Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2021 roku” FOBOS ONE Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos One WOTiWO I HIEJSUIIBUOTEU MMIIU im. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ul. Targ R^,5'6 1T 58 301-48-11 w.227z237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 2(44) 2021 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Piotr Napiwodzki Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Bogumił Wiśniewski, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Adam Langowski Projekt okładki: Mariusz Stawarski Str III i IV „Żuławski flizy” Beaty Grudzieckiej Skład komputerowy i przygotowanie do druku: KIMSO Marcin Żakiewicz Druk: Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Spółdzielni Socjalnej Fabryka Inicjatyw w Malborku, Sztumskiemu Centrum Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury — sklep Tabularium Sztumskie Centrum Kultury Zakład fotograficzny Foto Mono II w Sztumie, Plac Wolności 19 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Czterdziesta czwarta „Prowincja”...............................................5 Poezja Dominika Klucznik-Lewicka.................................................6 Janusz Ryszkowski...........................................................8 Proza Grzegorz Daszewski — W moim łóżku z Yoko Ono...............................12 Michał Majewski — Bife de chorizo..........................................17 Esej Andrzej C. Leszczyński — Okruchy.........................................21 Tadeusz Aziewicz — Nagroda Obojga Narodów dla Krzysztofa Czyżewskiego....27 Katarzyna Gentkowska - „Mężczyźni rządzą światem, a nami kobiety” - płeć piękna w życiu Natalisa Sulerzyskiego .................................32 Na tropach historii Grażyna Nawrolska — Herbata — czarodziejski napój........................37 Radosław Kubuś — Upiór, strzyga, wampir. O „żywych trupach” na Pomorzu w perspektywie historyczno-archeołogicznej.......................44 Piotr Zawada — Victor za Bliichera. Słynna a zapomniana wymiana jeńców......49 Jan Chłosta — Listy Heinricha Nitschmanna o hakatystach.....................55 Wiesław Olszewski - Lot specjalny nad Stutthofem...........................57 Adam Langowski - Korespondenci„Małego Polaka w Niemczech” z Powiśla (cz.2) ...69 Ryszard Rząd — Historie nie tylko malborskie (4).........................78 Jean Rapp — Pierwsze miesiące oblężenia Gdańska w roku 1813 ...............89 Wędrówki po prowincji Janusz Ryszkowski — Wstyd to nazwać podróżą................................93 Andrzej Kasperek — Dom nad Tugą...........................................100 Beata Grudziecka — Historie malowane tlenkiem kobaltu(cz. II).............114 Bartosz Marguardt — Cieszymowo — budowanie tożsamości.....................121 Magdalena Gródecka — Projekt Powiśle......................................132 Tomasz Luterek — Powiślańskie problemy z tożsamością......................141 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski — Notatki słów i obrazów (15)........................146 Paweł Zbierski — Dziennik kataloński (12)................................156 Piotr Opacian — Oleniok — spływ ostatnią dziką rzeką świata?.............168 Radosław Wiśniewski - Listy do Tymoteusza (4)............................177 Okiem fotosnajpera Piotr Opacian — Perkoz dwuczuby..........................................186 Muzyka Wacław Bielecki — Muzyka z sieci. Notki melomana w czasie pandemii (2)...192 Galeria Prowincji Beata Grudziecka - Żuławskie flizy......................................205 PRL w 100 przedmiotach Andrzej Kasperek — Maszyna do pisania Agnieszki Osieckiej................206 Rozmowa Ze Sztumu do Chile i z powrotem z Agnieszką Charycką rozmawia Agnieszka Rutka-Napiwodzka..............209 Recenzje Janusz Ryszkowski — Z mojego wierszonotatnika (II).......................212 Adam Langowski — Trudne losy waplewskich patronów........................215 Piotr Napiwodzki - Kwadratura jerozolimskiego koła.......................217 Noty o autorach........................................................ 220 CZTERDZIESTA CZWARTA „PROWINCJA” Nie do końca zamierzenie, ale okładka Mariusza Stawarskiego doskonale wpisuje się w naszą prowincjonalną rzeczywistość. Po kilku latach oczekiwań zakończył się bowiem remont drogi kolejowej na trasie Malbork-Kwidzyn, dzięki której szybkie pociągi powiozą nas w metropolitalne przestrzenie. Poetycko przypomina się Dominika Lewicka-Klucznik i Janusz Ryszkowski, a w prozie Michał Majewski z fragmentem swojej nowej książki oraz Grzegorz Daszewski. Andrzej C. Leszczyński o perypetiach ze słowami i ich znaczeniami, na przykładzie manipulacji. Z przyjemnością publikujemy laudację Tadeusza Aziewicza na cześć naszego redakcyjnego kolegi Krzysztofa Czyżewskiego z okazji przyznania mu Nagrody Obojga Narodów. Jesteśmy dumni i gratulujemy. Piórem Jeana Rappa (w tłumaczeniu Piotra Napiwodzkiego) oraz Piotra Zawady wracamy do czasów napoleońskich. Radek Kubuś o strzygach i upiorach w świetle badań archeologicznych, a Grażyna Nawrolska z tej samej perspektywy o herbacie. Ryszard Rząd nie tylko o ostach malborskich i tczewskich, a Adam Langowski w drugiej części swej opowieści wraca do czasów zaborów i powiślańskich korespondentów „Małego Polaka” w Niemczech. Janusz Ryszkowski kontynuuje swoją opowieść o Antonim Donimirskim, a Andrzej Kasperek o wyjątkowym domu kultury w Nowym Dworze Gdańskim, a także o tajemnicach maszyny do pisania Agnieszki Osieckiej. Beata Grudziecka o historycznych flizach w domach żuławskich oraz o tworzonych przez siebie współczesnych flizach. Bartosz Marguardt o oryginalnych działaniach w Cieszymo-wie, gdzie wspólnymi siłami buduje się lokalną tożsamość. O powiślańskiej tożsamości pisze także Tomasz Luterek oraz Magdalena Gródecka, która wspólnie z kulturoznawcami pracuje między innymi nad logotypem Powiśla i zaprasza na sierpniowy Festiwal Czterech Kultur w Dzierzgoniu. Swoje opowieści kontynuują także nasi goście — Krzysztof Czyżewski z Sejn, Paweł Zbierski z Katalonii, Radek Wiśniewski z Kiełczowa, a także Piotr Opacian podglądając perkozy, a także relacjonując wyprawę na syberyjski Oleniok. Wacław Bielecki szuka muzyki w internecie, Agnieszka Rutka-Napiwodzka rozmawia z Agnieszką Charycką, sztumianką, która ze swoją polsko-chilijską rodziną szuka relaksu na Powiślu. Mamy nadzieję, że uda nam się w końcu spotkać w realu, choć niepokojąco brzmią zapowiedzi kolejnej fali pandemii. Zachowujmy zatem dystans, szczepmy się, by było nam nawzajem bezpiecznie. Bądźcie zdrowi i czytajcie Prowincję. Redakcja „Prowincji” Poezja Dominika Klucznik-Lewicka MYSZKA Mama stale powtarzała, że jestem niedobra. Musiałam spać z twarzą przytuloną do ściany, a każde ważne wydarzenie sprawiało, że sikałam ze strachu po nogach. Nie umiałam zjeść i się nie upieprzyć, źle sprzątałam, odzywałam się nie tak. Piątki nie były tymi odpowiednimi piątkami. Nie zasługiwałam na sukienki i zawsze wyglądałam jak cień kogoś lepszego. Ubierała mnie na szaro. Tam długo chodziłam w tym kolorze, że twarz i włosy również przybrały niezdrowy kolor. Nikt się ze mną nie przyjaźnił, nikt nie zabiegał. Lubił mnie tylko wujek. A najbardziej to moje spanie z twarzą do ściany. Nie musiał na mnie patrzeć, jak był dla mnie miły co jakiś czas. Myślałam, że to tylko dlatego, że jestem zła. Przecież mama tak ciągle powtarzała. Poezja 7 SINGULARIA TANTUM Poddaliśmy się, a matka cały czas powtarzała, żeby się nie garbić, że jedynie postawa wyprostowana do czegoś nas doprowadzi. Jak przegrać, to tylko z honorem daleko od ziemi. Nigdy na kolanach. Podobno to właśnie wychodzi na starość w powykręcanych lękiem stawach, plecach zaokrąglonych od niewidzialnych razów, które nie zawsze spadają, ale mogą. I to wystarczy. Matka nie wspominała jedynie o tym, Ze jak się stoi prosto, to mocniej wieje wiatr, spojrzenia bolą wyraźniej, bo w drodze gdzieś tam przed siebie wygrywamy w licznie mnogiej, a przegrywamy zawsze w pojedynczej. NIC NIE MUSZĘ Pogrzeb matki śnił się codziennie. Przygotowała rozpacz, a raczej uczyła: jak się powinna zachować, co powiedzieć, kiedy wpaść w lament, żeby nie popełnić kolejnego faux pas. Matka jak na złość dalej żyła. Dokładała cegiełek, żeby nie żałować i zakopywać jeszcze głębiej. Wtedy się zapomni. Wynajmie firmę do sprzątania, zapalania zniczy i pilnowania kwiatów. Nikomu nie płaci się za pamięć. 8 Poezja Janusz Ryszkowski EPIKRYZA (...) niepokój począł się szerzyć tu całym mieście, zwłaszcza że w ostatnim tygodniu grudnia i664 r. jeszcze jeden człowiek zmarł w tym samym domu i na tę samą chorobę. Po czym wszyscy odetchnęli na przeciąg około sześciu tygodni, w czasie których nie nastąpił ani jeden zgon z objawami zarazy, mówiono więc, że choroba wygasła; Daniel Defoe Dziennik czasów zarazy, tłum. Jadwiga Dmochowska Piętnastego dnia Otworzyłem balkon I wypuściłem gołębia Przysiadł na poręczy Znieruchomiał Wtedy zrozumiałem (1.04.2020) Wielka Sobota Nadzieja drży W poniedziałek po szabacie Nie zastały go niewiasty Choć był wszędzie Poezja 9 Jedyne wyjście Wyjście z psem (10.04.2020) Z balkonów Pozdrawiamy Dziękujmy służbie zdrowia Skaczemy Rano ktoś przesłał wiadomość „Nasze życie nie ma terminu ważności” Zrobiłem mocną kawę Z podwójną śmietanką Włączyłem kanał muzyczny z muzyką lat siedemdziesiątych Wyprowadziłem psa Słowem - wszystko było jak zazwyczaj i To mnie mocno zaniepokoiło Trwa telewizyjna debata: Którą twarz Boga Widzimy w czasach zarazy W długich przerwach reklamowych Przewija się głównie Naturalna woda jurajska 10 Poezja Puste ulice Zarażają najsilniej Przez kilka dni Nic nie zanotowałem Poza tym: „Przez kilka dni Nic nie zanotowałem” Zaraz za garażami Tajne podwórkowe ścieżki mocy Prowadziły tam Gdzie rzeczy nie z tego świata: Kaniony, prerie, bizony, Fajki pokoju, szałasy pary... A TY za chwilę zagwiżdżesz Na rączego, karego mustanga (Pamięci Leszka Michalika [1955-2020]) Choć zabierała ci najbliższych Przyjaciół zmuszała Do milczenia Odbijała znajomych Długo wahałeś się Czy wykasować z telefonu Jej numer Poezja 11 Kiedy się za to zabrałeś Numer okazał się niezniszczalny -Fabrycznie wbity na stałe Jak podatki Pojawiała się w przychodni Z małym plecakiem. Rzucała go zaraz na podłogę. Mogę dokładnie opisać Ten gest. Nic więcej. Dziś Paweł pięknie przemawiał W naszej synagodze Ale przecież to nie wystarczy Na długo Kąkol zwątpienia Zakwitnie znowu Jeden cud to za mało Potrzebne jakieś morze Rozstępujące się Na każde skinienie palcem Grzegorz Daszewski Proza W moim łóżku Z YOKO ONO Knut obudził się rano z uśmiechem na ustach, który dawno nie gościł na jego twarzy. Od momentu utraty pracy, odejścia żony, wygonienia go z mieszkania i zabrania wszystkich oszczędności życia, nie miał wielu powodów do radości. Wynajmował mały pokój w skromnym mieszkanku na Gronland, nie cieszącej się dobrą sławą dzielnicy Oslo. Klitkę tę dzielił z osobliwym jegomościem o pseudonimie Korzeń. Osobnik ten nie opuszczał swego małego pokoju przez całe dnie i noce, był przyrośnięty do krzesła przed ekranem komputera. Jego życiem była gra komputerowa World of Warcraft. Wychodził tylko, by zaspokoić najważniejsze potrzeby życiowe, a szmer jaki wydawała klawiatura był jedynym dźwiękiem wydobywającym się z jego ciemnej nory. Knurowi nawet to odpowiadało, bo nie należał do ludzi towarzyskich i dzielenie mieszkania z duchem było optymalnym rozwiązaniem. Zresztą nie lubił przebywać w swoim pokoju, był dla niego zbyt ciasny. Pospolite zielone zasłony drażniły go, a fotel na biegunach zabierał połowę przestrzeni. Do tego zatęchła, zielona kołdra, pod którą chował się przed światem na czas nocy, przepełniła czarę przygnębienia. Wymykał się więc wcześnie z domu, by wałęsać się po mieście i podziwiać sztukę uliczną, za którą nie trzeba było płacić, a która fascynowała go do tego stopnia, że postanowił zostać właśnie takim artystą. Szczególnie pociągały go prace hiszpańskiego rzeźbiarza Isaaca Cordala. Jego cementowe figurki rozsiane po całym Oslo miały na niego hipnotyzujący wpływ. Zwłaszcza postaci stojące na mostowych dźwigarach, w których widział siebie, samotnego i zrozpaczonego, wahającego się czy skoczyć z mostu, czy postać jeszcze chwilę i popatrzyć w dół. Tak bardzo chciał tworzyć podobną sztukę, ale, niestety, nie urodził się z talentem. Już w szkole dzieci śmiały się z jego prób malarskich, a nauczyciele patrzyli na nie z pobłażaniem. Rodzice przyglądając się jego usilnym próbom stania się artystą szeptali do siebie: „Dobrze, że to nie skrzypce — i uśmiechając się dodawali — Luciusie”. Knut musiał porzucić swe ambicje i zatrudnił się w parku rzeźb Peer Gynt, poświęconym dramatowi Henrika Ibsena, jako czyściciel monumentów. Lubił tę pracę, bo obcował wtedy ze sztuką, a jego ulubioną rzeźbą było Łoże śmierci, kiedy mógł położyć się na nim, przykryć narzutą i zdrzemnąć się. Niestety idylla nie trwała długo. Pewnego popołudnia, przytulony do leżącej na łóżku matki głównego bohatera dramatu, zasnął i chrapał tak głośno, że wzbudził zaniepokojenie wśród zwiedzających, którzy wezwali kierownika parku. Ten zwolnił Knuta za molestowanie rzeźby - dobra narodowego Norwegii . Aż dzisiejszego poranka wpadł na olśniewający pomysł, który miał go uczynić sławnym. W głowie ułożył cały plan, do którego potrzebował kilku rzeczy i asystenta, niestety Grzegorz Daszewski 13 wszyscy znajomi odwrócili się od niego i jedyną osobą, która mogłaby mu pomóc, był jego współlokator Korzeń. Ale jak się dostać do jego świata i przekazać mu informację? Było to nie lada zadanie, które wymagało sprytu, spokoju i czystego umysłu. Jednak z tym ostatnim Knut od jakiegoś czasu miał spory problem. Kręciło mu się w głowie i miał omamy wzrokowe. Nie jadł przecież od kilku dni. Postanowił po raz kolejny spróbować szczęścia na Gronland Torg, gdzie kiedyś był częstym klientem i sprzedawcy znali go. Udało mu się nabyć całą siatkę nadpsutych warzyw za kilka ore, które trzymał na czarną godzinę. Po powrocie do domu ugotował breję, która miała okropny smak, ale wyobrażając sobie, że jest to ratatouille, przełknął ją zapełniając żołądek. Światłość umysłu powróciła i wtedy zapukał do drzwi pokoju Korzenia. Nikt nie odpowiedział. Z wewnątrz dało się słyszeć tylko stukanie w klawiaturę. Zniecierpliwiony uchylił lekko drzwi i wcisnął głowę do środka. „Cześć, mogę ci zająć chwilę?” — zapytał Knut. Nie uzyskał odpowiedzi, a Korzeń nawet nie zauważył osobnika przybywającego z realnego świata. „Jest mi potrzebna pomoc. Chcę umieścić lalkę z sex shopu na jednej ze wskazówek zegara na nabrzeżu Aker Brygge. Potrzebuję twojej drabiny i lalki, ale nie mam pieniędzy na jej kupno, więc pomyślałem, że może ty...”. Korzeń drgnął, ale nie odrywał wzroku od komputera. Goniec z informacją wpadł do jego ucha i z impetem rzucił się w kierunku mózgu. Po drodze, niczym Alberto Tomba, omijał jak slalomowe tyczki postaci z gry komputerowej, które czyhały za każdym neuronem: wilkołaki, orków, elfy, krasnoludów... Za wszelką cenę próbowały one zatrzymać dzielnego Filippidesa, najsłynniejszego posłańca. On jednak pokonując wszystkie przeszkody ostatkiem sił dotarł do centrali mózgu, przekazał informację i wyzionął ducha. I wtedy Korzeń delikatnie oderwał się od klawiatury. Knut zobaczył po raz pierwszy jego twarz w całej okazałości. Blade lico ze strzępkami zarostu i podkrążone oczy mówiły o wielu nieprzespanych nocach. „Czy jeśli ją kupimy, to będę mógł z niej najpierw skorzystać?” — nieśmiało zapytał. „Chyba tak... — odparł Knut — oczywiście!”. „Znam taki sklep na Karl Johans Gate, powinniśmy coś tam wybrać”. Kiedy weszli do sklepu, ekspedientka, choć przyzwyczajona do różnej maści zboczeńców, spojrzała na nich z lekkim zaniepokojeniem. Obaj wyglądali, jakby długi czas spędzili w trumnie, a ich ubrania postrzępione i nie pierwszej świeżości potęgowały to wrażenie. „Chcielibyśmy zakupić u państwa lalkę dmuchaną, najlepiej taką, na której długo pozostaje farba. I żeby miała długość co najmniej taką, jaką mają wskazówki na zegarze Aker...” — tu Knut ugryzł się w język. Nie mógł zdradzać wszystkim swoich planów, przecież był częścią Street artu i musiał pozostać anonimowy! Ale było już za późno. Ekspedientka wybałuszyła oczy i ostrożnym głosem wyrecytowała: „Mamy szeroki wybór lalek... Dzisiaj jest promocja i...”. Japonka jest przeceniona o 50%, jeżeli to by panów interesowało” — z trwogą zaproponowała dziewczyna. „Bierzemy!” — odrzekli zgodnie i po chwili ochoczo wracali do swej nory ze sporym pakunkiem. Po drodze Korzeń postanowił kupić alkohol, by wznieść toast za powodzenie przedsięwzięcia, które zbliżało się wielkimi krokami. Po wejściu do domu Korzeń przejął paczkę i bez słowa zamknął się w swoim pokoju. Knut rozsiadł się wygodnie w fotelu, zamknął oczy i rozbujał swe myśli tak mocno, że przeniosły go do Aker Brygge, a potem wyżej i wyżej, aż na Himalaje sławy, bo nie wątpił, iż pomysł z lalką będzie przełomowym w historii sztuki. Nagle przyjemne marzenie przerwało 14 W moim łóżku z Yoko Ono gwałtowne pukanie do drzwi. Był to listonosz, który dostarczył mu paczkę. Nadawcą był tajemniczy kuzyn, który hodował i sprzedawał grzyby; był jedyną osobą w rodzinie, która nie zostawiła biedaka na pastwę losu. Wiedząc o złej sytuacji Knuta, co dwa tygodnie wysyłał mu pokaźny zapas grzybów, które ten wpychał do lodówki, bo od dzieciństwa nie lubił grzybów i nawet najgorszy głód, który właśnie nadszedł, nie skłoniłby go do sięgnięcia po nie. Powoli zapadał wieczór, a Korzeń nie dawał znaku życia. Zbliżała się godzina zero, więc Knut zajrzał zniecierpliwiony do pokoju sąsiada. Ten smacznie chrapał wtulony w Japonkę i mimo usilnych starań nie dało się go obudzić. Knut nie bez trudu wyciągnął lalkę, w której twarzy można było wyczytać błogostan. O dziwo — śpiący rycerz ubrany był od stóp do głów. Samo pragnienie bycia z kobietą, nawet nie do końca żywą, dało mu poczucie spełnienia i bezpieczeństwa. Knut został zmuszony działać w pojedynkę i uzbrojony w farby w aerozolu, z drabiną pod jedną pachą i Japonką pod drugą, ruszył w kierunku Aker Bryg-ge. Kiedy dotarł na miejsce, słońce machało do niego ostatnim promieniem, a na niebie trwała szamotanina wściekłej czerwieni z lejącą się żółcią. Bójka kolorów na niebiańskiej palecie nie zdziwiła go zupełnie — był przecież w porcie. Poczekał chwilę, aż ostatni spacerowicze znikną z pola widzenia i przystąpił do działania. Zegar na wieży uśmiechał się do niego dziesięć po dziesiątej, więc Knut ochoczo przystawił drabinę i wspiął się na kilka szczebli. Zakręciło mu się w głowie, ale bardziej z głodu niż ze względu na niewielką w gruncie rzeczy wysokość i ogarnął go przerażający NIEPOKÓJ. Kiedy odwrócił się na chwilę, zobaczył grupkę obserwatorów. Osobnicy ci wyglądali dość dziwnie, jakby pochodzili z innej epoki. Kobieta w czepku, dwaj panowie w meloniku i cylindrze, a za nimi jeszcze kilka fantomowych postaci bez twarzy ubranych na czarno. Biło od nich coś przerażającego; coś, co wywołało w Knucie falę gorąca i potu cieknącego po oczach. Kiedy odwrócił się, zegar spływał powoli z wieży, a wskazówki wyginały się jak wężowe włosy Meduzy. Otarł twarz chusteczką i zegar powrócił na swoje miejsce, chociaż nie uśmiechał się do niego jak przedtem — wyglądał jakby dopadło go porażenie Bella i wskazywał pół do jedenastej. Kiedy Knut wspiął się na najwyższy szczebel, okazało się, że drabina jest zbyt krótka i nie dosięgnie wskazówki, na którą miał nabić lalkę. Biblijny Betel okazał się nieosiągalny. Wymarzony cel_wyśniony przez Jakuba, był chyba nie da niego... — Ej, co tam robisz!? — odezwał się głos za plecami Knuta. Kiedy obrócił się, nie zobaczył dziwnych postaci w czarnych surdutach, które towarzyszyły mu przed chwilą, ale dwóch policjantów nieukrywających rozbawienia. Widok kloszarda z lalką z sex shopu na drabinie próbującego dosięgnąć zegara nie należał na pewno do codziennych. Knut nie wiedział, co odpowiedzieć, czuł, że z głodu odchodzi od zmysłów. — Oprowadzam znajomą z Japonii po mieście. Chciałem pokazać jej szczegóły naszego słynnego zegara... - wydukał. -Tak, to zrozumiałe. Turyści z Japonii są bardzo dociekliwi, co Bjorn? — O tak, i bardzo pomysłowi. Spójrz, gdzie pani ma aparat fotograficzny — drugi policjant wskazał palcem na sztucznego penisa wystającego z krocza lalki. Obaj wybuchnęli szyderczym śmiechem. — Co ty brałeś? Złaź natychmiast! Zrobimy ci test — zaordynował policjant. Grzegorz Daszewski 15 Badanie nie wykazało obecności alkoholu ani innych substancji, więc Stróże prawa zlitowali się nad mizernie wyglądającym dziwakiem i jego orientalną towarzyszką. Postanowili tę parę cudaków odwieźć do domu. Knut wszedł do mieszkania i dostrzegł przez uchylone drzwi chrapiącego w najlepsze Korzenia. Obok łóżka z ciągle ubranym w pełnym rynsztunku współlokatorem stała opróżniona do połowy, plastikowa butelka z Hjemmbrentem, bimbrem, sprzedawanym przez przybyszy ze wschodniej Europy. Knut był wykończony. Zabrał butelkę i usiadł na bujanym fotelu biorąc z niej porządnego łyka. Alkohol okazał się bardzo mocny i żołądek Knuta nie wytrzymał tego oddając zawartość z nawiązką. Dywan wypełnił się feerią barw. Knut rzucił się do lodówki i w akcie desperacji otworzył paczkę kuzynowych grzybów, i zaczął je pochłaniać. Kiedy wypełnił brzuch na tyle, by zaspokoić łaknienie, przechylił butelczynę i za chwilę fala ciepła wpłynęła do mózgu, by zalać całe ciało. Hjemmbrentem było jak tsunami, które z niszczycielską siłą pochłaniało frustrację, żal, rozgoryczenie po nieudanej akcji, która przecież miała zmienić jego życie. Z kolejnymi łykami niechęć do znajomej z Japonii, która według Knuta była przyczyną nieudanej akcji, przeradzała się w coś więcej niźli zainteresowanie. Po jeszcze kilku łykach spirytusowego eliksiru Knut przemówił do towarzyszki niedoli, pytając się o imię. Kiedy oiran nie odpowiedziała, wziął ją delikatnie za rękę i poprowadził do łóżka. Kręciło mu się w głowie od mocnego alkoholu i podniecenia bliskością kobiety. Opadł na łóżko a ona delikatnie położyła się na nim. Poczuł nieopisaną rozkosz i odurzenie. Zamknął oczy i zasnął... — Co ty najlepszego zrobiłeś?! — krzyczał Korzeń biegając po mieszkaniu jak oparzony. Wszystkie ubrania, które miał na sobie, mieniły się różnymi kolorami farb. Obudzony Knut leniwie otworzył oko. Zobaczył pomalowanego Korzenia, który darł się w niebogłosy i lamentował. Obok łóżka stały zużyte puszki po farbie w sprayu, a na ścianach pokoju widniały różnokolorowe bohomazy, linie i kółka wyglądające na dzieło trzyletniego dziecka. Obok Knuta leżała, również wymalowana od stóp do głów, japońska lalka. — Ty gnoju! Co ty narobiłeś!? Zawiadomiłem twoją rodzinę! Niech zobaczą, jakim zboczeńcem jesteś!!! Niedługo potem w domu zjawiła się gromada ludzi w różnym wieku. Oglądali pokój i szeptali do siebie. Knut wstydził się tak bardzo, że postanowił schować się pod kołdrą. Ciekawość jednak nie dawała mu spokoju i podniósł rąbek przykrycia, by ocenić sytuację. Byli tam jego rodzice, teściowie, była żona i dzieci. Wszyscy półgłosem naradzali się z Korzeniem, który uspokoił się i miał teraz wyraźnie zadowoloną minę. Po chwili wyszli z pokoju zamykając drzwi i dało się słyszeć przesuwanie ciężkich przedmiotów. „Zabarykadowali mnie!” — pomyślał z trwogą. Minął dzień i noc, a kiedy Knut znów obudził się, po pokoju chodzili nieznani mu ludzie. Przyglądali się z wielkim zaciekawieniem parze w łóżku, a wskazując na ściany mówili: „To fascynujące, prawdziwe dzieło sztuki. Od czasu Mojego łóż^a Trący Emin nikt nie stworzył czegoś tak olśniewającego! Proszę zwrócić uwagę na ten układ linii na ścianie, wspaniałe ornamenty” — zachwycali się zwiedzający. Knut rzucił okiem na ściany, ale oprócz pijackich bazgrołów nic tam nie zauważył. Korzeń zaś siedział w przejściu do pokoju i sprzedawał bilety: „Największa sensacja artystyczna ostatnich lat! Tylko sto koron, taniej niż na Muncha!” — zachwalał wystawę, a bilety rozchodziły się jak świeża heroina na Tollbugata. 16 W moim łóżku z Yoko Ono Następnego dnia, kiedy się obudził, poczuł nad sobą alkoholowy oddech. „Cześć, jestem Trący Emin i musisz mi kochany powiedzieć, co było w tej plastykowej butelce. Jesteś nieziemski. Zabieram Cię do Londynu”. Później zgasło światło, a Knut poczuł, że zabierają cały jego pokój. Po kilku godzinach usłyszał hałas odpalanych silników samolotowych — leciał do stolicy Wielkiej Brytanii. Kiedy w końcu zrobiło się jasno, powitała go grupka ludzi; „Witamy w Tatę Britain. Musi być pan głodny, więc przygotowaliśmy talerz pana ulubionych grzybów. Proszę się częstować”. Knuta ogarnęło obrzydzenie, ale kiszki grały mu Marsza trolli Griega, więc opróżnił szybko michę. Uczucie wstrętu ogarnęło całe jego ciało i po chwili zawartość żołądka wylądowała na podłodze. Zgromadzeni ludzie zaczęli bić brawo: „Cóż za ekspresja! Jakie połączenie barw! Geniusz!” — zachwycali się. Knut ze wstydu schował się pod kołdrę i tylko wystające oczy świadczyły o ludzkiej egzystencji pod zieloną szmatą. Mijały tygodnie i miesiące. Na głowie Knuta pojawiły się długie włosy i broda. Ze względu na padające na niego mocne światło osłabł mu wzrok, więc dostarczono mu okulary o okrągłych oprawkach. Aż ósmego grudnia wokół łóżka zgromadził się tłum dziennikarzy i fotoreporterów. „John, co ma znaczyć to przedstawienie? Czy namówiła cię do tego Yoko? O co chodzi z tym pokojem?” — przekrzykiwały się gryzipiórki. Zdezorientowany Knut spojrzał na leżącą obok lalkę, której twarz nie wyrażała zdziwienia. Pewnie była przyzwyczajona do bycia w centrum uwagi. Pewnej nocy obudziły go jakieś szmery i szeptanie w niezrozumiałym języku. Poczuł, że cały pokój podnosi się, po czym opada. Usłyszał zgrzyt przesuwanych drzwi i powolny stukot ruszającego pociągu. Podróż trwała tygodniami. Przez specjalnie wydrążony otwór w ścianie wlewano wodę i wrzucano spleśniały chleb. Knut wołał o pomoc, ale nikt nie mógł go usłyszeć. Nawet jego towarzyszka niedoli, japońska lalka, nie miała już tak hardej miny. Uchodziło z niej powietrze. Na ścianie pokoju ukazał się obraz rzucony przez projektor i zaczął się film przedstawiający całe jego życie do narodzin, aż do... Nie chciał umierać. Miał jeszcze coś do udowodnienia światu... Kiedy się otrząsnął do oświetlanego pokoju zaczęli wchodzić kelnerzy i ustawiać wokół jego wyrka przeróżne potrawy. Była tam zupa grzybowa, kulebiak z grzybami, pielmeni z grzybami i inne przysmaki, których nie znał. Nagle zagrały fanfary, rozbrzmiały dzwony oznajmiające dwunastą i ktoś doniosłym głosem obwieścił: „Władimir Wladimirowicz!!!”. Mały, krępy człowiek, z kilkoma włosami na głowie, wszedł energicznym krokiem do pokoju, stanął naprzeciw łóżka i małymi, świńskimi, świdrującymi oczami wpatrywał się w Knuta. - W końcu cię mam — zapiszczał falsetem - najdroższe dzieło sztuki świata jest moje!!! A teraz jedz. To najlepsze grzyby, jakie udało mi się zdobyć, prosto z Ukrainy. Wczoraj zebrane koło Czarnobyla. Knut w końcu ściągnął kołdrę z twarzy. Poczuł się pewnie i swobodnie. Wiedział, że doszedł do celu, wszedł na sam koniec drabiny jakubowej. Ale to nie był sen — stał się największym artystą na planecie... Michał Majewski 17 Michał Majewski Stoimy przy kei w pobliżu Avenida Don Pedro de Mendoza, skąd nie jest bardzo daleko do legendarnej dzielnicy La Boca. A tam czeka uliczka Caminito, gdzie w którejś z licznych knajpek na pewno robią bife de chorizo. Albo ciuracho — jak mówią marynarze. Mówią też, że w Buenos Aires to gwóźdź programu. I pewno nie tylko w Buenos Aires, ale też w całej Argentynie. Nasłuchałem się o tym sporo opowieści. Już po wyjściu z Santos temat argentyńskiego mięsa dominował w mesie oficerskiej. Może dlatego, że drugi mechanik Kazik i starszy mechanik Buli uwielbiają dobrze zjeść, a kiedy się dowiadują, że obaj maszynowi asystenci, czyli Zbyszek i ja, nie wiedzą, co to ciuracho — stawiają sobie za punkt honoru zafundować nam, biednym asom, ten specjał jak się patrzy. — Pamiętaj, second — mówił chief. — Kiedy tylko będzie okazja, bierzemy chłopaków do La Boca. Śpieszę się, żeby dokończyć czyszczenie wirówki. Kilka talerzy zostało do obrobienia i zaczynam składać. Jeszcze pół godziny koncentracji, bo tu nie wolno się pomylić. Chodzą słuchy, że ktoś źle złożył i potem talerze sterczały powbijane w stalowe ściany maszynowni. To z pewnością tylko legenda, bo jak można źle złożyć wirówkę? Przecież wystarczy przestudiować dokumentację. I jest też Zbyszek, który daje mi dobre rady, na przykład pokazując czyszczenie „półautomatyczne”, co znacznie przyśpiesza cały nieprzyjemny proces. Zbyszek robi drugi rejs na tym statku i wszystko już dobrze opanował. Do końca służby mam jeszcze trochę czasu, więc pozwalam sobie na papierosa. Siadam na blacie warsztatu, głęboko wciągając dym w płuca. Patrzę na odkryte bebechy wirówki, myślami jednak błądzę gdzie indziej, w niedawny czas przeszły, do mesy: — Bife de chorizo można zjeść tylko w Argentynie — mówi Buli, starszy mechanik. — Już na niejednym statku widziałem kucharza, który próbował coś kombinować i tylko się ośmieszył. — Jak to? — pytamy. — Tajna receptura jakaś? Specyficzne przyprawy, tylko tu dostępne? — Nie. To mięso... Mięso jest sednem sprawy — odpowiada Buli z miną znawcy. — To może być tylko taka krowa, która się urodziła na pampie, pod gołym niebem, a nie w oborze. Biega w stadzie, wolna, młoda i dzika. A mięso wykrawa się z grzbietu, przy kręgosłupie, mniej więcej w połowie długości. — Tak właśnie, to zasadnicza sprawa — przytakuje drugi mechanik. — Jednak o przyprawach nie zapominaj. Też mają znaczenie, no i przecież sam sposób pieczenia. 18 Bife de chorizo — Tak, tak... Ale nic więcej im nie opowiadaj. Sami zobaczą i posmakują. Zrobione. Jeszcze tylko montaż pokrywy, ładnie, czyściutko. Uwaga na uszczelkę, żeby dobrze leżała! Wycieram ręce pucwolem i szykuję się do zakończenia wachty. Szybko obskakuję agregat prądotwórczy. Smaruję klawiaturę silnika, sprawdzam stan oleju i temperatury, sonduję poziomy w zbiornikach dennych i wbiegam do maszynowni chłodniczej, wstrzymując oddech, bo tu strasznie dusi amoniakiem. Kontroluję pracę sprężarek, robię wpisy do dziennika i idę pomierzyć poziomy paliwa. W końcu siadam na ławce przy stanowisku manewrowym, gdzie już tylko pozostaje zaczekać na Andrzeja, czwartego mechanika. La Boca znaczy usta, a czwarty mechanik na „południówkę” pływa wystarczająco długo, żeby poznać co nieco język hiszpański i historię tej portowej dzielnicy Buenos Aires. I nawet śpiewa, brzdąkając na gitarze: Caminito que el tiempo ha borrado quejuntos un dia nos vistes pasar he venido por ultima vez he venido ha contarte mi mai...1 Naprawdę przyjemnie się tego słucha, szczególnie przy butelce zimnego piwa. Jego opowieści też przyjemnie się słucha, kiedy mówi, tak w ogóle, o uliczce Caminito, o tańcu zwanym tango, o kafejkach, piłce nożnej, o włoskich imigrantach i o tym, że la boca to nie są usta pięknej Argentynki, ale miejsce, gdzie rzeka Riachuelo uchodzi do rzeki La Plata. — No... Śmigaj! — podskakuję aż, na ramieniu czując ciężką dłoń czwartego. — Gnaj na górę, oni tam już czekają. Co prawda północ, ale myślę, że gdzieś jeszcze zrobią wam ciuracho. Do Caminito idziemy pół godziny. Zastajemy tam tylko ciemność, z rodzaju tych raczej ponurych, bo nigdzie nie widać żywej duszy, a pozamykane okiennice na ścianach domów tworzą klimat miejsca opuszczonego. Ozdobne lampy, zawieszone na fantazyjnie pokręconych zwieńczeniach żeliwnych słupów, leniwie pieszczą powierzchnię ulicy. W mikrym świetle połyskują wypolerowane główki bruku, zdradzając nam, że teraz odpoczywają po panującym tu za dnia ogromnym ruchu. — Chyba nic z tego — mówi drugi mechanik. — Widać, że mają już wszystko pozamykane. Nawet nie ma kogo zapytać... — No nie ma. — Chief rozgląda się z groźnym, władczym wyrazem twarzy, jakby chciał jeszcze dorzucić, że dobrze wie, że wszyscy jego podwładni gdzieś tu są, tylko się pochowali i zaraz wylezą, kiedy tylko on wrzaśnie. Przez chwilę stoimy w ciszy, trochę niezręcznej. Nam, asystentom, głupio jest się odzywać jako zaproszonym, a chiefowi i drugiemu jeszcze głupiej, bo to oni nas zaprosili. Patrzymy w dal, gdzie widać tylko coraz to mniejsze świetlne punkty. Dwa z nich poruszyły ' Carlos Gardeł — tango „Caminito”. Michał Majewski 19 się i drgając jakby w erotycznym tańcu Lampyris noctiluca2, zbliżają się do nas, coraz większe i jaśniejsze, i w końcu stają się lampami samochodu. To taksówka. — Jest kogo zapytać. — Starszy mechanik Buli pochyla głowę, przyjmując pozycję jakby do ataku i zastępuje drogę podrygującemu na bruku pojazdowi. Kierowca wciąż energicznie macha rękami. Gestykulując, wspomaga dziwną mieszaninę hiszpańskiego i angielskiego, często na dłuższe chwile całkiem puszczając kierownicę. Ale jedzie. Prowadzi pewnie, raz wąskimi uliczkami wśród uśpionych, starych domów, to znowu szerokimi arteriami, gdzie w milczeniu umykają do tyłu wieżowce, dostojnie połyskując szkłem elewacji. Raz w lewo, potem w prawo, jakby specjalnie nadrabiał drogi, jeżdżąc w kółko, żeby więcej zarobić, aż w końcu szarmancko zawraca i wjeżdża na drugą stronę, na szeroki, dobrze oświetlony parking przydrożny, za którym dostrzegamy niski budynek, w kształcie, na pierwszy rzut oka, zwykłego baraku. — Aqui! Bife de chorizo! — mówi taksówkarz, wykonując już chyba ostatnie machnięcie ręką w kierunku budynku. Wysiadamy i dokładniej lustrujemy miejsce. Okazuje się, że barak to wcale nie taki barak. To chata stylizowana na coś kolonialnego, z ogromnym przeszkleniem od frontu, a sądząc po ilości i jakości aut na parkingu oraz wszelkich znamionach nocnego, radośnie rozświetlonego życia, widocznych wewnątrz, nabieramy przekonania, że jesteśmy w dobrym miejscu. Nieważne, w jakiej części miasta, przy jakiej ulicy. Jakoś przecież wrócimy, po to są taksówki. Czasami, kiedy coś układa się szczęśliwie i zbyt dobrze, zdarzają się rzeczy nagłe i nieprzewidziane. Dlaczego tak jest, nie wiadomo. Może dla zachowania pewnej równowagi? Żeby nam uświadomić, że nie da się żyć samym miodem? Buli, starszy mechanik, sięga do kieszeni po portfel, bo chce zapłacić kierowcy. Nagle jednak cofa rękę i mówi: — Nie, tu nie ma sensu wchodzić. Jedziemy z powrotem. — Jak to? — Drugi mechanik sztywnieje. — Co ty...? — Nie widzisz? — warczy Buli. — Przecież to luksus! Za bardzo nas tu oskubią! — Nie żartuj... — Drugi mechanik jest lekko zakłopotany. — Przecież obiecaliśmy chłopakom. My też jesteśmy zakłopotani, ale nic tu nie mamy do gadania. Stoimy nieco z boku, czekając na rozwój wydarzeń. Milczenie przeciąga się i w ciszy, z zawziętą miną starszy mechanik ładuje się z powrotem do taksówki. — Ok, wracaj! — Twarz drugiego zmienia swój wyraz z zakłopotanej na pełną determinacji. — Wracaj, ja zostaję! Sam im to fundnę. Tłukliśmy się taki kawał... Nie po to, żeby ciuracho im przeszło koło nosa! W odpowiedzi słyszymy trzask zamykanych drzwi taksówki i po chwili jej kierowca daje w rurę. — Idziemy, poznacie teraz coś wspaniałego! — Kazik, drugi mechanik, rusza w stronę przeszklonej ściany restauracji. — Daję słowo, nie pożałujecie. 2 świetlik świętojański. 20 Bife de chorizo Wnętrze okazuje się dużo większe, niż to się zdawało po widoku z parkingu. Rozłożone na dwóch poziomach przypomina bardziej halę fabryczną niż jadłodajnię. Przy długich stołach, ustawionych prostopadle do ściany frontowej, siedzi mnóstwo ludzi, co jakoś nie przystaje do tak późnej pory. Jednak gwar w tym tłumie nie jest proporcjonalny do liczby gości. Jest stonowany, nie zagłuszając delikatnych dźwięków muzyki, płynących skądś z ukrycia. Siedzą i jedzą. Tutaj jedzenie jest najważniejsze. Szukając wolnych krzeseł, przechodzimy tuż przy krawędzi nad niższą częścią lokalu, gdzie pod wielkim okapem płonie ogień na kamiennym palenisku. Na pozór zwykłe, ogromne ognisko, wokół którego ukośnie ustawione są żelazne ruszty. Na nich spoczywają pokaźne porcje mięsa, co jakiś czas polewane miksturą z przypraw. Prażą się w blasku ognia, co jest miłe dla oka, natomiast wypełniający całą przestrzeń aromat jest rozkoszą dla nosa. Jakiś czas potem kelner stawia przed każdym z nas talerz z ogromną porcją mięsa. Do tego jest sałata, białe pieczywo i butelka czerwonego wina. Teraz już przeżywamy rozkosz dla wszystkich zmysłów, chociaż w pierwszym odruchu i Zbyszek i ja mamy wątpliwości, czy damy radę wcisnąć taką porcję. — Rozejrzyjcie się — mówi na to drugi. — Popatrzcie, co tu jedzą i jak wyglądają. Wszyscy jedzą ciuracho. 1 młodzi, i starzy. A jak panie i panienki wyglądają?! Widzicie to? Widzicie te zgrabne dupeńki? Przeżuwam pierwszy kęs i połykam. Coś niesamowitego! Nigdy jeszcze w życiu nie jadłem mięsa, które samo rozpływa się w gębie. I ten smak, niepowtarzalny, skomponowany doskonale, w idealnej harmonii z podniebieniem, z sałatą, pieczywem, winem, wszystkim dookoła i z całym światem, który dotychczas poznałem. I z gawędą drugiego mechanika o krowach na pampie, o tym, że taką krowę mogę zabić i zjeść, gdy jestem głodny podczas wędrówki, że to całkiem legalne, pod warunkiem, że zostawię skórę i rogi, i o tym, że te zgrabne leseczki w Argentynie nigdy nie ryją, bo bife de chorizo nie tuczy. Połykam ostatni kęs i jestem pewien, że mógłbym poprosić o jeszcze. — Mam prośbę do was, chłopaki — mówi drugi na koniec, kiedy już kelner położył przed nim rachunek. — Na statku nikomu ani słowa. Nie opowiadajcie, że Buli się zwinął. Znam go, on czasami ma takie zaskoki. Nie róbcie mu przykrości. Na statek wracamy taksówką. Ulice Buenos Aires zabarwia już szarość świtu. Wracamy do pracy, jednak bogatsi o nowe doświadczenie. — Przez dwa, trzy dni będzie spokój — mówi Kazik, drugi mechanik. — Spokój... ? — pytamy. — Tak... Daję głowę, że przez kilka dni Buli się nie pokaże. Łsej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY RĘCZNA ROBOTA Życiowe perypetie języka. Weźmy słowo towarzysz — przez wiele wieków miało posmak pięknej, rzetelnej przyjaźni1. Świadczą o tym powieść Ericha Marii Remarque’a „Trzej towarzysze”, film Jeana Renoira „Towarzysze broni”2 z niezapomnianą rolą Jeana Gąbina, pieśń myśliwska z XVII wieku „Pojedziemy na łów towarzyszu mój”, średniowieczne i późniejsze polskie oddziały towarzyszy pancernych. Wszystko się zmieniło po przejęciu tego słowa przez komunistyczne ideologie i bolszewickie ruchy polityczne, gdzie stało się synonimem partyjnej opresji i cynizmu („wicie, rozumicie towarzyszu, taka sprawa...”). Literacką kwintesencją tej degradacji może być Towarzysz Szmaciak z poematu komicznego Janusza Szpotańskiego, który (Szmaciak, nie Szpotański) mówi: „albo dajta im to mięso,/ albo też połamta kości”. Partyjną nowomowę najlepiej można było wykpić przy pomocy odwołania się do jej własnych haseł. „Połączmy nasz wysiłek/ zjednoczmy wszystkie siły/ ojczyzna, ojczyzna czeka na ciebie/ towarzyszu miły!” - szydził w 1983 roku Dezerter („Ku przyszłości”)3. Podobnie jest z manipulacją. Może to zaskakiwać, ale jeszcze nie tak dawno było to określenie nacechowane pozytywnie. „Słownik języka polskiego” Witolda Doroszewskiego (t. I-IX, 1958-1969) opisuje manipulację jako czynność wykonywaną ręcznie (łacińskie manus to właśnie ręka); zwłaszcza „czynność precyzyjna, wymagająca zręczności i umiejętności”. „Słownik wyrazów obcych” pod redakcją Jana Tokarskiego (1971) podobnie: odwołuje się do średniowiecznej łaciny, w której termin manipulo oznaczał wykonywanie czegoś ręką. Stąd określenie manipulacji jako ręczne (manualis) wykonywanie czynności, przede wszystkim tej, które wymaga precyzji. Manipulacja to po prostu rękodzieło będące zaprzeczeniem produkcji taśmowej i zautomatyzowanej. Mówiąc: ręczna robota i dziś ma się na uwadze gwarancję wysokiej jakości obejmującej całkiem spory obszar, od składania zegarków po lepienie pierogów. W wielu londyńskich sklepach widziałem etykiety zachwalające towary ręcznie wytworzone (handmade): soap (mydło), jevellery (biżuteria), choco-lates (czekolady), leather shoes (skórzane buty) itp. 1 „Nic nigdy nie zastąpi straconego towarzysza. Nie można stworzyć sobie starych przyjaźni. [...] Takie przyjaźnie są nie do odtworzenia” — pisał Antoine de Saint-Exupery („Ziemia, planeta ludzi”, tłum. Wiera, Zbigniew Bieńkowscy). 2 To rzadki wypadek, kiedy polski tytuł zdaje się lepiej oddawać ideowy klimat filmu niż francuski oryginał: „La Grandę Illusion” (Wielka iluzja). 3 Podczas niedawnych koncertów Dezerter „zaktualizował” tekst śpiewając „...ojczyzna czeka na ciebie/ kapitalisto miły”. Chyba niepotrzebnie, tamten z „towarzyszem” miał jednak inny wydźwięk. 22 Okruchy Wątpliwości pojawiły się nieco później, gdy manipulację zaczęto łączyć z oszukańczymi praktykami polityków i mediów. Owszem, w „Słowniku języka polskiego PWN” (1992) także jest mowa o ręcznej pracy („wykonywanie precyzyjnych czynności ręcznie lub za pomocą narzędzia trzymanego w ręku”), lecz pojawia się też nieobecny dotąd motyw oddziaływania naginającego („wykorzystywanie jakichś okoliczności, naginanie lub przeinaczanie faktów w celu udowodnienia swoich racji lub wpływania na cudze poglądy i zachowania”). Bardziej jednoznaczne ujęcie pojawia się w „Słowniku współczesnego języka polskiego” pod redakcją Bogusława Dunaja (1996), gdzie można przeczytać, że manipulacja to „nieuczciwe wpływanie na cudze poglądy; naginanie, przeinaczanie faktów w celu osiągnięcia własnych korzyści [...], tendencyjna interpretacja faktów i danych w celu udowodnienia własnej tezy, zwykle nieprawdziwej”. I jeszcze „Mały słownik języka polskiego” pod redakcją Elżbiety Sobol (1997), w którym jest mowa o kierowaniu kimś bez jego wiedzy, posługiwaniu się kimś w celu osiągnięcia określonych celów. Nie liczą się uznane powszechnie reguły, zastępowane przez ręczne sterowanie skuteczne w danych sytuacjach. Bliskie to greckiemu terminowi metis (p,f|Tię), oznaczającemu nie pozbawioną wyrachowania mądrość praktyczną, przebiegłość. Manipulacja rozumiana jako utrzymywanie kontroli ma związek z łacińskim manus pellere - trzymać w dłoni czyjąś dłoń, czyli mieć kogoś w ręku. Mirosław Karwat („Teoria prowokacji”, 2007) wykłada rzecz bez niedomówień: „Manipulacja polega na tym, że ktoś osiąga swój cel dzięki temu, że [...] ma nad innymi przewagę opartą na zręczności, przebiegłości, umiejętności przechytrzenia innych. Przewaga ta wyraża się w tym, że jest on reżyserem naszych uczuć, pragnień, inspiratorem złudzeń, wahań, decyzji. Ta przewaga sprawia, że tracimy kontrolę nad sytuacją oraz sobą”. SZTUKA Szperam po dawnych notatkach i wypisach robionych ponad piętnaście lat temu, gdy prowadziłem seminaria magisterskie związane z uwikłaniami społecznymi (Człowiek jako homo socius). Aż dziw, jak wiele z nich zachowało aktualność. „Posługiwanie się innymi, przyjacielu: królewska sztuka. Sprawić, aby miliony ludzi powtarzało z głęboką wiarą słowa, które im podpowiemy, i nie wiedziało wcale, że ktoś im je podpowiedział” - to cytat z dawnej (1995) powieści fantastycznej „Pieprzony los Kataryniarza” Rafała A. Ziemkiewicza (niechętnie przywołuję to nazwisko). Fikcja ocala, rzeczywistość zabija, mawiają pisarze. Nie były literacką fikcją słowa cynicznego propagandzisty tłumaczącego w 2005 roku swe medialne bezeceństwa do bólu pragmatycznie: ciemny lud to kupi. Warto zapamiętać: żeby „kupił”, lud winien być „ciemny”4. Królewska sztuka... Pomijam królewskość, określenie w tym kontekście zupełnie nie na miejscu. Co zaś tyczy sztuki: pojęcie to odwołuje się do swych najwcześniejszych znaczeń, kiedy nie łączyło się jeszcze z pięknem. Sztuka nie była kojarzone z wytworami artystycznych czynności zwanymi artefaktami (obrazami, kompozycjami muzycznymi, rzeźbami Smutkiem może napawać fakt, że w marnym PRL-u dla wielu osób bardziej niż w sklepie mięsnym znaczyła znajomość w księgarni. Dzisiaj księgarnie plajtują, w ubiegłym roku ledwie 37% Polaków przeczytało jedną książkę. A poza wszystkim - sztuka manipulacji wymaga minimalnej choćby subtelności, czego nie sposób dojrzeć w prymitywnych łgarstwach kierowanej przez wspomnianego propagandzistę telewizji. Andrzej C. Leszczyński 23 itp.), lecz z samą czynnością. Oznaczała umiejętność, fachowość, rzemiosło, technikę (tech-ne [TŚy\T|] to właśnie greckie określenie sztuki), cechy dotyczącej czegokolwiek - szycia butów, stawiania pieców, malowania obrazów, sprawowania rządów itp. Mogą przygnębiać publikacje pokazujące, jak bardzo rozwinęła się tak pojmowana sztuka dotycząca manipulowania ludźmi. Wśród notatek znajduję wypisy z przetłumaczonej przez Bogdana Wojciszke książki Roberta B. Cialdiniego „Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka’. Amerykański psycholog z uniwersytetu w Arizonie opisuje kilka technik - określa je mianem reguł - przydatnych do społecznych oddziaływań (w oryginale książka nosi tytuł „Influence: Science and Practice”; influence to m.in. wpływ, autorytet, nacisk, presja). I tak reguła wzajemności mówi o tym, że obdarowanie czymś pozwala oczekiwać na odwdzięczenie się (darmowe próbki w handlu wpływają na późniejsze zakupy towaru, polityczne benefity wiążą się z akceptacją rządu i decyzjami wyborczymi itp.). Reguła konsekwencji odwołuje się do potrzeby utrwalenia w oczach otoczenia obrazu własnej niezmienności, niechby najbardziej irracjonalnej. Reguła społecznego dowodu, przeciwnie, wskazuje na łatwość zawieszenia własnego sądu na rzecz opinii wyrażanych przez większość społeczeństwa. Reguła sympatii pokazuje skłonność do ulegania wskazaniom osób znanych lub innych, które budzą sympatię wyglądem bądź zaletami oratorskimi (nie eksponuje się więc osób nie budzących zaufania). Bliska powyższej jest reguła autorytetu odwołująca się do gramatyki narzędnika, tzn. myślenia „kimś”. I jeszcze reguła niedostępności, pokazująca jak cenne wydają się rzeczy trudno osiągalne, zwłaszcza wtedy, gdy trzeba o nie rywalizować z kimś, kto określany bywa mianem wroga. Nie sposób omówić tu wszystkich narzędzi, jakimi pożytkuje się sztuka manipulacji. Są wśród nich — ponownie sięgam do notatek - *dezinformacja, czyli fachowe wprowadzanie w błąd, często przy pomocy efektownych form lingwistycznych (logomachia); *kreowanie przeciwnika jako wroga lub kozła ofiarnego (biurokraci i kosmopolici z UE, Żydzi, masoni, czarnuchy, migranci, geje, lesbijki); *tzw. zatrucie informacyjne poprzez deprecjonowanie i ośmieszanie uznawanych wartości; *stereotypy, tworzone dla wzmacniania pożądanych uprzedzeń; *plotki rozpuszczane w tabloidach, portalach typu pudelek itp.; ‘kamuflaże ukrywające właściwe zamiary manipulatora. Uff... To oczywiście nie wszystko, technologiczna maszyneria manipulacji dysponuje coraz bardziej wysmakowanymi narzędziami. Ingracjacja, czyli wkradanie się w cudze łaski poprzez stosowne zachowania wizerunkowe. Fragmentacja, czyli ujawnianie wybranej, korzystnej dla manipulatora strony danego zjawiska. Cliche (fr. klisza), czyli wytarty frazes, slogan utrwalający negatywny lub pozytywny odbiór danego stanu rzeczy. Sugestia oparta na dobitnych plakatowych hasłach. Przekazy podprogowe trafiające do podświadomości za pośrednictwem wzroku bądź słuchu (np. backward masking, czyli wsteczny zapis). Manipulacja jest rdzeniem zabiegów propagandowych i perswazyjnych. Perswazja'1 zgodnie ze swą etymologią (persuadeó — przekonać, namówić) ma skłonić do uznania idei, poglądów czy produktów przez kogoś, kto wcześniej ich nie uznawał. Jest to utajone i w wieloraki sposób zapośredniczone wpływanie na myślenie i postępowanie adresata przeka- 5 Korzystaliśmy z tego terminu podczas dawnych libacji alkoholowych. Kolega wznosił kieliszek mówiąc: perswaduję w twoje ręce, na co odpowiadałem: bynajmniej - i wychylaliśmy okropną bałtycką bądź znacznie lepszą żytnią z kioskiem. 24 Okruchy zu. Podobnie ma się rzecz z propagandą (propagatió — rozkrzewienie, rozszerzenie6), która w niejawny i zorganizowany sposób kształtuje świadomość adresata. Dobrze określa to Lindley Fraser pisząc o sztuce „zmuszania ludzi do robienia tego, czego by nie zrobili, gdyby dysponowali wszelkimi danymi dotyczącymi sytuacji Treści propagandowe i perswazyjne oddziałują poprzez media, głównie te, które trafiają do tzw. odbiorcy masowego. Skuteczność medialnych przekazów opiera się na ich jednostronności (można je tylko przyjąć), schematyczności (powtarzają się w określonym porządku tak, aby odbiorca wiedział kiedy i czego szukać) oraz nietrwałości (stosownie do potrzeb przekazy są zastępowane nowymi). Poddanie w wątpliwość wiarygodności mediów o odmiennym ukierunkowaniu politycznym dokonuje się poprzez kwestionowanie czystości ich intencji, czego świadectwem byłoby na przykład podporządkowanie zagranicznym właścicielom. Mówi się więc o mediach „obcych”, „niemieckich ”, związanych z takimi wydawcami, jak Passauer Presse (już są własnością Orlenu) czy Axel Springer, o potrzebie ich „repolonizacji” bądź „dekoncentracji ”. Słysząc podobne zarzuty z ust sąsiada, z którym od czasu do czasu chodziłem na mecze gdańskiej Lechii, spytałem, czy w takim razie nosimy się z biało-zielonymi szalikami, zdzieramy gardła, przeklinamy, gwiżdżemy i klaszczemy dla zwycięstwa klubu niemieckiego, skoro jego właścicielem, posiadaczem większościowego pakietu akcji, jest Franz Josef Wernze z Advancesport AG w Kolonii? Przypomniałem mu też, że przecież w PRL-u regularnie słuchał Wolnej Europy z siedzibą w Monachium, bo media krajowe łgały na potęgę. Zaniemówił, mruknął coś na temat stanu mojej głowy i poszedł. Olga Tokarczuk w rozmowie z Januszem Wróblewskim zatytułowanej „Świat stał się brzydki” („Polityka” nr 31,2017) tak oto wyraża swój pogląd: „Martwi mnie niesamowita łatwość, z jaką można posługiwać się dziś propagandą, nieprawdą, praniem mózgów. I że to działa skutecznie, długofalowo, precyzyjnie. W kwestii budowania nastroju ksenofobii te złe ziarna zostały już zasiane i będą rosły przez pokolenia”. Długofalowo, czyli względnie trwale. Oznacza to m.in., że zmanipulowani tworzą w swym umyśle rodzaj zapory ufając tylko tym mediom, które uważają za „własne ”. Liczą się z nimi, bez wątpliwości przyjmują podane przez nie informacje. Inne, „obce” media są z góry odbierane w sposób negatywny, jako źródła oszukiwania, manipulowania i przeciągania na swoją stronę. Długotrwałe działania perswazyjne prowadzą do powstania zjawiska zwanego automani-pulacją, czyli wyręczania manipulatora. Jest to ostateczny efekt manipulatorskich zabiegów. Ich adresaci akceptują wszystkie treści, wartości i sposoby ich interpretowania traktując je jako właściwe i przynoszące pożytek. KILKA PRZYKŁADÓW Zbigniew Nosowski („Prymas Wyszyński jako patron nacjonalistów?”, „Więź” 670) pokazuje manipulacje cytatem z wigilijnego przemówienia kard. Stefana Wyszyńskiego do 6 W Studium Wojskowym UG na ulicy Dzierżyńskiego (obecnie Hallera), gdzie królowała armata przeciwpancerna zwana osiempiątką, prowadził zajęcia sympatyczny politruk w stopniu podpułkownika, który wciąż podkreślał że jest humanistą. Jego humanistyczne zacięcie ujawniało się w upodobaniu do etymologii tautołogicznej, którą posługiwał się przy omawianiu niektórych pojęć i terminów. Tłumaczył więc, że słowo propaganda wywodzi się od łacińskiego propagare (mocno akcentował drugą samogłoskę), co znaczy propagować. Zaś słowo agitacja od agitare, czyli agitować. Andrzej C. Leszczyński 25 kapłanów z 1976 roku. Oto ten cytat: „Nie oglądajmy się na wszystkie strony Nie chciejmy żywić całego świata, nie chciejmy ratować wszystkich. [...] Chciejmy pomagać naszym braciom, żywić polskie dzieci, służyć im i tutaj przede wszystkim wypełniać swoje zadanie — aby nie ulec pokusie »zbawiania świata« kosztem własnej ojczyzny”. Słowa te stały się dla Jarosława Kaczyńskiego potwierdzeniem tzw. zasady miłowania (ordo caritas), którą przywołał w sejmie 16.09.2015 r. mówiąc: „[...] w ramach tej zasady: najpierw są najbliżsi, rodzina, później naród, później inni”. Z podobną intencją przytoczył powyższe zdania abp Sławoj Leszek Głodź 31.08.2017, podczas mszy z okazji 37 rocznicy strajków i powstania Solidarności, co spotkało się z brawami zebranych. Tymczasem właściwy sens wypowiedzi Wyszyńskiego związany był z sytuacją gospodarczą w Polsce 1976 roku (strajki) i przeciwstawiał ordo caritas dominującej wtedy zasadzie gospodarczej ordo oeconomicus, która oznaczała wyzysk ekonomiczny Polski na rzecz krajów tzw. demokracji ludowej (też piękny przykład tautologii: demos [Sfjpoę] to właśnie lud), gł. ZSRR. Dalszy ciąg wypowiedzi mówi o tym jasno: „Niestety, u nas dzieje się inaczej — »zbawia« się cały świat, kosztem Polski. To jest zakłócenie ładu społecznego, które musi być co tchu naprawione, jeśli nasza Ojczyzna ma przetrwać w pokoju, w zgodnym współżyciu i współpracy, jeśli ma osiągnąć upragniony ład gospodarczy”. Mówił też: „[...] jeżeli nasze dzieci będą otoczone opieką, należycie odżywione i wychowane — nie mówię już o dobrobycie, ale przynajmniej o tym, co jest konieczne — to naród polski nie odmówi swej pomocy innym potrzebującym ludom”. Znaczy to więc, że skoro dzieci polskie są dziś należycie odżywiane, można i należy pomagać innym potrzebującym. A w sprawie nacjonalizmu mówił prymas tak: „Istnieje też hierarchia w miłości. Miłość, która nie dopuszcza nic wyższego ponad Ojczyznę, jest bezużyteczna dla samej Ojczyzny. [...] Człowiek musi zawsze pamiętać, że jest czymś więcej niźli patriotą i obywatelem — jest dziecięciem Bożym i współbratem w Chrystusie”. Ewa K. Czaczkowska („Plus Minus”) pisze o homilii wcześniej wygłoszonej przez prymasa Wyszyńskiego 11 kwietnia 1968 r. w katedrze św. Jana w Warszawie. W zbiorze kazań prymasa wydanym przez ODiSS (Ośrodek Dokumentacji i Studiów Społecznych, założony w 1967 przez Janusza Zabłockiego) czytamy: „To może ja jestem winien, biskup Warszawy, bo niedostatecznie mówiłem o obowiązku miłości, miłowaniu — i to wszystkich, bez względu na poglądy i przekonania. Nie tą drogą! Nie drogą nienawiści dojdziemy wszyscy do porozumienia wzajemnego i uratowania wysokiej kultury chrześcijańskiego narodu. Kulturę naszą obronimy tylko przez prawo miłości!”. A oto prawdziwa, autoryzowana przez Wyszyńskiego wersja (Instytut Prymasa Wyszyńskiego): „To może ja jestem winien, biskup Warszawy, bom niedostatecznie mówił o obowiązku miłości i miłowania — i to wszystkich, bez względu na mowę, język i rasę, aby na nas nie padł potworny cień jakiegoś odnowionego rasizmu, w imię którego bronimy naszej kultury. Kulturę naszą obronimy tylko przez prawo miłości”. Pokusa manipulacji nie omija samego Kościoła (słowo to odnoszę do - mającej najmniejsze znaczenie teologiczne - kościelnej instytucji). Wybitna językoznawczyni, prof. Irena Bajerowa (córka prof. Zenona Klemensiewicza) w artykule zatytułowanym „Kilka problemów stylistyczno-leksykalnych współczesnego polskiego języka religijnego”, 1988) 26 Okruchy analizuje list episkopatu z 30 kwietnia 1978 roku („Dlaczego oddaliśmy Polskę w macierzyńską niewolę Maryi, Matki Kościoła”). W rzeczowy sposób ujawnia tendencyjne zabiegi językowe, mające ukierunkować odbiór tego tekstu. Pokazuje przykłady ideologizacji języka tego listu - arbitralne zmiany znaczeniowe używanych terminów, określenia schema-tyzujące, wartościujące, perswazyjne gromadzenie wyrazów o podobnej treści, rytualność powtarzanych klisz językowych itp. Podobnego zadania podjęła się niedawno prof. Dorota Zdunkiewicz-Jedynak, analizując list sekretarza generalnego episkopatu, bp. Artura G. Mizińskiego z 29 marca 2019 roku. Jest to odpowiedź na pismo wystosowane do Episkopatu przez kilkuset świeckich, w którym podnoszą szereg niewłaściwości w postępowaniu władz Kościoła w związku z wykorzystywaniem seksualnym nieletnich, a także formułują bardzo konkretne postulaty pożądanych działań hierarchii. Biskup Miziński po rutynowych podziękowaniach za troskę o dobro ofiar, ucieka się do ogólnych i gładkich formuł językowych: „Ponawiając słowa wdzięczności za podjęcie pełnych troski działań wobec konsekwencji bolesnej rany, jaką jest grzech wykorzystywania seksualnego przez niektórych duchownych osób małoletnich, żywię nadzieję, że wspólne, odpowiedzialne działanie na rzecz prawdy i dobra przyniesie oczekiwane owoce”. „Troska”’ i „zatroskanie” są najczęściej używanym słowem mającym oddalić jakiekolwiek możliwe zarzuty o braku dobrych intencji. Dorota Zdunkiewicz-Jedynak zwraca uwagę na widoczny w wypowiedziach hierarchów dychotomiczny podział świata, w którym mowa jest o wrogach Kościoła, o ich skrywanych ale wyraźnie złych intencjach, oraz o wrogich środowiskach oraz ośrodkach, co sugeruje działania zorganizowane i zarządzane. I jeszcze jeden przykład, szczególnie przygnębiający, jeśli zważyć funkcję osoby, której dotyczy. Związany jest z Danutą Siedzikówną, Inką, pisał o nim w „Przeglądzie Politycznym” (nr 156, 2019 r.) prof. Dariusz Filar. Oto krótkie kalendarium: 10 czerwca 1991 roku Sąd Wojewódzki w Gdańsku unieważnia wyrok śmierci Inki. 2001 r. — Rada Miasta Sopotu nadaje jej imię skwerowi przy ul. Armii Krajowej. 2003 r. — odsłonięcie w tym parku pomnika Inki. 2014 r. - odnalezienie grobu Inki na Cmentarzu Garnizonowym. 2015 r. — potwierdzenie genetyczne tożsamości zwłok Inki. Sierpień 2016 — pogrzeb państwowy Inki na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku. Podczas przemówienia w Bazylice Mariackiej prezydent Andrzej Duda mówi: „Proszę państwa, o ile do 1989 roku rządził ustrój tych samych zdrajców, którzy zamordowali Inkę i Zagończyka, to przecież po 1989 roku teoretycznie nie. To jak to się stało, że trzeba było 27 lat czekać, by Polska mogła pochować swoich bohaterów? [...] Tak, oto państwo polskie po 27 latach, bo tym poprzednim nie wspominam, odzyskuje wreszcie godność przez ten pogrzeb ”. Ani słowa o wszystkich wcześniej dokonaniach, ani też, oczywiście, o tym, że w 1946 roku Inkę skazał na śmierć Adam Gajewski w latach 30. znany działacz Młodzieży Wszechpolskiej, propagator ideologii obozu narodowego na Lubelszczyznie. Tadeusz Aziewicz 27 Tadeusz Aziewicz Nagroda Obojga Narodów dla KRZYSZTOFA CZYŻEWSKIEGO Laudacja Wiceprzewodniczącego Delegacji Sejmu i Senatu Rzeczypospolitej Polskiej do Zgromadzenia Parlamentarnego Sejmu i Senatu Rzeczypospolitej Polskiej i Sejmu Republiki Litewskiej, Pana Posła Tadeusza Aziewicza na cześć Pana Krzysztofa Czyżewskiego. Panie i Panowie Marszalkowie, Szanowni Członkowie Zgromadzenia, Drogi Laureacie, Historia, której zwieńczeniem jest dzisiejsza uroczystość, zaczyna się w 1977 r. w Poznaniu, na spotkaniu latającego uniwersytetu, w mieszkaniu jednego z liderów studenckiego podziemia. Tam właśnie Krzysztof Czyżewski, student pierwszego roku polonistyki Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, usłyszał utwory poetyckie Czesława Miłosza czytane przez Ryszarda Krynickiego. 28 Nagroda Obojga Narodów dla Krzysztofa Czyżewskiego Kartkując książkę z wierszami zapamiętał miejsca, w których powstały: Paryż, Wilno i Krasnogrudę. Nie wiedział jeszcze, że niewidzialna ręka losu zaznaczy te miejsca jako kluczowe na jego mapie życia. Paryskie pismo „Kultura” tworzone przez Jerzego Giedroycia stało się dla niego szkołą obywatelskiego myślenia i szacunku dla tradycji wielokulturowej Polski Jagiellonów. W nim też po raz pierwszy przeczytał „Dialog o Wilnie” Czesława Miłosza i Tomasza Venclovy, który zrozumiał nie tylko jako lekcję tego, jak należy ze sobą rozmawiać na pograniczu, ale także jako wezwanie do działania adresowane do młodego pokolenia przeciwstawiającego się zarówno komunizmowi, jak i nacjonalizmowi. W kolejnych latach Krzysztof Czyżewski realizował się jako animator kultury alternatywnej, współredagował „Czas Kultury” — pismo podziemne wydawane przez „Solidarność Walczącą”, zakładał teatry, realizował spektakle, z którymi objeżdżał Polskę. Po odzyskaniu niepodległości koleje losu zaniosły go na pogranicze polsko-litewskie do miejscowości Sejny, gdzie zainspirowany ideami swoich mistrzów, wspólnie z przyjaciółmi, szukał nowych form działania w kulturze. Nowego języka i praktyk przywracających nadzieję po ponurych doświadczeniach XX wieku. Czesław Miłosz nazwał to budowaniem tkanki łącznej, czyli mostów pomiędzy ludźmi, pokoleniami i narodami, pomiędzy przeszłością i teraźniejszością, tradycją i nowoczesnością. Czyżewski postanowił, że będzie budował je „tu i teraz”, w konkretnej społeczności lokalnej, na bolesnym pograniczu pełnym zadawnionych konfliktów, traumatycznych pamięci i odrębnych mitologii narodowych. Tak powstał Ośrodek „Pogranicze — sztuk, kultur i narodów” w Sejnach, który w tym roku obchodzi 30 lecie istnienia. Tadeusz Aziewicz 29 Ośrodek mieści się w dawnej dzielnicy żydowskiej, w trzech budynkach przekazanych przez życzliwy samorząd i przywróconych do życia przez „Pogranicze”: w Domu Pogranicza (w przeszłości gimnazjum hebrajskim), Dawnej Jesziwie i Białej Synagodze. Trudno wymienić wszystkie inicjatywy „Pogranicza” służące budowaniu mostów i ochronie pamięci: od dokumentacji kultur, po działania edukacyjne i bogatą aktywność wydawniczą. Opierają się one na etosie pogranicza, czyli „przestrzeni wspólnego życia różnych ludzi” połączonych wspomnianą już tkanką łączną. Etos pogranicza Krzysztofa Czyżewskiego to filozoficzny fundament dla dialogu i wzajemnego zrozumienia, przywracania ludziom godności, pamięci i zaufania jako warunków istnienia wspólnoty. Kolejnym dziełem Krzysztofa Czyżewskiego i jego przyjaciół z „Pogranicza” jest Międzynarodowe Centrum Dialogu, otwarte w 2011 r. w setną rocznicę urodzin Czesława Miłosza w odremontowanym dworze rodziny Miłoszów w Krasnogrudzie przy granicy polsko-litewskiej. Działalność Centrum skoncentrowana jest na wielokulturowym dziedzictwie Rzeczpospolitej Obojga Narodów oraz jego nowym odczytaniu w kontekście jednoczącej się Europy. Naturalnym patronem był i pozostaje Czesław Miłosz. Warto wspomnieć, że w piwnicach dworu mieści się kawiarnia literacka „Piosenka o porcelanie” z nazwą odwołującą się do wiersza Miłosza, w której odbywają się debaty i wydarzenia artystyczne nawiązujące do etosu pogranicza i dziedzictwa Czesława Miłosza. Chociaż etos budowany przez Krzysztofa Czyżewskiego ma charakter uniwersalny — świadczy o tym potężna ilość projektów, które zrealizował na całym świecie, najbliższym sąsiadem „Pogranicza” jest Litwa. 30 Nagroda Obojga Narodów dla Krzysztofa Czyżewskiego Oczywistą ambicją Krzysztofa Czyżewskiego jest budowanie wzajemnego zrozumienia i dobrych relacji pomiędzy Polakami i Litwinami na wszystkich szczeblach i w obu krajach. Służą temu liczne programy współpracy poświęcone edukacji, kulturze, integracji europejskiej i rozwojowi regionalnemu. Nie wszyscy wiedzą, że w ramach „Pogranicza” funkcjonuje chór o nazwie „Sąsiedzi”, w którym śpiewają Polacy i Litwini. Czyżewski, wspólnie z litewskimi przyjaciółmi, organizuje także „Sejmiki polsko-litewskie” — twórcze spotkań pisarzy i tłumaczy z Litwy i Polski, które odbywają się każdego roku w Międzynarodowym Centrum Dialogu w Krasnogrudzie. Jak już wspomniałem, „Pogranicze” prowadzi rozległą działalność wydawniczą, także z obszaru litewskiej literatury i historii. Wydało m.in. monumentalną „Księgę Wielkiego Księstwa Litewskiego” powstałą z inicjatywy Czesława Miłosza, Tomasa Venclovy i Andrzeja Strumiłły. Krzysztof Czyżewski jest jednym z jej autorów. Na moich półkach znalazłem także „Eseje” i „Wiersze Sejneńskie” Tomasa Venclovy oraz niezwykle ciekawe rozmowy ze śp. Ireną Vesaite wydane przez „Pogranicze”. Wspomniani obywatele Litwy zostali wyróżnieni tytułem „Człowiek Pogranicza” przyznawanym przez „Pogranicze” wybitnym osobistościom z Europy Środkowej, które swym życiem i twórczością szczególnie przyczyniły się do spopularyzowania etosu pogranicza, jak już wspomniałem postawy otwartej, budującej mosty zbliżenia pomiędzy ludźmi różnych narodowości i religii. Warto przypomnieć, że Krzysztof Czyżewski jest współtwórcą i członkiem Rady Fundacji Miejsca Urodzenia Czesława Miłosza, wykładowcą Uniwersytetu Wileńskiego i Witolda Tadeusz Aziewicz 31 Wielkiego, a także autorem książek eseistycznych ukazujących znaczenie dziedzictwa Rzeczypospolitej Obojga Narodów dla współczesnej Europy i polsko-litewskiej współpracy. Państwo litewskie doceniło jego zasługi. Krzysztof Czyżewski został odznaczony Orderem Giedymina i Honorową Złotą Gwiazdą Ministerstwa Kultury Republiki Litewskiej. Nagroda Obojga Narodów przyznawana przez nasze Zgromadzenie ma szczególny charakter. Decydują o niej ludzie, którzy uzyskali demokratyczny mandat od wolnych narodów, aby przemówić wspólnym głosem w ich imieniu, zgodnie z tradycją Rzeczypospolitej Obojga Narodów. W szczególnym dniu 230 rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja, z radością komunikuję, że jej laureatem został praktyk idei, budowniczy mostów, po litewsku statybininkas, pan Krzysztof Czyżewski! Cafe Europa w Białej Synagodze w Sejnach, fot. archiwum K. Czyżewskiego Szanowny laureacie, drogi panie Krzysztofie proszę o przyjęcie naszej nagrody i serdecz- Warszawa 03.05.2021 32 „Mężczyźni rządzą światem, a nami kobiety” — płeć piękna w życiu Natalisa Sulerzyskiego Katarzyna Gentkowska „Mężczyźni rządzą światem, a nami kobiety” -płeć piękna w życiu Natalisa Sulerzyskiego1 Wspomnienia Natalisa Sulerzyskiego wielokrotnie były już wykorzystywane przez badaczy historii społecznej i literatury, a nawet językoznawstwa XIX wieku2. Wszyscy jednogłośnie wskazują na to, że pamiętnik ziemianina z Piątkowa stanowi jedno z najważniejszych źródeł do badań nad sytuacją Polaków w zaborze pruskim połowy XIX wieku3. Choć głównym obszarem opisywanym we wspomnieniach Sulerzyskiego jest ziemia chełmińska, to należy wskazać, iż sporadycznie pojawiają się również inne obszary geograficzne. Zgodnie z ówczesnymi trendami Sulerzyski gościł w licznych uzdrowiskach, m.in. w Krynicy Morskiej (Kah/berg), o której pisał: „Upały były wielkie, a deszczu nic (...), wszystkie gazony4, kwietniki, drzewa za pomocą węża obficie były polewane, cieszyły oko zielonością i świeżością” (s. 184). Warto zatem ponownie skierować uwagę na to istotne źródło, stanowi ono bowiem skarbnicę wiedzy na temat relacji społeczno-gospodarczych w zaborze pruskim, a także podejmuje wiele kwestii w zakresie obyczajowości. Zanim jednak przejdę do przedstawienia relacji między światem kobiet i mężczyzn w pamiętniku Sulerzyskiego, za niezbędne uważam nakreślenie krótkiego rysu biograficznego autora i głównego bohatera tegoż źródła ze szczególnym uwzględnieniem roli, jaką odegrał w obecnym powiecie Golubsko-Dobrzyńskim. Natalis Sulerzyski urodził się w 1801 r. w rodzinnym dworze w Piątkowie (gmina Kowalewo Pomorskie). Rodzice zadbali o jego staranne wykształcenie, wysyłając go najpierw do Gimnazjum w Toruniu, potem do Lipska, a następnie do Heidelbergu. Ukończone studia administracyjne oraz lektura najnowszych podręczników z zakresu prowadzenia gospodarstwa pozwoliły mu na pomnażanie majątku, co zaowocowało kupnem następujących folwarków - Pułkowo Małe, Komarowe, Świerczyny oraz Radowiska. Ponadto Natalis Su- 1 Słowa wypowiedziane przez Natalisa Sulerzyskiego, zob. N. Sulerzyski, Pamiętnik byłego posła ziemi pruskiej na sejm berliński, oprać. S. Kalembka, Warszawa 1985, s. 321. Kolejne cytaty zaczerpnięte z tego źródła będą identyfikowane w nawiasie w tekście głównym. 2 Zob. np.: E. Breza, Język „pamiętników”Natalisa Sulerzyskiego (1801-18780, „Rocznik Gdańska”, t. LIII: 1993, z. 2, s. 111-131; A. Bukowski, Pamiętnikarze pomorscy o epoce zaboru pruskiego, „Rocznik Gdański”, „Rocznik Gdańska”, t. XL: 1980, z. 2, s. 15-17; M. Rejmanowski, K. Wiklendt, Piątkowo. Gmina Kowalewo Pomorskie. Zespół Pałacowo-Parkowy, Toruń 1997 (autorzy tej ostatniej pracy, co warto zaznaczyć, nie ustrzegli się od wielu błędów merytorycznych, między innymi podali błędną datę i miejsce śmierci Sulerzyskiego, jak również podali, że zamach na Hitlera miał miejsce 20 lipca 1942 roku [sic!]). 3 A. Bukowski, op. cit., s. 17. 4 Gazon to duży, ozdobny trawnik w kształcie prostokąta, koła lub owalu znajdujący się na podjeździe do pałacu lub dworu, otoczony wokół drogą dojazdową kończącą się bezpośrednio przed wejściem do rezydencji. Katarzyna Gentkowska 33 Współczesny wygląd dworu w Piątkowie, fot. K. Gentkowska lerzyski odegrał ogromną rolę w historii regionu. Otóż, jak stwierdził Sławomir Kalembka, działania szlachcica „służyły umacnianiu polskiej siły oporu wobec zaborcy, poprzez przy- spieszenie samouświadomienia narodowo-patriotycznego ludu wiejskiego, przyczyniały się do unowocześnienia i rozwoju gospodarki rolnej, do likwidacji przeżytków feudalnych w sferze stosunków społecznych’ (s. 11). Natomiast aktywność patriotyczna N. ulerzyskie-go została zwieńczona uzyskaniem mandatu posła na sejm w Berlinie. Był także członkiem Tymczasowego Komitetu Narodowego Prus Zachodnich. Działalność na polu politycznym stała się przyczynkiem do wielokrotnego aresztowania N. Sulerzyskiego. Zmarł 24 sierpnia 1878 roku na terenie uzdrowiska w Lazne Je-senik (obszar współczesnych Czech). Jego ciało zostało pochowane w parafialnym kościele w Pluskowęsach. Wiodącą tematyką owego pamiętnika jest życie N. Sulerzyskiego, w którym dominują V W sobotę dnia 24 b. m. umarł, opatrzony śś. sakramentami ś. p. i«ae> Natalis Junosza Sulerzyski. Pogrzeb odbędzie się w Pluskowęsach dnia 3 września o godzinie 1 lej przed południem, o czem donoszą w smutku pogrążeni Konie na stacyi kolei żelaznej w Kowalewie (Schdnsee) stać będą do iisług przybywających dzieje ziemianina. Niemniej jednak kwestie NekrologNatalisa Sulerzyskiego, „Gazeta Toruńska” 1878 obyczajowe związane z płcią piękną zosta- nr 199>s- ^- 34 „Mężczyźni rządzą światem, a nami kobiety” — płeć piękna w życiu Natalisa Sulerzyskiego ły niezwykle barwnie uwypuklone. Autor rozpoczyna opis relacji członków rodziny od dziadków, tym samym wyjaśnia, dlaczego jego matka nie doznała uciechy z posiadania rodzeństwa. Otóż babka Natalisa Sulerzyskiego tuż po porodzie „wotum zabrała i choć pod jednym dachem [mieszkała wraz z mężem] oprócz wspólnego stołu, żyli ze sobą pięćdziesiąt pięć lat naturalnie nie w czułym małżeństwie” (s. 59). Wysuwająca się na pierwszy plan rola kobiety została zarysowana także w innej sytuacji — ta sama postać miała decydujący wpływ na zmianę aparycji przyszłego zięcia, który został zobligowany, m.in. do zgolenia wąsów. Można domniemywać, że dominująca figura kobiety została naznaczona w kolejnym pokoleniu. Tuż po ślubie matka Sulerzyskiego objęła „rządy samowładne w domu” (s. 60). To właśnie ona - z perspektywy syna — staje się osobą decyzyjną. Przyznaje, że jego ojciec to z natury flegmatyk, więc w tym małżeństwie wiedzie prym energiczna i żywiołowa żona. Co ciekawe, wola ojca Natalisa Sulerzyskiego schodzi na dalszy plan, kiedy należy podjąć decyzję — daje się „zwykle powodować pełnej życia żonie” (s. 75). Zatem głowa rodziny staje się osobą, której zadanie sprowadza się do zaakceptowania decyzji małżonki. Relacje autora z matką wydają się oparte na schemacie „nadrzędna-podrzędny”. To właśnie kobieta wpływa na decyzje syna, nawet kiedy jest on mężczyzną w kwiecie wieku. Ilustrują to okoliczności wizyty Anny Sulerzyskiej u swojego syna Natalisa, wówczas majętnego ziemianina. Tam spostrzega, że ów kawaler gości w swoim domu młodą gospodynię. Zbulwersowana matka stojąc na straży moralności natychmiast podejmuje decyzję o oddaleniu kobiety. Jednocześnie zatrudnia nową gospodynię w znacznie bardziej dojrzałym wieku. Sama jest oburzona tym zajściem, więc postanawia czym prędzej opuścić posiadłość. Mimo wszystko młody dziedzic serdecznie wyraża się o swojej matce. Traktuje ją niczym dostojną matronę. Podobny ton narracji utrzymuje, dzieląc się z czytelnikiem informacją o śmierci matki i podkreślając fakt, że do ostatnich chwil zachowała „jędrność umysłu i ducha” (s. 207) niezmąconego żadną chorobą, co przywołuje konotacje związane ze szlachetną i nobliwą śmiercią. Bezdyskusyjnie Natalis Sulerzyski prezentuje się jako pierwszorzędny kawaler, kiedy zabiega o względy jakiejkolwiek z dam. Zgodnie z realiami XIX wieku życie ziemianina najpierw oscylowało wokół edukacji, a potem zajmował się pomnażaniem majątku, by w końcu stać się pożądanym kawalerem w okolicy. Ukończywszy trzydziesty szósty rok życia, jego myśli zajmują poszukiwania urodziwej i posażnej panny. Jego wymagania bowiem nie odbiegały od ówczesnych norm. Zgodnie z przyjętym zwyczajem młodsza z sióstr nie mogła wyjść za mąż, dopóki starsza nie dostąpiła tego zaszczytu. Właśnie z takim ambarasem musiał zmierzyć się młody ziemianin. Co ważne, Natalis Sulerzyski był dwukrotnie żonaty, zatem możemy domniemywać, że dwukrotnie doświadczył trudów związanych ze swatami i konkurami. Uwadze odbiorcy nie umknie fakt, że autor pamiętnika po śmierci drugiej żony, mając ponad 70 lat, myśli o kolejnym ożenku. Jednakże kilkuletnie poszukiwania panny zakończyły się fiaskiem. Okazuje się, że dla sędziwego wdowca niezwykle istotne okazują się porywy serca, które byłyby decydujące przy wyborze nowej wybranki. Ten z ubolewaniem oznajmił, że „takiej, co jak ona spojrzy, coś dziwnego się człowiekowi robi, nie widziałem” (s. 320). Katarzyna Gentkowska 35 W tym miejscu warto pochylić się nad kwestią stosunku Sulerzyskiego do każdej z żon (pierwszą z nich była Izabella z Czapskich, a drugą — Leonarda z Wybickich). Obie traktował z należytym szacunkiem. Zdaje się, że łączyły go z tymi kobietami znacznie bardziej głębokie więzi niż z matką. Obie strony troszczyły się o siebie, jednak okazywały to w zupełnie inny sposób. Natalis Sulerzyski stanowił trzon rodziny patriarchalnej. To właśnie on stawał się istotą aktywną, która podejmowała się wykonywania wszelkiego rodzaju działań - odrestaurował dwór, wybudował oddzielne pomieszczenie dla służby, aby małżonka mogła uniknąć niedogodności. Jako znamienity ziemianin i mąż nadal pomnażał swoje zyski, przyczyniając się do rozbudowy gorzelni, co częstokroć budziło zazdrość sąsiadów (s. 109). Sulerzyski otaczał swoje żony szczególną dbałością. Troszczył się o nie, zapewniając im, m.in. należytą opiekę medyczną, organizując wyjazdy dla kurażu. Właśnie w tym miejscu można zaobserwować wyraźne rozgraniczenie między powinnościami obu płci. Kobiety bowiem bez względu na stopień pokrewieństwa wykazują swą troskę w dość jednorodny sposób — została uwypuklona ich opiekuńczość. Dowodów miłości płci pięknej można doszukiwać się choćby w najdrobniejszych gestach - żona przesyła mężowi święconkę wielkanocną. Troszczy się o dzieci. Ich bezpieczeństwo okazuje się dla niej najważniejsze w chwili zagrożenia, o czym wspomina Sulerzyski opisując wybuch pożaru w Piątkowie. Jednocześnie nie chce frapować męża, niepokojąc go swoim stanem zdrowia, mimo że budził zastrzeżenia. To właśnie mężczyzna jest pomysłodawcą i organizatorem wszelkich wojaży. Płeć piękna co najwyżej skłania się ku tym propozycjom. Ryciny przedstawiają krzyże nagrobne dwóch żon Natalisa Sulerzyckiego. Po lewej stronie spoczywa Leonarda Sulerzyska (z d. Wybicka), a tuż obok po prawej — Izabela Sulerzyska (z d. Czapska) na cmentarzu przy kościele parafialnym w Pluskowęsach (gmina Kowalewo Pomorskie), źródło własne 36 „Mężczyźni rządzą światem, a nami kobiety” — płeć piękna w życiu Natalisa Sulerzyskiego Natalis Sulerzyski będąc w żałobie wspomina swoją żonę jako pięknego anioła o łagodnym usposobieniu. Czule wyraża się o niej nazywając ją towarzyszką życia. Podobną narrację można zaobserwować w słowach wyrażających smutek po stracie dziecka. Jego mowa pogrzebowa jest przepełniona boleścią, która wpisuje się w konwencję trenów Kochanowskiego. Tutaj także można doszukać się analogii dziecka do pięknego przedwcześnie zwiędłego kwiatu. Talent córki zaś zdumiewał, a jej przymioty: dobroć i cnotliwość - uszlachetniały. Wizerunek kobiety-opiekunki we wspomnieniach ziemianina został uwypuklony nie tylko wśród jego najbliższej rodziny. Nawet gospodyni Sulerzyskiego jawi się jako zatroskana o los swojego pana, co uzewnętrznia tym, że nie pozwala mu zażyć medykamentu, co do którego działania nie jest przekonana. Podobną troskę wykazuje siostra tuż po śmierci jego żony. Czuje się zobowiązana pomóc w opiece i wychowaniu dzieci. Zadbała, by zatrudnić nową guwernantkę, przeprowadziła się do osieroconych dzieci, by w pełni oddać się tym, którzy odczuwają stratę najbliższej osoby. Także jego kuzynka, Paulina Szawelska odwiedzała go w więzieniu w Grudziądzu, dodając mu otuchy i napawając nadzieją (s. 131). Bacznie przyglądając się relacjom we wcześniejszych pokoleniach w rodzinie Natalisa Sulerzyskiego można domniemywać, że autor pamiętnika powiela wzorce zachowań, które zostały mimowolnie zaszczepione w nim od dzieciństwa i wczesnej młodości. Niemniej jednak opisywane relacje damsko-męskie, których osobiście doświadczył, nie są naznaczone tym piętnem. Natalis Sulerzyski w swoim prywatnym życiu nakreśla model patriar-chalnej rodziny. Kobiety obdarzał czcią i szacunkiem. Były mu szczególnie bliskie. Zostały ukazane w relacji wspomnieniowej zgodnie z konwencją epoki — brak im cech osobowościowych. To przede wszystkim dostojne matrony, oddane żony i matki gotowe oddać życie za swe dzieci. Ich sylwetki nie są zindywidualizowane. W każdym razie Natalis Sulerzyski przypisuje wszystkim kobietom, nie tylko tym, które zaznaczyły swoją obecność w jego życiu, doniosłą rolę. W zupełności zgadza się z myślą Ignacego Krasickiego, która pojawia się na kartach pamiętnika — „mężczyźni rządzą światem, a nami [mężczyznami] kobiety". Na tropach historii Grażyna Nawrolska HERBATA - CZARODZIEJSKI NAPÓJ Wspomnienie czasu spędzonego z bliską osobą przy filiżance dobrej herbaty zawsze przywołuje przyjemne skojarzenia. Możemy wtedy chociaż na chwilę przenieść się w „cieplejszy”, lepszy świat, odpocząć od intensywnej codzienności i spojrzeć inaczej na siebie i otaczającą nas rzeczywistość. TROCHĘ HISTORII Pochodzenie herbaty owiane jest tajemnicą. Nie wiemy kiedy i gdzie miało miejsce jej odkrycie. Pozo-stają więc nam tylko legendy. Według jednej z nich, cesarz chiński Szeng Nung podczas swoich licznych podróży po cesarstwie pił tylko gorącą wodę. Podczas jednej z wędrówek, około 27/37 r. p.n.e., do wrzącej wody wpadły gałązki pochodzące z dzikich krzewów herbacianych. Okazało się, że napój miał przyjemny smak i specyficzny aromat, a jego picie sprawiało dużo przyjemności. Według innej opowieści święty mąż buddyjski Bodhi-Dharma, który rozpowszechniał buddyzm w Chinach, oddawał się przez kilka lat postom i czuwaniu w samotności na pustyni, jednak pokonany przez zmęczenie zasnął. Oburzony własną słabością uciął swoje powieki, rzucił na ziemię i wtedy wyrosły z nich krzewy o nietypowych listkach. Po spróbowaniu i przeżuwaniu herbacianych liści poczuł się wzmocniony i panując już nad sennością mógł dalej medytować. Gałązka krzewu herbacianego z kwiatami, obok dojrzały owoc. Chińczycy pierwsi zaczęli hodować sprowadzone prawdopodobnie z Indii krzewy herbaciane, z których to listków przygotowywali orzeźwiający i wzmacniający organizm napój. Chiński poeta LU Yu w VIII w. n.e. napisał Księgę herbaty, w której przedstawił uprawę krzewu herbacianego i właściwości wytwarzanego napoju, jak również opisał akcesoria potrzebne w procesie wytwarzania suszu herbacianego. Japonia rozwinęła hodowlę krzewu herbacianego około 800 r. n.e., kiedy mnisi buddyjscy — m.in. Saicho — przywieźli nasiona herbaty na wyspy i rozpoczęli uprawę rośliny na dużą skalę. Mistrzowie tego rytuału wywodzili się z sekty Zen. 38 Herbata — czarodziejski napój Dla Japończyków jak i dla Chińczyków dobra kuchnia była jednym z podstawowych elementów cywilizacji, z którą wiązały się także zwyczaje i rytuały herbaciane — parzenia i picia herbaty. Początkowo była ona dostępna tylko dla szlachetnie urodzonych wojowników (samurajów) i duchownych. Urządzano nawet specjalne festyny, które z czasem osiągnęły pewną formę wynaturzenia i dlatego około 1350 r. szogun — dowódca wojsk cesarskich — zabronił picia herbaty. Zakaz ten jednak nie był specjalnie przestrzegany i w rezultacie w XV w. zdecydowano się rozpowszechnić w Japonii specjalny rytuał herbaciany jako ceremonię parzenia i picia herbaty nawiązujący do wcześniejszych obyczajów. Najwyższy stopień wyszukanego sposobu związanego z piciem herbaty osiągnięto w Japonii pod koniec XVI w. Piękną i skomplikowaną ceremonię herbacianą zwaną cianoju ujął w ramy prawne Rikju, który ustalił sześć przykazań kultu herbacianego związanego z tym rytuałem. Obrzęd ten przebiegał w następujący sposób. Na dźwięk drewnianej kołatki goście schodzili się w „miejsce fantazji”, czyli do pawilonu herbacianego i wszyscy uczestnicy spotkania polewali ręce wodą. Jeżeli ktoś z biorących w ceremonii udział dostrzegł choćby najmniejsze nieprawidłowości w urządzeniu pawilonu powinien go opuścić bez słowa. Rozmawiać można było tylko o sprawach godnych szacunku; nie było tutaj miejsca na plotki, krzywdzące pomówienia, pochlebstwa czy fałszywe opinie. Wszyscy goście w „miejscu fantazji” pili herbatę kolejno z jednej filiżanki porcelanowej, która musiała być wspaniałym okazem. Sypano do niej sproszkowaną herbatę i zalewano wrzątkiem, a po wypiciu wszyscy uczestnicy musieli ją dokładnie obejrzeć i podziwiać. Cała taka ceremonia nie mogła trwać dłużej niż cztery godziny. Kakuzo Okakura w wydanej w 1919 r. „Księdze herbaty” uroczyste parzenie i picie herbaty określił jako „harmonię sztuki, kultury i uczciwego życia”, a picie napoju stało się wręcz „religią sztuki życia”. HERBATA W EUROPIE Herbata po raz pierwszy dotarła do Europy z Dalekiego Wschodu na początku XVI w. za sprawą Portugalczyków i prowadzonego przez nich handlu z faktoriami założonymi w Indiach. Stało się to za sprawą kupca i zakonnika Louisa de Almeida, który opisał ceremonię picia herbaty w domu japońskiego kupca. Początkowo herbata była traktowana w Europie jako medykament i sprzedawana w aptekach, podobnie jak kawa i tytoń. W 1602 r. Holendrzy założyli Kompanię Wschod-nio-indyjską, m.in. na znak protestu przeciwko Portugalii i Hiszpanii, którzy pod koniec XVI w. nałożyli embargo na kupców holenderskich prowadzących handel towarami dalekowschodnimi, m.in. korzeniami i porcelaną chińską. Od początku XVII w. Właśnie Holandia, z racji swojego dogodnego położenia i posiadania dużej floty, stała się głównym kontrahentem do handlu z Dalekim Wschodem, a Amsterdam czołowym miastem, w którym odbywała się sprzedaż — hurtowa i indywidualna — towarów przywiezionych z dalekiej Azji - różnorodnych przypraw i wyrobów ceramicznych. To właśnie duży import herbaty spowodował zwiększony przywóz naczyń ceramicznych — porcelany - do parzenia i picia tego napoju. Były to wyroby cienkościenne o białym szkliwie, pokrywane podszkliwnie barwną dekoracją, najczęściej różnymi odcieniami błękitu i kobaltu. Najbardziej popular- Grażyna Nawrolska 39 nymi formami naczyń były czarki, talerzyki, czajniczki, miseczki, spodki. Od lat trzydziestych siedemnastego stulecia herbata z Dalekiego Wschodu dostarczana była w większych ilościach m.in. do Francji (1636 r.), Rosji (1638 r.) i Niemiec (1657 r.). Także Anglia wykazywała zainteresowanie nowym napojem i pięknymi wyrobami chińskiej porcelany przeznaczonej do jej picia. W Londynie Thomas Garrway w 1640 r. otworzył pierwszą publiczną herbaciarnię, w której można było napić się herbaty, jak również dokonać zakupu suszu herbacianego. Na większą skalę herbata zaczęła się upowszechniać za sprawą Katarzyny Braganęy portugalskiej, żony króla Karola II Stuarta. Pawilon do ceremonii picia herbaty w rezydencji cesarskiej Katsura (Japonia), początek XX w. Moda na jej picie w porcelanowych chińskich czarkach zaczęła się upowszechniać nie tylko wśród wyższych sfer, ale także pośród angielskiego mieszczaństwa, co zostało „udokumentowane” na licznych obrazach. Sceny z osobami pijącymi herbatę, martwe natury ukazujące serwisy herbaciane z chińskiej porcelany (później także jej naśladownictwa w postaci fajansów niderlandzkich), przedstawiają na płótnach malarze angielscy (William Hogarth, Charles Phillips, Joseph van Aken), niderlandzcy (Jan Josef Horemans Starszy, Pieter Ger-ritsz van Roestraten), szwedzcy (Pehr Hillestroem) czy francuscy (Jean-Baptiste Chardin). Od przełomu siedemnastego i osiemnastego stulecia Angielska Kompania Wschodnio-indyjska była monopolistą w imporcie herbaty z Dalekiego Wschodu. Kiedy jednak pojawiły się problemy finansowe otrzymała wsparcie rządowe i kontynuowała swoją działalność w osiemnastym stuleciu. Późniejsze zniesienie monopolu Kompanii spowodowało, iż w XIX w. przywozem herbaty zajmowali się również indywidualni importerzy i specjalnymi szybkimi statkami żaglowymi typu kliper dostarczali herbatę z Chin i coraz częściej z Indii. Prawdziwą bowiem ojczyzną dziko rosnącej herbaty były Indie. Chińczycy, a potem Japończycy, którzy pierwsi zaczęli hodować tę roślinę na większą skalę „zatarli” faktyczne ślady jej pochodzenia. Dopiero w pierwszej połowie XIX w. major Robert Bruce odkrył dziko rosnące krzewy herbaty w górach stanu Assam. Decyzją ówczesnego gubernatora Indii lorda Williama Bentick rozpoczęto zakrojoną na szeroką skalę uprawę tej rośliny w bardzo sprzyjających jej warunkach klimatycznych. W 1869 r. otwarto Kanał Sueski, którego przepłynięcie w znaczący sposób skróciło drogę wodną z Azji do Europy. Sytuacja ta wymusiła również zmianę transportowania herbaty. Statki żaglowe {klip ery) zostały zastąpione jednostkami o napędzie parowym i słynna epoka tzw. kliperów dobiegała końca. Do Europy przywożono także susz herbaciany w niewielkich ilościach z Chin przez Rosję określając go jako tzw. „herbatę karawanową”, a jej transport odbywał się koleją transsyberyjską. Najczęściej była nabywana przez Europejczyków bezpośrednio od rosyjskich kupców. 40 Herbata — czarodziejski napój HERBATA W POLSCE Pierwsze wzmianki dotyczące herbaty na ziemiach polskich odnajdujemy w liście pisanym przez króla Jana Kazimierza do żony Marii Ludwiki w 1664 r. Przebywając w Mohylewie nad Dnieprem i otrzymawszy przesyłkę z herbatą, król zwrócił się z zapytaniem do żony, żeby dowiedziała się w sprawie ilości herbaty jakiej należy jednorazowo używać, a także ile do tego cukru nasypać. To konieczne dla tych, którzy mają chęć spróbować. Z kolei Janusz Abraham de Gehema, profesor medycyny i nadworny medyk elektora brandenburskiego, propagował herbatę jako uniwersalny środek leczniczy. W napisanych w 1686 r. dwóch traktatach naukowych w języku niemieckim, opisywał jej zalety w leczeniu różnych dolegliwości. Dowodem na to, że właśnie susz herbaciany stosowano wyłącznie jako lekarstwo, znalazło potwierdzenie w kalendarzu na rok 1703, w którym Tomasz Ormiński, lekarz i profesor Akademii Zamojskiej pisze o koffe i liściach theae jakby o artykułach medycynal-nych, liście Theae sen odejmują bez szkody. Dlatego kupcy, którzy w nocy wiele pisać mają, w Wenecji piją Theae. Wiele pomaga ona żołądkowi; używałem i ja tego ziela po trosze, ale mej komplekcji przyzwoitsza kawa. Od początku osiemnastego stulecia herbata przestaje być środkiem leczniczym. Świadczą o tym m.in. wzmianki w pamiętnikach księdza Kitowicza z lat 1733-1736, który pisał, że wielkim panom zawsze rano podawano herbatę z mlekiem lub bez, jednak koniecznie z cukrem. Inne zdanie miał natomiast kasztelan Matuszewicz, który w swoich kronikach z lat 1714-1765 kilkakrotnie wspominał: jedni wódkę gdańską, a drudzy herbatę pili. Opinie dotyczące zalet i wad herbaty były w ówczesnej rzeczywistości mocno zróżnicowane. Bardzo niepochlebną opinię o niej wyraził znakomity botanik ks. Krzysztof Kluk, który w „Dykcjonarze roślinnym” wydanym wszystkie swoje trucizny przesłały, nie mogłyby nam tyle zaszkodzić, ile swoją herbatą... dzieciom i młodym osobom zawsze szkodliwa była. W drugiej połowie XVIII w. herbata staje się coraz bardziej popularnym napojem spożywanym na gorąco, chociaż niektórzy uważali ją jako sprawującą suchoty i oziębiającą żołądek. W miastach portowych takich jak Gdańsk czy Elbląg, herbata zdecydowanie szybciej staje się powszechnie znana i w powstających kawiarniach jest chętnie spożywana. Organizowane w nich są herbatki tańcujące-, a książę prymas na piątkowych przyjęciach częstował gości herbatą, ale oni raczej za winem czy lodami się rozglądali. W okresie zaborów żołnierze wojsk rosyjskich rozpowszechnili u nas zwyczaj picia herbaty, do przygotowania której najczęściej w latach 1786-1788 napisał: Gdyby Chiny Porcelanowy serwis do kawy i herbaty z wytwórni Wegely w Berlinie z połowy XVIII w., dekorowany orientalnymi gałązkami kwiatowymi. Grażyna Nawrolska 41 używali samowarów — niekiedy określając je słowami: rosyjska maszyna do herbaty. Były to metalowe naczynia wykonane z mosiądzu, brązu, miedzi, często srebrzone lub złocone, służące do gotowania wody i przygotowania herbaty lub kawy. Tworzyły komplet z czajnikiem, tacką i dzbanuszkiem. Największe i najbardziej znane wytwórnie samowarów znajdowały się w Tulę, Moskwie i Petersburgu. W XIX w. herbata w Polsce zyskała wielu sympatyków i od lat trzydziestych dziewiętnastego stulecia po dzień dzisiejszy stała się napojem powszechnym i łubianym. HERBATA W ELBLĄGU Asortyment towarów dostarczanych drogą morską do Elbląga w XVII-XIX w. był bardzo urozmaicony. Jedno z pierwszych miejsc zajmowały produkty spożywcze określane również jako koloniale, wśród których dominowały cukier, kawa i w trochę mniejszym stopniu herbata. Głównym dostawcą herbaty do Europy były Chiny, a prawie cały handel tą używką zmonopolizowali początkowo Holendrzy, a potem Anglicy. Znacznie drobniejsze ilości suszu herbacianego przywozili z Azji Duńczycy i Szwedzi. Z giełd w Europie północno-zachodniej, odbywających się m.in. w Amsterdamie, Londynie czy Hamburgu, dostarczano herbatę do portów w Gdańsku i Elblągu. Po raz pierwszy jej przywóz do Elbląga ze Sztokholmu został odnotowany w wykazach towarów przywożonych do miasta w 1707 r. Kilka lat później, w latach 1709-1710, kolejne partie herbaty dostarczano z Amsterdamu i Harlingen. Analizy szlaków handlowych przeprowadzone przez historyków informują nas o pewnych faktach. Otóż niektórzy szyprowie, chcąc ominąć konieczność wnoszenia opłat celnych, rozładowywali swoje towary — 42 Herbata - czarodziejski napój w tym także herbatę - w innych okolicznych portach, np. w Braniewie czy Nowym Porcie. Stamtąd były ekspediowane w głąb Rzeczypospolitej. W ten sposób artykuły kolonialne — kawa, kakao, tytoń, herbata - jak i wykwintne naczynia do picia i przygotowywania napojów - czarki, filiżanki, dzbanuszki — trafiały na stoły zamożnych osób. W Elblągu kawiarnię pod nazwą Siedem gór i trzy jodły założył Holender Hingstberg na początku XVIII w. Drugą była Pod złotym lwem, a kolejne powstawały od połowy siedemnastego stulecia, m.in. Cojfe Haus, Tabagie. Oprócz spożywania w nich słodyczy i gorących napojów - kawy, herbaty, kakao — spotkania w nich umilały również koncerty. Także w licznych elbląskich zajazdach, tawernach i karczmach, oprócz noclegów i pożywienia, oferowano przyjezdnym gorące napoje, m.in. herbatę. Szczególny zachwyt Georga Seylera, rektora elbląskiego gimnazjum, budziła kawiarnia w Gdańsku, którą prowadził Artur Momber, a fakt jej założenia odnotowano w źródłach pisanych około 1700 roku. Chociaż pierwsze dostępne wzmianki o imporcie herbaty do Gdańska pochodzą z lat 1745-1789, to mogła ona pojawić się już wcześniej. W tym czasie otwierane są kolejne kawiarnie i pawilony herbaciane, a w zamożniejszych domach wyodrębniano nawet specjalny salonik do konsumpcji ciepłych napojów — kawy, czekolady, kakao. Także w niedużych ogrodach znajdujących się obok domów mieszkańcy i goście raczyli się herbatą lub kawą. Moda na picie herbaty, towaru luksusowego sprowadzanego z Azji, wiązała się z dużym zainteresowaniem mieszkańców Elbląga dalekowschodnimi wyrobami porcelanowymi. Podczas badań archeologiczno-architektonicznych prowadzonych na Starym Mieście w Elblągu odkryto liczny zespół chińskich naczyń używanych do picia herbaty. Były to przede wszystkim czarki i spodki i tylko jeden czajniczek do jej parzenia. Znalezione naczynia to cienkościenne szkliwione wyroby z białej glinki, pokryte podszkliwnie barwną dekoracją z dominującymi kolorami od błękitu do kobaltu. Są również formy, których dekoracja wykonana została barwnymi farbami w technice familie rosę i familie verte. Jedyny znaleziony czajniczek pokryty jest barwną dekoracją. Wśród elbląskich artefaktów liczną grupę stanowiły czarki i spodeczki, które są określone nazwą Bataoia Brown. Wyróżnia je przede wszystkim brązowa barwa zewnętrznej powierzchni; niekiedy stosowano wielobarwną dekoracją wewnątrz naczynia. Stosunkowo szybko, bo już w drugiej połowie XVII w., garncarze niderlandzcy podjęli próby naśladownictwa porcelanowych naczyń dalekowschodnich. Pierwszymi wytwarzanymi formami były czajniczki z czerwonej kamionki produkowane w Delftach — wytwórnie Avy'ego de Milde, Jacobusa de Clauwe, Petera de Loreijn — później także fajansowe czarki, spodki, czajniczki, najczęściej malowane niebieskim pigmentem, rzadziej wielobarwne. Nowe ciepłe napoje - herbat, kawa - stosunkowo szybko zyskiwały coraz większą popularność i uznanie mieszkańców Elbląga. Spożywane w kawiarniach, pawilonach herbacianych, domach prywatnych i ogródkach, stawały się elementem życia codziennego. Podczas sympatycznych spotkań, wspólnie spędzony czas umilano sobie koncertami i tańcami, odbywały się także spektakle marionetek. Spotkania w tych lokalach były również okazją do załatwiania interesów, czytania prasy lub po prostu miejscem spotkań zakochanych. Poprzez spożywanie nowych napojów - herbaty, kawy, kakao - w określonej atmosferze i w różnych miejscach następowało ożywienie intelektualne w dobie Oświecenia. Zaczęła się Grażyna Nawrolska •O tworzyć nowa forma miejskiej kultury towarzyskiej — herbaciarnie i kawiarnie zaczęły odgrywać integracyjną rolę w funkcjonowaniu miejskiej społeczności mieszkańców wszystkich miast, w tym także Elbląga. Herbata wkroczyła w życie codzienne i taką pozostała do dziś. HERBATA DZISIAJ Długą drogę w czasie i przestrzeni przebyła herbata od momentu jej odkrycia w Indiach i Chinach, do stania się obecnie jednym z najpopularniejszych napojów na całym świecie. Dzisiaj jest wszechobecna i bardzo ceniona nie tylko jako gorący napój, w której to formie była kiedyś podawana, ale także jako zimna, obecnie przyrządzana i serwowana na wiele sposobów. Najlepsze i najbardziej cenione gatunki herbaty pochodzą z plantacji znajdujących się w Azji. Podstawę prawie wszystkich upraw herbacianych na świecie stanowi gatunek Assam (Ihea assamica). W Indiach największymi rejonami jej uprawy są prowincje północne, szczególnie Assam, południowe stany Nilgiri i Travancore oraz południowe stoki Himalajów. Najlepsza herbata ze Sri Lanki (cejlońska), uprawiana na wyspie dopiero od 1850 r., zbierana jest na terenach wyżynnych znajdujących się we wschodniej części wyspy oraz w zachodniej Dimbuli. Właśnie te dwa kraje — Indie i Sri Lanka, są obecnie największymi eksporterami herbaty na świecie. Oczywiście jest ona uprawiana także w wielu innych krajach m.in. w Chinach, Indonezji, Kenii, Argentynie czy Turcji. Jednak dla „herbacianych” koneserów i smakoszy najlepsza jest thea z Indii i Sri Lanki. O herbacie, sposobach jej uprawy, herbacianych żniwach, technologii obróbki, zaletach i cudownych właściwościach, sposobach spożywania można jeszcze dużo, dużo napisać. Może kiedyś powrócę do mojego ulubionego napoju. WYBRANA LITERATURA Bartels M., Cities in Sherds 2, Catalogue. Finds from cesspits in Deoenter, Dordrecht, Nij-megen and Tiel (1250-190), Zwolle 1992; Benini M., Cerutti C., Vianello G., Ceramika XV-XX wieku. Warszawa 1998; Biernat Cz., Statystyka obrotu towarowego Gdańska w latach 1651-1815, Warszawa 1962; Bitter P., Geworteld in de bodem. Archeologisch en historisch on-derzoek van een potten-bakkerij bij de Wortelsteeg in Alkmaar, Zwolle 1994; Historia Elbląga, t. 2, cz. 2 (1626-1772), red. A. Groth, Gdańsk 1997; Historia Elbląga, t. 3, cz. 1 (1772-1850), red. A. Groth, Gdańsk 2000; Groth A., Handel morski Elbląga z Niderlandami w końcu XVI i w XVII wieku, „Zapiski Historyczne”, t. 68, z. 2-3, 2003; Groth A., Statystyka handlu morskiego Elbląga w latach 1585-1712, cz. 1: Przywóz towarów drogą morską, Słupsk 2006; Nicolin M., Herbata dla smakoszy, Warszawa 1993; red. Ceynowa B., Kawa czy herbata. Archeologiczne świadectwa konsumpcji napojów w dawnym Gdańsku, Gdańsk, b.r.w.; red. Szpala A., Historia porcelany chińskiej od X wieku do czasów współczesnych, Kraków 2004; Rendschmidt M., Das alte Elbinger Biirgerhaus, Elbląg 1933; Savage G., Porcelana i jej historia, Warszawa 1977. 44 Upiór, strzyga, wampir. O „żywych trupach” na Pomorzu w perspektywie historyczno-; Radosław Kubuś UPIÓR, STRZYGA, WAMPIR. O „żywych trupach” na Pomorzu w perspektywie historyczno-archeologicznej Zapewne nie ma osoby, która nie słyszałaby o wampirze, upiorze, czy strzydze. Mało kto jednak zdaje się łączyć te terminy z archeologią tudzież historią, a raczej widzi w nich wytwór literackiej wyobraźni. Z pewnością słysząc słowo wampir, mamy przed oczyma hrabiego Draculę wykreowanego przez irlandzkiego pisarza Brama Stokera. Tymczasem w kręgu archeologów od lat sensację wzbudzają odkrywane od czasu do czasu w trakcie badań wykopaliskowych nietypowe pochówki. Występujące w nich szkielety wskazują na praktyki okaleczania ciała po śmierci, co polegało głównie na jego dekompozycji (np. odcięcie głowy i włożenie jej między nogi), bądź stosowaniu innych zabiegów, które miały za zadanie uniemożliwienie zmarłemu opuszczenia miejsca wiecznego spoczynku, np. związanie kończyn zmarłego, bądź przywalenie jego ciała głazem tudzież cegłą. Takie archeologiczne odkrycia doczekały się miana pochówków antywampirycznych. Hasło „pochówki antywampiryczne” jest na tyle znanym terminem, że odnajdziemy je nawet w „Wikipedii ”. Możemy tam przeczytać, że owe pochówki sięgają swoją genezą pierwszych wieków chrystianizacji i są związane z obrzędami pogańskimi, które przetrwały na ziemiach polskich, aż po pierwsze dekady wieku XX1. W niniejszym tekście spróbuję odpowiedzieć na pytanie, czy tego typu praktyki występowały także na terenie Pomorza, a jeżeli tak, to czy należy je łączyć z jakimś konkretnym regionem. Otóż w przypadku obszaru Pomorza już w średniowieczu wierzono w istnienie żywych trupów. Informacje o nich zostały zapisane przez regionalnych kronikarzy, takich jak Simon Grunau. Urodzony w Tolkmicku, a związany z klasztorami w Elblągu i Gdańsku dominikanin w swojej Kronice pruskiej wskazywał na istnienie tego typu istot. Formę żywego trupa przyjmowały w świetle kroniki osoby zmarłe śmiercią gwałtowną (samobójcy, przestępcy lub ofiary wypadków). Co prawda istoty te nie przedstawiają się jako krwiopij-cze wampiry, jednak ewidentnie budzą przerażanie, a ich unicestwienie wymagało użycia radykalnych działań, takich jak spalenie ciała lub dekapitacja2. Wiązało się to z przeświadczeniem o możliwości ukarania człowieka po jego śmierci poprzez stosowanie zabiegów dehonestacyjnych na jego ciele. Ponadto nawet prawo zwyczajowe dopuszczało wówczas możliwość postawienia zmarłego przed sądem, albo jako winnego albo jako świadka sprawy. Co ważne - ciało miało być w opinii kronikarza i jego współczesnych pośrednikiem pomiędzy światem żywych i światem umarłych. Tak zatem zadany ciału pośmiertnie ból, miał niejako oddziaływać na jego duszę. 1 https://pl.wikipedia.org/wiki/Pochówek_antywampiryczny [dostęp: 11.12.2020]. 2 J. Możdżeń, Zjawiska demoniczne w późnośredniowiecznych Prusach w świetle kroniki Szymona Grunaua, Toruń 2010, s. 63. Radosław Kubuś 45 W okresie średniowiecza i czasów nowożytnych ludzkość trapiły liczne klęski żywiołowe. Śmierć była wszechobecna, a jej metaforą stały się cyklicznie nawiedzające w tym czasie teren Rzeczpospolitej, w tym również Pomorza, epidemie dżumy. Morowe powietrze było dla żyjących wówczas ludzi odbierane jako kara za grzechy. Dociekano przyczyn występowania i rozprzestrzeniania się choroby, wiążąc je niekiedy z istotami spoza tego świata, tj. żywymi trupami, które choć zostały pochowane, wstają z grobu i po śmierci nadal szkodzą żyjącym5. Jedna z najwybitniejszych w Polsce badaczek zajmująca się epidemiami dżumy, Katarzyna Pękacka-Falkowska, powołując się na źródła dotyczące Torunia i okolic miasta, przytacza przykład z Rychnowa. Szerząca się tam 1709 roku epidemia sprawiła: „(...) że się tam ludzie odważyli i dobyli trupa, który najpierw umarł, ponieważ ludzie o nim świadczyli, że miał być wieszczy, który już miał pod samym wierzchem leżeć, któremu głowę Ridlem ucięli i krew z niego miała ciec jak z żywego, którego na granicę zawieźli i zachowali (...) a ten człowiek już 4 Niedziele w grobie leżał (...) ”4. Zatem żywe trupy zazwyczaj miały szkodzić ludziom, a o tym, czy dana osoba po śmierci nadal pozostawała „żywa”, miał świadczyć brak rozkładu lub ograniczony rozkład ciała. Wskazuje się, że zazwyczaj dowodami na to, iż dane ciało nie zaznało po śmierci spokoju, nadal wstając z grobu i szkodząc żywym, miały być pewne charakterystyczne symptomy. Chodzi tu na przykład o widoczne po otwarciu trumny ślady spożywania przez żywego trupa swojego trumiennego odzienia (całunu) lub nawet części swojego ciała, a także o to, iż ciało choć leżało w grobie przez dłuższy czas, nadal było rumiane a po zranieniu sączyła się zeń krew. Ewentualnie mogły to być ślady po drapaniu trumny lub brak paznokci. Przykłady z pewnością można by mnożyć. Niepodważalne jest również to, że wiara w żywe trupy, strzygi i wampiry nie wygasa na Pomorzu wraz z rozwojem oświecenia. Jeden z uczniów gdańskiego Gimnazjum Miejskiego, podopieczny wybitnego historyka, kierownika miejskiego archiwum Teodora Hirscha — Rudolf Foss, wzmiankuje o tym w swoich wspomnieniach dotyczących I połowy XIX wieku. Porównując gdańskie Niziny zamieszkane przez zamożnych żuławskich chłopów, zestawia je z terenem ubogich Kaszub, gdzie miał się szerzyć przesąd i zabobon. Wspomina, iż Kaszubi wierzyli w wilkołaki i wampiry, a więc ludzi, którzy mieli powstać z grobu. Aby nie być niepokojonym przez owe istoty, otwierali ich groby i bezcześcili zwłoki domniemanych potworów i zjaw. Sam autor wspomnień miał być świadkiem wielu procesów sądowych, które toczyły się w takich sprawach w czasach jego młodości, czyli w latach 1822-184 P. Na to, że nie są to czcze wynurzenia chcącego zaistnieć starca, mogą wskazywać i inne źródła. Między innymi na łamach czasopisma „Pommersche Provinzial--Blatter fur Stadt und Land” w 1820 roku pisano: „Na Kaszubach, gdy dziecko urodzi się z cienką błoną na głowie przypominającą czepek, należy - by nie stało się wampirem - wziąć ów czepek, wysuszyć go i przechowywać troskliwie. Zanim matka uda się do kościoła po połogu, by złożyć tam ofiarę, musi spalić błonę i dać dziecku popiół zmieszany z mlekiem do wypicia. Jeśli się tego nie zrobiło i jeśli noworodek umrze, zanim połknie w taki sposób 3 W odniesieniu do ziem polskich z okresu XVII-XVIII wieku sporo tego typu informacji odnajdujemy w pracy G. Rzączyń-skiego. Zob. G. Rzączyński, Fauna Polski w dziejach o. Gabriela Rzączyńskiego, T. J. (1664-1737), Warszawa 1966, s. 25. 4 Cyt. za K. Pękacka-Falkowska, Dżuma w Toruniu w trakcie III wojny północnej, Lublin 2019, s. 55. 5 R. Foss, Erinnerungen eines Schulmannes. Aus dem alten Danzig (1822-1841), Danzig 1902, s. 77-78. 46 Upiór, strzyga, wampir. O „żywych trupach” na Pomorzu w perspektywie historyczno-archeologicznej swój czepek, dochodzi do straszliwego nieszczęścia. Gdy się je pochowa, dziecko wstaje w trumnie i zjada ciało ze swych rąk i nóg. Zjada też całun, a następnie wychodzi z grobu i zjada żyjących. Najpierw swoich krewnych bliższych i dalszych. A gdy wszyscy już są martwi, upiór bije w dzwony kościoła i wtedy wszyscy są skazani na śmierć, dorośli i dzieci, wszyscy, do których dotrze dźwięk dzwonów. Przeciw tym pożeraczom jest jeden sposób: należy ciało wykopać i odrąbać mu głowę motyką”6. Jak wskazuje Dariusz Łukasiewicz, w samych Niemczech pierwsza wzmianka o wampirach pojawiła się w roku 1732. Dużo świadectw tego typu zachowało się dla Śląska, gdzie zmarłych posądzanych o wampiryzm miano chować w trumnie na brzuchu, a ponadto zatykano im nozdrza ziemią i do ust wkładano karteczkę z magiczną formułą (tzw. bilecik św. Łazarza), która miała odstraszyć zło7. Podobnie było w Prusach Zachodnich, gdzie pewnego zmarłego szlachcica z rodu Wollschlagerów oskarżono o wampiryzm i obcięto mu głowę, którą następnie umieszczono między nogami zmarłego. Wierzenia w żywe trupy pozostały obecne na Pomorzu przynajmniej do początków XX wieku. Jak wspomina Claude Lecouteux, jeszcze w 1913 roku w Pucku po śmierci pewnej kobiety, nastąpiła seria zgonów pośród jej bliskich. Jeden z jej synów czując, że jego stan zdrowotny ulega stopniowemu pogorszeniu, postanowił wykopać ciało starej kobiety, następnie obciął jej głowę i umieścił między nogami. Tym sposobem choroba odeszła8. Dostrzegalnym jest zatem, że choć informacje o żywych trupach pojawiają się w źródłach historycznych i etnograficznych dość marginalnie, to jednoznacznie wskazują na istnienie praktyk polegających na okaleczaniu zwłok po śmierci które to praktyki utrzymują się na Pomorzu aż po początki wieku XX. Pojawia się jednak pytanie, czy owe informacje występujące w źródłach historycznych, znajdują swoje odzwierciedlenie w materiale archeologicznym z terenów Pomorza? Z pewnością na tak postawione pytanie należy udzielić twierdzącej odpowiedzi, aczkolwiek niestety brakuje całościowych badań, mogących ukazać nam skalę i zasięg tego zjawiska. W zasadzie dla terenów całej Polski, najpełniejszym obecnie tego typu opracowaniem jest opublikowana dysertacja doktorska Pawła Dumy poświęcona tego typu praktykom na terenie Śląska9. Wśród potwierdzonych w materiale archeologicznym praktyk stosowanych przeciw żywym trupom - poza dekapitacją i umieszczeniem obciętej głowy między nogami okaleczonego ciała - stosowano również: pochowanie zmarłego twarzą do dołu, ewentualnie na brzuchu, przebicie go palem, przybicie gwoździami ciała do trumny, obciążenie zmarłego kamieniami. Oczywiście owe środki można było stosować łącznie. Jak wskazuje Mirosław Pietrzak, w świetle znalezisk na stanowiskach w Pruszczu Gdańskim czy Zukczynie możemy stwierdzić, że tego typu praktyki na terenie Pomorza mają odległą praktykę, sięgając swoją metryką przynajmniej II w. n. e., a być może czasów jeszcze 6 Cyt. za C. Lecouteux, Tajemnicza historia wampirów, przeł. B. Spieralska, Warszawa 2007, s. 50. 7 D. Łukasiewicz, Życie codzienne w Królestwie Prus w latach 1701-1933, Warszawa 2020, s. 174. 8 C. Lecouteux, op. cit., s. 36. 9 P. Duma, Śmierć nieczysta na Śląsku, Wrocław 2015. Radosław Kubuś 47 wcześniejszych10. Poza wskazanymi powyżej praktykami, autor odnotowuje jeszcze zwyczaj przebijania ciała ostrym kołkiem jako formę unicestwienia żywego trupa. Obok tak radykalnych, a wręcz brutalnych metod, niektóre odkrycia archeologiczne z terenu Pomorza wskazują na bardziej łagodne środki ochrony przed upiorami. Otóż archeolodzy prowadzący badania w roku 2018 przy gdańskim kościele św. Piotra i Pawła, natrafili na pochówki datowane na przełom XVIII i XIX wieku. Tam ustalono, że w jamie ustnej niektórych zmarłych znajdowały się monety. Choć ze względu na stan zachowania numizmatów nie można określić, z jakimi monetami mamy tu do czynienia, to sam ten zwyczaj praktykowano na Kaszubach przynajmniej do połowy wieku XIX". Gottlieb Le-berecht Lorek, w roku 1821 pisał, że „Prawdopodobnie jest to bezmyślne naśladownictwo jakiegoś zwyczaju, który zachował się w ukryciu od czasów pogańskich, przeciw któremu niewiele (...) pomoże pouczenie czy nauka w szkole najbardziej tępych wśród tego ludu, którzy żywią ogromne przywiązanie do starodawnego zwyczaju ”12. Poza wykładaniem w usta zmarłego monety, jak wskazywał pastor Lorek, stosowano również inną praktykę: „Kaszubi mają bowiem zwyczaj, że każdy spokrewniony z domem żałoby, od najmniejszego do największego, wkłada drogiemu zmarłemu do trumny kilka swoich włosów, kawałek sukni, koszuli, chusty na szyję, dając coś od siebie. Wydaje się jednak, że są tu ukryte 10 M. Pietrzak, Przeciw wampirom, „Z Otchłani Wieków. Kwartalnik Popularnonaukowy Polskiego Towarzystwa Archeologicznego i Numizmatycznego", nr 1-2, 1983, s. 35-36. 11 https://www.gdanskstrefa.com/pochowki-gdanskich-kalwinow-przy-kosciele-ss-piotra-i-pawla/ [dostęp: 12.12.2020]. 12 Niemcy o Kaszubach w XIX wieku. Obraz Kaszubów w pracach G. L. Lorka, W. Siedla i F. Tetznera, tłum. M. Darska-Łogin, (red.) J. Borzyszkowski, Gdańsk 2009, s. 81. Pochówek odkryty w czasie badań archeologicznych przy kościele św. Piotra i Pawła z zachowaną w ustach monetą. Źródło: https://www.gdanskstrefa.com/pochowki-gdanskich-kalwinow-przy-kosciele-ss-piotra-i-pawla/ 48 Upiór, strzyga, wampir. O „żywych trupach” na Pomorzu w perspektywie historyczno-archeologicznej stare pogańskie pojęcia i wyobrażenia, bo pijakom przykładowo wkłada się butelczynę gorzałki do trumny i durzy o życiu zmarłych pod ziemią”13. Pozostaje odpowiedź na pytanie, czy wierzenia w to, że ciało zmarłego może wstawać z grobu były bezpodstawne? Otóż z pewnością są to reminiscencje wiary w to, że ciało zmarłego nawet po śmierci związane jest z jego duszą. Zatem kiedy konkretne etapy rytuałów przejścia nie dopełniły się, ciało znajdowało się w zawieszeniu, nie będąc ani w pełni żywym, ani martwym. Istnieje także pewna hipoteza, która przynajmniej częściowo pozwala wyjaśnić wiarę w żywe trupy. Otóż niebezpodstawne były obawy artykułowane jeszcze do połowy XIX wieku na łamach oficjalnych organów urzędowych przed byciem pochowanym żywcem. Te obawy miały zresztą charakter uniwersalny, a przy ówczesnym stanie medycyny stawały się w pełni uzasadnione. Niewykluczone zatem, że pochowane płytko, szybko i często niedbale ciała osób rzekomo zmarłych na skutek szerzących się licznie epidemii, mogły budzić się w grobie, wydając przeraźliwe dźwięki, uderzając i drapiąc w wieko trumny, a nawet spożywać własne ciało lub garderobę, wyczekując z nadzieją pomocy. Skądinąd wiemy, że i dziś przy zaawansowanym stanie medycyny zdarzają się przypadki przebudzenia osoby, u której lekarz stwierdził zgon, co potwierdza chociażby casus odnotowany w Akademii Medycznej w Gdańsku z 1981 roku14. Podsumowując, zjawisko wiary w żywe trupy na terenie Pomorza utrzymywało się przynajmniej od II w. n.e aż po pierwsze dekady wieku XX. Trudno jednak stwierdzić, czy zwyczaj ten dotyczył całego obszaru Pomorza, czyjego określonej części. Na ten moment wyda-je się, że zjawisko to ograniczało się - przynajmniej od XIX wieku - wyłącznie do obszarów zamieszkiwanych przez katolickich Kaszubów. Niewątpliwie jest to jednak temat który wymaga dalszych poszukiwań, systematyzujących i pogłębiających dotychczasową wiedzę. 13 Ibidem. 14 Zob. W. Szponar, Życie po śmierci. Teologiczne śledztwo, Gdańsk 2020, s. 220-221. Piotr Zawada 49 Piotr Zawada VICTOR ZA BLUCHERA. Słynna a zapomniana wymiana jeńców1 PRELUDIUM Zapewne niewiele osób słyszało o niezwykłym wydarzeniu, do którego doszło na Warmii w nieistniejącej już dzisiaj miejscowości Limity (Lomit-ten) nad Pasłęką (Passarge) leżącej między Ornetą (Wormditt) a Miłakowem (Liebstadt). Otóż 25 kwietnia 1807 roku podczas trwającej wojny między Francją a Rosją i Prusami miała tam miejsce wymiana dwóch znamienitych jeńców, którymi byli: napoleoński generał dywizji Claude-Victor Perrin zwany Victorem i pruski generał dywizji Gebhard Leberecht von Bliicher. Jak jednak w ogóle doszło do tego niestety zapomnianego, aczkolwiek bardzo intersującego epizodu w długim kalendarium epoki napoleońskiej? Otóż rozkazem Napoleona z 5 stycznia 1807 roku Victor został mianowany dowódcą nowo powstałego X Korpusu Wielkiej Armii z kwaterą główną w Szczecinie. Korpus ten miał operować na Pomorzu Zachodnim w Nowej Marchii2, a jego zadaniem miało być zdobycie twierdzy Kołobrzeg A J. Gros, Marszałek Claude Victor Perrin, książę Belluno, 1746-1841. oraz twierdzy Gdańsk. W związku z objęciem nowych obowiązków Victor wyruszył z Warszawy do Poznania i dalej drogą z Poznania do Szczecina. Niestety nie dojechał do celu swojej podróży, ponieważ 12 stycznia 1807 roku, podczas postoju powozu w Choszcznie (Arnswalde) został niespodziewanie pojmany wraz ze swoim adiutantem kapitanem Jourda-inem, przez grupkę byłych jeńców z armii pruskiej przy współudziale cywilnych mieszkańców tego miasta. Następnie Victora przewieziono do Kołobrzegu, gdzie dotarł 14 stycznia. Ponieważ przetrzymywanie generała w Kołobrzegu uznano za niewystarczająco bezpieczne, już po kilku dniach został on przewieziony do Gdańska, gdzie prawdopodobnie był przetrzymywany w Twierdzy Wisłoujście. Władze pruskie nie chcąc ryzykować utraty tak zna- 1 Artykuł napisany na podstawie książki Piotra Zawady, „Victor za Bliichera. O marszałkach epoki napoleońskiej związanych z polskimi ziemiami”, Gdańsk 2020. 2 Nowa Marchia — wchodziła w skład terytorium Marchii Brandenburskiej na wschód od Odry, na północ od doliny Warty i Noteci. Leżała na pograniczu Brandenburgii, Pomorza Zachodniego i Wielkopolski. 50 Yictor za Bliichera. Słynna a zapomniana wymiana jeńców mienitego jeńca, jeszcze przed rozpoczęciem oblężenia Gdańska przez wojska napoleońskie, przetransportowały Victora do Królewca (Kónigsberg), gdzie przebywał do swojego uwolnienia pod koniec kwietnia 1807 roku. A jak to było z Blucherem? W wojnie 1806 roku z napoleońską Francją walczył 14 października w przegranej przez Prusaków bitwie pod Auerstadt. Organizował odwrót rozbitej armii pruskiej, gdzie dowodził jej ariergardą. Zmuszony 7 listopada do kapitulacji przez marszałka Bernadotte pod Ratkau koło Lubeki. Do wymiany przebywał w areszcie domowym w Hamburgu na tzw. „słowo honoru”. YICTOR ZA BLUCHERA G. Dawe, Gebhard Leberecht Blucher. Nierozstrzygnięta krwawa bitwa pod Pruską Iławą (Preussisch Eylau) uzmysłowiła Napoleonowi, że nie będzie mu łatwo pokonać Rosję i Prusy. W związku z tym, że nawet Austria zaczęła przyjmować wrogą postawę wobec Francji, cesarz podjął próbę odciągnięcia Prus od Rosji, proponując im w zamian zwrot zabranych wcześniej ziem polskich. Jednak Prusy nie zamierzały zdradzić swojego wielkiego sprzymierzeńca, o czym powiadomił Napoleona w jego kwaterze głównej w Ostródzie (Osterode) przybyły tam 25 lutego 1807 roku adiutant króla Prus, pułkownik Friedrich Heinrich von Kleist. Następnego dnia, 26 lutego, podpisano konwencję między Francją a Prusami o wymianie 30 jeńców, oficerów francuskich za 30 jeńców oficerów pruskich — na mocy której Victor został wymieniony za Bluchera. Napoleon osobiście poinformował o tym małżonkę Victora przebywającą wówczas w Szczecinie w liście z 8 marca. Natomiast generał Blucher o wymianie dowiedział się 16 marca w Hamburgu, kiedy to otrzymał zaproszenie od szefa sztabu Napoleona, marszałka Aleksandra Berthiera, do kwatery głównej Napoleona w Kamieńcu Suskim (Finckenstein). Podobno na pomysł wymiany obu jeńców wpadł przebywający w Kłajpedzie (Memel) generał Gerhard Johann von Scharnhorst, który zasugerował taką możliwość Fryderykowi Wilhelmowi III, a ten się na nią zgodził. Odpowiedzialnymi za przeprowadzenie tej operacji byli: ze strony francuskiej adiutant-komendant Perrard, natomiast ze strony pruskiej pułkownik von Kleist. Między innymi razem z Victorem miano także wymienić kapitana inżynierii Fleury i porucznika Damas a z 19 pułku dragonów — za Bluchera i jego dwóch synów: rotmistrza Franza Ferdinanda von Bluchera, który był adiutantem ojca i porucznika Friedricha Bluchera z pułku huzarów „Blucher”. Natomiast adiutant generała Victora, kapitan Jourdain, miał być wymieniony za majora von Loffersa z pruskiego sztabu głównego w Kłajpedzie. Blucher przez dwa tygodnie oczekiwał na audiencję u Napoleona w Kamieńcu Suskim kwaterując w tym czasie w budynku poczty królewskiej w pobliskim Suszu (Rosenberg). Piotr Zawada 51 Wreszcie, 22 kwietnia, cesarz przyjął Bliichera wraz z grupką jego oficerów, a ich spotkanie poprzedzone zostało rewią Gwardii Cesarskiej, co podobno zrobiło spore wrażenie na generale. Napoleon próbował pozyskać Bliichera do swoich negocjacji pokojowych z Prusami i wykorzystać w nich jego autorytet. Niestety Bliicher, znany ze swojej wrogości wobec Francji i samego Napoleona, nie przyjął tej propozycji. Podobno podczas rozmowy posługiwał się łamaną francuszczyzną, a nawet wtrącał wyrazy łacińskie i polskie. Natomiast Napoleon, niejako odwzajemniając się, próbował mówić po niemiecku. Jak twierdzi sztabowiec marszałka Soulta, Augustę Petiet, przed samą wymianą Bliicher zatrzymał się w Morągu (Mohrungen), gdzie zjadł obiad z francuskimi sztabowcami, z którymi podobno rozmawiał po francusku. Natomiast Victor w otoczeniu pruskich generałów i oficerów oczekiwał na wymianę w Ornecie. Do wymiany Victora za Bliichera doszło na terenie obsadzonym przez IV korpus marszałka Soulta, którego zadaniem było kontrolowanie środkowego biegu Pasłęki z dwoma przyczółkami: w Limitach i Pitynach/Ełdytach (Pittehnen/Elditten), jak również utrzymywanie łączności z I korpusem marszałka Bernadotte a nad dolną Pasłęką i VI korpusem marszałka Neya pod Dobrym Miastem (Guttstadt). Oprócz tego IV korpus Soulta osłaniał przeprawy i drogi wiodące do Morąga i Ostródy. Odpowiedzialnym za misję bezpośredniego przeprowadzenia tej wymiany został inny adiutant marszałka Soulta, kapitan Alfred Saint-Chamans3, który okoliczności całej wymiany szczegółowo opisał w swoich wspomnieniach. W misję wyruszył tylko z jednym trębaczem, który jadąc przodem często trąbił, ostrzegając nieprzyjaciela o swoim zbliżaniu się. W ten sposób dotarli do pruskiej straży przedniej za Ełdytami Wielkimi (Gross Elditten), gdzie na pikiecie napotkali pruskiego lansjera, czyli polskiego ułana z pułku „Towarzyszy”4. Kiedy ułan zorientował się w sytuacji, popędził galopem powiadomić swój posterunek. W międzyczasie stojący w pobliżu Kozacy zaczepiali i prowokowali Saint-Chamansa, który przez cały czas zachowywał spokój i nie dawał się sprowokować. Na szczęście w porę nadjechał pruski oficer, który był powiadomiony o jego misji i poinformował Francuza, że generał Victor znajduje się w Ornecie, i że zaraz pośle po niego ordynansa. W oczekiwaniu na przybycie Victora obaj oficerowie udali się do pałacu Świękity (Schwenkitten/Schwendt), położonego pomiędzy stanowiskami obu armii, aby nieco się posilić. Po kilku godzinach bezowocnego oczeki- Alfred Armand Robert de Saint-Chamans żył w latach 1781-1848. W interesującym nas okresie był kapitanem i adiutantem marszałka Soulta odpowiedzialnym za przeprowadzenie wymiany Victora za Bliichera. Niedługo po tym wydarzeniu, 10 czerwca 1807 roku, w bitwie pod Heilsbergiem (Lidzbarkiem Warmińskim) został ranny w udo. Pułk „Towarzyszy" — formacja stworzona dla Polaków chcących kontynuować polskie tradycje rycerskie w Prusach. Po III rozbiorze północna część Mazowsza oraz zachodnia część Litwy znalazła się w granicach Prus jako prowincja Nowe Prusy Wschodnie. Tereny te były głównie zamieszkane przez drobną szlachtę. Na mocy decyzji Fryderyka Wilhelma III z 1800 roku utworzono korpus jazdy towarzyskiej (Korpus Towarzyszy) na wzór polski składający się z Regimentu Towarzysz (10 szwadronów) i Batalionu Towarzysz (5 szwadronów) na etacie pułku huzarów. Korpus Towarzyszy umundurowany był na wzór polski, uzbrojony w szable, pistolety i lance. Pomimo swojej starej nazwy korpus nie miał dawnego podziału na towarzyszy i pocztowych, a obecnie odpowiednikiem funkcji szeregowego był ułan. W kampanii 1806-1807 roku korpus walczył w Prusach w korpusie generała L’Estocq’a, który był jednocześnie szefem pułku. Wszystkie jednostki dzielnie walczyły w czasie zimowej, a potem letniej kampanii. Regiment „Towarzyszy” szczególnie odznaczył się w bitwie pod Heilsbergiem 10 czerwca 1807 roku. W 1807 roku został rozwiązany ze względu na utratę przez Prusy obszaru rekrutacyjnego na rzecz nowo powstałego Księstwa Warszawskiego. Jeńcy i dezerterzy z pułku „Towarzyszy” stanowili później trzon nowo sformowanego 6 Pułku Ułanów Księstwa Warszawskiego pod dowództwem pułkownika Dominika Dziewanowskiego. 52 Victor za Bliichera. Słynna a zapomniana wymiana jeńców wania oficer pruski zaczął się niecierpliwić, że dotychczas nie otrzymał żadnej odpowiedzi z Ornety. Zaproponował Saint-Chamansowi, aby razem udali się na spotkanie adiutanta, na co ten chętnie się zgodził. Po przyjeździe do pałacu Biała Wola (Dittrichsdorf), oddalonego od Swiękit o pół mili, spotkali ordynansa, który poinformował ich, że Rosjanie nie wyrazili zgody na zwolnienie generała Victora i że w związku z tym generał nadal pozostanie w Ornecie pod strażą pruską. W tej sytuacji oficer pruski zaproponował, aby wymianę jeńców przełożyć na następny dzień w miejscu między Limitami a Ornetą, gdzie Prusacy byli liczniejsi od Kozaków. Następnego dnia o świcie Saint-Chamans udał się na nieprzyjacielski posterunek naprzeciwko Limit nad Pasłęką, gdzie po drodze znowu spotkał Kozaków, Baszkirów i Kał-muków. Został tam przyjęty przez pruskiego oficera z pułku Czarnych Huzarów. Nazywano ich huzarami śmierci, ponieważ na swoich czarnych czakach1 nosili charakterystyczne trupie główki. Oficer ten o nazwisku Arnhim albo Arnim6 robił pewne problemy z wymianą generałów, ale ostatecznie zaproponował Saint-Chamans’owi, że wspólnie udadzą się po Victora do Ornety. Uprzedził go jednak, że podczas całej drogi będzie musiał mieć zawiązane oczy — jak zapewniał — nie ze względu na brak zaufania do niego, lecz ze względu na kozaków, których spotkają po drodze. Saint-Chamans potwierdził, że oczy miał dobrze zawiązane i absolutnie niczego po drodze nie widział. W czasie jazdy, jego konia za uzdę prowadził ów oficer pruski. Po tej męczącej podróży zatrzymali się w Ornecie na dużym placu, a oczy odwiązano Saint-Chamans owi dopiero na progu domu, w którym przetrzymywano Victora. Następnie Saint-Chamans zdał generałowi relację ze swojej misji. Później, po zjedzeniu obiadu i po ostatnich rozmowach Victora z generałami pruskimi, obaj udali się do Limit. W drodze powrotnej Saint-Chamans owi powtórnie zawiązano oczy, ale tym razem mniej dokładnie, dzięki czemu mógł podpatrzyć, co dzieje się po stronie wroga. Generał Victor był przewożony w szczelnie zamkniętym powozie z zasłoniętymi oknami. Gdy przybyli na przedpole szańców pod Limitami nad Pasłęką, Saint-Chamans udał się na posterunki francuskie uprzedzając o przybyciu Victora, po czym natychmiast posłano po Bluchera, który wkrótce przybył na miejsce wymiany. Wymiana generałów nastąpiła w pobliżu francuskiego przyczółku mostowego w Limitach nad Pasłęką. Francuzi wybudowali tam most w miejscu, gdzie Pasłęka tworzyła bardzo rozwinięty, wąski meander (współcześnie rzeka odcięła jego wierzchołek tworząc wysepkę). 5 Czako - wysoka sztywna czapa wojskowa używana od końca XVIII wieku do początku XX wieku. Ma owalny kształt, który lekko rozszerza się ku górze, gdzie zakończony jest płaskim denkiem. Zazwyczaj wykonana była ze skóry i sukna. Często posiadała daszek z metalowym obramowaniem, podpinkę czyli paski pokryte metalowymi łuskami, które zawiązywało się pod brodą, które były przymocowane do czaka metalowymi guzami. Na przodzie czaka zazwyczaj znajdowała się tzw. blacha naczelna, na której znajdował się wytłoczony numer jednostki lub symbol rodzaju broni lub inne znaki. Powyżej blachy czołowej mogły się też znajdować symbole narodowe danych państw jak na przykład metalowe orły. Często zdobiona kokardami, pomponami, kitami, kordonami. Na czakach umieszczano oznaczenia stopni wojskowych ich właścicieli. 6 Co prawda nie dotarłem do listy oficerów „Czarnych Huzarów” służących w pułku w interesującym nas okresie, ale dzięki uprzejmości pana Wojciecha Gruszczyńskiego, autora książki „Leibhusaren. Historia Czarnych Huzarów”, dotarłem do list odznaczonych za kampanię 1806/1807 roku, gdzie natrafiłem na Stabsrittmeister’a Friedricha von Arnima odznaczonego orderem Pour le Merite. Być może jest to nasz Arnhim albo Arnim. Jego stopień wojskowy Stabsrittmeister to dawny stopień oficerski w kawalerii pruskiej. Stopień ten można umiejscowić pomiędzy porucznikiem a rotmistrzem, czyli kapitanem. Stopień ten występował w armii pruskiej, rosyjskiej i szwedzkiej. Piotr Zawada 53 Niedaleko mostu po prawej stronie drogi do Wojciechowa (Albrechtsdorf/Olbersdorf) leżał folwark Limity, który był własnością rodu von Hatten-Hatyńskich. Przed samym mostem usypano fortyfikacje ziemne, następnie dwa szańce po obu stronach Limit, jeden na wzgórzu 70 m. n.p.m., a drugi na skarpie strumienia wpadającego do Pasłęki kilkaset metrów na południe od folwarku oraz szaniec przed samym folwarkiem. Jak wcześniej wspomniano, miejscowość Limity już nie istnieje. Limity leżały między Ornetą, a Miłakowem. Oba miasta dzieli od siebie jakieś 14 kilometrów, a Limity leżały mniej więcej pośrodku tej odległości, no może trochę bliżej Ornety. Jak to określił w swoich wspomnieniach Saint--Chamans — wymiana poszła sprawnie i bezproblemowo. Według Wolfganga von Ungera, autora biografii Bliichera, odbyła się ona w szpalerze kawalerii uformowanej w linie, niedaleko Pasłęki na północ od Miłakowa. Zaraz po wymianie Saint-Chamans wraz z Vic-torem udali się na nocleg właśnie do Miłakowa, natomiast Bliicher udał się do Bartoszyc (Bartenstein), gdzie spotkał się z królem Fryderykiem Wilhelmem III, który 26 kwietnia 1807 roku właśnie w Bartoszycach podpisał traktat sojuszniczy z carem Aleksandrem I, a stamtąd Bliicher udał się do Królewca. Już po dwóch i pół miesiąca od odzyskania wolności Victor otrzymał od Napoleona wymarzoną buławę marszałkowską, ponoć za dobre dowodzenie w zwycięskiej dla Francuzów bitwie pod Frydlandem z 14 czerwca 1807 roku, kończącej wreszcie wyczerpującą wojnę z Rosją i Prusami traktatami pokojowymi w Tylży. Marszałek Victor książę Belluno dzielnie służył Napoleonowi w większości kampanii napoleońskich, zwykle jako dowódca korpusu, aż do pierwszej jego abdykacji w 1814 roku. W 1815 roku zdradził Cesarza i przeszedł na stronę Burbonów. Natomiast Bliicher to słynny pogromca Napoleona spod Waterloo 18 czerwca 1815 roku. Za zasługi w Bitwie Narodów pod Lipskiem mianowany feldmarszałkiem. Przez swych żołnierzy zwany „Marszałkiem Vorwarts” (Naprzód) z racji tego, że jako dowódca zawsze dążył do rozstrzygnięcia starcia poprzez ofensywę i atak. KONTROWERSJE DOTYCZĄCE DOKŁADNEJ DATY WYMIANY JEŃCÓW W kilkudziesięciu opracowaniach drukowanych bądź zawartych w Internecie, do których dotarłem w trakcie pisania tego tekstu — w których była chociaż wzmianka na temat wymiany Victora za Bliichera — najczęściej podawaną datą tego wydarzenia jest marzec, a dokładniej 8 marca 1807 roku. W pozostałych przypadkach data ta nie jest w ogóle podawana, albo jest to kwiecień 1807 roku. Kwietniowa data najczęściej występuje w notkach biograficznych dotyczących Bliichera w wersji niemieckojęzycznej, a zawartych w Internecie. Jeżeli chodzi o datę 8 marca 1807 roku to prawdopodobnie jest to związane z listem, napisanym przez Napoleona do pani Victor 8 marca 1807 roku z Ostródy, w którym informował on małżonkę generała, że Victor został wymieniony za Bliichera. Cesarzowi zapewne chodziło o to, że 26 lutego 1807 roku podpisano konwencję między Francją a Prusami o wymianie jeńców oficerów, na mocy której Victor został wymieniony za Bliichera. Według zawartej umowy rzeczywiście tak było, jednak do faktycznej wymiany obu generałów jeszcze wtedy nie doszło. Stąd być może sformułowanie z listu Napoleona z 8 marca 1807 roku, że Victor został wymieniony za Bliichera, przez wielu autorów późniejszych 54 Listy Heinricha Nitschmanna o hakatystach tekstów zostało przyjęte za ostateczną datę wymiany. Do wymiany jeńców musiało jednak dojść pod koniec kwietnia 1807 roku, ponieważ miała ona miejsce kilka dni po spotkaniu Bliichera z Napoleonem w Kamieńcu Suskim, które — jak wiemy — odbyło się 22 kwietnia 1807 roku. Na koniec kwietnia wskazują również wspomnienia adiutanta marszałka Souka, hrabiego de Saint-Chamansa, który z ramienia strony francuskiej odpowiedzialny był za tą wymianę. Stwierdził on, że do wymiany jeńców doszło na kilka dni przed pożarem Miłakowa, a jak wiadomo pożar miał miejsce 6 maja 1807 roku. Potwierdzeniem tej tezy jest fakt, że zaraz po wymianie jeńców Saint--Chamans razem z Victorem nocowali właśnie w Miłakowie, a jak wiadomo pożar błyskawicznie strawił prawie wszystkie zabudowania tej miejscowości, więc gdyby mieli nocować po 6 maja, to nie mieliby po prostu gdzie. Tak więc kilka dni przed 6 maja — to mógłby być początek maja, ale równie dobrze koniec kwietnia. Na koniec kwietnia wskazują również informacje zawarte w 43 i 44 nr „Gazety Warszawskiej” z dnia 30 maja i 2 czerwca 1807 roku, a mówiące o tym, że 30 kwietnia do Królewca przybył generał Blucher, który wcześniej, czyli pomiędzy 26 a 29 kwietnia spotkał się w Bartoszycach z królem Fryderykiem Wilhelmem III, przez którego został odznaczony „Orderem Czarnego Orła”. Jeżeli chodzi o całą tą historię to na zakończenie chciałbym zaproponować, aby w miejscu wymiany Victora za Bluchera w najbliższej przyszłości postawić tablicę z informacją o tym wydarzeniu, a być może upamiętnić to miejsce pamiątkową tablicą lub kamieniem, a może nawet rekonstrukcją historyczną. Carl von Róchling, Wymiana jeńców, generała Bluchera za francuskiego marszałka Yictora w dniu 25 kwietnia 1807 roku. Jan Chłosta 55 Jan Chłosta LISTY HEINRICHA NITSCHMANNA O HAKATYSTACH Wywodzący się z Elbląga i tam zmarły poeta, kompozytor, tłumacz, historyk literatury Heinrich Nitschmann (1826-1905) należał do przyjaciół Polaków oraz Słowian1. Był synem miejscowego radcy sądowego. Po ukończeniu elbląskiego gimnazjum studiował w Berlinie i na innych uniwersytetach niemieckich. Interesował się literaturą polską, zwłaszcza twórczością Jana Kochanowskiego oraz Adama Mickiewicza, przekładał ich wiersze oraz pisał o nich cenne opracowania. Ważniejsze przekłady zawarł, m. in. w Ausgeiuahlte Gedichter der Polen. Polska na Parnasie (1860) i w następnych dwóch edycjach tej książki. Tłumaczył też na niemiecki znaną na Mazurach pieśń żniwną Pola już białe, kłosy się kłaniają Bernarda Rostkowskiego, zamieszczoną w kancjonałach Jerzego Wasiańskiego. Utrzymywał też kontakty z Polakami, m. in. z Wojciechem Kętrzyńskim oraz literatem i adwokatem ze Śląska Stanisławem Bełzą. Wspierał Polaków w powstaniu styczniowym. Potępił politykę germanizacyjną w zaborze pruskim. W ostatnich latach swego życia wymienił kilka listów z Bełzą, w których nadzwyczaj krytycznie odniósł się do prowadzonej przez rząd pruski polityki wobec Polaków. Ich fragmenty zawarł Bełza w obszernym artykule zamieszczonym w „Kurierze Warszawskim” w 1905 roku, już po śmierci Nitschmanna. Wcześniej mogłoby to narazić pisarza na represje. W 1896 roku hakatyści z Elbląga próbowali sparaliżować uroczyste obchody 70-lecia jego urodzin. Wówczas z ziem polskich nadesłano na adres Nitschmanna wiele serdecznych listów ze Lwowa, Torunia (w tym, od zarządu miejscowego Towarzystwa Naukowego) i Poznania. W pierwszym liście z 18 grudnia 1902 r. napisał Nitschmann, że wiele dałoby się powiedzieć o środkach represyjnych wobec Polaków, stosowanych wtedy w Wielkopolsce. „Najbardziej jednak zasmucająca jest okoliczność, że hakatyści o ciasnych umysłach, w ślepej swej nienawiści do wszystkiego co polskie (in ihren blinden Polehass), wywierają niepożądany wpływ na rząd”2. Podał przy tym przykład, że do uczenia dzieci polskich w szkołach pod Poznaniem, nieumiejących ani słowa po niemiecku, powoływani są nauczyciele z prowincji nadreńskiej. Zostali oni sprowadzeni dlatego, że nie mówią po polsku. Nitschmann zapytał: jak dziecko może zrozumieć takiego nauczyciela? W jaki sposób ten nauczyciel może oddziaływać na młodociane serca i umysły? To też oddzielnych wyrazów uczy się dziecko, zazwyczaj w drodze stosowania przez nauczyciela fizycznego gwałtu. Oto mała ilustracja: jeżeli nauczyciel chce dać dziecku pojęcie o znaczeniu wyrazu „heis”, czyli „gorący”, to przyciska ucznia rękę do rozgrzanego pieca i dziecko poznaje w ten sposób pojedyncze słowo. Wniosek z tego jest taki, że dzieci wyuczają się na pamięć oddzielne zdania w języku niemieckim, aby je móc następnie przy wizytacji szkoły powtórzyć jak papugi. A potem inspektor szkolny składa raport swojej zwierzchności, że dzieci już zupełnie poprawnie władają językiem niemieckim. 1 T. Oracki, Słownik biograficzny Warmii, Mazur i Powiśla w XIXi XX wieku (do 1945 roku). Warszawa 1983, s. 227-228. 2 S. Bełza, Nitschmann o hakatystach, Kurier Warszawski, 1905, nr 126 z 8 V. 56 Listy Heinricha Nitschmanna o hakatystach W innym liście z 27 sierpnia 1903 r. zawarł pisarz niemiecki takie zdania: „Nasz haka-tyzm puszcza coraz to nowe i coraz śmieszniejsze propozycje. I tak na przykład nauczycielom o nazwiskach polskich zalecono, aby się zwracali do władz swoich o zmianę nazwisk na inne i do tego o brzmieniu niemieckim. Zaiste to patriotyzm jest cnotą, dopóki znajduje wyraz w przywiązaniu do swoje narodu, z chwilą jednak, gdy się przeradza w zaślepioną i nie uzasadnioną nienawiść i pogardę względem innych narodowości, to staje się wprost występkiem ”3, (wird es ein Laster). 7 grudnia 1904 r. schorowany i przeczuwający już bliski zgon Nitschmann nie może się powstrzymać od skomentowania tego, co się dokoła niego działo. Oprócz podziękowania za przesłany przez Stanisława Bełzę zbiorek Lądem i morzem (1905) napisał: „Ponieważ dotychczasowe, nawiasem mówiąc, bardzo kosztowne próby w kierunku uczynienia z Polaków prawdziwych Niemców, doprowadziły do wręcz przeciwnych wyników przeto ha-katyści obmyślają w tym celu coraz to nowsze sposoby i środki. Do jednego z najbardziej śmiesznych należy niewątpliwie przerabianie polskich nazw miejscowości na niemieckie, jak na przykład Inowrocław na Hohensalza itp. Można sobie wyobrazić jaką pracę będzie miał historyk w przyszłości, aby połapać z wytwarzanym w ten sposób zamieszaniu”4. Nazwy polskie zmieniono także w innych rejonach zaboru pruskiego. Najwięcej w Wiel-kopolsce - ponad sto wsi, ale również na Pomorzu. W Prusach Wschodnich w maju 1905 roku zmieniono nazwy pięciu wsi w obecnym powiecie piskim: Stare Uściany na Griinheide, Koszek na Waldersee, Wielgilas na Tenneheim, Dziadowo na Kónigsthale. Na południowej Warmii w powiecie olsztyńskim, Orzechowo na Nusthal. W „Gazecie Olsztyńskiej’ napisano na ten temat: „Polskie orzechy okazały się Niemcom za twarde. Za najwyższym rozkazem przyzwolono na zmianę tej nazwy. Jesteśmy ciekawi komu te polskie orzechy były za twarde i powtórnie wniósł o usunięcie polskiej nazwy. Przecież w Orzechowie zamieszkują sami polscy Warmiacy i niepodobna, aby oni sami żądali przechrzczenia swej wsi”5. W zakończeniu swego artykułu Stanisław Bełza napisał: „Chcę powiedzieć, aby przekonać nie jednych o tym, że nie każdy kto niemieckie nosi nazwisko zarażony był jadem trucizny, którą sączył w krew narodu szczęśliwego, acz przewrotny twórca jedności niemieckiej, w innych, których serca jad ten toczy, budziły sumienie i wstyd, powstrzymując ich na fatalnej drodze moralnego skażenia i upadku w myśl pragnień duchów szlachetniejszych i wyższych, bez różnicy wyznań religijnych i narodowości, do których zastosować się dadzą wreszcie słowa [nadzwyczaj przez Nitschmanna cenionego] Mickiewicza: Jako dwie Alpów spokrewnione skały, Choć je na wieki rozerwał nurt wody, Ledwo szum słyszą swej nieprzyjaciółki, Chyłąc ku sobie podzielone wierzchołki^. Do tego trudno cokolwiek dodać. 3 Tamże. 4 Tamże. 5 Z bliższych i dalszych stron, w: Gazeta Olsztyńska, 1905 nr 74 z 24 VI. 6 S. Bełza, Nitschmann o hakatystach, op. cit. Wiesław Olszewski 57 Wiesław Olszewski LOT SPECJALNY NAD STUTTHOFEM W mroźny styczniowy dzień początku 1945 roku nad Obozem Koncentracyjnym w Stutthof i otaczającym go lasem pojawił się niewielki samolot zwiadowczy. Zatoczył kilka kręgów i usiadł na pobliskiej łące. Zza sterów wysiadła energiczna kobieta, Melitta Schenk Grafin von Stauffenberg1. Melitta Schenk Grafin von Stauffenberg, kapitan lotnictwa wojskowego, konstruktorka i oblaty-waczka samolotów. Jako jedna z dwóch kobiet, obok Hanny Reitsch, w całej historii Niemiec odznaczona Krzyżem Żelaznym II Klasy. Były one jedynymi testowymi pilotkami aktywnie służącymi nazistowskiemu reżimowi. Urodziła się 9 stycznia 1903 roku w miasteczku Krotoschin, czyli wielkopolskim Krotoszynie, w zamożnej, konserwatywnej rodzinie niemieckich protestantów. Jej ojciec, Michael Schiller, pochodził z Odessy, był inżynierem budownictwa, architektem, również urzędnikiem w służbie państwowej. Melitta Schenk Grafin Stauffenberg. Źródło www.hotnewsblog.net uon Do majątku i pozycji doszła jednak jego rodzina parając się handlem filtrami. Matka, Mar-garete Eberstein, miała równie godne szacunku korzenie, będąc córką szkolnego wizytatora z Bydgoszczy pochodzącego ze szlacheckiej niemieckiej rodziny. Piątkę swych uzdolnionych dzieci wychowywali w tradycji niemieckiej wyższej klasy średniej, zaszczepiając poczucie uprzywilejowania, ale i społecznej patriotycznej odpowiedzialności. Melitta przyszła na świat w pionierskiej epoce lotnictwa, w czasie, gdy wierzono, że latanie zbliży narody. Niedługo później tezę tę zweryfikowała pierwsza wojna światowa. Gdy wybuchła, Melitta miała jedenaście lat. Ojciec, za stary na front, jako oficer rezerwy z dobrą znajomością języka rosyjskiego został skierowany do obozu jeńców wojennych w roli tłumacza i cenzora. Za swą służbę otrzymał Krzyż Żelazny II klasy. Matka i starsza siostra zgłosiły się na ochotnika jako pielęgniarki. Kiedy zbliżył się front, Melittę i jej dwie młodsze siostry wysłano do babci w Jeleniej Górze. Tam znalazła się blisko swego wuja Ernesta Ebersteina, brata matki, który już Clare Mulley, Kobiety, które latały dla Hitlera, przekład Piotr Tymiński, Bellona, Warszawa 2018. 58 Lot specjalny nad Stutthofem na początku wojny zgłosił się do służby w Cesarskich Siłach Lotniczych jako pilot. Kampania 1914 roku przyniosła mu miano „Bohatera Tannenbergu” i Krzyż Żelazny I klasy. Postawa wuja i innych asów lotnictwa, w tym Hermana Góringa, była dla niej inspiracją w momencie, kiedy kształtowała się jej pasja latania połączona z patriotyzmem, honorem, poczuciem obowiązku i chęcią nauki. Gdy sytuacja wojenna stała się stabilniejsza, dziewczęta wróciły do domu. Był to już inny dom. Nie było służby, matka w ogrodzie uprawiała warzywa, chowała kozy i króliki, aby przetrwać. Bywało zimno i głodno. Ponieważ szkoły zamknięto, uczyły się w domu, nierzadko ślęcząc pod stertą palt i koców. W 1916 roku coraz wyraźniej brzmiały głosy o odrodzeniu Polski, proponowane zmiany granic miały obejmować także rodzinne strony Melitty. Znacząco odczuwalnym stawał się polski nacjonalizm. Kiedy dwa lata później prezydent Woodrow Wilson oznajmił, że Poznań ma być polski, Schillrowie odebrali to jako upokorzenie i zdradę. Pomimo pokoju szesnaste urodziny Melity w początku 1919 roku były smutne. Brat Otto został powołany do służby w niemieckich oddziałach ochotniczych, ojciec, na krótko wprawdzie, trafił do polskiej niewoli. Z niemieckiej elity stali się niemile widzianą mniejszością w polskim otoczeniu. Pierwszą z ofiar przemian stała się niemieckojęzyczna szkoła dziewcząt, która przestała istnieć. W tej sytuacji we wrześniu 1919 roku Melitta, z nowiutkim paszportem w kieszeni, wyruszyła do szkoły z internatem w leżącej za granicą Jeleniej Góry. Rzuciła się bez zapamiętania nie tylko w wir nauki, ale i aktywności fizycznej. Narciarstwu, pływaniu, wspinaczce poświęcała każdą wolną chwilę. W brawurze mogli dorównać jej tylko najdzielniejsi z kolegów. W trakcie trzeciego roku nauki nad doliną jeleniogórską pojawiły się majestatycznie kołujące szybowce. Nie bez przeszkód rozpoczynała się wielka przygoda Melitty z lotnictwem. Zgodnie z upokarzającymi zapisami traktatu wersalskiego Niemcy zostały zmuszone do rozwiązania swojego lotnictwa wojskowego i zlikwidowania pozostałych samolotów bojowych: ich kadłuby cięto, siłniki niszczono, zaś budowa napędzanych silnikiem maszyn została zakazana. Szybownictwo było feniksem, który zrodził się z popiołów, stając się nie tylko ogromnie popularnym narodowym sportem, lecz także potężnym symbolem oporu kraju i jego odrodzenia. (...) Tysiące widzów będą gromadzić się regularnie, aby obserwować niemieckie szybowce płynące w górę ponad udręczoną ojczyzną i przynoszące powiew wolności, jak również nowej narodowej dumy.2 Przed Wielkanocą 1922 roku panna Schiller zdała końcowe egzaminy w szkole uzyskując wybitne wyniki. Pozwoliło to jej bez trudu zdobyć miejsce na Uniwersytecie Technicznym w Monachium. Miasto nie było już tym, wymarzonym przez nią, centrum kultury, skupiskiem artystów. Mury oklejone były jasnoczerwonymi plakatami Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej. Ton życiu nadawały krzykliwe nazistowskie zgromadzenia w zadymionych piwiarniach i wiece na ulicach. Melitta poczęła „wyrastać” z wizerunku skromnej dziewczyny z prowincji. Niewątpliwą „ekstrawagancją” było samo studiowanie na zupełnie męskim kierunku, której już tylko dopełnieniem stały się: męska fryzura, palenie papierosów czy prowadzenie motocykla. W tym czasie pojawiła się pierwsza wielka miłość, która jednak wbrew wielu znakom nie 2 Ibid. Wiesław Olszewski 59 zaowocowała małżeństwem. Kierując tok swych studiów ku inżynierii lotniczej była zdeterminowana, by uzyskać licencję pilota. Była to droga trudna, nie wystarczyła wiedza i talent, potrzebnym okazał się spryt, upór, przebiegłość, ale i koneksje wuja — asa lotnictwa. Dla poprawy swego losu rodzice przeprowadzili się do „ małego różowego domku” w Oliwie, wówczas malowniczym miasteczku koło Gdańska. To tutaj, w otoczeniu lasów, blisko wybrzeża Bałtyku, Melitta napisała swoją pracę dyplomową i rozpoczęła poszukiwanie pracy. W wieku dwudziestu pięciu lat zatrudniła się w prestiżowym Niemieckim Instytucie Doświadczalnym Lotnictwa jako mechanik lotniczy i matematyk przy pracach badawczych z zakresu aerodynamiki. Początkowo wyłącznie męskie środowisko instytutu traktowało ją z dystansem a nawet lekceważeniem, ale z czasem zaczęto podchodzić do niej z aprobatą aż do chwili, gdy „zawsze się z nią konsultowano i zasięgano jej opinii, co robili nawet znacznie starsi koledzy”. To rozluźniło ją, otworzyło na ludzi, stała się dla wielu „wyjątkową istotą ludzką”, obiektem podziwu i fascynacji. W lipcu 1929 roku panna Schiller zapisała się do szkoły pilotażu w Staaken, lotnisku na zachód od Berlina. Po niedługim czasie odbyła pierwszy samodzielny lot, a po dwóch miesiącach zdobyła tymczasową licencję na lekkie samoloty, którą — „z żelazną wolą”, jak powiedziała później z dumą — zamieniła na stałą licencję następnej wiosny. Przez następne kilka lat inwestowała cały swój wolny czas i pieniądze w lekcje pilotowania każdego typu samolotów. Aż do 1928 roku dało się uderzyć w to, że Niemcy są na drodze do ekonomicznego uzdrowienia. Rok później krach na Wall Street szybko dał się odczuć również w Niemczech; przemysł stanął, miliony ludzi straciły pracę i kraj raz jeszcze ogarnął chaos. Dla wielu Niemców, stojących wobec kolejnego upokorzenia kraju, bezrobocia i niedostatków żywności, Hitler zaczął jawić się jako dynamiczny nowy typ przywódcy, zdolny do odbudowy nie tylko narodowej, ale także ich własnej dumy2 Według współpracowników Melitta „oceniała wzlot narodowego socjalizmu w sposób bardzo trzeźwy i krytyczny”. W 1930 roku pierwszy raz wystartowała w zorganizowanej imprezie lotniczej. Jej zdjęcia zaczęły pojawiać się w gazetach, zdobywanie rozgłosu nie leżało jednak w jej naturze. W kwietniu 1931 roku jeden z przyjaciół zaprosił ją jako druhnę na swój ślub. Wśród kuzynów panny młodej był wysoki młody człowiek o wydatnych kościach policzkowych, brązowych oczach, gęstej ciemnej fryzurze i o żywym zainteresowaniu poezją i historią klasyczną. Nazywał się Alexander von Stauffenberg. Niemal od razu pojawiło się wzajemne zauroczenie. Z dala od innych gości, przy niekończących się papierosach, zaczęli odkrywać swą wspólną miłość do otwartości, kultury, kraju ojczystego i, jak się w końcu okazało, do siebie. Potrafili wzajemnie cenić swe poglądy na wszelkie kwestie, od historii klasycznej do aerodynamiki. Melitta poznała też braci Alexsandra — bliźniaka Bertholda i najmłodszego Clausa. Należeli do jednej z najbardziej szacownych rodzin niemieckiej arystokracji. Choć mocno różni, wszyscy trzej inteligentni, ambitni i błyskotliwi. W ciągu kolejnych kilku lat spędziła z nimi wiele czasu również wymieniając poglądy na rzeczywistość. Osiągała kolejne sukcesy w pracy, która była też jej wielka pasją. Alexander rozpoczął karierę akademicką jako wykła- 3 Ibid. 60 Lot specjalny nad Stutthofem dowca historii starożytnej na Uniwersytecie Berlińskim. Czas to był burzliwy i przełomowy dla Niemiec, a jak się okazało, i dla świata. Kiedy prezydent Paul von Hindenburg powierzał Hitlerowi tworzenie nowego rządu, Melitta i Alexander byli już po słowie. Większość Niemców, zwłaszcza z wyższych sfer, zachodzące zmiany przyjmowała z większą bądź mniejszą, ale aprobatą. Po latach chaosu, bezrobocia i biedy naziści opowiadali się za silnym przywództwem, patriotyzmem i wypełnianiem przez wszystkich swoich obowiązków. Bardzo szybko jednak pojawiły się i niepokojące zjawiska: atakowanie konstytucji, plakaty nawołujące do nienawiści, wszechobecna propaganda i grasujące po miastach brutalne bojówki SA i SS. Melitta, z natury raczej skryta, „zdecydowanie odmawiała pchania się na świecznik”, teraz miała inny powód, by nie czynić wokół siebie dodatkowego szumu. Poznała bowiem pewną rodzinną historię, która zagrażała nie tylko jej perspektywie latania, lecz również życiu zawodowemu, ekonomicznemu, a nawet osobistym relacjom. Jej ojciec Michael, w młodości został ochrzczony jako protestant, takim się czuł, tak wychowywał swoje dzieci, ale dziadek Moses był niepraktykującym Żydem. Dokładnie nie wiadomo, kiedy dowiedziała się o żydowskich korzeniach swego ojca. Z pewnością wiedziała o tym we wrześniu 1935 roku, kiedy uchwalono ustawy norymberskie zaostrzające już i tak mocno antysemicki reżim, burzące nadzieje społeczności żydowskiej w kwestii dającej się tolerować egzystencji we własnym kraju. Pod koniec 1935 roku kolejne przepisy w jeszcze większym stopniu zepchnęły Żydów na margines: żydowscy oficerowie zostali wykluczeni z niemieckiej armii, żydowscy absolwenci nie mogli się doktoryzować, niemieckie sądy nie mogły powoływać się na świadków Żydów, a niektóre miasta zaczęły zabraniać Żydom wstępu do publicznych szpitali. Wkrótce "certyfikaty aryjskości” zaczęły być wymagane na uczelniach, w pracy i przy zawieraniu małżeństw.4 Stało się oczywistym, że, tak jak i jej rodzeństwo, będzie musiała posiadać wymagane świadectwo, postanowili podjąć próbę ukrycia swego pochodzenia. Fakt, że po zmianie granic ojciec stał się formalnie obywatelem polskim, pozwalał na przeciąganie sprawy. Używali też argumentu konieczności ściągnięcia dokumentów z Odessy i w końcu o ich zaginięciu. Czuła się nadal gorącą patriotką, lojalną obywatelką, ale dostrzegała wyraźną różnicę pomiędzy jej ukochanym krajem a Trzecią Rzeszą, przed którą nagle musiała kryć historię swojej rodziny. Miała świadomość jak ważnym atutem jest jej praca. Między 1934 i 1936 rokiem rozpoczęła pierwszą z serii lotów testowych o jasno sprecyzowanym znaczeniu wojskowym. Rozwój niemieckiego wojskowego lotnictwa stawał się dla świata oczywistym. Zainteresowanie polityką w armii było jeszcze znikomym, była przekonana, że jej przyjaciel, Claus von Stauffenberg, uważał się za oficera apolitycznego zgodnie z najlepszą tradycją wojskowości. Na uniwersytetach sytuacja stała się zupełnie odmienna, szkolnictwo na wszystkich poziomach podlegało ściślej kontroli i sterowaniu. To sprawiło, że Alexander był bardziej krytyczny wobec sytuacji w Niemczech niż jego bracia i reszta rodziny. Wielokrotnie publicznie krytykował reżim i jego politykę w sposób, na jaki niewielu by się już odważyło. 4 Ibid. Wiesław Olszewski 61 W 1934 roku Alexander i Melitta zamieszkali razem. We wrześniu poprzedniego roku Claus sumiennie ożenił się z piękną bawarską baronówną Niną von Lerchenfeld. Drugi brat Berthold zaręczony był z urodzoną w Rosji Miką Clasen, którą poślubił w 1936 roku, po śmierci ojca, który nie był przychylny związkowi. Wiele było powodów nienadania formalnego charakteru związkowi Melitty i Alexandra, wśród nich i ten bardzo istotny — konieczność przedstawienia zaświadczenia o aryjskości. Ostatecznie ugięła się i złożyła formalny wniosek o uznanie statusu aryjskiego jej i rodzeństwa na podstawie zaświadczenia rodziców o zawarciu małżeństwa, określającego obie strony jako protestantów. Następnie czekała. Organizację igrzysk przyznano Niemcom w 1931 roku, lecz ze względu na głęboką depresję gospodarczą nie przygotowano niczego w miejscu rozgrywania zawodów. W ciągu trzech lat od przejęcia władzy naziści zbudowali monumentalny stadion, aby pochwalić się światu swoją odrodzoną ojczyzną. (...) Podczas gdy stolica szykowała się na przybycie prawie czterech i pół tysiąca uczestników oraz stu pięćdziesięciu tysięcy zagranicznych gości , wzdłuż alei Unter dem Linden posadzono nowe drzewa, zbudowano nowe linie metra, a architektoniczny styl narodowego socjalizmu, mający zadziwiać i inspirować, lansował się gigantycznym nowym stadionem. Ocenia się, że milion berlińczyków wyszło na ulice po to, aby obejrzeć przyjazd Hitlera na igrzyska.5 Niemcy wnieśli petycję o uznanie szybownictwa za dyscyplinę olimpijską lecz Międzynarodowy Komitet Olimpijski ją odrzucił. Jednak dla pokazania niemieckiej potęgi w powietrzu, w przeddzień inauguracji olimpiady, 31 lipca 1936 roku, na lotnisku Tem-pelhof zorganizowano „Olimpijski Dzień Wielkich Lotów”. Zaplanowano wiele pokazów i akrobacji. Rolę gwiazdy niemieckiej reprezentacji powierzono Melicie. Mimo straszliwej pogody eliminującej większość uczestników, występ jej okazał się wielkim sukcesem. Jej nadzwyczajne akrobacje lotnicze, opanowanie i precyzja wywołały powszechny aplauz i uwielbienie. Uświetniła wielki sukces, jakim dla Niemiec była olimpiada 1936 roku. Miesiąc po olimpijskich splendorach Melitta odeszła z dającej jej tak wiele satysfakcji pracy w instytucie badawczym. Oficjalnie na własne życzenie, ale było ono najprawdopodobniej w znacznym stopniu wymuszone. Jak się okazało, w tym samym czasie problemy z karierą zawodową zaczęły dotyczyć także jej rodzeństwa. Rozglądając się za nową pracą wróciła do swej innej pasji — rzeźbienia w glinie. Jeszcze w tym samym roku podjęła pracę w prywatnej firmie produkującej najnowocześniejsze elementy wyposażenia samolotów Lufthansy. Wiedząc, że granica pomiędzy cywilnymi i wojskowymi badaniami jest umowna, miała pełną świadomość swej pracy nad rozwojem floty wojennej. Jej badania wyraźnie związane były z rozwojem bombowców nurkujących, jednej z najstraszliwszych broni II wojny światowej. Miłość, wzajemna fascynacja, ale i względy praktyczne wynikające z polityki nazistowskiego państwa sprawiły, że 11 sierpnia 1937 roku Melitta i Alexander wzięli cichy ślub w urzędzie berlińskiego okręgu Charlottenburg- Wilmerrsdorf. Wykorzystali jeszcze nie do końca szczelne uregulowania dotyczące aryjskości, rok później nie byłoby to już możliwe. Alexander miał świadomość jak zuchwałym krokiem było wtedy poślubienie kobiety, której ojciec urodził się Żydem. Taką niepokorną postawę prezentował jednak i w swej pracy naukowej, co wielu postrzegało jako wręcz lekkomyślność. Chociaż status rasowy Melitty pozostawał nierozstrzygniętym, wejście do rodziny Stauffenbergów pozwoliło na ponowne 5 Ibid. 62 Lot specjalny nad Stutthofem zatrudnienie jej przez państwo. Zastała oddelegowana z dotychczasowej prywatnej firmy do Akademii Luftwaffe na lotnisku Gatow na obrzeżach Berlina. Zaczęła odnosić kolejne, budzące niechętny podziw kolegów, sukcesy jako inżynier, ale i doskonały oblatywacz. Niektórzy, w iście nazistowskim stylu, próbowali szukać wytłumaczenia w biologii, czy skład krwi kobiet nie predysponuje je bardziej niż mężczyzn do lotów nurkowych. Inni dopatrywali się związku mistrzostwa lotów z jej uzdolnieniami artystycznymi. Pod koniec października 1937 roku, w uznaniu zasług, minister Rzeszy Herman Góring przyznał Melicie honorowy tytuł Kapitana Lotnictwa. Była dumna, poczuła się zaakceptowana przez nowy reżim. Po latach biedy i niepewności w roku 1938 Niemcy były dynamicznym i prosperującym narodem, wreszcie mającym chleb i robiącym postępy. Po pięciu latach rządów nazistów kraj rozkwitał. (...) 12 marca Hitler ogłosił Anschluss: zjednoczenie Niemiec i Austrii lub też niemiecką aneksję swojego sąsiada.6 Po zajęciu Austrii sytuacja Żydów jak również innych osób niebędących w politycznych łaskach, stawała się coraz tragiczniejsza. Melitta, mimo swego niepewnego statusu, była w centrum wydarzeń, stanowiła filar niemieckiej delegacji na pokazach lotniczych w Anglii. Tydzień po jej powrocie, na mocy układu monachijskiego, oddziały niemieckie wkroczyły do czeskich Sudetów. Wśród nich był rotmistrz Claus von Stauffenberg. Pięć dni później deputowany Winston Churchill powiedział w Izbie Gmin znamienne słowa: „Dano wam wybór pomiędzy wojną i hańbą, wybraliście hańbę i będziecie mieli wojnę”. Potęgujące się represje zmuszały Żydów do opuszczania kraju wywołując ogromny kryzys emigracyjny w Europie. 9 listopada wybuchła straszliwa Kristallnacht — noc kryształowa. Dla wielu był to moment zwrotny, powszechne przyzwolenie Niemców dla niewyobrażalnej wcześniej brutalność otwierało drogę do Holocaustu. Melitta, która nigdy nie czuła się Żydówką, zaczęła odczuwać lęk o siebie i bliskich. Bracia Stauffenberg, każdy nieco inaczej, zaczęli dostrzegać, że ich patriotyzm i wyznawane wartości są nadużywane dla niecnych celów reżimu. Coraz więcej zaczęło się mówić o przywróceniu części Polski do Vaterlandu, w tym jej stron rodzinnych i Gdańska, gdzie mieszkali rodzice. W tym przypadku hrabina von Stauffenberg zgadzała się z polityką nazistów w pełni. W marcu 1939 roku Francja i Anglia dały gwarancję niepodległości Polski. Wielka Rzesza Niemiecka i Związek Radziecki podpisały pakt o nieagresji, a minister spraw zagranicznych nazistowskich Niemiec poleciał do Moskwy w towarzystwie osobistego fotografa Hitlera, by utrwalić ten historyczny moment. Europa się dzieliłaś7 W trakcie przygotowań do wojny bracia Stauffenberg uczestniczyli w manewrach wojskowych, Claus jako oficer zawodowy oczekiwał spodziewanych rozkazów. W marcu 1940 rok Michael Schiller został poinformowany o zaszeregowaniu go do grona „żydowskich mieszańców półkrwi”. Również ją raport Niemieckiej komisji Badań Genetycznych klasyfikował jako „Żydówkę półkrwi”, mającą „dwoje żydowskich dziadków pełnej krwi”. 6 Ibid. 7 Ibid. Wiesław Olszewski 63 Tydzień wcześniej Ministerstwo Edukacji i Kultury poinformowało uniwersytet Alexandra, że jego nominacja na profesora powinna być odroczona do czasu aż zdecyduje czy pozostaje w związku małżeńskim czy go anuluje. W odpowiedzi dzielnie zarzucił komisji pomyłkę. Melitta zaczęła szukać pomocy u przyjaciół w wysokich sferach Ministerstwa Lotnictwa, Alexander zaapelował bezpośrednio do samego Góringa. Akcentowali niezbędność jej pracy dla tworzenia, jakże wtedy ważnej, potęgi Luftwaffe. Francja padła w czerwcu 1940 roku. „Mieliśmy wspaniałe wsparcie Luftwaffe — wspominał jeden z oficerów Wermachtu. — Nasze stukasy przerażały Francuzów tak samo, jak przerażały Polaków (...). Kiedy po zwycięstwie nad Francją Hitler wrócił ze swej wycieczki po Paryżu, na ulicach witały go tłumy, oddziały wojskowe paradowały pod Bramą Brandenburską i w całym kraju rozległo się bicie dzwonów.8 W lutym 1942 roku przeniesiono Melittę z powrotem do Akademii Technicznej Luftwaffe w Gatow, gdzie prowadzono jedne z najbardziej zaawansowanych prac badawczych w Niemczech. Rozpoczęła pracę nad swoim doktoratem. W tym samym miesiącu Alexandra powołano do wojska, a jesienią wyruszył na front wschodni do walk o Stalingrad. Na szczęście przed najtragiczniejszym momentem został ranny i odesłany na leczenie do Berlina. Rysująca się już jesienią 1942 roku beznadziejność sytuacji na wschodzie zmobilizowała Clausa von Stauffenberga do podjęcia realnych działań. Stacjonując w sztabie na Ukrainie zainicjował kontakty z bratem Bertholdem, który wówczas doradzał dowództwu marynarki wojennej w kwestiach prawa międzynarodowego, oraz z innymi zaufanymi oficerami, w tym z generałem Paulusem. Rankiem 22 stycznia 1943 roku Melitta dostała telegram od Góringa: „W dniu dzisiejszym Fiihrer odznaczył panią Krzyżem Żelaznym II klasy”. Otrzymała go od ministra lotnictwa kilka dni później. Były to wydarzenia na tyle szczególne, że nie mogły nie znaleźć się w nagłówkach gazet. Była drugą tak uhonorowaną kobietą w nazistowskich Niemczech. 2 lutego 1943 roku feldmarszałek Paulus, dowodzący 6. Armią w Stalingradzie, poddał się Sowietom wbrew rozkazom Hitlera. Po obu stronach zginęły setki tysięcy żołnierzy, a dziewięćdziesiąt tysięcy ocalałych Niemców zostało teraz wziętych do niewoli przez Rosjan. Była to największa klęska w historii Wermachtu i punkt zwrotny całego konfliktu.9 Pułkownik Claus von Stauffenberg został przeniesiony do Afryki, do sztabu 10. Dywizji Pancernej generała Rommla. W trakcie jednego z przejazdów jego samochód został zaatakowany przez samoloty wroga. Odłamki podziurawiły głowę, plecy i ręce, stracił lewe oko, w szpitalu amputowano mu prawą rękę („wraz z obrączką ślubną” — jak zdarzało mu się żartować), a w lewej utracił dwa palce. Następnie został ewakuowany do Monachium, gdzie przeszedł kolejną operację usunięcia odłamka z kolana. Tragedia ta nie zmieniła jego planów: „Nadchodzi czas, abym ratował niemiecką Rzeszę” — oświadczył żonie siedzącej przy szpitalnym łóżku. Wtedy Nina odebrała to jako żart. W nocy 17 sierpnia 1943 roku, markując kolejny nalot na Berlin, przy pełnym zaskoczeniu, flota pięciuset dziewięćdziesięciu siedmiu bombowców RAF zaatakowała Peene- • Ibid. 9 Ibid. 64 Lot specjalny nad Stutthofem miinde. W ogromnym stopniu informacje polskiego wywiadu Armii Krajowej pomogły Brytyjczykom skutecznie zaatakować ośrodek badań nad „bronią odwetową . Było to jedno z wydarzeń o przełomowym znaczeniu dla dalszego przebiegu działań wojennych. Claus i Berthold nie kryli w rozmowach z Melittą swego opozycyjnego nastawienia. Ją dotknęła jednak osobista tragedia. W połowie września Alexandra wysłano z powrotem do Rosji, wiedziała, że to niemal wyrok śmierci. W czteromiesięcznej operacji Niemcy stracili tam ponad pół miliona ludzi. W listopadzie przyszedł telegram z Lublina. Alexander został ciężko ranny, odłamek granatu rozorał mu plecy. Dzięki usilnym staraniom żony został przewieziony do szpitala w Wurzburgu gdzie, dokonujących heroicznych wysiłków, mogła go odwiedzać. Rana okazała się mniej groźna niż początkowo zdiagnozowano. Przed świtem 19 listopada 1943 roku, w dniu kiedy miała uroczyście odebrać zdobioną diamentami Odznakę Pilota i Obserwatora, nastąpił pierwszy zmasowany nalot RAF-u na stolicę III Rzeszy - zwiastun kolejnych. Z ogłuszającym rykiem nad miasto nadleciało czterysta czterdzieści ciężkich Lancasterów. Dla Melitty skala zniszczeń i strachu była przerażająca, ale miała świadomość, że bez jej pracy byłaby jeszcze straszniejsza. Przewaga aliantów w powietrzu stawała się jednak coraz wyraźniejsza, amerykańska 8 Armia Powietrzna czyniła powszechne spustoszenie. Niedzielę 21 maja 1944 roku Melitta spędziła z braćmi męża, Clausem i Bertholdem, oraz ich przyjacielem, Wernerem von Haeftenem. Wiele godzin pływali po jeziorze Wann-see. Claus wtajemniczył ją w swoje zamiary i spytał, czy byłaby gotowa przewieźć go swoim samolotem do kwatery Hitlera. Mając pełną świadomość niebezpieczeństwa zgodziła się bez wahania. Wiosną 1944 roku Claus, Berthold i Werner von Haefien byli kluczowymi uczestnikami tajnej niemieckiej konspiracji Widerstand wymierzonej w nazistów. Po raz pierwszy propozycję dołączenia do luźnej siatki konspiratorów złożył Clausowi pod koniec 1939 roku jego wuj Nux.'° Wówczas odmówił, ale nie zameldował o całej sprawie. Sześć lat wcześniej z zadowoleniem witał powołanie Hitlera na kanclerza. Podziwiał silne przywództwo Fiihrera, choć nie jego drobno-mieszczańskie korzenie, popierał wiele jego kroków, od inwestycji w wojskowość' i aneksji spornych terytoriów do, jak to widział, odrodzenia niemieckiej dumy narodowej. Gorący zwolennik „naturalnych hierarchii” Claus gotów był zaakceptować pewne uprzedzenia rasowe i pospolity antysemityzm lecz kreślił granicę przed przemocą sankcjonowaną przez państwo. (...) Jednak wybuch wojny, szybkie zwycięstwa nazistowskich Niemiec w Polsce, we Francji i w krajach Beneluksu, w połączeniu z poczuciem obowiązku i przysięgą wierności złożoną Hitlerowi, sprawiły, że Claus pozostał wierny reżimowi. (...)W 1943 roku stało się jasne, że ofensywa zakończyła się katastrofą, a niemieckie pozycje były nie do utrzymania. (...) Teraz był przekonany, że tylko wojskowy przewrót może spowodować zmianę przywództwa niezbędnego do uchronienia Niemiec przed poniżającą perspektywą bezwarunkowej kapitulacji. (...) Wymagało to usunięcia Hitlera, jednak jako katolik Claus wielokrotnie spierał się z tymi, którzy opowiadali się za zabójstwem. (...) Wstępne rozmowy dowodziły, że wielu żołnierzy czułoby się zwolnionych z przysięgi dopiero po śmierci Hitlera. Zwyczajne aresztowanie Hitlera nie wchodziło w grę...11 10 Nikolaus Graf von Uxkull-Gyllenband, stracony 14. 09. 1944 r. 11 Clare Mulley, Kobiety, które latały dla Hitlera, przekład Piotr Tymiński, Bellona, Warszawa 2018. Wiesław Olszewski 65 Mimo, że to Alexander zawsze demonstrował otwarcie swą niechęć do Hitlera, do spisku nie został wciągnięty. Bracia nie uznali go za przydatnego a wręcz obawiali się, że może stanowić zagrożenie. Melitta czyniąc wysiłki załatwiła mu przeniesienie z frontu wschodniego do Aten, do pracy w placówce badawczej. Claus, tak jak i we wcześniejszych przypadkach, nie popierał „ochronnych machinacji” Melitty na rzecz jej męża. Była to zapewne sprawa honoru, ale obecnie również obawa o ściągnięcie niepotrzebnej uwagi na rodzinę. Niestety, po kilku miesiącach odczytów, Alexander musiał wrócić na front. Melitta przeżyła załamanie. W maju 1944 roku została mianowana dyrektorem technicznym Eksperymentalnego Centrum Specjalnego Wyposażenia Lotniczego w Berlinie. Podlegała już bezpośrednio i tylko Góringowi, był to szczyt najbardziej niezwykłej kobiecej kariery w hitlerowskich Niemczech. Stało się to dwa dni po zawarciu sekretnej umowy z Clausem i jego najbliższymi współspiskowcami. Nastąpiło lądowanie w Normandii, alianci odrzucili propozycję konspiratorów zawarcia separatystycznego pokoju bez udziału ZSRR. Stało się oczywistym, że każdy dzień przybliżał tragedię Niemiec. Zamach miał zaistnieć w opinii światowej i w historii Niemiec. Samolot, którym bez zwracania uwagi mogła dysponować Melitta, nie posiadał wystarczającego zasięgu. Claus wciągnął do konspiracji innego pilota. Do przeprowadzenia zamachu był gotowy, czekał na najkorzystniejszą okoliczność, kiedy zginęliby również inni najwyżsi dostojnicy. Dogodnym dniem wydawał się upalny czwartek 20 lipca 1944 roku. Wiele czynników, w tym znaczny stopień kalectwa Clausa von Stauffenberga, sprawiło, że wieczorem pewną stała się wieść: „Hitler żyje!”. Po upływie kilku godzin machina nazistowskiego państwa znowu pracowała. Rozpoczęły się aresztowania, procesy, egzekucje i represje na ogromną skalę. Clausa rozstrzelano jeszcze tej samej nocy, Berthold został powieszony kilka dni później. W ostatecznym rozrachunku aresztowano prawie siedem tysięcy ludzi, wielu zniknęło w obozach koncentracyjnych, innych rozstrzelano lub powieszono. Niektórych znaczących wojskowych, jak marszałka Erwina von Rommla, zmuszono do popełnienia samobójstwa. Był to czas, gdy nawet „wyglądanie na smutnego” było niebezpieczne. Hitler odwoływał się do starożytnego prawa Sippenhafi — odpowiedzialności rodziny za czyny jej członków. Nina von Stauffenberg oraz jej matka trafiły do Ravensbriick, aresztowano matkę spiskowców, jej siostrę, wiele ciotek, wujów i kuzynów. Dzieci trafiły do sierocińca ze zmienionymi nazwiskami. Zatrzymano Alexandra mimo, że w chwili zamachu pracował ponownie w Grecji, setki kilometrów dalej. Melitta zadzwoniła do swojej rodziny zaraz po nadejściu pierwszych strasznych doniesień ostrzegając ich, by dla własnego bezpieczeństwa trzymali się od niej na dystans. Miała jednak nadzieję, że ostatecznie zostanie pominięta. Jednak dzień po aresztowaniu męża i ona trafiła do siedziby gestapo na Prinz Albert Strase. Po kilku dniach zwróciła się o pomoc do Góringa i miała nadzieję na szybkie zwolnienie. Sytuacja Melitty, ale również innych Sippenhafi, członków rodziny spiskowców, jakkolwiek tragiczna, była nieporównywalnie lepsza niż milionów, którzy trafili do katowni SS czy gestapo. Mieli zresztą pełną tego świadomość: „.. .więzienne łóżko nie było gorsze od naszych łóżek polowych Luftwaffe, zaś jedzenie — gęsty kapuśniak, chleb, dżem i kawa nie gorsze niż w kantynie” - zapisała w swoim dzienniku. Po latach burzliwego 66 Lot specjalny nad Stutthofem życia w szalonym tempie największą niedogodnością okazała się bezczynność. Akcentując znaczenie swych badań dla przebiegu wojny zażądała zezwolenia na pracę w celi. Po dwóch dniach otrzymała potrzebne materiały, a następnie nawet innych więźniów do pomocy. Będąc pod presją lotników i oficerów SS lobbujących na jej rzecz, a także bombardowań alianckich, Góring zatwierdził zwolnienie Melitty. 2 września 1944 roku, po sześciu tygodniach uwięzienia, została zwolniona z powodu „potrzeb wojennych ’. Zwolnienie zostało jednak obarczone dwoma warunkami. Miała natychmiast wrócić do pracy i nie mogła więcej używać nazwiska Stauffenberg. Od tej pory oficjalnie nazywano ją hrabiną Schenk. To niewiarygodne, ale Melitta także postawiła warunki. Uparła się przy re-gularnych wizytach u uwięzionych Stauffenbergów i przy prawie rozmawiania z Alexandrem przynajmniej raz w miesiącu.'2 Najpierw skorzystała z przywileju, w ciągu kilku godzin po zwolnieniu z więzienia zawiozła Alexandrowi żywność. Następnego ranka, dwadzieścia cztery godziny po odzyskaniu wolności, zameldowała się z powrotem w pracy. Wtargnęła znowu w wir zajęć, ale dla otoczenia widocznym było, że nie miała już serca do pracy. Wierzyła, że swym wysiłkiem pomoże uwięzionej rodzinie. Pojechała do Lautlingen, rodzinnej posiadłości Stauffenbergów, by odwiedzić matkę Alexandra przebywającą tam w areszcie domowym. Złożyła prośbę o uwolnienie męża. Z brylantową odznaką pilota i wstążką Krzyża Żelaznego przypiętą do eleganckiego kostiumu, dostarczała żywność, ubrania, koce i książki Alexandrowi i innym członkom rodziny, w tym Ninie, będącej w ciąży z piątym dzieckiem Clausa. Chociaż bardzo się starała, nie zdołała dowiedzieć się, gdzie przetrzymywane są dzieci Stauffenbergów. Jesienią 1944 roku Alexandra, Mikę (żonę Bertholda) i innych krewnych wywieziono z Berlina. Początkowo trafili do wręcz luksusowego hotelu, w Bad Reinerz, dzisiejszych Dusznikach-Zdroju. Po miesiącach spędzonych w celach więzień, a niektórzy w obozach koncentracyjnych, byli zszokowani komfortem i względną swobodą, jaką się tam cieszyli. Po miesiącu, pod koniec listopada, po długiej podróży koleją więźniowie Sippenhaft trafili do Obozu Specjalnego w KL Stutthof.13 Po kilkumiesięcznych staraniach pozwolono Melicie w Boże Narodzenie odwiedzić dzieci Stauffenbergów przetrzymywane cały czas w miejscowości Bad Sachsa. W początkach stycznia 1945 roku zdołała odwiedzić Alexandra, Mikę i innych osadzonych w Stutthof. Dostarczyła jedzenie, koce, ubrania i, co najważniejsze, wieści o dzieciach, ich matce i babce. Brak jest dokładnej daty odwiedzin („cztery dni później Sowieci rozpoczęli swoją zimową ofensywę”) jak i szczegółów lądowania, na które zgoda obwarowana była zapewne ostrymi zasadami bezpieczeństwa. Samolot osiadł najpewniej na łące sąsiadującej z obozem. Był to najprawdopodobniej niewielki Fiesełer Fi 156„Storch”, dla którego do wylądowania i startu wystarczyła niewielka przestrzeń. Można domniemywać, że zdarzenie przebiegło podobnie jak kolejne odwiedziny — w Buchenwałdzie — dokąd przetransportowano Ale-xandra i jego rodzinę: Krążąc nisko nad kołejnymi rzędami baraków, wypatrując oczy w poszukiwaniu miejsca przetrzymywania Ałexandra i najłepszego miejsca do łądowania, Mełitta nie mogła nie zauwa- 12 Ibid. 13 Marcin Owsiński, Obóz specjalny w KL Stutthof, Zeszyty Muzeum Stutthof 1(11) , 2013. Wiesław Olszewski 67 żyć napawającej grozą rzeczywistości ogromnego obozu oraz celu, któremu służyło krematorium czy wstrętnego odoru ciężko wiszącego w powietrzu. (...). Wylądowawszy na polu jak najbliżej odległych baraków, skąd Aleksander i inni sygnalizowali jej kawałkiem białego materiału, wręczała swoje dokumenty strażnikom. A potem czekała, przygotowując się, by ujrzeć, jak bardzo zmienił się jej mąż.14 25 stycznia 1945 roku komendant Hoppe zarządził ewakuację więźniów obozu Stut-thof, również tych przebywających w części specjalnej. W odróżnieniu od pozostałych pędzonych w kolumnach marszowych, ich załadowano do wagoników kolei wąskotorowej. Przy temperaturach spadających do nawet minus trzydziestu stopni zdewastowane wagony dawały niewiele schronienia. Grupa Sippenhaji na pierwszy pobyt trafiła do obozu karnego Danzig-Matzkau. Mimo, że Himler widząc w nich swoistą kartę przetargową, nakazał zachować ich przy życiu, już w Maćkowych nastąpiły pierwsze zgony. Zmarła między innymi, po przetrwaniu Ravensbriick i Stutthofu, Anni von Lerchenfeld, teściowa Clausa. W lutym zabrano ich w dalszą drogę, po miesięcznej podróży rozmaitymi środkami transportu dotarli do obozu w Buchenwald. Tu również zafundowano im szczególne traktowanie, tak jak innym przebywającym z nimi prominentnym więźniom. W Buchenwaldzie Melitta dwukrotnie odwiedzała męża, nad obóz latała osiem razy zyskując sobie u więźniów miano „Latającego Anioła” lub „Anioła Obozu”. Kiedy w marcu 1945 roku Armia Czerwona docierała do Gdańska, zaproponowała ewakuację swoim rodzicom. Osiemdziesięciocztero-letni wówczas Michael Schiller odmówił wyjazdu, żona pozostała przy nim. W środę 4 kwietnia Melitta i towarzyszący jej pilot oblatywacz, wyposażeni w czyste blankiety rozkazów wylotów, zdecydowali się opuścić podberlińskie lotnisko, przygotowali Strocha do jego ostatniej misji. Plan zakładał również wizytę w Buchenwaldzie. Gdy nadleciała nad obóz, z przerażeniem stwierdziła, że baraki więźniów uprzywilejowanych były opustoszałe, główny lager funkcjonował dalej. Po godzinach niepewności i trwogi o życie Alexandra dowiedziała się, że wraz z innymi został wywieziony do niewielkiego miasteczka Straubing w Bawarii. Melitta z niewyobrażalną wręcz determinacją szukała męża latając w strefie zupełnie już opanowanej przez lotnictwo amerykańskie. W czysty i jasny niedzielny poranek 8 kwietnia 1945 roku kolejny raz wzniosła się w powietrze. Po kilku minutach, lecąc nisko wzdłuż linii kolejowej, usłyszała ryk amerykańskiego myśliwca. Porucznik Thomas Norbourne z 15 dywizjonu rozpoznawczego Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych szybko wystrzelił dwie salwy. W kilka sekund później „lecący wolno samolot skręcił nieco w lewo, a potem piruetem spadł na pole”. Gdy miejscowi przybyli na miejsce katastrofy, pilotka żyła. W momencie, gdy delikatnie ją wyciągali, z jej torby wysypało się kilka przedmiotów, w tym jej paszport. W paszporcie widniał napis „Hrabina Schenk von Stauffenberg, Flugkapitan”. Zmarła kilka godzin później w miejscowym szpitalu, tylko kilka kilometrów od miejsca uwięzienia Alexandra. * Początkowo Melittę miano pochować w masowym grobie miejscowych ofiar nalotów lotniczych. Ze względu na wstążkę Krzyża Żelaznego, którą miała przypiętą do kombinezo- 14 Clare Mulley, Kobiety, które latały dla Hitlera, przekład Piotr Tymiński, Bellona, Warszawa 2018. 68 Lot specjalny nad Stutthofem nu, zaaranżowano indywidualny pochówek na miejscowym cmentarzu rankiem 13 kwietnia 1945 roku. Alexandra o śmierci żony poinformował strażnik obozowy cztery dni po wypadku. Dzień wcześniej amerykańska 104 Dywizja Piechoty dotarła do Bad Sachsa, gdzie więzione były dzieci Stauffenbergów. Będąca już w podeszłym wieku matka braci spiskowców, Caroline, ostatnie miesiące wojny spędziła w areszcie domowym w rodzinnej posiadłości. Tam w czerwcu po ogromnych trudach dotarły dzieci uwolnione przez Amerykanów. W czasie, gdy Alexander dowiedział się o tragicznej śmierci żony, więźniów Sip-penhaft kolejny raz przeniesiono, trafili do Dachau. Kiedy po dziesięciu dniach rozpoczęła się ewakuacja obozu, przewieziono ich w konwoju przez Alpy do Włoch, do południowego Tyrolu, gdzie po kilku dnach zostali uwolnieni. Ostatecznie Alexander i Mika przyjechali do rodzinnej posiadłości w Lautlingen dzień po powrocie dzieci Stauffenbergów. Dopiero miesiąc później do domu dotarła Nina z maleńką Konstanze, urodzoną pod koniec wojny. Po miesiącach starań Alexandrowi ostatecznie udało się zorganizować ekshumację ciała Melitty w celu przeniesienia go do Lautlingen, gdzie 8 września 1945 roku odbył się powtórny pochówek. Fiese/er Fi 156 „Storch „ Źródło wikipedia Adam Langowski 69 Adam Langowski Korespondenci „MAŁEGO POLAKA W NIEMCZECH” z Powiśla (cz.2) Miesięcznik „Mały Polak w Niemczech” był jednym z trzech centralnych czasopism, obok „Polaka w Niemczech” i „Młodego Polaka w Niemczech”, wydawanych przez powstały w 1922 r. Związek Polaków w Niemczech (ZPwN). Skierowany do polskich dzieci w wieku od 7 do 14 lat, po raz pierwszy ukazał się w 1925 r. jako dodatek do „Polaka w Niemczech”, by od 1929 r. stać się samodzielną gazetką. Pismo posiadało rozbudowany dział korespondencji z małymi czytelnikami, którzy wysyłali listy do Wujaszka Franka, a ten udzielał odpowiedzi na łamach gazety. Wujaszek Franek, w którego postać wcielali się kolejni redaktorzy „Małego Polaka”, zwracał się do konkretnych dzieci z poszczególnych miejscowości, dzięki czemu możemy dziś poznać imiona i nazwiska najmłodszych Polaków dorastających w państwie niemieckim w latach 20. i 30. XX w. wraz z miejscem ich zamieszkania lub nauki. Krótkie komentarze Wujaszka Franka, odnoszące się do spraw poruszanych w liścikach, przybliżają nam również świat polskich dzieci z Powiśla, które chętnie pisały na adres redakcji „Małego Polaka”. W jednym z numerów kwartalnika „Prowincja” omówiłem częściowo to zagadnienie, a niniejszy tekst stanowi kontynuację wcześniejszego artykułu1. Wiele dzieci czytających „Małego Polaka” uczyło się w polskich szkołach mniejszościowych, dlatego w listach odbieranych przez Wujaszka Franka nie brakowało relacji z życia tychże szkół. W połowie lat 30. dużą aktywnością w kontaktach z redakcją pisma wyróżniali się m.in. uczniowie z Waplewa. Od kwietnia 1934 r. kierownikiem tamtejszej placówki był Antoni Matyjaszek, który musiał kłaść duży nacisk na współpracę z dziecięcym pisemkiem, ponieważ na jego łamach zaczęło pojawiać się coraz więcej odpowiedzi skierowanych do najmłodszych czytelników z Waplewa. Waplewianie dołączali fotografie ukazujące gmach szkolny i jego otoczenie. Chwalili się posiadaniem pięknego ogródka przyszkolnego, a zimą wykonali fotografię z zabawy na śniegu opatrzoną następującym wierszykiem: „Nasza zima miła, taka śliczna, biała z saneczkami, z łyżewkami do nas przyjechała. Hej Wujaszku drogi! Co tam słychać wkoło? Patrz jak w śniegu we Waplewie bawim się wesoło”2. 1 Zob. A. Langowski, „Korespondenci Małego Polaka w Niemczech z Powiśla (cz.l)”, „Prowincja”, nr 4 (38), 2019, s. 69-77. 1 „Mały Polak w Niemczech”, nr 2, 1937, s. 61. 70 Korespondenci „Małego Polaka w Niemczech” z Powiśla (cz.2) Wspomniane zdjęcie, dokumentujące zimową zabawę z przełomu lat 1936 i 1937, jest bardzo interesujące, ponieważ możemy na nim dostrzec wysoką kolumnę maryjną ufundowaną w drugiej połowie XIX wieku przez Alfonsa Sierakowskiego oraz fragment parku, co pozwala potwierdzić lokalizację polskiej szkoły. Dodajmy, że niedaleko znajdowała się również kaplica rodowa Sierakowskich. Tak niezwykłe otoczenie wpływało inspirująco na uczniów, o czym świadczy odpowiedź Wujaszka udzielona Marcie Boruszewskiej, która narysowała waplewski kościółek. Zaciekawiony redaktor dopytywał: „Kaplica w Waplewie faktycznie wygląda tak, jak ją narysowałaś? Nabożeństwo często się tam odbywa?”. Szkoda, że w gazetce zabrakło miejsca na obrazek małej czytelniczki, bo dziś mógłby on stanowić dla nas ciekawe źródło ikonograficzne. Więcej szczęścia miał Kazik Roszkowski, który nadesłał rysunek przedstawiający warzywa. Autor nie był pewny swoich umiejętności, ale Wujaszek rozwiał wszelkie wątpliwości na ten temat: „Piszesz, że rysować nie umiesz, a to się wcale nie zgadza. Popatrz, ten pasek obok, czy to nie Twoja praca?”. Innym razem, otrzymawszy od waplewskich dzieci wiadomość o funkcjonowaniu zespołu mandolinistów, zaskoczony Wujaszek odpisał: „Co to? Wy macie własną orkiestrę mandolinową? O tym wcale nie wiedziałem. Które piosenki umiecie już zagrać?”. Lata 30. XX w. to czas, kiedy w Waplewie nie było już rodziny Sierakowskich zmuszonej do opuszczenia Powiśla i osiadłej ostatecznie w Osieku na terenie Polski3. Miejsco- 3 Jako datę opuszczenia Waplewa przez Stanisława i Helenę Sierakowskich podaje się najczęściej rok 1933 (zob. A. Bukowski, „Waplewo. Zapomniana placówka kultury polskiej na Pomorzu Nadwiślańskim”, Wrocław 1989, s. 91). Niektórzy badacze wskazują jednak, że wyjazd Sierakowskich z Waplewa nastąpił już w roku 1929 (zob. M. Kraiński, „Panowie na Waplewie. Ród hrabiów Sierakowskich z Ziemi Malborskiej” [w:] „Pałac hrabiów Sierakowskich w Waplewie Wielkim. Ludzie, miejsce, kolekcja”, Gdańskie Studia Muzealne 8, Gdańsk 2015, s. 26). Adam Langowski 71 wa ludność nie utraciła jednak ducha polskości i wiele rodzin otwarcie podkreślało swoją tożsamość. Teofil Kuhn, jeden z pierwszych małych korespondentów waplewskich, już w 1931 roku pisał, że aż dwadzieścioro dzieci ze wsi czyta „Małego Polaka”. Pięć lat później Wujaszek Franek, odpowiadając Bronkowi i Maryśce Krakowskim, zastanawiał się: „Skoro wszyscy mieszkańcy Waszej wioski mówią po polsku, to i w szkole Waszej jest zapewne dużo dzieci ”. Ze statystyki przygotowanej przez prof. Wrzesińskiego wynika, że w 1935 r. w Waplewie uczyło się dziewiętnaścioro uczniów, a w kolejnym było ich już dwadzieścioro troje4. Waplewo zajmowało więc w tamtym czasie drugie miejsce pod względem liczby dzieci uczęszczających do polskich szkół mniejszościowych na Powiślu ustępując tylko Po-stolinowi. W Postolinie stworzono silne struktury polskich organizacji mniejszościowych, a ich członkowie uczestniczyli w ważnych wydarzeniach związanych z całym ruchem polskim w Niemczech. Szóstego marca 1938 r. w Berlinie odbył się Kongres Polaków w Niemczech, w którym wzięło udział około sześciu tysięcy delegatów z różnych ziem. Nie zabrakło wśród nich również Polaków z Postolina. W kwietniowym numerze „Małego Polaka’ zwraca uwagę informacja Wujaszka Franka przekazana Frankowi Myśliwskiemu, Alfonsowi Porożyńskiemu i Walentynowi Rumińskiemu: „Ogromnie się uradowałem, gdy na Kongresie Polaków w Berlinie spotkałem Waszych rodziców. Opowiadali mi oni o Was i o Waszej pracy w szkole ”. Wielkim wydarzeniem dla katolików z Postolina i okolic była, przypadająca w 1936 r., 700. rocznica powstania parafii. Postolińskie dzieci donosiły o tym Wujkowi Frankowi, który odpisał: „To kościółek Wasz stoi już 700 lat, ho, ho, będziecie świadkami rzadkiej, a pięknej uroczystości”5. Dzieci z Powiśla chętnie dzieliły się swoimi wrażeniami z wycieczek szkolnych. Warto zaznaczyć, że w programach nauczania ważne miejsce zajmowało krajoznawstwo, co wynikało wprost z przepisów niemieckiego prawa oświatowego. W ramach tego przedmiotu organizowano wycieczki po najbliższej okolicy, które nauczyciele polskich szkół mniejszościowych umiejętnie wykorzystywali do szerzenia wiedzy na temat przeszłości tych ziem, w odpowiedni sposób akcentując wątki polskie i podkreślając dorobek rodzimej kultury6. Popularnym miejscem wycieczkowym był w tamtym czasie lasek zwany Ramziniakiem należący do Witolda Donimirskiego z Czernina (Hohendorfu). W korespondencji pojawia się również lasek Gramatowskiego oraz Parowa w okolicach Postolina. Uczniowie z Trzciana nadsyłali fotografie z wycieczek rowerowych do Sztumu, gdzie pozowali na tle Domu Polskiego, oraz z wypadu do Białej Góry. Zdjęcia te mają dzisiaj dużą wartość, ponieważ Dom Polski w Sztumie, stojący przy obecnej ulicy Jagiełły, znajduje się w katastrofalnym stanie i wiele wskazuje na to, że nie uda się go uratować. Z kolei w Białej Górze stykały się 4 W. Wrzesiński, „Ruch polski na Warmii, Mazurach i Powiślu w latach 1920-1939”, Olsztyn 1973, s. 168. 5 Organizatorzy jubileuszu postolińskiej parafii w 1936 r. powoływali się na zapis źródłowy z 1236 r., w którym po raz pierwszy występuje „Henricus plebanus de Postolin”. Ks. Jan Wiśniewski przesuwa moment erygowania parafii w Postolinie na rok 1216 i wiąże go z działalnością biskupa Chrystiana, który w tamtym czasie miał utworzyć jeszcze dwie inne parafie: w Starym Targu i Żuławce Sztumskiej. Zob. J. Wiśniewski, „800-lecie duszpasterstwa katolickiego w Postolinie”, Studia Elbląskie, VII/2006, s. 69-78. 6 A. Gąsiorowski, „Podróże historyczne i krajoznawcze na pograniczu pruskim 1466-1939”, Olsztyn 2005, s. 308; Idem, „Młodzież polska Prus Wschodnich 1919-1939”, Olsztyn 1989, s. 198. 72 Korespondenci „Małego Polaka w Niemczech” z Powiśla (cz.2) granice Polski, Niemiec i Wolnego Miasta Gdańska. Wokół jednego ze znaków granicznych ustawili się właśnie uczestnicy wspomnianej wycieczki szkolnej z Trzciana. W jednym z numerów Wujaszek Franek przedstawił tamtejszym dzieciom pewną propozycję: „Do Wisły macie niedaleko. Pomyślcie, może da się urządzić wycieczkę do Polski statkiem, wzdłuż Wisły”. Dopytywany o szczegóły, odpowiedział: „Przejażdżka po Wiśle wcale nie jest droga. Od Was do Torunia możnaby przejechać się wnet za jedną markę. Oczywiście musiałoby Was być z 50-ciu. Kup sobie skarbonkę i oszczędzaj już dziś”. Nie wiemy, czy plan wycieczki nakreślony przez Wujaszka doczekał się realizacji, ale wyjazdy do Polski były wpisane w misję polskich szkół mniejszościowych. W myśl hasła „przynajmniej raz w Polsce” starano się dbać o to, aby każdy uczeń w okresie swojej nauki w szkole mógł odwiedzić kraj ojczysty. Okazję ku temu stwarzały kolonie letnie organizowane na mocy polsko-niemieckiej umowy o wymianie kolonijnej7. Po powrocie z wypoczynku dzieci opisywały Wujaszkowi Frankowi swoje przeżycia. Częstym kierunkiem letnich wypraw kolonijnych była Gdynia, która z pewnością robiła ogromne wrażenie na powiślańskich dzieciach. Wujaszek pytał Pawła Mejrowskiego z Trzciana: „Gdy jechałeś motorówką na morzu, czułeś się dobrze?”, a dzieciom z Waplewa zadał inne pytanie: „Pieśń «Nasz Bałtyk» znacie? Skoro poznaliście Pomorze, Gdynię, port i polskie morze, to i pio- 7 A. Gąsiorowski, „Podróże...”, s. 315; Idem, „Młodzież polska...”, s. 199-200. Adam Langowski 73 senkę śliczną trzeba znać”. W korespondencji odnajdujemy również informacje o letnich wyjazdach w góry, a także do Poznania i Chodzieży, gdzie zwiedzano fabrykę porcelany. Mali czytelnicy zwierzali się Wujaszkowi Frankowi ze swoich zmartwień i kłopotów. Wiele z nich dotyczyło trudnych, rodzinnych spraw. Pisali m.in. o śmierci najbliższych osób (np. siostrzyczki i babci), chorobie mamy, operacji braciszka oraz trudnej sytuacji materialnej. Redaktor „Małego Polaka” starał się ich wesprzeć w trudnych chwilach. Po odczytaniu listu Edka Rutza z Sadłuk odpisał mu w następujący sposób: „Pozdrów swoją mamusię. Bardzo mi jej żal, że taka chora. Módl się o jej zdrowie! I tatusia pozdrów! Oby wnet otrzymał pracę. I o nim w modlitwach pamiętaj. Bóg Wam na pewno pomoże!”. W numerze 4 z 1937 r. Wujaszek Franek zwrócił się do Tadzika Łemkowskiego z Pierz-chowic: „Wiadomość o strasznej zbrodni, którą popełniono na Twoich rodzicach, bardzo mnie wzruszyła. Rodziców Twoich dobrze znam, i dlatego tym bardziej mi ich żal. Ucz się chłopcze, byś wyrósł na dzielnego człowieka i szlachetnością dorównał ojcu”. W kolejnym numerze zamieszczono fotografię trzech braci — Tadeusza, Mariana i Jana Łemkowskich, z następującym komentarzem: „W marcu bieżącego roku stała się im wielka krzywda. Nieznani bandyci, rabusie, napadli ich ojca, zamordowali go, a matkę ciężko okaleczyli. Zamordowany był kierownikiem Banku Ludowego w Pierzchowicach. W ciężkim smutku łączą się z Wami, drogie Dzieci, wszyscy czytelnicy «Małego Polaka w N.». Przypomnijmy, że do brutalnego napadu na pierzchowicki bank doszło 15 marca 1937 r., a z rąk napastników śmierć poniósł Franciszek Łemkowski, kierujący spółką pożyczkową założoną jeszcze przez jego dziadka, Jana. Zona Łemkowskiego, Kazimiera, odniosła poważne obrażenia, ale przeżyła. Sprawców nigdy nie ujęto. Nie wyjaśniono również motywu, jakim kierowali się zbrodniarze8. W komentarzach prasowych, które pojawiły się tuż po zamachu, pisano, że miał on charakter rabunkowy. Według prof. Tadeusza Orackiego, napad na dom Łemkowskich był zemstą za posyłanie dzieci do polskiej szkoły9. Marian Łemkowski, jeden z synów Franciszka, zwraca jednak uwagę, że przez trzy lata uczęszczał do niemieckiej szkoły w Pierzchowicach, a naukę w szkole polskiej w Postolinie rozpoczął dopiero w 1938 r.10. Jego przejście do polskiej szkoły zostało zauważone w „Małym Polaku”. W numerze 6 z 1938 r. można odnaleźć odpowiedź Wujka Franka skierowaną do, wówczas dziesięcioletniego, Marysia Łemkowskiego: „Napisz mi, jak Ci się w tej polskiej szkole podoba. Mamusia zdrowa? Wujka i ciocię serdecznie pozdrawiam”. Tadeusz i Marian Łemkowscy kontynuowali naukę w Gimnazjum Polskim w Kwidzynie, przy czym starszy z braci przeniósł się tam z Gimnazjum Polskiego w Bytomiu. Otwarcie gimnazjum w Kwidzynie, do którego doszło 10 listopada 1937 r., było wielkim sukcesem mniejszości polskiej i odbiło się szerokim echem w tym środowisku. Wydarzenie to przeżywały również powiślańskie dzieci. W numerze styczniowym z 1938 r. ukazał się 8 O tragicznych wydarzeniach w Pierzchowicach pisał Janusz Ryszkowski w reportażu „Saga rodu Łemkowskich” zamieszczonym w zbiorze „Requiem dla hrabiego” (Sztum 1997). Zob. też: J. Ryszkowski, „Morawscy pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia”, Pelplin 2014, s. 139-140. 9 Zob. hasło „Łemkowski Franciszek” [w:] T. Oracki, „Słownik biograficzny Warmii, Mazur i Powiśla XIX i XX wieku (do 1945 roku)”, Warszawa 1983, s. 182. 10 „Gmina Sztum historie mówione”, opr. A. Lubiński, Sztum 2013, s. 40-41. 74 Korespondenci „Małego Polaka w Niemczech” z Powiśla (cz.2) fragment listu z Nowej Wsi: „Cieszymy się z otwarcia polskiego gimnazjum w Kwidzynie. Gmach Gimnazjum jest śliczny, zwiedzaliśmy go”. Autorami liścików wysyłanych z Powiśla byli nie tylko uczniowie polskich szkół mniejszościowych. Kontakt z Wujaszkiem Frankiem utrzymywały również dzieci Donimirskich, ziemiańskiej rodziny, znanej z działalności społecznej i narodowej. Listy wysyłane przez najmłodsze pokolenie Donimirskich świadczą o tym, że „Mały Polak” był pismem egalitarnym, czytanym zarówno przez dzieci prostych robotników rolnych, jak i właścicieli gospodarstw oraz ziemian. W numerze 8 z 1931 r. Mieczysław („Metulek”) Donimirski z Małych Ramz, najmłodszy syn Kazimierza i Marii z Rzepnikowskich, odebrał pochwałę: „Twoja praca konkursowa jest ładna. Wiadomości o Polsce jak na wiek Twój masz dużo”. Wujaszek Franek zadał mu ponadto pytanie: „Micky-Maus jeszcze żyje?”. Można przypuszczać, że mały Donimirski nazwał w ten sposób jakieś zwierzątko. Wykorzystanie imienia postaci stworzonej przez Walta Disneya pokazuje, że stała się ona bohaterką masowej wyobraźni również wśród najmłodszych dzieci na Powiślu. Jest to też być może jeden z pierwszych przykładów zjawiska amerykanizacji na tym terenie. Co ciekawe, „Metulek” Donimirski był rówieśnikiem popularnej Myszki, ponieważ urodził się w 1928 r., a właśnie wtedy po raz pierwszy pojawiła się ona w filmie rysunkowym. Przyglądając się imionom i nazwiskom dzieci piszących do Wujaszka Franka oraz ich miejscom zamieszkania, zwraca uwagę niewielka liczba autorów związanych ze Sztumem. Mała aktywność sztumskiej dziatwy zastanawiała redaktora gazetki, który w numerze 2 z 1932 r. pytał Stefkę Porowską, córkę znanego działacza ruchu polskiego, właściciela młyna na Przedzamczu: „Przecież w Sztumie musi być dużo polskich dzieci, ale czy wszystkie słyszały już co o naszem pisemku?”. W kolejnych latach sytuacja nie uległa poprawie, co Adam Langowski 75 potwierdza numer 3 z 1939 r., w którym Wujaszek odpisał Marii Osińskiej: „To Twój pierwszy liścik do Wujaszka, prawda? Napisz mi dziewczę, co porabiają wszystkie dzieci polskie w Sztumie. Wiem, że jest Was dużo. Tylko liścików piszecie mało”. Niezależnie od tego, ile dzieci z poszczególnych miejscowości korespondowało z Wu-jaszkiem Frankiem, każde z nich zasługuje na uznanie. O wartości dziecięcych liścików, będących świadectwem trwania Polaków w państwie niemieckim, od samego początku przekonany był zespół redakcyjny „Małego Polaka”, który je archiwizował. Niestety, zbiór ten uległ zniszczeniu, ale imiona i nazwiska dzieci zachowały się na stronach pisemka. Spełniła się więc nadzieja redaktora gazety wyrażona w jednym z artykułów: „Po wielu, wielu latach, gdy już może nikogo z nas nie będzie na świecie — tomiki «Małego Polaka» znajdą się z pewnością w polskich księgozbiorach i niejeden wybitny rodak, będzie się z nimi zapoznawał. Wtedy [...] przeczyta Wasze nazwiska i opowiadać będzie a może i pisać o tym, jak to polskie dzieci, wychowywane z dala od ojczystego kraju, za przykładem rodziców, garnęły się do nauki języka ojczystego i ćwiczyły w spełnianiu obowiązków narodowych”11. W aneksie dołączonym do niniejszego artykułu przedstawiam imienną listę najmłodszych korespondentów „Małego Polaka w Niemczech” z Powiśla z podziałem na miejscowości. Imiona i nazwiska dzieci zostały podane w oryginalnym brzmieniu, zgodnie z zapisami występującymi w „Małym Polaku”. Część nazwisk miała w niektórych wydaniach gazetki zmienioną formę (np. Porożyński — Poroszyński), a inne pojawiały się na przemian w wersji polskiej i niemieckiej (np. Śmiechówna — Schmiechówna). Tego typu przypadki starano się uwzględnić w zestawieniu poprzez dopisanie w nawiasie innych wariantów danego nazwiska wydrukowanych w gazetce. Warto zauważyć, że pewne osoby przypisane są do więcej niż jednej miejscowości, co wynikało ze zmiany ich miejsca zamieszkania lub przeniesienia do innej szkoły. Pamiętajmy, że wiele dzieci uczęszczało do polskich szkół działających w innych wsiach, dlatego w dziale korespondencji „Małego Polaka” nierzadko natrafiamy na odpowiedzi Wujaszka Franka skierowane do tego samego dziecka, które, w zależności od numeru, przyporządkowane było do różnych miejscowości. Taka sytuacja dotyczyła chociażby Stefci Przeperskiej, dziewczynki mieszkającej w Miranach, ale uczącej się w szkole polskiej w Sadłukach. W wykazie umieszczono śląskie miasto Tarnowskie Góry, w którym działało żeńskie gimnazjum. Trafiały do niego także dziewczęta z Powiśla, przesyłające za pośrednictwem „Małego Polaka” pozdrowienia dla koleżanek i kolegów z rodzinnych stron. 7. kolei w ławach męskiego gimnazjum w Kwidzynie zasiadali również chłopcy spoza Powiśla. Jako tzw. Kwidzyniacy zostali oni ujęci na poniższej liście wraz z chłopcami pochodzącymi z okolic Sztumu i Kwidzyna. ANEKS Lista korespondentów „Małego Polaka w Niemczech” z Powiśla (opracowanie własne na podstawie archiwalnych numerów „Małego Polaka w Niemczech” z lat 1926-1939). CYGUSY — Józio Borowski, Franek Boruszewski, Józio Boruszewski, Marteczka Bo-ruszewska, Wandzia Boruszewska, Franek Nowakowski, Stefcia Nowakowska, Leokadia Stechówna, Franek Żuchowski, Leoś Żuchowski 11 Cyt. za: K. Heska-Kwaśniewicz, „O «Małym Polaku# w Niemczech”, Studia Śląskie, t. XXIII (1973), s. 213-214. 76 Korespondenci „Małego Polaka w Niemczech” z Powiśla (cz.2) CZERNIN (HOHENDORF) - Liii Donimirska, Irenka Marcinkowska DĄBRÓWKA PRUSKA — Lidia Duszyńska, Marjanek Duszyński, Stasia Duszyńska, Ludka Śmiechówna, Róża Śmiechówna, Trudka Schmiechówna, Wanda Schmiechówna (Śmiechówna) KWIDZYN — Wiktor Adamiec, Edmund Baumann, Władek Cieślik, Staś Dudek, Stefan Dudek, Joachim Dumalski, Franek Gaertner, Czesław Horst, Werner Juszczak, Mietek Kamiński, Franciszek Kachelek, Zygmunt Kabatek, Norbert Kołodziej, Z. Kukawka, Janek Margowski, Feliks Piasecki, Edek Rybicki, Feliks Scheffner, Leon Sowicki, Ludwik Szymański, Jan Wayer. MAŁE RAMZY — Anielka Barrżanka, Ełżunia Donimirska, Metulek Donimirski, Leoś Kilian, Kazimierz Kozłowski, Joasia Niemczyńska, Zyguś Niemczyński MIKOŁAJKI — Zyguś Abrysiński, Jadzia Klatówna, Trudka Kwiatkowska, Jadzia Leszczyńska, Felek Nowak, Filomena Nowakówna, Leon Nowak, Wiktorek Nowak, Boleś Pa-kalski, Eryk Pakalski, Jurek Pakalski, Leonek Pakalski, Bronek Śmiech, Brunon Śmiech, Leonek Śmiech, Józia Śmiech, Józio Śmiech, Klarcia Wiśniewska MIRANY — Stefcia Przeperska NOWA WIEŚ — Aloś Abryszyński, Julcia Abryszyńska, Agnieszka Ligmannówna, Paweł Ligman, Helcia Lisewska, Franek Myśliwski, Czesio Pakalski, Irenka Pakalska, Kazio Pakalski, Kazia Pakalska, Kundzia Pakalska, Jadzia Redmerówna, Kostusia Redmerówna, Alfons Rutz (Ruc), Franek Rutz, Franuś Smoliński, Izydor Smoliński, Janek Smoliński, Leonek Smoliński, Marysia Smolińska NOWY TARG — Alfons Cyrson, Bronka Mioskowska, Józio Mioskowski, Celka Patu-ralska, Elżbietka Paturalska, Zosia Paturalska, Felek Piasecki, Florek Piasecki, Helcia Pia- Adam Langowski 77 secka, Albinek Soliński (Soleński), Edzio Soliński (Soleński), Franus Soliński, Maryśka Solińska, Celinka Wiśniewska PIERZCHOWICE - Tadzik Łemkowski POSTOLIN — Małgosia Floriańska, Zyguś Jackiewicz, Wicek Jackiewicz, Zosia Ja-struszewska, Leonek Jastruszewski, Antoś Kurowski, Ludwik Kwella, Mieczek Kamiński, Maryś Łemkowski, Irenka Marcinkowska, Kryśka Marcinkowska, Boleś Myśliwski, Leonek Myśliwski, Franuś Myśliwski, Anielka Nadstazikówna, Gertrudka Nadstazikówna, Marteczka Nadstazikówna, Maryśka Nadstazikówna, Małgosia Pawelczakówna, Wandzia Pawelecka, Alfons Poroszyński, Boleś Poroszyński (Porożyński), Edek Porożyński, Trud-ka Poroszyńska, Aloś Rumiński, Tereska Rumińska, Wałek Rumiński, Wanda Rumińska, Trudka Ścisłowska, Jadzia Świątkowska, Janek Trunk, Konuś Weissgerber, Wandzia Weiss-gerberówna, Albin Wróblewski SADŁUKI — Anielka Barrówna, Józio Boruszewski, Jan Boruszewski, Anka Brodda, Halinka Łukomska, Marjanna Nowakówna, Marysia Nowakówna, Maryś Nowak, Stef-cia Przeperska, Edek Rutz, Jadzia Senkówna, Trudka Senkówna (Zenkówna), Genia Szyp-niewska, Stasia Szypniewska STARY TARG - Stefcia Ambrożówna, Marysia Bartnikówna, Jadzia Bartnikówna, Maryśka Białkówna, Anusia Broddówna, Leosia Broddówna, Maryśka Broddówna, Anusia Dobrowolska, Januszek Jujka, Aloś Kamiński, Brunon Kamiński, Janek Kamiński, Jadzia Kaszubska (Kaszubowska), Marysia Kernerówna, Waluś Klingenberg, Janinka Mejrowska, Gertrudka Milińska, Stefcia Nowakowska, Wandzia Preussówna, Józef Rajski, Józia Rajska, Stasia Rajska (Rejska), Zosia Rajska, Małgosia Rogalska, Janek Stanisławski, Janek Stech, Józio Stech, Łodzią Stechówna, Alfons Wiśniewski STRASZEWO — Edek Pawelczak, Edwin Pawelczak, Marcia Połomska SZTUM — Maria Osińska, Stasia Osińska, Stefka Porowska SZTUMSKIE POLE - Feliks Włodarczak TARNOWSKIE GÓRY — Józia Rajska, Stasia Duszyńska TRZCIANO — Helena Brunowówna, Józio Brunów, Ludka Brunowówna, Feliks Ko-paczewski, Edek Kopyczyński, Helcia Kopyczyńska (Kopczyńska), Marysia Kloskowska, Władek Kwella, Rózia Kwella, Monia Lewicka, Janek Majewski, Janka Majewska, Joasia Majewska, Teofil Majewski, Janinka, Janek i Józio Malescy, Janek Mejrowski, Joasia Mejrowska, Józio Mejrowski, Paweł Mejrowski, Franuś Olszewski, Gertruda Olszewska, Olesia Olszewska, Alfons Omieczyński, Walerka Omieczyńska, Małgosia Patzwaldówna, Marysia Pomierska, Walerka Pomierska, Frania Preussówna, Kazik Rożeński (Różański, Różeński), Edmund Skrzypski, Pawełek Tamski, Stasia Trzcińska, Anusia Wejherówna, WAPLEWO — Helcia Andrykanusówna, Marteczka Boruszewska, Wandzia Berżanka, Staś Frydrychowski, Alfons Kamiński, Franek Kamiński, Janek Kamiński, Bronek Krakowski, Maryśka Krakowska, Teofil Kiihn, Bronia Neumannówna, Jadzia Neumannówna, Mania Neumannówna , Maryśka Neumannówna, Erwin Roszkowski, Jan Roszkowski, Kazik Roszkowski, Trudka Roszkowska WAPLEWKO — Jadwinia Redmerówna 78 Historie nie tylko malborskie (4) Ryszard Rząd HISTORIE NIE TYLKO MALBORSKIE (4) O PRUSAKU, CO ZBUDOWAŁ SZOSĘ NA ANTYPODACH 12 listopada 1863 r. w Łasinie koło Grudziądza, w rodzinie miejscowego lekarza, urodził się Franz Boluminski. Służbę wojskową odbył w niemieckiej Afryce Wschodniej. Po jej zakończeniu, w 1894 r., zatrudnił się w Kompanii Nowogwinejskiej, która pięć lat później oddała pod protektorat rządu Niemiec kilka wysp i archipelagów na Oceanie Spokojnym (dzisiejsza Papua-Nowa Gwinea i Wyspy Salomona). O pierwszych latach Boluminskiego w tym dzikim zakątku świata niewiele wiemy. Był księgowym i jednym z bliskich współpracowników Rudolfa von Bennigsena (1859-1912), pierwszego gubernatora Nowej Gwinei Niemieckiej. 30 czerwca 1900 r. został upoważniony przez administrację kolonialną do zarządzania nową osadą w Kavieng na wyspie Neumecklenburg (dziś New Ireland). Zaczął od kwatery w chacie z bambusów i liści. Po roku przeniósł się z żoną Friedą (1872-1953) do murowanego domu (pierwszego na wyspie!), zbudowanego z kamieni i wapna uzyskanego z przepalanych koralowców. Mógł on powstać jedynie dzięki tubylcom zachęcanym do pracy... tytoniem. Pieniądze nie miały jeszcze bowiem dla nich żadnej wartości. Niebawem z okien willi usłyszeć można było dźwięki fortepianu — ulubionego instrumentu Friedy. Franz Boluminski Franz Boluminski z żoną Friedą i urzędnikami kolonii Ryszard Rząd 79 Po trzech latach w osadzie stały trzy kolejne „europejskie” domy, stajnia, baraki, magazyn, spichlerz i kuźnia. Jednocześnie trwały intensywne prace nad budową portu, bez którego osada nie mogłaby należycie funkcjonować. W 1903 r. cumowało w nim 14 parowców, 19 motorówek i 22 żaglowce. Budowa portu umożliwiła także zainstalowanie w Kavieng placówki pocztowej. Niezmiernie ważną inwestycją był również szpital. Mieszkańców wyspy trapiły bowiem nawracające ataki malarii. W latach 1904-05 kolonia powiększyła się o dwie następne osady. Jednym z pierwszych gości Boluminskiego w Kavieng był m.in. sławny niemiecki mikrobiolog Robert Koch (1843-1910) objeżdżający Azję Wschodnią w trakcie swoich badań nad wynalezieniem szczepionki przeciw malarii. Z pomocą gospodarza i jego żony usiłował dokonać tego za pomocą chininy. Zaznaczyć należy, że oprócz zarządzania powierzoną kolonią, Boluminski oddawał się także pasji kolekcjonowania obiektów kultury materialnej wytworzonych przez mieszkańców wyspy. W 1907 r. przekazał swoje bogate zbiory etnograficzne berlińskiemu Muzeum Etnologicznemu, za co uhonorowano go pruskim Orderem Czerwonego Orła. Nie tym jednak zapisał się na trwałe w historii tamtej części świata, a faktem, że doprowadził do budowy najdłuższej szosy na Pacyfiku. Mowa o drodze bitej biegnącej wzdłuż północnego brzegu wspomnianej wyżej Nowej Irlandii. W 1903 r. liczyła ona 134 km, rok później już 165 km i 11 mostów. Każdej tamtejszej wiosce nakazano budowę jednego New Ireland i „Boluminski Highway” 80 Historie nie tylko malborskie (4) „Boluminski Highway” i plantacje palm kokosowych odcinka i jego późniejsze utrzymanie. Jeśli któryś z nich nie był należycie konserwowany, wieśniacy musieli jeździć po powstałych dziurach swoimi wozami. Pomimo tych niezwykłych metod Boluminski cieszył się na wyspie ogromną popularnością. Droga była niezbędna w celu należytej eksploatacji powstałych wraz z nią plantacji palm kokosowych. Produkowana z nich kopra (wysuszony miąższ orzechów stosowany m.in. do wyrobu oleju i wiórków kokosowych) spowodowała, że wyspa stała się jedną z najbardziej dochodowych części Nowej Gwinei Niemieckiej. W 1904 r. plantacje miały 350 ha powierzchni, dziesięć lat później już kilka tysięcy. Oprócz upraw palmowych, hodowano tam konie, bawoły wodne, owce, woły, kozy i świnie. Ryszard Rząd 81 Franz Boluminski zmarł 28 kwietnia 1913 r. z powodu powikłań po udarze i spoczywa na cmentarzu w Kavieng. Pamięć o nim jest tam jednak ciągle żywa. Jego imieniem nazwano jedno z okolicznych pasm górskich i dzieło jego życia - drogę. Do czasu upadku niemieckiego władztwa kolonialnego miała ona 299 km i nosiła nazwę „Kaiser-Wilhelm--Chaussee”. Dziś ma ich 421, zwie się „Boluminski Highway”, jest główną arterią wyspy i służy m.in. do rozgrywania wyścigu kolarskiego „Tour de New Ireland ”. CARL LENTZE I JEGO MOSTY Carl Lentze urodził się 12 lipca 1801 r. w miasteczku Soest w Nadrenii-Północnej Westfalii. W 1828 r. uzyskał tytuł rejencyjnego mistrza budowlanego i rozpoczął pracę na kilku obiektach hydrotechnicznych (m.in. kanale w Pyrzycach, porcie w Świnoujściu). W 1833 r. został inspektorem budowli wodnych w Dusseldorfie. Tu w 1844 zapoznał się z pierwszymi koncepcjami mostów dla Kolei Wschodniej na Wiśle w Tczewie i Nogacie w Malborku. Jeszcze w tym samym roku stworzył pierwsze ich projekty. Jeden z nich przewidywał budowę w Tczewie stalowego mostu wiszącego o rozpiętości przęsła 158 m. Do pomysłu tego nawiązał później projektując most wiszący na Renie w Kolonii (1849), który składał się z dwóch skrajnych przęseł wiszących i środkowego zwodzonego. Carl Lentze (1801-1883) W 1845 r. Lentze został członkiem, a pięć lat później przewodniczącym, Królewskiej Komisji Rządowej do spraw budowy wspomnianych obiektów. Udał się do Wielkiej Brytanii, by zapoznać się z konstrukcją i montażem zaprojektowanego przez Roberta Stephensona mostu kolejowego „Britannia” nad cieśniną Menai. Był on złożony z przęseł w kształcie żelaznej rury o przekroju kwadratu. Pasażerowie pociągów mieli więc wrażenie przejazdu przez tunel. Lentze zmodyfikował ten pomysł tworząc „rurę” uplecioną ze stalowej kratownicy. Przęsła takie okazały się nie tylko lżejsze i przez to oszczędniejsze w zużyciu materiałów, ale także mniej narażone na działanie wiatru. Była to koncepcja nowatorska tym bardziej, że po raz pierwszy zdecydowano się na zastosowanie stali walcowanej na tak wielką skalę. Przygotowania do budowy mostów rozpoczęły się już w 1845 r. Postawiono własne cegielnie, wytwórnię cementu, warsztaty, w których przygotowywano elementy konstrukcji, oraz zaplecze do montażu przęseł. Na obu budowach zatrudniono 7700 robotników. W lipcu 1851 r. król Prus Fryderyk Wilhelm IV położył kamienie węgielne. W sierpniu 1857 dokonano prób technicznych obu mostów przetaczając przez nie pociąg towarowy z 39 ciężko załadowanymi wagonami, a 12 października tegoż roku oba mosty, wraz z odcinkiem linii między Tczewem a Malborkiem, zostały oddane do użytku. Z uwagi na epidemię cholery oraz chorobę króla nie odbyły się oficjalne uroczystości. Było to jednak 82 Historie nie tylko malborskie (4) Most na Nogacie w Malborku (ok. 1860) Most na Wiśle w Tczewie (1861) wydarzenie wielkiej wagi — mosty umożliwiały bezpośrednią podróż koleją z Berlina do Królewca. Poważnie usprawniały także komunikację drogową, poprowadzono nimi bowiem również odcinek szosy łączącej wspomniane miasta. Obydwa były dziełem tego samego zespołu. Konstrukcję opracował wspomniany Carl Lentze, obliczeń technicznych dokonał Rudolf Schinz (1812-1855), który nie doczekał ukończenia prac — zmarł w Tczewie, gdzie został pochowany. Projektantem ozdobnych wieżyczek i portali był znany niemiecki architekt Friedrich August Stiller (1800-1865). Stalowe konstrukcje pod wieloma względami były pionierskie i miały imponujące długości: w Tczewie 837 m (najdłuższa w ówczesnej Europie!), w Malborku 279 m. Ryszard Rząd 83 Most w Tczewie 1920-2020 Gdy w 1860 r. zachodni portal mostu tczewskiego udekorowano płaskorzeźbą z królem Fryderykiem Wilhelmem IV, wśród wyobrażonych tam postaci znalazł się także Lentze z rysunkami w ręku. W 1858 r. został on doradcą w Ministerstwie Rzemiosła, Handlu i Współpracy z Zagranicą. Był też przedstawicielem Niemiec w Międzynarodowej Komisji ds. Kanału Sueskiego. W 1866 r. przeszedł na emeryturę. Zmarł w 1883 r. w Berlinie. Zaznaczyć jednak należy, że nie wszyscy byli zadowoleni z istnienia wspomnianych obiektów. Magistraty Tczewa i Malborka utraciły bowiem źródła dochodów z tytułu przepraw przez rzeki. Tczewianie zadowolili się jednorazowym odszkodowaniem. Mal-borżanom w 1865 r. pozwolono na budowę drugiego mostu — pływającego. Rozkładano go na wysokości kościoła św. Wawrzyńca. Ostatecznej likwidacji uległ w 1924 r., a na jego miejscu ustawiono drewnianą kładkę (zastąpioną w 1990 r. obecną konstrukcją metalową). W okresie międzywojennym, gdy Nogat był rzeką graniczną, kładka była miejscem swego rodzaju „wymiany towarowej”. Prowadzili ją mieszkańcy Kałdo-wa i wiosek żuławskich, dla których malborskie sklepy były źródłem tańszych artykułów przemysłowych, zaś malborskie gospodynie domowe zaopatrywały się w Kałdowie w żywność i mięso. Druga połowa XIX w. to okres intensywnej urbanizacji Niemiec i co za tym idzie rozwoju transportu kolejowego. Pojawiło się coraz więcej szybkich i ciężkich pociągów, które zmuszane były do zwalniania na niezbyt wytrzymałych mostach wiślanym i nogackim, a nawet do oczekiwania na przejazd (miały one przecież tylko jeden tor). Dlatego też w latach 1888-89, kilkadziesiąt metrów na północ od nich, przerzucono przez Wisłę i Nogat nowe mosty kolejowe, wykonane według projektów znanego berlińskiego inżyniera Johan-na Wilhelma Schwedlera (1823-1894). Masywne przyczółki w formie wież z krenelażami zaprojektował Johann Eduard Jacobsthal (1839-1902). Stare mosty służyły odtąd tylko ru- 84 Historie nie tylko malborskie (4) chowi wozow i pieszych, w Malborku od 1900 r. także kolejce wąskotorowej zaopatrującej tutejszą cukrownię w żuławskie buraki. W latach 1910-12 oba tczewskie mosty przedłużono o ponad 200 m w związku z przesunięciem na wschód wałów wiślanych podyktowanym koniecznością poszerzenia terenów zalewowych. Druga wojna światowa przyniosła zagładę wspomnianym konstrukcjom. W odpowiedzi na atak niemiecki, rankiem 1 września 1939 r., żołnierze polscy wysadzili w powietrze najważniejsze fragmenty mostów tczewskich - przyczółki wschodnie i przęsła nurtowe. Most kolejowy władze niemieckie odbudowały w przeciągu jednego roku. W marcu 1945 r. w obawie przed zajęciem przez wojska radzieckie został on, wespół z obiema przeprawami malborskimi, wysadzony w powietrze przez wycofujący się Wehrmacht. 8 marca 1947 r. oddano do użytku tymczasowy most drogowy w Tczewie, zaś 15 kwietnia kolejowy w Malborku, który w latach 1973-75 zastąpiono obecną konstrukcją. Mostu drogowego na Nogacie nie odbudowano, bowiem zgodnie z wytyczonym na nowo przebiegiem drogi krajowej nr 22, w 1949 r. oddano do użytku nowy obiekt, funkcjonujący tu do dziś. W 1958 r. w Tczewie przy pomocy specjalnych barek przesunięto z mostu kolejowego i wstawiono do drogowego dwa tymczasowe przęsła nurtowe, dzięki czemu obiekt stał się w pełni przejezdny. W takim kształcie przetrwał on do roku 2019, kiedy to wspomniane przęsła zaczęto demontować w celu zastąpienia ich wiernymi kopiami kratownic Lentze-go. Niestety, prace te po kilku miesiącach wstrzymano i „stary” most dalej czeka na swoją odbudowę. CO KRYŁY ZAMKOWE KOMNATY Przed 1945 r. zabytki zgromadzone na zamku w Malborku wpisane były w kilka rodzajów ksiąg inwentarzowych. Dwie główne to: „Hochschloss Inwentar i „Mittelschloss In-wentar” (inwentarze Zamku Wysokiego i Średniego). Poza tym funkcjonowała też Księga Wpisów. Do najcenniejszych zbiorów należały militaria, z których większość zakupiono w 1896 r. od znanego wschodniopruskiego kolekcjonera Josefa Theodora von Blella (1827-1902). Były wśród nich eksponaty pochodzące zarówno z czasów cesarstwa rzymskiego, jak i z końca XIX wieku, broń celtycka i wschodnioazjatycka. Jego kolekcja „wędrowała” po zamku: eksponowano ją w Sali Dwukominowej, w Jadalni i Świetlicy na Zamku Wysokim. Ostatecznie, w 1900 r., trafiła na strychy nad skrzydłem północnym Zamku Średniego. Miejsce to wybrano nieprzypadkowo, tam bowiem, zgodnie z zakonnymi inwentarzami, znajdował się krzyżacki „Harnasch (magazyn broni). Nad Wielką Komturią umieszczono broń ludów pierwotnych, celtycką, germańską, rzymską i wschodnią (z Persji, Indii, Chin i Japonii). Nad Infirmerią znalazły się natomiast militaria zachodnioeuropejskie powstałe od roku 1000 do końca XIX w. Pierwsza wojna światowa i jej następstwa przeszkodziły w realizacji projektu budowy wielkiego Muzeum Broni, jakie zamierzano uruchomić w ciągu budynków gospodarczych na Przedzamczu. Ryszard Rząd 85 Militaria zachodnioeruropejskie z XV-XVI w. Fragment kolekcji broni orientalnej 86 Historie nie tylko malborskie (4) Drugą wielką kolekcją były numizmaty i medale w liczbie ponad 10 tysięcy sztuk. Znakomita większość z nich była darem tajnego radcy sanitarnego dr Karla Adama Maxa Ja-queta (1836-1912). Współczesnych historyków sztuki zdziwić mógłby fakt, że w kolekcji o nazwie „obiekty historyczne” („Kulturhistorische Gegenstande”) obok gotyckich ołtarzy i relikwiarzy znalazły się np. portrety wielkich mistrzów, królów pruskich oraz ... tkane ręczniki, skórzany futerał na relikwiarz, żarna ręczne, modele statków, czaszka lwa (!), etc. Imponująco przedstawiały się zbiory archeologiczne, których trzonem były zabytkowe detale architektoniczne z terenów dawnego państwa zakonnego. Ciekawostką był zespół ozdobnych, glazurowanych dachówek z pałacu cesarskiego w Pekinie oraz kilka cegieł z muru chińskiego. Biblioteka zamkowa gromadziła tysiące woluminów poświęconych głównie historii Zakonu Krzyżackiego i dziejom kultury artystyczno-materialnej na jego terenach. Archiwum w Wieży Kleszej przechowywało szereg cennych dokumentów, m.in. polskie przywileje królewskie dla miasta, akta cechowe, etc. W odremontowanym budynku dawnej stajni pocztowej na Przedzamczu urządzono tzw. „Heimatmuseum” - rodzaj izby regionalnej, w której zgromadzono eksponaty kultury materialnej mieszkańców Żuław i miasta Malborka. Poza tym osobnymi kolekcjami były: portrety graficzne (ok. 400 sztuk), odlewy gipsowe (ok. 1.000 szt.), widokówki, kafle piecowe. Niemal wszystkie wnętrza zamkowe zdobiły różnorakie meble. Znakomitą większość z nich stanowiły wykonane na zamówienie Zarządu Odbudowy kopie zabytków z różnych terenów Niemiec, które w Malborku traktowano jako elementy wyposażenia wnętrz. Zbiory zamkowe ciągle rosły — drogą zakupów, darowizn i depozytów. W większości od osób prywatnych. Jedną z nich był niejaki Karl Peters z Nowej Wsi. Sprzedał on Towarzystwu Odbudowy i Upiększania Zamku skarb monet zakonnych znaleziony w marcu 1903 r. na jego polu, „15 cali pod ziemią”. W maju 1940 r. w Wielkim Refektarzu powitano „Banderię Prutenorum” — kopie 18 chorągwi krzyżackich zabranych przez Niemców z Wawelu. Zaginęły one w czasie wojny. Rękopis dzieła Jana Długosza, który także trafił na zamek, ocalał i po wojnie, via Londyn, wrócił do Polski. Już w 1941 r. rozpoczęto zabezpieczanie zamku przed skutkami nalotów bombowych. Od września 1944 najcenniejsze zabytki pospiesznie ukrywano i zabezpieczano przed zniszczeniem lub grabieżą. Wykonano gipsowy odlew Madonny z kościoła NMPanny i zdemontowano wszystkie witraże z tej świątyni. Kolekcja numizmatyczna została wywieziona do Gdańska i czekała na ewakuację drogą morską do zachodnich części Niemiec. Niestety, wpadła w ręce Rosjan i powędrowała na wschód. Poliptyk grudziądzki (1370-80), w 1909 r. przekazany przez „Provinzial-Kunstgewerbemuseum” w Gdańsku i eksponowany w kościele św. Wawrzyńca, ukryto w zbudowanym pod nim bunkrze. Dziś jest on ozdobą Galerii Sztuki Średniowiecznej Muzeum Narodowego w Warszawie. Niezwykle cenny, gotycki relikwiarz komtura elbląskiego Thilo von Lorich (1388) w 1946 r. trafił do Muzeum Zbiorynumizmatyczne zgromadzone w dawnym skarbcu zakonny) Wystawa archeolog) 88 Historie nie tylko malborskie (4) Wojska Polskiego w Warszawie. Inne, nie mniej wartościowe zabytki, jak relikwiarz z palcem św. Jana Chrzciciela (XIV w.), przepadły. Cudem ocalały, wróciły na ekspozycje i cieszą oczy zwiedzających: rzeźba Chrystusa w Ogrójcu (1390) i ołtarz z Tękit (1504). Całości dawnych zbiorów zamkowych jeszcze nie znamy i być może nie poznamy nigdy, bowiem w 1945 r. uległa zniszczeniu większość katalogów. Badania na ten temat prowadzą dziś opiekunowie współczesnych kolekcji zamkowych. Wnętrze kościoła zamkowego NMPanny Jean Rapp 89 Jean Rapp PIERWSZE MIESIĄCE oblężenia Gdańska w roku 1813 Jean Rapp (1771-1821), adiutant Napoleona (1800-1814), generał (od 1803). Wykazywał się wielką odwagą, wielokrotnie był ranny Przynajmniej dwa razy ratował życie Napoleona: powstrzymując zamachowca w 1809 w pałacu Schdnbrunn i zatrzymując szarżę kozaków podczas odwrotu z Moskwy w 1812. Był gubernatorem Torunia (1807) i Wołnego Miasta Gdańska (1807-1813). Pamiętniki Rappa zostały wydane po jego śmierci, w Paryżu, w 1823 roku1. Rozpoczyna je słowami: Nie pretenduję do bycia postacią historyczną, ale długo byłem w pobliżu człowieka, którego niegodnie pomówiono oraz dowodziłem odważnymi żołnierzami, których zasługi zlekceważono. Temu pierwszemu zawdzięczam dużo dobra, a ci drudzy oddaliby za mnie swoje życie: nie mogę pozwolić, aby to uległo zapomnieniu. Przestawiony poniżej tekst to tłumaczenie 37 rozdziału. Po katastrofalnej w skutkach wyprawie na Rosję resztki Wielkiej Armii Napoleona pod koniec 1812 znalazły się między innymi w Gdańsku. Tu dowództwo nad wyczerpanymi żołnierzami objął generał Jean Rapp, który w Rosji sam został ranny w bitwie pod Borodino (5-7 września 1812) i nad Berezyną (26-29 listopada 1812). Gdańsk wydawał się miejscem idealnie nadającym na bycia twierdzą: od północy otaczają go wody Wisły, od strony południowo-zachodniej chroni go łańcuch stromych wzniesień, z pozostałych stron obronę stanowią wody zalewu z dwóch przecinających go rzek: Raduni i Motławy. Tak piękne usytuowanie zrobiło duże wrażenie na Napoleonie i postanowił uczynić z Gdańska miejsce nie do zdobycia. Rozpoczął ogromne prace budowlane. Przyczółki przedmostowe, forty, umocnione obozy miały zabezpieczać przed niespodziewanym atakiem i umożliwiać kontrolowanie biegu rzeki; zabrakło jednak czasu i większość przewidzianych prac była albo niedokończona, albo ledwo zaczęta. Żaden magazyn nie był zabezpieczony przed pociskami; żaden schron nie był wystarczająco solidny, aby zapewnić bezpieczeństwo garnizonu; koszary nie nadawały się do zamieszkania, kwatery były w ruinie, a mury i nasypy ochraniające twierdzę — uszkodzone. Zimno, ciągle bardzo srogie, spowodowało, że wody zamarzły i Gdańsk, którego naturalne położenie jest tak korzystne i umocnione, był miejscem dostępnym ze wszystkich stron. Tłumaczenie na podstawie pierwszego wydania udostępnionego na stronie www.gallica.bnf.fr: Memoires Du GeneralRapp: Aide-De-Camp de Napoleon, Ecrits Par Lui-Meme, Et Pub. Par Sa Parni He, Paris 1823. 90 Pierwsze miesiące oblężenia Gdańska w roku 1813 W nielepszym stanie był garnizon; składał się z żołnierzy zebranych ze wszystkich armii i wszystkich narodów: Francuzów, Niemców, Polaków, Afrykanów, Hiszpanów, Holendrów, Włochów. Większość z nich była wyczerpana i chora. Znaleźli się w Gdańsku ze względu na to, że nie mogli kontynuować marszu i mieli nadzieję znaleźć tu wytchnienie, ale byli pozbawieni lekarstw, mięsa, warzyw, bez napojów alkoholowych i bez zaopatrzenia w żywność; musiałem odesłać wszystkich, którzy byli w miarę zdolni do ewakuacji z tego miejsca. Niemniej jednak pozostało 35 tysięcy, z czego może 8-10 tysięcy zdolnych do walki, a nawet i ci w większości byli rekrutami bez doświadczenia i bez dyscypliny. Ta sytuacja nie niepokoiła mnie aż tak bardzo. Znałem naszych żołnierzy. Wiedziałem, że jedyne, czego potrzebują, aby dobrze walczyć, to przykład; postanowiłem nie oszczędzać siebie. Tak opłakany był stan tego miejsca i mających go bronić żołnierzy. Trzeba było zająć się najpierw tym, co najpilniejsze, a więc osłonić się przed atakami; sprawa nie była prosta, gdyż śnieg pokrywał fortyfikacje. Zablokował wszystkie ukryte ścieżki, wszystkie ulice; było ekstremalnie zimno, termometr wskazywał mniej niż 20 stopni poniżej zera2, a lód miał wiele stóp grubości. Nie było jednak czasu na wahanie. Trzeba było podjąć decyzję, czy dać się zaskoczyć atakiem, czy podjąć nowy wysiłek prawie tak wielki jak ten, który niedawno był naszym udziałem. Moimi doradcami zostało dwóch ludzi, których oddanie dorównywało inteligencji: pułkownik Richement i generał Campredon, obydwaj z wojsk inżynieryjnych, których ten drugi był dowódcą. Rozkazałem przeprowadzenie nowych prac i oczyszczenie wód Wisły. Przedsięwzięcie to wydawało się nie do przeprowadzenia przy tak ostrej zimie. Niemniej jednak żołnierze przystąpili do pracy ze zwykłą dla nich gorliwością. Pomimo paraliżującego zimna nie było wśród nich ani skarg, ani szemrania. Wykonywali przypisane im prace z oddaniem i wytrzymałością, których nie oddadzą w pełni żadne pochwały. W końcu, po zmaganiu się z ogromnymi przeciwnościami, pokonali wszelkie trudności; lód, łamany siekierami i pchany dźwigniami w kierunku morza, przy wsparciu prądu spiętrzonej wody, otworzył na środku rzeki kanał o szerokości od sześciu do siedemnastu metrów, na długości dwóch i pół ligi3. Było nam jednak przeznaczone zobaczyć, że trudności pojawiły się na nowo tak szybko, jak tylko zostały usunięte: ledwie nieoczekiwany sukces zwieńczył nasze wysiłki, zima zaatakowała z jeszcze większą mocą. W nocy Wisła i wszystkie fosy pokryły się taflą lodu prawie tak samo grubą jak ta, którą rozbiliśmy. Na próżno statki nieustannie kursowały po rzece, żeby utrzymać jej wodę niezamarzniętą; ani te środki, ani prędkość nurtu, nie mogły temu zapobiec; trzeba było ponownie podjąć pracę, która kosztowała nas tak wiele, a której owoce zniszczyła jedna chwila. Dzień i noc zajmowaliśmy się łamaniem lodu, ale nie mogliśmy zapobiec zamarznięciu wody po raz trzeci; jednak nasi żołnierze, bardziej upraci niż żywioły, które sprzysięgły się przeciwko nam, stawili im czoła i w końcu zatryumfowali nad nimi. W pozostałej części prac mieliśmy do czynienia z tą samą gorliwością i tymi samymi trudnościami; ziemia zamarznięta do głębokości wielu stóp stawiała opór łopatom i wszelkim wysiłkom; nic nie mogło rozkruszyć tej zwartej masy, nie dawały rady nawet topory. 2 Rapp posługiwał się skalą Reaumura, a więc w skali Celsjusza było poniżej -25 stopni. 3 Liga - jednostka długości. Trudno wskazać precyzyjnie, którą z „lig” posługiwał się Autor, można przyjąć, że wskazana tu długość to ok. 8-10 km. Piotr Napiwodzki 91 Aby stopić ziemię skutą lodem trzeba było posłużyć się ogniem. Jedynym sposobem dla wykonania wykopów i wzniesienia koniecznych palisad były wielkie palące się przez dłuższy czas stosy drewna znajdujące się w pewnej odległości od siebie. Dzięki pracy i wytrwałości mogliśmy w końcu z satysfakcją zobaczyć wynik pracy, którą przecież rozpoczęliśmy tak niedawno. Ostrów (Holm), Wisło ujście (Weichsebnunde), okopany obóz w Nowym Porcie (Neufabrwasser), i wiele fortów broniących ulic Gdańska przygotowaliśmy do stawienia solidnego oporu. Nawet jeśli nie wykorzystano wszystkich potencjalnych możliwości tego miasta, to stało się ono przynajmniej zdolne do wytrzymania oblężenia, którego długość i przebieg nie przyniesie chwały obcemu orężu. Był to wysiłek ponad ludzkie siły. Pogarszały go jeszcze nieustanne obozowanie na wolnym powietrzu, niedostatki, ciągła służba. Bardzo szybko pojawiły się choroby. Od pierwszych dni stycznia każdego dnia traciliśmy 50 ludzi, pod koniec kolejnego miesiąca było to aż 130 i w sumie doliczyliśmy się aż 1 5 tysięcy chorych. Od żołnierzy epidemia przeszła na mieszkańców miasta i zbierała wśród nich straszne żniwo; nie miała względu ani na wiek, ani na płeć. Ci, którzy żyli w nędzy, i ci otoczeni przepychem i bogactwem, bez różnicy stali się jej łupem. Wszyscy umierali, wszyscy ginęli, i młody człowiek u progu życia, i starzec na końcu swojej drogi. Żałoba zapanowała we wszystkich rodzinach, zamęt i strach dotknął wszystkie serca. W Gdańsku, mieście zwykle pełnym życia, zaległa głucha cisza, a smutne spojrzenie mogło dostrzec w nim jedynie grabarzy i kondukty pogrzebowe. Bicie dzwonów, katafalki: te przybierające różne formy obrazy śmierci czyniły sytuację, i tak już godną ubo-lewnia, jeszcze trudniejszą. Fatalnie wpływało to na ducha żołnierzy. Postanowiłem ukrócić zło u samych korzeni: zakazałem uroczystych pogrzebów, którymi żywi powodowani pobożnością chcieli uczcić tych, którzy odeszli. Nie czekałem ze zwalczaniem epidemii do czasu, gdy wybuchła ona z całą mocą. W momencie, gdy zauważono pierwsze symptomy, otworzyłem szpitale, zakupiłem lekarstwa, łóżka i wszystko, co konieczne do świadczenia tego typu posług. Skuteczniejsze byłoby zdrowsze i bardziej obfite pożywienie, ale byliśmy na tyle słabo zaopatrzeni, że z trudem mogliśmy zapewnić rozdzielenie dwóch uncji świeżego mięsa na dzień. Wszystko, co mogłem dać ludziom wyczerpanym długim niedostatkiem, to trochę solonego mięsa i parę suszonych warzyw. Ta sytuacja była okropna, ale nie mogłem w żaden sposób jej zaradzić. Na próżno wysłałem statek do Stralsundu, aby sprowadzić z Pomorza Szwedzkiego, które jeszcze było w naszym posiadaniu, pożywienie i lekarstwa. Statek typu awizo (slup) z listami ode mnie gwałtowna burza zniosła na brzeg. Zbliżaliśmy się do zrównania dnia i nocy i na Bałtyku zaczął się już okres sztormów. Nie mogliśmy podjąć kolejnej próby. Jedynym zasobem, którym dysponowaliśmy, była odwaga. Tylko ostrzem miecza mogliśmy zdobyć środki do życia. Jednak jakkolwiek wielkie byłoby oddanie żołnierzy, to roztropność nie pozwalała na prowadzenie ich, wyczerpanych chorobą i nędzą, do ataku na wroga.Trzeba było pogodzić się z losem i cierpliwie czekać, aż łagodne tchnienie wiosny wzmocni ich siły. Wydawało się, że czas ten się zbliża. Wszystko to zapowiadało. Temperatura się podniosła, lody zaczęły się topić, blisko była całkowita odwilż. Pocieszaliśmy się, że 92 Pierwsze miesiące oblężenia Gdańska w roku 1813 powódź przyniesie nam w końcu trochę wytchnienia; jednak to, co miało złagodzić nasze nieszczęścia, przelało jeszcze czarę goryczy. Wisła wylała tak gwałtownie, że od roku 1776 nie zanotowano aż takiego impetu wezbranej wody. Najpiękniejsze części Gdańska, jego sklepy, jego warsztaty, stały się łupem fal. Cały teren za miastem załała woda. Na szerokości wielu lig trwał przerażający spektakl płynącej plątaniny wyrwanych z korzeniemi drzew, zniszczonych domostw, martych ludzi i zwierząt wymieszanych ze spływającym lodem. Wydawało się, że nasza katastrofa jest nieuchronna. Wszystkie efekty naszych prac zostały zniszczone. Nasze palisady zostały porwane, śluzy uszkodzone, forty otwarte i podmyte, zostaliśmy bez osłony przed licznym wrogiem. Utraciliśmy komunikację z Ostrowem (Holrn), miejscem tak strategicznie ważnym, którego fortyfikacje uległy prawie całkowitej destrukcji. Wyspa Stogi {Cite d^eubude} była w opłakanym stanie. Nasze posterunki na Żuławach Gdańskich (Werder), na Mierzei Wiślanej (Nerhung), zostały zalane. Na domiar złego groziło nam, że gdy Wisła zacznie wracać do swojego biegu, zobaczymy wysychającą wodę także w miejscach, które zwykle są przez nią zalane. Tłum. Piotr Napiwodzki Wędrówki po prowincji Janusz Ryszkowski WSTYD TO NAZWAĆ PODRÓŻĄ1 W czasie kilkuletniego pobytu w Wiedniu Antoni Donimirski związał się z pismem „Der Communication”, organem austriackich kolei żelaznych. Zachowując należne proporcje, to tak, jakby dziś odpowiadał za prowadzenie czasopisma poświęconego technologiom informatycznym. Śmiało można napisać, że sprawy kolejnictwa, które rewolucjonizowało ówczesny świat, mocno go fascynowały i widać to nie tylko przez pryzmat ekonomicznej rozprawy o taryfach kolejowych dla Galicji opublikowanej w 1887 roku. Jako Eugeniusz Lipnicki opublikował w „Bibliotece Warszawskiej ”, w dwóch numerach (z października i listopada) 1884 roku, obszerną „Wycieczkę do Madrytu ”. Nie jest to takie Kolejny fragment przygotowywanej książki o Antonim Donimirskim (1846-1912), zob. „Prowincja” nr 2,3, 4 (2020) i 1 (2021). 94 Wstyd to nazwać podróżą typowe sprawozdanie z podróży. Oprócz bedekerowych opisów różnych atrakcji i praktycznych porad, sporo miejsca zajmują w nim aktualne sprawy polityczne. Donimirski dociera bowiem do lewicującego Alberta Schafflego, ekonomisty i socjologa, byłego niemieckiego parlamentarzysty i krótko ministra handlu w rządzie austriackim. Emilio Castelar to z kolei ktoś z przeciwnego skrzydła - historyk i polityk, który był prezydentem republiki Hiszpanii. WAGON SYPIALNY I KUCHNIA Józef Ignacy Kraszewski pisał w „Kartkach z podróży (1858-1864)”, że „Chcieć opisać podróż koleją żelazną byłoby prawie śmiesznym, co najwyżej być by to mogła historia wagonów, sąsiadów, przypadki i śmiesznostki najniewygodniejszego według mnie sposobu przenoszenia się z miejsca na miejsce, który czyni człowieka pakunkiem.” Młodszy o ponad pokolenie Donimirski, który nie tylko bardzo cenił pisarza, ale i utrzymywał z nim ścisłe kontakty, to zdeklarowany wielbiciel kolei. Już pierwsze zdania „Wycieczki do Madrytu” nie pozostawiają co do tego wątpliwości. „Chęć zwiedzenia Hiszpanii jeszcze przed 20 laty dla wielu z nas na dalekim Wschodzie była tym, co budować zamki na lodzie, czyli „chateaux en Espagne”. Dziś miesiąc wolnego czasu i kilkaset rubli wystarczy, aby śmiałe niegdyś marzenie urzeczywistnić. W 84 godzin, w wygodnym jak salonik wagonie, nie doznając głodu i pragnienia, nie narażając się na większe niebezpieczeństwo, aniżeli jadąc z Warszawy do Płocka, docieramy do zachodnich krańców Europy!” I dodaje prowokacyjnie: „Wstyd to nazwać podróżą!” Pierwszym miastem etapowym wyprawy z Wiednia do Madrytu był Stuttgart. Donimirski wybrał ten kierunek, by spotkać z profesorem Albertem Schafflem. Zanim zreferuje tę rozmowę (a my za nim), przyjrzy się infrastrukturze dworca kolejowego w Stuttgarcie, jednego, jak stwierdza, z najwspanialszych w Europie. To gmach „o ogromnym ganku środkowym i licznych bocznych salach dla odjeżdżających. Nad drzwiami każdej sali w wieńcach kwiatów umieszczone są nazwy głównych miast odnośnej ruty. Do innej sali więc wchodzą podróżni do Strassburga, do innej jadący do Rottweilu, do innej znowu jadący do Heilbrounu, itd. Na pozór jest to rozkład bardzo wygodny, w rzeczywistości chodziło tylko o pretekst do urządzenia kilkunastu sal, bo pociągi nie wyjeżdżają przecież równocześnie. Nadto wszystkie pociągi w dworcu stają na tym samym miejscu, nie zaś raz przed tą, raz przed drugą salą. (...) Słowem ogromny dworzec stuttgarcki, wieczorem lśniący od światła elektrycznego, jest kosztownym zbytkiem, a nie odpowiada swemu właściwemu przeznaczeniu lepiej, niż inny skromniutki dworzec.” Z kolei nowy obiekt w Strasburgu, przyłączonym przez Niemcy po wygranej wojnie z Francją w 1872 roku, Donimirski nazwie „niejako wzorem obwarowanych i najeżonych działami dworców przyszłości - jeżeli militaryzm będzie się rozwijał tak samo jak dotąd”. Zanim pasażerowie opuszczą wagony, komisarz policji ze świtą dokładnie ich zlustruje. Donimirski podkreśla, że widać tu „podejrzliwość, dumę i niepewność zwycięzców”. Na pierwszej stacji po stronie francuskiej „wreszcie opuszczamy ciasne i niewygodne wagony cesarsko-niemieckie i po załatwieniu w oka mgnieniu rewizji kufrów (...) wsiadamy do paradnych wagonów prywatnej spółki wschodniej (l’Est). Pociąg pośpieszny składa się Janusz Ryszkowski 95 z samych wagonów pierwszej klasy; ale jest ich tyle, że w każdym coupe [przedziale] mieszczą się dwie, najwyżej trzy osoby. Wprawdzie i na austriackich kolejach nic łatwiejszego, jak mieć coupe dla siebie: wystarczy mrugnąć na konduktora i wcisnąć mu w zawsze otwartą rękę florena.” Przy tej okazji Donimirski rozwinął nieco „teorię łapówek” , wspominając, że niemal została uświęcona nad Dunajem przez byłego ministra Carla Giskrę. Do korupcji, dotyczącej tym razem austriackiej prasy, wróci w tym samym czasie w korespondencji z Wiednia dla „Niwy”. Donosił czytelnikom, że konsorcjum budujące kolej płaciło jednej z redakcji gazet za przychylne teksty, lub milczenie o różnych szwindlach. Dworce miasteczek i wiosek za Bordeaux to zwykle „mała szopa w lesie, otoczona kilku nędznymi chatami, jakby w jakiej puszczy amerykańskiej”. Aż wreszcie na trasie pojawia się mały, ale „wykwintny dworzec” w Bayonnie z licznymi dorożkami i omnibusami. Donimirski zatrzymuje się tu na nocleg, by następnego dnia pociągiem złożonym „z dwóch wagonów i miniaturowej lokomotywy” pojechać do Biarritz, słynnego kąpieliska nad Zatoką Biskajską i opisać jego uroki. Wkrótce przekracza kolejną granicę i korzysta z usług kolei hiszpańskich. To okazja, by je ocenić, a zarazem polemizować z autorami popularnych przewodników. Jeden z nich, Spirydion Gopcewicz „o kolejach hiszpańskich wyraża się w sposób tak złośliwy, że mogłoby to niejednego odstraszyć od zwiedzenia Hiszpanii. Owóż opis ten stanowczo mija się z prawdą. Co do mnie, w stacji Irun wsiadłem do tzw. sleeping-caru, t. j. wagonu do spania, jakie belgijska spółka międzynarodowa des wagons-lits dodaje do pociągów pospiesznych na głównych liniach europejskich. Wszelako obejrzałem sobie także inne wagony francuskie, a zatem paradne i wygodniejsze, aniżeli w Niemczech, w Austrii i Włoszech (naturalnie wagony pierwszej klasy, bo innych pociągi pospieszne w Hiszpanii jak we Francy i nie mają).” W przypisie Donimirski umieszcza szerszą informację o wagonie sypialnym, którym potem przez dwie noce i jeden dzień wygodnie podróżował z Madrytu do Paryża bez przesiadki. „(...) Jest tak urządzony, że z jednej strony wagonu jest czasem szerszy, czasem węższy ganek; z drugiej strony zaś kabiny, jakby na okrętach, o dwóch kanapach, z których na noc każda zamienia się w wygodne łóżko, dwa drugie łóżka zawieszają nad nimi. (...) Natomiast zachodzi ta niedogodność, że z galerii widzimy tylko jedną stronę drogi, z kabin drugą a nie można, jak w zwykłych wagonach, patrzeć równocześnie na obie strony. (...) Za użycie sleeping-caru dopłaca się 20% ceny zwykłego biletu I klasy.” Donimirski, sam amator dobrej kuchni, rozprawia się jeszcze z jedną uwagą krytyczną Gopcewicza „jakoby turyści na kolejach hiszpańskich narażali się na śmierć z głodu”. Podczas postoju w Irunie zjadł śniadanie rodem z najlepszych restauracji francuskich, a na stacji Miranda de Ebro „za 4 franki podają suty obiad z wyśmienitym czerwonym winem. Tym, nawet bardzo wymagający turysta może i powinien się zadowolnić.” Pozostając przy wątku gastronomicznym i powołując się tylko na własne doświadczenie, Donimirski pisze: 96 Wstyd to nazwać podróżą „(...) nadmieniam, że w Madrycie jest zwyczaj stołować się w hotelu. Kto się temu prawu nie poddaje, jest jednak zmuszony płacić za śniadanie (dejeuner od 11-12) i obiad (diner od 7-9). Krępuje to poniekąd swobodę turystów, za to strawa wyśmienita. W Hotel de Paris na śniadanie podawają trzy potrawy (ryba i 2 mięsa), ser i najsmaczniejsze owoce, do tego wybornego czerwonego wina w wielkich karafach do woli. Na obiad rosół, cztery potrawy, lody, cukierki, ser, owoce i zawsze czerwonego wina do woli. Ilekroć wstałem od tych sutych śniadań i obiadów (czyli obiadów i wieczerzy), zawsze przyszło mi na myśl, jak mało niekiedy mądrości zawierają przysłowia narodowe. I tak starodawne przysłowie [hiszpańskie] (...) o nas (...) powiada: „Cuatro Polacos, cuatro glotones,” co znaczy: „Czterech Polaków, to czterech żarłoków”. Otóż jakkolwiek kuchnia u nas nie podniosła się jeszcze na te wyżyny sztuki, na których stoi w Francyi i Hiszpanii, to jednak co do sutości obiadów Hiszpanie zaiste nie mają prawa czynić nam wymówek!” DWIE POLITYCZNE ROZMOWY Na początku podróży do Madrytu 20 maja 1884 roku Donimirski spotkał się w mieszkającym w Stuttgarcie doktorem Albertem Schaffie. Po raz ostatni widział go „zdaje się przed ośmiu laty”, choć nie wspomina, w jakich to było okolicznościach. Być może wynikało to z tego, że nie chciał - jako Lipnicki - zdradzić swojej prawdziwej tożsamości. Antoni był wówczas posłem do parlamentu Rzeszy Niemieckiej. Co mogło ich w przeszłości łączyć - konserwatystę z lewicującym ekonomistą i socjologiem? Obaj należeli do przeciwników polityki kanclerza Bismarcka. Ale to się zmieniło. Donimirski podkreśla, że obecnie Schaffie jest „najgenialniejszym reprezentantem tzw. szkoły „Socjalizmu katedry” (Kathederso-cialismus).” Tak ironicznie określano grupę intelektualistów o różnych poglądach, którzy wsparli socjalny program Bismarcka. Zanim Donimirski zreferuje obecne poglądy Schafflego, pokazuje, jak bardzo się zmienił. Najpierw to, co można dostrzec naocznie. Wówczas „był to brunet, barczysty, silny, zdrowy, nie przypominający w niczym profesora, ślęczącego nad książkami. Teraz przyjął mnie niemal staruszek, całkiem osiwiały, z szeroką białą chustką na szyi, w długim czarnym surducie. Salon zapełniony najrozmaitszymi drobnostkami, jakby wystawa porcelany, fajansów z chińskich i japońskich figurek; w drugim pokoju, bibliotece, wszystkie półki książek pokryte bielizną. Gospodarz domu wyjaśnił mi to niebawem tym, że za kilka dni wydaje swą córkę, jedynaczkę, za mąż.” Półki z książkami zakryte jakąś białą tkaniną, nieuporządkowany salon, pojawiają się tu chyba nieprzypadkowo. Mają coś dodatkowego powiedzieć o rozmówcy. Odnosimy wrażenie, że Schaffie jest zagubiony. Oczywiście, nie znaczy to jeszcze, że jego myśl błądzi, ale jakieś wrażenie w pewnym momencie powstaje. Donimirski podkreśla, że Schaffie jest wybitnym myślicielem. Stara się zrozumieć zwrot, jaki nastąpił w jego poglądach. „Odkąd kanclerz niemiecki wszedł na drogę socjalizmu państwowego, p. Schaeffle uważa go jako swego druha, aby nie powiedzieć ucznia. Pan Bismarck umie zręcznie uderzyć w słabą stronę Niemców. To też wezwał p. Schaefflego do Berlina, radził go się, wymieniał Janusz Ryszkowski 97 z nim (jak mi mówił p. Schaeffle) częste listy (...). Co do mnie, sądzę, że ks. Bismarck, który nigdy zbytecznie filozoficznych teorii nie cenił, tak zwanym socjalizmem państwowym posługuje się jedynie w celach dynamicznych, to jest aby podkopać wpływ kół liberalnych i wzmocnić władzę państwową. Pan Schaeffle jednak widocznie wierzy w szczerość socjalnych „reform” p. Bismarcka i tym dostatecznie tłomaczy się zwrot w politycznych przekonaniach (...). Gdy więc dawniej potępiał stanowczo centralizację (por. „Socialismus und Capitalismus“), dziś twierdzi, że separatystyczne pierwiastki w Niemczech są jeszcze tak silne, iż po śmierci ks. Bismarcka, hr. Moltkego i cesarza Wilhelma, niezawodnie rozsadzą świeżo utworzoną jedność niemiecką (...).” Pod koniec relacji ze spotkania z Schafflem pojawia się temat, który może dodatkowo wyjaśniać, dlaczego Donimirski zabiegał o tę rozmowę. Chodziło o kolej żelazną. Redaktor „Der Communication” zamierzał zapewne wysondować, jakie są plany dotyczące własności kolei w Niemczech. „Z socjalnego lub socjalistycznego programu pana Schafflego wynika także logicznie potrzeba upaństwowienia kolei żelaznych, czyli odebrania ich spółkom prywatnym, akcyjnym, a oddania ich pod zarząd ogółu, czyli państwa, bo socjalizm nie rozróżnia pomiędzy państwem, pomiędzy nieograniczoną władzą a wolnymi, samoistnymi indywiduami. (...) Zamieniwszy się w wielbiciela ks. Bismarcka, przemawia teraz nie tylko za upaństwowieniem, lecz także za scentralizowaniem kolei niemieckich (...)”. Cała rozmowa wprawiła Donimirskiego „w przykry nastrój umysłowy”. W Paryżu Donimirski otrzymał listy polecające do dwóch hiszpańskich polityków -aktualnego premiera rządu Antonio Canovasa del Castillo, konserwatysty oraz historyka Emilio Castelara, jednego z czterech prezydentów republiki Hiszpanii, która powstała po abdykacji króla Amadeusza Sabaudzkiego w lutym 1873 roku. Przetrwała niespełna dwa lata, ustępując ponownie monarchii. Na tron królewski wstąpił wtedy Alfons Burbon, syn królowej Hiszpanii Izabelli II, zdetronizowanej w 1868 roku. Canovas del Castillio bardzo przysłużył się sprawie restauracji monarchii, choć był zarazem zwolennikiem rozwiązań demokratycznych. Donimirski, wychodzący z założenia, że były już polityk, spoglądający z pewnym dystansem powinien być ciekawszym źródłem informacji niż uwikłany w bieżące układy, spotykał się w Madrycie z Emiliem Castelarem. Już sam sposób relacjonowania rozmowy pokazuje, gdzie Donimirski lokuje swoje sympatie. W przeciwieństwie do Alberta Schafflego, przytłoczonego bagażem przeżytych lat, pokazuje Castelara, przecież równolatka, jako ciągle dynamicznego. Liczy on wprawdzie przeszło 50 lat (ur. 1832 r.) i przechodził różne burze, więzienie, wyrok śmierci (r. 1866) i wygnanie, na pierwszy rzut oka nie przypisałbyś mu jednak więcej nad 40 lat. (...) Opisując mieszkanie historyka notuje, że dwa salony wypełnione są miniaturami olejnymi w dużych złoconych ramach. Ową galerię określa jako świetną, nie ma czasu, by obejrzeć ją dokładnie, ale „zdawało mi się, że niektóre z nich trzeba zaliczyć do arcydzieł i że nawet znajdują się pomiędzy niemi utwory za wcześnie zmarłego Fortuniego, najznakomitszego mistrza hiszpańskiego.” 98 Wstyd to nazwać podróżą Miniatury malarskie Maria Fortuny to - przyznajmy - jednak inna kategoria niż porcelanowe figurki u niemieckiego „socjalisty z katedry”. I jeszcze jedno: gdy Castelar przyjmuje Donimirskiego, jego dom jest pełen rozdyskutowanych gości, Schaffie był samotny... Po tym wstępie Donimirski tak przedstawia poglądy swojego rozmówcy. (...) w r. 1871 za rządów króla Amadeusza, p. Castelar wygłosił kilka świetnych mów, w których zaczepiał „tyranów Niemiec" i militaryzm tego państwa, które napadło Francję, aby jej odebrać dwie prowincje i miliardy; [państwa] które naraża wolność wszystkich narodów na niebezpieczeństwo; wzywał więc rząd hiszpański, aby tych zdobyczy nie uznawał i nie wchodził w żadne traktaty z nowym cesarstwem niemieckim, lecz na podstawie demokratycznej porozumiał się z narodami szczepu romańskiego. Dziś po 13 latach mąż stanu hiszpański nie zmienił swego zdania co do Niemców.” Donimirski podkreśla, że Castelar w dawniej założonym przez siebie dzienniku „Demo-kracia” „stawał w obronie wolności indywidualnych” i „potępiał mrzonki socjalistyczne”. Pozostał wierny tym poglądom. „(...) rozmawialiśmy tak dwie godziny z wzrastającym (przynajmniej po mej stronie) zajęciem a zarazem zdziwieniem, jak łatwo nam synom dalekiego Wschodu zrozumieć się z reprezentantem cywilizacji hiszpańskiej. Nie wynika stąd wcale, abym podzielał wszystkie zasady p. Castelara, owszem w niejednym punkcie byłem odmiennego zdania. Ale nawet dyskutować, sprzeczać się można tylko wtenczas, jeżeli jest pewna wspólna umysłowa, cywilizacyjna podstawa. Z ślepym nie można rozprawiać o kolorach, z głuchym nie można sprzeczać się o wyższości wagnerowskiej muzyki przyszłości lub melodyjnej metody Mozarta i Rossiniego.” Donimirski, którego żywiołem była polityka i parlamentaryzm, po zwiedzeniu galerii Prado, przyjrzał się także obradom poselskim. „Pałac izby poselskiej jest kopią paryskiego palais Burbon, a zatem wielkie kamienne schody, wspaniały portyk spoczywający na kolumnach, sala świetna w kształcie semicykla z wyzłacanymi lożami dla widzów. Na krześle marszałka, za którym stoi woźny a raczej herold w średniowiecznym, paradnym stroju, siedzi hrabia Torreno, blondyn, w sile wieku, kierujący obradami z wielką werwą i często wdawający się w dowcipne rozprawy z mówcami opozycji. Posłowie, powiększają części poważni, starsi panowie, spoczywają wygodnie na czerwonych aksamitnych nie fotelach, lecz kanapach, laskę i kapelusz trzymając w ręku, a więc nie robiąc nigdy notatek”. Korzystając z własnego doświadczenia poselskiego w Niemczech oraz obserwując obrady w Austrii i na Węgrzech, obrazowo przedstawia różnice. „W parlamentach niemieckich ministrowie siedzą na krzesłach ustawionych przed trybuną marszałka, a więc naprzeciwko posłów, wyobrażając tym sposobem władzę niezależną od parlamentu lub „stojącą ponad stronnictwami." W parlamencie francuskim i węgierskim ministrowie siedzą w pierwszej ławie posłów w środku, naznaczając tym sposobem teorię angielską, według której rząd jest komitetem wykonawczym parlamentu. Janusz Ryszkowski 99 Natomiast w hiszpańskiej izbie poselskiej, ministrowie zasiadają w pierwszej ławie na skrajnej prawicy, jako przywódcy większości.” Przysłuchuje się toczącym rozprawom i stwierdza: „W Hiszpanii, jak w niektórych innych państwach, odzywające się do rozsądku, nie zaś do namiętności, „nudzą,“ a poklask zyskują tylko skrajni!” Prawda, jak niewiele się zmieniło od tamtych czasów? Donimirski był ideowym przeciwnikiem socjalistów, podobnie jak i „Biblioteka Warszawska . Kilka miesięcy po relacji ze spotkania z Schafflem ukazało się studium Bronisława Łozińskiego „Walka z socyalizmem”. Sporo tam autor powiada o związkach Schafflego i Bismarcka. Ciekawe, że kilka lat później, bo w 1889 roku znalazł się kolejny szkic poświęcony już tylko Schafflemu. Na postawie rozprawy Gustawa Schmolera, także „socjalisty z katedry”, opracował „B”. Bardzo możliwe, że za tym inicjałem kryje się Brochwicz-Donimirski. Przytoczmy konkluzję: „Schaffie nie jest demokratą socjalnym, za jakiego powszechnie go uważano; najlepszym tego dowodem pisemko p. t.: „Die Aussichtslosigkeit der Socialdemokratie” (1885). Treść jego oględniejsza, chłodniejsza i bardziej obiektywna, trzymaną jest zupełnie w innym tonie, aniżeli prace z r. 1876 i 1878. Stara się w nim dowieść niewykonalności i zgubności planów socjalistycznych, odwołuje częścią wprost nadzieje, które dawniej żywił i wraca znowu na stanowisko reformy socjalnej.” 102 Dom nad Tugą Każdy, kto przyjeżdża do Nowego Dworu Gdańskiego, musi zwrócić uwagę na ogromny ceglany gmach nad Tugą. Dwa wielkie budynki połączone łącznikiem w małym, kiedyś tylko parterowym, miasteczku to pamiątka z czasów III Rzeszy. W latach trzydziestych wzniesiono tu Haus der Deutschen Volksgemeinschaft, czyli Dom Niemieckiej Wspólnoty Narodowej. NSDAP koniecznie chciało udowodnić tezę o niemieckim posłannictwie na Wschodzie. Stąd podkreślanie germańskiej misji cywilizacyjnej na rubieżach Rzeszy i jej wyższości nad innymi kulturami, zwłaszcza słowiańskimi. Architektura Parteihausu nawiązywała do krzyżackiego gotyku, a niektórzy doszukują się tu nawet inspiracji romańskich i karolińskich. To miało być miejsce dla zjazdów partii, do ślubowania wierności Fiihrerowi i spotkań hitlerowskich organizacji. Z ambitnych planów zrealizowano połowę (aż mam ochotę napisać — na szczęście!): kinoteatr i budynek restauracyjno-hotelowy, który w czasie wojny stał się kasynem oficerskim i hotelem dla urlopowanych żołnierzy Wehrmachtu. Dziś jest tam biblioteka i Starostwo Powiatowe. Większy gmach od 71 lat jest siedzibą Żuławskiego Ośrodka Kultury. Po wojnie w zrujnowanym mieście wielki gmach wzbudzał podziw pierwszych osadników. Stanisława i Andrzej Doleccy, którzy przybyli tu w 1945 r., z zachwytem opisują ową „świątynię kultury”, wspaniale wyposażoną technicznie, „między innymi w organy kinowe, kanał orkiestrowy, dużą scenę”, która niszczała, a „wyrostki Niemczaki zabawiały się wymontowanymi z organów piszczałkami”1. Nie udało mi się nigdzie potwierdzić, że rzeczywiście w budynku były organy. Ale niewykluczone, że je wywieziono w siną dal. Wandalizm i szaber doprowadził dumę Tiegenhofu do dewastacji. Reporter zapisał, że Stanisława i Andrzej Doleccy „Wspomnienia żuławskie”, Olsztyn 1989 , s. 124-125 Przedwojenna pocztówka — plany Domu Niemieckiej Wspólnoty Narodowej, fot. archiwum Andrzej Kasperek 103 mieszkańcy Nowego Dworu „urządzali sobie huczne zabawy i pijatyki w opustoszałym budynku rujnując do reszty jego wnętrze. Urzędowa statystyka głosiła, że w województwie gdańskim najwięcej wódki spożywał właśnie... Nowy Dwór”2. Autor wspomina o prawdziwej „powodzi pijaństwa, która odcięte od świata kultury kresy przymorskie zalewała coraz groźniejszą falą”3. Nie była to tylko propaganda, wódka była najłatwiej dostępnym lekiem na całe zło czasów powojennych i wszystkie nieprzepracowane traumy. Ustawa z dnia 21 lipca 1950 r. o 6-letnim planie rozwoju gospodarczego i budowy podstaw socjalizmu na lata 1950-1955 zakładała: „wydatny wzrost nakładów na rozwój kultury, nauki i oświaty, ochrony zdrowia, kultury fizycznej i pomocy społecznej”4. Liczba wydawanych pism i książek, bibliotek, teatrów i świetlic miała się zwiększyć diametralnie. Plan sześcioletni zakładał powstanie w Polsce tysiąca dwustu domów kultury. To miała być prawdziwa rewolucja kulturalna5. Dziś łatwo kpić z tych słów, ale przecież idea domów kultury nie jest wynalazkiem komunistów. „Polskie domy kultury swoimi korzeniami sięgają już XVIII stulecia. Wtedy po raz pierwszy pojawiły się inicjatywy dotyczące powoływania placówek mających na celu upowszechnianie edukacji i kultury wśród prostego ludu. Do największych orędowników tej idei należeli ks. Paweł Ksawery Brzostowski oraz Stanisław Staszic”6. Później, od czasów pozytywizmu, do tego pomysłu sięgali wielokrotnie 2 Włodzimierz Wnuk „Wiosna nad Motławą”, Warszawa 1952, s. 154 3 Ibidem, s. 155 4 Zob.: https://www.prawo.pl/akty/dz-u-1950-37-344,16781164.html 5 [Należy] „Podnieść poziom kulturalny szerokich mas pracujących; zlikwidować do końca analfabetyzm; zapewnić rozwój i podniesienie poziomu szkolnictwa wszystkich szczebli, rozwój prasy i wydawnictw książkowych, radiofonii i kinematografii i udostępnić w jak najszerszym stopniu szerokim masom pracującym osiągnięcia kultury i sztuki; rozwijać i pogłębiać rewolucję kulturalną w Polsce”. Cyt. za: https://www.prawo.pl/akty/dz-u-1950-37-344,16781164.html 6 http://www.zoomnadomykultury.pl/historia/ Andrzej Kasperek 105 sce Ludowej ani jeden Janko Muzykant! ”9. Na scenie produkowały się orkiestry, śpiewał kaszubski chór ludowy, wykonano „piosenki chóru rewelersów sopockiej Centrali Mięsnej, małych akordeonistów i doskonałych Dalmorowców z Gdyni. Najgoręcej przyjęto jednak zespoły miejscowej młodzieży, które zaprezentowały tańce kaszubskie, kujawiaki i mazury, brawami powitano żuławskie zespoły recytatorskie”10. Krzysztof Kowalski, reżyser i operator, od lat współpracujący z ZOK-iem, nakręcił ciekawy film „Pierwszy”. Pokazuje powstanie domu kultury i jego historię. Autorowi udało się przeprowadzić wywiady z wieloma świadkami historii, ludźmi, którzy już odeszli, to cenne źródło wiedzy. Pani Teresa Bielecka-Zarzycka opowiada o zespole tanecznym, do którego trafiła jako dziewczynka. Prowadziła go Olga Sławska, która przed wojną była słynną baletnicą, ba, primabaleri- Ideologia przede wszystkim, fot. archiwum ną Teatru Wielkiego w Warszawie. Od roku 1950 pracowała w Liceum Choreograficznym w Gdańsku. Oddelegowano ją do Nowego Dworu, żeby przygotowała oprawę taneczną na otwarcie pierwszego Domu Kultury. Zespół baletowy występował nie tylko na dużej scenie, kultura miała trafiać pod strzechy, dlatego występy baletnic, akordeonistów i chórzystów odbywały się także w 50 wiejskich świetlicach. Dom Kultury przemianowano wkrótce na Rejonowy Dom Kultury, potem stał się Powiatowym Domem Kultury, później Miejskim DK, aż wreszcie, od 1993 r., jest Żuławskim Ośrodkiem Kultury. I niech tak zostanie. „Jako centrum szkolenia artystycznego stał się Dom nad Tugą prawdziwym błogosławieństwem dla martwych dotychczas i upośledzonych Żuław. Szkolenie to zogniskowało się w kilku sekcjach [...] a mianowicie w sekcji muzycznej, plastycznej, teatralnej, choreograficznej. Pod kierunkiem wybitnych sił artystycznych kształcą się tutaj setki chłopców i dziewcząt, dochodzących ze wsi odległych nieraz o 10 km i więcej”11. Zadziwiające jak te słowa sprzed 70 lat nic się nie zestarzały. Przybyło wiele nowych sekcji, ale te główne istnieją od samego początku. ŻOK wypełnia swą misję i nadal może uważać się za wzór dla innych12. Muzyka dziś to: chór żeński Ach te Baby oraz chór męski Rewelersi 18+. Oba prowadzi Tomasz Stroynowski, absolwent fortepianu AM w Gdańsku. Pianista, kamera- 9 Ibidem 10 Ibidem. Zespół Dalmorowcy działał w Przedsiębiorstwo Połowów Dalekomorskich Dalmor w Gdyni. 11 Włodzimierz Wnuk, op. cit„ s. 157 12 Dom kultury, według definicji to: „Instytucja kultury prowadząca wielokierunkową działalność społeczno-kulturalną, mieszcząca się w odrębnym, specjalnie wzniesionym lub adaptowanym budynku z salą widowiskowo-kinową, z odpowiednio przystosowanymi pomieszczeniami i urządzeniami do prowadzenia specjalistycznej działalności kulturalnej ”. Zob.: / http://www.stat.gov.pl/gus/definicje_PLK_HTML.htm?id=POJ- 108.htm 104 Dom nad Tugą działacze społeczni. W Dwudziestoleciu działało przeszło pięć tysięcy tzw. domów społecznych, które „stanowiły ważną część polityki edukacyjnej, kulturalnej i społecznej II Rzeczypospolitej” . „Wszystkimi szosami i drogami wiodącymi do Nowego Dworu na Żuławach, już od wczesnego rana suną samochody, autobusy, bryczki i chłopskie wozy. I jak Żuławy Żuławami, nigdy nie było tu takiego ruchu! Walą ludziska, jak na wielkie święto. I rzeczywiście, nie byle jakie święto obchodzą dziś Żuławy” — donosił „Dziennik Bałtycki”8. Otwarcie pierwszego domu kultury w Polsce Ludowej nastąpiło w niedzielę 19 lutego 1950 r. Przygotowano je z wielką pompą. Wstęgę przecinał minister kultury i sztuki Stefan Dybowski. Powiedział on: „Zniszczonemu wojną krajowi niełatwo przychodzi odbudowa i rozbudowa. A jednak wciąż idziemy naprzód, a jednak Żuławy w niespełna 5 lat zostały prawie całkowicie zagospodarowane Równolegle z odbudową gospodarczą idzie troska o oświatę i kulturę świata pracy. Rozbudowuje się radiofonię, biblioteki publiczne i gminne, rosną nakłady książek, rozwija się czytelnictwo i prasa. Dom Kultury w Nowym Dworze jest pierwszym wielkim krokiem w tym kierunku. Oddaję go w serdeczną opiekę miejscowemu społeczeństwu. Bawcie się tutaj, dokształcajcie, rozwijajcie swoje talenty. Tym, którzy okażą specjalne zdolności, zapewnimy pomoc i opiekę państwa. Nie przepadnie i nie zmarnuje się w Pol- 7 Ibidem 8 Bronisława Dyłska „Otwarcie pierwszego w kraju Domu Kultury” w Nowym Dworze”, „Dziennik Bałtycki” z 21 lutego 1950 r. Karta z kroniki - otwarcie Domu Kultury, fot. archiwum 106 Dom nad Tugą lista, kompozytor muzyki filmowej. Świetny muzyk, utalentowany i dowcipny, który swą pasją potrafi zarazić innych. Działa także studio wokalne pod opieką Marty Kozakiewicz. Zespoły muzyczne reprezentują naprawdę wysoki poziom i są ozdobą różnych imprez okolicznościowych i akademii, Dni Żuław, Dnia Osadnika. Pamiętam, jak prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz, nagrodzony w 2017 r. Nagrodą Burmistrza Nowego Dworu Gdańskiego, był zachwycony recitalem pięknych i utalentowanych „Bab” i gratulował im występu. Tradycje muzyczne nad Tugą są bardzo stare. Zachowała się tu pamięć po Henryku Fili, niezwykle zdolnym muzyku, miłośniku Chopina, jazzu i piosenek ludowych. „Talent jak róża ognista”15 - tak go określił w swym wierszu Andrzej Lipniewski. Rodzina Filów to była kopalnia muzycznych talentów - „zespół: dwa rude file i karolek na pile”14, tak o nich mówiono. Brat Henryka - Jerzy stworzył „Jazz nad Tugą”, spotkanie przyjaciół i miłośników jazzu. Jurek Fila, mechanik samochodowy kochający muzykę, szesnaście lat temu zaczął organizować te spotkania amatorów i profesjonalistów, po prostu ludzi, którzy żyją i oddychają muzyką. Na szczęście po jego śmierci „Old Jazz nad Tugą”15 przetrwał i w tym roku nawet pandemia nie przeszkodziła - 12 lutego w Żuławskim Ośrodku Kultury odbyła się 16. edycja imprezy. Na scenie przed publicznością zgromadzoną na Sali Głównej i przed widzami śledzącymi imprezę online wystąpili: Fila Band oraz gwiazda wieczoru - Grażyna Łobaszewska & Ajagore. Cytowałem tu wiersz A. Lipniewskiego. Ten nauczyciel, działacz kultury, muzyk, poeta, 13 Andrzej Lipniewski „Żuławy podeszczowe”, Gdańsk 1998, s. 80 14 Andrzej Lipniewski (Sip) „Mitologie Stegny Gdańskiej”, Elbląg 1995, s. 88 15 Taka jest obecna nawa tych spotkań. Olga Sławska ze swymi uczennicami, fot. archiwum Andrzej Kasperek 107 plastyk i fotograf mieszkał w Stegnie i Nowym Dworze na przełomie lat 1960/70. Jego tom poetycki pt. „Żuławy podeszczowe” jest „swoistym epicko-lirycznym dokumentem życia konkretnej polskiej prowincji. [...] więcej o Żuławach dowie się zeń czytelnik, niż z jakichkolwiek innych zapisów [...] Żuławy nie mogły by się obejść bez popasających tu, zabijających nudę, współorganizujących festyny i przynoszących odgłosy dalekiego świata obieżyświatów, grajków i poetów dysponujących umiejętnością odpospolicania zwyczajności’16. Bardzo trafna to opinia — w peerelowskiej szarzyźnie do Domu nad Tugą ciągnęli ludzie „zaszczytnie ofiarni w walce o płomień kultury / przeciw małości wpięci do Chmury Talentów”1". Tak ich określił autor wiersza „Figury Powiatowego Domu Kultury ”. Lip-niewski to także założyciel zespołu bigbitowego „Znad Morza”, z którym występował w latach 1969-76, animator klubu „Paradoks”, miejsca spotkań młodzieży, prób muzycznych, wernisaży, wieczorów poetyckich, była tu także redakcja własnego pisemka odbijanego na powielaczu. To był prawdziwy azyl dla wszystkich, którzy chcieli, żeby komunistyczna pospolitość mniej skrzeczała, żeby była mniej uciążliwa, którzy marzyli o innym ciekawszym świecie, o wyrwaniu się z Żuław błotnistych18, gdzie „rzadkie talenty zostają [...] na krótko na przeciąg ulic”19. A jednak mimo wszystko i mimo usiłowań wszystkich działaczy partyjnych, którzy chcieli go zlikwidować: „klub PDK rozkwita młodością za sprawą kręgu osób przepełnionych dynamitem woli o hippisowskiej duszy w dysydenckiej zbroi”20. Daleka była droga od naładowanych ideologią gazetek ściennych do półlegalnych ga- 16 Ryszard Tomczyk „...jam błot podeszczowych Golem...” [w:] A. Lipniewski „Żuławy podeszczowe”, s. 13 17 Andrzej Lipniewski „Żuławy podeszczowe”, s. 31 18 Taki tytuł nosi piosenka zespołu Znad Morza z roku 1970. Otwiera ona LP „Żuławy błotniste” wydany w 2008 r. 19 Ibidem, s. 30 [z wiersza „Stolica Żuław”] 20 Ibidem, s. 66 [z wiersza „Klub Paradoks”] 108 Dom nad Tugą zetek młodzieżowych wychwalających wolność hippisów. Minęło 20 lat od czasów, gdy można było przeczytać takie deklaracje: „Wspaniały dom oświaty został oddany nam, ludziom wsi. Stało się to jedynie dlatego, że u steru naszych rządów stoi nie kapitalista, nierób i wyzyskiwacz, lecz człowiek pracy ”. Młodym ludziom z czasów późnego Gomułki i wczesnego Gierka to już nie wystarczało, oni chcieli zespołów grających bigbit, chcieli słuchać Santany, Hendrixa i Zeppelinów. Ideologia ustępowała pragnieniu dobrej rozrywki, a amerykańskie zespoły rockowe były synonimem wolności. Przeglądam stare kroniki. Każda z nich jest aż pękata od zdjęć, zaproszeń, plakatów, wycinków z prasy. Występy zespołu folklorystycznego, dla którego próbowano odtworzyć (stworzyć?) strój regionalny. Za wzór haftu posłużyły kwiaty malowane na dawnych meblach żuławskich. Koncerty, wernisaże, występy gwiazd i zwykłych chałturników, wieczory poezji, premiery kinowe i występy teatrów objazdowych, bale przebierańców (zwanych gałganiarzami), wieczorki taneczne i dyskoteki, wykłady, spotkania z pisarzami i artystami plastykami... Akademie z okazji rocznicy Wielkiej Rewolucji Październikowej, Dnia Kobiet i obowiązkowe uczestnictwo w pochodach pierwszomajowych. Przedstawienia teatru amatorskiego, Mikołajki dla dzieci i wizyta teatru kukiełkowego. Koncert muzyki poważnej i występ artystów z bratniej CSRS. A kto tu nie występował? Listę wielkich rozpoczyna Ludwik Solski, prawie stuletni weteran scen polskich grał w „Panu Jowialskim”. Śpiewał Mieczysław Fogg, Violetta Villas, Maryla Rodowicz, Jerzy Połomski, Grzegorz Turnau i Czesław Mozil, grali: węgierski „Locomotiv GT”, „Budka Suflera”, „kombi” i „Perfect”... Tłumy waliły, żeby posłuchać i zobaczyć Sołtysa Kierdziołka, czyli Jerzego Ofierskiego Klub „Paradoks”, pocz. lat 70., Jot. archiwum Andrzej Kasperek 109 z ogromnie popularnego radiowego „Podwieczorku przy mikrofonie ”. To bardzo długa, wręcz niekończąca się lista artystów i zespołów nadal popularnych lub zupełnie już zapomnianych. Impreza za imprezą, najczęściej z małym budżetem lub bez pieniędzy, na wariackich papierach. No i oficjałki z wielką pompą, jak uświetnienie otwarcia mostu nad Wisłą w Kieżmarku. Odnajduję swoje zdjęcia w albumie z czasów dyrektorowania Mariusza Racy w latach 90., latach kryzysu, kiedy brakowało pieniędzy na wszystko, nawet na ogrzewanie tego kolosa. Mariusz bardzo rozruszał wtedy tę nieco omszałą instytucję. Według zawistnych za bardzo. Organizował wystawy dzieł Władysława Hasiora, hołubił teatr Akropolis, zapraszał artystów, poetów, inspirował młodzież. Niektórzy wówczas uważali, że domy kultury są komunistycznym przeżytkiem i trzeba te złogi po prostu zlikwidować, bo przecież kultura sama sobie poradzi. Na szczęście nie wszyscy tak myśleli. Ja prowadziłem tam comiesięczne wykłady poświęcone starożytnej Grecji, Rzymowi, średniowiecznym katedrom... Zimna sala i kilkadziesiąt osób, które wytrzymywały pełnowymiarowy wykład, ilustrowany ledwie zdjęciami i reprodukcjami z albumów. Czy dziś byłoby to możliwe? Później był jeszcze klub filmowy, nawiązanie do moich ukochanych DKF-ów. Działo się to w czasach, gdy zlikwidowano Kino Żuławy, działające tu od lat 50. Dziś działa Kino za Rogiem, którym opiekuje się Paulina Adamiak. Lubię je, jego kameralną atmosferę, często zabieram tu swoich uczniów2'. Teatrem zajmuje się wspomniany już Krzysztof Kowalski, autor wielkich widowisk: 21 Kino działa w dawnej saii bankietowej, gdzie wcześniej był Klub Paradoks, później nazwany Pałacykiem. Tadeusz Błaszczyk zapowiada występ Yioletty Yźlłas (w głębi Mariusz Raca), fot. archiwum SŁOŃ CS MliCM 110 Dom nad Tugą miasta”, „Urodziny” i „Polskie drogi ”, w których „Pierwszy. 65 lat w trzech aktach ’, „Uśmiech występowały dziesiątki osób, od dziewczynek z dziecięcego zespołu pieśni i tańca „Poleczka” po tancerzy z Koła Seniorów. Spektakle imponowały rozmachem - prawie 150 aktorów, muzyków, tancerzy, amatorów i profesjonalistów na scenie. Zaangażowane były niemal wszystkie grupy twórcze z domu kultury. Powstały imponujące widowiska interdyscyplinarne i multimedialne... Ale ostatnio po pandemicznej przerwie nowodworzan zachwycił skromny Teatr bez Kurtyny, który wystawił „Kandydatki na żonę” Andrzeja Dembończyka. Sztuka została napisana specjalnie dla scen amatorskich; przedstawienie imponowało świetnym przygotowaniem aktorek, ich poczuciem humoru, oprawą muzyczną (T. Stroynowski) i scenografią. Dobry poziom rozrywki i wreszcie kontakt z żywymi aktorami. Jak tego nam ostatnio brakowało! Teatr amator- Plakat okolicznościowy, fot. archiwum ski to nie przeżytek, ludzie mają potrzebę grania, wcielania się w role. I to dla nich są te, kiedyś tak popularne, teatry. A przypominam, że słowo ‘amator’ wywodzi się z łaciny, gdzie oznacza kochanka, miłośnika czegoś, osobę znajdująca w czymś przyjemność... Zespół „Poleczka” prowadzony jest przez Krystynę Binert i Tomasza Siekluckiego. Można powiedzieć, że pani Krystyna, która od dziecka mieszka po sąsiedzku obok ZOK-u, całe swe życie związała z tą instytucją. Praca z małymi baletnicami to jej pasja. Bo żeby dobrze wykonywać swe obowiązki instruktora nie wystarczy być dobrym plastykiem, tancerzem czy muzykiem, potrzeba zaangażowania, umiejętności pracy z ludźmi, szczególnie dziećmi i młodzieżą. „Nasze pracownie to miejsce spotkań i inkubator dla młodych i nie tylko młodych talentów; to przestrzeń dla kreatywności, twórczych poszukiwań, rozwijania pasji i wszechstronnego rozwoju osobowości niezależnie od wieku. [...] Nasza praca to nasza pasja” - napisano na stronie internetowej ZOK-u22. I nie ma w tym przesady. Sukcesy na konkursach wokalnych, plastycznych (podopieczni Grażyny Kucińskiej), czy tanecznych nie biorą się z niczego. Podobnie jak laury zdobywane przez entuzjastów techniki z Pracowni Robotyki, którzy od ośmiu lat stają na podium podczas Międzynarodowych Zawodów Robotów w Sumo Challenge. *** Czas pandemii to nie była pora na świętowanie rocznic i jubileuszów, ale ten artykuł ma choć trochę uhonorować instytucję i jej pracowników, bez których życie w naszym miasteczku byłoby smutniejsze i mniej kolorowe. Dedykuję go zmarłym w 2020 i 2021 roku 22 Zob.: https://zok-ndg.pl/136-o-nas.html Andrzej Kasperek 111 pracownikom ŻOK-u. Tadeusz Błaszczyk przepracował tu prawie całe życie, był instruktorem, bileterem, konferansjerem i dyrektorem, zmarł kilka dni przed przejściem na emeryturę. Bogusia Ciupak była pracownikiem gospodarczym, nazywano ją dobrym duchem domu kultury. Specyfika pracy w takim miejscu sprawia, że nikt nie ma sztywno przypisanych obowiązków, przy dużych imprezach księgowa sprawdza bilety, sprzątaczka wita gości, a instruktorzy pomagają na scenie. W zasadzie to ogromna ilość wydarzeń, kilkadziesiąt rocznie, nie byłaby możliwa bez zaangażowania całego zespołu, który liczy raptem dziesięć osób. Bardzo niewiele, jeśli zważyć, że Żuławski Ośrodek Kultury działa od 8 rano do 20 wieczorem, a czasem dłużej. I nie jest to tylko oficjalnie deklarowany czas pracy, to efektywna robota wykonywana przez „wielozadaniową załogę do zadań specjalnych”, jak sami się określają. Monika Jastrzębską-Opitz jest 28. dyrektorem nowodworskiego domu kultury i kieruje nim najdłużej, bo od jedenastu lat i to z sukcesem. Pytam ją o to, z czego jest dumna? Zamyśla się i właśnie swych pracowników wymienia na pierwszym miejscu. Kiedy zaczynała swą pierwszą kadencję dyrektora miała wrażenie, że ludzi jest wręcz za dużo, a imprez za mało. Dziś jest dokładnie na odwrót, przydałoby się jeszcze kilka etatów. Monika o tym nie powie, a ja wiem, jak wiele pracy i to nie tylko merytorycznej potrzeba, aby wszystko grało. Przy takiej ilości wydarzeń i imprez budżet zawsze okazuje się za mały, trzeba szukać sponsorów, kolędować, prosić... Ale ona już taka jest i jeśli czyjś pomysł się jej podoba, to zawsze znajdzie na niego pieniądze i nikogo, kto pojawi się z ciekawym pomysłem nie odprawi z kwitkiem. Nie wiem, jak łączy obowiązki matki i żony ze swym etatem, który czasem jest po prostu jak z gumy i z pewnością nie ogranicza się do ośmiu 112 Dom nad Tugą godzin. Wystarczy jednak posłuchać, jak śmieje się na komedii „Kandydatki na żonę” czy z jakim entuzjazmem opowiada o wystawieniu „Małego księcia” (reż. Tomasz Podsiadły) z młodymi aktorami z żuławskich szkół, żeby wiedzieć, że jest to właściwy człowiek na tym miejscu. A kiedy proszę ją o krótkie podsumowanie swej pracy w Domu nad Tugą, mówi: „Myślę, że to, co ważne w tym miejscu, to otwarte drzwi, współpraca, wsparcie amatorów przez profesjonalistów, poczucie bezpieczeństwa i tworzenie energii rezonującej w naszej żuławskiej przestrzeni”. Słucham jej i przypominają mi się słowa z przemówienia ministra Dybowskiego, który powiedział: „Życzę społeczeństwu Nowego Dworu, żeby ten Dom Kultury tętnił życiem od rana do wieczora, żeby każdego dnia był tak wypełniony jak dzisiaj, żeby ten dom promieniał na cała okolicę, na całe Żuławy. Zda wtedy egzamin koncepcja domów kultury i zda egzamin społeczeństwo Nowego Dworu”23. To nie był żaden tępy komuch; pochodził z rodziny społeczników, a jego słowa o Jankach Muzykantach nie były żadnym frazesem, tylko wyrazem troski, aby talenty wiejskich i małomiejskich dzieci mogły się realizować i wybrzmiewać. Okazuje się, że jego życzenia się sprawdziły i brzmią dziś równie dobrze i prawdziwie, jak przed laty! Niektórzy z ludzi związanych z Domem Kultury zrobili artystyczną karierę, a wielu po prostu wzbogaciło się duchowo, stali się wrażliwsi, czulsi... To 23 W. Wnuk, op. cit., s. 156 Karta z kroniki — występ Maryli Rodowicz Andrzej Kasperek 113 bardzo dużo! Siedemdziesiąt jeden lat to słuszny wiek, ale na szczęście nie mamy w tym wypadku do czynienia ze staruszkiem. Senior przeszedł ostatnio solidny remont, odnowiono pomieszczenia na parterze, wybudowano windę, przebudowano toalety, posadzka jest jak nowa... Jest dużo ładniej, ale czeka go jeszcze druga część modernizacji, trzeba jeszcze sporo odnowić i poprawić. Przy rozmiarach tej budowli oznacza to duże, bardzo duże sumy. Na szczęście udało się je zdobyć. Czego życzyć naszemu pierwszemu w Polsce domowi kultury? Nie będę się silił na oryginalność i powtórzę za „towarzyszem ministrem ”: żeby tętnił życiem od rana do wieczora i dodam, żeby szczęście do pracowników, współpracowników, sponsorów i przyjaciół go nie opuszczało. Żuławski Ośrodek Kultury jest bardzo potrzebny i wpisał się w życie miasta nie dzięki sporym rozmiarom budynku, w którym się mieści. To nie mury tworzą to miejsce, to ludzie — dawna i obecna wspaniała ekipa. Dziękuję Wam za to! 114 Historie malowane tlenkiem kobaltu (cz. II) Beata Grudziecka Historie malowane tlenkiem kobaltu (cz. II) Tuż po wojnie można je było znaleźć w wielu żuławskich domach. Do lat 70-tych zachowały się sporadycznie, a dziś zobaczyć je można jedynie w dwóch wnętrzach domów podcieniowych w Zuławkach. Dla jednych są zwykłymi płytkami ceramicznymi, dla innych obiektami pożądania do gromadzonych przez lata kolekcji. Dla mnie są opowieścią o ludziach i miejscach — historią zapisaną błękitnym barwnikiem na białym szkliwie. Produkcja fliz nie należała do łatwych. By niekształtna bryła wykopanej z ziemi gliny zamieniła się w ceramiczną płytkę, należało wykonać mnóstwo pracy. Glina musiała być sezonowana i oczyszczona. Dopiero w takiej formie trafiała do manufaktury. Najpierw wałkowano ją na stole posypanym piaskiem, by nie przywarła do blatu. Następnie w specjalnych prowadnicach, zbliżonych kształtem do flizy, za pomocą wałka wyrównywano jej grubość. Na tak przygotowanym plastrze umieszczano ramkę z gwoździkami na rogach i wycinano docelowy kształt. Gwoździe wbijane w glinę stabilizowały ją, co pozwalało na precyzyjne cięcie krawędzi. Wycięte płytki odkładano do całkowitego wyschnięcia, a następnie przygotowywano do pierwszego wypału, podczas którego krucha glina zamieniała się w biskwit. Wypalone flizy polewano lub zanurzano w płynnym szkliwie. Ich porowata powierzchnia wchłaniała wodę, a szkliwo zamieniało się w zwartą, proszkową powłokę doskonale kryjącą lico flizy. Dopiero wtedy, za pomocą różnej grubości pędzli i barwników, najczęściej wykonanych na bazie tlenków kobaltu i manganu, malowano dekorację. Kobalt dawał kolor niebieski, w zależności od intensywności barwnika przechodzący z jasnego błękitu, poprzez granat, aż do czerni. Mangan pozwalał uzyskać odcienie purpury, fioletu i brązu. Pomalowane flizy były ponownie wypalane, w temperaturze wyższej niż pierwotnie. W wyniku drugiego wypału malatura łączyła się ze szkliwem, tworząc gładką, szklistą powierzchnię. Piec opalany drewnem, przechodzący przez wszystkie kondygnacje budynku, był sercem każdego warsztatu. Za każdym razem należało maksymalnie wykorzystać w nim przestrzeń. Przy pierwszym wypale nie było problemów — wysuszone gliniane płytki bez szkliwa dało się układać jedną na drugiej. Trudniej było przy drugim wypale, ponieważ szkliwione powierzchnie fliz nie mogły się ze sobą stykać. Groziło to ich zlepieniem i stratą materiału. Dlatego poszkliwione flizy układano „pleckami” do siebie. Stawiano je również na specjalnych cienkich glinianych wałeczkach, dzięki czemu były stabilne. Między tymi, które były zbliżone do siebie powierzchnią ze szkliwem, zostawiano minimalną przerwę, by nie zespoliło się ono przy dolnych krawędziach. Beata Grudziecka 115 Niestety często po otworzeniu pieca znajdowano źle wypalone flizy, które z różnych powodów się nie udały. Trafiały się płytki zlepione szkliwem, bywały również takie, z których spłynęła malatura. Na niektórych pojawiły się charakterystyczne marszczenia i bąble na skutek zbyt wysokiej temperatury wypału (te mogły akurat znajdować się w strefie najwyższej temperatury w piecu). Wady na flizach powstawały również z powodu niedokładnego przetarcia biskwitowej płytki z kurzu przed pokryciem jej szkliwem. Te, które wyszły z pieca w dobrym stanie, cieszyły oko przeróżnymi dekoracjami, do których pomysłów ówczesnym malarzom fliz nie brakowało. Poniżej zaledwie kilka przykładów tego, co przedstawiano na ceramicznych płytkach. STATKI Jednymi z najważniejszych obszarów gospodarki XVII-wiecznych Niderlandów były handel morski i żegluga. To właśnie w tym czasie w ofercie warsztatów w Rotterdamie, Amsterdamie i Harlingen pojawiły się flizy z przedstawieniami statków. W I połowie XVIII wieku, gdy w Kraju Nizin nastąpiło spowolnienie gospodarcze, popularność tego typu płytek bardzo spadła, a w następnych latach wyprodukowano zaledwie kilka serii. Do dziś są one jednymi z najciekawszych i najbardziej poszukiwanych przez kolekcjonerów. Na wielu z nich odtworzono niezwykle wiernie cały takielunek, a nierzadko również detale, które pozwalają dokładnie rozpoznać typ jednostki. Fliza ze statkiem z dawnego olicowania w domu podcieniowym w Przemysławiu, fot. Beata Grudziecka Łodzie żaglowe, flizy z nieistniejącego domu podcieniowego w Orłowie, fot. Beata Grudziecka 116 Historie malowane tlenkiem kobaltu (cz. II) Flizy ze statkami zdobiły także wnętrza żuławskich domów, m.in. nieistniejącego domu podcieniowego w Orłowie oraz domu podcieniowego w Przemysławiu. Do dziś zachowały się między innymi w umywalni przy refektarzu konwentu w Muzeum Zamkowym w Malborku i w domu podcieniowym w Żuławkach 6. POTWORY MORSKIE Morze było żywiołem, wokół którego narosło wiele mitów i legend. Ciekawymi bohaterami fliz holenderskich są morskie potwory — mieszkańcy głębin, żyjący przez wieki w ludzkich wyobrażeniach, a także pojawiający się na kartach antycznych mitologii. Niemal od początku wytwórstwa na flizach przedstawiano więc syreny, hippokampy, trytony z przeróżnymi atrybutami, a także ryby, które wyglądem bynajmniej nie przypominały tych łowionych w sieci. Na płytkach malowano również stworzenia powstałe z połączenia ryby i jednorożca, ryby i kozła, a nawet ryby i słonia. Bardzo ciekawe flizy z potworami morskimi, namalowane w XVII w., znajdowały się w nieistniejącym obcowaniu w domu Mi-koszewie. Obecnie zdobią one ścianę białej kuchni domu podcieniowego w Żuławkach 6. ZABAWY DZIECIĘCE Flizy z przedstawieniami zabaw dziecięcych zaczęły cieszyć się popularnością już w XVII wieku i właściwie do zakończenia produkcji pojawiały się w ofercie różnych warsz- tatów. Malarze, którzy wykorzystywali ten motyw w swoich pracach, często inspirowali się dziełami artystów — miedziorytami, grafikami, obrazami — a także „wzornikiem”, który powstał około 1640 roku i zawierał 48 przedstawień z zabawami dziecięcymi. W olicowaniach żuławskich domów można było również znaleźć takie flizy. Znajdowały się one m.in. w nieistniejącym domu podcieniowym w Orłowie i w Żuławkach 6. W tym ostatnim zachowały się do dziś, podobnie jak w olicowaniu malborskim. FLIZY PEJZAŻOWE I PASTERSKIE Bardzo częstym motywem na flizach były przedstawienia z pasterzami i pasterkami oraz pejzaże charakterystyczne dla niderlandzkich nizin. Występowały w przeróżnych kombinacjach. Pasterzy i pasterki malowano osobno, dzięki czemu mogli „spoglądać na siebie” z sąsiadujących płytek lub wspólnie jako pary na flizie, często na pagórkach lub w cieniu Fliza biblijna. Ratusz Głównego Miasta w Gdańsku, fot. Beata Grudziecka Beata Grudziecka 117 drzew. Ciekawe są zwierzęta, które towarzyszą im na kaflach. Owce, namalowane w dużym uproszczeniu, przypominają bowiem bardziej wielkie ślimaki, z którymi często są mylone. Pejzaże przedstawiane na błękitno-białych płytkach to najczęściej niewielkie budyneczki, kościółki, wiatraki przeróżnych typów, garbate mostki, gołębniki, pojedyncze drzewa, studnie, nierzadko ze sztafażem. Bywają też krajobrazy bardziej rozbudowane, które stają się tłem dla różnych sytuacji - zabawy łyżwiarzy na jeziorze pokrytym lodem, rybaków zarzucających sieci, spacerujących ludzi czy tańczących par. W żuławskich olicowaniach flizy pejzażowe i pasterskie występowały niezwykle często. Całe olicowanie w nieistniejącym domu podcieniowym w Palczewie składało się z płytek o takiej tematyce. Flizy z pejzażami i pasterzami można do dziś zobaczyć we wnętrzach Ratusza Staromiejskie- Flizy pejzażowe namalowane przez Adama Sujbela, Żuławki 64, fot. Beata Grudziecka Flizy pasterskie z nieistniejącego domu podcieniowego w Orłowie. Fot. Beata Grudziecka 118 Historie malowane tlenkiem kobaltu (cz. II) go, Nowego Domu Ławy i Ratusza Głównego Miasta w Gdańsku, a także w malborskiej umywalni. Udokumentowano również obecność takich płytek w nieistniejących żuławskich domach, między innymi w Orłowie, Przemysławiu i Staryni. Niezwykle ciekawe jest zachowane do dziś olicowanie w domu podcieniowym w Żuławkach 64. To ponad 200 płytek, wśród których wyraźnie odznaczają się flizy z przedstawieniami scen pasterskich i pejzaży wpisanymi w podwójny medalion, z ornamentami narożnikowymi typu ossenkop (wola główka). To flizy namalowane około 1770 roku w Amsterdamie przez Adama Sijbela - mistrza malowania na ceramice. ŻOŁNIERZE I JEŹDŹCY Choć armia niderlandzka niebyłaliczna,widokżołnierzawXVII-wiecznej Holandii nie należał do rzadkości. Wojska, składające się głównie z obcokrajowców, stacjonowały w większych i mniejszych miastach, stającsięjednąz najciekawszych inspiracji dlalokalnychwytwórcówfliz. Żołnierzy przedstawiano z charakterystycznymi elementami uzbrojenia — bez problemu można rozpoznać pikinierów, muszkieterów czy arkebuzerów. Nie brakuje także jeźdźców, którzy na płytkach wyglądają, jakby zastygli tylko na moment. Flizy z żołnierzami i jeźdźcami zdobiły również żuławskie obcowania. Znajdowały się między innymi w dwóch domach — w Orłowie i w Mikoszewie — a do dziś zachowały się w Malborku i Żuławkach 6. Kilka płytek z motywem żołnierza, które mogą pochodzić z nieistniejących żuławskich olicowań, znajduje się w nieeksponowanych zbiorach Muzeum Archeologiczno-Historycz-nego w Elblągu. FLIZY BIBLIJNE Flizy biblijne są bez wątpienia jednymi z najciekawszych, jakie kiedykolwiek pojawiły się w niderlandzkich manufakturach ceramicznych. Stały się popularne w XVII wieku i do XIX stulecia były wytwarzane nieustannie w różnych warsztatach i miastach. Przez ponad 200 lat przedstawiono na nich niemal 600 scen ze Starego i Nowego Testamentu. Przywilej malowania takich płytek miał tak zwany pierwszy malarz w warsztacie. Flizy biblijne były bowiem niezwykle bogate w detale, zawierały zarówno elementy pejzażu, postaci ludzkie, jak i zwierzęta, a ponadto - zdobienia w kształcie medalionów, ram i nierzadko rozbudowanych ornamentów narożnikowych. Do przygotowania szablonów Fliza biblijna, Ratusz Głównego Miasta w Gdańsku, fot. Beata Grudziecka z przedstawieniami służyły ryciny autor- Beata Grudziecka 119 stwa znamienitych artystów, pochodzące z różnych ilustrowanych wydań Pisma Świętego. Flizy biblijne były najdroższe w ofercie i w przeciwieństwie do popularnych płytek pasterskich czy pejzażowych, nie trafiały masowo do wnętrz wiejskich domów. Zdobiąc wnętrze, podkreślały raczej status materialny gospodarza, stając się wyjątkową dekoracją, pełniącą przy okazji funkcję dydaktyczną - pomagały utrwalić wiedzę zawartą na kartach Biblii. Największy zbiór fliz biblijnych na Żuławach znajduje się w Malborku, w umywalni przy refektarzu konwentu — obejmuje on ponad 200 płytek. Poza Malborkiem flizy biblijne znajdowały się jeszcze między innymi w Staryni i w Orłowie. Bardzo ciekawie prezentuje się również odtworzone wnętrze białej kuchni w domu podcieniowym w Żu-ławkach, gdzie jedną ze ścian zdobi ponad 400 fliz, w tym około 150 o tematyce biblijnej. Tu warto wspomnieć również o niedawnym odkryciu nieznanego dotąd olicowania w Sopocie, składającym się z ponad 1 50 płytek, w tym również biblijnych oraz wyjątkowo rzadkich fliz nakrapianych o tematyce pejzażowej i pasterskiej. FLIZY NAKRAPIANE Tym wyjątkowym płytkom wokół niebieskiej malatury na białym polu dodawano na-krapiane tło, zazwyczaj w odcieniach brązu lub fioletu. To efekt wzbogacenia pracy tlenkiem manganu, który pod wpływem wysokiej temperatury przybiera właśnie takie barwy. Flizy nakrapiane zdobiły całe olicowanie w nieistniejącym domu podcieniowym w Palcze- Flizy nakrapiane, Ratusz Głównego Miasta w Gdańsku, fot. Beata Grudziecka 120 Historie malowane tlenkiem kobaltu (cz. II) wie. Do dziś można je znaleźć w Ratuszu Głównego Miasta w Gdańsku, w domu podcieniowym w Żuławkach 6, a także w kamienicy we wspominanym Sopocie. Oczywiście przedstawień na flizach było zdecydowanie więcej i w sumie można by ich tu było przytoczyć jeszcze wiele. Popularne były wzory kwiatowe, ptaki, owady, zwierzęta, owoce w koszach a także ludzie wykonujący jakąś pracę. Motywy te występowały również w różnych wariantach, m.in.: wpisane w medalion, przedstawione w ramie, z obwolutą, na zwykłym lub nakrapianym tle, w końcu w różnych wariantach kolorystycznych. Na flizach malowano również różne ornamenty narożnikowe — wzory, które po złożeniu czterech płytek narożnikami do środka, tworzyły dodatkowy wzór w okładzinie. Mnogość przedstawień i dekoracji sprawia, że do dziś flizy holenderskie wprawiają w zachwyt wiele osób, które spotykają się z nimi po raz pierwszy. BIBLIOGRAFIA: Oczko P., Holenderskie flizy na dawnych ziemiach polskich i ościennych, cz.2: Mody i wnętrza, Malbork 2018. Pluis J., Dutch Ship Tiles. Amsterdam—Utrecht—Harlingen—Makkum 1660-1980, Leiden 2018 Pluis J., Stupperich R., Mythologische voorstellingen op Nederlandse tegels, Leiden 2011 Internet: Grudziecka B., Holenderskie flizy w Delcie i Dolinie Dolnej Wisły,2020, Internet, dostęp http://www.flizywpolsce.pl, [dostęp: 10.07.2021] Ściana białej kuchni w domu podcieniowym w Żuławkach 6, fot. Piotr Lemański Bartosz Marguardt 121 Bartosz Marguardt CIESZYMOWO - budowanie tożsamości OD STRONY W INTERNECIE PO IZBĘ PAMIĘCI W 2013 roku, będąc świeżo po zdanej maturze, jeszcze przed wyjazdem na studia do Torunia, wracając do Cieszymowa autobusem SPKS Dzierzgoń po dniu wakacyjnej, dorywczej pracy na budowie, do głowy wpadł mi pewien pomysł. Chciałem wykorzystać potencjał coraz popularniejszych mediów społecznościowych do szerzenia informacji o Cieszymowie. Tak jak wymyśliłem, tak zrobiłem. 23 lipca 2013 roku powstała strona o Cieszymowie na jednym z popularnych portali. Przez pierwsze trzy lata funkcjonowania strony aktywność na niej była niewielka. Częstotliwość zamieszczania nowych materiałów była raczej sporadyczna i ograniczała się do ogólnodostępnych zdjęć historycznych miejscowości i aktualnych zdjęć najbardziej charakterystycznych punktów wsi. Bahnhol Or. Tescbcndorl Dworzec kolejowy w Cieszymowie, lata 30 XX wieku, fot.archiwum 122 Cieszymowo — budowanie tożsamości Z czasem moja ciekawość dotycząca historii Cieszymowa rosła, jednak dostępne w internecie informacje o wsi nie były dla mnie satysfakcjonujące. Przede wszystkim materiał z ogólnodostępnych źródeł był mocno rozproszony i nieuporządkowany. Niedosytpo-zostawiała też ograniczona liczba dostępnych fotografii miejscowościi jej okolic. Ciekawość tego, jak w Cieszymowie było kiedyś, nie dawała mi spokoju. Zacząłem szukać materiałów w innych miejscach. Wertowałem albumy rodzinne, albumy znajomych, kronikę szkoły, stare dokumenty rodzinne i z archiwów. Przeszukałem bibliotekę uniwersytecką i biblioteki cyfrowe, czytałem zamawiane w internecie książki. Wiele cennej wiedzy dał mi kontakt z dawnymi mieszkańcami miejscowości. Poprosiłem też Mamę o odszukanie starych materiałów z gazetek szkolnych i lekcji historii, które prowadziła w czasach, gdy w Cieszymowie funkcjonowała szkoła podstawowa. Spotkałem się z Panem Władysławem Wąsowskim, który również przez wiele lat zajmował się historią miejscowości, a którego dokonania na rzecz historii wsi należy docenić. Podczas tego cennego dla mnie spotkania podzieliliśmy się zdobytą wiedzą, materiałami, doświadczeniami oraz, co ważne, kierunkami, gdzie i u kogo można jeszcze szukać informacji. Zdałem sobie sprawę, że jeśli ktoś za kilkadziesiąt lat będzie chciał wykonać tą samą pracę co ja, chcąc dowiedzieć się jak wyglądało Cieszymowo obecnie, napotka podobne trudności. Postanowiłem dokumentować czasy współczesne. Bartosz Marguardt, starosta sztumski Leszek Sarnowski i Maria Pałkowska-Rybicka, wójt\ gminy Mikołajki Pomorskie, na otwraciu Izby Pamięci w Cieszymowie, fot. archiwum Bartosz Marguardt 123 Łącząc ciekawość o historii Cieszymowa i chęć utrwalenia tego, jak wieś wygląda współcześnie, powstała misja administrowanej przeze mnie strony: „Naszą misją jest popularyzowanie historii Cieszymowa wśród lokalnej społeczności oraz dokumentowanie czasów współczesnych, tak aby przyszłe pokolenia z łatwością mogły zobaczyć jakie zmiany zaszły na przestrzeni lat w Cieszymowie,, Czas płynął, zdążyłem skończyć studia, zacząć pracę w korporacji, ciekawość nie malała. Materiał z roku na rok, z miesiąca na miesiąc był coraz bogatszy, ciekawszy oraz co ważne cieszył się coraz większą popularnością i szerszym gronem odbiorców. To nieustannie motywowało do dalszej pracy. Ambicje jednak rosły. Zawsze marzyłem o tym, by w Cieszymowie powstała Izba Pamięci. Nie- Teodor Gryz, fot.archiwum wykluczone, że media społecznościowe kiedyś pójdą w zapomnienie, może powstanie coś lepszego niż internet. Izba Pamięci pozostałaby z nami na dłużej. Było to odległe marzenie, aż do listopada 2020 roku. Wówczas przy okazji realizacji innego projektu społecznego do działania zmotywował mnie mój kolega Tomasz Bębniak. Skontaktowałem się z Dyrekcją Gminnego Centrum Kulturalno-Bibliotecznego w Mikołajkach Pomorskich, która bez wahania podjęła się pomocy w realizacji tego projektu. Tak ruszył cały proces powstania Izby Pamięci w Cieszymowie, który trwał ponad pół roku. Skwer imienia Teodora Gryzą, fot. archiwum 124 Cieszymowo — budowanie tożsamości Izba Pamięci w Cieszymowie, której oficjalne otwarcie nastąpiło 3 lipca 2021 roku, to ogrom uporządkowanego materiału o historii Cieszymowa w postaci setek zdjęć i wielu stron tekstu. Powstanie Izby Pamięci w Cieszymowie to zwieńczenie ostatnich 8 lat pracy nie tylko mojej, ale również wielu innych osób: rodzimych fotografów, mieszkańców, którzy podzieliły się swoją historią, swoimi rodzinnymi pamiątkami. Teraz to miejsce stało się kapsułą czasu, miejscem ważnym z perspektywy naszego wspólnego dziedzictwa. Wspólnie pozostawiamy kawał historii przyszłym pokoleniom. Dodatkowo w ramach tych działań w bezpośrednim sąsiedztwie Izby, czyli obok budynku świetlicy wiejskiej, powstał Skwer im. Teodora Gryzą. Należy podkreślić, że wszystkie prace przy Skwerze zostały wykonane w czynie społecznym przez mieszkańców Cieszymowa. Teodor Gryz, urodzony 9 stycznia 1925 roku. Wieloletni mieszkaniec Cieszymowa. Pierwszy dyrektor lokalnej podstawówki po II wojnie światowej, którą twardą ręką zarządzał od początku jej funkcjonowania do 1985 roku. W powojennym Cieszymowie zmieniał oblicze miejscowej edukacji. To za jego kadencji podjęto decyzję o wybudowaniu kolejnego budynku szkoły (obecnie świetlica wiejska, Izba Pamięci). Uczył matematyki. Zapamiętany przez większość uczęszczających do cieszymowkiej podstawówki uczniów. Angażował się w życie lokalnej społeczności. Przez 15 lat był radnym gminny. Od 1958 roku do 1961 radny Gromady Dworek (Gmina Mikołajki Pomorskie była podzielona wówczas na dwie Gromady: Dworek i Mikołajki Pomorskie). Od 1961 roku przez 3 kadencje do 1973 radny Gromady Mikołajki Pomorskie. Zawsze bronił swoich racji. Oprócz zarządzania szkołą, jak wielu dyrektorów wiejskich szkół, wraz z żoną Anną posiadał niewielkie gospodarstwo rolne. Z zamiłowania pszczelarz i grzybiarz. Posiadał na terenie przyszkolnym dużą pasiekę i sad. Jego pasją były motory, miał ich kilka w swoim życiu. Żył 71 lat, zmarł 31 sierpnia 1996 roku. Spoczywa na cmentarzu parafialnym w Mikołajkach Pomorskich. POEWANGELICKI CMENTARZ Z I POŁOWY XIX WIEKU Zaniedbany cmentarz w Cieszymowie, fot. archiwum Bartosz Marguardt 125 Prace porządkowe przy cmentarzu poewangelickim, fot. archiwum W porządkowanie cmentarza zaangażowało się wielu mieszkańców Cieszymowa, fot. archiwum Zanim powstał Skwer i Izba Pamięci, zajęliśmy się także poniemieckim cmentarzem. W Cieszymowie na wzniesieniu po północnej stronie drogi w kierunku Stążek znajduje się podworski, poewangełicki cmentarz z I połowy XIX wieku. Na cmentarzu znajduje się około 30 grobów. Na niektórych z nich można jednak odczytać nazwiska zmarłych: August Schredre, Gustaw Klewitt, czy też Kurtz Kunz. 126 Cieszymowo — budowanie tożsamości Uporządkowany cmentarz, fot. archiwum Nabożeństwo ekumeniczne na odnowionym cmentarzu, fot. archiwum Tak oto o zapominaniu cmentarza w Cieszymowie mówi jedna z najstarszych mieszkanek tej wsi: „Kiedyś byłam, chodziłam, bywałam częściej. Dopóki mieszkali Niemcy, ci co mieszkali tu przed wojną, opiekowali się grobami. Były tam krzyże żeliwne, kamienne, grobowce były, a teraz nie wiem, co pozostało”. Niestety ząb czasu sprawił, że z zabytkowych zdobień na cmentarzu niewiele zostało. Po 1945 roku cmentarz został zapominany i zaniedbany. Bartosz Marguardt 127 Od początku lat 90. XX wieku aż do 2012 roku, kiedy zlikwidowano Szkołę Podstawową w Cieszymowie, młodzież na lekcjach religii, które prowadziła Pani Justyna Marguardt, co roku przed 1 listopada odwiedzała cmentarz i zapalała znicze na grobach dawnych mieszkańców miejscowości. W taki skromny, ale symboliczny sposób czczono pamięć osób, które zamieszkiwały niegdyś ten teren. W 2020 roku z inicjatywy wspomnianego Tomasza Bębniaka oraz mojej skromnej osoby, przy wsparciu wielu mieszkańców miejscowości oraz gospodarstwa rolnego Fortune Cieszymowo, zmieniono oblicze cieszymowskiego cmentarza. Pracę przy utworzeniu miejsca pamięci i wycince zakrzaczeń trwały od października do grudnia, a środki na zakup materiałów budowlanych zdobyto za pośrednictwem zbiórki internetowej. Łącznie w akcji brało udział łącznie około 20 osób. Pracy towarzyszyła dobra atmosfera i poczucie, że coś się zmienia na lepsze. Na koniec prac zrobiono ognisko, zjedliśmy kiełbaski, a wszyscy pomagający zaangażowani otrzymali pamiątkowe dyplomy. Był to jeden z największych projektów społecznych w Cieszymowie po 1990 roku, którego zwieńczeniem było nabożeństw ekumeniczne, które odbyło się 15 maja 2021 roku. Podczas uroczystości ks. Marcin Pilch, reprezentant kościoła ewangelicko-augsburskiego, wygłosił okolicznościową, przygotowaną specjalnie na tą okazję mowę. Następnie proboszcz miejscowej parafii, ks. Tomasz Grzywiński, przy wsparciu delegata biskupa ds. ekumenizmu ks. Marka Karczewskiego, poprowadził wspólną modlitwę i poświęcił utworzone miejsce pamięci. Obecni na uroczystości mieszkańcy i lokalni samorządowcy złożyli kwiaty pod tablicą pamiątkową. PAŁAC W CIESZYMOWIE Prawdziwym rarytasem cieszymowskiej historii jest pałac. Pałac w Cieszymowie (Te-schendorf) był budowany w latach 70. i 80 XVII wieku, jeszcze przed podziałem miejscowości na Ober i Gross. Był darem Carla Albrechta Schach von Wittenau dla swojej córki Sophie Caroline Schach von Wittenau. Jak czytamy w kwartalniku turystyczny „Jantarowe Szlaki” z 1983 roku to „pałac barokowy z drugiej połowy XVII wieku, w części zasadniczej na rzucie prostokąta, dwukondygnacyjnych, podpiwniczony o sklepieniu beczkowym. Wejście główne prowadzi przez wysunięty nieco ku przodowi portyk, nad którym znajduje się odkryty taras. Dach czterospadowy, kryty jest dachówką holendarską w nim jest rząd świetlików [...]” Wraz z zmianami właścicielskimi ziem cieszymowskich zmieniali się jego mieszkańcy, którzy rozbudowywali ten obiekt. W I połowie XIX wieku po raz pierwszy zrobił to Ale-xander Kmorowski. Z kolei w II połowie tego samego wieku do rozbudowy przytępił jego syn — Alfred Komorowski. To za Komorowskich i ich około 120 letnim pobycie na ziemiach cieszymowskich wieś się bardzo rozwinęła. Rodzina Komorowskich posiadała własną cegielnie co ułatwiało im rozbudowę swojego pałacu i wsi. To z ich cegielni transportowano materiał na budowę drugiego pałacu w Cieszymowie — w Ober Teschendorf. O zamożności i przedsiębiorczości tej rodziny świadczył również fakt, że Alfred Komorowski posiadał swój statek do przewozu towarów o nazwie Vorwarts (tłum, „naprzód”). Cumował w porcie elbląskim. 128 Cieszymowo — budowanie tożsamości Pałac ta Cieszymowie przed 1945, fot. archiwum Pałac w Cieszymowie, lata 80 XX wieku, fot. archiwum Przy wybudowanym przez ród von Wittenau pałacu, jeszcze przed jego kolejnymi przebudowami realizowanymi przez rodzinę Komorowskich, w jego bezpośrednim sąsiedztwie postawiono również niewielką stajnię dla koni wraz z wybiegiem. Wybieg był równie imponujący jak pałac. Był on bowiem ogrodzony ceglanym i grubym murem. Do dziś zachowało się zaledwie kilka metrów tego charakterystycznego ogrodzenia. Bartosz Marguardt 129 Odnowiony pałac w 2020 roku, fat. archiwum Kolejnymi mieszkańcami cieszymowskiego pałacu była rodzina Grunau. W 1907 roku głowa rodu Wilhelm Grunau kupiła bowiem dobra cieszymowskie (wówczas już Gross Teschendorf). Majakiem zarządzał jego syn Alfred wraz z żoną Elsą von Menges. Alfred Gronau zginął podczas I Wojny Światowej. Po jej zakończeniu jego żona Elsa wyszła za mąż za Geralda Randolfa zmieniając nazwisko na nazwisko męża. W Gross Teschendorf wiodąca role gospodarczą miała Elsa Randolf. Randolfowie zarządzali cieszymowskim majątkiem do 1945 roku. Wtedy wkroczyła Armia Radziecka. Niemieccy mieszkańcy Gross Teschendorf i towarzyszących wsi musieli uciekać. Na szczęście charakterystyczny pałac ocalał w trakcie natarcia i stoi do dziś. Po 1945 roku obiekt ten był w posiadaniu głównie gospodarstwa rolnego i jego zarządcy. Najpierw Państwowych Gospodarstw Rolnych, następnie po 1989 roku kilku firm prywatnych, aż do 2004 roku, kiedy stał się własnością spółki Fortune Cieszymowo. W latach 80. XX wieku gdy Zakład Rolny Cieszymowo należał do Kombinatu Rolnego Powiśle, przed pałacem, przed stawem, tuż przy drodze, widniała tablica właśnie z taką treścią. Przez te lata sprawował różne funkcje: biurowe — na potrzeby gospodarstwa rolnego, mieszkaniowe — na potrzeby pracowników gospodarstwa rolnego, ale też zarządcy, kierowników. Hotelowe/gościńca, chociażby — dla kierowców autobusów SPKS Dzierzgoń, którzy nocowali po wieczornym kursie do Cieszymowa ze Sztumu i rano kolejnego dnia dalej wyruszali w trasę. W cieszymowskim pałacu w łatach 80. XX wieku i potem do około 1992 roku znajdowało się zakładowe przedszkole. Uczęszczały do niego dzieci pracowników PGR-u. Przy obiekcie, znajdował się atrakcyjny plac zabaw i charakterystyczny grzyb — muchomor, będący atrakcją dla dzieci. 130 Cieszymowo — budowanie tożsamości W latach 80. XX wieku gdy Zakład Rolny w Cieszymowie należał do Kombinatu Rolnego „Powiśle”, przed pałacem w lewym rogu przypałacowego stawu (patrzą od frontu), tuż przy głównej drodze przebiegającej przez Cieszymowo widniała tablica „Kombinat Rolny „Powiśle” w Czerninie. Zakład Rolny Cieszymowo”. Jeszcze przed 1989 rokiem na stawie w bezpośrednim sąsiedztwie pałacu znajdowała się budka dla mieszkających tam łabędzi. Zimą młodzież i dorośli grali w hokeja na lodzie. Wówczas zimy były ostrzejsze, a mrozy na poziomie minus 20 stopni były na porządku dziennym. Również w latach 90. XX wieku i na początku lat 2000 na lodzie można było spotkać amatorów hokeja i jazdy na łyżwach. W 2017 roku właściciel pałacu wyremontował dach. Został w pełni odtworzony, a jego charakter zachowany. W maju 2019 roku w obiekcie wyremontowano dwa pomieszczenia na potrzeby zastępczego miejsca nabożeństw. Do dziś (lipiec 2021 roku) odbywają się tam msze święte. W drugiej dekadzie XXI wieku zdemontowano również maszt — odbiornik radiowy, który wówczas był najwyższym obiektem w Cieszymowie. Przez wiele lat po wojnie i wczasach PGR-u tylko w pałacu można było skorzystać z telefonu. W 2020 roku wyremontowany został ganek. Oprócz elewacji wykonano marmurowe schody, które przykryły zniszczony przez ząb czasu beton. Nowy ganek zdobią kwiaty, nadając temu miejscu jeszcze bardziej szczególnego charakteru. Pałac w Cieszymowie niewątpliwie z racji na swoją lokalizację i dobry stan jest ważnym zabytkiem z perspektywy okolicy. Pałacowy park, staw i zabytkowa mełnia, dziś kaplica tworzą spójny kompleks szlachecki, który jest wizytówką wsi. KAPLICA W CIESZYMOWIE W 1728 roku za sprawą właścicieli majątku szlacheckiego w Teschendorf, w bezpośrednim sąsiedztwie dworu (pałacu) został wybudowany budynek gospodarczy. W 1797 roku na jego fundamentach został wzniesiony stojący do dziś budynek. Jego kształt w 220 letniej historii praktycznie się nie zmieniał. Rzadko spotykany, unikalny w skali regionu ośmio-boczny budynek, ryglowany oraz kryty trzciną przez wiele lat spełniał różne funkcje. Od momentu powstania do lat 30. XIX wieku był miejscem spełniającym rolę uprzężalni (przechowywania uprzęży dla koni) oraz rymiarni (naprawa osprzętu końskiego). Po 1830 roku jego funkcja się zmieniła. W budynku znajdowała się stolarnia, siedziba kołodzieja, który produkował drewniane wozy i koła. Po wojnie, do 1989 roku w okresie funkcjonowania Państwowych Gospodarstw Rolnych było to miejsce codziennych piętnastominutowych zebrań pracowników z zarządcami zakładu PGR Cieszymowo. Podczas tych spotkań przydzielano zadania i pracę na dany dzień. Spotkania nazywano „dzwonkami”, a sam budynek „Cerkiewką”. Od 1990 roku do maja 2019 roku w zabytkowym budynku funkcjonowała kaplica pw. Najświętszej Marii Panny Gromnicznej, będąc filią kościoła parafialnego w Krasnej Łące. Ze względu na zły stan techniczny i konieczność remontu budynku mszę święte w maju 2019 roku zostały przeniesione do cieszymowskiego pałacu, biura gospodarstwa rolnego, a 8-boczny budynek stoi pusty. Czeka na remont, na który pozyskiwane są środki. Bartosz Marguardt 131 Kaplica w 1935 r., fot. archiwum Kaplica w 2020, fot. archiwum Jt Magdalena Gródecka 4PROJEKT POWIŚLE 134 Projekt Powiśle Na rubieży pięknego i bogatego Pomorza, w nienadmorskiej i nijakiej flance wschodniej, skrywa się nieodkryta perła - region Powiśle. Jego wielokulturowy charakter ma dziś w sobie nową, ogromną wartość. Ciągłe migracje ludności, powojenna nieufność i antagonistyczne nastroje spowodowały zahamowanie rozwoju lokalnego dziedzictwa kulturowego. Obok siebie przez lata funkcjonowały tu różne tradycje, języki i obrzędy. Dziś jesteśmy już gotowi, aby wspólnie budować kulturę jutra i złożoną z wielu barw markę regionu. Obecnie wszystkim mieszkańcom, szczególnie młodemu pokoleniu, brakuje wspólnego spoiwa - kultury, która utożsamia z tym miejscem, ale i szanuje tradycje. Każdy zna wzór kociewski, słyszał gwarę kaszubską, widział żuławskie kafle czy wiatraki. Co wiemy o Powiślu? Jakie jest jego wzornictwo czy symbol? Tego nie wie nikt w Polsce, nie wiedzą nawet Powiślanie, ani mały sklepik z etnodizajnem na dworcu Warszawa Wschodnia, gdzie znaleźć można gadżety z wzornictwem różnych regionów. Przygotowując plakat corocznego Festiwalu 4 Kultur w Dzierzgoniu pojawiał się problem braku powiślańskiej grafiki. Jednak to, co przede wszystkim wyróżnia każdy region, to jego wzornictwo. Powiśle takiej funkcjonującej w przestrzeni publicznej grafiki absolutnie nie ma, a przecież w dobie dzisiejszego świata obrazu od tego trzeba zacząć budowanie marki. Wiedza na temat powiślańskiego wzornictwa zachowana i skryta jest w zabytkach PROJEKT PO W I Ś L E dr Aleksandra Paprot Wielopolska - etnolog dr Justyna Liguz - historyk s g — Joanna Jezierska - archeolog O I A A M I A Stefan Kornacki - grafik ■ Marcin Lamch - muzyk GRUPY NAUKOWEJ Mariusz Brodawski - muralista Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu "Kultura - Interwencje 2020 DOK Magdalena Gródecka 135 hafciarskich. Dostępny i znany jest tylko fragment wzoru haftu białego, a w rzeczywistości mnogość motywów jest ogromna. Wspaniała baza artefaktów zachowana jest w Muzeum Zamkowym w Kwidzynie (Oddział Muzeum Zamkowego w Malborku). To było punktem wyjścia do zainicjowania „Projektu Powiśle ”, któremu początek dała dotacja z programu Narodowego Centrum Kultury „Kultura — Interwencje 2020 ”. W ramach projektu powstała interdyscyplinarna grupa badawcza, w której skład weszli: dr Aleksandra Paprot-Wielopolska (etnolog, Uniwersytet Gdański), dr Justyna Liguz (kierownik Muzeum Zamek w Kwidzynie, badaczka Powiśla), Joanna Jezierska (archeolog, kustosz Muzeum Zamek w Kwidzynie), Stefan Kornacki (artysta plastyk, grafik), Marcin Lamch (kulturoznawca, muzyk, aranżer) oraz Magdalena Gródecka (archeolog, dyrektor Dzierzgońskiego Ośrodka Kultury, inicjatorka projektu). Celem grupy było stworzenie inspirowanego źródłami wzoru Powiśla jako syntezy całego materiału źródłowego. Wybranie kilku motywów spośród tak bogatego materiału długich tradycji hafciarskich Powiśla było karkołomnym przedsięwzięciem. Głównym celem było rozpoczęcie budowania marki regionu i jego promocja w oparciu o nowoczesny wzór graficzny dostępny na wolnej licencji w wersji elektronicznej. Z ręki artysty Stefana Kornackiego wyszedł wzór szalenie wyróżniający się na tle ludowego wzornictwa kraju. Do powstałej grafiki istnieje księga znaku i regulamin korzystania ze wzoru. To stało się motorem do dalszych działań. Na murze przy Dzierzgońskim Ośrodku Kultury powstał mały mural zawierający ów wzór. Pozytywnie przyjęta w przestrzeni miejskiej grafika zaostrzyła apetyt i artystyczne działania wyszły poza ulicę Krzywą 16. Pomalowanych zostało kilka przystanków na terenie Gminy Dzierzgoń, a wspomniany apetyt ciągle 136 Projekt Powiśle Magdalena Gródecka 137 rośnie na pomalowanie jeszcze wielu na całym Powiślu, aby każdy, kto tu wjedzie, poznał wzór i z wycieczki na Powiśle zapamiętał taką przyjemną dla oka oryginalną unifikację. Rozpoczęcie projektu przypadłe na rok setnej rocznicy plebiscytu na Powiślu. Był to przypadek, który możemy nazwać opatrznością przodków. Przegrany sto lat temu plebiscyt stał na straży świadomości o istocie lokalnego dziedzictwa. Budowa marki regionu nie mogła się zasadzać na żywych antagonizmach i deficytach wiedzy historycznej. Dwie znamienite badaczki historii i kultury Powiśla, dr Justyna Liguz i dr Aleksandra Paprot-Wielopolska, wygłosiły wykłady naukowe. Pierwszy z nich dotyczył historii Powiśla i plebiscytu z 1920, drugi zaś dziedzictwa kulturowego Powiśla. Pandemia uniemożliwiła zaplanowane badania etnologiczne grupy studentów Uniwersytetu Gdańskiego, ale dr A. Paprot-Wielopolska na podstawie ankiet internetowych dokonała próby diagnozy społecznej Powiśla. Chcieliśmy się dowiedzieć, jak mieszkańcy postrzegają swój region, czy znają jego historię, czy potrzebują integracji, co uważają za dobro kulturowe tego obszaru, albo co chcieliby zobaczyć na widokówce z Powiśla. Te badania wyznaczyły dalsze kierunki naszej pracy i inspirują nas do kolejnych działań. Dzięki powstałemu wzorowi swojego logotypu po 24 latach doczekał się także Festiwal 4 Kultur. To wydarzenie, które edukuje i uczy tolerancji oraz promuje kulturę tradycyjną i ludową. Mieszające się tu tradycje polskie, ukraińskie, niemieckie i żydowskie przenoszą na jeden sierpniowy weekend w wyjątkowe miejsce. Staniesz na styku kultur Wschodu i Zachodu, by przywitać się żydowskim „szalom”, zatańczyć polskiego oberka, zjeść ukraiń- 138 Projekt Powiśle skie pielmieni i poznać niemieckie techniki hafciarskie. Festiwal rozkwita i powoli staje się skarbem dziedzictwa kulturowego Pomorza. W pandemicznym roku 2020 Festiwal przybrał formę widowiska muzyczno-teatralnego o Powiślu. Pełen symboli i pięknych obrazów spektakl okazał się wyjątkową edukacyjną perełką artystyczną. Dzięki muzyce, światłu, tańcowi i wymownym scenom teatralnym w nieoczywisty sposób ukazuje skomplikowaną historię regionu. Widowisko spotkało się z szalenie pozytywnym odbiorem publiczności i czeka na swoje kolejne odsłony na Pomorzu i nie tylko. Współtworzy go wiele osób, m.in. soliści malborskiego Chóru Lutnia, soliści ukraińskiego Chóru Zurawli oraz aktorzy, tancerze i muzycy. Zamrożona kultura wygenerowała nieco czasu dla zapracowanych artystów — na co dzień instrumentalistów wielkich postaci polskiej sceny. Przybyli oni do Dzierzgonia w przyjaźni i miłości do polskiego folkloru Spektakl teatralny na Festiwalu 4 Kultur, fot. archiwum DOK Magdalena Gródecka 139 Magdalena Gródecka i Mariusz Brodawski przy muralu powiślańskim, fot. archiwum DOK Nieformalny logotyp Powiśla na przystanku w gminie Dzierzgoń, fot. archiwum 140 Projekt Powiśle wkładając w to widowisko kawał serca. Artyści ci przyjechali tu z Warszawy, Krakowa, Łodzi i pokochali Powiśle! Specjalnie na to widowisko powstała wzruszająca piosenka o Powiślu, do której słowa napisał Adam Łoniewski, a muzykę i aranżację skomponował Marcin Lamch. Jeszcze kilka godzin po Festiwalu słyszeliśmy głosy łudzi śpiewających chwytający za serce kawałek i poczuliśmy, że — jak to się mówi — „zażarto” i musimy ten utwór zarejestrować. W studiu na Śląsku instrumentaliści nagrali ścieżkę dźwiękową. Z utworem zapoznał się także Stanisław Soyka, któremu piosenka i projekt tak bardzo się spodobały, że zgodził się w nim także zaśpiewać! Wystąpiły w nim także dzieci z Dzierzgonia, które śpiewają w refrenie słowa: „Tworzymy kulturę jutra, Tworzymy jutra poranek. Wzajemnych urazów i skarg, Opatrzeć musimy ranę.” Jest to kwintesencja dzisiejszego Powiśla, a w ustach dzieci przyprawia o ciarki. Do piosenki nagraliśmy także teledysk. Sam Festiwal jest budowany na nowo. Podnosimy jego wartość, rangę oraz szeroko promujemy. Dziś prowincjonalne festiwale, jeśli mają dużą wartość artystyczną, bywają perełkami dla ludzi z miast. Aktualnym celem jest, aby rozrósł się i trwał cały weekend oraz był ważnym punktem na mapie wydarzeń kulturalnych Pomorza. W tej chwili budujemy stronę internetową Festiwalu, gdzie będzie także zakładka „Powiśle” z wszelkimi materiałami dotyczącymi tego projektu. Tomasz Luterek 141 Tomasz Luterek POWIŚLAŃSKIE PROBLEMY Z TOŻSAMOŚCIĄ1 O tym, że podział terytorialny i nazwy poszczególnych jednostek terytorialnych mają znaczenie, mogliśmy się przekonać przy okazji reformy samorządu terytorialnego z 1999 roku. Okazało się wówczas, że mieszkańcy różnych ziem odczuwali potrzebę zamanifestowania własnej tożsamości, odrębności, że było to dla nich ważne. Mogłoby się wydawać, że po komunistycznej hibernacji tożsamościowej, czasach, gdy promowano wykorzenienie, a niedościgłym wzorem był sowiecki internacjonał, na takie „nieistotności” jak lokalny patriotyzm nie powinno być miejsca. Na szczęście stało się inaczej; komunizm — mimo poczynienia gigantycznych destrukcji w niemal wszystkich sferach życia społeczno-gospodarczego — nie zniszczył do końca tej bardzo naturalnej, głęboko ludzkiej skłonności, którą jest przywiązanie do swoich stron ojczystych. Dotyczyło to nie tylko identyfikacji na poziomie regionalnym (wojewódzkim), lecz również na tym mniejszym — powiatowym. Długo zastanawiano się nad tym, czy przywrócenie powiatów ma sens, czy istnienie tego szczebla administracji jest uzasadnione ekonomicznie. Muszę przyznać, że jestem zwolennikiem istnienia powiatów jako bardzo ważnego poziomu identyfikacji i integracji lokalnych wspólnot. Gminy są bowiem zbyt małe, a województwa zbyt duże dla uchwycenia pewnego stopnia lokalnej tożsamości. W czasach reformy samorządu terytorialnego bardzo interesująco przedstawiała się kwestia lokalnych uwarunkowań społeczno-histotycznych na Powiślu. Uważam, że jest to świetny przykład na to, że powojenne zawirowania związane z przesiedleniami ludności i nowymi granicami Polski wciąż mają ogromne znaczenie. Powiśle jest powszechnie kojarzone z coraz bardziej popularną i zyskującą na prestiżu dzielnicą Warszawy, ale jest to także kraina w Prusach położona nad Wisłą i Nogatem. Obecnie jest to obszar powiatów kwidzyńskiego, sztumskiego i malborskiego. Pierwotnie były to ziemie zamieszkałe głównie przez Prusów i nosiły bardzo przyjemnie brzmiącą nazwę Pomezania. Ze względu na położenie przygraniczne był to pierwszy obszar Prus, który uległ chrystianizacji i związanej z nią ekspansji Krzyżaków. To właśnie tutaj wznieśli oni swoją stolicę — majestatyczny Marienburg (Malbork), w Sztumie2 wielki mistrz miał swoją letnią, rekreacyjną rezydencję, a 24 km na południe założono Marienwerder (Kwidzyn), w którym wzniesiono wspaniałą katedrę i zamek Kapituły Pomezańskiej. Krzyżacy długo tutaj nie zabawili, gdyż w 1466 roku, dzięki rozgromieniu potęgi Prus Krzyżackich, Polacy włączyli północną część Pomezanii do nowo utworzonego wojewódz- 1 Fragment książki Tomasza Luterka - „Czy Polska ma kompleks Zachodu? Drogami wzdłuż granic cywilizacji”. 2 Akurat ta nazwa jest starsza, staropruska. 142 Powiślańskie problemy z tożsamością twa malborskiego. Jest to świetny przykład myślenia zdobywców. Potężny Marienburg -stolicę państwa krzyżackiego, którego zamek do dzisiaj wywiera piorunujące wrażenie — Polacy zamienili w stolicę województwa i nadali mu spolszczoną nazwę Malbork. Przy zachowaniu wszystkich proporcji, można to porównać ze stambulizacją Konstantynopola. Województwo to przetrwało ponad 300 lat, następnie, w czasie rozbiorów, zostało włączone do Królestwa Pruskiego. Relacje etniczne i religijne na Powiślu ułożyły się w taki sposób, że ziemie wchodzące w skład dzisiejszych powiatów malborskiego i kwidzyńskiego były silnie zgermanizowane, natomiast powiat sztumski w największym stopniu zachował polski charakter. Dobitnie można było się o tym przekonać w czasie plebiscytu po I wojnie światowej, którego wyniki miały zadecydować o przynależności państwowej tych ziem. Fatalny termin (w czasie kampanii bolszewickiej na Polskę) i sprawność aparatu niemieckiego przesądziły o porażce, choć właśnie na Ziemi Sztumskiej udział głosów za Polską przekraczał w niektórych miejscowościach 40 proc., a przygraniczne tereny, które poparły Polskę, zostały do niej włączone3. Niemniej niemal całe Powiśle znalazło się w granicach Niemiec i poddano je intensywnej, brutalnej germanizacji. Wielu polskich patriotów zostało doprowadzonych do bankructwa, wielu pomordowano. Po II wojnie światowej ziemie te wraz z całą południową częścią Prus zostały włączone do Polski. Bardzo duży procent Niemców opuścił Powiśle, uciekając przed Armią Czerwoną, pozostali wyjechali w ramach repatriacji głównie w latach czterdziestych. W ich miejsce zostali tutaj skierowani Polacy z różnych obszarów II Rzeczypospolitej. Właśnie ten moment w historii okazał się decydujący dla losów dzisiejszego Powiśla i jego zawirowań tożsamościowych w związku z reformą samorządu terytorialnego w 1999 roku. Otóż powiat malborski był niemal całkowicie zaludniony przez nowych mieszkańców, pochodzących głównie z Wołynia, którzy przeżyli bestialstwo ukraińskich oprawców w czasie Rzezi Wołyńskiej, a później ukraińsko-sowieckie wypędzenie ze swojej ojczyzny. Byli to Polacy od wieków żyjący na uskoku cywilizacyjnym, w sąsiedztwie greko katolickich i prawosławnych Rusinów. W czasie zaborów Wołyń znajdował się pod panowaniem Rosji. W powiecie sztumskim dominowali Polacy z Prus, którzy zostali na swojej ziemi, tak zwani autochtoni, związani z Powiślem od setek lat. Byli to Polacy stojący na polskiej drabinie cywilizacyjnej na jednym z najwyższych szczebli. Dodatkowo osiedlili się tutaj pokrewni im cywilizacyjnie Pomorzacy z Kociewia i Borów Tucholskich. Na wschodzie powiatu zostali jeszcze osiedleni Polacy z Kresów Wschodnich oraz Ukraińcy. W powiecie kwidzyńskim zachował się jedynie niewielki procent rdzennych Polaków. Jako pierwsi z nowo przybyłych pojawili się warszawiacy wypędzeni ze zrównanej z ziemią stolicy. Zajęli oni najatrakcyjniejsze nieruchomości i stanowiska, tworząc elitę Kwidzyna, która zdominowała przybyłych nieco później Polaków ze Wschodu. W ten sposób na stosunkowo niewielkim obszarze (odległość między Malborkiem a Kwidzynem wynosi zaledwie 40 km) zamieszkali wspólnie ludzie, którzy jeszcze nie tak dawno 3 Chodzi o wsie po powiślańskiej stronie Wisły. Dzięki temu potężny most kolejowy pod Kwidzynem znalazł się w całości w granicach Rzeczypospolitej. Jako mało użyteczny w nowym układzie granicznym został rozmontowany i przetransportowany do Torunia, gdzie zastąpił most zniszczony w czasie działań wojennych. Nosi on obecnie imię Józefa Piłsudskiego, które bardzo szanuję, ale akurat myślę, że ten most powinien się nazywać „Powiślańskim” albo „Kwidzyńskim”. Tomasz Luterek 143 żyli w odległości 300 czy 800 km. Doprowadziło to do powstania dość specyficznego układu regionalnego, unikatowych tożsamości4. W 1999 roku na terenie Powiśla przywrócono powiaty, przy czym w stosunku do stanu z 1975 roku tylko dwa: malborski i kwidzyński. Sztumski pominięto. Twórcy reformy argumentowali to ogólnie przyjętymi założeniami ludnościowymi, terytorialnymi, komunikacyjnymi i gospodarczymi. Nowo utworzone powiaty niewątpliwie spełniały te kryteria i ich granice były racjonalne. Malbork i Kwidzyn to 40-tysięczne ośrodki o bardzo miejskim charakterze, z rozwiniętym przemysłem, stanowiące węzły komunikacyjne. Dlatego protesty sztumiaków żądających przywrócenia własnego powiatu wydawały się przejawem megalomanii 10-tysięcznego miasteczka. Dla osób doskonale znających uwarunkowania lokalne (do których — jako sztumianin — niewątpliwie się zaliczam) było to jednak zrozumiałe, choć skala determinacji przy obronie własnego powiatu stanowiła duże zaskoczenie. Sztumiacy to Polacy z Prus, nie mający skłonności do powstań i gwałtownego oporu przeciw władzom państwowym. Co zatem wywołało u nich tak niespotykaną reakcję? Skoro wszystkie elementy powiatowego algorytmu wydawały się sensowne, skąd ten zgrzyt? Odezwała się tożsamość — element często bagatelizowany w postkomunistycznej rzeczywistości. Sztumiacy i malborczycy to Polacy, którzy — gdyby nie „walec historii” — żyliby w odległości 800 km. Na Powiślu granica między powiatami przebiega tuż przy Malborku, zaledwie kilometr od granic miasta. Różnice wynikające z wielowiekowych tradycji lokalnych zachowanych przez sztumiaków, a przywiezionych przez malborczyków i kwidzynia-ków są wciąż bardzo widoczne, i dobrze. Okazuje się, że mimo wypędzenia, przymusowych osiedleń na obcej ziemi, przybyli Polacy zachowali swoje zwyczaje, przyzwyczajenia, że mają własną odrębność, tożsamość. Przemawia to na korzyść tezy, że to czynnik ludzki ma decydujący wpływ na kształtowanie się lokalnej tożsamości. W zderzeniu prawa krwi i prawa ziemi to pierwsze ma jednak pierwszeństwo. Dzisiejsi malborczycy to zatem w pierwszej kolejności Wołynianie. Słychać to wołanie, wołanie wołyńskich przodków, i bardzo dobrze, należy o tym pamiętać i tego pod żadnym pozorem nie wypierać5. Za czasów dyktatury komunistycznej pamięć o wołyńskich korzeniach malborczyków była wręcz zakazana. Trudno było pogodzić narrację „przyjaźni polsko-radzieckiej” ze świeżymi wspomnieniami Rzezi Wołyńskiej i sowiecko-ukraińskie-go wypędzenia. Dlatego sytuacja wypędzonych mieszkańców Wołynia, osiedlonych pod monumentalnym pomnikiem germańskiej potęgi, była bardzo specyficzna i nie do pozazdroszczenia. Z drugiej strony dla sztumiaków tak liczna grupa nowych mieszkańców, którzy z oczywistych względów nie korespondowali cywilizacyjnie z bardzo dobrze zagospodarowanymi ziemiami Prus, była irytująca. Zniszczenia wojenne, nacjonalizacja, niewydolny, regresywny model gospodarki nakazowo-rozdzielczej i jeszcze relatywnie zacofani przybysze ze Wschodu... To mogło irytować i rodzić frustrację, ocierającą się wręcz o wspomnie- 4 Zob. A. Paprot-Wielopolska, Żuławy i Powiśle. Kreowanie tożsamości lokalnych i regionalnych po 1989 roku. Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2018. 5 W ostatnich latach pojawiły się pomniki i tablice upamiętniające wołyńskie pochodzenie malborczyków, usytuowane zwłaszcza w okolicach dworca kolejowego, który był pierwszym miejscem w Malborku, na którym stanęli Polacy wypędzeni ze Wschodu. 144 Powiślańskie problemy z tożsamością nie dawnych „złotych pruskich czasów”, które pod względem politycznym były opresyjne, jednak pod względem gospodarczym i modernizacyjnym już nie. Dodatkowo mieszkańcy Sztumu nie doświadczyli Polski międzywojennej, gdyż żyli poza jej granicami. Dlatego tak różne było doświadczenie chociażby Kociewiaków, którzy znaleźli się w granicach II Rzeczypospolitej w latach dwudziestych i trzydziestych. Oni znali normalną, cywilizowaną, zachodnią Polskę, a nie tę będącą sowieckim Frankensteinem. Widzimy zatem, jakie napięcia pojawiły się między geograficznie północnym Malborkiem a południowym Sztumem. W rzeczywistości ważniejsze okazały się kierunki cywilizacyjne: „wschodni” Malbork i „zachodni” Sztum. Na tym tle ciekawie wyglądają kwidzynia-cy-warszawiacy, którzy — w zestawieniu z prowincjonalnymi Wołyniakami i sztumiakami — okazali się najbardziej zaradni, przedsiębiorczy i dobrze zorganizowani. Nie spotkałem się z opiniami wskazującymi na uskok cywilizacyjny między Sztumem a Kwidzynem. I o ile można było mówić o pewnym — mającym bardzo głębokie i racjonalne przesłanki — antagonizmie malborsko-sztumskim, o tyle na linii Sztum-Kwidzyn nie było raczej takich problemów, wręcz rodzaj wzajemnej sympatii. Kwidzyn to — poza warszawską elitą i przybyszami ze Wschodu — również swego rodzaju powiślańska Gdynia. Tutaj bowiem zlokalizowano potężne zakłady papiernicze, do których budowy, a później do pracy w nich przyjechały w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku tysiące ludzi z całej Polski. To uczyniło to miasto bardziej kosmopolitycznym z jednej strony, z drugiej — ze względu na wielkość „Celulozy” - silnie rozwinął się tutaj ruch związkowy związany z rewolucją Solidarności. To doświadczenie i komunistyczne represje w okresie stanu wojennego dość silnie wpłynęły na postawy i tożsamość kwidzyniaków. Dlatego uważam, że korekta reformy samorządowej, dzięki której dwa lata po jej wprowadzeniu utworzono powiat sztumski, była bardzo słuszna. Dobrze się stało, że uszanowano lokalną tożsamość, gdyż czasami jest ona ważniejsza niż pozorne oszczędności ekonomiczne. Pozorne — ponieważ spory wynikające z różnej optyki właściwej dla odmiennych cywilizacji, kultur, tradycji, tożsamości to koszty. Często gigantyczne, jeśli prześledzimy historię konfliktów na granicach uskoków cywilizacyjnych czy tożsamościowych. Dzisiejszy powiat sztumski to jeden z najmniejszych powiatów w województwie pomorskim, jest to jednak ziemia, która silnie podkreśla swoją unikatową polską, pruską tożsamość. Ktoś mógłby mi zarzucić, że przeprowadzam tu wyolbrzymione analizy, nie mające istotnego znaczenia w życiu codziennym. Czy na pewno? To dlaczego sztumiacy i malbor-czycy — jak większość mieszkańców województwa pomorskiego — kibicują Lechii Gdańsk (czyli najstarszemu polskiemu klubowi piłkarskiemu ze Lwowa), a w Kwidzynie króluje Legia Warszawa? Sztumiacy jako jedyni na Powiślu — podobnie jak większość Pomorzaków — mówią „jo”. Jo jo? Tak! A gdyby ktoś nie wiedział, co oznacza „jo”, to podpowiem: — aprobatę: Jo! — zdziwienie: Jooo? - prośbę o potwierdzenie faktu: Jo? - potwierdzenie faktu: No jo, tedy jo... Tomasz Luterek 145 — olśnienie: A jooo! — rozczarowanie: Jooo... — niedowierzanie: Jo, jo...6. W powiecie sztumskim w Dzierzgoniu wierni chodzą na msze do kościoła greko katolickiego, a w Mikołajkach Pomorskich — do kościoła luterańskiego. Sama nazwa Mikołajki Pomorskie to przykład deprusyzacji. Jakkolwiek obecnie powiat sztumski leży w granicach województwa pomorskiego, to historycznie są to Prusy, dawna Pomezania7, więc jeśli już, to powinny chyba być Mikołajki Pruskie, tym bardziej, że na ich zachodnich rogatkach leży Dąbrówka Pruska. Spora niekonsekwencja na przestrzeni tylko dwóch kilometrów! Jak widzimy, tutaj część ludzi wciąż się boi Prus, nie ma woli ich pokonania i ujarzmienia, polonizacji. Wciąż nie mamy tej pewności naszych przodków, którzy pokonali Krzyżaków i Pałac Wielkich Mistrzów zaadaptowali na biuro dla starosty. Skoro takie zawirowania tożsamościowe związane z realizacją geopolitycznej koncepcji wielkich mocarstw po II wojnie światowej występują na relatywnie niewielkim obszarze pruskiego Powiśla, które przez setki lat wchodziło w skład państwa polskiego, to co dopiero z innymi ziemiami odzyskanymi? Co z powiatami, których mieszkańcy nie mają tak silnej tożsamości jak sztumianie? Jest to bardzo realny problem, dlatego przykład Malborka i Kwidzyna wydaje się bardzo interesujący. Kibicuję zwłaszcza malborczykom, którzy przebyli daleką drogę z Wołynia i mam nadzieję, że będą kultywować wołyńską tożsamość, korzystając również z dziedzictwa pruskiego, polskiego oraz niemieckiego, stając się pewnymi siebie panami w Prusiech, czyli u siebie. Warto pamiętać, że znakomita większość mieszkańców Prus na przestrzeni wieków to przybysze między innymi z Łużyc, Saksonii, Mazowsza czy nawet Rosji. Niemniej o tożsamość należy dbać i trzeba ją kształtować. W bardzo interesujący sposób przeanalizowała to zagadnienie Aleksandra Paprot-Wielopolska8. Oczywiście są to już dywagacje semantyczne, niemniej widzę pewną różnicę między kształtowaniem a kreowaniem. Nadajemy kształt czemuś, co istnieje, natomiast kreujemy coś na nowo. Uważam, że tożsamość w Polsce, zwłaszcza na Kresach Zachodnich, należy kształtować, odnosząc się w pierwszej kolejności do prawa krwi, do korzeni dzisiejszych mieszkańców tych ziem. Niemcy przez wieki mieszkający w Siedmiogrodzie do dzisiaj czują się Sasami, a nie Węgrami czy Rumunami, Turcy nie stali się Grekami dlatego, że od ponad pięciuset lat mieszkają w Konstantynopolu. Pamiętajmy o tym i nie kreujmy jakichś sztucznych tożsamości, zostawmy to tym, którzy uwielbiają takie zabawy. 6 Zob. Gwara toruńska jo — jo, goldenline.pl, https://www.goldenline.pl/grupy/Miasta_regiony/torun/gwara-torunska-jo--jo,648870/ (dostęp: maj 2021). Klubowi o takiej nazwie kibicuje piłkarski Malbork. * A. Paprot-Wielopolska, Żuławy i Powiśle... . Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW (15) 30 stycznia 2021 roku „Powiedzcie, żeby wylali wodę. Nana Jagoda poszła do żywych. Niech Bóg będzie dla niej miłościwy!” Tak pewnie zawołałaby tija Samcza z opowiadania „Kadisz, modlitwa za zmarłych” Isaka Samokovliji na wieść o tym, że odeszła z tego świata Flory Jagoda (1926-2021). Moja miłość do Sarajewa i Bośni wiele jej zawdzięcza. Słuchałem „Kantikas Di Mi Nona” (Pieśni mojej babci) czytając opowiadania Samakovliji. Oboje budzili we mnie taką tęsknotę za swoim miastem, za „ćiko Jeruszalaim”, jakby to było moje miejsce urodzenia. Oboje w Pesach jedli żydowskie ciastka, gurabije w Bajram, a na Wielkanoc peretki. Wojna dopiero miała wybuchnąć, ale nie zdążyłem z wizytą w szczęśliwym Sarajewie. Ukochaną pieśnią jej nony była „Ken es esto?”, lament dziewczyny, której serce, jak okno otwarte, miłosnym cierpieniem budzi pola i winnice. Śpiewała ją w ladino i, tak jak wcześniej jej babcia, przykazała małej Floricy: „Jeśli nie możesz śpiewać z duszą, nie śpiewaj!”. Flory Jagoda pochodziła z rodziny sefardyjskich Żydów, która po wygnaniu z Hiszpanii przywędrowała przez Konstantynopol i Saloniki do Sarajewa. Jej pradziadek przeniósł się do miasteczka Vlasenica, w którym później jej babcia prowadziła zespół śpiewaczy Rodzina Altaraków. Nauczono ją zaspokajać głód śpiewem, a nona Berta miała zawsze tę samą receptę na jej bóle brzucha: „Kanta!”. Zapamiętała, jak przywoływana do porodu, brała w jedną rękę potrzebne akuszerce „szmatę”, a w drugą tamburyn do rytualnych śpiewów i zaklęć. Podczas wojny wraz z rodzicami znalazła się w Zagrzebiu, gdzie uczęszczała na lekcje gry na akordeonie. Jej ukochana „harmonika” stała się legendarną szkatułką losu sefardyjskich Krzysztof Czyżewski 147 Żydów, skrywającą skarby melodii i opowieści o nonie Bercie Altarak, Sarajewie, sevdalin-kach ratujących życie i porywających serce, o wędrówce za ocean i wierności pamięci. Jest wśród nich też ta najbardziej dla niej bolesna, o której jeszcze pod koniec życia nie potrafiła mówić nie plącząc - o Idzie, chorwackiej nauczycielce, dzięki której poznała duszę „harmoniki i którą pokochała całym sercem; opowieść o dniu, w którym przyszła do niej na lekcję z żółtą gwiazdą na ramieniu: „Nie! Ty jesteś jedną z nich?! Wracaj do domu!”. Zaraz potem ojczym wsadził ją samą z harmoniką do pociągu do Splitu. Rozśpiewała sevdalinka-mi cały wagon, tak, że nikt jej nie pytał ani o bilet, ani o pochodzenie. Potem internowanie na wyspie Korczuli i powojenne Włochy. Pracując jako tłumaczka dla armii amerykańskiej poznaje przyszłego męża, urodzonego w Łomży aszkenazyjskiego Żyda, Harry’ego Jagodę. W 1946 roku młoda para wyrusza do Ameryki. Flory zrywa z przeszłością. A przynajmniej chciałaby. Po urodzeniu kolejnego dziecka, w szczęśliwej rodzinie, w szczęśliwym kraju, zaczyna budzić się w nocy, przerażona. „Wspomnienia żyją z tobą, śpią razem z tobą i nagle się budzą.” Po czterdziestu latach powraca do Vlasenicy, by dowiedzieć się prawdy o swojej rodzinie — w 1942 roku ustasze zebrali miejscowych Żydów w stodole i wszystkich wymordowali. „Właśnie wtedy zrozumiałam z całą jasnością, że rodzina Altaraków będzie już na zawsze żyła we mnie samej, a teraz także w moich dzieciach. Każda przeto piosenka jest przedłużeniem pamięci o mojej rodzinie.” Resztę życia poświęci śpiewaniu pieśni se-fardyjskich i sevdalinek. W latach 1989-1992 ukażą się jej słynne trzy płyty: „Kantikas Di Mi Nona’, „Memories of Sarajevo” i „La Nona Kanta” (te pieśni napisała dla swoich wnuków). Ostatnią płytę nagrała mając dziewięćdziesiąt trzy lata. Zatytułowała ją „Arvoliko”, od nazwy małego drzewka posadzonego w miejscu masowego grobu 42 członków rodziny AJtaras, w tym jej ukochanej nony. W języku polskim trudno jednym tchem wypowiedzieć to, co w jidysz wyrażają ledwie dwa słowa „ganz valoren”. Usłyszałem je po raz pierwszy w Wilnie. Na pytanie Michaela Alperta „Co słychać?”, starszy człowiek z Malat, rodzinnego miasteczka Alpertowiczów, o którym tyle opowieści słyszał od ojca, odpowiedział: „Ganz valoren ”. A potem jeszcze raz, i jeszcze raz, za każdym razem pogłębiając ciszę. Zagłada była w tych dwóch słowach. Powiedzieć „wszystko przepadło”, to powiedzieć nie wszystko. Przepadli ludzie i cała reszta, na której trzymał się ich świat. Totalność bez jednej choćby szczeliny. „Todos si jueron” — te same słowa w ladino. Powtarzała je Flory Jagoda w rozmowie z Howardem Bassem, przeprowadzonej w Waszyngtonie dla Biblioteki Kongresu. Rozmawiała ze swoim uczniem i muzykiem, próbując mu wytłumaczyć jaką pieśń chciałaby stworzyć jako „finale” swojego życia. Wbrew temu, czego uczyła ją nona, tym razem chciała, by zamiast znajdować to, co w życiu dobre i piękne, jej pieśń raniła, by echem rozlegał się krzyk bólu. Taka pieśń, w której słychać jak idzie od domu do domu we Vlasenicy, stuka do każdych drzwi, pyta o rodzinę, sąsiadów, wesele, zakochanych, dzieci, zwierzęta, plony... I za każdym razem słyszy „todos si jueron... todos si jueron”. Miała już wtedy tekst tej pieśni, opublikowany w książce o literaturze sefardyjskiej po Zagładzie, lecz co u Miłosza niewymówione, u niej niewyśpiewane — „zmierza do nieistnienia”. Nie dawało jej więc spokoju to jeszcze niewyśpiewane. Słyszała w nim orkiestrę symfoniczną, na kilka różnych głosów rozpisane echo, tępe pukanie do drzwi, rozdzierającą ciszę. Florica, z rajskiego ogrodu Altaraków w bośniackiej kasabie, która dopiero w wieku szesnastu lat, wyrzucona z domu ukochanej 148 Notatki słów i obrazów (15) nauczycielki gry na harmonice, dowiedziała się, że nie jest swoja w tym świecie, że żółta gwiazda przyszyta na jej ramieniu to nie tylko odmienna od sevdalinki pieśń sefardyjska, ale także piętno obcości, za które jej bliskim przyjdzie zapłacić najwyższą cenę. Upływały lata, aż na progu dziewiątej dekady życia postanowiła wyśpiewać „Todos si jueron” i zacząć żyć normalnie. Dzisiejszej nocy ponownie splotły się pieśni Flory Jagody i słowa Isaka Samokovliji tłumaczonego przez Aliję Dukanovicia: „Morwa wydawała się naga, jakby była sierotą. Ale morwa nie była sierotą ani nie była smutna. Morwa po prostu, podczas gdy opadały jej liście, gotowała się do zimowego spokoju... Serce morwy się przytaiło...”. 22 lutego 2021 roku Lawrence Ferlinghetti nie żyje. Miał ponad sto lat. Odszedł za wcześnie... „Zycie to nie cyrk gdzie / nieśmiałe psy miłości robiąc sztuczki / patrzą / jak czas strzela / podstępnym biczem / by nas poganiać... ” (przełożyła Teresa Truszkowska). Po wojnie, jeszcze jako żołnierz amerykańskiej marynarki, dotarł do Nagasaki i na własne oczy zobaczył skutki ataku bombowego, „...kikuty rąk sterczące z błota, rozbite filiżanki herbaty, wystające z jezdni włosy...” To doświadczenie na całe życie uczyniło z niego pacyfistę i twórcę zaangażowanego politycznie. Inny był z niego beatnik. W rękach Ferlinghettiego małe urastało do wielkiego. Miał wszystkiego 500 dolarów, gdy przybył do San Francisco w 1951 roku. Spotkał młodego wykładowcę socjologii Petera Martina z drugą pięćsetką w kieszeni, marzącego o księgarni. Lawrence’a nie trzeba było długo namawiać. Jeszcze na studiach w Sorbonie w 1948 roku zaprzyjaźnił się z Georgem Whitmanem, który zaraził go myślą o posiadaniu własnej księgarni. George ze swojej kolekcji tysiąca książek utworzył w 1951 roku w Paryżu angielskojęzyczną „Le Mistral” (tak o nim potem mówiono: George the Mistral), przekształconą później na „Shakespeare and Company”, legendarne królestwo książki na lewym brzegu Sekwany, którego częstymi gośćmi byli Baldwin, Cortazar, Durrell, Burroughs i Ginzberg. Dwa lata później Lawrence i Peter stworzyli „kieszonkową księgarnię” City Lights (w hołdzie Chaplinowi; to był także tytuł pisma literackiego wydawanego przez Martina), która nie zamykała się jak inne o piątej po południu ani w weekendy, miała miejsce do spotkań i wieczorów poetyckich, czyli słynny później „Poetry Room” (mieści się w nim do 30 osób), i wkrótce stała się centrum kultury beatników. Na drzwiach wywiesili tabliczkę „Porzućcie wszelką rozpacz, którzy tu wchodzicie”. I drzwi im się do północy nie zamykały. Legendy krążyły o „nieprofesjonal- Krzysztof Czyżewski 149 nym” prowadzeniu biznesu przez Ferlinghettiego, który wkrótce stał się jedynym właścicielem księgarni (Martin dostał tysiąc dolarów swojego udziału i przeniósł się na wschodnie wybrzeże, gdzie stworzył New Yorker Bookshop). Jedną z nich opowiedział mi kiedyś Gary Snyder. Od początku swojego istnienia City Lights znane było z pobłażliwego traktowania złodziei książek, nie mówiąc już o tym, że przez cały boży dzień można tu było sobie być i czytać bez narażania się na kąśliwe spojrzenia czy uwagi księgarzy. Zdarzyło się jednak, że Gregory Corso zamiast ukraść tom poezji (poetom beatnikom takie rzeczy wybaczano), włamał się do kasy i zabrał z niej całą gotówkę. Świadkowie powiadomili policję. Co zrobił Ferlinghetti? Dał cynk poecie, by się zwinął z miasta, bo gliny go szukają. Obaj, i Lawrence, i Gregory, wiedzieli czym jest dzieciństwo spędzone w sierocińcu i u rodzin zastępczych. Ta ich więź była chyba silniejsza niż przynależność do Beat Generation. Wraz z księgarnią Ferlinghetti założył maleńkie wydawnictwo, zaczynając od Kieszonkowej Serii Poezji. Pierwszą książką z tej serii był tom jego wierszy „Pictures of the Gone World”. Potem „Trzydzieści hiszpańskich wierszy o miłości i wygnaniu” w przekładzie Rexrotha, tom Patchena (łączył poezję z malarstwem, rysunkiem i jazzem), wkrótce tom poezji Corso „Gasoline”, ale tuż wcześniej, w tym samym 1956 roku, z numerem czwartym serii... „Howl and Other Poems” Ginsberga. Wydawcom wytoczono proces za obrazę moralności, Ferlinghetti na krótko znalazł się w areszcie, ale sprawę wygrali, a sędzia Horn oznajmił nie tylko, że „Skowyt” nie jest obsceniczny, lecz także, że ma „zbawcze znaczenie społeczne”. Jego sprzedaż liczy się dzisiaj w milionach. Za dwa lata w nowojorskich New Directions ukaże się „A Coney Island of the Mind”, tłumaczony na kilkanaście języków tom poezji Ferlinghettiego, którego sprzedaż sięga dzisiaj miliona egzemplarzy. Zawsze na pierwszym miejscu była u niego tania książka, w miękkiej oprawie (City Lights była pierwszą w Ameryce paperback bookstore), w kieszonkowym formacie, zawsze tomiki poezji... I tak księgarnia prosperuje już siedemdziesiąt lat. Ostatniej wiosny uderzono na alarm, gdy okazało się, że pandemia może położyć kres istnieniu „City Lights”, ale szybko zorganizowano publiczną zbiórkę. Wszak rok wcześniej, gdy kończył sto lat, miasto ogłosiło „Lawrence Ferlinghetti Day”. Wszystko wskazuje na to, że miłość była wzajemna, i również nierzeczywistość zakochała się w poecie, wydawcy i księgarzu Ferlinghettim. Sklep z cukierkami za centa był miejscem gdzie po raz pierwszy zakochałem się w nierzeczywistości Ciągutki lśniły w półmroku wrześniowego popołudnia Kot kręcił się po ladzie wśród lukrecjowych pałeczek dropsów i ojej! gumy do żucia 150 Notatki słów i obrazów (15) Na dworze spadały liście umierając Wiatr zdmuchnął słońce Do sklepu wbiegła dziewczyna Jej włosy były mokre od deszczu Jej piersi bez tchu w tym ciasnym pomieszczeniu Na dworze liście spadały szepcząc Za wcześnie! Za wcześnie! (Przełożyła Julia Hartwig) Leszkowi Szarudze na 75 urodziny 28 lutego 2021 roku Swankie... Samosiejka poezji. Zyje poza wierszem, tomikami, życiem literackim. Uchwycona w reportażowej książce Jessiki Bruder, potem w filmie Chloe Zhao. Swankie z „Nomadland”. Wyrzucona z gniazda kryzysem 2008 roku. Od 2009 wieczna nomadka. Jedna z tych „niepotrzebnych”, która nie dała wyrzucić się na śmietnik. Tak, bez domu, ale nie bezdomna. Zycie w drodze stało się dla niej czymś wię- cej niż ścieżką wolności — uwolniło miłość, która wie o życiu więcej niż kryzys i choroba. Gdy do jej kampera zajrzała Fern (Frances McDormand), potrafiąca zamienić się w słuch, nadeszła pora by wyznać, że po usunięciu komórek rakowych lekarze dali jej kilka miesięcy życia. Nie to jednak jest istotne, nie śmierć, na którą jest przygotowana. Co innego uwydatnia późna pora życia. „W tym roku skończę 75 lat. Myślę, że całkiem dobrze przeżyłam życie. Spotkania, docieranie kajakiem do wszystkich tych naprawdę cudownych miejsc... No wiesz, na przykład łosie na wolności, rodzina łosi na rzece w Idaho. I wielkie, białe pelikany Krzysztof Czyżewski 151 lądujące dosłownie sześć stóp od mojego kajaka na jeziorze w Kolorado. Albo gdy dotarłam do klifu i na jego ścianie ujrzałam setki i jeszcze raz setki jaskółczych gniazd. Wszędzie wokół roiło się od latających jaskółek. A one odbijały się w wodzie, więc zdało mi się, że latam razem z nimi. Były pode mną, nade mną, wszędzie. I pisklęta wykluwały się ze skorupek spadających do wody. Unosiły się na wodzie, maleńkie skorupki... To było tak niesamowite! Poczułam, że starczy tego za całe życie. Byłam spełniona. Gdybym wtedy, dokładnie w tym momencie umarła, byłoby idealnie. Nie wiem, ale może kiedy umrę, moi przyjaciele zgromadzą się wokół ogniska i na moją pamiątkę każdy wrzuci kamień w ogień? O, widzę coś nowego... W tym momencie Swanki wyszła już z kampera, a przed nią otwierał się nieznany jeszcze horyzont. Ani jej w głowie było zrezygnować z dalszej wyprawy. Szykowała się do podróży na Alaskę, gotowa dalej robić swoje, a ślady dawnych wspomnień prowadziły ją ku nowemu. 26 marca 2021 rok List ze Lwowa do Adama Zagajewskiego. Od Jurko Prochaśki. Jeżeli wygnani nadal żyją tam, skąd zostali wygnani, to Jurko miał za sąsiada Adama. Zwłaszcza, gdy ten odważył się na powrót, a potem kolejne. Czasem nie zdajemy sobie sprawy, jak ważne dla nowych 152 Notatki słów i obrazów (15) mieszkańców rajów utraconych są powroty wygnańców. Tym bardziej wieczne powroty. Wszak „Jechać do Lwowa” przybrało postać bezokolicznika w aspekcie niedokonanym, poza czasem, co podkreśla łacińskie „infinitivus”. Brakuje więc podstaw, by uznać, że wraz z odejściem z tego świata Adam Zagajewski przestał jechać do Lwowa. Co też list od jego ukraińskiego sąsiada najdobitniej uwiarygadnia. Chodzi o miasto, w którym się urodziłeś, a w zasadzie zostałeś urodzony, i w którym ja zapewne umrę, a przynajmniej chciałbym umrzeć, jeśli Bóg pozwoli, bo tak jest mi drogie, tak nieodzowne. Ty musiałeś to miejsce opuścić wcześnie, czy odczuwałeś jego brak? Własnych wspomnień o nim nie miałeś, nie mogłeś mieć, pozostawało patrzenie i słuchanie, wspomnienia wygnanych, którzy nadal żyli tam, skąd zostali wygnani, w pierwszym z dwóch miast. Wygnanie jest zazwyczaj najważniejszym dowodem na istnienie raju, czasem nawet jedynym. Wtedy w Krakowie włożyłeś mi do kieszeni karteczkę ze swoim nazwiskiem i adresem e-ma-ilowym, jeszcze z amerykańskiego uniwersytetu, napisaną odręcznie, zachęcając, żebym pisał i oczywiście mówił do Ciebie po imieniu. Oczywiście nigdy nie odważyłem się, to znaczy mówić do Ciebie po imieniu i owszem, ale nie pisać do Ciebie. Nie chciałem przeszkadzać literaturze światowej, która i tak do mnie przyszła. Od czasu do czasu widywaliśmy się, obserwowałem, jak pięknie się starzejesz, Ty zawsze pamiętałeś moje imię, imię mojego miasta tak czy inaczej. Jechać do Lwowa! Wykorzystałeś pierwszą okazję, żeby to zrobić. Naprawdę przyjechałeś, w latach dziewięćdziesiątych, nie wzbraniałeś się przed postawieniem nogi na tej ziemi, inaczej niż Lem. Dobrze, inny punkt wyjścia, zrozumiałe, ale on nie napisał też „Jechać do Lwowa" tylko „ Wysoki zamek". Odwiedź swoje wspomnienia. Zbawiennym doświadczeniem była dla Ciebie wizyta w domu rodzinnym, to że starsza pani wpuściła Cię do niego. Nie mniej zbawcze było dla nas wtedy twoje przybycie. Potem przyjeżdżałeś jeszcze kilka razy, zawsze, gdy nadarzała się okazja. Nie lękałeś się utraty. Czyhała wszędzie. Najlepszą strategią było zapewne pogodzić się z nią. Przemienić utracone w poetyckie zdobycze, w migoczące znaleziska. Opiewać okaleczony świat. Patrzeć na to, co utracone, ze smutkiem i rozkoszą, bez pożądania, ale też bez dystansu. Ze współczuciem. Jak na coś, czego nikt nie posiada, co i tak nigdy nie znika. I .będzie zawsze. Również w niebiańskim Lwowie. Z języka niemieckiego przełożyła Katarzyna Leszczyńska 27 marca 2021 rok Teatro Laboratorio w Weronie, „Antygona Sofoklesa” Brechta, liana Abramovitch i Ar-gento — aktorzy Living Theatre. Pamiętam jak dziś, a był rok 1980 może. Jedno z najważniejszych przeżyć teatralnych w moim życiu. Wydarzyło się na pograniczu teatru, właściwie po wyjściu z teatru, właściwie kiedy teatru już nie było. Krzysztof Czyżewski 153 THE LIVING THEATRE ANTIGONE C«mm a C*a**TUM Coomtdo Tełlro PWMu Pw**» TEATRO NORBA VENERDI 27 MARŻO - ORE 20,00 0CTTAOU A NRI RMBAT1 nSZO IWm L MM Marta L 2 MB Czy to nie jest tak z teatrem, a może z każdą ze sztuk, że jest jedynie podróżą poza siebie, w drugą przestrzeń? Rzemiosło i uwaga mogą nas w niej prowadzić dalej i dalej, ale kiedy dosięgamy innego, sztuka znika, wychodzimy z niej jak motyl z poczwarki. A może praw-dziwiej byłoby rzec: to z nas coś wychodzi. Rozpuszcza się w nas gąsienica — wszystko to, czym byliśmy, i rodzi imago, jak starzy Europejczycy nazywali dojrzałego motyla. Rodzi się poza nami. Pracując w teatrze wciąż z niego wychodzimy, na pogranicze, w oczekiwaniu, z ulepionym w artystycznym laboratorium pustym naczyniem. liana dołączyła do naszej gardzienickiej wyprawy gdzieś w Toskanii. Od kilku już lat mieszkała we Włoszech, pracując w jednej z mniejszych grup, które powstały po rozwiązaniu się w 1970 roku komuny/teatru The Living Theatre. Wychowała się na Brooklynie, w rodzinie wschodnioeuropejskich Żydów, którym później, już jako pracowniczka Museum of Jewish Heritage w Nowym Jorku, poświęci książkę swojego życia („Jews of Brooklyn ”). Blisko współpracowała z Julianem Beckiem, a zwłaszcza z Judith Maliną, która była dla niej jak starsza siostra. Grała w „Antygonie , spektaklu z 1967 roku, który Malina i Beck odrodzili pod koniec lat 70. Przyjechali z nim również do Polski w 1980 roku. Nie widziałem go, ale daję wiarę słowom Jolanty Brach-Czainy, która widziała przedstawienie w warszawskiej „Stodole” i tak o nim pisała w „Etosie nowej sztuki”: „...narzucało się wrażenie, że przyjęty przez nich obecnie kierunek jest wycofaniem się z życia. Na teatralnej scenie niewyszukana i przesadna ekspresja gry aktorów każę ich sytuować gdzieś wpół drogi między teatrem zawodowym a amatorskim i jest nieprzekonywująca”. Wierzę tym słowom, bo widziałem próby nad tym spektaklem i uczestniczyłem w dyskusjach o nim, które miały być ledwie przygotowaniem do czegoś, co mogłoby się wyda- 154 Notatki słów i obrazów (15) rzyć niejako „przy okazji” jego grania. A jednocześnie to coś oczekiwane, jeśli się wydarzało, było przecież immanentną częścią przedstawienia. Trzeba było tylko znaleźć ścieżkę wyjścia z teatru. Doświadczyłem tego i o tym jest ta opowieść. Doświadczyłem „próby humanizacji kultury”, o której pisała w odniesieniu do twórczości Living Theatre Jolanta Brach-Czaina, poświęcając temu wspaniałemu zjawisku teatralnemu jeden z najlepszych tekstów jakie powstały o nim w Polsce: „...przywrócenie człowiekowi możliwości działania twórczego, lecz nie indywidualnego, i przywrócenie żywych więzi emocjonalnych, lecz społecznie szeroko otwartych, a nie izolowanych. Ta próba znosi alienację jednostki, opisaną przez krytyków społeczeństwa masowego, nie restaurując autonomii jednostki. [...] Opuszczając teren sztuki, Living Theatre wstąpił w dziedzinę realnego, bezpośredniego życia. Musiał też poszukać nowych sposobów komunikacji. Gdy cele moralne i społeczne — pojęte dosłownie i bezpośrednio, wcielane w życie własnym postępowaniem — wyparły dawne cele artystyczne, wówczas nieprzydatne okazały się komunikaty zapośredniczone”. O pracy nad „Antygoną” liana opowiadała mi w Rzymie, goszcząc mnie w swoim małym mieszkaniu, właściwie suterynie z lufcikiem pod sufitem, przez który niemal dosłownie wlewał się Tyber. Przygotowywała się do pracy w Weronie w środowisku „trudnym społecznie”, jak to określiła, którą miała poprowadzić z Argento, kolegą z zespołu. Jako jej uwieńczenie planowała przygotowanie wspólnie z amatorami warsztatowej wersji „Antygony”. Wkrótce wyjechała zostawiając mi klucze do mieszkania, notes zapisany słowami starych pieśni hebrajskich, których w każdej wolnej chwili uczyła mnie śpiewać, i adres Teatro Laboratorio. Dotarłem do Werony na dwa dni przed. Ze starówki trzeba było przejść Adygę kamiennym, pamiętającym czasy rzymskie Ponte Pietra, i w dosyć zapyziałym, robotniczym jak mi się zdawało zaułku zarzecza odnaleźć poprzemysłowy budynek, nad drzwiami którego koślawymi literami wypisane było Teatro Laboratorio. Do późna w nocy toczyły się próby i żywe dyskusje. Dowiadywałem się z nich o dramatycznych problemach ludzi, głównie młodych, uczestniczących w warsztatach — przemocy w rodzinie, molestowaniu, próbach samobójczych, uzależnieniu od narkotyków, pobytach w więzieniu, anarchistycznych buntach. Wszystkie one dochodziły do głosu na scenie, na której roiło się od chaotycznych działań, pełnych fizycznej przemocy, samoudręczania się, ale także intymnych zbliżeń ciał głodnych ciepła i miłości. Szczere, bardzo emocjonalne i ...teatralnie zupełnie nieprzekonujące. Po obejrzeniu ostatniej próby miałem wrażenie, że pokaz tego spektaklu przed publicznością Werony okaże się zupełną katastrofą. A publiczność dopisała. Przez Ponte Pietra, tak samo jak dwa tysiące lat temu do rzymskiego teatru, którego ruiny gdzieś tu na zarzeczu jeszcze można była znaleźć, nadciągali widzowie. Kto wie czy w tamtych czasach nie grano tu „Antygony” Sofoklesa, a może przynajmniej „Fenicjanek”, w których Seneka Młodszy dał swoje odczytanie greckiej tragedii, tak jak później Brecht swoje? Co zrozumiałe, dużą część publiczności stanowili rówieśnicy i zapewne znajomi aktorów. Jednak co najmniej drugą jej połowę stanowili ludzie, których nigdy wcześniej nie widywałem na przedstawieniach teatru alternatywnego. Zajeżdżali lśniącymi limuzynami, eleganccy, w białych garniturach, perłowych koliach, bucikach na Krzysztof Czyżewski 155 cieniutkich szpilkach, z zapachem wyszukanych perfum... i zasiadali na zgrzebnych, zakurzonych ławach widowni. Zaczęło się. Nie trzeba było wyjścia aktora, który — jak w ich legendarnym spektaklu „Misteria i inne sztuki’ — pojawiał się na pustej scenie, bez gestu i kostiumu, milczący i przez długie chwile trwający w bezruchu, aż budził obecność publiczności, coraz bardziej niecierpliwej, kręcącej się i szemrającej. Tu wystarczyła sama obecność na widowni innych, bogatych, z wykupionym na cały rok karnetem do opery, inaczej ubranych ludzi. Tak, szybko dotarło do mnie, że to mogą być rodzice i krewni aktorów. Niepostrzeżenie przeszliśmy do drugiego aktu. Aktorzy grali „Antygonę”, czyli siebie. Improwizacja zbiorowa, wyprawa na dno ludzkiego udręczenia i narastająca, choć bez żadnych aktów bezpośrednich, konfrontacja z publicznością. Nie interesowała ich autoanaliza lecz zderzenie ze światem widzów, zwłaszcza tych inaczej ubranych. Oni tymczasem coraz bardziej byli zaniepokojeni, może zniesmaczeni, niepewnie oglądający się na siebie. Jedna, może dwie osoby wyszły, ale reszta wytrwała do końca aktu. I wtedy na scenie pojawiła się liana, zwracając się do nas z prośbą, abyśmy wyszli z teatru i zgromadzili się na podwórzu. Zaczął się akt trzeci. Stanęliśmy w wielkim kręgu. Po środku aktorzy, każdy z kawałkiem grubego sznura. Zaczęli wzajemnie się związywać, układając partnerów na ziemi, spętanych tak, że nie mogli wstać ani się poruszać. Na koniec został sam jeszcze niespętany Argento. Gdy tak błąkał się po omacku między poskręcanymi na ziemi ciałami ludzi, ujrzałem w nim przez moment Terezjasza, którego w „Królu Edypie” Pasoliniego pamiętnie zagrał Julian Beck. Podniósł do góry ramiona z grubym sznurem, podszedł do jednego z ojców, wręczył mu sznur i powiedział „Lagami. Zwiąż mnie”. I wtedy to się stało. Głucha, bezradna cisza ciążyła jak kamień u szyi. Żaden aktor nie wytrwałby tyle w bezruchu, ile rodzice stojąc w kręgu nad spętanymi swoimi dziećmi, a my, reszta dawnej widowni, z nimi. Nie było już ani jednej aktorki, ani jednego aktora, którzy mogliby się wyłonić z jakiś niewidzialnych kulis by rozwiązać tę sytuację i zakończyć przedstawienie. Tylko dłużące się nieznośnie bezruch i milczenie. Pierwsza była kobieta, która rzuciła torebkę ze złotą klamerką na ziemię i, wyginając w piachu szpilki, podbiegła do córki, uklękła i zaczęła ją rozwiązywać. Za nią poszli inni. Gdy już uwolnili dzieci z pęt, uważnie przyglądali się ich twarzom, jakby po raz pierwszy od nie wiem jak długiego czasu je zobaczyli, mocno się obejmowali i płakali, płakali, płakali... Do dzisiaj nie ucichł we mnie ten płacz. 156 Dziennik kataloński (12) Paweł Zbierski DZIENNIK KATALOŃSKI (11) EKONOMIA CNOTY KATALOŃSKIEJ Zwroty akcji na południu i północy. Aresztowania kolejnych aktywistów katalońskich i wielotysięczne protesty w Barcelonie. Idący z Paryża ultranacjonalizm francuski i nacierający w stolicy Katalonii Północnej i złowrogie pomruki hejlujących faszystów dobiegające od strony Madrytu. Do tego wszystkiego rozwija się coraz bardziej dramatyczny bój o język kataloński z burzliwymi demonstracjami w Katalonii, Korsyce, Bretanii, Kraju Basków... Wszystko wskazuje na to, że w kontrze do wielogłosowej, wielojęzycznej i wielokolorowej Europy mamy oto rosnące ciśnienie parafaszystów marzących o odgrzaniu sporów z mniejszościami etnicznymi i zainstalowaniu ultranacjonalistycznych, homogenicznych dyktatur w kilku wielkich państwach narodowych. .. 8 KWIETNIA, WIECZOREM, GALERIA „PORAY”. OGLĄDAM BFMTV. Francuski parlament zatwierdził ustawę o ochronie języków regionalnych. Nowe prawo wprowadza m.in. możliwość nauczania immersyjnego oraz dwujęzycznego oznakowania w przestrzeni publicznej. Historyczna zapewne ustawa została przegłosowana dziś, 8 kwietnia 2021. Została poparta przez większość posłów Assemblee nationale, francuskiego parlamentu: 247 głosowało za, przeciwko 76; wstrzymało się 19. Prace nad tym dokumentem, mającym dla Katalonii Północnej kapitalne znaczenie, trwały wiele lat. DAR I WYRYWANIE JĘZYKÓW Deputowany Paul Molac podkreślił, że wprowadzenie ustawy nie byłoby możliwe bez współpracy wielu osób, partii i stowarzyszeń. Podkreślił także: „W umowach podpisywanych między regionami a państwem znalazł się także konkretny cel, jakim jest zaoferowanie pomocy wszystkim, którzy chcą chronić i rozwijać język regionalny. Jest to kwestia odpowiedzi na zapotrzebowanie społeczne”. Paul Molac wyjaśnił także, że dzięki temu będzie można wyszkolić nauczycieli i że społeczności regionalne są do tego przygotowane. * Co ciekawe, od razu po uchwaleniu ustawy pojawiło się w związku z tym poważne napięcie między parlamentem a rządem francuskim... Paweł Zbierski 157 * Wieści z Kaszub. Artur Jabłoński na swoim profilu FB żywo komentuje te wydarzenia: „Stało się to wbrew opinii francuskiego rządu, a w szczególności ministra edukacji, który nie chciał poprzeć ustawowych rozwiązań rozszerzających językowe prawa Alzatczyków, Basków, Bretończyków, Katalończyków, Korsykanów...” Myśląc o tym wszystkim długo, bardzo długo nie mogę usnąć. SAINT LAURENT RANO, 11 KWIETNIA, W RADIU ORAZ W INTERNECIE CIĄG DALSZY BURZY WOKÓŁ JĘZYKÓW Mimo, że dokument w sprawie języków już jest uchwalony, to mocno buzuje w mediach. Podskórnie widać polaryzację w tej sprawie zwolenników „dwóch Europ”. Jedni wydają się bronić kontynentu iskrzącego się bogactwem różnorodnych kultur i języków, inni są za ścisłą homogenizacją. Dziennikarze pytają bretońskiego polityka Paula Molaca, co by się stało, gdyby nie chroniono języków regionalnych i te zginęłyby? „To cała część naszej historii, ale także naszej kultury, naszej kreatywności... Zaspokojenie praw językowych jest bardzo ważne”. Nieoczekiwanie więc rząd francuski — co jest dla wielu Szokiem — zbliża się mentalnie do Marinę Le Pen. Nieoczekiwanie blisko Frontu Narodowego staje nagle urzędujący Minister Edukacji Narodowej, którym jest Jean-Michel Blanquer. On demonstracyjnie nie poparł tej ustawy, a nawet mówił o niej, że to przejaw „separatyzmu”. Tymczasem parlamentarny sprawozdawca nowego prawa Paul Molac odniósł się do tego ironiczne, ripostując ministrowi Republiki Francuskiej w następujący sposób: „Najwyższy czas, aby zaktualizował on swoje oprogramowanie. Jesteśmy wielojęzyczni, a Francja jest państwem z ludźmi, którzy posługują się różnymi językami”. W powietrzu czuję napięcie, rosnący niepokój. Zęby odetchnąć, zabieram pod pachę książkę Orwella i za jeden EURO jadę autobusem na spacer do Arles-sur-Tech. ARELES SUR TECH, PÓŹNYM POPOŁUDNIEM , 11 KWIETNIA „Tutaj takie rzeczy zdarzają się w oka mgnieniu. Nawet się nie obejrzysz, kiedy policyjna, gumowa pała trafia cię znienacka w plecy, a gumowa kulka w tył głowy. Albo - w związku z pirenejskimi realiami — gdy piorun przerywa gwałtownie wszystkie źródła zasilania i odcina cię od internetu „słucham pochyło- w HOŁDZIf KATALONII GEORGE ORWELL 158 Dziennik kataloński (12) ny i zaparzony głęboko w egzemplarz „W hołdzie Katalonii ... Słucham tubalnego głosu dochodzącego z bardzo bliska. Mimo obostrzenia pandemicznego w tej jedynej czynnej kawiarni wystawiono stoliki w plenerze. Razem z jednoosobową obsługą. I dopiero wtedy zauważam, że daje mi przestrogę, stojąc za plenerowym barem w Arles sur Tech niewysoki, młody, najwyżej dwudziestoletni pękaty kataloński kelner, bo zaopatrzony w charakterystyczną żółtą wolnościową kokardę majestatycznie przypiętą na piersi do białej płóciennej kamizelki. I mówi to wszystko niby żartem. * Natura i polityka to zwłaszcza w Barcelonie i w całej Katalonii Południowej siły wyższe, choć niekoniecznie nadprzyrodzone. Wylegujący się na plażach Costa Brava turysta z Polski aż do końca urlopu nie dostrzeże jednak wokół siebie żadnego napięcia. Na północy politycznie jest spokojniej, choć natura równie mocno atakuje. W końcu Pireneje są tylko jedne i przyrodniczo niepodzielne. Mimo, że przecięte administracyjnie granicą dwóch wielkich państw mających swoje dziejowe ekspansjonistyczne i kolonialne zapędy: Hiszpanii i Francji. Okazało się po latach, że monarchistyczna Hiszpania ma z tym historycznym ciężarem znacznie większe problemy. Choć także i republikańska Francja mimo, że porewolucyjna, sama sobie od czasu do czasu strzela w stopę. Zwłaszcza ostatnio. FABRYKA CZEKOLADY Kilkuset północnych Katalończyków z minuty na minutę straciło robotę, kiedy to gwałtowny huragan, a wkrótce potem powódź, zmiotły z powierzchni ziemi ich fabrykę czekolady. W Arles-Sur-Tech, nieopodal naszego Saint Laurent, występująca z brzegów rozszalała w czasie burzy rzeka Tech urwała najpierw mosty, potem wessała w swój nurt tory kolejowe i pobliskie drogi. * Fabryka broniła się do końca. Kataklizm przeszedł wtedy przez wszystkie miejscowości leżące na obu brzegach rzeki Tech rujnując chyba najmocniej sąsiedni kurort Amelie-Les--Bains-Palada, o którym pisałem już w „Dzienniku Katalońskim” obszerniej przy okazji omówienia eseju Stefana Chwina o strachu w Polsce i o „katalońskiej” historii Grottgera oraz o tutejszym Muzeum Poczty. Przed kataklizmem ta inwestycja - ekonomicznie trafiająca szybko w światowy, globalny rynek i jedna z najnowocześniejszych w Europie — zatrudniała do roku 40 około 200 osób. W ciągu paru sekund porwał wówczas nurt rzeki, zwłaszcza ultranowoczesną infrastrukturę: silniki i maszyny, szlifierki, mieszalniki i formy, linie wykończeniowe, pomieszczenia opakowaniowe, magazyny, biura, a nawet stanowiska stolarskie, gdzie produkowano skrzynie transportowe. * Paweł Zbierski 159 Powódź w dolinie rzeki Tech w 1940 r. A wszystko to działo się w październiku pamiętnego roku 1940, na zasadzie swoistego mikstu natury i polityki. Bo przecież już wcześniej ich wujowie z południa, ich ciotki i kuzyni odcięci od prawa do własnego języka, masowo uciekali przez Pireneje przed fa- szystowskim reżimem generała Franco na północ, czyli na terytorium Francji. A z kolei ci na miejscu, we Francji, patrzeć musieli już niedługo wcześniej, bo wiosną roku 1940, jak armia Hitlera podbija uzbrojoną po zęby armię francuską zwykłymi patrolami motocyklowymi. Gorycz? Poczucie klęski? Kapitulacja? Śmierć rozłożona na raty? Nic z tych rzeczy. Nie przeżyli by tego, gdyby nie pielęgnowana w każdym gospodarstwie domowym ekonomia cnoty katalońskiej. Łącznie z rodzinnym, własnym ujęciem wody, piecem chlebowym, misternie plecioną deszczówką, ogrodem żywiącym kolejne pokolenia, a nawet z prywatnym osłem i stadem rozbieganych po podwórkach kur. No więc nie przeżyli by w postawie wyprostowanej, gdyby także nie szczególna uwaga edukacyjna wobec własnych dzieci. Skutek dostrzegłem niedawno, jedząc czekoladę i słuchając przestróg trochę bezczelnego katalońskiego kelnera--smarkacza, który swoją imponującą wiedzę — przy- Ojciec rodziny - północny Katalończyk, portret z pocz. wieku 160 Dziennik kataloński (12) ciągnięty zapewne katalońską okładką mojej książki — musiał chyba zaczerpnąć od jakiegoś własnego dziadka a może stryja. Bo rodzice raczej nie mogli już znać ani języka, ani prawdziwej historii. * Katalończycy północni bowiem, zwłaszcza na prowincji, od pokoleń cenią edukację domową dziadków niemniej niż oblig przymusowej nauki w rządowych placówkach Republiki Francuskiej. To się powszechnie oczytanym Katalończykom sprawdza zwłaszcza w ostatnich miesiącach wobec wzmocnionych dodatkowo covidem sygnałów o wyraźnym załamywaniu się państwowego systemu francuskiej oświaty. Nie przetrwaliby więc, gdyby nie postawa w codziennym życiu, porównywalna może z kaszubskim etosem. To ich — razem pewnie z Baskami — różni radykalnie od zabawowych i bardziej leniwych Hiszpanów. Nie przetrwaliby także, gdyby nie własny, kataloński język, którym w domach praktycznie aż do początku lat 80-tych XX w mówiło się mocno ściszonym szeptem. Oto ekonomia cnoty katalońskiej w mikroskali. * Z kolei w makroskali dzieje północno-katalońskiej fabryki czekolady mogą być symbolicznym skrótem wielowiekowej historii całej Katalonii — wciąż mocno atakowanej z zewnątrz, a jednak wewnątrz mozolnie podnoszącej się z kolan. Bo przecież w roku 1940 trzeba było najpierw odgruzować ogromny teren, przenieść to, co jeszcze ocalało śladowo. I zbudować praktycznie całkiem nową fabrykę kilkadziesiąt kilometrów stąd, w Perpignan, stolicy Katalonii Północnej. Fabrykę słynną na całym świecie i notowaną na największych giełdach. * Powyższe myśli przychodzą mi do głowy podczas ciepłego świetlistego popołudnia wiosennego, w ogródku wytwornej kawiarni w Arles-sur-Tech, gdzie pijąc podwójne espresso i przegryzając czekoladki owinięte w różnokolorowe bibułki przeglądam archiwalne foty w towarzystwie pękatego, przysadzistego kelnera-żartownisia z brzuszkiem i z żółtą kokardą na piersi. A wszystko to z widokiem na Pireneje. Przemiłe jest to, że przy takiej jednej filiżance kawy można spędzić całe popołudnie i delektować się czterema małymi czekoladkami. * Trzeba mi było aż trzech lat życia w Katalonii, by dopiero teraz rozwikłać zagadkę: dlaczego miejscowi, a nawet turyści, gardzą najlepszymi słodyczami szwajcarskimi z alpejskiego mleka albo brukselskimi czekoladkami w kształcie muszli? I dlaczego wybierają jednak czekoladę katalońską opatrzoną znakiem CEMOI oraz zgrafizowanym portretem pirenejskiego niedźwiadka? Ta czekolada jest po prostu smaczniejsza i nie ma ten sukces Paweł Zbierski 161 kompletnie żadnej analogii z naszym hasłem „kupuj polskie produkty ”, zwłaszcza, że cenę ma porównywalną z tamtymi, a jednak odrobinę niższą. To jest akurat atut czysto rynkowy. Ta czekolada, zwłaszcza kula zwana bombą czekoladową, idzie tu jak woda tym bardziej, że turyści przyciągani są przez miejscowych burmistrzów dziesiątkami rozmaitych wydarzeń kulturowo-czekoladowych: akurat teraz mamy tu degustacje, pokazy, fontannę czekoladową, konkurs na najlepszego cukiernika, makijaż czekoladowy, pokazy filmu „Karnawał 1936 ”, wystawę starych zdjęć zatytułowaną „Arles fa temps”, stoiska z lokalnymi produktami. I wreszcie mamy możliwość całodziennego wyżywienia w każdej katalońskiej wsi wraz z dodatkiem czekoladowych deserów. Perswaduję więc sam sobie: Magnez, chłopcze. Zdrowy magnez. W prawdziwej czekoladzie katalońskiej jest dużo magnezu, a to ważne bardzo po całej serii niedawnych interwencji medycznych... Mimo historycznych ciśnień, klęsk żywiołowych, a nawet eksterminacji, miejscowi pracowali nad tą czekoladą 200 lat. OKNO Z WIDOKIEM NA FABRYKĘ TKANIN 12 KWIETNIA NA POCZCIE W SAINT LAURENT. LUDZIE LISTY PISZĄ Pani Beata Jaworowska z Urzędu Marszałkowskiego woj.pomorskiego jest — jak osobiście pisze w liście, który dochodzi z dwutygodniowym opóźnieniem — pod wrażeniem mojego wniosku w sprawie stypendium Marszałka na przygotowanie książki pt. „Dziennik Kataloński ”. Docenia bardzo mój dorobek, jednak informuje zarazem, że wniosek „z powodów budżetowych’’ nie został przyjęty. No cóż, negatywna, aczkolwiek wyczerpująca argumentacja ekonomiczna, zawsze do mnie przemawia. 13 -14 KWIETNIA, SAINT LAURENT DE CERDANS. BARDZO ARTYSTYCZNIE, BO ŚWIATŁO REWELACYJNE OD SAMEGO RANA. Zacząłem malowanie płócien akrylowych w niewielkich formatach, z cyklu „Sardana”. Chcę, żeby ten mój taniec okazał się nieco szalony, żeby tańczący w sąsiedzkim kręgu kurczowo trzymali się za ręce i żeby byli trochę w locie, oderwani stopami od ziemi, w chmurach. Jak u Chagalla. Albo u Singera... 15 KWIETNIA, GALERIA „PORAY”, BARDZO DZIŚ JEST INTENSYWNIE -CIĄG DALSZY MALOWANIA, A NA STRYCHU WIELKIE ODKRYCIE! A to ci heca. Wynosząc w metalowym wiaderku z piętra kolejne tony gruzu, znalazłem pod tymi gruzami okrągłe, czerwono-granatowe blaszane pudło po czekoladkach (z Arles--sur-Tech!) wypełnione szpulami z kolorowymi nićmi bawełnianymi a także tekturowe koło z kompletem wbitych w ten okrąg igieł. Oto mam artefakty — sądząc po opisanej na pudełku dacie — mniej więcej sprzed stu lat! Coraz więcej wskazuje na to, że budynek naszej galerii „Poray” był już na początku roku 1900 także mieszkaniem dla robotnic z pobliskiej, słynnej dziś na świecie, fabryki tkanin. Drobne prace przygotowawcze, dotyczące zapewne 162 Dziennik kataloński (12) Sardana, typowy taniec kataloński kroju płócien, musiały być wykonywane na miejscu, na stojących dotąd w piwnicy trzech solidnych dębowych stołach. * Sam sklep fabryczny, sąsiadujący zresztą z naszą galerią „Poray ”, jest tu latem dosłownie oblężony przez turystów, a paradoks polega na tym, że w Saint Laurent osadzono główną siedzibę katalońskiej manufaktury zaś oddziały handlowe rozsiane są na całym świecie, m.in. w Paryżu, Tokio i Nowym Jorku. I żeby się jeszcze upewnić, co do ekonomicznego i zarazem artystycznego znaczenia sąsiedztwa tuż obok naszej „Galerii ”, czytam na murze fabryki tkanin: Ratując ostatnią fabrykę tekstyliów w Saint Laurent de Cerdans, „Les To ileś du SoleiT wskrzesiło wielką tradycję katalońskiego tkactwa. Nasze produkty są autentyczne. Nie tylko dlatego, że są wynikiem metody tkackiej i wiedzy przekazywanej z pokolenia na pokolenie, ale także dlatego, że używamy wyłącznie szlachetnych i naturalnych materiałów: bawełny i lnu. Nasza praca twórcza jest inspirowana próbkami znalezionymi w archiwach, ale kluczem do naszego sukcesu jest nasza zdolność do innowacji. Jeśli zachowujemy wzory i kolory typowe dla katalońskich tkanin, dostosowujemy je do trendów naszych czasów, puszczając wodze wyobraźni. Paweł Zbierski 163 Hafciarki u> Saint Laurent de Cerdans - początek XX w. WIECZOREM TEGO SAMEGO DNIA, NA SPACERZE, W SAINT LAURENT Od mera dowiaduję się wędrując po południu w kierunku doliny, nad strumień, że większość kamienic w najbliższym sąsiedztwie zasiedlali niegdyś robotnicy z tego ogromnego zakładu wytwarzającego wielokolorowe tkaniny. Jeśli doliczyć to tego również pobliską fabrykę espadryli (wygodnych butów wytwarzanych z drewna i płótna), to okaże się, że przez długie lata Saint Laurent był miastem nie tylko przemytników pracujących przy pobliskiej granicy z Hiszpanią, ale także robotników. To zresztą w dużej mierze tłumaczy adres, nadany wiele lat po budowie domu, pod którym dzisiaj pracujemy: „Avenue Jean Jaures”, na cześć słynnego socjalisty. Na punkcie tego socjalisty ma zresztą nasz mer Louis Caiseilles kompletnego bzika, a w merostwie, w swoim gabinecie, powiesił sobie nawet jego portret zajmujący ścianę od podłogi aż po sufit. — Jestem socjalistą, a do polityki osobiście wprowadził mnie mój przyjaciel Fracois Mit-terand — wyznaje mer, po czym szarpie za smycz swego próbującego uciec w otchłań górskiego strumienia pięknego, czarno białego wyżła. W ogóle Caiseilles, człowiek na oko dobiegający osiemdziesiątki, to temat sam w sobie. Wart osobnej opowieści... 16-18 KWIETNIA, SAINT LAURENT Głównie śpię i nie mogę się dobudzić. Jedynie w krótkich przerwach coś tam jem. I nasłuchuję wieści z Polski. Po co ? - Sam nie wiem! To niestety jest mój jakiś chorobliwy 164 Dziennik karałoński (12) i nieuleczalny atawizm: Polska! Wywala mi wciąż ciśnienie... około dwustu na sto. Paradoksalnie najlepiej jest z tym łazić, nie leżeć, nie siedzieć na dupie. WYRWIJ MUROM ZĘBY KRAT 19 KWIETNIA, PIRENEJE, GRANICA FRANCUSKO-HISZPAŃSKA. Oliver Marrot, Katalończyk od pokoleń zamieszkały w Saint Laurent, proponuje Oli wyprawę wysoko w góry. Dołączam do nich, ale już na samą myśl o tym tracę oddech. Mamy ze sobą wodę, grube, nieprzemakalne kurtki i całodzienne wyżywienie. To jest nie tylko rekreacja, ale także nasz prywatny protest wobec jednostronnego zablokowania przez Francję - dosłownie grubymi betonowymi płytami - wszystkich przejść do Hiszpanii. Takich protestów, gdzie ludzie wędrują w Pirenejach z transparentami i flagami, jest tutaj coraz więcej. Na szczęście, co wysoko w górach widzimy teraz jak na dłoni, granica francusko-hiszpańska w Pirenejach jest płynna. No i dobrze. Wędrujemy akurat szlakiem, na który historia w lutym 1939 wrzuciła gwałtownie 70 000 republikańskich Katalończykow . Dokładnie depczemy teraz po śladach uchodźców... 22 KWIETNIA. PRZEJŚCIE GRANICZNE Z HISZPANIĄ, COUSTOUGES, OSTATNIA MIEJSCOWOŚĆ PO FRANCUSKIEJ STRONIE Dwa miesiące po tym, jak przejście graniczne zostało zamknięte przez francuską zaporę z muru betonowych bloków, na moście granicznym riu Major zgromadziło się kilka tysięcy osób. „Unitat Catalana” , północno-kataloński ruch polityczny wezwał do utworzenia obywatelskiej społeczności na rzecz przywrócenia swobodnego przepływu między Coustouges i Maęanet de Cabrenys i wezwał do „pełnej mobilizacji”. Zgromadzeni powiedzieli, że zwracają się „do wszystkich, którzy korzystają z tej osi drogowej.” Coustuges, Katalonia Północna. Protest w ostatniej miejscowości po stronie francuskiej, na przejściu granicznym z Hiszpanią Paweł Zbierski 165 Josep Goded, anglojęzyczny dziennikarz kataloński, pisze na swoim profillu FB: „Powtarzam jeszcze raz to, co już wiele razy mówiłem: faszyści prędzej czy później będą częścią przyszłego rządu w Hiszpanii. Hiszpańskie media głównego nurtu i część lewicy otwierają im właśnie platformę do działania. Normalizacja faszyzmu będzie miała katastrofalne skutki”. PERPIGNAN, 30 KWIETNIA Myślę, że charakterystyczną cechą tego społeczeństwa jest swoista ekonomika działania, pragmatyzm, umiejętność przewidywania spodziewanych zdarzeń, tak, by nie dać się zaskoczyć. Takiej postawy uczą się Katalończycy z własnej historii. * W odpowiedzi na mało przyjazne pomruki rządu francuskiego w sprawie kultury i języka katalońskiego swoistego pospolitego ruszenia dokonują merowie. Trudno nie zauważyć jak imponujące jest to zjawisko i i jak poważnej logistyki wymaga. Otóż wszystkie gminy od wybrzeża Katalonii aż po Pireneje uczestniczą w tworzeniu „Białej Księgi Północnej Katalonii” (oprawionej zresztą na żółto) szczegółowo opisującej konkretne zadania w celu obrony języka. Łącznie 55 gmin w departamencie potwierdziło swoje poparcie dla języka, kultury i tradycji katalońskiej. Zapowiedziano, że Księga wkrótce trafi do drukarni, aby móc ją zaprezentować i rozdystrybuować w okresie od połowy maja do połowy czerwca 2021 roku. „Biała Księga Północnej Katalonii” została sporządzona przez „Angelets de la Terra” przy pomocy profesorów z Uniwersytetu w Perpignan specjalizujących się w toponimii, historii i nauczaniu języka katalońskiego, ale także kilkorga wybitnych reprezentantów świata kultury a także Stowarzyszeń. 4 MAJA, CERET Do tej pory Unamuno kojarzyłem z moimi zajęciami w Uniwersytecie Gdańskim z wprowadzenia do nauki o kulturze, potem także już z Katalonią, gdy właśnie w związku z losem Katalończyków Gaudi wszedł z nim w bardzo ostry konflikt. Teraz znajomi Anglicy z Ceret opowiadają mi o Unamuno niesamowitą historię. Siedzimy w barze „Picasso” na Placu Picassa, wreszcie odmrożonym po ciężkim śnie zimowo-co-vidowym. Najpierw kładą na stoliku baterię butelek piwa, a potem unikalne fotografie z wojny domowej, w tym szczególnie zapamiętane przeze mnie wstrząsające zdjęcie: ofiarę nalotu bombowego na miasto Lleida w listopadzie 1937 roku. „Unamuno zmarł dokładnie rok wcześniej, ale gorycz zawartości zdjęcia poznał wybornie. A śmierć Unamuno miała skutki dalekosiężne. Bo Miguel Unamuno poparł najpierw generała Franco” — mówią Anglicy. Potem 166 Dziennik kataloński (12) jednak radykalnie zmienił zdanie głęboko poruszony serią okrutnych morderstw ultrana-cjonalistów hiszpańskich dokonanych na najbliższych swoich przyjaciołach. 12 października 1936 r. hiszpański filozof pisarz i poeta wygłosił swoją słyną płomienną przemowę na - nomen omen — Festiwalu Rasy Hiszpańskiej (!). Potępił tam kategorycznie całą ideologię frankistów za ich stosunek do mniejszości katalońskiej i baskijskiej. Rozwścieczony tłum zabierał się już do linczu filozofa, jednak uratowało go wstawiennictwo żony generała Franco obecnej na sali. Ze złości chcieli potem frankiści rozstrzelać Unamuno jako zdrajcę. Ostatecznie jednak ze względu na jego dorobek naukowy nie zdecydowano się na ten radykalny krok. Tymczasem wkrótce potem Unamuno i tak umarł. Ze zgryzoty. * Po otrzymaniu wiadomości o śmierci Unamuno dwaj jego synowie wstąpili do Antyfaszystowskiej Milicji. 5 -8 MAJA, SAINT LAURENT Kończę wreszcie cykl moich płócien zatytułowanych „Sardana” 9 MAJA, ARGELES SUR MER, HOTEL Docieram do anonsowanego od dawna „New York Timesa” w wersji papierowej. I tam czytam: „Katalonia to problem, który drażni UE”. Dalej jest mowa o „europejskiej obłudzie” wobec regionu, który domaga się większych demokratycznych wolności. Gazeta wymienia kilka konkretnych przykładów, że „więzienie przywódców proniepodległościowych jest demokratyczną anomalią”. Jednocześnie gazeta zwraca uwagę, że Rosja - według mnie demagogicznie - wykorzystuje w swojej dyplomacji te fakty jako argumenty przeciw UE domagającej się przecież bardzo głośno i niejako równolegle uwolnienia Nawalnego. Przy okazji mocno też dostaje się Amnesty International krytykowanej za utratę swoistej autonomii i sterowności i poddającej się dyktatom z Madrytu i Brukseli. * Ciekawe to spojrzenie, bo wydobywające mnie z bańki informacyjnej w jakiej tkwią także polskie media. I obiecuję sobie solennie, że odrobinę ograniczę mój kontakt z mediami znad Wisły. Dla równowagi. I dla zdrowia przede wszystkim. 10-15 MAJA, „GALERIA PORAY” Rozpoczynam pracę nad dużym płótnem olejnym zatytułowanym roboczo „Przed rewią Clairvoy”. Obraz ma się skomponować w instalacji z oryginalnymi dziewięcioma parami butów tancerek, które tańczą w butach ze sklepu Maison „Clairvoy”. Aleksandra Fontaine obiecuje mi te buty osobiście przywieźć wprost z Paryża Paweł Zbierski 167 * A jednak Polska nie pozwala mi o sobie zapomnieć. Napisali znajomi z „Wyborczej”, abym skomentował pomysł Jacka Korskiego, który chce ufundować nagrodę dla młodego zdolnego dziennikarza z ośrodka TVP w Gdańsku dedykowany pamięci tragicznie zmarłego prezentera TVP Gdańsk Piotra Świąca. Cóż za absurd! — myślę. Początkowo oczy stają mi w słup, ale jednak się godzę, gdy uświadamiam sobie, że przecież pracowałem razem z Piotrem ponad 20 lat. A nazajutrz czytam opublikowany tekst. W tym nagłówek złożony z moich własnych słów: „Dlaczego Piotr Świąc nie odszedł z TVP, gdy nastał Jacek Kurski, godząc się na rolę konferansjera dobrej zmiany? Nie pojmuję. Jacek Kurski to modelowy niszczyciel medialny.” Bo rzeczywiście wszystko mnie w tej sprawie dziwi: dziwi nagroda, dziwi nieżyjący już, tragicznie zmarły dziennikarz ze swoją postawą uległości wobec „dobrej zmiany”, dziwią wreszcie moi koledzy z telewizji, aktualni i byli, którzy nie mają odwagi, by otwarcie skomentować dla gazety ideę nagrody. Okazuje się wreszcie — już na postawie adnotacji odre-dakcyjnej — że jestem jedną osobą, która zgodziła się wypowiedzieć w tej sprawie... 16 - 25 MAJA Przez Barcelonę i Perpignone przetaczają się fale ogromnych, wielotysięcznych demonstracji: w Katalonii Północnej — w obronie języka, w Katalonii Południowej — w sprawie wolności dla więźniów politycznych. * A w Arles-sur-Tech już prawie lato. Czyli powtórka z podwójnego espresso, tym razem bez czekolady, za to z lodami. I znów podchodzi do mnie tamten pękaty kelner. Tym razem bez żółtej kokardy. Pan wie, że oni nigdy nie odpuszczą Katalończykom? Kto nie odpuści? Jak to kto? Hiszpanie! Katalonia wytwarza 20 procent produktu krajowego całej Hiszpanii. A do tego robi im aż 25 procent całego eksportu. Musieliby z byka spaść, żeby Katalończykom odpuścić! * A ja uświadamiam sobie, że faktycznie. Symbolem Katalonii jest długowieczny, uparty osioł... Natomiast żywiołem Hiszpanów jest krwawa corrida. I to jest jasne: Jak byk! Źródła ilustracji: Fontaine Media, „Galerie Poray” ; Muzeum Poczty w Amelie Amelie--Les-Bains-Palada Piotr Opacian MOL OLENIOK-ływ ostatnią dziką ^ rzeka świata? ^ 170 Oleniok — spływ ostatnią dziką rzeką świata? Osobiście nie przepadam za sformułowaniami typu: naj, ostatnia, pierwsze, itp. Kiedy więc dostałem propozycję udziału w wyprawie, której celem było spłynięcie rzeki Oleniok, jednej z ostatnich dzikich rzek świata, zapaliła mi się ostrzegawcza czerwona lampka. Syberyjska rzeka o długości ponad 2 tys. kilometrów w kraju Władimira Purina pozostawiona „odłogiem ”, sama sobie? Na zachód większy brat Jenisej wykorzystywany bez umiaru przez Federację Rosyjską tak, jak na wschodzie dużo większa siostra Lena. Dlaczego? Pierwszą odpowiedzią była skomplikowana akcja logistyczna mająca na celu przerzut naszych kajaków w rejon rozpoczęcia spływu. Gdyby nie fakt, że blisko dopływu Olenioka, rzeki Ałakit, znajdują się dwie duże kopalnie diamentów, przetransportowanie sztywnych kajaków byłoby niemożliwe. To z powodu tych kopalni istnieją tu większe osady, co pociągnęło za sobą powstanie jakiejś tam sieci dróg — choćby zimników, a nawet lotniska w Polarnym z bezpośrednimi lotami z i do Moskwy! Jednak kiedy tak przemierzaliśmy bezkresną tajgę, której głównym składnikiem są rachityczne modrzewie, tajgę o tej porze nasączoną jak gąbka wodą, ciągle jeszcze nie rozumiałem, dlaczego na takiej dużej rzece nie ma portów rzecznych i ruchu wodnego. Tak, dostać się nad górny Oleniok to trudne zadanie, wręcz wyprawa sama w sobie. „Nasz” wiezdiechod z prawie siedmiometrowymi kajakami Aquariusa na dachu tylko dzięki znajomości terenu i kunsztowi swego kierowcy i mechanika w jednej osobie dotarł w końcu, po wyczerpującej walce, do Ałakitu. Po drodze jego wyciągarka wyrwała z korzeniami niejeden modrzew. No tak, ale rzekę można zagospodarować od ujścia. Pytanie więc pozostało ciągle otwarte. Rankiem, po dwóch czy też trzech kieliszkach samogonu, nasz wiezdiechod zniknął pomiędzy modrzewiami, pozostawiając nas sam na sam z Syberią, z perspektywą długiego Piotr Opacian 171 rejsu bez kontaktu z cywilizacją. Pora aby przedstawić uczestników: Damian Wojciechowski, Adam Grzegorzewski, Grzegorz Rózik i piszący te słowa Piotr Opacian. Przed nami było ponad 2 tysiące kilometrów dzikiej rzeki tylko z jedną miejscowością nazwaną również Oleniokiem. Latem, połączona jest ze światem zewnętrznym jedynie drogą lotniczą, ale dla nas to ważny punkt, w którym będziemy mogli uzupełnić zapasy żywności. Potem jakieś dwa „ośrodki wędkarskie”, jeden dla „wierchuszki”, a drugi dla funkcjonariuszy FSB, stacja meteorologiczna Suchana i to wszystko. Dla mnie przyznam, fantastyczna perspektywa. Z NURTEM SYBERYJSKIEJ RZEKI Dwa niby duże kajaki, ale wokół tak niesamowicie dużo maneli, że duża część ekwipunku musi znaleźć swoje miejsce przytroczona na pokładzie. Skąd ja to znam? Najciekawsze jest to, że po dwóch, trzech dniach jakoś zawsze to wszystko udaje się spakować dużo lepiej. To pakowanie wydaje się trudniejsze od samego płynięcia. Ałakit na tym odcinku to podgórska rzeczka, niesie więc nieźle. Zanim zdążyliśmy się do niej przyzwyczaić, wpadamy do Olenioka, a po kilku dniach cumujemy na małej plaży, z której wiedzie droga do pobliskiej osady - Oleniok. Te setki kilometrów, które dzielą początek naszego spływu od osady Oleniok, to nie-urozmaicony, żeby nie powiedzieć monotonny krajobraz, dość ubogiej syberyjskiej tajgi. Bywa to nużące dla wioślarza, nie ma co tego ukrywać. To na pewno nie wybrzeże klifowe ulubionej przeze mnie północnej Norwegi czy Szkocji, które zaskakuje nas swoją różnorodnością. Ta monotonia ma jednak też pewną zaletę. Prosta codzienność, pozbawiona natłoku obowiązków i ciągłe obcowanie z przyrodą wspaniale resetuje nasze umysły. Proste czynności sklarowania kajaka czy rozbicia namiotu stają się wręcz rytuałem. 172 Oleniok — spływ ostatnią dziką rzeką świata? Zostawiamy za sobą osadę Oleniok. Nie zapomnieli tam o polskim badaczu tego regionu Syberii. Aleksander Czekanowski dumnie się prezentuje z opisem swoich dokonań w lokalnym muzeum etnograficznym. Przez wiele dni po opuszczeniu osady krajobraz jest bardzo podobny do tego sprzed osady. Różnicą jest wielkość rzeki. Oleniok staje się dość szeroki, ale nie niesie dużo wody. Jest przełom czerwca i lipca. Wody roztopowe, które napełniły koryto rzeki, pomknęły już na północ w stronę Morza Łaptiewów. Obniżanie się poziomu rzeki jest szokująco szybkie. Wieczorem pozostawiamy kajaki blisko brzegu, a o poranku musimy je taszczyć do rzeki nawet po kilkanaście metrów. W niektórych miejscach rzeka jest bardzo płytka a jej poziom ciągle opada. Przy tak zmiennym poziomie rzeki i tak wielu płyciznach wydaje się już oczywiste, dlaczego nie ma tu ruchu wodnego idącego od ujścia w górę rzeki. Kamieniste dno, płycizny, krótki okres, kiedy woda w rzece nie jest zamarznięta to wystarczające chyba czynniki, które nie pozwalają na rozwój takiego transportu. A bez dróg transportowych nie powstaną tereny zagospodarowane. Na przeważającej długości biegu Olenioka nie mieszka nikt. Mieszkali tu kiedyś, również za czasów Czekanowskiego, Ewenkowie i Ewenowie. Niestety, na wskutek „kolektywizacji' skupili się w większych osadach regionu takich jak Oleniok czy Taj myły r. Piotr Opacian 175 TAM, GDZIE NIE MA CZŁOWIEKA Najpospolitszą zwierzyną są tu renifery. I nie byłoby w tym nic wartego wspomnienia, gdyby nie nasze szczęście. Pewnego dnia natknęliśmy się na ich migrację przez Oleniok. Stada ciągnęły przez rzekę do „białego zmierzch ’ - noce ciągle były jeszcze widne. Zanocowaliśmy w tym miejscu i odgłosy migracji uśpiły nas późnym wieczorem, by potem obudzić o poranku. Tysiące reniferów przepływało rzekę. Nie można było nabrać wody do gotowania. Wszędzie unosiła się ich sierść. Zapach niósł się daleko. Kiedy odpływaliśmy, kulminacja migracji w tym miejscu już się dawno skończyła, ale ciągle jeszcze grupy maruderów ciągnęły ze wschodniego brzegu na zachodni. Wzdłuż rzeki patrolują swoje rewiry łowieckie liczne tu wilki. Są dość ostrożne w stosunku do człowieka. Dość szybko uciekają. Prawdopodobnie więc muszą tu zimą docierać od czasu do czasu myśliwi. Niedźwiedzie natomiast nie wykazują żadnego respektu w stosunku do nas kajakarzy. Na pewnym odcinku rzeki spotykamy je każdego dnia, a nawet kilka razy dziennie. Na szczęście nie dochodzi do spotkania groźnego dla nas, nie musimy więc używać ani mini rakietnic, ani tym bardziej obżyna, który udało się nam załatwić w Ajcha-le, skąd wyruszaliśmy w stronę Ałakitu. 176 Oleniok — spływ ostatnią dziką rzeką świata? TE NIEZWYKŁE FORMY SKALNE Przed wyprawą, Oleniok utożsamialiśmy z pięknymi, kolorowymi formacjami skalnymi. Uwiecznione przez jedynych dwóch kajakarzy, którzy płynęli tą rzeką: Karpuchina i Koczergina, stały się dla nas symboliczne. Stanowią one jednak krótki odcinek Olenio-ka. Wywarły na mnie pewne wrażenie, ale przyznam, że spodziewałem się czegoś więcej. Ich istotną częścią są pokrywy zwietrzelinowe. Czasami pokrywają znaczną część zbocza i spośród tego „morza” głazików i rumoszu skalnego strzela w niebo samotna iglica, która dała odpór procesom denudacyjnym. Dużo ciekawsze było wspinanie się na klify, a potem długie spacery wzdłuż nich z pięknymi widokami z jednej strony na dolinę Olenioka, a z drugiej na bezkresne, pofalowane tereny tundry. O ile bowiem w dolinie rzeki ciągle obecne są tam modrzewie, to 200-300 metrów wyżej, na wierzchowinie, królują już tylko trawy, mchy i porosty. W Tajmyłyrze nasza wyprawa śladami Aleksandra Czekanowskiego dobiegła końca. Mamy nadzieję, że niejedna osoba, która o naszej wyprawie słyszała, sięgnie po literaturę, ^y pogłębić swoją wiedzę o tym wielkim Polaku. Jeśli tak, to nasz spływ dzięki temu, stanie się czymś więcej, niż wypadem czwórki kajakarzy, spełniających swoje marzenia. *** Wyprawa Oleniok 2019 śladami Aleksandra Czekanowskiego została nagrodzona wyróżnieniem w kategorii „ wyczyn rok” na największej imprezie podróżniczej w Europie: 22. ogólnopolskie spotkania podróżników, żeglarzy i alpinistów Kolosy 2019. Radosław Wiśniewski 177 Radosław Wiśniewski Listy do TYMOTEUSZA (4) 1. CZEMU PIES SZCZEKA, TARGA SIĘ PO NOCY? „ - Czemu pies szczeka, rwie się na łańcuchu? Szybkie dłonie masują mięśnie dostojnika Który w łaźni na własnym kołysząc się brzuchu Wydaje rozkazy, pyta niewolnika - Pies szczeka, bo się boi wiełkiego wybuchu! Bzdura. Na chwilę przerwij, bolą kości Co z poetą, którego rozkazałem śledzić? - Nic nowego meldują podwładni z ciemności W swoim mieszkaniu przy kaganku siedzi Ipisze za wierszem wiersz dla potomności (...)” (Jacek Kaczmarski, „ Pompeje ”) Dwa dni temu zaparkowaliśmy tak jak i poprzednio przy wejściu do lasu, koło domu leśniczego. Rząd właśnie zamknął lasy, więc czekałem tylko, aż leśniczy wyjdzie i powie: - Panie, ja wiem, że rządzi nami banda kretynów, a te ich wszystkie zakazy, obostrzenia i stępienia są głupie, ale weź Pan parkuj trochę bardziej z boku, nie tak na bezczela, bo naprawdę będę musiał coś zrobić. Dzieci się ze mnie już śmieją. Ale nic takiego nie nastąpiło. Tylko pies szczekał i łańcuchem szastał. Weszliśmy na drogę, zaproponowałem, że pierwszy nudny odcinek wezmę ciebie na barana, dałem ci „Lubisia”, który jest już takim znakiem rozpoznawczym wspólnych przeżyć taty i synka. „Lubiś” to nasz tajemniczy pokarm. To znaczy Twój, bo wiesz, że tata tylko patrzy. Pytałeś raz po raz: - Tatusiu... a bendom drapieznikiiii? Mówiłem ci, że lata całe chodzę po górach, po lasach, a w życiu nie widziałem porządnego drapieżnika, że drapieżniki pewnie często nas widzą, ale my ich nie. Bo boją się ludzi bardziej niż my ich, tym bardziej, że jakoś tak się składa, że ludzie zabijają wilki, rysie, borsuki, lisy w dużych ilościach, a one nie mają za bardzo szans do rewanżu i to od dawna. I że w ogóle to ludzie się mszczą w bajkach na wilkach za to, że postanowiły być wolne. Dlatego jak wilk, to zły. A to bzudra. Bo wilk jest piękny, mądry, społeczny. 178 Listy do Tymoteusza (4) Po jakichś stu metrach trafiliśmy na młodą, jeszcze zupełnie czarną żmiję. Była martwa, zabita przez jakiś pojazd. Głowę miała pękniętą wprasowaną w rysunek bieżnika jakiejś opony. - Chcem popatseć... - zacząłeś z wyżyn mojego karku, ale odmówiłem. - Synku, nie żyje i jest smutna, nikt nie chciałby, żeby patrzeć na niego w takim stanie. Miała pecha. - A co to jest pech? - To jest wtedy, kiedy opuszcza cię szczęście i wydarza się coś złego, zupełnie przypadkiem, niezależnie od tego czy byłeś grzeczny, czy nie, czy byłeś dobry, czy zły. Dzieje się coś złego i nie masz na to wpływu. To jest pech. - I ona to miała? - No właśnie. Gady jak wiesz nie potrafią serduszkiem ogrzać sobie krwi, muszą się dużo wygrzewać w słońcu, żeby przeżyć i pewnie było słońce, ułożyła się na drodze, nie wyczuła na czas, że coś jedzie i koniec. W tej samej chwili z bocznej drogi leśnej, jakieś dwieście metrów przed nami, wyjechał traktor z przyczepą. My dwaj na drodze, sami, bez maseczek, a twój tata bez siekiery w rękawie czy chociażby noża w bucie. Nie dałem ci nic poznać, wróciliśmy do rozmowy o drapieżnikach, ale zrobiło mi się nieswojo. Ludzie, pomyślałem, ludzie, synu, są najgorsi. Gorsi od najbardziej zdziczałego wilka, niedźwiedzia, rosomaka. Udawałem, że nic się nie dzieje, szliśmy dalej, jak gdyby nigdy nic, jakby tam był nasz dom, albo samochód, albo jakbyśmy do kina szli, na plac zabaw, kiedy traktor nas mijał, a kierowca łypał na nas nieufnie. Skręciłem w boczną przecinkę, potem do paśnika i jeszcze raz w bok. Wokół ślady zeszłorocznej rzezi stulatków wśród drzew. Pytałeś co chwila czy możesz wejść na resztki zrąbanego pnia, pozwalałem ci, bo niby co miałbym zrobić. Las sprawiał wrażenie miejsca po lesie. Po chwili w szumie wiatru usłyszałem warkot samochodu, terenówka mignęła u wylotu przecinki. Skręciliśmy w głąb tego co kiedyś, jeszcze dwa lata temu, było lasem dającym cień. Pytałeś o tropy, których było dużo, bo blisko do paśnika i lizawki. Sarny, może daniele, może jelenie. - W każdym razie kopytne - zawyrokowałeś z powagą trzech lat i dziesięciu miesięcy. Miałem nadzieję, że zobaczymy jakieś zwierzę. I rzeczywiście zupełnie nie zwracając na nas uwagi drogę przebiegła nam, przystając co kilka susów, wiewiórka. Duża, z piękną kitą. Byłeś zachwycony. Od strony leśnej drogi znowu usłyszałem warkot motoru, tym razem chyba motocykl. Miałem w głowie obmyśloną bajkę, jakby mnie zatrzymali, miałem ułożony tekst odmowy przyjęcia mandatu, ale na miłość boską, chodzenie z dzieckiem po lesie obracając w głowie potrzebną w razie obrony formułę? I jeszcze do tego żałować, że się nie wzięło noża, siekiery, kastetu? To jest paranoja. So here we are. Polska 2020. A było to na dwa dni przed tym, kiedy minister zdrowia kraju, w którym żyjemy, wyraził opinię o wyborach na ważne stanowisko w tym kraju. Ze do wyborów wprawdzie dwa tygodnie, ale można korespondencyjne przygotować raz dwa dla wszystkich. W kraju, Radosław Wiśniewski 179 gdzie listonosz nie potrafi dostarczyć przesyłki zwykłej, nie mówiąc o poleconej, gdzie na dziesięć tysięcy ludzi wypada jedna skrzynka pocztowa i jedna wkurwiona pani na poczcie, gdzie obsadzonych zostało ledwie czterdzieści procent stanowisk komisarzy wyborczych, bo większość ludzi nie chce po prostu zdechnąć na koronawirusa, który trzyma się podobno równie dobrze powierzchni płaskich, jak i lekko porowatych jak papier. I co, jak brakuje komisarzy, to pewnie wstawią nam do komisji wyborczych koła rodzin Radia Maryja albo żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej. Czemu nie? I było to na dwa dni przed tym, jak przeczytałem, że urzędujący i kandydujący prezydent, powiedzmy, że tak będę ciągle na tego człowieka mówił, ma zamiar wstawić do Sądu Najwyższego komisarza. I ten Sąd Najwyższy pod nadzorem komisarza, którego wstawi prezydent, zbada zgodność z konstytucją i prawidłowość wyborów na prezydenta. Wyborów, w których kandyduje prezydent, który wstawi do sądu swojego komisarza. Co tu jest niezrozumiałe? W tym kraju ciężko coś wydrwić, bo po dwóch dniach to, co wydawało się sarkastyczną figurą, wraca jako zupełnie poważnie traktowany pomysł na urządzanie nam życia. Dreptaliśmy zatem błotnistą drogą i nie zastanawiałem się jeszcze, jak ja ci to wszystko wytłumaczę, kiedy dorośniesz i będziesz miał uzasadniony żal i wkurw na starych, że świat, w który wchodzisz, jest zwyczajnie zjebany. Ale Tato, co ty wtedy robiłeś, do kurwy nędzy? Co ci powiem? Ze chodziłem po lasach wbrew zakazowi i próbowałem dać ci siłę na resztę życia. Jakieś wspomnienie dobra i bezpieczeństwa? Bo tak sobie postanowiłem, że będę ci dawał dobre przezrocza na przyszłość. Płomień, pamiętasz? Będziemy nieść płomień. A potem już tylko Ty będziesz niósł płomień. Ale wiem, wiem. Za mało zrobiłem. Za mało robię. Dałem się oszukać. I chodzę wściekły jak dobry Polak. Wyszliśmy zza zakrętu przecinki, zamajaczyła znowu główna droga leśna, wolno przejechał terenowy samochód, ale nie ten sam co za pierwszym razem. Po chwili usłyszałem, że zmienia bieg i cofa się. Wychynął zza zakrętu, stał. Facet zza kierownicy przyglądał nam się bacznie. A ja znowu, ani noża, ani siekiery w rękawie. Tylko Ty dzierżyłeś dzielnie patyk, który był według ciebie szczęką Spinozaura. Uznałem, że trudno, kapituluję. To jest paranoja, wracamy do domu. Bez pośpiechu, ale zdecydowanie skierowałem nas w stronę wyjścia z lasu i domu leśniczego. Było na dwa dni przed czytaniem jakichś chorych projektów ustaw o tym, że niedobrze jest uczyć dzieci o seksualności, ale dobrze jest je uczyć strzelać do żywych stworzeń. Nie wiedziałem tego wszystkiego, nie miałem tego w głowie, ale kiedy zapinałem ci pasy w foteliku przez mgnienie oka pomyślałem, że zamiast ci to wszystko tłumaczyć za kilkanaście lat, tobie — wkurwionemu, już zgiętemu przez chorą rzeczywistość tej nieszczęśliwej ziemi, tego garbatego, ogłupiałego społeczeństwa — lepiej będzie, jak będę uczył ciebie języków obcych. Polakiem synku możesz być — jeżeli będziesz chciał — wszędzie na świecie. Może nawet bardziej, lepiej, mądrzej, bo z dystansu do tego całego bajzlu. Dorastaj młody i spieprzaj stąd. Tata tutaj zostanie, bo ma jakieś rachunki do załatwienia, ale ty zajmij się po prostu swoim szczęściem. 180 Listy do Tymoteusza (4) Bo na razie trudno powiedzieć, że mamy jakiegoś wielkiego pecha, jak ta żmija na drodze, ale o wielkim szczęściu też trudno mówić. Odpaliłem samochód. Tylko pies szczekał i łańcuchem szastał. 2. SPRAWY ŻYCIA, ŚMIERCI ORAZ WIECZNOŚCI Wyszliśmy z domu łamiąc wszystkie zakazy pandemiczne. Usprawiedliwiała nas pusta polna droga, pył unoszący się przy mocniejszych podmuchach wiatru. Poza tym mieliśmy ważną, życiową misję, szliśmy szukać kości dinozaurów w polu, bo, jak wiadomo, jest w okolicy naszego domu ich pełno. Co krok to człowiek nic nie wiedząc nadeptuje na czaszkę celofyza, kość brontozaura, kły placeriasa. Dobrze, że szliśmy razem, to chociaż była jedna kompetentna osoba synku, czyli Ty. Uderzyło nas światło, ciepło, wiatr. - Ale świat! - westchnąłeś, patrząc na bruzdy pola po lewej na którym pan rolnik, jak ci sumiennie opowiadam co roku, coś sieje, sadzi i chyba nigdy nie zbiera. I po chwili dodałeś - świat jest fajny! - Tak — powiedziałem - jest fajny. Chwilę szliśmy dalej w milczeniu. Musiałeś silnie poddawać pod refleksję fajność świata, bo po chwili wystrzeliłeś pytaniem jak z armaty: - Tatoooo? -Tak synku? - A cy wsyscy umarnom? Pamiętałem z tego co mówił mi mój ojciec na temat tego, jak trzeba traktować dzieci, że nie wolno dzieci robić w tak zwanego ciula i wkręcać im kitu. Więc powiedziałem, mimo, że masz zaledwie trzy lata i dziesięć miesięcy, i nie powinna zajmować ciebie specjalnie umieralność ludzkości: - Tak synku, wszyscy kiedyś umrą. - I Ty tes? -Tak -I mama? -Tak - I babcia Monia? - Tak synku. - I nas kiciu Hamondzio tes? - Tak, on też. Wszyscy kiedyś umrzemy. - A po co? - Chyba chciałeś zapytać dlaczego? - Dlacego? Radosław Wiśniewski 181 - Bo gdybyśmy wszyscy żyli wiecznie, to by nie było miejsca dla nikogo nowego. Pomyśl, tylu ludzi by ciągle żyło i żyło, robiłby się tłok, nie byłoby dosyć jedzenia dla wszystkich, ani miejsca, ani powietrza. A tak każdy ma swoją szansę, pożyje sobie, a potem odchodzi i daje szansę na tę przygodę komuś innemu. - Ale gdzie odchodzi? No ładnie, pomyślałem, zagiąłeś mnie. Przypomniałem sobie z kolei, że ksiądz Tischner pouczał, że każda koncepcja, która nie daje się przełożyć na język przedszkolaka, jest z gruntu podejrzana ontologicznie. - A to tego nikt do końca nie wie synku... - Ja wiem! Do nieba! — krzyknąłeś. - No niby tak, ale groby są w ziemi... wiesz, są ludzie, którzy wierzą, że umrą, ale zmartwychwstaną, jak Bóg ich zawoła po imieniu, a pamiętasz, Bóg, są tacy ludzie, którzy wierzą w Boga. Na przykład Twój Tata. - Tak, bo Bóg to jest sef świętego Mikołaja i w ogóle... sef wsystkich sefów - No tak, ale są ludzie, którzy nie wierzą w ogóle w Boga i to też jest w porządku. A są tacy, którzy wierzą w Boga inaczej niż Twój Tata... -Tak? — zapytałeś i uniosłeś charakterystycznie brwi, który to grymasik powoduje, że mimo młodego wieku wszyscy mówią na Ciebie „prezes”. - No, i są tacy co uważają, że nie ma żadnego nieba ani piekła... w ogóle jest wielu ludzi i bardzo dużo pomysłów na świat, życie i śmierć. - A co to jest piekło? - No ludzie, którzy wierzą w Boga, wierzą też, że niebo to jest tam, gdzie idą dobrzy ludzie, a ci, co byli źli, idą na taką wielką karną pufę i to jest piekło, ale są też tacy, którzy uważają, że to w ogóle będzie inaczej, że tych dobrych po prostu Bóg powoła do życia na nowo, a tych złych nie powoła w ogóle. Czyli nie będzie dla nich żadnego piekła ani nieba, po prostu znikną, nie będzie ich naprawdę. - Tatoooo? A ty wiezys w Jezusa? - No właśnie tak, ja jestem z tych ludzi, którzy wierzą w Jezusa, któremu podobno udało się być jednym człowiekiem, który umarł i zmartwychwstał. - A był? - Nie iem synku czy był, wiara to nie wiedza. Gdybym wiedział, to bym ci powiedział, że wiedziałem, wiem, a ja tylko wierzę, czyli wcale nie wiem jak było. Znowu chwila milczenia i wspólne człapanie. - A ja nie wieże w Boga — wypaliłeś nagle, po dłuższej przerwie, w czasie której przyglądałeś się światu. - Nie? - Nie. Bo jaaaa wieże w ...Em...Em...Em.. - powtórzyłeś kilka razy tę losową sylabę, która świadczyła, że bardzo nad czymś pracujesz umysłowo: - Ja wieże w siebie i w mojego tatę! 182 Listy do Tymoteusza (4) I pomyślałem przywołując słowa innego księdza, że wcale nie mam ochoty ciebie nawracać. 3. ZNOWU LAS, NADLEŚNICTWO KĄTNA, WEJŚCIE 45 Czasem mówisz, że to jest las, czasem, że park i ja się zgadzam, ze wszystkim co mówisz. Kiedy idziemy od domu leśniczego w lewo, to jest park, a jak w prawo, to las. Koło paśnika jest las, a tam gdzie jest polana, po której obu stronach stoi łącznie sześć ambon, to jest park. Po prawdzie i tam, gdzie paśnik i tam, gdzie ambony, las jest ledwo zabliźnioną raną, dam była rzeź, jeszcze leżą w stosach, jak kości pniaki buków, sosen. Kiedy byliśmy tam pierwszy raz, ludzie szykowali się do rzezi dzików, a ty uwielbiałeś wtedy dziki. I chciałeś koniecznie spotkać dzika. Paśnik stał w zielonym cieniu wielkich drzew. Kiedy pojechaliśmy tam znowu na wiosnę, a ty uwielbiałeś już naonczas hienki, przy paśniku prażyło słońce, bo wielkie drzewa wycięto. Jak to się mówi o wojownikach, którzy wybrali śmierć zamiast haniebnego odwrotu — wycięto je w pień. A Ty chyba coś zaczynasz rozumieć synku. Nawet nie chyba, ale na pewno. Mimo, że nie masz jeszcze czterech lat. Zatem idziemy, szukamy wiewiórysi albo sarenki, opowiadam ci kolejny raz, że tata tyle lat chodził po górach i lasach, a nie widział żadnego drapieżnika, chociaż pewnie drapieżniki wiele razy widziały tatę, ale nic mu nie zrobiły. I tłumaczę ci, że drapieżnikiem, którego trzeba się bać, jest człowiek, a nie ryś czy żbik. I myślę o tej polanie obstawionej ambonami z obu stron, że nie chciałbym być jeleniem na środku tej polany. I wtedy przysiadasz na ściętym pniaku, zamyślasz się, a potem wypalasz nagle: - Tatusiu... -Tak? - A cy kiedyś wsystkie zwiezenta były dzikie? - Pewnie tak. - A kiedy? - Kiedy nie było ludzi, albo było ich bardzo mało, wtedy wszystkie były dzikie, bo nie było tych oswojonych. - A jak się ow... os... no wieś, em... osawajało zwiezenta? - Nie wiem, nie było mnie wtedy. - I wilki się nie dały oswoić? - Nie, wilki to psy, które wybrały wolność - I dlatego ludzie opowiadajom takie bajki o nich, ze som złe? - Tak synku. Ale ty wiesz, że ta bajki to bzudry, bo jakie są wilki? - Pienkne, mondre i slachetne. - Właśnie, takie są wilki. - A cy... cy... ludzie tez som zwiezontkami? - W zasadzie ... tak, też jesteśmy zwierzętami. - Tylko innymi? Radosław Wiśniewski 183 - Tak trochę innymi, ale wcale nie lepszymi. — teraz ja się zamyśliłem przez chwilę nad ambonami na polanie obok, nad tym paśnikiem, z napisem, do którego to koła łowieckiego należy. - Jesteśmy zwierzętami, z których niektóre wierzą w Jezusa, a inne w Allacha, a jeszcze inne w nic nie wierzą, synku, i to w zasadzie wszystko. Poszliśmy znowu parę kroków, nie daleko, bo wszystko w lesie jest fascynujące. Listek, szyszka, żuczek a wręcz cała kolonia żuczków na omszałym pieńku. I blisko jest od fascynacji do mordu. Dlatego przy całej czułości muszę strzec tak Ciebie, jak i każdej istoty, z którą obcujesz. Bo niby jest w Tobie czułość, ale obok niej zaraz bywa i okrucieństwo. I tata musi czuwać. Tak jak wtedy, kiedy chodziłeś z biedronką na rączce i po jakimś czasie nie wiedziałeś, co z nią zrobić. Wiem, bo Twoja Mama mi opowiadała, że wyraźnie się nią znudziłeś i już chciałeś się jej pozbyć i wymyśliłeś, że ją zabijesz. Mama musiała ciebie postraszyć, że Tata przyjdzie i wszystko mu opowie, że jego jasny chłopiec się tak zachowuje. Na zasadzie kompromisu rzuciłeś biedronkę w to miejsce, gdzie rosną rośliny iglaste w naszym zielonym kojcu, niesłusznie nazywanym ogrodem. - Chcem zęby siem pokuła — powiedziałeś podobno. Tak jakby to była wina biedronki, że ci się znudziła. Nie ma wątpliwości, ty i ja jesteśmy ludźmi. To, czy staniemy po stronie czułości, czy okrucieństwa, jest twoim, moim wyborem, świadomą pracą. Zwierzęta tego wyboru nie mają, po prostu są. Przypominam sobie, w takich chwilach oduczyłem Twoją siostrę męczyć muchy i mrówki, więc myślę, że i Tobie uda mi się opowiedzieć, że życie jest po prostu wielką rzadkością. Tu nie chodzi o moją wiarę lub niewiarę w Boga czy bogów, Jezusa czy Buddę. To w tej perspektywie zupełnie bez znaczenia synku. Kosmos, wiele na to wskazuje, jest pełen gigantycznych ilości martwej materii. Jest pustynią, w której śmierć, a ściślej: brak życia, jest zasadą a nie wyjątkiem. Zycie jest okruchem w otchłani. I to wystarczający powód żeby je chronić ze wszystkich sił i w każdej postaci (nie pytaj mnie co z tym wspólnego mają stosy książek o czołgach, samolotach, wojownikach na poddaszu, na które mówisz, że to jest biblio-TEKLA! Sam nie wiem. Tak już jest i tyle.) 4. MADĘ MY DAY, SON Dzień ojca, dzień ojca, zaraz tam dzień ojca. Przecież pisałem ostatnio, że w zasadzie codziennie mam dzień ojca. Na przykład wtedy, jak zapytałeś, czy kupimy czołg z klocków, zdziwiłem się i zapytałem po co, bo to prawda, że ja w twoim wieku to tylko czołgi, samoloty, armaty, co zresztą mi zostało, ale Ty jasny chłopczyku? - Bo ja chcem być taki jak mój tata - powiedziałeś z powagą, wówczas jeszcze niespełna czterolatka. 184 Listy do Tymoteusza (4) No i mamy czołg z klocków, chociaż wiadomo, że z wiewiórysią nie ma żadnych szans. A kiedy dostałeś wiewiórysię, która wypatrzyłeś sobie w sklepiku w ZOO, to usiadłeś w samochodzie i powiedziałeś, że: - Ta wiewiórysią będzie taka jak mój tata i bendzie cały cas baaardzo zmencona... Trochę mi sie zrobiło dziwnie, ale faktycznie, co ja ci mam powiedzieć. Jak byłeś mały, to mój stan energetyczny Twoja mama poznawała po tym, że kiedy przychodziła na mnie kolej - słychać było z pokoju mój okrzyk „dziura w brzuchu!”. To znaczyło, że leżę właśnie na podłodze, próbując zebrać w sobie resztki zasobów energetycznych, a żeby zyskać czas pozwalam ci sprawdzać, czy rzeczywiście tata ma dziurę w brzuchu. I ty lubiłeś tę zabawę i bardzo ciebie śmieszyła. Mamę też. Teraz kiedy wracam z pracy i wydaje mi się, że mam jeszcze mniej sił, niż te dwa lata temu, przypomina mi się zasłyszany cytat z któregoś z huskarlów króla Haralda pod Ha-stings, który widząc, że ogólnie sytuacja jest niezła, z tendencją do beznadziejnej, miał powiedzieć do swoich towarzyszy: - Bijmy się tym dzielniej i z tym większą odwagą, im bardziej opuszczają na siły! A ty wtedy mówisz: - Tato, pobawimy się z Spancboba? - po czym dorzucasz szybko widząc w moim wzroku coś, co znasz - ale nie psejmuj siem , ty bendzies Patrykiem i bendzies siem tylko gapił. No bo w zeszłym roku nauczyłem Ciebie, że gapienie się jest fajne, szczególnie, kiedy się siedzi na naszym tarasie i jest w zasięgu ręki odpowiednio długa trawka, by ją sobie zerwać i żuć czas jakiś. I od tego czasu do wielu spraw między ojcem i synem doszła i ta - gapienie się. Bo tego ci nie mówię, ale obawiam się tej swojej roli ojca i zawsze myślę o tym, kim dla Ciebie będę za lat dwadzieścia lub trzydzieści. Po prostu chciałbym, żebyśmy dalej mogli się gapić na świat i żuć źdźbła trawki. Mam co do tego sporo obaw, bo relacja, wbrew pozorom, to nie jest kilka skrętów DNA. Niestety, na szczęście, cholera wie. Zresztą Ty nawet nie wiesz, że dzisiaj jest dzień ojca i ta wiedza do niczego nie jest ci potrzebna, bo robisz mi w zasadzie każdy dzień dniem ojca. Na przykład dzisiaj rano najpierw posłuchałeś serduszka naszego kotka czy bije, potem poszliśmy do samochodu, chciałeś kurtkę i czapkę, bo jednak chłodno o poranku, potem o czymś gadaliśmy w drodze jak zawsze. A potem byłeś jak zawsze tak na granicy decyzji czy jednak się rozpłakać, czy może jednak nie i powiedziałeś: - Tata... - poczekałeś aż spojrzę i skupię uwagę na Twoich oczach - dobrego dnia w pracy i ciekocham. 1 pobiegłeś do sali nie oglądając się już, podskakując co krok jak zając. Dopiero potem do mnie dotarło, że dzisiaj naprawdę jest Dzień Taty. I wszyscy dzień Taty i dzień Taty. Tego się i tak nie da opowiedzieć. Gęgam tutaj, żeby ocalić trochę twoich tekstów, po nic więcej. Bo tych czterech lat bycia Twoim tatą i tak nie umiem opowiedzieć. Radosław Wiśniewski 185 5. „O TYM CO ZNIKA IŻ CZYTANE PĘDEM” Już się pogodziłem i z tym nie walczę. Przemijanie. Także Twoje, chociaż u Ciebie to ma urok, a u mnie ma tego urok mniej. U mnie w zasadzie nie ma go w ogóle. U Ciebie przemija na przykład „alwo” mówione zamiast „albo”, „życie” znika na rzecz dorośle brzmiącego „życia”, zadania złożone nieporadnie, uwodzące połamaną składnią, domniemaną fleksją zastępują zdania niemal literackie. Na przykład wczoraj kiedy jechaliśmy na uniwerek małolata. Jadłeś czekoladowego lubisia i powiedziałeś: - pats tata to chyba kruk! Akurat w sobotę byliśmy w lesie i na jego skraju, na polu, widzieliśmy dwa, duże czarne ptaszyska i mówiłem ci, że to być może są kruki i żebyś pamiętał, że nie każdy czarny ptak na polu to kruk. Ze czarne są też wrony, czarnowrony, gawrony i kawki. A kruki też są czarne, ale są też wielkie, największe spośród czarnych ptaków. Spojrzałem zatem w prawo, tam gdzie pokazywałeś i powiedziałem widząc jakiś kształt z dwoma skrzydłami: - Eeeee tam chyba jednak nie. - A cemu? - No bo mówiłem ci, że kruki raczej żyją w okolicach lasów, a nie na skraju miasta. - No ale - zacząłeś i zapauzowałeś - no ale, ale, ale jeżeli one som tam zadko, w mieście to chyba nie znacy, ze zupełnie nie można ich spotkać, tylko ze spotyka się je zadziej, prawda? Zatkało mnie zupełnie na ten wywód. Nic mu nie brakowało, była struktura, właściwe postawienie problemu poznawczego i argument. - No prawda synku, masz rację, to że kruki rzadko się spotyka w mieście, to nie znaczy, że w ogóle ich nie ma. Masz rację. - powtórzyłem znowu, żeby dać Ci satysfakcję z tego wydarzenia. A potem biegliśmy na uniwerek małolata, a potem biegałeś po Sali tylko po to, żeby nie dać sobie zrobić zdjęcia, i kiedy już tam byliśmy i robiłeś wszystko, żebym ciebie widział, ale nie zdążył nacisnąć migawki, albo żeby wyszło rozmazane. No i osiągnąłeś swój cel. Nie zrobiłem ci w zasadzie żadnego dobrego zdjęcia. Za szybko, za zwinnie się poruszasz. I w życiu tak samo. Mam wrażenie, że człapię za tobą, kiedy ty śmigasz i zmieniasz się w tempie, która oszołamia, nie daje się przyzwyczaić do niczego, nawet jakiejś stałej odzywki, zabawy językowej, tak jak wtedy, kiedy na kanwie wizyty na polach Grunwaldu mieliśmy podzielone role i ty oczywiście chciałeś być Ulichem von Jungingenem, a ja miałem być Jagieło. Zresztą historia Twojej pierwszej wojennej zabawce w Twoim życiu - o krzyżackim mieczu, to kwestia godna zupełnie osobnej opowieści. Jak wiele innych wydarzeń, za którymi nie nadążam. Przypominasz mi smugę, drgającą strunę. Pełną światła. PERKOZ DWUCZUBY Piotr Opacian 188 Perkoz dwuczuby Wczesne, kwietniowe poranki, potrafią być dość chłodne, a woda w jeziorach wręcz lodowata. Chociaż mam na sobie dwie pianki neoprenowe, jedną pełną - 3mm, a drugą niepełną - 4 mm, to po około dwóch godzinach siedzenia po szyję w wodzie, zaczyna mną trochę telepać. Winowajcą jest tutaj bezruch. Trenując intensywnie eskimoski i znacznie lżej ubrany, czułbym się w tych samych warunkach dużo, dużo lepiej. Jednak bezruch jest bezwzględnie potrzebny; znajduję się bowiem poniżej 10 metrów od gniazda perkoza dwuczubego, który zaczął właśnie wysiadywać jaja. Potrwa to około miesiąc i w maju doczeka się swoich małych perkozków. Teraz, kiedy o poranku jest wręcz zimno, nie mogę popełnić żadnego błędu mogącego skutkować zaniepokojeniem, i co gorsza, zejściem ptaka z gniazda, który ogrzewa swym ciałem jaja. To mogłoby doprowadzić do zbytniego prze-chłodzenia jaj i utraty lęgu. Czy rzeczywiście jestem postrzegany przez ptaki jako zwykły element składowy otaczającego środowiska? Jestem absolutnie przekonany, że tak. Jeśli na mojej czatowni siadają ptaki a rodzic z małymi na grzbiecie podpływa do mnie na odległość dwóch, trzech metrów, kiedy drugi rodzic prawie ocierając się o czatownię odwrócony do mnie tyłem dostarcza młodym pokarm, trudno wątpić, że w jakikolwiek sposób zakłócam im spokój. Podaję celowo przykłady kiedy ptaki są już mobilne, a nie „przywiązane’ do gniazda. Gdyby cokolwiek je niepokoiło, to mają duże jezioro, żeby się ode mnie oddalić. Tydzień przed opisaną na wstępie sceną, przyszła mama i tata zaangażowani byli na środku jeziora w słynny perkozi taniec godowy. Słynny, ponieważ jest niezwykle uczuciowy, pełen emocji, które przypominają zachowania ludzi. Samica i samiec podpływają do siebie i wykonują ruchy przypominające pieszczoty dwóch kochanków. Najbardziej niesamowite jest splatanie się szyjami i dotykanie się bokami głów. Oni już siebie wybrali — to nie jest walka o samicę. Wydaje się to być długą, emocjonalną grą wstępną, pełną wzajemnych pieszczot, mającą na uwadze przede wszystkim zadowolenie i komfort partnera, co nawet nam ludziom nie zawsze się udaje. Czy to zachowanie instynktowne, automatyczne, czy też dużo więcej, pozostaje tajemnicą; ja widząc to wielokrotnie optuję za tym drugim. Perkoz dwuczuby to jeden z tych ptaków wodnych, który „wozi ’ na grzbiecie swoje młode pociechy. Widok jest wręcz słodki, kiedy obserwujemy to z bliska. Maluchy zatapiają się w matczyne lub ojcowskie pióra, chowają swoje główki pod skrzydła przewoźnika i śpią sobie w najlepsze. Nie jest to jednak spowodowane wyjątkową troską rodziców, w porównaniu na przykład do gęsi, a przecież młode gęsi wykluwają się dużo wcześniej i również są zagniazdownikami, tylko ze słabo rozwiniętą termoregulacją ciała. Jako zagniazdowniki, młode schodzą za rodzicami prawie zaraz po wykluciu na wodę, a że jest im zimno, ponieważ mają „problem” ze wspomnianą termoregulacją ciała, to walczą o miejsce na grzbiecie mamy lub taty. To wręcz niewiarygodne, ale dorosły osobnik daje radę „zabrać” na taki darmowy rejs wszystkie swoje młode! Małe nie tylko traktują grzbiet rodzica jak sypialnię, ale również i jadalnię. Drugi z rodziców całe dni uwija się wokoło, by dostarczyć małym pożywienie. Kiedy podpływa, spod matczynych piór wyłaniają się małe dzióbki, gotowe do pochłonięcia dostarczonego pokarmu. Perkozy to moje ulubione ptaki wodne. W powiecie kwidzyńskim dość licznie występuje i gniazduje największy z nich, opisywany to perkoz dwuczuby. Regularnie, choć w mniej- Piotr Opacian 189 190 Perkoz dwuczuby szej ilości, gniazduje również perkozek. Perkoza rdzawoszyjego i zausznika widywałem tylko przelotem. Perkoz dwuczuby preferuje większe zbiorniki wodne, często o znacznej głębokości, bo też potrafi dość głęboko nurkować. Podczas standardowego nurkowania schodzi na głębokość od 4 do 5 metrów, ale potrafi osiągnąć głębokości 20-30 metrów. Jego podstawowym pokarmem są ryby. Nic więc dziwnego, że mamy go na terenie powiatu kwidzyńskiego dość sporo, bo jezior jest u nas pod dostatkiem. Zadziwiające jest to, że przyzwyczaił się do obecności ludzi - inne perkozy są dużo bardziej płochliwe. Małe, choć dość głębokie jezioro w Krzykosach, otoczone z każdej strony drogą jak również budynkami, postrzegane jest przez tego ptaka jako atrakcyjny akwen nie tylko do żerowania, ale i zakładania gniazd — jest ich kilka każdego roku. To również na tym jeziorze, o dziwo, zaobserwowałem perkoza rdzawoszyjego, ale jak już wspominałem tylko przelotem. Jest też u nas, tego miejsca nie zdradzę dla bezpieczeństwa, prawdziwa kolonia perkoza dwuczu-bego. Każdego roku na zatrzcinionym skrawku jeziora o przybliżonych wymiarach 40 metrów na 40 gniazduje tam około dziesięciu par. Gniazdo od gniazda oddalone jest nawet tylko o kilka metrów. Szczerze zachęcam do wiosennej obserwacji tańca godowego tych ptaków. Poza opisanymi zdolnościami baletowymi, perkoz dwuczuby ma również bardzo ciekawy i donośny głos. Rano, kiedy przybrzeżne trzcinowiska rozbrzmiewają głosem sympatycznego i pospolitego u nas trzciniaka, regularnie dochodzi do nas, gdzieś z tafli jeziora, donośny i bardzo charakterystyczny głos tego ptaka. Trochę gardłowe: kek-kek-kek, a po okresie godów również lekkie pogwizdywanie. Muzyka Wacław Bielecki Muzyka z sieci Notki melomana w czasie pandemii (2) No i stało się. Nareszcie po 15 miesiącach pandemicznej posuchy w drugiej połowie czerwca pojechałem w Polskę, aby wysłuchać dwóch koncertów w sali Filharmonii Krakowskiej i opery komicznej w Teatrze Wielkim w Łodzi oraz prapremierowych koncertów gitarowych w Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej w Olsztynie. Zanim przejdę do tego przytoczę kilka wybranych relacji z tego, czego słuchałem w sieci od marca do czerwca, siedząc przy laptopie w Sztumie. Wykonawcy koncertu gitarowego w Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej w Olsztynie (stoją za podestem od prawej): dyrygent — Szymon Stec, kompozytor — Piotr Steczek (z kwiatami), gitarzysta Waldemar Gromolak, fot. W. Bielecki Wacław Bielecki 193 FESTIWAL BEETHOVENA sobota, 20 marca 2021 r. Jubileuszowy, 25 Festiwal Wielkanocny im. Ludwiga van Beethovena zaczął się od koncertu online transmitowanego z sali Filharmonii Narodowej. W ubiegłym roku z powodu pandemii przełożono koncerty z kwietnia aż na październik, w tym roku zdecydowano się na koncerty bez udziału publiczności. Orkiestra pod dyrekcją Andrzeja Boreyki wykonała wybrane fragmenty z Muzyki do baletu „ Twory Prometeusza” Beethovena. Finałowa część tego utworu, z bardzo znanym, melodyjny tematem została wykorzystana przez kompozytora w części 4 Symfonii nr 3 - Eroice. Jako drugi utwór zaprezentowano A dagi et to z Raju utraconego Krzysztofa Pendereckiego. Solistką grającą na rożku angielskim była Joanna Monachowicz, która grała nie ze swojego miejsca w orkiestrze, tylko stała za nią pod organami. Po wykonaniu otrzymała brawa od orkiestry i żółty bukiet kwiatów. To chyba jakiś ulubiony utwór filharmoników warszawskich, bo grano go także w październiku na zakończenie poprzedniego festiwalu. Trzeciego i ostatniego utworu wykonanego na tym koncercie już nie słuchałem, bo była to przesławna VSymfonia Beethovena. Ile razy można? Koncert na YT oglądało ok. 350 osób. Po zakończeniu orkiestra stukała i pukała w instrumenty, a dyrygent kłaniał się do pustej sali. Przykre. POLSKIE DYRYGENTKI SZEFAMI ORKIESTR W MADRYCIE I NANCY niedziela, 21 marca 2021 r. W samo południe odbyła się transmisja porankowego koncertu ze wspaniałej sali Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia (NOSPR). Dyrygowała Marzena Diakun. Obserwuję, jak rozwija się jej kariera od IX konkursu dyrygenckiego im. Grzegorza Fitelberga w Katowicach w 2012 r., na którym zajęła II miejsce. Wtedy na koncercie laureatów dyrygowała Uwerturą akademicką Brahmsa. Moim zdaniem, była lepsza niż zdobywca I nagrody, Daniel Smith z Australii, który najpierw został odrzucony przez jury pod kierownictwem Antoniego Wita, a potem sensacyjnie zwyciężył. Marzena Diakun niedawno została wybrana dyrektorką artystyczną hiszpańskiej Orquesta de la Comunidad de Madrid, należącej do najważniejszych zespołów w Hiszpanii. Wybór odbył się na zasadach wolnej konkurencji, a podpisana umowa będzie obowiązywała ją przez dwa lata z możliwością przedłużenia. Druga, mniej mi znana, młoda, polska dyrygentka Marta Gardolińska została dyrektorką muzyczną Opera National de Lorraine w Nancy. Na co dzień mieszka w Wiedniu. Podobno Francuzi dość długo szukali właściwej osoby i wybrali Polkę, bo świetnie poprowadziła premierę nieznanej opery Der Traumgorge (Gorge Marzyciel) Aleksandra Zemlin-skiego (przyjaciela Gustawa Mahlera i szwagra Arnolda Schónberga). Z powodu obostrzeń pandemicznych przedstawienie odbyło się w kameralnej obsadzie 31 muzyków. Na przy- 194 Muzyka z sieci. Notki melomana w czasie pandemii (2) gotowanie tej nowej, rozpisanej na mniejszy skład wersji, miała tylko dwa tygodnie. Marta Gardolińska rozpocznie pracę w Nancy od września 2021 roku. Niebawem przedstawi swój program koncertowy, i to w dwóch wariantach, na wypadek utrzymania się do jesieni obostrzeń pandemicznych we Francji. Kontrakt podpisała na trzy lata. ŻONA PIANISTY wtorek, 23 marca 2021 r. Do poduszki czytałem książkę pt. Żona pianisty. Halina Szpilman w rozmowie z Filipem Mazurczakiem. Jest to tzw. wywiad rzeka, spisany na podstawie rozmów, które przez 6 lat prowadził z bohaterką książki zamieszkały w USA autor. Niestety, książka została wydrukowana tuż po śmierci Haliny Szpilman. Była ona o 17 lat młodsza od męża, znanego pianisty Władysława (1911 — 2000). Ich ślub odbył się w 1950 r. Halina (1928—2020), była córką Józefa Grzecznarowskiego, działacza socjalistycznego, posła na Sejm i prezydenta Radomia. Pracowała jako lekarz. W książce opisane są szczegóły z życia Władysława Szpilmana przed wojną i jego tragiczne losy w czasie Powstania Warszawskiego, podczas którego cudem ocalił życie korzystając z pomocy oficera Wermachtu Wilma Hosenfelda. Tę historię opowiada film „Pianista ' nakręcony przez Romana Polańskiego. Sam Hosenfeld dostał się do niewoli radzieckiej i został skazany przez Rosjan jako przestępca wojenny na karę śmierci, zamienioną po amnestii na 25 lat sowieckiego łagru, gdzie zmarł. Z tego długiego wywiadu można dużo dowiedzieć się o Halinie Szpilman, jej pracy lekarskiej, rodzinie i rodzinie męża, a także o piosenkach skomponowanych przez Władysława Szpilmana po wojnie. Najpopularniejsze z nich to: Trzej przyjaciele z boiska, Tych lat nie odda nikt, W małym kinie, Nas zaczarować musial deszcz, Jutro będzie dobry dzień, Nie wierzę piosence, Zakochani, W małym kinie, Pójdę na stare miasto, Autobus czerwony. W 1947 r . Szpilman skomponował sygnał do Polskiej Kroniki Filmowej. Sam kompozytor tę twórczość traktował jako coś ubocznego. PIAZZOLA W GDAŃSKU czwartek, 25 marca 2021 r. Bardzo udany koncert z muzyką Astora Piazzolli zagrali studenci z Akademii Muzycznej w Gdańsku. Okazało się, że jego kompozycje — i to nie tylko tanga — niekoniecznie musi grać zespół taneczny z bandoneonem. Utwory wykonane zostały właśnie na różnych instrumentach: skrzypcach solo, trio gitar klasycznych, duety: marimbowy i akordeonowy, skrzypce z wiolonczelą, skrzypce z fortepianem. Najbardziej zachwycił mnie rzadko spotykany skład: harfa z akordeonem grający Obłiuion. Koncert został poprzedzony świetnym słowem przez akordeonistę dra hab. Pawła Zagańczyka, z którego dowiedziałem się, że Piazzolla zaczął grać na bandoneonie kupionym mu w dzieciństwie przez ojca, aż stał się Wacław Bielecki 195 wirtuozem tego instrumentu. Był bardzo pracowity - nie było dnia, aby nie napisał jakiegoś utworu. Po studiach w Paryżu u Nadii Boulanger w swoich kompozycjach nawiązywał także do jazzu i dawnej muzyki barokowej. Słychać to było w Etiudach na skrzypce solo, gdzie dopatrzeć się można wpływu Partit Bacha, ale w charakterystycznych rytmach tanga. Jako Argentyńczyk Piazzolla znał się i przyjaźnił się z obecnym papieżem Franciszkiem. Koncert był po prostu super, bo choć nie raz słyszałem Piazzollę, to nigdy w tak różnorodnym i zachwycającym wykonaniu. Trzeba pochwalić nie tylko wykonawców, ale także realizatora dźwięku. Godzinnego koncertu słuchało na YT około 50 osób. Na czacie z moderatorem pojawiło się sporo komentarzy. ELBLĄSKA ORKIESTRA KAMERALNA I AKORDEONISTA niedziela, 28 marca 2021 r. Dawno nie słyszałem Elbląskiej Orkiestry Kameralnej. Okazja nadarzyła się dzisiaj. Z niewielkiej sali elbląskiego ratusza transmitowano koncert pod nazwą: „Akordeonowe barwy wiosny” z następującym programem: Mozart — Eine kleine Nachtmusik oraz Mikołaj Majkusiak — Chamber Concerto. Jako solista wystąpił prof. dr hab. Klaudiusz Baran, urzędujący rektor Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie, znany i koncertujący akordeonista i bandoneonista. Jego dorobek jest już teraz imponujący, bo to 50 prawykonań dzieł solowych, kameralnych lub z towarzyszeniem orkiestr i ponad 80 nagranych płyt. Elbląską Orkiestrą Kameralną kierowała z wielkim wdziękiem i precyzją Sabrina Sta-chel, z dyplomem dyrygenckim zdobytym w 2016 r. w Akademii Muzycznej w Gdańsku. Oprócz dyrygowania, gra na skrzypcach w kwartecie smyczkowym i śpiewa w chórze. W programie koncertu były tylko dwa wspomniane utwory, arcydzieło Mozarta oraz zupełnie nowy utwór polskiego kompozytora i akordeonisty Mikołaja Majkusiaka (ur. w 1983 r.) — Chamber Concerto na akordeon i orkiestrę smyczkową z 2020 r. Zastanawiałem się, dlaczego akordeonista wybrał właśnie ten utwór? Odpowiedź nadeszła niebawem. Okazało się, że to utwór bardzo efektownie skomponowany, zróżnicowany pod względem tempa i dynamiki oraz dający akordeoniście możliwość pokazania swojej wirtuozerii, szczególnie w dość długiej kadencji, która pojawia się w pod koniec. Solista, orkiestra i dyry-gentka świetnie ze sobą współpracowali. Efektem tego było znakomite wykonanie. Szkoda tylko, że na koniec zabrakło oklasków, ale przecież koncert odbył się bez udziału publiczności. Pozostały więc oklaski samych członków orkiestry i ukłony muzyków do kamery oraz serdeczne wpisy melomanów na czacie. Młodzi muzycy po wykonaniu Concerto z radością podawali sobie ręce. W sumie: wiosna — młodość — wdzięk. 196 Muzyka z sieci. Notki melomana w czasie pandemii (2) FENOMEN ANDREA RIEU poniedziałek, 5 kwietnia 2021 r. - Lany poniedziałek Przez kilka dni słuchałem wybranych fragmentów z koncertów Andrea Rieu, urodzonego w 1949 w Maastricht holenderskiego skrzypka, dyrygenta i założyciela „Orkiestry Johanna Straussa”, zwanego „królem walca”. Jest to podobno największa prywatna orkiestra na świecie złożona z ponad 60 muzyków, w tym dwóch skrzypaczek z Polski. Dają oni około stu koncertów rocznie, najczęściej w plenerze, na wielkich placach lub stadionach z udziałem wielu tysięcy słuchaczy. W programie obowiązkowo są walce Straussa i najsłynniejsze utwory z muzyki poważnej, przeboje musicalowe, muzyka filmowa oraz najbardziej popularne pieśni z kraju gdzie występują. Panie grające w orkiestrze są ubrane w długie, kolorowe suknie w stylu z XVIIi-wiecznego dworu. Często koncert zaczyna się paradnym wejściem grup tancerzy czy chóru składającego się ze 150 i więcej osób. Publiczność wciągana jest do wspólnego śpiewania, jednym słowem wielkie show, często z fajerwerkami i wielką grą świateł. Każdego roku słucha tych koncertów w wielu krajach dziesiątki tysięcy melomanów, co czyni „Orkiestrę Johanna Straussa” jednym z 10 najlepszych zespołów koncertowych na świecie. Największa frekwencja na jednym koncercie do tej pory wyniosła ponad 38 tysięcy widzów. Było to w Melbourne w Australii. Do tego dochodzi ponad 40 milionów płyt, a na YouTube niektórych utworów potrafi słuchać ponad 25 milionów internautów. Do udziału w koncertach zapraszani są różni soliści, np. starszy już Gheorghe Zamfir, wirtuoz grający na fletni pana, albo maleńki 3-letni skrzypek. Urodzona w Brazylii sopranistka Carla Maffioletti śpiewała komiczną arię Olivii z Opowieści Hoffmanna Offenbacha, a Holenderka Donij van Doorn, którą usłyszałem po raz pierwszy, na jednym z niezliczonych koncertów przepięknie wykonała wzruszającą arię Caro Nome z I aktu opery Rigoletto Verdiego. Jak podają media, Andre Rieu w 1975 roku wziął ślub ze swoją managerką o imieniu Marjorie, z którą ma dwóch synów oraz pięciu wnuków. Jego wybranka rzadko pokazuje się publicznie ze swoim mężem, bo jak wyznała w jednym z wywiadów, nie chce być „definiowana” przez swojego partnera. Skrzypek jest poliglotą, mówi po niderlandzku, angielsku, francusku, niemiecku, włosku, hiszpańsku. Mieszka w zakupionym przez siebie, starym zamku z XV wieku w Maastricht, gdzie jako dziecko brał lekcje gry na fortepianie. Andre Rieu gra na skrzypcach Stradivariusa wykonanych w 1667 roku, zwanych od nazwiska poprzedniego właściciela „Captain Saville”. Są warte kilka milionów euro. Ma je zawsze ma przy sobie. W czasie koncertów dyryguje prawą ręką, a skrzypce i smyczek trzyma w lewej, czyli tak, jak niegdyś dyrygował sam Johann Strauss. Zapytany przez dziennikarza, czy śpi ze swoim instrumentem, odpowiedział: Nie, sypiam z żoną, ale skrzypce są pomiędzy. Koncerty są starannie wyreżyserowane, z bardzo zmiennym, dynamicznym repertuarem i wielu zabawnymi momentami. Dostarczają widzom wiele wzruszeń. Kamery często pokazują twarze zachwyconych słuchaczy słuchających muzyki ze łzami w oczach lub radośnie uśmiechniętych. — Muzyka, a szczególnie walc to bardzo ważna część mojego życia — mówi Wacław Bielecki 197 Andre Rieu. — Jeśli muzyka dotknie mojego serca, dotknie również Twojego. Ta wspaniała muzyka pozwala mi wnieść radość życia i humor do świata. Wszystko jest dozwolone na moich koncertach: śmiech, płacz, taniec, śpiew. Emocje są sekretem mojego sukcesu. Planowane w kilku miastach Polski koncerty przed dwoma laty zostały przeniesione z powodu pandemii na maj 2022 r. Najwcześniej można będzie posłuchać Andrea Rieu na trójmiejskiej Ergo Arenie (występował już tutaj w 2014 r.). Konwencja koncertów Andre’a Rieu niezbyt przypada do gustu znanemu pianiście Waldemarowi Malickiemu. Mówi on o nim jako o „paraskrzypku”, który zabawia zinfantyli-zowaną papką dźwiękową emerytów niemieckich i przyciąga w ten sposób emerytów z całego świata, wmawiając im, że to, czego oczekują, czego słuchają, to jest jakaś wiełka sztuka. DONIZETTI KONTRA KURPIŃSKI wtorek, 20 kwietnia 2021 r. Pani profesor Jadwiga Rappe wraz ze swoimi studentami z Akademii Muzycznej w Gdańsku przeprowadziła koncert w formie audycji muzycznej pt. Donizetti kontra Kurpiński — bełcantowe hity. Arie z oper tych kompozytorów zaśpiewało sześcioro studentów z Katedry Wokalistyki — troje Polaków i tyleż Chińczyków. Było to dla nich podsumowanie pierwszego roku działalności na II roku studiów magisterskich. W pierwszej części godzinnego koncertu zaprezentowali oni sześć arii z mało znanych oper Karola Kurpińskiego. Spośród nich najbardziej kunsztowną okazała się koloraturowa aria w stylu Rossiniego zaczynająca się od słów Bo któż byłby na świecie z opery „Jadwiga Królowa Polska” poprzedzona recytatywem Jestem na koniec sama, zaśpiewana ładnie przez sopranistkę Martę Studzińską. Usłyszeliśmy też arie z innych oper Kurpińskiego: „Leśniczy z Kozienickiej puszczy”, „Czaromysł książę słowiański czyli nimfy z jeziora Gopło” oraz „Zamek na Czorsztynie”. W drugiej części wieczoru wykonane zostały cztery arie z oper Donizettiego, a zaczął je tenor Przemysław Radziszewski od przesławnej arii Nemorina Una Jurtica lagrima z opery „Napój miłosny”. Potem usłyszeliśmy dwie arie z opery „Don Pasquale”, a wśród nich niemniej znany recytatyw i arię Noriny Queł guardo un cavaliere. Wszystkim wokalistom pięknie i z dużym wyczuciem akompaniowała na fortepianie Aleksandra Mozgiel. Koncert zainteresował mnie ze względu na bel canto oraz kompozytorów. Byłem ciekaw, jak na tle sławnego Donizettiego wypadnie nasz Kurpiński. A wypadł całkiem nieźle, chociaż opery Włocha są w ciągłym obiegu operowym, gdy twórczość Polaka pozostaje zupełnie nieznana. Szkoda, że nie gra się u nas oper Kurpińskiego, a znany jest on najbardziej z muzyki do pieśni - patriotycznej „Warszawianki” z 1830 roku zaczynającej się od słów: Oto dziś dzień krwi i chwały. Całe to wydarzenie odbyło się w pięknej sali koncertowej gdańskiej Akademii Muzycznej bez udziału publiczności. Wpisów na czacie było bardzo mało. 198 Muzyka z sieci. Notki melomana w czasie pandemii (2) INAUGURACYJNY KONCERT W ELBLĄGU czwartek, 22 kwietnia 2021 r. Elbląscy kameraliści zagrali bez udziału publiczności w swojej sali w Ratuszu Staromiejskim koncert na inaugurację Międzynarodowego Konkursu Instrumentów Smyczkowych w Zespole Państwowych Szkół Muzycznych w Elblągu. Dyrygował nimi Andrzej Borzym jr. Na godzinny program złożyło się pięć utworów, w tym dwa na samą orkiestrę. Wśród nich była prawykonana kompozycja dyrygenta - Serenada forM, krótki, neoromantyczny utwór z bardzo ładną solówką wiolonczeli na tle smyczków w drugiej części. Koncert zakończyła Introdukcja i Allegro na kwartet smyczkowy i orkiestrę smyczkowy Edwarda Elgara. Najbardziej interesujące były jednak w tym koncercie utwory na skrzypce lub wiolonczelę z orkiestrą. Na samym początku usłyszeliśmy króciutką Melodię Paderewskiego w transkrypcji na skrzypce z orkiestrą. Partię solową zagrała Dorota Sulich-Czarnocka, która jest muzykiem EOK i absolwentką ZPSM w Elblągu. Bardzo popisowy utwór G. Rossiniego Wariacje Une Larme (Jedna Iza) wykonał z młodzieńczym zacięciem na wiolonczeli Karol Sokołowski, także muzyk EOK i absolwent ZPSM w Elblągu. Wśród solistów niewątpliwie królowała skrzypaczka Karolina Nowotczyńska, również absolwentka PSM w Elblągu a obecnie dyrektor EOK. W jej wykonaniu usłyszeliśmy Wariacje na temat własny Wieniawskiego. Zagrała je pięknym, romantycznym dźwiękiem, pokazując świetną technikę lewej i prawej ręki. Było to znakomite, stylowe wykonanie tego bardzo znanego utworu. Zwykle słyszy się go z towarzyszeniem fortepianu, ale sali elbląskiego ratusza solistce akompaniowała orkiestra, której partię zaaranżował dyrygent. Podsumowując, trzeba zauważyć, że koncert wykonany został, jak to się mówi, własnymi siłami orkiestry, bo solistami byli członkowie EOK. Pokazali się z jak najlepszej strony. Całością kierował młody maestro Andrzej Borzym jr, absolwent UMFC w Warszawie, całkowicie panujący nad orkiestrą i dyrygujący szerokim gestem. Z wykształcenia jest także wiolonczelistą. Próbuje swoich sił również jako aranżer i kompozytor. Pojedyńcze oklaski od ekipy technicznej i członków orkiestry zakończyły ten przyjemny koncert, który bardzo pasował na inaugurację Międzynarodowego Konkursu Instrumentów Smyczkowych zarówno przez dobór repertuaru, jak i solistów. Obserwując kameralistów elbląskich mogę stwierdzić, że jest to zespół z niezłymi muzykami, ale bez swojego stałego dyrygenta. Wydaje mi się, że przez to dalszy rozwój orkiestry utrzymywanej przez miasto będzie mocno utrudniony. KACPER SMOLIŃSKI GRA W RADIOWEJ „DWÓJCE” poniedziałek, 3 maja 2021 r. W wieczornej audycji „Teraz jazz” nadawanej w Programie II Polskiego Radia usłyszałem Koncert na harmonijkę ustną i orkiestrę smyczkową Krzysztofa Herdzina. Solistą był sztumianin Kacper Smoliński. Po zakończeniu utworu redaktor Tomasz Szachowski powie- Wacław Bielecki 199 działa, że warto zapamiętać nazwisko Kacpra Smolińskiego, muzyka grającego na tym trudnym instrumencie, bo nie dość, że znakomicie gra to jeszcze świetnie improwizuje. Dodać trzeba, że w lutym ukazała się nowa płyta Filharmonii Kameralnej im. Witolda Lutosławskiego w Łomży zatytułowana „Harmonia Polonica Nova”. Znajdują się na niej premierowe nagrania utworów polskich kompozytorów współczesnych: Koncert na akordeon i orkiestrę smyczkowy Pawła Łukaszewskiego (solista - Klaudiusz Baran, rektor UMiFC w Warszawie), Concerto Festivo na dwa pozytywy i orkiestrę kameralną Dariusza Przybylskiego (soliści — Hanna Dys i Roman Perucki dyrektor Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku) oraz Koncert na harmonijkę ustną i orkiestrę smyczkową Krzysztofa Herdzina (solista - Kacper Smoliński). Album wydała prestiżowa wytwórnia płytowa DUX, a patronat medialny nad nim objęła TVP Kultura. Przyjemnie się czyta, w jakim sąsiedztwie znalazł się nasz muzyk ze Sztumu rodem. Jak podkreśla Jan Miłosz Zarzycki, dyrektor filharmonii w Łomży: — To wyjątkowa płyta: wyróżnia ją specyficzny dobór instrumentów solowych: pozytyw - akordeon - harmonijka ustna. (...) Soliści, których pozyskaliśmy do nagrania — to wielkie osobowości! CZTERY TEMPERAMENTY piątek, 7 maja 2021 r. Dzisiaj na festiwalu w Hamburgu grała NDR Elbphilharmonie Orchestra pod batutą Paavo Jarviego, znanego estońsko-amerykańskiego dyrygenta. Pierwszego utworu, ogranej Serenady C-dur Czajkowskiego, prawie nie słuchałem. Skupiłem się na Symfonii nr 2 „Die vier Temperamente" (Cztery temperamenty) Carla Nielsena (1865 — 1931). Nie przypominam sobie, abym kiedyś słyszał muzykę tego największego duńskiego kompozytora. W podręcznikach historii muzyki przedstawia się Nielsena jako muzycznego outsidera zarówno w swoim kraju, jak i na arenie międzynarodowej. Dopiero od lat 60. XX wieku, jego utwory zostały spopularyzowane przez Leonarda Bernsteina. Oczywiście, w Danii kompozycje Nielsena zostały zaliczone do największych dzieł muzyki tego kraju. W mieście Odense położonym na wyspie Fionii w którym znajduje się dom rodzinny słynnego ba-śniopisarza Hansa Christiana Andersena, można także zwiedzać Muzeum Carla Nielsena. On sam pisał, że „bycie artystą nie jest godnym pozazdroszczenia losem”, ale sporo komponował w najróżniejszych formach. Akurat symfonii stworzył sześć. W tej drugiej, którą dzisiaj usłyszałem, Nielsen podjął się próby zilustrowanie dźwiękami temperamentów ludzkich według klasycznej typologii Hipokratesa-Pawłowa, dlatego cztery części symfonii nie mają oznaczenia temp, tylko nazwy: choleryk, flegmatyk, melancholik, sangwinik. Czy w ogóle możliwe jest przedstawienie czegoś takiego środkami muzycznymi? Po wysłuchaniu symfonii Nilsena, twierdzę, że nie. Już w pierwszej części opisującej choleryka zabrakło mi jakichś nagłych zmian charakteryzujących gwałtowne usposobienie tego typu. Nie wiadomo dlaczego, flegmatyk jest pokazany w rytmie ładnego walca, a melancholik nie jest płaczliwy, tylko niezmiernie dramatyczny. Może tylko najpierw żywa, a później marszowa muzyka, pasuje do sangwinika, najczęstszego typu temperamentu. Generalnie, wszystko to nijak się ma do podjętego tematu. A może tylko ja tego nie zrozumiałem, bo 200 Muzyka z sieci. Notki melomana w czasie pandemii (2) ta symfonia pasuje do specyficznej, duńskiej mentalności? Konia z rzędem stawiam temu, kto bez usłyszenia nazw odgadłby, co przedstawia ta muzyka. Koncert odbył się pustej sali Elbphilharmonie mogącej pomieścić 2100 słuchaczy. Po wykonaniu programu muzycy długo oklaskiwali dyrygenta oraz kolegów wskazywanych przez niego do ukłonów. W podziękowaniu za występ Paavo Jarvi otrzymał bukiet czerwonych kwiatów. Tak oto odbywają się koncerty nad Łabą w strasznym dla muzyków okresie pandemii. FANTAZJA ZOOLOGICZNA Z TORUNIA środa, 26 maja 2021 r. Po dość długiej, prawie dwutygodniowej przerwie wysłuchałem wieczorem dwóch koncertów transmitowanych na YT, ale opisze tylko pierwszy. Był to krótki koncert z Torunia z okazji setnej rocznicy śmierci Camille a Saint-Saensa. Ten francuski kompozytor kojarzy mi się z miniaturą Łabędź oraz z operą Samson i Dalila opartą na starotestamentowej Księdze Sędziów. Jest to jedyna z kilkunastu oper tego twórcy, która przetrwała do dzisiejszych czasów. Najbardziej znanym jej fragmentem jest aria Dalili Mon coeur s’ouvre a ta voix (Me serce otwiera się na dźwięk twego głosu), którą po raz pierwszy usłyszałem w wykonaniu znakomitej gdańskiej mezzosopranistki Stefanii Toczyskiej. Oprócz tego często grana jest orientalna muzyka baletowa — Bachanalie z ostatniego aktu. Toruńska Orkiestra Symfoniczna wykonała tylko suitę Karnawał zwierząt, czyli „fantazję zoologiczną”, jak nazwał ją sam kompozytor. To trochę dziwny utwór, którego Saint--Saens nie pozwolił publicznie wykonywać przed swoją śmiercią, gdyż uważał siebie za poważnego kompozytora, a to dzieło skomponował dla żartu. Suita składa się z krótkich 14 części przedstawiających różne zwierzęta: lwa, kury i koguty, kułany czyli osły azjatyckie, żółwie, słonia, kangury, ryby w akwarium, kukułkę, ptaki w ptaszarni. Najbardziej znana część Łabędź jest trzynastym ogniwem suity i jako jedna uzyskała zgodę kompozytora na wykonywanie za jego życia. Już z samych tytułów części wynika, że jest to utwór programowy, tzn. mający środkami muzycznymi przedstawić zwierzęta, dlatego najczęściej wykonywany jest na koncertach dla dzieci. Suita jest świetnie zinstrumentowana i często wykorzystywana jako przykład do nauki rozpoznawania brzmienia różnych instrumentów muzycznych. Na przykład, wspomniany Łabędź wykonywany jest przez wiolonczelę z towarzyszeniem dwóch fortepianów, a równie piękna Woliera (Ptaszarnia) przez flet na tle delikatnych smyczków i fortepianów. Tym krótkim, zaledwie półgodzinnym koncertem, dyrygował Dainius Pavilionis, a na fortepianach zagrali Karolina Sekuła i Miłosz Rządkiewicz. Było to urocze wykonanie, niestety, jeszcze bez udziału publiczności i możliwości komentowania na czacie. Wacław Bielecki 201 NARESZCIE W FILHARMONII I OPERZE CAPPELLA CRACOVIENSIS GRA HAYDNA czwartek, 17 czerwca 2021 r. Dzisiaj byłem po raz pierwszy w sali filharmonicznej od 8 marca ubiegłego roku, czyli od roku i trzech miesięcy. Ciężkie to były czasy dla melomana. W sali Filharmonii Krakowskiej grała Cappelli Cracoviensis specjalizująca się w wykonywaniu muzyki dawnej, prowadzona przez Jana Tomasza Adamusa. Koncert odbył się w tzw. rygorach sanitarnych, co oznacza, że każdy słuchacz wchodzący do filharmonii miał sprawdzaną temperaturę ciała, musiał podpisać stosowną deklarację o stanie swojego zdrowia oraz słuchać muzyki w maseczce siedząc w bezpiecznej odległości od innych. Zajęte były co drugie krzesła, a pięć pierwszych rzędów foteli na parterze zostało w ogóle wyniesionych z sali, aby zachować bezpieczny dystans melomanów od orkiestry na scenie. W czasie pandemii budynek Filharmonii Krakowskiej został gruntownie wyremontowany za 24 min złotych i wygląda bardzo pięknie z tymi wszystkimi wyzłoceniami i odnowionymi ścianami, nową, bardzo cichą klimatyzacją, poprawioną akustyką, czystymi toaletami. Czytałem w internecie, że drzwi od strony ulicy Zwierzynieckiej zostały wygłuszone, ale okazało się, że nie na tyle, żeby nie było słychać przejeżdżających obok tramwajów. Capełla Cracoviensis miała w programie dwie Symfonie Haydna oznaczone kolejnymi numerami 55 i 56. Obie są czteroczęściowe i bardzo melodyjne. Cały zespół liczy 20 muzyków, a więc jest podobny wielkością do orkiestry księcia Esterhazego w Eisenstadt, którą prowadził przez wiele lat Józef Haydn. Z tych dwóch symfonii bardziej przypadła mi do ucha ta pierwsza w tonacji Es-dur. W drugiej Symfonii nr 56 delikatnie grają także dwa kotły ustawione, o dziwo, z przodu tuż przy dyrygencie. Dzieła Haydna zostały przedzielone krótką, elegijną pieśnią Elegischer Gesang Beethovena wykonaną przez czwórkę śpiewaków: sopran, alt, tenor i bas z towarzyszeniem orkiestry. Dyrygent J. T. Adamus prowadził orkiestrę bez batuty, szybkimi i zamaszystymi gestami. Całość koncertu bardzo spodobała się krakowskim melomanom, którzy wyklaskali na dwa bisy, powtórzenia fragmentów symfonii. HISZPAŃSKA ZARZUELA W KRAKOWIE piątek, 18 czerwca 2021 r. Orkiestrą Filharmonii Krakowskiej dyrygował Hiszpan Jose Miguel Perez-Sierra, a śpiewali - hiszpańska sopranistka Serena Saenz i baryton z Meksyku Emmanuel Franco. W pierwszej części muzycy wykonali uwertury oraz arie i duety z oper Rossiniego, w tym nieznanej mi Matilde di Shabran. Znacznie ciekawsza była druga część koncertu w której słuchaliśmy fragmentów hiszpańskich zarzueli, czyli odmiany tamtejszej operetki. Otwierający koncert ambasador Hiszpanii powiedział, że „zarzuela jest tym dla Hiszpanii, czym dla Wiednia muzyka Straussa”, a autorka komentarzy do wykonywanych utworów podała, że powstało tam około dwadzieścia tysięcy zarzuel, autorstwa blisko pięciuset kompozytorów. 202 Muzyka z sieci. Notki melomana w czasie pandemii (2) U nas jest to repertuar prawie nieznany, a w Madrycie działa osobna scena — Teatro de la Zarzuela, specjalizująca się w wykonywaniu tego rodzaju muzyki. Z prezentowanych w czasie wieczoru utworów bardzo spodobały mi się: charakterystyczny taniec hiszpański o nazwie Danzon Nr 2 Arturo Marqueza, Preludium z zarzueli La reoolta Ruperto Chapiego, czy zagrane na koniec Intermedio z zarzueli La boda de Luis Alfonso Geronimo Gimeneza. Utwory te zachwycają swoistą, hiszpańską melodyką i gorącymi rytmami, podkreślanymi przez wywodzące się z Półwyspu Iberyjskiego instrumenty perkusyjne - kastaniety, czy bębenek baskijski. W moim odczuciu w tej części lepiej wypadli śpiewacy, bo obywali się bez nut i z wielką swobodą zachowywali się na scenie, jak w prawdziwej operetce. Na bis usłyszeliśmy powtórzony duet z zarzueli La del manajo Pablo Sorózabala która nawiązuje do specyficznego folkloru Madrytu. Na scenie i na widowni zrobiło się gorąco, tak jak na przesyconych upałem pobliskich Plantach, przy których stoi gmach filharmonii. Zaczynająca się po przerwie druga część koncertu zaczęła się jednak nie od zarzueli, tylko od słynnej Cantilenas (Wokalizy) pochodzącej z Bachianos brasilerias Heitora Villa--Lobosa, najsłynniejszego kompozytora brazylijskiego urodzonego w Rio de Janeiro. Utwór ten został zaśpiewany z niezwykle oryginalnym akompaniamentem aż ośmiu wiolonczel. Na żywo słyszałem go przed kilkoma laty w Elblągu. Wtedy zaśpiewała go pochodząca z Lidzbarka Warmińskiego sopranistka Anna Mikołajczyk a Elbląską Orkiestrą Kameralną dyrygował spolszczony Brazylijczyk Jose Maria Florencio, obecny dyrektor artystyczny Opery Bałtyckiej. DON PASQUALE W ŁODZI niedziela, 20 czerwca 2021 r. Jakimś cudem udało mi się w przeddzień spektaklu kupić przez internet dwa ostatnie bilety na Don Pasquale w Teatrze Wielkim w Łodzi, więc w te pędy pojechałem z Krakowa na to przedstawienie. Don Pasquale Donizettiego był przedstawieniem wystawionym tutaj po raz pierwszy z udziałem publiczności od początku pandemii. Dla mnie także była to pierwsza opera oglądana po kilkunastomiesięcznej przerwie. Premiera odbyła się w grudniu ubiegłego roku, ale operę pokazano tylko dwa razy. Dzisiaj, oczywiście, obowiązywały wszelkie rygory sanitarne, takie jak w Filharmonii Krakowskiej, ale zaskoczeniem dla mnie były rygory obowiązujące artystów. Po podniesieniu kurtyny okazało się, że orkiestra nie siedzi w ciasnym kanale (orkiestronie), tylko pod spodem uniesionej sceny, gdzie muzycy byli bardziej oddaleni od siebie. Na uniesionej scenie też było inaczej niż zwykle. Reżyser podzielił ją na trzy części (jakby klatki) i śpiewacy przebywali w nich prawie na stałe, bardzo rzadko przemieszczając się do sąsiada, z zachowaniem sporej odległości od siebie, nawet podczas scen zbiorowych. Niewielki chór pokazał się tylko na proscenium. Dyrygował pewną ręką znakomity maestro Tadeusz Kozłowski, który za rok będzie obchodził 50-lecie pracy w teatrach operowych. Przedstawienie wyreżyserował Michał Zna- Wacław Bielecki 203 niecki, nie przenosząc akcji w inne czasy i zachowując stroje z początku XIX wieku. W jednym z wywiadów tak wyjaśniał tę kwestię: - Nie trzeba aktorów przebierać w jeansy, żeby na scenie mówiło się o naszych problemach, naszych przywarach i z nas się śmiało. Akcji Don Pasquqle nie trzeba specjalnie opisywać, bo to jedna z trzech najbardziej znanych oper komicznych w stylu bel canto. Na pierwszym miejscu tej listy jest Cyrulik Sewilski Rossiniego, a potem dwie opery Donizettiego — Napój miłosny oraz Don Pasquale. Podobnie jak dzieło Rossiniego, Don Pasquałe został skomponowany, co jest zdumiewające, w zaledwie jedenaście dni. Libretto opowiada o miłości starego, siedemdziesięcioletniego kawalera Don Pasquale do młodej kobiety Noriny. Staruszek wymarzył sobie, że „podbie-rze” ją swojemu bratankowi Ernestowi, ale młodzi zawiązują intrygę, która kończy się tym, że Don Pasquqle z wielką ulgą zwraca Norinę Ernestowi. Całą tą intrygą steruje niezwykle skuteczny i przewidujący doktor Malatesta, brat Noriny. Największą zaletą wysłuchanego dzieła jest po prostu przepiękna muzyka. Zaczyna się ona od wspaniałej uwertury. Potem słyszymy melodyjne arie, z najbardziej znaną arią Noriny z końca I aktu Queł guardo ił caoaliere, duety, np. Ernesta i Nadiry z III aktu - Tomami a dir i kunsztownie skomponowane ceny zbiorowe, z których słynął Donizetti, a szczególnie kwartet z II aktu - E rimasto łd impietrato. A jakie świetne są partie orkiestry w czasie licznych recytatywów, aż chce się ich słuchać. Z czworga głównych śpiewaków najbardziej spodobał mi się baryton Marcin Bronikowski kreujący postać doktora Malatesty. Cieszę się, że udało mi się posłuchać tej wspaniałej muzyki, nareszcie na sali operowej. Oby tak dalej. DWA PRAPREMIEROWE KONCERTY GITAROWE W OLSZTYNIE sobota, 26 czerwca 2021 r. W Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej odbył się koncert inaugurujący XII Festiwal Gitarowy Joaquina Rodrigo. Zaczął się on od przemówień: komentatora muzycznego Janusza Cieplińskiego, prezydenta Olsztyna i dyrektora festiwalu. Trwało to ponad 20 minut. Potem wysłuchaliśmy dwóch prapremierowych koncertów na gitarę z orkiestrą symfoniczną. Pierwszy z nich skomponował dr hab. Maciej Staszewski z Akademii Muzycznej w Łodzi, który był jednocześnie wykonawcą swego dzieła. Utwór trwa nieco ponad kwadrans i składa się z dwóch części, z których pierwsza jest szybka, a druga powolna zaczyna się po przestrojeniu gitary. W moim odczuciu, jest to utwór na orkiestrę z towarzyszeniem gitary, bo szczególnie w drugiej części, zdecydowanie więcej gra orkiestra niż gitara. W koncercie nie ma wyraźnych tematów melodycznych. Leworęczny gitarzysta i zarazem kompozytor grał swój niezbyt trudny utwór z nut z drobnymi pomyłkami, więc publiczność przyjęła wykonanie kurtuazyjnymi oklaskami. Po przerwie usłyszeliśmy koncert skomponowany przez Piotra Steczka, skrzypka z orkiestry Aukso w Tychach. Była to zupełnie inna muzyka, pełna słodkich melodii i tanecznych rytmów: tanga, beguine, bolera. Partię solową zagrał znakomity gitarzysta z Wrocławia 204 Muzyka z sieci. Notki melomana w czasie pandemii (2) Waldemar Gromolak. Szczególnie efektowna była trzecia część tego koncertu napisana w rytmie bolera zaczynająca się od wystukania na werblu charakterystycznego, trójdzielnego rymu, podkreślanego potężnym brzmieniem tuby. Ten utwór został znacznie goręcej oklaskany przez publiczność, ale do bisu nie doszło, bo jeszcze w trakcie oklasków muzycy zaczęli schodzić ze sceny. Dziwny to zaiste obyczaj. Orkiestrą dyrygował nadzwyczaj sprawnie i elegancko młody maestro Szymon Stec z Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Jak się dowiedzieliśmy, prowadzi on także uczniowską orkiestrę w Zespole Szkół Muzycznych w Olsztynie. W sumie inauguracja festiwalu gitarowego Joaquino Rodrigo wypadła dobrze, chociaż informacja o głównej nagrodzie dla zwycięzcy w wysokości zaledwie 10 tysięcy zł ufundowanej przez prezydenta Olsztyna stoi w sprzeczności ze słowami o tym, że „Olsztyn stał się stolicą polskiej gitarystyki”. Tym wszystkim, którzy nie kojarzą nazwiska patrona festiwalu: Joaquina Rodrigo, wspomnę, że jest on kompozytorem najbardziej znanego koncertu na gitarę z orkiestrą - Concierto de Aranjuez z 1939 r. Druga, prześliczna i wolna zarazem część tego dzieła, zaczynająca się od sola rożka angielskiego, a potem gitary, jest powszechnie znanym hitem. uaieria Prowincji Beata Grudziecka ŻUŁAWSKIE FLIZY Sztuka tworzenia od ponad ośmiu lat idzie nierozłącznie w parze z pogłębianiem wiedzy o flizach, o ich historii, technikach produkcji, warsztatach w których powstawały. W mojej pracowni maluję je dokładnie tak, jak ponad 300 lat temu w holenderskich manufakturach. Do malowania używam jedynie tlenków kobaltu i manganu oraz białego szkliwa. Technikę tę wypracowywałam długo, metodą prób i błędów, próbując odtworzyć sposób opisany w książkach oraz podpatrując na żywo pracę mistrzów malowania na ceramice w holenderskich manufakturach w Amsterdamie i Delft. Tam też dwukrotnie wzięłam udział w warsztatach, które pozwoliły tę technikę dopracować. Flizy, które maluję dziś są często inspirowane holenderskimi wzorami, choć staram się zawsze dodać do nich coś swojego, inaczej ustawić postaci, domalować element, którego według mnie zabrakło na oryginale, czy też złączyć w jedno przedstawienie grafiki z kilku fliz. Sięgam również po to, co mamy na naszych pięknych Żuławach - po detal architektoniczny, piękno natury, a przede wszystkim wierzby, których nieokiełznane kształty są największa inspiracją do tworzenia kolejnych prac. W lipcu, w domu podcieniowym w Trutnowach, prezentowana była wystawa złożona z ponad 80 fliz ceramicznych. Na flizach znalazły się sceny pasterskie, pejzażowe, biblijne, oraz wyobrażenia istot morskich, zwierząt, żołnierzy i wazony z kwiatami. Nie zabrakło też lokalnych akcentów - na płytkach znaleźć można było żuławskie wierzby, wiatraki, domy podcieniowe i wzory inspirowane detalem architektonicznym. Dziewięć fliz, do których dołączono czarno-białe fotografie, powstało w zeszłym roku w ramach stypendium Marszałka Województwa Pomorskiego dla twórców kultury. Pozostałe powstały na początku tego roku. Była to pierwsza wystawa na Żuławach, na której zaprezentowano współczesne płytki inspirowane holenderskimi flizami i wykonane tradycyjna metodą. PRL w 100 przedmiotach Andrzej Kasperek Maszyna do pisania. Agnieszki Osieckiej TVP pokazała pół roku temu serial pt. „Osiecka”. Trzynaście odcinków miało średnią oglądalność około dwóch i pół miliona widzów. Całkiem nieźle jak na dzisiejsze czasy. Wydawało się, że dobrzy reżyserzy (Robert Gliński i Michał Rosa) oraz świetni scenarzyści (m.in.: Maciej Karpiński i Maciej Wojtyszko) dawali rękojmię, że to będzie ciekawa biografia najsłynniejszej polskiej autorki tekstów piosenek, poetki, pisarki i dziennikarki. Okazało się jednak, że film podzielił widzów. Jednym się podobał, inni go atakowali z taką pasją, jakby był złem wcielonym. Lista zastrzeżeń jest długa: zła obsada, za dużo w nim o problemach bohaterki z facetami i alkoholem, za to zbyt jest naskórkowy w ukazywaniu problemów czasów PRL-u i nie przedstawia Osieckiej „jako twórczyni tych wszystkich fantastycznych, wielowymiarowych tekstów”... Może oczekiwania po prostu były zbyt duże i niemożliwe do spełnienia. A w tle zawsze pojawiał się producent - Telewizja Polska, czarny charakter czasów Maszyna do pisania podarowana Agnieszce Osieckiej przez Marka Hłaskf eksponowana w Muzeum Pragi, fot. Kuch [Internet] „dobrej zmiany”. Dla wielu krytyków to wystarczyło, żeby serial potępić w czambuł. Uznano a priori, że „ta telewizja” nic porządnego nie jest w stanie wyprodukować. A przy okazji odżyły spory o PRL i jego spuściznę. Nie jest to studium recepcji serialu. To jego bohaterka zasługuje na uwagę. Temperatura wspomnianych sporów (choć częściej przypominało to, przepraszam za słowo, „gównobu-rzę”) pokazuje po prostu, że dla wielu Osiecka jest nadal ważna i mimo, że od jej śmierci minęło prawie ćwierć wieku, to nadal wzrusza, denerwuje i wywołuje wspomnienia. Polska Rzeczpospolita Ludowa była czasem określana złośliwie jako: „najweselszy barak w obozie”; skojarzenia z łagrami były nieprzypadkowe. Polacy wywalczyli sobie trochę więcej wolności, gazety czasem pisały prawdę, filmy obśmiewały pokraczną rzeczywistość a opozycjonistów wsadzano do więzień, ale nie zabijano. Jeremi Przybora pisał po śmierci poetki: „To ona, Agnieszka, jest jedną z tych, którzy uczynili ten nasz »barak« aż tak »wesołym«. To ta piewczyni (nie, nie apologetka!) PRL-u sprawiła, że z jego zgrzebno-siermiężnej i chłopsko--robotniczo-pracującej inteligenckiej szarzyzny wykwitł wspaniały, barwny kwiat poezji jej Andrzej Kasperek 207 piosenek. [...] I strasznie jesteśmy wdzięczni Agnieszce Osieckiej, największej naszej poetce piosenki, że nie pisała przez te dwadzieścia parę lat peerelowskich do szuflady, że mogliśmy od inteligenta (pracującego) po prostego człowieka cieszyć się, żywić jej poezją”1. Trudno wyobrazić sobie polską kulturę popularną bez jej szlagierów, bez „Kochanków z ulicy Kamiennej ”, „Małgośki i „Niech żyje bal ”... Bez dwóch tysięcy piosenek, które weszły do polskiego krwioobiegu, stały się niewyczerpanym źródłem cytatów i towarzyszą nam od zawsze. Była doskonałym obserwatorem i kronikarzem naszego życia. Jej utwory często przypominają reportaże i to chyba nie przypadek, w końcu studiowała na UW dziennikarstwo. W „Okularnikach”’ opisywała polską młodą inteligencję, która ledwie wią-że „koniec z końcem za te polskie dwa tysiące”. Choć w oryginale było: „»I w dalekim jakimś mieście zarabiają tysiąc dwieście«, bo tyle wynosiła wówczas najskromniejsza pensja, ale cenzor nie zamierzał się zgodzić na utrwalenia w słowie śpiewanym tak nikczemnie niskiej wypłaty’2. Stąd owa „podwyżka”. Osiecka świetnie znała realia peerelowskiego życia. Piosenka „Widzisz mała” to wzruszający „artykuł” jak z „Przyjaciółki” o ciężkim losie zakochanej kobiety. „To wszystko z nudów” jest z kolei „reportażem sądowym”. Profesor Franciszek Ryszka nazwał ją trafnie „śpiewającą poetką codzienności”. I dodawał: „Rzecz w tym, by — wyrażając się dosadnie — nie traktować codzienności jako spraw kuchni i garów, urządzenia mieszkania, kupna nowego tapczanu, samochodu. Sprawy codzienne to sprawy egzystencjalne: miłość i śmierć, wierność i zdrada, radość i cierpienie. Takie właśnie wydają mi się cechy poezji Agnieszki Osieckiej ”3. Cieszyła się ogromnym powodzeniem, dziś nikt nie ma i nie będzie już miał takiej popularności. Jej utwory trafiały do elity intelektualnej, ale także do zwykłych ludzi — pań z kiosków „Ruchu ”, z bibliotek i domów kultury, gdzie chętnie jeździła na spotkania oraz do zwykłych pijaczków z baru „Sax”. A w życiu ciągnął się za nią „sznur podkochujących się w niej aktorów, pisarzy, hrabiów i meneli” — jak to dokładnie wyliczyła jej przyjaciółka Hanna Bakuła. Lista jej ukochanych i przyjaciół oraz przyjaciółek jest długa, ale przejmująco ważne pytanie zadał po jej śmierci Wojciech Młynarski: „.. .wszyscy Ją świetnie znali, wszyscy Ją strasznie kochali. Lecz skoro tak Ją kochali, tak bezgranicznie, tak mocno, czemu w co drugim Jej wierszu taka straszliwa samotność? ”4. Czasem wyobrażamy sobie okres PRL-u jako wielką czarną dziurę, a przecież to, że Polakom udało się przeżyć te podłe lata i przejść „Morze Czerwone”, zawdzięczamy ludziom, którzy nas przez nie przeprowadzili. Działacz opozycji demokratycznej Stefan Niesiołowski wspominał, jak w więzieniu czekał na jej piosenki nadawane przez radiowęzeł. Zauważył, że ' Cytat za: .Agnieszka Osiecka i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, oprać. Magda Umer, Warszawa 2021, s. 8 Jarek Szubrycht „Jak odróżnić ynteligentów od inteligentów? Osiecka tym drugim dała czuły, choć niewesoły hymn” , „Gazeta Wyborcza” z 18 lutego 2021. 3 Cyt. za: Jarek Szubrycht „Jak odróżnić... ” 4 Wojciech Młynarski „Poetka znikła w oddali” [w:] tenże, „Od oddechu do oddechu”, Warszawa 2017, s. 418 208 Maszyna do pisania Agnieszki Osieckiej „była jedną z tych osób, dzięki którym w czasach PRL istniały, tak przecież zawsze potrzebne, enklawy radości i piękna”5. Bo piękno, prawda, miłość i dobro skruszą w końcu każdą dyktaturę. A poza tym te 45 lat w historii Polski mimo wszystko było kontinuum tego, co istniało przed 1944 r. W szkołach nadal uczono o poezji Mickiewicza, czytano Żeromskiego, w teatrach wystawiano „Wesele”. Nigdy komunistom nie udało się nam wmówić, że prawdziwa historia naszego kraju zaczęła się 22 lipca 1944 r. Profesor Maria Janion: „To była ostatnia romantyczka w piosence. »Amor szmaciany płynie ulicą« — słyszę w tym Słonimskiego i Tuwima, którzy umieli poetyzować zwyczajność. Ona po nich to odziedziczyła. Rozumiała, jakie słowo jest ważne. Na tym polega artysta, na sztuce jedynego nazywania. Czytam w niej zdolność do miłości wielką i przerażającą, ostrą świadomość istnienia. Jak skamandryci porównywała życie do tańca. Zmysłowość i witalizm są u niej podszyte grozą”6. Bo Osiecka wyrosła z polskiej tradycji. Jeśli w jej wielkim przeboju „Niech żyje bal ’ pojawia się Byron, to nie dlatego, że potrzebny był do rymu. U niej każde słowo jest ważne! Postać wielkiego poety angielskiego, to przywołanie romantycznej zasady jedności słowa i czynu. Adam Mickiewicz mówił w swych wykładach, „że należy żyć tak, jak się pisze”, że dla Byrona najważniejsza jest „głęboko odczuta potrzeba upoetyzowania swego życia a przez to zbliżenia ideału do rzeczywistości . Ale tylko ona wiedziała, jaką straszną cenę płaci się za owo „życiopisanie”. A na jej pogrzeb przyszły setki, a może tysiące ludzi — znajomi, przyjaciele i wszyscy ci, dla których jej piosenki były ważne, bo dawały radość i nadzieję, A czasem pomagały bardziej niż transfuzja krwi, jak to określiła Magda Czapińska, młodsza o pokolenie koleżanka po fachu8. 5 Stefan Niesiołowski „Osiecka we wspomnieniach Niesiołowskiego”, „Polityka” z 18 marca 2012 6 Cyt. za: Lidia Ostałowska, Paweł Smoleński „Osiecka. Mogła mieszkać gdziekolwiek, byle widywać się ze znajomymi”, „Gazeta Wyborcza” z 7 marca 2017 7 Adam Mickiewicz „Dzieła”, t. XI, Warszawa 1955, s. 32 8 L. Ostałowska, P. Smoleński, op. cit. Widok gabinetu poetki; fat. httpsokularnicy.org.pl Rozmowa Ze Sztumu do Chile i z powrotem z Agnieszką Charycką rozmawia Agnieszka Rutka-Napiwodzka - Agnieszko, pochodzisz ze Sztumu, ale 15 ostatnich lat mieszkałaś za granicą, w Rzymie, oraz po drugiej stronie globu, w Talca, w Chile. Opowiedz nam, jak tam trafiłaś? - Tak, pochodzę dokładnie ze Sztumskiego Pola, ale po maturze wyjechałam do Włoch, gdzie pracowałam i studiowałam. Tam właśnie poznałam mojego męża, który jest Chi-lijczykiem. W 2013 roku dostał on propozycję ciekawej pracy na uniwersytecie w Chile i postanowiliśmy opuścić Wieczne Miasto i spróbować szczęścia po drugiej stronie Oceanu. Dla mnie było to oczywiście wielkie wyzwanie, nowy język, nowa kultura i przede wszystkim bardzo daleko od Polski, ale bardzo chcieliśmy też założyć rodzinę i wizja stałej, ciekawej pracy dla Hernana była bardzo kusząca. Wyruszyliśmy zatem za Ocean, ja nauczyłam się hiszpańskiego, urodziłam trójkę dzieci i również zaczęłam wykładać na tym samym uniwersytecie co mąż. Dziś bardzo się cieszę z tej decyzji i możliwości poznania choć po części kultury latynoamerykańskiej. - Co na Powiślu jest takiego, że jednak wróciłaś tutaj z dalekiego świata? Tęsknota? - Dokładnie tak, przede wszystkim tęsknota. Zawsze byłam silnie związana z moją rodziną i wszelkie urlopy czy wakacje spędzaliśmy właśnie na północy Polski, już od jakiegoś czasu myśleliśmy z mężem o powrocie do Europy. Pandemia przyspieszyła tą decyzję. Lock-down w Chile był i nadal jest bardzo restrykcyjny, przez cały poprzedni rok pracowaliśmy zdalnie, a dzieci w ogóle nie chodziły ani do szkoły, ani do przedszkola. Dlatego też, gdy w styczniu sytuacja w Chile dalej się pogarszała i wizja dalszej pracy i nauki on-line stała się rzeczywistością, postanowiliśmy po prostu stamtąd wyjechać. Zabraliśmy potrzebne dokumenty, pozwolenia i w lutym byliśmy już w Polsce. - Talca to duże miasto, około 250 tysięcy mieszkańców. Mogłabyś jednak spróbować porównać życie na prowincji w Polsce i w Chile? Jakie są najważniejsze różnice a jakie podobieństwa? - Talca pomimo tego, że jest, szczególnie z naszej polskiej perspektywy, dość dużym miastem, to jednak jest miastem typowo prowincjonalnym. Na uniwersytety czy szkoły wyższe uczęszczają tam raczej mieszkańcy okolic miasta lub ci, którzy z jakiś powodów nie mogą studiować w Santiago (stolicy Chile). Poza tym miasto otoczone jest większymi lub mniejszymi gospodarstwami uprawnymi, winnicami, a w samym miasteczku mieszkają ludzie, którzy na przykład hodują własny drób, więc ciekawe jest tam jak wysokie wieżowce stoją obok zapadających się, niewyremontowanych jeszcze po ostatnim trzęsieniu ziemi, domków jednorodzinnych. Jednak dla nas, jako młodej rodziny, życie w Talce było bardzo atrakcyjne, spokojne, praca, przedszkole i szkoła blisko, piękne wzgórza dookoła miasta, wodospady, jeziora i ocean były niedaleko. Z mojego punktu widzenia te samy atuty ma mieszkanie na prowincji tu w Polsce. 210 Ze Sztumu do Chile i z powrotem Tym, czym jednak bardzo różni się Talca od Sztumu, jest równy dostęp do edukacji w Polsce oraz bardzo silne rozwarstwienie społeczne w Chile. W Talce (i w całym Chile) jest bardzo dużo szkół i przedszkoli prywatnych, niektóre z nich kosztują nawet tyle, co studia wyższe. Ludzie, których nie stać, lub którzy nie zgadzają się z takim systemem, wysyłają swoje dzieci do placówek publicznych, gdzie poziom nauczania jest bardzo różny, a infrastruktura pozostawia wiele do życzenia. Przez ostatnie lata kolejne rządy próbują wprowadzać różne reformy, aby dostęp do jednolitej edukacji był sprawiedliwszy, jest to jednak bardzo trudne, ponieważ często spotyka się z oporem wyższych klas społecznych, które nie chcą, by ich dzieci „mieszały się" z dziećmi ludzi niższych klas społecznych. Nawet w samym mieście są dzielnice zamieszkiwane tylko przez bogatych, są miejsca przeznaczone dla klasy średniej oraz takie, gdzie mieszkają ludzie biedniejsi, narażeni często na wykorzystywanie i zastraszenia przez panujące tam gangi narkotykowe. W Sztumie jednak dostęp do edukacji podstawowej jest ujednolicony i w jednej klasie uczą się dzieci pochodzące z różnych środowisk. Dla mnie był to też jeden z głównych powodów, dla których chcia-łam, żeby moje dzieci zaczęły edukację w Polsce. - Studiowałaś w Rzymie, a pracę magisterską pisałaś o błogosławionej Dorocie z Mątowów. Czy ta postać jest znana komukolwiek w Ameryce oprócz wąskiego grona specjalistów? - Nasza Dorota jest zupełnie nieznana w Ameryce Południowej, ale w ramach wykładów próbowałam przybliżyć tę postać studentom i niektórzy z nich bardzo się nią zafascynowali. Przedstawiając ogrom źródeł dotyczących życia Doroty i jej życiorys byli bardzo zainteresowani szczegółami jej relacji z mężem, dziećmi, a przede wszystkim z Janem z Kwidzyna. Teraz w Chile bardzo silny jest ruch feministyczny, który w środowiskach uniwersyteckich wyraża się zwróceniem większej uwagi na postacie wybitnych kobiet. Myślę, że zainteresowanie moich studentów figurą Doroty może być tego ewidentnym przykładem. - Twój mąż jest specjalistą od Dunsa-Szkota, trzynastowiecznego filozofa i teologa. Jak to jest żyć w Sztumie z takimi średniowiecznymi zainteresowaniami jak Wasze? - Mój mąż czuję się w Sztumie bardzo dobrze. Pracuje głównie z tekstami źródłowymi, przed komputerem, prowadzi wykłady on-line, ale bardzo ceni sobie spokój naszego miasteczka. Możliwość spacerów wśród pobliskich lasów i jezior daje mu przestrzeń i pozwala na głębokie refleksje, odpoczynek i odprężenie. Ja bardzo się cieszę, że mogłam tu wrócić, spotkać znowu osoby, z którymi chodziłam do szkoły, być blisko rodziny. Nasze zainteresowania są dość specyficzne, więc gdziekolwiek byśmy nie byli, grono osób z podobnymi zainteresowaniami będzie wąskie, jednak muszę przyznać, że w Sztumie i okolicach jest ono szersze niż w Talce. Na Powiślu jest też wiele fascynujących miejsc, w których można podziwiać historię i kulturę średniowiecza w sposób wręcz namacalny, coraz więcej ich odkrywamy i zwiedzamy. - Jakie macie plany na przyszłość? Czy jest szansa, że zostaniecie w Sztumie na dłużej? - Nasze plany na przyszłość nie są na razie sprecyzowane. Na dzień dzisiejszy postanowiliśmy zostać tutaj przynajmniej parę lat. Hernan do końca roku będzie zdalnie współpracował ze swoim uniwersytetem w Chile, ale cz rozgląda się też za możliwością pracy w Polsce Agnieszka Rutka-Napiwodzka 211 lub w Niemczech. Ja postanowiłam się przekwalifikować i zostać nauczycielem języków, które dobrze znam i bardzo lubię: włoskiego i hiszpańskiego. Od marca prowadzę zajęcia w przedszkolu oraz prywatnie, dokształcam się na podyplomowych studiach pedagogicznych i uczę się pracy w nowych dla mnie warunkach. Jak na razie, pomimo pandemii, jest zainteresowanie uczeniem się języków. Postępy moich uczniów i ich motywacja mobilizują mnie do pogłębiania wiedzy i przygotowywania coraz ciekawszych zajęć. Agnieszka i Hernan w Constitución, Chile, fot. archiwum rodzinne Recenzje Janusz Ryszkowski Z MOJEGO WIERSZONOTATNIKA (II) Andrzej Wojciechowski, Z 10piętra snu, SIGNI Zygfryd Słapik, Warszawa 2021. Olsztyński poeta pisze ciągle ten sam wiersz, bo „słowa nie przeżyły/ wszystkich liter lęku”. Akt kreacji wiążę się zarazem z aktem unicestwienia. Jego poezja od chwili debiutu książkowego („Klakier”- 1979) konsekwentnie podąża traktem „kaskaderów literatury”. Po każdym kolejnym tomiku wydaje się, że poeta właśnie doszedł do granic niemożliwego. Ze nie wydobędzie już głosu ze ściśniętego gardła, zamilknie. Po kilkunastu latach nieobecności na rynku wydawniczym powró- cił „Wierszami dla psa” (2017). Tuż po „Cyfrach lęku” (2019) obdarowuje nas kolejną, siódmą książką „Z 10 piętra snu” i przygotowuje kolejną na jesień. Jak rozwinąć eliptyczny tytuł nowego tomiku? Czy to, mający wymowę neutralną widok, spojrzenie, ale równie dobrze może to być spadanie, lub skok - bardziej dramatyczne. Słowem kluczem książki jest „lęk”. To on stara się zapanować nad bohaterem tych wierszy, to z jego władania próbuje się podmiot wyzwolić. W tym świecie „Nietoperz lęku wisi”, są „wschody i zachody lęku”, bywa się „odcięty lęku nożem”. Tam trzeba się chronić „przed światłem lęku” i „nie wchodzić/ pod koc lęku”. Lęk to reakcja na niebezpieczeństwo, najczęściej niedające się źródłowo określić. Nie wiadomo, skąd i dlaczego przychodzi, ani co ze sobą niesie. A skoro tak, to stajemy wobec tego zagrożenia zupełnie bezbronni. Lęku nie należy utożsamiać ze strachem, który ma konkretne źródło. Charakterystyczne, że w tomiku Wojciechowskiego „strach” występuje tylko raz, i to w innym znaczeniu („kiedy dobry alkohol/ walił do drzwi/ strach zabrać”). Każdy niemal wiersz to nie tylko zapis emocji rozedrganych do granic, ich upust, ale także próba docierania do źródeł lęku. Stąd cielesność tej liryki („krew”, „płuca”, „usta”, „brzuch”, „mózg”, „ślina”) i onirycz-ność akcentowana już w tytule. Recenzje 213 „Jeszcze raz wstanę/ żeby umrzeć/ jak najdalej/ od teraz” czytamy w zamykającym tomik wierszu. Bardzo daleka jest od „tu i teraz” ta poezja, skrajnie indywidualna, czasem też trudno przekładalna na doświadczenie Innego. Gdy ukazanie się tomiku zaanonsowano na Facebooku jedna ze znajomych poety napisała: „Tytuł pobudza wyobraźnię, ale czuję, że ciężkie słowa mogą być w środku i trudne tematy”. Adam Ochwanowski, Wieczory z Pawłem K., Drukarnia Panzet Krzysztof Zatorski, Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. W Gombrowicza w Kielcach, Pińczów 2021. ADAM OCHWAiMOWSKJ Kolejny tomik znanego czytelnikom „Prowincji” autora. „Przez kilka wieczorów siedzieliśmy w mojej rodzinnej chałupie na Ponidziu i przy odpowiedniej ilości wspomagających płynów skazaliśmy się na coś w rodzaju twórczej psychodramy”. Tak ro- dził się projekt poetycko-plastyczny Pawła Kisielewskiego i Adama Ochwanowskiego, gdzie to „Paweł maluje a ja piszę”. W tomiku każdemu z 17 utworów towarzyszy grafika, która wchodzi w dialog z poetyckim słowem, czasami w sposób nieoczywisty. Cykl Ochwanowskiego jest rodzajem poetyckiego diariusza, który zaczyna się 1 grudnia a kończy w święto Trzech Króli. W ciasnawym i niemodnym gorsecie „niedokończonego sonetu” (określenie autora) udaje się poecie zmieścić wiele. Autotema-tyzm („Paweł - z blejtramem, a ja z piórem/ Coraz nam trudniej wejść na górę/ Gdzie się do wątku wdzięczy temat”) miesza się z historią (13 grudnia: „stan wojenny jest przewlekły”), dzisiejszą polityką („traktuje wolność jak zabawkę/ prezydent w sobie zakochany”), czasem własnymi demonami. Książeczka (36 stron) ma kilkunastu sponsorów i trzy patronaty włodarzy — starosty, burmistrza i wójta. Kazimierz Brakoniecki, Biografie wiersza, Sopot 2021, Biblioteka Toposu. (Or) [Mieczysław Orki], omawiając niedawno wydany tom szkiców programowych „Poeta i świat” Kazimierza Brakonieckiego (zob. „Odra” nr 4/2021) zauważa m.in., że jest on „przede wszystkim wybitnym i mało cenionym w kraju (jak dziś wielu innych świetnych w posługiwaniu się piórem autorów z „pogranicza”, w tym olsztynian) poetą i eseistą, i twórcą zakorzenionego już w naszej terminologii historyczno-naukowej pojęcia Atlantydy Północy”. Czy rzeczywiście jest autorem mało cenionym? Kwestia dyskusyjna. To że od ponad 40 lat publikuje regularnie książki w różnych oficynach, teksty w czołowych czasopismach świadczy chyba o czymś in- 214 Recenzje Kazimierz Brakoniecki Biografie wiersza nym. Jest nagradzany i wyróżniany. Nie należy co prawda do twórców modnych i okładkowych, ale od lat ma ugruntowaną pozycję na krajowym rynku. Wydaje mi się, że krytycy nie nadążają za autorem „Meta-xu” i „Wierszy fizycznych ”. Nie tyle chodzi o to, że Brakoniecki pisze i wydaje dużo, ale to, że jest poetą wsobnym i osobnym. Recenzenci przykleili mu etykietkę borusiań-skiego pogranicza i wolą przy niej pozostać niż pójść na spotkanie z jego „konkretem metafizycznym’’ lub „światologią”. „Biografie wiersza” są tematycznym wyborem utworów pisanych w ciągu wielu lat, znanych z poprzednich książek (np. „Hólderlin” i „Celan” pod nieco innymi tytułami były drukowane w debiutanckim tomiku „Zrosty” w 1979 roku), ale teraz nabierających w nowym otoczeniu innego blasku. To zarazem swoiste dopełnienie szkiców „Poeta i świat”, pokazujące szeroki krąg lekturowy i kulturowy, w którym się poeta obraca. Od Anioła Ślązaka po Allena Ginsberga, by przywołać skrajne bieguny. To - nieco upraszczając - wiersze o poezji i poetach, tych znanych i zupełnie zapomnianych. Często zostają przywołani, bo byli (są) częścią świata bohatera lirycznego, tożsamego z autorem. Przywołajmy wiersz poświęcony pamięci Julii Hartwig noszący tytuł „Gerard de Nerval”. Pod żółtym namiotem bez materaca Siedzi skulony i uczy się na pamięć Wiersza „El Desdichado ”po polsku i francusku (...) Lipiec 1972 deszcz siecze plażę Namiot i książka szybko przemakają Tak bardzo chciałby być umarłym poetą Ciało poezji jest liturgią i szpitalem Wskazówką do zrozumienia wiersza jest fakt, że Julia Hartwig była autorką książki o Nervalu, która ukazała się właśnie w 1972 roku oraz nieco faktów z życia romantycznego poety (choroba psychiczna i samobójstwo). Dodajmy, że ten młodzieniec z wiersza zostanie tłumaczem poezji francuskiej... Wiersze Brakonieckiego nie są jedynie dobrze, czasem wręcz brawurowo, napisanymi poetyckim językiem opowieściami o poetach, historiami opartymi na mniej lub bardziej znanych epizodach biograficznych. To coś więcej. To i wyznanie wiary, program, i - jak trzeba - naśladowanie, imitacja cudzego głosu. Odbieram tę poezję tym bardziej emocjonalnie, że wskrzesza epokę mojej młodości i znane postacie. Zresztą z Brakonieckim debiutowaliśmy jako poeci w tym samym roku na łamach „Nowego Wyrazu”. Re- Recenzje 215 daktorem tego „miesięcznika literackiego młodych’ był Jan Witan, nauczyciel akademicki Brakonieckiego, pojawiający się w wierszu „Portret poety studenta”. Znajomość realiów i środowiska pomaga przy lekturze, ale nie jest konieczna, tak jak nie trzeba znać nazwy rośliny, by cieszyć się jej pięknem. Ciekawie też Brakoniecki zestawia ze sobą postaci, tworząc żywoty paralelne. Anioł Ślązak/ Tadeusz Różewicz, Michał Kajka/ Erwin Kruk, Norwid/ Kazimierz Ratoń. To ostatnie porównanie może szokować, ale znajduje piękne uzasadnienie. Wreszcie Kenneth White/ Kazimierz Brakoniecki: „Ken medytacyjny i rozluźniony, Kazik spięty i egzystencjalny”. Adam Langowski TRUDNE LOSY WAPLEWSKICH PATRONÓW S. Stankiewicz, Od Heleny do Izabelli. Powojenne losy Rodziny Sierakowskich patronów Zespołu Szkolno-Przedszkolnego w Waplewie Wielkim, Gdańsk 2020. Szkoła w Waplewie Wielkim, nosząca od 2000 roku imię Rodziny Sierakowskich, należy do najbardziej zasłużonych placówek oświatowych działających na terenie Powiśla. Jej historia, sięgająca 1929 roku, stanowi powód do dumy dla tamtejszej społeczności szkolnej. W Waplewie w szczególny sposób kultywuje się pamięć o rodzinie patronackiej, czego przykładem jest wznowienie książki autorstwa Sylwii Stankiewicz (wcześniej Markowicz), poświęconej powojennym losom członków rodziny Sierakowskich. Pierwsze wydanie omawianej publikacji nastąpiło w 2005 roku, kiedy waplew-ska szkoła obchodziła 5. rocznicę nadania imienia. Skromna objętościowo książeczka okazała się wartościowym wydawnictwem, ponieważ nikt wcześniej nie przybliżył syl- 216 Recenzje wetek siedmiorga dzieci Stanisława i Heleny Sierakowskich. W monografii profesora Andrzeja Bukowskiego, stanowiącej przez lata podstawowe źródło wiedzy na temat dziejów Waplewa oraz ich właścicieli, odnaleźć można tylko krótkie wzmianki o potomstwie Stanisława i Heleny Gdański badacz więcej uwagi poświęcił jedynie tragicznie zmarłej Teresie oraz synom ostatnich właścicieli, Adamowi i Andrzejowi. Sylwia Stankiewicz chciała tę lukę wypełnić, o czym pisze w przedmowie do obu wydań „Od Heleny do Izabelli”: „Po przeczytaniu książki [profesora Andrzeja Bukowskiego] odczułam pewien niedosyt. Zabrakło opisu dalszych losów rodziny, która przez wybuch II wojny światowej została rozproszona po całym świecie”. Warto podkreślić, że w momencie ukazania się pierwszego wydania książeczki o waplewskich patronach, Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim było dopiero w fazie planowania. Powstanie tej instytucji przyczyniło się w kolejnych latach do wzrostu zainteresowania historią rodu i pojawienia się wielu nowych publikacji. W tym kontekście książeczkę Sylwii Stankiewicz należy zaliczyć do prac pionierskich. Okazją do wznowienia książki stała się 20. rocznica nadania szkole imienia Rodziny Sierakowskich, przypadająca w 2020 roku. Drugie wydanie jest bardziej okazałe od tego sprzed piętnastu lat. Opracowanie zyskało inną szatę graficzną i zostało wzbogacone o nowe treści, dotyczące nie tylko poszczególnych członków rodu, ale także działalności szkoły i Muzeum Tradycji Szlacheckiej. Autorka wymienia również osoby spoza rodziny Sierakowskich, które odeszły w ostatnich latach. W kilku miejscach wspomina m.in. Krystynę Biegańską, nieodżałowaną przyjaciółkę szkoły. Szkoda, że do nowego wydania nie dołączono drze- wa genealogicznego rodziny Sierakowskich, które z pewnością ułatwiłoby czytelnikowi śledzenie losów kolejnych bohaterów. Całość poprzedza słowo od Patronki, Izabelli Sierakowskiej-Tomaszewskiej. Sylwia Stankiewicz nie ukrywa, że powstanie książeczki to efekt bliskiej współpracy z córką Andrzeja Sierakowskiego, która udostępniła autorce wiele materiałów i podzieliła się rodzinnymi wspomnieniami. Punktem wyjścia rozważań na temat losów patronów szkoły jest okres przedwojenny, kiedy Stanisław i Helena Sierakowscy żyli jeszcze w Waplewie, próbując godzić działalność narodową i społeczną z utrzymaniem dworu oraz wychowaniem gromadki dzieci. Biorąc pod uwagę późniejsze, często dramatyczne wydarzenia, jakie dotknęły rodzinę, waplewskie lata mogą jawić się dziś jako względnie spokojne i szczęśliwe. Wydaje się, że jeszcze kilka lat w Osie-ku, dokąd po utracie Waplewa Sierakowscy ostatecznie się przenieśli, pozwoliło im osiągnąć pewną równowagę, o czym może świadczyć jedna z fotografii zamieszczonych w książce. Wymienione zdjęcie przedstawia wszystkie dzieci Stanisława i Heleny, zgromadzone przed wejściem do dworu w Osieku. Na twarzach rodzeństwa widać uśmiechy, niektórzy trzymają się pod ręce, a Andrzej Sierakowski opiera się o piłkę. W kolejnych fragmentach książki po-znajemy wojenne i powojenne losy dzieci Sierakowskich: Teresy, Róży, Marii, Wandy, Jadwigi oraz Adama i Andrzeja. Teresa, najstarsza z rodzeństwa, została zamordowana wraz z rodzicami już na początku wojny. Pozostali przeżyli, ale rozjechali się po świecie, tworząc zręby nowego życia. Warto w tym miejscu przytoczyć refleksję Janusza Ryszkowskiego, który w tekście „W wa-plewskim kręgu”, zamieszczonym w publi- Recenzje 217 kacji Sylwii Stankiewicz, zapisał: „Można bowiem (choć to nie zawsze łatwe) zacząć budowanie własnego życia na gruzach innego, dramatycznie zabranego. Jeśli ma się do czegoś trwałego, choć niematerialnego odwołać...”. Najmłodsza z rodzeństwa, Jadwiga, zmarła w 2011 roku w Luksemburgu. Jej prochy, podobnie jak zmarłego szesnaście lat wcześniej Andrzeja, zostały złożone w waplewskiej kaplicy. Córka Andrzeja, Izabella Sierakowska-Tomaszewska, od wielu lat wspiera waplewską szkołę i anga- żuje się w życie lokalnej społeczności. Od pewnego czasu towarzyszy jej chrześnica, Izabella Herburt, która, jak podaje Magdalena Gut w tekście „Krótkie sentymentalne wspomnienia...”, wyraziła chęć włączenia się w opiekę patronacką. Deklaracja Izabelli Herburt wskazuje na to, że rozpoczyna się nowy rozdział we współpracy pomiędzy rodziną patronacką i szkołą. Tytuł opracowania Sylwii Stankiewicz, „Od Heleny do Izabelli”, może zatem wkrótce nabrać szerszego znaczenia. Piotr Napiwodzki KWADRATURA JEROZOLIMSKIEGO KOŁA Marek Suchar, Kwadrat jerozolimski, Gdańsk 2020. Krąg przyjaciół ze szkolnej ławy spotyka się po wielu latach w Jerozolimie, dokąd jeden z nich wyemigrował i właśnie w gronie bliskich chce obchodzić swoje urodziny. Taki jest zarys fabuły i od razu zaznaczmy, bez zdradzania treści, że „Kwadrat jerozolimski” nie jest powieścią szpiegowską, nie jest kryminałem, więc ani nie będziemy śledzić opisów pościgów samochodowych, ani do ostatniej strony nie będziemy w niepewności próbować odgadnąć „kto zabił”. Książka Marka Suchara zaprasza na zupełnie inny poziom i oferuje całkiem inną przyjemność z lektury: to książka o spotkaniu, o ludziach i miejscach, o odkrywaniu rzeczy ważnych i uważności wobec szczegółów. Wkrótce zresztą okazuje się, że MAREK SUCHAR KWADRAT JEROZOLIMSKI 218 Recenzje Autorowi nie tylko po jerozolimskich alejach i zaułkach, ale też po pytaniach i problemach przewijających się w rozmowach bohaterów. Może przy tym zaskakiwać, a nawet nieco drażnić, że bohaterowie książki (goście z Polski) bardzo się wszystkiemu dziwią. Łatwo jednak dostrzec, że to pewna konwencja: oni dziwią się niejako dla nas, abyśmy my mogli jak najwięcej dowiedzieć się o Jerozolimie. W taki (prawie) naturalny sposób Autor książki wplótł w jej tekst bardzo dużo cennych informacji o historii Jerozolimy, o jej współczesności, o wielu aktualnych problemach, o sposobach przepracowywania przeszłości, także o perspektywach na przyszłość. Czytelnik poszukujący takich informacji z pewnością poczuje się usatysfakcjonowany. Stąd też jako nieco mylącą należy ocenić okładkę książki — w jej treści jakkolwiek rozumiany kwadrat z pewnością nie dominuje nad samym miastem. Wprost przeciwnie — to Jerozolima jest w centrum, a opisani w książce goście z Polski, jak i mieszkańcy tego miasta, są w niej jedynie „przechodniami”, chociaż o różnym statusie. Jerozolima nie jest przy tym jedynym miastem obecnym na stronach książki, bo w tle, dyskretnie obecny we wspomnieniach i rozmowach, mamy także Wrocław sprzed roku 68, w którym bohaterowie spędzali wspólne szkolne lata. Jerozolima, chociaż jest bezspornie na pierwszym planie, także stanowi tylko pretekst, bo przecież każde miasto to oczywiście nie tylko mury, budowle i ulice. Trzeba przyznać, że mieszkańcy Jerozolimy zyskują na kartach powieści dodatkowy koloryt — nie wydają się obcy, noszą w sobie Europę z całą jej skomplikowaną historią, ale też Europę skonfrontowaną z jej bliskowschodnimi kulturowymi korzeniami, które dzisiaj skłonni jesteśmy postrzegać jako pewien egzotyczny dodatek. Wydaje się, że wielu turystów i pielgrzymów nie ma nigdy okazji zetknąć się z historiami ludzi aktualnie żyjącymi w Ziemi Świętej. Zwłaszcza grupa emigrantów z Polski, polskich Żydów, stosunkowo rzadko jest obecna w naszej świadomości. Ich doświadczenia, ich emocje, ich budowanie nowego życia w Izraelu, to wszystko powinno być nam szczególnie bliskie, bo to przecież ludzie tej samej kultury, historii i języka, dla których wyjazd na stałe z Polski był często osobistym dramatem (ale przecież i szansą otwierającą nowe możliwości) i porzuceniem wszystkiego, co było im drogie. Temat jest z jednej strony bolesny, ale też z pewnością interesujący. W każdym razie stanowi trudny labirynt, który wymaga interpretującego przewodnika. W pewnym stopniu takim przewodnikiem staje się, w nienarzucający się sposób, Autor książki. Za pytaniami bohaterów „Kwadratu jerozolimskiego”, za ścieżkami, które przemierzają w Jerozolimie, za ludźmi, których spotykają przy różnych okazjach, stoją — jak nietrudno się domyśleć — fascynacje samego Autora poparte osobistym doświadczeniem i konkretną wiedzą. To cenne. Akcja książki toczy się leniwie. Opisane jest w niej tylko parę dni, a Autor nie spieszy się z narracją. Mamy więc spokojne, wykwintne przyjęcie, miłe przechadzki nocną porą ulicami Jerozolimy, wizytę w egzotycznej restauracji. Nie dajmy się jednak zwieść. Pod tą relaksującą powierzchnią stawiane są trudne pytania o pamięć naszych bohaterów, a także o rozumienie tego, co dzieje się w mieście aktualnie i co działo się przez wieki. Nagle wszystko okazuje się bardzo skomplikowane. Właśnie słowo „skomplikowane” staje się niejako wspólnym mianownikiem wielu wątków zawartych Recenzje 219 w książce. Często zresztą pojawia się wprost na jej kartach. Te komplikacje przyjmują także postać dusznej atmosfery religijnych fundamentalizmów i mniej lub bardziej agresywnych nacjonalizmów. Być może nigdzie bardziej niż w Jerozolimie (czy też, bardziej ogólnie, w Izraelu) nie mamy do czynienia z tak wysokim stopniem wrażliwości na tematy religijno-narodowe, wrażliwości ocierającej się o nadwrażliwość. Przyglądanie się temu jest wejrzeniem we własne, często nieuświadomione, lęki, generalizujące oceny, męczące stereotypy. Nasi bohaterowie, tu przede wszystkim trójka przyjaciół z Polski, ponownie muszą się zmierzyć ze swoimi wyobrażeniami z dzieciństwa, a to, co wydawało się oczywiste, w Jerozolimie zyskuje wiele nowych wymiarów. Problemy powracają zataczając koło w czasie i przestrzeni. To fascynujący proces i trzeba przyznać, że został w książce w interesujący sposób opowiedziany. Nie znajdujemy przy tym łatwych odpowiedzi, znaczna część pytań pozostaje w zawieszeniu. Bardzo dobrze. Beztroskie przechadzanie się po Jerozolimie nie może pozostać bez konsekwencji dla czytelnika. Gdy jeden z bohaterów, Zamor, patrzy przez okno startującego samolotu na światła nocnego Tel Awiwu i snuje podsumowujące rozważania, możemy poczuć pewien niedosyt — chętnie pozostałoby się z nimi nieco dłużej w Ziemi Świętej, a być może to, co „trochę za podniosłe, zbyt patetyczne” udałoby się lepiej w jakiś sposób oswoić, ułożyć, przeżyć, zaniepokoić się tym i zachwycić. Możliwości otwiera się wiele i taki otwierający aspekt książki wydaje się być najsmaczniejszym owocem lektury. S/ófofefó. ^warfaĆM^a PROWINCJA Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl Noty o autorach Tadeusz Aziewicz — ur. w 1960 r. ekonomista, polityk, działacz samorządowy. Poseł na Sejm V, VI, VII, VIII i XI kadencji. W rządzie Jerzego Buzka pełnił funkcję Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Wiceprzewodniczący delegacji Sejmu i Senatu Rzeczypospolitej Polskiej do Zgromadzenia Parlamentarnego Sejmu i Senatu Rzeczypospolitej Polskiej i Sejmu Republiki Litewskiej. Wacław Bielecki — od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności. Dyrektor Poradni Wychowawczo-Zawodowej oraz szkół medycznych w Sztumie. Meloman, autor książki Zapiski melomana z prowincji. Jan Chłosta — dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 500 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu - Warmia i Mazury w literaturze polskiej i niemieckiej w latach 1945-1995, leksykonów - Słownik Warmii, prac o Wydawnictwie ‘Gazety Olsztyńskiej’ i ludziach z nią związanych. Krzysztof Czyżewski — eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze — sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy ”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Grzegorz Daszewski — pochodzi z Nowego Dworu Gdańskiego, ale cygańska natura wyciągnęła go z żuławskiej depresji i zawiodła na Wyspy Brytyjskie. Po kilku latach znudziła mu się rola Wilhelma Zdobywcy i pogonił za słońcem, wkradając się do serca Morza Śródziemnego. Zamieszkał na wyspie Malta, gdzie po skończeniu studiów został przewodnikiem turystycznym i pracą tą para się do dzisiaj. Jednak nie tak dawno podczas pobytu w Polsce ponownie ujawniła się jego złodziejska żyłka i skradł serce pewnej damie. Postanowił wrócić do Polski, ale z miłości do wysp osiadł w Gdańsku obok Wyspy Spichrzów. Jak wszyscy czeka na lepsze czasy i marzy o powrocie do pracy na Malcie, która daje mu energię i inspirację. Katarzyna Gentkowska - ur. w Golubiu-Dobrzyniu. Absolwentka polonistyki i historii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Nauczyciel pasjonat. Współorganizatorka Ogólnouczelnianych Konkursów Recytatorskich na UMK. Swoje zainteresowania badawcze koncentruje wokół XIX-wiecznej literatury i obyczajowości. Noty o autorach 221 Magdalena Gródecka — ur. 1985 r. w Sztumie. Absolwentka archeologii (spec, archeologia architektury) Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Obecnie dyrektor Dzierzgońskiego Ośrodka Kultury. Kiedyś zobaczy na żywo pływające w morzu wieloryby. Beata Grudziecka - od 2016 roku zajmuje się popularyzacją wiedzy o holenderskich flizach na Żuławach. W 2020 r. otrzymała stypendium MKiDN dla twórców kultury na działania związane z animacją i edukacją kulturalną oraz stypendium artystyczne Marszałka Województwa Pomorskiego. Jest autorką pierwszej strony internetowej dotyczącej tematyki fliz holenderskich w Polsce. Andrzej Kasperek — ur. 1958, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim (seminarium prof. Marii Janion), pisarz, badacz literatury, działacz opozycji demokratycznej (jeden z założycieli Niezależnego Zrzeszenia Studentów), doktor nauk humanistycznych; od 1985 zajmuje się pracą nauczycielską (Liceum Ogólnokształcące w Nowym Dworze Gdańskim). Nominowany do Finału Nagrody Literackiej Gdynia 2011 za książkę Back in the DDR i inne opowiadania (2010). Autor tomu esejów Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło wschodnie (2013) oraz tomu opowiadań pt. Koronczarka (2013). W 2018 wydał Mój płaski kraj Żuławy. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2012). Żuławiak od urodzenia. Radosław Kubuś - ur. 1991 r. w Nowym Dworze Gdańskim. Absolwent historii i archeologii na Uniwersytecie Gdańskim. Specjalista ds. historii regionalnej w Bibliotece Elbląskiej, doktorant w Instytucie Historii UG. Swoje zainteresowania badawcze koncentruje wokół historii medycyny w epoce nowożytnej oraz dziejów prasy w I poł. XIX wieku. Adam Langowski — ur. w 1981 r. w Sztumie, absolwent LO w Sztumie, ukończył historię na UMK w Toruniu. Pracuje jako nauczyciel historii w Zespole Szkół w Starym Targu. Mieszka w Sztumie. Andrzej C. Leszczyński - urodził się w Chodzieży. Eseista, wykładowca akademicki, okazjonalnie nauczyciel licealny. Studiował pedagogikę i filozofię. Autor trzech książek i ponad 200 rozpraw i szkiców z zakresu filozofii człowieka, etyki, antropologii teatru. Promotor ponad stu prac magisterskich i licencjackich. Prowadził teatralne warsztaty komunikacji i ekspresji w kraju i za granicą. Dominika Lewicka-Klucznik — animatork i filolożka. Publikuje wiersze w antologiach, pismach literackich i kulturalnych. Zdobywa nagrody w ogólnopolskich konkursach literackich i turniejach jednego wiersza. W 2013 wydała debiutancki tom poetycki „Samopas” nominowany do nagrody Orfeusz w kategorii Orfeusz Mazurski. W 2016 roku, za swoją działalność, została laureatką nagrody Kreatora Kultury od Prezydenta Miasta Elbląg. W 2016 roku wydała książkę „Limit na cuda” (Poznań), która została Elbląską Książką Roku. W 2018 roku otrzymała Nagrodę Marszałka Województwa Warmińsko-Mazurskiego w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania i ochrony dóbr kultury. W 2019 ukazał się trzeci tom poetycki „M+M”, a w 2021 kolejny tom „_winna”. 222 Noty o autorach Andrzej Lubiński — ur. 1952 r. w Gniewie. Absolwent historii w UMK w Toruniu. Prezes Towarzystwa Miłośników Sztumu. Publikacje w „Komunikatach Warmińsko-Mazurskich” „Studiach Elbląskich”, „Roczniku Elbląskim”, „Prowincji”, „Z dziejów Sztumu i okolic”. Autor książki W ich snach powracała Polska. Mieszka w Sztumie. Tomasz Luterek— ur. w Sztumie. Doktor nauk politycznych, prawnik, ekspert do spraw reprywatyzacji, wyceny praw majątkowych i odszkodowań wojennych. Michał Majewski — ur. w 1954 r. w Lęborku. Studiował na Wydziale Mechanicznym Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. Jako mechanik pracował około 10 lat na statkach Polskich Linii Oceanicznych. Rzeźbi w drewnie, robi artystyczną stolarkę, renowację starych mebli i ich repliki. Debiutował prozą „Jadzia” (2015). W 2019 wydał zbiór opowiadań „Zanckula”, a w 2021 „Najdłuższy rejs i inne opowiadania”. Mieszka w Starogardzie Gdańskim. Piotr Napiwodzki — ur. w 1972 w Jeleniej Górze, teolog, filozof, tłumacz, były dominikanin. W 2005 obronił doktorat na Uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim. W latach 2006-2010 rektor Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie. Wydał Bliżej niż się wy daje. O końcu świata, millenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei (2010). Od 2010 mieszka w Koślince koło Sztumu. Grażyna Nawrolska - ur. w Chodzieży. Absolwentka archeologii UAM w Poznaniu i Studium Podyplomowego Muzealnictwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1980 do 2010 roku badania archeologiczne na Starym Mieście w Elblągu. Od 2010 roku pracowała w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu. Autorka kilkudziesięciu publikacji naukowych w Polsce i Belgii, Irlandii, Szwajcarii, Niemczech. W 2010 roku obrona doktoratu na Uniwersytecie we Wrocławiu. Mieszka w Elblągu. Wiesław Olszewski - ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof oraz Muzeum Zamkowym w Malborku. Piotr Opacian — podróżnik, kajakarz i fotograf przyrody, zainteresowany głównie Ameryką Południową, gdzie zorganizował już wiele wypraw. Za samotne przepłynięcie kajakiem Rio Madidi, znajdującej się w Amazonii Boliwijskiej, otrzymał statuetkę Kolosa 2005 i nagrodę dziennikarzy. Podróżował również do Afryki, na Syberię, Spitsbergen. Instruktor kajakarstwa i członek Rady Kolosów w kategorii Wyczyn Roku. Mieszka w Kwidzynie. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy — pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806-1945 (2014). Ryszard Rząd - ur. w 1953 r., historyk, absolwent KUL. Pracownik Muzeum Zamkowego w Malborku. Autor szeregu publikacji poświęconych dziejom odbudowy zamku w Malborku na przełomie XIX i XX wieku. 223 Agnieszka Rutka-Napiwodzka - urodzona w Kwidzynie, absolwentka Wydziału Malarstwa (pracownia prof. Adama Wsiołkowskiego) Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie (2010). Dotychczasowe wystawy indywidalne: Sztumskie Centrum Kultury (SCK) (2005, 2009, 2011, 2015), Kwidzyńskie Centrum Kultury (2016), galeria Atelier w Krakowie (2009), galeria E66 w Gdańsku (2011), Nova Galeria w Malborku (2016). Uczestniczka wystaw zbiorowych. Od 2012 roku prowadzi autorską, niekomercyjną galerię-pracownię (Galeria Ligo) w Koślince koło Sztumu. Leszek Sarnowski — ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk , „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989-1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do wolności (2017) oraz Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej (2017). Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Radosław Wiśniewski — ur. 1974 r. Absolwent psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mieszka w Kiełczowie, pracuje we Wrocławiu., związany z Brzegiem. Pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor miedzy innymi: Inne Bluesy (2015), Psalm dla Św. Sabiny (2016), Dziennik Zenona Kałuży (2017). Współzałożyciel Stowarzyszenia Żywych Poetów w Brzegu, redaktor naczelny ex-kwartalnika „Red”, współpracownik „Odry”, „Studium”, „Undergruntu”. Piotr Zawada - pasjonat historii, w szczególności epoki napoleońskiej. Z wykształcenia ekonomista, posiada też licencjat z historii. Od 2002 roku w polskim ruchu rekonstrukcyjnym doby epoki napoleońskiej - dowódca Pułku 12 Piechoty Księstwa Warszawskiego z Gdańska. Autor „Sojusznik czy wróg? Armia rosyjska w kampanii galicyjskiej 1809 roku” (2009) oraz „Victor za Bliichera. O marszałkach epoki napoleońskiej związanych z polskimi ziemiami” (2020). Paweł Zbierski - pochodzący z Gdańska scenarzysta i reżyser. Absolwent UJ i łódzkiej filmówki. Emigrant z Polski. Dyrektor artystyczny założonej w Paryżu firmy Fonta-ine Media. Wspólnie z Aleksandrą Fontaine wystawił w Teatrze w Perpignone w marcu 2018 francuskojęzyczną, kryminalną sztukę La file a la valise osnutą wokół wydarzeń związanych z atakiem terrorystycznym na redakcję satyrycznego pisma „Charlie Hebdo” . Od lipca 2018 współzałożyciel wybudowanej w Saint Laurent de Cerdans w Katalonii Galerii „Poray”. BMćte^a ^wartiA^a PROWINCJA CÓRKA ORGANISTY Wspomnienia mieszkanki Pomorza Alicja Łukawska, Halina Łukawska Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl