Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2021 roku” FOBOS ONE Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos One WOJEWÓDZKA I MIEJSKA MUOWyBliąHA im. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 TP 58 301-48-1 1 w. 227, 23 7 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 3(45) 2021 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Piotr Napiwodzki Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Bogumił Wiśniewski, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Adam Langowski Projekt okładki: Mariusz Stawarski Str. III i IV - zdjęcia Wiesława Leszczyńskiego z Muzeum Stutthof w Sztutowie Skład komputerowy i przygotowanie do druku: KIMSO Marcin Żakiewicz Druk: Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Spółdzielni Socjalnej Fabryka Inicjatyw w Malborku, Sztumskiemu Centrum Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury - sklep Tabularium Sztumskie Centrum Kultury Zakład fotograficzny Foto Mono II w Sztumie, Plac Wolności 19 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Czterdziesta piąta„Prowincja”..................................................5 Poezja Bogumiła Salmonowicz.......................................................6 Wiesław Leszczyński.........................................................8 Proza Radosław Wiśniewski - Listy do Tymoteusza (6).............................10 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy..........................................17 Halina Cieplińska - Złoty jubileusz nonkonformisty z Concord...............23 Na tropach historii Piotr Zawada — Służby zaopatrzeniowe Wielkiej Armii nad Pasłęką i dolną Wisłą w kampanii 1806-1807 roku...............................29 Radosław Kubuś - Pomoc rejencji bydgoskiej dla zalanych Żuław w czasie powodzi roku 1827............................................37 Wiesław Olszewski - Praw gościnności nie pogwałcą Powstańcy listopadowi w Prusach.......................................44 Johann Peter Wiebe - Mennonici w historii Miłoradza......................52 Marcin Śląski - Sztumskiej bezpieki portret własny (1950-1953)..............58 Ryszard Rząd - Historie nie tylko malborskie (4)...........................70 Wędrówki po prowincji Janusz Ryszkowski - Donimirski i awatary..................................75 Andrzej Kasperek — O św. Mikołaju, zacnym plebanie, Ukraińcach i kajakach z Cyganka.......................................87 Bartosz Marguardt - Cieszymowo. Od pruskich włości, przez PGR do Fortune....99 Radosław Biskup - Miłoradzkie wspomnienia Wincentego Zgliczyńskiego - (1913-1993): pedagoga, aktora i poety.........113 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski - Notatki słów i obrazów (16)........................123 Paweł Zbierski - Dziennik kataloński (13).....................................134 Marek Suchar - Tajemnice jerozolimskiej Ściany Płaczu.........................144 Dorota i Piotr Baranowiczowie - Kamper i Wikingowie...........................155 Muzyka Wacław Bielecki - Notki melomana w czasie pandemii (3) Muzyka z sieci i sal koncertowych......................................168 Galeria Prowincji Wiesław Leszczyński - Las Bogów..........................................180 Galeria żuławska Andrzej Kasperek - Burmistrz Jacek Michalski -z Ziemi Chełmińskiej do Ziemi Żuławskiej...............................184 Recenzje Andrzej Lubiński - Wypędzeni z rodzinnego gniazda.............................190 Krystian Zdziennicki - Odciąć Prusy Wschodnie -dzieje operacji mławsko-elbląskiej ....................................192 Noty o autorach................................................................194 CZTERDZIESTA PIĄTA „PROWINCJA” Jesień idzie, więc na czytanie więcej czasu i do lektury „Prowincji”, jak co kwartał, bardzo zachęcamy. Przygotowaliśmy dla Państwa kolejną dawkę opowieści nie tylko powiślańsko-żu-ławskich. Paweł Zbierski po raz kolejny śle nam wieści z Katalonii i Paryża, Marek Suchar z Jerozolimy, Krzysztof Czyżewski z Sejn i innych stron świata, a Beata i Piotr Baranowiczowie wiodą nas po Europie śladami Wikingów. W świat swojej poetyckiej wyobraźni wprowadza nas Bogumiła Salmonowicz i Wiesław Leszczyński, który także prezentuje swoje wyjątkowe zdjęcia z Muzeum Stutthof. Radosław Wiśniewski w kolejnych „Listach do Tymoteusza” rozmawia ze swoim synem o zabijaniu, niepodległości i zmartwychwstaniu. Andrzej C. Leszczyński snuje rozważania o różnych formach rytuału ucztowania, ale i fatalnych skutkach obżarstwa. Halina Cieplińska, tłumaczka, propagatorka i popularyzatorka twórczości amerykańskiego myśliciela i moralisty Henry’ego Davida Thoreau, przypomina tę postać w pięćdziesięciolecie jego obecności w polskim przekładzie. I jak zwykle spora dawka historii. Piotr Zawada kontynuuje swoją opowieść o epoce napoleońskiej, tym razem o służbie zaopatrzeniowej „Wielkiej Armii” w kampanii 1806-1807. Z kolei Radosław Kubuś pisze o pomocy dla zalanych Żuław w 1837 roku. Wiesław Olszewski opisuje losy powstańców listopadowych, którzy po klęsce powstania trafili między innymi w okolice Elbląga, Kwidzyna i Malborka. Johann Peter Wiebe, potomek żuławskich mennonitow, który aktywnie włącza się w zachowanie pamięci o tej społeczności w Polsce, przypomina losy men-nonickiej wspólnoty religijnej w Miłoradzu. Marcin Śląski kreśli portret sztumskiego Urzędu Bezpieczeństwa w latach pięćdziesiątych. Kolejne historie nie tylko malborskie kreśli Ryszard Rząd, tym razem o zapomnianych Borówkach. Wędrówki po prowincji to kolejny odcinek opowieści-eseju Janusza Ryszkowskiego o Auguście Donimirskim z Buchwałdu, tym razem o jego wyjątkowych upodobaniach kulinarnych. O świętym Mikołaju, zacnym plebanie, Ukraińcach i kajakach z Cyganka pod Nowym Dworem Gdańskim pisze nasz żuławski redaktor Andrzej Kasperek. Nasz najmłodszy współpracownik, Bartosz Marguardt, skrupulatnie i z pasją opisuje losy swojej rodzinnej wsi Cieszymowo, w gminie Mikołajki Pomorskie, począwszy od najdawniejszych dziejów, przez czasy PGR-ów, po współczesne. Dr Radosław Biskup z UMK w Toruniu inauguruje współpracę z naszym kwartalnikiem tekstem o Wincentym Zgliczyńskim, pedagogu, aktorze i poecie z Miłoradza. Wacław Bielecki w kolejnym odcinków swoich muzycznych peregrynacji opisuje nie tylko koncerty wirtualne, ale także odbywane w realu. Galerię żuławską prezentującą wyjątkowych samorządowców inauguruje Andrzej Kasperek. Pierwszym gościem jego opowieści jest Jacek Michalski, wieloletni burmistrz Nowego Dworu Gdańskiego. Życzymy ciekawej lektury, jesiennej zadumy i zdrowia. Redakcja „Prowincji” Poezja Bogumiła Salmonowicz (DE)PRESJA Codzienne otwieranie futerału miało gwarantować nadzieję. Po latach smyczek przyrósł do dłoni. Gram, a żaden dźwięk nie jest na swoim miejscu. Znam już pięć najgłupszych rad: jedz na wakacje, przeczytaj książkę, idź do fryzjera, zmień meble, a może joga. Wciąż widzę nasz dom. Jana. Zamartwia się o mnie. Smutek Ani, która jest zbyt mała. Nie potrafię zawrócić. Mam dość przepraszania. Pamiętam. Rzeczywistość jest krucha. Wypełniamy ją hałasem. Męczy mnie podkręcanie decybeli. Prawie umarłam. Śmierć podchodzi tak blisko i tyle obiecuje. Poezja 7 KTOŚ To zdumiewające odkryć, że teraz żyje w tobie ktoś obcy. Ma twoje oczy, dłonie, włosy. Jak ty - zasypia w pozycji embriona, nie jada flaków i czerniny, a wieczory ratuje spacerem po komediach romantycznych, chociaż nie wzrusza się z byle powodu. Nawet tak samo mruży oczy w zabawne kreseczki. To zdumiewające tak iść znajomą ulicą drżąc z przerażenia. Mijać cienie kamienic, pomiędzy którymi można było grać w chowanego tak długo, aż dobiegnie głos babci że kolacja, już późno. Wtedy każdy krok był domem. Uczysz się żyć z wzajemnością. Twoje miejsce zajął ktoś obcy z gazem pieprzowym w kieszeni na każdy wszelki wypadek. ZMIANY Już potrafi złapać się na tym, że zewsząd bezwiednie strzepuje niewidzialne pyłki. Z każdego stołu, pościeli, nawet z myśli. Dziwi się, że tak długo nie zdawał sobie z tego sprawy. Już potrafi wyciszać nieznośny hałas dni, przytulać dudniącą ciszę w nocy, rozbierać głosy na słowa. Dziwi się, że można uczyć się siebie. 8 Poezja Wiesław Leszczyński PO CO CI LUDZIE? panujący coronawirus covid-19 i ludzie wchodzący w tak zamkniętą martyrologię w tej przestrzeni siąpi deszcz ludzie ciekawi prawdy przyszli zabić nudę z braku słońca na plaży byli przygotowani na łaskę aury nie historii widać to było po skąpych strojach - przepraszam nieliczni zainteresowani zaglądali przez okna baraków z myślą by zobaczyć na pryczach więźniów widzę z okna komendantury jakby ustawiła się kolejka do komory gazowej chmura nad kominem krematorium ułożyła się w czarny kłębiący dym dźwięczą mi ich głosy w głowie liczą numer za numerem na apelu nowi przechodzą przez „Bramę Śmierci” Poezja 9 CMENTARZ oni istnieją w swoich teczkach podpisani własną ręką na prawdę codziennie jestem na cmentarzu nie lubię opisywać wspomnień to co czuję strach wszędobylski i aura nad miejscem okrucieństw nie znika o zmierzchu ostatnie światło dnia liże cegły po bólu milknie wszystko na pomniku tli się znicz nie żegnam się dezynfekuje dłonie na niepewną przyszłość VERSTORBENE PERSON* Po ludzku tego nie można nazwać codziennie przez ponad trzydzieści lat wspominam ścianę w Krematorium i uciekającą mysz z pieca w stronę forum narodów schowała się za urnę z prochami jedyny głos wydał liść zl944 roku popychany wiatrem wiosną 1985 roku wtedy wspinałem się po drabinie jakbym chciał zapukać do nieba nikt nie odpowiadał poczułem obejmujące zimno i strach ten dokument był ostatnim wypełniającym dekoracje ścianę - kolejny numer zaczynający się milczącym nazwiskiem porażające nerwy ściskały gardło nie pozwalały przeklinać krzyczeć w uszach słyszę fałszywe słowa o niemieckich obozach śmierci i ten stukot stukot stukot * Dokument zmarłej osoby w KL Stutthof Proza Radosław Wiśniewski Listy do TYMOTEUSZA (6) BÓG SIĘ RODZI, TRZEBA KRWI Czasem tak jest, Synku, że zastanawiam się, jak będę odpowiadał na różne twoje pytania. I coraz częs'ciej się orientuję, że są sprawy, o których nie będę ci umiał opowiedzieć nic sensownego, nic wiarygodnego. O ile jakoś tam jest do wyjaśnienia, że podobnie jak inne zwierzęta zabijamy, żeby jeść, to zupełnie nie wiem, jak ci wyjaśnić, że zabijamy, żeby dobrze się bawić. Chociaż, musisz to wiedzieć, miliony ludzi wybierają jedzenie roślin, właśnie po to, żeby nie zabijać. I ci ludzie nie jedzą mięska. W ogóle. Coraz częściej myślę, że oni mają rację, a my jemu mięso trochę z rozpędu i bez sensu. Ale już wiesz od taty i mamy, że to nieprawda, że świnka jest głupia i brudna. Świnki są bardzo mądre, czasem mądrzejsze od piesków i bywało, że były trzymane w zagrodach zamiast piesków, do strzeżenia obejścia, właśnie dlatego, że są bardzo mądre. I wiesz też, że gdyby człowieka wtłoczyć w warunki, w jakich człowiek trzyma świnki, to człowiek też by wyglądał na brudnego i głupiego. Świat jest okrutny, ale nie ma sensu uprawiać przy tym dodatkowej hipokryzji i zakłamania. Myślę, że my, ludzie, tak sobie dokonujemy różnych operacji w myślach, żeby się odgrywać na świecie. Robimy to gorzej niż dzieci. Bo dzieci, takie jak Ty, są przynajmniej szczere. Kiedy robisz nam piekło z ładnego w sumie dnia, jesteś bardzo spójny, szczery i nieugięty. Robisz piekielną awanturę, że chcesz się bawić o dziewiątej wieczór, kiedy pora do łóżka, albo nie chcesz iść do przedszkola, kiedy już siódma rano i mama z tatą obliczają swoje spóźnienia usprawiedliwienia dla pracodawcy. I to prawda w tym jest wściekłość, jest w tym nasza bezradność, jest wszystko co okropne i co napełnia złą energią na resztę dnia, ale nie ma hipokryzji i obłudy. Obcujemy z czystą złością. Hipokryzja jest zarezerwowana dla ludzi podobno dorosłych, tych, co to niby lepsi od dzieci, bo pojęli, nauczyli się, w kulturze bywali, pełni eufemizmów, słów-zastępników, wyrafinowanych konstrukcji myślowych pełne mają czerepy. To ci dorośli, bo przecież nie dzieci, wymyśliły, że wilk jest zły. Ty już wiesz, że wilk jest zły tylko w bajkach, że to takie bzdurki, że tata jakby mógł wybierać i nie był najczęściej wyliniałym szakalem, zamiennie z wyliniałym kojotem (to takie zwierzę, co może się z Tobą bawić i leżeć na kanapie nie ruszając łapami ani łba nie podnosząc) - to chciałby być wilkiem. Bo wilk jest mądry, piękny oraz szlachetny. Albo weźmy tego Pana z Hiszpanii, o którym czytałem dzisiaj. W Hiszpanii i różnych krajach hiszpańskojęzycznych do dzisiaj żywa jest obsesja na punkcie byków. Byk, jak wiesz, to jest Tata-krowa. Nie wiedzieć dlaczego ludzie mówiący po hiszpańsku uwielbiają się znęcać nad akurat tymi zwierzętami. Nazywają to tutaj „Corrida”, chociaż podobno Radosław Wiśniewski 11 w samej Hiszpanii nikt tak na to nie mówi. Mówi się „Los Toros”, czyli po prostu „byki”. I te byki tam się zabija jak w cyrku właściwie po nic, bo się ich potem nie zjada. „Bądź uczciwy” - mówił kolega wędkarz -”zabij i zjedz to, co zabiłeś”. Tam brakuje tej uczciwości, a cały ten krwawy cyrk jest po nic. Tradycja. Taka sama jak ta, która w moim domu kazała zabijać karpia na Wigilię uderzeniem łba o kant wanny. Znajoma mi opowiadała, że z siostrami kiedyś bawiły się z karpiem w wannie trzymanym kilka dni przed wigilią, nazwały go Maciuś i nagle przy wigilijnym stole okazało się, że mięso w galarecie to właśnie Maciuś. I już więcej nie wzięła mięsa do ust. Miała siedem lat. Ja miałem dziesięć, kiedy przyszła na mnie kolej zabicia karpia, bo byłem jednym mężczyzną w domu. Siedziałem zamknięty w łazience, skąd miałem nie wychodzić, póki nie zrobię tego, co należy, tego co ma zrobić młody mężczyzna. Czyli dopóki nie zabiję ryby. Ale nie umiałem porządnie zabić. Uderzałem łbem o kant wanny, płakałem, ale mimo bryzgającej krwi ryba żyła i żyła. Od tamtego czasu nie jadam karpia w żadnej postaci. I mięso mnie męczy. Fizycznie. I wracam do tej Hiszpanii, bo to wbrew pozorom ma związek, ten karp zabijany o kant wanny i byki. Pewien człowiek wychowywał cielątko, byczka. Zwierze go znało, ufało mu, bo to była ręka, która karmi. Aż pewnego razu pan sprzedał swojego byczka Fernando do walk na arenę. Nie wiem dlaczego sprzedał. Nie wiem co kierowało opiekunem, właścicielem, że był w pierwszym rzędzie widzów, gdy na arenie zabijano zwierzę, które odchował. Nie znam też dokładnie dramaturgii corridy, tam jest podobno jakiś porządek zadawania ran, męczenia, tarmoszenia. Bo zwierzęcia nie można zabić od razu. Tak samo jak kamienować nie wolno kamieniami za dużymi ani za małymi. Za małe nie zadają ran, za duże mogą za szybko zabić. I ten byk poraniony, przerażony wypatrzył swoimi bydlęcymi oczami swojego pana, właściciela, który go sprzedał, a wcześniej się nim opiekował. I byk potruchtał do ogrodzenia, do Pana, bo do kogo miał się zwrócić na chwilę przed swoją śmiercią? Komu miał zaufać na arenie pełnej dwunożnych, łysych małp pragnących jego śmierci i krwi dla czczej rozrywki? To tamte ręce go karmiły, tamte oczy patrzyły jak rósł z byczka, cielątka na wielkiego dorodnego byka. Pan go pocałował i odesłał na arenę, na śmierć. I to wcale niełatwą śmierć. Ktoś zrobił zdjęcie. Internety okrzyknęły go „pocałunkiem Judasza”. Ale to zbyt łatwe, synku, zwalić winę na jednego człowieka, o którym nic nie wiadomo, poza tym, że pocałował byka, tuż zanim byk został rytualnie zabity. Myślę, że to nie tylko ten Pan, ale wszyscy podtrzymujemy tradycje bezmyślnego, zbędnego zadawania cierpienia czującym istotom. To się chyba nazywa okrucieństwo. Być może dlatego podświadomie ludzie się tak ekscytują rzekomym okrucieństwem zwierząt względem ludzi, te wszystkie sensacyjne doniesienia o rekinach, niedźwiedziach, rosomakach, które ugryzły, zagryzły, nastraszyły. Taki mechanizm ukrytej racjonalizacji. Musimy walczyć ze zwierzętami, bo one walczą z nami. Co za bzdura. Kiedy o tym myślę, Synku, nie wiem, jak dalej ci opowiadać ten świat, jak go objaśniać. Jak usprawiedliwiać ludzki obłęd i okrucieństwo. Bo ten ludzki świat jest obłędny. Myślę 12 Listy do Tymoteusza (6) czasem z ulgą, że kiedyś mnie nie będzie i nie będę na to patrzył, ale zaraz myślę z niepokojem o tym, jaki świat zostawiamy my - pokolenie twoich rodziców, dziadków - Tobie, Twojej siostrze. I wtedy myślę też, że samo usunięcie, stałe usuwanie zbędnego cierpienia czujących istot, czyniłoby ten świat znośniejszym, lepszym. Tylko tyle. Zbędne cierpienie. Trochę więcej niż nic. Myślę wtedy o sobie ze wstydem, bo przecież nie robię, nie robiłem wszystkiego, co możliwe. Ale będę nad tym pracował. Dla Ciebie. Obiecuję. NIEPODLEGŁOŚĆ ZNACZY LAS Las. Trzeba było pojechać spory kawałek, żeby go odnaleźć. Ale tam w zasadzie 400 ro-ków, przechodzi się przez taki wał i już nie słuchać szumu szosy. - Może założymy maseczki? - Co, od saren się zakazimy? Lepiej nieść wielki napis, transparent „nie jesteśmy dzika-mi - Ale oni polują chyba nad ranem i o zmierzchu najbardziej? - A cholera ich wie, podobno wtedy zwierzyna migruje to łatwiej zauważyć, bo w ruchu, ale łatwiej tez trafić rowerzystę, bo podobny do dzika. Co za czasy. - Ale idziemy? - No idziemy, idziemy, ja pójdę przodem w razie co. Krzyki, śmiechy, tupania takie, że zwierzyna w okolicy na pewno zmywa się w popłochu. I słońce przez gałęzie, nie widziane od tygodni mozołu hurtowni. Pełno wody wokół. Wrażenie, że woda po bokach drogi stoi powyżej nas i zaraz się nam wleje pod nogi. I rzeczywiście - dwa razy zawracamy, bo nie wzięliśmy kaloszy, a przez środek drogi kałuża na oko do kostek i nie ma jak obejść. Komary. W listopadzie? Skąd komary w listopadzie? I pajęczyny, widać je pod słońce. Dwa razy sprawdzam zoomem w paracie czy nie widzę przypadkiem człowieka na końcu drogi. Bo człowieka tutaj boję się bardziej niż jakiejkolwiek zwierzyny. Na rozstaju leśnym kępa pierza. - Cy ten ptak umarnoł? - pyta syn. - Nie wiem - odpowiadam, chociaż wiem, że jak leży kępa pierza to do ustalenia zostaje tylko jak zginął. Na pniach skrzą się piękne pomarańczowe grzyby. - A cy one som jadalne? - pyta Tymek - Myślę, że Kondzio mógłby z nich zrobić coś jadalnego, np. flaczki - odpowiadam. - A kto to jest Kondzio? - Mój kolega, który wie bardzo dużo o lesie i o tym co w nim jest jadalne, kiedyś się go bałeś, bo jak mówiłem Kondzio, to ty myślałeś, że mówię o koniu i ... - widzę, że syn już zajęty jest czym innym. Radosław Wis'niewski 13 Kiedy wracamy na tym samym rozstaju gdzie leży kępa puchu i piór słychać wrzask istot leśnych. Ptaki? Stoimy jakiś czas i nasłuchujemy jak wrzask wędruje między drzewami. Słuchamy tak długo, że mówię, że może to jednak dziki. - Małe dzicki - mówi Tymek - Lepiej nie - odpowiadam, kiedy Małgosia szuka w komórce głosów lasu, żeby porównać co nam tak pięknie gra. - A cemu? - Bo małe dziczki nie chodzą same, tylko z mamą a mama może sie wkurzyć jak przypadkiem znajdziemy się między nią a dzickami. Nie ustalamy co się tak drze raz bliżej raz dalej, na głosy, ale że nie słychać nic przy ziemi, to uznaję, że to bardziej ptactwo niż coś co tupie, bo by było czuć. Pełno wody wokół. Jakby to było jezioro nie las. Las jako zbiornik retencyjny, bufor, który chroni, ocala od suszy, produkuje tlen, którym oddychamy, tłumi fale elektromagnetyczne (sprawdzone info, pracuję w hurtowni anten, wiem coś o tym). Próbuję sobie przypomnieć tytuł książki fantastycznej. Słowo życie, znaczy las? Las znaczy świat? Nie czytałem jej, pamiętam na półce z dzieciństwa, obracałem ta frazę w myślach próbując dojść do tego co znaczy dla mnie. Kto to napisał? Ursula Le Guin? Strugaccy? Nie będzie nas a będzie las? Mijamy w drodze powrotnej samochodem dwa wielkie dęby przy szosie, których nikt jeszcze nie zerżnął. Mają na oko ze 400 lat. Zawsze myślę co widziały te drzewa. Jakie pochody, wzloty i upadki. Wojna trzydziestoletnia, Wilhelma wojującego o Śląsk, Napoleona uchodzącego na zachód? Niezawodny, wytrwały. Nieustający las. Co ty nam zrobiłeś tym trwaniem, że tak pozwalamy na to wielkie, narodowe rżnięcie? Szanuj las synku. Wszyscy możemy być uchodźcami, partyzantami, Żydami i wtedy zostanie nam tylko las. NARZĘDZIE, KTÓRE RZĄDZI UŻYTKOWNIKIEM Lubię w takie dni wspominać lato i wszystko, co nas spotkało w zeszłym roku na tej trasie, wielkiej pętli przez Polskę. Drugiego dnia niczym armia Jagiełły minęliśmy Golub--Dobrzyń i ruszyliśmy na pola Grunwaldu. No niby nie dla Ciebie, chodziło mi o to, żeby Twoja siostra wiedziała że coś takiego jest, Grunwald, że to nie abstrakcja, ale konkretne pole, brzoza, garb, jezioro, staw. No ale ty też chciałeś wiedzieć o co chodzi z tym całym Grunwaldem, więc najprościej jak się da opowiedziałem ci tę historię, że były dwie strony konfliktu, był młody porywczy Wielki Mistrz Zakonu i król, który świeżo co zaczął władać dwoma królestwami i to musiało chyba się tak skończyć. Ta część świata była dla nich za mała. Z jakichś powodów, które znasz tylko Ty, dużo bardziej współczułeś temu Mistrzowi, no bo on zginął. Ale kiedy zajechaliśmy dwa dni później do Malborka i namawiałem Ciebie na wspólne zdjęcie z dwoma przebierańcami krzyżakami, powiedziałeś: 14 Listy do Tymoteusza (6) - Ja nie chcem, bo ja jestem Polakiem i oni mnie zabiją. Nic nie pomogło przekonywanie, że to tylko studenci, którzy dorabiają na wakacjach i przebrali się za Krzyżaków. W Twojej głowie czterolatka wczoraj i dzisiaj splatało się w jedno i takim studentom, przebranym za krzyżaków lepiej nie ufać, bo może być dokładnie na odwrót, że to udający studentów dorabiających na wakacjach Krzyżacy, którzy przeżyli klęskę pod Grunwaldem. Potem byliśmy w Wilczym Szańcu i zapytałeś, gdzie jest grób tego całego Hitlera, odpowiedziałem ci, że był to tak zły człowiek, że nie zasłużył sobie na grób i nie ma grobu. - A ma pomnik? - zapytałeś od razu, tak jakbyś był gotowy zaraz dowartościować tego, który przegrał jakimś aktem afirmacji. Nie mogłem ci powiedzieć dlaczego nie zasłużył sobie na Twoją empatię, jaką obdarzasz wszystkich przegranych od Hien w „Królu Lwie” po Krzyżaków pod Grunwaldem. Jakoś zmieniłem temat. No właśnie. Nieco wcześniej - po Malborku a przed biwakiem na Mazurach - zażyczyłeś sobie zrealizować prawo do zakupu jednej z dwóch zabawek-pamiątek z wyjazdu. Bo z góry powiedzieliśmy Ci, że z całego wyjazdu tylko dwie zabawki, żebyś dobrze przemyślał, co chcesz. I w Malborku powiedziałeś, że to będzie drewniany miecz. Były dwie wersje - krzyżacki i polski. Wybrałeś krzyżacki. Potem w samochodzie trzymając go w rączkach zamyśliłeś się, po czym zapytałeś: - Pytanie do Jagieo - no bo podzieliliśmy się rolami, ja byłem Jagieo, mama była księciem Witoldem, a siostra Komturem Kuno von Lichtesteinem, ty oczywiście byłeś Jóświn fon Wungingen. - Słucham - odezwałem się do Ciebie, czyli Jóswina fon Wungingena - To z kim ja bendem walcył teras? - Nie rozumiem... - No jeżeli mam mieć, to psecies musem z kimś walcyć Zaniemówiłem, bo tak po prawdzie, to była pierwsza wojenna zabawka jaką dostałeś. I zdałem sobie sprawę, że oto w kilka minut przedmiot powiedział ci, co masz robić. Odpowiedziałem coś niewyraźnie, że sama broń w ręku czasem pozwala uniknąć starcia, ale nie zabrzmiałem chyba przekonująco. Na kempingu na Mazurach, kiedy zobaczyłeś dwóch chłopców walczących na miecze, wykrzyknąłeś radośnie: - Bitwa na miece!!! I ruszyłeś raźno wcinając się między nich dwóch, większych i starszych od Ciebie, oddając się walce dla walki. Krzyczałeś coś że jesteś Jóswin fon Wungingen, a oni jakoś próbowali Ciebie przyjąć do tej zabawy. Chciałem interweniować, ale dali mi znak ręką, że spoko--spoko, panują nad czterolatkiem, jest okej. Tłukliście dobrą chwilę, a oni bardzo uważali, żeby ciebie nie trafić. A Ty przy jakiejś szarży do różnych okrzyków dodałeś bojowy: -Hitler! Hitler! Zdarzyło ci się raz, może dwa. Potem ktoś zawołał chłopaków na kolację, nie słyszałem dokładnie. Też poszedłeś zjeść kolację koło namiotu, zjadłeś, poszliśmy do miejsca na ognisku, chyba znowu chciałeś bawić się z chłopcami, pobiegłeś z mieczem, ale coś się nie ułożyło, chłopcy przyszli i powiedzieli po angielsku: Radosław Wiśniewski 15 - we’re really sorry but we cant play with your son anymore Spojrzałem na rejestrację ich campera. Byli z Niemiec. Można było wyjaśniać, ale w zasadzie zrobiło się bardzo późno, zmierzchało już. Pomyślałem, że wszystkiemu winny był ten kawałek drewna, udający miecz, który wiedział lepiej kto jest kim i co powinien robić ZMARTWYCHWSTANIE I BĘDZIE GŁODNY A tę z kolei historię znam od Twojej babci, z ostatniej niedzieli. Chodziliście po ogrodzie, żeby poprawić słoninkę dla sikorek, to znaczy, z tego, co zrozumiałem, próbowałeś słoninką obdzielić potencjalne sikorki i koty, więc jeden z płatów słoninki musiał wisieć bardzo nisko, żeby koty też mogły pojeść. I podobno wtedy właśnie znalazłeś martwego, zimnego wróbelka. Widziałeś już martwą żmiję, pięknego, martwego padalca w lesie, bywały żaby czy myszy, których nie chciałem ci pokazywać. A tutaj był wróbelek, którego nie dało się ukryć, bo leżał ciemny jak węgielek na białym śniegu. Nie wiem, czy ptak potrafi umrzeć z zimna w locie, czy raczej przysiada ze zmęczenia na jakimś dachu, antenie, kominie — bo komin ciepły i umiera z wyczerpania, zasypia jak człowiek w wysokich górach z zimna. To podobno już po jakimś czasie nie boli, bo nie ma co, tylko senność, zmęczenie, która każę zamknąć oczy za wszelką cenę. Nie wiem jak umierają wróble z zimna. Może Michał Książek by wiedział, albo Adam Wajrak. W każdym razie w martwym wróbelku nie było nic z krwawego skandalu, jakim bywa martwa żaba czy zagryziona przez kota mysz. Podobno jedna nóżka bardziej mu odstawała od tej pierwszej, schowanej pod brzuszkiem i był zupełnie sztywny. Wziąłeś go na rękawiczkę, głaskałeś po piórkach, po główce, miałeś pomysł, że jak się go weźmie do domu, to on się ogrzeje i ożyje. Podobno chciałeś zabrać go do nas do domu, ale doszedłeś do wniosku, że mamy kota i kot mógłby zjeść wróbelka zanim ożyje, więc to odpadło, ale wpadłeś na pomysł, że włożysz go do słoika, weźmiesz do babci i będziesz chuchał i głaskał go i może jednak od tego ożyje ptaszyna. Babcia jakoś musiała ci wyjaśnić, że niestety jedyne, co wyjdzie z ogrzewania ciała martwego ptaszka, to szybszy rozkład i niezbyt miły zapach i wtedy postanowiłeś, że wróbelka trzeba pochować, zrobić mu pogrzeb, trumienkę z woreczka foliowego i grób pod śniegiem. A wokół grobu rozsypałeś pokrojoną marchewkę. Powiedziałeś, że poprosisz Jezusa i ptaszek może zmartwychwstanie, bo Jezusowi podobno się to udało. No a jak zmartwychwstanie - to będzie przecież głodny, więc marchewka się przyda. I potem tłumaczyłeś mi już w domu, że tam dałeś patyki, żeby inni myśleli, że te patyki to są jego nogi i żeby jedli te patyki, a nie jego nogi. 16 Listy do Tymoteusza (6) Przypomniał mi się wiersz przyjaciela, wujka Jula, wspólne z nim zdjęcie stoi na szpar-gałowniku pod schodami od kiedy i wujek Julo poszedł w takie miejsca, gdzie się czeka na zmartwychwstanie, tylko nikt mu niczego nie nasypał koło grobu, na przykład marchewki, bo Ciebie tam nie było z nami. Julek napisał kiedyś taki wiersz pod wszystko mówiącym tytułem - „Zmartwychwstał i jest głodny”, strona 10, debiutancki tom „Hemoglobina”, i ten wiersz się kończy takim zdaniem: „kiedy fale zaczną nas kołysać Staniemy się jedną z nich Nie będzie nas osobno” Wujo Julek ze zdjęcia na szpargałowniku pod schodami nie mógł mieć na myśli wówczas swojego syna, bo do jego urodzenia w momencie, kiedy pisał ten wiersz, ładnych kilka lat, ale brzmi mi to jakoś dziwnie znajomo z moim własnym wierszem z roku 2013, „Stormur albo ciemne pacierze kapitana Nemo z domu Kretschmer”, który czytałem na głos obcym ludziom w Strzelinie. Twoja siostra, wówczas uczennica klasy pierwszej, podeszła do mnie po przeczytaniu i powiedziała mi na ucho z powagą siedmiolatki: - Ja wszystko rozumiałam jak czytałeś - a oni - wskazała wzorkiem całą resztę - oni nic. A to ten fragment, posłuchaj, bo to w sumie o Tobie, zanim się pojawiłeś, a ja byłem przekonany, że się już nam nie zdarzysz: „[.. Jnigdzie tak dobrze nie słychać gniazd Jak na dnie gdzie czekam, aż kosmos zacznie się kurczyć do stanu sprzed 1 znowu będziemy obok siebie i nie będzie już krwi z krwi, kości z kości Tylko chmury wolnych elektronów coraz bliżej, bliżej, nie do rozdzielenia. Zapytasz synku, co to ma wspólnego z możliwym zmartwychwstaniem ptaszka? Zupełnie nie wiem. Czyste skojarzenia. Ty, ten ptaszek i marchewka na wypadek, gdyby zmartwychwstał, jak podmiot liryczny wiersza Gabryela - był głodny. I w sumie dzięki Tobie wiemy, że istniał taki wróbel. Bez Ciebie umarłby bez imienia i swojej historii, która zaczęła się w momencie, kiedy już nie żył. Wszystkie jego wróblowe sprawy, które tak zajmowały go przed śmiercią, są dla nas niemotą. Zaistniał, gdy go znalazłeś martwego. I to dobicie o lata późniejszej mojej tęsknoty za synem, którego nie będzie (tak myśla-łem) i wiersze Jula z tęsknoty za synem, który jest, ale go i tak nie ma. Jakoś to się wiąże, plecie, w coś, przez co prześwituje światło, jakbym leżał pod śniegiem, zamrożony. A śnieg powoli topniał. I cholera wie, co tam jest po drugiej stronie, która powoli jaśnieje. Miało być o czym innym. Może o Jezusie. Może. Andrzej C. Leszczyński Esej OKRUCHY UCZTA W hierarchii potrzeb sporządzonej przez Abrahama Maslowa potrzeby fizjologiczne, w tym jedzenie, zajmują najniższe miejsce i obejmują największą rzeszę ludzi. Zaspokajanie głodu i pragnienia łączy człowieka z innymi zwierzętami. Najbardziej jaskrawo wyróżnia go coś, co Maslow wiąże ze świadomością i samorealizacją — z przekraczaniem czystej fizjologii na rzecz potrzeb estetycznych, poznawczych, twórczych. Cechy te zajmują w hierarchii Maslowa miejsce najwyższe i właściwe są wąskiemu tylko gronu. Spożywanie pokarmów - takie, które łączy się z jednoczesnym zaspokajaniem potrzeb wyższych - można określić mianem uczty w ścisłym sensie tego słowa. Uczta wykracza ponad to, co powszechne i przeciętne. Jej wyjątkowość zyskała rangę symbolu oznaczającego wszelkie, w najmniejszym może stopniu związane z jedzeniem, odniesienia, co wyrażają takie określenia, jak: „prawdziwa uczta”, „uczta duchowa (intelektualna)”, „uczta dla oczu (uszu)” itp. Określenia te nie pozostawiają wątpliwości co do jakości rzeczy, do której się odnoszą. Jakości określanej przez takie cechy, jak wytworność, smak, gust, poczucie formy czy szlachetna prostota. Podporządkowanie normom obejmującym powyższe cechy może godzić się z naturalnymi ludzkimi pragnieniami, może też im przeczyć. Jeśli wynika z samej tylko przynależności do tzw. socjety i ma być respektowane w sposób rygorystyczny, odczuwane jest jako presja, uciążliwość o charakterze czysto teatralnym. Leszek Kołakowski pisze w liście do przyjaciela o takim londyńskim spektaklu: „Raz zabrnąłem w jakieś towarzystwo arystokratyczne, gdzie było parę ważnych osobistości, które zrobiły na mnie wrażenie notorycznych małp; czułem się jak w zwierzyńcu”. Maciej Łubieński, autor książki „Łubieńscy. Portret rodzinny z czasów wielkości”, odróżnia świat manier od świata dobrego wychowania. Pierwszy jest znacznikiem klasowym, z którego nie wynika nic poza wyuczonymi pozami dotyczącymi głównie zachowania się przy stole. Drugi dzięki słowom takim, jak „dziękuję”, „proszę” czyni świat lepszym („kij w d... i nieodstający palec od kieliszka świata nie poprawią ). Niejeden przedstawiciel sfery, w której kultura stanowi wymóg respektowania manier, odczuwa ją jako „źródło cierpień”, szuka możliwości wyzwolenia się z etykiet na rzecz naturalności. Chciałby bratać się z ludem, uwolnić się od „gęby” przyprawianej przez kulturowe konwenanse, jak widać to na przykładzie Miętusa i Walka z „Ferdydurke Witolda Gombrowicza. Wałek, rewanżujący się Miętusowi kuksańcami za wtykane mu do kieszeni 18 Okruchy pieniądze, wygłasza taką oto opinię na temat wiecznie ucztującej wyższej sfery: „Takie som! Państwo nie robiom, cięgiem ino żrom i żrom, to ich rozpiro! źrom, chorujom, wylegujom się, po pokojach chodzom i gadajom cosik. Co tyż się nie nażrom! Matko Jezusowa! Ja tobym połowy nie zeżarł, choć ta zwykły cham jezdem. A to obiad, a to podwieczorek, a to cukierków, a to konfitury, a to jaja z cybulom na drugie śniadanie. Państwo bardzo som pazerne i łakome - do góry brzuchem leżom i choroby majom od tego.” Słowo „uczta” w polszczyźnie związane jest z „uczczeniem” kogoś lub czegoś. Czasowniki „czcić” i „częstować” były wyrażeniami bliskoznacznymi. Jeszcze w XVI wieku, pisze nieoceniony Aleksander Bruckner („Słownik etymologiczny języka polskiego”), proszono na cześć, czyli na obiad. Taką właśnie ucztę wyprawiła bohaterka filmu Gabriela Axela pt. „Uczta Babette”, chcąc uczcić swe dobrodziejki, które przygarnęły ją, gdy szukała pracy i dachu nad głową. Zdaje się jednak, że większość „uczt”, jakie utrwaliły się w kulturze, daleka była od wykwintności czy chęci uczczenia gości. Przykładem może być znana uczta Baltazara, ostatniego króla Babilonu. Na oczach tysiąca gości, rozzuchwalony alkoholem, głosił chwałę swych bożków wznosząc toasty w złotych i srebrnych naczyniach zrabowanych z jerozolimskiej świątyni. W pewnym momencie na jednej ze ścian ukazała się ręka pisząca trzy słowa: manę, thekel, fares (hebr. MN, np\ lD“10r|). Zdarzenie to opisuje biblijna Księga Daniela, której bohater wytłumaczył władcy sens powyższych wyrażeń: policzono, zważono, rozdzielono: „Policzył Bóg królestwo twoje i kres mu położył. Zważony jesteś i znaleziony za lekkim. Rozdzielono królestwo twoje i dano je Medom i Persom” (Daniel, 5, 25)1. Albo weselna uczta Lapitów z Tesalii, uczestników wyprawy Argonautów do Kolchidy, tym razem skalana przez gości, centaurów. Upiwszy się, usiłowali porwać obecne tam kobiety, a nawet pannę młodą, co doprowadziło do walki, w której ponieśli sromotną klęskę. Także uczta Fokosa, zabitego przez zaproszonych zalotników swej córki. Z pewnością nie było ucztą wielkie żarcie pokazane w filmie o tym tytule przez Marco Ferreriego, w którym czworo majętnych paryskich burżujów (nosili imiona takie same, jak grający ich aktorzy - Marcello [Mastroianni], Ugo [Tognazzi], Philippe [Noiret] i Michel [Piccoli]) spotyka się w zaopatrzonym w najbardziej wyszukane wiktuały mieszkaniu, by popełnić samobójstwo poprzez napychanie się aż do ostatecznej zatraty. Zatraty, tyle że chwilowej, szukała Madzia Karwowska z „Czterdziestolatka”, kiedy - dowiedziawszy się o zdradzie swego męża Stefana - opychała się w Horteksie ciastkami i kremem. OBŻARSTWO Za największego łakomczucha starożytności uchodzi Lukullus, rzymski wódz i polityk, także kolekcjoner książek, budowniczy wspaniałych pałaców i ogrodów. Uczty, na jakie spraszał miejscowych notabli, słynęły wyłącznie z przepychu, wystawności i obfitości smakowitych potraw. Zdarza się spotkać opinie mówiące, że widomym ich przeciwieństwem byłaby uczta Tymona Ateńczyka, zbiedniałego, opuszczonego przez przyjaciół szlachcica z czasów Peryklesa, na której nie daje się gościom niczego do jedzenia. 1 W Biblii tynieckiej (Pallotinum 2002), z której korzystam, tłumaczenie jest nieco inne. Przytoczone tu, bardziej lapidarne, podaję za „Słownikiem mitów i tradycji kultury” Władysława Kopalińskiego. Andrzej C. Leszczyński 19 Polskie obżarstwo łączy się zazwyczaj z panowaniem Augusta III Sasa (1733-1763), czego świadectwem jest porzekadło „Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”. Mamy bogate literackie opisy niekończącego się obżarstwa (zwanego wcześniej chciwością) i opilstwa. Tradycyjną polską kuchnię wzbogaciły potrawy przygotowywane przez sprowadzonych z Francji kucharzy. Obok barszczu bądź rosołu podawano zupę cebulową, miejsce bigosów (zwane „hultajskimi)” czy flaków zajmowały naleśniki z szynką, serem i jajkami, pojawiło się wiele rodzajów ratatouille, serów itp. Król August - smakosz potraw i win, także znawca i mecenas sztuki, w szczególności malarstwa — nie potrafił zapobiec najważniejszemu królewskiemu zadaniu, upadkowi Rzeczypospolitej, rozczłonkowaniu państwa na dysponujące własnymi armiami magnackie państewka. Być może pozostałością po tamtych czasach był obyczaj określany jako „zastaw się, a postaw się”, co znaczyło: nie licz się z wydatkami i pokaż swój gest. Mówię o tym obyczaju odnosząc go, może pochopnie, do czasu przeszłego. Antropolog kultury, prof. Roch Sulima, zauważa, że widoczny był jeszcze w PRL-owskiej kulturze niedoboru, kiedy kosztem wielu wyrzeczeń organizowano wystawne, bywało że dwudniowe, wesela czy chrzciny. Dzisiaj to się zmieniło. „Gościnność i uprzejmość domu coraz rzadziej wyraża się w atrakcjach kulinarnych. Mniej jest ważne czym i jak kogoś ugoszczę, ważniejsze jest to, co mu jestem w stanie załatwić”. Przeciwnego zdania był reżyser Jerzy Gruza, którego zdaniem niewiele się w tej kwestii zmieniło. „Ludzie zastawiają różne dobra materialne i wartości, biorąc kredyty pod swoje domy, dworki, ziemię, konia, samochód itd. Wystarczy sprawdzić ilość pobranych kredytów i sposób ich spłacania, aby się przekonać, jak bardzo aktualne jest to powiedzenie”. O fatalnych skutkach obżarstwa mówią lekarze, łącząc je z zabójczą otyłością, chorobami układu krążenia czy cukrzycą typu II. Kliniczną postacią obżarstwa jest bulimia, napady jedzenia kompulsywnego zwane wilczym głodem (Poukipia). Odbiegający od obowiązującego kanonu wygląd ciała jest źródłem dochodów handlarzy specyfikami odchudzającymi. Etycy i moraliści wskazują na zjawisko marnotrawstwa dotyczące jednej trzeciej produkowanej żywności, czyli niespełna miliarda ton rocznie. Jest to rozmiar porażający, jeśli pamiętać o miliardzie ludzi doznających trwałego głodu. O obżarstwie jako grzechu mówi Katechizm Kościoła katolickiego: łakomstwo (nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu), czyli zaprzeczenie wstrzemięźliwości, to jeden z siedmiu grzechów głównych. Św. Grzegorz wyróżniał kilka postaci łakomstwa, m.in. przekraczanie miary ilościowej, łakomstwo jakościowe (wybredność), opychanie się byle czym czy też nieprzestrzeganie ustalonych godzin posiłków. Łakomstwo wiązane było z osłabieniem wyższych funkcji umysłowych, o czym mówiła sentencja: „plenus venter non studet libenter” (pełny brzuch niechętny jest nauce). Grzechem jest też opilstwo, które zawiesza władze intelektualne wzmacniając władze zmysłowe (podniecenie alkoholowe). CHLEBA NASZEGO POWSZEDNIEGO... Jedną z cech myślenia religijnego jest odnajdywanie w pokarmie śladu obdarowania człowieka przez istotę przynależną do innej, wyższej rzeczywistości. Spożywanie pokar- 20 Okruchy mu staje się czymś więcej niż zaspokajaniem głodu; jest czynnością rytualną. Sam pokarm nabiera cech symbolicznych, pokazuje związek człowieka z bytem nadprzyrodzonym. W tym leży istota symbolu: w łączeniu tego, co zmysłowe z tym, co ukryte - co trzeba domyśleć (Paul Ricouer: symbol daje do myślenia), wydobyć, zobaczyć razem. Symbolon (crópPoXov) to przełamany przedmiot umożliwiający identyfikację po złożeniu obu części; symballo (crupPoHco) to tyle co zderzać, łączyć, pobudzać. Manfred Lurker („Święta uczta”) wskazuje wiele przykładów pokazujących symboliczne sensy zawarty w pokarmach. Aztekowie otaczali czcią boginię kukurydzy; Eskimosi składali hołdy bogini morza, Sednie; Japończycy bogu ryżu Inari; Germanowie fallicznemu bóstwu płodności i urodzaju Fre-irowi, którego siostrą była nordycka bogini wegetacji i płodności Freja. W najważniejszej swej modlitwie chrześcijanie zwracają się Boga słowami: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. W dawnej Grecji ukuło się powiedzenie, że Demeter dała ludziom chleb, Dionizos wino - niczego więcej człowiekowi nie trzeba. Już wtedy chleb i wino - reprezentujące wszystkie stałe i płynne pokarmy - stały się symbolami przynależącymi do dwóch rzeczywistości: zmysłowego doświadczenia oraz objawienia. Nadprzyrodzony darczyńca jest obecny w pokarmie, jest pokarmem. Najwyraźniej widać to w ostatniej wieczerzy Chrystusa, mającej źródła w żydowskiej uczcie paschalnej, może też w akcie, jakiego dokonał król Szalemu, Melchizedek, który „wyniósł chleb i wino; a [ponieważ] był on kapłanem Boga Najwyższego, błogosławił Abrama [...]” (Rdz 14,18). Wieczerza Pańska to uczta eucharystyczna. Sens tego pojęcia dobrze oddaje etymologia. Wyrażenie to (ró-yapioiia) znaczy dosłownie „dobry dar”. Charis (%aptę) to m.in. chwała, sława, dobra wola, majestat, ofiara dziękczynna. Personifikacją charis są Charyty (XdpiTqę), rzymskie Gracje (Gratiae) - boginie wdzięku i radości obdarowujące swymi darami ludzi. Od nich biorą się takie określenia, jak charytatywność, charyzma, gracja czy gratyfikacja. Chrześcijańskie rozumienie ydpię jest szczególne. Łączy się cudownością, nadprzyrodzoną mocą ozdrowieńczą prowadzącą do dziękczynienia (drapię znaczy: wdzięczny). Takie właśnie znaczenie przypisuje się w chrześcijaństwie, pisanej już z dużej litery, Eucharystii. Dwa tysiące lat temu biskup Ignacy z Antiochii określił Eucharystię mianem lekarstwa na nieśmiertelność ((pappaKov d0avaoiaę), za które trzeba być wdzięcznym Bogu. O mającej się dokonać Eucharystii mówi Jezus nad Jeziorem Galilejskim: „Ja jestem chlebem życia. [...] Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli ktoś spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało [wydane] za życie świata” (J 6,48-51). W Wieczerniku, podczas ostatniej wieczerzy, Jezus wziął chleb, pobłogosławił go i połamawszy dał uczniom wypowiadając słowa powtarzane dzisiaj podczas każdej mszy: „Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje”. Podobnie z winem podanym w kielichu: „Pijcie z niego wszyscy, bo to jest moja Krew Przymierza...” (Mt 26,26-28). Zbawiciel daje w ofierze samego siebie, udział w eucharystycznej uczcie symbolizuje wspólnotę z jego śmiercią i życiem. Stół z Wieczernika stał się stołem ofiarnym, czyli ołtarzem (z czeskiego oltaf, od łacińskiego altare). Przytoczę raz jeszcze zdanie częstochowskiego biskupa seniora Antoniego Długosza, które cytowałem w tym miejscu jakiś czas temu: „Jezus najważniejsze sprawy załatwia przy posiłku: ustanowienie Eucharystii - przy wieczerzy, nadanie władzy odpuszczania grzechów Andrzej C. Leszczyński 21 — przy rybie, którą sam usmażył. Stół jest ołtarzem każdej rodziny i celebracja posiłku jest szalenie ważna. Inaczej nie zrozumiemy, czym jest Eucharystia”. (Nie mogę dalibóg pojąć, skąd autorowi tych słów przyszło do głowy, by porównać ministra Łukasza Szumowskiego do św. Łukasza, a premiera Mateusza Morawieckiego do św. Mateusza). SYMPOZJON Greckie sympozjon (Ppię) - arogancji i gwałtowności kogoś, kto nie potrafi nałożyć swemu postępowaniu hamulców będących wyrazem respektowania praw drugiego. Ważniejsza od kar była obawa przed kompromitacją w arystokratycznym6 towarzystwie. Sympozjony - zauważa Marek Węcowski, nie bez racji tytułując swój artykuł „Sympozjon, czyli wino jako źródło kultury” - stanowiły jedną z ważniejszych instytucji społecznych tamtejszej Grecji. Zapraszano na ucztę odnoszących sukcesy nuworyszów, odmawiano wstępu podupadłym arystokratom. Liczyły się walory intelektualne, a bardziej jeszcze poetyckie. Powyższy „dobór naturalny” kształtował kulturę żywą, otwartą na nowe impulsy. Nie powinno dziwić, pisze Węcowski, że „od czasów Homera przynajmniej po epokę Peryklesa, a więc przez jakieś trzysta lat greckich dziejów, sympozjon był jednym z najważniejszych ośrodków powstawania greckiej literatury, a także podstawową instytucją wychowawczą kształcącą młodych arystokratów w duchu słynnej paidei”. 5 Widać nie zawsze go przestrzegano, skoro Platon mógł po kilkunastu latach opisać słynną ucztę, jaką dla swych przyjaciół po zwycięstwie w agonie wyprawił poeta i dramaturg Agaton. 6 Aristos (&pi627. Bydgoszcz, d. 98® Lutego 1827- *•88 .©tictM&er 1, jWe#»mfiw«b««i #t *A i* swat tm^efirt jWR* ha ©sitaieB tetsiffesk $ II ber burd? ba^ SlmfśHatf fur 18C6 Stek 11 6» 217 Mount gtma#ttn Heter* einfunfr groift^en hem Mnigi. SMtgt£«$?ini« fltrie unb betu ^fiigU General * ?łofłamte bom 26. a^jember 1825 fbCrn We ®ńefe unb bit Sbreffen tu ben Iplm* unb (Mbfenbun* geti ton bert ^rigtbóngen berjenigen in Kei^e unb ©Ktb fh#enbrn eolbaren, tvel#tn bit ęorto^oberarion ju^t, mit ben EBorten „©blbaten^rief" bejeidmet, unb bon ben Śommunol * SM^rben, euf bem £anbe bon ben ©#ul|e8 unb ®etnttnt#«Botfkbtrn mit bem 0emctitbe*€rempef, ta ben ©tdotcn ober bon einer &agfyh*attyerfon mit bem GtnM ftegel, gefłempelt werben, O Wrflebt ft# bon ftlM bag We ^om* mHnal«Se^lrben brefe ©feinpdung unetttgelb* li# ju boC^en berbuoben fint. »o83 z. Grudnia I. Waględem korrespeudeMyi c eołnimtnsi woy. tk* c«yaneg«. P • ndłng $ 11. obwieszczonego przez Dziennik urzędowy na rok igc6 Nro. 11. stronnica b»7. porozumienia się pomiędzy Kruk Ministerstwem, woyny i Król, generalnym Urzędem pocztowym z d. 2.6. Grudnia 1825 maią bydz listy i adressy do pakietów i pieniędzy przesyłanych przez krewnych tych żołnierzy woyska czynnego, którym niode-racya portoryi służy,.słowy „list żołnierski'* oznaczone i przez Władze kommtmalne, po wsiach przez szołtysów i przełożonych gminy w stępił gminny, vr miastach zaś przez członka Magistratu w pieczęc mieysk^ opatrzone. Rozum i się samo przez się, że Władze konuunnalne ostępinwauie to bezpłatni* uczynić obowiązane są. 12 Strona tytułowa bydgoskiego dziennika urzędowego, fot. archiwum autora Radosław Kubuś 41 Jungfer (Marzęcino) itd. Podług tymczasowych wiadomości znayduie się w tych wymienionych 6 mieyscach 299 oycow familii z 974 żonami i dzieciarni bez artykułów żywności w okropney nędzy, i można liczbę pomocy potrzebujących ludzi tey całey zalaney okolicy na więcey iak 2000 ludzi rachować”. Całość zamyka wezwanie do jak najszybszej pomocy potrzebującym, zgodnie z zasadą „wdwoynasob daie ten, kto zaraz daie”14. W świetle odezwy redystrybucją uzyskanych środków mieli zajmować się „JP. Rendant Taurek w Elblągu i JP. Intendant Rhenius w Tiegenhoff”. Już w klika miesięcy później (27 lipca), na łamach bydgoskiej gazety ukazała się krótka notatka zatytułowana Wykaz zebranych wsparć dla unieszczęśliwionych przez wylew wody mieszkańców nizin Elbląskich, w której przedstawiono uzyskane w wyniku kolekty środki. Łącznie w całej rejencji udało się zebrać ponad 82 talary, z czego najwięcej, bo niemal 3/4 tej sumy, zebrano w Bydgoszczy15. Zbiórka środków dla zniszczonych w wyniku powodzi Żuław trwała jednak jeszcze wiele miesięcy. Powstały dwa lata później raport przygotowany przez specjalne towarzystwo pod kierownictwem m.in. wspomnianych już „JP. Taureka i JP. Rheniusa” podsumowywał całościowo kolektę. Raport opublikowano na łamach bydgoskich amtsblattów pod tytułem: Względem wsparcia nizin po lewey stronie Nogatu w roku 1827. wodą zalanych16. W raporcie tym autorzy chwalą ofiarność mieszkańców Prus, szczególne podziękowania kierując do króla Fryderyka Wilhelma III. Następnie przechodzą oni do przedstawienia tego, co udało się dokonać dzięki zebranym środkom, pisząc „[...] Mieliśmy tę pociechę, wiele łez otrzyć, i nieszczęście przez okropne wydarzenie natury sprawione, darami przez osoby prywatne i Władze rządowe nam powierzonemi zmnieyszyć. Wiele zniszczonych i uszkodzonych budynków zostało tym sposobem znowu wystawionych; wiele bydła, główne bogactwo okolicy tey, zostało utrzymanego, wiele roli jest zakupionem i podzielonem zbożem obsianey, wiele ludzi, którzy nie widzieli z czego siebie i swych krewnych wyżywić maią, odebrało żywność i ubiór. (...) wielka liczba dobrych ludzi, która zupełnemu opadkowi bliska była, została z bezdenney przepaści i rozpaczy wydarta, i odebrała znowu ochotę do życia i moc, swe, wprawdzie zawsze tylko w małey części wynagrodzenie nieszczęście znieść i przetrzy-mac Towarzystwo zapewniało również, że odpowiednio zagospodarowało uzyskane w wyniku kolekty pieniądze. W dowód przesłało ono do rejencji gdańskiej rachunek, który został odebrany przez władze rejencji, zatwierdzony i podany do publicznej wiadomości. Opublikowano go również w bydgoskim czasopiśmie. Przedstawiono w nim wykaz wszystkich pozyskanych środków, z podziałem na wpływy z poszczególnych rejencji. Łączny dochód wyniósł w sumie ponad 15000 talarów, z czego z samej tylko rejencji bydgoskiej uzyskano kwotę rzędu ok. 590 talarów. Wpływy z rejencji bydgoskiej są zatem porównywalne z kwotami uzyskanymi z rejencji wrocławskiej (ok. 580 tal.), rejencji Koln (ok. 580 tal.), czy też rejencji szczecińskiej (ok. 530 tal). Pozwala to stwierdzić, iż wpływy uzyskane z rejencji 14 Amts-Blatt zu Bromberg, 1827, nr 16, s. 320. 15 Amts-Blatt zu Bromberg, 1827, nr 32, s. 637-638. 16 Ibidem, s. 631-638. 