiedyś do rodziny Miłoszów może obejrzeć każdy kto odwiedzi Muzeum Żu ławskie, bo wystawa stal* się częścią stałej ekspozycj o historii Żuław. Agnieszka Jarzębska 79 - Miłoszowie spędzili w Drewnicy rok. W 1946 roku ojciec, syn i reszta rodziny Wyprowadziła się do Sopotu. Później ojciec trafił do Krakowa, syn Andrzej - do Warszawy. Zostało po nich trochę książek, pamiątek rodzinnych. Andrzej zabierał je do Warszawy, ale część została - może uznał, że za-bierze to wszystko innym razem, może zapomniał, i te książki, zdjęcia, a także znale-Z1°ny zupełnie niedawno przez pana Cze-ladkę, w czasie remontu, medal wybity z okazji jubileuszu uniwersytetu w Wilnie, s4 na naszej wystawie. Starałem się, by eksponaty, połączone z cytatami z pism Miło-Sza, stanowiły jakąś narrację o nim, o tej rodzinie i epizodzie żuławskim - mówi Andrzej Kasperek, który wystawę przygotował. W konferencji nie wzięło udziału zbyt wiele osób. Szkoda, bo myślę, że nie tylko dla mnie było to wyjątkowe doświadcze-nie- Choć zupełnie innego rodzaju, niż wte-dy> gdy w 1995 roku, w czasie studiów polonistycznych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, byłam w tłumie Prof. Małgorzata Czermińska odsłania kamień pamiątkowy poświęcony matce Miłosza w Drewnicy, fot. archiwum ŻPH Uczestników spotkania z Czesławem Miłoszem. Pamiętam je jak przez mgłę, zapewne z powodu emocji związanych z samym faktem, iż miało się możliwość przebywania w jednej, ogrom-neJ sali z jednym z mistrzów światowej literatury. Do dziś pamiętam również zajęcia z prof. Ja-nuszern Kryszakiem, specjalistą od literatury współczesnej i emigracyjnej. Pamiętam też tam-t^ studencką, jak mi się wtedy wydawało dogłębną lekturę wierszy, eseistyki i powieści Miło-SZa- Tematy, które podejmował, były - i są - bliskie doświadczeniom historycznym milionów ludzi z tej części Europy. Jednak sposób, w jaki pisał, sprawiał, że twórczość tę mniej chyba odbierałam sercem, a bardziej umysłem. Czułam pewien intelektualny dystans, swoisty chłód, który potrafił studzić emocje wywołane przez opisane w tych utworach często dramatyczne 1 Magiczne wydarzenia. nie> w jednym Wschodnich i WALEC HISTORII I MAŁE OJCZYZNY Jednocześnie czytanie Miłosza było dla mnie w tamtym czasie jednym z pierwszych spo-tkań z tematami takimi, jak doświadczenie życia na pograniczu - współbycia na jednym tere-miejscu ludzi różnych narodowości, kultur i religii, jak świat dawnych Kresów małych ojczyzn, które z powierzchni ziemi - choć nie z ludzkiej pamięci - zmio- tą II wojna światowa, a także ludzi, których z ich ziemi przepędziły decyzje szalonych polityków. 80 „Ty byłaś mój początek i znów jestem z Tobą”. Miłosz i Żuławy Rozpędzony walec Historii przetoczył się nie tylko przez obrosłe legendami, właściwie mityczne dawne Kresy Wschodnie Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. O tym właśnie przypomniała sesja w Nowym Dworze Gdańskim. Tysiące ludzi wygnanych z Kresów, ale i mieszkańców m. in. Lubelszczyzny i Mazowsza, najczęściej nie z własnej woli trafiło na Żuławy i całe tzw. Ziemie Odzyskane. Podobny los spotkał także dotychczasowych mieszkańców tego terenu. - Wszystkie zachowane dane, relacje, wspomnienia wskazują, że był to dramat ówczesnej ludności. Polacy opuszczali tereny z którymi byli zżyci, na których gospodarowali, na których mieli majętności. Wyjeżdżali także z ogromnym, straszliwym bagażem doświadczeń dwóch totalitaryzmów: niemieckiego i sowieckiego. Dzisiaj uznajemy już fakt dramatu ludności niemieckiej wysiedlanej z ziem, które znalazły się w granicach Polski - ziem północnych i zachodnich, ale dramat ludności polskiej był o wiele większy i przede wszystkim niezasłużony. Nie był to akt sprawiedliwości dziejowej, nie była to wola suwerennego rządu i państwa polskiego. Było to postanowienie państw decydujących za nas bez nas, decyzja, którą trzeba było zrealizować - podkreśla elbląski historyk dr Henryk Horbaczewski. - Zasiedlanie terenów, na których my tutaj teraz mieszkamy, było jeszcze bardziej złożone. Wówczas tutaj równolegle odbywał się napływ ludności polskiej, i to zarówno ze wschodu, jak z Polski centralnej, i innych województw - lubelskiego czy kieleckiego. Do tego, w latach 1947-1948 roku doszła ludność ukraińska, która przyjechała, a właściwie została przywieziona w ramach „Akcji Wisła”. Wszystko to tworzyło konglomerat ludności żyjącej w trudnych warunkach powojennego chaosu, braku poczucia stabilności i jednocześnie niepewności co do dalszych losów. Władysław Zawistowski i Paweł Huelle w Drewnicy, fot. archiwum ŻPH Miłoszowie byli w grupie uciekinierów z Wileńszczyzny. Ze względu na zadawniony konflikt polsko-litewski, władze litewskie były zainteresowane tym, by z ich terenów, szczególnie z Wilna, wyjechało do Polski jak najwięcej inteligencji. Natomiast czyniły wszystko, żeby utrudnić wyjazd tak zwanym ludziom prostym - rolnikom, rzemieślnikom - zwraca uwagę historyk. - Dla ludzi tych wyjazd do Polski, wobec obecności Rosjan i szalejącego NKWD, stanowił pewną szansę, nawet jeśli to był wyjazd w nieznane. Los rodziny znanego na całym świecie pisarza był nie tylko jednostkowym, ale przecież i wspólnym doświadczeniem bardzo wielu osób, które dziś mieszkają na Żuławach, Powiślu, Warmii, Mazurach, AgnieszkaJarzębska 81 na Pomorzu. Tamte ponure wydarzenia są również — choć w wielu domach pomijało się to, i pewnie nadal pomija milczeniem - częścią historii ich dzieci i wnuków. Wnukowie, o czym Mogłam przekonać się w 2009 r., w czasie spotkań z kilkoma setkami dzieci i młodzieży z rożnych miejscowości regionu (przy okazji realizacji cyklu reportaży „Ostatni mistrzowie kultury ludowej” — projektu Centrum Spotkań Europejskich „Światowid w Elblągu), w zdecydowanej większości nie znają historii swoich rodzin, nie wiedzą w jaki sposób ich dziadkowie i rodzice tutaj trafili i jak przez lata próbowali odnaleźć się w Nowym Świecie. ■ Powojenne początki były naprawdę trudne. Sytuację dodatkowo komplikowało zatopienie przez wycofujące się wojska niemieckie Żuław. Wiązało się to z trudnościami organizacyjnymi, aprowizacyjnymi. Ówczesne polskie władze czyniły co mogły, aby to złagodzić, choć oczywiście należy brać pod uwagę specyfikę tamtego czasu i okoliczności, słabość władz, ad-n^inistracji. Nowa tutejsza społeczność tworzyła się w warunkach skomplikowanych także dla-^go, że przybywali tu ludzie różnych obyczajów, różnych kultur, których łączył jedynie tragiczny los i doświadczenia spowodowane przez totalitaryzmy — dodaje Henryk Horbaczewski. DREWNICA: PÓŹNĄ JESIENIĄ 1945 ROKU - Do Drewnicy przyjechali Aleksander Miłosz, ojciec poety, jego matka Weronika, babcia Józefa, brat Andrzej i służąca Józia. Panowała epidemia tyfusu. W humanitarnym, samarytańskim geście Weronika Miłosz zaopiekowała się chorą staruszką, Niemką. Niestety, sama zara-zila się tyfusem i 22 listopada zmarła - wyjaśnia Andrzej Kasperek. - Czesław Miłosz przyjęta! do Drewnicy niedługo przedtem. Zdążył jeszcze matkę zobaczyć. Widział, że jest chora, ale nikt nie przypuszczał, że to tyfus. Albo może taką myśl, najgorszą, bo tyfus wówczas, bez Wystawa poświęcona Miłoszowi w Muzeum Żuławskim w Nowym Dworze Gdańskim, fot. archiwum ŻPH 82 „Ty byłaś mój początek i znów jestem z Tobą”. Miłosz i Żuławy szczepionek, był nieuleczalny, od siebie odsuwano. Gdy Miłosz wrócił do Warszawy, dostał depeszę, że matka zmarła. Nie mógł być nawet na jej pogrzebie 26 listopada, bo kilka dni później wyjeżdżał za granicę, zaczynał pracę w dyplomacji. Jak ważnym doświadczeniem była dla Czesława Miłosza „żuławska” śmierć najbliższej na świecie osoby? Znamy pewne fakty, ale raczej nigdy nie dowiemy się, co naprawdę wtedy czuł-Aby choć uchylić rąbka tajemnicy, możemy chyba jedynie próbować wczuć się w jego sytuacja odwołując się do własnych emocji i doświadczeń. Biograf poety dr Andrzej Franaszek zwraca uwagę na silny związek poety z matką. Spotkanie w listopadzie 1945 roku było spotkaniem dojrzałego, 34-letniego mężczyzny ze swymi już starszymi rodzicami, z matką, która wkrótce umrze... - Niewątpliwie miała wtedy miejsce rozmowa na temat jego planów wyjazdu z Polski, prawdopodobnie z takim domyślnym planem, żeby do Polski już nie wrócić, żeby się z tej Polski ko-munizowanej, sowietyzowanej uratować - uważa badacz. - Żuławy są oczywiście z jednej strony krótkim czasem, w dużej mierze czasem bólu, goryczy, rozczarowań, także tych ludzi, którzy myśleli, że stworzą sobie tutaj nowe życie, namiastkę utraconego świata, tego świata na wschodzie, ale którego to marzenia musieli się szybko wyrzec. Żuławy są też momentem symbolicznym, w którym zbiega się dużo różnych nici. W tych rozmowach późną jesienią 1945 roku, które musiały być i szczere w tym najbliższym gronie rodzinnym, i pełne emocji najrozmaitszych, zbiegają się i relacje z matką, i relacja z Polską, i stosunek do komunizmu. Zatem można by tu odnaleźć wiele kluczowych doświadczeń dla samego Miłosza i dla Miłosza jako tzw. figury XX wieku. - To jest kilka dni, dosłownie, można by nawet w godzinach liczyć czas spędzony tutaj-I w jego ogromnie długim, trwającym 93 lata, życiu, to mgnienie oka. Jednak powstały trzy wiersze inspirowane tym pobytem oraz dwuczęściowy, bardzo ciekawy reportaż. Dwa z wierszy są poświęcone matce: „Grób matki” z 1949 roku i „Z Nią” z 1985 roku. Wiersz „Z Nią” napisał w swoje 74. urodziny. Pisze o matce „Mamusia”... W dniu urodzin nie pisze o sobie, tylko o tej, której zawdzięcza życie. Miłość do matki była czymś bez czego jego poezja byłaby zupełnie inna - sądzi Andrzej Kasperek. Literaturoznawczyni dr Agnieszka Kosińska przez osiem ostatnich lat życia noblisty była jego osobistym sekretarzem. Od śmierci Miłosza opiekuje się jego krakowskim domem, a także - w imieniu rodziny - prawami autorskimi do twórczości: - Czesław Miłosz nie był łatwym człowiekiem. Nie był człowiekiem wylewnym, otwartym, ale poświęcił matce wiele utworów i myślał o niej jako o osobie bardzo bliskiej, wyjątkowej, osobie, która go ukształtowała. Jeden z ostatnich, pięknych cykli poetyckich poświęcił właśnie jej - zauważa. - Jest taki wiersz „W Szetejniach”: „Ty byłaś mój początek i znów jestem z Tobą - to jest o Niej, o Weronice. Bliskość tę odkrył w tragicznych okolicznościach, jak często odkrywają dzieci, po śmierci matki. Młody Czesław pisze do brata: „Andrzeju, skończyła się nasza młodość. Jesteśmy dorośli”. Można nawet rzec, że od tej pory Miłosz - syn kontempluje tę śmierć. Kontempluje być może nawet i jakieś pewne zaniedbanie, bo nikt nie sądził, że ona umrze tak szybko i tak nagle. Ta choroba tak nie wyglądała. On zresztą ma żal do siebie przede Agnieszka Jarzębska 83 wszystkim, do ojca, do brata, że „nie dopilnowaliśmy . „Niewdzięczność synów , niewdzięczność syna realnego względem realnej matki i niewdzięczny syn narodu - to piękne słowa, motywy, które Czesławowi Miłoszowi będą towarzyszyły do końca życia. Informacja o „matce Miłosza” może stać swego rodzaju wabikiem dla ludzi z zewnątrz, jedną z atrakcji turystycznych. A może stać się czymś więcej. ■ Mieszkając na Żuławach, musimy mieć świadomość, że skądś tu przywędrowaliśmy, czy nasi rodzice, czy dziadkowie. I musimy jakoś swoją tożsamość uzasadnić albo odbudować, albo zrekonstruować - wskazuje Andrzej Kasperek. ■ Jeżeli mówimy o ciągłości, kontynuowaniu tradycji, odnalezieniu nitki losu zerwanej przez historię, to tak naprawdę zawiązuje to wierność. Nieszczęśliwi są ludzie, którzy takiej nitki wierności, rozmowy z tymi, którzy byli przed nami, nie potrafią zawiązać czy nie mają szansy jej uchwycić. Miłosz na tyle długo żył, na tyle swą postawą wydeptał tę ścieżkę, że to Jest bardzo mocno obecne i w jego twórczości — przekonuje Krzysztof Czyżewski, współzało-tyciel Fundacji „Pogranicze” i dyrektor Ośrodka „Pogranicze — sztuk, kultur, narodów w Sej-^ach. - Czytając jego utwory, mamy szansę powrocie do związanych z nim miejsc w zupełnie inny sposób, niż jako turyści. Ale przecież to nie jest tylko jego osobowy przypadek, to doty-Czy każdego z nas i pytania co to znaczy kontynuować dziś tradycję, co znaczy „odrodzić miej-Sce ? Często rozumiemy to w ten sposób, że chcemy „zachować , „upamiętnić , „zbudować muzeum” ale to przecież nie wszystko. Jest jeszcze inny wymiar tej pracy, którym On był żywo ^^interesowany. Rozmowy, które z nim prowadziłem, najczęściej dotyczyły tego jak nie tylko ntrwalić coś, co zakrzepłe w przeszłości, ale jak iść dalej, do przodu, jak znaleźć drogę, szukać dla siebie nowych aspiracji, jak wyzwolić się z tego ciężaru „tylko upamiętniania. I w kontekście tego miejsca w Drewnicy, które dziś upamiętniliśmy kamieniem szczególnym, w kontekście tego, co widzieliśmy na wystawie, ciekawi mnie bardzo co się będzie działo dalej, co się z tego wyłoni, co będzie jutro? Fundacja „Pogranicze” odbudowała, zrekonstruowała sosnowy dwór w Krasnogrudzie, niedaleko Sejn, oraz dwa związane z dworem budynki należące ongiś do ciotek poety: Niny i Gabrieli (Krzysztof Czyżewski dorzuca, że ciotki zresztą były w Drewnicy). Obecnie mieści S1? tam Międzynarodowe Centrum Dialogu. * Widząc założenie gospodarcze w Drewnicy, dom drewniany, wspaniałe lipy, które były ukochanymi drzewami Czesława również w Krasnogrudzie, zastanawiałem się, czy Miłoszowie, wybierając tutaj miejsce do życia jako osadnicy, nie brali pod uwagę też i tego elementu właśnie, starych lip czy domostwa, które w cieniu tych drzew jest usytuowane? Czy nie odegrała tutaj roli jakaś nostalgia lub związki, które czuli z Krasnogrudą i wcześniejszymi miejscami zamieszkania - rozważa Krzysztof Czyżewski. W czasie niedawnych porządków domowych postanowiłam zmniejszyć swój księgozbiór. ^° oddania „w dobre ręce” przygotowałam wiele książek, w tym tomik Dalsze okolice i Rodzinną Europę”. Na szczęście na “Rodzinną Europę nie znalazł się żaden chętny. Po konferen-CP postanowiłam „przeprosić się” z tym tekstem. Czeka w kolejce na przeczytanie. Nie będzie CZekał długo. Myślę, że będzie to inne spotkanie z Miłoszem, niż przed laty... I nie ostatnie. 84 Ginący świat wiatraków Jerzy Domino GINĄCY ŚWIAT WIATRAKÓW Jerzy Domino 85 Wiatraki były kiedyś charakterystycznym elementem pejzażu. Widoczne były z daleka z racji i usytuowania - na lokalnym wyniesieniu, i wysokości, którą konkurowały jedynie z wieżami kościelnymi. Dzisiaj pozostały jedynie po kilku z nich tu i ówdzie resztki fundamentów, kamienne lub betonowe koliste kamienie młyńskie przetoczone pod sąsiedzkie domy, traktowane czasami jako element dekoracyjny a wyjątkowo widnieją w krajobrazie ceglane, stożkowate wieże, na których kiedyś wspierała się głowica ze śmigami. Poucza-j^cym jest studiowanie starych map i planów, można z nich odczytać oznaczoną lokalizację wiatraka. Na przykład na planie Żuław Koppina z 1840 r. na obszarze od Gdańska i Tczewa po Sztum na południu i Młynary na wschodzie oznaczono niemal 200 wiatraków, w przeważającej części na Żuławach. Na liczbę tą składały się głównie wiatraki przepompownie. Przemiałowych i przemysłowych było o wiele mniej. W części Wysoczyzny i dawnego Obe-dandu oznaczeń wiatraków jest już mniej. Młyny wiatrowe pełniły tu wyłącznie funkcję Przemiałową a konkurencją dla nich jeszcze od średniowiecza stanowiły młyny wodne usytuowane przy rzekach i strumieniach, które obsługiwały także tartaki, olejarnie, foluszar-uie (maszyny do falowania, czyli powierzchniowego spilśniania tkanin wełnianych — red.) i kuźnie. Na mastischblattach (niemieckie mapy charakteryzujące się bardzo wysoką szczegółowo-ścią i nadzwyczajną dokładnością odwzorowania topografa terenu - red.) z 1 połowy XX wieku oznaczenia pozwalają w sposób w miarę jednoznaczny obiekty takie ustalić, nie wskazują wszakże do końca, o jaki typ wiatraka chodzi. Opracowanie katalogu istniejących kiedyś takich urządzeń wiatrowych byłoby pożytecznym badaniem. Za internetowym zestawieniem wiatraki.org.pl w województwie pomorskim zachowało się 11 wiatraków, w tym 8 holendrów, a 5 o murowanych wieżach. W województwie warmińsko-mazurskim odnaleziono 19-12 holendrów, w tym 3 w skansenie w Olsztynku, zaś o murowanych wieżach - 6. W województwie kujawsko-pomorskim 16, ale jedynie 3 murowane holendry. Widać więc wyraźnie, jak krajobraz kulturowy zubożał w stosunku do stanu z połowy XIX wieku. W rejonie Powiśla i Żuław wiatraki pojawiły się wraz z Krzyżakami. Nie jest jednoznacznie rozstrzygnięte, czy to rycerze przynieśli ideę urządzenia działającego od wieków na Bliskim Wschodzie, czy sprowadzani przez nich osadnicy z terenów dzisiejszej Holandii. Można je dostrzec na zaginionym obrazie z 1480 r. przedstawiającym Oblężenie Malborka z okresu Wojny Trzynastoletniej znajdującym się dawniej w Dworze Artusa w Gdańsku. Przedstawione tam zostały 3 wiatraki - koźlaki. Ten typ wiatraka dominował przez stulecia, a do dziś dotrwał taki w Drewnicy, aczkolwiek pozbawiony śmig. Wraz z intensywnym napływem osadni- Wiatrak w Lepnie, fot. J. Domino 86 Ginący świat wiatraków ków holenderskich w XVI - XVII wieku zaczął pojawiać się typ wiatraka holenderskiego. Żaden wprawdzie z tego okresu się nie zachował; ale na przekazach kartograficznych można w ikonkach wiatracznych właśnie takiej formy się dopatrywać. Znane są natomiast już budowle wiatraków w typie holenderskim z początku XIX w, np. w Tczewie z 1806 r. projekt tartaku (lub olejarni) napędzanej siłą wiatru, Schneidermuh-le w Elblągu projektu Manteufla. Zaawansowanie rozwiązań świadczy, iż bynajmniej nie były to ówczesne nowinki. W odróżnieniu od typów koźlaka - wiatrak typu holenderskiego posiadał ruchomą tylko głowicę ze śmigami. Ułatwiało to jego nastawianie na wiatr a jednocześnie pozwalało zwiększyć gabaryty i wysokość, co w przypadku Żuław było ważne, by efektywniej „łapać” wiatr. Tutaj częstym był typ wiatraka holenderskiego ustawionego na budynku (takimi były wiatraki w Drewnicy czy Wikrowie). Nieruchoma wieża „holendra” budowana była zarówno w konstrukcji drewnianej, i na archiwalnych fotografiach takie właśnie budowle przeważają, jak też murowane z cegły, zachowując jedynie drewnianą głowicę ze skrzydłami. Realizowano też konstrukcję łączoną, dolna część - cokół był murowany, wyżej wznosiła się wieża drewniana (takim przykładem jest wiatrak w Palczewie). Trudno stwierdzić, jaki procent holendrów stanowiły te o wieżach murowanych. Sądząc po reliktach nie były zbyt liczne, powstawały w 2 połowie XIX wieku, drewnianych nie zdążyły wyprzeć, kiedy energia parowa i elektryczna uniezależniająca od warunków wietrznych zawładnęła napędem i urządzeń młyńskich i innych. Widoczne obecne resztki ceglanych wież są do siebie bliźniaczo podobne, postawiono je w formie ściętego stożka z cegły ma- Wiatrak w Budziszu,fot. J. Domino Jerzy Domino 87 Wiatrak w Łęczu,fot. J. Domino szynowej. Analizując pozostałości, stwierdzić można, iż stosowano jedynie zaprawę gliniana lub piaskowo-wapienną, pozostawiając jedynie cementowe, ochronne fugowania. Zbliżone były do siebie wielkością: - średnica wieży u podstawy od 9 do 11,5 m, wysokości części murowanej ok. 9 m. nie prowadzono pomiarów kąta nachylenia ścian, wieże z naszego najbliższego regionu wydają się być zbliżone, podobnie schematycznymi są okienka i wejścia, w każdym sytuowane są na przestrzał, w jednym, w układzie biforialnym (drzwi lub okna podzielone kolumienką lub słupkiem na dwie części - red.) w innym na planie oznaczono 4 wejścia, wycięte w płaszczyźnie ściany lub w lekko wyryzali-towanym portalu (ryzalit - element wystający z lica ściany, oparty na odpowiednio ukształtowanym fundamencie, rodzaj wykusza - red.). Wiatrak w Lepnie (gmina Rychliki) jest jedynym „holendrem” o ceglanej wieży w na- Szym regionie, z zachowaną, a przynajmniej widoczną drewnianą izbicą i resztką wyposażenia - drewniane koła palczaste, wały, stalowe i żeliwne tryby, kamienie i resztki innych urządzeń. Właściciel pilnie chroni go Nieistniejący wiatrak w Zielonce Pasłęckiej, rys. J. Domino przed ciekawskimi, wprawdzie nie remontując, (bo za co i po co?) ale też podobnież broniąc przed amatorami, którzy roztaczali wizje urządzenia w nim przytulnego loftu czy też kafejki dla pustelników. Wiatrak wybudowano około 1880 roku, elewację wieży, starannie wymurowanej, dopiero od niedawna wrastają w nią drzewka, przepruwają różnej wielkości okienka lokowane naprzemiennie Po wiatraku w Ankamatach (gmina Dzierzgoń) pozostała jedynie ceglana wieża, zamknięta górą żelbeto- wym stropem. Jest malowniczo usy- 88 Ginący świat wiatraków tuowana na wzgórzu, skąd rozpościera się widok na malowniczy krajobraz. Jest ogólnie dostępny, we wnętrzu widać belki wyższej kondygnacji, zaś pośrodku znajduje się ceglano-be-tonowy, spięty stalowymi taśmami okrągły kamień młyński, z którym, jak świadczą ślady, kolejni goście próbują się mierzyć. Poniżej wzgórza, przy drodze stoją jeszcze ruiny zabudowań młynarza (?) zarastające pokrzywami i bzem, ze zdziczałym sadem. Wiatrak wybudowany został w 3 ćwierćwieczu XIX w. Do smukłej wieży wiatraka przylegała niegdyś dobudówka, o czym świadczą ślady ? resztki fundamentów. Elewacja opracowana została skromnie, dekorację stanowi gzyms ustawionych pionowo główkami cegieł podkreślony poniżej rzędem cegieł wypalonych ciemno. Takie ciemne pasy wyżej określają dawne kondygnacje. Otwory okienne umieszczono tu nieregularnie, z jednej strony umieszczone są w rzędzie 3 prostokątne okienka jedno nad drugim, po przeciwnej stronie, nad wejściem od północy znajduje się w osi jedno mniejsze okienko, a nad wejściem od południa, przed którym zachowała się betonowa rampa, jedyne okno znajduje się obok osi wejścia. Bardzo podobna jest wieża wiatraka w Budziszu (gmina Dzierzgoń). Młyn ten wybudowany był w 1887 r. dla Otto Tetzlaffa, (od 1924 r. w dzierżawie u Willi Pohlmanna). Jego spłaszczona czapa nadawała mu nieco przysadzisty wygląd, chociaż kształt ceglanego trzonu nie odbiega od kształtów innych holendrów. Zniszczony został po 1945 roku., pozostał niezabezpieczony i dostępny, o ile ktoś zdecyduje się na przejście po zasianym lub zaoranym polu. Pasy ciemniejszej cegły odznaczają dawne kondygnacje, okienka umieszczone są symetrycznie w 4 osiach , z dwoma wejściami na przestrzał. W przyziemiu między drzwiami i oknami umieszczone są jeszcze płyciny jakby zastępujące dodatkowe okna. Łęcze (gmina Tolkmicko). Wiatrak z około połowy XIX w., widoczny na archiwalnych zdjęciach i pocztówkach, malowniczo górował nad wsią. Zniszczony w 1945 r., pozostała zeń jedynie wypalona wieża. W latach 70-tych XX w. został zabezpieczony żelbetowym stropem. Mimo pojawiających się okresowo koncepcji jego adaptacji czy rewaloryzacji praktycznie nic sie z nim nie dzieje, co w kontekście innych obiektów jest określeniem pozytywnym. Wieża postawiona została na rzucie koła o średnicy 11,50 m, wysoka na ok. 9 m, 3 kondygnacjowa, z dwoma wejściami na przestrzał nad którymi znajdowały się po jednym niskim okienku. Okna w osi na trzech kondygnacjach umieszczone są na prostopadłych do osi wejścia stronie wieży, okna na parterze są większe. W Zielonce Pasłęckiej (gmina Pasłęk) funkcjonowały dwa wiatraki wiatrak - kożlak Bah-ra, rozebrany w 1926 r i holender Szchreibena z ok. 1883 r. Jego stożkowa wieża nie była tak regularna, jak w innych realizacjach, ale wyraźnie nachylenie ścian z jednej strony było większe niż w pozostałych. Zapewne było to przyczyną, iż po dziesiątkach lat stania bez zabezpieczenia wreszcie się zawaliła. Pośród wielu, niezachowanych i nierozpoznanych wiatraków, chciałbym zwrócić uwagę na trzy inne. W Pławtach Wielkich (gm. Kisielice) stał podobny opisywanym wyżej wiatrak na planie koła o średnicy 10 m, wysokość wieży ok. 9 m, z wejściami na przestrzał w płytko wyryza-litowanych portalach, okienka zamknięte łukiem odcinkowym, XIX-wieczny, bez bliższego datowania,. Na fotografiach z 1960 roku T. Domagały widoczne jest zwieńczenie z sio- Jerzy Domino 89 dłowym dachem z wręgami oraz skrzydła. Dach już był w żałosnym stanie, skrzydła praktycznie zredukowane do drągów z resztkami drabinek, wyposażenie zostało wyszabrowane. Późniejsza dokumentacja z 1965 r. wykonana przez Arszyńskiego ukazuje postęp de-wastacji. Był już wówczas w ruinie, stała jedynie ceglana wieża. Obecnie brak po nim śladu. Podobnie w Klimach (gmina Kisielice). Wiatrak z końca XIX w. na planie koła o średnicy 9 m, miał wysoką, ceglaną wieżę o wysokości ok. 15 m, o 3 wejściach i oknach na prostopadłych osiach. Na dokumentacji T. Domagały z 1960 roku widać, iż stała jedynie ceglana ^ieża z drewnianą konstrukcją zabezpieczającą. Wiatrak w Buczniku (gmina Stary Dzierzgoń) wybudowany został na rzucie ośmio-bocznym, wyraźnie nawiązując do wyglądu konstrukcji drewnianych szerokości ścian 3 m., 0 wysokości 8 m na kamiennych fundamentach, 3 kondygnacjowy, z biforialnymi wejściami na przestrzał i oknami na ścianach sąsiadujących ze ścianami wejściowymi. W 1974 roku został rozebrany. 90 50 lat Muzeum Stutthof w Sztutowie Anna Weronika Brzezińska NAUKOWCY W MUZEUM I O MUZEUM Tylko jak przyjechaliśmy do Gdańska, to wywalili nas na peronach, na Toruńskiej taki dworzec towarowy czy jakiś. No i potem stamtąd prowadzili nas, jechało wojsko. Nawet jak ktoś się pytał nas po drodze dokąd jedziemy, a my że do Sztutowa to jak to? Do obozu? A my nie wiedzieliśmy co to jest, czy to jakiś obóz koncentracyjny? To fragment opowieści jednego z mieszkańców wsi żuławskiej pochodzącego z terenów dzisiejszej Ukrainy, którego skomplikowane losy rzuciły w 1945 roku na Żuławy - teren przyznany Polsce po II wojnie światowej jako rekompensata za ziemie utracone na wschodzie. Historia całego regionu jest niezwykle złożona i układająca się w wielonarodowościową, wieloetniczną i wielojęzykową mozaikę. Są w tej układance historie osadników holenderskich i Pomorzaków, jest fragment o Wolnym Mieście Gdańsku, są też historie związane z obozem koncentracyjnym i jego licznymi podobozami. Każdy element z tej układanki doczekał się opracowań naukowych, ale w tych opowieściach też historie pojedynczych ludzi i rodzin, dzięki którym można odtworzyć klimat tamtych czasów - zarówno letniskowej sielanki, jaki i obozowych koszmarów, niepewności osadników i repatriantów, wreszcie powolnego zakorzeniania się w nowej, żuławskiej ziemi. Wiele takich mikro-historii znaleźć można na licznych forach internetowych, a zamieszane na ich łamach opowieści są przywoływane przez pasjonatów lokalnych historii. Zależy na podtrzymywaniu pamięci i tych wszystkich, którzy mieszkali na terenie Żuław. Tematy związane z przesiedleniami i ich społecznymi konsekwencjami, budowaniem nowej tożsamości oraz działalnością regionalistów żuławskich znalazły się w sferze zainteresowań poznańskich naukowców. W latach 2008-2011 realizowany był etnologiczny projekt badawczy, którego celem było spisywanie historii rodzin przybyłych na Żuławy po ' 45 roku, ich stopniowego oswajania się z nową rzeczywistością i budowania nowych więzi społecznych. Systematyczne badanie poszczególnych wsi doprowadziło naukowców i do Sztutowa - miejsca szczególnego pod wieloma względami. Z jednej strony, to miejscowość wybitnie turystyczna - plaża i morze, atrakcje sezonowe pod postacią m. in. smażonej ryby, wypoczynek i zabawa. Z drugiej - druty kolczaste, stos całopalny położony w sąsiedztwie leśnej trasy do nordic walking oraz przebijający zza drzew widok krematoryjnego komina. Naturalne pytanie, które się pojawia brzmi: jak. się żyje w takim sąsiedztwie? Poszukiwanie na nie odpowiedzi stało się początkiem nowych projektów badawczych - tym razem interdyscyplinarnego. Wiatach 2010-2011, dzięki umowom partnerskim podpisanym przez Muzeum Stutthof w Sztutowie i Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, zrealizowano dwa projekty badawcze. Wzięli w nich udział studenci i doktoranci archeologii, etnologii i filologii polskiej, a także pracownicy naukowi z poznańskiego Uniwersytetu. Pierwszy projekt miał cha- Anna Weronika Brzezińska 91 rakter naukowo-badawczy, a jego uczestnicy pracowali w interdyscyplinarnych zespołach. Studenci archeologii w swojej pracy zastosowali nieinwazyjne metody badawcze, czyli nie Wymagające kopania w ziemi. Z tego względu są one idealne do pracy w miejscach pamięci, nie wymagają specjalnych zezwoleń i przede wszystkim nie naruszają zasad etycznych (w tym prawa rabinicznego). Dzięki ich pomiarom możliwe było stworzenie wirtualnego Modelu obozu i porównanie go z obecnie istniejącymi pozostałościami na terenie muzeum. Mieszkańców wsi pytano między innymi o to, w jaki sposób dowiadywali się o funkcjonowaniu w pobliżu ich nowych domów obozu koncentracyjnego oraz co się działo z terenem P° byłym obozie zanim w 1962 powstało muzeum. Efektem tych rozmów jest zbiór kilkuset wywiadów, których opracowanie znalazło się w książce Sztutowo czy Stutthof? Oswajanie krajobrazu kulturowego, wydanej wspólnie przez Muzeum i Uniwersytet. Niejako kontynuacją tych badań był drugi projekt, tym razem o charakterze reporterskim. Do etnologów dołączyli filolodzy polscy, a ich wspólnym zadaniem było opisanie złoconych lokalnych historii - zasłyszanych, zanotowanych, wynalezionych w bogatym archi-Wum miejscowej biblioteki. Cykl reportaży ma się ukazać jeszcze w tym roku, a składają się na niego historie o poszukiwaczach postnazistowskich skarbów namiętnie przekopują-cYch sztutowskie lasy; o wycieczkowiczach odwiedzających Muzeum; o właścicielach miejscowych pensjonatów; o tym, jak to jest być księdzem na ziemi, która doświadczyła Zagła-dy; o niewyjaśnionym do dnia dzisiejszego samobójstwie dokonanym w Starym Dworze; 0 wielokulturowej społeczności lokalnej; o nowym zastosowaniu ziemniaka i o homoseksualistach przebywających w obozie. Poznańscy badacze przezd budynkiem Komendatury, fot. A. W. Brzezińska 92 Osadnicy Bartosz Stańda OSADNICY Żuławy i Mierzeja Wiślana to tereny, które po 1945 roku weszły w skład tak zwanych „Ziem Odzyskanych”. W latach 1945 - 1949 trwała na tym obszarze, bezprecedensowa akcja osadnicza, która doprowadziła do całkowitej wymiany ludności. Na opuszczone przez Niemców ziemie, przybyli mieszkańcy z obszaru praktycznie całej II Rzeczpospolitej, którzy w nowych miejscach tworzyli nowe społeczności. „Ziemie Odzyskane” to tereny, które zostały przyłączone do Polski na mocy ustaleń konferencji w Jałcie i Poczdamie. W ramach reparacji wojennych przyznano Polsce Dolny Śląsk, Ziemię Lubuską, Pomorze Zachodnie, Warmię i Mazury, a także teren dawnego Wolnego Miasta Gdańska. Cały ten obszar podlegał jurysdykcji Ministerstwa Ziem Odzyskanych, które pod rządami Władysława Gomółki istniało w latach 1945 - 1949. Celem Ministerstwa było zasiedlenie opuszczonych ziem, a także scalenia ich z resztą kraju. W wyniku prowadzonych działań na Żuławy i Mierzeję Wiślana napłynęła ludność z obszaru praktycznie całej przedwojennej Polski. Na podstawie badań prowadzonych w 2010 roku, możemy wskazać, które grupy osadników miały decydujący kształt dla społeczności powstałej na północnym obszarze ŻułaW i Mierzei Wiślanej, a które stanowiły margines. W przypadku tego obszaru, zdecydowaną dominację zdobywają osadnicy z dzisiejszego województwa świętokrzyskiego, a w nieco mniejszej liczbie spotykamy przesiedleńców z województw lubelskiego oraz mazowieckiego. Osadnicy przybywający z innych stron stanowią mniejszość. Warto w tym miejscu wspomnieć, że osoby takie przybywały najczęściej już po 1949 roku, czyli po zakończeniu akcji osadniczej realizowanej przez Ministerstwo Ziem Odzyskanych. Niezależnie od tego, która grupa osadników stanowiła większość, mamy do czynienia ze społecznością wielokulturową, która tworzyła się na zupełnie obcym i nieznanym terenie. Nowi mieszkańcy, którzy przybyli po długiej podróży, trafiali w miejsce bardzo odmienne od tego co znali ze swoich rodzinnych stron. Zamiast niewielkich dwuizbowych chałup zastali ogromne domy, zamiast kościołów - skromnie urządzone zbory, a na rozstajach dróg nie widzieli popularnych w Polsce kapliczek czy krzyży. - Tam gdzieś ktoś zamiesZ' kał, tam gdzieś ktoś zamieszkał. Już chorągiewki pozawieszali biało-czerwone. Już, że to Polacy już tu mieszkają - wspomina jedna z mieszkanek Stegny. Tego typu działania, miały na celu przede wszystkim oswojenie obcego miejsca. Symboliczne działania musiały jednak szybko ustąpić bardziej pragmatycznym potrzebom. Nowi mieszkańcy przystępowali więc do zagospodarowywania terenu, na którym przyszło im żyć. W przypadku Żuław to oczywiście przede wszystkim walka z wodą, odzyskiwanie pól uprawnych, ale także tworzenie instytucji takich jak szkoła, kościół, PGK -y. - Od razu! Jeden był najpierw nauczycieł, a potem małżeństwo przyjechało. To było w 1948, może nawet pod koniec 1947, ale dzieci było jeszcze mało, dopiero później - mówi o szkole jedna z mieszkanek wsi Płonina. W kontekście badań prowadzonych w okolicy dawnego KT Bartosz Stańda 93 Stutthof warto też wspomnieć o jego obecności. Większość mieszkańców wspomina, że od samego początku wiedzieli o istnieniu obozu koncentracyjnego w Sztutowie. — Co chcieć to się robiło. Co kto... komu się podobało. Tam było bezkrólewie tak zwane - wspomina mieszkaniec Sztutowa. Takie wspomnienia pojawiają się w wypowiedziach wielu osadników. Często można usłyszeć o spacerach na teren obozu czy piknikach, które były tam urządzane. Równie ciekawy jest sposób w jaki postępowano z materialnymi pozostałościami po °bozie. We wspomnieniach pojawiają się opowieści o barakach, pryczach, hałdzie butów, które istniały jeszcze pod II Wojnie Światowej. Wydaje się, że ich los uzależniony był od ich użyteczności. -Itomy nawet czasami paliliśmy trochę, to tymi butami paliło się w piecyku, cho-^era, jaki mróz był — wspomina mieszkaniec Junoszyna. Powojenna rzeczywistość to też licz-Ue problemy w dostępie do materiałów budowlanych. Także w tym przypadku dawny obóz stał się miejscem, z którego można było pozyskać takowe. — Niektóre baraki były kryte cynową blachą. Ktoś wpadł na genialny pomysł, żeby te dachy pozrywać i na to miejsce położyć papę. Tej blachy później było wszędzie tyle [...]. Ja tu do szkoły sobie też ściągnąłem. I miełiśmy dodatkowy budyneczek, później garaż dla naszej nyski, to nie tylko dach, ale i ściany były z tej bła-chy — opowiada jeden z mieszkańców Sztutowa. W wielu opowieściach pojawiają się histo-he o barakach obozowych, które trafiały do powstających PGR-ów, a także jednostki wojskowej w Gdańsku Wrzeszczu. Mój artykuł nie wyczerpuje oczywiście tematyki osadnictwa, tworzenia się nowych spo-kczności. Nie było to zresztą jego celem. Jest to temat bardzo obszerny, a wiele barwnych °powieści z naszych badań można by jeszcze przytoczyć. Dla wielu czytelników zresztą jest t° tematyka, którą znają z historii swojej lub swoich rodzin. Wydaje mi się jednak, że warto 0 tym mówić choćby dlatego, że tamte wydarzenia miały z całą pewnością wpływ na nową społeczność żuławską, która dziś nie jest już tylko zlepkiem różnych tożsamości, a zupełnie n°wą grupą regionalną. Stegienka,Jot. A. W. Brzezińska 94 Dark tourism w Muzeum Stutthof? Katarzyna Rybarczyk, Agnieszka Skowron DARK TOURISM W MUZEUM STUTTHOF? Szczególny rodzaj turystyki do miejsc związanych ze śmiercią i okrucieństwem doczekał się osobnego określenia - dark tourism, określana też mianem tanatoturysty-ki. Dlaczego ludzie chcą zwiedzać tereny byłych obozów koncentracyjnych? Zwłaszcza, gdy w Sztutowie są piękne plaże i lasy, w których można bezstresowo wypoczywać? Zwiedzający według województw: 1. pomorskie - 40 2. mazowieckie - 35 3. kujawsko-pomorskie -17 4. warmińsko-mazurskie -16 5. wielkopolskie -15 6. podlaskie- 4 7. zachodnio-pomorskie - 3 8. łódzkie - 3 9. lubuskie 2 10. dolnośląskie - 2 11. świętokrzyskie - 2 12. lubelskie - 2 13. śląskie -1 14. małopolskie -1 15. opolskie - 0 16. podkarpackie - 0 Źródło: http://www.google.pl/imgres Tabela 1. Powody zwiedzania Muzeum Stutthof, opracowanie własne- Katarzyna Rybarczyk, Agnieszka Skowron 95 W maju 2010 r. na terenie gminy Sztutowo przeprowadzone zostały pierwsze w historii Muzeum Stutthof badania jakościowe ruchu turystycznego. Studenci archeologii i etnologii z Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu pytali zwiedzających m. in. o powód Przybycia do Sztutowa - wsi i Stutthofu - muzeum. W sumie przeprowadzono 168 wywiadów, na podstawie których wyłania się profil zwiedzającego Muzeum Stutthof. Zwiedzający to przede wszystkim mieszkańcy z województwa pomorskiego, czyli regionu, w którym leży wieś Sztutowo. Pojawiały się także osoby z sąsiednich województw: kujawsko-pomorskiego i warmińsko-mazurskiego, jak również z tych dalszych, tj. wielkopolskiego i mazowieckiego. Im bardziej oddalony region, tym mniej odwiedzających, co potwierdza tezę, że Muzeum Stutthof jest niezwykle ważną instytucja kultury dla mieszkańców Pomorza — jest fragmentem historii ich rodzin. Co ciekawe, to większość ankietowanych przyjechała do Sztutowa właśnie w celu zwiedzenia Muzeum. Pojawiały się również inne motywacje. Częstą przyczyną wybrania tej miejscowości była chęć wypoczynku nad morzem oraz zwiedzenia regionu. Kolejne motywacje stanowiły: patriotyzm, chęć zobaczenia miejsca, w którym więziona była rodzina ankietowanego, praca lub mieszkanie w pobliżu Sztutowa, projekcje filmów, które odbywały się w muzealnym kinie, odwiedzenie Muzeum w drodze do Krynicy Morskiej, czy też pokazanie tego miejsca znajomym, którzy przyjechali w odwiedziny i chcieli zwiedzić okoli-c?- Nieznaczna część osób przyjechała do Sztutowa, aby odwiedzić rodzinę lub znajomych, a zwiedzanie Muzeum było niejako przy okazji. Najistotniejsza dla opracowywanego problemu była analiza przyczyn, dla których ankietowani wybierali Muzeum Stutthof, jako cel podróży (Tabela 1). Najwięcej osób przyjechało z ciekawości oraz ze względu na zainteresowanie historią. Pojawiały się również odpowiedzi takie jak: obowiązkowa wycieczka szkolna, wyjazd z pracy, chęć pokazania Muzeum własnym dzieciom, przy okazji wizyty w sąsiedniej miejscowości, duchowe pragnie-nk, wpływ tragedii smoleńskiej czy patriotyzm. Turystom najbardziej zapadało w pamięć to, co bezpośrednio związane jest z zagładą, eksterminacją i śmiercią w obozie koncentracyjnym: komora gazowa, piece krematoryjne, Szczątki ludzkie, szubienica. Również przedmioty, dzięki którym można wyobrazić sobie gehennę więźniów: baraki, ekspozycje z autentycznymi przedmiotami, pozostałości po bu-Uch więźniów, zdjęcia. Mimo pojawiających się szczegółów w odpowiedziach, nie można pominąć faktu, że cały teren byłego obozu jest dla ankietowanych przestrzenią wyjątkową, robiącą ogromne wrażenie, poruszającą i skłaniającą do refleksji. 96 Czas rzeźbi dalej Łukasz Posłuszny CZAS RZEŹBI DALEJ Co wspólnego mogą ze sobą mieć odkrycia Ameryk, Jan III Sobieski, obóz koncentracyjny Stutthof i „okna czasu”? Ziemniaki. Ta roślina, tak charakterystyczna dla Europy i polskiej kuchni pochodzi z dalekiej Ameryki południowej, gdzie od kilku tysięcy lat uprawiała ją rdzenna ludność dzisiejszego Peru. Ziemniak przepłynął Atlantyk na hiszpańskich statkach. Początkowo sadzono go ze względu na piękne kwiaty, które zdobiły ogrody możnowładców. Ziemniak jednak bardzo szybko spopularyzował się poza pałacami i stał podstawowym źródłem pożywienia Europejczyków. Do Polski ziemniaka przywiózł prawdopodobnie spod Wiednia Jan III Sobieski. Kartofel przyjął się doskonale i wtopił naturalnie w kulturę kulinarną. Na świecie doczekał się nawet kilku muzeów oraz pomników. Jeden - pomnik poznańskiej pyry - można znaleźć w stolicy wielkopolski. INNY POMNIK Zupełnie inaczej przedstawia się historia ziemniaka podczas II wojny światowej i w kontekście obozów koncentracyjnych. Wtedy każde pożywienie było na wagę złota. W obozach koncentracyjnych zdesperowani więźniowie jedli nawet surowe ziemniaki oraz ich obierzy-ny. Kończyło się to często fatalnie - biegunką i śmiercią z odwodnienia. Na terenie muzeum, w dawnym obozie koncentracyjnym Stutthof, można zobaczyć pomnik wykonany z ziemniaków, choć nie one są jego tematem. Tuż za dawną komendanturą SS, na samym końcu baraku wystaw czasowych znajduje się praca zatytułowana „Okna czasu” Wandy Swajdy. W starych, obdartych z farby futrynach okiennych artystka umieściła setki niewielkich rzeźb. Wszystkie okna wiszą w specjalnie zaaranżowanym pomieszczeniu, oddzielonym od reszty ekspozycji czarną kotarą. W środku, pomimo tylu okien, panują mrok i duchota. Chodzenie utrudnia wysypany na podłodze piasek, a stare fabryczne lampy próbują nieskutecznie rozświetlić to, co mamy zobaczyć za szybą- HISTORIA RZEŹBY Obóz koncentracyjny Stutthof znajduje się w połowie drogi między Sztutowem a Stegną, skąd pochodzi artystka. Jako mała dziewczynka bawiła się w jego okolicy i słuchała opowieści o wojnie. Szczególnie jedna utkwiła jej głęboko w pamięci. Wizja wylatujących z kominów białych prochów, które opadały na drzewa, pola i domy, tworząc jakby śnieżną pokrywę. Przeszłość odezwała się wiele lat później, gdy jako studentka ASP w Gdańsku, trafiła pod skrzydła Zdzisława Pidka, autora niekonwencjonalnych pomników w obozie zagłady Bełżec i cmentarza w Katyniu. Wtedy wykrystalizował się pomysł. OD KOPCA DO OKNA CZASU Praca dyplomowa miała dotykać upływu czasu i recyklingu w naturze. Wyrzeźbiła w ziemniaku głowę, postawiła na półce i obserwowała proces starzenia się. Główka stopniowo czerniała, traciła objętość, marszczyła się i zmieniała pierwotny wyraz twarzy. Brak dopływu powietrza spowodowałby gnicie, ale odpowiednia wentylacja zamieniła ją w skamieniałą rzeź- Łukasz Posłuszny 97 bę i utrwaliła w przetworzonej formie. Wanda Swajda zamówiła u lokalnego rolnika półtorej tony ziemniaków i zaczęła rzeźbić. Chciała pokazać grozę. Pracowała po kilka godzin dziennie. Poza wysiłkiem, stanowiło to jednak pewnego rodzaju oczyszczenie. Procesowi towarzyszyły komplementy na temat cierpliwości i pastewny zapach ziemniaków. Rzeźby trafiały do kartonów, które numerowała chronologicznie. Pół roku później wszystkie ziemniaki były gotowe. Artystka stworzyła w piwnicy instalację. Ułożyła rzeźby w formę trzech kopców - od najstarszych, skamieniałych na samym dole, do jednego, świeżo wyrzeźbionego i pachnącego ziemniaka na szczycie. Całość oświetlały trzy stare lampy- Praca zdobyła wyróżnienie. Czas rzeźbił dalej. Wszystkie ziemniaki podzieliły ten sam los — zestarzały się, obumarły i skamieniały. Nowa jakość rzeźb wymagała innej formy. W kolejnej odsłonie, jako „Okna cza-Su, instalacja trafiła do Muzeum Stutthof. WYCIECZKA DO MUZEUM Choć praca nie była tworzona z myślą o Muzeum Stutthof, to zdaje się, że dopiero tutaj °dnalazla ona swoje właściwe miejsce. Wprawia jednak odwiedzających w zdziwienie, a na-^t zakłopotanie. Zmusza do innego odbioru niż reszta wystawy. Zaaranżowana przestrzeń Opływa na chód, widzenie i oddech. Budzi to u ludzi niejasne uczucia i dotyka realiów obozowych pośrednio, inaczej niż opisy cierpień, widoki stosów przedmiotów lub anonimowych ciał-Jak przekonuje kierownik ds. oświaty Marcin Owsiński, stanowi ona ważne uzupełnienie całości: Trzeba przyznać, że zwiedzanie takich miejsc jest wymagającym zadaniem. Z tego powo-^ staramy się zapewnić nie tylko informacje historyczne, dokumenty i zdjęcia, ale również przed-^awiać eksponaty zmuszające do refleksji. Są osoby, które szukają tutaj czegoś więcej, pewnej me-tafizyki, kryjącej się za kotarą, w ciemnościach, za „oknami czasu . 98 Stara cegielnia w Sztutowie - od świetności do upadku Bartosz Wiśniewski STARA CEGIELNIA W SZTUTOWIE - OD I ŚWIETNOŚCI DO UPADKU Przedwojenny budynek cegielni w Sztutowie straszy wybitymi oknami i zapadają' cymi się wnętrzami. Kiedyś pomnik modernizacji i niemieckiej techniki. Dziś źródło sporów i śmiertelne niebezpieczeństwo. W trakcie II wojny światowej cegielnia przeszła z rąk prywatnego właściciela pod nadzór III Rzeszy. Pracowników zastąpiono więźniami z pobliskiego obozu w Stutthofie. Warunki były mordercze. Ogromne temperatury połączone z brakiem wyżywienia i katorżniczą pracą doprowadziły do śmierci niejednego więźnia. W roku 1945 do Sztutowa zbliżały się wojska rosyjskie. Niemiecka armia wycofując się starała się zniszczyć wszystko to, co musia-ła zostawić za sobą. Udało im się wysadzić jeden most, drugi uratowano. Cegielnię, według opowieści mieszkańców wsi, uratował zarządca terenu - Otto Bremert. Czy było tak rzeczywiście? Prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy. Po wojnie komin cegielni dymił się do lat 60-tych, później produkowano już tylko mieszanki gliny i trocin z pobliskiego tartaku. Po wąskotorowej kolejce, która doprowadzała materiały do budynku nie ma śladu - pamiątką po starych czasach pozostały jedynie sztuczne stawy, powstałe po wyeksploatowaniu złóż gliny. W roku 1976 z byłej cegielni postanowiono uczynić suszarnie zboża. Starsi mieszkańcy wspominają, że był to złoty okres dla rolników. Przez dwie dekady pod ręką mieli potrzebny im punkt skupu. Dla wielu PGR-ów Sztutowo-Cegielnia było też miejscem zatrudnienia. Zakład dbał o pracowników, a pracownicy otrzymywali to, czego potrzebowali. Kalesony, gumiaki, podkoszulki, okulary - czego tylko robotnicza dusza zapragnie. A co w latach 90-tych? - Tam nic panie nie było! - mówi mi mieszkaniec Sztutowa, wyraźnie zaskoczony moim głupim pytaniem. - Jak to nic? Zupełnie? - drążę. Na twarzy mojego rozmówcy maluje się już irytacja. - Tam nic nie było. Jak zamknęli, to ludzie to porozkradali, a potem to wziął prywaciarz i znik' nął! - koniec tematu. Nie ma o czym rozmawiać. Budzi to pewną konsternację. Według Agencji Nieruchomości Rolnych w 1997 roku budynki przejęła spółka POLCOOP S.A. Przejęła, ale już po roku upadła. Na miejscu cegielni powstało Gospodarstwo Rolne Skarbu Państwa, twór, który miał być przedłużeniem polityki PGR-ów. Kolejny zwrot akcji miał miejsce już 5 lat później, w roku 2002. Pomimo wątpliwości radnych, magazyny zbożowe Cegielnia-Sztutowo wydzierżawiono i następnie Bartosz Wiśniewski 99 Prace w terenie, fot. A. W. Brzezińska sprzedano Aleksandrowi E, biznesmenowi działającemu na skalę kraju. Inwestor rozpoczął skup zboża. Niektórzy mieszkańcy nie ukrywają, że nie był to czysty interes. ■ Tak słyszałem, że rolnikom mówił, że inaczej nie przyjmie od nich zboża, jak mu nie dadzą 10 proc. Na lewo. Kombinował tak, że to szło na niego. Koniec końców wziął pożyczkę, ale potem to wszystko zostawił. Ludzie, co chcieli, to zrobili, nie płacił im, więc co mogli to zabrali. A teraz 8° podobno nie mogą znaleźć — mój rozmówca pamięta cegielnie z czasów, gdy produkowa-^ jeszcze cegły - Podobno on siedzi, ale nie mam pojęcia czy to prawda, tak ludzie gadają. W gminie dowiaduję się reszty. Aleksander E odbywa karę 8 lat pozbawienia wolności, ^niina nie jest w stanie, pomimo starań, odzyskać budynków. Nie pomagają pisma i wnioski. I być może tu można by zakończyć historię cegielni. Sprawa jest jednak o wiele bardziej Pikantna. Po pierwsze — w cegielni porzucono tysiące dokumentów. Są to faktury, kosztory-sy ale także wnioski mieszkańców, ich adresy, dane prywatne. Niektóre dokumenty mogą kyć powiązane z Aleksandrem E Dwa lata temu podrzucono tu również beczki z zabój-Czyrn kwasem siarkowym. Służby porządkowe oceniły, że było go blisko 800 litrów, z czego cMć dostała się do gruntu. O sprawie tej pisały lokalne gazety. Po drugie, wieść o tym, że budynek stoi pusty i nikt go nie pilnuje szybko rozeszła się wśród okolicznych poszukiwa-Czy skarbów i złomiarzy. Natychmiast przystąpili oni do rozkradania „bezpańskiego dobyt-ku- Na początek wynoszono wszystkie te elementu, które można było szybko przetranspor-toW. Następnie w ruch poszedł cięższy sprzęt. Za pomocą palników acetylenowych wy-c'?to część podpór głównej hali cegielni, zamieniając ją w śmiertelne zagrożenie. Nikt nie 100 Stara cegielnia w Sztutowie - od świetności do upadku wie, ile jeszcze elementów złomiarze dadzą radę usunąć zanim wszystko się zawali. Od kilku lat cegielnia jest też polem bitwy. W internecie można obejrzeć filmy, gdzie jest ona nazwana krainą paintballowej rozkoszy. Fani strzelenia do siebie kolorowymi kulkami zjeżdżają się do Sztutowa (zwłaszcza w weekendy), by oddać się zabawie nasączonej przedwojennym klimatem opuszczonej cegielni. Skutki uboczne tej sielanki są dramatyczne - w żadnym z budynków nie została ani jedna szyba, ani jeden skrawek muru, który nie byłby obdrapany przez złomiarzy albo ostrzelany przez paintballowców. - Kiedyś tu było lepiej - opowiada jeden z graczy - było się gdzie poukrywać. Teraz złomiarze to wszystkie najlepsze kryjówki poniszczyli. Tu kiedyś by się przez to kolega nie zabił, bo spadł na niego taki spory kawałek dachu. Czas i działania ludzkie sprawiły, że cegielnia jest już po prostu niebezpieczna. Gmina nie ma wpływu na to, co się tam dzieje. Mieszkańcy z kolei nie mają na nią pomysłu. Od mojego najmłodszego rozmówcy usłyszałem, że cegielnię trzeba zburzyć, a na jej miejscu najlepiej zrobić boisko. Być może ma rację? Inni chcieliby widzieć tam mieszkania, może jakąś fabrykę. To wszystko jednak owiane jest zniechęceniem i marazmem. Nikt już chyba nie wierzy, że z cegielni da się coś jeszcze zrobić. Od zeszłego roku na murze cegielni wisi tabliczka „Teren prywatny - wstęp wzbroniony”. Powiesiła go gmina. Czy to pomoże? Trudno powiedzieć, wydaje się jednak, że póki nie wydarzy się tam jakaś tragedia, cegielnia dalej będzie straszyć pustymi wnętrzami. Tory - symbol końca drogi. A. W. Brzezińska Na tropach historii 101 Janusz Namenanik KOŚCIÓŁ ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO W DZIERZGONIU W drugiej połowie XVII w został wypracowany własny styl budowania obiektów dla bra-ci „ściślejszej obserwacji’1 . Świątynie były nieduże, jednonawowe przeważnie bez kaplic i bez wież. Dzierzgońska świątynia stanowi wyjątek gdyż posiada kaplicę, która wyraźnie robi wrażenie przystawionej do środka południowej ściany kościoła. Doskonale harmonizuje z całym obiektem, gdyż dzieli tę ścianę na trzy prawie równe fragmenty, ze strony prawej znajduje się kościół średniowieczny, natomiast z lewej strony kaplicy jest już część kościoła nowego, wraz z przybudowaną kruchtą. Całość posiada doskonały rytm. Data umieszczona na tablicy grobowej wewnątrz kaplicy (1737) pozwala przypuszczać, że kaplica mogła powstawać razem z kościołem, który konsekrowano 17 maja 1724 r. Kościół jak i kaplicę wzniesiono w stylu panującego wówczas baroku. Budując kościół wykorzystano istniejący już kościół średniowieczny pochodzący z XIV W ku. W nowej budowli stał się on prezbiterium, gdyż był niewielki, budowany na planie kwadratu 9 x 9 m. Ten średniowieczny obiekt był wyznacznikiem całej późniejszej budowli klasztorno-kościelnej, gdyż do niego przybudowano późniejszy klasztor jak i kościół reformatów. Kościółek ten (bardzo skromny) miał wewnętrzne rozmiary tylko 7 x 7 m, grubość jego ścian wynosi około jednego metra, świątynia była pod wezwaniem św. Ducha, co utrzymano do dzisiaj. Reformaci dobudowując współczesny kościół musieli poprzedni przerobić dostosowując go do swoich potrzeb. Rozebrano zachodnią ścianę obiektu, przebito przejęcia komunikacyjne łączące kościół z klasztorem. Zgodnie z zwyczajami zakonnych klasztorów reformackich, założono grobowiec klasztorny zlokalizowany pod prezbiterium świątyni. Chór zakonny, w którym odmawiano brewiarz i odprawiano medytacje, mieścił się na Zapleczu ołtarza głównego, nad zakrystią — odizolowany od wnętrza świątyni, z zachowaniem jednakże niezbędnego minimum łączności, tak że wierni przebywający w kościele bez trudu mogli się łączyć z trwającymi w danym momencie modłami zakonnymi. Na ten chór istniejący do dzisiaj, prowadzą z zakrystii za ołtarzem drewniane schody. Chór oświetlany był światłem, wpadającym przez okna od wschodniej strony świątyni. Ze względu na to, że °kna były systematycznie niszczone od zewnątrz, dziś są zamurowane, pozostawiono jedynie blendy okienne. Strop chóru drewniany, beczkowy ozdobiony polichromią przedstawiającą w swym centralnym miejscu wizerunek Ducha Świętego otoczonego stylizowanymi tłu-stymi liśćmi akantu w kolorze blado niebieskim. Do dzisiaj istnieje umieszczona od strony °łtarza szafka do przechowywania partytur, śpiewników, brewiarzy zakończona u góry pod-stawą pod nuty dla kantora. ' papież Leon X usankcjonował podział rodziny franciszkańskiej na dwie odrębne gałęzie: konwentuałów i obserwantów. Po 1517 roku obserwanci podzielili się na dwa odłamy: Bracia Mniejsi Regularnej Obserwacji (bernardyni) i Bracia Mniejsi Ściślejszej Obserwacji. Dwie inne grupy domów zakonnych ściślejszej obserwacji to reformaci ( np. w Dzierzgo-niu) i rekolekcyjni. 102 Kościół Zesłania Ducha Świętego w Dzierzgoniu Należy pamiętać, że reformaci wywodzili się z zakonu franciszkanów, a dla nich jednym z najistotniejszych przejawów działalności było ubóstwo, dążyli zawsze do realizacji tego wymogu. Ich efektem były między innymi zakonne unormowania prawne dotyczące budownictwa. Najważniejsze były statuty generalne - dla wszystkich reformatów. Statuty z 1663 roku zalecały wznoszenie kościołów z materiałów trwałych i tu też pojawiły się wymogi dotyczące wielkości budowli sakralnych (nawa długości 24-30 łokci, przy tym szerokiej i wysokiej na 18 łokci, a prezbiterium długości 22 łokcie). Metryczna długość łokcia różniła się nieznacznie w zależności od regionu, a w rozważanym przez nas przypadku możemy przyjąć, że łokieć to około 0,57 m. Z tego wynika, że nawa łącznie z prezbiterium mogły mieć maksymalnie 30 metrów. Przy czym kościoły reformatów bywały na ogół dłuższe od skrzydła klasztornego, do którego przylegały i co ważne często przekraczały powyższe zalecenia i to w znacznym stopniu. Jeszcze jedne statuty zostały opracowane w 1757 roku (kościół dzierzgoński już był gotowy ale zalecenia te go również dotyczyły). Poświęcono w nich budowaniu świątyń niewiele, jeden punkt, ale za to istotny: zalecenie ubóstwa jako najważniejszego aspektu życia franciszkańskiego, budowle sakralne miały być „białe, czyste i pełne blasku”, wewnątrz jak i na zewnątrz, zakaz dekoracji obrazami na ścianach, podłoga z kamienia lub drewna, ale nie z cegły. Kościół dzierzgoński nie przekracza maksymalnych dozwolonych statutami wielkości. Przestrzegana jest tu też zasada jednej nawy, całkowita długość wewnętrzna kościoła wynosi 22,7 metra, a szerokość 7 metrów. B. Shmid, pełniący funkcję Konserwatora Zabytków Prowincji Prusy Zachodnie opisując w 1909 roku dzierzgoński kościół św. Ducha podał kilka szczegółów architektonicznych budowli. Stwierdził on między innymi, że kościół posadzony jest na płytkim fundamencie. Co zapewne świadczy o oszczędnym gospodarowaniem materiałem i zarazem środkami w trakcie budowy, nie przesądza ten fakt natomiast o trwałości budowli. Zauważył również, że istniało bezpośrednie przejście z poziomu piętra do oratorium umieszczonego bezpośrednio nad zakrystią. Wówczas już to przejście było zamurowane. Obecnie można stwierdzić, iż drzwi pozostały, a po otwarciu ich widoczny jest fragment zamurowanego przejścia, oddzielając w ten sposób obecnie kościół od klasztoru. Istnienie owego przejścia stanowiło bardzo praktyczne rozwiązanie, pozwalające na szybkie przemieszczenie się braci zakonnych ze swych cel umieszczonych na piętrze klasztoru bezpośrednio (bez korzystania ze schodów) do oratorium. Zakładając, że konieczność ta występowała wiele razy na dobę, takie rozwiązanie stanowiło znaczne udogodnienie. Budynek świątyni posiada od strony zachodniej dobudowany dwukondygnacyjną kruchtę, do wnętrza której prowadzą trzy wejścia. Obecnie używane jest wejście północne. Wszystko wskazuje na to, że kiedyś głównym wejściem do kościoła było wejście zachodnie. Natomiast naprzeciw wejścia południowego znajduje się piękna kiedyś, a obecnie mocno podniszczona brama barokowa, w której nad wejściem widniał napis: VERBUM DOMINI MANET IN AETERNUM (łac. „Słowo Pana pozostanie na wieki"). Po przekroczeniu bramy ukazywały się wchodzącym trzy figury umieszczone na zewnątrz we wnękach kruchty nad południowymi drzwiami. W chwili obecnej pozostały jedynie wnęki. Los figur jest nieznany. Przypuszczać należy, że były to figury patrona zakonu jak i patronów prowincji zakonnej, a więc Matki Bożej Wniebowziętej, św. Franciszka i św. Antonie- Janusz Namenanik 103 go. Po przekroczeniu wejścia, we wnętrzu kruchty widzimy granitową kropielnicę o średnicy 0,75 m i wysokości 0,35 m, wyraźnie średniowieczną (być może pochodzi ona z kaplicy zamkowej i pełniła rolę chrzcielnicy) oraz schody prowadzące na chór zlokalizowany nad wejściem. Strop kruchty drewniany, pokryty polichromią przedstawiającą w swym centrum Oko Opatrzności i ustylizowane liście akantu wokół. Piętro kruchty stanowi chór, któ-ry zgodnie ze statutami reformatów z 1643 r. nie posiadał organów. W skromnej bryle kościoła o prostych trójkątnych szczytach, bez wieży, dominuje wieżyczka, która w przypadku tej budowli jest wyjątkowa ze względu na bogactwo motywów architektonicznych. Na czworoboku wystającym z dachu umieszczono ażurową czworoboczną konstrukcję składającą się z czterech kolumienek, które stanowią podstawę części górnej będącej wydłużonym stożkowatym hełmem zakończonym również wydłużoną gruszką z iglicą. Wieżyczka ta posiada drewnianą konstrukcję, pokrytą blachą miedzianą i zwieńczona jest krzyżem. Ustawodawstwo reformatów całkowicie zabraniało budowania wież i dzwonnic. Dopuszczano jedynie niewielką wieżyczkę o charakterze sygnaturki. Wieżyczka dzierzgońskiego kościoła umieszczona jest nad prezbiterium i zawieszone w niej były zgodnie z przepisami dwa dzwo-uy średniej wielkości, które mogły być „napędzane” bezpośrednio z oratorium. Sznur, któ-rym wprawiano w ruch dzwon przechodził przez oratorium, a w okresie późniejszym wykonano otwór w podłodze oratorium i obecnie ten sznur wisi w zakrystii za ołtarzem. Możemy być pełni uzasadnionego podziwu dla wielu praktycznych rozwiązań reformatów. Pierwszy braciszek, który przybył do oratorium, mógł za pomocą dzwonu od razu wzywać pozostałych zakonników aby udali się do miejsca kontemplacji. Klasztor był miejscem kontemplacji co wyrażało się w rozkładzie życia klasztornego. Tak ^ęc zakonnicy spędzali każdego dnia po kilka godzin na wspólnie odprawianej modlitwie, a odbywało się to głównie w oratorium gdzie odmawiano brewiarz i odprawiano medyta-cJe- Porządek dnia rozpoczynał się modlitwą nocną (łac. matutinum) odprawianą z medyta-c)4* Wczesnym świtem zakonnicy odmawiali dalsze części brewiarza i odprawiali Msze świę-^' Później kilkakrotnie jeszcze w ciągu dnia gromadzili się na wspólnej modlitwie, a dźwięk dzwonu z sygnaturki sygnalizował okolicznej ludności Dzierzgonia, jaką część modlitwy odmawiano w klasztorze. I w ten sposób wytworzył się wspólny niejako rytm życia klasztoru 1 okolicznej ludności. Mieszkańcy wiedzieli, kiedy należy śpiewać „Godzinki do Niepokala-ne”j, odmawiać „Anioł Pański”, śpiewać „Magnificat”, modlić się za zmarłych, za Ojczyznę, Czy o oddalenie różnego rodzaju klęsk żywiołowych. Franciszkański kościół Zesłania Świętego Ducha w Dzierzgoniu od strony południowej Posiada przybudowaną kaplicę. Na temat tej kaplicy w literaturze występują tylko skromne Wzmianki (B. Schmid s. 272, oraz O. Piepkorn s.143). W. Szulczewski w czasopiśmie „Mó-wią Wieki” nr 3/1983, również pozostawił ślad w literaturze na temat kaplicy. W artykule ^tytułowanym „Odkrycie zapomnianej kaplicy grobowej Zawadzkich z 1738 r. w Dzierzgoniu” opisał szczegółowo fundatorów kaplicy oraz dokonał rzeczy bardzo wartościowej: Przedstawił fotografie obrazów, które prawdopodobnie na podstawie wiedzy uzyskanej z tego artykułu ukradziono. Jeden z obrazów (mężczyzny) odnaleziono i jest p rzęch owywa-ny w malb orskim muzeum. 104 Kościół Zesłania Ducha Świętego w Dzierzgoniu Architektura kaplicy jest raczej prosta. Budowana jest ona na planie sześciokąta. Część przylegająca do kościoła stanowi prostokąt o wymiarach: 6,5 x 5 m, przylegając krawędzią dłuższą do ściany kościoła i zarazem swoją ścianą wschodnią oznaczając miejsce połączenia kościoła nowego z średniowiecznym. Od strony południowej prostokąt przechodzi w połowę sześciokąta i tam też umieszczone jest prezbiterium. Kaplica przykryta jest dachem dwuspadowym pokrytym dachówką i zwieńczona krzyżem. Dwa stosunkowo duże rozglifio-ne sześciokątne okna umieszczone są naprzeciw siebie w dłuższych ścianach. Wymiary zewnętrzne kaplicy wynoszą w punktach maksymalnych 7 x 6,5 m , a grubość ścian około 0,9 m. Wnętrze o wymiarach 4,6 x 6,25 m posiada sklepienie krzyżowe z rozetami i sztukaterie w szczycie każdego jarzma. Wejść do kaplicy można po pokonaniu kilku stopni schodów co znaczy, że podłoga kaplicy leży na poziomie wyższym o 0,8 m niż podłoga nawy głównej kościoła. Spowodowane jest to zapewne niezbyt głęboką kryptą grobową umieszczoną tuż pod podłogą. Krypta posiada oznaki otwierania. Na podłodze leży płyta kamienna o wymiarach 1,31 m x 2,03 m z herbem ROGALA, zajmuje on około lA powierzchni płyty. Na płycie napis łaciński, którego treść ( przekład autora tekstu) brzmi: W imię Boga Najlepszego i Największego Czytajcie a następnie opłakujcie Szlachetnych Zawadzkich, pierwszych fundatorów i dobroczyńców, a może i więcej zgromadzenia dzierzgońskiego braci franciszkanów mniejszych reformatów Kazimierza Zawadzkiego kasztelana Chełmna, Lipna Jana Zawadzkiego z jego morzem Przeniesieni tu przez swoich następców Aby mieć blisko prochy wielkich Opłakujcie tych z rodu i domu Rogalitów, którym ciężki los tak wyczerpał skromne szczęście, że mają tu ten ubogi azył Naucz się tego, że piękną wadą jest to, jeśli można płakać Tablicę tę postawiła i inskrypcję dla siebie i dziedziców Zawadzkich postanowiła uhonorować Jejmość Pani Konstancja z Zawadzkich Chełstowska Podkomorzyna Chełmna w roku 1738 Ołtarz jest koloru biało-brązowego w stylu regencji ze św. Franciszkiem. Za ołtarzem wy' raźnie widoczna jest blenda okienna. Z lewej strony wisi duży ładnie rzeźbiony krucyfiks u stóp, którego stoją dwie średniowieczne figury niezidentyfikowanych świętych. Na ścianach do 1983 roku wisiały cztery olejne portrety o wymiarach 51 x 64 cm, przedstawiają' cych dwóch mężczyzn i dwie kobiety w strojach z XVIII wieku reprezentujących fundatorów kaplicy. Nad wejściem do kaplicy (od wewnątrz) widnieje herb Zawadzkich—Rogala-W kościołach reformackich nie stosowano zbyt często malowideł. W zasadzie w pojedynczych obiektach (w okresie gdy właścicielami ich byli reformaci, czyli do momentu sekulary' zacji świątyń) zdobino wnętrza polichromiami. Polichromowane sklepienia znajdowały si? Janusz Namenanik 105 między innymi w najbogatszych fundacjach, w kościele w Węgrowie, Boćkach, sztukaterie i malowidła sklepienne były w Warszawie, poza tym ze skromniejszych budowli nie istnieją już polichromie z Poznania, w Woźniakach we wnękach ścian bocznych malowane były ołtarze, kaplica boczna w Szamotułach ma polichromie. W kościele dzierzgońskim mamy wyjątkowy przykład jedynego wśród reformackich kościołów prowincji wielkopolskiej i pruskiej stropu drewnianego. Ten beczkowy strop pokryto polichromią przy użyciu akwareli. Podzielony on jest na dwie części za pomocą belki tęczowej (łuku), na którym umieszczone są herby: Rogala (Zawadzkich), Radwan (Chełstowskich) i Lubicz (prawdopodobnie gałąź Sierakowskich). Wszyscy oni byli fundatorami świątyni. Wyraźnie mniejsza część stropu nad prezbiterium posiada również sklepienie beczkowate ale o większym promieniu krzywizny. Ta część pokryta jest polichromią figuralno - or-uamentalną. W środkowej części figuralnej umieszczony jest Chrystus ukrzyżowany a pod krzyżem stoi św. Franciszek z wyraźnymi stygmatami Jezusa na swoim ciele. Wokół obrazu (w planie krzyża) stygmatyzacji św. Franciszka widnieje ornament typowy dla baroku, skła-dający się głównie z mięsistych liści akantu. Po dokładnej obserwacji okazuje się, że orna-ment kryje w sobie dwie niespodzianki, a mianowicie „maszkarona” i „elfa”. Na stropie nad nawą główną znajduje się duża polichromia przedstawiająca umierającego na łożu śmierci. Typowy temat baroku to właśnie śmierć. W malarstwie tego okresu do-tninuje symbolika i alegoria. To wszystko również zawiera dzierzgońska polichromia. Przy łożu umierającego stoi św. Józef patron umierających, a u wezgłowia anioł stróż, który następnie towarzyszy w drodze do wieczności z listą dobrych uczynków i pod łóżkiem diabeł z kstą grzechów. Ponadto przy łożu stoi zakrystian z wodą święconą i kropidłem oraz dwóch urzędników, a za nimi czai się jeszcze jeden diabeł. Powyżej, nad tą sceną jest następny etap tej alego-rii a mianowicie Archanioł Michał z mieczem, będący jednocześnie aniołem stróżem ludu chrześcijańskiego. W następnej kolejności mamy strażników u bramy niebieskiej gdzie spotykamy między innymi św. Piotra z symbolicznym kluczem do bram nieba leżącym u jego stóp. Dalej przedstawiony jest wizerunek Matki Bożej na niebieskim obłoku, co jest bardzo zasadne w tym przypadku, gdyż Matkę Bożą nazywano Bramą Niebieską. Na samym końcu, na wschodzie, w najwyższym miejscu jest przedstawienie Trójcy Prze-najświętszej z pełnym wizerunkiem Boga Ojca, co jest bardzo rzadkim zjawiskiem na obra-zach barokowych. Na tej polichromii dominują kolory zielony, żółty, niebieski i czerwony. W tym okresie w Polsce obowiązywał konkretny kanon malarstwa sakralnego. Tematyka °hracała się wokół życia świętych. Wokół omawianego obrazu ustawiono na straży apostołów. Wszystko to ma duże rozmiary i koronkowe zdobienia. Po powiększeniu fragmentów fotografii polichromii uwidaczniają się liczne sentencje łacińskie. Na prawej wstędze koło klatki Bożej istnieje tekst który w tłumaczeniu na język polski brzmi: Pan mu pomoże na łożu boleści (Mateusz 41,2-5), natomiast na wstędze umieszczonej tam z lewej strony znajdujemy Sentencję: Bóg przebaczy grzechy swoich ludzi. Napis na wstędze biegnącej od łoża umierają-Cego do św. Piotra jest znacznie zatarty, niemniej da się odczytać fragment: Matko życzliwa, klatko miłosierna dla nas, chroń tego człowieka. Na ogół większość apostołów również trzyma 106 Kościół Zesłania Ducha Świętego w Dzierzgoniu kartki lub tabliczki z napisami, niestety ich stan jest bardzo zły. widoczne są tylko niektóre litery, z których udało się odczytać zaledwie niektóre wyrazy, np.: Mistrz mój Chrystus, który zawisł. Pozostałe dotyczą również krzyża i Chrystusa. Przyznać należy, że ta polichromia, chociaż mocno podniszczona, posiada odznaki dawnej świetności. W kruchcie znajduje się również skromna polichromia przedstawiająca w części centralnej „Oko Opatrzności” a wokół mięsiste liście akantu. « Zasadą u Franciszkanów było to, że w ołtarzu głównym umieszczano figurę Chrystusa ukrzyżowanego a obudowa ołtarzy była w kolorze ciemnobrązowym (franciszkańskim). Ołtarz wielki dzierzgońskiego kościoła posiada te cechy. Chrystus ukrzyżowany (jako figura) jest umieszczony na luku tęczowym mając w swoim tle ołtarz. Natomiast obraz przedstawiający Chrystusa Ukrzyżowanego znajduje się na najwyższym poziomie ołtarza . Ołtarz pierwotnie zapewne brązowy, następnie czarny i ostatnio po renowacji czerwony z licznymi złoceniami, ma charakter barokowy i pochodzi z początków XVIII wieku. Podziały pionowe zaznaczone są kolumnami. Na ich kapitelach spoczywa belkowanie z przełamanym gzymsem przechodzącym w swojej środkowej części w łuk wzniesiony ku górze, pod którym znajduje się główny obraz przedstawiający Zesłanie Ducha Świętego. Obrazy boczne na pierwszym poziomie przedstawiają z lewej strony św. Franciszka ze stygmatami zaś z prawej strony św. Józefa z dzieciątkiem. Powyżej na poziomie drugim po bokach dwa owalne obrazy z Franciszkanami. Wszystkie obrazy posiadają złocone obramowania. Boki wieńczone są alegoriami dwóch pelikanów będących symbolami eucharystii. Całą kompozycję otaczają rzeźbione pozłacane ornamenty. Ołtarz ma rozmiary 6,5 x 5,5 m. Tabernakulum brak, pozostały jedynie po nim wyraźne ślady, po obu stronach natomiast są umieszczone dwa relikwiarze przytwierdzone do predelli (podstawy - red.) bliżej nieokreślonych świętych. Predella drewniana ma wysokość 1,2 m, a drewniane podwyższenie przede nią 0,3 m. W prezbiterium, z obydwu stron ołtarza głównego znajdują się jeszcze dwa ołtarze boczne. Ołtarz na ścianie południowej bardzo skromny, z obrazem przedstawiającym prawdopodobnie św. Antoniego mającym po bokach dwie kolumny, bez glorii pomalowany na brązowo. Gzyms prosty, łamany. Predella drewniana z lekkim wybrzuszeniem pomalowana na brązowo. Boczne pionowe ozdoby nie rzeźbione a jedynie prosto wycięte z drewna i pomalowane na brązowo. Ołtarz na ścianie północnej, czyli z lewej strony ołtarza głównego w swym centralnym miejscu zawiera obraz Matki Boskiej z dzieciątkiem na ręku otoczonej aniołkami. Z obu stron obrazu żółte kolumny wspierające belkowanie z gzymsem prostym łamanym. W glorii był obraz owalny (obecnie wyjęty) otoczony wieńcami rzeźbionych liści akantu pomalowanych na czerwono i niebiesko. W nawie głównej wiszą dwa obrazy (panoramy). Na uwagę zasługuje obraz „Sąd Ostateczny” umieszczony na południowej ścianie. Jest to obraz manierystyczny datowany na 1709 rok. Wykonane prace konserwatorskie i restauratorskie przywróciły mu dawną świetność. Obraz „Sąd Ostateczny”, decyzją nr KL-I/795/82 z dnia 9.04.1982 r. Wojewódzkiego konserwatora Zabytków w Elblągu, został wpisany do Rejestru Zabytków, jako wyposażenie ruchome kościoła p.w. Zesłania Ducha Św. Dzierzgoniu. Janusz Namenanik 107 Na ścianie północnej wisi obraz przedstawiający „Kazanie Jana Chrzciciela” jest on podobnych rozmiarów jak i z takiego samego okresu jak obraz naprzeciwległy. Prace konserwatorskie są dosyć kosztowne. Konserwacja obrazu „Sąd Ostateczny” w 2009 roku kosztowana dokładnie 144.363,88 zł. Kierując się ku wyjściu z kościoła widzimy chór wsparty na belce stropowej (bez filarów), który zgodnie z regułą franciszkańską nie posiada organów. Chór jest ozdobiony gzymsem prostym, w środkowej części lekko załamany ku przodowi. Nad gzymsem drewniane pila-stry dzielące odbudowę chóru na fragmenty, w których to umieszczono obrazy przedstawiające męczeństwo Franciszkanów w czasie ich pracy misyjnej, obudowa zwieńczona jest kratownicą drewnianą podzieloną drewnianymi tralkami. Całość pomalowana jest na jasno brązowo. Obecnie kościół ten jest własnością parafii Greckokatolickiej w Dzierzgoniu i jest on wraz Ze swym wyposażeniem jeden z najcenniejszych zabytków architektonicznych miasta. MASZKARON”, fot. Henryk Reszka 108 Początki zboru Baptystów w Malborku Tomasz Agejeżyk POCZĄTKI ZBORU BAPTYSTÓW W MALBORKU Pierwsze zbory baptystów, na ziemiach polskich powstały w miastach położonych na terenie ówczesnych Prus. Radosna wieść o możliwości przeżycia duchowego odrodzenia i uczestniczenia w zborze chrześcijańskim złożonym z ludzi wierzących i ochrzczonych z wyboru swej wiary zaczęła rychło promieniować z Hamburga na inne miasta basenu Morza Bałtyckiego. Z miast należących obecnie do Polski najwcześniej, bo w roku 1844, powstał zbór w Elblągu. Prowadził on od samego początku akcję misyjną na terenie Prus Zachodnich. To właśnie misji tego zboru zawdzięczają swe początki zbory w Tczewie (1859) i w Gdańsku (1875). Mieszkańcy z powiatów malborskie-go i sztumskiego zetknęli się z misją zboru elbląskiego już na przełomie czerwca i sierpnia 1852 roku, kiedy to niestrudzony kolporter biblijny brat R. Stan-gnowski z Gojdów rozpoczął swoją pierwszą podróż ewangelizacyjną. Rozpowszechniał on egzemplarze Biblii, Malborska kaplica, baptystów w 1910 roku, fot. archiwum autora Nowego Testamentu i traktatów ewangelizacyjnych oraz chętnie rozmawiał z ludźmi o zba' wieniu przez Słowo Boże. Od tej pory trwała coroczna akcja misyjna na te tereny. W roku 1858 w siedmiotysięcznym mieście Malborku pojawiła się niewielka grupka baptystów, która od początku spotkała się z tolerancją ze strony władz miejskich. Baptyści ci przybyli z głębi Niemiec w celu budowy mostu na Nogacie. Jako że nowe wyznanie pozy' skiwało coraz więcej zwolenników, niebawem utworzono filię zboru gdańskiego. Z czasern opiekę nad nią przejęli pastorzy z Elbląga, a na końcu z Tczewa. Do miasta przybywał czę' sto pionier tczewskiego zboru brat Bernhard Vogel. Pierwsza wzmianka o przeprowadzeniu przez tego brata nabożeństwa pochodzi z 2 listopada 1862 roku. Spotkania odbywały się w pobliskiej wsi Tessensdorf (obecnie Nowa Wieś). W roku następnym nabożeństwa przeprowadzał brat A. Schulz w każdą drugą i czwartą niedzielę miesiąca. Od roku 1865 funkcję Tomasz Agejczyk 109 misjonarza przejął brat David Janzen. Nie odstraszały go trudności związane z podróżą do Malborka i mimo swego wieku z gorącym sercem zwiastował Słowo Boże. Od roku 1873 baptyści malborscy mieli już do swej dyspozycji własny dom modlitwy Wybudowany przez brata Davida Janzena przy ówczesnej Ziegelgasse 25 (obecnie Armii Krajowej). Podczas otwarcia kaplicy brat Vogel udzielił czterem osobom chrztu. W tymże roku życie zboru zaczęło się pomału rozwijać, 21 osób przyjęło chrzest, a 10 osób zostano Wykluczonych. Praca napotykała jednak liczne przeszkody ze strony władz kościelnych, przykładem jest niechęć dopuszczenia do pogrzebu dziecka brata Lóppke na cmentarzu ogólnym, dopiero po opublikowaniu sprawy w gazecie „Danziger Zeitung” i interweniowa-niu w Rządzie Królewskim, po ośmiu dniach pozwolono na pogrzeb dziecka na cmentarzu °fiar epidemii cholery (Cmentarz Jerozolimski). Jednak i tam rozhisteryzowane kobiety protestowały przeciwko pogrzebaniu baptystycznego dziecka w pobliżu grobów ich dzieci, dopiero policja opanowała zamieszanie spowodowane przez uzbrojonych mężczyzn i wyrostków. Takie niezrozumienie ze strony władz samorządowych i lokalnych było dziwne, Ponieważ od roku 1850 istniała pruska ustawa o wolności wyznania dla baptystów. 7 lip-ca 1875 roku król pruski Wilhelm I podpisał ustawę „O urządzaniu gmin baptystycznych”, w której ponownie zalegalizował równouprawnienie baptystów. Teraz baptyści stali się peł-noprawnym ruchem religijnym w Niemczech z prawami korporacyjnymi. W sierpniu 1875 r°ku zorganizowano w Tczewie Konferencję Zrzeszenia Baptystów Pruskich, gdzie uzna-n° za stosowne wysłanie do mniejszych zborów przedstawicieli, w celu przekazania błogosławieństwa konferencji. Taka delegacja przybyła również do Malborka. 24 kwietnia 1883 r°ku rozpoczęła się akcja ewangelizacyjna malborskiego zboru. Jednym z ewangelizatorów był nieznany z imienia Kiefer - baptystyczny kaznodzieja z Teksasu. Na spotkania z wierzącymi przychodziło wiele osób, niektórzy na piechotę, pokonując czasami aż 24 km!. Wnętrze malborskiej świątyni po przebudowie w 1931 roku, fot. archiwum autora 110 Początki zboru Baptystów w Malborku Rada zborowa w 1934 roku. W pierwszym rzędzie, pośrodku stoi ówczesny pastor Kelletat, fot. archiwum autora 25 marca 1900 roku ukonstytuował się dzięki dużemu zaangażowaniu pierwszego pastora W. Faltina, zbór liczący 58 członków. Praca rozwijała się powoli^ lecz systematycznie. Pod koniec stycznia 1906 roku udzielono 13 osobom chrztu. W tych uroczystościach pomagał kaznodzieja z II zboru w Bydgoszczy brat F. Kramer. Powstały koła: dziewcząt, młodych mężczyzn oraz niewiast. Pierwsze dwa koła nastawiały się głównie na rozpowszechnianie literatury religijnej. Rok następny przyniósł chrzest 8 dusz, a liczba członków wzrosła do 88. Od 1909 roku pastorem został brat Heinrich Grundke. Oceniając pierwsze dziesięć lat pracy zboru należy podkreślić, że zbór posiadał pierwszą placówkę w Prabutach (Riesenburg) z kaplicą, zlokalizowaną na ulicy Gartenstrasse 3 (obecnie Ogrodowa). Opiekunem placówki został brat Jakob Heise. W pierwszym dziesięcioleciu ochrzczono 90 osób, liczba członków wzrosła z 58 do 112, dzieci z 30 do 70, a nauczycieli Szkoły Niedzielnej z 5 do 9. Gdy dotychczasowa malborska kaplica okazała się za mała, nabyto parcelę przy skrzyżowaniu ulic Junkergasse (obecnie Grunwaldzka) i Birkgas-se (obecnie Jagiellońska). Rozpoczęcie prac nastąpiło w roku 1909. Jej architekturę opracował mistrz murarski z Malborka Rudolf Ruttkowski. 16 października 1910 roku oddano do użytku wiernych wysmukły, ceglany budynek nakryty dwuspadowym dachem, zamkniętym od południa dekoracyjnym szczytem o licu złożonym z ceglanej kratownicy na tynkowanym tle. Nad elewacją od strony ulicy Jagiellońskiej, na osi, umieszczono drugi szczyt w typie gotyckim, z tynkowanymi ostrołucznymi blendami. Kaplicę, dwukondygnacyjną z emporą, wykonano na wysokim parterze gmachu, a oświetlały ją duże, zamknięte półkolistym lukiem okna. W tej wspaniałej kaplicy nabożeństwa odbywały się w każdą niedzielę o godzinie 9.30 oraz po południu o godzinie 16.00. Wieczerzę Pańską przypominano w każdą pierwszą niedzielę miesiąca. Taki harmonogram obowiązywał do roku 1945- Tomasz Agejeżyk 111 Członkowie zboru doczekali się również baptysterium oraz w roku 1920 cmentarza grzebalnego przy ulicy Stuhmerweg 64 (obecnie 500- lecia), którego powierzchnia zajmowała 1 850 m2. Rok 1911 przyniósł cztery chrzty i konferencje kaznodziejską. Praca w zborze napotykała coraz to większe trudności. Społeczność stowarzyszenia St. Chrischona wybudowała ^ bliskiej odległości kaplicę i starała się konkurować z baptystami. Od 1912 roku adwentyści dnia siódmego odbywali w sąsiednim budynku wykłady szkoły sobotniej. Prowadzili również nabożeństwa w niedziele o tych samych godzinach co baptyści. Z tego względu nabożeństwa ewangelizacyjne prowadzone przez pastora gdańskiego, brata G. Maiera ^e dały żadnego wyniku. Adwentyści podejmowali te same tematy, w tym samym czasie. Stali przed swoją kaplicą i starali się odciągnąć ludzi od zboru. Niestety, nie wszyscy członkowie byli w stanie oprzeć się takim atakom, dlatego też liczba wyznawców zmniejszyła S1? z 112 do 104. Również bardzo niekorzystnie na działalności zboru odbiła się pierwsza wojna światowa. Mobilizacja wojskowa spowodowała rozwiązanie koła młodych mężczyzn i znacznie ograniczyła liczbę członków chóru. Nie było to jedynym zmartwieniem zboru. 13 lipca 1916 roku dotychczasowego pastora zastąpił brat Karl Klein. Zwiększyła S1? znacznie liczba sympatyków. W całym drugim dziesięcioleciu zbór przyjął przez chrzest 106 osób, a w samym 1920 r. 75 osób. Liczba członków zwiększyła się do 228. Od roku 1920 zbór prowadził Szkółkę Niedzielną w każdej grupie wiekowej. Przez niecały rok (1922 - 23) kaznodzieją malborskim był H. Buhmann, jego następ-c4 został brat Wilhelm Bublick. Od 1927 roku w arkuszach statystycznych odnotowana lest praca z młodzieżą. Istniały dwie grupy, które liczyły od 50 do 70 osób. Praca z dzieć- _----------------------------------------------------------- ^ z dyrygentem przed kaplicą. Pocztówka wysłana 2S.10.1915 r. przez rodzinę Mili z Willenberg (obecnie Wielbark, dzielnica Malborka) do Emmy John z Gurkingen (Górki Zagajne),fot. archiwum autora 112 Początki zboru Baptystów w Malborku mi prowadzona była w dalszym ciągu, chociaż liczba dzieci wahała się od 55 do 116. Dzięki misji „taborowej” w roku 1928, zbór rozpoczął stałą pracę w dwóch nowych placówkach w Dzierzgoniu (Christburg) i Bukowie (Buchwalde). Pierwszą z nich opiekował się brat Friedrich Hopp, a drugą brat Kurt Schulz. Do zadań misyjnych należało wydawanie własnego czasopisma prowadzonego w Malborku przez brata Otta Dycka. Jednocześnie zbór rozpoczął rozprowadzać w tym czasie między swoich członków trzy czasopisma: „Świadek Prawdy” („Wahrheitszeuge”), „Zwiastun Pokoju” („Friedensbote”) oraz czasopismo dla dzieci „Gwiazda Poranna” („Morgenstern”). Do końca lat trzydziestych rozprowadzono je w liczbie ponad 10 000 egzemplarzy. Efektem zimowej ewangelizacji zorganizowanej przez pastora Kelletata na przełomie lat 1929/30 był wielkanocny chrzest 21 osób. Na początku lat trzydziestych XX wieku liczba zborowników przekraczała 300 osób, dlatego też w 1931 roku zbór podjął decyzję o przebudowie wnętrza kaplicy. Przeniesiono wówczas jej front na obecne miejsce, zainstalowano centralne ogrzewanie, a także nowe miejsce zyskało baptysterium i chór na balkonie. Koszt prac wyniósł 7 000 marek. W tym samym roku przeprowadzono ponownie misję objazdową. Wielkie błogosławieństwo misji przeżyły Bągart (Baumarth) i Susz (Rosenberg). W miejscowościach tych otrzymano pomieszczenia na Szkółkę Niedzielną. Również placówka w Dzierzgoniu otrzymała nowe pomieszczenie. W ostatniej dekadzie przed najtragiczniejszą z wojen normalnie biegła praca z dziećmi, których liczba wzrastała w niektórych latach do 170. W pracy z dziećmi brało udział przeważnie 20 nauczycieli. Również koło młodzieży w tym okresie było najliczniejsze i osiągnęło liczbę 95 osób. W kwietniu 1938 roku brat Hugo Kelletat zmienił miejsce służby na zbór w Berlinie. Dopiero 1 października przybył ze zboru w Tubingen-Zillh do służby w Malborku kaznodzieja Joseph Gruber. Po wcieleniu go do armii, jako kapelana, w roku 1939 odpowiedzialność za zbór przejął, aż do listopada 1944 roku, starszy zboru brat Karl Mischke. Pastor Gruber powrócił ostatecznie do zboru w listopadzie 1944 roku, jednak już w następnym roku zginął w czasie ciężkich walk ulicznych. W chwili rozpoczęcia II wojny światowej zbór posiadał: jednego diakona, trzy placówki, 9 pomocników, dwie kaplice, 358 członków, trzy Szkółki Niedzielne z 170 uczniami, 15 nauczycieli tych szkółek, 23 uczniów uczęszczających do punktów katechetycznych w trzech miejscowościach, dwa koła młodzieżowe z 39 osobami oraz dwa chóry mieszane z trzema dyrygentami (Willi Kinder, Franz Scheffler i Willi Fenske). Czas wojny był trudny dla zboru, wielu członków wcielono do armii, część z nich zgi' nęła, dlatego zapraszano do Malborka pastorów z sąsiednich zborów, aby wraz z miejscowymi rozważać Pismo Święte. W styczniu 1945 roku zbór osiągnął liczbę 405 wyznawców, czyli największą w swej dotychczasowej historii. Wieść o zbliżających się wrogach wywoła' ła wielką panikę wśród mieszkańców Malborka, którzy przy dwudziestostopniowych mrozach, połączonych z zamieciami śnieżnymi, zaczęli masowo opuszczać miasto. Każda rodzina ewakuowała się na własny koszt i odpowiedzialność. Po ewakuacji przymusowej przez władze niemieckie życie zboru ustało. Nowi baptyści pojawili się w zniszczonym mieście w połowie 1945 roku, ale to już inna historia. Tomasz Agejczyk 113 Malborscy Pastorzy 1899- 1904 - W. Faltin 1905 - C. Hammerski - starszy zboru 1906 - 1908 - Ernst Wisstoff 1909 - 1916 - Heinrich Grundke 1916- 1922-Karl Klein 1922 - 1923 - H. Buhmann 1924 - 1929 - Wilhelm Bublick 1929 - 1938 - Hugo Kelletat 1938 - 1939 - Joseph Gruber 1939 - 1944 - Karl Mischke - starszy zboru 1944 - 1945 - Joseph Gruber Liczebność malborskich baptystów na tle zaludnienia Malborka w latach 1900 -1945 kok Liczba baptystów Liczba mieszkańców Malborka 1900 58 10732 1905 63 13095 1910 110 14019 1918 151 20 502 1919 165 17 477 1920 185 17 996 1921 228 18 661 1924 250 22 080 1925 286 21 039 1926 294 22 008 1927 328 22 411 1928 329 22 976 1930 317 24 440 1933 335 25 121 1938 379 25 121 1939 358 26159 1945 405 23 233 Wybrana literatura bednarczyk K. „Historia zborów baptystów w Polsce do 1939 roku”, Warszawa 1997. Jedliński W. „Malbork dzieje miasta”, Malbork 2000. bobry A. „Budownictwo malborskie drugiej połowy XIX i początku XX wieku"/w/ Komunikaty Mazursko - Warmińskie nr 3 (213) 1996. Berg G „Gesichte der Stadt Marienburg”, Malbork 1921. ^Bssions - Blatt der Gemeine getaufter Christen 1863,1865,1866,1871,1875. ^^tistik das Bundes der Baptisten - Gemeinden in Deutschland 1906-1939. 114„Sprawa sztumska” na pierwszych stronach gazet w końcu XIX w. Janusz Ryszkowski „SPRAWA SZTUMSKA” NA PIERWSZYCH STRONACH GAZET W KOŃCU XIX W.1 Konrad Osiński, gospodarz ze Sztumskiego Pola, odmówił w kościele złożenia przysięgi w języku niemieckim. Sąd skazał go za to na 3 miesiące więzienia. Tak rozpoczęła się „sprawa sztumska”. Pisały o niej 120 lat temu chyba wszystkie gazety Wielkopolski i Prus Zachodnich, a dziś pozostaje zupełnie nieznana. W połowie 1890 roku proboszczem sztumskiej parafii św. Anny został ks. Karol Staliński (1835-1911), wywodzący się z Biskupca Reszelskiego. Był wikarym w Gietrzwałdzie, potem w parafii św. Trójcy w Kwidzynie, by wreszcie zostać proboszczem w Prabutach, gdzie położył duże zasługi przy budowie kościoła św. Wojciecha. Miejscowi katolicy nie mieli do tego czasu swojej świątyni; gotycką od czasów Reformacji zawładnęli protestanci, podobnie było z tzw. kościołem polskim. Nabożeństwa odbywały się w kaplicy, poświeconej w 1864 r. przez dziekana sztumskiego Franciszka Kręckiego. Ks. Staliński także w Sztumie pozostawił po sobie trwały ślad. Kościół św. Anny zawdzięcza mu swój obecny kształt. Świątynia została znacznie powiększona, straciła przy tym charakterystyczną drewnianą wieżę, otrzymała za to nowy dach, dobre organy i dzwon. Był bardzo doceniany przez władze państwowe, czego dowodem nadanie mu Orderu Czerwonego Orła III i IV klasy, drugiego co do rangi odznaczenia w Niemczech. Trzy lata przed śmiercią został mianowany kanonikiem katedry fromborskiej. Walka kulturna, walka o kulturę (Kulturkampf). W1872 r. język niemiecki stal się językiem wykładowym we wszystkich szkołach państwowych, wyjątek stanowiły lekcje religii. Wszyscy absolwenci, także księża, musieli zdać egzamin z kultury niemieckiej. Dwa lata później aresztowano arcybiskupa gnieźnieńskiego i poznańskiego Mieczysława Ledóchowskiego, gdy sprzeciwił się ingerencji rządu w sprawy kościoła. Po dwóch latach aresztu zesłano go do Rzymu. Prusy musiało opuścić ok. 80 księży, wielu prześladowano. Nauczycielom zabroniono wstępowania do polskich i katolickich stowarzyszeń. W 1876 r. wprowadzono go jako obowiązkowy do sądów i urzędów państwowych. Zaostrzono przepisy o imigracji i prawie stałego pobytu. W 1886 r. kanclerz Bismarck założył pruską Komisję Kolonizacyjną, propagującą osadnictwo niemieckie. „Kurier Poznański” charakteryzował go jako księdza „wzrosłego w epoce germanizacji forsownej, walki kulturnej i rozbujałego szowinizmu”. Tacy duchowni „zapięci pod szyję, traktują wszystko po biurokratycznemu a już dla potrzeb ludu polskiego zgoła nie mają wy- 1 Fragment większej całości zatytułowanej roboczo „Doktor Feliks Morawski. Kilka rekonstrukcji”. Poprzedni ukazał się w 6 numerze „Prowincji”. Janusz Ryszkowski 115 rozumienia.” Niebawem po objęciu parafii przez ks. Stalińskiego - pisze „Kurier Poznański” ■ nabożeństwa polskie ustąpiły miejsca niemieckim. „Cóż więc dziwnego, że wyrugowanie ojczystej mowy z przybytków Pańskich mieni (lud polski - przyp. JR) świętokradztwem a kapłana, który ośmieli się ściągnąć rękę na świętość tę gotów posądzić o zmowę ze złem”. Czarę goryczy przelał fakt, że proboszcz od członka dozoru kościelnego Konrada Osińskiego (1840 - przed 1914), gospodarza za Sztumskiego Pola, zażądał złożenia przysięgi w języku niemieckim. Ten w demonstracyjnie odmówił... O tym krnąbrnym parafianinie wiemy sporo i niewiele zarazem. Właściwie wystarczyłoby pisać, że wychował dziesięcioro dzieci, a synowie - ks. Wacław i Bolesław (patron jednej Ze sztumskich ulic) zapisali się w historii jako ważne postacie dla ruchu polskiego na Powiślu i Warmii. Osiński był człowiekiem światłym, aktywnym, świadomym swoich korzeni. Sprawnie władał piórem. W 1877 roku na łamach „Gazety Toruńskiej” krytykował tych księży katolickich, którzy wspierali politykę germanizacyjną, tak pisząc o smutnym położeniu warmińskiego ludu: Gdzie jeszcze przed laty odbijały się głosy mowy ojczystej, tam już na wielu miej-scach rozpanoszył się język niemiecki, a duchowieństwo, któremu nigdy nie można zarzucać zbyt wielkiej gorliwości w podtrzymywaniu ducha polskiego, propaguje zbyt często bądź czynnie lub biernie zapędy naszych kulturników. (...) Dlatego też nie dziw, że gdy się rozeszła po gazetach ^ieść, że Prusak zamyśla zagarnąć Kongresówkę, natenczas ów kapłan - kułturnik trzasnąw-Szy rozumem z radosnym zawołał wybuchem: „Dobrze, pięknie, przynajmniej aby raz i Polaków dojdzie kultura". Osiński zakończył tak: „Jeśli z boleścią serca gorzkie te wypowiedziałem prawdy, to z drugiej sPony wyrazami najgłębszego uszanowania wypada nam podnieść chwalebne stanowisko zacne-8° naszego ks. S., który pojmując obowiązki wypływające kapłańskiej godności jest nam prawdzi-pociechą wobec nieprzyjaznych nam stosunków i niegodnego postępowania swych duchowych kołegów". Ks. S., rozszyfrujmy, to Ferdynand Spiring (1848-1899), późniejszy proboszcz w Kra-Snej Łące. Osiński podkreślał z uznaniem, że kapłan ów zajmował się propagowaniem polskich „książek ludowych”, które sam sprowadzał z Poznania. W świetle tego łatwo zrozumieć, dlaczego tak manifestacyjnie zaprotestował przeciw poetyce nowego proboszcza, ks. Karola Stalińskiego. „Gazeta Toruńska”, komentująca zajście w kościele, stanęła po stronie parafianina-Pola-ka. Nie zgodziła się z opinią katolickiego, gdańskiego „Westpreussen Volksblatt” żeby „nie-SZczęsnej kwestii narodowej nie wnoszono w życie kościelne na szkodę wspólnej katolickiej sprawie i na skrytą radość naszych wspólnych wrogów.” „Torunianka” była zdania, że wła-Snie w interesie Kościoła katolickiego jest trwanie przy języku polskim, „bo na tern właśnie ten kościół tutaj powstał, utrzymał się, utrzymuje i razem z tern tutaj stoi.” Konrad Osiński za manifestację polskości stanął przed sądem w Suszu z oskarżenia pre-Zesa rejencji. Za „przeszkadzanie w nabożeństwie” został skazany na 3 miesiące więzienia. 116 „Sprawa sztumska” na pierwszych stronach gazet w końcu XIX w. Rewizję od wyroku odrzucono. SPISEK KRZYWOPRZYSIĘZCÓW Wkrótce, bo w 1893 roku doszło do kolejnego konfliktu. Podczas wyborów do dozoru kościelnego August Krause oskarżył proboszcza Stalińskiego o fałszowanie list wyborczych. Na procesie, który odbył się w następnym roku w Suszu, Krause odpowiadał za obrazę proboszcza. Zeznawało 34 świadków. Chodziło o ustalenie, czy na liście wyborczej znajdowało się nazwisko Jana Wróblewskiego. On i jeszcze kilka świadków potwierdzało ten fakt, większość jednak temu zaprzeczała. W efekcie Krause został skazany na 3 miesiące więzienia (oskarżyciel żądał 6 miesięcy). Dwóch wspierających go świadków - Szukowskiego i Wróblewskiego sąd nakazał uwięzić za krzywoprzysięstwo, a prokuratorowi oskarżyć z tego paragrafu jeszcze kilka innych osób. Kolejna sprawa toczyła się przed sądem w Elblągu. Ks. Staliński zeznał, że grupa parafian „denuncjowała” go przed władzą duchowną, bo nie chciał podpisać polskiej petycji do parlamentu. Miał usłyszeć taką groźbę: „Z naszym proboszczem należałoby tak zrobić, jak z pewnym księdzem nad Wisłą, wpakować go na wóz od gnoju, zawieść za granicę i tam zładować; wtedy by władza była skłonną proboszcza stąd zabrać.” I jeszcze przytoczmy słowa innego świadka, wieloletniego sztumskiego medyka, radcy zdrowia - Hermanna Szymańskiego. Rybak Michał Gołębiewski miał mu powiedzieć, że całemu zamieszaniu winne polskie kółko śpiewu w Sztumie. Dowodów na to nie mam, ale nie można wykluczyć, że Szymański chciał się przy okazji pozbyć konkurenta - kolegi po fachu, doktora Feliksa Morawskiego, przewodzącemu śpiewakom. Zresztą kilka lat później niezbyt misterna intryga przed wyborami do Rady Miejskiej zaprowadziła Szymańskiego go sąd. Wątek koła śpiewu podchwyciły pisma niemieckie, dodając, że inspiratorów - jak to nazwano - „spisku krzywoprzysięzców” należy szukać wśród nielicznych przedstawicieli polskiej inteligencji w Sztumie. Niektóre tytuły wymieniły z nazwiska doktora Feliksa Morawskiego. Odpowiedział na te zarzuty, m.in., „Dziennik Poznański”. Konflikt z proboszczem Staliń-skim zaczął się przed powstaniem kółka śpiewaczego, a wielomiesięczne, dokładne śledztwo w sprawie fałszywych zeznań nie wykazało, by ktoś jeszcze odgrywał w niej rolę inspi' rującą. „Dziennik” zaapelował przy tym o roztropność i legalizm: „W położeniu naszem śmid' la obrona praw staje się z każdym dniem większą. Wypływa z tego, że powinna być tern umie' jętniejszą, zaczem znów idzie, że nałeżyta znajomość i rozumienie tego prawa (...) jest koniecz-na. (...) Gdyby zaś obronę praw naszych ograniczano na samem tylko takzwanem budzeniu dw cha i dodawaniu odwagi, natenczas robiono by tylko pół obowiązku i robiono by nawet coś nić' bezpiecznego (...)". Janusz Ryszkowski 117 Wyroki, jakie zapadły przed sądem w Elblągu, były niezwykle surowe: właściciel domu Jan Wróblewski za świadome krzywoprzysięstwo w dwóch przypadkach - został skazany na 4 lata domu karnego; gospodarz Karol Bolt - ten sam zarzut - na 2,5 roku domu karnego, właściciel domu Franciszek Sombrowski - za lekkomyślne krzywoprzysięstwo w dwóch przypadkach - na 1 rok i 3 miesiące więzienia, kapitalista Piotr Szukowski - za świadome krzywoprzysięstwo w jednym przypadku - na 4 lata domu karnego; majster siodlarski Rudolf Thiel - za lekkomyślne krzywoprzysięstwo - na 6 miesięcy więzienia; majster rzeźnicki Andrzej Strogalski - za świadome krzywoprzysięstwo w jednym przypadku - na 2 lata domu karnego; majster szewski Rudolf Sidor - za świadome krzywoprzysięstwo w jednym przypadku - 1 i pół roku domu karnego; właściciel August Krause, od którego się zaczęło, za namowę do krzywoprzysięstwa w kilku przypadkach na 5 lat domu karnego. Dziewiąty oskar-z°ny Michał Gołębiewski został zwolniony. Sztum. Sąd przysięgłych sądził (...) sprawę pocztarza Krausego, jednej ofiar z haniebnego procesu sztumskiego. Krause oskarżony o obrazę świadków: stolarza W., pisarczyka H. i kancelisty B. skazany został - oprócz dawniejszych 5 lat-jeszcze na cztery tygodnie cuchthauzu (domu poprawy - JR). („Gazeta Toruńska”) nr 273/1895 W OBRONIE KS. STALIŃSKIEGO wGazeta Toruńska” zamieściła list, „pisany wprawną ręką”, podpisany „zarząd kościelny”, kiorący w obronę proboszcza Stalińskiego. Autor określający się jako „Wiarus Polak”, pisał: "Głoszą, że X. Proboszcz Staliński przezgermanizowanie przyszedł z parafianami w przykre powożenie. To jest nieprawda; X. Proboszcz żyje w największej zgodzie i przyjaźni z parafianami oprócz może 4 osób, które niezawodnie po kryjomu podkopują zgodę i wtrącają niewinnych pro-staków do więzień. ” Proboszcz „nie niemczył i nie niemczy swych parafian, lecz za rozporządzeniem biskupa i za tyczeniem parafian postępuje. Kto wie, czy tuzin osób ze sztumskiej parafii prawdziwie są du-^a polskiego. Matki Polski, kiedy tak powiem, winę mają, że ich dzieci zupełnie po polsku zapoznają. X. proboszcz wyraźnie powiada: - które dzieci chcą po polsku na naukę chodzić i być do Plcrwszej komunii św. po Pólku przygotowane, to mają się zgłosić. Niestety! Bardzo mało takich Sl% znajdzie, bo rodzice razu pacierza je nie nauczyły, tylko na szkołę się opuszczają. Powiadali że przy wyborach kościelnych ustawiły się dwie partye i to: niemiecko- i polsko-katolicka. Ja ^ym powiedział, że katolicka i niegodziwa. Obie strony były zmieszane rozmaitej narodowości. ^a stronie niespokojnych panów byli rzeczywiście głownie Niemcy, do których ci ukarani należą. ^a stronie burzycieli nie szło o polskich kandydatów, tylko o takich, którzy by niezgodę z X. pro-^°szczem toczyć chcieli; (...)” List spotkał się z repliką na tych samych łamach. Warto ją znowu obszernie przytoczyć: "^iem bardzo dobrze, kogo ów szanowny korespondent mniemał pisząc o owych czterech oso-^ch, oto inteligencyę polską Sztumu i okolicy. Tak, ta inteligencya, która posiada nie tylko uczu-cia religijne, lecz także narodowe, ta im solą w oku, ponieważ broni ona ludu. Tych panów, Sza-n°^ny bezimienny korespondencie czeka nie odpowiedzialność, lecz słuszna nagroda za trudy 118 „Sprawa sztumska” na pierwszych stronach gazet w końcu XIX w. dla dobra naszego społeczeństwa podjęte, a uznanie i wdzięczność od sztumiaków. (...) Co do germanizacyi, to każdy znający stosunki tutejsze osądzi kwestię najlepiej, tak samo (...) musi uznać za nonsens zdanie (...) że w parafii sztumskiej ledwie tuzin osób jest prawdziwie polskiego ducha. Przeszło 80 członków ma polskie kółko śpiewu, a sądzę, że do towarzystwa tego nie należą ani Niemcy, ani tacy „wiarusy Polacy", jakim śmiał się nazwać ów bezimienny korespondent. O i to towarzystwo jest solą w oku naszych „najserdeczniejszych ", do których szanowny referent (...) pewno należy, a założycieleyi tego towarzystwa, jest jeden z owych czterech osób, które niestety nie może za to, że się urodził Polakiem i że zachowanem mu zostało to święte uczucie narodowe, które gotowe jest na największe poświęcenia dla dobra społecznego". To ostatnie zdanie dotyczyło Feliksa Morawskiego. Doktor zdecydował się wystąpić z dozoru kościelnego. Musiała to być dla niego trudna decyzja, zwłaszcza jeśli się wie, że dwaj jego stryjowie byli duchownymi katolickimi. Dozór kościelny już w 1880 roku zaczął starania o rozbudową sztumskiego kościoła. Piętnaście lat później rejencja oraz generalny wikariat biskupi udzieliły pozwolenie. Wybrano projekt wg, rysunku Dollmeyera z Iławy. W 1899 roku rozebrano ściany. Na czas przebudowy, którą miała odbywać się pod okiem mistrza budowlanego Mathesa z Grudziądza, postawiono drewniany budynek, i tam odbywały się nabożeństwa. Najważniejszym wydarzeniem w tym czasie była msza prymicyjna ks. Józefa Osińskiego (1873-1915), od 1902 r. do śmierci związanego z parafią w Prabutach. („Gazeta Toruńska" ) nr 273/1895 Wkrótce „Torunianka” poinformowała o planach rozbudowy sztumskiego kościoła. „Pa' rafia liczy 4 tys. wiernych, a w świątyni mieści się 900”. Nie omieszkała przy tym dodać, że za czasów, gdy Sztum należał w Rzeczpospolitej, były w mieście aż trzy kościoły katolickie. Czy decyzja ks. Stalińskiego o przebudowie kościoła miała być - jak byśmy dziś powiedzieli - zabiegiem mającym przykryć tumult w parafii? Chyba takie stwierdzenie bardzo krzywdziłoby proboszcza. Nie szczędził grosza na cele kościoła, współfinansował kupno nowego dzwonu, odlanego w Fuldzie. A przecież mógł obawiać się tej inwestycji, mając świeżo w pamięci przypadek brata. Sylwester, proboszcz w Bartągu, prowadził znaczne inwestycje kościelne, co skończyło się dla niego źle. Robił to za pożyczone pieniądze, za co biskup go w 1894 roku ukarał. Został w parafii, ale dobrami kościelnymi zarządzał wikary. Po kilku latach ks. Sylwester przeszedł na emeryturę. Mieszkał w Olsztynie, a potem w Krośnie koło Ornety. Znalazłem informację, że dla robotników odprawiał tam msze także po polsku. „Sprawa sztumska” była przez następne miesiące wykorzystywana przez Hakatę, a Morawski stał się obiektem ataków. „Gazeta Toruńska” przytacza następujący fakt. „Dostaliśmy do rąk egzemplarz pisma ulotnego, które w sobotę dn. 11 b.m. (stycznia 1896 r. - przyp. JR) rozdawali HKTyści w Chełmnie. Jest to odbitka artykułu, jaki znana z nienawiści do Polaków i katolików „Kol-nisch Ztg.” zamieściła po nieszczęsnym procesie sztumskim. Już sam nagłówek artykułu jest Janusz Ryszkowski 119 Hakata (HKT) - potoczna nazwa niemieckiej organizacji nacjonalistycznej Deutscher Ost-markenverein (Niemiecki Związek Marchii Wschodniej), założonej w Poznaniu, 3 listopada 1894 r. Nazwa wzięła się od pierwszych liter nazwisk założycieli: Ferdynanda von Hanseman-na, Hermanna Kennemanna, Henryka von Tiedemanna. Podstawowym i nieartykułowanym nigdy wprost celem Hakaty była ostateczna germanizacja ziem polskich w zaborze pruskim. °belgą dla Polaków bo opiewa „Eine polnische Meineidsbande - Zgraja polskich krzywoprzysięzców”. Sam artykuł przepełniony jest fałszami, których celem jest zohydzenie Polaków, przedstawienie ich jako brutalnych, depczących wszelkie prawa i wszelkie świętości napastników. Organizatorami „zgrai krzywoprzysięzców” nazwano wprost p. dra Morawskiego z Sztumu i p. adwokata Paledzkiego z Torunia, jako kierowników, odnośnie założycieli „Tow. śpiewackiego” w Sztumie.” Komentuje dalej gazeta: „Brak słów, aby wyrazić całą ohydę tej niecnej napaści. A więc polskie społeczeństwo organizuje zgraję krzywoprzysięzców aby zwalczać Niemców! Nie dziw, że nawet niejeden uczciwy Niemiec, czytając tak straszne opowieści, znienawidził nas i wstąpił do spółki HKT, nie dziw, że Niemcy stronią od polskich kupców i przemysłowców a zaciskają pięść, słysząc w lokalach publicznych dźwięki mowy polskiej”. PODEJRZANA OSOBA Wydawałoby się, że w sprawie sztumskiej dosyć już było procesów. Ale nie, był jeszcze jeden. W 1897 roku obchodzono setną rocznicę urodzin cesarza Wilhelma I. 22 marca starosta sztumski Kurt von Schmeling wydał uroczysty obiad w najlepszym lokalu w mieście - Królewskim Dworze. Po toastach na cześć cesarza, zredagowano także depeszę do ks. Bismar-ka, „w której go pod niebiosa wychwalano”. Starosta ją odczytał, po czym zapytał czy zebrani zgadzają się na jej wysłanie. Sprzeciwili się temu 10 osób, między innymi ks. kapelan Otto Langkau, będący kilka miesięcy po święceniach drugi wikariusz w Sztumie, fizyk powiatowy Lewicki i dr Morawski, który miał na sobie mundur pruskiego lekarza wojskowego, asystenta rezerwy. Rzecz jasna ten protest nie spotkał się z przychylną reakcją innych uczestników uroczystości, „powstała wielka wrzawa”. Obecni księża katoliccy, a było ich 6 - relacjonuje „Torunianka” - uważali ten gest odmowy za uzasadniony. Doktor Morawski w trakcie tego tumultu rozmawiał z kapitanem Philipsenem z Barlewic, który ze starostą zasiadali w prezydium. Wymiana zdań toczyła się spokojnie, gdy przechodzący obok bogaty gospodarz (gbur) ze Starego Targu nazwiskiem Kobieter, rzucił w stronę Philipsen: „Daj pan spokój temu panu, on nie jest wart, że nosi pruski uniform" i na odchodnym użył kilku gminnych, °braźliwych słów pod adresem Morawskiego. Całe zajście skomentował grudziądzki „Gesellige”: „My Niemcy nie żądamy od Polaków, aby się zapalali do tego, co nam jest drogiem, lecz powinni mieć na tyle taktu, aby milczeli w czas, a nie wywoływali oburzenia". Jednak „Dziennik Poznański” solidaryzował się w pełni z protestującymi: „Tak nam wypada zaznaczyć i wciąż przypominać, że pamiętamy krzywdy, które nam Bismark wciąż wyrzą- 120 Polska kradnie ci konia i krowę. O propagandzie plebiscytowej dza (...).” Kobieter za zniewagę doktora Morawskiego został ukarany przez sąd w Suszu na 50 marek kary a więc symbolicznie. Co ciekawe, Morawski mógł sentencję wyroku umieścić w sztumskim „Orędowniku powiatowym” na koszt skazanego. Nie wiemy czy z tego skorzystał. Atmosfera „sprawy sztumskiej” musiała mieć negatywny wpływ na dalszą działalność kółka śpiewu i działalność polską w mieście. „Torunianka” doniosła jeszcze o zorganizowanym w sierpniu 1896 roku nadzwyczajnym zebraniu w lokalu Wojciechowskiego, a w następnym roku przedstawieniu zorganizowanym w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Pokazano wówczas w Strzelnicy jednoaktówki „Łobzowianie” Anczycza i „Podejrzaną osobę” Dobrzańskiego. Po przedstawieniu zapowiedziano „deklamacje i mazur na scenie”. I było to - jak się wydaje - pożegnanie kółka śpiewu z publicznością... Nr- 105- ___TortUa, wtorek 7 maja 1895._Rok XXIX. Gazeta Toruńska. (łaaetA T*nś»ka wychodzi codziennie z wyjątkiem poniedziałków i dni poświątocznych. — Jako dwulatek bezpłatny otrzymuje kałdy abonent plamo p. t.: >Familia Cbrześciańaka >, redagowane przez księdza. — Prardplata kwaurłalzm na pocztach pruskich i u listowych wiejskich wynom 1 markę M fen., na pocztach zagra Bieżnych 1 markę 20 fenygów z doliczeniem należytnóci pocztowej. — Przedpłata w miejscu z przyniesieniem do domu 1 markę 50 fen. — Egzemplarze pojedyncze sprze dają się w Ekapadycyi po 5 fen. — Wszelkie listy winny być frankowane. — Listów nie zwraca sią. •#•••■•■** *• wszystkich językach przyjmuje się za opłatą 15 fenygów od wiersza drobnego, reklamy po 25 fenygów od wiersza. — Tłumaczenie na Jeżyk polski bea płatne. — Kto często ogłasza, otrzymuje odpowiednią zniżkę czyli rabat. Agentary da przyjznowasaia ogłoMek: W Berlinie Rudolf Mosce. — W Berlinie, Hamburgu, Bazylei, Frankfurcie n. M. i Królewcu: Haasenstein A Fogler. — W Hamburgu i Medjolanie: Adolf Steiner. — W Frankfurcie n. M. G. L. Daube A Corap. Redakcya znajduje się w Toruniu przy ulicy Prawej 25. — Redaktor odpowiedzialny: Jaw Bręjak.1 w Toruniu. Proces sztumski, który wyniknął z powodu zatargu podczas wyborów parafialnych skończył się zasądzeniem kilka parafian razem na blisko 20 lat curht bauzo Oskarżeni, którzy po części są już ludźmi podeszłymi w leciecb, nie byli (z wyjątkiem jednego, zasądzonego za bijatykę) do tąd wcale karani. Jeżeli teraz nagle upadli tak nizko, dowodzi to dobitnie, że sto-sunki w parafii sztumskie) są obecnie bardzo niezdrowe i te zasady moralne, które owych ludzi tak długo ntrzymjwały w zgodzie z uczciwością i z u stawami, w ostatnim czasie tak źle były wzmacniane, te nie zdołały wytrzymać próby. Ubolewamy nad tern mocno ale nie rzu camy na nieszczęsnych zaślepieńców kamieniem bezwzględnego potępienia bo wiemy, że »a|-wzniońlejnze uauki pozowtają bez wkiitku, jeżeli ich miłość- nie o-jgrzewa a lud, widząc mściwość i pieniactwo tam, Zkąd dowodów miłości swykł wyglądać, traci wiarę a z nią razem podstawy moralne w życiu. Straszne zbrodnie nie samych ska zańców obciążają. Czy ci, którzy są bezsprzecznie przedmio tern nienawiści w wielu domach katolickich parafii sztumskiej, uie uznali jeszcze, że tam — nawet mimo najszczerszych chęci — nic dobrego zdziałać me potrafią? Czy nie myślą ustąpić ludziom bezstronnym, którzyby miłcścią ojcowską niechęć ukoić a rany zagoić mogli? Znaczenie polityczne wychodztwa. Mimo zmiejszema się wpływu fwychodztwa. niepodobna mu odmówić prawa do udziału w życiu polityczneiu narodu. Skąd bowiem przychodzimy do tego, żeby zabraniać komuś zajmować się polityczneiu życiem całej Polski, ze względu ua jego szczególną przynależność państwową? Wychodztwo ma nietylko prawo, lecz i obowiązek brać udział w tern życiu Dobro ojczyzny wymaga od niego nawet spełniania specy&lnych zadań. Polacy zamieszkali w kraju muszą z konieczności zwracać największą uwagę na sprawy własnej dzielnicy. Widzą je wprawdzie szczegółowiej i dokładniej, lecz z natury rzeczy jedno-stronnie), ponieważ uie znają równie dokładnie spraw tych w innych dzielnicach. Trudno im jest zając stanowisko ogólno polskie i wszystkie sprawy polskie brać w nalezytcm ustosunkowaniu do siebie. Ta jednostronność właśnie wytwo rzyła zapatrywanie, że około spraw dzielnicy, którą się zamieszkuje, obraca się cala sprawa polska i te wychodźca lub rodak z iunej części Polski uie ma prawa do nich się mieszać. Jest to pochyłość prowadząca wprost do utworzenia z narodu tylu drobniejszych narodowości, ile jest państw, które go podzieliły. Ostatnią metą tego wyścigu w przepaść jest przystosowanie się co raz szczelniejsze każdej dzielnicy do państwa, pod którem się znajduje, i z czasem zupełne wynarodowienie. Jest to innemi słowy rozluźnienie niezgiętego i niezłomnego pęka łóz tak. aby pojedynczą łozę mógł łatwo złamać i usunąć kto-bądź, komu ona zawadza. Otóż wychodztwo, nic biorąc udziału w sprawach poszczególnych dziel nic, ma większą możność ujmowania z odległości wszystkich zjawisk życia polskiego w jedną całość i uwzględniania ich w należytym ich stosunku ważności do siebie. Współdziałanie. wy-chodztwa ma wiec tę nieocenioną korzyść, że wznosi się ponad poglądy partykularystyczne. Na wychodztwie też bywa t najży wsze niemal poczucie narodowe, wyrażające się między innemi w silnej i bolesnej tęsknocie za krajem (Heim weh, le mai du pays). Dla wieszcza ojczyzna jest „jak zdrowie, którą jak cenić, ten tylko się dowie, kto ją stracił”. Na obczyźnie łatwiej oj czyznę kochać w nierozwalnej jej całości bez MzU«r.«vAl„inwvon>n ilnorlohonin A* „z.w, „,.»*. <~ż i brak politycznego wyrobienia kraju, a szcze* gól nie Warszawy. Społeczeństwo polskie potępiają oni, jako nie umiejące „trzeźwo oceniać położenia44 i „rachować się z okolicznościami* Pogodzenie się z losem a nie walka o prawa jest ideałem tych polityków. Przeto wychodztwo wschodnie nie ma do przedstawicielstwa polityki narodowej, ani potrzebnej niezależności, ani kwa-liflkacyi duchowych, bo skazane jest przez warunki swego życia na jeszcze większą jednostronność, niż mieszkańcy kraju. Uważamy je wogóle za najzgubniejszą ze wszystkich emigracji polskich. Za największą zasługę poczytalibyśmy powstrzymać je wedle sił lub odwracać ku zachodowi do krajów wolnych, szczególniej tam, gdzie znalazłoby silny grunt pod nogami w postaci mas ludowych, tak potrzebujących prawdziwie polskiej rodzimej inteligencji n. p. w brazylijskim stanie Parana lub gdzie w Ameryce północnej. Zgubnośó wschodniego wychodź twa polega nie tylko na tern, że się wynaradawia szybciej niż zachodnie: przez swe wynaradawianie się wzmaga ono siłę wroga i dostarcza mu narzędzi prześladowczych w obfitośćij zadziwiającej, zwłaszcza ostatnimi czasy. Wobec tego czas jest, ażebyśmy większą u-wagę zwrócili na wychodztwo zachodnie i *cb> ono samo starało się nawiązać jak najwięcej nici z krajem ojczystym i jego życiem. Skutkiem działania prawa ludnościowego. L j większej siły rozrodczej naszego plemienia, niż wytwarzającej się dla niego w kraju dostatecznej ilości środków do życia, wychodztwo zachodnie' bajecznie wzmogło się liczebnie, za oceanem potworzyło całe polskie dzielnico miast, miasta i okolice, na rozproszeniu po całym świecie a szczególnie w Europie posiada jednostki, które każdemu narodowi byłyby ozdobą. Wiemy, że „bliższe ono jest narodowego ogni-»ka“, w*’le żywiołów krajowych, że wstrząsają niem wypadki krajowe silniej, i ze stawać się może siłą narodową coraz znakomitszą. Przebywając w krajach wolnych i postępowych ma ono przednie zadania: 1. tworzyć ogniska i or-ganizacye polskie. 2. korzystać dla kraju z doświadczeń robionych gdzie indziej oraz z lepszych wszelkich urządzeń społecznych i politycznych. Łukasz Sobczak 121 Łukasz Sobczak „POLSKA KRADNIE CI KONIA I KROWĘ” O PROPAGANDZIE PLEBISCYTOWEJ W tym roku mija 92. rocznica plebiscytu na Warmii, Mazurach i Powiślu. Plebiscyt ów zadecydował o kształcie terytorialnym II Rzeczpospolitej, aż do wybuchu II wojny światowej. Głosujący opowiedzieli się zdecydowanie za przynależnością spornych terenów do Niemiec. Przyczyn niekorzystnego dla Polski głosowania było kilka. Jedną z nich była, zakrojona na szeroką skalę, niemiecka agita-cja, którą udało mi się przeanalizować na przykładzie Malborka. Najważniejsze materiały źródłowe pochodzą z Teki Zbiorów Plebiscytowych Warmiacy F : ItisiPT za WsttiM Frasnl ks. Je Mav«ka w Schoen^ese „Warmiacy!" Materiał propagandowy w duchu antypolskim, 1920 gromadzącej gazety, ulotki, plakaty, wydawane zarówno przez stronę polską jak 1 niemiecką, na terenie kwidzyńskiego okręgu plebiscytowego. Teka, obecnie znajdująca si? w kwidzyńskim muzeum, gromadzi także fotografie dokumentujące tamte wydarzenia, lch bohaterów, oraz obchody rocznic plebiscytu w czasach PRL. Kolejne źródła pochodzą z elbląskiego Archiwum Państwowego z siedzibą w Malborku. Oprócz źródeł archiwalnych Wykorzystane zostały także źródła drukowane przedstawiające polskie raporty wysyłane do Warszawy opisujące niemiecką agitację. Nie ma niestety w polskiej nauce historycznej prac poświęconych zagadnieniom propagandy podczas plebiscytu 1920 roku. Temat ten pojawia się w pracach ogólnych poświę-c°nych plebiscytowi. Za główną pozycją uważam pracę Zygmunta Lietza „Plebiscyt na Powiślu, Warmii i Mazurach w 1920 roku.” oraz artykuł tego samego autora zamieszczo-ny w „Rocznikach Historycznych” - „Plebiscyt na Powiślu w roku 1920”. Są to pierwsze po Wojnie prace polskiego historyka poświęcone temu trudnemu zagadnieniu. Inną ważną porcją poświęconą temu tematowi jest dzieło: „Plebiscyty na Warmii i Mazurach oraz na Powiślu w roku 1920” wybitnego badacza stosunków polsko - niemieckich, ruchu polskiego na terenach Warmii i Mazur, profesora Wojciecha Wrzesińskiego1 . Z ostatnio wydanych Publikacji dotyczących tematyki plebiscytowej warto wspomnieć o pracy Antoniego Baranowskiego: „Plebiscyt na Powiślu w 1920 roku” oraz o pracy stosunkowo nowej, miano-^ińe o pierwszym numerze „Zeszytów Kwidzyńskich, wydanych w 2000 roku przez To-Główne prace: Ruch polski na Warmii, Mazurach i Powiślu w latach 1920-1939, Olsztyn 1973.; Szkolnictwo polskie na War- mii, Mazurach i Powiślu w latach 1919-1939, Olsztyn 1980.; Warmia i Mazury w polskiej myśli politycznej 1864-1945, 122 Polska kradnie ci konia i krowę. O propagandzie plebiscytowej warzystwo Miłośników Ziemi Kwidzyńskiej który w całości poświęcony jest plebiscytowi na Powiślu w 1920 roku. Tematyką plebiscytu zajmowali się także autorzy niemieckojęzyczni. Pierwsze ich prace pochodzą jeszcze z okresu międzywojnia - są to głównie pamiętniki i wydawnictwa okolicznościowe. Jednakże lektora tych prac nastręcza pewne problemy. Autorzy niemieckojęzyczni są nieobiektywni w tematyce ogólnej; dotyczącej działalności polskich komitetów plebiscytowych czy stosunków narodowościowych i propagandy. Niemieckie publikacje wychwalają działalność Arbeitsgemeintschafi, organizacji propagandowej. Niemieccy autorzy bardzo często sami brali udział w antypolskiej agitacji. Dla przykładu Max Worgitzki był przywódcą pruskich nacjonalistów, wybitnie nieprzychylnym dla Polaków, redaktorem proniemieckiej gazety „Ost-deutsche Nachrichten”. Kierował on organizacjami Związek Warmiaków i Mazurów, czy olsztyńskim okręgiem Wschodniopruskiej Służby Ojczyźnianej. Po plebiscycie 1920 roku, założył Południo- Mifcr fc^itH W SBrWiki UMrtHF* Itww „Polens Zukunft” Materiał propagandowy z rysunkami szkalującymi Polaków, Marienwerder Wpr. 1920 wo-Wschodniopruski Teatr Krajowy, będący zaczątkiem olsztyńskiego teatru. PRZYGOTOWANIA DO PLEBISCYTU 8 stycznia 1919 roku prezydent Stanów Zjednoczonych T. W. Wilson w swoim programie pokojowym, wygłoszonym na posiedzeniu Kongresu, w 13 punkcie stwierdził, iż musi powstać niepodległe państwo polskie, zamieszkałe przez ludność polską, mające dostęp do morza. Idea ta stała się prawdą dnia 28 czerwca 1919 roku, gdy w Wersalu podpisano pokój kończący I wojnę światową, ustanawiający także formalnie państwo polskie. Pomimo jednak rzeczywistego uznania odrodzonego państwa polskiego, niepewna była sprawa granic. Walki o ustalenie granic trwały do 1921 roku. Opracowaniem projektu granic pomiędzy Polską a Niemcami miała zająć się utworzona w Paryżu specjalnie w tym celu Komisja ds. Polskich - nazywana Komisją Cambona. Kosztem Niemiec Polska odzyskała: Wielko-polskę oraz część Prus Zachodnich (dawne Prusy Królewskie) z niewielkim dostępem do morza. Problemem spornym między państwami były obszary: Śląska oraz Warmia, Mazury i Powiśle. Według traktatu wersalskiego na terenach wielonarodowościowych miały odbyć się plebiscyty ludności decydujące o ich podziale. Plebiscyt taki miał odbyć w Szlezwiku (w 1920 roku - północną część przyznano Danii). Według zaleceń Komisji Warmia oraz Powiśle miały być oddane Polsce, o przynależności Mazur miał zadecydować plebiscyt. Jednak ostatecznie zadecydowano, że głosowanie zadecyduje o przynależności wszystkich spornych terenów. Łukasz Sobczak 123 Artykuły 96 i 97 działu IX traktatu wersalskiego, dotyczyły organizacji plebiscytu w okręgu kwidzyńskim. Utworzono Komisje Międzysojuszniczą dla Spraw Rządu i Administracji w kwidzyńskim obszarze plebiscytowym. Zadaniem tej komisji była organizacja głosowania w warunkach pełnej wolności, rzetelności i tajności. Prawo głosowania przysługiwało osobom, które ukończyły 20 lat, urodziły się na obszarze plebiscytowym, bądź zamieszkiwały te tereny. W wydaniu nadzwyczajnym nr 17 Orędownika Urzędowego Regencji Kwidzyńskiej czytamy, że osoby uprawnione do głosowania musiały mieszkać na tych terenach co najmniej od 1 stycznia 1914 roku, co musiało być potwierdzone metrykalnie. 4 listopada 1919 ustalono skład Komisji Międzysojuszniczej. Przewodniczącym w okręgu kwidzyńskim został Włoch Angelo Pavia. W poszczególnych komisjach zasiadali - w departamencie komunikacji Henry Beaumont z Wielkiej Brytanii, w departamencie finansów Francuz Rene de Cherisey, zaś w departamencie sprawiedliwości pochodzący z Japonii Mo-rikazu Ida. Poszczególne departamenty wyposażono w pełnię władzy wykonawczej i niewielkie uprawnienia uchwałodawcze. Zachowano niemiecką administracje terenową. Nieco wcześniej bo 13 października ustalono - zgodnie z postanowieniami wersalskimi, że obszar plebiscytowy ma otrzymać kontyngent wojskowy. Zgodnie z tymi ustaleniami 17 lutego do Kwidzyna przybyły wojska włosko-francuskie. Głosowanie na Powiślu odbywało się we wszystkich gminach obszaru plebiscytowego: powiecie Sztum i Susz, przylegającej do Nogatu części powiatu Malbork i przylegającej do Wisły części powiatu Kwidzyn. Był to łączny obszar o powierzchni około 2461 km, o liczbie mieszkańców 165 676 (spis z roku 1910). Polaków na tym obszarze było ok. 38,6 %, tj. 25 961. W powiecie malborskim jak i na całym Powiślu zdecydowaną większość mieszkańców stanowili Niemcy. Oczywistym było więc, że propaganda niemiecka będzie na tych terenach niezwykle silna. Ciągle działała tu niemiecka administracja, a silną rolę odgrywały partie Centrum i SPD. PLEBISCYTOWA AGITACJA Dla celów propagandy w Malborku powołano 8 czerwca 1919 roku organizację nacjonalistyczną o nazwie Arbeitsgemeinschaft na czele z dr. Pawłem Fleischerem, posłem do parlamentu weimarskiego. Naczelnym hasłem organizacji było „Ojczyzna ponad partiami”. Była to bowiem organizacja ponadpartyjna, łącząca w swoich szeregach przedstawicieli wszystkich partii - Socjaliści większości, Centrum, Niemiecka Partia Ludowa, Niemiecka Narodowa Partia Ludowa, Niemiecka Partia Demokratyczna. Ponadto powołano Zarząd ^kręgowy Ostdeutscher Heimatsdienst, który objął prawie całą ludność niezrzeszoną w partiach. Ostdeutscher Heimatsdienst połączyła się z Volksratem - organizacją powstałą już w lutym 1919 roku, tworząc Hauptvorstadt der Organization. Połączone organizacje wspierały Wspólnotę Pracy w agitacji na terenach plebiscytowych. Krótko po swoim powstaniu, Ar-beitsgemeinscha.fi przeniosła swoją siedzibę do Kwidzyna. O stosunku Niemców do postanowień wersalskich i rządów polskich najlepiej świadczy Przemowa gauleitera Prus Zachodnich, wygłoszona w Gdańsku dnia 14 stycznia 1920 roku: »Dwie trzecie prowincji wraz ze stolicą zostały oderwane od Cesarstwa Niemieckiego, oderwane 124 Polska kradnie ci konia i krowę. O propagandzie plebiscytowej od historycznego, gospodarczego i politycznego związku z pruskimi ziemiami. Więcej niż połowa prowincji, z więcej niż 400 000 niemieckich mieszkańców trafiło pod władzę połskiego państwa". W dalszej części pożegnalnej przemowy gauleiter Ernst Ludwig von Jagow mówi o niemieckości ziem pruskich. Nawiązuje do Zakonu Krzyżackiego i roku 1772 - powrotu Prus do Niemiec, po ich wcześniejszej grabieży przez Rzeczpospolitą2 . Odwoływanie się do prze- „Gazeta Polska" R.I, nr 97 24. 07. 1920 Wydana nakładem Warmińskiego Komitetu Plebiscytowego szłości ziem Pomorza, zwłaszcza do ich korzeni średniowiecznych, było często wykorzystywane przez niemiecką indoktrynację. Szczególnie silnie było to widać w Malborku - dawnej stolicy Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Przyjrzyjmy się teraz niektórym tylko przykładom pomysłowości niemieckiej propagandy. Większość materiałów propagandowych drukowano w Kwidzynie, a następnie rozwożono do innych miast i miasteczek. Jednak postaram się przedstawić także co ciekawsze materiały wydrukowane w Malborku. Na szczególną uwagę, moim zdaniem, zasługuje wydany w 1920 roku poradnik noszący tytuł: Was mussen wir um unseren landseuten in den Abstimmungsgebiet sagen. (Co musi-my powiedzieć naszym rodakom na obszarze plebiscytowym.) Z części pierwszej tej broszury - „Co musimy wiedzieć o Polsce" - można dowiedzieć się, że Polska jest krajem zacofanym, o długach wielkości 80 milionów marek, gdzie robotnik pracuje ponad 10 godzin, bez ubezpieczenia, za niskie wynagrodzenie. Polskie drogi są w stanie fatalnym, sieć kolejowa słabo rozwinięta, a na polskiej wsi panuje ciemność, gdyż nie jest ona zelektryfikowana. Broszura wskazuje na to, że Polacy nie umieją czytać, ponieważ jedynie połowa polskich dzieci uczęszcza do szkół. Przestrzega ona także obywateli niemieckich, że w Polsce panują wielkie epidemie, z którymi nie radzą sobie przepełnione szpitale. Porusza ona także kwestie historyczne wskazując, iż Prusy to ziemie rdzennie niemieckie, zasiedlane przez zakon krzyżacki. Tekst broszury w wersji „obrazkowej” przedstawia plakat noszący tytuł Polens Zukunft. Plakat podzielony jest na sześć części. Pod każdy z sześciu obrazków jest rymowany komentarz w języku niemieckim. Plakat jest karykaturą polskiej rzezczywistości. Pierwszy obrazek po lewej przedstawia scenę kradzieży bydła przez polskich żołnierzy. Pod obrazkiem jest niemiecki dopisek: Polen raubt dir Pferd und kuh / Deutscher bauer du schaust zu...( Pol' ska kradnie Ci konia i krowę / Niemiecki rolniku przyglądaj się). Na kolejnym obrazku gruby polski oficer z wąsami (do złudzenia przypomina on Józefa Piłsudskiego, podobnie jak pozostali żołnierze z tego plakatu) zabiera niemieckiej zasmuconej rodzinie (wyraźnie dostrzegamy kobietę, która płacze) worki ze zbożem, wręczając w zamian kawałek papieru, 2 AP Malbork, JG 1920,Kreisblattfur den Kreis Marienburg 14Januar 1920. Łukasz Sobczak 125 zapewne pokwitowanie. Scenka opatrzona jest komentarzem: „Polska zabiera Ci zboże i siew / i doradza bożą radę." Scenka trzecia opatrzona podpisem - „Polska przez podstęp i kłamstwo / wysłała Ciebie °d pl^ga na front", przedstawia oderwanie niemieckiego chłopa od pługa przez żołnierza polskiego i przymusowe wcielenie go do wojska, w celu wysłania go do walki przeciw bolszewikom. Następne wyobrażenie przedstawia całą, czteroosobową rodzinę wyraźnie zmartwioną, ze spuszczonymi głowami. Siedzą oni prawdopodobnie na walizkach. Podpis radzi im i wszystkim Niemcom ucieczkę przed polską biedą i tyranią. Obrazek piąty przedstawia trzy osoby, właściwie duchy - wojnę, głód i choroby, pełne grozy, według podpisu są codziennością w Polsce. Obrazek ostatni to wizja polskiej wsi, która płonie i jest opustoszona. Wszystko to za sprawą „armes Po-łznland”, jak informuje nas dopisek pod tym obrazkiem. ^rei^it! $eimat! „Freiheit! Heimat!" Niemiecka broszura Niemcy, 1919-1920 Kolejnym interesującym materiałem propagandowym jest broszura drukowana w Niem-czech, nosząca nazwę „Freiheit! Heimat!". Centralne miejsce zajmuje postać mężczyzny odwróconego do patrzącego plecami. Postać ma ręce uniesione w górze w geście triumfu, radości i ulgi, że jego ojczyzna jest wolna, połączona z resztą kraju. Nad sielskim krajobrazem Pomorza widnieje tęcza jako symbol szczęścia. Niezwykle interesujące są slogany pojawiające się w niemieckich gazetach na terenie objętym głosowaniem. Poświęcę im teraz trochę uwagi. W piśmie wydawanym w Malborku »Der Demokrat" z 20 września 1919 roku na stronie tytułowej umieszczone jest rymowane hasło wyrażające uczucia do niemieckiej ojczyzny - „Niemieckie powinno być serce i niemiecki kraj. Niemiecka na zawsze nasza ojczyzna!”. Hasło jest wyróżnione na tle tekstu: Niemcy ponad partiami, naszą najważniejszą zasadą jest i powinno być czuć po niemiecku, myśleć po niemiecku, pielęgnować naszą ojczyznę i współpracować na swoje utrzymanie i odbudowę. Jak widzimy autor stawia sobie za cel pokazanie swoim rodakom jaką postawę powinni przyjąć, co czynić dla dobra ojczyzny. Stara się on wzbudzić w nich uczucia patriotyczne, uczucia solidarności. Artykuł kończą słowa Wirsind deutsch und wollen deutsch bleiben". (jesteśmy Niemcami i chcemy Niemcami pozostać.) Jak możemy już zauważyć, niemiecka propaganda za cel główny postawiła sobie szkalowanie Polaków. Informowano Niemców o każdym polskim niepowodzeniu. Często były to 126 Polska kradnie ci konia i krowę. O propagandzie plebiscytowej informacje kłamliwe. W gazecie Marienburger Zeitung z dnia 23 września 1919 r. natrafiamy na artykuł dotyczący stanu budżetu państwa polskiego. Według autora tego artykułu, Polska jest bardzo mocno zadłużona a polskie społeczeństwo jest biedne. Szczególnie trudna sytuacja ma panować na polskiej wsi, gdzie chłop nadal jest ciemiężony przez szlachcica. Rząd polski nie dba o dobro swojego społeczeństwa, ponieważ prowadzi imperialne wojny. W podobnym tonie napisany jest artykuł w gazecie Mitteilungen z dnia 1 listopada 1919 roku. Czytamy w nim, m. in. o panującej w Polsce wojnie i niestabilnej sytuacji. W Polsce panuje uciążliwy głód, który jest wynikiem braku opieki ze strony rządu. Polskie miasta pięknieją, kosztem ludności. Artykuł zakończony jest odezwą do obywateli niemieckich, aby otworzyli oni oczy i spojrzeli prawdziwie na Polskę. Niemcy na każdy kroku informowali swoich rodaków jak głosować. W ulotce Merkblatt far den Stimmzettel (Instrukcja dla kart do głosowania) ukazana jest kartka do głosowania, na której są nazwy Ostpreusen i Prusy Wschodnie. Ulotka przestrzega, aby nie pisać po kartce, wrzucić do urny tylko jedną kartę, a przede wszystkim nie zakreślić polskiego słowa. Autorzy tej ulotki zwracają się do Niemców, aby przed podjęciem decyzji zastanowili się i pomyśleli o wojnie w Polsce, inflacji, zniszczeniu Pomorza i jego gospodarki handlowej. Głównym hasłem jest Denkt an Eure deutsche Heimeat (Pomyślcie o Waszej niemieckiej ojczyźnie). Należy pamiętać o celowym zabiegu wydrukowania na kartach do głosowania nazwy Prusy Wschodnie a nie Niemcy. Niemcy wiedzieli, że Warmiacy i Mazurzy zagłosują za znanymi im Prusami Wschodnimi, a nie za Polską, z którą większość mieszkańców tamtych terenów nie miała żadnej styczności. Podobnie mieszkańcy Powiśla. Głosowali oni za Prusami Wschodnimi, jako czymś co wydawało im się bliższe. Kontakt z Polską stracili oni w 1772 roku. Metodą propagandy były także znaczki pocztowe wydawane przy okazji plebiscytu. Znaczek w odpowiedniej cenie ma na górze napis plebiscyt w języku francuskim. Główną jego częścią jest kobieta stojąca na schodach, przed czymś przypominającym skrzynię z napisem po łacinie - wola ludu. Skrzynia ta, to prawdopodobnie urna wyborcza, zaś kobieta ma symbolizować sprawiedliwość. Trzyma ona w rękach flagi Wielkiej Brytanii, Francji; Włoch i Japonii - są to oczywiście narodowości członków Komisji Międzysojuszniczej. Pod tą sceną u dołu znaczka znajduje się nazwa miejscowości druku znaczka w dwóch językach: Marienwerder / Kwidzyn. Pierwsze wersje znaczków plebiscytowych nazwę miejscowości miały tylko w języku niemieckim. Nie było nazwy polskiej. Po interwencji kół polskich, na znaczkach zaczęto drukować obie nazwy. Nadszedł czas na zgłębienie problemu tego, jak niemiecką agitacje odbierano w Polsce, zarówno w kręgach rządzących jak i wśród społeczeństwa na obszarze objętym plebiscytem. Wydział Propagandy Warmińskiego Komitetu Plebiscytowego w swoim raporcie do Warszawy przedstawia stan agitacji niemieckiej w miastach na obszarze objętym głosowaniem: Malbork. Agitacja niemiecka sięga do wszystkich warstw społeczeństwa i znajduje najgorliwszych propagatorów w obozie katolicko-centrowym. Jednym z najgorliwszych szerzycieli ger-manizmu jest ksiądz proboszcz Pingel. Objeżdża on stale prowincję. Heimatschutz wręczył mu ostatnio 10 000 marek na agitację. Na zebraniach katołickich przemawia on przeciwko Polsce Łukasz Sobczak 127 (-) kontragituje przeciwko akcji naszej „Ratujcie dzieci”3 . W Malborku większość Polaków stanowili katolicy, stąd też agitacja proboszcza Pingela, który jako przedstawiciel miejscowego kleru swoim nawoływaniem z ambony kościelnej, chciał nakłonić ich do głosowania za stroną niemiecką. Warto zauważyć, że przed plebiscytem, w czasie wyborów katolicka większość Polaków głosowała na katolickich kandydatów z Partii Centrum. Hasła malborskiego proboszcza miały duży posłuch wśród społeczeństwa. Głównym hasłem było „Katolicyzm nie jest niemiecki, katolicyzm nie jest polski, lecz międzynarodowy”. zacytowanym przeze mnie raporcie K. Dąbkowskiego o działalności niemieckiej propagandy na terenach plebiscytowych uwagę zwracają słowa „Ratujcie dzieci”. Słowa te to fragment hasła powtarzanego przez agitatorów i spotykanego w prasie - Tysiące dzieci wielkich miast proszą was - zabierzcie nas gdy nadejdzie lato. Drugim hasłem tego typu było: „Kto zabiera z kraju dzieci wielkich miast pomaga utrzymać ojczyznę.” W dalszej części raportu dotyczącego Malborka czytamy: Równolegle założył Heimatschutz wyższą szkołę ludową (...) w umyślnym celu agitacji przeciwpolskiej (...). Prócz tego odbywają się przedstawienia teatrał-ne pod kierownictwem niejakiego aktora Haffnera, zohydzające polskość4. Z raportu jasno wy-mka, że agitacja niemiecka przyjmowała różne formy oraz, że dotykała różnych sfer życia społeczno i kulturowego. Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich, organ Warmińskiego Komitetu Plebiscytowego, wielokrotnie odpowiadała na przejawy niemieckich działań propagandowych. Z artykułów tego pisma można dowiedzieć się jak ta agitacja przebiegała i jak przez Polaków hyła odbierana. Artykuł z dnia 16 czerwca 1920 roku mówi; „Rzadko napotykamy w pra-sie niemieckiej zajmującej się kwestią polską, na głosy nie przepojone jadem fanatycznej ku nam nienawiści oraz chęcią podjudzania opinii publicznej przeciwko organizującemu się i pomyślnie r°zwijającemu państwu polskiemu. Codziennym pokarmem duchowym, jakim gazety niemieckie karmiły swych czytelników to fałsze, oszczerstwa i hiobowe wiadomości o naszych ^niepowodzeniach ”s. Te hiobowe wieści dotyczyły wojny polsko-bolszewickiej. Trwała kontrofensywa radziecka, która około połowy czerwca dotarła już na wysokość miasta Równe, położonego nad rzeką Ujście. Armia radziecka zbliżała się do Warszawy i wydawało się, że nie ma ratunku dla dopiero co odrodzonego państwa polskiego. Ta trudna sytuacja dla Pol-ski, była skrzętnie wykorzystywana przez niemiecką propagandę, która odradzała glosowa-me za Polską, która była „w stanie oblężenia”, skazana na ponowną niewolę. Obywateli niemieckich straszono wizją przymusowego wcielenia do wojska polskiego w celu obrony te-rytorium kraju. Polacy skarżyli się nie tylko na kłamstwa i oszczerstwa niemieckiej agitacji, ale także na lej formę i rozmiary: „Coraz częściej zalepiają Niemcy płoty ogrodów i mury domów swemi ode-Zvvami (...). Również i gazety niemieckie na temacie plebiscytowym umieszczają raz po raz sążniste odezwy, by czytelników o słuszności swojej sprawy. Posuwają się nawet tak daleko, że zwra-Cają się zupełnie wyraźnie do Polaków rzucając najokropniejsze oszczerstwa o Polsce i Polakach, ^ąc ich wciągnąć w swoje sidła”6 . Przykład takiego bezpośredniego zwrotu do Polaków Plebiscyty na Warmii, Mazurach i Powiślu w 1920 roku. Wybór źródeł, P. Stawecki, W. Wrzesiński, Olsztyn 1986, nr 73. Plebiscyty na Warmii, Mazurach i Powiślu w 1920 roku. Wybór źródeł, nr 73. * Teka MK/ HPK/7. ‘ Teka MK/HPK/4. 128 Polska kradnie ci konia i krowę. O propagandzie plebiscytowej przedstawia Zygmunt Lietz w oparciu o ukazującą się w Kwidzynie „Deutsche Weichselze-itung”: „Po polsku mówiąca ludność w okręgu plebiscytowym! My musimy zdecydować, albo na coś niepewnego (polskiego)... My nie życzymy sobie żadnych nowych proroków... nauczycieli po 6 tygodniowych kursach... kto ma interes dostać się pod panowanie polskie? Tylko polska szlachta. Oni sami mają znów interes by panować, robotnikom dawać małą zapłatę i bić knutem. Kto dziś agituje za przyłączeniem do Polski? Tylko polska szlachta i przez nią opłacani, z daleka przybyli agitatorzy. Kto stoi na czele polskiego Komitetu? Nie ludzie z ludu, lecz szlachta (...)"7. W odpowiedzi na niemieckie oszczerstwa polska prasa nawoływała z pierwszych stron: Odróżniajmy fałsz od prawdy!. Straszono niemieckim militaryzmem i stanem niemieckiej gospodarki8. Doktor Łangowski szef oddziału III Naczelnej Komendy Straży Mazurskiej w swoim raporcie z 30 czerwca 1920 donosił: Prasa niemiecka jak szczuła, tak i szczuje dalej na Polaków. (...) Co do wojny przeciw Rosji Sowieckiej, przytaczają, że ona skończy się dla Polski niekorzystnie. (...) Piętnują polską gospodarkę (...) Na terenach plebiscytowych zaś podają to gazety niemieckie, nie pytając czy to jest prawdą i w ten sposób bezczelnie agitują za Niemcami9. Niemiecka indoktrynacja opierała się nie tylko na wiecach, manifestacjach czy przedstawianej tu przeze mnie prasie czy ulotkach. Chciałbym przedstawić niezwykle interesujący fragment Ekstra - Blattu, ulotki z dnia 28 czerwca 1920 roku, czyli tuż sprzed plebiscytu, w którym zamieszczony jest list niejakiego towarzysza Emila Freund (?). W liście tym przedstawia on wskazówki, jakie z Berlina otrzymali kierownicy agitacji na terenach plebiscytowych: „Należy otwarcie użyć wszelkich środków aby zaopatrzyć biedną ludność w masło, cukier, biały chleb do 11 lipca dla wygrania sprawy niemieckiej”. Artykuł kończy się dopiskiem towarzysza Emila, aby każdy czytelnik wyciągnął z tego kłamstwa, jak to określa, odpowiednie dla siebie wnioski. WYNIKI GŁOSOWANIA Plebiscyt odbył się 11 lipca 1920 roku. Jego wyniki okazały się niekorzystne dla Polski. 27 sierpnia 1920 roku ustalono, że granica będzie przebiegać 29 kilometrów od Wisły za wyjątkiem obszaru naprzeciw Gniewa - wsi Nowe, Lignowy, Kramrowo, Borsztych, Janowo i Małe Półka oraz portu w Korzeniewie, dworca w Gardei i przyczółka na Wiśle pod Opaleniem. Za Polską na Powiślu głosy oddało 7 947 osób, czyli 7,5 % wszystkich ważnych głosów (105 004). Wyniki głosowania w Malborku i powiecie przedstawiają się następująco: na 12 021 osób mieszkających w mieście (dane za rok 1911) za Polską głosowało zaledwie 165 osób. Jaka była przyczyna tak fatalnego wyniku? Według spisu powszechnego ludności z 1910 roku w powiecie malborskim mieszkało ogółem 62 056 ludności, z czego 1910 osób, tj. 3,1 % mówiło w języku polskim, 96,4% sta-nowiła ludność niemiecka, a 0,5 % Żydzi. Widzimy więc miażdżącą przewagę liczby lud-7 Z. Lietz, Plebiscyt na Powiślu..., s. 220. 8 Teka MK/HPK/5. 9 Plebiscyty na Warmii, Mazurach i Powiślu w 1920 roku. Wybór źródeł, nr 270. Łukasz Sobczak 129 ności niemieckiej nad polską. Oczywistym jest, że propaganda niemiecka w takim wypadku była niezwykle mocna i łatwa do przeprowadzenia dla Niemców. Problemem była także struktura warstwowa Polaków. Przeważającą większość stanowili katolicy z warstw niższych, podatni na agitacje osób pokroju proboszcza Pingela. Brakowało w mieście warstw inteligencji, która przeciwstawiłaby się niemieckim wpływom. Podobnie jest gdy spojrzymy na strukturę zawodową. W Malborku i powiecie malborskim znajdowało się 727 zakładów przemysłowych. 726 z tych zakładów należało do Niemców, a tylko 1 do Polaka - właściciela fabryki wozów Kuleckiego. Większość ludności polskiej powiatu stanowili rolnicy i robotnicy rolni. Byli oni uzależnieni od właścicieli, czy też sołtysów wsi - w tym wypadku od Niemców. Podobna struktura panowała na całym Powiślu. Wyjątek stanowi powiat sztumski, gdzie było stosunkowo dużo polskich gospodarstw rolnych oraz właścicieli okładów przemysłowych. Liczba ludności mówiąca językiem polskim w powiecie sztumskim wynosiła 46 %. Pewien odsetek ludności stanowiło kupiectwo. Było wśród ludności Polskiej kilku przedstawicieli inteligencji w postaci nauczycieli, dentystów, lekarzy i aptekarzy. Trzeba pamiętać także o problemie emigracji zarobkowej do Stanów Zjednoczonych czy Niemiec. Poza Malborkiem, gdzie znajdował się duży węzeł kolejowy i regencyjnym Kwidzynem, brak było na Powiślu miast i miasteczek, gdzie byłyby zakłady przemysłowe. Ludność wiejska nie mogła znaleźć zatrudnienia w mieście z powodu braku zakładów, ani na wsi, gdzie właścicielem był obywatel Niemiecki, wolący zatrudnić swojego kraina. Z tych powodów musieli oni udawać się na emigrację. Niezwykle trudno jest obliczyć dokładną liczbę Polaków z powiatów powiślańskich, którzy udali się za granicę w celach zarobkowych. Zygmunt Lietz przyjmuje ostrożnie, iż w latach największego nasilenia emigra-cji (lata 1880 - 1889) na 38 460 osób, które wyemigrowały, 2/3 stanowili Polacy. WNIOSKI Propaganda niemiecka w okresie przed plebiscytem 1920 roku była niezwykle silna 1 Uciążliwa dla Polaków. Niemcy na potrzeby agitacji mogli przeznaczyć ogromne sumy, ^ało to efekt w postaci olbrzymiej ilości ulotek, plakatów, gazet jakie zalały ulice, sklepy, Urzędy, płoty czy zwykłe domy na terenie Powiśla. Pieniądze wykorzystywano także w ce-tach korupcyjnych. Przekupywano Polaków bądź poprzez artykuły żywnościowe, o które Mo trudno w powojennym życiu codziennym, bądź przez drobne sumy finansowe. Nie-mieckie materiały propagandowe były tworzone przez specjalizujące się w tym osoby. Była to elita niemieckiego społeczeństwa - urzędnicy, księża, dziennikarze, lekarze. Ich nastawienie nacjonalistyczne, antypolskie skutkowało charakterem agitacji. Celem jej było szkalowanie Polaków. Używano wszelkich haseł, często nieprawdziwych, aby ukazać Polskę W jak najgorszym świetle. Operowano prostymi hasłami odwołującymi się do uczuć patriotycznych, rysunkami i obrazami, które swoją formą trafiały do każdego. Często były to tek-sfy mające straszyć obywateli niemieckich tym jak wygląda polska rzeczywistość, co może stać się gdy dokonają oni złego wyboru. Teksty gazet czy też ulotek były często także bardziej wyrafinowane, przeznaczone dla elit. Odwoływano się do chlubnej przeszłości czasów Zakonu Krzyżackiego, Prus wieku XVIII czy czasów kanclerza Bismarcka. Niejednokrotnie Agitatorzy zwracali się bezpośrednio do Polaków, zachęcając ich w odezwach do głosowania 130 Polska kradnie ci konia i krowę. O propagandzie plebiscytowej za stroną niemiecką, wabiąc obietnicami. Często do polskich gazet dodawano niemieckie, propagandowe. Robiono tak np. dodając do „Gazety Polskiej” niemiecką Weichselzeitung. Polacy często nawet nie dostawali swoich gazet, bo były one bezkarnie niszczone przez niemieckich listonoszy. Polskie plakaty, gdy tylko pojawiły się na słupach, płotach czy budynkach, tego samego albo następnego dnia były zrywane, albo zaklejane niemieckimi. Polska propaganda nie mogła dorównać rozmachowi niemieckiej. Za podstawowy błąd historycy uważają to, iż polskie organizacje kładł zbyt duży nacisk na rozwój kultury i oświaty. Nie skupiały się one natomiast na bezpośredniej propagandzie. Na agitację brakowało pieniędzy i doświadczonych kadr, które mogłyby nią odpowiednio pokierować. Agitacja nie spełniała swojego zadania, ponieważ nieliczna ludność polska bała się głosować za Polską, w obawie przed represjami ze strony Niemiec. Już ten fakt oraz przewaga liczebna ludności niemieckiej stawiał polską agitację plebiscytową na przegranej pozycji. Pamiętać należy także o tym, że w dniu plebiscytu na tereny objęte głosowaniem przybyło ok. 100 000 osób z Niemiec. Były to osoby urodzone na tych terenach, które jednak wyemigrowały do Niemiec. Ich przyjazd i pobyt tutaj zostały opłacone m. in. z kasy Arbeitsgemeinscha-ftu. Trudno dokładnie oszacować, ilu dokładnie Niemców przybyło do Malborka, ale mu-siała to być liczba spora. Dziś w archiwum w Malborku spotykamy telegramy z Niemiec do siedzib lokali plebiscytowych w Malborku z pytaniem - „Czy jestem na liście?” oraz z prośbą o wpisanie na listę glosowania. Komisja plebiscytowa nie miała na to wpływu. Agitacja niemiecka, pomimo zakazu ze strony Komisji Międzysojuszniczej, była prowadzona nawet w dniu plebiscytu, tuż obok lokali wyborczych. Władze miejskie pomagały w aktach terroru, osłaniając winnych zajść. Problem stanowili także dopiero co zgermanizowani Polacy, świetne znający teren działań, strukturę społeczną, zachowania i sposób myślenia ludności polskiej. Brakowało także poparcia ze strony rządu polskiego. Polsce groziła kolejna niewola, tym razem rosyjska. Ofensywa bolszewicka posuwała się w głąb Polski zagrażając Warszawie-Było to oczywiście wykorzystywane przez niemieckich agitatorów. Sprawa wojny polsko-bolszewickiej przyciągała więcej uwagi od sprawy plebiscytu na Warmii, Mazurach i Powiślu. Rząd w Warszawie bardziej interesował także problem plebiscytów na Śląsku, gdyż te ziemie i przemysł się tam znajdujący, były ważniejsze dla odradzającego się państwa od ziem o tak niskim stopniu rozwoju. Trzeba pamiętać, że zarówno rząd polski jak i polscy działacze nie wierzyli w zwycięstwo Polski w głosowaniu. Jednak klęska okazała się większa niż się spodziewano. Przyjęto ją z powszechnym oburzeniem i niedowierzaniem. Andrzej Wiłun 131 Andrzej Wiłun O POCZCIE I ZNACZKACH PODCZAS PLEBISCYTU W 1920 R. Zanim przejdę do sedna zwiastowanego tytułem niniejszej publikacji, najpierw krótki rys historyczny obrazujący to, co poprzedzało powstanie instytucji poczty na Powiślu takiej, jaka tkwi w naszych współczesnych wyobrażeniach. W tym miejscu chcę zwrócić uwagę Czytelnika, że przyjąłem w tym miejscu nazewnictwo miejscowości i innych pojęć geograficznych w języku niemieckim, czyli takim, jaki w praktyce na tych obszarach w ówczesnym, opisywanym, czasie praktycznie funkcjonował. W nawiasach podaję ich aktualne brzmienie w języku polskim. OD KANCELARII WIELKIEGO MISTRZA... Pierwsze informacje o przekazywaniu wiadomości na interesującym nas obszarze pochodzą z 1309 r., kiedy główną siedzibą wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego został Ma-nenburg (poi. Malbork). Kancelaria wielkiego mistrza stanowiła tutaj węzeł, w którym krzyżowały się drogi ówczesnej korespondencji. Knechci zatrudniani przy dystrybucji przesyłek zwani byli „Bryffjongen” i w każdej komturii stali oni zawsze gotowi do drogi. Wyróżniały ich niebieskie fartuchy jako podstawowy element ich stroju. Niezależnie od nich również chłopi dzierżawiący grunty od zakonu zobowiązani byli do świadczenia usług kurierskich na określonym obszarze. Osoby zatrudniane do przenoszenia korespondencji mu-siały cieszyć się zaufaniem zakonników i ich dobór nie był przypadkowy. W każdej komtu-rn prowadzone były księgi, w których znajdowały się adnotacje o obiegu przesyłek, łącznie 2 Wydarzeniami im towarzyszącymi i tylko pozornie nie mającymi bezpośredniego związku z odbywaną przez nie drogą. Pewna liczba tych ksiąg została odnaleziona w archiwum krzyżackim w Kónigsberg (poi. Królewiec, ros. Kaliningrad). Od XV w. pomiędzy miastami hanzeatyckimi zorganizowany był co najmniej jeden kurs dziennie dla przewiezienia przesyłek. Po przekształceniu zakonnego państwa Prus przez wielkiego mistrza Albrechta w księstwo świeckie (sekularyzacja Prus) w 1525 r. została zorganizowana regularna przesyłka korespondencji, która już nie stanowiła wyłącznej domeny zakonu, a właścicielem instytucji prowadzącej tę działalność był sam książę, który bezpo-Srednie sprawowanie obowiązków nad odprawami scedował na sołtysów i na specjalnie dla tego powołane urzędy. Za ich pośrednictwem prowadzony były wynajem środków transportowych oraz rejestry usług. Z nich wynika, że ówczesna poczta książęca trudniła się już fownież przewozem podróżnych, a ich personalia były rejestrowane. 132 O poczcie i znaczkach podczas plebiscytu w 1920 r. W XVII w. przesyłki kursowały już na trasie Berlin-Kónigsberg, a posłańcy mieli narzucone normatywnie czasy przejazdu. W 1618 r. mistrz posłańców - bo w międzyczasie powstał ich cech - Martin Neumann z Kónigsberga zainaugurował regularną linię przesyłową na trasie Kónigsberg-Danzig (poi. Gdańsk) pod nazwą „Ordinar Boten-Cours". Od tej chwili czas połączenia z Berlinem ciągle się skracał. Na polecenie księcia, zwanego Wielkim Elektorem, Fryderyka Wilhelma I, mistrz Martin Neumann organizował w 1646 r. raz w tygodniu kursy konnych posłańców na trasach Marienwerder (poi. Kwidzyn) - Danzig i Kónigs-berg - Memel (poi. Kłajpeda). W XVII w. sieć połączeń pocztowych w ówczesnych Prusach Książęcych kształtuje się następująco: Memel (poi. Kłajpeda) - Kónigsberg (poi. Królewiec, ros. Kaliningrad) - He-iligenbeil (poi. Święta Siekierka, ros. Mamonowo) - Marienburg (poi. Malbork) - Dir-schau (poi. Tczew) i dalej w kierunku Pomorza. Kónigsberg - Pr. Eylau (ros. Bagratio-nowsk) - Bartenstein (poi. Bartoszyce) - Rastenburg (poi. Kętrzyn) - Schippenbeil (poi. Sępopol) - Lótzen (poi. Giżycko) - Łych (poi. Ełk) - Angerburg (poi. Węgorzewo) - Rhe-in (poi. Ryn) - Johannisburg (poi. Pisz). Dla przewozu podróżnych powstało prywatne przedsiębiorstwo przewozowe z Kónigsberg przez Warmię do Elbing (poi. Elbląg), na Litwę i w rejon Preufiische Oberland (poi. Pojezierze Iławskie). Rozwój usług pocztowo-przewozowych przynosi również pokaźny przyrost obrotów finansowych. O ile przychody z tego tytułu w 1662 r. kształtowały się na poziomie 17 413 talarów, to już w roku 1675 na poziomie 29 333 talarów, aby w roku śmierci księcia Fryderyka Wilhelma (1688 r.) osiągnąć 79 971 talarów. 15 lipca 1699 r. dekretem został wprowadzony obowiązek stałych połączeń na obszarze całych Prus dwa razy w tygodniu. W tym samym czasie rząd pruski zarządził renowację dróg i budowę mostów. Jednocześnie zabroniono przewożenia przesyłek osobom prywatnym. Pewną ciekawostkę może stanowić fakt, że przesyłka listu z Kónigsberg do Berlina kosztowała 4 grosze i 6 fenigów, podczas kiedy na krótszej trasie z Kónigsberg do Marienwerder 6 groszy. Ta pozorna anomalia znajduje swe uzasadnienie w różnicy stanu dróg. Za panowania króla Fryderyka Wilhelma I Pruskiego rozwój komunikacji był już tak wielki, że na skrzyżowaniach wszystkich kursów i co każde 12 mil powstały stacje pocztowe, nawet jeśli w pobliżu nie było żadnej miejscowości. W takich sytuacjach wkrótce lokowała się karczma i kuźnia, co stanowiło zalążek nowego osadnictwa. W 1714 r. powstała nowa trasa pocztowa między Kónigsberg i Marienwerder. Ceny przejazdu kształtowały się w przedziale 9-12 groszy, w zależności od pory roku. Przy każdej zmianie konia zwyczajowo ze strony podróżnych był uiszczany napiwek 12 groszy. Dobitnym odzwierciedleniem tego, jaki nacisk był kładziony przez króla Prus na rozwój usług pocztowych stanowi jego wypowiedź: W każdej pruskiej miejscowości mają powstać placówki pocztowe, chcę mieć kraj, który poddany będzie kultywacji, poczta do tego należy, winny powstawać mosty i zabudowania poczty, drewna jest wystarczająco dużo. Od 1772 r., czyli I rozbioru Polski, wyzwaniem dla rządu pruskiego była organizacja placówek pocztowych na pozyskanych obszarach i zintegrowanie ich z dotychczasowym stanem posiadania. Tak powstają nowe trasy, obejmujące: z Berlina przez Kustrin (poi. Ko- Andrzej Wiłun 133 strzyn nad Odrą) - Schneidemuhl (poi. Piła) - Graudenz (poi. Grudziądz) - Marienwer-der (poi. Kwidzyn) - Marienburg (poi. Malbork) - Elbing (poi. Elbląg) - Frauenburg (poi. Frombork) - Braunsberg (poi. Braniewo) - Heiligenbeil (poi. Święta Siekierka, ros. Ma-monowo) - Neidenburg (poi. Nidzica). Z Marienwerder wytyczono nową trasę do Kónigsberg przez Riesenburg (poi. Prabuty) - Pr. Mark (poi. Przezmark) - Pr. Holland (poi. Pasłęk). W 1772 r. został zlikwidowany dekretem obowiązek obsługi poczty biskupiej na obszarze biskupstwa warmińskiego. Placówki biskupie zostały zamknięte, a w ich miejscach Generalny Urząd Pocztowy utworzył nowe, państwowe. Powstały też kolejne nowe trasy: Elbing - Pr. Holland - Heilsberg (poi.: Lidzbark Warmiński) - Rastenburg (poi.: Kętrzyn); Heilsberg - Guttstadt (poi.: Dobre Miasto) - Neidenburg (poi.: Nidzica); Heilsberg - Gut-tstadt - Mohrungen (poi.: Morąg) - Pr. Mark - Marienwerder. Około 1800 r. sieć szlaków pocztowych Prus Wschodnich była już na tyle rozwinięta, że można było na nie dotrzeć z Berlina zarówno od strony północno-, jak i południowo-zachodniej. Rozbudowa dróg i mostów, niezbędnych dla komunikacji pocztowej wyraźnie Opływała pozytywnie na stan zamożności tutejszych mieszkańców. W konsekwencji tego na przełomie lat 1852/1853 powstała linia kolejowa Marienburg - Kónigsberg, tzw. „Kolej Wschodnia”. W 1857 r. linia ta została powiązana z zachodnią częścią Królestwa Prus. Jednocześnie sukcesywnie powstawały boczne połączenia kolejowe tak, że ta infrastruktura mogła już w znacznym stopniu wspomagać usługi pocztowe. Zarządzeniem Królewskiego Gabinetu z 1849 r. każdemu rządowemu okręgowi powinna odpowiadać Naddyrekcja Poczty (niem. Oberpostdirektion, skr.: OPD). Na mocy tego zarządzenia na terenie Prus Wschodnich OPD powstają w Kónigsberg, w Gumbinnen (ros. Gusiew, lit. Gumbine), w Danzig i w Marienwerder. Ta ostatnia w 1868 r. została zlikwidowana i podłączona do OPD Danzig. W efekcie OPD Danzig obejmowała urzędy pocztowe w Danzig, Dirschau (poi. Tczew), Elbing (poi. Elbląg) Marienburg (poi. Malbork) oraz z dawnego obszaru OPD Marienwerder, czyli urzędy w Marienwerder, Thorn (poi. Toruń), Kulm (poi. Chełmno), Graudenz (poi. Grudziądz), Konitz (poi. Chojnice), Strasburg (poi. Brodnica). Dla obsługi poczty koleją powstały Urzędy Poczty Kolejowej (niem. Bahnpo-stamtern, skr. BPA). Tak powstała infrastruktura pocztowa została użyta dla przeprowadzenia plebiscytu na Powiślu w dn. 11 lipca 1920 r., w następstwie ustaleń Traktatu Wersalskiego po I Wojnie Światowej. Dla zrealizowania tego przedsięwzięcia traktatu z dn. 14.01.1920 r. włączono OPD Danzig wraz z wcześniej wchłoniętą OPD Marienwerder do OPD Kónigsberg. Decyzja ta wywołała bezskuteczne protesty ze strony polskiej. Po rozpoczęciu II Wojny Światowej powróciło to do stanu przedplebiscytowego, z tym, że dawna OPD Danzig przyjęła nazwę Dyrekcji Poczty Rzeszy (niem. Reichspostdirektion Danzig). Po II Wojnie Światowej w wyniku nowego podziału politycznego cały ten obszar znalazł się w zakresie działalności Urzędu Poczty Polskiej. 134 O poczcie i znaczkach podczas plebiscytu w 1920 r. WOKÓŁ ZNACZKÓW POCZTOWYCH Zapoznając się z materiałami źródłowymi na ten temat odniosłem wrażenie, że całemu przedsięwzięciu obsługi pocztowej na ówczesnych obszarach plebiscytowych nadano formę jakiejś batalii porównywalnej z wojskową. Trudno się dziwić stronie niemieckiej, że będąc świadomą wielkości zainwestowanych środków w rozwój opisanej wcześniej infrastruktury pocztowej - a przecież nie była to jedyna dziedzina gospodarcza państwa - niezwykle skrupulatnie wykorzystywała okoliczności, które miały przechylić wyniki głosowania na jej korzyść. Śamo zjawisko emisji znaczków plebiscytowych, towarzyszące ówczesnym wydarzeniom na Powiślu, wzbudza do dzisiaj emocje w środowiskach filatelistycznych. Nie chciałbym nadmiernie zanudzać Czytelnika szczegółami filatelistycznymi, interesującymi stosunkowo nieliczne środowiska hobbystyczne. Jednak te wspomniane wydarzenia w jakiś sposób rzutują na atmosferę, której kulminacja miała nastąpić 11 lipca 1920 r. Wśród przedstawicieli ówczesnych mocarstw, tworzących tzw. „Radę Czterech”, będących w opozycji do Niemiec w trakcie niedawnej wojny i obradujących podczas konferencji pokojowej w Paryżu nieco zdumienia, połączonego z oznakami wesołości, wzbudziło przemówienie Romana Dmowskiego, obrazujące wizję granic, odradzającej się po 123 latach niewoli, Polski. Ta wizja miała się pokrywać z dawną koncepcją Polski „od morza do morza” i ku przerażeniu wielu przedstawicieli wspomnianej czwórki, nie za bardzo orientujących się w niuansach terytorialnych tej części Europy, groziła kolejnym zaborem, tym razem sporej połaci Europy przez Polskę. Te wielkonarodowe koncepcje polskiego przedstawicielstwa na konferencji pokojowej w Paryżu musiały zostać okiełznane postanowieniami Traktatu Wersalskiego. Postanowienia owego traktatu, między innymi, dla rozstrzygnięcia przynależności politycznej obszaru Powiśla, Warmii i Mazur zdecydowały o konieczności przeprowadzenia plebiscytu, w trakcie którego lokalna społeczność miała o tym zdecydować. Mocą wspomnianego Traktatu Wersalskiego została powołana Międzysojusznicza Komisja Plebiscytowa, która na podstawie protokołu z dn. 9 stycznia 1920 r. opuściła Paryż 14 lutego i przybyła do Marienwerder (poi. Kwidzyn) 17 lutego. To ona miała pełnić rolę rządu w okresie trwania plebiscytu na jego obszarze. Oficjalna nazwa tej komisji w języku francuskim brzmiała: „Commission Interaliee de Gouvernement et de Plebiscite de Marienwerder" i dla rejonu Powiśla składała się z przedstawicieli Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch i Japonii. Jej przewodniczącym był Włoch Angelo Pavia, a stronę brytyjską reprezentował F. Sa-lisbury z Liveroool, jako szef brytyjskiego Urzędu Poczty i Telegrafu. To on, zdaje się, kierował działalnością komisji w zakresie funkcjonowania poczty i emisji znaczków pocztowych. Zapewne sam Pavia - aby nie tracić z oczu tego obszaru - wydelegował do współpracy z Brytyjczykiem włoskiego radcę pocztowego Rosę. Jednym z zadań tej komisji było realizowanie ustaleń fragmentu „E” wspomnianego protokołu z dn. 9.01.1920 r., którego brzmienie w języku polskim przytaczam: 1. „Z upływem dn. 12.03.1920 r. sprzedaż niemieckich znaczków w urzędach i agenturach pocztowych na obszarze plebiscytowym powinna zostać zaprzestana. 2. Od 13.03.1920 r., w czasie działalności Komisji Plebiscytowej mają moc ważności tylko nowe Andrzej Wiłun 135 nominały pocztowe, wydane zgodnie z wytycznymi Światowego Związku Pocztowego. Te będą sprzedawane w urzędach i agenturach pocztowych obszaru plebiscytowego Marienwer-der. 3. Osoby, które przed 13.03.1920 r. posiadały niemieckie znaczki pocztowe, mogą je do dn. 18.03.1920 r. bezgotówkowa wymienić na nowe znaczki we wszystkich urzędach i agenturach rejonu pocztowego. 4. Dotychczasowo używane niemieckie nadruki na kartach pocztowych, listach, przekazach pocztowych i listach pączkowych mogą być dalej używane, ale muszą one być ojrankowane wydanymi przez Komisję Plebiscytową znaczkami pocztowymi. 5. Każde ofrankowanie, które tak określonym warunkom nie będzie odpowiadać, jest nieważne i będzie podlegać podwojeniu opłaty za porto." Potem Salisbury w 1921 r. opublikował wspomnienia z tamtego okresu pt. „Postał Expe-riences in a Plebiscite Area". Stwierdzał on, iż po dokonaniu rozeznania w obszarze działalności poczty, jego ocena kompetencji urzędników i przygotowania organizacyjnego instytucji była wysoka i nie dostrzegał on potrzeby dokonywania jakichkolwiek zmian organizacyjnych. Mój poprzedni rys historyczny o poczcie na Powiślu pokazuje, iż na tym terenie rozwój usług pocztowych był kreowany przez niemiecką stronę i według tychże wzorców. Stanowisko Salisbury ego jest dla mnie oczywiste i zrozumiałe. Zamierzał on się oprzeć na większości niemieckich kadrach instytucji pocztowych, chociażby dla zapewnienia sobie komfortu swej pracy. Istnieją pewne sygnały, płynące ze środowisk polskich, świadczące o pewnym rozżaleniu taką decyzją Salisbury ego, jednak Komisja Plebiscytowa nie przychyliła się do postulatów polskich, które z pewnością mogłyby wpłynąć na zaburzenia personalne i organizacyjne w instytucjach poczty. W tej sytuacji największym zadaniem poczty, na którym musiał się koncentrować Salisbury, była emisja plebiscytowych znaczków pocztowych. Ich druk został zlecony włoskiej drukarni w Mediolanie Coen & Co. Mailand 1 z pewnością u źródła tego intratnego kontraktu tkwiły osobiste kontakty Angelo Pavii -przewodniczącego komisji - z właścicielem drukarni. Zresztą, jak wkrótce miało się okazać, drukarnia ta była nie najlepiej wyposażona i przygotowana do wypełnienia tego zadania. Znaczek przedstawiał alegoryczną postać kobiety stojącej na urnie wyborczej. Kształt Urny - przypominający trumnę - był powodem licznych skojarzeń z podejrzeniami o pew-ną celową działalność mającą zwiastować niepowodzenia Polaków w referendum plebiscy-fowym. W każdym razie stały się one przyczyną stosowania określenia dla tych znaczków w gronie filatelistów jako tzw. „wydania trumiennego”. Były one opatrzone napisami: „Co-mission Interalliee i Populi Voluntas Marienwerder" i wydane zostały w nominałach od 5 feni-gów po 5 marek na zróżnicowanych rodzajach papieru. Zlecone zadanie zdawało się przerastać możliwości techniczne mediolańskiej drukarni. Przestarzała technologia wpłynęła znacznie na jakość wydania. Do tego należy dodać zakłócenia transportowe, niewłaściwe ich opakowanie do transportu, itp. W efekcie do Marien-Wrder docierały one z opóźnieniem, często zawilgocone. Część z nich musiała ulec likwi- 136 O poczcie i znaczkach podczas plebiscytu w 1920 r. dacji poprzez spalenie. O tych komplikacjach wspomina Salisbury w swej publikacji. Od chwili pojawienia się Komisji Plebiscytowej i rozpoczęcia sprawowania przez nią funkcji administracyjnych na obszarze Powiśla (18 lutego) do chwili ukazania się pierwszych znaczków plebiscytowych 14 marca (pierwszego wydania „trumiennego” z napisem niemieckojęzycznym „Marienwerder”), z jednodniowym opóźnieniem w stosunku do planowanego, stosowane były znaczki niemieckie. Musiały być one jednak wyraźnie ostemplowane nazwą miejscowości i datownikiem. Dostawa pierwszych znaczków plebiscytowych zainspirowała Salisbury ego do równoległego ich stosowania wraz ze znaczkami niemieckimi. Jednak Angelo Pavia nie wyraził na to zgody i w efekcie ich wymiana kosztowała urzędników wiele pracy. Opóźnienia w dostawach znaczków z Włoch wymusiły na komisji decyzję zlecenia przedruków niemieckich znaczków miejscowej drukarni Wendta Grolla w Marienwerder. Również ta drukarnia nie dysponowała nowoczesnym wyposażeniem i zlecenie to było przez nią realizowane w warunkach sporej improwizacji. Przedruki wykonano na znaczkach z wizerunkiem popiersia Germanii o nominałach od 5 do 80 fenigów oraz na przedstawiających gmach Ministerstwa Poczty Rzeszy o nominale 1 marki (na zdjęciach przykładowe znaczki Andrzej Wiłun 137 bez nadruku plebiscytowego). Pierwsza taka akcja była realizowana w okresie od 27.03 do 08.05.1920 r. Wkrótce podwyższenie opłat za usługi na obszarze całych Niemiec spowodowało potrzebę kolejnego uzupełnienia rezerw. Wprawdzie Komisja Plebiscytowa próbowała protestować, uważając, że wzrost cen znaczków nie powinien mieć miejsca na obszarze plebiscytowym pod zarządem owej komisji, ale ostatecznie spór ten załagodzono i komisja w końcu uznała argumenty strony niemieckiej. W okresie od 27 marca do 8 marca przy udziale drukarni Grolla wprowadzono do obiegu kolejne fenigowe nominały „Germanii”, przewartościowując przedruki na nominały od jednej do pięciu marek. Liczne błędy, a nawet próby fałszerstw dokonywanych przez pracowników drukarni w zmowie z urzędnikami poczty wymykały się spod kontroli. W tej sytuacji dyrektor poczty w Marienwerder, Hutten- hain, czując się bezsilny w przeciwdziałaniu oszustwom, za przyzwoleniem Komisji Plebiscytowej, zlecił kolejne przedruki drukarni w Berlinie. Przedstawiały one Ministerstwo Poczty Rzeszy na nominałach: 1, 1,25, 1,50 marki oraz alegorię „Północy” z „Południem” z postacią „Geniusza” w środku za 2,50 marki. W dniu plebiscytu 11 lipca 1920 r., a potem jeszcze w dn. 8 sierpnia 1920 r. weszło do obiegu drugie wydanie mediolańskie wersji „trumiennej”, uwidocznione na wcześniejszym zdjęciu. Znaczki te różnią się od pierwszego wydania kilkoma szczegółami, ale najistotniejsze jest pojawienie się obok niemieckiego napisu „Marienwerder” polskiej nazwy miasta „Kwidzyn”. Zostało to wykonane wskutek protestów strony polskiej. Jednak urzędy pocztowe znacznie ograniczały ©frankowanie przesyłek tymi walorami i jeżeli posiadały inne alternatywne, to w pierwszej kolejności je stosowały. Zauważalna niechęć urzędników poczty W stosowaniu znaczków z „Kwidzynem” była zapewne odgórnie zalecana. Potem do niewykorzystanych w trakcie plebiscytu nominałów dodrukowano „Deutsches Reich”. Komisja Plebiscytowa opuściła Marienwerder 16 sierpnia, a znaczki plebiscytowe mogły być na tym obszarze stosowane jeszcze do 13 września 1920 r. 138 Twierdza Malbork. Losy mieszkańców w 1945 roku Bożena Włodarczyk Monika Tomkiewicz TWIERDZA MALBORK LOSY MIESZKAŃCÓW W 1945 ROKU Od czerwca 1944 roku Niemcy rozpoczęli przygotowania do obrony Malborka przed wkroczeniem wojsk radzieckich. Miasto zostało ogłoszone twierdzą. Sowiecka armia w bardzo szybkim tempie zdobywała nowe tereny zmuszając wojska niemieckie do przesunięcia się coraz bardziej w kierunku zachodnim. Ludność cywilna zamieszkująca te tereny zdawała sobie sprawę, iż zbliża się koniec w miarę spokojnego życia, co zapowiadały częste naloty radzieckich samolotów zwiadowczych badające niemieckie umocnienia i rozmieszczenie wojsk. Plan Armii Czerwonej polegał na jak najszybszym oskrzydleniu wojsk niemieckich i błyskawicznym odcięciu ich od reszty Niemiec poprzez dotarcie do Zalewu Wiślanego. Tę część planu miały zrealizować wojska 2 Frontu Białoruskiego dowodzone przez marszałka Konstantego Rokossowskiego. Ofensywa rosyjska ruszyła 12 stycznia 1945 roku, a armia Rokossowskiego uderzyła 14 stycznia w kierunku Ostródy i Elbląga, bardzo szybko posuwając się naprzód. 22 stycznia Rosjanie byli już w Olsztynie posuwając się w kierunku na Malbork i Elbląg. DZIAŁANIA WOJENNE NA TERENIE MALBORKA 24 STYCZNIA - 9 MARCA 1945 ROKU Malbork stał się głównym miejscem koncentracji uciekinierów z Prus Wschodnich oczekujących na dalszą ewakuację w kierunku zachodnim. 24 stycznia 1945 roku spadły na miasto pierwsze radzieckie pociski artyleryjskie, a 25 stycznia odjechał z Kałdowa (przedmieścia Malborka), ostatni pociąg z ludnością cywilną. Atmosfera w mieście, nawet po rozpoczęciu wielkiej radzieckiej ofensywy zimowej nie zapowiadała tragedii, jaka miała stać się udziałem ludności zamieszkałej na tym terenie. „Jeszcze 22 stycznia, kiedy wojska 2 Frontu Białoruskiego szybkim marszem zbliżały się do miasta, panował w nim „pokojowy nastrój". Otwarte były kina i restauracje, ludzie robili zakupy w sklepach i rozmawiali o wydarzeniach dnia codziennego. Tego względnego spokoju nie zdołały zakłócić nawet przeciągające się już od października 1944 roku wozy uciekinierów z prowincji Memel (Kłajpeda)1. Sytuacja w mieście zmieniła się dopiero wówczas, gdy nadeszła wieść, że 23 stycznia czołgi wroga wdarły się do Elbląga i przesuwają się w kierunku Malborka. Wywołało to wielką panikę wśród mieszkańców, którzy przy srogich mrozach, sięgających 20 stopni, połączonych z zamieciami śnieżnymi, zaczęli masowo opuszczać miasto. Te rodziny, którym nie udało się opuścić Malborka przed zimową ofensywą, musiały rozpocząć ewakuację na własną rękę. Jak wspominają po latach dawni mieszkańcy Malborka, nie została właściwie przygotowana żadna planowa ewakuacja, a to co działo się z miejscową ludnością przypo- 1 W. Jedliński, Malbork dzieje miasta, Malbork 2000, s. 227. Bożena Włodarczyk, Monika Tomkiewicz 139 minało bardziej paniczną ucieczkę. Jedną z najwcześniejszych relacji z wydarzeń w mieście przekazał porucznik Werner Schutze z Malborka, który bardzo szczegółowo przywołał w pamięci dzień 22 stycznia: »Leżę w lazarecie w Morągu, kiedy dociera przedpołudniem alarmująca wiadomość: lazarety mają być natychmiast opuszczone, Rosjanie są na przedpolach Morąga! To przecież niemożliwe! Wczoraj wieczorem rozniosły się plotki, że w nocy ewakuowane mają być kobiety i dzieci. Ale to przecież tylko plotki! Około południa lazaret marszem wyrusza w kierunku Ornety. [...] Proszę lekarza o zwolnienie mnie, on się jednak na to nie zgodził. Udaje mi się jednak czmychnąć i przez przypadek natrafiam na kolumnę ciężarówek, która zamierza jechać przez Malbork, i zabieram się z nią. Z daleka słychać kanonadę armat! Myśłeliśmy, że wróg jest jeszcze daleko. Kolumny uciekinierów wydają się nie mieć końca, noc jest bardzo zimna, około S rano przybywamy do Malborka. Miasto pogrążone jest jeszcze w głębokim śnie, panuje absolutny spokój. Jedziemy aż do koszar Zakonu Krzyżackiego, gdzie się żegnam i pospiesznie udaje się do naszego mieszkania na Heinelweg. Wyrywam moich rodziców ze snu. Jak wygląda tutaj sytuacja?Malbork nie ma być ewakuowany. Przewidziano go jako twierdzę mającą się samodzielnie bronić przez trzy miesiące [,..J ”2 Bardzo szybko ulice miasta wypełniły się ludźmi, którzy w rozmaitych pojazdach, na kózkach, rowerach, saniach pchali swój dobytek, aby jak najszybciej znaleźć się na drugim brzegu Nogatu, a następnie za Wisłą, gdzie, jak się spodziewano, będą bezpieczni. „Na przebycie 3 km odcinka drogi w Wielbarku na dworzec kolejowy potrzeba było aż S godzin. Droga między Malborkiem a Tczewem była bez reszty zablokowana przez wozy uciekinierów i samochody Wehrmachtu, z których żandarmeria połowa wyłapywała tzw. „dekowników". Napór ludzki na mosty był tak wielki, że w pewnym momencie zostały one całkowicie zablokowane. W nocy z 23 na 24 stycznia na peronach dworca kolejowego w Malborku ludzie przez wiele godzin oczekiwali na przyjazd pociągu. Wśród oczekujących na mrozie, bez ciepłej strawy, znajdowały się matki z dziećmi, chorzy i wymagający opieki starcy. Kiedy wreszcie 24 stycznia o świcie lokomotywa wtoczyła się na dworzec, ciągnęła za sobą tylko kilka otwartych wagonów towarowych. Za wybrańców losu uważali się ci, którzy wywalczyli dla siebie skrawek miejsca do stania. Reszlu musiała włączyć się do kolumny pieszych"3. Również 24 stycznia odjechał z malborskich koszar położonych w dzielnicy Piaski ostatki pociąg sanitarny z rannymi i chorymi. Nastąpiło to w momencie, gdy pociski radzieckie padały już w okolicy cukrowni i dworca kolejowego. Tego samego dnia samochodami opuściło miasto kierownictwo powiatu. 25 stycznia 1945 roku wyjechali na rowerach policjanci z posterunku w gmachu starego Ratusza w Malborku. Opuścił również stację Kał-dowo ostatni pociąg towarowy ze stłoczonymi uciekinierami. W czasie kiedy pociąg odjeżdżał w kierunku Tczewa, wojska radzieckie przełamywały już stanowiska na Rakowcu i posuwały się w stronę parku miejskiego i mostów na Nogacie. Trwający prawie całą noc ostry °strzał artyleryjski spowodował, że ludzie znajdujący się na szosie zaczęli w panice uciekać Ua tereny pobliskich pól. Irena Schónberg szczegółowo opisała te zdarzenia: „Mieszkałam ruzem z moja matką i bratem w domu przy Niederle Lauben 31, do którego wejście było od stro- G. Fieguth, Marienberg 1945 Kampf um Stadt und Burg, Miinchen 1992. ^•Jedliński, op. cit., s. 223. 140 Twierdza Malbork. Losy mieszkańców w 1945 roku ny Schmiedegassel. [...J W styczniu 1945 roku dyskutowaliśmy żarliwie ze znajomymi i sąsiadami o tym, czy należy uciekać czy nie. Byliśmy zdecydowani pozostać w domu. W naszej masywnej wyposażonej w grube ściany piwnicy stały łóżka piętrowe. [...J Ulice były tymczasem pełne transportów i uciekających z wszystkich kierunków ludzi. Coraz więcej sąsiadów ubywało. [...] Rozkaz opuszczenia domów i ewakuacji dla mieszkańców tych ulic nigdy nie został wydany. [...] Wieczorem 24 stycznia uderzył granat w sklep z odzieżą Lehmannów przy Niederle Lau-ben, który znajdował się kilka domów dalej. Ponieważ śródmieście opuszczone już zostało przez dużą część ludności, nie znalazł się nikt, kto mógł ugasić pożar. Ogień przedarł się przez drewnianą podłogę podcieni i wdzierał się coraz dalej. Patrzyliśmy z niepokojem, jak płomienie zbliżają się coraz bliżej naszego domu, i radziliśmy, co robić. 25 stycznia wciąż przyglądaliśmy się, jak ogień powoli się rozprzestrzenia. Zobaczyliśmy wtedy policjantów wychodzących ze Starego Ratusza, którzy wsiedli na rowery i przejechali obok nas. Zawołaliśmy do nich, aby dowiedzieć się czegoś bliższego. Jeden z nich krzyknął do nas: <