Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2020 roku” Fobos contract packing & manufacturing Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos Invest »DZKA i MIEJSKA WUOIEUmiKZHA un. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 W58 301-48-1 1 w.227, 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 1(39) 2020 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Piotr Napiwodzki Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Bogumił Wiśniewski, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Adam Langowski Projekt okładki: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki: Prace plastyczne Martyny Baranowicz Skład komputerowy i przygotowanie do druku: KIMSO Marcin Zakiewicz Druk: Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Spółdzielni Socjalnej Fabryka Inicjatyw w Malborku, Sztumskiemu Centrum Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury - sklep Tabularium Sztumskie Centrum Kultury Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Trzydziesta dziewiąta „Prowincja”..............................................5 Poezja Borys Bartfeld............................................................6 Nina Jurewicz...............................................................9 Proza Krzysztof Bochus - Boski znak..........................................11 Tomasz Wandzel - Chłopiec z Kresów.......................................16 Piotr Napiwodzki - Wilhelm z Modeny w podróży, część 8 ....................21 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy.........................................26 Andrzej Kasperek - Wincentego Pola relacja z podróży po Żuławach...........32 Wspomnienia katyńskie Nie wolno uczestniczyć w kłamstwie - z profesorem Marianem Szarmachem rozmawia Adam Langowski...............................................38 Spojrzeć w twarz Katyniowi - z Elżbietą Rozkwitalską rozmawia Adam Langowski...............................................45 Dziadek nigdy nie poznał najmłodszej córki - z Wandą Makarą rozmawia Julia Kaczmarczyk............................................51 Leszek Sarnowski - Ze szkoły do katyńskiego lasu...........................56 Wędrówki po prowincji Izabella Nierojewska-Driemel - Wiatraki moich marzeń.....................63 Mariusz Wiśniewski - Żywy skansen architektury drewnianej w Żuławkach i Drewnicy................................................77 Wiesław Olszewski - Ceglana zagroda........................................83 Krystyna Błaszczyk-Ryszkowska - Zaczęło się od komisji opieki nad książkami.86 Alicja Łukawska - Z „Córką organisty” w Markusach..........................94 Stanisława Wojciechowska-Soja - Homo viator utrudzony i radosny wędrowiec..101 Na tropach historii Grażyna Nawrolska - Odkrywanie Prabut.....................................114 Bogumił Wiśniewski - Fresk z kwidzyńskiej katedry............................124 Łukasz Rzepczyński - Dąb Cesarza. Przyczynek do dziejów Placu Plebiscytowego w Kwidzynie.......................................131 Rozmowy Miłość od pierwszego dźwięku - z Kacprem Smolińskim, muzykiem grającym na harmonijce chromatycznej, rozmawia Wacław Bielecki ..138 W literaturze zawsze i wszystko jest możliwe - z Marcelem Woźniakiem, pisarzem, rozmawia Adam Kamiński.......................................143 Z nożem na Latarni - z Lechem M. Jakóbem - pisarzem, redaktorem portalu: pomorski magazyn literacko-artystyczny „Latarnia Morska”, rozmawia Artur D. Liskowacki........................149 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski - Notatki słów i obrazów (10)............................153 Paweł Zbierski - Dziennik kataloński (7)....................................163 Muzyka Wacław Bielecki - Zapiski melomana........................................171 Magiczna prowincja Michał Majewski - Rodowo wioska sztuk i cudów...............................185 Galeria Prowincji Michał Laskowski - Martyny Baranowicz „włamanie się do struktury widzialnego”................................192 Okiem fotosnajpera Piotr Opacian - Żurawie...................................................194 Recenzje Andrzej Kasperek - Świadectwo urodzenia......................................199 Janusz Ryszkowski - Lektury na czas epidemii................................201 Noty o autorach.............................................................206 TRZYDZIESTA DZIEWIĄTA „PROWINCJA” Rozpoczynamy dziesiąty rok naszego istnienia i kolejnym numerem naszego kwartalnika kłaniamy się naszym Czytelnikom. Ostatnie tygodnie przyniosły nam trudny czas nieprzewidywalnej epidemii, czas kwarantanny, życia w odosobnieniu. Radzimy sobie jak potrafimy, także z naszą wspólnotą. Przyłączamy się do apeli o zostanie w domach, ale staramy się być razem wirtualnie, a nawet realnie, choćby muzykując wspólnie na balkonach, wspierając służbę zdrowia, pomagając osobom starszym robić zakupy, szyjąc w domowych zaciszach ochronne maseczki, dbając o rodzinę, a nade wszystko czytając. I po to jesteśmy między innymi my. Na czas „zarazy” nie wymiękamy i przygotowaliśmy dla Państwa kolejny numer kwartalnika, choć nie wiemy, kiedy będziemy mogli się zobaczyć na bezcennych dla nas spotkaniach promocyjnych. W poezji postawiliśmy na młodość i doświadczenie, a także przekraczanie granic. Prezentujemy z jednej strony wiersze Borysa Barfelda, uznanego rosyjskiego poety z Kaliningradu, a z drugiej strony poetyckie próby niedawnej licealistki z Malborka, Niny Jurewicz. Proza to fragment najnowszego kryminału „Boski znak”, pochodzącego z Kwidzyna, Krzysztofa Bochusa oraz najnowsza powieść „Chłopiec z Kresów” Tomka Wandzia z Prabut i ostatnia część przygód „Wilhelma z Modeny” autorstwa Piotra Napiwodzkiego z Koślinki. Profesor Andrzej C. Leszczyński tym razem o osamotnieniu, wstydzie, resentymentach i pograniczu, a Andrzej Kasperek ogląda Żuławy oczami Wincentego Pola. Wspomnienia katyńskie to nasz, nie tylko rocznicowy, obowiązek pamięci. Stąd rodzinne opowieści o Stanisławie Szarmachu, Janie Skóreckim, Feliksie Pogorzelskim i Zdzisławie Gierlińskim. W żuławskiej części wędrówek po prowincji Izabella Nierojewska-Driemel opisuje swoje doświadczenia „walki z wiatrakami”, dosłownie i w przenośni. Mariusz Wiśniewski prezentuje projekt żywego skansenu architektury drewnianej w Żuławkach i Drewnicy, a Wiesław Olszewski opowiada o ceglanej zagrodzie w Powalinie. O początkach (a także nowym obliczu) biblioteki w Sztumie opowiada Krystyna Błaszczyk-Rysz-kowska, Stanisława Wojciechowska-Soja kreśli sylwetkę emigranta z Kociewia, a Alicja Łukawska opowiada o wyjątkowej recepcji swojej książki „Córka organisty” w gminie Markusy. Grażyna Nawrolska opisuje swoje archeologiczne odkrywanie Prabut, Bogumił Wiśniewski zaprasza do kwidzyńskiej katedry, a Łukasz Rzepczyński kreśli dzieje cesarskiego dębu z Kwidzyna. Wacław Bielecki rozmawia z muzykiem ze Sztumu Kacprem Smolińskim, o jego ostatnich koncertach między innymi z Agnieszką Duczmal. Marcel Woźniak, pochodzący z Kwidzyna pisarz, opowiada Adamowi Kamińskiemu, że w literaturze wszystko jest możliwe, a Artur D. Liskowacki w rozmowie z Lechem M. Jakóbem, redaktorem naczelnym portalu literackiego „Latarnia Morska” z Kołobrzegu, przybliża naszym Czytelnikom to ważne pomorskie pismo. Kolejne refleksje z prowincji dalszych i pogranicza przesyłają nam Krzysztof Czyżewski z Sejn i Paweł Zbierski z Katalonii. Michał Majewski tym razem fotografuje magiczne Rodowo, a Piotr Opacian, fotosnajpera podgląda żurawie. W „Galerii Prowincji” prezentujemy młodą artystkę, absolwentkę gdańskiej ASP, pochodzącą z Barcic Martynę Baranowicz, a na okładce, jak zwykle, króluje Mariusz Stawarski. Przetrwajmy ten trudny czas razem i nie dajmy się wirusowi. Zostańmy w domu, jak długo będzie trzeba, i budujmy swoją siłę. Zapraszamy do lektury. Redakcja „Prowincji” Poezja Borys Bartfeld Przekład Krzysztof D. Szatrawski MINKOWSKIEGO CZAS POZORNY Na Wilno mknąc drogą szybkiego ruchu, Coraz większego nabierając pędu, Autobus pożądliwie pochłania Dostępną mu euklidesową przestrzeń, Nie przekraczając granic realnego czasu, Łukiem omija Kaunas z północy. Gdzieś tutaj w cichym podmiejskim Aksonie W przypadkowym pęknięciu nieprzerwanie płynącego czasu, Jakie się zdarzyło między Litwą i Rosyjskim Imperium, Chłopiec rezolutny przyszedł na świat w rodzinie litewskiego Żyda, Handlującego, jak dozwolono w strefie osiedlenia Bakaliami i wszelką drobnicą W czasach pierwotnej akumulacji kapitału, Którego nie zdobył przez nieporozumienie, Mimo wielkiej cierpliwości i ślepego posłuszeństwa Kanonom wiary oraz naukom miejscowego rebe. Z Litwy do Prus Wschodnich, osiem lat później Wyjechała rodzina zmieniając rosyjskie Obywatelstwo na niemieckie, do Kónigsberga -Praojczyzny cywilizacji fizyków, Którzy w XX wieku odnieśli pyrrusowe zwycięstwo Nad filozofami i wszelkimi innymi lirykami. Gimnazjum Altstadt jak puszka sardynek Nabita przyszłymi genialnymi fizykami I dowódcami, którzy przynieśli nieszczęście wiedzy I rozkazy uszczęśliwionym żołnierzom, Wyzwalające ich ze współczucia i winy Za rozgrzeszony z góry gwałt. Okulary ograniczają swobodę planów na przyszłość Nie mniej, niż piąta pozycja w ankiecie, Której jeszcze nie umieszczono, ale już efektywnie działa. Okularnik dokonał wyboru. O świcie żywota Grand Prix Poezja 7 Akademii Paryskiej w dziedzinie teorii liczb Za twierdzenie o reprezentacji dowolnej liczby W postaci sumy kwadratów pięciu liczb naturalnych. Zadanie w takim stopniu trudne, w jakim i abstrakcyjne, Ani szczególnego pożytku z niego nie ma, Ani wielkiego bogactwa, niespodziewana Sława zwaliła się na kruche plecy studenta, Który stał się geniuszem, nim stał się pełnoletni. Minkowski kroczy korytarzem Albertyny Naprzeciw drugiemu matematycznemu geniuszowi, Potwierdzającemu swą aksjomatyką Dobrze nam znaną geometrię Euklidesa, By później w zamian zaproponować światu Wielowymiarową przestrzeń Hilberta. Konne przejażdżki w Rauschen Do ulubionej jabłoni, powozem nad morze Trzy godziny podróży mijały Na rozmowach o cudach Matematycznych tożsamości i niezwykle skomplikowanych Orzeczeniach logicznych o kompletności niemożliwego Zamkniętego systemu twierdzeń niesprzecznych, na Boga! Nie ma w tym sprzeczności z zamkniętym Boskim porządkiem świata... a także nieba. A później Bonn, matematyczna samotnia, Jak Eskimos na ogromnym lodowcu, Oderwany od bliskich sercu brzegów, Pozbawiony możliwości mówienia W matematycznym języku swego plemienia. I koresponduje z Królewcem jak polarnik, Cierpiący i nieszczęśliwy Z nadzieją na ocalenie. Tymczasem stary Hertz, który nie dożyje Trzydziestu ośmiu lat, Zabawia Hermanna elektrodynamiką Ruchomych układów Jak i falami elektromagnetycznymi Które odkrył w maleńkim Bonn, I w każdy czwartek zaprasza Młodego profesora na domowy obiad. 8 Poezja A potem rodzinny Królewiec, Nie na długo, na rok zaledwie. Hilberta wezwano do Getyngi, A Minkowskiego do Zurychu... nieważne, Ze niejaki Albert Einstein nie był błyskotliwym studentem? Ziarno zostało zasiane pomyślnie, I berneński urzędnik miał kiedyś zepchnąć Newtonowską konstrukcję świata Z piedestału trzech setek lat W relatywistyczną przepaść poznania. Wszak ograniczone w swej prędkości światło Przemierza pustkę podświadomości. Ale zamysł był radykalny Rozerwać trzy wymiary istnienia, Przebiwszy hiperprzestrzeń osią urojonego czasu I odrodzić jej symetrię. Wszystko pięknie się układało, Równanie Maxwella było niezmienne. Tylko upływ czasu pozostał nieodwracalny. Bóg się przestraszył, Oto zostało ledwie mgnienie Do wyprowadzenia głównej tajemnicy Algorytmu boskiego aktu stworzenia Z funkcji gęstości boskiego istnienia Zwykłego układu naszego ziemskiego żywota. I gestem chirurga, rutynowo Wycinającego wyrostek, Bóg obrzezał skalpelem Śpiewającą nić, genialnie napiętą Od Litwy przez Królewiec, Do Getyngi i z powrotem Nadaremnie. W styczniu nie było mu dane dokończyć Ogólnej teorii zwyczajnego ludzkiego szczęścia. Poezja 9 Nina Jurewicz O MÓJ SPOKOJU w moim pokoju wodne grochy dudnią o okna dachowe gorliwie bębnią walą i biją obłe ładunki z mętnej deszczówki potłukły wszystkie lustra tak nieznośnie w rytmie twoich ulubionych utworów w moim pokoju okno rozbił grad szkło jest wbite w puszysty dywan burzową nocą się mienią odłamki sennym błękitem twoich oczu w moim pokoju brudnymi liśćmi wiatr łóżko wyłożył biała pościel w niej piach zatęchła woń wilgoci zdusiła twój zapach w moim pokoju z barwy grafitu na ścianach wyleciał ptak chorobliwie przemoczony wyrwał z zegarów wskazówki by wpleść je w nieswoje gniazdo o mój spokoju jak mam wytłumaczyć że szkło mi w dywan wlazło i że nie będę na czas 10 Poezja ZAMIAST MANDATU chciałabym w ruchach mieć tyle gracji takiej co starsze panie przepełnia kiedy je w miejskiej komunikacji zakręty zmuszają do tańczenia i umieć się tak na spokoju skupić niczym postawne pasażerów szkice co zwykły konsekwentną dłonią dusić chyboczące się w rzędzie szubienice NIEISTOTNE obudziłam się siedząc w samolocie obok ptaka stojącego na środku pasa startowego chciałabym napisać że odlatywałam obserwując zachód słońca przede mną ale słońce ziewało za moimi plecami z zamkniętymi oczami zanudzone lirycznymi tematami a ptak stał, trwał i odleciał niewzruszenie bycie autorytetem nic dla niego nie znaczyło Proza Krzysztof Bochus BOSKI ZNAK1 Fragment najnowszej powieści Krzysztofa Bochusa, która ukazała się 11.03.2020 r. nakładem Wydawnictwa Skarpa Warszawska. To kontynuacja bestsellerowej powieści „Lista Lucyfera” wydanej w ubiegłym roku. 12 Boski znak Gdy w południe Berg dotarł na via Nicola Botta, uliczka była dziwnie opustoszała. Skwar wypłoszył nawet największych entuzjastów sycylijskich zabytków. Ze ściśniętym sercem zapukał w drzwi. Odczekał kilka sekund i ponowił próbę. Tym razem odpowiedział mu lekki szmer po drugiej stronie. Z ulgą usłyszał skrzypnięcie starych odrzwi. A więc jednak! Nie mógł wiedzieć, że ktoś obserwuje tę scenę. Rosły mężczyzna siedzący na schodkach kościółka bacznie śledził jego poczynania. Przypominał jednego z turystów, znużonych słońcem i bieganiną po ciasnych uliczkach Cefalu. Podniósł komórkę i zrobił kilka zdjęć via Nicola Botti. Maria Teresa stanęła w progu. Dopiero w pełnym słońcu Berg zauważył, jak rasową ma twarz. Musiała być niegdyś piękną kobietą. Prosty nos jak z greckiej monety, wystające kości policzkowe i porcelanowa skóra o bladym zabarwieniu. Pani Carozza nie lubiła słońca. A Eugen Schurrle musiał kochać piękno we wszystkich postaciach. Dystyngowanym ruchem zaprosiła go do środka. Dom był duży i wysmakowany. Wąski korytarz obwieszony marynistycznymi olejami prowadził do obszernego salonu. Berg stanął olśniony w jego progu. Pomieszczenie wypełnione od podłogi po drewnianą powałę dziełami sztuki przypominało małe muzeum. Wrażenie to potęgowały ciemne gabloty wypełnione białą bronią: szablami janczarskimi, muszkietami, jataganami wysadzanymi drogimi kamieniami i pistoletami inkrustowanymi srebrem. W rogu pokoju stała grupa marmurowych posągów zrudziałych od upływu czasu. Po przeciwległej stronie przyciągała wzrok stojąca na podeście oryginalna husarska zbroja, z lamparcią skórą i skrzydłami chwały spod Wiednia czy Chocimia. Terakotę na podłodze pokrywały miękkie perskie dywany tłumiące kroki Adama. Grube kamienne mury pokryte były zachwycającymi tapiseriami z powtarzającym się motywem Ledy i łabędzia. Najpiękniejsza tkanina wisząca w salonie nie odwoływała się jednak do mitologii greckiej. Utkany ze złocistych i brązowych nici niewielki gobelin ukazywał romantyczny zamek na tle pąsowego nieba. Berg dobrze znał tę budowlę. — To pamiątka, tkanina pochodząca z Czochy. — Maria Teresa stanęła obok niego. — Eugen nawet w Cefalu nie mógł zapomnieć o tym miejscu. Tylko tam czuł się naprawdę szczęśliwy... Zauważył, że powiedziała to już po raz drugi. Jak bardzo nieszczęśliwy musiał się czuć Schurrle w tym domu? Z dala od górzystej krainy śniegu. Kraju jego młodości? Usiedli przy małym stoliku. Staruszka rozlała smolistą kawę do filiżanek. — Bardzo dziękuję, pani Carozza, że zgodziła się pani mnie przyjąć — powiedział Berg i skłonił głowę. — Uznałam, że i tak nie da mi pan spokoju. Poza tym jest pan Polakiem. A Eugen miał wobec pańskich rodaków jakieś poczucie winy. Pamiętam, jaki był podekscytowany, gdy wybrano na papieża waszego Wojtyłę. Krzyczał, że to znak czasów, dowód na ostateczne pojednanie między Niemcami i Polakami. Wie pan, że o wyborze Jana Pawła II przesądziły głosy niemieckich kardynałów? — Wiem, pani Carozza, ale do prawdziwego pojednania jeszcze daleka droga. — Tak, ma pan rację. — Pokiwała głową. — Za dużo krwi przelano... Krzysztof Bochus 13 — Nie tylko o to chodzi. Wie pani, płynie we mnie ćwiartka niemieckiej krwi. Mój dziadek był Niemcem, policjantem w Wolnym Mieście Gdańsku. Przetrwała o nim pamięć jako o odważnym i dobrym człowieku. Nie mam więc żadnych uprzedzeń. Prawdziwe pojednanie wymaga jakiejś elementarnej sprawiedliwości. Mój kraj został przez nazistów zniszczony tak doszczętnie, że ludzie we Włoszech nie są w stanie sobie tego nawet wyobrazić. Kwestia rewindykacji zrabowanych w czasie wojny dzieł sztuki należy do tego niezapłaconego rachunku. Dlatego poszukuję skarbów z zamku Czocha. Nie dla siebie, to ma być rodzaj rekompensaty za straty, jakie ponieśliśmy w czasie wojny. Tym właśnie różnię się od ludzi, którzy odwiedzili pani męża przed jego tragiczną śmiercią... — Dlaczego tragiczną? — Utkwiła w nim gorejące spojrzenie. — Wspomniałem pani, że Roden to niebezpieczny typ. Złodziej i morderca w jedwabnych rękawiczkach. Zastanowiło mnie, że tuż po jego wizycie pani mąż zmarł. Poprosiłem znajomego z tutejszej policji o pomoc w tej sprawie. Dzisiaj rano odebrałem od niego telefon. Odnalazł dla mnie akt zgonu i porozmawiał z lekarzem, który go sporządził. To doktor Leone z Palermo. — Nie pamiętam tego lekarza... A w akcie zgonu była mowa tylko o prawdopodobnym zatrzymaniu akcji serca. — Podobno nie zgodziła się pani na sekcję zwłok. — Miałam się zgodzić, aby go kroili? Czy to zwróciłoby mi Eugena? Poza tym byłam wtedy w szoku, nie chciałam nikogo widzieć. W jakimś sensie umarłam tego dnia wraz z Eugenem... — Czy tuż przed śmiercią męża zauważyła pani jakieś niepokojące objawy? — Co pan ma na myśli? — Na przykład postępujące osłabienie organizmu, wypadanie włosów, paznokci, owrzodzenia na skórze, niestrawność czy brak apetytu? Miał wrażenie, że Carozza nagle się skurczyła i zapadła w fotelu. — To prawda — powiedziała po dłuższej chwili. — Pojawiły mu się na skórze dziwne owrzodzenia, myślałam, że to jakaś alergia lub zatrucie pokarmowe. A na krótko przed śmiercią prawie w ogóle stracił apetyt. Ale skąd pan wiedział...? — Pani Carozza... — Berg starał się uważnie dobierać słowa. —To są typowe objawy zatrucia arszenikiem lub podobnym trującym specyfikiem. Doktor Leone miał pewne wątpliwości, ale policja je zlekceważyła. Ostatecznie pani mąż miał ponad dziewięćdziesiąt lat. A pani nie zgodziła się na sekcję zwłok... — Myśli pan, że ten Roden otruł mojego męża? Berg widział, jak drżą jej ręce. — Na pewno był do tego zdolny. Musiał być wściekły, gdy Eugen odmówił współpracy, być może chciał w ten sposób zamknąć mu usta na zawsze i storpedować działanie potencjalnej konkurencji. Chociażby takiej jak moja. Czy Roden poczęstował czymś pani męża? — Był u nas dwa razy. Za pierwszym razem na pewno nie... — Carozza skrzywiła się, jakby to wspomnienie sprawiło jej fizyczny ból. — Ale gdy pojawił się ponownie, przyniósł 14 Boski znak mężowi jakiś drobiazg. Tak, teraz sobie przypominam, to były belgijskie czekoladki. Tak jakby skądś wiedział, że Eugen uwielbiał słodycze. Myśli pan, że były zatrute? — Czy pani także kosztowała tych słodyczy? — Nie — odpowiedziała po namyśle, jakby dopiero w tym momencie dotarła do niej istota tego pytania. — Nigdy nie przepadałam za słodkościami. Zjadł je wyłącznie Eugen, w dwa dni opróżnił całe pudełko. Myśli pan...? — To możliwe... W pokoju zapadła cisza, tak jakby te słowa potrzebowały czasu, aby odpowiednio wybrzmieć. Berg wiedział, co przeżywa teraz jego rozmówczyni. — Pani Carozza, przywiozłem pani prezent z zamku Czocha. — Zdecydował się przerwać to ciężkie milczenie po dłuższej chwili. — To fotografia Eugena z grudnia roku czterdziestego czwartego, być może ostatnia, na której został uwieczniony w tym szczególnym dla niego miejscu. Carozza z uwagą wpatrywała się w zdjęcie. Na pierwszym planie widniał młody mężczyzna bez cienia uśmiechu na twarzy. Znała to wejrzenie: chmurne i zdecydowane... Ubrany był w zwykły strój roboczy, na nogach miał zabłocone kalosze, w ręku trzymał latarnię. Towarzyszyło mu trzech górników w kaskach i z oskardami w dłoniach. Wyglądali, jakby dopiero wyszli z podziemi. W tle, rozmleczonym zimową mgłą, rysowały się kontury zamku. — Nawet pan nie wie, ile to dla mnie znaczy. — Carozza podniosła na niego swoje smutne oczy. — Eugen nie przywiózł stamtąd żadnego zdjęcia, wszystko przepadło w tym przeklętym zamku. Tak jakby nie miał dzieciństwa czy młodości... Każdy ma jakąś pamiątkę z pierwszej komunii czy zdjęcie na kucyku... On nie miał nic. Jakby był uciekinierem ze świata, który nigdy nie istniał... Berg zrozumiał, że lepszego momentu już nie będzie. — Pani Carozza, jest pani jedyną osobą, która może mi pomóc — powiedział. — Czy mogę liczyć na pani zrozumienie? Nie odpowiedziała od razu. Mierzyła go uważnym spojrzeniem. Miał wrażenie, że widzi go na wskroś. — Proszę pytać — odpowiedziała cicho. — Czy Eugen kiedykolwiek wspominał o skarbach ukrytych w zamku Czocha? — Nie wprost. Twierdził jednak, że „prawdziwe frukta zostały dobrze ukryte”. To jego słowa. — Czy pozostawił jakąś wskazówkę dotyczącą miejsca ukrycia skarbów? — Nie prowadził żadnego dziennika czy tajnych zapisków, jeśli o to panu chodzi... A ja nigdy o te sprawy nie pytałam. Wspomniał jednak kiedyś, że zwycięzcy odnaleźli na zamku tylko to, co mieli znaleźć. I że kluczem do skarbu jest Anhanger. — To ktoś z obsługi zamku? Współpracownik Eugena? — Nie mam pojęcia. Krzysztof Bochus 15 Berg nie krył rozczarowania. Przed wyjazdem do Włoch dokładnie przestudiował materiały dotyczące Czochy przekazane mu przez Wójtyszkę. Nie przypominał sobie, aby któryś z członków służby pałacowej nosił takie nazwisko. Kiepski efekt jak na tak daleką wyprawę. Spodziewał się o wiele więcej. — Pani Carozza, czy pozwoli mi pani rozejrzeć się po domu i obejrzeć pokój Eugena? Być może coś uszło pani uwagi... — Proszę. — Rozłożyła ręce. — Ale proszę nie spodziewać się rewelacji. Z wojny przywiózł tylko tę husarską zbroję. Podarował mu ją sam Giitschow. Białą broń i rzeźby nabył już po wojnie. Lubił szperać po targach staroci. Ludzie wiedzieli o tej jego pasji i sami przynosili mu różne rodzinne pamiątki. Nawet pan sobie nie wyobraża, jaka bieda panowała tu po wojnie... Gabinet Eugena pogrążony był w cieniu. Miał tylko jedno okno wybite w grubym murze. Umeblowany był zaskakująco skromnie: biblioteka na całą ścianę, duży sekretarzyk, skórzany fotel z podnóżkiem. Berg przymknął oczy. Wyobraził sobie starca siedzącego tu w samotności, w tej samotni ożywianej jedynie szumem fal, zatopionego w rozpamiętywaniu przeszłości. Wiecznego tułacza, który nad tym ciepłym morzem wspominał karkonoskie zimy i czapy śniegu zbierające się na bramie wjazdowej do baśniowej Czochy. Odrealnionej i nierzeczywistej, przesłoniętej gorzkim smakiem wygnania... Podszedł do biblioteki. Tak jak się spodziewał, Eugen był erudytą. Na regale piętrzyły się stosy albumów malarskich, książek, roczników tygodnika „Der Spiegel” i inkunabułów w złoconej oprawie. Półkę wyżej zalegały dzieła filozofów. Ludwik Wittgenstein, Carl Schmitt, Peter Sloterdijk... Wziął do ręki książkę tego ostatniego. Jego uwagę przykuł cytat podkreślony zapewne ręką Schurrlego — Kto mówi ludzkość, ten chce oszukać. Jaki był człowiek, którego nie dane mu było spotkać? Jakie miał przekonania, w co wierzył ów strażnik tajemnic, który swoje oddanie sprawie zapewne przypłacił życiem? Sądząc po podkreślonym cytacie, szukał ekspiacji i rozgrzeszenia... Czy jego życie rzeczywiście skończyło się w momencie ucieczki z Dolnego Śląska? A reszta była tylko komentarzem, wegetacją rozwleczoną na kilkadziesiąt lat spędzonych na rozmyślaniach w tym ponurym pokoju, w obcym kraju, wśród nierozumiejących go ludzi? Na przeciwległej ścianie, pogrążonej prawie zupełnie w cieniu, zauważył ciemny prostokąt. Jedyny obraz w całym pokoju. Podszedł bliżej. Delikatnie ściągnął go ze ściany i podszedł do okiennego wykuszu. Płótno było wielkości kartki formatu A4. Najprawdopodobniej była to kopia jednego z barokowych malarzy włoskich. Nie był sygnowany, ale żywa paleta barw pozwalała przypuszczać, że powstał w szkole naśladowców Tycjana. Ukazywał postać biblijnej Ewy opartej o drzewo grzechu. Berg z rozczarowaniem wpatrywał się w spękaną ze starości malaturę i pozłacaną ramę. Jedyny obraz wiszący w prywatnym gabinecie Schurrlego nie był żadnym arcydziełem. Miał przed sobą dzieło anonima, co najwyżej kopię jakiegoś nieznanego mu malarza. Dlaczego Eugen przywiązany był do tego właśnie drugorzędnego płótna? Czyżby zabrał ze sobą tę tajemnicę do grobu? 2 Peter Sloterdijk, Kryształowy pałac. O filozoficzną teorię globalizacji, przeł. Borys Cymbrowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2011, s. 326. Tomasz Wandzel 17 Ludwik siedział na ganku, próbując wypatrzeć w mroku nadchodzących mężczyzn. Noc była ciemna, że oko wykol, niebo szczelnie zasnute chmurami, a od niedalekiego lasu pełzły pod zabudowania wsi warkocze październikowych mgieł. Wokół panowała złowroga cisza. Kilka lat wcześniej wieś rozbrzmiewałaby dźwiękami harmonii, skrzypiec, wesołym śpiewem. Jednak ta przerażająca, bezsensowna wojna przewróciła wszystko do góry nogami. Najpierw zaatakowali Niemcy. Ludwik pamiętał rozpaczliwe komunikaty z walczącej Warszawy. Tu na Kresach wojna była czymś odległym, nie licząc wojskowych pociągów jadących na zachód. Dopiero gdy Rosjanie wbili nóż w plecy zmagającej się z hitlerowcami Polsce, ludzie na własnej skórze doświadczyli stalinowskiego terroru. Po nich z kolei wkroczyli Niemcy, ale dla tutejszych mieszkańców obie okupacje były tak samo straszne. Ruscy wysyłali na wschód każdego, kogo uznali za inteligenta lub bogacza. Czasami wystarczyło umieć czytać i pisać, by zostać zaliczonym do tych pierwszych, albo mieć w domu zegar z kukułką, by zasilić szeregi tych drugich. Hitlerowcy wywozili na zachód wszystkich, którzy nadawali się do pracy. Ludwik szczęśliwie uniknął wywózki na Syberię, ale to nie znaczyło, że kiedy ruskich zastąpili Niemcy, mógł czuć się bezpiecznie. Teraz niebezpieczeństwo mogło przyjść od tych, z którymi jeszcze cztery lata temu razem pił, śpiewał, tańczył. Ukraińscy sąsiedzi nagle zaczęli na Polaków popatrywać wilkiem. Jakby zapomnieli wszystkie te lata, kiedy jeden drugiemu gotów był iść z pomocą. Owszem, część ukraińskich sąsiadów nadal odnosiła się do Polaków życzliwie, ale należeli oni do mniejszości. Ludwik posłyszał w ciemności ciężkie kroki. - Kto idzie? - rzucił półgłosem w nieprzenikniony mrok. - To ja, Roman - odpowiedział mu również szeptem Dębicki. Z Romanem Dębickim Ludwik jeszcze za kawalera razem chadzali na zabawy do okolicznych wsi. Drugi zjawił się Jan Czarnecki. Chwilę po nich nadszedł Józef Kuraś, a jako ostatni Wacław Sawicki. Wszyscy byli w podobnym wieku, znali się od dziecka i ufali sobie. - Rotmistrz już jest? - zapytał szeptem Kuraś. - Nie, jeszcze nie ma, ale obiecał przyjść - odparł Ludwik, podnosząc się z ławki - zaczekajcie, sprawdzę, czy żona zapędziła dzieci do łóżek - dodał, wchodząc do domu. -Tośka, dzieci już śpią? - zagadnął żonę zmywającą w miednicy naczynia. - Tak, przed chwilą sprawdziłam. - Długo ci tu jeszcze zejdzie? — Nie, jakieś pięć minut. Zostało mi zaledwie kilka talerzy — odparła kobieta, wycierając lnianym ręcznikiem trzymane w dłoniach naczynie. Kiedy skończyła zmywanie, pochowała talerze, kubki oraz sztućce do kredensu i wyszła z kuchni. Nie podobały się jej te potajemne spotkania organizowane przez męża. - Zobaczysz, one jeszcze nam co złego przyniosą - straszyła, kiedy Ludwik zapowiadał, aby wieczorem dzieciaki szybko poszły spać. - Tośka, ja robię to właśnie po to, by nic złego nas nie spotkało - odpowiadał tonem, który wykluczał dalszą dyskusję. 18 Chłopiec z Kresów Antonina przeszła przez pokój, w którym spały dzieci, i weszła do małżeńskiej sypialni. Ledwie zamknęły się za nią drzwi, z jednego z łóżek wysunęła się dziecięca postać i przez uchylone okno wyskoczyła do ogrodu. Cicho podeszła do stojącej przy murze drabiny i szybko wdrapała się na strych. Ludwik zajrzał do kuchni, a widząc, że jest pusta, gestem przywołał pozostałych mężczyzn. Henryk tymczasem leżał już bez ruchu na stryszku nad kuchnią. Przez szparę w deskach miał doskonały widok na całe pomieszczenie oświetlone nikłym płomieniem karbidowej lampy. Stryszek pachniał sianem, którego resztki z ubiegłorocznych sianokosów poniewierały się w kącie. Ostra woń szczurzych i mysich odchodów kręciła w nosie, ale o kichnięciu nie było mowy. Nikt z siedzących przy kuchennym stole nawet nie przypuszczał, że obserwują ich czujne oczy siedmiolatka. Chłopiec wołał nie myśleć, co by się stało, gdyby któryś z mężczyzn odkrył, że podgląda i podsłuchuje spotkanie, w którym nawet jego matka nie mogła brać udziału. Mimo to Henryk zaryzykował i wymykając się z łóżka, które dzielił z młodszym bratem, wspiął się po drabinie na strych. Nie był to pierwszy raz, kiedy z wypiekami na twarzy słuchał tego, o czym rozprawiali mężczyźni. Może i nie rozumiał wszystkiego, ale zdawał sobie sprawę, że są to tajne spotkania, podczas których mówiono o wojnie, partyzantach, Niemcach, atakach ukraińskich band i organizowaniu przez Polaków obrony. Dziecięca ciekawość była silniejsza od kilku razów skórzanym rzemieniem. Tak po prawdzie, ilekroć ojciec używał rzemienia, miał ku temu powód. - Wiesz, co zrobiłeś i jaka jest za to kara. Kładź się i przyjmij ją, jak na twardego chłopa przystało - powtarzał, gdy Henryk złamał jakiś zakaz, nie wykonał w porę polecenia czy zrobił coś, o czym dobrze wiedział, że nie powinien tego robić. Drzwi na dole zaskrzypiały cicho i do domu wszedł kolejny mężczyzna. Przywitał się z siedzącymi przy stole i zajął ostatnie wolne miejsce. Wyglądał na starszego od pozostałych. Był postawny. W mizernym świetle lampy jego opalona twarz wyglądała jeszcze ciemniej. Tego człowieka Henryk widział po raz pierwszy. - Panie rotmistrzu, czy są jakieś wiadomości albo instrukcje z Warszawy? - mężczyzna siedzący najbliżej ojca zwrócił się do nowo przybyłego. - Panowie, rozkazy są takie, żeby nie prowadzić żadnych działań ofensywnych, a skupić się wyłącznie na obronie ludności polskiej. - Zdziwione spojrzenia obecnych skierowały się w jego stronę. Mężczyzna siedział niewzruszony, opierając na stole potężne dłonie. - To jakieś żarty! - nie wytrzymał Ludwik, zaciskając dłoń w pięść. - Najpierw ruscy wbili nam nóż w plecy i wywieźli tysiące naszych na Syberię. Po nich przyszły szkopy, którzy nie są lepsi. Teraz Ukraińcy zaczynają wyrzynać Polaków niczym barany, nie bacząc czy to kobiety, starcy czy dzieci. A my mamy się temu bezczynnie przyglądać? - mówił, coraz mocniej zaciskając dłoń. - Ludwiku, takie są rozkazy. Moi chłopcy po pierwsze są jeszcze zbyt słabo uzbrojeni, a po drugie mam ich za mało, żeby ze wszystkimi walczyć. - Panie rotmistrzu, to chociaż brońcie nas przed bulbowcami. Teraz to słychać o pojedynczych mordach, ale za jakiś czas, jak poczują, że wszystko im wolno, zaczną całe wsie mordować - nie ustępował ojciec. Pozostali zaczynali przyznawać mu rację. Tomasz Wandzel 19 -Tym bardziej, że my was karmimy, ubieramy, a tym samym narażamy nie tylko siebie, ale całe nasze rodziny. Wiecie, co Niemcy robią z tymi, którzy pomagają partyzantom -wtrącił niski mężczyzna siedzący obok pieca. Dopiero gdy się odezwał, Henryk rozpoznał w nim sąsiada Wacława Sawickiego. Mężczyzna miał syna w jego wieku i chłopcy bardzo często się razem bawili. Nieznajomy mężczyzna nazywany rotmistrzem potoczył ciężkim wzrokiem po zgromadzonych. - Panowie, jest wojna i każdy z nas coś ryzykuje. Czy sądzicie, że nie wołałbym w tej chwili być w Warszawie przy swojej żonie i córeczce? Wołałbym, ale nie jestem, ponieważ ich już nie ma. Gdy rok temu gestapo przyszło do mojego mieszkania, nie zastali mnie w domu. Zabrali moją rodzinę i ślad po niej zaginął. Tak więc doskonale wiem, co to znaczy narażać swoich bliskich. - Po słowach nieznajomego w izbie zapadła cisza. Mężczyźni patrzyli po sobie. - Za kilka tygodni spodziewamy się otrzymać większy transport uzbrojenia - oznajmił rotmistrz, wstając od stołu. - Mam nadzieję, że to przyciągnie w nasze szeregi kolejnych ochotników - dodał, podchodząc do okna. Teraz Henryk widział go doskonale. Mężczyzna był bardzo wysoki. Czarne sięgające karku włosy tu i ówdzie pokrywała już siwizna. Wojskowa kurtka ciasno opinała potężne barki. — Panowie, zdaję sobie sprawę z sytuacji mieszkańców okolicznych miejscowości. Jedynym sensownym rozwiązaniem, jakie w tej chwili widzę, jest utworzenie w każdej wsi oddziałów samoobrony. Ich rolą będzie nie tylko obrona mieszkańców, ale również patrolowanie okolicy, zwłaszcza w nocy i alarmowanie w razie zagrożenia. Wiemy, że Ukraińcy masowo wstępują do niemieckiej policji, by po kilku dniach zdezerterować, w ten sposób zdobywając broń. Niemcy tolerują ten stan rzeczy w nadziei, że ukraińskimi rękami nas wykończą. Ale my się tak łatwo nie damy. Z dostawy, o której już wspominałem, dla każdej wsi przeznaczę po dwa karabiny. - Deklaracja rotmistrza zrobiła na zebranych wrażenie. Kiedy pół godziny później mężczyźni zaczęli się rozchodzić, Henryk, korzystając z zamieszania, zszedł ze strychu i przez nikogo niezauważony wrócił do łóżka. Jego rodzeństwo mocno spało. Ledwie przykrył się pierzyną, do pokoju zajrzał ojciec. Chłopiec wstrzymał oddech, bojąc się, że jego wyprawa została jednak zauważona, ale po chwili drzwi się zamknęły. Ludwik, po sprawdzeniu czy dzieci śpią, wrócił do pustej kuchni. Ze stojącego przy oknie garnka nalał sobie kwasu chlebowego i usiadł za stołem. Po wizycie rotmistrza spodziewał się czegoś więcej niż tylko mglistych zapewnień o dostawie broni i zwiększeniu w ten sposób liczby partyzantów. Zdawał sobie jednak sprawę, że leśni tak naprawdę niewiele mogli. Działali w bardzo trudnych warunkach. Z jednej strony Niemcy, z drugiej radziecka partyzantka, a z trzeciej bandy ukraińskich nacjonalistów wierzących w obietnicę Hitlera o niepodległej Ukrainie. Utworzenie oddziałów samoobrony miało sens. Tym bardziej, że część gospodarzy poukrywała w stodołach czy ziemiankach pistolety, strzelby i inną broń. - Czym się tak martwisz? - usłyszał za sobą zatroskany głos żony. Odwrócił głowę i spoj- rzał na Antoninę. 20 Chłopiec z Kresów - Tym samym co wszyscy. Jak przetrwać kolejny dzień, dać dzieciom jeść - odpowiedział, ściskając gliniany kubek. - Może powinniśmy wyjechać? - zaproponowała nieśmiało żona. Nie był to nowy pomysł. Ludwik sam zastanawiał się nad nim wiele razy. Tylko dokąd mieli się wyprowadzić? Tu był cały ich świat. Dom, gospodarstwo, ziemia, zwierzęta. Tylko dzięki temu wszystkiemu udawało się jakoś związać koniec z końcem. Kilku polskich gospodarzy przeprowadziło się do Kostopola, gdzie mieli krewnych. Ale z tego co Ludwik słyszał, wcale nie było tam ani lepiej, ani bezpieczniej. Różnica polegała na tym, że tamci musieli uważać na Niemców, a ci, którzy pozostali, na Ukraińców. - Na razie trzeba doczekać wiosny, a później pomyślimy - zdecydował, podchodząc do żony. Przytulił ją i pocałował w czoło. - Nie martw się, Tośka. Dotąd sobie radziliśmy, to i dalej damy sobie radę - wyszeptał. - Obyś miał rację, obyś miał rację - westchnęła. Wątpliwości żony były uzasadnione. Tegoroczne żniwa należały do najgorszych. Ostra zima, sucha wiosna i wilgotne lato sprawiły, że niektórzy gospodarze nie mieli czego zbierać. Jednak dopiero po żniwach okazało się, że jest gorzej, niż Ludwik przypuszczał. Ziarna było o połowę mniej niż w poprzednim roku. A z tego i tak połowę należało oddać jako kontyngent. Trochę lepiej było z sianem. Więc przynajmniej krowa i koń będą miały co jeść. Ale dla domowników jedzenia mogło nie wystarczyć. - Jadę jutro do Andrzeja - zapowiedział Ludwik pewnego wieczoru. Zona spojrzała na niego zaskoczona. Mąż nieczęsto odwiedzał swojego brata. Zwłaszcza teraz, gdy każda podróż nawet do odległego o dwanaście kilometrów Kostopola po cukier czy karbid mogła skończyć się tragicznie. - A coś się stało? - spytała z lękiem w oczach. - Jeszcze nie, ale nie przetrwamy zimy, jeśli będziemy musieli wyżywić całą rodzinę. Poproszę, aby na kilka miesięcy przygarnął Henryka i Stanisława. Heniek ma już ponad siedem lat, a siły tyle co dziesięciolatek, więc nie będzie darmo siedział u wuja, tylko coś pomoże w obejściu - wyjaśnił Ludwik, przysiadając na zydlu obok pieca. Obserwował Antoninę, wyrabiającą ciasto na chleb. Wiedział, że oddanie dzieci do jego brata nie spodoba jej się. Uważała, że zwłaszcza w obecnych czasach, powinni trzymać się razem, ale nie widział innego wyjścia. - Naprawdę nie można inaczej? - zapytała, patrząc na Ludwika zapłakanymi oczami. - Może jednak przeprowadzimy się do wuja Stefana? Ma duży dom, więc i nasza piątka się pomieści. Ludwik tylko pokręcił głową i ruszył do wyjścia. Przy drzwiach zatrzymał się i spojrzał na żonę. - Tośka, tam będą mieli lepiej niż tutaj, a te kilka miesięcy szybko zleci - pocieszył ją i wyszedł przed dom. Piotr Napiwodzki 21 Piotr Napiwodzki WILHELM Z MODENY W PODRÓŻY1 część 8 „Czas się pożegnać”. Pomyślał Wilhelm wpatrując się w skromne zabudowania powstającej osady, którą rycerze zakonni chcieliby w przyszłości uczynić swoim ważnym portem. Cały ten obszar, który przebył w ostatnich dniach, a więc teren pomiędzy Insulae Mariae Virginae (Kwidzynem) a Elblągiem, z perspektywy map papieskich czy cesarskich był ciągle jeszcze w dużej mierze białą plamą. Tak pewnie postrzega go też Wielki Mistrz Zakonu teutońskich rycerzy. Trudno mu mieć jednak za złe, że nigdy osobiście nie przybył w to miejsce. W końcu na dworze cesarskim był o wiele bardziej przydatny dla sprawy nowej, północnej siedziby Zakonu. Po bliższym zapoznaniu się ze stanem faktycznym okazuje się, jak zresztą bywa to zwykle, że sprawy przedstawiają się inaczej: to ziemie zamieszkałe, będące areną rozgrywek pomiędzy plemionami Prusów, Słowianami w drugiej strony Wisły i z Polski, osadnikami głównie z Pożegnanie Wilhelma, rys. Agnieszka Rutka-Napiwodzka terenów cesarstwa. Ważnym, chociaż słabnącym lokalnym graczem, są ciągle Duńczycy. Natomiast rycerze zakonni wchodzą tu jedynie jako organizacyjna nadbudowa, którą przyjdzie im pewnie z dużym trudem utrzymywać przez następne lata, a może nawet dziesięciolecia, aż wszystko okrzepnie i zbliży się do normalności innych chrześcijańskich krajów. To i tak jednak całkiem dobra perspektywa i realna szansa na poszerzenie wpływów władzy papieskiej. Wilhelm wierzył, że jego osobista obecność jako papieskiego legata nadaje przedsięwzięciu właściwą rangę, a także w jakiś sposób Ciąg dalszy opowiadania fantastycznego, które jest swobodną interpretacją życia i działalności Wilhelma z Modeny. Część 1 w: Prowincja 2 (28) 2017, część 2 w: Prowincja 4 (30) 2017, część 3 w: Prowincja 2 (32) 2018, część 4 w: Prowincja 3 (33) 2018, część 5 w: Prowincja 4 (32) 2018, część 6 w: Prowincja 2 (36) 2019, część 7 w: Prowincja 3 (37) 2019. 22 Wilhelm z Modeny w podróży, część 8 równoważy zbyt dużą lojalność rycerzy zakonnych wobec cesarza. W tym trudnym okresie sporów papieża z cesarzem równowaga powinna być zachowana także na nowo pozyskanych ziemiach, a może właśnie zwłaszcza tutaj. Są tu co prawda bracia kaznodzieje od św. Dominika, ale czy utrzymają się długo? Nie jest to wcale pewne. W Gdańsku chociażby, do którego Wilhelm podróżował, dominikanów niedawno jeszcze wygnał Świętopełk. Pomyśleć, że niektórzy nazywają go „wytrawnym politykiem i szczęśliwym wodzem” i może w taki sposób zapisze się na kartach historii2. W każdym razie najpierw zaprosił dominikanów, dał im kościół, potem się obraził, prawdopodobnie dlatego, że za bardzo trzymali z rycerzami zakonnymi, później znowu przywrócił ich do łask. Niestety, tak jest tutaj wszędzie. Wszystko jest tak bardzo niepewne, tak nieukorzenione, tak bardzo jest stąpaniem po wodzie. To prawdziwy cud, że jednak powoli coś udaje się wznosić. No właśnie. Wilhelm raz jeszcze spojrzał na wodę. Tyle razy podróżował statkiem i chociaż był Piemontczykiem, zdążył zżyć się z morzem. Jego ulubiony Psalm XXIII rozpoczynał się słowami „Pańska jest ziemia i to, co ją napełnia, albowiem On go na morzach ustanowił i przygotował ponad rzekami”. Wypowiadając te słowa myślał o Kościele ufundowanym na mistycznym, bezkresnym morzu, a więc na strumieniach łask Chrystusa otrzymywanych na chrzcie, w których obmywa się grzeszna ludzkość. Ziemia, która jest Pana, czyli Chrystusa, to oczywiście Kościół, na którą spadło ziarno Ewangelii i przyniosło owoc3. Czy na tych wodach tutaj też da się zbudować Kościół? Czy będzie to ziemia, która przyniesie owoc, trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny, stokrotny? „To, co ją napełnia”. A co ma napełnić ziemię-Kościół, jak nie święci i wszelkie łaski? Może i tutaj, na Północy, rycerze zakonni stworzą warunki, aby to mogło się udać. Nic tego nie zapowiadało, ale być może tym lepiej - w końcu „Pańska jest ziemia”, więc niech On się o to zatroszczy. Wilhelm jako papieski legat robi to, co może, aby nikt nie przeszkadzał Bożemu działaniu. Po ludzku wybiera najskuteczniejszą drogę, co w zasadzie nigdy nie oznacza drogi doskonałej, ale inaczej się nie da. W każdym razie Kościół ufundowany jest na „morzach”. I tak właśnie wygląda to z perspektywy Wilhelma tu, podczas jego misyjnych podróży. Elbląg otoczony z trzech stron wodą jest tylko jednym z przykładów. Wcześniej Wyspa Matki Bożej - Insula Sanctae Mariae (Kwidzyn), po drodze ten niewielki gród umiejscowiony na wyspie między jeziorami, gdzie rycerze spotkali głuchego pustelnika i odtąd nazywają to miejsce z niemieckiego Stuhm (Sztum). Zatem wszędzie woda i wszędzie wznoszony Kościół. Na razie nie w sercach i umysłach, lecz, przynajmniej w planach, z kamienia i cegły. Od tego trzeba zacząć. A że kościoły z kamienia i cegły akurat tutaj, w tych okolicach, wydają się rzeczywiście być wznoszone na wodzie, to już inna sprawa. Wilhelm ponownie przypomniał sobie kościół pod wezwaniem św. Mikołaja w Gdańsku (św. Mikołaja, jak wiadomo, patrona żeglarzy). Istniał już dawniej, wzniesiono go ponad 50 lat temu. Z kolei Świętopełk podarował go dominikanom już ponad 10 lat temu. Znakomicie ulokowany, na skrzyżowaniu dwóch 2 „Świętopełk, wytrawny polityk i szczęśliwy wódz, skorzystał z osłabienia Danii i zagarnął ziemię słupską i sławieńską. Ciągłe czuł, że jest za słaby, aby zacząć wojnę i nieustannie szukał sprzymierzeńców.” Karol Górski, Zakon krzyżacki a powstanie państwa pruskiego, Wrocław 1977, s. 38. 3 Na temat średniowiecznej interpretacji Psalmu 23 (24) zob. Tomasz Gałuszka OP, Badania nad Biblią w XIII wieku. Super Psalmum XXIII, Kraków 2005. Piotr Napiwodzki 23 ważnych szlaków - via mercatorum (drogi kupców) wiodącej znad morza w głąb kraju oraz drogi łączącej gdański gród w innymi posiadłościami księcia położonymi w zachodniej części państwa4. Wilhelm podczas swojej poprzedniej wizyty widział rozbudowę tego kościoła, wielkie pale wbijane w grząski grunt. „Jak nikt radykalnie nie osuszy terenu, to te mury wytrzymają spokojnie i tysiąc lat” - takie słowa słyszał od mistrzów kierujących pracami. Tu znowu na myśl przyszła mu postać Guiglielmo, rodaka, dziwnym trafem spotkanego podczas ostatniej podróży. On zdecydowanie odrzucał ideę utrwalania Kościoła na setki i tysiące lat - w końcu Ewangelia głosi: „Bliskie jest Królestwo Boże”, a niestety murowane Kościoły nie są jeszcze ostatecznym gwarantem sprawiedliwości i pokoju... Tak, była w tym wszystkim wielka trudność, aby nie pomyśleć: sprzeczność. Wilhelm przez lata podążał drogą wyrażająca się w sformułowaniu credo ut intelligam, którą powtarzał czcigodny Anzelm z Aosty5. Z biegiem lat skłaniał się w praktyce ku innej formule: credo quia absurdum, którą w czasach Ojców głosił heretyk Tertulian6, a ostatnio podkreślał świątobliwy Piotr Damiani7. Być może rzeczywiście świat jest na tyle pełen paradoksów, że pozostanie na zawsze nieprzenikniony dla ludzkiego umysłu. Wiara jest być może jedynym drogowskazem, a zaufanie do rozumu to błąd i pokusa. Co prawda Wilhelm wzdrygał się przed wiarą egzaltowaną i nierozumną, przed postawą, jaką prezentował chociażby właśnie Guiglielmo. Jego ślepe posłuszeństwo miało wyraźne cechy szaleństwa. Guiglielmo ostatecznie zdecydował się zostać w Elblągu. Właściwie był to pomysł Wilhelma, ale narzucił go siłą swojego autorytetu na tyle skutecznie, że aż dla niego samego było to niespodzianką. Guiglielmo, chociaż ostatnio żył wśród ludzi jako pustelnik, to jednak przyzwyczajony był do bezwarunkowego posłuszeństwa będąc wcześniej członkiem jednej ze wspólnot powołujących się na Franciszka z Asyżu. Ot, mistyk i szaleniec w jednym - w ostatniej rozmowie Wilhelm usłyszał od niego: „Gdyby nawet ten świat był całkowicie opuszczony przez Boga, ... to i tak wolę wykonywać to, co wydaje mi się być nakazem Boga, choćby miały z tego wyniknąć dla mnie najgorsze nieszczęścia, niż robić cokolwiek innego”8. Lojalność wobec kogoś lub czegoś była dla niego ważniejsza niż wiara. Wilhelm nie poznał dotychczas dobrze tego typu duchowości, ale obawiał się, że to właśnie do takich postaw będzie wkrótce należał świat wiary. Z perspektywy Wilhelma takie histeryczne podejście jawiło się jako coś zatrważającego, coś, co uniemożliwia spokojne wznoszenie gmachu Bożej Świątyni w tym świecie, a dodatkowo co czyni z wiary jakiś bliżej nieokreślony konglomerat przeczuć, przeżyć, wrażeń, fanatyzmu i żarliwości. Jak przekonująco wyjść z czymś takim chociażby do tubylców tutaj, na Północy? Póki co pozostaje nadzieja, że Guiglielmo będzie tu produkował święte obrazy i w ten sposób jakoś przysłuży się dziełu ewangelizacji. Wilhelm zdawał sobie sprawę, że sytuacja dojrzewa do podziału wielkiej diecezji biskupa Chrystiana na parę mniejszych i wiedział, że to pewnie jemu przypadnie rola nowego podziału tych ziem. Plan był już zresztą gotowy. Oznaczać to będzie, że po tej dosyć kontro- 4 Zob. Jacek Krzysztofowicz, Zapiski historyczne o dominikanach gdańskich, w: Historicus Polonus-Hungarus, Kraków 2010, s. 321-339, tutaj s. 323. 5 Anzelm z Aosty (Anzelm z Canterbury) (1033-1109). 6 Tertulian (160-240). 7 Piotr Damiani (1007-1072). 8 Simon Weil, Wybór pism, Kraków 1991, s. 60-61. 24 Wilhelm z Modeny w podróży, część 8 wersyjnej decyzji skończy się i jego misja legata - zawsze lepiej, aby przyszedł nowy legat, nieobciążony kontekstem ciągłych rokowań, konfliktów, wstawiania się za zwaśnionymi stronami, niepopularnych rozstrzygnięć9. Wilhelm nie bez smutku pomyślał, że nie zobaczy już pewnie wznoszonych wież kościołów w miejscach, które odwiedzał. Może będą to piękne, jakże symboliczne, wieże ośmioboczne?10 Wilhelm nie mógł nie myśleć o bazylice San Vitale w Rawennie, kaplicy cesarskiej w Akwizgranie, baptysterium we Florencji... Osiem to bardzo ważna liczba, nie tylko przy budowie kościołów. Octavus sanctos omnes docet esse beatos [Oktawa uczy wszystkich świętych bycia szczęśliwymi]11. Oczywiście, w pierwszym rzędzie jest osiem błogosławieństw, pewnych przewodników na drodze do bycia szczęśliwym. Jednak jest również siedem dni tygodnia, w których Bóg stworzył niebo i ziemię. Ósmy dzień będzie więc zatem tym, co wykracza poza normalny porządek, co dokonuje połączenia tego, co ziemskie, z tym, co już po drugiej stronie, z „nowym niebem i nową ziemią”12. Zresztą już u pogan oktagon-ośmiokąt uważano za symbol łączący kwadrat (ziemię) z okręgiem (niebem), a liczba osiem była symbolem sprawiedliwości13. Siedem, tak często obecne w Objawieniu św. Jana, to liczba doskonała, ale osiem to liczba wykraczająca poza doskonałość. To w niej odbija się pierwotna harmonia, to na oktawie opiera się wszelka muzyka. W końcu nie bez znaczenia są ośmiodniowe okresy, w których świętuje się najważniejsze uroczystości, jak chociażby od wieków obchodzona oktawa Zmartwychwstania Pańskiego. Dzień ósmy jest absolutnym dopełnieniem, a więc symbolem wieczności, ale też i końca świata. Wilhelm uśmiechnął się do tych swoich rozważań. Oto mimowolnie nakierował je kolejny raz na tematy ostateczne. Widać, że jednak rozmowy z Guiglielmo pozostawiły ślady w jego umyśle. Rzeczywiście, być może tu, na Północy, gdzie niebo często zasnute chmurami wydaje się czasami wprost wisieć tuż nad głową, tematy eschatologiczne narzucają się z dużą łatwością. A może ze względu na kruchość chrześcijańskich struktur łatwo wyobrazić tu sobie koniec? Wystarczy najazd pogan ze Wschodu, tak zwanych Litwinów mieszkających niedaleko, albo i tych słynnych Tatarów z dalekich krajów, lub też zorganizowany bunt pogańskich jeszcze w dużej części Prusów, i wszystko runie. „Przynajmniej od zarazy są tu w miarę bezpieczni”, pomyślał Wilhelm patrząc na niewielką, gromadzącą się właśnie, społeczność osady i porównując tę wspólnotę z ludnymi miastami słonecznej Italii. Wilhelm czytał w starych kronikach o strasznych zarazach, które przetoczyły się przez Europę w starożytności i czasach Justyniana. Wiedział, że wielkie skupiska ludzi sprzyjają rozprzestrzenieniu się pestis, jak dosyć powszechnie określano wszelkie choroby roznoszące się wśród ludzi. Niewielu wiedziało przecież o subtelnych rozróżnieniach znamienitego ’ Ogłoszenie powstanie nowych diecezji w Prusach nastąpiło w połowie 1243 roku. W 1243 Wilhelm wyjechał do Rzymu i już nigdy nie miał się już pojawić nad dolną Wisłą. W 1245 nowym legatem papieskim w Prusach został Henryk, dominikanin. por. P. Grochowski, Chrystian. Biskup Prus 1216-1245 i misja pruska jego czasów, Górna Grupa 2018, s. 271-291. 10 Kościół św. Mikołaja, konsekrowany przez Wilhelma w 1239 roku, rzeczywiście otrzymał ośmioboczną, górną część wieży, ale stało się to dopiero w roku 1487. 11 Napis na kapitelu w Cluny z ok. 1095. Por. Hans Siedlmayr, Die Entstehung der Kathedrale. Baukunst. Mystik. Symbolik, Wiesbaden 2001, rozdział 45: „Symbolik der Zahlen an der Kathedrale. Die Achtzahl”, s. 157-159. 12 Księga proroka Izajasza 65, 17; Apokalipsa św. Jana 21, 1. 13 Wilhelm nie mógł wiedzieć jeszcze o ośmiokątnej budowli Fryderyka II w Apulii, Castel del Monte, opierającej się właśnie na symbolice antycznej. Zamek ten wybudowano w roku 1240, a więc rok po podróży Wilhelma do Gdańska. Piotr Napiwodzki 25 mnicha Ewagriusza14, który nie wahał się chorobom ciała przypisywać duchowego znaczenia posługując się w tym pogańską jeszcze mądrością. Wilhelm pamiętał jedynie fragmenty: żółtaczka (iKtspoę) - najgorszy stan duszy rozumnej, przez który błędnie widzi ona zarówno Boga, jak i ogląd rzeczy stworzonych; paraliż (jiapókuoię) - niewzruszenie duszy rozumnej wobec cnót praktycznych; gangrena (o<|)aK8XXiopóę) - wzburzenie i poruszenie gniewu, rozjątrzające rozumną część duszy; biegunka (dnoKaOtotę) - niemożność duszy rozumnej, przez którą zwykła ona odrzucać cnoty prowadzące do przybrania kształtu Chrystusa, no i w końcu przerażający trąd (XŚ7tpa) - niewierność duszy rozumnej, która nie jest zupełnie pewna, choć dotyka racji. Wilhelm, jako duchowny, czuł się w pełni lekarzem. Wiedział, że posługując się Słowem Bożym leczy dusze, wznosi je ku Bogu, a w ten sposób, pośrednio, ale przecież realnie, leczy także ciała. Działa nawet skuteczniej niż ci, którzy oddziaływają bezpośrednio na ciało, gdyż przecież oni w ten sposób nie dotykają istoty choroby. Cóż, w misji legata także chodziło o uzdrawianie, uzdrawianie całych społeczności, wspólnot, krajów, plemion. To organizowanie warunków, aby zdrowie mogło być czymś trwałym i stabilnym. Czasami oznaczało to konieczność bolesnych cięć, czasami musiało się pogorszyć, aby po jakimś czasie mogło być lepiej. Kto wie, czy popieranie rycerzy zakonnych nie jest tego typu trudnym wyborem? To kwestia doświadczenia, które Wilhelm już posiadał i mądrości, o którą nieustannie prosił medytując z pokorą nad słowami z Księgi Mądrości: „Oby mi Bóg dał słowo odpowiednie do myśli i myślenie godne tego, co mi dano!” (Mdr 7, 15). Ludzie znaleźli się na brzegu przede wszystkim z ciekawości: przybywający do osady lub ją opuszczający to zawsze wielka atrakcja. Większość chciała się pożegnać, otrzymać błogosławieństwo. Nie było w Elblągu nikogo, kto nie wiedziałby, że w tych dniach przebywał u nich papieski legat. Na wybrzeżu było grono rzemieślników i kupców z północnych miast niemieckich, byli kupcy słowiańscy, kilku rycerzy zakonnych ze swoimi sługami, było paru braci od św. Dominika, w końcu grupa Prusów, którzy w większości byli w osadzie tymczasowo. Był też oczywiście Guiglielmo. Wilhelm podziwiał tych chrześcijańskich pionierów, zawsze żywił wobec nich wiele pozytywnych uczuć, a teraz hojnie udzielał błogosławieństwa kładąc ręce na pochylone głowy. Wiatr przybrał na sile, prawie cała świta Wilhelma znajdowała się już w niewielkich statkach, na których chciano pokonać krótką trasę do Gdańska. On także w końcu wsiadł na pokład. Popatrzył raz jeszcze na ludzi, osadę i płaski, jak okiem sięgnąć, krajobraz i dał znak do wypłynięcia. Wilhelm pragnął wyruszyć już ku nowym wyzwaniom, w przyszłość patrzył bez niepokoju, jak przystało na człowieka wypróbowanej wiary i głębokiej pobożności. 14 Ewagriusz z Pontu (345-399). Andrzej C. Leszczyński 27 Nie mam bowiem do czego wracać. Moja Polska już nie istnieje. Moja Polska mówiła po polsku, białorusku i ukraińsku. Ulicami mojej Polski chodzili Żydzi. W obecnej jednolitej etnicznie Polsce, Polsce tylko dla Polaków, [...] po prostu bym się udusił. Ta Polska jest dla mnie zbyt ciasna, po prostu za mała”. Olga Stanisławska, pisarka mieszkająca w Paryżu: „[...] prawdą jest, że my, Polacy, w ogóle nie jesteśmy przyzwyczajeni do różnorodności, ani w wyglądzie, ani w kulturze, ani w języku czy religii. Społeczeństwo polskie jest wyjątkowo jednolite. Prawie wszyscy ludzie, wśród których dorastamy, wyglądają podobnie, mówią tym samym językiem, poruszają się w obrębie tej samej kultury. [...] Ta jednolitość polski jest jednak, mówiąc umownie, pewną patologią. Pochodzimy z kraju okaleczonego przez wyjątkową historyczną tragedię. Ta tragedia pozbawiła Polskę większości jej Żydów, ale i Niemców, i Ukraińców. Przed wojną ten kraj tak nie wyglądał - w miasteczku na Kujawach, gdzie się wychował mój ojciec, ludzie mówili trzema różnymi językami. Tymczasem w naszym pokoleniu nie mamy już w ogóle doświadczenia różnorodności”. Koniec dygresji. Wstyd wiąże się z winą wtedy, gdy jest pokłosiem świadomego oddzielenia się - może w tym wyrażałoby się też Frommowskie „osamotnienie” - od tego, co mówią najprostsze poczucia moralne, wydobycia się z trwałego horyzontu aksjologicznego, sprzeniewierzenia uniwersalnym wartościom. Widać tu związek wstydu z samowiedzą moralną zwaną sumieniem. Tadeusz Kotarbiński: „Sumienie - to chyba pewna odmiana wstydu. Gdy dajemy folgę złemu zamiarowi, gdy popełniliśmy coś nie w stylu porządnego człowieka, zaraz ono zaczyna kołatać do naszego serca, bijąc w jego komorę, jak dzięcioł w robaczywy pień” („Rozmowy o rozterce”). Owszem, zwykło się sądzić, że wstyd (podobnie jak zażenowanie, onieśmielenie czy niepewność) bierze się z odbicia, z negatywnego zobaczenia siebie w cudzych oczach (Charles Horton Cooley, amerykański socjolog z przełomu XIX i XX wieku, używał zwrotu: looking-glass self- jaźń lustra, czyli tzw. Ja odzwierciedlone). Jednak ważne są też, może ważniejsze, własne oczy. Wstyd związany z ludzką pogardą - ale i utraconym szacunkiem do samego siebie - to stan trawiący lorda Jima z powieści Josepha Conrada (ratując się z tonącego statku pozostawił, oficer jego załogi, własnemu losowi śpiących pątników). Istotą wstydu jest zobaczenie siebie bez barw ochronnych. Uwolnienie się od psychologicznych mechanizmów pozwalających tłumaczyć swe postępowanie tak, by dobrze wypaść we własnych oczach (tzw. pozytywna racjonalizacja). Adam Zagajewski: „Pisałem pracę magisterską o introspekcji w psychologii, czyli analizie własnych stanów psychicznych, a po latach usłyszałem, że więcej jest prawdy w obmowie niż w introspekcji. [...] Tworzymy różne piękne obrazy na własny temat, a dla innych jesteśmy o wiele surowsi. Ewangelista dobrze o tym wiedział: »Widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie do-strzegasz«”. Można oczywiście rozumieć obawy przed takim odkrywaniem się. Pisał Elias Canetti: „Jak to łatwo powiedzieć: odnaleźć samego siebie. Ale gdy stanie się to naprawdę, jakże bardzo jesteśmy przerażeni!”. Krzysztof Pomian sądzi, że człowiek nigdy nie będzie dla siebie całkowicie przezroczysty. I dodaje, że może lepiej, że tak jest: „Czasami taka myśl mi chodzi po głowie, że jest rzeczą bardzo dobrą, żebyśmy do końca sami siebie nie rozumieli. Może jakbyśmy siebie w pełni zrozumieli, to dopiero byśmy się przerazili?”. Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY ZOBACZYĆ SIEBIE Kiedyś duże wrażenie robiły na mnie teksty Ericha Fromma. Pamiętam olśnienie związane z jego interpretacją fragmentu Biblii mówiącego o wstydzie. Starotestamentowa opowieść nie łączy wstydu z nagością rozumianą dosłownie, jako genitalność1: „Chociaż mężczyzna i jego żona byli nadzy, nie odczuwali wobec siebie wstydu”, Rdz 2, 25. Rzeczywiście, bywa, że ludzie nie wstydzą się chodząc nago - i wstydzą się, gdy są ubrani. Biblijny wstyd pojawił się dopiero wtedy, gdy Ewa i Adam wyzwolili się z bezgrzesznej harmonii z naturą, stali się ludźmi, czyli istotami samoświadomymi („A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali że są nadzy”). Poprzez nagość odkryli rzecz wstrząsającą: że są cieleśnie różni, że w takim razie każde z nich jest samotne - tylko ona i tylko on po dwóch stronach płci. Świadomość ludzkiego osamotnienia, pisze Fromm - i zapisuje to rozstrzelonym drukiem -„jest źródłem wstydu. Jest zarazem źródłem poczucia winy i niepokoju”2. Myślę, że samotność - czy raczej osamotnienie, Fromm nie pisze o samotności z wyboru (solitude), lecz o traumie (loneliness) - jest źródłem „wstydu bez winy”, gdy oznacza odczucie społecznego braku i izolującej inności. W społeczeństwie homogenicznym właściwym powojennej Polsce uwagę zwraca jakakolwiek inność. Odczułem to kilkanaście lat temu, gdy w SKM-ce usiadł obok mnie ciemnoskóry mężczyzna. Wiele par oczu zwróciło się w jego kierunku, kilkuletni chłopak pokazywał mego sąsiada swej mamie, patrzono też, choć nie tak intensywnie, na mnie. W wypowiedziach wielu osób odwiedzających nasz kraj można usłyszeć opinie o nieskrywanym zainteresowaniu, jakie budzili, o ostentacyjnych, oceniających spojrzeniach, itp. Dygresja: Polska dziś to, mimo zwiększonego napływu osiedleńców, wciąż najbardziej czysty etnicznie kraj w Europie, stan zabójczy dla kultury pozbawionej życiodajnego „tygla”. Mówią o tym ze smutkiem cytowani niżej autorzy. Zbigniew S. Siemaszko, mieszkający w Londynie pisarz i historyk, pytany, czy nie myślał o powrocie do kraju: „Nie, nigdy. 1 Związek ten zachowała dawniejsza polszczyzna, gdzie słowo srom oznaczało zarówno żeńskie narządy płciowe, jak i głęboki wstyd, hańbę. 2 To, że nagość pokazuje prawdę, widać w grece, gdzie prawda to aletheia (aXf|0Eia). Słowo to jest odwróceniem lethe (Xr]0T|), terminu mówiącego o zapomnieniu, skryciu. Aletheia, twierdzi Martin Heidegger, to nieskrytość (Unverborgen-heit), prześwit (Lichtung), to, co pozwala orzekać (a7totpctv8io) o bycie w jego odkrytości (Entdecktheit). Prawda byłaby de-maskacją bytu (fr. masque to zasłona, maska). Weźmy twarz: jej maską jest makijaż (maquillage; maquiller znaczy tyle, co malować, fałszować, zmieniać). Prawdziwa twarz musi być naga. 28 Okruchy Wstyd pojmowany jest najczęściej jako uczucie związane ze świadomością popełnionej niegodziwości. O człowieku nie doznającym podobnych uczuć mówiło się z przyganą: wstydu nie ma, bezwstydnik. Znaczyło to, że człowiek ten pozbawiony jest poczucia przyzwoitości. Zdaje mi się, że dzisiaj kategoria wstydu znika z języka potocznego. Nie traktują jej z powagą politycy, choć chętnie posługują się nią w publicznych połajankach. Słowo to staje się archaizmem nieprzydatnym w codziennym życiu, a nawet narażającym na kąśliwe uwagi i wyśmiewane dziwactwo (słyszałem gdzieś, że dziś „wstyd się wstydzić”). Przychodzi mi do głowy, że uczucie wstydu to stan budzący się także wtedy, gdy naruszone jest coś, co bywa określane jako ludzkie prawo do bycia sobą w określony sposób. Pamiętam, że kiedy po raz kolejny okradziono mnie w barcelońskim metrze, uczuciem silniejszym niż złość (choć tej nie brakowało) był wstyd, doświadczenie odarcia: zabrano mi to, co było moje, mną. RESENTYMENT Wstyd jest z pewnością uczuciem przykrym. Tłumi poczucie własnej wartości, osłabia zdolności twórcze, onieśmiela, blokuje aktywność, boli. Ale jest zarazem warunkiem rozwoju moralnego. A także warunkiem godności rozumianej jako szczerość, uczciwość wobec siebie. Wiadomo, że tłumienie własnych przewin, skrywanie ich, wywołuje zastępczą agresję wobec innych, zwaną resentymentem. Pojęcie to (fr. ressentiment - niechęć, uraza) oznacza dowartościowanie własnej miernoty poprzez deprecjonowanie tego, czego nie da się osiągnąć (lisek nie może dosięgnąć winogron, więc mówi, że są niedobre). Max Scheler („Resentyment i moralność”) pisze, że resentyment to „utrwalony w naszej psychice powtarzający się nawrót przeżywania określonej reakcji emocjonalnej wymierzonej przeciw innemu człowiekowi [...], to emocja ujemna, kryje w sobie odruch wrogości”. Dodaje, że resentyment zatruwa: „zawiść, złośliwość, utajona żądza zemsty osadzają się na dnie duszy, oderwane już od określonych przedmiotów; jako jego trwałe nastawienie kierują instynktownie jego uwagę, niezależnie od własnej woli, na takie zjawiska otaczającego świata, które mogą dostarczyć pożywki dla typowych form wyładowania tych namiętności”. Albert Schweitzer powtarzał, że człowiek staje się lepszy wtedy, gdy ma odwagę sądzić samego siebie. O tym, że najbardziej nawet krytyczna samowiedza nie oznacza poniżenia siebie, że nie jest oznaką słabości, lecz przeciwnie, mówi o postawie budzącej szacunek, świadczą czyny wielu znanych postaci. Prezydent Francji Jacques Chirac przepraszał za łapankę Żydów w lipcu 1942 roku (obława Vel 'd 'Hiv). Kanclerz Republiki Federalnej Niemiec Willy Brandt klękał przed pomnikiem Bohaterów Getta Warszawskiego. Zaś kanclerz Angela Merkel w grudniu 2019 roku w Oświęcimiu mówiła: „Odczuwam głęboki wstyd biorąc pod uwagę barbarzyńskie zbrodnie, które zostały tu popełnione przez Niemców. Były to zbrodnie i przestępstwa, które wykraczały poza wszelkie granice tego, co można było sobie wyobrazić, szczególnie biorąc pod uwagę te straszliwe rzeczy, które wyrządzono kobietom, dzieciom i mężczyznom w tym miejscu. [...] Wtedy był to niemiecki obóz śmierci zarządzany przez Niemców. Ważne jest dla mnie, aby to podkreślić, ważne, aby jasno wskazać sprawców. Jesteśmy to winni my ofiarom i nam samym”. Papież Jan Paweł II Andrzej C. Leszczyński 29 przepraszał za liczne grzechy Kościoła, szczególnie za antysemityzm i za krzywdy wyrządzane przez wieki Żydom. (Nazywa ich papież „starszymi braćmi w wierze”, a także „Ludem Przymierza”. Brzmi to inaczej, niż spotykane wciąż u nas „żydki” czy „mośki”, nie mówiąc już o „parchach”). W wielu krajach europejskich widoczne były, zaniechane w ostatnim czasie, próby odniesienia się do nieprostej przeszłości sprzed kilkudziesięciu lat - w Austrii, Szwajcarii czy Szwecji. W filmie Constantina Costy-Gavrasa pt. „Pozytywka” (1989) córka (w tej roli Jessica Lange) ujawnia dawne zbrodnie wojenne swego ojca, dziś szanowanego powszechnie obywatela. Robi tak dlatego, że go kocha i po to, by mogła go nadal kochać miłością pozbawioną hipokryzji. Jednym z najbardziej pojemnych i - dla mnie - najpiękniejszych greckich słów jest aidos (aióóę). Łączą się w nim i dopełniają takie m.in. znaczenia, jak szacunek, wstyd, pokora, poczucie honoru i godności, hańba, litość, przebaczenie. Znakomity eseista i poeta Tomas Venclova w takim właśnie duchu pisze: „Kiedy prezydent Litwy Algirdas Brazauskas wygłosił przemówienie w izraelskim Knesecie i przeprosił za to, co się wydarzyło pół wieku wcześniej, o wiele za dużo ludzi na Litwie uznało jego słowa za poniżenie narodu. No cóż, skrucha nie poniża. Prawda nie poniża. Mówienie prawdy to jedyna właściwa droga do przywrócenia godności”. A FE! Myślę, że powyższe słowa moglibyśmy wziąć do serca także my, Polacy. Z szacunku dla samych siebie odnieść się do ciemnych stron swej dawniejszej i niedawnej historii. Pamiętać o słowach Cypriana Kamila Norwida, który - nawiązując do słów Szekspira („Zły to ptak co własne gniazdo kala”) - pisał: „Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala,/ Czy ten, co mówić o tern nie pozwala?”. Może warto wziąć przykład z Marii Dąbrowskiej, która odnotowuje w swym „Dzienniku” dramat Hrynek, wołyńskiej wsi, w której w 1937 roku z pomocą wojska rozpoczęto nawracanie z prawosławia na katolicyzm. Pisze: „Na Wołyniu ma być zastosowana do Ukraińców polityka pruska, policyjno-eksterminacyjna, taka jaka była w Poznańskiem za czasów niewoli. Bóg ciężko Polskę za to ukarze! [...] Biedny Wołyń. Zostaną za nim tylko Hrynki (o których już głośno w Europie) i wojsko w roli polskich Krzyżaków, nawracających postrachem i przekupstwem z prawosławia na katolicyzm. Moralnie - ohyda; politycznie - kliniczna głupota, obłęd, za który Polska ciężko płacić będzie” (i zapłaciła na Wołyniu kilka lat później). Lub z Jana Błońskiego, który w głośnym eseju sprzed ponad czterdziestu lat pt. „Biedni Polacy patrzą na getto” pisał, że zamiast bronić się, usprawiedliwiać, targować i szukać usprawiedliwienia w okupacyjnych uwarunkowaniach trzeba najpierw powiedzieć: tak, jesteśmy winni. Jestem po przygnębiającej lekturze książki Grzegorza Gudena pt. „Lwów - kres iluzji. Opowieść o pogromie listopadowym, 1918”, opisującej morderstwa, rabunki i gwałty (także obcinanie bród), jakich w ciągu dwóch dni (22-23. XI) dopuszczali się Polacy wobec ludności żydowskiej3. 3 „Wstyd - pisze Magdalena Bajer, Iwowianka, po przeczytaniu książki Gaudena - pozostanie do końca życia tych, którzy zapamiętają to, czego się dowiedzieli po stu latach, ale wstyd nie jest wystarczająca gwarancją, że jego powód nigdy się nie powtórzy. Dlatego należy i warto poznawać przeszłość, także za cenę rozwiewania iluzji”. Jak pisze Szymon Huberland 30 Okruchy Jakiś czas temu Olga Tokarczuk wypowiedziała w TVP Info opinię, która wywołała falę oburzenia4: „Zaczynam myśleć, że my śniliśmy własną historię. Wymyśliliśmy sobie historię Polski, jako kraju niezwykle tolerancyjnego, otwartego, jako kraju, który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości. [...] Trzeba będzie stanąć z własną historią twarzą w twarz i spróbować napisać ją trochę od nowa, nie ukrywając tych wszystkich strasznych rzeczy, które robiliśmy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”. Kto zżyma się na te słowa, powinien sięgnąć choćby do osiemsetstronicowej pracy Daniela Beauvois pt. „Trójkąt ukraiński. Szlachta, car i lud na Wołyniu, Podolu i Kijowszczyźnie 1793-1914” (tłum. Krzysztofa Rutkowskiego, II wydanie Lublin 2011). Francuski badacz zrobił to, czego nie podjął się żaden z polskich historyków. Ze strony niektórych z nich doczekał się natomiast krytyki za „niegodne historyka” zainteresowanie losami chłopstwa ukraińskiego, za moralizowanie, a także za odwoływanie się do źródeł marksistowskich. Znacząco w tym kontekście brzmi - przytoczony w „Trójkącie...” - fragment „Wspomnień ukraińskich” Władysława Matlakowskiego, publikowanych w odcinkach w londyńskich „Wiadomościach” (1954-1955): „Smutno to pisać Polakowi, przyznaję się. On jeden nie może krytykować dziejów swoich, jest bowiem w położeniu syna, co miał utracjusza ojca i lekkomyślną matkę. Pochwalić ich nie może, a złorzeczyć mu nie wolno”. Beauvois pisze o mitologizowaniu Kresów, o sielankowej kresomanii trwale zrośniętej z polonocentryzmem. (By uwolnić się od podobnych naleciałości, Krzysztof Czyżewski w swych sejneńskich pracach zamiast „kresy” woli używać bardziej neutralnego terminu „pogranicze”). Francuski historyk czuje się kontynuatorem wielogłosowych idei Jerzego Giedroycia, pierwszego wydawcy jego prac w języku polskim. Pokazuje, jak narastająca nienawiść chłopstwa do dworów - będąca skutkiem pogarszania się życiowych warunków i nierzadkiego okrucieństwa szlachty (arbitralność w wymierzaniu kar cielesnych, powszechny obyczaj bicia chłopów po twarzy - rzecz niespotykana w innych zaborach) - była podsycana przez Rosjan, dzięki czemu mogli w imię wyznaniowej jedności odgrywać rolę opiekuna ciemiężonego ludu. Doświadczenie wstydu jest świadectwem odszukania siebie, dotarcia do Ja rzeczywistego, zastępowanego dotąd przez Ja fasadowe, czyli tzw. dulszczyznę. To coś, co można odczuwać jako oczyszczenie się z samozatrucia - tak jak podczas spowiedzi powszechnej, gdzie wyznaje się winy Bogu, ale także i ludziom. Z obrzędów wschodnich (monastycyzm) wywodzi się - rozpowszechniona później w chrześcijaństwie, zwłaszcza w średniowieczu - spowiedź niesakramentalna, wyznanie przewin przed świeckimi mające uwolnić od moralnej zadry. Spowiedź sakramentalna (sakrament pokuty) także opiera się na rzetelnym przyjrzeniu się własnym występkom i szczerym żalu za popełnione występki. Tymczasem - zauważa Andrzej Leder („Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej”) - polska świadomość w znacznym stopniu opiera się na zbiorowej amnezji. Na tłumieniu i wypieraniu tego, czego się doświadczyło, zwłaszcza gdy były to doświadczenia nie przynoszące chluby. Rewolucyjne przemiany lat 1939-1956 zostały przez większość Polaków przeżyte („Życie religijne podczas wojny”), intencją golenia bród było „podeptanie uczuć religijnych pobożnych Żydów”. 4 Zdaniem Krzysztofa Ziółkowskiego, burmistrza Lubowidza, pisarka jest prymitywnym jełopem, wrogiem ojczyzny, kanalią i szumowiną. Pisze na FB: „Pal naostrzyć, a nie nominować do Nobla”. Andrzej C. Leszczyński 31 jakby we śnie, jakby byli „obok”, jakby kogo innego dotyczyły. Nie chce się pamiętać, jak bez skrupułów zagarniało się pozostałości dobytku wypędzonych Niemców, pomordowanych Żydów, bądź majątku „panów”. Tzw. „pedagogika wstydu”, o której mówią i na którą pomstują wielbiciele Polski heroicznej, czystej i nieustannie krzywdzonej5, nie oznacza pochwały samobiczowania. Przeciwnie, chce ozdrowieńczego rozliczenia się ze skrywanymi nikczemnościami po to, by przywrócić możliwość podniesienia się, wyprostowania, wyzbycia się tkwiącego w duszy i zagłuszanego podniesionym tonem bólu, odzyskania szacunku do siebie. Żeby dzięki nazwaniu niesławy mogły czysto wybrzmieć fakty i zdarzenia przynoszące chlubę Polakom i Polsce. I żeby - jak miało to niedawno miejsce - ktoś inny nie wytykał nam naszych win znajdując w nich uzasadnienie dla własnych, stokroć większych niegodziwości. My wyjechaliśmy, a wy zostaniecie z waszym antysemityzmem, pisze w swej książce Sabina Baral, Żydówka zmuszona do opuszczenia Polski w 1968 roku. Antysemityzm w Polsce Żydom nie szkodzi, lecz tylko Polakom — to słowa Leszka Kołakowskiego. Timothy Snyder: „Dla Żydów Polska to przeszłość. Przyszłością jest Ameryka albo Izrael. Ale Polacy mieszkają nadal w Polsce i jeśli utożsamiają się z narodem polskim, to muszą brać pod uwagę, co tu robili ci wszyscy ludzie mówiący po polsku”. Adam Chmielewski („Odra” 3, 2018): „Gdy sprawca zaprzecza swej niepodważalnej winie, dokonuje aktu samoponiżenia. Czyniąc tak sprawia, że będąc potępiony za wyrządzone zło, sam siebie skazuje na dodatkowe dwie kary: na poniżenie w oczach innych oraz w oczach własnych. Zaprzeczając swej winie, do występku dołącza świadectwo własnej deprawacji i demoralizacji”. Pamiętam do dziś niechętne spojrzenie babci Rufiny i słowa, jakie wypowiadała do mnie, kilkuletniego winowajcy: „A fe! Tylko tchórz nie potrafi przyznać się do tego, co zrobił”. Krótkie „A fe!” odczuwałem jako jedną z najgorszych kar. 5 Wojciech J. Burszta: „Tożsamość polską władza chce zbudować na cierpieniu. Czyli na okresach, gdy nie ma Polski, a fizyczny byt Polaków jest co najmniej zagrożony. Nie liczy się Konstytucja 3 Maja, wykwit obywatelskiej koncepcji Polaka. Nie liczy się Polska Jagiellonów. Liczą się zabory, bo cierpimy, biją nas, katują [...]”. 32 Wincentego Pola relacja z podróży po Żuławach Andrzej Kasperek WINCENTEGO POLA RELACJA Z PODRÓŻY PO ŻUŁAWACH Już prawie zapomnieliśmy, że żuławy to rzeczownik pospolity, liczba mnoga od słowa żuława oznaczającego: „obszar pokryty urodzajnymi madami, poprzecinany kanałami odwadniającymi, powstały z osadów rzeki przy jej ujściu do morza, zwłaszcza w delcie”1. Jerzy Smoleński, autor „Morza i Pomorza”, przedwojennego przewodnika z serii „Cuda Polski”, pisał: „Na tłustych namułach wytworzyła się żyzna niezwykle gleba - toteż pola orne skrzętnie uprawne i łąki soczyste, niezliczonymi odwadniane rowami zajmują powierzchnię żuław zapewniając zamożność mieszkańców”2. To kiedyś był nieomal synonim: żuławy=bogac-two. Cytowałem już wcześniej3 Jana Kochanowskiego, który w „Pieśni IV” (z „Ksiąg wtórych”) napisał: „wszytki / Żuławskie urodzaje i gdańskie pożytki / W jednym szpichlerzu zamknął”4 . Pieśń M. Zabłocka „Portret Wincentego Pola”, Izba Pamięci Wincentego Pola to Gdańsku Sobieszewie, fot. A. Kasperek Kochanowskiego to tłumaczenie „Ody 16” [Inclusam Danaen turris aenea...] z „Księgi III”. Poeta zastąpił występujące u Horacego określenie: „niwy apulejskie”5, czyli słynące z urodzajności pola Apulii, regionu po dziś dzień ważnego dla włoskiego rolnictwa, lepiej dla polskiego czytelnika zrozumiałym określeniem: „żuławskie urodzaje”. Czyż trzeba więcej tłumaczyć?! Często cytuje się fragmenty „Dziennika podróży do Polski 1635-36”, w którym francuski dyplomata Charles Ogier w 1635 r. opisał swą podróż przez płaski kraj: „Mijaliśmy po drodze bujne i urodzajne pola. Wokół wiejskie domostwa [...] wygodne, postawione porządnie z cegły. Rozkoszne ogrody, pieczołowicie uprawione, zamknięte i ogrodzone siecią kanałów.[...]; nigdzie indziej nie ujrzysz tylu gęsi, tylu tłustych krów z tak pełnymi wymionami. Holendrzy to byli ci, którzy pola te osuszyli i bagna nieużyteczne, wykopawszy długie kanały i strugi, zamienili w role, łąki i ogrody pełne owoców6” . 1 „Słownik języka polskiego”, t. 10, pod red. Witolda Doroszewskiego, Warszawa 1968. 2 Jerzy Smoleński „Morze i Pomorze”, Warszawa 2019, s. 123. 3 Zob. artykuł o „Flisie” S. Klonowica. 4 Jan Kochanowski „Dzieła polskie”, Warszawa 1980, s. 58. 5 Zob. przekład tej ody autorstwa Ludwika Hieronima Morstina [w:] Horacy „Wybór poezji”, oprać. Jerzy Krokowski, Wrocławl973, s. 119. Komentator wydania „Horacyusza Pieśni Wszystkie Przekładania Różnych” [Warszawa 1773, t. 2, s. 113] wyjaśnia, że „Poeta Polak położył swoje żuławy żyżne za rolę Appuliską położoną od Horacyusza”. 6 Charles Ogier „Dziennik podróży do Polski 1635-1636”, przeł. i oprać. Zenon Gołaszewski, Gdańsk 2015, s. 21, 148. Andrzej Kasperek 33 Bardzo podobne uwagi znajdziemy w „Gdańskich wspomnieniach młodości” Johanny Schopenhauer z lat 30. XIX wieku: „Wisła otacza roześmianą, urodzajną dolinę: ogrody, łąki, krzaki, ożywione pojedynczymi, wielkimi zagrodami i pięknie zabudowanymi, bogatymi wsiami, jakie nie wszędzie w Niemczech spotkać można”7. To fragment z opisu podróży z Gdańska do Sztutowa. Jej ojciec dzierżawił tam największy majątek ziemski należący do miasta Gdańska. W dziewiętnastym wieku Polacy trafiali zwykle na Żuławy jadąc do Gdańska. Bardzo ciekawy Zbiór takich relacji znajdziemy w książce Ireny Fabiani-Madeyskiej „Odwiedziny Gdańska w XIX wieku”. Ileż tam zachwytów nad pięknem tej ziemi, porównań do Arkadii, sentymentalnych uniesień wierszem i prozą. Michał Wyszkowski, autor jednego z takich opisów (z roku 1804), jakby asekurując się przed posądzeniami o hiperbolizację i grandilo-kwencję, uprzedzając krytykę pisze: „Komu ten opis zda się przesadzony, Niech raz przynajmniej obaczy te strony, Te wielkie łęgi, rozległe płaszczyzny, Które wysoki wał broni od Wisły. Ten kraj wesoły obfity i żyzny Czaruje oko i zachwyca zmysły. Tu swym ciężarem zgięte bujne kłosy, Tam w gęstym gaju różne ptactwa głosy, Tu śliczne krowy pasą się na łące, Włócząc po ziemi wymiona wiszące; Wszędy ogrody, wszędzie żywe zdroje, Strojne mieszkania, w nich czyste podwoje”.8 Oprócz tych zapisków z podróży w latach 30. XIX w. mamy jeszcze jeden typ „obrazków” podróżników. Są to pamiętniki polskich oficerów, którzy po upadku powstania listopadowego przekroczyli granicę Prus i zostali tam internowani. Władze pruskie rozmieściły ich na kwaterach w wioskach żuławskich. Dla polskich szlachciców kontakt z bogatymi chłopami, których zamożność nie tylko była nieporównywalna z ich poddanymi, ale często przewyższała ich własne dobra, był powodem zdziwienia a nierzadko frustracji. Bardzo ciekawa to lektura i warto, żeby ktoś te rozproszone w różnych tomach relacje zebrał. Koniecznie trzeba tu wspomnieć Józefa Chamskiego i jego „Opis krótki lat upłynnionych” oraz pamiętnik Karola Glogera. Swoje pierwsze spotkanie z deltą Wisły Wincenty Pol miał w lutym 1832 r. Będąc internowany w okolicach Królewca otrzymał zadanie od gen. Józefa Bema, aby objechać internowanych wojaków i poinformować ich o możliwości emigracji do Francji. Pewnie nie miał wówczas sposobności ani chęci do podziwiania osobliwości tej krainy. Jednak jakieś wrażenia z tej zimowej podróży pozostały, bo w swych wędrówkach po ziemiach dawnej Rzeczypospolitej ponownie trafił na Żuławy Gdańskie w 1842 roku. Pol w swym obrazku zatytułowanym „Na groblach” zachwycał się zamożnością Żuławiaków. Opisywał z wiel- 7 Joanna Schopenhauer, „Gdańskie wspomnienia młodości”, Wrocław 1959, s. 232. 8 Cyt. za: Irena Fabiani-Madeyska, „Odwiedziny Gdańska w XIX wieku”, Gdańsk 1957. 34 Wincentego Pola relacja z podróży po Żuławach Izba'Pamięci Wincentego Pola to Gdańsku Sobieszewie, fot. Andrzej Kasperek ką dokładnością bogactwo miejscowej ludności - wyposażenie wnętrz, „piękne obejścia i piękne bydło” oraz „zatyłych mieszkańców, którzy porośli w pierze”, ale najbardziej mu imponowało, że „każden kawałek ziemi jest użyty i na pożytek obrócony [...] Jaki niczym nie zmącony i nie zakłócony żywot tych ludzi pracy i pokoju! Co za niezmącona cisza, prócz szumu skrzydeł wiatraków, cisza, mówię, moralna i równowaga ducha, kiedy przy wszelkich nabytkach cywilizacji człowiek tu nie odbiegł od prostoty ziemianina, liczącego się z potęgami natury!”9. Autor był prekursorem geografa i krajoznawcy. Był bardzo uważnym i dociekliwym podróżnikiem. Trafnie zauważył Józef Bachórz, że: „Wiele swoistej urody opisów Pola bierze się stąd, że oglądał on zwiedzane krainy inaczej, niż zazwyczaj czyni się to obecnie. Przede wszystkim podróżował — z konieczności - w innym tempie. Jeździł konno, czasem bryczką lub wynajętym powozem; godzinami chadzał pieszo. [...] Patrzenie z bliska, kontakt dotykalny z ziemią, roślinami, budowlami, pochylanie się nad szczegółami, podglądanie zmienności rzeczy [...] niegdyś musiało być normą”10. To właśnie romantyzm rozpoczyna epokę 9 Cyt. wg: Wincenty Pol, „Na lodach. Na wyspie. Na groblach. Trzy obrazki znad Bałtyku”, oprać. Józef Bachórz, Gdańsk 1989. 10 ibidem Andrzej Kasperek 35 turystyki, która stała się dziś czymś tak powszechnym i popularnym. Wówczas jednak wyprawy miały charakter ekspedycji badawczych. Kiedy się czyta opisy wędrówki Pola przez Karpaty, to mamy wrażenie, że niewiele różni się ona od ekspedycji Stanley i Livingstone’a w Afryce. Bo to epoka badaczy-podróżników. Ekskursja żuławska przyniosła Wincentemu Polowi wiele ciekawych obserwacji. Zauważył, że to swoboda gospodarowania i wolność osobista, czyli brak pańszczyzny, sprawiły, że chłop stał się tu bogatym człowiekiem! Pisze: „Zamożność też tu wielka i przy obyczajach kmiecych bogactwo niezwykłe. Czystość budynków i domów holenderska! [...] mieszkanie zamożnego człowieka: - tu już i kosztowne posadzki, i obicia, i najwytworniejsze meble, tu już starożytne rzeźbione szafy, zbiory porcelany i naczyń srebrnych, okazałe zwierciadła, kosztowne zegary, drzwi z palisandru i mahonie, firanki i pokrycia mebli z ciężkich jedwabnych materii, na posadzkach kosztowne angielskie dywany, po ścianach obrazy i złocone brązy! Na co się dom tylko możnego pana zdobyć może, posiada tu Żuławiak, co się nie leni kosić własną łąkę i stać u steru na własnej berlince [statku rzecznym]”. To nie jest ten znany mu do tej pory chłop polski, który tak naprawdę był niewolnikiem, pół-zwierzęciem, jak ten okradający trupy chłopina z „Rozdziobią nas kruki, wrony...” Stefana Żeromskiego czy ten z „Zapomnienia”, przyłapany na kradzieży drewna na trumnę dziecka. Pol zauważa, że: „Ale nikt nie jest [tutaj] przeciążony pracą, ani trapi się pracując: bo praca nagradza się tutaj, a dłużej i lepiej pracuje ten, co nie jest upokorzony i udręczony przy pracy!”. Znajdziemy tu rzetelny opis płaskiej krainy, autor nie skąpi informacji na temat miejscowej geografii, wyjaśnia nazwę krainy, opisuje jej budowę geologiczną, klimat, faunę i florę, status hydrograficzny i stosunki społeczne. To przecież obrazek, ale napisany przez przyszłego profesora nadzwyczajnego geografii powszechnej, fizycznej i porównawczej na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Przy czym, jak zauważa autor wstępu do jego „Trzech obrazków znad Bałtyku” prof. J. Bachórz: „rola uczonego nie kłóciła się w takim ujęciu w żadnej mierze z rola artysty: obie one wspomagały się i dopełniały nawzajem”. Dlatego Pol może być tu także poetą. Nie zapominajmy, choć dziś trudno w to uwierzyć, że jego sława ówczesna dorównywała sławie Mickiewicza. Obrazek „Na groblach” zaczyna wiersz: Szczęśliwie siadłeś na Żuławach, manie! Dobrze ci tutaj - póki Wisły stanie: Piękne obejścia - piękne bydło macie! - Łódź wszystko poda i wszystko wywozi, Tylko, że czasem Wisła wam pogrozi -Bo Wisła gniewna jest czasem na mana, Że chłop zatyły o tym zapomina: Skąd ona płynie i gdzie się poczyna? I że ta ziemia jest mu z łaski dana! Szanuj się tedy - kiedyś się porósł w pierze, Bo co ci dała - Wisła ci zabierze!”. Stąd znajdziemy tu dużo uwag na temat niebezpieczeństwa powodziowego. Pol znakomicie rozumie, że to bogactwo nie wzięło się znikąd i jest nie tylko okupione znojem 36 Wincentego Pola relacja z podróży po Żuławach i pracą, ale także strachem przed zalaniem, dlatego „każdy zaś Żuławiak trzyma nos na wodowskazie — i patrzy jak bocian milcząc na wodę...w miarę zaś tego, jak woda się podnosi, spuszcza się nos coraz potężniej — a jak już grzbietu grobli sięga woda, wówczas dopiero z bydłem na statki, a z zoną i dziećmi na dachy!”. Trzeba docenić jego uważność, jego wrażliwość i zachłanność w poznawaniu świata oraz wręcz młodzieńczą ciekawość. To ona kazała mu szukać rybaka, który w 1840 roku pierwszy przepłynął swą łodzią nowym ujściem Wisły do morza. Działo się to, gdy w wyniku zatoru lodowego wody Wisły (z jej ramienia nazywanego wtedy Leniwką) przerwały wydmy Mierzei Wiślanej koło osady Górki (niem. Neufahr) i znalazły ujście w Morzu Bałtyckim. Wieś została podzielona na dwie, nazwane Górki Wschodnie (Ostlich Neufahr) i Górki Zachodnie (Westlich Neufahr). Tablica pamiątkowa w Gdańsku Sobieszewie, fot. A. Kasperek Nowe ujście rzeki nazwano na mapach niemieckich Weichseldurchbruch (Przełom Wisły), a na polskich otrzymało nazwę Wisła Śmiała, którą wymyślił Wincenty Pol. To jego wkład w polską onomastykę. *★* W tym roku minęło 180 lat odkąd Wisła utorowała sobie nowe ujście. W nocy z 31 stycznia na 1 lutego 1840 r. wody Wisły przebiły się do zatoki. Rano, 1 lutego, szerokość przerwania mierzei wynosiła 200 metrów. Pod koniec lutego ustabilizowało się ujście na szerokości 600 metrów, rozszerzając się w formie gigantycznego leja w stronę Zatoki Gdańskiej11. W Sobieszewie pamięta się o Wincentym Polu. W 1974 r. powstała poświęcona mu Izba Pamięci. Początkowo została zlokalizowana w Szkole Podstawowej nr 87, a „po kilku latach przeniesiono ją do budynku przy ul. Turystycznej 3, w którym przed wojną mieścił się elegancki „Hotel Lindenhof”. Dzięki zaangażowaniu społecznych opiekunów oraz samego prawnuka poety śp. Adama Pola, zgromadzono szereg eksponatów związanych z życiem i twórczością Wincentego Pola, jak i dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego Wyspy So-bieszewskiej oraz Żuław Wiślanych. [...] W 2007 r. Izba Pamięci weszła pod skrzydła „Wyspy Skarbów” Gdańskiego Archipelagu Kultury. Po generalnym remoncie i reorganizacji ekspozycji rozpoczęła nową działalność skierowaną do młodszych i starszych odbiorców”12. 11 Zob.: https://historia.trojmiasto.pl/Wisla-bardzo-smiala-l80-lat-od-przebicia-nowego-ujscia-n 141797.html#tri 12 http://gdanskwyspasobieszewska.pl/pl/historia/izba-pamieci-wincenty-pol/ Andrzej Kasperek 37 Ale latem trudno trafić do Izby; schowana za straganami rozłożonymi przy głównej ulicy letniska jest ledwo widoczna, przypadkowy turysta tam raczej nie dotrze. Zbiory są skromne, ale docenić trzeba upór społeczników, których staraniem ów przybytek kultury powstał przed laty i trwa. Szkoda tylko, że o jego istnieniu wiedzą nieliczni. Poza Lublinem, gdzie działa Dworek Wincentego Pola - jego muzeum biograficzne mieszczące się w klasy-cystycznym dworku z XVIII wieku, który był własnością Franciszka Ksawerego Pola, ojca Wincentego Pola - o poecie prawie zapomniano. Najbardziej dbają o jego pamięć krajoznawcy, tyle, że dziś to gatunek na wymarciu...13. To oni byli inicjatorami powołania do życia rzeczonej izby. Im też zawdzięczamy rozsiane po kraju tablice pamiątkowe i popiersia Pola, którego uznali za swego patrona. To on napisał tekst uznawany powszechnie za hymn miłośników rodzimego krajobrazu: A czy znasz ty, bracie młody, Twoje ziemie, twoje wody? Z czego słyną, kędy giną, W jakim kraju i dunaju?14 Wincentemu Polowi należy się nasza pamięć. To niezwykłe, jak w XIX i XX wieku wielu Niemców, Austriaków i Rosjan, naszych zaborców, ulegało fascynacji Polską i jej kulturą oraz historią i stawali się polskimi patriotami, znakomitymi badaczami naszej kultury, twórczości ludowej oraz dziejów kraju, którego nie było na żadnej mapie świata. Można zestawić długą listę, od Samuela Lindego, przez Wojciecha Kętrzyńskiego do Kazimierza Wierzyńskiego, żeby poprzestać tylko na tych trzech nazwiskach. Ale to temat na osobny artykuł. 13 Zob. Zb. Kresek, Cz. Skonka, J. Sobczak „Szlakiem Wincentego Pola”, Warszawa 1989. Książka opisuje podróże Pola po Polsce. 14 W. Pol „Pieśń o ziemi naszej”, cyt. za: https://literat.ug.edu.pl/pol/piesn.htm Wspomnienia katyńskie NIE WOLNO UCZESTNICZYĆ W KŁAMSTWIE z profesorem Marianem Szarmachem rozmawia Adam Langowski - Panie profesorze, jest Pan synem podporucznika Stanisława Szarmacha, więźnia Kozielska, zamordowanego w Katyniu. Czy mógłby Pan przybliżyć jego postać? - O Ojcu trudno mi mówić, bo nie było Go w moim życiu. Ani On mnie nie widział, ani ja Go nie widziałem. W sierpniu 1939 roku poszedł na wojnę, a ja urodziłem się w grudniu. Został zamordowany w kwietniu 1940 roku. Dodam jeszcze, że był legionistą w 1920 roku. Urodził się na Kaszubach i stąd, gdyby nie wojna, byłbym Kaszubem z Kartuz. Piszą, że maturę zdawał w Kościerzynie. Z przekazu Mamy wiem, że w Grudziądzu. Po skończeniu szkoły został nauczycielem i kierownikiem szkoły w Dzierżążnie pod Kartuzami. Dyrektor tamtejszej szkoły i dawni uczniowie dopięli tego, że został przy niej postawiony kamień z Jego nazwiskiem, datami i informacją, że zamordowano Go w Katyniu. Moi przyjaciele dobrze wytropili, że nigdy nie mówię „matka”, tylko „mama”, ale też nie mówię „tata”, tylko „ojciec”, bo nigdy Go nie było. Marian Szarmach, Łasin, 1940 r„ fot. archiwum prof. M. Szarmacha - W rozmowie z Barbarą Szczepułą, która w 2010 roku opublikowała w „Dzienniku Bałtyckim” artykuł o Pańskim ojcu, wyznał Pan, że matka dość wcześnie powiedziała Panu, jak zginął ojciec. Kiedy dokładnie Pan to usłyszał? - Byłem po maturze. Powiedziała, że został zamordowany w Katyniu i chyba wtedy wręcz nakazała mi pielęgnowanie Jego pamięci. - A co wcześniej Pan wiedział na temat losów ojca? - Ze zginął na wojnie. Takich jak ja, dzieci bez ojca, były wtedy dziesiątki i nikt tego nie dochodził. Byliśmy wszak dziećmi, które tego nie dociekały. - Rozmowa z matką stanowiła dla Pana przełom w myśleniu o ojcu? - Przełom i otwarcie oczu. Mama jakoś nie nawiązywała już później do tego. Po Jej śmierci znalazłem w pozostałych po Niej dokumentach jedyny list Ojca z listopada 1939 roku: Moja Droga Łucko! Donoszę Tobie, iż jestem zdrów i znajduję się w S.S.S.R. i powodzi mi się dobrze. Zawsze myślę o Tobie, jak jest Twoje zdrowie. Czy zamieszkujesz w szkole? Czy miesz- vcpvuuvz§ ty faid tun/nu/Mr ‘mfsjwzoy z vy>vuuvzs vmvfsiutn^ isij ^ '^7TPPP^ £ *# śdfs-ffi 6€ p(SMo3uq lucpY 40 Nie wolno uczestniczyć w kłamstwie kanie nasze nie zostało zniszczone? Czy masz z czego żyć? Proszę się tylko nie kłopotać o mnie. Może że już niedługo, a będziemy razem. Kiedy ostatecznie powrócę, to nie wiem. Czy z Żukowa Borzyszkowscy są w domu? Czy Babuśka w Zamku żyje? Jeszcze raz Ciebie moje Kochanie bardzo proszę, żebyś' o mnie sobie nie robiła żadnych kłopotów. Proszę mi wszystko opisać, jak i co tam jest, gdyż ja jestem już tej myśli żeś z Syczynajuż wróciła. Adres mój proszę tak odpisać, jak w dole napisany atramentem. Teraz pozdrawiam Ciebie moja najukochańsza Łucko i proszę pozdrowić wszystkich. Zasyła Ci Twój Staś”. Przeczytawszy go zaniemówiłem. Jak pokazałem go mojej uniwersyteckiej mistrzyni profesor Zofii Abramowiczównie, usłyszałem, że dyplom doktorski i habilitacyjny mogę zaprzepaścić, ale tego dokumentu niegodziwości muszę strzec jak źrenicy oka. Po Ojcu mam jeszcze jedynie jakieś zdjęcia, które dostałem od rodziny i nic więcej. Stanisław Szarmach, fot. archiwum prof. M. Szarmacha Nie dziwię się, że Mama mi go wcześniej nie pokazała, bo bolało Ją zapewne, że Jej synowi wszczepia się patriotyczną wdzięczność do morderców Jej męża, a mego Ojca. Przecież Mieczysław Rakowski powiedział, że mówienie o Katyniu jest wbijaniem noża w plecy naszemu wypróbowanemu przyjacielowi, a i dziś jeszcze słyszę, że ten mord można usprawiedliwiać słusznym odwetem za rozgromienie przez Polaków wojsk rosyjskich w 1920 roku. Stąd też nie przyszło mi do głowy, by zapisać się do partii, albo wstąpić owczym pędem do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Po włosku powiedziałoby się, że nie miałem czerwonego podniebienia. Jakoś przeżyłem te czasy nazywane dziś eufemistycznie szczęśliwie i słusznie minionymi. - W swoim archiwum posiada Pan również kopię sowieckiego dokumentu z 1940 roku zawierającego listę jeńców z obozu kozielskiego. - To były materiały, które przywiózł z Moskwy generał Wojciech Jaruzelski. Na liście tej jest też nazwisko Ojca. Zamordowany został 16 kwietnia. Dotarły do nas przez Rodzinę Katyńską z Gdańska. Pani prezes bała się ten dokument nam wysyłać i dlatego wyznaczyła terminy prosząc, by odebrać go osobiście. - Stanisław Szarmach doczekał się kilku upamiętnień. O głazie przy szkole w Dzierzążnie, odsłoniętym w 2011 roku, już Pan wspomniał. Wcześniej, bo w 2009 roku, przy Gimnazjum nr 1 im. Jana Pawła II w Sztumie posadzono katyńskie Dęby Pamięci, z których jeden dedykowano Pańskiemu ojcu. - Najpierw w Kartuzach była tablica nauczycieli z powiatu kartuskiego pomordowanych przez hitlerowców, na której znalazł się również mój Ojciec. Jej zdjęcie przysłał mi doktor Adam Langowski 41 Kitowski, pochodzący ze Sztumu, który był wówczas lekarzem w Kartuzach. Rozpocząłem wtedy długą drogę korekty tego fałszerstwa, co było prawie nie do przeprowadzenia. Usłyszałem, że Ojciec jest uhonorowany, a ja czepiam się szczegółów. Zwróciłem się wówczas do mojej koleżanki ze studiów, senator Alicji Grześkowiak, przedstawiając jej tę sprawę. Na jej interwencję w ciągu czterech dni przy nazwisku Ojca wykuto „Katyń”. Jeszcze wcześniej na grobie Matki w Łasinie koło Grudziądza umieściłem też nazwisko Ojca z napisem „1940 - Katyń”, co spowodowało, że zaczęło się mną interesować UB. W tym miasteczku ludzie bali się wręcz koło tego grobu przechodzić, by nie wplątać się w jakąś aferę polityczną. Nie do wiary, że doszło do takiego zastraszenia i ogłupienia społeczeństwa. - Sprawa tablicy z Kartuz oraz reakcja służb na inskrypcję w Łasinie wpisują się w tzw. kłamstwo katyńskie obowiązujące w PRL-u. Znany krytyk filmowy, Zdzisław Pietrasik, w recenzji filmu „Katyń” Andrzeja Wajdy napisał: „«Katyń» to przypomnienie, że od samej zbrodni gorsze jest kłamstwo”. - Przywołam tu jeszcze raz profesor Abramowiczównę, którą poprzedni system szykanował do tego stopnia, że została nawet usunięta na kilka lat z uniwersytetu. Powtarzała nam, że student winien wynieść z uniwersytetu przeświadczenie, że nie wolno mu uczestniczyć w kłamstwie, co jest ciągle aktualne. Tego się trzymam. Oburza mnie, kiedy słyszę, że to były takie czasy i wszyscy tak musieli. Nie, nie musieli. Ona powtarzała, że to nie były takie czasy, tylko tacy byli ludzie. Czas jest zawsze taki sam. - W jaki sposób zdobywał Pan informacje o Katyniu? - Oczywiście, że przede wszystkim z książek publikowanych za granicą, a później już w dobrych wydawnictwach w kraju, że wymienię Józefa Czapskiego, Stanisława Swianie-wicza, Janusza Kazimierza Zawodnego, a ostatnio Tadeusza Kisielewskiego. Jeden nieco starszy ode mnie kolega po fachu z uniwersytetu w Poznaniu zorganizował mi spotkanie z paroma uniwersyteckimi historykami, od których wiele się dowiedziałem. W Toruniu znany Panu historyk profesor Jan Sziling, mój kolega ze studiów i z akademika, kiedy sprawy katyńskie stały się głośne, spytał mnie, czy może o mnie mówić studentom, że i w jego uniwersyteckim kręgu jest syn jednego z tam zamordowanych. Spotykałem się wszędzie z dużą życzliwością. Będąc wiele lat temu na kilkumiesięcznym stypendium w Padwie pewien włoski kolega w rozmowie przy kawie zapytał mnie o rodziców. Usłyszawszy o Ojcu i Katyniu, wiedział doskonale, o co chodzi. Mieszkająca w Wenecji jego matka zaprosiła mnie wkrótce do siebie. Zanim się tam udałem, dowiedziałem się, że jest Żydówką i przedstawicielką jednego z najzamożniejszych rodów weneckich. Ponieważ sama cudem przeżyła wojnę w hitlerowskim Wiedniu, wypytywała mnie o Katyń doskonale zorientowana, co tam się wydarzyło. Drugiemu synowi poleciła, by ich prywatną gondolą pokazał mi Wenecję. Dzięki jej protekcji mogłem wejść do słynnego klasztoru San Giorgio na jednej z wysp ze wspaniałą biblioteką. Przyjął nas tam sam opat dając mi parę cennych książek. Mogę powiedzieć, że to dzięki Katyniowi. - Jak wyglądało w Pana przypadku odkrywanie katyńskich śladów ojca? 42 Nie wolno uczestniczyć w kłamstwie - Zaraz w wolnej Polsce zapisałem się w Gdańsku do Rodziny Katyńskiej. Prowadziła ją przemiła pani Emilia Maćkowiak. Organizowano wówczas pierwszy wyjazd do Katynia. Zaproponowała mi, bym skorzystał z tej możliwości. „Wycieczkę” pilotowała nieprzyjemna ubeczka, mówiąca: tam wejść wolno, tam nie wolno. Po powrocie pani Maćkowiak poprosiła mnie, bym o tym napisał do „Gwiazdy Morza”, gazety diecezji gdańskiej. Napisałem, że ubeczka ta tak zaplanowała nasz pobyt, że nie zdążyliśmy na zaplanowaną tam mszę. Byliśmy bardzo rozgoryczeni. Mszę odprawił nam jednak ksiądz z KUL-u, którego doktorat recenzowałem. Opiekował się grupą z Lublina. Kiedy mu powiedziałem, jak nas załatwiła, odprawił nam mszę na kamieniu i na walizeczce. W Katyniu nie było wtedy jeszcze niczego, tylko szumiący las. - Ile razy udało się Panu pojechać do Katynia? Jaki był przebieg tych wizyt? - Trzy razy. Drugi raz byłem, kiedy wyjazd organizował marszałek Bronisław Komorowski. Był tam już cmentarz. Jednym z jego architektów jest pan Leszek Witkowski ze Sztumu. Należał do zespołu, który wygrał konkurs na jego projekt. Cmentarz jest imponujący i zrobił na mnie duże wrażenie. Po raz trzeci byłem w 2011 roku, po katastrofie smoleńskiej. Widziałem z bliska wrak i słynną brzozę. Wyjazdowi temu patronował pan Komorowski, będący już prezydentem. Jechaliśmy wtedy z Warszawy do Smoleńska specjalnym pociągiem złożonym tylko z wagonów sypialnych. Wszyscy zwracali uwagę na nową, pachnącą adamaszkową pościel. W odbywających się tam uroczystościach udział brali Putin i Miedwiediew, o których się prawie otarłem. Było tam tak zimno, że na czas mszy dostaliśmy koce. - Podczas wkopywania Dębów Pamięci w Sztumie wykonał Pan symboliczny gest, wsypując ziemię z Katynia. - Ziemię, którą przywiozłem z drugiego wyjazdu. Jej część wysypałem też na grobie Mamy. - Jest Pan wybitnym filologiem klasycznym, znawcą kultury antycznej. Czy w pismach starożytnych autorów znajduje Pan teksty, które można odnieść do XX-wiecznej zbrodni katyńskiej? - W czasie wojny peloponeskiej w V w. przed Chr. jedna z wysp greckich nie chciała zgodzić się z planem strategicznym Ateńczyków. Ci ukarali ją za to w ten sposób, że wyrżnęli 8 tysięcy mężczyzn. Czołowy grecki historyk Tukidydes tak to skomentował: Do takiego okrucieństwa doprowadziły walki partii; wydawały się one jeszcze okrutniejsze dlatego, że był to pierwszy tego rodzaju wypadek. Tym faktem, jeśli można tak powiedzieć, poruszona została cała Hellada [...]. Wiele też dotkliwych klęsk spadło na różne państwa z powodu walk partyjnych, które zdarzają się i zawsze zdarzać będą, jak długo natura ludzka pozostanie niezmienna, choć może w mniejszym nasileniu i w innych formach, stosownie do zmieniających się okoliczności. W czasach pokojowych i w dobrobycie zarówno państwa, jak i jednostki kierują się słuszniejszymi zasadami, gdyż nie znajdują się pod jarzmem konieczności; spory zaś niszczą normałne, codzienne życie będąc brutalnym nauczycielem kształtującym namiętności tłumu według chwiłowej sytuacji. [...] Wtedy również zmieniano dowolnie znaczenie wielu wyrazów. Nierozumna zuchwałość uznana została za pełną poświęcenia dla przyjaciół odwagę, przezorna wstrzemięźliwość - za szukające pięknego pozoru tchórzostwo, umiar — za ukrytą Adam Langowski 43 bojażliwość, a kto z zasady radził się rozumu, uchodził za człowieka wygodnego i leniwego; bezmyślną zuchwałość uważano za cechę prawdziwego mężczyzny, a jeśli ktoś się nad czymś spokojnie zastanawiał, sądzono, że szuka dogodnego pretekstu, aby się wycofać. Ten, kto się oburzał i gniewał, zawsze znajdował posłuch, ten, kto się mu sprzeciwiał — był podejrzany. Jeśli komuś udało się drugiego wciągnąć w pułapkę, chwalono go jako mądrego, ale za jeszcze mądrzejszego uchodził ten, komu udało się tej pułapki uniknąć; jeśli zaś ktoś tak się urządził, że nie musiał ani zastawiać na nikogo sideł, ani ich unikać, uchodził za zdrajcę swych towarzyszy partyjnych i człowieka bojącego się partii przeciwnej. Jednym słowem, sławy zażywał ten, kto potrafi ubiec człowieka, który mu chciał krzywdę wyrządzić, i kto drugiego zdołał do złego namówić. Związki krwi stały się słabsze od związków partyjnych, gdyż przyjaciel partyjny chętniej ważył się na rzeczy śmiałe i bezwzględne. Związków bowiem tego rodzaju nie zawierano zgodnie z istniejącymi prawami dla ogólnego pożytku, lecz wbrew prawom dla egoistycznych celów, wzajemne zobowiązania między uczestnikami nie opierały się na prawach religijnych, lecz na współuczestnictwie w zbrodni. [...] Większą też radość sprawiało móc się na kimś zemścić, niż w ogóle nie doznać od nikogo krzywdy. Wszelkie układy zawarte w przymusowej sytuacji i zaprzysiężone miały wartość tylko do chwili, gdy jedna ze stron nie poczuła się silniejsza; przy pierwszej zaś sposobności ten, kto zyskał na sile, widząc przeciwnika bezbronnego nie dotrzymywał układu. Zamiast bowiem otwarcie wrogo występować, chętniej łamano układy, nie tylko dlatego, ze nie narażało to na duże niebezpieczeństwa, ale że jeszcze w nagrodę za podstęp 44 Nie wolno uczestniczyć w kłamstwie przynosiło sławę przebiegłości. [...] Źródłem tego wszystkiego była żądza panowania, dążąca do zdobycia bogactw i zaspokojenia ambicji, a stąd wybuchały rywalizacje, wkraczały w grę namiętności. Przywódcy polityczni jednej i drugiej partii posługiwali się pięknymi hasłami, mówili o równouprawnieniu wszystkich obywateli albo o rządach rozumnej arystokracji, ale w rzeczywistości mówiąc o sprawie ogólnej walczyli miedzy sobą o swe prywatne interesy. Używając wszelkich metod w walce o pierwszeństwo odważali się nawet na największe okropności, a w zemście nie oglądali się ani na prawo, ani na interes publiczny, lecz kierowali się wyłącznie samowolą. Czy to przy pomocy niesprawiedliwych wyroków sądowych, czy też przemocą gotowi byli zaspokajać swe namiętności. Żadna partia nie szanowała świętości, a dobre imię zyskiwali ci, którzy za pomocą pięknych słów osiągali coś niegodnego. Bezpartyjnych zaś obywateli gnębiły obie strony, dlatego że nie brali udziału w walce i że zazdroszczono im spokoju. Czyż nie jest to tekst aktualny, chociaż pochodzi sprzed 2500 lat? - Czy oglądał Pan film „Katyń”? - Oglądałem go dwa razy. - Jakie wrażenie zrobiło na Panu dzieło Andrzeja Wajdy? Wiedziałem, że to będzie dobry film ze względu na reżysera i ze względu na aktorów. Przecież Maja Komorowska nie zagra w byle jakim filmie! Dla ludzi obeznanych ze starożytnością film ma wprost aluzyjne treści. Siostra lotnika granego przez Pawła Małaszyń-skiego to przecież żywcem wzięta Antygona! W tragedii Sofoklesa mówi: „Współkochać przyszłam, nie współnienawidzić”. W drugim miejscu, kiedy tłumaczą jej, że takie zachowanie to gest niepotrzebny, mówi: „Słowami świadczyć miłość, to nie miłość”. Na grobie ojca Antygona składa pukiel włosów, co też jest w filmie. Wajda doskonale wiedział, jak się po takie aluzje sięga. - Co dzisiaj jest jeszcze, według Pana, do zrobienia w sprawie katyńskiej? - Chyba nic. Jest nas z każdym rokiem mniej. Nie ma już żadnych katyńskich wdów. Równa ze mną wiekiem pani profesor Małgorzata Czermińska, polonistka z Uniwersytetu Gdańskiego. Ona i ja należymy do najmłodszych dzieci. Co roku spotykamy się jako Rodzina Katyńska przed Gwiazdką na składkowym opłatku, przy czym prosi się, by opłacić bardzo skromną sumę za tych, których na to nie stać. To jest upokarzanie ludzi. Te osoby starsze o piętnaście i dziesięć lat ode mnie biedniutko ubrane, z emeryturek przędą cieniutko, a powinny mieszkać godziwie i być wszędzie pokazywane. W starożytnych Atenach dzieci poległych w bitwie pod Maratonem były dośmiertnie na utrzymaniu państwa. Bardzo też smutne, że na tej naszej uroczystości, chociaż jest nas coraz mniej, to przybywa notabli zbierających oklaski, sobie kadzących i dekorujących się medalami. Z niesmakiem słucham apeli polityków żądających dla nas odszkodowań od Rosji, tak jakby chodziło tu o pieniądze, a nie o prawdę i godność. Przywołam tu słowa Jana Kochanowskiego: „ O nierządne królestwo i zginienia bliskie, Gdzie ani prawa ważą, Ani sprawiedliwość ma miejsce, A wszystko złotem kupić można”. Z tej mądrości skorzystała później pani Dulska. Adam Langowski 45 SPOJRZEĆ W TWARZ KATYNIOWI z Elżbietą Rozkwltalską rozmawia Adam Langowski - Osiemdziesiąta rocznica zbrodni katyńskiej skłania do zadumy nad losem polskich oficerów zamordowanych przez NKWD w kwietniu 1940 roku. Jednym z nich był Pani ojciec, podporucznik Jan Skórecki. - Ojciec urodził się 1 marca 1909 roku w Drozdowie, w powiecie Pułtusk. Był synem Józefa i Reginy z Machnowskich. W 1930 roku ukończył trzyletnią Średnią Szkołę Rolniczą w Sobieszynie, a w kolejnych latach Szkołę Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Rozkazem Centrum Wyszkolenia Kawalerii z dnia 30 czerwca 1932 roku został przydzielony do 10 Pułku Ułanów, który stacjonował w Białymstoku. W 1934 roku otrzymał nominację na stopień podporucznika rezerwy kawalerii. Ożenił się z Olgą Stanisławą Hełpą. Z tego małżeństwa urodziła się 7 stycznia 1938 roku córka Elżbieta, czyli ja. Ojciec dzierżawił majątek Maszew w powiecie Turek. Był wysportowanym mężczyzną, o czym świadczą zacho- Jan Skórecki, fot. archiwum rodzinne E. Rozkwitalskiej wane dyplomy z zawodów sportowych. W pierwszym dniu mobilizacji, czyli 24 sierpnia 1939 roku, powołano go jako oficera Wojska Polskiego. Z 10 Pułku Ułanów został przeniesiony do 7 Pułku Strzelców Konnych. Po wzięciu do niewoli przez wojska sowieckie trafił do obozu jenieckiego w Kozielsku. Zginął w Katyniu w 1940 roku. Dodam, że w Katyniu zamordowano również porucznika Kazimierza Ignacego Bieńkę, który był ciotecznym bratem mojego Ojca. Na cmentarzu w Lubielu, gdzie są pochowani rodzice Ojca, Jerzy Machnowski, brat mojej kuzynki Jadwigi Zimińskiej, ufundował tablicę z napisem: „Pamięci Jana Skóreckiego, Kazimierza Bieńko i innych oficerów polskich zamordowanych w Katyniu”. - Gdy ojciec wyruszał na wojnę, była Pani małym dzieckiem, które zdążyło odczuć jego obecność, co w kontekście innych historii katyńskich wydaje się być wielką wartością. Przecież wiele dzieci urodziło się w czasie, gdy ich ojców już nie było. - Dla mnie to jest bardzo ważne i cenne, że mógł spędzić z nami chociaż krótki okres, bo potem wybuchła wojna. Pisał o nas w liście: „Strasznie mi tęskno za Wami, jest to rzecz nie do opisania, lecz bądźcie dobrej myśli i o mnie nie martwcie się”. Mama otrzymała z Kozielska dwa listy. Jeden z 25 lutego 1940 roku, a drugi wcześniejszy, z grudnia 1939 roku, 46 Spojrzeć w twarz Katyniowi który nam zaginął. Pamiętam, że w tym zaginionym liście ojciec pisał, że jest ciężko ranny, że rany mu się otwierają. To był krótki list. Drugi list jest w moim posiadaniu: List podporucznika Jana Skóreckiego napisany w Kozielsku 25 lutego 1940 r.: Najdrożsi, Niezapomniani Moi! Jestem zdrowy i cały, żyję sobie z dnia na dzień, jak wszyscy moi koledzy. Zaczyna się robić mroźno i z tego powodu proszę bardzo o przysłanie mi tylko tych rzeczy, o które proszę, a więc: 1 kalesony ciepłe, 1 kalesony cienkie, ciepłe tanie rękawiczki, szalik, kalosze [nieczytelne]. Piszę do Mikołajewic, to może prędzej dojdzie. Będę pisał tylko raz w miesiącu i tak samo proszę mi tylko na list odpisać. Na pewno jak już wiecie jestem w Rosji. W domu radźcie sobie jak możecie, a jak powrócę to będziemy wspólnie pracować. Strasznie mi tęskno za Wami, jest to rzecz nie do opisania, lecz bądźcie dobrej myśli i o mnie nie martwcie się. Jak byście wysyłali paczkę, to przyślijcie mi nowe zdjęcie Waszej trójki, niech mam Was chociaż na papierze. Adres zwrotny podoję Wam na dole. Jest nas czwórka: Wylazłowski ze Stojanowa, Landowicz koło Błaszek, Dulas z Koźminka i ja, zawsze trzymamy się kupy cały czas. W domu kombinujcie jak możecie, ja się na wszystko zgodzę. Przesyłam ukłony dla wszystkich znajomych, a Was ściskam i serdecznie całuję, zawsze ten sam Janek. - Andrzej Wajda we wstępie do książki Andrzeja Mularczyka „Post mortem” przedstawił następującą wizję swojego filmu poświęconego zbrodni katyńskiej: „Film ukazujący do bólu okrutną prawdę, której bohaterami nie są zamordowani oficerowie, lecz kobiety czekające na ich powrót każdego dnia, o każdej godzinie, przeżywające nieludzką niepewność. Wierne i niezachwiane, pewne, że wystarczy otworzyć drzwi, a stanie w nich od dawna oczekiwany mężczyzna”. Czy Pani matka czekała? - Mama czekała na powrót mojego Ojca, chociaż w 1943 roku „Nowy Kurier Warszawski” - dziennik wydawany przez Niemców w języku polskim oraz inne gazety wydawane dla Polaków przez niemieckie władze okupacyjne podawały listy nazwisk polskich oficerów, których zwłoki odkryto w masowych grobach w Lesie Katyńskim. Ona nie dowierzała jeszcze temu i każdy się łudził, że może wróci. Pojawiały się pogłoski, że ktoś się uratował, wyczołgał z dołów śmierci, więc cały czas czekała. Potem, kiedy już wszystko było wiadomo, musiała to zaakceptować. Wyszła drugi raz za mąż. Mama nigdy nie ukrywała, że jej mąż został zamordowany w Katyniu. Zmarła w 1982 roku. Na pomniku rodzinnym, gdzie jest pochowana, znajduje się tablica upamiętniająca mojego Ojca, a przy grobie rośnie świerk, którego sadzonkę przywiozłam z Lasu Katyńskiego. - Pozwoli Pani, że przytoczę jeszcze słowa Józefy Hennelowej, która odnosząc się do jednego z największych symboli Katynia, jakim są wojskowe guziki wydobyte z dołów śmierci, zapisała taką refleksję: „Najbardziej prawdziwy pomnik wszystkich 25 tysięcy pomordowanych, wcześniejszy niż pierwsze krzyże na cmentarzach Katynia, Mied-noje i Charkowa. Najuczciwszy wyraz totalnej bezradności wobec tamtych faktów, tamtej ziemi, tamtej pamięci i wszystkich znaków zapytania, jakie od pierwszego dnia poznania prawdy stawiane już będą historii i Panu Bogu zawsze i przez każdego, kto zdecyduje się spojrzeć w twarz temu miejscu i nazwie”. Pani zdecydowała się spojrzeć w twarz Katyniowi i czterokrotnie odwiedziła to miejsce. Początkowo zapisałam się do Warszawskiej Rodziny Katyńskiej, ponieważ w Gdańsku nie było jeszcze żadnych struktur. W 1989 roku przystąpiłam do Gdańskiej Rodziny Ka- Adam Langowski 47 Jan i Olga Skóreccy z córeczką Elżbietą, fot. archiwum rodzinne E. Rozkwitalskiej 48 Spojrzeć w twarz Katyniowi ryńskiej. Pierwszy wyjazd do Katynia odbył się w dniach 29-30 października 1989 roku. Towarzyszyli mi córka Anna i syn Piotr. Jechaliśmy pociągiem specjalnym zorganizowanym przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Warszawie. Po dotarciu do Brześcia trzeba było zmienić rozstaw kół w pociągu, ponieważ zaczynały się szerokie tory. Żołnierze rosyjscy przechodzili przez wagony, serwowali kawę i herbatę. Sprawdzali, czy ktoś nie otworzył okna, bo nie wolno było tego robić. Do Smoleńska przyjechaliśmy rano i przeżyliśmy szok. Na dworcu, przy torach stanęło piętnaście autokarów, do których musieliśmy wsiadać niemal wprost z wagonów. Na początku i na końcu kolumny jechały samochody z Rosjanami. Zawieziono nas do Katynia pod eskortą żołnierzy rosyjskich! Pomyślałam nawet, że nie wrócimy już stamtąd. W Lesie Katyńskim zastaliśmy następujący napis: „Ofiarom faszyzmu - oficerom polskim rozstrzelanym przez hitlerowców w 1941 roku”. Niektórzy z nas próbowali go zamalować. Uczestniczyliśmy we mszy świętej, którą odprawili księża z Wrocławia. Wszystko odbywało się w obstawie żołnierzy rosyjskich. Jeden z nich, prawdopodobnie reporter, miał nawet w kieszeni „Prawdę”! Na masowych grobach paliliśmy znicze i umieszczaliśmy chorągiewki w biało-żółtych barwach, na których widniały dane ofiar, aby rodziny, które się znały, łatwiej się odnalazły. Dla mnie to było straszne przeżycie. Wszyscy płakaliśmy, że nasi ojcowie zginęli w taki sposób. Wiedzieliśmy przecież, że mieli związane drutem ręce. Po mszy wyprowadzono nas z lasu. Pojechaliśmy do hotelu, gdzie zjedliśmy posiłek i stamtąd autokary zawiozły nas do pociągu. Druga pielgrzymka miała miejsce 3 i 4 kwietnia 1990 roku, w 50. rocznicę zbrodni. Zorganizowała ją ponownie Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Warszawie. Tym razem pojechałam z synem Janem. W porównaniu z pierwszym wyjazdem podróż była bardziej komfortowa. Można było otwierać okna i nie było żadnej obstawy. Na cmentarzu pozytywne zdziwienie, bo otwarto wszystkie bramy. Po mszy świętej można było wszędzie chodzić. Otworzyli nawet bramę do dawnych budynków NKWD. Tylko dwóch Rosjan pilnowało, żeby od świeczek las się nie zapalił. Uczestniczyli oni we mszy świętej, podczas której żegnali się po rosyjsku. Trzeci raz pojechałam z mężem Andrzejem, autokarem z Łodzi, na otwarcie i poświęcenie Polskiego Cmentarza Wojennego w Katyniu 28 lipca 2000 roku. Nie było już takich trudnych emocji, jak za pierwszym razem. Ludzie się po prostu cieszyli, że mogą być w Katyniu i mogą się pomodlić za swoich bliskich. Powstał nowy ołtarz, na którym wypisano wszystkich, którzy tam zginęli, dlatego to było dla nas bardzo wzruszające. Jednym z projektantów ołtarza był architekt Leszek Witkowski, mieszkaniec Sztumu. Homilię wygłosił Kardynał Józef Glemp, który najpierw poświęcił cmentarz Rosjan, znajdujący się po drugiej stronie drogi leśnej, a następnie Polski Cmentarz Wojenny. Była to podniosła i niezapomniana uroczystość. Wśród obecnych był m.in. prezydent Kaczorowski oraz przedstawiciele różnych religii. Pojechaliśmy również na stację w Gniezdowie, gdzie w 1940 roku Rosjanie przywozili polskich oficerów. Na swoją czwartą pielgrzymkę do Katynia udałam się w 2010 roku, w 70. rocznicę zbrodni. - Jak Pani zapamiętała ten ostatni pobyt? W jego trakcie doszło przecież do wielkiej tragedii, jaką była katastrofa prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Adam Langowski 49 - 9 kwietnia 2010 roku o godzinie 9.30 wyruszyliśmy wraz z mężem pociągiem specjalnym z Warszawy Zachodniej. Pociąg żegnany był przez tych, którzy mieli dolecieć na miejsce samolotem. O godzinie 13.00 byliśmy na granicy w Terespolu. Odprawa przebiegała sprawnie, mimo przestawiania składu siedemnastu wagonów na szerokie tory. Dziesiątego kwietnia o godzinie 5 rano pociąg przyjechał do Smoleńska, skąd autokarami przewieziono nas do Katynia. Powitała nas piękna pogoda i nikt nie przypuszczał, że się zmieni. Z uwagi na niedawną kontuzję nogi szybko przepuszczono mnie przez bramkę kontrolną. Mieliśmy czas, aby przejść się po cmentarzu, zapalić znicze i położyć kwiaty przy epitafiach swoich ojców i najbliższych. Potem czekaliśmy na przyjazd prezydenta Lecha Kaczyńskiego wraz z małżonką i delegacją towarzyszącą. Od Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa otrzymaliśmy tekst prezydenckiego wystąpienia, które miało zostać wygłoszone podczas uroczystości. Opiekowali się nami wolontariusze, harcerze oraz żołnierze. Kiedy dotarliśmy na miejsce nabożeństwa zadzwoniła do nas córka Ania, potem synowie Piotr i Jan, mówiąc, 50 Spojrzeć w twarz Katyniowi że media donoszą o katastrofie samolotu prezydenckiego w Smoleńsku. Zaraz podano oficjalny komunikat na ten temat. Mówiono, że troje rannych wzięto do szpitala, ale wkrótce poinformowano, że jednak wszyscy zginęli. Byliśmy zszokowani i wstrząśnięci, płakaliśmy. Odmówiliśmy Koronkę do Miłosierdzia Bożego za wszystkich, którzy zginęli w prezydenckim samolocie, potem odprawiona została żałobna msza święta za zamordowanych w Katyniu oficerów i za wszystkie osoby, które leciały samolotem prezydenckim. Ich miejsca pozostały puste, położono na nich biało-czerwone flagi. W tych tragicznych okolicznościach obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej zostały przerwane. Po mszy świętej poproszono nas o szybkie opuszczenie cmentarza i wsiadanie do autokaru, by jak najszybciej opuścić Smoleńsk i Rosję. Wspaniale zachowali się nasi żołnierze, którzy wielu osobom pomagali przejść do autokaru. Mówili, że padł rozkaz jak najszybszego wyjazdu. Zdawałam sobie sprawę, że wydarzyła się wielka tragedia, ale nie potrafiłam zrozumieć skąd ten pośpiech. Część z nas dopiero znalazła się na cmentarzu, bo musiała czekać na przejście przez jedyną bramkę kontrolną. Nie wiadomo, czy wszyscy zdążyli zapalić znicze i się pomodlić. Było to bardzo dziwne, że z cmentarza zawieziono nas autokarami na obiad do kasyna. Nie byłam w stanie niczego przełknąć. Na peronie w Smoleńsku, przy pociągu stał szpaler wojska rosyjskiego. W drodze powrotnej byliśmy bardzo smutni i przygnębieni. Rozmawialiśmy tylko szeptem, do ubrań przypinaliśmy czarne wstążeczki, a gdy ich zabrakło cięliśmy czarne woreczki na paski. To był nasz symbol żałoby i znak bólu. Cały pociąg płakał. Myśleliśmy, że to będzie wzruszająca uroczystość, bo przecież miał w niej wziąć udział pan prezydent Rzeczypospolitej, tylu wybitnych ludzi, tymczasem wszyscy zginęli. Wiele z tych osób znaliśmy. Na pokładzie samolotu byli członkowie Rodziny Katyńskiej, m.in. pan Leszek Solski z Gdańska. To właśnie oni żegnali nas na Dworcu Warszawa Zachodnia, mówiąc: Do zobaczenia w Katyniu! - Czy zbrodnia katyńska wpływa na postrzeganie przez Panią Rosji i Rosjan? - Wszelkie dyskusje między politykami mnie nie interesują. A jeśli politycy naprawdę chcą wykazać dobrą wolę i szacunek, to powinni udostępnić nam wszelkie archiwa NKWD, abyśmy poznali elementarną prawdę, na przykład dokładne daty śmierci naszych bliskich. Jako Polka w kontekście tragedii katyńskiej nie mam żalu do narodu rosyjskiego, który wtedy też cierpiał. Natomiast władze rosyjskie nie wykazują autentycznej woli wyjaśnienia sprawy do końca. Julia Kaczmarczyk 51 DZIADEK NIGDY NIE POZNAŁ NAJMŁODSZEJ CÓRKI - Z WANDĄ MAKARĄ ROZMAWIA JULIA KACZMARCZYK1 - Na początku chciałabym Panią poprosić, żeby opowiedziała Pani coś o sobie. Czy pochodzi Pani z tych terenów? Czym się Pani zajmuje na co dzień? - Nazywam się Wanda Makara. Jestem córką najstarszej córki Feliksa Pogorzelskiego, Hani. To nie są moje tereny. Przeniosłam się tutaj, gdy wyszłam za mąż. Na co dzień pracuję w Bibliotece Pedagogicznej w Sztumie. - Skąd pochodził Pani dziadek? Kim był z zawodu? - Dziadek urodził się 6 października 1894 roku na Podlasiu, dokładniej w Pogorzeli, w powiecie Sokołów Podlaski. Spędził tam dzieciństwo i wczesną młodość. Ponieważ młodość przypadła na czasy I wojny światowej, krótko tam mieszkał. W 1916 roku, kiedy miał dwadzieścia dwa lata, został powołany do wojska i już prawdopodobnie nie wrócił na tamte tereny. Brał udział w walkach w I wojnie światowej, był ranny pod Szarkowszczyzną. Później, w 1920 roku, w wojnie sowiecko-polskiej otrzy- mał kilka odznaczeń, m.in. za udział w bitwie pod Bel- FMs Po^ki, Toruń 1928 r., zem. Najbardziej zszokował mnie młody wiek dziadka, fot. archiwum w Makary gdy przeglądałam wszystkie notatki, ponieważ porównu- ję to z moim synem. Miał dwadzieścia parę lat, kiedy walczył. Objął dowództwo kompanii, kiedy miał niespełna dwadzieścia pięć lat, a gdy ukończył dwudziesty szósty rok życia był już oficerem rezerwy w stopniu kapitana. Wtedy też zaczął studiować chemię, która była jego wielką pasją. Ukończył Politechnikę Warszawską i podjął pracę w cukrowni w Gnieźnie, a później został wicedyrektorem cukrowni w Żninie. -Wspomniała Pani o swoim synu. Czy opowiada mu Pani o losach swojego dziadka? - Czasem rozmawiamy. Chciałabym, żeby wiedział przynajmniej tyle, ile ja wiem. Należy się to dziadkowi, bo był naprawdę wspaniałym człowiekiem. Babcia zawsze była z niego dumna, mówiła, że był bardzo odważny. Podziwiała go za to. Był patriotą, jakkolwiek patetycznie to dzisiaj zabrzmi. - Czy mogłaby Pani przybliżyć rodzinę Feliksa Pogorzelskiego? - Dziadek założył rodzinę dosyć późno. Jak się ożenił miał chyba trzydzieści dziewięć lat. Babcia, Jadwiga Pogorzelska, była cztery lata młodsza. Pierwsza urodziła się moja mama, Wywiad jest fragmentem zwycięskiej pracy konkursowej napisanej przez Julię Kaczmarczyk w 2015 roku z okazji 75. rocznicy zbrodni katyńskiej. Autorka była wówczas uczennicą drugiej klasy Niepublicznego Gimnazjum w Sztumie. 52 Dziadek nigdy nie poznał najmłodszej córki Hania, w 1934 roku. Później na świat przyszła druga córka Ewa. To właśnie od niej mam większość materiałów. Niestety, ciocia już nie żyje. Najmłodsza córka, Maria, urodziła się we wrześniu 1939 roku, ale dziadek jej nigdy nie poznał, już go nie było. Jak został zmobilizowany, to babcia była w zaawansowanej ciąży. Musiał zostawić całą rodzinę, małe dzieci. Wyjechał i już nigdy więcej nie wrócił. - Jakie były okoliczności dostania się Pani dziadka do niewoli? - Walczył w obronie Warszawy i w niewyjaśnionych okolicznościach dostał się do niewoli sowieckiej, kiedy Rosjanie po 17 września zaatakowali Polskę. Jako jeniec wojenny przebywał w obozie w Kozielsku. W tym obozie przebywał od września 1939 roku do kwietnia 1940 roku. 11 kwietnia dziadek trafił do siódmego transportu wywożącego jeńców. Przy dwóch więźniach z tego samego transportu znaleziono notatki, więc wiadomo jak to wyglądało. Feliks Pogorzelski z córkami, Żnin 1939 r., fot. archiwum W Makary Transport wyglądał tak, że załadunek więźniów trwał już od rana. Wojskowymi ciężarówkami wozili ich na stację w Kozielsku i umieszczali w pociągu wojskowym, zakratowanym, po sześciu w małych, trzyosobowych celach. Warunki były paskudne. Załadunek trwał do późnego popołudnia. Wieczorem już był gotowy. Ruszyli w stronę Smoleńska, jechali całą noc. Stali tam na bocznicy przez cały dzień i noc. Rano pociąg odjechał do stacji w Gniezdowie. Z tamtego miejsca wywozili ich ciężarówkami do Lasu Katyńskiego i mordowali. Trzynastego kwietnia dziadek już nie żył. Początkowo babcia tego wszystkiego nie wiedziała. Jak dziadek opuścił Żnin, a Niemcy wtargnęli do miasta, to część ludności została wysiedlona. Babcia trafiła do grupy, która była wywieziona do Nowego Targu, niedaleko Zakopanego. Właśnie wtedy urodziła się ciocia Maryla. Dziadek już tego nie wiedział. Być może dowiedział się, że ma jeszcze jedną córkę z listu, który do niego trafił. Babcia wysłała do dziadka w sumie dziewięć listów, które pozostały bez odpowiedzi. Ten jeden został znaleziony, wraz z wizytówkami i dwoma rozkazami wyjazdu przy dziadku podczas ekshumacji. Babcia nie wiedziała, co się dzieje. Pamiętam z tego, jak z nią rozmawiałam kiedyś, że wrócił do niej w październiku ostatni list, który wysłała w sierpniu. A dziadek już od kwietnia nie żył. Pamiętam taką charakterystyczną kopertę, podzieloną na pół. Był na niej adres zwrotny do Nowego Targu. I było tam chyba napisane, że zmarł na skutek powikłań po zapaleniu płuc. Po ekshumacji „Goniec Krakowski” umieszczał wykaz odnalezionych osób. W którejś z zamieszczonych list znalazło się nazwisko dziadka. Moja mama miała wtedy osiem lat i to pamięta. Opowiadała mi jak babcia to przeżyła, jak zemdlała i przez długi czas nie mogła dojść do siebie. Nie mogła uwierzyć, że to spotkało dziadka. Julia Kaczmarczyk 53 - Czy o wydarzeniach, o których Pani wspomniała, mówiono w Waszej rodzinie otwarcie? - Trochę o nich opowiadano. Zawsze chciałam wyciągnąć od babci trochę więcej informacji, ale były to dla niej tak przykre zdarzenia, że nie chciała za dużo opowiadać. Zresztą sama nie wiedziała wszystkiego na pewno. Rosja przyznała się do tej zbrodni, ale babcia zmarła w 1988 roku, miała wtedy dziewięćdziesiąt lat i nie wiedziała tego, co my teraz wiemy. - Czy ktoś z rodziny był odwiedzić cmentarz w Katyniu? Z rodziny tak, ale moja mama nie bardzo chciała tam być. Teraz już tak, jeśli nadarzy się okazja, to może by się wybrała. Jak będzie miała na tyle sił, żeby tam pojechać. - Pani rodzina należy do Federacji Rodzin Katyńskich? Do Federacji należała Ewa Pogorzelska, młodsza siostra mojej mamy (zmarła w 2011 roku). Mamy ziemię z Katynia oraz zdjęcia. Kto wie, może i ja kiedyś odwiedzę grób dziadka. POSTSCRIPTUM Przede wszystkim bardzo dziękuję za możliwość upamiętnienia dziadka, choćby w tej formie. To dla mnie, dla rodziny bardzo ważne. I nie tylko dla nas. O tym po prostu trzeba przypominać. Bardzo dziękuję Julii Kaczmarczyk, która pięć lat temu, jako uczennica drugiej klasy gimnazjum rozmawiała ze mną. Podziwiałam jej przygotowanie, cierpliwość i takt. Była uważna i skupiona. Pan Adam Langowski wybrał dobrą i mądrą uczennicę. Ciągle dużo jest niejasności, wiele rzeczy do posprawdzania, jak choćby to, gdzie i w jakich okolicznościach dziadek dostał się do sowieckiej niewoli. Jestem już na emeryturze, więc nareszcie będę miała na to czas. Udało mi się dotrzeć do kilku znaczących dokumentów z życia dziadka, jego wczesnej młodości, początków pracy zawodowej, różnych listów, 54 Dziadek nigdy nie poznał najmłodszej córki także polecających do pracy, zdjęć. Wyłania się z nich obraz pełnego życia, energicznego, odważnego i odpowiedzialnego człowieka, kochającego męża i ojca. Tym większy żal, że nie dane było nam wszystkim cieszyć się jego obecnością. Tworzyli z babcią (później uwielbianą przez nas wszystkich i podziwianą) bardzo dobraną parę, co potwierdzali ci, którzy ich znali. Może dlatego, że było to późne małżeństwo osób dojrzałych i doświadczonych przez lata młodości, która przypadła na czas I wojny światowej. Wspólnym życiem rodzinnym mogli cieszyć się zaledwie 6 lat, gdyż ślub odbył się kwietniu 1933 r., a w 1939 r. dziadek został zmobilizowany, wyjechał i nie wrócił. Od 9 września 1939 r., kiedy Żnin został zajęty przez Niemców, stopniowo rozpoczęły się wysiedlenia. Kilkaset osób, w tym babcię z niemowlęciem i dwiema córkami, wysiedlono do Nowego Targu. Na spakowanie rzeczy miała kilkanaście czy kilkadziesiąt minut. Przy okazji jeszcze małe sprostowanie. Najmłodsza córka, Maria, urodziła się 13 września, ale jeszcze nie w Nowym Targu, a w bombardowanym wtedy Inowrocławiu. Opuszczone żnińskie mieszkanie zostało przez Niemców splądrowane, ograbione. Mieszkańcy opowiadali później, że Niemcy wywozili części wyposażenia, meble, sypialnię dziewczynek w całości. Wtedy to, gdyby nie chęć niesienia pomocy, ludzka solidarność i niezwykła życzliwość, wręcz poświęcenie współpracowników ze źnińskiej cukrowni (przede wszystkim rodziny państwa Skibińskich), nie ocalałoby nic, bo cóż można zabrać w daleką drogę z niemowlęciem i jeszcze dwójką małych dzieci? Dzięki wspaniałej postawie tych ludzi, ich inicjatywie, ocalało dla nas wiele rzeczy, m.in. zdjęcia, dokumenty. Nie wiem, jak to było możliwe, ale udało im się także część rzeczy zakopać, dzięki czemu przetrwały i babcia po wojnie je odzyskała. To jedyne i bezcenne pamiątki. Tabliczka epitafijna z Polskiego Cmentarza Wojennego w Katyniu poświęcona Feliksowi Pogorzelskiemu, fot. archiwum W. Makary Julia Kaczmarczyk 55 Babcia dla nas zawsze była bohaterką. Pełna życia, energiczna, zaradna, pracowita, była nauczycielką. Musiała dawać sobie radę, wychować córki, wykształcić. Zawsze była świadoma tego, że trzeba pamiętać, opowiadać, chciała przekazać nam jak najwięcej, ale przez całe jej życie było to zbyt trudne, temat zbyt bolesny. A żyła 90 lat. Babcia wiedziała, że dziadek zginął w Katyniu, widziała listy ofiar, informowali znajomi, ale było to tak trudne do uwierzenia, że mimo to poszukiwała dziadka jeszcze po wojnie m.in. przez Polski Czerwony Krzyż i Czerwony Krzyż, pisząc do Warszawy, Genewy. Odpowiedzi potwierdzały znane informacje. A w mieszkaniu babci, w Toruniu, odkąd pamiętam, wisiał w widocznym miejscu portret dziadka w mundurze i od zawsze wiedzieliśmy, że zginął w Katyniu, chociaż dopiero z czasem zaczynało docierać do nas, wnuczek, co to naprawdę znaczy. Wanda Makara, Stary Targ, styczeń - luty 2020 r. Wanda Makara i Julia Kaczmarczyk podczas spotkania w Bibliotece Pedagogicznej w Sztumie, 6 marca 2015 r, fot. archiwum W. Makary Dalsza lista zi oficerów Leszek Sarnowski Ze szkoły - ^w. DO KATYŃSKIEGO LASU 1"~‘> Vfel»n AUkM^ MOW, (ZVi, ”**•»» ~. . 5.9.06 w Brodach. 1024 STARKOWSKI Stefan, ppur., ur. 1898 w Poznaniu. Przy zwłokach znaleziono legitymację sportową. 1025 ŻÓŁTOWSKI Marceli, por zam. 1027 UBOCKI Ludwik, pyr- ^y zwłokach znaleziono państw, legitymacje urzędniczą. 1028 DARMOCHWAL Kazinrwz, JE RLJS'SIjl Zdziwiły, nauczy io iwnsbv^e^ kuch znaleziono dwie karty piczKwe Z nadawcą.- .Janowska Maria, Wino An- 1031 KUCA Henryk, oficer (stopnia nie ustalono), ur. 1908. 1032 SIKORSKI Henryk, dr med. Przy zwłokach znaleziono ^la^czke służby oficerskiej i kgity-•i< le urzędnicza. 1088 PENSZ łów brak). 1039 SPYCH (szczegółów br 1010 POPKA (szczegółów br 1041 MCSCK Warszawa, ul. 1042 .... (n mundurze. Pr kalendarzyk kii Gowdzińska Ku Czerniaków Mi Jakiegoś nieszc knić Gowdziń» Kiorzesiewska ? ? 1043 KACZA mundurze (^ 1041 PIOTR! ki w mundurze, no państw, leg 1045 .... (rt| tucznika. Prp receptę na naz 1046 CUMIE ^M 11M. Zn loki w ach znaleziono iędnta/4. azimlorZ. Pw ;ść ltZityn1C.il ppor. (szcze^ó- dward, podpór. I Juliusz, por. ’"nty, por., lin. arie. Zwłok! w 'ach znaleziono vy z odr^em- Warszawa, ni. ród. W wypadku wszo, zawirdo-Aladytlawa, ul. 'Jan. Zwłoki w brak). . ^anfsłuw. Zwlo-, lokach tnaAuo* j urzędniczy. Mte). Zwłoki po-|.