17 Ibidem, s. 367-368. Pomoc rejencji bydgoskiej dla zalanych Żuław w czasie powodzi roku 1827 Wydatek Powiat Elbląski Powiat Kwidzyński Summa na reparacyą uszkodzonych budynków 3484,7,4 156,3,2 3640,10,6 na reparacyą młynów upustu wody, mostów i śluz 682 279 961 za uszkodzone grunta 1693,19,6 50,2 1744,9,6 za utraconą oziminę 776,12,6 156,15 932,27,6 na wyczyszczenie zamulonych rowów 198,26 23 221,26 na zakupienie wypadłego bydła 289,15 25 314,15 za różne straty 203,23 10 213,23 na zakupienie potrzebnych do sadzenia kartoflii 777,23 151,15 929,8 na paszą - 131 131 na zakupienie pierwszych potrzeb życia i wsparcia pomocy potrzebuiących 483,27 46,9,2 530,6,2 na wydanie protorium za przesłane pieniądze, koszta druku etc. 236,12,2 5,28,4 242,10,6 na zakupienie owsa do siewu - 100 100 na reparacyą uszkodzonych tam 4426,20,6 650 5076,20,6 13253,6 1785,0,8 do tego w różnych wydatkach dla obydwóch Powiatów 955,26 955,26 Łącznie 15088,3,1 Wydatki na pomoc dla zalanych przez powódź roku 1827miejscowości w powiatach elbląskim i kwidzyńskim. Radosław Kubuś 43 bydgoskiej należały do kwot średnich18. Oczywiście pieniądze uzyskane w wyniku kolekty trzeba było odpowiednio podzielić, czym, jak już wspominałem, zajęło się towarzystwo powołane dla wsparcia zalanych nizin. To, w jaki sposób dokonano redystrybucji zebranych pieniędzy, pokazuje zamieszczona poniżej tabela. Poza wpływami w gotowym pieniądzu na potrzeby mieszkańców terenów dotkniętych powodzią przeznaczono także różnego rodzaju tekstylia oraz wszelkie naturalia19, które następnie „pomiędzy nieszczęśliwych ludzi podzielone zostały ”20. W przypadku tekstyliów, wypada zaznaczyć, że „(...) znaczna ilość sukien i bielizny (...) częścią przelosowana częścią według potrzeby rozadną została [...]”21. Podsumowując wypada stwierdzić, że tak jak dziś, tak i w przeszłości klęski elementarne, w tym także powodzie, były czymś normalnym. Normalnym było też wsparcie dla ludzi, których dotknęła tragedia. W tym celu tworzono organizacje, które pomagały mieszkańcom zalanych terenów, organizując składki i odpowiednio wydatkując uzyskane w ten sposób sumy. Istotnym medium przekazu szczególnie w wieku XIX była prasa, za pośrednictwem której do zainteresowanych trafiały prośby o pomoc, a także podziękowania za jej udzielenie. Bydgoski dziennik urzędowy stanowi tego doskonały przykład. Dramatyczne opisy z pewnością pobudzały wyobraźnię czytelnika rodząc w nim narastające współczucie dla znajdujących się w potrzebie współbraci. Miłosierdzie zatem nakazywało udzielenie wsparcia w konkretnej formie, bądź to pod postacią pieniądza, bądź też we wszelkiego rodzaju innych przedmiotach powszechnego użytku. Takie działania z pewnością zbliżały, przynajmniej na krótki moment, zarówno ewangelików jak i katolików, budując grupowy solidaryzm. Źródło: Amts-Blatt zu Bromberg, 1830, nr 32, s. 635. ” Ibidem, s. 633. 19 W naturaliach wpłynęło kolejno - „4 szefie pszenicy; 2 szefie mąki pszennćy; 1278 szefli 4 mace żyta; 41 szefli 6 mac mąki żytnićy; 4 szefie 6 mac ięczminia; 17 szefli 11 mac grochu; 17 szefli 8 mac krupy; 27 szefli 2 mace kaszy, 1388 szefie 7 mace kartofli; 120 szefli 7 mace owsa do siewu; 120 szefie 3 mace owocu; 5 półgłówków wieprzowych; 49 funtów słoniny, 9 funtów mięsa wołowego; 4 skopów mięso; 20 funtów sera; 20 bochenków chleba i 10 stofów wódki.”. 20 Ibidem, s. 635-636. 21 Ibidem, s. 636. 44 Praw gościnności nie pogwałcą Powstańcy listopadowi w Prusach Wiesław Olszewski PRAW GOŚCINNOŚCI NIE POGWAŁCĄ POWSTAŃCY LISTOPADOWI W PRUSACH Powstanie listopadowe w 1830 roku to pierwszy samodzielny wielki zryw niepodległościowy Polaków w XIX wieku. Początkowy okres rewolucji, jak nazywane było powstanie przez wielu jego uczestników, był w zasadzie wojną polsko-polską. Stracono wielu dowódców wojskowych nieprzychylnych zrywowi lub powszechnie znienawidzonych, Warszawę potajemnie opuścił wielki książę Konstanty, powołano władze powstańcze i podjęto próby rokowań z carem. Rosja czyniła jednak przygotowania do stłumienia powstania. Fiasko rozmów skłoniło Sejm do podjęcia uchwały o detronizacji Mikołaja I. W dniu 5 lutego 1831 roku armia rosyjska wkroczyła w granice Królestwa. Wiesław Olszewski 45 Po pierwszych, niemających strategicznie większego znaczenia zwycięstwach powstańców, przyszedł czas kolejnych porażek w starciach z niewspółmiernie silniejszą armią Cesarstwa Rosyjskiego. Przełomowym momentem całej wojny była bitwa pod Ostrołęką, a początkiem całkowitej klęski - zajęcie przez Rosjan Warszawy 8 września 1831 roku. Po okrążeniu stolicy od strony wschodniej, dalekim marszem przez mosty pod Włocławkiem, wojska dowodzone przez feldmarszałka Iwana Paskiewicza zaatakowały stolicę od zachodu. Formalnie neutralne Prusy manewr ten nie tylko umożliwiły, ale i bezpośrednio wsparły budując pod Osiekiem nad Wisłą trzy mosty, pozwalające przeprowadzić pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy i przemieścić trzysta armat. Rosjanie otwartymi byli nieprzyjaciółmi naszymi, Prusacy szkodzili nam skrycie i mimo „ścisłej neutralności” dostarczając Rosjanom żywności i amunicji, przepuszczając przez swój kraj kurierów i korespondencję w czasie przerwanych komunikacji z Rosją głównego korpusu naprzód pod dowództwem Dybicza, a następnie Paszkiewicza zostającego, niemało zrobili złego dla Polski - opisywał w swych wspomnieniach Konstanty Gaszyński.1 Po utracie Woli, gdzie podczas rosyjskiego szturmu zginął generał Józef Sowiński, dowództwo powstania, nie widząc możliwości dalszej obrony miasta, poddało je. Był to początek nieodwracalnego już kryzysu armii, załamało się morale polskich żołnierzy i pojawiły dezercje i rozboje. Potem cały korpus udał się ku granicy pruskiej, gdzie pod Rypinem pułk gwardii grenadierów dawnych kompaniami broń rzucali i rozchodzili się. Co inne pułki, a zwłaszcza nowe, wzór z tego brały. Tam to także mnóstwo oficerów różnego stopnia do dymisji się podało, upominając się o stopnie i krzyże. Dosyć, że do najwyższego stopnia demoralizacja była ze strony tych oficerów - relacjonował z niesmakiem Józef Święcicki, ostatni dowódca 4 pułku piechoty.2 Gdy losy powstania chyliły się władze Prus okazały gotowość przyjęcia na swym terenie resztek polskiego wojska. Zawarto z Rosją umowę co do kosztów utrzymania Polaków i miejsc ich kwaterunku. Kilka tygodni po upadku stolicy nastąpił rozpad sejmu, Rządu Narodowego i wojska, którego znaczna część przekroczyła granice Prus i Galicji. Do upadku powstania i przegrania wojny w dużym stopniu przyczynili się niewierzący w możliwość zwycięstwa i w gruncie rzeczy lojalistycznie nastawieni wobec cesarza, przywódcy polityczni oraz dowódcy wojskowi. Pierwsze regularne oddziały powstańcze, pod dowództwem generałów Antoniego Giełguda, Dezyderego Chłapowskiego a dwa dni później Franciszka Rohlanda, weszły na teren Prus z Litwy w okolicach Kłajpedy już w połowie lipca 1831 roku. 12 lipca przyszliśmy nad granicę pruską obok Gudawy pod wieczór i stanęliśmy obozem, rozesławszy na wszystkie strony patrole. Dnia 13 - po naradach Giełguda z pruskim landratem i oficerem, przeszły nasze oddziały granicę i zaczęły broń składać, z wyjątkiem tylnej straży. Gdy trwało rozbrajanie oddziałów Giełguda i Chłapowskiego, do granicy doszły wojska generała Rohlanda. Giełgud stał na koniu, otoczony licznym sztabem i oficerami pruskimi. Jenerał Roland nadchodził od Gorzd ponad granicą i przysłał Giełgudowi list od jenerała rosyjskiego, adiutanta cesarza Mikołaja, Delinshausena. Giełgud przeczytał wszystkim ten list, którym jenerał moskiewski wzywał go i prosił, by do Prus nie wchodził, ale jemu się poddał, a on mu zapewnia ułaskawienie dla 1 Norbert Kasparek, Listopadowi żołnierze w Prusach Wschodnich i Zachodnich w latach 1831 — 1833, Olsztyn 1992. 2 Józef Święcicki, Pamiętnik ostatniego dowódcy pułku 4piechoty liniowej, PIW 1982. 46 Praw gościnności nie pogwałcą Powstańcy listopadowi w Prusach wszystkich od cesarza, gdyż do tego jest umocowanym. Dodawał, że każdemu po wojnie będzie wolno wrócić do domu lub służyć dalej, ale jeżeli Polacy pokażą tę nieufność cesarzowi, że w Prusach będą szukali schronienia, cesarz nigdy im tego nie przebaczy - wspominał generał Dezydery Chłapowski.3 W ten sposób kilkutysięczna armia znalazła się w granicach Prus. W trakcie rozbrajania wojska, jak wspomina dalej generał, miało miejsce pierwsze tragiczne wydarzenie na ziemi pruskiej. Za rzekomą zdradę zamordowany został generał Giełgud. Było to zamieszanie pewne. Wtem oficer z 7 pułku [kpt. Stefan Skulski] wpadł na koniu przez granicę, przejechał obok mnie aż do Giełguda, który stał z listem w ręku i strzelił do niego z pistoletu. Ugodził go prosto w serce, tak że spadł z konia i zaraz ducha oddał. Tak tragiczny moment przejścia granicy zapamiętał, późniejszy poeta i pisarz, Konstanty Gaszyński: Nadszedł poranek 15 lipca, a myśmy jeszcze stali na wzgórzach otaczających wieś Degucie, staliśmy na ziemi żmudzkiej, ale oba skrzydła naszego korpusu (...) opierały się o publiczny gościniec, nad którym czarno i biało malowane słupy i orzeł na tablicy z podpisem niemieckim oznaczały granicę pruską. Wzdłuż gościńca rozciągał się gęsty łańcuch straży pruskich a w oddaleniu powiewały czarne i białe chorągiewki dwóch szwadronów ułanów uszykowanych jakby do boju. Wojsko nasze złożone po większej części z powstańców litewskich i żmudzkich (...) Smutne było nasze położenie, dwie drogi były przed nami. Jedna: z słabymi siłami i zdemoralizowanym wojskiem, przyjąć bitwę z kilkunastotysięcznym nieprzyjacielem, w której żadnej nie można się było spodziewać korzyści; druga: złożyć bron i wejść w granice Prus. I uzasadnia podjętą przez dowódców decyzję; Korpus nasz złożony był po większej części z powstańców, którzy poddając się Rosjanom widzieli przed sobą tylko Syberię (...). [przechodząc granicę]... przynajmniej mieliśmy mieć do czynienia z cywilizowanym narodem, przynajmniej zostawała nadzieja, że możemy jeszcze, po jakimś czasie, służyć ojczyźnie. Ze smutkiem dodaje jednak: Po wstąpieniu na ziemię obcą jakże odmienne było położenie nasze, przed chwilą zbrojni, wolni, teraz postępować musieliśmy ciasną drożyną, otoczeni z obu stron co pięć kroków rozstawionymi strażami pruskimi i z dala, przyglądającymi się nam niechętnym okiem wieśniakami. (...) słowem gdybyśmy zostali rosyjskimi jeńcami, nie strzeżono by nas ściślej. Przekroczenie granicy królestwa pruskiego przez oddziały polskie, wycofujące się z Litwy, stanowiło dla rządu berlińskiego znaczący problem. Było dla niego niezrozumiałe, dlaczego Polacy przekroczyli granicę bez wyraźnej konieczności4. Internowana armia została poddana kilkutygodniowej kwarantannie, a w zasadzie uwięzieniu, pod pretekstem epidemii cholery panującej w oddziałach rosyjskich. Jeden z obozów internowania zlokalizowano koło miejscowości Packmohnen: Kwatera gen. Rohlanda była w samej fermie, właścicielowi przez rząd pruski, ma się rozumieć, dobrze opłacona (...). Z prawej trony fermy, na pół wersty oddalony, otaczał nasz obóz kanał tak głęboki i szeroki, że potrzeba było być dobrym pływakiem, aby się pokusić na jego przepłynięcie. Z drugiego brzegu kanału stała co dziesięć kroków kawaleryjska pikieta, przebycie, więc tego kanału było niemożebne. (...) Z lewej strony fermy, także opalisadowanej, ale tylko barierą, było targowisko, do którego zjeżdżali się kupcy z Tylży dla dostarczenia oficerom nie za tanio, ma się rozumieć, wszystkiego, co do kuchni 5 Norbert Kasparek, Listopadowi żołnierze w Prusach Wschodnich i Zachodnich w latach 1831 - 1833, Olsztyn 1992. 4 Stanisław Mikos, Uczestnicy powstania listopadowego internowani na terenie Pomorza Gdańskiego w latach 1831— 1833, Rocznik Gdański, T. 22, 1963. Wiesław Olszewski 47 wybredniejszej nawet było koniecznym. Nie brakowało tam niczego, nawet żywego towaru -opisywał Henryk Golejowski, oficer walczący na Litwie.5 Był to folwarczek, najęty zapewne przez rząd na kwarantannę dia nas, znaleźliśmy tu niewielki domek, dwie puste stodoły i jeszcze jakąś chatkę na ustroniu. Domek obróciliśmy w szpital, w stodołach spaliśmy pokotem na słomie, lub komu było za ciasno, nocował pod gołem niebem - wspominał czas kwarantanny w innym obozie Ignacy Domejko.6 Co też to było za życie w tym Ascheken, jeżeli można nazwać życiem owo próżniacze koczownictwo gromady ze wszystkich stron od Dźwiny do Noteci zebranych wychodźców, otoczonej dniem i nocą kordonem straż nieprzyjacielskich, kiedy jeszcze armia narodowa wiodła bój zacięty bez przerwy, wytrwale. Choć wspólne klęski i niepowodzenia łączyć nas byfy powinny i łączyły braterską miłością, wkradły się niebawem i nieporozumienia i fatalny prowincjonalizm; od żartów przychodziło do przymówek, od przymówek do uchybień w grzeczności, tak że nie uszło dwóch tygodni, a już trzeba było obmyśleć środki dla zapobieżenia złemu. Rzucano się do pojedynków na pałasze; odbywały się w rannych godzinach w stodołach przy drzwiach zamkniętych. (...) Drugie zło prędko się ukazało. Jakoby na zabicie nudy i czasu rzucono się do szułerstwa: całymi dniami grano w karty. Pieniądze, choć niezbyt wiele ich było, przechodziły z jednych rak do drugich, a grzęzły w winiarni. (...) Polskojęzyczny „Tygodnik Petersburski”, a za nim gazety w Warszawie, Krakowie i Poznaniu, pisały o powstańcach: .. .zostają oni pod dowództwem jen. Chłapowskiego i są okrążeni szwadronem ułanów, rotą piechoty i kilku oddziałami straży przygranicznej. Lekarz polski i jenerałowie Giełgud i Chłapowski zapewniali, iż między rannymi nie ma chorych na cholerę, toż samo potwierdzili inni oficerowie, których się o to pytano. Co się tyczy dalszych do boju zdatnych żołnierzy, sana ich postawa świadczy o zdrowiu. Konie są dobrze wykarmione i wojsku temu nie braknie na siłach fizycznych do walki; tylko że męstwo ich podupadła, gdyż na Żmudzi bardzo słabą znaleźli pomoc.7 Po długiej, uciążliwej kwarantannie, powstańców rozlokowano w wielu miejscowościach, najliczniej w Sambii i w północnych Prusach. Tym i temu podobnym sposobem przeszły nam o niemało dwa miesiące pruskiej kwarantanny, aż do nadejścia z Berlina wiadomości o wzięciu przez Rosjan Warszawy. Wnet zwolnione zostają przepisy straży... - odnotował Ignacy Domejko. Nareszcie nadszedł dzień 8 września, a pięćdziesiąty trzeci naszej kwarantanny, w którym pierwszy oddział naszego korpusu wyruszył z Packmonen, a następnie drugi i trzeci. Żołnierze zostali rozkwaterowani w wioskach leżących pomiędzy rzeką Pregel a kanałem zwanym Fredrichsgrabe, oficerowie po miasteczkach okolicznych bardzo małych, brudnych — wspominał ten czas porucznik Gaszyński. Zrozumiałym jest, że napływ tak znacznej rzeszy „uchodźców”, budził niepokój mieszkańców pruskich miejscowości. Ich przedstawiciele z trwogą mówili, że ...są jednak w obawie, czyli ich życia, majątki i żony i córy będą należycie przez nas szanowanej - usłyszał Wojciech Goczałkowski8 wprowadzając swój oddział do pruskiej wsi Germau. Co do żon 5 Norbert Kasparek, Listopadowi żołnierze w Prusach Wschodnich i Zachodnich w latach 1831 — 1833, Olsztyn 1992. 6 Ibid. 7 Ibid. 8 Ibid. 48 Praw gościnności nie pogwałcą Powstańcy listopadowi w Prusach i córek, pomyślałem sobie, materia nadto drażliwa za ich nienaruszalność chcieć ręczyć, ale o życie i mienie, że byłem najspokojniejszy, w ogólnych więc wyrazach, obyczajem dyplomatów obchodząc z daleka szczegóły, prosiłem go, aby uspokoił wszelkie obawy tak swoich przyjaciół, jak i całej gminy, zapewniając imieniem moich kolegów, że oni praw gościnności nie pogwałcą, i święcie takowe szanować będą. Kiedy jednak do środka wsi weszli...gdzie mnóstwo już mieszkańców wyległo oglądać nas jakby jakąś osobliwość. Wszelako ani kobieta, ani dziewczyna żadna się nie pokazała, bo tak się to wszystko nas lękało jak dzikich ludzi, a to stąd, że jak nam później opowiadali sami, nagadali im urzędnicy, że Polacy to naród barbarzyński całkiem, jedna jeszcze z tych dzikich północnych hord co dzieci zjada. Tymczasem dzicz ta powoli i z czasem u ładnych, sentymentalnych Niemeczek wielkie, i bardzo nawet wielkie, względy pozyskać sobie potrafiła. (...)... ładne Niemeczki uczyły się z zapałem mazura i tak pojmowały łatwo swoich nauczycieli, że w krótkim czasie tak dobrze mazurkowały jak rodowite Polki. Płeć piękna pruska wzięła zupełnie naszą stronę, gdyż grzeczność, wesołość i galanteria Polaków więcej im przypadła do smaku niż zimna etykieta, obojętność i wyrachowana miłość ich współrodaków. Powoli zawiązała się pewna familijność i ufność z obojej strony i sądzę - pisał Konstanty Gaszyński — że nasz pobyt w Prusach zatarł wiele przesądów narodowych, które zawsze rozdzielają ludy pograniczne. Przeżyliśmy w tych pruskich miasteczkach do końca grudnia [1831 roku]. Przez cały ten czas mieszkańcy Prus wschodnich okazywali w ogólności gościnność, dobre serce, zapraszali do siebie; możniejsi dawali dla nas wieczory, obiady, młodzież śpiewała z nami patriotyczne pieśni w swoich zebraniach, resursach. Rząd płacił 30 talarów dla każdego oficera na miesiąc — podsumował okres internowania Ignacy Domejko. WEJŚCIE DO PRUS ARMII GŁÓWNEJ Wczesnym mglistym rankiem, w środę 5 października 1831 r. w kierunku granicy pruskiej podążały dwie długie wijące się kolumny wojska. Na czele dłuższej z nich, owinięci w długie granatowe płaszcze, jechali oficerowie sztabowi wraz z ostatnim wodzem naczelnym armii powstania listopadowego, generałem Maciejem Rybińskim. Za nimi szła jazda z pułkiem strzelców gwardii na przedzie, potem głucho dudniły toczące się armaty, maszerowała piechota; ariergardę stanowili kawalerzyści pod generałem Henrykiem Dembińskim, odcinając się jeszcze gdzieniegdzie kozakom. Główna armia, licząca ponad dwadzieścia tysięcy ludzi, dowodzona przez generała Macieja Rybińskiego, przekroczyła granicę pruską na początku października w okolicach Brodnicy.10 Po upadku Warszawy armia powstańcza przeszła pod Modlin, Płock i dalej ku granicy Prus, w których zdecydowano się szukać schronienia. Pochód nasz spod Włocławka do pruskiej granicy to był prawdziwy konwój pogrzebowy wojskowej chwały naszej, nabytej bohaterskimi czynami i krwią przez ciąg ośmiomiesięcznej olbrzymiej z nieprzyjacielem walki. Smutna ta żałobna wstęga ciągnęła się za trumną Polski, w asyście wojska jeszcze dość licznego, ’ Bogusław Cygler, Powstańcy listopadowi w Elblągu i na Żuławach, Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1986. 10 Stanisław Gierszewski, Elbląg przeszłość i teraźniejszość, Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1970. Wiesław Olszewski 49 armat, posłów i Narodowego Rządu. Rządowi przewodniczył Lelewel, idąc piechotą w czarnym fraku, ze zwojem papierów pod pachą i kałamarzem uwiązanym u guzika fraka — z goryczą opisywał Mikołaj Kamieński.11 Po dokonanych ustaleniach ze stroną pruską, głównodowodzący generał Rybiński w rozkazie dziennym zwrócił się do żołnierzy: Dnia jutrzejszego opuszczamy ziemię ojczystą, wchodzimy do kraju pruskiego, który nam przyjazne nastręcza schronienie. W tej ważnej okoliczności odzywam się do was, towarzysze broni, ażebyście godni samych siebie, wytrwali do mety. Niechaj sąsiednich osad mieszkańcy, którzy skołatanym burzą rycerzom gościnne gotują przyjęcie, ujrzą was takimi, jakimi was sława odmalowała. Niech ile możności ochędożne odzienie, porządna postawa, szyk utrzymany, czysta broń, milczenie, karność w szeregach, chlubne u obcych dadzą wyobrażenie o żołnierzach wolności... - relacjonował szef sztabu generał Jakub Lewiński.12 „Gazeta Krakowska” z 14.10.1831 roku donosiła: Strasburg jBrodnicaj (w Prusach Zachodnich) 4 października. Dziś rano przybyli tu jenerałowie polscy Pac, Małachowski i Węgierski wraz z znaczną liczba oficerów i prosili o pozwolenie, aby mogli na ziemi pruskiej dalszego losu oczekiwać. W południe zaś przybył z głównej kwatery wojska polskiego jenerał Woroniecki z listem od naczelnie dowodzącego tym wojskiem jenerała Rybińskiego do nadgranicznych władz pruskich, w którym uprasza, aby mógł szukając opieki z wojskiem swoim przestąpić granicę pruską (...) Dnia 5. — Dziś wojsko polskie weszło w granicę pruską i pod Jastrzębiem broń złożyło.15 Również „Gazeta Wielkiego Księstwa Poznańskiego” informowała: Tak więc dnia 5. o godzinie 8 z rana armia polska przekroczyła granice Prus i bez żadnego nieporządku we wsi Jastrzębie między Brodnicą i Gurzdnem broń złożyła. Po przejściu dwóch dywizji rozpoczęła się jeszcze tuż nad granicą utarczka między strażą tylną Polaków i nacierającymi oddziałami Rosjan pod wodza generała Doktorowa}4 Prusacy spodziewając się wejścia wojsk polskich obsadzili rejon przygraniczny poważnymi siłami pod dowództwem generała von Zeppelina: ...stało wojsko pruskie, uszykowane w linii bojowej, mając broń nabitą ostrymi ładunkami działa nabite kartaczami, lonty zapalone. .. - opisywał pułkownik Święcicki. Pod ich nadzorem nastąpiło rozbrojenie powstańców. Gdyśmy już na ziemi Pruskiej stanęli, przyjął nas wydelegowany do tego jenerał pruski Zóplitz [Zeppelin]. Piechota broń złożyła w kozły. Artyleria oddała armaty wraz z zaprzęgami. Jazda zsiadła z koni, oficerom zostawiono broń i ekwipaże. Bodajby nikt z wojskowych nie dożył podobnego serca rozkrwawiającego widoku - zapamiętał ten czas generał Lewiński. Opisał również ów tragiczny moment Napoleon Sierawski — oficer konnego pułku gwardii: Nastąpiła ostateczna chwila... Spieszona część jazdy pruskiej przystąpiła i po kilkudziesięciu stanęła przed szwadronami, by nam konie i broń odebrać. Stali nasi żołnierze bez tchu i bez mowy... bez myśli i nieruchomi. Nareszcie należało wypowiedzieć ostatnie to słowo: Odpinać pałasze!... zdejmować karabinki!... Szmer głuchy dał się słyszeć po szeregach, minęło kilka minut pod tym wahaniem się wiarusów. Prusacy nalegali... nareszcie zaczęto się rozbrajać. Żołnierze powoli odpinali pałasze, całowali je, do piersi tulili, potem pod nogi rzucali je Prusakom. Kilka wystrzałów dało się słyszeć... zmieszali się Prusacy, dopadamy — to kilku naszych swe konie zastrzeliło!15 11 Norbert Kasparek, Listopadowi żołnierze w Prusach Wschodnich i Zachodnich w latach 1831 — 1833, Olsztyn 1992. 12 Ibid. 13 Ibid. 14 Ibid. 15 Bogusław Cygler, Powstańcy listopadowi w Elblągu i na Żuławach, Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1986. 50 Praw gościnności nie pogwałcą Powstańcy listopadowi w Prusach Nasi biedni żołnierze płakali jak dzieci, gdy musieli broń oddawać. Ściskali, całowali swe karabiny, swe konie, kanonierzy kładli się na swoje armaty. Siłą tylko można było ich oderwać. Przyznać trzeba, że wojskowi pruscy wykonywali dane polecenia z wszelką możliwą oględnością. Mieli dla nas poważanie, jaką w wojskowym rozbudza dzielność nawet u nieprzyjaciela. - Podobnie tę straszną dla każdego żołnierza chwilę przedstawił książę Leon Sapieha, wówczas kapitan artylerii. Trudno dziś uwierzyć, do jakiego stopnia wówczas pełni byliśmy wiary, że to nasze ustąpienie z pola boju było tylko jednym z krótkich epizodów wojny, że nim rok minie, wrócimy triumfujący w towarzystwie francuskiej legii. Niejeden z nas gdyby był przeczuwał, że ta droga nasza była drogą na długie wygnanie bez chwały; niejeden, powiadam, może wszyscy byliby się bili do ostatka i raczej zginęli, aniżeli przystali dobrowolnie na los, który nas czekał- pisał w rozpaczy oficer ułanów Mikołaj Kamieński. Tragiczny ten moment spuentował Tadeusz Chamski, oficer słynnych czwartaków: Tym trybem skończyła się święta i krwawa wojna o wolność i niepodległość Polski w 1831 roku, a Moskale podbili polskie Królestwo Kongresowe, acz nigdy i nigdzie w otwartym polu nie odnieśli żadnego zwycięstwa nad główną armia narodową. Zostali wszakżeż panami kraju. Zwróćmyż uwagę, jakim środkiem bez zwycięstw zwyciężyli Polaków, gdyż w tej zagadce jest nauka dla Polski na przyszłość.16 Rozbrojone wojsko skierowano do obozów dla odbycia kwarantanny związanej z epidemią cholery panującej w armii rosyjskiej. Smuciło mnie to, że działa nie poniszczone wchodziły, tak jak całkowita amunicja ani wystrzelana, ani wysadzona w powietrze, jak się zrobić miało. (...) pomijam szczegóły złożenia broni, którą w kozłach zostawili nasi żołnierze, którzy udali się potem do przeznaczonych im obozów dla odbycia 5-dniowej kwarantanny. Powiem tylko, że pierwszych dni żołnierze doznali niedostatku żywności, a zupełnego braku słomy, co przy nadzwyczaj zimnych nocach wielką dla nich było przykrością. - relacjonował - nie bez pretensji do wodza głównego - generał Henryk Dembiński. Po złożeniu broni korpus nasz roztasował się obozem pod Brodnicą. Przez kilka dni przychodzili wieśniacy z okolicznych wiosek mieniąc u żołnierzy nasze konie. Przyprowadzali nam zużyte szkapy, dychawiczne i pokaleczone, a brali w zamian dobre, po kilkanaście zaledwie dając talarów. Prusacy na to patrzyli przez szpary, a myśmy także nie bronili, radzi z jednej strony, ze biedni żołnierze nasi uskrobią sobie trochę grosza; z drugiej strony, że zyskają polscy wieśniacy raczej aniżeli Moskale, którym słusznie iż się dostały same tylko wywłoki, na nic niezdatne. Oficerowie tymczasem gromadzili się wieczorami najczęściej w moim pułku, który posiadał dobrą muzykę. Ta ich rozweselała graniem patriotycznych pieśni - realia, przymusowej kwarantanny przedstawiał Mikołaj Kamieński. Dla części oficerów na miejsce kwarantanny przeznaczono zamek w Golubiu, warunki tamtejsze opisał Ludwik Orpiszewski: Zamek, w którym podobno nikt nie mieszkał od czasów ostatniego starosty Skarbka, otworzył nam swoje podwoje, opustoszałe sale. Stary gmach takiego gwaru dotąd może nie znał. Wewnątrz, o zewnętrznych galeriach pełno rozmaitego rodzaju pomieszanych mundurów, gdzie indziej i surdut cywilny przy wojskowej furażerce. Pod zamkiem mnóstwo koni i Żydów targujących się o nie. 16 Tadeusz J. Chamski, Opis krótki lat upłynnionych, PIW 1989. Wiesław Olszewski 51 5 października wojska szczotki przeszły granice Prus. Po odbyciu kwarantanny pod miasteczkiem Strasburg, po dawnemu Brodnica nad Drwęcą, udało się za rozkazem rządu na leże tymczasowe do Prus Wschodnich. Jenerałowi Rybińskiemu przeznaczono Elbląg. (...) Naród pruski, wojsko pruskie obecne wstępowaniu Polaków, nie okazywało najmniejszej nieprzyzwoitości lub obrażania. Owszem, przejście było szlachetne - pisał w swych wspomnieniach generał Rybiński. Przedstawiciele rejencji kwidzyńskiej i gdańskiej postulowali w Berlinie przerzucenie Polaków na Pomorze Zachodnie uzasadniając to faktem zamieszkiwania rejonu Wisły i No-gatu przez ludność polskiego pochodzenia. Obecność powstańców mogła rozbudzić w nich niebezpieczne dla państwa odruchy patriotyczne. Postawa władz centralnych okazała się jednak nieugięta, aczkolwiek skierowano internowanych głównie na Żuławy, gdzie żywiołu polskiego praktycznie nie było. Zgodnie z wydanym już w Brodnicy zarządzeniem pruskich władz wojskowych oddziały polskie miały zachować swą strukturę i podlegać rozkazom własnych oficerów celem zachowania karności wojskowej.17 Szef sztabu wojsk powstańczych generał Lewiński zanotował: Gdy się nasza kwarantanna skończyła, w następujący sposób zostaliśmy rozłożeni: Naczelny wódz, sztab główny i sztaby korpusów w Elblągu; Artyleria w Kwidzynie i okolicach; Piechota w Malborgu i okolicach; Jazda pod Gdańskiem. 17 Roch Morcinek, Uczestnicy powstania listopadowego 1831 r. w Elblągu i na Powiłlu, Rocznik Elbląski, T.2, 1963. Pomnik Powstańca Listopadowego w Brodnicy, źródło polska-org.pl 52 Menonici w historii Miłoradza Johann Peter Wiebe MENNONICI W HISTORII MIŁORADZA MENNONICI W PRUSACH KRÓLEWSKICH W pierwszej połowie XVI w, w ramach reformacji, wyodrębnił się niewielki ruch określany dzisiaj często jako radykalne, lewe skrzydło protestantyzmu. Tworzyli go ludzie czytający wspólnie Biblię oraz opierający swą wiarę i działanie na przeczytanym Słowie: tak, jak rozumieli to w swojej wspólnocie. Nie pozwalali, by oficjalny kościół dyktował im, jak mają wierzyć: wspólnie świętowali Wieczerzę Pańską na pamiątkę męki i śmierci Jezusa. Każdy dorosły i dojrzały człowiek miał decydować w co wierzyć, czy podążyć za Chrystusem i przyłączyć się do wspólnoty mocą chrztu. Efektem tych rozważań był chrzest dorosłych. Dlatego odtąd byli określani mianem anabaptystów, zaś później mówiono o ruchu anabaptystycznym. Stawiali oni również odpór oczekiwaniom społecznym: odwołując się do nauk wypowiedzianych przez Jezusa w Kazaniu na Górze, odmawiali składania przysięgi na prawo miejskie oraz noszenia broni. Dość wcześnie opowiedzieli się za wolnością religijną. Wiele z ich poglądów stanowi obecnie część wspólnego dziedzictwa. Jednakże postulaty wysuwane przez nich w czasach reformacji kwestionowały podstawy funkcjonowania ówczesnego Kościoła oraz porządek społeczny. Dlatego bardzo szybko doszło do masowych prześladowań, a wielu anabaptystów poniosło męczeńską śmierć. Mimo to ruch anabaptystów zataczał coraz szersze kręgi. Jego pierwszym głównym ośrodkiem stało się miasto Zurych w Szwajcarii, zaś kolejne ośrodki powstawały na północy w Niderlandach i w sąsiadujących z nimi krajach. To właśnie tutaj działał najbardziej znany przywódca i lider ruchu Menno Simons, a jego zwolenników określono mianem mennonitów. Hiszpańskie Niderlandy były dziedzicznym obszarem władców z rodu Habsburgów tolerujących w swych krajach istnienie wyłącznie jednej religii. Ci, którzy myśleli inaczej, byli brutalnie prześladowani. Niderlandy łączyły od dawna bliskie kontakty handlowe z Gdańskiem. To miasto znajdujące się wówczas w granicach Prus Królewskich i podlegające władzy króla polskiego cechowały daleko idące swobody. XVI-wieczne państwo polskie charakteryzowała rozległa tolerancja religijna. To właśnie tutaj znalazło nową ojczyznę wielu mennonitów zmuszonych opuścić Niderlandy z powodu wyznawanej wiary. Nie otrzymali wprawdzie tutaj praw obywatelskich, byli jednakże tolerowani przez polskie władze. Mennonici wnieśli do nowego kraju wiele technicznych i rzemieślniczych umiejętności: byli między innymi zręcznymi tkaczami oraz gorzelnikami. Z punktu widzenia polskich władz szczególne znaczenie miała Johann Peter Wiebe 53 Cmentarz mennonicki ui Stogach (fot. R. Biskup) ich wiedza umożliwiająca odwodnienie i zagospodarowanie nizinnych, bagiennych obszarów. W ten sposób bowiem państwo polskie mogło uzyskiwać wyższe wpływy podatkowe. Mennonici osiedlili się w pierwszej kolejności na Żuławach Gdańskich (Danziger Nie-derung). Następnie, jako dzierżawcy, osuszyli i zasiedlili tereny depresyjne na Żuławach Wielkich. Później zaś zajęli dawne pastwiska dla koni zakonu krzyżackiego znajdujące się w Stogach (niem. Heubuden). Ta wieś stała się ośrodkiem gminy mennonickiej Stogi, do której należały wsie położone na południe od Nowego Stawu (niem. Neuteich). To właśnie do niej należeli mennonici mieszkający w Miłoradzu (niem. Mielenz). Do 1768 r. nabożeństwa odbywały się w domach prywatnych. W 1768 r. został wybudowany kościół w Stogach pełniący rolę centrum tutejszej społeczności menonickiej. Działalność gospodarcza na Żuławach polegała początkowo wyłącznie na wypasie. Tylko taka forma aktywności była bowiem możliwa na podmokłych terenach. Wymagała ona dużego nakładu sił i środków. Produkty mleczne sprzedawano na targach. Za sprawą tego pracowitego życia, w którym codzienny trud postrzegany był jako nabożeństwo, doszli do dobrobytu i mogli nabyć swoje gospodarstwa na własność. MENNONICI W MIŁORADZU Od kiedy mennonici mieszkali w Miłoradzu? Opierając się na chrześcijańskiej zasadzie wzajemnej pomocy w razie potrzeby mennonici założyli w 1623 r. związek wzajemnej pomocy na wypadek strat wyrządzonych przez ogień pod nazwą „Nowodworskiego Porządku Pożarowego” (Tiegenhófer Brandordnung). To najstarsza organizacja przeciwpożarowa tego typu. Z 1727 r. pochodzi lista ubezpieczonych, na której nie wymieniono jednakże men- 54 Menonici w historii Miłoradza nonitów z Miłoradza. Podobnie nie znajdujemy ich w dokumentach zachodniopruskich układów dzierżawnych i wykazach mieszkańców wsi z lat 1600-1770. W 1772 r. państwo polskie zostało częściowo podzielone między Rosję, Austrię i Prusy. W ten sposób mennonici zostali poddanymi króla pruskiego Fryderyka II i mieszkańcami prowincji Prusy Zachodnie. Po raz pierwszy przeprowadzono ich spis. W przypadku Miłoradza, wśród 17 właścicieli gospodarujących na 58 łanach (ok. 975 ha) znajdujących się w granicach wsi, wymieniono w 1772 r. pięciu mennonitów; byli tutaj właścicielami niecałych ośmiu łanów ziemi (ok. 135 ha). W 1776 r. przeprowadzono spis ludności wyznania mennonickiego na obszarach anektowanych („Special Consignation aller in West Preussen befindlichen Mennonisten Familien im Jahr 1776.” Aus den von den Mennonistischen Vermahnern eingelieferten Nachrichten ge-fertigt vom Intendanten Schlemmer). W tym roku zamieszkiwało w Miłoradzu siedem rodzin mennonickich, w tym sześciu gospodarzy: Isaac Mattis, Claas Wiebe, Gerhard Dieck, wdowa Claasin (Claassen), wdowa Dickin (Dyck), Isaac Claasen. Simon Isaac był komornikiem. Ogółem we wsi mieszkało 39 mennonitów. Urzędnicy pruscy określili ich możliwości zarobkowe jako „kiepskie”. W 1789 r., za króla Fryderyka Wilhelma II, doszło do kolejnego spisu gruntów należących do mennonitów. Tym razem celem było ograniczenie ich własności ziemskiej. Na tej liście znalazło się pięć miłoradzkich rodzin mennonickich. Wizyta mennonitów z Mennonitischer Arbeitskreis Polen w Dawnej Wozowni w Miłoradzu w 2019 r. (fot. Zbigniew Kaszuba) Johann Peter Wiebe 55 Mennonicka książka adresowa z 1936 r. zawiera następujące wpisy odnoszące się do gminy mennonickiej Stogi/Miłoradz: Driedger Johann, właściciel gospodarstwa; Dyck Agathe (z d. Drieger), rentierka; Entz Leonhard, właściciel gospodarstwa; Entz Leonhard, gospodarz; Entz Hildegard (z d. Harder), żona; Warkentin Johannes, rolnik; Warkentin Marie (z d. Bergmann), żona; Wiens Otto, właściciel gospodarstwa; Wiens Christel (z d. Regier), żona; Wiens Peter, właściciel; Wiens Anna, gospodarz. Najmłodszym źródłem informującym o mennonickich mieszkańcach Miłoradza jest księga kościelna gminy mennonickiej w Stogach zawierająca wpisy sporządzane do lat 40. XX w. Są tutaj wymienione następujące rodziny: Erich Kliewer i Anneliese (z d. Wienss), przybyli w 1937 r. z Pordenowa (niem. Pordenau)-, Heinrich Gustav Entz i Gerda (z d. Warkentin); Peter i Anna Wiens; Johannes Neufeld i Emilie (z d. Bergmann). W 1928 r. przeprowadzili się do Olszynki (niem. Walddorf) koło Gdańska; Leonhard Entz i Hildegard Anna (z d. Harder); Hermann Heinrich Quiring i Anna (z d. Goertz); ta rodzina przeniosła się do Starego Pola (niem. Altfelde); Max Bernhard Harder i Johanna (z d. Brucks); Johannes Driedger i Agathe Dyck (z d. Driedger); Adolf Christian Daniel (został menonitą w 1923 r.) i Johanna (z d. Brucks); Otto Wienss i Christel (z d. Regier). Rodzina przybyła w 1930 r. ze wsi Brzózki (niem. Broske)\ Johannes Warkentin i Maria (z d. Bergmann). 7. rozmaitych wykazów wynika, że mennonici byli w Miłoradzu właścicielami gospodarstw dopiero od późnego XVIII stulecia. Ich liczba z biegiem czasu wzrosła nieznacznie. Biorąc pod uwagę ogólną liczbę ludności we wsi, było ich niewielu. II wojna światowa przyniosła wielu krajom niewysłowione cierpienie; miliony ludzi utraciło życie. Mennonici, jak niemalże wszyscy Niemcy, musieli z końcem wojny opuścić te tereny. W czasach prześladowań religijnych znaleźli tutaj mennonici spokojną przystań żyjąc na Żuławach około 400 lat. Utrata ojczyzny była dla tej ludności wiejskiej silnie 56 Menonici w historii Miłoradza przywiązanej do ziemi traumatycznym doświadczeniem. Konsekwencje tej okrutnej wojny odczuwali jeszcze długi czas po jej zakończeniu. Johann Peter Wiebe wraz z małżonką Kathariną (pochyleni nad płytą nagrobną) oraz mieszkańcami Miłoradza na cmentarzu w Mątowach Małych (fot. Sylwia Kaszuba) Materialnym śladem bytności mennonitów na ziemi miłoradzkiej jest niewielki cmentarz, położony ok. 3 km od wsi przy drodze prowadzącej w kierunku Piekła, zlokalizowany w Mątowach Małych. Zachowały się tutaj dwie stele nagrobne. Jedną z nich postawiono na grobie Marii Dyck (z d. Fast; ur. 21 VIII 1829, zm. 1 V 1857). Maria pochodziła z Kępin Małych (niem. Kampangen\ obecnie powiat nowodworski). Była córką Claasa i Agnety Fast. 26 I 1847 r. weszła w związek małżeński z Peterem Dyck, który pochodził z Obór (niem. Oberfeld). Po ślubie osiedlili się zapewne w Mątowach Małych. W latach 1850-1856 urodziła czworo dzieci: Johanna (ur. 1850), Marię (ur. 1852), Annę (ur. 1854) oraz Emilię (ur. 1856). Zmarła rok po urodzeniu Emilii, pozostawiając męża Petera Dycka z czwórką dzieci w wieku 1-7 lat. W 1858 r. Peter ponownie ożenił się, tym razem z Lisette. Druga żona urodziła mu kolejne siedmioro dzieci. Po 1869 r., tj. po narodzinach ostatniego dziecka, Peter wraz z całą rodziną wyjechali do USA i osiedlili się w Whitewater w stanie Kansas. Peter zmarł w 1898, zaś Lisette w 1915 r. Potomkowie rodziny Dyck, w tym dzieci pochowanej na cmentarzu w Mątowach Małych Marii, rozjechali się po całym świecie. Johann Peter Wiebe 57 Na drugiej zachowanej płycie nagrobnej odczytać można imiona i nazwiska małżeństwa: Johanna Andreasa (ur. 16 XI 1804, zm. 6 XI 1863 (?)) oraz Sary Andreas (z d. Wall; ur. 7 IX 1800, zm. 12 1 1873). Małżeństwo miało dwóch synów: Johanna (ur. 1833), który został właścicielem folwarku w Starej Kościelnicy oraz Gerharda (ur. 1834). Cmentarz, jeszcze niedawno zaniedbany, znajduje się obecnie pod opieką mieszkańców Miłoradza. Bez wątpienia jest on świadectwem bogactwa krajobrazu kulturowego tej części Żuław. To wielki dar, że dzisiaj Niemcy i Polacy pozostają w bardzo dobrych relacjach i nawiązują przyjaźnie. Dzieje nas, mennonitów, odkrywane są obecnie jako część dziejów kraju i wsi przez obecnych polskich mieszkańców. To nas łączy. Niech te kontakty prowadzą do lepszego, wzajemnego zrozumienia i staną się wkładem na rzecz trwałego pokoju. (tłumaczenie: Radosław Biskup; red. naukowa: Michał Targowski) Stela nagrobna Marii Dyck na cmentarzu w Mątowach Małych koło Miłoradza (fot. Radosław Biskup) IPN Gd 0046/1 Marcin Śląski . st. sygn 437/2 Sztum, dnia 2 listopada 1950r. SZTUMSKIEJ BEZPIEKI PORTRET WŁASNY (1950-1953) Sytuacją Polityczno-Gospodarcza E-gt isa^sr^z^r";^^ •“ Sp!^ a1^ ±sor4 ^^^ ^^MSeS™ gdzie kierownikiem spółdzielni jeM^ Po^iSL? ' : ^•jr^^^susr ar~ss% w® si z. czasie prow< znie. Zauwazoj >race nt likolaj] który w dw< metrów «b£a a 3o Me ^“ete^ • rozpoz^czyl ; 5K-43PSS S&Z ra&^KA-® S-S "ŁTĘ BK"'—- »M ■».—1 «I.V ».?irsis,s: ««.ssg s: “sxTŁsg^s.;£^^ R&KE js&srsss «^fessrgT zadań po linii wykopkow, lecz na skutek nacisku K P P Z P B poprawił Sie tak ze 8.1. daje obecnie rXSz duży waktd i nk«™ ^k wynlza 3 dotychczas posiadanych danych m^e^o^ d° ^ ^'^Or- 5 - ^ * przycnonzi z duża pc nie wywiązywało sie z nałozon - - , stan t z duży w skład do wykop h winne byc w term na rocznice wielkiej Hewolu Me^yłTo^ozX?ow™8nI ^-,1^“ Przebiega również dosc s jest taki ze niektóre ^ospodarstwa P^ ?^°d°W‘ ^yjnczasowy vęn gle im obszary odłogow zlikwidowalv * ńi w<• °j®cns^ chwili pod sie własnymi silami i orzv nnHnfoL' ^^^e odlogow przeprowa beda zlikwidowane w terminie/ ^ slerLlu wydajności z traktora od ze obecnie^^tala^c^niet/tjuz6/!1/^ Sie W ten SPOSO wego i F.O.B.. Omloty na $ ^h rata w podatku gru . natomiast zostałyukonczonw ^p11® zostały wykonane w Marcin Śląski 59 Ciągła fluktuacja kadr, niski stan etatowy pracowników nie uwzględniający powierzchni powiatu, obowiązek „uczenia i uświadamiania” nowych pracowników operacyjnych, pijaństwo i zaniedbywanie się w obowiązkach służbowych, słabe zabezpieczenie budynku urzędu, brak mieszkań dla funkcjonariuszy urzędu i milicjantów, trudności z transportem, słaba momentami współpraca sztumskiej bezpieki z milicją, brak maszynistki i sekretarki - to tylko niektóre problemy, które wpływały na stan aparatu Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Sztumie w latach 1950-1953 (tj. w czasie maksymalnego natężenia represji stalinowskich wobec społeczeństwa polskiego). Celem niniejszego artykułu jest odpowiedź na pytanie, jaka była rzeczywista kondycja kadrowa aparatu Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Sztumie1 w latach 1950-1953, jakie były przyczyny i konsekwencje tego stanu rzeczy, a także w jaki sposób ta sytuacja wpływała na bieżącą pracę sztumskiego urzędu oraz jakie czynniki utrudniały jego bieżącą pracę. PROBLEM Z KADRAMI... Analiza dostępnych źródeł wskazuje, że jednym z podstawowych problemów utrudniających bieżące funkcjonowanie PUBP w Sztumie od początku 1950 r. była fluktuacja kadr. Szef PUBP w Sztumie - ppor Andrzej Głuchowski2 w styczniu 1950 r. uskarżał się swoim zwierzchnikom na to, że zabierają oni „bardziej wyrobiony” personel do WUBP w Gdańsku bez uzgodnienia tego z kierownictwem urzędu. Pracownicy dostarczani na ich miejsce nie byli przeszkoleni „choćby w minimalnym stopniu”, co miało przyczyniać się do „zawalania zaplanowanej pracy”3 i niemożności wykonania planu narzuconego przez WUBP. „UCZENIE I UŚWIADAMIANIE” NOWYCH PRACOWNIKÓW OPERACYJNYCH Kolejną przyczyną utrudniającą pracę „towarzyszom ze Sztumu” był brak Oficera Śledczego - co miało hamować przebieg niektórych spraw „podlegających realizacji”4. Podsumowując — w styczniu 1950 r. sytuacja „po linii” kadr nie była idealna i nic nie wskazywało na to, żeby miała ona ulec poprawie w najbliższej przyszłości. Wydział Kadr WUBP w Gdańsku dostarczył w styczniu 1950 r. do Sztumu ośmiu nowych pracowników operacyjnych, których trzeba było „uczyć i uświadamiać”. 1 Bezpieka w powiecie sztumskim była organizowana dopiero w lipcu 1945 r. Pierwszym kierownikiem urzędu został ppor. Wacław Złotogórski, który otrzymał nominację na to stanowisko 17 lipca 1945 r. Jego zastępcą został ppor. Zygmunt Ratajczak. Siedziba sztumskiego urzędu mieściła się przy ul. Bydgoskiej 7 (obecnie Nowowiejskiego 17). Por. D. Czerwiński, Pierwsza dekada. Aparat bezpieczeństwa w województwie gdańskim w latach 1945-1956, Gdańsk 2 016, s. 87-88. 2 Ppor. Andrzej Gołuchowski objął stanowisko Szefa WUBP w Sztumie 15 kwietnia 1949 r. Sprawował je do 25 maja 1950 r., kiedy zginął, jak oficjalnie później podawano, „w trakcie walki z bandą”. Zob. D. Czerwiński, op. cit., s. 88; Aparat bezpieczeństwa w Polsce. Kadra kierownicza. Tom I 1944-1956, redakcja naukowa Krzysztof Szwagrzyk, Warszawa 2005, s. 163. 3 Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku (dalej cyt: AIPN Gd), sygn. 00/46/184/2, Sprawozdanie miesięczne z pracy PUBP Sztum za miesiąc styczeń 1950 r., Sztum, dnia 28 I 1950 r., k. 6. 4 Ibidem. 60 Sztumskiej bezpieki portret własny (1950-1953) GDZIE JEST TECZKA? Poza wymienionymi problemami natury obiektywnej, trudnością, na którą napotykało Szefostwo PUBP w Sztumie w swej pracy, a która poważnie obniżała jej efektywność, były problemy z przekazywaniem agentury. Wydział II WUBP w Gdańsku pismem z 10 maja 1949 r. polecił kierownictwu PUBP w Sztumie nawiązać kontakt z informatorem, który miał przebywać na terenie powiatu. 25 maja 1949 r. PUBP Sztum zameldowało o nawiązaniu kontaktu z w/w informatorem, ale do stycznia 1950 r. nie otrzymano z Gdańska jego teczki personalnej, co miało „sprawiać trudności” w pracy z tym informatorem. DUŻA LICZBA „PRACOWNIKÓW OPERATYWNYCH” BEZ ŻADNEGO PRZESZKOLENIA... Brak ludzi na zapełnienie etatów, duża liczba „pracowników operatywnych” bez żadnego przeszkolenia, którzy nie są w stanie realizować w należyty sposób swoich obowiązków - te „słabości” miały towarzyszyć funkcjonowaniu PUBP w Sztumie przez cały okres będący przedmiotem analizy niniejszego opracowania. „Praca” funkcjonariuszy sztumskiego bezpieczeństwa w I kwartale 1950 r. „kulała” również dlatego, że mimo interwencji miejscowych powiatowych władz partyjnych istniały duże trudności z „usuwaniem i ustawianiem na stanowiska w PGR-ach”. PIJAŃSTWO, ZANIEDBYWANIE SIĘ W OBOWIĄZKACH SŁUŻBOWYCH... W celu poprawy dyscypliny partyjnej oraz poziomu pracy operacyjnej szefostwo PUBP cyklicznie urządzało odprawy dla pracowników „operatywnych” oraz zebrania partyjne. Czy rzeczywiście przyczyniały się one do poprawy moralnego poziomu kadr i wydajności pracy? Mimo cyklicznego urządzania odpraw w dalszym ciągu kierownictwo Urzędu „mierzyło się” z pijaństwem wśród pracowników aparatu - zarówno młodszych5, jak i starszych referentów6, zaniedbywaniem przez nich swoich obowiązków służbowych7, opusz- 5 W sierpniu 1950 r. szef PUBP informował gdańskich zwierzchników, że „W okresie sprawozdawczym zdarzył się jeden wypadek pijaństwa ze strony nowego pracownika przybyłego ze szkoły, tow. Olejnika Mł. Ref. I-szego Ref. za co został ukarany po linii partyjnej przez okres jednego roku być kandydatem do partii, a w razie powtórzenia się podobnego zostanie usunięty z Partii . Por. AIPN Gd, sygn. 00/46/184/2, Sprawozdanie miesięczne z pracy PUBP Sztum za miesiąc lipiec 1950 r., Sztum, dnia 2 VIII 1950 r., k. 61. 6 W czerwcu 1950 r. kierownictwo sztumskiego PUBP po raz kolejny informowało Gdańsk o alkoholowej przypadłości jednego ze swych referentów: „W okresie sprawozdawczym nie notowano żadnych wykroczeń ze strony pracowników tut. Urzędu, za wyjątkiem jeden wypadek pijaństwa przez ref. I-go ref. Holowińskiego Władysława, za co został mocno skrytykowany na zebraniu partyjnym, gdzie przyrzekł poprawy (sic!)”. Por. AIPN Gd, sygn. 00/46/184/2, Sprawozdanie miesięczne z pracy PUBP Sztum za miesiąc czerwiec 1950 r., Sztum, dnia 28 czerwca 1950 r., k. 50. 7 W lipcu 1950 r. szef PUBP Sztum wystąpił z wnioskiem do Szefa WUBP o ukaranie referenta Bancerza za „zaniedbywanie się w się w obowiązkach służbowych”. Miał on samowolnie wyjeżdżać poza teren powiatu sztumskiego, systematycznie spóźniał się do pracy, lekceważył polecenia służbowe kierownictwa. W związku z tym, że Bancerz popełniał wcześniej podobne przewinienia w okresie swojej pracy na terenie PUBP w Elblągu, szefostwo PUBP w Sztumie wystąpiło z wnioskiem o zniżenie mu stopnia z referenta na młodszego referenta i przeniesienie go na inny teren. Por. AIPN Gd, sygn. 00/46/184/2, Sprawozdanie miesięczne z pracy PUBP Sztum za miesiąc lipiec 1950 r., Sztum, dnia 2 VIII 1950 r„ k. 61. Marcin Śląski 61 czaniem się funkcjonariuszy w pracy zawodowej8. Mimo tego, że szef PUBP w Sztumie miał świadomość występowania tych wszystkich negatywnych zjawisk, nie przeszkadzało mu to w wykazywaniu „urzędowego” optymizmu, że zarówno poziom pracy operatywnej pracowników, jak również ich „moralne prowadzenie się poza Urzędem” ulegnie poprawie. W czerwcu 1950 r. Szef PUBP stwierdzał: „Uważam, że przez częste odprawy z pracownikami operatywnymi i poprzez dobre i zdrowe zebrania partyjne uda się podnieść poziom pracowników, jak po linii zawodowej, tak i moralnej”. Trzy miesiące później ton jego wypowiedzi był jeszcze bardziej optymistyczny: „W aparacie widać znaczną poprawę jak w prowadzenie się w życiu prywatnym naszych pracowników, tak i w pracy zawodowej. Widać ze strony pracowników większe zainteresowanie się w pracy zawodowej uwidacznia się w tym, że ludzie już nie opuszczają Urząd o 16-17 jak to miało kiedyś miejsce, lecz z własnej chęci pracują do puźna (sic!) wieczora, co też odciąga ich od pijaństwa”. SŁABE ZABEZPIECZENIE BUDYNKU URZĘDU ... Kolejnym czynnikiem wpływającym na stosunkowo niską jakość pracy operacyjnej PUBP w Sztumie w badanym okresie było niedostateczne zabezpieczenie budynku urzędu z zewnątrz, co miało znacząco utrudniać działalność PUBP. W czerwcu 1951 r. kpt. Michał Szachterski9 — ówczesny szef Urzędu, informował centralę, że jednym z głównych niedociągnięć w pracy urzędu jest jego słabe zabezpieczenie — chroniło go tylko dwóch wartowników. Pomimo kilkukrotnego zwracania się do Kwatermistrzostwa WUBP w Gdańsku o postawienie parkanu, władze zwierzchnie nie uczyniły nic w tej sprawie. W związku z tą sytuacją Szachterski w sprawozdaniu do Szefa WUBP Gdańsk z 4 czerwca 1951 r. stwierdzał jednoznacznie: „Przy takim stanie rzeczy w razie jakiegoś wypadku nie biorę na siebie odpowiedzialności”. PROSZĘ OB. SZEFA O WNIKNIĘCIE W TĄ SPRAWĘ... Dalszym istotnym elementem, który miał według Szachterskiego utrudniać sprawną pracę funkcjonariuszy PUBP w Sztumie, były problemy z zachowaniem tajemnicy służbowej wynikające z braku w nowym gmachu urzędu wewnętrznej centrali telefonicznej. Dłu- ’ W lipcu 1950 r. mł. referent Zbigniew Pinkowski trzydniowym aresztem domowym za „opuszczenie się w pracy zawodowej”. Ostatecznie jako młodszy referent Referatu IV-ego PUBP w Sztumie został on wydalony dyscyplinarnie z aparatu bezpieczeństwa. Por. https://katalog.bip.ipn.gov.pl/informacje/133286 ’ Michał Szachterski (znany również jako Mechel Schachter) urodził się 15 marca 1909 r. w Krakowie. Do aparatu BP wstąpił 1 kwietnia 1945 r. w PUBP w Sopocie, gdzie pełnił funkcję starszego referenta. Od 1 października 1947 r. pełnił tę samą funkcję w Placówce PUBP Sopot w Gdańsku-Oliwie. Od 1 marca 1948 r. pełnił funkcję kierownika Sekcji I PUBP w Sopocie. Od 15 czerwca 1949 r. pełnił funkcję zastępcy Szefa PUBP w Elblągu. Od 1 czerwca 1950 r. był zastępcą Szefa PUBP w Sztumie, a od 1 stycznia 1951 r. pełnił funkcję Szefa tego Urzędu. 1 czerwca 1954 r. przeszedł do dyspozycji Szefa WUBP w Gdańsku, a z dniem 1 lipca 1954 r. objął fimkcję kierownika Sekcji V Wydziału IV WUBP w Gdańsku. Od 1 września 1954 r. Szachterski pełnił funkcję kierownika Sekcji I Inspektoratu Wiejskiego WUBP Gdańsk. Z dniem 1 kwietnia 1955 r. został kierownikiem Sekcji V Wydziału IV WUdsBP w Gdańsku. Od 1 kwietnia 1956 r. pełnił funkcję Starszego Oficera Operacyjnego w Sekcji V Wydziału IV WUdsBP w Gdańsku. „Karierę” w aparacie BP zakończył na funkcji kierownika Sekcji III Wydziału „W” w KW MO w Gdańsku (sprawował ją w okresie od 1 stycznia 1957 r. do 15 czerwca 1962 r.) Zob. https://katalog.bip.ipn.gov.pl/informacje/86516 62 Sztumskiej bezpieki portret własny (1950-1953) gie, ponad półroczne starania Szefa PUBP Sztum w Wydziale Łącznos'ci WUBP Gdańsk o instalację tej centrali nie dały żadnego rezultatu10. W efekcie tego Szachterski w czerwcu 1951 r. prosił „Ob. Szefa o wniknięcie w tą sprawę”. SILNIE ODCZUWAJĄ GŁÓD MIESZKAŃ... Analiza dostępnych źródeł pozwala na wyciągnięcie wniosku, że ważnym powodem złej sytuacji kadrowej urzędu oraz mało wydajnej pracy jego funkcjonariuszy w badanym okresie była fatalna sytuacja mieszkaniowa. W sierpniu 1951 r. szef PUBP alarmował WUBP w Gdańsku o tym, że mieszkania uprzednio przyznane PUBP i jednostkom mu podległym „zostały nam odebrane” i w związku z tym funkcjonariusze miejscowego aparatu BP, ale również miejscowi milicjanci, a także pracownicy więziennictwa „silnie odczuwają głód mieszkań”. Według niego poważnym utrudnieniem w pracy służbowej miał być fakt, iż w związku ze zwiększeniem się liczby pracowników aparatu BP i MO w Sztumie, „są funkcjonariusze którzy ze względu na brak pomieszczenia zamieszkują w Malborku i do pracy muszą codziennie dojeżdżać [...]”. CHRONICZNY NIEDOSTATEK WARTOWNIKÓW... Kolejnym czynnikiem utrudniającym „postawienie pracy operacyjnej na wyższy poziom” miała być - zdaniem szefa PUBP - niewystarczająca liczba wartowników pilnujących urzędu - w lipcu 1951 r. faktyczna obsada wartowników liczyła tylko 2 osoby11. D. Czerwiński zauważa, iż tak mała liczba wartowników wynikała z tego, że lokalny urząd bezpieczeństwa w Sztumie dzielił budynek z KP MO, która odpowiadała za ochronę całego obiektu. KIEPSKA WSPÓŁPRACA SZTUMSKIEJ UBECJI Z MILICJĄ Elementem, który miał w dużym stopniu wpływać na niski poziom pracy sztumskiej bezpieki jesienią 1951 r., była również - zdaniem Szachterskiego - niedostateczna współpraca z Komendą Powiatową MO. Argumentował on, że sprawy przekazane przez Urząd Bezpieczeństwa do KPMO nie są wykonywane w terminie i „leżą u nich bezczynnie” a „wszelkie nasze interwencje nie dają żadnego rezultatu”. Szef PUBP w Sztumie widział rozwiązanie tego w zwołaniu w październiku 1951 r. wspólnej odprawy PUBP i KPMO, podczas której miano omówić wszelkie niedociągnięcia. 10 Szachterski konieczność instalacji wewnętrznej centrali telefonicznej w nowym gmachu PUBP motywował m. in. tym, że poczta sztumska nie posiadała automatycznej centrali lecz ręczną, i jego każda wewnętrzna rozmowa mogła być podsłuchiwana przez centralę miejską, a to groziło naruszeniem tajemnicy służbowej. Por. Ibidem. 11 „Stan wartowników, którzy faktycznie pełnią swoje obowiązki wynosi 2 wartowników, gdyż jednego z ostatnio przysłanych, to zaledwie kilka razy widziano w Urzędzie, ponieważ przez cały czas przebywa w Gdańsku, gdzie kontynuuje leczenie się a do tut. Urzędu, przysyła tylko zaświadczenia lekarskie o niezdolności do pełnienia służby, drugi znajduje się na urlopie”. Zob. Ibidem. Marcin Śląski 63 KIEPSKI KONTAKT KIEROWNICTWA SZTUMSKIEJ BEZPIEKI Z WYDZIAŁEM PERSONALNYM WOJEWÓDZKIEGO URZĘDU BEZPIECZEŃSTWA PUBLICZNEGO (WUBP) W GDAŃSKU Kiedy wymienia się powody składające się na słabą pracę i niezadowalający poziom kadrowy aparatu PUBP w Sztumie w latach 1950-1953, nie sposób pominąć faktu, że Szefostwo PUBP - szczególnie ppor. M. Szachterski - w dużym stopniu winą za istniejący stan rzeczy obarczało Wydział Personalny WUBP w Gdańsku. W sierpniu 1950 r. Szachterski wskazywał na brak zainteresowania Wydziału Personalnego WUBP w Gdańsku problemem „wychowania kadr”. Szef PUBP „żalił się” wówczas w raporcie do Szefa WUBP w Gdańsku, że od czasu jego przybycia do Sztumu „nikt z Wydziału Personalnego się nie pokazał”. Rozwiązaniem tego problemu miał być zgłaszany przez szefa PUBP postulat cyklicznego pojawiania się referenta personalnego obsługującego powiat sztumski na zebraniach partyjnych POP przy PUBP i KPMO, a także „pozostawanie przez niego w ścisłym kontakcie” z sekretarzem POP i kierownictwem Urzędu. Zdaniem Szachterskiego mogło to w jakiś sposób uzdrowić tę niepożądaną sytuację. CORAZ MNIEJ KADRY... We wrześniu 1950 r. kierownictwo PUBP w Sztumie wskazywało na następne elementy osłabiające efektywność i wydajność w pracy sztumskiego urzędu bezpieczeństwa - tj. ciągłe zmniejszanie się stanu ilościowego kadry w związku z faktem, że część pracowników podjęła naukę w wojewódzkiej i centralnej szkole resortowej oraz przeniesienie dwóch pracowników operatywnych do innych powiatów, czemu nie towarzyszyło przysłanie żadnych nowych. W efekcie niewielki etat, jakim dysponował wówczas PUBP w Sztumie, był obsadzony tylko w 66 %. Efekty tej sytuacji według słów szefa PUBP miały mieć naprawdę katastrofalne skutki w zakresie wydajności i jakości pracy Urzędu: „przy takim stanie nie będziemy mogli obsłużyć posiadanej sieci agencyjnej, jak również realizować naszej pracy”. „WYDATNA” POMOC POP [PODSTAWOWEJ ORGANIZACJI PARTYJNEJ] ZAPEWNIA „MORALNE PROWADZENIE SIĘ PRACOWNIKÓW OD ZEWNĄTRZ W ŻYCIU PRYWATNYM”... W listopadzie 1950 r. sytuacja w tym zakresie uległa częściowej poprawie. Obsada personalna pracowników operacyjnych urzędu została zwiększona do szesnastu, w rezultacie czego etat został wypełniony do poziomu 70 %. Utrzymanie dyscypliny pracy funkcjonariuszy i „dobre, moralne prowadzenie się pracowników od zewnątrz w życiu prywatnym’ stało się możliwe dzięki zacieśnieniu współpracy kierownictwa urzędu z POP (Podstawowej Organizacji Partyjnej - przyp. aut.) przy „tutejszym urzędzie” i zebraniom partyjnym, które miały odbywać się dwa razy w miesiącu. 64 Sztumskiej bezpieki portret własny (1950-1953) JAK „USTAWIAĆ” I „WYCHOWYWAĆ” KADRY? Analiza dostępnych źródeł pozwala na stwierdzenie, że w grudniu 1950 r. po raz kolejny pojawił się sygnalizowany już uprzednio przez szefa PUBP problem niewłaściwego podejścia Wydziału Personalnego WUBP w Gdańsku do „ustawienia i wychowania” kadr sztumskiego urzędu. Miało to mieć zdaniem kierownictwa decydujący wpływ na stałe obniżanie się poziomu zawodowego i moralnego kadr, którymi UB dysponowało w powiecie sztumskim. To niewłaściwe podejście Wydziału Personalnego WUBP miało zdaniem szefostwa PUBP ze Sztumu „utrudniać w pracy” i nie być „bodźcem w zachęcaniu ludzi do wydatniejszej pracy”. Jakie konkretne zarzuty wysuwał Szachterski wobec Wydziału Personalnego WUBP? Po pierwsze - jego zdaniem - „niesłuszna” polityka Wydziału Personalnego miała doprowadzić do „wielkiego niezadowolenia wśród pracowników”. Wskazywał on, że Wydział Personalny „zna ludzi tylko z akt, a nie zna ich z pracy, jak i ze strony ich poziomu politycznego”, bo za mało „bywa w terenie” i nie zna ludzi „od strony pracy operacyjnej”. Efektem takiego podejścia zwierzchników miała być m. in. niewłaściwa polityka awansowania pracowników na wyższe stopnie oficerskie, utrudnianie przez Wydział Personalny szefowi PUBP wysuwania ludzi na wyższe stanowiska, co miało zdaniem Szachterskiego w wielu wypadkach prowadzić do popadania podległych mu pracowników w pijaństwo, a Wydział Personalny „nie reagował i nie był mi pomocny w wyciąganiu człowieka z bagna”. WSZYSTKO NA GŁOWIE SZEFA PUBP... Jeszcze we wrześniu 1952 r. uboga obsada kadrowa oraz opieranie całej pracy operacyjnej na szefie PUBP i dwóch pracownikach powiatowych były jedną z przyczyn słabego poziomu pracy miejscowego Urzędu na skutek czego - według Szefa PUBP - „praca nasza nie daje tych wyników, jakie przy lepszej obsadzie moglibyśmy uzyskać”. Dodatkowo - wydłużenie procedury uzyskiwania wywiadów wysyłanych do innych powiatów na kandydatów do werbunku przyczyniało się do tego, że skąpa obsada kadrowa urzędu często nie była w stanie wywiązać się z planów narzucanych im przez WUBP w Gdańsku. CIĘŻKO SKUTECZNIE PROWADZIĆ WALKĘ Z „WROGIEM KLASOWYM” BEZ „ODDANYCH SPRAWIE” PRACOWNIKÓW Elementem ograniczającym wydajność pracy operacyjnej Urzędu widocznym w całym badanym okresie, który również negatywnie wpływał na morale pracowników i ich zaangażowanie w pracę, był brak obsadzenia referatów operacyjnych według przewidywanego planu. We wrześniu 1950 r. Szef PUBP obawiał się, że odesłanie czterech pracowników „na szkołę wojewódzką” doprowadzi do sparaliżowania pracy urzędu i wówczas „z pozostałym aparatem będzie ciężko skutecznie prowadzić walkę z wrogiem klasowym”. Analiza dostępnych źródeł pozwala na stwierdzenie, że w październiku 1950 r. sytuacja kadrowa Urzędu uległa częściowej poprawie. Począwszy od 2 października 1950 r. Wydział Personalny WUBP zaczął uzupełniać brakujące etaty, w wyniku czego do Sztumu przybyło Marcin Śląski 65 4 nowych wartowników i 4 młodszych referentów. Nie przyniosło to jednak oczekiwanego przez kierownictwo przełomu w pracy operacyjnej, ponieważ zgodnie ze wskazaniami Wydziału Personalnego WUBP, „młodszych referentów nie wolno było dopuszczać do żadnej pracy operacyjnej, z powodu, że mają odejść na szkołę”. Stanowiło dla kierownictwa PUBP w Sztumie źródło dodatkowych komplikacji i kłopotów12. Dodatkowo cały czas jakość pracy kadr sztumskiego PUBP oraz ich poziom moralny był narażony na różne „tąpnięcia”, co nie mogło ujść uwadze zwierzchników13. MARZEC 1951 R. - PRACA BEZ 13-TU PRACOWNIKÓW OPERATYWNYCH, MASZYNISTKI I SEKRETARKI... Problem szczuplej obsady etatowej jako elementu utrudniającego pracę urzędu został po raz kolejny poruszony w marcu 1951 roku. M. Szachterski „alarmował” wówczas WUBP Gdańsk o tym, że w lutym 1951 r. ilość pracowników operatywnych urzędu zmniejszyła się aż o 13 osób. Bieżące funkcjonowanie miał również utrudniać brak maszynistki i sekretarki. Oczywiście nie obyło się bez utyskiwań na stan zabezpieczenia obiektu: „Ochrona składa się z trzech wartowników i taki stan rzeczy nie daje gwarancji zabezpieczenia gmachu Urzędu przed jakimkolwiek zamiarem ze strony wrogów obecnej rzeczywistości”. Mimo wysuwanych próśb pod adresem szefa WUBP o „wniknięcie w nasze położenie i udzielenie nam pomocy” sytuacja w tej dziedzinie nie uległa jakimś radykalnym zmianom na lepsze. PRACOWNIK JEST ZMUSZONY ZIMĄ I LATEM „ZAPYCHAĆ NA ROWERZE KILKASET KILOMETRÓW” Bardzo istotnym elementem utrudniającym normalne funkcjonowanie PUBP w Sztumie był brak środków transportu. Już w listopadzie 1950 r. szef PUBP Sztum informował, że brak środków lokomocji jest jednym z powodów trudności w pracy Urzędu14. Po raz kolejny ta kwestia została poruszona w okresie „reorganizacji”15 aparatu bezpieczeństwa 12 W sprawozdaniu za październik 1950 r. Szef PUBP w Sztumie stwierdzał: „W związku z powyższym nasuwa się pytanie, do jakiej pracy mam ich używać i po co zostają tacy ludzie skierowani do powiatu, czy tylko dlatego żebym ja miał zmartwienie, gdzie ich ulokować na mieszkanie”. Ibidem. 13 W październiku 1950 r. młodszy referent Referatu I-go Edward Olejniczak strzelał z pistoletu na zabawie, został oskarżony o próbę gwałtu i pijaństwo. Ostatecznie jego sprawa została skierowana do Wydziału ds Funkcjonariuszy w WUBP Gdańsk. Por. Ibidem. 14 „Brak lokomocji, gdyż samochód nasz został oddany do warsztatów celem przeprowadzenia kapitalnego remontu” jest jedną z „trudności jakie otrzymujemy w naszej pracy” — stwierdzano w raporcie z 2 listopada 1950 r. Ibidem. 15 Reorganizacja struktury aparatu bezpieczeństwa przeprowadzona w 1952 r. polegała m. in. na tym, że na poziomie powiatu referaty operacyjne zostały zlikwidowane, a w ich miejsce zostali powołani referenci powiatowi i terenowi. Dzięki tym zmianom aparat bezpieczeństwa miał przede wszystkim działać bardziej efektywnie, ponieważ poszczególni funkcjonariusze odpowiadali za pracę na ściśle określonym terenie, zazwyczaj zgodnie z podziałem na gminy. Por. J. Bednarek, Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Kępnie (1945-1954). Wybrane problemy, s. 54 [dostęp:04.09.2021]https:// depot.ceon.pl/bitstream/handle/123456789/15693/Jerzy_Bednarek_-Powiatowy_Urzad.pdfi'sequence=l&isAllowed=y; Reorganizacja struktury powiatowej resortu bezpieczeństwa była omawiana podczas odprawy dyrektorów departamentów MBP 15 listopada 1951 r. Według płk. Józefa Czaplickiego dyrektora Departamentu III MBP - celem projektowanych zmian było: „uoperatywnienie powiatowych urzędów i zbliżenie ich do terenu” (Notatka z odprawy dyrektorów departamentów MBP w sprawie reorganizacji struktury PUBP w dniu 15 listopada 1951 r. [w:] Aparat bezpieczeństwa w Polsce 66 Sztumskiej bezpieki portret własny (1950-1953) w kwietniu 1952 roku16. Zgodnie z nowymi zasadami jeden pracownik jako referent terenowy „miał obsłużyć trzy gminy”, co w sytuacji braku środków lokomocji czyniło to zadanie niewykonalnym. Szef PUBP - por. M. Szachterski, w maju 1952 r. „żalił się” zwierzchnikom, że przy ustalaniu zasad reorganizacji aparatu bezpieczeństwa w powiecie sztumskim władze zwierzchnie nie zwróciły uwagi na fakt, że na terenie powiatu nie ma prawie żadnej komunikacji „prócz raz dziennie autobus” i pracownik jest zmuszony zimą i latem „zapychać na rowerze kilkaset kilometrów, gdyż powiat nasz w całości liczy ponad 60 000 ha”. W ocenie szefa PUBP w Sztumie „szczupłość” etatu przyznanego dla PUBP Sztum w 1952 r. stawiała pod znakiem zapytania możliwość „ulepszenia pracy” i „zbliżania się” do wszystkich stawianych przed nami zagadnień. JAK ZNALEŹĆ „DOBREGO” PRACOWNIKA? W grudniu 1951 r. szef PUBP wskazywał na następny element, który ograniczał jego zdaniem wydajność i efektywność pracy sztumskiej bezpieki - tj. przewlekłość procedur związanych z przyjmowaniem do pracy nowych pracowników przez Wydział Personalny WUBP „Załatwianie” przez wspomnianą komórkę WUBP kandydatów do pracy miało odbywać się w „żółwim” tempie i trwać często kilka miesięcy, w trakcie których dany kandydat znajdował sobie zatrudnienie gdzie indziej. Miało to jego zdaniem skutecznie zniechęcać potencjalnych kandydatów do pracy w organach BP. WYDATNE HAMOWANIE PRACY OPERACYJNEJ... W kwietniu 1952 r. w raporcie szefa sztumskiego bezpieczeństwa do kierownictwa WUBP w Gdańsku przedstawiono kolejny powód „hamujący pracę operacyjną” - zabranie rozkazem MBP ze Sztumu starszego referenta z kierownictwa. Obarczenie szefa PUBP -jako jednoosobowego kierownictwa - całością zadań zarówno „po linii pracy operacyjnej jak i partyjnej” miało być „bardzo obciążliwe” i wydatnie hamować pracę operacyjną. w latach 1950-1952. Taktyka, strategia i metody, wybór i oprać. A. Dudek, A. Paczkowski, Warszawa 2000, s. 124) cyt. za P. Chmielowiec, Struktura organizacyjna Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łańcucie w latach 1944-1956, s. 181, [dostęp:04.09.2021] http://polskal918-89.pl/pdf/struktura-organizacyjna-powiatowego-urzedu-bezpieczenstwa-publicznego-,5067.pdf. Gen. bryg. Roman Romkowski wiceminister MBP, który brał udział w dyskusji mówiąc o potrzebie przeprowadzenia zmian w strukturze PUBP stwierdził, że „Dotychczasowa struktura jest dalej niemożliwa do utrzymania, gdyż nie pomaga w biciu wroga. Dotychczas każdy referat i sekcja po swoich bardzo wąskich liniach i jeśli do tego dodać bardzo niski poziom naszych referatów powiatowych, to jasna jest przyczyna złego stanu pracy”. (Ibidem, s. 186). Zmiany organizacyjne, które miały doprowadzić do poprawy efektywności pracy na najniższym szczeblu aparatu bezpieczeństwa, jakim były PUBP okazały się jednak bardzo powierzchowne, ponieważ pomimo ich przeprowadzenia nie poprawiła się ani wiedza specjalistyczna ani umiejętności poszczególnych funkcjonariuszy, a metody pracy aparatu powiatowego pozostały takie same. 16 W 1952 r. obsada etatowa PUBP w Sztumie została zmniejszona do 26 stanowisk. W rozkazie szefa WUBP zatwierdzającym nowe etaty pojawił się Referat ds. Poboru, który nie był ujęty w etacie. Stan osobowy, który został wprowadzony podczas reorganizacji w 1952 r. okazał się być dość trwały. Do 1955 r. został on powiększony o trzy osoby. Dodatkowo, jeszcze w 1952 r. dodano dwa stanowiska kontraktowe. W lipcu 1953 r. został stworzony jednoosobowy referat V A” Zob. AIPN, 1572/73, Rozkaz organizacyjny nr 0117/org., 31 VII 1953 r„ k. 198-203 [w:] D. Czerwiński, op. cit., s. 88. Marcin Śląski 67 „ŹLE UKŁADA SIĘ WSPÓŁPRACA Z WYDZIAŁEM IV PUBP”... Bardzo ważnym punktem utrudniającym należyte funkcjonowanie urzędu miał być brak współpracy kierownictwa z niektórymi wydziałami operacyjnymi. W styczniu 1953 r. Szachterski informował zwierzchników na szczeblu wojewódzkim, że źle układa się współpraca z Wydziałem IV PUBP, który jego zdaniem miał być „hamulcem” w realizacji roz-pracowań. Jako przykład powoływał się na fakt, że w czerwcu 1952 r. zostały wysłane do wspomnianego wydziału cztery sprawy do przejrzenia i akceptacji „do realizacji , ale do września 1952 r. nie zostały one zwrócone. Nawet w wyniku osobistej interwencji szefa PUBP u naczelnika Wydziału IV nie osiągnięto przełomu w tej sprawie, ponieważ „począwszy do Naczelnika i kończąc na Referentach tego wydziału, nie wiedzieli, gdzie te sprawy się znajdują”17. Kolejnym przykładem lekceważącego podejścia pracowników Wydziału IV PUBP Sztum do obowiązków służbowych miało być rozpracowanie grupy budowlanej na PGR prowadzone przez kierownictwo urzędu wspólnie z pracownikami Wydziału IV--go od 1951 r. Kierownictwo urzędu realizowało tę sprawę na terenie powiatu sztumskiego i kwidzyńskiego, a Wydział IV-ty miał ją realizować na terenie sztumskiego okręgu PGR. Opieszałość Wydziału IV-go w realizacji zaleceń kierownictwa miała doprowadzić do sytuacji gdzie „tut. Urząd przedsięwzięcie operacyjne dawno już wykonał, a Wydz. IV--ty powziętych przedsięwzięć nie wykonał i sprawa ta stanęła na martwym punkcie . Szef PUBP argumentował, że interweniował w tej sprawie u zastępcy naczelnika Wydziału IV--go PUBP Sztum, który miał mu obiecać „przychylne załatwienie sprawy”, jednak skończyło się tylko na obietnicy - co szef PUBP skomentował w charakterystyczny dla siebie sposób - „dotychczas nie widać ani pomocy ani sprawy”18. ZAMIAST PRACOWAĆ OPERACYJNIE W TERENIE CAŁY MÓJ SZCZUPŁY APARAT PRZEKSZTAŁCIŁ SIĘ W SKARBIPIÓRKA... Okres kampanii wyborczej do wyborów do sejmu PRL w 1952 r. był według szefa sztumskiej bezpieki tym momentem, w którym uwidoczniły się duże braki w pracy operacyjnej i koordynacji działań pomiędzy poszczególnymi wydziałami urzędu. Szef grupy operacyjnej nadzorującej przebieg „kampanii wyborczej” na terenie powiatu miał wydzwaniać do urzędu w sprawach, które — zdaniem Szachterskiego — „już dawno były załatwione” (chodziło m. in. o dostarczenie przez bezpiekę charakterystyk poszczególnych osób zasiadających w komisjach Frontu Narodowego na terenie powiatu). Takie sytuacje miały 17 W dalszej części sprawozdania za grudzień 1952 r. czytamy: „Zmuszony byłem osobiście przeszukać wszystkie szafy i przerzucać i przeszukać wszystkie posiadane przez nich sprawy, i między innymi spargałkami (sic!) znalazłem u Kierownika Sekcji z nich (sic!) spraw, 2-e sprawy, które w ogóle nie były przez nikogo przejrzane i dotknięte, a pozostałe dwie sprawy dopiero pod wielkim naporem po tygodniu czasu przeprowadziłem podobną kontrol (rewizję) u Z-cy Naczelnika Wydziału IV-go, gdzie również między rupieciami znalazłem pozostałe 2 sprawy. AIPN Gd, sygn. 00/46/184/3_t.2, Sprawozdanie miesięczne z pracy operacyjnej PUBP w Sztumie za m-c grudzień 52 r., Sztum, dnia 2 stycznia 53 r., k. 167. 18 Przeciwieństwem „opieszałego” i niechętnego do współpracy Wydziału IV-go w w grudniu 1952 r. miał być według szefa PUBP w Sztumie Wydział V - od którego Szachterski miał w tym czasie uzyskać konkretną pomoc w sprawach realizowanych „po linii autochtonicznej”. Według jego twierdzeń „z tego Wydziału na okres 2 dni miałem do pomocy 3-ch ludzi, którzy nie ograniczali się tylko do kontroli lecz udzielali mi konkretną pomoc w pracy przesłuchanie świadków oraz pisanie wniosków do spraw poszczególnych referatów”. 68 Sztumskiej bezpieki portret własny (1950-1953) prowadzić do pogłębienia chaosu w pracy operacyjnej „gdyż zamiast pracować operacyjnie w terenie cały mój szczupły aparat przekształcił się w skarbipiórka (sic!), i całymi dniami rysujemy różne wzory do meldunków dziennych, pięciodniowych i dziesięciodniowych, zajmujemy się więcej pracą statystyczna, jak pracą operacyjną”. JAK SZYBKO ZLIKWIDOWAĆ „CZARNE PLANY”? Analiza dostępnych źródeł pozwala na stwierdzenie, że krytyczne uwagi szefa PUBP na temat katastrofalnego poziomu pracy operacyjnej pokrywały się ze zdaniem zwierzchników. 30 sierpnia 1952 r. zastępca szefa WUBP w Gdańsku mjr A. Nowak przesłał do rąk własnych szefa PUBP w Sztumie analizę sytuacji na terenie powiatu. Zawierała ona bardzo krytyczną ocenę pracy operacyjnej urzędu. Według kierownictwa WUBP według stanu na sierpień 1952 r. teren powiatu miał być rozpracowany tylko w 75 %. Na 50 gromad w powiecie sztumskim, w 12 w ogóle nie było agentury. W 40 gromadach stan agentury nie pozwalał na „rozpracowanie wodzirejów i wrogo działającego elementu”, a w 11 gromadach, gdzie również całkowicie brakowało agentury, „ujawniony wrogo działający element” liczył 196 osób19. Kierownictwo WUBP widziało szansę poprawy istniejącej sytuacji w szybkiej likwidacji tzw. „czarnych plam”, tj. usunięcia braku sieci agencyjno-informacyjnej20 oraz poprzez werbunek agentury „w trybie przyspieszonym” - tak „aby w każdej gromadzie była sieć agencyjna”. BRAK INFORMACJI O „WODZIREJACH” I „ELEMENCIE KUŁACKIM” ... Niepokojącym zjawiskiem i poważnym błędem w pracy PUBP Sztum miała być „b. mała aktywność rozpracowania jak i ustalenie działalności elementów kułackich”. Dodatkowo stwierdzano, że referenci gminni nie posiadali aktualnych danych o wodzirejach i „elemencie kułackim” i że „tym zagadnieniem nie żyją”. Kolejna reorganizacja struktury Delegatury ds. BP w Sztumie przeprowadzona w 1955 r. doprowadziła do redukcji obsady osobowej do dziesięciu osób. Został wówczas utworzony Referat III, co według D. Czerwińskiego miało stanowić logiczną kontynuację decyzji z 1953 roku21. Powiat sztumski był licznie zamieszkany przez ludność miejscową, w związku z czym aparat bezpieczeństwa na tym terenie - niejako z automatu - stawiał sobie za cel walkę z „rewizjonizmem” jako jedną z głównych form „wrogiej” działalności na tym terenie. 19 W związku z posiadaniem „niedostatecznej ilości sieci agencyjnej” według stanu na koniec sierpnia 1952 r. „w Urzędzie nie było ani jednej sprawy agencyjnej lub agencyjno wstępnej”. Ibidem. 20 Według informacji wojewódzkich władz aparatu bezpieczeństwa największa potrzeba likwidacji „czarnych plam” istniała w gminie Dzierzgoń — Wieś w trzech gromadach: Ankamaty, Morawy i Poliksy, w gminie Gościszewo w jednej gromadzie - Grunajno, w gminie Stary Targ w trzech gromadach - Kątki, Troby i Tulice, w gminie Sztum-Wieś w trzech gromadach - Sadługi, Barlewice i Kołoząb. Por. Ibidem, k. 228. 21 Por. D. Czerwiński, op. cit., s. 88. Marcin Śląski 69 CIĘŻKO „PRACOWAĆ” BEZ „NASTAWIEŃ” Z WOJEWÓDZTWA... Przedstawione w niniejszym opracowaniu czynniki utrudniające sprawne funkcjonowanie aparatu powiatowego PUBP w Sztumie w okresie 1950-1953, które odnotowywał sztumski aparat bezpieczeństwa w swoich sprawozdaniach do WUBP w Gdańsku oraz metody jakimi starano się rozwiązywać te problemy, nie wyczerpują oczywiście wszystkich potencjalnych możliwości, które mogły istnieć w tej dziedzinie. Sam aparat bezpieczeństwa szczebla powiatowego też nie był zawsze do końca pewny, w jaki sposób rozwiązywać problemy kadrowe i dyscyplinarne oraz te, które „uniemożliwiały postawienie pracy operatywnej na wyższy poziom”, i oczekiwał również w tej dziedzinie „nastawień” i pomocy ze szczebla wojewódzkiego. Fakt zwracania się o taką pomoc do wojewódzkich władz aparatu bezpieczeństwa znajduje potwierdzenie w dostępnej bazie źródłowej. BIBLIOGRAFIA I ŹRÓDŁA ARCHIWALNE Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku Sprawozdania miesięczne PUBP w Sztumie za lata 1950-1951, 1952. 1953,1954-1956. II. MATERIAŁY ŹRÓDŁOWE PUBLIKOWANE Aparat bezpieczeństwa w latach 1950-1952. Taktyka, strategia, metody, wybór i oprać. A. Dudek, A. Paczkowski, Warszawa 2000. III. OPRACOWANIA Aparat bezpieczeństwa w Polsce. Kadra kierownicza. Tom 11944-1956, red. K. Szwagrzyk, Warszawa 2005, Bednarek]., Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Kępnie (1945-1954). Wybrane />ro/>^,https://depot.ceon.pl/bitstream/handle/123456789/15693/Jerzy_ Bednarek_-_Powiatowy_Urzad.pdf?sequence= 1 &isAllowed=y; Chmielowiec P, Struktura organizacyjna Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łańcucie w latach 1944-1956, http://polskal918-89.pl/pdf/struktura-organizacyjna-powiatowego-urzedu-bezpieczenstwa-publicznego-,5067.pdf. Czerwiński D., Pierwsza dekada. Aparat bezpieczeństwa w województwie gdańskim w latach 1945-1956, Gdańsk 2 016, Biogram Michała Szachterskiego: https://katalog.bip.ipn.gov.pl/ informacje/86516 Biogram Zbigniewa Pinkowskiego: https://katalog.bip.ipn.gov.pl/ informacje/133286 70 Historie nie tylko malborskie (4) Ryszard Rząd HISTORIE NIE TYLKO MALBORSKIE (4) ZAPOMNIANE BORÓWKI Ostatni raz do Borówek powrócił pod koniec wojny, by zabrać żonę, kochankę oraz dzieci i razem z nimi uciec na Zachód. Ukrył najcenniejsze zbiory gąsieniczników w specjalnych metalowych pojemnikach i zakopał na terenie majątku. Pod koniec XVII w., za panowania króla Augusta Mocnego, z Marchii Brandenburskiej na ziemie polskie przeprowadziła się rodzina Tepper. Pół wieku później jeden z jej członków z braku męskiego potomka zaadoptował Szkota o nazwisku Ferguson. W 1790 r. jego syn, Piotr (1732-1794), jeden z najbogatszych bankierów końca XVIII w., kupił polski in-dygenat (szlachectwo) dla obcokrajowców. W połowie XIX stulecia von Tepper-Fergusono-wie nabyli dobra Trzeboń w ówczesnym powiecie złotowskim. Stały się one ich fideikomi-sem, czyli majątkiem ziemskim rządzącym się swoimi prawami dotyczącymi dziedziczenia Ryszard Rząd 71 i posiadającym swój własny statut, zapobiegający rozdrobnieniu. Umożliwiło to w 1861 r. Heinrichowi Sigmundowi von Tepper-Fergusonowi (1796-1867) uzyskanie od króla pruskiego pozwolenia na używanie nazwiska Tepper von Trzeboń-Ferguson. Około 1867 r. najstarszy syn Heinricha, Adolf Heinrich Theodor (1835-1903) nabył nowo założony majątek Borówki koło Sępólna Krajeńskiego. Powstał on prawdopodobnie przez podział dóbr należących do jego szwagra Georga Kunowskiego, właściciela pobliskiego Przepałkowa. W 1866 r. Adolf ożenił się z mającą żydowskie pochodzenie Valerią Johan-ną Herminą Schlesinger (1848-1914). Ze związku tego urodziła się córka Margareta Luisa (1868-1945). Uzdolniona plastycznie, ukończyła szkołę artystyczną w Paryżu. W 1889 r. wyszła za mąż za lekarza wojskowego Hermanna Heinricha, z którym miała dwoje dzieci, Charlottę i Gerda. Gdy Charlotta miała 18 lat zakochała się w studencie prawa z Rygi o imieniu Ernest. Para zaręczyła się, jednak narzeczony nagle zachorował na tyfus. Pomimo zakazu ojca Charlotta odwiedziła ukochanego w szpitalu, co spowodowało, że zaraziła się tyfusem i zmarła około 1908-10 r. Śmierć ta, niestety, wywołała konflikt pomiędzy rodzicami i rozpad małżeństwa. Heinrich obwiniał Margarete o to, że nie dopilnowała należycie córki, by ta nie kontaktowała się z chorym wybrankiem serca. Nigdy nie wybaczył tego małżonce, opuścił ją i wyjechał do Berlina. Ona zaś pozostała w Borówkach, zajęła się prowadzeniem majątku i wychowaniem syna. Większość czasu spędzała jednak w swojej pracowni malarsko-rzeźbiarskiej. Codziennie też odwiedzała zaprojektowany przez siebie grób córki na nowo założonym cmentarzu rodowym. Była to płyta nagrobna z wyrytym symbolem złączonych rąk i stylizowana, kamienna stela ozdobiona cytatem z wiersza Wandrers Nachtlied (Nocna pieśń wędrowca) Johanna Wolfganga Goethego. Zgodnie z wolą i projektem Margarete otoczenie mogiły przekształ- Hipotetyczny wygląd cmentarza rodowego 72 Historie nie tylko malborskie (4) cono w rodzaj mauzoleum, umieszczając ją na niskim i szerokim kopcu kamienno-ziem-nym o s'rednicy ok. 15 m. Jego centrum zdobiła wykonana przez Margarete kopia antycznej rzeźby Nike z Samotraki w formie betonowego odlewu, ustawiona na masywnym postumencie z napisem Sieg, Wahrheit, Gute, Liebe, Schonheit (Zwycięstwo, Prawda, Dobroć, Miłość, Piękno). Tuż obok znajdował się drugi grobowiec, w którym pochowano wspomnianą wyżej Valerię de domo Schlesinger. Po I wojnie światowej nieopodal tego założenia Margarete stworzyła symboliczny cmentarz wojenny w formie niewielkiego kopca, na którym kazała umieścić tablicę swojego autorstwa z nazwiskami 7 żołnierzy - pracowników majątku poległych na frontach I wojny światowej i napisem gefallen 1914-1918 im Heldentode wohlhireinebessere Heimat. Po rozstaniu rodziców i wyjeździe ojca, formalnym właścicielem liczących 1344 ha Borówek został ich nieletni syn Gerd (1896-1984). Matka zapewniła mu korepetytora, który m.in. nauczył go biegle władać językiem polskim i łaciną. W 1914 r. ukończył Askanische Gymnasium w Berlinie. Początkowo, tak jak ojciec chciał zostać lekarzem, ostatecznie wybrał jednak biologię owadów. Zgodnie z sugestią Museum fur Naturkunde w Berlinie rozpoczął badania nad pasożytniczymi osami z mało wówczas znanej rodziny gąsieniczniko-watych (Ichneumonidae), których samice umieszczają jaja wewnątrz ciał swoich ofiar. Jego badania przerwała jednak I wojna światowa, w której walczył najpierw jako kawalerzysta, później jako pilot. Plan cmentarza Ryszard Rząd 73 Po wojnie wrócił do rodzinnych Borówek i poślubił Annaliese Machatchek z Bydgoszczy, która niebawem urodziła córkę. Nie porzucił jednak swojej pasji. W 1927 r. odbył wyprawę w góry Elbrus w północnej Persji. W 1930 na zlecenie muzeów zoologicznych w Nowym Jorku i Berlinie wziął udział w ekspedycji na wyspę Celebes w Indonezji. Miała ona na celu odnalezienie i złowienie niewidzianego od blisko 30 lat ptaka z grupy chruścieli - Aramidopsis plateni, po angielsku i niemiecku określanego jako chrapiący ptak (Snoring raił, Vogel Schnarch, poi. wodnik chrapliwy). Wyprawa trwała aż dwa lata, ponieważ intensywne poszukiwania nie przynosiły rezultatu. Dopiero pod sam koniec ekspedycji, jak wspominał Gerd: Nieznany chrapowaty odgłos uderzył w moje ucho. Przez gąszcz w moim kierunku posuwa się mały ptak na długich nogach z czer- Pozostałość posągu Nike, 2011 r. Gerd Heinrich z upolowanym ptakiem na wyspie Halmahera w Indonezji, 1931 r. wonym dziobem. Chciałem już krzyknąć. Serce moje staje. Strzał i ptak jeszcze ciepły leży w moim ręku. Po powrocie do kraju rozpoczął kolejne studia na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie. W 1934 r. opublikował swoje pierwsze dzieło, Die Ichneumoni-nae von Celebes. Rok później zwiedził Góry Bałkańskie i Rodopy. Gdy w 1934 r. szwedzki entomolog Rene Malaise zorganizował wyprawę zoologiczną do północno-wschodniej części Birmy, zebrany materiał wysłał do Heinricha w celu identyfikacji i klasyfikacji. Obfitość dziwacznych, bujnych i nieznanych form w tej kolekcji była tak fascynująca, że Heinrich odbył własną ekspedycję na Wzgórza Chin w Birmie w latach 1937-38. W sumie, trakcie swoich badań, odkrył prawie 1,5 tys. nowych gatunków i podgatunków owadów. Gerd Heinrich na wyprawy zabierał zawsze dwie kobiety: swoją żonę Anneliese i jej siostrę Lisełotte. Przed jednym z takich wyjazdów Anne-liese wybrała się do Poznania, by nająć guwernantkę dla córki. Wśród licznych warunków, jakie musiała ona spełniać, znalazła się także uroda. Anneliese zdecydowała się na Hildegar-dę Burównę z polsko-niemieckiej rodziny, biegle władającą oboma językami. Guwernantka została uprzedzona, że gospodarz jest mężczyzną czarującym. Gdy Hildegarda przyjechała do Borówek, Gerd szybko zwrócił uwagę na jej ujmującą powierzchowność. Zaczął się romans. Mimo że guwernantka chciała go jak najszybciej zakończyć, pozostała jednak w Borówkach na wyraźne żądanie Anneliese. 74 Historie nie tylko malborskie (4) W 1939 r. Gerd Heinrich został zmobilizowany i jako pułkownik skierowany na front. W czasie przepustek widywał się z Hildegardą, w efekcie czego w 1940 r. narodził się ich syn Bernd, a rok później córka Marianna. Ostatni raz do Borówek powrócił pod koniec wojny, tylko po to, by zabrać żonę, kochankę oraz dzieci i razem z nimi uciec na Zachód. Zanim opuścił posiadłość, ukrył najcenniejsze zbiory gąsieniczników w specjalnych metalowych pojemnikach, które zakopał w piaszczystym gruncie na terenie majątku. Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, co w owym czasie działo się z jego matką. Według jednej z wersji pod koniec II wojny światowej Margarete doznała wylewu. Zawieziono ją do szpitala w Bydgoszczy gdzie, wskutek chaosu i paniki przed spodziewanym nadejściem Armii Czerwonej, pozostawała bez opieki. Ostatecznie tamtejszy lekarz, nie widząc szans na ratunek, zlecił podanie jej śmiertelnego zastrzyku. Przewieziono ją do Borówek, gdzie zatrudnieni w majątku angielscy jeńcy pochowali ją obok córki i matki. Nie wiemy, kiedy dokładnie miało to miejsce. Zapewne przed wspomnianym wyżej ostatnim przyjazdem Gerda do domu. Po 1945 r. folwark został przejęty przez skarb państwa i rozparcelowany. Ogromne zbiory przyrodnicze zgromadzone w dworze uległy rozproszeniu i zniszczeniu. Najcenniejsze, zakopane przez Gerda, przetrwały pod ziemią do 1959 r., kiedy to zdecydował się on ujawnić miejsce ich ukrycia polskim naukowcom. Dzięki temu trafiły do Muzeum i Instytutu Zoologii PAN w Warszawie. W latach 1966-67 dwór poddano gruntownej przebudowie, która niestety całkowicie zatarła jego zabytkowy charakter. Mauzoleum jest dziś zdewastowane i zarośnięte krzakami. Według relacji miejscowej ludności jeszcze w latach 60. przez rozbity strop grobowca widać było cynową trumnę ze szklaną szybą, przez którą dostrzec można było długie, czarne włosy Charlotty. Gerd Heinrich i Hidegarda Bury w obozie u podnóża Góry Moco w Angoli, 1953-55 r. Okładka polskiego wydania biografii Gerda Heinricha autorstwa jego syna, Bernda, 2016 r. Wędrówki po prowincji Janusz Ryszkowski DONIMIRSKI I AWATARY1 1. Nie powiem, że mnie przed tym nie ostrzegano. „Nie możesz być zbyt blisko ze swoim bohaterem, żyć jego życiem, to zawsze kończy się fatalnie”. Nie posłuchałem. „Pisanie biografii jest szczególnym doświadczeniem. Sprzyja nawiązaniu specyficznej relacji z osobą opisywaną, ale też pozwala uważniej przyjrzeć się sobie.” - czytam w szkicu Anny Legeżyńskiej, historyczki literatury polskiej XX i XXI wieku, dzielącej się doświadczeniami płynącymi z pracy nad książką o Julii Hartwig, poetce, tłumaczce i eseistce. I dodaj e: 1 Fragment opowieści-eseju o Antonim Donimirskim (1846-1912), urodzonym w Buchwaldzie (obecnie Bukowo) w powiecie sztumskim. Leśne Źródło w Marienbadzie - ok. 1900. Narrator opowiadania Donimirskiego, a pewnie i on, wypijał przed śniadaniem dwa kubki leczniczej wody. 76 Donimirski i awatary „W biografii chodzi o prezentację osobowości twórcy, któremu nieodłącznie towarzyszy cień biografa. Twórca jest bohaterem, postacią na scenie opowieści, ale to biograf ustawia dekoracje i udziela głosu postaciom.” Chcę napomknąć o tym cieniu. Przez wiele ostatnich miesięcy pisanie o Antonim Do-nimirskim było dla mnie czymś dużo więcej niż - nazwijmy to tak - próbą zmierzenia się z uprawianiem biograficznego rzemiosła. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że prawie panuję nad życiem mojego bohatera, widzę je wyraźnie, choć materiałów do jego biografii nie ma w nadmiarze i pozostanie na zawsze wiele białych plam. One też bywają kuszące. Otwierają bowiem przestrzeń, w którą można wnikać. To miejsce dla teorii i hipotez, słowem obszar pracy dla wyobraźni. Czułem się na tym gruncie w miarę dobrze, ale było już inaczej, kiedy odchodziłem od komputera, zostawiając za sobą cały wiek dziewiętnasty i wracałem do realności, z jej płynnością i nieokreślonością. Tu - w wymiarze osobistym - drżał w posadach mój dotychczasowy świat i wkrótce miał się zawalić. Nie mogłem go formować, lepić, składać. Może tym bardziej podświadomie chciałem mieć wpływ na kreowanie życia swojego bohatera? Wtedy może zrodziła się pokusa, żeby pisząc o nim, wpleć pewien wątek biografii alternatywnej. Więcej - z cudzego życia. Zresztą, czy to do końca da się zracjonalizować? Może zaczęło się od tego? Zadzwonił Andrzej L. z pytaniem, czy nadal piszę o tym „żarłoku Donimirskim”. To był z jego strony żart, bo jako wytrawny historyk regionalny, a nawet jakoś skoligacony z Antonim, cenił go bardzo. Zapytałem, dlaczego tak go nazwał. - To ze wspomnień Kamili Ludwiki Kętrzyńskiej. Prześlę ci skan... Po krótkim czasie dostałem dwie stroniczki z pracy zbiorowej „Wojciech Kętrzyński (1838-1918). Patron miasta” (Olsztyn-Kętrzyn 2008). Znalazły się w niej „Wspomnienia ze spalonego domu” żony Stanisława Kętrzyńskiego, syna Wojciecha, Kamili. Jej dziadkiem ze strony matki był kompozytor i organizator życia muzycznego w Warszawie Ludwik Grossmann. Mieszkał w narożnej kamienicy przy Mazowieckiej 16. Pani Kamila poświęciła Antoniemu zaledwie dwa i to niepełne zdania: „Przychodził też często do dziadków Antoni Donimirski, redaktor «Słowa», słynny smakosz i podobno żarłok. Ale inne wartości musiały go sprowadzać, bo babka dobrą gospodynią nie była i jedzenie było podobno nie na poziomie, choć mnie obiady z zupy, mięsa, drobiu, jarzyny i leguminy bardzo smakowały.” A więc „podobno żarłok”. Brzmi - przyznajmy - słabo, co innego „smakosz”. Właśnie myślałem o tym, gdy próbowałem odnaleźć teksty Donimirskiego, drukowane w „Kurierze Poznańskim” w roku 1882, czyli na początku dziennikarskiej drogi. Kłopot w tym, że podpisywał je różnie, a wiele tekstów, jak to było wtedy praktykowane, pozostawało w gazecie anonimowych. Antoni nie miał swojego rozpoznawalnego stylu, a jego osobliwości językowe mogły przecież zostać wyplenione przez redaktora gazety. Słowem - zadanie karkołomne, może nawet niewarte zachodu. Wtedy to w sprawozdaniu z podróży nad Balaton i do Zagrzebia podpisanym: xxx znalazłem zbieżności z nieco późniejszym tekstem w „Bibliotece Warszawskiej” Eugeniusza Lipnickiego, autora, którego teksty pojawiały się odtąd w miesięczniku dość regularnie przez kilkanaście lat. Janusz Ryszkowski 77 Tak sobie wtedy zamarzyłem, widząc wybitne zalety pióra, atrakcyjność tych tekstów, aby to był pseudonim Donimirskiego. Nie zważałem już na nic. Pokusa była silniejsza niż zdrowy rozsądek. Nie będzie mi to wybaczone, to oczywiste. Nie można tak się zabawiać z czytelnikiem. 2. Ale z drugiej strony, czy przywołanie znajomego Donimirskiego, jakim był Eugeniusz Lipnicki, nie miało najmniejszego sensu? W końcu swojego życia (zmarł nocą 8 stycznia 1902 roku w Wiedniu) zachowywał się bardzo dziwnie. Nawet niektórzy mówią o obłędzie. Mógł więc opowiadać, że szkic podróżny o Madrycie, który przypisaliśmy Donimirskie-mu, napisał nie on... Znali się z Antonim, to rzecz pewna. Jak blisko? Kiedy Donimirski już od kilku lat zasiadał w redakcji „Słowa”, Lipnicki dołączył do grona stałych korespondentów zagranicznych. Mieszkał w Wiedniu, bo tam osiadł ponownie po pobycie w Pradze. Ale jakieś związki między nimi być musiały, choćby z tej racji, że Antoni był redaktorem a Lipnicki korespondentem. A przy tym Donimirski dzielił przez kilka lat redakcyjne biurko z jego młodszym bratem, Kazimierzem Pufłkem. Utrzymywali ze sobą kontakty także wtedy, gdy ten pochodzący z Wielkopolski dziennikarz zdecydował się powrócić w rodzinne strony. W 1907 roku objął redakcję „Dziennika Poznańskiego”, którą to prowadził do 1919 roku. Pufłkowie byli znaną w Wielkopolsce pisarską rodziną. Spójrzmy oczami współczesnego im krytyka literackiego Tadeusza Rabskiego, który na łamach warszawskiego „Głosu” w 1897 roku tak pisał: „(...) rodziny literackie Pufłków i Kurowskich zjednały sobie pewien rozgłos w zakresie beletrystyki i romansopisarstwa. Pojawia się przede wszystkim nazwisko Kazimierza Puff-kego, który w powieściach umieszczanych w czasopismach poznańskich („Obrona Kościana”, „Nałęcze i Grzymalici” itd.) objawił sporo talentu, a barwnym utworem pt. „Powrót z wojaczki” (1883) zdobył nagrodę na konkursie jednego z czasopism lwowskich. Szkoda tylko, że obiecujący ten pisarz od kilkunastu lat zamilkł zupełnie i przeniósłszy się na bruk warszawski, utonął w tej gorączkowej, zwykle bezimiennej robocie dziennikarskiej, która już niejedną zdolność literacką zmełła na otręby. Dalej występuje Emma z Kurowskich Pufłke z całym szeregiem powieści dla młodzieży (...), Eugeniusz Pufłke, który pod przybranym nazwiskiem Lipnickiego ogłosił po niemiecku historię literatury polskiej (1868) i kilka utworów literackich w języku rodzimym („Polska wiochna” 1888), Walerian Kurowski, autor cennego dzieła o „Myślistwie w Polsce i na Litwie”(1868), wreszcie Gabriela Pufłke, które pod pseudonimem Urieli ogłosiła garść udatnych poezji i utworów powieściowych.” Do Emmy Pufłke (matki) i trojga jej wymienionych w tekście Rabskiego dzieci, dodajmy jeszcze kolejne - Walerię, która ogłaszała przekłady powieści na łamach poznańskich pism, ale mocniej zapisała się w dziejach miasta jako założycielka polskiej freblówki, czyli przedszkola prowadzonego metodami freblowskimi. 78 Donimirski i awatary Jeśli do tego wspomnieć, że pani Emma, używająca także pseudonimu Dobrzepolska, była i pedagogiem i autorką podręcznika do fizyki, to wyłania się ciekawy rodzinny obraz. Eugeniusz używał pseudonimu Lipnicki, od nazwy rodzinnego majątku gdzie się urodził. Uważany był za jednego z najzdolniejszych dziennikarzy swoich czasów, pisał do prasy polskiej, niemieckiej, francuskiej, czeskiej. A prywatnie? Nie ożenił się, samotni pozostawali także Kazimierz i Waleria. Donimirski po rozwodzie z Eugenią Benisławską nie ułożył sobie z nikim życia... Ten sercowy wątek też nas gdzieś może zaprowadzić. 3. Po śmierci Antoniego współpracownicy z redakcji „Słowa” w jego papierach znaleźli niedokończone opowiadanie o nieszczęśliwej miłości. Powstało w 1900 roku podczas pobytu w uzdrowisku Marienbad, dzisiejsze Mariańskie Łaźnie w Czechach. Szkicował dla przyjemności, może to historia po części prawdziwa? Zwierzał się potem przyjaciołom, że nie ma czasu, by opowiadanie dokończyć, obmyślał finał, wreszcie go im zdradził. To oni zdecydowali - z dopisanym przez nich zakończeniem - wydrukować je w numerze „Słowa”, które było i pożegnaniem, i hołdem dla Antoniego, jednego z dwóch wtedy naczelnych pisma. Gdyby nie okoliczności, można byłoby to uznać za jakąś mistyfikację, bo „Biedna Rezi” tak odbiega do tego, co pisał Antoni. Posłuchajmy tej opowiastki bez dopisanego przez przyjaciół zakończenia, bo tak będzie jednak bliższa oryginału: Była kelnerką w kawiarni „Pod Głuszcem Tokującym”, wzniesionej na jednym z najwyższych pagórków, u których stoku rozłożyła się głośna miejscowość kuracyjna. Pagórki okryte są przeważnie wysokopiennym lasem świerkowym, a niezwykła dorodność świerków, wyrastających w wielu miejsca spośród olbrzymich kamieni, we wszystkich podziw zbudzą. Ludzie ochraniają te drzewa, aby nie wyschły źródła lecznicze, które spod lasu wytryskują. Ale czasem huragan w lesie czyni spustoszenia i ręka ludzka spustoszenia kawałkami las trzebi, aby starannie prowadzonym zadrzewieniem go odnowić. Z tarasu kawiarni „Pod Głuszcem” roztacza się obszerny widok na fale zieleni leśnej, pozornie monotonny jak widok morza, a jednak, jak ono, urozmaicony różnymi odcieniami zieloności. Z drugie strony kawiarni szeroki widok na płaskowzgórze, spadające ku północy, na łany w wsie rozliczne, wśród których tu i ówdzie sterczą wieżyczki kościołów. Przybywszy dwa lata temu po raz pierwszy do wód owych, kawiarnię „Pod Głuszcem” nad inne sobie upodobałem. Nazwa jej znęciła naprzód myśliwego, potem przyciągnęła piękność położenia. Na tarasie, obsadzonym okrągłymi lipami tak, że ani promienie słoneczne nie doku^ czały, ani deszcz nie dawał we znaki, równie przyjemnie było rano, gdy zieleń świerków skąpana była w blasku promieni słonecznych, jak i wieczorem, gdy księżyc nad świerkami wschodził, a unoszące się z miejsc wilgotniejszych opary, jak i cienie fantastyczne stanęły na drzewami i pod nimi, przypominając mi niekiedy Śmierć z obrazu Grottgera. Janusz Ryszkowski 79 Do kawiarni „Pod Głuszcem” było przeszło trzy kilometry od miejscowości kąpielowej, położonej o 500 metrów nad powierzchnią morza, taras kawiarni leżał jeszcze 300 metrów wyżej. Między innymi środkami kuracyjnymi zalecano mi spacery, toteż bywałem tu codziennym gościem. Owa kelnerka zwróciła moją uwagę twarzyczką smutną, bladą, ale zawsze uprzejmą. Choć w oczach znać było, że myśli jej odbiegają w dal, nie zapominała o swoich obowiązkach. Co dzień rano, gdym po dwóch kubkach przybywał tutaj, podchodziła do mnie i nie pytając czego żądam, bo wiedziała z góry, przynosiła mi na tacy imbryk z „Kaffee Haag” bez kofeiny, śmietankę, masło, dwa rogale i w milczeniu stawiała przede mną. Już nazajutrz po pierwszym moim przybyciu tutaj, wiedziała, co mi doktor zaleca na śniadanie i zapamiętała do końca. Spostrzegłszy, że z upodobaniem czytuję,, Czas”, „Daily News” i „Journal des Debats” kładła go zawsze przede mną, a gdy były zajęte łub zamówione oznajmiała mi o tym, a wymawiała te tytuły bardzo poprawnie. Zdziwiony tym, pytałem, czy się uczyła obcych języków ? - Łatwo się nauczyć od gości Francuzów i Anglików, którzy tych pism żądają - odparła wymijająco, w zwykły sobie sposób: grzecznie ale krótko. - Oberkelnerzy z powodu licznego napływu gości różnych narodowości mówią tu w kilku językami - pomyślałem - więc gospodarz „Pod Głuszcem”, którego oberkelner Beppi (austriackie zdrobnienie imienia Józef) nie odznacza się wielką inteligencją i mówi tylko po niemiecku w żargonie austriackim, jedną z dziewcząt wyuczył języków. Ale rychło przekonałem się, że Rezi nie tylko zna języki, lecz musi mieć wyższe - niżeli trzeba na kelnerkę — wykształcenie. Zaintrygowany jej niejednokrotnym inteligentnym odezwaniem się, zacząłem zwracać na nią uwagę; ona zaś, nie widząc u mnie najmniejszej skłonności do bawienia się jej konceptami, które niejednokrotnie z ust gości słyszała, nabierała do mnie śmiałości i stała się rozmowniejszą, mianowicie, gdy widziała mnie w towarzystwie liczniejszym, w którym było kilka pań naszych. Nie bała ładną: miała twarzyczkę okrągłą, na pierwszy rzut oka dość pospolitą, nieco śniadą, bo była brunetką. Ale pomimo wielkiej uprzejmości dla gości, na ustach jej nigdy nie było banalnego uśmiechu, jakim kelnerki witają gości, jej oczy były piwne spod długich rzęs, smutno na świat patrzyły. Cała jej osoba budziła we mnie sympatię, a nawet współczucie. Średniego wzrostu, Rezi była bardzo zgrabna, miała ruchy niezwykle zręczne, wprost dystyngowane. Ze ma na imię Rezi (austriackie skrócenie Teresa) dowiedziałem się z broszki, wpiętej nad fartuszkiem: wszystkie kelnerki znaczone były w ten sposób imionami, aby ułatwić gościom wzywanie ich w miarę potrzeby. Jest to zwyczaj praktykowany w wielu kawiarnia i restauracjach zagranicznych, /pierwszy raz, w zastosowaniu do Rezi, ubliżającej godności człowieczej wydało mi się to cechowaniem ludzi. Nie myliłem się, że ją napiwki upokarzają. - Rezi wcale nie na kelnerkę stworzona - rzeki do mnie pewnego dnia Beppi. Ona jest wielka pani i sensatka. - A cóż pan na to powie, że na początku za nic nie chciała przyjmować napiwków. Wreszcie, pod naciskiem koleżanek, zgodziła się, mówiąc: „ To będzie dla biednych”. Gospodarz z niej zadowolony i pewnie trzymać jej nie będzie, mimo że jest dalekim krewnym jej matki. 80 Donimirski i awatary Beppi, choćją uważał za „cudaka” miał do niej jednak sympatię i otaczał ją opieką. - Nie wiem, czego chcą ode mnie - mówiła kiedyś do mnie - przecież ja dla wszystkich jestem uprzejmą, a z podawaniem spieszę się bardziej od innych; dlaczegóż więc mnie ani goście, ani kelner - urwała - koleżanki nie lubią... Ta „kelnerka” nie tylko nie odpowiadała na ich rubaszne żarty, ale swoim obejściem krępowała ich zbytnia swobodę. Kiedyś przyszedłem nad wieczorem. Dzień był słoneczny i skwarny, nie ochłodziło się nawet ku wieczorowi. W lesie panował cisza bezmierna, nie mącona żadnym szelestem. Na rasie „Pod Głuszcem” mało było osób. Rezi nadeszła i ścierała mój stolik, a ja upojony zacząłem deklamować półgłosem: Uber Allen Gipfeln ist Ruh, Auf Allen Wipfeln Spurest du Kaum einen Hauch; Die Vógelein Schweigein im Walde. [Nad wszystkimi szczytami Cisza, Drzew koronami Nie porusza Najlżejszy wiew; Ptactwo w lesie ucichło.] Urwałem. - Dlaczego pan nie kończy tego ślicznego wiersza Goethego? - zapytała Rezi. Jakże mógłbym skończyć słowami: Warte, nur balde Ruhest du auch. [Poczekaj, rychło Ty spoczniesz też.[2 2 Przekład Andrzeja Lama. Janusz Ryszkowski 81 - Nie mogę, widząc przed sobą młodość uosobioną. - Młodość! Czy to szczęście? — szepnęła Rezi z westchnieniem. - Dla mnie byłoby najlepiej, gdybym już spokoju zaznać mogła. - Więc tak dalece była nieszczęśliwą? - pomyślałem wzruszony. Pewnej niedzieli wszedłszy bardzo wczesnym rankiem do kościoła, spostrzegłem Rezi, klęczącą przed ołtarzem, w którym znajdował się obraz matki Boskiej Częstochowskiej. W całej jej postaci widać było głębokie i szczere rozmodlenie. Nazajutrz rano poszedłem do kawiarni. Pogoda tego dnia była chłodna, dżdżysta. „Pod Głuszcem” nie było ani jednego gościa. Dwie kelnerki, ujrzawszy mnie, zawołały: - Rezi, dein Gast! Wyszfy z werandy na platformę. Zastawioną stolikami. - Pan za lekko ubrany. Radzę pić kawę na werandzie - rzekła. Poszedłem za jej radą. Za chwilę przyniosła mi na tacy śniadanie. Inne kelnerki rozpierzchły się lub, skupione w małe gromadki, śmiały się, coś sobie opowiadając. Rezi stała przede mną zakłopotana. Widoczne było, że chce mi coś powiedzieć, a nie śmie. - Panna Rezi ma jakieś zmartwienie - rzekłem. -prozę mi się zwierzyć. Mógłbym być ojcem. Może i ja coś zdołam na to zaradzić - rzekłem zdjęty współczuciem. Stała chwilkę, namyślając się jakby. - Panna Rezi bardzo przykładnie się modli - zagadnąłem ją. - To i pan katolik? I bywa pan w kościele - spytała takim tonem, jak gdyby jej to sprawiało radość niewymowną. - Pan może Polak? Przytwierdziłem głowy skinieniem. - A z jakiej pan Polski? - spytała. - Czy z rosyjskiej? -Tak. - Może z okołic Lublina? (Wymawiała Liubin). - Nie - odrzekłem. - Mieszkam w Warszawie, ale to niedaleko. -A czy zna pan majątek Pleskof? Widziałem, że wymówienie tej nazwy jest dla niej trudne, nie tylko z powodu akcentu. Zbiegiem okoliczności - nietrudnym zresztą u nas, gdzie znają się wszyscy -przed laty paru spotkałem właściciela majątku tego p. Stanisława Skalskiego, młodego i przystojnego chłopca. Potem znikł mi z oczu. Jedni mówili, że nawiązał stosunek z szansonistką, inni nawet, że się z nią ożenił. Zajmowano się nim żywo przed paru laty, a wkrótce zapomniano, że istniał. Wiedziałem tylko, że Pliszków puszczony jest w dzierżawę. - W Pliszkowie nie byłem, ale to niedaleko od Warszawy i znałem niegdyś właściciela - odrzekłem. 82 Donimirski i awatary - A teraz? - Teraz go nie widuję. -A jak się nazywa/? - Skalski - rzekłem i nie patrząc, zobaczyłem na twarzy Rezi gorący rumieniec. -Ado Pieskowa pisze się „per Liublin”, prawda? - Nie pisałem nigdy. Przypuszczam, że taki musi być adres, bo to od Lublina niedaleko. Ale panna Rezi przekręca i: Pliszków i Lublin, więc może list nie doszedł - wtrąciłem podstępnie. Nic mi na to nie odpowiedziała. Nie trudno się było domyśleć, że tak czy owak adresowane listy adresowane były do Pliszko-wa. A zbytecznym było zastanawiać się długo jakiej treści bywały. Umilkła. - Prawda... - rzekłapo chwili. - Prawda, że w Polsce dużo mężczyzn ma na imię Stanislaus? - O, tak. - Może i pan? - spytała nieśmiało. - Nie, ja mam imię takie, które noszą nie tylko Polacy. Była coraz bardziej wzruszona. Czułem, że powinienem ją ośmielić, a byłem sam onieśmielony. Bałem się dotknąć niezabliźnionej jeszcze rany. -Ja bardzo, bardzo lubię Polaków! - upewniła mnie, rumieniąc się przy tym wyznaniu. - A tamten, Stanisław, jakim był"? - zdobyłem się wreszcie na pytanie. - Taki, jak nikt na świecie! - zawołała z przekonaniem najgłębszym. - Czy dawno wyjechał? - zapytałem na chybił trafił, podając jej jakby rękę do przebycia trudnej drogi. Milczała. -Już go nie widziałam rok i nie zobaczę nigdy - szepnęła wreszcie. Ani przygryzanie ust, ani mruganie powiekami nie pomogło. Zagarniane zły rozsypały się jak paciorki, gdy nić się zerwie. - Nie trzeba mówić nigdy, póki życia - dzieliłem się z nią doświadczeniem zdobytym na twardych drogach. - Póki życia - zawtórowała mi z tłumionym łkaniem. - Wszak on żyje -podchwyciłem znowu nieśmiało wobec bólu nieznanego mi z nazwy. - Dla mnie zmarł - szepnęła. - Zabrali mi go ludzie. - To gorsze od śmierci. W głosie moim było widocznie to współczucie, którym napełniła mi się dusza, albowiem Rezi popatrzyła na mnie z wdzięcznością. Piersi jej podnosiły się jeszcze i opadały szybko od łkań, dławionych przemocą, ale łzy były już tylko na policzkach. Stałą zwrócona twarzą do mnie, a plecami do swych koleżanek, śmiejących się na tarasie. Widzieć jej nie mogły, ani ona ich, lecz ja dostrzegałem, że wskazują nas sobie oczyma i stroją widocznie żarty, lub snują domysły na tle tej naszej długiej rozmowy. Janusz Ryszkowski 83 To mnie rozgniewało i pragnąc okazać, że wyróżniam Rezi, poprosiłem, by naprzeciw mnie usiadła. - Ałe gdzieżby — broniła się zmieszana. W chwili ten na Tars wszedł Beppi. Spojrzał srogo na śmiejące się dziewczyny, które od razu umilkły. Ale i na mnie spojrzał groźnie, wyzywająco niemal, a potem przeniósł wzrok na Rezi. Z jego wyr*12™ twarzy nietrudno było się domyśleć, że dziewczyna obojętną mu nie jest. A ona tymczasem, siadając na brzegu krzesła, zaczęła cicho jakby własnymi słowami: - Nikomu o tym nie mówiłam, choć się domyślają. Panu powiem. Od pierwszej chwili pan mi się wydal obcy, podobny do niego, nie z twarzy, ale coś jest - może wyraz, może oczy. Naturalnie, on był młody... Ach, przepraszam - dodała w obawie, że mi sprawia przykrość. Chcąc ją przekonać, że obawa jest płonna, rzekłem: - No, tak, mógłbym być jego ojcem. - Właśnie — przytwierdziła już uspokojona i ciągnęła dalej: - Zaczęło się przed trzema laty. Nie byłam wtedy kelnerką - moja matka jeszcze żyła. Skończyłam świeżo pensję. Matka miała sklep z kwiatami przy Franz-Josephstrasse. On przychodził co dzień kupować. Od razu wydał mi się inny, jak wszyscy. Prawdziwy pan, bo to i grzeczny i widocznie dobry. Mówiliśmy o kwiatach, potem... o różnych rzeczach, wreszcie... - O miłości, prawda? — dopomogłem jej. - Tak - przyznała, oblewając się rumieńcem. - po dwóch tygodniach powiedział, że mnie kocha, uczciwie. Zapoznał się z moją matka. Przychodził do nas, do mieszkania. Chodziliśmy razem na spacer. I wcale się nas nie wstydził. Szliśmy pod rękę i mama z nami, a jak spotykał znajomych to im się kłaniał, i oni mi się kłaniali. Polacy, to najgrzeczniejszy naród... A potem. .. i mnie i także mamie, że chce się ze mną żenić, ale że najpierw musi wrócić do kraju i powiedzieć rodzinie. Wyjechał. Już wtedy miałam złe przeczucia. Pisywał często. Ija do niego także... Umilkła, i ja milczałem. - A potem... - zaczęła głosem innym, jakby ochrypłym. — Przyszły same nieszczęścia. One zawsze chodzą po kilka... Naprzód umarła mama, prawie nagle, chorowała dziesięć dni na zapalenie płuc. Była zawsze wątła, przeziębiła się i odeszła. Ja zostałam sama. A na świecie dużo złych ludzi. Skrzywdzili sierotę. Były wprawdzie długi w sklepie. Ja się na interesach nie znałam i sprzedali wszystko za pół darmo. Zostało mi paręset guldenów, a już wtedy wiedziałam, że jego matka nie chce mnie za synową. Zaczął pisywać rzadziej. W ostatnim liście obiecywał jednak, że się osiedli za granicą i ze mną ożeni. Wreszcie przestał się odzywać. I ja pisać nie mogłam. Dnie i noce siedziałam przy łóżku matki. A potem trzeba było się wyprowadzać, sprzedawać wszystko za pół darmo. Nie zamieniliśmy listów przez dwa miesiące. Wreszcie napisałam. Pewna byłam, że gdy się dowie o moim nieszczęściu, o mojej ruinie, zaraz przyjedzie, ślub weźmie. Doniosłam mu wszystko szczerze i czekałam. Czekałam miesiąc, dwa, trzy. Ani słowa, ani znaku życia. I to było najgorsze, gorsze nawet od śmierci matki, bo zwątpiłam w niego. Pieniądze wyczerpały się szybko. Nadchodził sezon. Właściciel tutejszej kawiarni zaproponował mi miejsce kelnerki. Wszystko mi już było jedno. Zgodziłam się. 84 Donimirski i awatary - A on nie przyjechał—poddałem jej, by oszczędzić bolesnego słowa. - Nie przyjechał - powtórzyła z rozpacze}. - Może umarł - rzekłem, chcąc ja pocieszyć. - Nie, żyje, przyjedzie. Wiem. Ale wtedy już będzie za późno. - Nie trzeba się martwić. Znajdzie się rada - pocieszałem. - Niech panna Rezi nie upada na duchu. Ja się tym zajmę. Wyszukam pana Stanisława. Pojadę do niego. Albo, jeżeli daleko wyjechał, napiszę. Pewien jestem, że zaszło jakieś nieporozumienie. - Pan to zrobi? - zawołała, od rozpaczy przechodząc nagle do radości szalonej. - Zrobię - upewniłem ją. —Ałe musicie mnie zaprosić na wesele. Wpadliśmy oboje w najlepszy humor. Gwarzylibyśmy jeszcze długo, lecz za naszymi plecami odezwał się wzburzony widocznie głos oberkelnera. - Rezi - zawołał - goście czekają. Obejrzałem się. Na tarasie było zaledwie parę osób, już obsłużonych przez inne kelnerki. Długie rozmowy z gośćmi nie były wzbronione „Pod Głuszcem”. Więc inny musiał być powód gniewu Beppi. Zrozumiałem go łacno. Dwa dni potem, wyjeżdżając do warszawy, pożegnałem Rezi upewnieniem, że jeszcze będzie szczęśłiwą. I ona w to uwierzyła. Los jednak przekonać się nie dał. Nie szczędziłem starań. Dowiadywałem się o krewnych, znajomych Skałskiego. Nie wiedzieli, gdzie przebywa. Do matki, do brata pisać nie śmiałem, wiedząc, że byli przeciwni małżeństwu. Wreszcie udało mi się zdobyć adres od dzierżawcy jego majątku, wysyłającego mu dwa razy na rok pieniądze. Ostatnim razem, wysłał do odległego miasta na Dalekim Wschodzie. A było to właśnie po ukończeniu wojny. Napisałem, opowiadając p. Stanisławowi to wszystko, com usłyszał z ust Rezi. Przez trzy miesiące nie było odpowiedzi. Nadeszła wreszcie z Japonii. Ten łist był jednym z licznych dokumentów, stwierdzającym niezrozumiałe - po tej stronie życia - ironię losu. Pan Stanisław miał szczery zamiar ożenić się z Rezi, którą pokochał całym zapałem duszy młodzieńczej. Ale niestety, był zazdrosnym, i jak młody, łatwowiernym. Ktoś z bliskich, któremu zwierzył się ze swym afektem i któremu pokazywał fotografie Rezi, po powrocie z Wiednia, upewniał go, że widział taką samą, kropla w kroplę, wychodzącą z gabinetu restauracyjnego ze znanym sobie złotym młodzieńcem, rozpustnikiem. Zapytał go, co za jedna i w odpowiedzi usłyszał: - Rezi, nowa gwiazda półświatka! Pan Stanisław uwierzył na słowo. Omal tego życiem nie przypłacił. Strzelał do siebie w porywie rozpaczy. A gdy go uratowano, mimo prośby matki, nie starał się uwolnić od wojska. Było to w właśnie w czasie wojny japońskiej. Został wzięty do niewoli. Po moim liście, z upragnieniem czekał chwili powrotu. Janusz Ryszkowski 85 Natychmiast uwiadomiłem o tym Rezi, aby ostatecznie załatwili sami to nieporozumienie. Dziwiło mnie, że mi nie odpowiada. Brałem to milczenie na karb, zrozumiałego w takich razach samolubstwa zakochanych. A że wśród tych poszukiwań upłynęło kilka miesięcy i wiosna się zbliżała, miałem nadzieję dowiedzieć się wkrótce, na miejscu, czy moje przepowiednie sprawdziły się; czy Rezi jest już szczęśliwą. W lipcu jak zwykle podążyłem na kurację i, zaraz po przybyciu, kroki zwróciłem w stronę kawiarni „Pod Głuszcem Tokującym’'... Tym sentymentalnym opowiadaniem coś chciał nam Donimirski o sobie powiedzieć. Albo usiłowali to zrobić przyjaciele... Albo wszyscy razem. 88 O św. Mikołaju, zacnym plebanie, Ukraińcach i kajakach z Cyganka Jest upalny lipcowy dzień w 2020 roku. Siedzę z przyjaciółmi w ogrodzie parafii greko-katolickiej w Żelichowie-Cyganku1. Cieszymy się ze spotkania po miesiącach lockdownu, jemy pyszne ciasta przygotowane przez gospodynię. Na stole arbuzy, kawa, herbata... Sceneria prawie jak z rosyjskiej sztuki o spotkaniu na letnisku, zupełnie jak z Gorkiego albo Turgieniewa. Patrzę na trójkę dzieci pluskających się w basenie ustawionym przy ścianie plebanii. To ta zachwycająca dziecięca radość życia - chlapią wodą, krzyczą, nurkują. Usta mają już sine, ale żadne nie chce wyjść z wody. Ale chwilę, dzieci na plebanii? Tak, bo goszczący nas ksiądz Paweł jest kapłanem kościoła katolickiego obrządku bizantyjsko-ukraińskiego. Kiedy omawiam z uczniami IV część „Dziadów”, to najpierw muszę im wyjaśnić, dlaczego u księdza, do którego w listopadowy wieczór przychodzi Pustelnik/Gustaw, są dzieci i czyje one są. Uczniowie zazwyczaj niewiele wiedzą o kościele grekokatolickim, o jego historii, rycie, obrzędach... Większość mieszkańców naszego kraju nie ma pojęcia, ani jak mu blisko do kościoła rzymsko-katolickiego, ani co go od niego dzieli. W „Prowincji” pisaliśmy już dwa razy o świątyni w Cyganku2. Wraz z red. Leszkiem Sarnowskim uczestniczyliśmy pięć lat temu w niedzielnym nabożeństwie, po którym proboszcz przedstawił nas wiernym i ciepło mówił o naszym piśmie. To było bardzo przyjemne spotkanie. Wysłuchaliśmy wówczas opowieści o ikonie św. Mikołaja, o niekończących się remontach, kłopotach i nadziejach. *** Kościół w Tiegenhagen wzniesiono ok. 1350 r. Ulokowany w zakolu Tugi (po niemiecku Tiege) przechodził rozmaite koleje losu - był często podtapiany, zawalił się, odbudowano go i dostawiono doń drewnianą wieżę. W okresie Reformacji na pół wieku trafił w ręce protestantów. W XVIII w. budynek był zupełnie zrujnowany i dopiero za czasów dziekana Jana Chryzostoma Mockiego odzyskał dawną świetność - osuszono mury, wykonano marmurową posadzkę, piękną malowaną polichromię, zbudowano chór i organy. Warto zaznaczyć, że był on kościołem parafialnym także dla katolików z Tiegenhofu, czyli dzisiejszego Nowego Dworu, aż do czasu wybudowania w osadzie świątyni katolickiej (późniejszym mieście). W 1945 r. rozebrano wieżę, obawiano się, że stanie się ona punktem orientacyjnym dla rosyjskiej artylerii. Podobnie postąpiono w kościele w Trutnowach, spalono też (w tym samym celu) kilka wiatraków. Pewnie niewiele to pomogło, a straty te były na tyle poważne, że dopiero niedawno odbudowano wieżę kościoła w Trutnowach, a cerkiew3 wciąż czeka na swoją wieżę. Po wojnie Cyganek i leżące po drugiej stronie rzeki Żelichowo były mocno zrujnowane i po prawdzie nigdy nie wróciły do dawnej świetności - bogatych i wielkich wsi, które 1 Żelichowo (niem. Petershagen) i Cyganek (niem. Tiegenhagen) to wioski, które rozdziela Tuga. Leżą w gminie Nowy Dwór Gdański przy drodze nr 502 prowadzącej nad morze. W skład sołectwa Żelichowo wchodzą również miejscowości Cyganka i Cyganek. Obecnie przyjęło się używać podwójnej nazwy: Żelichowo-Cyganek. 2 Ewa Pytel „Kościół św. Mikołaja w Cyganku”, „Prowincja”, 2011, nr 2 oraz Łukasz Kępski, ks. Paweł Potoczny „Parafia św. Mikołaja w Cyganku/Żelichowie”, „Prowincja”, 2016, nr 4 3 Cerkiew (z gr. kyriakć, czyli „[dom] Pana”) to budynek przeznaczony do sprawowania nabożeństw w cerkwi prawosławnej lub unickiej (greckokatolickiej). Andrzej Kasperek 89 zamieszkiwało: 815 katolików, 1350 luteran i 1346 mennonitów4. Kościół zaniedbany i ze śladami kul w ścianach służył katolikom rzymskim i od 1952 r. grekokatolikom. W lipcu 1947 r. na Żuławy w ramach akcji „Wisła” przywieziono 115 rodzin ukraińskich deportowanych ze wsi Uhryniów, Kornie, Mosty i Teniatyska (leżących w powiatach: Hrubieszów i Tomaszów Lubelski)5. Zgodnie z wydanymi instrukcjami ludność ukraińska miała być rozmieszczona z dala od miast wojewódzkich i granic państwa, w dużym rozproszeniu, tak, by jej odsetek nie przewyższał 10% ogółu mieszkańców. Przyspieszyć to miało procesy asymilacyjne zachodzące w tej grupie i doprowadzić do rozwiązania »kwestii ukraińskiej« w Polsce6. Rodziny osiedlono w Marzęcinie, Ostaszewie, Nowym Dworze, Stegnie, Sztutowie i Drewnicy. W niektórych kościołach rzymskokatolickich w tych miejscowościach odprawiano (nieregularnie) nabożeństwa grekokatolickie, ale spotykały się one często z nieprzychylnością władz i miejscowej ludności. Wypędzonym z ziem rodzinnych Ukraińcom nie ułatwiano życia, nie wszyscy dostali nadziały ziemi i gospodarstwa, bywało, że w jednym domu gnieździły się nawet cztery rodziny. Pośpiech wywózki sprawił, że przesiedleńcy nie zabrali często przedmiotów codziennego użytku i niezbędnych w gospodarstwie narzędzi. Brakowało żywności, opału, zboża siewnego. „Oprócz tego ludność ukraińską dotknięto szeregiem zakazów. Nie mogli oni zmieniać samowolnie miejsca zamieszkania, uczyć ojczystego ję- 4 Za: Łukasz Kępski „Żuławskie multi-kuki - casus pewnej wsi” [w:] „Wielokulturowe Pomorze. Ukraińcy i ich dziedzictwo kulturowe na Żuławach i Powiślu”, Gdańsk-Nowy Dwór Gdański 2016, s. 45. Dane te dotyczą całej parafii. 5 Zob.: Łukasz Kępski, ks. Paweł Potoczny „Parafia św. Mikołaja w Cyganku/Żelichowie”, „Prowincja”, 2016, nr 4, s. 115 6 Igor Hałagida „Ukraińcy na ziemi nowodworskiej po II wojnie światowej (do 1957 r.)” [w:] „Żuławy i Mierzeja. Moje miejsce na ziemi”, pod red. D. A. Dekańskiego, Gdańsk 2001, s. 187-188 Tiegenhagen, przedwojenna pocztówka, cz.-b., [archiwum Andrzeja Kasperka] 90 O św. Mikołaju, zacnym plebanie, Ukraińcach i kajakach z Cyganka zyka, pielęgnować kultury czy też modlić się w rodzimym obrządku”7. Wszyscy zesłańcy wierzyli, że zsyłka jest tylko czasowa, dlatego nie chcieli przyjmować aktów nadania ziemi i gospodarstw, bo bali się, że wtedy już nie będą mogli wrócić na swoje. Niektórzy próbowali powrotu, kilku osobom nawet udało się wyjechać, ale władze szybko ukróciły te wyjazdy. We wspomnieniach czytamy: „Gospodarstwa jakimi obdzielono wygnańców były zniszczone, ograbione. Wszystko wymagało remontu. Ratowali się nasi ludzie jak i zawsze pracą. Uczyli się ziemi, a była im ona zawsze nie tylko obca, ale i niełaskawa”8. Przybysze spotykali się z częstą niechęcią „miejscowych”. Traktowano ich jako banderowców. Pamięć o rzeziach na Wołyniu i walkach w Bieszczadach nie sprzyjała asymilacji. Ówczesny wicepremier - Aleksander Zawadzki - pisał: „Z obawy przed szykanami ludność ukraińska stara się kryć na zewnątrz ze swoim językiem, pismami, kulturą i wyznaniem”9. W czasie „odwilży gomułkowskiej” powstało Ukraińskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne, zaczęto wydawać pismo „Nasze Słowo”, powstawały chóry i amatorskie zespoły artystyczne, w szkołach pozwolono uczyć języka ukraińskiego. Ale szybko się to skończyło, bo władza zmieniła front i zaczęła walczyć z „ukraińskimi elementami drobnomieszczańskimi i nacjonalistycznymi”10. Zaczęła się nagonka, opublikowano antyukraińską książkę Jana Gerharda „Łuny w Bieszczadach” i pojawił się nakręcony według niej film „Ogniomistrz Kaleri”. Widziałem go jako dziecko i do dziś pamiętam przerażające sceny, pełne sadyzmu i potworności. To była świadoma robota propagandowa, perfidna i zatruwająca. Prof. Tadeusz Sucharski pochodzący z warmińskiej wioski, w której zamieszkali Ukraińcy, wspomina: „Od najmłodszych lat szkolnych byłem uczony pogardy i niechęci do Ukraińców. Wszędzie. Na podwórku, na drodze, przed sklepem, w bufecie dworcowym [...] Ale także w domu rodzinnym. [...] W ukraińskie »zło« byłem wtajemniczany nawet na lekcjach religii. [...] Sądzę, że antyukraińskość była jednym ze sposobów kanalizowania gniewu, złości, nienawiści ludzi, którym w pegeerowskim świecie żyło się naprawdę trudno”11. Ja, choć chodziłem do podstawówki i do liceum z dziećmi ludzi przywiezionych tu w czasie akcji „Wisła”, to nie miałem poczucia takiej obcości i niechęci. Tata co roku umawiał się z ukraińską rodziną O. i zrywaliśmy wiśnie w ich sadzie, mama ceniła Ukraińców za czystość i gospodarność - dwie cnoty, które stawiała przed innymi. Ale nawet, jeśli nie było niechęci, to był dystans. Myślę, że Ukraińcy trzymali się razem, między sobą żenili i gościli, bo to pozwalało im nie rozpłynąć się w żywiole polskim, nauczyli się ostrożności, bali się odsłaniać, bo nieraz za to oberwali. Ale niektórzy Polacy mają istną fobię antyukraińską. Prawie dziesięć lat temu współorganizowałem sesję naukową „Miłosz na Żuławach” poświęconą tematowi żuławskiemu w życiu i twórczości naszego noblisty. Na ulicy podszedł do mnie pewien pan i zagadnął z wyrzutem: „To już Polaków nie ma? Musicie rozprawiać o tym Ukraińcu?!”. I co tu dodawać? Dziś mamy sytuację trochę dziwną - liczba Ukraińców, którzy żyją tu od 1947 r. (oraz ich potomków) maleje na skutek procesów migracyjnych, ale jednocześnie do naszego kraju przyjechało w ramach emigracji zarobko- 7 Ibidem, s. 191-192 8 Iwan Huk „Seło nad Sołokijeju”, Warszawa 1996, s. 131. Cyt. za: Igor Hałagida „Ukraińcy...”, s. 190 ’ Ibidem, s. 192 10 Ibidem, s. 195 11 Tadeusz Sucharski „Ukraińcy mojego dzieciństwa”, „Bliza”, 2013, nr 2 Andrzej Kasperek 91 Obraz z grobem św. Mikołaja [archiwum parafialne] wej przeszło milion ludzi z Ukrainy i pracują na naszych budowach, w sklepach, na polach i w ośrodkach wczasowych. Ukraiński jest często słyszany, przyzwyczailiśmy się do niego i chyba negatywny stereotyp już przemija. Nasze stosunki normalnieją - zachodnio-ukraińskie miasto Sarny jest miastem partnerskim Nowego Dworu, Euro 2012 zostało zorganizowane wspólnie przez Polskę i Ukrainę... Chyba czas, żeby sąsiedzi nauczyli się żyć w zgodzie, choć to niełatwe. Kochać się nie musimy, ale szanować się wypada. Cytowany tu prof. Igor Hałagida, wybitny znawca spraw związanych z relacjami polsko-ukraińskimi w XX w., mniejszością ukraińską w Polsce i Kościołem greckokatolickim, zbiór swych szkiców o tych trudnych tematach zatytułował: „I Bac nepecjiuyBara óy^yrb...”. Chyba nie ma potrzeby tłumaczenia tych słów na polski. Najlepszym przykładem owych prześladowań są losy ks. Wasyla (Bazylego) Hrynyka. Aresztowano go w 1945 r. i przekazano sowieckim organom bezpieczeństwa, lecz po kilku dniach zwolniono. Potem uniknął powtórnego aresztowania. Po akcji „Wisła” poszedł za swoimi wiernymi na Pomorze - najpierw odprawiał msze tylko łacińskie, ale później odważył się sprawować eucharystię w obrządku wschodnim. Starał się informować Stolicę Apostolską o sytuacji grekokatolików w Polsce po II wojnie światowej i za to w 1954 r. został aresztowany, oskarżony o „szpiegostwo na rzecz Watykanu” i skazany na 6 lat więzienia. Wypuszczono go po „odwilży” w 1956 r. Powrócił na Wybrzeże i sprawował tu opiekę duszpasterską do 1968 r. Jego parafia nie miała granic - jeździł od Żuław, Gdańska i Bytowa aż po Sławno i Szczecinek. Od 1967 r. aż do swej śmierci (1977 r.) był generalnym wikariuszem prymasa Polski ds. grekokatolików i czołową postacią ukraińskiej cerkwi greckokatolickiej. W Cyganku poświęcono mu tablicę pamiątkową. Ks. Hrynyk od 1952 przebywał w Cyganku. Zapewne władze pozwoliły mu objąć zniszczony kościół w wiosce, w której nie było Ukraińców. To się wpisywało w logikę systemu. Przy stanie ówczesnej komunikacji, niewielkiej liczbie połączeń autobusowych i braku samochodów osobowych trudno było tu dotrzeć z wiosek, w których osiedlono wygnańców. Po ks. Bazylim Hrynyku posługę sprawowało siedmiu kapłanów, ale dopiero od 2002 r. świątynia stała się oficjalnie cerkwią grekokatolicką, choć już wcześniej ustawiono w nim ikonostas, czyli ozdobną, pokrytą ikonami ścianę we wnętrzu cerkwi, która znajduje się między miejscem ołtarzowym a nawą. W ten sposób doszło do swoistego palimpsestu — dzieje się tak, gdy rękopis spisany zostaje na używanym wcześniej materiale piśmiennym, najczęściej z oszczędności lub z powodu braku nowego pergaminu. Z tym, że tu nie usunięto poprzedniego tekstu, nadpisano go w już istniejącej księdze. 92 O św. Mikołaju, zacnym plebanie, Ukraińcach i kajakach z Cyganka *** Od lipca 2014 r. proboszczem w parafii został ks. Paweł Potoczny. Jego rodzina także została wygnana z kresów południowo-wschodnich - osiedlono ją w Pieniężnie. Ojciec pracował w mleczarni. Rodzina była religijna, Pawełek był ministrantem, ale prowadził zwykłe chłopackie życie. Aż do chwili, kiedy w czasie nauki w ukraińskim Liceum Ogólnokształcącym w Górowie Iławieckim pojechał na rekolekcje. Wtedy przeżył coś niezwykłego, w czasie wspólnych modlitw poczuł „tchnienie Boga”. To było coś więcej, niż zdarzało się w czasie nabożeństw, uczucie zaufania i zawierzenia Bogu, początki powołania... I rzeczywiście trafił do seminarium duchownego w Lublinie. Tam znalazł sens życia i... żonę. Bo do kolegi z seminarium przyjeżdżała piękna Ania. Pokochali się i pobrali, jeszcze przed święceniami. Są ze sobą razem od piętnastu lat, mają trójkę dzieci - dwie córki i syna. Rozpocząłem ten artykuł od sielskiego obrazka kąpiących się dzieci; każdy wie, ile obowiązków i wyrzeczeń kosztuje posiadanie potomstwa, ale myślę, że ksiądz żonaty jest bliżej ludzi i ich trosk, a celibat jest tylko dla wybranych, nie powinien być obowiązkiem wszystkich kapłanów. Przymusowe bezżeństwo to dla wielu tragedia i przyczyna wielu nieprawości. I na tym kończę tę dygresję. Po posłudze w Przemyślu i Olsztynie skierowano go w 2014 r. do Cyganka. Cerkiew i plebania były zapuszczone. Wiedział, że roboty będzie miał bardzo dużo, tym bardziej, że przyszedł do parafii „w depresji i na zakręcie”, jak żartobliwie opisuje położenie swej świątyni. Kiedy zaczął oglądać swój kościół, jego wzrok przyciągnęły dwa wizerunki św. Mikołaja, patrona świątyni. Jeden to duży portret znajdujący się na polichromii, nad organami, na którym święty jakby obejmował swych wiernych, którzy przyszli do niego i im błogosławił. Drugi, to mało widoczny obraz w szczycie bocznego ołtarza po prawej stronie. Trzeba wejść za ikonostas i zadrzeć głowę, żeby zobaczyć chorych i chromych, którzy dotarli do grobu świętego i czekają na cud ozdrowienia. Większość ludzi używa określenia Święty Mikołaj na określenie grubego starszego mężczyzny z białą brodą w czerwonym stroju, który w okresie świąt Bożego Narodzenia rozwozi dzieciom prezenty saniami ciągniętymi przez renifery. Prawdziwy święty Mikołaj z Miry nazywany jest w kościołach wschodnich hyperhagios, czyli arcyświęty, święty nad świętymi i nie jest to przesadzone. W całym chrześcijańskim świecie było tak wiele świątyń pod wezwaniem świętego z Miry, że anonimowy autor średniowieczny napisał: „Gdybym miał tysiąc ust i tysiąc języków, nie byłbym zdolny zliczyć wszystkich kościołów, wzniesionych ku jego czci”12. Historycy wyliczyli, że w roku 1500 liczba poświęconych Mikołajowi kościołów, tylko w Europie Zachodniej, przekroczyła dwa tysiące13. We Włoszech szczyci się on największą liczbą patronatów - jest opiekunem wielu włoskich miasteczek, w tym 274 gmin14 . Już w średniowieczu w dniu jego śmierci zaczęto dawać podarki dzieciom. W ten sposób jego sława urosła bardzo. Bo kto by nie pokochał takiego dobrego świętego? Jest on patronem żeglarzy, rybaków i flisaków, wytwórców guzików, cukierników i piekarzy, bednarzy, łucz- 12 Zob.: https://www.cyganek.ndg.pl/historia-swiatyni/relikwie-2/swiety-mikolaj-z-miry/ 13 Zob.: https://pl.wikipedia.org/wiki/Miko%C5%82aj_z_Miry 14 https://it.wikipedia.org/wiki/San_Nicola_di_Bari Andrzej Kasperek 93 ników, gorzelników i piwowarów, jeńców, kancelistów parafialnych, kierowców, kupców, młynarzy, uczonych i studentów, notariuszy, obrońców wiary przed herezją, pielgrzymów i podróżnych, sędziów i więźniów, sprzedawców perfum, wina, zboża i nasion, dzieci, panien szukających kandydata na męża, prostytutek , jak również więźniów i ofiar błędów sądowych a także pojednania Wschodu i Zachodu. Pokażcie mi innego świętego, który ma tyle na głowie! Ks. Paweł pomyślał, że skoro tak, to jego ikona powinna znaleźć się w cerkwi. Najlepiej oczywiście, gdyby to była ikona z XVIII w., bo to z tych czasów pochodzi większość wyposażenia. Rozpuścił wici po znajomych, ale ci patrzyli na niego jak na fantastę - czego ci się zachciewa człowieku? Tak pewnie myśleli. I oto zdarzył się mały cud, w czasie wizyty u Małgorzaty Dawidiuk, przemyskiej malarki i konserwatorki ikon, dostrzegł tę szukaną i pożądaną starą ikonę. Kiedyś wisiała w jakiejś cerkwi, ale po akcji „Wisła” grekokato-lickie świątynie marniały albo zmieniano ich przeznaczenie. Ikonami palono w piecach. Na szczęście tę ktoś wyciągną ze stosu opału i uratował. Kiedy ks. Paweł powiedział, że do objętej przez niego cerkwi poszukuje właśnie takiej, pani Dawidiuk ofiarowała mu ów święty wizerunek. Konieczna była konserwacja, udało się, dzięki ofiarności parafian, szybko uzbierać potrzebną kwotę i dziś ikona jest ozdobą cerkwi w Cyganku-Żelichowie. To wtedy pojawiła się myśl, żeby rozpocząć starania o pozyskanie relikwii świętego. Ksiądz proboszcz w grudniu 2015 r. wystosował pismo do Patriarchy Kościoła Greko- 94 O św. Mikołaju, zacnym plebanie, Ukraińcach i kajakach z Cyganka Organy i fragment polichromii ze iw. Mikołajem [Fot. Andrzej Kasperek] katolickiego, abpa Światosława, z prośbą o relikwie św. Mikołaja. Z Bari we Włoszech, dokąd w XI w. przeniesiono ciało świętego, przywiózł je bp Irynej Biłyk, kanonik bazyliki papieskiej Santa Maria Magiore w Rzymie. Przekazanie relikwii dla parafii św. Mikołaja odbyło się 19 sierpnia 2016 roku w Jarosławiu w czasie obchodów 20-lecia koronacji ikony Andrzej Kasperek 95 Matki Bożej „Bramy Miłosierdzia”. Jest to ten sam obraz, który decyzją papieża Franciszka 8 grudnia poprzedniego roku był obecny w Watykanie podczas otwarcia Roku Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia. Także tego dnia została pobłogosławiona i poświęcona ikona św. Mikołaja15. A dodać należy, że tylko nieliczne kościoły pod wezwaniem tego patrona mają jego relikwie. Dla miejscowej wspólnoty skupionej wokół cerkwi było to wielkie wydarzenie. Było dowodem na jej trwanie, a nie ma co ukrywać, że ilość parafian się zmniejsza, parafię opuszczają młodzi, wyjeżdżają do dużych miast, emigrują... Kiedyś Marzęcino nazywano „Małym Kijowem”, teraz to już historia. Dziś nie odprawia się już nabożeństw greko-katolickich w użyczonych kościołach Marzęcina i Ostaszewa. Obecnie parafia obejmuje cały powiat nowodworski, a liczy przeszło dwieście osób, około stu wiernych przychodzi na niedzielne nabożeństwo. Figura NMP [Fot. Andrzej Kasperek] Ksiądz Paweł ze wzruszeniem opowiada o ikonie i relikwiach, ale to tylko wstęp do najważniejszego. Oto za wstawiennictwem relikwii stał się cud, co prawda dopiero spisany, ale wymowny. Świadectwo z 2019 r. dotyczy parafianina Roman Hnatiuka, u którego stwierdzono zaawansowane stadium raka czerniaka w postaci złośliwej. Przerażony udał się do cerkwi i modlił się przed ikoną i relikwiami świętego. Lekarze wycięli zarażony fragment skóry i zakażone węzły chłonne. „Po drugim zabiegu, również został [pobrany] materiał do badania histopatologicznego. I znów oczekiwanie i rozmowa- modlitwa ze św. Mikołajem. Po około 8 dniach otrzymuję telefon ze szpitala, abym pilnie zgłosił się na ponowne konsylium, na którym dowiedziałem się, że jestem czysty i nie mam raka. Konsylium [...] nurtowało to, jak to się stało, że jestem czysty i czy nie brałem jakichś leków? Na co odpowiedziałem, że nie brałem, ponieważ na pierwszym konsylium powiedziano mi, że na to nie ma lekarstwa, nie jest też brana pod uwagę radioterapia czy chemioterapia. Pozostało tylko cięcie chirurgiczne. Na tym konsylium również powiedziałem o ikonie św. Mikołaja w Cyganku i Jego wstawiennictwie, co zostało skwitowane milczeniem. Dokonano również szeregu innych badań, które potwierdziły diagnozę, że jestem czysty” — to fragmenty świadectwa chorego16. Rak zniknął, to jest niepodważalne. Znalezienie i pozyskanie zabytkowej ikony, sprowadzenie relikwii z Bari, data (działo się to w czwartek, dzień poświęcony św. Mikołajowi), sposób przekazania ikony i relikwii oraz cuda, które za jego wstawiennictwem się pojawiły, to według ks. Pawła widome znaki obecności Pana Boga, abyśmy widzieli Jego działanie. Nawet w takich prostych rzeczach... Kiedy wspomina, jak trzy lata temu, w czasie zlotu mennonitów na Żuławach, do kościo- 15 Zob.: https://www.cyganek.ndg.pl/historia-swiatyni/relikwie-2/swiety-mikolaj-z-miry/ 16 Całość została opublikowana w „Gościu Niedzielnym”, 2019, nr 26 96 O św. Mikołaju, zacnym plebanie, Ukraińcach i kajakach z Cyganka ła weszło kilkudziesięciu ludzi i zaczęło się modlić, przepięknie s'piewać i chwalić Pana Boga, to bardzo się wzruszył i poczuł, że jest kontynuatorem historii tej ziemi, tego kościoła z XIV w. i że robi coś dobrego. Nie tylko dla swych wiernych, ale dla wszystkich odwiedzających ten żuławski kościółek i dla samych Żuław. A jeśli uda się powiększyć wiedzę ludzi o tym, że tu znajdują się ikona i relikwie, to sława parafii znacznie się zwiększy. Dotrą tu bowiem ludzie poszukujący nadziei i wiary, jak na tym starym obrazie z ołtarza. Tak jak trafił tu Roman Hnatiuk... Ks. Paweł oprowadzał nas po swoim kościele, pokazywał ikonę, obrazy, polichromię, która wymaga pilnego remontu. Ten kościół wiele przeszedł i wciąż potrzebuje pomocy - w kruchcie wisi lista prac konserwatorskich od 1984 r. do 2019 r. Grób z lapidarium przy kościele [Fot. Andrzej Kasperek] Obejmuje ona aż 25 pozycji: remont ścian i dachu, wymiana belek i cegieł, konserwacja obrazów, remont instalacji elektrycznej... Wydano na nie 1.754.409 zł i 41 gr. Dotacje państwowe, ministerialne, marszałkowskie, miejsko-gminne wyniosły aż 1.373.877,47 zł. Pozostała suma to datki parafian, jeśli podzielimy je przez ilość głów w parafii, to widać, jak bardzo wierni z tej parafii są ofiarni. A tu ciągle coś trzeba naprawiać, łatać, odnawiać - ale cóż w tym dziwnego, kościół ma prawie osiem wieków. Pytam, ile potrzeba na wszystkie prace naprawcze, na malowidła sufitowe, posadzki, ławki, ołtarze i kazalnicę obecnie zabezpieczoną siatką, aby ruchome elementy nie spadły na wiernych. Ksiądz odpowiada, że sama polichromia to koszt około dwóch milionów złotych, a całość to wydatek od siedmiu do dziesięciu milionów. Ogromna kwota. Ale znając konsekwencję, upór i zaradność miejscowego plebana wierzę, że doprowadzi swą cerkiew do stanu kwitnącego. Panuje w tym kościele niezwykła atmosfera. Pisałem już o tym, że można czytać go jako palimpsest. Ikonostas, bardzo bogaty, wręcz bizantyjski, wyróżniający się wschodnim przepychem, świecznik, ikona oraz ozdobny ukraiński haft na tkaninach - to wschodni koloryt, organy, kazalnica i malowidła mówią o zachodnim rycie, który obowiązywał tu od XIV w. Dla niektórych to dysonans, a ja odbieram to jako wzbogacenie - jesteśmy świadkami i możemy oglądać, w jak rozmaity sposób czci się Boga Jedynego. Pytam o figurę Maryi zawieszoną na ścianie. Tu także mamy do czynienia ze swoistym synkretyzmem. Duża figura Maryi została umieszczona na podstawce z napisem: Maria Kónigin des Himmels, czyli Maryja Królowa Niebios. Cokół znaleziono w kościele a figura jest darem od rodziców księdza. Kiedy jego dziadków wysadzono w Pieniężnie na Warmii znaleźli ją w miejscu swego osiedlenia, brudną i zniszczoną. Teraz pięknie odnowiona ozdabia północną ścianę kościoła. Synkretyczne jest także obejście, np. obok siebie stoją dwa krzyże nagrobne: dziekana J. Gehrmanna zmarłego w 1937 r. i o. Nikodema Stecura, który tu pracował, zmarłego w 1990 r. Ustawiono koło siebie fragmenty starych nagrobków, niektóre z nich Andrzej Kasperek 97 Plany rekonstrukcji wieży [archiwum parafialne]. to polne kamienie tylko z gmerkiem, stoi krzyż misyjny z 1916 r. Nagrobki odnowiono i stworzono swoiste lapidarium. Pleban pokazuje krzyż z napisem, że spoczywa pod nim Michael Lange z Peter-shagen (Żelichowa), który zmarł w 1895 r. Paweł wyjmuje z kieszeni smartfon, włącza pocztę i pokazuje mi mail od rodziny Lange, która go odszukała i jest bardzo wdzięczna, że ślad po ich przodku nie zaginął. W mailu przesłano nawet konterfekt nieboszczyka. Jak miło patrzeć na takie rozumienie historii, pełne zrozumienia oraz troski o zabytki i stare nagrobki. Szkoda tylko, że jest to tak rzadkie. Ks. Paweł ma teraz nowe zadanie - planuje odbudowę wieży kościelnej, bo uważa, że bez niej kościół jest jakiś niepełny, bo świątynia powinna być widoczna z daleka. Wykonano plany, zgromadzono już 80% potrzebnego drewna. Myślę, że szczęście (lub Boża opieka) ks. Pawła nie opuszcza. Udało się je kupić przed ostatnimi horrendalnymi podwyżkami, przy obecnych cenach starczyłoby pewnie na daszek nad wejściem do kościoła. Za kilka lat wieża będzie stała, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Obok cerkwi kilka lat temu powstała przystań kajakowa, która jest częścią dużego projektu Pomorskich Szlaków Kajakowych. Znajduje się ona na terenie parafii. Ks. Paweł mówi, że kiedy kilka lat temu skoszono tu wysokie pokrzywy i wyrwano łopiany, to rozmarzył się i wyobraził sobie, że można by zrobić tu cos sensownego, np. przystań a może nawet stanicę wodną. Ksiądz zakupił kilka kajaków, które wypożycza chętnym. Można urządzić ognisko lub pójść do gospody „Mały Holender”. Na plebani jest kilka pokojów do wynajęcia. Rowerzyści i piesi mogą się tu dostać utwardzoną ścieżką na wale Tugi. To uparty człowiek, jak postanowił schudnąć, zaczął biegać. Teraz bieganie to jego pasja, która przeobraziła się w chęć startu w triathlonie. Biega, pływa, teraz kupił specjalny rower i zaczął na nim treningi. Chce wystartować w przyszłorocznym Castle Triathlon Malbork. Trzymam za niego kciuki i życzę sukcesów sportowych, rodzinnych i duszpasterskich. Szczęść Boże! *** Gdyby ktoś z czytelników chciał wesprzeć remont polichromii i odbudowę wieży w cerkwi, to podaję adres internetowy: https://www.cyganek.ndg.pl/e-darowizna/. Wystarczy tam wejść, kliknąć a przelew poszybuje na parafialne konto i na pewno zostanie dobrze wykorzystany. 100 Cieszymowo - Od pruskich włości, przez PGR do Fortune PIERWSI WŁAŚCICIELE ZIEMSCY W TESCHENDORF Począwszy od żyjącego w XIII wieku Prusa Tessima, od którego pochodzi nazwa miejscowości Cieszymowo (niem. Teschendorf), właściciele ziemscy bardzo dobrze radzili sobie z uprawą rolną na cieszymowskich terenach. Sprzyjała temu wymagająca, ale dająca wysokie plony ziemia, której do uprawy w Cieszymowie i okolicach były setki hektarów. Na dobre rezultaty miał wówczas wpływ efekt skali. W XVII wieku nastąpił kryzys gospodarczy, bowiem wraz z potopem szwedzkim zostały spalone ziemie od Susza, poprzez Prabuty, Dzierzgoń, Mikołajki Pomorskie, aż po okolice Sztumu. Spowodowało to wyłączenie tych terenów z użytkowania na lata, a ich ponowne zagospodarowanie było bardzo trudne i kosztochłonne, z czym właściciele tych ziem nie mogli sobie poradzić. Rok Właściciel 1285 Prus Tessim 1306 Glabun (wnuk Tessima) 1420 Paweł Budzisch (pra-pra wnuk (Tessima) 1433 Tomasz i Adauk z Rakowca 1421-1448 Szelinsky II poł.XVw. Zakrzewski 1581-1671 T. Leski 1682 Jankowski/Schack 1727-1782 Schack von Wittenau 1782-1808 Grav von der Goltz 1808-1827 Komorowscy (Dzierżawa od Królestwa Pruskiego) 1827-1865 Wilhelm Moritz i Alexander Komorowski 1865-1870 Alexander Komorowski Właściciele ziemscy Teschendorfprzed podziałem miejscowości na Gross i Ober Źródło: Opracowanie własne na podstawie wielu źródeł internetowych i książkowych W 2. połowie XIX wieku cieszymowskie ziemie zostały podzielone. Między 1860 a 1890 rokiem powstały dwa osobne majątki, a zatem i osobne gospodarstwa rolne. Był to początek utworzenia dwóch osobnych miejscowości. Były to Gross Teschendorf, którymi zarządzała w początkowych latach po podziale rodzina Komorowskich, a następie od 1907 roku Alfred Gronau, a od 1917 roku rodzina Randolf oraz Ober Teschendorf, którym zarządzał początkowo Walter Heine, a od 1902 roku Erich Zeppke. Gross Teschendorf Ober Teschendorf Rok Właściciel Rok Właściciel 1875-1907 Alfred Komorowski 1872-1902 Walter Heine 1907-1917 Alfred Grunau 1902-1945 Erich Zeppke Właściciele ziemscy Teschendorf po podziale miejscowości na Gross i Ober Źródło: Opracowanie własne na podstawie wielu źródeł internetowych i książkowych Bartosz Marguardt 101 Nieopodal Gross i Ober Teschendorf położona była jeszcze jedna miejscowość z „Te-schendorf” o nazwie - Klein Teschendorf (tłum. Cieszymek). W Cieszymku znajdowało się kilka rodzinnych gospodarstw rolnych, a jedno z nich należało do 1945 roku do Alberta Kunza i jego licznej rodziny. Gross Teschendorf Ober Teschendorf Klein Teschendorf Powierzchnia 474,6 ha 388,6 ha 266,3 ha Liczba mieszkańców w tym: 156 107 123 Mężczyźni 72 48 59 Kobiety 84 59 64 Ewangelicy 128 65 102 Katolicy 28 42 21 Powierzchnia gospodarstw rolnych w Teschendorf w 1885 roku, liczba mieszkańców według płci oraz wyznania Źródło: Opracowanie własne na podstawie wielu źródeł internetowych i książkowych Druga połowa lat 30. XX wieku to postęp techniczny oraz wprowadzanie do eksploatacji ciągników rolniczych Lanz-Bulldog w tym egzemplarzy ogumionych, które to można było spotkać w Teschendorf i na okolicznych polach. Właśnie w tym okresie w okolicach sąsiednich Matul (wówczas Mothalen) wykonano zdjęcie zatytułowane „Pfliigen mit dem Lanz-Bulldog” (tłum. „Orka Lanz-Bulldogiem ). Ukształtowanie terenu, układ drzew, jeszcze młody lasek po prawej stronie i las daleko w tle zdjęcia, wskazuje, że na zdjęciu ukazane jest pole między „Motalinem” (starsi mieszkańcy wsi do dziś używają tej nazwy) a Teschendorf, należące obecnie do cieszymowskiego gospodarstwa rolnego Fortune. Orka Lanz-Bulldogiem między Matulami a Cieszymowem w 1935 roku Źródło: materiał opublikowany na stronie internetowej https://www.bildarchiv-ostpreussen.de 102 Cieszymowo - Od pruskich włości, przez PGR do Fortune PO 1945 ROKU ORAZ PAŃSTWOWE GOSPODARSTWO ROLNE Po II wojnie światowej do Teschendorf przybyli Polacy, a nazwa miejscowości została spolszczona. We wsi osiedlono głównie ludność z dawnego województwa warszawskiego. Większość z nich pracowała w rolnictwie i stanowiła siłę napędową miejscowego gospodarstwa. W kolejnych latach rolnictwo w Cieszymowie, jak i zresztą w całym kraju przechodziło reorganizację. Gospodarstwa w Cieszymowie i okolicznych Linkach funkcjonowały do 1972 roku jako niezależne Państwowe Gospodarstwa Rolne. Zmiany zaszły wraz z powstawaniem Kombinatu Rolnego „Powiśle” w Czerninie do którego dołączyło Cieszymowo i Linki. Te dwa zakłady stały się jednym PGR-em, tworząc Zakład Rolny w Cieszymowie. Biuro Zakładu Rolnego w Cieszymowie, które przez wiele lat znajdowało się w zabytkowym pałacu, fot. z archiwum Z. Zwolenkiewicza Kombinat „Powiśle” był jednym z największych w kraju, a w jego skład wchodziło 15 zakładów rolnych znajdujących się w 6 gminach Dolnego Powiśla, 22 tysiące hektarów ziemi oraz 4 zakłady usługowe: produkcja mieszanki paszowej, transport i chemizacja, remontowo-budowlany, usług socjalnych. Rok Właściciel 1945-1949 Państwowe Nieruchomości Ziemskie 1949-1957 Zespoły Państwowych Gospodarstw Rolnych 1957-1972 Inspektoraty Dzierzgoń/Sztum - Państwowe Gospodarstwa Rolne 1972-1993 Kombinat Rolny Czernin - Państwowe Gospodarstwa Rolne 1993-2004 Agencja Nieruchomości Rolnej/Prywatne Przedsiębiorstwa 2004-obecnie Gospodarstwo Rolne „Fortune” Cieszymowo Właściciele ziemi w Cieszymowie po 1945 roku Źródło: Opracowanie własne na podstawie wielu źródeł internetowych i książkowych Bartosz Marguardt 103 Gospodarstwo w Cieszymowie na tle pozostałych tego typu w regionie wyróżniało się ponadprzeciętną wydajnością. Było wzorem dla innych, o czym świadczyły liczne wycieczki, które podziwiały hodowle oraz odnowione budynki, otoczone kwietnymi rabatami. Potwierdzeniem powyższego było zwycięstwo gospodarstwa w telewizyjnym turnieju producentów zbóż w 1986 roku oraz nagroda od sponsora - dzwon. Plon w ZR w Cieszymowie tego roku był jednym z najlepszych w kraju. W 1987 roku wydajność osiągnięta przez ZR Cieszymowo to 76,9 kwintali/hektar, w przeliczeniu: 7,69 tony/hektar. Media nazywały Cieszymowo „przewodnikiem w produkcji zbóż”. Jednak zanim do Cieszymowa przyjeżdżały wycieczki, w miejscowości wykonano ciężką pracę w zakresie poprawy stanu zabudowań gospodarczych i mieszkaniowych. Wybudowano nowe obory, wyremontowano zabytkowy spichlerz, wybudowano nowe budynki mieszkalne. Pomogło w tym dołączenie miejscowego PGR-u do Kombinatu „Powiśle”. Nie zawsze było bowiem kolorowo. W „Głosie Wybrzeża” z 18 marca 1971 roku, gdzie zrelacjonowano wizytę sekretarzy KW PZPR u rolników Powiśla, w tym w Cieszymowie, padły słodko-gorzkie słowa: „Dyrektor Gospodarstwa [...] usłyszał sporo gorzkich uwag na temat porządków w gospodarstwie. Odwodnienie dość rozległego terenu wraz z osiedlem mieszkaniowym można przecież przeprowadzić systemem gospodarczym. [.••] Istniejący park, powinien stanowić miejsce wypoczynku dla ponad 100 zatrudnionych. [...] Cieszymowo jest na ogół dobrym gospodarstwem. Od szeregu lat systematycznie uzyskuje wyższe plony i osiąga ponad milion złotych zysku rocznie. ” 104 Cieszymowo — Od pruskich włości, przez PGR do Fortune Jednym z kilku zakresów produkcji Kombinatu Rolnego „Powiśle”, do którego należał cieszymowski zakład była hodowla owiec i produkcja wełny. Kombinat poczynił wiele inwestycji w tym zakresie. Było to między innymi wybudowanie w latach 1977-1978 owczarni w Linkach. Chów owiec w ZR Cieszymowo odbywał się w cyklu zamkniętym. Latem zwierzęta mogły paść się na okolicznych polach. Zadbano również o bazę paszową. Wzniesiono silosy na kiszonkę. Mimo tego, że Zakład Rolny w Cieszymowie specjalizował się również w produkcji mleka i trzody chlewnej w cyklu zamkniętym, to właśnie hodowla owiec była wtedy Cieszymowie na pierwszym miejscu. Innowacyjna jak na tamte czasy (przełom lat 70. i 80. XX wieku) ferma na 3000 owiec w dużym stopniu przyczyniła się do tego, że jednego roku w całym Kombinacie wyprodukowano 35 tysięcy kilogramów wełny. Prym wiodły właśnie ZR Cieszymowo (owczarnia Linki) oraz ZR Postolin. Droga do sukcesu w produkcji zwierzęcej nie była jednak usłana różami. Jak czytamy w „Głosie Wybrzeża” z 3 lipca 1987 roku: „zgodnie z obowiązującą wówczas w PGR rejonizacją hodowli wstawiono do niej (owczarni przyp. B.M.) owcę długowełnistą, pomorską. Było to jednak pociągnięcie niezbyt trafne. Mimo usilnych starań i porad specjalistów uzyskiwane tutaj wyniki nie były zadawalające. [...] Dla przykładu w jednym roku od3000 matek zdołano odhodować jedynie 1800jagniąt. Po 4 latach niezbyt fortunnych doświadczeń [...] sprzedano wszystkie znajdujące się w owczarni w Cieszymowie owce pomorskie. Na ich miejsce zakupiono bardzo popularne rasy owiec - merynos polski. [...] W ciągu roku od jednej sztuki uzyskuje się przeciętnie 4,5-7 kilograma wełny. Tym razem trafiono w „dziesiątkę” [...] Owczarstwo stało się jedną ze specjalizacji kombinatu”. Bartosz Marguardt 105 Żniwa w Cieszymowie, lata 80. XX wieku. Kazimierz Kowalski pierwszy od prawej, fot. archiwum prywatne Jak wspominają najstarsi mieszkańcy miejscowości za czasów PGR-u, w latach 80. XX wieku, bywało, że pogoda w trakcie żniw była deszczowa i utrudniała zbiór rzepaku oraz zbóż, ale gdy tylko aura się poprawiła, do Cieszymowa zjeżdżały kombajny Bizon z całego Kombinatu „Powiśle”. Ułatwiało to żniwa na ponad 1500 hektarach. Nieraz zdarzało się, że na cieszymowskich polach można było zobaczyć kilkadziesiąt maszyn. Kilka z nich zostało uchwyconych na zdjęciu, które w swoim archiwum prywatnym posiadał jeden z mieszkańców wsi. Gospodarstwem wówczas zarządzało wiele osób, jednak najbardziej zapamiętany przez mieszkańców pozostaje Kazimierz Kowalski. Oprócz produkcji zwierzęcej oraz uprawy zbóż, rzepaku i dużych ilości pasz objętościowych za czasów funkcjonowania Państwowego Gospodarstwa Rolnego w Cieszymowie uprawiano ziemniaki i buraki cukrowe. W kulminacyjnych momentach wykopków i buraków w pracę angażowała się cała wieś, w tym starsze klasy z miejscowej szkoły podstawowej. W pracach pomagali również więźniowie ze Sztumu oraz żołnierze z Malborka, którzy byli codziennie przywożeni do Cieszymowa do pracy autobusami lub specjalnymi przyczepka-mi do przewozu osób zaczepianymi do ciągników Ursus. Przy placu, na którym przechowywane były (i nadal są) traktory i maszyny rolnicze, znajdował się pas startowy dla samolotów. Plac ten nazywany jest przez mieszkańców miejscowości „warsztatem” ze względu na znajdujący się tam wybudowany w 1972 roku budynek warsztatowy z zapleczem socjalnym dla pracowników gospodarstwa i operatorów maszyn. Państwowe Gospodarstwo Rolne w ramach swojego wyposażenia dysponowało 106 Cieszymowo - Od pruskich włości, przez PGR do Fortune samolotami, które były wykorzystywane do oprysków czy rozrzucania nawozu. Jeden samolot (PZL-106 Kruk) stacjonował również w Cieszymowie, którego uchwycono na zdjęciu wykonanym 21 czerwca 1989 roku. Samolot był dwumiejscowy. Jego numer boczny to SB-WTB, natomiast fabryczny to 37024. PZL to skrót od Państwowych Zakładów Lotniczych. Z rozmów z seniorami z Cieszymowa wynika, że latał nim pan Zbigniew Brus z Kombinatu Rolnego „Powiśle” w Czerninie, z którego to również dostarczano widoczne na zdjęciu beczki ze specjalnym paliwem. Mieszkańcy Cieszymowa oglądający mecz piłkarski 1 maja 1985 roku. W tle budynek „warsztatu”, fot. archiwum prywatne PZL-106Kruk stacjonujący w Cieszymowie, fot. strona internetowa lotnictwo.net Bartosz Marguardt 107 PAŃSTWOWE GOSPODARSTWO ROLNE W CIESZYMOWIE A MIESZKALNICTWO Wraz z zwiększaniem areału i powiększaniu hodowli zwiększała się również liczba pracowników cieszymowskiego PGR-u. Było to 100, a nawet 150 osób. Konieczna stała się rozbudowa zaplecza mieszkalnego. Pierwsze 5 bloków wybudowano w latach 70. XX wieku. W każdym z nich znajdowało się po 8 mieszkań. Wiele bliźniaczych budynków można do dziś spotkać na terenie całego Dolnego Powiśla. Budową zajmował się Zakład Usług Kombinatu „Powiśle”. Lokale były mieszkaniami służbowymi. Te budynki mieszkańcy Cieszymowa nazywają „starymi blokami”. Ta potoczna nazwa wynika z faktu, że w latach 1984-1985 wybudowano kolejne cztery ośmiorodzinne budynki mieszkalne, tym razem z balkonami i centralnym ogrzewaniem. Podłączenie centralnego ogrzewania było możliwe dzięki równoległemu wybudowaniu kotłowni do której podłączono również mieszkania wybudowane w latach 70. XX wieku. Bloki wybudowane w połowie lat 80. XX wieku przez mieszkańców Cieszymowa nazywane są z kolei „nowymi blokami”. Po PGR-owskie blokowisko do dziś zapewnia dach nad głową dla 72 rodzin. Pierwsze bloki mieszkalne wybudowane dla pracowników PGR-u w Cieszymowie, Zdjęcie wykonane z helikoptera na przełomie lat 70. i 80. XX wieku, kadr z filmu „Mechanizacja Produkcji w Kombinacie Rolnym „Powiśle” w Czerninie , 1981 rok, Spółdzielcza Wytwórnia Filmowa z Warszawy 108 Cieszymowo - Od pruskich włości, przez PGR do Fortune Pracownicy PGR Cieszymowo na wycieczkach, fot. archiwum prywatne Bartosz Marguardt 109 PAŃSTWOWE GOSPODARSTWO ROLNE W CIESZYMOWIE, A ŻYCIE KULTURALNO-SPOŁECZNE PGR napędzał życie kulturalno-społeczne Cieszymowa. Dzieci pracowników zakładu co roku w wakacje mogły pojechać na kolonię. Były to wyjazdy krajowe i zagranicznie. Gospodarstwo zorganizowało również dla najmłodszych możliwość uczęszczania na zajęcia do zakładowego przedszkola. Wejście do niego znajdowało się na tyłach cieszymowskiego pałacu. 7, grupowych wycieczek skorzystać mogli również dorośli. Organizowano wyjazdy między innymi w góry, do Częstochowy, Wilczego Szańca, Świętej Lipki, czy Czechosłowacji. Powszechne były również imprezy w cieszymowskiej świetlicy (budynek potocznie nazywany „Klubem”, obecnie spełnia funkcje mieszkalno-usługowe), które organizowano nie tylko dla obecnych pracowników PGR-u, ale również tych będących już na zasłużonej emeryturze. Wydarzenia te cieszyły się dużym zainteresowaniem. Nie zdarzało się, aby frekwencja była niska. W imprezach uczestniczyła również dyrekcja gospodarstwa. Oprócz imprez typowo integracyjnych organizowano wyjazdowe uroczystości podczas których wręczano okolicznościowe nagrody za zaangażowanie w pracę i rozwój cieszymowskiego gospodarstwa. Na wsparcie między innymi w ramach srogich zim mogli liczyć nie tylko pracownicy cieszymowskiego PGR-u, ale również wszyscy mieszkańcy. Gdy droga między Cieszymo-wem a Linkami była zawiana, a droga do Mikołajek Pomorskich ciężko przejezdna, PGR wysyłał do Mikołajek Pomorskich radziecki gąsienicowy traktor DT-75, który przemykając polami z przyczepą przywoził do Cieszymowa chleb i inne produkty żywnościowe. Warto podkreślić, że mieszkańcy wsi byli bardzo zaradni i sami przygotowywali przetwory i zapasy na zimę. Pracowali często na dwa etaty — jeden etat w PGR, drugi we własnej zagrodzie. Każdy pracownik posiadał bowiem przydzielone działki, a częsc z nich budynki gospodarcze, w których wielu hodowało kury, gęsi, króliki, świnie, krowy, nieliczni konie. Ponadto wśród mieszkańców Cieszymowa znajdowali się miłośnicy hodowli pomidorów i ogórkow. Szklarnie były ogrzewane i budowane osobno dla pomidorow i osobno dla ogorkow. Warzywa były wykorzystywane we własnym zakresie, jak też przekazywane na handel do miejscowego sklepu. Tradycja hodowli pomidorów i ogórków we własnych szklarniach w kilku cieszymowskich rodzinach zachowała się do dziś, choć w trochę mniejszej skali. UPADEK PAŃSTWOWEGO GOSPODARSTWA ROLNEGO W CIESZYMOWIE W Biuletynie informacyjnym NSZZ „Solidarność” Regionu Elbląskiego z 30 czerwca 1990 roku umieszczono pismo Zarządu Regionu Solidarności zaadresowane do wicepremiera, a zarazem Ministra Rolnictwa w sprawie sytuacji Państwowych Gospodarstw Rolnych w województwie (wówczas województwie elbląskim). Głównie chodziło o wiodący w tamtym czasie Kombinat „Powiśle” i sprzeciw Zarządu Kombinatu na usamodzielnianie się poszczególnych Zakładów. W Cieszymowie sprzyjała temu, jak wówczas twierdzono, 110 Cieszymowo — Od pruskich włości, przez PGR do Fortune Koń z powozem przewożący dzieci przez Cieszymowo, lata 70. XX wieku, fot. archiwum prywatne Pracownicy PGR Cieszymowo podczas uroczystej kolacji, podczas której wręczano nagrody za zaangażowanie w pracę. IIpołowa lat 80. XX wieku, fot. archiwum prywatne Bartosz Marguardt 111 wysoka wydajność i ponadprzeciętne (na tle pozostałych gospodarstw) plony. Na usamodzielnienie się, a zatem odcięcie pępowiny od Kombinatu, Zarząd ZR Cieszymowo zdecydował się w 1989 roku. Ostatecznie skończyło się to zwolnieniem Dyrektora Zakładu - Kazimierza Kowalskiego. Wraz z zachodzącymi zmianami ustrojowymi złoty czas dla gospodarstwa w Cieszymo-wie, jak i wielu innych Państwowych Gospodarstw Rolnych dobiegał końca. Zaczynały się problemy. W „Dzienniku Bałtyckim” z 1 lipca 1993 roku w artykule „Tu była Ameryka. opisano upadek PGR Cieszymowo. Możemy przeczytać: „ Od 1991 roku PGR nie opłacało składek zusowskich. Doszło do tego, że komornik zajął pieniądze uzyskiwane za mleko. Pracownicy byli zdenerwowani, sfrustrowani. „Bomba” została rozbrojona dopiero wówczas, gdy większość załogi dostała wymówienia i przeszła na „kuroniówkę” [...] Bardzo tanio była sprzedawana pszenica. Wokół Cieszymowa kręciło się wiele spółek żerujących na upadających PGR. W krótkim czasie poszły na rzeź lub też sprzedane zostały wszystkie krowy z najlepszej obory. ”. Nadzieja jednak nie gasła, co opisuje fragment wypowiedzi Ryszarda Haładudy, który zarządzał cieszymowskim gospodarstwem na początku lat 90. XX wieku: „Czasem marzę co trzeba zrobić, by Cieszymowo wróciło do dawnej świetności. Widzę przed nim wciąż iskierkę nadziei. Szansę na zapewnienie pracy 80-100 ludziom z pobliskiego, pegeerowskiego osiedla. W kolejnych latach cieszymowskie ziemie były uprawiane przez wiele prywatnych przedsiębiorstw, w tym przez „Przedsiębiorstwo Rolne w Cieszymowie”, jednak bez większych sukcesów. Był to trudny czas dla rolnictwa w całej Polsce jak również bardzo trudny czas dla mieszkańców Cieszymowa. Pod koniec lat 90. XX wieku i na początku XXI wieku w lokalnych gazetach bardzo często można było natknąć się na ogłoszenia Agencji Nieruchomości Rolnej o sprzedaży ziemi i budynków popegeerowskich. ROLNICTWO W CIESZYMOWIE OBECNIE - POWRÓT NA SZCZYT Po trudach gospodarowania w latach 90. XX wieku oraz początku XXI wieku, przyszedł czas na zmiany. Gospodarstwo Rolne w Cieszymowie od 2004 roku zarządzane jest przez Macieja Bauryczę. Od tego czasu stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych gospodarstw w okolicy, ale również w całej Polsce. Stało się tak za sprawą wprowadzenia innowacyjnych technologii, nowoczesnego parku maszynowego, ale przede wszystkim dzięki dynamicznie rozwijającej się hodowli bydła, prowadzonej od 2012 roku w nowych, wolnostanowiskowych oborach i jałownikach. Fortune Cieszymowo (główna spółka) zaczynało hodowlę od 80 krów w 2004 roku. W tym momencie hodowla osiągnęła 3 tys. sztuk bydła łącznie. Średnia wydajność stada krów liczącego 1270 sztuk wynosi ponad 12 800 kg. Aby zapewnić odpowiednią bazę paszową dla bydła potrzeba 14 tys. ton kiszonki z kukurydzy rocznie. Krowy są dojone dwa razy dziennie po 7 godzin za pośrednictwem wybudowanej w 2012 roku karuzeli udojowej. W ostatnich latach już ponad 20 krów przekroczyło magiczną barierę 100 tys. litrów wydajności mlecznej w ciągu życia. 112 Cieszymowo - Od pruskich włości, przez PGR do Fortune Ferma bydła w Cieszymowie w 2021 roku z lotu ptak, fot. Fanpage Bracia Gajkowscy Fotografia Rolnicza na Facebooku Fortune w Cieszymowie gospodaruje obecnie na areale liczącym około 2300 hektarów, które podzielone jest na 120 ha łąk torfowych, 1000 ha zboża, 500 ha rzepaku, 100 ha lucerny i traw, pozostała część obsiewana jest kukurydzą przeznaczoną na pasze objętościowe i ziarno. uprawie (np. rozlewanie gnojowicy za Za sprawą profesjonalnego podejścia do gospodarowania, Cieszymowo staje się coraz bardziej liczącym oraz opiniotwórczym miejscem na rolniczej mapie Polski, wyznaczając jednocześnie trendy w hodowli bydła i pośrednictwem węży z wybudowanej sieci hydrantów, ścielenie obór separatem stworzonym z obornika, zastosowanie w produkcji kiszonki z kukurydzy technologii Sherledge). Dzięki coraz większej rozpoznawalności gospodarstwa w Cieszymowie odbywa się wiele rolniczych imprez na skalę krajową, a nawet międzynarodową. Obecnie gospodarstwo w Cieszymowie podobnie jak w złotych latach 80. XX wieku osiąga ponadprzeciętne wyniki w produkcji zwierzęcej jak i roślinnej. Zdobywa wiele nagród, w tym takich w skali całego kraju. Gospodarstwo ponownie napędza rozwój miejscowości, wspiera mieszkańców, będąc jednocześnie przedsiębiorstwem odpowiedzialnym społecznie. Radosław Biskup 113 Radosław Biskup Miłoradzkie wspomnienia Wincentego Zgliczyńskiego (1913-1993): pedagoga, aktora i poety Rodzinnej wsi Miłoradz z okazji 700. rocznicy nadania przywileju lokacyjnego (1321-2021) WPROWADZENIE W sekretariacie Zespołu Szkół i Przedszkola w Miłoradzu przechowywana jest kronika szkolna. Jest ona niezwykle cennym źródłem do dziejów miejscowości w latach 1866-1964. Sfatygowany brulion mieści właściwie dwie kroniki: Schul-Chronik der katholischen Volks-schule zu Mielenz, Kreis Marienburg („Kronika szkolna katolickiej Szkoły Ludowej w Miłoradzu, powiat Malbork”), prowadzoną przez tutejszych nauczycieli w latach 1866-1938, oraz Kronikę Szkolnej Publicznej Szkoły Powszechnej w Mielcu, obejmującą lata 1945-1964. To ogromne szczęście, że ten dokument przeszłości - zasługujący swoją drogą na osobne opracowanie edytorskie - przetrwał wojenną zawieruchę. W Archiwum Państwowym w Malborku znajduje się osobny zespół kronik szkolnych z obszaru Żuław, lecz nie ma w nim jednostki archiwalnej o porównywalnej wartości historycznej, ukazującej realia małej miejscowości w Prusach Zachodnich (1866-1919), Wolnym Mieście Gdańsku (1920-1939), Rzeczpospolitej Polskiej (1944-1952) i Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej (1952-19641). W kronice nie ma wpisów za lata 1939-1945, gdy Miłoradz znajdował się na terytorium Okręgu Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie (Reichsgau Danzig--Westpreu^en). Jest ona świadectwem przełomu, jaki dokonał się na obszarze naszej „małej ojczyzny” w rezultacie tragicznych wydarzeń II wojny światowej: język polski zastąpił język niemiecki, ludność autochtoniczną zastąpili osadnicy z centralnej Polski i obszarów zabużańskich, a sama wieś Mielenz przeszła toponimiczną rewolucję: będąc w latach 1945-1946 Mielcem, Milewem oraz Mielewem, stała się ostatecznie Miłoradzem latem 1947 r. Systematyczna lektura tekstu kroniki, będącej swoją drogą znakomitym źródłem do dziejów kształtowania się organizacji szkolnej na obszarach dzisiejszego powiatu malbor-skiego w latach powojennych, skłania do postawienia podstawowego pytania: kim właści- 1 31 XII 1964 r. zakończono prowadzenie kroniki szkolnej, o czym informuje wpis wykonany ręką ówczesnego dyrektora szkoły Jana Zielińskiego. 114 Miłoradzkie wspomnienia Wincentego Zgliczyńskiego (1913-1993): pedagoga, aktora i poety wie był „W. Zgliczyński”, który w 1945 r. złożył swój podpis na stronie tytułowej kroniki? W pamięci lokalnej funkcjonuje obecnie jedynie jako pierwszy nauczyciel i kierownik szkoły w Miłoradzu oraz kronikarz szkolny (w latach 194 5-19492). Sięgnięcie po materiały archiwalne oraz rozmowy z potomkami pielęgnującymi rodzinne dzieje pozwoliły nie tylko odkryć jego nietuzinkową biografię3, lecz również odkryć cenne zapiski wspomnieniowe ukazujące pozaszkolną egzystencję Wincentego Zgliczyńskiego i jego rodziny w powojennym Miłoradzu. Dlatego celem niniejszego tekstu jest przybliżenie postaci pierwszego nauczyciela w powojennym Miłoradzu oraz udostępnienie wspomnień nieznanych dotąd w tutejszym środowisku. MŁODE LATA WINCENTEGO ZGLICZYŃSKIEGO Jego „małą ojczyzną” było północne Mazowsze: urodził się 27 lutego 1913 r. we wsi Zeńbok w powiecie ciechanowskim. W latach wczesnego dzieciństwa, Wincentego wychowywała matka Henryka (z d. Jaworska) oraz starsze rodzeństwo: ojciec Stanisław regularnie wyjeżdżał do USA w celach zarobkowych. We wspomnieniach cytuje słowa matki, która miała powiedzieć, że ojciec pierwszy raz pojechał po rozum, drugi raz po worek, a po raz trzeci po majątek. Zarobione pieniądze były przeznaczane na zakup ziemi oraz budowę domu i zabudowań gospodarczych. Wincenty miał troje rodzeństwa: siostrę Stanisławę (1897-1971) oraz braci Błażeja (1899-1985) i Henryka (1903-1974); warto zapamiętać tego ostatniego - nauczyciela i artystę - gdyż również zwiąże swoje losy z Żuławami, o czym będzie jeszcze mowa niżej. Lata 20. i 30. XX w. były czasem nauki i poszukiwania drogi kariery. Pierwszym etapem była Szkoła Powszechna w Zeńboku (klasa „wstępna” oraz klasy I-V), a następnie w sąsiednim Lekowie (klasy VI-VII), którą ukończył w czerwcu 1928 r. Zachował się autograf ucznia Wincentego Zgliczyńskiego, złożony w 1926 r. na Deklaracji Podziwu i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych, w ramach akcji zbierania podpisów z gratulacjami od społeczeństwa polskiego dla narodu USA z okazji 150-lecia uzyskania niepodległości.4 Po rocznej przerwie, którą poświęcił na pracę zarobkową w bufecie na stacji kolejowej w Ciechanowie, młody Wincenty podjął naukę w płockim Seminarium Mniejszym jako uczeń IV i V klasy szkoły średniej Gimnazjum Klasycznego5. Następnie, w latach 1931-1935, uczęszczał do Państwowego Gimnazjum im. Zygmunta Krasińskiego w Ciechanowie, gdzie nazajutrz po śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego (czyli 13 maja 1935 r.) zdał egzamin maturalny6 . We wrześniu 1935 r. został słuchaczem IV Dywizyjnego Kursu Podchorążych Rezerwy w Pułtusku. Jak zapisał w swoich wspomnieniach, byłem w jednej kompanii szkolnej 1 W kronice szkolnej brakuje arkusza zawierającego zapiski za lata 1949-1952. 3 Wincenty Zgliczyński doczekał się już dwóch notek biograficznych: Ludzie pióra Mazowsza Ciechanowskiego, zebrał i opra- cował Alfred Borkowski, Ciechanów 2005, s. 140; Jan Kazimierz Korzybski, Półwiecze Towarzystwa Miłośników Ziemi Ciechanowskiej 1957-2007, Ciechanów 2007, s. 125. 4 Zob. http://www.polskal926.pl/karty?place_1926=Ze%C5%84bok [dostęp: 18.06.2021] 5 Odnotowany jako uczeń IV i V klasy wśród alumnów niższego seminarium w Catalogus Ecclesiarum et Utriusque Cleri tam Saecularis quam Regularis Dioecesis Plocensispro Anno Domini 1931, Plociae 1930, s. 28. 6 Potwierdzeniem było świadectwo dojrzałości z 29 maja 1935 r. (nr 8/243), wystawione przez dyrekcję szkoły (informacja zaczerpnięta z Albumu Studentów Uniwersytetu Warszawskiego w Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego). Radosław Biskup 115 z przyszłym samotnikiem-żeglarzem opływającym świat Leonidem Teligą.7 Opisując pułtuski kurs wspomina również, że w tym samym płutonie karabinów maszynowych spał ze mną głowa w głowę Zygmunt Duszyński (1914-1973), w czasie II wojny światowej żołnierz Gwardii Ludowej i Armii Ludowej, dowódca 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki (VII 1947-111 1948), generał broni Ludowego Wojska Polskiego i wiceminister obrony narodowej (1956-1959). W KRĘGU WARSZAWSKIEJ BOHEMY Należy w tym miejscu poświęcić nieco miejsca scenicznym zainteresowaniom Wincentego Zgliczyńskiego. Już w ciechanowskim gimnazjum brał czynny udział w przedstawieniach szkolnego teatru amatorskiego i recytował na okolicznościowych akademiach. Jak wspomina, był „pożyczany" za zezwoleniem dyrekcji szkoły do przedstawień amatorskich ludzi dorosłych. Grał m.in. w „Zemście” Aleksandra Fredry, dramacie „Tamten” Gabrieli Zapolskiej oraz w scenicznej adaptacji „Lalki” Bolesława Prusa. Podczas kursu podchorążych był współtwórcą kabaretu, występującego w salach kinowych Pułtuska i Ciechanowa z rewią „Byczo było”8. Wincenty wiązał ze sceną poważne plany, skoro po ukończeniu kursu podchorążych postanowił zdawać do Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej, którego dyrektorem był Aleksander Zelwerowicz. Oblany egzamin z teorii teatru sprawił, że skierował swe kroki do teatralnego Instytutu Reduty Juliusza Osterwy (1885-1947), który wywarł duży wpływ na przyszłego pedagoga w Miłoradzu. Przewodnikiem po warszawskim świecie artystycznym, wprowadzającym niespełna 24-letniego Wincentego w środowisko tamtejszej bohemy, miał być starszy brat Henryk (ur. 3.04.1903): artysta malarz wystawiający swoje prace m.in. w warszawskiej Zachęcie, ze znajomościami wśród aktorów Teatru Narodowego, w którym grał także Juliusz Osterwa. Dzięki tym koneksjom towarzyskim, Wincenty został aktorem sceny młodzieżowej, co wspomina następująco: Pewnego jesiennego wieczoru zostałem przywołany przez [Ludwika] Bergera9, abym się zameldował u dyr. Osterwy. Ten w pośpiechu na występ poprowadził mnie do dorożki, posadził obok siebie i począł indagować na temat moich aspiracji teatralnych, powiązań rodzinnych z bratem malarzem oraz osiągnięć dotychczasowych. Na końcu poinformował mnie o powołaniu przez niego w „Reducie” tzw. „Okopu”, do którego teraz miałem być włączony celem doskonalenia praktycznego w sztuce aktorskiej. 7 Leonid Teliga (1917-1970) - polski żołnierz, dziennikarz i podróżnik; od 20 września 1935 r. do 30 maja 1936 r. był słuchaczem Kursu Podchorążych Rezerwy 8 Dywizji Piechoty w 32 pułku piechoty w Pułtusku; w latach 1967-1969 opłynął samotnie Ziemię na drewnianym jachcie „Opty”, eksponowanym obecnie w tczewskim Centrum Konserwacji Wraków Statków w Tczewie. ’ Program był wykonywany pierwotnie przez aktora komediowego Adolfa Dymszę (1900-1975) w kabarecie „Banda na początku lat 30. XX w. Ten monolog ucznia zachwyconego wakacjami (Tonąłem - takie bąbelki leciały mi z ust. Byczo było. Krosty miałem. Robaki mnie pogryzły. Byczo było. Pożar był. Całe pół willi się spaliło. Babcia nogę złamała. Byczo było itd.) był w tym czasie bardzo popularny. ’ Ludwik Berger (1911-1943) - aktor i reżyser w Instytucie Reduty, pedagog teatralny i organizator przedstawień szkolnych. 116 Miłoradzkie wspomnienia Wincentego Zgliczyńskiego (1913-1993): pedagoga, aktora i poety Rozmowa odbyła się jesionią 1937 r. Przywołany we wspomnieniach „Okop” został bowiem powołany do życia przez Osterwę we wrześniu tego roku.10 Wincenty trafił pod skrzydła Ludwika Bergera oraz Ewy Kuniny11, odpowiedzialnych w Instytucie Reduty za organizację przedstawień dla młodzieży w ramach Teatru Szkolnego. Grał w nich role drugoplanowe i epizodyczne, występując m.in. jako halabardnik w „O dwóch takich, co ukra-dli księżyc” Kornela Makuszyńskiego czy pogański kapłan w „Podaniu o Piaście” Kazimiery Jeżewskiej. Wincenty udzielał się na scenie również jako student. 26 października 1938 r. immatrykulował się na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Józefa Piłsudskiego w Warszawie i został studentem filologii polskiej12. Natomiast nazajutrz zagrał w „Podaniu o Piaście” w Sali Rycerskiej Zamku Królewskiego, w obecności Prezydenta RP Ignacego Mościckiego. Wydarzenie to wspomina następująco: Staraniem Osterwy daliśmy przedstawienie w 1937 r.13, jesienią na Zamku Królewskim w Warszawie dla Prezydenta Ignacego Mościckiego, jego otoczenia oraz luminarzy kultury i sztuki stolicy. Poznałem tam np. Wacława Sieroszewskiego14, młodą żonę Prezydenta i kilku attache wojskowych na bankiecie zorganizowanym po przedstawieniu. Na wstępie my aktorzy zostaliśmy przez Osterwę przedstawieni Prezydentowi. Gdy przyszła moja kolej, zobaczyłem z bliska człowieka o wspaniałej prezencji, szlachetnym wyrazie twarzy, mądrych i przenikliwych oczach, posiwiałego wprawdzie, ale dziarsko trzymającego się mężczyznę. Skłoniłem z uszanowaniem głowę trzaskając obcasami, gdyż byłem w podchorą-żackim mundurze (jako student Wydziału Filologii Polskiej UJP w Warszawie odbywałem w tym dniu ćwiczenia w jednostce wojskowej na Pradze i nie było dość czasu na przebranie się). Wymieniłem nazwisko i... (Powinienem był powiedzieć, gdybym był wtedy rozsądny: - Jestem bratem Henryka Zgliczyńskiego, autora obrazu olejnego „Dworek w Mierzano-wie - miejsce urodzenia Prezydenta Ignacego Mościckiego”. Brat mój otrzymał od Pana Prezydenta kasetę malarską z napisem na mosiężnej tabliczce: „Od Prezydenta Rzeczypospolitej - 15. I. 1928 r.” Kaseta ta z woli Pana Prezydenta została wręczona mojemu bratu przez Starostę Mławy wobec wszystkich szkół tego miasta, gdzie mój brat był wówczas uczniem V roku Seminarium Nauczycielskiego. Upoważniony przez Pan Prezydenta brat mój przesłał w dwa lata później obraz olejny „Burza na Bałtyku”, za co otrzymał 800 zł. Prasa zamieściła wzmianki i zdjęcia obrazu. Wójt gminy Regimin w powiecie ciechanowskim, Kazimierz Lemanowski, przyniósł gazetę naszej mamie ze słowami: „Może Pani być 10 W zamierzeniu miał to być nowy typ uczelni teatralnej dla młodzieży. Jak w jednym z listów zapisał legendarny reżyser: uczelnia ze zdecydowanym programem i regulaminem, powołana w kierunku „uklasztornienia i uwojskowienia” uczelni teatralnej. Zob. Józef Szczublewski, Żywot Osterwy, Warszawa 1971, s. 432. 11 Ewa Kunina (1889-1963) - aktorka, uczennica m.in. Aleksandra Zelwerowicza, żona pochodzącego z Ciechanowa słynnego rzeźbiarza Henryka Kuny. W latach 1933-1939 była kierowniczką administracyjną teatru szkolnego w Instytucie Reduty (za: www.encyklopediateatru.pl). 12 „Na podstawie wpisu do Albumu Studentów informuję, że Wincenty Zgliczyński urodzony 27 lutego 1913 roku, był studentem Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Warszawskiego, zapisany pod numerem albumu 56093, immatrykulowany w dniu 26 października 1938 roku na podstawie świadectwa dojrzałości wydanego przez dyrekcję Państwowego Gimnazjum im. Z. Krasińskiego w Ciechanowie w dniu 29 maja 1935 roku (Nr 8/243).” Informacja uzyskana z Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego. 13 W rzeczywistości w 1938 r. 14 Wacław Sieroszewski (1858-1945) - pisarz, podróżnik, etnograf i poseł na Sejm w czasach międzywojennych. Radosław Biskup 117 dumna, że pani takiego syna porodziła i wychowała”.) Wymieniłem nazwisko i... zapomniałem języka w gębie....Majestat promieniował...następowała nowa prezentacja. Te warszawskie, pełne nostalgii teatralne wspomnienia Wincentego Zgliczyńskiego wymagają komentarza: przyszły miłoradzki nauczyciel nie jest wzmiankowany ani w przywoływanych już wyżej publikacjach poświęconych Juliuszowi Osterwie15, ani we wspomnieniach osób związanych przed wojną z Instytutem Reduty16, ani w nowszych opracowaniach poświęconych temu środowisku artystycznemu17. Już na tym etapie życia widoczna jest pewna cecha naszego bohatera, którą dzisiaj można by było określić modnym słowem mul-titasking. z przytoczonych wspomnień wynika, że był i studentem, i żołnierzem, i aktorem--amatorem. Studia oraz szkolenia wojskowe z całą pewnością nie pomagały zainteresowaniom aktorskim, skoro nie zapisał się w pamięci pełnoetatowych aktorów z kręgu Juliusza Osterwy. Mimo to pozostawanie w orbicie tak szacownego środowiska artystycznego okazało się po latach wspomnieniem, do którego wracał najchętniej. LATA WOJNY (1939-1945) Sierpień 1939 r. przyniósł kres studenckiemu i artystycznemu życiu: w obliczu agresji hitlerowskich Niemiec, Wincenty został zmobilizowany i przydzielony do pracy w Dowództwie Okręgu Korpusu nr 1 w Warszawie. Pierwsze dni wojny spędził w Warszawie. 1 września rano, jako oficer dyżurny, przyjął meldunek o ataku wojsk niemieckich pod Mławą. Prawdopodobnie 4 września opuścił stolicę wraz ze sztabem DOK I, który miał koordynować działania wojskowe na wschód od Warszawy, jak również organizować punkty kontrolne na drogach, nadzorować ewakuację urzędów państwowych oraz formować na nowo oddziały Wojska Polskiego z żołnierzy m.in. Armii „Lublin . Jak sam napisał w swoim życiorysie, został rozkazem wojskowym rzucony na tereny Siedlce-Lublin-Łuck, gdzie tułał się do 5.X. 1939 r., a następnie, po klęsce wojny obronnej, zdjął mundur i wrócił do Warszawy. O „powrześniowych” losach18 dowiadujemy się sporo z życiorysu, przechowywanego obecnie w Urzędzie ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, sporządzonego 30 stycznia 1980 r. Wincenty wspomina nielegalny przewóz żywności z Ciechanowa do oglodzonej Warszawy, konkretnie dia brata nauczyciela, pracującego w swym zawodzie w Generalnej Guberni i działającym również na tajnych kompletach. Miał kilkakrotnie nielegalnie przekraczać granicę (m.in. w Nowym Dworze Mazowieckim i Wyszkowie). Po jakimś czasie powrócił jednak do rodzinnego Zeńboka. Obawiając się aresztowania lub zsyłki na przymusowe roboty, podjął pracę w Ciechanowie jako technik budowlany. Gdy po ośmiu miesiącach został zwolniony, znalazł zatrudnienie u szklarza na posadzie buchaltera, pisząc mu rachunki 15 Nie pojawia się również w listach Juliusza Osterwy z lat 30. XX w.; zob. Listy Juliusza Osterwy, wstęp Jerzy Zawieyski, Warszawa 1968. 16 O zespole Reduty 1919-1939. Wspomnienia, Warszawa \970. 17 Zbigniew Osiński zestawił w monumentalnym opracowaniu Pamięć Reduty. Osterwa, Limanowski, Grotowski, Gdańsk 2004 członków zespołów teatralnych działających pod auspicjami Instytutu Reduty. Nie wymienia jednak Wincentego Zgliczyńskiego. 18 Por. opracowanie Stanisławy Lewandowskiej, Okupowanego Mazowsza dni powszednie 1939-1945, Warszawa 1993, dające kontekst dla tego okresu w biografii Wincentego Zgliczyńskiego. 118 Miłoradzkie wspomnienia Wincentego Zgliczyńskiego (1913-1993): pedagoga, aktora i poety na maszynie. Wzmiankuje swoje powiązania z polskim podziemiem, ze środowiskiem Batalionów Chłopskich, czyta prasę podziemną i wraz z kolegami planuje atak na okupanta w chwili załamania się ofensywy na wschodzie. Mimochodem w jego zapiskach pojawiają się informacje o założonej w warunkach okupacyjnych rodzinie: małżonce Reginie oraz urodzonym w 1942 r. dziecku. Lakonicznie wspomina także, że 11 lipca 1942 r. w wieku 72 lat, zmarł ojciec Stanisław.19 Wincenty Zgliczyński kreśli swój wojenny życiorys w bardzo mrocznych barwach, co zrozumiałe, biorąc pod uwagę brzemienne w skutki wydarzenia, które miały miejsce latem 1944 r.: 28 czerwca, w podciechanowskim Pęchcinie, zamordowany został niemiecki ogrodnik Gustaw Podlich, opisany przez Wincentego jako spokojny i łagodny Niemiec20. W ramach odwetu, władze okupacyjne aresztowały około 130 Polaków z Ciechanowa i okolic. W grupie tej znalazł się Wincenty Zgliczyński, a kolejne dni przyniosły traumatyczne przeżycia i doświadczenia. W pierwszych godzinach po aresztowaniu, przebywając wśród innych pojmanych, żegnał się z życiem w obliczu wycelowanych luf karabinowych. Na swoje szczęście21 znalazł się w grupie, która najpierw została odprowadzona do więzienia w Ciechanowie, a następnie (2 lipca) został przetransportowany koleją wraz z 73 mężczyznami do więzienia śledczego gestapo w Pomiechówku, mieszczącego się w tutejszym forcie, stanowiącym część umocnień Twierdzy Modlin. Tymczasem w domu pozostała spodziewająca się dziecka małżonka Regina i córeczka Janina. Osadzenie w Pomiechówku było początkiem więziennej gehenny Zgliczyńskiego.22 16 lipca został przewieziony do obozu przejściowego w Soldau (Działdowo), a po tygodniu trafił do grupy więźniów przetransportowanych do robót zbrojeniowych w okolicach lotniska wojskowego w Wormditt (Orneta). Tutaj przebywał do 16 września. W posiadaniu córki Bożeny znajdują sie listy wysyłane przez Wincentego do rodziny z Ornety z 25 lipca i 9 sierpnia 1944 r.: wyrażał w nich troskę o ciężarną żonę, prosił o dosłanie paczki z chle-bem (tylko chleba mało) i miał nadzieję na rychły powrót do domu, która jednak okazała się płonna: 16 września ponownie został przerzucony do Działdowa, a stąd, przez Malbork, trafił 20 września do obozu koncentracyjnego w Stutthof (Konzentrationslager Stutthof), gdzie został oznaczony numerem 87646 jako więzień polityczny.23 O ile we wspomnieniach dość szeroko opisał wydarzenia związane z uwięzieniem w Pomiechówku, to paromiesięczny pobyt w obozie koncentracyjnym wspominał 15 Stanisław Zgliczyński, zmarły w wieku 72 lat, jest pochowany na cmentarzu parafialnym w Zeńboku, wraz z żoną Henryką (zm. 1954 r.). 20 Wincenty Zgliczyński, Hitlerowski odwet, „5 Rzek”, nr 2: 1959, s. 7-9; dokumentacja Gestapo dotycząca tej sprawy znaj- duje się m.in. na stronie www.forttrzecipomiechowek.org, tj.Fundacji „Fort III Pomiechówek”. 21 Część z aresztowanych została rozstrzelana: 3 lipca, w nieodległej żwirowni w Śmiecinie (obecnie dzielnica Ciechanowa), Niemcy zgładzili trzydziestu zakładników. W 1998 r. Towarzystwo Miłośników Ziemi Ciechanowskiej zawiesiło w kościele parafialnym pw. MB Fatimskiej w Ciechanowie tablicę upamiętniającą ofiary mordu z 3 lipca 1944 r. Kolejna 10-osobowa grupa aresztowanych, złożona głównie z żołnierzy 11 Pułku Ułanów i Straży Granicznej, została rozstrzelana w Pomie- chówku 30 lipca tego roku. Ofiary spoczywają w zbiorowej mogile na cmentarzu przy ul. Płońskiej w Ciechanowie. 22 Dziękuję p. mec. Piotrowi Jeżółkowskiemu, prezesowi Fundacji Fort III Pomiechówek, za informacje oraz kontakt ze spadkobiercami Wincentego Zgliczyńskiego. 23 Np. pisma dyrektora Muzeum Stutthof mgra Mirosława Glińskiego z 27 kwietnia 1976 r. znajdującego się w aktach Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. W zasobach archiwum Muzeum Stutthof znajduje się jedynie karta obrachunkowa więźnia Wincentego Zgliczyńskiego (nr 87646), informująca, że 5 października 1944 r. otrzymał 10 marek: Archiwum Muzeum Stutthof, Syg. I-III-58283. Radosław Biskup 119 Karta Wincentego Zgliczyńskiego, więźnia KL Stutthof nr 87646, z archiwum cyfrowego Bad Arolsen (za: www.arolsen-archives.org) zdawkowo. Najwięcej szczegółów zawiera wspomniany już wyżej artykuł „Hitlerowski odwet” z 1959 r.: Przywieziono nas samochodami. Pierwsze wrażenie dodatnie: ciemne nadmorskie lasy, o półtora kilometra brzeg morski, ładne domki, wodotrysk, róże, ładnie ubrani prominenci obozowi. Ale po kąpieli, ogoleniu wszystkich owłosionych części ciała, zabraniu wszelkiego osobistego mienia, oprócz paska, wyfasowaniu ubrań jak strachom na wróble odprowadzono nas na blok XIV24. Na wstępie przywitano nas jak fryców, szyderstwami, kpiną, nawet biciem. Na wąskiej pryczy spało nas pięciu. Współtowarzysz niedoli szeptał mi do ucha straszne wieści o biciu w rękawicach bokserskich każdego ranka dla utrzymania porządku przy wychodzeniu z sali sypialnej do świetlicy po ubrania. Młocki tej dokonywali sztubowi i blokowy. Ze Stutthofru można było pisać. A było o czym. W grudniu krematorium nie nadążało palić trupów, tak komora gazowa pracowała sprawnie. Wobec tego palono na stosach. Smród był niesamowity. Przed świętami Bożego Narodzenia pisałem do rodziny: 24 Krzysztof Dunin-Wąsowicz, Stutthof. Ze wspomnień więźnia obozu koncentracyjnego, Sztutowo 2011, s. 33 wspomina, że jesienią 1944 r. blok XIV stał się „Zugangsblokiem", tzn. przechodzono tam kwarantannę. Blokowym by! Polak Lechowski, który wymyślał specjalne szykany dla nowo przybywających więźniów. Trzymał ich całymi godzinami na dworze, na deszczu i mrozie, bez ciepłej odzieży, czego przy odrobinie litości mógłby nie robić, bo wyraźnego przepisu na to ze strony komendantury nie było. 120 Miłoradzkie wspomnienia Wincentego Zgliczyńskiego (1913-1993): pedagoga, aktora i poety „Pozdrowienia z obozu śmierci w Stutthofie” W wigilijny wieczór, gdy jutrznia zabłyśnie, Pomyślcie o mnie od was oddalonym... Niechaj się łza wam do oczu nie ciśnie, Jeno z ujhością, wiarą w rozjaśnionym Sercu dziełcie się opłatkiem dorocznym... Zostawcie dla mnie ułamek nieduży I miejsce wolne w owym kąciku mrocznym, Z którego rzucił mnie w świat oddech burzy. W styczniu 1945 r., w obliczu nacierających wojsk 2 Frontu Białoruskiego, władze obozu podjęły decyzję o ewakuacji. 25 stycznia 1945 r., o godz. 4.00 nad ranem, zebrano więźniów na apelu, podczas którego podzielono ich na osiem kolumn ewakuacyjnych. Z informacji znajdującej się w wypełnionej przez Wincentego Zgliczyńskiego deklaracji członkowskiej Związku Bojowników o Wolnos'ć i Demokrację (ZBoWiD) z 1960 r. wynika25, że opuścił obóz w szóstej kolumnie, w skład której wchodzili więźniowie bloków XII i XV w liczbie 1137. W świetle dotychczasowych ustaleń, kolumna ta opuściła obóz o godz. 13.00 i dotarła na nocleg do Cedrów Małych. W ciągu następnych dni więźniowie pokonali trasę Cedry Wielkie-Trutnowy-Pruszcz-Straszyn-Niestępowo, by 31 stycznia dotrzeć do Żukowa. Tutaj postanowił uciec wraz ze współwięźniem Tadeuszem Kołkowskim26 (w trakcie ucieczki dołączyć miało do nich jeszcze trzech innych więźniów). Schronienie znalazł we wsi Paczewo pod Sierakowicami, gdzie przez kilka tygodni ukrywał się w gospodarstwie Kaszuby Franciszka Formeli, do czasu zajęcia tych terenów przez wojska 2 Frontu Białoruskiego. Z literatury przedmiotu wynika, że Wincenty Zgliczyński był jednym z ok. 500 więźniów, którzy zbiegli z „marszu śmierci” i dotrwali wyzwolenia z pomocą miejscowej ludności.27 W rodzinnym archiwum zachowała się przepustka wystawiona 24 marca w Sierakowicach przez tymczasowy organ władzy. Było to zaświadczenie, że Wincenty Zgliczyński znajduje się w drodze do swego miejsca zamieszkania w Ciechanowie. Do domu, w którym czekała na niego małżonka z dwojgiem małych dzieci, dotarł pod koniec marca, tuż przed Wielkanocą.28 Po kilku dniach29 objął posadę nauczyciela języka polskiego w Li- 25 W zasobie Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. 26 Tadeusz Kotkowski (ur. 1918) pochodził z Ciechanowa i był więźniem KL Stutthof z numerem 18639 (za: hnps://col-lections.arolsen-archives.org/en/archive/4526243/?p=l&s=Tadeusz%20Ko%C5%82kowski&doc_id=4526244 [dostęp-19.08.2021] 27 Mirosław Gliński, Organizacja obozu koncentracyjnego Stutthof (l września 1939-9 maja 1945), „Stutthof. Zeszyty Muzeum” 3: 1979, s. 181-205. Dziękuję Koledze dr. Marcinowi Owsińskiemu z Muzeum Stutthof za pomoc w odkrywaniu martyrologicznej przeszłości bohatera niniejszego tekstu. 28 Według rodzinnych wspomnień miał pojawić się w domu w Wielki Piątek (30 marca). W deklaracji członkowskiej ZBoWiD widnieje data 28 marca. W maszynopisie życiorysu znajdującego się w UKiOR zawarł informację: Ukrywałem sif przed Gestapo we wsi Paczewo k. Sierakowic u Kaszuba Wojciecha Formeli przez długie dwa miesiące: luty, marzec i 10 dni kwietnia. 29 Przedstawiając 24 lutego 1969 r. przebieg działalności zawodowej w deklaracji członkowskiej Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, Wincenty Zgliczyński napisał, że od 4 kwietnia do 31 sierpnia 1945 r. był nauczycielem języka polskiego w ciechanowskim gimnazjum; np. dokumentacji z UKiOR. Radosław Biskup 121 ceum im. Z. Krasińskiego w Ciechanowie, a 1 maja został radnym tutejszej Miejskiej Rady Narodowej. Wydaje się, że w życiorysie Wincentego Zgliczyńskiego niczym w soczewce skupia się dynamika przełomowego 1945 r.:30 w styczniu więzień obozu koncentracyjnego, wiosną polonista w ciechanowskim liceum i radny, zaś od września - nauczyciel i kierownik szkoły na tzw. Ziemiach Odzyskanych, w podmalborskim Miłoradzu na Żuławach. W przytoczonych poniżej wspomnieniach przyznaje pośrednio, że odpowiedział na wezwanie ówczesnych władz państwowych, wzywających do zasiedlenia obszarów poniemieckich. Dla 32-letniej głowy rodziny przesiedlenie na Żuławy stanowiło nie tylko obietnicę stabilizacji i pracy w słusznej sprawie, lecz także dawało perspektywę rozpoczęcia normalnego życia rodzinnego w warunkach pokoju. Co znamienne, na północ wyruszył również starszy brat Henryk, otwierający przed wojną furtki do warszawskiego świata artystycznego. PRZEPROWADZKA NA ŻUŁAWY Czteroosobowa rodzina Zgliczyńskich wyruszyła z Ciechanowa w kierunku Malborka w sobotę 1 września. W kronice szkolnej Wincenty zapisał, że do Miłoradza dotarli 30 Por. Magdalena Grzebałkowska, 1945. Wojna i pokój, Warszawa 2015; Marcin Owsiński, TiegenhojlNowy Dwór w 1945 roku. Koniec i początek miasta na Żuławach, Sztutowo 2017. 7 Gdańsk dnia l5.K.1945r. Inspektorat Szkolny Zamiejski w__G d_ą_h_s_k_u L.dz.278/45 Do spr.Nominacja Ob.Z g 1 i c z y n s k i e g o Wincentego Powierzam obywatelowi z dnie. t .IX. W5r.tymczasowo obowljzki nauczyciela puhl.sskoly powszechnej w Klawi, w X/dziesiatya/stopnlu służbowym^ ^^^ .notónacJ1 8eh>« Obywatel skosie n « h»^ retu Szkolnego celem objecie otaljto służbowych.- Dokument nominacji Wincentego Zgliczyńskiego na stanowisko nauczyciela w Miłoradzu (ze zbiorów B. Sedlaczek) 122 Miłoradzkie wspomnienia Wincentego Zgliczyńskiego (1913-1993): pedagoga, aktora i poety w środę 12 września. Trzy dni później podinspektor Jan Pozorski powierzył mu z dniem 1.IX. 1945 r. tymczasowo obowiązki nauczyciela publjicznej] szkoły powszechnej w Milewie w X /dziesiątym/ stopniu służbowym}1 Kolejne dni to z jednej strony urządzanie się w nowym miejscu, z drugiej zaś gorączkowe przygotowania do jak najszybszej inauguracji roku szkolnego32, która - zgodnie z zapisem kroniki szkolnej - odbyła się 23 września w niedzielę: W niedzielę 23 września nastąpiło uroczyste otwarcie polskiej Publicznej Szkoły Powszechnej w Mielcu. Moment ten stał się manifestacją ludności polskiej całej tut[ejszej] gminy, którą reprezentował ob. Wójt. Przy dźwiękach Hymnu Narodowego wykwitła na maszcie szkolnym białoczerwona flaga polska. Podniosłe przemówienie wygłosił nauczyciel. Wieczorem odbyła się zabawa ludowa na cel szkoły. W poniedziałek, 24.IX. rozpoczęły się normalne zajęcia szkolne. We wrześniu 1945 r. rozpoczął się ośmioletni, żuławski etap w życiu rodziny Zgliczyń-skich i w tym miejscu najlepiej oddać głos pierwszemu nauczycielowi w powojennym Miłoradzu. Przedtem jednak należy poświęcić parę słów temu cennemu świadectwu. Wincenty Zgliczyński spisywał swoje wspomnienia kilka razy, przy różnych okazjach. Jak już wspomniałem, pierwszy tekst wspomnieniowy, wydany na łamach kwartalnika „5 Rzek”, zredagował w 1959 r., skupiając się na osobistych przeżyciach okupacyjnych. W 1980 r., starając się o uzyskanie uprawnień kombatanckich, sporządził w dwóch egzemplarzach życiorys, przechowywany obecnie w archiwum Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. Jak łatwo się domyślić, położył tutaj nacisk przede wszystkim na okres II wojny światowej. Wspomnienia obejmujące okres dzieciństwa, dorastania, wojny oraz działalności zawodowej i artystycznej postanowił spisać w 1984 r. Ta dość odległa perspektywa czasowa jest istotna i widoczna we fragmencie poświęconym pobytowi na Żuławach. W prezentowanych niżej wspomnieniach pobrzmiewa niekiedy tekst kroniki szkolnej, którą Wincenty Zgliczyński prowadził w latach 1945-1953. Tamte formalne, prowadzone na bieżąco zapiski zostały, za sprawą spisanych ex post wspomnień, wypełnione emocjami, obserwacjami i wydarzeniami pozaszkolnymi. Oryginał maszynopisu jest w posiadaniu p. Bożeny Sedlaczek, córki Wincentego Zgliczyńskiego, której w tym miejscu składam podziękowanie za jego udostępnienie 31 „Dziesiąty stopień służbowy” oznaczał stopień uposażenia służbowego: przed wojną, jak i po niej, wynagradzano nauczycieli według stawek urzędniczych. W praktyce - im niższy stopień, tym wyższe wynagrodzenie. Dokument nominacji pośrednio wskazuje na ówczesne kompetencje Wincentego Zgliczyńskiego. Pamiętamy: był absolwentem przedwojennego gimnazjum, studia polonistyczne przerwała wojna, a w szkole przepracował kilkanaście tygodni wiosną 1945 r. Można zakładać, że liczne kursy i szkolenia, jak również objęcie stanowiska kierownika szkoły w Miłoradzu przekładały się również na materialną poprawę sytuacji rodzinnej. 32 W kronice szkolnej Wincenty Zgliczyński odnotował: (...) Lokal szkolny był jednakże najskrupulatniej „oszabrowany". Na popyt skarżyły się jedynie leżące na ziemi biblioteki niemieckie. Sprzęt szkolny niszczał na słotach jesiennych w ogrodzie i pod ścianami zabudowań szkolnych. Przy wydatnej pomocy miejscowego sołtysa ob. Zenona Miłoszewskiego skompletowano sprzęt szkolny i meble do prywatnych mieszkań nauczyciela. Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW (16) 26 sierpnia 2021 roku Zapalam w Krasnogrudzie świeczkę pamięci Alesia Razanaua. Odszedł poprzedniej nocy, w Mińsku, a dzisiaj jego przyjaciele zapowiadają sobotnią panichi-dę w soborze Piotra i Pawła. Był poetą. Był nim nie tylko w przestrzeni tworzonego wiersza, lecz gdziekolwiek żył, jakąkolwiek pracę wykonywał, o cokolwiek walczył. Nieczęsto spotyka się taką in- tegralność poetyckiego życiopisania. Poezja była jego polem bitwy o wolność. Potrafił ją wywalczyć dla człowieka-słowa. W jego postawie i tworzeniu było jednak coś więcej, moc uwalniająca innych z pęt zniewolenia, uwalniająca język, postawy społeczne, polityczne zaangażowanie. Nie opuszczając strefy intymnej duchowości, Razanau potrafił wpływać na bieg historii, na sposób myślenia wielu, bardzo różniących się od siebie pokoleń Białorusinów. W ostatnich dekadach ubiegłego wieku, przełomowych dla kształtowania się nowej państwowości białoruskiej, nie przemawiał głosem zbiorowym, zachował swój indywidualny, radykalnie osobny. Pisał wiersze głęboko penetrujące sferę duchową człowieka, jego ob-cowań z naturą i innością. Wprowadził do poezji białoruskiej język filozoficzny, uwolniony od rymu i jambicznej monodii, wrażliwy na pojedynczość i znikomość, minimalistyczny aż do formy haiku. Lubił powtarzać: „Żywię ekspieryment!”. Mylilibyśmy się jednak uznając te słowa za manifestację wewnętrznego eskapizmu. Fenomen Razanaua skrywa się w tym, że stał się on bardzo ważnym poetą i mentorem dla tych Białorusinów, którzy wychodzili na ulice z biało-czerwono-białą flagą i z hasłem „Żywię Biełaruś!”. Jego wolnościowy eksperyment poetycki stał się fundamentem, na którym współcześni Białorusini budowali swoją suwerenność. I dalej to czynią. „Nie robił nic specjalnego - pisze o nim dzisiaj znakomity pisarz i filozof Ihar Babkou - Pisał tylko wiersze... To jednak wystarczyło, by dokonać zmiany całej tradycji... Chęć pożegnania skostniałych form. Jakby sam czas tej epoki domagał się swej antytezy”. Dobrze pamiętam spotkanie z Alesiem w Grazu. Odwiedził mnie w małym mieszkanku w Uhrturm na szczycie Góry Zamkowej, gdzie za sąsiada miałem pisarza z Sarajewa, Dżevada Karahazana. Mieszkał już jakiś czas w Niemczech, otrzymując rozmaite stypen- 124 Notatki słów i obrazów (16) dia, w tym imienia Hannah Arendt. Po kilku latach sam stanie się mieszkańcem Uhr-turm, w regionie Styrii, uzyskując status „pisarza na wygnaniu”. Obaj dobrze czuliśmy się w wieży pod starym zegarem, dzięki któremu można było się pogubić w czasie, a przez to zwolnić - jego duża wskazówka oznaczała godziny, a mniejsza minuty. Rozmawialiśmy dużo o Matsuo Basho, którego haiku Aleś tłumaczył na białoruski. I o pograniczu. Dźevad częstował nas kawą z dźezwy, podawaną z rachatłukum i szklanką wody, snując opowieść o otomańskich Weimarach, budujących mosty na Bałkanach. „Mój most to sztuka przekładu” - odpowiadał Aleś. Dużo tłumaczył, w tym z serbskochorwackiego, słoweńskiego, bułgarskiego, gruzińskiego, angielskiego, litewskiego i łotewskiego. Wkrótce niemiecki stał się dla niego językiem, w którym mógł także pisać, nie tylko z niego tłumaczyć. Wspaniale dialogiczna, rosyjsko-białoruska jest jego książka Z Wielimira Chlebnikowa. Poetycki prze-kład-rozmowa z rosyjskim futurystą otworzyła przed Alesiem pole rozszerzenia horyzontu mowy białoruskiej, a także wymierzenia w tej mowie kolejnego - po tym, jak zrobili to Chlebnikow z Majakowskim - „policzka smakowi powszechnemu”. Przede wszystkim jednak sam akt tworzenia poezji rozumiał jako tłumaczenie: „Przygotowuję tłumaczenie / ze słuchu, / wzroku / i dotyku.”1 Aleś doskonale rozpoznawał także to „krajowe”, dla niego rodzinne pogranicze białoru-sko-rosyjsko-litewsko-żydowsko-polskie... Urodził się w Sielcu, na północny-wschód od Brześcia, miasteczku nad Jasiołdą, w którym za reformacji Radziwiłłowie zbudowali zbór helwecki. Potem był to sztetl, z którego m.in. wywodzili się słynny Gaon Wileński i żydowscy przodkowie Włodzimierza Wysockiego. Niewykluczone, że świat utrwalony w wierszu Razanaua Cmentarz żydowski, to świat Sielca właśnie: Zrósł się z trawą, zrósł się z ziemią, zrósł się z niepamięcią i niebytem... Miasteczko poszerzyło się i włączyło go do swojej strefy, droga rozkroiła go na pół, a kamienie z niezrozumiałymi literami mieszkańcy zabrali do siebie - ten na fundament, tamten na ścianę. I z tej strony, i z tamtej, i z owej otulają go podwórza i ogródki. Pasą się na nim gęsi i znajdują pożywienie kozy, a dzieci, kiedy schodzą się razem, grają na nim w berka. Nie nawiedzają go upiory strachu, nad nikim nie ma żadnej władzy, a czas - nad nim. Tak, on jest, ale w tym, czego niema. Tak, nie ma go, ale w tym, c o j e s t. Gdy Aleś Razanau przychodził na świat w 1947 roku, Sielec nie był już miasteczkiem tylko sowchozem. Jego ojciec przybył do Białorusi z głębi Rosji, jeszcze przed wojną, z wyprawą geodetów. Skąd zatem u tego poety tak głęboka znajomość i miłość do języka białoruskiego? Niewiele wiem o jego matce, a także o jego wczesnej edukacji, pierwszych nauczycielach i lekturach. Odnajduję go już w Mińsku jako studenta filologii, pracującego 1 Fragment wiersza z cyklu Wielokropki w przekładzie Adama Pomorskiego [w.] Aleś RazanaK, Lot strzały. Sejny, 2015. 2 Wiersz w przekładzie Jana Maksymiuka [w:] jw. Krzysztof Czyżewski 125 jednocześnie jako odlewnik w fabryce urządzeń ciepłowniczych. W 1968 roku jest jednym z inicjatorów listu do władz partii komunistycznej, którego sygnatariusze (w liczbie kilkuset) domagali się przywrócenia języka białoruskiego jako wykładowego na uniwersytecie. To wystarczyło, by przez reżim został uznany za „nacjonalistę”, a w konsekwencji relegowany z uczelni. Zaopiekował się nim wtedy poeta i jednocześnie Przewodniczący Rady Najwyższej Białoruskiej SSR Maksim Tank, dając mu możliwość studiowania w Instytucie Pedagogicznym w Brześciu. W roku 1970, gdy zaraz po studiach rozpoczynał pracę wiejskiego nauczyciela języka białoruskiego, ukazuje się pierwszy tom jego poezji Odrodzenie, mocno pocięty przez cenzurę, romantyczny w tonie, wysławiający bohaterów białoruskiej historii, jeszcze w niejednym posłuszny kanonom poezji tradycyjnej, a jednocześnie poszukujący nowych form ekspresji i buntu. Tego właśnie najbardziej obawiał się aparat partyjny. Dość powiedzieć, że zmieniono mu tytuł tomu z Adraezeńnie (Wyrzeczenie się) na Adradżeńnie. Równolegle już od roku 1966 pisał wiersze zupełnie inne w formie i wyrazie. Nazywał je „punkciry”, czyli „wielokropki”. W języku białoruskim słowo to bliskie jest jednocześnie akupunkturze (akupunkciry). Pisał je do końca życia, układając w cykle (np. hanowerskie, szwajcarskie), uzdrawiając organizm człowieka i świata słowem nakłuwającym ciało, język, świadomość, punkty-okruchy w materii rzeczywistości. Ślisko: wieczór trzyma się płotu. Wokół urwiska: w duszy szukam skrzydeł.3 Obok punkcirów tworzył też inne, eksperymentalne formy poezji i prozy poetyckiej, w tym wersety, kwantemy (najbliższe japońskim tradycjom tanka i haiku) i znomy. Publikacje kolejnych tomów poezji — Nazaużdy (Na zawsze, 1974), Kaardynaty byćcia (Współrzędne bycia, 1976) czy Szlach-360 (Azymut-360, 1981) - sprawiły, że Razanau znalazł się -jak pisze Jan Maksymiuk - „całkowicie poza kontekstem białoruskiej literatury sowieckiej i pozostawał outsiderem właściwie aż do wymuszonego zgonu tej literatury na początku lat 90. Publikacje jego zbiorków musiały być obwarowywane swoistymi «zaświadczenia-mi o nieszkodliwości* - recenzjami i ocenami wpływowych w kręgach partyjnych Mińska znajomych i przyjaciół poety, którzy w karkołomnych konstrukcjach myślowych usiłowali rozwiać obawy stróżów socrealizmu.. .”4 Po raz pierwszy spotkaliśmy się z Alesiem w Mińsku. Podarował mi wtedy książkę Polowanie w rajskiej dolinie, wybór jego utworów z różnych lat. Czytam teraz dedykację z datą 14 grudnia 1997 roku: Szanoiinamu spadaru... z kim sustrakaiisia i sustrakausia, a sionnia nareście sustreusia! Alesi&we bycie poetą i w tym się objawiało - w gotowości na wydarzenie 3 Tam, gdzie nie podaję autora tłumaczenia, przekłady są mojego autorstwa. 4 J. Maksymiuk, Uwalniając się od samego siebie. Posłowie do: A. Razanau, Zdobywcy. Przeł. Oleg Łatyszonek. Białystok 1997. 126 Notatki słów i obrazów (16) się spotkania, w nasłuchu na obcowanie. Nie mieliśmy ich wiele, ale pozostawiły we mnie ślad głębszy od tych dużo częstszych, ale poprzestających na niemożności albo rezerwie wobec „czegoś więcej”. W tej książce znajdują się m.in. Znomy, arcyciekawy cykl gnomicznych zapisków, zdań i uwag, „wyśnień”, czasem dłuższych urywków filozoficznej lub krytycznoliterackiej refleksji. Odkrywam pośród nich słowa mocno rezonujące z tym, jak odczytuję/ tłumaczę Alesia Razanaua „poetyckie obcowanie”: „Sens wiersza objawia się nie w brzmieniu, słyszalnym podczas jego czytania, lecz w echu, rodzącym się z jego oddźwięku.” Znomy zostały wydane w osobnej książce Suma niemożliwości (2009), chwilami przywodzącej mi na myśl Apoteozę nieoczywistości Lwa Szestowa. Rosyjski filozof rozpoczyna ją odejściem z centrum ku peryferiom i rezygnacją z wygód, do których przywykli mieszkańcy śródmieścia: „Wędrowiec musi iść po omacku i w ciemności odnajdować drogę. Jeżeli chcesz ognia, musisz czekać na błyskawicę...”5 Książkę Razanaua otwiera obraz obłoków, orła i samej poezji, mieszkańców peryferii wysokości, połączonych z ziemią deszczem, błyskawicą i orlą drapieżnością. Obaj pracowali nad wyprowadzeniem myśli z utartego toru, poboczem zmierzając ku niemożliwemu i niedomkniętemu. Obaj o tyle dobrze czują się w wysokich sferach ducha, o ile da się je sprowadzać na ziemię, nakłuwać udręką żywych, uzdrawiającym słowem. Wędrowiec Razanaua odkrywa dla siebie peryferie jako strefę styku z nie-swoim, przenikania się bytów w centrum skazanych na osobność, przesiąkania bycia w bycie sobą. „Droga, którą idziemy, - pisze w Znomach - nie za-nami zostaje, lecz staje się nami - osadza i gromadzi się w nas, niby przeżyte lata w słojach drzewa, i tylko dzięki temu daje się przejść, i tylko dzięki temu mamy możność i wolność pójścia dalej.” Samotnik Aleś Razanau pozostawił po sobie niejedną szkołę poetycką. Zwraca na to uwagę w swoim wspomnieniu mistrza poeta i tłumacz Andrej Chadanowicz. Liczne jest grono twórców współczesnej literatury białoruskiej, ale przecież także nas, jego przyjaciół i czytelników jego poezji w różnych językach, pozostających w kręgu promieniowania „lotu strzały” chłopca z sowchozu Sielec, którego życie stało się „sumą niemożliwości”. Piękny to wiersz Paliot straly, tytułowy dla dwujęzycznego wydania poezji Razanaua w serii „Inicjał”, przełożony przez Jerzego Litwiniuka.. Równie piękne było życie Alesia, którego kres wchodzi w słowo ostatnim wersom tego wiersza: Życie biegnie kołem, wracając do początku, śmierć - na wprost. I na wprost leci strzała, wynikając bezustannie z siebie samej, sama się uwalniając od siebie, staje się samym lotem. 13 marca 2021 roku Nie słabnie przemoc birmańskiej junty wobec protestujących przeciw zamachowi stanu w Mjanmie. Liczba ofiar pokojowych protestów przekroczyła już 70 osób. Represje objęły teraz głównie dziennikarzy i wolne media. Wśród bitych i aresztowanych jest polski fotoreporter Robert Bociaga. Obok dwojga zamordowanych poetów, Kyi Lin Aye i K Za Wina, 5 L. Szestow, Apoteoza nieoczywistości. Przeł. Nina Karsov i Szymon Szechter. Londyn 1983, s. 21. Krzysztof Czyżewski 127 dziesięciu zostało zatrzymanych. Grożą im tortury i wysokie wyroki. Razem z Christopherem Merrillem, dyrektorem International Writing Program, podpisać możemy petycję domagająca się ich uwolnienia. Wśród zatrzymanych jest poeta Maung Yu Py. Jego wiersze znalazły się w antologii poezji birmańskiej „Bo-nes Will Crow” (Kości będą krzyczeć). Z angielskiego przekładu Thana Aye tłumaczę na gorąco wiersz „WE-STERN/EASTERN MOVIE MOVING”. Wykarm dinozaury albo jakieś inne potwory, a potem je zabij. Stwórz roboty, a potem je zniszcz. Wymyśl kamień filozoficzny, a potem go unicestwij. Załóż gangi, a potem je rozbij. Upowszechnij nową broń, a potem ją zlikwiduj. Podbij inne narody, okupuj odziedziczone przez nie bogactwa naturalne, a potem im to wynagradzaj. Zorganizuj gangi ekstremistów, a potem je zwalczaj. Poszukuj eliksiru nieśmiertelności w dawnych legendach, a potem je wyśmiewaj. Oglądając wspaniałe filmy science fiction, mieszkańcy krajów rozwijających się żałowali, że sami nie powrócili do fascynacji duchowym idealizmem. Zaczynają rozumieć, że najcenniejszym dobrem jest rodzina i że muszą się poświęcać dla najbliższych, choćby za cenę własnego życia. Nawet jeśli jedynym przyjacielem, który im pozostał jest pies, muszą się nim opiekować i go chronić. Muszą czcić naturę i małe plemiona narodu. Aby swoim plemionom zapewnić prawa człowieka i przetrwanie, muszą oddać życie. Muszą stać na straży swojej ziemi i jej bogactw naturalnych. Muszą innych objąć miłością, współczuciem, sympatią i niewiedzą. Westerny ze swoistą domieszką Wschodu. Chociaż nie rozstrzygnięto jeszcze czy są to rozwinięte, rozwijające się lub nierozwijające kraje, ogromne systemy Azji, ongiś sławne i idealizowane z powodu filozoficznej mądrości, etyki i praktyk osiągania oświecenia, zaczęły wykarmiać potwory, tworzyć roboty, poszukiwać kamienia filozoficznego i eliksiru nieśmiertelności. Zaczęto ożywiać diabły, produkować gangsterskich gwiazdorów i zakładać gangi, gromadzić niszczycielską broń, podbijać innych i rabować odziedziczone bogactwa naturalne. Pojawiły się ekstremistyczne organizacje i ruszyły w pościg za supermocarstwami, mogącymi uczynić je nieśmiertelnymi. 128 Notatki słów i obrazów (16) Czyż autobus miejski pełen gwałcicieli nie jeździ ulicą Gandhiego? Czyż zwoje Konfucjusza nie zostały pożarte przez termity? Czyż posągi Buddy nie zostały pokryte dziwnymi religijnymi flagami oznaczonymi numerami? Dajcie nam naukę, technologię, ciężki sprzęt, broń, pojazdy i szyb naftowy. Możecie sobie wziąć medytację, Cztery Szlachetne Prawdy buddyzmu, jogę, Tao, Dziesięć Wskazań, pięćset pięćdziesiąt opowieści Dżataki, System Samotnego Małżeństwa, tradycyjną etykę zachowania dziewictwa aż do zawarcia małżeństwa, święta dwunastu znaków zodiaku, tradycyjne pieśni ludowe i zielone pola. „Jeśli pragniemy więcej pokoju na świecie, dlaczegóżby nie zmienić miejsca?” - krzyknęła jędza; kieszonkowy poetycki nieudacznik wyskoczył spod pokrywy ścieków i zwiał. 3 marca 2021 roku Reżim birmańskiej junty wojskowej zamordował dzisiaj dwoje poetów, poetkę Myint Myint Zin (znaną też jako Kyi Lin Aye) i poetę K Za Wina. W Mjanmie 1 marca junta dokonała zamachu stanu zwanego „poniedziałkiem generałów”. W całym kraju ludzie wyszli na ulice. Wśród protestujących, do których otworzono ogień, byli też poeci. Wielu Birmańczyków uczestniczących w protestach zdaje sobie sprawę, że ryzykują życiem. Myint Myint Zin wypisała sobie na ramieniu grupę swojej krwi i prośbę, aby w razie śmierci przekazać organy jej ciała potrzebującym. Już 1 marca na fejsbuku napisała „Umrę złą śmiercią”. Ludzie żegnają ją nie tylko jako poetkę, ale też - a może przede wszystkim Krzysztof Czyżewski 129 - jako wspaniałą i odważną „sarar” (nauczycielkę), która potrafiła uczyć i wychowywać w duchu obywatelskiego nieposłuszeństwa. K Za Win był znanym poetą, debiutującym już w wieku 16 lat. Zastrzelono go w Mony-wie, mieście wiecznie zielonych drzew zwanych „azadirachta” (miodla indyjska). Urodził się w chłopskiej rodzinie siłą wysiedlonej z tradycyjnej wioski, którą zlikwidowano na użytek chińskiej fabryki miedzi. Doszło wtedy do chłopskiego buntu krwawo stłumionego przez policję. Jako student brał udział w protestach zwanych „Długim Marszem Ku Reformie Edukacji”. Aresztowany w 2015 roku, spędził ponad rok w więzieniu. Napisał wtedy tom poezji „Moja odpowiedź Ramondowi”, z którego pochodzi wiersz „List z celi więziennej”. Otrzymałem go od poety i tłumacza Ko Ko Thetta, piszącego zarówno po birmańsku jak i angielsku. Tłumaczę oczywiście z angielskiego przekładu Thetta. Drogi Ojcze, Rzeka, której brzuch rozcięto, wypowiedziała wojnę naszej chatce na brzegu, prawda? Siedząc sobie przed nią musisz pewnie rozglądać się za kimś kto pomoże ci ustawić słupy nasypowe, by powstrzymać napór rzeki, by wypełnić jej dziury workami z piaskiem. W mętnej wodzie, podnoszącej się jak bambusowa lanca, wypatrujesz pewnie plantacji sezamu - uginającej się od owoców dojrzałych do zbioru. Musisz myśleć o garści ryżu odjętej ci od ust. Może znajdziesz pocieszenie w religii, rozpamiętującej naszych pięciu wrogów. Może będziesz myślał o pustce, którą może wypełnić praca syna. Syn, dwie córki i jeszcze jeden syn; najstarszy, poeta, siedzi w więzieniu; starsza córka jest nauczycielką; 130 Notatki słów i obrazów (16) młodsza, po studiach, pracuje w kuchni; najmłodszy jeszcze studiuje. Twój syn poeta, czy on w ogóle do czegoś się nadaje, ten głupiec przydatny tobie jedynie przy pieleniu chwastów? Niczego nie wybaczaj, Ojcze. Niczego! „Synu, Pho Chan, dlaczego słyszę jakieś odgłosy za tobą?”, spytałeś przez telefon. „Jestem na przystanku autobusowym, wysyłam rękopis do czasopisma”, skłamałem. Od twojego kłamliwego syna w doku do łotrów osładzających cię koniuszkami swoich języków, „Do naszych dobroczyńców chłopów...”, ponieważ chcieli zajść cię od tyłu, okaż im wszystkim nienawiść, Ojcze. Wszystkim. Złodziej jest bezbronny. Łotr jest po zęby uzbrojony. Skoro nie można rządzić złodziejami, skoro nie można rządzić łotrami, jaki jest sens istnienia rządu? Cokolwiek stanie się z dżunglami cokolwiek stanie się z górami cokolwiek stanie się z rzekami ich to nie obchodzi. Kochają ten kraj tak jak się lubi kokos dla mleka z jego wnętrza wysysanego. Cokół po cokole, w górę unosząc swój tron, Broń skierują na urnę na czole Buddy. Tak tępa jest ich klika. Jeśli twoja religia zabrania ci przeklinać tę klikę, pozwól mi wyrzec się jej. W twoim imieniu uczynię powietrze niebieskim. Krzysztof Czyżewski 131 Może jeszcze tego nie wiesz. Twój syn został wrobiony bo domagał się od tak zwanej policji by nie krzywdziła zwykłych obywateli. Któregoś dnia twój syn, który nie jest złodziejem ani łotrem, nada się do czegoś, ten twój głupiec plewiący chwasty. Tymczasem teraz, Ojcze, wpatruj się dalej w plantację, którą orałeś nagimi ramionami. I dalej śpiewaj hymn Związku Chłopskiego. Na zawsze Twój, K Za Win Cela 1, Oddział 10 Więzienie Thayawaddy 9 kwietnia 2021 roku „Cela mnicha” to jedna z tych azjatyckich fotografii Andrzeja Strumiłły, które dotykają sacrum. Nie tyle dokumentuje obiekt sakralny, ile idzie za światłem, do wnętrza praktykujących życie duchowe. Zrobił ją w buddyjskim klasztorze Tengboche w północnym Nepalu, na wschód od Katmandu. To, co nas uderza, to jej pokrewieństwo z atmosferą domu artysty w Maćkowej Rudzie nad Czarną Hańczą. Zbudował go, rozbudowując stare siedlisko, z zachowaniem tajni- ków geomancji, posłuszny liniom krajobrazu, wsłuchany w naturę, gościnny dla zwierząt, z pieczą dla warsztatów pracy człowieka, z bramą przymkniętą na skobel tylko. Suwalskie oikos artysty zachowuje strukturę budowy Tengboche, czyli tybetańskiej gompy - połączonej w całość konstelacji przestrzeni służących praktykom duchowym (sadhana), zgłębianiu wiedzy i tworzeniu sztuki, codziennemu bytowaniu (vihara); otoczonej kamieniami z wyrytymi tekstami mantr albo ułożonymi w czorteny. Strumille wystarczał sam eratyk — polodowcowy głaz, właściwie ustawiony w otulinie domu, bez inskrypcji ani funkcji religijnych, by stał się on częścią przepływu duchowej energii Miejsca. Swoją pracownię artystyczną posadowił między kuchnią, biblioteką, poko- 132 Notatki słów i obrazów (16) ikiem przez dekadę przywiązanej do łóżka żony której stał się pielęgniarzem, kuźnią, wozownią, stajnią, ogrodem, sadem, krzyżem przydrożnym i gankiem, na progu którego witał mile tu widzianych gości czaszką herbaty. Sacrum, jak światło w mniszej celi, przenikało do przedmiotów, cyklicznej codzienności i każdej żywociny, zasiewając w nich ziarna transcendencji. Gospodarz zajmował się budowaniem spoiwa dla ich współistnienia, a dzieła sztuki powstawały niejako przy okazji, niczym łzy uronione podczas modlitwy albo widzenia. Duchowość Strumiłły jest z Miłosza: ...bo nie zręczność ręki / Pisze poezję. Pod koniec życia notował: Malowałem skrzydła / Dziś lecę. Gdy świat wychwalał jego dokonania, stary mistrz zamieszkiwał w czasie niedokonanym, poza granicami skończonych obiektów sztuki, co jest niemożliwe bez odrzucenia „ja” i „mnie” jako iluzji. Mija rok od śmierci Andrzeja Strumiłły. Nad fotografią, którą zrobiłem przy starym modrzewiu w Maćkowej Rudzie, pisząc esej do wystawy o sacrum w jego dziele, która wkrótce zostanie otwarta w kieleckim Domu Praczki, układam jego życiorys, skreślając nadmiar słów, szukając esencji w nieprzebranej spiżarni vita activa/contemplativa tego najniezwy-czajniej pracowitego człowieka o ciepłych dłoniach. Całe życie przygotowywał się do lotu. Jednoskrzydły, z piętnem pamięci utraconego i tęsknotą za sobą innym. Narodził się z mistrza Strzemińskiego, który kazał mu zamknąć oczy łakome świata, aby zobaczyć obraz wewnętrzny, oraz z czarnego kwadratu Malewicza, który jawił mu się jako lecący, więc romb. Namiętnie podróżował, odzyskując Wschód -kraj wielkiego odejścia od iluzji. Był ludzkim zwierzęciem, wierzącym w konieczność powrotu, co potwierdził zapisem: Tam podążamy, gdzie jesteśmy. Wraz z upływem lat zwolnił, nie ze zmęczenia — starość stała się dla niego ćwiczeniem duchowym, by nie przeoczyć mikromuszek z zeszytów Linneusza. Tam, gdzie wcześniej cenił swój własny ślad, dostrzegł suchy liść. Do głosu doszło inne „ja”, szukające kupca na kamień gniotący sumienie. Czerń stała się modlitwą, a światłość popłomienną, po strawieniu ust, wypaleniu oczu, spopieleniu mózgu. Bliskość transcendencji sprawiała, że maleją świątynie i ołtarze. Malowałem skrzydła Dziś lecę 20 września 2021 rok Powraca do mnie rozmowa ze starym rybakiem w barze „Eurypides” w Syrakuzach. Wypływał swoją łodzią, by ratować życie uchodźców, za co został ukarany mandatem. Na pytanie, czy napływ imigrantów nie zagraża jego tożsamości, odpowiedział: „Zabierzcie mi prawo pomagania ludziom na morzu, a nie będę wiedział, kim jestem”. I znowu je widzę, stare Krzysztof Czyżewski 133 oczy Medei. Powracają słowa pisane kilkanaście lat temu. Zmieniły się cyfry na słupie granicznym, wtedy 82 na ukraińskim, teraz 659 na białoruskim. Pogłębiła się zapaść, ogromna zapaść duchowa niegościnnego kraju. Kto zabrania i uniemożliwia udzielania humanitarnej pomocy ludziom na granicy, im zadaje cierpienie i śmierć, nam odbiera tożsamość. Pamiętacie oczy Kamisy Dżamaldinov? Dziennik „Polska” pokazał je na fotografii w wielkim zbliżeniu. Reporterka pisała, że pięknie się uśmiecha, tylko te jej oczy... Czeczeńskiej imigrantki, która trójkę martwych dzieci pozostawiła na polsko-ukraińskiej granicy, sama błądząc dalej z zawiązanym na grzbiecie synkiem i krzycząc „Pomocy! po rosyjsku, ukraińsku i polsku. To były oczy Medei... Jej thymos żywiła się cierpieniem i upadkiem Czeczeni, piekłem w rodzinnym miasteczku Szala, gdzie w dzień targowy spadały bomby w środek bazaru, gdzie nie było komu chować zabitych, gdzie marzli zimą, bo już dawno wyrąbano okoliczne lasy na opał, gdzie zjawiali się pijani i naćpani wojowie, by mścić się na bohaterach dla jednych, kolaborantach dla drugich, by gwałcić kobiety i grabić. Bieda i poniżenie pchały ją na Zachód... gdzie - jak słyszała - nie tylko żyje się „normalnie”, ale i uchodźców traktuje się „normalnie”... W tragedii, która się wydarzyła w pobliżu bieszczadzkiej miejscowości Wołosate w paśmie Wołczego Berda, przy polsko-ukraińskim słupie granicznym nr 82, matka-uciekinierka nie umiera, idzie ze swym bólem dalej w świat. Tak jak w tragedii Eurypidesa... Zdradzona przez Greków, niezdolnych do odwzajemnienia daru gościnności, upokorzona w miłości do innego, gniewna... Idzie dalej, pomiędzy nas... Stara się uśmiechać... Tylko te jej oczy... Stare nasze oczy - obcych... pod powierzchnią życia których roztwiera się ciemna otchłań nieprzebaczenia... Jest już swoja... budzi się w nas, wewnątrz, w całej swojej obcości... stając się częścią nas samych... Na ile wyrzeczenia i mądrości stać nas by otulić ją szatą współistnienia? Na ile ona zdoła nas zmienić, by uwolnić przebaczenie? 29 lipca 2021 rok „Jeżeli człowiek nie dotrzymuje kroku swoim towarzyszom, może dzieje się tak dlatego, że słyszy dźwięki wybijane przez innego dobosza?” Kto wie komu bym dzisiaj kroku dotrzymywał, gdybym nie słyszał dźwięków wybijanych przez Henryego Davida Thoreau. Upływa 50 lat od pierwszej publikacji autora „Walden” w języku polskim. Była to garstka wierszy w antologii „Poeci języka angielskiego”. Nie był wybitnym poetą, ale ten wiersz w przekładzie Zygmunta Kubiaka wart jest dzisiaj przytoczenia w całości: „Między wędrowcem a słońcem, co zachodzi, Na nadbrzeżnej, wiatrami wychłostanej wydmie, Pies wielki czuwa nad ludzkim szkieletem.” Czytałem go od czasu, gdy „Twórczość” w 1973 roku opublikowała „Życie bez zasad”. Autorką przekładu była Halina Cieplińska. Przez kolejne dekady stała się niestrudzoną propagatorką twórczości Thoreau w Polsce, przekładając m.in. „Obywatelskie nieposłuszeństwo” i „Walden”. Wczoraj, w związku z jubileuszem, otrzymałem od niej list oraz załączony do niego szkic „Złoty jubileusz nonkonformisty z Concort”. Mając na to zgodę autorki, z wielką chęcią dzielę się nim z Państwem. Proszę też o udostępnienie innym. 134 Dziennik kataloński (13) Paweł Zbierski DZIENNIK KATALOŃSKI (13) Z PERSPEKTYWY PARYSKIEJ PROWINCJI Ma Warszawa swoje Łomianki, ma Gdańsk Orunię i Olszynkę, a Malbork ma Kał-dowo. Także Paryż ma swoje prowincje i obrzeża, np. Bagnolet. W wypełnionym do ostatniego miejsca i pędzącym z prędkością trzystu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę pociągu TGV relacji Perpignan-Paryż jadę służbowo, w sprawach koncertów - mam tam spotkać muzyków - oraz w sprawie planowanych kolejnych wystaw w Galerii „Poray”. Ale jadę także w pilnych interesach zdrowotnych. Bo znowu oddycham z wielkim wysiłkiem. Zerwałem w pociągu z twarzy maseczkę. Konduktor, barczysty i masywny farbowany brunet jak bokser wagi ciężkiej, czepia się mnie grożąc mandatem. W końcu demonstruję mu „pass sanitaire” i specjalny glejt od Gillesa Rierry, gdzie zaświadcza się, że ze względów medycznych w maseczce się duszę. Konduktor odpuszcza, ale sroga mina pozostaje na jego twarzy aż do dworca Gare de Lyon. Konduktora w ogóle nie obchodzą moje wczorajsze wyniki badań z kliniki w Ceret, a w opisie, że obecnie pobieram mniej niż połowę niezbędnego do życia tlenu. Konduktor ma inne wytyczne. * Po raz kolejny w ciągu ostatnich lat jestem świadkiem, jak pędzący pociąg „połyka” za oknem najpierw zatoczki Morza Śródziemnego, a potem pirenejskie łańcuchy górskie. Zjawiskowo malarskie widoki. W głowie błyska nagle i przemyka paraliżujące pytanie: Czyżbym tę trasę przemierzał ostatni raz w życiu? * Fascynujący jest obraz zarówno Katalonii, jak i samego serca stolicy Francji widziany choćby z perspektywy takiej ulicy Robespierre odległej zaledwie osiemset metrów od granicy wielkiego Paryża. Tutaj, za to samo mieszkanie, co przy Bastylii, zapłacisz nawet pięciokrotnie mniej niż nad Sekwaną albo przy sławnych placach. Oprócz tego pijesz nieprzegotowaną wodę prosto z kranu, oddychasz świeżym powietrzem. Do kliniki, sklepu malarskiego albo do muzeum dojedziesz metrem w ciągu zaledwie 20 minut. I żaden szczur - tak jak na Polach Elizej- Paweł Zbierski 135 skich — nie przebiegnie ci drogi. W zamian jest jednak tutaj szereg innych niebezpiecznych niespodzianek. Jeśli jesteś samotny i nie masz świadków, a jeszcze gorzej, gdy jesteś kobietą, nawet tu nie przyjeżdżaj. I nawet gdy wrzuca mnie w tę sytuację dość gwałtowna konieczność leczenia u paryskich specjalistów (wobec polskich realiów medycznych już dawno bym nie żył), widzę wkrótce jednak dla siebie dobrodziejstwo tego stanu. Oto bowiem w czasie, gdy Aleksandra odbywa swoje próby w paryskim teatrze, ja nie marnuję czasu w czteropokojowym apartamencie, pod respiratorem, jedynie na maltretowanie przez wybitnych skądinąd pulmonologów. Wykorzystuję sytuację na łapanie dystansu wobec Polski i świata. Przy czym internet non stop trzyma mnie w żelaznym uścisku. I nie pozwala zapomnieć o Katalonii. ULICA ROBESPIERRE 14 sierpnia Ulica Robespierre. Bardzo ciężkie powietrze. Ten widok do złudzenia przypomina mi marche w Perpignan, stolicy Katalonii Północnej albo kramiki w Stambule lub Tunisie. Temperatura powyżej trzydziestu stopni — Albitykh wabitiykh altaazij! — gardłowy okrzyk i to samo po francusku : pasteque et pasteque fraiche (Melony, świeże melony ). Sprzedawca nie tylko wybiera mi dwa najbardziej dorodne, ale dorzuca jeszcze - gratis! - garść czarnych, katalońskich winogron. W ten sposób ten niewysoki, młody arabski sprzedawca warzyw i owoców stawia mnie na baczność przy ulicy Robespierre. Sprzedawca, przyjazny i szeroko uśmiechnięty, zadowolony z życia, a może raczej z utargu. * Cóż za paradoks dziejów: ten Robespierre. Urodzony w Arras jako katolik w 1758. Zmarł jako jakobin w Paryżu w 1794, stracony na gilotynie. Miał obsesję na punkcie republiki idealnej, obojętnej na ludzkie koszty jej zainstalowania. Mamy dziś w Polsce czy na Węgrzech swoiste marne reprodukcje, czy może raczej mini karykatury, tamtej histo- 136 Dziennik kataloński (13) tycznej sytuacji z rewolucyjnego Paryża. Wreszcie ten sam Robespierre - nomen omen - osiemnastowieczny, krwawy aktywista Francuskiej Rewolucji i - co akurat wyjątkowo chwalebne - wróg kolonializmu, jest oto patronem ulicy, przy której i ja zamieszkałem wraz z bezrobotnymi bywalcami osiedla, których życie do złudzenia przypomina zagubioną w świecie afrykańską, pełną kurzu wieś w sercu Konga lub Senegalu. Żar spada z nieba, więc także życie wylewa się tutaj z ciasnych i dusznych mieszkań. Oprócz w miarę stałych, głównie arabskich mieszkańców przybyłych z Afryki Północnej, przed klatkami schodowymi wystają świeżo przybyli uchodźcy z Afryki sub-saharyjskiej, czasem w ciemnych ortalionowych kurtkach, grubo pikowanych - bez względu na porę roku i temperaturę. Od czasu do czasu trafia się między nimi - jak kolorowy motyl -czarnoskóra islamska kobieta, z reguły w jedwabnej tunice utkanej w którymś z jaskrawych kolorów. W ogóle czuję się tutaj - co wobec radykalnej wersji islamu brzmi dosyć paradoksalnie - jakbym nurkował w tęczy. Bowiem ci miejscowi, stali mieszkańcy, to sami faceci. Nie widzę ani jednej kobiety. Kobietę owiniętą w hijab zauważyłem dopiero przez półotwarte drzwi do mieszkanka na pierwszym piętrze, ukryto ją tutaj głęboko, w zaduchu ciasnej kuchni. Otoczona wianuszkiem dzieciaków gotuje (najprawdopodobniej kuskus, sądząc po zapachu) w wielkim garze. Kolejni przybysze zza Sahary każdego dnia wzbogacają, a właściwie powiększają, tę szybko i spontanicznie rozrastającą się w osiedlu podparyską populację wożąc swoje maleństwa w wieloosobowych wózkach. Populację, w której tu zwłaszcza ciemnoskórzy dogadują się wzajemnie o wiele szybciej niż w Afryce, tam ostro podzieleni plemiennie, a tutaj zgodni. W końcu mieli niegdyś Francuzi swoje Kongo, Tunezję i Maroko, mieli Algierię i Wybrzeże Kości Słoniowej, Sudan i Kamerun. A dziś mają pod Paryżem Afrykę w komplecie, bo właśnie oprócz Arabów mają także ciemnoskórych uchodźców, kompletnie zagubionych w Paryżu, ale od dzieciństwa, zgodnie z kolonialną historią, władających językiem francuskim. Szczęśliwi wybrańcy losu. Ci, którzy zamiast z automatu do tysięcy namiotów wokół obwodnicy wielkiego miasta, trafili tutaj, na rue Robespierre, gdzie, jak już wspomnieliśmy, ciemnoskórzy bardzo zbliżyli się do swych braci Arabów. Łączy ich islam, a tych najbardziej radykalnych - nawet - przerażający w swojej irracjonalności - dżihad. Bywa, że wykluczeni społecznie rozwijają także swoje terrorystyczne skłonności wobec innowierców czyli francuskich tubylców. Terroryzm to jest temat tabu nie tylko dla ultralewicowych, poprawnościowych politycznie mediów w Polsce, ale też dla publikatorów w wielu częściach Europy. We Francji z jednej strony owa kurtyna poprawnościowego milczenia - w związku z serią ostatnio dokonanych zamachów - dość gwałtownie się otwiera. Z drugiej strony ta fala terroru islamskiego dostarcza potężnego paliwa politycznego środowiskom ultra nacjonalistycznym a nawet parafaszystowskim we Francji. Paweł Zbierski 137 W końcu w bardzo podobnej kulturowo i socjalnie dzielnicy, w Conflans-Sainte-Hono-rine, także na obrzeżach Paryża, ścięto jesienią 2020 roku— w imię Allaha i proroka Mahometa - głowę francuskiemu nauczycielowi historii, Samuelowi Paty. BUTY UCHODŹCY I SERCE CHOPINA 18 sierpnia Pytam sam siebie, odłączając wreszcie rankiem po bezsennej nocy rurę do oddychania. Pytam retorycznie, bo nikt rzetelnie tego nie liczy: ilu z tych uchodźców odpada od ściany we Francji? Pytam patrząc na przejechaną przez samochody parę męskich butów przy obwodnicy Paryża. Co się stało z ich właścicielem? Czy dobili go dilerzy narkotyków, albo może covid? Czy umarł z pragnienia czy może z przepicia ? A może po prostu był zagłodzony lub śmiertelnie się zatruł? Fakt, że nie każdy z nich ma szansę być w Paryżu dziennikarzem, tancerzem, dentystą, adwokatem, piłkarzem, albo przynajmniej ochroniarzem lub grabarzem... Nie każdy ma szansę, mimo trzech haseł dumnie wymalowanych na murze mijanego merostwa: wolność, równość, braterstwo. Oczywiście pani Le Pen podkreśla, że czas najwyższy przywrócić wartość tych haseł prawowitym obywatelom Republiki, a imigrantów kategorycznie sobie odpuścić. Jednak - do cholery - ktoś kiedyś tę Afrykę kolonizował, a nawet handlował ciemnoskórymi ludźmi i z całą pewnością byli to właśnie protoplaści rodu pani Le Pen. * W Katalonii jest zupełnie inaczej, choćby od momentu, gdy ciemnoskórzy bojownicy z Brygad Międzynarodowych walczyli u boku Katalończyków z reżimem generała Franco. Tam więc, w Katalonii, ciemnoskórzy skutecznie się integrują z Katalończykami i asymi-lują podobnie jak Indianie przybywający w Pireneje z Ameryki Środkowej i Południowej. Znacznie trudniej niestety ten proces przebiega z Arabami. 138 Dziennik kataloński (13) No więc mieszkam przy tej ulicy Robespierre. Patrzę jak ta ulica metodą kropelkową rozlewa się wraz kwartałami chińskimi i hinduskimi na wszystkie pozostałe ulice paryskiej metropolii. I oddycham jeszcze. Z pełną świadomością, że Europa znana dotąd z paryskiej katedry Notre Damę lub z katalońskiego klasztoru Montserrat właśnie mi dogasa w oczach. 18-29 sierpnia Zdrowotnie wciąż klapa. Jednak się nie poddaję, ukradkiem śledząc wieści z Polski, gdzie żenująco mało osób uczestniczy z wydarzeniach rocznicowych. Czołowy gdański kombatant studencki wpadł za to na pomysł, by przed Stocznią w Gdańsku zbudować - w formie ławeczki - Pomnik NZS. Na Ławeczce będą mogli przycupnąć aktualni dziadkowie kombatanci. A w przyszłości ich wnukowie i prawnukowie. Pomysł już gorąco przyjęli gdańscy radni, a czołowy gdański kombatant zaproponował, by do sylwetek dawnych bojowców dorzucić jeszcze postać Jacka Kaczmarskiego, tak jakby nie wiedział ów dyżurny kombatant i kronikarz, co tak naprawdę Kaczmarski myślał o pomnikach. I jakby nie znał w ogóle wiersza Kaczmarskiego zatytułowanego „Pomnik”... * Jako znak solidarności z koleżeństwem w Polsce robię sobie selfie z rurą i w koszulce z Wałęsą, którą wożę ze sobą jak relikwię... 30 sierpnia Od dłuższego czasu nurtuje mnie osoba Chopina jako uniwersalnego europejskiego uchodźcy, w dodatku dość ambiwalentnie traktowanego w środowiskach polskich konserwatystów i ultranacjonalistów. W każdym razie postać genialnego polsko-francuskiego kompozytora przedstawiamy Katalończykom w naszej Galerii Poray oraz w prowadzonym przez nas Stowarzyszeniu „My w Europie”. Bo każdy nasz koncert - bez względu na to, czy wykonywany przez Polaków, Francuzów, Austriaków, Niemców czy Japończyków - obowiązkowo rozpoczyna się od wykonania którejś z kompozycji Chopina. Gorąco jednak było w Galerii, gdy nas odwiedził prefekt regionu Pyrenees-Orientales Philippe Chopin. Opowiadał mianowicie, oburzony przypisywaniem polskości Fryderykowi, o francuskim ojcu kompozytora i jego nierozerwalnej więzi z Francją. Dopiero gdy wskazaliśmy mu szkic malarski z planu filmowego „Ogniem i mieczem” podarowany mojemu świętej pamięci ojcu przez Jerzego Hofmana, prefekt nagle zamilkł, po czym żarłocznie się wpatrywał w widniejące na obrazie skrzydła husarskie... - Oj tak, ta husaria to mu-siała być dla Fryderyka Chopina jakaś bardzo ważna rzecz! - skwitował Philippe Chopin. I uśmiechnął się szeroko. Ja w każdym razie z radością odkrywam, że z ulicy Robesppiere mam zaledwie pól godziny pieszo na nie do końca kompletny grób Chopina. W tym sensie niekompletny, że _____________________________________________________Paweł Zbierski__________________________________________________139 „wierni Rodacy” - mimo pogrzebu w Paryżu - hołubią dziś osobno serce Chopina w kościele św. Krzyża w Warszawie. Polacy maja więc serce Chopina, Francuzi całą resztę. Przy czym peregrynacje serca, przed właściwym spoczynkiem, mają osobliwą, kilkadziesiąt lat trwającą historię Żeby wypełnić ostatnią wolę brata, siostra Fryderyka Chopina przywiozła jego serce nad Wisłę nielegalnie, w słoiku. W kościele św. Krzyża nie chcieli go jednak widzieć księża, którym nie w smak był związek kompozytora z „dziwką”, czyli francuską skandalistką George Sand, dlatego przez 20 lat serce przeleżało w kościelnej rupieciarni. Przetrwało powstanie styczniowe i II wojnę światową. A dziś naukowcy badają, w jakim stanie znajduje się organ najwybitniejszego z polskich kompozytorów. Fryderyk Chopin zmarł 17 października 1849 r w Paryżu. W Galerii Poray, w Katalonii, staramy się dziś za sprawą uniwersalności muzyki pogodzić te sprzeczne, narodowe interesy. WIDZIANE Z BALKONU W BANGOLET Przez kilka kolejnych dni śledzę w internecie, z perspektywy balkonu w podparyskiej muzułmańskiej dzielnicy uchodźców, wydarzenia katalońskie i wokółkatalońskie. * W mediach katalońskich - przed zbliżającą się Diadą - nie brakuje analiz akcentujących ponadpokoleniowość ruchu niepodległościowego. Starzy czy młodzi — wszyscy grają do tej samej bramki. Przy czym starcy cieszą się wśród młodych wyjątkowym szacunkiem przenosząc do współczesności ważne doświadczenia katalońskiej historii i tradycji. Ciekawa jest bardzo w Katalonii nowa fala modernizacyjna. Czytam więc ze słownikiem w ręku zaległy, ale fascynujący wywiad w sierpniowym „El Temps” z Gemmą Geis, świeżo upieczoną panią minister do spraw nauki rządu katalońskiego, dla której umieszczanie transferu, badań, talentów, innowacji, patentów powinno się znaleźć absolutnie w centrum debaty ogólnokatalońskiej. Jej marzeniem jej bowiem kraj, który chłonie wiedzę jak gąbka. „Oto kraj, za którym tęsknią działacze niepodległościowi.” - wyznaje. I dodaje chyba rzecz kluczową: „Pandemia pokazała, że wodoszczelne przedziały społeczne zniknęły. W zarządzaniu politycznym nie ma zamkniętych szuflad, są miejsca spotkań. Bo która dyscyplina wiedzy nie jest objęta badaniami? Nie ma takiej. Wszyscy są zaangażowani.” 7 , tego wywiadu dowiaduję się po raz kolejny o czymś, co decyduje, że mimo wewnętrznych konfliktów i kolosalnych - nawet nieporównywalnych z polskimi różnic politycznych- niepodległościowy ruch kataloński tak trudno rozbić z zewnątrz, bo to jest kompleksowa, powiązana tematycznie petarda, w której tak mocno współistnieją: kultura, edukacja, wiedza, ekonomia. 140 Dziennik kataloński (13) Rozmówczyni informuje, że rektorzy katalońskich uniwersytetów wraz z różnymi podmiotami z tego sektora podpisali właśnie zobowiązanie przeciwko kryzysowi edukacyjnemu. Wśród różnych uwzględnionych punktów jest żelazny postulat, aby 80% nauczania odbywało się w języku katalońskim. „Jesteśmy w rządzie zaledwie od czterdziestu dni”, podkreśla Gemma Geis, ale zaraz dodaje, jak ta świeżość mobilizuje ją do działania. Podkreśla wagę sfery cyfrowej i właśnie języka. „Język musi być bardzo obecny i należy również prowadzić wiele badań w tej dziedzinie. Musimy opracować diagnozę, plan korekty sytuacji zastanej i wizję postulowanej reformy. Jesteśmy krajem, w którym lubimy mówić wieloma językami, jest dużo różnorodności, ale kataloński musi być językiem - jak to nazywa bohaterka wywiadu - „wehikularnym” dodając, że istnieje wiele poziomów destrukcyjnej ingerencji państwa w pola badań naukowych, ale także sporo przejawów współczesnego faszyzmu, dla którego istnieje wyraźny cel zaatakowania języka katalońskiego. „Musimy być nieugięci wobec tych wszystkich postaw” - konkluduje. 11 września Po pandemicznym „zamknięciu” z powodu covida gigantyczny sukces frekwencyjny Diady. W samej tylko Barcelonie wyszło na ulice 400 000 ludzi domagających się niepodległości. 12 września Pismo „LA RAZON” donosi w swojej wersji internetowej o tym, co i tak wydaje się oczywiste: „Hiszpańska prawicowa i antykatalońska Partia Popularna ( PP) przyznaje otwarcie w wywiadzie dla tego pisma, że ma poparcie większości hiszpańskiego sądownictwa. 15 września Były poseł niepodległościowy w Katalońskim Prezydium Parlamentu Josep Costa głośno demonstruje nieposłuszeństwo. I ogłasza publicznie: „Nie będę zeznawał przed Sądem Najwyższym Katalonii!”. Po raz kolejny media katalońskie zalewa fala publikacji na temat kontrolowania katalońskiego wymiaru sprawiedliwości przez hiszpańskich polityków konserwatywnych. Costa wraz z przyjaciółmi jest oskarżony o nieposłuszeństwo z powodu dopuszczenia do dwóch debat z roku 2019: jednej o samostanowieniu i drugiej o monarchii. Po południu dochodzi w Barcelonie do głośno oprotestowanego przez katalońską opozycję spotkania prezydenta Katalonii Pere Argona z premierem Hiszpanii Pedro Sanchezem, Paweł Zbierski 141 które miało być wstępem do „negocjacji”. Nie brakuje głosów, że w hiszpańskim wykonaniu jest to czysta propaganda, że niby Madryt zawsze jest gotów do dialogu. Pod publikowanym w sieci zdjęciem obu panów kataloński internauta umieszcza znamienny komentarz: „buty którego z nich lepiej pasują do wspólnej windy?”. Pod kolejną fotografią: „Pedro Sanchez brał udział w negocjacjach przez minutę. Teraz już może spokojnie sprzedawać to zdjęcie na całym świecie”. Żeby przypieczętować swoja dezaprobatę, internauci publikują zdjęcie dwóch negocjujących kościotrupów. INTERNET KRUSZY SKAŁĘ 16 września Internet staje się najpoważniejszym narzędziem walki w ruchach wolnościowych Kata-lończyków, podobnie jak Białorusinów czy Szkotów. Bywa z kolei także agitacyjnym narzędziem produkowanym w formie filmiku, np. w Strefie Gazy — podręcznikiem do zabijania innowierców... * W Polsce pojawia się jednak coraz więcej dalekich od propagandy i manipulacji poważnych portali oraz tematycznych stron internetowych, które rzeczowo i kompetentnie rozbijają globalne bańki informacyjne tworzone przez takich gigantów medialnych jak np. BBC. Jedne z tych w istocie niszowych mediów istnieją od lat, ale właśnie teraz przeżywają swój renesans, inne powstają spontanicznie i samorzutnie, choćby w postaci cykli tematycznych lokowanych na prywatnych, zwiększających zauważalnie swoje zasięgi profilach FB. Gwarancją ich jakości i profesjonalizmu opiniotwórczego są nazwiska ich autorów, ludzi niezależnych od polityki i biznesów wpływowych korporacji medialnych. Tomasz i Marek Sekielscy, Małgorzata i Andrzej Koraszewscy, Bogdan Miś, Jacek Palasiński, Marek Weiss Grzesiński, a przed swymi smutnymi odejściami z tego świata Stefan Bratkowski czy Marcin Król - to w Polsce tylko niektóre nazwiska osób, które na własnych stronach tematycznych a nawet na prywatnych profilach Facebooka wraz z blogerami tworzą rzeczywistość alternatywną wobec głównego nurtu mediów. Zapotrzebowanie na takie przekazy wzrosło wyraźnie z powodu podejrzeń o brak klarowności i wiarygodności w przeżywających wyraźny i głęboki kryzys największych mediach świata, m.in. z powodu sytuacji na Bliskim Wschodzie, konfliktu palestyńsko izraelskiego, brexitu w Wielkiej Brytanii, walki wyborczej Bidena z Trumpem czy sporów wokół sytuacji w Afganistanie. I oto okazuje się, że w dobie powszechnego bełkotu i szumu informacyjnego wiarygodna informacja choćby właśnie na temat Afganistanu, USA i Bidena, Izraela czy światowego terroryzmu jest przynajmniej w szczupłych środowiskach opiniotwórczych na wagę złota. 142 Dziennik kataloński (13) 17 września Do tej pory na temat Katalonii można było z góry przewidzieć dowodzenie ze z góry założoną tezą w publikacjach tygodnika „Polityka”, „Gazety Wyborczej” czy nawet w publicznej debacie ECS, gdzie co prawda Piotr Stasiński i Aleksander Hall różnią się w ocenie generała Franco, jednak obaj jednym głosem potępiają „separatyzm kataloński” i wychwalają zdobycze współczesnej hiszpańskiej „demokracji liberalnej”. Aż tu nagle wpada mi w oko internetowa „WITRYNA INFORMACYJNA - KATALONIA”. Czytam ciurkiem: Niebywałe - Gazeta Wyborcza opublikowała artykuł o Katalonii, który nie jest anty-niepodległościowy, w którym nie ma wartościujących sformułowań w rodzaju „katalońscy nacjonaliści” itd. Jest niestety za paywallem, więc zacytujemy parę ciekawych fragmentów: „Porównajmy dane z ostatnich wyborów do katalońskiego parlamentu z lutego 2021 r. W Barcelonie partie popierające utworzenie niepodległego państwa zyskały 47 proc, poparcia, a przeciwne temu pomysłowi — 43 proc, (reszta głosów przypadła ugrupowaniom niebędącym ani za, ani przeciw). Jednak w wielu mniejszych gminach położonych z dala od stolicy partie proniepodległościowe zgarnęły aż ponad 90 proc, głosów. W malutkim Sant Marti d’Albars, liczącym nieco ponad 100 mieszkańców, aż 97 proc, głosowało właśnie na ugrupowania dążące do proklamowania niepodległego państwa”. „Z 42 katalońskich hrabstw (comarques) 39 wyraziło chęć przynależności do nowej republiki poza granicami Królestwa Hiszpanii”. „Roger wspomina reakcję hiszpańskiego rządu, na którego czele w 2017 r. stał premier Mariano Rajoy: Na czas referendum skierowano do Katalonii tysiące policjantów, którzy bili nawet osoby w podeszłym wieku próbujące oddać głos. Ranili ponad tysiąc. Problemem nie jest to, że ktoś nie życzy sobie niepodległej republiki, lecz to, że zabierają nam prawo wyboru. A to podstawa demokracji”. „- Gdy organizujemy milionowe protesty, nikt nie zwraca na nas uwagi - wyjaśnia. -W 2013 r. zrobiliśmy 400-kilometrowy łańcuch z ludzi, wzdłuż całego wybrzeża Katalonii - bez skutku. Ale gdy młodzież zaczyna palić kontenery na ulicach, nagle wszystkie telewizje świata to pokazują. Jakie wnioski można z tego wyciągnąć? Zamieszki i przemoc wydają się bardziej skuteczne od pokojowych demonstracji, choć nie powinno tak być”. 18 września Carles Puigdemont w Paryżu spotyka się z posłami i senatorami Francuskiego Zgromadzenia Narodowego i składa tam oświadczenie dla mediów: „Państwo hiszpańskie stosuje bardzo wyrafinowaną strategię represji, która obejmuje m.in. faknewsy i szpiegostwo polityczne, po to, by atakować reputację politycznych dysydentów. To szpiegostwo, o szeroko zakrojonej skali, wkrótce ujawnimy i głośno nazwiemy”. Paweł Zbierski 143 Tymczasem sami Katalończycy — niezależnie od woli swoich liderów — wciąż zaskakują oddolnie swoimi pomysłami. Było już osadzanie na najwyższych szczytach pirenejskich pochodni oświetlających sylwetki więźniów politycznych, była karta do gry z wizerunkiem znienawidzonego króla hiszpańskiego z głową skierowaną w dół. Co nowego? Otóż ruch niepodległościowy wyemitował serię oryginalnych, ostemplowanych okazjonalnie, banknotów o popularnym nominale 50 euro! 19 września W Madrycie demonstracja neonazistów eskortowana przez policje. W nagraniach, które obiegają sieć i są żywo komentowane, wyraźnie można rozpoznać nazistowskie pieśni i saluty na cześć Hitlera. 20 września Od wielu dni moja wielka ulga po opuszczeniu ulicy Robespierre i pierwszy, dłuższy spacer po Paryżu. Miły powiew końcówki lata. Na Pere Lachaise z drzew spadają pierwsze kasztany. Po raz pierwszy odkrywam, że jest tam pochowany Imre Nagy, przywódca węgierskiej rewolucji z roku 1956. Tekst i fotografie : Paweł Zbierski Paryż, 20 września 2021 Marek Suchar TAJEMNICE JEROZOLIMSKIEJ ŚCIANY PŁACZU Ściana Płaczu uważana jest za jeden z wizualnych symboli Jerozolimy i jednocześnie jedną z jej największych turystycznych atrakcji. Nic dziwnego. Widok pogrążonych w modlitwie, kołyszących się rytmicznie, spowitych w pasiaste chusty modlitewne brodatych mężczyzn, ma w sobie rzeczywiście coś fascynującego, a przy tym wizyta pod Ścianą Płaczu jest dla wielu osób rzadką okazją do przyjrzenia się z bliska żydowskim praktykom religijnym. Bo Ściana Płaczu to przede wszystkim miejsce modlitwy określane powszechnie jako najświętsze miejsce judaizmu. Jest ona zresztą nie tylko ważnym miejscem praktyk religijnych, ale dla wielu także symbolem żydowskiej tożsamości narodowej. To dlatego właśnie u jej stóp odbywają się różne uroczystości państwowe, a młodzi izraelscy żołnierze składają w tym miejscu przysięgę wojskową. To, co nazywamy „Ścianą Płaczu”, to właściwie cały kompleks modlitewny obejmujący rozległy plac przylegający do wysokiego na 6 pięter muru długości około 60 metrów opasującego z zachodniej strony Wzgórze Świątynne. Mur ten zbudowany został z olbrzymich 146 Tajemnice jerozolimskiej Ściany Płaczu bloków jerozolimskiego wapienia jako mur oporowy mający na celu ochronę wzgórza świątynnego przed osuwaniem się, kiedy na rozkaz króla Heroda w roku 19 p.n.e. przystąpiono do rozbudowy Świątyni Jerozolimskiej. Sama Świątynia została zburzona przez Rzymian już w kilkanaście lat po zakończeniu prac budowlanych, w roku 70 naszej ery. Za to mur oporowy przetrwał do naszych czasów, choć w swych wyższych partiach, obok kamieni pamiętających czasy króla Heroda i Jezusa, zawiera również nowsze elementy, którymi w ciągu wieków uzupełniano powstałe w nim ubytki. Mur ten góruje dziś nad rozległym placem, na którym zbierają się i modlą pobożni Żydzi, a ponadto w niektóre święta organizowane są oficjalne uroczystości. Warto wiedzieć, że swój dzisiejszy wygląd miejsce to zawdzięcza wyburzeniu całego kwartału budynków, które się tu poprzednio znajdowały. Wcześniej, do roku 1967, modlitewne miejsce pod Ścianą Płaczu miało postać wąskiego, kilkumetrowej szerokości korytarza przylegającego bezpośrednio do muru. Plac u podnóża Ściany Płaczu jest dziś podzielony na trzy części. Bezpośrednio do samego muru przylega odgrodzona parkanem od reszty placu strefa modlitewna o szerokości około 20 metrów, dodatkowo rozdzielona na dwie części: większą męską i mniejszą kobiecą. Wstęp do obu tych części jest wolny, przy zachowaniu podziału płci, z tym, że mężczyźni muszą bezwzględnie pamiętać o nakryciu głowy. Pozostała część placu jest ogólnodostępna i, poza szabatami i okresami świątecznymi, nie obowiązują na niej żadne specjalne ograniczenia ani nakazy. Oczywiście oczekuje się, że odwiedzający uszanują powagę miejsca, ale nie oznacza to na przykład zakazu głośnych rozmów, spacerów, palenia papierosów, spożywania przekąsek czy używania telefonów komórkowych, a przybywające pod Ścianę Płaczu grupy młodzieży często w tym właśnie miejscu manifestują swoje uczucia narodowe i religijne poprzez zbiorowe tańce i śpiewy. Wolno fotografować, pamiętając jednak, że niektóre przebywające tam osoby mogą sobie tego nie życzyć. Jak zawsze i wszędzie zalecane są więc w tej kwestii takt i empatia. Natomiast w okresach świątecznych oraz we wszystkie szabaty, to znaczy od zachodu słońca w piątek do zachodu słońca w sobotę, kategorycznie zabronione jest na całym placu Ściany Płaczu używanie telefonów komórkowych oraz aparatów fotograficznych, a także palenie papierosów. Warto o tym pamiętać i bezwzględnie tej zasady przestrzegać, bo inaczej spotkamy się z natychmiastową i z reguły bardzo stanowczą reakcją otoczenia. Plac przy Ścianie Płaczu spełnia dziś funkcję synagogi, to znaczy, że mężczyźni przychodzą tu odmawiać trzykrotnie w ciągu dnia nakazane na te pory modlitwy oraz modlić się wspólnie w szabaty i święta. Wierni odwiedzający ją licznie również w innych porach dnia modlą się tu najczęściej słowami psalmów. Wiele osób kieruje w tym miejscu także swoje prośby do Boga zapisując je na kartkach, które następnie wkładane są w szczeliny w murze. Taką kartkę można tam nawet umieścić zdalnie korzystając z internetu. Dzięki specjalnej aplikacji przesyła się tekst prośby, który za niewielką opłatą ktoś potem drukuje i w naszym imieniu umieszcza w szczelinie pomiędzy kamiennymi blokami Ściany Płaczu. Za pośrednictwem kamer internetowych można też na żywo obserwować Ścianę Płaczu przez 24 godziny na dobę. Kamery wyłączane są tylko w czasie szabatu i świąt1. 1 Transmisję na żywo można obserwować m. in. za pośrednictwem stron: https://www.skylinewebcams.com/pl/webcam/israel/jerusalem-district/jerusalem/western-wall.htmlhttps://thekotel.org/en/western-wall/western-wall-cameras/ Marek Suchar 147 7- jerozolimską Ścianą Płaczu wiąże się wiele wyobrażeń, które często wymagałyby weryfikacji, a przy tym kryje ona w sobie wiele tajemnic, których rąbka przy tej okazji warto uchylić zwłaszcza przed tymi, którzy albo już mieli okazję ją osobiście zobaczyć, albo planują to miejsce zwiedzić w przyszłości. Warto na przykład wiedzieć, że sami Żydzi nazwy Ściana Płaczu , pod jaką w Polsce znamy to miejsce, nie używają, a nawet raczej jej nie lubią. Ma ona dla nich zabarwienie pejoratywne. Sami posługują się określeniem „Mur Zachodni (po hebrajsku „ HaKotel HaMaarawi”) a w potocznej wersji skróconą jego wersją „Kotel”, czyli „mur”. Oczywiście jeśli będąc w Jerozolimie spytamy kogoś o drogę do „Ściany Płaczu nikt się na nas, jako na turystów, nie obrazi. O wiele ważniejszą rzeczą niż ewentualne kontrowersje związane z nazwą, jest jednak wyjaśnienie, czym w istocie jest „Ściana Płaczu”. Powszechnie mówi się o niej, że to „najświętsze miejsce judaizmu”, ale to określenie niewiele wyjaśnia, a w dodatku nie jest właściwie zgodne z prawdą. Dla pobożnych Żydów jedynym świętym miejscem było sanktuarium świątynne, czyli puste pomieszczenie nazywane „Świętym Świętych”, do którego nikt poza najwyższym kapłanem (i to tylko raz w roku!) nie miał wstępu, w którym, jak wierzono, przebywał sam Bóg. Jego obecność, nazywana Szechin^, uświęciła to miejsce na https://www.earthcam.com/world/israel/jerusalem/Pcamsjerusalem 148 Tajemnice jerozolimskiej Ściany Płaczu zawsze. Dziś nie ma pewności, gdzie dokładnie na Wzgórzu Świątynnym miejsce to się znajdowało. Wiedza ta dawno już zatarła się w pamięci członków Narodu Wybranego, jako że od zburzenia Świątyni w 70 roku naszej ery, czyli przez ostatnie prawie dwa tysiąclecia, przeważnie nie mieli oni wstępu na teren Wzgórza Świątynnego, a często mieli nawet zakaz przebywania w ogóle w mieście Jerozolimie. Wtedy, kiedy jednak im na to zezwalano, gromadzili się i modlili tak blisko świętego miejsca, jak to tylko było możliwe. Dlatego najpierw przez kilka pierwszych stuleci po zburzeniu Świątyni modlili się, jeśli mogli, przy jednej z bram w murze świątynnym, tej o której wiedziano, że znajdowała się najbliżej zburzonego „Świętego Świętych”. Potem, kiedy dostęp do tej bramy zasypano czy zamurowano, przenieśli się do najbliższego dostępnego publicznie miejsca przy murze otaczającym wzgórze świątynne, czyli w miejsce określane dziś jako Ściana Płaczu. Tradycja modlitw w tym właśnie miejscu trwała przez kolejne stulecia i przerwana została jedynie zajęciem w roku 1948 części Jerozolimy przez Jordanię, w wyniku którego Żydom uniemożliwiono dostęp do Ściany Płaczu. Zmieniło się to dopiero po odwojowaniu Starego Miasta przez Izrael w roku 1967. Wzgórze Świątynne jest jednak dziś, tak jak przez ostatnie bez mała dwa tysiąclecia, niedostępne dla żydowskich praktyk religijnych. Powody tego są dwa. Po pierwsze zabraniają tego sami rabini, bo jako, że nie wiadomo, gdzie dokładnie mieściło się Święte Świętych, wchodzący dziś na plac świątynny Żydzi mogliby w związku z tym nieświadomie dopuścić się aktu świętokradztwa naruszając świętość tego niedotykalnego miejsca. Istotną rolę w opinii rabinów odgrywa także to, że wstęp do świątyni dozwolony był wyłącznie osobom pozostającym w stanie czystości rytualnej, który to stan jest dla ży-jących dzisiaj Żydów z różnych powodów nie do osiągnięcia. Po drugie zaś niedostępność Marek Suchar 149 ta wynika z dzisiejszego statusu prawno-politycznego Wzgórza Świątynnego, nad którym obecnie kontrolę sprawują muzułmanie. Po wyparciu wojsk jordańskich ze wschodniej części Jerozolimy w roku 1967, Izrael pozostawił w rękach muzułmańskich samo Wzgórze Świątynne gwarantując sobie tylko nieskrępowany dostęp żydowskich wiernych do Ściany Płaczu. W sensie formalno-prawnym, jako nieruchomość, pozostaje ono dziś w gestii króla Jordanii, co nie oznacza jednak, choć niektórzy tak o tym mówią, że jest jego prywatną własnością. Sprawa ta, jak wiele innych w dzisiejszej Jerozolimie, jest po prostu, jak widać, „skomplikowana.” Jak zatem z powyższego jasno wynika, Ściana Płaczu nie była nigdy i nie jest też dzisiaj „miejscem świętym”, a jedynie miejscem gromadzenia się i modlitw, a więc raczej czymś w rodzaju synagogi pod gołym niebem, a synagogi nie są dla Żydów świętymi miejscami. W tym miejscu warto zauważyć, że choć w powszechnym mniemaniu synagogi są czymś w rodzaju „żydowskich kościołów”, to między kościołem, czyli świątynią, a synagogą, czyli domem modlitwy, jest zasadnicza różnica. W kościele - w sensie, w jakim to słowo z pewnością rozumie większość czytelników - składana jest ofiara, a obecność Boga ma fizyczny, realny charakter (w tabernakulum, albo w czasie przeistoczenia). Samo pomieszczenie nabiera dzięki temu, przez kontakt z Bogiem, sakralnego (świętego) charakteru. Tymczasem synagoga, która nazywana jest po hebrajsku bejt midrasz (dom modlitw), albo beit ha kneset (dom zgromadzeń), to jest po prostu pomieszczenie, do którego przychodzą wspólnie się modlić, ale o ile ważne i godne szacunku może być to, co tam robią, to samo pomieszczenie, które może nawet być tymczasowo wynajętym skromnym pokoikiem ( tzw. sztibel), nie ma sakralnego znaczenia. Wyjaśnienie tych różnic może być w tym momencie ważne nie tyle ze względów terminologicznych, ale dlatego, że przekładają się one na stosunek wiernych do samych tych miejsc, na reguły dotyczące zachowania w nich etc. W tym rozumieniu Ściana Płaczu jest synagogą, bo na skutek splotu rozmaitych historycznych okoliczności powstał zwyczaj modlenia się w tym miejscu, ale ze świętością ma związek, można by powiedzieć, asocjacyjny. Można by co najwyżej powiedzieć, że Ściana Płaczu to miejsce uświęcone przez zanoszone w nim od wieków przez pobożnych Żydów do Boga żarliwe modlitwy. Oczywiście, jako miejsce „uświęcone tradycją modłów” Ściana Płaczu jest godna szacunku i specjalnego traktowania, ale słowo „uświęcone” ma w tym przypadku raczej charakter literacki, czy emocjonalny niż teologiczny. A zatem dwie rzeczy zdołaliśmy już sobie wyjaśnić. Wiemy już, że Ściana Płaczu wcale niekoniecznie nazywa się Ścianą Płaczu, i że określanie jej najświętszym miejscem judaizmu należy raczej traktować jako literacką metaforę nie oddającą jej religijnej istoty. Kolejną wartą wyjaśnienia sprawą jest to, że często możemy usłyszeć, iż „Ściana Płaczu” jest „jedyną pozostałością Świątyni Jerozolimskiej”. Otóż owszem, jest pozostałością, ale jak to już teraz wiemy, nie samego budynku Świątyni jako takiej, i w dodatku na pewno nie jedyną. Aby to lepiej zrozumieć, trzeba sobie spróbować wyobrazić, jak to wszystko musiało kiedyś wyglądać. Otóż na płaskim, sztucznie przez Heroda powiększonym o jedną trzecią wzgórzu Moria, otoczonym dla ochrony przed osuwaniem się murami oporowymi, utworzono plac , w którego centrum znajdowało się sanktuarium , czyli „Święte Świętych”. Przed nim znajdował się ołtarz, na którym spalano ofiary. Wszystko to było otoczone mu- 150 Tajemnice jerozolimskiej Ściany Płaczu rem i tworzyło tak zwany Dziedziniec Kapłanów, na który, jak nazwa wskazuje, wstęp mieli wyłącznie kapłani. Dookoła niego znajdowały się otoczone kolejnymi murami Dziedzińce: Mężczyzn, Kobiet i wreszcie Pogan. Tylko ten ostatni był miejscem dostępnym dla nie-Ży-dów. Całości wielkiego kompleksu architektonicznego zbudowanego przez króla Heroda dopełniały jeszcze otaczające cały ówczesny plac świątynny portyki. Jak z tego wynika, dzisiejsza Ściana Płaczu nie może być oczywiście traktowana jako pozostałość samej Świątyni, jako że jest jedynie elementem całej monumentalnej architektonicznej konstrukcji, którą za czasów Heroda stanowiło Wzgórze Świątynne, zresztą wcale nie jedynym, który przetrwał do naszych czasów, jak się powszechnie uważa. Ściana Płaczu jest bowiem zaledwie niewielką, niczym dziś nieprzesłoniętą i dlatego widoczną częścią „zachodniego muru oporowego”. Jego reszta wciąż istnieje, ale jest niewidoczna, bo jego dolna partia skryta jest obecnie kilkanaście metrów pod ziemią a górną zasłaniają budynki dzisiejszego Kwartału Muzułmańskiego. Jeśli ktoś chciałby zobaczyć te inne pozostałości murów wzgórza świątynnego koniecznie powinien zaplanować wizytę w tak zwanym Tunelu Ściany Płaczu. Jej odwiedziny to ciekawa przygoda i znakomity sposób, by lepiej poznać historię Jerozolimy zapoznając się z fascynującymi wynikami odkryć archeologów badających podziemia okolic Ściany Płaczu. Na marginesie można nadmienić, że stosunek wielu osób do szacownej dziedziny nauki jaką jest archeologia może się bardzo zmienić, kiedy znajdą się w Jerozolimie. W Świętym Mieście bowiem przestaje ona być nauką w dużym stopniu abstrakcyjną. Dostarcza nam bardzo konkretnej wiedzy o czasach opisywanych w świętych księgach, wzbogaca naszą wiedzę o ich bohaterach, pomaga lokalizować miejsca różnych biblijnych i ewangelijnych zdarzeń. Jakkolwiek okolice Wzgórza Świątynnego od przeszło stulecia były terenem badań prowadzonych przez archeologów biblijnych, to jednak działania te podlegały zawsze rozmaitym ograniczeniom. Dlatego też na wielkie uznanie zasługuje refleks uczonych, którzy błyskawicznie wykorzystali moment przejęcia przez władze izraelskie w roku 1967 kontroli Marek Suchar 151 nad terenem otaczającym Wzgórze Świątynne, dosłownie natychmiast rozpoczynając prace archeologiczne w pobliżu Ściany Płaczu. Te właśnie prace doprowadziły w konsekwencji do powstania „Tunelu pod Ścianą Płaczu”, który odsłania nam wiele ważnych jej tajemnic. Jest on obecnie udostępniony do zwiedzania w grupach z przewodnikiem. Wejście do niego znajduje się w podcieniach jednego z budynków otaczających plac modlitewny. Można go zwiedzać po dokonaniu rezerwacji przez telefon lub internet2. Określenie „tunel” jest w tym przypadku trochę nieścisłe, bo właściwie jest to nie tyle tunel, ile raczej coś w rodzaju podziemnego korytarza przebiegającego na głębokości kilkunastu metrów pod ziemią wzdłuż całej podstawy zachodniej części muru, powstałego przez połączenie ciągu odkopanych pomieszczeń i pustych podziemnych przestrzeni, nad którymi przez wieki nadbudowywano kolejne warstwy budynków. Właściwym tunelem można by nazwać tylko ostatnią jego część, która powstała przez przyłączenie, odkrytego przy tej okazji, wykutego w skale starego kanału wodnego doprowadzającego za czasów Heroda wodę z sadzawki Strutbion do Świątyni. W trakcie zwiedzania tunelu naszą uwagę na pewno zwrócą tkwiące w podstawie muru oporowego potężne bloki skalne. Największy z nich waży 520 ton i jest jednym z najcięższych obiektów, jakie kiedykolwiek podniosły istoty ludzkie bez maszyn o napędzie mechanicznym. Do dziś nikt nie potrafi wytłumaczyć, w jaki sposób takie kolosalne bloki skalne były w tamtych czasach transportowane, bo i w naszych czasach byłoby to dużym wyczynem inżynierskim. Posuwając się dalej tunelem wzdłuż podstawy muru zachodniego w pewnym momencie dojdziemy do miejsca, w którym, przy czymś w rodzaju wnęki w murze, modli się stale kilka osób . Wnęka, przy której się modlą, to w istocie zamurowana jedna z bram wiodących niegdyś na teren placu świątynnego. To w tym właśnie miejscu pierwotnie zbierali się i modlili Żydzi, gdy zabroniono im wstępu na Wzgórze Świątynne. Można by powiedzieć, że była to jakby „Pierwsza Ściana Płaczu”. Rabin Yehuda Getz, bardzo malownicza postać, mianowany po roku 1967 „Rabinem Ściany Płaczu”, stworzył w tym miejscu pod koniec lat siedemdziesiątych coś w rodzaju małej synagogi, w której sam się modlił i w której do dzisiaj modlą się w ramach „dyżurów modlitewnych”, nieprzerwanie dzień i noc, najpo-bożniejsi z pobożnych. Z rabinem Goetzem związana jest ciekawa historia, bo w pewnym momencie na skutek przeżytego przez niego mistycznego objawienia uznał on, że w podziemiach pod wzgórzem, do których dziś prowadzi zamurowana brama, znajduje się ukryta tam dwa i pół tysiąca lat temu przez kapłanów Arka Przymierza. Uznał on, że ciąży na nim obowiązek odszukania jej i zorganizowawszy potajemnie ekipę robotników dokonał najpierw rozbiórki muru, którym przegrodzona była brama, a następnie zaczął posuwać się dalej w głąb wzgórza. Nie wiadomo jak daleko mógłby się posunąć w swych nielegalnych eksploracjach, ale na swoje nieszczęście pracujący pod jego kierunkiem robotnicy uszkodzili w pewnym momencie jakąś instalacje wodną i zaczęła ich zalewać woda. Musieli wezwać straż pożarną, której funkcjonariuszami byli Arabowie. Natychmiast zaalarmowali oni swoje władze, że Żydzi „robią podkop pod Kopułę Skały i meczet Al Aksa”. Tamci wysłali zaraz 2 Zarezerwować wizytę i wykupić bilety najwygodniej także za pośrednictwem Internetu na stronie https://ti cketsoft.co.il/reservintres/index.jsp?referentId=15&siteId=12&activityGroup=l&lang=en&_ ga=2.196678251.695208419.1632165922-209613583.1632165922 152 Tajemnice jerozolimskiej Ściany Płaczu własne służby porządkowe, które wdały się z łudźmi rabina w regularną potyczkę. Walczące strony rozdzieliła dopiero wezwana na pomoc izraelska policja. Zrobiła się potworna polityczna awantura, bo ta mistyczno-archeologiczna partyzantka rabina Getza naraziła na szwank autorytet władz izraelskich, które się wobec Arabów wcześniej zobowiązały do nieprowadzenia pod wzgórzem żadnych prac archeologicznych. Podobno interweniował sam ówczesny premier Menachem Begin i nakazał natychmiastowe ponowne zamurowanie bramy, co też zaraz zrobiono stawiając w tym miejscu mur już prawie trzymetrowej grubości. Rabin Getz nie mogąc się z tym pogodzić, z głową posypaną popiołem, modlił się przy zamurowanej na powrót bramie słowami psalmu „Boże, poganie przyszli do Twego dziedzictwa, zbezcześcili Twój święty przybytek, a Jeruzalem obrócili w ruinę”. Kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się miejsce, w którym archeolodzy odsłonili bruk ulicy z okresu herodiańskiego prowadzącej wzdłuż muru na Wzgórze Świątynne. W momencie zburzenia Świątyni przez Rzymian w 70 roku naszej ery nie zdołano jej jeszcze dokończyć. Nie obrobiony do końca kamień noszący ślady uderzeń oskarda jest dowodem nagłego przerwania prac kamieniarskich. Jest właściwie pewne, że bruk uliczki nosi na sobie ślady stóp Jezusa, który musiał nią chodzić udając się do Świątyni, gdzie, jak wiemy wielokrotnie bywał, modlił się i nauczał. W ten sposób dochodzimy do ostatniej części tunelu. Tu rozpoczyna się wspomniany wcześniej kanał wodny doprowadzający wodę z sadzawki Struthion. Warto wspomnieć, że woda potrzebna była w Świątyni Jerozolimskiej w bardzo dużych ilościach, nie tylko dla celów spożywczych, ale również dla obmyć rytualnych, a także w związku z tym, że w Świątyni codziennie zabijano rytualnie w ofierze setki, a podczas wielkich świąt może nawet i tysiące zwierząt. Świątynia Jerozolimska była bowiem nie tylko centrum życia religijnego ludu Izraela, ale także czymś w rodzaju wielkiej rytualnej ubojni zwierząt ofiarnych, a więc właściwie wielkim, zresztą niezwykle sprawnie działającym przedsiębiorstwem, na którym opierała się właściwie ekonomia całego ówczesnego żydowskiego państwa. Żyli z niej przecież okoliczni hodowcy owiec, kóz, bydła i gołębi, które trzeba było zakupić, żeby następnie móc je złożyć w ofierze w Świątyni. Stanowiła również źródło utrzymania dla wszystkich, którzy czerpali zyski z zapewniania gościny dziesiątkom, a według niektórych historyków nawet setkom tysięcy przybywających do Świątyni pielgrzymów. Źródła podają także, że bezpośrednio w Świątyni zatrudnionych było stale siedem tysięcy kapłanów i dziesięć tysięcy lewitów podzielonych na 24 zmiany, które w kilkumiesięcznych odstępach odbywały w niej swoje tygodniowe „dyżury”. Przy tym wszystkim trzeba też pamiętać, że także sama, trwająca przez blisko pięćdziesiąt lat, przebudowa Świątyni dawała stałe zatrudnienie wielu tysiącom robotników budowlanych i rozmaitych rzemieślników. Można więc bez żadnej przesady powiedzieć, że Świątynia Jerozolimska była nie tylko centrum kultu religijnego, ale również sercem i podstawą systemu ekonomicznego i politycznego ówczesnego państwa żydowskiego. W tym kontekście wydaje się zrozumiałe, że dość bezwzględnie rozprawiano się z tymi, którzy, jak Jezus, poddawali jej działanie publicznej krytyce lub podejrzani byli (w wypadku Jezusa oczywiście niesłusznie) o nawoływanie do jej zburzenia. Ukończywszy zwiedzanie tunelu można wyjść z niego wyjściem prowadzącym na Via Dolorosa w Kwartale Muzułmańskim lub powrócić z przewodnikiem do wejścia znajdu- Marek Suchar 153 jącego się przy Ścianie Płaczu. Znalazłszy się tam, aby udać się do innych części Starego Miasta, będziemy musieli przejść przez Kwartał Żydowski. Choć przechodzą przezeń zwykle wszyscy turyści, bo to najkrótsza droga pod Ścianę Płaczu i do Wieczernika, niewielu z nich decyduje się na dokładniejsze zwiedzenie tej dzielnicy. A szkoda. I nie tylko dlatego, że jest to najciekawiej i najbardziej przyjaźnie dla zwiedzających zabudowana dziś częsc Starego Miasta. Kiedy bowiem w roku 1948 Jordania zajęła tę dzielnicę, jej dawni żydowscy mieszkańcy zostali wypędzeni, ich domy zdewastowane, a wszystkie tutejsze synagogi zburzone. Kiedy więc Izrael w roku 1967 odzyskał kontrolę nad Starym Miastem, energicznie przystąpiono do odbudowy Kwartału Żydowskiego i w rezultacie powstało coś zupełnie wyjątkowego. Zachowano stary układ krętych, brukowanych uliczek, ale domy musiano zbudować od nowa. Oczywiście wszystkie z jerozolimskiego beżowego wapienia. Starano się zachować charakter dawnej dzielnicy - budynki są nieregularne, każdy innej wysokości, poprzedzielane wąskimi zaułkami, z arkadowymi przejściami, małymi podworeczkami i placykami, w wielu zastosowano kopuły, łuki i wykusze. Jedną z ciekawych zasad tej odbudowy było to, że w odbudowie poszczególnych domów starano się w miarę możliwości wykorzystywać kamienie pozostałe w danym miejscu a pochodzące ze znajdujących się na nim wcześniej budynków . Dzięki temu domy Żydowskiego Kwartału są i nowe, i stare jednocześnie. Starano się w ten sposób podkreślić wielowiekową ciągłość żydowskiej obecności na jerozolimskim Starym Mieście. Nie tylko to jednak decyduje o wyjątkowym charakterze tej dzielnicy. Kiedy z innych kwartałów Starego Miasta wchodzi się na spokojny i sprawiający wrażenie pełnego przestrzeni i światła teren Kwartału Żydowskiego, ma się wrażenie, jakby się wyszło z wnętrza jakiegoś ciemnego budynku na zewnątrz, na świeże powietrze. W dzień jest tu dużo słońca, w nocy widać niebo. Są tu też urokliwe miejsca, kamienne placyki z ławeczkami, koszerne restauracyjki i kawiarnie, wytworne butiki z pamiątkami i księgarnie. Kończąc te rozważania mam nadzieję, że prostując rozmaite potoczne sądy na temat jerozolimskiej Ściany Płaczu i odsłaniając różne jej tajemnice, nie rozczarowałem jednak nikogo z czytelników. Przyjeżdżając do Jerozolimy trzeba się nastawić na to, że wiele rzeczy może nas tu zaskoczyć, że będziemy musieli wiele rzeczy przemyśleć na nowo. Chyba jednak nic w tym dziwnego. To miasto jest przecież niezwykłe, bo jest jednocześnie Wschodem i Zachodem, Europą i Azją. Jest wyjątkowe, bo gdzie indziej jeszcze można, tak jak tu, naocznie, konfrontować się ze stuleciami a nawet tysiącleciami? A do tego jeszcze ta intensywna koncentracja pobożności — chrześcijańskiej, żydowskiej, muzułmańskiej — w ich niemal niezliczonych odmianach. Jeden z największych współczesnych żydowskich teologów i filozofów Abraham Heschel napisał, że w Jerozolimie można się poczuć bliżej Boga, bo jest On tu tak intensywnie obecny w duchowym napięciu tysięcy pielgrzymów, w ich skupieniu na nim. Jeśli rzeczywiście tak jest, to Ściana Płaczu jest z całą pewnością miejscem, gdzie to duchowe napięcie modlących się jest nieomal fizycznie odczuwalne. Dorota i Piotr Baranowiczowie KAMPER I WIKINGOWIE 156 Kamper i Wikingowie Spośród wielu mądrych i pięknych słów o podróżowaniu, jakie wypowiedzieli znani i mniej znani, wybraliśmy na początek cytat, którego autorem jest chiński pisarz i uczony Lun Yutang: „Nikt nie zrozumie, jak pięknie jest podróżować, dopóki nie powróci do domu i nie położy swojej głowy na starej, znajomej poduszce”. Nasza poduszka leży w Barcicach, urokliwej, spokojnej wsi w dolinie Wisły. Jesteśmy rodzicami dwóch pięknych córek: Wiktorii i Martyny. Daleko za oceanami mieszka nasza wnuczka Zosia, córeczka Wiktorii. Kamperem podróżujemy od 7 lat, wcześniej jeździliśmy starą „te czwórką”, troszkę tylko „skamperowaną” przez wyposażenie jej w drewniane łóżko własnej roboty. Teraz, gdy nasze córki są już dorosłe, podróżujemy sami. Nasze auto ciężko „pracuje” przemierzając polskie i skandynawskie drogi od festiwalu do festiwalu, od rynku do jarmarku, z południa na północ, we wszystkich kierunkach... Ponieważ wiele lat temu zafascynowała nas sztuka i historia wczesnego średniowiecza, zwłaszcza ludów północy zwanych „Wikingami”, trafiliśmy do świata rekonstrukcji historycznej najpierw w naszym kraju, a potem w Szwecji i Norwegii. Zdecydowanie najwięcej wydarzeń związanych z wczesnośredniowieczną rekonstrukcją odbywa się właśnie w tych krajach. Odwiedzamy często te same miejsca, lecz poznajemy także nowe. Szwecja zachwyciła nas swoją rozległą przestrzenią, krajobrazem pełnym jezior, wspaniałym powietrzem, pustymi plażami Skandii, lasami Smalandii, wyjętymi jakby z baśniowych opowieści, świetnymi drogami... Można by mnożyć atuty tego kraju, o każdym długo opowiadać, zresztą napisano już wiele książek o szwedzkim fenomenie. Wpadliśmy po uszy! Niektórzy narzekają na zimną naturę i zdystansowanie Szwedów, myśmy spotkali ludzi, którzy nie wchodzą sobie na głowę, nie zakrzykują się, nie przytłaczają własną emocjonal-nością, a jednak są niezwykle serdeczni, pomocni, pogodni, zadowoleni z życia. W wielu miejscach Szwecji odbywają się festiwale rekonstrukcji historycznej; spotkania ludzi, którzy zafascynowani są dawnym światem, czasami wojowniczych i groźnych wikingów, niezwykłą zręcznością oraz kunsztem artystów i rzemieślników,. Takie spotkania są dla Szwedów również okazją na wspólną zabawę w gronie rodziny i przyjaciół. Nie ma ograniczeń wiekowych, uczestnikami festiwali są i niemowlęta, i osoby osiemdziesięcioletnie. Kiedy przyjeżdżamy na festiwal, najpierw długo się witamy, organizatorzy pokazują nam miejsce przeznaczone na nasz namiot, potem trzeba go rozbić, wyjąć z kampera towar i narzędzia, linki i śledzie, trzeba zbudować półki i położyć na nich wszystko, co przeznaczyliśmy do sprzedaży, Potem rozkładamy mały warsztat snycerski, drewno i wełnę, Trwa to ponad 3 godziny, gdy w końcu każdy kubek, każda łyżka i miska, każda skrzynia i skrzyneczka, wisiorek, koralik, czapka, torba, bukłak, tarcza, drewniany mieczyk, kościana sol-niczka i igielnik, każda para metalowych okuć czy antab znajdzie swoje miejsce. Zakładamy stroje wzorowane na ubraniach ludzi z epoki wczesnego średniowiecza, przepasujemy się ręcznie tkanymi krajkami. Teraz możemy w końcu usiąść na naszych stałych miejscach i zająć się pracą. W naszym namiocie zjawiają się goście, oglądają, niekiedy kupują, pytają nas, skąd jesteśmy, jak długo rzeźbi się tarczę, co oznaczają tajemnicze symbole i runy wyrzeźbione Dorota i Piotr Baranowiczowie 157 158 Kamper i Wikingowie na wisiorkach i miskach. Wciąż wracają dawni klienci, inni rzemieślnicy wymieniają się doświadczeniami, poznajemy nowych ludzi. Szwedzkie festiwale historyczne, w których uczestniczymy, mogą się niektórym wydać całkiem nudne; nie ma tu stoisk z frytkami, lodami czy piwem, dmuchanych zjeżdżalni, aparatury nagłaśniającej, hałaśliwej muzyki. Jest za to prosty plac otoczony linkami, na którym prezentują swoje zmagania drużyny zaopatrzone w dawną broń; jest kapela, która gra na dawnych instrumentach przechadzając się wśród namiotów; jest opowiadacz sag otoczony grupą zasłuchanych dzieciaków; jest mały teatr przedstawiający scenki z nordyckiej mitologii. Turyści zachwycają się zmaganiami blondwłosych wojów, obserwują proces naturalnego barwienia wełny, wykuwania noży, spacerują niespiesznie, przysiadają całymi rodzinami na trawie, wyciągając z piknikowych koszyków swoje smórgasar, bawiąc się z dziećmi. Nigdy nie krzyczą na dzieci, ale prawdą jest, że nie ma takiej potrzeby; dzieci są rozbawione, uśmiechnięte, ale spokojne i trzeba koniecznie dodać, że mówią także po angielsku. Wieczorami palą się ogniska a ludzie gromadzą się wokół nich, opowiadają ciągle te same historie, grają na bębnach, śpiewają stare szwedzkie pieśni. Koniecznie „Herr Manne-lig”, pieśń tak popularną jak u nas „Sokoły”. Już nawet nauczyliśmy się słów refrenu, choć trzeba przyznać, że szwedzki język do łatwych nie należy. Nam jednak wydaje się piękny, niezwykle melodyjny. Na początku jeździliśmy tylko do Szwecji i myśleliśmy, że nie może być już nigdzie ciekawiej, wygodniej, bezpieczniej i piękniej. Aż pewnego lata pojechaliśmy do Norwegii... Krajobraz Norwegii, prawie całkowicie górzystej, ze wszystkimi rodzajami wzniesień, od pagórków po skaliste dwutysięczniki, z wcinającymi się w ląd malowniczymi fiordami, szmaragdowymi jeziorami, wodospadami i płaskowyżami, naprawdę zapiera dech. Początkowo przerażały nas liczne tunele, nieodzowny element dróg w tym kraju, i odruchowo pochylaliśmy głowy, wjeżdżając do tych często słabo oświetlonych czeluści gór. Szybko się jednak przyzwyczailiśmy; nawet do zakręconego jak świder tunelu w pobliżu wodospadu Voringfossen. Po pewnym czasie nawet wielkie neonowe rondo w środku góry przestało nas dziwić. Jednak prawdą jest, że okazji do zdziwienia mieliśmy tu moc. Białe noce, które pozwalały do późna czytać książkę bez zapalania światła. Całe pola grzybów w lasach i bogactwo różnobarwnych kwiatów. Niezwykłe stavkirki - klepkowe kościółki, wielki skarb dawnej architektury. A szeregi wodospadów uaktywniających się w dolinie Gudvangen po deszczach? Intensywność błękitu wody i bieli piasku na plażach Lofotów? Pustka i piękno krajobrazu archipelagu Vesteraalen? Czasami brakuje skali zachwytu, aby wyrazić to, co się widzi. Dlatego, kiedy tylko w lipcu tego roku Norwegia w końcu otworzyła swoje granice, od razu zapakowaliśmy naszego kampera na wyprawę. Choć nie była to łatwa decyzja, zważywszy na koszty. Bilet na prom do Karlskrony, który przebukowywaliśmy już 3 razy trzeba było kupić ponownie. Nie odbywały się jeszcze festiwale, nie mieliśmy gwarancji, że się odbędą. Dlatego zdecydowaliśmy się pojechać do doliny Wikingów zwanej Njardarhe-imr lub Gudvangen, leżącej na końcu Naeroyfjord. Byliśmy już tam kilkukrotnie, dobrze znaliśmy to miejsce. Dorota i Piotr Baranowiczowie 159 Dostaliśmy przyzwolenie norweskich szefów wikińskiej wioski, zatem mogliśmy wybrać się w tę ponad 1700-kilometrową podróż, licząc na wspaniałe wrażenia i być może jakiś zwrot choć części kosztów. Pełni obaw i nadziei wyruszyliśmy 20 lipca, zostawiając nasz coraz bardziej tonący w roślinach dom i dwa koty pod bardzo dobrą opieką, kierując się na północ, coraz dalej od Barcic, coraz bliżej nowej przygody... Droga jak zwykle prowadziła do Gdyni, skąd wyrusza prom Stena Linę. W tym roku koniecznym punktem podróży stało się laboratorium medyczne, gdzie musieliśmy zrobić sobie test antygenowy, gdyż nie minęły jeszcze obowiązkowe 2 tygodnie od naszego zaszczepienia. W rodzinnym mieście Piotra mamy swoje ulubione miejsca, które odwiedzamy kilka razy w roku. Jednym z nich jest Centrum Filmowe, gdzie tym razem obejrzeliśmy film z Maddsem Mikkelsenem. Uwielbiamy skandynawskie kino! Po filmie spacerujemy wzdłuż plaży. W ten sposób żegnamy się z polskim wybrzeżem, mijając tłumy spacerowiczów, grupki dzielnych „morsów”, koczujących na piasku rozbawionych nastolatków... W lipcu są tu tłumy ludzi, mamy wrażenie, że wszyscy świetnie się bawią. Wczasowicze korzystają z chwil odpoczynku od pracy, problemów i trosk. A gdynianie ... coż ich miasto w 2019 roku zajęło 3 miejsce na świecie w rankingu jakości życia mieszkańców. Godny podziwu wynik. Wieczorem jedziemy na parking promowy, żeby rano być jak najbliżej wjazdu. Trzeba zrobić kanapki, herbatę do termosu, przygotować dokumenty. Gdy otwiera się brama i podjeżdżamy pod okienko, wita nas przemiła pani z obsługi. „Dzień dobry, panie Piotrze!” mówi zanim jeszcze pokażemy nasze dowody osobiste. Nawet nie wspomina o okazaniu wyników naszych testów. Może na szwedzkiej granicy będą potrzebne? Dostajemy klucze do kabiny, podjeżdżamy dalej i czekamy, aż z wielkiego cielska promu wytoczą się wszystkie samochody, a następnie wjadą ciężarówki. Zawsze nas to zdumiewa, ile samochodów się w nim mieści. Ile ciężarówek wypchanych towarem płynie na drugą stronę Bałtyku! Turystów jest w tym roku zdecydowanie mniej. Niewielu wychodzi z nami na górny pokład, by oglądać wypłynięcie z portu. Po dwóch latach przerwy widzimy, jak gdyński port zmienił się, jak rozrósł i unowocześnił. Od kilku lat obserwujemy to miejsce z burty powoli sunącego ku pełnym morzu statku. To jest czas na ostatnie zdjęcia i wiadomości dla rodziny. Już niedługo wyłączymy nasze telefony i zejdziemy do kajuty na prawie 12 godzin. Inne rozrywki na promie: sklep wolnocłowy, bar, oglądanie szarej powierzchni morskiej ciągnącej się po horyzont nie są już dla nas atrakcyjne. Za to szwedzka telewizja, owszem. Cóż z tego, że niczego nie rozumiemy? Mamy okazję posłuchać naszego ulubionego języka, pooglądać reklamy... zwłaszcza, że w domu nie mamy telewizora już od wielu lat. Na pokład wychodzimy dopiero, gdy dobijamy do brzegu. Witają nas wyspy i wysepki, ceglane fortyfikacje, szkiery — widok tak różny od industrialnej Gdyni. Właściwie nic szczególnego, ale chłoniemy go z radością, że znów tu jesteśmy. Wyjazd z portu przebiega bez zakłóceń. Nie ma odprawy celnej, budynki strażników wyglądają, jakby nikt tam od dawna nie zaglądał. Nikt nikogo nie sprawdza. Szwecja wita nas bez formalności. 160 Kamper i Wikingowie Dorota i Piotr Baranowiczowie 161 Wieczorem zjeżdżamy z głównej drogi dwa kilometry w głąb lasu. Jedziemy szeroką, dobrze utrzymaną szutrówką, licząc na znalezienie ustronnego miejsca na nocleg. Znajdujemy polanę z drewnianą wiatą i miejscem na ognisko. Wychodzimy w końcu z samochodu i wdychamy głęboko krystalicznie czyste, pachnące sosnami powietrze. Jest zupełna cisza. Niebo nad lasem poprzetykane gwiazdami. Naprawdę niewiele potrzebuje człowiek do szczęścia. Tak niewiele. Następnego dnia docieramy w okolice Svinesund, gdzie znajduje się norweska granica. Jest upał, ponad trzydzieści stopni. Zatrzymujemy się 3 kilometry przed granicą. Norweska policja sprawdza dokumenty każdemu wjeżdżającemu do kraju. Posuwamy się powoli w długim tasiemcowym łańcuchu samochodów. Silnik się grzeje. Piotr wychodzi z kampera i robi zdjęcia. Taki korek na granicy widzimy pierwszy raz. W końcu docieramy do szlabanu i pokazujemy nasze „covidowe paszporty”. Policjant sprawdza je, pisze coś na kartce i wręcza Piotrowi. Podjeżdżamy parę metrów do następnego punktu kontrolnego, na którym policjantka od razu wita nas po polsku. Bierze kartkę od Piotra i życzy nam miłego pobytu. Koniec procedury, jesteśmy w Norwegii! Do Gudvangen jedziemy drogą nr 40 przez Geilo, można jechać także drogą nr 7 albo El6, główną szosą łączącą Oslo z Bergen. Jednak wybierając „szesnastkę”, trzeba się liczyć z koniecznością przejazdu przez najdłuższy norweski tunel liczącym 26 kilometrów. Jest to dość męczące, poza tym zależy nam by przenocować na płaskowyżu. Jadąc drogą wijącą się wzdłuż jezior i rzek, chłoniemy coraz bardziej górzyste widoki. Wjeżdżamy ostro w górę, pokonując liczne zakręty. Szukamy miejsca na postój, ale niestety spotyka nas zawód. Powstaje tu coraz więcej osiedli domków zwanych „hytte , a wraz z nimi całe połacie terenu wzdłuż szosy są poprzedzielane płotami, pozamykane. Nie ma się gdzie zatrzymać. Każda norweska rodzina pragnie posiadać taki domek, by móc spędzać w nim czas urlopowy lub świąteczny. Surowy klimat nikogo tu nie odstrasza, wszyscy są do niego przyzwyczajeni. Domki przycupnięte na zboczu, bardzo proste i ładne, z gankiem, ze wspaniałym widokiem, drewniane, z dachem na którym rośnie trawa, schowane wśród gęstej roślinności, pokręconych brzóz i wierzb, zupełnie nie przypominających nasze drzewa. Nie są to już jednak samotne górskie „hytki”, jest ich zdecydowanie za dużo. Nie taki widok zapamiętaliśmy! Wreszcie wjeżdżamy na wysokość 800 metrów n.p.m., skręcamy na drogę E7 i przejeżdżamy przez Geilo. To kurort narciarski, stolica sportów zimowych, które Norwedzy tak uwielbiają. Nam miasto nie przypada do gustu, pewnie zimą jest tu o wiele ładniej. Mijamy nowoczesne budynki i wyciągi, hotele i restauracje, ciągi sklepów z ubraniami i sprzętem sportowym. Oczywiście, gdybyśmy chcieli tu spędzić kilka dni, miasto oferuje wiele atrakcji: rowery, gokardy, rafting, wędrówki po górach. Wszystko to jednak nie na naszą kieszeń, dlatego nie zatrzymujemy się w Geilo, kontynuujemy podróż. Nieco dalej zaczyna się Haugastolvegen, jedna z najpiękniejszych dróg na trasie, prowadząca przez największy park narodowy Norwegii — Hardangevidda, położony na wysokości 1200 m n.p.m. „Vidde” oznacza „szeroki, równinny, duży płaskowyż górski” i rzeczywiście szeroka, niezwykła panorama otacza nas z każdej strony. Oglądamy dalekie góry, rozległe jeziora, rzeki i rzeczki, meandrujące wśród głazów rozrzuconych na olbrzymiej połaci Dorota i Piotr Baranowiczowie 163 mchów. Jest tu trochę księżycowo, nierealnie, surowo. Zatrzymujemy się na parkingu, będącym jednym z wielu punktów widokowych i tu spędzamy noc. Parking jest usytuowany przy dużym sztucznym zbiorniku, po jego drugiej stronie zachodzi słońce i chowa się za wzniesieniem. Słyszymy dzwonki owiec, kilka młodych przychodzi bardzo blisko naszego samochodu. Zatrzymują się inne kampery, zachwyceni ludzie robią zdjęcia, układają wieże z kamyków. Robi się chłodno, co witamy z ulgą po kilku gorących nocach. Rano idziemy na wzgórze, z którego rozciąga się wprost nieprawdopodobny widok. Z góry nasz samochód wygląda jak miniaturowa zabawka. Schodzimy i ruszamy dalej, ale po paru chwilach znów się zatrzymujemy, by nacieszyć oczy widokiem dalekiego lodowca. Zdecydowanie płaskowyże to nasze ulubione miejsca w Norwegii. Zjeżdżając wciąż w dół z płaskowyżu, zatrzymujemy się tylko na chwilę, by podziwiać wo-dospad Voringsfossen, majestatycznie spadający z wysokości 180 metrów. Następnie jedziemy wzdłuż Hardangesfjord, drugiego najdłuższego fiordu w Norwegii, gdzie zakręt za zakrętem otwierają się widoki na szmaragdowe wody, z których wyrastają w górę olbrzymie skały. Wjeżdżamy w kolejny tunel, kończący się mostem rozpostartym nad wodami fiordu, przejeżdżamy most i wjeżdżamy od razu do następnego tunelu. Jeszcze godzina i jesteśmy na miejscu. Gudvangen to zdecydowanie jedna z najpiękniejszych miejscowości, jakie odwiedziliśmy w Norwegii. Leży w zielonej dolince, której środkiem płynie rzeka, wpadająca do Nearoyfjord, uznawanego przez wielu za najpiękniejszy fiord Norwegii. Jest bardzo wąski, a góry nad nim wznoszą się na wysokości ponad tysiąca metrów, co sprawia wrażenie niemal klaustrofobiczne. Nad rzeką łuk mostu łączy przystań promową, dzielnicę białych domów, w których mieszczą się hoteliki i pensjonaty z resztą miejscowości, gdzie znajduje się Wioska Wikingów, wypożyczalnia sprzętu pływającego, stacja benzynowa ze sklepem i główna szosa. Na parkingu koło stacji benzynowej jest zawsze ruch, podjeżdżają tiry, kampery, autokary. Za to w wiosce otoczonej wysokim płotem - spokój i cisza, inny świat. W tym miejscu od dwudziestu lat odbywały się spotkania rekonstruktorów, a kilka lat temu zaczęto budowę drewnianych chatek i budynku, gdzie teraz znajduje się kasa biletowa, sklep z pamiątkami i restauracja. Zbudowano także dwie hale, kuźnię i zagrody dla zwierząt. W ogródkach rosną zioła, kwitnie len, po ścieżkach i trawnikach przechadzają się kury. Turyści oprowadzani są przez przewodników, mogą zaglądać do chat, strzelać z łuku i rzucać toporem do celu. Atrakcje zmieniają się w zależności od tego, kto akurat przebywa w wiosce. Jeśli jest to para garncarzy, dzieciaki wyrabiają gliniane kubeczki, jeśli zawita wytwórca instrumentów, można je pooglądać i posłuchać muzyki. Ale przede wszystkim można zadzierać do góry głowę i podziwiać piętrzące się skały i wodospady, szczególnie trzy po południowej stronie, spadające niedaleko siebie, przyglądające się sobie jak trzy siostry. Gdy dojechaliśmy, przywitał nas serdecznie Georg, wódz - niewysoki, stale uśmiechnięty, człowiek o długiej białej brodzie i wielkim sercu. To on właśnie wymarzył sobie wybudowanie wikińskiej osady w miejscu, gdzie w czasach wczesnośredniowiecznych mieszkali Wikingowie i z którego wypływali na wyprawy na wyspy brytyjskie. Jego marzenie się spełniło, a wioska wciąż się rozrasta. Teraz w planach jest jeszcze wybudowanie kościoła wszystkich religii, mistycznego miejsca modlitwy, zadumy i spotkania. 164 Kamper i Wikingowie Dorota i Piotr Baranowiczowie 165 Georg wskazał nam miejsce na nasz namiot, zaraz zabraliśmy się do pracy, przerywanej kolejnymi powitaniami, uściskami, rozmowami na nieunikniony temat epidemiczny. Następnego dnia i przez kolejne 2 tygodnie zjawialiśmy się punktualnie o dziesiątej rano i otwieraliśmy nasz kram dla zwiedzających i kupujących. Wieczory spędzaliśmy w różnych miejscach w Gudvangen i w okolicach, starając się chłonąć jak najwięcej z piękna doliny. Jednego dnia pojechaliśmy sprawdzić osławione białe jaskinie, dawny kamieniołom, w którym wydobywano kiedyś anortozyt. Niestety zastaliśmy zamkniętą bramę, olbrzymie wejście wykute w skale, przypominające bramę tolkienowskiej Morii. Pojechaliśmy więc w inne miejsce, trzykilometrowym tunelem wspinając się pod górę. Po drugiej stronie tunelu trafiliśmy na elektrownię wodną i zaporę, z której z hukiem spływała woda, rzeźbiąc stromy wąwóz. Niedaleko był nieczynny tunel, zapomniany otwarty chodnik w skale, nieoświetlony i tajemniczy, który obejrzeliśmy świecąc sobie latarkami smart-fonów. Wszędzie tu widać wysiłek człowieka, który pragnie wydobyć górom ich skarby, zaprząc potoki do pracy. Ta działalność nie wydaje się tu jednak nachalna, destrukcyjna, przynajmniej taką mamy nadzieję, że rozwijająca się społeczność nie zniszczy dzikiej przyrody. Innym razem podejmujemy wycieczkę do pobliskiej miejscowości Bakka. Oczywiście trzeba przejechać przez tunel, potem wąską drogą wzdłuż fiordu, wciśniętą między skały a skarpę nad brzegiem wody. W Bace droga się kończy. Jest tu mały cmentarz z malowniczym kościółkiem. Tablice na cmentarzu informują o pochowanych tu ludziach, których nazwiska wydają się nam znajome. Po chwili zdajemy sobie sprawę, że są to nazwy okolicznych miejscowości: Gudvangen, Dyrdał, Flam... Wchodzimy na „szlak do Rimstigen”; krótka, ale bardzo stroma ścieżka szybko wynosi nas ponad wysokość drzew. Wspinamy się dalej i co chwila odwracamy w stronę wioski. Widok z każdym krokiem staje się szerszy i coraz bardziej oszałamiający. Robimy zdjęcia, całą masę zdjęć! W tej chwili wydaje nam się, że koniecznie musimy uwiecznić wciąż zmieniający się z każdym metrem widok na dolinę. Czy będziemy kiedyś oglądać te zdjęcia z równym zafascynowaniem? Robi się późno i zaczyna padać deszcz, decydujemy się więc na zejście. Główną część dnia zajmuje nam przebywanie w namiocie, pokaz naszego rzemiosła i wyjaśnianie, z czego i jak wykonane są przedmioty, które prezentujemy. Turyści często zadają wnikliwe pytania dotyczące historii i rzemiosł, którymi się zajmujemy, są naprawdę dociekliwi. W tym roku nie przypływają tu wielkie statki, nie ma turystycznych autokarów. Są za to turyści indywidualni, głównie Norwegowie, ale spotykamy też Niemców, Rosjan, Estończyków, Węgrów, Francuzów, Szwajcarów i Brytyjczyków. Dorota wyjaśnia, na czym polega technika igłowa, czyli „naalbinding”, chociaż wiele norweskich kobiet zna tę bardzo starą metoda szycia, jest u nich wciąż popularna. Piotr rzeźbi nożykiem lub dłutami wikińską plecionkę na misce, motyw smoka na tarczy, runy... Inspiruje się różnymi stylami nordyckiej sztuki, ale rzadko wykonuje dokładne repliki, gdyż nie lubi powtarzalności. Panowie z ciekawością przypatrują się narzędziom, wśród których znajdują się ciosła, siekierki, toporki — niektóre już wiekowe - pytają, czy można je kupić. Nie, to ukochane przedmioty Piotra, ich nie sprzedajemy. 166 Kamper i Wikingowie Przyjeżdża tu również wielu Polaków, np. kierowca autobusu ze Stavanger wraz ze swoją piękną żoną Filipinką i dwójką przecudnych córeczek. Długo opowiada nam o historii swojej rodziny, o dziadku, który uciekł z Syberii i ojcu, który wywędrował do Niemiec, o odwiedzinach u szwagrów na Filipanach. Jest zupełnie zwyczajnym mężczyzną, a jego opo-wieść mogłaby zapełnić niejedną stronę książki o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie. Pewnego dnia inna polska rodzina z Bergen zaprasza nas na herbatę w wynajętej chatce w pobliskiej miejscowości. Nie omieszkamy skorzystać z okazji, aby poznać życie Norwegów na wakacjach. Z niewielkiego tarasu rozciąga się wspaniały widok na góry i dolinę Nearoy, na sławny Stalheim Hotel, o którym gospodarz opowiada nam niezwykłe historie. Za to gospodyni i jej siostra opowiadają o swoich podróżach: jak zbierały pomarańcze w Hiszpanii i jak dotarły do Norwegii. Narzeczony siostry, który jest Irańczykiem, a ściśle mówiąc Persem, pokazuje nam swoje niezwykłe filmy wykonywane z drona. Zapraszamy się wspólnie na Instagram, dojadamy pyszną irańską sałatkę i wracamy do siebie. Wioskę odwiedzają także Polacy z kraju. Młode małżeństwo, od niedawna dumni posiadacze gospodarstwa agroturystycznego w Beskidach, kupiło od nas wielką tarczę. Śmialiśmy się wspólnie z karkołomnych kolei losu tarczy, która musiała jechać 1800 km na północ, by zamieszkać na stałe we wsi pod Bielsko-Białą. Ostatniego dnia zostaliśmy zaproszeni na uroczystość z okazji urodzin narzeczonej Georga, pięknej Angeli. Liczba gości stanowiła dokładnie 50 osób, z uwagi na obostrzenia co-vidowe, ani jednej więcej. Tradycyjnie wszyscy śpiewali „Hurra for deg som fyller ditt ar...”, obdarowywali jubilatkę kartkami z życzeniami zamiast prezentów, zajadali tort i ciasta. Przy stole rozmawialiśmy o dzieciach, domach i ogrodach, pokazując sobie zdjęcia w telefonach. Norwegowie są ciepli i serdeczni, mają fantastyczne poczucie humoru, celebrują życie rodzinne i towarzyskie; widać, jak bardzo im zależy, aby być częścią społeczności. Tradycyjnie mówi się o nich jako o zimnych indywidualistach, cóż, być może my spotkaliśmy nietypowych Norwegów. Przyjeżdżają do Gudvangen odpocząć od codzienności, są naturalni i swobodni, a nosząc wikińskie stroje, nie popadają w przesadę, nie obnoszą ze swoim bogactwem. Niechęć do wywyższania się to zresztą wspólna cecha Skandynawów. Następnego dnia długo żegnamy się z załogą i gośćmi wikińskiej wioski, robiąc wspólne pamiątkowe zdjęcia, obiecując być w kontakcie. W końcu wyruszamy w drogę powrotną. Planujemy obejrzeć jeszcze park rzeźb w Kiste-fos Museum i królewskie kopce w Starej Uppsali w Szwecji. Chcemy jechać powoli wzdłuż wschodniego wybrzeża w kierunku Karlskrony. Odwiedzić wyspę Olandię. Nasza podróż jeszcze się nie skończyła, jeszcze wiele atrakcji przed nami. Kamper spisuje się wyśmienicie, nasz dzielny dom na kółkach pokonuje kolejne kilometry, podjazdy, tunele... Co zobaczymy za następnym zakrętem? Nie możemy się doczekać! Muzyka Wacław Bielecki Notki melomana w czasie pandemii (3) Muzyka z sieci i sal koncertowych Składanie kwiatów pod pomnikiem Feliksa Nowowiejskiego na sztumskim bulwarze, od prawej: Jacek Sribniak, Ewa Alchimczyk-Wójcik, Jerzy Kukla, Adam Karaś, Jot. W Bielecki W okresie wakacji pandemia jakby przystopowała, więc można było słuchać koncertów na żywo, jednakże przestrzegając wymagań sanitarnych, czyli w maseczce, dezynfekując ręce, etc. Niby Polska jest jedna, a jednak dało się zauważyć, że przepisy sanitarne na koncertach muzyki klasycznej były przestrzegane bardziej skrupulatnie w sali Filharmonii Narodowej w Warszawie podczas Festiwalu „Chopin i jego Europa”, niż na najstarszym Festiwalu Chopinowskim w maleńkiej salce w Dusznikach Zdroju, gdzie melomani siedzieli obok siebie ramię w ramię, mając wszakże założone maseczki. Od czasu do czasu pojawiały się także w przestrzeni internetowej koncerty warte zobaczenia i wysłuchania. _________________________________________________________________169 XII KONCERT ORGANOWY U ŚW. ANNY W SZTUMIE niedziela, 25 lipca 2021 r. Przygotowując się do tego koncertu przeczytałem poemat poetycki Anhelli Juliusza Słowackiego, który stał się dla Feliksa Nowowiejskiego podnietą do skomponowania utworu Śmierć Ellenai, będącego głównym punktem wieczoru. Jest to jeden z kilkunastu poematów Słowackiego. Napisany prozą poetycką, składa się Anhelli z XVII rozdziałów, 30 stron tekstu, 1200 wersów. Ten dygresyjny poemat rozgrywa się wśród zesłańców polskich na Syberii. Opis śmierci Ellenai znajduje się w rozdziale XIII dzieła. Główny bohater poematu - Anhelli, to młodzieniec wybrany spośród zesłańców przez sybirskiego Szamana - czarownika, starca, uznawanego zarazem za króla tej krainy. Obaj odbyli wędrówkę przez lodową Syberię, gdzie Polscy zesłańcy ciężko pracowali w kopalniach, żyli w zimnych lochach, cierpieli w łańcuchach, byli bici, katowani i poniżani, a ich dzieci głodzone i rusyfikowane. Poemat Anhelli stał się inspiracją dla artystów. Jacek Malczewski namalował znany obraz „Śmierć Ellenai” (1884), a dwaj kompozytorzy skomponowali utwory muzyczne: Ludomir Różycki - poemat symfoniczny: Anhelli (1909) i Feliks Nowowiejski — utwór kameralny na kwintet zwiększony Ellenai (1915). Kim jest Ellenai? Jak pisze poeta, to piękna, „młoda niewiasta, która kiedyś była zbrod-niarką”. Pomogła ona Szamanowi w chwili jego śmierci, gdy został ugodzony nożem w pierś przez jednego z zesłańców. Wtedy umierający Szaman powiedział Anhellemu: „Weź z sobą tę niewiastę i niech ci ona będzie siostrą; ona mię ukochała w godzinę śmierci, więc nie chcę, aby zginęła jak tamci” [zesłańcy]. Po pochowaniu starca w śniegu oboje udali się „na daleką pustynię północną, a znalazłszy pustą chatę w lodzie wykutą, zamieszkali w niej”. Niedługo potem, Ellenai umarła ze „smutku i tęsknoty” za ojczyzną. Jej martwe ciało zostało uniesione na skrzydłach łabędzich przez anioła o imieniu Eloe. Niedługo potem umiera Anhelli. Przez synów kompozytora utwór ten został określony jako poemat symfoniczny, ale przecież, jak słusznie zauważył prof. Marcin Gmyz z UAM, nie jest to poemat symfoniczny tylko utwór kameralny napisany na kwintet zwiększony, klarnet i głos recytujący ad libi-tum. To ostatnie określenie oznacza, że może, ale nie musi być wykonywany z recytacją. Zgodnie z klasyfikacją Arnolda Schónberga jest to utwór w formie zwanej melodramatem. W Sztumie usłyszeliśmy go w wersji opracowanej przez Jerzego Kuklę na organy, klarnet i głos recytujący. Tradycją sztumskich koncertów organowych jest składanie wiązanki kwiatów przed koncertem przez artystów oraz organizatorów. Tak było i teraz. Kwiaty pod pomnikiem Feliksa Nowowiejskiego na sztumskim bulwarze złożyła sopranistka Ewa Alchimczyk--Wójcik w asyście Jerzego Kukli organisty, Jacka Sribniaka klarnecisty oraz dyrektora SCK Adama Karasia. Koncert w kościele św. Anny zaczął się przed godziną 19:00 od powitania i przedstawienia artystów przez ks. dziekana Andrzeja Starczewskiego. Potem prowadzenie przejął organista Jerzy Kukla, który przed każdym utworem powiedział o nim kilka zdań, objaśniając kontekst historyczno-muzyczny. Na godzinny repertuar złożyły się utwory Feliksa Nowowiejskiego z jednym wyjątkiem - Improwizacji na temat polskiej pieśni kościelnej „Święty 170 Notki melomana w czasie pandemii (3) Boże” skomponowanej przez warszawskiego organistę Mieczysława Sarzyńskiego (1866 - 1924) i dedykowanej Feliksowi Nowowiejskiemu. Jerzy Kukla za pulpitem organów w kościele św. Anny, fot. W Bielecki Jerzy Kukla zaczął od smętnej i rozległej jak ukraińskie stepy Dumki na organy solo dedykowanej organiście i kompozytorowi Mieczysławowi Surzyńskiemu, a następnie za-brzmiał główny utwór wieczoru Śmierć Ellenai. Olsztyńska sopranistka Ewa Alchimczyk--Wójcik recytowała tekst poematu Słowackiego, stojąc przy ołtarzu, a klarnecista Jacek Sribniak grał przepięknie swoje sola na chórze obok organisty. Potem usłyszeliśmy wspomniany utwór na organy solo M. Surzyńskiego, a po nim - Wizję na skrzypce i organy w wersji klarnetowej opracowanej przez solistę Jacka Sribniaka, na co dzień zasiadającego za pierwszym pulpitem Filharmonii Lubelskiej. Ostatnim utworem był Marsz Pretorianów z oratorium Quo vadis? w wersji organowej opracowanej przez Jerzego Kuklę. Marsz ten był wykonywany przez niego dla publiczności po raz pierwszy na specjalne życzenie organizatorów, bo 101 lat temu Nowowiejski wykonywał w Sztumie inny fragment oratorium Quo vadis? akompaniując na fortepianie śpiewaczce. Koncert udał się bardzo. Dopisała publiczność, mimo że ze względów sanitarnych mu-siała słuchać muzyki w maseczkach. Ksiądz Dziekan oszacował, że w kościele było 200 słuchaczy. To bardzo dużo, jak na publiczność tego rodzaju muzyki, bardzo trudnej w odbiorze. Wykonawcy otrzymali na koniec długie brawa i wiązanki kwiatów. Z rozmów przeprowadzonych przeze mnie po koncercie wynika, że najbardziej podobał się Marsz pretorianów, który kojarzył się niektórym nawet z Marszem tryumfalnym z Aidy Wacław Bielecki 171 Verdiego. Jeśli chodzi o Śmierć Ellenai, to głosy melomanów były podzielone. Dla niektórych utwór ten przez romantyczny język Słowackiego był „daleki od dzisiejszej wrażliwości słuchaczy”, czyli anachroniczny, inni - ale w zdecydowanej większości - odebrali go jako piękny i wzniosły poemat patriotyczny o zesłańcach syberyjskich. Wielu odbiorców było nieco zaskoczonych tym, że sopranistka nie śpiewała, tylko recytowała, ale tak jest przecież w utworach melodramatycznych. Pięknie zagrał na organach Jerzy Kukla. To artysta znajdujący się w czołówce polskich organistów, nie dość tego, że sporo koncertuje, to jest także budowniczym organów, czyli organmistrzem. Postawił, nie tylko w Polsce, wiele instrumentów. Ostatnio w 2019 r. pobudował 54-głosowe organy piszczałkowe w Kościele Mariackim w Słupsku Jest to obecnie największy taki instrument w diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej powstały z połączenia 44-głosowych organów pozyskanych z niemieckiego kościoła św. Marcina we Fryburgu Bryzgowijskim z elementami poprzednich organów kościoła Mariackiego. W tym roku Jerzy Kukla zbudował zupełnie nowe organy w kościele Chrystusa Dobrego Pasterza w Radomiu. Z wykształcenia jest także dyrygentem i coraz częściej widać go z batutą. W sierpniu br. ma zaplanowane kierowanie trzema koncertami Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Koszalińskiej. Organista przyjechał do Sztumu dzień wcześniej, aby zapoznać się z naszymi organami. Trochę na nie narzekał, bo to niewielki instrument z 1901 roku, czyli mający dokładnie 120 lat, zbudowany przez elbląską firmę „A. Terletzki - Ed. Wittek”. Nie jest to instrument koncertowy, tylko służący do liturgii. Jak zwykle, przed lipcowym koncertem był on strojony i przygotowywany przez organmistrza z Warszawy Piotra Dudę. Tak oto przebiegł XII koncert organowy z okazji 101 rocznicy pobytu Feliksa Nowowiejskiego w Sztumie przed plebiscytem na Warmii, Mazurach i Powiślu w 1920 roku oraz 144-tej rocznicy Jego urodzin. Niezawodnymi organizatorami tego przedsięwzięcia było Sztumskie Centrum Kultury oraz Parafia św. Anny. CARILLON ŚWIĘTEJ KATARZYNY W GDAŃSKU piątek, 30 lipca 2021 r. Późnym wieczorem o godzinie 20:30 w kościele św. Katarzyny zaczął się koncert w ramach XXIII Gdańskiego Festiwalu Carillonowego. Na dzwonach grał niderlandzki muzyk Gideon Bodden. Najpierw wykonał dwa walce Brahmsa, następnie suitę Moja matka gęś Ravela i Błękitną rapsodię Gershwina. Repertuar bardzo ambitny. Moim zdaniem, zbytnio ambitny, bo nie wszystko da się zagrać na carillonie, nawet takim, jak ten u św. Katarzyny składającym się z 50 dzwonów. Problem tkwi w tym, że muzyk nie jest w stanie utrzymać odpowiednich proporcji w głośności między dźwiękami. Największe dzwony, dochodzące do wagi prawie trzech ton, grają zawsze bardzo głośno, a te maleńkie są po prostu cichutkie. Z tego powodu prawie każda melodia brzmi w przestrzeni osobliwie, bo dominują głośne dźwięki dużych dzwonów, to one wysuwają się na pierwszy plan dźwiękowy zmieniając przez to strukturę melodii. Poza tym, jak to w czasie koncertu dzwonów z kościelnej wieży, ich dźwięk rozmywa się w miejskiej przestrzeni i miesza z dźwiękami dochodzącymi z ulicy 172 Notki melomana w czasie pandemii (3) Publiczność na dziedzińcu kościoła św. Katarzyny w czasie koncertu carillonowego, fot. W Bielecki - rozmowami przechodniów, szumem samochodów, odgłosem przelatującego samolotu. W tym kontekście dziwi mnie moda na to, aby wygrywać na carillonach cały repertuar muzyki klasycznej. Chyba lepiej byłoby tworzyć specjalne utwory odpowiednie dla tego osobliwego instrumentu. Dawno już nie słyszałem carillonu na żywo. W porównaniu poprzednimi koncertami nastąpił bardzo duży postęp w ich organizacji. Publiczność została zaproszona na trawiasty dziedziniec koło kościoła, gdzie można było na dużym ekranie oglądać muzyka grającego na wieży, a każdy utwór był poprzedzony krótkim słowem konferansjerki. Przed wejściem rozdawano program koncertu, a nawet raczono słuchaczy darmową kawą i herbatą. Po koncercie wszyscy zostali zaproszenia do stojącej naprzeciw kościoła Fontanny Heweliusza na niezwykły duet: carillonu z fontanną, obserwowany i słuchany przez tłum gości Jarmarku Dominikańskiego. FORTEPIAN NA CZTERY RĘCE I W DUECIE W DUSZNIKACH piątek, 13 sierpnia 2021 r. Transmitowany na żywo w Internecie koncert z 76 Festiwalu Chopinowskiego w Dusznikach Zdroju pod tytułem „Rachmaninoff Happening” poświęcony był w całości utworom skomponowanym przez tego rosyjskiego pianistę i kompozytora, stroniącego jak wiadomo Wacław Bielecki 173 od awangardy. Koncert wykonany został przez znany w świecie muzycznym duet fortepianowy GENOVA - DIMITROV Piano Duo. Na co dzień muzycy są wykładowcami na Uniwersytecie w Hanowerze. W pierwszej części usłyszeliśmy utwory na cztery ręce: Fantazję „Urwisko” oraz sześć utworów z op. 11. Ta ostatnia kompozycja Siergieja Rachmaninowa (1873-1943) okazała się dość nostalgiczna, ale wykonana bardzo pięknie, szczególnie Walc. Podziwu godne było tworzenie przez Piano Duo jednolitej barwy dźwięku. Po przerwie muzycy zaprezentowali trzy Tańce symfoniczne z op. 45 zagrane na dwóch fortepianach. Utwory te były bardziej urozmaicone dynamicznie i barwowo w porównaniu z granymi wcześniej na jednym fortepianie na cztery ręce. Usłyszeliśmy także dwa bisy: najpierw był to najsłynniejszy utwór Rachmaninowa: Preludium z op. 3 nr 2 cis-moll zagrane na dwóch fortepianach oraz powtórzony z pierwszej części Romans na cztery ręce. VERBUM NOBILE MONIUSZKI NA OTWARCIE „CHOPIEJÓW” sobota, 14 sierpnia 2021 r. XVII Międzynarodowy Festiwal Muzyczny „Chopin i jego Europa” zaczął się od przedstawienia koncertowej wersji opery Stanisława Moniuszki Verbum nobile w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie transmitowanej na żywo na YT. Włoską orkiestrą Europa Galante grającą na instrumentach historycznych dyrygował zauroczony muzyką Moniuszki maestro Fabio Biondi, który w wywiadach podkreślał znakomitą instrumenta-cję naszego kompozytora. To bardzo ważna ocena, bo nasi muzycy z Grzegorzem Fitelbergiem, przyjacielem i wykonawcą utworów Karola Szymanowskiego, w swoim czasie bardzo narzekali na Moniuszkę i jego instrumentację. W związku z tym Fitelberg dokonał licznych przeróbek w partyturze Moniuszki, jak widać teraz, nie uprawnionych. Był to już czwarty występ Fabio Biondiego na „Chopiejach , jak potocznie nazywa się ten festiwal. W poprzednich latach zaprezentował Halkę, Flisa i Hrabinę. Trzeba powiedzieć, że dawne instrumenty bardzo pasują do tych oper z XIX wieku. Jak zwykle śpiewał chór mieszany z Opery Podlaskiej w Białymstoku przygotowany przez prof. Violettę Bielecką. Nie miał on wiele do roboty, bo śpiewaków słychać było tylko na początku i w końcowej części dzieła. O treści tej jednoaktowej opery komicznej z 1861 r. z librettem Jana Chęcińskiego, autorem także późniejszych librett do Strasznego Dworu i Parii, nie będę pisał, albowiem uczyniłem to przed dwoma laty (zob. „Prowincja nr 36). W relacjonowanym przedstawieniu wystąpiło pięcioro solistów znanych z polskich scen. Jako Zuzię usłyszeliśmy fantastyczną sopranistkę Olgę Pasiecznik. Szczególnie znakomita była w jej wykonaniu aria zaczynająca się od słów Stacho odjeżdża, nie powróci już. Rolę jej ukochanego Stanisława — Michała kreował Mariusz Godlewski, baryton, świetny gło-wowo i aktorsko (aria Zakaź niech ożywcze słonko). Równie świetni byli pozostali solisci. Stanisław Kufluyk, także baryton, zaśpiewał partię pana Marcina Pakuły, czyli ojca Michała — Stanisława (skoczna aria w rytmie poloneza Dam ci ptaszka jakich mało), zas Czech Jan Martinik, bas, jako Serwacy Łagoda, był ojcem Zuzi. Jako piąty solista w roli sługi Bartłomieja śpiewał Adam Pałka, bas. Na uwagę zasługuje fakt, że w tej operze nie ma żadnego 174 Notki melomana w czasie pandemii (3) tenora, tylko dwa basy, dwa barytony i sopran. Przeczy to obiegowemu powiedzeniu, że nie ma gali bez tenora. Opera wykonywana była w wersji koncertowej, ale brak akcji scenicznej przełożył się, moim zdaniem, na większą staranność wykonania partii solowych i pokazaniu wielu niuansów w warstwie orkiestry wydobytych przez Fabio Biondiego. Myślę, że tak jak w poprzednich latach, dojdzie do nagrania tego przedstawienia na płytę, bo było to znakomite wykonanie, co podkreśliła publiczność bardzo długą i głośną owacją. ZREKONSTRUOWANY KONCERT KLARNETOWY KURPIŃSKIEGO niedziela, 15 sierpnia 2021 r. Na Festiwalu „Chopin i jego Europa” wystąpiła {oh!} Orkiestra Historyczna prowadzona przez dwoje dyrygentów: Martynę Pastuszkę w pierwszej części i po przerwie, Dirka Vermeulena. Grało także dwóch solistów - na klarnecie Lorenzo Coppola, a na fortepianie Janusz Olejniczak. Program koncertu transmitowany na żywo na YT był arcypolski. Najpierw usłyszeliśmy klasycystyczną Symfonię B-dur Jakuba Gołąbka (1739 - 789), kompozytora pochodzącego ze Śląska, o którym nigdy nie słyszałem. Potem zabrzmiał Koncert na klarnet i orkiestrę B-dur Karola Kurpińskiego. Po przerwie Janusz Olejniczak na fortepianie Erarda z 1849 r. wykonał Fantazję A-dur na tematy polskie op. 13 Fryderyka Chopina, w której słychać trzy melodie: popularną pieśń Laura i Filon, Dumkę Kurpińskiego oraz Kujawiaka ze Służewa zapisanego przez Oskara Kolberga. Na koniec orkiestra wykonała przepiękną Symfonię C-dur op. 2, młodzieńcze dzieło Karola Lipińskiego, znanego skrzypka i rywala Paganiniego. Najbardziej tego wieczoru zainteresował mnie Koncert klarnetowy B-dur Karola Kurpińskiego. Jak wiadomo, został on wykonany po raz pierwszy w Paryżu 1823 r. w obecności Rossiniego. Niestety, do naszych czasów zachowały się nuty tylko jego pierwszej części. Dobrze więc się stało, że Stanisław Leszczyński, dyrektor artystyczny Festiwalu „Chopin i jego Europa” przed paru laty zamówił rekonstrukcję dwóch pozostałych części. Pracy tej podjął się niemiecki kompozytor, a także skrzypek i dyrygent Sebastian Gottschick. Tenże, pracując nad rekonstrukcją, posłużył się innymi kompozycjami Karola Kurpińskiego. Druga a więc wolna i liryczna część koncertu powstała z wykorzystaniem tematów z „Symfonii wielką bitwę wyobrażającą” Kurpińskiego pt. Bitwa pod Możajskiem, a konkretnie z I części tego aż siedmioczęściowego dzieła zatytułowanej „Noc”. Dodać trzeba, że ta napoleońska bitwa rozegrana w 1812 r. przez niektórych historyków w określana jest jako „bitwa pod Borodino”. Trzecia, zrekonstruowana część koncertu nawiązuje do przepięknego poloneza Kurpińskiego „Witaj, Królu”, napisanego na koronację cara Mikołaja I na króla Polski w 1829 r. W młodości często słyszałem, jak tego poloneza nadawało rankiem Polskie Radio na rozpoczęcie programu. Wtedy nazywany był on „Polonezem powitalnym”. Jak zabrzmiał zrekonstruowany koncert? Kompozytor Sebastian Gottschick starał się zachować styl Kurpińskiego i to, moim zdaniem, udało mu się częściowo. Z dwóch zrekonstruowanych części lepsza jest II, albowiem polonez w III części nie bardzo przypo- Wacław Bielecki 175 mina poloneza „Witaj królu”, jest jakoś udziwniony i mało taneczny. W sumie jednak tak zaprezentowany koncert spodobał się publiczności. Myślę, że dużą w tym rolę spełnił włoski klarnecista Lorenzo Coppola, grający także w orkiestrze Europa Galante. Wykonał koncert na historycznym instrumencie z początku XIX wieku z kilkoma długimi klapami, wydającym specyficzną, nierówną, ale ładną barwę dźwięku. Muzyk grał wspaniale, a przy tym bawił się doskonale, wchodząc w dialogi z innymi instrumentami: klarnetem, fagotem, fletem, skrzypcami, a swoją grą oraz swobodnym zachowaniem na scenie podkreślał komiczne wątki utworu. Nic dziwnego, że publiczność wyklaskała bis. Było to skrócone powtórzenie ostatniej, szybkiej części koncertu. Podobno za rok usłyszymy inną wersję z rekonstrukcją tego koncertu przygotowywaną przez Michała Dobrzyńskiego. Najlepiej byłoby jednak, gdyby udało się znaleźć zaginione części partytury, co przecież może się zdarzyć. CARYCA FORTEPIANU środa, 25 sierpnia 2021 r. Yulianna Avdeeva zagrała w sali koncertowej Filharmonii Narodowej recital transmitowany w sieci z nieco dziwnym repertuarem. Najpierw były to twory kompozytorów polskich - Fryderyka Chopina, Władysława Szpilmana i Mieczysława Wajnberga, a w dalszej części - Jana Sebastiana Bacha i Siergieja Rachmaninowa. Po tym recitalu zmieniłem całkowicie swoje zdanie dotyczące tej laureatki pierwszej nagrody na XVI Konkursu Chopinowskiego w 2010 r. W czasie konkursu uważałem, że nie bardzo stylowo grała ona utwory Chopina i pierwsza nagroda po prostu się jej nie należała. Później byłem na jej recitalu w Krakowie, gdzie też mnie nie zachwyciła. Dopiero teraz zauważyłem, jak się pianistycznie rozwinęła. Grała pewnie, bezbłędnie i wszystko z pamięci. Szczególnie zachwyciła mnie wykonaniem bardzo rzadko wykonywanego, programowego utworu Władysława Szpilmana - Suity „Życie maszyn”oraz IIPartitą c-moll BWV826]ana Sebastiana Bacha. Nie ma co wybrzydzać, „caryca fortepianu”, jak się ją niezbyt ładnie nazywa, jest światowej klasy pianistką. MUZYCZNE PRELEKCJE CZAS WZNOWIĆ wtorek, 24 sierpnia 2021 r. Nareszcie wygłosiłem w Bibliotece Publicznej w Sztumie prelekcję nt. Pieśni patriotyczne związane z Konstytucją 3 maja i wydarzeniami z przełomu XVIII i XIX wieku. Była to moja pierwsza prelekcja od czasu ogłoszenia pandemii. W lutym 2019 roku miałem opowiadać o operetkach Stanisława Moniuszki. Wcześniej wygłosiłem dwie prelekcje na temat twórczości naszego ojca opery narodowej, ale panie z biblioteki poprosiły mnie o przesunięcie terminu na marzec, a wtedy ogłoszono lockdown i prelekcja się nie odbyła. Podobnie było z zaplanowanym przez Towarzystwo Miłośników Ziemi Sztumskiej na maj tematem z okazji 100. rocznicy koncertu Feliksa Nowowiejskiego w Sztumie przed plebiscytem. Temat prelekcji wybrały panie z biblioteki. Miała ona się odbyć na początku maja, w 230. rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja, niestety, w maju obostrzenia pandemiczne nie pozwalały na udział publiczności i dlatego mogłem ją wygłosić teraz. 176 Notki melomana w czasie pandemii (3) Prelekcja muzyczna w Bibliotece Publicznej w Sztumie, fot. J. Czernicka Jako ilustrację muzyczną wybrałem dziewięć pieśni patriotycznych: Mazurek 3 Maja, Nienawidzę was próżniaki, Polonez Kościuszkowski, Mazurek Dąbrowskiego, Tam na błoniu błyszczy kwiecie, Dalej bracia do bułata oraz trzy pieśni z muzyką Karola Kurpińskiego -Mazur wojenny (Mazur Chłopickiego), Litwinka, czyli hymn Legionów Litewskich, Warszawianka (Oto dzień dziś krwi i chwały) Po raz pierwszy wygłosiłem prelekcję w nowej i nowoczesnej siedzibie Biblioteki Publicznej - w przebudowanym budynku dawnego klubu pracowników Zakładu Karnego „Kwadro”. Słuchało jej około 20 osób. Dźwięk i obraz do ilustracji muzycznych był bardzo dobry. To zasługa pana Wojciecha Bryczkowskiego z SCK. Po tym udanym starcie planuję dalsze spotkania, ale mam obawy, czy zdążę przed czwartą falą koronawirusa. KONKURS IM. ADY SARI W NOWYM SĄCZU piątek, 3 września 2921 r. W trzecim etapie Międzynarodowego Konkursu Sztuki Wokalnej im. Ady Sari transmitowanym na YT z Małopolskiego Centrum Kultury SOKÓŁ w Nowym Sączu wystąpiło 13 śpiewaków (z 46 biorących udział w konkursie), w tym 8 kobiet i 5 mężczyzn: 11 Polaków i po jednej osobie z Gruzji i Ukrainy. Młodzi artyści z powodu pandemii walczyli w finale o zwycięstwo występując z towarzyszeniem fortepianu, a nie jak zazwyczaj, orkiestry. Wykonywali po dwie arie operowe wybrane przez siebie z listy konkursowej. Tuż przed północą przewodnicząca jury, znakomita śpiewaczka Małgorzata Walewska ogłosiła wynik. Pula nagród wyniosła 97 tys. zł. Pierwszych nagród zarówno w kategorii Wacław Bielecki 177 żeńskiej jak i męskiej - nie przyznano. W kategorii głosów żeńskich zwyciężyła Ketevan Chuntishvili, sopranistka z Gruzji, absolwentka Wydziału Dramatu i Mediów Uniwersytetu Muzycznego w Hanowerze, w klasie Marka Rzepki, która otrzymała II nagrodę (15 tys. zł), ponadto dostała nagrodę za najlepsze wykonanie utworu Mozarta (2 tys. zł). - Jestem szczęśliwa, bo nie spodziewałam się tego. To mój pierwszy konkurs. Namówił mnie do niego mój polski profesor śpiewu - mówiła tuż po ogłoszeniu wyników Ketevan Chuntishvili. W kategorii głosów męskich II nagrodę (15 tys. zł) otrzymał David Roy, baryton z Polski, absolwent studiów licencjackich na kierunku wokalistyka w Akademii Muzycznej im. Feliksa Nowowiejskiego w Bydgoszczy, w klasie Adama Zdunikowskiego. - Czuję radość i satysfakcję, że tak tytaniczny wysiłek został doceniony - mówił laureat. WIOLONCZELA LA SPALŁA U GDAŃSKICH OBLATÓW sobota, 4 września 22021 r. W ramach 16 Festiwalu Goldbergowskiego w Gdańsku odbył się recital Sergeya Malova, rosyjskiego wirtuoza kilku instrumentów smyczkowych. Ten muzyk, wykształcony w Petersburgu a obecnie mieszkający i pracujący w Zurychu, zwyciężył na kilku najważniejszych w świecie konkursach skrzypcowych: Paganiniego w Genui, Mozarta w Salzburgu, Heifetza w Wilnie oraz Michaela Hilla w Auckland. Grając na altówce zdobył pierwsze miejsca na konkursach w Monachium i Tokio. Dzisiaj grał na dziwnym instrumencie - wiolonczeli la spalla. Jest to wywodzący się z baroku instrument, o którym nie wszystko wiadomo. Nazywany jest także małą wiolonczelą, czyli wiolonczelą piccolo, albo wiolonczelą przenośna lub procesyjną, bo można na nim grać idąc, np. podczas procesji. Gra się na nim w pozycji stojącej. W przeciwieństwie do normalnej wiolonczeli mającej cztery struny, wiolonczela la spalla ma ich pięć. Do wydobywania dźwięku służy barokowy smyczek wygięty tak jak łuk, co umożliwia łatwiejsze granie dwudźwięków i akordów. W programie recitalu były Suity wiolonczelowe BWV1007 — 1012 Jana Sebastiana Bacha z 1720 r. Tych suit jest sześć, każda trwa około kwadransa i składa się z kilku tańców barokowych. Wszystkie zaczynają się jednak od nietanecznego preludium, a potem zazwyczaj następują: allemande, czyli taniec niemiecki, courante — dworski taniec francuski, sarabanda - wolny taniec z Hiszpanii, menuet - najbardziej chyba obecnie znany taniec francuski, orazgigue - najszybszy z nich taniec szkocko-irlandzki, kończący każdą suitę. Już z tego przeglądu widać, że tempa i charakter tańców jest bardzo urozmaicony i dlatego ich słuchanie nie jest nudne. Nigdy dotąd nie słyszałem wiolonczeli la spalla i bardzo byłem ciekawy, jak ona brzmi. Okazało się, że jej dźwięk jest bardzo podobny do wiolonczeli, a ponieważ jest to mniejszy instrument, to dźwięki są wyższe. Bachowskie suity wiolonczelowe pod rękoma Sergeya Malova zabrzmiały znakomicie. Zdumienie i podziw bierze, gdy słucha się muzyka, który z pamięci wykonuje prawie dwugodzinny recital i bezbłędnie zaczyna kolejny z ponad czterdziestu tańców barokowych. Ja rozpoznałem tylko parę najbardziej znanych miniatur, np. Sarabandę z Suity 4, Bourree z Suity 3 czy Preludium z Suity 1. Publiczność wyklaskała dwa bisy. Były to utwory Bacha, ale zagrane na skrzypcach. W czasie oklasków do muzy- 178 Notki melomana w czasie pandemii (3) ka podbiegła jego maleńka córeczka, którą artysta wziął na ręce i z dumą pokazywał melomanom. Na koniec nie mogę powstrzymać się od opisania miejsca koncertu. Odbył się on w Oblackim Centrum Edukacji i Kultury przy ulicy Elżbietań-skiej w Gdańsku. Zabudowania kościelno-klasztor-ne są położone, tuż obok Cinema City Krewetka z jednej, a kościołem św. Elżbiety, z drugiej strony. Ta niedawno wyremontowana instytucja działa od zaledwie dwóch lat. Prowadzi ją zgromadzenie Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej (OMI), którego głównym zadaniem jest głoszenie rekolekcji i misji świętych. Właśnie tutaj, po raz pierwszy odbywały się koncerty 16 Festiwalu Goldbergowskie-go. Poprzedniego dnia w kościele św. Józefa śpiewał kontratenor Jakub Orliński. Dzisiejszego recitalu słuchaliśmy w gotyckiej sali kameralnej ze świetną akustyką, położonej nad „Herbaciarnią” działającą SergeyMalov z wiolonczelą la spalla, fot. Internet w stylowych piwnicach i dostępną na co dzień dla wszystkich chętnych spróbowania ciepłego napoju i ciasta - uwaga - za niespotykaną gdzie indziej opłatą: „co łaska”. Jednak nie tylko pogodne, myśli towarzyszyły mi w czasie koncertu. Były wśród nich związane z historią, jaka zdarzyła się tutaj w czasie II wojny światowej. W dniu 27 marca 1945 r. żołnierze sowieccy spalili w kościele św. Józefa około stu Gdańszczan, którzy schronili się przed pociskami w świątyni. Najpierw z premedytacją oblali ludzi benzyną z przyniesionych kanistrów, potem zastrzelili jedną z kobiet, która chciała uciec z kościoła, a następnie jeden z sołdatów rzucił zapaloną zapałkę i zamknął drzwi kościoła na klucz. Tak wyglądało „wyzwolenie” Gdańska przez czerwonoarmiejców. MUZYKA POLSKA NA PODKARPACIU piątek, 17 września 2021 r. W Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie rozpoczął się w dniu 10 września, nowy, bo dopiero drugi w historii - Międzynarodowy Konkurs Muzyki Polskiej im. Stanisława Moniuszki w całości transmitowany na YT. W koncercie inauguracyjnym wystąpili laureaci poprzedniego konkursu z 2019 r. Zaczął go półrecital rosyjskiego pianisty Pavla Dombro-vsky’ego, absolwenta, a obecnie adiunkta w szkole Gniesinych w Moskwie. To znakomity pianista, wirtuoz. Zaprezentował program zupełnie inny, niż na konkursie przed dwoma laty, składający się z kompozycji zupełnie zapomnianego Henryka Pachulskiego oraz Karola Szymanowskiego i Maurycego Moszkowskiego. Wszystko to wykonał z pamięci, z wielką swobodą i elegancją. Niestety, nie zdołał rozgrzać rzeszowskiej publiczności i bisu nie było. Kolejnymi wykonawcami byli młodzi skrzypkowie z Polish Violin Duo, czyli Marta Gidaszewska i Robert Łaguniak. W ich programie przeważała wyraźnie muzyka współ- Wacław Bielecki 179 czesnych polskich kompozytorów: Tadeusza Paciorkiewicza, Michała Spisaka i Anny Ro-cławskiej-Musiałczyk. Od paru lat obserwuję tych młodych muzyków i widzę (i słyszę), jak są coraz lepsi i perfekcyjni. Ich gra jest pełna ognistego temperamentu, ale także liryzmu, a zgranie tych dwojga młodych skrzypków jest po prostu niewiarygodne. Tak jakoś ułożył mi się harmonogram codziennych zajęć, że nie miałem czasu na słuchanie zespołów kameralnych, a wystąpiło ich dwadzieścia trzy: 12 duetów, po 5 triów i kwartetów oraz jeden kwintet dęty. Jeśli chodzi o pianistów, to jury zakwalifikowało do finału ośmiu uczestników: pięciu Polaków oraz Rosjanina, Ukraińca i Kanadyjczyka. Byli to, w kolejności występów: Ivan Shemchuk (Ukraina), Michał Karol Szymanowski, Adam Mikołaj Goździewski, Mikołaj Sikała, Carter Johnson (Kanada/USA), Ruslan Kazakov (Rosja), Krzysztof Kozłowski (Polska), Martyna Kubik. Przez dwa kolejne wieczory młodzi muzycy grali wybrane przez siebie koncerty fortepianowe polskich kompozytorów z towarzyszeniem orkiestry Filharmonii Podkarpackiej pod dyrekcją jej pierwszego dyrygenta Massimiliana Caldiego lub Tomasza Chmielą. Okazało się, że z palety wielu koncertów możliwych do wyboru, w czasie finału usłyszeliśmy tylko trzy — Ignacego Paderewskiego (trzy razy), Ludomira Różyckiego (też trzy razy) i Grażyny Bacewicz (dwa razy). Z wielką przyjemnością słuchało mi się tych koncertów, bo nareszcie mogłem słyszeć solistów z orkiestrą. Jeszcze niedawno na konkursie wokalnym Ady Sari w Nowym Sączu, z powodu pandemii orkiestry w finale nie było i śpiewacy występowali tylko z akompaniamentem fortepianu. O ile koncerty Paderewskiego i Bacewicz były mi znane, to Koncertu fortepianowego g-moll Różyckiego słuchałem po raz pierwszy. Jest to bardzo efektowny utwór kojarzący mi się ze sławnym koncertem Czajkowskiego, z patetyczną częścią pierw- > szą częścią i radosnym finałem, gdzie pianista prowadzi wesoły dialog z orkiestrą. Ostateczne wyniki konkursu w kategorii pianistów ogłosił przewodniczący jury Jarosław Drzewiecki. Zwyciężył Kanadyjczyk Carter Johnson, który w finale zagrał koncert Grażyny Bacewicz. Jest on obecnie studentem w Juilliard School w Nowym Jorku. Pianista otrzymał nagrodę pieniężna w wysokości 20 000 euro oraz zaproszenia do zagrania koncertów w filharmoniach w Krakowie, Katowicach, NOSPR, Gorzowie, Wałbrzychu. Wśród kameralistów pierwszą nagrodę odebrało młode małżeństwo pianistów tworzące Książek Piano Duo. Najważniejszym celem tego konkursu jest propagowanie utworów napisanych przez polskich kompozytorów. Jest to jedyny taki konkurs na świecie. Uczestnicy otrzymali listę 56 naszych twórców i spisy ich dzieł, obejmujące wszystkie odnalezione utwory tych kompozytorów, czasami nawet w formie rękopisów. Było to około tysiąc utworów. Są wśród nich, jak mówili organizatorzy, perełki muzyczne, które powinny być wykonywane na całym świecie. Na tej liście, oprócz powszechnie znanych polskich kompozytorów, znajdują się zupełnie zapomniani, np. Henryk Melcer-Szczawiński - znakomity pianista i dyrygent, Joachim Kaczkowski — skrzypek, Karol Mikuli — ostatni uczeń Chopina, czy Maria Szymanowska - wybitna pianistka. Jest nadzieja, że po zakończeniu konkursu jego uczestnicy będą grali dzieła polskich kompozytorów na estradach świata. Muzyka polska jest bowiem kompletnie nieznana, a laureaci konkursu stali się jej ambasadorami. 182 Las Bogów „Las Bogów” - tak miejsce, w którym w 1939 r. postanowiono utworzyć obóz koncentracyjny, nazwał były więzień litewski, Balis Sruoga. W latach 1939-1945 miejsce pradawnych „Bogów leśnych” stało się areną odwiecznej walki dobra ze złem, którą stoczyli ze sobą znajdujący się po przeciwnych stronach drutów kolczastych „nadludzie” (Ubermensch) i zniewoleni, zdani na ich łaskę „podludzie” ukryci pod numerami. Z miejsca, które w latach 1939 - 1945 stało się cmentarzyskiem dla setek tysięcy ludzi pochodzących z całej Europy, pozostało niewiele - cztery baraki, budynek komory gazowej, piece krematoryjne, budynek byłej stajni dla koni i kuźni, komendantury obozu i wartownia SS. Poza obrębem muzeum pozostały willa komendantów obozu, budynek byłej psiarni obozowej, kuchni i hale produkcyjne. Las, który od pamiętnego września karczowali więźniowie, powiększając stopniowo obszar obozu, odrodził się. Symbolem zwycięstwa życia nad śmiercią jest obecność w przestrzeni poobozowej turystów, a zwłaszcza dzieci i młodzieży, czasem nie do końca rozumiejących powagę miejsca. Ale to może właśnie beztroski śmiech dzieci jest dowodem upadku barbarzyńskich planów podboju świata przez „cywilizację śmierci”. Jednak na zawsze pozostało coś, co jest nieuchwytne, trudne dla nas do odwzorowania i przekazania przyszłym pokoleniom. To uczucia, które miotały zamkniętymi za drutami kolczastymi ludźmi, uczucia zarówno morderców jak i ofiar - to uczucia pogardy i strachu, nienawiści i miłości, sytości i głodu. Fotografia może tylko utrwalić i pokazać to, co pozostało, ale może również przekazać pewien klimat, pokazać przestrzeń wśród zmieniających się pór roku, które także wtedy, w latach największej pogardy dla wszystkiego, co ludzkie, zmieniały się. Była jesień i zima, wiosna i lato, grozę i niepokój budziły silne wiatry i unoszące się pomiędzy barakami mgły, silny mróz i padający śnieg malował ogrodzenie i okalające obóz drzewa na biało. Więźniowie widzieli te same wschody i zachody słońca, jak i my współcześnie, a padający deszcz przemieniał się w kolorową tęczę na niebie. Co czuli wówczas zamknięci w tej przestrzeni ludzie? Każdy Nowy Rok i następująca po zimie wiosna budziły nadzieję na bliski koniec niewoli i powrót do rodzin. To właśnie zjawisko zmieniających się pór roku i to, co one ze sobą przynoszą, jest czymś stałym, co możemy obserwować także i dzisiaj, co może skłonić nas do zadumy. Galeria żuławska Andrzej Kasperek Burmistrz JACEK MICHALSKI -z Ziemi Chełmińskiej do Ziemi Żuławskiej Chcę napisać kilka artykułów o żuławskich samorządowcach. Stworzyć galerię portretów ludzi, którzy swoje losy związali z naszym płaskim krajem. I nawet, jeśli ich decyzje o przyjeździe na Żuławy były życiową koniecznością - bo małżeństwo, praca, mieszkanie, a więc proza życia - to jednak później lata spędzone w tym regionie Polski sprawiły, że go lepiej poznali, polubili i nawet pokochali. Chciałem ten cykl zatytułować: „Zażuławie-ni”, bo mnie to słowo kojarzy się z „zakorzenieni”. Ale kolega powiedział, że jemu raczej z: „zadżumieni”; no cóż - pandemia usprawiedliwia i takie skojarzenia. Chyba pozostanę przy nazwie: Galeria żuławska. Nic nie poradzę jeśli ktoś będzie miał skojarzenia li tylko handlowe... Andrzej Kasperek 185 *** Jacka Michalskiego poznałem wiele lat temu, nawet nie jestem w stanie podać konkretnej daty. Był wtedy nauczycielem nowodworskiego Zespołu Szkół nr 2 na ul. Warszawskiej. Ponad dwadzieścia lat pracował jako nauczyciel i zaczął awansować - od 1991 r. został wicedyrektorem do spraw dydaktycznych a pięć lat później dyrektorem ogromnej szkoły, bo Zespół Szkół nr 2 liczył wtedy przeszło tysiąc uczniów i kilkudziesięciu pracowników. Połowa lat 90. to były bardzo ciężkie czasy dla wszystkich. Szkolnictwo zawodowe było zaniedbane, szkoły niedofinansowane. Jest dumny, że udało mu się przeprowadzić swoją szkołę przez ten trudny okres. Ale potem uznał, że nic więcej w tym zawodzie nie osiągnie, nie chciał być dyrektorem do emerytury. Od wielu lat był radnym, angażował się w prace Rady Miasta i Gminy, dlatego nie zdziwiłem się, kiedy wystartował w wyborach na burmistrza Nowego Dworu. Dla niego to było nowe wyzwanie. Wygrał wybory i od grudnia 2010 r. pełni tę funkcję. W 2014 r. wybrany został przez mieszkańców gminy na drugą kadencję, a w 2018 roku na trzecią. Może to, że jest człowiekiem „nikczemnego wzrostu (jak Sienkiewicz określał imć Michała Wołodyjowskiego) kazało mu być ambitniejszym od rówieśników i kolegów. Jak sam mówi, tam, gdzie inni posługiwali się siłą on musiał używać sprytu i inteligencji. Był ambitnym uczniem, prymusem, wykazywał się jako dyrektor szkoły, a teraz nadarzyła się okazja, żeby sprawdzić się jako burmistrz miasta i gminy Nowy Dwór Gdański. Jacek zawsze podkreśla, że jest włodarzem miasta i wiosek, oba te człony są równie ważne. To dwie połówki jabłka. Chyba rolnicze studia nie poszły na marne i sprawy wsi są dlań istotne... Jeszcze do tego wrócę. Wybór na trzecią kadencję potwierdza, że cieszy się zaufaniem mieszkańców, którzy widzą, jak nasze miasteczko wypiękniało i ile zmieniło się w nim na lepsze. Przy jego wieku („sześćdziesiąt lat minęło jak jeden dzień...”) ma szanse na wybór w następnych wyborach. Przyznam się, że kibicuję mu od jedenastu lat i to nie tylko dlatego, że w 2011 r. obdarzył mnie Nagrodą Burmistrza. Po prostu widać, że to właściwy człowiek na to stanowisko. Jacek pochodzi z Ziemi Chełmińskiej, tam wyrastał, choć później przeniósł się z rodzicami (mama była stomatologiem a tata weterynarzem) na Kaszuby. Jednak do liceum uczęszczał w Chełmnie. Pytam, go czy to dawna szkoła kadetów? Ta, która wyrosła za żuławskie pieniądze, bo król Prus Fryderyk II zwolnił mennonitów od służby wojskowej, nakładając w zamian wysoki podatek - całe pięć tysięcy talarów rocznie, za które utrzymywano chełmińską szkołę kadetów. Ale okazuje się, że jego liceum mieści się w innym budynku. Po maturze wybrał studia w Bydgoszczy, chciał być weterynarzem jak ojciec, ale słabo znosi widok krwi, więc został specjalistą od doradztwa rolniczego — ma tytuł: mgr inż. rolnictwa. Na studiach poznał Basię, co poskutkowało przedłużaniem edukacji, bo chciał być jak najbliżej ukochanej. Ale to pewnie było także spowodowane beznadziejną atmosferą okresu po stanie wojennym, bez perspektyw, bez nadziei... Sam dobrze pamiętam owe paskudne czasy. Gdzie się było spieszyć? Ale w końcu pojawiło się dziecko, trzeba było się wynieść z akademika, szukać swego miejsca na ziemi. Żona odziedziczyła po rodzicach mieszkanie w Nowym Dworze Gdańskim. Nieduże, w blokach przy ul. Reja, ciągle to samo, mieszkają w nim do dziś... W wyuczonym zawodzie przepracował raptem jeden miesiąc, potem 186 Burmistrz Jacek Michalski - z Ziemi Chełmińskiej do Ziemi Żuławskiej zaproponowano mu pracę nauczyciela zawodu handlowca w szkole zawodowej na ul. Warszawskiej i spędził tam dwie dekady. Nie żałuje tych lat, wiele się wówczas nauczył. Polubił ten zawód. Ale praca w samorządzie okazała się wyzwaniem, dawała nowe podniety i otwierała nowe horyzonty. Bycie nauczycielem i radnym dawało także okazję, żeby lepiej poznać region, do którego się sprowadził. Tak inny od jego małej ojczyzny, płaski, nawet bez górki, na która można pójść z synem na sanki. Dla człowieka znającego się na rolnictwie Żuławy były fascynujące - klasa ziemi i jej żyzność imponowały. W wywiadzie, który przeprowadził z nim Krzysztof Kowalski „Krzy.K. sPokoju z Jackiem Michalskim”, który można znaleźć na kanale You Tubę (jednym z kapitalnej serii rozmów z ludźmi związanymi z Żuławami) mówi z zachwytem o wydajności tych ziem: średnia plonów pszenicy w Polsce to 4-5 ton z hektara, a u nas 7 ton to porażka, w dobrych latach wydajność wynosi aż 9 ton, czyli dwa razy więcej niż w kraju. Opowieści o dawnym bogactwie tego regionu to dla wielu bajka o żelaznym wilku, a przecież już Jan Kochanowski nie przypadkowo użył Żuław jako synonimu bogactwa pisząc w „Pieśni IV” (z „Ksiąg wtórych”): „wszytki Żuławskie urodzaje i gdańskie pożytki”. Kiedy pytam go o naszą krainę, mówi o zapachu rzepaku i zapachu krów, choć jak zauważa hodowla się zmniejsza, bo wieś staje się coraz bardziej sielska, pełna kwiatów i trawników. To fajne miejsce do życia niespiesznego, do smakowania życia. Dlatego gorąco popiera ideę Cittaslow, czyli „propagowanie w mniejszych miejscowościach kultury dobrego, harmonijnego życia stanowiącego alternatywę wobec wielkomiejskiego pośpiechu i postępującej globalizacji”. To dążenie do „zrównoważonego rozwoju, czyli świadomej polityki miejskiej zapewniającej odpowiednie relacje między wzrostem gospodarczym, dbałością o środowisko i poprawą jakości życia mieszkańców”. Dlatego burmistrz Michalski nie chce sprowadzać tu wielkich zakładów pracy, uważa, że łatwość dojazdu do Trójmiasta lub Elbląga pozwala chętnym na znalezienie porządnej pracy a dobre życie po niej ma właśnie zapewnić Nowy Dwór. Oczywiście przydałoby się tu więcej małych firm, takich, jak Stolmach, Maluta, Tuga czy Secespol, ale nie kolosów zatrudniających tysiąc osób. Czasem okazuje się, że zarobić można w inny sposób. Na terenie gminy stoi 9 wiatraków z fermy wiatrowej. Mogą się one nam nie podobać, wiemy że psują krajobraz, ale do kasy corocznie wpływa z tego tytułu 720 tysięcy podatków. Trzeba by postawić hale na obszarze 3,6 ha, żeby otrzymać taką sumę. Zawsze jest jakieś „coś za coś”. Cittaslow to lokalność, troska o ekologię, dbałość o zabytki. Dlatego budowa tras rowerowych do Tui i Żelichowa (sam często wsiada na rower i innych zachęca - od kilku lat przedszkolaki i uczniowie nowodworskich szkół biotą udział w konkursie „Rowerowy maj” zachęcającym do promowania sprawności fizycznej i rozwoju kolarstwa), przystanie dla kajaków nad Tugą, zadbane kwietniki, odnowione fasady domów i piękny bulwar nadrzeczny, nowe miejsce spacerowe - to wszystko znakomicie wpisuje się w ideę „powolnego miasta”, bo tak dosłownie trzeba by przetłumaczyć włoską nazwę. Oczywiście to nie robi się samo, remonty domów odbywają się, bo miasto dokłada (nawet 80%) do funduszy remontowych wspólnot mieszkaniowych - to obopólny interes, bo miasto pięknieje, a mieszkańcy mają większy komfort życia. W ukwieconym, zadbanym mieście mieszka się lepiej i przyjemniej. Czasem wystarczy zaufać - urzędnicy miejscy „nie wiszą” nad głowami Andrzej Kasperek 187 szefów Żuławskiego Domu Kultury i Żuławskiego Parku Historycznego, bo te instytucje funkcjonują wzorowo i nie ma tam czego pilnować. Prawie codziennie w czasie spaceru obchodzę jak stróż moje miasto. Patrzę z podziwem, ile tu się buduje, jak powstają nowe ulice i osiedla... Okazuje się, że w ciągu ostatnich siedmiu lat przybyło prawie 140 domów jednorodzinnych. Ci, którzy zdecydowali się na budowę wierzą, że Nowy Dwór Gdański to naprawdę „nowa przestrzeń życia”, że tu znajdą wygodne miejsce do mieszkania, bez pośpiechu i nerwów, bez korków i hałasu, bez smogu i jazgotu. Pytam Jacka, z czego jest dumny? Odpowiada, że najbardziej z tego, że udało się wykorzystać dobry okres w historii Polski i skorzystać z funduszy europejskich. Z tego, że rozwija się nie tylko miasto, ale także korzystają wioski - buduje się tam drogi, boiska, place zabaw i świetlice. Sprawiedliwie dzieli się środki. Oczywiście bycie burmistrzem to także konflikty, złość i kłótnie. Ta sama decyzja władz gminnych dla jednych będzie powodem do zadowolenia a inni się za nią obrażą. Ostatnio wiele emocji wzbudziła sprawa opłat za wywóz śmieci, system naliczania opłaty od ilości zużytej wody nie wszystkim przypadł do gustu. Wcale mnie to nie dziwi, bo sam od tego roku płacę prawie trzy razy drożej. Ale do tej pory nikt nie stworzył dobrego i sprawiedliwego systemu płacenia za odpady. Część mieszkańców zaskarżyła nowe opłaty do WSA w Gdańsku, ale sąd na niejawnym posiedzeniu oddalił skargę. Jest dumny z bycia nowodworzaninem i Żuławiakiem i ma satysfakcję, gdy widzi, jak sprawa tożsamości regionalnej na Żuławach staje się czymś ważnym. Myślę, że może być Jacek Michalski w drodze do pracy, fot. archiwum 188 Burmistrz Jacek Michalski - z Ziemi Chełmińskiej do Ziemi Żuławskiej dumny także z tego, jak dobrze zna swą gminę. Zdarzyło mi się objeżdżać z nim jej teren i byłem zdumiony, że wie, czyje to pole, kto mieszka w tamtej leżącej na uboczu chałupie, jakie problemy dolegają mieszkańcom Osłonki, Orłowa czy Marzęcina... Zdziwił się, że się temu dziwię: „Przecież muszę to wiedzieć, jak mam tu gospodarzyć, jeśli nie będę wiedział, kto gdzie mieszka”. Jego marzeniem jest, żeby powstała Żuławska Kolej Metropolitalna. Kiedy opowiedział o tym pomorskim samorządowcom to spotkał się z pytaniami, czy nie przesadza i po co nam taki wydatek. Przypomniał wówczas, że wielu wyśmiewało pomysł budowy Pomorskiej Kolei Metropolitalnej. Działa ona od sześciu lat, rozrasta się i widać, jak była potrzebna. Kolej nie tylko jest ekologiczna, prawie nie emituje CO2, ale także stymuluje rozwój ekonomiczny. Okazuje się, że hasło: „kolej napędza gospodarkę i rozwój” nie odnosi się tylko do historii. Anglicy po wojnie zlikwidowali bardzo wiele linii kolei żelaznych i dopiero teraz widać, jak negatywny wpływ miała ta decyzja na angielską prowincję, skazując ją niejednokrotnie na stagnację. Dumny jest także, że udało mu się przez te lata stworzyć ekipę, a może lepiej: swą drużynę, składa się ona z radnych i pracowników urzędu. Zawsze może na nich liczyć. A kiedy pytam go o inne marzenia ociąga się i wreszcie odpowiada, że chciałby mieć mały domek, ale taki z dużym ogrodem, rano mógłby otworzyć drzwi i wypuścić swego Andrzej Kasperek 189 psa, żeby się wyhasał a on sam mógłby siedzieć z Basią na tarasie i pić kawę. Już Krzysztof Kowalski w cytowanym wywiadzie zwrócił mu uwagę, że słowo „Basia” jest tam bardzo często używane. To nie przypadek. Nie jest przypadkowe także to, że na pierwszym miejscu wymienia psa. Ta miłość do zwierząt (w domu są też dwa koty) to chyb spadek po rodzicach kochających zwierzęta. On już teraz martwi się, jak to będzie, gdy jego wielki labrador się zestarzeje i nie będzie mógł sam schodzić z mieszkania na piętrze, kto da radę znosić te kilkadziesiąt kilogramów? Czy to marzenie o domu się spełni? Może kiedyś. Przypominam sobie Jacka, który wystąpił w spektaklu wystawionym w ŻOK-u pt. „Urodziny miasta”. Mówił wtedy o swoich rodzicach, o ich śmierci, o tym, że za mało czasu im poświęcił... To było bardzo osobiste, nie bał się odsłonić. Nie boi się stanąć przed kamerą, dobrze przemawia, przyznał mi się, że chciałby czytać Słowo Boże w kościele. W dzisiejszych czasach to nieoczywiste wyznanie. Ale on się nie wstydzi swych marzeń. Potrafi także być autoironiczny. Pamiętam, że kiedy nagrodę burmistrza otrzymał kilka lat temu proboszcz z Wiercin. Dziękując powiedział o sobie (a jest podobnej postury jak nasz burmistrz): „Małe to wredne”. Jacek pochylił się w moją stronę i szepnął z uśmiechem: „Coś w tym jest...”. Kończąc wrócę jeszcze raz do Sienkiewicza. Mały rycerz mówi tam tak: „Dał Ci Bóg nikczemną postać, jeśli się ludzie nie będą ciebie bali, to się będą z ciebie śmiali”. Cała sztuka, żeby jednak się nie bali, tylko szanowali. Na szacunek trzeba zasłużyć. Moim zdaniem Jacek Michalski bardzo się przysłużył naszemu miastu. I mam nadzieję, że zdrowie (i Basia) mu pozwolą mu jeszcze długo służyć mieszkańcom Żuław. Andrzej Lubiński WYPĘDZENI Z RODZINNEGO GNIAZDA Teresa Donimirska-Piechocka, Moje wspomnienia. Wysiedlenie z rodzinnej Ziemi Sztumskiej w 1939 r., Poznań - Nowy Jork 2021. Teresa Piechocka to córka Marii i Kazimierza Donimirskich z Małych Ramz, znanych działaczy polskich z Ziemi Sztumskiej. Jest naocznym świadkiem, jak zmuszono jej rodziców i młodsze rodzeństwo do opuszczenia rodzinnego gniazda w maju 1939 roku. Po raz pierwszy swoimi przeżyciami podzieliła się w roku 2007 w 7. tomiku Biblioteczki Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej. Na zbliżającą się w ubiegłym roku 90 rocznicę urodzin postanowiła przygotować do druku pełniejszą wersję wspomnień. Prace nad wydaniem publikacji koordynował syn Marek, mieszkający w Poznaniu. Wspomnienia rozpoczynają się od krótkiego przedstawienia rodziców i ich działalności w ruchu polskim oraz pobytu Melchiora Wańkowicza z córką w Ramzach Małych w roku 1936. Następnie Teresa Piechocka opisuje przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia, zabawy z młodszym rodzeństwem i kuzynem Stanisławem. Właściwy tok narracji rozpoczyna się od wizyty niemieckich urzędników, którzy nakazali rodzinie opuszczenie dotychczasowego miejsca zamieszkania i udania się do Berlina. Przed wyjazdem zdążyła 3 maja 1939 roku przyjąć I Komunię Świętą. Po naradzie ze starszym rodzeństwem mieszkającym w Polsce i służbą konsularną postanowiono, że Teresa Donimirska Piechocka Moje wspomnienia Wysiedlenie z rodzinnej Ziemi Sztumskiej w 1959 roku Poznań - Nowy Jork w czasie podróży pociągiem jej mama Maria zasymuluje gwałtowną chorobę i rodzina szybko wysiądzie z pociągu na dworcu w polskim Tczewie. Tak się też stało. Od tej chwili rozpoczęła się wędrówka po rodzinie mieszkającej w Obudnie i Szadłowicach na Kujawach. Przed wybuchem wojny przebywali w majątku Augusta Donimirskiego w Nowem nad Wisłą, a gdy ogłoszono mobilizację kolejnymi miejscami postoju były wsie Kluczkowice, Brzoza, Żaby, Gowarto-wa Wola. Po śmierci matki i brata Mieczysława, w roku 1943 ojciec umieścił Teresę w szko- Recenzje 191 le w Szymanowie u sióstr Urszulanek, gdzie przebywała do zakończenia II wojny. Jej tata wrócił do Sztumu i podjął pracę w Starostwie Powiatowym. Teresa zamieszkała u siostry Elżbiety Zakrzewskiej w Poznaniu, a na letnie wakacje przyjechała do ojca w Sztumie. Do szkoły średniej uczęszczała w Poznaniu i w roku 1949 zdała maturę. Podjęła pracę w księgowości w rozlewni piwa w Nowej Soli, gdzie pracował jej brat Kazimierz. Po trzech miesiącach podjęła pracę w Banku PKO w Poznaniu. U siostry poznała przyszłego męża - lekarza Konstantego Piechockiego. W listopadzie 1952 roku zawarli związek małżeński. Doczekali się synów - Marka i Grzegorza. W swoich wspomnieniach autorka sporo miejsca poświęciła opisaniu wojennej historii starszych braci: Zbigniewa, Kazimierza i Mariana. Ten pierwszy był więźniem obozów koncentracyjnych. Wrócił do Polski, zamieszkał w Sztumie, jednak w roku 1946, gdy został wezwany przez Urząd Bezpieczeństwa na rozmowę zdecydował się z kolegą na opuszczenie Polski. Krótko przebywał w Niemczech w amerykańskiej strefie i w końcu zamieszkał w Australii. Drugi brat Kazimierz przedostał się na zachód i walczył w wojsku polskim we Francji. W 1940 roku po przekroczeniu granicy szwajcarskiej i internowaniu podjął naukę na politechnice Winterthur w kantonie Zurych. Po wojnie wrócił do Polski. Natomiast Marian zdecydował się na emigrację do USA. Wspomnienia Teresy Piechockiej pokazują skomplikowane losy rodziny w czasie wojny oraz powojenną rzeczywistość pierwszych lat w Polsce. Książka wpisuje się w powiślańską memuarystykę, jaką zapoczątkowała jej kuzynka Halina Donimir-ska-Szyrmerowa, siostra Elżbieta Zakrzewska oraz Franciszek Wojciechowski, Jan Boenigk i Ignacy Górzyński. Interesujące są zamieszczone z rodzinnego archiwum. 3Mofe£a ^a^^a^/^a PROWINCJA Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl 192 Recenzje Krystian Zdziennicki ODCIĄĆ PRUSY WSCHODNIE -DZIEJE OPERACJI MŁAWSKO-EŁBLĄSKIEJ T. Gliniecki, Odciąć Prusy Wschodnie! Pancerna szpica operacji mławsko-elbląskiej Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku, Gdynia-Sztutowo 2021. Tomasz Gliniecki to autor publikacji poświęconej działaniom Armii Czerwonej w 1945 roku - Odciąć Prusy Wschodnie! Pancerna szpica operacji mławsko-elbląskiej Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku, której wydawcą jest gdyńskie Wydawnictwo Region wspólnie z Muzeum Stutthof. Jest to następna praca obok chociażby poświęconej działaniom wojennym z pierwszych miesięcy 1945 roku na Żuławach,1 czy wydanego jako efekt współpracy albumu historycznego prezentującego zachowane fotografie z frontu Armii Czerwonej w Gdańsku oraz w Prusach.2 Z pewnością również te prace również będą ciekawe dla osób zainteresowanych historią Żuław i Powiśla. Należy dodać, że autor monografii operacji mławsko-elbląskiej napisał również szereg artykułów, których tematyka związana była z okresem końca II wojny światowej. Na uwagę zasługuje również fakt, że jego dotychczasowe prace miały charakter interdyscyplinarny, gdyż obejmowały tematykę 1 Dotychczas wyszły m.in. następujące książki: T. Gliniecki, Walki Armii Czerwony w delcie Wisły (styczeń-maj 1945), Gdynia-Sztutowo 2019. 2 tenże, D. Panto, Krzywy obraz wojny. Armia Czerwona w Gdańsku i Prusach w 1945 roku, Gdańsk 2019. Tomasz Gliniecki Odciąć Prusy Wschodnie! Pancerna szpica operacji mławsko-elbląskiej Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku związaną z historią wojskowości w połączeniu np. z medioznawstwem. Przykładem może być publikacja pt. Echa pancernego rajdu, w której badacz prezentował obraz wojny w świetle propagandy, a także mito-logizację zdarzeń militarnych oraz heroiza-cję ich uczestników na przykładzie operacji mławsko-elbląskiej. To właśnie w tej pracy zaznaczył konieczność przedstawienia działań militarnych tejże operacji z 1945 roku, którą stanowi książka Odciąć Prusy Wschodnie. Tam też zapowiedział, że monografia poświęcona propagandzie wojennej i kre- Recenzje 193 acji mitów wyzwoleńczych na podstawie operacji mławsko-elbląskiej w 1945 roku wymagać będzie osobnego opracowania, dlatego już wówczas stwierdził: „Powrót do ustaleń dotyczących przebiegu walk będzie naturalną konsekwencją w przyszłości”.3 W nowo wydanej książce T. Gliniecki przedstawił działania bojowe 5. Armii Pancernej Gwardii w okresie ofensywy styczniowej Armii Czerwonej we współczesnych granicach Rzeczypospolitej w ramach operacji mławsko-elbląskiej w 1945 roku. W książce nie zabrakło rozdziałów wprowadzających czytelnika w zagadnienia związane z tematem pracy. Kolejną część autor poświęcił głównemu tematowi, tj. prezentacji poszczególnych akcji związanej z przejściem frontu pomiędzy Elblągiem i Mławą, m.in. z terenów bliskim czytelnikom „Prowincji”, m.in. właśnie w okolicach Elbląga, Tolkmicka, Pasłęka, Morąga, Zalewa, Iławy, czy Ostródy. Autor obalił wiele mitów lub wręcz mistyfikacji stworzonych na potrzeby polityki zwycięzców. Książka ponadto jest okraszona ilustracjami w postaci zdjęć, zdi-gitalizowanych dokumentów, schematów i szkiców map związanych z przedstawianymi treściami. Natomiast ciekawą formę przedstawienia postaci stanowią biogramy wyodrębnione w formie tzw. kapsułek. Podstawowym źródłem były archiwalia zgromadzone w Centralnym Archiwum Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej 3 T. Gliniecki, Echa pancernego rajdu. Propaganda wojenna i kreacja mitów wyzwoleńczych na podstawie operacji mławsko-elbląskiej Armii Czerwonej w 1945 roku, Gdańsk 2017, s. 13. w Podolsku, z których autor mógł skorzystać dzięki ich digitalizacji oraz udostępnieniu w cyfrowych bankach danych. W celu przygotowania książki konieczne okazało się wykorzystanie m.in. podstawowej dokumentacji frontowej, ale również akt armii pancernej, wchodzących w jej skład korpusów pancernych, samodzielnej brygady zmechanizowanej, poszczególnych brygad pancernych, brygad strzelców zmotoryzowanych, pułków artylerii samobieżnej, podległych dowództwu armijnemu jednostek. Skorzystał również z dzienników działań bojowych zgrupowań oraz oddziałów, rozkazów, raportów dziennych, podsumowań i raportów zbiorczych oraz dokumentacji strat osobowych, czy dokumentów odznaczeniowych. Przydatne okazały się również źródła kartograficzne poświęcone terenom operacji. Warto podkreślić, że część źródeł nie była dotychczas wykorzystana ani w polskiej, ani w rosyjskiej historiografii. Ponadto autor wykorzystał literaturę przedmiotu: polsko-, rosyjsko-, niemiecko- i angielskojęzyczną. Jest to kolejna publikacja Tomasza Glinieckiego, która z całą pewnością będzie nie lada gratką dla miłośników dziejów związanych z działaniami wojennymi okresu II wojny światowej, a także pozwoli na lepsze poznanie historii operacji mławsko-elbląskiej, która obejmowała również Żuławy i Powiśle. Noty o autorach Dorota Baranowicz - ur. 4 grudnia 1967 rok w Bydgoszczy. Absolwentka filologii klasycznej i polskiej. Pracowała w szkole w Ryjewie jako polonistka. Aktualnie pomaga mężowi Piotrowi, prowadzić sprzedaż w sklepie internetowym. Kiedy wraz z małżonkiem nie podróżują, zajmuje się życiem domowym i wewnętrznym, czyta, ogląda, słucha i wciąż się uczy. Piotr Baranowicz -ur. 15 maja 1966 roku w Gdyni. Z zamiłowania rzeźbiarz, który aktualnie mieszka z żoną Dorotą w Barcicach. W tej miejscowości mają z małżonką pracownię, a w wolnych chwilach wspólnie podróżują. Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności. Dyrektor Poradni Wychowawczo-Zawodowej oraz szkół medycznych w Sztumie. Meloman, autor książki Zapiski melomana z prowincji. Radosław Biskup - prof. UMK W Torunu - mediewista, adiunkt w Katedrze Historii Skandynawii i Europy Środkowo-Wschodniej UMK w Toruniu; członek Towarzystwa Naukowego w Toruniu, Historischer Verein fur Ermland i Historischen Kommission fiir ost-und westpreussische Landesforschung; członek rady naukowej serii wydawniczej „Ecclesia Clerusque Temporibus Medii Aevi”; członek rady naukowej Muzeum Diecezji Elbląskiej; kierownik projektu „Słownik historyczno-geograficzny Prus w średniowieczu”. Halina Cieplińska - tłumaczka, krytyczka, redaktorka, wydawczyni literatury amerykańskiej i brytyjskiej. Pierwsza polska tłumaczka i propagatorka twórczości H. D. Thoreau, od 1981 roku członkini THE THOREAU SOCIETY w Concord, Massachusetts. Kierowniczka Redakcji Angielskiej w Państwowym Instytucie Wydawniczym (1987-1991). Współpracowała - jako tłumaczka i recenzentka - m.in. z „Twórczością”, „Literaturą na Świecie”, Polskim Radiem, TVP, CANAL+; z wydawnictwami: Wydawnictwo Literackie, REBIS, Muza, PIW, Świat Książki, Książnica, Czytelnik. Wieloletnia członkini ZAIKSu, Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Polskiego PEN Clubu, jego sekretarz generalna w latach 2017-2020, członkini Zarządu. Krzysztof Czyżewski - eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze - sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski zpogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Andrzej Kasperek - ur. 1958, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim (seminarium prof. Marii Janion), pisarz, badacz literatury, działacz opozycji demokratycznej (jeden z założycieli Niezależnego Zrzeszenia Studentów), doktor nauk humanistycznych; od 1985 zajmuje się pracą nauczycielską (Liceum Ogólnokształcące w Nowym Dworze Noty o autorach 195 Gdańskim). Nominowany do Finału Nagrody Literackiej Gdynia 2011 za książkę Back in the DDR i inne opowiadania (2010). Autor tomu esejów Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło wschodnie (2013) oraz tomu opowiadań pt. Koronczarka (2013). W 2018 wydał Mój płaski kraj Żuławy. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2012). Żuławiak od urodzenia. Radosław Kubuś - ur. 1991 r. w Nowym Dworze Gdańskim. Absolwent historii i archeologii na Uniwersytecie Gdańskim. Specjalista ds. historii regionalnej w Bibliotece Elbląskiej, doktorant w Instytucie Historii UG. Swoje zainteresowania badawcze koncentruje wokół historii medycyny w epoce nowożytnej oraz dziejów prasy w I poł. XIX wieku. Andrzej C. Leszczyński - urodził się w Chodzieży. Eseista, wykładowca akademicki, okazjonalnie nauczyciel licealny. Studiował pedagogikę i filozofię. Autor trzech książek i ponad 200 rozpraw i szkiców z zakresu filozofii człowieka, etyki, antropologii teatru. Promotor ponad stu prac magisterskich i licencjackich. Prowadził teatralne warsztaty komunikacji i ekspresji w kraju i za granicą. Wiesław Leszczyński - urodzony na Kaszubach. Dokumentalista, fotograf, muzyk, malarz, może nie poeta, a piszący wiersze. Laureat ogólnopolskich konkursów poetyckich. Swoje wiersze i fotografie prezentował podczas spotkań poetyckich, festiwali literackich i fotograficznych. Publikował w internecie oraz w czasopismach literackich, almanachach i antologiach. Pracuje jako dokumentalista w Muzeum Stutthof - Niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady (1939 - 1945), zajmując się tam zbiorami ikonograficznymi i ich udostępnianiem. Mieszka w Kątach Rybackich. Andrzej Lubiński - ur. 1952 r. w Gniewie. Absolwent historii w UMK w Toruniu. Prezes Towarzystwa Miłośników Sztumu. Publikacje w „Komunikatach Warmińsko-Mazurskich” „Studiach Elbląskich”, „Roczniku Elbląskim”, „Prowincji”, „Z dziejów Sztumu i okolic”. Autor książki W ich snach powracała Polska. Mieszka w Sztumie. Bartosz Marguardt - urodzony w 1994 roku w Sztumie. Wychowywał się w Cieszymowie. Absolwent ekonomii (sp. analityka gospodarcza) na UMK w Toruniu, gdzie z sukcesami działał w Samorządzie Studenckim i jako przewodniczący Koła Naukowego Metod Ilościowych. Jego praca magisterska w 2018 roku została uznana za najlepszą w konkursie Dziekana Wydziału Nauk Ekonomicznych i Zarządzania. Od początku kariery zawodowej związany z branżą farmaceutyczną i negocjacjami. Lubi sięgnąć po gitarę oraz zwiedzać Powiśle na rowerze. Założyciel i redaktor strony na Facebooku poświęconej historii Cieszymowa. Pomysłodawca utworzenia Izby Pamięci w tejże miejscowości. Cieszymowo to jego oaza, lubi tam wracać. Wiesław Olszewski - ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof oraz Muzeum Zamkowym w Malborku. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy — pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806-1945 (2014). 196 Noty o autorach Ryszard Rząd — ur. w 1953 r., historyk, absolwent KUL. Pracownik Muzeum Zamkowego w Malborku. Autor szeregu publikacji poświęconych dziejom odbudowy zamku w Malborku na przełomie XIX i XX wieku. Bogumiła Salmonowicz - pedagożka, coach, terapeutka, animatorka; wykładowczyni w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Elblągu oraz w Politechnice Gdańskiej; właścicielka Pracowni Doradztwa Personalnego, Edukacji i Terapii; współzałożycielka, a od czerwca 2020 roku prezeska Stowarzyszenia ,Alternatywni” - organizatora Festiwalu Literatury „Wielorzecze”, odbywającego się cyklicznie w Elblągu. Jej wiersze można znaleźć w czasopismach kulturalno-literackich oraz w wielu antologiach - również pokonkursowych, a także międzynarodowych - w przekładach na język angielski, ukraiński, włoski, portugalski. Jest autorką tomów poetyckich: BoSa (2014), Abrazje (2016), Femoglobina (2017). Dwa z nich (BoSa i Femoglobina) uzyskały miano Elbląskiej Książki Roku. Recenzje tych publikacji zamieszczono m.in. w Toposie, Akancie, Latarni Morskiej, Prowincji. W czerwcu bieżącego roku ukazała się jej najnowsza książka poetycka p.t. Między nami czerwienieją chwile, wydana przez gdańską Oficynę Wydawniczą TYSIĄCLECIA. Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk , „Radiem Plus , „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989-1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do wolności (2017) oraz Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej (2017). Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marek Suchar - z wykształcenia psycholog oraz absolwent studiów z zakresu judaistyki i archeologii biblijnej, nauczyciel akademicki na sopockim Wydziale Uniwersytetu SWPS w Sopocie. Autor czterech książek i licznych artykułów poświęconych historii i teraźniejszości Jerozolimy. Ostatnio ukazała się drukiem jego powieść „Kwadrat jerozolimski”. Marcin Śląski — ur. w 1978 r.. Magister politologii i filologii angielskiej, nauczyciel historii, wiedzy o społeczeństwie i języka angielskiego z Warszawy. Johann Peter Wiebe - ur. w 1952 r. w rodzinie uchodźców z Żuław Malborskich. Dorastał w okolicach Oldenburga w północnych Niemczech, a następnie w Bechterdissen koło Bielefeld. Tutaj od 1957 r. pozostawał pod wpływem działającej prężnie gminy meno-nickiej. Po ukończeniu studiów technicznych pracował jako urzędowy rzeczoznawca ruchu ulicznego w Stowarzyszeniu Nadzoru Technicznego (TUV). Od 1988 r. regularnie odwiedza Polskę, nawiązując kontakty z dzisiejszymi mieszkańcami dawnych Prus Wschodnich i Zachodnich oraz współpracując z licznymi instytucjami kultury i pamięci. W 2004 r. był współzałożycielem Menonickiej Grupy Roboczej Polska (Mennonitische Arbeitskreis Polen). Od listopada 2015 r. pełni funkcję przewodniczącego tej organizacji. Noty o autorach 197 Radosław Wiśniewski - ur. 1974 r. Absolwent psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mieszka w Kiełczowie, pracuje we Wrocławiu., związany z Brzegiem. Pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor miedzy innymi: Inne Bluesy (2015), Psalm dla Św. Sabiny (2016), Dziennik Zenona Kałuży (2017). Współzałożyciel Stowarzyszenia Żywych Poetów w Brzegu, redaktor naczelny ex-kwartalnika „Red ”, współpracownik „Odry”, „Studium”, „Undergruntu”. Piotr Zawada - pasjonat historii, w szczególności epoki napoleońskiej. Z wykształcenia ekonomista, posiada też licencjat z historii. Od 2002 roku w polskim ruchu rekonstrukcyjnym doby epoki napoleońskiej - dowódca Pułku 12 Piechoty Księstwa Warszawskiego z Gdańska. Autor „Sojusznik czy wróg? Armia rosyjska w kampanii galicyjskiej 1809 roku” (2009) oraz „Victor za Bliichera. O marszałkach epoki napoleońskiej związanych z polskimi ziemiami” (2020). Paweł Zbierski — pochodzący z Gdańska scenarzysta i reżyser. Absolwent UJ i łódzkiej filmówki. Emigrant z Polski. Dyrektor artystyczny założonej w Paryżu firmy Fonta-ine Media. Wspólnie z Aleksandrą Fontaine wystawił w Teatrze w Perpignone w marcu 2018 francuskojęzyczną, kryminalną sztukę La file a la valise osnutą wokół wydarzeń związanych z atakiem terrorystycznym na redakcję satyrycznego pisma „Charlie Hebdo” . Od lipca 2018 współzałożyciel wybudowanej w Saint Laurent de Cerdans w Katalonii Galerii „Poray”. Krystian Zdziennicki - ur. w 1992 r. w Sztumie. Absolwent historii oraz prawa na UG. Członek zarządu Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej. Zajmuje się badaniami historycznymi Pomorza ze szczególnym uwzględnieniem Powiśla. Autor błoga: www.zie-miasztumska.blogspot.com O^^^n £warfy&/£a PROWINCJA Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl S^^^^ ^c^taw^a PROWINCJA Piotr Napiwodzki Powiślański szlak Wilhelma z Modeny i losy całkiem współczesnych osadników Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl S/Mbfeća ^^a^^a^^a PROWINCJA Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl