Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2021 roku” FOBOS ONE Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos One veji#śiizri I liiusii mblsow f«bii(zha im. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY CO-806 Gdańsk, ul. larg Rakowy 5/6 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 4(46) 2021 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Piotr Napiwodzki Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy Krzysztof Czyżewski, Paweł Zbierski, Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Adam Langowski, Krystian Zdziennicki Projekt okładki Mariusz Stawarski Str. III i IV - Prace plastyczne Rity Staszulonok Skład komputerowy i przygotowanie do druku Ewa Krefft-Bladoszewska Druk Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Vtydawca Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82—400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury oraz Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim. Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury - Sklep Tabularium Zakład fotograficzny Foto Mono II w Sztumie, Płac Wolności 19 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy: Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Czterdziesta Szósta „Prowincja”............................................5 Poezja Marzena Jaworska........................................................6 Katarzyna Kuroczka......................................................9 Adam Ochwanowski.......................................................12 Proza Michał Majewski — Wałęsa...............................................15 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy.......................................18 Maria Mendel — Siła miejsca wspólnego..................................23 Radosław Wiśniewski - Listy do Tymoteusza (7)..........................28 Na tropach historii Piotr Szczurowski - Wrota do krucjatowego podboju Prus, czyli o wielkiej bitwie nad Dzierzgonką.......................................33 Grażyna Nawrolska — Czy flasze pielgrzymie były atrybutem pątników elbląskich? ..,.38 Piotr Zawada — Dolne Powiśle i Żuławy w wieku XVII...........................42 Danuta Drywa - „Instytucja diabła” — szkoła NAPOLA w Sztumie.................50 Ryszard Rząd - Historie nie tylko malborskie (5).............................54 Wiesław Olszewski - Powstańcy listopadowi na Żuławach........................60 Radosław Kubuś — Niejasne początki kościoła ewangelickiego w Nowym Dworze Gdańskim......................................................................66 Beata Grudziecka — Stalag XX B - historia nieopowiedziana....................72 Patryk Pawłowski - „Powracamy po swoich”.....................................79 Wędrówki po prowincji Radosław Biskup — Miłoradzkie wspomnienia Wincentego Zgliczyńskiego (1913—1993): pedagoga, aktora i poety. Cz.2................................82 Sylwia Kaszuba - Autochtonka z Miłoradza.....................................95 Mariola Mika - Przeszłość dla przyszłości. 30 lat Klubu Nowodworskiego......104 Bartosz Marguardt — O kolei w Cieszymowie i ucieczce mieszkańców Teschendorf przed Armią Radziecką w 1945 roku.....................................117 Andrzej Kasperek — Sen o Nowym Dworze.......................................123 Adam Langowski - Popołudnie z Jujką.........................................129 Janusz Ryszkowski - Zeszłego lata w Marienhauzie............................136 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski - Notatki słów i obrazów (17)...........................144 Paweł Zbierski - Dziennik kataloński (14)...................................154 Marek Suchar — Nazaret......................................................171 Piotr Opacian — Nowy Świat — wcale nie taki nowy?...........................183 Muzyka Wacław Bielecki — Notki melomana w czasie pandemii (4) Muzyka z sieci i sal koncertowych....................................................190 Piotr Podlewski - Opowieść - Byzantine Mosaic Suitę...................202 Galeria Prowincji Leszek Sarnowski — „Dziennik Żuławski” Rity Staszulonok.....................206 Czego ci matka nie powie... Paulina Hoppe-Gołębiewska — Na jesieni zaczyna się życie, czyli spowiedź rodzica Sztumem okraszona.............................................208 Recenzje Andrzej Lubiński - Wystawa czasowa z komentarzem............................212 Leszek Sarnowski — Oberland. Jest czy nie ma?...............................214 Piotr Napiwodzki — O Sztumie i okolicach — lokalnie, a przecież uniwersalnie....216 Noty o autorach.............................................................218 CZTERDZIESTA SZÓSTA „PROWINCJA” Mało słońca, coraz zimniej. Pada lub wieje. Twardziele morsują, a większość szuka schronienia pod coraz cieplejszymi kocami, kołdrami, z rozgrzewającą herbatką lub nalewką w ręku. Nic, tylko idzie zima, a Kwiat Jabłoni śpiewa: „ktoś pogasił wszystkie światła/świat się ugiął od zamieci”. Jaka ta zima będzie? Wymrozi zarazki, przykryje ulice, nastroi Wigilię, radość maluchom przyniesie? A może, jak zwykle, byle jaka i szaro-bura. Mamy receptę. Kolejny numer kwartalnika Prowincja, do czytania, refleksji, zadumy, wspominania. W dziale poezji goście z różnych stron Polski — Marzena Jaworska, Katarzyna Kuroczka i Adam Ochwanowski, a w prozie kolejne opowiadanie Michała Majewskiego. Andrzej C. Leszczyński w swoich „Okruchach”, tym razem o pomaganiu, dawniej zwanym filantropią czy dobroczynnością, z której niewiele już zostało, bo, jak pisze filozof, „etatyzacja i komercjalizacja pomocy gubi cechy pierwotne, takie jak odruch serca, spontaniczność działań, poczucie solidarności, bezinteresowność”. Ważna refleksja, nie tylko na zimę. Pani profesor Maria Mendel o sile miejsc wspólnych - podwórek, osiedli czyli sąsiedztwa, a Radosław Wiśniewski rozmawia z synem o człowieczeństwie, empatii, szacunku dla drugiego człowieka. Piotr Szczurowski o krucjacie przeciwko Prusom i bitwie nad Dzierzgonką, Grażyna Na-wrolska wraca do tematu średniowiecznych pielgrzymek. Piotr Zawada wędruje po Powiślu i Żuławach śladem francuskiego dyplomaty w czasie wojen szwedzkich, Wiesław Olszewski kontynuuje wątek powstańców listopadowych na Żuławach. Radosław Kubuś o początkach kościoła ewangelickiego w Nowym Dworze Gdańskim, Beata Grudziecka o losach jeńców Stalagu XX B w Malborku, a Sylwia Kaszuba kreśli sylwetkę autochtonki z Miłoradza. Danuta Drywa przypomina nazistowską szkołę NAROLA w Sztumie, a Patryk Olszewski nadal szuka grobu jednego z „wyklętych” — „Żelaznego”. Janusz Ryszkowski śladami bohatera swojej opowieści Antoniego Donimirskiego dociera do dawnych Inflant, a nawet do Moskwy. Radosław Biskup kontynuuje miłoradzkie wspomnienia Wincentego Zgliczyńskiego, a Mariola Mika rocznicowo przypomina dzieje Klubu Nowodworskiego. Bartosz Marguardt po raz kolejny zaprasza do Cieszymowa, a Andrzej Kasperek śni o Nowym Dworze Gdańskim. Adam Langowski przypomina postać satyryka Zbigniewa Jujki. W kolejnych odsłonach swoich opowieści nasi przyjaciele - Krzysztof Czyżewski z Sejn, Paweł Zbierski z Katalonii, Marek Suchar, przedświątecznie, z Nazaretu, a Piotr Opacian z Ameryki Południowej. W nowym cyklu „Czego ci matka nie powie...” debiutuje na naszych łamach Paulina Hoppe-Gołębiewska. O muzycznych klimatach Wacław Bielecki i Piotr Podlewski. Na okładce jak zwykle nasz mistrz Mariusz Stawarski, a gościnnie publikujemy prace plastyczne białoruskiej artystki Rity Staszulonok, zafascynowanej Żuławami. Na świąteczny czas i nadchodzący rok życzymy Państwu dużo dobrych emocji, empatii, wzajemnego szacunku, otwarcia na innych, tolerancji. Zachęcamy do szczepienia się, byśmy w zdrowiu mogli spotykać się w lepszych czasach. Dbajcie o siebie i zaczytujcie się w naszym kwartalniku. Przetrwamy. Jłedakga „Prou^tntyi” Poezja Marzena Jaworska PUŁKOWA Ulica, na której wyrósł mój blok i ukorzenił siermiężny trzepak po latach prowadzi mnie gładko do dni gdy byłam najlepsza w skok-wyskok, na cienkim warkoczu nosiłam nylonowe kokardy. To wtedy matka jedyny raz przyniosła mi na plac zabaw udko z ziemniakami bez surówki za to talerzu z ruską bajką. Do wieczora miałam siłę ganiać się z chłopakami po najwyższych drzewach. I nie wiem dlaczego akurat dziś, nie jestem w stanie uciec od wspomnień o tym kurczaku bez jednej nogi. Poezja 7 AKT Rozpatrzmy tę scenę w kategorii absurdu: głowa nieznanego bliżej oseska skacze w takt sunących po nierównym chodniku kół. Moja ręka, drżąca i sztywna, zupełnie nieprzygotowana do uchwycenia tej ulotnej chwili. Zgubiony wątek zapisany w końcu na paginie artykułu o serialowej aktorce stanie się z czasem kontekstem jej kolejnych życiowych perypetii. Są tacy, którzy los odmieniają przez przypadki, a ja ze wszystkich rzeczy najbardziej pragnę być dobrej myśli albo po prostu być FANDANGO To małe nic, piłeczka do ping-ponga, która odbija się od moich dłoni gorących ze złości. Po rozmowie z tobą słowa nie kleją się już tak jak powinny, a za górami i morzami rośnie las z przeznaczeniem na wieloksiąg. Jutro zacznę od porannej kawy i mdłości związanych z pracą, do narzekania są jeszcze dzieci ewentualnie źle pojmowana wolność. Swobodnym krokiem nadchodzi czas pojednania ze sobą, wiary w eugenikę i poczucia się lepszym Możemy tak jeszcze długo od siebie do siebie zadawać rany kastanietem, w okolicach albo w rytmie serca. 8 Poezja MIMESIS Są sytuacje, które zapamiętuję bez żadnych metafor: stary człowiek w pomarszczonym płaszczu, dziecko z kolanem poranionym przez jesień, rzeczy nazwane po imieniu i traktowane bezosobowo Są dni, w których nie pozostaje nic innego jak wyjść przed stary spróchniały szałas i głosić may day w środku zimy licząc, że niebo pojawi się jutro choć do tej pory było nieobecne Są godziny, w których zmysły potrafią odchodzić jak spolegliwe niegdyś żony kiedy dosłownym milczeniem docieramy do uszu swoich naśladowców szepcząc: poćiobnie jak inni i^ź^ po twojej myśli NOKTURN Mąż kazał wracać do łóżka i śnić o poważnych sprawach, podczas gdy ażurowe serwetki nieudolnie ukazywały sens nienapisanych jeszcze wersów. Kolejna noc toczyła się własnym torem, śliska lamperia chłodziła czoło i chroniła myśli przed ucieczką donikąd. Była też druga możliwość przykładania głowy do poduszki, regulowania oddechu, wchodzenia w odmienne stany świadomości. W sypialni na ścianie wisiał księżyc w za dużym formacie, poskładany z miliona pikseli. Ot, taka domowa iluminacja, z którą obchodziliśmy się jak z jajkiem, która słońcu nie dawała żadnych szans. Poezja 9 Katarzyna Kuroczka SAMOTNOŚĆ Tylko jednego się obaioiam, że nie o każę się godny swojego cierpienia (E Dostojewski) Yiktorowi E. Franklowi nie ściągniesz rozwiązania i nikt nie podpowie ci jak żyć; ten egzamin zdajesz na własny rachunek bo nie ma we wszechświecie drugiego takiego zestawu zadań; jesteś niepowtarzalny weź zatem na siebie własne cierpienie i nie próbuj szukać ulgi u kogokolwiek; nie dąż do zmiany niewygodnej pozycji; bo nie liczy się to czego ty chcesz; ale czego życie oczekuje od ciebie; w końcu nie twoja egzystencja stworzyła byt i nie twoja śmierć zatrzyma puls kosmosu 10 Poezja CZERWONE KRZESEŁKO w dzieciństwie widziałaś w nim wysoką kolumnę podobną do efeskiej bryły, mającej siłę udźwignąć mit o bogini z kołczanem, która pomaga rodzącym, potem zmalało do rozmiarów kozła dla skazanych za nieszlachetną krew i czarne włosy. jednak żadna siła nie odarła z niego czerwonej farby, która przebija z każdego wspomnienia chwili, gdy kazano ci przy nim stanąć, by rytuałowi pokoleń stało się zadość, bo nie ma ucieczki od błędów przeszłości i wnuczki ssą piersi swych prababek, a córki rodzą matki odkąd w dna wplótł się wąż. LEPIEJ BYŁOBY DLA CIEBIE KOCHAĆ WŁASNE OGRANICZENIA o, biedny prometeuszu, chciałeś zapłonąć boskim ogniem doskonałości, a potrzeba było mało albo tylko jednego, wystarczył codzienny chleb dzielony pomiędzy domowników i przybyszy, dobre słowo zamiast klątwy, którą wyciska zazwyczaj wróg, trzeba było uśmiechu do siebie samego, gdy miało się ochotę stłuc lustro tak błyszczące w oczach żony. o, prometeuszu, cierpisz nie za miliony, lecz toczy cię robak wyrzutów sumienia, że daleko ci do doskonałości, której trzeba było nie kosztować wcale, lepiej byłoby dla ciebie być sobą i kochać własne ograniczenia, a doszedłbyś w spokoju do boskich progów, o, biedny. Poezja 11 TRAKTAT O KAMIENIU z daleka i kamień przypomina ptaka żadne skrzydła go jednak nie uniosą co najwyżej zaciśnięta pięść lub but który widzi tylko własny czubek z perspektywy nawet porzucona maska przyjmuje pod drzewem kształt pióra zgubionego w locie lub podczas podniebnej bójki o byt nie ufaj więc nazbyt przeczuciom ani pewności swojej nie daj się zgubić raczej wątp w to co widzisz i słyszysz bo nie wiesz co przyjdzie na ciebie tej nocy 12 Poezja Adam Ochwanowski’ VI 6 grudnia. Śnieg topnieje Ja trochę pije. Paweł pości Wdzięczy się smutek do radości A matka głupich rżnie nadzieję Świt zanim wstanie nic nie powie Bo noc, zbyt duszna, szans nie daje Kiedy prostują się rozstaje I pustka w rozpalonej głowie Gdy do ciemności lgną latarnie Gubimy linie papilarne XI 13 grudnia, wieczór ciepły Ja piszę wiersz a Paweł płacze Bo wszystko miało być inaczej A stan wojenny jest przewlekły Paweł się pyta, czy wyjdziemy Z honorem z codziennego chlewa Gdy wolność coraz cieniej śpiewa I czy zgubiony ślad znajdziemy Gdy dzieci przestawiają klocki Zdążą doczekać dobranocki Wiersze Adama Ochwanowskiego z tomu „Wieczory z Pawłem K.”, Pińczów 2021. Poezja 13 XII 14 grudnia. Mróz powrócił Piszemy razem. Malujemy Może się wreszcie odnajdziemy Gdy świat się sam ze sobą kłóci Żur gotujemy zabielany Puszczamy Brela na przystawkę Traktuje wolność jak zabawkę Prezydent w sobie zakochany Czwórkami idą wszyscy święci Bo to żołnierze są wyklęci XV Dzisiaj Wigilia. Mróz siarczysty Paweł maluje a ja piszę Na czarno — białą wkładam kliszę Wysłane na Berdyczów listy Sypnęło śniegiem w ślepia wilcze Paweł gruntuje myśl na płótnie Mnie wabią słowa bałamutnie Paweł chce gadać a ja milczę Bo w moim wnętrzu płaczą dzieje Niewiary. Chociaż moc truchleje XVI Dzisiaj Sylwester. Trochę mrozu Ja piszę. Paweł — bez polotu Bo coraz więcej w nim turkotu Małego i dużego wozu Gdy modne ciuchy fałsz ubiera Trudno pogodzić dupę z batem A skrawek ziemi jest wszechświatem Gdy smutek prosto w serce strzela Choć nie pasuje krok do kroku Czas mościć gniazda w Nowym Roku 14 Poezja XVII Wreszcie Trzech Króli. Ciepło, ciepło... Nie malujemy. Nie piszemy Czekamy. Może okrzepniemy Choć niebo się zamienia w piekło Trzech Mędrców niesie trzy mamidła Gwiazda ich wiedzie polną drogą Przeto dogadać się nie mogą Bo mądrość im podcina skrzydła Wilki i pasterze, biedne owce Prowadzą orszak na manowce Proza Michał Majewski WAŁĘSA W połowie sierpnia 1980 roku na Morzu Filipińskim jest bardzo spokojnie. Płyniemy z prędkością prawie maksymalną i już wiadomo, że pojutrze w nocy będziemy mogli wejść do portu w Jokohamie. Pozostaje więc spokojnie czekać na możliwość rozprostowania nóg, czekać radośnie, czemu sprzyja ładna pogoda. Tak jednak się nie da, bo od kilku dni wszyscy obserwujemy dziwne, niepokojące rzeczy. Gdynia Radio przestało przysyłać Głos Marynarza, a Radia Wolna Europa nie słychać nawet u radiego'. Czasami niektórym udaje się przechwycić kilka słów z Głosu Ameryki, ale to tylko strzępki są, z których wynika, że w kraju dzieje się coś niedobrego. Wszyscy jak jeden mąż, od kapitana po marynarza, kręcą się po m/s Korzeniowskim w strasznym napięciu. Każdy się martwi, a niektórzy nieświadomie podsycają nerwową atmosferę, wymyślając przeróżne teorie, nawet spiskowe. Tak więc czekamy niespokojnie, z niecierpliwością na Jokohamę, w której być może pojawią się jakieś rzetelne wieści. Czasu, co oczywiste, w żaden sposób nie da się przyspieszyć, można jednak go sensownie wypełnić, żeby przynajmniej ograniczyć ból czekania i narastający niepokój. Drugi mechanik, z którym jestem na wachcie jako asystent, wynajduje więc przeróżne roboty, na siłę wręcz, żeby tylko czymś zająć siebie i mnie, żebyśmy nie mieli czasu na myślenie o tym, co się dzieje w domu. Gorzej jest po pracy, ale z doświadczenia już wiemy, że dobrze jest przebywać w grupie, choćby w kameralnym gronie, żeby tylko mieć towarzystwo, nawet w trakcie usilnych prób złapania czegokolwiek za pomocą kręcenia gałkami radioodbiornika. To bardzo ważne, bo to dodawanie sobie nawzajem otuchy, wspieranie się dobrym albo mądrym słowem, albo słowem rozweselającym, także podczas wieczornego picia piwa, które ułatwia zasypianie. Jak przewidziano, do Jokohamy wchodzimy w nocy, pod koniec naszej wachty. Po zakończonych manewrach wychodzimy na pokład, żeby zerknąć na miejsce, w którym nas przywiązali. Stoimy przy obszernym placu z kontenerami, w oddali widać potężne magazyny, ponad których dachami, po drugiej stronie pirsu, górują nadbudówki wielkiego statku, prawdopodobnie rorowca^. Wdychamy głęboko powietrze, żeby poczuć zapach Japonii. — A więc, panie as, mam propozycję — mówi drugi mechanik Kazik. — Spokojnie weźmy teraz prysznic, a potem przejdźmy się chociaż tu, po porcie, żeby popatrzeć i rozprostować gnaty. * U radiego — czyli u radiooficera. Korowiec — statek typu Ro-Ro, czyli przystosowany do przewozu ładunków tocznych i wszelkiego rodzaju pojazdów. 16 Michał Majewski — Jasne, dobra myśl — odpowiadam uradowany. Też miałem taki zamiar, ale nie byłem pewien, czy znajdę towarzystwo. Schodzimy po trapie na asfaltowe podłoże. Nareszcie spacer z normalnym gruntem pod stopami. Nawet nie oglądamy się na nasz statek, popatrzymy na niego z drogi powrotnej. Teraz kierujemy się na drugą stronę pirsu, gdzie chcemy zerknąć na dziwo, które tam stoi. Omijamy budynki magazynów i z daleka widzimy, że to faktycznie ro-rowiec, a może nawet typu con-ro, bo widać, że w części dziobowej ma na pokładzie kontenery. Ukośna rampa rufowa leży na kei, ale nic się nie dzieje. Widocznie jest przerwa w rozładunku. Podchodzimy bliżej, żeby odczytać nazwę i stwierdzamy, że to statek norweskiego armatora. Oglądamy z podziwem i delikatną zazdrością, chociaż nie mamy się czego wstydzić — nasz semikontenerowiec m/s Józef Conrad Korzeniowski też jest niczego sobie. Zza pleców dochodzą do nas czyjeś głosy. Odwracamy się i ze zdumieniem widzimy gromadę dokerów. Siedzą pod ścianą magazynu i jedzą kanapki. Mają przerwę na posiłek, stąd taka cisza w porcie. Coś do nas wołają łamaną angielszczyzną. Podchodzimy bliżej, żeby dobrze usłyszeć. — Z tamtego statku jesteście? — pytają, machając w kierunku naszej strony pirsu. — Tak — odpowiadamy. — Przed chwilą zacumowaliśmy. — Piękny statek! A skąd jesteście? — Z Polski! — odpowiadamy i podchodzimy jeszcze bliżej. — A... Polska! — wołają dokerzy i wyraźnie się ożywiają, wszyscy sympatycznie uśmiechnięci. — Poland! Bravo! Good strike! Good Wałęsa! Wracamy dookoła magazynu, za jakiś czas już z widokiem na nasz piękny statek. Wracamy i trochę lżej nam jest na sercu. Usłyszeliśmy good strike i good Wałęsa! To miłe i budujące, i znaczy, że jest good, czyli nie może być źle w kraju. Ciekawe tylko, co to za koleś ten Wałęsa? Nigdy o takim nie słyszeliśmy. W drodze powrotnej do Hongkongu pogoda już nam nie sprzyja. Podobno nawet uciekamy przed okiem tajfunu. Jednak nastroje wśród załogi zdecydowanie się poprawiły. Wszystko już wiemy, co się w kraju dzieje. To znaczy, wiemy o strajkach, o Solidarności, a nawet o skandalu z radiem Gdynia Radio, które przestało nas informować, i o tym, że ktoś za to beknie. Jeden z marynarzy zaczął nawet zakładać komórkę Solidarności na statku. Zrobił listę i zbiera podpisy chętnych. Bez wahania składam swój autograf, a także wielu innych, mimo że gania za nami sekretarz OOP\ ostrzega nas, straszy, a nawet grozi, twierdząc, że wciąż do końca w niczym nie mamy pewności. Jasne... Pewności nie mamy, ale mamy gdzieś sekretarza OOP i pijąc piwo w kabinie drugiego mechanika Kazika, robimy sobie z niego kpiny. Kazik jednak w pewnej chwili poważnieje i mówi: — Panowie, prawdę mówiąc... — przerywa na moment, sprawdzając, czy wszyscy słuchamy. — Prawdę mówiąc, jesteśmy bohaterami. — O... Coś takiego! — Trzeci mechanik próbuje robić sobie z tego śmichy. — No tak, zastanów się — drugi nadal mówi całkiem serio. — Przecież rzeczywiście nic na sto procent nie wiemy. Nie mamy pojęcia, czy na przykład w kraju nas natychmiast ’ OOP — Okrętowa Organizacja Partyjna PZPR (Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej). WaJesa 17 Z PLO'* nie wypierdolą. Absolutnie nie możemy się czuć bezpieczni. Podpisując tę listę, stanęliśmy po określonej stronie. Ryzykujemy i walczymy. Uważam, że nasz heroizm w niczym nie jest mniejszy od heroizmu tych, którzy teraz gdzieś tam śpią na styropianie. Wszyscy milkną i w kabinie Kazika słychać tylko, jak za otwartym oknem gada lekko wzburzone morze. Kadłub statku delikatnie kiwa się na boki, gnając teraz, jak to mówią, z górki, czyli do domu. Dopijamy piwo i każdy idzie do swojej koi, dalej tłuc się już tylko z własnymi myślami. * PLO — Polskie Linie Oceaniczne. PROWINCJA Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY POMAGACZ Pani K., moja dawna magistrantka, później dyrektorka jednej z gdańskich poradni psychologicznych, poprosiła mnie o wygłoszenie okolicznościowej mowy związanej z dwudziestoleciem swej placówki (uroczystość odbywała się w Wielkiej Sali Rady Miasta, dawnego KSW Żak). Z załączonych materiałów i poprzedzających me wystąpienie prezentacji dowiedziałem się o niebywałym rozwoju poradni. Pracownicy mieli do dyspozycji samochód, sporo nowych komputerów, etatów, pomieszczeń, wyraźnie wzrosła też ilość zgłaszających się i korzystających z porad pacjentów, zwanych też klientami. Trochę zirytowały mnie zadowolone miny prezenterów i samej dyrektorki, więc stanąwszy za mównicą zauważyłem, że właściwą miarą sukcesu takiej placówki byłoby doprowadzenie do sytuacji, w której stałaby się niepotrzebna, bo dotychczasowi klienci zaczęli radzić sobie sami. Kilkoro spośród słuchaczy zareagowało na te słowa złośliwymi, niepozbawionymi satysfakcji uśmieszkami. Większość osób nie ukrywała swej niechęci. Była wśród nich pani K., która dziękując ani przez moment nie spojrzała mi w oczy. Mówiąc o dwuznacznościach związanych z kwitnącym stanem instytucji pomocowych nawiązywałem do znanej książki Johna Holta „Escape from Childhood” (Ucieczka z [może raczej: od] dzieciństwa), do XII rozdziału zatytułowanego „On help and »helpers»” (O pomocy i „pomagaczach”’). Oto co Holt pisze o pomagaczu, zwanym bardziej neutralnie specjalistą od pomagania (tłum. Andrzej Jakubowski): „Ważne jest, byśmy zdali sobie sprawę z tego, że idea pomagania została wykoślawiona i przybrała postać niszczącego wyzysku, że ludzki odruch niesienia pomocy przerodził się w towar na rynku, przemysł i wreszcie monopol. Martwią mnie ludzie, którzy — jakkolwiek zazwyczaj nikt ich o to nie prosi — chcą pracą swego życia uczynić pomaganie innym i opiekę nad nimi [...]. Człowiek, który pracą swego życia uczynił pomaganie innym, nieodzownie potrzebuje ludzi, którym jego pomoc będzie potrzebna. Pomagacz żyje dzięki bezradności i wytwarza bezradność, jaka jest mu potrzebna. Zło zawodów polegających na pomaganiu, jak nauczanie, psychiatria i praca społeczna leży w tym, że z reguły przyciągają one ludzi, którzy chcą być Bogiem [...]. Można być Bogiem tylko, jeśli zrobi się z innych ludzi swych poddanych [...]. W kółko i wciąż powtarza się następujący cykl: na początku pomagacz mówi komuś: *Po-zwól, że zrobię to za ciebie, lepiej się znam na tym, zrobię to lepiej«; wkrótce zaczyna mówić: ' Pomagacz przypomina Matkę Boską Nieustającej Pomocy, stwierdził jeden ze studentów, gdy omawialiśmy książkę Holta. — A mnie nie przypomina, zaoponowała siedząca obok dziewczyna. Matka Boska Nieustającej Pomocy nie narzuca się, to ludzie zanoszą do niej modły i błagania o pomoc, która wcale nie jest nieustająca, lecz sporadyczna i jak gdyby niechętna. Okruchy 19 *Nie rób tego, sam nie potrafisz*; wreszcie powiada: *Nie pozwolę ci nawet spróbować zrobić to samodzielnie — coś ci nie pójdzie i wyrządzisz krzywdę sobie albo komuś*. Jeśli ta druga osoba odrzuci pomoc, to najpierw będzie to traktowane jako niewdzięczność albo głupota; wkrótce będzie to grzech i zbrodnia”. Pomoc, jeśli ma być wolna od powyższych zawłaszczeń, winna spełniać kilka warunków. Powinna być, po pierwsze, przywołana przez tego, kto jej potrzebuje. Po drugie, osoba przywołująca winna określać zakres pomocy. Po trzecie, przywołujący winien określać czas jej trwania. Niespełnienie któregokolwiek z tych warunków oznacza, że to, co nazywa się pomaganiem, fKJzostaje w istocie zawłaszczeniem. O zawłaszczeniu przez małżonkę wspominał znajomy architekt. Na drugim roku studiów poprosił o pomoc koleżankę z roku, określił zakres pomocy (rysunek), jednak koleżanka przekroczyła zarówno ów zakres, jak i czas. Ugotowała mu zupę i nie opuściła jego mieszkania, więc wyrzuca jej od czasu do czasu, gdy nie ma w pobliżu dzieci, że miał być tylko rysunek. Pomagacz pod pozorami altruizmu zaspokaja swoje własne potrzeby. Zyskuje satysfakcję psychiczną — podniesienie samooceny, odczucie wdzięczności wspomaganych, uniknięcie samotności i poczucia bezcelowości istnienia, uznanie środowiskowe. Także satysfakcję finansową: cennik porad prywatnych, etat w placówce publicznej. John Hołt wspomina o psychiatrach i pracownikach społecznych; dodałbym do tego prawników, którzy czerpią korzyści z bezradności wobec zagmatwanej jurysdykcji, a także kapłanów. Podczas filozoficznych dywagacji z zaprzyjaźnionym księdzem zapytałem go, co by było, gdyby ludzie przestali grzeszyć. Milczał dość długo, wreszcie powiedział, żebym przestał go straszyć, po czym wyciągnął drugą butelkę mszalnego cribari. To samo tyczy polityków, o czym — w odniesieniu do działaczy lewicowych — z jadowitą satysfakcją pisze Marek Przychodzeń („Teka XXV Klubu Jagiellońskiego”): „[...] ludzie ci nie pomagają biednym, oni z nich żyją. Żyją z pisania o biedzie, konferowania o biedzie, zakładania instytucji i wdrażania programów walki z biedą, wygrywania wyborów w imieniu biednych i wykluczonych. Czują się potrzebni i zawsze są po »właściwej stronie*. [...] Dobry lewicowiec zawsze będzie współczuł na odległość abstrakcyjnemu robotnikowi, bo ten konkretny będzie mu zwyczajnie śmierdział”. PROBLEMY, PYTANIA Instytucje i organizacje pomocowe udzielają wsparcia w skali wykraczającej poza możliwości poszczególnych osób. Zarazem jednak wykorzystują (marnotrawią?) środki na cele pozamerytoryczne — biura, kadry, synekury. Przedstawiciele wielu afrykańskich i azjatyckich państw i miast od dawna mówią i piszą o pracownikach zachodnich agencji humanitarnych, którzy większość posiadanych funduszy przeznaczają na luksusowe rezydencje i samochody. O tym, jak powszechny jest mechanizm zarabiania na cudzych nieszczęściach, pisze Naomi Klein w książce pt. „Doktryna szoku. Jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne” (2007). Etatyzacja i komercjalizacja pomocy gubi cechy pierwotne, takie jak odruch serca, spontaniczność działań, poczucie solidarności, bezinteresowność. Instytucjonalne „za-pośredniczenie” pomocy oznacza, że satysfakcja instytucji pomagającej nie pokrywa się 20 Andrzej C. Leszczyński Z satysfakcją otrzymującego pomoc. Sprzyja też tworzeniu się „teatru dobroczynności” — działalności na pokaz, budowaniu wizerunku firmy (sponsorzy!), czyli kierowaniu się powszechnymi regułami rynkowymi. Niepokój może też budzić - uchodzący w oczach pracowników za zaletę - profesjonalizm pomagania. Rzeczowość, biegłość warsztatowa idzie w parze z oschłością i brakiem empatii („serca”). Pomoc jest formą filantropii, czyli dobroczynności; greckie (piXav0pco7ria oznacza ludzkie uczucie, życzliwość, a tpiXdv0pO7Eoę (tpiZia, av0pco7toQ to ten, kto miłuje człowieka (łudzi). Dziwnie brzmi pytanie: czy można profesjonalnie kochać łudzi? Anna Dymna zawodowo realizuje się na scenie, lecz nie w pracy charytatywnej: „Może moje podejście jest nieprofesjonalne, ale do drugiego człowieka trzeba się zbliżać nieprofesjonalnie, bo nadmierny profesjonalizm może zabić człowieczeństwo”. Jeszcze innym problemem jest ryzyko resentymentu wobec osoby pomagającej, czyli urazy, niechęci związanej z odczuciem naruszonej godności. Resentyment karmi się iluzjami i nie pozwala dostrzec oraz uznać własnej ograniczoności. Zwracał na to uwagę terapeuta Marek Liciński: „[...] szczególnie dotkliwym skutkiem ubocznym pomagania jest to, że bywa ono dla korzystającego z pomocy upokarzające. Konieczność przyjmowania pomocy oznacza, że jest się słabym, niesamodzielnym, zależnym od innych. To powoduje zazwyczaj bardzo przykrą skośność relacji, bo pomagający bardzo często daje sobie prawo, żeby w dobrej wierze decydować o czyimś życiu”. O czymś podobnym, w odniesieniu do Azjatów, pisał w „Odrze” Wojciech Giełżyński: „Ten, kto daje, ma satysfakcję, bo wywyższa się ponad tego, co b i e r z e; obdarowany czuje się gorszym i upokorzonym, »traci twarz«, co dla wielu jest straszniejsze niż utrata życia. Podobna postawa nie jest całkiem obca Europejczykom. Zaraz po wyzwoleniu Paryża, zanim jeszcze zaczął działać plan Marshalla, Ernest Hemingway zapytał tamtejszego taksówkarza: »Czemu wy nas tak nienawidzicie?*. Usłyszał: »Bo wy nam dajecie pieniądze* ”. Do resentymentu odnosi się znana wypowiedź Karla Krausa: „Prędzej wybaczy ci ktoś podłość, której się wobec ciebie dopuścił, niż dobrodziejstwo, którego od ciebie doznał”. Jerzy Nowosielski w jednej z rozmów wyraża zrozumienie dla zranionej dumy przyjmującego wsparcie: „[...] gdybym komuś znajdującemu się w ciężkiej sytuacji materialnej zaproponował finansowe wsparcie, mógłby się poczuć tym upokorzony. A gdybym z nim porozmawiał, okazał mu przyjaźń, być może okazałoby się, że jest to dla tego człowieka o wiele ważniejsze niż doraźna pomoc finansowa. Taką postawę nazwałbym etyczno-estetyczną”. PRAWICA, LEWICA, CHRZEŚCIJAŃSTWO Prawicowość kojarzona jest zazwyczaj z gospodarką kapitalistyczną, kierującą się prawami rynku i dążeniem do zysku. Mało kto neguje dziś fakt, że kapitalizm pomnażając zysk indywidualny osłabia więzi międzyludzkie i że generuje nastawienia egoistyczne kosztem solidarystycznych. Dążenie do bogactwa wiąże się z konfrontacją dwóch stanów psychicznych: chciwości bogacza i zawiści^ biednego. Zanika cecha zwana potocznie dobrocią, widoczna u ludzi wrażliwych (reagujących na bodźce), współodczuwających i skupionych Zawiści, nie zazdrości. Zazdrośnik chciałby dorównać bogaczowi, zawistnik życzy mu, by wszystko utracił. Odróżniali te pojęcia Grecy (^fjloę, (p6óvoę). Zazdrość może być impulsem aktywizującym, ukierunkowującym (konkurencja), zawiść to bezinteresowna i irracjonalna chęć niszczenia cudzej pomyślności (rywalizacja). Okruchy 21 na innym (dX,Xoę), nie tylko na sobie (sycb). Słychać więc, że dla prawicowca pomoc jest kaprysem ofiarodawcy i ogranicza się do karnawałowego współczucia („zarabiają miliardy i okazjonalnie zrzucają okruchy z pańskiego stołu”). Jeśli uznać niesienie pomocy jako wyraz nastawienia lewicowego, to z zastrzeżeniem, że nie chodzi o lewicę definiowaną politycznie, lecz - zgodnie z genezą (Francja po rewolucji, posiedzenie Zgromadzenia Narodowego 1789 r., duchowieństwo i arystokracja siadają po prawej stronie sali, wołający o sprawiedliwość lud po lewej stronie^) — moralnie. Do tak rozumianej lewicowości przyznawali się w Polsce m.in. Cyprian Kamil Norwid, Stefan Żeromski, Ludwik Krzywicki, Stanisław Brzozowski, Edward Abramowski, Janusz Korczak, Jan Władysław Dawid, Wacław Nałkowski, Józef Tischner, Gustaw Herling-Grudziński, Czesław Miłosz, Andrzej Gwiazda, Lech Kaczyński. Chrześcijańską aksjologię wyraża zbliżona do myśli lewicowej teologia dobra wspólnego. Chciwość pojmowana jest jako bałwochwalstwo. Jezus przyszedł na świat jako ubogi i jest Mesjaszem ubogich, o czym świadczyć mogą poniższe passusy: „Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże” (Łk 6, 20). „Biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą” (Łk 6, 24—26). „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego” (Łk 6, 23—24). „A ci, którzy chcą się bogacić, wpadają w pokusę i w zasadzkę oraz w liczne nierozumne i szkodliwe pożądanie. One to pogrążają łudzi w zgubę i zatracenie. Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy” (1 Tm 6, 9—10). Celem życia w chrześcijaństwie — pisał w encyklice „Rerum Novarum” Leon XIII (zyskując sobie miano papieża robotników) - jest realizowanie zasady dobra wspólnego. To „pierwsze i ostatnie po Bogu prawo w społeczeństwie”. W tekstach i wystąpieniach Jana Pawła II — zwłaszcza w encyklikach „Laborem exercens” i „Sollicitudo rei socialis” - można znaleźć zdania mówiące o moralnej, związanej z pojmowaniem pracy, akceptacji myśli socjalistycznej - i odrzuceniu jej antropologii, pojmowania człowieka. Jest tam też, e converso, zawarta krytyka kapitalistycznej gospodarki z równoczesnym uznaniem antropologicznego, odwołującego się do pojęcia osoby (persona) liberalizmu. „[...] pozostaje nie do przyjęcia stanowisko »sztywnego« kapitalizmu, który broni wyłącznego prawa własności prywatnej środków produkcji jako nienaruszalnego »dogmatu« w życiu ekonomicznym”. Kapitalizm to system, w którym „człowiek zostaje potraktowany jako narzędzie produkcji”, a nie jako sprawczy podmiot. A w innym miejscu („La Stampa”): „Są »ziarna prawdy« nawet w programie socjalistycznym. [...] W komunizmie była troska o sferę społeczną, podczas gdy kapitalizm jest raczej indywidualistyczny. Zwolennicy kapitalizmu za wszelką cenę i w jakiejkolwiek postaci zapominają o rzeczach dobrych zrealizowanych przez komunistów: walce z bezrobociem, trosce o ubogich”. W rozmowie z Jasiem Gawrońskim („Przekroczyć próg nadziei”) wypowiada myśl, przynajmniej dla konserwatystów, obrazoburczą: „To, co nazywamy komunizmem, ma swoją historię. Jest to historia sprzeciwu wobec ludzkiej niesprawiedliwości, co przypomnia- Władysław Kopaliński wspomina („Słownik mitów i tradycji kultury”) o podobnym, wcześniejszym o kilkadziesiąt lat, usadowieniu parlamentarzystów brytyjskich. Przywołuje też cytat z szekspirowskiego „Koriolana”, gdzie konserwatywny patrycjusz Meneniusz zwraca się do dwóch radykałów, Sycyniusza i Brutusa, z pytaniem: „Czy wiecie, co o was mówią, tu w mieście, ludzie z prawego rzędu?”. 22 Andrzej C. Leszczyński łem W encyklice »Laborem exercens«. Sprzeciwu wielkiego świata ludzi pracy. Sprzeciwu, który stał się ideologią. Ale i sprzeciwu, który stał się też częścią Magisterium Kościoła”. Powyższe opinie niekoniecznie szły w parze z decyzjami watykańskiego Urzędu. Myślę o południowoamerykańskiej teologii wyzwolenia, kontynuującej franciszkańskie idee z przełomu XIII i XIV wieku. Została potępiona przez Kongregację Nauki Wiary („Instrukcja o niektórych aspektach teologii wyzwolenia”, 1984) za zaangażowanie polityczne i posługiwanie się marksistowskimi kategoriami. Przedmiotem krytyki stał się m.in. peruwiański dominikanin i teolog Gustavo Gutierrez, podnoszący kwestie ludzi biednych i marginalizowanych („Apuntes para una teologia de la liberacion”, 1969; polskie wydanie; „Teologia wyzwolenia. Historia, polityka i zbawienie”, 1976). Znamienne słowa wypowiada Brazylijczyk Helder Camara, zwany „czerwonym biskupem”: „Kiedy daję biednym chleb, nazywają mnie świętym; gdy jednak zapytam, dlaczego biedni nie mają chleba, piętnują mnie jako komunistę”. Inny Brazylijczyk, teolog Leonardo Boff, odpowiada krytykom: „Jestem socjalistą nie dlatego, że socjalizm, ale dlatego, że Chrystus”. ŻEBRACZKA Gruba, koło pięćdziesiątki. Pozbawiona mimiki twarz, na której zastygł cień uśmiechu. Zdrowa cera, jasne, zimne oczy. Długa spódnica, niebieska, rozpięta na wylewającym się brzuchu kurtka, bladoróżowa, robiona na drutach czapka, czasami czerwony beret z włóczki z pomponem. Nieświeża niebieska maseczka pod brodą. Plecak, w ręku spora siatka. Najczęściej widziałem ją w okolicach Rajskiej, Heweliusza, Karmelickiej. Chodziła powoli, ale pewnie, szeroko rozstawiając stopy. Zastępowała przechodniom drogę pytając; ma pani (pan) dwa złote? Czasami nagabywała tylko o złotówkę. Pewnego razu usłyszałem młodziana mówiącego, że ma tylko same stuzłotówki. Ktoś inny odparł, że ma, i ominął pytającą. Widziałem, jak podeszła do niej znacznie młodsza, chyba nie całkiem trzeźwa kobieta i zaczęła ją wulgarnie wyzywać, że ma się wynosić, wziąć do pracy. Innym razem obdarzył ją mocnymi przekleństwami starszy mężczyzna o kulach. W jedenastej księdze „Praw” (Nópoi), swego ostatniego (i najdłuższego) dialogu, pisze Platon, że w państwie, „w którym panuje ład i porządek”, trudno byłoby popaść w skrajne ubóstwo, dlatego zawodowi żebracy (ęr|Tiavoi) będą na mocy ustawy wypędzeni z kraju, by pozostał on „wolny od takich nikczemnych istot”. Bywało, że siadała na ławce nieopodal dawnego kina Krewetka i paliła papierosa. Stąd donośnym głosem zwracała się do mijających ją osób: halo, halo, może mi pani (pan) kupić coś do jedzenia? Widziałem, jak w pobliskim sklepie mięsnym Gzelli, gdzie zaprosiła ją starsza pani, zamawiała ze znawstwem różne gatunki kiełbas, boczek, kurze udka. Sprzedawczyni każdorazowo spoglądała na fundatorkę, która kiwała przyzwalająco głową, by w pewnym momencie podziękować. Donośne „Ma pan złotówkę?” grubej żebraczki słychać było zanim jeszcze ją zobaczyłem. Od kilku miesięcy cisza. Rozglądam się, nasłuchuję, nie ma. Siła miejsca wspólnego 23 Maria Mendel SIŁA MIEJSCA WSPÓLNEGO* Nie doceniamy naszych osiedli, podwórek, klatek schodowych. To tu rozpoczynamy naukę funkcjonowania w społeczeństwie i uczymy się bycia razem. To stąd dowiadujemy się, jak korzystać z przestrzeni, która jest nasza, ale nie tylko nasza. W tych właśnie miejscach, w skali mikro, praktykujemy na co dzień demokrację za sprawą nieustannego układania się między sobą, także w formie międzysąsiedzkich zgrzytów. Nie identyczność, a różnica jest bowiem najlepszą szkołą budowania dobra publicznego. Silni ćwiczeniami z lokalnego podwórka stajemy się zdolni zmieniać prawo i konstytuować nową, nieopresyjną dla nikogo przestrzeń równych. Czy mamy szansę przełożyć te oddolne inspiracje na poziom polskiej wspólnoty narodowej? To, co dzieje się w lokalnej przestrzeni pomiędzy sąsiadami, rzadko kiedy kojarzy się nam z edukacją. Tym tekstem chciałabym jednak uruchomić właśnie te skojarzenia — pokazać, że „lokalne podwórko” jest miejscem edukacyjnym (iocus eeiueanć/i) i - jako takie - pełne jest siły opisywanej w pedagogice jako zdolność do zmiany warunkującej podmiotowe bycie w świecie^. W tym kontekście proponuję współmyślenie o tym, jak bardzo bezpośredni jest związek sąsiedztwa z edukacją ugruntowujący tę siłę oraz o tym, jak ważne jest, by był możliwie świadomie praktykowany. Czynienie pożytku z wiedzy o edukacyjności najbliższych nam, lokalnych postaci współżycia społecznego wyraża bowiem głęboki, istotowy sens demokracji, jako ładu organizującego społeczeństwo równych. Tworzymy siebie, jako jego część, w pierwszej kolejności ucząc się z tego, co najbliższe, czyli z codziennych lekcji, jakie dają nam właśnie sąsiedzi, nasze klatki schodowe czy podwórka. Tworzymy siebie, jako część ładu demokratycznego, w pierwszej kolejności ucząc się z tego, co najbliższe, czyli z codziennych lekcji, jakie dają nam sąsiedzi, nasze klatki schodowe czy podwórka. W PRZESTRZENI MOJEJ, TWOJEJ I TWOJEJ To oczywistość, ale w związku z tym, że łatwo umyka nam właśnie to, co oczywiste, na-piszę tu z wykrzyknikiem, że życie w świecie oznacza wychodzenie do świata! To nieustan- ' Dziękujemy Kongresowi Obywatelskiemu i pani prof. Marii Mandel za możliwość publikacji w naszym kwartalniku tego tekstu. Źródło: www.kongresobywatelski.pl Brameld T. (2014): £^ukacja jaio siła, tłum. Piotr Kostyło, Bydgoszcz: Wydawnictwo Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego. 24 Maria Mendel ny ruch, przez który żyjąc, żyjemy z innymi, wśród nich, także i dla nich. Sami z sobą i dla siebie, a jednocześnie z innymi i dla nich. Wskutek tego ruchu zawiązujemy i nieustannie zmieniamy relacje, tworząc w ten sposób przestrzeń publiczną, bo stanowiącą domenę wspólnie wytwarzaną, której jesteśmy zawsze — mniej lub bardziej świadomie — aktywną częścią. Przestrzeń ta stale jest, ale nie dana nam raz na zawsze, lecz stająca się ciągle pomiędzy nami. Jest wspólna, należąca do nas wszystkich — jest moja i zarazem twoja, i jeszcze twoja — nasza w sensie otwartej koniunkcji, a nie alternatywy (moja albo twoja, czy twoja lub twoja). Taka wspólna przestrzeń publiczna to coś więcej, niż suma tworzących ją, wchodzących w relacje ludzi. Po pierwsze, relacje te gdzieś zachodzą i zarówno dla ich kształtu, jak i rezultatów znaczące jest miejsce, w którym to się dzieje. Miejsce, konkretne „tu”, ma wymiar materialny, przez który bierze udział w tworzeniu wspólnej przestrzeni. Wypełniające ją relacje nie mogą się obyć bez miejsca, a ono nie pozostaje wobec nich obojętne. To, jakie miejsce jest, ma znaczenie dla naszej kondycji bycia razem, czasem wprost umożliwia je lub blokuje. Spróbujmy bowiem budować między sobą związek, kiedy każdy do każdego siedzi tyłem, bo inaczej w danym miejscu się nie da itp. Po drugie, przestrzeń publiczna, którą tworzymy razem, zawiera synergiczny element „pomiędzy” - coś, co powstaje między nami i w czym swój udział ma charakter miejsca, w którym zachodzi nasza relacja. Chodzi o ekstra jakość, przestrzennie wytwarzaną w naszych siedliskach, wsiach, miasteczkach i miastach. Badacze tego fenomenu od lat wiążą go z demokracją, głosząc - jak socjolog miasta, Louis Wirth w latach 30. XX wieku, czy filozof polityki, Pierre Rosanvallon w początkach wieku XXI — że chodzi o wspólność: styl i jakość życia, nierozerwalnie związaną z jego miejscem^. Przestrzeń publiczna, którą tworzymy razem, zawiera synergiczny element „pomiędzy” -coś, co powstaje między nami i w czym swój udział ma charakter miejsca, w którym zachodzi nasza relacja. PODWÓRKOWA SZKOŁA DEMOKRACJI Wspólność polega na wielozmysłowym, wzajemnym dostrzeganiu się, choćby kątem oka, nieustannym „ocieraniu się” o siebie jako przechodnie czy sąsiedzi. Wspólność na takich nieprzerwanych lekcjach polega i z nich też wynika. Bez tak edukacyjnie nasyconej wspólności, która jest okazją zarówno do artykulacji własnych, jak i zauważania czyichś potrzeb, nie ma demokratycznego współistnienia. To wspólność, wytwarzana tam, gdzie żyjemy razem, jest tym, co wyrasta ponad sumę nas — jej współtwórców. Jako taka jest naszym lokalnym, sąsiedzkim dobrem, a w określonych warunkach osiągniętym i podzielanym wzajemnie dobrem publicznym. Jest ono bardzo kruche, jak kruche w swojej zmienności są nasze relacje. Sąsiedzką wspólność - na przykład - rozpoznamy doskonale, kiedy nie będziemy mieli wątpliwości, że tu, wśród tych ludzi i domów, na tej ulicy, czy podwórku albo klatce schodowej możemy ’ Wirth, L. (1938): Urbanism as a Way ofLife (w:), American Journal ofSociology, vol. 44, nr 1 (July), ss. 1-2; Rosanvallon P. (2016): Wspólność', tłum. Borys Jastrzębski, Res Publica Nova, nr 2, ss. 27-33. Siła miejsca wspólnego 25 swobodnie żyć, co oznacza móc działać i czuć, że możemy być wolni (tak widzi to pedagog Gert Biesta^). Wystarczy jednak „zgrzyt” - np. wyrośnie płot tam, gdzie prowadziła ścieżka naszego skrótu w drodze do sklepu, albo zamiast zwykle spokojnych tonów rozmów słyszalnych zza ściany, zaczniemy słyszeć jazgot kłótni — i akceptowana zmysłami i odczuwana jako pełna sensu przestrzeń naszej wspólności przestaje istnieć, a kruche dobro, jakim była, znika. Demokratyczność wiązana ze wspólnością zasadza się jednak właśnie na tej kruchości. Jest nam demokratycznie (podmiotowo, równościowo) i dobrze tam, gdzie właściwie nieustannie układamy się pomiędzy sobą, a łamiące estetyczną harmonię naszego życia „zgrzyty” traktujemy jak sygnały, przez pryzmat których widać, słychać i czuć potrzeby innych, oraz dzięki którym identyfikujemy własne potrzeby. Nie identyczność, a różnica, nie wiekuista zgoda, lecz przeżywane na co dzień starcia czynią wspólność żywym, aktywnie kultywowanym dobrem publicznym. W tej perspektywie zwykłe podwórko albo korytarz w kamienicy urastają do nobliwej rangi objawiając siłę, jaka tkwi w miejscu wspólności — miejscu uwrażliwiającym na innych i na siebie wśród innych, ważnym w odpowiedziach na pytania o to, kim i jak jestem. Miejscu, które przez praktykowaną w nim codzienność, nieprzerwanie uczy podmiotowego sprawstwa i czyni z nas równych, świadomych sensu wspólnego dobra obywateli. Nie identyczność, a różnica, nie wiekuista zgoda, lecz przeżywane na co dzień starcia czynią wspólność żywym, aktywnie kultywowanym dobrem publicznym. Niech przykładem będzie tu pedagogia miejsca zidentyfikowana na przykładzie badań Doroty Rancew-Sikory, których przedmiotem były przedpokoje starych gdańskich kamie-nic\ Badaczkę interesowało, jak zmieniały się one po wojnie w wyniku dokwaterowywa-nia kolejnych lokatorów i co działo się z nimi później. Wyniki pokazują, że mieszkańcy najpierw drapieżnie zagarniali wspólną przestrzeń, by powiększać własne mieszkania. Z czasem jednak następowały zmiany, jakieś ruchy ścianek, przemieszczenia w obrębie kwaterunków. W rezultacie przedpokoje zaczęły wracać, jakby z mocą uwidaczniając sens wspólnego dobra, jakim były. Mieszkańcy gdańskich kamienic byli razem, ale uczyli się, jak być razem lepiej, doświadczając wspólności zarówno przez jej brak, jak i kruchą obecność. Pracowali na rzecz zmian, myśląc i działając w warunkach wzajemnego zauważania swoich potrzeb. Tam, gdzie pojawiał się dla tych potrzeb szacunek, rósł dobrosąsiedzki etos. WSPÓLNY POKÓJ ZWANY MIASTEM W tym kontekście zajrzyjmy do koncepcji miasta jako wspólnego pokoju^. Zakłada ona, że w mieście możemy żyć tak, jak dzielący wspólną przestrzeń współlokatorzy. Własność * Bicsu, G.J.J. (2012). Becoming Public: Public Pedagogy, Citizmship and the Public Spbere. (w:) Socialand Cultural Geogra-phy 13(7), 683-697. ’ Rancew-Sikora D. (2015): Wsfólny przedpokój? Modi co-vivendi w mieszkaniach (w:) Miasto Jak wspólr^ poky. Gdańskie modi co-vivendi pod red. Marii Mendel, Gdańsk: GTN Sc IKM. * Mendel M. (2015): Wspólny Pokój Gdańsk. Miejskie modi co-oioendi w badaniu metodef krytycznej historii miasta (w:) Miasto Jak wspólny pokój. Gdańskie modi co-vivendi pod red. Marii Mendel, Gdańsk: GTN & IKM. 26 Maria Mendel Staje się wtedy niekonieczna i raczej umowna, a równość realna, praktykowana na co dzień. We wspólnym pokoju nie ma dzielenia „po równo” — lokatorzy nie mają każdy swojej kuchni czy łazienki. Jest natomiast stałe, równe korzystanie z przestrzeni na zasadzie „raz ty, raz Ja”, stosownie do zauważanych wzajemnie i spotykających się z wzajemnym szacunkiem potrzeb. Miasto pełne Jest przykładów takiego życia. Pierwsze z brzegu odsłaniają się; miejski targ w dzień, a parking nocą, placyk i schodki wokół pomnika świetne na odpoczynek dla zmęczonych słońcem przechodniów, a od zmierzchu arena wyczynowych popisów tanecznych czy sportowych. Raz ty, innym razem Ja, raz my, innym razem wy - w mieście nietrudno dzielić przestrzeń. Jak czynią to mieszkańcy wspólnego pokoju, robiąc sobie miejsce, kiedy potrzebne. Zaczyna być trudno, kiedy pojawiają się płoty i mury... Własność, szczególnie ta zaborcza, niszczy wspólność. Homo muntfus, człowiek zabarykadowany, „który trzyma się towarzystwa sobie podobnych za murami twierdzy”^, nie Jest podmiotem demokratycznej wspólności, nie dokłada się do synergii, którą stoi wspólny pokój — miejsce podzielanej równości. MIŁOŚĆ, TOKSYCZNA MIŁOŚĆ I NIENAWIŚĆ Wspólne, sąsiedzkie miejsca kochamy Jak nasze „małe ojczyzny”, ale bywa, że ich nienawidzimy, kiedy — na przykład — czujemy się gnębieni ograniczonością szans, które stwarzają. Pierwsze uczucie wyzwala pokłady energii i owocuje entuzjastycznym nierzadko rozwijaniem własnych podwórek. Mnóstwo opisów takich pedagogii znaleźć można w biograficznych powieściach, których bohaterowie, na przykład, nigdy nie tracąc z oczu swojego raju utraconego, wracają do rodzinnych miejsc po latach i produktywnie Je zasilają. Pedagogie te odsłaniają też mroczne strony miłości do własnych stron i okolic. Kiedy widać w nich zaślepienie, pojawia się ksenofobia i inni, ludzie „nie stąd”, stają się obcymi. Miejsce wspólne uczy wówczas wspólności wybiórczej, która rodząc niechęć do tego, co dalej, co pozalokalne, nie tylko wyklucza innych, nie dopuszczając ich do zamkniętej „naszości” co-vłvendi, ale i dystansuje od reszty świata, prowincjonalizując taką wsobną wspólnotę, w istocie - na JeJ życzenie. Miłość do własnych stron i okolic może być toksyczna. Kiedy dominuje zaślepienie, pojawia się ksenofobia i inni, ludzie „nie stąd”, stają się obcymi. Miejsce wspólne uczy wówczas wspólności wybiórczej, która rodząc niechęć do tego, co pozalokalne, nie tylko wyklucza innych, ale też dystansuje od reszty świata. Druga opcja, kiedy miejsca wspólnego nienawidzimy, przywodzi na myśl liczne pedagogie widoczne na przykład w narracjach osób znaczących w przestrzeni publicznej, cele-brytów, którzy własnym sukcesem zaświadczają pokonanie niekorzystnych lokalnych uwarunkowań, w których wzrastali. To pedagogie ucieczki, akcentujące praktyki ugruntowane w zapatrzeniu na świat dalej, nie tu, to uczenie się z kontestacji miejsca znanego i tworzenie siebie z edukacyjnych sygnałów przestrzeni obcej, ale kuszącej wolnością®. RosanvaJlon P. (2016); Wspólność, dum. Borys Jastrzębski, Jies Publica Nova, nr 2, s. 29. ’ Tuan Y.-F.(1987): Przestrzeń i miejsce, dum.: Agnieszka Morawińska, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy. Siła miejsca wspólnego 27 LOKALNY WYSIŁEK MA SENS W świetle tych pedagogii ujawnia się życiowy dylemat niejednego sąsiada i zarazem niezwykle istotna kwestia o uniwersalnym charakterze: uciekać ze miejsc złych, czy je zmieniać? Hasła ulicznych protestów ostatniej jesieni, Strajku Kobiet i innych, były czasem wprost wyrazem tej kwestii. Wśród odzwierciedlających ją banerów, szczególnie utkwił mi w pamięci ten, głoszący: „To mój kraj. Dlaczego muszę wyjeżdżać?”. Praca na zmianę miejsca wspólnego przybierać może niezliczone postaci aktywnego współtworzenia przestrzeni publicznej: zabierania głosu, stawania się w niej widocznymi — ze swoją sytuacją biedy, braku szans, ignorowania praw, poczucia zbędności wśród innych etc. Osiągnięcie demokratycznej widzialności, słyszalności, owocuje przełożeniami na dyskurs legislacyjny i instytucjonalny. Silni ćwiczeniami z lokalnego podwórka stajemy się zdolni zmieniać prawo i konstytuować nową, nieopresyjną dla nikogo przestrzeń równych. Wszyscy nie wyjedziemy. Miejsce wspólne warte jest wysiłku czynienia go lepszym. Jak wspomniałam, w tym właśnie tkwi istota demokratycznej wspólności. Troska o zawsze kruche dobro wspólne zaczyna się tam, gdzie zauważamy drugiego, a to bardzo blisko, tu -w sąsiedztwie. KONGRES OBYWATELSKI 28 Radosław Wiśniewski Radosław Wiśniewski LISTY DO TYMOTEUSZA (7( TALIBOWIE, DEMONSTRACJE, RYCERZE I BANDYCI Żarty się skończyły, chociaż chyba nigdy na dobre się nie zaczęły. Masz ponad pięć lat i nie to, że rozmowy przybrały na powadze, bo zawsze były poważne, ale zyskują na złożoności. Pamiętam, po głowie mi się tłucze, że każda koncepcja, która nie daje się przełożyć na zrozumiały dla Ciebie język, jest z gruntu podejrzana. Etycznie lub ontologicznie. Tak, to z Tischnera. Na przykład pytasz się, bo kątem oka zobaczyłeś kilka tygodni temu obrazek w telewizji: - Tato, a cemu ci ludzie skacom na samolot, który ich nie zabieze? — Boją się talibów synku, boją się, że talibowie ich zabiją, a na pewno będą chcieli zrobić im krzywdę. — A dlacego? — A pamiętasz jak ci mówiłem, że ludzie bardzo różnie wierzą w Boga i są też tacy, którzy w ogóle nie wierzą, a wszyscy muszą jakoś razem żyć, bo nie mamy innej planety do życia? — A ci ta..bi..li..nowie oni wieżom w Boga? — Tak, ale tak strasznie wierzą w tego Boga, oni wierzą bardzo dziwnie, a przy tym uważają, że wszyscy powinni wierzyć tak jak oni, a kto nie chce, temu robią krzywdę. -1 zabijają? — Nie zawsze, ale często, albo każą kobietom chodzić w takich kocach, że w ogóle ich nie widać, nie pozwalają im się uczyć, albo prowadzić samochodu, a jak chłopak pokocha chłopaka, albo dziewczyna dziewczynę, to zabijają. Wróciłeś do układania klocków, ale po wyrazie twarzy widziałem, że intensywnie myślisz. Jakiś czas później jechaliśmy samochodem do Śliwki, miałem tam coś mówić, czytać wiersze wujka Jula, staliśmy w korku, bo przez miasto szła demonstracja. — Cemu stoimy? — zapytałeś. — Bo idzie przez miasto demonstracja. — A co to jest demonstracja? — Synku, demonstracja jest wtedy, kiedy ludzie uważają, że mają jakąś sprawę, której nikt nie chce załatwić i nie widzą innego wyjścia, jak pójść na ulicę i krzyczeć. — A ci ludzie dlacego wysli na ulice? — Bo to są ludzie, którzy uważają, że każdy ma prawo kochać drugiego człowieka tak, jak chce i nikomu nic do tego, jak kto kogo kocha, czy chłopak chłopaka, chłopak dziewczynę, czy dziewczyna dziewczynę i bywa tak, że ktoś jest chłopakiem, wygląda jak chłopak Listy do Tymoteusza (7) 29 a czuje się dziewczyną, nooo, różne rzeczy się wydarzają i to nie jest żadna wina tych ludzi. Po prostu chcą żyć jak wszyscy inni. — A ktoś im nie pozwala u nas? — No trochę tak, mogą mieć różne nieprzyjemności. — Ale ktoś ich zabije? — Na szczęście jeszcze nie jest u nas aż tak. — Jak u talibuf? - No nie, aż tak to nie, ale dzieje się im krzywda bardzo często. - demonstracja... — powtórzyłeś w zamyśleniu patrząc na tłum ludzi pod kolorowymi flagami. A innym razem siedzieliśmy przy klockach lego, co stwarza zawsze okazję do rozmów równie ważnych jak wyrąb lasu. Tym razem ty robiłeś smoka, ja jakiś pojazd i zagadałeś pierwszy: — A wieś, ja ci coś powiem ... — Mów. — Wieś, jak bende duży to chciałbym być rycezem — A kto to jest rycerz twoim zdaniem? — No taki rycez to wieś, no, chroni słabsych, walcy ze smokami, jak smoki chcom komuś zrobić ksywde, ale nie zawse walcy bo casem może ze smokiem po prostu pogadać, i może sie dowiedzieć, ze smoka boli bzusek i dlatego zieje ogniem, a jak mu da coś do zjedzenia to juz nie bedzie ział ogniem i bendzie gzecny — No tak, tak powinno być, nawet się tak mówi, rycerskie zachowanie, czyli wtedy, kiedy odważnie staje się w obronie słabszych, którzy nie mają się jak obronić. — A co to znacy odważne? — To jest wtedy, kiedy się boisz, ale jest coś ważnego do zrobienia i robisz to mimo strachu, bo uważasz, że tak trzeba. — Na psykład? - Na przykład dzieci się śmieją z innego dziecka, bo jest inne niż reszta, albo go biją, albo zabierają zabawki i to dziecko jest samo, bezbronne i kiedy Ty stajesz w obronie tego dziecka i mówisz dajcie mu spokój, oddajcie mu zabawki, nie róbcie mu przykrości, to jest odważne, bo tamto dziecko jest jedno, a dzieci naokoło jest dużo, to można się bać odezwać i coś zrobić. - No tak — powiedziałeś w zamyśleniu męcząc się z jakimś malutkim klockiem, próbując go odczepić od innego klocka zębami. — A wieś co jesce robi rycez? — No, nie wiem, opowiedz mi — Walcy z takimi ludźmi, co robiom ksywde słabsym, zabierajom im zecy albo kaza im zyc tak jak oni nie chcom... — A jak ci ludzie, którzy robią krzywdę słabszym, się nazywają? — Nie wieś? — Może wiem, ale chciałbym, żebyś Ty mi powiedział... — No jak to... to som... BANDYCI! Na ekranie telewizora naprzeciwko nas pokazywano właśnie zdjęcia z Michałowa. 30 Radosław Wiśniewski Uzbrojeni w automaty chłopcy i dziewczęta w moro i w kominiarkach oraz garstka bezbronnych ludzi siedząca na krawężniku, w tym ośmioro dzieci. Nie były to jedyne dzieci, jakie przechwycili chłopcy w kominiarkach z bardzo długimi, twardymi lufami. Przypomniało mi się zdjęcie, jakie zrobiła Ci Pani Gabriela u Śliwki. Ciemność wokół i tylko Twoja głowa - jasny punkt w tej ciemności. Coś rysujesz na kartce, kiedy dorośli czytają bardzo ważne wiersze. Może rycerzy, może bandytów, może smoki. Zgasiłem telewizor. Jutro pójdziemy na demonstrację. Może w drodze powrotnej napiszemy coś pod urzędem kredą na chodniku. Coś o odwadze i że trzeba być jak rycerze, a nie jak ci tamci. LISTY DO TYMOTEUSZA ALBO LUDZIE Z LASU ALBO NOTATKI ZE STANU WYJĄTKOWEGO UPODLENIA ALBO WSZYSTKO NA RAZ Próbowałem dociec od kiedy u nas w domu zaczęło się mówić o ludziach z lasu. No bo traktujemy to jako element codziennej rzeczywistości, jako wyjaśnienie. Nie ma taty, bo pojechał na zakupy dla ludzi z lasu. Na przykład. Albo kiedy pytasz: - Co to som za trony? — To są plecaki synku, duże plecaki, ale jak stoją na podłodze, to mogą tak wyglądać trochę jak trony... — A dla kogo one som — Zgadnij... - Dla... ludzi z lasu? - Brawo bystrzaku! Tutaj złapałeś się za głowę, jak wtedy, kiedy okazało się, że po miesiącu nadal są wirusy i nie można chodzić do przedszkola. Nie doszedłem do tego, skąd w naszym domowym żargonie znaleźli się „ludzie z lasu”. Kiedyś oglądaliśmy w telewizji fragment materiału z Kabulu, na którym przerażeni ludzie chwytali się startującego samolotu, musiałem ci wytłumaczyć, że to zdesperowani ludzie uciekają, bo bardzo się boją, że ktoś ich zabije, albo uczyni ich życie nieznośnym. Wtedy zrozumiałeś słowo „talib”. Ale na pewno jeszcze wtedy, latem tego roku, nie mogłem mówić o ludziach z lasu. To chyba było wtedy, kiedy babcia robiła duże zakupy w sklepie, żeby dorzucić jedzenie do naszej pierwszej paczki. Kupowała musiki owocowe, które tak lubisz, ale w liczbach, jakich nie widziałeś. Chyba wtedy babcia powiedziała, że kupujemy rzeczy dla ludzi, którzy zostawili swoje domy i utknęli w lesie. Musiałeś zapytać, czy tam są także dzieci i musiałeś dostać odpowiedź, że tak, bo dołożyłeś do paczki swoje zabawki-przytulaki — lewka, słonika i owieczkę. Pomyślałem wtedy i nawet gdzieś zapisałem, że miałem widzenie apokaliptyczne, że oto ujrzałem owcę zasiadającą bezpiecznie obok lwa. Bo to jest jakiś rodzaj apokalipsy synku. Przestaje się liczyć, kim byłeś wcześniej. Liczy się nagle tylko to, co zrobisz teraz, jaką przyjmiesz postawę wobec zła. I to jest wybór, w którym konteksty przestają się liczyć. Liczy się tylko tu i teraz, ten moment. Nikt z nas nie wyjaśniał ci mechanizmów, jakie sprawiły, że ci ludzie utknęli, że nie mogą ani w przód, ani w tył, że tkwią w lesie przerażeni jak zwierzęta szczute nagonką. Listy do Tymoteusza (7) 31 I nikt z nas za szybko ci tego nie powie. Musielibyśmy zachwiać całym twoim światem. Uczyliśmy ciebie przecież, żeby z nikim obcym nigdy nie rozmawiać, chyba że się zgubisz, to wtedy trzeba podejść do pana policjanta, bo jest pewność, że on jeden ci pomoże i nie zrobi krzywdy. Teraz musiałbym powiedzieć, że to nie jest takie pewne. Oczywiście, masz jasne włosy, jasną skórę na twarzy, niebieskie oczy (które jawnym są znakiem, że ojcem był żeglarz, jak pisał Brodski i śpiewa Mirek Czyżykiewicz). Na razie panowie i panie w mundurach takich dzieci jeszcze nie krzywdzą. Ale już się przełamali o tyle, że owszem, krzywdzą dzieci, rozdzielają synków od tatusiów i mamuś, mamusiami w ciąży potrafią rzucić za ręce i nogi przez drut kolczasty. A wiesz, gdybym nie zamknął drzwi od domu, a ty byś wyszedł w nocy na dwór, kiedy jest mróz i stałaby się Tobie krzywda — to jakby nie dość było wewnętrznej kary, jaką bym sobie wymierzył i nigdy nie wybaczył, to z mocy prawa zostałoby wdrożone przeciwko mnie śledztwo. Art. 210. $ 1. Kto wbrew obowiązkowi troszczenia się o małoletniego poniżę/ lat 15 albo o osobę nieporadną ze względu na jej stan psychiczny lub Jizyczny osobę tę porzuca, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Tak to brzmi, synku. Nie jest ważne kto. Ale widzisz, kiedy takiego czynu dokonuje umundurowany funkcjonariusz państwa, w którym żyjemy, to politycy trzymają za niego kciuki, a niektórzy mówią o tym, że trzeba osobę dokonująca takiego przestępstwa - a mówimy też o dzieciach mniejszych od ciebie — otoczyć opieką psychologiczną, bo przecież stres przeżywa. To wszystko jest przerażające tym bardziej, że wokół trwa karnawał, znajomi dzielą się historiami z Netfliksa, piszą o swoich wrażeniach smakowych z restauracji, zapowiadają nowe książki, filmy, atrakcje. Nie umiem za tym podążać, zupełnie, z trudem czytam książki, nie mówiąc już o tych, które powinienem pilnie pisać. Trudno zrozumieć, także mnie, że kilka godzin jazdy od nas, takie dzieci jak Ty jedzą szron z liści, piją wodę z bagna, śpią w stertach liści w mokrych ubraniach. A może już nie żyją? Jak ja ci mam to wytłumaczyć? Jak tata ma Tobie opowiedzieć, że taki świat stworzyliśmy. Taki kraj. Przecież to nie tylko siła tych, którzy wydają rozkazy, ale i słabość nas, którzy się sprzeciwiają. Znudzenie publiczności, przez które ludzie z lasu spadli z pierwszych stron gazet, bo musi być miejsce na kopaczy piłki, tak zwane gwiazdy, gwiazdeczki, których imion i nazwisk za rok nikt nie będzie kojarzył. Na razie jednak — tak wierzę — losy się ważą. Ważą się wszędzie. Tam w lesie. U nas w domu, naokoło nas wśród sąsiadów. Nawet tutaj - w ciele fejsbuka. Najważniejsze odkrycie, które chciałbym, żeby z Tobą zostało na zawsze, jest takie synku - nikt z nas nie jest bezradny, każdy może coś, a coś - powtarzam to od tygodni jak mantrę - to jest więcej niż nic. Postanowiłem sobie, że codziennie robię coś. Najmniejszego, najdrobniejszego. Wczoraj za pieniądze od znajomych, którzy mi zaufali, kupiłem w naszym wspólnym imieniu osiem par kaloszy piankowych. I napisałem list do UNHCR, 32 Radosław Wiśniewski to takie biuro, gdzie pracują ludzie, którzy powinni się troszczyć dniem i nocą o naszych ludzi z lasu. Dzisiaj przepakowałem inne rzeczy, które kupiliśmy ze znajomymi, którzy czasem znają twojego tatę tylko z tych tekstów na fejsie. Wyszło z tego kilka kartonów. Jutro będę wystawiał listy przewozowe i wysyłał te kartony. W poniedziałek, wtorek powinny być na miejscu. Nie wiem, co będę robił w sobotę. A muszę coś robić, bo kiedy się tego wszystkiego dowiesz o ludziach z lasu, zapytasz mnie być może jakoś tak: Co wtedy robiłeś tato? Czy dało się zrobić więcej? PROWINCJA Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl Na tropach historii Piotr Szczurowski Wrota do krucjatowego podboju Prus, czyli o wielkiej bitwie nad Dzierzgonką Niniejszy artykuł powstał z inicjatywy Krystiana Zdziennickiego, członka zarządu Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej i popularyzatora historii regionalnej, który po przeczytaniu mojej książki poświęconej tytułowej bitwie* zaprosił mnie do wygłoszenia wykładu na jej temat w Sztumie. Chętnie przystałem na tę propozycję, ponieważ mnie samego interesuje popularyzacja wszystkiego, co dotyczy Prusów, a ponadto ze Sztumem łączą mnie więzy rodzinne. Z czasem pojawił się pomysł, żeby wykład połączyć z wycieczką na przypuszczalne pole bitwy, co również przyjąłem z zadowoleniem. W dniu 24 lipca 2021 roku przedsięwzięcie zostało zrealizowane, a ja przy okazji odwiedziłem moją sztumską rodzinę, a także spotkałem znajomych interesujących się Prusami i historią regionalną. Same plusy. Następstwem powyższego jest niniejszy artykuł będący swoistym streszczeniem mojej książki, o której była mowa powyżej i do której wielokrotnie będę odsyłał (oczywiście w wersji z przypisami) Czytelników zainteresowanych bardziej szczegółową analizą przedmiotowego wydarzenia, bez wątpienia niedocenianego przez polską historiografię. Przed przejściem do omówienia samej bitwy warto zarysować jej historyczny kontekst. Otóż od początków XI wieku państwo piastowskie podejmowało wyprawy wojenne przeciwko Prusom. Zapisy kronikarskie dość jednoznacznie wskazują, że takowe wyprawy w XI i XII wieku podejmowali Bolesław I Chrobry, Bolesław III Krzywousty, Bolesław IV Kędzierzawy czy Kazimierz II Sprawiedliwy, a w początkach wieku XIII, czyli w okresie bardzo zaawansowanego rozbicia dzielnicowego państwa piastowskiego, kontynuowali je książęta Leszek Biały, Henryk I Brodaty, Konrad I mazowiecki oraz w owym czasie zależni od Piastów przedstawiciele pomorskiej dynastii Sobiesławiców (Świętopełk II Wielki, Warcisław I świecki). Wyprawy te nie przyniosły jednak trwałych rezultatów w postaci podbicia Prusów i włączenia ich ziem do państwa Piastów. Od samego początku piastowskie próby podboju Prus, oprócz oczywistego celu, jakim było poszerzenie władztwa terytorialnego, miały podłoże religijne, przy czym od XII wieku owo podłoże było na tyle wyraźne, że można już mówić wprost o wojnach religijnych, co było efektem rozwoju ruchu krucjatowego w Europie, zapoczątkowanego wezwaniem papieża Urbana II na synodzie w Clermont pod koniec 1095 roku. W ramach tegoż ruchu, oprócz krucjat bliskowschodnich przeciwko muzułmanom, podejmowano również wyprawy wojenne o podłożu religijnym przeciwko niechrześcijańskim ludom zamieszkującym południowe i wschodnie wybrzeża Morza Bałtyckiego, w tym przeciwko Prusom, które to wyprawy od początku wieku XIII miały już formalnie status krucjat. Wraz ze śmiercią papieża Innocentego III, który preferował 1 P. Stourowski, Bitwa nad rzeką Sitgunc, Sandomierz 2020. Niniejsza wenja artykułu zgodnie z tyczeniem redakcji „Prowincji’ jest pozbawiona przypisów irótfiowych. Wenja z przypisami ukaże się w tomie JZ dziejów Sztumu i okolic". 34 Piotr Szczurowski pokojową misję chrześcijańską w Prusach, zmieniła się polityka papiestwa. Jego następca, Honoriusz III, oraz kolejni papieże sprzyjali już „nawracaniu ogniem i mieczem”. Gruszek w popiele nie zasypiali również Prusowie, którzy będąc w owym czasie w początkach swojego procesu państwowotwórczego wykazywali się wzmożoną aktywnością łupieską o charakterze zewnętrznym, co było szczególnie dotkliwe dla pogranicznych władztw Piastów i Sobiesławiców (ziemia chełmińska, północne Mazowsze i Pomorze Wschodnie). W efekcie Konrad I mazowiecki, nie mogąc sobie poradzić z Prusami i będąc zajętym walką o tron krakowski, zdecydował się na sprowadzenie do walki z nimi krzyżaków, czyli specyficznego zakonu rycerskiego, dysponującego wyjątkowym poparciem ze strony dwóch największych potęg politycznych Europy pierwszej połowy XIII wieku, czyli papiestwa i cesarstwa. Wiosną roku 1231 na pogranicze Kujaw i ziemi chełmińskiej przybył pierwszy mistrz krajowy Prus zakonu krzyżackiego Herman Balk wraz niewielkim oddziałem zbrojnych, natomiast akcja propagandowa kancelarii papieża Grzegorza IX z lat 1230-1233 na rzecz krucjat pruskich spowodowała pierwszy istotniejszy napływ krzyżowców z krajów niemieckich na pogranicze pruskie, a także spotęgowała zaangażowanie w sprawę pruską książąt piastowskich i pomorskich oraz „pielgrzymów” z złem polskich (w źródłach XIII i XIV-wiecznych krzyżowcy nazywani są pielgrzymami). Militarne wydarzenie o charakterze strategicznym nastąpiło na początku stycznia 1234 roku, a była nim wielka wyprawa krzyżowa na Pomezanię, której finałem była bitwa nad rzeką Dzierzgonką (prus. Sirgune). Źródła nie podają dokładnej daty tej bitwy, a w literaturze przedmiotu przedstawiono bardzo liczne, dalece rozbieżne propozycje jej datowania (od lata 1233 roku do lutego roku 1235), niekiedy bez jakiegokolwiek uzasadnienia. W mojej ocenie propozycje te są błędne, co udowodniłem szerokim wywodem, przedstawiając jednocześnie swoją, solidnie uzasadnioną propozycję w tym zakresie (ok. 10 stycznia 1234 roku). Warto zaznaczyć, że w zasadzie dysponujemy dwoma podstawowymi źródłami opisującymi wielką krucjatę pruską ze stycznia 1234 roku oraz wieńczącą ją bitwę. Są to Kronika ziemi pruski^ Piotra z Dusburga oraz dzieło nieznanego autora pod tytułem Poezeftek zakonu krzyżackiego albo kronika z Prus. Dowiadujemy się z nich, że wyprawa miała miejsce zimą po wybudowaniu i umocnieniu Kwidzyna w roku 1233 i przed wybudowaniem Radzynia w roku 1234, że wzięli w niej udział liczni książęta z ziem polskich (konkretnie wymienieni), że armia krucjatowa była wyjątkowo dużych rozmiarów, że bitwa wieńcząca krucjatę miała miejsce nad rzeką Sirgune, że starcie zakończyło się sukcesem krzyżowców i jednocześnie klęską pomezańskich Prusów, zaś decydujące znaczenie dla losów konfrontacji miał manewr książąt pomorskich. Wyżej wymienieni kronikarze nie podali natomiast dokładnej liczebności obu armii oraz dokładnego miejsca stoczenia bitwy. Konkretne liczby odnoszące się do armii krucjatowej spotykamy dopiero w przekazach późniejszych, XVI-wiecznych, do których należy odnosić się z odpowiednią ostrożnością. Po dokonaniu ich krytycznej analizy oraz po uwzględnieniu możliwości mobilizacyjnych poszczególnych ziem polskich w XIII wieku, a także możliwości zaopatrzeniowych tych ziem, oszacowałem liczebność wojska krucjatowego na około 15—16 tysięcy zbrojnych. Większość z nich (około 12 tysięcy) pochodziło z ziem polskich. Kontyngent mazowiecki Wrota do krucjatowego podboju Prus, czyli o wielkiej bitwie nad Dzierzgonką 35 księcia Konrada I liczył około 3-3,5 tysiąca ludzi, kontyngent kujawski księcia Kazimierza I (syna Konrada I) około 1 tysiąca zbrojnych, kontyngent pomorski książąt Świętopełka II Wielkiego i Sambora II (wtedy już uniezależnionych od Piastów) około 2 tysiące krzyżowców, kontyngent małopolsko-śląski księcia Henryka I Brodatego i jego syna Henryka II Pobożnego około 3 tysiące „pielgrzymów”, zaś kontyngent wielkopolski księcia Władysława Odonica około 2 tysiące zbrojnych. Do tego trzeba doliczyć bliżej nieokreśloną liczbę krzyżowców z ziem chełmińskiej i dobrzyńskiej, które w owym czasie należały do krzyżaków i dobrzyńców, czyli zakonów sprowadzonych/powołanych do wałki z Prusami. Liczbę krzyżowców z ziem polskich należy ponadto uzupełnić o jakieś 3—4 tysiące „pielgrzymów” z krajów niemieckich z Burchardem z Kwerfurtu na czele. Samych krzyżaków natomiast, pod wodzą mistrza krajowego Prus Hermana Balka, było bardzo niewielu. Przeciwko powyższej sile pospolite ruszenie pomezańskich Prusów, wspierane ewentualnie przez nieliczne posiłki z innych ziem pruskich, mogło wystawić jakieś 3—3,5 tysiąca zbrojnych, w tym około 200 elitarnych nobilów. Zatem wyraźną przewagę liczebną mieli „pielgrzymi”, co więcej, ich armia, jako inwazyjna, w większym stopniu składała się z łudzi specjalizujących się w wojowaniu. Prusowie zaś mieli przewagę w zakresie znajomości terenu oraz uzbrojenia, które było lepiej dopasowane do pruskich warunków terenowych. Na początku stycznia 1234 roku krzyżowcy wyruszyli z Kwidzyna i skierowali się na ziemię Rezja, którą doszczętnie spustoszyli. Przemieszczali się najpewniej drogą, która w XIII i XIV wieku prowadziła z Kwidzyna do Starego Dzierzgonia, którego wtedy (w czasie wyprawy) jeszcze nie było, był natomiast jego poprzednik, czyli główny gród Pomezan. Jego nazwa (Krewose) jest znana dopiero ze źródeł wczesnonowożytnych, ale wydaje się jak najbardziej możliwe jej przetrwanie w tradycji ustnej autochtonów do XVI wieku, być może w formie nieco zniekształconej. Około 10 stycznia „pielgrzymi” dotarli prawdopodobnie do sąsiadującej z Rezją ziemi Lingwar, a dokładniej nad rzekę Sirgune (obecnie Dzierz-gonka), w miejscu przeprawy mostowej zwanej w źródłach średniowiecznych ponte Sampol (most Sampol), która do dziś znajduje się na południe od osady Piaski Morąskie. W tym miejscu warto odnotować, że w polskiej historiografii od długich dziesięcioleci panuje błędny i dość bezrefleksyjnie powielany pogląd, jakoby do bitwy doszło nad rzeką Dzierzgoń. Miqsce historyczny bituy naci Dzierzgonką, fot. P Szczurowski Rzecz jednak w tym, z czego część badaczy w ogóle nie zdawała sobie sprawy, że nazwę „Sirgune” w średniowieczu nosiła rzeka Dzierzgonką oraz jedynie dolny bieg rzeki Dzierzgoń, a ze źródeł nie wynika, żeby krzyżowcy dotarli aż tak daleko na północ. Piotr z Dusburga napisał, że „pielgrzymi” dotarłszy do rzeki Sirgune natknęli się na wojsko Prusów gotowe do 36 Piotr Szczurowski bitwy. Główne siły Prusów musiały zatem zająć pozycje na prawym brzegu rzeki, za plecami mając własne zasieki i dalej główny gród Krewose. Prusowie, zdając sobie sprawę ze znacznej przewagi liczebnej przeciwnika, zapewne swoim zwyczajem chcieli upozorować odwrót i wciągnąć najeźdźców na zasieki i tym samym zadać im straty na tyle duże, żeby zmusić ich do wycofania się. Bitwa rozpoczęła się najpewniej od niezbyt dobrze zorganizowanego natarcia głównych sił krzyżowców, którzy byli niespecjalnie zdyscyplinowani, a ich siły musiały być mocno rozciągnięte (część uczestników krucjaty prawdopodobnie w ogóle nie zdążyła wziąć udziału w bitwie). Następnie doszło do krótkiego zwarcia z głównymi siłami Prusów, którzy, zgodnie ze swoim planem bitewnym, dość szybko upozorowali odwrót w kierunku pułapki na zasiekach. Plan się jednak nie powiódł, ponieważ znający zwyczaje bitewne Prusów książęta Świętopełk i Sambor wraz z krzyżowcami pomorskimi, najpewniej przekroczywszy Dzierzgonkę w innym miejscu, zdobyli i obsadzili zasieki oraz drogi do nich prowadzące. W efekcie Prusowie wpadli niejako we własną pułapkę, co w sposób oczywisty musiało się zakończyć ich całkowitą klęską, po prostu rzezią. Z jednej bowiem strony nacierały na nich główne siły krzyżowców, a z drugiej niespodziewanie zostali zaatakowani przez wojska pomorskie. Warto zauważyć, że kronikarze średniowieczni wyraźnie podkreślają znaczenie manewru książąt pomorskich dla końcowego wyniku starcia. Prawdopodobnie krzyżowcy zaraz potem zdobyli i spalili gród Krewose, którego już nie bardzo miał kto bronić, albowiem główne siły Prusów zostały zupełnie rozbite. Bitwa trwała raczej krótko, zaś straty krzyżowców musiały być znikome, co zresztą wprost wynika z przekazu źródłowego. Natomiast zupełnie inaczej rzecz przedstawiała się po stronie Prusów, których miało zginąć nawet 5 tysięcy. Jeśli za ofiary po stronie pruskiej uznać nie tylko zabitych, ale także wziętych do niewoli podczas wyprawy, to liczba ta może być bliska rzeczywistości. Oznaczałoby to, że w wyniku przedmiotowej krucjaty biologiczny ubytek ludności Pomezanii sięgnął prawie jednej trzeciej populacji, przy jednoczesnym niemal zupełnym wybiciu elity plemiennej Pomezan. Bez wątpienia wielka wyprawa krzyżowa na Pomezanię ze stycznia 1234 roku oraz zwycię- stwo nad Dzierzgonką miały kluczowe znaczenie dla XIII--wiecznego podboju Prus otwierając drogę krzyżakom do budowy swojego państwa na ziemiach Prusów. Trzeba je bowiem widzieć jako element ważnego zjawiska, jakim była wielowymiarowa pomoc udzielana zakonowi krzyżackiemu przez książąt polskich w początkowej fazie podboju, kluczowej dla powodzenia całości procesu. To Piotr Szczurowski oprowatiza mieszkańców ziemi sztumskiej po miejscu bitwy w gminie Stary Dzierzgoń, fit. archiwum Wrota do krucjatowego podboju Prus, czyli o wielkiej bitwie nad Dzierzgonką 37 właśnie nad małą rzeką Dzierzgonką, zimową porą, mieczami przede wszystkim piastowskich i pomorskich krzyżowców, wyrąbane zostały wrota do krucjatowego podboju ziem pruskich, podboju, który zaważył w znaczący sposób na historii Europy. BIBLIOGRAFIA Źródła; 1. Fontes Olivenses, aneks Exoreiłum OreUnis Cruciferorum seu Chronica de Prussia, ed. W. Kętrzyński w: Monumenta, Poloniae Historica, 6, Cracoviae 1893; 2. Kronika oliioska. Źródło do dzików Pomorza Wschodniego z połowy XIV wieku, aneks Początek zakonu krzyżackiego ałbo kronika z Prus, wstęp i komentarz B, Śliwiński, tłum. D. Pietkiewicz, Malbork 2008; 3. Petrus de Dusburgk, Chronica Terrae Prussiae, ed. J. Wenta et S. Wyszomirski w: Monumenta Połoniae Historica nooa series, 13, Cracoviae 2007; 4. Piotr z Dusburga, Kronika ziemi pruski^, wstęp i komentarz J. Wenta, dum. S. Wyszomirski, Toruń 2011; 5. Preussisches LIrkundenhuch, II, hg. v. M. Hein, Kónigsberg 1939. Literatura: 1. P. Szczurowski, Bitwa nad rzeką Sirgune, Sandomierz 2020; 2. P. Szczurowski, Podbój Prus w XII/ wieku. Przyczyny „krzyżackiego”sukcesu, Sandomierz 2019; 3. P. Szczurowski, Prusowie — Prusai, Sandomierz 2021. 38 Grażyna Nawrolska Grażyna Nawrolska Czy flasze pielgrzymie były atrybutem pątników elbląskich? Kiedy do grobu Jakuba się udajesz loyslarczy para butów i miska z napojem Jiaszka i to wszystko (Karpała 2009, s. 148) Intensywny rozwój archeologii miast średniowiecznych w północnej Europie od początku lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia zaowocował m.in. ogromnym przyrostem bardzo licznych i zróżnicowanych zespołów zabytków, często prawie nieznanych w tym rejonie Europy. Umożliwiają one prowadzenie studiów nad różnorodnymi dziedzinami życia codziennego mieszkańców ośrodków miejskich. Jednym z bardzo istotnych problemów badawczych podejmowanych przez archeologów i historyków są studia nad zagadnieniami związanymi z religijnością mieszkańców. Szczególnie interesujące są kwestie łączące się z pielgrzymkami do miejsc świętych, w których uczestniczyli również dawni elblążanie. Podczas badań archeologicznych odkrywane są przedmioty, które interpretujemy jako dewocjonalia pątnicze lub jako obiekty będące wyposażeniem wędrujących pielgrzymów. Do najliczniejszych i najbardziej charakterystycznych przedmiotów, nabywanych przez pątników w odwiedzanych sanktuariach, należą znaki pielgrzymie - plakietki. Stale powiększająca się ich liczba pozwala nam na podejmowanie prób określenia ich proweniencji, jak również ustaleń dotyczących tras pielgrzymkowych. Elbląg założony przez Zakon Krzyżacki, do końca XIV w. odgrywał czołową rolę w państwie zakonnym na terenie Prus. Strategiczne położenie ośrodka na trasie szlaków handlowych sprzyjało wszechstronnemu rozwojowi miasta, a jego pozycję podnosiła rola miasta portowego. Poprzez włączenie się w krąg działalności miast hanzeatyckich, Elbląg znalazł się w strefie oddziaływań kulturowych i gospodarczych północno-zachodniej Europy, także w zwyczajach pielgrzymowania do europejskich sanktuariów. Materialna baza źródłowa dotycząca fenomenu, jakim niewątpliwie były średniowieczne pe-regrynacje, dla Elbląga jest stosunkowo uboga w porównaniu z innymi ośrodkami miejskimi. Podczas wieloletnich prac archeologicznych odkryto kilkanaście dewocjonaliów, ale z pewnością wyjątkowo cennych dla poznania chociaż w niewielkim stopniu zagadnień dotyczących życia religijnego średniowiecznych mieszkańców Elbląga. Niezwykle pomocne są źródła pisane - testamenty, zapisy na cele pobożne, które możemy konfrontować ze źródłami archeologicznymi. Pielgrzymowanie możemy rozumieć jako praktykę nawiedzania miejsc świętych — loca sacra, które należy do uniwersalnych praktyk religijnych. W chrześcijaństwie wykształci- Czy flasze pielgrzymie były atrybutem pątników elbląskich? 39 Pielgrzym icyrusza na szlak sprzed warsztatu introligatora. Miniatura XVw. ły się z biegiem czasu trzy rodzaje tego typu aktywności religijnej: pielgrzymka błagalna, pokutna i dziękczynna, W testamentach el-blążan składanych w ratuszu przed wyruszeniem w daleką i pełną niebezpieczeństw podróż zachowały się nieliczne informacje o odwiedzanych sanktuariach względnie zamiaru odbycia takiej pielgrzymki. Podane są nazwiska elblążan, daty rozpoczęcia podróży oraz miejsca przechowywania relikwii. Pątnicy wędrujący po szlakach pielgrzymkowych całej Europy przedstawiani są również w ikonografii, rzeźbie czy malarstwie. Widzimy osoby ubrane w spodnie, koszulę, pończochy i buty, otulone długim płaszczem chroniącym przed zimnem. Ubiór dopełniał kapelusz z szerokim rondem, a laska była oparciem i narzędziem obrony przed złoczyńcami czy dzikimi zwierzętami. Przedmiotami towarzyszącymi pielgrzymom były: flasze gliniane lub drewniane (bardzo rzadko metalowe), manierki i ampułki do napojów, dzwoneczki, różańce i oczywiście znaki pielgrzymie przywożone przez wędrowców i poświadczające ich obecność w konkretnych sanktuariach. W bogatej literaturze przedmiotu dotyczącej peregrynacji przedstawiona jest pewna grupa wyrobów, które w języku niemieckim określane są nazwą Pilger^sche. Wielu badaczy przypisuje tę formę naczyń właśnie pielgrzymom. Charakterystyczne wyroby pełniły fonkcje naczyń — to pojemniki przeznaczone dla płynów, a po przytroczeniu do pasa nie sprawiające pątnikom problemów w przemieszczaniu się. Flasze — manierki o charakterystycznych kształtach, były wytwarzane z różnych surowców: drewna, gliny, cyny, skóry. Były produkowane w wielu znanych średniowiecznych i wczesnonowożytnych centrach garncarskich, m.in. Siegburgu, Waldenburgu, Coppen-grave czy Brunssum-Schinveld. Niekiedy na tych naczyniach były umieszczane inskrypcje jednoznacznie określające ich związek z pielgrzymami. Jednym z takich przykładów może być gliniana flasza wykonana w Raeren datowana na XVI w. Podczas prac archeologicznych prowadzonych na Starym Mieście w Elblągu znaleziono flaszę ceramiczną — zachowaną w całości — oraz fragmenty dwóch drewnianych. Flasza gliniana została odkryta w murowanej latrynie znajdującej się na podwórku działki przy ul. Garbaty 23. Przedmiot o wysokości 17,1 cm, szerokości 10,8 cm i średnicy 15,6 cm wykonano z gliny żelazistej, a zewnętrzną powierzchnię pokryto czerwo-no-brunatnym szkliwem. Cztery uszka usytuowane na obwodzie naczynia pozwoliły na przeciągnięcie rzemyka i przytroczenie jej do pasa lub sakwy. Prosto ścięte dno umożliwiało postawienie flaszy. Towarzyszący jej materiał zabytkowy, znaeziony podczas badań archeologicznych pozwala ogólnie datować ją na przełom XVI i XVII w. Nie jest sprawą 40 Grażyna Nawrolska prostą ustalenie właściciela tego obiektu. Odnosząc się do kartoteki działek mieszczańskich Starego Miasta możemy przypuszczać, że należała do Erhardta Schnee względnie jego następców. Był on średniozamożnym obywatelem Starego Miasta, kupcem, pełniącym przez kilka lat funkcje rajcy. Prawie identyczny egzemplarz znajduje się w zbiorach Muzeum Miejskiego w Getyndze. Drugi egzemplarz odnaleziono w latrynie usytuowanej na podwórku parceli przy ul. Rybackiej 34. Zachowana w połowie flasza drewniana ma 17,5 cm wysokości, 7,8 cm szerokości i 14,8 cm średnicy została wykonana metodą obustronnego toczenia. Na dnie zachowały się dwie podpórki umożliwiające jej postawienie. Znajdujący się w górnej części otwór o wymiarach 1,2 cm x 1,5 cm służył do picia. Elbląska flasza może być datowana na przełom XV i XVI w. W tym czasie nieruchomość przy ul. Rybackiej 34 należała do Mi-chela Molnera, potem do Bartolomeusa Zandera, a w latach dwudziestych-trzydziestych szesnastego stulecia jej właścicielem był średniozamożny elblążanin Grzegorz Thorhauss. Trudno jest więc dokładnie określić jej właściciela. Prawie identyczny egzemplarz został znaleziony w Lubece i jest datowany na przełom XV i XVI w. Trzecia flasza odkryta została w latrynie ulokowanej na podwórku parceli przy ul. Bednarskiej 23. Miała 22,4 cm wysokości, 14 cm średnicy i 9,6 cm szerokości. W górnej części zachował się fragment uchwytu, przez który przewlekano rzemyk i można było flaszę przytroczyć do pasa. Podobnie jak w przypadku poprzednich naczyń nie jesteśmy w stanie dokładnie podać nazwiska jej właściciela. Obiekt datowany na drugą połowę XV w, lub początek XVI w. mógł należeć do Berndta Brandenhoffa i jego pasierbicy, którzy byli właścicielami kamienicy, względnie ich następców: Paula Legnicz czy wdowy po kupcu Heinrichu Stapel. Na Starym Mieście w Elblągu odkryto tylko trzy flasze pielgrzymie: glinianą i dwie ceramiczne; a może aż trzy. Na południowym pobrzeżu Bałtyku znaleziska flasz pielgrzymich są również rzadkością. Jak wspomniano podobne egzemplarze odkryto w Lubece i również w Stralsundzie. Z nadań archeologicznych znane są zbliżone kształtem do flasz małe manierki — jednak są to naczynia, które nie spełniały takiej roli jak flasze. Wyjątkowym zjawiskiem spoza strefy północnej jest zbiór dwudziestu trzech glinianych beczułkowatych manierek i jednej dwuusznej, odkryty na Starym Mieście w Trzebnicy, a także kilka znalezionych w Świdnicy i we Wrocławiu. Czy rzeczywiście istnieją określone przesłanki, które umożliwiają uznanie flasz pielgrzymich i małych glinianych manierek za popularne i typowe atrybuty setek tysięcy pielgrzymów wędrujących po drogach i bezdrożach całej Europy do bliskich i odległych sanktuariów? Może były to po prostu naczynia, które swoim kształtem były przystosowane do przenoszenia płynów? Na znalezionych w Elblągu naczyniach brak jest jakichkolwiek napisów, które mogłyby wskazywać na powiązanie ich z konkretnymi ośrodkami Ryc. 2. Dreumiana flasza pielgrzymia na miniaturze z XVw. pielgrzymkowymi. Możemy więc sądzić, że flasze i manierki były produkowane w różnych Czy flasze pielgrzymie były atrybutem pątników elbląskich? 41 Ryc. 3. Elhkfg. Stare Miasto. Gliniatta flasza pielgrzymia. Rys. B. Kiliński Ryc. 4. Elbląg. Stare Miasto. Fragmenty duńch flasz pielgrzymich. Rys. B. Kiliński centrach garncarskich w Europie i służyły do przenoszenia płynów wszystkim, którzy wędrowali i przemieszczali się, uznając te formy za wygodne i praktyczne. Znaleziska przedmiotów związanych ze średniowiecznymi pielgrzymkami mieszkańców południowego pobrzeża Bałtyku są nadal stosunkowo nieliczne. Znaki pielgrzymie, flasze, manierki stanowią jednak niezmiernie interesujące źródło do badań nad różnorodnymi zagadnieniami związanymi z religijnością, pobożnością i całym spektrum obyczajów pąt-niczych. Flasze i manierki to drobny element związany z wyposażeniem pielgrzymów, ale istotny w badaniach wielu specjalistów skupionych w Peregrinatio religtoza. Rzesze pielgrzymów przemierzające w średniowieczu europejskie szlaki a także współczesne pielgrzymki po całej Europie mogą być zgodne z epigramem Anioła Ślązaka, poety i mistyka urodzonego we Wrocławiu w 1624 r. „Słońce wszystkich porusza i gwiazdami na wysokości. Jes'łi nie będziesz w ruchu, nie będziesz częsflią całości” (za Skrok 1997) 42 Piotr Zawada Piotr Zawada A DOLNE POWIŚLE I ŻUŁAWY W WIEKU XVII Z pespektywy Charlesa Ogiera, sekretarza poselstwa francuskiego, uczestniczącego w negocjacjach warunków pokoju między Polską a Szwecją w Sztumskiej Wsi w 1635 roku Swego czasu na targach książki w Gdańsku kupiłem „Dziennik podróży do Polski 1635-1636” (Wydawnictwo Wimana, Gdańsk 2020) autorstwa Charlesa Ogiera w przekładzie i opracowaniu Zenona Gołaszewskiego. Jako mieszkańca Gdańska szczególnie zainteresowały mnie opisy miasta, sytuacji i łudzi, z którymi spotkał się autor przebywając w Gdańsku przez ponad dziewięć miesięcy na przełomie 1635—1636 roku. Jednak kiedy zacząłem pisać dla kwartalnika „Prowincja” szczególnie poświęconemu wydarzeniom z obszaru Dolnego Powiśla i Żuław, przypomniałem sobie o „Dzienniku” Charlesa Ogiera, w którym opisuje on dzień po dniu kulisy negocjacji pokojowych między Szwecją a Polską w Sztumskiej Wsi w 1635 roku. Podczas negocjacji pokojowych większą część czasu Charles Ogier spędził w Malborku, w którym kwaterowali posłowie będący pośrednikami podczas rozmów pokojowych między Szwedami a Polakami. Bywał też wielokrotnie w Kwidzynie, Elblągu, Prabutach i innych miejscowościach Dolnego Powiśla i Żuław, z których pozostawił barwne opisy. Moim tekstem chciałbym państwa zachęcić do lektury tego niezwykle ciekawego „dziennika”, krótko tylko przedstawiając przeżycia autora z interesującego nas terenu Dolnego Powiśla i Żuław, ale nie wchodząc w szczegóły samych negocjacji i opisów z pobytu w Gdańska. Charles Ogier pochodził z Paryża, w którym urodził się w 1595 roku. Tak jak jego ojciec był prawnikiem. Studiował prawo na uniwersytecie w Bourges, a następnie w Walencji, gdzie uzyskał tytuł doktora praw. W 1635 roku wszedł w skład poselstwa francuskiego, na czele którego stał Klaudiusz de Mesmes hrabia d’Avaux. Zadaniem poselstwa, w którym Charles Ogier pełnił funkcję drugiego sekretarza, było doprowadzenie do pokoju między Szwecją a Polską. Po długiej i niebezpiecznej podróży do Polski przez Danię, Szwecję, w większości morzem , 16 maja 1635 roku Charles Ogier dopłynął do Gdańska. Poznawanie nowych krain, ludzi, ich obyczajów i kultury, na pewno miało duży wpływ na podjęcie przez niego decyzji o spisaniu swoich wrażeń z tak ważnej w jego życiu podróży i misji. Tak właśnie powstał „Dziennik podróży do Polski 1635—1636”. A wszystko to działo się podczas długiej i krwawej wojny trzydziestoletniej. Francja, w większości kraj katolicki, stanęła po stronie krajów protestanckich. Do zadań mediatorów francuskich należało dbanie o interesy protestanckiej Szwecji i utrzymanie poprawnych stosunków z pozostałymi mediatorami, państwami protestanckimi: Anglią, Brandenburgią i Holandią. We wrześniu 1635 roku wygasł 6 letni rozejm ze Szwecją. Polska po zawarciu pokoju wieczystego z Rosją w Polanowie w 1634 roku, będąc zabezpieczoną od wschodu, stawała się groźnym przeciw- Dolne Powiśle i Żuławy w wieku XVII 43 nikiem dla Szwecji. To nie było na rękę Francji, której wojska ruszyły przeciwko koalicji habsburskiej, a do Szwecji i Polski przybyli posłowie francuscy wraz z Charlesem Ogierem, aby doprowadzić do pokoju między oboma krajami. Rokowania te jako mediatorzy wspierali Anglicy, Holendrzy i Brandenburczycy. Delegacji angielskiej przewodniczył poseł Jerzy Douglas, holenderskiej poseł Roch Haanert, a brandenburskiej książę Zygmunt, krewny elektora brandenburskiego Jerzego Wilhelma. W związku z tym 24 maja 1635 roku w Sztumskiej Wsi, rozpoczęły się rokowania pokojowe. Król Polski Władysław IV Waza chciał odzyskać dziedziczny tron Szwecji i w tym celu dążył do wojny ze Szwecją - te rokowania nie były mu na rękę. Natomiast magnaci polscy z hetmanem Koniecpolskim i wojewodą Lubomirskim na czele uważali, że o ile należy się pozbyć Szwedów z polskiego wybrzeża, to już niekoniecznie trzeba wspierać Władysława IV w jego staraniach o odzyskanie szwedzkiego tronu. Pokój w Sztumskiej Wsi nazywany również rozejmem, zawarty pomiędzy Polską a Szwecją, przedłużał wcześniejszy 6 letni rozejm zawarty w Starym Targu z 26 września 1629 roku, a kończący wojnę polsko - szwedzką z lat 1626—1629. Rozejm w Sztumskiej Wsi został zawarty 26 lat po tzw. „wojnie o ujście Wisły” i podpisany został 12 września 1635 roku. Sfinalizowanie rokowań nastąpiło wbrew woli Władysława IV, a warunki pokojowe zostały zaaprobowane przez Sejm 21 listopada 1635 roku. Początkowo rokowania rozpoczęto w Pasłęku, gdzie toczyły się od stycznia do połowy lutego, a następnie od maja kontynuowano je już w Sztumskiej Wsi. Delegacji polskiej przewodniczył Jakub Zadzik, kanclerz koronny, biskup chełmiński i pomezański, a towarzyszyli mu: Ernest Denhoff, kasztelan parnawski, Remigiusz Zaleski, referendarz koronny, Jakub Sobieski, krajczy koronny i ojciec Jana III, Krzysztof Radziwiłł, wojewoda wileński, a w przyszłości hetman wielki litewski i Rafał Leszczyński, wojewoda bełski. Ze strony szwedzkiej rokowaniom przewodniczył hrabia Per Brahe. W skład delegacji szwedzkiej wchodzili jeszcze: generał Herman Wrangel, senator Ake Axelson, syn kanclerza Jan Oxenstiern oraz Jan Nikodemus. Dnia 24 maja Charles Ogier wyruszył ze swoim poselstwem z Gdańska do Malborka, gdzie miały swoje siedziby poselstwa mediacyjne. W swoim „dzienniku” zapisał, że mijał bujne i urodzajne pola, gdzie w niewielkich odległościach od siebie stały wygodne i zadbane wiejskie domy zbudowane z cegły. Widział tam piękne i zadbane ogrody, zamknięte i otoczone siecią kanałów. We wsiach było bardzo wielu mieszkańców, a na polach pasło się mnóstwo bydła. Bardzo spodobały mu się bociany budujące swe gniazda na dachach domów. Trzy mile* od Gdańska autor przeprawił się promem przez Wisłę, gdzie przez wyjątkowo urodzajne pola pełne zdrowego bydła i ptactwa po kolejnych trzech milach dotarł do Malborka. To Holendrzy osuszyli te tereny i wykopując kanały i rowy nawadniające zamienili te nieużytki w żyzne pola i łąki i uginające się od owoców sady. Według jego opisu Malbork opływa odnoga Wisły, zwana Nogatem, która sama dzieli się na odnogi nim wpadnie do morza. Stwierdza, że Malbork był kiedyś siedzibą krzyżaków, gdzie do dzisiaj stoi wybudowany przez nich warowny zamek. 24 maja posłowie francuscy, angielscy, holenderscy oraz elektora brandenburskiego wyruszyli do Sztumskiej Wsi wyznaczonej na miejsce rokowań. Posłowie Szwedzcy zakwaterowani zostali we wsi Janówka leżącej nad Nogatem, a Polacy w Kwidzynie. W wyznaczone dni rokowań obie delegacje ' Autor posługuje się tutaj ówczesną milą francuską, która wynosiła 4,5 km. 44 Piotr Zawada udawały się do oddzielnych namiotów rozstawionych na obu krańcach wsi. Po środku Sztumskiej Wsi stał namiot dla mediatorów. Przy każdym namiocie stali żołnierze. Oprócz tego przy namiocie Szwedów stała chorągiew jazdy fińskiej, a przy polskim — tatarów. Jeżeli chodzi o polską delegację, to autor zwrócił uwagę na to, że kanclerz był w stroju biskupim, Ernest DenhofF nosił się z niemiecka, czyli tak jak posłowie francuscy, szwedzcy i pozostali. Natomiast reszta Polaków ubrana była w typowe polskie stroje. Jak pisze Ogier, nazwa Sztumska Wieś pochodzi od nazwy niewielkiego miasta Sztum, które otoczone jest wodami, gdzie sześć lat wcześniej cztery tysiące żołnierzy cesarskich pod wodzą Mansfelda^ przybyło tu na pomoc królowi polskiemu Zygmuntowi III. I chociaż załoga Sztumu była nieliczna, ponieważ większość chorowała, to żołnierzom cesarskim nie udało się zdobyć miasta i musieli odstąpić od oblężenia. Po każdym ciężkim dniu pracy, jakim były negocjacje, nasz bohater wraz z innymi posłami zazwyczaj około północy docierał na kwaterę w Malborku. W niedzielę i święta uczęszczał do kościoła, który, jak pisał, co prawda był kościołem katolickim, ale z powodu tego, że podczas wojen szwedzkich zajęli go luteranie, więc obecnie używany był też przez luteranów, a także kalwinów. Od świtu do godziny dziewiątej uczęszczali do niego katolicy mając do dyspozycji dwa ołtarze, a od dziewiątej do południa luteranie mając dla siebie tylko jeden ołtarz. Jak pisze Ogier, luteranów było więcej i byli zamożniejsi od katolików, których w samym mieście były może trzy lub cztery rodziny, reszta przychodziła z okolicznych wiosek. Dla wszystkich posługę bożą pełnił wtedy tylko jeden ksiądz, wikary, ponieważ oficjał, a zarazem proboszcz, był w tym czasie sparaliżowany. Będąc w Malborku Ogier wraz ze swoimi kolegami z poselstwa zwiedzał umocnienia Malborka. Podziwiał ogrody pełne kwiatów i drzew owocowych. Często też wybierał się na przechadzkę wzdłuż Nogatu, albo na spacer do lasku leżącego blisko miasta, gdzie, jak zauważył, wszędzie pasły się liczne stada bydła i koni, co świadczyło o zamożności mieszkańców tych terenów. Pewnego dnia wraz z teologiem Avaugour’em przeglądał księgozbiór w bibliotece burgrabiego malborskiego Jana Pfenniga, gdzie między innymi znalazł powieść swego przyjaciela, Leonarda Marandego, pt. „Ariades”, historię Jakuba de Thou oraz po łacinie „Dzieje Francji za panowania Karola IX”, a także wiele pism skierowanych przeciwko jezuitom. Wraz ze swoimi kolegami, dwoma Anglikami i jednym Holendrem, odwiedził mieszczanina malborskiego Krystiana Koppe, który posiadał bardzo cenny księgozbiór. Między innymi miał „księgę składającą się z drewnianych tabliczek powleczonych czarnym woskiem, taką, jakie używano w starożytności”. Wśród zbiorów znajdowało się wiele egzemplarzy kodeksów prawa rzymskiego w znakomitych wydaniach pochodzących z Włoch i z Francji. Charles Ogier przeplata swoją relację ciekawymi anegdotami i opowieściami zasłyszanymi od przebywających tam cudzoziemców będących gośćmi poselstw negocjujących pokój, a także od miejscowych mieszkańców. Od niejakiego Cabraya, francuskiego kondotiera z Normandii, który w interesującym nas okresie służył Szwedom, dowiadujemy się, że jakieś siedem lat wcześniej Gustaw Adolf, król szwedzki, walcząc z Polakami dostał się do ich niewoli schwytany przez polską lekką jazdę, lecz Polacy nie zorientowawszy się, że mają w swoim ręku króla szwedzkiego, odstawili go do swojego obozu jako jednego z wielu jeńców. W zgiełku bitewnym jeden z rajtarów szwedzkich pomylił polską ^ Książę Ernst von Mansfeld — niemiecki dowódca wojskowy w wojnie trzydziestoletniej po stronie protestanckiej. Dolne Powiśle i Żuławy w wieku XVII 45 jazdę ze sprzymierzoną i podjechał do niej myśląc, że to swoi. Gdy się zorientował, zauważył jako jeńca Polaków Gustawa Adolfa, a wtedy zaczął udawać swojaka. W sprzyjającym momencie spokojnie podjechał do króla dając mu pistolet. Król bez namysłu strzelił do najbliższego eskortującego go Polaka, a drugiego walnął przez łeb, a następnie wraz z rajtarem rzucił się do ucieczki i szczęśliwie dotarł do swoich. Król po pewnym czasie zaczął szukać swojego wybawcy i kiedy go wreszcie znalazł, zapytał, czego by ów chciał w nagrodę za jego uwolnienie. Ku zaskoczeniu króla rajtar zażyczył sobie, aby monarcha postawił napój jemu i jego kamratom, co król ze zdziwieniem spełnił. Opowiadający tę ciekawą historię Cobray twierdził, iż to wszystko zdarzyło się o milę od Malborka, a nawet później pokazał to miejsce Ogierowi. Jednak, jak wiadomo, szczęście w końcu opuściło króla Szwecji, który poległ w bitwie pod Liitzen 16 listopada 1632 roku. Takich opowieści o prawdziwych lub nie, wojennych przygodach Gustawa Adolfa jest znacznie więcej w „dzienniku” Ogiera. 21 czerwca w drodze do Torunia na spotkanie z polskim królem Władysławem IV nasz bohater zatrzymał się jak to określił na „Wyspie Marii”, czyli w Kwidzynie, gdzie mieli swoją kwaterę polscy komisarze. Ogier ze dziwieniem stwierdził, że w polskich i w pruskich gospodach podróżni nie dostają łóżek i albo muszą spać na ziemi, albo na ławach, co jest bardzo niewygodne. Opisał, jak przebudził go w nocy przemarsz regimentu piechoty wojewody bełskiego. Jak zauważył, polscy wojewodowie, magnaci, czy to w stanie wojny, czy pokoju prowadzili ze sobą coś na wzór małych prywatnych armii. Wojewoda bełski był wtedy w żałobie po niedawnej stracie małżonki i w związku z tym ubrał na własny koszt cały regiment piechoty, około 2000 tysięcy ludzi, w czarne mundury. Musiał być to spory koszt, a była to przecież tylko jedna z zachcianek wojewody; pokazywało to, jak zamożna była wtedy polska magnateria, często bogatsza od niejednego króla. Jak dalej relacjonował Ogier, żołnierze regimentu maszerowali w zwartym szyku. Przed chorążym kroczyli trzej trębacze z doboszem wygrywając rytmiczną melodię do marszu. Żołnierze maszerujący za pocztem sztandarowym szli w dłuższych szeregach, a całość regimentu tworzyło figurę podobną do klina. W ogóle cały ten przemarsz skojarzył się naszemu bohaterowi bardziej z uroczystym orszakiem weselnym niż z przemarszem oddziału wojskowego. Za dnia Ogier wraz z towarzyszem-teologiem wyruszył na zwiedzanie Kwidzyna. Miasto podlegało wtedy władzy elektora brandenburskiego razem z pałacem biskupim i siedzibą kanoników, i jemu też podlegały wszelkie dochody. Szczególną uwagę naszego bohatera przykuł widok kościoła wielkiego i strzelistego, z dużym ołtarzem, nad którym znajdowały się wielkie organy. Kościół był niegdyś kościołem katedralnym, ale obecnie był we władaniu luteranów. Jak opisywał dalej, od zamku biskupa, aż do rzeki Liwy, ciągnął się długi portyk wsparty na wysokich ceglanych lukach, pełniący również rolę obronną. Na jego szczycie znajduje się otwór, przez który można jedynie wejść po linie. I tu Ogier przytacza zabawną legendę dotyczącą tej budowli, a zasłyszaną u miejscowej ludności. Otóż, jak wieść po okolicy niosła, pewien kanonik z tego kościoła miał kochankę. Za swoje niegodne czyny został potępiony przez biskupa i współbraci. Kanonik udał, że chce odpokutować za swoje złe uczynki i jak to opisał Ogier: „...wyraził się mało przyzwoicie, a mianowicie, że postanowił nasrać na tą miłość”. Kanonik był człowiekiem bogatym, więc było go stać na wybudowanie długiego ciągnącego się aż do rzeki portyku wspartego na arkadach, na końcu którego wybudował ubikację w postaci kwadratowej wieży, do której uczęszczał codziennie. Pod wieżą płynęła 46 Piotr Zawada rzeka, która po niemiecku nazywała się Liebe, czyli miłość. Kanonik twierdził, że skoro przyrzekł „nasrać na tą miłość”, to dotrzymał słowa codziennie załatwiając swoje potrzeby w wybudowanej przez siebie wieży nad rzeką Liebe. Oczywiście kontaktów ze swoją kochanką nie zamierzał zerwać. Ogier stwierdził, że taką historię mogli wymyślić chyba tylko luteranie. My, współcześni, też znamy tą opowieść, ale w nieco innej wersji. Następnie nasz bohater w otoczeniu innych posłów wyruszył w dalszą drogę z Kwidzyna. W miejscowości Gardeja do powozu wojewody bełskiego wsiadł poseł francuski, a powóz eskortowało około 100 lekkich jeźdźców tatarskich albo kozackich, uzbrojonych w luki i strzały. Autor nie potrafił dokładnie określić, jaka to była jazda. Za powozem wojewody, wśród urodzajnych pól, ogrodów, łąk i rzek, jechały liczne wozy i powozy pełne szlachty, które pod wieczór dotarły do Grudziądza. Od 23 czerwca do 5 lipca posłowie przebywali w Toruniu, gdzie spotkali się z królem polskim Władysławem IV. W drodze powrotnej, podróżując przez Radzyń Chełmiński i Łasin, posłowie, a w tym i nasz bohater, dotarli 7 lipca do Prabut, gdzie poseł francuski wysłuchał mszy w podmiejskiej kapliczce, a właściwie w jej zgliszczach, ponieważ wcześniej została spalona przez Szwedów. 9 lipca mediatorzy dotarli do wsi Liczę, gdzie wraz z polskimi komisarzami zatrzymali się w miejscowym dworze i gdzie bez powodzenia kontynuowane były negocjacje pokojowe. 10 lipca przez Prabuty przejechał długi i wielki tabor księcia Krzysztofa Radziwiłła, który z polecenia króla wracał na Litwę, aby przygotować się do wojny ze Szwedami o Inflanty. Następnego dnia Charles Ogier wziął udział w nabożeństwie w kościele luterańskim w Prabutach w intencji zawarcia pokoju. Tego samego dnia posłowie powrócili do Malborka. Z powodu impasu w negocjacjach 23 lipca posłowie wyruszyli do Elbląga, aby spotkać się z marszałkiem szwedzkim Jakubem de la Gardie, który był członkiem rady państwa Szwecji i dowódcą wojsk szwedzkich w Prusach. Jak opisuje Ogier, Elbląg jest to małe miasto położone wśród bagien i przez naturę, jak i umocnienia wojskowe, przystosowane do obrony. Przez Elbląg przepływa rzeka, którą przewozi się wiele towarów. Jest ładnym miastem o dużych płacach i szerokich ulicach, przy których stały okazałe i wytworne domy, tak jak to było w Gdańsku i Toruniu. Naszych negocjatorów powitano salwą z trzech armat, a dowódca artylerii wyjechał konno naprzeciw posłowi. Wszędzie w mieście przy bramach i placach stało mnóstwo żołnierzy i mieszkańców ciekawych tego wydarzenia. Posła powitali rajcy miasta dość długim przemówieniem, natomiast marszałek de la Gardie z powodu choroby oczu nie mógł przybyć osobiście. Podczas negocjacji w Elblągu nasz bohater zwiedzał miasto, a 25 lipca poselstwo opuściło Elbląg odprowadzone do rzeki przez liczną szlachtę. Po przeprawieniu się promem przez rzekę poselstwo przejął oddział kawalerii, który eskortował je do połowy drogi do Malborka, gdzie przejął ich innych oddział doprowadzając już do samego Malborka. 26 lipca poselstwo ponownie wyruszyło do Torunia i na nocleg zatrzymało się w Gardei, jak to określił Ogier, „... całkowicie luterańskim mieście.” Następnego dnia Ogier przejeżdżał przez obóz wojsk polskich, gdzie widział ich namioty, które mocno go zaciekawiły. Jadąc wzdłuż murów Grudziądza widział stacjonujące tam liczne odziały polskiego wojska, a podczas postoju w jednej ze wsi podziwiał chorągiew husarską, której bogaty opis zostawił w swoim „dzienniku”, a którego tutaj nie przytoczę, aby nie popsuć państwu przyjemności z lektury tegoż. Wspomnę tylko, że kiedy po raz wtóry zobaczył chorągiew husarską, to powiedział: „... nigdy nie widziałem wspanialszego widoku”. Co najciekawsze jednak. Dolne Powiśle i Żuławy w wieku XVII 47 CHARLES 0CIE8 DZIENNIK PODRÓŻY DO POLSKI 1635-1636 S Ksiifżka Ogiera z podróży do Polski Charles Ogier rozwiązał zagadkę dotyczącą skrzydeł zamocowanych za plecami husarzy. Jak od zawsze pamiętam trwają spory między historykami wojskowości co do celu użycia owych skrzydeł przez husarię. A tu proszę, jest wyjaśnienie. Cytuję Ogiera: „... Są wspaniali, ale trudno się nie zaśmiać na widok długich skrzydeł przymocowanych do ich pleców, od których, jak się im wydaje, konie nieprzyjaciół się płoszą i rzucają się do ucieczki”. Zapewne zagadnął jednego z husarzy, o co chodzi z tymi skrzydłami, no i wyjaśnił zagadkę. Co prawda o samych negocjacjach postanowiłem nie pisać, ale wspomnę tu tylko o trochę groteskowej sytuacji, w której wziął udział autor dziennika, a do której doszło 5 sierpnia w Grudziądzu w kwaterze króla Władysława IV. Otóż po obiedzie, o godzinie 15, król przyjął na posłuchanie w sprawie traktatu pokojowego ze Szwedami posłów francuskich, angielskich i holenderskich. Na spotka- niu obecni byli również wielmoża polscy. Tak się akurat złożyło, że sala, w której odbyło się spotkanie, pozbawiona była siedzeń i negocjacje prowadzono na stojąco. Całe spotkanie trwało aż siedem godzin i przedłużyło się do godziny 10 wieczorem. Niektórzy z uczestników ledwo trzymali się już na nogach i z tego powodu cały następny dzień przeleżeli w łóżku. Jak widać posłom nie zawsze dobrze się powodziło i nie zawsze nocowali we dworach czy zamkach, gdzie byli przyjmowani sutymi ucztami i świetnymi przyjęciami, o czym chociażby świadczy opis miejsca, w którym nasz bohater musiał spędzić jedną z nocy w jakiejś wsi po drodze do Torunia: «... weszliśmy do czegoś, co nie wiem, czy nazwać ciepłym pomieszczeniem, czy oborą, bowiem walczyli tam o miejsce bydło i ludzie”. W oborze, o której wspomina autor, na ziemi, na sianie i ławach tłoczyli się przemieszani ze sobą sekretarze poselstwa, żołnierze, chłopi, słudzy wojewody, teolog, a nawet kobieta w gorączce przedporodowej, a wszędzie wśród nich krzątały się gęsi, świnie, kury i psy. A towarzyszył temu płacz dziecka, pojękiwanie kobiety w ciąży, odgłosy wydawane przez zwierzęta czy głośne chrapanie zmęczonych i śmierdzących żołnierzy i czeladzi obozowej. Była to jedna z najgorszych nocy w życiu Charlesa Ogiera, której barwny, wręcz żywy opis pozostawił na kartach swojego dziennika. Opis jest tak realistyczny, że mam wrażenie, że te wszystkie „wspaniałe” zapachy przez karty „dziennika” przeniknęły do moich zmysłów. To są dopiero prawdziwe negocjacje. W następnym dniu, w drodze do Torunia, Ogier widział maszerujące polskie regimenty uzbrojone w muszkiety, które zrobiły na nim duże wrażenie i jak sam pisał „...Pewnie nigdzie na świecie nie można znaleźć ludzi o tak krzepkim i groźnym wyglądzie, przerażają już bowiem samym swym obliczem. Wszyscy mają głowy poznaczone przez Moskali i Turków okropnymi bliznami, a ponieważ są one ogolone, więc i widoczne”. Przy innej zaś okazji, jadąc do króla polskiego do Grudziądza, napotkał kozaków, którzy sprawili na nim miłe wrażenie: „...Ludzie to nad miarę wyrośnięci i zwinni, przybrani w żelazo, na ramieniu mieli zawieszone rusznice. Dowódca ich podjechał do naszego posła 48 Piotr Zawada i pozdrowiwszy go kilkoma uprzejmymi jak na człowieka tego stanu słowami, zakończył: Dla naszego króla chwała i sława, dla nas zaś zwycięstwo, i odjechał galopem”. Dla porównania, 11 sierpnia Charles Ogier oglądał obóz Szwedzki, który mieścił się w otaczających Malbork fortyfikacjach ziemnych zbudowanych kosztem znajdujących się tam ogrodów malborskich mieszczan. A oto co zobaczył: ... „Ja tymczasem zwiedzałem obóz i namioty Szwedów, gdzie ujrzałem obraz nędzy i rozpaczy. Widziałem oblicza łudzi, a ponieważ nie mówili oni i nie prowadzili rozmów w sposób sensowny, powątpiewałem, czy to są w ogóle ludzie, tacy byli zdziczali, brudni i rozczochrani. Ci obdarci i bosi, po większej części głupi chłopscy młokosi, byli to Szwedzi, których państwo siłą odrywa do wojaczki z pola i od pługa.” Albo „.. .W innej części widziałem Finów; służą w jeździe i mają dobre i silne konie. Rozglądałem się tam za panami, albowiem tych, którzy byli na koniach, brałem za koniu-chów, tak nędznie i ubogo byli ubrani.” Jeszcze gorzej opisuje Szkotów: „...Wyglądali najmizerniej, ich szałasy nieumiejętnie poukładane z gałązek drzew nie chroniły ani przed słońcem ani przed deszczem. Leżą oni tam zupełnie niezorganizowani, tak że przypomina to bardziej cmentarz, aniżeli obóz.” Jedynie o piechocie niemieckiej Ogier wyrażał się pozytywnie: „... są to przeważnie weterani i do tego jest wśród nich wielu rzemieślników, więc stawiają swe szałasy dużo lepiej od pozostałych. Można powiedzieć, że to istne wsie, tak dobrze budują i wykańczają swoje maleńkie domostwa. Aby zaś nic w nich nie brakowało i były przyzwoite, mają tam nawet swe żony i dzieci.” Jak tak czytałem opisy wojsk polskich świadczących o potędze militarnej ówczesnej Rzeczpospolitej i na dodatek podziwianych przez cudzoziemca z Francji, to aż żal ścisnął mnie za serce, że ponad półtora wieku później Polska zniknęła z mapy Europy i do dzisiaj nie może odrobić tej porażki. Przez cały swój pobyt Ogier podziwiał znajomość wielu języków obcych, a zwłaszcza łaciny, wśród polskiej magnaterii, szlachty, duchowieństwa czy urzędników. Stwierdził, że łacinę można nazwać w Polsce językiem potocznym, lecz najlepiej cudzoziemcowi posługiwać się językiem niemieckim, który według niego jest najbardziej rozpowszechniony. Pod koniec rokowań, kiedy napięcie między układającymi się stronami sięgnęło zenitu, w pierwszych dniach września, na kilka dni, komisarze szwedzcy przenieśli się do Sztumu, a polscy do Nowej Wsi. Natomiast król polski, Władysław IV, obozował pod Kwidzynem w Czerwonym Dworze. W niedzielę, 9 września 1635 roku, w Sztumskiej Wsi obie strony doszły w końcu do porozumienia i zawarto pokój. Wreszcie po długich i żmudnych negocjacjach można było podpisać traktat pokojowy. Następnego dnia, podczas redagowania artykułów warunków traktatu pokojowego, wybuchł konflikt między posłami francuskim i angielskim dotyczący kolejności składania podpisów. Poseł francuski domagał się pierwszeństwa, a angielski uważał, że powinien być z nim na równi. W rezultacie po długich i burzliwych dyskusjach pierwszeństwo przyznano posłowi francuskiemu. Szczególnie polecam ten fragment „dziennika”, w którym obie strony zasypywały się argumentami, które miały przemawiać na ich korzyść, by dać im pierwszeństwo przy podpisywaniu traktatu pokojowego. Jeszcze w dniu podpisania traktatu poseł francuski i angielski próbowali się na wzajem zastraszyć. Z posłem francuskim do Sztumskiej Wsi przybyło wielu oficerów francuskich, także z wojska polskiego. Natomiast poseł angielski przybył z wieloma oficerami angielskimi i szkockimi z regimentów szwedzkich, ale też i z polskich. Po tych próbach zastraszenia obaj posłowie w końcu się dogadali i stanęło na tym, że w przedmowach obu stron do traktatu król Dolne Powiśle i Żuławy w wieku XVII 49 francuski był wymieniony na pierwszym miejscu, pod tym jednak warunkiem, że posłowie traktatu nie podpiszą. Mimo tego, tuż przed jego podpisaniem, poseł francuski próbował wymóc złożenie swojego podpisu pod układem. Na szczęście komisarzom polskim udało się go udobruchać obiecując mu, że podczas ratyfikacji traktatu przez Władysława IV, w obecności króla polskiego i wojewodów, będzie mógł złożyć swój podpis na traktacie. Wreszcie we wspólnym namiocie odczytano warunki traktatu w obecności komisarzy i posłów, a po odejściu posłów obie strony go podpisały, a działo się to 12 września 1635 roku w Sztumskiej Wsi. Dwa dni później, 14 września w Czerwonym Dworze, w obozie królewskim pod Kwidzynem w obecności wszystkich mediatorów - posłów, zaraz po komisarzach polskich i szwedzkic,h w obecności króla polskiego i senatorów, swój podpis na traktacie złożył poseł arcychrześcijańskiego króla Francji Klaudiusz de Mesmes, hrabia d’Avaux. Następnie to samo uczynił Władysław IV ratyfikując ten układ pokojowy. Pełny i oryginalny tekst traktatu znajdziecie państwo w „dzienniku”. Upamiętnione miejsce rozejmu polsko-szwedzkiego w Sztumskiej Wsi, Jot. P Zawada 50 Danuta Drywa Danuta Drywa „INSTYTUCJA DIABŁA” - SZKOŁA „NAPOLA” W SZTUMIE Zaraz po zajęciu ziem polskich przez niemieckiego okupanta ludność polska została objęta przymusowym oboziązkiem pracy. Teoretycznie obowiązek pracy na Pomorzu obejmował osoby od 16 do 65 roku życia. W praktyce przymus pracy rozciągnięto na młodzież i dzieci od 14 roku życia'. Niemieckie urzędy pracy (Arbeitsamt) na terenie Pomorza zaczęły powstawać zaraz po zajęciu przez oddziały niemieckie poszczególnych miast. Nie-zgłoszenie się do niemieckiego urzędu pracy (Arbeitsamt), czy odmowa podjęcia pracy przymusowej karane były skierowniem do obozu pracy wychowawczej na tzw. „wychowanie” (zur Erziehung), które w zależności od jakości wykroczenia wynosiło od 14 do 56 dni, a czasami więzień otrzymywał karę 2 x 56 dni tzw. „wychowania”. Oficjalnie od 1 października 1941 r. rolę obozu pracy wychowawczej (Arbeitserziehungslager — AEL) pełnił obóz Stutthof, chociąż w praktyce osadzanie w obozie Stutthof więźniów „na wychowanie” rozpoczęło się już w połowie 1940 r. i trwało do końca jego istnienia, do stycznia 1945 r. W rzeczywistości do końca 1943 r. więźniowie kategorii „wychowawczy” stanowili większość wśród osadzanych w obozie Stutthof więźniów. Analiza zachowanych dokumentów w wielu przypadkach pozwoliła na ustalenie faktycznych powodów kierownia więźniów na „wychowanie” do AEL Stutthof, które kryją się za podawanymi najczęściej ogólnymi przyczynami, jakimi są ucieczki z miejsc pracy, czy niepodjęcie wyznaczonej pracy. Po odbyciu przepisowej kary w obozie więźniowie ci byli zwalniani i kierowani do wyznaczonego przez Gestapo urzędu w celu podjęcia pracy przymusowej w starym lub nowym miejscu^. Mimo grożącej kary, zdarzały się przypadki świadomego odmawiania podjęcia pracy, co wymagało wielkiej odwagi. Taką postawą oznaczali się dwaj Polacy, 21-letni Zygmunt Pilarski i 21-letni Albin Prylowski, którzy jako „wolni robotnicy” („Freiarbeiter”) zostali skierowani do pracy w istniejącej w Sztumie Nationalpolitische Erziehungsanstalten — NPEA (Narodowo-Polityczny Zakład Wychowawczy NAPOLA). Obaj, chcąc z zrezygnować z pracy, udali się do lekarza, jak podano w piśmie, z mało istotnych przyczyn, by uzyskać zwolnienie z pracy. Jednak lekarz stwierdził, że obydwaj zdolni są do pracy. Stwierdzono dalej, że Prylowski i Pilarski odmówili nawet wykonywania lżejszej pracy w ogrodnictwie szkolnym, gdyż według nich, zarówno wyżywienie jak i sama praca w szkole NAPOLA, którą określili jako „instytucję diabła”, było złe, nieodpowienie. Dlatego 14 sierpnia 1941 r. Stapo Graudenz (Grudziądz) przekazało do obozu Zygmunta Pilarskiego (nr ob. 11720) i Albina Prylowskiego (nr ob. 11719) z nałożona karą 56 dni „wychowania”. W piśmie podkreślono, że obydwaj więźniowie byli już karani przez lokalną policję w Sztumie ’ Cz. Madajczyk, Polityka /// Rzes:^ w okufowantj Polsce, Warszawa 1970, t. 1, s. 636. Zob. D. Drywa, Arbeitserziehungslager (obóz pracy wychowawczej) Stutthof, cz. I, [w;] Zeszyty Muzeum Stutthof, nr 8, Sztutowo 2020. „Instytucja diabła” — szkoła „NAPOLA” w Sztumie 51 (Ortspołizeibehórde in Stuhm) karą trzech dni aresztu za opuszczanie mieszkania po godzinie 21:00. Robotników przymusowych obowiązywała godzina policyjna oraz zakaz opuszczania miejsca pracy, a nie przestrzeganie wprowadzonych przepisów ograniczających swobodę poruszania się, jak pokazuje przykład dwóch więźniów, było karane’. Karze podlegało także symulowanie choroby, co także miało miejsce w przypadku Pilarskiego i Prylowskiego'^. Po odbyciu przepisowej kary w AEL Stutthof, Albin Pry-lowski i Zygmunt Pilarski zostali zwolnieni z obozu zgodnie z określonym terminem, 2 października 1941 r., i skierowani do placówki policji w Malborku (Ortspoli-zeibehórde Marienburg)’. 7 października obaj zameldowali się ponownie w urzędzie pracy w Sztumie. Nie mamy już dalszych informa- RommonOantur des 3iofl-6t(ongtnen-eootrs Shittłjof ónnttiof Cen Re. : 718 fntloffunBsWidłi jj„ rry ; ■' nkl, .\ Mn witf mit Ofni hcu!iQcn tiioc miinficnT .iBt, d®r Cr*'' ? .‘ioehiJi-Je UarAfca** burt' Obergeben. Ott tWKktmMMrtatt ? 8 »•!; 141 n tłńa/’f i'111! Dokument zu>olnienia z obozu Albina Prylowskiego, architaum Muzeum Stutthof MMstatriit ip.io.ep Matn: iXMa Akor.lę-La t^ifuhr St^;#«^« * anmli Ibl. ««rlanfcar« Bnwhmti 9<«miaf 9«aai»«.»«(H0«»i«» i . ’“*•** IM. . . DQrothfl«n»trB»*« 5 *' iolatlt Haarbaltut !«-5r’.1 .nuWMa«t*lt In 6tubM ai^BsaauŁAitSesscfcisitiL Karta personalna Albina Prylewskiego, archiumm Muzeum Stutthof cji, czy ponownie zostali skierowani do pracy w szkole, czy już do innego miejsca. Wspomniana /fationalfolittsche Erziehungsanstaiten ffAPOLA — była kuźnią nowych elit hitlerowskich. Były to szkoły z internatami kształcące młodzież w „nowym duchu” zgodnie z polityką 111 Rzeszy. Na terenie całej III Rzeszy utworzono 37 takich placówek — w tym jedną w Sztumie. Jednym z jej uczniów był Hartmut Schlotke. Hartmut Schlotke w NAPOLA został, jako dziesięciolatek, umieszczony przez ojca. Jak sam pisze: „Czyste kształcenie szkolne grało raczej drugoplanową rolę, także nauczyciele w szkole NAPOLA ’ w. Rusiński, Położenie robotników polskich w czasie wojny 1939-19^5 na terenie Pzeszy i „obszarów wcielonych”, Poznań 1955, cz. II, s. 88. * W. Rusiński, Położenie robotników połskich w czasie wojny 1939—1945 na terenie Rzeszy i „obszarów wcielonych”, Poznań 1950, cz. I, s. 158-159. ’ Dokument zwolnienia A. Prylowskiego (Entlassungsschein) z 2.10.1941 r., AMS, Teczka A. Prylowskiego, sygn. I--III-53296. 52 Danuta Drywa (&ebdme ^taatspoHsci j&łaatspoliscifłeUc ©tAubenj BItte hi Otr Anłmort oarfktłenie* ^r{rt)A(t«s(tl6łnq. «« Za r^ ^ O^n e.robOubern ^loj^stea J Warszawskiego V<^ąrs2awa, dn.Q-go grudnia 1916 roku. J Marka polska z autogmfan Wol^anga von Kriesa Po Śmierci Georga majątkiem zarządzała jego małżonka Gertruda z d. Schlenther, przy aktywnej pomocy syna Fryderyka. W 1923 r. Kriesowie nabyli klasycystyczny pałacyk w Sopocie położony przy ob. ul. Czyżewskiego 12, zwany dziś Dworkiem Sierakowskich. Byli jego właścicielami aż do 1945 r. Być może Fryderyk von Kries, spędzający dużo czasu w Berlinie, był zafascynowany rodzącym się w Niemczech nazizmem. To tłumaczyć może pojawienie się (zapewne w czasie II wojny światowej) na nowych, betonowych słupach bramy wjazdowej do majątku w Waćmierku dekoracji przypominających starogermańskie runy Odala. Były one znakiem zrodzonej już w końcu XIX w. ideologii „Blut und Boden” (Krew i Ziemia) głoszącej, że chłopi są źródłem życia rasy nordyckiej. Teorię tą w latach 30-tych wykorzystali naziści, propagując ideę wzorcowych, dziedzicznych gospodarstw rolnych („Erbhofów”) oznaczanych tą właśnie runą. Nie mogły one być obciążane Historie nie tylko malborskie (5) 59 hipoteką i stanowiły około 35% ogółu podmiotów rolnych w Rzeszy Dodatkową nobilitacją był fakt, że tylko ich posiadacze mogli oficjalnie nazywać się „Bauerami”. W okresie międzywojennym majątek von Kriesów w Waćmierku składał się z 379 ha pól, na których uprawiano głównie buraki cukrowe oraz ok. 105 ha łąk i lasów. Cały czas działała także gorzelnia. Jego część gospodarczą tworzył folwark złożony z kilku obszernych budynków (stodoły, chlewni, szopy garażowej, stajni, obory i spichlerza), stojących dookoła dużego dziedzińca. Na zapleczu tych obiektów wzniesiono kolonię mieszkalną dla pracowników. Tworzyły ją murowane, parterowe dwojaki i czworaki o wysokich dachach z drewnianymi szczytami oraz towarzyszące im budynki gospodarcze. W bezpośrednim sąsiedztwie folwarku znajdował się niewielki, parterowy dwór, kryty wysokim, dwuspadowym dachem, pamiętający jeszcze poprzednich, polskich właścicieli majątku (rozebrany niestety w latach 60—tych). Jako że nie był zbyt wygodny i dostatecznie reprezentacyjny, na przełomie XIX i XX w. Kriesowie zbudowali swoją nową, zachowaną do dziś siedzibę. Jej forma — ceglane, nietynkowane elewacje o skromnej, architektonicznej dekoracji i wielospadowe dachy nad trzykondygnacyjną, prostopadłościenną bryłą z ryzalitami - na pierwszy rzut oka bardziej kojarzyć się mogą z kamienicą niż ziemiańską siedzibą. Z kompleksem dworsko-folwarcznym, umiejscowionym wzdłuż wspomnianego traktu, po zachodnim stronie jeziora, sąsiadował od południa duży park założony na malowniczych stokach kilku jarów. Po drugiej stronie jeziora umiejscowiono wspomniany wyżej niewielki cmentarz rodzinny ogrodzony ceglanym murem. Dziś pamiątką po waćmierskich gospodarzach oprócz dworu i cmentarza z resztkami nagrobków i piękną, 120-letnią daglezją o trzech pniach, jest kilkadziesiąt równie wiekowych dębów, buków, lip, klonów i pomnikowy platan w zdziczałym parku. Odnaleźć w nim także można dwa głazy narzutowe oraz ustawiony w 1930 r. masywny kamień z wyrytym napisem: „1830—1930 Jungs holt fast!”. Cóż znaczy ten zagadkowy napis? Kilka lat wcześniej słowa te spopularyzował znany w Niemczech wilk morski Felix Graf von Luckner (1881—1966). Jego pełne motto wypowiedziane w jednym z dolnoniemiec-kich dialektów brzmiało: „Jungs, holt fast; de diitsche Eekboom steiht noch!” („Chłopcy, trzymajcie się mocno, niemiecki dąb jeszcze stoi”). Trzymającymi się od stu lat w Waćmierku była wówczas rodzina von Kries. Dziś mogą to być rosnące tam wciąż wiekowe dęby. Najstarszy z waćmierskich tifhów — trzyma się mocno.' 60 Wiesław Olszewski Wiesław Olszewski POWSTAŃCY LISTOPADOWI NA ŻUŁAWACH — Naczelnego wodza i jenerałów przyjęły władze pruskie dumnie, ale z honorami, dowództwa im nad ich rozkrojonymi brygadami i dywizjami nie odebrały. Całemu wojsku polskiemu przyznafy żołd i zaczęły oficerom nieźle płacić... — opisał początek pobytu w Prusach Tadeusz Chamski,' porucznik 4 pułku piechoty liniowej. Po przymusowej kwarantannie pod Brodnicą oddziały powstańcze pod eskortą przeprowadzono na kwatery wyznaczone we wsiach żuławskich i okolicznych miastach, — W parę dni potem, to jest 7 października, oddzielono ws:^stkich oficerów od żołnierzy, pozostawiając w każdym puiku po jednym sztaboficerze i w każdej kompani po jednym oficerze — odnotował dowódca czwartaków pułkownik Święcicki.^ — Przemarsz do miejsc internowania odbył się między 12 a 19 października 1831 roku, czterema trasami, po trzy szfy kolumny każdą. W trakcie przemarszu dostawali żołnierze wyżywienie w naturze dostarczane przez lokalne władze, a co rekompensował im rząd pruski.^ Od 19 października internowani powstańcy otrzymali stałe kwatery. Sztab główny z generałami: Rybińskim, Bemem i kilkoma innymi ulokowano w Elblągu, sztab kawalerii w Tczewie, gdzie utworzono też szpital dywizyjny, sztab piechoty umieszczono w Malborku, W połowie listopada rozszerzono teren przeznaczony dla internowanych wojsk polskich. Ostatecznie rozlokowano ich na terenie powiatów: gdańskiego, malborskiego, sztumskiego, elbląskiego, kwidzyńskiego, suskiego, morąskiego i pasłęckiego. PRZEMARSZ NA KWATERY — Dnia 14 października rozkazano wymaszerować całemu korpusowi do Mariemburga, czyli Malborga, i w marszu połączenie się wszystkich oficerów z pułkiem.(...) 11 listopada 1831 roku odebrałem rozkaz wzięcia komendy pułku i połączenia wsj^stkich oficerów w właściwych pułkach, i zajęcia swoich miejsc oraz pełnienia służby tak jak w wojsku pod bronią. Przy tym porządek i spokojnos'ćjak największą zachowanie, naznaczając na kwatery dla pułku 4 okolicę Tiegienhojfi[li^owy Dwór] , a dla mnie z cafym sztabem, muzyką i jedną kompanią w samym miasteczku Tiegienhoffi gdzie 13 listopada dopiero przybyłem i odebrałem komendę — opisał w pamiętniku Józef Święcicki, ' Tadeusz}. Chamski, Ofis krótki lat upfynnionych, PIW 1989. Józef Święcicki, Pamiftnik ostatniego dowótity pułku 4piechoty liniowty, PIW 1982. ’ Stanisław Mikos, Uczestnuy powstania listopadowego internowani na terenie Pomorza Gdańskiego w latach 1831—1833, Rocznik Gdański, T. 22, 1963. Powstańcy listopadowi na Żuławach 61 — Puikł nasze, nadzwyczajnie przerzedzone, pod dowództwem pułkowników, a nawet majorów, rozłożone były na zim^ na Żuławach, w okołicach Gdańska i Ełbbfga i tyłko sztab główny miał bezpos'rednii} stycznos'c z władzami pruskimi. W ogółnos'ci obchodzono się z nami zimno, łecz grzecznie, i wszełkif nam zostawiano wołnos'ć.(...} Ludnos'ćprzyjmowała nas grzecznie i wchodziła chętnie z nami w stosunki — pisał Wiktor Feliks Szokalski'*, po latach lekarz, twórca polskiej okulistyki. — W Brodnicy kupiłem sobie kożuch włościański i w tym nękany febri}, marsz odbywałem konno. Po drodze wszędzie łudnosc występowała, by nas witać i przypatrywać się smutnemu pochodowi; język połski, acz już zepsuty, jeszcze nam uszy miłe głaskał. Szułce czyłi wójci i sołtysi wychodzili naprzeciwko nas i rozprowadzali po kwaterach, ale ścisłych. Od żołnierza nic nie przyjmowano za życie i nocleg mówiąc, że rząd te wydatki płacić będzie. Gościnność była wielka, w każdej wsi była porządna austeria, a w tej można było wszystkiego dostać... — Tak podróż na Żuławy zapamiętał Napoleon Sierawski podporucznik 5 pułku strzelców konnych. — Pząd pruski, chcąc mieszkańcom ułżyć ciężar kwaterunkouy, przeznaczył dła każdego mieszkańca po jednym żołnierzu połskim. W każdej wsi objął komendę szczegółną jeden oficer— zapisał w swym dzienniku Karol Gloger^. ŻUŁAWY OCZAMI POWSTAŃCÓW W ten sposób znaczna część uczestników zrywu powstańczego znalazła się na Żuławach. Oficerowie cieszyli się, przynajmniej w początkowym okresie pobytu, prawie nieograniczoną swobodą. Odbywali więc wycieczki, zwiedzali Gdańsk z jego dostojnymi zabytkami, Elbląg, czy przywracaną do świetności dawną siedzibę Wielkich Mistrzów. Opisują urodę Prusaczek i ich, nie skrywaną wręcz, sympatię dla polskich wiarusów. Zachwyciła organizacja życia społecznego, powszechny ład i porządek. — Mnie uderzył cały tryb gospodarstwa pruskiego: systematyczność', porządek i przezornos'ć, przebijająca się we wszystkim. Wszystko to było przewidziane, obrachowane i łogicznie obmys'łane, a potem wykonane jak najdokładniej, spokojnie, z uytrwałym do cełu dążeniem. Podziwiałem spokój i dokładnos'ć, z jaką pruska machina rządowa wzięła nas w swoje objęcia, jak nas od razu na naszym postawiła miejscu i z największym spokojem nami obracała, przewidziawszy najmniejszy szczegół dotyczący naszych koniecznych potrzeb i zaspokajając skrupułatnie wszystko, co było słuszne i sprawie-dłiwe. — Wspominał, pełniący służbę w tczewskim lazarecie (szpital dywizyjny), wówczas student medycyny, Wiktor Feliks Szokalski. Wyrażali zachwyt dła Żuław, ziemi dła większości z nich nieznanej, ciekawej, niemal egzotycznej. Rzucała się w oczy charakterystyczna przyroda i specyficzny typ gospodarowania w tej depresyjnej krainie. - V^brałem się konno, przeprawiwszy się przez Wisłę pod samym prawie szpitałem stanąłem na nadbrzeżnym wałe, po którym szła droga, i zmiarkowałem wkrótce, że takie same wały krzyżowały się w różnych kierunkach, odgraniczając różnokształt- * Norbert Kasparek, Listopadowi żołnierze w Prusach Wschodnich i Zachodnich w łatach 1831 -1833, Olsztyn 1992. ’ Roch Morcinek, Pamiętnik Karola Glogera z pobytu na Żuławach w r. 1831, Rocznik Elbląski, T. 3, 1965. 62 Wiesław Olszewski ne doliny, że mięi^^ nimi przebiegały kanały uysokimi obiaałoiaane brzegami, la których laoda płynęła pouyżej dna tak, że wedłe upodobania można do dołin u^ody napuścić, a potem ji} usunąć za pomocą wiatraków, poruszających pompy. Domyśłiłem się, że to był ów sztuczny system irygacyjny na wzór hołenderskiego, którym słyną Żuławy. Owe dołiny stanowią najwytworniejsze łąki, które się przez nawodnienie kiłkakrotnie co roku napawają wiłgocią, przez co ogromną iłość doskonałego osiąga się siana. (...) Wszełkie wzgórkowate wyniesienia gruntu, załewów mniej doświadczające, łub też i niskie, ałe doskonałe obwałowane, dają objite żniwo. .. - opisywał późniejszy doktor Szokalski swą drogę do Marzęcina, gdzie stacjonował dowódca jego 7 pułku ułanów. Również w okolicach Marzęcina czynił swe obserwacje Karol Gloger; — Wszystkie te rouy łączą się z kanałami ogółnymi, wchodzącymi do rzek łub prosto do morza. Poziome położenie miejsca sprawia, że woda z rowów nigdy by nie wypłynęła, tyłko coraz więcej by jej przybywało w miarę deszczów łub załewów, gdyby nie użyto do tego środków u nas zupełnie nie znanych. Przy samym rowie stawiają zwykłe wiatraki, które za pomocą wiatru obracają koło wodne znajdujące się w wodzie. To koło podnosi wodę na dwie łub trzy stopy t^ górę, popędzają dałej aż dopóki taż woda nie natrafi na drugi, trzeci łub więcej podobnych młynów. Tak woda pędzona sztuką idzie aż do ogółnego kanału, którym sobie wołno do ujścia dąży. Młynów takich po wszystkich łąkach znajduje się bardzo wiełe, wszystkie są kosztem skarbu budowane i utrzymywane. Kanały większe służą prócz tego do odbywania podróży, w łecie za pomocą łodzi, w zimie zaś po łodzie saniami. Napoleon Sierawski,^ oficer innego pułku konnego, na miejsce internowania trafił do Rokitnicy koło Gdańska. — Doszłiśmy na koniec pod sam Gdańsk i rozłożyłi się na tak zwanych Żuławach, w tym kraju tyłe bogatym, że mimowołnie wzdychałiśmy smucąc się, że nasza Polska nie ma takiego pozoru. Dostałem kwaterę u kolonisty nazwiskiem Titz. Niemiec był już siwy, suchy, z wiekuista fijjka w ustach. (...) Dom murowany pod dachówką, o pięciu czyściutkich izbach, w oknach firanki; stajnia i obora murowane; dwie stodoły z chrustu pod gontem, szopa na wozy. Ogród owocowy otaczał tę porządna zagrodę, która obejmowała z PO morgów magdeburskich. Do Kieżmarku nad Wisłą trafił Karol Gloger: — Stanąłem kwaterą, czyli za nasze pieniądze najętym mieszkaniu u ubogiego wprawdzie, ale bardzo, jak się zdaje, poczciwego gbura, nazywającego się Jan Prohl. (...} Dziś obejrzałem z ciekawością całe gospodarstwo Niemca, u którego stoję. Obfitość zboża rozmaitego rodzaju w ogromnej umieszczonego stodole zrobiła mi nadzieję, że konie z łatwością i niedrogo utrzymać będzie można (...). Wszędzie pomieszczenia porządne: domy z facjatkami lub gankami, równające się, a niekiedy i przechodzące ozdobą polskie nasze dwory. Jedna tylko okoliczność napełniła nas obawą, to jest zupełny niedostatek drzewa. Bogatego natomiast gospodarza siedzibę opisuje Wincenty PoE: — Zamożność też tu wielka — i przy obyczajach kmiecych bogactwo niezioykłe. — Czystość budynków i domów holenderska! Cała dolna część domu jest obszerną i starożytnym ładem urządzoną na gospodarski warsztat, gdzie się wszystko przyrządza i ładzi. (...)... to piętro każdego domu, oddzielone osobnym wchodem i drzwiami, jest już mieszkaniem zamożnego człowieka... . ^ Norbert Kasparek, Listopadowi żołnierze w Pnisach Wschodnich i Zachodnich w latach 1831 - 1833, Olsztyn 1992. 7 Wincenty Pol, Na lodach, na wyspie, na groblach, Wydawnictwo Morskie Gdańsk, 1989. Powstańcy listopadowi na Żuławach 63 Tadeusz Chamski odbywał wędrówki wśród pól i łąk żuławskich nad Nogatem: ... nie będąc w stanie łvydzitvie' się różnicy, jaka zachodzi między osadami ioies'niaczymi, co loidziai to Poisce, a folioarkami wieśniaków, na które patrzył na Żuławach. Realizując rządową zasadę równomiernego obciążenia obywateli Prus kwaterunkiem powstańców, zmieniano im miejsca pobytu. W połowie listopada przeprowadzona została nowa dyslokacja. Rozszerzono wtedy teren przeznaczony na pobyt internowanych i przyznano im nowe kwatery. W ten sposób, z mile wspominanego Kieżmarku, trafił Gloger w -pod pewnym względem - gorsze warunki, do nowo lokowanej wtedy wsi Nowinki, tym razem niedaleko Nogatu; - Okołica na łewym brzegu Nogatu, położona naprzeciwko Ełbłąga Jest tak niską, iż mieszkańcy żadnych nie mają pół ornych tyłko łąki i żadnego innego sposobu utrzymania życia tyłko z chowu bydła. Ani żyta na chłeb, ani jęczmienia na kaszę, ani owsa dła koni, ani drzewa na opał, ani słomy zastępującej brak opału.(...) Dła nich spichrze i łasy znajdują się w nieszczęs'łiwej naszej Połsce, a przerwa handłu zbożowego i drzewnego z powodu zaburzeń wojennych powiększyła nierównie niedołe mieszkańców tej okołicy. Mowa niemiecka tak tu jest zepsuta, że Niemiec zwykłym językiem mówiący — słowa jednego nie zrozumie. Mowa więcej do uycia psów łub małp aniżełi do mowy łudzkiej podobna. — Trafił zapewne do rodziny mennonitów posługujących się jeszcze językiem swej pierwszej ojczyzny, stanowili oni większość mieszkańców tej wsi. Wiele miejsca menonitom poświęcił w swych wspomnieniach Tadeusz Chamski.* — Wszyscy gospodarze na Żuławach, pochodząc w ogółnos'ci od Batawow [Holendrów], łubo umieją dobrze po niemiecku, mówią pomiędzy sobą ich narodo-toym językiem i zachowują wzorowe przodków zwyczaje... . W trakcie pobytu w Nowinkach przeżył Karol Gloger jedną z powszechnych, cyklicznych niemal wtedy powodzi: — W końcu łistopada, po powrocie naszym z Ełbłąga zaczęła woda całą okołicę załewać. Uprzedzony przez mego gospodarza, że coroczny wyłew wody całkiem komunikację przecina, starałem się kołegę mego p. Franciszka Pronaszkę, porucznika, sprowadzić na mieszkanie ze mną, aby cierpieć i nudzić się współnie. Jakoż z końcem łistopada woda tak znacznie przybrała, że prócz 5 osób miejscotoych, nas dwóch i naszego ordynansa, żywego nie widziełis'my ducha. Całe mieszkanie gospodarza zupełnie naokoło zostało wodą ob-łane. Mróz zamroził cokołwiek wodę na wierzchu i jak to mówią, ani po łodzie ani po wodzie. Błisko miesiąc jak żadnych z całym s'wiatem nie mamy komunikacyj. Zdarza się czasem, że Wisła łub Nogat te grobłe przerywa, a wówczas całe Żuławy są zała-ne wodą i mieszkańcy niezmierne ponoszą straty. Z tej przyczyny każdy kołonista ma zawsze w stodołę łub pod innym osobnym dachem gotowe na przypadek łodzie, a skoro tyłko Wisła rozpuszczać zaczyna wody na wiosnę, kry toczyć w jesieni łub niespodzianie przybierze w jakiej innej porze roku, zaraz mieszkańce wzdłuż tych grobłi rozstawiają łiczne konne czaty, które w razie nieszczęsćia uwiadamiają w pędzie konia wszystkie wsie tam rozłożone — wspominał porucznik Chamski. Wiktor Szokalski w trakcie swych wędrówek odwiedził wzorowo działające gospodarstwo w Wińcu na dzisiejszej Wyspie Sobieszewskiej, opisał swoje wrażenia: — Matka moja była dobrą gospodynią i wzorowo porządną, ałe ani moioy być u nas nie mogło o tym przepychu s'wiatła, powietrza i czystosći, który tu widziałem. (...) Przechodziłismy przez sałę, gdzie jedłi 64 Wiesław Olszewski parobcy i loiejskie dzieioki. Siedzteb przy sfole obrusem nakrytym; jee/lt na talerzach; każdy miał nuż, łyżkę i widełec; piłi piwo, a chociaż to Już było przy końcu obiadu, zauważyłem, że na obrusie nie było żadne/ płamy. Pomimo, że dopiero co przyszłi od pracy, wszyscy byłi czysto i porządnie ubrani, umyci i uczesani. Podobnie pozycję służby w obejściach postrzega Wincenty Pol: - Czeladź, trzymana w dostatku i karności, pracuje dzień cały — ałe nikt ani nie Jest przedłożony pracłf, ani nie trapi się pracujłfc: bo praca nagradzana Jest tutaj, a dłużę/ i łepiej pracuje ten, co nie Jest upokorzony i udręczony przy pracy! Dogłębnie analizuje Szokalski stosunki na wsi żuławskiej: — W Prusach w owym czasie chłop Już był uwłaszczonym, o pańszczyżnie zatem nie było mowy. Powstawał też na nił} mój młody gospodarz i JeJ to właśnie przypisywał niski stopień gospodarstwa w Krółestwie. — Przy kolacji wygłosił nawet dłuższy wywód w tej materii: — Kto chce być rołnikiem, nie może być najgłupszym członkiem rodziny. Jakiego wy panowie Połacy przeznaczacie ku temu, nie może baraszkować po s'wiecie i nie może być utracjuszem...[.. .J. Tak, tak, mój młody przyjaciełu, wy musicie się wiełe Jeszcze nauczyć i zupełnie się inaczej wychować, Jes'łi chcecie dobrze gospodarować; a Jeżełi nie zrobicie tego, to przyjdzie cudzoziemiec i zabierze waszą ziemie spod ręki. Niesłychanie mnie to wszystko zajmowało, dając mi zarazem dokładne wyobrażenie o stopniu cywiłizacji mieszkańców oraz ich skrzętnosd. Jakżeż nam to bardzo Jeszcze do tego dałe-ko!— podsumował swe spostrzeżenia młody Szokalski. Opisując dostatnie życie swoich gospodarzy Karol Gloger konkluduje: — Oto Jest rzetełne opisanie tutejszego chłopa pruskiego, któren dałeko mnie/ posiada gruntu aniżełi nasi połscy włoćcianie, z tą różnicą, że temu wolno gospodarzyć Jak mu się tylko podoba, byleby wyznaczony czynsz i podatki wypłacił, nikt nie ma prawa rugować go z miejsca, gdy u nas ta klasa ludzi prawie tylko Jest koczująca. Dostrzegali tez Polacy różnice w zwyczajach i obyczajach tu panujących: — Tutaj żyjemy przeciwnie. To co Jemy w piątek to samo w sobotę, to samo i w świętą niedzielę. Żadnych postów, zawsze na stole mięso wieprzowe i potrawy mleczne i mączne. Zdaje się nawet i Już w kilku uważaliśmy domach, że dzień piątkowy najlepie/ starają się uczcić potrawami i najlepiej Jes'ć dają — wnioskował Karol Gloger. Wychwalając powszechną uczciwość menonitów, dostrzega Tadeusz Chamski: ...Jak pięknie ukształca serca i sumienia wyznanie menonickie, nie potrzebujące tam, gdzie się zagnieździ, ni policji, ni sądów, ni żandarmów... i dodaje: ... ci wies'niacy, rolnicy u pługów, nie chodzą uroczysćie ani kłepaćpacier:^/, ani chwałić na kołanach Pana Boga, ani oczyszczać się z grzechów, ani odprawiać pokut, a nie znają ni postów, ni adwentów, ni biskupów, ni płeba-nów, którzy stosownie do uprzedzenia zakorzenionego w Połsce nieodbicie są potrzebnymi do utrzymania gawiedzi w karbach przyzwoitości. Obserwując wnikliwie panujące tu stosunki i w nawiązaniu do polskiego zrywu, Karol Gloger puentuje: — W tym kraju nigdy żadnej rewołucji spodziewać się nie można, gdyż przebiegając wszystkie stany, każdy kontent Jest ze swego położenia. Obywateł większy, czyłi posiadacz ziemi własnej, siedzi Jak w raju, robi olbrzymim krokiem majątek. Obywatel niższy, ^^y^l gbur, płaci wprawdzie czynsz, lecz Jest wolnym w szukaniu zysków z przemysłu. Urzędnik dobrze płatny ze skarbu. Kupiec drogo sprzedający towary. Fabrykant dobrze biorący za robotę. Słowem wszyscy zadowołeni. W swego króła wierzą Jak w drugiego Boga. Pządjest systematycz- Powstańcy listopadowi na Żuławach 65 «)4 każ^y jest ujhy, że oei rztfeiu ukrzyiaeizonym nie bęeizie, każeiemu u>olno jest robie', pisać', mówię — co się tylko podoba, aby tylko należnos'ć swoją zapłacił. Jakżeż nam to bardzo do tego dałeko! Łzy mi się zakręciły w oczach, a zły duch jakiś' szeptał mi do ucha: „nie trzeba było przez dwa wieki w złotą bawić się wołnos'e', gardłować nad zbawieniem Rzeczpospołitej, nie robiąc nie weałe dłajej zbawienia, a byłibys'my doszłi nieza-przeezenie tam, gdzie dziś' są oni, zamiast jęczeć w niewołi i żebrać pomocy u obcych. Pięs'cią dziś' nie zapewnisz sobie stałego bytu, a choćbyś' się oswobodził od nieprzyjacieła, czyhającego na twoją zgubę, to nie dopniesz cełu, dopóki przez twoją organiczną pracę, nie obwarujesz się od powodzi łudzkiej nienawis'ei i chciwos'ei, tak jak ci żuławscy chłopi nie tyłko obwarować się potrafili od zalewów Wisły, ale nadto umieli ją obrócić na swój pożytek. Uczmy się sami poznawać, porównując się bezstronnie z drugimi. Tutaj na nieszezęs'eie, to poznanie na naszą nie wyszło korzys'e"'— z goryczą wywodzi Wiktor Szokalski. Podobnie, niezbyt radosne wnioski, wysnuwa Ignacy Domejko^: — Wiełe się też dobrych rzeczy mogłis'my byłi nauczyć w tych Prusiech co do porządku pubłieznego, co do administracji, sądownictwa, szkół i oszczędnego życia. Ałe nasi bawiłi się, smuciłi czy kłóciłi się jedni z drugimi, załecałi się do Niemek i oczekiwali wojny od zachodu; rwali się niecierpliwie do Francji. Zamek w Malborku, Domenico Quaglio 1833- Źrótilo MZM ’ Norbert Kasparek, Listopadowi żołnier-e w Prusach Wschodnich i Zachodnich w latach 1831 -1833, Olsztyn 1992. 66 Radosław Kubuś Radosław Kubuś NIEJASNE POCZĄTKI KOŚCIOŁA EWANGELICKIEGO W NOWYM DWORZE GDAŃSKIM Na temat dziejów Nowego Dworu Gdańskiego wiemy nadzwyczaj niewiele. Brakuje podstawowych badań, które mogłyby przybliżyć nam najważniejsze momenty w dziejach miejscowości. Jedną z fundamentalnych kwestii, które należałoby wyjaśnić. Jeżeli chodzi o Nowy Dwór Gdański, są dzieje nowodworskiego zamku. Nie wiadomo bowiem, kiedy dokładnie został wybudowany ani Jak wyglądał, a także kiedy przestał istnieć'. Niniejszy tekst Jest po części próbą odpowiedzi na pytanie o koniec funkcjonowania zamku. Pytanie to Jest bowiem nierozerwalnie związane z początkami kościoła ewangelickiego. W literaturze przedmiotu, zarówno tej niemieckiej. Jak i polskiej, sprawę początków kościoła ewangelickiego w Nowym Dworze Gdańskim zazwyczaj sprowadza się maksymalnie do Jednego akapitu. Na przykład Grzegorz Gola i Marek Opitz w książce TigenhofJNowy Dwór Gdański w taki sposób charakteryzują owe początki: „Wraz z pierwszym rozbiorem zamek nowodworski, z roku na rok coraz bardziej niszczejący, został podarowany królowi pruskiemu. Król oddał go miejscowym luteranom i zezwolił na urządzenie w jednej z zamkowych sal zboru ewangelickiego. Został on konsekrowany 8 sierpnia 1784 roku przez Daniela Friedricha Bobrika pastora z sąsiedniego Nowego Stawu. Już wkrótce największa zamkowa sala-okazała się za ciasna dla wzrastającej liczby parafian. W latach 1831—1833 na solidnych fundamentach piwnic zamku wybudowano świątynię ewangelicką, która została poświęcona w Zielone Świątki 1833 roku. Piwnice zamku stały się Jego Jedynym materialnym śladem i do dnia dzisiejszego ich resztki tkwią w ziemi pod szkolnym boiskiem przy ulicy Chrobrego”^. Podobna informacja, tyle że Jeszcze bardziej okrojona, znajduje się na jednej z plansz wirtualnej wystawy przygotowanej przez Klub Nowodworski z okazji 450-lecła Nowego Dworu Gdańskiego. W opisie przygotowanym przez Łukasza Kępskiego czytamy: „(...) tuż po I rozbiorze Polski, król Fryderyk Wielki przekazał Jedno z pomieszczeń zamkowych na potrzeby gminy luterańskiej, ale było to rozwiązanie krótkotrwałe. Jako pierwsi własny kościół w mieście wybudowali właśnie luteranie. Kościół ewangelicki powstał w latach 1831-1833 według projektu Carla Ferdinanda von Bussego. Neokłasycystyczna ’ Choć istnieją pewne ustalenia na ten temat, to wciąż brakuje pogłębionych badań. Jak dotąd dzieje nowodworskiego zamku nie doczekały się żadnej szerszej publikacji. ^G. Gola, M. Opitz, Tiegenha^Nou^ Dwór Gdański, Nowy Dwór Gdański 2001, s. 27. Niejasne początki kościoła ewangelickiego w Nowym Dworze Gdańskim 67 Świątynia posadowiona została na fundamentach dawnego zamku Loitzów”^. Również ks. Jan Wiśniewski, badając dzieje katolickich świątyń na terenie diecezji pomezańskiej, na marginesie nawiązał do początków ewangelickiej świątyni w Nowym Dworze Gdańskim, pisząc: „Dnia 8 sierpnia 1784 r. pastor nowostawski Daniel Friedrik Bobrick poświęcił w zamku salę modlitw. Ponieważ sali, tak jak i całemu zamkowi groziło zawalenie, w latach 1831—1833 rozebrano ewangelicką kaplicę zamkową i na jej fundamentach zbudowano kościół ewangelicki”'^. Najbardziej wyczerpującym w polskiej historiografii opracowaniem, w którym odnajdujemy rozbudowaną informację o budowie kościoła ewangelickiego w Nowym Dworze Gdańskim, jest książka Piotra Bireckiego. Niestety autor w głównej mierze skupia się na realizacji inwestycji z lat 1831—1833 praktycznie pomijając kwestię początków kościoła. Na ten temat możemy przeczytać wyłącznie, iż: „[Świątynia - R.K.] powstała (...) na miejscu domu modlitwy, wzniesionego z materiału rozbiórkowego z miejscowego zamku, podarowanego po 1772 roku tutejszym ewangelikom przez Fryderyka Wielkiego. Zanim jednak owa rozbiórka nastąpiła, gmina spotykała się w jednym z będących w lepszym stanie pomieszczeń zamkowych, które przystosowała na potrzeby kościelne i poświęciła rękami pastora Daniela Friedricha Bobrika 8 sierpnia 1784 roku” 5. Wszystkie przytoczone tu cytaty są ze sobą w zasadzie zbieżne. Podkreśla się w nich fakt, że zamek podarował miejscowym luteranom po I rozbiorze król Fryderyk II. Podkreśla się również, iż konsekracji świątyni, która mieściła się w jednej z zamkowych sal, dokonał nowostawski pastor Daniel Friedrich Bobrik 8 sierpnia 1784 roku. Ponadto wskazuje się, że ze względu na stan świątyni i jej wielkość postanowiono ją rozebrać, a z materiału w ten sposób pozyskanego wybudować w latach 1831-1833 nowy kościół, który stanął na fundamentach XVI-wiecznego zamku Loitzów. Wszystko to nasuwa jednak kilka mniej lub bardziej istotnych pytań. Między innymi może zastanawiać fakt, dlaczego Fryderyk II oddał zamek w ręce luteran? Ponadto jak w praktyce wyglądała sytuacja, w której luteranie po roku 1784 modlili się w jednej z zamkowych sal zaaranżowanych na kościół, podczas gdy reszta zamku była w ruinie? Wreszcie, co wiemy o okresie pomiędzy konsekracją w roku 1784, a budową nowego kościoła w latach 30. XIX wieku? Na tak postawione pytania niewiele informacji znajduje się również w pracach niemieckich historyków. W niedawno wydanej pracy Reiner Zacharias wskazuje wyłącznie na to. https://spark.adobe.com/page/Bxz36p4wPwKNz/?fbclid=IwAR3a8Kusu4RNtNs2V______weY3LmzY0-aAdl85R-FxW3OnZF_HMj_aUx4-tfvP4 [dostęp: 10.11.2021 r.]. * J. Wiśniewski, Kokiofy i kafilice na termie byłtj diecezji fiomezańskig 1243-1821, Cz. 1, Elbląg 1999, s. 308. ’ P. Birecki, Ewangelickie budownictwo kościelne w Prutach Zachodnich, Toruń 2014, s. 88. 68 Radosław Kubuś Że pierwszym pastorem w konsekrowanym w 1784 roku kościele, mieszczącym się w mu-rach nowodworskiego zamku, był Christian Andreas Vanselow. Przy okazji, charakteryzując budowę kościoła z lat 1831—1833, błędnie określa on Karla Friedricha Schinkla jako jej architekta nie znając najwyraźniej przytaczanej powyżej pracy Piotra Bireckiego. Alfred Steiniger w swojej „Historii Ekonomii Nowodworskiej” niejako w opozycji do wcześniej przytaczanych wyjątków, wskazuje, że w roku 1782 w zamku nowodworskim założono Bethaus (dom modlitwy), natomiast w 1784 roku przeprowadzono rozbiórkę zamku. Niezastąpiony w badaniach nad architekturą murowaną na Pomorzu Bernhard Schmid, poza informacją o powstaniu kościoła w roku 1784, podaje, że rozbiórka pozostałych niezagospodarowanych części zamku nastąpiła w następnym dziesięcioleciu. Jednocześnie Schmidt powołuje się na pracę, której autorem jest Ludwig Rhesa. Autor ten wskazuje, że pierwszy kościół w Nowym Dworze Gdańskim został wzniesiony z murów starego polskiego zamku. Po pierwszym rozbiorze w 1772 roku Fryderyk II podarował rzeczony zamek miejscowym luteranom w tym celu, ażeby zaadoptowali go na potrzeby stworzenia tam kościoła. Wydaje się jednak, że król chciał w ten sposób przerzucić na nich koszta remontu zamku. W związku z tym zamek został przez luteran wystawiony na sprzedaż, a na potrzeby wspólnoty miano zaadoptować jedynie jedną z sal zamkowych, zapewne tę znajdującą się w najlepszym stanie. Również i Rhesa wskazuje, że konsekracji powstałej w ten sposób świątyni dokonał w roku 1784 pastor z Nowego Stawu Daniel Friedrich Bobrick. Tyle ze strony Rhesy. Fragment rfkofiśmienng kroniki ko/cioła ewangelickiego w Nowym Dworze Gtiariskim W trakcie kwerendy w Ewangelickim Centralnym Archiwum w Berlinie (Evangelisches Zentralarehtu in Beriin) natrafiłem na kronikę kościoła w Nowym Dworze Gdańskim. Niejasne początki kościoła ewangelickiego w Nowym Dworze Gdańskim 69 Znajdują się tam niezmiernie interesujące informacje, które rzucają nowe światło na genezę kościoła ewangelickiego w Nowym Dworze Gdańskim. Autorem kroniki jest pierwszy pastor kościoła — Christian Andreas Vanselov. Wskazuje on na to, że myśl dotycząca zbudowania kościoła w Nowym Dworze Gdańskim zrodziła się w roku 1772 pod rządami Fryderyka II. Ponieważ społeczność osady nad Tugą nie była w stanie pokryć kosztów wyburzenia zamku i wzniesienia na jego miejscu kościoła, postanowiono wystawić zamek na sprzedaż. Warunkiem sprzedaży miało być to, że ewentualny nabywca zobliguje się do budowy w miejscu zamku kościoła ewangelicko-augsburskiego dla miejscowej społeczności. Na podstawie reskryptu z 15 grudnia 1777 roku ostatecznie władze lokalne zdecydowały się wystawić zamek na sprzedaż. Po dwuletniej korespondencji zamek sprzedano sołtysowi z miejscowości Dębina (Eichwaki) Reinholdowi Ladewick oraz Peterowi Pennerowi z miejscowości Michałowo (Eothebućie). Reskryptem z 19 czerwca 1780 roku otrzymali oni prawa do nieruchomości, w zamian za co zobowiązali się wybudować w miejscu zamku szkołę i kościół. Ponadto Ladewick i Penner prosili nadzorującego transakcję urzędnika o pozostawienie do ich dyspozycji terenu, na którym stał zamek, w zamian za opłatę gruntową w wysokości 10 talarów rocznie, by umożliwić na nim działanie producentom tkanin. Prośba ta nie zyskała jednak aprobaty zarówno ze strony urzędnika Westphala, jak i społeczności lokalnej. W roku 1783 ukończono budowę kościoła, a dnia 8 sierpnia 1784 roku inspektor a zarazem kaznodzieja z Nowego Stawu Daniel Friederich Bobrick wygłosił inauguracyjne kazanie. Tego samego dnia na urząd proboszcza wprowadzono także kaznodzieję Yanselowa, który 15 sierpnia wygłosił swoje kazanie inauguracyjne na podstawie psalmu 122 (wersy 1-3). Ów Christian Andreas Vanselow, zanim objął stanowisko pierwszego kaznodziei lute-rańskiego w Nowym Dworze Gdańskim, 28 czerwca musiał przejść egzamin zorganizowa- 70 Radosław Kubuś ny przez konsystorz w Kwidzynie. Następnie 28 lipca wygłosił próbne kazanie na podstawie Listu do Rzymian (8,25) o tym, że ci, którzy kochają Boga, są zobowiązani do służby w jego imieniu. Ostatecznie 30 lipca Vanselow został powołany na urząd nowodworskiego kaznodziei. Kościół wraz z pastorówką i szkołą był zobowiązany do uiszczania dzierżawcy terenu corocznej opłaty w wysokości 4 talarów. Opłatę w imieniu kościoła uiszczał zarządca kościelny {Kirchenuorsteher). Pierwszymi zarządcami kościoła byli: przysięgły wałowy David Płettner, handlarz wyrobami ze skóry Isaac Truppner, powroźnik Gottlieb Leuteritz, szyper Martin Lehr. W kolejnych latach z różnych względów następowała rotacja w składzie zarządców kościelnych. Kościół w Nowym Dworze Gdańskim dochody uzyskiwał w głównej mierze z datków i kolekt oraz z opłat pobieranych m.in. za pogrzeby (w kronice znajduje się dokładna taksa opłat za wszelkie usługi kościelne). Jedną z ważniejszych inwestycji wczesnego okresu funkcjonowania kościoła w Nowym Dworze Gdańskim było wybudowanie organów kościelnych. Uroczysta konsekracja instrumentu odbyła się w Zielone Świątki roku 1803. Ich koszt szacowano na 500 reichstala-rów. Organy zainstalował w kościele mennonicki sąsiad (Mitnachbar) Johann Unger. Generalnie, poza Nowym Dworem Gdańskim, miejscowościami podlegającymi kościołowi były następujące wsie: Stobiec {Stobbenciorjj, Haberborst, AbendorfyTujsk (Neuendo/f), Cyganek (Tiegenhagen), Platenbof, Cyganka (Retmerswalde), Tiegertaeide, Żelichowo {Peter-sbagen), Petersh^enefeld, P/elzendorf, Peinland. Mieszkańcy tych wsi byli zobligowani, o ile wyznawali religię Marcina Lutra, do przekazania kaznodziei 6 talarów oraz dodatkowo pół talara z każdej morgi ziemi (w określonych wyjątkach czynsz mógł być wyższy). Nie do końca jasne jest to, kiedy doszło do rozbiórki zamku. Zapewne nastąpiło to zaraz po założeniu w jednej z zamkowych sal kościoła, a zatem po roku 1784. Z cegieł pozostałych po wyburzeniu zamku jeden z właścicieli nieruchomości, tj. Reinhold Lade-wick, wybudował sobie w miejscowości Dębina piękny dworek (Ladewick bat stcb einen scbbnen Hofvon die Ziegeln des Scblosses tm Eiebwald mauern lassen). Czy w miejscowości tej rzeczywiście znajdował lub znajduje się dworek wybudowany z cegieł pochodzących z nowodworskiego zamku? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Jeżeli chodzi o dalsze losy kościoła, to można wskazać, za przywoływanym tu już Piotrem Bireckim, że przygotowania do budowy nowej świątyni rozpoczęły się w roku 1826. Wówczas to bowiem zaczęto przygotowywać plan budowy. W sumie dwa przesłane do Berlina plany zostały odrzucone przez Schinkla, który zdecydował się stworzyć własny plan, nawiązując w nim do projektu kościoła ewangelickiego w Eller koło Dusseldorfu. Realizacja projektu okazała się zbyt kosztowna, w związku z czym ostatecznie wybrano projekt Ferdinanda von Bussego, wzorowany częściowo na kościele w Człopie. Przed budową nowej świątyni przystąpiono do rozbiórki starego kościoła zamkowego, która nastąpiła w roku 1830. Z uwagi na oszczędności nową świątynie wzniesiono na fundamencie zburzonego zamku. Konsekracja świątyni nastąpiła w Zielone Świątki 1833 roku. Uroczystościom inauguracyjnym przewodniczył pastor Johann Ludwig Grzywacz w asyście pastora Georga Heinricha Ferdinanda Nesselmanna z Kmiecina. Obecni byli także m.in. prezes miejscowego sądu Wiebe, urzędnik Rhenius, zarządcy kościelni oraz licznie zgromadzona publiczność. Nowo założony kościół powstał pod wezwaniem św. Elżbiety. Niejasne początki kościoła ewangelickiego w Nowym Dworze Gdańskim 71 W sumie koszt budowy świątyni wyniósł 6575 talarów, z czego największy wkład wniósł w formie daru Fryderyk Wilhelm III (4000 talarów). Pozostałe fundusze zgromadzono dzięki datkom ze strony mennonitów, datkom ze strony mieszkańców wsi Cyganek, z kolekty kościelnej, sprzedaży dóbr kościelnych oraz ze składek ludności. Świątynię wzniesiono na planie prostokąta, z wyraźnie wydzielonym prezbiterium i masywną wieżą od strony zachodniej. Część sprzętów, które się tam znajdowały, pochodziła ze starszego kościoła. Świątynia posiadała na zachodniej emporze klasycyzujący prospekt organowy. Co ciekawe, przed ołtarzem znajdował się zawieszony model trójmasztowca. Na masywnej wieży kościoła zawieszono z kolei dwa dzwony będące darem od króla pruskiego, na których widniały pruskie orły oraz napis „Berlin 1833”. Kościół służył wspólnocie ewangelików do czasów II wojny światowej. Po II wojnie ewangelickie dziedzictwo uległo dewastacji ze strony nowoprzybyłych osadników. Uzyskany z rozbiórki budulec wykorzystywano do własnych celów, wyposażenie często przeznaczano na opał, a metal sprzedawano w punktach skupu złomu. Ten tragiczny los nie ominął również kościoła w Nowym Dworze Gdańskim, który ostatecznie rozebrano w roku 1953, a jego piwnice zasypano kilka lat później. Dziś przykrywa je obskurne betonowe boisko, relikt dawnej epoki. Ciekawe czy kiedyś uda się odsłonić te ruiny - świadectwo kilkusetletniej historii miejscowości. Widok wieży kokioła ewangelickiego w Nowym Dworze Gdańskim, fot. archiwum 72 Beata Grudziecka Beata Grudziecka Stalag xx B - historia nieopowiedziana Do końca grudnia 2021 roku w Muzeum Miasta Malborka można obejrzeć wystawę czasową „Stalag XX B — historia nieopowiedziana”. Przez pryzmat ponad 130 eksponatów, fragmentów listów i nagranych wspomnień przedstawiono historię obozu jenieckiego, który w latach 1940—1945 mieścił się w Marienburgu. To rzeczywiście nieopowiedziana historia. Dotychczas nikt na taką skalę nie podjął się tej opowieści, a sama wystawa także nie wyczerpuje tematu do końca. W tej historii ciągle wiele jest jeszcze do dodania i rozwinięcia, tym bardziej, że odzew rodzin byłych jeńców, które zaczęły się kontaktować z organizatorami już podczas tworzenia ekspozycji, nadal trwa i do muzeum spływa coraz więcej pamiątek, wspomnień i dokumentów dotyczących Stalagu XX B. Wystawie towarzyszy katalog z komentarzem historycznym o takim samym tytule, który powstał dzięki współpracy zespołu specjalistów i pasjonatów zajmujących się od dawna tym niełatwym tematem. Publikacja w wersji drukowanej jest dostępna nieodpłatnie w Muzeum Miasta Malborka. Polska wersja dostępna jest jako wersja drukowana, a wersja angielska i niemiecka jako plik PDF do pobrania ze strony internetowej muzeum. Wystawę warto zobaczyć dwukrotnie — pierwszy raz obejść ją, spokojnie zapoznając się z jej układem, eksponatami i skrótowymi wiadomościami na planszach. Drugi raz warto wybrać się na nią już po przeczytaniu katalogu, który wiele wiadomości porządkuje, wiele wyjaśnia i pozwala wyjść z ekspozycji z własnymi refleksjami. To nie jest łatwa wystawa. To wystawa naszpikowana emocjami - strachem, wstydem, upokorzeniem, utratą wiary, ludzką słabością, tęsknotą za domem, choć wszystkie te emocje ukryte są pod propagandową przykrywką obozu „lekkiego”. Na zdjęciach ze Stalagu XX B zobaczyć można uśmiechniętych, umundurowanych młodych mężczyzn, ustawionych równo przed fotografem zamówionym na okoliczność zrobienia zdjęć grupowych. Można zobaczyć mężczyzn — aktorów, przebranych za różne postaci, którzy na zaaranżowanych scenach odgrywają właśnie teatralne role. Można zobaczyć mężczyzn grających w piłkę, biorących udział w walkach bokserskich, wyścigach biegowych czy innych dyscyplinach sportowych. Są też fotografie z koncertów orkiestrowych, gdzie ci właśnie mężczyźni wyposażeni w instrumenty muzyczne realizują plan zachowanych do dziś agend, w których punkt po punkcie rozpisano, co będą grać. Takich zdjęć zachowało się najwięcej. Jeńcy, korzystając z prawa do korespondencji, załączali je do listów do najbliższych. Do dziś są w wielu brytyjskich, francuskich i włoskich domach, ukryte w rodzinnych archiwach, często z innymi pamiątkami z czasu wojny. Stalag XX B - historia nieopowiedziana 73 Wiele osób zadaje sobie pytanie: jak to możliwe, że z jednej strony mówimy o wojnie, o obozie jenieckim, niewoli, a z drugiej widzimy uśmiechniętych młodych mężczyzn, którzy wyglądają, jakby byli na wczasach? Sport, rozrywka, papierosy i czekolada w paczkach z Czerwonego Krzyża... I tu trzeba spojrzeć nieco szerzej. Pisze o tym w swoim artykule do katalogu Bernard Jesionowski. „Prawa i obowiązki żołnierzy branych do niewoli regulowały zapisy konwencji genewskiej o traktowaniu jeńców, podpisanej dnia 27 lipca 1929 r. Stan obozów — poszanowanie przez władze obozowe praw jeńców, zaplecze mieszkalne, sanitarne, zaopatrzenie dodatkowe (kantyny), opieka medyczna, zajęcia kulturalne, sportowe, religijne - były przedmiotem comiesięcznych kontroli dokonywanych przez przedstawicieli Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. W cyklach comiesięcznych obozy jenieckie odwiedzane były przez delegacje tej instytucji. W ich efekcie powstawały raporty przechowywane do dzisiaj w archiwum MCK w Szwajcarii. Można w nich znaleźć informacje o liczbie jeńców, zgonach oraz przenosinach do innych stalagów, przestrzeganiu przez Niemców przepisów o prawach jeńców, a także o skutkach naruszeń dyscypliny przez uwięzionych w obozie, miejscu ich pracy i wielu innych aspektach życia tych ludzi. To samo działo się w Stalagu XX B”. Andrzej Gilewski, który przygotował do katalogu m.in. tekst o życiu obozowym, wyjaśnia, że „sport w obozach jenieckich odgrywał dużą rolę w utrzymaniu dobrej kondycji psychicznej i fizycznej osadzonych w nich żołnierzy. Jeńcy traktowali go jako sposób podtrzymywania sprawności, która mogła być im przydatna do ucieczki lub walki. Ćwiczenia fizyczne i organizowane mecze lub zawody pozwalały choć na chwilę zapomnieć o ciężkim jenieckim losie, przygnębieniu, głodzie i bólu. Władze niemieckie, pozwalając jeńcom na tego typu aktywność, wykorzystywały ją jednocześnie w celach propagandowych. Prezentując ludzkie aspekty życia obozowego, ocieplały swój wizerunek i zyskiwały przychylność jeńców oraz międzynarodowych organizacji humanitarnych. Organizacje takie jak Międzynarodowy Czerwony Krzyż i YMCA zdawały sobie sprawę z prawdziwych intencji władz niemieckich, jednak zdecydowanie górę brały korzystne aspekty dla zdrowia i kondycji psychicznej jeńców. Dlatego organizacje te wspomagały przez cały czas wszelkie formy aktywności fizycznej jeńców, zarówno indywidualnej, jak i zbiorowej”. Trzeba jednak pamiętać, że Stalag XX B to nie tylko obóz główny, zlokalizowany w Marien-burgu - Willenebergu. Dr Jan Daniluk w tekście przygotowanym do katalogu wystawy pisze, że „według ostrożnych szacunków, przez Stalag XX B przewinęło się w lauch II wojny światowej przynajmniej 55 tysięcy jeńców wojennych. Wśród nich dominowali od połowy 1940 r. jeńcy francuscy i brytyjscy. Więźniami Stalagu XX B byli też jeńcy polscy (w tym m.in. Ukraińcy), przede wszystkim w początkowym okresie, a ponadto jeńcy belgijscy (tak Fłamandowie, jak i Walonowie), jugosłowiańscy (Serbowie), sowieccy oraz włoscy”. Nie wszyscy jednak trafiali fizycznie do obozu głównego. Część z nich od razu po przybyciu do Marienburga kierowano do komand roboczych, których na terenie podlegającym stalagowi było ponad tysiąc. A życie w komandach roboczych nie zawsze wyglądało tak, jak widzimy na zdjęciach. Komanda różniły się od siebie wielkością, liczebnością i charakterem zatrudnienia. Choć znaczna część jeńców kierowana była do pracy w gospodarstwach rolnych, tworzono również grupy robocze w dużych zakładach, takich jak stocznie czy fabryki. Przy dużych komandach powstawały osobne budynki, w których mieszkali jeńcy, w mniejszych często pomieszczenia mieszkalne dla jeńców były niewielkie i wydzielone w ismiejących budynkach gospodarczych. 74 Beata Grudziecka Życie jeńców w takich miejscach w dużej mierze zależało od ludzi, do których trafili. We wspomnieniach i listach, które przetrwały do dziś, możemy przeczytać zarówno o tym, że warunki do życia były znośne, a czasem nawet całkiem dobre, choć z większości zapisków płynęły informacje o trudach niewoli, bardzo smutnej codzienności, a także wypadkach, które nierzadko kończyły się śmiercią jeńców. *** „Po kilku miesi^fcach pobytu lo Stalagu XX B grupę jeńców zabrano ciężarówkami i skierowano do pracy przy budowie i naprawie dróg wydobywaniu kamieni i żwiru. Przez cały okres niewoli James przebywał w różnych komandach roboc^ch. Najczęściej pracowałpr^ przeładunku węgla, na drogach, w gospodarstwach rolnych, pr^ liniach kolejowych, a nawet w kopalni soli”. (Wspomnienia na podstawie korespondencji Sylwii Kaszuby z byłym jeńcem Jamesem Johnstonem). „ WJabryce Heyking w której znajdowało się komando robocze, w I9d2 r. ojiarą wypadku z udziałem suwnicy pomostowej padł Cołman. Rousssełat umarł w szpitalu, ale nikt nie wiedział na co. Da-buron został uderzony w warsztacie metalową częścią, która odcięła mu dwa palce u nóg. W1944 r. Bouffi)rtd przygniótł pięciotonowy kawał metalu. W1945 r. Heulin i Lih^re zginęli od wybuchu bomby a Morlas —już w drodze do wolnos'ci — zachorował na dyzenterię i zmarł z dala od swoich towar^szy odmawiając pozostania w szpitalu”. (Wspomnienia na podstawie korespondenci z córką byłego jeńca Henriego Greuilleta — Catherine Greuillet) „11 września 1944 r. obaj pracowali przy wyrębie drewna razem z grupą innych jeńców. Jeden ^ff^Py> ^łody angielski żołnierz, nie nadążał z pracą z powodu doskwierającej mu kontuzji. Niemiec-(y strażnicy nie mieli dla niego litos'ci i traktowali go bardzo żle. Malcolm stanął w obronie słabszego i niestety swoje bohaterstwo przypłacił życiem. Zginął na miejscu od strzału jednego ze strażników. Dzień wcześniej napisał w lis'cie do rodziny:« Wszyscy tu z niecierpliwością czekamy na dzień, w którym odc'^^^^y wolność i z Bożą pomocą wrócimy do domu». Wtedy nie wiedział jeszcze, że do domu już nigdy nie wróci ”. (Wspomnienia na podstawie korespondencji z Donaldem M. Macleodem, członkiem rodziny byłego jeńca Malcolma Mackenziego). Pamiątek będących rzeczami osobistymi jeńców nie zostało zbyt wiele. Większość z nich pozostała w obozie w chwili jego ewakuacji w styczniu 1945 roku. To właśnie wtedy dla wszystkich jeńców, tych zgromadzonych w obozie głównym i tych w komandach roboczych, nadeszła najtrudniejsza chwila niewoli. Jak pisze Sylwia Kaszuba: „Marsz, marsz śmierci, długi marsz czy marsz na zachód to synonimy ewakuacji jeńców wojennych z terenu okupowanej Polski, Czechosłowacji i Niemiec, zorganizowanej przez niemieckie dowództwo i władze obozowe w styczniu 1945 r. Jej przyczyn należy doszukiwać się m.in. w postępującej inwazji Armii Czerwonej. W rzeczywistości była to niedoskonała pod względem organizacyjnym akcja, która dla niedożywionych, chorych i osłabionych mężczyzn osadzonych w najbardziej na wschód wysuniętych stalagach i oflagach oznaczała marsz przy temperaturze poniżej — 20 stopni Celsjusza i padającym śniegu, drogami peł- Stalag XX B — historia nieopowiedziana 75 nymi cywilnych uchodźców i wojska. (...) Dla jeńców, którzy wyszli z obozu, rozpoczęło się trwające trzy i pół miesiąca piekło. Przyszło im pokonać pieszo dystans tysiąca i więcej kilometrów. Każdy dzień był walką z głodem, zmęczeniem, wycieńczeniem, brudem, strachem, odmrożeniami, dyzenterią i niepewnością. (...) Nie wszyscy jeńcy dotrwali do końca marszu. Do dziś dokładna liczba zmarłych w czasie jego trwania nie jest znana”. *♦* „Kolumna o cilugoścł ponad kilometra maszeruje w ciszy w wysokim śniegu. Dochodź/^ do pierws2ych domów Marienburga. Miasto jest pokryte ciemnos'cii}. Ani jednego światła, ani jednego dźwięku. Opustoszałe. Najwyraźniej mieszkańcy zostali ewakuowani. Przemierzają centrum miasta. Przechodzą obok mostu zwodzonego twierdzy Marienburg, wspaniałej fortecy Zakonu Krzyżackiego na wschodniej granicy. Też opustoszałej. Tu i tam, na skrzyżowaniach, niemieckie patrole w białych mundurach. W pewnym momencie dołącza do nich kolumna cywili. Mają ze sobą duże wozy, ciągnięte zazuyczaj przez dwa bardzo silne konie. Zaczynają zdawać sobie sprawę, że ich kolumna jest jedną z wielu «dopływów», które włączają się do ogromnego «potoku», który płynie mozolnie na zachód. (Wspomnienia byłego jeńca Armando Franzi nadesłane przez syna Renato Franzi). ' Takich cytatów są setki. To właśnie listy pozwalają lepiej zrozumieć nam dziś, jak było naprawdę. Zrozumieć, że stalag to jednak nie wakacje od frontu i nie obóz sportowy. Uśmiechnięci panowie ze zdjęć, to żołnierze wzięci do niewoli, w konkretnym miejscu i konkretnej sytuacji, którzy zmierzyć się musieli najpierw z trudnym marszem do niewoli, później trudem przymusowej pracy, a na końcu z marszem, który nie wszystkich poprowadził do wolności. Trzeba też pamiętać, że ci, którzy wrócili, musieli zmierzyć się jeszcze z wieloma demonami przeszłości. Doskonale wyjaśnia to fragment listu napisanego przez Eddiego Foxa, syna jednego z jeńców, który zmienił całe moje postrzeganie tematu Stalagu XX B. List nadszedł tuż przed otwarciem wystawy i dla mnie wart jest więcej niż tysiąc innych słów... *** „ Te okropne wydarzenia z wczesnych lat czterdziestych bardzo wpłynęły na tatę. Dziś' wiem dlaczego tata nigdy nie napisał książki. Byli jeńcy wojenni mieli w sobie dużo złych emocji i my-s'li o tym wszystkim, co się wtedy działo. Wstyd i upokorzenie bycia przetrzymywanym. Uczucie, że zawiedli wszystkich w domu... Ukazywały się wiadomos'ci o holocaus'cie, który miał miejsce jedynie kilka mil od ich obozów. Wielu ocalałych czuło, że nikt im nie wierzy. Ludzie mys'leli, że to była ucieczka od wojny i czas spędzony jak w obozach wakacyjnych. Tymczasem tata utracił wszystko — miłos'ć, zdrowie, pr:^-jaciół i wiarę. Wielu jeńców wojennych wróciło do pustych domów. Był to epizod z ich życia, o którym na zawsze chcieli zapomnieć”. Wszystkich, którzy chcieliby szczegółowo zapoznać się z tematem, zachęcam do obejrzenia wystawy w Muzeum Miasta Malborka, a także do pobrania pełnej wersji katalogu z komentarzem historycznym, który można znaleźć na stronie www.muzeum.malbork.pl w zakładce publikacje. 76 Beata Grudziecka Zdjęcia Z u^stai^y autorstwa Beaty Grudzieckiej. 77 Stalag XX B - historia nieopowiedziana 78 Beata Grudziecka Literatura: 1. Stalag XX B - historia nieopowiedziana. Katalog wystawy z komentarzem historycznym. Muzeum Miasta Malborka, 2021. Praca zbiorowa. 2. Korespondencja prywatna z Eddiem Foxem — synem brytyjskiego jeńca wojennego ze Stalagu XX B. „Powracamy po swoich” 79 Patryk Pawłowski 9,Powracamy po swoich” Tytuł jest hasłem Pracowników Biura Poszukiwań i Identyfikacji Instytutu Pamięci Narodowej, którzy przyjechali 18 października do Sztumu wraz z dyrektorem tego biura profesorem Krzysztofem Szwagrzykiem, będącym jednocześnie wiceprezesem IPN. Nie zabrakło również wielu mieszkających na Powiwślu i Żuławach osób badających losy Zdzisława Badochy - Członków Stowarzyszenia Historycznego im. 5 Wileńskiej Brygady AK. Cel był jeden — odnaleźć doczesne szczątki ppor. Zdzisława Badochy ps. „Żelazny” — dowódcy 2 szwadronu 5 Brygady, który poległ w Czerninie 28 czerwca 1946 roku w walce z funkcjonariuszami Milicji Obywatelskiej i Urzędu Bezpieczeństwa. Był to siódmy etap prac zespołu IPN na terenie Sztumu. Pierwszy odbył się we wrześniu 2015 roku tuż za budynkiem dawnej siedziby Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Nowowiejskiego 17. Badania georadarem tego terenu dawały podstawy, aby przeprowadzić poszukiwania szczątków przy budynku, który jest jednym z punktów na dawnej mapie terroru komunistycznego. Pracownicy IPN oraz wolonatriusze nie odnaleźli jednak żadnych śladów, które wskazywałyby na ukrywanie w tym miejscu ofiar bezpieki. Następnie, w październiku 2018 oraz lipcu 2019 obszar poszukiwań rozszerzony został o dostępne wolne przestrzenie na sąsiedniej działce, która kiedyś należała do UB (obecnie jest to m.in. parking, chodniki i miejsca zieleni w pobliżu bloku przy ul.Nowowiejskiego 15). Na tych obszarach również nie natrafiono na ślady szczątków. W pierwszym miejscu, według relacji świadków podczas prac przy budowie kanałizacj bloku przy ul. Nowowiejskiego 15 natrafiono na ludzkie szczątki, jednak prace poszukiwawcze tego nie potwierdziły. Z uwagi na skomplikowaną sytuacje z przebiegającą między pobliską skarpą a parkingiem drogą, nie prowadzono w jej miejscu badań. W październiku 2019 roku odbyły się badania przy ul. Lipowej. Świadek przekazał informacje o zakopanych w jednym z miejsc szczątkach ludzkich. Odnalezione fragmenty kości nie należały jednak do Zdzisława Badochy. Na początku sierpnia 2020 roku podczas prac ziemnych na terenie Zakładu Karnego w Sztumie natrafiono na szkielet ludzki. Zabezpieczony został przez specjalistów z Instytutu Pamięci Narodowej i poddany badaniom genetycznym, które wykluczyły, tak jak w przypadku odnalezionych fragmentów kości przy Lipowej, aby był to ppor. „Żelazny”. W dniu, kiedy zginął Zdzisław Badocha, opiekująca się nim przed okres dwóch tygodni Halina Reiter z d. Zielke obchodziła swoje 21 urodziny. Była równieśnicą przebywającego na rekonwalescencji w majątku w Czerninie partyzanta. Jako jeden z ostatnich żyjących naocznych świadków tragicznych wydarzeń z 28 czerwca 1946 roku, gdy się 80 Patryk Pawłowski Postać Zdzisława Badochy wywołuje bardzo duże zainteresowwanie wśród mediów. Autor na zdjęciu w rozmowie z redaktorem TVP Gdańsk, fot. ks. Tomasz Trzaska — IPN spotkaliśmy kilka lat temu, przekazała informacje, iż aresztowana została wraz z wujkiem Ottomarem Zielke i samochodem ciężarowym zabrana do Sztumu wraz z korytem, w którym umieszczono zwłoki „Żelaznego”. Dodała, że funkcjonariusze pozostawili je za bramą cmentarza i tam najprawdopodobniej pochowali. Przygotowania do prac poprzedziła wizja lokalna z udziałem m.in. archeologów na cmentarzu, analiza zdjęć lotniczych, kwerend archiwalnych dokumentów oraz inne relacje. Wszyscy wiązaliśmy z tym tropem ogromne nadzieje. W październikowy poranek 18 października na cmentarzu w Sztumie pojawili się specjaliści z wielu dziedzin, m.in. antropolog, archeolodzy, archiwiści, historycy. Dwudniowe prace, w trakcie których dokonano dwóch wykopów sondażowych, niestety, dały wynik negatywny. Jak zapewnił po zakończeniu prac profesor Krzysztof Szwagrzyk, poszukiwania ppor. „Żelaznego” będą prowadzone do skutku. Co jakiś czas pojawiają się wskazania, relacje, które są szczegółowo weryfikowane przez specjalistów z Biura Poszukiwań i Identyfikacji. Zastanawiamy się, co dalej, którym tropem pójść, aby powrócić, odnaleźć szczątki legendarnego partyzanta walczącego o wolną i niepodległą Polskę m.in. na ziemii sztumskiej i malborskiej. Hasło „Powracamy po swoich” zobowiązuje. Chciałbym zaaapełować do wszystkich osób, które posiadają wiedzę na temat ewentualnego ukrycia ciała Zdzisława Badochy, a także innych ofiar komunistycznych zbrodni o skontaktowanie się z Biurem Poszukiwań i Identyfikacji IPN lub ze Stowarzyszeniem Historycznym im. 5 Wileńskiej Brygady AK. „Powracamy po swoich” 81 Pośmiertne zdjęcie Zdzisława Badochy, fot. Archiwum IPN Cmentarz Komunalny w Sztumie j>rzy uL Nowowiejskiego, fot. Patryk Pawłowski Archeolodzy podczas prac, fot. ks. Tbrrutsz Trzaska — IPN Z lewej strony prof Krzysztof Szwagrzyk w rozmowie z archeolog fot. ks. Tomasz Trzaska — IPN Wędrówki po prowincji Radosław Biskup Miłoradzkie wspomnienia Wincentego Zgliczyńskiego (1913-1993): pedagoga, aktora i poety. Cz.2 Roóizinnej wsi Miłoraciz z okazji 700. rocznicy nadania przyiail^u lokacyjnego 0321-202/} We wrześniu 1945 r. rozpoczął się ośmioletni, żuławski etap w życiu rodziny Zgliczyń-skich, który został spisany we wspomnieniach Wincentego Zgliczyńskiego, a także na kartach Kroniki szkolnej, którą prowadził. [s. 27] (...) Władza łudowa stawiała nowe zadania przed intełigenejif. „Zasiedłimy Ziemie Zachodnie i Północne” - hasło to rozłegało sif po kraju. Vójjechałismy 1 września 19d5 roku we czwórką: ja, żona i dwie nieletnie córeczki: Janeczka — 3 latka i Bożenka ~ 1 rok. Wysłane uprzednio pismo o powierzenie obowiązków na-uczycieła w Miłoradzu (pow. Małhork w późniejszym czasie) było adresowane do Inspektoratu Gdańskiego Zami^skiego. Inspektor Szkołny Pozorski^ przemierzał teren na rowerze i w konsekwencji trajił do mnie. Dopełniłem wszystkie konieczne formałnosci, aby staćsif pełnoprawnym naucssyciełem, kierującym w Miłoradzu 13-s'ciorgiem dzieciarni. Od żołnierza ipyzwołiciełskiej armii kupiłem rower za łitr bimbru, ciągnionego przez pochodzących zza Bugu repatriantów z suszu buraków cukrowych. Za pieniądze i żywnos'ć unrowską kupiłem od autochtonki [s. 28] płaszcz z łeciutką podszewką, który musiałgrać roł^ jesionki i okrycia wiosennego. Czarną kurtkę na watołinie miałem jeszcze z obozu w Stutthofie. Zona i dzieci były podobnie łicho ubrane. Za to mebłi było pod dostatkiem, mieszkanie przestronne, ałe nie było czym pałić w szkole i w mieszkaniu na-uczyciebć^.. Dobrze, że wójt gminy Mątowy Wielkie zaopatrzył nas w dwa kompłety posćiełi: 2 pierzyny i dwie poduszki bez biełizny posćiełowej. ' w kronice, dokumentacji szkolnej oraz wspomnieniach pojawia się „inspektor Pozorski” lub „podinspektor Pozorski”. W rzeczywistości mowa jest o dwóch różnych osobach: malborskim inspektorze szkolnym Wiktorze Pozorskim oraz podinspektorze Janie Pozorskim. Por. Witold Jan Chmielewski, Polska administracja szkolna w latach 19^4—1950, Piotrków Trybunalski 2010, s. 166. Kronika za 1945 rok: Od 11. XII. do 18.X1I. 45 lekge sif nie odhywafy, ponieważ zabrakło opalu. Po usilnych staraniach nauczyciel uzyskał prywatnie od leśniczego w Mstowach Mafych 6 rn3 drzewa dębowego i w ten sposób kryzys opałowy został na pewien czas oddalony. (...) Pod koniec stycznia znowu zabrakło opału w szkole i przez dwa dni lekcje się nie odbywafy - 25. i 26. I. 46 r. Deficyt materiału opałowego to stały wątek w zapiskach kronikarskich Wincentego Zgliczyńskiego i jego następców, i częsty powód odwoływania zajęć szkolnych. Miłoradzkie wspomnieniaWincentego Zgliczyńskiego(1913—1993): pedt^oga, aktora i poety. Cz.2 83 W szkole nie było książek, zeszytów, map, pomocy naukotpych^. Dobrze, że były ławki, tabłi-ce i szajy. Nie iyło także materiałów pis'miennych: piór, stalówek, gumek, ołówków, kredek. Nie byłopłastełiny, błoków rysunkowych, łiniałów, kredy.'^. Wieś' była zełektry/ikowana, ale transformator na podstawi, w wyniku działań wojennych uszkodzony, nie zezwałał na korzystanie z dobrodziejstw XX^ wieku. Wobec tego postarałem sif jak inni mieszkańcy o karbidówki i do nich pałiwo - karbid. Swąd był niezły, niefachowo obsługiwana karbidówka groziła tvybuchem. Trwało to aż do momentu, kiedy nastała możliwos'ć podłączenia s'wiatła ełektrycznego po reperacji transformatora. Radio sieciowe miałem jeszcze z Ciechanowa, gdzie był prąd. Zorganizowałem wieś', powstał Komitet Elektryfikacji, któremu przewodniczyłem. Zebrano składki uczestnictwa w ełektryfikacji, wpłacono na konto bankowe w Tczewie i po pewnym czasie przywieziono transformator nasycony ołejem i zainstałowano. Zabłysło s'wiatło, zagrało radio. Zaczęło się nowe życie, jaśniejsze. Ałe jeszcze chłodne lokałe i grożąca głodem zima. W Pogorzałej fWsiJ- 3 km odłegłej wsi od Miłoradza było poniemieckie połę kartofii. Zona razem z kołeżanką uzyskały dostęp do ekspłoatacji tego skarbu. W ten sposób mielis'my pewną iłos'ć ziemniaków na zimę. [s. 29] Żywność otrzymywaliśmy z Gdańska przez nauczycielską spółdzielnię rozdzielczą, zaopatrywaną z darów unrowskich. Nie wystarczało to jednak i żona wyjeżdżała co pewien czas do Ciechanowa, do rodziny aby cos' „zorganizować”. Zabierała z sobą pewne drobne upominki tekstylne na zamianę. Przez pewien czas korzystalis'my z datków w postaci mleka od posiadających krowy osadników. Wiosną 19d6 r.^ sprowadziłem z Zeńboka k. Ciechanowa własną otrzymaną w posagu od brata BłażejcĆ słabo-młeczną krowę, która po odżywieniu się na bogatej fiorze Żuław dawała dziennie około 16 łitrów mleka. Pierwszą imprezą polską na odzyskanej po wiekach ziemi żuławskiej była z pewnos'cią choinka szkolna/ i zabawa noworoczna dla dorosłych. Bimber się łał, temperamenty grały. Byli jeszcze we wsi jeńcy niemieccy, ws'ród nich lekarz. Strzegli ich w obozie czerwonoarmiejcy. Tak byli alowcyjak i akowcy nosili broń jako żołnierze LWP Mało nie doszło do bratobójczej strzelaniny. Moja żona Regina łagodziła spory, zapraszając najbardziej zapałczyivych do tańca. ’ Archiwum Państwowe w Malborku, 31 marca 1946 r. W. Zgliczyński wystosował pismo do Inspektoratu Szkolnego Zamiejskiego w Gdańsku, w którym wymienił pomoce dydaktyczne znajdujące się wówczas w szkole. Lista obejmuje: 2 tablice szkolne, bardzo zniszczone, poniemieckie; 1 globus, zniszczony, poniemiecki; 1 mapa Śr. Europy, w dobrym stanie, poniemiecka; J mapa powiatu gdańskiego, zniszczona, poniemiecka; 1 karta orangutana, w dobrym stanie, poniemiecka; 1 karta dzik, w dobrym stanie, poniemiecka; 1 karta przeróbka buraka cukrowego, w dobrym stanie, poniemiecka; 1 karta widmo Iwietlne, w dobrym stanie, poniemiecka. * AP w Malborku, 21 marca 1946 r. W. Zgliczyński informował władze oświatowe: Widzf następujące trudności w realizacji programu historii w klasie III i IV: 1. Brak podręczników zmusza do ciągłego prowadzenia lekcji głośnych (w Publjicznejj Szkołę Powjszechntjj w Miełcu pobierają naukę Jednocześnie III, IV i V klJ; 2. Liczba 26 tematów Jest zbyt obszerna dla omówienia w ciągu Jd-tu lekcyj historii pozostafych do końca roku szkolnego w kl. III i IV W kronice szkolnej za 1946 r. odnotował: 10 kwietnia wyjechał nauczyciel po pierwsze po wojnie wydane przez PJaństwoweJ ZJakłady] WJydawnictwJ SJzkolnychJ podręczniki. ’ W kronice szkolnej informacja ta zapisana została pod 1947 r.: 10 i 11 kwietnia rtauczyciel otr^mał urlop dla załatwienia spraw osobistych (przywiezienie krowy z centralnej Polski). Błażej Zgliczyński (1899-1985), najstarszy brat Wincentego; pochowany na cmentarzu parafialnym w Zeńboku wraz z małżonką Wiktorią Zgliczyńską (1901-1995). Kronika szkolna za 1945 role W ostatnią niedzielę przed świętami Bożego Narodzenia została urządzona choinka szkolna, na której byli obecni rodzice i młodzież szkolna. Liczba dzieci szkolnych wynosiła 20-ro. Młodzież szkolna popisywała się, wypowiadając wiersze oraz śpiewając kolędy. W miłym nastroju rodzinnym upłynął wieczór, a na zakończenie dzieci otrzymały podarunki w postaci słodyc^ i ciastek. 84 Radosław Biskup Inne panienki i panie poszły za przykładem małżonki mojq i zatargi zamienify się w wesołą, beztroską zabawę, opiewano „Rozszumiały się wierzby płaczące”i „Okę" ałe akowcy śpiewałi buntowniczo „Marsz Mokotowa” i „Czerwone maki na Monte Casino”. Tak się w początkowej fozie integrowała społecznos'ć napływowa zza Bugu, z centrałnej Poiski, z Podkarpacia i łudnos'ć autochtoniczna. Jak wspomniałem brak było w szkołę i w domu nauczycieła opału, ambicją jednakże moją było wytrwać w tych nadzwyczaj trudnych warunkach. Zresztą, gdzież miełismy pćjs'ć. Mieszkanie było ładne i przestronne po dawnej szkołę ewangełickief. [s. 30] Cztery pokoje z kuchnią i jedna izba łekcyjna. Była jeszcze we wsi druga szkoła katołicka^ w znacznie gorsem stanie. Tam również była jedna izba łekcyjna i dwa pokoje z kuchnią dła nauczyciela. W obydwu szkołach jeden z pokojów był na strychu. Otoczone były także dos'ć pokaźnymi płacami i ogródkami z drzewami owocowymi. Niekorzystnym czynnikiem była błiskos'ć cmentar:^: ewangelickiego^^ i katolickiego^ \ Fot. 3: Regina Zgliczyńska z córkami Janinef i Bożetuf za budynkiem szkofy w Afiłoradzu (ze zbiorów B. Sed/aczek). Na razie palilis'my resztkami wszelkiego drzewa i drewna znalezionego w pobliżu lub w obejściu szkolnym. Gmina ratowała szkołę doraźnymi zastrzykami opału z powalonych wichurami drzew. Ale wreszcie zaczęły przechodzić także transporty węgła, a na wiosnę transporty zboża i ziemniaków na zasiewy wiosenne. ’ Budynek przy ul. Cichej 1 w Miłoradzu. ’ Położony w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła parafialnego budynek przy ul. Głównej 29 w Miłoradzu. '“ Mowa o cmentarzu ewangelickim, który został zlikwidowany po wojnie i do początku lat 90. XX w. pełnił funkcję parku, a następnie został zaadaptowany na cmentarz katolicki; położony przy ul. Żuławskiej vis a vis supermarketu. ’* Mowa o przykościelnym cmentarzu parafialnym przy ul. Głównej. Miłoradzkie wspomnieniaWincentego Zgliczyńskiego(ł9ł3-1993): pedagoga, aktora i poety. Cz.2 85 Przy rąbaniu drz;ewa zzitru^iniiem autochtona, staruszka nazwiskiem Szpaik. Otrzymywał zaprowiantowanie z mojej rodzinnej kuchni i uynagrodzenie pieniężne z gminy. Kiedy go proszono na obiad, proponowano umycie rąk. Robił to chętnie i dokładnie, a kiedy uporał się z tym, czesał własnym grzebykiem włosy. Kiedy mu przedziałek nie bardzo wychodził, poprosił o... „zwierciadło""... Podałem mu łusterko i nie omieszkałem w rozmowie z nim stwierdzić, że użył bardzo starego słowa połskiego z czasów Kochanowskiego, i że to słowo i nie tyłko to s'wiadczy, że posługuje się mową starszych połskich wymarłych płemion i ma rodowód połski, chociaż przez wieki jego przodkowie i on zostałi zniemczeni. Owszem, przytakiwał, że w domu jego mówiono jeszcze dos'ć często po połsku. I tak się dobrałem do korzeni połszczyzny Kochanowskiego. W kwietniu 19d6 roku trzeba było mysłeć o jakimś' obsianiu pół. Ałe zanim się cos' zasieje trzeba rołę zaorać i pobronować. [s. 31] Koni było we wsi niewiełe i dwa traktory, które się często psuły łub zakopywały się w podmokłym gruncie. Głeba Żuław wymaga ziębłi, czyłi zimowej orki. Poruszona wiosną złewa się i po tcyschnięciu zamienia się w kamienną bryłę. Więc zasiewy były bardzo utrudnione i niewiełe też można było zasiać i zasadzić. Rozłegłe poła opanowały wysokie na dwa metry różnorakie chwasty, ws'ród których buszowały myszy, łisy i borsuki. Dopiero położone trutki i zaszczepienie chorób zakaźnych wypłeniło całkowicie rozwój tej niepożądanej jauny. Lisy buszowały do czasu, gdyż przemys'łny człowiek zapędził je w potrzaski i uszczupłał zwierzostan. Żony osadników pozyskiwały za pos'rednictwem rodzimych garbarzy cenne jutra, czapki, kołnierze i mujki łisie. Zdarzały się również i udane pałowania na borsuki. W odłegłos'ci 3 km płynął Nogat, a w oddałeniu 5 km - Wisła, które rozłączyły się przy s'łuzie pod Piekłem. W widłach Wisły i Nogatu szumiał stary dębowy łas. Tam były sarny i jełenie. Wojna i okres powojenny sprzyjał uszczupłeniu tego pogłowia zwierząt. Na posadzenie nowych kułtur łes'nych czekały gołizny wyrębów. Zostałis'my zaproszeni przez miejscowego łes'nika do pomocy w załesianiu'^. Wynagrodzenie za tę usługę łyło dodatkowym przekonującym argumentem dła żądnych wycieczki, rekreacji i odmiany uczniów i uczennic^^. Kiedys'my byłi pod łasem rozpadał się drobny wiosenny deszcz. Powstał probłem ewentuał-nego bezowocnego powrotu do szkoły łub kontynuowania zamierzonego zadania. Zdałem się na decyzję młodzieży, którą nie deprymował kapus'niaczek. Uprzedziłem jednakże ich, że nie '^ Por. zapiskę w kronice szkolnej za 1946 r.: W dniach 5 i 6 kwietnia urzcfdzono w tutfejszejj szkole Święto Wiosny. Młodzież szkolna />od kierownictwem nauczyciela zasadziła ok. 20 drzewek w pobliżu szkofy. Niestety, kilka miesięcy później wszystkie zostały zniszczone przez miejscotoych niemczaków, pałających nienawis'cią do polskiej szkoły. ” Wincenty Zgliczyński lubił organizować uczniowskie wyprawy krajoznawcze, które odnotowywał w kronice; 18 czerwca [J9d6 r.j urządzona została wycieczka całej szkofy do pobliskiej królowej rzek polskich Wisły. Młodzież zażyła swobody, ruchu, powietrza i słońca oraz kąpieli. (...) 16 wrzelnia fl9d6 rj młodzież szkolna całej szkofy wraz z nauczycielem udała się na wycieczkę do PogorzałeJ Wsi celem nagromadzenia kasztanów na zimę. (...) 18 grudnia [19d6 r.J kl. Ili i /V [czyli wówczas pięcioro uczniów - RB] odbyła wycieczkę do lasu celem wycięcia drzewka choinkowego dla szkofy na lwięta Bożego Narodzenia. Przy okazji nauczyciel przeprowadził lekcję nt. „Rozróżnianie drzew w lesie”. (...) 24 maja (1947 r. J odbyła się wycieczka całej szkofy do lasu w Mątowach Mafych oraz do Wisfy celem utrwalenia pogadanek o ochronie przyrody oraz w związku z nauką geografii (rzeka). Te wycieczki miały niekiedy dramatyczny przebieg: W^ dniu 12 kwietnia (1948 r.j młodzież szkolna całej szkofy udała się pod kierunkiem oiydwu nauczycieli [drugim nauczycielem był Leon Słomiński - RB.] na wycieczkę szkolruf do Nogatu z projektem przeprawienia się łódką przez Nogat i zwiedzenia przeciwległego 100 m wysokiego brzegu. Fala była duża. Pierwsza łódka została załadowana 14 chłopcami. Przy zbliżaniu się do przeciwle^go (brzeguj, gdzie przelewa się główny nurt Nogatu, wiosenny wiatr wzmógł się, powstała wysoka fala i nazbyt obciążona łóelź była zalewana fitlą. Już trzykrotnie bryzgi fitl wskoc^fy do łódki. Rybak wiosłował sprawnie i wkrótce minęła łódka główny nurt. Odetchnąłem na przeciwłegfym brzegu i postanowiłem mocno w powrotnej drodze nie przeładowywać łódek, chociażby przypadła przepfywać 10 razy tam i z powrotem. 86 Radosław Biskup bęćź^ się skarżyć iv damach na przemoczenie, zmęczenie i przeziębienie. Przyrzekli mi [s. 32] to solennie i dotrzymali słowa. Zasadziliśmy 1200 dębów i, jak potem donosił leśnik, wszystkie się P^^yj^fy> g^y^ sadzone były starannie i po zasadzeniu nawilżone deszczem. O lepszych warunkach trudno marzyć. Niepokoiłem się aż do następnego dnia o zdrowie dzieci. Wszystkie były zdrowe i nikogo nie brakowało na lekcjach dnia następnego. Nie tylko zrobiliśmy dobrą robotę sadząc dębczaki, ale ukształtowaliśmy wstępnie pożądane rysy charakteru: dzielnos'ć, odpowiedzialność', wytrwałos'ć, odpornos'ć na przeciwnos'ci, szacunek dla dobra przyrody, jakim jest środowisko naturalne i las. Był to więc bez wątpienia pedagogiczny sukces. Nauczyłem się przy tym sam demokratycznego traktowania wszelkich decyzji co do zadań, które mają być podjęte przez młodzież. Poinformowanie młodzieży o rozterce nauczyciela z powodu jakichś' trudnych prac zawsze spotka się z gremialnym poparciem i pomocą. Nie trzeba się lękać stawiania przed młodzieżą zadań wymagających „mierzenia siły na zamiary". W tym czasie musiałem dopełnić swoje uykształcenie zawodowe na rocznym pedagogicznym kursie dla czynnych niekwalif kowanych nauczycieli. Dokonałem tego w latach 19d6—19d7 w Gdańsku-Oliwie w tamtejszym liceum pedagogicznym. Egzamin końcouy wypadł pod koniec marca 19d7. Po zdaniu go wracałem na Żułaioy przez Toruń z powodu katastrofałnej powodzi, która nawiedziła wówczas krainę wis'laną. Olbrzymi napór zwałów lodowych spiętrzonych powyżej dopuszczalnych wskazań bezpieczeństwa zmiótł odbudowywane przęsła mostu kołejowo-drogowego w Tczewie. Olbrzymie kloce drzewne wbite w dno rzeki były z łatwos'cią zniesione przez żywioł. Po raz pierwszy w życiu byłem s'wiadkiem takiej orgii gniewnej Wisełki, druzgocącej okowy łodowe^^. [s. 33] Powołi awansowałem. Stałem się kierownikiem szkoły, gdyż stopniowo powiększała się łiczba dzieci podlegających szkole, a w związku z tym przybyło dwóch nauczyciełN. Naprzód koł. [Leon] Słomiński spod Stargardu z żoną i dzieckiem, przejściowo nauczycielka z Sopotu, a potem dłużej pracująca kol. Helena Zarębska. Z nauczycieli przewinęli się kol. kol. Pryk i Czep czyński. Dodatkowo objąłem obowiązki instruktora -klas łączonych. W związku z tym musiałem jeździć na rowerze po rozległym powiecie malborskim. Ukończyłem kilka wakacyjnych kursów specjalistycznych, jak Centralny Kurs Śpiewu w Szczecinie, 3-letni kurs teatralny w Łebie i Płocku, kurs kierowników szkół ze wsi spółdzielczych, kurs nauc:^cieli biologii, prowadzony łącznie z działką szkolną'^. Od inspektora Pozorskiego otrzymałem propozycje prowadzenia Junkcji obserwatora meteorologicznego dla Państwowego Instytutu Hydrologiczno-Meteorologicznego w Warszawie. Zrozumiałe, że dziewiczy teren Żuław musiał otrzymać taką siatkę. Do tej pory pełnię tę Junktję społeczną, chociaż już dwukrotnie zmieniłem siedzibę stacji. Pełniłem również obowiązki in- '* Kronika szkolna za 1947 r.: W dniach 24, 25, 26, 27 marca lekcje nie odbyfy sif ze wzglądu na egzamin nauczyciela z przedmiotów pedagogicznych. 25 marca nastąpiło zerwanie mostu w Tczewie. Wobec powyższego nauczyciel tył zmuszony wracac do domu drogą okrężną na Toruń, 322 km. Z tego względu 27.3. ł947 nie tyło lekgi. '5 Kronika szkolna za 1947 r.: W dniu 3 września nastąpiło otwarcie roku szkolnego 1947/48. Liczba dzieci w szkole wynosi 60. Inspektorat Szkolny w Gdańsku przydzielił do tutfejszejj szkoły nowego nauczyciela ob. Słomińskiego Leona jako drugi etat. Nauczyciel Słomiński jest nauc:^cielem niekwałifikowanym. '* Por. życiorys znajdujący się w UKiOR: Kończę trzyletni zaoczny Kurs Teatralny o zasięgu centralnym i otrzymuję dyplom upoważniający do zajmowania stanowisk oświatowych na szczeblu okręgu. Przechodzę przeszkolenie na Centralnym Kursie Nauczycieli Śpiewu w Szczecinie, uczestniczę w kursie kierowników szkól spółdzielczych zlokalizowanym w Gdańsku, a także nauczycieli biologii w Malborku. 87 Miłoradzkie wspomnieniaWłncentego Zgliczyńskiego(1913-1993): pedagoga, aktora i poety. Cz.2 Fot. 4: Regina i Wincenty Zgliczyńscy z córkami. Od letoty: Janina (ur. 1942), Danuta (ur. 1946), Bożena (ur. 1944), to beciku Ewa (ur. 1949) (Miłoradz, koniec łat 50. XX w.; ze zbiorów B. Sedlaczek) 88 Radosław Biskup spektora kontroli przy Ra^lzie Państioa na Gminę M^totty Wielkie. Odkryłem nadużycia na pól miliona złotych w mieczami w Pogorzałef Wsi. Od dzieciństwa marzyłem o pasiece. Teren był miododajny. Płantaeje rzepaków, rozległe hfki i pastwiska, aleje przydrożnych lip i klonów gwarantowały dobre zbiory. Miałem już nowy aparat radiowy „Agę” z Dzierżoniowa, przydziełoruf mi przez /nspektoriat. Po ten aparat pojechałem do Ełbbiga. Po powrocie witała mnie rados'nie ciekawa nabytku rodzina. Najmłodsza córeczka - Danusia - weszła pod biurko w poszukiwaniu tego pana, którego głos słyszała w radio. Łzy kręciły się z uciechy i rozrzewnienia, [s. 34] Na stary mój aparat radiowy miał nieprzeparta^ chętkę s^iadposiadający pszczoły. Dobiłis'my targu i stałem się posiadaczem, jak to się fachowo mówi „pnia pszczełego”, z którego po rozmnożeniu w następnych latach powstała cała pasieka. Kupowałem nowe ułe typu wielkopolskiego pod nazwą „ul Widery”^^. Ramka 260 X 360 mm zapewniała w kwadratowym poziomym przekroju ula ustawienie dwojakie ramki: w lecie - kantem ramki i zimą -płaszczyzną ramki. Było to tzw. ustawienie ochładzające i ociepłające. Wgryzłem się tak w zagadnienia pszczelarstwa, że po zapoznaniu się z podstawowymi opracowaniami z tej dziedziny i dłuższej kiłkułetniejpraktyce -pisałem artykuły do jachowych pism, m.in. do „Pszczełarstwa”. Od krouy był przychówek, młoda jałówka, która w następnych łatach tak wyszła na dorodną krowę. Trzeba było więcej paszy zimowej. Dzierżawiłem łąki nad Wisłą w Mątowach Małych. Podczas sianokosów odwiedził mnie brat Henryk'^. Przyjechał na rowerze. Po krótkim pobycie na łące odjechał. Ałe z wału wis'lanego odwrócił się ku mnie i zaśpiewał: Wisło moja, Wisło stara, gdzie tak szumnie płynieszi^ Skąd tej wody nazbierałaś', mów, nim w morzu zginieszi’^^ Brat mój - nauczycieł, artysta malarz i poeta odszedł już przed dziesięcioma laty [1974 - RB] w krainę cieni... ale uyśpiewana przez niego miłos'ć do kraju ojczystego i piękna polskiego krajobrazu do tej pory pobrzmiewa w moich uszach. Sit ei terra leois^^. W roku 1953, po os'miu latach pracy pożegnałem żyzne Żuławy i powróciłem do rodzinnej Ziemi Ciechanowskiej. Przyczyna? Uporczywe nerwobóle w kos'ci krzyżowej u mnie i małżonki, a także darcie w nogach u pięciu już córeczek. Z tego, co mówił łekarz, wiłgotnos'ć zamieszkiwanego terenu depresji było przyczyną nasiłających się schorzeń. Dwie przeprowadzki znaczą tyłe, co jedno spalenie. Mys'my mieli już te dwie, ale jeszcze coś zostało. Potężny towarouy [s. 35] wóz z przyczepą, załadowany przy pomocy zespołu artystycznego, w którym reżyserowałem i wystawiałem wielokrotnie „Skąpca” Moliera - przewiózł nas na rampę załadowczą do stacji Malbork. Stąd małżonka z dziećmi pojechała do Ciechanowa pociągiem osoboioym, a ja musiałem eskortować mój załadowany ruchomościami wagon kryty, ^^ Mowa o ulu nadstawkowym konstrukcji Wiktora Widery. Henryk Zgłiczyński (ur. 3.04.1903 r. w Zeńboku, zm. 9.10.1974 r. w Lasowicach Wielkich), artysta malarz, nauczyciel; w latach 30. XX w. wystawiał m.in. w warszawskiej Zachęcie, po wojnie zamieszkał w Pucku. Tu organizował Publiczną Średnią Szkołę Zawodową (przemianowaną w 1951 r. na Zasadniczą Szkołę Szkutniczą), której był dyrektorem. Niedługo potem przeniósł się na Żuławy i był nauczycielem w Lasowicach Wielkich. ” Pieśń „Wisło moja, Wisło stara” napisał w 1863 r. polski patriota Ignacy Danielewski (1829-1907), w trakcie odbywania kary w twierdzy Wisłoujście (Weichselmiinde). Współcześnie pieśń jest hejnałem miasta Chełmna. ^^ Niech mu ziemia lekką będzie (łac.). Miłoradzkie wspomnieniaWincentego Zgliczyńskiego(l 913—1993): pedagoga, aktora i poety. Cz.2 89 a szczególnie pasiekę w liczbie pięciu pni. Pszczoły były przygotowane cło podróży i dos'ć dobrze osiatkowane, ałe znałazły sobie Jakieś' szczełiny i poczęły latać wokół wagonu. Dobrze, że odjazd składu nastąpił pod wieczór, kiedy pszczoły Już s'ciiignęły do uła. Pocii^ turkotał przez wiele godzin nocnych, na wielu stacjach marudził dopełniaj^fc skład lub odczepiając wagony O s'wicie 25 sierpnia byłem w Ciechanowie. Około 7.00 rano przybył znów ciężarowy wóz z przyczepą do przeładunku. Wczes'nieJ przylał również szwagier celem pomocy w trudnej i pospiesznej pracy. Po pewnym czasie przyszła żona z dziećmi. Po przeładowaniu mebli, bagażu wszelakiego i pasieki Jechalis'my z niepokojem w upatrzone i zlecone przez Inspektorat Szkolny miejsce. Co nas tam czekał Fot. 5: AkwareUta z kroniki szkolną przedstawiająca budynek szkofy oraz miejsce zamieszkania rodziny Zgliczyńskich w latach 1945-1953 (fot. R. Biskup) W tym miejscu należy dodać kilka informacji, których zabrakło we wspomnieniach. Z kroniki szkolnej wiadomo, ze Wincenty Zgliczyński był przez krótki czas członkiem Polskiego Stronnictwa Ludowego, opozycyjnego wobec ówczesnych władz. W 1946 r. odnotował: 26 lutego odbyło się zebranie kierowników szkół w gminie, które zaszczycił swoją obecnos'cią ob. starosta JMarianJ Klenowicz. Oprócz spraw gospodarczych szkół omawianych na zebraniu, starosta proponował zawiązanie Stronnictwa Ludowego na tutjejszymj terenie. Do tej pory istniało tyłko Połskie Stronnictwo Ludowe, do którego nałeżało wiełu ludzi z tutjejszejj gminy, dopóki nie poznali, że znajdują się na błędnej drodze. Piszący te słowa również przeszedł owo nieporozumienie, za które w późniejszym czasie musiał wyrównać rachunek. W styczniu 1947 r. zapisał natomiast; Lekcje nie odbyły się w dniach 16, 17 i 18 stycznia ze względu na zatrzymanie nauczyciela przez Urząd Bezpieczeństwa w Nouym Stawie (16.1.47) oraz ze względu na brak opału (17, 18.1.47). Powód zatrzymania: Nauczyciel był 90 Radosław Biskup podejrzany o należenie do przeeiwrz^oioejpartii PfolskieJ SjtronnietiooJ LfudoioeJ. 19 stycznia nastifpiły loybory do Sqmu. Z wypełnionej w 1969 r. deklaracji członkowskiej Związku Bojowników o Wolność i Demokrację wynika, że W Zgliczyński był członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W czasach miłoradzkich był także członkiem Gminnej Rady Narodowej; niekiedy udział w posiedzeniach kolidował z obowiązkami szkolnymi^'. Z późniejszych zapisków wynika, że od 1950 r. był również zaangażowany w upowszechnianie wiedzy wśród miejscowych rolników, wspierając instruktorów oświaty rolniczej, delegowanych do Miłoradza przez Powiatowy Inspektorat Oświaty Rolniczej w Pruszczu Gdańskim. Ponadto zapisał w swym życiorysie sporządzonym w 1980 r., że w trakcie pobytu w Miłoradzu dwukrotnie otrzymał propozycje objęcia stanoioisk podinspektora szkolnego: raz w Malborku, drugi raz w Lęborku. I zaraz dodał: Żal mi porzucać własnej szkoły, którą wzniosłem od podstaw. Jest nas liczna rodzinka: ja, żona i siedem córek^^. Uprawiam działkę szkolną, hoduję inwentarz, pielęgnuję pszczoły. POWRÓT NA MAZOWSZE Jak ułożyły się losy Wincentego Zgliczyńskiego po opuszczeniu Miłoradza? 25 sierpnia 1953 r. pociąg z dobytkiem dotarł do Ciechanowa, a stąd cały majątek ruchomy został przewieziony do wsi Unikowo. W znajdującym się tutaj XIX-wiecznym dworku władze postanowiły zorganizować szkołę oraz wydzielić mieszkanie dla nauczyciela i jego rodziny. Bożena Sedlaczek wspomina dziecięcy smutek z powodu opuszczenia pięknego, murowanego domu w Miłoradzu, na rzecz prymitywnych warunków panujących na mazowieckiej wsi. Plusem z pewnością było opuszczenie wilgotnego, żuławskiego klimatu oraz powrót w rodzinne strony. Ten ostatni czynnik miał ogromne znaczenie dla Wincentego Zgliczyńskiego. Dysponując szerokimi kompetencjami dydaktycznymi, nabytymi w ciągu dotychczasowych ośmiu lat pracy i rozmaitych szkoleń, mógł poświęcać więcej czasu na swoje pasje. Kierował miejscową szkołą (od 1955 r.), moderował życie lokalnej społeczności, a jednocześnie zajmował się obserwacją pszczół, monitorował pogodę, a przede wszystkim stał się aktywnym Kronika szkolna za 1946 rok: 11 marca nauczyciel kierujący uczestniczył w zebraniu Gminntj Rady Narodowej jako jej członek; tematem była sprawa budżetu samorządu gminnego. W czasie nieobecności nauczcie la w szkołę, pr;^był do szkoły Inspektor Pozorski, który miał wizytować szkołf. Ze wzglfdu na nagły termin zebrania nauczyciel nie był w możnos'ci uzyskać uprzednio urletpu, co późnig wywołało wymianę urzędowych pism, nim się sprawa wyjaśniła. T^chowało się sprawozdanie z tej wizytacji, sporządzone 6 maja przez podinspektora Jana Pozorskiego: Stwierdzałem nieobecność dzieci i kierownika szkofy ob. Zgliczyńskiego. Nie mogłem się zorientować, jaki lyłpowód nieobecności dzieci i nauczyciela. Udałem się celem ewentualnych informacji do sołtysa, którego również nie zastałem w domu. Będąc powtórnie raz w szkole, robotnica tam zatrudniona twierdzi, że ob. Zgliczyńskipojechał na zebranie Gminnej Rady Narodowej do Mątew [Mątowy Wielkie - RB.]. Ze wzgłędu na niemożliwą drogę z Mielca do Mątew (błoto), nie mogłem wiarogodności tego faktu stwierdzić i udałem się w drogę powrotną. Wniosek: Wezwać kierownika szkoły ob. Zgłiczyńskiego do wyjaśnienia nieobecności w szkole (AP w Malborku, Inspektorat Szkolny w Malborku. Działalność Publicznej Szkoły Powszechnej w Pogorzałej Wsi, karta 20). ^^ Zgodnie z informacją p. Bożeny Sedlaczek, podczas pobytu w Miłoradzu Zgliczyńscy byli 7-osobową rodziną (Wincenty i Regina oraz pięć córek: Janina (ur. 1942), Bożena (ur. 1944), Danuta (ur. 1946), Ewa (ur. 1949) i Bogusława (ur. 1951). W Unikowie urodziły się kolejne dwie córki: Iwona (ur. 1954) oraz Olga (ur. 1956). Miłoradzkie wspomnieniaWincentego Zgliczyńskiego(1913-1993): peck^oga, aktora i poety. Cz.2 91 uczestnikiem lokalnego życia kulturalnego i artystycznego, którego serce biło w nieodległym Ciechanowie. Badając przez kilka miesięcy losy Wincentego Zgliczyńskiego myślę, że równie ważny był dla niego powrót do „duchowej ojczyzny”, jaką była ziemia ciechanowska, pozostająca pod wpływem poezji Zygmunta Krasińskiego oraz myśli pozytywistycznej Aleksandra Świętochowskiego. Podmalborski Miłoradz, pozostający od czasów pierwszego rozbioru w 1772 r. pod wpływem kultury niemieckiej, nie mógł zapewnić odpowiednich podniet intelektualnych i kulturalnych absolwentowi przedwojennego polskiego gimnazjum z pretensjami artystycznymi. W maju 1957 r. znalazł się wśród członków założycieli Towarzystwa Miłośników Ziemi Ciechanowskiej^^. Rozpoczął również współpracę z redakcją lokalnego kwartalnika społeczno-kulturalnego „5 Rzek” wydawanego w latach 1957—1968. Tę działalność godził z pracą nauczycielską, prowadzoną sprawdzonymi, żuławskimi metodami: organizował wycieczki krajoznawcze, angażował uczniów w teatrzyk szkolny, wędrował z dziećmi po okolicy^"*. W latach 1961-1963 był również członkiem komitetu redakcyjnego czasopisma pedagogicznego „Klasy łączone”. Podobnie jak w Miłoradzu, również tutaj prowadził kursy rolnicze dla miejscowej ludności. Jak wspomina, peiniłem również obowiązki agronoma--amatora, ii>ygiaszającego pogadanki rolnicze w odległych wsiach. Przyjeżdżano do mnie wozem, saniami w zimie, zabierałem rzutnik i przezrocza oraz inne eksponaty i po dwóch łub u^if(^^J godzinach prelekcji zmęczony wracałem późnym wieczorem do domu. / to już tak od czasów żuławskich, czyłi od 1950 roku. Z biegłem czasu Wincentego Zgliczyńskiego coraz bardziej pochłaniała pozaszkolna działalność w ciechanowskim środowisku kulturalnym. W 1964 r. porzucił pracę w Uniko-wie i z dniem 1 września objął stanowisko kierownika Powiatowego Domu Kultury w Cie-chanowie^^. Była to w tym czasie skromna placówka, mieściła się w oficynie w podwórzu zabudowań przy ul. Warszawskiej 16. Mimo małego metrażu mieściła się tutaj dobrze zaopatrzona biblioteka, funkcjonował teatr i świetlica. Hanna Morawska-Trybuchowska, wieloletnia pracownika ciechanowskiego Domu Kultury i jego późniejsza dyrektorka, tak charakteryzuje Wincentego Zgliczyńskiego: Z dniem 1 wrzes'nia 1964 roku kierownikiem Domu Kultury został Wincenty Zgliczyński, z zawodu nauczyciel, kierownik szkoły. Władze zapewniły mu mieszkanie w Ciechanowie i wiązały z jego osobą wielkie nadzieje na odnowę :tycia kulturalnego. Wincenty Zgliczyński był w okresie przedwojennym związany z teatrem Osterwy „Peduta” w Warszawie i przez wiele lat odbywał tam swoje praktyki teatralne. Utalentowany w wielu kierunkach, przede wssystkim był poetą. Obdarzony bardzo ładnym ciekawym głosem, świetnie recytował, posiadał również duże zdolności aktorskie. Brał razem ze mną udział w koncertach w teatrze poezji, który został założony przy redakcji „Pięciu Rzek”przez Leonarda Młynarskiego. Uchodził za barda ciechanowskiego. Talenty i uzdolnienia, jakimi obdarzyła ^^ Jan Kazimierz Korzybski, Półwiecze Towarzystwa Miłośników Ziemi Ciechanowski^ 1957—2007, Ciechanów 2007, s. 42. ^^ 27 lipca 2021 r., w kolumnie „Zapiski starego dziennikarza” ukazał się w „Tygodniku Ciechanowskim” artykuł pt. „Wincenty Zgliczyński - człowiek szczęśliwy” (s. 11) autorstwa wspomnianego Stefana Żagla, uwzględniający tę lukę w życiorysie. Pragnę w tym miejscu podziękować p. Żaglowi za rozmowy o ciechanowskich losach Wincentego Zgliczyńskiego. Dziękuję również prof. Leszkowi Zygnerowi z Państwowej Uczelni Zawodowej im. Ignacego Mościckiego w Ciechanowie za informacje o funkcjonowaniu ciechanowskiego środowiska kulturalnego. ^’ 5 listopada 1964 r. Wincenty Zgliczyński został uhonorowany Złotą Odznaką ZNP (nr legitymacji 4087); dziękuję p. Annie Chojnackiej za sprawdzenie tej informacji w archiwum ZNP w Warszawie. 92 Radosław Biskup tropy nadzjei tropy miłości go natura, rokou>aiy nadzieję na spożytkoioanie ich w rozwijaniu i poszerzaniu działalności artystycznej Domu Kultury^^. Nie miejsce tutaj na szerokie opisywanie codzienności kierownika Domu Kultury. Z punktu widzenia biografii ważne jest natomiast to, o czym wspomniała wyżej autorka wspomnień: literackie zaangażowanie Wincentego Zgłiczyń-skiego w środowisku kwartalnika „5 Rzek”. W kwietniu 1964 r. ukonstytuowała się grupa poetycka „5 Rzek”, która miała swoją osobną kolumnę w tym periodyku. To tutaj dawny mi-łoradzki nauczyciel publikował swoje pierwsze wiersze. Brał również aktywny udział w spotkaniach autorskich oraz prezentacjach poetyckich, odbywających się nie tylko w murach ciechanowskiego Domu Kultury, lecz również w środowisku szkolnym, w którym Zgliczyński świetnie się czuł. Grupa „5 Rzek” była jednak efeme- „Traty»^ trotymiłosei" rydą: istniała zaledwie do 1966 r. i nigdy nie ogłosiła własnego programu poetyckiego^^. Jego wielkim osiągnięciem było otwarcie no- wego gmachu Powiatowego Domu Kultury Tysiąclecia im. Marii Konopnickiej przy ulicy Strażackiej, który działa do dzisiaj. Co jednak znamienne, w sierpniu 1967 r. Zgliczyński porzucił stanowisko w Domu Kultury i na sześć kolejnych lat powrócił do pracy szkole, obejmując w 1972 r. stanowisko dyrektora w ciechanowskim liceum dla pracujących. W 1973 r. przeszedł na emeryturę i otrzymał Złoty Krzyż Zasługi. Do kresu swych dni był niezwykle aktywny na wielu polach. Angażował się w działalność Związku Bojowników o Wolność i Demokrację (ZBoWiD), często brał udział w uroczystościach państwowych i kombatanckich. Z rodzinnych zbiorach zachowało się zdjęcie z uroczystości, upamiętniających ofiary mordu hitlerowskiego, dokonanego w 1940 r. w le-sie koło Ościsłowa: Wincenty Zgliczyński brał w nich udział ubrany w obozowy pasiak^®. Dużo publikował na łamach prasy („Głos Ciechanowa”, „Trybuna Mazowiecka”, „Głos Nauczycielski” itd.) oraz z periodykach pedagogicznych. Kontynuował także działalność w Towarzystwie Miłośników Ziemi Ciechanowskiej, którego był prezesem w latach 1983-1988. 19 grudnia 1982 r., w Sali Kameralnej Wojewódzkiego Domu Kultury w Ciechanowie, odbył się jubileusz Wincentego Zgłiczyńskiego z okazji 70. urodzin. Pokłosiem tej ^® Hanna Morawska-Trybuchowska, Otwieram dom, króźewski dom... (historia i wspomnienia 19-47-1976), Ciechanów 2007, s. 56. Autorka tych wspomnień objęła stanowisko kierownika placówki po rezygnacji Wincentego Zgłiczyńskiego. Ewa Głębicka, Grupy literackie w Polsce 1945—1989, Warszawa 2000, s. 268-269. ^® W 1940 r., Niemcy wymordowali tutaj osoby niepełnosprawne z obszaru północnego Mazowsza w ramach tzw. Akcji T4, jak również miejscowych działaczy społecznych, samorządowców i przedstawicieli inteligencji. Liczbę ofiar szacuje się na od 900 do 3 tys.; por. Stanisława Lewandowska, Okupowanego Mazowsza, s. 74. Miłoradzkie wspomnieniaWincentego Zgliczyńskiego(l913-1993): pedagoga, aktora i poety. Cz.2 93 uroczystości jest tomik „Zew życia”, zawierający wiersze jubilata publikowane wcześniej w różnych miejscach. Był to pierwszy z trzech tomików poetyckich: w 1986 r., za sprawą Towarzystwa Miłośników Ziemi Ciechanowskiej, światło dzienne ujrzał tomik „Znad Ły-dyni”, zaś w 1989 r. poeta ogłosił kolejne wiersze w zbiorze „Tropy nadziei, tropy miłości”. W 1988 r. Towarzystwo Miłośników Ziemi Ciechanowskiej przyznało mu prestiżową nagrodę im. Franciszka Rajkowskiego. Miała ona - jak pisze Jan Kazimierz Korzybski w swej monografii poświęconej historii TMZC - przynosić satysfakgę nagrodzonemu, zadowolenie, że jego praca zoslala dostrzeżona i doceniona. (...) Ponadto nagroda ta upamiętnia postać szczególnie zasłużonego dla ziemi ciechanowskiej Franciszka Rajkowskiego, uznanego w Ciechanowie za prekursora społecznikowskiego zaangażowania^^. Niniejszy szkic biograficzny stanowi chyba dobry dowód na to, że Wincenty Zgliczyński zasługiwał na taką nagrodę jak mało kto. Zmarł 26 września 1993 r. i został pochowany na cmentarzu parafialnym w rodzinnym Zeńboku. Na nagrobku zamieszczono tabliczkę: Sp. Wincenty Zgliczyński. Zasłużony dla Towarzystwa Miłośników Ziemi Ciechanowskiej. Spoczął obok żony Reginy, która zmarła w 1982 r. Fot. 7: Grób Reginy i Wincentego Zgliczyńskich w Zeńboku (fi>t. R Biskup) ^^ Jan Krzysztof Korzybski, Półwiecze, s. 111. 94 Radosław Biskup EPILOG Chcąc zrozumieć tak intensywne i bogate życie bohatera tego tekstu trzeba pamiętać, że to właśnie jego żona Regina stworzyła mu warunki do intensywnej działalności na wielu polach. Jak w rozmowie stwierdziła córka p. Bożena Sedlaczek: to wszystko mógł zrobić * I właśnie pod tym zegarem próbuję już sobie ułożyć harmonogram wizyty w Polsce. Wizyty po latach. Zapewne przypisuję przyjazdowi do ojczyzny zdecydowanie więcej, niż należy się realnie spodziewać. Ale coś tam zaplanować trzeba. Po pierwsze: zrobię wizytę u fryzjera i na cmentarzu, na mogile ojca, wreszcie na grobach Arama Rybickiego, Darka Kobzdeja, Zbyszka Zakiewicza, Bolesława Faca i mojej ukochanej cioci Hani Moroz. A jeśli siły pozwolą, wdrapię się jeszcze pod górę do mistrza Lecha Bądkowskiego. Po drugie: spotkania z przyjaciółmi oraz rekonesans po mieście z ukochanym bratem Tomaszem. Po trzecie: ostateczna likwidacja polskiego rachunku bankowego, na którym dramatycznie urósł debet. Po czwarte: pod okiem mamy - odnalezienie najważniejszych listów i książek. Po piąte wreszcie: ważna wizyta w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Pomorskiego. Paryż, 18 października, dworzec kolejowy Saint Lazare W drodze z Paryża do Chantelupe przesiadam się z metra. Całkiem niespodziewanie trafiam na słynnym dworcu kolejowym Saint Lazare na powidoki z Kieślowskim. Bo oto setki całkiem realnych francuskich podróżnych miksują mi się nieoczekiwanie z najważniejszymi momentami z życia i kariery właśnie Kieślowskiego! Widzę, że przed wielkoformatowymi czterdziestoma planszami zatrzymują się zwłaszcza młodzi Francuzi. Doczytuję w Internecie, że celem tej niezwykłej dworcowej ekspozycji jest zaproszenie ludzi będących w drodze do „odkrywania najważniejszych momentów z życia Kieślowskiego”. Czytam, że to absolutnie niezwykłe dworcowe wydarzenie artystyczne powstało dzięki ścisłej współpracy z żoną reżysera, Marią Kieślowską. Cóż za fantastyczny strzał w dziesiątkę i zarazem niewątpliwy triumf tego arcydzielnego artysty zza grobu, reżysera uwielbianego zresztą przez Francuzów zwłaszcza za „Podwójne życie Weroniki”. I nie ma w tym żadnego przypadku, gdyż to właśnie na dworcu kolejowym Saint Lazare kręcono w 1990 r. zdjęcia do „Podwójnego życia Weroniki”. Piewca metafizyki codzienności to zresztą mój ulubiony reżyser, do którego twórczości bardzo się zbliżyłem w trakcie moich studiów w szkole filmowej w Łodzi. A w tamtejszej bibliotece szkolnej zaglądałem przecież nawet do rękopisów twórcy filmowego „Dekalogu” naszpikowanych uroczymi błędami ortograficznymi. On chyba był dyslektykiem (tak jak ja), a w dodatku — do czego sugestywnie przekonuje mnie na FB erudytka Jolanta Banach, prawdopodobnie był w rzeczywistości kobietą uwięzioną nieszczęśliwie w męskim ciele. 18—30 października Chanteloupe Les Vignes Zmierzch szybko mnie dopada. Za plecami mam już Sekwanę i z trudem drepczę pod górę w strugach ulewnego deszczu z dworca kolejowego do złudzenia przypominającego przystanek Pomorskiej Kolei Metropolitalnej na Niedźwiedniku. Dźwigam w jednej ręce dobrze zapakowaną walizę, a w drugiej mam maszynę do oddychania, zręcznie ulokowaną w brezentowym pokrowcu. W końcu za rondem, gdzie krzyżują się drogi szybkiego ruchu, dostrzegam począ- Dziennik kataloński (14) 159 tek osiedla. Szeregowo ustawione domki do złudzenia przypominają mi ulicę Cumowników łączącą się po osi z ulicą Korsarzy w Gdańsku-Osowej. Wzdłuż tej ulicy po obu stronach jezdni parkują nawet samochody tych samych, tu we Francji, i tam w Gdańsku, marek. I jedynie lokatorzy tych szeregów mieszkalnych we Francji i w Katalonii zaskakują mnie dosłownie wszystkim. Językiem, kolorem skóry, wreszcie ubiorem i sposobem bycia. Gospodarzami domu są bowiem uchodźcy z Kamerunu, dwaj rodzeni bracia, z których trzeci, najstarszy, jest zasiedziałym w Paryżu już od lat sześćdziesiątych adwokatem. Imigrantem, który jako mały, czarny dzidziuś wylądował tu po masakrze, jaką Francuzi zgotowali czarnoskórym w swojej dawnej kolonii. Ta potworna rzeź jest dziś zresztą w paryskich salonach tematem tabu i nie należy w dobrym towarzystwie wracać do tej historii. W każdym razie ów pracowity i wykształcony czarnoskóry imigrant kupił ten jednorodzinny dom z ogródkiem, a świeżo przybyli bracia, z których jeden wystąpił niedawno z katolickiego Seminarium Duchownego, są tylko lokatorami. I potwornynu bałaganiarzami. Dodatkowo od dziś wraz ze mną doszlusowali tu jeszcze dwaj bezdomni dotąd Marokańczycy. Jeden z nich, z córeczką, zaopatrzony w elegancki dywanik, jak przystało na wiernego wyznawcę islamu. W sumie więc wraz ze mną, emigrantem z Polski, tworzymy tu z czasem całkiem zgraną, międzynarodową grupę uchodźców. I przed wejściem do jednorodzinnego domku -^ my, imigranci — robimy sobie nawet solidarnie wspólne, pamiątkowe zdjęcia... Wieczorami oni siadają przy swojej fajce wodnej i wypytują mnie o kryzys na białorusko-polskiej granicy, o którym huczą media francuskie. Przekonuję się po kilku dniach, że to osiedle zamieszkałe jest nieomal wyłącznie przez ciemnoskórych imigrantów z obszarów subsaharyjskich i przez Arabów z Afryki Północnej. Wystarczy zejść stąd stromo na dół, w kierunku Sekwany do sąsiedniego miasteczka, by w ciągu zaledwie kwadransa zobaczyć całkiem inny świat zamieszkały w większości przed zasiedziałych od pokoleń Francuzów. Mieszkają w okazałych willach, a nawet w pałacach, jak ludzie oblężeni, niejako zabarykadowani tam za murami albo za wysokimi, metalowymi ogrodzeniami. Najbogatsi osiedlili się na Paweł Zbierski z przyjaciółmi z Afryki przed domem w Chantełoupe Les Vlgnes, fot. Aleksandra Fontaine wyspie, którą opływa Sekwana, i dokąd można się dostać albo łódką, albo odległym o kilka kilometrów mostem. Jednak rzeczą najbardziej niezwykłą jest szeroki widok z mojego „czarnoskórego” osiedla, gdzie na pierwszym planie mamy prowincjonalny, nieomal wiejski krajobraz, dalej widzimy ciemnozieloną ścianę lasów, wreszcie najwyżej, już na linii horyzontu, majaczy 160 Paweł Zbierski niczym fatamorgana coś jakby blado-szary zarys ogromnego miasta w miniaturze. Z takiej prowincjonalnej perspektywy stabilny wydaje się jedynie plan pierwszy, wraz z moim osiedlem imigrantów dawnych i świeżych, z czytelną arterią drogową i z konkretnymi domami. Paryż na horyzoncie wydaje się iluzoryczny i niestabilny, wątły jak domek z kart, albo jak kartonowe miasteczko ze sklepu z zabawkami. Bardzo trudno to sfotografować dysponując jedynie telefonem z fotoaparatem o bardzo słabej rozdzielczości. * Zainspirowany niedawnymi wrażeniami z dworca w Paryżu odkrywam w sieci internetowej absolutnie porywający wykład o „Drugim Życiu Weroniki”. Pani Profesor Marta Hauschiłd mówi do kamery internetowej o Kieślowskim tak sugestywnie, jakby zwracała się tylko do mnie. Jestem pod takim wrażeniem, że spontanicznie piszę do niej list: Sza-notana Pani, u>łasnie oburzałem Pani uykiat^ o Kieślowskim. Absolutnie porywajifcy. Dziś' w Polsce niewiele Jest osób tak zajmująco dzielących się z odbiorcą swoimi rozpoznaniami humanistycznymi. To Jest sztuka, takie glos'ne mys'lenie. Taka była Janion, tacy byli Błoński i Tischner. Z własnej szkoły w Łodzi takiego pamiętam Jacka Bławuta. V(^głasza Pani niby monołog, a takie to Jest diałogiczne. Bardzo Pani gratułuję! Bo sugestywnie opowiedziana przez Martę Hauschiłd historia „Drugiego życia Weroniki” to dla mnie swoisty, ukrwiony egzystencjalnie, filmowy extrakt tego, o czym Martin Buber zaledwie teoretyzował w swoim wielkim dziele filozoficznym „Ty i Ja”: Dwie dziewczynki przychodzą na świat w tym samym czasie. Jedna w Polsce (Krakowie), druga w we Francji (Clermont-Ferrand). Otrzymują takie same imiona — Weronika i Veronique. Są do siebie łudząco podobne i mają takie same zainteresowania. Jednocześnie, mimo że nic o sobie nie wiedzą, to w dziwny sposób czują się ze sobą związane. — „W^ tym JiłmieJest bardzo dużo deformac/i obrazu. Jakby bohaterka nigdy nie widziała wyraźnie. JeJ się zawsze cos' rozmywa. Jest widziana ałbo widzi przez Jakąś' przeszkodę. To Jest Jeden z cełowych zabiegów. Prowadzi znaczeniowo do podwojenia bohaterki"' — mówi Hau-schild. Takie światoodczucie jest mi przecież cholernie bliskie! GDAŃSK CHLEBEM PACHNĄCY W samolocie lecącym z Paryża do Gdańska, 31.10. 2021 Zapiski z sieci internetowej: l)Pęk kłuczy znaleziony dzisiaj przed piekarnią czeka na odbiór w piekarni. 2) Czy ktoś' z Was rozpoznaje miasto, do którego nasz chleb trafił tym razemi’A ktol wie, skąd wykonane zostało to zdjęciei’ 3) Serdecznie zapraszamy do naszych miłych sąsiadów na kołejny s'wietny koncert szantowy: Jutro, godz. JP:00 4} Zapraszamy do łektury bardzo ciekawego tekstu o historii gdańskiego piekamictwa 5} Tomek ponownie zaprasza na zapłecze naszej piekarni. Tym razem tematem są bułki, i te Dziennik kataloński (14) 161 już Z przedziałkiem i te jeszcze bez... A czy ktoś' z Wiis rozpoznaje dźu^ięk, który słychać w tłe? Nie, nie pytamy o radio.. 6) Wczoraj obchodziłismy Śtoiatouy Dzień Kundelka. Wiełu naszych Klientów pr:^chodzi do nas z pieskami, wielu zostawia je w domach. Macie ich zdjfciei’ Przedstawcie nam swoich podopiecznych. I tych, których widujemy na progu piekarni, i ^ch, których nie znamy. Opublikujcie w komentarzu ich fotograjie i napiszcie kilka słów. Budynek piekarni Ryszarda Majchrowskiego na Dolnym Mieście, fot. Jacek Klejment 7) Tomek ponownie zaprasza na zapiecze naszej piekarni. Dobry chleb —jak mówi i prezentuje— dużo toytrzyma i szybko odzyska formę... Itd. itp., to są tylko wyjątki wybrane losowo i cytowane wprost ze strony internetowej Piekarni Majchrowskiego. Ale dla starszych są też treści w wersjach papierowych. To niesłychane, jak to miejsce łączy, integruje ludzi w zapyziałej niegdyś dzielnicy, jak bardzo pomaga dźwigać się z wykluczenia, marginesu. Jak bardzo pomaga poczuć się wartościowo, a poprzez chleb trafiać z Dolnego Miasta nie tylko do aglomeracji gdańskiej, ale także do metropolii i do całego regionu Pomorza. Bo dzięki chlebowi żyje człowiek od zarania dziejów. Ale też - jak przekonuje Majchrowski — nie samym chłebem człowiek żyje. * Idealizuję rzecz jasna. To naturalne, gdy się wraca choć na moment na łono ojczyzny. A tymczasem rzeczywistość przecież skrzeczy. Tubylcy pomorscy chyba nie zrozumieją, co chcę napisać. Czytam więc swoje notatki, przeglądam fotografie, wszystko wokół postaci ojca i jego fascynacji Gdańskiem. Te jego opowieści o zbożu, o ziarnach odkrywanych po kilku wiekach w głębokich wykopach archeologicznych przy Rycerskiej, o sztuce piekarniczej zgodnej ze średniowiecznymi prawidłami. Te jego fascynujące opowieści o potędze, jaką miastu 162 Paweł Zbierski dawały między innymi spławiane Wisłą załadowane workami pełnymi zboża tratwy i barki. Nie tylko barki flisaków z Ulanowa. Bo przecież zboże płynęło nad Bałtyk w ogromnych ilościach z południa Europy, a także z bliskiej obojgu rodzicom Rusi Kijowskiej... * Ten szacunek dla chleba, na którego „plecach”, przed rozkrojeniem, tata zawsze rysował czubkiem noża znak krzyża, pozostaje mi w oczach do dziś, zwłaszcza, gdy patrzę na rytuał wychodzących z bulanżerii Katalończyków lub Francuzów. Wszystkich demonstracyjnie z naręczami długich, jasnobrązowych bagietek. Trochę podobnie — ale już w groteskowym wymiarze — jak my w PRL-u owinięci wieńcami papieru toaletowego, ale także właśnie chleba wystanego w długiej kolejce i niesionego triumfalnie na wyprostowanej w łokciu ręce (w drugiej ręce niosło się np. zwinięty w rulon zdobyczny „Wieczór Wybrzeża”). Otóż Katalonia i Francja jest pełna takich bagietek codziennych, rytualnych, jednak nieporównywalnych zupełnie z pomorskim chlebem na zakwasie. * No więc czytam w samolocie te swoje notatki o ojcu zafascynowanym zbożem gdańskim. Wszystko po to, by przygotować się do spotkania z Ryszardem Majchrowskim w Dolnej Bramie, na Dolnym Mieście. Gdańsk, 31.10.2021, wieczorem Na lotnisku w Rębiechowie czeka mnie szok nie tylko w związku z błyskawicznym wydawaniem bagażu (trzy lata temu można było stracić wiarę, że twoja walizka kiedykolwiek się pojawi na ruchomej taśmie), ale przede wszystkim oczekuje mnie mizerny, wychudzony mój jedyny brat Tomasz. W rękach trzyma aromatyczną kanapkę. „Jedz, to jest chleb od Majchrowskiego!” Widząc brata i za moment mamę wzruszyłem się jak cholera. Już po opuszczeniu samolotu uderza mnie smog wiszący w powietrzu nad Gdańskiem. Mam wrażenie, że przed trzema laty powietrze było tu lżejsze. Jednak już za moment doświadczam, jak bardzo potężnego skoku cywilizacyjnego dokonały Gdańsk, a wraz z nim Pomorze. Jadąc do mamy ulicą Armii Krajowej na Kamienną Groblę z miejsca deklamuję Tomkowi moją prywatną listę porównawczą. We Francji widać na przykład, nawet wzdłuż dróg ekspresowych, pasące się krowy, co tu w Polsce jednak jest już niedopuszczalne ze względów zdrowotnych i sanitarnych. W ciągu zaledwie dekady uporano się już prawie na Pomorzu na przykład z azbestem, który wciąż straszy na niejednym francuskim czy katalońskim dachu czy w kanalizacjach. W wielu domach na południu Europy, w tym nawet w Paryżu, w mieszkaniach brakuje kibla. Tutaj bez kibla są już tylko pojedyncze domy, na obrzeżach, wciąż jeszcze na przykład na gdańskiej Olszynce, Dolnej Oruni czy Dolnym Mieście. W samym sercu Gdańska dokonano rewolucji w przestrzeni, na przykład na Wyspie Spichrzów, czym świat się zachwyca. Paradoksalnie w tym wymiarze katastrofa wojenno-dziejowa z roku 1945 pomogła Gdańskowi, bo oto nagle, po bombardowaniach sowietów, otworzyła ludziom na zrównanej ziemi przestrzeń architektoniczną nieomal dziewiczą. Niebywałym fenomenem jest transport publiczny w Trójmieście wraz z systematycznym rozlewaniem się tego dobrodziejstwa na całe Pomorze, w czym widzę wielką pracę Mieczysława Struka. No i oczywiście ścieżki rowerowe. Oziennik kataloński (14)1^ Poza liniami metra w Barcelonie w Katalonii, czy to Paryżu we Francji, jest zdecydowanie gorzej pod tym względem niż na Pomorzu. Natomiast z najnowszą architekturą pozostajemy wciąż w ogonie za Katalonią i Francją. Wciąż daleko w tyle. Fakt, że o nowych rozwiązaniach architektonicznych, w tym o wspomnianym już Teatrze Szekspirowskim, można by tu gadać i spierać się do białego rana. Można by także dyskutować o karczowaniu w Gdańsku Głównym resztek zieleni i wlaniu za unijne pieniądze gigantycznych porcji betonu w samo serce miasta... Tomek daje mi wątpliwe pocieszenie: unijne kroplówki już się skończyły, w dodatku PiS prze do polexitu i zawraca kijem Wisłę odbierając samorządom resztki podmiotowości. Słabo to niestety wygląda. Cieszą mnie przy tym osobiście pojedyncze fenomeny, takie jak profesjonalny samorządowy portal.gdansk.pl — nagle zyskujący na wadze po zamachu Obajtka na media regionalne. Cieszy starostwo sztumskie dla Leszka Sarnowskiego, a region pomorski w Platformie Obywatelskiej, największej partii opozycyjnej, dla Struka po zaciętej walce z mocno się promującą i zdecydowanie popieraną przez Donalda Agnieszką Pomaską. 2Larazem jak na dłoni widać wszystkie aktualne błędy opozycji oraz wieloletnie zaniechania całej polskiej klasy politycznej po transformacji roku 89. W dodatku na naszej wschodniej granicy zaczyna pachnieć jakimś konfliktem zbrojnym z obozem postradzieckim. Polska jako całość, jako państwo, wygląda z mojej perspektywy tak, jakby w szybkim tempie systematycznie traciła sterowność. To zresztą jest teraz główny temat tutaj w Gdańsku, zdecydowanie przebijający covid... Gdańsk, 1 listopada. Rano Rajd z Tomkiem, w wyjątkowo ciepły i słoneczny dzień, po miejscach dla mnie zaczarowanych. I jestem pod wrażeniem tego wszystkiego, co widzę, kierując wzrok zwłaszcza w stronę Wyspy Spichrzów. Oglądam nad Motławą budynek dawnej stacji archeologicznej przy Grodzkiej 13 i Gdańskiego Towarzystwa Naukowego przy Grodzkiej 12, robimy sobie z bratem zdjęcia przed knajpą Kubickiego i przed pracownią Lecha Bądkowskiego przy Targu Rybnym, a potem rzut oka na świętą Katarzynę z odkrytym przez tatę grobem Heweliusza i rozmowa z ojcem w zaświatach, nad jego mogiłą na gdańskim Srebrzysku. Krótkie spojrzenie na bazylikę dominikanów mocno skrępowaną jakimiś rusztowaniami i zerknięcie na Kaszubów przy Straganiarskiej, wreszcie spacer do Topołówki we Wrzeszczu, rekonesans w starej Oliwie, odkrywanie na powrót Sopotu z Olą, u Kasi i Mateusza Branowskich... Uff, pracowicie... Dolne Miasto, Gdańsk. 2 listopada, rankiem Bardzo pozytywny szok z powodu rewitalizacji Łąkowej i podziw dla nowych przybytków usługowych, takich jak fantastyczny, zrobiony na „przedwojennie” salon fryzjerski obok kościoła, sąsiadująca z fryzjerem „Kawiarnia Publiczna”, bar „Bezmięsny”. Ale ten szok jest tylko chwilowy, bo wkrótce widać, że obok pracowicie ustawionych ławeczek wyrastają jakieś kikuty, które chyba nigdy się nie zazielenią i nie staną się drzewami? Dolne Miasto, wieczorem Wychodzę od mamy po zakupy do „Biedronki” na Łąkową obok kościoła. Ale boję się wrócić, bo czuję, że pole, jakie mam z powrotem do przebycia, jakby się zacieśnia... 164 Paweł Zbierski Jaskółcza, za przychodnią, tonie w błocie. Idąc od Łąkowej w kierunku Motławy brodzę w kałużach mając wodę co najmniej do kostek. W prześwicie między domami, w kierunku Kamiennej Grobli, spora grupka, na oko dziesięcioosobowa, agresywnych, potwornie przeklinających typów w kapturach, w nieokreślonym wieku. Chwieją się na nogach. Wyglądają jakby byli niedopici albo na głodzie narkotykowym. Patrzą na mnie, a zwłaszcza na moją siatę wyładowaną zakupami, spode łba. Prowokacyjnie. Teren obok miejsca po zlikwidowanej kotłowni, bezkształtny, przypomina dzikie koczowisko i mimo swojej wy-boistości i błotnistości jest jednak dla miejscowych bezcenny, jako ogromny parking, za który nie trzeba jeszcze płacić, tak jak wszędzie indziej w Gdańsku... Biedny ojciec. Pewnie patrząc z góry się w grobie przewraca z powodu tego burdelu w swoim osiedlu, nie tylko jako honorowy Obywatel Gdańska, ale także niegdyś rajca miejski. Mama nie narzeka. Szkoda snu. Jest mało czasu. Seria wielogodzinnych, domowych seansów z dokumentami. Bez specjalnej chronologii. Za to z bochenkiem świeżego chleba od Majchrowskie-go i twarogiem ze Strzałkowa przegryzanym w międzyczasie. Z mamą oglądamy fotografie, identyfikując bohaterów: młodziutki dziadek Dominik, uczestnik Strajku Szkolnego z 1905 roku. Jako czternastolatek zostanie za to relegowany z gimnazjum w Królestwie Polskim. Dominik Zbierski jako legionista 1 Brygady. Jego listy z niewoli. A potem listy z rosyjskiego lazaretu po ciężkim ranieniu pod Łowczówkiem. Zakonne siostry prawosławne ratują mu życie. Potem jego legitymacja senatorska. A jeszcze potem jego żona Maria w czerni, czyli moja babcia hipotetyczna (bo nie dane mi było jej poznać żywej) . Wcześniejsze listy miłosne Dominika do Marii (i te lepsze literacko, powrotne od Marii) . List od generała Orlicz-Dreszera. Okupacja hitlerowska w Częstochowie. Wspólne zdjęcie młodziutkiego taty z siostrą Hanią. Ojciec gra na fortepianie. Wszyscy siedzą pod ogromnym obrazem „z kogutami”. Właśnie odkryli za oknem, w karmiku dla ptaków, ukryty przez dziadka pistolet. Była rewizja, ale gestapo się do tego nie dokopało. Babcia Maria z przeraźliwie bladą, smutną twarzą. Tak jakby na coś całą trójką czekali. Nie doczekają się. Dominik najpierw aresztowany przez gestapo w ramach niszczącej polską inteligencję Akcji AB, zaraz po tym rozstrzelany. Strzałem w tył głowy. Podobnie zresztą jak ginie jego rodzony brat Dominika w Dachau. Ojciec Andrzej, jego siostra Hania oraz babcia Maria. Jeszcze tego nie wiedzą. Ale przeczuwają. Ojciec autora Andrzej Zbierski z siostnf Hannef Zbierskef w czasie okupacji hitlerowskiej w Częstochowie (archiwum eiomowe Eleonory Zbierskiej) Dziennik karałoński (14) 165 * Dalej Bereżany na ukraińsko-polskim pograniczu. Dopóki do świątyń nie wkroczyli księża endecy, był pokój. Mama jako pięcioletnia dziewczynka. Babcia Antonina, dziadek Augustyn. Prapradziadek Austriak - Stefan Steiner, prababka Sabina z domu Steiner, wyszła za Rusina Michała Fedyka. Z kolei matka prababci z domu Tyczkowska, żarliwa, chora na Polskę, ze szlachty zagrodowej. Sabina wcześniej z wyrwanymi z głowy prawie wszystkimi włosami, jednak umknęła. Przetrwała jakimś cudem na zamarzającym strychu po wtargnięciu do ich domu w Mie-czyszczowie krwawych chłopców od Bandery. Wujowie Jan (będzie potem w Flocie Pińskiej) i Stefek - chrzczeni w cerkwi greckokatolickiej. * Michał Fedyk miał w domu Torę, ale do dziś nie wiadomo, co się z Torą stało... I to, co niesfotografowane, ale zapisane ręką mamy: straszliwy — pobudzający wymioty - smród. Fetor nad Złotą Lipą i setki żydowskich trupów wiezionych na drabiniastych wozach. A potem łapanka, w której biegnąca na lekcję religii kilkuletnia mama wzięta za małą Żydówkę, deklamuje żarliwie pacierze po polsku i ukraińsku. Ukrainiec służący w policji niemieckiej chwyta ją potężnymi łapami za kark, mocno popycha, a właściwie uderza w drobne plecy i dosłownie syczy ściszonym głosem : „Utikaj!!”... Ojciec jako „Mściwoj Śmiały”. Już harcerz i szaroszeregowiec, na razie czternastoletni. Z karabinem „Sten” w dłoniach. Zdjęcia z lasu, na zgrupowaniu Armii Krajowej. Listy do ojca od Aleksandra Kamińskiego. A już po wojnie od „Orszy” — naczelnika Szarych Szeregów. Potem inne ważne fotografie: z Janem Nowakiem-Jeziorańskim, Henrykiem Samsonowiczem, Gerardem Labudą, pułkownikiem Kuklińskim, Aleksandrem Gieysztorem, Tadeuszem Mazowieckim, z przyjaciółmi z „Tygodnika Powszechnego”... I oczywiście dokumentacja z wykopalisk archeologicznych prowadzonych w Gdańsku i w kilku krajach Europy. * 1945 r. Transport towarowymi wagonami rodziny mamy na tzw. „Ziemie Odzyskane” w okolice Zielonej Góry. Jedni osiądą w Niedoradzu, inni w Otyniu. Urodzony w drodze noworodek Rysio, brat matki, jednak przeżyje. Mały twardziel... * Egzemplarz pożółkłej gazety z 1946 r. Upiorne sąsiedztwo dwóch informacji: pierwsza o ekshumacji zwłok Dominika Zbierskiego, zamordowanego przez hitlerowców, druga o sta- 166 Paweł Zbierski linowskim wyroku na mojego ojca za udział tzw. „Bandzie Warszyca”. Wszystko w jednej gazecie. Myślę, żeby to zeskanować i zabrać do Katalonii, do Saint Laurent, do Galerii Poray. * Mama w pracy: Biblioteka PAN w Gdańsku, Malbork - Muzeum Zamkowe, Muzeum Morskie, PKZ-y... Przedtem uczennica Jerzego Kłoczowskiego. Jej przyjaciele: Jaga Cień-ska, Krzysztof Kozłowski, Wiśniowscy, ojciec Bonawentura. Mama jest zafascynowana historią dominikanów - to jeden ze wspólnych wątków z przyszłym mężem Andrzejem. Więc jest Tum pod Łęczycą i jest zakochanie się w archeologu, tak przecież szybko osieroconym przez własnych rodziców. Jako absolwentka KUL przez kilka lat musi się poruszać po Polsce bez dowodu osobistego. Dokument rekwirują na kilka lat UB-ecy. * Dziesiątki publikacji mamy, dobrze napisanych, właściwie literacko — w tym o gdańskim Żurawiu i o Zamku Malborskim. Zdjęcia z wykreowanych przez nią koncertów zamkowych: w tym z Zofią Janukowicz-Pobłocką i jej córeczką w białych podkolanówkach, Ewą, z triem Wiłkomirskich, z Piotrem Palecznym, z Reginą Smendzianką, Wandą Obniską. Dalej są Marian Pelczar, Zbigniew Nowak, Henryk Raczyniewski. A potem Halina Słojew-ska i jej mąż Marian Kołodziej. I oczywiście z ulubionymi aktorami grającymi w filmach na Zamku: Stanisławem Mikulskim, Markiem Perepeczką, Aliną Janowską. Moje zaczarowane miejsca i ludzie w Krakowie i Gdańsku. Józef Tischner w góralskim kapeluszu i z ulubionym piwem, Ania Madeyska i jej matka Zuzanna przy ulicy Krowoderskiej, profesor Włodek Mokry i Ukraińcy. Ikony Nowosielskiego. Jacek Ślusarczyk i Małgosia Ślusarczyk, Zbychu Basara, Marcin Świetlicki, Jaś Strzałka, Ewa Sprawka, Piotrek Mucharski, Słomczyńscy, prof.Maria Żmigrodzka... * Przedtem, też udokumentowana na zdjęciach, trauma w warszawskim, katolickim liceum im. św Augustyna. Ale skutecznie - poza wspomnieniem szkolnej przyjaźni z pasierbem Roberta Gadochy — (jego ukochany ojczym grał wtedy we francuskim FC „Saint Etienne” ) - wypieram resztę wydarzeń ze świadomości. * Cofnięcie w czasie. Ja w krótkich spodenkach i Wilczyce w Gorcach u górali Judków z dorastającym Michałem Nekandą-Trepką i ich psem Luką. Ojciec przy ognisku intonuje z harcerzami z czarnej, kieleckiej „ósemki”, drużyny nawiązującej do Andrzeja Małkowskiego: Ićizie noc, słońce już. Zeszło z gór, zeszło z pół. Zeszło z mórz, W cichym śnie, spocznij Już. A nad głowami huczy nam most powietrzny. To samoloty transportowe lecą nad Wilczycami w ramach wspólnej z Armią Radziecką polskiej inwazji na Czechosłowację. Na zdjęciu kamienny słupek graniczny wraz z napisem wyrytym przez ojca scyzorykiem: VivatDuhcek/ Dziennik kataloński (14) 167 Gdańsk. Z Bądkowskim, Tuskiem, z Pawłem Huellem. Karsin, a obok Wiele na Kaszubach. Krzyś łowi ryby nad Jeziorem Zmarłym. Jaś. Babcia Frania. Wspólna kąpiel w kaszubskim jeziorze mojej małej Dominiki ze starszym Julkiem Huel-le. Piwo u „Irlandczyka” w centrum Wiela. Znów ulica Grodzka, Kamienna Grobla. Świętego Ducha. Złotników. Osowa. Stara Oliwa. Dom Zakiewiczów z Asią, Maćkiem i Zosią we Wrzeszczu. Marła Bogacka, moja ukochana polonistka. Gdańsk, 4 listopada U fryzjera na Łąkowej wszyscy zachwyceni chlebem od Majchrowskiego. Bo ten chleb rzeczywiście podbija nie tylko Dolne Miasto, ale cały Gdańsk. Najbardziej skuteczny marketing i promocja: jako wieść z ust do ust. Przez sąsiada, do sąsiada. Chleb pomorski, na zakwasie. Bez żadnych świństw. Wedle receptury średniowiecznej. Wypiekany w starym poniemieckim piecu chlebowym. Bez ścierny tak charakterystycznej dla większości francuskich bulanżerii. Dolna Brama, droga do piekarni Majchrowskiego Zachmurzyło się. I wieje. Najpierw Toruńską, wzdłuż Motławy, docieram do Dolnej Bramy. Cały fragment tej trasy to dawna droga nas, dzieci Dolnego Miasta, wcielających się w Indian, czyli — oprócz Fabryki Karabinów, kolejne miejsce wczesnochłopięcych zabaw, łącznie z zawieranymi tam braterstwami krwi. Nad „kanałem” więc, jak nazywaliśmy tę część Motławy, nacinało się scyzorykiem wewnętrzny, własny przegub dłoni i przykładało się do również naciętego, krwawiącego przegubu dłoni przyjaciela. Przyjaźń i trwałość braterstwa pieczętowało głębokie wciągnięcie powietrza. Dumny był ten, który wciągał w płuca tlen. I jak najdłużej nie wypuszczał. A wszystko to w buncie przeciw bladym twarzom z Hiszpanii, czyli najeźdźcom usiłującym podbić nasze puebla. Tymi pueblami były rozwalone bombami w 45 roku betonowe fragmenty mostowych przęseł i dźwigów. Nad Motławą rozpalało się ogniska i wrzucało do środka ziemniaki. A potem łowiliśmy koluchy za pomocą najzwyklejszej nitki ze związaną na samym koniuszku dżdżownicą. Czasem podglądaliśmy koleżanki sikające w gęstwinie wodnych trzcin... Zaopatrzeni w strzały i luki stawaliśmy też w obronie — jak ją nazywano — „Lesmanki”, czyli żydowskiej koleżanki ze szkoły. — Jesteś brudna i zawszona, spieprzaj stąd jak najdalej! — wołały za nią blade twarze. Ubrana w granatowy, długi fartuch i w biały koronkowy kołnierzyk, w białych podkolanówkach, uciekała w podskokach. A my z piórami wetkniętymi we włosy oraz napiętymi procami goniliśmy blade twarze wydając z siebie nieartykułowane dźwięki. Dzisiaj nic już z tego nie zostało, cały teren został wyrównany i wybetonowany, podobnie jak wokół sąsiedniego Opływu Motławy. Naprzeciwko wyrosło za to supernowoczesne osiedle wybudowane przez izraelskiego inwestora. 168 Paweł Zbierski * No więc postanowiłem zobaczyć w końcu Majchrowskiego na własne oczy... Mały, bardzo niepozorny budynek, ze sklepem piekarniczym od frontu. Nie został poddany rozbiórce po 1945 roku. Wchodzę od podwórka, zgodnie z instrukcją. Tam stoi czerwony, „spracowany” samochód dostawczy. Za okienną szybą, trochę rozmazana, pochylona, zgarbiona sylwetka Majchrowskiego. Uwija się wokół kaflowego pieca. Coś tam przykręca, majstruje. W końcu mój wzrok krzyżuje się z jego wzrokiem. Macham ręką na powitanie. Stoimy obaj w „biurze”. Na ścianach świadectwa, certyfikaty, dyplomy, w tym ojca Józefa, który po przybyciu do miasta w 1945 roku wypiekał najpierw chleb na Chełmie. I ojcowska legitymacja Złotego Krzyża Zasługi. — Świat jest duży! - śmieje się na powitanie Majchrowski i wspomina spotkania z lat siedemdziesiątych z moim tatą na wykopach archeologicznych między Studnią Neptuna a Ratuszem Głównego Miasta. Jest inżynierem. Pracował na początku w „Żegludze Gdańskiej”, tej samej, którą dzisiaj kieruje legendarny Jurek Latała. Jednak szybko przejął działalność piekarniczą po ojcu. Bo w Gdańsku wszyscy ciągle byli głodni. Teraz rano czasem wpada tu Pel-lowski (inny słynny gdański piekarz) i mówi, że chętnie kupiłby od Majchrowskiego bułkę... Wiem coś na ten temat i wyznaję Majchrowskiemu, że od pewnego czasu nie jestem w stanie w żaden sposób połykać francuskiej bagietki. Chyba, że pod osłoną bardzo silnych leków. Prawdziwy chleb, wypiekany w piecach jeszcze z epoki przed generałem Franco, bywa tylko w Katalonii, jednak jest tam potwornie drogi. A Majchrowski na to bardzo konkretnie i po inżyniersku, prosto z mostu: Autor Paweł Zbierski z Ryszardem Afajchrowskim w jego piekarni (fot. Paweł Zbierski) — Zachorowalność w świecie na dolegliwości układu pokarmowego jest w tej chwili dramatycznie duża. Zaczęli ludzie szukać normalnego pieczywa. I tak trafili do nas. I tak to się zaczęło rozkręcać... — Owszem, śledzę was w Katalonii od trzech lat. Ostatnio codziennie, nie tylko z powodu nostalgii i sentymentu do Dolnego Miasta. A on na to : - Swoją zasługę ma w tym nasz wierny klient, Jakub Terakowski, który postanowił nam poprowadzić Facebooka. I faktycznie od tego momentu o Maj-chrowskim zrobiło się głośno. A ja dowiedziałem się o nim przecież właśnie z Facebooka. Ale na samym Dolnym Mieście Majchrowski zaczynał znacznie wcześniej, w stanie wojennym, 1 kwietnia 1982, czyli dokładnie w prima aprilis. Wkrótce minie więc okrągłe czterdzieści lat od tamtego momentu. Dziennik kataloński (14) 169 — Na początku to się jakoś układało. Ale potem w związku z transformacją po 89 roku zaczęła się w Polsce prawdziwa inwazja żywności zachodniej. U nas niczego nie było w tamtym czasie. Szarzyzna. Więc ludzie myśleli; teraz to się zrobi dopiero kolorowo, teraz to będzie super, hiper. - Nie zrobiło się? — Nie, bo to wszystko było na środkach chemicznych, na spulchniaczach, konserwantach, polepszaczach ... — Chleb z proszkiem do prania? - Albo jeszcze gorzej. Jeśli takie ciasto, żeby się nie poparzyć, trzeba wyrabiać w specjalnym kombinezonie, w specjalnych rękawicach i w specjalnej masce, to coś tu chyba jest nie tak. - Pan się uczy od mistrzów średniowiecza? — Tak, to jest receptura, która tutaj w Gdańsku przetrwała próbę czasu. I ludzie to doceniają. Chętnie przyjeżdżają tu na przykład Niemcy, jedzą ten chleb, a potem śłą podziękowania. Wreszcie dedykacja: Pawiowi Zbierskiemuj autorowi DZIENNIKA KAIALOŃSKIEGO, o wyższości Chleba Pomorskiego nadJrancuską bagietką. Ziomek z Dolnego Miasta Ryszard Majchrowski Gdańsk 03.11.2021 Takiej treści dedykację otrzymuję na pożegnanie od mojego bohatera w pięknie wydanym albumie „Z dziejów gdańskiego piekarnictwa i cukiernictwa”. A kiedy dopytuję jeszcze o bochenek chleba, który chciałbym zabrać ze sobą do samolotu, bezradnie rozkłada ręce. - Niestety już nie ma. Całe pieczywo rozeszło się do 13.30. PO POWROCIE Saint Laurent, Galeria Poray, Katalonia Północna, 10 listopada Przeglądam zaległą korespondencję, w tym zarchiwizowane, ale jeszcze nie przemyślane dotąd notatki z sieci. I trafiam na zapis, który śmiało potraktować mogę jako konkluzję do tego wszystkiego, o czym powyżej napisałem: „Młodość byłaby doskonała, gdyby przydarzała się pod koniec życia” — Herbert Henry Asąuith Nic dodać, nic ująć Paryż — Gdańsk — Saint Laurent de Cerdans, Katalonia Północna, 20 listopada 2021 172 Marek Suchar Z Jerozolimy do Nazaretu jest około stu trzydziestu kilometrów. Mniej więcej półtorej godziny jazdy samochodem. Piechotą może to zająć cztery do pięciu dni. A właśnie w taki sposób podróżowali zwykli ludzie w czasach Jezusa. Piechotą. Podobno dziennie robili około 30 kilometrów. Czasem towarzyszyły im zwierzęta, które dźwigały bagaże. Na przykład osioł. Nazaret to dziś największe miasto w Galilei. Liczy około osiemdziesięciu tysięcy mieszkańców, czyli mniej więcej dwa razy tyle, ile na przykład Malbork czy Kwidzyn. Zamieszkane jest niemal w stu procentach przez Arabów w proporcji: jedna trzecia chrześcijan, dwie trzecie muzułmanów. Jest więc największym „arabskim” miastem w Izraelu. Już tylko z tego powodu byłoby warte odwiedzin. Dla porządku należy jednak też wspomnieć, że po roku 1957 tuż obok zbudowana została dzielnica, a dziś już odrębne „żydowskie” miasto „Górny Nazaret”, które od 2019 nosi nową nazwę NofHaGaltl, i które, co ciekawe, zasiedlone w dużym procencie przez świeżych imigrantów z dawnego Związku Radzieckiego, jest z kolei uważane za izraelską stolicę kultury rosyjskiej. Jest to też niezwykle prężny ośrodek przemysłowy — w ciągu ostatnich lat powstało tu ponad sto firm i fabryk z branży elektronicznej, spożywczej, odzieżowej, metalurgicznej i motoryzacyjnej. Ale tym, co przyciąga do Nazaretu miliony pielgrzymów z całego świata, jest oczywiście przede wszystkim niezwykła ewangelijna opowieść o tym, jak anioł odwiedził młodą żydowską dziewczynę o imieniu Miriam, oraz to, że właśnie w tej miejscowości Jezus spędził pierwszą część swojego życia, w czasie której wedle ewangelisty „czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi”. Głównym celem pielgrzymów i turystów odwiedzających Nazaret są więc liczne znajdujące się tam świątynie zbudowane na pamiątkę ewangelijnych zdarzeń. W sumie jest ich około trzydziestu. Najważniejsze z nich to dwa „równoległe” chrześcijańskie centra pobożności: rzymsko- katolicka Bazylika Zwiastowania i grecko-ortodoksyjna cerkiew pod wezwaniem Archanioła Gabriela. Ta pierwsza jest największym na Bliskim Wschodzie kościołem katolickim i zbudowana jest w miejscu, gdzie tradycja lokuje grotę stanowiącą pozostałość domu Marii, matki Jezusa. Ta druga, znacznie skromniejsza, zbudowana jest nad źródłem, z którego mieszkańcy wioski Nazaret czerpali wodę dwa tysiące lat temu, przy którym wedle opowieści apokryficznych Archanioł Gabriel miał oznajmić Marii wielką nowinę. Pozostałe dwa kościoły tłumnie odwiedzane przez pielgrzymów to franciszkański kościół pod wezwaniem św. Józefa, pod którym znajduje się podziemna grota, która według tradycji była częścią warsztatu Józefa, męża Marii, oraz znajdujący się w pobliżu bazaru melchicki Kościół Synagogi, który tradycja łączy z synagogą, w której miał się modlić Jezus. Poza nimi są w Nazarecie jeszcze inne kościoły: prawosławne, maronickie, anglikański i koptyjski. Swoje świątynie i domy modlitw mają tam również przedstawiciele baptystów. Kościoła Chrystusowego i Nowego Kościoła Apostolskiego. To wyliczenie różnych obecnych w Nazarecie Kościołów i denominacji chrześcijańskich pokazuje, jak cenną lekcją ekumenizmu może być dla polskiego katolika wizyta w Ziemi Świętej i zetknięcie z chrześcijaństwem w jego bogactwie i historycznej różnorodności. Przy okazji może ono także stanowić ciekawą wskazówkę dotyczącą zróżnicowanego statusu znajdujących się tam „świętych miejsc”. Bo obok takich, które można uznać za usankcjonowane wielowiekową tradycją i poparte naukową argumentacją archeologów, mamy tam również wiele szacownych pamiątek pielgrzymiej dewocji, ale o zupełnie innym NAZARET 173 statusie, powstałych w miejscach, podpowiadanych przez pobożną wyobraźnię doszukującą się lokalizacji ewangelijnych zdarzeń na zasadzie naturalnych, ale niepopartych żadną argumentacją, skojarzeń. Jak szacują archeolodzy, Nazaret mógł mieć w czasach Jezusa kilkuset mieszkańców. Poszczególni autorzy różnią się wskazując liczby od 150 do 450 osób. Był więc niewielką górską wioską. Nic dziwnego, że nie znajdziemy o niej wcześniejszych wzmianek w Biblii, ani w innych źródłach pisanych sprzed początku naszej ery, Nazaret staje się sławny dopiero za sprawą Jezusa, właściwie dopiero po jego śmierci, jako miejsce jego pochodzenia. Nazywano go przecież Nazarejczykiem, po hebrajsku „Ha Nocri”. Swoją drogą za ciekawe można uznać, że w języku hebrajskim określenie „nocri”, czyli „nazarejczyk”, oznacza dziś po prostu chrześcijanina. Przyjęło się uważać, że cały pierwszy okres życia Jezusa upłynął w odciętej od świata górskiej wioseczce, z dala od burzliwych wydarzeń rozgrywających się ówcześnie w cesarstwie rzymskim, którego częścią była wtedy żydowska Galilea. Tymczasem warto zwrócić uwagę na to, że tę wioseczkę dzieliło zaledwie 6 kilometrów od Seforis, głównego ośrodka administracyjnego Galilei, dużego na ówczesne warunki, nowoczesnego, mocno zhełleni-zowanego i bardzo dynamicznie rozwijającego się miasta. Z uwagi na tę niewielką odległość jest bardzo prawdopodobne, że mieszkańcy Nazaretu często bywali w Seforis, a także że przynajmniej część z nich znajdowała tam zatrudnienie. I choć nie mamy co do tego pewności, możemy chyba z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że również Józef jako fek-ion (cieśla, budowniczy, a nie stolarz!) pracował raczej głównie właśnie tam, bo na miejscu w samym Nazarecie, liczącym najwyżej kilkadziesiąt domostw, niewiele mogło być dla niego pracy. A że w tamtych czasach przyjęte było, że chłopcy, którzy już przeszli spod opieki matczynej pod opiekę ojca, towarzyszyli ojcu w jego pracy przyuczając się tym samym do zawodu, może to oznaczać, że Jezus wychowywał się, przynajmniej po części, nie w zabitej dechami górskiej wiosce, ale w nowoczesnym i dużym mieście. A jeśli tak, to mogłoby z kolei oznaczać, że w dzieciństwie i młodości, a potem również już jako człowiek dojrzały, mógł w naturalny sposób zetknąć się z rozmaitymi problemami ówczesnego rzymskiego świata, na przykład ze sporami religijnymi, filozoficznymi czy politycznymi roznamiętnia-jącymi ówczesną społeczność. Mógł więc nie być, jak się powszechnie uważa, takim sobie zwyczajnym, prostym galilejskim wieśniakiem, a jego niewątpliwe rodzinne związki z Nazaretem należałoby postrzegać w innym niż przywykliśmy dotychczas świetle. Panuje powszechne przekonanie, że w Nazarecie Jezus spędził dzieciństwo. To prawda, ale tylko jeśli się doda, że spędził tam nie tylko dzieciństwo, ale i młodość, i lata dojrzałe, bo mieszkał tam przecież przez 9/10 swojego życia. Rozpoczynając swoją publiczną działalność w wieku, jak pisze ewangelista, „lat około trzydziestu”, Jezus był na ówczesne stosunki osobą mocno dojrzałą, mającą sporą część życia już właściwie za sobą. Według naukowców średnia długość życia w Galilei w tamtych czasach wynosiła 30—45 lat, a do 60 dożywało zaledwie kilka procent ludności. Okres spędzony w Nazarecie byłby zatem bardzo ważny dla poznania i zrozumienia osoby Jezusa. A tymczasem tak mało o nim wiemy. Nie wiemy nawet wcale, czy Jezus spędził go w całości w Nazarecie. W Ewangelii wg św. Jana możemy znaleźć ciekawą wzmiankę o tym, że pochodzący z pobliskiej Kany Bartłomiej, późniejszy apostoł Natanael, spotkawszy Jezusa i dowie- 174 Marek Suchar dziawszy się, że pochodzi on z Nazaretu, spytał sceptycznie „Czyż może być co dobrego z Nazaretu”? Może zastanawiać, dlaczego autor wyrafinowanego teologicznego traktatu, jakim w istocie jest Ewangelia wg Sw. Jana, zdecydował się zamieścić w nim wzmiankę o czyjejś banalnej i chyba trochę złośliwej uwadze, w dodatku rzuconej, jak się wydaje, mimochodem, dezawuującą w dodatku miejsce pochodzenia Jezusa. Jaki sens miało zacytowanie takiej wypowiedzi w księdze, której celem było przekazanie absolutnie najważniejszych treści związanych z naukami Jezusa? Otóż jeśli się dobrze zastanowić, to z wypowiedzi Natanaela może wynikać, że nie znał on wcześniej Jezusa osobiście. Gdyby było inaczej, odniósłby się w swojej krytycznej wypowiedzi raczej do jego osoby, a nie miejsca jego pochodzenia. Ale jak to możliwe, żeby Natanael nie znał swego bliskiego sąsiada? Przecież jego rodzinną Kanę od Nazaretu dzieliło zaledwie kilka kilometrów, czyli można powiedzieć „rzut beretem”, a w obu sąsiadujących ze sobą miejscowościach razem mieszkało zaledwie kilkaset osób? W dodatku mamy akurat dowody na to, że mieszkańcy obu miejscowości dobrze się znali i że istniały między nimi bliskie relacje, o czym świadczy choćby późniejsza obecność rodziny Jezusa i jego samego na weselu odbywającym się w Kanie. Fakt, że młody człowiek nie zetknął się osobiście z Jezusem przed spotkaniem go nad Jordanem, mógłby wynikać chyba tylko z nieobecności Jezusa w Nazarecie w czasie, kiedy Natanael dorastał w sąsiedniej Kanie. Inaczej musieliby się przecież spotkać. Ale gdzie w takim razie, jeśli nie w Nazarecie, mógł przebywać Jezus przed rozpoczęciem swojej kaznodziejskiej działalności? Ewangelie mówią nam, że po powrocie znad Jordanu udał się on na Pustynię Judzką. Wiemy, że modlił się tam i pościł, ale nie wiemy właściwie, jak długo tam przebywał. Zwykło się uważać, że krótko, bo w Ewangelii mówi się, że trwało to „czterdzieści dni”. Ale w języku biblijnym „czterdzieści” nie musiało wcale oznaczać literalnie pojmowanej liczby, ale po prostu „ tyle ile potrzeba, dostatecznie dużo, lub dostatecznie długo”. Przypomnijmy sobie, że również „czterdzieści łat” krążyli według Biblii po pustyni Izraelici wracający z Egiptu. Dlaczego, można spytać, zajęło im to aż czterdzieści lat, skoro odległość dzieląca dzisiejszy Kair w Egipcie od Jerycha wynosi, nawet jeżeli przebywałoby się ją okrężną drogą, niewiele ponad siedemset kilometrów? Taką odległość można było przejść w najwyżej półtora miesiąca. Najwyraźniej i w tym przypadku „czterdzieści” musiało nie oznaczać konkretnej liczby, ale to, że wędrowano „dostatecznie długo”. Liczby czterdzieści w takim niedosłownym znaczeniu używa również autor Dziejów Apostolskich informując nas, że Jezus „przez czterdzieści dni po swoim zmartwychwstaniu ukazywał się apostołom i rozmawiał z nimi o Królestwie Bożym”. NAZARET 175 Takie używanie liczebników nie powinno nas zresztą wcale dziwić. Przecież sami wielokrotnie w podobnym sensie powtarzamy komuś zniecierpliwieni „ sto razy ci mówiłem, żebyś tego nie robił”. Czy cytowana przez ewangelistę wypowiedź Natanaela może więc oznaczać, że zanim po swoim chrzcie w Jordanie Jezus rozpoczął publiczną działalność, przebywał on na Pustyni Judzkiej, ale wcale nie przez czterdzieści dni, tylko o wiele dłużej? Może nawet kilka lat? W każdym razie na tyle długo, żeby dorastający w tym czasie w pobliskiej Kanie Natanael nie miał okazji zetknąć się z nim w swoim dorosłym życiu? Ktoś mógłby spytać, czy to rzeczywiście jest takie ważne i czemu właściwie miałoby służyć takie „dzielenie ewangelijnego włosa na czworo”. Ano ważne, bo jeśli Jezus rzeczywiście przebywałby na Pustyni Judzkiej nie przez czterdzieści dni, ale znacznie dłużej, to można by się przecież zastanawiać nad tym, co tam aż tak długo robił. No bo co można robić przez tyle czasu na pustyni? Wyobrażamy sobie pewnie, że mógł tam wieść życie pustelnicze. Ale w judaizmie coś takiego jak pustelnictwo nie istniało. Chrześcijańscy pustelnicy pojawili się na Pustyni Judzkiej, i to nawet dość tłumnie, ale dopiero kilkaset lat później (mniej więcej od połowy IV wieku n.e.). A może trzeba by w takim razie jednak poważnie potraktować poglądy tych, którzy uważają, że Jezus musiał zetknąć się z mieszkającymi na Pustyni Judzkiej w Qumran esseńczykami? Mógł trafić do nich za pośrednictwem swego kuzyna Jana Chrzciciela, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa przynajmniej przez jakiś okres swego życia mógł być z nimi związany, a w każdym razie pozostawał pod wyraźnym wpływem ich doktryny i praktyk. Sprawa ewentualnych kontaktów Jezusa z członkami żydowskiego ugrupowania religijnego esseńczyków, działającego od III wieku p.n.e. do końca I wieku n.e., budzi od lat kontrowersje i bulwersuje wielu chrześcijan. Dlaczego? O esseńczykach wiedzieliśmy do pewnego momentu stosunkowo niewiele, właściwie tyle, ile napisał o nich Józef Flawiusz, historyk żydowski żyjący w I wieku n.e. Wiedzieliśmy od niego, że w czasach Jezusa działało równolegle kilka głównych stronnictw religijnych w obrębie ówczesnego judaizmu. Byli to faryzeusze, saduceusze, zeloci i właśnie esseńczycy. Do poglądów pierwszych trzech z tych stronnictw Jezus nawiązywał bezpośrednio wielokrotnie w swoich wypowiedziach relacjonowanych przez ewangelie. Nazwa esseńczyków za to w Ewangeliach nie pada ani razu. Nasza wiedza o esseńczykach wzbogaciła się znacząco, kiedy w Qumran na Pustyni Judzkiej w latach czterdziestych ubiegłego wieku odkryto świetnie zachowane pergaminowe zwoje zawierające obok najstarszych egzemplarzy ksiąg hebrajskiej Biblii również pisma będące opisem ich poglądów i doktryny religijnej. Szybko zwrócono uwagę na podobieństwa między poglądami esseńczyków a naukami głoszonymi przez Jezusa oraz na to, że ich poglądy były chronologicznie wcześniejsze niż jego działalność kaznodziejska. Zaczęto więc wysuwać hipotezy o wpływie esseńczyków na Jezusa. Wzbudziło to niezwykłe emocje, bo wiązało się z sugestiami, jakoby w swoich naukach Jezus nie przekazywał prawd natchnionych, a zaledwie powtarzał tylko coś, co już przed nim głosili esseńczycy, a co on jedynie od nich przejął i przekazywał dalej „swoimi słowami”. Trudno się dziwić oporowi, jaki tego rodzaju poglądy wzbudziły w wielu chrześcijanach. Tymczasem, o ile pewnych związków z naukami esseńczyków w nauczaniu Jezusa można się rzeczywiście dopatrzyć, to są one znacznie mniej wyraźne niż na przykład w przypadku Jana Chrzciciela, a poza tym w wielu kwestiach nauki Jezusa stoją wręcz w sprzeczności 176 Marek Suchar Z tym, co głosili esseńczycy. O ile opór chrześcijan wobec poglądu, jakoby Jezus treść swoich nauk pop prostu przejął od esseńczyków łatwo zrozumieć i dziwić mu się nie można, to z drugiej strony to, że nauki Jezusa były formułowane przy pomocy słów i pojęć, którym znaczenie nadawało doświadczenie ówcześnie żyjących ludzi, wydaje się i naturalne, i oczywiste zarazem. A to doświadczenie odnosiło się przecież zarówno do konkretów codziennego życia, stąd w przypowieściach tyle odwołań do życia pasterzy, rolników i rzemieślników, jak i do religijnych pojęć, sporów i poszukiwań tamtych czasów. To właśnie z tego powodu tyle w Ewangeliach nawiązań do sporów z faryzeuszami, kapłanami (stronnictwo saduceuszy) czy uczonymi w piśmie. Podobnie mogło być z poglądami esseńczyków. Jeżeli uznaje się Jezusa za osobę historyczną, a dziś właściwie żaden szanujący się przedstawiciel świata naukowego nie po-daje tego w wątpliwość, to fakt, iż wpływały na niego i jego nauki poglądy ludzi, z którymi się w swoim życiu stykał, nie powinien być niczym nie do zaakceptowania. Przeciwnie — świadczyłby raczej o jego szerokich horyzontach i rozległej wiedzy odnoszącej się do religijnych i ideowych sporów jego epoki. Dlaczego z tej wiedzy miałyby być wyłączone poglądy akurat esseńczyków? Czemu Jezus miałby nie chcieć ich poznać, a później nie uwzględniać ich w swoich przemyśleniach? Czy okazją do tego był czas spędzony przez niego na Pustyni Judzkiej? Czy krótka, zacytowana przez ewangelistę wypowiedź Natanaela o Nazarecie, może naprowadzać nas na jakiś trop w tej sprawie? Autor Ewangelii wg św. Jana cytując wypowiedź Natanaela chciał nam niewątpliwie coś ważnego przekazać. Do nas należy odkrycie, co mogłoby to oznaczać. Jedno jest pewne. Wiadomość musi być ważna. A przy okazji warto zauważyć, że znów spotykamy się tu ze znaną studiującym teksty biblijne okolicznością, że przy ich uważnej lekturze docierają do nas za ich pośrednictwem, jakby ponad czasem, informacje przekazane nam przez kogoś przed tysiącami lat. Trochę jakby-śmy wyłowili z morza butelkę ze skierowaną do nas laioćiomością z przeszłości. Nazaret, jak już powiedzieliśmy, stał się o wiele bardziej znany po śmierci Jezusa niż był za jego życia. Różne źródła pisane, a także liczne odkrycia archeologiczne, dowodzą, że już w pierwszych latach po śmierci Jezusa działała tam prężna grupa jego wyznawców. Mamy dowody na to, że grupa ta przechowywała pamięć o miejscach związanych z życiem jego rodziny. Dla wielu stanowi to niezbity dowód autentyczności nazaretańskich „świętych miejsc”. Po prostu — świadkowie życia Jezusa w Nazarecie oraz członkowie jego rodziny nie mogli się mylić co do lokalizacji miejsc z nim związanych. O lepsze dowody trudno. Ale działająca w pierwszych wiekach naszej ery w Nazarecie grupa wyznawców Jezusa może nas zainteresować jeszcze z innego powodu. Określa się ich bowiem mianem jude-ochrześcijan. Dlaczego jucłeo-chrześcijan a nie po prostu chrześcijan? Co ten dziwny termin miałby właściwie oznaczać? Otóż judeochrześcijanami nazywamy tych, którzy po śmierci Jezusa stanowili pierwszą wspólnotę jego wyznawców i którzy przyjmowali jego nauki jako wypełnienie Prawa Mojżeszowego. Co ważne, określamy ich tak bynajmniej nie ze względu na ich pochodzenie etniczne, ale ze względu na ich przynależność do żydowskiej wspólnoty religijnej. Ich samoświadomość i poglądy w kwestiach doktrynalnych, a zwłaszcza praktyki religijne, wiązały się bowiem z judaizmem. W takim sensie można powiedzieć, że „na samym początku” wszyscy chrześcijanie byli judeochrześcijanami. Odnosi się to zarówno do apostołów, ich NAZARET 177 uczniów, jak i do krewnych Jezusa. Pierwsi wyznawcy Jezusa byli z całą pewnością przekonani, że przyjęcie jego nauk jest tożsame z przyjęciem judaizmu, którego on sam był przecież wyznawcą. Jego nauki były mocno osadzone w hebrajskiej Biblii, a on sam dowodził swej mesjańskiej misji odwołując się do mających ją zapowiadać biblijnych fragmentów. Był obrzezany, modlił się w synagogach, składał ofiary w Świątyni, nauczał odwołując się do Tory, spierał się z faryzeuszami o zasady świętowania szabatu, sam siebie również z całą pewnością uważał za Żyda w sensie religijnym, inaczej być nie mogło. Pierwsze gminy judeochrześcijańskie powstały w Jerozolimie, Nazarecie oraz w Kafar-naum, czyli tam, gdzie po śmierci Jezusa przebywali jego uczniowie i członkowie jego rodziny. Poza tym ślady wspólnot judeochrześcijańskich odnaleziono również miedzy innymi w Seforis, Betlejem, Herodionie, Jaffie, Cezarei i Tyberiadzie. Mamy podstawy sądzić, że gminy takie funkcjonowały również w Egipcie, Syrii, Azji Mniejszej i Rzymie. Interesujące w kontekście judeochrześcijaństwa mogłoby być również przywołanie ustaleń dotyczących chrześcijaństwa etiopskiego, które według niektórych autorów może być jedynym żywym i trwającym do dziś jego śladem. Uważa się bowiem (a wiele faktów zdaje się potwierdzać takie poglądy), że Etiopczycy mogli przyjąć chrześcijaństwo już w II lub III wieku naszej ery właśnie w jego judeochrześcijańskiej postaci. Wierni Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego przestrzegają do dziś wielu charakterystycznych dla judaizmu zasad i rytuałów, takich jak między innymi obowiązku obrzezania mężczyzn w 8 dniu życia, świętowania szabatu czy zasad koszerności. Z upływem czasu do grona żydowskich wyznawców Jezusa (nazwa „chrześcijanie” pojawiła się dopiero po jakimś czasie w Antiochii) zaczęli przyłączać się coraz liczniejsi nie--Żydzi. Było to efektem działalności misyjnej apostołów, w ramach której zdobywali oni nowych wyznawców wśród pogan zamieszkujących całe wielkie imperium rzymskie. Po- 178 Marek Suchar jawił się wtedy dość poważny problem, jako że część judaistycznych rygorów rytualnych, takich jak choćby obrzezanie czy niektóre zasady czystości rytualnej, była dla nie-Zydów trudna do przyjęcia. Z tego, co wiemy. Święty Paweł postulował (a postulat ten ostatecznie zaakceptowali mający wśród pierwszych chrześcijan największy autorytet apostołowie Piotr i Jakub Brat Pański) zwolnienie pogańskich neofitów z tych wynikających z judaizmu uciążliwych obowiązków rytualnych. Stworzyło to skomplikowaną sytuację, w której część wyznawców Jezusa czuła się zobowiązana do przestrzegania tych reguł i przywiązana do religijnej tradycji judaizmu, a część była z nich zwolniona i pozostawała od samego początku w pewnej opozycji wobec niej. Sytuacja ta od samego początku zawierała więc w sobie zarzewie potencjalnego konfliktu. Trzeba też pamiętać, że mówimy o okresie, w którym chrześcijaństwo dopiero się kształtowało i co za tym idzie kształtowało się również stopniowo poczucie religijnej tożsamości jego wyznawców. Jednocześnie przedstawiciele judaizmu dość szybko zaczęli traktować chrześcijan o żydowskim pochodzeniu jako odstępców i zwalczać, co w konsekwencji spowodowało reakcję ze strony samych chrześcijan i dało początek konfliktowi trwającemu przez całe kolejne dwa tysiąclecia. W miarę rozwijania się i ekspansji misyjnej chrześcijaństwo dość szybko zostało liczebnie zdominowane przez nie-Zydów, którzy swą niechęć do Żydów i judaizmu zaczęli stopniowo przenosić na ju-deochrześcijaństwo i judeochrześcijan. Efektem tego procesu było stopniowe wykluczanie, a później już nawet zwalczanie wspólnot judeochrześcijańskich, a przy okazji zniszczenie ich dorobku i pism. Judeochrześcijaństwo uznawano bowiem za niebezpieczne, bo mogące prowadzić wiernych do dezorientacji w kwestiach wiary. Utwory te zniknęły gdzieś około V wieku wraz ze wspólnotami, które ich używały. W ten sposób, być może bezpowrotnie, straciliśmy na przykład judeochrześcijańską Ewangelię Hebrajczyków napisaną w języku aramejskim (czyli w tym języku, którym na co dzień mówił Jezus). Nasza wiedza o jude-ochrześcijanach ma więc dziś w dużym stopniu charakter pośredni, a poglądy na temat judeochrześcijaństwa formułuje się dziś przede wszystkim na podstawie zachowanych w pismach Ojców Kościoła cytatów z judeochrześcijańskich ewangelii apokryficznych oraz krytycznych wypowiedzi na jego temat. Warto przy tej okazji przytoczyć tu jako przykład takich wzmianek wypowiedź Epifaniusza z Salaminy, z IV wieku n.e., który charakteryzując „Nazarejczyków”, jak określano we wczesnym chrześcijaństwie członków gmin judeochrześcijańskich, wyraźnie już odróżniał ich od „prawdziwych chrześcijan” i pisał: „Nazarejczycy nie różnią się w jakiś zasadniczy sposób od Żydów, skoro praktykują zwyczaj i doktrynę przepisaną przez żydowską Torę, oprócz tego, że wierzą w Mesjasza .Wierzą oni w zmartwychwstanie umarłych i w to, że wszechświat został stworzony przez Boga. Głoszą, że Bóg jest jeden, i że Jezus Chrystus jest Jego synem. Są bardzo uczeni w języku hebrajskim. Czytają Torę. Dlatego różnią się od Żydów i od chrześcijan; od tych pierwszych, ponieważ wierzą w Jehoszua, Mesjasza; od prawdziwych zaś chrześcijan, ponieważ w dalszym ciągu praktykują żydowskie rytuały, jak np. obrzezanie, szabat i inne”. O Nazarecie i istnieniu w nim „Domu Marii” zamienionym na bazylikę oraz o znajdującej się tam synagodze, w której przechowywane były różne przedmioty mające związek z Jezusem, wspomina autor jednej z najwcześniejszych relacji pielgrzymich z Ziemi Świętej, Anonim z Piacenzy. Wynika z niej, że musiała tam istnieć i działać wspólnota otaczająca kultem miejsca powiązane z życiem Jezusa i jego bliskich, których lokalizację zawdzięczano NAZARET 179 naocznym świadkom tych zdarzeń. Jeśli zatem wspólnota taka w Nazarecie powstała w drugiej połowie I wieku n.e., to bezsprzecznie musiała być to wspólnota judeochrześcijańska. Bezpośrednich, twardych, bo materialnych dowodów na poparcie tej tezy dostarczyły również badania archeologiczne. Franciszkanin o. Balarmino Bagatti, prowadząc w latach sześćdziesiątych XX wieku wykopaliska na terenie budowy Sanktuarium Zwiastowania, które zlokalizowano w miejscu zrujnowanej świątyni z czasów krzyżowców, dokonał prawdziwie rewelacyjnych odkryć. Natrafił on tam bowiem nie tylko na fundamenty kościoła z czasów krzyżowców i na pozostałości znajdującej się w tym miejscu pod nimi wspominanej przez Anonima z Piacenzy jeszcze wcześniejszej bazyliki z czasów bizantyjskich. Rewelacją było odkrycie przez niego pod pozostałościami tych kościołów śladów budynku pochodzącego z czasów jeszcze wcześniejszych, bo z przełomu I i II wieku naszej ery, a więc z okresu, w którym mogli jeszcze żyć współcześni Jezusowi członkowie jego rodziny i świadkowie jego nauczycielskiej działalności! Odkrycia o. Bagattiego wiążą się z grotą (a właściwie grotami) znajdującymi się dziś w podziemiach Sanktuarium Zwiastowania. Jak wiadomo z innych wykopalisk z czasów Jezusa, domy budowano tam na skale, najczęściej nad naturalnymi lub sztucznymi grotami, które pełniły funkcję mieszkalną albo wykorzystywane były jako pomieszczenia dla zwierząt, cysterny na wodę bądź magazyny. Można sądzić, że podobnie jak pod innymi domami, również pod domem Józefa i Marii (jeśli naturalnie mieszkali oni w Nazarecie) znajdowały się takie groty. O ile ówcześnie budowane domy mieszkalne mogły stosunkowo szybko ulegać zniszczeniu, budowano je bowiem z kamieni najczęściej nie łączonych zaprawą, znajdujące się pod nimi groty są o wiele trwalsze, można powiedzieć, że ich trwałość jest bezterminowa. Wydaje się więc być łatwo wytłumaczalne, że po dwóch tysiącleciach, które minęły od tamtych zdarzeń, jedyną pozostałością ówczesnych budynków mogą być stanowiące pierwotnie ich element groty skalne. I że mogą one być szczegółem topograficznym pozwalającym na dokładną i bezbłędną lokalizację miejsc czy odległych w czasie zdarzeń. Nieprzypadkowo więc to właśnie groty są bardzo często łączone przez tradycję z rozmaitymi zdarzeniami biblijnymi lub uznawane za pamiątki zdarzeń z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Przykładem mogą być groty w Betlejem (narodziny Jezusa), Ein Karem (narodziny Jana Chrzciciela), w Getsemani (grota, w której w czasie pobytów w Jerozolimie Jezus nocował razem z towarzyszącymi mu uczniami) czy Hebronie (grota, w której pochowano patriarchów). Pozostałości budowanych nad Grotą Zwiastowania w Nazarecie późniejszych kościołów (bizantyjskiego i krzyżowców) wskazują, że ich architekci specjalnie modyfikowali ich układ dostosowując go do położenia groty. Musiała więc ona mieć dla nich szczególne znaczenie i musiało być ważne, by znalazła się ona w obrębie budowanej przez nich świątyni. Natomiast architektura znalezionej przez o. Bagattiego najwcześniejszej budowli, tej pochodzącej z przełomu I i II wieku, wykazuje według niego podobieństwa do żydowskich synagog z pierwszych wieków naszej ery. Na uwagę zasługuje również to, że zostały tam odkryte ślady kolorowego tynku (polichromii?) i mozaikowych posadzek pokrywającego kolumny oraz ściany i dno znajdującego się w tym pomieszczeniu basenu (mykwy do żydowskich obmyć rytualnych albo chrzcielnicy lub też czegoś, co pełniło obie te funkcje). W miejscowości takiej jak Nazaret, liczącej wtedy kilkuset mieszkańców, w pierwszych 180 Marek Suchar Stuleciach naszej ery z pewnością w żadnym z domów mieszkalnych tego rodzaju ozdób nie stosowano. O. Bagatti wyciąga stąd wniosek, że mamy do czynienia z synagogą zbudowaną w miejscu, które wyznaczało umiejscowienie groty skalnej będącej pozostałością ważnego dla wspólnoty, wcześniej znajdującego się w tym miejscu budynku, czyli domu Marii. Na judeo — chrześcijański charakter synagogi wskazują odkryte w tym miejscu graffiti i inskrypcje, wśród których znaleźć możemy typowo chrześcijańskie symbole: krzyże, znaki X oraz różne napisy, z których najsłynniejszy zawiera słowa „XE MARIA”, odczytywany jako skrót od Chaire Maria ( Bądź pozdrowiona Mario!). Język napisu - grecki - może wskazywać jego chrześcijańską proweniencję, podobnie jak w przypadku innych napisów m.in. „Panie Jezu Synu Boży zmiłuj się” oraz jeszcze jednej, bardzo ważnej inskrypcji - „ Dar Konona diakona z Jerozolimy”. Wspomniany w nim Konon jest bowiem postacią historyczną, wymienioną w innych źródłach pisanych z tego okresu. W Grocie znaleziono też liczne krzyże, z których jeden umieszczony jest na mozaikowej posadzce basenu, co oznacza, że musiała ona zostać wykonana wcześniej niż w IV wieku, bo wtedy oficjalnie zabroniono umieszczania znaku krzyża na posadzkach (żeby depcząc po posadzce nie profanować symbolu uznanego za święty). W ten sposób mogąc datować odkrytą synagogę na okres pierwszych trzech stuleci po śmierci Jezusa uzyskujemy kolejny ważny dowód na jej judeochrześcijański charakter. Stanowi to zresztą potwierdzenie zawartych w Ewangeliach i Listach Apostolskich informacji, że w Nazarecie mieszkali krewni Jezusa, i że choć za jego życia odnosili się oni do jego nauczania krytycznie, to po jego śmierci uwierzyli w jego zmartwychwstanie i stali się jego żarliwymi wyznawcami. Wiemy że dwaj z czterech wspominanych w Nowym Testamencie „ braci pańskich” — Jakub i Szymon, byli kolejno przywódcami wspólnoty judeochrześcijańskiej w Jerozolimie, a trzeci z nich. Juda Tadeusz, był przywódcą wspólnoty w Nazarecie. Wiemy też, że ostatnim ze znanych nam krewnych Jezusa działających w Nazarecie, był najprawdopodobniej wymieniony wcześniej diakon Konon. Nasuwać się tutaj może pytanie, dlaczego, archeolodzy odkrywszy pozostałości budowli poprzedzającej bizantyjską bazylikę chrześcijańską określili ją jako synagogę, a nie jako kościół, skoro sugerują, że zbierali się w niej członkowie gminy chrześcijańskiej? Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Pierwsi chrześcijanie nie budowali kościołów. Pierwsze wieki chrześcijaństwa ( I — IV) były czasem rzymskich prześladowań. Chrześcijanie sprawowali swoje nabożeństwa w ukryciu i gromadzili się najczęściej po prostu w domach należących do członków wspólnoty, gdzie czasem przeznaczano w nich na ten cel specjalne pomieszczenia, albo właśnie w synagogach. Musimy przy tym pamiętać, że synagoga to w judaizmie nie świątynia, ale „beit kneset” czyli do?n zgromadzeń, a więc miejsce spotkań i modlitw. Pierwsi chrześcijanie, będąc równocześnie wyznawcami judaizmu, spotykali się w synagogach, tam więc mogli również odprawiać swoje chrześcijańskie nabożeństwa. Pamiętajmy, że w ich rozumieniu między judaizmem a wiarą w zmartwychwstanie i mesjańskie posłannictwo Jezusa nie było żadnego rozdźwięku. Stąd właśnie pochodzi ich określenie jako „judeochrześcijan” - jednocześnie i chrześcijan, i żydów (w tym przypadku słowo to pisane jest z małej litery jako określenie wyznania). W tym kontekście odkrycia franciszkańskich archeologów w Nazarecie stanowią pewien przewrót. Wydobyły one bowiem na światło dzienne wiele materialnych, a więc uważanych NAZARET 181 za „twarde”, fascynujących świadectw istnienia gminy judeochrześcijańskich wyznawców Jezusa w tej miejscowości. Dostarczyły nam one również wiedzy na temat teologicznych aspektów judeochrześcijaństwa. Wiemy na ich podstawie na przykład, że członkowie tej wspólnoty uznawali Jezusa za Syna Bożego, że otaczali czcią miejsca z nim związane, oraz że kultywowali pamięć o Marii, Józefie i innych osobach z jego rodziny. Chciałoby się powiedzieć, że po raz kolejny w kontekście Nazaretu powraca do nas metafora „ listu w butelce”, wiadomości, która dociera do nas po bez mała dwóch tysiącleciach, w czasie których ukryta, dziś znów staje się nam dostępna. Ma wartość nieocenioną nie tylko ze względów, by tak rzec religijno - sentymentalnych, jako że chrześcijanie dowiadują się z niej czegoś nowego o życiu Marii, matki Jezusa i jego bliskich. Dowiadujemy się dzięki niej także więcej o fascynującym, żywym procesie kształtowania się chrześcijaństwa i tym, w jaki sposób było ono podmiotem procesów historycznych w pierwszych wiekach naszej ery. Ta historyczna perspektywa może być bardzo cenna w spojrzeniu na chrześcijaństwo również dzisiaj, w naszych burzliwych czasach dramatycznych kryzysów i przemian. Zdjęcia z Nazaretu autorstwa Adama Haławeja, fotografika z Wrocławia. Piotr Opacian NOWY ŚWIAT WCALE NIE TAKI NOWY? 184 Piotr Opacian Moja fascynacja Ameryką Łacińską narodziła się w zamierzchłych czasach, kiedy przeczytałem takie książki jak: Tomek u źróeieł Amazonki Alfreda Szklarskiego, Biały Jaguar Arkadego Fiedlera, czy zbiór tekstów o wspólnym tytule: Nouy Śtoiat. Ta literatura, w połączeniu z oglądanymi westernami, które wtedy były creme de la creme zachodniej kinematografii, „puszczane” tylko w sobotę po dzienniku telewizyjnym, wykreowały moje pierwsze wyobrażenie — nieprawdziwe, historii ludów zamieszkujących obie Ameryki nie tylko po, ale i przed ich „odkryciem” w roku 1492. Następny etap to książki Ericha von Danikena, które fascynowały umysł młodego chłopca z ostatnich klas podstawówki. Na szczęście wraz z drugim etapem edukacji — Liceum Ogólnokształcące, pojawiło się dużo więcej sceptycyzmu w stosunku do tych stereotypów: dzielny cowboy i dziki Indianin, czy też danikenowskich absurdalnych teorii o kosmitach. Chyba właśnie te zainteresowania zadecydowały o moich przyszłych kierunkach studiów: geografii i archeologii — wybór dokonany na długo przed klasą maturalną. Lata 80. ubiegłego wieku to moment, w którym zaczęto przełamywać stereotypowy obraz kultur i ludów zamieszkujących obie Ameryki. Przedpotopowy czas ery bez Internetu i artykułów tylko w języku angielskim, a pojawiających się wyłącznie w publikacjach naukowych, bardzo utrudniał dotarcie do nowych, intrygujących teorii na ten temat, szczególnie dla mieszkańców tak dalekiej „prowincji”, którą była wtedy Polska. Pamiętam, jak będąc studentem Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, zakładałem konto walutowe w Narodowym Banku Polski przy Placu Rapackiego (dawny bank Rzeszy Niemieckiej), bo tylko tak można było „ściągnąć” interesujące mnie publikacje. Pomimo tego, jeśli już znalazło się cudem (przypominam, nie było Internetu) interesującą publikację, nie wszystkie wydawnictwa zgadzały się je wysyłać na prywatny adres do Polski. Na skutek rozmaitych lektur, takie fascynujące miejsca jak: Machu Piechu, Cusco, Tikal itp., zaczęły ustępować takim hasłom jak: Monte Verde, Chan Chan, czy też terra pręta, żeby wymienić tylko kilka. Powoli zaczęły się walić długo utrwalane przez naukę kanony wiedzy o kulturach i ludach zamieszkujących obie Ameryki. Ameryka została zasiedlona po raz pierwszy około 11 000 lat p.n.e., to wydawało się dość solidnie udokumentowane naukowo. Na terenie Ameryki Północnej odkryto szereg stanowisk archeologicznych o wyraźnym współdzieleniu narzędzi kamiennych. Nazwano ten cały kompleks Kulturą Cłovis, tak jak u nas mamy np. Kulturę Pucharów Lejkowatych. Jeśli na różnych stanowiskach archeologicznych znajdujemy te same narzędzia i naczynia ceramiczne, interpretujemy to jako przejaw tej samej kultury materialnej. Możemy wyznaczyć jej wiek i zasięg, a nawet jej ekspansję w oparciu o daty otrzymywane z poszczególnych stanowisk. Kultura Clovis pojawiła się dość gwałtownie, nie znajdowano wtedy „niczego” starszego od niej, a jej początki datowano na około 11 000 p.n.e. Korelując to z obniżeniem się poziomu oceanu światowego w okresie ostatniej ery lodowcowej i dowodami na istnienie w tym czasie pomostu lądowego - Be-ringia, łączącego Azję z Ameryką — co było konsekwencją tego niższego poziomu mórz, wydawało się logiczne, że człowiek wykorzystał te sprzyjające warunki, by zasiedlić Amerykę. Pod koniec epoki lodowcowej, tuż przed około 11 000 p.n.e., ludy azjatyckie przekroczyły więc pomost lądowy pomiędzy Czukotką a Alaską. Następnie wykorzystały rozpad lądolodu amerykańskiego, by przedostać się dalej na południe — tzw. trans-kanadyjski korytarz powstały na początku defragmentacji lądolodu. Z powodu braku konkurencyjnych grup wczesnego czło- NOWY ŚWIAT - WCALE NIE TAKI NOWY? 185 Autor na tle miasta Maehu Piechu fio samodzielnym firzejlciu pełnego szlaku Camino /nca. Pozwolenie u^^skane w Instytucie Archeologii w Cusco,fot. P Opacian 186 Piotr Opacian wieka, kultura ta gwałtownie się rozwinęła, czego miała dowodzić znaczna ilość odkrywanych stanowisk kultury materialnej o tej samej charakterystyce właśnie w tym okresie, a równocześnie brak jakichkolwiek artefaktów sprzed tego okresu. Kulturę tę nazwano Kulturą Clovis. W tym też okresie - korelującym z pojawieniem się Kultury Clovis, wyginęły wszystkie pierwotne duże zwierzęta Ameryki Północnej i Środkowej. Fauna późnego plejstocenu w postaci np. mastodontów, kotów szablozębnych, mamutów, leniwców olbrzymich i wielu innych nagle wymarła. Aż prosi się obwinić tą zagładą nowoprzybyły gatunek, który zaopatrzony był w wysoce rozwinięte narzędzia kamienne i umiejętności działania w grupie. Bardzo możliwe, że tak było, ale to wcale nie musi znaczyć, że człowiek zasiedlił Amerykę po raz pierwszy w tym okresie, lub tą drogą. Więcej, raczej na pewno tak nie było! Świadczą o tym coraz częściej odkrywane stanowiska starsze niż 11 000 p.n.e. Jednym z takich stanowisk jest Monte Verde w Chile nieopodal Puerto Montt, gdzie zaczynałem kiedyś swój tysiąckilometrowy rejs kajakowy na południe wzdłuż wybrzeży chilijskiej Patagonii. Ostatnie datowania tego stanowiska wskazują na wiek 16 500 p.n.e., czyli o 5 000 lat wcześniej niż stanowiska z Clovłs! Charakter znalezisk wskazuje na inną kulturę niż Clovis, kulturę opartą raczej na produktach morza, co sugerować może wczesnych żeglarzy/rybaków przybrzeżnych. Archeologia Ameryki Łacińskiej jest jeszcze w „powijakach” i na pewno przyniesie nam wiele zaskakujących faktów, zwłaszcza, że stosować tu trzeba inne metody niż do tej pory. W takim terenie jak Amazonia, morfologia terenu i przetwarzanie/rozpad cząstek organicznych jest niezwykle dynamiczny, co nie sprzyja zachowywaniu się artefaktów dawnych kultur materialnych. Następnym stereotypem o obu Amerykach jest jej stosunkowo niskie zaludnienie i niższy rozwój kulturowy. Wydaje się to być jednak zupełną nieprawdą. Kiedy hiszpański konkwistador Hernando de Soto zdecydował się zorganizować w 1539 wyprawę, by podbić Florydę i rozległe tereny przylegające do rzeki Missisipi, jego kronikarz opisał ten obszar jako gęsto zasiedlony, dobrze zorganizowany, z dużymi osadami a nawet miastami i zrównoważonym użytkowaniem terenów wokół osad. Wyprawa błąkała się po obecnym południowo-wschodnim USA bez szans na sukces i jej niedobitki uszły z życiem (niestety do tych szczęśliwych nie należał sam de Soto ) docierając w 1543 do Meksyku. Niecałe 150 lat później, francuski odkrywca Rene-Robert Cavelłer, sieur de La Salle, który przemierzał te obszary głównie w kanoe, opisał je jako pustkowie! Na bezkresnych preriach porastających z rzadka drzewami pasły się olbrzymie stada bizonów! Prawie brak Indian! Dokładnie to samo stało się w samej Amazonii. Kronikarz wyprawy prowadzonej przez Francisco de Orellana - pierwsze spłynięcie Amazonką od ujścia Rio Napo do Oceanu Atlantyckiego przez Europejczyków, opisywał te obszary jako gęsto zaludnione i intensywnie wykorzystywane rolniczo. Gaspar de Carvajal, bo on był tym kronikarzem, opisał miasta nad Amazonką i ciągi osadnictwa czasami o długości 20—30 kilometrów! Ponad 100 lat później, portugalski zdobywca Pedro Teixełra jako pierwszy Europejczyk odbył podróż w górę Amazonki i z powrotem do jej ujścia. Niestety w jego opisach na próżno szukać wspominanego przez Carvajala gęstego i rozwiniętego osadnictwa Indian nad Amazonką. Z wiadomych względów posądzono Carvajala o wybujałą wyobraźnię, ale porównywanie kronikarskich zapisków z różnych zakątków Ameryk sporządzonych podczas pierwszych podróży i później pokazuje wszędzie te same analogie. NOWY ŚWIAT - WCALE NIE TAKI NOWY? 187 Gł&un^ flae sfynnego miasta Majów — Tikal, fot. P. Ofaeian Brama Słońca — zbutiowana z Jednego bloku skafy Tiacbuanaco, Boliwia. Kultura Tiacbuanaco fioprzeeźzała państwo Chimów. Szczyt rozwoju tg kultury przypada na wiek III-VIII n.e.,fot. P Opacian 188 Piotr Opacian Najlepiej jednak udokumentowaną hekatombą Indian jest wyspa Hispaniola — obecne Haiti i jej pierwotni mieszkańcy - Indianie Tainos. Pierwszy spis ludności (1494) po odkryciu Hispanioli przez Kolumba (1492) oszacował liczbę mieszkańców wyspy na około 300 000. Spis z roku 1548 sporządzony przez Fernandeza de Oviedo oznaczył ilość ludności tubylczej na Hispanioli na około 500 osób! Kilka lat później Indianie Tainos przestali istnieć. I nie było to absolutnie wynikiem ludobójczej polityki Korony Kastylii i Aragonii. Główną przyczyną, która zdziesiątkowała przedkolumbijską ludność obu Ameryk, często jeszcze przed bezpośrednim kontaktem ze zdobywcami/osadnikami, były europejskie choroby. Wirus porusza się dużo szybciej niż konkwistador na koniu, jak ktoś to kiedyś powiedział — niestety nie pamiętam już oryginału i jego autora. Nowoczesna archeologia odnotowała gwałtowne spadki aktywności ludzkiej, co prowadzi do wniosku o gwałtownym spadku populacji w różnych regionach Ameryk tuż po roku 1492, ale jeszcze przed momentem bezpośredniego kontaktu tubylców z przybyszami. Wniosek nasuwa się tylko jeden — rozprzestrzenianie się europejskich chorób, na które Indianie nie byli odporni. Na Hispanioli, co wiemy z dość szczegółowych opisów, często przyjaznych Indianom, wprowadzono system encomiendas. System ten określany jest jako niewolniczy, początkowo jednak nie był tak restrykcyjny. Wpływy dla zdobywców i Korony zależały od ilości „poddanych”, Hiszpanom nie zależało więc na celowym wyniszczaniu Indian. Zarówno Hiszpanie, jak i później Anglicy i Francuzi, początkowo nie zdawali sobie sprawy z zagrożenia, jakie niosły Indianom europejskie choroby. Stali się nieświadomymi katami ludności tubylczej. Tylko czasami i to w późniejszym okresie, stosowali słynne już „zakażone koce” jako podarki, by osłabić zdolności obronne ludności danego obszaru. Francisco Pizarro pokonał potężnych Inków niekoniecznie dzięki stali i koniom (broń palna miała znikome znaczenie w tamtym czasie), jak głosi stereotyp. Trafił on na rozpadające się imperium, pogrążone w wojnie domowej wynikającej zarówno z turbulencji gospodarczych, jak i walk o schedę po ojcu, ale również wynikającej ze wstrząsu jakiego doznało imperium na skutek plagi chorób europejskich poprzedzających konkwistadorów. Gloryfikowanie wyższości kultury ówczesnej Europy nad kulturami obu Ameryk wydaje się znacznie przesadzone. Miasta takie jak Chan Chan (największe miasto przedkolum-bijskiej Ameryki Południowej), stolica państwa Chimów istniejącego od X do XV wieku naszej ery, obecnie Peru, szacunkowo zajmowało powierzchnie 28 km^. Ludność Chan Chan szacowana na około 30 000 mieszkańców to liczba ogromna w porównaniu do Madrytu z XV wieku - około 4 000 mieszkańców. Ludność Tenochtitlan, stolicy imperium Azteków w przeddzień podboju, szacuje się na oszałamiające w tamtych czasach 200 000 do 400 000 mieszkańców. Największym miastem zachodniej Europy w tamtych czasach był Paryż - około 220 000 mieszkańców. Przedkolumbijskie państwa obu Ameryk tworzyły tak wspaniałe budowle, systemy irygacyjne, dzieła sztuki, strukturę przestrzenną, kalendarze znacznie przewyższające precyzją ówcześnie stosowane w Europie, że dały pretekst wspomnianemu Danikenowi do teorii o ich rzekomym pozaziemskim pochodzeniu. Powoli ukazują się przed naszymi oczyma rozległe i zaawansowane struktury użytkowania ziemi na terenach trudnych dla działalności rolniczej: podwyższone platformy pól z okalającymi je rowami irygacyjnymi, groble. NOWY ŚWIAT - WCALE NIE TAKI NOWY? 189 fundamenty budowli na obszarze nawet samej Amazonii, czego nikt dawnej by nie podejrzewał. Tam miały istnieć tylko dzikie, prymitywne plemiona zamieszkujące pierwotną dżunglę. Umiejętności prowadzenia gospodarki rolno-hodowlanej w tak trudnym terenie, jakim jest Amazonia, zaskakuje nawet obecnie. Na terenie Amazonii odkryto wiele obszarów tzw. terra pręta, obecnie zarośniętych rzekomym „pierwotnym” lasem deszczowym. Najprościej tłumacząc terra pręta, zwana również Indian black soil, to gleba utworzona przez Indian w trudnym terenie dorzecza Amazonki w wielu przypadkach na setki lat przed naszą erą. W jakiś sposób Indianie zdali sobie sprawę, że zwykła metoda karczowania i wypalania lasów (do tej pory stosowana w „Starym Świecie”) bardzo szybko doprowadza do zupełnego wyjałowienia gleby na pozyskanym terenie. Podróżując obecnie przez np. bezkresne połacie brazylijskiego Mato Grosso widzimy tylko chude krowy wypasające się na stepach porastających zdegradowane gleby laterytowe. Aż nie chce się wierzyć, że rósł tu kiedyś bujny tropikalny las. Naukowcy dopiero badają tę glebę. Proces pozyskiwania jej nazwano nie „slash-and--burn” lecz „slash-and-char”. Karczując las Indianie nie wypalali drzew całkowicie, ale doprowadzali do ich zwęglenia. Tak otrzymane zwęglone drzewo mieszali z kwaśną laterytową glebą otrzymaną po wykarczowaniu lasu. Innymi domieszkami były jeszcze rozdrobniona ceramika i kości. Węgiel, którym wzbogacali glebę, a który w przypadku metody „slash--and-burn” ulatnia się prawie całkowicie do atmosfery, ma decydujące znaczenie dla żyzności gleby i jej trwałości. Gleba bez węgla w klimacie tropikalnym szybko wypłukiwana jest z minerałów, węgiel natomiast wiąże minerały i stabilizuje glebę i jej żyzność na wiele lat nawet liczonych w setki. Ramy tego artykułu nie pozwalają na bliższe zagłębienie się w temat gleby terrapręta, czy też jej „siostry” terra multa, ale już teraz widać jej unikalność. Nie ma innej metody, jak zacząć naśladować „prymitywnych” Indian, jeśli nie chcemy doprowadzić do kompletnego wyjałowienia gleb tropikalnych po wycięciu lasów. Odkrycie terra pręta daje nam nie tylko wgląd w umiejętności społeczności indiańskich zanim zostały one zdegradowane przez dumnych zdobywców z Europy, ale również zmusza nas do innego spojrzenia na dziewicze lasy Amazonii. Ich zasięg/obszar nie jest jeszcze dokładnie określony, ale już teraz wiemy, że jest dość znaczny. William I. Woods (Editor) w Amazonian Dark Earths: Wim Sombroeks Yision, szacuje, że obszary z terra pręta mogą zajmować nawet do 10% basenu Amazonki! Wieli innych naukowców uważa ten szacunek za mocno zawyżony i skłania się raczej do wartości od 1 % do 3%, co nie zmienia jednak faktu, że są to duże obszary. Można sobie tylko wyobrazić, jak dużo potrzeba było pracy, by stworzyć te gleby i jakie ilości ceramiki zostały do stworzenia tych gleb zużyte. Wychodzi na to, że opis Gaspara de Carvajal jest jednak wiarygodny, a my musimy się powoli przyzwyczajać do tego, że pierwotne lasy tropikalne Amazonii wcale nie są takie pierwotne. Plemiona zamieszkujące je kiedyś poddawały je wielu modyfikacjom. Musiały to być społeczności takie jakie opisał kronikarz Orellany, budujące rozległe strefy osadnictwa, nawet miasta, społeczności prowadzące zrównoważoną gospodarkę rolną. Niestety ich spotkanie z „cywilizowaną” Europą skończyło się dla nich tragicznie. Muzyka Wacław Bielecki Notki melomana w czasie pandemii (4) Muzyka z sieci i sal koncertowych Póki co, zaraza nie odpuszcza. Czwarta fala pandemii nabiera na sile, chociaż na razie nie wpływa istotnie na wydarzenia muzyczne. W całej Polsce odbywają się koncerty i festiwale w tzw. reżimie sanitarnym. W sali filharmonii na Ołowiance, czy w byłym kościele Mennonitów w Gdańsku publiczność słuchała muzyki w maseczkach. O tym, jak te maski były założone można by napisać osobny traktat, ale i tak jest znacznie lepiej, niż na meczach piłkarskich. Kibice powinni brać przykład z melomanów przysłuchującym się pianistom podczas XVIII Konkursu Chopinowskiego. W czasie transmisji telewizyjnych było widać, że wszyscy mają założone maseczki zgodnie z przepisami, czyli także na nos. Pilnowały tego rygorystycznie panie z obsługi. Niestety, pandemia wywołała nieprzyjemny konflikt w Filharmonii Narodowej, o czym wspominam pod koniec tych relacji. ROSZADY NA STANOWISKACH DYREKTORÓW FILHARMONII poniedziałek, 20 września 2021 r. Profesor Bogdan Kułakowski, pianista i były rektor Akademii Muzycznej w Gdańsku od 1 września został pełniącym obowiązki dyrektora Filharmonii Słupskiej na jeden rok, do czasu ogłoszenia konkursu. O swojej przyszłej pracy mówił lokalnej dziennikarce bardzo ostrożnie. Skupił się na potrzebie wyremontowania budynku filharmonii. Na dyrygenta gościnnego zaprosił Szymona Morusa, szefa znanej w Sztumie Orkiestry Kameralnej Progress. Tymczasem, koncert rozpoczynający 55. Festiwal Planistyki Polskiej w Słupsku na początku września poprowadził ustępujący dyrektor filharmonii Ruben Silva, spolszczony Boliwijczyk. Słupski ratusz nie przedłużył mu pracy na drugą kadencję. W związku z tym, Ruben Silva zgłosił się do konkursu na dyrektora Filharmonii Kaliskiej, który wygrał pokonując czterech kandydatów. Młody dyrygent Rafał Kłoczko został powołany przez Zarząd Województwa Lubuskiego na stanowisko dyrektora Filharmonii im. Tadeusza Bairda w Zielonej Górze na okres pięciu sezonów artystycznych. Z tej nominacji cieszę się bardzo, bo od dawna śledzę karierę dyrygencką tego muzyka. Już w czasie studiów w Akademii Muzycznej w Gdańsku prowadził spektakle operowe, kierując swoimi koleżankami i kolbami - śpiewakami i instrumentalistami. Przed kilkoma laty byłem na prowadzonych przez niego spektaklach jednoaktowych oper Pucciniego wystawianych w Akademii Muzycznej i Operze Bałtyckiej. Zauważyłem też, że nie miał on szczęścia u jurorów podczas konkursów dyrygenckich w Białymstoku i Katowicach. Muzyka z sieci i sal koncertowych 191 W Filharmonii Poznańskiej zaszła zamiana pokoleniowa. Łukasz Borowicz, dyrygent gościnny od 2006 r., zastąpił prof. Marka Pijarowskiego, który w tym roku będzie obchodził siedemdziesiąte urodziny i pół wieku pracy muzycznej, a na co dzień pracuje w Akademii Muzycznej we Wrocławiu. Ciągle nie ma szefa artystycznego w Operze Bałtyckiej. Po trzech latach działalności ‘iyO^g^^^ Jose Maria Florencio i dyrektor opery ogłosili zakończenie współpracy. Dyrektor Romuald Wicza-Pokojski stwierdził: — Formuła współprac)^ na którą umówiliśmy się latem 2018 roku, ioyczerpała się. — Jose Maria Florencio pożegnał się wpisem na Facebooku: — Walczyłem o sprawiedliwość, o dobro, o to co najlepsze na świecie. Do zobaczenia! KONKURS IMPROWIZACJI ORGANOWEJ niedziela, 26 września 2021 r. W niedzielny poranek pojechałem do Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku na finał XI Międzynarodowego Konkursu Muzyki Organowej im. Jana Pieterszoona Sweelincka. Tak naprawdę to w Gdańsku, odbyły się w tym roku dwa równolegle konkursy: interpretacji organowej oraz improwizacji organowej. Ja zainteresowałem się tylko tym drugim. Został on podzielony na dwa etapy. Pierwszy z nich przyjął formę kwalifikacji na podstawie nagrań wideo. Trzeba było przysłać nagranie ze swobodną improwizacją w dowolnym stylu trwającą od 10 do 15 minut. Drugi etap, finałowy, odbył się w sali Polskiej Filharmonii Bałtyckiej. Wzięło w nim udział tylko pięciu młodych organistów. Ich grę oceniało czterech profesorów: Wolfgang Seifen z Niemiec — przewodniczący jury, Jaroslav Tiima z Czech, Julian Gembalski z Katowic (koncertował u nas w Sztumie) i Roman Perucki z Gdańska. Funkcję sekretarza pełnił znany nam z dwóch koncertów w Sztumie dr Maciej Zakrzewski. Każdy z finalistów musiał w ciągu 30 minut wykonać trzy różne zadania. Po pierwsze, zagrać 7 wariacji na zadany przez jurorów temat w formie partity chorałowej. Jako tematy wybrane zostały stare pieśni kościelne, np. polska „Bądźże pozdrowiona”, czy niemiecki hymn „Wer nur den lieben Gott” (Którzy po prostu kochają Bogd). Drugie zadanie polegało na zagraniu allegra sonatowego w stylu niemieckiego lub francuskiego symfonizmu organowego. Wiadomo, że forma niemiecka powinna być bardziej dostojna i schromatyzowana a francuska odznaczać się wielką wirtuozerią. Na koniec było trzecie, najciekawsze dla mnie zadanie: swobodna improwizacja na temat „Roty” Feliksa Nowowiejskiego. Uczestnicy konkursu grali na organach znajdujących się w sali filharmonii. Jest to duży instrument z 91 głosami (taka informacja znajduje się na stronie internetowej filharmonii), 4 klawiaturami i klawiatura nożną. Organy te, po prawie pięćdziesięciu latach używania, zostały przeniesione w 2004 z katedry w Lozannie, gdzie w 195 5 r. postawiła je szwajcarska firma Kuhn. Za ich intonację, czyli odpowiednie ustawienie głosów wszystkich piszczałek opowiadał znany nam organista Jerzy Kukla z Lublina. Pora krótko przedstawić uczestników konkursu improwizacji. Wzięli w nim udział studenci lub absolwenci uczelni muzycznych (w kolejności występowania): Michał Botor z Katowic, Marcel Eliasch z Niemiec, Patryk Podwojski z Gdańska, Damian Skowroński 192 Wacław Bielecki Z Warszawy, Michał Wałeczek z Katowic. Każdy z nich to inna osobowość. Grali wspaniale. Byłem zaskoczony i zauroczony ich talentem improwizatorskim. Bo co to znaczy: improwizować? Grać na określony temat bez uprzedniego przygotowania. Jest to osobna umiejętność, której nie posiadają na ogół absolwenci konserwatoriów. Zdecydowana ich większość grając jakiś utwór, trzyma się po prostu nut. Improwizacja kojarzona jest zwykle z jazzem, ale przecież od dawna była obecna w muzyce klasycznej. Wspaniałym mistrzem w tej dziedzinie był Jan Sebastian Bach. W XIX wieku odbywały się ciekawe zawody pianistów polegające na tym, kto najlepiej zaimprowizuje na temat zaśpiewany przez kogoś z publiczności. Obecnie nauka improwizacja powoli powraca do szkół muzycznych. Zwycięzcą konkursu improwizacji organowej został Damian Skowroński. Wiemy o nim, że w 2017 roku ukończył studia na kierunku muzyka kościelna w Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie i został zatrudniony na stanowisku asystenta tej uczelni. W międzyczasie dokształcał się w Instytucie Muzyki Kościelnej w Universitat der Kiinste w Berlinie w improwizacji organowej w klasie prof. Wolfganga Seifena, obecnego przewodniczącego jury. Wraz z dr. Michałem Markuszewskim jest pomysłodawcą i organizatorem Międzynarodowych Dni Improwizacji Organowej w Warszawie oraz prezesem Stowarzyszenia Musica Organa I?nprovisa(. O wyborze tego organisty przez jurorów i przyznaniu bardzo skromnej nagrody pieniężnej w wysokości 6 tysięcy zł zadecydowały zapewne jego umiejętności w prowadzeniu improwizacji trzymającej się określonego stylu muzycznego. W czasie konkursu wspaniale zagrał allegro sonatowe w stylu niemieckiego symfonizmu, a improwizując na temat „Roty” nawiązywał do sposobu gry Feliksa Nowowiejskiego, który także był znany ze sztuki improwizacji. Damian Skowroński zagrał swobodną improwizację na temat „Roty” bardzo medytacyjnie, rozlewnie i spokojnie, nie nadużywając przy tym siły głosu. Było to piękne wykonanie odbiegające do stereotypowych, gdzie z tej pieśni czasem robi się głośnego marsza. NARODOWA ORKIESTRA DĘTA NA OŁOWIANCE środa, 6 października 2021 r. W filharmonii na gdańskiej Ołowiance zagrała Narodowa Orkiestra Dęta z Lubina. To młody zespół powstały trzy lata temu i kierowany przez Mariusza Dziubka, absolwenta dyrygentury na UMFC. Grają w nim młodzi muzycy, w tym wiełe kobiet. Zespół liczy prawie siedemdziesiąt osób, często po pięć tych samych instrumentów, np. rogów, puzonów oraz trzy tuby, a z innych instrumentów — kontrabas, harfa i bardzo liczne instrumenty perkusyjne obsługiwane czasami aż przez ośmiu muzyków. Muzycy z Lubina mają repertuar ambitny, bo nie marszowy, tylko symfoniczny. Wieczór zaczął się co prawda od uwertury do operetki Zemsta nietoperza Johanna Straussa, ałe po niej zabrzmiał Koncert na saksofon altowy i orkiestrę dęt^} japońskiego kompozytora Toshio Mashimy pt. Birds składający się z trzech części: Jaskółka, Mewa i Feniks. Soło na saksofonie wykonał pewnie i pięknie Paweł Gusnar, świetny muzyk, nota bene prorektor UMFC w Warszawie. Niestety, w wielu momentach solista był zagłuszany przez orkiestrę. Jeszcze przed przerwą usłyszeliśmy Uwer- Muzyka z sieci i sal koncertowych 193 Mu^^cy Narodowej Orkiestry Dftejprzyjmują owatjf publicznos’ci, w środku dyrygent Mariusz Dziubek, fot. W Bielecki tur^ foiltsburskt}, zupełnie zapomniany utwór Krzysztofa Pendereckiego z 1967 r. napisany w duchu tamtych lat. Są to sonorystyczne zabawy z brzmieniem instrumentów dętych. W tamtych czasach były uznawane za awangardowe, dzisiaj po prostu brzmią ciekawie. Po przerwie orkiestra wykonała trzy hity. Najpierw zabrzmiała P/aneta Mars z siedmio-częściowej suity Gustava Hołsta pt. Planely, utwór o charakterze marszowym, bo przecież Mars to bóg wojny. Kolejnym prezentowanym dziełem była ciekawie przeinstrumentowa-na na orkiestrę dętą B/fkitna rapsodia George’a Gershwina. Jako solista wystąpił trębacz Sławomir Cichor, doktor sztuki muzycznej pracujący jako adiunkt w Akademii Muzycznej w Łodzi. Ciekawe było słyszeć, jak to na początku słynne glissando wykonuje nie klarnet, tylko właśnie trąbka. Na koniec muzycy zagrali Bo/ero Maurice’a Ravela, ów przesławny utwór - crescendo nabrzmiewające w czasie kwadransa. To było piękne wykonanie, przy którym okazało się, że orkiestra dęta potrafi zagrać cicho. Co tu dużo ukrywać, mam słabość do orkiestr dętych wywodzącą się z tego, że mój Ojciec w młodości, przed II wojną światową, służył w wojskowej orkiestrze dętej w Hrubieszowie. Grał wtedy na trąbie zwanej barytonem siedząc na białym koniu, jak cała orkiestra zresztą. Po wojnie Tata prowadził orkiestrę dętą przy Cukrowni w Nowym Stawie na Żuławach, gdzie mieszkaliśmy. Grał nie tylko na barytonie czy mniejszym alcie, ale na klarnecie, saksofonie, no i na skrzypcach. Wracając do koncertu na Ołowiance, trudno mi się zgodzić ze słowami zapowiadającej muzyków konferansjerki, że jest to jedyna w kraju dęta orkiestra symfoniczna wykonująca taki ambitny repertuar. Przed kilkoma laty słuchałem w Świętej Lipce na Mazurach Or- 194 Wacław Bielecki kiestry Reprezentacyjnej Wojska Polskiego. Wykonywała ona wtedy także rozmaite dzieła symfoniczne. Orkiestra z Lubina istnieje od niedawna i dopiero w tym roku wybrała się na pierwsze tournee po kilku większych polskich miastach. O KONKURSIE CHOPINOWSKIM SŁÓW KLIKA środa, 20 października 2021 r. Dzisiaj zakończył się XVIII Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Jak wiemy, konkurs miał się odbyć w ubiegłym roku, ale uniemożliwiła go pandemia. Impreza ta jest najlepiej relacjonowanym wydarzeniem muzycznym w Polsce, co zwalnia mnie od szczegółowych opisów, bo znaleźć można je z łatwością w licznych mediach. Przedstawię zatem tylko parę własnych refleksji. Kibicowanie całemu konkursowi przez prawie trzy tygodnie od rana do wieczora, to gigantyczne zadanie, możliwe tylko dla wybranych, bo jak podano na stronie internetowej konkursu, w ciągu 15 dni przesłuchań: Pianiści zaprezentowali łącznie niemal 2000 interpretacji kompozycji Fryderyka Chopina. Gdyby cały ten materiał miałby być wykonany podczas Jednego recitału — musiałby on trwać nieprzerwanie prawie 100 godzin. W tej sytuacji, śledząc przebieg zmagań młodych pianistów, skupiłem się na reprezentantach Polski. Wśród 87 było ich 16, jeśli zaliczyć do Polaków sympatycznego Wietnamczyka o nazwisku Vięt Trung Nguyen, studenta Akademii Muzycznej w Bydgoszczy w klasie przewodniczącej jury Katarzyny Popowej-Zydroń, świetnie mówiącego po polsku. Nasi rodacy po Chińczykach stanowili druga, najliczniejszą grupę. Niestety, już do II etapu nie przeszli pianiści z Gdańska, znany nam z koncertów w Waplewie Piotr Pawlak, biorący po raz drugi udział w konkursie oraz Aleksandra Świgut, doktorantka Akademii Muzycznej w Gdańsku. Pawlak grał nerwowo i niepewnie, a przy tym wybrał sobie niezbyt interesujący program, więc jego odpadnięcie było nieuchronne. Natomiast niezakwalifikowanie przez jury Aleksandry Świgut mocno skiytykowała na swoim blogu Dorota Szwarcaman. Twierdzi ona, że tę pianistkę odrzucono z powodu jej maniery właściwej dla stylistyki odtwórstwa na fortepianie historycznym. — Ta połska pianistka zdobyła II miejsce ex aeąuo na IMiędzynarodowym Konkursie Chopinowskim na Instrumentach Historycznych w 2018 r. Tutaj nie miała szans, choć JeJ gra nie była wydziwianiem, tyłko próbą - dła mnie ciekawą - przeniesienia tej styłistyki na współczesny instrument. Myśłę Jednak, że takie próby zapewne będą się nadał na estradach pojawiać. Odpadł też faworyzowany przez dziennikarzy Szymon Nehring, zdobywca I miejsca na konkursie im. Artura Rubinsteina w Teł Awiwie w 2017 r., oraz inni. Z innych Polaków szczególnie zabrakło mi Piotra Alexewicza, studenta z Wrocławia, ucznia prof. Pawła Zawadzkiego, który zagrał z młodzieńczą werwą wszystkie Prełudia pokazując świetną technikę, pamięć muzyczną i doskonale prezentował się na estradzie. Do finału, czyli do zagrania wybranego koncertu Chopina z orkiestrą, jurorzy dopuścili 12 pianistów, w tym dwóch Polaków: Kamila Pacholca i Jakuba Kuszlika. Muzyka z sieci i sal koncertowych 195 Wyniki konkursu poznaliśmy po godzinie drugiej w nocy w czwartek 21 października. Zwycięzcą został reprezentant Kanady Bruce (Xiaoyu) Liu. Tym razem mu się poszczęściło, bo cztery lata wcześniej, mając 19 lat zajął IV miejsce oraz uzyskał nagrodę publiczności na konkursie im. Artura Rubinsteina w Tel Awiwie. Wtedy zwyciężył tam nasz Szymon Nehring, który teraz nie dostał się do finału konkursu chopinowskiego. Reprezentujący Kanadę Bruce Liu urodził się we Francji w Paryżu. Oboje jego rodzice, Chińczycy z Pekinu, poznali się podczas studiów w Paryżu. Liu studiował pianistykę w Kandzie w Montrealu. Jego ostatnim nauczycielem, przygotowującym go do konkursu chopinowskiego był Wietnamczyk Dang Thai San, zwycięzca konkursu Chopinowskiego w 1980 r., obecny juror konkursu. Najlepszy z Polaków Jakub Kuszłik otrzymał IV nagrodę ex aequo z Japonką Aimi Ko-bayashi, która uczestniczyła w poprzednim konkursie w 2015 r. i wtedy doszła do finału. Nasz reprezentant odebrał też tradycyjną nagrodę Polskiego Radia za wykonanie mazurków. Werdykt jury został krytycznie przyjęty przez znawców planistyki chopinowskiej, nie mówiąc już o zwykłych melomanach, ale to temat na osobny artykuł. MAESTRO JERZY MAKSYMIUK I JEGO KONCERT NA DWA FLETY czwartek, 21 października 2021 r. W grupie około dwustu melomanów wysłuchałem koncertu z okazji jubileuszu 85-łecia urodzin znanego dyrygenta Jerzego Maksymiuka. Przed wejściem do byłego kościoła men-nonitów, obecnie użytkowanego przez Zielonoświątkowców, gdzie znajduje się siedziba Cappelli Gedanensis, zmierzono mi temperaturę, zdezynfekowano ręce i odebrano oświadczenie o stanie zdrowia z numerem telefonu. Od iavtj: Jfrzy Maksymiuk oraz państwo Kieiarowie — Hugo gra na tnfbce a rodzice na fletach, fl>t. W. Bielecki 196 Wacław Bielecki Dostojny maestro najpierw poprowadził po raz pierwszy w swojej karierze Cappellę Gedaniensis w utworach Karola Lipińskiego. Poloneza A-ćlur oraz Ronelo alla Polacca tego kompozytora zagrał na skrzypcach prześwietny skrzypek Konstanty Andrzej Kulka. Potem usłyszeliśmy główny utwór wieczoru, prawykonanie światowe Koncertu na dioajlety i orkiestrę skomponowanego przez samego Jerzego Maksymiuka. Jako fleciści wystąpili znakomici muzycy — Łukasz Długosz i jego małżonka Agata Kielar-Długosz. Dzieło to składa się z 5 części o długich, opisowych tytułach nawiązujących do muzyki francuskiej Claude Debussego: 1. Fanfary z Neapolu, 2. Sonata orkiestroioa — podróż pociifgiem z Krasnojarska do Berlina, 3. Adagio — pierwsze spotkanie zakochanych przy mu:^ce cykad na polach Prowansji, d. Intermezzo — mafy chłopiec grający na trąbce w parku Komwalii, 5. Konkluzja — powrót do domu. Jak opowiadał Jerzy Maksymiuk, czwarta część koncertu powstała dzisiaj o trzeciej nad ranem w hotelu. Została skomponowana specjalnie dla dziewięcioletniego synka państwa Długoszów - Hugona, grającego na trąbce. Chłopiec ten wykonał tę część przy wielkim aplauzie publiczności i pochwałach dyrygenta. Doszło nawet do niespotykanego bisu, bo w środku koncertu Hugo zagrał znany hit trębaczy — Ciszę Nino Rossy. Potem muzycy wrócili do koncertu i wykonali jego ostatnią część. Utwór został bardzo życzliwie przyjęty przez publiczność długimi oklaskami, a dyrektor Cap-pelli Gedanensis wręczył sędziwemu dyrygentowi pamiątkową plakietkę zespołu. Sam koncert był bardzo przyjemny, ale dało się zauważyć i odczuć — co tu ukrywać — nadmierne gadulstwo dyrygenta, przerywającego co chwila muzykę swoimi uwagami. Bardzo to utrudniło całościową percepcję dzieła. Niebawem, w listopadzie br. ma się odbyć w Bydgoszczy uroczystość nadanie honorowego doktoram Jerzemu Maksymiukowi przez tamtejszą Akademię Muzyczną. PRAPREMIERA WSPÓŁCZESNEGO KONCERTU NA KLARNET sobota, 30 października 2021 r. Alinea to tytuł koncertu na klarnet z orkiestrą skomponowanego przez Hannę Kulenty. Prawykonanie tej kompozycji odbyło się w studio koncertowym Polskiego Radia w Warszawie. Grała Polska Orkiestra Sinfonia Iuventus im. Jerzego Semkowa pod dyrekcją Geo-rge’a Tchitchinadze. Słowo o muzyce i wykonawcach powiedział Marek Wroniszewski. Zanim zagrano główny utwór wieczoru, orkiestra na rozgrzewkę wykonała krótką, XXXII Symfonię G-dur Mozarta. Następnie po powiększeniu składu zespołu o instrumenty perkusyjne zabrzmiała Alinea. Jest to trwający trochę więcej niż kwadrans, jednoczęściowy utwór w formie koncertu na klarnet i orkiestrę z bardzo rozbudowaną partią fortepianu. W związku z tym, moim zdaniem, powinien się nazywać: koncert na klarnet i fortepian z orkiestrą. Solistą był grający na dwóch odmianach tego instrumentu — klarnecie B i altowym basethornie - Roman Widaszek oraz żywiołowa pianistka Magdalena Duś, oboje ubrani w stroje w odcieniach bieli. Chociaż utwór zapowiadano jako jednoczęściowy, to z łatwością można zauważyć w nim dwie części. Pierwsza zaczyna się bardzo żywo, głośno i jest napisana w tanecznym rytmie. Muzyka z sieci i sal koncertowych 197 CO podkreślają liczne instrumenty perkusje i dęte, np., ksylofon, bębny, puzony. Po około dziesięciu minutach następują zwolnienie, wyciszenie i powolna, liryczna część utworu, w której partii klarnetu i fortepianu towarzyszą wybijające się w akompaniamencie orkiestry dzwonki. I w tym nastroju kończy się utwór. Tytuł utworu Alinea, bierze się od łacińskiego wyrażenia „a linea”, pisanego oddzielnie, oznaczającego rozpoczęcie nowego ustępu tekstu od nowego wiersza: „od nowej linii”, „od nowego wiersza”. Chyba to jest aluzja do obu, skontrastowanych części koncertu. Sama kompozycja utrzymana jest w zasadzie w systemie dur-moll. Prapremierowe wykonanie koncertu poprowadził gruziński dyrygent George Tchitchinadze, obecnie szef muzyczny Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku. Soliści spisali się znakomicie, a samego utworu, chociaż zapowiadanego jako „współczesny” słuchało mi się bardzo przyjemnie. Podobnie odebrała go publiczność, nagradzając wykonawców i obecną na sali kompozytorkę długimi brawami. I na tym utworze skończyła się transmisja internetowa. Druga część koncertu z utworem Jeana Sibeliusa Peleas i Meltsaneia była niedostępna dla melomanów słuchających przy ekranach komputerów. Szkoda. 120 LAT FILHARMONII NARODOWEJ piątek, 5 listopada 2021 r. Wieczorem słuchałem na streamingu koncertu z okazji 120 rocznicy powstania Filharmonii Narodowej w Warszawie. Działalność tej instytucji rozpoczęła się w 5 listopada 1901 roku od koncertu pod batutą Emila Młynarskiego z Ignacym Janem Paderewskim przy fortepianie jako solistą. Zdumiewające jest to, że wielki gmach filharmonii przy ulicy Jasnej postawiono zaledwie w półtora roku. Był on znacznie większy, niż dzisiejszy po odbudowaniu po wojnie, bo mieścił 2 tysiące słuchaczy. Dzisiaj sala Filharmonii Narodowej ma o połowę mniej miejsc, a sam gmach jest skromniejszy, bo nie zrekonstruowano licznych przedwojennych rzeźb. Ciekawa była przedwojenna szatnia, zaprojektowana na wzór sali kolumnowej z Zamku Krzyżackiego w Malborku. Obecny szef filharmonii Andrzej Boreyko w przepięknym pięknym geście zaprosił do wykonania koncertu dwóch swoich poprzedników, a oni wybrali utwory do wykonania w czasie jubileuszu. Antoni Wit dyrygował Koncerfem na orkiestrę z 1954 r. Witolda Lutosławskiego, a Jacek Kaspszyk poprowadził III Symfonię — Pies'ń o nocy z 1916 r. Karola Szymanowskiego z chórem i solistą - tenorem Rafałem Bartmińskim. Po przerwie Andrzej Boreyko dyrygował chórem Filharmonii Narodowej przygotowanym przez Bartosza Michałowskiego. Chórzyści wykonali a cappella Agnus Dei z Polskiego Requiem Krzysztofa Pendereckiego. Wszyscy melomani i krytycy najbardziej czekali na ostatni utwór, zamówiony specjalnie na tę uroczystość u znanego kompozytora muzyki filmowej Jana A. P. Kaczmarka. Zaprezentował on Kantatę o szczęściu na chór i orkiestrę. Okazało się, że jest to utwór z testem Dezyderaty, poezji pochodzącej z 1927 roku pióra amerykańskiego prawnika i ekonomisty, pisarza i poety Maxa Ehrmanna (1872-1945). Tytuł wiersza wywodzi się z łaciny i oznacza 198 Wacław Bielecki „rzeczy, które są szczególnie pożądane”. Zaczyna się on słowami: — Przechodź spokojnie przez haias i pośpiech, i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy — i kończy wezwaniem: -Bądź pogodny. Dąż do szczęścia. — Kantata o szczęściu składa się z trzech części o tytułach: Czas, Czysta rzeka. Odlot bocianów. Cały utwór napisany jest w konwencji muzyki filmowej, typowej dla dzieł Jana A. P. Kaczmarka, którego kojarzymy z nagrodą Oskara za muzykę do filmu Marzyciel lo reżyserii Marca Forstera z 2005 r. Niektórzy pamiętają zapewne jego Kantatę o wolności, której prawykonanie odbyło się w czasie obchodów 25 rocznicy Solidarności w Gdańsku. Kompozytor jest autorem muzyki do ponad 70 filmów długometrażowych i dokumentalnych oraz polskich i amerykańskich spektakli teatralnych. Kantata o szczęściu została przyjęta długą owacją przez warszawskich melomanów. Mnie najbardziej spodobała się spokojna, melodyjna część druga. W zewnętrznych częściach pojawiają się marszowe rytmy, a w końcowej - sekwencje przypominające muzykę do westernów. Niektórzy odbiorcy słuchający koncertu przez internet zżymali się na dobór kompozytorów. Jeden z nich napisał na czacie: A.P Kaczmarek po Szymanowskim, Lutosławskim i Pendereckim? Jestem entuzjastą orkiestry Filharmonii Narodowej, ale to zestawienie jest najzwyczajniej żenujące! Na. to natychmiast odpowiedział mu inny internauta: Muzyka jest jedna, a zestawienie interesujące. Mnie nasunęły się jednak pytania. Dlaczego na taką uroczystość wybrano głównie utwory niezmiernie poważne lub dramatyczne w nastroju, a nie bardziej pogodne czy nawet radosne? Dlaczego do skomponowania utworu nie zaproszono któregoś z tworzących w kraju kompozytorów czy kompozytorek? Mamy wszakże w Polsce liczną grupę znakomitych twórców muzyki cieszących się międzynarodową sławą, a poza tym mamy także świetnych poetów, których wiersze byłby wielką ozdobą tego jubileuszu. Dodać trzeba, że sala wypełniona była po brzegi, i na parterze, i na balkonach. Publiczność siedziała bez odstępów między fotelami, ale wszyscy w maskach, natomiast orkiestra i dyrygenci wystąpili bez nich. Na skraju estrady znalazł się wielki pas kwiatów jak w sali Musikverein w Wiedniu podczas koncertów noworocznych. Wyglądało to pięknie. WALKA Z KORONAWIRUSEM W FILHARMONII NARODOWEJ sobota, 6 listopada 2021 r. Ale w Filharmonii jest nie tylko pięknie. Niedawno dyrekcja ogłosiła, że na COVID zachorowało siedmioro muzyków i odwołuje dwa koncerty. W związku z tym wprowadzono obowiązek wykonania testu na obecność SARS-CoV-2 przez artystów przed rozpoczęciem zajęć, podczas których z przyczyn repertuarowych nie można zachować bezpiecznego dystansu 1,5 m. Zgodnie z uytycznymi sanitarnymi — pisze dyrektor w opublikowanym oświadczeniu — prsyjmujemy, że osoby posiadające pełne szczepienie oraz ozdrowieńcy są z tego obowiązku zwołnieni. Osoby, które nie chcą przekazać injormatyi na temat szczepienia, lub przekazały, że nie są szczepione, lub mają wątpliwość o stanie swojego zdrowia — kierowane są na testy przed rozpoczęciem zajęć. Koszt wykonania testów pokrywa Filharmonia. LJmożliwie- Muzyka z sieci i sal koncertowych 199 nie zatem artystom Filharmonii utykonania testów na obeenole wirusa SAFS-CoV-2 nie stanowi przejaum nierównego traktowania, wręcz przeciwnie — zapewnia wszystkim pracownikom równe i bezpieczne warunki pracy. Grupa osób, która nie chce poddać się testom ani przekazać informac/i na temat szczepień, kierowana Jest na przestoje lub obsadzana w koncertach, w których istnieje możliwość' zachowania dystansu 1,5 m. 2Larządzenie to wywołało wielki ferment wśród muzyków — podzielających lub konstatujących stanowisko dyrektora. Oto kilka wybranych i skróconych komentarzy znajdujących się pod tym oświadczeniem. Podaję je z pominięciem nazwisk piszących. - Antyszczepionkowcy niech układaj^} nuty w bibliotece. Stwarzają zagrożenie. - Zamiast wszyscy solidarnie odmówić pracy, zgłosić bezpraume nękanie pracowników do stosownych organów, icybrani „wyszczepieni” muzycy cieszą się (!), bo mogą uys^pić. Świadomi, że ich równie znakomici koledzy po fachu są bezprawnie odsunięci odpracy oni napawają się sztuką. - Brawo, popieram działanie dyrekcji FN, najważniejsze Jest, żeby koncerty znowu się odbywały, Jeżeli to tylko możliwe, w pełnym składzie zespołów i przy pełnej widowni, po to w końcu filharmonia Jest. Zaszczepienie się, albo. Jeżeli ktoś' nie może lub nie chce, regularne testy nie uydają mi się uygórowanym warunkiem, żeby życie muzyczne Jak najszybciej wróciło na normalne tory. - Czysta dyskryminacja i segregacja sanitarna. Udział w eksperymencie medycznym Jest DOBROWOLNY, a stan zdrowia Jest informacją osobistą i pracodawcy nic do tego. Trzymam kciuki za wszystkich artystów aby się nie poddałi, bo prawo stoi po ich stronie. - W pełni popieram działania dyrekcji. Byłam wczoraj, s'rodki dezynfekcyjne udostępnione, mierzono temperaturę przy wejściu i sprawdzano zas'wiadczenia o szczepieniu. Bardzo mądre zarządzenia. - Nie Jesteście placówką medyczną i nie macie prawa żądać od osób infarmacji o fakcie zaszczepienia lub nie, tak samo nie macie prawa do kierowania na testy. Dopuszczacie się przestępstw z kodeksu karnego i łamiecie ustawę RODO. Wtm nie wolno robić tego co robicie, za to Jest prokurator. - Nawet tutaj ma miejsce kolejna obrzydliwa, zmasowana akcja bandy antyszczepionkowej biadolącej o prawie, nauce, segregacji, czyli o tym wsystkim, o czym nie mają najmniejszego nawet pojęcia. Antyszczepionkowcy wezwali na pomoc posła Konfederacji Grzegorza Brauna, który dotarł w towarzystwie swojego asystenta i kamerzysty rejestrującego wizytę. „Gazeta Wyborcza” opisała, jak poseł zabiera z holu Filharmonii Narodowej stojak z napisem „Okaz certyfikat covidowy”. Napis ten przypomina słuchaczom, by podobnie jak we Francji czy Włoszech przed wejściem na koncert okazali bileterom elektroniczny certyfikat covłdowy. Braun staje przed kamerą i mówi: „Filharmonia Narodowa bezprawnie i perfidnie występuje w charakterze lidera segregacji sanitarnej. To nielegalne. Ten rekwizyt jest aktem przestępstwa, należy go zniszczyć” — po czym rozbija stojak o chodnik. Takie oto rzeczy dzieją się obecnie w pierwszej w Polsce instytucji muzycznej, a mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje... 200 Wacław Bielecki ORGANY SOLO I KAMERALNIE W ŁODZI 4, 9, 11 listopada 2021 r. Afaria i Roman Peruccy, Jot. Internet Na YT wysłuchałem trzech, czyli wszystkich koncertów z festiwalu Organy solo i kameralnie odbywającego się w neogotyckim budynku archikatedry łódzkiej pod wezwaniem św. Stanisława Kostki. Znajdujące się tam organy główne mają 4 manuały z czarnymi klawiszami i 58 głosów. Na chórze bocznym przy prezbiterium znajdują się drugie, 10-głoso-we organy. Instrument został postawiony w 1978 r. na miejscu organów Dominika Biernackiego, które uległy zniszczeniu w pożarze katedry w 1971 r. Budowy nowych organów podjęła się firma Eisenbarth z Passau w Niemczech, a fundatorami instrumentu były episkopaty Niemiec i Austrii. Wykonawcami pierwszego z zaplanowanych trzech koncertów w czwartek 4 listopada byli: Bogdan Narloch, organista ze Szczecina i Roman Gryń trębacz z Bydgoszczy. Prezentowane przez nich utwory były bardzo zróżnicowane i krótkie, dlatego łatwe i przyjemne w słuchaniu. Słuchacze mogli usłyszeć utwory kompozytorów angielskich z okresu baroku, a także J.S, Bacha, tudzież krótkie hity na trąbką z towarzyszeniem organów, np. Eliurlf E-dur op. 10 nr 3 Chopina (znaną z podtytułu Żal), AveMaria Wawiłowa (przypisywaną Cacciniemu), Toccaty Christophera Pardiniego na temat y4w^/«^ Grace (Cucloutna Boża laska), pieśni religijnej, która stała się jednym z najpopularniejszych hymnów patriotycznych w Stanach Zjednoczonych. Mnie kojarzy się ona ze śpiewem Joan Baez z towarzyszeniem gitary. Na zakończenie muzycy wykonali dwa utwory współczesne. Najpierw był to For My Godfather na flugelhorn i organy Marka Czerniewicza dedykowany wykonawcom. Flu-gelhorn to odmiana trąbki, nieco większej i grającej w trochę niższym, ciemnym rejestrze. Wieczorny koncert zakończyły wariacje na temat znanej pieśni kościelnej Christus Yincit (Chrystus Królem) skomponowane przez Denisa Bedarda z Kanady. Muzyka z sieci i sal koncertowych 201 Nietrudno było zauważyć, iż wykonawcy starali się wykorzystać wielką przestrzeń katedry przez różne usytuowanie trębacza: na początku grał on od ołtarza, potem z ambony, a na koniec z chóru. Koncertu słuchało nie więcej niż stu miłośników muzyki organowej. W czasie II koncertu festiwalowego we wtorek, 9 listopada grał Filip Presseusen, młody wirtuoz z Krakowa, zdobywca wielu nagród na konkursach improwizacji organowej. Dzisiaj muzyk dał oprawę muzyczną do wyświetlanego w katedrze 44-minutowego niemego filmu pt. Zycie i męka Jezusa Chrystusa z 1903 r. w reżyserii Ferdinanda Zecca i Luciena Nongueta. Autorzy filmu ukazują życie Jezusa od momentu Ziaiasfoiaania do Wmeboiusfif-/fienia. Jak opowiadał konferansjer, film ten był pokazywany w kinach parafialnych aż do łat 50. XX w. i odniósł duży sukces kasowy. W 1995 roku znalazł się na watykańskiej liście 45 znaczących filmów o tematyce religijnej, będąc przy tym najstarszym obrazem na niej. Odbiór filmu przez internautów podczas koncertu odbywał się w ten sposób, że w prawym dolnym rogu ekranu komputera mogli oni oglądać film, a na reszcie ekranu obserwować grającego na żywo organistę. Artysta też miał przed sobą mały komputer umożliwiający śledzenie akcji filmu, a równocześnie podkładał improwizację, różnicując muzykę odpowiednio do tego, co działo się na ekranie. Robił to bardzo zmyślnie, wykorzystując najróżniejsze możliwości dużych organów. Na III, finałowym koncercie w czwartek 11 listopada wystąpił duet małżonków z Gdańska -Maria Perucka grająca na skrzypcach i Roman Perucki, organista. O organiście wiemy, że jest profesorem Akademii Muzycznej w Gdańsku oraz dyrektorem Polskiej Filharmonii Bałtyckiej, którą wymyślił i wybudował od podstaw w miejscu starej elektrowni na Oło-wiance nad Motławą. Jemu też zawdzięczamy zwodzoną kładkę nad tą rzeką. Natomiast Marła Perucka przez wiele lat była koncertmistrzem Zespołu Muzyki Dawnej „Cappella Gedanensis”, a obecnie prowadzi klasę skrzypiec w Szkole Muzycznej II stopnia w Gdyni. Ponieważ w dniu koncertu obchodziliśmy Dzień Niepodległości w jego programie była tylko muzyka kompozytorów polskich: Ignacego Paderewskiego — Melodia, Mieczysława Surzyńskiego — Wariacje na temat: Kto się to opiekę, Tadeusza Paciorkiewicza — Andante na skrzypce i organy, Juliusza Łucłuka - Preludia Maryjne, Zbigniewa Kruczka - Preludium fi^S^ ^^ tf^S^tiy solo oraz Suita to stylu francuskim na skrzypce i organy. Ten ostatni utwór został napisany przez nieznanego bliżej polskiego organistę mieszkającego na stałe w Belgii z dedykacją dla dzisiejszych wykonawców. Cały program ułożony został chronologicznie - od dawniejszych utworów po współczesne. Mnie szczególnie spodobały się Preludia Maryjne Juliusza Łuciuka, ucznia słynnej Nadii Boulanger w Paryżu, kompozytora zmarłego w ubiegłym roku. Ich tematem była stara pieśń pochodząca z Jasnej Góry. W kilku wariacjach organista zaprezentował ciekawe głosy w bardzo zróżnicowanych formach oraz potęgę brzmienia instrumentu. Publiczność, która licznie wypełniła ławy katedry, podziękowała wykonawcom długimi oklaskami i wiązankami kwiatów. 202 Piotr Podlewski Piotr Podlewski OPOWIEŚĆ BYZANTINE MOSAIC SUITĘ Płyta „Opowieść - Byzantine Mosaic Suitę” to muzyka ilustrująca historię z VII wieku p.n.e., znaną z przekazów historyków bizantyjskich Malalasa i Hezychiusza z Miletu. Niezwykle ciężko jest pisać o muzyce, podobnie jak opowiadać o niej. Przytoczę tutaj słowa nieżyjącego już Franka Zappy, który podczas wywiadu stwierdził, że „mówić o muzyce to jak tańczyć o architekturze”. Łatwiej jest napisać recenzję albumu muzycznego, relację z koncertu, ale ubranie w słowa wszystkich emocji towarzyszących podczas tworzenia, opisanie inspiracji i momentów, które pchnęły kompozycje na właściwe tory, zawsze będzie tylko namiastką tego, co działo się w głowie i duszy w tak zwanym międzyczasie. X-Projekt założyłem w 2015 roku jako zespół wokalno-instrumentalny. Śladem po tym etapie jest dostępny na platformie You Tubę teledysk do piosenki „Muzycy” zrealizowany w Trójmieście, gdzie chwilowo mieszkałem. W kolejnym roku wznowił działalność zespół Abodus, więc na nowo mieszkając już w Sztumie zaangażowałem się w aranżowanie nowych utworów, które z czasem przerodziły się w płytę „Labirynt” wydaną w 2017 roku przez Pronet Musie. Płyta zebrała dobre recenzje, nakręciliśmy dwa teledyski, a zespół ruszył z koncertami. Wcześniej, w 2016 roku ,nagrałem kilka utworów akustycznych, które trafiły do Internetu. Do utworu „Raices--Flamenco Industrial” zrealizowałem klip z tancerkami z Gdańskiej Szkoły Flamenco An-dalu na dachach stoczni w Gdańsku. Firmował to wszystko znowu szyld X-Projekt. Nie mając większych planów na lato 2018, żeby znaleźć sobie zajęcie na czas wakacji, postanowiłem wiosną: nagrać płytę ze swoimi pomysłami, zrealizować klip z Teatrem 3/5 oraz zagrać pod koniec sierpnia koncert w sztumskiej „Szwalni” z materiałem, który nazwałem „Flamenco Industrial”. Temat po prostu spodobał mi się i chciałem go rozwinąć. Przy nagraniu płyty pomagał mi klawiszowiec Adam Meryk, który zajął się też miksowaniem materiału. W sierpniu ruszyły prace nad teledyskiem do utworu „Lezna”. Na scenerię wybrałem pola wokół wsi Igły z ruinami kaplicy stojącymi na wzgórzu. Aktorzy z Teatru 3/5 świetnie uzupełnili miejsce i muzykę swoimi rolami. Wszyscy w sumie, łącznie z realizatorem Marcinem Kurkusem, dużo improwizowaliśmy na miejscu, ale efekt zadowolił nas wszystkich. Po udanym koncercie w „Szwalni”, na którym wystąpił nowy członek projektu, perkusista Arkadiusz Kozakiewicz, na wywiad do Radia Gdańsk zaprosił nas Kamil Wicik, proponując nam jednocześnie zagranie koncertu na antenie radia w Studiu Koncertowym im. Janusza Hajduna w lipcu 2019 r. Miałem już zamykać projekt, ale takich ofert się nie odrzuca, więc zabukowałem kilka koncertów po to, żeby zgrać zespół na żywo i przygotować się do koncertu na antenie. Zagraliśmy m.in. w Teatrze BOTO w Sopocie, Oliwskim Ratuszu Kultury, Blues Clubie w Gdyni. Opowieść — Byzantine Mosaic Suitę 203 W lipcu 2019 r. odbył się koncert na antenie Radia Gdańsk, przy komplecie publiczności w studiu. Występ został zarejestrowany i trafił na wydaną w listopadzie płytę koncertową pt. „Na żywo z Radia Gdańsk”. Premiera płyty odbyła się w salach zamku w Kwidzynie i w Kino-Teatrze w Sztumie. Na rok 2020 planowałem kolejne koncerty, ale na świat runął Covid -19 i wszystko się zmieniło. Poza prowadzeniem lekcji online nastąpiła wegetacja w czterech ścianach. Zacząłem w tym czasie dużo grać na gitarze klasycznej ze zmienionym strojem na wzór instrumentów orientalnych. Powstawały zalążki nowych utworów, w większości pojedyncze tematy, jednak miałem problemy z zamianą ich w całe kompozycje. Wtedy zrodził sie pomysł połączenia ich w jedną opowieść w formie 20-minutowego utworu. Nowe wyzwanie. Historia bizantyjska pojawiła się wraz z czytaniem artykułów historycznych dostępnych w sieci. Trafiłem tam na świetną historię z VII wieku p.n.e. na tyle jeszcze mityczną, że można było ją interpretować na różne sposoby. Oto ona: Król Byzas będący synem Posejdona i nlm^ Keroessy stanął na czele gruj>y kolonistów z Me-gary szukających nowego miejsca do osiedlenia się. Podróżnicy przed wyruszeniem w drogę zasięgnęli rady Pytii i otrzymali wyrocznię: „Szukajcie siedzib naprzeciw kraju s'lepców, czyli 204 Piotr Podlewski Chalcedończyków, którzy ivyruszyu>szy prę^izę/ uybrali gorsze miejsce na osiedlenie się, leżifce po leioej stronie cieśniny Bbosjor”. Według pism Malalasa i Hezychiusza z Miletu, Byzas zakładając miasto Byzantion znalazł nie tyłko miejsce do życia, ale także miłos'ć. Kobieta, którą pos'lubił, miała na imię Fidalia. według źródeł antycznych była ona córką miejscowego wodza Barbyriosa. Fidałia sprytem i przy pomocy posłusznych jej węży odparła atak króla Scytów Odrysesa, kiedy ten uderzył na Byzantion pod nieobecność Byzasa. Następnie dopisałem ciąg dalszy: W kolejnych wiekach, a zwłaszcza od czasów, gdy cesarz Komtantyn uczynił to miejsce stolicą swojego państwa, Byzantion staje się potęgą na styku dwóch kontynentów, co sprzyja handlowi i żegludze, tworząc tygiel kulturowy, w którym wschód przenika się z zachodem. Nocą wszystko zamiera, słychać tylko wody Bosfiru, przenikające pomiędzy tym, co zapisane o dawnych dziejach, a terażniejszosćią. Latem 2020 roku zagraliśmy przełożone koncerty, w tym jeden szczególny na zamku w Olsztynie, wspólnym spektaklu muzyki i tańca, kończąc tym samym rozdział „Flamenco Industrial”. W listopadzie 2020 r. złożyliśmy wniosek o stypendium dla twórców kultury do Marszałka Województwa Pomorskiego. Opisaliśmy w nim pomysł na album muzyczny i potencjalny yideoklip. W styczniu 2021 r. ukazał się wykaz stypendystów, na którym znalazł się też X-Projekt. Podczas luzowania obostrzeń sanitarnych, mając już zabezpieczenie finansowe w postaci stypendium, zacząłem robić pierwsze próby z Adamem Merykiem, który z entuzjazmem podszedł do pomysłu. Zaczęliśmy nagrania w studio zaaranżowanym w dużym pokoju w moim mieszkaniu. Dzisiejsza technika i dostęp do nowości technologicznych sprawia, że z dobrym człowiekiem, znającym się na produkcji, można nagrywać wszędzie. Postawiliśmy tym razem na wstawki elektroniczne w połączeniu z brzmieniem gitary klasycznej i elektrycznej. Od X-Projektpodczas koncertu (fift. archiwum) wczesnej wiosny 2021 roku w miarę regularnie, w każdy piątek, pracowaliśmy nad Byzantine Mosaic Suitę. Zaczęły kiełkować pierwsze utwory.- Atak Scytów, Córka Barl^riosa, Byzantion, W)dy Bosjoru, Fidalia. To był bardzo twórczy okres. Mieliśmy czas, więc szukaliśmy odpowiednich brzmień, nagrywając kilka różnych wariantów danego utworu. Utwory otwierające płytę, czyli Byzas i Kraj Ślepców powstały na samym końcu, uzupełniając całą historię opisaną na płycie. Opowieść - Byzantine Mosaic Suitę 205 W międzyczasie zaczęliśmy prace nad klipem. Na realizację i produkcję teledysku zgodził się Jarosław Pacanek, dawny mieszkaniec Sztumu, lider kultowego w Polsce zespołu raeggae Etna Kontrabandę, który zawodowo zajmuje się produkcją teledysków w swoim studiu Boca Negra. W sierpniu pojechaliśmy na plan, gdzie Jarek nagrał sekwencję z udziałem samych muzyków. Następnie wróciliśmy do pracy nad ostatnimi miksami nowych utworów, a Jarek pracował nad kolejnymi zdjęciami do teledysku do utworu Fidalia. Na sam koniec swoje partie perkusyjne dograł Arek Kozakiewicz, a ja dopracowałem grafikę na płytę i wysłałem materiał do Łodzi, do firmy zajmująca się produkcją audio-video. Ostatni etap to mastering nowych nagrań, którym przed wysłaniem materiału zajął się Adam. 7 listopada tego roku ukazał się piękny, a jednocześnie tajemniczy teledysk do Fidalii, świetnie współgrający z muzyką na płycie. Oceńcie go sami. Znajduje się, jak pozostałe klipy, na You Tubę. Następnie pojawiła się płyta w formie CD, dostępna również na Spotify, Amazon, ITunes. Dla mnie jako dla historyka i gitarzysty jest to pierwsze, pełne połącznie dwóch moich pasji, które zawsze szły oddzielnie. Ps. Muzyka z nowej płyty X-Projekt „Opowieść — Byzantine Mosaic Suitę” zabrzmi w ramówce amerykańskiego Radia. Klip do Fiiiaiit pojawił się na stronach związanych z Muzyką Świata i tą drogą otrzymaliśmy propozycję od Radia ElectraLand oraz firmy związanej z jego produkcją szukającej artystów do swojego projektu „New World Show”. Po wymianie maili nawiązaliśmy współpracę. W grudniu 2021 roku zostanie wyemitowany na Florydzie program z muzyką X-Projekt, a poszczególne utwory będą pojawiały się w muzycznej playliście radia. Z tancerkami flamenco na planie teledysku 20 J 6 r. (fot. archiwum) Galeria Prowincji Leszek Sarnowski „DZIENNIK ŻUŁAWSKI" RITY STASZULONOK To nie przypadek, że białoruska malarka Rita Staszulonok trafiła ze swoimi plastycznymi pracami do Żuławskiego Parku Historycznego w Nowym Dworze Gdańskim. To przecież najlepsze miejsce na prezentację żuławskich fascynacji. Bo to właśnie z fascynacji wzięły się żuławskie klimaty w twórczości białoruskiej artystki. Rita Staszulonok jest absolwentką Białoruskiej Państwowej Akademii Sztuk Pięknych. Od 2010 mieszka w Polsce, w pobliżu Gdańska, i tu zapuszcza swoje artystyczne korzenie. Jest członkinią Związku Polskich Artystów Plastyków, laureatką Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Gaudę Polonia, Instituto Sacatar w Brazylii, Stypendium Kulturalnego Miasta Gdańska, Stypendium Artystycznego Marszałka Województwa Pomorskiego, Stypendium Twórczego Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu. — Żuławy to osobny temat w mojej twórczości. Odkryła je dla mnie przyjaciółka Maja Pietrasik, która zauważyła, że jest w moich obrazach dużo żuławskich motywów (domy podcieniowe, zegary, tulipany, wiatraki, przyroda). Co ciekawe, niektóre z nich były namalowane, gdy jeszcze mieszkałam w innych miejscach. Tak, zainteresowałam się tą tajemniczą krainą i niezmiernie się cieszę, że teraz mam inspiracje w zasięgu ręki. Dlatego czujf się barćizo szczęśliwa, że mogłam pokazać moje pracy w Żuławskim Parku Historycznym — wyznaje Rita Staszulonok. Artystka pracuje w różnych technikach, choć ulubioną jest tempera na desce, tempera jajeczna. — Małarstwo jest dła mnie formą cliałogu ze światem-pisze na swojej autorskiej stronie. Uwiełbiam tworzyć własną, równołegłą rzeczywistość liryzmu i piękna. W swojej pracy staram się przetworzyć inspiracje o odmiennym pochodzeniu i stylach w coś wykwintnego, a jednocześnie na tyle uniwersalnego, aby widz mógł się z nim zetknąć. Staram się łączyć umiejętności i autentyczne rzemiosło z eksperymentowaniem i świeżą wizją artystyczną. W reałizacji swoich cełów opieram się na dwóch fiłarach — tradycji i innowacyjności. Uwiełbiam częste kontrasty naiwności z powagą i staram się znałeżć międy nimi równowagę. W swojej sztuce staram się wypełnić łukę między teraźniejszością a przeszłością. Często słyszy się od osób, które przemykają „siódemką” przez Żuławy, że zbyt tu płasko, jednostajnie, nudno i nie ma czego tu szukać. W redakcji naszego kwartalnika (i nie tylko) wiemy, że to nieprawda i co kwartał staramy się to udowadniać. Odkrywanie Żuław to nasza misja. Tym cenniejsze, że artyści z zewnątrz szukają i znajdują na Żuławach swoje inspiracje. Białoruska artystka właśnie tu odnalazła kawałek artystycznej materii, która przetworzona przez Jej wyobraźnię, stworzyła nowy magiczny świat, z domami podcieniowymi i wiatrakami w tle. Czego ci matka nie powie... Paulina Hoppe-Gołębiewska Na jesieni zaczyna się życie czyli spowiedź rodzica Sztumem okraszona Sztum, jaki jest, każdy mieszkaniec widzi. Przedstawiać nie trzeba. Wiosną kwitną obficie magnolie przy starym czerwonym budynku Poczty Polskiej. Latem całe miasto i okoliczne wsie smażą się na plaży miejskiej. A j es ienią? Jesienią w czterech ścianach dzieją się rodzinne cuda, których nie zobaczysz. Masz niewielką szansę usłyszeć. Tylko, jeśli znajdziesz chętnego rodzica, który się przyzna... NAJTRUDNIEJSZY PIERWSZY KROK Znacie ten kadr z popularnego filmu animowanego, gdy pewien podekscytowany osioł skakał wysoko na czterech kopytkach w tłumie i entuzjastycznie krzyczał: „Ja wiem! Ja wiem! Wybierz mnie!” Założę się, że nie musicie nawet zamykać oczu, by zobaczyć tę scenę, a w głowie odzywa Wam się Pan Jerzy Stuhr, który fenomenalnie użyczył zwierzątku głosu. No. To cieszę się, że wiecie o co chodzi. Tak właśnie się czułam szukając pracy na lokalnym rynku. Gdy tylko pojawiały się ogłoszenia, na które mogłam odpowiedzieć, oczyma wyobraźni widziałam jak moje CV ginie w stercie podobnych kandydatów. Natomiast gdy już dostawałam zaproszenie na rozmowę, moje rozczarowanie sięgało zenitu. Dwa lata stałam w tłumie, jak filmowy osioł, szczerząc zęby na rozmowach i krzycząc w środku „Wybierz mnie! Ja wiem! Do cholery!” Z efektem nawet nie miernym. Początkowy zapał szybko gasiły kolejne rozmowy z nieprzygotowanymi rekruterami, banalnie oklepane pytania oraz ta sama pewność po skończonej rozmowie, że już nikt nie zadzwoni. Osioiuanieposzukuj^}ce opanowałam do perfekcji. Nauczyłam się wybijać wysoko z krótkich nóżek („Nadgodziny? Żaden problem, choćby już!”), suszyć zęby tak, że dziąsła pękały („Oczywiście, że najniższa krajowa na następne dwie dekady! Dziękuję!”) i zamiatać oślimi uszkami tak, jak tego chciałby potencjalny pracodawca („Tak, tak dwa etaty będą super!”). Aż w końcu osiągnęłam to, czego poszukiwałam od dawna - nowy poziom osiowania: osiowanie świeżaka. Zupełnie nieprzekonana wysłałam dokumenty na stanowisko asystenta do spraw marketingu. Do dziś nie wiem czemu, bo marketing zupełnie mnie nie pociąga, a, co więcej, nie potrafiłam zobaczyć siebie w tej roli. Być może wysłałam dokumenty dlatego, że firma, której dotyczyła rekrutacja, regularnie pojawiała mi się w przeglądarce? W każ- Na jesieni zaczyna się życie 209 dym razie byłam bardzo zdziwiona, gdy na drugi już dzień zostałam zaproszona na rozmowę. Następny poziom zdziwienia osiągnęłam, gdy rozmowa odbyła się w milej atmosferze, zupełnie odbiegającej od powszechnie oklepanych schematów, a pole do działania rozciąga się hen hen daleko poza horyzont. NO I PASJA Podskórnie czułam od pierwszych minut, że osiowanie poszukuj^fce się nie sprawdzi, bo rozmawiam z pasjonatkami tematu bieliżnianego. Z każdą chwilą ogarniało mnie mrowienie skóry, bo choć czułam, że stanowisko jest wymagające, to bardzo chciałabym spróbować. Być częścią machiny, która nie tylko sprowadza na rynek Polski wysokiej jakości biustonosze, ale zajmuje się kobiecą edukacją. Praca, która nie tylko może być pracą, może też być misją. Czy może być lepsze połączenie? Należę do osób, które potrzebują czegoś' lotfcej w zwykłych działaniach, które chcą dostrzegać głębszy sens w wykonywanych pracach. Muszę przyznać, że na „wyrok” czekałam z niecierpliwością, w myślach poganiając wskazówki zegara. Od chwili, gdy porzuciłam osiowanie na rzecz szczerości, czekałam na werdykt. Efekt oczekiwania jest taki, że już prawie miesiąc jeżdżę do pracy i osiągnęłam poziom osiowania Świeżaka. Poziom ten polega na tym, że popełniasz dwa rodzaje błędów: wynikające z braku profesjonalnej wiedzy lub błędy oczywiste (przegapienie szczegółów, niedopatrzenia itp.) Oba niosą za sobą takie same konsekwencje: wewnętrznie się wstydzisz i wściekasz na siebie. Następnie mentalnie wykonujesz facepalm z takim zamachem, że głowa spada ci z karku i ląduje na podłodze. Oczywiście, na zewnątrz suszysz zęby z t^ różnicą, że już nie musisz skakać. Skakanie w takim otoczeniu zbyt mocno zwraca uwagę i może wydawać się podejrzane lub infantylne. Zbyt hałaśliwe. Więc po chwili zbierasz głowę z podłogi i dalej robisz, co należy do ciebie, obiecując sobie, że następnym razem będzie lepiej, łatwiej, prościej... i żadna głowa nie poleci. A na pewno nie Twoja... Cóż, nie nastawiałam się, że będzie lekko. Po ośmiu latach powracam na etat, gdzie temat przewodni niby jest oczywisty... a potem okazuje się, że nie do końca. Jednak mam szansę stać się częścią czegoś naprawdę fajnego, zyskać bezcenną wiedzę i równie bezcenne doświadczenie. Dzięki Anicie i Jej Fundacji Damy Radę poznałam, jak to jest uczestniczyć w czymś naprawdę dobrym. Robić coś więcej niż zwykłe telefony i przerzucanie papierków. Jak to jest pracować z ludźmi z powołaniem. Teraz, dzięki wytrwałości w poszukiwaniach oraz szansie podanej na tacy, mam sposobność się rozwijać. Aż ciężko uwierzyć, że za chwilę będzie miesiąc jak świeżakowo osiuję, wieczory spędzam totalnie wyprana z energii, a poranki na tak wysokich obrotach, że prawdziwy relaks... zaczyna się w biurze. Gdy krążę od zadania do zadania, mrucząc do siebie: „Niebieskipiunge i jiszbina... niebieskipiunge ifiszbina... Byio i^ dobrze, gdybyrn nie byia świeżakiemT 210 Paulina Hoppe-Gołębiewska NASTĘPNY KROK - DWA MIESIĄCE PÓŹNIEJ Wydawało mi się, że największym moim wyczynem ostatnich dwóch lat będzie znalezienie pracy. Nie oszukiwałam się nigdy, wybitnym specjalistą nie jestem, doświadczenie zawodowe mam krótko-mieszane, a rynek malborsko-sztumski jest, oględnie mówiąc, ubogi. Poza tym mistrzem sprzedaży swojej osoby także nigdy nie byłam. Dwa lata wzlotów i upadków, rozczarowań, czekania, szukania i kilkadziesiąt rozmów kwalifikacyjnych. Znalezienie pracy to pryszcz w porównaniu z wyprawieniem się do pracy rano. Nie wiem, czy to specyfika małych miast, czy tylko Malborka i Sztumu, jednak żeby znaleźć pracę, szybko trzeba mieć znajomości. Albo cierpliwość. Ponieważ jestem matką dwójki dzieci, założyłam, że praca zmianowa odpada. W związku z tym zostaje biuro lub urząd. Dwa lata cierpliwości i rozczarowań, gorzkich do przełknięcia pigułek. Pracuję już trzeci miesiąc i okres poszukiwań wydaje mi się niczym przy porannych wyprawach do pracy. Do pracy mam na ósmą, a wstaję przed szóstą, by wyrobić się z odstawieniem dzieciaków do placówek. I choć młodszy współpracuje perfekcyjnie — przynajmniej na razie — to starszy doprowadza mnie do szału. Nieistotne, że każde prośby czy polecenia muszę wygłaszać sto razy. Nie obchodzi młodego Gnoma, że się spieszę, że trzeba już wychodzić. Mało istotne szczegóły, a poza tym na każde moje jedno zdanie jest tysiąc bezczelnych odpowiedzi. T-Y-S-I-Ą-C!! W asyście głupich min i uśmiechów. Młodszy nadrabia poranki wieczorami. Za cholerę nie współpracuje, więc wieczorna sesja jogi w zasadzie nie ma szans na zaistnienie, a wszelkie inne rzeczy idą w odstawkę, bo trzeba: znaleźć tygrysa, odłożyć tygrysa, przeczytać dwie książki — nie przeczytać, wypić mleko i dwie dolewki, cztery razy pójść do toalety, albo szukać brakującego elementu zabawki, zgubionej książki czy innego cholerstwa.. Moja wkur***** wyobraźnia podpowiada mi rożne scenariusze, zupełnie niewychowawcze i niehumanitarne. W zasadzie, to nadawały by się na interwencję MOPSu z policją i prokura- Na jesieni zaczyna się życie 211 torem. Pewnie usłyszeli byście o mnie w telewizji, a wszyscy inni święci rodzice wieszali by na mnie psy i koty. Sąsiedzi wypowiadaliby się do kamer „Uwagi”, że to taka dobra dziewczyna była... Kiedyś, jakieś siedem lat temu, popełniłam wpis. Na swoim blogu. Wpis stary, bo Pana Kraśki nie ma dawno w „Wiadomościach”, a to dzięki jego obecności (i Pana Adama Fede-ra) starzy wtedy oglądali telewizję polską. Jednak mimo, że nastały dziwne czasy, dzieci się rozmnożyły i dorosły, przekaz wpisu jest ten sam. Wywiady będą, i sława będzie: Od trzech dni w domu sfychać: „Szymon! Nie loolno!'’;» Uważaj idzie do doniczki!” itj>. itd. Sifsiedzi już się domyślili, że dziecko raczkuje... Dziś' na przykiad, tata miał próbę sił z Szymonem o doniczkę na kwietniku. Kwietnik niby stabiłny, ałe zawsze jest ryzyko, że spadnie na głowę. Tata: Szymon! Nie wołno! Wiesz, co będzie jak kwiatek spadnie na głowę? (Szymon w ryk, na samo słowo „nie wołno”) Mama: Synu, wtedy wpadnie MOPS i rodzice będ^ sławni. Tata: Będą w tełewizji o 19:30... u pana Kras'ki będą... Dlatego właśnie dziękuję sobie za resztki zdrowego rozsądku, jaki jeszcze posiadam, oraz moją intuicję, która co rano szepcze mi na ucho o perspektywach, celach, i zmianach. I o tym, ile osiągnęłam cierpliwością i spokojem, wbrew wszystkiemu co mi mówiono. I że generalnie, na osiemnaste urodziny, wręczę synkom rachunek zbiorczy, i wszytko będę miała w kamiennej d... Sztum, jaki Jest, każdy mieszkaniec widzi. Wiosną rodziny wychodzą na miejski deptak. Place zabaw się zapełniają. Wiatr znad Jeziora niesie dziecięcy gwar i powiew rodzicielskich pozorów. Dyskretnie zgrzytają zęby umordowanych rodziców, którzy przez chwilę nie chcą pamiętać, że Jesienią w czterech ścianach znów zagości obłęd. Cuda, o których nikt nie mówi... Recenzje Andrzej Lubiński WYSTAWA CZASOWA Z KOMENTARZEM Staiag XX B — historia nieopoioierlziana. Komentarz historyczny cio loystaioy czasoioej. Muzeum Miasta Malhork, 2021. Od kilku lat aktywną działalność prowadzi Muzeum Miasta Malborka, nowa placówka kulturalna w tym mieście. Organizuje cykliczne wykłady, wystawy, spotkania promocyjne związane z ukazaniem się książek dotyczących przeszłości i współczesności. Warto odnotować cenną pracę dr Aleksandry Paprot Wielopolskiej „Żuławy i Powiśle kreowanie tożsamości lokalnych i regionalnych po roku 1989”,która niedawno została doceniona przez Instytut Północny im Wojciecha Kętrzyńskiego. Uznano ją za najlepszą pracą regionalną dotyczącą terenów Warmii Mazur Powiśla. Niedawno ukazał się staraniem tej placówki komentarz historyczny do czasowej wystawy pt. „Stalag XX B historia nieopowiedziana”. Druk tej pozycji był możliwy dzięki dofinansowaniu ze środków Muzeum Historii Polski w ramach programu „Patriotyzm jutra” oraz dotacji fundacji współpracy Polsko-Niemieckiej. Autorami komentarzy i prezentowanych dokumentów są dr Jan Daniluk, dr Tomasz Niklas, Andrzej Gilewski, Sylwia Kaszuba, Beata Grudziecka, Bernard Jesionowski, dr Aleksander Berner. Historię Stalagu XX B Wielbark kreśli Jan Daniluk. Wykorzystał dostępną polską literaturę przedmiotu, archiwalia niemieckie, szwajcarskie. Początkowo przebywali w Stalagu jeńcy polscy, od połowy 1940 STALAG XX B historia nieopowiedziana będą to jeńcy angielscy, francuscy, belgijscy, a od 1941 rosyjscy, serbscy i od 1944 włoscy. W Malborku obóz jeniecki zbudowany został od podstaw. Początkowo warunki bytowe były bardzo trudne, poprawa nastąpiła dopiero w 1942 roku. Autor wymienia nazwiska dowódców Stalagu w czasie jego funkcjonowania. Strażnikami byli żołnierze starszych roczników wywodzących się z batalionów strzelców krajowych. Jeńców wojennych Niemcy zatrudniali w rolnictwie zarówno w dużych majątkach, jak i u właścicieli większych gospodarstw oraz w przemyśle jako tanią siłę roboczą. Jeńcy po zakończeniu pracy wracali na nocleg do stalagu, niektórzy mieszkali i nocowali w miejscowościach, gdzie byli zatrudniani jako tzw. komanda robocze. Samych jeńców angielskich miało być 460 na liczbę prawie 1000, jaka podlegała Stalagowi XX B na terenie Pomorza. Jako przykład może posłużyć relacja Romualda Wyszomirskiego zamieszczona Recenzje 213 W wydanej w roku 2014 publikacji „Gmina Sztum - historie mówione”. Mówi on, że w majątku Koniecwałd pracowało 40 jeńców angielskich oraz jeńcy rosyjscy. Raz w tygodniu przyjeżdżał oficer niemiecki i angielski z Wielbarka, aby sprawdzić warunki, w jakich pracowali i żyli jeńcy. W czasie wolnym jeńcy rozgrywali mecze piłki nożnej, a dzieci przyglądające się rywalizacji drużyn otrzymywały słodycze. Warunki życia jeńców rosyjskich były tragiczne, z głodu spożywali buraki cukrowe, aby zaspokoić głód, co podkreśla wiele osób będących naocznymi świadkami lat II wojny. Sporadycznie dochodziło do udanych pojedynczych ucieczek. W Stalagu kwitło życie kulturalne, sportowe, oświatowe, reti-gijne. Najcenniejsza jest tabela, jaką prezentuje autor, a dotyczy ona liczebności jeńców z łat 1940-1945. O polskich jeńcach w Stalagu XX B od zakończenia kampanii wrześniowej do połowy 1940 pisze dr Tomasz Niklas, który wykorzystał obszernie relację Jakuba Mosz-kina. Andrzej Gilewski przedstawia historię Zygmunta Cybulskiego, który po zakończeniu wojny osiedlił się w Malborku. Opisuje, jak to dostarczane paczki z Czerwonego Krzyża ratowały życie jeńcom. Przygotowywane były przez wolontariuszy z Anglii, USA, Kanady, Nowej Zelandii, Argentyny, Południowej Afryki, Indii. Ten sam autor opracował zagadnienie sportu w obozach jenieckich. Jeńcy traktowali sport jako ratowanie człowieczeństwa i godności. Najpopularniejsza była piłka nożna uprawiana w różnych podobozach. Każda nacja miała kilka zespołów. Rozgrywano mecze międzynarodowe, zorganizowana była liga piłkarska, w której grały drużyny angielskie, francuskie, belgijskie. Popularny wśród jeńców był również boks, koszykówka i lekkoatletyka, a nawet wyścigi konne. Obok aktywności na świeżym powietrzu w barakach rywalizowano w tenisie stołowym, grach' planszowych, szachach, warcabach. Sylwia Kaszuba kreśli sylwetkę Jamesa Fultona reprezentującego angielskich jeńców w Stalagu XX B Wielbark oraz Marsz śmierci, czyli ewakuację jeńców w styczniu 1945 do południowej, północnej i centralnej części Niemiec. Beata Grudziecka na podstawie wspomnień, korespondencji, dokumentów, przybliża niektóre osoby przebywające w tym stalagu: Włocha Armando Franzi, Francuza Henri Greuillet, Anglików Jamesa Johnstone, Wiliama Byron Hotch-kiss, Malcolm Mackenzie. Bernard Jesionowski opisuje historię obrazu namalowanego przez angielskiego jeńca pracującego w Nowym Stawie we wnętrzu budynku gospodarczego, gdzie mieściło się komando robocze. Główny temat muralu to wnętrze salonu w angielskim domu. Obecnie po jego zdjęciu i konserwacji mural znalazł swoje miejsce i jest eksponowany w Muzeum Miasta Malborka. Komentarz historyczny do wystawy jest ilustrowany bardzo interesującymi dokumentami, zdjęciami, listami, szkicami, tworzą one integralną część prezentowanych tekstów. Muzeum wykonało kawał dobrej roboty przygotowując tę publikację. 214 Recenzje Leszek Sarnowski OBERLAND. JEST CZY NIE MA? Dominik Żyioioski, Oberian^l... takiego miqsca nie ma, Sztum 202J. Dominik Zyłowski. Filozof, bibliotekarz, fotografik. Kilka lat temu w rozmowie ze mną na łamach „Prowincji” mówił: Sama czynność fotografowania polega tak naprawiły na porz^kowaniu świata. Na tworzeniu albo znajdowaniu —jak kto woli — ładu w tym, co widać dookoła. W pewnym sensie flozofowanie jest tym samym. Na naszych łamach opublikowaliśmy jego zdjęcia z „Oberlandu”, kraju, którego nie ma. Mó- wił wtedy, że jedni fotografowie uwieczniają obiekty, których nie znają, chcąc je poznać, inni, żeby coś dobrze sfotografować, muszą obiekt swoich zainteresowań dobrze poznać. On jest „tutejszy” i uwiecznia „tu-tejszość”. Mimo, że Oberłandu nie ma, to zostały po nim liczne ślady, które dostrzega Dominik Zyłowski: Kiedy podróżuje się przez okołice kanału można odnieść wrażenie, że loystarczy z zamkniętymi oczami rzucić kamieniem w dowołnym kierunku, żelty trafć w jakiś pałac, dwór czy fołwark. A właściwie Recenzje 215 najczęścig uf ich ruiny..., ho to historyczne „nieistnienie'" Oher/aneźu ma swój do hóiu realny i jak najhardzig praktyczny ipymiar. Jego przejawy wlas'nie widać— mam taką na-dzityf — na moich zdjęciach. Czytelnicy „Prowincji” znają już twórczość fotograficzną Dominika. Nie ukrywam, że z przyjemnością podjęliśmy się medialnego patronatu i wydania Jego wysmakowanego albumu „Oberland... takiego świata już nie ma”. No i tu nasuwa się pytanie. Oberland. Jest czy go nie ma? Bardzo się cieszę, że w powstaniu tej książki mieliśmy swój udział, bo to bardzo interesująca publikacja. Słów tu niewiele, bo dominują zdjęcia i to czarno-białe, które idealnie opisują świat, po którym pozostały znikające fragmenty. Zresztą autor sam pi-sze, że to „rodzaj impresji, osobistej opowieści. I raczej ku kontemplacji niż dokumentacji”. I tak jest rzeczywiście. Każdy może wysnuć z tych fotografii swoje własne wrażenia, po czymś, co bezpowrotnie zginęło lub ginie. To ruiny pałaców, jako dowód ich dawnej świetności, resztki budowli hydrotechnicznych, dróg i innych tajemniczych miejsc wokół Kanału Elbląskiego i Żuław. Żyłowski, fotografując, mówi o „porządkowaniu świata” i mam wrażenie, że on ten świat nadal stara się porządkować, choć szkoda, że poza utrwaleniem na zdjęciach, nie da się nic, w większości przypadków, więcej zrobić, na przykład, w Słobitach, Jarnołtowie, Budwitach, Lepnie, Kamieńcu, Matytach i w wielu innych miejscach. Tak mi się przypominają moje lata pracy w TVP Gdańsk, kiedy rejestrowałem rozpadające się domy podcieniowe, których, przyznam z żalem, dawno już nie ma. Ale są tacy ludzie jak Marek Opitz, Mariusz Wiśniewski, Artur Wasilewski, którzy domy podcieniowe ratują i przywracają unikatowemu pejzażowi. Bo to już nie niemieckie, mennonickie, obce, tylko nasze w sensie ogólnoludzkim, dziedzictwo kulturowe. A Żyłowski z uporem maniaka robi zdjęcia. Kawałek wąskotorówki donikąd, rdzewiejący ze wstydu most, rozpadające w gąszczach pomniki, nie wiadomo komu już poświęcone, bezimienne groby, zapadające się pod ziemię zabudowania gospodarcze, resztki obco brzmiących napisów, niepotrzebne nikomu wiadukty i akwedukty. Mamoń z „Rejsu” powiedziałby „Krowy, kury, kaczki, droga na Ostrołękę. Nic się nie dzieje”. Nuda. Nuda.’ Bynajmniej. Bo to, co się rozpada i znika, jest dowodem dawnej świetności. Zatem Oberland trochę jednak jest. Nadzieję i wytchnienie dają ludzie, którzy, ot tak, gdzieś w tle fotografii Dominika przemykają. A to dzieci skaczące do wody, a to gospodarz przepalowujący swoje krowy. Starają się żyć normalnie na gruzach bezpowrotnego przemijania. Album Dominika Żyłowskiego, dla wszystkich wrażliwych, to lektura obowiązkowa. 216 Recenzje Piotr Napiwodzki O SZTUMIE 1 OKOLICACH - LOKALNIE, A PRZECIEŻ UNIWERSALNIE Piotr Podieiaski, Penetracje tookoi Sztumu, Sztum 2021. Myliłby się ktoś sądząc, że książka Piotra Podlewskiego skierowana jest wyłącznie do dawnych, obecnych i przyszłych mieszkańców Sztumu i okolic. Oczywiście, to oni są w naturalny sposób pierwszymi jej odbiorcami, bo też zawsze jest dobrze wiedzieć, co kiedyś było w okolicznym lesie, w łące za lasem, pod pagórkiem za domem, albo co ukrywa się w kościele za konfesjonałem. Co więcej, w tej grupie czytelników najszybciej mogą pojawić się rozczarowani czy wprost niezadowoleni. Nieuchronnie bowiem rodzą się pytania; Dlaczego Autor nie uwzględnił mojej wioski? Dlaczego nic nie napisał o naszym cmentarzu? W końcu: Dlaczego nie opisał ciekawej historii na temat domu sąsiadów, którą sam usłyszałem jako dziecko od mojej babci? To oczywiście pytania hipotetyczne, ale obrazujące ewentualny problem: nie da się napisać wszystkiego o wszystkim. Co nie zmienia faktu, że Piotr Podlewski napisał dużo i o wielu rzeczach — zdecydowana większość mieszkańców powiatu, nawet tych od wielu pokoleń tu zakorzenionych, czytając „Penetracje wokół Sztumu” zdziwi się, jak wiele książka ta przed nimi odkryje i jak o wielu tajemnicach nie mieli dotychczas pojęcia. Myliłby się ktoś sądząc, że „Penetracje wokół Sztumu” to wyłącznie rodzaj przewodnika dla turystów odwiedzających powiat sztumski. Oczywiście, jest pewnie gru- pa ludzi, których fascynują nasypy ukryte w lasach i zachwycają się perspektywą wędrowania po pozostałościach szwedzkich szańców czy resztkach dawnego nasypu kolejowego. Nie oszukujmy się jednak — tego typu turystyka jest i pozostanie zjawiskiem dosyć niszowym. Mimo to książka jest z pewnością godna polecania wszystkim, którzy chociażby bardzo krótki czas przebywają w Sztumie i chcą nieco bardziej świadomie po okolicy powędrować i pojeździć, coś zobaczyć, czemuś się bliżej przyjrzeć, zaczerpnąć nieco z historii regionu. Nie mam tutaj zamiaru streszczać książki. Recenzje 217 zresztą zbudowana jest ona z niezależnych sekcji poświęconych poszczególnym częściom powiatu sztumskiego i paru sąsiadującym gminom. Nie trzeba czytać całości, by dowiedzieć się czegoś o tym, co akurat nas interesuje. To zawsze korzystne z perspektywy czytelnika, który tylko na chwilę i punktowo odwiedza okolice Sztumu, albo chce informacji tylko o, z pewnych względów, najbliższych mu miejscach. Myliłby się także ktoś, kto próbowałby w książce Piotra Podlewskiego zobaczyć klasyczną pracą naukową, ze ścisłą metodologią, precyzyjną terminologią, licznymi przypisami i rozbudowaną bibliografią. Ewidentnie nie o to Autorowi chodziło. Niemniej jednak wiele zasygnalizowanych w książce kwestii może stać się punktem wyjścia do ściśle naukowych badań. Ważne jest przy tym, że sam Autor nie fantazjuje, stara się trzymać faktów i w przypadku wątpliwości i wahań wyraźnie podkreśla, gdzie kończą się jego kompetencje i gdzie widzi potrzebę poważniejszych badań. Nie myli się natomiast ktoś, kto dostrzeże, że głównym tematem książki Piotra Podlewskiego jest pasja odkrywania, poszukiwania, dociekania, szukania. W tym sensie jest to książka uniwersalna, którą może czytać każdy i wszędzie, niezależnie od tego, czy jest w jakiś sposób związany z Dolnym Powiślem, czy chce kiedykolwiek tutaj przyjechać. Po zapoznaniu się z książką ma szansę inaczej spojrzeć na swoje najbliższe okolice, obojętnie, gdzie to jest i niezależnie od tego, jaką ma wiedzę i przygotowanie. 2Lobaczy, że warto zapytać o banalny pagórek na horyzoncie, o dziwny rów w lesie czy spowszedniałą ruinę na wzgórzu. Niekoniecznie odkryje od razu kamienny krąg Gotów, średniowieczny gród czy dziewiętnastowieczny okop. Być może nie dokona żadnego odkrycia. Jednak samo nowe spojrzenie na świat jest tym, co przecież w nas samych wprowadza nowość, samo pytanie jest tym, co pozwala na rozbicie skorupy gotowych odpowiedzi, którymi często się szczelnie obudowujemy. Niech to będzie pytanie o jakiś budynek czy o jakieś drzewo. Od czegoś trzeba zacząć. Takie budzenie wrażliwości jest zawsze bardzo cenne. Cóż bowiem zmienia, że prawie codziennie przejeżdżam obok budynków dawnej osady folwarcznej Antonienhof i że teraz, po lekturze książki Piotra Podlewskiego, znam już nie tylko tę nazwę, ale też wiem o Szymonie Czarneckim, który w XIX wieku piastował urząd skarbnika miasta Sztum? Pozornie nic. A przecież to bardzo cieszy, daje satysfakcję, pozwala umiejscowić się w pewnej historycznej perspektywie i — co już zupełnie bezcenne — pomaga w nabraniu dystansu do aktualnych problemów i wyzwań. To bardzo ważne, aby potrafić przechodzić od tego, co lokalne, do tego, co uniwersalne. Takie przejście ma szansę dokonać się w czytelnikach „Penetracji wokół Sztumu” i już chociażby dlatego warto tę książkę czytać i polecać ją innym. Noty o autorach Wacław Bielecki — od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności. Dyrektor Poradni Wychowawczo--Zawodowej oraz szkół medycznych w Sztumie. Meloman, autor książki Zapiski melomana z prowincji. Radosław Biskup - prof. UMK W Torunu — mediewista, adiunkt w Katedrze Historii Skandynawii i Europy Środkowo-Wschodniej UMK w Toruniu; członek Towarzystwa Naukowego w Toruniu, Historischer Verein fiir Ermland i Historischen Kommission fur ostund westpreussi-sche Landesforschung; członek rady naukowej serii wydawniczej „Ecclesia Clerusąue Temporibus Medii Aevi”; członek rady naukowej Muzeum Diecezji Elbląskiej; kierownik projektu „Słownik historyczno-geograficzny Prus w średniowieczu”. Krzysztof Czyżewski - eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze — sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New Schooł University (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Danuta Drywa — wieloletni pracownik Muzeum Stutthofw Sztutowie. Autorka wielu publikacji poświęconych historii KL Stutthof i polityce okupanta niemieckiego na Pomorzu. Prowadziła również badania dotyczące roli polskich placówek dyplomatycznych w ratowaniu uchodźców polskich i żydowskich w czasie II wojny światowej, czemu poświęcona jest praca pt.: Poselstwo RP w Bernie. Przemilczana historia. Paulina Hoppe-Gołębiewska - ur. w 1986 roku w Malborku, mieszkanka Sztumu od 2007 roku. Związana z fundacją Damy Radę, asystentka do spraw marketingu w Malborskiej firmie So Chic. W 2013 roku założyła blog pod nazwą Radość i Partyzantka. W 2021 przemianowała go na paulapisze. pl, gdzie w dalszym ciągu z dystansem pisze o codziennych sprawach. Marzena Jaworska — poetka urodzona na Podlasiu. Od ponad dwudziestu lat mieszkanka prawobrzeżnej Warszawy. Swoje wiersze publikowała m.in. w „Przeglądzie Artystyczno-Literackim”, „Magazynie Literackim”, „Toposie”, „Studium”, „Blizie” czy „Autografie”. Laureatka kilkudziesięciu ogólnopolskich konkursów literackich. Wydała tomik z wierszami dla dzieci „Fiszki”, arkusz poetycki „Historie sieroce” oraz książkę poetycką„Pliki otwarte”. Andrzej Kasperek - ur. 1958, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim (seminarium prof. Marii Janion), pisarz, badacz literatury, działacz opozycji demokratycznej (jeden z założycieli Niezależnego Zrzeszenia Studentów), doktor nauk humanistycznych; od 1985 zajmuje się pracą nauczycielską (Liceum Ogólnokształcące w Nowym Dworze Gdańskim). Nominowany do Finału Nagrody Literackiej Gdynia 2011 za książkę Back in the DDP i inne opowiadania (2010). Autor tomu esejów Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło wschodnie (2013) oraz tomu opowiadań Koron-czarka (2013). W 2018 wydał Mój plaski kraj Żuławy. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2012). Żuławiak od urodzenia. Noty o autorach 219 Radosław Kubuś — ur. 1991 r. w Nowym Dworze Gdańskim. Absolwent historii i archeologii na Uniwersytecie Gdańskim. Specjalista ds. historii regionalnej w Bibliotece Elbląskiej, doktorant w Instytucie Historii UG. Swoje zainteresowania badawcze koncentruje wokół historii medycyny w epoce nowożytnej oraz dziejów prasy w I poł. XIX wieku. Katarzyna Kuroczka — ur. w 1977 r. doktor nauk humanistycznych, literaturoznawca, eseistka, publicystka, krytyk literacki, poetka, prozaik, nauczyciel dyplomowany. Stypendystka Ministra Kultury w dziedzinie literatury (2014, 2018). Współpracowała z szeregiem instytucji kulturalnych*na Górnym Śląsku, m.in. była kierownikiem działu krytyki literackiej miesięcznika „Śląsk”. Jej wiersze były tłumaczone na język rumuński i czeski. Najnowszy e-tomik poezji smuga (2021) dostępny jest na stronie Kuźni Literackiej. Fragmenty dramatu Ja, Gustaw były emitowane na antenie Radła Katowice. Prowadzi blog: www.kuroczka.blogspot.com. Andrzej C. Leszczyński — urodził się w Chodzieży. Eseista, wykładowca akademicki, okazjonalnie nauczyciel licealny. Studiował pedagogikę i filozofię. Autor trzech książek i ponad 200 rozpraw i szkiców z zakresu filozofii człowieka, etyki, antropologii teatru. Promotor ponad stu prac magisterskich i licencjackich. Prowadził teatralne warsztaty komunikacji i ekspresji w kraju i za granicą. Andrzej Lubiński - ur. 1952 r. w Gniewie. Absolwent historii w UMK w Toruniu. Prezes Towarzystwa Miłośników Sztumu. Publikacje w „Komunikatach Warmińsko-Mazurskich” „Studiach Elbląskich”, „Roczniku Elbląskim”, „Prowincji”, „Z dziejów Sztumu i okolic”. Autor książki 11/ ich snach powracaźa Polska. Mieszka w Sztumie. Bartosz Marguardt — urodzony w 1994 roku w Sztumie. Wychowywał się w Cieszymowie. Absolwent ekonomii (sp. analityka gospodarcza) na UMK w Toruniu, gdzie z sukcesami działał w Samorządzie Studenckim i jako przewodniczący Koła Naukowego Metod Ilościowych. Założyciel i redaktor strony na Facebooku poświęconej historii Cieszymowa. Pomysłodawca utworzenia Izby Pamięci w tejże miejscowości. Cieszymowo to jego oaza, lubi tam wracać. Maria Mendel — pedagożka społeczna, badaczka przestrzeni podmiotowego sprawstwa i demokratycznej wspólności. Autorka koncepcji pedagogiki miejsca, rozwijanej w perspektywie badań społecznie zaangażowanych. Wśród publikacji m.in.: Pedagogika miqsca, Społeczeństwo i rytuał. Hetero-topia bezdomności, Pedagogika migsca współnego. Miasto i szkoła, Pamięć i miejsce, Eduwidma, rzetzy i miejsca nawiedzone. Laureatka Nagrody Naukowej Miasta Gdańska im. Jana Heweliusza (2020). Mariola Mika — Żuławianka od urodzenia, absolwentka zarządzania i psychologii biznesu WSB w Gdańsku. Skarbnik Klubu Nowodworskiego (od trzech kadencji). Od 2012 roku kierownik Żuławskiego Parku Historycznego w Nowym Dworze Gdańskim. Autorka i współautorka wielu realizowanych i dotowanych projektów na rzecz dziedzictwa kulturowego Żuław oraz budowania tożsamości regionalnej Żuławiaków. Piotr Napiwodzki — ur. w 1972 w Jeleniej Górze, teolog, filozof, tłumacz, były dominikanin. W 2005 obronił doktorat na Uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim. W latach 2006-2010 rektor Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie. Wjrdał Błiżej niż się wydaje. O końcu świata, miłłenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei (2010), a także w Bibliotece Prowincji Małe obrazki, proste scenki. Powis'łańskim szłakiem Wiłhełma z Modeny i łosy całkiem współczesnych osadników (2020). Od 2010 mieszka w Koślince koło Sztumu. Wiesław Olszewski — ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof oraz Muzeum Zamkowym w Malborku. 220 Noty o autorach Janusz Ryszkowski — ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy — pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806-1945 (2014). Ryszard Rząd - ur. w 1958 r., historyk, absolwent KUL. Pracownik Muzeum Zamkowego w Malborku. Autor szeregu publikacji poświęconych dziejom odbudowy zamku w Malborku na przełomie XIX i XX wieku. Leszek Sarnowski — ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989—1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”, Autor książki Sztumska elroga eio wolnos'ci (2017) oraz Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej (2018). Mariusz Stawarski — ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem liryczno--groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marek Suchar - z wykształcenia psycholog oraz absolwent studiów z zakresu judaistyki i archeologii biblijnej, nauczyciel akademicki na sopockim Wydziale Uniwersytetu SWPS w Sopocie. Autor czterech książek i licznych artykułów poświęconych historii i teraźniejszości Jerozolimy. Ostatnio ukazała się drukiem jego powieść Kwadrat jerozolimski. Radosław Wiśniewski - ur. 1974 r. Absolwent psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, Mieszka w Kiełczowie, pracuje we Wrocławiu., związany z Brzegiem. Pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor miedzy innymi: Inne Bluesy (2015), Psalm dla Św. Sabiny (2016), Dziennik Zenona Kałuży (2017). Współzałożyciel Stowarzyszenia Żywych Poetów w Brzegu, redaktor naczelny ex--kwartalnika „Red”, współpracownik „Odry”, „Studium”, „Undergruntu”. Piotr Zawada — pasjonat historii, w szczególności epoki napoleońskiej. Z wykształcenia ekonomista, posiada też licencjat z historii. Od 2002 roku w polskim ruchu rekonstrukcyjnym doby epoki napoleońskiej — dowódca Pułku 12 Piechoty Księstwa Warszawskiego z Gdańska. Autor książki Sojusznik czy wróg? Armia rosyjska w kampanii galicyjskiej 1809 roku (2009) oraz Victor za Bliichera. O marszałkach epoki napoleońskiej związanych z polskimi ziemiami (2020). Paweł Zbierski - pochodzący z Gdańska scenarzysta i reżyser. Absolwent UJ i łódzkiej filmówki. Emigrant z Polski. Dyrektor artystyczny założonej w Paryżu firmy Fontaine Media. Wspólnie z Aleksandrą Fontaine wystawił w Teatrze w Perpignone w marcu 2018 francuskojęzyczną, kryminalną sztukę La filie a la oalise osnutą wokół wydarzeń związanych z atakiem terrorystycznym na redakcję satyrycznego pisma „Charlie Hebdo” . Od lipca 2018 współzałożyciel wybudowanej w Saint Laurent de Cerdans w Katalonii Galerii „Poray”.