Darczyńcy Kwartalnika Prowincja Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu ,;Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2022 roku” Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu FOBOS ONE Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos One Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Piotr Napiwodzki Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Krzysztof Czyżewski, Paweł Zbierski, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Adam Langowski, Krystian Zdziennicki Projekt okładki: Mariusz Suwarski Str. III i IV - malarstwo Krystyny Jażdżewskiej-Baranowskiej Skład komputerowy i przygotowanie do druku: KIMSO Marcin Żakiewicz Druk: Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia V(ydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja(g)onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Spółdzielni Socjalnej Fabryka Inicjatyw w Malborku, Sztumskiemu Centrum Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury - sklep Tabularium Sztumskie Centrum Kultury Zakład fotograficzny Foto Mono II w Sztumie, Plac Wolności 19 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy WJiWtal I ttlUSM ll!!l!onu PUIIKZKI im. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 1T 58 301-48-11 W.227, 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 1(47) 2022 SPIS TREŚCI Czterdziesta siódma „Prowincja”.................................................5 Poezja Krzysztof Czyżewski..........................................................6 Anna Czekanowicz............................................................10 Alfred Kohn.................................................................14 Proza Musa ęaxarxan Czachorowski — Idący..........................................17 Esej Andrzej C. Leszczyński — Okruchy............................................20 Andrzej Kasperek — „My raby” — rosyjska mentalność niewolnicza..............27 Radosław Wiśniewski — Listy do Tymoteusza (8)...............................36 Na tropach historii Grażyna Nawrołska — Taniec w średniowieczu..................................42 Wiesław Olszewski — Powstańcy listopadowi — pożegnanie Prus.................48 Piotr Zawada — Napoleona podróże inspekcyjne z Kamieńca oraz szlak bojowy Dywizji Jana Henryka Dąbrowskiego (czerwiec 1807).......58 Jean Rapp - „Najpiękniejsze dni” oblężenia Gdańska w roku 1813..............73 Piotr Podlewski — Umocnienia napoleońskie pod Korzeniewem...................77 Ryszard Rząd - Historie nie tylko malborskie (6)............................84 100 lecie Związku Polaków w Niemczech Jan Chłosta — Związek Polaków w Niemczech — narodziny i trudne wzrastanie...93 Wędrówki po prowincji Bartosz Marguardt — Cieszymowo u schyłku wojny — plan miejscowości & Ober Teschendorf- majątek rodziny Zeppke...........105 Adam Langowski — Żubr Donimirskiego........................................115 Agnieszka Świercz-Karaś — Producenci zdrowia i dobrej energii z Czernina...127 Prowincje bliskie i dalekie Marek Suchar — Jerozolima — miasto cudów...................................132 Krzysztof Czyżewski — Notatki słów i obrazów (18)..........................143 Paweł Zbierski — Dziennik kataloński (15)..................................156 Muzyka-Sztuka Wacław Bielecki — Notki melomana w czasie pandemii i wojny (5) Muzyka z sal koncertowych i Internetu.................................166 Artur Matys - Saraj przyprowadza Hagar do Abrama i.........................178 Wspomnienia Mieczysław Zagor — Rzuć serce za przeszkodę. Moje początki.................182 Galeria Prowincji Alicja Bartnicka — Marynistka ze Sztumu.................................189 Czego ci matka nie powie... Paulina Hoppe-Gołębiewska — Czego Ci matka nie powie... o ojcu swoich dzieci..................................................191 Noty o autorach............................................................195 CZTERDZIESTA SIÓDMA „PROWINCJA” W ciągu miesiąca liczba mieszkańców naszego kraju zwiększyła się o ponad 2,5 min osób. To niestety nie demografia, a wojna. Od 24 lutego żyjemy w innym świecie. Autorytarna i bezwzględna Rosja zaatakowała niepodległą Ukrainę rozpoczynając krwawą i wyniszczającą wojnę. Mordują ludzi, niszczą miasta i wsie, bombardują teatry, szpitale, żłobki i szkoły. Bezwzględni i okrutni barbarzyńcy XXI wieku. Dziś prowincją bliską naszemu sercu, choć daleką, jest cała Ukraina. Ta wojna też nas dotyczy, bo to zamach na demokratyczny świat. Dziś zdajemy egzamin z empatii i solidarności przyjmując pod swój dach naszych ukraińskich sąsiadów, wspierając ich w tych trudnych czasach. Historia stosunków polsko-ukraińskich nie jest łatwa, ale nie o niej dziś chcemy rozmawiać. Być może to dobry czas na obopólne wybaczenie. Dziś chcemy współczuć, towarzyszyć i pomagać. Piszą o tym z serca Andrzej Kasperek, Krzysztof Czyżewski, Radosław Wiśniewski, a także Paweł Zbierski z katalońskiej perspektywy. W poezji wraca z nowymi wierszami Alfred Kohn, a debiutuje na naszych łamach poetka z Gdańska, Anna Czekanowicz. Proza to Musa ęaxarxan Czachorowski, także debiutant w naszym kwartalniku i pierwszy u nas Tatar. Andrzej C. Leszczyński tym razem o podmiotowości i ułudzie wirtualnej. W tym numerze sporo o wojnach napoleońskich, autorstwa Piotra Zawady, Jeana Rappa (w tłumaczeniu Piotra Napiwodzkiego) i Piotra Podlewskiego poruszającego wątek lokalny. W tym roku obchodzimy 100 lecie Związku Polaków w Niemczech i stąd początki tego wyjątkowego związku przypomina Jan Chłosta z Olsztyna. Wiesław Olszewski kontynuuje wątek powstańców listopadowych, którzy trafili na Żuławy po klęsce insurekcji, a Grażyna Nawrolska w swych archeologicznych podróżach, tym razem o tańcu. W klimat okołowielkanocny wprowadza Marek Suchar w dalszych wojażach po Izraelu, tym razem w Jerozolimie. Adam Langowski o mało znanym Karolu Donimirskim z amerykańskim paszportem i żubrem w tle. Bartosz Marguardt o Cieszymowie pod koniec wojny i niemieckich mieszkańcach, a Ryszard Rząd o wyjątkowej rodzinie Dirksenów z Niziny Walichnowskiej. Agnieszka Świercz-Karaś o ekologicznych sadownikach spod Sztumu gospodarujących na dawnych areałach słynnego w czasach PRL Kombinatu Rolnego Powiśle w Czerninie. Mieczysław Zagor z Kwidzyna wspomina początki swoich jeździeckich pasji. W świat europejskiej sztuki wprowadza nas Artur Matys, historyk pochodzący z Malborka, a w Galerii Prowincji prezentujemy sylwetkę plastyczną Krystyny Jażdżewskiej-Baranowskiej, marynist-ki, związanej od wielu lat ze Sztumem. No i wyjątkowa okładka, jak zwykle autorstwa Mariusza Stawarskiego. W muzyczną podróż, już bardziej w realu, zaprasza jak zwykle Wacław Bielecki. I na deser Paulina Hoppe-Gołębiewska o macierzyństwie. Życzymy ciekawej lektury, z nadzieją na spotkanie i czasy, kiedy o wojnie rozmawiać będziemy jedynie przy okazji recenzji historycznych książek. Redakcja „Protaingi” Poezja Krzysztof Czyżewski ŁZA KLAUNA nie do zniesienia w pustą noc człowieka z pomroki upadku wznosi bezsennych pod most Skakuna ku obronie Buczy toczy się po twarzy zakrwawionej Ziemi z grymasem Irpienia maczajcie w niej stalówki piór Ziemianie ten atrament wciąż jeszcze pisze prawdę słowo zestrzelone z ciałem Charkowa oddajcie swe racje sercem rozumnemu buntowi Kijowa stańcie na wysokości spojrzenia w twarz klauna co mężom stanu się nie kłania on lut im pod prąd przez most Zaporoża i w oczach mu stoją ciężarna na noszach mer z Hostomela całunem łzy owija światło zmarłych i zmarszczką Dniepru spływa w serce narodu idzie ku wam greckim brzegiem Odessy idzie po wasze sny do samego Rzymu niesie zdradzony Krym Poezja niesie łzę dziecka inną niż Iwana w imię której wszystko wolno więc ruskie rozstrzelali przedszkole w Starobielsku nie odda biletu schylony nad każdym w gruzach Chersonia idzie dalej niż sięga władza bestii z piekła otwartego nieba ku wam idzie rozbombtonym mostem Europy ze łzą everymana krzyk moralitetu niesie z Mariupola on z Aleppo Sarajewa Warszawy on z Guerniki Groźnego i Masady niesie dom starców zabitych w Kremiennej boicie się klauna zawiązani w krawat przymknięci okiem Chin fałszywą wagą rozdzielacie piękno od dobra przez prawdę osieroceni gubicie ślad meridiana z Czerniowiec mówicie że klauna zostawił za sobą Żyd z Krzywego Rogu lecz ta łza powracającej tragedii któż odważyłby się ją zetrzeć z twarzy skutej niemym krzykiem Babiego Jaru idzie ku wam inny bez czytania z kartki opowie o Rosji zróbcie mu miejsce niech wejdzie wam w serce ten co ciemne jasno widzi i klęczy przy martwych z kolejki po chleb w Czernichowie 8 Poezja przemienia Ziemię łza klauna peremoha idzie z Ukrainy Poezja 9 NOTY: most Skakuna: most na Mierzei Arbackiej, wysadzony w powietrze w pierwszym dniu wojny; powstrzymało to armię rosyjską napierającą z Krymu na miasto Meiitopol; tego bohaterskiego czynu, za który zapłacił życiem, dokonał saper 35. Brygady Piechoty Morskiej Witalij Skakun tut — rozbombiony — peremoha: trzy oryginalne słowa ukraińskie: tut - nawiązuje do wypowiedź prezydenta Wółodymyra Żeleńskiego, nagranej przez niego na komórkę na samym początku wojny, gdy Amerykanie proponowali mu pomoc w ucieczce z kraju: Ja tut! - jestem tutaj, w Kijowie, z żołnierzami, z narodem, i pozostanę tu do końca rozbombiony — zbombardowany most, z otwartego nieba, którego Europa i świat nie chce pomóc Ukrainie zamknąć dla rosyjskich samolotów peremoha - zwycięstwo; szczególne słowo, inne niż wieńczące bój łacińskie victoria; bliższe polskiemu przezwyciężeniu, podkreślające długą drogę przemiany; koniec wojny to jeszcze nie zwycięstwo ciężarna na noszach: kobieta wynoszona na noszach ze zbombardowanego szpitala położniczego w Mariupolu; oboje z dzieckiem nie przeżyli mer z Hostomela: zastrzelony przez Rosjan mer podkijowskiego Hostomela, Jurij Prilipka łza...inna niż Iwana...nie odda biletu: Iwan (Karamazow) w imię jednej łzy niewinnie cierpiącego dziecka kontestuje porządek świata stworzony przez Boga, oddaje „bilet do raju”, zostaje nihilistą, gotowym deptać życie innych ludzi i ustanawiać władzę absolutną ślad meridiana z Czerniowiec: aluzja do słów urodzonego w Czerniowcach Paula Celana: „Znajduję to, co łączy i jest jak wiersz prowadzący do spotkania... znajduję... Meridian.” Żyd z Krzywego Rogu: prezydent Żeleński urodził się w rodzinie żydowskiej w Krzywym Rogu 10 Poezja Anna Czekanowicz PERŁA dla Emilii zanim się urodziła było ziarnko piasku raniące ciało jestem perłopławem myślała nie wiedziała że jest perłą zanim się urodziła nie wiedziała nic o perłach wierzyła że na zawsze pozostanie w twardej skorupie i nic jej nie dosięgnie zanim się urodziła nie wiedziała że ten ból to perła 2017 Poezja 11 W DROHOBYCZU jest zimno i pada deszcz kiedy wchodzimy szóstką w tłum ludzi na targu atakują nas napięte do granic wytrzymałości parasole i błoto w którym toniemy po kostki próbując uciec wrzaskliwym straganom kuszeni zapachem czeburieków dochodzimy do powalonych murów synagogi wypalona ale stoi aż dziw bierze i ogrodzili ją płotem kawa musimy napić się kawy trochę wysuszyć nogi chociaż nogi i odnaleźć ulicę krokodyli pewnie nie śmierdzi już pieniędzmi i słodkim przyzwoleniem ciemnoskórych subiektek rozpełzamy się węsząc jak dżdżownice smutny szary deszcz smutni zgarbieni ludzie może gdzieś pośród nich na smukłych nogach Adela szeleści podartymi nylonami kolejny zaułek i właściwie żadnej nadziei wreszcie na skrzypiącej klatce schodowej żelaznym chwytem dłoni zatrzymuje nas Sławek nauczyciel muzyki w miejscowej szkole to jest Mickiewicza a przed wojną Mickiewicza była tam gdzie dziś Szewczenki ściska mocno mój nadgarstek Szulca chcecie Szulca no to wam pokażę prawie biegniemy skrótem przez zarośla o tu tablica napisali po ukraińsku i po polsku nic więcej tablica a willa Landaua co to jest willa Landaua dom w którym Szulc malował freski i schody schody piekarni gdzie zginął o tu jest instytut Iwana Franki jest popiersie Szulc uczył rysunków w tym gimnazjum naprawdę nawet nie wiedziałem 12 Poezja i pomnik Bandery to nasz bohater słyszeliście o tak bardzo dużo mówcie mówcie po polsku wszystko rozumiem tylko nie zawsze umiem powiedzieć czy to może znaczy że czytałeś Szulca nie ale oglądam Polsat 2006 MATKA I CÓRKA długo jeszcze będę chodziła za tobą w mrocznym trochę cuchnącym powietrzu naszego przedmieścia pociętego uliczkami pustymi jak smutek rozwalających się bud będę dreptała nadeptując sama na swą nogę przez nogę obciągając sukienkę nad wżartą w ciało uda krawędzią pończochy patentki nauczona boleśnie że z aksamitu nie schodzą plamy za tobą niosącą zapowiedź mojego własnego zapachu łagodności i ciepła wypełnionego pestkami wydrylowanych właśnie jesiennych wiśni na zimowe kompoty i konfitury boję się boję się utracić twoje ręce okrągły spokój szarej twarzy zupę na kuchni równo zawieszone każdego wieczoru nad wanną biustonosz pończochy i majtki połykane ukradkiem łzy 1991 Poezja 13 I NIC tJla Pau/ia śnił mł się jak gdyby nic to nic mówił to jest nic otacza mnie nic i powinienem czuć nic i nic mi nie jest nie robię nic ale za nic nie oddałbym nic z tego co było przed nic 2020 14 Poezja Alfred Kohn jeszcze czasami śnią mi się śmietankowe lody gumy do żucia Donald i oranżada kupowane u państwa Krukowskich ich kiosk stał niedaleko mojego domu już tylko w moich snach żyją przelotnie państwo K. niezapomniany smak lodów gumy do żucia oranżady i tamten kiosk i mój dom tylko w snach czasami Poezj a 15 *** Małgosi trudno Jest dzielić ze mną łóżko naczynia myśli wspomnienia ból radość i światło dziękuję ci za to że jesteś 16 Poezja *** to historia jak z obrazu „Upadek Ikara” Pietera Bruegela miejsce akcji zalew Cedzyna koło Kielc była niedziela bezchmurne niebo piasek wydawał się bielszy niż zwykłe plażowicze karmili się jedzeniem z reklamówek smarowali sobie plecy olejkiem do opalania dzieci rzucały nadmuchiwane piłki w powietrzu unosił się zapach kiełbasy z grilla piwa i... obojętności matka 17 letniego chłopaka wyłowionego z wody przechodziła na drugą stronę bólu stawała się silniejsza jakby skuto ją niewidzialnym pancerzem jej płacz płoszył ptaki ludzie jak gdyby nigdy nic tkwili na swoich miejscach w piknikowym nastroju nagle niebo poczerniało ze złości zagrzmiało i sypnęło gradem wielkości piłek do tenisa ludzie w panice zaczęli uciekać zobacz Bóg tego nie wytrzymał - powiedziałem do żony Proza Musa ęaxarxan Czachorowski IDĄCY Pamifci cioci Luli Powoli otworzył oczy. Rozejrzał się na boki, potrząsając przy tym lekko głową, zdziwiony, że znalazł się w miejscu, o którym wielokrotnie rozmyślał, ale którego wcale się nie spodziewał. Jestem w raju, szepnął. W raju... Siedział, wsparty plecami o szorstki pień topoli. Jej liście szeleściły w sobie tylko właściwy sposób. Będąc dzieckiem, wsłuchiwał się w nie przeświadczony, że przekazują wiadomości z dalekiego świata. Topola topoli, ta zaś następnej i następnej. Miał nadzieję, że kiedyś pojmie cokolwiek z ich sekretnego języka. Uśmiechnął się na wspomnienie długich godzin, które spędzał przytulony do pnia to uchem, to ustami, szepcząc w korę swoje własne komunikaty. Rozumieli się dobrze, chociaż topole mówiły po swojemu i on po swojemu. Były dla niego łącznikiem między niebem a ziemią, pozostałością z czasów, gdy możliwe było przemieszczenie się ze sfery do sfery, z wymiaru do wymiaru. Nieopodal rozpościerała się łąka, duża, jak mu się wydawało aż po horyzont. Z jednej strony przecinał ją długi pas zarośli. Tak właśnie było na łące z jego dzieciństwa: na skraju rosła topola, gdzieniegdzie kępy niewielkich drzew, dalej zaś płynęła struga z brzegami porośniętymi krzakami. Widział ją teraz przed sobą, czuł zapach trawy, zapach wody i zapach koni, bo przecież musiały być gdzieś blisko. Słyszał te wszystkie niezwykłe dźwięki: cykanie, kumkanie, dzwonienie, buczenie, popiskiwanie, świergotanie. I jednocześnie słyszał spokojny oddech ciszy. Swojskiej, życzliwej, przyzwalającej, aby zanurzył się w nią, wciągnął głęboko do swego wnętrza jej czyste tchnienie. Owiewał go lekki wiatr, ogrzewało słońce. Miał odczucie, że zaraz usłyszy odległy głos cioci, jak zwykle wołającej go na obiad. Idź, rozejrzyj się za nim, bo znowu gdzieś przepadł, mówiła do kogoś. Jeszcze się nam chłopaczysko zgubi... Widział ją, szczupłą, ciągle w ciemnym ubraniu, z białymi, lekko falującymi włosami. Odkąd pamiętał, zawsze była taka sama, zatroskana, dobra... Gdzieżeś to się wałęsał, pytała, gdy przychodził wreszcie bosy, często z siniakami i podrapanymi nogami oraz rękoma. Nigdzie, ciociu, odpowiadał i odwracał głowę. Źrenice jego zmrużonych oczu ciemniały wtedy i na mgnienie zapadały się w głąb, odlatywały. Może jeszcze raz chciały napatrzeć się na polne drogi, łąki, drzewa. Nigdzie, powtarzał bezgłośnie. Nigdzie... Chłopiec loychodzi z domu i zamyka za sobą drzwi sionki. Idzie s'cieżką między sporym zagonem ziemniaków a sadem, dochodzi do ulicy wykładanej kocimi łbami. Turkoczą na nich 18 Idący metalotae obręcze na kołach furmanek i dźwięczy końskie podkotiy. Skraca lo prawo, w stronę cmentarza. Mija go, przechodzi dalej, dalej, jest już za ostatnimi zabudowaniami miasteczka. Zatrzymuje się i rozgkfda wokoło, zdawałoby się wypatrując za kimś', za czymś', nie wiadomo. Wszędzie jednak pusto, rusza więc przed siebie. Nie rozważa, gdzie dojdzie ani co każę mu tak is'ć. Nie obawia się samotnej wędrówki. Idzie, po prostu idzie. Ma wrażenie, że połna droga prowadzi donikąd. Zaros'nięte pobocza, czasem zapuszczony melioracyjny rów, wierzby — podobno rosochate, chociaż według niego tylko kos'lawe. Zdejmuje sandały, spina paski i zawiesza sobie na szyi. Ziemia przyjemnie chłodzi stopy, piasek jest mięciutki jak... Zastanawia się, do czego przyrównać tę niezwykłą miałkos'ć, łecz nic nie przychodzi mu do głowy. Dociera do rozstaju, wkłada sandały i za przydrożną kapliczką skręca na miedzę. Przechodzi z jednej na drugą, z węższej na nieco szerszą, z szerszej na całkiem wąską, obrobioną z obu stron tak bardzo, że łedwo da się przejs'ć. Idzie. Przypomniał sobie szlaki, leśne przesieki i bezdroża, ulice w rozmaitych, większych i mniejszych miejscowościach, które przez lata przechodził. Szedł, ponieważ musiał, posłuszny zapisanemu w swoim wnętrzu nakazowi. Szedł powoli, często zatrzymywał się, dotykał drzew, jednych krócej, innych dłużej, można nawet powiedzieć, że z pewną czułością. Gładził ich korę, wąchał, zdarzało się, że odrywał kawałek lepkiej żywicy i wsadzał do ust. Podnosił kamienie, oczyszczał dłonią, oglądał na wszystkie strony i pieczołowicie odkładał na to samo miejsce. Czasem w skupieniu wpatrywał się w niebo, jak gdyby oczekiwał, że zaraz coś się na nim pojawi, on zaś musi to koniecznie zobaczyć. Co, trudno powiedzieć. Nie wiedział. Tak było tamtego ranka. Poszedł wzdłuż pola kapusty, minął wykrot wielkiej topoli, powalonej kilka lat temu przez burzę, i ruszył obok bocznego płotu cmentarza. Ścieżka była prawie niewidoczna, bo mało kto tędy chodził. Nie zdarzyło się jeszcze, aby kogokolwiek na niej spotkał. Stanowiła jego, tylko jego, wilczy przesmyk. Po jednej stronie świat martwych, po drugiej żywych, nad głową niebo, pod stopami ziemia, na której zostawiał swój ślad. Wtenczas nie myślał o tym, a co więcej nie czuł wcale takiej potrzeby. Nie musiał przecież w żaden sposób uzasadniać swojej tutaj obecności, stanowił bowiem naturalny element otoczenia, jak kamień, trawa, krzak. I doszedł do miejsca, którego nie znał. Wygląda trochę jak uroczysko, ukryte za gęstymi krzewami i zagajnikiem, do którego wiedzie nieomal całkowicie zaros'nięta dróżka. Po bokach polany tkwią wryte w ziemię dwa głazy. Sięgają mu prawie do kolan, są rozłożyste, zimne, poros'nięte mchem. Pomiędzy nimi znajduje się trawiasty pagórek ze szczytem z ubitej ziemi. Chłopiec obchodzi go wokół, najpierw w prawą stronę, następnie w lewą. Potem kładzie się na zboczu, rozpos'ciera szeroko ramiona i wstrzymuje oddech. Wsłuchuje się w jego wnętrze, jakby liczył, że dobiegną stamtąd jakieś' słowa: objawienie, rada, obietnica ałbo przestroga. Leży tak i leży, aż można by przypuszczać, że jego ciało wrosło w zmierzwioną ruń lub cos' od spodu je przytr:^muje, nie pozwala się podnies'ć. Wreszcie wstaje powoli, z pewnym trudem. Zbliża się do kamienia, siada przy nim, przyciąga kolana do piersi i opiera na nich głowę. Milczący i nieruchomy wygląda w ciemniejącym powietrzu na zwykły pieniek. Na grzyba jest Musa ęaxarxan Czachorowski 19 za iiuży. TnuJno powiedzieć, ile minęło czasu: może tylko chwila, a może cala wieczność. Naraz z jego ust rozlega się przenikliwy dźwięk. Skowyt, nawoływanie, ostrzeżenie. Jego tonacja zmienia się, obniża, podnosi, przeci^iga, wzmacnia. / niknie między drzewami. Nie sposób stwierdzić, czy akurat wówczas dowiedział się czegoś istotnego. Wiele razy wydawało się, źe to, co ma wiedzieć, już wie. Że jego postępowanie wynika z odkrywanych stopniowo źródeł pradawnej świadomości, przesączającej się kropla po kropli do serca, duszy i mięśni. Czego więc jeszcze nie poznał, cóż takiego pragnął się dowiedzieć? Jeden Bóg wie. Wracał do domu, pierwotnym zmysłem wyczuwając właściwą trasę. Tylko raz skręcił w inną stronę, aby wejść do dawno opuszczonego sadu. Minął obwieszoną owocami ulęgałkę i zatrzymał się przy jabłoniach. Zawsze smucił go widok jabłek, których nikt nie zbierał. Często, gdy miał w czym, przynosił je do domu albo rozdawał napotkanym osobom. Najpierw podniósł kilka owoców leżących w trawie. Obtarł rękawem i jak zwykle zjadł w całości. Z przyzwyczajenia wziął parę ze sobą. Dobre, jednak żadne jabłka nie mogły dorównać tym, które rosły w dziadkowym sadzie. Zbierał je spod drzew, wkładał do kieszeni lub za pazuchę. Na później. Kiedyś zapytał,-jak się nazywają. Jabłka, usłyszał w odpowiedzi, jabłka. 1 tak mu zostało: jabłka były jabłkami, niczym więcej i niczym mniej. Uważał, że nie ma od nich nic lepszego, żadne tam pomarańcze, gruszki, śliwki, banany. Kiedyś chciał się odżywiać jedynie jabłkami i herbatą. Żyć w zapachu jabłek... Umrzeć w zapachu jabłek... Wytrwał miesiąc czy półtora, ale wciąż mu smakowały. Ma pewnie ze trzy lata, dopiero co wstał z łóżka. Widzi jak^fs' obcą panią, która uśmiecha się i wyciąga do niego ręce. Nie wie, kim ona jest, inaczej pachnie, inaczej się odzywa. Wj/rywa się z jej objęć, odpycha i wybiega na dwór. Ucieka do sadu, przedziera się przez krzaki porzeczek i agrestu. Jest już ws'ród jabłoni. Podciąga spodnie od piżamy i kładzie się między drzewami. Rozkłada ręce i nogi, przymyka oczy. Uspokaja się, otula w znajomą woń dojrzewających jabłek. Prawie zasypia, gdy dobiegają go ciotczyne słowa: No i dłaczego uciekłeć, przecież to twoja mama. Mamy się wystraszyłeś?Mama... Moja mama? Podnosi z wahaniem powieki, patrzy uważnie na tę obcą panią, która wcale nie jest obcą, tylko jego mamą. Potem bierze spod drzewa duże czerwone jabłko i podaje bez słowa mamie. Pani, już mama, pochyla się i odbiera je w milczeniu. Jednoczes'nie wyciąga ku niemu swoją dłoń, w której także ma dorodne jabłko. Spoglądają teraz to na siebie, to na owoce uymienione na znak porozumienia, przymierza. Jest dobrze, wszystko znalazło się na swoim miejscu. Wracają do domu, trzymając się za ręce. Niosą swoje jabłka niby cenne znaleziska z dziadkowego sadu. Ich zapach i smak pozostanie z nim przez całe życie. Zamknął na moment oczy i ponownie otworzył. Nie, to z pewnością nie jest raj. Nie ma już żadnej łąki ani strugi. Nie ma sadu ani polnych dróg, nie szumią topole. Nikt nikogo nie nawołuje z oddali. Ten świat trwa wyłącznie w nim. Będąc dzieckiem, odebrał wezwanie i odpowiedział na nie. Podąża za nim bezustannie. 29.11.2021 r. Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY PODMIOTOWOŚĆ Słowo to odnoszone jest zazwyczaj do ludzkiej wolności orzekania i sądzenia, do osobowej podstawy, podłoża. Widać to w grece: podmiot to hypokeimenon (ń7tOK£ipevov), od: hypókeimai (ńTtÓKeipai) - znajdować się pod czymś, u spodu czegoś. Podobnie jest w łacinie, gdzie subiectum bierze się z sub-iaceó: leżeć pod czymś. Własne „pod”, będące wyrazem i odczuciem „mojości”, coraz częściej i coraz agresywniej przytłaczane jest przez obce „nad”. Czytam właśnie („Twórczość”, 6.2021) recenzję, której autor, Adam Komorowski, pisze: „Nadbudowane nad naszym myśleniem urządzenia mają za zadanie podsuwanie nam poręcznych protez, które pozwolą nam odstąpić od samodzielnej, własnej, indywidualnej odpowiedzi na zagadkę istnienia. Mitologie, rełigie, filozofia, nauka, teologia, ideologie, światopoglądy, moralność, obyczaj, kultura, sztuka i niezliczone zastępy wujków dobrej rady [...]”. Jeszcze nie tak dawno ważnym narzędziem bezpośredniego wpływu była — i w jakimś stopniu nadal jest - reklama. Miała kształtować potrzeby i sprawić, by - wbrew jego własnym mniemaniom — nie klient podejmował decyzję o zakupie danego towaru, lecz by czynił to pod dyktando producenta posługującego się nim w celu zbycia towaru. Dziś rolę cokolwiek staroświeckiej reklamy przejęły bezwzględne algorytmy - kształtując, kontrolując i dając słodkie złudzenie wolności’. Zastępując dotykalną realność czystą formą, macierzą (łac. matrlx), ułudą wirtualną (VR, virtual reality) - zacierają granicę między obydwoma tymi wymiarami^. W średniowiecznej łacinie przymiotnik virtualis oznaczał skuteczność, w dzisiejszej virtus to m.in. wynik działania, zjawisko nadnaturalne, moc nadprzyrodzona. ' Nazwa wzięła się ze średniowiecznej łaciny: algorithmus (od: al-Cłiwarizmi — przydomku matematyka arabskiego z IX wieku, Muhammeda ibn Musa, zmienionego pod wpływem greki [arithmós, apiGpÓę — liczba]). Algorytm, jakim dzisiaj posługują się informatycy, to zbiór reguł operacyjnych, które - wykonywane po kolei - umożliwiają rozwiązanie danego problemu. ^ Od rzeczywistości ucieka się przeróżnie - pijąc alkohol, zatracając się w tańcu bądź w twórczości, biorąc narkotyki, zastępując realność światem przedstawionym na scenie czy ekranie, przesypiając kłopoty. Billy Fisher, bohater filmu „Billy kłamca” Johna Schlesingera, siłą wyobraźni przenosi się z zakładu pogrzebowego, gdzie odbywa praktykę, do cudownego królestwa Ambrozji. Przy tym wszystkim nie zatraca się jednak - jak dzieje się to w wypadku VR - poczucia granicy między realnością i jej przedstawieniami (trzeźwieję, budzę się, wychodzę z kina itp.). W filmie Stevena Spielberga „Player One wirtualna rzeczywistość, do której uciekają mieszkańcy Ziemi, nosi nazwę OASIS i jest dla nich tak samo prawdziwa jak pozostawiona. Bohater filmu „Ona” (reż. Spike Jonze), samotny pisarz Teodor Twombly, zakochuje się w, traktowanym jako znak realnej osoby, kobiecym głosie („Samantha”) świeżo zakupionego systemu operacyjnego. Coraz więcej zwolenników znajduje seks wirtualny (cyber scx) związany z takimi gadżetami, jak okulary do masturbacji czy masturbator z telefonu, przenoszący do baśniowej krainy Pornotopii. Zapadła mi w pamięć okładka poradnika „Polityki” zatytułowanego „Co komputer zrobił nam z głową”, na której chłopak przytula cyfrowy fantom o kształcie poddającej mu się ufnie dziewczyny. Andrzej C. Leszczyński 21 Szczególna dwoistość zawarta jest w angielszczyźnie: virtual to faktyczny, rzeczywisty, ale i — pozorny, potencjalny: jedno staje się drugim. Dawniejszego reklamodawcę zastąpił wszechpotężny influencer (łac. influó — wpływać, zalewać, wciskać, wrzynać się), właściwy i może jedyny podmiot ludzkich poczynań. Kojarzony jest najczęściej z „bandą czterech (pięciu)” firm komputerowych: Google, Amazon, Facebook, Apple, Microsoft, określanych jako Big Tech. Koncerny te kształtują rzeczywistość iluzyjną, zwaną przez Stanisława Lema fanto-matyką. Dobrym określeniem jest cyberprzestrzeń: termin mówiący w grece o kimś, kto umie sterować (kBPepvr|TtKÓę), o sztuce rządzenia ludźmi czy państwem (kBp£pvr|TiKf|). Czytałem gdzieś, że podobne cechy można odnaleźć w Oceanie z powieści „Solaris” Stanisława Lema - rzeczywistości niepojętej, może boskiej, żywej i myślącej, w której bohater, Kelvin, spotyka swą nieżyjącą (samobójstwo) ukochaną Harey. Sen? Szaleństwo? Prawda? Trudno odróżnić te pojęcia, trudno oddzielić to co „realne” od tego, co „wirtualne”’. Oto co mówi Jacek Dukaj, pisarz dostrzegający przeobrażenia trudne do przyjęcia przez zdroworozsądkową większość: „Niezależnie od siły i rodzaju zewnętrznej władzy nad nami żyliśmy w przekonaniu, że człowiek jako jednostka jest podmiotem. Że [...] to JA podejmuje decyzje, to są przejawy MOJEJ woli i JA za nie odpowiadam. Dzisiaj w tym sensie ludzie już w większości nie są podmiotami, natomiast iluzja nadal się utrzymuje. I dzięki niej mogą jeszcze istnieć takie rytuały jak wolne i demokratyczne wybory. Chociaż już nie są wolne i demokratyczne, ale dzięki iluzji podmiotowości system nadal funkcjonuje”. POD OKUPACJĄ VR W ostatnim czasie ukazało się wiele publikacji opisujących wirtualną rzeczywistość i przestrzegających przed pułapkami, jakie kryje. Nie zawsze ogarniając ich materię, odwołuję się do niektórych z uczuciem trwogi. Cyfrowa technologia wytworzona przez człowieka, zgodnie z teorią alienacji (alienó — utracić, oddać komuś innemu, przelać własność) sama zaczyna go „wytwarzać”'^. Człowiek, pisze w „Plusie-Minusie” Jan Tokarski, nie jest już ani siłą sprawczą postępu cyfrowego, ani jego celem. „To postęp jest celem postępu, technika — celem techniki. Człowiek staje w rzędzie środków, którymi technika rozporządza”. Przekonanie o kontrolowaniu użytkowanych technologii jest miłym złudzeniem. Rozwiewa je Nicholas Carr („Technologie, którymi myślimy”): „Każda technologia promuje jakieś zachowanie. Jest tak zaprojektowana, żeby używać jej w określony sposób, do którego my się dostosowujemy. Z czasem, im częściej z niej korzystamy, nasz umysł adaptuje się do tych technologicznie preferowanych sposobów myślenia i ulegają one wzmocnieniu, utrwalają ’ Pomysł Zuckerberga ogłoszony na targach Connect 2021 („List Założyciela”) - zmiana FB na Meta - pokazuje dążenie do pełniejszego (pełnego?) zastąpienia materialnej rzeczywistości cyfrową fikcją: zamiast „patrzyć na” - „będzie się w”. Meta to odpowiednik angielskiego beyond, przysłówka który - podobnie jak grecki Mstó - wskazuje na coś „ponad”, „poza”. Uniwersum, rzeczywistość fizyczna, ma stać się Metawersum, wirtualnym wszechświatem 3D, w którym użytkownicy będą mogli porozumiewać się przy pomocy okularów VR i czujników ruchu. * „Ludzie stali się narzędziami w rękach swoich narzędzi” pisał niespełna dwieście lat temu Henry David Thoreau. Tak jest zawsze; akt tworzenia pociąga za sobą podporządkowanie się wytworowi. Tyczy to właściwie wszystkiego — rządzących człowiekiem pieniędzy, środków militarnych, ideologii, religii, polityki, samochodów, smartfonów, najpospolitszych mód, trendów obyczajowych czy artystycznych, kulinariów itd., itp. Także - to piękny przypadek - własnych dzieci, których opiece oddają się na starość ojciec i matka. 22 Okruchy się”. W książce „Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg” Carr pisze o technologicznych deformacjach podstawowych funkcji poznawczych - myślenia, uwagi i pamięci. Cyfrowe technologie nie są narzędziem, którym możemy się posługiwać jak każdym innym, zwraca uwagę Natalia Hatalska, prezes Instytutu Badań nad Przyszłością; „Narzędziem jest nóż, bo został wyprodukowany i od nas zależy, jak go użyjemy, ale nie technologia, która zmienia się z każdą aktualizacją systemu, czy urządzenia, w którym można wprowadzić zmiany bez naszej wiedzy”. Teraz użytkownik jest narzędziem dla portalu, nie odwrotnie. Podstawowym celem algorytmu jest utrzymanie jak najdłużej uwagi internauty. Posługując się tzw. targetowaniem behawioralnym (śledzeniem zachowań) analizuje on profil odbiorcy i podpowiada mu w formie sugestii, czego powinien chcieć. Prof. Wojciech Cellary, specjalista w dziedzinie technologii informacyjnych, opisuje absurdalną na pozór sytuację, w której kurier przywozi niezamówiony towar: owszem, ale marzył pan o tym. „Po to zainwestowaliśmy w sztuczna inteligencję [...] i zebraliśmy wszystkie możliwe dane o panu, aby moc przewidzieć z góry, za co i kiedy będzie pan skłonny zapłacić. Znamy pana lepiej niż pan sam. [...] Wiemy nie tylko, o czym pan marzy dzisiaj, ale też o czym będzie pan marzył jutro, za tydzień, za rok, za dwa lata”. Algorytmy są jak tlen, bez którego trudno funkcjonować. Niedawna (4.10.2021) kilkugodzinna awaria Facebooka ujawniła nagły wzrost zjawiska zwanego FOMO (fear of mis-sing out) - lęku przed pominięciem, utratą kontaktu z tym, co bieżące. Niemiecko-szwaj-carski filozof kultury Byung-Chul Han pisze o czymś, co widać gołym okiem: „Smartfon stał się obiektem kultowym. Ciągle trzymamy go w ręce, jak kiedyś różaniec. A »lajki« są jak »amen«”. Przestrogą winien być wpis znanej podróżniczki, Martyny Wojciechowskiej („Mam na imię Martyna. Mam 47 lat. Jestem uzależniona”), wpatrującej się w smartfon i spędzającej w Internecie 2-3 godziny dziennie. Można sądzić, że podobnej samowiedzy pozbawione są rzesze internautów wyłączających się z rzeczywistości przez znacznie dłuższe okresy czasu, osób, dla których smartfon jest pierwszą rzeczą, jaką biorą po przebudzeniu do ręki\ Utrwala się tzw. efekt potwierdzenia; szukając bezustannie nowych informacji znajdujemy najczęściej te, które potwierdzają to, co już wiemy i co akceptujemy. Większość portali nie informuje swych odbiorców, lecz utwierdza ich we własnych przekonaniach i opiniach. Maciej Stuhr mówi w wywiadzie, że niedawno uświadomił sobie, jak wielkie szkody przyniósł Facebook. „Połącznie przycisku »lubłę to« z algorytmami FB, które na podstawie tego, co nam się podoba, podsuwają nam podobne treści sprawiło, że dzisiaj każdy może uważać, że ma rację. I ma na to dowody. Przez tysiąclecia nawet jeśli ktoś myślał, że ma rację, to musiał mierzyć się z niewygodną prawdą, że są i tacy, którzy mają przeciwne zdanie. A teraz odpalamy FB i niezależnie, czy jesteśmy lewakami, prawakami, antyszcze-pionkowcami czy ekologami, znajdziemy dowody, że takich jak my jest więcej i tylko się utwierdzamy w naszych poglądach”. Potwierdza to Katarzyna Growiec, psycholog, której zdaniem odczytujemy powtórzone setki razy treści spójne z własnymi przekonaniami. Prowadzi to bardziej do „umocnienia się we własnych poglądach niż konfrontacji z innymi systemami wartości czy punktami widzenia”. ’ Nie darmo uzależnienia określane są jako choroby zaprzeczeń, zakłamania. Andrzej C. Leszczyński 23 Zagrożenia związane z VR dostrzega papież Franciszek. W encyklice „Fratelli Tutti”*’, w rozdziale szóstym („Dialog i przyjaźń społeczna”), pisze o zaniku woli porozumiewania się, o zastąpieniu dialogu równoległymi monologami. W komunikacji cyfrowej gubi się szacunek dla drugiego człowieka. Wirtualne spektakle „zwalniają ze żmudnego pielęgnowania przyjaźni stabilnej wzajemności [...] nie budują nas, ale zazwyczaj maskują i wzmacniają ten sam indywidualizm, który wyraża się w ksenofobii i pogardzie dla słabszych”. I w innym miejscu: „Usiąść i słuchać drugiego człowieka — zachowanie charakterystyczne dla spotkania między ludźmi — to wzór postawy otwartości tego, kto przezwycięża swój narcyzm i akceptuje drugiego”. Karen Stenner, australijska badaczka związków polityki i psychologii, pisze o predyspozycji autorytarnej (authoritarian predisposition) ludzi, którzy nie tolerują jakiejkolwiek złożoności i odmienności. Odnajdują bezpieczeństwo w informacjach prostych i zrozumiałych. Kazuo Ishiguro, noblista (2017), piszący o sztucznej inteligencji w swej najnowszej powieści „Klara i słońce”, mówi że bycie człowiekiem opiera (opierało?) się na poczuciu jednostki, że daje coś społeczeństwu. „A co, jeśli ktoś niczego dać nie będzie w stanie? Ludzkość zostanie zmuszona do wymyślenia siebie na nowo. A świat, w którym się na nowo wymyśli, niekoniecznie będzie światem urządzonym przez człowieka”. Natalia Hatalska przywołuje dane pokazujące, że od czasu pandemii życie prywatne (zakupy, edukacja) przenieśliśmy do świata cyfrowego. 80% filmów na Netfliksie oglądamy dzięki sieciowym rekomendacjom, podobnie ponad 35% zakupów. „Tymczasem one ograniczają nam obraz świata, stale poruszamy się w tych samych treściach i bardzo trudno jest nam wyjrzeć poza nasza internetową bańkę. Przez to nie jesteśmy w stanie zobaczyć świata takim, jakim jest naprawdę. [...] 70% ludzi nie wie, że żyje w zamkniętych bańkach, że to, co widzą, nie jest obiektywną rzeczywistością, tylko wizją przygotowaną przez algorytmy”. Zadziwiające, że dwadzieścia sześć wieków temu o czymś podobnym pisał w „Państwie” Platon posługując się alegorią jaskini (AZ.Lriyopia TOB ZTUjkaiOB). Żyjący w jaskini ludzie, odwróceni do wyjścia i przykuci do skał, widzą tylko cienie, jakie rzucają na ścianę (ekran) realne przedmioty oświetlane z tyłu ogniem. Fantomy widoczne na ekranie jaskini przypominają wizje preparowane przez algorytmy: i jedne, i drugie brane są za rzeczywistość. Żeby uwolnić się od miraży konieczne jest odwrócenie szyi (Ttepidyen' TÓv aByeva), która chyba uległa paraliżowi. CYFROWY SZPICEL Mathias Dópfner, szef Axel Springer, w liście otwartym do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen pisze o powszechnej praktyce platform cyfrowych polegającej na szpiegowaniu klientów. Przytacza wypowiedź byłego prezesa Google'a, Erica Schmidta: „Wiemy, gdzie jesteś. Wiemy, gdzie byłeś. Mniej więcej wiemy, o czym myślisz”. Dópfner przyznaje rację prof. Shoshanie Zuboff z Harvardu, której zdaniem od pewnego czasu żyjemy w kapitalizmie inwigilacji (surveillance capitalism). Mark Zuckerberg ma w swojej cyfrowej stajni (Facebook, także Instagram i WhatsApp) niespełna 3,5 mld * Tytuł ten (hiszp. „Wszyscy bracia”) bierze Franciszek z „Napomnień” św. Franciszka z Asyżu. 24 Okruchy użytkowników, o których wie więcej, niż wiedzą o sobie sami. Dostosowane do ich zainteresowań i potrzeb reklamy przyniosły firmie niespełna 85 mld dolarów (w 2015 roku medialne sugestie wskazywały, że winien kandydować na prezydenta USA). Shoshana ZubofF, o której wspomina Dópfner, przez kilkadziesiąt lat badała związki psychologii społecznej z Internetem i sztuczną inteligencją. W rozmowie z Rafałem Wosiem w „Tygodniku Powszechnym” mówi, że żyjemy w kapitalizmie nadzoru, zaś nadzorcami są wielkie platformy - Facebook, Apple czy Google. „Najpierw zabrali nasze dane, nie pytając nikogo o zdanie. A potem dorobili się na obracaniu tymi danymi wielkich fortun. [...] To powinny być dobra wspólne, bo ich status bierze się z posiadania naszych wspólnych danych. A nie — prywatne wehikuły służące do akumulacji władzy przez kilka korporacji”. Jej najbardziej znana (ponad 800 stron!) książka nosi alarmistyczny tytuł; „The Age of Surveillance Capitalism: The Fight for a Humań Futurę at the New Frontier of Power”, 2019 (polskie tłumaczenie Alicji Unterschuetz - „Wiek kapitalizmu inwigilacji. Wałka o przyszłość ludzkości na nowej granicy władzy” — Zysk i S-ka, 2020). Kapitalizm inwigilacji to „pasożytniczy porządek ekonomiczny, który uznaje ludzkie doświadczenie za darmowy surowiec do ukrytych handlowych praktyk wydobycia, prognozowania i sprzedaży”. Relacje podporządkowania z sieciowymi gigantami prowadzą do utraty tego, co definiowało ludzką podmiotowość: sprawczości jednostek i społeczeństw (autorka mówi o nowej tyranii i zamachu na ludzi!). Algorytm odwołuje się do emocji, nie wiedzy, ta bowiem źle się sprzedaje. Coraz częściej pojawia się pytanie, czy dysponentów algorytmów — technokratów z Doliny Krzemowej - nie skusi pełna władza nad przepływem informacji. Kazuo Ishiguro nie ma wątpliwości: Al rychło będzie w stanie manipulować emocjami. „A to oznacza, że będzie mogła rozpoznawać społeczne frustracje i poprowadzić skuteczną kampanię polityczną. Albo wymyślić następną wielka ideę, coś, co porwie ludzi i zorganizuje im życie, jak nazizm, komunizm czy kapitalizm”. Jak wynika z zeznań składanych na Capitolu przez Frances Haugen, byłą pracownicę FB, biznes Marka Zuckbergera opiera się na przykuwaniu uwagi odbiorców za pomocą treści wywołujących gniew, nienawiść i polaryzację poglądów, emocji przykuwających do jego platformy. Do oczekiwań odbiorców odnoszą się coraz częściej politycy, którzy pracę nad rzetelnym programem zastępują wsłuchiwaniem się w aktualne nastroje uwidaczniane w badaniach ankietowych^. Shoshana Zuboff opisuje rosnący udział platform cyfrowych w kampaniach wyborczych, podczas których skutecznie sprzedano Brytyjczykom ideę brexitu, a Amerykanom Donalda Trumpa8. Trump zwracał się na Twitterze bezpośrednio do odbiorców (miał ponad 90 min obserwatorów). Łatwość, z jaką uwierzyli mu, tłumaczy prof. Timothy Snyder z Yale University, wspominając o mechanizmach obronnych i infekującym świadomość „przedrozumieniu”; „Trzeba ogromnie napracować się nad edukacją obywateli. 7 To samo dzieje się z kulturą. Krzysztof Varga omawiając tandetne, cieszące się wzięciem filmy Patryka Vegi pisze, że karmią się potrzebą napawania się wulgarnością i brutalnością. „Widz Vegi utwierdza się w przekonaniu, że Polską rządzą spiski, układy, złodziejstwo, bandytyzm”. * W drugim wypadku „sprzedawcami” byli specjaliści z GRU, którzy bez szczególnych przeszkód wykorzystywali narzędzia Facebooka (co później FB starał się ukryć) do ingerowania w amerykańskie wybory w 2016 roku. W październiku 2021 „Washington Post” pisał o wspieraniu przez FB jednej tylko polskiej partii politycznej. Konfederacji. Andrzej C. Leszczyński 25 by uodpornić ich na potężną presję wiary w to, w co sami już wierzą, w co wierzą inni lub co nadawałoby sens ich poprzednim wyborom”. Media społecznościowe mogą dostarczyć każdej opinii dowolnej ilości czegoś, co wygląda na dowód. „Podobnie jak faszystowscy wodzowie, Trump prezentował się jako jedyne źródło prawdy. Termin »fake news« był w jego ustach echem nazistowskiej obelgi »Lugenpresse« (»kłamliwa prasa«). Jak naziści, nazywał dziennikarzy »wrogami ludu«. [...] Naziści chcieli zastąpić dawny drukowany pluralizm radiem, a Trump próbował tego samego z Twitterem”. Cyfrowa okupacja doskonali się, pojawiają się serwisy oparte na algorytmach skreślających możliwość odniesienia się do jakiegokolwiek „ty”, czy nawet do rzeczywistości innej niż ta, która tkwi już w umyśle odbiorcy. Podsuwają mu to, co zna i lubi. Jeśli zaś wykraczają poza sferę „własną”, to w stronę tego, co definiuje autokratyczna władza. O TikTo-ku, zbudowanym w Chinach w 2016 roku, pisze Monika Ochędowska w artykule pt. „Czerwony algorytm”. Autorka przytacza słowa pekińskiego komentatora „Dziennika Ludowego” („Renmin Ribao”) wyrażającego nadzieję, że przyszłością świata jest „czerwony algorytm”: idealne połączenie człowieka, maszyny i partii. Algorytmy nie mają zdrowego rozsądku i bywa, że się mylą, pisze w „Tygodniku Powszechnym” Jarek Gryz. Dokonują nadmiernej ekstrapolacji aktualnych danych, albo mylą korelację ze związkami przyczynowymi. Autor przestrzega też przed zbyt poważnym traktowaniem terminu „sztuczna inteligencja” (Al: artificial intelligence - termin Johna McCarthy'ego). „Taka antropomorfizacja rodzi wygórowane oczekiwania: zaczynamy o maszynach myśleć jak o maszynach myślących. Zapominamy jednocześnie, że pracują one w izolacji poznawczej: wiedzą tylko tyle, ile im wprost powiemy”. To sprawa kluczowa: co oznacza ów zaimek „my”, kto wpisuje algorytmom cele i określa metody działania? Przy tym wszystkim Al jest niebywale kosztowna. Moc obliczeniowa bierze się z wykorzystywania ogromnej ilości konwencjonalnych źródeł — paliw kopalnych, wody, rzadkich surowców mineralnych. Konsekwencją jest zatruwanie środowiska naturalnego (produkcja i używanie jednego egzemplarza wysokiej klasy iPhone'a to emisja 74 kg CO^). Cyfryzacja i robotyzacja wywołują bezrobocie i blokują drogi awansu społecznego. Prowadzi to do postępującego rozwarstwienia dochodowego i wytworzenia się nowej oligarchii, która zarządzając informacją i manipulując odbiorcami buduje podstawy nowego, zazwyczaj trudnego do zauważenia, autorytaryzmu. WIDMO Amerykański pisarz i wykładowca Erik Davis („TechGnoza. Mit, magia + mistycyzm w wieku informacji”) nie owija niczego w bawełnę: „Granice zanikają, dryfujemy w sferę niczyją pomiędzy życiem syntetycznym i globalnym przepływem dóbr, informacji, siły roboczej i kapitału. Wraz z pigułkami modyfikującymi osobowość, maszynami modyfikującymi ciało, syntetycznymi przyjemnościami oraz umysłami w sieci generującymi bardziej płynne i sztuczne poczucie naszego »ja«, także i granice naszej tożsamości podlegają zmianom”. Prof. Eben Moglen, specjalista od oprogramowania, w rozmowie z Jackiem Żakowskim mówi o cyfrowym widmie krążącym po świecie. Wygląda jak wielka sieć na ryby. „Ale 26 Okruchy zamiast ryb łapią się w nią ludzie. Jesteśmy w pół drogi prowadzącej do połączenia wszystkich ludzi na świecie jednym systemem nerwowym. Za naszego życia każdy mózg będzie formowany w tej sieci. [.,.] telefony, komputery, karty, terminale, kamery dokoła, internet i sieci komórkowe, oprogramowanie, satelity, światłowody, serwery, ci, którzy ich używają. To wszystko zrosło się w Maszynę. Ona nas używa”. Psycholog i socjolog, prof. Tomasz Szlendak, pisze, że wyjście z domy bez smartfona to dla 30-latka tyle, co wyjście bez ręki, dla 20-latka - bez głowy, zaś dla gimnazjalisty - bez siebie. Niektórzy z moich leciwych, bywa że utytułowanych, znajomków przypominają pod tym względem gimnazjalistów. Mam też takich, również z tytułami, którzy nie posiadają telefonów komórkowych, wystrzegają się zwłaszcza smartfonów, włączają komputer dwa, może trzy razy w tygodniu, by przeczytać pocztę. Adresowane do nich złośliwe określenia w rodzaju ZWT (zagrożony wykluczeniem technologicznym) przyjmują z ciepłym, wyrozumiałym uśmiechem. Andrzej Kasperek 27 Andrzej Kasperek „MY RABY” - ROSYJSKA MENTALNOŚĆ NIEWOLNICZA Gdybyście towarzyszyli mi w tej podróży, odkrylibyście w głębi duszy ludu rosyjskiego nieuniknione spustoszenia, spowodowane przez arbitralną władzę posuniętą do najdalszych konsekwencji. Jest to przede wszystkim dzika obojętność na świętość przyrzeczeń, na prawdę uczuć, na sprawiedliwość czynów. Jest to również kłamstwo triumfujące we wszystkich działaniach i okolicznościach życia. Astolphe de Custine „Listy z Rosji” 1 W 2007 r. napisałem moje pierwsze opowiadanie „Back in the DDR”, które weszło później do tomu pod tym samym tytułem. Książkę w 2010 r. wydało gdańskie wydawnictwo słowo obraz/terytoria. Opisałem tam historię zainspirowaną zdarzeniem autentycznym — w 1979 r. byłem w NRD na obozie OHP. Wieczory po robocie spędzaliśmy w knajpach Magdeburga. Nie wiem, co nam strzeliło do głowy, że pewnego razu zaszliśmy do sowieckiego kasyna wojskowego. Ta wizyta o mało nie skończyła się źle. Oto fragment tego opowiadania; „Wielu spoglądało na nas spode łba - byliśmy tu obcy, a poza tym dużo zamawialiśmy, mieliśmy diengi. Wśród żołnierzy krążył kagiebista, Kola nam go wskazał, ale trudno się było nie domyślić — szczupły, niewysoki, przylizany blondynek. Parę razy pochylił się nad naszym stolikiem, napominał Kolkę, że trzeba zmienić temat. [...] Gienek [...] stwierdził, patrząc zaczepnie dookoła: „U mienia razuma niet, potomu czto ja sowiet”. Kategorycz-ność tego sądu była niebezpieczna. Zaczęło się robić gorąco, otaczały nas złe spojrzenia, a ten idiota zaczął na dodatek nucić: „Na chuj nam swoboda ruskiego naroda”, na melodię hymnu radzieckiego. Nie zdążył dojść do słów: „Jak nie ma co palić, jak nie ma co pić!”. Kagiebista doskoczył do nas. Kolka krzyknął: „Bieriegis’!”. Zerwaliśmy się do ucieczki, w starciu byliśmy bez szans. „No było pozdno” - jak śpiewa Wysocki. Marek i Roman dostali po pysku. Uciekaliśmy co sił. [...] Chmara Ruskich była już całkiem blisko. Wtedy coś mi strzeliło do łba i zacząłem się drzeć po niemiecku (widząc zapalane światła i otwierające się okna): „Russische Faschisten! Russische Faschisten!”. To podziałało jak czerwona 28 „My raby” — rosyjska mentalność niewolnicza płachta. Ale my byliśmy już prawie trzeźwi, dobiegliśmy do parku i tam zaszyliśmy się w krzakach. Sowieci krążyli jak szaleni, pojawiły się patrole żandarmerii. Oj, jakby nas wtedy dorwali... Poszukiwaniami dowodził blondynek z KGB. Przeczekaliśmy do północy i chyłkiem dotarliśmy do naszych barakowozów. Byliśmy uratowani. Na szczęście nikt nas nazajutrz nie szukał. Ale to nie koniec tej historii. Bo to przecież te tchnące jadem słowa zatruły Purina. Kiedy po latach zobaczyłem jego zdjęcia, jego chudy pyszczek prezydenta Rosji, przypomniał mi się blondynek z Magdeburga. Już wiedziałem, że nie zapomniał. Ja wiem, że nas nie lubi. [...] Ech, życie ty, życie., .Historia zatoczyła koło. Dostojewski sto lat wcześniej znienawidził Polaków na katordze. Od polskiego zesłańca Aleksandra Mireckiego usłyszał wówczas słowa: Je hais ces brigands. „Nienawidzę tych zbójów” - ta bezlitosna ocena katorżników brzmiała ciągłe w uszach Dostojewskiego. [...] Nie mógł już tego Polakom darować, tego pohańbienia skrzywdzonego i poniżonego ludu rosyjskiego. Putin też nie zapomniał „rosyjskich faszystów”, też nie darował. Jakoś nigdy tego szczurowatego na pysku polityka nie lubiłem. Z zażenowaniem czytałem brednie G.W. Busha: „Zajrzałem mu w oczy. Zobaczyłem tam człowieka prostolinijnego i otwartego”. Rzygać mi się chciało, jak Berlusconi obnosił się w kurtce z herbem Rosji. Wyszczerzając swe bielutkie implanty ustawiał się do foty w towarzystwie Wołodii. Nie chce mi się nawet wspominać nazwiska tego drugiego włoskiego idioty wystrojonego w koszulkę z Wową. Były kanclerz RFN Gerhard Schróder stał się honorowym Rosjaninem a żałosny Depardieu najpierw poprosił o obywatelstwo a potem przyjął prawosławie... Nikt ich nie zmuszał, sami to wybrali. Dlaczego? Ale teraz najbardziej mi smutno, jak pomyślę, że wojna wywołana przez Fiutina spotkała się z tak wielkim poparciem Rosjan. Mówi się, że to aż 70% społeczeństwa. Pewnie że w tym kraju badanie poparcia dla władzy to bardzo ryzykowna, bo niewielu stać na szczerość. Niewielu też protestuje. Dzielna dziennikarka Marina Owsiannikowa wdarła się na wizję wiadomościach rosyjskiej TV z planszą „Nie dla wojny. Zatrzymać wojnę. Nie wierzcie propagandzie. Oszukują was. Rosjanie przeciwko wojnie”. Porównano to do protestu 25 sierpnia 1968 roku, kiedy osiem osób protestowało przeciw inwazji na Czechosłowację. Garstka ich była — dziś są symbolem odwagi i godności.,. Kocham kulturę rosyjską. Zaczytywałem się w literaturze rosyjskiej od czasów liceum — od A- jak Achmatowa do Z- jak Zoszczenko. Mój tom esejów „Galeria Jacka Kaczmarskiego” ma podtytuł: „Skrzydło wschodnie”. Jest tam wiele rozważań o Rosji - poczynając od analizy malarstwa Pawła Fiedotowa i jego obrazu „Encore, jeszcze raz”. Pewnie kiedyś mógłbym powtórzyć za Michnikiem, że jestem antysowieckim rusofilem. Ale już nie jestem rusofilem, przeszło mi kilka lat temu, po zajęciu Krymu. Ta euforia Rosjan - Krym nasz! Cytując (z pamięci) Zoszczenkę: Wyszedł z nich wtedy ten „świński ryj i rybia morda”. Okazało się, że wszystko, co w tym kraju działo się po 1990 r., to tylko potiomkinowska wioska, to „oszustwo mające na celu wywarcie dobrego wrażenia i ukrycie prawdziwej natury sytuacji”. Można jeździć po świecie i zadawać szyku, kształcić dzieci w Oxfordach i kupować pałace w Londongradzie, a ciągle pozostać niewolnikiem. I to nie tylko mentalnym. Nigdy nie myślałem, że będę cytował Lenina. Cóż, do tego doszło. Ale czy nie miał racji pisząc w 1914 r. w artykule „O dumie narodowej Wielkorusów”: „Nikt nie jest winien, że Andrzej Kasperek 29 urodził się niewolnikiem, jednakże niewolnik, któremu nie tylko są obce dążenia do własnej wolności, lecz który jeszcze usprawiedliwia i upiększa swoje niewolnictwo (na przykład nazywa dławienie Polski, Ukrainy itd. „obroną ojczyzny” Wielkorusów) — taki niewolnik to sługus i cham, wywołujący uzasadnione uczucie oburzenia, pogardy i obrzydzenia”. Wcześniej Lenin podpiera się cytatem z powieści Czernyszewskiego pt. „Prolog” (1867-1870): „godny pożałowania nasz naród, naród niewolników, od góry do dołu sami niewolnicy”. Siergiej Kowalow („Długi cień Gułagu”, po 2010 r.) napisał: „Gułag istnieje nadal w mentalności naszego społeczeństwa, w jego niewolniczych zachowaniach, w zgodzie na propagandę i kłamstwo, w obojętności na los współobywateli, na przestępstwa i zbrodnie, także te, których dopuszcza się państwo. [...] W Rosji mentalność niewolnicza trwa do dzisiaj dlatego, że nie został osądzony sowiecki system”. Nic dodać, nic ująć. „Zwyczajny faszyzm” (OobiKHOBCHHbiH (})aiiiH3M) — taki tytuł nosił film Michaiła Rom-ma. Znakomicie pasuje do tego, co Rosjanie robią teraz na Ukrainie. Putin wywołał tę wojnę, ale to rosyjscy żołnierze strzelają do cywilów i bombardują schrony, w których ukryły się matki z dziećmi. Tego Rosji świat nie zapomni. Zadziwiające jak inwazja na Ukrainę przypomina sposób prowadzenia wojny z Hitlerem. Wtedy gwałty, mordy i rabunek świat rozgrzeszał. Ilja Erenburg wzywał sołdatów: „Jeśli zabiłeś jednego Niemca, zabij drugiego — nie ma dla nas niczego weselszego od niemieckich trupów. Nie licz dni. Nie licz wiorst. Licz jedno: zabitych przez ciebie Niemców. Zabij Niemca! - to prosi matka staruszka. Zabij Niemca! — to modlą się do ciebie dzieci. Zabij Niemca! — to krzyczy ojczysta ziemia. Nie spudłuj. Nie przepuść. Zabij!”. Dziś słyszymy o tym samym - rosyjskie wojska strzelają do cywilów, gwałcą Ukrainki, zabijają ciężarne kobiety i dzieci. Dlaczego? Maksym Gorki, nie tylko piewca stalinizmu, ale też nader bystry obserwator Rosji, pisał: „My, Ruś, jesteśmy z natury anarchistami, okrutnymi bestiami, w naszych żyłach wciąż jeszcze płynie ciemna i zła krew niewolników, zatrute dziedzictwo tatarskiego i pańszczyźnianego jarzma’ — prawda. Nie ma słów zbyt ostrych wobec Rosjanina — plączesz krwawy- O specyfice rosyjskie pańszczyzny można przeczytać w ciekawej książce Borysa Kierżencewa „Rosja. Historia poddaństwa” wydanej w zeszłym roku. 30 „My raby” — rosyjska mentalność niewolnicza mi łzami, ale klniesz na niego, bo sam, nieszczęsny, dał i wciąż daje powody, żeby go kląć i wyć na niego, psim wyciem, wyciem psa, którego miłości jego dziki pan, też zwierzę, nie jest w stanie przyjąć ani zrozumieć. Najbardziej grzeszny i brudny lud na świecie, nieroz-różniający dobra od zła, spity wódką, okaleczony cynizmem przemocy, odrażająco okrutny i jednocześnie niezrozumiale dobroduszny, a do tego tak bardzo utalentowany”. Trudno to zrozumieć, tę dwoistość, a może po prostu schizofrenię. Gawriła Dzierżawin w odzie „Bóg” głosi: „Ja car! ja rab! ja czerw'! ja Boh!” W jednym zdaniu cztery kategoryczne i krańcowo różne stwierdzenia: „Jestem carem! Jestem niewolnikiem! Jestem robakiem! Jestem Bogiem!”. Wiersz pochodzi z roku 1784. I jak to interpretować? To nie jest zadanie dla filologa, ale dla psychiatry... To obraz liii Riepina „Burłacy na Wołdze” (1872-1873). Powszechnie jest on odbierany jako demaskacja cierpień ludu rosyjskiego, który „od stuleci ciągnie ciężkie państwowe jarzmo przez monotonną równinę historyczną”. Profesor Richard Pipes w swej książce „Rosyjscy malarze pieriedwiżnicy” dowodzi jednak, że autora społeczny podtekst wcale nie obchodził, a burłacy interesowali go tylko od strony plastycznej. Pozujący biedacy zarobili po 20 kopiejek i powinni być zadowoleni. Uspokoiło to F. Dostojewskiego, który napisał o obrazie, że „nie sposób przypuścić, aby myśl o społeczno-ekonomicznym i społecznym długu wyższych warstw wobec ludu mogła przyjść do biednej, pochylonej głowy tego chłopa, pogrążonego w odwiecznym smutku...”. A skąd się brał ów smutek, to już tego znawcy „duszy rosyjskiej” nie zainteresowało. A jak się dobrze przyjrzeć, to w tle widać mały parowiec, zwiastuje on postęp i nowoczesność. Warto w tym kontekście zestawić ten obraz z dziełem Williama Turnera „Ostatnia droga Temeraire’a” (1839). Obraz przedstawia okręt „Temeraire” holowany na miejsce rozbiórki. Okręt znajduje za umieszczonym na pierwszym planie holownikiem parowym. Turner ukazuje w sposób symboliczny zmierzch epoki wielkich żaglowców i nadejście epoki pary. Rosyjski malarz przedstawia maluteńki jak kropka stateczek parowy. Czy zastąpi on pracę niewolników? Turner wiedział, co maluje, a czy wiedział Riepin? 2 Próbuję zrozumieć to, co się dzieje na Ukrainie. Najłatwiej agresję Rosji wytłumaczyć chorobą psychiczną Purina i niewolniczym charakterem Rosjan. Można posłużyć się tu teorią cywilizacji turońskiej stworzoną przez polskiego historyka Feliksa Konecznego. Twierdził on, że istnieje siedem głównych cywilizacji. W kręgu turońskiej znaleźli się Rosjanie oraz Kozacy. „Nie rozwinęła [ona] trwałych więzi społecznych wyższych niż rodowe, ludność łączy się natomiast w celach wojennych w ordy, które w razie powodzenia mogą przybrać potężne rozmiary, nie są jednak trwałe i rozpadają się wraz ze śmiercią wodza lub jego porażką. [...] Cała aktywność polityczna w ramach tej cywilizacji ma zdaniem Konecznego charakter wojskowy. Władców nie obowiązuje moralność [...]. Nie rozwinęła żadnej z nauk, jednak szybko przyswajała sobie wszelkie wynalazki w dziedzinie wojskowości”. Tak więc etyka, prawo i rełigia nie mają w niej żadnego znaczenia. W czasach PRL ta koncepcja była potępiona, ale dziś warto się nad nią pochylić... Andrzej Kasperek 31 Chciałbym zacytować fragmenty mojej książki „Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło wschodnie” z 2013 r. To zbiór esejów dotyczących historii, literatury i malarstwa. Książka miała na celu przybliżenie twórczości Jacka Kaczmarskiego, a szczególnie tej JeJ części, którą stanowią utwory inspirowane obrazami i rzeźbami, czyli tzw. ekfrazy. Skupiłem się w tym tomie na siedmiu piosenkach, które można potraktować Jako głos w debacie o stosunkach polsko-rosyjskich. Starałem się wyjaśniać pewne aspekty historyczne stosunków pomiędzy Polską a Rosją. We wstępie napisałem wówczas: „Bez ich zrozumienia nigdy nie pozbę-dziemy się wzajemnych urazów i animozji, nigdy nie doczekamy się normalności (choć tu pewnie Jestem marzycielem)”. Okazało się, że nie byłem marzycielem, byłem bardzo naiwny. .. Ale mam nadzieję, że moje eseje takie nie są. Oto kilka fragmentów uzupełnionych nowymi przemyśleniami. * Rosyjski mąż stanu Siergiej Siemionowicz Uwarow w czasach panowania Mikołaja I był ministrem oświaty. W uznaniu zasług car nadał mu tytuł hrabiego, a w Jego herbie znalazła się dewiza: „Prawosławie - Autokracja — Narodowość”. Ta triada nie trafiła tam przypadkowo — to właśnie Uwarow uznawany Jest za autora trójjedynej formuły „prawosławie, sa-mowładztwo, ludowość”. Znamy Ją z memoriału skierowanego do cara, gdzie te trzy słowa zostały nazwane perłami z korony cesarza. Rosja to Jeden naród. Jedna wiara i Jeden Język. A to, że rzeczywistość Jest inna? Tym gorzej dla rzeczywistości. Jak mawiał pewien filozof. Ideał tego państwa zawierał się w zdaniu: „Wszystko musi być tylko po rosyjsku, wszyscy mają być prawosławni, wszyscy Rosjanami”. Oczywiście pod rządami samowładnego cara. „Język rosyjski został szybko wyniesiony do roli kamienia probierczego narodowości. Pisarze rosyjscy od Turgieniewa do Gogola nie tylko wynosili pod niebiosa obiektywne walory swego Języka, ale także dawali do zrozumienia, że wszystkie inne są od niego znacznie gorsze. Rosyjski gramatyk Giecz pisał, że »można z całą pewnością stwierdzić, łż nasz Język stoi wyżej niż wszystkie inne nowożytne Języki Europy«” — czytamy w książce Normana Daviesa „Boże igrzysko. Historia Polski”. Fiodor Tiutczew był subtelnym poetą, co nie przeszkadzało mu być również słowiano-filem i Wielkorusem. W 1831 roku napisał wiersz pod wymownym tytułem „Na wzięcie Warszawy”, marzył o Wielkiej Rosji. W wierszu „Hance do sztambucha” pisał tak: Oto nad Warszawą świta, Kijów rozwarł oczy modre I Wyszogród Moskwę wita Złotogłową słowem dobrem. I ojczystej mowy naszej Pojęliśmy dźwięczność miłą. Wnuk na Jawie to zobaczy. Co się ojcu ongi śniło! Co się śniło ojcu? Pewnie Rosja bez granic i wieczna, co prorokował w wierszu 32 „My raby” — rosyjska mentalność niewolnicza „Geografia rosyjska”: Moskwa, gród Piotra i gród Konstantyna, Carstwa ruskiego serdeczne stolice. Lecz gdzie jego kres, gdzie granice? Na północ, wschód, południe, zachód? Najbliższa przyszłość to pokaże. Siedem mórz wewnętrznych, siedem rzek. Od Nilu aż po Newy brzeg, od Łaby do Szanghaju, Od Wołgi do Eufratu, Gangesu i Dunaju, Carstwo rosyjskie aż po wieki wieków, Jak mówił Święty Duch i prorok Daniel. Pewnie wszędzie tam pobrzmiewa „miła dźwięczność mowy rosyjskiej”. Te koncepcje stały u fundamentów państwa carów. Już wcześniej Aleksander Puszkin w swym szowinistycznym wierszu „Oszczercom Rosji” pyta czy „Wszystkie słowińskie rzeki rozpłyną się w rosyjskim morzu?”. Co ciekawe, nie były to tylko przekonania przedstawicieli władz i elity. Taka mentalność dominowała też wśród prostych ludzi. Anton Czechow w swym „Sachalinie” — przejmującym opisie świata zsyłek — zanotował anegdotę zasłyszaną na wyspie. Spotkał człowieka, który przypłynął tam statkiem. W czasie postoju w Singapurze chciał kupić żonie jedwabny szal. W tym celu musiałby jednak wymienić ruble na dolary. Stanowczo odmówił, bo jak to, miałby wymieniać „porządne prawosławne pieniądze na jakieś tam etiopskie”? Żona szala nie dostała... A wracając jeszcze do Tiutczewa. Kiedy Warszawa była szturmowana w powstaniu listopadowym napisał wiersz, w którym: „wyrażał on nie uczucia radości z pokonania wroga, tryumfu wobec nowych przewag militarnych i politycznych Rosji, nie postawę ironii i sarkazmu pod adresem cieszącej się z kłopotów Rosjan Europy, lecz tezę historiozoficzną głoszącą, iż Rosjanie, zmuszeni „zadać fatalny cios nieszczęsnej Warszawie”, nie kierowali się „niewolniczą uległością wobec tyranii czy żądzą walki dla niej samej”. Ich myślą przewodnią było ocalenie własnego kraju i zebranie w przyszłości pod jednym sztandarem wszystkich Słowian, co zresztą jest ich misją i „celem wyznaczonym z wyroków nieba”. W obrazowym ujęciu wiersza ów tytułowy Agamemnon, ofiarujący zagniewanej Artemidzie rodzoną córkę Ifigenię, stanowi paralelę do Rosji, poświęcającej bliską sobie Polskę. Poświęcenie — dla celów wyższych — Polski, złożenie na oczyszczającym stosie ofiarnym „należącego do tego samego plemienia, a przeszytego braterską strzałą orła” przyniesie — zapewnia Tiutczew — przyszłe „nasze wspólne wyzwolenie”, które zrodzi się „jak Feniks z popiołów przez nasz naród święcie przechowany”. Ten (może przydługi) cytat pochodzi ze wstępu Ryszarda Luźnego do „Wyboru poezji” Tiutczewa^. Cytuję z wydania Ossolineum z 1978r. Bardzo się prof. Luźny musiał nabiedzić, żeby w czasach PRL-u wybronić poetę, który po prostu nadużywa sztafażu antycznego i bredzi o historycznej misji Rosji. „Płakali i mordowali”. Cholera, jak to wszystko jest aktualne. Rosjanie się nie zmienili. Sami przeczytajcie i oceńcie: Cytuję z wydania Ossolineum z 1978 r. Andrzej Kasperek 33 Jak Agamemnon na ołtarze. By bóstw przebłagać groźny gniew, Rodzoną córę złożył w darze — I spłynął z niebios zbawczy wiew: Tak miecz nasz w serce twe, Warszawo, Wyroczny dziś wymierzył cios... „Bóg daj, by za tę cenę krwawą Pokoju dar nam zesłał los! Lecz — z dala od nas czcze junactwa. Precz wieńce rabów, precz ich śpiew! Nie dla koranu samowładztwa Płynęła rzeką nasza krew,.. Do boju hufce nasze wiodła Nie przemoc, której celem mord, I nie pokora katów podła Lub wściekła chuć janczarskich hord. Cel inny, innej nakaz wiary Rozświetlał duszy naszej głąb: Zachować zbawczej ciosem kary Nietkniętym twardy państwa zrąb — Słowiańskie ludy w spółce bratniej Pod jeden znak zjednoczyć znów — I w bój o światło, bój ostatni. Zwycięsko wieść braterski huP. Li tylko taki cel wysoki Do wałki hufce nasze wiódł; Tajemne możnych sił wyroki Na barki śmiało wziął nasz lud. Na wysokościach, w mgieł omroczy, On widzi gwiazdę poprzez mgły, I za tą gwiazdą śmiało kroczy Do tajnych met — przez krew i łzy. Lecz ty, przeszyty bratnią strzałą. Gdy taki z góry padł ci los, Jednoplemienny orle biały Na odkupieńczy padłeś stos — Wierz słowu Rosji: proch twój ona Przechowa wiernie aż po dzień. Gdy razem z tobą wyzwolona. Jak feniks zmartwychwstanie zeń!... 1831 (Przeł. Tadeusz Stępniewski) [podkreślenia moje] 34 „My raby” — rosyjska mentalność niewolnicza Teraz Ukraińcy, niewdzięczne „Ukry” (jak ich pogardliwie nazywa się w Rosji), muszą złożyć ofiarę, aby Rosja mogła być znowu wielka. Putin jest niewielkiego wzrostu i ponoć w Leningradzie, gdzie się wychował, był często bity. Nauczył się, jak walczyć z większymi i silniejszymi. Metoda opisana przez Sienkiewicza w „Potopie”, gdzie Wołodyjowski mówi: „Dał ci Bóg nikczemną postać, jeśli się ludzie nie będą ciebie bali, to się będą z ciebie śmieli”. Cała doktryna Rosji opiera się na strachu, boją się jej obywatele, mają bać się sąsiedzi. Najlepiej niech boi się nas cały świat. W książce „Dlaczego Rosjanie głosują na Purina?” Bernard L. Mohr powołuje się na sondaż, w którym większość Rosjan przyznaje, że zamiast małego kraju o wyższym standardzie życia wolą duży kraj, którego boją się sąsiedzi. „Z tej perspektywy Putin daje ludziom to, czego chcą” - komentuje to norweski pisarz Jo Nesbo. 3 Trudno pojąć sens tej wojny. Bo Polakowi trudno zrozumieć, czym była/jest/miała być Wielkorosja albo Wielkoruś. Te obłąkańcze tyrady Tiutczewa o rosyjskiej geografii okazały się nie tylko historyczną brednią. Sowiecka Rosja szła tym śladem. Nigdy nie mogłem się pozbyć wrażenia, że rosyjskie słowo MHp, które ma dwa znaczenia: „pokój” i „świat”, jest przez Rosjan używane bez rozróżnienia. Kiedy głosili hasło „borba za mir”, czyli „walka o pokój”, to w istocie myśleli o podboju świata. Putin uznał upadek ZSRR za najgorsze wydarzenie XX wieku. Nie Wojnę Ojczyźnianą, jak nazywa się w Rosji II wojnę światową, która przyniosła jego ojczyźnie straszliwe zniszczenia i śmierć milionów, a rozpad tego potwornego kraju tyranii i kłamstwa. Parafrazując cytowanego już tu Gorkiego można mówić o „duszy rosyjskiej zatrutej złym pokarmem”. Kogo ta trucizna wielkorosyjskości nie zatruła? Od Puszkina do Sołżenicyna - lista jest bardzo długa. Nawet Aleksiej Nawalny ma na swym sumieniu ksenofobiczne opinie i publicznie cieszył się z zajęcia Krymu... Bardzo mnie boli, że znajduje się na niej także Josif Brodski. Wspaniały poeta, dysydent, którego w Związku Sowieckim skazano na przymusowe roboty za „pasożytnictwo” w 1964 a kilka lat później pozbawiono obywatelstwa i wydalono ze Związku Sowieckiego. Jest on autorem wiersza „Na niepodległość Ukrainy” („Na niezawisimost’ Ukrainy”), napisanego w 1992 roku. Adam Zagajewski pisze o nim: „To najdziwniejszy, najbardziej skrajny wiersz Brodskiego, wiersz, na którego publikację „papierową” poeta nie zgodził się nigdy. Na YouTubie znaleźć jednak można zapis recytacji tego utworu przez Josifa; niektórzy obrońcy Brodskiego twierdzili, że to nie on jest autorem tego paszkwilu. Może to paszkwil, ale jest to wiersz technicznie doskonały, wirtuozerski, poeta uruchomił tu zasoby swego kunsztu. [...] Dla przyjaciół poety, i to takich, którzy odczuwają też wielką sympatię dla Ukrainy, zrozumienie motywacji stojącej za tym znakomitym i obrzydliwym wierszem jest czymś prawie niemożliwym”. Przekład i omówienie wiersza można znaleźć w artykule Leszka Szarugi „Na niepodległość Ukrainy”^. Nie chcę tu cytować tego ohydnego utworu, kto chce znajdzie go i przeczyta. Dla mnie jest on dowodem na to, że nawet najlepsze umysły nie są wolne od tej trucizny. Pomyślałem o tym wierszu, gdy Andrzej Seweryn recytował na koncercie charytatywnym TVN „Razem z Ukrainą” polski przekład wiersza „Testament” ’ Zob.: https://angelus.com.pl/2016/09/leszek-szaruga-na-niepodleglosc-ukrainy/ Andrzej Kasperek 35 Tarasa Szewczenki. Na zakończenie swego występu aktor powiedział z wielką mocą: „Rok 2022. Russkij wojenny karabl’ - idi na chuj!”. Te wulgarne słowa wypowiedziane przez funkcjonariuszy straży granicznej z Wyspy Wężów stały się dziś hasłem. Czasem tak jest, że kończą nam się słowa i wtedy tylko wulgaryzm udźwignie siłę naszych emocji... Brodski w swym wierszu także mówi o rosyjskim wyrazie na trzy litery („Ho a^pecy Ha TpH óyKBbi”). Jednak w polskiej ortografii ten wyraz ma cztery litery. Wysyła tam „chachły”, czyli pogardliwie nazwanych Ukraińców. Wspomina też, że „kiedy umierać wam przyjdzie, hultaje i buhaje, / Będziecie rzęzić, czepiając się skraju materaca, / Te strofy Aleksandra, a nie brednie Tarasa”. Ciekawe, czy dziś powtórzyłby swe słowa. Nie sposób dziś wyobrazić sobie Ukraińców recytujących Puszkina zamiast Szewczenki. Patrzymy na okropności tej wojny. Tysiące ofiar śmiertelnych, zburzone miasta i wsie, miliony wygnańców. Jak się zakończy ta wojna nie wiemy, marzymy o rychłym pokoju. Oby te marzenia jak najszybciej się spełniły. Ale jedną w wielkich strat tej wojny będzie niechęć wobec Rosjan i Rosji, dystans wobec jej kultury pozostaną na długo. To straty (być może) nie do odrobienia. Ale nie będę tego opłakiwał. Nikt mi przecież nie zabroni czytać Babla, Bunina czy Bułhakowa. Akurat oni Wielkorusami nie byli... * Rosyjski pisarz i satyryk Michaił Sałtykow-Szczedrin (1826 - 1889) napisał: „Jeśli zasnę i obudzę się za sto lat i mnie spytają, co teraz się dzieje w Rosji, ja odpowiem: piją i kradną”. Miał rację, ale czy to im nie wystarczało, chlać i kraść? Krwi się zachciało ruskim bandytom. I tego nie można im wybaczyć! Ale żeby nie kończyć w takim nastroju, wspomnieć trzeba Adama Mickiewicza i jego wiersz „Do przyjaciół Moskali”'^. Poeta pisał: „Klątwa ludom, co swoje mordują proroki”. Miał na myśli skazanych na śmierć dekabrystów. Dziś trzeba pamiętać o zamordowanych „prorokach” — Annie Politkowskiej, Borisie Niemcowie. O wypędzonym reżyserze Andrie-ju Tarkowskim, o Natalii Gorbaniewskiej, która stojąc z wózkiem dziecięcym protestowała w 1968 roku na Placu Czerwonym, o Wasiliju Grossmanie, którego arcydzieło „Życie i los” skazano na niebyt... Wymieniam kilka osób, które są dowodem na to, że INNA ROSJA jest możliwa. Bardzo chcę w to wierzyć. Mickiewicz pisał: Jeśli do was, z daleka, od wolnych narodów. Aż na północ zalecą te pieśni żałosne I odezwą się z góry nad krainą lodów, — Niech wam zwiastują wolność, jak żurawie wiosnę. Czy wiosna wolności dla Rosji jest możliwa? Czy raczej Rosjanie są jak pies, „który tak się wdroży / Do cierpliwie i długo noszonej obroży,/ Że w końcu gotów kąsać — rękę, co ją targa”? Wołałbym, żeby Mickiewicz się mylił, ale to najbliższa przyszłość pokaże, czy nie miał racji. * Warto też przeczytać na nowo jego poetycki reportaż z Rosji, czyli „Dziadów części III Ustęp”. Ta rewelacyjna analiza sprzed prawie dwustu lat nic nie straciła na mocy. 36 Listy do Tymoteusza (8) Radosław Wiśniewski Listy do TYMOTEUSZA (8) 1. ROS I JEGO WOJNA - A wieś, że ja mam w przedskolu kolege Rosa i on jest z Ukrainy? - zapytałeś wczoraj, kiedy rysowaliśmy potwory według twojego pomysłu. - A to dobry kolega jest? - zapytałem udając obojętność wykańczając stwora, który miał macki ośmiornicy, rogi jelenia, nogi człowieka i ogon smoka. - Tak - odpowiedziałeś krótko. Nie kontynuowaliśmy tematu wiedząc pewnie, że ja wiem, że ty wiesz, że ja wiem, że ty wiesz. Na przykład, że obaj wiemy już, że w nocy Ros wracał z tatą z Ukrainy i jego tatę zatrzymano na granicy na mocy dekretu o powszechnej mobilizacji. I Tata Rosa musiał wrócić, a syna zostawił na strażnicy samego. Mama pojechała po niego z Kiełczowa na granicę, podobno załoga przedszkola zrzuciła się na podróż Mamy Rosa i podobno od wczoraj od południa są już razem. No, ale Twój kolega spędził sam noc i kawałek dnia na granicy. Bez mamy i bez taty. Nie wiem co w tym czasie działo się w sercu i głowie małego Rościsława. „Niechaj Bóg wyprostuje mu sny”. Stary tekst, nowy kontekst. W przedszkolu Mama opowiadała ci tę historię o Rosłe i jego tacie, że tam jest wojna, a Ty miałeś wielkie oczy, bo wojnę to znałeś jako hasło z kreskówek może, ale nie zaglądała nam zbyt głęboko w oczy. A teraz już tak. Nie tylko dlatego, że tutaj na Dolnym Śląsku większość z nas ma jakieś splątane korzenie stamtąd i często rodzinne historie. Nie tylko dlatego, że ten zaśpiew się słyszy od lat w sklepach, u kurierów, na budowach. Także dlatego, że i Ukraina, i my graniczymy z tym samym bandytą, który rości sobie prawa też do tej pięknej Litwy, Łotwy i Estonii, gdzie byliśmy na wakacjach, skąd przywiozłeś sobie pluszową dinozaurzycę, którą nazwałeś Tolą i z którą śpisz od pół roku. A ten bandyta - nie szaleniec, nie kosmita, nie Świnia czy bydlę, ale po prostu podły, pozbawiony jakiegokolwiek morale człowiek uważa, że może innym narodom dyktować swoje widzimisię i jak widać po Ukrainie - nie zawaha się wysłać swoich obywateli na śmierć, aby tego dowieść. Radosław Wiśniewski 37 Bo ci jego obywatele idą na Ukrainę po śmierć. I śmierć będą zadawać. Jakby ludzkość nie miała dosyć innych problemów do rozwiązania. I potem coś w radiu padło o Wyspie Żmij i zapytałeś Mamy, co to za historia, więc Mama ci powiedziała, że okręt złych ludzi zażądał od ukraińskich żołnierzy, żeby się poddali, a oni powiedzieli, że nie, że się nie poddadzą i wszyscy zginęli. A Ty zapytałeś: - I Tata Rosa też? I Mama musiała ci wyjaśnić, że ta wojna jest ogromna i toczy się w wielu miejscach na raz i nie wiemy, gdzie jest Tata Rościsława, gdzie go los rzuci i czy będzie miał to, co na wojnie najważniejsze, żołnierskie szczęście, jak to mówią. Bez tego szczęścia - żołnierz ginie. I po tym wszystkim rysujemy potwory, ja wiem, że ty wiesz, że ja wiem, że ty wiesz. Milczymy. Jak dwóch facetów, jeden lat czterdzieści i siedem, drugi lat pięć - z których każdy wie, że ten drugi wie, że on wie, że tamten też wie. A ja myślę, czy coś powiedzieć, że Rosa i jego mamę trzeba będzie otoczyć opieką, pewnie zrobić zrzutkę, bo puszka, którą ustawiło przedszkole, to będzie za mało. Z puszki kobieta nie zapłaci za mieszkanie, ani czesnego za przedszkole syna. Mechanika stara jak świat. Chłop idzie na wojnę, a kobieta zostaje z całym życiem na głowie i bieda, zwyczajnie bieda z tego. Wieczorem Pani wychowawczyni napisze, że Ros wrócił z granicy tak, jak stał, żadnych ubrań nic, potrzebne ubrania. A ja myślę — kurczę, mogłaby dyrekcja przedszkola umorzyć nadzwyczajnie opłaty za przedszkole dla Rosa. Napisałem pani wychowawczyni, żeby przekazała Mamie Rosa, czyli Rościsława, której nie znam, żeby była spokojna, że nie zostawimy jej samej. Że ja w najgorszym razie założę kolejną zrzutkę, że są ludzie, którzy wpłacą na te zrzutkę, sprawdzeni ludzie, pewni - dlatego, że o to ich poproszę. Mamy za sobą otwarta konspirację w czasie tej bieda-niby-wojny, którą nasza straż graniczna toczyła z bezbronnymi ludźmi, pamiętasz, bo rozmawialiśmy wtedy o „ludziach z lasu”. To pewni ludzie, mówię. Bo ja niewiele umiem, ale coś tam piszę i udało mi się pisaniem zebrać małą społeczność. Nasze małe „my”. Nasza mała „solidarność”. Teraz czekamy w blokach. Rościsław podobno już wrócił z Mamą. Pewnie będzie trzeba pomóc. No i pomożemy. Ludziom z lasu pomagaliśmy, pomożemy i ludziom na wojnie. Spokojnie. Zatem rysujemy potwory, ja myślę, ty myślisz, i jesteśmy jak ci dwaj rabini w pociągu, co to jeden wie wszystko, drugi wie wszystko i o czym tu gadać. I nagle Ty pytasz: 38 Listy do Tymoteusza (8) - A za kim Jesteśmy Tato? Za Ukrainą czy za Rosją? - A Jak myślisz? - Ja Jestem za Ukrainą, bo Ja mam kolegę Rosa i on Jest z Ukrainy. - Ja też Jestem synku z Ukrainą, bo Ja uważam, że oni tam też walczą za nas. Kiedyś była taka harcerska piosenka, o tym, że drużynowy opowiada starodawne dzieje o rycerstwie spod kresowych stanic. Dzisiaj to rycerstwo to Tata Rosa i Jego koledzy, towarzysze broni. To oni są naszym rycerstwem i nadstawiają za nas głowę. I znowu milczenie dwóch facetów. Jeden - lat czterdzieści siedem, drugi lat pięć. Facetów rysujących potwory. - No to Jesteśmy za Ukrainą - mówisz kończąc Jakiegoś paszczaka. Proste synku. Oczywiście, że tak. 2. JESZCZE O RYSOWANIU Pewnego razu narysowałem swoją wersję myśliwca rebeliantów z „Gwiezdnych Wojen”, X-wing, tyle, że w barwach Ukrainy. W tle wybuchała gwiazda śmierci. Przypatrzyłeś się krytycznie i zapytałeś - Tato, a co tu Jest napisane? - Sława Ukrainie, synku. - A na dole? - Sława bohaterom - A to, co wybucha? - Gwiazda śmierci imperium zła czy Jakoś tak... - Ja wiem. To Jest wielki, szary zgniły latający krakers! Parsknęliśmy obaj śmiechem. Bo to rzeczywiście było zabawne. Żadna wielka śmierć, gwiazda, imperium. Krakers. Wielki, szary, zgniły, latający krakers, którego nie trzeba się tak strasznie bać. I oni nam to pokazali. Że nie należy się bać, ale twardo stać za swoim. 3. I JESZCZE WIELE INNYCH ROZMÓW PRZY RYSOWANIU POTWORÓW W CZASIE WOJNY A znowu innym razem narysowałem X-Winga w barwach Ukrainy, Jak zbliża się do wielkiego krążownika imperium a u góry cyrylicą ukraińską napisane było to, co obrońcy Wyspy Żmij, którzy Jak się okazało przeżyli, powiedzieli do ruskiego wojennego korabia, a czego Tobie, Jako bardzo młodemu człowiekowi, nie wypada mi mówić. Radosław Wiśniewski 39 Ale oczywiście litery zwróciły Twoją uwagę więc zapytałeś: - Tato, a co tu jest napisane, co mówi ten kosmicny okrencik? - Żeby ten duży sobie poszedł do siebie bardzo szybko. - On jest ukraiński? -Tak - A narysujemy dzisiaj rosyjski zamek? - Nie - A dlacego? - Nie mam ochoty rysować rosyjskiego zamku., - Bo jest wojna? - Tak, synku, bo jest wojna i Rosja napadła na Ukrainę, a tam mam znajomych i teraz na nich spadają bomby, ktoś do nich strzela. - A cy to powód, zęby nie rysować rosyjskiego zamku? - Teraz, dla mnie tak, kiedyś może narysujemy rosyjski zamek - I będzie piękny? - Bardzo bym chciał - A cy Rosja jest piękna? - Pytasz o kraj, zamki, ludzi? - No ... tak o wsystko - Nie wiem bo nigdy w niej nie byłem, ale zawsze chciałem pojechać, to moje marzenie. - To dlacego nie pojechałeś? - Bo najpierw byłem za młody, żeby samemu jechać, a potem obiecałem sobie, że pojadę, jak przestanie rządzić zły Putin i Rosja będzie przyjaznym dla sąsiadów krajem wolnych ludzi - I nie udało się? - No, od dwudziestu dwóch lat - nie, nie udało się. - Tato, a ile tych krajów chce ten Putin? - Nie wiem, synku, bo nie wiem, co on ma w głowie - Ja myślę ze pienć, bo tak - Ukraina Litwa Łotwa Estonia i Polska (małe paluszki zgięte w kułak prostują się przy kolejnej nazwie kraju aż cała rączka wreszcie jest wyprostowana, proste) *** - A co będzie, jak Rosja wygra z Ukrainą, Tato? - Może się zdarzyć tak, że wtedy po pierwsze Ros nie będzie miał gdzie wrócić, a po drugie — Rosja może napaść na nas. 40 Listy do Tymoteusza (8) - A dlacego? - Nie wiem synku, zło nie ma sensu. - A jak wygra Ukraina, to napadnie na Rosję? - Właśnie nie, bo Ukraina się tylko broni, broni swoich granic, dla Ukrainy wygrać, to znaczy wypchnąć wroga ze swojego kraju i żyć w spokoju dalej i tyle. - A jak Rosja na nas napadnie, to co? - To pojedziecie z Mamą, Babcią i Niunią do Berlina do mojego przyjaciela, on już wie, że w razie czego ma Was przyjąć jak swoją rodzinę, a ja tutaj zostanę. - A ja nie mam zamiaru nigdzie jechać. - Póki jesteś dzieckiem, nie będziesz decydował, synku. Gdyby wojna wybuchła - to miejsce dzieci i kobiet jest w bezpiecznym miejscu. A mężczyźni zostają. Tak to już jest. - Nigdzie nie pojadę. - Na razie nie musimy się bardzo martwić, bo ja myślę, że Ukraina wygra. - Ja tes. (Rysujemy dalej, ja robię tło, synek uzupełnia ufoludami, potworami wesołymi i smutnymi, wampirami, paszczakami i niepaszczakami) Wczoraj znowu rysowaliśmy potwory. Narysowałeś potwora i powiedziałeś, że to jest dusza Purina, bo Putin nawet, jak jest ładny, to duszę ma brzydką, dlatego tak go narysowałeś. A tutaj obok — pokazałeś na wielokrotnie mniejszą postać obok duszy Purina - jest taki sympatyczny potworek, on jest polsko-ukraiński. A potem powiedziałeś, że narysujesz prezydenta Ukrainy, ale też jako potworka. I rysujesz, wyszło ci takie serce na dwóch nogach, ale potem dodałeś jakieś paszcze. - Co to jest? — zapytałem pokazując na te paszcze. - No paszcze, bo on na pewno też potrafi być zły i tam wieś, bombarduje rosyjskim dzieciom szkoły i domy kultury na psykład. - No więc, synku, właśnie ta wojna jest taka, że to Rosjanie napadli na Ukrainę i tylko oni bombardują szpitale, szkoły, sierocińce, schroniska dla zwierząt, teatry. - I nikt w tym domu nie jest za Rosją? - Nie! - odpowiedzieliśmy chórem z Twoją Mamą. - A w rodzinie też nikt? - Nikt. Radosław Wiśniewski 41 - Ale to wszyscy Rosjanie są źli? - Nie, tego nie powiedziałem. Państwo rosyjskie Jest złe, synku, państwo rządzone przez Purina napadło na naszych przyjaciół i znajomych, dlatego wszyscy Jesteśmy sercem za nimi. Ale są też bardzo odważni Rosjanie i Rosjanki, którzy potrafią wyjść na ulice i krzyczeć, że nie chcą tej wojny i ich podziwiamy, i życzymy wszystkiego dobrego. - I oni będą rządzić w Rosji? - Mam nadzieję synku. - I wtedy tam pojedziemy? - Takie mam marzenie. Ale najpierw pojedziemy do Ukrainy. Tymczasem, kiedy tak sobie rozmawialiśmy, AleksieJ Nawalny dostał dodatkowe dziewięć lat łagru za odwagę i mówienie prawdy. Nie mniej niż piętnaście tysięcy Rosjan i Rosjanek siedzi w aresztach, wielu dostało grzywny. Ale w Tobie został Jeszcze Jakiś niepokój o to, co z tą Rosją, więc zapytałeś; - Tato, a gdyby to Ukraina napadła na Rosję, to co? - No ale Jest dokładnie odwrotnie synku — odpowiedziałem trochę zniecierpliwiony. - No ale Jakby napadła na Rosję Ukraina, to co? - To wtedy byśmy byli po stronie niesłusznie napadniętych. - I pomagalibyśmy Rosjanom? - Myślę, że tak, myślę, że trzeba być po stronie napadniętego, trzeba szukać sprawiedliwej strony i to nie zawsze Jest możliwe - A cy napadnięty zawse ma rację? - Nie, nie zawsze, ale często się nie wie, kto ma rację, wtedy lepiej Jest wziąć stronę słabszego. Wróciliśmy do rysowania potworów, tym razem przybyszy z Marsa albo Jowisza. Wydali mi się dużo sympatyczniejsi od ziemian. Na tropach historii Grażyna Nawrolska TANIEC W ŚREDNIOWIECZU Taniec to dziedzictwo kulturowe, które wiąże poszczególne grupy społeczne tworzące różnorodne wspólnoty językowe, geograficzne, kulturowe. Jest z pewnością bardzo ekspresyjnym sposobem wyrażania różnorodnych uczuć, formą rekreacji, wypoczynku, zabawy, zbliżeniem towarzyskim, a także swego rodzaju grą erotyczną lub flirtem tańczących osób, chociaż dla niektórych może stanowić mało poważną rozrywkę. Pomimo to odgrywał w historii bardzo istotną rolę; chociaż często obraz tańca był postrzegany jako zjawisko kontrowersyjne. Początkowo był związany ze sferą sakralną - religijną, modlitwą kierowaną do nieznanych człowiekowi sił nadprzyrodzonych. Był prośbą a może zaklęciem rozgrywającym się przed bóstwem, którego błagano o pomoc. W Grecji okresu hellenistycznego tańce ba-chiczne stanowiły element świętych misteriów, a uczestniczący w nich kapłani i kapłanki w pewien sposób „łączyli się” z niewidocznymi mocami, dzięki którym - jak wierzono - istniał świat, istniało życie. Od początku pierwszego tysiąclecia naszej ery (II w. n.e.) w starożytnym świecie — głównie w Cesarstwie Rzymskim — narastała sekularyzacja tańca mimo wykonywania tańców związanych z różnorodnymi obrzędami, których przecież ówcześnie nikt nie kwestionował, jak np. taniec Saliów — kapłanów Marsa, wykonywany podczas specjalnych uroczystości przypisywanych temu bogowi. Jednak coraz bardziej popularne stawały się tańce związane z laicyzacją życia rożnych grup społecznych. Zmierzały one w kierunku rozrywki, zabawy, ucieczki od trudów ciężkiego życia i problemów dnia codziennego. W zbiorowej pamięci wieki średnie przez długi czas były uznawane za okres mroczny, pełen fanatycznego okrucieństwa, które często graniczyło ze strachem i było pozbawione wszelkich przyjemności, które — jak wówczas uważano - były sprzeczne z ideologią chrześcijańską. Ale jednocześnie średniowiecze to czas funkcjonowania przestrzeni o bliżej nieokreślonych granicach, gdzie życie toczyło się między katedrą a zamkiem możnowładcy, między mnichami i rycerzami, kupcami i plebsem. To czas niesamowitych kontrastów: łagodności i przemocy, pobożności i hucznego świętowania. Obok surowych reguł średniowiecza funkcjonowała „szara strefa” — grupy ludzi, którzy byli amatorami rozrywki w najróżniejszych jej aspektach. Dlatego nasze pojęcie o „ponurym średniowieczu” uległo i nadal ulega zmianie. Grażyna Nawrolska 43 TANIEC „Zabawa jest dobrowolną czynnością lub zajęciem dokonywanym w pewnych ustalonych granicach czasu i przestrzeni według dobrowolnie przyjętych, lecz bezwarunkowo obowiązujących reguł, jest celem sama w sobie, towarzyszy jej zaś uczucie napięcia, radości i świadomość od a jedną z jej cząstek jest taniec” (Huinzinga, 1967, s. 11). Od niepamiętnych czasów stanowił twórczą i integralną część zabawy, a wielu badaczy określało go jako sferę ponadmaterialną wychodzącą poza określone normy i zasady społeczne. Definiując pojęcie tańca charakteryzowali go m.in. jako „wszelkie działania rytmiczne, niewynikające z podniet pracy”. W religii chrześcijańskiej, w której obowiązywały liczne chrześcijańskie tajemnice, taniec był postrzegany jako nawiązanie do tradycji pogańskich. Powoli i stopniowo Kościół zaczął wprowadzać go do swojej liturgii, dostosowując jednak tylko do obchodów Świąt Wielkiej Nocy i niektórych dni świątecznych. Przybrało to formę dostojnych korowodów, ale i np. zabawy kleru w piłkę, która miała być symbolem wschodzącego słońca (piłka — spahaira}. Nawiązaniem do ówczesnych zwyczajów jest obowiązujący do dzisiaj w katedrze w Sewilli obyczaj wykonywania tańca sakralnego przez chłopców przed rozpoczęciem Tajemnicy Ołtarza. Sw. Augustyn widział w tańcu symbol mistycznego przedstawienia i współbrzmienia wszystkich tonów i gestów. Fra Angelico, malarz i zakonnik, w korowodzie tanecznym ukazywał radość niebiańską, do którego aniołowie zapraszali ludzi sprawiedliwych podając im ręce i w rajskim ogrodzie pełnym kwiatów rozpoczynali tańce. W słynnym podręczniku malarskim znajdującym się w jednym z klasztorów na górze Athos polecono Kościołowi cieszyć się w Panu — wykrzykiwać z radości i tańczyć. Nie ulega wątpliwości, że dawny taniec był zjawiskiem powszechnym i popularnym, ale nie zawsze był nośnikiem pozytywnych emocji. Wyzwalał w ludziach często inne zachowania, można by powiedzieć dzisiaj, zachowania na granicy patologii. Takim przykładem mogły być pielgrzymki samobiczujących się osób (szaleńców?), które przemierzały trasy pielgrzymkowe w całej Europie i jak sądzą niektórzy badacze „ewidentnie tanecznym krokiem”; np. M. Lambert, K. Deschner. Dwie potężne fale biczowników przeszły przez Europę w XIII wieku, a kolejne w czternastym stuleciu, także po epidemii Czarnej Śmierci. Charakterystycznym elementem zarówno zabawy jak i pokuty były tzw. Święta Szalonych, niekiedy określane Świętami Głupców, które swój początek miały we Francji w połowie X wieku i do XVI stulecia odbywały się zawsze pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Kościoły przechodziły wówczas we władanie samozwańcze wybieranych biskupów i nawet często królem ogłaszano największego błazna. Miały wówczas miejsce szaleńcze zabawy, biesiady, hulanki — często także na cmentarzach — a towarzyszące tym zdarzeniom tańce ogarniały miasta i wsie. Właśnie takim nieokiełzanym zabawom poddawali się wszyscy: biedni i bogaci, młodzi i starzy, uczeni i ludzie niewykształceni. W takiej wszechobecnej atmosferze radości i zabawy, jak i w pewnym sensie bezkarności, ludzie zapominali o ponurej codzienności, o realiach często przytłaczającego ich życia. 44 Taniec w średniowieczu Średniowiecze, jak wcześniej wspomniano, było epoką kontrowersyjną. Strach przed śmiercią, ale i bliską wiecznością, łączone z zabawą i tańcem, przyczyniły się do „powstania” zadziwiającego zjawiska łączącego w sobie efekt wesołości z motywami religijnymi. Fenomenem tym był tzw. Taniec Śmierci {Totentanze, tJanse maeabre), przedstawiany często na obrazach, malowidłach ściennych w kościołach czy w ikonografii. Widok ukazujący tańczące kościotrupy wyposażone w atrybuty śmierci — kosę i biały płaszcz z kapturem — miały odstraszać od ziemskich przyjemności i przypominać o śmierci, która oddzielała stan przejściowy ziemskiego życia od życia w wieczności. W wyobrażeniach Tańca Śmierci są też ujmowane postacie, przedstawiciele różnych grup społecznych ówczesnego życia - kupcy, mieszczanie, rzemieślnicy. Nie ma jednak wśród nich przewodnika, co może sugerować, że nie wiemy, kiedy ów koszmarny taniec się skończy, kiedy skończy się żywot tańczących i bawiących się osób. Z czasem taniec zaczął tracić swój magiczny, tajemniczy i religijny charakter. Prowadzenie bardziej osiadłego trybu życia, zwiększająca się liczba ośrodków miejskich i ich intensywny rozwój, spowodowały, że taniec ulegał laicyzacji, stawał się bardziej widowiskowy i rozrywkowy, sprawiający ludziom przyjemność. Zmieniały się także jego atrybuty i pojawiły się wyspecjalizowane grupy tancerzy, wędrownych aktorów, kuglarzy i błaznów w odpowiednich kostiumach i maskach. Taniec stawał się przyjemnością i szaloną rozrywką. W tańcach mogli uczestniczyć wszyscy, bez względu na przynależność społeczną i płeć. Najstarszą jego formą zbiorową był układ korowodowy, w którym uczestnicy tworzyli koło i poruszali się po jego okręgu „pozostając w stosownych od siebie odległościach”. Miało to, jak uważają niektórzy badacze — np. J. Kowalska — znaczenie symboliczne. Zamknięty krąg dawał bowiem poczucie ochrony, stanowił izolację przed pełnym niebezpieczeństw światem zewnętrznym. Oprócz tańca zbiorowego wykształciła się również inna forma — taniec parami (Tanz, baliatło, danza, dance) - w której główną rolę odgrywała para tancerzy otoczona bawiącym się z nimi wesołym korowodem. Mamy tu do czynienia z pewną formą tańca erotycznego - bliskości dwóch osób, którym już towarzyszyła zgoła inna muzyka — może bardziej rytmiczna, a zarazem mająca charakter miłosny (?). Tak więc muzyka i śpiew były nieodzownymi elementami związanymi z tańcem, stanowiąc o całości widowisk i różnego rodzaju uroczystościach świeckich i kościelnych, odbywających się w miastach i na wsiach. Zabawy, spotkania cechowe i towarzyskie odbywały się w różnych miejscach. Takim obszarem była otwarta przestrzeń — pola, łąki, niekiedy lasy. Podczas targów i jarmarków bawiono się i tańczono w tawernach, karczmach i na ulicach; takie wydarzenia nie omijały cmentarzy. Nawet w kilku klasztorach we Francji miały miejsce takie epizody. W miejskich łaźniach przedstawiciele różnych grup społecznych oddawali się nie tylko zabiegom higienicznym, ale także rozrywce i różnym uciechom. Jak zauważył to Jan Kochanowski w jednym ze swoich utworów Łaziebnicy t kuriay jednym kształtem :^ją tv tejże wannie i złego i dobrego myj^. Grażyna Nawrołska 45 W średniowiecznej rzeczywistości zabawa, a przede wszystkim taniec, i jej propagatorzy byli specyficznym połączeniem świata realnego, trudnej codziennej rzeczywistości, i świata ułudy - rozrywki, oderwania się od trudności życia. Zwolennikami i zarazem nośnikami różnorodnych form zabawy byli wędrowcy przemierzający Europę w czasach średniowiecza, często określani jako ludzie dostarczający rozrywki (M. Wilska), względnie „ludzie gościńca” (H. Zaremska). Należeli do nich waganci, sowizdrzałowie, błaźni, kuglarze czy trupy cyrkowców. Wędrujący i prowadzący nieustabilizowany tryb życia, niemający stałego miejsca zamieszkania ani regularnego źródła dochodu. Powodowało to wzmożone oddawanie się ziemskim przyjemnościom, a ich uczestnicy postrzegani byli jako pewien margines społeczny. Mimo to przemieszczając się między miastami stanowili atrakcyjny i bardzo ważny element ówczesnego życia. Taniec jako element kultury był świetnym sposobem uczczenia wydarzeń o różnorodnym charakterze: świeckim (rodzinnym), obrzędowym, religijnym, państwowym. Biesiadowanie rodzinne podczas różnego rodzaju świąt nadawało z pewnością sens codzienności życia. Podejmowanie gości, chrzciny, wesela i pogrzeby wymagały specjalnej oprawy, także tanecznej. Każda sprzyjająca okoliczność związana z końcem jednego i początkiem nowego okresu w życiu człowieka, była świetną okazją do zorganizowania uczty z tańcami. Opisując ludowe tańce weselne poznajemy ich nazwy: Gdy na wesele jadą, kmieć wiezie tłomoki. Twarz baba uwałkuje, idzie w pląsy, w skoki. Pomoże „gonionego” i „gęsiego” tańca. Wygra czasem skocznego szańca. (M. Bielski, Satyry) Taniec obrzędowy, tkwiący swoimi korzeniami w czasach słowiańskich (pogańskich), dotyczył świąt i zwyczajów związanych przede wszystkim ze zmianami zachodzącymi w przyrodzie. W chrystianizacji pradawnych obyczajów np. Zielone Świątki - i związane z nimi „zabawy i pląsy”, były jednym z najistotniejszych takich przykładów. Wielkanoc, po której następował Zielony Karnawał, a przede wszystkim czas od Bożego Narodzenia do Środy Popielcowej - do tzw. mięsopustu — był okresem hucznych zabaw, swawoli, radości. Czas karnawału obejmował całą społeczność, a „lubieżne swawole” nie omijały także dworu królewskiego. Znana średniowieczna legenda opowiada o wędrowcu, który przybył do klasztoru w Cla-irvaux i zamiast modlitwy ofiarował Najświętszej Marii Pannie swój taniec, wyrażając w ten sposób szacunek i uwielbienie. Jednak ta forma w miejscach uświęconych była z pewnością obrzędem kontrowersyjnym, chociaż starano się jego formę dostosować do uświetnienia odbywających się uroczystości o charakterze religijnym. Należy jeszcze wspomnieć o cmentarzu będącym szczególną przestrzenią, która jak wiadomo jest naznaczona jest powagą śmierci, ale także jest miejscem, do którego wkraczał świat ludzi żywych. Cmentarz był jednym z niewielu miejsc w średniowiecznych miastach (a może jedynym), który był oświetlony, a to przyciągało ludzi różnego pokroju. W bezpo- 46 Taniec w średniowieczu Średnim jego sąsiedztwie sytuowano karczmy, a odbywające się w nich „spotkania” nie należały do „spokojnych i nobliwych”. Być może obyczaje te nawiązywały do próby łączności ze zmarłymi przodkami. Swoistą elitę społeczną tworzyły patrycjat miejski, sfery dworskie, rządzące się swoimi własnymi prawami, także w obszarze szeroko pojętej kultury, gdzie umiejętność tańca była niezbędna, wręcz obowiązkowa. Taniec należał do uznanych dowodów ogłady towarzyskiej, a razem z muzyką miał „służyć swoim panom dla rozweselenia w czasie odpoczynku”. Jak odnotowano w źródłach pisanych, repertuar taneczny był w zasadzie międzynarodowy, np. tańce francuskie, hiszpańskie czy niemieckie były prezentowane w różnych miastach i na dworach możnowładców niemal w całej Europie. Jednym z najpopularniejszych była moreska zwana także maruszki}, oparta na melodyce hiszpańskiej, gdyż początkowo symbolizowała walkę chrześcijan z Maurami w odległej Hiszpanii. Wydaje się możliwe, że pewna część tańców niemieckich mogła znaleźć się na gruncie polskim za pośrednictwem licznie przybywających osadników niemieckich, związanych z lokacjami miast na prawach lubeckim i magdeburskim. W zachowanych kronikach odnotowano nazwy niektórych tańców: chodzony, mieczowy, goniony, świecowy, taniec z chorągwiami. Jednak obecnie nie posiadamy bliższych informacji o ich formie. Można jednak przypuszczać, że w średniowieczu i na przełomie wczesnej nowożytności tańce mogły być uniwersalne, a widoczne zróżnicowanie pojawiło się w wiekach późniejszych. W czasach średniowiecza taniec był jednym z elementów kulturowych ukazujących obyczajowość tej epoki. Ówczesna codzienność odzwierciedlała zarówno ostentacyjną pobożność, jak i „mało subtelną” rozrywkę. W średniowieczu tańczono dużo i chętnie, a taniec był wszechobecny - w domach, na ulicach, placach i targach, cmentarzach, na dworach możnych i wśród miejskiego patrycjatu. Inicjatorami i propagatorami tej rozrywki byli m.in. waganci, grajkowie, błaźni, igrcowie, mimowie, którzy właśnie w różnych miejscach rozweselali, bawili i umilali czas przygodnym widzom lub elitarnym grupom odbiorców. Jeszcze pod koniec średniowiecza uważano, że taniec ludowy nie jest stosowną formą rozrywki, gdyż nawiązuje w swojej formie do sił nieczystych, pogańskich. Niekiedy określano go wręcz jako diabelską procesję. Niechętny, a czasem nawet wrogi stosunek Kościoła do tej rozrywki, był może efektem nieakceptowania cielesności człowieka. Tańce w parach zbytnio bowiem zbliżały do siebie partnerów, co, jak uważano, przekraczało granice przyzwoitości. Przecież kobieta przedstawiana w piśmiennictwie średniowiecznym była wszystkiemu winna, była bramą przez którą przechodził diabeł. Poza tym taniec jako ulotna rozrywka odciągał ludzi od istotnych spraw, od spotkania z Bogiem i zamiast pójść do świątyni ludzie bawili się w karczmach i innych miejscach. Źródła ikonograficzne i piśmiennicze średniowiecza dotyczące roli i znaczenia tańca w życiu mieszkańców miast, wsi, zamków, obiektów sakralnych, dają nam niejednolity, ale na pewno bogaty obraz tego elementu kulturowego. Jest to zaledwie wyimek codzienności, bardzo kontrastowej epoki jaką było średniowiecze. Wracając do współczesności warto przytoczyć definicję tańca według bohatera filmu „Grek Zorba”. Zorba to postać uosabiająca żywiołowość a zarazem mądrość prostego człowieka żyjącego w zgodzie z naturą. Grażyna Nawrolska 47 „Mieszka we mnie diabeł, który mi rozkazuje, a ja robię to co mi każę. Ilekroć przytłoczy mnie jakieś uczucie, jakby mnie miało udusić, woła: Zatańcz!, a ja tańczę i to mi przynosi ulgę. Kiedy mój synek zmarł w Cłialkidike, też poderwałem się i zacząłem tańczyć. Krewni i przyjaciele, widząc mnie tańczącego nad ciałem, rzucili się, aby mnie powstrzymać. Zorba oszalał! - krzyczeli - Zorba oszalał. Ale gdybym w tamtej chwili nie zaczął tańczyć, naprawdę oszalałbym z bólu”. (N. Kazantzakis, Grek Zorba, 1971, s. 78). Proszę mi wierzyć, że jest w tych słowach dużo prawdy. WYBRANA LITERATURA /l. Dąbrowska, Średniowieczne korzenie, Warszawa 2005, K. Deschner, Krzyż pański z kościołem. Seksualizm w historii chrześcijaństwa, Gdynia 1994, Z. Gloger, Encyklopedia staropolska ilustrowana, Warszawa 1985, J. Huinzinga, Homo ludens. Zabawa Jako źródło kultury. Warszawa 1967, Ker W. P., Wczesne średniowiecze. Zarys historii literatury, Wrocław-Warsza-wa-Kraków-Gdańsk 1997, R. Kiersnowski, Życie codzienne na Śląsku w wiekach średnich. Warszawa 1977, J. Kowalska,Taniec drzewa życia. Warszawa 1991, R. Lange, O istocie tańca I J^S^ przejawach w kulturze, Kraków 1988, M. Lambert, Herezje średniowieczne. Od refor-f^y gregoriańskiej po reformację, Gdańsk-Warszawa 2002, A. Rowiński, Młode łata Zygmunta Starego, Warszawa 1993, J. Schildhauer, Dzieje i kultura Hanzy, Warszawa 1995, J. Tazbir, Tańce wszeteczne i dowolne, „ Odrodzenie i reformacja w Polsce ”, t. 44, 2000, M. Wilska, Błazen na dworze Jagiellonów, Warszawa 1998, H. Zaremska, Banici w średniowiecznej Polsce, Warszawa 1993, H. Zaremska, Człowiek wobec śmierci [w:J Kultura Polski średniowiecznej. Warszawa 1995. 48 Wiesław Olszewski Powstańcy listopadowi — pożegnanie Prus POWSTAŃCY LISTOPADOWI -POŻEGNANIE PROS Kieeiy w lipcu 1831 roku granicę pruską od strony Żmudzi, po nieudanej wyprawie na Litwę, przekroc^ło około 7 tysięcy żołnierzy z oddziałów Giełguda, Chłapowskiego i Rolanda, łudzono się jeszcze, że ria mocy postanowienia gabinetu berli/iskiego z dnia 11 lutego będą mogli wrócić do Królestwa i podjąć walkę na nowo. Wkrótce prysły Jednak te złudzenia^ Daremnie dowództwo polskie nalegało w Berlinie o uwolnienie internowanych, a pod pretekstem kwarantanny trzymanych pod strażą, żołnierzy. Wreszcie 5 września 1831 roku król odpowiedział odmownie na prośbę generała Chłapowskiego. W tym okresie wydarzył się pierwszy, dość tragiczny w skutkach, incydent między powstańcami i pruskimi strażnikami: ...w nocy z 7 na 8 sierpnia wielu z nich, z własnego natchnienia, porozrzucawszy swe budy słomiane i pobrawszy w ręce kije, które utrzymywały słomę, napadli na łańcuch straży pruskich, chcąc się wydobyć na wolnos'ć! Zrobił się ogromny hałas, natychmiast cafy pułk piechoty pruskiej i dwa szwadrony kirasjerów stanęło do boju przeciw kilkudziesięciu ludziom zbrojnym tylko w rozpacz i kije — i zaczęli dawać ognia. To dowodzi, że nas nabitą broną pilnowano, gdyż dwóch naszych żołnierzy, którzy spali spokojnie w barakach, zostało rannych od kul karabinowych. (...) nazajutrz z rana ujrzeliśmy z drugiej strony Jeziora uyrychtowane na nasz obóz dwa działa pruskie — opisywał to zajście Konstanty GaszyńskP. Sytuacja znacząco zmieniła się po kapitulacji Warszawy i zajęciu stolicy przez Rosjan, powstańców zwolniono z kwarantanny — aresztu, zażądano jednak deklaracji o rezygnacji z chęci powrotu do kraju. Warunki bytowe internowanych uległy znaczącej poprawie. Kiedy już zanikała nadzieja na powrót do kraju, zaczęła się rodzić wśród powstańców myśl wyemigrowania do Francji, by przy boku armii francuskiej kontynuować walkę o odzyskanie ojczyzny. Sytuacja uległa pogorszeniu, kiedy rząd berliński, nie chcąc dłużej ponosić kosztów utrzymywania internowanych, zaproponował oficerom polskim pośrednictwo w uzyskaniu amnestii carskiej oraz zaczął namawiać żołnierzy do powrotu do Królestwa. Na tym tle wyłonił się konflikt między władzami pruskimi a poważną częścią internowanych, którzy nie chcieli wracać pod jarzmo rosyjskie. Władze wydały szereg zarządzeń, które w dużym stopniu pogorszyły sytuację Polaków. Minister wojny zażądał 20 października 1831 r., aby wszyscy oficerowie i żołnierze polscy złożyli pisemne oświadczenia, czy chcą wrócić do Polski, czy też udać się za granicę. W ten sposób starano się zmusić ich do opuszczenia ' Stanisław Mikos, Uczestnicy powstania listopadowego internowani na terenie Pomorza Gdańskiego w latach 1831— 1833 , Rocznik Gdański, T. 22, 1963. Norbert Kasparek, Listopadowi żołnierze w Prusach Wschodnich i Zachodnich w latach 1831 - 1833, Olsztyn 1992. Wiesław Olszewski 49 terenu Prus. Oddzielono najpierw oficerów od szeregowców, a następnie także inne bardziej wpływowe osoby, którym wyznaczono kwatery w Kwidzynie. Swoboda poruszania się została poważnie ograniczona, nawet pomiędzy sąsiednimi wioskami. W tym celu po drogach krążyły konne patrole pruskie. Na kwaterach natomiast urządzano codzienne apele . 2Laostrzenia te szczególnie dały się odczuć po ogłoszeniu amnestii przez cara. AMNESTIA CARA Dnia 1 listopada 1831 roku car ogłosił amnestię dla wszystkich żołnierzy i podoficerów Królestwa biorących udział w powstaniu. Amnestia nie objęła osób odpowiedzialnych za wybuch Nocy Listopadowej, przedstawicieli rządu powstańczego, posłów, którzy głosowali za detronizacją cara. Wyłączono z amnestii też powstańców z Litwy, Wołynia i Ukrainy, czyli ziem włączonych bezpośrednio do Rosji. W nawiązaniu do niej władze pruskie pozwoliły oficerom podjąć indywidualną decyzję, czy wracać do kraju, czy też udać się na emigrację, możliwości jakiegokolwiek wyboru próbowano pozbawić podoficerów i żołnierzy polskich. Przybył nastanie do nas pułkownik Kanitz, adiutant króła pruskiego, z ofiarowaniem amnestii cesarza Mikołaja. Spisywał on łisty imienne oficerów, któr^^ by zecbciełi z niej korzystać i zapewniał, że ci, co by udziełoną amnestię uważałi za niedostateczną, nie będą krępowani swoim podaniem i będą mogli wraz z tymi, co ją z naczała odrzuciłi, udać się za granicę — pisał oficer Feliks Breański^. Wobec ogłoszonej przez cara amnestii król pruski Fryderyk Wilhelm III wydał już w dniu 6 listopada 1831 roku nowe zarządzenie, aby wszyscy szeregowi skorzystali z amnestii i wrócili do domu. Ostrzegano jednocześnie, że niechęć do powrotu będzie uważana za opór wobec zarządzeń władz pruskich. Na 10 grudnia wyznaczono wymarsz przyrzekając nadal życzliwość władz pruskich oraz daleko idącą opiekę władz rosyjskich. Odmawiający powrotu mieli być pozbawieni pomocy i wydani stronie rosyjskiej. Wywołało to rozgoryczenie. Wobec narastającego wzburzenia pruski komendant garnizonu elbląskiego wysłał trzy kompanie piechoty: do Malborka, Nowego Stawu i Tczewa, by nie dopuścić do ewentualnych ekscesów. Pruskie władze rządowe gotowe były użyć wszelkich środków dla pozbycia się Polaków, tym bardziej, że Rosja po ogłoszeniu amnestii czuła się zwolniona z obowiązku łożenia na utrzymanie Polaków. Nie było też w interesie Berlina tworzenie silnych formacji polskich we Francji^. Stosowane metody budziły nierzadko oburzenie również wśród miejscowych Niemców, jeden z nich pisał do Polski: Co za rozdzierający widok patrzeć na tych nieszczęs'łiwych, błagających ze łzami, aby ich gwałtem z kraju tułactwa nie wypędzano! Padali od rozpaczy. Lecz wszystko było daremne, wyganiano ich kolbami i płazami. Cała natura moja wzdrygnęła się na to postępowanie okrutne naszego rządu, łecz byłem bezsił-ny, nie mogłem ratować tuych ziomków, mogłem tylko litować się nad ich niedolą^. Na skutek działalności generała Bema i jego otoczenia wielu żołnierzy — artylerzystów i cały, rozlokowany w Nowym Dworze i okolicznych wsiach, pułk 4 piechoty, odmówi- ’ Ibid. * Roch Morcinek, Uczestnicy powstania listopadowego J831 r. w Elblągu i na Eowis'lu, Rocznik Elbląski, T.2, 1963. ’ Norbert Kasparek, Listopadowi żołnierze w Prusach Wschodnich i Zachodnich w latach 1831 — 1833, Olsztyn 1992. 50 Powstańcy listopadowi — pożegnanie Prus ło powrotu do kraju. Stosoianie do rozkazu u^ższg loładzy mam zaszczyt odpowiedzieć, że żaden z toyższych oficerów jako też niższych oraz podoficerów i żołnierzy z pułku 4 piechoty liniowy nie okazałi ch^cipowrotu do kraju zamordowanej Ojczyzny — „Deklarację” podpisał za nieobecnego dowódcę dnia 17 listopada 1831 roku w TiegenhofF [Nowy Dwór Gd.] podpułkownik Święcicki^. Zdecydowana większość oficerów opowiedziała się jednak za powrotem do ojczyzny. Nastąpił w korpusie oficerskim znaczący rozłam, głównie na starych dowódców wojskowych, politycznie niezaangażowanych, decydujących się na powrót do kraju, oraz na młodych oficerów, którzy nie chcieli wracać pod panowanie rosyjskie i woleli emigrować do Francji. Dla większości wybór był momentem niezwykle dramatycznym. Mnóstwo oficerów, mnóstwo rad i partii, wreszcie tak dwie przeciwne sohie dekłaracje, łub wrócić do kraju, łub go też nigdy nie ogk^dać, robiły ten dzień prawie podobnym do se^dnego dnia — napisał we wspomnieniach Karol Gloger^. Dla oficerów udających się na zachód wyznaczono trasę przez Malbork, Tczew, Starogard aż do Frankfurtu i dalej do Drezna lub Lipska. Potrzebującym rząd pokrywał koszty podróży. Większość deklarujących chęć emigracji opuściła Prusy do końca 1831 roku. Ko-łumny do wyjazdu przeznaczone nie były jednostajne co do łiczby ani co do stopni i często od 50 osób aż do 150 i do 200 dochodziły, (...) Kolumny nie były prowadzone przez żadnego komen- ^ Józef Święcicki, Pamiętnik ostatniego dowódcy pułku 4 piechoty liniowej, PIW 1982. Roch Morcinek, Pamiętnik Karola Glogera z pobytu na Żuławach w r. 1831, Roczni Elbląski, T. 3, 1965. Szarża kawalerii pruskig na intemowanjKh żołnierzy polskich w Elhkfgu 22 grudnia 1831 roku. Litografia de Villaina Źródło Historia Wysoczyzny ElhlĄskiej Wiesław Olszewski 51 danta polskiego narzuconego przez władze pruskie, wszakże dla porzi}dku każda kolumna wybrała sama przez sif Jakiegoś' sztabsoficera łub oberoficera, któremu poruczała przewodniczenie kołumny i komunikowanie si^ z władzami pruskimi. (., J Złożonym tak kolumnom dawano jednego oficera pruskiego, tak dla utr:^mania porzifdku czasu podróży, jako też dla znoszenia się z władzami pruskimi we ws:^stkichprzypadkach i okolicznos'ciach^ — pisał już na emigracji Józef Alfons Potrykowski. Dotychczasowe, dość chłodne wprawdzie, ale pozytywne traktowanie żołnierzy, zaczęło zmieniać się we wręcz brutalne. Nie pozwołono mi rozmawiać z żołnierzami, których rząd pruski chciał bez uyjątku oddać strasznemu władcy Rosji pod tyranię i zemstę, jakiej nawet muzułman dopuszczać by się nie os'mielił — wypominał Prusakom Aleksander Ekiełski, porucznik artylerii w Elblągu’. Nadeszło rozporządzenie ministerium królestwa pruskiego postanawiające, żeby zapytać się pojedynczo tak podoficerów jako i żołnierzy, którzy chcą wracać do Połski, a którzy nie chcą. Dła wracających JKM krół pruski chce wyjednać amnestię. (...) Znaczna liczba podoficerów i żołnierzy os'wiadczyła za niepowrotem do kraju. Zaczęto wygotowywać paszportu — sytuację w jej początkowej fazie przedstawiał generał Rybiński. Później jednak ... nadeszło rozporządzenie z Berlina, że podoficerowie i żołnierze z małymi uyjątkami muszą wrócić do Połski. (...) Po takiej odpowiedzi os'wiadczono podoficerom i żołnierzom, żeby gotowali się do uymarszu do Polski! Ci zaczęli opierać się, których zapytano i przyrzeczone, iż będą mogli udać się za granicę. Później przymuszano ich s'rodkami gwałtownymi... . (...) Smutne stąd wypadki w Elbłągu, Fischau, Dirschau itd. miały miejsce^^. Wobec zdecydowanych środków, w tym gróźb, już w grudniu 1831 roku wyszło z Prus do Królestwa kilkanaście tysięcy ludzi. Wyznaczono pięć tras, którymi w kolumnach, w jedno- lub dwudniowych odstępach maszerowali ku granicy. Od połowy tego miesiąca rozpoczęła się też wędrówka na Zachód tych oficerów, którzy nie chcieli wracać do kraju. Oficerom nieobjętym amnestią rząd pruski gwarantował możliwość udania się na emigrację oraz wsparcie pieniężne na drogę. Do końca lipca 1832 roku mieli oni opuścić terytorium Prus. Rząd pruski wszełkich dokładał starań, ażeby jes'li nie oficerów to podoficerów pr:ty-najmniej i żołnierzy do powrotu skłonić. W tym cełu piechotę naszą zwłaszcza trzymał jakoby w oblężeniu pod s'cisłą strażą. Każda zmiana kantonamentu budziła w naszych podejrzenie, iż chcą władzom rosyjskim tvydać i nieraz do krwaieych starć przychodziło z tego powodu — zapisał szef sztabu armii polskiej generał Jakub Lewiński”. REPRESJE PRUSKIE Opór okazywany przez żołnierzy zmienił radykalnie postawę władz pruskich wobec internowanych Polaków. 29 listopada 1831 roku wydano instrukcje, w których nakazywano użycie broni w wypadku stawiania przez nich oporu. 18 stycznia 1832 pojawiła się groźba * Norbert Kasparek, Listopadowi żołnierze w Prusach Wschodnich i Zachodnich w latach 1831 — 1833, Olsztyn 1992. ’ Bogusław Cygler, Powstańcy listopadowi w Elblągu i na Żuławach, Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1986. *® Norbert Kasparek, Listopadowi żołnierze w Prusach Wschodnich i Zachodnich w latach 1831 - 1833, Olsztyn 1992. " Ibid. 52 Powstańcy listopadowi - pożegnanie Prus surowego karania tych, którzy ponownie odmówią powrotu, zapowiadano użycie środków gwałtownych. Internowani nękani namowami, groźbami, szykanami tracili panowanie nad sobą. Do pierwszego krwawego starcia doszło 22 grudnia 1831 w Elblągu. Na żołnierzy opierających się próbie przekwaterowania natarł pułk huzarów. W oczach moich ranili huza-ry pruskie pięciu żolnier:^ i dwóch podoficerów artylerii, tratując ich końmi i rąbiąc szablami bezbronnych. — opisywał Aleksander Ekielski, adiutant generała Bema, naoczny świadek tragicznego zajścia’^. Na to brutalne wydarzenie zareagował płk. Święcicki: Ja zas' dowiedziawszy się o tym, natychmiast toydalem rozkaz do pułku chcąc się zabezpieczyć od gwałtu i napadu Prusaków ~ S^y^ P^ nocach na domy napadali i pojedynczo wiązali, na wozy pakowali i do Polski na granicę Moskalom oddawali — aby każdy żołnierz uzbrojony był w dobry kij. Więc w momencie pokupowałi sobie duże kostury na końcach żełaznymi długimi i grubymi sztyfiami okute, a których mieszkańcy podług zwyczaju, w porze zimowe/ jeżdżąc na łyżwach po łodzie, do podpierania się używali. Okazało się, że użytku z tej szczególnej broni dokonali niebawem. Następne bowiem burzliwe zajście zadziało się 29 grudnia 1831 w Nowym Stawie, kiedy stawił się tam na rozkaz władz pruskich, stacjonujący w Nowym Dworze, 4 pułk piechoty liniowej. Dnia 18 grudnia 1831 odebrałem rozkaz wyprawienia pułku na drugą stronę Nogatu, w okolice miasta Sztumu, a bliże/ granicy polskiej. (...) Dnia 29 Rudnia z rana cały pułk zgromadził się pod miasto Tiegienhofi Lecz do nich nie wyszedłem z powodu, aby nie dać o sobie najmniejszego podejrzenia, że co działam. (...) Więc pomaszerowali w największym porządku sami, bez żadnego oficera. (.. .)Na odgłos śpiewów, muzyki i pułku maszerującego całe miasto [Nowy Staw] przestraszone, sądząc podług głoszenia władz pruskich, że Polacy rabować i palić będą, więc i tu zaczęli zamykać domy, sklepy, okiennice. A przybywszy, pułk w największym porządku wosród miasta i rynku wielkiego stanęli, Jbrmując cztery kolumny, ponieważ pułk był złożony z czterech batalionów. Co taki porządek jeszcze przestraszył Prusaków, przy tym widząc cały pułk w takie wielkie kosztury dobrze okute opatrzony. — relacjonował pułkownik Święcicki. Podstępnie, pod pozorem zmiany miejsca kwaterunku, chciano opornych żołnierzy zmusić do powrotu w granice Królestwa. W trakcie zajścia czwartacy ciężko pobili na nowostaw-skim rynku oficerów agitujących ich do powrotu. Zajście to przypomina inny oficer Franciszek Czarnecki, przed powstaniem student Uniwersytetu Warszawskiego: Po odjeżdzie kapitana zebraliśmy się w Neuteuch dnia 29 grudnia roku zieszłego celem przekwaterowania się na druga stronę Nogatu; tego dnia Jabłoński dowódca 10 pułku piechoty namawiając pułk 4 liniowy do powrotu do Polski został od żołnierzy kijami tak zbity, iż w kilka godzin wyzionął ducha zdradzieckiego... . W rzeczywistości pułkownik Jabłoński przeżył, ale zajście miało bardzo tragiczny przebieg. Do kolejnego incydentu doszło za niedługo. Na początku stycznia 1832 roku w Tczewie zbuntowało się kilkuset kawalerzystów tam stacjonujących, którzy żądali uznania ich za „skompromitowanych” dla władz rosyjskich i wydania paszportów do Francji. WDirszau żołnierze zjazdy ten sam robili opór. Kiedy ich jazda pruska eskortowała, rozbiegli się na lód, tak że w żaden sposób nie można było posunąć ich naprzód. Zamknięto ich do wielkiej « Ibid. Wiesław Olszewski 53 szopy o chlebie i wodzie, na silnym mrozie... - wspominał Feliks Breański dowódca internowanej piechoty. Wydarzenie to wspomina również pułkownik Święcicki; ...w Derszau, czyli Tczewie, trzy?naji}c ich pod aresztem u> pusiym domu, o głodzie, przez dni siedem, w największe mrozy, a w zimnie hez żadnego opału. Do których przybył generał Szmitt i w przytomności pułkownika Breańskiego dał uroczys'cie słowo honoru, że wszyscy bez wyjątku za granicę otrzymaj^} paszportu. Zajście skończyło się bezkrwawo, ale zbuntowanych żołnierzy trzymano kilka dni niemal o głodzie w lodowatych pomieszczeniach zrujnowanego browaru. Do najtragiczniejszego w skutkach zdarzenia doszło 27 stycznia 1832 roku w Fiszewie. 2Lawezwano tam stacjonujących w okolicznych wsiach żołnierzy polskich dla ponownej weryfikacji. Dotyczyło to w znacznej mierze kawalerzystów, którym, po zajściach w Tczewie, pruski generał Schmidt obiecał paszporty. Zdecydowali upomnieć się o nie w jego kwaterze w Malborku. Zastępujący im drogę oddział pruskiej piechoty oddał śmiertelną salwę, kilku padło, wielu raniono. Tragedia ta stała się z czasem symbolem stosunku rządu pruskiego do żołnierzy polskich. Nawet dotychczas bardzo przychylnie do działań władz pruskich nastawiony generał Maciej Rybiński zanotował: Wydarzenia w Fischau, gdzie tyłe żołnierzy połskich utraciło życie, wypadek ten nie powinien mieć miejsca, gdzie dotąd wojska pruskie zaszczytnie z wojskowemi połskiemi obchodziło się. Wypadek ten nie iyłko łudzkos'ci, ałei wojskowemu pruskiemu, który tak postąpił, to co mu powinno było być najdroższe obraził. Zdecydowanie ostrzej postawę pruskich wojskowych ocenił pułkownik Święcicki: Dnia 27stycznia 1832 roku pruski major Szweykowski z kawałerią miał do czynienia, sam wybiera- Krwawe zajtcie między wojskiem pruskim a internowanymi żołnierzami polskimi w Fiszewie 27 stycznia 1832 roku według ówczesnej litografii. Źródło: Historia Wysoczyzny Elkkfskiej 54 Powstańcy listopadowi — pożegnanie Prus jąc, i uznaiaai za skompromifowanych poiiług swej fantazji. Wifc który dobrze i s'miaio umiał się wysławiać, to go zapisał za skompromitowanego. Żołnierzom zas' ws:^stko to się spr^krzyło, bo ciifgłe ich łudziłi, i poprzednio w Derszau, ezyłi Tczewie, tr^^mając ich pod aresztem w pustym domu, o głodzie przez dni siedem, w największe mrozy, a w zimnie bez żadnego opału. Do których pr:^był generał Szmitt i w pr:^tomnos'ci pułkownika Breańskiego dał uroczysćie słowo honoru, że wszyscy bez wyji}tku za granicę otrzymaj^} paszportu. A tu znów na nowo między nimi przebierać zaczęłi, więc, znudzeni, dłużej czekać nie chciełi, chcąc w masie udać się do Mariemburga i użałićprzed tymże generałem Szmitt. Wprost „zbrodnią” dramat pod Fisze-wem nazwał pułkownik Feliks Breański: Stąd zbrodniczy rozłew krwi pod Fiszau, popełniony przez oddział wojska pruskiego z komendy majora Szwejkowskiego i w jego obecności, dając ognia do bezbronnych naszych łudzi, nie chcących udać się ku granicy połskiej, ale usiłujących dyrygować się wstecznie ku Marienburgowi. Jakoż, pomimo kiikadziesiąt rannych i zabitych, nie dałi się zwrócić i w łiczbie kiłkuset przy byłi pod toż miasto. Równie surowo postawę pruskiego majora osądził Franciszek Czarnecki, podoficer, student Uniwersytetu Warszawskiego ’^: W tym miesiącu kawałeria nasza stojąc pod Marienburgiem, na rozkaz Prusaków zebrawszy się pod wsią Fischau była przymuszona przez majora pruskiego Szweykowskiego do powrotu do ojczyzny, łecz wszyscy zebrałi się uporczywie i nie przyjęłi tej propozycji, rozgniewany major kazał daćpłutonem ognia do naszych i kiłku łegło na mie/scu, kiłkunastu rannych... . Tragedia pod Fiszewem odbiła się ogromnym echem w całej Europie, pisały o niej gazety, głośnymi stały się wystąpienia osób znaczących. W zależności od prezentowanej opcji winy doszukiwano się po jednej bądź drugiej stronie konfliktu. Władze pruskie natychmiast orzekły o winie Polaków skazując nawet trzech na karę twierdzy. Zadbali o ogromny rozgłos propagandowy dla swej tezy. Stefan Przewalski w biografii generała Rybickiego pisał: ły się usprawiedłiwić w oczach opinii pubłicznej Europy i własnych, zwłaszcza polskich poddanych, a brutalnemu gwałtowi dać pozory aktu prawnego, władze pruskie zwołały sąd wojenny, który wojskouychpolskich skazał na więzienie^^. Znaczna jednak część opinii publicznej, również niemieckiej, wyrażała oburzenie na postępowanie władz pruskich wobec internowanych żołnierzy polskich. Poeta Heinrich Heine potępiał słowami: Połacy! Krew droga mi w żyłach, gdy piszę to słowo, gdy pomys'łę, jak postępowali Prusacy wobec tych najszlachetnie/szych dzieci nieszczęścia, jak tchórzliwie, jak podstępnie, jak podle. Historyk przejęty wewnętrznym obrzydzeniem, nie będzie mógł znaleźć słów, jesji na przykład przyjdzie mu opowiedzieć, co się wydarzyło w Fischau; owe nieuczciwe wyczyny opisywać będzie musiał raczej kać^. Adam Mickiewicz w „Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego”, dedykowanych również narodowi niemieckiemu, modlił się w litanii pielgrzymiej: Przez męczeństwo żołnierzy zamordowanych w Fischau przez Prusaków — Wybaw nas Panie^^. Kilka godzin po zdarzeniu major Ignacy Zebrowski raportował wodzowi naczelnemu: W Fischau olbrzymia przewaga polska, bariera językowa, tłum żołnierzy bez zuykłej karności, spotęgował nerwowość działania. Opór internowanych doprowadził do morderczej salwy... ’L Ibid. '* Norbert Kasparek, Zbrodnia w Fischau w 1832 roku, Komunikaty Mazursko-Warmińskie nr 3-4,1988. ” Ibid. '* Bogusław Cygler, Powstańcy listopadowi w Elblągu i na Żuławach, Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1986. '^ Norbert Kasparek, Zbrodnia w Fischau w 1832 roku, Komunikaty Mazursko-Warmińskie nr 3-4,1988. Wiesław Olszewski 55 Na początku marca 1832 roku z internowanych pozostających jeszcze na terenie Prus sformowano nowe oddziały, które oddane zostały pod komendę pruskich oficerów i podoficerów, znających język polski. Około pół roku po tragedii w Fiszewie do kolejnego brutalnego zdarzenia doszło pod Gardeją oraz niedaleką wsią Osiek. 12 czerwca 1832 roku na stawiających bierny opór powstańców natarła pruska piechota a po niej także kawaleria. W^ miasteczku Gargey złączyło się z pułku piechoty liniowej sześćdziesięciu pięciu, do których przybył batalion cały pruskiej piechoty i szwadron kirasjerów, a co natenczas do wszystkich oddziałów takiej siły użyli. A rozkazawszy naszym wystąpić, ^iookoia obtoczyli i amnestię cara przeczytali. (...) Natenczas rozkazano piechocie pruskiej kolbami zmusić. Więc kolbowali wołając „Naprzód !”Ale i to nic nie pomogło, bo się z miejsca nie poruszyłi. A zatem widząc to, rozkazano usunąć się piechocie, a kirasjerom uderzyć na nich szarżą - napisał w pamiętniku pułkownik Józef Święcicki. Znacznie drastyczniej zajście to opisał nieznany autor listu z dnia 27 lipca 1832 roku: Bezbronni żołnierze nasi poło:^li się na ziemię, kirasjerzy pruscy tratowałi ich końmi, piechota biła kołbami, nakazano bowiem strzelać, 5 Polaków i 6 Prusaków postradało tam :^cie. Okrucieństwa posunięte do tego stopnia, że podoficer jeden, któremu Prusak nos uciął, przywiązany był do wozu i tak pędzony; ranni nie brani do szpitali, ale n^ wozach odesłani do Połski. Okrucieństwa te nie tyłko samych Prusaków, ałe Żydów nawet dotknęły, rozesłali więc Jaktorów do tych kolumn, które jeszcze były w tyle, ostrzegając co się dzieje, żołnierze ci natychmiast rozsypałi się po łasach w łiczbie 700'^. Większość złamana okrucieństwem i brutalnością sił pruskich dała się wydalić w granice Królestwa. Wiadomo Ci, że tych żołnierzy, którzy nie dałi się nakłonić do powrotu do kraju, podzielono na małe oddziały po różnych wsiach. Ałe tego może nie wiesz, iż do strzeżenia każdego bezbronnego Polaka wyznaczono czterech uzbrojonych żołnierzy pruskich, dwóch kirasjerów i dwóch pieszych i tym sposobem do granicy dostawili — pisał z Gdańska 20 lipca 1832 roku nieznany z nazwiska powstaniec’’. Stosując przemoc i represje do połowy 1832 roku wydalono do Kongresówki jeszcze ponad trzy tysiące Polaków, a blisko siedmiuset „skompromitowanych” wyprawiono z Gdańska i Piławy drogą morską na zachód Europy. W TWIERDZACH Pozostali w Prusach Polacy dekretem Fryderyka Wilhelma III z 25 maja 1832 roku mogli być uznani za „ludzi, na których ciążą szczególne zbrodnie, i skazani na roboty przy budowie fortyfikacji”. W twierdzach Gdańska i Grudziądza osadzono prawie sześciuset podoficerów i żołnierzy. W Grudziądzu umieszczono powstańców z Królestwa, wśród nich wielu czwartaków, w Gdańsku na Biskupiej Górce — głównie z guberni rosyjskich, wileńskiej i grodzieńskiej. Garstka tylko z tysiąca przeszło ludzi, którzy jako najwięcej skompromitowani, została. Podziełonoją na trzy części, w Bischofibergu cytadeli gdańskiej 380, w Piławie nad morzem tyłeż, a reszta około 300 w Grudziądzu. Wszyscy, jak zbrodniarze, są przezna- ” Stanisław Mikos, Uczestnicy powstania listopadowego internowani na terenie Pomorza Gdańskiego w latach 1831—1833, Rocznik Gdański, T. 22, 1963. ” Ibid. 56 Powstańcy listopadowi - pożegnanie Prus czent do robót fortyfikacyjnych. Dokuczają im jak mogą, przy każdym apelu zapytują, czy nie chcą wrócić do kraju. (...) Taczka, rydle i glos dozorcy co chwila wołający „arbeiten!” są jedyne przedmioty, które widzą i słyszą — czytamy dalej w cytowanym liście z Gdańska^®. Zmuszeni do katorżniczej pracy, głodzeni, karani i poniżani spędzili kilkanaście miesięcy, do jesieni 1833 roku. Jan Świdziński, podoficer 6 pułku ułanów zamknięty w Grudziądzu, opisywał w swym liście: Bez pomocy żadnej, z taczką i łopatą w ręku, pracowaliśmy przez dwa lata jako więźniowie; było nas 2d9. W tym czasie pięciu z nas umarło, trzech ocaliło się ucieczką, os'miu skonało w szpitalu, czternastu pozostało w Gdańsku, a dziesięciu wsiadło na statek „ Vrouw Ełisabeth". Pracując przy wałach, ska^tywani bylis'my często na ciężkie kary; kiedy sił nam brakło do pracy, tak że nie mogliśmy wykończyć nakazanej roboty, wtenczas zdejmowano z nas odzież i zamykano w izbach bez łóżka ni stołka, gdzie podłoga najeżona była trójkończastymi belkami, jedna przy drugiej; wierzch tych belek, z twardego drzewa, tak był ostry, iż w żaden sposób nie można było ani stać, ani łeżeć bez doleglitoych bolesći.^^ NieszczęsTi-uty! i dziesięćkroć nieszczęsTiwy! Ciągle prawie jestem w taczkach. Codziennie wychodząc na tę robotę zalewam się łzami. Nasz oddział złożony ze szlachty najgorzej jest uważany. Dowodzą, że my jestes'my winni długiemu opieraniu się żołnierzy i wstrętowi ich do mys'łi powrotu do kraju. Za to też nas niezmiernie uciskają i w robocie miary dla nas znaleźć nie mogą. Żadnego z nas nie poznał bys' teraz, jesteśmy jak z krzyża zdjęci, a co większa przy tak ciężkiej pracy raz tylko na dzień dostajemy najgorsze jedzenie — pisał z Biskupiej Górki inny powstaniec 25 lipca 1832 roku^^. Warunki katorgi przedstawia też list z Gdańska datowany 20 marca 1833 roku: Od 15 junii przeszłego roku ciągle zostajemy w jortecy — pracować musimy jak można najwięcej — i to wtenczas już dzień odpoczynku, kiedy każą własnymi karkami wozić kamienie. Całe lato, jesień i zimę, nie opuszczając choćby najsłotniejszy i najmroźniejszy był dzień, musimy kopać ziemię i wały fortyfikacyjne sypać. Wstajem o godzinie 4-tej do roboty, a powracamy o wpół do czwartej po południu na obiad — i dostajem wówczas na cały dzień kwartę kartofli gotowanych, funt chleba i trzy grosze pruskie.'..(...) Żeby jednak nie nadzieja w przyszłość, iż potrzebni jeszcze będziemy dla Ojczyzny, to warto by już dawno pozltyć się życia, które nam się staje zbyt nieznosnd^. Pod presją opinii publicznej Europy, wspartej zabiegami dyplomatów, rząd pruski w lip-cu 1833 roku podjął rozmowy z władzami Stanów Zjednoczonych, mające na celu stworzenie warunków deportacji powstańców do tego kraju. Uzgodniono przetransportowanie za ocean, na koszt rządu pruskiego, siedmiuset Polaków. W wyniku burzliwych wydarzeń w trakcie podróży, większość trafiła jednak do Francji, znaczna część zaciągnęła się do tworzonej wówczas legii cudzoziemskiej. “ Ibid. ^' Norbert Kasparek, Zbrodnia w Fischau w 1832 roku, Komunikaty Mazursko-Warmińskie nr 3-4,1988. ^^ Stanisław Mikos, Uczestnicy powstania listopadowego internowani na terenie Pomorza Gdańskiego w latach 1831-1833, Rocznik Gdański, T. 22, 1963. Ibid. Wiesław Olszewski 57 POZOSTALI W PRUSACH Według ksiąg zmarłych parafii katolickich objętych kwaterunkiem powstańców zmarło co najmniej stu z nich. Najliczniej w miastach garnizonowych, gdzie funkcjonowały lazarety: Malborku, Elblągu, Braniewie. Pojedyncze pochówki odnotowano w licznych parafiach Żuław, Powiśla, Warmii czy Pomorza. Z całą pewnością zebrane dane te nie są pełne, brakuje ksiąg zmarłych z lat 1831-1832 z wielu katolickich parafii w Prusach. W takich miejscowościach jak Pasłęk, Kwidzyn, Susz i Morąg, gdzie przebywała znaczna grupa żołnierzy, nie było wówczas katolickich parafii i pochówki Polaków-katolików mogły nie być odnotowane. O lukach w dokumentach związanych ze śmiertelnością polskich żołnierzy w Prusach świadczy choćby brak adnotacji o miejscu pochówku ofiar pruskiej przemocy w Fiszewie^'^. Znacząca liczba powstańców osiedliła się w Prusach, według danych niemieckich w Prusach Zachodnich osiedliło się ich prawie tysiąc pięciuset’\ Część z nich osiadła na Warmii, Powiślu i Żuławach, w Elblągu osiedliło się około pięćdziesięciu, w Malborku - dwu-dziestu^^. Większość uzyskawszy stosowne zezwolenie władzy świeckiej i kościelnej zawarło w Prusach związki małżeńskie i założyło rodziny. Dzięki uprzejmości sztumskiego historyka Andrzeja Lubińskiego, w Archiwum Diecezji Elbląskiej znajduje się kilka kserokopii próśb o zezwolenie na zawarcie małżeństwa, przez dawnych powstańców listopadowych, kierowanych do biskupa warmińskiego^’'. ^* Wojciech Zawadzki, Zgony Powstańców Listopadowych na Żuławach i Powiślu 1831-1832 Studia Elbląskie 12, 2011. ^5 Norbert Kasparek, Żołnierze powitania listopadowego w Prusach: powroty i emigracja Komunikaty Mazursko-Warmińskie nr 1, 1993. ^^ Roch Morcinek, Uczestnicy powstania listopadowego 1831 r. w Elblągu i na Powiślu, Rocznik Elbląski, T.2, 1963. ^Wojciech Zawadzki, Zgony Powstańców Listopadowych na Żuławach i Powiślu 1831-1832 Studia Elbląskie 12, 2011 58 Napoleona podróże inspekcyjne z Kamieńca oraz szlak bojowy Dywizji Jana Henryka Dąbrowskiego (czerwiec 1807) Piotr Zawada Napoleona podróże inspekcyjne z Kamieńca oraz szlak bojowy Dywizji Jana Henryka Dąbrowskiego (czerwiec 1807) Po nierozstrzygniętej i niezwykle krwawej bitwie pod Pruską Iławą Napoleon 21 lutego 1807 roku zainstalował swoją kwaterę na zamku w Ostródzie, gdzie przebywał przez czterdzieści dni. Zamek nie był zbyt wygodny i nie zapewniał komfortowych warunków dla prac jego sztabu, o czym wspomniał w liście do swojej żony Józefiny: „To wioska niewarta nazwy miasta”. Cesarz wybrał Ostródę ze względu na jej centralne położenie względem Warszawy, Torunia, Gdańska i Elbląga. Swoje korpusy armijne rozmieścił tak, aby w ciągu dwóch dni można je było skoncentrować wokół jego kwatery. Podczas pobytu w Ostródzie aktywnie spędzał czas koncentrując się przede wszystkim na odpowiednim zaopatrzeniu i regeneracji sił armii. Poza aktywnością dyplomatyczną i bogatą korespondencją często objeżdżał konno najbliższe okolice dokonując inspekcji oddziałów stacjonujących w okolicach Olsztyna, Morąga i innych miejsc. Podczas inspekcji oprócz jego świty towarzyszył mu miejscowy nadleśniczy Schultz służący za przewodnika. Pewnego dnia wielki koniuszy Napoleona, Armand de Caulaincourt, podczas jednej ze swoich podróży służbowych, odkrył niedaleko szlaku z Ostródy do Kwidzyna okazały pałac Finckenstein, czyli współcześnie Kamieniec Suski, który uważany był wtedy za jedną z tzw. rezydencji królewskich, ponieważ był godny, aby gościć koro- 6-7 \ I 1S07 R. W no MU PRZY TYM PLACU STACJONOWAŁ CESARZ FRANCUZÓW NAPOLEON w 200 kOCZNRT JEGO ŚMIERCI 1821 - 2021 M I ESZKAŃC\ ZA LEW A O O Tablica która w zeszfym roku została uroczyście odsłonięta jo Zalewie, na ścianie domu w którym obecnie znajduje się oddział banku, a wcześniej stał tam dom, w którym z 6 na 7 czerwca J8O7roku przenocował Napoleon, fot. P Zawada nowane głowy. Swą nazwę zawdzięczał rodowi Finek von Finckenstein, której ostatni męski potomek w tej posiadłości, generał — porucznik Fryderyk Ludwik hrabia von Finckenstein, w 1782 roku sprzedał ten majątek panu na Słobitach Fryderykowi Aleksandrowi burgra-biemu zu Dohna-Schlobitten. On właśnie podczas wojny 1806 — 1807 roku był właścicielem pałacu. Napoleon dowiedziawszy się o istnieniu tak okazałej i wygodnej kwatery, w środę 1 kwietnia, bez większego żalu opuścił Ostródę i jadąc konno w niewielkim orszaku przez Iławę i Susz stanął wieczorem przed zaśnieżonym pałacem Finckenstein. Podobno Piotr Zawada 59 na widok pałacu cesarzowi wyrwał się okrzyk pełen zachwytu: „Enfin un chateau!” (Nareszcie pałac!). Pobyt Napoleona w Kamieńcu to niezwykle pracowity i ciekawy okres w jego życiu, pełen tytanicznej pracy organizacyjnej i aktywności dyplomatycznej, jak również miłości do Marii Walewskiej, która przez trzy tygodnie incognito przebywała u boku „wskrzesiciela Polski”. Napoleon przebywał w pałacu przez prawie dziesięć tygodni, aż do 6 czerwca 1807 roku, z małymi przerwami na wyjazdy inspekcyjne do Kwidzyna, Malborka, Elbląga, Brodnicy i Gdańska. Po raz pierwszy w taką podróż cesarz udał się 8 kwietnia wyjeżdżając z Kamieńca do Kwidzyna, przez który już wcześniej kilkakrotnie przejeżdżał, aby zlustrować przyczółek pontonowo-mostowy na Wiśle, pomiędzy Grabowem a Korze-niewem, gdzie spędził noc. Od lutego w Kwidzynie i okolicach stacjonowała gwardia cesarska, której pododdziały grenadierów konnych i strzelców konnych od kwietnia, rotacyjnie co dziesięć dni, pełniły służbę przy cesarzu w Kamieńcu. Żołnierze francuscy stacjonowali już wtedy w częściowo rozebranym zamku kapituły pomezańskiej. Podczas tej inspekcji cesarz dokonał też przeglądu elitarnego pułku żandarmów ordynansowych, w skład którego wchodzili młodzi szlachcice. Cesarz utworzył tę formację, aby pozyskać część francuskiej szlachty, więc specjalnie nadał jej nazwę, która nawiązywała do złożonego ze szlachciców oddziału straży przybocznej króla Henryka IV. Do żandarmerii ordynansowej przyjmowano wyłącznie synów wpływowych emigrantów, którzy po zakończeniu Rewolucji zdecydowali się powrócić do Francji, a których Cesarz chciał sobie zjednać. Żołnierze tej elitarnej jednostki budzili niechęć wśród swoich kolegów z innych oddziałów Wielkiej Armii, a zwłaszcza z Gwardii Cesarskiej. Powodem tej niechęci były wyniosłe maniery szlachciców-żandar-mów, możliwość posiadania przez każdego z nich jednego służącego, zrównanie ich żołdu ze strzelcami konnymi, którzy uważali się za elitę elit, a także wyraźne faworyzowanie przez Napoleona. A tak zapamiętał wizytę cesarza jeden z nich, Hippolyte d’Espinchal: Napoleonowi „towarzyszył książę Murat, marszałek Bessieres, wielki stajenny hr. Canisy, mameluk Roustam oraz oddział strzelców konnych gwardii. Jego Cesarska Miłość wyraził zadowolenie z postawy żandarmów i przyznał nam siedem krzyży Legii Honorowej’”. Po tygodniu, kiedy rozdano dyplomy, jeden z odznaczonych Jacques de Norvins, z rozrzewnieniem po latach tak to wspominał: „To był najpiękniejszy dzień mojego życia, a było ich tak mało, że jeszcze mogłem je policzyć i docenić, zwłaszcza dziś, gdy w siedemdziesiątym ósmym roku życia, tylko ta gwiazda z 16 kwietnia 1807 r. rzuca trochę światła na ciemną perspektywę mego długiego żywota. Tego dnia ogłosiłem w sercu amnestię dla Cesarza”. Następną podróżą inspekcyjną Napoleona była wizyta w Malborku, do którego wyjechał z Kamieńca w sobotę 25 kwietnia. W Malborku cesarz dokonał inspekcji malborskiego mostu i przyczółku, oraz odwiedził wielki lazaret, czyli szpital wojskowy, umieszony na zamku średnim w wielkim refektarzu. Równocześnie, jak to było w jego zwyczaju, dokonał przeglądu stacjonujących w Malborku i okolicach oddziałów i najprawdopodobniej zwiedził to, co pozostało z zamku. Wieczorem udał się na spoczynek w dawnym pałacu wielkich mistrzów krzyżackich i polskich starostów, także na zamku średnim, w jego zachodnim skrzydle. Na Legia Honorowa została ustanowiona w 1802 roku przez Pierwszego Konsula Napoleona Bonaparte. Z założenia miała być pierwszym francuskim odznaczeniem cywilno-wojskowym, ale ciągłe wojny tak naprawdę zmieniły go właściwie w krzyż wojenny, bardzo pożądany przez wojskowych francuskich, jak i wojska sprzymierzonych. Mimo, że odznaczenie ma formę gwiaździstą, to wśród żołnierzy przyjęła się nazwa La Croix (Krzyż). 60 Napoleona podróże inspekcyjne z Kamieńca oraz szlak bojowy Dywizji Jana Henryka Dąbrowskiego (czerwiec 1807) drugi dzień Napoleon powrócił do Kamieńca. Ciekawe opisy zamku krzyżackiego w Malborku pozostawił nam chirurg Wielkiej Armii, Pierre Percy, który zwiedzał go trochę później niż Napoleon, a mianowicie w czerwcu; „ Przy wjeździe od strony Tczewa widać otoczony fosami ogromny budynek z czerwonej cegły: to w nim założono szpital. Budowla ta należała dawniej do templariuszy, którzy odstąpili ją krzyżakom (nieprawda — przyp. aut.), w tamtych czasach była to wielka twierdza, widać jeszcze resztki dawnych, solidnych jak na swój wiek, fortyfikacji. Król Prus zamienił to miejsce w magazyny zbożowe i wojskowe; mamy tu pięciuset chorych i rannych, wszyscy leżą na drewnianych łóżkach z niepełnym wyposażeniem, ale wszędzie śmierdzi. Szpital jest źle prowadzony, ze względu na grubość murów nie można było zrobić wietrzenia, a właściwie dlatego, że kierujący szpitalem podczas mojej nieobecności komisarz oraz pomocnicy nie chciełi i nie umieli działać lepiej. Tak więc, do której sali nie wejść, ściga nas nieznośny smród ekskrementów”. To tyle, jeżeli chodzi o sprawy służbowe Percy’iego, a teraz zapoznajmy się z jego wrażeniami, kiedy to już prywatnie zwiedzał ruiny zamku: „Mieszczący szpital stary zamek templariuszy czy krzyżaków jest bardzo ciekawy; zniszczono jego umocnienia i ten ogromny budynek zamienił się w magazyn zboża spławianego Wisłą. W pogrążonej w ziemi kaplicy, zachowanej na potrzeby katolików, jest loch, do którego zeszliśmy z pochodniami po dość dobrych kamiennych schodach. Leży tu piętnaście lub szesnaście trumien ze zwłokami, z których większość to jezuici odziani w zakonne stroje. Jeden kryje ozdobnie ubraną kobietę i kota leżącego u jej stóp, pewnie martwego i wypchanego, gdyż żywego by nie pochowano; ramiona i dłonie kobiety zachowały się dobrze; głowa została zmumifikowana; ubrania zachowały się całe, a piękna koronka na jedwabnej sukni mogłaby jeszcze służyć. W głębi krypty leżą dwaj polscy magnaci ubrani po miejscowemu, czyli w jedwabne długie szaty z pasami, butami Kamieniec zimĄ. Styczeń 2022 r., fot. P Zawada Piotr Zawada 61 itd. Ogólnie, miejsce to — chłodne, lecz suche, przypomina własnościami cmentarz kordy-lierów w Tuluzie, gdzie ciała rozkładają się powoli, a nawet ulegają mumifikacji. (...) W tej samej piwnicy, w pobliżu ołtarza jest studnia, do której można zejść po stałej, mocnej drabinie. Nie chciałem tam schodzić. Studnia ta prowadzi do komory pełnej podobnych trumien; z niej jednak schodzi się do jeszcze głębszej studni, której rozszerzające się dno pokryte jest kośćmi. Zdaje się, że kiedyś był to grób rycerzy; jednak mimo przekopania piasku nie znaleziono zbroi, którą chętnie by mi ofiarowano”. Na kolejną inspekcję cesarz udał się 8 maja do Elbląga, gdzie przyjął wielką rewię swojej kawalerii dochodzącej do siebie po ciężkiej kampanii zimowej na Żuławach i na prawym brzegu Nogatu. O godzinie 10.00 Napoleon wjechał powozem do Elbląga przez Bramę Berlińską na Wyspie Spichrzów, a następnie, po przywitaniu się z generalicją, przesiadł się na siwka i ruszył kłusem na Nowy Rynek (obecnie plac Słowiański) wśród huku salutujących zza rzeki 20 dział. Jego siedzibą był dom dyrektora banku i producenta potażu, Gothilfa Struensee, którego na czas wizyty wykwaterowano. Obecnie w miejscu tego domu stoi poczta. Wjazdowi Napoleona do Elbląga towarzyszyły tłumy gapiów, co prawda niekochających Francuzów za ich rozboje i rekwizycje, ale ciekawych, aby choćby przez chwilę zobaczyć sławnego człowieka, który pokonał ich króla. Po śniadaniu cesarz przyznał awanse oficerskie oraz przyjął na krótkiej audiencji miejscowy magistrat, w trakcie której rozmawiano między innymi o panującej wtedy febrze. Około południa cesarz ubrany w swój ulubiony zielony mundur pułkownika strzelców konnych gwardii wyruszył na szczyt Winnicy (obecnie przy ulicy Łęczyckiej), aby obserwować wielką rewię kawalerii francuskiej, która pod dowództwem marszałka Murata przez kilka godzin, całymi pułkami manewrowała na Polu Nowomiejskim, a część pozorowała walkę wzdłuż Szosy Pasłęckiej (obecnie ulica Grunwaldzka). Zadowolony cesarz objeżdżał wiwatujące pułki, a kiedy przybył do brygady karabinierów generała Nansouty’ego, jego uwagę przykuł wysoki sierżant Chambrotte, który z dumą obnosił się ze swoim krzyżem Legii Honorowej. Jak to cesarz miał w zwyczaju, używając formy „ty”, spytał sierżanta: „Skąd pochodzisz?”. Chambrotte odparł: „Sire, sztandar mojego szwadronu jest dla mnie tym, czym dla innych jest wieża kościoła ich parafii”. 43 - letni wtedy Chambrotte tak naprawdę nie znał życia poza armią, ponieważ w 1 pułku karabinierów służył od 9 roku życia. Napoleon roześmiał się i zapytał majora, dlaczego taki odważny żołnierz nie awansował jeszcze na oficera. Major wyjaśnił, że żołnierz jest niepiśmienny, co dyskwalifikowało go w awansie. „Napoleon złapał Chambrottea za prawe ramię i zapytał majora, czy jest silne. Tak, oznajmił głośno Chambrotte, nie czekając na odpowiedź zwierzchnika. Więc mianujcie tego człowieka oficerem, zarządził Napoleon”^. Po niezwykle udanych manewrach kawalerii cesarz napisał do starego kawalerzysty, którym był marszałek Kellermann: „Moje wojska są wspaniałe. Na elbląskiej równinie zrobiłem właśnie rewię 18 000 ludzi. Nigdy nie widziałem piękniejszej jazdy. Czekam na poprawę pogody, na wzięcie Gdańska oraz na nadejście pułków zbiorczych, a wtedy zadam cios maczugą”. Według Janusza Cha-rytoniuka kawalerzystów było około 12 000, co ustalił na podstawie regionalnych materiałach archiwalnych sprzed 1945 roku, co jest bardzo prawdopodobne, ponieważ, jak powszechnie wiadomo, Napoleon lubił zawyżać dane jeżeli chodziło o splendor własny Jak się później okazało była to ostatnia kampania dla Chambrotte’a, ponieważ ponad miesiąc później zginął w bitwie pod Frydlandem jako oficer w stopniu podporucznika. 62 Napoleona podróże inspekcyjne z Kamieńca oraz szlak bojowy Dywizji Jana Henryka Dąbrowskiego (czerwiec 1807) i Wielkiej Armii , a zaniżać, gdy chodziło o wroga, z czego szczególnie były znane słynne „Biuletyny Wielkiej Armii” redagowane przez Napoleona. Właśnie w Elblągu został wydany 73 Biuletyn Wielkiej Armii, według którego jazdy było 18-20 tysięcy. Z czasem ukuło się powiedzenie, że ktoś „kłamie jak Biuletyn”. Wieczorem w „Zajeździe Niemieckim” na Nowym Mieście (obecnie przy ulicy Janowskiej) odbył się bal na koszt miasta, na który mimo zaproszenia cesarz nie przybył, ale godnie zastąpili go marszałkowie Murat i Ney. Na drugi dzień Napoleon oglądał redę portową i śluzy na Nogacie, po czym wrócił do Kamieńca. W czasie pobytu Napoleona w Kamieńcu, mimo przerwy w działaniach wojennych, od początku marca do prawie końca maja trwało oblężenie Gdańska, w którym wzięło udział również wojsko polskie. Dowódcą X Korpusu Wielkiej Armii mającego za zadanie zdobycie tej twierdzy był marszałek Lefebvre, którego mocno wspierał z Kamieńca Napoleon. Twierdza Gdańska została opasana szczelnym pierścieniem wojsk napoleońskich, tak aby nie mogła otrzymać pomocy z zewnątrz. Między innymi od strony Mierzei Wiślanej taką służbę pełnili żołnierze polskiego 4 pułku piechoty z Legii Jana Henryka Dąbrowskiego (późniejszy Pułk 12 Piechoty Księstwa Warszawskiego). Jednym z nich był podporucznik Antoni Białkowski, który podczas służby na żuławskich groblach przechwycił łódź z pruskim oficerem próbującym przedostać się kanałami przez polskie posterunki wraz z trzema pruskimi żołnierzami służącymi mu za przewoźników. Białkowski pod eskortą, odstawił ich do sztabu, o czym tak wspominał: „.. .Dowódca batalionu, podpułkownik Chlebowski, jeszcze spał. Gdy jeńca zostawiłem w pierwszym pokoju z adiutantem, sam udałem się do dowódcy, któremu po przebudzeniu oświadczyłem, że schwyciłem oficera pruskiego. Dowódca złożywszy ręce krzyknął: - O szczęśliwy człowieku! Porwawszy się, dowódca wychodzi i zapytuje się jeńca, kto jest i jakiej rangi. Na co mu tenże odpowiada nie w języku niemieckim, lecz francuskim, że jedzie za urlopem i takowego z pugilaresu^ dobywszy okazuje. Dowódca odpowiada, że to jest fałsz — w czasie wojny, a zwłaszcza z oblężenia za urlopem się nie wyjeżdża, a gdyby to miało nastąpić, to się dziać powinno przez parlamentarza. - A pan — rzekł do Prusaka — sam przez forpoczty przemocą chciałeś się przedrzeć. Oświadczam panu, abyś oddał papiery, jakie wieziesz, inaczej każę pana zrewidować. Na to odpowiada jeniec: - Wolno jest mnie rewidować. Zaręczam, że nie mam innych papierów oprócz urlopu, który okazałem. Istotnie miał dla pozoru urlop drukowany, opatrzony pieczęciami i przez jenerała Kałkreutha^ podpisany. Dowódca odpowiedział: - Kiedy pan nie chcesz dobrowolnie tego uczynić, a zatem pana zrewiduję.” Po dokładnym przeszukaniu munduru okazało się, że jeniec był majorem z regimentu generała Kalkreutha i nie miał przy sobie żadnych innych papierów, oprócz tych dotyczących rzekomego urlopu. I dalej: „... Mnie kazano szpadę oddać, (Białkowski musiał oddać szpadę oficerowi pruskiemu, którą mu odebrał podczas jego pojmania) którą razem z jeńcem odesłano przez kapitana Rakowskiego do sztabu głównego, marszałka Lefebvre. Powróciwszy Rakowski oświadczył, że wspomniany major, skoro się tylko dostał do sztabu, gdy go wzięli między siebie Francu- Współcześnie portfel. * Friedrich Adolf von Kalkreuth dowodził obroną Gdańska, mianowany marszałkiem. Piotr Zawada 63 zi, od razu przyznał się, że był wysłany do Memla (Kłajpeda), do króla z oświadczeniem, że po tylu próbach — jako to po wycieczce z Miindy^ i uderzeniu fregaty na most^, gdy to było nadaremne — gubernator (Kalkreuth) umyślił ostatecznie przesłać go z zawiadomieniem, że jeszcze tylko tydzień trzymać się będą, a to z przyczyny, że brak w Gdańsku: po pierwsze — amunicji, po drugie — lazaretu, po trzecie — pieniędzy, po czwarte — drzewa na opał, gdyż już z domów zmuszeni są zdejmować krokwie. Zamiar majora był taki, że aby się tylko przemknął był przez punkt, w którym został ujęty, miał się dostać do Wisły, a po przebyciu takowej miał już miejsce, przez które ułatwiono by mu przejście do Memla. Naturalnie, że nie miał żadnych korespondencji, bo udał się do Memla z ustnym zawiadomieniem. Wskutek wiadomości, jakie odebrał marszałek Lefebvre od ujętego majora, natychmiast wysłał parlamentarza do Gdańska z oświadczeniem, że jeżeli feldmarszałek Kalkreuth ociąga się z kapitulacją, oczekując na wspomnianego majora, to ten już jest w ręku Francuzów; w dowód czego okazano mniemany urlop jego. Major sam wyznał, w jakiej misji był wysłany, więc marszałek wie dostatecznie, na jakich artykułach Gdańskowi zbywa. Wskutek tego feldmarszałek Kalkreuth zebrawszy radę wojenną zadecydował podpisanie kapitulacji...”^. Rozmowy w sprawie kapitulacji Gdańska rozpoczęto 22 maja, a ponieważ Napoleonowi zależało na jak najszybszym zajęciu twierdzy, kapitulacja podpisana 24 maja była dla Prusaków i Rosjan bardzo honorowa. Mogli opuścić Gdańsk z całą załogą, ze sztandarami, bronią i rzeczami osobistymi, ale pod warunkiem, że przez rok powstrzymają się od walki przeciwko Napoleonowi i jego sojusznikom. Następnego dnia Napoleon nakazał odprawienie uroczystego „Te Deum” w katedrze Notre Damę w Paryżu, które ponoć zagrało 133 muzyków, a cała impreza kosztowała 4808 franków. Dowodzący wysuniętymi ku Rosjanom placówkami, pułkownik Jean Pierre Dellard, wspominał, że „orkiestry wszystkich pułków rozłożonych nad brzegiem Pasłęki oznajmiły przeciwnikowi to szczęśliwe dla nas wydarzenie i zaświadczyły o wielkiej jego dla nas wadze. Tym samym oznajmialiśmy Rosjanom i Prusakom, że niebawem już złożymy im wizytę na prawym brzegu. Byliśmy bowiem wszyscy gotowi do podjęcia kampanii i z chwili na chwilę czekaliśmy rozkazu koncentracji i ataku”. A tak wspominał ten dzień adiutant marszałka Soulta, kapitan Armand de Saint--Chamans: „...wkrótce jednak skończyły się zapasy gorzałki i pozostała tylko niewielka baryłka, którą postanowiliśmy zachować dla napełnienia naszych manierek w momencie podjęcia działań wojennych; wtedy jednak posłańcy i wiwatujące salwy armat oznajmiły nam, że Gdańsk skapitulował; natychmiast przekuliśmy tę wiadomość w ideę magazynów pełnych wszelkich trunków; Gdańsk w naszych oczach jawił się jako niewyczerpana rzeka ’ 15 maja z Twierdzy Wisłoujście na odsiecz Gdańskowi w czterech kolumnach wyruszyła grupa wojsk pod dowództwem rosyjskiego generała Kamieńskiego w sile 8 tysięcy ludzi i zaatakowała oblegające miasto wojska napoleońskie. Pomimo zaciętych walk, próba przebicia się do Gdańska zakończyła się niepowodzeniem. ‘ 19 maja Wisłą do oblężonego Gdańska próbował się przedrzeć z zapasem prochu i zboża, dwudziesto kilku działowy płaskodenny brytyjski okręt „Dauntless”, pod dowództwem kapitana Christophera Stracheya. Po drodze okręt miał zerwać most łączący wyspę Ostrów z szańcami na drugim brzegu Łachy, aby utrudnić wysyłanie Francuzom posiłków, co mu się jednak nie udało, gdyż od ostrzału artyleryjskiego z brzegu, utracił częściowo żagle i takielunek, w wyniku czego wylądował na mieliźnie. Według innej wersji okręt zatrzymał się nie mogąc przerwać wzmocnionego łańcuchem mostu. Po krótkiej walce kapitan poddał okręt Francuzom. Wraz z okrętem i jego załogą oblegający przechwycili królewskie depesze do generała Kalkreutha ujawniające rzeczywisty stan gdańskiej twierdzy. Przyczyn poddania gdańskiej twierdzy przez generała Kalkreutha było kilka: kończący się zapas prochu strzelniczego, brak ludzi do obsadzenia wszystkich kluczowych pozycji obronnych oraz możliwość rychłego zdobycia przez Francuzów Góry Gradowej, dającej możliwość swobodnego ostrzału twierdzy. 64 Napoleona podróże inspekcyjne z Kamieńca oraz szlak bojowy Dywizji Jana Henryka Dąbrowskiego (czerwiec 1807) gorzałki i w konsekwencji postanowiliśmy opróżnić naszą małą baryłkę trzymaną w zapasie”. Tego samego dnia Napoleon wizytował Brodnicę, w której z pewnością dokonał inspekcji magazynów i przeglądu stacjonujących tam pododdziałów, ale dokładniejszych informacji o tym wyjeździć niestety nie mamy. Do Kamieńca cesarz wrócił następnego dnia. 27 maja marszałek Lefebvre wjechał do Gdańska, gdzie przed Ratuszem Głównomiejskim odebrał kapitulację garnizonu. Następnie pruskie i rosyjskie kolumny wymaszerowały z miasta przez Bramę Żuławską udając się w kierunku Piławy^. 31 maja w niedzielę o godzinie 5 rano cesarz wyruszył z Kamieńca do zdobytego Gdańska, gdzie dotarł późnym wieczorem i przenocował gdzieś w Oliwie. Zdania historyków w tej kwestii są podzielone. Jedni twierdzą, że nocował w opactwie oliwskim, inni, że w jednym z oliwskich dworów. Niestety towarzyszący Napoleonowi generał Savary nie pozostawił w swoich pamiętnikach żadnych informacji na ten temat. 1 czerwca Napoleon uroczyście wjechał przez Bramę Wyżynną do Gdańska i zamieszkał w willi kupca Corneliusa von Almonde przy Długich Ogrodach 47 (Langgarten 201). Podczas swojego krótkiego pobytu dokonał przeglądu wojsk i przyznał żołnierzom po 12 franków gratyfikacji, dokonał przeglądu prac oblężni-czych i fortyfikacji miasta oraz fortów. Podobno był w kościele Mariackim, gdzie podziwiał tryptyk „Sąd ostateczny” Hansa Memlinga i zapragnął, aby obraz wzbogacił paryski Luwr’. Mianował nowego gubernatora miasta w osobie swojego adiutanta generała Jeana Rappa. Podczas wizyty francuskiemu sztabowi towarzyszył przybyły trzy dni wcześniej do Kamieńca ambasador turecki, który nie mógł pojąć, dlaczego skoro mieszkańcy Gdańska byli wrogami Napoleona, to Francuzi nie ścięli im głów. W domu przy Długich Ogrodach Napoleon przyjął wystraszoną delegację kupców gdańskich i podczas spotkania z nimi podobno zapytał swoim szorstkim wojskowym głosem: „A więc panowie, który z was jest najbogatszy?” Po tak grubiańskim zachowaniu wśród kupców zapanowała konsternacja, ale po powtórnym zapytaniu jeszcze w ostrzejszym tonie przedstawiono Theodora Christiania von Frantziusa jako najbogatszego z nich. Wtedy cesarz wykrzyknął: „Ach to pan?, „Ile milionów pan posiadasz?”, „Oh, Sire, ani jednego”.. Spotkanie zakończyło się tradycyjnymi banałami zwycięzcy i ciężką kontrybucją wojenną nałożoną na miasto w wysokości 20 milionów franków w myśl zasady, że wojna musi wyżywić się sama. Podczas przyjęcia z okazji otrzymania przez marszałka Lefebvre’a tytułu księcia Gdańska za zdobycie twierdzy cesarz spytał go, czy lubi czekoladę, a gdy ten to potwierdził, cesarz wręczając mu bombonierkę powiedział: „Smaku gdańskiej czekolady nigdy nie zapomnisz”. Lefebvre nie takiego prezentu się spodziewał i odłożył go gdzieś na bok. Przypomniał sobie o nim już po całej uroczystości, kiedy już był u siebie na kwaterze. Gdy otworzył pudełko z czekoladkami okazało się, że w środku są zwitki banknotów dających okazałą sumkę 100 000 franków. Podobno od tej pory cesarskie premie nazywano „gdańską czekoladą”. 2 czerwca Napoleon ’ Pillau (niem.), obecnie Bałtijsk w obwodzie kaliningradzkim w Rosji. ’ Krótko po Napoleonie do Gdańska przyjechał baron Dominique Vivant Denon, dyrektor nowo powstałego Muzeum Napoleona w Luwrze, z misją przewiezienia do Paryża najcenniejszych dzieł sztuki z podbitych terenów. W ten sposób „Sąd ostateczny” przez następnych osiem lat wystawiany był w Luwrze , ale jako dzieło Jana van Eycka. Po upadku Napoleona w 1815 roku w ramach rewindykacji zagrabionych dzieł sztuki tryptyk wrócił do Prus, ale nie od razu do Gdańska. Najpierw przewieziono go do Berlina, gdzie prezentowano go szerszej publiczności, a nawet próbowano, aby już na zawsze został w stolicy Prus. Ostatecznie po długich negocjacjach dzieło powróciło do Gdańska w styczniu 1817 roku. Obecnie można je podziwiać w Muzeum Narodowym w Gdańsku. Piotr Zawada wyjechał z Gdańska i wyruszył do Malborka, gdzie, jak poprzednio, odwiedził lazaret, dokonał przeglądu pododdziałów i przenocował na zamku, a następnego dnia o godzinie 19.00 był już w Kamieńcu. Cesarz miał już przygotowany plan wznowienia działań wojennych z dniem 10 czerwca, ale 5 czerwca z raportu marszałka Neya dowiedział się, że dzień wcześniej Rosjanie i Prusacy uderzyli na całej linii chcąc przekroczyć Pasłękę, ale po zaciętej walce zostali odparci. Nie znając jeszcze całościowego obrazu sytuacji Napoleon wydał pierwsze rozkazy o koncentracji swoich wojsk. Marszałek Murat otrzymał rozkaz ściągnięcia całej kawalerii rezerwowej pod Kamieniec, gdzie stacjonowała już kawaleria gwardii cesarskiej. Huzarzy Lasalle-’a i dragoni Latour-Maubourga ściągali spod Elbląga, kirasjerzy d’Espagne’a spod Malborka, Nanso-uty’ego spod Dzierzgonia, kirasjerzy Saint Sulpice’a spod Biskupca, a dragoni Grouchyego 65 Wieś Barty przez, któnf przechoeiziła dywizja gen. Dąbrowskiego. Współczesny drogowskaz, jeden z wieiu, upamiętniając)/ ten morderczy przemarsz, fot. P. Zawada i Milhauda spod Brodnicy i Działdowa. Przebywającemu w Malborku marszałkowi Lanne-s’owi Napoleon rozkazał zebrać jak najwięcej wozów , na które miał załadować wszystkie pozostałe suchary, a wolne wozy miał posłać po następne i po wódkę do Kwidzyna. Amunicję miał odebrać w Tczewie i Malborku. Po opuszczeniu Malborka w mieście miał pozostać jako garnizon jeden batalion saski. Do Malborka miano też wysyłać rannych i niezdolnych do walki. Według cesarskich dyspozycji Korpus Rezerwowy Lannes’a powinien wyruszyć z Malborka do Dzierzgonia 6 czerwca o godzinie 2.00 w nocy, gdzie miał stanąć na dłuższy postój, a następnie skierować się do Zalewa. Wszystkie oddziały miały pobrać z lokalnych magazynów zapasy wódki i sucharów na 10 dni. Pod wieczór 5 czerwca Napoleon otrzymując kolejny raport Neya mówiący, że jego VI Korpus został zaatakowany przez Rosjan, ostatecznie upewnił się, że generał Leontij Bennigsen’° wznowił działania wojenne. W związku z tym cesarz wydał dodatkowe rozkazy korpusom stacjonującym nad Pasłęką. Rozkazy otrzymał również świeżo powstały VIII Korpus marszałka Mortiera, w skład którego po rozwiązaniu X Korpusu oblegającego dotychczas Gdańsk weszła dywizja Dąbrowskiego tzw. Legia Poznańska. W tym czasie dywizja po trudach oblężenia odpoczywała w okolicach Gniewu, gdzie przechodziła reorganizację. Pod koniec maja liczyła 4650 ludzi, a w jej skład wchodziły 2, 3 i 4 pułki piechoty (późniejsze 10, 11 i 12 pułki piechoty Księstwa Warszawskiego), batalion artylerii, świeżo sformowany 1 pułk strzelców konnych (późniejszy 5 pułk strzelców konnych) i szwadron 2 pułku kawalerii narodowej (późniejszy 6 pułk ułanów). Na 6 czerwca pod Gniewem Dąbrowski wyznaczył przegląd wszystkich swoich oddziałów, które ściągały z okolicznych miejscowości, kiedy to niespodziewanie o godzinie 11.00 otrzymał ze sztabu VIII Korpusu spóźniony o 8 godzin rozkaz nakazujący natych- '” Leontij Bennigsen — generał, a następnie marszałek, dowódca armii rosyjskiej w kampanii 1806 -1807 roku. 66 Napoleona podróże inspekcyjne z Kamieńca oraz szlak bojowy Dywizji Jana Henryka Dąbrowskiego (czerwiec 1807) miastowy wymarsz w kierunku Kwidzyna. Dywizja Dąbrowskiego maszerując za dywizją generała Dupas’a miała jak najszybciej dołączyć do głównej armii. Żołnierze mieli pobrać z magazynów zapas żywności na 10 dni, o czym tak wspominał podporucznik Antoni Białkowski z 4 pułku piechoty; „W kilka dni potem (po kapitulacji Gdańska) odebraliśmy rozkaz wyruszenia przez przedmieście Szotlam (Szkoty), traktem ku Tczewu, ponad Wisłę do Kwidzyny. Po przejściu tego miasta rozkazano nam odebrać z magazynów tam przysposobionych żywność kompletną na dni dziesięć z tern zastrzeżeniem, żeby każdy ją ze sobą niósł, gdyż wojsko przejdzie w takie okolice, że będzie brak takowej. Ale nikt nie chciał przypuścić, aby w okolicach niemieckich na żywności zbywało. Z tego powodu wielu żywność albo zużyło, albo wyrzuciło, a później w głodzie największym korpus nasz iść musiał”. Co ciekawe, a o czym się nie pamięta, że na terenach, przez które maszerowała dywizja Dąbrowskiego, co prawda w rozproszeniu, ale jednak, żyła ludność polska. W Prabutach od 1576 roku istniał „kościół polski” i jeszcze na początku XIX wieku, ale już coraz rzadziej, odprawiano w nim polskie nabożeństwa, tak samo jak w Starym Dzierzgoniu, gdzie część parafian była polskojęzyczna. W Zalewie w 1802 roku istniała polska szkoła licząca około 100 uczniów, w której nauczycielem był Jakub Komuzin, a w Morągu od 1683 roku pracowali duchowni o polskich nazwiskach. Rozkaz dołączenia do armii był prawie niewykonalny, ponieważ przyszedł mocno spóźniony, a skoncentrowane pod Gniewem oddziały musiały jeszcze wrócić na swoje kwatery po swój dobytek i dopiero wtedy mogły rozpocząć przemarsz. Marsz, a właściwie mordercza pogoń za wojskami francuskimi, rozpoczął się 7 czerwca o godzinie 2.00 w nocy, czyli z jednodniowym opóźnieniem. Tego dnia wieczorem dywizja przeprawiła się pod Opaleniem przez Wisłę, a następnie maszerując przez Kwidzyn i Rakowiec doszła do Prabut przechodząc tego dnia około 30 km. Jeszcze z Rakowca Dąbrowski wysłał z powrotem do Kwidzyna porucznika artylerii Ożarowskiego po brakującą amunicję i skałki do karabinów. Po krótkim odpoczynku w Prabutach, 8 czerwca o 6.00 rano, ruszono w dalszą drogę w kierunku Starego Dzierzgonia, i dalej do Zalewa, gdzie dywizja stanęła na nocleg zrobiwszy ponownie około 30 km. Dąbrowski wydał wtedy rozkaz, aby dowódcy batalionów i kompanii pilnowali porządku w oddziałach, a przede wszystkim zwrócili uwagę na wychodzenie żołnierzy z szeregów podczas marszu. W związku z tym, że oddziały polskie zbliżały się do miejsca postoju cesarza, miały maszerować z bagnetami nałożonymi na karabiny. W tym czasie żołnierzom zaczął doskwierać głód, gdyż już od 48 godzin nie mieli niczego w ustach, a po drodze nie mogli niczego znaleźć, o czym tak wspominał woltyżer" Jan Daleki: „Smutny to był marsz. Gdziekolwiek my przybyli, widzimy tylko sterczące okopcone kominy, zgorzeliska, opalone drzewa i sady całe, które dopiero zielenić się poczęły. Byli to Prusacy i Moskale, co tak przed nami wszystko palili. Na dwanaście mil nie widzieliśmy ani jednej porządnej wsi, tylko same zgliszcza. Toteż głód dokuczał nam taki, że czego bym dziś w życiu nie jadł, wówczas za miód zjadłbym: to jest końskie mięso, a nawet kota gotowanego, którego kawałek dali mi Francuzi ”. Powodem braku żywności w mijanych miejscowościach było również to, że przed Polakami tą samą drogą maszerowała dywizja saksońska, która rekwirowała wszystko, czego nie zdo- " Woltyżer — żołnierz lekkiej piechoty działający najczęściej w szyku rozproszonym, Do ich głównych zadań należało rozpoznanie, osłona własnych wojsk przed wrogiem, ubezpieczenie przemarszów, nękanie wroga. Ich symbolem była myśliwska trąbka. W batalionie piechoty była jedna kompania woltyżerów. Pion Zawada 67 łali zabrać jej poprzednicy. Ciekawe, że również podporucznik Antoni Białkowski wspominał, jak to na kwaterze we wsi Żuławki (Firstenwerden) na Żuławach jego francuscy koledzy poczęstowali go pieczonym kotem; „.. .Skoro wszedłem do izby dobrze ogrzanej, będąc sfatygowanym z marszu i zziębniętym, usiadłszy sobie zdrzymałem się. Przebudzony zostałem później przez podoficera francuskiego, który umiał po niemiecku. Ten mi oświadcza, że oficer od warty prosi mnie z sobą do kolacji. Ja, będąc rozespany, usiadłszy do stołu jadłem z apetytem. Kiedy dano pieczyste, którego zjadłem ze dwa kawałki, sądziłem, że jem zająca. Gdy mięso zdawało mi się zbyt miękkie i śliskie, i mdłe, zacząłem się lepiej temu mięsu przypatrywać. Kiedy zobaczyłem nogi od mniemanego zająca zupełnie innej maści - bo była pstrokata — zrobiło mi się jakieś obrzydzenie. Nie dojadłszy drugiego kawałka położyłem nóż i widelec. Spostrzegłszy to oficer pyta mnie, dlaczego nie jem. Podziękowałem mu i przybliżyłem się do podoficera, który umiał po niemiecku. Ten pyta mnie, czy wiem co jadłem, a na odpowiedź moją, że się domyślam, powiedział mi, że to jest kot, ale przy tern zachwalał, że nie ma wyborniejszego mięsa jak kocie. Jeszcze gorzej mnie zemdliło, ale oficer spostrzegłszy to prosił, abym wina się jeszcze napił. Ponieważ wino było wytrawne, przeto cokolwiek lepiej mi się po niem zrobiło. Pozostałe szczątki owego kota oficer oddał warcie, która najdrobniejszymi kawałkami się dzieliła jak najlepszym przysmakiem”. Następnego dnia, po zebraniu się oddziałów we wsi Barty'2, o godzinie 4.00 rano, ruszono do Morąga „... pod którem zastaliśmy obóz nieprzyjacielski ze sztucznie robionych baraków z brzeziny”, jak to wspominał Białkowski, gdzie dywizja zatrzymała się na noc. Chcąc podnieść morale żołnierzy, oficerowie często ze szlacheckich, a nawet arystokratycznych rodów, podczas marszu zsiadali z koni i szli piechotą wraz z żołnierzami. Następnego dnia, 10 czerwca, dywizja ruszyła do Kwiecewa, do którego dotarła późnym wieczorem podczas ulewnego deszczu, gdzie stanęła na noc. Po krótkim odpoczynku 11 czerwca, o godzinie 2.00 w nocy, ruszono w dalszą drogę do Dobrego Miasta. Jak wspominał Białkowski: „Dalej szliśmy na Gutstadt (Dobre Miasto), gdzie już była bitwa stoczona przez awangardę francuską i trupami zasłane pole. Miasta i wsie okoliczne spalone były i bezludne. Później przez Heilsberg (Lidzbark Warmiński), pod którym były baterie nieprzyjacielskie toż samo zniszczone”. Idąc dalej przez Praslity żołnierze doszli do Łaniewa, a następnie do Bobrownik zajmując pozycję naprzeciwko lasu o nazwie Psie Staje pod Lidzbarkiem, gdzie dzień wcześniej Wielka Armia stoczyła krwawą bitwę z wojskami sprzymierzonych. Dywizja Dąbrowskiego stanęła na prawym skrzydle armii francuskiej nad brzegiem Łyny będąc pod bezpośrednim dowództwem Napoleona. Do powtórnej bitwy jednak nie doszło, ponieważ w nocy z 11 na 12 czerwca armia rosyjsko-pruska wycofała się na Bartoszyce. 12 czerwca wojska cesarskie ruszyły za wrogiem. Zgodnie z otrzymanymi rozkazami dywizja Dąbrowskiego ruszyła po południu w stronę Deksyt, ale po przejściu 20 km ze względu na gwałtowne ulewy, których deszcz zamienił drogi w błoto, zarządzono postój pod miejscowością Bądze, pod gołym niebem. Już po dwóch godzinach wznowiono przemarsz i przez Deksyty dywizja doszła do Pruskiej Iławy'^, gdzie obiecano żołnierzom dłuższy odpoczynek. Lecz ’^ Ciekawostką jest to, że kilka kilometrów od wsi Barty znajdował się majątek junkierski Jarnołtowo należący do rodziny Hiilsenów, u których w połowie XVIII wieku nauczycielem dzieci był słynny później filozof Immanuel Kant. 13 kilometrów dalej we wsi Myślice w dniach 8—10 maja 1807 roku wśród swoich przyjaciół z francuskiego 8 pułku huzarów przebywał porucznik Maurice de Tascher, daleki kuzyn Cesarzowej Józefiny. ’’ Preussich Eylau (niem.), obecnie Bagrationowsk w obwodzie kaliningradzkim w Rosji. 68 Napoleona podróże inspekcyjne z Kamieńca oraz szlak bojowy Dywizji Jana Henryka Dąbrowskiego (czerwiec 1807) kiedy dywizja tam dotarła, wtedy okazało się, że odpoczynek był niemożliwy, ponieważ w mieście kwaterował Napoleon. Tak więc po zrobieniu 25 km trzeba było po cichu przejść obok kwatery cesarza, aby mu nie przeszkadzać, a następnie przejść kolejne 7 km, aby dojść do miejsca zakwaterowania w miejscowości Lampaski''^, do której Polacy przybyli nocą z 13 na 14 czerwca. Żołnierze po wyczerpującym marszu, o głodzie i w fatalnych warunkach atmosferycznych i drogowych, zalegli na ziemi zupełnie bez sił. Ostatni etap marszu odbywał się w warunkach wręcz tragicznych, o czym tak wspominał sam Dąbrowski; „Żołnierz bez obuwia, bez żywności, osłabiony pracą trzymiesięcznego oblężenia, zdawał się przewyższać siły fizyczne człowieka pełniąc bez szemrania powinności swojego stanu. Kilku ludzi umarło z fatygi. Z dn. 13 na 14 jeszcze noc całą maszerowaliśmy spiesząc do boju, nie mając od 3 dni chleba i ledwo pół racji mięsa. Ci, co zdążyć nie mogli, na drodze pozostali, złączyli się w znacznej liczbie ze swoimi regimentami na pobojowisku”. Po dwóch godzinach odpoczynku w Lampaskach, zarządzono dalszy marsz, ale żołnierze nie mogli podnieść się z ziemi. Dąbrowski za wszelką cenę chciał postawić ich na nogi, aby zdążyli wziąć udział w nadchodzącej bitwie. Mimo próśb i gróźb ze strony oficerów, głodni i osłabieni żołnierze nie byli w stanie się podnieść, by dalej maszerować. Sytuację uratował major 4 pułku Jan Weyssenhoff (późniejszy dowódca tego pułku), który poprosił o pomoc starego wiarusa grenadiera Jabłonowskiego lub Jabłońskiego (oba nazwiska występują w pamiętnikach żołnierzy biorących udział w marszu), o czym tak wspominał Białkowski: „Ten zebrawszy wszystkie swe siły i podniósłszy się, woła na swoich kolegów: - No, bracia, cóż to, czy już nie pójdziemy dalej? Nieprzyjaciel za lasem! Kiedy na to wezwanie jeszcze się nikt nie podnosi. Jabłonowski wziąwszy małego chłopca - dobosza - za kark, wsadził go sobie na tornister i mówi: - Do stu katów, chyba ja was wszystkich będę przenosił, chociażem stary. Na głos starego żołnierza, tak jakby się wstydzili tego, że stary ich ojciec pierwszy gotów jest do marszu, w mgnieniu oka wszyscy się podnieśli i udali w marsz bez szemrania”. Następnie przez Domnowo'5 dywizja dotarła na pole bitwy pod Frydlandem’^ i w składzie VIII Korpusu marszałka Mortiera stanęła na lewym skrzydle koło wsi Heinrichsdorf mając po prawej stronie Rezerwowy Korpus marszałka Lannesa. Polacy dobrze spisali się w bitwie i przez wiele godzin skutecznie wstrzymywali ataki przeważających sił wroga stojąc dzielnie pod ogniem artylerii rosyjskiej. Szczególnie wyróżniła się polska kawaleria, która pod dowództwem pułkownika Tumy i majora Konopki dzielnie walczyła w pobliżu wsi Postehnen’®, wielokrotnie szarżując na wroga, osłaniając tym samym lewe skrzydło VIII Korpusu. Major Konopka na wniosek marszałka Mortiera za swoją dobrą postawę 15 czerwca otrzymał od Cesarza Legię Honorową. Podczas bitwy nie oszczędzał się też Dąbrowski, który mimo, że został ranny w tą samą nogę, w którą wcześniej został poważnie ranny pod Tczewem, a która nie była jeszcze całkowicie wyleczona, nie opuścił pola walki dając dobry przykład swoim żołnierzom. Według „Gazety Poznańskiej” nr 51 z 1807 roku Polacy w bitwie pod Frydlan- '■* Lampasch (niem.), obecnie Nadieżdino w obwodzie kaliningradzkim. ” Domnau (niem.), obecnie Domnowo w obwodzie kaliningradzkim. '^ Friedland (niem.), obecnie Prawdinsk w obwodzie kaliningradzkim. '^ Rownoje w obwodzie kaliningradzkim. ” Pieredowoje w obwodzie kaliningradzkim. Piotr Zawada 69 dem ponieśli następujące straty: poległ 1 oficer i 165 podoficerów i żołnierzy, a rannych było 11 oficerów i 310 podoficerów i żołnierzy. Postawa dywizji Dąbrowskiego, a zwłaszcza jej kawalerii, zyskała sobie uznanie marszałków Mortiera i Lannesa. Nawet cesarz objeżdżający pole bitwy nie szczędził pochwał Polakom. Pod Frydlandem dywizja okryła się chwałą i zdobyła sobie zasłużoną sławę. Mimo jednodniowego opóźnienia w wymarszu, zdążyła wziąć udział w tej decydującej o kampanii zwycięskiej bitwie. Morderczy marsz dywizji Jana Henryka Dąbrowskiego, podczas którego w słońcu, deszczu i o głodzie żołnierze pokonywali po kilkadziesiąt kilometrów dziennie, należy do najwspanialszych osiągnięć żołnierza polskiego i świadczy o jego harcie ducha, wysokim morale, zaufaniu do dowódców i nieprzeciętnej sile fizycznej. Po bitwie, 15 czerwca, żołnierze zakwaterowani zostali we Frydlandzie i okolicy, gdzie po raz pierwszy od wielu dni otrzymali wołowinę, groch, suchary i wódkę, i mogli wreszcie porządnie odpocząć. Cofnijmy się teraz o kila dni i powróćmy do Kamieńca. 6 czerwca cesarz polecił sztabowi przygotowania do przeniesienia swojej kwatery z Kamieńca do Zalewa. Większość bagaży i niepotrzebnych rzeczy wysłano do Gdańska. Również tego dnia zabierając wszystkie zapasy opuściła Kamieniec cała Gwardia Cesarska. Wieczorem 6 czerwca około godziny 20.00 Napoleon na zawsze opuścił Kamieniec i około godziny 22.00 dotarł do Zalewa, gdzie zamieszkał w nieistniejącym współcześnie domu poborcy podatkowego Glasera przy ulicy Rynek 52. Według legendy miało wtedy dojść do rzekomej próby zamachu na Napoleona. Otóż gdyby cesarz pojawił się w oknie, zamierzał do niego strzelić urzędnik sądowy Keiluweit, ale na szczęście powstrzymała go jego żona. Następnego dnia około południa w towarzystwie marszałka Soulta, przez Morąg i Miłakowo, Napoleon udał się na biwak VI Korpusu marszałka Neya w miejscowości Kalisty, gdzie przenocował z 7 na 8 czerwca. Podobno przy drodze do Miłakowa dokonał przeglądu oddziałów, a miejscowe władze dostarczyły mu konny zaprzęg. Rosjanie szybko zorientowali się, że do Kalist przybył sam Cesarz, gdyż słyszeli dźwięki muzyki i głośnie okrzyki żołnierzy wiwatujących na jego cześć „Vive FEmpereur!”. Następnego dnia zaraz po południu Napoleon wyruszył na nocleg do miejscowości Boguchwały, gdzie na ewangelickiej plebanii spędził noc z 8 na 9 czerwca. Budynek ten stoi do dzisiaj i pełni rolę plebanii katolickiej. O godzinie 3.00 rano cesarz opuścił Boguchwały wyjeżdżając do swoich wojsk. Po godzinie 21.00 w asyście sztabowców oraz swojego szwagra, księcia Ca-millo Borghese, męża Pauliny Bonaparte, przybył do odbitego Rosjanom Dobrego Miasta i zakwaterował się w dobromiejskiej kolegiacie stanowiącej ostanie miejsce względnego dostatku. Napoleon zjadł tu posiłek w towarzystwie prepozyta Rocha Kramera i dziekana Michała Foxa, z którymi rozmawiał o historii Warmii i samej kolegiaty, a także o zmarłym biskupie Karolu von Hohenzollernie. Według miejscowej legendy Napoleon zjadł gulasz wołowy przygotowany dla Bennigsena, którego ten nie zdążył zjeść, gdyż w pośpiechu musiał uciekać przed Francuzami. Tak więc jeszcze ciepły gulasz, przyrządzony z przedostatniej w okolicy krowy należącej do urzędnika Johanna Buchholza, przypadł w nagrodę Napoleonowi. Następnego dnia rankiem około godziny 6.00, w asyście brygady fizylierów Gwardii, cesarz opuścił Dobre Miasto i przez Praslity, Smołajny, Piotraszewo i Łaniewo dotarł do Bobrownik pod Lidzbarkiem Warmińskim. Ponoć spędził tam dwie noce z 10 na 11 izll na 12 czerwca najprawdopodobniej mieszkając w baraku przygotowanym przez saperów. Kwestią sporną jest to, skąd Napoleon dowodził bitwą pod Heilsbergiem, czyli 70 Napoleona podróże inspekcyjne z Kamieńca oraz szlak bojowy Dywizji Jana Henryka Dąbrowskiego (czerwiec 1807) Lidzbarkiem. W lokalnej tradycji utarfo się, że Napoleon kierował bitwą z jednego z najwyższych wzniesień w okolicy, a mianowicie ze Wzgórza Wiatracznego w Ignalinie nazywanego również Górą Napoleona albo Góra Rzymską, co w świetle historycznych przekazów jest raczej mało prawdopodobne, ponieważ miejsce to jest zbyt oddalone od pola bitwy. Z relacji francuskich wiadomo tylko tyle, że Napoleon nadzorował bitwę ze szczytu jakiegoś „wysokiego wzgórza”. Mogło to być wzgórze na zachód od Laudy, z którego roztacza się piękny widok na całą okolicę, w pobliżu którego, a nie w Bobrownikach, być może kwaterował cesarz. Bitwa zakończyła się taktycznym zwycięstwem wojsk sprzymierzonych, którym udało się utrzymać pozycje zajmowane w redutach zbudowanych na wzgórzach ciągnących się od lewego brzegu Łyny aż za drogę do Górowa Iławeckiego a osłaniających główne drogi do Lidzbarka. Pozycje te były wzmocnione szańcami, okopami dła piechoty, zasiekami, palisadami, wieloma działami, a siła ich wynikała także z doskonałego rozmieszczenia w terenie. Atakujący żołnierze Wielkiej Armii musieli wyjść na zwężający się pas terenu, gdzie byli narażeni na bezpośredni ogień armatni i karabinowy, po którym ich osłabione i zdezorganizowane szeregi były atakowane przez wojska przeciwnika wychodzące z redut. Pomimo ponawianych aż do późnego wieczora wściekłych ataków, Francuzom nie udało się zdobyć redut. Na drugi dzień powszechnie sądzono, że bitwa zostanie wznowiona. Jednak 11 czerwca wieczorem Bennigsen podjął decyzję o odwrocie za Pregołę, gdzie łatwiej było o zaopatrzenie i wzmocnienia świeżymi siłami. Bennigsen obawiał się też wzrastających z godziny na godzinę sił Napoleona, oraz tego, że zostanie odcięty od Królewca i pruskiego sojusznika. Ciekawe, że nawet z oddalonego Gdańska, jego świeżo mianowany gubernator, generał Jean Rapp, próbował zagrozić Królewcowi wysyłając z Gdańska oddziały piechoty i artylerii wzdłuż Mierzei Wiślanej przeciwko Piławie. Podjął również próbę opanowania wód Zalewu Wiślanego przez marynarzy Gwardii Cesarskiej pływających na statkach i łodziach zebranych wcześniej w Elbłągu. Po zmroku główna armia rosyjska przeszła przez Łynę po mostach pontonowych i ruszyła w kierunku Bartoszyc. Kiedy na drugi dzień zorientowano się, że armia sprzymierzonych opuściła Lidzbark, wtedy Napoleon wyruszył w kierunku Pruskiej Iławy. Po drodze napotykał maszerujące oddziały z dywizji generała Charlesa Gudina. Jeden z weteranów tej dywizji tak wspominał przejazd Cesarza: „Przejeżdżał, a potem przechodził pieszo przed frontem oddziałów. Z jego małego kapelusza woda spływała strumieniami na ochlapany błotem szary szynel. Dobosze zaczęli bić sygnał ‘Do broni’, a muzyka i fanfary niosły pieśń chwały i zwycięstwa, wlewając w nasze serca radość oraz zapał i sprawiając, że zabiły mocniej. ... (Cesarz) ujrzał dobosza z zabandażowanym ramieniem i wąsami sklejonymi krwią, i spytał, co mu się przydarzyło; na to wiarus, którego przezywaliśmy Egipcjaninem, bo odbył kampanię w Egipcie, odrzekł: ‘Sire, wczoraj, kiedy biłem do ataku, kula rosyjska przebiła mi jedno ucho’. Cesarz, zauważywszy, że dobosz ma na piersi krzyż, a na naramienniku medal otrzymany po bitwie pod Maren-go’’, rzekł do pułkownika: ‘Ten chwat był ze mną we Włoszech’ i, dając w ten sposób do zrozumienia, że zamierza nagrodzić żołnierza, dodał: ‘Przyślesz go do mnie”’. Po przybyciu do Pruskiej Iławy żołnierze Wielkiej Armii rozbijali obozy dokładnie tam, gdzie cztery ” Bitwa pod Marengo we Włoszech stoczona przez Napoleona Jeszcze Jako Pierwszego Konsula 14 czerwca 1800 roku, w której pokonał wojska austriackie. Notabene dokładnie w siódmą rocznicę tej bitwy Napoleon ostatecznie pokonał wojska sprzymierzonych pod Frydlandem, kończąc tym samym wojnę 1806 - 1807 roku. Piotr Zawada 71 Mapka przemarszu Poźaków i szlaku bejowego Napoleona miesiące wcześniej stoczyli niezwykle krwawą bitwę, co nie było im miłe z powodu przykrych wspomnień. Napoleon spędził w Pruskiej Iławie dwie noce, zl2nal3izl3nal4 czerwca. W tym czasie ciężko pracował dyktując szczegółowe rozkazy dla swoich marszałków, co zawsze czynił, aby jego dowódcy znali pełen obraz sytuacji. Raz jeszcze przytoczmy wspomnienia oficera żandarmów ordynansowych, Jacques’a Norvinsa, którego poznaliśmy na przyczółku mostowym pod Kwidzynem, a który towarzyszył Napoleonowi podczas bitwy pod Frydlandem; „Widzę go jeszcze, jak pieszo chłoszcząc i łamiąc pejczem wysokie trawy, spytał Berthiera^”: ‘Jaki dziś dzień? 14 czerwca, Sire — A więc dzień Marengo! Dzień zwycięstwa’ odrzekł Cesarz i dalej rozgrywał bitwę jak partię szachów”. 14 czerwca 1807 roku zwycięstwo Francuzów nad Rosjanami pod Frydlandem było całkowite. Bitwa, pomijając przerwę jaka nastąpiła pomiędzy godziną 12.00 a 17.00, trwała prawie 13 godzin i składała się z dwóch faz. W pierwszej korpus marszałka Lannes’a związał walką siły wroga na tyle długo, że zdążyły nadejść siły główne. Bennigsen myśląc, że pobił Lannes’a, poczuw-szy się zwycięzcą, pozwolił sobie na kilkugodzinną przerwę w walce, co w rezultacie okazało się dla niego zgubne. Pozwoliło to Napoleonowi na pełną i skrytą koncentrację wojsk. Cesarz dokonawszy przeglądu pola bitwy od razu zauważył, że Rosjanie są w niekorzystnej sytuacji. Za plecami mieli rzekę Łynę i miasteczko Frydland, co w przypadku odwrotu mogło przynieść katastrofalne skutki. Po wielogodzinnych zażartych walkach wojska napoleońskie zaczęły spychać Rosjan w kierunku Frydlandu i Łyny. Rosjanie przedzierając się “ Aleksander Berthier - francuski marszałek i minister wojny. Od 1796 do 1814 roku wieloletni, niezastąpiony szef sztabu i przyjaciel Napoleona. 72 Napoleona podróże inspekcyjne z Kamieńca oraz szlak bojowy Dywizji Jana Henryka Dąbrowskiego (czerwiec 1807) przez płonące i zajęte przez Francuzów miasto, docierając do rzeki, nie mogli przejść na drugi brzeg, gdyż mosty zostały zerwane lub spalone przez wcześniej wycofujące się wojska rosyjskie. W wielkim rozgardiaszu i panice żołnierze próbowali dostać się na drugą stronę. Ci, co umieli pływać, uratowali się, ale wielu utonęło. Części udało się przedostać brodami przy stosunkowo biernej postawie Francuzów. Resztki rosyjskiej armii, której udało się przedostać na drugi brzeg wraz z nieużytymi w boju rezerwami, o godzinie 21.00 ruszyły w kierunku Weławy^* do której dotarły 15 czerwca. Ostatecznie bitwa wygasła o godzinie 22.30, kiedy to zlikwidowano ostatnie punktu oporu. O godzinie 23.00, po posileniu się winem i gorącym bulionem, oraz po rozmowie z Percy’im w sprawie rannych, w domu przy frydlandzkim rynku cesarz położył się spać. Francuzi mając 54 tysiące żołnierzy zdołali pokonać 69 tysięczną armię rosyjską. Szacuje się, że Rosjanie stracili około 25 tysięcy żołnierzy (zabici, ranni, zaginieni i wzięci do niewoli) oraz 80 dział, natomiast Francuzi i ich sojusznicy około 12 tysięcy. Na koniec jeszcze tylko jedna, niezwykła ciekawostka. Otóż 6 czerwca, będąc jeszcze w Kamieńcu, Napoleon w liście do Fouchego^" pisał: „.. .W osiem dni po wysłaniu tego pisma wszystko będzie skończone”. No i nie pomylił się. 6 czerwca wyruszył z Kamieńca, a 14 rozgromił Rosjan pod Frydlandem, zwycięsko kończąc wojnę z Prusami i Rosją pokojem w Tylży, na mocy którego powstała namiastka Polski: Wielkie Księstwo Warszawskie. ^' Wehlau (niem.), obecnie Znamiensk w obwodzie kaliningradzkim. ^^ Joseph Fouche — francuski polityk, wieloletni minister policji Napoleona. W roku 1809 i 1815 zdradził cesarza spiskując z jego wrogami, Anglią i Austrią. Jean Rapp 73 Jean Rapp „NAJPIĘKNIEJSZE DNI” OBLĘŻENIA GDAŃSKA w roku 1813 Jean Rapp (1771-1821), aeiiulant Napoleona (1800-1814), generał (od 1803). Wskazywał się wielką oelwagą, wielokrotnie byl ranny. Przynajmniej elwa razy ratował życie Napołeona: powstrzymując zamachowca w 180P w pałacu Schonbrunn i zatrzymując szarżę kozaków podczas odwrotu z Moskuy w 1812. Był gubernatorem Torunia (1807) i Wołnego Miasta Gdańska (1807-1813). Pa/rtiętniki Rappa zostały wydane po jego śmierci, w Paryżu, w 1823 rokd. Przestawiony poniżej tekst to tłumaczenie 38 rozdziału. Po wyprawie na Rosję resztki Wielkiej Armii Napoleona pod koniec 1812 znalazły się między innymi w Gdańsku. Tu dowództwo nad wyczerpanymi żołnie- rzami objął generał Jean Rapp. Pierwsze miesiące oblężenia Jean Rapp opisał w rozdziale 37, którego tłumaczenie ukazało się na łamach „Prowincji” w zeszłym roku^. Generał opisał tam katastrofalną sytuację gdariskiego garnizonu. W kolejnym rozdziale opowiada... Jednak sprzymierzone siły naszych nieprzyjaciół nie wykorzystały dogodnych okoliczności. Zamiast zaatakować, tracili czas na żałosne intrygi. Wysyłali odezwę za odezwą — do władz miasta, do mieszkańców, do żołnierzy. Jednych zachęcali do buntu, innych do dezercji. Prosili, naciskali i grozili zwracając się po kolei do dzielnych Polaków, do Westfal-czyków i do Bawarczyków. Ta wojna prowadzona przy pomocy pióra nie niepokoiła mnie zbytnio; znałem lojalność moich oddziałów, w pełni ufałem moim żołnierzom. Udowadniałem to w ten sposób, że gdy tylko odezwa przychodziła, kazałem oficjalnie odczytywać ją przed regimentami. Ta otwartość podobała im się, byli mi za nią wdzięczni. Odezwy wzbudzały w nich jeszcze większą pogardę dla nieprzyjaciela, który najwyraźniej uważał, że ich honor jest tańszy niż ich odwaga. Często sami przynosili mi te wytwory rosyjskiego geniuszu, nawet ich nie czytając. Oblegający trwali bezczynnie na swoich pozycjach. Od czasu do czasu wyrywałem ich z letargu, w którym byli pogrążeni. Zarazem ci panowie ciągle bezczelnie grozili nam sztur- ' Tłumaczenie na podstawie pierwszego wydania udostępnionego na stronie www.gallica.bnf.fr: Afemoires Du General Rapp: Aide-Z)e-Camp de Napoleon, Ecrits Par Lui-Afeme, £t Pub. Par Sa Familie, Paris 1823. „Prowincja”, nr 2 (44), 2021, s. 89-92. 74 „Najpiękniejsze dni” oblężenia Gdańska w roku 1813 mem. Pod koniec stycznia w wioskach na Żuławach Gdańskich (Wherder) zamówili nawet wielką liczbę drabin. Postanowiłem uświadomić im, że nie jest z nami jeszcze tak źle. Skierowałem trochę sił w kierunku Brętowa (Brantau). Generał Granjean wyruszył ze Strzyży {Stries) z czterema batalionami, oddziałem kawalerii i dwoma działami polowymi. Podczas tego wypadu rozproszył grupy Baszkirów i Kozaków. Było to tylko preludium do poważniejszych działań. Wiedziałem, że w to miejsce przybyły świeże oddziały, które stacjonowały na Mierzei Gdańskiej (Nerhung), i siłą zajęły Bąsak-Sobieszewo (Bohnsack) i Strzyżę (Sirtes); postanowiłem przeprowadzić rekonesans. Zadanie to powierzyłem generałowi Detrees. Na początku rozgniatał wszystko, co stanęło mu na drodze; jednak jego tyralierzy za bardzo zapędzili się w pościgu za wrogiem i stali się ofiarą własnej zuchwałości: opadła ich chmara Kozaków i zostaliby posiekani na kawałki, gdyby nie uratował ich pułkownik Farine. W innych miejscach nie mieliśmy tyle szczęścia; nasze wysunięte posterunki miały rozkaz, aby pod bronią obserwować ruchy nieprzyjaciela, ale nie angażować się w żadne akcje. Pułkownik de Heering, komendant Chełmu (Stoizenherg), nie mógł się powstrzymać; nieroztropnie zszedł na równinę i gwałtownie zaatakował Kozaków; jego oddziały, zaskoczone w marszu, nie mogły przeciwstawić się impetowi kawalerii i zostały przełamane. Ta bezmyślność kosztowała nas dwustu pięćdziesięciu ludzi. Nasi wrogowie zapalili się do kolejnych akcji. Ten mały sukces dodał im pewności siebie. Około godziny trzeciej po południu ich kolumny pojawiły się przed Wrzeszczem {Lang-Jithr) i udało im się zająć tam pozycje. Trzydziestu naszych ludzi znajdujących się przed tą wsią zostało wziętych do niewoli: schronili się w jednym z domostw i stawiali długi opór; ziemia była usiana trupami, ałe nie widząc szans na nadejście pomocy musieli złożyć broń ze względu na brak amunicji. Natychmiast rozkazałem odbicie tego miejsca. Generał Granjean ruszył z ośmioma batalionami, czterema sztukami artylerii i paroma oddziałami kawalerii. Atak okazał się pełnym sukcesem. Rosjan pokonano i zmuszono do ucieczki. Próbowali powracać szturmując nasze pozycje. Jednak ich ataki ciągle się załamywały i rozbijała je nasza kawaleria. W końcu wydawało się, że decydują się na odwrót. Nie ociągaliśmy się z pójściem za ich przykładem. Gdy pole bitwy prawie opustoszało, Neapolitańczycy pozostawieni we Wrzeszczu (Langfuhr) zostali nagle napadnięci przez gromadę Kozaków wspieranych przez liczną piechotę. Generał Pierre Antoine Husson i komendant Piotr Szembek {Szembeck} pośpieszyli z polskim batalionem, ruszyli na nieprzyjaciół szarżą na bagnety i urządzili straszliwą rzeź. Ta porażka ostudziła zapędy nieprzyjaciół i wybiła im z głowy wszelkie drabiny i szturmy. Ze swojej strony zostawiłem ich w spokoju. Nie byłem zresztą w stanie wywoływać u nich częstych alarmów. Moje wojsko było wyczerpane i ledwo się trzymało: dzień i noc na nogach, wycieńczeni chorobą, przeszyci zimnem, źle ubrani, jeszcze gorzej odżywieni. Ich nędzy dorównywała jedynie rezygnacja, z jaką to wszystko wytrzymywali. Żołnierze w odmrożonymi nosami i uszami, albo z jeszcze otwartymi ranami z radością pełnili służbę na wysuniętych placówkach. Gdy widziałem ich maszerujących ubranych w skóry, z głową przewiązaną bandażami, albo podpierających się kijem, byłem wzruszony do łez. Bardzo chciałem dać trochę wytchnienia tym ludziom tak nieszczęśliwym, a przy tym tak pełnym Jean Rapp 75 poświęcenia. Rosjanie nie mogli tego ścierpieć. Wyobrażali sobie, że ich odezwy przyniosą efekty, że zaczniemy walczyć między sobą, że ludzie się zbuntują. Chcieliby wówczas wykorzystać sprzyjającą okazję, aby nas pokonać. Dnia piątego marca, w południe, nagle wyroili się na wszystkich moich posterunkach, przykryli je, jak wezbrana woda zalali wszystkie moje linie obronne i strumieniami wlewali się do wsi, na których linie te się opierały. Na wieść o tak nagłym ataku wydałem konieczne rozkazy i z generałem dywizji Grosjeanem udałem się do Wrzeszcza (Langfuhr). Ledwo zrobiliśmy parę kroków, usłyszeliśmy głośny odgłos szturmu; to dowodzący batalionem, Claumont i Blaer, ruszyli z szarżą na bagnety na kolumnę trzech-czterech tysięcy Rosjan i rozproszyli ją. Przyśpieszyliśmy, aby ich wesprzeć, ale ich impet był tak wielki, że nie udało nam się zdążyć. Gdy dotarliśmy do wsi, wiwaty żołnierzy obwieściły nam zwycięstwo. Pobiegłem pogratulować im tego pięknego zbrojnego czynu, bo był to rzeczywiście nie lada wyczyn: mniej niż ośmiuset ludzi pokonało cztery razy większą grupę piechoty i kawalerii. Prawie zdobyli także ich działa. Trzech woltyżerów neapolitańskich już je odcinało od martwych koni, gdy jednak zostali zaatakowani i musieli porzucić zdobycz. W innych miejscach nie mieliśmy tyle szczęścia. Generał Franceschi ledwo utrzymywał się przed Starymi Szkotami (Alf Schotflaml). Oddawał teren, ale wycofując się krok po kroku ciągle go bronił i w ten sposób zyskiwał na czasie. Odważny pułkownik Buthler pośpieszył mu z pomocą. Gdy tylko Bawarczycy przybyli do pierwszych zabudowań, rzucili się z impetem na nieprzyjaciół odrzucając ich szarżą na bagnety i zatrzymując ich ofensywę. Gdy jednak byli zwróceni w jedną stronę, Rosjanie zagrozili z drugiej. Po trzech nieudanych atakach w końcu zatryumfowali i przełamali mężną obronę dowódcy batalionu, Clementa, i opanowali Chełm (Sfolzenberg). Zaraz opuścili tę wioskę, aby zaatakować nas z boku. To mógłby być decydujący manewr i postarałem się szybko mu zapobiec. Rozkazałem szóstemu regimentowi neapolitańskiemu zająć pozycje po prawej stronie wzgórza zabezpieczającego naszą pozycję. Atak poprowadził generał Detrees i szturmem zajął szczyt wzniesienia; nieprzyjaciele próbowali go odbić, ale nie udało im się tego dokonać. Cały poraniony, z ubraniem podziurawionym kulami, pułkownik Degennero stawił skuteczny opór i zmusił ich do odwrotu. Generał Bachelu, z czterema batalionami pod swoim dowództwem, wspiął się na górę po prawej stronie Siedlec (Scht<:llifz), nagle rzucił się na nieprzyjaciół, zaatakował ich z flanki i pokonał ich. Na próżno szukali schronienia w domostwach. Nasi woltyżerzy, prowadzeni przez porucznika Bouvenota i podoficera Tarride’a , włamywali się przez okna, rozbijali drzwi, zabijali, brali w niewolę lub rozpraszali wszystkich, którzy stanęli im na drodze, a także zdobyli jedną sztukę artylerii. Rosyjski generał dodawał animuszu swoim żołnierzom, aby dzielnie jej bronili, ale impuls do działania już został dany: trzech odważnych, podporucznik (sous-lteufenanf) Vanus, sierżant (marechal--des-logis) Antresol i kapral (fourrier) Hatuite ruszyli biegiem i ją zdobyli. Była trzecia po południu i nieprzyjaciele ciągle trzymali się w Szkotach (Schoftlan^l) i Orunii (Obra). Pomimo całego swojego męstwa dowódca batalionu, Boulan, nie mógł ich stamtąd wyprzeć. Postanowiłem spróbować po raz drugi manewru, który raz przyniósł już sukces. Obróciłem ich linie obronne. Podczas gdy prowadziłem fałszywy atak frontalny na Szkoty (Schottlan^l), generał Bachelu ukrywając się ruszył na Orunię (Obra). Prowadził 76 „Najpiękniejsze dni” oblężenia Gdańska w roku 1813 trzy bataliony piechoty, 150 kawalerzystów, jedną baterię lekkiej artylerii. Nasi żołnierze przebierali nogami z niecierpliwości. Jak tylko usłyszeli odgłos szturmu, krzyknęli z radości i ruszyli na nieprzyjaciół przełamując ich szyki i rozbijając je. Nieprzyjaciele powtórnie się zebrali i powrócili szturmem. Jednak podwójna salwa i bagnet wniosły zamieszanie w ich szeregi. Uciekali starając się wykorzystać wszelkie kryjówki, ale nie było żadnych, których byśmy nie potrafili odkryć. Nie mając wyboru zebrali się na odwagę, przegrupowali i zaatakowali. Powstało straszne zamieszanie. Oni walczą, aby ratować honor, nasi żołnierze, aby przypieczętować zwycięstwo, z obydwu stron nacieramy na siebie z całą gwałtownością. Adiutant major (adljuciant-major) z 29 pułku liniowego, Deloridres, wpada w środek Rosjan. Podąża za nim paru śmiałków, a za nim kroczy śmierć i chaos. Wkrótce jednak, otoczony przez przeważającą liczbę wrogów, osłabiony poważnymi ranami, jest zmuszony do złożenia broni. Jego bojowy duch powraca jednak, wzburzenie dodaje mu sił, atakuje i powraca z towarzyszami, aby smakować zwycięstwa, które było już bezdyskusyjne. Nasze oddziały, zaalarmowane strzelaniną, uformowały się przed Orunią (OAra)i otworzyły morderczy ogień. Wróg jest przytłoczony, jego szyki chwieją się i rozrywają. Jedynym sposobem dla uniknięcia śmierci staje się dla niego proszenie zwycięzców o łaskę. Na ulicach momentalnie zalegają zabici. Pięciuset ludzi złożyło broń, większość z tej samej Armii Dunajskiej^, którą prawie zniszczyliśmy przeprawiając się przez Berezynę. Nieprzyjaciele uciekali we wszystkich kierunkach. Na Mierzeję (Nerhung), do Nowego Portu (Neujahrtaasser), ponosząc wszędzie klęski i płacąc w ten sposób za początkowy sukces, który odnieśli przez zaskoczenie. Major Nougarede jedynie się pokazał i to wystarczyło, aby rozproszyć grupy Kozaków, które bezskutecznie atakowały słabe posterunki Neapoli-tańczyków pozostawione przez nas z tyłu. Oddziały dragonów ruszyły na pościg Rosjan, którzy pojawili się przed Zaspą (Saspe) i zajęli Brzeźno (Brasen). Odzyskaliśmy pozycje, które zajmowaliśmy przed atakiem. Niestety, dużo nas to kosztowało. Straciliśmy sześciuset ludzi (hors de combat— zabitych i rannych). Fakt, że większość rannych wyleczyła się i wkrótce powróciła dó służby. Wśród nich byli: major Horadam, pułkownik d’EglofFstein i generał Devilliers, którego zobaczymy jeszcze często na kartach tych wspomnień. Wróg poniósł o wiele większe straty. Dwa tysiące jego żołnierzy zginęło"^, około 1200 wzięliśmy do niewoli i zdobyliśmy jedno działo. Ten dzień był jednym z najpiękniejszych dni oblężenia. Był kolejnym przykładem na to, co może zdziałać odwaga i dyscyplina. Pod murami Gdańska, jak i przy przejściu Berezyny, nękani niedostatkiem i chorobami, byliśmy zawsze tacy sami. Stawaliśmy na polu bitwy udowadniając tę samą dominację, tę samą wyższość. Tłum. Piotr Napiwodzki ’ Armee ^ie Mokźavie — Armia Mołdawska, a więc Armia Dunajska, która przybyła z Mołdawii nad Berezynę i którą wówczas dowodził admirał Pazz^r/Wasiljewicz Cziczagow. * Daix miUe des siens ^taient couches dans la poussiere — „spoczywało w prochu”, zwrot z Księgi Izajasza, rozdział 26. Piotr Podlewski 77 Piotr Podlewski Umocnienia napoleońskie pod Korzeniewem Artykuł jest w dużej części scenariuszem odcinka 7, który ukazał się w grudniu 2021 roku na kanale historyczno-regionainym na platformie You Tubę, „Penetracje po Powiślu”. Po emisji odcinka otrzymaliśmi maile z informacjami, które pozwoliły nam poszerzyć wiedzę na temat omawianego obiektu militarnego pod Korzeniewem. Niestety, nie ma fizycznej możliwości dodania tych wiadomości do filmu na kanale, dlatego niniejszy artykuł uważam za uzupełnienie treści na temat fortyfikacji ziemnych wybudowanych na rozkaz Napoleona Bonaparte, fortyfikacji zabezpieczających przeprawę przez Wisłę. MoM numeryczny terenu z widoczny fosą i obrysem bastionu (wyk. Torrrasz Wiktorzak) Końcówka XVIII wieku to czas, w którym dochodziło do bardzo dynamicznych zmian na mapie Europy. Cesarstwo Rosyjskie rozrosło się kosztem północnych wybrzeży Morza Czarnego oraz znacznych terytoriów Finlandii. Przestała istnieć Rzeczpospolita rozebrana przez Rosję, Austrię i Prusy. Napoleon przejął Belgię, Luksemburg docierając do rzeki Ren oraz podporządkowując sobie Włochy, Holandię, Szwajcarię. Inny pomysł miał na zachód- 78 Umocnienia napoleońskie pod Korzeniewem nie państewka niemieckie, z których utworzył zależny od siebie Związek Reński likwidując Rzeszę Niemiecką czyli Święte Cesarstwo Rzymskie. Bracia Cesarza Francuzów otrzymali we władanie utworzone przez niego królestwa Neapolu i Holandii. Kampanie wojenne trwały w najlepsze, a zaogniło je dodatkowe ultimatum, które wystosowały Prusy w odpowiedzi na utworzenie Związku Reńskiego. Król Prus Fryderyk Wilhelm III Hohenzollern, który do tej pory prowadził politykę neutralności, wypowiedział Napoleonowi wojnę. Na odpowiedź cesarza nie musiał długo czekać. Wojska francuskie 14 października, w dwóch bitwach pod Jeną i Auerstedt, pokonały armie pruskie zajmując następnie Berlin i praktycznie całe państwo pruskie. Resztki wojska pruskiego walczyły jeszcze przy wsparciu Rosjan na Pomorzu. Po nierozstrzygniętej bitwie z Rosjanami pod Pruską Iławą, kapitulacji Gdańska i klęsce wojsk rosyjskich 14 czerwca 1807 pod Frydlandem, Napoleon zawarł dwa traktaty pokojowe z Prusami i Rosją w Tylży. Rozpoczęło się umacnianie zajętych terytoriów przez sypanie w newralgicznych miejscach szańców oraz budowanie w najbardziej strategicznych punktach bardziej zaawansowanych fortyfikacji. W 1807 roku od 1 kwietnia do 6 czerwca w pałacu Finckenstein (Kamieniec Suski) Napoleon ulokował swoją główną kwaterę zarządzając stąd swoim imperium. Znane jest szczegółowe kalendarium pobytu cesarza na tych terenach. Wiadomo, że w dniach 8-9 kwietnia opuścił pałac Finckenstein i udał się do Kwidzyna w celu skontrolowania stanu przyczułka mostowego między Grabowem a Korzeniewem oraz dokonania inspekcji dwóch kompanii żandarmów ordynansowych. Właśnie pod Korzeniewem, a dokładnie w miejscowości Ratsweide (Radne Łąki), istniała przeprawa przez Wisłę w postaci mostu pontonowego. Mosty pontonowe konstruowano w tamtych czasach z płaskodennych czółen o szerokości 2,15 metra i długości od 6 do 10 metrów. Czółna po umocowaniu kotwicami umieszczano jedne za drugimi łącząc je belkami o długości 9,25 metra w odstępach, które były dwa razy większe od szerokości belki. Na belki układano w poprzek deski tworząc w ten sposób podłogę, po której mogła przejść piechota oraz przejechać kawaleria i artyleria. Regulamin przewidywał, że 60-100 pontonierów powinno w ciągu siedmiu godzin zbudować most o 24 czółnach. Jeśli budowa mostu odbywała się w dogodnych warunkach, a więc nie pod ogniem nieprzyjaciela, uzupełniano go barierami z belek, które chroniły żołnierzy przed upadkiem do wody. Napoleon w kwietniu 1807 roku dokonał inspekcji fortyfikacji pod Korzeniewem. Co pozostało dziś po tych umocnieniach? Zdjęcia satelitarne pokazują nam idealny zarys bastionu otoczonego fragmentem fosy, co jeszcze bardziej jest podkreślone na skanie z wykorzystaniem Lidaru. Sam bastion jest już mocno zniwelowany, praktycznie do poziomu gruntu, jednak charakterystyczny układ fosy pozwala określić jego pierwotny wygląd. Jest to jedyny zachowa-nay element fortyfikacji, bastion na planie pięcioboku o otwartej podstawie. Z pozostałymi bastionami połączony był kurtynami, dziś też już zniwelowanymi. Widoczna jest nadal Piotr Podlewski 79 część bastionu nazywana czołem skierowana w kierunku potencjalnego nieprzyjaciela, krótkie boczne części zwane barkami oraz podstawa pięcioboku, czyli szyja. W kierunku północnym biegnie fosa, urywa się ona w miejscu, w którym stał kolejny bastion. Pomiędzy nim, a zachowanymi, opisywanymi fragmentami umocnienia był wjazd na teren twierdzy. Fragment maf>y tatelitamej z zarysem bastionu (fitt. ma/ry Google) Bastiony były używane od połowy XVI do połowy XIX wieku. Geometrię bastionu wykreślano w taki sposób, aby z ich barków możliwy był ostrzał flankowy wzdłuż czół sąsiednich bastionów. Stały się one podstawowym elementem umocnień w fortyfikacjach wznoszonym na załamaniach obwałowania twierdzy jako wysunięte narożniki. Były głównym punktem obrony całego systemu fortecznego. Po raz pierwszy zaczęto je stosować we Włoszech w XVI wieku w związku z rozwojem artylerii, szczególnie ciężkiej, przystosowanej do oblężeń miast i twierdz, a także do ich obrony. Średniowieczne mury obronne nie były już w stanie współpracować z działami ustawionymi na lawetach mającymi także coraz większą siłę odrzutu. Dodatkowo coraz większa siła rażenia artylerii łatwiej kruszyła dawne, pionowe fortyfikacje murowane. Ziemne bastiony oraz ich murowane odpowiedniki były często pochyło- 80 Umocnienia napoleońskie pod Korzeniewem ne pod kątem w celu zwiększenia odporności na ostrzał baterii wroga. Armaty ustawiane na szczytach bastionów znakomicie sprawdzały się podczas ostrzału przedpola oraz przy prowadzeniu ognia wzdłuż kurtyn i fos. W środku bastionów umieszczano często magazyny prochowe. W przypadku twierdz o niewielkich rozmarach wystarczały przeważnie cztery bastiony zaprojektowane na narożach budowli, natomiast w przypadku większych założeń konieczne było budowanie dodatkowych bastionów w celu kontroli i obrony terenu rozpościerającego się wokół miejsc strategicznych wzmacnianych często przez trójkątne raweliny. Umocnienia w Radnych Łąkach nie odbiegały od schematu budowy twierdz z przełomu XVIII/XIX wieku. Według zachowanego lecz pozbawionego datowania planu (Skizze des Bruckenkopfes Ratsweide) było to dość rozległe założenie obronne z sześcioma bastionami połączonymi kurtynami, których czoła skierowane były w kierunku północnym, zachodnim i południowym. Od wschodu, czyli od strony Wisły i mostów, nie usypano umocnień, ale na pewno znajdowały się tam stanowiska ogniowe. Przeprawa mostowa była dwuetapowa. Po przejechaniu przez pierwszy most dojeżdżało się do kępy rzecznej, która rozdzielała Wisłę na dwa ramiona. Kępa posiadała osobne umocnienia w postaci czterech szańców połączonych kurtyną, z których można było prowadzić ostrzał we wszystkich kierunkach. Stanowiły one także zabezpieczenie od strony wschodniej głównych umocnień przyczółka mostowego. Z kępy na zachodnią stronę rzeki prowadził kolejny most pontonowy asekurowany po drugiej stronie Wisły przez dwa bastiony i rawelin. Pomiędzy bastionami znajdowała się brama i most przerzucony przez otaczającą bastiony fosę prowadzący do trójkątnego rawe-linu, w którym znajdował się ostateczny wyjazd z umocnień w kierunku zachodnim. Trzy raweliny wmacniały także przedpola sześciu gównych bastionów na brzegu wschodnim. Rawelin to ziemne lub murowane (w naszym przypadku ziemne) dzieło fortyfikacyjne zbudowane na planie trójkąta umieszczone przed linią obronną twierdzy bastionowej. Raweliny stawiano przed kurtynami dla osłony komunikacji pomiędzy bastionami. Były też wsparciem ogniowym dla bastionów. Na omawianym planie widoczne są także dodatkowe umocnienia zwane lunetami. Zbudowano je nad samym brzegiem Wisły, dwa na północ od przyczółka mostowego i trzy na południe od niego. Lunety to niewielkie umocnienia połowę posiadające jedno lub dwa czoła i dwa barki w formie wałów ziemnych. Tył natomiast był otwarty. Na planie widać, że umieszczono lunety w taki sposób, żeby mogły się wzajemnie asekurować. Dodatkowe wsparcie dawał południowy rawelin zabezpieczający przedpola lunet. Całe założenie stanowiło przemyślany system obronny, którego głównym elementem była obrona przeprawy przez Wisłę będącą w tamtym czasie była rzeką nieujarzmioną z licznymi kępami i wysepkami. W obrębie samej twierdzy stały baraki dla załogi oraz piekarnia. Pomiędzy 2 i 3 bastionem (licząc od północy) oraz 4 i 5 umieszczono bramy prowadzące na majdan twierdzy i dalej w kierunku pierwszego mostu. Piotr Podlewski 81 SfU^iz^ Aęs Sj^upcR-enfęop^s iR^otsw^td^ Plan umocnień „Skizze des Bruckenkofifes Ratsweide” (zbiory własne) 82 Umocnienia napoleońskie pod Korzeniewem Warto wspomnieć, że dwa kilometry poniżej umocnień napoleońskich, na kępie gra-bowskiej, w 1775 roku z rozkazu króla Prus Fryderyka Wielkiego rozpoczęto budowę dużej murowanej twierdzy. Ze względu na zalewanie placu budowy podczas wiosennych powodzi budowę fortyfikacji z powodzeniem przeniesiono na wysoki brzeg wiślany koło Grudziądza. Fra^ent mafiy „Der Wetchsel = Strom gegen Kurzebrack vor der Regulirung im Jahre 1836". Na dole widaćJr^agment fosy w Ratshweide z napisem „Schanze” (zbiory własne). Piotr Podlewski 83 Jakie były dalsze losy umocnień spod Korzeniewa? Wiadomo, że Napoleon korzystał z mostu pontonowego 7 czerwca 1812 roku jadąc z Torunia do Gdańska. Około godziny 6:30 rano przekroczył most przeprawiając się na stronę wschodnią Wisły i dalej przez Sztum (po drodze w powozie cesarza pękły wąsy dyszla) około godziny 11:00 dotarł do Malborka, gdzie zjadł obiad i konno objeżdżał tamtejsze fortyfikacje. Każdy przejazd Napoleona przez miasta pruskie budził wielkie emocje, co zaowocowało licznymi lokalnymi historiami opowiadanymi przez pokolenia. Po godzinie 20:00 cesarz był już w Gdańsku u gen. Jeana Rappa, który zarządzał miastem jako gubernator. W grudnia 1812 roku, po przegranej kampanii w Rosji, Napoleon przez Sejny, Pułtusk, Poznań ewakuuje się do Francji, a pozostawione w Prusach wojska francuskie są stopniowo wypierane przez siły rosyjskie i pruskie. Most działał do 1813 roku, czyli do odwrotu wojsk napoleońskich po klęsce w Rosji . Po zajęciu Kwidzyna przez wojska rosyjskie most jeszcze był używany. Potem go zdemontowano. Żołnierz rosyjski Michaił Woroncow wspomina tamte dni w swoim pamiętniku: „[13 stycznia]. Przybyłem do Marienwerde i zdaje się, że Czerniszew nie atakował swoimi kozakami w próżnię. Wicekról [Eugeniusz], Victor [Perrin] i jakichś 20 generałów oraz kilkaset oficerów byliby tu schwytani do niewoli. [14 stycznia]. W Marienwerde (Kwidzyn). Piechota odpoczywa, kozacy są rozmieszczeni w Mrowyślu w pobliżu Wisły. [Fiodor] Barabanszikow przekroczył Wisłę w kierunku Stargardu”. Mowa tu zapewne o przeprawie przez most pontonowy, który został zdobyty przez wojska rosyjskie. Po likwidacji mostu całe założenie obronne przyczółka mostowego straciło rację bytu i także zostało rozebrane. Potwierdza to mapa z 1836 roku („Der Weichsel = Strom gegen Kurzebrack vor der Regulirung im Jahre 1836”) na której zaznaczono już tylko zarys fosy, ten sam, który możemy oglądać dziś. Zostawiono go prawdopodobnie tylko dlatego, że ciągnął się wzdłuż drogi dojazdowej do Wisły, więc nie wadził w późniejszych pracach rolnych i mógł służyć jako dodatkowy zbiornik wodny. 84 Ryszard Rząd Historie nie tylko malborskie HISTORIE NIE TYLKO MALBORSKIE (6) DIRKSENOWIE Z NIZINY WALICHNOWSKIEJ Nizina Walichnowska to żyzny, rozległy i płaski obszar zachodniej strony pradołiny dołnej Wisły rozciągający się od wsi Ciepłe w gminie Gniew po wieś Rybaki w gminie Subkowy. Pozyskiwanie jej dła rołnictwa rozpoczęło się już w końcu XIII w. z inicjatywy Zakonu Krzyżackiego. Jako że był to teren podmokły i niemal corocznie nawiedzany przez wiślane powodzie, już w XIV w. od strony rzeki pojawiły się pierwsze wały przeciwpowodziowe. Mimo, że nie były one zbyt wielkie i wytrzymałe, chroniły Nizinę i zamieszkującą ją ludność do tego stopnia, że ta już w poł. XIV w. zdecydowała się zbudować solidny, murowany kościół w centrum tego obszaru, w Wielkich Walichnowach. W połowie XVI w. do wałki z żywiołem włączyli się także przybysze z dalekiej Holandii. Byli to głównie mennonici — przez pierwszych kilkadziesiąt lat uchodźcy prześladowani ze względu na wyznawaną wiarę. Po nich zaś ich bracia w wierze, lecz już jako Peter Rudolf Dirksen (1843-1904) z żoną Emilią Rozalią Elżbietą z domu Goertz (1848-1919) emigranci ekonomiczni. Rzeczpospolita, nowy gospodarz tych terenów, tolerując ich wyznanie zapewniała im korzystne warunki do zagospodarowywania podmokłej doliny łudząco przypominającej ich kraj rodzinny. Wspomniane wyżej groble wymagały oczywiście stałego umacniania, podwyższania i napraw. By skutecznie prowadzić te prace, 24 lipca 1590 r. z inicjatywy holenderskich osadników powstała Wspólnota Wałowa Niziny Walichnowskiej. Pół roku później król Zygmunt III Waza potwierdził jej prawo wałowe, a w 1693 Jan III Sobieski podniósł je do rangi prawa ustawowego. Do Wspólnoty należało dziesięć wsi (Kotlo, Polskie Gronowo, Wielkie Gronowo, Małe Gronowo Kuchnia, Rozgarty, Wielkie Walichnowy, Małe Walich-nowy. Folwark Międzyłęż, Stary Międzyłęż i Nowy Międzyłęż) i sześć innych położonych Ryszard Rząd 85 powyżej Niziny (Szprudowo, Lignowy, Rudno, Wielki Garc, Mały Garc i Rybaki), których mieszkańcy posiadali na niej swoje pola. Jedni i drudzy byli zobowiązani do ścisłego przestrzegania wspomnianego prawa. Interesującą informację na ten temat znajdziemy np. w lustracji dóbr królewskich, do których należała też Nizina Walichnowska (1664): „Przełożyli nam poeklani dzierżauy Międzyląski^, iż są zawsze podlegli wielkiemu wody niebezpie-czeństiou z tej przyczyny, że wsi sąsiedzkie Rudno, Lignowy i Janiszów, do naprauy lqże tamy należące, nie zawsze swojej w naprawianiu tamy przestrzegają powinnos'ci, za której przerwaniem prowent nie tylko jmci panu dzierżawcy, ale i skarbowi Rzeczpospolitej ginąć by musial. Na takowe tedy przełożenie myśmy sami do tamy tpyjechałi i widzieliśmy w rożnych miejscach wielkiej i prędkiej naprawy potrzebujące groble, tak te które przez ląd są sypane, jako i nad samą Wisłą wystawione. A zatym, wezwawszy przed nas wsi pomienionych obywatełów, serio onychesmy w tym napomniełi, aby dozorniej chodziłi społem, sobie wszyscy według dawnego trybu pomagając, koło tej tamy”. 4 sierpnia 1854 r. decyzją króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV Wspólnota otrzymała nowy statut i przekształcona została w Związek Wałowy Niziny Walichnowskiej („Deichoer-bandder Fałkenauer Niederung”), pierwszy w ówczesnych Prusach Zachodnich. O najistotniejszych jego sprawach decydowało walne zebranie. Składało się ono z przedstawicieli każdej wsi wybieranych na okres dwóch lat. Wszyscy rolnicy z Niziny zobowiązani byli do płacenia uchwalonej przez walne zgromadzenie składki wałowej, w dwóch ratach rocznie, wiosną i jesienią. Jej wysokość uzależniona była od ilości ziemi. Wykonawcą podjętych uchwał był zarząd, w skład którego wchodził starosta wałowy, dwóch przysięgłych i sekretarz. 2Le składkowych pieniędzy opłacano sekretarza Związku, robotników wykonujących 86 Historie nie tylko malborskie prace melioracyjne oraz koszty pompowania. Starosta i przysięgli pracowali za symboliczne wynagrodzenia, w zasadzie społecznie. Dozorca wałowy i pompiarze mieszkali w budynkach służbowych, z niewielkim kawałkiem pola i łąki, za które nie płacili dzierżawy i podatków. Traktowano to jako rekompensatę za wykonywane czynności. Z chwilą powołania Związku działania zmierzające do zabezpieczenia Niziny przed powodziami nabrały tempa. Osobą, która wywarła niezatarte do dziś piętno na dziejach tego regionu, był Peter Rudolf Dirksen. Jego przodkowie już od XVII w. osiedlali się na nizinach malborskich i kwidzyńskich, ale ojciec Petera Rudolfa, Johann Jacob II (1812-1856), jeden z założycieli wspomnianego wyżej Związku Wałowego, przejmując dzięki ożenkowi gospodarstwo teścia Christopha Rudolfa Rohrbecka, dał początek działalności swojej rodziny na Nizinie Walichnowskiej. Peter Rudolf Dirksen urodził się 13 maja 1843 r. W roku 1878 zajął stanowisko zastępcy, a w 1883 starosty wałowego i funkcję tę pełnił przeszło 20 lat aż do śmierci w roku 1904. W 1888 r. przystąpił do ostatecznego rozwiązania podstawowej kwestii - uregulowania i zabezpieczenia stosunków wodnych na Nizinie. Obszar jej miał powierzchnię ponad 4600 ha i kształt półksiężyca poprzecinanego siecią kanałów odwadniających. Najważniejszym z nich był Kanał Graniczny biegnący lukiem, równolegle do krawędzi wysoczyzny, na północy uchodzący do niewielkiego Jeziora Pelplińskiego koło Rybaków. Podstawowym problemem było wydajne usuwanie nadmiaru wody z tego zbiornika do Wisły, której poziom niestety z reguły znajdował się powyżej. Staga pomp ^aelzitya” w Rybakach Ryszard Rząd 87 Peter Rudolf Dirksen rozwiązał go poprzez stworzenie dwustopniowego systemu odwadniania. Widząc konieczność budowy nowych stacji pomp, zapoznał się z podobnymi obiektami w Prusach Wschodnich. Następnie w listopadzie 1888 r. doprowadził do ugody z posiadaczami ziemskimi z wysoczyzny i wystąpił ze specjalnym memorandum do władz rejencji kwidzyńskiej „W sprawie maszyny parow^ dia Związku Wsiowego Niziny W^iiehnowskieJ”. Dzięki temu możliwa stała się budowa pierwszego stopnia tłoczenia wody — nowoczesnej stacji pomp parowych w Starym Międzyłężu, zwanej odtąd ,^goda”. Transportowała ona wodę z Kanału Granicznego do położonego nieco wyżej Jeziora Pel-plińskiego. W 1890 r. uruchomiono stopień drugi — stacje pomp parowych „Nadzi^a” i „Pokój” w Rybakach, usuwających nadmiar wody z Jeziora Pelplińskiego do Wisły. Równolegle z tymi działaniami, w latach 1888-96, również z inicjatywy Petera Rudolfa Dirkse-na, podwyższono koronę wału na całej jego długości od Ciepłego do Rybaków, w których firma „H. Merten” z Gdańska wstawiła ponadto nowe żelazne wrota do śluzy zamykającej się samoczynnie przy naporze wody od strony Wisły. Od tego czasu Nizina nie była już zagrożona żadną powodzią. Z innych równie ważnych przedsięwzięć Petera Rudolfa wspomnieć należy budowę nowego odcinka wału łączącego Wielkie Walichnowy i Nowy Międzyłęż (1878-95). Z jego inicjatywy w latach 1895-97 uruchomiono także kolejkę wąskotorową z Wielkich Walich-nów do nowo powstałej cukrowni w Pelplinie. Jako że biegła ona pośród pól, umożliwiała odbiór buraków bezpośrednio od rolników, co przełożyło się na wydatne zwiększenie upraw i znaczny wzrost zamożności gospodarzy. Jedna trzecia zbiorów przerabianych w Pelplinie 88 Historie nie tylko malborskie pochodziła bowiem odtąd z Niziny. W 1901 r. wspomniane tory połączono z kolejnymi, obsługującymi południową część Niziny i biegnącymi do Gniewa. Stamtąd zaś buraczane składy przewoził przez Wisłę do Kwidzyna specjalny prom „Landrath Bruckner”. Objęcie funkcji publicznych zbiegło się z budową nowego domu na siedlisku należącym do ojca Petera Rudolfa, a jeszcze wcześniej do wspomnianego Ch.R. Rohrbecka. Jest on przykładem XIX-włecznych rozwiązań stosowanych na terenie Doliny Dolnej Wisły. Wzniesiony został na fundamencie z łamanego granitu, piwnice z odcinkowymi sklepieniami wymurowano z cegły, a ściany parteru postawiono z prostokątnych bali drewnianych w konstrukcji zrębowej. Wzorem żuławskich domów podcieniowych postawiono go na terpie (sztucznym nasypie) i poprzedzono wystawką znacznych rozmiarów usytuowaną na osi elewacji frontowej, nakrytą wysokim, dwuspadowym dachem, wspartą na czterech słupach z dekoracyjnie opracowanymi zastrzałami. Odmienne było jednak usytuowanie ich na wysokiej ceglanej podmurówce i stworzenie w miejscu tradycyjnego podcienia ganku z płycinowymi, półkolistymi balustradami, o ścianach bocznych przeszklonych wielokwa-terowymi oknami, poprzedzonego schodami. Budynek wyróżniał się ozdobnie opracowaną snycerką wykorzystującą tradycyjne motywy zdobnicze podkreślające regionalny styl budowli. Nad wejściem umieszczona była belka z wyciętym minuskułą gotycką napisem „Rud. Dtrksen. 1878”. Przed domem zakomponowana została niska zieleń i park, z którego przetrwały m.in. cztery pomnikowe okazy dębów oraz jesiony i klony. W skład założenia wchodził również ogród warzywny i sad oraz zabudowania gospodarcze rozmieszczone wokół czworobocznego dziedzińca. Należały do nich: obora na 50 krów. Dom Petera Pueiolfa Dtrksena to Mafych Walichnotoach 89 Ryszard Rząd Dom Conrada Hugo Dtrksena w Między/ężu Prom „Landrafh Briickner” na Wiśle pod Gniewem 90 Historie nie tylko malborskie Stodoła, spichlerz z wozownią, garaże, kuźnia i nieco późniejsze silosy (1936). Według niektórych źródeł na podwórzu znajdowała się także studnia artezyjska. W pobliżu gospodarstwa przebiegały też tory wspomnianej kolejki wąskotorowej. Po śmierci ojca majątek przejął jeden z pięciu synów, Erich (1888-po 1945), z inicjatywy którego w 1930 r. wybudowano m.in. zachowany do dziś, murowany, trzykondygnacyjny spichlerz z wozownią. W 1888 r. Peter Rudolf założył kronikę związkową {„Chronik cies Deichverbandes óier Falkenauer Niederung") wydaną drukiem w 1899 r. Jest ona niezwykle wartościową publikacją - zawiera nie tylko podsumowanie działalności Związku, ale także prezentację historycznych wydarzeń związanych z Niziną, jej dokładną analizę hydrograficzną, uwzględnia także plany regulacji Pomnik Petera Pudolfa Dirksena w Noioym Mif/i^łfżu dolnej Wisły, łącznie z przekopem ujścia. Dzieło to, liczące blisko 200 stron, stanowi kompetentną analizę zagrożeń i działań związanych z gospodarką wodną na tym terenie. Rodzina Dirksenów należy do najbardziej zasłużonych w dziejach Niziny Walichnow-skiej. Pochodząc z zagrożonych powodzią terenów Holandii, wraz z innymi osadnikami przyniosła umiejętności pozyskiwania i zagospodarowywania obszarów zalewowych i przekształcania ich w krainę żyznych pól i rozwiniętych gospodarczo wsi. Jej kolejne pokolenia, a szczególnie Peter Rudolf Dirksen, zaangażowane były w działania wspólnot wałowych i przyczyniły się do wykorzystania najnowszych urządzeń hydrotechnicznych, które zapewniają do dziś bezpieczeństwo powodziowe regionu. Trudno dziś sobie wyobrazić, jak wyglądałoby życie mieszkańców tych terenów bez ich dokonań. Po śmierci Petera Rudolfa nowym starostą wałowym na kolejne 40 lat został jego syn Johann Jacob III (1871-1944) gospodarujący w Międzyłężu, gdzie postawił drewniany dom nawiązujący do rodzinnej siedziby. Zaznaczyć należy, że mimo zmiany przynależności państwowej i włączenia Niziny w granice państwa polskiego, tak jak ojciec sprawował ten urząd dożywotnio także w latach międzywojennych, a Związek Wałowy w dalszym ciągu posługiwał się statutem z roku 1854. Do Międzyłęża trafił również kolejny z synów Petera Rudolfa, Conrad Hugo (1886-1943), który w 1907 r. kupił tam gospodarstwo. Cztery lata później mistrz murarski Wócock z Nowego (ten sam, który 17 lat wcześniej odnowił wrota śluzy przy stacji pomp ,,ZgO£Źa”), wzniósł mu nowy, okazały dom. Był on całkowicie innej konstrukcji niż opisany wyżej w Małych Walichnowach - murowany, trzykondygnacyjny, z centralnym ogrzewaniem, parkietami, łazienkami i hydrofornią. Dwóch z Dirksenów osiedliło się po drugiej stronie Wisły: syn Petera Rudolfa, Rudolf Karl (1877-1933?) i brat Ryszard Rząd 91 Mapa Niziny Wiilichnowskiej: A — śluza i zespól pomp w Hybakach, B — statja pomp „Zgoda” w Starym Międzylfżu, C — dom Conrada Hugo Dirksena w Mifd:gilfżu, D —pomnik Petera Rudolfit Dirksena Nowym Mifdzylfżu, £ — dom Petera Rudolfa Dirksena w Mafych V(dlichnowach, £— kościół w Wielkich Walichnowach 92 Historie nic tylko malborskie Johann Eduard (1839-1900), gospodarujący w Janowie, gdzie przez 20 lat przewodniczył Związkowi Wałowemu Niziny Kwidzyńskiej. Niestety, materialne pamiątki po Dirksenach niszczeją dziś w zastraszającym tempie. Ich rodzinne gniazdo w Małych Walichnowach jest w tej chwili w opłakanym stanie i niebawem zapewne ulegnie całkowitej destrukcji. Podobnie jak istniejący jeszcze ok. 2000 r. w Międzyłężu dom Johanna Jacoba III - dziś znany już tylko z fotografii oraz spalony w 2017 r. dom należący do jego brata, Conrada Hugo. Przetrwały jedynie wiślane wały, zmodernizowane już dzisiaj stacje pomp i wspomniana wyżej publikacja. W roku 1907 wdzięczni mieszkańcy Niziny Walichnowskiej postawili przy skrzyżowaniu dróg w Nowym Międzyłężu pomnik ku czci Petera Rudolfa Dirksena. Masywny kopiec z polnych głazów zwieńczony był mosiężną tablicą z popiersiem i napisem: „Dem Anden-ken eies Detchhaupimanns Ruehlf Dirksen, Klein Falkenau, 1883-J904 in dankbarer Erin~ nerung”. W 2006 r. zniszczoną po II wojnie światowej tablicę zastąpiono nową, ponownie przypominającą postać i zasługi Petera Rudolfa, a wraz z nim kolejne pokolenia polskich, holenderskich i niemieckich osadników „przez wieki zmagających się z wodnym żywiołem, będących przykładem owocne/ współpracy różnych narodowos'ci”. 100 lecie Związku Polaków w Niemczech Jan Chłosta ZWIĄZEK POLAKÓW W NIEMCZECH - NARODZINY I TRUDNE WZRASTANIE Po przegranym plebiscycie w 1920 r. nie wszyscy, którzy oddali głosy za Polską, przenieśli się do kraju. Polakom pozostałym tu na południowej Warmii, Mazurach i Powiślu należało stworzyć godziwe warunki życia przy zachowaniu kultury i obyczajów. Takie przeświadczenie dominowało założycielom utworzonego 30 listopada 1920 roku Związku Polaków w Prusach Wschodnich. Przed podjęciem prac nad statutem nowej organizacji, kierownictwo Warmińskiej Rady Ludowej wyznaczyło ks. Wacława Osińskiego i Jana Baczewskiego do przeprowadzenia rozmów w Warszawie z rządem odrodzonej Polski na temat utrzymania ruchu polskiego na tych ziemiach. Obaj wysłannicy z Olsztyna zostali przyjęci przez premiera Wincentego Witosa, który w rozmowie nieco ostudził ich zapał do wznowienia pracy narodowej. Miał oświadczyć, że „rząd RP przygotowuje ustawę o opcji na rzecz Polski. Z tej opcji będzie mógł skorzystać każdy Polak. Z powodu kilkunastu Polaków w Prusach Wschodnich (sic!) nie będziemy prowadzili wojny z Niemcami”’. Ale w Ministerstwie Spraw Zagranicznych warmińscy działacze usłyszeli zachętę do odnowienia działalności ruchu polskiego. Niezależnie od tego olsztyński Konsulat RP zwracał się do Poselstwa w Berlinie w specjalnych raportach o opiekę nad Polakami na terenach poplebiscytowych. Jeszcze w październiku 1920 r. Sejm Ustawodawczy podjął uchwałę, w której wezwał rząd do „zastosowania wszelkich środków w celu obrony ludności polskiej zamieszkałej w Rzeszy niemieckiej przed ustawicznymi prześladowaniami i terrorem band niemieckich”. Wkrótce, bo już 23 listopada, rząd potwierdził konieczność wsparcia ludności polskiej na terenach plebiscytowych. W praktyce była to wyłącznie deklaracja polityczna. Polacy w Prusach Wschodnich odebrali jednak uchwałę sejmu jako wezwanie do tworzenia organizacji integrującej cały ruch polski na tych ziemiach w walce o należne im prawa narodowe w Niemczech. Odtąd w Olsztynie rozpoczęto prace nad statutem i rozmowy z działaczami Powiśla o programie nowej organizacji, jej roli koordynacyjnej w stosunku do wszystkich polskich instytucji i towarzystw. Brali w nich udział: Jan Baczewski, Władysław Pieniężny, Franciszek Barcz z Warmii oraz Brunon Gabrylewicz i Stanisław Pilarczyk z Powiśla. Już w nazwie, w odróżnieniu od dotąd istniejących organizacji, określili tę organizację jako Związek Polaków w Prusach Wschodnich, a nie Związek Warmiaków bądź Związek Mazurów, lecz właśnie Związek Polaków. Tak więc 30 listopada 1920 roku, doszło w Olsztynie do zwo- ' J. Baczewski, Wspomnienia Warmiaka, Warszawa 1961, s. 105. Por. W. Wrzesiński, Ruch poiski na Wirmii, Aiazurach i Potois'lu w latach 1920-1939, Poznań 1963, s. 58 94 Związek Polaków w Niemczech — narodziny i trudne wzrastanie łania konstytucyjnego zgromadzenia Związku Polaków w Prusach Wschodnich. Do sali Domu Polskiego przy dzisiejszej ulicy Partyzantów 87 przybyło 18 delegatów: 9 delegatów z Powiśla, 8 z Warmii, 1 z Mazur. Jak wynika z fragmentu protokołu drukowanego w „Gazecie Olsztyńskiej” otworzył zebranie ks. Walenty Barczewski, który „witał gości z powiatów nadwiślańskich, którzy przybyli do nas, żeby radzić wspólnie z nami o naszej doli i niedoli. [...] Akcja plebiscytowa nie wydała tych owoców, jakich wyczekiwał tutejszy lud polski, a głosowanie przyniosło nam raczej zatwierdzenie dalszej niedoli i biedy narodowej. Lecz to nas Warmiaków właśnie łączy z Powiślem. I Was z Powiśla nadal dzieli granica od Matki Polski, a zatem z konieczności, jak opuszczone dzieci, zrzeszyć się musimy w jedno wspólne grono”^. W czterech referatach omówiono położenie Polaków po plebiscycie i uchwalono statut nowej organizacji. Tego samego dnia w godzinach wieczornych wybrano władze i zatwierdzono statut nowej organizacji. Na czele Związku Polaków w Prusach Wschodnich stanął ks. Wacław Osiński z Butryn, funkcję wiceprezesa powierzono Pawłowi Muchowskiemu, kupcowi ze Sztumu, a sekretarzem został Brunon Gabrylewicz z Powiśla. Wyznaczono kierowników 3 okręgów. W statucie podkreślono, że „Z.P. ma na celu obronę interesów polskiej mniejszości narodowej i starać się będzie o podniesienie dobrobytu polskiego ludu w państwie pruskim [...] ZP. jest zjednoczeniem wszystkich mieszkańców polskim na obszarze państwa pruskiego, położonym na wschód od Wisły [...] ZP jest przedstawicielem całej ludności w Prusach Wschodnich bez jakiegokolwiek zabarwienia politycznego^. W ciągu dwóch lat członkami Związku Polaków w Prusach Wschodnich zostało 3700 osób, w tym aż 2500 z Powiśla”**. Z początkiem 1923 r. Związek Polaków w Prusach Wschodnich przekształcił się w IV Dzielnicę utworzonego 27 sierpnia 1922 r. Związku Polaków w Niemczech [dalej ZPwN.]. Dwuletnie doświadczenia Polaków z dawnych Prus Wschodnich dały o sobie znać przy narodzinach ogól no niemieckiej organizacji. Znaczny wkład do niej wnieśli dwaj reprezentanci nowej Rady Naczelnej wspomniany: ks. Wacław Osiński i poseł Jan Baczew-ski. Jeszcze w strukturach Związku Polaków w Prusach Wschodnich olsztyńscy działacze kierowali młodych Warmiaków, Mazurów oraz mieszkańców Powiśla do szkół w Polsce oraz zabiegali o stworzenie szkolnictwa polskiego w Prusach Wschodnich. Za potrzebą stworzenia ogólnoniemieckiej organizacji Polaków opowiedział się również Komitet na Obczyźnie na prawym brzegu Łaby w Berlinie i Komitet Wykonawczy w Bochum. Konieczność zmian uzasadniono potrzebą nadania działaniom Polaków szerszych i silniejszych podstaw oraz wykluczenia rozbieżności w pracy nad pogłębieniem świadomości narodowych Polaków żyjących w większych skupiskach w zachodnich częściach republiki weimarskiej i ziemiach pozostałych w Niemczech, ale przylegających do niedawno odrodzonej Polski^. Protokół z zebrania konstytucyjnego Związku Połaków w Prusach Wschodnich, „Gazeta Olsztyńska” [dalej GO], 1920, nr 146 z 4 XII ’ Por. J. Chłosta, Statut utworzonego w Olsztynie 30 listopada 1920 roku Związku Polaków w Prusach Wschodnich, w: Olsztyn w dokumentach. W^bor źródeł do historii miasta 1353-1949, Pod red. naukową D. Bogdan, Olsztyn 2015, s.102-108. ■* . Archiwum Akt Nowych w Warszawie [dalej: AAN], Poselstwo RP w Bwerlinie [dalej Pos.] sygn.. 3681.k. 418. Pismo Konsulatu RP w Kwidzynie z 30 X 1922 r. ’ W. Wrzesiński, Polski ruch narodowy w Niemczech 1922-1939, Poznań, 1970, s.62 Jan Chłosta 95 Samo utworzenie Związku Polaków w Niemczech poprzedziły robocze dyskusje nad formułą programową nowej organizacji. Najwięcej wniosły do niej trzy wymienione ośrodki. Najmniej działacze ze Śląska, najliczniejsze skupisko Polaków, pretendujące do przewodzenia całemu ruchowi polskiemu, lecz w tamtym czasie nie do końca zorganizowane i zespolone. To ich postawa w następnych latach doprowadziła do stworzenia ruchu opozycyjnego wobec kierownictwa Związku Polaków. Ale po kolei. 1 Kronikarz narodzonego w połowie 1922 r., a więc blisko sto lat temu. Związku Polaków w Niemczech, Edmund Jan Osmańczyk, napisał: „Bezspornie pozytywnym osiągnięciem młodych ideologów powojennego ruchu narodowego polskiego w Rzeszy było przeforsowanie idei Związku Polaków i to nie w formie początkowo rozważanej federacji polskich stowarzyszeń w Rzeszy — lecz jako organizacji naczelnej, mającej baczyć na interesy całości wszystkich Polaków w Niemczech i ich sto-warzyszen . Łączył zatem ten Związek wszystkich Polaków, tych ze Śląska, Prus Wschodnich, Pogranicza oraz mieszkających w Westfalii i Nadrenii, także w okolicach Berlina, gdzie wyemigrowali za chlebem. Łączył, bo chciał być i był reprezentantem interesów jako obywateli Rzeszy, lecz polskiej narodowości, wobec władz Rzeszy. Łączył ich w trwaniu przy kulturze polskiej i obyczaju. Musiało przez to kierownictwo ZPwN, jego Rada Naczelna, zabiegać o szkolnictwo polskie w Niemczech, własne organizacje gospodarcze jako podstawę egzystencji, polskie wydawnictwa drukujące gazety i książki. Właściwie nie było zakresu w narodowym trwaniu, którego Związek pozostawił na uboczu. Podczas pamiętnego 27 sierpnia 1922 r. zebrania konstytucyjnego prezesem Związku Polaków w Niemczech wybrano hr. Stanisława Sierakowskiego z Waplewa na Powiślu, jego zastępcę Stanisława Kuncę. Stanowisko sekretarza powierzono na kolejnym zebraniu 3 grudnia tego samego 1922 r. dr. Janowi Kaczmarkowi. Kaczmarek odegrał szczególną rolę w kształtowaniu idei Polaków w Niemczech i form ich działalności. W tym miejscu trzeba przypomnieć fragment odezwy programowej: „My, którzy pozostaliśmy w Niemczech, jako obywatele państwa niemieckiego, złączyć się musimy do wspólnej pracy, jeżeli nie chcemy utracić wiaty ojczystej, języka ojczystego, naszej kultury. Konstytucja niemiecka zapewnia równouprawnienia mniejszościom narodowym, ale ogólnikowe to zapewnienie nie dało nam nic dotychczas. Dopóki nie będzie szczegółowych rozporządzeń, które by określały dokładne prawa języka polskiego w szkole, urzędach i w ogóle we wszystkich dziedzinach naszego życia, nic nie osiągniemy. Trzeba żeby rząd przyznał nam prawa mniejszości, jakie przyznano mniejszości niemieckiej w Polsce. Wtenczas dopiero będziemy żyć szczęśliwie i spokój mieć. Ażeby takie prawo uzyskać, aby móc przeprowadzić akcję wyborczą, która by nam dała posłów dla obrony interesów w sejmie i parlamencie, żeby utrzymać Polaków w Niemczech”^. E.J. Osmańczyk, Polaty spod znaku Rodia, Warszawa 1972, s. 7 ^ Odezwa Rad)/ Naczełntj Zwufzku Polaków w Niemczech, w: Dziennik Berliński”, 1922 nr 65 z 9-10 XII. 96 Związek Polaków w Niemczech — narodziny i trudne wzrastanie W pierwszym okresie istnienia ZPwN utworzono struktury organizacyjne. Powołano początkowo cztery dzielnice: pierwszą w Opolu, obejmującą Górny Śląsk z 5100 członkami; drugą - w Berlinie, z Saksonią, Brandenburgia, Hamburgiem, Dolnym Śląskiem, Pomorzem i Pograniczem, z 6200 członkami; trzecią - w Bochum, z Westfalią, Nadrenią Badenią i Palatynatem, z 13000 członków; czwartą - w Olsztynie z Warmią, Mazurami i Powiślem z 4 000 członków. Jeszcze 6 października 1923 r. zdecydowano o powołaniu piątej dzielnicy w Złotowie dla obszarów pogranicza poznańsko-pomorskiego z 700 członkami, tę dzielnicę podzielono na trzy okręgi: ziemi złotowskiej, Kaszub i pogranicza południowego, czyli Babimojszczyzny, nadto rejencje wrocławska i legnicka zostały odłączone od dzielnicy drugiej i przyłączone do pierwszej dzielnicy. 2 Jeszcze w 1927 roku z dzielnicy czwartej wyłączono Powiśle i podporządkowano je bezpośrednio centrali ZPwN w Berlinie. Wyznaczono nawet oddzielnego kierownika okręgu. Kolejno tę funkcję spełniali: Franciszek Barcz, Franciszek Literski, potem Kazimierz Pietrzak, w końcu - Franciszek Wojciechowski. Organizacyjna niezależność nie doprowadziła jednak do utworzenia oddzielnej dzielnicy, o co bardzo upomniał się ówczesny prezes okręgu Powiśle Franciszek Chełkowski. Działacze z Powiśla uzasadniali swoje niezadowolenie: 1. Poczuciem pewnej wyższości kulturalnej Powiśla nad ludnością Warmii; 2. Brakiem szczególnego zainteresowania działaczy Olsztyna Powiślem; 3. Stosunkowo małą pomocą finansową kierowaną ze środków, które IV Dzielnica otrzymywała z berlińskiej centrali. Profesor Wojciech Wrzesiński dodał do tego jeszcze jeden powód, a mianowicie: trudności w porozumieniu się działaczy Powiśla z kierownikiem IV Dzielnicy ZPwN. posłem Janem Baczewskim®. Baczewski w sposób szczególny interesował się działalnością narodową prowadzoną w tej części Prus Wschodnich. Jego informatorami o działalności powiślańskich towarzystw i organizacji byli Warmiacy aktywńi na Powiślu: Franciszek Barcz i Jan Boenigk. Trzeba obiektywnie stwierdzić, że po plebiscycie stan posiadania Polaków na Powiślu był znacznie większy aniżeli na południowej Warmii. Aż w 18 szkołach niemieckich po południu w dalszym ciągu odbywały się tu lekcje języka polskiego dla 1042 dzieci, a na Warmii po plebiscycie nie zachowała się żadna szkoła. Na Powiślu nadal istniało, otwartych przed plebiscytem, 10 polskich przedszkoli z 163 dziećmi (na Warmii wszystkie ochronki zostały zamknięte). Poza tym rozwijały swoją działalność towarzystwa ludowe (było ich dwanaście z 1730 członkami) oraz kółka rolnicze pod patronatem Franciszka Chełkowskiego (sześć z 290 członkami), powołane zostały Koła Kobiet Chrześcijańskich pod wezwaniem św. Kingi (w tym czasie istniały cztery z 1075 członkiniami)’. Nie można też pominąć działalności towarzystw śpiewaczych, oddziałów Zjednoczenia Zawodowego Polskiego i kół Związku Pracowników Rolnych oraz tworzonych przez Franciszka Barcza zespołów sportowych. * w. Wrzesiński, Ruch fiobki w Niemczech, dz. cyt. s. 78 ’ AAN, KK. sygn. 3671 k. 4. Konsulat RP to Koitizynie Pismo z 27 VI1921 r. Jan Chłosta 97 3 W niespełna trzy lata po narodzinach Związku Polaków w Niemczech, na początku 1925 roku, przystąpiono do kolejnej reformy organizacyjnej ruchu polskiego. Polegała ona na koncentrowaniu procesów decyzyjnych właśnie w berlińskiej centrali, a więc podporządkowaniu wszystkich ogniw wyspecjalizowanych i terenowych w dzielnicach^®. Przez to przyjęte założenia programowe związku stawały się wytycznymi większości organizacji i instytucji polskich w Niemczech. Ujednolicenie form działalności pięciu dzielnic wprowadziły w dotąd zróżnicowane zakresy aktywności, nie tylko w czasie kampanii akcyjnych jak wybory parlamentarne, ale i na co dzień, z góry ustalone formy działalności. Ta pozorna samodzielność niejednokrotnie ułatwiała dotąd zwiększenie aktywności organizacji regionalnych, ale utrudniała rolę centrali we wprowadzaniu ważnych założeń programowych. Łączyło się to przede wszystkim z deklarowanymi przez kierownictwo Związku Polaków w Niemczech zbieżnymi interesami państwa polskiego w swoim oddziaływaniu w Niemczech. Ten zakres działalności powołanego Związku Polaków zatwierdzono podczas dwudniowego spotkania w dniach 22—23 stycznia 1925 roku w Poselstwie RP w Berlinie, z trzema czołowymi działaczami ruchu polskiego: Stanisławem Sierakowskim, Janem Baczewskim i Janem Kaczmarkiem oraz delegatem Związku Obrony Kresów Zachodnich Stanisławem Paprockim^ k Zostały wtedy zaaprobowane podstawowe koncepcje Związku Polaków w Niemczech oraz zasady kontaktów polskiej służby zagranicznej z ruchem polskim. Uczestnicy konferencji uznali znaczenie mniejszości w polityce Rzeczypospolitej wobec Niemiec. Równocześnie, co dla Polaków w Niemczech nie było bez znaczenia, z całym naciskiem podkreślili potrzebę uruchomienia natychmiastowej i kompleksowej pomocy ze strony rządu polskiego. Uwarunkowane to było jednak przeprowadzeniem koniecznych zmian w strukturze Związku Polaków w Niemczach, takich jak: konieczność wzmocnienia kadrowego związku, ustalenia kompetencji między centralą a dzielnicami, włączeniem do pracy narodowej towarzystw młodzieży, kobiet i robotników^^ Zmiany nastąpiły również w usytuowaniu działań II Rzeczypospolitej wobec mniejszości polskiej w Niemczech w Departamencie Konsularnym Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Poselstwie RP w Berlinie. Jeszcze 12 kwietnia 1927 roku w berlińskim Poselstwie RP został utworzony referat kulturalno-oświatowy, który obejmował całość życia polskiego w Niemczech. Kierował nim dr Eugeniusz Zdrojewski. W ten sposób ograniczono ingerencje poszczególnych konsulatów RP w działania polskich organizacji. Jan Baczewski miał w tym zakresie niedobre doświadczenia z czasów kierowania Agencją Konsularną RP w Olsztynie przez wicekonsula Karola Ripę, który tworzył na południowej Warmii koła Kobiet Polskich, co spowodowało przeciwdziałania Niemców i ostatecznie doprowadziło w połowie listopada 1924 roku do jego odwołania z Prus Wschodnich. Wspominał jednak owocną współpracę z konsulem Józefem Gieburowskim, który kierując placówkami w Kwidzynie i Olsztynie blisko piętnaście lat pełnił swoją służbę w Prusach Wschodnich i do tego w sposób dyskretny, ale zawsze odpowiedzialny, starał się wspierać ruch polski '® H. Chałupczak, II Rzeczypospolita a mniqszos'ćpolska lo Niemczech, Poznań 1992, s. 43. *' W. Wrzesiński, Polski ruch narodowy w Niemczech, dz. cyt. s. 154. '^ H. Chałupczak, 1/Rzeczypospolita a mnitjszoscpobka w Niemczech, dz. cyt., s. 44. 98 Związek Polaków w Niemczech - narodziny i trudne wzrastanie na południowej Warmii nie naruszając kompetencji kierowników IV dzielnicy Związku Polaków w Niemczech. W tym czasie od działalności na Mazurach odsunięto również Jana Baczewskiego. Pisał na ten temat zatrudniony w Poselstwie RP w Berlinie Tadeusz Katelbach: „W początkach roku zeszłego [czyli 1927 roku - przyp. J. Ch.] zdołaliśmy unieszkodliwić jego [czyli Jana Baczewskiego - przyp. J. Ch.] wpływ na Powiśle, teraz radzi byśmy powoli odseparować go zupełnie od spraw mazurskich, zostawiając na Warmii, z której również z czasem wyniósłby się”’’. W przypadku Powiśla Katelbach miał na uwadze usunięcie najpierw z Powiśla bliskiego współpracownika Baczewskiego, Franciszka Barcza, jako kierownika tego okręgu, i przez to w pewnych zakresach wyłączenie Powiśla spod kurateli IV Dzielnicy Związku Polaków i podporządkowanie go bezpośrednio berlińskiej centrali. Na zjeździe okręgu w 1927 roku domagano się nawet utworzenia odrębnej dzielnicy, co uzasadniono po pierwsze poczuciem pewnej wyższości kulturalnej okręgu Powiśla nad Warmią, a po drugie brakiem rzekomo zainteresowania ze strony Olsztyna sprawami Powiśla; wreszcie ponoć stosunkowo małą pomocą finansową udzielaną przez Olsztyn okręgowi Powiśla''*. Powiększające się zainteresowanie rządu polskiego losami ludności polskiej w Niemczech, jak to podkreślił Wojciech Wrzesiński, powodowało stopniowe uzależnienie się ruchu polskiego od koncepcji polskiej służby zagranicznej w Niemczech. To właśnie sterowanie z Berlina kierownikami dzielnic ograniczało, a właściwie likwidowało, odrębności regionalne poszczególnych organizacji polskich. Oddziaływanie Związku Polaków w Niemczech wypełniono treściami odpowiadającymi sanacji. Zadania w tym zakresie już od pewnego czasu realizowała Centrala Prasowa w Berlinie, powołana jeszcze w 1923 roku, ale po 1926 roku realizowała ten program z całą konsekwencją'5. Redaktor „Gazety Olsztyńskiej”, Kazimierz Jaroszyk, odnoszący się z rezerwą do materiałów nadsyłanych z Berlina, nie wszystkie przygotowane do druku teksty w Berlinie zamieszczał w olsztyńskim piśmie. Także i z tego powodu musiał opuścić stanowisko redaktora „Gazety Olsztyńskiej”. Podczas zjazdu konsularnego w Berlinie (22—23 listopada 1926 r.) przyjęte zostały stałe formy ustalania budżetu Związku Polaków w Niemczech. Opracowano i zatwierdzono także ramowy kalendarz pracy w ciągu roku dla wszystkich instytucji polskich w Niemczech, według którego: - styczeń miał być poświęcony sprawom organizacyjnym, obejmował werbunek nowych członków; luty - prasie polskiej i czytelnictwu książek, organizacji kursów kulturalno--oświatowych; marzec - „wierze ojców naszych, a więc życiu religijnemu, staraniom o polskie nabożeństwa w kościele, katechizacji dzieci polskich”; kwiecień - sprawom młodzieży i jej organizacjom; maj — sportowi; czerwiec — matce i dziecku; lipiec — pieśni polskiej i chórom; sierpień — przerwa wakacyjna; wrzesień - wychowaniu społecznemu; październik — oszczędności i akcjom charytatywnym; listopad — wychowaniu politycznemu i sprawom związków zawodowych; grudzień - propagandzie spółdzielczości'^. '^ W. Wrzesiński, Polski ruch narodowy, dz. cyt., s. 182. '^ Tenże, Puch polski na Warmii, Mazurach i Powillu, dz. cyt., s. 137. '5 Tenże, Polski ruch narodowy, dz. cyt., s. 159. '^ A. Poniatowska, Organizacja Związku Polaków w Niemczech, w: Zwicfzek Polaków w Niemczech, Warszawa 1987, s. 40. Jan Chłosta 99 Centralizacja ruchu polskiego w Niemczech z pewnością osłabiła rolę czynników społecznych i ciał wybieralnych w życiu narodowym na rzecz samych funkcjonariuszy Związku Polaków oraz likwidowała odrębności regionalne. Stworzyła też warunki do rozłamu w ruchu polskim, powstania nieporozumień, a nawet wykluczenia członków, którzy nie chcieli się podporządkować nowemu porządkowi. Sceptycznie do centralizmu odnieśli się niektórzy pracownicy polskiej służby zagranicznej. Olsztyński konsul dr Filip Zawada bezpośrednio po wyborach majowych w 1928 roku napisał: „Na podstawie doświadczeń, które wyniosłem z tutejszego terenu w dziedzinie pracy narodowo-społecznej doszedłem do głębokiego przekonania, że uwidaczniające się obecnie tendencje centralizowania jej, aczkolwiek może wskazują drogę prostszą, są oparte jednak na zbyt teoretycznym założeniu, podczas gdy rzeczywistość wskazuje obrać drogę trudniejszą opartą na obszernej autonomii regionalnej”'^. W Olsztynie doprowadzono do likwidacji dwutygodnika „Zycie Młodzieży” Związku Towarzystw Młodzieży w Prusach Wschodnich, redagowanego przez Antoniego Szajka, który najpierw był dodatkiem do „Gazety Olsztyńskiej”, a potem stał się samodzielnym pismem. Wydrukowano w nim wiele materiałów regionalnych, jak legendy i baśnie warmińskie, opisy zwyczajów ludowych, pieśni ludowe, wiersze miejscowych poetów w tym także Michała Kajki i Marii Zientarówny, teksty przygotowane do druku przez etnografa Augustyna Steffena i Emilię Sukertową-Biedrawinę. Baczewski zabiegał o utrzymanie tego tytułu, lecz po jego wyjeździć do Berlina zaprzestano druku „Życia Młodzieży”, a dotychczasowym prenumeratorom po prostu wysyłano egzemplarze „Młodego Polaka w Niemczech”. Centralizm sprzyjał pracy koordynowanej przez wąskie kierownictwo Związku Polaków w Niemczech, któremu przewodził dr Jan Kaczmarek, oraz prowadzeniu jednostronnej polityki personalnej w obsadzaniu kierowników dzielnic na terenach przygranicznych na Śląsku i w Prusach Wschodnich przez działaczy wywodzących się z terenów wychodźczych. To oni w znacznej mierze, a nie prezesi dzielnicy, mieli wpływ na realizację dyrektyw centrali i ograniczali tym samym działania regionalne. Wyłączyć z tego należy dzielnicę piątą jaką było Pogranicze, bo tam panował przemożny kult samego prezesa Związku Polaków, ks. dr. Bolesława Domańskiego. Dzielnicę Śląską i Prusy Wschodnie, (Baczewski został przeniesiony do Berlina w marcu 1929 roku) obejmowali wyłącznie działacze wywodzący się z terenów wychodźczych, a nie urodzeniem bądź dłuższym okresem zamieszkania związani z dzielnicami. Tak było ze skierowaniem do dzielnicy śląskiej, nieobeznanego ze specyfiką tej ziemi, Stefana Szczepaniaka, z czego nie byli zadowoleni miejscowi działacze i domagali się zmiany. Do Prus Wschodnich po 1929 roku kierowano wyłącznie działaczy pochodzących z Westfalii. Byli to: Franciszek Kierczyński (1889—1968), kierujący dzielnicą czwartą w latach 1929—1933, potem krótko kierował nią redaktor „Gazety Olsztyńskiej”, też wywodzący się z Westfalii, Wacław Jankowski (1899—1975), następnie Władysław Narożyń-ski (1904—1974), który piastował stanowisko kierownika dzielnicy w latach 1934—1937 i wreszcie Kazimierz Pietrzak (1904-1984) do wybuchu II wojny światowej. Kierczyński, przeniesiony do Prus Wschodnich z terenów wychodźczych, czuł się źle w Olsztynie, nie '^ AAN, Poselstwo RP w Berlinie, sygn. 1842. Pismo Konsulatu RP w Olsztynie z23V1928 r. 100 Związek Polaków w Niemczech — narodziny i trudne wzrastanie potrafił dostosować się do miejscowego środowiska. Stąd Zarząd IV Dzielnicy Związku Polaków 1 września 1931 roku, bez porozumienia się z centralą Związku w Berlinie, postanowił zawiesić go w obowiązkach. Kierczyński nie chciał się poddać decyzji Zarządu Czwartej Dzielnicy, nawet uruchomił akcję zbierania podpisów pod petycją, w której zwykli członkowie mieli domagać się, aby pozostał w Olsztynie*8. Jego następcę, Władysława Narożyńskiego, ocenił dość krytycznie Władysław Pieniężny w piśmie, które znajduje się w Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Autorstwo opinii o etatowych działaczach IV Dzielnicy ZP w Niemczech przypisałem Pieniężnemu, bo na początku pisma z 17 czerwca 1937 roku znalazła się relacja o samym Bohdanie Jałowieckim (1897—1941), którą wtedy urzędujący konsul w Olsztynie nie napisałby o sobie. Mógł ją więc sporządzić tylko Władysław Pieniężny, zatrudniony w olsztyńskiej placówce od 1920 roku. O Władysławie Narożyńskim napisał: „Zasadniczym błędem pracy kierownika IV Dzielnicy był brak planu pracy. Skarżyli się z tego powodu nauczyciele szkół polskich i działacze społeczni z Warmii. Był [Narożyński -przyp. J.Ch.] niedostępny, przez to zyskał nazwanie »wielkiego pana«. Był bardzo wygodny. Podczas wyjazdów w teren, wiele spraw załatwiał w samochodzie [należy przez to rozumieć, że rozmawiał z działaczami nie wysiadając z samochodu]. Był nielubiany przez współpracowników, [...] w stosunku do współpracowników nieufny”*’. Niezbyt korzystne zdania w tym piśmie znalazły się też o Kazimierzu Pietrzaku, który w latach 1935—1937 był kierownikiem Okręgu Powiśle, wchodzącego w skład IV Dzielnicy, i objął w połowie 1937 roku stanowisko dotąd zajmowane przez Narożyńskiego. Napisał więc o Pietrzaku: „Mieszkał w tym samym budynku, w jakim znajdowało się biuro Okręgu w Sztumie, przez to często nakazywał swoim rozmówcom długo oczekiwać na omówioną godzinę, 21 lutego 1937 roku nabył samochód do celów służbowych i w towarzystwie odwiedzał kawiarnie malborskie. Nie wypłacał pracownikom diet za wyjazdy w teren. W godzinach urzędowych trudno go było zastać w biurze. Oburzenie na jego pracę wzrasta”^**. W przypadku IV Dzielnicy centralizm przyniósł w ruchu polskim straty. Sztywne ramy organizacyjne Związku Polaków w Niemczech hamowały rozwój organizacyjny i spowodowały zmniejszenie liczby Warmiaków i Mazurów biorących udział w ruchu polskim. Jędrzej Giertych tak ocenił ten proces: „Związek Polaków w Niemczech zawinił przez to, że poszedł na drogę wielkiej polityki, zamiast myśleć o sprawach lokalnych, szturmował do wrót Genewy, brał udział w zjazdach międzynarodowych, utrzymywał wielkie biura w Berlinie, stworzył całą biurokrację, która nie tyle organizowała, co dławiła rozwój społeczeństwa”^*. W 1937 roku kierownictwo ruchu polskiego upomniało się o powierzenie stanowiska kierownika dzielnicy rodowitemu Warmiakowi Janowi Boenigkowi, dobrze obeznanemu ze sprawami tej ziemi, ale przeniesiono do Olsztyna właśnie Kazimierza Pietrzaka ze Sztu- *” W. Wrzesiński, Ruch polski na Warmii, Mazurach i Powillu, dz. cyt., s. 195. ” AAN. Pos. sygn.. 1878, k. i 19. Pismo MSXdo Poselstwa RP w Berlinie z 17 VI1939 r. Tamże. ^’ J. Giertych, Za północnym kordonem: (Prusy Wschodnie), Warszawa 1934, s. 220. Jan Chłosta 101 mu. Zachował się w tej sprawie list ks. Wacława Osińskiego do centrali w Berlinie^^. Nie można wykluczyć, że wpływ na tę decyzję Rady Naczelnej miały bliskie kontakty Boenigka z Janem Baczewskim, który Już wtedy został usunięty z kierownictwa Związku Polaków w Niemczech Z tej przyczyny dr Kaczmarek nie skierował go do Olsztyna. Jak wynikało z relacji Jana Boenigka, wszyscy kierownicy dzielnicowi Związku Polaków w Prusach Wschodnich czuli się w Olsztynie obco, nie byli też pełni akceptowani przez miejscowych działaczy. Pożegnanie Baczewskiego z Warmią nastąpiło Już w marcu 1929 roku. Przegrane przez Polaków wybory w 1928 roku skłoniły Baczewskiego do przeniesienia się do Berlina. Miał się tego domagać Jan Kaczmarek, Jego oponent w zmaganiach o kierownictwo w ruchu polskim. Nietrudno dostrzec w tym postępowaniu hipokryzję. Kaczmarek pragnął mieć przy sobie Baczewskiego w Berlinie, aby móc kontrolować Jego inicjatywy w kierowaniu Związkiem Polskich Towarzystw Szkolnych Niemczech. Nie odnalazłem potwierdzenia tego w dokumentach, ale cytowane wyżej doniesienie Tadeusza. Katelbacha zawierało zapowiedź tego, co wkrótce miało nastąpić. Sekretarz generalny Związku Polaków w tym okresie zdołał Już stworzyć mechanizmy usuwania działaczy mu niewygodnych z kierownictwa Związku. Potwierdzało to także wyprowadzenie w 1933 r. z Rady Naczelnej Związku Polaków w Niemczech księży: Czesława Klimasa ze Śląska, Maksymiliana Grochowskiego z Pogranicza i Wacława Osińskiego z Prus Wschodnich. Baczewski nie był w drugiej połowie lat dwudziestych wygodnym ani zbyt spolegliwym partnerem również dla przedstawicieli rządu polskiego, gdy usilnie zabiegał między innymi o obiecaną wcześniej pomoc finansową na wsparcie banków ludowych w Prusach Wschodnich. Nie przyjmował wyjaśnień o trudnościach z przyznaniem niezbędnych środków. Szczególnie wiele kłopotów stwarzał kierownictwu Związku Obrony Kresów Zachodnich, które nawet Już w 1926 roku zabiegało o wyeliminowanie prezesa Związku Polskich Towarzystw Szkolnych w Niemczech z działań ruchu polskiego. Tymczasem Baczewski wymusił wówczas utworzenie Towarzystwa Pomocy Dzieciom i Młodzieży Polskiej w Niemczech dla firmowania akcji kolonii letnich dla dzieci z Prus Wschodnich uczęszczających potem do utworzonych polskich szkóP’. 4 W końcu lat dwudziestych XX wieku pojawiły się w ruchu polskim w Niemczech wątpliwości: czy formy centralnego kierowania Związkiem nie niosą ze sobą więcej negatywnych niż pozytywnych skutków. Zostały one Jeszcze pogłębione rozbieżnościami między sekretarzem generalnym ZPwN. dr. Janem Kaczmarkiem - zwolennikiem umacniania i poszerzenia centralizmu, a Jego przeciwnikiem, Janem Baczewskim^"^, którego ostatecznie Kaczmarek zdołał pozbawić w 1933 r. funkcji prezesa Związku Polskich Towarzystw Szkolnych w Niemczech i z Rady Naczelnej ZPwN. Takie odczucia o centralizmie mieli też Pola- ^^ AAN. Pos„ sygn.. 1878, k.80, Pismo IVDzielnicy Zw. Polaków w Niemczech, (podpisane przez ks. W. Osińskiego do kie-rowruka generalnego Jana Kaczmarka z 4 V 1937 roku). ^’ H. Cłiałupczak, II Pzeczyposfolita a mniejszość polska w Niemczech, dz. cyt., s. 58. ^^ W. Wrzesiński, Polski ruch narodouy w Niemczech, dz. cyt. s. 232 102 Związek Polaków w Niemczech — narodziny i trudne wzrastanie cy z ziem rodzimych, którym nie odpowiadały narzucone metody pracy. Byli oni na Śląsku, w Prusach Wschodnich i Pograniczu przyzwyczajeni do pewnej regionalnej autonomii. Nie można wykluczyć, że te i inne rozbieżności w ruchu polskim między centralą w Berlinie a dzielnicami pragnęły wykorzystać władze niemieckie w tworzeniu w 1928 roku dywersyjnego Stowarzyszenia Górnoślązaków iw 1931 roku na Powiślu Związku Prusko--Polskiego. Powstanie tej ostatniej organizacji trzeba łączyć z zatargiem, jaki w 1931 r. powstał między robotnikiem Romanem Sadowskim a Kazimierzem Donimirskim, właścicielem majątku w Małych Ramzach, prezesem Okręgu na Powiślu ZPwN i prezesem Rady Nadzorczej Banku Ludowego w Sztumie. „Donimirski nie zaakceptował podania Sadowskiego, zwracającego się do banku z prośbą o pożyczkę, a nie miał zabezpieczenia majątkowego, był zwyczajnym robotnikiem rolnym w Telkwicach w majątku Franciszka Chełkowskiego. Wniosku Sadowskiego nie akceptowali też pozostali członkowie Rady Nadzorczej banku. Sadowski nie ukrywał swego niezadowolenia, tylko o Donimirskim, tam gdzie mógł ogłaszał często nieprawdziwe opinie o banku i właścicielach majątków na Powiślu: że pobierają duże pożyczki z banku i prowadzą dostatnie życie kosztem biedoty, zatrudnionych w ich majątkach. Przysłowiową oliwą dolaną w tym konflikcie stał się incydent wywołany przez Kazimierza Donimirskiego na zebraniu Okręgu ZPwN 1 kwietnia 1931 roku. Z protokołu z tego zebrania wynika, że w zebraniu poza Donimirskim i jego żoną Marią oraz Sadowskim, udział brali: Jan Lenga, Stefan Włodarczak i Franciszek Literski jako kierownik okręgu, opisujący to zdarzenie: ”2\ Zachowanie Donimirskiego wywołało wśród obecnych oburzenie. Żądali przeprosin prezesa, a kiedy się nie doczekali satysfakcji, to w specjalnym piśmie z 26 maja 1931 r. do kierownictwa IV Dzielnicy ZPwN. w Olsztynie i centrali w Berlinie zaproponowali zwołanie sądu honorowego w celu załatwienia sporu. Zarówno władze dzielnicowe jak centralne zlekceważyły załatwienie sporu. Sadowski wówczas zaproponował, aby o rozstrzygnięciu sporu zdecydował niemiecki sąd. Rozprawa odbyła się 22 czerwca 1931 r. Niemiecki sąd od razu chciał wykorzystać spór do zapoznania się z funkcjonowaniem polskiego banku i sposobami pomocy tej placówki w polskim trwaniu ruchu polskiego na Powiślu. Szeroko rozpisywały się o tym niemieckie gazety: „Marienburger Zeitung und Kreis Anzeiger”, „Stuhmer Zeitung’ oraz „Elbinger Zeitung”. W końcu Polacy się pogodzili, także kosztami rozprawy obciążono obie strony. Na tym jednak konflikt się nie zakończył. Kierując się prywatą Sadowski postanowił powołać organizację, w której, jak mówił, stan majątkowy nie łączyłby się z mądrością. W deklaracji programowej Związku Prusko-Polskim podkreślono m. in.: „Związek utworzył się z tego względu, ponieważ w dotychczasowej taktyce przedstawicielstwa społeczeństwa polskiej Ziemi Malborskiej nie widział, ażeby zmieniło się jej ^’ AAN, Pos. sygn.. 3672, k. 202 Wniosek Zarządu Okręgu Ziemi Malborskiej do IV Dzielnicy ZPwN. w Olsztynie z 1 P/ 1931 Jan Chłosta 103 położenie. Dotychczasowy stan rzeczy służył tylko interesom prowodyrów, którzy w istniejącej organizacji dla siebie korzyści ciągnęli. Nowopowstały Związek natomiast postawił sobie jako cel być bezinteresownym wychowawcą społeczeństwa: cel swój chce osiągnąć przez pokojową i szczerą współpracę ze społeczeństwem niemieckim tudzież w współpracy w dziedzinie gospodarczej i kulturalnej z Rzeszą Niemiecką”^^. Sadowski próbował zwalczać ZPwN. Wzywał, aby Polacy w nadchodzących wyborach parlamentarnych nie głosowali za kandydatami Polskiej Partii Ludowej. Z tego powodu został usunięty przez polskich nauczycieli Antoniego Sarnowskiego i Wiktora Kleszczyń-skiego z zebrania przedwyborczego w szkole polskiej w Starym Targu. Z tego powodu niemiecki radca szkolny Ołbrich po miesiącu odebrał Sarnowskiemu, mającemu tylko polskie obywatelstwo, prawo nauczania w Niemczech^^ Organizacja ta istniała krótko. Niemcy, zezwalając na jej powstanie, chcieli wyłącznie obniżyć znaczenie polskich kandydatów w wyborach do parlamentu niemieckiego. I to się im udało. Przypomniałem mało znane epizody z działalności ZPwN, a przecież była to organizacja, która łączyła polskich Warmiaków, Mazurów i mieszkańców Powiśla w trwaniu przy kulturze i wierze swoich ojców. Wzbogacała ich narodowo. Wydawała gazety i książki, zabiegała o stworzenie polskich szkół. Dzięki zabiegom posła Jana Baczewskiego udało się w 1929 r. powołać do życia 67 szkół podstawowych i dwa gimnazja polskie otwarte w 1932 r. w Bytomiu i pięć łat później w Kwidzynie. Organizacja doprowadziła do uchwalenia na Kongresie 6 marca 1938 roku w Berlinie Pięciu Prawd Polaków, mających charakter ponadczasowy. Przypomnijmy je: 1. Jesteśmy Polakami! 2.Wiara Ojców naszych jest wiara naszych dzieci! 3. Polak Polakowi bratem! 4. Co dzień Polak narodowi służy! 5. Polska Matka naszą — nie wolno mówić o Matce źle! Może dzisiaj razi nieco patos ich brzmienia, ale wspierały one pokolenia Polaków w trwaniu i nadziei. Wielu pozwoliły przetrwać wojenne lata. Polaków, których symbolem był znak Rodła, aresztowano zanim wybuchła wojna i umieszczono w obozach koncentracyjnych. Ginęli tak samo jak Polacy z innych regionów, w niczym nie naruszając owych Pięciu Prawd. A kiedy Polska znów stanęła nad Odrą, Bałtykiem i Łyną, dla części etnicznie polskiej ludności był to powrót do Rodła, do tej samej służby Ojczyźnie. ^® AAN. Pos. sygn.. 3672 k. 229 Odezwa Związku Kdtoliekich Robotników, Rzemieślników i Drobnych Rolników Ziemi Malborskifj AAN, Pos. sygn. 3660, k. 347 Pismo Konsulatu RP z 6 XII 1932 r. Ober -Teśchendorf Wędrówki po prowincji Bartosz Marguardt Cieszymowo u schyłku wojny — plan miejscowości & Ober Teschendorf — majątek rodziny Zeppke 106 Cieszymowo u schyłku wojny — plan miejscowości & OberTeschendorf — majątek rodziny Zeppke STAN ZABUDOWAŃ W TESCHENDORF NA 1 STYCZNIA 1945 ROKU Dzięki wspomnieniom mieszkańców Teschendorf, którzy z początkiem 1945 roku zmuszeni byli uciekać przed nacierającą na te tereny Armią Czerwoną, ucieczkę tę przeżyli i osiedlili się na terenach dzisiejszych Niemiec, możemy przyjrzeć się stanowi zabudowań mieszkalnych i gospodarczych w Gross, Ober i Klein Teschendorf na dzień 1 stycznia 1945 roku. Możemy zatem przyjrzeć się temu, jak przed laty wyglądało Cieszymowo. Teschendorfer (z niem. cieszymowiacy — jak siebie nazywali) po latach wybrali się w kolejną podróż, tym razem niewymuszoną przez trudną rzeczywistość. Była to podróż w drugą stronę — z Niemiec do Cieszymowa. Podczas wizyty na początku lat 2000 przekazali do skopiowania książkę. W jednym z jej podrozdziałów z niemiecką precyzją określili, gdzie i jakie budynki u schyłku wojny znajdowały się w Teschendorf, a także kto je zamieszkiwał lub co w nich się znajdowało. Niestety do momentu, w którym piszę ten tekst, nie poznałem jej tytułu. Przedstawione mapy są pozostałością po wykonanej wówczas kserokopii wiszącej do 2012 roku w Szkole Podstawowej w Cieszymowie na tak zwanej „gazetce’, która była poświęcona historii wsi’. GROSS TESCHENDORF Stan zabudowań gospodarczych i mieszkaniowych na 1 stycznia 1945 roku w Gross Teschendorf to 19 budynków, w tym 9 gospodarczych, 8 mieszkalnych, a także 2 mieszkalno-gospodarcze. Rozkład zabudowań sporządzony w październiku 1997 roku przez Wald-trauta Wollburga oraz Waltera Kiibela zaprezentowano na mapie oznaczonej numerem 1. W Gross Teschendorf znajdowały się wówczas: - I - pałac właścicieli Gross Teschendorf - rodziny Randolf, - II - stajnia i obora, - III — owczarnia, - IV — budynek do przechowywania maszyn i nawozów, - V - stodoła, - VI — piwnica na węgiel, magazyn, - VII - stolarnia, kołodziejnia, rymarnia, - VIII — budynek gospodarczy i dom rodziny Waltera Kiibela (autora mapy), - IX — chlewnia i pomieszczenia do wychowu warchlaków i jałowizny, - X - budynek przylegający do budynku A, prawdopodobnie gospodarczy. Większość budynków o oznaczeniach A-J było budynkami mieszkalnymi, a autorzy mapy przypisali do nich imiona i nazwiska osób tam mieszkających. Biorąc pod uwagę, że większość z nich to imiona męskie, można przypuszczać, że były to głowy żyjących tam ' Na potrzeby artykułu i zwiększenia czytelności map, jedną zbiorczą mapę Gross, Ober i Klein Teschendorf podzielono na trzy osobne i przetłumaczono na język polski. Bartosz Marguardt 107 rodzin, a mianowicie: -A — Otto Koslowski, Kielmann, Ehrlichmann, - B — Josef Bauzann, Karl Buchholz, Schlef, - C - Otto Dorneiske, Augustę Krajewski, Emilie Kichel, Albert Lewandowski, Buchholz, - D - Dreier, Preuss, - E — Paul Gittbowski, Grolewski, Lechner, - F — deputatowe pomieszczenia gospodarcze (niem. deputatestall), - G - przytułek dla robotników, cudzoziemców/jeńców, - H - Frieda Weiss, - J - stacja kolejowa, mieszkanie rodziny Schidtzig. Mapa 1. Gross Teschendoff— stan zabudowań mieszkalnych i gospodarc^ch na dzień 01.01.1945 r. 108 Cieszymowo u schyłku wojny - plan miejscowości & Ober Teschendorf - majątek rodziny Zeppke KLEIN TESCHENDORF Rozmieszczenie zabudowań w Klein Teschendorf jest szczególnie interesujące, ponieważ do dziś na tym terenie nie zachował się żaden budynek, a pozostałości fundamentów czy inne ślady tej miejscowości nie są widoczne gołym okiem. Mapa autorstwa Heinza-Joachi-ma Kunza, syna największego gospodarza Cieszymka oraz Herberta Strómera, przelana na papier w listopadzie 1997 roku, jest zatem pewnego rodzaju reliktem. Mapa 2. Klein Teschenćioif — stan zabudowań mieszkalnych i gospodarczych na dzień 01.01.19d5 r. Bartosz Marguardt 109 Klein Teschendorf było bardzo małą miejscowością, którą zamieszkiwało niewiele rodzin. Autorzy mapy (oznaczonej numerem 2) wskazali pięć głów rodów w Cieszymku: - 1 — posiadłość rodziny Alberta Kunza, - 3 — posiadłość rodziny Friedrischa Siegnera, - 4 — rodzina Alberta Kruppa, - 5 - Gottfried Sakschewski, - 6 — posiadłość rodziny Alberta Strómera. W mniejszych budynkach oznaczonych na mapie Klein Teschendorf numerami 2, 7 oraz 8 znajdowało się sześć mieszkań, po dwa na każdy z nich. Nie wskazano jednak kto w nich zamieszkiwał. OBER TESCHENDORF Podobnie jak mapę Gross Teschendorf, tak również mapę Ober Teschendorf sporządzono w październiku 1997 roku. Jej autorami była Erna Piister (z domu Sablotzki) oraz Otto Reppert. W miejscowości według stanu na 1 stycznia 1945 roku znajdowały się 33 budynki, w tym 20 budynków gospodarczych, 2 użyteczności publicznej (szkoła, remiza strażacka), 9 mieszkalnych, 1 budynek mieszkalno-gospodarczy oraz 1 mieszkalno-usługowy (gospoda z mieszkaniem). Rozkład zabudowań zaprezentowano na mapie oznaczonej numerem 3, przy czym dokładnie były to: - 1 — pałac ówczesnego właściciela Ober Teschendorf — Ericha Zeppke, - 2 — szklarnia, - 3 — stajnia dla źrebiąt, - 4 — kołodziej, - 5 - chlewnia, - 6 — kuźnia, - 7 — stodoła, - 8 — obora i stajnia, - 9 — stajnia, - 10 — wozownia, remiza, - 11 — garaż na ciągnik, - 12 — deputatowe pomieszczenia gospodarcze (niem. Deputatestall), - 14 - stara szkoła, przytułek dla dzieci, - 15 — szkolne pomieszczenie gospodarcze, - 18 — deputatowe pomieszczenia gospodarcze, - 20 — stodoła, - 21—stodoła. 140 Cieszymowo u schyłku wojny - plan miejscowości & Ober Teschendorf- majątek rodziny Zeppke - 24 - deputatowe pomieszczenia gospodarcze, - 25 - barak, - 26 — owczarnia, - 27 - deputatowe pomieszczenia gospodarcze, - 29 - remiza strażacka, - 31 - owczarnia, - 32 — stara mleczarnia i dom Otto Notzela oraz jego rodziny, - 33 - gospoda/karczma Fritza Siegnera. Mleczarnia (lewa strona budynku) oraz mieszkanie (prawa strona budynku) Otto Notzela. Zdjfcie z około 1930 roku. Fot. archiwum. Budynki mieszkalne w Ober Teschendorf przypisane były do następujących osób: - 13 - Paul Berger, Wilhelm Sabłotzki, - 16 - Gustav Porsch, Albert Herrendorf, Reinhold Stahnke, Leo Kolkowski, - 17 - Fritz Kiewitt, Kowalluk, - 19 - Rudolf Barkę, Robert Wagner, - 22 - Eduard Stahnke, - 23 - Karl Kornetzki, Max Daus, - 28 - Ferdinand Weichert, Ernst Hopp, Adolf Reppert, Max Fischer, - 30 - Gustav Glaser, Josef Kowalski, Gustav Krause, August Scharein, Bartosz Marguardt 111 Oher Teschentioff — stan zabudowań mieszkainych i gospodarczych na dzień 01.01.1945 r. Zajazd/gospoda Fritza Siegnera. Zdjęcie luh pocztówka z 1940 roku. Fot. archiwum Doretha Zeppke-Sors. 112 Cieszymowo u schyłku wojny — plan miejscowości & Ober Teschendorf — majątek rodziny Zcppke W Ober Teschendorf u schyłku II wojny światowej znajdował się również oznaczony przez autorów mapy sad (niem. Obstgarten), ogród warzywny (niem. Gemiisegarten) oraz park, który kilkanaście lat po wojnie, 26 maja 1978 roku został wpisany do rejestru zabytków dawnego już województwa elbląskiego. Park nadal jest objęty ochroną konserwatora. Zajazd/gospoda Fritza Siegnera w Ober Teschendotf przedprzebudowĄ. W tle widać wiadukt i nasyp kolcowy. Pocztówka z 1918. Fot. wolneforumgdansk.pl. RODZINA ZEPPKE, CZYLI OSTATNI WŁAŚCICIELE OBER TESCHENDORF Pałac w dawnym Ober Teschendorf został zbudowany w latach 80. XIX wieku. Rodziną, która zamieszkiwała najdłużej ten budynek była rodzina Zeppke - właściciele całego majątku. Mieszkali tam ponad 40 lat, od 1902 do 1945 roku, czyli do roku, w którym na teren Cieszymowa wkroczyła Armia Radziecka. Erich Zeppke - syn Fredricha wraz z żoną Lilly z domu Jancke-Steinbriick (ur. 31.10.1889 r., zm. 28.12.1974 r.) u schyłku II wojny światowej zamieszkiwali Ober Teschendorf wraz z dwoma synami. Jeden z nich. Horst (ur. 07.08.1917 r.) ożenił się z Fredri-ke z domu Biiren (ur. 24.06.1919 r.). Owocem ich małżeństwa była trójka dzieci. Dwoje z nich urodziło się w Ober Teschendorf: Barbara (ur. 14.07.1942 r.) oraz Horst-Dietrich (ur. 30.10.1944 roku, zm. 09.08.2014 w Merzig). Najmłodsza z rodzeństwa Dorothea, urodziła się 10.06.1953 roku w Ludenschełd-Fischersverse na terenie Niemiec i do dziś tam mieszka. Bartosz Marguardt 113 Front pałacu w Ober Teschendorf przed }9d5 rokiem. Fot. archiwum Doretha Zeppke-Sors. Tyfy pałacu w Ober Teschendotf przed 19d5 rokiem. Fot. archiumm Doretha Zeppke-Sors. 114 Cieszymowo u schyłku wojny — plan miejscowości & Ober Teschendorf — majątek rodziny Zeppke Rodzina Zeppke po ewakuacji w 1945 roku z Prus Wschodnich osiedliła się na terenach dzisiejszych Niemiec. Za utracone mienie otrzymali odszkodowanie od władz niemieckich, co pozwoliło im łatwiej odnaleźć się w nowych realiach. W nowej rzeczywistości rodzina Zeppke prowadziła hodowlę koni, która do dziś jest w jej rękach. Obecnie prowadzi ją Anna Zeppke, prawnuczka Ericha Zeppke, a córka Horsta-Detrischa, która jest dyplomowaną mistrzynią hodowli koni. Anna Zeppke tak opowiada o swojej rodzinie: „dziadek i ojciec jako kompetentni hipolodzy potrafili wspólnie dobrać konie sportowe dla młodego Hor-sta, dzidki czemu byl w stanie osi^fgać sukcesy, f...] Mój ojciec zawsze starał się urozmaicać mi edukację jeździecką, jednak szczególnie ważnego dla niego było, abyw przyswoiła sobie jedntf rzecz, a mianowicie, aby nie tworzyć od nowa łekcji jazdy konnej, tyłko bazować ria dorobku starych mistrzów. Zdobyłam nie tyłko miłość' do koni, ałe także ogromne dos'wiadczenie”. Erich Zeppke zmarł 11 lat po ewakuacji, tzn. w 1956 roku. Majątek rodziny Zeppke w Ober Teschendorf nie przetrwał do dnia dzisiejszego. Armia Czerwona w 1945 roku nie oszczędziła pięknego pałacu doszczętnie go paląc. Po wojnie budynek był stopniowo rozbierany. Dziś nie znajdziemy w tamtym miejscu nawet jego fundamentów. Pozostały jedynie wspomnienia, jak te jednego z mieszkańców miejscowości: „Pamiętam, jak moja mama opowiadała mi, że jak się trochę tu zadomowili [Polscy osiedleńcy po 1945 roku, przyp B.M] to wszyscy mieszkańcy Cieszymowa z parku i ruin tego pałacu przekopywałi sobie do ogródków sadzonki piwonii, podobno były przepiękne”. Przeiź wtjsciem ^io pałacu w Ober Teschendorf Na zdjęciu mama Ericha Zeppke wraz z prawnuczką Barbarą Zeppke (na krzesełku). Po łewej stronie Fredrike Zeppke, po prawej stronie Liłfy Zeppke. Fot. archiwum Doretha Zeppke-Sors. 115 Adam Langowski Żubr Donimirskiego Herb Brochwicz - znak rodziny Donimirskich umieszczony na fasadzie waplewskief siedziiy Zbigniewa Donimirskiego, fot. H. Reszka Wywodząca się z Kaszub ziemiańska rodzina Do-nimirskich zajmuje, wraz z hrabiowskim rodem Sierakowskich, ważne miejsce w dziejach Powiśla, nazywanego niegdyś Ziemią Malborską. W okresie zaboru pruskiego oraz w latach międzywojennych przedstawiciele wymienionych rodzin podejmowali wiele wysiłku na rzecz obrony praw ludności polskiej. Materialnym oparciem dla prowadzonej przez nich działalności narodowej były posiadłości ziemskie, dlatego władze niemieckie, szczególnie w latach 20. i 30. XX w., dążyły do ich przejęcia. W obliczu zagrożenia polscy właściciele szukali różnych sposobów ratowania swojego mienia. Ciekawą próbę ocalenia majątku podjął w 1936 r. Zbigniew Donimirski, będący wówczas posiadaczem części dóbr waplewskich. Waplewo od ok. 1760 r. należało do Sierakowskich, którzy stworzyli tu silny ośrodek polskości. Ostatnim przedwojennym panem na Waplewie był Stanisław Sierakowski, jeden z przywódców mniejszości polskiej w państwie niemieckim. Roman Janta-Połczyński pisze o nim, że miał szczere zamiary służenia Polsce, jednak „swymi sprawami majątkowymi nie zajmował się wcale, polegając na administratorach, którzy niewiele byli warci”. Z pewnością aktywność publiczna hrabiego i pełnienie przez niego szeregu ważnych funkcji utrudniały mu bieżące zarządzanie dużym gospodarstwem. Pierwszy prezes Związku Polaków w Niemczech przekazywał na działalność organizacyjną sporo własnych pieniędzy, co musiało się odbić negatywnie na sytuacji całego majątku. Dzięki pomocy władz polskich widmo upadku tego ważnego dla Polaków z Prus Wschodnich miejsca zostało na pewien czas odsunięte. Jednym z warunków udzielenia wsparcia przez rząd polski było ustanowienie dzierżawy administracyjnej, którą objął Jan Kowalski, właściciel majątku Górki pod Kwidzynem. Dzierżawca nie sprawdził się jednak w swojej roli, a dodatkowym ciosem dla zadłużonego Waplewa była pogarszająca się sytuacja gospodarcza, kryzys na rynku rolnym oraz nieprzychylność niemieckich instytucji państwowych i finansowych. Wszystko to sprawiło, że potrzebna była kolejna interwencja polskiego rządu. Ostatecznie w 1933 r. dobra waplewskie, liczące ponad 2500 ha, zostały podzielone. Jedną część przejął niemiecki bank, a drugą zakupił Kazimierz Donimirski z Małych Ramz z myślą o swoim 116 Żubr Donimirskiego najstarszym synu, Zbigniewie. Sierakowskim pozostawiono pałac z parkiem oraz niewielki nadział ziemi. Cytowany wcześniej Roman Janta-Połczyński, w pewnym okresie mocno zaangażowany w tworzenie planu ratunkowego dla Waplewa, zapisał: „Tak to Stanisław Sierakowski chcąc wiernie służyć sprawie polskiej pozbył się swego rodzinnego pięknego majątku”. Dodajmy, że hrabia wraz z rodziną opuścił Waplewo jeszcze w 1929 r., a wydzieloną cztery lata później „resztówką” administrował Leon Połomski. Utratę przez Sierakowskich ich rodowego majątku Niemcy wykorzystali propagandowo, ogłaszając, że ostoja polskości padła („DerTurm ist gefallen!”). Pewnym pocieszeniem mógł być fakt, że dużą część dóbr waplewskich udało się utrzymać w rękach Polaków, a nowy właściciel, Zbigniew Donimirski, wywodził się z rodziny znanej ze swojego patriotyzmu. Syn Kazimierza Donimirskiego i Marii z Rzepnikowskich, zeznając w 1948 r. w Regensburgu przed notariuszem, dr. Fritzem Danglerem, oświadczył, że w 1933 r. wszedł w posiadanie Waplewa Wielkiego, Waplewa Małego (Waplewka), Ramot oraz Małego Tillendorfu (Tulić Małych) o łącznej powierzchni ponad 1500 ha, w tym 520 ha lasu. Wyszczególnił ponadto działające tam przedsiębiorstwa: żwirownię, gorzelnię, wapiennik, tartak oraz betoniarnię. Waplewo, mimo znacznego uszczuplenia w porównaniu z czasami, gdy gospodarowali nim Sierakowscy, pozostało nadal liczącym się majątkiem na Powiślu, a jego prowadzenie stanowiło z pewnością duże wyzwanie dla młodego właściciela. Zbigniew Donimirski, urodzony 5 czerwca 1910 r. w Małych Ramzach, miał w chwili objęcia Waplewa 23 lata, a za sobą ukończoną Szkołę Rolniczą w Dębowej Łące pod Grudziądzem oraz praktykę i zatrudnienie u Ignacego Żylicza, zarządcy domeny państwo- Adam Langowski 117 wej Góra koło Pucka, specjalizującej się w hodowli wysoko wydajnych krów mlecznych. Maria Donimirska zapisała w swoich wspomnieniach, że do podpisania kontraktu zakupu Waplewa doszło 1 czerwca 1933 r., zaś jego objęcie nastąpiło w listopadzie tego samego roku. Matka Zbigniewa zanotowała również, że przejście jej najstarszego syna do Waplewa zostało źle przyjęte przez Sierakowskich, w szczególności przez żonę Stanisława, Helenę z Lubomirskich. Sprawa ta bardzo mocno poróżniła obie rodziny. Można przypuszczać, że hrabina Helena Sierakowska, rozgoryczona i przepełniona żalem po utracie majątku, zarzucała Donimirskim, że wykorzystali ich trudną sytuację do powiększenia swojego stanu posiadania. Warto zauważyć, że takiej reakcji obawiał się Roman Janta-Połczyński, któremu wcześniej również proponowano przejęcie Waplewa. Dziedzic Montek i Michorowa zdecydował się jednak odmówić, argumentując to m.in. w następujący sposób: „[...] uważałem, że zajmując się przez długie lata sprawami Waplewa, nie mogłem ze względów etycznych przyjąć korzystnej dla mnie oferty. Sierakowscy mogliby przypuszczać, że naumyślnie pokierowałem sprawami tak, by zagarnąć część ich ojcowizny”. Kazimierz Donimirski był w gronie osób tworzących plany naprawcze dla Waplewa, dlatego, gdy dobra te ostatecznie zostały podzielone i właściciel Małych Ramz kupił dla syna część z nich. Sierakowscy nie ukrywali swoich pretensji. Jesienią 1933 r. Zbigniew Donimirski rozpoczął gospodarowanie w Waplewie. Jego młodsza siostra, Teresa, tak pisała w wydanych w 2021 r. wspomnieniach: „Sądzę, że nie raz radził się ojca, ale sam musiał decydować o wielu posunięciach, mając gorzelnię, tartak, żwirownię, czego w Ramzach nie było. Zatrudniał Polaków jako wszelkiego rodzaju robotników oraz jako pracowników w biurze i w domu. Prowadził gospodarkę zmechanizowaną, wprowadzał wszelkie nowości techniczne. Pamiętam jak swymi osiągnięciami dzielił się z rodzicami. Miał inwentarz żywy: konie, krowy, owce, świnie”. Jak wiemy pałac z parkiem był wydzielony, dlatego początkowo Zbigniew zamieszkał w oficynie i przystąpił do budowy nowego domu. Teresa Donimirska-Piechocka podaje, że prace rozpoczęto w 1935 r., a dwór oddano do użytku trzy lata później, chociaż nie był on jeszcze w pełni ukończony. Z kolei dr Jan Chłosta wskazuje, że uroczystość poświęcenia domu i majątku waplewskiego zorganizowano na początku marca 1934 r., a przewodniczył jej ksiądz Wiktor Gollan ze Starego Targu. Sześcioletni okres zarządzania Waplewem przez syna właściciela Małych Ramz naznaczony był wieloma trudnościami. Władzę w państwie niemieckim zdobyli wówczas naziści, którzy stopniowo przejmowali całkowitą kontrolę nad wszelkimi dziedzinami życia społeczno-gospodarczego. Zbigniew Donimirski, jako ziemianin narodowości polskiej, odczuwał dodatkową presję ze strony hitlerowców, zainteresowanych osłabieniem jego pozycji ekonomicznej i odebraniem majątku. Kredyt wzięty w berlińskim Deutschen Zen-tral-Bodenkredit, inwestycje prowadzone w gospodarstwie, budowa obszernego dworu, posiadającego 22 pokoje i luksusowo wyposażonego, co w powojennym zeznaniu notarialnym z Regensburga podkreślał sam właściciel, z pewnością stanowiły duże obciążenie finansowe. Dodajmy, że „Zbyszko”, jak go nazywali najbliżsi, był entuzjastą motoryzacji, należał do niemieckiego automobilklubu i dysponował aż trzema samochodami, z czego dwa zarejestrowano na użytek majątku. Oprócz tego fascynował się nowinkami technicz- 118 Żubr Donimirskiego nymi, Teresa Donimirska-Piechocka wspomina na przykład o zakupie kamery filmowej i projektora przez młodszego brata. Wydaje się, że Zbigniewowi Donimirskiemu zależało na utrzymywaniu wysokiego standardu życia, a to, obok wrogiej polityki narodowych socjalistów, mogło mieć również przełożenie na ogólną sytuację majątkową. Niepewny los Waplewa i wzrastające zagrożenie ze strony władz niemieckich skłoniły młodego Donimirskiego do podjęcia działań w celu zachowania majątku. W połowie lat 30. narodził się interesujący plan ratunkowy dla Waplewa, w którym główną rolę miał odegrać żubr należący do stryja Zbigniewa, Karola Donimirskiego z Szadłowic na Kujawach. Sprawę opisał w swoich pamiętnikach Alexander von Harnier z Wierzbiczan, autor całej koncepcji’. Zanim przybliżymy szczegóły akcji, warto poświęcić więcej miejsca właścicielowi zwierzęcia, który był człowiekiem nietuzinkowym. Karol Donimirski wywodził się z linii zajezierskiej, zapoczątkowanej przez jego dziada, Augusta z Zajezierza. Ojcem Karola był Wiktor Donimirski, ożeniony z Józefą Sampław-ską, a wujem Henryk z Zajezierza, uczestnik powstania styczniowego i poseł do Reichstagu. Karol Donimirski, urodzony w 1878 r., był o pięć lat młodszy od syna Henryka, Augusta, pełniącego w okresie plebiscytu na Powiślu funkcję komendanta polskiej straży plebiscytowej, a nieco wcześniej dowódcy, sformowanego w Poznaniu, 18. Pułku Ułanów Pomorskich, na czele którego wkraczał na Pomorze. W tym samym czasie Karol jako hallerczyk również zajmował Pomorze, o czym wzmiankuje w swoich wspomnieniach Stanisław Donimirski. Na początku lat 20. zakupił majątek Szadłowice w powiecie inowrocławskim i osiadł na Kujawach. Utrzymywał przyjazne stosunki z niemieckimi właścicielami sąsiednich Wierzbiczan, Schlichtingami i Harnierami. Wspomniany wcześniej Alexander von Harnier tak opisuje pana na Szadłowicach: „Powrócił z Ameryki, gdzie zawarł pierwsze małżeństwo z Murzynką. Po śmierci żony zawarł małżeństwo z pochodzącą z bardzo starej rodziny panną Wodzińską. Donimirski należał do, niezbyt licznych w Polsce, Polaków o szerokich horyzontach. Swoje urodziny i imieniny obchodził w Dzień Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Nosił przydomek »Cowboy« i w gruncie rzeczy zawsze pozostał Ame-rykaninem”^. W amerykańskich bazach danych można odnaleźć akta naturalizacji Karola Donimirskiego, które dostarczają nam wielu cennych informacji na temat jego emigracji do USA. W petycji o naturalizację, złożonej 19 maja 1909 r, w Sądzie Okręgowym Stanów Zjednoczonych Wschodniego Dystryktu Pensylwanii, czytamy, że w podróż do Ameryki wyruszył z Hamburga w dniu 21 lipca 1903 r., a portem docelowym był Nowy Jork. Rejs z Europy, trwający zwykle dwanaście dni, odbył na statku „Pretoria”, należącym do niemieckiego przedsiębiorstwa żeglugowego HAPAG (Hamburg-Amerikanische-Packetfahrt-Actien-Gesellschaft), znanego również pod nazwą Hamburg-Amerikan Linę. Liniowiec „Pretoria”, ukończony w lutym 1898 r., od marca 1899 r. obsługiwał trasę Hamburg-Cherbourg-Ply- ' A. von Harnier, Die Annalen des Alexander von Harnier. Wierzbiczny im ehem. Furstentum Kujawien, Wielkopolska, Norderstedt 2011, s. 39-41. Za udostępnienie pamiętników dziękuję panu Przemysławowi Stefańskiemu z Szadłowic. Tłumaczenia fragmentów pamiętnika Harniera, wykorzystanych w niniejszym tekście, dokonał Piotr Napiwodzki, któremu składam serdeczne podziękowanie. Adam Langowski mouth-Nowy Jork. W czasie, gdy podróżował nim Karol Donimirski, był to trzyklasowy transatlantyk, posiadający koję dla 162 pasażerów pierwszej klasy, 197 drugiej klasy oraz 2382 trzeciej klasy. Początkowo za miejsce w pierwszej klasie płacono 65 dolarów, a w drugiej 47,50 dolara, jednak już w 1899 r. ogłoszono obniżkę do 50 dolarów za bilet dla klasy pierwszej i 38 dolarów dla drugiej. Co ciekawe, po zakończeniu pierwszej wojny światowej statek przeszedł na wyposażenie sił morskich USA w ramach reparacji wojennych. W trakcie ubiegania się o obywatelstwo Stanów Zjednoczonych miejscem pobytu Karola Donimir-skiego była Filadelfia. Z petycji o naturalizację wy- 119 Zbigniew Donimirski (pierwszy z lewej) oraz Karol Donimirski (pierwszy z prawej), Waplewo J937 r., fot. z archiwum rodzinnego Marka Piechockiego nika, że Karol Brochwicz Donimirski, bo tak brzmiał pełny zapis jego nazwiska, urodził się 4 lipca, czyli w dniu amerykańskiego święta narodowego, co odnotował również w swoich wspomnieniach Harnier. Niewykluczone, że wśród tamtejszych urzędników wzbudziło to pewne zainteresowanie, a być może sam Donimirski eksponował ten fakt w celu zdobycia większej przychylności z ich strony. Interesujący wpis umieszczono w rubryce „zawód”, gdzie widnieje nazwa „Riding Master”, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza mistrza jeździectwa, a więc kogoś, kto mógłby być instruktorem jazdy konnej, ewentualnie treserem. Karol Donimirski, wywodzący się z warstwy ziemiańskiej, z pewnością dobrze znał się na koniach, możliwe więc, że właśnie z tą dziedziną wiązał swe nadzieje na znalezienie zajęcia w nowym miejscu. W petycji oświadczył, że nie jest żonaty. Ponadto, w ramach standardowej procedury, wyrzekł się przynależności do państwa, którego obywatelem był wcześniej, czyli Rosji i odrzucał poddaństwo wobec cara Mikołaja II. W końcowej części dokumentu wymieniono świadków, Johna J. Shorta oraz Chasa E Wooda, potwierdzających spełnienie przez Donimirskiego warunków rezydencji. Dodajmy, że petycja o naturalizację stanowiła drugi etap starań o nadanie obywatelstwa Stanów Zjednoczonych. Wcześniej należało złożyć tzw. Deklarację Intencji, w której imigrant oświadczał, że zamierza zostać obywatelem USA. Karol Donimirski wyraził taką wolę w dokumencie z 17 marca 1905 r. Po powrocie do Polski właściciel Szadłowic zachował amerykańskie obywatelstwo, co w momencie wybuchu drugiej wojny światowej okazało się bardzo przydatne, ponieważ zapewniło mu nietykalność ze strony nazistów, a następnie umożliwiło ponowny wyjazd do Stanów Zjednoczonych. We wspomnieniach członków rodziny Donimirskich stryj Karol wymieniany jest w kontekście wsparcia, jakiego udzielił swoim krewnym w pierwszych tygodniach wojny. To właśnie w Szadłowicach znaleźli tymczasowe schronienie Kazimierz i Maria Donimirscy z Małych Ramz wraz z dziećmi, a także Stanisław Donimirski, najmłodszy syn Witolda i Wandy z Czernina (Hohendorfu). Dodajmy, że trzy lata przed rozpoczęciem działań wojennych w szadłowickim dworze odbył się zjazd rodziny Donimirskich, z którego zachowała się fotografia. W latach 30. Donimirscy z Powiśla uczestniczyli ponadto w tradycyjnych balach sylwestrowych, organizowanych przez kujawskich 120 Żubr Donimirskiego ziemian w Inowrocławiu. Stryj Karol był podczas zabawy bardzo aktywny, o czym pisze Halina Donimirska-Szyrmerowa: „Chcąc ułatwić młodym wzajemne poznanie, zapraszał panny do tańca, a po kilku obrotach oddawał je upatrzonym kawalerom. Tym razem nie rozumiałam jeszcze jego taktyki, ale gdy bywałam tu później, wiedziałam już, że bawił się w swata. W łatach następnych jeszcze trzy razy brałam udział w tych balach - z jedną lub dwiema siostrami i bratem. Dużo było śmiechu, gdy odkrywałyśmy zaplanowane przez stryja dla każdej z nas »przeznaczenie«”. Upodobanie właściciela Szadłowic do kojarzenia par potwierdza Ałexander von Harnier, który sam tego doświadczył, gdy jego polski przyjaciel chciał go przekonać do ożenku z Tolą Babiańską. Zabiegi Karola Donimirskiego okazały się jednak nieskuteczne, ponieważ Harnier poślubił w 1938 r. Annę Wiktorię von Willamowitz-Moellendorf. Właściciel Wierzbiczan w kilku miejscach podkreśla, że Donimirski był człowiekiem godnym zaufania: „Chciał dla mnie dobrze i zawsze okazywał się niezawodnym przyjacielem. [...] Donimirski, pomimo tego, że często nie dbał o wygląd zewnętrzny, był arystokratą najwyższej klasy: honorowym, wiernym, niezawodnym”. Dowodem na to, że von Harnier mógł polegać na swoim sąsiedzie była sprawa zatargu z robotnikami folwarcznymi zatrudnionymi w majątku Wierzbiczany. Pracownicy Harniera zgłaszali staroście inowrocławskiemu skargi na złe traktowanie przez niemiecką administrację folwarku, a na właściciela dóbr padł cień oskarżenia o postawę antypolską. Harnier, wspierany przez Doni-mirskich poświadczających jego lojalną postawę wobec państwa polskiego, musiał składać wyjaśnienia w Urzędzie Wojewódzkim w Poznaniu. Tomasz Łaszkiewicz wskazuje, że do zażegnania konfliktu, mającego charakter ekonomiczny, oraz oczyszczenia Harniera z zarzutów, przyczynili się Karol i August Donimirscy. Warto podkreślić, że niemieccy posiadacze Wierzbiczan byli lokalnymi patriotami, silnie identyfikującymi się z ziemią kujawską i okazującymi szacunek wobec polskich tradycji. Babka Aleksandra von Harniera, Helena von Schlichting, przyjmując w swoim pałacu ważnych gości, wystawiała banderię konną, nawiązując w ten sposób do staropolskiej tradycji. Baronowa nie uległa również naciskom urzędników niemieckich, przygotowujących przed pierwszą wojną światową wizytę cesarza Wilhelma II, którzy oczekiwali od niej zmiany polskiej nazwy dóbr na niemiecką. Skutkiem takiej postawy było pominięcie Wierzbiczan przez cesarza, wizytującego Kujawy w ramach odbywających się tam wówczas manewrów wojskowych. Aleksander von Harnier znajdował się pod silnym wpływem babki, która w 1925 r. sprowadziła go do Polski i przygotowywała do objęcia Wierzbiczan, co ostatecznie nastąpiło w 1936 r. Żyjąc na Kujawach zawarł przyjaźnie z polskimi ziemianami, wśród których, jak wiadomo, wysoko sobie cenił Karola Donimirskiego. Bywając w Szadłowicach Harnier stykał się z gośćmi tamtejszego dworu. W swoich zapiskach wnuk baronowej von Schlichting zanotował: „Jego [Karola Donimirskiego] bliskim sąsiadem i przyjacielem był właściciel dóbr Barchanie, generał Sikorski, o którym już pisałem. U Donimirskiego mogłem poznać także słynnego polskiego pisarza Ossendowskiego. Niestety byłem wówczas na tyle głupi, że nie przywiązywałem wagi do zawarcia znajomości z nieznanym mi człowiekiem. Gdzieś się spieszyłem i pożegnałem się nie poznawszy tego tak znaczącego uczonego”. Adam Langowski 121 Fakt utrzymywania przez Donimirskiego kontaktów z Antonim Ferdynandem Ossen-dowskim wydaje się istotny dla zrozumienia osobowości właściciela Szadłowic. Ossendow-ski to jeden z najpopularniejszych polskich pisarzy w okresie dwudziestolecia międzywojennego, posiadający bardzo ciekawą biografię. Zanim zyskał światową sławę jako autor książek, z powodzeniem zajmował się badaniami naukowymi, uczestnicząc m.in. w wyprawach na Kaukaz i nad jezioro Bajkał. W czasie wydarzeń rewolucyjnych w Rosji przyłączył się do Białej Armii walczącej z bolszewikami, a po jej klęsce przedostał się do Mongolii i podjął współpracę z Romanem von Ungern-Sternbergiem, zwanym „Krwawym Baronem”. Ossendowski odegrał istotną rolę w przekazaniu Amerykanom tzw. dokumentów Sissona, które miały dowodzić, że Lenin i bolszewicy otrzymywali wsparcie z Niemiec. W 1920 r. przebywał w Nowym Jorku, gdzie kończył pisanie książki zatytułowanej „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”, w której opisywał swoją ucieczkę przed bolszewikami oraz działalność u boku barona Ungerna. Powieść ta przyniosła autorowi wielki rozgłos i została przetłumaczona na dziewiętnaście języków. W 1922 r. pisarz powrócił do Polski i w kolejnych latach wydał wiele książek, m.in. powieść biograficzną „Lenin”, za którą został znienawidzony przez Sowietów. Donimirski i Ossendowski byli niemal rówieśnikami i, biorąc pod uwagę ich doświadczenia, posiadali podobne, awanturnicze dusze. Życie słynnego pisarza wypełniały przygody i tajemnice, których nie brakowało również na drodze kujawskiego ziemianina. Kowboj z Szadłowic i polski Karol May, jak nazywano Ossendowskiego, stanowili więc interesującą parę znajomych. W połowie lat 30. przyjaciele i znajomi Karola Donimirskiego, pojawiając się w Szadło-wicach, mogli ujrzeć niezwykłe zwierzę trzymane w folwarku. Na podwórzu, za ogrodzeniem wykonanym z szyn kolejowych, przebywał żubr, zakupiony przez Donimirskiego od wędrownych cyrkowców. Żubr z Szadłowic trafił nawet na łamy gazet, gdzie obwołano go łowiecką sensacją. Jako pierwszy wzmiankę na jego temat zamieścił krakowski „Ilustrowany Kurier Codzienny” w wydaniu z 23 stycznia 1935 r. W krótkim artykule podano, że właściciel Szadłowic kupił żubra, pochodzącego ze zwierzyńca w Askanii Nowej, w cyrku w Inowrocławiu. Dodajmy, że Askania Nowa to słynny rezerwat stepowy na Ukrainie, leżący kilkadziesiąt kilometrów na północ od Półwyspu Krymskiego, założony pod koniec XIX wieku przez ówczesnego właściciela tamtejszych dóbr, Friedricha Falz-Feina. W artykule przytoczono fragment listu Karola Donimirskiego: „Żubr ma już dwa lata. Z początku bardzo dziki i zły, obecnie chodzi za mną jak pies i jest zupełnie łaskawy”. Sprawą opisaną przez krakowski dziennik zainteresowała się redakcja specjalistycznego pisma „Łowiec Polski”, która nawiązała kontakt z Donimirskim w celu potwierdzenia informacji podanych przez „Ilustrowany Kurier Codzienny” oraz pozyskania nowych wiadomości. Z artykułu opublikowanego w numerze 7 z 1935 r. możemy się dowiedzieć, co skłoniło ziemianina z Kujaw do zakupu zwierzęcia: „Żubr został nabyty po prostu z litości, tak jego stan, jako cielęcia, był wynędzniały i godny pożałowania. Pan Donimirski, wytrawny widać hodowca rogacizny, potrafił i z żubrem cielęciem dać sobie rady i wyhodował je na dwuletniego dziś byka, zdolnego do reprodukcji przyszłych pokoleń swej rasy; potrafił go także najzupełniej obłaskawić. Waga tego byka wynosi dziś ca 600 kg”. W liście do re- 122 Żubr Donimirskiego dakcji właściciel zwierzęcia oświadczył, że zgodziłby się je odsprzedać, gdyby pojawiła się jakaś oferta. W kolejnym tekście, wydrukowanym w numerze 10 z 1935 r., podjęto próbę dokładnego określenia rasy żubra i, opierając się na opinii Leona Bychowca, stwierdzono, że zwierzę jest krzyżówką odmian białowieskiej i kaukaskiej, „[...] a tern samem żubrem czystej rasy, przeto należałoby go uważać za korzystny element hodowlany dla obecnych usiłowań, idących w kierunku restytucji żubra w Polsce”. Warto przypomnieć, że ostatnie żyjące na wolności żubry w Puszczy Białowieskiej padły w 1919 r. W następnych latach prowadzono działania na rzecz odtworzenia gatunku, a jedną z czołowych postaci w akcji ratowania żubrów był Jan Sztolcman, założyciel i redaktor „Łowca Polskiego”. Wiele szczegółów na temat szadłowickiego żubra podaje Harnier. Właściciel Wierz-biczan nie wspomina o Inowrocławiu, jako miejscu nabycia żubra przez Donimirskiego. Według autora pamiętników pewnego ranka przez Szadłowice przejeżdżał polsko-rosyjski cyrk wędrowny i właśnie wtedy Karol Donimirski miał zwrócić uwagę na zaniedbanego małego żubra, którego postanowił odkupić. Żubrzyk stał się jego pupilem i cieszył się dużą swobodą. Karmiony mlekiem przy pomocy butelki przeznaczonej dla niemowląt oraz objadając zielnik uprawiany przez żonę Donimirskiego, rósł szybko i zaczął stanowić zagrożenie dla innych, dlatego postanowiono umieścić go w zagrodzie. Harnier wspomina ponadto, że próbowano wykorzystać żubra jako zwierzę pociągowe: „Czasami razem z silnymi wołami zaprzęgano go do prac polowych. Mogę więc powiedzieć, że na własne oczy widziałem żubra przy pracach polowych. Jednak to używanie żubra do pracy udawało się tylko przez jakiś czas. Żubr stał się wkrótce silniejszy niż dwa przywiązane obok niego potężne woły ze Stryja”. Dorastające zwierzę sprawiało coraz więcej kłopotów, dlatego gdy do Szadłowic zawitał Zbigniew Donimirski, któremu naziści grozili zajęciem majątku, Harnier zaproponował, aby ofiarować żubra właścicielowi Waplewa, a ten z kolei mógłby go przekazać Hermanowi Góringowi w ramach zabezpieczenia dóbr. Góring, od 1934 r. noszący tytuł wielkiego łowczego Rzeszy, był powszechnie znany ze swojego zamiłowania do myślistwa. Patronował również wielu przedsięwzięciom realizowanym przez dyrektora berlińskiego ogrodu zoologicznego, prof. Lutza Hecka. Kontrowersyjne projekty badawcze Hecka, noszące silne piętno ideologii nazistowskiej, zakładały m.in. zastosowanie hybrydyzacji w hodowli żubrów, czyli krzyżowania ich z bizonami, co było niezgodne z oficjalną polityką Międzynarodowego Towarzystwa Ochrony Żubra. Niemiecki naukowiec, który po objęciu władzy przez nazistów odgrywał ważną rolę w aparacie urzędniczym III Rzeszy, dążył także, wraz z bratem Heinzem, do odtworzenia wymarłego gatunku tura. Wysiłki braci Hecków doprowadziły do wytworzenia, na drodze krzyżowań kilku prymitywnych ras bydła europejskiego, zwierząt nazywanych „bydłem Hecka” lub „krowami Hitlera”. Harnier zatem słusznie zakładał, że okaz szadłowickiego żubra może zainteresować nazistów i wpłynąć na złagodzenie ich polityki w stosunku do Zbigniewa Donimirskiego. Pomysł właściciela Wierzbiczan zyskał akceptację obu Donimirskich, dlatego przystąpiono do działania. Harnier, wykorzystując zapewne swoje arystokratyczne pochodzenie oraz znajomości w środowisku naukowym, posiadał bowiem tytuł doktora nauk rolniczych, udał się w dniu 28 stycznia 1936 r. na negocjacje do Berlina. Rozmowy z hitlerowskimi Adam Langowski 123 Petycja o naturalizacjf Karola Donimirskiego, źródło: httf>s://uiww.fold3.com/image/5523505) dygnitarzami ułożyły się po jego myśli, co z satysfakcją podkreślił na kartach wspomnień: „Profesor [Heck] od razu zorientował się w sytuacji i ucieszył się perspektywą tego nowego przychówka. Obiecał mi, że załatwi z Góringiem, aby Waplewo zostawiono w spokoju. Wróciłem promieniejąc z radości. Donimirscy się ucieszyli i wszystko wydawało się być w najlepszym porządku”. 124 Żubr Donimirskiego Mimo powodzenia berlińskiej misji nie udało się całej akcji doprowadzić do końca, ponieważ polskie władze odmówiły zgody na wywóz żubra. Harnier i Donimirscy argumentowali, że pozyskaniem zwierzęcia, nawet za darmo, nie są zainteresowane żadne polskie instytucje, jednak ich interwencje okazały się nieskuteczne. Wnuk Heleny von Schlichting był bardzo rozczarowany, czemu dał wyraz w swoich pamiętnikach, pisząc m.in., że wysyłka zwierzęcia do Niemiec przysłużyłaby się polskim interesom narodowym, „gdyż, jakkolwiek brzmi to dzisiaj śmiesznie, żubr ten miał zapobiec bezprawnemu działaniu nazistowskiego rządu wobec Zbigniewa Donimirskiego”. Gorzkich słów pod adresem polskich urzędników było więcej: „[...] polski fanatyzm wołał pozwolić, aby podupadły wielkie polskie dobra niż dać Niemcom jednego żubra (wartości około 5 tysięcy marek). Także tutaj widać, jak jednowymiarowy fanatyzm wygrywa z racjonalnym namysłem. Typowy przykład, jak głupie są emocje, zbrodniczo głupie!”. Niestety autor wspomnień nie napisał, w jaki sposób strona polska wyjaśniała powody swojej decyzji. Czy o braku zgody na transport zwierzęcia zadecydowały tylko narodowościowe uprzedzenia, jak przedstawił to Harnier, trudno dziś ocenić. Warto zauważyć, że prof. Lutz Heck, zoolog w służbie Hitlera, nie cieszył się sympatią wśród polskich naukowców. Jego koncepcje były podważane i uznawane za absurdalne. Zapewne pamiętano mu wystąpienie na II Międzynarodowym Kongresie Ochrony Przyrody, odbywającym się w Paryżu w 1931 r., na którym po raz pierwszy zaprezentował dyskusyjny plan ratowania żubrów poprzez krzyżowanie ich z bizonami. W przemówieniu naukowiec całkowicie pominął zasługi polskich specjalistów oraz swoich niemieckich kolegów, będących autorytetami w dziedzinie ochrony żubra. Michał Siedlecki, polski delegat na paryskim kongresie, podjął wówczas polemikę z Heckiem. Dodajmy, że podczas wojny, gdy hitlerowski profesor znajdował się u szczytu kariery i organizował rabunek zwierząt z krajów okupowanych. Siedlecki poniósł śmierć w obozie koncentracyjnym. Żubr z Szadłowic trafił ostatecznie do warszawskiego zoo, które otrzymało rządowy nakaz przyjęcia zwierzęcia. Karol Donimirski' nie zapomniał o swoim pupilu i odwiedzał go w zwierzyńcu. Żubr wyczuwał i oblizywał dawnego pana. Według relacji Harniera, zwierzę przebywało w zoo aż do powstania warszawskiego, kiedy to zostało zjedzone przez mieszkańców stolicy, będących w dramatycznej sytuacji. Zbigniew Donimirski zdołał utrzymać się w Waplewie do maja 1939 r. W okresie drugiej wojny światowej był więziony w obozach koncentracyjnych Hohenbruch, Stutthof i Mauthausen-Gusen. W ostatnim z wymienionych odczytano mu zarządzenie o objęciu w posiadanie przez państwo niemieckie waplewskiego majątku. Syn Kazimierza Donimirskiego przeżył wojnę, a pod koniec lat 40. wyemigrował do Australii. Zmarł w Sydney 15 marca 2005 r. Jego stryj, Karol Donimirski, w pierwszych miesiącach po wybuchu wojny przy wsparciu bliskiego sąsiada, Jurgena Beyme z Orłowa, udał się na ponowną emigrację do Stanów Zjednoczonych, gdzie początkowo zarabiał na życie jako nowojorski taksówkarz. Zmarł 6 kwietnia 1958 r. Aleksander von Harnier, autor wielokrotnie cytowanych w niniejszym artykule wspomnień, w dniu wybuchu wojny został internowany przez władze polskie. Pod koniec września 1939 r. powrócił do Wierz-biczan. Wcielony do Wehrmachtu walczył na froncie wschodnim. Pod koniec wojny Adam Langowski 125 udało mu się wrócić do domu, jednak wpadł w ręce żołnierzy sowieckich i ledwo ocalił życie. Zmarł w 1986 r. w Belgii. Plan ratowania Waplewa przed nazistami z wykorzystaniem żubra, choć zakończony niepowodzeniem, stanowi ciekawy przykład solidarności członków rodziny Donimirskich. Po przegranym plebiscycie na Powiślu, Warmii i Mazurach w 1920 r. wiele majątków rodowych znalazło się w granicach państwa niemieckiego. Ich właściciele, zaangażowani w pracę narodową, mogli liczyć na wsparcie krewnych posiadających dobra na terenie II Rzeczypospolitej. Sprawa żubra z Szadłowic pokazuje również, że w dwudziestoleciu międzywojennym ziemianie polscy i niemieccy potrafili współpracować i utrzymywać dobrosąsiedzkie relacje. BIBLIOGRAFIA „Łowiec Polski”, nr 7,10/1935; „Ilustrowany Kuryer Codzienny”, R. XXVI, Nr 23; Akta naturalizacyjne Karola Brochwicz Donimirskiego, www.fold3.com; Harnier A., Die Annalen des Alexander von Harnier. Wierzbiczny im ehem. Fiirstentum Kujawien, Wielkopolska, Norderstedt 2011; Janta-Połczyński R., Na straconym posterunku. Przyczynek do historii ostatnich dworów polskich na ziemi sztumskiej [w:] Ziemiaństwo polskie 1920-1945, red. J. Leskiewiczowa, Warszawa 1988; Donimirska-Szyrmerowa H., Był taki świat... Mój wiek XX, Warszawa 2007; Donimirska-Piechocka T., Moje wspomnienia. Wysiedlenie z rodzinnej Ziemi Sztumskiej w 1939 roku, Poznań-Nowy Jork 2021; Doni-mirska M., Bóg dał nam czas próby. Wspomnienia z łat 1918-1935, oprać. A. Lubiński, Sztum 2012; Donimirscy. Ocalić od zapomnienia. Wspomnienia i notatki rodziny ziemiańskiej, oprać. J. Schirmer, G. Schirmerowa, Kraków 2018; Kraiński M., Panowie na Waplewie, Waplewo Wielkie 2010; Chłostaj., Nad biografią Stanisława Sierakowskiego. Pierwszy między Polakami w Niemczech [w:] Ród Sierakowskich na ziemi malborskiej, red. J. Hochleitner, P. Szwedowski, Malbork 2013; Łaszkiewicz T., Schlichtingowie w Wierz-biczanach - przykład tożsamości regionalnej ziemiaństwa niemieckiego na Kujawach [w;] Pamięć - Tradycja - Trwanie. Szkice z dziejów Gniewkowa i okolic, red. T. Łaszkiewicz, Gniewkowo 2014; Łaszkiewicz T, Ziemiaństwo na Pomorzu w okresie dwudziestolecia międzywojennego - w perspektywie codzienności, Inowrocław-Toruń 2013; Stefański P, Jak to z żubrem w Szadłowicach było, „Gniewkorama”, nr 11, 2018; Daszkiewicz P, Sa-mojlik T, Rićkiene A., Fedotova A., Puszcza Białowieska i żubr w publikacjach „Łowca Polskiego” w latach 1899-1939, „Analecta”, R. XXVII:2018, z.2; Daszkiewicz P, Samojlik T, Żubry czy Żubrobizony? Polemika na temat akcji ratowania żubrów podczas II Międzynarodowego Kongresu Ochrony Przyrody w 1931 roku w Paryżu, „Kwartalnik Historii Nauki i Techniki” 50/1, 2005; Guliński P., Salamończyk E., Bydło Hecka, „Przegląd Hodowlany” 2/2016. Agnieszka Świercz-Karaś PRODUCENCI ZDROWIA I DOBREJ ENERGII Z CZERNINA 128 Producenci zdrowia i dobrej energii z Czernina Jesień 2018 roku, rekordowe owocowanie. Drzewa uginają się od jabłek. Tragedia. Nie opłaca się zbierać owoców. -Prosiliśmy ludzi aby przyjeżdżali i zabierali tyle ile tylko mogą. Cena skupu jabłek jest tak niska, że nie opłaca się ich zrywać do celów handlowych- to był nasz pierwszy rok w Starym Sadzie opowiada Tomasz Smoliński ze Starego Sadu w Czerninie. Tamtej zimy pomoc przyszła z natury. Czego nie udało się zebrać znajomym wyjadły ptaki, kwiczoły. Dzięki temu prawie nic nie zostało na drzewach i w kolejnym roku znów mogły owocować. Państwo Smolińscy postanawiają wtedy zainwestować we własną tłocznię naturalnego soku jabłkowego. Tomasz przez 10 lat pracował i odnosił sukcesy w korporacjach. Kamila pracowała na etacie w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Kiedy pojawiła się możliwość wydzierżawienia sadu, rzucają wszystko i przeprowadzają się do rodzinnej miejscowości pana Tomasza, Czarniną. - Chcieliśmy wykorzystać swoje doświadczenie i umiejętności, a z drugiej strony zależało nam, aby pracować razem. Wierzymy w to, że razem można więcej. I jak do tej pory przynosi to rezultaty. Udało nam się pokonać wszystkie napotykane od po- czątku kłopoty- tłumaczy Tomasz Smoliński ze Starego Sadu. Zwłaszcza, że start nie był łatwy. Oprócz klęski urodzaju musieli się już w pierwszym roku działalności zmierzyć z zaniedbaniami poprzedników. Firma, która opuszczała to miejsce nie robiła już wszystkich zabiegów pielęgnacyjnych tak jak należy. Tylko determinacja i konsekwencja w ciągłym przycinaniu drzew pozwoliły firmie utrzymać się na rynku. O pomoc poprosili ekspertów z Instytut Ogrodnictwa - Państwowego Instytutu Badawczego w Skierniewicach. Oni pomogli młodym sadownikom wytyczyć kierunki działań i wytłumaczyli, że doprowadzenie sadu do porządku zajmie kilka lat. -Któregoś razu odwiedził mnie mój szef z poprzedniej pracy dopytując czy nie chcia-łabym wrócić. Mimo tego, że teraz jest to dużo trudniejsza praca, taka z której się tak naprawę nie wychodzi, taka która trwa 24 godziny na dobę, moja odpowiedź brzmiała nie, nie, nie. Samo obcowanie z naturą to jest coś wspaniałego. Można pójść do sadu i zupeł- Agnieszka Świercz-Karaś 129 nie odłączyć się od tego świata. To jest naprawdę fajne- opowiada pani Kamila Smolińska współwłaścicielka Starego Sadu. Od początku swojej działalności państwo Smolińscy postanowili postawić na ekologię, na produkty przede wszystkim zdrowe. W swojej pracy wykorzystują technologię żywej wody, w której nawet myją zebrane owoce. Jeżeli tylko jest to możliwe resztki z produkcji wykorzystywane są m.in. jako pokarm dla zwierząt okolicznych rolników. Czyszczenie maszyn odbywa się praktycznie bez udziału chemikaliów. Maszyny po każdym zabiegu myte są średnio 3 razy, wszystko po to, aby w soku nie znalazł się posmak niczego innego jak tylko owoców. Jako niezawodny sposób na brud państwo Smolińscy podają przede wszystkim kwasek cytrynowy i sodę oczyszczoną. Starania sadowników przyniosły efekt jesienią 2021 r. kiedy to Stary Sad otrzymał certyfikat zielonego ekoliścia. Eksperci potwierdzili, że owoce, z których powstają produkty Starego Sadu są w pełni ekologiczne. Nie są nawożone ani pryskane substancjami chemicznymi. Dodać można, że komisja sprawdzająca była bardzo skrupulatna dokładnie badając np. rodzaje insektów, które żyją pod drzewami. Wszystko po to, aby sprawdzić czy działania sadowników nie zakłócają miejscowego ekosystemu. - Nie mamy oficjalnych badań, ale mamy pierwsze głosy od naszych odbiorców o właściwościach leczniczych naszych soków. Jeden z naszych klientów, młody człowiek, od lat zmagał się z problemami wątrobowymi był pod stałą opieką hepatologa, brał lekarstwa nic jednak nie skutkowało. Po jakimś czasie wyniki zaczęły mu się poprawiać. Po przeanalizowaniu sytuacji powiedział nam, że jedyną rzeczą jaką zmienił w tym okresie było dołączenie do diety naszego soku. Bardzo nas to ucieszyło, bo na tym nam zależy. Nasz sok jest w końcu najlepszy na świecie, bez konserwantów, barwników, chemii — opowiadają państwo Smolińscy. Gospodarze z Czarniną oprócz ekologii stawiają też na pozytywną energię. Podkreślają, że pracują praktycznie wyłącznie w dobrym klimacie. -Jeżeli któreś z nas jest nie w humorze zaprzestajemy pracy. Wychodząc z założenie, że skoro obiad przygotowywany w złości nie jest do końca taki jak powinien, to z innymi produktami jest podobnie. W sokach ze Stare- 130 Producenci zdrowia i dobrej energii z Czernina go Sadu znaleźć się ma tylko to co najlepsze i najzdrowsze. My chcemy, aby nasze produkty były z dobrą energią— opowiada pan Tomasz. Obecnie Stary Sad zajmuje się w większości produkcją soków Jabłkowych. W ich sadzie znaleźć można 14 odmian Jabłoni, wśród nich Elstar, Gloster, Cortland, Melrose, Liberty, Freedom, Idared oraz Złotą Renetę. Jeżdżąc po różnego rodzaju bazarach i targach opowiadając o produktach, zachęcając do ich posmakowania, sadownicy wymyślali różne historie. Każdy przecież zna smak soku Jabłkowego i trudno było namówić ludzi do posmakowania kolejnego. Państwo Smolińscy zaczęli więc wychodzić do ludzi i opowiadać im o produktach. Każdy sok inaczej opisywali. I tak na przykład, Jeden z nich Melrose (ulubiony pana Tomasza), reklamowali Jako sok Jabłkowy o posmaku dzikiej róży. Klientom tak się to spodobało, że pół żartem pół serio zaczęli sadowników prosić o sok Jabłkowy o smaku róży. Sok z Jabłek Cortland (ulubionej odmiany pani Kamili) Jest wśród klientów nazywany sokiem ciasteczkowym, albo takim „od babci z ogrodu”. Patrząc na to, co dzieje się obecnie w świecie, sadownicy polecają także takie odmiany Jak Freedom i Liberty/ Wolność. Gospodarze nie poprzestają Jednak na sokach. Od tego roku kupić można u nich prażone Jabłka i żywy ocet wiśniowy. - Ocet taki, korzystnie wpływają na pracę układu pokarmowego i odpornościowego, działa antybakteryjnie i antyseptycznie — tłumaczą Jego twórcy. W planach Jest poszerzenie asortymentu o produkowane ekologicznie ziemniaki, warzywa oraz owoce miękkie takie Jak porzeczki i maliny. Kupione są Już także sadzonki winorośli, z których za kilka lat owoce zostaną wykorzystane do produkcji soków winogronowych. Jak podkreślają sami gospodarze z Czernina wszystko zależy od tego ile im sił starczy. Im, i ich bliskim, którzy również od początku wspierają działania Kamili i Tomasza. — Bez ich wsparcia, bez naszych rodzin, nie bylibyśmy dzisiaj tu gdzie Jesteśmy. Ważną osobą w tych wszystkich działaniach Jest także nasz pracownik... Osoba młoda, ale niezawodna. Jeszcze Jego dziadek pracował w tych sadach. Mamy szczęście, że udało nam się na niego trafić, ponieważ w dzisiejszych czasach nie Jest łatwo znaleźć kogoś młodego, komu się chce i kto zna się na sadownictwie — opowiada pan Tomasz. We trójkę, pan Tomasz, Jego żona Kamila i ich współpracownik zajmują się pielęgnacją 25 hektarów sadów Jabłkowych i 5 hektarów sadów wiśniowych. KIEDYŚ TO BYŁ SAD... Sady w Czerninie sięgają czasu Kombinatu Rolnego Powiśle i w 1979 stanowiły około 1 % użytków rolnych kombinatu. Kombinat posiadał odział produkcji sadowniczej, głównie Jabłoni na obszarze 130 ha. Co roku w maju organizowane było Święto Kwitnącej Jabłoni odbywał się również festyn ludowy „W kwitnącym sadzie”. Kombinat Rolny Powiśle położony był w ówczesnym województwie elbląskim. Działalnością obejmował obszar 6 gmin Powiśla Dolnego. Siedziba dyrekcji mieściła się w Czerninie. Ogólny obszar kombinatu w roku 1981 wynosił 22 000 ha. Kooperował z rolnikami Agnieszka Świercz-Karaś 131 indywidualnymi z obszaru 18 000 ha. W skład kombinatu wchodziło 15 zakładów rolnych oraz 4 zakłady usługowe. W kombinacie pracowało 2600 osób, 2150 (83%) zatrudnionych było na produkcji, w zakładzie remontowo budowlanym i usług socjalnych wraz ze stażystami pracowało 450 osób. Dyrektorem był wtedy Jan Grzywacz. Kombinat współpracował ze swoimi odpowiednikami w Czechosłowacji, NRD, Jugosławii oraz z obwodem kijowskim. Był laureatem wielu orderów i wyróżnień. Miejsce odwiedzane było przez najważniejsze osoby w państwie, w tym pierwszego sekretarza PZPR, Edwarda Gierka. Kombinat należał do najbardziej nowoczesnych w kraju. Transformacja ustrojowa z 1989 r. nie była jednak łaskawa do państwowych gospodarstw rolnych. W 1991 roku likwidowano KPGR w Czerninie, dzieląc długi na wszystkie gospodarstwa wchodzące w jego skład. - Sady z Czernina zaczęły znikać po pierwsze dlatego, że drzewa miały już ponad 50 lat, a żywot drzew owocowych tyle mniej więcej wynosi. Druga sprawa: zakończył się pewien etap historii i nie opłacało się już utrzymywać ponad 100 hektarowych sadów. W latach 90 tych zakończył się etap gospodarki centralnie zarządzanej. Trwały przekształcenia, mienie było prywatyzowane, wydzierżawiane, skończyły się czasy żeby utrzymywania tego typu molochów jak Kombinat Rolny Powiśle. W związku z tym sady z Czernina zostały częściowo wycięte, a częściowo wydzierżawione - wspomina Józef Sarnowski, obecnie wicemarszałek województwa pomorskiego, dawniej kierownik Państwowego Gospodarstwa Rolnego w Koniecwałdzie. Pfyta Namaszczenia u> Bazylice Grobu Bożego, fit. Marek Suci Prowincje bliskie i dalekie Marek Suchar JEROZOLIM/r?^ MIASTO CUDÓW 134 Jerozolima — miasto cudów Chociaż w pierwotnym chrześcijaństwie intensywnie spierano się o czas świętowania Wielkanocy, to w późniejszym okresie, mimo stopniowo następujących kolejnych podziałów, wszystkie święta obchodzono jednocześnie. Tak było w zasadzie aż do roku 1582, kiedy to w kościele rzymsko-katolickim wprowadzono skorygowaną, tak zwaną „gregoriańską” rachubę czasu, która „posunęła do przodu” kalendarz o 13 dni. Do tej zmiany nie zastosowali się jednak przedstawiciele prawosławia i kościołów wschodnich i z tego powodu kalendarze liturgiczne stosowane w chrześcijaństwie wschodnim i zachodnim nie pokrywają się ze sobą i w związku z tym prawie wszystkie święta kościelne obchodzone są w chrześcijaństwie dwukrotnie w ciągu roku. Łatwo można to zaobserwować w Ziemi Świętej, gdzie większość lokalnych chrześcijan to przedstawiciele prawosławia i tzw. kościołów wschodnich. Z Wielkanocą jest trochę inaczej. Na Soborze Nicejskim w 325 roku ustalono, że będzie się ją obchodzić w pierwszą niedzielę po żydowskim święcie Pesach, wypadającym w dzień pierwszej wiosennej pełni księżyca. Punktem wyjścia tych ustaleń były Ewangelie, z których wynika, że Zmartwychwstanie nastąpiło w niedzielę po rozpoczęciu świętowania Paschy, czyli po 15 dniu miesiąca Nisan. W kalendarzu żydowskim, który jest kalendarzem księżycowym, wypada to zawsze w dzień pierwszej wiosennej pełni księżyca. W naszym, słonecznym kalendarzu, Wielkanoc jest więc świętem ruchomym i może wypaść pomiędzy 22 marca a 25 kwietnia. Ale jako że w chrześcijaństwie wschodnim termin Wielkanocy musi spełniać dodatkowo jeszcze jeden warunek - nie może ona być także obchodzona przed zakończeniem ośmiodniowego świętowania żydowskiej Paschy, często zdarza się, że „prawosławna” i „katolicka” Wielkanoc obchodzone są niejednocześnie. Skomplikowane? Owszem, ale przynajmniej wiemy już dlaczego rozmawiając o Wielkanocy w Ziemi Swię- Marek Suchar 135 tej nie od rzeczy będzie zawsze na wszelki wypadek doprecyzować „o którą Wielkanoc” chodzi. Na przykład w roku 2022 wierni chrześcijaństwa wschodniego obchodzić będą Święta Wielkanocne 24 kwietnia, czyli tydzień później niż katolicy i protestanci. W jerozolimskiej Bazylice Grobu Bożego, gdzie obecni są przedstawiciele zarówno wschodniego jak i zachodniego chrześcijaństwa, poszczególne kościoły będą więc świętować Wielkanoc nie tylko na różne sposoby, ale także w różnych terminach. Ogólnie można powiedzieć, że obchody Wielkanocy, zresztą tak samo jak i innych chrześcijańskich świąt religijnych, w Izraelu ograniczone są w dużym stopniu do religijnych nabożeństw celebrowanych we wnętrzu świątyń i mają przeważnie kameralny i duchowy charakter. Nie spodziewajmy się więc jakiejś szczególnej, świątecznej atmosfery w publicznych miejscach. Pamiętajmy, że dla większości Izraelczyków, zarówno Żydów jak i muzułmanów, wielkanocna niedziela jest dniem powszednim - ludzie chodzą do szkoły i do pracy, sklepy są otwarte i normalnie działają urzędy. Chrześcijan w Izraelu jest stosunkowo niewielu. Stanowią oni zaledwie 2% stałych mieszkańców tego kraju. Warto przy tym zauważyć, że w przeważającej większości są to wierni kościołów prawosławnych. Główne skupiska, w których mieszkają izraelscy chrześcijanie, to Nazaret (jedyne miasto w Izraelu, gdzie dniem wolnym jest niedziela, a nie sobota), oraz chrześcijański kwartał Starego Miasta w Jerozolimie. Dziś dodać do tej liczby pewnie trzeba by jeszcze trudną do ustalenia liczbę przebywających w Izraelu czasowo i pracujących tu prawosławnych obywateli krajów dawnego Związku Radzieckiego (znajomi i krewni żydowskich imigrantów stamtąd) oraz ponad trzydzieści tysięcy katolików z Filipin legalnie pracujących w Izraelu. Tyle, że nawet jeśli zsumujemy wszystkie te liczby i dodamy jeszcze kilkadziesiąt tysięcy przybywających tu w „normalnych czasach” specjalnie na obchody Świąt Wielkanocnych pielgrzymów i turystów z całego świata, to i tak okaże się, że liczba ta nie przekroczy pewnie 3-4 % izraelskiej populacji. Dla porządku zaznaczyć trzeba, że spora liczba chrześcijan mieszka również w odległym o 6 km od centrum Jerozolimy Betlejem, ale miejscowość ta znajduje się dziś już za granicą oddzielającą teren państwa Izrael od Autonomii Palestyńskiej. Jak zaznaczyłem wyżej, obchody Wielkanocy w Ziemi Świętej mają charakter przede wszystkim religijny i duchowy i, z nielicznymi wyjątkami, o których za chwilę, ograniczają się one do uroczystości i nabożeństw odprawianych przede wszystkim we wnętrzach świątyń. Świętowanie, niezależnie od wcześniej wspomnianych komplikacji kalendarzowych, zawsze jako pierwsi zaczynają katolicy, nazywani tu „łacinnikami”, w Niedzielę Palmową. Uroczystości rozpoczynają się w Bazylice Grobu Bożego poświęceniem palm i procesją do Kaplicy Grobu i na Kalwarię (oba te miejsca znajdują się wewnątrz budynku Bazyliki), po której odprawiana jest msza obejmująca uroczyście odśpiewany ewangelijny opis Pasji. Uroczystościom tym przewodniczył będzie w tym roku administrator apostolski katolickiego patriarchatu Jerozolimy, abp Pierbattista Pizzaballa. Głównym punktem katolickich obchodów Niedzieli Palmowej w Jerozolimie jest jednak radosna, wielogodzinna i tłumna popołudniowa procesja ulicami miasta, której uczestnicy niosą w dłoniach gałązki palmowe i oliwne. Jest ona wielkim świętem zarówno lokalnych chrześcijan jak i pielgrzymów przybywających tu wtedy nie tylko z różnych parafii Ziemi Świętej, ale także z całego świata. Na końcu procesji idzie duchowieństwo, któremu przewodniczą: wspomniany wcześniej 136 Jerozolima — miasto cudów arcybiskup Jerozolimy, franciszkański Kustosz Ziemi Świętej i nuncjusz apostolski. Procesja rozpoczyna się w Betfage na Górze Oliwnej i trasa jej prowadzi obok kościoła Ojcze Nasz, następnie kaplicy Dominus Flevit i Ogrodu Oliwnego przez Dolinę Cedronu i Bramę Lwów na Stare Miasto. Zakończenie religijnej części procesji, podczas którego zgromadzeni wierni błogosławieni są relikwiami Krzyża Świętego, ma miejsce na dziedzińcu kościoła świętej Anny. Początki jerozolimskiej procesji Niedzieli Palmowej sięgają czasów bizantyjskich. Wspomina o niej między innymi pątniczka Egeria, która jako jedna z pierwszych dość szczegółowo opisała swoją pielgrzymkę do Ziemi Świętej odbytą w IV wieku naszej ery. Po otrzymaniu błogosławieństwa, które kończy religijną część uroczystości, uczestnicy procesji wyruszają w dalszą drogę i długo jeszcze paradują ulicami przechodząc wzdłuż murów Starego Miasta ze wschodniej do zachodniej części Jerozolimy. Widok zwłaszcza najmłodszych uczestników tej defilady, kilkuletnich scoutów, którzy zjeżdżają się tu czasem z bardzo daleka, i którzy z dumą i w równiutkich kolumnach godzinami maszerują obserwowani przez licznie zgromadzoną publiczność, jest naprawdę wzruszający. Widać, że to jest ich wielki dzień. Pewnie przygotowują się do tego występu miesiącami. Można powiedzieć, że w jakimś sensie tego dnia miasto świętuje razem z nimi. Na centralnych ulicach, którymi przechodzi pochód, na kilka godzin wstrzymany jest ruch. Zawieszone jest nawet kursowanie jerozolimskich tramwajów. Drugą uroczystością związaną z obchodami Wielkiego Tygodnia i mającą publiczny charakter jest uroczyste nabożeństwo Drogi Krzyżowej organizowane w Wielki Piątek punktualnie o godzinie 15.00 przez jerozolimskich franciszkanów. Wierni procesjonalnie przecho- Marek Suchar 137 dzą wtedy ciasnymi uliczkami Starego Miasta trasą nazywaną tu Via Dolorosa, zatrzymując się przy jej kolejnych stacjach, a ich modłom przewodniczy zawsze aktualny franciszkański Kustosz Ziemi Świętej. Trasa jerozolimskiej Drogi Krzyżowej prowadzi od miejsca, gdzie za czasów Jezusa mieściła się rzymska Twierdza Antonia, w której wedle niektórych miało nastąpić jego skazanie na śmieć przez Piłata, aż do skały Golgoty i Grobu Jezusa, mieszczących się dziś we wnętrzu Bazyliki Grobu. Całość ma jak wyliczono długość 650 kroków. Nabożeństwo Drogi Krzyżowej stworzyli jerozolimscy franciszkanie jako praktykę modlitewną w XVII wieku. Współcześnie w Jerozolimie można w nim uczestniczyć nie tylko w Wielki Piątek, ale również w każdy inny piątek w roku. Odbywa się ono zawsze o godzinie 15.00 i polega na procesjonalnym przejściu wzdłuż Via Dolorosa. Dla wielu przybywających do Jerozolimy chrześcijan stanowi ono bardzo ważny punkt programu pielgrzymowania do Ziemi Świętej. Jest ono też często silnym i nieoczekiwanym doświadczeniem, jako że podążający w rozmodlonej procesji wierni muszą przeciskać się przez obojętny dla uroczystości, w której uczestniczą, tłum muzułmańskich mieszkańców Starego Miasta pochłoniętych swoimi zwykłymi, codziennymi sprawami. Procesje są ważnymi, publicznymi elementami uroczystości wielkanocnych, ale ich miejscem centralnym i najważniejszym jest Bazylika Grobu Bożego znajdująca się na jerozolimskim Starym Mieście. Wielowiekowa tradycja chrześcijańska, a dziś już także wnikliwe badania naukowe, potwierdzają lokalizację grobu, w którym przez trzy dni spoczywało ciało Jezusa. Otaczane dziś czcią jego pozostałości znajdują się wewnątrz budynku Bazyliki. Tuż przy wejściu do kościoła znajduje się umieszczona na posadzce płyta z różowego marmuru upamiętniająca miejsce, w którym po zdjęciu z krzyża ciało Jezusa zostało namaszczone olejami pachnącymi i owinięte w płótno. Pobożne kobiety wylewają codziennie na powierzchnię tej płyty w dużych ilościach niezwykle intensywnie pachnące olejki: różany, nardowy i mirrę. Stąd pochodzi jedyny w swoim rodzaju, charakterystyczny „zapach Bazyliki” będący mieszaniną woni tychże orientalnych olejków, topiącego się wosku palonych w niej świec i kadzidła, unoszący się we wnętrzu tego niezwykłego kościoła. Pielgrzymowi może dziś być trudno wyobrazić sobie oryginalną topografię tego miejsca z czasów Jezusa. Wszystko mieści się bowiem dzisiaj we wnętrzu jednej budowli. Golgota obudowana jest rodzajem antresoli, na którą prowadzą strome schody na prawo od wejścia, zaś w odległości kilkunastu metrów od wejścia, w głównej części świątyni, pośrodku wielkiej wspaniałej rotundy, znajduje się kaplica kryjąca w sobie pozostałości antycznego Grobu. Barczysty, brodaty grecki mnich pilnuje porządku i tego, by nikt nie przebywał w środku za długo, bo zwykle przed kaplicą ustawia się kolejka oczekujących. Malutkie wnętrze kaplicy o powierzchni kilku metrów kwadratowych w połowie zajmuje kamienna płyta przykrywająca miejsce pustego Grobu. Bazylika nie ma dziś jednego gospodarza, ale pozostaje pod wspólnym zarządem przedstawicieli sześciu kościołów chrześcijańskich, którzy na mocy zróżnicowanego zakresu uprawnień przyznanych im jeszcze w XIX wieku przez władze tureckie (tzw. Status Quo) mogą w niej przebywać i pełnić funkcje liturgiczne według skomplikowanego harmonogramu. I tak mnisi z greckiego Prawosławnego Patriarchatu Jerozolimy, franciszkanie reprezentujący kościół rzymsko-katolicki oraz duchowni Apostolskiego Kościoła Ormiańskie- 138 Jerozolima — miasto cudów go mają prawo stałego zamieszkiwania w przypisanych im częściach kompleksu bazyliki oraz odprawiania liturgii w przypisanych im miejscach, a także w jej najważniejszych częściach wspólnych (na przykład w Kaplicy Grobu). Mnichom z Syryjskiego Kościoła Ortodoksyjnego i Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego, również posiadającym w Bazylice własne stałe pomieszczenia, ale bez prawa zamieszkiwania w nich. Status Quo zezwala odprawiać nabożeństwa w należących do nich pomieszczeniach, ale tylko w większe święta im również udostępniana jest dla celów liturgicznych wspólna przestrzeń bazyliki. Natomiast Koptyjski Kościół Ortodoksyjny, który również dysponuje w Bazylice kilkoma pomieszczeniami, może sprawować liturgię tylko we wła- Ko/^ka piflgrzymów przed wtysciem do Kaplicy Grobu Bożego, fot. Marek Suchar snej malutkiej kapliczce znajdującej się na tyłach Grobu. Uprawnienia poszcze- gólnych kościołów, relacje między ich wspólnotami i harmonogram obchodzenia świąt i uroczystości religijnych reguluje, jak już wspomniałem, wywodząca się jeszcze z czasów Imperium Osmańskiego zasada nazywana „Status Quo”. Jak widać dzieli ona przestrzeń i uprawnienia związane z odprawianiem nabożeństw nierówno i - chyba - niesprawiedliwie. Logika obecnego podziału wynika z siły wpływów, jakie w czasach tureckich miały w imperium otomańskim poszczególne kościoły. Po blisko dwustu latach porządek ustalony kiedyś przez tureckiego sułtana wydaje się anachroniczny, ale powszechnie uważa się, że najbezpieczniej i najsensowniej z pragmatycznego punktu widzenia jest go dziś po prostu nie naruszać. Często można usłyszeć z różnych stron pretensje pod adresem chrześcijan, że nie zarządzają najświętszym dla nich miejscem wspólnie, ale „każdy z osobna”. Zarzuca im się, że nie umieją się pogodzić i że brak w ich działaniach ducha jedności. Ze zgorszeniem wypomina się przypadki rękoczynów, do których dochodziło w Bazylice kilkakrotnie w ciągu XX wieku. Spróbujmy jednak rozważyć rzecz bezstronnie. Przecież samo już tylko wspólne zamieszkiwanie w jednym budynku kilkudziesięciu mężczyzn reprezentujących różne kręgi cywilizacyjne, kraje, kultury i obyczaje to sprawa niełatwa. A już drobiazgowe przestrzeganie skomplikowanych regulacji związanych z odprawianiem nabożeństw według różnych, czasem kolidujących ze sobą kalendarzy, podział czynności związanych z utrzymaniem porządku, odpowiedniego stanu technicznego budynku, a wreszcie również z utrzymaniem odpowiedniej dyscypliny wśród tysięcy odwiedzających każdego dnia tę świątynię, muszą z pewnością wymagać na co dzień wyjątkowej zręczności, umiejętności negocjacyjnych i taktu. I jeśli nawet czasem dochodzi w Bazylice do (chyba naturalnych w takich okolicznościach) nieporozumień czy konfliktów, to trzeba powiedzieć, że są one. Marek Suchar 139 zważywszy na okoliczności, i tak stosunkowo rzadkie, a przy tym szybko i zdecydowanie zażegnywane. Wystarczy powiedzieć, że od początku dwudziestego wieku odnotowano tam zaledwie kilkanaście epizodów, w czasie których doszło do szarpanin czy bójek. Może o tyle właśnie za dużo, ale przecież bez jakiegokolwiek porównania z konfliktami, które w ciągu tego właśnie XX wieku przetoczyły się choćby tylko przez otaczające Bazylikę jej najbliższe bliskowschodnie otoczenie. Wszystko wskazuje na to, że koegzystencja i współpraca wspólnot religijnych obecnych w Bazylice Grobu Bożego może wręcz stanowić pewnego rodzaju wzór „pojednanej różnorodności” — ideału chrześcijańskiego ekumenizmu. Myślę, że zetknięcie się w Bazylice Grobu Bożego z przedstawicielami różnych Kościołów Chrześcijańskich, do czego na co dzień my w Polsce nie mamy przecież zbyt wielu okazji, może wręcz być właśnie interesującym i bardzo wartościowym przeżyciem, a przyjrzenie się z bliska tym wspólnotom to ciekawa i pouczająca praktyczna lekcja ekumenizmu. Bazylika jest miejscem, gdzie napotkać możemy wiele ciekawych śladów jej wielowiekowej historii. Jednym z nich jest to, że klucze do niej znajdują się nieprzerwanie od XII wieku w posiadaniu tych samych dwóch muzułmańskich rodów o nazwiskach Judeh i Nusseibeh. Obie te rodziny należą do starej jerozolimskiej arabskiej arystokracji. Jeszcze dziś ich przedstawiciele odgrywają na Bliskirh Wschodzie ( i nie tylko) istotną rolę. I tak na przykład jeden z Judehów, żonaty z jordańską księżniczką, był premierem sąsiadującej z Izraelem Jordanii, a z kolei przedstawiciel drugiej z rodzin, profesor Sari Nusseibeh, rektor Palestyńskiego Uniwersytetu we Wschodniej Jerozolimie, jest uważany za jednego z najbardziej wpływowych politycznie intelektualnych przywódców palestyńskich. Przez długie wieki pielgrzymi chcący odwiedzić Bazylikę musieli uiszczać opłatę na rzecz kluczników świątyni. Dziś zasada ta już nie obowiązuje, ale wciąż jeszcze drzwi Bazyliki są uroczyście zamykane wieczorem na klucz od zewnątrz! Według zwyczaju zamyka się je około 19.00, a otwiera o 4.00 rano. Nocą w bazylice zostają zasadniczo tylko mieszkający w niej mnisi. Za ich zgodą i specjalnym zezwoleniem, co noc może to również zrobić kilka dodatkowych osób spośród wiernych. Trzeba w tym celu uprzednio zarejestrować się we franciszkańskiej zakrystii, następnie pojawić się wewnątrz kościoła przy wejściu do Bazyliki przed godziną 19.00. Ceremonia zamykania drzwi bazyliki, zwykle gromadząca wielu pielgrzymów i turystów, wygląda następująco: obecni we wnętrzu kościoła mnisi drewnianymi kołatkami wzywają obecnych w świątyni do jej opuszczenia, następnie wielkie wrota zamykane są przez mnichów od środka. Pozostaje w nich tylko otwarte niewielkie okienko na wysokości głowy dorosłego człowieka (otwierane również od środka). Wtedy muzułmański klucznik przystawia wyniesioną wcześniej z bazyliki drabinę, wspina się po jej szczeblach i zamyka swym kluczem zamek mieszczący się w olbrzymich drzwiach na wysokości około dwóch i pół metra. Następnie schodzi z drabiny i podaje ją przez okienko mnichom znajdującym się wewnątrz bazyliki. Ci zamykają okienko i na tym ceremonia się kończy. Każdego wieczora w czasie zamknięcia obecni są mnisi ze wszystkich zamieszkujących ją wspólnot i ustalają między sobą, który z nich będzie otwierał drzwi rano. Ten, który ma prawo otwierać drzwi następnego dnia, bierze ze sobą drabinę. Otwieranie drzwi wczesnym rankiem odbywa się według podobnego ceremoniału, tylko wszystko następuje oczywiście w odwrotnej kolejności. 140 Jerozolima - miasto cudów Jeśli mowa o uroczystościach Wielkanocy w Jerozolimie, to nie sposób nie wspomnieć o tym, jak świętują ją tutaj przedstawiciele chrześcijaństwa wschodniego, a w takim razie koniecznie trzeba opowiedzieć o „Cudzie Świętego Ognia”, który wydarza się co roku w „prawosławną” Wielką Sobotę w Bazylice Grobu. Tego dnia tłumy wiernych i turystów z całego świata gromadzą się w Bazylice w oczekiwaniu na „święty ogień, który tego dnia w cudowny sposób zapala świece w bazylice”, jak można przeczytać w przewodnikach zachęcających do odwiedzenia Ziemi Świętej w czasie Wielkanocy. Przez wyznawców kościoła prawosławnego „Cud Świętego Ognia” nazywany jest „największym ze wszystkich cudów chrześcijańskich”. Dokonuje się on corocznie, dokładnie o tym samym czasie, w ten sam sposób i w tym samym miejscu. Żaden ze znanych nam cudów nie występuje aż tak regularnie i od aż tak dawna. Informacje dotyczące go możemy bowiem odnaleźć już w zapiskach pochodzących z VIII wieku. Najpierw, w prawosławną Wielką Sobotę przed południem, przedstawiciele lokalnych władz (kiedyś tureckich, a dziś izraelskich), sprawdzają we wnętrzu Kaplicy Grobu, czy na pewno nie ma tam żadnych źródeł ognia, a następnie opieczętowują wejście do niej woskowymi pieczęciami. O 13.45 do wypełnionej szczelnie tłumem wiernych Bazyliki przybywa uroczyście Prawosławny Patriarcha Jerozolimy. Przed Kaplicą Grobu zdejmuje wierzchnie szaty (kapę i ornat) i w samej tylko białej albie wchodzi samotnie do wnętrza Kaplicy Grobu trzymając w dłoniach dwie duże niezapalone świece. Wszystkie znajdujące się w Bazylice lampy oliwne pozostają wygaszone od poprzedniego wieczora, a wszystkie źródła sztucznego światła gaszone są teraz, tak że cała Bazylika pogrąża się w ciemności. Patriarcha spędza w pomieszczeniu Kaplicy Grobu na modlitwie najczęściej kilka lub kilkanaście minut, a następnie wychodzi na zewnątrz wznosząc wysoko nad głową dwie palące się świece. Zebrany w Bazylice tłum wita pojawienie się ognia okrzykami. Od trzymanych przez Patriarchę świec, a następnie jedni od drugich, wszyscy obecni w Bazylice kolejno zapalają specjalnie przyniesione ze sobą na tę uroczystość świece. Czy w czasie samotnej modlitwy patriarchy we wnętrzu Kaplicy Grobu rzeczywiście dochodzi co roku do cudownego samozapalenia się przyniesionych tam przez niego świec? Czy naprawdę mamy do czynienia z cudem? Może najlepiej oddać głos samemu Prawosławnemu Patriarsze Jerozolimy Diodorowi, zmarłemu w roku 2000, który tak opowiadał w roku 1998 o „Cudzie Świętego Ognia” Nilsowi Hvidtowi, katolickiemu teologowi z Danii\ „Znajdując drogę w ciemności wchodzę do Kaplicy i klękam na kolana. Modlę się słowami, które były nam przekazywane przez wieki. Czekam. Czasami czekam kilka minut, ale najczęściej cud pojawia się zaraz po modlitwie. Z wnętrza kamienia, na którym spoczywał Jezus wylewa się światło, które zazwyczaj ma niebieskawy odcień, ale może także przybierać wiele różnych barw, lecz ludzkimi słowami nie można tego opisać. Światło wypływa z kamienia, tak jak mgła unosi się znad jeziora. Wygląda to tak, jakby kamień pokryty był wilgotną chmurą, ale to jest światło. Każdego roku to światło zachowuje się inaczej. Czasa- ’ Niels Christian Hvidt, The Miracle of the Holy Fire in Jerusalem - Interview with the Greek-Orthodox Patriarch of Jerusalem, H.B. Diodorus I on the Miracle of the Holy Fire in the Church of the Holy Sepulchre..” Berlingske Tiden-de. (20.08.98.), on-line publication Marek Suchar 141 Golgota, fot. Marek Suchar mi tylko okrywa kamień, a czasami rozjaśnia cały Grób, tak że ludzie, stojący na zewnątrz widzą go wypełniony światłem. Światło nie płonie. Nigdy podczas tych 16 łat piastowania stanowiska Patriarchy i otrzymywania Świętego Ognia nie przypaliło mi brody. Światło ma inną konsystencję niż zwykły ogień, który płonie w lampkach oliwnych. Po pewnym czasie światło unosi się i tworzy kolumnę, w której Ogień przybiera inną formę, taką, że mogę zapalić od niego moje świece. Po zapaleniu świec wychodzę z Kaplicy i przekazuję ogień najpierw Patriarsze Armeńskiemu, a potem Koptyjskiemu. Następnie przekazuję ogień wszystkim zgromadzonym.” 142 Jerozolima — miasto cudów Choć trudno mi kwestionować osobiste świadectwo świątobliwego Patriarchy, to jednak od potraktowania jego relacji z szacunkiem do wiary w prawdziwość wielkanocnego, jerozolimskiego cudu, droga z pewnością daleka. A przecież wszystko jest w tym przypadku właśnie kwestią wiary, bo jak powiedział profesorowi Hvidtowi patriarcha Diodor: „Bez wiary nie może być cudu”. Kiedy jest mowa o cudach, większość współczesnych ludzi zaczyna się zwykle czuć trochę niezręcznie. Wiara w cuda nie zajmuje w ich świadomości takiego miejsca, jakie zajmowała w przez całe długie wieki. Jedynym, co mi przychodzi do głowy jako pointa dla tej opowieści o jerozolimskich cudach, jest więc historia, która się przydarzyła, kiedy zwiedzałem kiedyś syryjski kościół Św. Marka na Starym Mieście w Jerozolimie. Oprowadzająca nas po kościele przewodniczka lostina wskazując kamienne schodki prowadzące do znajdującego się dziś w podziemiach kościoła pomieszczenia, uważanego przez Syryjczyków za miejsce spotkań pierwszych chrześcijan, nagle zaczęła opowiadać o tym, jak któregoś dnia w tym miejscu ukazał jej się Jezus trzymający w ręku latarnię. ”To było tu, na tych schodach”- wskazywała ręką. Pewnie gdybym coś podobnego usłyszał w jakimkolwiek innym miejscu i okolicznościach, uśmiechnąłbym się tylko z pobłażaniem, ale tam, w Jerozolimie... Grecki mnich pilnujący porządku przy wejlciu do Kaplicy Grohu Bożego, fot. Marek Suchar Krzysztof Czyżewski 143 Krzysztof Czyżewski NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW (18) Kania. Pieśni losu. Rembetiko 17 grudnia 2021 roku Śniło mi się, że ktoś podłożył ogień i las zacz^ płonąć. Na szerokie pole wybiegali ludzie, całe rodziny, a potem szli szeroką ławą. Przed nimi stał mur zbrojnych z wielkimi tarczami. Za nimi ściana ognia. I pojawił się krzyk. Ludzie wypowiadali dziwne zaklęcie: „«Moje» czy też «twoje» — to zimne słowo nigdy nie padło między nami”. A potem unosił ich krzyk... „Pamięta pan, jak nam zakazali podpływać i zabierać ludzi?” To Hemingway, w krótkim jak w pysk strzelił opowiadaniu „Na przystani w Smyrnie”. Niby sto lat temu z okładem jednego roku. Brzeg Śródziemnomorza staje się granicą, na którą na- pierają setki tysięcy uchodźców, w większości Rumów. W Turcji, przepoczwarzającej się z imperium otomańskiego w państwo narodowe, Rumi to nie-swój, którego przodkowie mieli czelność zamieszkiwać w Azji Mniejszej przed nastaniem islamu, jakiś Bizantyjczyk, Grek, Ormianin, Bułgar, Europejczyk, nie-czysty po prostu. Podobnie napiętnowany jak „Turek” w Srebrenicy, albo pod piórem Handkego. Był też inny Rumi, albo Rumi/Inny, poeta piszący w językach perskim, arabskim, tureckim i greckim. Jak sobie teraz o nim pomyślimy, to lepiej rozumiemy słowa Cwietajewej „Wsie poety Żydy”. No więc była sobie Smyrna. I trwała wojna Turcji z Grecją. I tu i tam nacjonalizm stawał się religią. Ewangelię przepisywano na swoje kopyto, „Nie masz Żyda ani Greka” zamieniając na „Jest Turek albo Grek, a wojna wskaże wybrańca”. No więc była sobie Smyrna, a zaraz będzie Izmir. Na brzegu zatoki tłoczyli się ludzie w nadziei, że znajdujące się w pobliżu statki z lepszego świata podpłyną i zabiorą ich na pokład. Słyszycie ich krzyk? „Najdziwniejsze... było to, jak co noc krzyczeli o północy. Nie wiem dlaczego krzyczeli o tej porze. Staliśmy w porcie, a oni wszyscy byli na nabrzeżu i o północy zaczynali krzyczeć.” Musiał słyszeć ten krzyk Hemingway, podobnie jak amerykański konsul George Horton, który po tym, co się wydarzyło w Smyrnie we wrześniu 1922 roku do końca życia wstydził się, że należy do rodzaju 144 Notatki słów i obrazów (18) ludzkiego. Krzyk ze Smyrny zamienił się w pieśń losu, w „rebetika tragoudia”, w muzykę naznaczoną „kaimos” — tragicznym piętnem. Pomyślałem o Smyrnie czytając „Pieśni losu” Ireneusza Kani, w objętości niewielką książeczkę, co dopiero wydaną przez „Austerię”. Powstała jako zapis wykładu wygłoszonego kilka lat temu w katowickiej Akademii Muzycznej. Znamy jej autora jako genialnego poliglotę i tłumacza, wytrawnego znawcę buddyzmu i kabały, autora esejów ze zbiorów „Ścieżka nocy” i „Dług metafizyczny”. Dotychczas niewiele jednak było wiadomo o jego pasjach muzycznych, o wspaniałej płytotece zgromadzonej w podróżach po wyspach greckich, Rumunii i Portugalii. „Pieśni losu” to wędrówka za głosem „roztęsknienia”, wcielającego się w rumuńskie „doiny” pod pojęciem „dor”, w lizbońskie „fado” pod pojęciem „saudade” i w greckie „rebetiko”. Podążając razem z autorem ich śladem, dobrze jest pamiętać, że tej jesieni ukazał się w jego przekładzie „Grek Zorba” Kazantzakisa, po latach wyciągnięty z szuflady, do odkrycia na nowo w kraju zapaści duchowej, bogatszy o całe fragmenty tekstu, głównie filozoficzne, pominięte w poprzednim tłumaczeniu. Gdy pod koniec opowieści, Ireneusz Kania dochodzi do swojej najpóźniejszej fascynacji muzycznej, do pieśni powstających przy akompaniamencie baglamy, buzuki i sanduri (nie rozstawał się z nią Grek Zorba), uświadamia nam, że przechodzimy w przestrzeń zupełnie innego światoodczucia; „Jest jakaś cezura, granica między tymi dwoma światami, pozornie stanowiącymi jedność (bo wszystko to dzieje się przecież w ramach szeroko rozumianego Śródziemnomorza); bardzo jaskrawa dla mnie różnica w temperamentach, uczuciowości, ekspresji - między światem, umownie biorąc, portugalsko-rumuńskim, naznaczonym spokojną, cichą melancholią, a Grecją, gdzie tego właśnie nie ma. Nie ma spokojnej, cichej melancholii — jest dramatyzm odczuwania ludzkiego losu, jest poczucie tragizmu, jest surowość. Ekspresja tych pieśni nigdy nie jest sentymentalna, słodka. Jest natomiast często chropawa, surowa, wręcz brutalna.” Krzyk uchodźców przemienił się w pieśń losu. Nie, to pieśń losu krzyczy! Odbierzcie jej ten krzyk, a będzie koniec pieśni. Początki „rebetiko” to czas powstania narodowego w 1823 roku, czyli pierwsza fala wychodźców greckich z Azji Mniejszej. Ale „rebetiko” poruszające duszę Ireneusza Kani rodzi się podczas ponad milionowego exodusu na Zachód, wywołanego grecko-turecką wojną; rodzi się w Smyrnie, przybierając nazwę „smyrneika tragoudia”, rodzi się na Przystani Próżnej Nadziei. Tworzący tę muzykę „rebetes” to rebelianci, w imperium osmańskim wyznający wolność jednostki i narodów, a później wolność jednostki i solidarność z uciskanymi przez narodowe dyktatury; odwiecznie spychani na margines, więc w historii pisanej „ludzie z marginesu”, uwikłani w szemrane interesy mieszkańcy przedmieść, złodziejaszki, dziwki, narkomani, odszczepieńcy, potencjalni terroryści i w ogóle ludzie nielegalni. Zrozumiałe jest więc, że gdy reżim władał Grecją, „rebetiko” było zakazywane, a policja wsadzała do więzienia za naruszanie spokoju krzykiem losu. „W czasie wojny — mówi Ireneusz Kania — był oczywiście całkowity zakaz wykonywania tej muzyki — nawet czytałem takie zarządzenie władz okupacyjnych z roku 1942 nakazujące oddawanie wszystkich płyt z nagraniami „rebetiko”, które miały być, rzecz jasna, zniszczone. Była to, krótko mówiąc, muzyka o potężnym potencjale wywrotowym.” Zawsze i pod każdą szerokością geograficzną ta sama prymitywna wiara politycznych satrapów, że mają dość władzy by zabić wieczne. Krzysztof Czyżewski 145 Jest jeszcze coś, jak zakurzona skrzynka z cennym drobiazgiem, ku czemu prowadzą mnie „Pieśni losu” Ireneusza Kani, a może także ten sen dzisiejszej nocy. To „Kaigomai!”. Tak krzyczy pieśń Mariki w kluczowej scenie filmu Kostasa Ferrisa „Rembetiko”. Pięć minut, podczas których rodzi się wielka pieśniarka, „kaimos” wypełnia naczynie losu, a Mne-mosyne pod rękę z Erosem prowadzą słuchaczy do źródła cierpienia. Jesteśmy w Kokinni, przemysłowym przedmieściu Pireusu, w jednym ze slumsów, gdzie nędzne przytulisko znaleźli uchodźcy z Anatolii. Po zmroku, po robocie. Wchodzimy do ukrytej w szarym zaułku „cafe aman”, wypełnionej do ostatniego miejsca, gwarnej. Na scenie zespół „rebetiko”, dziewięciu wąsatych muzykantów i ona, z tamburynem. W tym na co dzień patriarchalnym świecie, o tej jednej porze dnia to ona jest w samym centrum — potężna królowa, przed którą ustępują mężczyźni, świadomi, że tylko kobieta zdolna jest zrodzić pieśń losu. Co o niej wiemy? Choć w szczegółach biograficznych nie wszystko się zgadza, skrywa się za nią autentyczna postać Mariki Ninou. Obie Ormianki, obie urodzone w Smyrnie, ta filmowa kilka lat wcześniej. Legenda Ninou mówi, że urodziła się na statku uchodźców smyrneń-skich we wrześniu 1922 roku jako Ewangelia Amian. Kim była Marika grana przez Sotirię Leonardou? W dzieciństwie wrażliwą dziewczynką doświadczającą najgorszego — nędzy, pijaństwa i prostytucji, przemocy w rodzinie i śmierci najbliższych, a wszystko to przy akompaniamencie wszechobecnej muzyki „rebetiko”, na jej oczach przepisującej życie na nuty i poezję. Młodo wychodzi za mąż, za wędrownego magika. Jannis wyciąga ją ze slumsów na włóczęgę po Grecji. Mają dziecko. Gdy robi się ciężko, bo rosnąca popularność kina odbiera im widzów, magik myka do Ameryki, a my z oczu kobiety czytamy, że jego obietnice wysyłania pieniędzy, rychłego powrotu i zaczęcia wszystkiego od nowa, to zwykła bujda. Wraca do Kokinni. Zakochuje się w Babisie, mistrzu gry na buzuki, którego pierwowzorem jest Vassilis Tsitsanis, jedna z największych postaci w historii „rebetiko”. Pragnie być częścią jego zespołu. Babis ustawia ją w rogu swojej orkiestry i każę uderzać w tamburyn. Nie jest to jednak miejsce dla Mariki, nie na miarę jej losu. Wszyscy to wiedzą, choć nikt jeszcze nie słyszał jej śpiewającej. Tuż przed sceną „Kaigomai!”, na targowisku Lemonadika (cytrynowych straganów) ma miejsce rozmowa Mariki z Jorgosem, przyjacielem z dzieciństwa i wspaniałym skrzypkiem „rebetiko”, jedynym w jej życiu mężczyzną, który nigdy nie zawiódł miłości. Na jego prośby, aby zaśpiewała na scenie, odpowiada zawsze tym samym: „nie potrafię, nie mam odwagi i skąd mam wiedzieć, że mam dobry głos”. — „Dobry głos? Gryzie cię rozpacz? Smutek trawi? To wszystko, czego ci trzeba. Jeśli uda ci się to wyrazić, uchwycisz to coś”. Do akcji wkrada się Historia i Los — policja rozpędza demonstrację robotników i demoluje Lemonadikę; po nocy z Babisem, naga Marika próżno przywołuje jego imię; wokół niej zalega głucha pustka. Przychodzi czas na „Kaigomai”. Wchodzimy do „cafe aman”, zwanej też z turecka „te-kes”, wszak z początku duża część uchodźców nie mówiła po grecku. W niewidocznym teraz przedsionku mijamy ludzi palących haszysz z gęsto ustawionych nargili. Tuż za zasłoną prowadzącą do głównej sali siedzi Tomas, właściciel knajpy, dawna miłość matki Mariki. Oddawała mu się za jedzenie dla córki, ale łączyło ich coś więcej. Orkiestra zaczyna grać. Śpiew rozpoczyna mężczyzna przeciągłym „aman”, nieprzetłumaczalnym zwrotem ze Wschodu, którym śpiewacy zwykle rozpoczynają melizmatyczne improwizacje, szukając tematu dla pieśni, podobnie jak instrumentaliści grają „taximi”, introdukcje przypominają- 146 Notatki słów i obrazów (18) ce indyjską ragę. Dziewczyna Tomasa pyta go dlaczego w zespole nie ma Babisa. „Zapomnij o Babisie. Odszedł. Zostawił nas by śpiewać z Rozą, swoją kochanką. Zachciało mu się lepszego miejsca.” Marika czyta każde słowo ze spojrzenia Tomasa. Wiemy już jaki będzie początkowy temat „roztęsknienia”. Mężczyzna śpiewający „aman” przygotowuje w pieśni miejsce dla solistki. Jorgos szepcze do ucha Mariki: „Teraz twoja kolej.” „Sama? Nie potrafię tak śpiewać”. „Śpiewaj!” Przed zwracającymi się w głąb własnego serca oczami Mariki pojawia się ojciec bijący ją za to, że zjadła posiłek u Tomasa. Potem widzi upadającą matkę, śmiertelnie uderzoną przez męża w pijanym afekcie. I jeszcze białe gołębie, wzlatujące jak w sztuczce wędrownego magika, który ją zaczarował i porzucił. Zaczyna śpiewać. „Gdy się człowiek rodzi, / ból na świat przychodzi. / Gdy się wojna rozpętuje, / krwi rozlewu nic nie powstrzymuje.” Tomas słyszy w śpiewie Mariki głos jej matki. „Rebetis” już wiedzą, że mają nową królową. „Kaigomai! Kaigomai!... Płonę! Płonę! / Lej więcej oliwy na mój ogień. / Tonę! Tonę! / Rzuć mnie w morza głęboki cień!” Powtarzają za nią słowa. W oczach Mariki płonie blask zawiedzionej miłości. „Patrząc ci w oczy przysięgałam, / że ewangelię w nich wyczytałam, / by w śmiech obrócić było można / śmierć od dźgnięcia twego noża.” Gorzki tren głosu Mariki nabiera pewności, a jesteśmy dopiero u początku jej opowieści. Pieśń losu prowadzi dalej. Mężczyzna zaczyna rozśpiewywać druga fazę „aman”. Stłumiony dotąd, narasta wewnętrzny krzyk. Kamera zbliża twarze ludzi w śmiertelnej ciszy siedzących za stolikami, skamieniałych w zaniemówieniu. W ich oczach zastyga łza i płonie inny blask. Pali się Smyrna. W dzielnicach greckiej, ormiańskiej i lewantyńskiej pojawiają się zbrojni z łatwopalnym płynem, tłumaczący przerażonym mieszkańcom, że dostali rozkaz podpalania domów. Setki tysięcy ludzi, odciętych przez wojsko od ucieczki w głąb lądu, rusza po ratunek ku przystani. Za nimi ściana ognia. Umierają z gorąca, rzucają się do morza, toną. I zanoszą się krzykiem, ponad śmierć. Inaczej już zaczynamy rozumieć słowa pieśni Mariki. „Lecz ty, w piekła głębi, / rwiesz łańcuch, co nas gnębi. / Jeśli przygarniesz mnie do swej strony, / obyś był błogosławiony.” Od stołu wstaje starszy mężczyzna i roztrzaskuje szkło o posadzkę. Może to rytualne powitanie,nowo narodzonej „Rebetisis”, zaślubiny z tą, która od teraz nie tylko zna tajemnicę losu, ale potrafi ją wyśpiewać. Barman zostawia robotę i zamiera w zasłuchaniu, przytulony do skrzypiec Jorgos cicho się uśmiecha. Marika nie przestanie już śpiewać. Nie pytajcie co było dalej. Wszystko już wiecie. No bo czyż byście nie wiedzieli, że Marika z Babisem stworzą duet marzeń i wielkiej sławy? że oboje nie uniosą tej miłości? że córka nigdy nie wybaczy legendarnej pieśniarce, że ją porzuciła dla „rebetiko”; że serce Mariki tak się skurczy z zimna, że nawet Jorgos jej nie pozna? że podczas karnawału nad brzegiem morza ślepy nóż szaleńca uciekającego przed dziećmi w czarodziejskich czapkach śmiertelnie ugodzi Marikę? Może to lepsza śmierć niż rak Mariki Ninou, żegnającej się z życiem w wieku trzydziestu pięciu lat... Za dużo słów. Wybaczcie. W nagrodę odszukałem dla Was w Internecie „Kaigomai” -ten właśnie fragment filmu „Rembetiko”, a także wszystkie utwory, które puszczał swym słuchaczom w Akademii Muzycznej autor „Pieśni losu” (w jednym tylko przypadku, Amali Rodrigues, nie podał tytułu utworu, więc w domyśle podaję trzy, w których „śpiewa o tym, że minęła się z mężczyzną, którego kocha”). One najwięcej Wam powiedzą. Gdy będzie- Krzysztof Czyżewski 147 cłe ich słuchali, pomyślcie proszę o tajemniczej frazie wyszperanej przez starego Kawafisa w bulli złotej Aleksego Komnena, o słowach sławiących mądrość jego matki... „«Moje» czy też «twoje» — to zimne słowo nigdy nie padło między nami.” Wciąż się zastanawiam dlaczego właśnie te słowa wpadły do mojego snu. Na koniec dodam tylko — co może dla niektórych z Was nie jest oczywiste - że wers ten, jak i wszystkie wiersze Kawafisa, spolszczył Ireneusz Kania. „Rembetiko” - https://www.youtube.com/watch?v=aXJQmTSptCc Maria Lataretu, “Doina olteneasca” - https://www.youtube.com/watch?v=9mMXIfTW8fg Maria Tanase, “Lume, lume” - https://www.youtube.com/watch?v=79QVepeBrWA Lucilia do Carmo [fadista], „Maria Madalena” - https://www.youtube.com/wat-ch?v=7Gv4RAlSGCQ Amalia Rodrigues, „Foi ontem” - https://www.youtube.com/watch?v=kvfv7hrlEAA Amalia Rodrigues, „Maldicao” - https://www.youtube.com/watch?v=Qhck6PGRO08 Amalia Rodrigues, “Troca de Olhares” - https://www.youtube.com/watch?v=Rol7jQuxovs Markos Vamvakaris, “Fragosyriani” - https://www.youtube.com/watch?v=vHHQdE56PSO Stratos Pagioumtzis, „Sta Trikala Sta Dio Stena (O Sarkaflias)” - https://www.youtube. com/watch?v=_Ve9ARvRZqs Tumelis 19 stycznia 2022 roku 148 Notatki słów i obrazów (18) Odszedł Juozas Tumelis. Z widocznej na fotografii trójki wspaniałych dżentelmenów, moich towarzyszy podróży do Bośni i Hercegowiny, zatrzymanych w kadrze na uliczce sarajewskiej Basćarśiji, on jest najmłodszym, ostatnim którego przychodzi mi pożegnać. Wszystko zaczęło się od wizyty u Jerzego Giedroycia w Maisons-Laffitte. Był koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Redaktor publikował wtedy moje eseje o byłej Jugosławii i bez trudu dał się przekonać do idei zorganizowania tam debat wokół linii paryskiej „Kultury” oraz odbudowywania sąsiedzkich relacji po czasie wojen i wzajemnych nienawiści. „Muszą pojechać z panem Litwin, Polak i Ukrainiec... Najlepiej gdyby byli to Tumelis, Pomianowski i Osadczuk. Zaraz do nich zadzwonię.” Zasugerowałem, że powinniśmy dotrzeć do Sarajewa i Mostaru, że znam tam ludzi, którzy bardzo na to czekają i wszystko przygotują na miejscu. Dodałem, że nie powinniśmy pominąć Belgradu, że równie ważne jest spotkanie tam, w środowisku Belgradzkiego Kręgu i Centrum Dekontaminacji Kultury. „Zgoda, ale to za dużo jak na jedną podróż samochodem. Proszę pomyśleć o drugiej wyprawie i zabrać na nią Ungera.” Na moje pytające spojrzenie. Redaktor odparł krótko: „Tu wystarczy jeden. To Brulsełczyk”. Podróż ludzi „Kultury” na Bałkany rozpoczęła się od mojego przyjazdu do Wilna. Znałem Juozasa Tumelisa, jego żonę Wandę, historię jej ojca zesłanego do Workuty, ich odzyskany po zarekwirowaniu przez komunistów rodzinny dom na Antokolu, drewniany rodzynek pośród blokowisk, a w nim osnutą legendą bibliotekę, pełną nie tylko litewskich, ale także polskich, rosyjskich i niemieckich książek. Był współczesnym księgonoszem -kontynuatorem ważnej, sięgającej wieku dziewiętnastego tradycji ściganych przez carat kurierów dostarczających Litwinom do domów nawet w najbardziej odległych osadach książki drukowane alfabetem łacińskim, budzące ducha narodowego w czasach, gdy dozwolona była jedynie cyrylica. Juozas stał się takim kurierem od pierwszego roku studiów filologii litewskiej na Uniwersytecie Wileńskim. Roznosił zakazane książki emigrantów litewskich, a także Achmatowej, Cwietajewej czy Mandelsztama. Był rok 1956. Razem z książkami roznosił wieści o odwilży w Polsce i na Węgrzech. Z jego inicjatywy powstał almanach studencki „Kuryba” (Twórczość). Pisał wtedy wiersze w duchu rosyjskiego modernizmu, w socrealizmie uznawane za „reakcyjne”, ale to nie za ich przyczyną relegowano go z uczelni w 1959 roku. Głównym powodem były publikowane w almanachu „dekadenckie” wiersze i teksty jego przyjaciela z tego samego wydziału, o rok starszego Tomasa Venclovy. Po kilku latach powrócił na uniwersytet, ale już na wydział historyczny. Został jednym z najwybitniejszych litewskich mediewistów. Wiecznie - no może poza okresem bezpośredniego zaangażowania w politykę — sporządzał bibliografie, jakby to od nich zależał niepodległy byt państwowy jego ukochanej Litwy. Najpierw, jeszcze za czasów sowieckich, był głównym bibliografem w oddziale starych i rzadkich druków Biblioteki Narodowej; potem redaktorem Litewskiej Bibliografii Narodowej, przewodniczącym rady redakcyjnej Powszechnej Encyklopedii Litewskiej, a ponadto - jak skrupulatnie wyliczono w jego życiorysie - autorem czternastu indeksów bibliograficznych. To prawdziwy cud, że znalazł jeszcze czas na napisanie (jako współautor) trzytomowej monografii „Źródła religii i mitologii bałtyjskiej”. Były jednak książki, do których napisania przygotowywał się przez lata, i które nigdy nie ujrzały światła dziennego. I były jeszcze wiersze... Tomas uważał, że był jednym z najlep- Krzysztof Czyżewski 149 szych poetów swojego pokolenia. Powtórzył to na pogrzebie Juozasa, po czym odczytał jego wiersz, zaznaczając, że nie powstydziłby się go Henrikas Radauskas, jeden z największych poetów litewskich, za którego ucznia sam chętnie się uznawał W piasek korzeni zapadły się sosny Tuż obok domów w kwadratach uśpionych, A w twarze zawija się wiatr wilgotny Z policzków Penelopy orzeźwionych. Kołyszą się w porcie linkolny kreisery. Na dno otchłani idą czarne łodzie. Gdy tymczasem przez nieba plaster pszczeli Skorpion przesącza się w zmąconym miodzie. Staruszek kapitan grogiem się raczy, A jego spokój jest niezakłócony. Przez caluteńką noc na dachu krzyczy Niebieski kogut przez wiosnę zbudzony. 1 Juozas władał piękną polszczyzną, niemalże dorównując w tym Tomasowi Venclovie. Obaj uważali, że to obowiązek dobrego lituanisty. Po Październiku zaczęli czytać prasę z Polski, głównie „Przekrój”. W czasach studenckich mieli wspaniałą lektorkę języka polskiego, starszą panią o panieńskim nazwisku Samaniute, pochodzącą z polsko-litewskiej rodziny, żonę profesora Obrębskiego, z którym wkrótce potem wyjechała do Polski. „Bardzo pięknie wykładała język polski” — powie o niej Tomas w rozmowie z Ellen Hinsey w książce „Magnetyczna Północ”. Dopowie jeszcze i to: „Zaczęliśmy [do tej paczki należał również Pranas Morkus] nawet rozmawiać ze sobą po polsku, częściowo ze snobizmu, częściowo z wdzięczności dla języka, który nazwaliśmy «najbardziej cywilizowanym w naszym nieszczęsnym zakątku Europy»”. Poznałem Juozasa w czerwcu 1992 roku. Po pięćdziesięciu latach odradzała się w Wilnie tradycja „Środy Literackiej”. Ledwie pomieściliśmy się w „Celi Konrada” przy klasztorze bazylianów. W czasach sowieckich mieścił się tutaj magazyn biblioteczny Politechniki. Teraz został przeniesiony, a pomieszczenie w ostatniej chwili wyremontowano, więc w powietrzu unosił się jeszcze zapach świeżej farby. Czytano wiersze. Z rąk prezydenta Landsbergisa Czesław Miłosz otrzymał honorowe obywatelstwo Litwy. Irena Byrska, ponad dziewięćdziesięcioletnia, powołując się na kulturę starożytnych Indii, winszowała Litwinom nie tyle niepodległości, ile tego, że są małym krajem, a co jest małe, ma szansę być wielkie duchem. Pamiętam jak dziś twarze słuchaczy o szeroko otwartych z zaskoczenia oczach i mrużące się od szczęścia oczy pana Czesława, którym wtórowała promienność spojrzeń Ireny Sławińskiej i Stanisława Stommy. Wspominającemu wileńskich Żydów Miłoszowi wtórowała Halina Kobeckaite, kierująca Departamentem Narodowości przy Dziękuję Rasie Rimickaite za pomoc w przekładzie tego wiersza. 150 Notatki słów i obrazów (18) litewskim rządzie, wkrótce pierwsza kobieta dyplomacji litewskiej, mądra Karaimka, od początku wspierająca swym doświadczeniem nasze Pogranicze. Było też mądre słowo Da-riusa Kuolisa, młodziutkiego ministra kultury i edukacji, człowieka o dużej erudycji i postawie pełnej wewnętrznego ciepła. Wszystko to sprawiało, że słowa pani Ireny okazały się nie być zawieszone w próżni. Taka była wtedy młoda Litwa. W latach przełomowych dla odradzającej się niepodległości, Juozas był drugą po Landsbergisie osobą w państwie — przewodniczącym Sajudisu i głową litewskiego parlamentu. Należał do komitetu organizacyjnego „Śród Literackich”. W następnym roku Fundacja Polcul nagrodziła go za pracę na rzecz rozwijania polsko-litewskich relacji. Skromny, jak na bibliografa przystało przeciągle milczący, odpalający jednego papierosa od drugiego, o przyjaznych oczach, powiększonych przez grube szkła okularów. Takiego już na zawsze go zapamiętam. Dobrze nakarmieni przez panią Wandę, wyruszyliśmy do Warszawy, zatrzymując się na krótko w Sejnach. Opowiedział mi wtedy o swoim pierwszym spotkaniu z Giedroyciem. Przyjechał do Paryża z delegacją litewską w listopadzie 1990 roku. Odbywała się wtedy konferencja KBWE, a Estończycy, Litwini i Łotysze zorganizowali przy tej okazji konferencję o państwach bałtyckich jako prawomocnych członkach wspólnoty europejskiej. Okazało się, że w samej konferencji KBWE ich ministrowie spraw zagranicznych nie mogą wziąć udziału, bo ZSRR postawił weto. Wtedy Francuzi zaprosili ich jako gości do swojej delegacji, ale Gorbaczow zagroził Mitterrandowi, że na takie dictum ich delegacja opuści Paryż. Tupnięcie Moskwy wystraszyło polityków francuskich, którzy zabronili nawet kolportowania ulotek z postulatami państw bałtyckich, ale nie Francję. Przy Sorbonie zawiązał się komitet poparcia Bałtów, którego uczestnicy pod katedrą Notre Damę rozrzucali ulotki krytykujące rząd francuski, a policja dokładała starań by ich rozpędzić. To wtedy Juozas, razem z Emanuelisem Zingerisem, wówczas szefem Komisji Spraw Zagranicznych i przyszłym dyrektorem muzeum żydowskiego w Wilnie, odwiedzili Maisons-Laffitte, omawiając najpilniejsze sprawy litewsko-polskiej współpracy, w tym bezwarunkowe wsparcie Warszawy dla niepodległościowych dążeń Wilna. W Warszawie zatrzymaliśmy się na Ochocie, gdzie mieściło się Towarzystwo Opiekł nad Archiwum Instytutu Literackiego. Marek Krawczyk, dobra dusza tego przedsięwzięcia, cały bagażnik załadował mi wydawnictwami „Kultury”. Samochód był gotów, a wkrótce dosiedli się do nas Bohdan Osadczuk i Jerzy Pomianowski. Ruszyliśmy na Bałkany. Juozas usadowił się z tyłu, nastawiając się na słuchanie opowieści dwóch niezrównanych gawędziarzy, Atamana i Chazana (tak zaczęliśmy nazywać Jerzego po tym, jak opowiedział nam o swoim dziadku, kantorze i chazanie w synagogach w Częstochowie i Łodzi). Na pierwszą kawę zatrzymaliśmy się w Bratysławie. „Co teraz porabiasz?” - zaczęli dopytywać Juozasa. „Kończę przekład «Rodzłnnej Europy»...” I tak rozpoczęła się opowieść Juozasa o niezwykłych dziejach tajnie kolportowanej w sowieckiej Litwie książki Miłosza. Po ukazaniu się w 1959 roku pierwszego paryskiego wydania, książka trafiła do rąk Ony Śimaite. Bibliotekarka i bibliografka, kierowała działem katalogów biblioteki Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Książki, dokumenty, świadectwa pisane były dla niej równie ważne jak życie i wolność. Juozas mógł mieć to po niej. Choć należeli do różnych pokoleń i żyli w różnych krajach, nie było przypadku w tym. Krzysztof Czyżewski 151 Że wśród litewskich korespondentów, do których adresowała swoje listy Śimaite, był i ten rodziny Tumelisów, Właśnie jako bibliotekarka niosła pomoc Żydom z getta wileńskiego. Zachodziła do nich codziennie, w jedną stronę obładowana żywnością, sfałszowanymi dokumentami i przyborami do pisania, a czasem również bronią, w drugą książkami żydowskimi, nierzadko o dużej wartości antykwarycznej, archiwaliami oraz bezcennymi świadectwami życia w getcie i nazistowskich zbrodni. Ukrywała je w skrytkach pod podłogą biblioteki albo w podziemiach katedry lituanistyki. Uratowała od śmierci głodowej blisko setkę dzieci z getta, a jedno z nich zaadoptowała. A jednocześnie namawiała ich rodziców i znajomych, by spisywali swoje życie, pisali listy, zatrzymywali w słowie każdy przeżyty dzień. W ten sposób na przykład powstało trzydzieści dziewięć zeszytów Grigorija Szura, zapisywanych po rosyjsku, wyniesionych przez nią z getta, jedno z najcenniejszych świadectw Zagłady w Litwie. W 1943 roku Niemcy nakryli ją, gdy na fałszywych papierach usiłowała wyprowadzić z getta córkę Żydówki błagającej ją o pomoc — dziewczynkę natychmiast rozstrzelano, a Simaite otrzymała wyrok śmierci. Torturowana, ocalona przez przyjaciół z uniwersytetu, którzy zebrali dużą sumę pieniędzy i przekupili Niemców, zesłana do Dachau, błąkająca się po powojennej Francji, przez jakiś czas żyjąca w izraelskim kibucu, przybywa do Paryża, pracuje jako sprzątaczka i pomoc kuchenna, szyje lalki, aż wreszcie staje na nogi, to znaczy ponownie zostaje bibliotekarką. Nawet nie zauważyłem jak minęliśmy Budapeszt, a potem Osijek z mostem nad Drawą. Juozas mówił, że książka Miłosza musiała wpaść do rąk Ony Simaite właśnie wtedy, gdy powróciła do największej miłości swojego życia — do biblioteki. Tym razem inaczej spisane życie byłego studenta Uniwersytetu Stefana Batorego; tym razem autobiografia intelektualna, wpisująca duchowe dziedzictwo Wilna i Wielkiego Księstwa Litewskiego na mapę rodzinnej Europy. Poruszona do głębi lekturą książki, Simaite uznała, że powinna ona dotrzeć do przyjaciół w Litwie. Oczywiście nie wchodziło w grę przesłanie książki zwykłą pocztą. Ale już przesyłanie pojedynczych jej stron, kto wie? Zaczęła wysyłać listy do Litwy z wyrwanymi z książki Miłosza stronami. W jednej kopercie wsunięta między kartki korespondencji jedna strona. Albo paczka z guzikami, a każdy owinięty w jedną kartkę. W Wilnie rozwijano je, prostując na kolanie, uczono się fragmentów na pamięć, przekazywano dalej... Wiele miesięcy upłynęło zanim strony złożono na nowo w książkę. Zabrakło dwóch, których nie udało się odnaleźć. Dla młodego Tomasa Venclovy, który od Juozasa dostał jej egzemplarz, okazała się ona być jedną z tych „książek zbójeckich”, zmieniających człowiekowi życie. I nie tylko dla niego. Juozas przechowywał ją — owoc tajnego spisku wileńskich Europejczyków — jak drogocenny skarb. Nawet po latach, niektóre fragmenty książki mógł tłumaczyć z pamięci. Po przybyciu do Sarajewa, udaliśmy się na Basćarśiję, gdzie mieliśmy umówione spotkanie. Usiedliśmy w kafejce, delektując się kawą nalewaną z dzezwy do porcelanowych fildżani. Pierwszy pojawił się poeta Izet Sarajłić. „Mówcie po polsku, wszystko zrozumiem” — rzucił nam na przywitanie. Gdy w drzwiach pojawił się pisarz Ivan Lovrenović, Izet dorzucił żartem: „A i ten chorwacki Bośniak, z ducha franciszkanin, was zrozumie”. Z naszej strony Ataman zapewnił ich, że słowiańska mowa, wspólna mowa, i że się dogadamy. Musiałem ich zostawić i pójść na poszukiwanie innych przyjaciół, w tym Mariny Trumić 152 Notatki słów i obrazów (18) i Ćedo Kisiela. Z Mostaru miała też przyjechać Tanja Miletić Orućević. Wszyscy oni doskonale mówili po polsku, więc spokojny byłem o tłumaczy przy naszych debatach. Powróciwszy do kafejki zorientowałem się jednak, że rozmowa moich przyjaciół toczy się... po łacinie. Nawet Zdravko Grebo, młodszy od nich, profesor prawa i bohaterski weteran oblężonego Sarajewa, ochoczo przyłączył się do ich rozkosznej pogawędki. Nie poznawałem Juozasa - był w swoim żywiole, co rusz podrzucający Chazanowi jakieś brakujące mu słówko, rozmowny, dowcipny, nie posiadający się z radości, najbardziej swój wśród swoich, z kieliszkiem rakii wygłaszający toasty w poetyce rzymskiego retora. Przysiadłem się do nich cichcem i słuchałem, zauroczony. Chciałem, aby ta chwila nigdy się nie kończyła. Wciąż mam ją przed oczami. Przez okno widać było Alifakovac - wzgórze cmentarne usiane śnieżnobiałymi stelami dopiero co poległych. W powietrzu Sarajewa wciąż jeszcze unosił się zapach bratobójczej wojny. Ludzie w kafejce, oswojeni raczej z językiem angielskim, w którym ciągle ich dopytywano „why?”, ssący słodycz rachatłukum zmieszaną z gorzkim smutkiem bośniackiej kawy, z niedowierzaniem słuchali tej dziwnej, choć przecież nie obcej im mowy. Litwin czytający w oryginale Cwietajewą i Miłosza jakby w jednym mieszkali domu, polski Ukrainiec i żydowski Polak, chorwacki Bośniak i bośniacki Sarajlija, i ten poeta Jugosłowianin, owszem, posiadający teraz nowe państwo, ale gdy pukał do jego drzwi, ono było albo w Genewie albo w Nowym Jorku, więc prosił by pisać do niego na adres lata zielony... Oni wszyscy rozmawiali ze sobą po łacinie, tu w Sarajewie, w rodzinnej Europie. Czas naszej wyprawy nieuchronnie zbliżał się do końca. W Mostarze przy zerwanym Starym Moście mieliśmy ostatnią debatę o linii paryskiej „Kultury”, rezonującą tu wyjątkowo mocno. Prowadził ją Huso Orućević z radia, które wbrew politykom pobierającym myto od wznoszenia niewidzialnego muru odgradzającego Chorwatów i Muzułmanów, obejmowało swym zasięgiem oba brzegi Neretwy. Nadeszła pora by wyruszyć w drogę powrotną. Po raz pierwszy od początku naszej podróży, w moim samochodzie nie było jak w ulu. Zamiast ciągnących się dłużej niż odległości między miastami opowieści i dysput, zamiast zabawnych anegdot i wspomnień, urywane słowa i milczenie, nie ze zmęczenia, z zamyślenia. Wiele mocnych relacji z ludźmi jugosłowiańskiego pogranicza zawiązało się podczas tej podróży, ale też między nami zrodziło się pobratymstwo, które teraz, na wieść o śmierci Juozasa, ponownie mocno dało o sobie znać w mym sercu. I przypomniał mi się wiersz Rilkego, mówiony z pamięci przez Juozasa z tylnego siedzenia samochodu, gdy na świecie zrobiło się ciemno. Nie było już z nami Atamana, którego wysadziliśmy przy dworcu kolejowym w Wiedniu. Zostawiliśmy za sobą Brno i gdzieś w okolicach Ołomuńca rozmowa zeszła na ulubione wiersze. Chazan napomknął coś o Mieczysławie Jastrunie, swoim nauczycielu języka polskiego z łódzkiego gimnazjum i jego miłości do „Elegii duinejskich”. Juozas odpowiedział na to, że tom przekładów Jastruna to skarb w jego bibliotece, a „Elegia dla Maryny Cwietajewej” to także jego testament. I zupełnie niespodziewanie zaczął ją recytować w oryginale. W mojej pamięci już na zawsze te słowa Rilkego niesione są przez księgonosza z drewnianego domu na Antokolu, z serca rodzinnej Europy... .. .Nic nie należy do nas. Lekko kładziemy dłoń wokół szyj nadłamanych kwiatów. ... .. .Ze moc ma śmiertelną ta sprawa. Krzysztof Czyżewski 153 miarkujemy z powściągliwości jej, tkliwej kruchości i z tej nadzwyczajnej siły, co z nas żyjących czyni tych, co przeżyją. ,.. Kochający, Maryno, nie powinni by, nie powinni tak wiele wiedzieć o zgonie. Muszą być jak nowi. Dopiero ich grób jest stary, zamyśla się, zmierzcha pod drzewem plączącym, zamyśla się na całą przeszłość. ... Także w dniach ubywania, także w tygodniach odmiany nikt nam nigdy nie pomógł do pełnobytu, prócz własnej, własnej samotnej przechadzki nad krajobrazem bezsennym.^ Zustricz 17 marca 2022 rok Jak tylko rozpętała się wojna, ruszył nasz program rezydentycjno-pomocniczy Pogra-nicze/Ukraina. Nasi goście/uchodźcy otrzymują opiekę i stypendia twórcze. Są z Kijowa, Charkowa, Doniecka, Chersonia, Doniecka, Lwowa i innych miejscowości objętych wojną. Są wśród nich matki i dzieci, poetki i artystki sztuk wszelakich, animatorki kultury i ludzie teatru. Nie mieścimy się w Międzynarodowym Centrum Dialogu w Krasnogru-dzie, ale są z nami Szkoła w Krasnogrudzie, Stowarzyszenie na Rzecz Dialogu „Tropinka” spod Narewki, Fundacja Forum Inicjatyw Społecznych z Budy Ruskiej, a także inne miejsca w Polsce. Ruszyła wspólna praca nad filmem animowanym. Ruszyła praca translator-ska literatury ukraińskiej i przygotowywane są pierwsze książki. Zakupujemy farby, szkło i inne materiały plastyczne, by ruszyły pracownie malarstwa na szkle, malowania na płótnie i grafiki. W drodze są kolejne rodziny. Wysłuchujemy i spisujemy opowieści. Filmujemy. Przygotowujemy pierwszą prezentację twórczości naszych gości w Białej Synagodze. Otrzymujemy wsparcie od mieszkańców i z całego świata. Wciąż go potrzebujemy, bo uchodźcy z Ukrainy pozostaną z nami tyle, ile będzie trzeba (a nie tyle, na ile mamy możliwości). Solidarni z Ukrainą! CjiaBa yKpaini! Zustricz — tak to powinno nazywać się w języku pogranicza. Choć nie potrafię w te dni nic pisać, poza ciągłymi listami do bliskich w Ukrainie, to choć trochę teraz spróbuję. Biała Synagoga jak synogarlica przygarnęła wszystkich. Było ciepło. Było miejsce na milczenie, łzy, których nikt się nie wstydził, pieśni, owoce wspólnej pracy ostatnich dni (film animowany, przekłady poezji), prezentację pracowni artystycznych, które prowadzić będą nasi goście/sąsiedzi, na opowieść małej Warwary o dziadku-malarzu z Dniepra, który w czas sowiecki pod zwykłym obrusem na stole miał ten z ornamentem ukraińskim, czekający na niepodległość. I był czas na sprawy bytowe — opiekę samorządu, naukę obu języków, opiekę medyczną, prawną, psychologiczną, na oferty pracy. Coś nowego się rodzi, w obliczu wojny. Solidarność na nowo przestaje być pustym słowem. I to nowe też staje się częścią tego zwycięstwa, którego oczekujemy, albo przegranej, w której też możemy mieć swój udział. ^ Przekład Mieczysława Jastruna. Krzysztof Czyżewski 155 Kto dzisiaj życzy sobie peremohy, ten jest TUT, nie tylko jak prezydent Żeleński w Kijowie, ale w każdym miejscu, gdzie możliwe jest działanie, gdzie choćby piszą się takie wiersze, jak ten odczytany podczas sejneńskiej zustriczi przez Julię Szeket (w moim przekładzie)... Tylko miłość i gniew. Ni łaski, ni ścierpienia. W ogniu mój Charków jest. Krwawią rany Irpienia. Ten czarny sen trawi Całego świata oczy. My tutaj, wciąż żywi. Zapalamy świeczki. Bez łez, kłamiąc mowie Dalej toczy się życie. Jedna jest odpowiedź Na ten wilczy skowyt: nie. Niechaj pływa w tłumie Rekin. Samych siebie Pożrą bezrozumnie. I niech żarzą się w gniewie. Oczy me cierpią też. Lecz nie pragną ciemności. Niechaj idzie w chuj zwierz. Nie — mówimy ichmości. 156 Dziennik kataloński (15) Paweł Zbierski DZIENNIK KATALOŃSKI (15) CZAS RAMONA Paweł Zbierski 157 Wokół Perpignane, stolicy Katalonii Północnej leżącej między morzem Śródziemnym a wysokimi partiami Pirenejów, taka pogoda to norma, zwłaszcza w trakcie przesilenia zi-mowo-wiosennego. Nad Pirenejami szalał tamtego dnia huragan, ale Ramon Faura-Labat pozwolił nam się schronić pod swym dachem. Trafiliśmy w Saint Esteve na całą jego rodzinę: mamę Genavieve Labat, ojca Ramona Faurę-Llavari oraz na jego córeczkę Ainę, która okazała się prawdziwym oczkiem w głowie taty. Rozmowa się przedłużała ponad wszelkie standardy, więc podano lunch: katalońską szynkę wędzoną, bagietkę, klopsiki w zupie kartoflanej. A do tego wytrawne wina białe i czerwone, co można chyba interpretować jako wzruszający gest w polską stronę. Choć dygresją wokół Kaszub zmąciliśmy ten monokul-turowy obraz Polski. Byliśmy u Ramona z kamerą filmową zupełnie nie przewidując, że wojna rosyjsko--ukraińska - chociaż byłem w stu procentach pewny, że wkrótce nastąpi - zmieni jednak całkowicie nasz powstający dopiero film. Film o obronie języka, jako prawdziwej ojczyzny człowieka . I nada mu zupełnie nowy tytuł: „Nie umierajmy!” Barcelona, 14 lutego, wczesnym rankiem Czy zdarzyło się wam w życiu spotkać kogoś, kto mimo swego wieku a nawet śmiertelnej choroby wydaje się być ponadmetrykalny? Przekraczający swoją biołogiczność? Wyłamujący się z fizjologii? Starzec okazuje się tutaj Wiecznym Młodzieńcem wraz ze swym niezmierzonym potencjałem żarliwości i energii (tacy byli: mój ojciec — Andrzej Zbierski, harcerz i archeolog średniowiecza ; prof. Władysław Bartoszewski, którego miałem okazję poznać bliżej w czasach PRL w jego monachijskim domu, późniejszy minister spraw zagranicznych w rządzie Donalda Tuska ; architekt prof. Wiesław Gruszkowski — ten sam, który odbudował Gdańsk po totalnym zdemolowaniu mojego miasta przez Armię Czerwoną). Wyjątkowy Młodzieniec z kolei okazuje się tak naprawdę stuletnim mędrcem, który jak w starożytnej tragedii antycznej pomaga nam przekroczyć rzekę Styks. On dar mądrości otrzymał od bogów, zupełnie tak jak ukraiński poeta Taras Szewczenko albo polski poeta Juliusz Słowacki, który w swoich rozpoznaniach historiozoficznych odkrywa prawdziwe przyczyny fatalizmu ukraińsko-polskich dziejów. Współcześni próbują to sobie tłumaczyć i nazywać różnie: błyskotliwą ironią, inteligencją emocjonalną, ponadprzeciętną intuicją, profetyzmem opartym na niejako automatycznej selekcji z gigantycznego śmietnika prawdziwych perełek, wyzwalania się z historycznego bełkotu i wyławiania z tej kloaki rzeczy dla człowieka naprawdę istotnych. Takim właśnie człowiekiem ponadmetrykalnym okazał się Ramon — kataloński obrońca katalońskiego języka i kultury. W sieci internetowej trafiam najpierw na fotografię i podpis po nią. To jest bardzo osobiste wyznanie Ramona, myśliciela z Katalonii Północnej. Moi dziadkotoie ze strony matki, chłopi z Bearn, w dniu s'łuhu (mój dziadek Joseph Lahat urodził si^ lo 1915 r., zmarł w 2010 r.J. Moi dziadkowie ze strony ojca w Katalonii z południa Katalonii (mój dziadek Ramon Faura i Uhach urodził się w 1900 r. i zmarł w 1995 rj. Obie moje babcie, Maria i Marie, dożyły około 90 lat. 158 Dziennik kataloński (15) * Jestem trochę Francuzem i trochę Oksytańczykiem, a przecie wszystkim Europejczykiem i obywatelem świata, nawetjes'li często jestem nieujhy wobec tych, którzy używają tego terminu. Ale przecie wszystkim jestem Katalończykiem, ponieważ uważam, że to moja katalońska tożsamość jest zagrożona i rozpaczliwie prowadzę kampanię, aby zapobiec tej niesprawiedliwości. Nie znoszę niesprawiedliwości! Barcelona 15 — 20 lutego. W gościnie u rodziny katalońskiej, mieszkającej od pokoleń w samym sercu miasta w rodowej, pięciopiętrowej kamienicy. Wszyscy mocno zaangażowani od początku w dzieło budowy świątyni, wspierający materialnie i organizacyjnie wieloletnie prace zapoczątkowane przez Gaudiego, a dziś kontynuowane przez współczesnych. Do ruchu niepodległościowego mają ambiwalentny stosunek, bo — według nich — po pierwsze odstrasza turystów ze świata, a po drugie wcale nie jest skuteczny... Epoki generała Franco w ogóle nie chcą komentować. Ojciec rodu z dumą prezentuje osobistą fotografię z papieżem Franciszkiem. * Nasza kilkukrotna wizyta z kamerą w Sagrada Familia, która po zamachu w Barcelonie z roku 2017 przypomina oblężoną twierdzą. Przy wszystkich wejściach do wnętrza bazyliki umundurowani strażnicy prowadzą przy pomocy detektorów szczegółowe kontrole pirotechniczne. Wstęp do świątyni: 25 euro od łebka... 21 lutego, Saint Laurent, w Galerii „Poray” Imieniny mojej matki Eleonory i w związku z tym niekończąca się moja z nią rozmowa telefoniczna, miedzy innymi o jej rodzinnej Ukrainie, a także o stosunku, mojego ojca, Andrzeja, do Wojtyły, a potem do Jana Pawła II. Także o kolosalnej różnicy w postrzeganiu przez ojca dwóch gdańskich arcybiskupów: najpierw Tadeusza Gocłowskiego, a potem Głó-dzia. Ojciec był przecież przez całe lata szefem Klubu Inteligencji Katolickiej w Gdańsku... 22 - 24 lutego Czytanie dziesiątków analiz, w tym dołującej i przygnębiającej narracji Eugeniusza Smolara w podkaście prowadzonym przez Jacka Palasińskiego. Smolar widzi bardzo czarno sytuację w Europie i na świecie, choć nie wyjaśnia do końca dlaczego. * W kontekście ukraińskim z niemożliwą do zduszenia w sobie nienawiścią myślę o Puti-nie, źle myślę o NATO, jeszcze gorzej o ONZ, a fatalnie o UE. Bo po aneksji Krymu z roku 2014 nie zrobiono nic. Nic, aby zatrzymać Putina, kremlowskiego mordercę, który sieje spustoszenie w wolnym świecie. Paweł Zbierski 159 25 lutego. Saint Laurent Wojna. Wiedziałem, że wybuchnie i nawet byłem tego pewien, budząc się o czwartej nad ranem, zlany potem. I moja pierwsza myśl: zaciągnąć się na tę wojnę. Po stronie Ukraińców. .. 26 lutego, Katalonia Północna . Od początku rusza w regionie gigantyczna pomoc dla Ukraińców. I to jest dla mnie jeszcze bardziej imponujące od fantastycznego wsparcia przez moich rodaków. Bo przecież z Barcelony do Kijowa jest ponad trzy tysiące kilometrów! A z Warszawy czy Pomorza — trochę bliżej... 27 lutego, obszerna korespondencja z Ramonem... Ramon: Uważam, że między Ukraińcami a Kalalończykami jest wiele podobieństw. To dwa narody, które walczy o swoje prawo do istnienia, stawiając czoła imperialistycznym krajom, które zaprzeczają ich istnieniu i które są gotowe zrobić wszystko, aby ich unicestwić. Dla króla Hiszpanii nie ma narodu katalońskiego, dla Putina nie ma narodu ukraińskiego, dla tureckiego prezydenta Kurdowie są wynalazkiem Amerykanów, by zdestabilizować jego kraj. O wiele łatwiej jest eksterminować ludzi, których nie ma, jednoczes'nie oskarżając o całe zło tych, którzy twierdzą, że są to uciskane tożsamos'ci. Tę fałszywą propagandę odnajdujemy w oficjalnym dyskursie Hiszpanii i Posji, w których zarówno Ukraińców, jak i Katalończyków oskarżano o bycie nazistami. Obecnie Francja prowadzi kampanię medialną przeciwko Korsykanom, przedstawiając ich jako brutalny naród. Francja twierdzi również, że Korsykanie nie istnieją. Ukraińcy i Ka-talończycy są piętnowani jako nacjonaliści, ponieważ twierdzą, że mają prawo mówić w ich języku i być suwerennym narodem. Francja, Rosja, Hiszpania, Turcja, Chiny nie są nacjonalistami? To prawda, że Francuzi są „szowinistami”, a nie nacjonalistami. Ale to ostatecznie oznacza to samo. Dlaczego musimy chwycić za broń i przelewać krew, aby istnieć w świecie XXI wieku? Gdzie jest „demokracja” w Hiszpanii, która Katalończyków miażdży przemocą i sądami? Jak to możliwe, że Europa przymknęła oko na hiszpańskie represje wobec Katalończyków mówiąc, że to sprawa wewnętrzna? Waszyngton i Bruksela również przymknęły oko na brudną wojnę, którą Rosja toczy na Ukrainie, ponieważ Ukraińcy potwierdzili swoje życzenie, by nie być dłużej pod rosyjską dominacją i zbliżyć się do Europy. Dziś sytuacja eksplodowała im w twarz i czują się zobowiązani do pomocy Ukraińcom, dumnemu narodowi, gotowym do wałki o swoją wolność. Lepiej być narodem „nacjonalistycznym” w oczach państw imperialistycznych niż narodem uległym! 160 Dziennik kataloński (15) 28 lutego — 15 marca, Katalonia Północna Codziennie kolejni merowie z następnych katalońskich gmin dołączają swoje miasta i wsie do akcji w sprawie Ukraińców, Dochodzi to tego, że ślę do Lecha Parella z portalu gdansk.pl profesjonalną listę ukraińskich potrzeb medycznych i sanitarnych przygotowaną w Katalonii! Może i w Gdańsku się przyda? Oto bezcenny, wciąż aktualizowany, wiernie skopiowany, fragment tej katalońskiej listy z 2 marca: Materiały pierwszej awaryjności: - bandaże dowolnego użytku - zestawy do szycia - zestawy do infuzji - sterylizowane gazy - butelki betadiny - butelki wody utlenionej - strzykawki - zestawy spalania - zestawy krwotoczne - rozciągliwe paski - koce przetrwania - pudełka soli fizjologicznej Materiały higieniczne: - mydło - żel pod prysznic - chusteczki - pasta do zębów - szczoteczka do zębów Racja wojskowa - suche ciasteczka - puszki na zimno (tuńczyk, sardynka, pasztet i sałatka) - tabliczka czekolady - batoniki zbożowe - kompoty wszelkiego rodzaju - makaron owocowy Prosimy o uszanowanie tej listy w przypadku apelacji do darowizny, która odpowiada na wyłączną prośbę szpitala Lwów. UWAGA Bez ubrań, bez jedzenia. 15 marca kawiarnia w Ceret W kawiarni Pabla Picassa czytam z poślizgiem dość dla mnie sensacyjny tekst z prasy hiszpańskiej pochodzący z pierwszego dnia wojny Paweł Zbierski 161 Madryt, 25 lutego („Prasa EUROPA”) Opozycja zwróciła się do rządu o wyjaśnienia dotyczące eksportu materiałów obronnych produkowanych dla Rosji w ostatnich latach, jednocześnie chce, aby ministrowie obrony i spraw zagranicznych Margarita Robles i Jose Manuel Albares udali się do Kongresu, aby szczegółowo poznać stanowisko rządu i jego plany na przyszłość. Po decyzji Rosji o interwencji militarnej w Ukrainie opozycja sformułowała pytanie do władz wykonawczych, aby szczegółowo wyjaśnić, dlaczego dał zielone światło w 2020 i 2021 r. na eksport broni o wartości ponad 8 min euro z przeznaczeniem dla Rosji i Ukrainy (...) W ten sposób opozycja zamierza poznać szczegóły dotyczące faktycznie wywiezionej broni, a także szczegóły dotyczące udzielonego zezwolenia „w obliczu konfliktu zbrojnego, który rozpoczął się w Ukrainie i szczególnie niebezpiecznego kryzysu militarnego, który jest poprzedzony ogólną niestabilnością wszystkich jego uczestników”. (...) Szef rządu Pedro Sanchez ma wkrótce stawić się na posiedzeniu plenarnym Kongresu, aby przedstawić stanowisko Hiszpanii po ataku na Ukrainę, który odbył się w czwartek o świcie na rozkaz prezydenta Rosji Władimira Purina 22 marca, Katalonia Północna ,Angelets de la Terra” — stowarzyszenie, którym kieruje Ramon, wykorzystuje swoją rozbudowaną sieć informacyjną z wybranymi urzędnikami katalońskimi, aby mobilizować kolejne miasta oraz urzędy miast do organizacji wsparcia dla Ukrainy, dokładnie na wzór akcji z 2017 roku, w celu poparcia prześladowanych Południowych Katalończyków po referendum w sprawie samostanowienia. „Angelets de la Terra” organizuje między innymi transporty uchodźców ukraińskich. „ Nawet twoje miasto Saint Laurent de Cerdans w to weszło! — pisze do mnie Ramon. Dziś zaangażowanych jest wiele samorządów, które zbierają głównie sprzęt medyczny, który następnie przywożą do Polski stowarzyszenia humanitarne. Niektóre z nich — jak wyjaśnia Ramon — były już aktywne na początku wojny między Rosją a Ukrainą w 2014 roku, ale - jak dalej pisze — „w tamtym czasie Europa i różne państwa odpuściły” . Dziś z kolei Perpignan i jego skrajnie prawicowy burmistrz, towarzysz życia i rzecznik Marinę Le Pen, są szczególnie aktywni propagandowo w mediach deklarując medialnie wsparcie dla stowarzyszeń humanitarnych. „Niepokoi mnie to - pisze Ramon — ponieważ moim zdaniem jest to operacja obliczona na kampanię prezydencką, mająca na celu przedwyborcze wybielenie Marinę Le Pen, która przecież otwarcie poparła Putina. Ramon podkreśla, że to poparcie dla Ukraińców w południowej części Katalonii (na terytorium Hiszpanii) jest jeszcze mocniejsze niż w Katalonii Północnej (na terytorium Francji). -Tak, Południowa Katalonia jest również bardzo aktywna. Organizowane są koncerty wsparcia i mobilizują się dziesiątki ratuszów. Dla południowych Katalończyków związek między Ukrainą a Katalonią jest silniejszy, ponieważ świadomość walki o istnienie i samostanowienie jest znacznie mocniejsza niż w północnej Katalonii. 162 Dziennik kataloński (15) 25 marca, Barcelona. Dowiaduję się o tej bulwersującej sprawie z bardzo dużym poślizgiem Po czterech dniach odosobnienia przez polskie służby bezpieczeństwa (ABW), doniesiono, że baskijski dziennikarz Pablo Gonzalez przebywa w areszcie tymczasowym w rzeszowskim więzieniu. Polska wydała oświadczenie wyjaśniające, że został on oskarżony o szpiegostwo na podstawie art. 130 ust. 1 polskiego Kodeksu karnego. Grozi mu do dziesięciu lat więzienia i przebywa w areszcie tymczasowym przez trzy miesiące. Gonzalez jest specjalistą od konfliktów i obszaru wpływów byłego Związku Radzieckiego. Wcześniej relacjonował wojnę ukraińską, która ma miejsce od 2014 roku, ale na początku lutego, przed rozpoczęciem ofensywy rosyjskiej, pojechał do Kijowa i Donbasu, aby zdać relację z sytuacji. Według gazety Publico, 6 lutego, podczas pobytu na wschodzie Ukrainy, Gonzalez odebrał telefon od ukraińskich służb specjalnych z żądaniem jak najszybszego zgłoszenia się do Kijowa. Jego adwokat Boye poinformował, że dziennikarz został zatrzymany i przesłuchany przez agentów hiszpańskiego wywiadu (CNI). Funkcjonariusze naciskali na dziennikarza i oskarżali go o prorosyjskość, zarzucając mu, że na koncie czekowym ma niewielkie dochody z baskijskiej gazety „Gara”. Podczas przesłuchania w Kijowie agenci CNI odwiedzali także osoby z ich najbliższego otoczenia w Kraju Basków i Katalonii. Pod koniec miesiąca, wraz z wkroczeniem wojsk rosyjskich na Ukrainę, zdecydował się lecieć do Warszawy, skąd udał się na granicę, by osłaniać exodus uchodźców. Gdy był tylko w Polsce przez dwa dni, został zatrzymany w pokoju hotelowym w Rzeszowie. Towarzystwo Dziennikarskie, którego jestem członkiem, odmawia własnego, autorskiego zbadania sprawy... Bolesne dla mnie szczególnie, że tak samo jak oficjalna prasa polska Paweł Zbierski 163 myśli Sewek Blumsztajn, człowiek, którego nadzwyczaj cenię za odwagę i czynną obronę zagrożonej w Polsce wolności słowa. Kompletnie tego nie rozumiem, bo media PiS-owskie już ogłosiły — bez sądu (!) — że Goznalez to z pewnością ruski agent, w dodatku pracujący w „nieistotnej gazecie baskijskiej”! Zapytałem też przed momentem Ramona, co myśli z kolei na temat współpracującej w Gonzalezem Gazety „Gara (Maciej Stasiński, ekspert od spraw hiszpańskich w „Gazecie Wyborczej” twierdzi, że to gazeta nieważna) : „Gazeta Gara to baskijska gazeta niepodległościowa, która pojawiła się po wprowadzeniu przez Hiszpanię zakazu działania innych baskijskich gazet niepodległościowych. A Boye, prawnik Gonzaleza, jest także prawnikiem Puigdemonta. To prawda, że ta historia jest bardzo dziwna. Kimże są bowiem tajne służby ? Polacy i CNI (to hiszpańskie KGB) pieprzące się wspólnie przeciwko temu baskijskiemu dziennikarzowi?...” * Ramon: „Język jest tym, co łączy nas z kulturą wspólną dla tych samych ludzi, z ich historią i tożsamością. Bez języka lud, naród, człowiek traci część swojej tożsamości. Aby osłabić i sprawić, by naród kataloński zniknął, Ludwik XIV zakazał języka katalońskiego w 1700 roku, a następnie Edukacja Narodowa zakazała języka katalońskiego i innych języków obecnych na terytorium Francji w XX wieku na dziedzińcach szkolnych. Hiszpańskie państwo atakuje obecnie edukację w języku katalońskim, ponieważ zrozumieli, że to szkoły i media w języku katalońskim pozwalają na integrację nowo przybyłych, nawet niektórych Hiszpanów, którzy w końcu stają się katalońskimi separatystami. Aby lepiej zdominować lud, konieczne jest odcięcie mu języka i narzucenie mu języka dominującego. Kiedy widzę, że prezydent Ukrainy mówił tylko po rosyjsku i uczył się ukraińskiego, kiedy został wybrany, to potwierdza to, co mówię. Aby uwolnić się od imperialistycznego jarzma, trzeba odzyskać swój język.” 800 metrów... Taki dystans przebyła ciężarówka prowadzona przez islamskich terrorystów, która w r. 2017 ulicę La Rambla w stolicy Katalonii zamieniła w rzekę krwi. Dla mnie to o tyle istotna historia, że to właśnie wtedy ostatecznie zdecydowałem się na emigrację z Gdańska. Barcelona, tuż po tamtym zamachu, to był mój pierwszy przystanek na emigracyjnej drodze. Trudno więc, by wszystko, co związane z tamtymi mrocznymi wydarzeniami, nie było dziś dla mnie szczególnie ważne... * „800 metrów” to także tytuł mocno zastanawiającego filmu i chyba naprawdę niezależnego od hiszpańskiej klasy politycznej, który właśnie oglądam w Netflłx i zdumiony przecieram oczy. Bo po pierwsze: dowiaduję, że w Rippoll, tuż obok mojego Saint Laurent de Cerdans (!) , tyle że po hiszpańskiej stronie granicy, mieściła się wylęgarnia skrajnie islamistycznych morderców, którzy planowali swoje zamachy w kilku krajach Europy. Po 164 Dziennik. kataJoński (15) drugie: film intencjonalnie akcentuje datę zamachu przy La Rambla, który pierwotnie planowano na bazylikę Sagrada Familia. W 2017 roku! Czyli dokładnie w roku katalońskiego referendum krwawo stłumionego przez hiszpańską policję i zakończonego serią drakońskich wyroków na przywódców ruchu niepodległościowego... Po trzecie oglądam w tym serialu między innymi filmiki wyprodukowane przez samych bardzo młodych terrorystów, wyraźnie rozbawionych, ewidentnie naćpanych narkotykami. Oni przygotowują się do zamachu, który wykonają w imię Allaha i zapowiadają, że żywcem trafią za to do raju. Jeden z nich co prawda nie umył się rytualnie do modlitwy, bo -jak tłumaczy — zdążył się już umyć wcześniej. Poważnie się zastanawiam czy ta radykałizacja islamskich młodzieńców nie jest ściśle planowana właśnie na rok 2017 przez hiszpańskie służby specjalne i stymulowana różnymi metodami, między innymi pieniędzmi i narkotykami? Przy czym oczywiście w tej sprawie wszelkich dowodów brak, gdyż profesjonalne służby na całym świecie celowo nie produkują żadnych śladów swej aktywności. Po czwarte wiadomo, że po katalońskim referendum z roku 2017 Hiszpanie zatrudnili aż sześć wysoko specjalistycznych agencji PR, by na świecie sprzedawać wykreowany przez siebie obraz wydarzeń oraz rzeźbić w umysłach Europejczyków przekaz wspomagany różnymi propagandowymi narzędziami (między innymi nagrodą Księstwa Asturii). Wśród beneficjentów tej narracji widzę najważniejsze media światowe, w tym między innymi polskie czy izraelskie. Przekaz jest prosty jak cep. Patrzcie, Katalonia to siedlisko separatystycznych terrorystów, którzy zagrażają pokojowi światowemu poprzez atak na „hiszpańską demokrację liberalną!” Trzeba więc Katalończykom wydać bezwzględną wojnę konwencjonalną i hybrydową. W tej wojnie - co obserwuję z zgrozą — nicki trolli antykatalońskich nierzadko rymują się z niekarni trolli prokremlowskich i przerażająco współbrzmią z naiwnymi „analizami” dużej części publicystów nadwiślańskich... Paweł Zbierski 165 * Widok z okna domu Ramona. Wprost na Canigou, Świętą Górę Katalonii. W ogrodzie drzewa owocowe nieśmiało wypuszczają pierwsze białe i różowe pąki. W jego pokoju starannie ułożone, wielojęzyczne publikacje na temat Katalonii. Na półce cały rząd czarnych rzeźb i masek afrykańskich o smutnych obliczach. W sąsiednim pokoiku córeczka cichuteńko nuci pod nosem katalońską pieśń. Piętro niżej pachnie zupą kartoflaną. Za moment na werandzie podadzą lunch. Ojciec Ramona chwyta mnie pod łokieć, prowadzi do swej pracowni malarskiej. I odwraca płótna licami w moim kierunku. — Czy malarz kataloński ma jakieś ulubione kolory? — pytam — Kolor ochry, kolor ziemi, niebieski — niebo, czerwony i czarny — dla kontrastu, niebo, morze... — Tutaj jest niebieski? — dopytuję — Tak jest jest tutaj kolor niebieski i jest kolor żółty, więc chyba wszystko jest ok Wszystko na swoim miejscu? Nie sądzisz? — UfP.!! — wzdycha najpierw, a potem wyraźnie odprężony i rozbawiony, głośno się śmieje. - Kiedy wreszcie się ociepli, to przywieź swoje obrazy do Galerii „Poray” i zrobimy ci wystawę monograficzną w Saint Laurent — proponuję — Załatwione — odpowiada — przywieziemy do Saint Laurent de Cerdans sześć win białych i sześć czerwonych. Potem prowadzi mnie do ogrodu. Pochyla się nad ziemią wykonując dłonią zamaszyste półkola, jakby kosił trawą. — Masz to dla ciebie! — I wręcza mi pełną garść kuleczek wielokolorowego pieprzu. * Na sam koniec, jeszcze przed pożegnaniem, podchodzi jeszcze z kluczem od bramy przed dom mój bohater, syn malarza, Ramon. Prowokuję go chyba trochę moim pytaniem; — Trudno cię jednoznacznie zdefiniować, Ramon! Twarda z ciebie sztuka. — Jedni stwierdzą, że zdradzam ojczyznę. Zarzucają, że mam zbyt wiele tożsamości. Inni uznają mnie może za człowieka zbyt radykalnego, ocierającego się o ekstremizm... Im, a także wszystkim innym, powtarzam po katalońsku: Visca Catalunya! Visca la Terra! Visca la llibertat!' 14 lutego - 8 kwietnia, 2022, Barcelona, Saint Esteve, Saint Laurent de Cerdans Niech żyje Katalonia! Niech żyje Ziemia! Niech żyje wolność! Muzyka-Sztuka Wacław Bielecki Notki melomana w czasie pandemii i wojny (5) Muzyka z sal koncertowych i Internetu Wacław Bielecki 167 Ostatnie cztery miesiące, które przyszło mi relacjonować w tych notkach, były bardzo zróżnicowane, gdy idzie o dostęp do żywej muzyki. Pod koniec jesieni obostrzenia sanitarne spowodowane koronawirusem były dla orkiestr i melomanów nieco luźniejsze, potem przyszły ograniczenia do 50 a nawet 30 procent zapełnienia widowni. W lutym tego roku nagle wszystko się zmieniło z powodu wojny Rosji z Ukrainą. W tych ciężkich czasach udało mi się dotrzeć do kilku sal koncertowych w Bydgoszczy, Koszalinie, Gdańsku i Sopocie. KONKURS IM. BOGDANA PAPROCKIEGO sobota, 20 listopada 2021 r. W Operze Nova w Bydgoszczy przysłuchiwałem się występom podczas finałowego etapu II Ogólnopolskiego Konkursu im. Bogdana Paprockiego. Przed południem w pierwszej turze zaśpiewało 13 osób; 4 soprany, 1 mezzosopran, 3 tenory, 2 barytony i 3 basy. Wieczorem odbyła się druga tura z udziałem 12 śpiewaków, której już nie mogłem wysłuchać. Każdy z uczestników zaśpiewał dwie arie operowe. Wszystkim akompaniowała orkiestra Opery Nova pod batutą dwóch zmieniających się dyrygentów: dyrektora Macieja Figasa oraz Piotra Wajraka. Przesłuchanie zaczęło się od moich ulubionych utwrów: Caro nome - arii Gildy z opery „Rigoletto” Verdiego i Quel guar^ia ii caualiere - arii Noriny z opery „Don Pasquale” Do-nizettiego. Zaśpiewała je pięknie sopranistka koloraturowa Marta Mazanek-Matuszewska, dysponująca ruchliwym głosem z jasną barwą. Następnie najmłodszy finalista konkursu baryton Szymon Raczkowski wykonał arię z opery „Eugeniusz Oniegin” Czajkowskiego-Bbi MHe nHcajiH (Napisałaś do mnie) oraz arię Wołframa tzw. Pieśń do gwiazdy z opery „Tannhauser” Wagnera. Pozostali uczestnicy śpiewali bardzo znane arie z oper Moniuszki, Pucciniego, Bizeta, których słuchałem z wielką przyjemnością, bo wykonywane były na żywo z emocjami towarzyszącymi konkursowej rywalizacji. Jury pod kierownictwem znanego barytona Andrzeja Dobbera przyznało I miejsce w kategorii głosów żeńskich sopranistce Justynie Kihl. Oprócz nagrody pieniężnej (12 tys. zł) otrzymała nagrodę specjalną (4 tys. zł) za najlepsze wykonanie arii kompozytora polskiego oraz zaproszenia do udziału w spektaklu od pięciu teatrów operowych w Polsce. W kategorii głosów męskich zwyciężył baryton David Roy, który został nagrodzony dodatkowo jako największa indywidualność konkursu. Tak się złożyło, że oboje zdobywcy pierwszych nagród są studentami Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, a nauczycielem Davida Roya jest znakomity śpiewak operowy, tenor Adam Zdunikowski, pedagog bydgoskiej uczelni i prezes Stowarzyszenia im. B. Paprockiego, organizatora konkursu. Regulamin konkursu zabrania uczestniczenia w nim uczniom członków jury, ale prof. Zdunikowski jurorem nie był. Organizacyjnie bydgoski konkurs przeprowadzony był bardzo sprawnie. Jako melomana zdziwiło mnie jednak to, że tylko dwa jego pierwsze etapy, w których uczestnicy śpiewali z akompaniamentem fortepianu, były transmitowane na YT. Finał i koncert laureatów zarezerwowany został wyłącznie dla słuchaczy mogących słuchać śpiewaków w sali Opery Nova. 168 Notki melomana w CTasiepandemiiiwojny(5XMuz)4tazsalkoncertowychi2nternetu KSIĘŻYC CIEMNY JAK ATRAMENT - KONCERT GITAROWY W KOSZALINIE piątek, 26 listopada 2021 r. Filharmonia Koszalińska im. Stanisława Moniuszki to bardzo ładny budynek znajdujący się w Parku Książąt Pomorskim położonym w centrum miasta. Jest to nowy, ośmioletni gmach. Budowa trwała trzy lata i kosztowała 33 miliony złotych. Pierwszy koncert odbył się w 2013 r. Sala koncertowa mieści się 520 słuchaczy, a na estradzie 70-osobową orkiestrę oraz chór. Cała sala jest wyłożona drewnem a fotele pokryte czerwonym materiałem. Z tyłu i po bokach na I i II piętrze znajdują się balkony. Akustyka jest znakomita. Listopadowy koncert poprzedziło wręczenie nagrody ,Artysta Roku” soliście - Mateuszowi Kowalskiemu, ufundowanej przez miasto. Dokonał tego wiceprezydent Koszalina, który natychmiast zniknął, nie zostając na koncercie. Nagroda ta została przyznana w 2019 r., ale z powodu pandemii artysta odebrał ją dopiero dzisiaj. Dodać trzeba, że Mateusz Kowalski pochodzi z Koszalina i przez 12 lat uczył się w tutejszej szkole muzycznej. Po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Fryderyka Chopina w Warszawie brał udział w licznych konkursach. Najważniejszym okazał się konkurs w Londynie w 2019 r. To zupełnie inny konkurs, bo mogą w nim wziąć udział tylko zdobywcy pierwszych nagród innych konkursów gitarowych. W Londynie było ich aż 17, i ten konkurs „zwycięzców konkursów” wygrał Mateusz Kowalski, odnosząc niebywały sukces. Wieczór zaczął się od krótkiej, koncertowej Uwertury Grażyny Bacewicz - według Stefana Kisielewskiego iskrz^c^ się życiem i pędzącej jak na skrzydłach temperamentu rytmicznego. Następnie wysłuchaliśmy głównego punktu programu, współczesnego Koncertu gitarowego (Atramentoioy ciemny księżyc) z 2018 r. brytyjskiego kompozytora Joby-’ego Talbota. Było to pierwsze wykonanie w Polsce. Koncert trwa około 25 minut i w zasadzie nie ma części, ale wyróżnić w nim można spokojny wstęp, potem fragment z akompaniamentem orkiestry w rytmicznych triolach, po nimi następuje znowu cześć refleksyjna oraz żywiołowe zakończenie. Jest to ładny utwór napisany w konwencji muzyki filmowej. Gitara gra na tle orkiestry wolne lub szybsze przebiegi melodyczne, czasem przypominające preludiowanie. Ostatnia, najżywsza część zawiera krótki, melodyjny motyw zagrany przez gitarzystę. Fragment części wolnej, zaraz po wstępie, może się nawet kojarzyć z Concierto deAranjuez Rodrigo. Kompozycja Talbota ma programowy podtytuł Ink Dark Moon nadany przez twórcę i przetłumaczony swobodnie przez wykonawcę na: Księżyc ciemny jak atrament. Nawiązuje zatem do innych dzieł, np. romantycznej Sonaty księżycowe) Beethovena, czy impresjonistycznego preludium Światłość księżyca Debussego. Po wysłuchaniu trudno mi było zrozumieć, dlaczego u Talbota księżyc ma kolor atramentowy. Czy odcień barwy Księżyca można oddać za pomocą dźwięków? Soliście towarzyszyła orkiestra Filharmonii Koszalińskiej pod dyrekcją młodego i energicznego szefa Jakuba Chrenowicza. Po długich oklaskach, które wybrzmiały po zakończeniu utworu, usłyszeliśmy na bis fragment wirtuozowskich Rossinian na gitarę solo skomponowanych przez Maura Gulianiego. Wacław Bielecki 169 Drugą część koncertu wypełniła w całości /XSymfonia C-<^ur, zwana „Wielką”, bo trwająca ponad 50 minut, Franza Schuberta. Byłem trochę zdziwiony, jakim aplauzem publiczności zostało nagrodzone jej wykonanie, ale jest to przecież niezwykle melodyjne dzieło. Mnie do ucha najbardziej wpadło przepiękne Scherzo. Przed wyjściem z filharmonii udało mi się uzyskać autograf solisty Mateusza Kowalskiego na jego płycie „Polish Romantic Guitar”. Dodam też, że z wielką przyjemnością słuchałem „słowa wiążącego” wygłaszanego przed wykonaniem utworów przez prelegenta Andrzeja Zborowskiego. Naprawdę robił to w sposób znakomity: rzeczowo, krótko i dowcipnie. CONCIERTO ANDALUZ NA OŁOWIANCE piątek, 3 grudnia 2021 r. I znowu koncert gitarowy, tym razem w Gdańsku. Zaczął się on od uwertury do opery „Turek we Włoszech” Gioacchina Rossiniego z pięknym solo rogu i pomyłkowym, bo za wczesnym wejściem trąbki, w początkowej części. W zakończeniu było coraz głośniej, czyli crescendo, jak to jest u Rossiniego, kompozytora zwanego przecież „Panem crescendo”. Potem zagrał „Cracow Guitar Quartet”, zespół powstały w 2006 r. W jego skład wchodzą gitarzyści związani z grodem Kraka: Miłosz Mączyński, Joanna Baran-Nosia-dek, Łukasz Dobrowolski i Mateusz Puter. Artyści z towarzyszeniem orkiestry Polskiej Filharmonii Bałtyckiej wykonali Concierto Ancialuz Joaquma Rodrigo. Zaczyna się on dynamicznym Bolerem. W powolnym Adagio gitarom akompaniują miejscami aż 4 rogi, a niektóre motywy nieomal dosłownie powtórzone są przez dwa flety i dwie trąbki z najsłynniejszego utworu Rodriga - Concierto deAranjuez. W części wolnej pomieszczona jest piękna kadencja dla 4 gitar, które przechwytują od siebie melodie. Koncert kończy się żywiołowym Allegretto z hiszpańskimi tańcami wziętymi z flamenco o nazwach: bulerias, zapateado i sevillana. Rodrigo zadedykował swoje Concierto Andaluz, napisane w 1967 r., rodzinie gitarzystów z Andaluzji. Już trzecie pokolenie z tej rodziny jest obecne na scenie, tworząc najsłynniejszy na świecie kwartet gitarowy „Los Romeros”. Przed kilkoma laty miałem szczęście słyszeć ich na żywo w Filharmonii Krakowskiej. Wykonanie Koncertu Andaluzyjskiego przez „Cracow Guitar Quartet” było niezłe, ale w ich interpretacji zabrakło mi trochę hiszpańskiego ognia. Poza tym, nagłośnienie gitar nie było zbyt dobre, bo wyraźnie było słychać, że dźwięk pochodzi z głośników a nie z instrumentów. Na bis krakowianie wykonali jakiś melodyjny utwór z kręgu muzyki iberyjskiej. Dość krótki, bo odbyty bez przerwy, koncert zakończyło Dioertissemento francuskiego kompozytora Jacquesa Iberta. To rzadko teraz grany, charakterystyczny utwór na orkiestrę w bardzo pomniejszonym i nietypowym składzie: piccolo, flet, klarnet, fagot, róg, trąbka, puzon, czelesta, fortepian, smyczki (troje skrzypiec, dwie altówki, dwie wiolonczele, kontrabas), perkusja (kotły, werbel, bęben, gwizdek!). Sześcioczęściowe dzieło jest zmienne w nastrojach ale przeważnie bardzo zabawne, by nie powiedzieć komiczne. Mamy w nim, i parodię z wiedeńskiego walca, i naśmiewanie się z parad z towarzyszącymi im marszami. 170 Notki melomana w czasie pandemii i wojny (5). Muzyka z sal koncertowych i Internetu Dtuertissemenfo zostało wykonane brawurowo przez gdańskich filharmoników pod batutą ich szefa George’aTchitchinadze i nagrodzone burzliwymi oklaskami. PIERWSZY ALBUM AUTORSKI KACPRA SMOLIŃSKIEGO piątek, 17 grudnia 2021 r. W Programie II Polskiego Radia transmitowany był koncert jazzowy poświęcony w całości albumowi autorskiemu z muzyką skomponowaną przez Kacpra Smolińskiego; „pierwszą harmonijkę ustną RP”, jak zapowiedział go konferansjer. Solista grał z kwintetem o dziwnym nieco składzie: dwie perkusje, wiolonczela, fortepian i harmonijka ustna. Prezentowana przez artystów muzyka była dla mnie w większości - nie będę tego ukrywał - dość smutna, z podobnymi melodiami i rytmami oraz niezbyt zróżnicowana pod względem dynamicznym. Kolejne utwory, chociaż zapisane w nutach, nie miały nazw. Na koniec występu Kacper Smoliński tak to skomentował: - Chcę przeprosić, że nie za-poioiaeiaiem uttooróio, ale prawelajest taka, że jeszcze nie mają tytułów, musz^ je „wymysjić" Może powinienem powiedzieć też jakąś' anegdoty o muzyce, ale takich nie mam. Napisałem muzykę i nie ma w tym nic szczegółnego. Najhardziej bym chciał, aby moja muzyka pełniła taką funkcję, jaką muzyka pełni dła mnie, czyłi po prostu pozwała mi ochronić cos', cos' zbudować w swoim rozumie, w swoim sercu i nie pozwołić, żeby ktoś' mógł to zniszczyć, i stworzyć cos' po prostu swojego. Bardzo ciepło wypowiadał się o artyście pochodzącym ze Sztumu znany kompozytor i aranżer Krzysztof Herdzin, który, przypomnijmy, skomponował dla niego koncert na harmonijkę ustną i orkiestrę smyczkową wykonany po raz pierwszy w listopadzie 2019 r. w Łomży i potem nagrany na płytę (zob. „Prowincja” nr 1 z 2020 r.); - W Polsce tak naprawdę nie mielis'my dotąd kogoś' takiego jak Kacper Smoliński. To bardzo utalentowany, wszechstronny muzyk, a jego harmonijka ma dwa rzędy dźwięków, opartych na dwóch skalach całoto-notcych, co daje ogromne możliwos'ci. SOPOT POWITAŁ NOWY ROK NA JAZZOWO niedziela, 16 stycznia 2022 r. W niewielkiej sali koncertowej Polskiej Filharmonii Kameralnej przy Operze Leśnej w Sopocie odbył się noworoczny koncert pod nazwą Tribute to Stan Getz (Hołd dła Sta-na Getza). Miłośnicy jazzu wiedzą, że Stan Getz to wybitny saksofonista amerykański ukraińsko-żydowskiego pochodzenia, którego 30-lecie śmierci obchodzono w ubiegłym roku. Wychował się w Nowym Jorku. Grał na saksofonie tenorowym i miał przydomek The Sound, ze względu „na piękny, ciepły, liryczny dźwięk oraz zachwycającą wirtuozerię. W 1960 r. zawitał do Polski na festiwal Jazz Jamboree oraz nagrał płytę z Triem Andrzeja Trzaskowskiego. Rok później kompozytor amerykański Eddie Sauter napisał dla Stana Getza utwór pn. Focus. Jest to suita na saksofon tenorowy, kwintet smyczkowy, harfę i jazzowy Wacław Bielecki 171 zestaw perkusyjny. Ten pochodzący z epoki swingu siedmioczęściowy utwór trwający ponad 40 minut usłyszeliśmy w drugiej części wieczoru. Natomiast na początku została wykonana współcześnie skomponowana suita, napisana w 2021 r. przez Krzysztofa Herdzina pod nazwą Trtbute to Stan Getz. Jest to utwór na identyczny skład, jak Focus. W obecności kompozytora partię solową wykonał saksofonista Piotr Baron. To bardzo ciekawa postać. Tytuł magistra sztuki uzyskał w Akademii Muzycznej we Wrocławiu. W ciągu czterdziestoletniej działalności muzycznej był także dziennikarzem muzycznym, recenzentem, prowadził radiowe audycje muzyczne, komponował, uczył grać na saksofonie, miał otwarte wykłady jazzowe w USA i Europie, był doradcą Ministra Kultury, a obecnie od 2018 r. zajmuje stanowisko dyrektora Orkiestry Sinfonia Iuventus. Oczywiście, przez te wszystkie łata grał w wielu zespołach jazzowych i nagrał jedenaście płyt autorskich. Towarzyszącą soliście orkiestrą Polskiej Filharmonii Kameralnej dyrygował Marek Wro-niszewski, który jest zastępcą Piotra Barona w Sinfonii Iuventus. Doszło więc do tego, że szef grał pod takt zastępcy. Oprócz smyczków do orkiestry została dołączona tradycyjna perkusja jazzowa z grającym na niej Łukaszem Zytą oraz harfa na której muzykował Carlos Pena Montoya. Bez perkusji trudno by było nadać utworom charakter jazzowy, a harfa wyczarowywała specyficzny koloryt, czasami naśladując fortepian, a w innych miejscach gitarę. Prawie półgodzinna suita Tribute to Stan Getz Krzysztofa Herdzina opiera się na kilku wybranych tematach jazzowych i składa się z siedmiu części, czterech w szybkich i trzech granych w wolniejszych, często w tanecznych i synkopowanych rytmach, jest przy tym ciekawie i różnorodnie zinstrumentowana. Kompozytor wykorzystuje w niej specyficzne brzmienie kwintety smyczkowego, podkreśla partię perkusji, a od czasu do czasu na pierwszy plan dźwiękowy wysuwa, to kontrabas, to wiolonczelę lub skrzypce solo albo harfę. Zapisana w nutach główna partia saksofonu przypomina swobodną improwizację. Wykonał ją znakomicie Piotr Baron pięknym, miękkim i nie za ostrym tonem. Słuchało się tego bardzo dobrze. Nad całością panował dyrygent Marek Wroniszewski, który przez sporą część koncertu siedział na „barowym” krześle dyskretnie lecz pewnie nadając tempa i wskazując wejścia soliście i innym instrumentalistom. Oczywiście, publiczność wyklaskała utwór na bis, którym było powtórzenie wolnej części suity. Karnawałowy koncert zapowiadał z dużą znajomością rzeczy i kulturą Cezary Nelkow-ski. Żegnając się z publicznością konferansjer powiedział: „Życzę, aby Państwa uposażenia w Nowym Roku wzrosły co najmniej trzy raz szybciej niż inflacja”, co zostało z radosnym aplauzem odebrane przez melomanów. Wspomnieć tu trzeba, że Polska Filharmonia Kameralna w Sopocie obchodzi w tym roku 40-lecie istnienia, i co niezwykłe, ciągle z tym samym dyrektorem - Wojciechem Rajskim. 172 Notki melomana w czasie pandemiiiwojny(5XMuz)4tazsalkonccrtowychiIntcrnetu ZABRZMIAŁ „GŁOS ŚLĄSKA” piątek, 28 stycznia 2022 r. W kościele św. Elżbiety pr:^ wrocławskim Rynku odbył sif inauguracyjny koncert po odbudowie spalonych w czasie pożaru świątyni w 1976 r. organów. Zaczął je budować w 1750 r. Michael Engler Młodszy, a dokończył 11 lat później jego syn Benjamin. Organy zwane „Głosem Śląska” były tym dla Wrocławia czym Ołtarz Mariacki Wita Stwosza dła Krakowa. Odbudowa trwała cztery lata. Rekonstrukcji instrumentu dokonało konsorcjum złożone z trzech firm: niemieckiej, belgijskiej i polskiej. Organy zostały odtworzone przy użyciu ręcznych narzędzi stosowanych dawniej i starych metod. Wszystkie materiały drewniane zostały klejone używanymi jak wówczas klejami kostnymi, a piszczałki wykonane z blachy ręcznie struganej. Koszt odbudowy okazał się zawrotny - 22 min zł. Organy mają wielką szafę barokową na której znajdują się 22 figury - aniołów i proroków Starego Testamentu. Między nimi można zobaczyć dwie najbardziej okazałe rzeźby przedstawiające Aarona, pierwszego biblijnego arcykapłana i Miriam, czyli Marię z Nazaretu, matkę Chrystusa. Drewniane rzeźby i inne elementy snycerki są pozłocone 24 karatowym złotem. Mnie przypominają organy w Oliwie. W ich odbudowę było zaangażowanych ponad 200 rzeźbiarzy, malarzy, stolarzy. Pieniądze na to przedsięwzięcie pochodziły z UE, miasta. Ministerstwa Obrony Narodowej i darczyńców - z ofiar składanych do kościelnych puszek. Wykonawcą pierwszego publicznego koncertu był Lorenzo Ghielmi, włoski organista oraz klawesynista, dyrygent i muzykolog z Mediolanu. Podczas półtoragodzinnego koncertu wykonał utwory sławnego mistrza Dietricha Buxtehudego z Lubeki i jego uczniów - Nicolausa Bruhnsa oraz Jana Sebastiana Bacha. Utwory tego ostatniego zdominowały program koncertu. Wysłuchaliśmy kolejno: Arii BWV987, Sonaty d~mołłBWV1001, Chorału lipskiego oraz Toccaty, adagia i Jugi BWV 5(Sd. Wszyscy słuchacze z wielkim napięciem czekali na pierwsze dźwięki nowych organów zwanych „Głosem Śląska”, a ten głos okazał się przepiękny, typowy dla instrumentów barokowych. Organista zademonstrował najróżniejsze odcienie barw instrumentu oraz ich kombinacje. Było co pokazywać, bo po odbudowie organy mają 54 głosy, 3468 piszczałek, w tym 683 drewnianych, wśród których największe sięgające wysokości 12 m, a najmniejsze mają zaledwie 11 mm. Powietrze służące do ich napędzania pochodzi z 8 ogromnych miechów. Na kontuarze, czyli stole do gry, znajdują się trzy ręczne klawiatury koloru czarnego. Wrocławska publiczność bardzo ciepło przyjęła wykonywane utwory i na bis usłyszała bitowy chorał Bacha z przepiękną melodią Wichet auf, rufi uns die Stimme (Zbudźcie się, woła nas głos). Ja natomiast zapamiętam ten koncert także z powodu oryginalnego ubioru organisty. Okazało się bowiem, że na klawiaturze pedałowej gra/ on w czarnych skarpetkach. To pierwszy organista, którego widziałem bez butów. Po tym wydarzeniu Wrocław ma trzy niezwykłe organy, bo niedawno, jesienią 2020 r. sala Narodowego Forum Muzyki doczekała się nowoczesnego instrumentu. To wielkie or- Wacław Bielecki 173 gany z 4700 piszczałkami i 80 głosami zbudowane przez niemiecką firmę Orgelbau Klais Bonn (tą samą, która brała udział w odbudowie organów Englera). Natomiast w katedrze wrocławskiej na Ostrowiu Tumskim znajdują się organy Sauera przeniesione po wojnie ze słynnej Hali Ludowej. Były to przed II wojną największe organy na świecie, miały 187 głosów i ponad 15 tysięcy piszczałek. Przetrwały wojnę, ale zostały zdewastowane. Obecnie mają 151 głosów, czyli jest to największy instrument w Polsce, ale ich stan można określić jako zły, dlatego nie mogą stanowić konkurencji dla obecnych, nie tylko wrocławskich instrumentów. OPERA O ZAŁOŻYCIELU ELBLĄGA niedziela, 6 lutego 2022 r. Przeczytałem cztery sążniste eseje o muzyce dawnego Gdańska napisane przez gdańskiego organistę i pedagoga tamtejszej Akademii Muzycznej Andrzeja Szadejkę, który niedawno został mianowany profesorem przez Prezydenta RP. Teksty te zamówiła redakcja „Ruchu Muzycznego”, a ja czytałem je korzystając z wersji elektronicznej. Najbardziej zainteresowała mnie informacja o pobycie w Elblągu jednego z największych kompozytorów okresu baroku - Jerzego Fryderyka Handla. W 1737 roku rajcowie miasta, chcąc uczcić 500-lecie istnienia Elbląga, zamówili u J.E Handla jubileuszowy kompoj^gę. Dlaczego u niego? - pyfa i odpowiada prof Szadejko. Po pierwsze, jego twórczość, przynajmniej operowa, była znana. Po drugie, pośrednikiem i inspiratorem tego pomysłu oraz organizatorem podróży był długoletni przyjaciel Handla z czasów studenckich i jego osobisty sekretarz (dzisiaj powiedzielibyśmy: partner - WB) - Johann Christoph Schmidt, z pochodzenia elblążanin. W 1737 r. sytuacja w Londynie, gdzie mieszkał Handel stała się dla niego katastrofalna: został bankrutem, a na domiar złego mocno podupadł na zdrowiu. Potrzebował zatem pieniędzy i odpoczynku. Handel przyjął zamówienie i przybył do Elbląga. Jego niezachowana do dzisiaj elbląska opera pt. Hermann von Balcke o krzyżackim mistrzu krajowym, założycielu Elbląga, była rodzajem pasficcia, czyli składanką złożoną z arii z dawnych jego dzieł z przysposobionym do nich nowym tekstem. W skład kompozycji wchodziło 40 numerów, a 16 arii pochodziło aż z siedmiu poprzednich oper. W dniu 28 listopada 1737 roku gotową kompozycję, jako „Publiczny akt uwielbienia i dziękczynienia, na pami^ftkę jubileuszu 500-lecia powstania królewskiego miasta Elbląga uczyniony”, poprowadził kantor protestanckiego kościoła Mariackiego (dzisiejsza Galeria El) Christian Lau, przy współudziale uczniów tutejszego Gimnazjum, ale już bez obecności kompozytora. Handel nie napisał jednak całego utworu - recytatywy, a być może i kilka arii skomponował Johann Jeremias du Grain, uczeń słynnego kompozytora i organisty Georga Philippa Telemanna z Hamburga. Z 1737 roku pochodzi informacja o jego zatrudnieniu w elbląskim kościele Mariackim jako organisty, klawesynisty i śpiewaka (podobno śpiewał pięknym basem). Później muzyk ten przeprowadził się do Gdańska, gdzie od 1747 roku był organistą w kościele św. Elżbiety. 174 Notki melomana w czasie pandemii i wojny (5). Muzyka z sal koncertowych i Internetu ÓSMY CUD ŚWIATA czwartek, 24 lutego 2022 r. Katarzyna Dondalska, sopranistka koloraturowa, opowiadała studentom Akademii Muzycznej w Gdańsku w trybie online o obecnej sytuacji związanej z tym najwyższym głosem. W XIX wieku był to najbardziej podziwiany głos kobiecy, i wtedy, i obecnie krytykowany za jednostronne popisywanie się lub broniony jako „środek wyrazu”. Jako przykłady prelegentka prezentowała fragmenty nagrań słynnych śpiewaczek niemieckich (Erna Sack) i polskich (Bogna Sokorska , Olga Szwajgier). Wykładowczyni posługiwała się terminem: „sopran stratosferyczny”, to znaczy sięgający do najwyższych dźwięków: gis lub a z oktawy trzykreślnej, a nawet wyższych - do c czterokreślnego. I do tej niebotycznej wysokości sięga głos Katarzyny Dondalskiej. Śpiewaczka jest obecnie profesorem w Akademii Sztuki w Szczecinie, gdzie prowadzi klasę wokalną, a śpiewa głównie na scenach niemieckich. Pochodzi z rodziny o tradycjach muzycznych, a ściślej skrzypcowych. Jej ojciec Jan był koncertmistrzem Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej w Olsztynie. Teraz drugim koncertmistrzem jest tam jej siostra Monika, a brat Natan - I koncertmistrzem Filharmonii Koszalińskiej. Ona także kształciła się na skrzypaczkę, ale porzuciła skrzypce dla śpiewu. Na początku uczyła się w Akademii Muzycznej w Gdańsku pod kierunkiem Haliny Mickiewiczówny, a po roku kontynuowała swoje wykształcenie w Wyższej Szkole Muzycznej w Wurzburgu. Słynna amerykańska śpiewaczka operowa Barbara Bonney, w wywiadzie udzielonym dla Telewizji BBC podczas Festiwalu w Cardiff w 2010 r., po wysłuchaniu polskiej artystki, nazwała ją „ósmym cudem świata”. OPERA? SI! sobota, 26 lutego 2022 r. Do Opery Bałtyckiej w Gdańsku pojechałem na spotkanie melomanów pod nazwą Ope-ra? Si! - prowadzone przez Jerzego Snakowskiego. Przed dziesięcioma laty uczestniczyłem w jednym z pierwszych spotkań zorganizowanych przez tego popularyzatora muzyki operowej. Wtedy na sali było zaledwie kilkanaście osób. Dzisiaj widownia była całkowicie zapełniona. Przed wejściem do budynku wszystkim sprawdzano certyfikaty covidowe. Całe półtoragodzinne wydarzenie podzielone było na kilka części, jakby seriale zaczęte na poprzednich spotkaniach. Jerzy Snakowski opowiadał dzisiaj kolejno o: śmierci Traviaty, Halce, wywodzącym się z Gdańska śpiewaku, basie Adamie Palka oraz amerykańskiej sopranistce Deborah Voigt, która ongiś straciła rolę w operze Arianina na Na-ksos Richarda Straussa, ponieważ w Londynie uznano, że lepiej będzie, by partię tytułową wykonywała szczupła osoba. Spotkanie zakończyło się arią - Toastem z operetki „Bajadera” Imre Kalmana. Zaczęło się natomiast od przejmującej, ludowej pieśni ukraińskiej wykonanej solo bez akompaniamentu przez tenora Witalija Wydrę, jako wyrazu poparcia dla Ukraińców walczących z rosyjskim najeźdźcą. Wacław Bielecki 175 Opowieści konferansjera przerywane były utworami wykonywanymi na żywo przez Kwartet Smyczkowy Opery Bałtyckiej, który na początku wykonał Uiaerturę do Wilhelma Tela Rossiniego oraz występem sopranistki Gabrieli Gołaszewskiej z Opery Śląskiej. Tak się złożyło, że tę młodą śpiewaczkę dysponującą przepięknym i bardzo silnym głosem słyszałem wcześniej w „Kandydzie” Bernsteina oraz „Don Bucefalo” Cagnoniego. Prowadzący spotkanie często korzystał ze wstawek filmowych wyświetlanych na wielkim ekranie. Wszystko było starannie wyreżyserowane i prowadzone w żywym tempie, ze swadą i humorem, który czasem był dla mnie zbyt infantylny. Publiczność reagowała żywo i radośnie. W czerwcu tego roku zaplanowane Jest setne spotkanie na które prelegent zapraszał melomanów Już dzisiaj. LEKSYKON MUZYCZNYCH INWEKTYW sobota, 12 marca 2022 r. Pod tym tytułem ukazała się bardzo dawno temu, bo w 1953 r. książka amerykańskiego muzykologa, rosyjskiego pochodzenia Nikolasa Slonimsky’ego, krewnego naszego Antoniego Słonimskiego. Praca ta do tej pory nie została przetłumaczona na Język polski. Dobrze więc się stało, że aż dwie swoje audycje w Programie II Polskiego Radia pt. Kalambury z partytury poświęcił JeJ kompozytor i aranżer Krzysztof Herdzin. Leksykon zawiera najbardziej złośliwe, cyniczne, stronnicze, niesprawiedliwe, pogardliwe i znieważające słowne napaści uznanych krytyków i muzyków komentujących najwybitniejsze dzieła w historii muzyki. Z perspektywy czasu widać. Jak często mylili się oni w ocenie dzieł muzycznych i nie potrafili docenić przełomowych zjawisk w muzyce, bo prawie wszystko co nowe i odbiegające od standardów odsądzali od czci i wiary. Jest to bardzo ciekawa praca, nie tylko dla współczesnych krytyków, którzy powinni się z nią zapoznać ku przestrodze, ale także dla melomanów. Przytoczę z niej streszczenia kilku zaledwie recenzji. O utworach Chopina niemiecki krytyk L. Rellstab pisał, że to rozdzierające uszy dysonanse czy też okropnie potoykr^cane melodie i rytmy, słowem, dziwaczna oryginalność, a każdy nauczyciel gry na firtepianie podarlhy nuty tych utworów i wyrzucił. Inny, amerykański krytyk, ocenił Je tak; potworna kakofonia, a ich kompozytor nie jest lepszy od Johanna Straussa. Jego kolega z Anglii skonstatował: dzikość melodii i harmonii Chopina jest przesadna, dąży on do dziwactw. Genialny pianista i kompozytor Franz Liszt, to dla ówczesnego paryskiego krytyka snob piszący najbrzydszą muzykę wszechczasów. Inny krytyk z Londynu dowodził, że dekonstruk-(ja i rozkład, to grzyby które duszą i zatruwają tę muzykę, a pewien Amerykanin uznał „Symfonię Dantejską” Liszta za najgorszy utwór jaki słyszał, bo przypomina granie wstecz symfonii Beethooena. Ufamy - dodaje recenzent - że na tej symfonii skończyły się wszelkie pomysły kompozytora, że wyczerpał swoją moc ten szaleniec ze szkoły przyszłości. Jak wiadomo, premiera najczęściej obecnie grywanej opery na świecie „Carmen” Bizeta, zakończyła się całkowitą klapą. Kompozytor zmarł niebawem nie wytrzymując głosów krytyków. A ci pisali, że to m«j^^4Z złowroga i niezdrowo pociągająca, w której hałas'liwe 176 Notki melomana w czasie pandemii i wojny (5)- Muzyka z sal koncertowych i Internetu / rażące chromatyk/f tematy sąsiaeiują z banalnymi i brzydkimi marszami, zas'sam temat opery jest odrażający. Nie miał też szczęścia do krytyków twórca impresjonizmu w muzyce, francuski kompozytor Debussy. O jego „Popołudniu Fauna” napisano, że nie jest to muzyka naturalna, tylko uymuszona i histeryczna, są w nig chioile kiedy cierpiący Faun loydaje sif potrzebować pomocy weterynarza. Podobne, negatywne przyjęcie napotkało „Bolero” Ravela. Jego prapremiera stała się klęską, sala protestowała, rozlegały się gwizdy i okrzyki niezadowolenia. Paryski dziennikarz odnotował, że „uważa za najbardzi^ bezczelnąpotwornos'ć, jaką kiedykolwiek popełniono w historii muzyki. Przez 339 taktów powtarza się ten sam rytm, a kompozytor ponad nim umies'cil nieustanne powtórzenia przytłaczająco wulgarnej melodii kabaretowej, która niewiele różni się od zawodzenia wstrętnego kota w ciemnej uliczce. BOJKOT niedziela, 20 marca 2022 r. Na muzycznym blogu Doroty Szwarcman odbyła się wymiana zdań na temat bojkotu muzyki rosyjskiej przez filharmonie i opery. - Bojkotowanie rosyjskich artystów oraz rosyjskich kompozytorów, jest zapewne takim pierwszym odruchem czasów wojny - stwierdził jeden z uczestników. Niektórzy apelowali, aby w czasie w którym />ół tysiąca wiodących artystów rosyjskich oficjalnie poparło niesprawiedliwą, brutalną i nieuzasadnioną wojnę, którą Rosja wypowiedziała Ukrainie zrezygnować przynajmniej na czas wojny, a może i na dłużej, z wykonywania rosyjskiej muzyki,- z wyjątkiem tych twórców współczesnych, którzy zajęli antywojenne stanowisko. - Rosyjska kultura ma teraz zadanie usunąć szaleńca — dowodził inny - zanim on nacis'nie na nuklearny guzik. Potem możemy wrócić do słuchania rosyjskiej muzyki i rosyjskich artystów. Wszyscy byli zgodni, że pupile Purina, np. dyrygent Walery Giergiew, szef Teatru Ma-ryjskiego w Petersburgu oraz sopranistka Anna Nietriebko, primadonna MET, nie powinni być zapraszani do wykonywania muzyki. Tak się też stało. Filharmonie i teatry operowe w Ameryce i w Europie, w tym nowojorska Metropolitan Opera i Carnegie Hall, włoska La Scala, i wiele innych, zerwały z nimi współpracę. Osobny wątek dyskusji toczył się wokół problemu; Dlaczego rosyjscy kompozytorzy, którzy dawno temu umarli, np. Czajkowski, mają odpowiadać za obecną politykę? Dlaczego nie grać np. dzieł Igora Strawińskiego, który wyemigrował z Rosji i miał obywatelstwo amerykańskie? Jaki sens ma wyrzucanie z programów koncertów XIII Symfonii „Babi Jar” Dymitra Szostakowicza, przeciwnika imperium sowieckiego, i to w czasie, kiedy pomnik tej tragedii w Kijowie właśnie zbombardowały wojska Purina? Blogowicze zgadzali się, że najbardziej dotkliwą formą protestu byłoby wykonywanie tych dzieł i przekazywanie wpływów na wsparcie Ukrainy. Tak zrobiono w czasie koncertu w słynnej sali Concertgebouw w Amsterdamie. Wacław Bielecki 177 Póki co, w najbliższym okresie nie usłyszymy w Operze Narodowej w Warszawie „Borysa Godunowa” Musorgskiego. - W^er^wy, ^e bęeiziejny mogli ufrócić eio realizagi tego elziela to czasie pokoju - powiedział dyrektor tej instytucji Waldemar Dąbrowski. Opera Nova w Bydgoszczy zrezygnowała z wystawienia „Eugeniusza Oniegina” Czajkowskiego. Nie przyjadą w kwietniu do Warszawy na Wielkanocny Festiwal im. Beethovena ubiegłoroczni finaliści Konkursu Chopinowskiego - Nikołaj Chozjainow i Ewa Geworgian. Swój koncert w Moskwie, który miał się odbyć pod koniec maja, odwołał tenor Piotr Beczała oświadczając: - Nie jestem politykiem i nie mam toplyiou na decyzje polityczne. Ale jestem artysta} i mogf używać stoojego głosu, by wyrazić sioój sprzeciw wobec wojny, która toczy się tuż za granicy mojej ukochanej ojczyzny. Z udziału w spektaklach „Lohengrina” Wagnera w Teatrze Bolszoj w Moskwie wycofał się bas Rafał Siwek i nie pojedzie tam także dyrygent Orkiestry Polskiego Radła Michał Klauza. Od chwili rozpoczęcia działań wojennych na Ukrainie muzyki rosyjskiej nie gra również Radiowa Dwójka, za to często na jej falach można posłuchać muzyki ukraińskiej. To tyłko niektóre przykłady bojkotowania muzyki rosyjskiej. SARAJ PRZYPRO WADŹ A HAGAR DO ABRAMA 180 Saraj przyprowadza Hagar do Ab rama i... Obraz Matthiasa Stoma Sarah fiihrt Abraham Hagar zu / Sara przyprowadza Abrahamowi Hagar wisi w berlińskiej GemaJdegalerie, w sali IX dedykowanej niderlandzkim cara-yaggionistom. Odniesienia do stylu i techniki Caravaggia w obrazie Stoma są wyraźne: wyważona i starannie przemyślana kompozycja o cechach sceny teatralnej, usytuowanie sceny rodzajowej na ciemnym, zasadniczo neutralnym tle, mistrzowsko sportretowane ludzkie postaci, światło wyostrzające dramatyzm sytuacji, biegłość w różnicowaniu kolorów. Po chwili, już nie z formy, ale z treści obrazu, wyłania się jeszcze jedna, wspólna dla Stoma i Caravaggia, cecha: odwaga w podejmowaniu tak zwanych trudnych tematów. A temat obrazu Stoma jest bez wątpienia trudnym tematem. Przypomnijmy. stare małżeństwo z Księgi Rodzaju (Rdz 16, 1-16) nie ma potomstwa. Saraj, żona Abrama, proponuje mężowi, aby ten, z powodów prokreacyjnych, przespał się z jej młodą niewolnicą o imieniu Hagar (zakładam, że Egipcjanka Hagar, jako niewolnica, nie miała tu nic do gadania, jako istota niższej kategorii miała wykonać polecenie swojej właścicielki-stręczycielki). Ab ram akceptuje pomysł żony, w konsekwencji czego rodzi się z Abrama i Hagar chłopiec, któremu Abram nada imię Izmail. Po narodzinach Izmaila sytuacja w rodzinie Abrama wcale się nie uspokoi. Hagar zacznie lekceważyć swoją bezpłodną (przynajmniej do tego momentu) właścicielkę, w odpowiedzi na co ta upokorzy Hagar, Znieważona Egipcjanka ucieknie z synem na pustynię, skąd zawróci ją Anioł Pański. Abram zawrze przymierze z Bogiem, czego konsekwencją będzie zamiana imion: Abrama na Abrahama, a Saraj na Sara. Sara, pomimo swojego wielce podeszłego wieku, urodzi ze związku z Abrahamem syna Izaaka. Izmail będzie dokuczał młodszemu, przyrodniemu bratu - Izaakowi. Z podjudzenia Sary - ale za zgodą Boga - Abraham wypędzi ze swojego plemienia, już na zawsze, Hagar z dzieckiem. Hagar znajdzie dla dorosłego Izmaila żonę, z którą dadzą początek nowemu wielkiemu narodowi. Tyle, w dużym skrócie, mówi Księga Rodzaju Starego Testamentu. Storn zatrzymuje się na początku tej powikłanej historii, a konkretnie na tej chwili, podczas której Saraj przyprowadza Hagar do sypialni Abrama. W historii europejskiego malarstwa siedemnastowiecznego był to, obok sceny wypędzenia Hagar, temat wyraźnie obecny, Saraj i Abram na obrazie Stoma mają wyraźne atrybuty ludzi starych: pomarszczone twarze, zniszczone (od pracy) dłonie, pociemniałą (od częstych wędrówek w piekącym słońcu) skórę, Hagar na odwrót: jej twarz, podobnie jak skóra, wyglądają młodo. Żeby jeszcze mocniej podkreślić wiek niewolnicy, Storn obnaża jej młodą, jędrną pierś. Fizjonomia Saraj z obrazu Stoma wyraźnie przypomina te z obrazów Caravaggia: twarz służącej z Judyiy i Hoiefernesa (1598-1599), twarz pielgrzymującej kobiety z Madonny Loretańskiej (1603-1605), postać św, Anny z Madonny de Palafrenieri (1605-1606), twarz karczmarki z mediolańskiej l¥7^cz^rj^ w Emaus (1606). Ujęcie półnagiej postaci Abrama z obrazu Stoma wykazuje pewne stylistyczne powinowactwa do serii świętych postaci Caravaggia z obrazów Światy Jana Chrzciciel (1602-1603), Święty Hieronim (1605-1606) oraz Święty Hieronim (1607-1608), Święty Jana Chrzciciel (1606), Wszystkie wymienione powyżej obrazy Storn mógł na własne oczy oglądać w Rzymie, Storn zawiesił między kobietami (z lewej) i Abramem (z prawej) palącą się lampę, jednak to źródło światła nie wyjaśnia oświetlenia postaci, które obserwujemy na obrazie. Jest Artur Matys 181 jeszcze jedno, silne źródło światła usytuowane przed obrazem. I to właśnie, niewidoczne na obrazie, źródło światła wydobywa nagi tors Abrama, a także ramiona, pierś, szyję i pełen prawy profil Hagar oraz półprofil, szyję i otwartą lewą dłoń (nieproporcjonalną w stosunku do reszty ciała) Saraj. Storn zawiesił między kobietami i Abramem palącą się lampę, jakby chciał zasugerować: przyjrzyjcie się dokładnie ich twarzom! Saraj, spiritus mouens obserwowanej przez widza sytuacji, ma błędny wzrok, który wyziera z szeroko otwartych i nieco zapadniętych oczu. Saraj nie patrzy się ani na Abrama, ani na Hagar. Czyżby patrzyła w przyszłość? Czyżby oczyma wyobraźni widziała już przepowiedziane przez Boga liczne potomstwo Ab rama/Abrahama? Jeśli Saraj widzi je, to czy cena, jaką ona, jej mąż i niewolnica Hagar muszą zapłacić za wypełnienie proroctwa, nie zmienia jej twarzy, nie przykleja doń nieszczerego i nieładnego grymasu? Spojrzenie Abrama nie jest łatwe do odczytania. Chudy starzec patrzy się najpewniej na młodą kobietę, ale nie znać w tym spojrzeniu ani zachwytu, ani pożądania. Gest lewej dłoni Abrama sugeruje raczej bezradność i zakłopotanie: czy mam jakieś inne wyjście z tej obrzydliwej sytuacji? Spojrzenie Hagar nie spotyka się ze spojrzeniem Abrama, raczej od niego ucieka. Grymas na twarzy młodej niewolnicy sugeruje wymuszoną uległość, której nie towarzyszy jakakolwiek przyjemność. To Saraj podnosi lewą, obnażoną rękę młodej niewolnicy w kierunku Abrama. To nie Hagar oddaje się Abramowi, ale Saraj oddaje Abramowi młodą kobietę. Storn wydobył - nomen omen - na światło dzienne sytuację, która z perspektywy biblijnej, z perspektywy historii narodu wybranego jest jednoznaczna, ale już z perspektywy człowieka siedemnastego wieku, jego obyczajowości, moralności i seksualności — jednoznaczną nie jest. Z perspektywy obserwatora dwudziestopierwszowiecznego, kobiety lub mężczyzny, historia Saraj, Abrama i Hagar jest już tylko wielopiętrową historią o nadużyciach. Storn przewidział i zanotował tę perspektywę: Sara przyprowadza Hagar do Abrahama i... żadna z osób, które biorą udział w tym ponurym procederze, nie jest z tego zadowolona, więcej: wszystkie zdają się być nieszczęśliwe. Matthias Storn (ok. 1600 - po 1645) Sarah fuhrt Abraham Hagar zu / Sara przyprowadza Abrahamowi Hagar data powstania obrazu: 1642 - po 1645 miejsce powstania obrazu: Włochy technika: olej na płótnie wymiary obrazu: 112,50 x 168,00 cm numer identyfikacyjny: KFMV.31O Wspomnienia Mieczysław Zagor Rzuć serce za przeszkodę' Moje początki Około roku przed igrzyskami w Moskwie rozpocząłem systematyczną jazdę konną. Czytelnik może sobie wyobrażać, że była to niezapomniana inicjacja pełna emocji i wrażeń, rozpoczęcie nowego rozdziału w życiu. Niestety, nie jestem w stanie ustalić tego historycznego „pierwszego razu”. Jak już wspominałem, od jakiegoś czasu sporadycznie wsiadałem na kucyki. Siodło nie było mi obce. Kiedy miałem jakieś 6-8 lat tata tworzył z koca coś w rodzaju miękkiego siodła i sadzał mnie przed sobą na kłębie Heliosa. W ten sposób robił pełen trening ujeżdżeniowy, a ja razem z nim. Lubiłem bujanie w galopie, a zwłaszcza rytmiczne podskoki przy zmianach nogi co kilka foulee. Taka jazda była dla mnie naturalną zabawą, podobnie jak chodzenie po drzewach czy dachach... Dachy budynków na Miłosnej w większości były kryte dachówkami układającymi się w głębokie fale dające przyczepność. Piorunochrony też były solidne. Któregoś razu tata wyszedł na trening. Zamknął mnie w domu samego. Mieszkaliśmy na piętrze pensjonatu. Obok znajdowała się hotelowa łazienka, ogólnie dostępna. Miała otwarte okno oddalone o kilka metrów od naszego. Z łatwością znalazłem się na jego parapecie. Wewnątrz, przy umywalce, golił się jakiś wczasowicz. Widząc mnie nie odezwał się, ale był zdziwiony. Na terenie stada ogierów było gdzie broić. Ja i moi koledzy z upodobaniem wchodziliśmy na wielkie sterty słomy stawiane w różnych miejscach. Wkradaliśmy się do stodoły na siano. Fajnie zeskakiwało się na nie spod sufitu z drewnianych belek konstrukcyjnych. Uwielbialiśmy też różne zabawy pod wiatami, gdzie składowano przeszkody parkurowe, stare powozy i różne graty. Było tam dużo tajemniczych zakamarków pobudzających naszą wyobraźnię. Najbardziej ekstremalną zabawę wymyślili starsi chłopcy na placu zabaw, gdzie było boisko do piłki nożnej i gdzie rosły gęste krzaki. Bawiliśmy się w ganianego wydeptując sieć dróżek i tuneli. W różnych miejscach tego zielonego labiryntu zakładało się pułapki z drutu przeciągniętego nad ziemią na wysokości nieco powyżej kostek. Uciekający przeskakiwał przez ten drut, goniący przewracał się ścięty z nóg. Pułapki zmieniały swoje miejsca. Co chwila ktoś padał na ziemię. Jak widać, wstępne przygotowanie sprawnościowe miałem solidne. Jazda konna była naturalną kontynuacją tych wszystkich zabaw. Jednym z moich najważniejszych kolegów na podwórku był Jarek Pawłowski. Był moim rówieśnikiem, razem chodziliśmy do zerówki, potem do pierwszej klasy. Poza szkołą i zaba- Fragment książki Mieczysława Zagora, poświęconej bogatym dziejom jeździectwa kwidzyńskiego, która ukaże się w tym roku. Autor jest synem Józefa Zagora, reprezentanta Polski na olimpiadzie w Moskwie w 1980 roku. Mieczysław ZLagor 183 wami opisanymi wcześniej łączyły nas jeszcze gra w piłkę nożną i od czasu do czasu bójki na pięści. Jarek był wzrostu podobnego do mnie, ale bardziej krzepkim i zadziornym. Pod okiem mojej mamy zaczęliśmy regularne jazdy na lonży. Tata Jarka, Władysław Pawłowski, pracował w stadzie jako masztalerz. Podobno w młodości świetnie układał konie w zaprzęgu. W stajni często towarzyszył nam przy siodłaniu. Chętnie pomagał dobrodusznie żartując stajenną gwarą. Konia mieliśmy jednego na dwóch. Miał na imię Plagiat. Był to kilkunastoletni wałach, kary z gwiazdką. Charakteryzował się śmiesznym, kwadratowym zadem. Na tabliczce ze skróconym rodowodem wyróżniało się jedno z imion wypisane kolorem niebieskim, co oznaczało, że Plagiat miał w sobie dolew czystej krwi arabskiej. Ruszał się drobnym, ale wygodnym kłusem. Miał dużo cierpliwości dla niewprawnych jeźdźców, stąd też był ulubieńcem wczasowiczów. Jazdy moje i Jarka odbywały się najczęściej w tzw. „corralu”. Było to zaciszne miejsce ogrodzone płotem z żerdzi oraz gęstym, wysokim żywopłotem. Moja mama ćwiczyła nas na lonży. Fachowe wskazówki docierały do nas jak przez ścianę. Nie zastanawialiśmy się za wiele nad tym, co robimy. Mimo to szło nam gładko. Tak we dwóch jeździliśmy mniej więcej przez rok. W sierpniu, a może we wrześniu 1980 roku, podczas zawodów o Memoriał Leona Kona, wykonaliśmy pokaz, za który udekorowano nas wstążkami potocznie nazywanymi z angielska „flo”. 184 Rzuć serce za przeszkodę JUREK I JACEK KRUKOWSCY Po olimpiadzie moskiewskiej końmi na Miłosnej zainteresowała się grupa młodzieży z miasta. Było kilku chłopaków, których wyjątkowo roznosiła energia. Dookoła swojego podwórka mieli spenetrowane wszystkie zakamarki łącznie z budynkiem Poczty Głównej. Wkradali się tam wieczorami przez uchylone okienko na piętrze. W tej grupie wyróżniali się bracia Jurek i Jacek Krukowscy. Ich rodzice byli nauczycielami w jedynym w naszym mieście ogólniaku. Jurek i Jacek zawsze byli pomysłowi. Już jako dzieci regularnie uciekali z przedszkola przez dziurę w płocie. Pewnego razu znajomy ich rodziców zobaczył chłopców na skrzyżowaniu przy poczcie jak kierowali ruchem. Innym razem ich tata, Zygmunt, wracając do domu zobaczył jakieś dzieci bawiące się „w strzelanego”. Co chwila ktoś „zastrzelony” padał w błotnistą kałużę. Jak na filmie wojennym. „O Boże! Czyje to dzieci?” -pomyślał profesor. Podszedł bliżej. Po roześmianych oczach poznał Jacka. Chłopcy wsławili się też rozpaleniem ogniska na środku swojego pokoju. Ich mama Janina zaniepokojona ciszą otworzyła drzwi. Buchnęły kłęby dymu. Paliła się trawa morska z rozprutych materaców. Dzieci schowały się pod łóżkiem. Pewnego razu podczas wakacji u rodziny na wsi chłopcy znaleźli w lesie niewypał. Z dumą wmaszerowali na podwórko niosąc we dwójkę wielką bombę lotniczą. Można sobie wyobrazić reakcję rodziców popijających kawę na tarasie. Chłopcy jak tylko zorientowali się, że będą musieli oddać swoje trofeum, zwiali z powrotem do lasu razem z bombą. Próbowali doprowadzić do wybuchu, zrzucając ją z mostu. Na szczęście bezskutecznie. Swoje pierwsze kontakty z końmi zawdzięczali właśnie wakacyjnym wyjazdom do brata dziadka, który je hodował w swoim gospodarstwie. Któregoś razu wypuścił on swoje stado na wybieg. Jurek stał zachwycony, a konie z zaciekawieniem kręciły się dookoła niego. Jurek miał wrażenie, że otoczyły go dinozaury. W czasie moskiewskiej olimpiady chłopcy spędzali wakacje z rodzicami nad morzem. Ich tata pilnie śledził wiadomości sportowe. Wtedy Jurek dowiedział się, że w Moskwie wystartowało trzech zawodników z Kwidzyna, z jego miasta. To go elektryzowało, że ci sportowcy na co dzień mieszkają tak blisko niego. Wszyscy trzej olimpijczycy mieszkali na Miłosnej. KONIE SZKÓŁKOWE Z grupy koni szkółkowych oprócz wymienionego wcześniej staruszka Plagiata miałem młodą, kilkuletnią klacz Hurysę. Pewnej niedzieli tata zabrał mnie w teren na jazdę, którą zapamiętałem jako wyjątkową. Byliśmy tylko we dwóch, co rzadko się zdarzało. Objechaliśmy kawał lasu zapuszczając się w odległe zakątki. Najbardziej podobało mi się brodzenie wzdłuż rzeczki. Przed oczami miałem sceny z „Krzyżaków”, których w tamtym czasie czytałem. Tata dosiadał Heliosa. Hurysa była zgrabnym, zwrotnym, „indiańskim” konikiem maści siwej jabłkowitej. Pamiętam jej szlachetne, suche pęciny i nieduże kopyta. W sam raz nadawała się dla takiego chłopaczka jak ja. Kiedyś mama poleciła mi zmieniać kierunek w galopie z lotnymi zmianami nogi, co nie każdy koń potrafi zrobić bez odpowiedniego Mieczysław Zagor 185 przygotowania. Hurysie wychodziło to w zupełnie naturalny sposób, chociaż ani ona, ani ja wcześniej tego nie robiliśmy. W tej grupie koni wyróżniała się też mlecznosiwa Hungaria. Na jej tabliczce ze skróconym rodowodem widniało obustronne NN, czyli brak udokumentowanego pochodzenia. Hungaria była matką Hurysy i kasztanowatego Dioda, który dobrze wrył się w pamięć niejednemu wczasowiczowi. Słynął z podstępnych zachowań, różnego rodzaju bryknięć i ponoszenia. W szkółce jeździł na nim dziarski Jarek Pawłowski, który radził sobie z nim jako tako. Hungaria była nieco cięższa i bardziej „kobylasta” od swoich dzieci. Chyba najdłużej jeździł na niej Jacek Krukowski. SPRZĘT SZKÓŁKOWY Teraz może parę słów o sprzęcie, na jakim jeździliśmy. W pierwszej kolejności przychodzą mi do głowy moje buty do jazdy konnej. Były to mocno podstarzałe oficerki, trochę za duże, noszone nie wiem po kim. Moi rodzice mieli w domu sporą kolekcję starych butów, które mogły się jeszcze przydać. Wśród nich były buty jeździeckie różnego rodzaju: a to gumowce, a to oficerki... Mniejsze numery, takie na damską nogę, przy grubej skarpecie jako tako pasowały na mnie. W naszej siodłami ulokowanej pod schodami wiodącymi na strych stajni dominowały siodła marki „Jedność Łowiecka”. Próbowaliśmy je stylizować na niemieckie „Kieffery”, jakie starsi koledzy, kadrowicze, otrzymywali z Polskiego Związku Jeździeckiego. Polegało to na tym, że na noc spinaliśmy je paskiem tak, żeby uzyskać tylny łęk jak najbardziej zadarty do góry, by przypominały „KiefFera”. Włos się jeży na samą myśl. Ktoś kiedyś przesadził i pękła konstrukcja siodła. Musiał jeździć w połamanym. Zamiast drewnianych skrzynek na sprzęt, jakie mieli starsi, każdy wygospodarował sobie kartonowe pudło. Nakrycia głowy, czyli toczki, mieliśmy fantazyjne: stare, wypłowiałe, połamane w kilku miejscach. Miały różne kształty. Niektóre wyglądały archaicznie, ale każdy z nich miał swój charakter. Podobnie jak fraki, które dostaliśmy na swoje pierwsze starty. Trochę za duże, znoszone. Kto wcześniej w nich jeździł? Tego nie wiedzieliśmy, ale podczas przymiarek słyszeliśmy coś o Andrzeju Orłosiu i braciach Kubiakach, którzy byli czołowymi jeźdźcami naszego klubu w latach 50-tych, 60-tych. Być może w którymś z tych fraków startował na Olimpiadzie w Rzymie Marian Babirecki, mistrz Europy w WKKW, który również trenował w Kwidzynie. TRZYMANIE HIPPIESA Jednym z naszych idoli, których mieliśmy w zasięgu ręki na co dzień, był mistrz Polski juniorów, Zbyszek Kościeński. Imponowała nam jego pewność siebie, a blizna na policzku podkreślała wygląd twardziela. Zwykle odnosił słę do nas surowo, od czasu do czasu okazując łaskę. Często zdarzało się, że kiedy zjeżdżał z treningu, my siedzieliśmy na ławeczce przed stajnią sportową, albo kręciliśmy się w pobliżu myjki. Każdy z nas chciał być wybrany do pomocy przy myciu końskich kopyt. 186 Rzuć serce za przeszkodę Pewnego razu wybrańcem Zbyszka został Jurek Krukowski. Miał trzymać Hippiesa, jednego z najlepszych koni. Hippies był zadziornym ogierem. Potrafił kopnąć przednią nogą. Trzeba było stać przy nim z boku, broń Boże z przodu. Jurek zapomniał o tym i zarobił kopniaka między nogi. Bolało bardzo. Zbyszek zapytał czy coś się stało. Jurek miał ochotę zwinąć się z bólu, ale twierdził, że wszystko jest w porządku. Byle nie puścić konia. Gdyby przyznał się do bólu, wyszedłby na mięczaka i w dodatku ktoś inny przejąłby jego miejsce. NASZ NAJWIĘKSZY IDOL Najważniejszy dla nas był Jacek Daniluk, który miał w sobie jakąś magię. Trudno powiedzieć na czym ona polegała. Czy na otaczającej go aureoli olimpijczyka, czy na tym, że mimo swojego statusu był po prostu przyjaznym człowiekiem. Jacek Daniluk na Bakalarzu, Jot. archiwum autora Kiedy chłopaki z miasta zaczęli jeździć konno Jacek odsługiwał wojsko w „Legii”. W tym czasie chłopaki zdążyli poznać Wiesława Hartmana i Józefa Zagora. Spośród słynnych trzech kwidzyńskich olimpijczyków Jacek Daniluk pozostawał dla nich pewnego rodzaju legendą. Aż nadszedł czas, że wrócił z wojska i mogli poznać również jego. Jurek Krukowski był zaciekawiony pierwszym spotkaniem. Tego dnia zaplanowano wspólny wyjazd na zawody. Jurek przyszedł do stajni wcześnie rano. Wszedł środkowymi drzwiami. Wewnątrz było ciemno, tylko w części gdzie stały konie Jacka paliło się światło. Jurek domyślał się, że Jacek może tam być. Chciał zobaczyć go jak najprędzej. Szedł w tamtym kierunku. Jacek wyszedł z boksu, spojrzał na Jurka. Ten zbliżał się nieśmiało. Podchodził i zupełnie nie Mieczysław Zagor 187 wiedział jak się odnaleźć. W milczeniu obserwował, co Jacek robił przy koniach. Trwało to chwilę. W pewnym momencie Jacek zrobił poważną minę i odezwał się: „Co młody? Ani cześć, ani pocałuj mnie w dupę?” Głos miał poważny, minę poważną. Był przecież dorosłym człowiekiem. Jurek był przerażony. Najważniejsza osoba i już na wejściu przerąbane! A chciał tylko na niego spojrzeć... Jacek widział, że go przestraszył. Podszedł i nagle uśmiechnął się. Miał charakterystyczny, przyjazny uśmiech. „Cześć!” — podał mu rękę. Od razu rozładował cały ten strach, który mu napędził. Jurek odetchnął z ulgą. Jacek często tak udawał surowego, a potem pojawiał się ten uśmiech. Miłosna była hermetyczna, traktowała młodych chłopaków z miasta jak intruzów. Starsi juniorzy dawali im to odczuć „ścigając” bezwzględnie. I nagłe Jacek objął ich ochronną ręką. Nagle poczuli, że są u siebie. Dzięki niemu reszta zaczęła ich traktować inaczej. Jacek miał szarą Syrenkę kupioną od Erysia Hartmana. Eryś w tym czasie jeździł już Audi będącym nagrodą za srebrny medal w Moskwie. Pewnego dnia Jacek zaprosił na przejażdżkę Beatę Szuber, zawodniczkę z Golejewka. Niestety, wysłużona „skarpeta” odmówiła posłuszeństwa. Jacek nie stracił fasonu. Przyprowadził kilku juniorów. Chłopaki pchali Syrenkę i w ten sposób Jacek obwoził Beatę żwirową drogą dookoła kwidzyńskich stajni. PIERWSZE STARTY Na swoje pierwsze starty musieliśmy cierpliwie poczekać. Byliśmy w odpowiednim wieku, mieliśmy odpowiednie umiejętności, ale nikt nie śpieszył się z wysyłaniem nas na za- Miec^sław Zagor na kiaczy Hufysa,fot. archiwum autora 188 Rzuć serce za przeszkodę wody. Pierwszeństwo mieli starsi juniorzy, którzy zdobywali dla klubu medale. Z czasem wykruszali się odchodząc do wojska. Stopniowo w koniowozie robiło się miejsce dla nas. Zadebiutowałem w Lublinie. Wspólnie z Jackiem Krukowskim startowaliśmy na tym samym koniu. Miał na imię Dacyt. Był to gniady ogier, który dobrze chodził na czworoboku, ale w parkurze wymagał bardziej stanowczej ręki. Bywało, że zbyt mocno ciągnął do przodu, albo też potrafił odmówić skoku. Dlatego tylko Jacek mógł wystartować w obu konkurencjach, ja musiałem zadowolić się ujeżdżeniem. Przed startem nie odczuwałem większej tremy. Ani w stajni, ani na rozprężalni. Za to po wjeździe na czworobok niespodziewanie ogarnęło mnie uczucie, którego dotąd nie znałem. Nagle straciłem ochotę do jakichkolwiek wyczynów. Byle tylko dobrnąć do końca. W trwodze przypominałem sobie kolejność ruchów nie dbając już ani o dosiad, ani o jakość jazdy. Prowadziłem konia wyuczonymi odruchami i w rezultacie debiutancki przejazd wypadł całkiem dobrze. Nie wiem, co w trakcie swojego startu odczuwał Jacek, ale koniec końcem obaj wróciliśmy do domu „z tarczą”. Nie pamiętam, kiedy nastąpiło nasze przeniesienie z drugiej stajni do trzeciej, sportowej. W stajni drugiej, czyli zegarowej, stały nasze konie szkółkowe, konie handlowe, robocze i inne. Tam też mieściła się nasza siodlarnia, latem wspólna z wczasowiczami. Trzecia stajnia, położona najbliżej krytej ujeżdżalni, w której stał między innymi wspomniany Dacyt, w całości była przeznaczona dla koni sportowych. Nie pamiętam, czy przeniesiono nas wszystkich jednocześnie, czy w jakiejś kolejności. W każdym razie otrzymanie miejsca na sprzęt w stajni sportowej było wyraźnym, namacalnym awansem. Rozstawaliśmy się z kartonami, a w ich miejsce organizowaliśmy sobie drewniane skrzynki. Przeważnie kupowaliśmy od starszych. Nową skrzynkę można było zamówić u pana Słowińskiego, masztalerza z trzeciej stajni. W tym przypadku środkiem płatniczym było „patykiem pisane” wino. „Jakie dzisiaj święto? Sobota! Imieniny kota!”- mawiał pan Stanisław. Jego syn, Andrzej jeździł w grupie starszych juniorów a potem w Zakładzie Treningowym. Ogiery „zakładowe” zajmowały pierwszą stajnię i część drugiej stanowiąc około połowę stanu wszystkich koni na Miłosnej. Skoro mowa o stajniach, to przy pensjonacie była jeszcze tzw. „stajenka” połączona z powozownią. Stało w niej kilka koni zaprzęgowych. PIERWSZE MEDALE Jako dwunasto- i trzynastolatek brałem udział w jeździeckich rozgrywkach Sportowej Olimpiady Młodzieży Województwa Elbląskiego. Były to konkursy ujeżdżenia i skoków na poziomie najniższych klas. Nie pamiętam, czy startowałem na poczciwym Plagiacie, trudniejszym Dacycie, czy na jakimś innym koniu, ale z pewnością nie miałem tej tremy co w Lublinie. W skokach beztrosko delektowałem się każdą przeszkodą nie martwiąc się o wynik. Cieszyłem się zawodami i tym, że jadę prawdziwy parkur. Wszystko szło gładko, bo byliśmy odpowiednio przygotowani. Konkursy tej młodzieżowej olimpiady zaaranżowano na marginesie zawodów regionalnych organizowanych na naszym hipodromie. W ramach rozgrywek startowało zaledwie kilkoro zawodników. Dekorowano nas plastikowymi medalami, na które patrzyliśmy z przymrużeniem oka. Galeria Prowincji Alicja Bartnicka MARYNISTKA ZE SZTUMU Krystyna Jażdżewska-Baranowska zdolności plastyczne ujawniła już w szkole podstawowej, lecz poważnie zainteresowała się malarstwem z chwilą rozpoczęcia nauki w 4-letnim Państwowym Ognisku Plastycznym w Malborku, które ukończyła w 1959. Następnie, pracując w resorcie kultury w Elblągu, w 1979 r. rozpoczęła studia w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku (obecnie Akademia Sztuk Pięknych w Gdańsku), pod kierunkiem prof. Andrzeja Dyakowskiego. W 1994 r. uzyskała status twórcy plastyka nadane przez Ministerstwo Kultury i Sztuki. W 1996 ukończyła 2-letnią naukę malarstwa i rysunku pod kierunkiem prof. Bogdany Łajming oraz prof. Włodzimierza Łajminga w Stowarzyszeniu Nadbałtyckich Plastyków w Gdańsku. Od czasu zamieszkania w Gdyni, tj. od 1987 r., zauroczona morzem, zaczęła malować obrazy marynistyczne i nawiązała kontakt z marynistami. Należała do różnych stowarzyszeń plastycznych, a obecnie należy do; Stowarzyszenia Nadbałtyckich Plastyków im. Mariana Mokwy w Gdańsku, Stowarzyszenia Marynistów Polskich O/Wejherowo, Bałtyckiego Stowarzyszenie Marynistów „MARĘ NOSTRUM” im. Antoniego Suchanka w Gdyni. W 2010 r. założyła Klub Plastyka „Paleta” przy Sztumskim Centrum Kultury, który istnieje do dziś, jako Stowarzyszenie Plastyków „Paleta” w Sztumie. Prace swoje prezentowała na licznych wystawach indywidualnych oraz zbiorowych. Uczestniczyła w kilkudziesięciu plenerach krajowych, a wiele zorganizowała osobiście, również na terenie Sztumu. Brała udział w wielu konkursach, zdobywając nagrody i wyróżnienia. Większość prac malarskich wykonuje w oleju i suchym pastelu, choć posługuje się również akwarelą. W ostatnich latach zafascynowana jest morzem, jego zmienną aurą i kolorystyką, którą widać na prezentowanych obrazach, od gładzi spokojnego morza do kipieli morskiego sztormu. Maluje głównie w plenerze. Prace artystki znajdują się w zbiorach prywatnych w kraju, w urzędach państwowych, ośrodkach wczasowych oraz za granicą. - Bardzo lubię plenery malarskie. To z jednej strony okazja do malowania w ciekawych warunkach, na przykład w Dębkach są one bardzo dobre. Prócz tego plenery są okazją do spotkania koleżanek i kolegów z całego kraju. Wszyscy przywożą ze sobą sztalugi, rozstawiają i malują. Oczywiście spotyka się to z dużym zainteresowaniem turystów i letników. Przystają, podpatrują, czasem komentują to, co powstaje na płótnie. Mnie to akurat nie przeszkadza, nawet jeśli ktoś skrytykuje powstające dzieło — z uśmiechem opowiada Krystyna Jażdżewska — Baranowska. - Nieraz padają od razu pytania o możliwość nabycia takiego obrazu. Niektórzy uczestnicy plenerów powracają potem do domu z niewielką ilością prac, bo wcześniej wszystkie inne znalazły nabywców. Często zdarzają się konkretne zamówienia. Z doświadczenia wiem, że przyjeżdżający do Dębek poszukują obrazów, na których znajdują się rybackie łodzie oraz ujście rzeki Piaśnicy. Po okresie pandemii ludzie 190 Marynistka ze Sztumu są spragnieni morza, chcą odpoczynku. Widok malującego artysty jest dla nich czymś bardzo ciekawym. Pani Krystyna od wielu lat organizuje plenery plastyczne, między innymi w Dębkach nad morzem, a także w Sztumie. Ostatnie dwa lata, ze względu na pandemię, plenery się nie odbyły, ale w tym roku plener odbędzie się pod auspicjami starostwa sztumskiego. K/ystyna Jażdżfwska-Bamnowska na wernisażu malarzy marynistów w Sztumskim Centrum Kultury, fot. Archiwum SCK Czego ci matka nie powie... Paulina Hoppe-Gołębiewska Czego Ci matka nie powie... o ojcu swoich dzieci. Macierzyństwo. Pojęcie bardzo łubiane i nadużywane na każdym kroku. Matki w zasadzie są na językach wszystkich, spięte i chętnie oceniane. Matkom brakuje bardzo często dystansu do swojej matczynej roli, kobiecości i małżeńskiego życia. I choć, z jednej strony, doskonale to rozumiem, z drugiej cenię rezerwę jaką potrafią się wykazać ojcowie w tych wszystkich zagmatwanych oczekiwaniach społecznych. Szczególnie tą wypowiadaną w formie ciętej riposty, zabarwioną błyskotliwym humorem. Nie tylko twierdzę, że męski dystans do wielu spraw potrafi rozbroić niejedną feministyczną bombę. Uważam, że jest niedoceniany, a powinno to się zmienić. Powszechnie wiadomo i nie jest to żadną naukową tajemnicą, że do potomstwa trzeba dwojga. Z perspektywy dwóch ciąż i dwójki dzieci wiem, że ta oczywista świadomość dociera do rodzicielek bardzo późno. Najczęściej wtedy, gdy wymęczeni dawcy genów zaczynają się zastanawiać, po kim potomek otrzymał te, najbardziej uprzykrzające życie, cechy charakteru. U nas zrozumienie pojawiło się po trzech latach od narodzin pierworodnego i nie wywołało wielkiej rewolucji. Arek siedział przy komputerze, dumał nad papierami. Ja po raz kolejny gasiłam pożar łagodząc wybuchowy charakter trzyletniego Szymona. Kiedy zamierzony efekt osiągnęłam, weszłam z westchnieniem do kuchni: 192 Czego Ci matka nie powie... o ojcu swoich dzieci. - Biedne dziecko... dostało najgorsze geny, jakie mogło dostać — podsumowuję wygraną, w domyśle nie mając swojemu DNA nic do zarzucenia - Nooo .. - z kamienną twarzą odzywa się Ojciec, nie podnosząc nawet wzroku znad dokumentów - plus moje... Męskie spojrzenie na ewolucję uczuć w związku również potrafi być pomocne. I zupełnie nie chodzi tu o to, że „życie to nie bajka... ”, jak mawiał klasyk. Bardziej o odarcie związku z komercyjnego kultu wzniosłości głębszych emocji. Codzienność nie ma nic wspólnego ze wzniosłością, a dystans do niej potrafi bardziej łączyć niż kwiaty na czternastego lutego. Tamta sobota nie różniła się od poprzednich. Jak wiadomo, na sobotę każdy czeka. Starzy również. Ale wtedy wybiła godzina czternasta, a jeszcze czekały cotygodniowe zakupy, więc do entuzjazmu nam było daleko. Arek prowadził auto, ja smętnie wyglądałam przez okno. Czułam, że z każdą minutą siadają baterie. Nagle spostrzegłam, jak po chodniku idzie chłopak. Młody, może z 19 — 20 lat, podskakiwał, wyglądał ewidentnie na szczęśliwego i zadowolonego z siebie. - A ten co?! — wykrzyknął zdziwiony Arek. - Szczęśliwy człowiek. — odpowiedziałam zwięźle, bez cienia uśmiechu, wręcz z miną grobową. - Zakochany! — skwitował szyderczo mąż i zapadła sekunda ciszy. Po chwili padło chóralne: GŁUPI! Po salwie śmiechu czuć było w powietrzu aurę zadumy. Trochę zabarwionej ironicznym rozbawieniem, jednak na duszy jakoś tak zmęczenie mniejsze się zrobiło. Nagle Arek nostalgicznie wzdychnął oddany własnym przemyśleniom, po czym podzielił się swoją prywatną puentą: - Najpierw motyle w brzuchu... potem robale w dupie... Tak zwana płeć mniej piękna potrafi też wykazać prawdziwe opanowanie, jeśli chodzi o wylatywanie piskląt z gniazda. Tam, gdzie matczyne serce pęka na pół lub drży w spazmach lęku, niepewne o przyszłość potomstwa, tam męskie spojrzenie dostrzega szansę na rozwój, odpoczynek czy zwykły... święty spokój. Choćby w chwili, gdy pierwszy raz poczułam się niepotrzebna mojemu synowi, gdzie usłyszałam realny trzask grubej nici zależności, z jaką rodzi się każde dziecko. Było to na etapie, gdy Szymona poranne wycieczki do przedszkola nie należały do łatwych. Dużo padło wtedy słów, że dramat, że płacz i rzewne łzy w oknie przedszkola. W zasadzie już nawet straciliśmy nadzieję, że będzie kiedyś lepiej, a szansa na pozytywne poranki oddalała się systematycznie ... Ciężko wtedy było stwierdzić jakiś wielki postęp, ale ... Szym tego dnia zażyczył sobie rowerek. Z przedszkolnego parkingu do samego budynku podjechał. Z uśmiechem ścigał się z tatą do wejścia, przebrał się, wszedł na salę... Usunęłam się z pola widzenia, by nadziei Paulina Hoppe-Gołębiewska 193 nie budzić w dziecku. Arek po chwili z sali wyszedł, kroczyliśmy na parking w głębokiej zadumie. Obróciłam się do rzeczonego okna i patrzyłam... Szymon jak zwykle na miejscu. Nie spoglądał za rodzicami, tylko przechadzał po parapecie swojego Kota. Dziecko wyglądało na bardzo znudzone, nie do końca pamiętające po co do tego okna co dzień podchodzi. Ocknął się po chwili, spojrzał na rodziców, machnął raz i za firanką zniknął. Nie czekał nawet, aż starzy odjadą, nie zawahał się... W osłupienie rodzicieli wprawił ogromne. - Czy ty to widziałeś?! - pytałam zdumiona tak bardzo, jak nigdy jeszcze w życiu. - Tak, tak... widziałem... - Ale Kotem się bawił, olał nas... machnął i zniknął... — relacjonowałam w szoku, jakby ojca tam nie było. - W dupie już nas ma... — westchnął dramatycznie Arek — wylatuje z gniazda... Wracając do drżenia matczynego serca. Jesteśmy okropne. Piszę to z pełną świadomością matki kwoki trzęsącej się nad pisklęciem. My, kobiety, mimo swoich zalet nie potrafimy odpuścić kwoczenia nawet w najbardziej osobistych chwilach. Zatracamy się w macierzyństwie, i nie wiem jak was, ale mnie czasem ratuje tylko dystans mojej brzydszej połowy. Cięty, bezpośredni i najbardziej męski. Jak wtedy, gdy celebrowaliśmy poobiednią sjestę na kanapie. Szymon nie miał wiele wiosen, dopiero co samodzielnie dreptać zaczął i skutecznie z tego korzystał. W kuchni na stole stały jeszcze brudne naczynia, nikt się nie palił, by je wsadzić do zmywarki, nikomu się nie spieszyło... rodzinna sielanka. Padały czasem głupawe żarciki, trochę śmiechu, trochę przytulania. Aż poczułam potrzebę i wybrałam się do toalety. Choć ciało w toalecie, to duchem i czujnym matczynym uchem, krążyłam po domu i słyszałam jak dzieciak do sztućców zostawionych na stole się dobierał. Niewiele myśląc, zawołałam do Arka: - Arek! Sztućce! Zaległa cisza w mieszkaniu i nagle usłyszałam uprzejmy głos wzywanego małżonka: - Tam po prawej jest papier toaletowy kochanie... Na koniec tego hymnu pochwalnego, jak najbardziej zasłużonego, jednak lekko uderzającego w moją matczyną, wrażliwą i kobiecą godność, zostawię was z perełką. Stwierdzeniem, które obnaży zadaniowość męskiego umysłu, w którym cel osiągnięty zostaje odłożony na półkę. A droga po niego staje się niezbyt istotna, bo liczy się sukces. To był wieczór. Leżałam wtedy i dogorywałam, a w łóżku miałam prawdziwy tłok: katar, kaszel, ból głowy i chusteczki. Arek zabrał się za gimnastykę. Nie był to pierwszy raz, odkąd przyjechał z pracy na urlop i zbierał się do regularnych ćwiczeń w domu. Nie brakowało przy tym utyskiwań, że w Norwegi jakoś łatwiej mu się ogarnąć z tym, a w Polsce jakoś i czasu, i chęci brak. Dołączyłam do jojczenia, że też nie umiem ćwiczyć jak on jest, a jak nie ma, to i biegam, i brzuszki robię. Wtedy małżonek mój wszedł na wyższy poziom biadolenia: że sztywny jest i rozciągać się musi, a kiedyś to tak nie było... 194 Czego Ci matka nie powie... o ojcu swoich dzieci. — Kiedyś... kiedyś to byłem piękny, młody i bogaty — wspomniał Arek z żalem, wykonując któryś z kolei skłon - Młody, to na pewno - wtrąciłam uprzejmie - piękny? coś tam w sobie miałeś ... -pociągnęłam dalej zupełnie obojętnym tonem — ale z tym bogaty ... to zdecydowanie przesadziłeś — skończyłam z szerokim uśmiechem. - Na ciebie starczyło ... — padła odpowiedź. Macierzyństwo. Na ile byś dzieci się nie zdecydowała, jedno zawsze dostaniesz w pakiecie — męża. Nie na darmo się jednak mówi, że i od dzieci można czasem się czegoś nauczyć. Od męża także, jeśli docenisz męskie poczucie humoru i zrozumiesz, że tylko dystans może uratować ci dzień. Oczywiście nie przyznasz tego na glos. Nie powiesz koleżance. Jeszcze dojdzie wieść do Niego i wtedy już nigdy nie pozbędziesz się tych głupawych tekstów... bo w tym wszystkim liczy się dystans. I wyczucie chwili. ZAPROSZENIE Po śniadaniu, trzymając Szymka na kolanach, pomyślałam o zbliżającym się święcie pierwszego listopada. Po krótkiej chwili, nie mogąc zdecydować, czy jechać samej do Malborka, czy zabrać wszystkich, pytam Arka; — Co robimy z wszystkimi świętymi? - Zaprośmy ich do nas... - słyszę w odpowiedzi. Aktywizuję trybiki w głowie, marszczę czoło i kminię, czy dobrze zrozumiałam. Próbuję złożyć w myślach puzzle, połączyć kropki... gdy Arek dodaje z westchnieniem pod nosem: -... jeśli się zmieszczą... Noty o autorach Wacław Bielecki — od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności. Dyrektor Poradni Wychowawczo-Zawodowej oraz szkół medycznych w Sztumie. Meloman, autor książki Zapiski melomana z proioingi. Jan Chłosta — dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 500 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu - Warmia i Mazury w literaturze polskiej i niemieckiej w latach 1945-1995, leksykonów - Słownik Warmii, prac o Wydawnictwie ‘Gazety Olsztyńskiej’ i ludziach z nią związanych. Musa ęaxarxan Czachorowski — poeta, dziennikarz i tłumacz. Redaktor naczelny kwartalnika „Przegląd Tatarski”. Działacz tatarskiej społeczności muzułmańskiej w Polsce. Jest autorem kilkunastu tomików poetyckich, m.in. Chłodny łistopad (1990), Dotknij mnie (1998), Samotność (2008), Obca (2020). W roku 2018 ukazał się zbiór całości jego wierszy i prozy poetyckiej pt. Pamięć. Wiersze publikował m.in. w ,Akcencie”, „Odrze”, „Poezji”, „Kulturze”, „Kulturze Dolnośląskiej”, „Odgłosach”, „Pomostach”, „Karkonoszach”, a także w tatarskiej prasie na Litwie, w Tatarstanie oraz Niemczech. Jego utwory przetłumaczone zostały na arabski, chorwacki, rosyjski, tatarski, turecki i węgierski. Tłumaczył z języka czeskiego wiersze Jaroslava Seiferta i Petra Cincibucha, z języka rosyjskiego utwory poetów tatarskich: Gabdułły Tukaja, Musy Dżalila i Adasa Jakubauskasa. Jest również autorem przekładu Koranu na język polski (wydania 2018, 2020, 2021). Anna Czekanowicz - gdańska poetka, prozaiczka, scenarzystka i redaktorka. Pomysłodawczyni festiwalu i nagrody Europejski Poeta Wolności. Zaangażowana w wiele inicjatyw kulturalnych w Gdańsku. Publikowała w „Punkcie”, „Tytule” i innych czasopismach. Autorka opowiadań, które znaleźć można m.in. w II tomie antologii kultury współczesnej Transgresje (Odmieńcy) pod redakcją Marii Janion i Zbigniewa Majchrowskiego. Debiutowała w 1974 roku na łamach miesięcznika „Litery”. W latach 1976-79 należała do grupy poetyckiej Wspólność. W latach 1978-1990 kierownik literacki Państwowej Opery i Filharmonii Bałtyckiej. W latach 2002-2005 prezeska gdańskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Dyrektorka Biura Prezydenta do spraw Kultury w Urzędzie Miejskim w Gdańsku (2007-2016). Członkini Rady Kultury Gdańskiej (2019-2023) i polskiego PENClubu. Książki poetyckie Anny Czekanowicz: Ktoś, kogo nie ma (1976), Więzienie Jest tylko we mnie (1978), Pełni róż obłędu (współautor Zbigniew Joachimiak 1983), Najszczersze kłamstwo (1986), Śmierć w powietrzu (1991), Wcz/^ż widzę twarze (1994). Krzysztof Czyżewski — eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze — sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transregional 196 Noty o autorach Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Paulina Hoppe-Gołębiewska — ur. 1986 w Malborku, od 2007 roku mieszkanka Sztumu. Związana z Fundacją Damy Radę, asystentka ds. marketingu w malborskiej firmie So Chic. Autorka blogu Radość i Partyzantka, a obecnie paulapisze.pl, gdzie w dalszym ciągu, z dystansem, pisze o codziennych sprawach. Andrzej Kasperek — ur. 1958, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim (seminarium prof. Marii Janion), pisarz, badacz literatury, działacz opozycji demokratycznej (jeden z założycieli Niezależnego Zrzeszenia Studentów), doktor nauk humanistycznych; od 1985 zajmuje się pracą nauczycielską (Liceum Ogólnokształcące w Nowym Dworze Gdańskim). Nominowany do Finału Nagrody Literackiej Gdynia 2011 za książkę Back tn the DDR i inne opowiadania (2010). Autor tomu esejów Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło wschodnie (2013) oraz tomu opowiadań pt. Koronczarka (2013). W 2018 wydał Mój płaski kraj Żuławy. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2012). Żuławiak od urodzenia. Alfred Kohn — ur. w 1960 r. w Makowie Mazowieckim. Animator i działacz kultury, poeta, redaktor, kolekcjoner starych zdjęć z Tarczyna i Makowa Mazowieckiego. Opublikował tomiki poetyckie: „Pegaz złagodniał” (1986), „(Nie)dzielne wiersze”(2000) i „Powroty” (2021) oraz trzy tomy Albumów Fotograficznych pt. „Tacy byliśmy jeszcze wczoraj... ziemia tarczyńska na starych fotografiach”. Wiersze swoje drukował w wielu czasopismach i almanachach literackich. Laureat ogólnopolskich konkursów poetyckich. W latach 1989-1995 — dyr. Sztumskiego Ośrodka Kultury. Od 1 lipca 1996 r. kieruje Gminnym Ośrodkiem Kultury w Tarczynie k/Warszawy. Adam Langowski — ur. w 1981 r. w Sztumie, absolwent LO w Sztumie, ukończył historię na UMK w Toruniu. Pracuje jako nauczyciel historii w Zespole Szkół w Starym Targu. Mieszka w Sztumie. Andrzej C. Leszczyński — urodził się w Chodzieży. Eseista, wykładowca akademicki, okazjonalnie nauczyciel licealny. Studiował pedagogikę i filozofię. Autor trzech książek i ponad 200 rozpraw i szkiców z zakresu filozofii człowieka, etyki, antropologii teatru. Promotor ponad stu prac magisterskich i licencjackich. Prowadził teatralne warsztaty komunikacji i ekspresji w kraju i za granicą. Grażyna Nawrolska — absolwentka archeologii w UAM w Poznaniu i Studium Podyplomowego Muzealnictwa Uniwersytetu Warszawskiego. W 2010 doktorat na Uniwersytecie we Wrocławiu. Od 1980 do 2010 prowadziła badania archeologiczne na Starym Mieście w Elblągu. Pracowała w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu. Autorka wielu publikacji naukowych w Polsce, Belgii, Irlandii, Szwajcarii i Niemczech. Piotr Napiwodzki — ur. w 1972 w Jeleniej Górze, teolog, filozof, tłumacz, były dominikanin. W 2005 obronił doktorat na Uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim. W łatach 2006-2010 rektor Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie. Wydał Błiżq niż się wydaje. O końcu swiaia, miłłenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei (2010) Noty o autorach 197 i Małe obrazki proste scenki. Poiois'lańskim szlakiem Wilhelma z Modeny i losy całkiem tospół-czesnych osaclnikóto (Biblioteka Prowincji 2019). Od 2010 mieszka w Koślince kolo Sztumu. Artur Matys — ur. 1962 r. w Malborku. Studiował historię (UG), politologię (Collegium Civitas) i zarządzanie (UW). Wydawca, menadżer instytucji oraz projektów kulturalnych. W 2016 roku wydal Don Kichota Miguela de Cervantesa w tłum. A.L. i Z. Czernych z ilustracjami J. Wilkonia, a na łamach „Wyspy”, opublikował tekst „Siostra Don Kichota”. Współorganizował wystawy prac Józefa Wilkonia w Lublinie, Warszawie i Gdyni. W 2018 wydał ŻyiootDon Kichota i Sancza Miguela de Unamuno w tłum. P. Fornelskiego. Właśnie ukazał się I tom jego monografii Don Kichot—gałeria otwarta/Don Quijote — galeria abierta. Mieszka w Warszawie. Bartosz Marguardt - urodzony w 1994 roku w Sztumie. Wychowywał się w Cieszy-mowie. Absolwent ekonomii (sp. analityka gospodarcza) na UMK w Toruniu, gdzie z sukcesami działał w Samorządzie Studenckim i jako przewodniczący Kola Naukowego Metod Ilościowych. Jego praca magisterska w 2018 roku została uznana za najlepszą w konkursie Dziekana Wydziału Nauk Ekonomicznych i Zarządzania. Od początku kariery zawodowej związany z branżą farmaceutyczną i negocjacjami. Lubi sięgnąć po gitarę oraz zwiedzać Powiśle na rowerze. Założyciel i redaktor strony na Facebooku poświęconej historii Cieszy-mowa. Pomysłodawca utworzenia Izby Pamięci w tejże miejscowości. Cieszymowo to jego oaza, lubi tam wracać. Wiesław Olszewski — ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof oraz Muzeum Zamkowym w Malborku. Ryszard Rząd — ur. w 1953 r., historyk, absolwent KUL. Pracownik Muzeum Zamkowego w Malborku. Autor szeregu publikacji poświęconych dziejom odbudowy zamku w Malborku na przełomie XIX i XX wieku. Leszek Sarnowski — ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w łatach 1989—1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska ćlroga tło toolnosci (2017) oraz Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej (2017). Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marek Suchar — z wykształcenia psycholog oraz absolwent studiów z zakresu judaistyki i archeologii biblijnej, nauczyciel akademicki na sopockim Wydziale Uniwersytetu SWPS w Sopocie. Autor czterech książek i licznych artykułów poświęconych historii i teraźniejszości Jerozolimy. Ostatnio ukazała się drukiem jego powieść Kioadrat jerozolimski. 198 Noty o autorach Agnieszka Świercz-Karaś — absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego. Od początku kariery zawodowej związana z samorządem i lokalnymi mediami. Wieloletnia redaktor naczelna „Nowin Gniewskich”, współpracowała m.in. z TYP i Wydawnictwem Pomorskim. Obecnie zajmuje się promocją w Starostwie Powiatowym w Sztumie. Redaguje gazetę „Dzień Dobry Powiat Sztumski”. Piotr Podlewski — absolwent historii, nauczyciel, muzyk (Abodus, X-Project), propagator historii regionalnej. Autor książki Penetracje wokói Sztumu (Biblioteka Prowincji 2020). Mieszka i pracuje w Sztumie. Radosław Wiśniewski — ur. 1974 r. Absolwent psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mieszka w Kiełczowie, pracuje we Wrocławiu., związany z Brzegiem. Pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor miedzy innymi: Inne Bluesy (2015), Psalm dla Św. Sabiny (2016), Dziennik Zenona Kałuży (2017). Współzałożyciel Stowarzyszenia Żywych Poetów w Brzegu, redaktor naczelny ex-kwartalnika „Red”, współpracownik „Odry”, „Studium”, „Undergruntu”. Mieczysław Sławomir Zagor — wielokrotny medalista jeździeckich mistrzostw Polski, który oprócz talentów sportowych sporadycznie wykazuje się „żyłką” dziennikarską. Urodzony 1 stycznia 1970 roku już od następnego dnia stał się członkiem sekcji jeździeckiej Wojskowego Klubu Sportowego „Lotnik” Warszawa. W swojej książce p.t. Rzuć serce za przeszkody opisuje świat, w którym się wychował i dorastał. Wraz z rodzicami i młodszym bratem uczestniczył w wielu historycznych wydarzeniach jeździeckich na arenie krajowej i międzynarodowej. Od 1976 roku losy rodziny Zagórów były ściśle związane z Państwowym Stadem Ogierów w Kwidzynie oraz klubem „Nadwiśłanin” Kwidzyn. Piotr Zawada — pasjonat historii, w szczególności epoki napoleońskiej. Z wykształcenia ekonomista, posiada też licencjat z historii. Od 2002 roku w polskim ruchu rekonstrukcyjnym doby epoki napoleońskiej - dowódca Pułku 12 Piechoty Księstwa Warszawskiego z Gdańska. Autor Sojusznik c:^ wróg? Armia rosyjska w kampanii galicyjskiej 1809 roku (2009) oraz „Yictor za Bliichera. O marszałkach epoki napoleońskiej związanych z polskimi ziemiami” (2020). Paweł Zbierski — pochodzący z Gdańska scenarzysta i reżyser. Absolwent UJ i łódzkiej filmówki. Emigrant z Polski. Dyrektor artystyczny założonej w Paryżu firmy Fonta-ine Media. Wspólnie z Aleksandrą Fontaine wystawił w Teatrze w Perpignone w marcu 2018 francuskojęzyczną, kryminalną sztukę La file a la oalise osnutą wokół wydarzeń związanych z atakiem terrorystycznym na redakcję satyrycznego pisma „Charlie Hebdo” . Od lipca 2018 współzałożyciel wybudowanej w Saint Laurent de Cerdans w Katalonii Galerii „Poray”. Krystian Zdziennicki — ur. w 1992 r. w Sztumie. Absolwent historii oraz prawa na UG. Członek zarządu Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej. Zajmuje się badaniami historycznymi Pomorza ze szczególnym uwzględnieniem Powiśla. Autor błoga: www.zie-miasztumska. blogspot. com O/j^^b^^ ^Of^-^a^/^a PROWINCJA Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl