Darczyńcy Kwartalnika Prowincja WOJEWÓDZTWO POMORSKIE Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2022 roku” Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu FOBOS ONE Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos One s^OiE^GOZ^^ i miejska BISlIOKIw PliSElCZNA im. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 30-806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 TTSa 301-48-11 w. 22/"; 23/ PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 2(48) 2022 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Piotr Napiwodzki Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Krzysztof Czyżewski, Paweł Zbierski, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Adam Langowski, Krystian Zdziennicki Projekt okładki: Mariusz Stawarski Str. III i IV - malarstwo Danuty Chodorowskiej Skład komputerowy i przygotowanie do druku: KIMSO Marcin Żakiewicz Druk: Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Ytydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pł, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Spółdzielni Socjalnej Fabryka Inicjatyw w Malborku, Sztumskiemu Centrum Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury - sklep Tabularium Sztumskie Centrum Kultury Zakład fotograficzny Foto Mono II w Sztumie, Plac Wolności 19 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Czterdziesta ósma „Prowincja”................................................5 Poezja Paulina Weronika Wiśniewska.................................................6 Beata Langowska..............................................................8 W obliczu wojny - Mała antologia wierszy ukraińskich 2014-2022..............11 Wołodymyr Bynio...........................................................12 Ołeksandr Irwaneć.........................................................13 Halyna Kruk...............................................................14 Kateryna Michalicyna......................................................15 Iryna Mularczuk...........................................................16 Julia Musakowska..........................................................17 Walerij Puzik.............................................................18 Julia Szeket......................;.......................................18 Ostap Slywynski...........................................................19 Natalia Trochym...........................................................20 Proza Leszek Sarnowski — Poniemieckie............................................21 Esej Andrzej C. Leszczyński — Okruchy............................................26 Cezary Obracht-Prondzyński - Siła lokalności -na czym polega, jak ją wydobywać?......................................32 Radosław Wiśniewski - Listy do Tymoteusza (9)..........................39 Na tropach historii Grażyna Nawrolska - Rzecz codzienna — nocnik...............................45 Radosław Kubuś — Kryminalne aspekty życiana Żuławach i Mierzei z I połowy XIX wieku............................................52 Katarzyna Gentkowska — W odwiedzinach u żuławskiego chłopa Ze wspomnień XIX-wiecznego gdańszczanina Rudolfa Fossa....................57 Piotr Zawada — Wielki romans epoki napoleońskiej — Napoleon i Maria Walewska w Pałacu Finckenstein w 1807 roku...............60 Jean Rapp - „Przyjemna temperatura, bezchmurne niebo i nieco bezczelności” podczas oblężenia Gdańska w roku 1813.....................................67 Wiesław Olszewski - by nie byli jak rozbitkowie na oceanie..................72 Ryszard Rząd - Historie nie tylko malborskie (7)............................82 Wędrówki po prowincji Piotr Podlewski - Stare Dolno Krzyżacki port i historia dworu............89 Bartosz Marguardt — Szkoła Podstawowa w Cieszymowie we wspomnieniach ....95 100 lecie Związku Polaków w Niemczech Józef Borzyszkowski - Związek Polaków w Niemczech: między Waplewem a Zakrzewem i Berlinem................................107 Andrzej Lubiński - Podróże do Polski powiślańskiej Polonii w okresie międzywojennym..............................................121 Prowincje bliskie i dalekie Paweł Zbierski - Dziennik kataloński (16)................................127 Marek Suchar - „Polski sezon” w Jerozolimie.............................140 Muzyka Wacław Bielecki - Notki melomana w czasie pandemii i wojny (6)..........148 Wspomnienia Teodor Sejka (1943-2022) we wspomnieniach...............................162 Galeria Prowincji Kobieta zmienną jest czyli malarstwo Danuty Chodorowskiej...............168 Czego ci matka nie powie... Paulina Hoppe-Gołębiewska - Rodzicielska dwubiegunówka...................170 Konkurs literacki Andrzej Kasperek - Manewry Artystyczne Wojska Polskiego.................173 Edward Derylak - Wojak..................................................174 Julia Klonowska - Wiatr zmian...........................................181 Barbara Kocela — Pamięci Stanisława Lema w setną rocznicę Jego urodzin 1921-2021 .............................................189 Recenzje Andrzej Lubiński — O kapitule pomezańskiej w Kwidzynie..................192 Krystian Zdziennicki - Zgubnik po Żuławach, Powiślu oraz Kociewiu.......195 Noty o autorach.........................................................198 CZTERDZIESTA ÓSMA „PROWINCJA” Lato to czas relaksu i nie wyobrażamy sobie, by zabrakło Państwu nowego numeru naszego kwartalnika. Zatem oto nasza propozycja, zwieńczona jak zwykle symboliczną grafiką Mariusza Stawar-skiego. Poezja jest dobra na każdą porę. Tym razem Paulina Weronika Wiśniewska z Kwidzyna i Beata Langowska ze Sztumu. Krzysztof Czyżewski przygotował specjalnie dla naszego kwartalnika wybór kilku wierszy ukraińskich poetów pod tytułem „W obliczu wojny”. Dzięki Międzynarodowemu Centrum Dialogu im. Czesława Miłosza w Krasnogrudzie zostanie wydana antologia tych wierszy, a dochód ze sprzedaży książek zostanie przeznaczony na pomoc Ukrainie. I na dodatek prozatorski debiut redaktora naczelnego kwartalnika - Leszka Sarnowskiego. Kolejny esej Andrzeja C. Leszczyńskiego między innymi o pewności, niepewności, a przede wszystkim o ideologicznych wirusach na przykładzie zaczytania się w biografię Leszka Kołakowskiego i nie tylko. Profesor Cezary Obracht-Prońdzyński o sile lokalności, jakich wspólnot lokalnych dziś potrzebujemy, o ich identyfikacji z dziedzictwem i bogactwie życia w różnorodności. Radosław Wiśniewski w kolejnej części Listów do Tymoteusza czyli rozmów z synem o sprawach istotnych. Grażyna Nawrolska o ważnych atrybutach życia codziennego w dawnych czasach z punktu widzenia prac archeologicznych. Tym razem o prozaicznym nocniku. O Żuławach w kontekście histo-ryczno-kryminalnym i gospodarczym piszą Radosław Kubuś i Katarzyna Gentkowska, a Wiesław Olszewski przypomina dzieje Centralnego Wodociągu Żuławskiego. Piotr Zawada wspomina bujny romans Napoleona i Marii Walewskiej w pobliskim Kamieńcu Suskim, a Piotr Napiwodzki tłumaczy kolejny rozdział pamiętników z epoki napoleońskiej autorstwa Jeana Rappa. Wątek napoleoński pojawia się także w opowieści Ryszarda Rząda. Piotr Podlewski kreśli historię krzyżackiego portu i dworu w Starym Dolnie, a Bartosz Marguardt wspomina swoją szkołę w Cieszymowie. Z okazji stulecia powstania Związku Polaków w Niemczech prezentujemy Państwu kolejne teksty związane z tym wyjątkowym związkiem i ideowymi ludźmi, tym razem w opowieści profesora Józefa Borzyszkowskiego oraz Andrzeja Lubińskiego. Z prowincji nieco odległej Paweł Zbierski śle nam kolejne refleksje z Katalonii, a Marek Suchar przypomina polskie wątki z Jerozolimy. Wacław Bielecki sączy nam dobre wieści ze scen muzycznych, wreszcie otwartych po covidowych obostrzeniach, między innymi o wyjątkowym koncercie z okazji 20-lecia powiatu sztumskiego w wykonaniu Leszka Możdżera i Kacpra Smolińskiego w Sztumskim Centrum Kultury. W Galerii Prowincji artystka z Kwidzyna — Danuta Chodorowska. Andrzej Kasperek tym razem w roli recenzenta prezentuje utwory poetów i prozaików nagrodzonych w konkursie literackim pod nazwą Manewry Wojska Polskiego. Z wyjątkowym żalem pożegnaliśmy naszego redakcyjnego kolegę, Teodora Sejkę, wieloletniego pedagoga, którego w numerze wspominają przyjaciele. Życzymy udanych wakacji i przyjemności z lektury przygotowanych dla Państwa tekstów. Redakcja „Proiaincji” Poezja Paulina Weronika Wiśniewska MOGŁABYM Mogłabym przysiąc, że dzisiaj na niebie widziałam lato, Ta wstęga błękitna i obłoki śnieżnobiałe rozmazane pędzlem... I czułam promień słońca na moim policzku... Ciebie już od dawna nie widuję Twoje lato jest już gdzieś indziej... Jeziorami brodzą nasze myśli O zachodzie i wschodzie O północy i południu Zmącone wiatrem, kroplą deszczu dżdżystą słodko-gorzką łzą Echo... Niesie ciszę... Promień słońca oświecenie Poezja 7 PTASIE CHARAKTERY Przekomarzanie, ćwierkanie i trele-morele O świcie Ty, W południe On, Wieczorem Wy, O północy My, Brodzą w marzeniach. Kluczem przecinają muślinowy błękit Byśmy zadzierali głowy I z hołdem je witali I żegnali A tym, które możemy pokochać -szykujemy złote klatki, podcinamy skrzydła i zakładamy obrączki NIEWYSTARCZAJĄCO Wczoraj kochałeś bezwiednie. Całowałeś moje chłodne dłonie. Tak czule... Dzisiaj głaszczę Twoje stalowe włosy. Widzę jak odwracasz wzrok, A jutro znów odłożysz słuchawkę. Gdy zechcę być sobą. 8 Poezja Beata Langowska SŁOWA nie licz na moje słowa każda litera to przechera może znaczyć wszystko lub zupełnie nic barwne potoki szeptów kras'ne korale myśli wodospady słów rzeki wyrazów bez wyrazu tafla jeziora jak gładki stół na którym zawsze coś się znajdzie czasem kamienie milowe słowa jak kwiaty na zimę suszę bukiety by mieć złudne poczucie tego że przetrwam Poezja 9 MOJE MIASTO z zachwytem patrzysz jak październikowe słońce się pławi w jeziorze mieni powłóczyście faluje zmysłowo o brzeg i choć nie jest różowo dziękujesz za ten widok który specjalnie dla ciebie wymalował zmierzch i bolą cię wszystkie wzruszenia dławią wspomnienia na każdym liściu list polecony a wiatr nie może trafić do adresata to jednak wciąż uśmiechasz się do siebie DLA A*** urodziwa jak z obrazów renesansowych malarzy ciała zaczerpnęła nieco od Rubensa fachowość pracowitość działanie na miarę świata w którym jest i ciągły brak czasu znamię nabyte a on choć tak spolegliwy słyszy - no kim dla ciebie jestem kim wysłuchuje jeszcze wielu innych i się dziwi że ona nie wie musi zamknąć potok wodospad morze rzecze- jesteś dla mnie najważniejsza na świecie 10 Poezja KOLEJ RZECZY stare domy Jak starzy ludzie umierają w pustych ścianach nikt nie ogrzewa ich wnętrz całe życie razem gwarno wesoło później po kolei odchodzą i co ma zrobić pusty dom brak świeżego powietrza kurz węgiel w piwnicy piec się dławi od smogu gnuśnieje podłoga w zlewie Jedna szklanka zadymione wspomnienia smutna starsza pani schorowana chce sprzedać dom ITAKA czasem bezdomność to Jest stan wrodzony choćby nie wiem co możesz awansować społecznie zdobywać szczyty wyznaczanych szlaków znaleźć księcia pięknie się ubrać do pracy mieć dzieci szykować święta starać się dzień po dniu a w głębi duszy i tak pozostaniesz bez niczego nie łudź się niczyjość i samotność twoje siostry bliźniaczki Poezja 11 W OBLICZU WOJNY Mała antologia wierszy ukraińskich 2014-2022 WYBRAŁ I WSTĘPEM POPRZEDZIŁ KRZYSZTOF CZYŻEWSKI Idea Biblioteki Pisarzy Ukrainy zrodziła się w obliczu wojny w Ukrainie i ma swoje źródło w przekonaniu, że literatura nie jest strefą autonomiczną, lecz głęboko rezonuje z rzeczywistością noszącą piętno wojennej tragedii. Nie chodzi tutaj o „temat wojny” jako jeden z możliwych tematów dla twórczości poetyckiej, lecz o ukraińskie poesis - słowo w działaniu w sytuacji granicznej. Inicjatywa wydawnicza Biblioteki Poezji Ukrainy nawiązuje do Biblioteki Pisarzy Sarajewa, zainicjowanej przez Pogranicze i niezależne wydawnictwa z Sarajewa, Belgradu i Lubiany. Podczas trwającej jeszcze wojny w byłej Jugosławii wydane zostały tomy ośmiu poetek i poetów w językach bośniackim, polskim, serbskim i słoweńskim. Idea stworzenia Biblioteki Pisarzy Ukrainy zrodziła się w Międzynarodowym Centrum Dialogu im. Czesława Miłosza w Krasnogrudzie w ramach programu Pogranicze/Ukraina. Jest to wspólna inicjatywa oficyn wydawniczych „Dżezwa” ze Lwowa i „Pogranicze” z Sejn/ Krasnogrudy. Całkowity dochód ze sprzedaży książek przekazany zostanie na pomoc Ukrainie. Mała antologia wierszy ukraińskich z lat 2014-2022 jest wyborem utworów z Biblioteki Poezji Ukrainy. Z dziesięciu dwujęzycznych tomów poetyckich z serii pierwszej Biblioteki wybrano po jednym wierszu. Każdy tom przetłumaczony został przez poetkę lub poetę z Polski. Zarówno wśród autorów, jak i tłumaczy są nazwiska sławne i mniej znane, bywa, że należące do osób, których dopiero wojna „przymusiła” do pisania albo do debiutu trans-latorskiego z języka ukraińskiego. Książki z pierwszej serii Biblioteki, której premiera zapowiedziana jest na 30 czerwca, powstawały w ukraińsko-polskim dialogu następujących twórców: Wołodymyr Bynio / Janusz Radwański, Ołeksandr Irwaneć / Jerzy Czech, Halyna Kruk / Aneta Kamińska, Kateryna Michalicyna / Jakub Pszoniak, Iryna Mularczuk / Katarzyna Szweda, Julia Mu-sakowska / Aneta Kamińska, Walerij Puzik / Leszek Szaruga, Ostap Slywynsky / Bohdan Zadura, Julia Szeket / Bohdan Zadura, Natalia Trochym / Krzysztof Czyżewski. W serii drugiej Biblioteki, której wydanie planowane jest na wrzesień tego roku, w przygotowaniu są następujące tomy poetyckie: Olga Bragina / Julia Fiedorczuk, Ala Gulijewa / Joanna Lewandowska, Kateryna Kałytko / Aneta Kamińska, Ija Kiwa / Alicja Rosę, Wasyl Machno / Bohdan Zadura, Anna Maligon / Jakub Kornhauser, Hanna Osadko / Agnieszka Wolny-Hamkało, Daria Suzdalowa / Krzysztof Czyżewski, Iryna Szuwałowa / Aneta Kamińska, Serhij Zadań / Aleksandra Zińczuk. 12 Poezja Wotodymyr Bynio, *** (poetka kocha si^ z żołnierzem..Przełożył Janusz Radwański * * * poetka kocha się z żołnierzem brud pod Jego paznokciami przenikający wszystko smród papierosów czarne szorstkie dłonie których nie da się domy drapią płecy i szyję On szczytuje pada odwraca się do ściany zasypia Jej się nie udaje Ona myśli o wierszu wolnym w którym „maki ran rozkwitają” który ma by ostatnim w książce i bez wątpienia będzie tylko niech ta kurewska wojna wreszcie Go zabierze Poezja 13 Ołeksandr Irwaneć, Kultura bez polityki (fragment). Przełożył Jerzy Czech Słuchaj no, wania z riazania! Zatańcz mi kamaryńskiego! Lub chociaż zagraj koncert fortepianowy Czajkowskiego I niech jakaś netrebko-bezpiątoklepko Zaśpiewa ci zza oceanu Bo oczywiście nie można uogólnia Nie można kultury rosyjskiej Nie można stygmatyzowa Nie można mierzy wszystkich jednym arszynem (Tak a propos - arszyn to prawie 72 cm Trochę mniej niż połowa rosyjskiego żołnierzyka Dużo takich połówek leży na polach mojej Ukrainy) Ale pani prezes amerykańskiego pen-clubu* Nawołuje nas do porozumienia Nawołuje byśmy tak całkiem Nie skreślali kultury rosyjskiej A ja w Kijowie na Podole Ośmielę się by innego zdania Bo tutaj nad Dnieprem pilnie Strzeże nieba obrona przeciwlotnicza I to trochę zmienia punkt widzenia Bo nasi dzielni artylerzyści (Niechaj ich Pan Bóg ma w opiece!) Mogą za którymś razem Nie strąci wszystkich I bomba z rosyjskiego samolotu Lub wystrzelona rakieta Dalej już wiecie sami Do schronu trzeba jeszcze dojść Słuchając bez przerwy huków eksplozji Ogłaszam więc z Kijowa — Najpiękniejszego miasta na ziemi Ze potrzebny jest raczej mur niewzruszony W rosyjskiej kulturze bowiem Wszędzie rozpanoszył się putin 14 Poezja Halyna Kruk, *** (potfiedziećsobie szczerze...). Przełożyła Aneta Kamińska * * * powiedzie sobie szczerze, jak najszczerzej, jakby nie było już nic do stracenia: za długo żyliśmy, polegając na innych — jak w książkach piszą, co ludzie powiedzą, za bardzo przywykliśmy do tych wyszywanych koszul bezpieczeństwa, do tych wystawnych cerkiewno-gastronomicznych obrzędów, do tych fig w kieszeni, którymi często udajemy sprzeciw. powiedzie sobie jasno: nie wystarczy wsi ani miasteczek, żeby każda chata była z kraj a, nie wystarczy wojowników, żeby pojedynczo wychodzi w pole, nie wystarczy pól, nawet kitajek nie wystarczy, nazwożonych z Chin, powiedzie sobie bez ogródek, nie chowając się za plecami innych, nie sięgając za każdym razem po chwałę przodków i pamięć bohaterów jak po chusteczkę na patriotyczne łzy i smarki, nie uciekając w tęskną pieśń. powiedzie sobie: ja — ostatnia litera alfabetu’, bez którego mnie nie będzie, ja - ostatnie terytorium, ja - to, czego nie mogę się wyrzec, ja - cieśla belki we własnym oku, ja nie muszę ciosa z niej krzyża, jeśli nie chcę ja nie mogę odda tego, co do mnie nie należy ja należę do tego narodu, ja — ten naród ja nie chcę, żebyśmy wiecznie błądzili takimi głuchymi drogami więc zaczynam od siebie - ja zaoruję miedze ja — my, ja-my, jamy ' Znak M („ja”) to ostatnia litera alfabetu ukraińskiego (przyp. tłum). Poezja 15 Kateryna Michalicyna, fmodlitwa do / Charkowa). Przełożył Jakub Pszoniak (MODLITWA DO / CHARKOWA) po prostu ocalej, błagam cię, ocalej. przedstawię cię mojemu na wpół martwemu psu poznam cię z polem, co na kość stwardniało z miłorzębem w parku, i płastelinowym Totoro naszej małej, po prostu ocalej, błagam cię, ocalej. znów kiedyś jeszcze noce delikatnie wonne niepodległe się staną od gróźb, nasze niebo i gwiazdy - jak za dziecka - nieskończone, a nie rwane przez tornada i grady*^, nie, zupełnie niczego stąd nie mogę zrobi nie dosięgam żadnej z wyciągniętych rąk chociaż łażę po ścianach i chcę głośno wy w zamian czytam synowi wymiętą książeczkę i myślę, oddycham: ocalej, błagam cię, ocalej, żyj... 3.03.22 ^ * Rosyjskie wyrzutnie rakietowe Tornado-G i BM-21 Grad (przyp. red.). 16 Poezja Iryna Mularczuk, *** (Mówi...). Przełożyła Katarzyna Szweda it it it Mówi: Jesteś taka nieustraszona Wolna Jak nasz kraj Zawsze będę gotowy iść z Tobą naprzód Śmieję się Przykrywam kamizelką kuloodporną Małą dziewczynkę we mnie (Ona boi się bardziej niż ja i on Razem) Taka jestem Poezja 17 Julia Musakowska, *** (takie kłopotliwe...). Przełożyła Aneta Kamińska takie kłopotliwe, takie straszne wiersze, pełne złości, takie politycznie niepoprawne żadnego w tych wierszach piękna, żadnej estetyki metafory uschły i rozsypały się zanim rozkwitły metafory zakopane na placach zabaw pod naprędce zbitymi krzyżami zamarłe w nienaturalnych pozach przy bramach domów przysypane pyłem gotowały posiłki na otwartym ogniu - usiłowały przeży zginęły od odwodnienia pod gruzami ostrzelane w samochodzie pod białą flagą z prześcieradła z jaskrawymi plecakami na ramionach leżą na asfalcie twarz w dół obok domowych pupili wybaczcie, ale takie wiersze to wszystko, co mamy dla was na dzisiaj, szanowni państwo widzowie teatru wojny 31.03.2022 18 Poezja Wałerij Puzik, *** (Mówi/:}.. J. Przełożył Leszek Szaruga * * * Mówią: nie będzie ratunku! Wszystko płonie. Wykończeni medycy. Nogi zdrętwiałe od zacisków A krew pulsuje i krzyk pulsuje i pulsuje niebo. Płuca pochłania cement a w żyłach ścina się beton. Słońce powoli ciemnieje. Słońce ciemnieje. Słońc... Julia Szeket, Moje minimum. Przełożył Bohdan Zadura MOJE MINIMUM Moje nogi i ręce, moje minimum jest ze mną, Mam trzy duchy i cień też mam złotej zieleni. Mam trzy przygody, na proch przemielone. Mam trzy lub cztery ulewne promienie. A ten wspólny pud soli, która rozpuściła się w wodzie. Posolił ocean, ale na nic się nie przydał. Razem z pianą spłyną lata młode. Cho gdzieś prowadzi obieg wody w przyrodzie. Mam skrzynię z kopalniami skarbów trzema, I nic nie zapowiada eksplozji ni tąpnięcia. Mam nierozmienialną monetę głębokiego wydechu I nadzieję na minimum wokół ust znaczenia. Poezja 19 Ostap Slywynski, *** (Kuchnia wolności...). Przełożył Bohdan Zadura Kuchnia wolności jest brudna i zaśmiecona, wybacz, Tylko szczęśliwcom udaje się posprząta po sobie. Tylko najszczęśliwsi ze szczęśliwych gotują tu dla siebie. A przecież nie sposób przyjść tu na wszystko gotowe, bo nie ma jedzenia, które psuje się szybciej niż wolność. I ci, co zostawili na ścianach swoje przepisy, wiedzieli, ile razy przyjdzie im zaczyna od początku. Jeszcze jedno pokolenie spalonych patelni, dymu i pożarowych drabin dla ewakuacji o północy. Jeszcze jedno pokolenie życia. Jak cienie prześlizgujemy się przez czyste witryny bistra, gdzie pod neonem czekają na jedzenie mężczyźni i kobiety w podejrzanie podobnych ubraniach. 20 Poezja Natalia Trochym, W^o^ nie śpi.... Przełożył Krzysztof Czyżewski WRÓG NIE ŚPI... Wróg nie śpi, wróg nigdy nie śpi. W dzień i w nocy robi swoją czarną robotę. Mama nie śpi, już trzecią dobę nie śpi. Mama, jak ptaszyna, w piwnicy gniazdo mości dzieciom z myślą: nie prędko ten deszcz ustanie... Mówią, że piwnica jest niepewna. A co jest pewnego w tym świecie? Chyba tylko jej syn. Ma już siedem lat. I też nie śpi, cho młodsi dawno już śpią, utuleni matczyną kołysanką, tak po prawdzie — hymnem, pełną jego wersją, od Sanu po Don, bo kołysankę śpiewa się długo... Z ciemności syn pyta: - Mamo, a wiesz, co robi rosa? - Lśni - uśmiecha się mama. - Nie! - odpowiada syn. — Ginie. Jak wrogowie... Proza Leszek Sarnowski PONIEMIECKIE Stary kościół stał naprzeciwko poczty, przy drodze na nieczynny od dawna cmentarz. Po drugiej stronie ulicy, na świątynię i całe miasteczko, spoglądał ze szczytu góry duch świętego Wojciecha. Ponoć dawno temu przycupnęli tam wojowie przewożąc z Prus święte jego szczątki, a miejscowi usypali w tym miejscu spory kopiec. Wiedzieliśmy, że kościół postawili Niemcy, którzy choć świętych ponoć nie uznawali, to jednak u wojciechowych stóp swój kościół postawili. Może tak na wszelki wypadek. Niemców nie lubiliśmy. Nawet nie wiedzieliśmy dlaczego. Byli po prostu obcy, inni, no i nie mówili po naszemu. Żadnego Niemca nie znaliśmy, ale na wiarę przyjmowaliśmy, że lubić ich nie powinniśmy. A język trochę znaliśmy od Hansa Kłosa - achtung, hende hoh, ausweis bite. I tyle. Z podwórkowej wiedzy wynikało, że nie powinniśmy też lubić Ruskich. No to nie lubiliśmy. Ale w naszym miasteczku nic ruskiego nie było, więc naszego nielubienia nie było na czym skupić. Dopiero gdzieś chyba w piątej klasie podstawówki dowiedzieliśmy się, że nielubienie Niemców to efekt naszych historycznych doświadczeń, bo krzywd nam wyrządzili co nie miara. A babcia Basia nam nic nie mówiła, że jej dwie siostry w czasie ostatniej wojny były na robotach przymusowych w Niemczech. Nie wiedzieliśmy dokładnie co to te roboty przymusowe, ale na wiarę przyjmowaliśmy, że nic dobrego, bo mus w tym słowie był jednak dominujący. Nie wiem zresztą jak byśmy to wszystko ogarnęli, gdyby dziadek Brunon opowiedział nam jeszcze o swoich dwóch braciach, którzy walczyli w czasie wojny w armii niemieckiej, a jeden był policjantem niemieckim w Ciechocinku. Chyba byśmy tego nie ogarnęli. No bo jak to, nie lubić - za siostry babci, a lubić - za braci dziadka? Nie wiem jak dorośli to sami ogarniali. Z Ruskimi było jeszcze gorzej. W szkole mówiono o nich jak najlepiej. Przede wszystkim dlatego, że pomogli nam wypędzić z naszego kraju złych Niemców, no i w nagrodę jeszcze mogliśmy się uczyć ich języka, choć jakoś niewielu z nas za tym przepadało. Później to się przydało, bo mogliśmy rozumieć to, o czym śpiewał Bułat Okudżawa czy Włodzimierz Wysocki i nam się to podobało. Ale wtedy? Babcia Basia nic nam nie mówiła o tym, że jej brata, a naszego wujka, zabili Ruscy w Katyniu, choć w szkole nam mówiono, że to jednak Niemcy. Nie wiedzieliśmy, jak dorośli nie gubią się w tym wszystkim. Dziadek Brunon też nam nie powiedział, że to Ruscy wywieźli go do obozu na parę lat, a jego żonę, a naszą babcię, jeden z nich zastrzelił. Nie mieliśmy tej wiedzy, ale jakoś podskórnie to czuliśmy, że Ruskich też nie powinniśmy lubić. 22 Poniemieckie To jakoś tak się działo poza nami, bo jak graliśmy na podwórku w wyścig pokoju, to nikt ze swoim kapslem nie chciał być ani Niemcem, ani Ruskim. A jak graliśmy w wywoływanie wojny, gdzie potem wykrawało się swoim kijem z pola przeciwnika kawałek jego terytorium, to najchętniej zabierano je Niemcom i Ruskim, i każdy, któremu te państwa przypadały do reprezentowania, był po prostu wkurzony Niemiecki kościół w naszej pamięci od zawsze służył jako magazyn na mąkę i nawozy sztuczne. Trudno było nam to pojąć, bo kościół dla nas był jednak miejscem świętym i tajemniczym. Ten budził niepokój i smutek, bo większość z nas była ministrantami i niemal codziennie biegaliśmy służyć do mszy, szczególnie jak były roraty, bo to był przedświąteczny czas i nadzieja na prezenty, a jak się komplet rorat w ministranckiej posłudze zaliczyło, to i ksiądz dawał nagrody. Z tym kościołem było jednak coś nie w porządku. Wydawało się nam, że ta mąka to jakaś kara za dawne przewinienia. Ale jakie? Nikt nie pytał. Nikt nie odpowiadał. Zaglądaliśmy w okna, kiedy pod wieczór niewiele osób kręciło się w pobliżu. Sterty worków, może z mąką z pobliskiego młyna, może jakieś nawozy z Geesu. Resztki kościelnych akcesoriów, stara ambona, połamane lichtarze, ołtarz zastawiony ciężkimi metalowymi beczkami, w oknach resztki kolorowych witraży. Jedyną formę życia były myszy, ani polskie, ani niemieckie, tutejsze. Próbowaliśmy wejść do środka, ale drzwi były wielkie i trudne do sforsowanie, z wielką kłódką. Przed i w czasie wojny odprawiano tam nabożeństwa, ale ostatni pastor uciekł razem z niemieckim wojskiem. Ci, którzy czuli się Niemcami, a uciekać nie chcieli, po cichu uczyli się polskiego i zaczęli chodzić do naszego kościoła Leszek Sarnowski 23 i nawet litanii do Matki Boskiej się wyuczyli. Trochę nas to dziwiło, boć przecie ona nasza, polsko-częstochowska. Pewnego dnia kościół zaminowali saperzy. Milicja obstawiła ulice. Zbiegło się całe miasto, bo niecodziennie wysadzało się tu kościoły. Właściwie nigdy. Niektórzy mówili, że to nie szkoda, bo poniemiecki, a poza tym zasłania widok na drogę od Bydgoszczy. No i Święty Wojciech był ważniejszy. Ponoć były propozycje, żeby tam zrobić kawiarnię, dyskotekę czy inne tego typu ucieszne instytucje dla mieszkańców, ale nie było chętnych, bo to jednak kościół. Decyzja o zburzeniu zapadła ponoć w jakimś komitecie centralnym. Nic nam to nie mówiło, bo ani centralnego, ani środkowego czy innego bocznego komitetu nie znaliśmy. Jedyny nam znany to był komitet rodzicielski w naszej szkole, ale nie podejrzewaliśmy, że oni, poza zbieraniem składek na wycieczki czy dzień nauczyciela, mieli coś do powiedzenia nawet w szkole, a co dopiero w mieście. Z tego wnosiliśmy, że to musiał być jakiś wyjątkowo ważny komitet. Ale wydając rozkaz wysadzenia kościoła już nam się nie podobał. Wybuch był wielki. W kilka minut po kościele została kupa gruzu i tumany ceglanego pyłu. Obserwowaliśmy jak w tumanach kurzu kościół idzie do nieba i pewnie gdzieś tam, na jakiejś chmurce, czeka na lepsze czasy. Jak dowiedzieliśmy się później, Niemcy wierzyli w tego samego Boga co my. Ten krzyż na wieży zresztą był taki sam jak nasz. I ponoć nawet mocniej wierzyli, bo na swoich wojennych pasach żołnierskich mieli wypisane, że „Bóg jest z nami”. Trochę nas to dziwiło, bo przecież ksiądz nam mówił, że ten Bóg jest jednak z nami. A poza tym, jak można było im wierzyć, bo skoro był z nimi, to dlaczego przegrali i gdzie był w tym momencie, jak burzyli Jego kościół. Chyba, że było to wszystko uzgodnione ze świętym Wojciechem, który patrzył na to wszystko z góry i też siedział cicho. Dorośli jakoś to ogarniali, my nie. Wybuch był jednak dla nas atrakcją. Ponoć jedynie rybak Otto zapłakał, bo w takim kościele był chrzczony i mimo, że do kościoła nie zaglądał, to przez tydzień do nikogo się nie odzywał. Mimo, że i tak do rozmownych nie należał, to ludzie to zauważyli i komentowali. No ale stało się i przez kilka tygodni było o czym gadać. Po latach kawałki kościoła widywano w różnych miejscach. U emerytowanego milicjanta widziano krzyż z kościelnej wieży. Pokazał go kumplom w czasie jednej w popijaw w swojej piwnicy. Nauczycielka plastyki kolorowe szkiełko z witraża wkomponowała w swój obraz życia, a stary stolarz z kawałka kościelnej ambony zrobił świętego Judę Tadeusza od beznadziejnych spraw. Gruz poszedł na jedną z gminnych dróg, a pamięć w niepamięć. My nie przejęliśmy się specjalnie zniknięciem kościoła. Najstarsi przepowiadali, że niebo się rozstąpi, ale się nie rozstąpiło, a wybuch był imponujący i chyba najgłośniejszy w całej historii miasta. Poza tymi wybuchami w kopalni wapienia, ale tam nikt z nas nie był, słyszeliśmy tylko od dorosłych, że co chwilę tam coś wysadzają. Nigdy o kościele więcej nie rozmawialiśmy, ale zrobiło się jakoś pusto i smutno. Kościół był pod wezwaniem św. Marcina. Był patronem dzieci, hotelarzy, jeźdźców, kawalerii, kape-luszników, kowali, krawców, młynarzy, tkaczy, podróżników, więźniów, właścicieli winnic, żebraków i żołnierzy. Sporo tych podopiecznych i nie wiedzieliśmy, jak to biedak dźwigał. No ale to dorośli tak postanowili. W dzień jego święta, 11 listopada, odbywały się pocho- 24 Poniemieckie dy Z lampionami ku jego czci. Tak jak u nas na roratach. Zanim został świętym był ponoć synem rzymskiego legionisty urodzonym na Węgrzech. Sam zresztą też został legionistą, ale jak poznał chrześcijan, zwolnił się z służby i został nawet biskupem. Słynął ze skromności, miłosierdzia i troski o innych, szczególnie najbiedniejszych, choć u nas Niemcy do tych najbiedniejszych nie należeli. Musiał się tam w niebie mocno zasmucić, kiedy jego kościół runął w gruzach. Chyba nie zasłużył na taki los, tym bardziej, że świętego lubili i Niemcy i Polacy. Po Niemcach został jeszcze cmentarz, gdzie spędzaliśmy sporo czasu. Nikt nie myślał o śmierci, choć miejsce do tego niewątpliwie by skłaniało. O śmierci nie wiedzieliśmy zbyt wiele, poza tym, że się pojawia od czasu do czasu i wtedy trzeba się było elegancko ubrać, śpiewać żałobne pieśni i się smucić, jak dorośli. Najgorsze było żegnanie się ze zmarłymi krewnymi. Trzeba było pocałować w rękę lub choćby dotknąć zimnej dłoni nieboszczyka. Śniło nam się to później przez tydzień. Na poniemieckim cmentarzu nie czuliśmy śmierci, bo te groby nie wyglądały jak nasze katolickie. Nie było wymytych marmurów, granitów, kwiatów, zniczy. Zapomniane, zaniedbane, nie nasze, nieważne, niebyłe. Z zakrzaczonych gąszczy wyrastały jedynie metalowe ogrodzenie grobowców z przerdzewiałymi grotami. Doskonale nadawały się na rycerskie miecze. Odbywały się prawdziwe bitwy. I krew czasem poszła, chyba że ktoś wygrzebał jakiś hełm pod zapadniętym granitem nagrobka i osłonił swoją głowę przed ciosami. Do grobów nie zaglądaliśmy ze strachu, a jak czasem zapadł się jakiś nagrobek i zobaczyliśmy kawałek kości, to uciekaliśmy jak najdalej. Po tygodniu wracaliśmy, bo strach minął. Latem walczyliśmy, a zimą zjeżdżaliśmy na sankach. Cmentarz był na wzgórzu, więc do zjazdów idealnie się nadawała. Pewnego lata dorośli zaczęli likwidować cmentarz. Bo po co cmentarz? Niemców nie ma. Kościoła nie ma. Chować nie ma ani komu, ani kogo. Poza tym pobliska cegielnia potrzebowała piasku, a ten z cmentarnego wzgórza idealnie się nadawał. Przy ekshumacji pracowało wielu miejscowych. Można było dorobić parę groszy, no i każdy ćwiartkę wódeczki dostawał dla celów dezynfekcyjnych. Dla niektórych ta flaszka była najważniejsza. Dezynfekcyjny płyn, stosowany głównie wewnętrznie, powodował, że czujność pracujących była osłabiona, dzięki czemu mogliśmy przyjrzeć się z bliska stosom czaszek i piszczeli. Menel Heniek mówił, że się boi, ale mocny trunek i parę fajek wykradzionych rodzicom obniżało poczucie strachu i pozwalał nam sporo zobaczyć w skrzyniach z resztkami kości. Czołowa, potyliczna, ciemieniowa, klinowa, sitowa, nosowa, łzowa, jarzmowa, szczęka, żuchwa, kręgosłup — 7 kręgów szyjnych, 12 kręgów piersiowych, 5 kręgów lędźwiowych, 5 kręgów krzyżowych i od 3 do 5 kręgów ogonowych. Poza tym żebra, mostek, łopatki, obojczyk, kość ramienna, promieniowa, nadgarstek, kości śródręcza, palce, kości udowe, rzepka, goleń, stopa. Dziesiątki, setki, tysiące. Obcych, ale takich jak my, choć bez imienia. Zmieszanych na zawsze. *** Leszek Sarnowski 25 Współcześni potomkowie Majów, najpierw trzy lata po śmierci bliskich, a potem co roku, wyjmują z grobu kości swoich zmarłych. Czyszczą je, przez kilka godzin wystawiają na słońcu, czuwają, śpiewają pieśni, wspominają najmilsze chwile. Zmieniają całun i chowają z powrotem do grobu. Prawosławni Grecy po kilku latach odkopują zmarłych, wyciągają kości, obmywają wodą, winem i bazylią. Wszyscy krewni całują czaszkę i razem z resztą kości owijają białym płótnem i chowają w specjalnych skrzynkach w cmentarnym budynku. Niemieckich kości nikt nie mył, nikt nie śpiewał pieśni, nie wspominał, nie owijał całunem. Złożono je w zbitych naprędce szarych skrzyniach. Góra piszczeli, czaszek, bezimiennych, nienazwanych, sponiewieranych, porzuconych. Przerażenie i smutek. Bo o ile ze śmiercią nie mieliśmy zbytnio do czynienia, to na samą myśl, że to mogły być kości naszych bliskich, krewnych, robiło się nieswojo. Każda czaszka to kawałek osobnego życia. Radości, smutki, rodzina, codzienne i odświętne sprawy. Jak zakończyła się ekshumacja niemieckich grobów, zapaliliśmy na wzgórzu znicze, kwiaty (takie niebieskie) już tam rosły, więc nie było potrzeby ich przynosić. Więcej tam nie zaglądaliśmy. Dorośliśmy i część z nas wyjechała z miasta. Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY WIRUSY Biografia Kołakowskiego pióra Zbigniewa Mentzla. Trudno czytać bez irytacji o okresie, gdy był hunwejbinem (jednym z „dzierżyńszczaków”, jak ich wtedy określano). Adam Ważyk swoje wsiąknięcie w stalinizm podsumował krótko: zwariowałem. Leszek Kołakowski stara się racjonalizować, oswajać poznawczo tamten czas, tłumaczyć swój agresywny język piętnujący wrogów klasowych, amerykańskich imperialistów, swoje liczne funkcje w partyjnych strukturach. Wszystkiemu winne ideologiczne mity służące do „dobrowolnego samooślepiania się na rzeczywistość”. W rozmowie z Wojciechem Karpińskim mówił o wierze w radykalną przemianę społeczną, o komunizmie jako wyzwaniu wobec „kołtuń-stwa polskiego, bigoterii, klerykalizmu [...] tej całej tradycji, której bardzo nie lubiłem”. A równocześnie pisał, mając na myśli Adolfa Eichmanna, że „nikt na świecie nie jest usprawiedliwiony z tej racji, że został odpowiednio urobiony i wychowany przez system polityczny albo warunki społeczne”. Miał wtedy osiemnaście, dziewiętnaście lat, wystarczyłoby krótkie: wydoroślałem. Zwrot, jaki się dokonał w jego postawie, ma charakter kontradyktoryczny, radykalny czyli pozorny: A/-A, zatem wciąż A. Ultralewicowe przekonania zmieniły się o 180 stopni, przeobraziły w abominację wobec wszelkiego „leftyzmu” (lewicowości, traktowanej jako lewactwo). Marksizm to religia podszyta złą wiarą, jego wirusy wciąż drzemią w zachodnich cywilizacjach. Natomiast dobrym wirusem był zdaniem Kołakowskiego KOR, infekujący śmiertelnie cały sowiecki organizm. Przypomina to drogę św. Augustyna Aureliusza, który po dziesięciu latach pochwały manicheizmu stał się jego nieubłaganym krytykiem. Ciekawe, że obydwa te poglądy, manichejski i marksistowski, podobnie opisywały świat, za pomocą jasnych wskazań istniejących realnie dobra i zła. Artur Domosławski komentując biografię Zygmunta Baumana, której jest autorem, słusznie zwraca uwagę, że jej bohater uniknął tej drogi, jaką przebyli Kołakowski, Balcerowicz, Kuroń czy Geremek - od komunizmu do antykomunizmu. Dlatego też, mimo rzucenia legitymacji partyjnej, wygnania z Uniwersytetu Warszawskiego i z Polski, Bauman pozostał wiecznym „obcym”. Marksistowskie wirusy. Najwyraźniej dopadły też Jana Pawła II, który w encyklikach „Laborem exercens” i „Sollicitudo rei socialis” krytykuje kapitalizm, który traktuje człowieka jako narzędzie produkcji. W 1994 roku w „La Stampa” mówił że są „[...] »ziarna praw-dy« nawet w programie socjalistycznym. [...] W komunizmie była troska o sferę społeczną. Andrzej C. Leszczyński 27 podczas gdy kapitalizm jest raczej indywidualistyczny. Zwolennicy kapitalizmu za wszelką cenę i w jakiejkolwiek postaci zapominają o rzeczach dobrych zrealizowanych przez komunistów: walce z bezrobociem, trosce o ubogich”. Zaś w książce „Przekroczyć próg nadziei” wyznaje bez ogródek: „To, co nazywamy komunizmem, ma swoją historię. Jest to historia sprzeciwu wobec ludzkiej niesprawiedliwości, co przypomniałem w encyklice »Laborem exercens«. Sprzeciwu wielkiego świata ludzi pracy. Sprzeciwu, który stał się ideologią. Ale i sprzeciwu, który stał się też częścią Magisterium Kościoła”. Może opinie te pozostają nie bez związku z listami, jakie Wojtyła otrzymywał w tym czasie od prof. Stefana Swieżawskiego. Oto fragmenty dwóch spośród nich. „Jestem stary i wielu spraw nie rozumiem. Stawiam sobie np. pytanie: dlaczego tak ważną sprawą jest w Polsce konkordat (podpisany w 1993 roku)? Moje studia historyczne prowadzą mnie raczej do wniosku, że rzekome uprzywilejowanie Kościoła przez konkordat jest w rzeczywistości zniewoleniem go na daleką metę i obciążeniem różnymi »udogodnie-niami« [...] misji ewangelizacyjnej. Inne pytanie, jakie sobie stawiam, dotyczy opcji politycznych. Dlaczego panuje wciąż założenie, że katolik powinien być »prawicowy«? Osobiście czuję się bliższy »lewicy«. Gdyby u nas istniała porządna lewica (»ludzki socjalizm«), to byłbym chyba bliski jej programu” (31. 07. 1994). „Widzę ogromne niebezpieczeństwo sojuszu władz kościelnych z prawicą, bo to jak gdyby w nasze czasy przeniesione przymierze Kościoła z Tronem! Wiemy dobrze, jak opłakane były i są tego skutki [...]. Martwi mnie też bardzo forowany przez koła prawicowe model polityczno-kulturalny Polski. Jest to skrzyżowanie ideałów Sienkiewiczowskich z kontrre-formatorskimi. A przecież nie XVII wiek i ówczesny sarmatyzm, lecz model Polski jagiellońskiej powinien nas inspirować” (06. 06. 1995). Alain Besanęon żegnając Kołakowskiego („Commentaire”, nr 127) pisze, że „[...] niemal wszystkie wybitne umysły tej generacji wyszły z komunizmu, który je na chwilę urzekł, i że dzięki temu krótkiemu przejściu przez komunizm mogły one retrospektywnie analizować jego perwersję”. Może potrzebne były tamte doświadczenia, żeby zyskać głębszą samo-wiedzę? Doświadczenie „całości”, nie tylko jasnej strony? W Ewangelii św. Łukasza mówi Jezus, że większa jest radość z jednego nawróconego niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych. Józef Tischner („Przekonać Pana Boga”): „Być naprawdę przekonanym o swojej grzeszności, to tajemnica świętości. A dzisiejsza religijność przesiąknięta jest troską o własną czystość moralną. Moim zdaniem taka troska jest dla religii zabójcza, bo stanowi przedsionek do pychy [...] .W spowiedziach inteligenckich jest mało czynu, a dużo hałasu. Nie zabił, nie ukradł, nie kłusował, tylko ciągle uważał, żeby być bez winy. Niekiedy ma się wręcz pokusę poradzić: »No to zabij! Wtedy będziesz miał jasność«” Może stąd wziął się ogrom późniejszego dzieła Leszka Kołakowskiego? Nagła ochota, by zostawić tę książkę (jestem na 195 stronie, mniej więcej w połowie), a zabrać się za inną biografię, „Bruno. Epoka genialna” Anny Kaszuby-Dębskiej... Pisałem o Schulzu w jakimś programie teatralnym, do dziś pamiętam nikły uśmiech na twarzy jego dawnej ukochanej z Drohobycza, Józefy Szelińskiej, w ostatnich dniach jej dyrektorowania w bibliotece WSP na Sobieskiego we Wrzeszczu w 1968 roku. Jednak pierwsze strony książki Kaszuby-Dębskiej, impresje, fabularyzacje, przekonują że to nie dla mnie, szkoda. 28 Okruchy Czytam dalej Mentzla. W tytule jego książki zawarty jest, odnoszący się do jej bohatera, zwrot „Czytanie świata”. Czytać świat, znaczy pojmować go jako tekst, zbiór powiązanych ze sobą znaków, (łac. textus to plecionka, stąd tekstylia. Od gr. TŚ/yii - umiejętność i TŚKTWY - cieśla, budowniczy. I od prasłowa indoeuropejskiego tekb, mówiącego o zwijaniu w jedno, splataniu). Michał Heller pisał o dwóch tekstach pochodzących od Boga. Pierwszy to Biblia, napisany w języku symbolicznym, drugi to księga natury, wyrażona w języku matematyki. Dla Leszka Kołakowskiego tekstem jest wszystko, co budzi pytania widoczne już u dzieci. „Nigdy nie pozbędziemy się pokusy postrzegania świata jako tajemniczego szyfru, do którego uparcie usiłujemy znaleźć klucz” („Horror metaphysicus”). Łatwe kwalifikacje widoczne są u Kołakowskiego także później, w okresie „rewizjonizmu” - Gomułka to prostak, kard. Wyszyński to człowiek ograniczony i mierny itp. A nawet po kilkudziesięciu latach: Adam Schaff to umysł prostacki. Znajoma skrzypaczka, której pożyczam prace Kołakowskiego i o Kołakowskim, mówi, że daje mu do tego prawo jego wybitny umysł. Ktoś obdarzony słuchem absolutnym też widzi innych jako głuchych. O pozytywizmie. „Miast chwały Rozumu i Prawdy, które dzieło Hume'a miało nam ukazać, mamy w tym dziele obraz marności ludzkiego Rozumu i niezdolności naszej do poznania prawdy. [...] Tak to Rozum, ledwo się narodził, wnet samobójstwo popełnił. Przykro. [...] pozytywiści nazywają zrozumiałymi zdania dające się przełożyć na język, którego słuchając, pozytywiści maja wrażenie zrozumienia”. O Dawidzie Humie, że tak „oczyszczał poznanie z metafizycznych pobrudzeń, aż został z pustymi rękami”. W „Horror metaphysicus” pisze, że „filozofia jest w rzeczy samej umiłowaniem mądrości, tyle że miłość to nigdy nie skonsumowana; każde spełnienie jest zwyczajną złudą, lichą satysfakcją z pozornej pewności”. Muszę sięgnąć do zakończenia cieniutkiej, czterdziesto-stronicowej książeczki Karla Alberta „O platońskim pojęciu filozofii”, gdzie pisze, że u Platona jest jednak skonsumowana: to dążenie do mądrości, które osiąga swój cel. Zbigniew MentzeP w biografii Kołakowskiego przytacza fragment rozmowy filozofa z George'em Urbanem, w której mówi o „strefach podziemnych”. „Póki brak jest bodźca czy możliwości wyartykułowania ich, pozostają one uśpione i do pewnego stopnia nawet nieznane. Gdy jednak coś nagle otworzy tamę artykulacji, strefy te przedostają się na powierzchnię i dochodzą do głosu z wielką siłą”. Podobną myśl półtora wieku wcześniej zanotował w swym dzienniku Henry David Thoreau (27 grudnia 1837 r.), rozciągając owo „uśpienie” na czas znacznie bardziej, niż u Kołakowskiego, rozległy: „Rewolucje nigdy nie są nagłe. Ani pojedynczy człowiek, ani wielu ludzi w ciągu wielu lat czy pokoleń nie wystarcza, by uporządkować sprawy i przygotować ludzkość do ruchu rewolucyjnego”. Nieźle to tłumaczy siłę niedawnych protestów „otworzonych” przez tamten wyrok wypowiedziany ustami p. Przyłębskiej (nie ona go przecież wydała). Nie tylko o aborcję bowiem chodzi, ale o wiele tłumionych dotąd żalów, pretensji i emocji. ' Ostatnia miłość Agnieszki Osieckiej. Kupiła mu, młodszemu o 15 łat, mieszkanie, wkrótce potem rozstał się z nią za pomocą telefonu. Andrzej C. Leszczyński 29 ANTYGONA Z HAPPY ENDEM Dr hab. Monika Płatek, profesor UW. Zawsze nakręcona. Podczas telewizyjnych rozmów w trakcie wypowiedzi oponenta jest aktywna, komentuje ją uśmieszkami, niedowierzającym unoszeniem brwi, kręceniem głową, porozumiewawczym spojrzeniem do kamery. Nie żywię do niej sympatii także dlatego, że doprowadza do skrajności argumentację feministyczną. W porannej audycji radia Tok FM powołała się na podpisany przez Polskę dokument zakazujący tortur; a przecież - mówi - czystą torturą jest dla kobiety ciąża patologiczna. Jakiś czas temu w felietonie zatytułowanym „Kreon i szef PSL-u” odwołała się do „Antygony” Sofoklesa pisząc, że gdyby Kreon przyznał się do swych błędów, „miałby szansę na happy end”, i że to chciał nam powiedzieć autor, czego nie dostrzegają od dwudziestu kilku wieków komentujący sztukę mężczyźni. Nie wytrzymałem i napisałem do „Wysokich Obcasów”, gdzie ukazał się wzmiankowany felieton, kilka uwag krytycznych. Brzmiały tak: „Antygona” jest tragedią, opisem zderzenia wartości, z których jedna musi ulec zniszczeniu. O takim zderzeniu pisze Wisława Szymborska w wierszu pt. „Przymus”: „Zjadamy cudze życie żeby żyć./ Denat schabowy z nieboszczką kapustą. Karta dań to nekrolog. [...]”. Konflikt ten jest nieuchronnie wpisany w rzeczywistość: „To Medea ukuła swój własny los - nie znaczy to jednak, że mogła go uniknąć” (Jacqueline de Romilly, „Tragedia Grecka”). Happy end możliwy jest w bajkach i przypowieściach moralnych, lecz nie w tragedii. Monika Płatek wspomina o uosabianej przez Antygonę granicy natury i ludzkiej godności, do których nie ma dostępu władza polityka. Podobnie sądzi polski tłumacz tragedii, Kazimierz Morawski, gdy w słowie wstępnym pisze: „Toteż dlatego wtórujem ci, dzielnej,/ Kiedy ty gromisz i miażdżysz tyrany,/ Jak głos sumienia wielki, nieśmiertelny,/ Sławiąc praw Bożych zakon niepisany”. Jednak zdaniem Jerzego Łanowskiego, filologa klasycznego (piszącego też pod pseudonimem Georgius Arvalis), byłoby to zupełnie niezgodne z intencją Sofoklesa, który opisał dwoje tragicznych bohaterów i „dwie katastrofy”. Łanowski zwraca uwagę na fakt, że kwestie Antygony to w sztuce 217 wersów, zaś Kreona 342; i że proporcje te nie mają związku ze śmiercią bohaterki, gdyż oboje wcześniej wyłożyli swe racje. Znamienity badacz antyku, Stefan Srebrny, racje Kreona i jego siostrzenicy sprowadził do trzech opozycji: [1] konflikt prawa państwowego i niepisanego prawa boskiego; [2] przeciwieństwo państwa (zbiorowości) i jednostki; [3] racjonalności mężczyzny i uczuciowości kobiety. Co się tyczy uczuciowości: prof. Łanowski zwraca uwagę na fakt, że Hajmon w rozmowie z ojcem mówi o swej miłości do Antygony, ta jednak w całej sztuce ani razu nie wymienia nawet jego imienia. Bardziej interesuje ją unieśmiertelniająca sława: „A jednak skąd bym piękniejszą ja sławę/ Uszczknęła, jako z brata pogrzebania?”. Nie muszę dodawać, że uwagi te nie wywołały żadnej reakcji. 30 Okruchy NIEPEWNOŚĆ Świat byłby inny, lepszy, gdyby nie przekonania pewnych siebie jego sterników. Dobrze gdy pewność młodzieńcza kruszeje z biegiem łat, co jest wyrazem uwolnienia się od przypadkowej zazwyczaj i powierzchownej wiedzy na rzecz mądrości. Pisze o tym Wisława Szymborska odnosząc się do siebie kilkunastoletniej; „Tak mocno się różnimy, tak całkiem o czym innym myśłimy, mówimy. Ona wie mało - za to z uporem godnym lepszej sprawy. Ja wiem o wiele więcej — za to nie na pewno”. Tadeusz Kotarbiński wspominał o ludziach mających tytuł profesora, którzy profesorami nigdy nie będą, i takich, którzy są profesorami nie dysponując stosowną tytulaturą. Wisława Szymborska o starym profesorze: „Spytałam go, czy nadal wie na pewno. Co dla ludzkości dobre a co złe. Najbardziej śmiercionośne złudzenie z możliwych - odpowiedział. Spytałam o ogródek i ławkę w ogródku. Kiedy wieczór pogodny, obserwuję niebo. Nie mogę się nadziwić, ile tam punktów widzenia - odpowiedział”. W biurokratycznych, dominujących systemach dobrze sobie radzą osoby nie mnożące bytów ponad potrzebę. Wisława Szymborska: „Są tacy, którzy sprawniej wykonują życie. Mają w sobie i wokół siebie porządek. Na wszystko sposób i słuszną odpowiedź. Przybijają pieczątki do jedynych prawd, wrzucają do niszczarek fakty niepotrzebne, a osoby nieznane do z góry przeznaczonych im segregatorów. Myślą tyle, co warto, ani chwili dłużej, bo za tą chwilą czai się wątpliwość”. Andrzej C. Leszczyński 31 Leszek Kołakowski podczas odbierania doktoraty honoris causa Uniwersytety Łódzkiego powiedział, że wszechwiedzącym był w wieku dwudziestu lat. Dopiero potem „powoli i stopniowo głupiałem”. W innym miejscu przypomniał swoje naczelne hasło: „gdy sprawy są pozornie jasne i pozornie zrozumiałe, należy siać konfuzję leczniczą i owe jasności pozorne pokrywać cieniem niepewności”. William Stanley Mewin, amerykański poeta i dramaturg, wypowiada się w podobnym tonie: „Nie powinno się pragnąć pewności, w żadnej sprawie. Nigdy nie wiem. Zawsze nie wiem. To bardzo ważne - nie wiedzieć. Dlaczego martwić się o odpowiedzi? Po co nam odpowiedzi? Odpowiedź to koniec rozmowy, pytanie - to początek. Zawsze trzeba mieć w sobie pytanie, bo to właśnie z pytania, a nie z odpowiedzi, bierze się poezja”. Krótko ujął rzecz Leopold Staff: Najpierw budowałem na skale, potem na piasku, teraz buduję na dymie z komina. Inny poeta, Józef Baran (w rozmowie z Jakubem Ciećkiewiczem): „Nikt nic nie wie, kurwa mać! Z tym, że jedni - prości - nie wiedzą mniej, drudzy - uczeni - nie wiedzą więcej...”. Grecy szukali mądrości „pomiędzy” (psta^ń) mądrością a głupotą. Mędrzec stoi „na granicy” (psOópioę), przekraczając to, co wie. Współcześnie takie podejście najwyraźniej wybrzmiewa u Martina Heideggera, gdy mJwi, że „wszelkie rozświetlenia otwierają tylko nowe otchłanie”. Emil Cioran: „Być może powinno się publikować jedynie pierwszy szkic, a więc póki samemu się jeszcze nie wie, dokąd chce się dojść”. Nie pamiętam, u kogo znalazłem myśl, która mnie zachwyciła: Jeśli znalazłeś, widać źle szukałeś. Andrzej Szuba (Postscriptum CCXX//f): „zbyt skąpa niewiedza by wiedzieć” PEWNOŚĆ Można ją zachować do późnych lat życia, będzie krzepła, opancerzała się i uodparniała na jakiekolwiek wątpliwości. Nienaruszalność przekonań bliska jest ich sakralizacji, stąd bierze się nazwa fanatyzm. Fanatyk (fandticus, od: fanum — świątynia) jest nieustępliwym wyznawcą, kapłanem, czcicielem prawd trwałych. Ma poczucie „misji”, czuje się „powołany”, odnalazł „prawdę”. Jest niezdolny do krytycznej samooceny - swe przekonania bierze za prawdy obiektywne. Nie przeżywa wahań, nie zna męki wyboru moralnego. Dla „sprawy” gotów jest poświęcić rodzinę. Ma czyste sumienie. Fanatyzm jest elementem triady schizotymicznej: idealizm - fanatyzm - despotyzm. Idealistą był Ernst Kretschmer (psychiatra, zwolennik eutanazji i sterylizacji osób „ułomnych umysłowo”, wielbiciel Adolfa Hitlera). Fanatycy to m.in. Maximilien de Robespierre, Girolamo Savonarola, Jan Kalwin, Tomas de Torquemada. Ucieleśnieniem ich dążeń jest Wielki Inkwizytor. 32 Siła iokalności - na czym polega, jak ją wydobywać? Cezary Obracht-Prondzyński SIŁA LOKALNOŚCI — na czym polega, jak ją wydob3nvać?^ Jakich wspólnot lokalnych potrzebujemy dziś w Polsce? Na czym powinna opierać się ich siła? Dlaczego miar^ ich dojrzałości jest identyfikacja z całym swoim dziedzictwem - nie tylko tym chlubnym, ale i wstydliwym? Kiedy lokalna wspólnoto-wość bywa zabójcza dla nietypowości, a kiedy jest w stanie pobudzać twórczość jej członków? Jak dojść do zgody, w której mimo dzielących nas różnic potrafimy ze sobą wspólnie żyć? Czym, wreszcie, różni się mieszkaniec od obywatela? Często pytamy, dlaczego jedne narody czy państwa przegrywają, a inne wygrywają. Podobnie jest ze społecznościami lokalnymi — co przesądza o ich sukcesie? Czy zależy on od tzw. renty położenia (np. bliskości metropolii czy granicy)? A może od dostępu do zasobów naturalnych? Czy może ważniejsze są walory turystyczne, dobrej jakości środowisko i bogate dziedzictwo? Wszystkie te czynniki się liczą. Ale niekiedy są społeczności żyjące tuż obok siebie, z których jedna „idzie do przodu”, a drugiej idzie jak po grudzie... Banalne, ale prawdziwe będzie stwierdzenie — za sukcesem kryją się zawsze ludzie. Dotyczy to szczególnie lokalnych społeczności. Z perspektywy rozwoju całego kraju dobrze rozwinięte społeczności lokalne są niezbędne. Ale jednocześnie niczego nie gwarantują. Nie powinno się też Iokalności idealizować, do czego niekiedy mamy skłonność, zwłaszcza twierdząc, że jest ona ostoją tradycji, prawdziwych, rodzimych wartości itp. Tak się bowiem dzieje, że lokalne społeczności ulegają bardzo głębokim transformacjom. Jest to widoczne szczególnie w Polsce - kształtowały je wojna i jej wpływ na ludność, kolejne fale migracji, procesy modernizacji socjalistycznej, transformacja i rewolucja technologiczna. Dzisiaj lokalne społeczności są mieszanką ciągłości i zerwania, zasiedzenia i wykorzenienia, swojskości i obcości. Są przy tym bardzo zróżnicowane - niekiedy nawet dwie wsie czy dwa małe miasteczka położone po sąsiedzku bywają bardzo odmienne. Czy można jednak opisać warunki i kryteria dobrej Iokalności? Na własny użytek używam kilku elementów, tworząc regułę dobrej Iokalności: kulturę obywatelską, otwartość, wiedzę, autokrytycyzm, tożsamość, zaangażowanie i aktywność, liderów, instytucje i samorządność. Dlaczego? Niniejszy tekst powstał na bazie wystefpienia podczas XIII Kongresu Obywatelskiego. Cezary Obracht-Prondzyński 33 KULTURA OBYWATELSKA Nie ma silnych społeczności lokalnych tam, gdzie nie ma rozwiniętej kultury obywatelskiej, gdzie ludzie są tylko mieszkańcami, lecz nie są obywatelami. Mieszkańcem się jest, obywatelem trzeba się stać. Wszystkie kolejne cechy i zasady wyrastają z obywatelskości i na nią wpływają. Nie ma silnych społeczności lokalnych tam, gdzie nie ma rozwiniętej kultury ohywatebkiej, gdzie ludzie są tylko mieszkańcamif lecz nie są obywatelami. JMieszkańcem się Jest, obywatelem trzeba się stać. OTWARTOŚĆ Być obywatelem oznacza być razem z inńymi. Trzeba z tymi innymi chcieć i umieć być - choć dziś najlepiej wychodzi nam chyba bycie przeciwko innym. Nieustannie mówimy: lokalna wspólnota! Pragnienie wspólnoty jest dziś bardzo silne i napędza wiele społecznych zachowań. Istotą lokalności zawsze były relacje personalne, osobiste, bezpośrednie, silne, bazujące na emocjach. Jednocześnie jednak nie wolno zapominać, że wspólnota może narzucać i bezwzględnie egzekwować własne normy, co powoduje, że może nie być w niej miejsca na nonkonformizm, na odmienność, na inność właśnie. Lokalna wspólnotowość potrafi być zabójcza dla nietypowości, poza-standardowości i twórczości, zwłaszcza gdy podważa ona utarte autorytety i rozbija zastałe struktury. Dlatego sprawdzianem jakości współczesnej lokalnej wspólnoty obywatelskiej jest to, na ile potrafi przestrzegać zasady księdza prof. Janusza Pasierba: „Cieszę się, że jesteś...inny”. Uznanie podmiotowości „innego” jest przy tym nie tylko normą pragmatyczną, ale przede wszystkim etyczną. Oznacza uznanie w nim człowieka, nawet jeśli się od nas zasadniczo różni. Lokalna wspólnotowos'cpotrafi być zabójcza dla nietypowości, poza-standardowości i twórczości, zwłaszcza gdy podważa ona utarte autorytety i rozbija zastałe struktury. Dłatego sprawdzianem JeJ Jakości Jest to, na iłe potrafi przestrzegać zasady księdza prof. Janusza Pasierba: „ Cieszę się, że Jesteś... in ny^\ Jak to dziś wygląda w lokalnych wspólnotach w Polsce? Wzmożeni nacjonalistycznym powiewem stajemy się niechętni już nie tylko wobec osób różniących się skórą, językiem czy religią, ale nawet wobec tych, którzy - choć są tacy jak my - „różnią się” jednak np. światopoglądem czy postawą ideową. Doświadczenie zaś mówi nam, że trzeba bardzo niewiele, aby się nienawidzić. Nazywam to „polityką małych różnic”, które rodzą tragedie. 34 Siła lokalności — na czym polega, jak ją wydobywać? Warto przy tym pamiętać o tym, co pisał Lech Bądkowski w kontekście odrzucania otwartości tuż po doświadczeniach drugiej wojny światowej: „Izolacjonizm narodowy daje pożywkę jawnej ksenofobii. Nieuchronnie ścieśnia horyzonty, spłaszcza kulturę, obniża zasięg i poziom myślenia”. WIEDZA Otwartość i chęć bycia z innymi wymagają odpowiednich kwalifikacji intelektualnych. Te możemy nabyć tylko za pomocą edukacji i praktyki. A więc w obywatelskość trzeba zainwestować: czas, energię i uwagę, czyli trzy najbardziej deficytowe dobra we współczesnym świecie. Nie ma zmiłuj — trzeba się uczyć. Trzeba znać siebie i swoją wspólnotę. Ale też trzeba wiedzieć, jak działać, jak być aktywnym, jak organizować życie społeczne. Liczą się więc aspiracje perfekcjonistyczne (Maria Ossowska), czyli stałe dążenie ku lepszemu, doskonalenie się. Największym zagrożeniem są zaś niedbalstwo i bylejakość. Wiedza o sobie też jest ważna, daje bowiem tak potrzebną pewność własnych korzeni, doświadczenia, kultury. Z tego wyrasta szacunek do samych siebie. Oraz - ponownie -otwartość na innych, którzy mogą nas ubogacić, a nie zdominować, podporządkować. Jest niezwykłym paradoksem, że nader chętnie mówimy o swojej wielkości i sile, a jednocześnie tak lękliwie reagujemy na wszelkie oznaki odmienności. Skoro jesteśmy tak mocni, czegóż się obawiamy? Tych kilku tysięcy uchodźców? Pozostawionego na naszych obecnych ziemiach dziedzictwa Niemców lub Żydów? Niestety, wskazuje to na to, że mamy tak naprawdę do czynienia z ignorancją, która rodzi niepewność, a tę zwykle przykrywamy pokrzykiwaniem o (dawnej) wielkości, ogromie zasług i niezmąconej szlachetności. Tymczasem miarą siły społeczności, szczególnie lokalnych, są zdolność identyfikacji z całym dziedzictwem — i tym wspaniałym, i tym podłym - oraz otwartość na nowe elementy kulturowe, ponieważ historia jest ważna, ale to teraźniejszość przesądza o tym, kim będziemy. Trzeba iść do przodu, mając giętkie umysły, lecz sztywne karki. Miarki stfy społeczności, szczególnie lokalnych, są zcłolnos'ć identyfikacji z całym dziedzictwełn — i tym ufspaniałym, i tym podłym -oraz otwartość na nowe elementy kulturowe, ponieważ historia jest ważna, ale to teraźniejszość przesądza o tym, kim będziemy. AUTOKRYTYCYZM Tylko wiedza dająca nam pewność pozwala na autokrytycyzm, a więc krytyczne myślenie o naszej przeszłości i teraźniejszości. Tymczasem my, szczególnie w społecznościach lokalnych, doskonale radzimy sobie z byciem krytycznym wobec „onych”. Z samokryty- Cezary Obracht-Prondzyński 35 cyzmem jest już znacznie gorzej. A żeby był on możliwy, konieczny jest humor i dystans do siebie. Jedenaste przykazanie kaszubskie brzmi: „raz na dzień sprawdź, czy potrafisz się śmiać z samego siebie”. Nie jest mi znany żaden przypadek silnej wspólnoty obywatelskiej, w której ludzie są pozbawieni poczucia humoru. Ani tym bardziej nie znam żadnej dobrej wspólnoty obywatelskiej, w której jest się piętnowanym za żart. Poczucie humoru i dystans do siebie bowiem są najlepszą receptą na egoizm i indywidualistyczny cynizm, które mają destrukcyjny wpływ na sferę obywatelską, a więc wspólnotową. TOŻSAMOŚĆ Pochodzę z Kaszub, pracuję w Gdańsku, ale mieszkam w Bytowie - małym mieście położonym już „za granicą”, po niemieckiej stronie, na terenie historycznego pogranicza między Pomorzem Zachodnim a Nadwiślańskim. Mówię o sobie, że jestem bytowiakiem, Kaszubą rodem z Gochów i zarazem Kociewiakiem z pogranicza chojnicko-starogardz-kiego, gdańszczaninem, Pomorzaninem, bardzo dobrze czującym się w każdym zakątku regionu. A zarazem Polakiem i Europejczykiem. Podkreślam to, bo wszystkie te tożsamości są ze sobą w zgodzie i czynią moje życie ciekawszym. Ale jednocześnie wiążą się ze zobowiązaniami wobec różnorodnych wspólnot. I niekiedy narażają na stygmatyzowanie, bo ciągle można spotkać takie osoby, które nie rozumiejąc naszych skomplikowanych losów, czują się powołane i uprawnione do oceniania naszej polskości, naszego patriotyzmu, naszej historii. Dlatego nigdy dość podkreślania, że mamy prawo do własnej pamięci. Ze mamy prawo do odmienności i tożsamości. Domaganie się prawa do bycia sobą jest szczególnie ważne w czasie, kiedy zdają się triumfować ci, którzy za wszelką cenę chcą narzucić ujednolicającą, „glajszlachtującą”, nacjonalistyczną i niekiedy nawet autorytarną narrację. Mamy prawo do własnej pamięci. Mamy prawo do odmiennos'ci i tożsamos'ci. Domaganie się prawa do bycia sobc^jest szczególnie ważne w czasie, kiedy zdają się triumfować ci, którzy za wszelką cenę chcą narzucić ujednolicającą, „glajszlachtującą^^ nacjonalistyczną i niekiedy nawet autorytarną narrację. Mój lokalny świat jest mały i wielki zarazem. Każdy, kto jest zanurzony w lokalną wspólnotę, wie, jak wielkiej cierpliwości i odpowiedzialności ona wymaga. Odpowiedzialności za słowo, gest, uczynek. Ponieważ nawet — wydawałoby się - niewinne słowa potrafią okrutnie zranić, podzielić, rozłamać lokalne społeczności. Z tak ogromną łatwością rzuca się dziś siowa, które dzielą, sieją strach, rodzą uprzedzenia i trwonią zaufanie, którego i tak nam brakuje. W moich lokalnych społecznościach staramy się łączyć doświadczenia i opowieści różnych ludzi — dawnych i współczesnych mieszkańców, obcych i swoich, zakorzenionych 36 Siła iokalności — na czym polega, jak ją wydobywać? i wędrujących, przybywających dobrowolnie, ale i pod przymusem, mówiących różnymi językami, chodzących do różnych świątyń lub niechodzących tam wcale, wyznających różne ideologie i preferujących odmienne style życia. Żyjf w świecie zróżnicowanym i doskonale zdaję sobie sprawę, że oblicza Iokalności mogą być bardzo różne. Wiem, że lokalność może być przepojona lękiem, zamknięta w bolesnych wspomnieniach, izolacyjna i nieufna, zastraszona oraz uzależniona od dominujących osób, instytucji czy środowisk. Polska zdaje się dzisiaj coraz bardziej „zwielokrotnioną, przestraszoną, zamkniętą i nieufną wsią”. Żyjącą w myśl zasady: moja chata z kraja. Czekającą na słowa z ust najważniejszej osoby w kraju: dajcie nam spokój! Zostawcie nas samych sobie. Tyle że lokalność (i Polska) w takim wariancie staje się swoją karykaturą. I jest skazana na przegraną. KULTURA ZAANGAŻOWANIA I ODPOWIEDZIALNOŚCI Siła społeczności lokalnych, a więc także Polski i Europy, bierze się bowiem z zaangażowania obywateli. Z ich aktywności społecznie użytecznej. Warunkami takiego zaangażowania są: możliwość spotkania (stąd rola miejskich i wiejskich przestrzeni - miejsc spotkań), staranie się o kulturę dialogu i kulturę konfliktu (trzeba się umieć kłócić!) oraz docenianie kompromisu, ponieważ nie ma zaangażowania obywatelskiego tam, gdzie jedni arbitralnie narzucają swoją wolę. Podkreślę - zgoda polega na zrozumieniu i uznaniu różnych interesów, poglądów, opinii, sądów i postaw. Nie dąży się w niej do tego, aby wszyscy myśleli tak samo i byli równi. Nie chodzi o to, abyśmy się nie różnili, ale o to, byśmy mimo tych różnic potrafili razem żyć. Przestrogą niech będzie maksyma dawnych Gdańszczan, widniejąca na Złotej Bramie w Gdańsku, od strony ulicy Długiej: Concordia respublicaparoae crescunt, discordia magnae concidunt, a więc: „Zgodą małe państwa wzrastają, niezgodą wielkie upadają”. Zgoda polega na zrozumieniu i uznaniu różnyfch interesów, poglądów, opinii, sądów, postaw. Nie dąży się w niej do tego, aby wszyscy ntysleli tak samo i byli równi. Nie chodzi o to, abys'my się nie różnili, ale o to, byśmy mimo tych różnic potrafili razem żyć. Pamiętajmy - tylko praktyka jest sprawdzianem intencji. Trzeba się włączać, partycypować i uczyć aktywności, bo to fundament kultury obywatelskiej. Najgorszym zaś jej przeciwnikiem jest lenistwo — zabiegi o dobro wspólne wymagają wysiłku. Obywatelstwo to ciężka praca. A prawda o nas jest taka, że jesteśmy dość leniwi intelektualnie: nie czytamy, nie wiemy i już nawet się tego nie wstydzimy. Ba — niewiedza uwalnia od wstydu, poczucia winy i odpowiedzialności. Jest zatem bardzo pragmatycznie użyteczna. Jeśli jednak chcemy być prawdziwie obywatelami, musimy brać odpowiedzialność, a więc mieć odwagę. Cezary Obracht-Prondzyński 37 LIDERZY Nie ma silnych społeczności lokalnych, gdy nie ma w nich liderów, bo to oni podejmują wysiłek budowania lokalnych społeczności. Na podstawie mojego doświadczenia mogę stwierdzić, że w każdym miejscu jest taki „ktoś”. Rola lidera polega przede wszystkim na włączaniu ludzi i uczeniu się z nimi aktywności. Wszystko zaczyna się od małych gestów i prostych działań, byleby były skuteczne, bo dają poczucie sprawstwa i sensu. Warunkiem bycia dobrym lokalnym liderem jest uznanie podmiotowości ludzi i obdarzanie ich szacunkiem. Bez tego nie będzie warunków do rzetelnej, otwartej polemiki i krytyki. Lider musi umieć sobie z nią radzić i być na nią otwarty. Najgorsze, co może zrobić, to wejść w rolę ofiary. A u nas to powszechne, przy czym najchętniej ofiarą staje się... władza (od dołu aż po szczyty). Temu zresztą towarzyszą skłonność i upodobanie do obrażania się - jak się nie obrazisz, to nie jesteś ważny. Lider nie może być „udzielnym księciem”, czy też „patronem”, bo wtedy z niechęcią będzie patrzył na tych, którzy „wyrastają powyżej trawy” (i szybko ich „zetnie”). Tacy liderzy nie lubią niekontrolowanej i niepodporządkowanej aktywności, bo to burzy spokój, tworzy nowe relacje, osłabia dotychczasowe autorytety (osobowe i instytucjonalne). Niestety, w lokalnych społecznościach panują silna tendencja do petryfikowania i stabilizowania „dotychczasowego porządku” i równie silna niechęć oraz obawa przed jego zmianą. Ale także niepokojąca jest sytuacja, gdy „z zewnątrz” przychodzi „impuls”, aby lokalnego lidera (jednostkę bądź grupę, a niekiedy instytucję) osłabić, zdyskredytować i tym samym podporządkować sobie daną społeczność lokalną. Sprawdzianem jej siły jest to, czy i na ile potrafi ona swoich liderów wesprzeć. INSTYTUCJE Pomocne w tym są instytucje. W ocenie ich jakości liczą się; procedury i skłonność do ich przestrzegania (sprawiedliwość proceduralna), zdolność do podejmowania decyzji i chęć podporządkowania się im (sprawiedliwość decyzyjna), zaangażowanie w tworzenie i funkcjonowanie instytucji, ochrona ich autorytetu. Niestety, trzeba to mocno podkreślić — mamy w Polsce niezwykłą łatwość niszczenia ładu instytucjonalnego, co wynika z nieopuszczającej nas „nerwicy reformacyjnej” i przekonania, że my to zrobimy lepiej, że dopiero teraz będzie tak, jak powinno być. Tymczasem współpraca między instytucjami w ogromnym stopniu przesądza o jakości „tkanki społecznej”. Instytucje leżą bowiem u podłoża kultury obywatelskiej i nie ma mowy o silnych i zdrowych społecznościach lokalnych, w których dochodzi do destrukcji ładu instytucjonalnego. Instytucje są gwarancją ochrony dziedzictwa kulturowego, dają społeczności lokalnej poczucie wartości, sprzyjają mobilizacji społecznej oraz tworzą szansę na ochronę praw mniejszości, osłaniając przed uzurpacjami i woluntaryzmem większości. 38 Siła lokalności — na czym polega, jak ją wydobywać? SAMORZĄDNOŚĆ Na koniec — nie ma lokalności bez samorządności! Oczywiście, różne są tradycje samorządów w Polsce. I różnie wygląda ich obecny stan. Znajdziemy przykłady spektakularnych sukcesów i bolesnych porażek. Nie zmienia to jednak tego, że silne społeczności lokalne są zawsze samorządne. A największym dla nich zagrożeniem jest centralizm, karmiący się nieufnością wobec oddolnych inicjatyw oraz wiarą, że „my wiemy lepiej, czego wam potrzeba”. Pokusa centralizmu w Polsce jest niezwykle silna. Tymczasem Lech Bądkowski w młodzieńczym szkicu O krajoiuości, napisanym w kwietniu 1946 r., stwierdzał, myśląc o przyszłym samorządnym ustroju Polski: „Demokratyczności ustroju nie uzyskuje się prostym istnieniem kłócących się partii, ale wprzęgnięciem możliwie najszerszych mas ludności do służby państwu. Nigdy nie uda się tego uzyskać przez stawianie bezpośrednio odległego ideału państwa przed oczyma zwykłego obywatela”. Silne Społeczności łokalne sq zawsze samorządne. A największym dla nich zagł^ożeniem Jest centraliznif karmiący się nieufnością wobec oddolnych inicjatyw oraz wiarą, że „my wierny lepiej, czego wampotrzeba^\ A więc to nie kłócące się partie, lecz obywatele aktywni w swoich lokalnych społecznościach są źródłem demokratyczności ustroju. Swoją podmiotowość zaś mogą najpełniej zrealizować w warunkach samorządności. Bądkowski dodawał przy tym: „Miłość do rodzinnej ziemi, tak zwanej małej ojczyzny, umacnia spójnię społeczną i narodową, ukonkretnia tę spójnię, ponieważ w praktyce codziennej tworzy bezpośrednie, najtrwalsze stosunki i związki z ludźmi i z ziemią”. Dziś, patrząc na Polskę lokalną, widzimy, że potrzebujemy silnych wspólnot obywatelskich: samokrytycznych, opartych na umiarkowaniu i rozsądku, ceniących kompromis, ufających sobie i innym, zdolnych do refleksji, systematyczności i wytrwałości, budujących wysoką kulturę dialogu, ale też sprawne mechanizmy rozwiązywania konfliktów, wreszcie niegodzących się ani na moralistyczny maksymalizm, ani na pesymistyczną mimikrę. Wspólnot działających zgodnie z zasadą dawnych gdańszczan: nec temere, nec timide - „ani trwożliwie, ani zuchwale”. Radosław Wiśniewski 39 Radosław Wiśniewski Listy do TYMOTEUSZA KLIMEK Jeszcze w Wielkanoc szliśmy zaśnieżoną drogą do Popradzkiego Plesa i opowiadałem ci o Klimku Bachledzie, że to był taki dzielny człowiek, który się nie bał, a w każdym razie nie pozwalał, by lęk nim kierował. Opowiadałem ci, że był bardzo młodym człowiekiem, kiedy wrócił do Zakopanego po służbie w austriackiej armii, na początku XX wieku. A wtedy we wsi, bo Zakopane wtedy było wsią - szalała epidemia cholery i nikt nie chciał być grabarzem w czasie zarazy, bo ludzie się bali. I to Klimek, którego nikt wówczas nie znał - jako jeden z nielicznych podjął się tej roli. No, a potem został królem. Królem Tatr i tatrzańskich ścieżek. I kiedy powstało Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe, to generał Zaruski chciał, żeby to Klimek był jego Naczelnikiem, ale ten odmówił. Uznał, że nie zasługuje i Naczelnikiem powinien być jednak Generał Zaruski. Zdaje się, że był skromny. I pewnej strasznej sierpniowej nocy 1909 roku Klimek szedł po niejakiego Szulakiewi-cza, który czekał gdzieś zabezpieczony przez przyjaciela na pochyłej platformie w ścianie pod Małym Jaworowym Szczytem. Padał deszcz, była burza, biły pioruny, a on szedł dalej w ścianę, nie zważając na nic, i kiedy lina się zacięła między nim, a innym ratownikiem, miał ją rozwiązać i pójść dalej. Podobno wtedy powiedział to słynne proste zdanie. Mus człowieka ratować. A może powiedział to wcześniej? Kiedy jechał furmanką z Zakopanego w stronę wylotu Doliny Jaworowej? Poszedł i zginął tej strasznej nocy. Nie dlatego, że chciał czy był samobójcą, ale dlatego, że ślubował, że będzie szedł, niezależnie od warunków ratować ludzkie życie. I nic go z tych ślubów nie zwalniało. Nawet trzykrotne wezwanie, żeby wracał, gdy wołał za nim sam Zaruski. Tak uważał, że tak trzeba. Górale tak mają. Powiedziałem Ci, że czytałem o Nim jako chłopiec, a ściślej - czytała mi o Nim Babcia Monika z książki „Tatrzańskie Tragedie” Wawrzyńca Żuławskiego i zajął moją chłopięcą wyobraźnię bez reszty. Stał się większy od Czterech Pancernych i Psa, od Załogi G. Do dzisiaj w każdym człowieku, mężczyźnie czy kobiecie z naszywką TOPR widzę - jakby się klisze nałożyły - profil suchego, drobnego górala. I wierzę, że jeżeli powinie mi się noga, to jakiś Klimek po mnie pójdzie chociażby burza, pioruny i deszcz. Ale też myślę z szacunkiem o pracy klimkowej braci i staram się tak chodzić po górach, żeby nie narażać ich bez sensu. Kiedy słyszę burzę, schodzę ze szlaku przy pierwszej okazji w dół, jeżeli biegnie grzbietem, rezygnuję ze szczytu. I nie potrzebuję do tego smsów z RGB, że idzie burza. Mam własny rozum. I nie idę szlakiem zimą, jeżeli nie poznam go 40 Listy do Tymoteusza (9) dobrze latem i jesienią. Pomijając fakt, że zimą szlaki biegną inaczej niż latem i trzeba wiedzieć którędy i dlaczego. I tak dalej. Nie robię tras, przejść, przebiegów. Idę tyle, ile uznam, że mogę i raczej skracam drogę niż wydłużam. Może zachowawczo, ale takie mam zasady. Opowiadałem o Nim, bo chciałem go Tobie podarować. Chciałem żebyś miał to poczucie zakotwiczenia w ludzkim powinowactwie, jakie dała mi historia Klimka, historia bezinteresownego, prostego heroizmu, który nie potrzebuje wielkich słów ani artefaktów wojownika. Chciałem żebyś go miał dla siebie, gdy przyjdzie czarna godzina, niekoniecznie w górach. Szliśmy zatem przez zaśnieżoną polanę, a ty sprawiałeś wrażenie, jakbyś był bardziej zajęty szukaniem śladów Wielkiej Stopy w Tatrach i wydawało się, że historii wysłuchałeś, ale zaraz zmieniłeś temat na Wielką Stopę i szanse spotkania jej na drodze do Popradzkie Plesa. No cóż, pomyślałem, moją rolą jest pokazać i powiedzieć bierz jeżeli chcesz, ale przecież nie wcisnę ci nic na siłę. Ja swoje zrobiłem, uznałem i bez entuzjazmu podjąłem kwestię Wielkiej Stopy. Minęło kilka tygodni. Minęły święta. Minęło kilkanaście kolejnych mgnień wiosny, w czasie której staraliśmy się trzymać Ciebie możliwie na dystans z tym wszystkim, co kłębi się zaraz obok. Twój kolega z Ukrainy Rościsław zmienił przedszkole. Jego Mama została sama, pracowała gdzieś w centrum miasta i mimo tego, że Twoje przedszkole zachowało się bardzo w porządku - wołała jakieś przedszkole bliżej pracy. Nie dawała rady wozić Twojego kolegi i zdążać do pracy w centrum. Zdążyłem załatwić tanio kilka celowników, kamerę termowizyjną, dostać kilka banów na fejsbuku, dogadać się w sprawie dwóch, może trzech książek, zagrać kilka prób, wysłać do batalionu medycznego kolejnych kilka tysięcy złotych zebranych dzięki wielu ludziom dobrej woli. I u progu maja zdarzył nam się spacer, kiedy trochę gadaliśmy a trochę milczeliśmy, było ciepło, ale nie zanadto i ogólnie było nam obu dobrze ze sobą. Chyba szliśmy sobie przez pola w stronę Babci Moniki, a szło nam się tak dobrze, że kiedy doszliśmy do drzewa, przy którym trzeba by skręcić w lewo, w stronę domu, zapytałeś czy musimy już iść do domu, czy możemy sobie pójść kawałek dalej. No i poszliśmy. Gadaliśmy niespiesznie, o miejscach, które moglibyśmy odwiedzić. I to nie jakiś odległych, ale takich, które nas ciekawią, jątrzą i są obok, w zasięgu wzroku, a jednak tam nie byliśmy. Ani Ty, ani ja. Powiedziałem ci o wzgórzu za Kamieńcem, na które od dziesięciu lat wybieram się rowerem. Pewnie nic tam nie ma, ale chciałbym być. Ale jakoś się nie składa. Albo o tej kępie drzew chyba za Brzezią Łąką, w polu, tak blisko drogi, ale w polu, oddzielnie. I zacząłem mówić, że taka kępa starych drzew może świadczyć, że tam jest jakiś stary cmentarz. Nie ma już ani grobów, ani krzyży, tylko pamięć ziemi i instynkt ludzi, który powoduje, że mimo tego, że wokół pola, to ten spłachetek ziemi nie jest uprawiany. I nie jest to pamięć tych ludzi, bo przyjechali tutaj 80 lat temu, a jeżeli rzeczywiście te drzewa wyrosły na cmentarzu za wsią, to raczej sprawa jest dawniejsza, może nawet bardzo dawna. Ale mimo wszystko, mimo że nikt z bliskich tych ludzi, którzy mieszkają tutaj teraz, nie miał szans zaleć wśród tych drzew — to ludzie jakoś to czują, mają za skórą, że takich miejsc się nie rusza. I zacząłem mówić, że w czasach zarazy ludzie nie wiedzieli, skąd się bierze zaraza i bardzo się bali. Bo śmierć kosiła wszystkich, bogatych i biednych, dobrych i złych i była niewi- Radosław Wiśniewski 41 dzialna, nie wiadomo było, co trzeba robić, żeby jej uniknąć. Dlatego nawet zmarłych wyrzucano daleko poza obręb wsi i chowano w polu, na wzgórzu i wiele lat potem nie ruszano. - I tam tak było? - zapytałeś pochylając się nad kolejnym robaczkiem. - Nie wiem - odpowiedziałem - jakbyś my tam kiedyś stanęli na poboczu drogi i przeszli te kilka metrów przez pole, to by można było sprawdzić. Bo jeżeli to cmentarz, to między drzewami są wtedy takie doły, bo po człowieku, jak wiele lat leży w ziemi, nic nie zostaje i miejsce po nim się zapada i się robi dół. - A dlacego oni tak daleko chowali tych ludzi ? - zapytałeś znowu podnosząc wzrok nad robaczka podając mi rękę i podejmując przerwane dreptanie do gdzieś tam przez pole. - No mówiłem ci przecież przed chwilą, ludzie nie rozumieli tego, co się dzieje, wokół była śmierć i zwyczajnie się bali. Bali się wszystkiego, także swoich zmarłych. Szliśmy przez chwilę w milczeniu, patrzyłeś w przestrzeń jak zawsze, kiedy intensywnie myślisz i w końcu wypaliłeś głosem spokojnym, acz stanowczym: - Gdyby tam był Klimek Bachleda, to by się nie bał. Bo Klimek się nie bał prawda? - Może się bał, ale nie pozwalał, żeby strach nim kierował. - No, cyli się nie bał. - Powiedziałbym raczej, że może się bał, ale był odważny. Nastąpiła chwila milczenia po czym powtórzyłeś z powagą i spokojem swoich pięciu lat i dziesięciu miesięcy: - Klimek by się nie bał. Chyba zmieniliśmy szybko temat. Chyba dlatego, że tak naprawdę zatkało mnie to nawiązanie po ponad miesiącu licznych wydarzeń w twoim i moim życiu. Gdzieś daleko trwała obrona huty Azowstal. Gdzieś ktoś wzywał pomocy spod zawalonego budynku. Ktoś jechał karetką po rannych przez ostrzeliwana ulicę. Ktoś prosił o pomoc porzucony w lesie między zaporami z drutu kolczastego. Ktoś wsłuchiwał się w odległe wołanie z gór, nasłuchiwał głosu gwizdka wśród ryczącego morza. Świat nie przestał być sobą. W powietrzu wisiało echo twoich słów. Jak drogowskaz. Klimek by się nie bał. ŚWIĘTY HAMINDZIU-MINDZIU-MINDZIU Wiesz, on czekał na Twoje przyjście, coś przeczuwał. Nie jestem zwolennikiem przypisywania zwierzętom nie wiadomo jakich zdolności paranormalnych, ale na pewno mają wiele z tego, o czym myśmy zapomnieli, cośmy wyparli. Prawdopodobnie przeczuwają rzeczy, zanim się wydarzą. To coś mają nawet nasze domowe koty, psy. To coś czasem wraca, kiedy znajdziesz się w środku nocy w górach, albo w lesie, albo nad rzeką czy jeziorem. I wtedy, jeżeli przekroczysz strach przed nieznanymi dźwiękami, dziwną aktywnością wszystkiego co żyje i cię widzi, chociaż ty nie widzisz tego czegoś - to wraca do ciebie. Kiedy przestaniesz się bać tych ryb w żwirowni, które rzucają się obok, gdy płyniesz, nutrii, która śmiesznie 42 Listy do Tymoteusza (9) rusza wąsikami w nadbrzeżnych zaroślach, gdy wchodzisz do wody i zanurzasz niepewnie stopy w ciemnej od nocy wodzie, kiedy przestajesz się bać wilka, jelenia, rysia w nocnym lesie, które mijasz nawet o tym nie wiedząc, a one z całą pewnością cię widzą i czują. Jeżeli się przejdzie barierę tego strachu - wraca poczucie łączności ze wszystkim, co żyje. I wraca zgoda na to, że zrozumienie tego jest niemożliwe, że w tym można żyć i czuć, ale porzuca się wtedy strażników rozumu. To dlatego kiedy chodzę nocą po górach nie lubię latarki, uważam, że jest bez sensu, bo mąci swoim nachalnym kręgiem dwóch metrów jasności powracający do łask instynkt, który sprawia, że zwierzę nigdy albo prawie nigdy się nie potknie na górskiej ścieżce w nocy, a człowiek - robi to co chwilę. Naprawdę wolę moje nocne widzenie, wyczucie. Naprawdę wtedy sie nie potykam, nie przewracam, włączam latarkę tylko wtedy, kiedy trzeba sprawdzić kolor szlaku, ale też nocą nie chodzę po nowych szlakach, więc jestem jak ten nowo-fundlandzki pilot morski, który doprowadzał statek bez map do portu. Jak go zapytano, jak to robi bez map, miał odpowiedzieć oburzony: - No jak to jak?! Przecież ja tu mieszkam, wiem gdzie to jest! Wśród tych spraw pierwotnych tak bardzo jest chyba poczucie przynależności do stada, wyczuwanie stada, potrzeb jego członków, wzajemna troska. My, ludzie mamy kręgi tego stada bardzo rozbudowane i różne wyrafinowane koncepcje, przesuwające ten konstrukt ku kompletnej abstrakcji - naród, ludzkość. A nasz kot miał i ma prostą koncepcję. Wiedział, że my jesteśmy jego stadem i wiedział, nauczył się, że w tym stadzie jest bezpieczny, że przy nas nic mu nie grozi, nawet jeżeli to iluzja. I jego pewność, że stado to bezpieczeństwo, udzielała się nam. Zatem kiedy miałeś przyjść na świat, on czuł, że coś się dzieje i nie ma w tym grama mistyki. Bo koty są bardzo wrażliwe, chociaż mają opinię okrutników i głupków. No bo nie realizują często naszych wyobrażeń o towarzyszu życia, nie merdają, nie skaczą, nie reagują zawsze na imię. Chociaż co do reagowania na imię - robiono badania porównawcze na mózgach psów i kotów i okazało się, że w tych mózgach na dźwięk imienia uruchamiają się te same struktury. Tylko u psów automatem zamienia się to w cały łańcuch reaktywny. A u kotów nie. Koty rozumieją, że są wołane, że to ich imię, ich sygnał wywoławczy, ale pozwalają sobie mieć to w swojej kociej dupie. Ale to chodzące radary. I to bardzo czułe. Na przykład mają zdolność do odbierania dźwięków oczami, widzą w skali dla nas niemożliwej do ogarnięcia, lokalizują każdy dźwięk z dokładnością do jednego stopnia (my mamy marne kilkanaście stopni błędu w namierzaniu), wyczuwają drżenie powietrza i ziemi także poprzez te słynne „wonsiki” o których wiesz od dawna, że nie są wonsikami tylko wibrysami. I na dokładkę mruczą, ale nikt nie wie, którą częścią ciała. Podobno do dzisiaj stanowi to zagadkę dla nauki, nikt nie wie, jak i gdzie powstaje mruczenie kota. I kiedy ciebie jeszcze nie było, to kot właził do gotowego fotelika, badał na węch i wonsikami zbierające się w domu mebelki, pieluchy, ubranka. Czekał. A kiedy przyszedłeś na świat, koniecznie chciał być blisko. Bo ten kot lubi być blisko ze swoim stadem, uwielbia momenty, trzeba przyznać, że rzadkie, kiedy stado jest w komplecie. I jest otwarty na rozszerzanie granic tego stada. Radosław Wiśniewski 43 Kiedyś zabrałem mu z pyska smużkę, udzieliłem reprymendy, że przecież dostaje jeść i żeby nie przeginał. Ułożyłem ją w pudełku wyścielonym trawą i resztkami roślin z ogrodu. Był początkowo niezadowolony i nadąsany, ale kiedy wniosłem pudełko z smużką do domu stracił nią zainteresowanie, obwąchał pudełko i poszedł do misek. Smużka wróciła do zdrowia w ciągu dnia czy dwóch i wywiozłem ją do lasu. Kot nie zainteresował się nią ani razu. Wynikało z jego zachowania, że uznał, że nawet tymczasowych członków stada chroni immunitet. Nawet tych, których się prawie zjadło. Nie wiem, co by było, gdybyśmy mieli do kompletu jakąś papużkę. Może nie należy wystawiać jednak charakteru kota aż tak na próbę? Tym bardziej, że to bardzo dobre zwierzę, ten nasz kot, którego nazwaliśmy Hammond. Kiedy przyjeżdżają znajomi i bywa, że na noc czy dwie zostaną u nas - musimy ostrzegać, że kot czuje się tak bezpieczny, że nie usuwa się z drogi. Może przycupnąć w ciągu komunikacyjnym, w łazience pod umywalką, w nocy ułożyć się w drzwiach wyjściowych z pokoju, albo na dywaniku koło łóżka, albo na schodach. I widząc, że idzie człowiek - nie usunie się. Dla niego jest oczywiste, że tutaj jest bezpieczny u siebie i nawet przypadkiem nie może mu się stać krzywda. No ale kiedy się pojawiłeś - sprawy zaczęły przybierać inny obrót. Okazało się, że dziwnie pachnące ludzkie dziecko bywa niedelikatne, lubi krzyczeć, rzucać klockami, łapać za kończyny, mało delikatnie klepać otwartą rączką w głowę, brzuch, kark. Nie wiem, co wiedział, a czego nie wiedział, co myślał, a czego nie myślał. Bywało, że szukał schronienia w trudno dostępnych miejscach, bywało, że domagał się natychmiastowego wypuszczenia na dwór, bywało, że miał wzrok jak ci męczennicy z późnośredniowiecznych obrazów. Ale przez długi czas nie tylko, że cię nie zadrapał końcem pazura, ale i nawet łapką nie pacnął ostrzegawczo. A kiedy wracaliśmy z jakiegoś wypadu poza miasto, to wskakiwał pierwszy do samochodu, którego nie lubi, bo najczęściej nim jeździ do weterynarza i pierwsze, co robił, to sprawdzał, czy jest chłopczyk w foteliku z tyłu. Dziwiliśmy się, dlaczego nie z nami się wita, ale z Tobą. Mówiliśmy o nim per „święty”, bo tak cierpliwego zwierzęcia nie widzieliśmy. A ja miałem sporo kotów w życiu. I Hammond jako jedyny zasługiwał na miano świętego. Po Behemocie Serdecznym, Ramzesie Krótkotrwałym, Iwanie Bezdomnym, Klarze Alpinistce, Nikicie Walecznym, Nergalu Włóczędze, Nemo Łaskawym, Morrisie Akrobacie - nastał on, Hammond zwany Świętym. Zajęło mu niemal dwa lata zanim pierwszy raz, pamiętam to do dzisiaj, w łazience, nie wytrzymał i syknął, a zaraz potem pokłapał ci naokoło spodenek zębami i dwa razy pacnął łapą z wyciągniętymi do połowy pazurami, także koniec haczył tylko o twoje spodenki, ale wiadomo było, że ciebie nie zrani. Podniosłeś krzyk i odwróciłeś się do nas oczekując, że zmiażdżymy kota jakąś wymyślną karą, a my - a byliśmy w łazience oboje z mamą - z ulgą westchnęliśmy i pogratulowaliśmy kotu, że wreszcie wskazał ci granice bezczelności. Byłeś oburzony i wściekły, kilka razy jeszcze próbowałeś wymierzyć kotu sprawiedliwość, tak jak ją rozumiałeś, ale kot już za każdym razem informował ciebie, że owszem, święty, święty, święty, ale bez przesady, gwałt siłą zadany musi być czasem siłą odparty, cytując klasyka. 44 Listy do Tymoteusza (9) Ten gwałtowny epizod ustawił wam relacje na właściwym poziomie wzajemnego respektu i szacunku. Okazało się, że wystawienie pazura w odpowiednim momencie, nawet we wzajemnym afekcie, ustala granice i nie jest złe. Jest dobre. Bez granic ciężko jest żyć. Jakoś w tym samym czasie zaczynałeś mówić i zacząłeś przekręcać imię kota na „Hamin-dziu”, bo tak brzmiało bardziej miękko, czule. A potem zacząłeś dodawać dwie ostatnie sylaby, żeby oddać jeszcze intensywność afektu jaki was łączy. A myśmy to przejęli od Ciebie i tak Hammonda zastąpił w naszym życiu Hamindziu-mindziu-mindziu. Chociaż to ten sam członek naszego stada. Nadal ze skrzącą się aureolą świętości między szpiczastymi uszkami. W tym szalonym świecie, w którym ciągle trwają wojny ludzi z ludźmi, ludzi z drzewami, ludzi z ziemią, ten nasz Hamindziu pozostaje oazą dobra, spokoju, zgody na wszystko, co istnieje. Słysząc jego powitanie, kiedy wyskakuje z krzaków na końcu ulicy, wyłazi z rowu na sam dźwięk silnika tego samochodu - mimo, że wiem, że to głupie, nieadekwatne - czuję się jakoś lepiej, raźniej w tym świecie. Co najlepsze - to tylko my, ja, widzę/widzimy w nim to dobro, on pewnie nie ma takich myśli, bo nie wiadomo jakie i czy w ogóle mają myśli koty. Ale to z kolei znakomicie oddaje charakter dobra. Ono takie jest jak nasz Hamindziu-mindziu-mindziu. Samo o sobie nie wie, że jest dobrem. I dlatego nim jest. I jak to mówimy często z Mamą, szczególnie przy czochraniu kotka jego ulubioną drucianą szczotką, przy którym śmiesznie nadstawia kark chowając łepek między przednimi łapkami - Niech będzie z nami jak najdłużej, dłużej niż najdłużej żyjący kot na świecie, amen. Na tropach historii Grażyna Nawrolska Rzecz codzienna - NOCNIK Historia nocnika, do niedawna przedmiotu codziennego użytku służącego czynnościom fizjologicznym, była traktowana trochę wstydliwie a może nawet z niechęcią. Przecież nocnik był obecny w każdym domu i korzystali z niego praktycznie wszyscy domownicy. Dzisiaj jest potrzebny tylko małym dzieciom, a po przejściu maluchów do następnego samodzielnego etapu w zakresie higieny znika i ląduje na śmietniku. Jak więc zaczęła się jego historia, skąd pochodzi nazwa tego naczynia, jaką przechodził ewolucję od typowego wyrobu służącego codziennym zabiegom sanitarnym aż po kolekcjonowanie tak nietypowych form. Według Aleksandra Brucknera słowo urynał czyli dzisiejszy nocnik wywodziło się od łacińskiego określenia urinale i pojawiło się na początku XVI wieku. Jego zdrobniałe określenie to „urynalik”, czyli naczynie do oddawania w nie moczu, który był następnie poddawany badaniom przez ówczesnych lekarzy. Prawdopodobnie starszymi terminami były nazwy „szczyna”, „mokrz”, „szczak”. Staropolskie określenie „naczynie nocne” oznaczało czas jego używania i być może etymologia słów wywodzi się właśnie od pory jego wykorzystywania. W literaturze przedmiotu niektórzy badacze określają te naczynia „naczyniami potrzebnymi”, „garnkami potrzebnymi” a funkcja ich pozostaje nadal taka sama. Produkowanie przez mieszkańców miast nieczystości bytowych (ale także produkcyjnych) było stałym elementem życia w funkcjonujących ośrodkach miejskich. Fekalia wyrzucano do jam odpadowych, latryn, jak również do rzek i w przypadkowe miejsca. Należało więc uporządkować system kanalizacyjny, co częściowo mogłoby zabezpieczyć mieszkańców przed m.in. licznie wybuchającymi epidemiami. W starożytności najlepiej rozbudowany był system kanalizacyjny w Cesarstwie Rzymskim. W Rzymie Cloaca Maxima - największy kolektor szambo - zbierała fekalia z całego miasta i odprowadzała do Tybru. W willach bogatych Rzymian, jak i w domach mieszkańców w innych miejscowościach, „toalety” czyli latryny były zwykle sytuowane w najdalszej części posesji, co miało chronić domowników przed uciążliwym fetorem. Być może droga z willi do ustronnego miejsca na końcu podwórka była nieraz zbyt odległa, więc postanowiono poradzić sobie w inny sposób. Prawdopodobnie to właśnie Rzymianie wynaleźli nocniki, którymi początkowo były przypadkowe naczynia, z których zawartość usuwano potem do latryn. Najstarszy opis nocnika, naczynia przeznaczonego wyłącznie na mocz, został zamieszczony w rzymskiej powieści z I wieku n.e. „Satyryk!” autorstwa Petroniusza. Zachowany jej fragment pt. „Uczta Trymalchiona” przedstawia scenę wystawnej uczty w rzymskiej willi. 46 Rzecz codzienna — nocnik podczas której bohater znalazł się „w pilnej potrzebie”. Przywołany niewolnik dostarczył mu najpierw srebrny nocnik, a potem misę do umycia rąk, a nie mając ręcznika Patrycjusz wytarł ręce we włosy niewolnika. Cesarze i bardzo zamożni dostojnicy rzymscy korzystali ze złotych nocników. Po upadku Cesarstwa Rzymskiego - poprzez okres tzw. wędrówek ludów i wczesnego średniowiecza - ta forma naczyń toaletowych została zapomniana. Ludzie załatwiali swoje potrzeby w różnych przypadkowych miejscach, także wykorzystując do tej czynności doły odpadkowe czy jamy chłonne. W średniowiecznych miastach już od XIII wieku rozpoczęto na większą skalę budowanie latryn sytuowanych najczęściej w tylnych partiach podwórek działek mieszczańskich. Były to wkopane w grunt drewniane lub murowane obiekty o prostokątnym lub okrągłym kształcie, nad którymi prawdopodobnie stawiano „drewniany domek z serduszkiem” chcąc zapewnić sobie maksimum intymności. Nadal jednak często korzystano z „nocnych naczyń”, którymi mogły być (i pewnie były) różnego rodzaju przypadkowe naczynia, uszkodzone garnki, misy lub dzbany. Ich zawartości wylewano do kanałów ściekowych lub rynsztoków - sytuowanych wzdłuż ulic - lub bezpośrednio na ulice. Czynności te odbywały się najczęściej pod osłoną nocy, a w niektórych miastach żawo-łanie^/2nyć’z teau (z francuskiego - „uwaga na wodę”) oznaczało, że na ulice zostanie wylana zawartość fekaliów z nocników. Niekiedy te czynności można było wykonywać tylko o określonych porach w nocy). Osoby świeckie jak również duchowne podczas licznie odbywających podróży zabierali ze sobą naczynia nocne korzystając z nich w drodze lub podczas noclegów w zajazdach i karczmach. Podobno stosunkowo rzadko w tych miejscach bywały przenośne szafki ze znajdującymi się w niej nocnikami. Dominikanin brat Feliks Faber z Ulm podróżujący w XVI wieku do Ziemi Świętej, pozostawił taki opis - fragment ze swojej podróży: Każdy pielgrzym posiada urynal stojący obok jego koi. Jest to gliniane naczynie, Dreumiana latryna i „naczynie nocne"z 1480 r. (wg Heege, Heege). Fragment ikonografii z XIV w. Kamionkowe „naczynia nocne". Usuwanie nieczystości — czy może odpfelzanie nocnych muzykantów (wg Heege, Heege). Grażyna Nawrolska 47 fiakon, do którego oddaje mocz oraz wymiotuje. A że zatłoczone pomieszczenia Si} ioi}skie i w dodatku ciemne, po których nieustannie ktoś' się kręci, rzadko się zdarza, hy do s'witu naczynia nie zostały poprzewracane. Osoba niezdarna, zmuszona pab^cą potrzebą do niezwłocznego wstania, zazwyczaj przewraca się po drodze pięć łub szes'ć urynałów, z których rozchodzi się odór nie do wytrzymania. W dynamicznie rozwijających się miejskich ośrodkach europejskich w średniowieczu i na początku epoki nowożytnej, próbowano w różnorodny sposób walczyć z narastającymi problemami związanymi m.in. z zanieczyszczaniem fekaliami ulic, podwórek, jak również i wnętrz domostw. Zaczęły powstawać pierwsze projekty sedesów spłukiwanych wodą, które mogły być instalowane w obiektach mieszkalnych. Autorem takiego projektu w XV wieku był genialny Leonardo da Vinci, wspaniały malarz i autor wielu wynalazków wyprzedzających epokę, które niestety pozostały tylko na papierze. Projekt Leonarda obejmował wybudowanie toalet, systemów: kanalizacyjnego i wentylacyjnego, w pałacu króla Franciszka I, który jednak nie zdecydował się na jego zainstalowanie, a tym samym nie polepszył warunków sanitarnych w swojej rezydencji. Nadal więc pozostawały w częstym używaniu nocniki i niestety załatwianie swoich potrzeb w każdym miejscu. Chociaż wiele osób taką formę uważało za niewłaściwą. Jeden z najwybitniejszych humanistów epoki Odrodzenia Erazm z Rotterdamu (1467-1536), filolog i filozof holenderski, uznał za naganne publiczne załatwianie swoich potrzeb. Wydawane były nawet zarządzenia w drugiej połowie XVI wieku, w których m.in. znalazły się takie słowa: - Nie wołno nikomu bezczełnie i bezwstydnie załatwiać swojej potrzeby —jak to czynią chłopi (.....); zabrania się każdemu, kimkołwiek byłby (..), czy z rana czy w wieczór zanieczyszczać podjazd, schody, korytarze i pokoje moczem - nie przystoi witać kogoś', kto włas'nie oddaje mocz czy się wypróżnia - gdy się przechodzi koło osoby, która załatwia swoją potrzebę, nałeży udawać, że się tego nie zauważa. (rok 1731) W XVI-XVII wieku arystokracja była prekursorem urządzenia typu waterkłozet, czyli ustępu spłukiwanego wodą, a John Harington („kąpiący się codziennie”) w 1589 roku w swojej posiadłości w Kelston zainstalował taki mechanizm. Kiedy dowiedziała się o tym królowa Elżbieta, znana ze swojego zamiłowania do higieny — „bo kąpała się raz w miesiącu czy trzeba czy nie trzeba” — kazała zamontować w swoim pałacu w Londynie toaletę spłukiwaną wodą. Jednak zbyt duża nieszczelność kanalizacji i przedostawanie się do wnętrz pałacowych cuchnących wyziewów spowodowały, że zaniechano stosowania tego urządzenia. Na następny waterkłozet trzeba było czekać około dwustu lat. Wróciły więc do powszechnego użytku w rezydencjach i bogatych domach popularne nocniki. W luksusowej rezydencji królów francuskich w Wersalu brakowało toalet. Zaczął się wówczas upowszechniać zamknięty przenośny sedes, którym było pudło lub rodzaj krzesła z eleganckim wiekiem pokrytym tkaniną. Był on podobno nawet używany podczas dyskretnych spotkań. Przy ogromnej ilości osób przebywających na dworze królów fran- 48 Rzecz codzienna — nocnik cuskich, nadal bardzo wielu z nich załatwiało swoje potrzeby w każdym miejscu, a z tego powodu nie czuło wstydu i zażenowania. Słynne było w ówczesnej Europie stwierdzenie, że „wspaniały Wersal śmierdzi”. Prace nad udoskonaleniem toalety spłukiwanej wodą trwały nadal. W połowie XIX wieku Henryk Moule opatentował ziemny klozet, w którym nieczystości mieszano z popiołem lub ziemią, a następnie ręcznie usuwano. Był to jednak nadal niewystarczający sposób na załatwianie spraw intymnych w odosobnieniu. Dopiero skonstruowana przez anglika Thomasa Crappera miska klozetowa ze spłuczką stała się prawdziwym rewolucyjnym wynalazkiem dotyczącym tej osobistej higienicznej strefy życia. Do dzisiaj działająca firma „Thomas Crapper & CO” zajmuje się produkcją armatury łazienkowej, m.in. wytwarzającej luksusowe mosiężne wanny i spłuczki toaletowe. Pierwsze urządzenia typu u>aterklozet zainstalowane w Polsce odnotowano w źródłach pisanych w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego stulecia i dotyczyły jego zamontowania w pałacu hrabiego Konstantego Zamoyskiego w Kozłówce. Warto wspomnieć, że w 1868 roku Amerykanin Samuel Males skonstruował i opatentował nowy wynalazek — pisuar, który zaczął rozpowszechniać się także w Europie. Dalszym krokiem w kierunku intymności związanej z załatwianiem swoich potrzeb nie tylko w domu, ale również w miejscach publicznych, był pomysł Georga Jennings, który został przedstawiony podczas Wielkiej Wystawy w Londynie w Crystal Pałace. Uruchomiona została pierwsza publiczna toaleta, co zapoczątkowało budowę ogólnodostępnej sieci tych urządzeń w wielu krajach. Pierwsze łazienki w domach bogatych mieszkańców miast, w rezydencjach i dworach, powstawały już w XVII wieku. Jednak przeciętni mieszkańcy jeszcze w połowie dziewiętnastego wieku, a także często na początku ubiegłego stulecia, nie posiadali własnych. Dalej Elbkfg. Stare Miasto. Fajansouiy nocnik holenderski z XVII w. 49 Grażyna Nawrolska Elbląg. Stare Miasto. Nocniki z XVIII w. (2,4) i XIX to. (1,3). więc nocnik pozostawał powszechnym sprzętem służącym domownikom dla załatwiania potrzeb intymnych. Jak wspomniano wcześniej, początkowo funkcję „naczyń nocnych” pełniły różne niepotrzebne garnki, misy, dzbany. Nocniki wytwarzane w średniowieczu były wyrobami glinianymi wypalanymi w atmosferze redukcyjnej - rzadko utleniającej - nieszkliwione i nieozdobione. Średnice ich wylewów kształtowały się w granicach 20-24 cm. Na przełomie XVII i XVIII wieku w Holandii zaczęto produkcję fajansowych nocników, które były pięknie zdobione motywami chińskimi, wzorowanymi na dekoracjach z chińskiej porcelany. Do najczęściej stosowanych elementów zdobniczych należały scenki rodzajowe w ogrodach, motywy kwiatowe i roślinne. Jak piękne a zarazem cenne były to przedmioty może świadczyć fakt, iż stały się one jednym z ulubionych prezentów wśród francuskiej arystokracji. Przykładem tego może być fragment listu wnuczki hrabiny de Choiseul: Chciałabym Ci droga Babciu, jak również przeorowi, opisać, jakie było moje zdziwienie, gdy przyniesiono mi wczoraj wielki worek od Ciebie. Spieszę go otworzyć, wsuwam rękę, natrajiam z kolei na naczynie. wycitfgam je szybko: przecież to nocnik! Ale takiej pięknosći........................taki wspaniały, że moi łudzie wołajt} jednym głosem, iż nałeżałoby go używać jako sosjerki. Nocnik był wczoraj przez cały wieczór wystawiony na widok pubłiczny i budził powszechny podziw. Od końca osiemnastego stulecia firma Yiłłeroy & Boch z Morzig, będąc producentem użytkowych wyrobów ceramicznych, wytwarzała także armaturę związaną z wyposażeniem łazienek, m.in. płytki posadzkowe i kafelki, mydelniczki i piękne nocniki zdobione kobal- 50 Rzecz codzienna - nocnik towym ornamentem roślinnym. Jeden z takich nocników został znaleziony podczas badań archeologicznych na Starym Mieście w Elblągu (Ryc 5:4). Wiele firm niemieckich, francuskich, duńskich czy angielskich produkowało „zwykłe” ceramiczne białe nocniki — fajansowe, porcelitowe, porcelanowe; proste, niezdobione — niekiedy pokrywane brązowym szkliwem. Również wytwarzały bogato zdobione „naczynia nocne” pokrywane barwnym ornamentem kwiatowym, scenkami rodzajowymi - np. z polowania - czy wzorami inspirowanymi sztuką Orientu. Wspaniałe „wazy nocne” produkowali garncarze chińscy (Ryc. 6, 7). Na początku ubiegłego stulecia, renomowana fabryka fajansu we Włocławku oferowała swoim klientom sześć modeli nocników: jardiniere, rokoko, kulisty, zwykły, warszawski i owalny. Zakupy tych wyrobów były oczywiście uzależnione od statusu majątkowego nabywców. Podczas badań archeologicznych prowadzonych na Starym Mieście w Elblągu znaleziono kilkanaście całych egzemplarzy oraz liczne fragmenty „nocnych naczyń”. Do najpiękniejszych okazów należą holenderskie pięknie zdobione fajansowe nocniki oraz wyjątkowy egzemplarz z wytwórni Yilleroy &Boch. Przedmioty te dla muzeów, jak i dla wielu osób prywatnych, stanowią obiekty kolekcjonerskie, a kupowane na aukcjach czy pozyskiwane podczas badań archeologicznych są włączane do zbiorów muzealnych. Taką drogę przebyło „naczynie nocne”, przedmiot wstydliwy, a obecnie często podziwiany. Lubeka. Fajansowy nocnik z XLX w. (wg Drenkhahn 1997). Grażyna Nawrolska 51 WYBRANA LITERATURA Briickner A. Słownik etymologiczny języka polskiego, Warszawa 1957. Gliniecki T., Nawrolska G. Elbkpkie wodoci^}gi wczoraj i dziś', Elbląg - Stary Toruń 2020. Karłowicz}., Kryński A., Niedźwiedzki W. Słownik języka polskiego. Warszawa 1952. Nawrolska G. Powracająca przeszłos'ć Starego Miasta w Elblągu, 2014 Panati Ch. Niezuykłe dzieje zwykłych rzeczy. Warszawa 2006. Stopa M. Kronika nocnika. Warszawa. Lubeka. Wnętrze fajansowego nocnika z „portretem” Napoleona (wgDrenkhahn 1997). 52 Radosław Kubuś Kryminalne aspekty życia na Żuławach i Mierzei z I połowy XIX wieku Kryminalne aspekty życia NA ŻUŁAWACH I MIERZEI z I połowy XIX wieku W I połowie XIX wieku Żuławy oraz Mierzeja, które były częścią Królestwa Prus, przeżywały zapaść gospodarczą wywołaną przede wszystkim wojnami napoleońskimi z początku stulecia. Biedę mieszkańców potęgowały gwałtowne i zgubne w skutkach zjawiska przyrodnicze i pogodowe, takie jak burze, huragany i powodzie. Na przykład w wyniku wielkiej powodzi z roku 1829 na Żuławach utopiło się 16 osób, 1212 koni, 30 źrebaków, 223 woły, 636 sztuk młodego bydła, 649 owiec, 1276 świń, 1680 krów. Z kolei w sierpniu 1832 roku nad Stebłewem przeszło potężne tornado, które zniszczyło liczne stodoły oraz chałupy, a także przyczyniło się do śmierci jednego chłopa'. Tego typu okoliczności, prowadzące do ubóstwa mieszkańców, wpływały zarazem na wzrost przestępczości. Choć trudno jest wskazać skalę tego zjawiska w odniesieniu do Żuław i Mierzei, to jednak w materiale źródłowym odnajduje się szereg różnego rodzaju spraw kryminalnych związanych pośrednio lub bezpośrednio z obszarem delty Wisły. Jednymi z najczęstszych deliktów popełnianych na Żuławach były kradzieże. Stosunkowo najłatwiej kraść było zwierzęta gospodarcze, które niepilnowane, bądź słabo pilnowane, pasły się nocą na żuławskich łąkach. Przykładowo w 1816 roku w nocy z 12 na 13 września z pola Jakoba Andreasa w Błotniku (Schmerblock) skradziona została 7-letnia klacz oraz 4-miesięczny źrebak. Skradziona klacz wyróżniała się m.in. tym, iż posiadała na lewym udzie dużą bliznę, z kolei źrebaka poznać można było po białym umaszczeniu tylnych nóg^. Świetną sposobnością do kradzieży były odbywające się cyklicznie w większych żuławskich miejscowościach targi. Do działających w I połowie XIX wieku na Żuławach osad targowych (Mark^ecken) zaliczyć należy przede wszystkim Nowy Dwór Gdański. W roku 1826 zawiadamiano o schwytaniu w tej miejscowości niebezpiecznego złodzieja Martina Dóringa przy próbie popełnienia kradzieży na targu (bei Verubung eines Markf-Diebstahl)^. Powszechnie rabowanymi na Żuławach (i nie tylko na Żuławach) obiektami były kościoły''. Przykładowo wskazać można choćby na przypadek z 1823 roku, kiedy to w nocy z 28 na 29 listopada z kościoła w Ostaszewie zrabowano m.in. srebrne kielichy i pateny, srebrną pozłacaną monstrancję, pacyfikał oraz blaszaną skrzynkę z 50 florenami. Poza kościołami rabunków dokonywano także w żuławskich karczmach^. W 1838 roku parobek ' Evangelisches Zentralarchiv in Berlin 980/5929, k. 635-636; Evangelisches 2^ntralarchiv in Berlin 980/5930, k. 4. Amtsblatt der Kóniglichen Regierung zu Danzig, 1816, s. 114-115. ’ Amtsblatt der Kóniglichen Regierung zu Danzig, 1826, s. 73. * Zob. R. Kubuś, Rabunki, włamania i kradzieże w rqencji gdańskiej w Ipołowie XIX wieku ze szczegółnym uwzgłfdnieniem rabunków kościołów i budynków przykolciełnych, „Rocznik Elbląski”, t. XXXI, 2021, s. 147-191. ’ Amtsblatt der Kóniglichen Regierung zu Danzig, 1823, s. 714. Radosław Kubuś 53 Jakob Preiskam z Nowej Cerkwi, nocujący w karczmie w Tuji, zrabował stamtąd niebieski płócienny surdut, zielony skórzany kapczuch (Tabaeksbeufei), 4 chusteczki do nosa, białe płócienne spodnie, buty oraz czarną płócienną czapkę zimową. Jak wskazywano w wystawionym za przestępcą liście gończym, ów Preiskam był 26-letnim niewysokim mężczyzną, katolikiem, który charakteryzował się przede wszystkim tym, iż na twarzy posiadał ślady po przebytej ospie (blatternarbig)^. Wspomnieć wypada również o rabunkach dokonywanych w zabudowaniach należących do urzędników. W 1823 roku w nocy z 25 na 26 maja zrabowano dom sołtysa we wsi Rakowo (Krebsfelóle), niejakiego Pasta. Łupem złodziei padła m.in. gotówka (w różnej monecie) oraz bielizna osobista, stołowa i pościelowa (13 męskich koszul w naszytymi inicjałami W. E, 22 żeńskie koszule z naszytymi inicjałami A. E, 2 drelichowe obrusy, oraz 2 prześcieradła) 7. W przypadku schwytania złodzieja, będącego w dodatku recydywistą, przewidywany wymiar kar mógł być niezwykle dotkliwym. Przykładowo Johann Jacob Kuhlmann z Dzierzgonki (Sorgenori) położonej na Żuławach Elbląskich za wielokrotne i ciężkie kradzieże skazany został wyrokiem z 17 grudnia 1841 roku na usunięcie ze stanu żołnierskiego, pozbawienie praw do obejmowania urzędów publicznych, oraz 15 lat robót w twierdzy^. Podobna, acz lżejsza kara, spotkała urodzonego w Stegnie Petera SchónhofFa, który za dezercję został zdegradowany oraz skazany na roczny pobyt w twierdzy. Po wyjściu na wolność mężczyzna dopuścił się dwóch kradzieży, za które trafił do więzienia na okres 8 tygodni^. Poza kradzieżami wielkim problemem połowy XIX stulecia były podpalenia. Mogły one mieć charakter przypadkowy, bądź też celowy. Jeżeli podpalenie było efektem przypadku, jego sprawca mógł liczyć na stosunkowo łagodny wymiar kary. Przykładowo, na ośmiodniowy areszt skazana została pewna mieszkanka Żuław, która przez nieuważne obchodzenie się z ogniem, w lipcu 1831 roku, doprowadziła zapewne do jakiegoś niewielkiego pożaru’®. W przypadku kiedy sprawcy udowodniono celowe działanie, wymiar kary znacznie się zaostrzał. I tak pewien mężczyzna, który 6 lutego 1838 roku celowo podłożył ogień pod zabudowania mieszkańca Zwierzna (Tbiergart) Johanna Penza, skazany został na długotrwały pobyt w więzieniu {iebenswieriger Zuchthausstrafey\ Ponieważ w przypadku pożaru ciężko było udowodnić komukolwiek winę, w przypadku pożogi najczęściej jako jej sprawców wskazywano „obcy” element napływowy, tj. żebraków, tudzież robotników sezonowych. Taka sytuacja miała miejsce choćby w miejscowości Żuławki (Furstenwerder). Kiedy w czerwcu 1822 roku doszło we wsi do pożaru, oskarżenia padły na ubogich polskich robotników sezonowych. Ponieważ nie udało się udowodnić im winy, a w trakcie dochodzenia wyszło, że parają się oni nielegalnym żebractwem, dwóch mężczyzn (tj. Paul Axamitowski i Michael Kulatta) wraz ze swoimi żonami zostało wygnanych i odtransportowanych z Prus na teren Królestwa Polskiego'^. * OefFentlicher Anzeiger zum Amtsblatt der Kónigiichen Regierung zu Danzig, 1838, s. 68. Amtsblatt der Kónigiichen Regierung zu Danzig, 1823, s. 369-370. ’ OefFentlicher Anzeiger zum Amtsblatt der Kónigiichen Regierung zu Danzig, 1844, s. 218. ’ OefFentlicher Anzeiger zum Amtsblatt der Kónigiichen Regierung zu Danzig, 1845, s. 152. '^ Zob. R. Kubuś, „Ku przestrodze”. Kary zas^fiźzane wobec kobiet w pierwszej połowie XIX wieku w świetle gdańskiego dziennika urzędowego, [w:] Kobiety w Prusach Królewskich, (red.) W. Zawadzki, Pelplin 2020, s. 381-397. '* OefFentlicher Anzeiger zum Amtsblatt der Kónigiichen Regierung zu Danzig, 1841, s. 210. '^ Amtsblatt der Kónigiichen Regierung zu Danzig, 1822, s. 432-433. 54 Kryminalne aspekty życia na Żuławach i Mierzei z I połowy XIX wieku Równie trudnym do wykrycia, a co za tym idzie rzadko odnotowywanym przestępstwem, była bigamia. Dopuścił się jej grenadier służący w gdańskim garnizonie miejskim Johann Wiłhelm Sperber. Najpierw przebywając w Gdańsku 3 czerwca 1810 roku poślubił tam niejaką Dorothee Fuhrmann. Po kilku latach mężczyzna zdezerterował i przeniósł się na Żuławy do miejscowości Tujsk (Tiegenort), gdzie poślubił 17 stycznia 1816 roku Esther Erdmund Lingnau. Małżeństwo poprzedzone zostało złożoną przez oszusta przysięgą o pozostawaniu przez niego w stanie bezżennym. Co ciekawe, mężczyzna zmieniał tożsamości. Poza nazwiskiem Sperber, używał bowiem również nazwisk Kamiński, tudzież Schwich-tenberg. Wśród jeszcze innych przestępstw można wyróżnić paranie się nielegalnym leczeniem. Tego typu czynu dopuścił się pochodzący z Saksonii, acz działający w okolicach Nowego Dworu Gdańskiego, akrobata oraz kowal Carl Friedrich Muller. Mężczyzna wyróżniał się tym, iż posiadał znamię na lewym ramieniu. Do najbardziej brutalnych przestępstw należały morderstwa. Można przypuszczać, że najczęściej nie miały one charakteru zamierzonego, a były konsekwencją kłótni, do których dochodziło w karczmach i szynkach, podczas słownych utarczek prowadzonych przez zamroczonych alkoholem chłopów. Za przykład może tu posłużyć sytuacja z 23 września 1821 roku. Wówczas to dwaj pijący do rana w karczmie Dennera w Nowej Cerkwi mężczyźni najprawdopodobniej posprzeczali się, w wyniku czego o 4 nad ranem wywiązała się pomiędzy nimi bijatyka. W jej trakcie były fizylier Michael Schwarz dźgnął nożem w podbrzusze byłego żołnierza Paulsa z Jegłownika (Fichthorst) na Żuławach Elbląskich, który w wyniku odniesionych ran zmarł wieczorem następnego dnia. Sprawca uciekł z miejsca zbrodni. Wiadomo tylko, że miał 32 lata, urodził się w Lipince (Lindenau) na Wielkich Żuławach Malborskich, a jego twarz była podłużna i ospowata. Dużo bardziej enigmatycznym morderstwem, gdzie bardzo niewiele wiadomo o jego sprawcy, jest mord dokonany na mieszkańcu wsi Stare Babki (Yierzehnhuben) Michaelu Pahlu. Do zbrodni doszło 26 grudnia 1846 roku. Ofiara zamordowana została w pobliżu swojego domu. Jak wykazało śledztwo, mieszkaniec Starych Babek został dwukrotnie uderzony w głowę ostrym narzędziem, najprawdopodobniej toporem lub siekierą. Pierwsza rana znajdowała się na czole ponad lewym okiem ofiary, druga natomiast po prawej stronie głowy w okolicach skroni. Z ust i nosa nieszczęśnika w momencie jego znalezienia sączyła się krew i choć Pahl dawał pewne oznaki życia, to był całkowicie nieprzytomny. Błyskawicznie zorganizowano wóz, który posłano do Drewnicy po doktora Heidfeldta. Rannego mężczyznę obmyto za pomocą octu i masła, co jednak nie przyniosło żadnych pozytywnych rezultatów. Kiedy po dwóch godzinach zjawił się wreszcie doktor Heidfeldt, zastał już tylko zwłoki. Lekarz dokonał obdukcji ciała zmarłego, stwierdzając, iż nawet gdyby pomoc została mu udzielona natychmiast po zdarzeniu, mężczyzna i tak by zmarł. Sprawca czynu nie pozostawił narzędzia zbrodni, którym, jak już wspominano, była najprawdopodobniej siekiera lub topór. Pozostawione na śniegu ślady stóp oraz zeznania świadków kazały przypuszczać, że morderca zbiegł w kierunku Stawideł (Neuteichcrwalde)' \ '^ OefFentlicher Anzeiger zum Amtsblatt der Kóniglichen Regierung zu Danzig, 1847, s. 9—10; Geheimes Staatsarchiv Preu-fiischer Kukurbesitz I. HA Rep. 77, Tit. 432 Nr. 2 Bd. 1, k. 105. Radosław Kubuś 55 Poza morderstwami na osobach trzecich, niekiedy dochodziło również do samobójstw. Pobieżna zaledwie analiza ksiąg metrykalnych wykazuje, że samobójstwa, choć niezbyt częste, regularnie występują w zapisach źródłowych. Jedną z form odebrania sobie życia praktykowaną na Żuławach było samobójstwo poprzez utopienie. Dobrze ilustruje to przypadek pewnego 30 letniego mężczyzny, który 29 marca 1828 roku w okolicach godziny 9 rano, przeprawiając się przez Wisłę w okolicach Ostaszewa (Schdnbergerjahre), celowo wyskoczył z promu prosto w odmęty „królowej polskich rzek”’^. Ciała takich samobójców, tudzież ludzi, których śmierć poprzez utopienie była wynikiem nieszczęśliwego wypadku, wypływały zazwyczaj po kilku, albo nawet kilkunastu dniach (czasem nawet po jeszcze dłuższym okresie). Informacje o znalezionych ciałach topielców podawano wówczas na łamach lokalnych periodyków licząc na to, że uda się dzięki temu ustalić ich tożsamość. Na przykład 18 grudnia w 1816 roku w kanale odpływowym (Vorfluth) w okolicach Przejazdowa {Quaden^ior^ odnaleziono zwłoki pewnego mężczyzny, który miał na sobie m.in. czapkę w poziome paski, kożuch, kamizelkę z metalowymi guzikami, lniane spodnie oraz stare znoszone buty. Ponadto przy zmarłym znaleziono sakwę, w której znajdował się jeden trojak (Duttehen) i dwa szylingi oraz kościany grzebień. Z kolei 17 kwietnia 1847 roku na uroczysku w Krzywym Kole {Kriefkohler Fel^imark) w wypełnionym wodą rowie znaleziono ciało pewnego mężczyzny w wieku około 60 lat. Miał on na głowie wełnianą szlafmycę, na którą nałożona była futrzana czapka. Ponadto nosił starą niebieską płócienną kurtkę podszytą kożuchem, koszulę, wełniane „kalesony” oraz drelichowe szare spodnie'7 Poza wspomnianymi powyżej przypadkami warto również wskazać, iż w XIX wieku poważne sankcje groziły za brak dokumentów. Z tego też względu w przypadku ich zgubienia należało niezwłocznie powiadomić władze zwierzchnie. Po wystawieniu nowych dokumentów władze rejencyjne podawały do publicznej wiadomości informację, w której zwracały się z prośbą do potencjalnych znalazców starych dokumentów o ich zwrot. Było to podyktowane, jak można przypuszczać, groźbą związaną z podszywaniem się pod osobę, której dokumenty odnaleziono bądź skradziono. W dniu 5 sierpnia 1826 roku, jak zawiadamiał starosta (Lancirat) powiatu elbląskiego, swoje dokumenty zgubił pochodzący z My-szewka (Klein Mausdorjj mennonita Heinrich van Riesen. Ów przedstawiciel anabaptyzmu posiadał paszport umożliwiający mu emigrację do Rosji, który zgubił prawdopodobnie pomiędzy Przejazdowem a Gdańskiem. W związku z tym informowano, aby potencjalny właściciel lub posiadacz zagubionego dokumentu zwrócił go do urzędu elbląskiego starosty bądź jakiegokolwiek najbliższego urzędu. Osoby, które nie posiadały przy sobie dokumentów, w przypadku braku sensownego uzasadnienia były odsyłane poza granicę Królestwa Prus jako nielegalny element napływowy. Niekiedy osoby takie próbowały uciekać się do różnych forteli, które pozwoliłyby im uniknąć odpowiedzialności. Przykładem może być tu pewien młody niemy mężczyzna bez dokumentów schwytany 24 listopada 1840 roku w czasie kontroli w Cyganku (Tie-genhagen). Ów mężczyzna przetransportowany został do Nowego Dworu Gdańskiego do '^ Amtsblatt der Kóniglichen Regierung zu Danzig, 1828, s. 143. '5 Amtsblatt der Kóniglichen Regierung zu Danzig, 1847, s. 94. 56 Kryminalne aspekty życia na Żuławach i Mierzei z I połowy XIX wieku tamtejszej siedziby urzędu domenalno-rentowego. Ponieważ nie mógł mówić, na zadawane mu w języku polskim, tudzież niemieckim pytania - ustalono bowiem, że mężczyzna rozumiał oba te języki — odpowiadał za pomocą min i gestykulacji. Z jego zeznań wynikało, że mieszkał we Fromborku, gdzie służył do mszy w tamtejszym kościele katedralnym. Niemową stał się na skutek pewnego nieszczęśliwego wypadku. Otóż pewien bliżej nieokreślony przedmiot upadając uderzył go w głowę, w konsekwencji czego odgryzł sobie kawałek języka. W dniu 30 listopada magistrat fromborski odpowiedział na pismo wystosowane przez urząd nowodworski wskazując, że rzeczony mężczyzna z pewnością nie jest mieszkańcem ani Fromborka, ani najbliższych okolic miasta. Pewnym było jednak, jak ustalili śledczy, że należał do którejś z okolicznych parafii katolickich. Miało za tym przemawiać to, iż mężczyzna pisał posługując się łacińskimi znakami (zapewne chodzi o antykwę), robił to jednak w na tyle nieudolny sposób, że zapisywane przez niego słowa były w zasadzie nieczytelne (Ilustracja 1)'^. Przedstawione powyżej przypadki stanowią wyłącznie reprezentatywne przykłady szerszego zjawiska związanego z kryminalnymi aspektami życia na Żuławach w I połowie XIX wieku. Bogactwo, w jakie opływali majętni żuławscy gospodarze, sprawiało, że posiadane przez nich liczne dobra kusiły potencjalnych złodziei. Ponadto duża rotacja ludzi wykorzystywanych do prac sezonowych prowadziła do napływu na Żuławy różnych grup społecznych, w tym tych o wątpliwej reputacji. Nie można również zapomnieć o nawiedzających rejon delty Wisły klęskach elementarnych, które prowadziły do pogłębionej pauperyzacji ubogich grup społecznych, zmuszając je w ostateczności do podjęcia działalności przestępczej w celu przetrwania. Część przestępstw była z pewnością wynikiem konfliktów społecznych, których podłożem były m.in. różnice wyznaniowe, językowe, narodowościowe, a z czasem także polityczne. '^ OefFentlicher Anzeiger zum Amtsblatt der Koniglichen Regierung zu Danzig, 1840, s. 311-312. tHo. 859^ <^n foflrc ct iu gtaucnburg ju J^anfe fetn, bort in ber l!oras^ird}e alś SOZcibDicner gebraucht, nnb bcun d^eiflbfnllsn ctneń bailen .©cgcnflan* Ł«^ auf bfu ^opf MrU^t-fein, toobei er bic 3«nft€* ftd? hnj abgebiffen boben wiK; in golgc bcffen er nid;t fpretbfn fann. Set S9Zagijłrat in gtauenbutg b^t untenw 30. 9łot>tmber c. geantwortet, .ba6 efn .fetd;tt itunimcr 9)2cnfd? boit unb in bet Uragegeub nit()t JO ^anfe gehett, — «6 ńi inbeffen gewig, bag et bei itgeub cinet fatboli|\{;ea #«cbc i« nntltcgcnbet @«genb ju S«ufe gebint, inbem et aud? ^d>ttft$«tteiben genoffejt ba. ben mu#, idoodu et jebod) fo wenig auf^etgt, ba}; barauó nic()i^ jn Ufen ift. ©dttimłlid)e tefp. ^onigl. ^plijefi luib Slmtśbcbbtben, uub bie Joetten ^'farter et* fiM^e id; ganj ergebcnfl, iibet bie ^^eintatl; biefc^ Ctuuuiien mit fobalb a{$ mcglif# SIu^* futtft ju ertOcilcn, nnb ib« bon ^iet nbOolen 311 (ajTen, ober .be#iKiwen |u wdlen, ta# id^ i^n uuter SDcgleitun^ borrbtn jnwidffenbcn !ann, bi^ wp^in id> i^n ^Wf unie: ^nffid)t Jbcb«U rozciągają się łąki i pastwiska, których granice są wyznaczane przez krzewy i drzewa. Autor zapewnia, że wiedza na temat osuszania ziemi i ciężka praca pionierów-Holendrów zaowocowały żyzną glebą, która miała wysoką wartość. Dzięki temu współcześni Fossowi gospodarze mogli zająć się właśnie uprawą ziemi i chowem bydła. Mimo że Żuławy zapisały się w świadomości ludzi jako urodzajna i obfitująca w liczne dobra kraina, to jednak autor relacji pisze, że właśnie tutaj rezygnowano z uprawy ziemniaków ze względu na zbyt wilgotne grunty. Przyznaje, że mazista konsystencja uprawianych tu ziemniaków sprawia, że nadają się jedynie do przygotowania wysokoprocentowego trunku. Z kolei zima stawała się niezwykle okrutna dla Żuławiaków za sprawą Wisły, która częstokroć była pokryta grubą warstwą lodu na odcinku o długości kilku mil do samego gruntu. Zapowiedź odwilży oznaczała kumulowanie się ogromnych mas wody, które mogły spowodować przerwanie tamy. Wówczas mieszkańcy podejmowali szereg działań, które mogły temu zapobiec - w odpowiednich odstępach umieszczano beczki ze smołą na wałach. Strzegli ich wartownicy. Kiedy uznawano, że nadchodzi krytyczny moment, podpalano je. Był to sygnał dla wszystkich mieszkańców. Należało zmobilizować siły. Najpierw informowano nadzorców, których zadaniem było przewożenie piasku wozami konnymi tam, gdzie mogło dojść do przerwania tamy. Ich zadaniem było także koordynowanie prac robotników, którzy pracowali przy umocnieniach wału. Natomiast saperzy i artylerzyści byli odpowiedzialni za rozbijanie lodu na Wiśle, co umożliwiało spływ wody bez narażania okolicznych zabudowań. Jednakże ten nieobliczalny żywioł dawał o sobie znać także w zupełnie w inny sposób. W tym miejscu warto przywołać anegdotę opowiedzianą przez R. Fossa. Otóż w okresie Świąt Wielkiej Nocy jego kolega mieszkający na Żuławach został wybudzony z głębokiego snu. Sprawcą tego zajścia był drastycznie podnoszący się poziom wód gruntowych, czego następstwem było to, że młodzieniec brodził w drewnianej chacie w wodzie po kostki! Wówczas oczywiste było, że należy ratować dobytek. Zatem młody człowiek wyprowadził bydło na pole, które instynktownie znajdowało znacznie wyżej położone tereny. Foss przywołuje również swoją wizytę u żuławskiego gospodarza, kiedy był jeszcze chłopcem. To spotkanie musiało na nim wywrzeć ogromne wrażenie. Zapamiętał bowiem jego strój, na który składały się skórzane spodnie i ciepła bonżurka. Z perspektywy czasu Katarzyna Gentkowska 59 wydawał mu się podobny do niderlandzkiego chłopa. Niebagatelną rolę odegrała tu atmosfera spotkania, choćby suto zastawiony stół - absolutnie niczego tam nie brakowało. Ten obraz dopełniał dym wydobywający się z glinianej fajki znajdującej się w towarzystwie holenderskiej tabakiery. Nie było niczym zdrożnym, jeśli goście pozwoli sobie na drzemkę w domu gospodarza, a ten z kolei musiał wypełniać swoje obowiązki - zajmować rozmową najmłodszego gościa, Rudolfa. Niezwykle ciekawym wątkiem wspomnień jest dychotomia między Żuławiakami i Kaszubami, która uwidacznia się niemalże na każdej płaszczyźnie. Chociażby topografia wsi odzwierciedla różnice kulturowe i światopoglądowe mieszkańców. W pamięci Fossa utrwalił się obraz majętnego Żuławiaka zaprzęgającego konie do transportu sera, mleka i mięsa — wytwarzanych przez niego produktów. Poza tym u miejscowych gospodarzy zawsze można było nabyć lokalną żywność — nie tylko chleb czy mleko, ale także pieczone ziemniaki, co świadczy o przedsiębiorczości mieszkańców. Z kolei wizyta autora na Kaszubach była powodem do rozczarowania. Próżno tam było szukać jadła na sprzedaż. Natomiast brudne drogi i obskurne knajpy wzbudzały niesmak. Wiązało się to stricte z zacofaniem gospodarczym tych miejsc. Wozy Kaszubów są określane mianem furmanek. Wypełniane były ziemniakami i drewnem, a ciągnęły je wychudzone woły i konie. Całość tego obrazu wypełniał pijany woźnica, który nie był w stanie wydawać poleceń zwierzętom, więc mu-siały samodzielnie dowieźć wóz i gospodarza do domu. Oczywiście należy tu zaznaczyć, że Foss stwierdza, iż Kaszubi uchodzili za religijną społeczność. Jednak owo przywiązanie do religii nie przeszkadzało im kraść torf. Dopiero kiedy powiadamiano o tym incydencie duszpasterza, niezwłocznie zwracano towar, zapewne obawiając się nieuzyskania rozgrzeszenia. Foss podkreśla, iż mieszkańcy Kaszub nie zdawali sobie sprawy z tego, że postępują niewłaściwie. Częstokroć tuż po nabożeństwie Kaszubi udawali się do karczmy, a podpici wywoływali różnorakie konflikty rozwiązywane pięścią, za które najczęściej karano całą społeczność. Wynikało to z faktu, iż potencjalni świadkowie mogący wskazać prowodyra bójki nie byli w stanie zeznawać ze względu na stan upojenia alkoholowego. Odrębnym wątkiem poruszanym przez autora jest zabobonność Kaszubów. Otóż składanie przysięgi nie było dla nich wiążące, jeśli słowa wypowiadano przez otwarte okno. W takim wypadku — w mniemaniu mieszkańców — przyrzeczenie swobodnie wylatuje, a co za tym idzie — zwalnia z obowiązku świadczenia prawdy. Ten przesąd przyczynił się do osobliwego pojmowania prawa, czego konsekwencją są liczne procesy sądowe o krzywoprzysięstwo. Poza tym Foss nadmienia, że Kaszubom przypisywano wiarę w istnienie wampirów lub wilkołaków. Dowodem tego są próby otwierania mogił, a nawet bezczeszczenia zwłok, np. odcinanie głowy, dzięki czemu zmarły miał już nigdy nie powrócić zza grobu. Podsumowując, owe wspomnienia w anegdotycznej formie opowiadają o realiach życia na Żuławach. Opisy są pozbawione nadmiernego intelektualizmu i encyklopedyczności, dzięki czemu narracja zdaje się żywa oraz przepełniona stonowanym humorem. Niemniej jednak całość stanowi cenne źródło socjologiczne i historyczne, dotąd niewykorzystywane szerzej przez badaczy, które koreluje z dotychczasowym stanem badań nad życiem mieszkańców Żuław dopełniając obrazu sielskich, majestatycznych, a zarazem mających groźne oblicze Żuław. 60 Wielki romans epoki napoleońskiej — Napoleon i Maria Walewska w Pałacu Finckenstein w 1807 roku. Piotr Zawada Wielki romans epoki napoleońskiej — Napoleon i Maria Walewska w Pałacu Finckenstein w 1807 roku. Stosunkowo znanym faktem jest, że podczas pamiętnego karnawału 1807 roku w Warszawie, rozkwitł sensacyjny romans między Cesarzem Napoleonem a młodziutką szambelanową Marią Walewską z domu Łączyńską. Od 1 kwietnia 1807 roku kwaterą główną Napoleona był pałac Finckenstein (obecnie Kamieniec Suski), który był jedną z tzw. rezydencji królewskich, co wynikało z tego, że mogły one godnie gościć koronowane głowy. O rozkładzie napoleońskich apartamentów w pałacu zadecydowały względy praktyczne, czyli potrzeba zapewnienia cesarzowi komfortowych warunków pracy oraz intymnego odosobnienia dla wielkiego romansu Napoleona z Marią Walewską, o przyjazd której usilnie zabiegał. Jak twierdzą niektórzy historycy, Maria przyjechała do Kamieńca na życzenie Napoleona, natomiast inni sugerują, że przyjechała w misji wojskowo politycznej: jej celem miało być wywarcie presji. aby cesarz odbudował Polskę silną militarnie i jak największą terytorialnie. Najprawdopodobniej do pałacu Finckenstein Maria przybyła pod koniec kwietnia i przebywała u boku kochanka przez trzy tygodnie. W liście z 17 marca, jeszcze z Ostródy, cesarz tak do niej pisał: „Otrzymałem dwa urocze listy Pani, uczucia, jakie wyrażają, odpowiadają uczuciom, które ja żywię do Pani. Nie było dnia, w którym nie pragnąłbym tego wyrazić. Chciałbym Panią zobaczyć; od Ciebie to zależy”. Będąc już w Kamieńcu, kiedy nadzieja na spotkanie stawała się realna, cesarz pisał: „A więc chciałabyś Pani znosić trudy drogi? Ujrzałbym Panią z prawdziwą radością, jaką mogłaby mi Pani sprawić. Tylko oby nie ucierpiało od tego Twe zdrowie. Myślę, że wkrótce Cię zobaczę, Mario. W oczekiwaniu całuję piękne ręce Pani...”. Nocą, w sekrecie, karetą ze szczelnie zasłoniętymi oknami, przywiózł do Kamieńca Marię jej starszy brat, Benedykt Łączyński, którego awanse wojskowe w tym czasie dostały nagłego przyspieszenia, nie mówiąc już o przydziale do sztabu głównego marszałka Berthiera. Napoleon szanował incognito zamężnej kochanki i robił co mógł, aby nie dowiedziano się o jej pobycie w Finckestein. Maria zamieszkała w północnym skrzydle pałacu, w pokoju, który poprzez małą łazienkę sąsiadował z cesarskim, co umożliwiało im nieskrępowane spotkania. Ich sypialnia i pokój Marii zostały oddzielone o reszty pomieszczeń pałacu klau- Piotr Zawada 61 zulą ścisłego zakazu wstępu. Jak wspomina Constant, osobisty kamerdyner Napoleona: „Cesarz kazał przygotować apartament sąsiadujący z jego pokojami. Pani W. zamieszkała tam i nie opuszczała już zamku w Finckensteinie, tym bardziej, że stary jej mąż, obrażony w swojej godności i w swych uczuciach, nie chciał w dom swój przyjąć kobiety, która go opuściła. Pani W. przez trzy tygodnie pobytu cesarza w Finckensteinie mieszkała przy nim... Przez cały czas okazywała imperatorowi najwyższe i bezinteresowne przywiązanie. Napoleon zdawał się ze swej strony rozumieć tę anielską kobietę; usposobienie jej, pełne dobroci i abnegacji, zostawiło mi wspomnienie niezatarte. Jadali zwykle oboje z cesarzem, a zatem byłem świadkiem zawsze miłej rozmowy, żywej i podnieconej ze strony cesarza, a czułej i melancholijnej ze strony Pani W... W nieobecności Napoleona pani W. spędzała czas samotnie, czytając, albo też przez okno zza firanek przypatrywała się paradzie wojskowej i ćwiczeniom wykonywanym pod komendą cesarza. Takim jak usposobienie było i życie jej, jednostajne i zawsze jednakie...”. Jednak mimo najlepszych chęci Napoleona zachowanie w tajemnicy obecności Marii Walewskiej w Finckensteinie nie było rzeczą łatwą. Przez pałac przechodziło wielu Polaków, którzy osobiście znali Walewską, a jej brat, Benedykt Łączyński, który ją tam przywiózł, często rozmawiał i biesiadował z nimi. Aby uchronić się przed zdemaskowaniem, Maria przez całe trzy tygodnie nie opuszczała pokoi dla niej wyznaczonych. Jedynymi osobami, które widywała oprócz cesarza, byli obsługujący ich kamerdyner Constant i osobisty ochroniarz Napoleona, mameluk Rustam. Podobno, któregoś poranka, szef sztabu Napoleona, marszałek Aleksander Berthier, mający pozwolenie wstępu do cesarza o każdej porze dnia i nocy, zaskoczył kochanków przy śniadaniu. O ile Walewskiej udało się w ostatniej chwili przejść do sąsiedniego pokoju, to bystre oczy Ber-thiera spostrzegły zastawę stołową dla dwóch osób, co spowodowało, że znacząco uśmiechnął się do cesarza, na co ten zgromił go swoim surowym spojrzeniem, po czym marszałek bez zbędnej zwłoki przeszedł do sprawy, która go tam sprowadziła. Przyjeżdżając do Kamieńca Walewska znalazła się w nietypowej dla siebie sytuacji, w której odcięta od zewnętrznego świata skazana była na intymne obcowanie z geniuszem swoich czasów Napoleonem Bonaparte. W warunkach samotności i monotonności, jakich doświadczała w Finckensteinie, nie mogła być bierna wobec żywiołowego uczucia, jakim darzył ją Napoleon, i musiała w końcu na to uczucie odpowiedzieć. Fakt, że kochanek był człowiekiem, od którego zależał los Polski, w pewnym momencie przestał przeszkadzać ich miłości a stał się po prostu jej częścią. Nie wiadomo, czy była to już ta wielka miłość, być może tak, tym bardziej, że na pamiątkę swojego pobytu w Kamieńcu Maria wręczyła Napoleonowi pierścień z wyrytym następującym napisem: „Jeżeli przestaniesz mnie kochać, to nie zapomnij, że ja cię kocham”. W latach międzywojennych prawnuk i biograf Marii Walewskiej, hrabia Ornanol, podążający śladami swojej polskiej prababki odwiedził również Finckenstein. Pałac, w którym na wiosnę 1807 roku znajdowała się główna kwatera Napoleona, był w pełnym rozkwicie i należał do rodu grafów von Dohna. Zobaczył „apartament napoleoński”, w którym zachowano oryginalne umeblowanie z czasów romansu. W sypialni cesarza stało wielkie łoże małżeńskie z baldachimem i zasłonami z purpurowego jedwabiu, a obok ' Drugim mężem Marii Walewskiej był Philippe-Antoine cł’Ornano generał francuski, urodzony w Ajaccio na Korsyce, kuzyn Napoleona. Ślub odbył się 7 września 1816 roku w kościele kolegialnym Św. Michała Guduli w Brukseli. Małżonkowie zamieszkali w willi na przedmieściach Liege. Mieli jednego syna. 62 Wielki romans epoki napoleońskiej — Napoleon i Maria Walewska w Pałacu Finckenstein w 1807 roku. niego stało żelazne składane połowę łóżko cesarza, na którym chętnie sypiał podczas kampanii wojennych. Ciekawostką było to, że z zasłony łoża ktoś wyciął kawałek materiału. Według legendy, jaką powtarzali ówcześni właściciele pałacu, Maria wyjeżdżając wycięła fragment purpurowego jedwabiu na pamiątkę upojnych nocy spędzonych z cesarzem. Jeżeli chodzi o sam opis pałacowych pomieszczeń, to w tym tekście skoncentruję się tylko na tych, w których zamieszkiwali i przebywali ze sobą Napoleon z Marią Walewską. Dokładny opis pałacu postaram się przedstawić w innym tekście. Teraz interesują nas pomieszczenia położone na pierwszym piętrze, gdzie znajdowały się tzw. apartamenty królewskie, których okna wychodziły w kierunku północno - wschodnim. Cesarz mieszkał w trzech pokojach przeznaczonych dla króla po północnej stronie Sali Brązowej (12) zawdzięczającej swoją nazwę ciemnobrązowemu kolorowi dębowych boazerii. Sala położona była na osi centralnej pałacu z dwoma oknami i z drzwiami balkonowymi od wschodu, od strony parku. Było to najpiękniejsze i największe pomieszczenie na piętrze, pełniące rolę sali audiencyjnej. Sala Brązowa sąsiadowała bezpośrednio z Pokojem z Mapami (13) z dwoma oknami od wschodu, w którym pracował Napoleon, który nazwano później Pokojem Śniadaniowym Napoleona w związku z odbywającymi się tam wspólnymi śniadaniami Napoleona z Marią. To właśnie do tego pokoju tak niefrasobliwie wszedł wspomniany już przeze mnie powyżej marszałek Berthier. Następnie przechodziło się do Komnaty Królewskiej, później nazwanej Sypialnią Napoleona (15), również o dwóch oknach od wschodu, w której centralne miej- 2‘C_________3?*________o Rzut poziomy pierwszego piftra pałacu w Kamieńcu, fot. archiwum Piotr Zawada 63 sce zajmowało wielkie łoże z baldachimem i zasłonami z czerwonego jedwabiu. Cesarz jednak nie sypiał w tym łożu (przynajmniej wtedy, gdy był sam), tylko na stojącym obok małym składanym łóżku polowym, na którym najlepiej mu się spało. W drzwiach łączących Salon Brązowy z Pokojem Śniadaniowym dla bezpieczeństwa zainstalowano potężne rygle, które przetrwały aż do 1945 roku. Tylko od sypialni można było wejść do Północnego Gabinetu Narożnego (16), gdzie stało biurko cesarza, a na ścianie wisiał naturalnych rozmiarów portret Fryderyka Wielkiego, którego Napoleon był fanem. Co prawda Fryderyk był w pałacu w Kamieńcu, ale nie jako Król Prus, ale wcześniej, jako następca tronu. Dodatkową ochronę o każdej porze dawała cesarzowi obecność adiutantów w pokojach: Nowej Bibliotece (20) z dwoma oknami od zachodu, w której znajdowało się podobno 20000 woluminów, oraz w Izbie Lejtnanta (21) z jednym oknem od zachodu, gdzie na ścianach wisiały 42 olejne portrety przedstawiające oficerów 14 pułku piechoty, którego dowódcą w latach 1713-1735 był późniejszy marszałek polny Finek von Finckenstein. O ile adiutanci mogli się poruszać między Nową Biblioteką, Izbą Lejtnanta a Pokojem z Mapami, to zamknięte dla nich pozostawały drzwi do cesarskiej sypialni oraz do tajemniczego pokoju Starej Komnaty Hrabiny (22), gdzie przez kilka tygodni mieszkała Maria Walewska. Dostęp do pokoju Marii był możliwy jedynie od strony cesarskiej sypialni, poprzez łazienkę (Ł), od strony małej klatki schodowej (K.S.) wychodzącej na północną stronę parteru, oczywiście zamkniętej dla nieproszonych gości. W 1937 roku wytwórnia Metro-Goldwyn-Mayer wyprodukowała film pt: „Conguest” („Podbój”) wyświetlany też pod tytułem „Maria Walewska”, do którego scenariusz napisał Wacław Gąsiorowski, w reżyserii Clerence’a Browna. Film opowiada o romansie polskiej hrabiny Marii Walewskiej z Napoleonem Bonaparte. W role głównych bohaterów wcieliły się światowe gwiazdy ówczesnego kina. I tak Marię Walewską zagrała zmysłowa Greta Garbo, a Napoleona pełen wdzięku Charles Boyer. Pomimo tak wspaniałej obsady i olbrzymiego budżetu film okazał się zbyt drogą produkcją i poniósł finansową klapę. Co prawda w Europie odniósł sukces, ale w Stanach był największą klęską finansową wytwórni MGM („ryczącego lwa”) w dwudziestoleciu międzywojennym. Rzeczywiście, film nie jest porywającym widowiskiem (według mnie mocno przegadany), ale na pewno raz warto go obejrzeć. Pomimo tego film został nominowany do Oscara w dwóch kategoriach: Charles Boyer za najlepszą rolę pierwszoplanową oraz William Horning i Cedric Gibbons za najlepszą scenografię. I właśnie kwestia scenografii do tego filmu bardzo mnie zaciekawiła. Otóż fragment filmu dotyczący pobytu Napoleona i Marii Walewskiej w pałacu Finckenstein można zobaczyć od 48 minuty i 50 sekundy do 1 godziny 5 minuty i 35 sekundy trwania tego filmu, czyli przez prawie 17 minut. Przed II Wojną Światową pałac Finckenstein leżał na terenie III Rzeszy Niemieckiej w Prusach Wschodnich i wyglądał niemal tak samo jak w 1807 roku, kiedy przebywał w nim Napoleon. Jako pasjonat epoki napoleońskiej i samej postaci Napoleona chciałbym rozwiązać zagadkę dotyczącą kręcenia scen do filmu „Conguest” rozgrywających się w Finckenstein. Niektórzy historycy i pasjonaci historii twierdzą, że sceny te były kręcone w oryginalnych wnętrzach pałacu, w co osobiście wątpię, ponieważ koszty logistyczne takiego przedsięwzięcia byłyby ogromne, a jak wiemy 64 Wielki romans epoki napoleońskiej - Napoleon i Maria Walewska w Pałacu Finckenstein w 1807 roku. film i tak przekroczył znacznie swój budżet. Zdaniem większości sceny rozgrywające się w pałacu zostały nakręcone w studio filmowym M.G.M. w USA przy użyciu olbrzymiej makiety pałacu zbudowanej być może na podstawie oryginalnych zdjęć, co wcale nie jest takie oczywiste. Podobno przyczyną porażki filmu był brak pomysłu na to, jak właściwie go zrealizować. W filmie prawie nie ma scen plenerowych, a, co ciekawe, te kręcone we wnętrzach ponoć wykorzystywały dekoracje do innych filmów. Ciekawe czy scenografowie tego filmu improwizowali, czy też w swojej pracy oparli się na zdjęciach oryginalnego wyglądu wnętrz pałacowych? Oczywiście można porównać zdjęcia z filmu z tymi oryginalnymi sprzed II Wojny Światowej, a wiedząc, w których pokojach przebywali Napoleon z Walewską, można porównać układ ścian, kominków czy okien widocznych w tle filmu z układem oryginalnych ich pozostałości na szczęście jeszcze stojących w Kamieńcu. Podobno ktoś takiej analizy dokonał i stwierdził, że dekoracje z filmu zostały bardzo dokładnie wykonane, ale w szczegółach jednak różnią się od oryginału. Ale tego na pewno nie wiemy. Oryginalne zdjęcia nie zawsze pokazują całe pomieszczenie, a poza tym ustawienie kamery podczas ujęcia filmowego mogło zmienić ogólny widok na nie. Być może chcąc podnieść poziom atrakcyjności ujęcia panowie scenografowie dowolnie ustawiali różne rekwizyty w tle planu w ten sposób zaburzając prawdziwy wygląd pomieszczenia. Ale jak to było naprawdę, tego właśnie chcę się dowiedzieć. W związku z tym mam zamiar wysłać list do firmy w USA, która jest spadkobierczynią wytwórni MGM, w którym poproszę o odpowiedzi na kilka samorzutnie nasuwających się pytań. Czy na potrzeby realizacji zdjęć do filmu „Conguest” wysłano do Finckenstein ekipę zdjęciową MGM mająca za zadanie sfotografować bądź sfilmować oryginale wnętrza pałacowe jak i sam pałac wraz z jego otoczeniem? A jeżeli tak, to czy w ich archiwach nadal znajdują się te zdjęcia i filmy, i czy jest do nich dostęp? Czy na podstawie tych zdjęć zbudowano dekorację filmową? A może zdjęcia do filmu wykonano na podstawie zdjęć nadesłanych przez ówczesnych właścicieli pałacu, a jeżeli tak, to czy są one dostępne w ich archiwach? Jednak jeżeli tak nie było, to na czym wzorowano się budując dekorację do filmu.^ Przyznacie Państwo, że ta zagadkowa historia dotycząca kulisów produkcji filmu „Conguest” jest równie fascynująca co sam romans Napoleona z Marią Walewską. Jeżeli rzeczywiście w archiwach MGM istnieją materiały zdjęciowe lub filmowe dotyczące pałacu, to zrobię wszystko, aby zostały nam udostępnione. Byłaby to fantastyczna sprawa, gdyby po ponad 80 latach zapomniane zdjęcia pałacu Finckenstein z lat jego świetności, wyciągnięte z głębokich czeluści archiwów MGM, ujrzały wreszcie światło dzienne i zaprezentowane zostały zwiedzającym na tle ruin pałacu, by przypomnieć potomnym o jego świetności i wielkiej historii, jaka rozgrywała się na jego salonach. Nierealne? Marzenie ściętej głowy? Być może, ale ja na pewno nie odpuszczę. O rezultatach swoich działań na pewno Państwa poinformuję. Piotr Zawada 65 Ruin)/ pałaeu w Kamieńcu. Północno-wschodni narożnih pałacu. Liczcfc okna na pierwszym piotrze w łewĄ stronę od narożnika budynku: 1 okno - Północny Gabinet Narożny (16), 2 i 3 okno - Sypialnia Napoleona (15), d i 5 okno - Pokój z Mapami albo Pokój Śniadaniowy (13), Wszystkie okna wychodzą na stronę wschodnią, fot. Piotr Zawada 66 Wielki romans epoki napoleońskiej - Napoleon i Maria Walewska w Pałacu Finckenstein w 1807 roku. Ruiny pałacu w Kamieńcu. Liczcfc okna na pierwszym piętrze w prawtf stronę otł narożnika budynku: 1 okno - Północny Gabinet Narożny (16), 2 okno — Klatka schodowa (KS), 3 okno — Łazienka (Ł), d i 5 okno — Stara Komnata Hrabiny (22), Pokój Marii Walewskie). Wszystkie okna wychodzą na stronę północną, fot. Piotr Zawada Jean Rapp 67 Jean Rapp „Przyjemna temperatura, bezchmurne niebo i nieco bezczelności** podczas oblężenia Gdańska w roku 1813 Jean Rapp (1771-1821), adiutant Napoleona (1800-181J), generał (od 1803). V^kazyival się wielką odwagą, wielokrotnie byl ranny. Przynajmni^ dwa razy ratował życie Napoleona: powstrzymując zamachowca w 1809 w pałacu Schonbrunn i zatrzymując szarżę kozaków podczas odwrotu z Mosktoy w 1812. Był gubernatorem Torunia (1807) i Wolnego Miasta Gdańska (1807-1813). Pamiętniki Rap-pa zostały wydane po jego śmierci, w Paryżu, w 1823 roku’. Przestawiony poniżej tekst to tłumaczenie 39 rozdziału. Po wyprawie na Rosję resztki Wielkiej Armii Napoleona pod koniec 1812 znalazły się między innymi w Gdańsku. Tu dowództwo nad wyczerpanymi żołnierzami objął generał Jean Rapp. W38 rozdziale, który ukazał się w poprzednim numerze „Prowincji"’^, General opisał ciężkie, ale i zwycięskie walki, które toczyły się wokół Gdańska w pierwszych miesiącach 1813 roku. W kolejnym rozdziale opowiada... Rosjanie musieli mieć już dość. Nieprawdopodobnym było, aby szybko powrócili do podejmowania prób szturmu. Jednak wydarzenia z dnia 5 marca przekonały mnie o konieczności podjęcia działań, których do tej pory unikałem. Doszli jedynie do podnóża Górki Biskupiej (Bischofsberg), gdzie pułkownik Figuier uważnie trzymał straż w murach dawnego klasztoru kapucynów. To sąsiedztwo było jednak zbyt niebezpieczne. Kazałem zburzyć stary budynek. Zburzyliśmy także parę budynków w różnych wioskach, przede wszystkich w Szkotach (Schottland). Ich odzyskanie kosztowało nas wiele trudu. Opór był na tyle zawzięty, że przez chwilę rozważaliśmy wtedy nawet kwestię podpalenia. Odrzuciłem jednak ten okrutny środek nie chcąc rujnować mieszkańców, którzy i tak bardzo już wycierpieli podczas pierwszego oblężenia. Uznałem, że bardziej honorowe będzie odrzucenie Rosjan atakiem na bagnety i to się udało; nie chciałem jednak podejmować tego ryzyka ponownie. Tymczasem epidemia wcale nie ustępowała. Przeciwnie, wydawała się nabierać każdego dnia nowych sił. Sześć tysięcy osób już zmarło, osiemnaście tysięcy leżało jakby bez życia w szpitalach. Zmarł Generał Franceschi, którego śmierć tyle razy oszczędziła na polach bitewnych. Każda godzina, każda minuta zwiększała nasze straty, śmierć zabierała naszych ' Tłumaczenie na podstawie pierwszego wydania udostępnionego na stronie www.gallica.bnf.fr: Memoires Du General Rapp: Aide-De-Camp de Napoleon, Ecrits Par Lui-Meme, Et Pub. Par Sa Familie, Paris 1823. „Prowincja”, nr 1 (47), 2022, s. 73-76. 68 „Przyjemna temperatura, bezchmurne niebo i nieco bezczelności” podczas oblężenia Gdańska w roku 1813 najdzielniejszych żołnierzy. Uratowałoby ich lepsze pożywienie, ale tu doszliśmy do granicy naszych możliwości. Nie mieliśmy już ani mięsa, ani zwierząt; brakowało nam nawet słomy, aby na niej położyć naszych chorych. Postanowiłem poszukać jakiegoś lekarstwa na zło, które znosiło tak wielu odważnych ludzi. Próba była niebezpieczna, ale zasłużyli, aby im ulżyć nawet jeśli trzeba było narazić się na niebezpieczeństwo. Od dłuższego czasu planowałem wyprawę do Przejazdowa (Quadendorf), gdzie spodziewaliśmy się znaleźć obfite zapasy. Nie realizowałem tego aż dotąd, bo uważałem, że moje siły nie są wystarczające. Nie było jednak wyboru i wszelkie kalkulacje musiały ustąpić. Generał Devilliers zajął wysokie pozycje na Ujeścisku (Wonneberg) i Pieckach (Pitzken-dorf), z prawym skrzydłem formacji opartej o Suchanino (Zigangenberg), a z lewej strony wspierała go brygada generała Hussona. Nie zwlekając otworzył ogień artylerii i muszkietów. Podczas gdy nieprzyjaciele starali się odpowiadać jak potrafili na tę dosyć niegroźną strzelaninę, generał Heudelet zaatakował przez dolinę Motławy i zdobył przyczółek, który miał ją bronić. Na czele kroczył generał Bachelu. Dwustu ludzi i sześć sztuk artylerii prowadzonych przez generała Gaulta uformowała drugą linię rezerwy. Pięciuset Rosjan chciało uniemożliwić nam wejście do Borkowa (Borgfeld). Zostali zadeptani. Kto uniknął bagnetu, zginął od szabli. Wszyscy ponieśli śmierć. Nieprzyjaciel powrócił z wielką liczbą żołnierzy, ale nie przyniosło to żadnego efektu. Został przygnieciony ogniem, jego szyki załamywały się przed sformowaniem się do obrony, jedynym ratunkiem była dla niego ucieczka. Nie mogli ustawić baterii artyleryjskich, ścigano ich bezlitośnie, zostali zmuszeni do opuszczenia pola walki bez oddania nawet jednego strzału. Polacy byli nie do pokonania. Dowódcy i prości żołnierze, wszyscy rzucili się na Rosjan z absolutnie bezprzykładną determinacją i odwagą. Dobosz, dzielny Matuzalik, zaatakował jednego z wrogów pałeczkami i zmusił go poddania się. Podczas gdy ścigaliśmy ich przed dobą, na ich tyły wyszedł generał Heudelt. Gdy zauważyli ten ruch, to już nie była ucieczka, to całkowite zamieszanie, które wśród nich zapanowało, niewyobrażalny chaos. Zostawiali swoich rannych, swoje szpitale, ewakuowali się bardzo szybko ze Świętego Wojciecha (Saint-Albrecht), i zatrzymali się dopiera za Pruszczem (Praust), gdzie nasi woltyżerowi weszli z nimi w chaotyczną strzelaninę. Gdy znalazłem się w Świętym Wojciechu (Saint-Albrecht), zdałem sobie sprawę, że Rosjanie zajmowali się pozycje na groblach na Motławie. Wydałem rozkazy, aby uniemożliwić przyjście im z pomocą, gdy będziemy ich atakować. Major Scifferlitz z 13 batalionem bawarskim, wsparty kompanią Westfalczyków, dostał zadanie przeprowadzenia tego ataku. Dokonał tego znakomicie koordynując działania i z wielkim impetem. Trzystu Rosjan poległo razem ze swoim dowódcą, który padł pod uderzeniem dzielnego Zarlinowskiego. Reszta utopiła się lub została wzięta do niewoli. Około stu zdołało uciec przez zalane tereny, gdzie czekał już na nich porucznik Faber. Zaatakował na czele swego dzielnego oddziału w miejscu, gdzie woda sięgała po szyję, i dopadł ich. Dziecko jeszcze, młody Kern dodał ducha naszym żołnierzom. Biegł przed nimi, zachęcał ich do walki. Odwrócił się do nich i dodał im odwagi: „Do przodu, Bawarczycy!”, krzyknął i pociągnął ich za sobą. Dzień się zakończył. Rosjanie zjawili się przed Przejazdowem z tak licznymi wojskami, że nie uważałem, aby dało się kontynuować atak. Cofnęliśmy się po zadaniu nieprzyjaciołom Jean Rapp 69 ogromnych strat i wzięciu do niewoli trzystu pięćdziesięciu ludzi. To był w zasadzie jedyny rezultat tak wspaniale przeprowadzonej wycieczki. Jedyne, co zdobyliśmy, to około stu sztuk zwierząt. Niestety, uprzedzono nas; wszystko, co było w wioskach, zostało zabrane na tyły. Oprócz zaopatrzenia miałem jeszcze jeden problem, z którym ciężko było się uporać. Od początku blokady byłem pozbawiony kontaktu z armią francuską. Nie wiedziałem ani jakimi siłami rozporządza, ani z jakim szczęściem toczą się walki. Starałem się zdobyć jakieś wiadomości w tej sprawie, lecz nienawiść była tak powszechna i tak głęboka, że w żaden sposób nie mogłem wyciągnąć od nikogo żadnych informacji. Miałem nadzieję, że władze miasta będą w tym względzie bardziej przydatne, ale nie wiedzieli nic oprócz plotek rozpowszechnianych przez Rosjan. Pozostałem zanurzony w całkowitej niewiedzy co do wydarzeń rozgrywających się wokół. Zresztą, jakiekolwiek by one nie były, należało bronić tego miejsca tak długo, jak to będzie możliwe. Oznaczało to, że trzeba było żyć tak długo, jak to możliwe, korzystając z tych zapasów, które jeszcze posiadaliśmy. Skupiłem się na sprawach gospodarczych i jako że zawsze dobrze wychodzi się na tym, gdy się dzieli swoimi pomysłami w grupie ludzi, stworzyłem komisję, której jedynym zadaniem było dbanie o zaopatrzenie. Przewodniczącym został hrabia Heudelet, który bardzo się zasłużył. Komisja zaangażowała się szczególnie mocno w sprawę szpitali i polepszyła ich sytuację. Zakupiono prześcieradła, leki, masło, którego już nie było, zastąpiono żelatyną. Wino i świeże mięso zarezerwowano dla chorych. Żeby go nie zabrakło, przeprowadzono inwentaryzację piwnic i zwierząt znajdujących się na miejscu. Żołnierze dostawali już tylko koninę reglamentowaną i przydzielaną w taki sam sposób. Jednak wszystkie wysiłki komisji nie mogły zapanować nad epidemią. Można powiedzieć, że ta okropna zaraza pokonywała wszelkie przeszkody. Stawała się coraz gwałtowniejsza, coraz bardziej nieuleczalna, dotykała miejsca, które już wcześniej uderzyła, ale i ta, które jeszcze jej nie znały. Wisłoujście (Wechselmun-de). Nowy Port (Neufahrwasser) do tej pory były wolne od zarazy, teraz doświadczały jej wyniszczającej siły. Żołnierze, mieszkańcy, wszyscy na całej długości naszych pozycji zmagali się z udręką powodowaną tą okrutną chorobą. Ci, którzy jej nie ulegli, i ci, którzy zachorowali - wszyscy byli równie godni ubolewania. Wydani na pastwę choroby popadają w szaleństwo, płaczą, jęczą, przypominają sobie walki, w których uczestniczyli, przyjemności, które są teraz jedynie marzeniem sennym. Czy to spokojni, czy wściekli wzywają swoją ojczyznę, rodziców, przyjaciół z dzieciństwa; przywołują przeznaczenie i odpychają je od siebie, odważnym brakuje odwagi i rozdarci przeciwstawnymi pragnieniami wydają ostatni oddech życia pogrążeni w okropnej beznadziei. Im więcej próbowaliśmy zapobiec chorobie, tym cierpienia się jeszcze wzmagały. Zło rozprzestrzeniało się niejako poprzez wysiłki podejmowane, aby je zniszczyć. W drugiej połowie marca każdego dnia zaraza zabierała dwustu ludzi. Później epidemia powoli stawała się mniej śmiertelna. Dopiero pod koniec maja udało się nad nią zatryumfować. Zabrała nam w tym czasie pięć i pół tysiąca mieszkańców oraz dwanaście tysięcy dzielnych żołnierzy. Wśród nich był generał Gault, wspaniały oficer, żołnierz ogromnej odwagi, który zasłużył na lepszy los. Choroby prowadziły z nami wojnę sprzyjając Rosjanom; oni sami nie niepokoili nas zbytnio. Ekspedycja na Borkowo (Borgfeld) ostudziła ich zapał. Okopywali się, umacniali. 70 „Przyjemna temperatura, bezchmurne niebo i nieco bezczelności” podczas oblężenia Gdańska w roku 1813 całkowicie zajęli się obroną. Niemniej wypadało im od czasu do czasu dawać znak życia i próbowali do czasu do czasu zaskoczyć moje przyczółki. Zmęczony tymi nieznaczącymi atakami, postanowiłem wpędzić ich w bezsenność i w ten sposób zrewanżować się za to, co nam ciągle przysparzali. Nad Brętowem (Brentau) mieli miejsce obserwacyjno-sygnali-zacyjne, które było dobrym celem. Wystarczyło jej spalić. Powierzyłem to zadanie dwóch oficerom, których inteligencję i odwagę znałem. Byli do dowódcy batalionu: Szembek i Potocki. Ciemną nocą wyruszyli z Wrzeszcza (Langfuhr) i maszerowali dłuższy czas nie będąc dostrzeżeni. Padają w ich kierunku strzały, już wiedzą, że są okryci, a więc rzucają się na nieprzyjaciela. Potocki idzie w kierunku Brętowa rozbijając liczną piechotę, która stanęła na jego drodze. Około czterdziestu ludzi zamyka się w rodzaju umocnionej reduty. Jeden z woltyżerów zbliża się do nich i wzywa do poddania się. Zostaje zabity. Wściekli Polacy szybko zdobywają redutę i eksterminują wszystkich chroniących się w niej Rosjan. Te wydarzenia miały miejsce w wiosce, a tymczasem Szembek zajął się miejscem sygnalizacyjnym. Podpalił je i natychmiast ruszył dalej; rozniósł na strzępy straże, które znalazły się na jego drodze i dotarł aż do murów Oliwy, gdzie oddał kilka strzałów. W tym czasie dzielny sierżant Devillain, z kilkunastoma huzarami i resztą tych, którzy stanowili nasze wysunięte posterunki, zabrał się za czyszczenie przedpola. Zaatakował z taką stanowczością, że zaskoczył kozaków i ich przepędził. Zachęcony sukcesem rzucił sie jeszcze do położonego po prawej stronie lasu i po przeszukaniu go wycofał się dopiero w momencie, gdy wracały wszystkie nasze oddziały. Tymczasem wszystkie miejsca sygnalizacyjne stały w ogniu. Armia rosyjska została postawiona na nogi i oczekiwali, że w każdej chwili mogą zostać zaatakowani. W tej postawie spędzili resztę nocy i kolejny dzień. Wywołaliśmy u nich ogólny alarm za te wszystkie drobne alarmy, które oni wcześniej wywoływali. Sytuacja polityczna z każdym dniem stawała się bardziej ponura. Prusacy zrzucili maskę. Powstali do wojny przeciwko nam. Nie mogłem kryć tego faktu przez żołnierzami, Rosjanie chcieliby bardzo sami o tym poinformować. Nie robiłem żadnych przeszkód w przepływie informacji. Od nowa zaczęły się próby nakłaniania naszych żołnierzy do przejścia na stronę wroga. Nieprzyjaciele uważali, że morale naszych oddziałów zostało zachwiane. Wskazywanie na dysproporcję środków pomiędzy atakującymi i obrońcami, obiecywanie pieniędzy - używano wszystkiego, aby zachęcić do dezercji. Oni proponowali nagrodę za hańbę, ja mogłem zaproponować nagrodę za wierność. Ogłosiłem, że daję dwieście franków jako gratyfikację dla tego, kto wskaże człowieka przekonywującego innych do dezercji. To przyniosło rezultaty. Większość emisariuszy, których mieli u nas oblegający, zostało zgłoszonych. Zgodnie z naszym prawem należało zastosować karę śmierci, jednak ludzie są zasadniczo nie tyle źli, co nieszczęśliwi. Prawie wszyscy złapani byli ojcami rodzin, którymi powodowała konieczność. Wydałem ich na pośmiewisko żołnierzom, ogoliłem im głowy i odesłałem. Te środki zaradcze sprawiły, że zostali już u siebie. Uwolniłem się od nich bez uciekania się do egzekucji. Garnizon wydawał się być nieco zaniepokojony zapowiadanym zwiększeniem się sił nieprzyjaciela. Byłem jednak spokojny, bo żołnierze sami dobrze wiedzieli, do czego jeszcze są zdolni. Zbliżała się Wielkanoc. Temperatura była przyjemna, niebo bezchmurne. Zarżą- Jean Rapp 71 dziłem paradę wojska i odbyła się na widoku oblegającej nas armii. Od rana nawet chorzy mieszkańcy miasta wylegli na wzgórza Wrzeszcza, rozprzestrzenili się na wzgórzach oddzielających Strzyżę (Stries) od Oliwy. Nie zwlekając pojawiły się oddziały wojska. Siedem tysięcy ludzi, za nimi artyleria, wszyscy wspaniale ubrani, stopniowo ustawiali się w szyku bitewnym. Wszelkie manewry wykonywali z niezrównaną precyzją. Rosjanie, zdziwienie taką pewnością siebie, nie ośmielili się niepokoić nas formując się w szyk bitewny. Oglądali nasze manewry nie przeszkadzając nam w żaden sposób. Tymczasem byłaby to dobra okazja. Żadna broń nie była nabita. Sam specjalnie nalegałem, aby użyto kartuszy. Sam bagnet musiałby ich skarcić, gdyby byli na tyle zuchwali, aby pozwolić sobie na najmniejszą zniewagę. Być może było to nieco bezczelne, ale trzeba było pobudzić odwagę żołnierza i wzbudzić w nim pogardę do nieprzyjacielskich przechwałek. Tłumaczenie - Piotr Napiwodzki 72 Wiesław Olszewski By nie byli jak rozbitkowie na oceanie... BY NIE BYLI JAK ROZBITKOWIE NA OCEANIE... „Jeżeli Wenecja Jest miastem na icodzie — to można by tu o Żuławach powiedzieć: że Żuławy są krajem na wodzie...”- uznał Wincenty Poł. ’ „Ląd wyłoniony” — nazwał Żuławy Mełchior Wańkowicz^, wyłoniony z wody. Nadmiar wody występował tu zawsze, często trzeba było z nim walczyć, często tę walkę ludzie przegrywali. Tyłko niestrudzona praca licznych pomp pozwala tej przestrzeni być lądem. Jednocześnie przez wieki miał tu miejsce chroniczny wręcz niedobór... wody, wody zdatnej do spożycia. Pomimo gęstej sieci rowów, kanałów i rzek oraz niemał ciągłej pracy 125 stacji pomp odprowadzających nadmiar wody, na całych Żuławach odczuwa się brak wody zdatnej do picia, gdyż pobierana ze studzien /z różnych głębokość!/ Jest nadmiernie zanieczyszczona, głównie chlorkami i związkami żełaza. Jest ona nieprzydatna dła cełów konsumpcyjnych dła łudnosći i inwentarza. Jak również nie nadaje się dłaprzemysłu rołno-spożywczego. Praktykowane niegdyś'pojenie bydła wodą powierzchniową z rowów i kanałów nie może być stosowane gdyż Jest powodem chorób inwazyjnych takich Jak robaczyca i moiyłica, oddziaływujących szkodliwie na zdrowie i produkcyjnos'ć sztuk dorosłych i dziesiątkujących pogłowie bydła młodego. Szczególnie ostro rysuje się ten problem w rejonie całkowitego dejicytu wody pitnej, gdzie nie ma żadnych możliwos'ci uzyskania na miejscu wody nie tylko dobrej, ale nawet przydatnej do Jakiegokolwiek uzdatniania w ramach obecnych możliwos'ci technicznych. Rejon całkowitego dejicytu znajduje się na terenie Żuław Wielkich — diagnozował Zygmunt Gwiazda Pełnomocnik Prezydium WRN w Gdańsku d/s Żuław^. Żuławom potrzeba dobrej wody, bo złej nie brak. Jak rozbitkom na oceanie... — uzasadniał reporterowi „Dziennika Bałtyckiego” inż. Jerzy Zakolski, dyrektor Wojewódzkiego Biura Projektów Budownictwa Komunalnego w Gdańsku, w styczniu 1963 roku^. Stosowna decyzja zapadła już wcześniej, co można wnioskować również po śmiałości wypowiedzi cytowanych urzędników. Prace koncepcyjne trwały od kilku lat, gazeta ukazująca się na Wybrzeżu z jesieni 1957 roku donosiła: Oto zespół pracowników Regionalnego Zakładu Planów Perspektywicznych przy Prezydium WRN W Gdańsku, pod kierunkiem ‘ Wincenty Pol, Na lodach. Na wyspie. Na groblach, Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1989. Melchior Wańkowicz, Walczący gryf. Czytelnik 1963. Jantarowe Szlaki, nr 11-12 (61-62) — Gdańsk, listopad-grudzień 1963 * Dziennik Bałtycki, nr 18 1963-01-22 Wiesław Olszewski 73 mgr Zbigniewa Majchrzaka kończy ostateczni^ redakcja projektu planu perspektywicznego dla Zulaw.j...J Trwają szczegółowe studia nad rozwiązaniem technicznym zaopatrzenia w wodę do picia na tzw. „obszarze zasolonym“, przy czym powstały już przy współpracy z Instytutem Wodnym PAN różne ałternatywy rozwiązania tego zagadnienia. Jedna z nich przewiduje ałbo ujęcie wody z Wisły w okołicy Ostaszewa i rozprowadzenie jej wodociągami, ałbo uruchomienie kiłku łokałnych ujęć wód głębinowych i stworzenie rejonowych wodociągów^. Ostatecznie przyjęto do realizacji inne rozwiązanie. 60 lat temu, w lutym 1962 roku, Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów rozpatrzył przedstawione przez Komisję Planowania zasady regionalnego planu rozwoju Żuław i delty Wisły w okresie 1961 — 1975 oraz zadań gospodarczych na lata 1961 - 1965. Dokument zakładał kompleksowy rozwój Żuław jako wzorcowego w skali kraju kompleksu rolniczego. Miała stać się delta Wisły krainą nie tylko mlekiem i miodem płynącą, ale i pszenicą, burakami, warzywami oraz roślinami przemysłowymi. Uchwała przewidywała w planowanym okresie środki na drogi, elektryfikację, meliorację, pogłębienie rzek i kanałów - szlaków wodnych, zabezpieczenie przeciwpowodziowe, wprowadzenie floty lodołamaczy, zadrzewienia śródpolne oraz rozbudowę wielu miejscowości, w tym głównego ośrodka Żuław — miasta Nowy Dwór Gdański. „Dużą uwagę zwróci się też na poprawę zaopatrzenia Żuław w wodę pitną. M. in. będzie zbudowany rurociąg, który zaopatrzy Elbląg, Nowy Staw i Nowy Dwór w wodę pitną z rzeki Nogat.”*’ 5 Dziennik Bałtycki, nr 263 1957-05-11 Dziennik Bałtycki, nr 41 1962-02-17 74 By nie byli jak rozbitkowie na oceanie... Tak więc wspomniana uchwała 41/62 KERM-u stała się prawnym zalążkiem Centralnego Wodociągu Żuławskiego. Używanie wód powierzchniowych do celów spożywczych od wieków uważano za niebezpieczne, niosło zagrożenie chorobami, miało negatywny wpływ na stan sanitarno-epidemiologiczny. Z uwagi na specyficzną budowę geologiczną Żuław, bardzo wysoki poziom wód gruntowych, korzystanie z powszechnych gdzie indziej studni kopanych było przeważnie niemożliwe. Bardziej racjonalnym okazało się zastosowanie pompy abisyńskiej. Była to rura zakończona stożkiem i otworami filtrującymi wprowadzana na głębokość około siedmiu metrów, na powierzchni zakończona pompą kolumienkową. W obejściach żuławskich najczęściej sytuowana w oborze lub gospodarczej części domostwa. Sąsiedztwo wód podziemnych z systemem polderowym i w kontakcie z wodami morskimi, wynikająca z tego wysoka koncentracja chlorków, manganu, fluorków i żelaza, czyniły i to źródło wielce niedoskonałym, pozyskiwana woda nie posiadała w zasadzie cech użytkowych. Do mleczarni nowodworskich wodę do produkcji masła dostarczano beczkowozami. Zażelazienie miejscowej sprawiało, że nie nadawała się nawet do prania, bo płukana w niej bielizna przybierała wyraźnie rdzawy odcień. Były jednak wyjątki, wiele bowiem wskazuje, że na sukces słynnej jałowcówki Stobbego wpływ miały też walory miejscowej wody. Brak sprawnie działającego wodociągu stanowił też zagrożenie dla bezpieczeństwa pożarowego. Doświadczyli tego mieszkańcy Nowego Dworu Gdańskiego pod koniec czerwca 1962 roku, gdy w płomieniach stanął budynek internatu męskiego, ... początkowo po uderzeniu pioruna powstai niewielki ogień na strychu. Do ratunku niezwłocznie przysti}pili mieszkańcy poddasza oraz dyrektorka liceum Krasuska, którzy usiłowali ugasić płomienie dwoma gaśnicami. Gdy to nie dało pełnego rezułtatu, jedni rzuciłi się z kukłami do kranów, a inni — do telefonu, hy wezwać straż pożarną. NIESTETY, W KRANACH NIE BYŁO ANI KROPLI WODY, A TELEFON NOWODWORSKIEJ RĘCZNEJ CENTRALI BYŁ GLDCHY I NIEMY! Wiwczas zaalarmowano jadącego ul. Tczewską ku miastu motocyklistę i dopiero tym sposobem powiadomiono straż pożarną. Gdy ta po kilku minutach zjawiła się w pełnym składzie na miejscu wypadku, ogień objął już całe poddasze, ale wody nadal w kranach wodociągowych nie było i musiano ją wężami ciągnąć z położonego o błisko pół km koryta Tugi. Woda w przepalonych ogniem kranach pojawiła się, gdy kończono już dogaszanie pożaru. Ten spóźniony „ratunek” wieży cis'nień spowodował załanie niższych pięter i parteru budynku. Jak się wydaje nie będzie warto go odbudowywać i łiceum od nowego roku szkołnego będzie zapewne pozbawione pożytecznej płacówki internackiej — donosił „Dziennik Bałtycki”^. Zaopatrzenie Żuław w dobrą wodę było więc niekwestionowalnym priorytetem. Takim też, wydaje się, władze go postrzegały. Biuro projektów dostało pół roku na przygotowanie wstępnej dokumentacji sieci wodociągowej, gdy normalnym, przy tej skali inwestycji, jest proces trzyletni. Zakończenie prac projektowych i przygotowawczych ujęcia wody wyznaczono na koniec roku 1963, by wykonawca, czyli Bydgoskie Przedsiębiorstwo Inżynieryjne, już wiosną następnego mogło wkroczyć na Żuławy. Blisko rok po przyjęciu uchwały pojawił się w „Dzienniku Bałtyckim” obszerny artykuł Lecha Niekrasza^ o stanie prac kon- ^ Dziennik Bałtycki, nr 154 1962-06-30 * Dziennik Bałtycki, nr 18 1963-01-22 Wiesław Olszewski 75 cepcyjnych w Wojewódzkim Biurze Projektów Budownictwa Komunalnego w Gdańsku. Przedstawiony plan perspektywiczny zaopatrzenia w wodę Żuław i Elbląga zakładał budowę głównego ujęcia nad Nogatem, magistrali centralnej i sieci bocznych wraz z rozdzielniami adaptując niektóre istniejące elementy w nową całość. Ponad 180 km rur o przekroju od 80 do 400 milimetróio oznacza toodf dla mieszkańców obszaru 800 km. kw. Prace ruszyły ostro nie tylko w biurze projektów, ale i w Geoprojekcie, Przedsiębiorstwie Hydrologicznym Rolnictwa, Instytucie Gospodarki Wodnej i w wojewódzkiej pracowni planu żuławskiego. Inżynierowie kalkulowali: Może rury żeliwne zastąpić azbesto-cementowymil Czy fabryka tych rur w Szczucinie k/Tarnowa potrafa zwiększyć ich produkcjęl Poza tym rury te ulegają agresywnosći gruntu, poddają się procesom korozyjnym, /znowu problem... Wymagają one spetjalnej filtracyjnej podsypki żwirowo-piaskowej, a to będzie kosztować... NADZIEJA W POSTĘPIE TECHNICZNYM. A może rury z politenul Tworzywo sztuczne jest przecież niezawodne. Zamiast kosztownych prac z układaniem metr po metrze rurociągu sieci rozdzielczej — a 500 zl metr — istnieje możliwość rozwinięcia elastycznego przewodu politenowego z bębna i przy pomocy wynalezionego przez rodaka kreta wpuszczenia rury pod powierzchnię gruntu. Proste i o połowę tańsze! O połowę, to znaczy, że w grę wchodzi szansa zaoszczędzenia kilkudziesięciu milionów złotych. Rozumiecie? Ale skąd rury zpolitenu? Czy uda się uruchomić ich produk(ję w Wąbrzeźnie, gdzie już cos' z tej branży się robi? A może z NRD...- relacjonował Lech Niekrasz. Ostatecznie wybrano rury azbestowo-cementowe, którymi woda dociera do naszych domostw nadał. CENTRALNOOI ŁZULXUSKI ZAKŁAD PROofe^ . JWDDy "f^ Stara statja uzdatniania wody w Letnikach, fot. cwz.pomorskie.fil N:ZABRDWI£r-/d^ 76 By nie byli jak rozbitkowie na oceanie... W tych okolicznościach, przy znacznym zaangażowaniu i niekłamanym zapale zespołów projektantów, rodził się Centralny Wodociąg Żuławski. Zakładano wówczas, że koszt budowy wyniesie czterysta milionów złotych. Poszukiwawcze prace geologiczne wytypowały lokalizację głównego ujęcia na prawym brzegu Nogatu w pobliżu wsi Ząbrowo w gminie Stare Pole, dokładnie w części wsi zwanej Letniki. Oficjalnie jest to Główny Zbiornik Wód Podziemnych nr 203 „Dolina Letniki”. Prace w terenie rozpoczęto w zakładanym terminie. Wywiercono 34 studnie, rozpoczęto budowę Stacji Uzdatniania Wody w Ząbrowie i sieci o długości wówczas 1034 km. Ujęcie „Letniki” eksploatuje głównie czwartorzędowy poziom wodonośny, z którego woda jest pobierana przez studnie wiercone na głębokościach od 32 do 41 metrów’. Początki prac budowlanych nie cieszyły się zainteresowaniem mediów Wybrzeża, pewnie z pożytkiem dła budowniczych. Grzebanie w błotnistej żuławskiej ziemi nie było ani fotogeniczne, ani imponujące medialnie. Więcej okazałych obiektów można było przedstawić w Trójmieście, za rogatki którego reporterzy gazet rzadko się wypuszczali, „prowincja” nie cieszyła się zainteresowaniem mediów. Prasa tamtych lat oprócz wieści politycznych (a działo się wiele), pisała o srogich zimach, śnieżycach, wichurach, trzaskających mrozach, a na przedwiośniu — o zagrożeniu powodziowym. Jak później ironicznie napisano w „Biuletynie” KSS KOR: Stwierdzono Już dawno, ie czterema plagami trapiącymi gospodarkę PRL są wiosna, lato, jesień, zima'^. W miejscowych gazetach więcej można było przeczytać o innym rurociągu - ropociągu „Przyjaźń”, którego polski odcinek z wielką pompą, z udziałem zagranicznych delegacji, oddano do użytku w końcówce 1963 roku. Nawet spektakularne, zabarwione ideologicznie, wycieczki organizowane przez władze na teren Żuław, nie miały w programie budowy wodociągu. Sprzed gmachu KW PZPR w Gdańsku wyruszyły wczoraj rano w podróż po Żuławach dwa autokary wypełnione przedstawicielami gdańskich środowisk twórczych. Byli wśród nich aktorzy, literaci plastycy i działacze kułturałni zrzeszeni m. in. GTSP oraz pracownicy płacówek artystycznych, którzy chcieli zapoznać się bezpośrednio z osiągnięciami naszej gospodarki w rejonie o najbardziej żyznych glebach w Polsce. W przewodników zamienili się tym razem sekretarz KW PZPR (...), zastępca kierownika W^dz. KulturyC..} oraz zast. kierownika W^dz. Rolnego. Zwiedzili PGR Bystra, suszarnię traw w Szkarpawie, POM i mleczarnię w Nowym Dworze Gdańskim, stację pomp w Chłodniewie. Lustracja znanego na Wybrzeżu Kombinatu Ogrodniczego PGR w Malinowie , a następnie Państwowego Zakładu Unasienniania Zwierząt kończy tę bogatą w wrażenia wyprawę^^- spuentował redaktor. Kilka miesięcy później niemal identyczną trasę przejechali studenci Politechniki Gdańskiej. Katedra Architektury i Planowania Wsi Politechniki Gdańskiej pod kierownictwem doc. mgr inż. Stanisława Serafina, w porozumieniu z Biurem Pełnomocnika Prezydium WRN do spraw Żuław, wystąpiła ostatnio z pożyteczną inicjatywą, godną naśładowania przez inne uczelnie, mające związek z problematyką wsi. Mianowicie studenci IV roku tego wydziału miełi wczoraj okazję zwiedzić wiełkotowarowe obiekty PGR na ’ Olańczuk — Neyman Krystyna, Rafał Baray, Modernizacja stacji uzdatniania wód podziemnych „Letniki” koło Elbłąga, http://www.os.not.pl/docs/czasopismo/2001/Olanczuk 3-2001.pdf (dostęp 28.12.2021) '“ Bikont Anna, Helena Łuczywo, Jacek, Agora SA, Warszawa 2018. " Dzienni Bałtycki, nr 149 1965-06-25 Wiesław Olszewski 77 Żuławach ze szczególnym uwzględnieniem prowadzonego aktualnie na tym terenie budów.^^ Budowy CWZ i tym razem jednak w programie wyprawy nie było. Temat inwestycji pojawiał się na różnych „nasiadówkach”, zwłaszcza przy okazji częstych „gospodarskich wizyt” przedstawicieli władz centralnych. Goszczący na wybrzeżu wicepremier, w trakcie spotkania z aktywem polityczno-gospodarczym Żuław w Malborku, podkreślił, w nawiązaniu do niedawnej żuławskiej uchwały KERM, jak wielką wagę rząd przywiązuje do gospodarki rolnej na tych terenach. Rzc}dprzeznaczył na reałizac/ę uchwały dodatkowe fiindusze, ałe jednocześnie rołnicy powinni łepiej wykorzystać istnieji}ce rezerwy, do których załicza się m. in. zwiększenie wydajnos'ci z hektara, wzrost pogłowia bydła, pomożemy Żwławom — powiedział wiceminister [wicepremier]— a Żułatpy pomogi} krajowć^ - relacjonował korespondent dziennika. Trzy lata później, inny już wicepremier, w towarzystwie wiceministra rolnictwa, spotkali się w Gdańsku z przedstawicielami resortów budownictwa wiejskiego oraz inwestorami. Mimo wyraźnych prób podkreślania osiągnięć, naradę zdominowały problemy z realizacją uchwały żuławskiej. Motywowano je zaległościami z lat ubiegłych, złą aurą, brakami siły roboczej, nierytmicznym zaopatrzeniem i złym stanem dróg. I w tej dziedzinie nie realizuje się w pełni uchwały KERM. Podobnie niepokój budzi wykonawstwo centrałnego wodociifgu żuławskiego^'^ — podkreślono. W trakcie malborskich obrad Sejmiku Żuławskiego ZMW w marcu 1967 roku, podkreślono społeczny wkład młodzieży w budowę „gigantycznego” - jak nazwano — wodociągu żuławskiego'\ Obradujące pod przewodnictwem I sekretarza KW PZPR, z udziałem ministra gospodarki komunalnej. Plenum Komitetu Wojewódzkiego w Gdańsku, poświęcone sprawom gospodarki komunalnej województwa, w podjętej uchwale podkreśliło wagę loybudowania nowych ujęć wody w Gdańsku, Gdyni i innych miastach oraz doprowadzeniu wodociągu żuławskiego do Ełbłąga, Nowego Stawu i Nowego Dworu^'^. Nadeszła wiekopomna chwila — 24 września 1967 roku wodociąg dotarł do Nowego Dworu Gdańskiego i dwudziestu kilku miejscowości. Nastąpił uroczysty akt otwarcia pierwszego odcinka. Miasto czekało na gos'ci w odświętnej barwie, akcentowanej flagami narodowymi, szturmówkami i transparentami. Na głównym płacu Nowego Dworu umieszczono dużą makietę dełty Wisły z magistrałą gigantycznego wodociągu - relacjonowała reporterka dziennika'7. Meldunek o zrealizowaniu pierwszego etapu budowy centralnego wodociągu żuławskiego złożył, w imieniu załóg wykonujących tę wspaniałą inwestycję, przedstawiciel głównego wykonawcy, dyrektor Bydgoskiego Przedsiębiorstwa Robót Inżynieryjnych. Po nim nastąpiły wystąpienia kolejnych mówców prezentujących genezę i rozwój budowy wodociągu, jego znaczenie dla warunków życia mieszkańców i możliwości gospodarczych terenu a także perspektywy objęcia nim następnych żuławskich miejscowości. W kulminacyjnym momencie, przy brzmieniu harcerskich fanfar i werbli, przybyły na uroczystość Dziennik Bałtycki, nr 259 1965-10-31/11-01 '^Dziennik Bałtycki, nr 114 1962-05-15 Dziennik Bałtycki, nr 142 1965-06-17 Dziennik Bałtycki, nr 64 1967-03-17 Dziennik Bałtycki, nr 127 1967-05-31 Dziennik Bałtycki, nr 227 1967-09-26 78 By nie byli jak rozbitkowie na oceanie... wicepremier rządu dokonał symbolicznego aktu uruchomienia wodociągu a w serdecznych słowach złożył budowniczym gratulacje i podziękowania. Znaczenie tej iniuestycji dla Żulaic i dalszego roziooju tego najżyźniejszego rejonu u> kraju jest nieici^tpliwie ogromne — stwierdził wicepremier. O randze wydarzenia świadczy fakt, że był to ważny, uznawany przez długie lata za „nieusuwalnego”, wicepremier Nowak. To o nim krążyło popularne wówczas powiedzenie: „ Tak czy owak - Zenon Nowak”. Nie dziwi więc, że w numerze świątecznym „Dziennika Bałtyckiego” z 22 lipca 1968 roku ukazał się dużą czcionką pisany tytuł: „WIELKI ŻUŁAWSKI...”. Dotyczył oczywiście Centralnego Wodociągu Żuławskiego. Zbliżał się finisz rozpoczętej w 1965 roku budowy pierwszego etapu, sieć o długości blisko stu dwudziestu kilometrów zasilała w wodę dwa miasta oraz wiele wsi i PGR—ów na Żuławach Wielkich. Wodę pobierano z pięciu studni, pięć kolejnych było na ukończeniu. Administratorem i inwestorem przedsięwzięcia było w tym czasie Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Zaopatrzenia Żuław w Wodę w Gdańsku, głównym wykonawcą - Bydgoskie Przedsiębiorstwo Inżynieryjne. Niełatwe wykonawcy mieli zadanie: teren tu ciężki, inny niż gdziekolwiek, pełno wody podskórnej. Prace szły też początkowo jak po grudzie: bywało, że rury po dwa łata łeżały odkryte, ekipy dopiero wprawiały się do pracy w nieznanych im warunkach. Jakoś' te trudnos'ci przezwyciężyły, skoro na zrobionym rzeczywis'cie w imponuji}cym tempie odcinku nowostawskim ros'ne już zboże...'^. Trwały prace projektowe nad drugim etapem przedsięwzięcia — nowego wodociągu dla Elbląga i Żuław Elbląskich -przewidzianego na lata 1970-73. W 1969 roku zbudowana została i włączona do eksploatacji, jako niezbędny element systemu. Stacja Uzdatniania Wody w Ząbrowie. Obiekt, mimo swego fundamentalnego dla jakości wody znaczenia, nie cieszył się początkowo szczególnym zainteresowaniem, ani mediów, ani polityków. Nowo mianowany I sekretarz KW PZPR w Gdańsku, dokonując w lipcu 1970 roku lustracji powiatu malborskiego, odwiedził między innymi Rejonowy Rolniczy Zakład Doświadczalny w Starym Polu. Słuchając objaśnień dr Arkadiusza Rybaka zwiedził laboratorium ośrodka oraz doświadczalne gospodarstwo Kaczynos IV. Do pobliskiego Ząbrowa nie zajechał jednak, udał się do Muzeum Zamkowego. Oprowadzany przez pierwszego dyrektora placówki Henryka Raczyniewskiego, zapoznał się on m. in. z ekspozycją bursztynu, obejrzał wystawę szkła artystycznego Zbigniewa Horbowego oraz wziął udział w otwarciu wystawy pn. „Broń w dawnych wiekach”^^. Nie była też stacja filtrów obiektem zainteresowania włodarza województwa w trakcie kolejnych gospodarskich wizyt: w powiecie malborskim jesienią 1970 roku^® oraz wczesną wiosną kolejnego roku w Elblągu i Malborku^'. Do pewnego stopnia stan ten wyjaśniła reporterka gazety w lipcu 1974 roku. Piętrowy budynek wygłąda raczej niepozornie...— pisała o sercu CWŻ, centralnej stacji uzdatniania wody przy jej głównym ujęciu w Ząbrowie^^. Wodociąg wówczas już okrzepł, już tylko we '* Dziennik Bałtycki, nr 172 1968-07-20/22 ” Dziennik Bałtycki, nr 176 1970-07-26/27 “ Dziennik Bałtycki, nr 283 1970-11-28 ^' Dziennik Bałtycki, nr 69 1971-03-21/22 Dziennik Bałtycki, nr 178 1974-07-30 Wiesław Olszewski 79 wspomnieniach został czas, gdy uruchamiali pierwszy odcinek, gdy przez dziesięć długich dni i nocy nikt z nich prawie wtedy nie spał. W terenie przehywałi stałe pracownicy dyrekcji Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Zaopatrzenia Żuław w Wodę. Pospołu z generałnymi wykonawcami z Bydgoskiego Przedsiębiorstwa Robót Inżynieryjnych, denerwowałi się projektanci. We wrześniu poprzedniego roku podłączono do sieci nową potężną magistralę prowadzącą wodę do Elbląga i okolicznych miejscowości. Sieć liczyła w tym momencie trzysta trzydzieści kilometrów i była rozbudowywana w swych rozgałęzieniach. Doprowadzenie wody do wielu, zwłaszcza mocno oddalonych, typowych dla Żuław jednodworczych siedlisk, trwało długie lata. W wyniku reformy administracji państwa, która weszła w życie 1 czerwca 1975 roku, zmieniła się strukturalna podległość wodociągu. Właścicielem stało się nowo powołane Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w Elblągu. Trwała rozbudowa sieci, przyłączane były do niej kolejne miejscowości, gospodarstwa i domostwa. W 1979 roku dokonano rozbudowy i modernizacji stacji uzdatniania wody w Ząbrowie. Efektem przemian ustrojowych w kraju stały się reorganizacje w zarządzaniu zaopatrzeniem w wodę. 27 grudnia 1991 roku Zarządzeniem Wojewody Elbląskiego rozbito struktury wojewódzkie przedsiębiorstwa tworząc kilka mniejszych jednostek, głównie o charakterze komunalnym. Nie obyło się bez problemów i zatargów, podział maji^tku ełbkfskiego WPWiK wywołał spór pomiędzy Ełbb}giem a okołicznymi gminami, przez które przebiega trasa Centrałnego Ruroci^}gu Żuławskiego. Gminy te zrzeszyły się w związek, do którego Ełbłąg owszem przyjmą, ałe pod warunkiem, że przystąpi doń, z otrzymanym w spadku po WPWiK majątkiem. Ełbłąg zas chce z niego utworzyć swój, miejski zzz^ład wodociągów i kanalizacji. (...) Ełbłąg szykuje się więc z protestem do sejmiku wojewódzkiego, który się będzie musiał zająć skłóconymi spadkobiercami — informował „Dziennik Bałtycki”^^. ^ Dziennik Bałtycki, nr 176 1991-07-30 80 By nie byli jak rozbitkowie na oceanie... Ostatecznie na majątku żuławskiej części systemu powstało przedsiębiorstwo pod nazwą: „Centrałny Wodociąg Żuławski sp. z o.o.” z siedzibą w Nowym Dworze Gdańskim. Udziałowcami spółki są samorządy na których terenie wodociąg działa a Radę Nadzorczą stanowią ich przedstawiciele. W kolejnych latach spółka wybudowała dwie przepompownie w Nowym Dworze Gdańskim i Tujsku. Dzięki tej inwestycji woda dostarczana jest na Mierzeję Wiślaną. Bez nowych przepompowni byłoby to niemożliwe, ponieważ trzeba było zamknąć stare studnie w gminie Stegna. Kolejnym działaniem była budowa zbiornika retencyjnego w Stegnie oraz nowych przepompowni w kierunku Mikoszewa i Kątów Rybackich. 24 kwietnia 2020 roku o godzinie 10:20 ostatecznie wyłączona z eksploatacji została stara, ponad pięćdziesięcioletnia Stacja Uzdatniania Wody w Ząbrowie. Ten moment zakończył realizację największego w historii wodociągu zadania pn. „Budowa Stacji Uzdatniania Wody w Ząbrowie” realizowanego w ramach projektu „Poprawa jakości oraz ograniczenie strat wody w Centralnym Wodociągu Żuławskim”. W trakcie realizacji rozszerzono go o dodatkowe zadanie: „Budowa syfony magistrali CWŻ pod rzeką Nogat”. Spółka przygotowuje się równocześnie do realizacji kolejnych projektów, w tym do wymiany ponad 37 km najbardziej awaryjnych magistralnych sieci wodociągowych zbudowanych z azbestocementu. Obecnie Centralny Wodociąg Żuławski to zintegrowany system zaopatrzenia w wodę dla gmin leżących w obszarze jego funkcjonowania, a więc dla Żuław i Mierzei Wiślanej. Zaopatruje w wodę obszar 10 gmin zamieszkałych przez 65 tys. osób. Zasila w wodę gminy: Nowy Dwór Gdański, Nowy Staw, Ostaszewo, Lichnowy, Stegna, Sztutowo, Malbork, Stare Pole, Gronowo Elbląskie i częściowo Elbląg. Dla gmin tych system jest jedynym bądź głównym źródłem zaopatrzenia w wodę. Stopień zwodociągowania na tym terenie wynosi 99%. W okresie letnim dodatkowo z systemu korzystają turyści przebywający na Żuławach i Mierzei Wiślanej. Stanowi to około 50 tysięcy dodatkowych odbiorców wody. Obecnie CWŻ liczy ponad 1300 km sieci. Liczba zawartych umów na dostawę wody przekracza 14 tysięcy. Głównym źródłem zaopatrzenia w wodę systemu jest ujęcie wody w Ząbrowie zlokalizowane w miejscowościach Janówka—Kaczynos—Ząbrowo. Źródło to zaopatrywane jest z udokumentowanego na terenie Żuław Głównego Zbiornika Wód Podziemnych nr 203 „Dolina Letniki”. W obrębie ujęcia wykonanych jest 19 studni z utworów czwarto-rzędowych^^. Centralny Wodociąg Żuławski uznawany jest największym w Europie wodociągiem położonym na terenach wiejskich. Znajduje się w dwóch województwach i obejmuje trzy powiaty. Postawał wodociąg w ciężkich warunkach, w trudzie i znoju. Doskwierały warunki klimatyczne i glebowe, powszechna na Żuławach „kurzawka”, braki materiałów, sprzętu, i w ogromnym stopniu, fachowej kadry. Fachoiacótv nie było. Sk^fd mieli sif wzi^}c', skoro intoe-styc/a ta była lołasciioie unikałnym przeelsiętozięciem lo EuropielC..) Do pracy przy pompach ^* https://cwz.pomorskie.pl/o-nas/ Wiesław Olszewski 81 i skomplikowanych urzc}clzeniach stacji uzdatniania zaangażowano po prostu okolicznych rolników. Tylko nieliczni z nich umieli cokolwiek poza prac^ na roli, z której zresztą} nie zrezygnowali, nadal uprawiając swoje działki. Teraz większos'ć z nich stała się wyspecjalizowanymi fachowcami w obsłudze wodociągu^^ — usłyszała reporterka. Powstało dzieło wielkie, o wartości trudnej do przecenienia, zmieniło epokowo warunki życia tutaj. Do dobrej wodyprzy-zwyczaili się tu nie tyłko łudzie, którzy dziwią się, jak kiedyś' mogłi bez niej wytrzymać. Nawet krowy, wypuszczone na pastwiska, nie chcąjużpić wody z rowów... . Wagę tego dzieła porównać można tyłko z dziełem szybkiego osuszenia Żuław depresyjnych po zalaniu ich przez ustępujących hitlerowców — napisała patetycznie reporterka „Dziennika Bałtyckiego”. Gość honorowy obchodów czterdziestego jubileuszu wodociągu, nieodżałowanej pamięci Bolek — Bolesław Klein, w latach budowy przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Nowym Dworze Gdańskim, powiedział: Moim zdaniem, to wydarzenie równie ważne jak przekop Wisły ITO łat temu, czy powstanie dwóch wielkich przepompowni na Żuławach. Wówczas budowa CWŻ stanowiła wielkie wyzwanie^^. ^5 Dziennik Bałtycki, nr 178 1974-07-30 ^^ https://www.nowydworgdanski.pl Bolesław Kłein w trakcie jubileuszu 40-lecia CWŻ, fot. Anna Arent 82 Ryszard Rząd Historie nie tylko malborskie (7) HISTORIE NIE TYLKO MALBORSKIE (7) O REWOLUCJONIŚCIE, KTÓRY ZMIENIŁ PRZEKONANIA 215 lat temu, w kwietniu 1807 r. w Malborku przebywał wódz Francuzów Napoleon Bonaparte (1769-1821), Przybył tu, aby osobiście skontrolować modernizację XVII-wiecz-nych szwedzkich umocnień ziemnych i budowę nowych prowadzoną przez płk inż. Andre--Bruno de Frevol de Lacoste’a (1775-1809). Mieszczanie prosili Napoleona, by wstrzymał eksmisje ludności i wyburzenia domów w rejonie Wieży Maślankowej. Jednak zerwanie rozejmu z Prusami spowodowało, że władca nie posłuchał tych próśb i umocnienia zbudowano. Dziś zachował się z nich jedynie szczątkowo szaniec okalający północno-wschodnie naroże Przedzamcza. Horace Vemet, „Napoleon na polu bitu^ pod Frydlandem”, 1835 r. Ryszard Rząd 83 Cesarz gościł na zamku także w dniach 2-3 czerwca i 14 lipca tegoż 1807 r. Był też zapewne i w Wielkim Refektarzu, w którym urządzono lazaret dla żołnierzy francuskich i rosyjskich rannych w bitwie pod Pruską Iławą i Frydlandem. Rurował się w nim m.in. marszałek Jean-Baptiste Bernadotte (1763-1844), od 1818 r. król Szwecji i założyciel dynastii panującej w tym kraju do dziś. Jego żona, Bernardine Eugenie Desiree Clary, mieszkała w mieście i codziennie odwiedzała rannego męża. Taką wizytę utrwalił na obrazie jeden z francuskich „malarskich kronikarzy” dokonań Napoleona, Adolphe Roehn (1780-1867). Jean-Baptiste Bernadotte nie pochodził ze zbyt bogatej rodziny o arystokratycznych korzeniach. Jego dziadek był zwykłym robotnikiem. Karierę wojskową rozpoczął w królewskiej armii francuskiej, w której dosłużył się stopnia sierżanta i adiutanta pułku. Po wybuchu rewolucji pozostał w armii, która przekształciła się w armię rewolucyjną. Jako zagorzały rewolucjonista i republikanin przyjął kolejne imię - Jules - na cześć Juliusza Cezara. Szybko awansował. W 1793 r. został kapitanem - co nie byłoby możliwe do osiągnięcia dla mieszczanina przed rewolucją. Rok później rewolucyjnym zwyczajem żołnierze, drogą demokratycznego głosowania, wybrali go na podpułkownika. Kilka miesięcy później awansował na stopień generała brygady. W. 1799 naraził się Napoleonowi nie popierając jego próby zamachu. Ocalił życie jedynie dzięki temu, że wstawił się za nim starszy brat Napoleona ożeniony z jego szwagierką. Cesarz był wściekły: „Ten przeklęty Bernadotte! Uczyniłem go marszałkiem tylko dlatego, że kiedyś kochałem jego żonę!”. Pozostałości szańca firzy malhorskim Przedzamczu 84 Historie nie tylko malborskie (7) Wracając do obrazu. Strzałka wskazuje na rozpięty surdut marszałka i lekko odsłoniętą pierś. Nie na tyle jednak, by widniał wytatuowany na niej napis: „La mort aux rois” („Śmierć królom”) - wstydliwą pamiątkę po młodzieńczych, radykalnych przekonaniach. Był już bowiem nie tylko marszałkiem, ale i księciem Pontecorvo. Trzy lata później został ... królem. No cóż, nie od dziś wiadomo, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia ... Adolf he Roehn, „Lazaret w Wielkim Refektarzu”, 1807 r. „JUNKERS” W MALBORKU W dniu 15 maja 1926 r. o godz. 8.25 na dawnym placu ćwiczeń w Malborku przy ZeppelinstraEe (ob. ul. Parkowa) wylądował 6-miejscowy samolot „Junkers” F 13. Było to lot próbny mający na celu sprawdzenie możliwości uruchomienia stałego połączenia lotniczego Gdańska z Olsztynem, via Malbork i Elbląg. Oficjalnie uruchomiono je 1 czerwca tegoż roku. Malborski aerodrom mógł przyjmować stosunkowo niewielkie, 4-6 miejscowe dwupłatowce LFG 130, „Junkersy” F 13 i ich zmodernizowane wersje W-33, W-34 (zwane „małymi Ju”) a nawet Ju-52. Ryszard Rząd 85 Warto przyjrzeć się nieco bliżej „F-trzynastce”. Był to pierwszy samolot komunikacyjny konstrukcji całkowicie metalowej. Jego prototyp o nazwie „Annelise” oblatano w roku 1919 od razu ustanawiając rekord pułapu z ośmioma osobami na pokładzie, wynikiem 6 750 m. Nie był to jego jedyny rekord. Między innymi przeleciał nad Kordylierami na wysokości 5 200 m. Z kolei w 1921 roku, podczas lotów reklamowych w USA, przebywał nieprzerwanie w powietrzu przez 26 godzin. Jako dobry, użytkowy samolot pasażerski został zakupiony przez przewoźników w Prusach, Austrii, USA, Francji, Szwecji, Polsce a nawet w Związku Radzieckim. W 1925 roku samoloty te stanowiły blisko 40 % samolotów pasażerskich w Europie. Do 1933 roku zbudowano ich łącznie 322 sztuki. W 1928 r. drogą powietrzną można było z Malborka udać się do Gdańska, Szczecina, Berlina, Elbląga i Olsztyna. Frekwencja była jednak niewielka i zaczęto zastanawiać się nad zawieszeniem lotów (także pocztowych). Niebawem okazało się, że lotnisko mające pas startowy długości tylko 450 m i otaczane stopniowo przez zabudowę miejską oraz coraz wyższe drzewa sąsiedniego parku, nie spełnia wymogów. Po długich i burzliwych debatach Rady i Magistratu zdecydowano o przeniesieniu obiektu (1929). Zaakceptowano projekt burmistrza Pawelcika i zakupiono dwie działki w pobliskim Królewie. Zbudowane tam nowe lotnisko (o bardzo ciekawej historii) istnieje do dziś. Tereny pierwszego lotniska w Malborku, ok. 1910 r. 86 Historie nie tylko malborskie (7) „Junkers”F-13 przed hangarem lotniska malhorskiego, lata 20-te XX w. O ROWERZYŚCIE - DŁUGODYSTANSOWCU 13 kwietnia 1896 roku w Malborku pojawił się Robert Louis Jefferson (1866-1914), angielski dziennikarz i podróżnik, znany m.in. z tego, że rok wcześniej odbył liczącą prawie 6 900 km podróż rowerem z Londynu do Moskwy i z powrotem. Jak opowiadał w jednym z wywiadów: „Pokonanie 4281 mil w mniej niż pięćdziesiąt dni, jest wspaniałą receptą na pozbycie się nadmiaru tłuszczu. Kiedy zaczynałem, ważyłem dokładnie 11 kamieni (70 kg), a po powrocie zaledwie 9 (57 kg). Przez cały ten czas jadłem tylko dwa pełne posiłki, moja codzienna dieta składała się z czarnego chleba i kwaśnego mleka, od czasu do czasu kilku kropli wódki i jednej-dwu sardynek”. Podróżowanie rowerem po ówczesnej Rosji budziło oczywiście sensację i podejrzliwość władz. Często był zatrzymywany na trwające po kilka godzin przesłuchania i, jak pisał, z wielkim trudem udawało mu się przekonywać lokalnych urzędników, że nie jest szpiegiem. Jedno z takich przetrzy-mań uchroniło go jednak przed poważniejszymi kłopotami. Gdyby bowiem dojechał na czas do Brześcia Litewskiego, mógłby stać się jedną ze 137 ofiar wielkiego pożaru miasta. Gdy przybył do gospody w Słucku, jej właściciel zażądał od niego paszportu. Gdy odmówił, wezwano policjanta, który zabrał go na posterunek. Tam, ku swemu zdziwieniu, potraktowano go bardzo Rohert Louis Jefferson ze swoim rowerem Ryszard Rząd 87 uprzejmie, odprowadzono do rzeczonej gospody i przydzielono najlepszy pokój. Jak się później okazało, komendant posterunku pomylił go z jednym z angielskich lordów. „Z wyjątkiem Moskwy, gdzie mają dobry klub kolarski, który wyszedł, żeby mnie powitać, spotykałem prawie wyłącznie pijanych mudżików i chłopów. Mam zdjęcia przedmieść Moskwy, gdzie ich ławice leżą pijane na ulicach, niezauważane przez policję”. DR DAMASCHKE Od jakiegoś czasu „śledzę” ważne osobistości, które gościły na zamku w Malborku. Były wśród nich także osoby dziś może niezbyt znane, ale z pewnością warte poznania. Przyjrzyjmy się jednej z nich. W dniach 4-7 października 1923 r. na zamku miał miejsce 28 Zjazd Niemieckiego Związku na rzecz Reform Rolnych (Deutscher Bund for Boden-reform) z udziałem dr Adolfa Damaschke (1865-1935). Kim był Damaschke? Był synem jednego z niezamożnych berlińskich stolarzy. Wychowywany w trudnych warunkach (do 10 roku życia nie miał nawet własnego łóżka), poświęcił się działaniom na rzecz abstynencji i poprawy życia proletariatu miejskiego. W swoich publikacjach walczył też z lawinowo rosnącym zadłużeniem drobnych rolników niemieckich. W 1898 r. założył Związek na rzecz Reform Rolnych, którego przewodniczącym był do swojej śmierci. Dr Adolf Damaschke W wieku 15 lat poznał Kościół Chrystusowy i jego pastora Paulusa Stephanusa Cassela. Niemal natychmiast bardzo mocno zaangażował się w życie tej wspólnoty. Studiując Biblię odkrył, jak pisał, „wspaniały przykład ustawodawstwa reformującego sposób korzystania z ziemi”. Doszedł do przekonania, że ludzie korzystając z ziemi, której użyczył im Bóg, wszelkie możliwe korzyści wynikające z nadwyżek plonów winni przeznaczać na cele społeczne, głównie budownictwo mieszkaniowe. Biblia była dla niego nie tylko źródłem inspiracji, ale także „przewodnikiem do satysfakcjonującego życia”. Zawsze publicznie bronił swoich przekonań, nawet w czasach nazizmu. Kiedy na konferencji Towarzystwa Badań Prehistorycznych w 1934 r. wyrażono pogląd, że ludność indoeuropejska musi oderwać się od semickiego chrześcijaństwa, odpowiedział w swoim wystąpieniu: „czy naprawdę jest tak, że ludy indoeuropejskie muszą poszukiwać innych źródeł mocy? Prześledźmy ich historię. Kiedy niemieckie serca szukały pocieszenia i siły w bardzo trudnych chwilach, to nie był to Hermann Cherusker (Arminiusz, pogrom- 88 Historie nie tylko malborskie (7) ca Rzymian w Lesie Teutoburskim), nie Otto von Bismarck, nie Mistrz Eckhart, nie Fichte czy Lagar-de, lecz zawsze Jezus Chrystus, w którym uszlachetnia się największa radość, a najgłębszy ból zanika w zadośćuczynieniu”. Damaschke miał szansę przejść do historii jako pierwszy prezydent Republiki Weimarskiej, gdyż był jednym z kandydatów na ten urząd. I choć przegrał wybory, swoimi prosocjalnymi ideami zaskarbił sobie sympatię wielu rodaków. Właśnie z tego powodu, na terenie wielu osiedli socjalnych powstających w całych Niemczech w latach 20-tych i 30-tych, znalazły się ulice nazwane jego imieniem. Sti»ben6boten'23ild)etet ^n8VlI 23obcnrcform 0ittUc^c flot TDte (Scmcinbc t>OfI Dr. '2(bolfę)aina{4)l* m»6 Pojłor 3ob-n?tbrnłitnn « <>(i#ii4( Ctotł«»9cfeUf4ofl, a«ffel Strona tytułowa jego traktatu o reformach rolnych Wijąca się na gdańskich Siedlcach Damaschkeweg (oh. ul. Ojcowska), nazwana tak jeszcze za życia swego patrona Wędrówki po prowincji Piotr Podlewski STARE DOLNO Krzyżacki port i historia dworu Stare Dolno to miejscowość założona nad jeziorem Drużno, którego południowe brzegi przed wiekami znajdowały się w miejscu, w którym znajduje się wieś. Jezioro sukcesywnie zarasta, a teren jego dawnego rozlewiska stanowią dziś żuławskie pola. Stare Dolno pojawia się po raz pierwszy w 1299 roku pod nazwą Tullestete. To tutaj wschodni brzeg rzeki Sorge (Dzierzgonka) stykał się bezpośrednio z terenem wyżynnym. Miejsce to zostało w średniowieczu wybrane na założenie portu, a droga wodna miała w tamtych czasach bardzo duże znaczenie gospodarcze, szczególnie kiedy ziemie Prusów nie miały jeszcze solidnej lądowej infrastruktury drogowej. W dokumentach lokacyjnych wsi sporządzanych przez Zakon Krzyżacki miejscowościom znajdującym się w pobliżu szlaku żeglownego nadawano przywilej transportowania swoich produktów drogą wodną do dużych miast, w przypadku Starego Dolnego do Elbląga, i sprzedawania ich tam na targach. Stare Dolno. Dawna zobudowa wsi, Jbt.archiwum 90 Stare Dolno Krzyżacki port i historia dworu Zakon Krzyżacki mógł przejąć w posiadanie interesujący nas potencjalny punkt przeładunkowy w związku z bitwą pod Sirgune (nad rzeką Dzierzgoń 1233). Prędko stworzył tam ufortyfikowany port z dworem obronnym. Wraz z rozkwitem gospodarczym państwa zakonnego, którego dobrobyt osiągnął apogeum około 1410 roku, znaczenie Alt-Dollstadt rosło, a miejsce to stało się ważnym regionalnym centrum handlowym. Zakon inwestował, a obszerny port oferował możliwość zacumowania kilku statków. Posiadał także magazyn, skład soli i młyn. Port był miejscem postoju dla trzech statków należących do komturii w Dzierzgoniu, tzw. „Kassuten” (nasady). Były to statki towarowe ze sterem, odpowiednie do żeglugi śródlądowej. Nasady z wysokimi burtami i zamkniętym pokładem wykorzystywano do walk rzecznych (chronieni w nich byli wioślarze i zbrojni podczas niespodziewanego przybrzeżnego ostrzału) i w transporcie po wąskich rzekach. Posiadały, oprócz wysokich burt, zamkniętego pokładu, zadartego dziobu, także płaskie dno, napęd wiosłowy i żaglowy. Na pokładzie krzyżackiej nasady znajdował się jeden sternik i wioślarze, których mogło być nawet osiemnastu. Według inwentarzy Zakonu wiemy, że najwięcej nasad, bo aż 19, stacjonowało w 1410 r. koło zamku w Dzierzgoniu. Kolejne jednostki stacjonujące w Alt-Dollstadt to lichtany, które służyły do rozładunku towarów z większych statków stojących najczęściej na redzie portu. W tzw. małym porcie Stare Dolno (Dulstette) nad jeziorem Drużno stacjonował jeden lich tan (1 lewchteschiff) w 1434 r. Był tam także prom rzeczny. Przyjrzyjmy się teraz komunikacji wodnej w interesującym nas rejonie. Ważną rolę odgrywał tam odcinek (w obie strony) z Królewca przez Zalew Wiślany w kierunku Elbląga, dalej przez jezioro Drużno, mijając port Stare Dolno, by następnie rzeką Dzierzgoń trafić do Dzierzgonia. W samym Dzierzgoniu oprósz nasad stacjonowały też korabiki, statki wiślane oraz inne średnie i małe jednostki śródlądowe. Stare Dolno przez kolejne wieki zachowało strukturę układu przestrzennego wsi wypracowaną przez Zakon Krzyżacki. Centralną jej częścią był obronny dwór z folwarkiem nadzorujący działanie portu. Wiadomo, że w 141 Ir. dwór został dodatkowo ufortyfikowany lub dokonywano tutaj napraw umocnień po Wielkiej Wojnie (1409-1411). W tym celu przyjechał specjalnie z Malborka znany architekt i budowniczy Zakonu Mikołaj Fellensteyn. Miejsce to miało wówczas duże znaczenie gospodarcze, strategiczne i komunikacyjne. W 1466 r. na mocy pokoju toruńskiego komturstwo elbląskie zostało podzielone między Zakon i Polskę. Podczas tego podziału Alt-Dollstadt pozostało na terenie państwa zakonnego. Wytyczona wówczas granica między oba państwami stanowiła przez lata granicę między Prusami Wschodnimi i Zachodnimi. Piotr Podlewski 91 Ostatnia wojna Polski z Zakonem Krzyżackim (1519-1521) miała druzgocący wpływ na wieś Stare Dolno. Przez prawie pół wieku figuruje jako miejsce opuszczone. Dopiero w sprawozdaniu z wizytacji z 1579 r. wymienionych jest dziesięciu mieszkańców. XVII wiek to czas wojen ze Szwecją. W czasie wojny o ujście Wisły ciężkie walki między wojskami cesarskimi (sojusznicy austriaccy) i szwedzkimi toczyły się o port w Starym Dolnem. Miejsce zostało ograbione i spalone przez Szwedów. W 1811 roku majątek zakupił od państwa pruskiego generał Gerhard Johann David von Scharnhorst (ur. 12 listopada 1755, zm. 28 czerwca 1813), pruski generał czasów wojen napoleońskich, reformator armii pruskiej (zakup domeny i czterech okręgów łowieckich kosztował łącznie 23500 Reichstaler). Von Scharnhorst, chociaż wyszkolony w tradycji wojskowej Fryderyka Wielkiego, zdawał sobie sprawę z konieczności powołania w miejsce zawodowych sił najemnych prawdziwej armii obywatelskiej. Dzięki jego staraniom wprowadzono w Prusach obowiązkową służbę wojskową, bez względu na stan społeczny. Zniesiono przywileje szlachty dające jej wyłączność w pełnieniu funkcji oficerskich. Od tej pory ważne stały się talent oraz indywidualne umiejętności awansujących oficerów. Dzięki reformom ulepszono także system dowodzenia, a także zniesiono kary cielesne ograniczając „pruski dryl”. Generał Scharnhorst bo licznych bataliach doby wojen napoleońskich osiadł w majątku Stare Dolno. Miał tutaj cieszyć się emeryturą. Pisał: „Piękne Żuławy przede mną, uprzejmi i gościnni mieszkańcy, stada owiec i bydła, wszystko to dla mnie było niecodzienne i miłe” Odżyła w nim dusza syna chłopa, teraz on był bowiem gospodarzem, „szedł przez własne dobra, przez własne obory, stajnie i stodoły”, pisał: „Teraz, gdy wychodzę na pola, okolica ofiarowuje mi piękne widoki, przede wszystkim na Elbląg, na Wzniesienia Elbląskie, co jest tak piękne, jak można to tylko sobie wyobrazić”(...). „Stare Dolno podoba mi się z dnia na dzień coraz bardziej, jest tak pięknie położone jak tylko sobie można wymarzyć” (...)„z prawdziwą pasją poznaję wciąż te nowe i przyjemne strony życia”. 92 Stare Dolno Krzyżacki port i historia dworu Generał nie nacieszył się życiem gospodarza zbyt długo. Upomniała się bowiem o niego armia. Został ranny w nogę w bitwie z wojskami Napoleona pod Liitzen 2 maja 1813. Zmarł w Pradze 28 czerwca 1813. Pochowano go na Cmentarzu Inwalidów w Berlinie, gdzie po dziś dzień możemy oglądać jego pomnik nagrobny ze śpiącym lwem (dzieło Karla Friedricha Schinkla). Po śmierci von Scharnhorsta majątek przeszedł na jego dzieci, które sprzedały go aptekarzowi Theodorowi Lechlinowi. Lechlinowie nie próżnowali. Zbudowali tutaj młyn wodny, stworzyli także stawy karpiowe. Ostatni Lechlin był starym kawalerem. Zastrzelił się w majątku swojego przyjaciela Richarda Borna koło Kwietniewa. Budynek młyna, który przetrwał do dziś, zbudowano około 1850 roku. Otynkowany budynek z cegły opiera się o skarpy. Ma wymiary dziewięć na szesnaście metrów oraz posiada dwa piętra. Na drugim piętrze znajdowały się komórki lokatorskie, a na piętrze mieszkanie młynarza. Komunikację zapewniały zdobione piękną snycerką schody na klatce schodowej. Przylegająca do wzgórza część budynku młyna jest podpiwniczona i zawierała trzy pomieszczenia. Jedno z nich służyło dawniej jako mieszkanie dla francuskich jeńców wojennych zatrudnionych w majątku. W latach międzywojennych piwnice pełniły też funkcję aresztu, w których miejscowy żandarm Meier tymczasowo przetrzymywał przestępców. Młyn był zasilany energią wodną. Młyński potok i strumyk wypływający z lasu Hohen-dorf docierały do wiejskiego stawu przy ulicy we wsi, z którego specjalny odpływ prowadził Piotr Podlewski 93 do zbiornika przed młynem. Zebrana w nim woda służyła do napędzania turbiny, za pomocą której uruchomiono śrutownicę. Woda spływała następnie rowem do rzeki. W XX wieku młyn zelektryfikowano. Dziś według relacji mieszkańców obiekt czeka rozbiórka. Dwór z parkiem w Starym Dolnie usytuowany był w centrum wsi. Rozbudowany został pod koniec XIX wieku przez berlińskiego przemysłowca o nazwisku Litten, który kupił majątek w 1890 roku za pieniądze zarobione ze sprzedaży piasku wykorzystywanego do naprawy wałów przeciwpowodziowych (wielka powódź z 1888 r.). W kolejnych latach dwór był przebudowywany. Ostatnimi niemieckimi właścicielami była rodzina Schwichtenberg. Architektura dworu stylizowana jest na wille włoskie południowych rejonów Italii. Według opowieści dawnych mieszkańców dwór ma w sobie jeszcze mury średniowieczne, co warto dokładnie sprawdzić. Sklepione, ceglane piwnice oraz sklepienia parteru mogą pochodzić z późniejszego okresu, gdyż takie rozwiązania stosowane były jeszcze w XIX wieku. Otynkowane pomieszczenia uniemożliwiają szczegółową analizę architektoniczną konstrukcji ścian i sklepień. Majątek po zakupieniu go przez berlińskiego fabrykanta Littena otrzymał centralne ogrzewanie dla antresoli, a zamówiony z Włoch tynkarz przez rok projektował sufity w pomieszczeniach właściciela i w jadalni. Front budynku podniesiono o jedno piętro i ozdobiono obszerną werandą z balkonem. Wieża widoczna z daleka góruje nad wierzchołkami drzew rozległego parku dworskiego. Posiadała dawniej maszt flagowy. Można z niej podziwiać krajobraz Żuław, rozlewisko jeziora Drużno i zabudowania odległego Elbląga. Dwór w czasach świetności był otynkowany i pomalowany na biało. Miał 27 izb. Po śmierci dwojga dzieci i kłopotach z bankami Litten sprzedał majątek rodzinie Otto Schwichtenberga w 1903 roku. Dzieci zmarłe na szkarlatynę pochowano na cmentarzu, którego resztki można znaleźć kierując się w stronę lasu. Otto Schwichtenberg był człowiekiem, który lubił wyzwania, podobnie jak jego syn Helmut Schwichtenberg uwielbiający innowacje techniczne w rolnictwie. Stare Dolno dysponowało w tym czasie dobrze wyposażonym, nowoczesnym parkiem maszynowym. Helmut wstąpił do 10 pułku Dragonów w Olsztynie i podczas I wojny światowej awansował na porucznika. Został ciężko ranny pod Odessą pod koniec wojny. Gdy 1 września 1939 r. rozpoczęła się II wojna, został powołany do wojska III Rzeszy. Zginął we Francji 22 czerwca 1944 r. Jego najstarszy syn, Hans-Gerd, kolejny dziedzic, został ciężko ranny (postrzał w brzuch) w sierpniu 1943 r. na froncie wschodnim pod Smoleńskiem. Wrócił na front w październiku 1944 r. Dnia 13 stycznia 1945 r. został ponownie ranny strzałem w brzuch. Wykrwawił się na śmierć w Belgii. 94 Stare Dolno Krzyżacki port i historia dworu 21 stycznia 1945 r., o godzinie 23.00, mieszkańcy wsi zaczęli uciekać przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Pani Schwichtenberg została w Alt-Dollstadt ze swoim 16-letnim synem Giintherem w niewzruszonej pewności, że niemiecka armia odwróci jeszcze losy wojny... Po przejściu rosyjskiego frontu pani Schwichtenberg opuściła Stare Dolno, do którego już nigdy nie wróciła. Na koniec warto dodać informację o koniach, które były wizytówką Starego Dolnego. Łączna liczba koni wynosiła około osiemdziesięciu zwierząt. Jedenaście z tych klaczy należało do trakeńskiego związku hodowlanego. Sześć z nich to klacze premium. Były to klacze, które ponadprzeciętnie uosabiają typ swojej rasy. Państwo uhonorowało takich premiami. Był też licencjonowany ogier. Potomstwo tego ogiera w dużej mierze spełniało wymogi armii, więc nadawało się na konie żołnierskie. Od połowy XIX wieku między Elblągiem a Starym Dolnem zaczął pływać parowiec do przewozu osób i towarów. Jednak wraz z uruchomieniem odcinka kolejowego Elbląg-My-ślice, 1 września 1893 r., parowiec stracił naznaczeniu. Stare Dolno często odwiedzali mieszkańcy Elbląga. Szczególnie wiosną i latem docierały tutaj statkami motorowymi wycieczki. Piękna okolica, zdrowa woda. Żuławy od północy i wzniesienia morenowe od południa czyniły to miejsce niebywale atrakcyjnym. Stała tu także gospoda, w której można było się posilić. Do 1903 r. regularnie odbywały się we wsi cotygodniowe targi m.in. produktów rolnych, bydła, koni i prosiąt, które z czasem przeniesiono do Dzierzgonia. Wraz z utratą znaczenia portu i zaprzestaniem działalności rynkowej zaginął kawałek historii kulturalnej tego regionu. Resztę dopełniły czasy Polski Ludowej. Sam dwór wymaga już remontu. Po folwarku, stajniach, budynkach gospodarczych pozostał tylko pusty plac. W samej wsi stoi tylko kilka domów oraz ruina młyna. Jednak obecni mieszkańcy dworu sa otwarci na odwiedzających, chętnie dzielą się wspomnieniami opowiadając o zaginionej świetności wsi. WYKORZYSTANA LITERATURA: M. Radoch. Jednostki wodne śródlądowe w starych księgach inwentarzowych Zakonu Krzyżackiego, KMW 2021;313(3):365-403. H. Zlomke, Das Gutshaus von Adlig Dollstadt. Alt Dollstadt. Auszug aus Das Kirch-spiel Kónigsblumenau. Chronik, Geschichte und Berichte. Bartosz Marguardt 95 Bartosz Marguardt SZKOŁA PODSTAWOWA W CIESZYMOWIE we wspomnieniach Jakiś czas temu na prowadzonej przeze mnie stronie o Cieszymowie na Facebooku stworzyłem ankietę. Jej cel był prosty. Chciałem poznać preferencje obserwatorów strony, tak aby móc publikowane tam treści jeszcze lepiej dopasować do odbiorców. Ankietowani wskazali, że najchętniej zapoznaliby się ze wspomnieniami mieszkańców miejscowości oraz z materiałami dotyczącymi Szkoły Podstawowej w Cieszymowie. Zainspirowało mnie to do napisania artykułu, w którym połączę te dwie kwestie i poprzez swoje wspomnienia, wspierając się albumami rodzinnymi oraz kroniką cieszymowskiej podstawówki, opowiem o historii tego miejsca od 1999 do 2012 roku, czyli ostatniego w którym w Cieszymowie zadzwonił szkolny dzwonek. Jeden z budynków Szkofy Podstawowy w Cieszymowie, wczesna wiosna 1999 r. Dziś' s'wietlica wiesjka i Izba Tradyc/i, fot. archiwum prywatne. 96 Szkoła Podstawowa w Cieszymowie we wspomnieniach SZKOLNA CODZIENNOŚĆ Do zerówki po raz pierwszy poszedłem w wieku 5 lat, we wrześniu 1999 roku wraz z rok starszym od siebie rocznikiem 1993. Była to alternatywa przedszkola, którego wówczas w Cieszymowie nie było. Sprawa była o tyle prostsza, że po pierwsze miałem 100 metrów do szkoły, a po drugie, koledzy z podwórka wtedy zaczynali swoją edukację. Dyrektorem cieszymowskiej podstawówki był wtedy matematyk - Wojciech Kujoth, który piastował tą funkcję od 1984 roku. W klasie było nas szesnaścioro, a wychowawczynią była Gabriela Trojanowska, która pracowała w szkole od 1992 roku. Nasza klasa znajdowała się na piętrze w budynku „nowej szkoły”. Mieliśmy to szczęście, że wówczas obiekt był praktycznie nowy, bo budowany był w latach 1991-1992. Składał się z dwóch głównych części: zaplecza mieszkalnego dla nauczycieli oraz części szkolnej. W części szkolnej na piętrze oprócz naszej klasy znajdował się gabinet dyrektora szkoły, klasa dla nauczania wczesnoszkolnego i toalety. Na półpiętrze znajdowało się pomieszczenie socjalne, a na parterze biblioteka, kolejna klasa z przeznaczeniem na nauczanie wczesnoszkolne, a także toalety. W piwnicach obiektu była też szkolna stołówka oraz dodatkowe pomieszczenia, które przez lata zmieniały swoje funkcje. Wtedy odbywały się tam zajęcia języka angielskiego, które dla najstarszych klas prowadził Mirosław Żywicki, pracujący w cieszymowskiej podstawówce w latach 1995-2010. Te lekcje odbywały się w godzinach południowych. Obiekt „nowej szkoły” był (i nadal jest) ogrzewany przez kotłownię, do której osobne wejście znajdowało się na zachodniej ścianie budynku. W naszej „zerówce”, każdy miał przypisaną swoją szafkę, która była oznaczona zwierzątkiem czy inną naklejką. Trzymaliśmy tam książki, piórniki, czy artykuły do prac plastycznych. Nad kredową tablicą znajdowały się osobne kartki z każdą literą alfabetu, a w tyle sali żywa gazetka zmieniająca się w zależności od pory roku. Aby ją udekorować przynosiliśmy dynie, jesienne liście. W klasie mieliśmy sporo zabawek, a największą popularnością cieszył się zestaw lekarski w świecącej czerwonej teczce z białym krzyżem. Często bawiliśmy się klockami. Pamiętam, jak pewnego razu budowaliśmy wieżę, która sięgała do lamp. Pomagała nam w tym jedna z Pań z obsługi — Krystyna Kaczmarek. Woźną w szkole była wtedy Urszula Jarosz, pracownikami gospodarczymi Mariusz Kaczmarek, a następnie Ryszard Balicki. Na stołówce z kolei pracowała Bożena Kerber. Pani Bożena przygotowywała dla całej szkoły bułki i herbatę, a dla zerówki kakao. Uczniowie najbardziej lubili dni w których bułki były przygotowywane z kremem czekoladowym, najmniej, gdy był „dzień paprykarza”. Wtedy też najwięcej pieczywa można było znaleźć w szkolnych karmnikach dla ptaków, których na terenie całej szkoły było kilka, a jeden z nich zrobił mój dziadek. Jako zerówka mieliśmy też miejsce na pojemnik na wspominane kakao. Najczęściej był to popularny wtedy „Puchatek”. Do zerówki poszedłem jeszcze raz, tym razem już prawidłowo ze swoim rocznikiem 1994. Wychowawczyni się nie zmieniła, a w klasie było nas dwanaścioro. Należy wspomnieć, że wówczas do naszej szkoły uczęszczali uczniowie z Cieszymowa, ale również z Linek. Z Cieszymowa byłem ja, dwójka moich sąsiadów: Klaudia i imiennik Bartek (wszyscy mieszkaliśmy na „terenie szkoły” - bo tak wtedy nazywano to mini osiedle), a także Ad- Bartosz Marguardt 97 rianna, Malwina, Sandra, Paulina, Patryk oraz Wojtek. Z Linek do Cieszymowa dojeżdżali Andrzej i Patryk. Nie kursowały wtedy autobusy szkolne, więc wszyscy uczniowie z Linek przychodzili na lekcje najczęściej pieszo, a wczesną jesienią i wiosną dojeżdżali rowerem. Oczywiście wcześniej musieli zdać egzamin na kartę rowerową, który w cieszymowskiej podstawówce organizowany był raz w roku. Swoją przygodę z zerówką zakończyliśmy 21 czerwca 2001 roku. Było nas mało, dlatego uroczystość zakończenia tej części naszej szkolnej drogi zorganizowano w szkolnej stołówce. Byli rodzice, był też poczęstunek. Pamiętam też, że dostaliśmy gadżety z Banku Spółdzielczego w Sztumie. Naklejkę banku nakleiłem sobie na hulajnogę. Tego dnia, aż do zmroku ścigaliśmy się na nich wraz z rówieśnikami mieszkającymi przy szkole. Przełom wieków i początek lat dwutysięcznych to dla wielu pamiętny czas festynów rodzinnych, organizowanych przez szkołę w Cieszymowie. Sklepik szkolny „Zarło-czek” tworzony specjalnie na czas tych wydarzeń, wata cukrowa, możliwość zakupienia balonów czy innych zabawek z obwoźnych sklepów. Największą popularnością cieszyła się jednak loteria fantowa. Fant kosztował dwa złote, a nagrody były różne. Poprzez krajalnice do chleba, kije do unihokeja i inne akcesoria sportowe, po loda śmietankowego, czy ołówek. Z reguły festynom towarzyszyły zawody sportowe tzn. rzut podkową, przerzucanie opony od ciągnika, podciąganie się na drążku, unihokej, mecze piłki nożnej. Zasze można było usmażyć sobie kiełbaskę na ognisku, czy zjeść wojskową grochówkę. Festyny w tamtym czasie cieszyły się ogromną popularnością nie tylko wśród mieszkańców Cieszymowa, ale też ościennych miejscowości. Pamiętam, że jednego roku za wjazd na „teren szkoły” pobierano opłatę, bo nie było gdzie już parkować samochodów, a dyrekcja wraz z samorządowcami zorganizowała przyczepę z rozkładaną, zadaszoną, żółtą sceną na której występowali miejscowi artyści, uczniowie i starsza młodzież. Koncert podczas festynu organizowanego przez SP Cieszymowo na pożegnanie lata, 13 września 2001 r., fot. kronika SP Cieszy mowo. 98 Szkoła Podstawowa w Cieszymowie we wspomnieniach EDUKACJA WCZESNOSZKOLNA Wraz z zakończeniem zerówki czekała nas przeprowadzka do innego budynku szkolnego, do budynku tzw. „starej szkoły”. Tam bowiem znajdowała się klasa z przeznaczeniem do nauczania wczesnoszkolnego, w której spędziliśmy kolejne 3 lata (2001-2004). W budynku „starej szkoły” znajdowała się też sala komputerowa, do której w kolejnych latach przeniesiono też zajęcia z języka angielskiego. Na piętrze były dwa prywatne mieszkania. Nasza sala lekcyjna była sporych rozmiarów, mieliśmy wydzieloną część do zabawy, gdzie najczęściej spędzaliśmy czas na budowaniu z klocków Lego, których było bardzo dużo. Na drzwiach wejściowych od strony wewnętrznej znajdowały się plansze podzielone na tyle części, ile było nas w klasie. Zbieraliśmy „słoneczka” i „mrówki”, gdzie te pierwsze były pozytywną oceną naszej pracy, a drugie negatywną. Przed wejściem do sali znajdował się kran z zimną wodą, który cieszył się popularnością w trakcie zajęć wychowania fizycznego, ale także po lekcjach, a w szczególności w wakacje, gdy uczniowie lub młodzież z Cieszymowa grała w piłkę nożna na „dużym boisku”. Naszą wychowawczynią była Joanna Zywicka, związana z cieszymowską podstawówką od 1987 do 2012 roku. Klasy I-III prowadziły wówczas również Teresa Ziemieniak, która pracowała w Cieszymowie w latach 1987-2012 i Katarzyna Kwella, która od 1982 do 2003 roku związana była z miejscową szkołą. W roku szkolnym 2001/2002 w życie wchodziła reformy systemu oświaty, której główną zmianą było zlikwidowanie dwustopniowego systemu szkolnictwa (8-letnia szkoła podstawowa, 4-letnie liceum) i wdrożenia struktury trzystopniowej (6-letnia szkoła podstawowa, 3-letnie gimnazjum, 3-letnie liceum). Niniejsze wiązało się z utworzeniem Gimnazjum w Mikołajkach Pomorskich do którego niebawem mieli przenieść się starsi uczniowie z Cieszymowa. Wraz z zakończeniem roku szkolnego 2001/2002 nastąpiły też zmiany na stanowisku dyrektora szkoły. Dotychczasowy dyrektor Wojciech Kujoth został dyrektorem Gimnazjum (począwszy od roku szkolnego 2002/2003), a nowym dyrektorem w Cieszymowie została Joanna Zywicka, która piastowała tą funkcję aż do czerwca 2012 roku, czyli do momentu zamknięcia szkoły w Cieszymowie. Obniżenie stopnia organizacyjnego szkół podstawowych do klas I-VI spowodowało, że miejscowa podstawówka miała wolne sale lekcyjne. Pozwoliło to na rozszerzenie oferty zajęć pozalekcyjnych o świetlicę terapeutyczną oraz siłownię, o czym pisał Dziennik Bałtycki: „po lekcjach do godziny 20 odbywają sif zajęcia z aerobiku, gimnastyki akrobatycznej, plastyczne i teatralne. Utworzyły się grupy breakdance i cheerleaderek. W sumie przewija się 70 uczestników, a nie wszyscy są uczniami. Dwa razy w tygodniu prowadzone są zajęcia dla dorosłych”. Zajęcia grup breakdance i cheerleaderek prowadził nauczyciel wychowania fizycznego Mariusz Wojtkowiak, pracujący w cieszymowskiej podstawówce od 1989 roku (do 2012 roku). Wspominane wcześniej festyny był doskonałą okazją do przedstawienia zdobytych przez młodzież w trakcie roku umiejętności. Gdy nastąpiła zmiana na stanowisku dyrektora szkoły byliśmy w drugiej klasie. W tym czasie czekało nas jedno ważne wydarzenie - komunia święta. Na lekcje religii przeważnie udawaliśmy się do budynku „pawilonu”. W Cieszymowie te zajęcia od 1990 do 2012 roku Bartosz Marguardt 99 Zakończenie roku szkolnego 22.06.2022 r. Główny holszkofy w budynku „pawilonu”. Ówczesny dyrektor szkoły Wojciech Kujoth oraz Joanna Żywicka, Jot. archiwum prywatne. Komunia Święta rocznika 199d, przed cieszymowską kaplice}, 18.05.2003 r. Fot. archiwum prywatne. 100 Szkoła Podstawowa w Cieszymowie we wspomnieniach prowadziła Justyna Marguardt (moja mama), która przygotowała również nas do komunii świętej. Przygotowywała zresztą też wszystkie pozostałe roczniki z cieszymowskiej podstawówki. Zajmowała się również całą oprawą tej uroczystości. Robi to do dziś, wspierając w organizacji każdego kolejnego proboszcza parafii, zarówno w kaplicy w Cieszymowie (do 2006 roku, w którym to ostatni raz w Cieszymowie odbyła się komunia święta), jak również od 2004 roku w kościele parafialnym p.w. św. Anny w Krasnej Łące. Nasza msza komunijna odbyła się 18 maja 2003 roku w kaplicy p.w. Matki Bożej Gromicznej w Cieszymowie, w 83. urodziny papieża Jana Pawła II. Mszy przewodniczył proboszcz parafii Krasna Łąka w latach 1992-2004, śp. ks. Henryk Piątkowski. Zmiany w szkolnictwie na terenie Gminy Mikołajki Pomorskie postępowały dalej. Wraz z końcem roku szkolnego 2002/2003 zlikwidowano Szkołę Podstawową w Krasnej Łące, a uczniowie z tej miejscowości, a także z Balewa oraz Balewka, od roku szkolnego 2003/2004, rozpoczęli naukę w Cieszymowie. Liczba uczniów w całej szkole niemal się podwoiła a do naszej klasy dołączyli: Agata, Michalina, Monika, Adrian, Michał, Paweł, Piotr i Przemek. Klasę trzecią w czerwcu 2004 roku kończyliśmy więc w dwudziestkę. Utworzenie Gimnazjum w Mikołajkach Pomorskich i likwidacja podstawówki w Krasnej Łące wiązały się też ze zmianami kadrowymi w szkole w Cieszymowie. Dotychczasowa polonistka Marzena Pallach-Zyra, po 12 latach pracy w Cieszymowie (1990-2002), przeniosła się do Gimnazjum w Mikołajkach Pomorskich. Zastąpiła ją Elżbieta Wysocka, wcześniej związana ze szkołą w Krasnej Łące. W 2003 roku do Mikołajek przeszłą także Katarzyna Kwella. Zerówkę przejęła Elżbieta Kustosz, a klasy I-III Gabriela Trojanowska z Krasnej Łąki. AUSTRALIJCZYCY W CIESZYMOWIE spotkanie Australijczyków z uczniami szkofy w Cieszymowie 15.06.2004 r., fot. kronika SP Cieszymowo. Bartosz Marguardt 101 U schyłku roku szkolnego 2003/2004, w czerwcu, przed samymi wakacjami na Powiśle i do Cieszymowa zawitali John i Anna Josefski - emerytowani nauczyciele z prowincji Queensland w Australii, którzy podróżowali po Europie Środkowo-Wschodnie. Goście z zagranicy tropili historię swojej rodziny, szukając w naszym kraju zapisów o rodzie Ści-słowskich. Państwo Josefski relacjonowali: „mój pradziad Michał Ścisłowski ożenił się tu w 1824 roku i zamieszkał w Sianowie. Syn przeniósł si^ do Tywąz, drugi do Cieszymowa, skąd loyemigrował w 1877 roku do Ausirałii. Bahcia przyszła na świat w Cieszymowie, dziadek w Jakubowie pod Prabutami. ” Za sprawą wieloletniego sekretarza Miasta i Gminy Dzierzgoń Mirosława Żywickiego, który przez wiele lat był również nauczycielem języka angielskiego w szkole w Cieszymowie, Państwo Josefski mieli okazję zawitać do Cieszymowa. Zwiedzili miejscowość, odwiedzili miejsca w których mieszkali, a także być może pochowani są ich przodkowie. Poznali dalszą historię wsi. Spotkali się z również z najstarszymi uczniami szkoły, którzy wręczyli gościom na pamiątkę album fotograficzny ze zdjęciami Cieszymowa z początku XX wieku oraz ze współczesnymi fotografami przygotowanymi na lekcjach plastyki. Goście z kolei dokonali pamiątkowego wpisu w kronice szkoły. DOBRE PRAKTYKI WPAJANE OD NAJMŁODSZYCH LAT Wraz z rozpoczęciem kolejnego roku szkolnego we wrześniu 2004 roku po raz ostatni wraz z klasą zmieniliśmy budynek, w którym uczęszczaliśmy na lekcje. Przenieśliśmy się do budynku „pawilonu”. Według stanu na 1 września 2004 roku znajdowały się tam trzy klasy lekcyjne, pokój nauczycielski, szatnia męska oraz damska, kantorek na sprzęt sportowy, toaleta oraz świetlica z gazetkami przedstawiającymi historię Cieszymowa przygotowaną przez uczniów szkoły pod opieką Justyny Marguardt, nauczycielkę nie tylko religii, ale też historii. Większość pomieszczeń łączył sporych rozmiarów hol, który spełniał również funkcję sali gimnastycznej, której z cieszymowska podstawówka nigdy się nie doczekała. Wychowawczynią naszej klasy została Urszula Kujoth, ucząca w Cieszymowie w latach 1980-2012. Oprócz wychowawstwa, uczyła też roczniki przyrody i matematyki. Justyna Marguardt oprócz wspominanej wcześniej religii i historii uczyła też plastyki, muzyki i techniki. Wychowanie fizyczne dla klas czwartych prowadziła Teresa Ziemieniak, a dla klas piątych i szóstych Mariusz Wojtkowiak, który był również informatykiem. Język polski dla wszystkich klas prowadziła Elżbieta Wysocka, która uczyła także języka angielskiego. Pan Mirosław Żywicki język angielski wykładał dla klas piątych i szóstych. Te lekcje zaczynały się tuż po godzinie 7:00. W tamtym czasie mieliśmy też okazję uczęszczać na dodatkowe zajęcia z angielskiego, prowadzone właśnie przez Pana Mirka. To subiektywna opinia, ale szkoła w Cieszymowie miała swój wyjątkowy urok. Była mała i wszyscy się znali. Pozytywnie wpływała na życie kulturalno-społeczne wsi. Co roku, a czasem nawet i dwa razy w roku (w kwietniu i we wrześniu) cieszymowska podstawówka organizowała akcję „sprzątania świata”. Była to szkolna tradycja co najmniej od 1996 roku (wtedy rozpoczęto spisywać kronikę szkoły i wówczas pojawił się pierwszy wpis o tej akcji). W kolejnych latach uczniowie w kronice pisali tak: „20 września [2003 roku, przyp. B.M] 102 Szkoła Podstawowa w Cieszymowie we wspomnieniach Uczniowie z Cieszymowa/>o akcji „sprzątania s'wiata”, 20.09.2003 r. Fot. kronika SF Cieszymowo. Mecz unihokeja dzieci os. rodzice w trakcie CIE-KA-BA JM 02.06.2008 r. W tle boiska określone na zdjęciu 2 jako BI, fot. kronika SP Cieszymowo. Bartosz Marguardt 103 Pokazy gimnastyczne na przełomie XX i XXI wieku w holu szkofy, fot. kronika SP Cieszymowo. jak eo roku poszliśmy „sprztftać świat”. Tak naprawdę, sprzt}taliśmy tylko Cieszymowo, ale za to bardzo dokładnie, czego dowodem jest pokaźna góra usypana z worków pełnych śmieci”. Tradycja festynów również była kontynuowana. Jednak od 2005 roku festyny odbywały się pod szyldem CIE-KA-BA, który pochodził od nazw miejscowości z których pochodzili uczniowie uczący się w szkole, kolejno: Cieszymowo, Krasna Łąka, Balewo. Do 2012 roku odbyło się osiem edycji tego wydarzenia. Pomimo faktu, że szkoła nie posiadała hali sportowej, a zajęcia wychowania fizycznego odbywały się jesienno-zimową porą w holu szkoły, nie przeszkodziło to kilku pokoleniom uczniów osiągać sukcesy na arenach sportowych. Cieszymowiacy byli najlepsi w okolicy w gimnastyce akrobatycznej i unihokeju. Cieszymowo w szczególności pod koniec lat 90. XX wieku i w pierwszych latach XXI wieku było centrum pokazów gimnastycznych w gminie i powiecie. Lokalne media nazywały uczniów „akrobatami z podstawówki”. Z kolei w unihokeju cieszymowiacy wygrywali rokrocznie zawody gminne, powiatowe, awansując nawet do finałów wojewódzkich. W 2001 roku Szkoła Podstawowa w Cieszymowie została nawet wicemistrzem województwa pomorskiego w unihokeju. Uczniowie szkoły bardzo licznie uczęszczali na SKS-y, który odbywał się we wtorek zaraz po szóstej lekcji. Podczas ferii zimowych, gdy w szkole prowadzone były „zimowiska” również najczęściej graliśmy w unihokeja. Tradycją w cieszymowskiej podstawówce było też to, że najstarsza klasa w szkole prowadziła sklepik szkolny. Po pierwsze mogliśmy nauczyć się gospodarności, a po drugie zarobić na wycieczkę klasową na zakończenie podstawówki. Zgodnie z kolejną tradycją klasy 104 Szkoła Podstawowa w Cieszymowie we wspomnieniach piąte przygotowywały inscenizacje na pożegnanie o rok starszych kolegów, Z kolei nasza klasa jako najstarsza w szkole przygotowała przedstawienie na pożegnanie z nauczycielami, obsługą i młodszymi kolegami i koleżankami. Nie zabrakło słynnego „Szczęśliwej drogi już czas” zespołu VOX. Wówczas ostatni raz postawiliśmy nogę na terenie szkoły jako jej uczniowie. Byliśmy już wtedy absolwentami Szkoły Podstawowej w Cieszymowie. SZKOŁA W CIESZYMOWIE OCZAMI ABSOLWENTA Po 2007 roku grono pedagogiczne, aż do zamknięcia szkoły w 2012 roku praktycznie się nie zmieniło. Szkoła się rozwijała - stworzono nowy plac zabaw z nawierzchnią tartanową na małym boisku do piłki nożnej. Przeprowadzono termo modernizację budynku „nowej szkoły” i „pawilonu”, które zyskały nowy blask. Podłączono wszystkie obiekty szkolne do jednej kotłowni znajdującej się w „nowej szkole”. Cały czas dbano o obejście, malując nawet jak za PRL-u krawężniki na biało. Żywopłot wzdłuż wewnętrznej drogi szkolnej też był przycięty od linijki. Obsługa cały czas dbała o czystość i schludność sal lekcyjnych. Organizowano kolejne edycje CIE-KA-BA. Każdy wykonywał swoją pracę najlepiej jak potrafił. W kwietniu 2008 roku uczniów i nauczycieli w Cieszymowie odwiedził bp. Józef Wysoki, który pobłogosławił wszystkich uczestników spotkania. Jako absolwenci cieszymowskiej podstawówki mogliśmy uczęszczać na popołudniowe „SKS-y” dla młodzieży. Jesienią i zimą graliśmy na nich w unihokeja, a wiosną w piłkę nożną na „dużym boisku”. Zajęcia te prowadził Pan Mariusz Wojtkowiak, a uczestniczyli w nich gimnazjaliści, licealiści, a nawet studenci. Wizyta bf>. Józefo Wysockiego w SP Cieszymowo. Kwiecień 2008 r.,fot. kronika SP Cieszymowo. Bartosz Marguardt 105 Koncert grupy rockowy „Bez Znaczenia” na festynie CIE-KA-BA VI, 28.05.2010 r. Oeź leioty: Mateusz, Paweł, Konrad oraz Bartek. Fot. archiwum prywatne. Absolwenci Szkoły Podstawowej w Cieszymowie byli mile widziani w gmachu szkoły. Na VI edycji CIE-KA-BA, która odbyła się 28 maja 2010 roku wraz z kolegami: starszym Pawłem Wysockim (gitara i wokal) i młodszym Konradem Żyrą (perkusja) zagraliśmy koncert. Ja przyjąłem funkcję gitarzysty solowego i wokalu wspierającego. Tego dnia technicznie wspierał nas nasz kolega z podwórka Mateusz Kwella, który gościnnie użyczył swojego wokalu w jednym z utworów, a także wspierał nas w pisaniu tekstów. Nazywaliśmy się „Bez Znaczenia” i był to nasz pierwszy (i ostatni) występ przed publicznością. Byliśmy pierwszym rockowym zespołem z Cieszymowa od lat 80. XX wieku. Zagraliśmy 6 autorskich kawałków: „Innośe", „Bunt”, „Potęga Wiary”, „Krótka Droga ut DóP, „Leonidas” oraz „Baleioo”. Ta ostatnia to piosenka inspirowana objawieniem Matki Boskiej na jednym z drzew w lesie Balewskim, co miało miejsce w maju 2009 roku i było fenomenem nie tylko w lokalnych mediach. Organy Kościoła nigdy nie potwierdziły objawienia, jednak miejsce to cieszyło się dużą popularnością wśród wiernych przez kilka miesięcy. DECYZJA O ZAMKNIĘCIU SZKOŁY W CIESZYMOWIE Niż demograficzny sprawiał, że uczniów w Cieszymowie było coraz mniej. Aby obniżyć koszty funkcjonowania szkoły, samorządowcy zdecydowali o wyłączeniu z użytkowania budynku „starej szkoły” i zamianie sal lekcyjnych na mieszkania. Spowodowało to, że klasa 106 Szkoła Podstawowa w Cieszymowie we wspomnieniach do nauczania wczesnoszkolnego została przeniesiona do budynku „nowej szkoły”, w miejsce biblioteki, a bibliotekę przeprowadzono do budynku „pawilonu”, w miejsce dawnego kantorka na sprzęt sportowy. W takiej formie szkoła funkcjonowała przez 2-3 lata, aż do momentu w którym podjęto decyzję o jej definitywnym zamknięciu. Uczniowie ostatni raz postawili nogę w gmachu szkoły w Cieszymowie 22 czerwca 2012 roku. Zamknięcie każdej szkoły jest decyzją trudną, jednak w przypadku Cieszymowa nie pojawiły się większe protesty przeciwko likwidacji ze strony mieszkańców. Wszyscy uczniowie (także z Balewa i Krasnej Łąki) podjęli naukę w szkole w Mikołajkach Pomorskich. Nie trzeba było organizować nowego dowozu z Cieszymowa do siedziby gminy, bowiem już wcześniej tutejsi gimnazjaliści dojeżdżali do Gimnazjum. Wymagane było jednak przeorganizowanie dowozów, m.in. zwiększenie pojemności autobusów. Co ważne, wszyscy pracownicy likwidowanej szkoły mieli zapewnione zatrudnienie w szkole w Mikołajkach Pomorskich. Dwie osoby z obsługi cieszymowskie podstawówki przeszły na wcześniejsze emerytury. W latach 2012-2013 budynek „nowej szkoły” zaadaptowano na mieszkania socjalne, a budynek „pawilonu” na mieszkania socjalne i świetlicę wiejską w której w 2021 roku otwarto również Izbę Pamięci w Cieszymowie. 100 lecie Związku Polaków w Niemczech Józef Borzyszkowski Związek Polaków w Niemczech: między Waplewem a Zakrzewem i Berlinem^ Jubileuszowa okazja - 100-lecie Związku Polaków w Niemczech - dla każdego z nas jest wezwaniem do przypomnienia najważniejszych faktów - ludzi i ich dokonań oraz doświadczeń w przestrzeni zaznaczonej Wisłą, Odrą i Łabą w minionych dziesięcioleciach, a w szczególności tych z pierwszego ćwierćwiecza jego istnienia. To okazja do poznania ich osobistych wspomnień i refleksji, w których pierwszoplanowe role pełnią czołowi i lokalni twórcy i działacze Związku oraz jego wychowankowie - można rzec także nasi nauczyciele i przyjaciele. Na samym początku muszę podkreślić brak w tytule mego wystąpienia jednego z najważniejszych związkowych ogniw - ponadlokalnych ośrodków, jakim było i jest robotnicze Bochum. Nazwa każdej z tytułowych miejscowości sygnalizuje niemożliwe do przywołania Tekst wygłoszony na konferencji z okazji 100.;ecoa Związku Polaków w Niemczech w Waplewie Wielkim, w powiecie sztumskim 108 Związek Polaków w Niemczech: między Waplewem a Zakrzewem i Berlinem W pełni bogactwo związanych z nią wydarzeń i postaci. Niemniej o niektórych z liderów tegoż Związku we wszystkich zakątkach jego działalności nijak zapominać nam nie wypada. Inaugurując w Waplewie nasze międzywojewódzkie, ponadregionalne obchody, w pierwszym rzędzie składamy hołd pamięci Heleny i Stanisława Sierakowskich - patronujących Muzeum Tradycji Szlacheckiej w ich domu — Oddziałowi Muzeum Narodowego w Gdańsku, które nas gości, a kiedyś noszącego piękną nazwę Muzeum Pomorskie w Gdańsku... Stanisław Sierakowski (1881-1939) to najwyższy autorytet dla twórców Związku Polaków w Prusach Wschodnich. Związek ten powstał w 1920 r. po przegranym plebiscycie. Stanisław Sierakowski to także współtwórca i pierwszy prezes Związku Polaków w Niemczech spod znaku Rodła - zbiorowego bohatera naszego zgromadzenia, tak dobitnie wpisanego w dzieje Powiśla, Warmii i Mazur oraz innych ziem zjednoczonej Europy nad Wisłą, Odrą, Łabą i Renem - o Berlinie nie zapominając. Na wstępie z należną wdzięcznością przywołać trzeba dzieła historiografii polskiej ułatwiające każdemu z nas bliższe poznanie i promocję dziejów oraz bohaterskich działaczy Związku Polaków w Niemczech. - Zaczynając od Waplewa - wciąż najważniejsza jest książka Andrzeja Bukowskiego „Waplewo. Zapomniana placówka kultury polskiej na Pomorzu Nadwiślańskim”, wydana przez Ossolineum w 1989 roku. Dwa lata wcześniej ukazała się w Warszawie w Wydawnictwie Polonia zbiorowa monografia pt. „Związek Polaków w Niemczech w latach 1922-1982”, której powstanie i wydanie zawdzięczamy ówcześnie działającym liderom Związku z centralą w Bochum^. O ile cały Związek nie doczekał się w III RP kolejnej monografii, to samo Waplewo, a właściwie ród Sierakowskich — jego przedstawiciele, ich dokonania i zbiory, były przedmiotem niejednego spotkania i konferencji. Owocem pokonferencyjnym jest książka „Ród Sierakowskich na ziemi malborskiej” wydana w Bibliotece Malborskiej pod red. Janusza Hochleitnera i Piotra Szwedowskiego w Malborku w roku 2013. Zawiera ona m.in. artykuły: Macieja Kraińskiego „Panowie na Waplewie. Rodzina Hrabiów Sierakowskich z Ziemi Malborskiej” i Jana Chłosty „Nad biografią Stanisława Sierakowskiego. Pierwszy między Polakami w Niemczech”. Już na wstępie swego szkicu J. Chłosta, bolejący nad brakiem biografii bohatera, napisał o nim, iż „był wzorem nieograniczonego poświęcenia sprawom rodaków w Niemczech. Zadziwiał Polaków odwagą i w sprawach zasadniczych bezkompro-misowością. Przewyższał kulturą, wykształceniem, sposobem bycia. Miał poczucie własnej wartości”^. Dalej czytamy: „Bardzo wstrzemięźliwy w ocenie swoich współpracowników Jan Baczewski napisał o nim, że . Dodał, że z powodu jego demokratycznych poglądów nazywano go ”'‘. Na przypomnienie i promocję w mediach oraz wykorzystanie w edukacji szkolnej zasługują tak liczne wspomnienia działaczy Związku Polaków w Niemczech, jak i nader rzadkie ^ Autorami dzieła są Anna Poniatowska, Stefan Liman i Iwona Krężąłek, a redaktorem naukowym monografii Jerzy Marczewski. Op. cit., s. 179. * Tamże oraz J. Baczewski, Wspomnienia Warmiaka, Warszawa 1961, s. 138. Józef Borzyszkowski 109 poświęcone im biografie naukowe czy popularno-naukowe. W przypadku tych drugich na pierwszym miejscu trzeba przywołać pomnikową książkę Edmunda Jana Osmańczyka pt. „Niezłomny proboszcz z Zakrzewa. Rzecz o księdzu patronie Bolesławie Domańskim”, zawierającą „Dokumentację Archiwum Rodła Heleny Lehr” oraz „Posłowie Józefa Borzysz-kowskiego”, która ukazała się w Wydawnictwie Czytelnik, Warszawa 19895. Biografia ta, po części pretekstowa, bo ukazująca życie bohatera nie tylko w kontekście dziejów polsko-niemieckich i Związku Polaków w Niemczech, którego wychowankami i w młodości działaczami byli Osmańczyk i Lehr, sygnalizuje i upamiętnia obraz dziejów Związku i jego członków w trzech niejako epokach naszej historii najnowszej — II RP, II Wojny i PRL. - Mimo uwarunkowań jej powstania z minionej epoki do dziś nie straciła swej źródłowej i naukowej wartości, będąc po części zapisem wspomnień wyjątkowego autora*^. Stąd studiując dziś dzieje ZPwN warto sięgnąć m.in. do poświęconej mu księgi pt. „Edmund Jan Osmańczyk. Dziennikarz - publicysta - parlamentarzysta we wspomnieniach bliskich i przyjaciół”, pod red. Marka Masnyka i Stanisława S. Nicieji, Opole 2004. Osobny fragment historiografii polskiej, obejmującej również problematykę ZPwN, a ściślej światy, w których on działał, stanowią m.in. monografie poświęcone dziejom Polonii w Nadrenii-Westfalii i Berlinie^. Niemniej cenne są opracowania i wspomnienia, jakie w licznym wydaniu ukazały się na Warmii, Śląsku, Powiślu - Ziemi Malborskiej i Krajnie®. Na szczególną uwagę zasługują regionalne słowniki biograficzne^. Jednym z najważniejszych źródeł dla autorów biogramów są właśnie wspomnienia ich bohaterów. Jednym z pilniejszych dziś zadań dla historyków i ich towarzyszy pozostaje opracowanie bibliografii dot. dziejów Związku Polaków w Niemczech i jego działaczy w poszczególnych dzielnicach oraz w społecznościach lokalnych. Do podjęcia tego zadania, jak i nowej monografii Związku, szczególnie predestynowane są trzy państwowe instytuty: Instytut Zachodni w Poznaniu, Instytut Śląski w Opolu i Instytut Północny w Olsztynie. Myśląc o warunkach narodzin Związku Polaków w Niemczech i jego poprzednika Związku Polaków w Prusach Wschodnich, trzeba pamiętać o zaangażowaniu ich twór- ’ Nie wolno pomijać innych publikacji J. E. Osmańczyka dot. Związku Polaków w Niemczech, w tym napisanej wspólnie z H. Lehr „Polacy spod znaku Rodła”, Warszawa 1972. Jego własne opracowania dot. tej problematyki to: Matka Boska Radosna, Paryż 1988; Wisła i Kraków to Rodło, Warszawa 1985; W państwie Hindenburga i Hitlera. Niezwykła historia Kongresu Polaków w Niemczech 6 III 1938 w Berlinie, „Chrześcijanin w Świecie”, 1987, nr 7; Odbitka..., Princeton 1988. * Publikację dzieła J. E. Osmańczyka poprzedziły m.in. popularno-naukowe biografie ks. B. Domańskiego: Zachariasz Krause, Ksiądz Patron Domański, Gorzów Wlkp. 1948 i Józef Borzyszkowski, „Lud polski się nie da...”. Ks. Bolesław Domański (1872-1939), Gdańsk 1989. (Tu na s. 56-58 „Najważniejsza literatura”). To drugie opracowanie zawiera też publikacja pt. „Ksiądz Patron Bolesław Domański (1872-1939) a tradycje Związku Polaków w Niemczech na Krajnie”, pod red. Jowity Kęcińskiej, Gdańsk-Wielki Buczek 2004. (Tu Posłowie II oraz tekst „Oto Matka Radosna”, autorstwa Jowity Kęcińskiej oraz Zbigniewa Zielonki „Co zostało z tradycji złotowskich w konkretnym działaniu dnia dzisiejszego”). Np. K. Murzynowska, Polskie wychodźstwo zarobkowe w Zagłębiu Ruhry w latach 1880-1914, Wrocław 1972; A. Poniatowska, Harcerstwo polskie w Berlinie w latach 1913-1939, w: Wychodźstwo a kraj. Warszawa 1982; W. Wrzesiński, Polski ruch narodowy w Niemczech 1922-1939, Poznań 1970. ’ Np. W. Wrzesiński, Ruch polski w Warmii, Mazurach i Powiślu w latach 1920-1930, Poznań 1963; M. Tobiasz, Poseł Wajda i jego czasy, Katowice 1937; R. Hajduk, Arka Bożek, Katowice 1963 i 1973; J. Kłoskowski, Krajna Zachodnia pod sztandarami „Rodła”, Bydgoszcz 1987; Buczkowskie Konferencje Naukowe (1998-2004), red. Jowita Kęcińska-Kaczma-rek, Gdańsk-Wielki Buczek 2009. ’ Np. Tadeusz Oracki, Słownik biograficzny Warmii, Mazur i Powiśla. Od połowy XV wieku do 1945 roku. Warszawa 1989; Jan Oleksiński, I nie ustali w walce. Warszawa 1980; Tadeusz Filipkowski, W obronie polskiego trwania. Nauczyciele polscy na Warmii, Mazurach i Powiślu w latach międzywojennych, Olsztyn 1989. 110 Związek Polaków w Niemczech: między Waplewem a Zakrzewem i Berlinem ców w walkę w latach 1918-1920 o przyłączenie Pomorza wraz z Powiślem i Prusami Wschodnimi do odrodzonej Rzeczypospolitej. Prowadzona pod kierownictwem Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu z Podkomisariatem w Gdańsku, objęła również akcję plebiscytową na Powiślu, Warmii i Mazurach. Pamiętajmy, że w Polskim Sejmie Dzielnicowym w Poznaniu w grudniu 1918 r. wzięło udział 1399 delegatów - w tym 526 z Poznańskiego, 262 z Prus Królewskich, 47 z Prus Książęcych i 431 ze Szląska. Ponadto 133 reprezentowało „Obczyznę”, w tym 44 Westfalię i Nadrenię oraz 70 powiat berliński'®. W tej reprezentacji można dostrzec przyszłe struktury i grono działaczy ZPwN. Z kolei w publikacji pt. „Z końcem niewoli” - Jednodniówce z 1920 r., wydanej w Bydgoszczy przez Pomorskie Koło Panien, z której dochód przeznaczony był na cele plebiscytowe i dla żołnierzy pomorskich, znalazł się m.in. krótki fragment zatytułowany „Aforyzmy”, a pierwszy z nich - zaczerpnięty z wypowiedzi dra Józefa Wybickiego z Gdańska, głosi: „Od ukształtowania duszy i serca dziecka zależy przyszłość narodu”. Z kolei sama H. Sierakowska przypomina dalej, że „Wieczna równowaga — to martwota. Człowiek nie dający się niczem wyprowadzić z równowagi - to kamień, - to człowiek nie „gniewający” się nigdy, podczas gdy Pismo św. tłumaczy: „Gniewajcie się, a nie grzeszcie”. - Oburzenie zaś - to święta iskra, która się w nas zapala; kto ją gasi zbyt prędko rozsądkiem, owem beznadziejnym „nie warto” — ten tłumi w sobie płomień, który zdolny jest potokiem wymowy przejąć Zob. Dziennik Polskiego Sejmu Dzielnicowego w Poznaniu, wyd. II Poznań 2018, s. 106 in. - „Spis delegatów wszystkich dzielnic zaboru pruskiego wybranych na Polski Sejm Dzielnicowy w Poznaniu”, a także J. Borzyszkowski, Historia Kaszubów w dziejach Pomorza, t. III, cz. 2 W Cesarstwie Niemieckim - oraz za Wielką Wodą i na emigracji (1870-1920), Gdańsk 2019, s. 499-509. Jan Kleindszmit, przewodniczący Se/miku Województwa Pomorskiego, Izabela Śierakowska-Tomaszewska, Mieczysław Struk Marszałet Województwa Pomorskiego, fot. archiwum Józef Borzyszkowski 111 cudzą inteligencję, cudzą wolę, popchnąć ją lub zatrzymać. Człowiek w świętym oburzeniu nie przemawia zwykle w swoim interesie, ale przejęty jest sprawą!”'*. Autorka sama należała do tych, którzy przed, w trakcie i po plebiscycie przejęci byli sprawą polską, kształceniem osobowości dzieci i młodzieży, nie tylko na Ziemi Malborskiej czy w Prusach Wschodnich. W cytowanych refleksjach znajdujemy idee, które stanowiły swoiste wyznanie wiary twórców Związku Polaków w Prusach Wschodnich, powołanego w Olsztynie na zjeździe przedstawicieli - organizacji polskich 30 listopada 1920 r., wśród których była Helena Sierakowska, szczególnie zaangażowana w akcję wychowania młodzieży, a prezesem Związku wybrano ks. Wacława Osińskiego, walczącego m.in. o język polski w Kościele. Jako podstawowy cel Związku sformułowano obronę „interesów polskiej mniejszości narodowej we wszystkich dziedzinach życia publicznego”, także w zakresie „podniesienia dobrobytu polskiego ludu mieszkającego w państwie pruskim”'^. Jego liderzy rychło uświadomili sobie i innym potrzebę zjednoczenia wszystkich organizacji polskich w Niemczech. W połowie 1921 roku Związek Polaków w Prusach Wschodnich zwrócił się do berlińskiego Komitetu Narodowego na Obczyźnie z propozycją zwołania ich reprezentantów na wspólne posiedzenie. Na konferencji w-Berlinie, 5 czerwca 1921 r., Polaków z Prus Wschodnich reprezentowali Jan Baczewski i Stanisław Sierakowski, który przewodniczył obradom. Upoważniono go tam do rozmów z innymi organizacjami. Na zjeździe założycielskim ZPwN 27 sierpnia 1922 r. Stanisława Sierakowskiego wybrano prezesem, a doświadczenia olsztyńskie i Komitetu Narodowego w Bochum zadecydowały o statutowych celach organizacji jako zrzeszenia wszystkich Polaków w Rzeszy Niemieckiej, obrońcy ich wszelkich interesów jako mniejszości narodowej. Sierakowski, zostając wkrótce posłem do sejmu pruskiego podjął wraz z Janem Baczewskim, rozmowy z przedstawicielami Duńczyków i Serbołużyczan, goszcząc ich w Waplewie, które doprowadziły do zwołania 26 I 1924 r. zjazdu w Berlinie, obejmującego także reprezentantów Fryzów, na którym powołano Związek Mniejszości Narodowych w Niemczech. Na zjeździe tym Sierakowskiego obrano prezesem nowej organizacji, do której w 1927 r. dołączyli Litwini. Od 1925 r. Związek ten wydawał swój miesięcznik „Kulturwille”, przemianowany na „Kulturwehr”''. Podtytuł tegoż kwartalnika — „Zeitschrift fur Minderheiten — Kultur und —Politik”. - Jego redaktorem został Serbołużyczanin Jan Skala, a St. Sierakowski figurował jako wydawca. Miesięcznik ten jednocześnie prezentował zasadnicze idei Związku Polaków w Niemczech. Sierakowski od 1924 r. reprezentował mniejszość polską w Lidze Narodów, uczestniczył także w 1925 r. w Kongresie Mniejszości Narodowych w Europie, odbytym w Genewie, narażając się tam swymi wystąpieniami Niemcom. Spowodowało to wzrost skierowanych przeciw niemu represji gospodarczych i politycznych, w tym nakaz opuszczenia Rzeszy i utratę znacznej części waplewskiego majątku. W 1926 r. Sierakowski zrzekł się funkcji prezesa ZPwN. Jednakże Rada Naczelna nie zaakceptowała jego decyzji i w roku następnym postanowiła nie wybierać nowego prezesa, powierzając jego obowiązki v-prezesowi ks. Bolesławowi Domańskiemu z Zakrzewa. W 1931 r. obrano Sierakowskiego prezesem " Op. cit., s. 69-70. '^ Zob. Ustawy Związku Polaków w Prusach Wschodnich w Niemczech, w: 80 rocznica Związku Polaków w Niemczech, Sztum-Kwidzyn 2002, s. 98-105. '^ J. Chłosta, Nad biografią..., s. 186-189;}. E. Omańczyk, Niezłomny proboszcz..., s. 92-95. 112 Związek Polaków w Niemczech: między Waplewem a Zakrzewem i Berlinem honorowym, a X. B. Domański został prezesem Związku, pełniąc tę funkcję do swojej śmierci w 1939 roku''*. W okresie prezesury St. Sierakowskiego ukształtowała się w pełni struktura organizacyjna Związku, mającego swoją siedzibę główną w Berlinie. Początkowo wydzielono w nim cztery, a po roku pięć dzielnic, a w ich ramach oddziały miejscowe. Dzielnicę I. — z siedzibą centrali w Bytomiu, potem w Opolu — stanowił Śląsk z autonomicznym oddziałem we Wrocławiu; II. stanowił Berlin i ziemie połabskie z siedzibą w stolicy Niemiec i autonomicznymi oddziałami w Lipsku i Szczecinie; III. Westfalia i Nadrenia z siedzibą w Bochum i autonomicznymi oddziałami w Palatynacie Reńskim oraz w Bremie i Hamburgu; IV Prusy Wschodnie (obejmującą Warmię, Powiśle i Mazury z siedzibą w Olsztynie i autonomicznymi oddziałami w Sztumie i Szczytnie) oraz wyodrębnioną z II. - Dzielnicą V. Pogranicze i Kaszuby, obejmującą także Babimojszczyznę i Pilskie z siedzibą w Złotowie wraz autonomicznym okręgiem kaszubskim z centrum w Bytowie. Prezesem Dzielnicy IV. został ks. Wacław Osiński'L Twórcą i prezesem V. był ks. B. Domański. St. Sierakowski i B. Domański to czołowe postacie ZP w Niemczech, przy czym Domański pozostał do dziś w pamięci potomnych jako Patron Polaków w III Rzeszy Niemieckiej, w której stolicą Polactwa stało się najbliższe mu Zakrzewo, jakie zyskało miano „małej Warszawy”. W skali całego Związku, działającego w duchu „Różnolici w myśleniu. Zjednoczeni w działaniu”, obok Sierakowskiego najbliższymi współpracownikami Domańskiego zostali Jan Kaczmarek, Arka Bożek oraz Jan Skala i Jan Baczewski'^. Na codzienność funkcjonowania ZP w Niemczech, obok wewnętrznej sytuacji tegoż państwa, decydujący wpływ miały niełatwe i zmienne relacje polsko-niemieckie, w tym polityka polska wobec mniejszości niemieckiej. Podwaliny gospodarcze Związku to zakorzenione w tradycjach pracy organicznej, mające swoje początki w okresie zaboru pruskiego, instytucje zjednoczone w Związku Spółek Zarobkowych i Gospodarczych w Poznaniu, współpracujące z tą centralą także po 1920 r., a od 1927 r. w ramach Związku Spółdzielni Śląskich w Opolu, przekształconego w Związek Spółdzielni Polskich w Niemczech z siedzibą w Opolu, którym od 1929 r. patronował ks. B. Domański; stąd nazwano go Ks. Patro-nem'7. Pierwszy sejmik Związku Spółdzielni Polskich w Niemczech w 1932 r. postanowił powołać własny bank centralny, wzorowany na Banku ZSZiG w Poznaniu, pod nazwą Bank Słowiański z siedzibą w Berlinie, co stało się 8.II.1933 roku. Prezesem jego RN został ks. Patron B. Domański, doświadczony m.in. jako prezes Banku Ludowego w Złotowie, którego kierownikiem był Jan Kocik. Do czasu stabilizacji materialnej sytuacji Związku w kosztach jego utrzymaniu miał ogromny udział Stanisław Sierakowski. Od początku do najważniejszych zadań Związku Polaków w Niemczech należała troska i walka o szkolnictwo polskie. Jeszcze przed założeniem Związku powstało wiosną 1922 r. Pol- '* Zob. też W. Wrzesiński, Polski ruch narodowy..., s. 78-81; J. Borzyszkowski, W Republice Weimarskiej i III Rzeszy Hitlera. Pod znakiem Rodła, w: J. Borzyszkowski, M. Stażewski, Sztum 1806-194 5, pod red. J. Ryszkowskiego, Sztum 2014, s. 236-238. ” 2k>b. B. Łukaszewicz, W. Wrzesiński, IV Dzielnica Związku Polaków w Niemczech 1922-1939, Olsztyn 1982; J. E. Osmańczyk, Niezłomny proboszcz..., s. 90-91. J. E. Osmańczyk, op. cit., s. 100-101. Tamże, s. 118-125. Józef Borzyszkowski 113 sko-Katolickie Towarzystwo Szkolne na Śląsku. Za sprawą ks. Domańskiego rychło powołano ogólnokraj'owy Związek Polskich Towarzystw Szkolnych z siedzibą w Berlinie pod prezesurą Jana Baczewskiego, którego ostatnim kierownikiem do wybuchu wojny był ks. Józef Styp--Rekowski. Długa była i niełatwa walka o polskie szkoły w Niemczech, zwieńczona wydaniem 31.XII.1928 r. przez pruską Radę Ministrów „Ordynacji szkolnej dla mniejszości polskiej w Niemczech”’^. Od następnego roku zaczęły funkcjonować polskie szkoły prywatne, stanowiące główny przedmiot troski regionalnych - powiatowych Towarzystw Szkolnych i całego Związku, rozwijające się w latach kryzysu gospodarczego i narastającego ucisku germaniza-cyjnego organów państwa zdominowanego przez NSDAP - już wkrótce hitlerowskiej Rzeszy. Rolę szkół i nauczycieli polskich w dziejach Związku i społeczności polskiej w Niemczech trudno przecenić’^. Były one podstawowymi ogniwami łańcucha instytucji zaangażowanych w obronie polskiego trwania, jak i kształcenia kolejnych pokoleń i własnych szeregów inteligencji. Stąd w Bytomiu i Kwidzynie otwarto w latach 1932-37 gimnazja dla chłopców i jedno w Raciborzu dla dziewcząt^®. W kształceniu i wychowaniu szkolnym, podobnie jak w całym Związku, ducha polskiego trwania i wytrwania budziła i wzmacniała na co dzień pieśń. Przykładem powstała w 1937 r. „Pieśń Kwidzyniaków”, której słowa ułożył dyr. tamtejszego gimnazjum Władysław Gębik, a melodię skomponował nauczyciel Leon Kauczor. Oto jej początek: „Przeminęły już wieki, a myśmy ostali. Burzom dziejów nie dali się zgnieść. Sztandar walki, co w ręce Ojcowie nam dali. To nasz honor i wiara, to cześć Bo takie jest nasze hasło: Wierzyć w czyn, a nigdy w słowo. Choćby nam i słońce zgasło. Zapalimy je na nowo. (...)”2’. W popularyzacji polskiej pieśni, obok szkół ludowych i wspomnianych gimnazjów, zasłużyły się m.in. lokalne towarzystwa śpiewu i promująca ich działalność, podobnie jak wszelkich ogniw i działań Związku, polska prasa. To obok szczególne zasłużonej „Gazety Olsztyńskiej” i innych pism lokalnych, wychodzący od 1925 r. organ Związku miesięcznik pt. „Polak w Niemczech” oraz jego dodatki „Mały Polak w Niemczech” i „Młody Polak w Niemczech”, redagowane przez młodych dziennikarzy, wychowanków Związku. Wśród nich byli Jan Łangowski rodem z Zakrzewa oraz Helena Lehr i Jan Edmund Osmańczyk z Centrali Prasowej Związku w Berlinie^^. ” Tekst tegoż dokumentu zob. J. E. Osmańczyk, op. cit., s. 149-163. ” Zob. np. T. Filipkowski, W obronie polskiego trwania..., Olsztyn 1989. “ J. E. Osmańczyk, op. cit., s. 144-167. ^' Zob. J. E. Osmańczyk, op. cit., s. 213-225. Pieśń - s. 224. Związek Polaków w Niemczech w latach 1922-1982, s. 75-86. 114 Związek Polaków w Niemczech: między Waplewem a Zakrzewem i Berlinem Trudno niektórym dziś uwierzyć, iż polem walki Związku o trwanie i przetrwanie polskości była rzeczywistość Kościoła katolickiego w Niemczech, Jest ona nieźle rozpoznana i opisana, podobnie jak biografie zaangażowanych w nią polskich księży, działaczy Związku. Na szczególną pamięć, obok przywołanych już księży Osińskiego i Domańskiego, zasługuje trójca duchownych z Krajny, funkcjonujących w strukturach prałatury pilskiej. To absolwenci Seminarium Duchownego w Pelplinie: ks. Maksymilian Grochowski (1869-1939) pochodzący z Kociewia, od 1908 r. proboszcz w Głupczynie; ks. Alfons Sobieraj-czyk (1874-1941) pochodzący ze Złotowa, od 1905 r. proboszcz w Wielkim Buczku; ks. Władysław Paszki (1868-1951) pochodzący z Kaszub, od 1897 r. prób, w Sławianowie. Nowe pokolenie działaczy reprezentował wychowanek Pelplina i ZPwN, pochodzący z by-towskich Kaszub, ks. Józef Styp-Rękowski, towarzyszący przez lata ks. B. Domańskiemu^^. Świadectwem ówczesnej rzeczywistości kościelnej jest wydany przez ZP w Niemczech w 1929 r. w Berlinie „Memoriał dotyczący spraw kościelnych polskiej mniejszości narodowej w Niemczech” (broszura 156 stron), którego cz. 1 zatytułowana została „Głos prawdy”. Opracowany pod opieką ks. B. Domańskiego przez Jana Łangowskiego i dra Bruno v. Openkowskiego - radcę prawnego Związku. Skierowany został w wersji niemieckojęzycznej do przewodniczącego Episkopatu Niemieckiego, kardynała Adolfa Bertrama we Wrocławiu i nuncjusza apostolskiego w Berlinie abpa Eugeniusza Pacełlego^'*. ^^ Zob. H. Mross, Słownik biograficzny kapłanów diecezji chełmińskiej wyświęconych w latach 1821-1920. Słowo wprowadzające Józef Borzyszkowski, Pelplin 1995 i A. Nadolny, Słownik biograficzny kapłanów wyświęconych w latach 1921-1945 pracujących w diecezji chełmińskiej, Pelplin 2021. ^* Zob. J. E. Osmańczyk, Niezłomny proboszcz..., s. 126-143. Józef Borzyszkowski 115 Wielkim wydarzeniem w dziejach Związku stała się pielgrzymka Polaków z Rzeszy do Rzymu w 1933 r., w którym to władzę w Niemczech przejął Hitler i podpisany został konkordat Niemiec z Watykanem. W tymże roku wprowadzone zostały m.in. sądy doraźne „dla obrony rządu narodowej odnowy” oraz kara śmierci „dla obrony państwa przed politycznymi gwałtami”. Dotychczasowy znak NSDAP — czarną swastykę podniesiono do roli symbolu narodowego i państwowego. Rozwiązane zostały wszystkie inne partie, łącznie z katolickim „Centrum”, które rozwiązało się samo, by nie utrudniać podpisania konkordatu. Wspomniana pielgrzymka była reakcją ks. Patrona na konkordat, w którym zobowiązano duchownych do niebrania udziału w życiu politycznym, gospodarczym i społecznym. Ks. Domański rezygnując z funkcji prezesa RN w bankach ludowych Złotowa i Zakrzewa oraz Spółdzielni Rolniczo-Handlowej „Rolnik”, pozostał dalej prezesem Związku Polaków w Niemczech, będąc jedynym w Rzeszy duchownym, który nie zaprzestał działalności politycznej^^ W 1934 r. podpisany został niemiecko-polski pakt o nieagresji, a wspierający ZPwN polski Związek Obrony Kresów Zachodnich przyjął nazwę Polski Związek Zachodni. W sierpniu 1934 r. odbył się w Warszawie II Zjazd Polaków z Zagranicy celem powołania Światowego Związku Polaków z Zagranicy, co miało miejsce w gmachu Sejmu RP. Zwieńczeniem Zjazdu były zaślubiny sztandarów polskich z zagranicy, m.in. tych z godłem ZPwN - Rodłem, z Wisłą, co miało miejsce 5 sierpnia na Wybrzeżu Kościuszkowskim i stało się ważną cząstką rodłackiego mitu. W zjeździe tym uczestniczyła delegacja Związku licząca 3300 osób.. .^^ To dzięki nim związkowe godło - Rodło, zaistniało wówczas w ogólnopolskim świecie. A powstało ledwie dwa lata wcześniej, bo w 1932 r., kiedy to dostrzeżony został hitlerowski marsz do władzy NSDAP i dominacja jej znaku - swastyki, którego nie chcieli przejąć Polacy. Twórczynią Rodła, symbolizującego bieg Wisły z zaznaczeniem kolebki polskiej - Krakowa i idei „pielgrzymkowej drogi” z Krakowa do Częstochowy, którą wszystkie Dzielnice organizowały co roku, została graficzka Związku Janina Kłopocka. Stało się to w 10-tą rocznicę powstania Związku. Rodło rychło zapanowało na wszystkich związkowych sztandarach i innych znakach. Jego narodzinom towarzyszyło powstanie znamiennych pieśni: m.in. „Hasła Polaków w Niemczech” - słowa J. E. Osmańczyka, mel. Pacjencji Kaczmarkowej, która głosi: „I nie ustaniem w walce Siłę słuszności mamy. I mocą tej słuszności Wytrwamy i wygramy. I mocą tej słuszności Wytrwamy i wygramy”^^. Jednocześnie młody nauczyciel Franciszek Jujka, pracujący na Powiślu, piszący pod pseudonimem Lech Malbor, napisał „Hymn Rodła”, do którego melodię skomponowała również pani Pacjencja. Jego pierwsza część głosi: Tamże, s. 178-188. Zob. też „Pielgrzymka Polaków z Niemiec do Rzymu”, Opole 1933. ^® Tamże, s. 188-192. (Wśród uczestników były m.in. poczty sztandarowe z Olsztyna, Szczecina i Wrocławia, Złotowa, Zakrzewa i Piły, Kwidzyna, Sztumu, Gietrzwałdu i Waplewa, Płotowa i Bytowa). ^^ J. E. Osmańczyk, Niezłomny proboszcz..., s. 174. 116 Związek Polaków w Niemczech: między Waplewem a Zakrzewem i Berlinem Nam Bóg powierzył Ojców ziemicę, Oraną sochą zroszoną krwią. Dał znak rodowy. Wisłę Rodzicę, Co karmi łany krynicą swą. Dziejowej chwały postawił gontynę, U Wisły źródeł wawełski gród. Rodło niech łączy nas w mężną drużynę! Polski my naród, polski my lud! (...)”2®. Chcąc poznać melodię tych pieśni warto udać się do Wielkiego Buczka na Krajnie, gdzie Zespół Folklorystyczny „Krajniacy” od lat pielęgnuje tradycje Rodła - nie tylko w pieśni. Dla osób uczestniczących od ponad 20 lat w dorocznych Buczkowskich Konferencjach Naukowych, szczególnym wzruszeniem napawa śpiewana przez Krajniaków „Pieśń Rodła”, autorstwa tej samej pary, której „Hymn Rodła” zasygnalizowałem. Brzmi ona patetycznie: „Od wieków wszystko zwyklim kłaść w ofierze. Od wieków walczyć co dnia wciąż na nowo, O okruch prawa, polskie „w Boga wierzę”. O polską duszę, każde polskie słowo. Idziemy z siłą, co płynie z słuszności. Nam wiara hartem, a siłą wytrwanie, I przysięgamy na swych ojców kości, O sprawę walczyć nigdy nie ustaniem! Jesteśmy Polakami! I tego żadna moc nie zmieni. Bóg z nami. Sprawa z nami. Bóg nam wiarą serca rozpromienił! Rodło królewskie mamy! Jesteśmy Polakami!”^^. Pieśń ta w oryginale zawiera dedykację: „Prezesowi Związku Polaków w Niemczech Ks. Patronowi Dr. B. Domańskiemu”. Dziełem twórczej spółki Omańczyk-Kaczmarkowa są również dwie inne pieśni o tytułach „Rodło nasze” i „Piosenka Młodych Polaków w Niemczech”, śpiewane w szkołach i organizacjach pozaszkolnych^®. W znacznej mierze o sile społecznego oddziaływania ZPwN na ogół wspólnoty Polaków w Rzeszy Niemieckiej i o przetrwaniu pamięci o nim w kolejnych pokoleniach, decydowała — obok działalności szkół polskich i społecznej pracy ich nauczycieli — rozwijana ^“ Tamże, s. 175. ” Tamże, s. 175 i 237. Tamże, s. 193. Józef Borzyszkowski 117 od początku różnorodna praca lokalnych Towarzystw Młodzieży Polskiej, w tym Związku Harcerstwa Polskiego i różnych klubów sportowych. Kulminacją dziejów ZPwN w 20-leciu międzywojennym był zorganizowany przezeń z okazji swego 15-lecia niezwykły Kongres Polaków w hitlerowskim Berlinie 6 marca 1938 roku. Poprzedziły go równie niezwykłe sejmiki - zjazdy poszczególnych dzielnic odbyte pod hasłami — kolejnymi Prawdami Polaków i Zjazd Delegatów Młodzieży Polskiej w Berlinie. Szczegółową relację z przygotowań i przebiegu Kongresu pozostawił nam jego twórczy uczestnik J. E. Osmańczyk. Jego relacja zawiera m.in. swoistą instrukcję - przykład, jak w najtrudniejszych warunkach dyktatury przygotować i przeprowadzić zaprzeczające w każdym calu jej ideom, tego rodzaju przedsięwzięcie. Kulminacyjne punkty kongresowego programu stanowiły: niezwykłe przemówienie powitalne — otwarcie zgromadzenia przez ks. B. Domańskiego, uświadamiającego zebranym istotę polskości - „naszej matki rodzonej” I dotyczące nas wobec niej zobowiązania, zakończone przyrzeczeniami...^’ Drugi ważny punkt programu to wystąpienia młodych delegatów z pięciu Dzielnic Związku, „recytujących zawołania kongresowe napisane przez poetę, nauczyciela ludowego, Lecha Malbora (Franciszka Jujkę)”. Po wystąpieniach gości i legendarnego dziś Arki Bożka ze Śląska, przemawiającego w gwarze śląskiej, nastąpiło odznaczenie weteranów walki o polskość Odznaką Wiary i Wytrwania. Wręczał ją viceprezes Związku, Stefan Szczepaniak. Po przerwie zabrał głos dr Jan Kaczmarek, kierownik naczelny Związku od 1923 r., przywódca Polonii w kuźni bochum-skiej w Nadrenii-Westfalii, który zaprezentował dorobek Związku i źródła jego siły oraz siły germanizacji. Na koniec ogłosił znane nam 5 Prawd Polaków. Kongres zakończyli młodzi m.in. śpiewem i deklamacją „Prawd Polaków” oraz „Manifestu Młodych”. Zamknął go ks. Patron słowami: „Księga ludu polskiego jest otwarta, zapisana do pewnego miejsca. To nasza przeszłość. Nieprzeliczalna jest ilość stron nie wypełnionych naszą przyszłością. Duchowa spójnia naszego narodu jest niepodległa. Nie może być zwyciężona”^^. *** Kongresowe wypowiedzi i deklaracje poszły na gorąco w świat. Tymczasem ten najbliższy świat niemiecki daleki był od rządowych deklaracji - obietnic z okresu odwilży w relacjach polsko-niemieckich. Rosło napięcie; wzrastała kontrola poczynań Rodłaków i ich bojkot ze strony niemieckiej - różne formy dyskryminacji, nie tylko ze strony władz wszelakich. Ks. Patronowi wytoczono proces z inicjatywy nasłanego mu przez władzę duchowną wikariusza o łamanie obowiązującego prawa. Hitler panoszył się już w Europie... Chory Ks. Patron, pożegnał się z tym światem w klinice berlińskiej, gdzie zmarł 21 kwietnia 1939 roku. Ostatnie słowa wypowiedziane tam do przyjaciół i współpracowników na łożu śmierci brzmiały: ’* Tamże, s. 237-240. Tamże, s. 241-256. 118 Związek Polaków w Niemczech: między Waplewem a Zakrzewem i Berlinem „Lud polski się nie da! Nie da!”^^. Wkrótce 25 i 26 kwietnia odbyły się w Berlinie i Zakrzewie uroczystości pogrzebowe „niestrudzonego patrona Zakrzewskiej parafii i niezłomnego przywódcy mniejszości polskiej w Niemczech”, jak go określił ks. kard. Augustyn Hlond. Stanowiły one niemal równą Kongresowi Berlińskiemu manifestację Polaków spod znaku Rodła. Przewodniczył im w Zakrzewie ks. bp Konstantyn Dominik (1870-1942), sufragan diecezji chełmińskiej z Pelplina, kolega i przyjaciel zmarłego z lat studiów. W kondukcie pogrzebowym z Berlina do Zakrzewa i w samym Zakrzewie wzięło udział 242 pocztów sztandarowych - wszystkie związkowe stanice ze znakiem Rodła. 27 kwietnia 1939 r. Rada Naczelna Związku, zebrana w Sali Rodła w Berlinie, podjęła uchwałę, by nie wybierać nowego prezesa, aby ks. B. Domański pozostał w historii jako jego przewodnik^"*. Wkrótce wybuchła II wojna światowa, poprzedzona aresztowaniami i wysiedleniami z Pogranicza i Nadodrza wielu działaczy i członków Związku, w tym nauczycieli i uczniów gimnazjum kwidzyńskiego. Wielu straciło życie w więzieniach i obozach koncentracyjnych - zamordowano oboje Sierakowskich i ich bliskich. Skonfiskowano majątek Związku. Po zakończeniu wojny Prusy Wschodnie, Pomorze Zachodnie wraz z Krajną Złotowską i Śląsk Opolski wróciły do Macierzy. Podczas Kongresu Kaszubów i Polaków Autochtonów w 1946 r. w Szczecinie, na dziedzińcu — na murze Zamku książąt Pomorskich — Kaszubów i Pomorzan spod znaku Gryfa, umieszczono tablicę ze znakiem Rodła i słowami: „Ks. Dr. Bolesławowi Domańskiemu, Prezesowi Związku Polaków w Niemczech, przywódcy i bojownikowi o sprawę polską, Polacy — Autochtoni w pierwszą rocznicę powrotu do Macierzy. Szczecin we wrześniu 1946 roku”^^ Tymczasem Związek Polaków w Niemczech — w ich nowej, powojennej i okupacyjnej dla nich rzeczywistości — odradzał się z niemałym trudem, nękany zewnętrznymi przeciwnościami i wewnętrznymi animozjami wśród jego pozostałych przy życiu członków poddawanych wpływom przeróżnych sił — także politycznych z powstałej PRL. Część b. członków ZPwN emigrowała do Polski. Wśród pozostałych rodziły się różne inicjatywy odbudowy Związku, dla którego za główną siedzibę przyjęto z czasem Bochum - stolicę III Dzielnicy. Na czele jednego z Komitetów stanął Michał Wesołowski, do wybuchu wojny prezes tej dzielnicy. Niemal równocześnie pojawił się między innymi Polski Komitet sympatyzujący z Rządem Jedności Narodowej w PRL. Ostatecznie z tego drugiego wyłonił się rozłamowy Związek Polaków w Niemczech „Zgoda”, uprzywilejowany w kontaktach z krajem. Z kolei na bazie środowiska z Bochum odnowiono i zarejestrowano w 1950 r. stary Związek, początkowo z siedzibą w Frankfurcie n. M. Po latach starań udało mu się odzyskać w 1956 r. Dom Polski w Bochum (zajęty przez „Zgodę”) i wywalczyć nieco więcej niż symboliczne odszkodowanie za skonfiskowane przez władze hitlerowskie inne nieruchomości i kapitały^^. " Tamże, s. 282-283. Tamże, s. 290-296. J. Borzyszkowski, „Lud polski się nie da...”, s. 48-52. Związek Polaków w Niemczech w latach 1922-1982, s. 203-247. Józef Borzyszkowski 119 Za uzyskane środki odnowiono m.in. Dom Polski, będący od 1959 r. siedzibą Związku. Pierwszymi prezesami odrodzonego Związku byli przedwojenni działacze — Stefan Szczepaniak (1950-1964) i ks. Józef Styp-Rekowski (1964-1969), który już w 1951 r., na I Walnym Zjeździe Delegatów, mianowany został honorowym prezesem Związku. Po śmierci ks. Rekowskiego prezesurę na długie lata w 1970 r. powierzono ks. Edmundowi Foryckiemu, który nawiązując do tradycji Związku spod znaku Rodła i działalności prezesa ks. Domańskiego, m.in. czcząc kolejne rocznice, jednocześnie nawiązał bliskie kontakty z krajem wyróżniając szczególnie instytucje kultury i podmioty charytatywne, w tym Kościoła katolickiego^^ / jggo inicjatywy i środków Związku powstała wspomniana na początku monografia „Związek Polaków w Niemczech w latach 1922-1982”, Warszawa 1987. Niestety, godne pamięci i kontynuacji działania i dokonania ZP w Niemczech, tak przed, jak i po II wojnie światowej, nie były wolne od wewnętrznych konfliktów i rywalizacji w środowisku najbardziej zaangażowanych. Niemniej można powiedzieć, że dzięki ks. prezesowi B. Domańskiemu, nazywanemu polskim Królem, jak i jego następcom, jedność Związku i harmonia wewnętrznego działania zostały w generaliach zachowane. Zachowana została też tam i tu w kraju pamięć o twórcach i liderach ZPwN spod znaku Rodła. - Zarówno hr. St. Sierakowski, jak i ks. patron B. Domański, podobnie inni, patronują dziś w Polsce ulicom i szkołom, upamiętnieni także tablicami i pomnikami, wzbogacającymi świadomość historyczną mieszkańców wsi i miast oraz krajobraz kulturowy w wielu zakątkach Wielkiego Pomorza i Wielkiej Polski. Na sam koniec proszę wysłuchać i zabrać ze sobą kilka złotych myśli ks. Patrona: - „Nie możemy do tego dopuścić, ażeby każdy robił, co mu się podoba, gdyż wówczas się nam wszystko rozleci”. - Zamykając Kongres Berliński w 1938 r. Ks. Patron m.in. powiedział: „Idea Polska, odwieczne i niezmienne źródło sił Narodu, każdemu pokoleniu właściwe cele prac i wysiłków przeznacza. Na szczytach twórczości przeszłych pokoleń każde nowe pokolenie odnajdzie swoje zadanie dźwignięcia Narodu wyżej. Wiemy, że Idea Polska, a przez to zbiorowa wola i duchowa spójnia narodu (...) jest zawsze niepodległa i nie może być zakończona ani zwyciężona”. - Dziesięć lat wcześniej, w 1928 r., na Sejmiku Polek w Bochum mówił: „Bo dziś zamknąć się w domu, w kościele, tylko się modlić, nie wystarcza! Dziś wiara nasza woła wszystkich na front, i polskie niewiasty, na front do obrony własnych skarbów, wiary i mowy, jak niegdyś przodkowie nasi wiary i ojczyzny bronili. Nie kryć się na tyły. (...) Niewiasta polska winna być mężna. (...) Idźmy śmiało i odważnie naprzód, brońmy naszej sprawy bez rozgłosu, ale pracą ciężką i wytrwałą. (...) W górę serca! Precz z rozpaczą i małodusznością! Nas nikt zniemczyć nie zdoła, gdy my sami się nie damy zniemczyć! Ducha polskiego w nas nikt nie zgasi, gdy my go sami nie zgasimy”. - Przyjmując te i inne myśli ks. Domańskiego, nie zapominajmy o warunkach w jakich zostały wypowiedziane! - Jeszcze jeden cytat - fragment przemówienia Ks. Patrona podczas uroczystości otwarcia 30.06.1935 r. Domu Polskiego w Zakrzewie: ^^ Tamże, s. 250-292. 120 Związek Polaków w Niemczech: między Waplewem a Zakrzewem i Berlinem „30 lat czekałem na tę chwilę, by dzisiaj z wami przeżywać to uroczyste otwarcie. Mogę was dzisiaj pozdrowić w naszym własnym domu. Dom ten nie ma być domem nienawiści, a ma być miejscem zgody i jedności. Nie wybudowaliśmy go po to, aby komuś czynić na złość, lecz tylko dlatego, że marzyliśmy od lat o własnym domu. Dzisiaj ten 30-letni sen stał się rzeczywistością. Pytają mnie się, kto ten dom budował. Mam na to tylko jedną odpowiedź — lud polski go zbudował. Bez was ludu polski dom ten byłby martwym tworem. Wy jesteście życiem tego domu. Dom ten jest własnością naszego ludu i jemu też oddaję go w opiekę. Niech wasze dzieci znajdą w nim naukę i rozrywkę. Gdy rozpocząłem starania o budowę tego domu powiedziano mi, że nie warto się o to trudzić. W tym morzu i tak wszystko zginie. Od tego czasu minęło 14 lat, a my tutaj jesteśmy i nie zginęliśmy”. - Oby każdy z nas podobnie widział swoje miejsce i rolę w wspólnym domu, nie tylko parafialnym czy gminnym. Dom Polski w Zakrzewie trwa. - Potwierdziła się w jego losach słuszność przesłania z pieśni rodaków głoszącej — wytrwamy i przetrwamy... Niemniej warto jeszcze zauważyć, że ks. Patron nie przepadał za męczeństwem; nie narzekał, nie odwoływał się z prośbą o pomoc do Matki Boskiej Bolesnej czy Pocieszenia, lecz czcił i dziękował Matce Boskiej Radosnej... Jego postać i ogół członków ZPwN sprzed wojny, wraz z tradycjami Związku Polaków w Niemczech, godni są szerszego upowszechnienia pamięci o nich wśród współczesnych pokoleń i naszych następców. Tablica upamiętniająca 100-lecie Związku Polaków w Niemczech przy pomiku Rodła w Sztumie, fot. A. Świercz Andrzej Lubiński 121 Andrzej Lubiński PODRÓŻE DO POLSKI POWIŚLAŃSKIEJ POLONII W OKRESIE MIĘDZYWOJENNYM Od zakończenia I wojny światowej do 1921 roku nie organizowano wycieczek z Powiśla do Polski, chociaż dostrzegano ich rolę w kształtowaniu postaw patriotycznych. Wpływ na to miała sytuacja związana z ostatecznym wytyczeniem granicy państwa polskiego, czego przykładem był wybuch powstania wielkopolskiego, trzech powstań śląskich, plebiscytów na Śląsku, Warmii Mazurach i Powiślu oraz wojna z bolszewicką Rosją. W listopadzie 1918 r. rozpoczęły się przygotowania do przeprowadzenia wyborów do Sejmu Dzielnicowego wyznaczonego na 3-5 grudnia w Poznaniu. Na czele Komitetu Wyborczego na powiat sztumski stanął Witold Donimirski z Czernina. Organizowano zebrania w Starym Targu, Sztumie, Postolinie, Mikołajkach. W Starym Targu w obecności 700 osób powołano Sztumską Radę Ludową, jej prezesem został Stanisław Sierakowski. Z powiatu sztumskiego jako delegaci do Poznania wybrani zostali: Karol Appelbaum, Paweł Muchow-ski, Władysław Majewski ze Sztumu, Stanisław Grabowski ze Starego Targu, Paweł Mu-chowski ze Sztumu, Paweł Szypniewski z Mikołajek, Stanisław Sierakowski ze Starego Targu, Kazimierz Donimirski ze Straszewa. Opowiedzieli się za przyłączeniem do Polski, tak jak i pozostali delegaci. Sejm Dzielnicowy był wielką manifestacją polskości. Wyjazd sztumskich delegatów do Poznania można uznać za pierwszą jeszcze nieoficjalną podróż do Polski, ponieważ tereny Wielkopolski zostaną włączone w wyniku zwycięskiego powstania w lutym 1919 r. Z niecierpliwością oczekiwano na decyzje mające zapaść na konferencji pokojowej w Wersalu obradującej od stycznia do 28 czerwca 1919 r. W sprawie prawobrzeżnych powiatów leżących na wschód od Wisły: małborski, suski, sztumski, kwidzyński oraz powiatu olsztyńskiego i reszelskiego uchwalono przeprowadzenie plebiscytu. Ludność miała się wypowiedzieć do jakiego kraju chce przynależeć. Od tego czasu ruszą przygotowania do przeprowadzenia plebiscytu. Kazimierz Donimirski z Ramz na zebraniu w Grudziądzu został wydelegowany do Warszawy jako przedstawiciel Warmińskiego Komitetu Plebiscytowego. Wyprawa była organizowana w wielkiej tajemnicy, chociaż Donimirski posiadał paszport niemiecki i udawał się oficjalnie do Mławy, by zatrudnić robotników do kopania kartofli. Pomagał mu burmistrz miasta Józef Włodek. W stolicy miał uczestniczyć w wiecach, na jakie był zapraszany przez różnych posłów, jak informował go Brunon Gabrylewicz. Odbył konferencję z ministrem spraw zagranicznych Aleksandrem Skrzyńskim informując o problemach, z jakimi boryka się Warmiński Komitet Plebiscytowy. Po aresztowaniu Brunona Gabrylewicza pod zarzutem szpiegostwa Delegaci Rad Ludowych wybrali Kazimierza Donimirskiego do nowego Komitetu Plebiscytowego. Miał ponownie z Heleną Sierakowską, Tadeuszem Odrowskim, 122 Podróże do Polski powiślańskiej Polonii w okresie międzywojennym Stanisławem Haertle udać do Warszawy w pierwszych dniach grudnia 1919 roku. Granicę ponownie przekraczał w Mławie. Tadeusz Odrowski i Stanisław Haertle musieli przebyć 12 kilometrów piechotą, by nielegalnie przekroczyć granicę. Donimirski powracał do domu rozgoryczony po rozmowach w stolicy, bo widział brak zainteresowania sprawami plebiscytowymi ze strony polskiego rządu. Trzecia wyprawa do stolicy ma miejsce 6 stycznia 1920 r. Donimirski jest już prezesem Komitetu Plebiscytowego. Udaje się w towarzystwie Heleny Sierakowskiej, Tadeusza Od-rowskiego. Bolesława Wolskiego. Ma uczestniczyć w posiedzeniu Rady Ministrów. Te trzy wyjazdy do Warszawy można również zaliczyć do wycieczek, jak o tym pisze w swoich wspomnieniach Maria Donimirska, żona Kazimierza. Wycieczki do Polski miały być lekcją historii, poznawania zabytków, kultury, dziejów ojczystych. Już powstały w Berlinie 1918 r. Związek Narodowy Polski postulował potrzebę kontaktów z krajem. W piśmie do Ministerstwa Spraw Zagranicznych Związek stwierdzał, że utrzymanie ścisłej narodowej i fizycznej łączności Polaków w Niemczech a ojczyzną jest jednym z naczelnych zadań. W wycieczkach do Polski mogli brać udział wszyscy zainteresowani - od członków towarzystw młodzieży, „Sokoła”, towarzystw kobiecych, kół śpiewaczych, teatralnych, kółek rolniczych. Tym, co łączyło, był wspólny język, zaangażowanie po stronie polskiej, chęć przebywania we własnym gronie. Wycieczki cementowały jedność ruchu młodzieżowego, organizowano je wiosną i latem. Podczas plebiscytu częściej będzie dochodziło do wyjazdów małych grup na kursy, spotkania na zaproszenia różnych organizacji społecznych i gospodarczych, głównie z Powiśla. Inicjatywę powołania jednolitej reprezentacji ludności polskiej wysunięto w Olsztynie już jesienią 1920 r. Rady Ludowe z powiatu sztumskiego, kwidzyńskiego, olsztyńskiego podjęły decyzję o zwołaniu zebrania przedstawicieli wszystkich organizacji polskich z Prus Wschodnich na dzień 30 listopada 1920 r. Stawiło się 17 delegatów i powołano Związek Polaków w Prusach Wschodnich. Miał on reprezentować na zewnątrz Polaków obywatelstwa niemieckiego. Prezesem został ks. Wacław Osiński, wiceprezesem Paweł Muchowski, skarbnikiem Stanisław Haertle, sekretarzem generalnym Brunon Gabrylewicz, a po jego wyjeździć Jan Baczewski. Obwodowym sekretarzem Związku na Powiślu był Franciszek Barcz, prezesem Kazimierz Donimirski. 27 sierpnia 1922 r. w Berlinie spotkali się działacze polonijni w Niemczech i podjęli decyzję o utworzeniu Związku Polaków w Niemczech z prezesem Stanisławem Sierakowskim. Turystyka na Powiślu była najlepiej zorganizowana. Miała poparcie konsulów polskich w Olsztynie i Kwidzynie. Uważali oni, że skoro Niemcy organizują wycieczki swoich obywateli do Prus Wschodnich, to Polacy powinni przeciwstawić turystykę do Polski. Pierwsza wycieczka do kraju ma miejsce we wrześniu 1921 r.. Uczestniczyło w niej 26 osób z Po-stolina, Pułkowic, Mikołajek, Ramz, Sztumu, które udały się do Poznania na zaproszenie Poznańskiej Izby Rzemieślniczej. Zwiedzano miasto i jego zabytki, odbyło się kilka spotkań, obejrzano przedstawienie teatralne, wizytowano wzorowe gospodarstwa rolne. O wycieczkach informowała prasa polska oraz „Zycie Młodzieży” dodatek do „Gazety Olsztyńskiej” wydawane w Olsztynie, od łat trzydziestych „Młody Polak w Niemczech”. Niemcy dokonywali przedruków z prasy polskiej. Było to powodem późniejszych prześladowań działaczy polskich ze strony władz niemieckich. Józef Gieburowski konsul Rzeczpospolitej Polskiej Andrzej Lubiński 123 W Kwidzynie pisał do swoich przełożonych w Warszawie, że wyjazdy stały się wyrazem budzenia poczucia narodowego na terenach objętych plebiscytem. Od powstania Związku Polaków w Niemczech i Towarzystwa Młodzieży w Prusach Wschodnich obserwuje się wzrost kontaktów z Polską. Dotyczy to w szczególności Powiśla. W roku 1923 zorganizowanych zostanie sześć wycieczek. Pierwsza ma miejsce do Gdańska na zaproszenie „Sokoła” i obchodów konstytucji 3 maja. Uczestniczyły w niej 93 osoby. Koszt wycieczki młodzieży z Powiśla pokrył konsul z Królewca Zygmunt Merdin-ger w kwocie 180 tys. marek. Tak liczna wycieczka miała spory wydźwięk propagandowy. W połowie maja 1923 r. dochodzi do wyjazdu na trasie Poznań, Częstochowa, Kraków, Warszawa. Trzecia wycieczka ma miejsce 21 czerwca. Jej uczestnicy pojechali do Brodnicy na wystawę rolniczą. Organizatorem był Kazimierz Donimirski prezes Kółek Rolniczych na Powiślu. Kolejna tego samego roku zorganizowana jest to do Grudziądza 3 dni później. 18 młodych ludzi uczestniczyło w „nocy świętojańskiej”. Policja niemiecka w swoich raportach donosiła jeszcze o wyruszeniu 28 czerwca wycieczki z Powiśla na trasie Toruń, Poznań, Częstochowa dla 30 osób. W Toruniu turystów miał powitać prezydent miasta Stanisław Michałek, w Poznaniu witała ich orkiestra wojskowa i przedstawiciele kół śpiewaczych i sokolich. Noclegi zorganizowano w kwaterach prywatnych. W drodze powrotnej zatrzymano się w Warszawie. Doszło do spotkania z sekretarzem Związku Polaków dr Janem Kaczmarkiem. Wyprawa trwałal2 dni. Grupa kobiet uczestniczyła w Zjeździe Towarzystwa Ziemianek w Grudziądzu. Pierwsza wspólna wycieczka do Polski młodzieży z Powiśla i Warmii odbyła się jesienią 1923 r. Kierowali nią Stanisław Sierakowski i Franciszek Barcz i trwała 14 dni na trasie Toruń, Poznań, Częstochowa, Kraków, Warszawa. Uczestniczyło 60 osób dotychczas nieuczest-niczących w wycieczkach. Planowana na 22 października 1923 r. dla 50 osób wywołała sporo kontrowersji, ponieważ Warmiacy zgłosili 32 osoby. Sprzeciwił się temu Franciszek Barcz sekretarz Związku Polaków w Sztumie. Wyprawa doszła ostatecznie do skutku, ale jechano oddzielnie. Aby zachować ideę wspólnych wycieczek w grupie powiślańskiej było 8 Warmiaków i 12 Powiślan w warmińskiej. Uzyskano 20 biletów bezpłatnych jakie ufundował Związek Obrony Kresów Zachodnich. Na dwadzieścia otrzymano zniżkę 50%. W Toruniu powitani zostali przez prezesa „Sokoła”. Władze niemieckie informowały, iż grupie towarzyszy oficer wojska polskiego Roja, co miało być zabarwione militarystyczną propagandą i wojskową atmosferą. Wszędzie uczestników wycieczki witały wojskowe orkiestry. Władze niemieckie utrudniały wyjazdy do Polski. Istniała jeszcze jedna forma kontaktów z krajem: „ruch przygraniczny”. Wiąże się to z przesłankami dotyczącymi nowego podziału granicznego między dwoma państwami. Młodzi ludzie mogli przekraczać granicę do 30 kilometrów w głąb sąsiedniego kraju i nie pociągało to większych kosztów Poselstwo polskie w Berlinie zabiegało o dobrosąsiedzkie stosunki na pograniczu polsko-niemieckim. Przy wymianie pogranicznej miały być ułatwienia paszportowe, przepustki, ulgi komunikacyjne. Przewidywano liczny udział w imprezach kulturalnych, sportowych, festynach. Wykorzystywany był również do celów szpiegowskich, ułatwiano nielegalne przekroczenie granicy Niemcom skompromitowanym na terenie Polski. Niemcy ciągle wytwarzali napięcia o rzekomym napadzie ze strony polskiej na Prusy Wschodnie. Ostro wypowiadali się o ruchu wycieczkowym na pogranicze do Polski, a sami się w nim specjalizowali. 124 Podróże do Polski powiślańskiej Polonii w okresie międzywojennym W sierpniu 1924 r. grupa polskiej młodzieży z Powiśla udała się na polskie Pomorze. W drodze powrotnej została aresztowana pod pretekstem śpiewania pieśni patriotycznych. Po uchyleniu aresztu roztoczono nad nimi nadzór policyjny. Następnego roku planowano wysłać do Polski na kurs sportowy 15 osób mający odbyć się w dniach 14-24 maja w Poznaniu. Uczestnikami kursu byli Bernard Bogun, Jan Boruszewski, Feliks Gawroński, Alfons Juchta, Antoni i Stanisław Kalinowscy, Piotr Majewski, Józef Nowak, Jan Pacer, Anastazy Paszylke, Konrad, Ścisłowski, Jan Wiśniewski. Wycieczka młodzieży z Powiśla dla 31 osób będzie miała miejsce w dniach 18 maja - 1 czerwca 1925 r. Z Powiśla pojedzie 15 członków Towarzystwa Młodzieży i 15 ze Związku Towarzystw Szkolnych. Trasa wiodła przez Toruń, Poznań, Kraków, Warszawę. Zwiedzanie Poznania rozpoczęło się od wizyty w Bibliotece Raczyńskich, kościołów, starego rynku, muzeów. Ogrodu Zoologicznego, Biologicznego i uczestniczenia w spektaklu teatralnym. Kraków powitał turystów orkiestrą i przedstawicielami różnych instytucji. Zwiedzano Wawel, Kopiec Kościuszki, muzea. Stary Rynek. Na zakończenie doszło do spotkania z młodzieżą akademicką, dzielono się wrażeniami z pobytu i tym, co się najbardziej podobało. W drodze powrotnej do domu zwiedzano zabytki Warszawy. Kolejna wycieczka z Powiśla pod kierownictwem Jana Kucharskiego uznana została nawet za wycieczkę niemiecką. Związek Obrony Kresów Zachodnich w piśmie do władz zwierzchnich uznał, że pozostawiła ona nie najlepsze wrażenie i może utwierdzać przekonanie społeczeństwa polskiego o negatywnym nastawieniu do wycieczek z Prus Wschodnich. Mogło się to wiązać ze słabą znajomością języka polskiego jej uczestników. Takie powtarzające się wypadki zaniepokoiły działaczy polskich w całych Niemczech. Uznano, że wyjazdy muszą być lepiej przygotowane. Przez następne dwa lata nie dochodzi do skutku żaden wyjazd zorganizowany do Polski. Na zaproszenie Pomorskiego Towarzystwa Kół Śpiewaczych do Torunia udaje się wycieczka delegacji Polskich Kół Śpiewaczych z Ziemi Malborskiej. Przebywać będzie w dniach od 27-28 maja 1928 r. Następna 30 osobowa wycieczka rowerowa, zorganizowana przez Towarzystwo Młodzieży pod kierownictwem Czesława Gawrońskiego, Franciszka Wieczorka, Józefa Lewickiego do Grudziądza na obchody bitwy grunwaldzkiej 11 lipca 1928 r., zakończyła się incydentem. Po przybyciu na rynek miasta służba porządkowa odebrała rowery i wprowadziła grupę młodzieży do kościoła prowadząc pod główny ołtarz. Powitana została przez odprawiającego mszę świętą księdza. Następnie na rynku miasta składano tekst przysięgi. Miał brzmieć „Nie spoczniemy w wysiłku dopóki Warmia i Mazury Powiśle nie wrócą do Macierzy”. Powiślanie zgodnym chórem tekst przysięgi powtarzali. Po powrocie młodzi ludzie zrozumieli, iż składając ślubowanie popełnili krok bardzo ryzykowny. Władze niemieckie powiatu sztumskiego wezwały radnych powiatowych Polaków Jana Lengę i Kazimierza Donimirskiego i poinformowały o tym co zaszło w Grudziądzu. Starosta Josef Fischenich powiedział do nich, że była to zdrada stanu. Do aresztowań uczestników nie doszło. Incydent grudziądzki odbił się niekorzystnym echem w środowisku młodzieży. W październiku 1928 r. dzięki dotacji 300 zł Ministerstwa Spraw Zagranicznych zorganizowana została wycieczka Towarzystwa Ziemianek dla 20 osób do Grudziądza, Warszawy, Puław, Grodna, Wilna, Prostek. W tym samym czasie zorganizowano wycieczkę młodych rolników i członków kół śpiewaczych do Torunia. Doszło do licznych spotkań, zwiedzano wzorowe gospodarstwa, uczestniczono w występach artystycznych. Andrzej Lubiński 125 Z inicjatywy prezydenta miasta Poznania Cyryla Ratajskiego na X rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę zorganizowano I Powszechną Wystawę Krajową w roku 1929 mającą pokazać dorobek w różnych dziedzinach życia. Ekspozycje znajdowały się na 65 hektarach powierzchni i zwiedziło ją 4,5 milionów osób. Było duże zainteresowanie wystawą wśród mieszkańców Powiśla. Pozytywne opinie po zwiedzeniu wystawowych terenów wyrażali nawet Niemcy. Nie brakowało negatywnych mówiących o antyniemieckim wydźwięku. Przestrogi propagandy niemieckiej, że kobiety będą sprzedawane handlarzom żywym towarem a mężczyzn wcieli się do wojska lub osadzi w więzieniu, poszły szybko poszły w zapomnienie. Z Powiśla zorganizowanych zostanie w tym roku 6 wycieczek dla 300 osób. Na początku łat trzydziestych działacze polonijni zwracają uwagę na wyjazdy do Wolnego Miasta Gdańska. 15 października 1933 r. Jan Boenigk jako kierownik wyprawy organizuje przez Towarzystwo Młodzieży na Powiślu wyjazd do Gdańska dla 23 osób. W programie znalazł się również Sopot, odbyto przejażdżkę statkiem, oglądano kąpieliska morskie. Wieczorem była zabawa taneczna połączona ze spotkaniem z komisarzem generalnym Rzeczpospolitej Polskiej Kazimierzem Papee. Jan Boenigk wygłosił przemówienie na temat położenia Polaków w Prusach Wschodnich. Wycieczka była śledzona przez agentów policji podejrzewających uczestników o działalność antyniemiecką. W drodze powrotnej grupa poddana została upokarzającej rewizji na granicy. Franciszek Literski 10 czerwca 1934 r. organizuje podróż do Gdyni dla 96 osób. Niektórzy byli pierwszy raz nad morzem. Na II Zjazd Polaków z Zagranicy mający miejsce w dniach 5-12 sierpnia 1934 r. w Warszawie z Powiśla wyjechało 300 osób. Mogli oni skorzystać z dwóch zaproponowanych wycieczek: dwudniowej - Warszawa, Wilno, Białowieża w kwocie 10 marek oraz tygodniowej - Warszawa, Kraków, Częstochowa, Wieliczka za 40 marek. Przeciwnikiem wyjazdu był Kazimierz Donimirski ze względu na żniwa. Pierwszego dnia miało miejsce zaślubin 300 sztandarów Rodła z Wisłą. Ze Sztumu 2 sierpnia do stolicy udało się na rowerach sześciu mężczyzn: Franciszek Wieczorek, Roman Gawroński, Józef Lewicki, Alfons Porowski, Paweł Trzciński, Kazimierz Arentowicz. Kierownikiem był Wieczorek, który przy rowerze umocował polską flagę i znak Rodła, pozostali znak Rodła. Powodzenie wyprawy do stolicy spowodowało, iż dwaj pierwsi podjęli myśl wyprawy dookoła Polski wzdłuż granic, mimo ukończonych już 32 i 43 lat. Wczesnym rankiem z Posto-łina wyruszyli 15 września do Kwidzyna, gdzie konsul z pracownikami życzył im powodzenia i szczęśliwego powrotu. Przez cały czas obydwaj prowadzili zapiski z podróży, wysyłali karty pocztowe do konsulatu kwidzyńskiego. Trasę liczącą prawie 4 tys. km pokonali w 7 tygodni i 29 października 1934 r. dotarli do Kwidzyna. Następnego dnia zostali uroczyście powitani na specjalnej audiencji przez konsula Mieczysława Rogalskiego. Wszędzie spotykali się z serdecznym przyjęciem. Ich podróż była uważnie śledzona przez Niemców. Ci sami rok później udadzą się ponownie na rowerach do Warszawy na kolejny Zlot Polaków, który trwał od 12 -18 lipca 1935 r. Dla Polaków z Prus Wschodnich została zorganizowana wycieczka do Lwowa. Część kosztów pokrywał Związek Obrońców Kresów Zachodnich od lat trzydziestych. W połowie lutego 1936 roku wyjechała do Poznania grupa 250 osób. Po zwiedzaniu miasta, na wieczornicy w Domu Akademickim połączonym z zabawą, byli przedstawiciele miasta, kurii biskupiej, senatorowie. 18 lipca udało się 80 osób z Powiśla na Hel, Oksywie i do Gdyni. Relacje z tej wycieczki zamieściła również prasa niemiecka. 126 Podróże do Polski powiślańskiej Polonii w okresie międzywojennym Dla 34 mieszkańców Powiśla i 39 z Warmii została zorganizowana wycieczka w dniach 26-30 maja 1937 r. do Warszawy, Poznania, Częstochowy. Tego samego roku w dniach 11-12 września do Grudziądza pojechało 38 osób. Młodzież powiślańska wysłała podziękowania do Torunia wojewodzie pomorskiemu Władysławowi Raczkiewiczowi i prezydentowi miasta Józefowi Włodkowi za możliwość spotkania i goszczenia rodaków za zagranicy. Na planowaną w dniach 9-11 lipca 1938 r. wycieczkę do Gdyni zgłosiły się 52 osoby, jednak na skutek nacisków i zastraszania ze strony władz niemieckich pojechały 24 osoby, jak informował konsul z Kwidzyna Edward Czyżewski. Ostatni wyjazd do Polski miał miejsce na przełomie września — października 1938 r. Nauczyciele z Niemiec podczas jesiennej przerwy w szkołach na czas zbierania kartofli z inicjatywy Światowego Związku Polaków pojechali na ośmiodniową wycieczkę w liczbie 30 osób. Trasa wiodła przez Grodno, Wilno, Białowieżę, Lidę, Baranowicze, Pińsk, Brześć, Warszawę. W Wilnie doszło do spotkania ze Stanisławem Cat-Mackiewiczem, zwolennikiem zbliżenia polsko-niemieckiego. Gdy Franciszek Piotrowski skrytykował przygotowania Niemiec do wojny, wyszedł ze spotkania bardzo niezadowolony. Z Powiśla uczestniczką wycieczki była przedszkolanka Waleria Wróblewska i jej narzeczony Józef Neugebauer. Kierownictwo Związku Polaków w Niemczech zorganizowało wycieczkę do Rzymu w listopadzie 1933 r., liczyła 12 osób, z Powiśla pojechało 7 osób. Drużyny sportowe z Powiśla otrzymywały zaproszenia do stoczenia meczów piłkarskich z drużynami z Tczewa, Grudziądza, Inowrocławia, Torunia. Największe kontakty ze sportowcami z Polski były w latach dwudziestych. Łatwiej było przyjechać zespołom z Polski na Powiśle mimo utrudnień ze strony Niemiec. 25 lipca 1935 r. doszło do rozegrania meczu siatkówki reprezentacji Powiśla z zespołem WKS Gryf Toruń. Ostatnia impreza sportowa na Powiślu odbyła się 26 czerwca w Trzcianie, przyjechał na zaproszenie zespół KS „Sokół” z Grudziądza. Rywalizowano w turnieju siatkówki, lekkiej atletyki, były pokazy boksu i gimnastyki. Każda wizyta w kraju pozwalała lepiej poznać dorobek Polski w różnych dziedzinach życia. Dostarczała wielu przeżyć uczestnikom wycieczek, budowała pozytywny wizerunek Polski w oczach młodych ludzi na stale mieszkających w państwie niemieckim. WYKORZYSTANA LITERATURA Jan Boenigk, Minęły wieki a myśmy ostali. Warszawa 1971. Józef Borzyszkowski, Marek Stażewski, Sztum 1806-1945, Sztum 2 014. Andrzej Gąsiorowski, Podróże historyczne i krajoznawcze na pograniczu pruskim 1466-1939, Olsztyn 2005. Andrzej Lubiński, Muzyka, teatr, sport i turystyka na Powiślu w okresie międzywojennym [w:] Działalność narodowa Polaków na północnym pograniczu połsko niemieckim w dwudziestoleciu międzywojennym. Bytów Pruszcz 2010. Sylwia Kawska Tatara, Tour do Pologne w 1934 w relacjach Franciszka Wieczorka i Romana Gawrońskiego, [w:] 80 rocznica zwicfzku Polaków w Niemczech, Sztum - Kwidzyn 2002 [tamże Opis wycieczki naokoło Polski Franciszka Wieczorka oraz Wycieczka do Polski Romana Gawrońskiego] Prowincje bliskie i dalekie Paweł Zbierski DZIENNIK KATALOŃSKI (ID) O KSIĄŻKACH NIE NA PRZEMIAŁ Ksigżkł to były kryształki z utrwałong treścig. Czytać można je było przy pomocy optonu. Był nawet podobny do ksigżki, ałe o jednej, jedynej stronicy między okładkami. Za dotknięciem pojawiały się na niej kołejne karty tekstu Stanisław Lem, Powrót z gwiazd, rok wydania 1961 Ten profetyczny zapis genialnego polskiego pisarza, Stanisława Lema, przewiduje przenoszenie treści ze świata druku do audiobooka i powielanie tych treści w sieci internetowej. Istotnie, rząd dusz rozgrywany jest dziś globalnie nie w papierowych gazetach i książkach, ale właśnie w internecie... W Katalonii zadrukowany papier wciąż jednak zachowuje magiczną, znacznie intensywniejszą niż w Polsce, moc i stanowi obok Internetu najważniejsze źródło inspiracji kulturowej stojąc na straży katalońskiej tożsamości. SAINT LAURENT, 3 KWIETNIA 2022 Od brata Tomasza dostaję multum fotografii dokumentujących likwidowanie naszego mieszkania przy Kamiennej Grobli 11 w Gdańsku. Spędziliśmy tam obaj z rodzicami nasze dzieciństwo, młodość. Wchodziliśmy w dorosłość — od 1965 roku, po przeprowadzce z Grodzkiej 13. Tam także pisałem moje szczenięce debiutanckie wiersze publikowane w „Rejsach” od 1977 r., w 1986 r. magisterium o Ukrainie Słowackiego, biografię Lecha Bądkowskiego, pisałem także memoriał w sprawie polsko-ukraińskiego pojednania, wreszcie prowadziłem korespondencję na temat tworzonej przez siebie Biblioteki Stanisława Yincenza w prowadzonym przez Anię gdańskim wydawnictwie „Atext”. Dla Mamy to traumatyczny wstrząs: takie patroszenie nierzadko intymnych półek i regałów. Wyrzucanie na podłogę stosów notatek, dokumentów i fotografii w dużej mierze świadczących o jej najpierw rodzinnym zanurzeniu w wielokulturową Ukrainę Ukraińców, Polaków, Austriaków, Żydów, a wiele, wiele lat później o jej zaangażowaniu w Żuraw Gdański, w Bibliotekę Gdańską PAN czy w Zamek w Malborku. Wyrzucanie rzeczy świadczących o archeologicznych pasjach ojca, o jego biografii szaroszeregowej, o bezgranicznej 128 Dziennik kataloński (16) i raczej nieodwzajemnionej miłości do Gdańska i do „Solidarności”. Niewielką część z tego, wraz z niektórymi książkami, Mama odkłada na coraz wyżej rosnący stosik. Tomasz to pakuje do kartonów i śle systematycznie do Saint Laurent. Z wieloma świadectwami trzeba się będzie rozstać. Bezpowrotnie. Z kolei kartony, w których spoczywały przez 70 lat tysiące wycinków z „Tygodnika Powszechnego”, Tomasz wyrzuca do zamówionej w zakładzie utylizacyjnym specjalnej brezentowej torby. Eleonora Zbierska w swoim domu w Gdańsku, fot. archiwum autora SAINT LAURENT, 4 KWIETNIA Na Facebooku publikuję wstrząsającą fotografię, którą udostępniam za sprawą moich ukraińskich przyjaciół. Oto przerażający obraz Buczy pod Kijowem, gdzie na ulicy widać setki sponiewieranych zwłok ludzkich...Nie ulega wątpliwości, że mamy tutaj do czynienia z rosyjską zbrodnią ludobójstwa. Już kilka godzin po tej mojej publikacji zaczyna do mnie napływać od FB cała seria gróźb i ostrzeżeń. Część znajomych, zwłaszcza Ukraińców i Białorusinów, skarży się, że także ich zaatakowały całe stada rosyjskich botów. Wyjaśniają, że to element rosyjskiej wojny hybrydowej w Europie... Pozostaje pytanie o Zukerberga. Czy leci z nami pilot? Po południu spacer do merostwa. Pod drodze widzę jak na kościelnej wieży wieszają obok katalońskiej flagę Ukrainy. Podobna flaga zawisła już przed budynkiem merostwa, obok francuskiej, unijnej i katalońskiej. Jak to dobrze, że te flagi są realne. Nie wirtualne. W Internecie poruszający obraz strażaka ukraińskiego wynoszącego książki w Marioupolu. Paweł Zbierski 129 SAINT LAURENT, 5 KWIETNIA No więc zbanowali mnie. Tym razem na 28 dni. Zresztą nie po raz pierwszy. Bo po raz pierwszy to było przed trzema laty: Archiwalny zapis na FB z 11 maja 2019, g.8.27 „Paweł Zbierski. Twój post narusza nasze Standardy społeczności dotyczące propagowania nienawiści. Nikt inny nie może zobaczyć Twojego posta. Stosujemy te standardy, ponieważ chcemy, aby dyskusje na Facebooku były prowadzone z szacunkiem. 7 maja o 22:22 — z użytkownikiem Sławomir Marczak.” Takiej treści komunikat otrzymałem przed sekundą z Wielce Szanownej Sieci Społecz-nościowej. Pragnę stanowczo oświadczyć, iż FB usunął mi — nie po raz pierwszy — nie tylko treść posta, ale także trwale zlikwidował moją własną analizę języka stosowanego współcześnie w sieci internetowej w Polsce, która dotyczy ubożenia zasobów leksykalnych, stygmatyzowania rozmówcy, odchudzania zasobów frazeologicznych, zaniku autentycznej interakcji i dialogu jako formy komunikacji w Polsce. Wspomnianą analizę poczyniłem zaniepokojony cofaniem się cywilizacyjnym Polaków - co ewidentnie objawia się we współczesnym języku polskim stosowanym w Sieci. Postulowałem także - w zlikwidowanej przez FB analizie - przeprowadzenie pilnych badań nad tym zjawiskiem. Jeśli ktoś zdążył przeczytać tamten mój tekst, ten doskonale wie o czym jest mowa tutaj. Trollom i hejterom nie dziękuję!! PS. dopisek dzisiejszy: wówczas nie miałem jeszcze (przed wrzuceniem do sieci) zwyczaju archiwizowania szczególnie istotnych materiałów, nad którymi intensywnie i długo pracowałem. ZAPIS TERAŹNIEJSZY Z 6 KWIETNIA: Przez ostatnich 30 godzin kopałem się z koniem. Ściślej z Facebookiem. Wszystko z powodu zdjęcia dokumentującego zbrodnię wojenną barbarzyńskiej Rosji wobec niewinnych Ukraińców w Buczy. Kilkadziesiąt razy w ciągu ostatnich godzin donosili na mnie ruscy trolle i hejterzy i nadal donoszą. PERPIGAN, 8 KWIETNIA, SPACER ŚLADAMI DAWNEGO MIASTA. U stóp zamku w Perpignan siedzi na turystycznym foteliku starzec z siwą, rozwianą czupryną, dosłownie zatopiony w trzymanych na kolanach czarno-białych widokówkach... 130 Dziennik kataloński (16) PERPJGNAN. — Place Ara#-” ^ ^® Canigou roui'#!r( dc Ncl wystawionym teatrze, w stolicy Katalonii Północnej. Poszukajcie sobie. Nie mam nic do dodania” - ucinała Aleksandra Fontaine. Oto charakterystyczne nagłówki z mediów francuskich: Aleksandra Fontaine w Lido, fot. archiwum autora „Lido, jeden z najsłynniejszych adresów na Polach Elizejskich, przestanie być kabare-tern. „Żadnych magazynów, tancerzy i piór.” „Czy tego rodzaju show już się nie udaje?” Lido de Paris ze swoimi słynnymi czterema złotymi literami w swym logo było Instytucją Narodową w samym sercu stolicy Francji. To miejsce legenda. Dla kilkunastoletniej Oli, uchodźczyni z Polski, a ściślej z Gdańska, po studiach w Linz, pierwsze w życiu etatowe miejsce pracy. Według doniesień pierwszego kanału TV Francuskiej : „W piątek wieczorem, tuż przed występem, widzowie wydawali się zaskoczeni. To sprawia, że są melancholijni, ponieważ tracili coś wielkiego.” Wśród przyczyn zamknięcia media francuskie wymieniają znaczne straty ekonomiczne w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Według niektórych źródeł czynsz na Polach Elizejskich był wygórowany: co najmniej pięć milionów euro rocznie. Grupa Accor ogłosiła oficjalnie eliminację 157 pozycji ze swej działalności biznesowej w „Lido”, prawie wszystkich. Nawet słynnego Alexa, piosenkarza i muzyka Rewii. * Francja ma około 220 kabaretów. Pracuje tam 50 000 osób. W pierwszym kwartale sektor odnotował 26% spadek obrotów w porównaniu z 2019 r. Jednak branża przynajmniej oficjalnie pozostaje optymistyczna i „elastycznie” dostosowuje się do potrzeb publiki. Na przykład Grazy Horse ma się wciąż dobrze. Firma zdecydowała się zmniejszyć poważnie liczbę miejsc pracy. A jednak pozyskuje nową publiczność. Odnawianie wizerunku, zmiana stylu to także strategia Paradis Latin. Według mediów ostatniej nocy widownia była tam Paweł Zbierski 137 pełna. 350 widzów odpowiedziało pozytywnie na program całkowicie odnowiony trzy lata temu. Tymczasem „Moułin Rouge” dywersyfikuje. Oprócz pokazu obiadowego jest teraz bar, sala koncertowa i po raz pierwszy „pokój do wynajęcia w środku”. Na godziny. PARYŻ, 15 MAJA Po raz pierwszy w życiu obchodzę moje urodziny tak uroczyście. Czyli w Wersalu. Obiad wydaje z tej okazji moja szefowa: Aleksandra Fontaine. SAINT LAURENT DE CERDANS, 24 MAJA Dlaczego Katalonia chce być niezależna? Rozgorzały gorące dyskusje w Internecie. Staram się ogarnąć najważniejsze tezy. - Aby bronić własnej historii przed tymi, którzy ją ignorują, chcą ją unieważnić - Optymalizuj standard życia „wszystkich” mieszkańców Katalonii pod kątem tego, co generują dzięki swojej pracy. Z powodu dyktatu Hiszpanii nie jest to możliwe. - Katalończycy chcą cieszyć się całkowitą wolnością indywidualną i zbiorową wobec tych, którzy to uniemożliwiają. - Na przekór wolnym ludziom ustawiono system kar, przemoc polityczną, ekonomiczną, sądową, policję. - Walcz o sprawiedliwość społeczną, którą blokuje państwo hiszpańskie. - Zycie ma sens w prawdziwej demokracji. W Hiszpanii demokracja gwałtownie upada. - Nie wolno polegać na niespójnej, skorumpowanej, niekompetentnej, niedemokratycznej monarchii. - Nie pozwolić traktować Katalonii jak kolonii. - Największa zmora to wewnętrzna kolonizacja przez system państwowy. Josep Goded, 19 maja, g. 8.06 AKTUALIZACJA: Prezydent Katalonii Pere Aragones i prezydent na wygnaniu Carles Puigdemont spotkali się wczoraj w Brukseli 25 MAJA, CERET Jak donosi POLITICO.EU we wtorek Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej tymczasowo przywrócił immunitet trzem katalońskim posłom do PE — w tym Carlesowi Puigdemontowi. Sąd uchylił wcześniejsze orzeczenie niższego Sądu UE z lipca ubiegłe- 138 Dziennik kataloński (16) go roku, które pozbawiło trzech posłów immunitetu parlamentarnego, stwierdzając, że bez immunitetu ustawodawcy mieli do czynienia z „wystarczającym stopniem prawdopodobieństwa” aresztowania, co skutkowałoby „poważnymi i nieodwracalnymi szkodami”. Decyzja oznacza, że Puigdemont i dwaj pozostali eurodeputowani. Toni Comin i Clara Ponsati - wszyscy podlegający europejskim nakazom aresztowania — będą mogli ponownie swobodnie podróżować po UE podczas wykonywania swoich obowiązków parlamentarnych. Puigdemont i Comin mieszkają obecnie w Belgii, a Ponsati w Szkocji. * Orzeczenie to jednak tylko chwilowe wytchnienie dla trzech katalońskich liderów niepodległościowych, których hiszpański sąd oskarżył o malwersacje i wywrotową działalność z powodu ich roli w referendum niepodległościowym Katalonii w 2017 roku. Nadal do sądu należy decyzja, czy trzem prawodawcom należy trwale przywrócić immunitet i przekazać władzom hiszpańskim. Puigdemont pochwalił tę decyzję jako „pozytywny wynik” na Twitterze. „Będziemy nadal [walczyć o wolność], bez względu na to, ile jest niepewności i jak kolosalna może być siła państwa hiszpańskiego” - dodał. Biuro hiszpańskiego prokuratora generalnego nie odpowiada natychmiast na prośbę o komentarz. 26 MAJA, SAINT LAURENT, W GALERII „PORAY” -ŚWIĘTO MATKI Piękne Święto Matki w Galerii Poray. Bo wreszcie u nas w Katalonii. Oczywiście fajnie byłoby być z własną matką - Eleonorą i bratem Tomaszem w ich ukochanym Gdańsku albo jeszcze bardziej fajnie w ukochanym przez mamę, rodzinnym Mieczyszczowie -w Ukrainie. Jednak dziś Katalonia to najbardziej obiecujące miejsce na świecie. Olivier Marrot nieoczekiwanie wpada wieczorem do Galerii z naręczami jakiegoś zielska. Coś ty, chłopie, znowu przytargał z tych gór? Kwiaty na dzień matki ? Chyba nie marihuana?! Marihuana też lekarstwo, ale nie odnawia krwi. A to jest, wręcz przeciwnie, coś co odnawia krew... W dodatku tę roślinę można odnaleźć tylko w jednym miejscu na świecie: w katalońskich Pirenejach - śmieje się Katalończyk - zajrzyj do Wikipedii Przystępujemy więc obaj do obierania cudownej rośliny... WIKIPEDIA na temat królowej katalońskich roślin: MELOPOSPERMUM, fleurs du Roussillon - Roślina wieloletnia o wysokości od 1 do 2 metrów, naga, aromatyczna, z grubym korzeniem; łodyga mocna, pusta, żebrowana, z przeciwległymi lub kręconymi górnymi gałęziami; dolne liście bardzo duże, trójdzielne, z segmentami lancetowatymi, długoostry-mi, ząbkowanymi; kwiaty białawe, w dużych baldachach, z 30-40 zwartymi, wydłużonymi promieniami; involucre z 6-9 nierównych listków, lancetowate, całe lub z zębami naciętymi; kielich z 5 zębami podobnymi do liścia, jajowato-rozwartymi; płatki lancetowato-szpiczaste, całe, z punktem wznoszącym się; style dwuwariantowe, dłuższe niż stylopodia; owoc jajowa- Paweł Zbierski 139 ty, ściśnięty z boku, niespuchnięty, bruzdowany, nagi; mericaps o przyległych krawędziach, z 5 skrzydlatymi, nierównymi żebrami, boczne węższe o połowę. Przy obieraniu, fot. archiwum autora No więc zjadam te zielone pędy w konsystencji przypominające młode szparagi. I żyję. Królowa roślin katalońskich...fot. archiwum autora Marek Suchar 141 Nie wszyscy wiedzą, że w swojej najnowszej historii Jerozolima miała bardzo ciekawy „polski epizod”. W czasie II Wojny Światowej brytyjska Palestyna stała się drugim pod względem liczebności, po Wielkiej Brytanii, ośrodkiem polskiego uchodźstwa. Wśród Polaków, którzy znaleźli wtedy czasowe schronienie w mandatowej Palestynie, było wiele znanych postaci przedwojennego polskiego życia politycznego, naukowego i artystycznego. Stacjonujące wówczas na Bliskim Wschodzie oddziały wojska polskiego dowodzone przez gen. Władysława Andersa, liczyły ponad 60 tys. żołnierzy. Dołączyły one do stacjonujących tam już od roku 1940 Strzelców Karpackich, którzy po walkach na libijskiej pustyni, połączyli siły z oddziałami ewakuowanymi z ZSRR. Jednocześnie, jak się szacuje, przez brytyjską wówczas Palestynę przewinęło się w latach wojennych także w sumie około 15 - 20 tys. polskich cywilów. Większość z nich dotarła tam razem z polskim wojskiem przez Iran ze Związku Radzieckiego w roku 1942 r., inni (na przykład Melchior Wańkowicz) schronili się tu jeszcze wcześniej, ewakuowani przez Brytyjczyków z terenu zajmowanych przez Niemców Bałkanów. Szczyt polskiej obecności w mandatowej Palestynie przypadł na lata 1942-44. W Jerozolimie stacjonowało wtedy dowództwo Polskiej Armii na Wschodzie, zlokalizowana była delegatura rządu emigracyjnego, funkcjonowały polskie szkoły, harcerstwo, a także rozmaite polskie instytucje i organizacje społeczne, a nawet działała namiastka czegoś w rodzaju polskiej wyższej uczelni. Oddziały swoich stowarzyszeń mieli tam wtedy polscy lekarze, inżynierowie, prawnicy, literaci i dziennikarze. Skalę ówczesnej polskiej obecności ilustrować może chociażby liczba ponad czterech tysięcy uczniów działających tu wtedy szkół polskich czy też fakt, że ukazywały się tu dziesiątki polskojęzycznych czasopism i wydano ponad sto tytułów książek w języku polskim. Hotele Imperial i Petra przy Bramie Ja^ 142 „Polski sezon” w Jerozolimie Choć polskie wojsko stacjonowało w różnych punktach Palestyny, a także w Iraku i Libanie, centrum ówczesnej polskiej obecności na Bliskim Wschodzie była oczywiście Jerozolima. Tu, jak już wspomniałem, mieściły się dowództwo wojskowe oraz delegatura Rządu RP na Wychodźstwie. Wśród przebywających w tamtym okresie w Jerozolimie Polaków byli zarówno dowódcy wojskowi - m.in. generałowie Anders, Tokarzewski-Karaszewicz, Fabrycy, Kopański, jak i znani działacze polityczni, tacy jak byli premierzy i ministrowie rządu RP - Felicjan Sławoj-Składkowski, Janusz Jędrzejewicz czy uważany przez wielu za jednego z przywódców polskiej masonerii były minister Julian Poniatowski. Duchową opiekę nad uchodźcami sprawował przebywający tu na emigracji biskup włocławski Karol Radoński. Wśród uchodźców znalazło się tu także wielu wybitnych i znanych pisarzy, dziennikarzy i artystów. Nie sposób nie wymienić spośród nich choćby pisarzy takich jak Melchior Wańkowicz czy Teodor Parnicki, poetów - Władysława Broniewskiego, Beaty Obertyńskiej, Artura Międzyrzeckiego i Anatola Sterna, czy malarzy - Józefa Czapskiego, yiastimila Hofmana, albo Stanisława Młodożeńca. Wojenna zawierucha przywiała tu także poetę i autora tekstów wielu przedwojennych przebojów Mariana Hemara, a poeta i pisarz, późniejszy znakomity tłumacz Biblii Roman Brandstaetter zadebiutował tu w roli dramatopisarza. Jego sztuka „Kupiec warszawski” wystawiona została w żydowskim teatrze narodowym Habima w Tel Awiwie. Razem z transportem polskich sierot ewakuowanym z ZSRR dotarła do Palestyny także najsłynniejsza przedwojenna polska piosenkarka Hanka Ordonówna, a właściwe hrabina Maria Tyszkiewiczowa. Również razem z armią Andersa przybyli tu i śpiewali dla jerozolimskiej publiczności Adam Aston, znany między innymi dzięki przebojom takim jak „Jesienne róże” czy „Każdemu wolno kochać”, Gwidon Bo- Marek Suchar 143 rucki, pierwszy wykonawca „Czerwonych maków na Monte Cassino” czy gwiazda emigracyjnej estrady, piękna Renata Bogdańska, późniejsza generałowa Andersowa, a przygrywali im kompozytorzy najsłynniejszych międzywojennych polskich przebojów - Henryk Wars, któremu zawdzięczamy szlagiery takie jak „ Na pierwszy znak”, czy „Już taki jestem zimny drań” i Jerzy Petersburski, autor słynnego „Tanga Milonga” i niezapomnianego przeboju „To ostatnia niedziela”. Możemy z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że dźwięki tych i wielu innych polskich piosenek można było wówczas usłyszeć w wielu jerozolimskich lokalach, w których chętnie i tłumnie bywali Polacy. Do najbardziej ulubionych i licznie uczęszczanych przez Polaków jerozolimskich kawiarni należała zwłaszcza „Cafe Europa” mieszcząca się wówczas na parterze Sansour House przy placu Syjonu. Dziś w miejscu nieistniejącego ogródka ówczesnej kawiarni wieczorami wciąż zbiera się młodzież i odbywają się koncerty ulicznych grajków. Niedaleko od placu Syjonu, na rogu ulic HaHistadrut i King George, znajduje się dziś cukiernia należąca do sieci Neemana (gorąco polecam!). W jej miejscu do roku 2005 działał legendarny „Fink Bar”, lokal w którym niegdyś zwykł był kończyć swoje alkoholowe nocne jerozolimskie eskapady Władysław Broniewski. Bar Finka stał się później jerozolimską legendą, bo lubili tam bywać różni ważni izraelscy politycy tacy jak Golda Meir, Yitzhak Rabin, Shimon Peres, Ariel Sharon, Benjamin Neta-nyahu, czy wieloletni burmistrz Jerozolimy Teddy Kolek. Zresztą nie tylko oni, bo swoje podpisy w księdze gości zostawili tam w czasie swoich wizyt w Jerozolimie między innymi Marc Chagall, Leonard Bernstein, Kirk i Michael Douglasowie, Arthur Rubinstein, Gun-ther Grass, Yittorio De Sica, John Steinbeck i Simone de Beauvoir. Czytelników utworów Amosa Oza może zainteresować również fakt, że to właśnie w Barze Finka stołował się Szmuel. Bohater ostatniej jego powieści „Judasz”, wpadając tam codziennie na zupę gulaszową, z której lokal ten rzeczywiście słynął. O ile nocne rajdy Broniewskiego kończyły się zwykle w Barze Finka, o tyle zaczynały się przeważnie w nazywanej wtedy „Jerozolimską Klasztor dominikanów, na którego terenie mies'ciła sif m.in. delegatura Min. Pracy i Opieki Społecznej 144 „Polski sezon” w Jerozolimie Ziemiańską” kawiarni hotelu „Imperial”, znajdującego się tuż przy Bramie Jaffy na Starym Mieście, jako że lubili się tam spotykać Polacy mieszkający w „Imperialu” i sąsiedniej „Pe-trze”, a także w niedalekim franciszkańskim hospicjum „Casa Nova”. W restauracji sąsiadującego z „Imperialem” hotelu „Petra” (dziś dość siermiężny hostel młodzieżowy) działała polska jadłodajnia wydająca około stu tanich obiadów dziennie, w której urządzano tradycyjne wieczerze wigilijne i wielkanocne śniadania dla jerozolimskich Polaków. Do najważniejszych „polskich adresów” w Jerozolimie należały także oczywiście zawsze dwa (działające do dzisiaj) hospicja prowadzone przez polskie siostry Elżbietanki. Stosunkowo niewielki „Stary Dom Polski” znajdujący się w Kwartale Chrześcijańskim założony w roku 1908, został w roku 1941 uzupełniony zbudowanym przy wydatnym udziale polskich żołnierzy „Nowym Domem Polskim” znajdującym się przy ulicy HaChoma HaSh-lishit pod numerem 8, na skraju ultraortodoksyjnej dzielnicy Mea Shearim. Oba „Domy Polskie” przyjmowały gości raczej na krótkie pobyty. Zatrzymywali się tam wtedy głównie polscy żołnierze w czasie spędzanych w Jerozolimie urlopów. Oba hospicja są do dzisiaj bardzo cenionym przez polskich turystów i pielgrzymów (głównie ze względu na konkurencyjne ceny i znakomitą tradycyjną polską domową kuchnię) jerozolimskim lokum. Hotele, hospicja i restauracje były oczywiście ważnymi „polonijnymi” miejscami, ale prawdziwe centrum ówczesnej polskiej obecności, znajdowało się przy ulicy Nablus (De- Marek Suchar 145 rech Shechem) niedaleko Bramy Damasceńskiej, gdzie pod dzisiejszym numerem 97 (kilka lat temu stara numeracja została zmieniona) znajduje się niemieckie hospicjum „Paulus Haus”. W czasie wojny budynek ten został zarekwirowany Niemcom przez władze brytyjskie, które następnie zlokalizowały tam rozmaite mandatowe instytucje, dzięki czemu znalazł w nim miejsce między innymi również ówczesny polski Konsulat Generalny. Tuż obok w rozległym dominikańskim kompleksie, także przy ulicy Nablus pod dzisiejszym numerem 83, mieszczącym kościół św. Stefana, klasztor i słynną Ecole Bibligue, w czasie wojny mieściła się Delegatura Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej (de facto delegatura Rządu RP na uchodźstwie). Było to ważne miejsce, gdyż to tam zarejestrować się musiał każdy cywilny uchodźca i tam też wypłacane były zasiłki dla potrzebujących. W świetlicy „Delegatury” toczyło się polskie życie kulturalne i towarzyskie, odbywały się imprezy, zebrania, odczyty, wieczory autorskie oraz wystawy. W tym samym budynku mieściła się też przez pewien czas Świetlica Żołnierska i ośrodek zdrowia dla Polaków. Równie ważnym miejscem dla ówczesnej polskiej obecności było znajdujące się w Kwartale chrześcijańskim Starego Miasta franciszkańskie hospicjum „Casa Nova”. W „Casa-novie” jak nazywali miedzy sobą to miejsce polscy uchodźcy, stacjonowało dowództwo wojskowe i zakwaterowani byli przedstawiciele władz politycznych. Tam też w pokoju nr 5 znajdującym się w suterenie, organizowano dla polskich żołnierzy kursy języka angielskiego oraz szkolenia dla kierowców i kursy kształcące m.in. w zawodach: księgowy, kreślarz, stolarz i introligator. Wspomnieliśmy wcześniej o ulubionej przez Polaków „Cafe Europa” na placu Syjonu. Wiele polskich instytucji również mieściło się w okolicach tego placu i odchodzącej od Plac Syjonu i Budynek Sansour, u> kiórym na parterze mieściła się Cafe Europa 146 „Polski sezon” w Jerozolimie niego ulicy Ben Yehudy, będącej dziś popularnym śródmiejskim deptakiem. Tam w domach pod numerem 1 i 2 miały w różnych okresach swoje biura miedzy innymi redakcja wydawanej w Jerozolimie „Gazety Polskiej”, a także oddział Polskiej Agencji Telegraficznej, w którym pracował wspomniany już wcześniej poeta i późniejszy wybitny tłumacz tekstów biblijnych Roman Brandsteatter, Urodzony w religijnej rodzinie żydowskiej w Warszawie, tu w Jerozolimie w wyniku przeżytego w czasie samotnego nocnego dyżuru religijnego objawienia, przyjął chrześcijaństwo. Wydarzenie to, opisane przez niego w książce „Biblijny krąg” miało miejsce właśnie w Sansour House przy placu Syjonu. „Polski Sezon” w Jerozolimie trwał stosunkowo krótko, bo zaledwie kilka lat. Po wymarszu polskich wojsk w roku 1943, w całej Palestynie zostało tylko kilka tysięcy polskich cywilów i liczba ich szybko topniała. Część osób, które nie zabrały się stąd razem z polskim wojskiem, po 1945 roku wróciła do kraju, kilkaset osób przeniosło się do Libanu. Z oficjalnych danych wynika w każdym razie, że po roku 1949, a więc kiedy dawna brytyjska Palestyna przedzielona została linią demarkacyjną oddzielającą tereny zajęte przez Jordanię i nowopowstałe państwo Izrael, w całej dawnej Palestynie pozostało zaledwie 115-130 Polaków, z czego większość po stronie izraelskiej. Jeszcze jednym, szczególnym i ważnym śladem „polskiego sezonu” w Jerozolimie jest polska kwatera na cmentarzu katolickim na zboczu góry Syjon. Kwaterę tę, nieoficjalnie nazywa się „Cmentarzem Polskim”. Na lewo od wejścia na teren kościoła pod wezwaniem św. Piotra, nazywanego potocznie „In Gallicantu”, czyli „w miejscu piania koguta” (nawiązanie do „zaparcia się Piotra” na dziedzińcu pałacu Kajfasza w noc pojmania Jezusa), który w czasach II WŚ nazywano „polskim kościołem”, bo tu właśnie gromadzili się wtedy Polacy na niedzielne msze oraz religijne uroczystości organizowane z okazji rozmaitych narodowych rocznic i świąt państwowych, w głębi niewielkiego parkingu znajdziemy dość okazałą kamienną bramę. Umieszczona nad nią blaszana tabliczka z napisem w języku angielskim ”To Oskar Schindler Grave”, wskazuje drogę do grobu Oskara Schindlera, austriackiego przedsiębiorcy, który w czasie II Wojny Światowej uratował życie ponad tysiąca żydowskich robotników przymusowych, zatrudnionych w zarządzanej przez niego fabryce na przedmieściach Krakowa, znanego dziś na całym świecie dzięki przejmującemu filmowi Stevena Spielberga „Lista Schindlera”. Polską kwaterę znajdziemy w najniżej położonej, najdalszej części cmentarza. Zapełniona w regularny sposób białymi kamiennymi nagrobkami, przypomina wyglądem wiele rozsianych po świecie polskich wojennych cmentarzy. Pochowanych jest w niej 18 polskich wojskowych oraz 68 cywilów. Wśród Polaków, których miejscem ostatniego spoczynku stała się Jerozolima, również jest wiele znanych i ciekawych postaci. Należy do nich z pewnością Aleksy Wdziękoński, ostatni konsul generalny reprezentujący Polskę w znajdującej się pod brytyjskim mandatem Palestynie. Obok niego pochowany jest inny polski konsul generalny w Jerozolimie, Witold Hulanicki, który w lutym 1948 roku razem ze znanym przedwojennym dziennikarzem Stefanem Arnoldem stał się ofiarą będącego wynikiem sowieckiej prowokacji terrorystycznego zamachu. Konsul Hulanicki był sympatykiem idei syjonistycznej, a w latach trzydziestych na polecenie ministra Becka koordynował współpracę rządu polskiego z syjonistami, którym Polacy przekazywali broń. Marek Suchar 147 pieniądze oraz pomagali w rekrutacji i szkoleniu wojskowym. Córka konsula Hulanickiego, Barbara, opuściła po tragicznej śmierci ojca Palestynę i przeniosła się do Londynu, gdzie w latach sześćdziesiątych została jedną z najsłynniejszych projektantek mody XX wieku. U Biby Hulanicki ubierali się u niej między innymi Mick Jagger, David Bowie, Cher, żony wszystkich czterech Beatlesów i wielu, wielu innych najbardziej znanych i popularnych aktorów i piosenkarzy tamtych zwariowanych czasów. Niedaleko grobów konsulów pochowana jest Zofia Poniatowska, bliska przyjaciółka Marii Dąbrowskiej, żona wybitnego polityka międzywojennego, wielokrotnego ministra i wicemarszałka sejmu Juliusza Poniatowskiego, uważanego przez wielu za jednego z przywódców polskiej masonerii. Opodal znajduje się także grób popularnej wśród jerozolimskiej Polonii, niezwykle tajemniczej malarki Eggi van Hardt, ilustratorki opowiadań i obiektu westchnień samego Brunona Szulca. Nie sposób z braku miejsca wymienić tu wszystkich pochowanych na „Polskim Cmentarzu”, przedstawić ich biogramów, czy osiągnięć, choć większość to postacie o fascynujących życiorysach, które w dramatyczny, ale równie fascynujący sposób splotły się z współczesnymi dziejami Jerozolimy. Kończąc tę wędrówkę po jerozolimskich śladach wojennej polskiej obecności w Świętym Mieście można jeszcze tylko powiedzieć, że o ile różne nacje - Ormianie, Rosjanie, Niemcy, a nawet Amerykanie mają dziś w Jerozolimie swoje miejsca a czasem nawet całe "dzielnice”, to za to my Polacy możemy chyba powiedzieć, że mieliśmy tu swój „polski czas'’, którego śladom warto poświęcić trochę uwagi odwiedzając dziś to niesamowite i fascynujące miasto. Polska kwatera katolickiego cmentarza na wzgórzu Spon Muzyka Wacław Bielecki Notki melomana w czasie pandemii i wojny (6) Muzyka z sal koncertowych i Internetu PRZENIESIENIE PROCHÓW KRZYSZTOFA PENDERECKIEGO wtorek, 29 marca 2022 r. Urna z prochami K. Penciereckiego w Panteonie Narodowym, w krypcie kościoła s'w. Piotra i Pawła w Krakowie, fot. PAP Przez pięć godzin oglądałem na streamingu Programu II Polskiego Radia transmisję z uroczystości przeniesienia urny z prochami Krzysztofa Pendereckiego z bazyliki św. Floriana do Panteonu Narodowego w kościele św. Piotra i Pawła w Krakowie. Odbyło się to dokładnie w dwa lata po śmierci tego największego polskiego kompozytora w czasie pandemii. Wtedy nie było można zorganizować publicznego pogrzebu z powodu obostrzeń sanitarnych. Po roku zachorowała Elżbieta Penderecka, dlatego przeniesienia urny z prochami dokonano teraz. Wacław Bielecki 149 O godzinie 9:30 w Bazylice św. Floriana zaczęła się prywatna uroczystość dla rodziny i zaproszonych gości. Ograniczyła się ona tylko do wysłuchania utworów Mistrza w zupełnej ciszy. Przed ołtarzem wystawiona została biała urna ze złotym krzyżem i biało-czerwoną szarfą z prochami kompozytora przeniesiona z krypty do kościoła. Przy katafalku stał wielki biało-czarny portret Krzysztofa Pendereckiego, pod ołtarzem wystawiono dwa ordery, w tym Orła Białego, a obok stała asysta wojskowa - dwóch żołnierzy. Wśród kilkunastu wieńców zauważyć można było trzy najważniejsze z napisami: „Najdroższemu Krzysiowi Elżbieta” oraz od Prezydentów Polski i Niemiec. W bazylice odbył się koncert z najbardziej znanymi utworami Pendereckiego wykonanymi przez chór i kwartet smyczkowy. Po godzinie kondukt ruszył Drogą Królewską: przez plac Matejki, obok pomnika Grunwaldzkiego, koło Barbakanu, pod wieżą Floriańską, ulicą Floriańską, przez Rynek na ulicę Grodzką, gdzie ustawione były liczne poczty sztandarowe. Pogoda była marcowa - zachmurzone niebo, po niewielkim deszczu. Ciągle słychać było tupot żołnierskich butów kompanii honorowej. Wokół sporo ludzi przyglądało się konduktowi, ale na trasie tłumów nie było, przybywało ich na Grodzkiej. O 11:25 kondukt dotarł do kościoła św. Piotra i Pawła, gdzie pojawił się arcybiskup Stanisław Dziwisz. Przed wejściem do kościoła abp Wojciech Polak, prymas Polski pokropił urnę wodą świeconą i zaczął modlitwę o wprowadzenie duszy Krzysztofa do świątyni. Zabrzmiały organy i uroczystość zaczęła się od pieśni: Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie. Sinfonietta Krakowska pod dyrekcją Jurka Dybały wykonała Arię z Trzech utujorów w dawnym stylu, a organista Witold Zalewski zagrał pięknie coś z Bacha i improwizował w oczekiwaniu na spóźnionego nieco prezydenta RP Andrzeja Dudę, który wchodząc do kościoła przywitał się z Elżbietą Penderecką i kilkoma innymi osobami. Obok niego w pierwszej ławce zasiadł wicepremier i minister kultury Piotr Gliński (w dalszych ławkach był jego zastępca Jarosław Sellin), prezydent Krakowa Jacek Majchrowski, a w drugiej ławce zobaczyliśmy byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z żoną. Po kolejnych utworach wykonanych przez Sinfoniettę oraz Chór Filharmonii Narodowej a capella pod dyrekcją Bartosza Michałowskiego, Prymas zaczął mszę św. od okadzenia ołtarza. Podczas kwadransowego kazania ks. Prymas mówił: - Pochowanie urny w krypcie Panteonu Narodowego to znak szacunku, ale i wdzięczności. Mówca wspominał o sekrecie na udane życie: - Ziarno, które obumiera daje nowe życie. Dziękujmy za to, co nam zostawił: Polskie re^uiem. Sinfonietta zagrała Chaconnę a Chór FN zaśpiewał Sanctus Benedictus. Podczas przekazania sobie znaku pokoju prezydent Duda uścisnął dłoń b. prezydentowi Kwaśniewskiemu i jego żonie. Chór zaśpiewał Agnus Dei, a słynna skrzypaczka Anne-Sophie Mutter wykonała z towarzyszeniem organów Ave Maria Bacha — Gounoda. Po tym nastąpiło świeckie pożegnanie prowadzone przez Piotra Krasnowolskiego. Głos zabrało siedmiu mówców. Prezydent Andrzej Duda zadał pytania: - Jakim człowiekiem trzeba było być, aby być proszonym do napisania utworu na trzecie tysiąclecie istnienia Jerozolimy^ Jaki to musial być wielki i światowo doceniony muzyk, aby napisać oratorium na 700-lecie katedry w Munster , czy na 80-leciepowstania Polski . Si^ w światowej historii kultury tacy ludzie. Dziękuję za kazek} nutę, za Luslawice w imieniu Rzeczpospolitej. Mistrzu spoczywaj w pokoju. 150 Notki melomana w czasie pandemii i wojny (6) Piotr Gliński, wicepremier i minister kultury powiedział: - Żegnamy laielkiego kompozytora, ale i elokrego Polaka. Byl stoiaelklem jak żołnierze soioiecey palili lo Dębicy ksi^fżki i nuty. Naznaczył historię muzyki XX i XXI wieku. Ukazał okrucieństwa władzy w , a jego z napisana na śmierć Jana Pawła II została wykorzystana w Jiłmie „Katyń” (brat jego matki został zabity w Katyniu). Pozostawił wspania-łi} muzykę, centrum w Lusławicach i arboretum. Jacek Majchrowski, prezydent Krakowa przypomniał: - Penderecki był honorowym oby-watełem Krakowa, od IP72 r. rektorem Akademii Muzycznej oraz Krakowskiej Szkoły Kompozycji. Był to przyjazny człowiek dła „małuczkich uczniów”. Wraz z Piotrem Skrzyneckim założył „Piwnicępod Baranami”. Jest także upamiętniony dębem na Płantach. List od chorego Prezydenta Niemiec Franka-Walter Steinmeiera odczytał ambasador. Wspomniał w nim, że Penderecki władał biegle językiem niemieckim i dla Niemiec skomponował jeden z pierwszych utworów Anakłasis, był wykładowcą w Essen. Został budowniczym „mostów” między Polską i Niemcami. Waldemar Dąbrowski, dyrektor Opery Narodowej zabierający głos w imieniu środowisk twórczych mówił: - Pisałpraw^ i łew^} ręką, bo Bóg mu dał dar symetrii. Był łiderem awangardy, ałe zrozumiał, że muzyka jestjednosćią i zaczął tworzyć muzykę „nowego romantyzmu”. Wiełkim jego dziełem jest napisana w 1966 r. na 1000-łecie Połski, którego nie mogłis'my obchodzić. W całym jego dziele czuje się połskos'ć. Wojciech Widłak, rektor Akademii Muzycznej w Krakowie przemawiający w imieniu środowiska akademickiego stwierdził.' - Penderecki był honorowym członkiem wielu różnych akademii muzycznych na s'wiecie i przez 15 lat rektorem Akademii Muzycznej w Krakowie. Mówił, że muzyka jest zakorzeniona jak drzewo w ziemi i niebie. Partytura natury, to architektura Ogrodów Lusławickich. Fundamentem kultury jest dialog. Twojej muzyki świat nigdy nie zapomni. Na koniec odczytano wspomnienie Elżbiety’Pendereckiej: - Mówiłeś', że kompozytor musi opowiadać się po stronie wartos'ci. Chciałes' napisać IX Symfonię, ale już nie zdążyłeś'. Drzewo Twojej muzyki będzie rosnąć ku górze. Do zobaczenia Krzysiu. Organista zaintonował tradycyjną pieśń na zakończenie mszy żałobnej: Anielski orszak niech twą duszę przyjmie, potem nastąpiło poświęcenie, okadzenie i posypanie urny prochem oraz zaniesienie jej do krypty. Na chórze śpiewała Iwona Hossa z młodzieżowym chórem i organami, a Sinfonietta zgrała utwór z solem klarnetu. Do krypty jako pierwsza zeszła rodzina z duchownymi. I tak po pięciu godzinach skończyła się ta podniosła uroczystość. KONKURS SKRZYPCOWY W MIEŚCIE ANDERSENA niedziela, 10 kwietnia 2022 r. Przez przypadek natknąłem się w Internecie na półfinał konkursu skrzypcowego im. Carla Nielsena odbywający się w Odense w Danii. Dotarło do niego 6 z 24 młodych skrzypków, którzy grali jeden z koncertów Mozarta z towarzyszeniem orkiestry oraz wybraną przez siebie miniaturę solo. Te ostatnie były najciekawsze, bo koncerty Mozarta wyko- Wacław Bielecki 151 nywali bezbłędnie z młodzieńczą pasją. Usłyszałem zatem nieznane mi miniatury, np. Ca-denza and Theme estońskiej kompozytorki Ester Magi, czy utwór Par.ti.ta skomponowany przez Lerę Auerbach. Po dwóch dniach odbył się tzw. przedfinał z udziałem już tylko trojga skrzypków. Estończyk Hans Christian Aavik zagrał koncert Czajkowskiego. Po nim dwukrotnie usłyszeliśmy koncert Sibeliusa w interpretacjach Koreanki Eun Che Kim oraz Bohdana Lutsa, 17-let-niego Ukraińca. Towarzyszyła im Copenhagen Philharmonic pod batutą Nikołaja Szeps--Znaidera, przewodniczącego konkursu. Młodzi skrzypkowie grali dynamicznie i bardzo pewnie, czasami brawurowo. Spośród dwóch wykonań koncertu Sibeliusa lepsza, moim zdaniem, była interpretacja Koreanki - bardziej dojrzała i zagrana mocniejszym dźwiękiem. Może wpływ na to miały świetne skrzypce na których grała. W niedzielnym finale konkursu skrzypcowego Nielsena zagrało troje tych samych skrzypków, którzy po kolei wykonali ten sam Koncert skrzypcoiay op. 33 patrona konkursu przy akompaniamencie Odense Symphony Orchestra pod batutą Danieli Musca. Doprawdy, trudno mi powiedzieć, kto grał lepiej. Estończyk Aavłk wykonał koncert po „kawaleryj-sku”, jak oznaczono tempo części pierwszej, a najtrudniejsze fragmenty grał z uśmiechem. Koreanka Kim przepełniła swoja interpretację kobiecą subtelnością i pięknym, soczystym dźwiękiem. Najmłodszy z nich Ukrainiec Luts zagrał koncert brawurowo i najszybciej. Jeszcze wieczorem nie mogłem znaleźć wyniku na stronie konkursu. Ostatecznie jury przyznało dwie pierwsze nagrody ex aequo mężczyznom - Estończykowi i Ukraińcowi, a III nagrodę otrzymała Koreanka, II miejsca nie przyznano. STABAT MATER HAYDNA W KOŚCIELE AKADEMICKIM W GDAŃSKU niedziela, 10 kwietnia 2022 r. Wieczorem, tej samej niedzieli, słuchałem w kościele św. Barbary w Gdańsku Stabat Mater Haydna. Ten oratoryjny utwór składający się z 13 części i trwający ponad 60 minut, wykonali czterej soliści, połączone chóry i orkiestra Akademii Muzycznej w Gdańsku. Dyrygował szef Filharmonii Bałtyckiej George Tchitchinadze. Utwór został napisany przez Haydna w 1767 r., czyli dwa i pół wieku temu, ale ciągle zachwyca swoim klasycznym pięknem. Mnie najbardziej spodobały się partie chóru, świetny akompaniament orkiestry i organów, niestety, elektronicznych. Młodzi soliści, studenci wydziału wokalnego, mają jeszcze co robić. Świetna była końcowa fuga poprowadzona z wielka maestrią przez dyrygenta. Przy okazji odkryłem, że nadające posmak dramatu akordy zmniejszone zastosowane przez Mozarta w sławnym Ret^uiem, już ćwierć wieku wcześniej użył Haydn w StabatMater. Ten utwór przypomniał mi wakacyjny wyjazd sprzed kilkunastu lat do miasta Haydna, czyli Eisenstadt w Austrii, gdzie był on kapelmistrzem orkiestry księcia Esterhazego. Wtedy udało mi się uczestniczyć w koncercie w wielkiej sali koncertowej książęcego zamku. Wracając do gdańskiego koncertu trzeba żałować, iż organizatorzy nie wykorzystali kościelnego ekranu do równoległego wyświetlania tłumaczenia łacińskiego tekstu. Co praw- 152 Notki melomana w czasie pandemii i wojny (6) Studenci Akademii Muzycznej u> Gdańsku, uykonawey Stakat Mater Haydna, fot. W Bielecki da, przed wykonaniem utworu libretto zostało odczytane w całości w tłumaczeniu na język polski, ale ze względu na jego długość, niełatwo było orientować się w aktualnej treści. Ci sami artyści wykonali ten sam utwór wczoraj w katedrze w Oliwie, a dzisiaj w kościele najbliżej położonym od Akademii Muzycznej, dlatego nazywanym Kościołem Akademickim. RAJSKI W SZTUMIE piątek, 22 kwietnia 2022 r. Po kilku latach przerwy mieliśmy możliwość posłuchania w Sztumie Polskiej Orkiestry Kameralnej Sopot pod dyrekcją maestra Wojciecha Rajskiego. Ten zespół przyjeżdża do naszego miasta tylko przy okazji jakichś ważnych rocznic. Osiem lat temu było to stulecie Zakładu Karnego, a dzisiaj stulecie powstania Związku Polaków w Niemczech. Część historyczna uroczystości odbyła się w godzinach południowych w pałacu w Waplewie Wielkim, czyli miejscu zamieszkania hrabiego Stanisława Sierakowskiego — pierwszego prezesa tego związku. Poza tym, pałac w Waplewie jest nie tylko Muzeum Tradycji Szlacheckiej, ale Pomorskim Ośrodkiem Kontaktów z Polonią. To była duża uroczystość z udziałem marszałków województw: opolskiego, wielkopolskiego, pomorsko-kujawskiego, warmińsko-mazurskiego, pomorskiego oraz licznych historyków i działaczy samorządowych. Niestety, Wacław Bielecki 153 Wojciech Rajski i jego orkiestra na sztumskiej scenie, po lewtj Adam Karaś' dyrektor SCK, fot. W Bielecki tylko nieliczna garstka oficjeli dotarła na wieczorny koncert do sali kina Powiśle w Sztumie. A było na co. Na program koncertu złożyły się trzy utwory kompozytorów polskich poprzedzone na znak solidarności z Ukrainą, jak to jest teraz przyjęte w wielu filharmoniach w Polsce i na świecie, Melodit} Myrosława Skoryka, kompozytora i dyrygenta ukraińskiego, zmarłego dwa lata temu. Ta rzewna melodia jest w istocie motywem przewodnim w wojennym filmie pt. W^sokijpierewai (V(§/soka przełęcz) z 1982 r. Potem orkiestra zagrała „Śmierć Ellenai” Feliksa Nowowiejskiego, „Koncert klarnetowy” Karola Kurpińskiego i „Serenadę” Mieczysława Karłowicza. Z opisywaniem tych utworów mam kłopot, bo są to dzieła które wielokrotnie słyszałem i przedstawiałem na łamach „Prowincji”. Skupię się zatem na detalach. Fragmenty romantycznego poematu poetyckiego „Anhelli” Juliusza Słowackiego, wybrane przez F. Nowowiejskiego do melodramatu „Śmierć Ellenai”, recytował znany gdański aktor teatralny, filmowy i telewizyjny Krzysztof Gordon. W porównaniu ze słyszanymi przez mnie prezentacjami i nagraniami tego dzieła, wybrane fragmenty były nieco dłuższe. Zwykle zaczynają się od słów z KIII rozdziału: Przyszedł luięc dzień syhirski, tymczasem dzisiaj poprzedziły go dłuższe strofy. Jest tu jeszcze sprawa obsady. Kto ma mówić tekst: kobieta czy mężczyzna? Podczas koncertu plebiscytowego w Sztumie w 1920 r. Feliks Nowowiejski zaangażował do tej roli Jadwigę Dirściankę. Podobnie było w ubiegłym roku, gdy podczas lipcowego koncertu w kościele św. Anny w Sztumie tekst recytowała olsztyńska sopranistka Ewa Alchimowicz-Wójcik. W tej roli obsadził ją Jerzy Kukla, autor organowej 154 Notki melomana w czasie pandemii i wojny (6) adaptacji utworu, którego zdaniem, jest to rola kobieca. I jeszcze jedna sprawa. W dzisiejszej interpretacji, dostrzegłem wielki kontrast między warstwą słowną i muzyczną utworu. Tekst jest dramatyczny, ponury, mówi o śmierci i trupach, natomiast muzyka, chociaż smutna i melancholijna, miejscami bywa nawet słodka. Zaczynam się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby wykonywać ten utwór w ogóle bez recytacji. Może się to wydawać dziwne, ale sam kompozytor przy partii recytatora zapisała termin: „ad libitum”, co oznacza, że dopuszczał wykonanie utworu bez recytacji. Zaangażowanie aktora zupełnie zmienia formę utworu, albowiem, jak to zauważył prof. Marcin Gmys z UAM, z kwintetu smyczkowego z partią klarnetu, dzieło staje się melodramatem, a w melodramacie słowa górują nad muzyką i mogą doprowadzić do sprzeczności znaczeniowej między nimi. Koncert B-dur na klarnet Karola Kurpińskiego należy do moich ulubionych utworów i mogę go słuchać codziennie. Wiadomo, że do naszych czasów zachowała się tylko jego część pierwsza utrzymana w szybkim tempie Allegro z trzema melodyjnymi tematami. Niedawno pisałem o rekonstrukcji II i III części tego utworu przez niemieckiego kompozytora Sebastiana Gottschicka (zob. Prowincja 2021, nr 3), niezbyt, moim zdaniem udanej. Podczas koncertu na sali kina Powiśle solistą był Andrzej Wojciechowski, profesor Akademii Muzycznej w Gdańsku i pierwszy klarnecista Orkiestry Filharmonii Bałtyckiej. Zagrał świetnie, z wielką łatwością pokonując wszelkie techniczne zawiłości dzieła, odpowiednio modulując siłę i barwę dźwięku oraz błyskotliwie wykonując fragment solowy, tzw. kadencję. Mnie do pełni szczęścia zabrakło tylko jednego. Solista grał z nut, a ja wolę, by wykonawca koncertu grał go z pamięci, tym bardziej, że to dość krótki utwór. Na koniec usłyszeliśmy piękną „Serenadę na orkiestrę smyczkową”, młodzieńczą kompozycję Mieczysława Karłowicza, która miała swoje prawykonanie 23 kwietnia 1897 roku w Berlinie, czyli dokładnie 125 lat temu. Spośród czterech części, najbardziej w ucho wpada - nie tylko mnie - taneczny walc. Tak się złożyło, że koncert Polskiej Filharmonii Kameralnej Sopot został wykonany w czterdziestym roku jej istnienia. Zespół został założony przez maestra Wojciecha Rajskiego w 1982 r. Wtedy nazywał się: Orkiestra Kameralna Wojciecha Rajskiego. O jego klasie świadczą liczne występy w prawie wszystkich znaczących salach koncertowych Europy oraz Stanach Zjednoczonych, Chinach i Japonii. Orkiestra nagrała ponad 60 płyt analogowych i CD. W historii tego zespołu czymś niezwykłym jest, że przez 40 lat jej szefem jest od samego początku ten sam wybitny dyrygent prof. Wojciech Rajski. Lista znakomitych solistów światowej sławy z którymi grał Maestro jest imponująca i bardzo długa. Z okazji 40-lecia najlepsze życzenia złożył Dyrygentowi i Orkiestrze prowadzący koncert Adam Karaś, dyrektor Sztumskiego Centrum Kultury. AIDA W OPERZE BAŁTYCKIEJ niedziela, 24 kwietnia 2022 r. Kolejny niedzielny wieczór spędziłem w Gdańsku, tym razem w Operze Bałtyckiej na drugiej premierze Aidy Yerdiego (prapremiera odbyła się wczoraj). W tym przedstawieniu rolę Aidy, etiopskiej niewolnicy zaśpiewała - Jolanta Wagner, sopran, jej rywalką Amneris, Wacław Bielecki 155 Kłaniajif się wykonawcy Aidy, w środku dyrygent George Tchitchinadze, fot. W Bielecki córką faraona była - Karolina Sikora, mezzosopran, a Radamesem, dowódcą zwycięskich wojsk egipskich - Tomasz Kuk, tenor, dyrygował George Tchitchinadze. Na całe szczęście, przedstawienie zostało wyreżyserowane przez Annę Wieczur w sposób tradycyjny, bez bezsensownego przenoszenia akcji w bardziej współczesne czasy. I chwała za to pani reżyser. Stroje aktorów, dekoracje i ruch sceniczny (balet) nawiązują do starożytnego Egiptu. Zauważyć można, że stroje są bogate, a śpiewacy i tancerze w pierwszych dwóch aktach tłumnie zapełniają całą scenę, jak to przystało na grand operę, trwającą długo, bo trzy i pół godziny. W przedstawieniu króluje jednak muzyka Yerdiego, przepiękna, melodyjna, ciekawie zinstrumentowana, z powtarzającymi się tematami przewodnimi charakteryzującymi postacie i zdarzenia. Uwertura jest delikatna jak w Trafiacie, a arie nie odchodzą od włoskiego stylu bel canto. Przez niektórych Aięia uznawana jest za najpiękniejszą operę Yerdiego, chociaż ja na pierwszym miejscu stawiam wspomnianą Traviakę, a później Rigoletko. W hallu opery ustawiono plansze przypominające poprzednie wystawienia Atdy w Operze Bałtyckiej w 1960, 1992 i 1993. Uzmysłowiły mi one, że przed wieloma laty byłem na pierwszym przedstawieniu Aidy, jako uczeń Liceum Pedagogicznego w Tczewie. To była moja druga opera w życiu, jaką słyszałem i oglądałem. Doszło do tego, bo w ówczesnych czasach szkoły bardzo dbały o umuzykalnienie. W tym celu były organizowane specjalne pociągi, które dowoziły uczniów na spektakle operowe do Gdańska z Kwidzyna, Malborka i Tczewa. 156 Notki melomana w czasie pandemii i wojny (6) Dzisiaj odbierałem dzir/f nie tylko jako opowieść o wielkiej, tragicznej miłości, ale także jako opowieść o wojnie. Każda wojna, także ta z czasów starożytnego Egiptu jest zła, przynosi cierpienia, gwałty, zniszczenia, rozpacz i ból. Słowa które słyszałem ze sceny oraz wojenne obrazy nieodparcie kojarzyły mi się z wojną rozpoczętą przez Rosję na Ukrainie. Ostatnio mam szczęście do gruzińskiego dyrygenta Georga Tchitchinadze. Tym razem widziałem go jako prowadzącego orkiestrę operową. Robił to znakomicie. To bardzo wszechstronny dyrygent. Jego debiut w Operze Bałtyckiej skojarzył mi się z czasami PO-iFB, czyli Państwowej Opery i Filharmonii Bałtyckiej, kiedy to obie placówki stanowiły jedną instytucję. Niestety, teraz Opera Bałtycka nie ma swojego szefa artystycznego. Jak długo to potrwa? HISTORIA DOMU CHOPINA W ŻELAZOWEJ WOLI środa, 11 maja 2022 r. Zakończyłem czytanie książki Mileny Wojtkiewicz pt. Żelazowa Wola. Dzieje domu Chopina. Została ona bardzo ładnie wydana przez Narodowy Instytut Fryderyka Chopina na dwustulecie urodzin kompozytora. Najciekawsza w tej publikacji jest informacja o tym, że po śmierci Chopina w 1849 r. dom w którym się urodził w Żelazowej Woli był kompletnie zaniedbany. Odkrył to i zaalarmował melomanów w październiku 1891 r., czyli po ponad czterdziestu latach, rosyjski kompozytor i pianista Milij Bałakiriew, wielki entuzjasta muzyki Chopina przybyły z Petersburga. Jak podał do warszawskich gazet, dworek był w zupełnej ruinie, komnaty z wybitymi oknami, wydartą posadzka, ogołocone ze sprzętów i wszelkich pamiątek. Nie było żadnego napisu, nic, co w jakiś sposób świadczyłoby o tak ważnym wydarzeniu, które tam miało miejsce. W dawnych pokojach rodziny Chopinów: ... paehelarz niechlujny (.•-) mleko kwasi na wpół zgniłych posadzkach l jabłka suszy po odrapanych z iynku ścianach pokojowych. Wkrótce po wizycie Bałakiriewa pojechali do Żelazowej Woli członkowie Komitetu Towarzystwa Muzycznego z Warszawy, którzy stwierdzili, że dawne mieszkanie Chopinów sprawia wrażenie rzeczywistej rudery, a w narożnym alkierzu, w którym urodził się Fryderyk, jedno okno zabite jest deskami, a drugie zamurowane. Po tych bulwersujących wydarzeniach zrodził się pomysł, aby wystawić Chopinowi pomnik, bo urządzenie w tamtym czasie muzeum okazało się zbyt trudnym przedsięwzięciem z uwagi na konieczność wykupienia domu i ziemi. Po zbiórce pieniędzy, pierwszy na ziemiach polskich pomnik poświęcony Chopinowi został uroczyście odsłonięty 14 października 1894 r. Do Żelazowej Woli przybyło około 2500 osób. Odśpiewano skomponowaną specjalnie na tę uroczystość kantatę Zygmunta Noskowskiego pt. Nad Utrati} (tj. rzeką przepływającą nieopodal dworku) i wysłuchano improwizowanego koncertu na pianinie pod świerkiem pod którym niegdyś grywał Chopin. Wśród zaproszonych gości był Milij Bałakiriew, którego poproszono aby jako pierwszy wszedł za kratę otaczającą pomnik. Przez kolejne, długie lata trwała batalia o wykup dworku i otaczającej go ziemi z rąk prywatnych w celu urządzenia muzeum Chopina. Miało ono zostać otwarte w maju 1940 r. Wacław Bielecki 157 Z powodu wojny nie doszło do tego. Tak naprawdę „Park i Dom Urodzenia Fryderyka Chopina w Żelazowej Woli” otwarto dopiero 7 maja 2010 r. W batalii o wybudowanie Muzeum Chopina istnieje maleńki epizod sztumski. Otóż grupa ziemian z powiatu sochaczewskiego pomogła w roku 1928 w wykupieniu Żelazowej Woli z rąk prywatnych, ułatwiając uzyskanie kredytu bankowego dla Towarzystwa Przyjaciół Domu Chopina. Wśród tych ziemian był Zygmunt Donimirski, syn Zygmunta (!), który miał swój majątek w Kożuszkach odległych od Żelazowej Woli zaledwie o 5 km. Jego ojciec urodził się w Ramzach Wielkich pod Sztumem, jednak przez ostatnie 20 lat życia mieszkał w Kożuszkach, gdzie zmarł, ale został pochowany w Sztumie przy kościele św. Anny. DEBIUT KACPRA SMOLIŃSKIEGO JAKO KOMPOZYTORA KONCERTU KLASYCZNEGO niedziela, 22 maja 2022 r. Kacper Smoliński wystąpił dzisiaj w auli UAM w Poznaniu w podwójnej roli - kompozytora i solisty w skomponowanym przez siebie Koncercie na harmonijką chromatyczni}, marimbę ~ loibrafon i orkiestrę smyczkowi}. Utwór ten został zamówiony przez dyrygentkę Agnieszkę Duczmal, szefową Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia Amadeus z okazji 85 rocznicy powstania Polskiego Radia. Jak mówił Kacper Smoliński podczas rozmowy transmitowanej w przerwie koncertu, prezentowany utwór jest pierwszą, większą formą jaką stworzył w stylu koncertu klasycznego, a więc składająca się z trzech części o kontrastowych tempach: szybkiej — wolnej -szybkiej. Jest tam jednak sporo elementów jazzu i muzyki filmowej. Pierwsza część utworu ma to formę sonatową, druga - pieśni trzyczęściowej, a trzecia to znów forma sonatowa, ale uproszczona. Idea doboru instrumentów nie jest przypadkowa, albowiem harmonijka oraz marimba i wibrafon to są instrumenty należące do tej samej grupy - idiofonów, czyli perkusyjnych instrumentów melodycznych w których każdy dźwięk ma swoje osobne źródło (sztabkę), dlatego są to instrumenty do siebie podobne - wyjaśnił twórca. Dodał, że jako jazzman musiał nauczyć się pisać formy klasyczne. Przeglądał dużo partytur, ale nie wymyślał wszystkiego na siłę. Do komponowania podszedł tak jak do układania bukietów kwiatowych: - Nie wymyślę nowego kwiatu i układam swój bukiet ze znanych kwiatów, ale w swojej formie. Cały utwór trwał przez ponad pół godziny. Na harmonijce chromatycznej grał Kacper Smoliński, a na marimbie i wibrafonie jego przyjaciel Bartek Miler, z którym kompozytor konsultował różne problemy związane z partią tych instrumentów. Koncert wypadł wspaniale. Publiczność zgromadzona w auli UAM nagrodziła wykonawców hucznymi oklaskami trwającymi trzy minuty. Prowadzący koncert redaktor Andrzej Sułek zawłaszczył nam Kacpra Smolińskiego wywodzącego się przecież ze Sztumu, nazywając go „Wielkopolaninem”. Trzeba zauważyć, że maj tego roku jest dla niego bardzo pomyślny. Kilka dni wcześniej zagrał koncert w Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy, 158 Notki melomana w czasie pandemii i wojny (6) dzisiaj w Poznaniu, a w następnym tygodniu ma grać w Sztumie ze znakomitym pianistą Leszkiem Możdżerem. CO SŁYCHAĆ U ANNY NIETRIEBKO? wtorek, 24 maja 2022 r. Gdy większość teatrów operowych i filharmonii zdecydowanym gestem odsuwa rosyjskich artystów, Opera Wiedeńska postanowiła pójść zupełnie inną drogą. Jej internetowe oświadczenie wywołało spore poruszenie, donosi dwutygodnik „Ruch Muzyczny”. Czytamy w nim, że wiedeńska scena ma być miejscem łączenia artystów, tworzenia mostów między kulturami: - J^y/if/wy szczęśliwi i dumni, mogifc na jednej scenie jednoczyć artystów z najróżniejszych narodów ~ w tym Ukrainy i Rosji - którzy każdego wieczoru wyrażaj^f swoje oddanie muzyce w pokojowym współistnieniu ponad różnicami językowymi, kulturowymi i narodowościowymi. Swojt^ prac^ wyznaczaj^} znak pokoju i międzynarodowego zrozumienia. Dyrektor generalny tej sceny Bogdan Rościć zapowiedział, że nie będzie rezygnował z udziału rosyjskich artystów w spektaklach, w tym z Anny Nietriebko. Teatr nie zerwał z nią kontraktu na przedstawienie Aidy i nie zrobi tego, ponieważ artystka w końcu opowiedziała się przeciwko wojnie. Osobiście nie wierzę, że pani Nietriebko powinna być pozbawiana możli-wos'ci pracy w kraju, którego jest obywatelka} - dodał dyrektor. Na końcu zwrócił uwagę, że państwowe teatry nie podpisują umów z artystami, którzy popierają rosyjską agresję, ale zastrzegł, że: Nie jest naszą rolą wymagać od ludzi deklaracji w sprawie wojny. Jednak kontrowersje wokół czołowej rosyjskiej sopranistki Anny Nietriebko nie milkną. Po tym jak spotkał ją ostracyzm ze strony wielu zachodnich instytucji kultury, zdecydowała się wydać drugie oświadczenie: Wyraźnie potępiam wojnę w Ukrainie, a moje mysji są z ofiarami tej wojny i ich rodzinami. Moje stanowisko jest jasne. Nie jestem członkiem żadnej partii połitycznej ani sojusznikiem żadnego przywódcy Rosji. Przyznaję i żałuję, że moje przeszłe działania łub os'wiadczenia mogły zostać błędnie zinterpretowane. W rzeczywistości spotkałam prezydenta Putina tyłko kiłka razy w całym moim życiu, głównie przy okazji odebrania nagród w uznaniu mojej sztuki łub podczas ceremonii otwarcia Igrzysk Ołimpijskich. Poza tym nigdy nie otrzymałam żadnego wsparcia finansowego od rządu rosyjskiego, mieszkam i jestem rezydentem podatkowym w Austrii. Kocham moją ojczyznę Rosję i szukam pokoju i jedności poprzez moją sztukę. Po zapowiedzianej przerwie wznowię występy pod koniec maja, początkowo w Europie. Do tego oświadczenia odniósł się szef Metropolitan Opera w Nowym Jorku.’ Nie jesteśmy przygotowani na zmianę naszego stanowiska. Jes'łi Anna dowiedzie, że na dłuższą metę naprawdę odcięła się od Putina, chętnie porozmawiamy. Tymczasem inna śpiewaczka rosyjska, Wieronika Dżyojewa, niedawno zastąpiła Annę Nietriebko w Makbecie Verdiego w Zurychu. Teatr ten od razu znalazł się w ogniu krytyki, gdy okazało się, że wielokrotnie w Rosji nagradzana Dżyojewa wystąpi niebawem w operze w Nowosybirsku. Dyrekcja opery w Zurychu deklarowała, że nie będzie zatrudniać artystów związanych z Putinem, tymczasem reporterzy dotarli do zdjęć, na których Dżyojewa pozuje z nim. Wacław Bielecki 159 Natomiast rzecznik prasowy rosyjskiego teatru w Nowosybirsku stwierdził: Jesteśmy pewni, że prawda jest po naszej stronie. Nie powinniśmy się obawiać' artystów, którzy wyrzekają się swojej ojczyzny. Nasz kraj jest bogaty w talenty, a wczorajsi idole zostaną zastąpieni przez innych o wyraźnej pozycji obywatelskiej. Zdaniem kierownictwa nowosybirskiej opery, Nie-triebko wybrała karierę za granicą: Możliwość występów na europejskich scenach jest dla niej ważniejsza niż losy jej ojczyzny. MOŻDŻER I SMOLIŃSKI ZAGRALI Z OKAZJI 20-LECIA POWIATU SZTUMSKIEGO piątek, 27 maja 2022 r. W sałi kina Powiśle odbyły się uroczystości związane z 20-leciem istnienia Powiatu Sztumskiego. Po części oficjalnej wysłuchaliśmy koncertu z udziałem Leszka Możdżera grającego na wypożyczonym fortepianie Steinway and Sons i Kacpra Smolińskiego wirtuoza harmonijki ustnej. Ich występ składał się z dwóch części, w pierwszej kilka utworów na fortepian solo zagrał L. Możdżer, w drugiej dołączył do niego K. Smoliński. Leszek Możdżer zaczął od dwóch spokojnych utworów, dla mnie wręcz relaksacyjnych. Rytm do nich odmierzał tradycyjny metronom, czyli cykający taktomierz, ustawiony w centralnym miejscu sceny. Następnie artysta improwizował na temat ballady Krzysz- Leszek Możdżer firzy fortepianie i Kacper Smoliński z harmonijką chromatyczną, fot. W Bielecki 160 Notki melomana w czasie pandemii i wojny (6) tofa Komedy z filmu „Prawo i pięść”, zaczynającej się od słów „Ze świata czterech stron”. Była to przepiękna, koronkowo zbudowana improwizacja. Potem usłyszeliśmy Etiudę c--moE z opusu 10 Fryderyka Chopina, znaną jako „rewolucyjna”, gdyż według tradycji powstała ona, gdy kompozytor dowiedział się o upadku powstania listopadowego - zajęciu Warszawy przez Rosjan. Jak wiadomo, jest to utwór, który ma ćwiczyć biegłość lewej ręki. W interpretacji L. Możdżera początek i koniec etiudy był mniej więcej taki, jak u Chopina, a w środku pianista próbował improwizacji, mocno zmieniając zapisaną melodię. Mnie osobiście te zmiany, mówiąc kolokwialnie, nie powaliły na łopatki. Po tych utworach pianista przygotowując preparację fortepianu, dowcipnie skomentował dzisiejszą uroczystość, nazywając powiat „abstrakcyjnym”, bo w myśl znanego powiedzenia Kartezjusza: - Powiat należy do tych rzeczy, które znikaji}, kiedy przestaje się o nich niys'leć. - Ta wypowiedź wywołała wybuch śmiechu i oklaski publiczności. Na spreparowanym przy pomocy jakichś chustek fortepianie L. Możdżer wykonał utwór Suffering, który - jak zapowiedział: - Napisany jest w tonacji g-moll moll, i mam nadzieję, że Państwu przypadnie do gustu. Rzeczywiście, ten niemal taneczny utwór mógł się podobać, między innymi dlatego, że zarzucone na struny chusty spowodowały istotną zmianę barwy dźwięku, stał się on wyraźnie przytłumiony. Inną preparację instrumentu zastosował pianista do ostatniego utworu z repertuaru Jeana-Michela Jarre’a Tlen (Oxygene). Na struny fortepianu zarzucił sznur białych korali, które spowodowały, iż instrument zaczął przypominać cymbały węgierskie, których dźwięk trwa długo, nie jest od razu tłumiony. Starosta Leszek Sarnowski podczas wrfczania Leszkowi Możdżerowi medalu za zasługi dła powiatu sztumskiego, fot. W Bielecki Wacław Bielecki 161 Drugą część występu Leszek Możdżer zagrał w duecie ze sztumianinem Kacprem Smolińskim, przedstawiając młodszego kolegę słowami: - To jest napratoeif mistrz harmonijki ustnej. Nie dość, że lo poioieeie sztumskim nie ma żadnego zastępcy, to u>łas'ciujie w całej Polsce nie ma zastępcy, z racji tego, że jest to jedyny instrumentalista posługuji^cy się tak sprawnie harmonijką ustną. Muzycy wykonali razem trzy utwory. Zaczęli od Luizy Antonia Carlosa Jobima z noweli brazylijskiej, potem była chyba jakaś samba, a na koniec przesławne Lihertango Astora Piaz-zolli, w którym pianista znowu spreparował instrument, tłumiąc jego dźwięk. Ich wspólny występ był niezwykle udany, chociaż mieli bardzo mało czasu na próby. Tak, jak to jest w muzyce jazzowej, po prezentacji tematu, improwizowali nieco na zmianę. Już po koncercie dowiedziałem się, od K. Smolińskiego, że był to jego trzeci występ w L. Możdżerem. Publiczność domagała się bisu i ten nastąpił (był to Blues Set), ale dopiero po wręczeniu pianiście przez starostę Leszka Sarnowskiego „Medalu honorowego w uznaniu za zasługi dla powiatu sztumskiego”. Starosta uzasadniając przyznanie medalu przypomniał, że Leszek Możdżer kilka lat temu zakupił i przekazał zakładom karnym pianina dla osadzonych, aby mogli kształcić się muzycznie. Pianina trafiły do siedmiu więzień w okręgu gdańskim i wszędzie tam Leszek Możdżer zagrał nieodpłatnie koncerty. Starosta podziękował także pianiście za komentarz podczas występu: - Dziękuję za to, że dzisiaj przekułeś' ten balon naszej „oficjałki”, że wprowadziłeś' nasz powiat do kosmicznej abstrakcji i sprowadziłeś'go z powrotem na ziemię. Z koncertu ucieszyli się bardzo sztumscy melomani, bo rzadko u nas można wysłuchać na żywo takich wspaniałych muzyków. Wspomnienia TEODOR SEJKA (1943-2022) we wspomnieniach Teodor Sejka trafił na Ziemfi Sztumską po II wojnie s'u)iatowej, w ramach Akcji Wisła. Historią Jego rodziny, i podobnych im Łemków wygnanych ze swych domostw, mogłis'my poznać dzięki pionierskiemu tekstowi Teodora Sejki opubłikowanemu na łamach naszego kwartałnika. To jeden z istotniejszych tekstów naszego kwartałnika, pokazujący, po łatach zapomnienia, ważny i traumatycznyJragment naszej najnowszej historii. Teodor Sejka był wyjątkową postacią, nauczyciełem, pasjonatem harcerstwa, doktorem fiłołogii rosyjskiej, społecznikiem, a przede wszystkim, jak napisała jedna z Jego kołeżanek, „dobrym i przyjaznym człowiekiem”. Zachowajmy Go w naszej pamięci. Redakcja „Prowincji” Teodor w mundurze harcmistrza ZHP, fot. z archiwum rodzinnego ELŻBIETA ZIARKO (Z DOMU WYSOCKA) I JÓZEFA KRUPA (Z DOMU JAREMA) Teodor, Józia i ja ukończyliśmy wiejskie siedmioletnie Szkoły Podstawowe. My z Józią w Ryjewie, on w pobliskim Benowie. Po zdaniu egzaminu wstępnego zostaliśmy uczniami Liceum Ogólnokształcącego w Sztumie. Zaczęliśmy rok szkolny 1957/58 już w obecnym budynku, jako drugi rocznik tej szkoły. Jako czternastoletnie dzieciaki czuliśmy się zaszczyceni, że należymy we wsi do szczególnej grupy, dlatego nasze tarcze szkolne nosiliśmy mocno przyszyte do rękawa kurtki, a na głowie beret granatowy z czerwoną tasiemką. Teodor Sejka trafił do klasy „b”, a jego wychowawczynią była pani Nina Żeligowska, nauczycielka języka rosyjskiego. Może to właśnie ona wpłynęła na późniejszą decyzję Teodora o wyborze zawodu nauczyciela języka rosyjskiego. My z Józią chodziłyśmy do klasy „a”, w której naszym wychowawcą był pan Józef Bator, a od klasy dziewiątej pan Zbigniew Kłopotowski. Spotykaliśmy się wszyscy na przerwach i spacerowaliśmy karnie korytarzem pod czujnym okiem dyrektora Michała Giembickiego, zawsze ze słynnym wskaźnikiem do map w ręku. Z nauką nie mieliśmy problemów i tak upłynęły piękne cztery lata wesołe i beztroskie. Z tego okresu pamiętamy Teodora jako spokojnego, niezwykle wrażliwego, empatycznego, serdecznego kolegę. Zwłaszcza ja, bo on, jako jedyny, zwracając się do mnie zawsze używał zdrobnienia mego imienia „Elżunia” i zachował tę formę do końca życia. Teodor Sejka (1943-2022) we wspomnieniach 163 W 1961 roku po ukończeniu szkoły rozjechaliśmy się w różne strony, większość na studia. Teodor pozostał jeszcze na rok, ponieważ powtarzał klasę jedenastą. Akurat on jako humanista nie poradził sobie z egzaminem maturalnym z matematyki, dlatego został absolwentem rocznika 1962. W latach 1972-1981 pracował w LO w Sztumie jako nauczyciel języka rosyjskiego, był nawet wychowawcą klasy, która ukończyła Liceum w roku szkolnym 1979/80. Od naszego kolegi z klasy, Alfreda Warczaka, dowiedziałam się, że obaj przez dwa lata pracowali w sztumskim Hufcu ZHP, który mieścił się w budynku obecnego starostwa. W 1981 roku Teodor odszedł z pracy w LO do Szkoły Specjalnej w Barcicach. Rezygnacja wynikała z powodu braku porozumienia z ówczesnym dyrektorem, a także z poczucia, że młodzież ma niechętny stosunek do nauki języka rosyjskiego. Wtedy zaczynały się zawirowania historyczne w kraju. Wyjątkowym przeżyciem dla nas były zawsze Zjazdy Absolwentów, z niecierpliwością oczekiwaliśmy, kogo zobaczymy, kto przyjedzie. Nasza więź z klasami rocznika 1961 była trwała i głęboka. Teodor był zawsze „rozdarty wewnętrznie”, bo przecież jako nauczyciel związany emocjonalnie był także z gronem pedagogicznym. Przez wiele lat mieszkania w Sztumie braliśmy udział w życiu kulturalnym miasta, uczestniczyliśmy w różnych spotkaniach, ciekawych wydarzeniach. Teodor często chorował lub przebywał u rodziny w Benowie. Ostatnie nasze spotkanie miało miejsce 2 października 2021 roku, kiedy jechaliśmy razem autokarem do Teatru Muzycznego w Gdyni na spektakl „Mistrz i Małgorzata”. Po powrocie do Sztumu zawołał do mnie: „Do zobaczenia, Elżuniu”. Pożegnałam Teodora na cmentarzu w Benowie 16 maja 2022 roku w piękny słoneczny dzień. Spoczął pod krzewem kwitnącego bzu obok bliskich. Odprowadzali go liczni przyjaciele, uczniowie i koledzy. KRYSTYNA SZAFRAŃSKA Druha Teodora Sejkę znałam z okresu końcówki lat 60-tych i lat 70- tych, gdy działaliśmy w harcerstwie w Hufcu Sztum. Teodor głównie zajmował się dziećmi i młodzieżą, w tym niepełnosprawnymi, prowadząc Drużynę Nieprzetartego Szlaku jako wychowawca i nauczyciel w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Barcicach. Pamiętam go jako człowieka bardzo troszczącego się o swoich uczniów, wychowanków i harcerzy. Był dla nich cierpliwy, wyrozumiały, a co najważniejsze, odnosił się do nich z szacunkiem i respektował ich prawa. Był bardzo łubiany przez wszystkich, którzy mieli z nim kontakt. To był wzór pedagoga, który dawał przykład własną osobowością. JÓZEK URBANIAK Teodora poznałem w roku 1973, jak przyjechał jako wizytator-metodyk języka rosyjskiego do Zbiorczej Szkoły Gminnej w Starym Targu, gdzie wtedy byłem krótko dyrektorem (1 II — 31 VIII 1973 r.). Pewnie zostałbym tam dłużej, ale przyobiecanego mi mieszkania 164 Teodor Sejka (1943-2022) we wspomnieniach służbowego nie dostałem. Zapamiętałem Teodora jako eleganckiego, postawnego pana, o miłej osobowości, w pracy nadzwyczaj solidnego, jednocześnie dla uczniów cierpliwego i miłego, stosującego nowatorskie metody pracy. Mogłem to stwierdzić podczas hospitacji jego lekcji w tej szkole. Od 1 1X1973 r. zacząłem pracować jako nauczyciel w LO w Sztumie i jednocześnie byłem wizytatorem-metodykiem. W latach 1973—1977 widzieliśmy się z Teodorem często, albo w LO, albo na terenie powiatu w różnych szkołach, bo przez kilka lat obaj byliśmy wizytatorami-metodykami, on języka rosyjskiego, a ja fizyki i chemii. Wtedy najczęściej rozmawialiśmy o sprawach zawodowych. W LO od czasu do czasu z okazji uroczystości państwowych Teodor prowadził apele szkolne, przyjmował raporty klas i meldował dyrektorowi szkołę gotową do uroczystości. Prowadził apele ubrany zawsze w mundur instruktora ZHP leżący na nim tak dobrze, jakby był szyty na miarę. To, że często ubierał mundur harcerski świadczyło o tym, że żył harcerstwem i każdy swój wolny czas poświęcał pracy z dziećmi i młodzieżą. Harcerstwo to była jego pasja, jego życie. W roku 1974 byłem drużynowym na obozie harcerskim w Kaletkach nad Jeziorakiem koło Iławy. Jednym z komendantów tego obozu był wtedy Teodor. Tam też mieliśmy więcej czasu na rozmowy, szczególnie przy ogniskach. Zresztą dla mojej rodziny było to miejsce wyjątkowe, bo przy końcu obozu zawieźliśmy moją żonę jedynym samochodem, który był do dyspozycji, do szpitala w Iławie i tam urodził się mój młodszy syn Adrian. Warto też wspomnieć, że Teodor i moja żona zarazili mnie bakcylem harcerstwa i bardzo aktywnie brałem udział w pracach różnych drużyn. Na przykład zorganizowałem drużynę łączności przewodowej w Lidze Obrony Kraju. Telefony na korbkę z demobilu dostaliśmy od wojska z Malborka. Te telefony połowę wykorzystywaliśmy na obozach harcerskich. W siedzibie LOK mieszczącej się w budynku obok internatu była sekcja radiostacji i to dzięki niej Teodor przychodził i rozmawiał z zagranicą, z krajami socjalistycznymi. Wtedy nie było Internetu ani telefonów komórkowych, a telefony były rzadkością, a już połączenie z zagranicą było tylko możliwe przez pocztę, oczywiście z długim czekaniem. Kiedyś Feliks Masternak, nauczyciel historii w LO, ogłosił, że chce założyć w szkole Izbę Pamięci i zabiegał o to, by uczniowie i nauczyciele przynosili różne pamiątki z naszego regionu. Teodor należał do najaktywniejszych zbieraczy tych pamiątek. Od 1976 roku, kiedy zostałem prezesem Związku Nauczycielstwa Polskiego w Sztumie (a Wacław Bielecki był moim zastępcą), organizowaliśmy częste wyjazdy autokarowe do Trójmiasta - do teatrów, opery i na koncerty. Organizowaliśmy też potańcówki i majówki. Teodor rzadko z nami wyjeżdżał. To nie był jego świat. On był zawsze cichy, spokojny i zrównoważony, i wołał w wolnych chwilach pracować z młodzieżą. W roku 1980 po wielu kursach i szkoleniach zostałem podharcmistrzem. Wśród osób w Komendzie Hufca ZHP w Sztumie gratulujących mi awansu, był oczywiście Teodor, który wcześniej z adeptami na instruktorów prowadził zajęcia. Koniecznie muszę wspomnieć, że z Teodorem często byliśmy wyróżniani, dostawaliśmy też nagrody. Jedną z takich nagród był wyjazd Pociągiem Przyjaźni do Moskwy i do Leningradu (obecnie Petersburga). Były tam spotkania z młodzieżą i - jak to wtedy określano - Teodor Sejka (1943-2022) we wspomnieniach 165 klasą robotniczą. Było też zwiedzanie i niestety, niewiele luzu. Wszystko było pod kontrolą. Ale jakoś wtedy nie odbieraliśmy tego jako ograniczenie naszej wolności, lecz jako super zorganizowany pobyt. Teodorze, wielki harcerzu, społeczniku, nauczycielu, metodyku i nauczycielu młodych nauczycieli, człowieku serdeczny, pełny ciepła i empatii — właśnie takim zachowam Cię w mojej pamięci. ALICJA KLEWICZ Teodor w mojej pamięci pozostanie jako dobry i przyjazny człowiek. Mimo słabego zdrowia kochał życie, walczył o każdy dzień. Poznałam go pod koniec ubiegłego wieku (jak szybko to zleciało!), gdy zaczął brać udział w spotkaniach Kręgu Biblijnego. Kochał śpiewanie, więc zachęcał nas do śpiewu i chętnie mu towarzyszyliśmy. Nasza znajomość przetrwała do końca Jego życia. Widzę go, jak wdrapywał się na czwarte piętro, aby mnie odwiedzić, a był to dla niego duży wysiłek. Jestem wdzięczna losowi, że mogłam go poznać, rozmawiać. To był kawał naszego życia. Będzie mi go brakowało. WACŁAW BIELECKI Poznałem Teodora wiele lat temu. Po raz pierwszy spotkałem go na zimowisku harcerskim organizowanym przez Chorągiew Gdańską ZHP na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. To zimowisko odbywało się w Karpaczu. Pojechaliśmy tam specjalnym pociągiem. Mieszkaliśmy w domach wczasowych i chodziliśmy codziennie na wycieczki po górach. Byliśmy wtedy uczniami szkół średnich — Teodor LO w Sztumie, a ja Liceum Pedagogicznego w Tczewie. Z tego zimowiska zapamiętałem pewną historię związaną z Teodorem. Otóż któregoś dnia Teodor zasłabł, kiedy schodziliśmy ze szlaku ze Śnieżki czy Śnieżnych Kotłów. Musieliśmy go na zmianę znosić na rękach do kwatery, bo okazało się, że ma chore serce. Wszystko jednak skończyło się dobrze. Po tym pobycie w Sudetach nastąpiła dłuższa przerwa w naszej znajomości. Spotkaliśmy się dopiero, kiedy na początku lat siedemdziesiątych podjąłem pracę w Poradni Wy-chowawczo-Zawodowej w Sztumie oraz na dodatkowych godzinach w Liceum Ogólnokształcącym. W Sztumskim Ogólniaku Teodor przez 9 lat uczył języka rosyjskiego (1972 — 1981). Tylko raz był wychowawcą klasy, którą w 1980 r. opuściło 25 absolwentów. Było to za dyrektorowania Bogdana Śliwińskiego. Potem w 1981 r. przeniósł się do Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Barcicach. W 1984 r. obronił w Instytucie Filologii Rosyjskiej Uniwersytetu Gdańskiego pracę doktorską nt. Moralno-filozoficzna problematyka prozy Wiktora Astafiewa napisaną pod kierunkiem prof. dr hab. Janiny Sałajczyk. Analizuje w niej twórczość mało znanego pisarza 166 Teodor Sejka (1943-2022) we wspomnieniach Z Kraju Krasnojarskiego nad rzeką Jenisej na Syberii. Praca została napisana w języku polskim, ale z licznymi wstawkami w języku rosyjskim pisanymi cyrylicą. Niedawno skorzystałem z jego wiedzy w tym zakresie. Otóż w programie koncertu Polskiej Filharmonii Kameralnej z Sopotu pod dyrekcją Wojciecha Rajskiego w kinie Powiśle w dniu 22 kwietnia br. z okazji 100-lecia Związku Polaków w Niemczech, pojawił się utwór ukraińskiego kompozytora Myrosława Skoryka - Melodia z wojennego filmu z 1982 r. pt. W^sokijpiere-wal. Organizatorzy podali tytuł w języku rosyjskim, w związku z tym zatelefonowałem do Teodora, który od razu przetłumaczył to na polski: W^^ć»^^2 przełęcz. To była moja ostatnia rozmowa z nim... Teodor w latach 2014-2019 opublikował kilkanaście artykułów w „Prowincji”. Utrwalił w nich między innymi historię sztumskiego harcerstwa oraz napisał poruszający tekst o Łemkach, a właściwie o swojej dziewięcioosobowej rodzinie wysiedlonej w 1947 r. w ramach Akcji Wisła ze wsi Grab, pow. Jasło, w Beskidzie Niskim, do wsi Ugory na Powiślu pod Sztumem, która później została przemianowana na Barcice. Wykaz artykułów Teodora Sejki opublikowanych w kwartalniku „Prowincja” - Zatrzymane tv kadrze pamięci. Wspomnienie o moim nauczycielu. Prowincja 2014, nr 2. - Myć okna u^ Australii, albo zostać naukowcem... Z Marzeny Psuji} Wilkieioicz, genetykiem z Melburne rozmawia Teodor Sejka. Prowincje 2014, nr 3. - Zamek pana feudalnego górował nad całą okołicą. O wiełkich dziejach małego Benowa. Prowincja 2014, nr 4. - My z Łemkowyny wygnańcy. Prowincja 2015, nr 1. - Jak być harcerzem — to na całe życie, cz. ł, cz. 2 Prowincja 2015, nr 2 i 3. - Barcice na „Nieprzetartym Szłaku”. Prowincja 2015, nr 4. - Człowiek z Ugorów [Stanisław Magda z BarcicJ. Prowincja 2016, nr 3. - Zapach wędzonego dorsza na Płacu Stałina. Sztumskie wspominki z domieszką łiryki. Prowincja 2016, nr 4. - Tam, gdzie s'łady zesłańców, nasza siostra Maksymiłiana. Prowincja 2017, nr 1. - Początki harcerstwa na Ziemi Sztumskiej. Prowincja 2017, nr 4. - Zamysłenia sztumskie. Prowincja 2018, nr 1. - Postołińska Struga miła i bezbronna. Prowincja 2018, nr 3. - Dwie podróże do Lwowa. Prowincja 2019, nr 1. DANUTA TADAJEWSKA Najlepszy Przyjaciel Miałam szczęście w swoim życiu poznać wyjątkowego człowieka: Teodora, osobę o niezwykłej kulturze osobistej, skromnej, z dużym poczuciem humoru, mówiącej nienaganną polszczyzną. Nie ma takich ludzi, którzy używaliby słów z takim szacunkiem. Jego żarty. Teodor Sejka (1943-2022) we wspomnieniach 167 I określenia były bardzo śmieszne i zawsze trafione. Posiadał wiedzę na każdy temat, miło się go słuchało, dużo można było się nauczyć. Poznaliśmy się w Sztumskim Ogólniaku. Wszyscy lubili Pana Profesora i ja też. Z biegiem czasu nasza znajomość rozwijała się. Mieliśmy podobne zainteresowania i pasje. Razem wędrowaliśmy po górach, jeździliśmy rowerami, odwiedzaliśmy Operę i Teatr Muzyczny. Znajomość przerodziła się w przyjaźń. Razem uczyliśmy się języka angielskiego, tylko w taki sposób komunikowaliśmy się SMS-owo, po angielsku. Zawsze wiedziałam i czułam, że jeśli pisze po polsku, to znaczy, że źle się czuje. Na szczęście częściej pisał po angielsku. Nie pamiętam od ilu lat, zawsze w piątki, jedliśmy razem kolację, a sobotę rozpoczynaliśmy od kubka kawy z ciepłym mlekiem. Mimo, iż niekiedy mieliśmy różne zdania, Teodor nigdy nie krytykował, cierpliwie słuchał, nie przerywał wypowiedzi. Osoba z tak wysoką kulturą to już rzadkość. Ostatnie moje pytanie do niego w szpitalu: - Czy na pewno jutro wychodzisz? - pozostało bez odpowiedzi. Wyszedł..., ale gdzie indziej... Teodor, brakuje mi Ciebie, bardzo. Galeria Prowincji Kobieta zmienną jest czyli MALARSTWO DANUTY CHODOROWSKIEJ Danuta Ewa Chodorowska jest kwidzynianką z urodzenia. Z wykształcenia pedagog specjalny, polonistka, od lat związana z kwidzyńską oświatą. Malarstwo pasjonowało ją od dzieciństwa, jednak to w wieku dojrzałym wyzwoliła w sobie ekspresję twórczą, którą za pośrednictwem Internetu prezentowała szerszemu gronu odbiorców. Jej prace szybko znalazły uznanie wśród miłośników sztuki, a kontakty z łódzkim środowiskiem twórczym zaowocowały promocją jej prac poza granicami Polski. W ciągu 8 lat namalowała ponad 400 obrazów, które znalazły się na 4 kontynentach: w Europie, Ameryce Północnej, Australii i Afryce. Brak wykształcenia plastycznego powodował w niej poczucie, że nie powinna tytułować się malarką, dlatego przez dłuższy czas tworzyła pod pseudonimem „Coco” i takim podpisem sygnuje swoje dzieła. Ma za sobą kilka wystaw, projektów okładek książek i audiobo-oków, jednak uważa, że wszystko, co najlepsze, jeszcze przed nią. Mówi o sobie, że jest jak gobelin utkany z wielu wątków emocji, uczuć, doświadczeń... Proces tworzenia, który traktuje jak pewną formę terapii, pozwala jej wyrazić aktualny stan ducha i umysłu. Sięga po różne tematy, realizując je w oryginalny sposób z wykorzystaniem szerokiej palety barw. Jej ulubionym tematem jest KOBIETA , a ostatnia wystawa zaprezentowana w bibliotece kwidzyńskiej stanowi kompilację różnych wątków tematycznych, stąd nazwa „KOBIETA ZMIENNĄ JEST”, dla podkreślenia skomplikowanej natury artystki, która nie chce być szufladkowana. Oprócz malarstwa jej pasją jest teatr. Wielokrotnie występowała w spektaklach na deskach kwidzyńskiego kinoteatru. Ostatnio zapamiętana jako odtwórczyni Mani w sztuce komediowej „U Meli na urodzinach”. Kobieta zmienną jest czyli malarstwo Danuty Chodorowskiej 169 Czego ci matka nie powie... Paulina Hoppe-Gołębiewska RODZKIEUKA DWUeiECUNÓWKA Życie rodzica jest pełne paradoksów i skomplikowanych uczuć. Jeśli uchodzisz za osobę zrównoważoną psychicznie i twardo stąpającą po ziemi, możesz być pewny, że w chwili, gdy w życiu pojawi ci się potomstwo, nigdy już tak o sobie nie pomyślisz. Zamienisz się w emocjonalną bombę zegarową, wiecznie balansującą pomiędzy totalnym wku**** a nieskończonym wylewem miłości i czułości. A im starsze dzieci, tym częściej słyszysz dosadne tik-tak, tik-tak... i modlisz się, by w końcu ładunek wybuchł i zakończył twoje męczarnie. Niestety. To nie pójdzie tak łatwo. Nie za szybko zauważysz ten proces i pułapkę „tik-taka”. Pierwsze dwa lata to względny spokój rodzicielski, bo skupiony na rozwoju fizycznym malca i dostarczaniu łagodnych bodźców. Następny etap to przedszkole, gdzie malec uczy się funkcjonować w grupie, gdzie rodzice są jeszcze autorytetem. Oczywiście, nie jest to również łatwy etap, bo przecież malucha trzeba oderwać od mamy i taty. Dosłownie oderwać, bo bardzo często trzyma się rękoma i nogami, drąc małą paszczę najgłośniej, jak się da i absorbując każdą dorosłą minutę. I tym samym jakakolwiek zaplanowana czynność przestaje mieć znaczenie. Podobnie jak planowanie, bo szybko przekonujesz się, że każdy plan jest bezsensu, gdy trzylatek ma swoje oczekiwania i to jego klocki Lego są ważniejsze niż jakiś tam obiad po pracy czy wyprowadzenie psa. Etap szkoły to pogromca skrupułów dziecięcych — to stwierdzenie dla tych, którzy żyją w błogiej nieświadomości, że jakieś dziecięce skrupuły w ogóle istnieją. Niezauważalnie rodzic staje się bezczelnie wymagającym osobnikiem, niszczącym sielankę i beztroskę dziecięcego życia. Bo nagle okazuje się, że lekcje trzeba zrobić, śmieci wynieść czy wstawić po sobie talerz do zmywarki. Tak! Do zmywarki! Nie użyć rąk, wody i archaicznego wynalazku, jakim jest płyn do mycia naczyń. Że trzeba sprzątnąć ubrania po wieczornej kąpieli. Boże broń, złożone w kosteczkę! Rzucone byle jak na podłogę w łazience, wymieszane ze śmierdzącymi skarpetkami i piaskiem z placu zabaw. Dziecięce życie na etapie szkoły staje się trudniejsze, bo choć zarabiać i utrzymać domu potomek nie musi, to musi znosić jojczących starych nad uchem, obowiązki i ... młodszego brata. Jakby ten nie był z nami od trzech i pół roku, tylko pojawił się nagle, ze swoją arogancją, odrębnością, własnym zdaniem, chęcią poznawania i radością życia. I to właśnie na zderzeniu tych dwóch światów balansuje rodzic próbujący spiąć w jakiś sposób rozwijające się w różnym tempie indywidualności, nauczyć wspólnej koegzystencji i poszanowania praw. Paulina Hoppe-Gołębiewska 171 Serio, najlepsi dyplomaci wymiękają, gdy przyjdzie im rozsądzić, kto na kogo spojrzał, kto został pchnięty lub kto ruszył czyją zabawkę. I to nie w sterylnych warunkach sali rozpraw czy na neutralnym gruncie. Nie. Uczysz się funkcjonować w warunkach ekstremalnych, często ze skrajnym obciążeniem psychicznym i koniecznością przekrzyczenia syreny alarmowej w czterech ścianach. Nie pomagają tu próby wytłumaczenia, kto jest starszy i dlaczego czasem warto odpuścić. W zasadzie, to nie dość, że nie pomagają, to nie mają sensu. Są stratą czasu i nerwów. Trochę jak próba przekrzyknięcia wybuchu wulkanu Krakatau’: próbujesz coś tłumaczyć, ale im głośniej mówisz, tym bardziej otoczenie głuch-nie. Dlaczego? Bo spornych stron nie interesuje „odpuścić”. Sporne strony chcą zmiażdżyć przeciwnika i za wszelką cenę udowodnić, że to ich racja jest jedyna, słuszna i najważniejsza. Nie biorą jeńców. Wszytko powyższe wysysa z rodzica energię, powoduje zmęczenie i zniechęcenie codziennością. W skrajnych sytuacjach i przy ekstremalnym zmęczeniu materiału budzi rządzę mordu. I niechęć do własnych dzieciaków. Które potem, nagle, zapominają o całej awanturze, własnych krzykach i wulkanie negatywnych emocji. Przychodzi do ciebie ten mały trzylatek, spojrzy smutno, westchnie dramatycznie, zwiesi głowę i teatralnie przyciszonym głosem powie: - Przepraszam mamo. Przepraszam za awanturę. Z dziewięciolatkiem nie pójdzie tak gładko, ale też krąży jak satelita, by w końcu podejść i żałobnym głosem spytać: -Mogę się przytulić? No dobrze, to gdzie ten brak równowagi psychicznej? No właśnie tu. Zaczyna się właśnie w tej codziennej nerwówce, walce o spokój i przetrwanie. Nieświadomym pozwoleniu na wciągnięcie się w dziecięce walki, a kończy się na niepohamowanym wylewie miłości, gdy przytulasz pociechy, całujesz na dobranoc i patrzysz na niewinne buzie, ufne, bezpieczne i śpiące. Gdy wywozisz do babci na weekend z planem by odpocząć i mieć święty spokój, a wracając do pustego domu czujesz dziwny dyskomfort i niewygodę, bo brakuje ci wiecznie łaknącego twojej obecności trzylatka i wiecznie utyskującego dziewięciolatka. Kiedy nagle w domu jest zbyt cicho, a rola rodzica, którą pełnisz dwadzieścia cztery godziny na dobę, zostaje zminimalizowana do wykonania telefonu i dowiedzenia się, czy wszystko ok. I choć tak naprawdę nie tęsknisz za całą tą codzienną wojną, zastanawianiem się, czy sąsiedzi słyszeli, jak zdzierasz gardło lub kiedy to MOPS do ciebie zapuka, to brakuje ci tego radosnego krzyku, gdy przekraczasz próg domu wracając z pracy czy zakupów. Masy tulasów od malucha i rodzicielskiego trybu gotowości pomocy, gdy z problemem zwróci się starszak. Dopada cię fala uczuć pastelowo barwnych, łagodnych i ciepłych. Czujesz się jak ten rodzic z reklamy, w której wciska nam się idealny obraz rodzicielstwa: oczekujący cierpliwie z błogim uśmiechem aż potomstwo wróci do domu i kulturalnie zasiądzie do stołu, by opowiedzieć jak minął wyjazd. Bez krzyków i wrzasków. Sielankowo. Nagle wy- Najgłośniejszy dźwięk odnotowany w historii ludzkiej nauki. Wybuch w 1883 roku był tak głośny, że głuchłi Indonezyjczycy i marynarze na pobliskich wodach. 172 Rodzicielska dwubiegunówka pierasz z pamięci te wszystkie okropne momenty, gdy miałaś ochotę zamienić się w kuokę^ i cisnąć trzylatkiem w dziewięciolatka (lub na odwrót), by uratować swoje zdrowie psychiczne przed ostatecznym zdewastowaniem. Zapominasz o krzykach, płaczach i braku świętego spokoju. Wiecznym bałaganie w pokoju, piasku na przedpokoju czy dziwnych oczekiwaniach, których nie masz możliwości lub chęci spełnić. Zamieniasz się w słodkopierdzą-cą mamusię czekającą na swoją latorośl w drzwiach z uśmiechem przyklejonym do ust, pielęgnującą ułudę, że przecież teraz będzie super, bo oni też tęsknili. Puszczasz w zapomnienie wszystkie krytyczne momenty, by po dziesięciu minutach od powrotu chłopaków do domu zamienić się ponownie w ziejącą ogniem smoczycę, której chęć mordu nie jest obca. Ot, rodzicielska dwubiegunówka. Życie rodzica jest pełne paradoksów i skomplikowanych uczuć. Całe szczęście nikt nas na to nie przygotowuje, bo gdyby pierwsi ludzie byli tego świadomi, gatunek ludzki wyginąłby zanim na dobre rozbujałby się na ziemi. Nie ma ratunku, dodatków za uszczerbek na zdrowiu psychicznym ani zwolnienia od dziwnych spojrzeń sąsiadów po porannych wrzaskach przed wyjazdem do przedszkola. Nie ma zasad BHP ani instrukcji obsługi. Zwrotów, reklamacji i wymiany towaru. Moja znajoma psychiatra pewnie powiedziałaby, że nie jest to też żadna nowa jednostka chorobowa. To rodzicielstwo, na które każdy z nas decydował się w pełni nieświadomie. Powodzenia. Kukoka krótkoogonowa - wykształciła sobie mechanizm obronny, który polega na tym, że poświęca życie swojego młodego, by ocalić własne. Konkurs literacki Andrzej Kasperek MANEWRY ARTYSTYCZNE WOJSKA POLSKIEGO Jesienią ubiegłego roku zostałem zaproszony do wzięcia udziału w pracach jury ogólnopolskiego konkursu literackiego pod nazwą Manewry Artystyczne Wojska Polskiego. Odbywa się on pod patronatem Departamentu Edukacji, Kultury i Dziedzictwa MON. Ta coroczna impreza jest zawsze organizowana w innej jednostce, ubiegłoroczna edycja obywała się w 22. Bazie Lotnictwa Taktycznego w Malborku. Zaproszenie wystosowała pani Ewa Czapp z Biblioteki Wojskowej Klubu 22 BET Później mianowano mnie przewodniczącym jury, w którym zasiadali także: kpt. Magdalena Kozak i Krzysztof Bochus, znany autor kryminałów. Do konkursu zgłoszono teksty 21 autorów w kategorii poezja i proza. Zasiadałem już nieraz w jury różnych konkursów literackich i trochę się bałem, że czytanie nadesłanych wierszy, opowiadań i wspomnień będzie ciężką robotą. Ale na szczęście nie było grafomanii, kaliber utworów był różny, jednak większość reprezentowała przyzwoity poziom. Po naradach uzgodniliśmy, że w dziale proza nagrodzimy opowiadania: „Wiatr zmian” Julii Klonowskiej, „Wojak” Edwarda Derylaka i „Powrót” Szirin. Używam czasem tylko pseudonimów, bo nie wszyscy autorzy zdeklarowali, żebym mógł użyć ich nazwisk. Spośród autorek (których było zdecydowanie więcej) i autorów wierszy wybraliśmy trzy: „Pamięci Stanisława Lema” Barbary Koceli, „Pudełka po pralinkach” Spina-longi i „Już jesień” Curtes de Arges. Przyznaliśmy też trzy wyróżnienia wierszom: „Granica” (Ulubionej), „Filozofia pokoju” (Emila) i „Zmaganie” (Watermana). 20. listopada 2021 r. ogłoszono wyniki konkursu i odbyło się wręczenie nagród. Jak to zwykle bywa jedni się cieszyli, inni smucili... Ale warto zaznaczyć, że poza finałową galą organizatorzy z klubu bazy lotniczej w Malborku zadbali o ciekawą oprawę imprezy. Uczestnicy, którymi byli czynni i emerytowani wojskowi a także członkowie rodzin osób związanych z WP przybyli z całej Polski. Mogli zwiedzić jednostkę, obejrzeć zamek krzyżacki, wysłuchać koncertu piosenek Jacka Kaczmarskiego w wykonaniu Jacka Bończaka i Hadriana Tabęckiego oraz uczestniczyć w spotkaniu autorskim K. Bochusa i warsztatach literackich prowadzonych przez autora tej relacji. Warto podkreślić, że organizatorzy z nieocenioną panią Ewą Czapp na czele zorganizowali wszystko na piątkę. Dziękuję! Publikujemy niektóre nagrodzone utwory. 174 Edward Derylak Wojak WOJAK Żuraw jak żyrafa w ZOO sterczał nad płotem i betonową cembrowiną. Stał nieopo-daldrewnianego domu. Kobieta wyciągnęła tyczkę z wiadrem zimnej, krystalicznie czy-stejwody i przelała do emaliowanego wiaderka. Ramię żurawia wróciło na swoje miejsce. Ociekające wodą wiadro bujało się na tyczce. Ona stała i patrzyła ponad wysokim płotem w stronę nieodległego przystanku, na którym zatrzymał się pekaes. Gryzła ją ciekawość, kto z miasta przyjechał. Bo jak przyjechał, to i rano musiał wyjechać. Trzeba wiedzieć, że nikt bez konieczności nie jeździł do miasta; bo i po co, gdy wszystko, co potrzeba , można dostać na miejscu w geesowskim sklepie. Do powiatu (miasto było powiatowe) jeździło się do lekarza, jakiego urzędu albo i większe zakupy. Może też inną sprawę załatwić? Odległość do postoju była na tyle duża, albo kobiecie trochę wzrok szwankował, że nie wypatrzyła pośród wysiadających nikogo znajomego. Ciekawość zaspokojona, czas wodę zanieść do domu. Miała zamiar już schylić się po wiaderko, gdy jako ostatni - autobus prawie już ruszał — wyskoczył żołnierz w zielonym mundurze. Ciekawość była ważniejsza. Znowu się wyprostowała, wytężyła wzrok, jednak wzrok już nie ten co dawniej, na niewiele się to zdało. Trzeba zaczekać. Jak tutejszy, to skręci na drogę przez wieś, wtedy zobaczy, czyj to syn. Powie w domu, że wojak jakiś przyjechał, to zaraz spytają: czyj? Nie pamięta, żeby na wiosnę wzięli kogo do wojska, ale jednak wzięli, jak dzisiaj przyjechał. Może nie na wiosnę, może jeszcze jesienią. Próbuje sobie przypomnieć. Zdarzało się, że nikt nie służył, a czasami dwóch-trzech w tym samym czasie, to i pół wsi wiedziało, jak żegnał się z kolegami. W knajpie aż szyby drżały, tak było głośno. Droga tuż za bramą. No i skręcił. Asfalt czarny i gładki jak stół. Jeszcze nie zdążył się podziurawić i wypłowieć od słońca. Żołnierz od krzyżówki szedł lewą stroną. Wyprostowany, mundur leżał na nim jak ulał; buty oficerki błyszczały, jakby dopiero co były glansowane. Gdyby kto zapytał, skąd oficerki u zwykłego żołnierza z jednym paskiem na pagonach? Ano z samej Warszawy. Z kompanii reprezentacyjnej. Chłopak na wysokości bramy ukłonił się grzecznie i zniknął za rogiem chałupy. Ciekawość została zaspokojona. Teraz mogła wrócić z nowiną, że Tadek, syn Antka Kowalika, na urlop przyjechał. Oddalał się odgłos jego miarowych kroków. Szedł wymachując rękami, jakby na defiladzie. Przecież nie musiał, był już u siebie. Pewnie wyćwiczyli ich tak, że i po zwykłej drodze chodził jak na paradzie. I tak szedł przez wieś, wybijając rytm skórzanymi podeszwami, czując na plecach strużki potu i spojrzenia zza drewnianych opłotków i uchylających się firanek. Mógłby iść tak i iść, do końca wsi i z powrotem, nie tylko do jej połowy. Edward Derylak 175 Zapiszczały zawiasy furtki. Jak odchodził do wojska, też piszczały. Postanowił, że naoliwi, bo z wojska wyjdzie, a one piszczeć będą nadal, widać ojcu nie przeszkadza. Schylił głowę, by czapką nie zahaczyć o futrynę i przekroczył drewniany próg. W sieni otoczył go półmrok. Na wyczucie nacisnął klamkę. Matka odwróciła się od kuchni z chochlą w ręce i zamieniła w słup soli. Chwilę trwała w znieruchomieniu, zanim upewniła się, że to nie zwidy, że Tadzik przed nią stoi. I z rozmachem zarzuciła mu ramiona na szyję. Szlochając powtarzała: - Tadzik przyjechał. Tadzik przyjechał. - I jeszcze raz już ciszej, jakby tchu jej brakło: - Nasz Tadzik. Naraz drzwi się otworzyły i wpadł Jaś . Starszy brat chwycił go pod pachy i z lekkością podrzucił dwa razy. Z ojcem uścisnęli sobie po męsku twarde dłonie i poklepali po ramionach. Po chwili wpadł Wacek z Sabinką. - Z ciebie już piękna panna. Masz chłopaka? — Juści, chłopak jej potrzebny — spod kuchni oburzonym głosem odezwała się matka, wycierając rogiem zapaski ostatnie krople wzruszenia. Nagle otrząsnęła się z emocji, ścierką przetarła, bardziej z nawyku niż z potrzeby, krzesło i podsunęła do stołu zachęcając, żeby siadał. Jaś nie odstępował starszego brata, wypytując o pistolet i szablę. Ten w żartobliwym geście bezradności rozłożył ręce. - Zostały w koszarach. Chłopiec z wyrazem zawodu na twarzy wybiegł na dwór. Chwilowo zamilkli wszyscy. - Opowiadaj, jak ci tam w tym wojsku — odezwała się matka. Usiadła na brzeżku sofy , wtapiając spojrzenie w najstarsze dziecko. On nie bardzo wiedział od czego zacząć. — Ciężko macie? — dopytywała. — Mocno was ćwiczą? - Daj chłopakowi odsapnąć - strofował ojciec. - Lepiej byś spytała, czy głodny. Pić byś co dała. - Toż całkiem zapomniałam z tego wszystkiego. No pewnie, masz rację, że głodny. Zadzwoniły garnki i talerze. Tadeusz wstał, rozpiął pas, potem mundur, poczuł się luźniej, swobodnie usiadł. - O tak, może dam ci koszulę i buty, bo gorąco. - Spojrzała na wysokie pod kolana, opięte na nodze cholewki. - Ze też na lato nie dadzą wam lżejszych. — Nic mu nie będzie- ojciec bagatelizował troskę matki. - Co to teraz za wojsko - ciągnął tym samym lekceważącym tonem. — Przepustki, urlopy, jedzenie lepsze niż w domu. Popatrz jak wygląda, zmężniał, w sobie go przybyło, gęba się zaokrągliła, gładziutka jak pupka niemowlaka. Za moich czasów... - A ty znowu o tym samym - przerwała żona, przerażona perspektywą słuchania tego kolejny, może już dziesiąty raz, jak to dawniej w wojsku było. Ze przez dwa lata do domu raz albo dwa puścili. Ze o mało spać nie kazali w mundurze. Na urlopie też w mundurze. Jak i do stodoły, żeby pomóc ojcu sieczki urżnąć. W środku jedynie pas odpiął i zawiesił na gwoździu. A jedzenie to kasza i śledzie, śledzie i kasza. I czarna kawa, bez cukru. 176 Wojak - Teraz mają jak dzieci w przedszkolu — wtrącił się jednak ojciec. - Matka, syn przyjechał na urlop, a my tak o suchej gębie gadamy. Daj jakiego kielicha. - Ty o kielichu tylko. Wieczór będzie pora. Na werandzie otulił ich letni chłód. Matkę z ojcem i najstarszego. Mały jak zwykle bawił się w pobliżu. Pozostali na ławce przy płocie żartowali z rówieśnikami. Raz po raz dochodził ich gromki chichot. Po paru wychylonych kielichach rozmowa zaczęła się bardziej kleić. I gdy wszystko co miało być, zostało powiedziane, matka ostrożnie, bo niepewna, czy powinna, spytała: — Tadzik, a do Zosi to ty pisałeś? — Syn spojrzał zaskoczony na matkę i skinął głową, przełknął jedzenie i powiedział, że tak. - Tylko do domu nie miałeś czasu — z żartobliwym sarkazmem, ale i nutą żalu, odezwał się ojciec, - Dałeś mi adres, jak wyjeżdżałem.^ — zażartował syn. - Faktycznie, nie dałem. - Ojciec się uśmiechnął. - I ona do ciebie też? - podpytywała matka. — No, co też mama — obruszył się na to wypytywanie - Po prawdzie nie moja to sprawa, ale Szczepan odgrażał się po wsi, że Zosia jest jego i gdy wrócisz, będziesz mógł jedynie na nią popatrzeć. Podobno tak mówi po wsi. - Chyba wtedy, gdy miał dobrze w czubie - zbagatelizował słowa matki. - W sobotę zabawa... Boję się... - Niepotrzebnie mamo - uśmiechnął się i położył rękę na jej dłoni - wszystko będzie dobrze. * . Drogą przez wieś ciągnęła młodzież. Piechotą dziewczyny, młodzieńcy na rowerach i motorach, z jazgotem. Przed drewnianą remizą strażacką gęstniał tłum. Kobiety w kolorowych bluzkach, mężczyźni w białych koszulach i szarych lub czarnych marynarkach. Ściszone rozmowy o codzienności i wybuchy młodzieńczego śmiechu. Młodzi ze szklankami piwa w dłoniach. Inni wsparci o rowery i motocykle niby obojętnie się przyglądają, ale to tylko pozory. Nie przepuszczą żadnej dziewczynie — spojrzenia wieszają na każdej. Czasami krótko, takie ślizgnięcie tylko, innym razem powłóczyście, by nasycić oczy, może zapamiętać. One przechadzają się po dwie-trzy w grupkach. Ukradkiem strzelają dookoła dziewczęcymi spojrzeniami. Pary zgromadziły się z dala od wejścia, oddzielnie, z zachowaniem powagi, bardziej sztywne. Rozmawiają półgłosem. Gospodarze w białych i niebieskich koszulach z podwiniętymi rękawami, w siatkowych podkoszulkach, siedzieli na trawie przy płocie, w szeregu jak na strażackiej zbiórce, w cieniu jabłonek. Ramiona wsparli na zgiętych nogach, raczyli się piwem. Jasność ich koszul kłóciła się z ogorzałymi twarzami i spalonymi na brąz żylastymi ramionami. Edward Derylak 177 Za dnia nie brakowało i szkolnej dzieciarni. Jedni zabawiali się swawolnie i beztrosko, inni z butelkami czerwonej oranżady chodzili tam i z powrotem wzdłuż budynku i z ciekawością zaglądali na salę, gdzie na środku kręciły się pierwsze pary. Ich beztroska skończy się, gdy na remizie i placu zacznie siadać zmrok albo pojawi się pierwszy nauczyciel. W pomieszczeniu z bufetem ciasno i gwarnie. Młodzi wespół ze starszymi. Nad głowami unosi się dym z papierosów, w powietrzu kwaśny zapach rozlanego piwa. Przy ladzie górą ci z dłuższymi ramionami i szerokimi plecami. Obowiązuje prawo silniejszego i sprytniejszego, i bliższej komitywy ze strażakiem po drugiej stronie lady. Zamówienia są monotonne jak każdy dzień tygodnia zamawiających: ćwiartka, woda, kiełbasa, połówka, pasztetowa, chleb — jakby na tym się kończył zasób słów. Obsłużony, z butelką i szklanką założoną na szyjkę w jednej ręce i zawiniętą w szary papier zakąską w drugiej, musi się jeszcze wydostać na zewnątrz. Trudniejszym zadaniem jest wyniesienie trzech-czterech szklanek piwa. Za progiem czekają dwa chyboczące się stopnie z pustaków. Dobrze, jak w porę pośpieszy domyślny kolega. Na drodze szum. Szosa przy remizie opanowana przez odświętnie ubraną gawiedź, samochody zdążające na zakład zwalniają, idą w ruch klaksony. Motocykle buksują w przydrożnym piasku. Zielona do niedawna murawa szarzeje w oczach. Spod setek stóp unosi się pył. Do wieczora szczelnie pokryje z pieczołowitością glansowane w domu przed wyjściem czarne lakierki i spodnie z ostrym kantem. Ale wtedy już nikt nie będzie zaprzątał sobie tym głowy. Tadeusz drobił kroki, by dorównać Zosi. Raz po raz łapał się na tym, że ją o pół kroku wyprzedza. Naraz usłyszał na wpół żartobliwie, że nie jest na defiladzie. Pewnie że nie był. Bliskość Zosi w obcisłej czerwonej sukience mini pozwalała zapomnieć o koszarach. Przeprosił i pomyślał, że musi się bardziej pilnować. Tkwiły mu w pamięci słowa matki, która go napominała, że ma się dziewczyną opiekować, a nie pilnować z kolegami bufetu. Matka przestrzegała i nakazywała, jakby zapomniała, że czas wyprawiania syna do szkoły dawno już minął. Wymyślałaby nakazy i zakazy jeszcze długo, gdyby młodzi nie wyszli z domu. Będąc w drzwiach poczuł delikatne pociągnięcie za rękaw, odwrócił się: „Tadzik, tylko nie wdawaj się w żadne bijatyki, żebyś sobie jakiego ambarasu nie narobił”. Ulubione i wyświechtane jak jej przepaska słowo „ambaras”. Spojrzał na Zosię, na jej długie do ramion włosy, i się uśmiechnął. Twarz jego promieniowała radością, której źródło biło gdzieś w środku. Pamięta, że stamtąd jeszcze niedawno płynął strumień niepokoju. Postanowił sobie, że zanim pójdzie do wojska, Zosia będzie jego dziewczyną. Nie miał dużo czasu. W sprawach sercowych pół roku to niekiedy za mało, ale dopiął swego. Na ostatniej zabawie, powołanie z terminem stawienia się w koszarach miał już w kieszeni. Szczepan, kierowca miejscowego geesu, mocno podchmielonym głosem zapewniał go, że Zosia jeszcze do niego wróci. Skręcił lekko głową i spojrzał na swoją blondynkę — i jak dotąd nie wróciła. Dwa lata to szmat czasu, naszła go ni stąd, ni zowąd smętna myśl... Nie każda ma tyle cierpliwości, by czekać. Albo się rozczaruje, że nie jest, tak jak na filmach czy w książkach. Postanowił, że będzie przyjeżdżał jak najczęściej, dowódca go lubi i na strzelnicy jest jednym z lepszych strzelców w plutonie. Tak rozmyślając doszli do remizy. Orkiestra zaczęła grać „Przyjedź mamo na przysięgę”. — Trochę się spóźnili — zażartował. 178 Wojak * Perkusista walił w bęben, dzwoniły mosiężne blachy perkusji. Drżały deski ścian i zdawało się, że zaraz pękną szyby otwartych okien. Tężały dźwięki w jeszcze pustej sali. Połowę ławek pod ścianami obsiadły kobiety, których czas zabaw odpłynął z wodami pobliskiej rzeki. W drzwiach bezrobotny strażak z zeszytem biletów postanowił rozruszać towarzystwo. Wyszedł na środek i ręką zakręcił młynka. Był to nieumówiony, ale zrozumiały sygnał, by zagrać jakiś kawałek z przytupem. Coś, co chwyci za serce dziewczynę i chłopaka, i matkę na ławce. No i zaczęli rąbać „Przyjedź mamo na przysięgę”. Co mogłoby być lepszego? Nie ma domu we wsi, z którego nie było, nie ma lub nie będzie żołnierza. Niejedna matka uroniła łzę, wspominając wizytę w koszarach. Ruszyło się towarzystwo. Po drewnianych, trochę koślawych już schodach, do stolika z biletami ustawiła się kolejka. Strażak też przytupywał nogą w rytm popularnej piosenki. Rwał bilet za biletem z perforowanych igłą kartek. Każda taka wejściówka z pieczątką naczelnika ochotniczej straży upoważniała do trzech kawałków. Potem przerwa, sala pustoszała i kolejny bilet do następnych trzech. Solista zaintonował jeden z przebojów wszystkich zabaw i potańcówek. Ten o Beacie z Albatrosa, która zostawiła po sobie smutek i żal i rozpłynęła się w wieczornej mazurskiej mgle. Pierwsze dźwięki akordeonu ożywiły stojące przed wejściem pary. Tadeusz z Zosią stanęli w kolejce. Strażak wyciągnął rękę z biletem za złoty pięćdziesiąt i podniósł głowę. Zobaczył Antkowego chłopaka w nienagannie dopasowanym mundurze i oficerkach kompanii reprezentacyjnej, z dwudziestką w dłoni. - Obrona granic nie płaci za nic — z uśmiechem na ustach wyrecytował powszechnie obowiązującą wówczas formułę. Gestem ręki delikatnie, aczkolwiek stanowczo odsunął dłoń żołnierza. Tadeusz równocześnie spąsowiał na twarzy i poczuł dziwne ciepło w środku. Nieśmiało zaoponował. Wskazał dziewczynę. Mężczyzna powiedział, że też nie trzeba. Pary w rytm spokojnej i nostalgicznej muzyki kręciły się po sali. Z otwartych drzwi do bufetu niósł się harmider męskich rozmów. Kobiety spod ścian wodziły wzrokiem za córką czy synem, swoim czy sąsiadów, raz po raz zerkały na tego wojaka. Bo tutaj chłopak w mundurze to jakby o pół chłopaka więcej niż bez munduru. Nikt się nie ośmieli wyciągnąć ręki po pieniądze za bilet w autobusie czy na zabawie, nawet szklankę piwa kto zafunduje przy bufecie. Mundur przyciągnie wzrok dziewczyny, jak i kobiety przy studni. Bez różnicy: swój czy obcy. Żołnierz to żołnierz, zawsze budzi w matczynym sercu czułość. Pod wieczór sala się zapełniła, oprócz młodzieńców w garniturach, dziewczyny w butach na słupku, obcisłych spódnicach i w krótkich sukienkach. Przybyli miastowi z namiotów nad rzeką. Wszyscy długowłosi, w tenisówkach i japonkach, niektórzy boso; w wytartych i postrzępionych dżinsach z Pewexu albo z paczki ze Stanów, rozpiętych flanelowych koszulach w czerwono-czarną kratę, w rozciągniętych koszulkach. Przy sklepie można było często ich spotkać. Piwo i wino, a jak starczyło pieniędzy, to chleb i smalec pakowali do plecaków i wracali do swoich namiotów. Teraz w tych samych tygodniowych spodniach i koszulach, z gniazdem roztrzepanych włosów kręcili wygibasy na sali ku zgorszeniu miejscowych. Kobiety z dezaprobatą kręciły głowami i szeptały sobie do uszu, że Sodoma i Gomora, żeby nie wiedzieć który to chłop, a która baba. Nietutejsi sprawiali wrażenie, jakby tylko dla nich grano. Edward Derylak 179 Zabawa rozkręciła się na dobre, towarzystwo zrobiło zdecydowanie weselsze. Oberwańcy, jak też nazywano przyjezdnych, do tańca wyłuskiwali jak orzech ze skorupy co ładniejsze dziewczyny, co nie podobało się chłopakom w marynarkach, zwłaszcza tym od bufetu, o błędnym spojrzeniu i dymiących głowach. Z ich przekrwionych oczu w stronę tamtych strzelały jadowite spojrzenia, a dłonie same zaciskały się w pięści. Przecież to ich dziewczyny, a nie tych obdartusów. Dziewczyny bynajmniej nie potrzebowały obrońców. Przymilały się do miastowych, śmiały i promieniały radością. Wszystko to działo się poza Tadeuszem i Zosią. Patrzyli sobie w oczy, od czasu do czasu coś szeptali do ucha, uśmiechali. Dziewczyna nie wodziła już niespokojnym wzrokiem po sali. Byłego chłopaka nie widziała w sali. Jednak gdzieś po pół godzinie, w czasie obrotu, odniosła wrażenie, że mignęła jej znajoma sylwetka. Nie, nie mogła się mylić. Podążyła spojrzeniem za barczystym chłopakiem w rozchełstanej koszuli z podwiniętymi rękawami i przekrzywionym krawacie. Tadeusz spostrzegł ten niepokojący błysk w jej oczach. - Co się stało? Odpowiedzią była zastygła twarz ukochanej. I niemalże w tym momencie poczuł spadającą szeroką dłoń na ramię i dolatującą zza pleców woń alkoholu. Silne szarpnięcie odsunęło go od dziewczyny. Znalazł się twarzą w twarz ze Szczepanem. - Teraz odbijany, żołnierzyku — usłyszał jego drwiący głos i zobaczył na czerwonej okrągłej twarzy szyderczy uśmiech. Zosia znalazła się za jego plecami. Ciągnęła go za pas. Kawałek się skończył, orkiestra przestała grać, i tylko ich trójka pozostała na środku. — Spadaj do bufetu, tam jest twoje miejsce - syknął żołnierz i ruchem głowy wskazał drzwi. - No już, kumple czekają. - Teraz ja tańczę, nie rozumiesz, co to odbijany? - warknął w stronę Tadeusza. - Nie masz z kim tańczyć? - Tadeusz zatoczył ręką krąg wokół sali. Zosia ponaglała, by wyszli. Wziął ją za rękę i już zamierzał wyjść, kiedy poczuł uderzenie w kark. Wykonał półobrót i ujrzał zmierzającą w jego kierunku pięść. Ruch głową był niezauważalny, można by powiedzieć, że go nie było, gdyby nie tępe uderzenie. Z rozrzuconymi ramionami konkurent Tadeusza wylądował na deskach. Uniósł się kurz i rozległ pisk kobiet. Łuk brwiowy żołnierza krwawił. Jak spod ziemi naprzeciw niego wyrosło trzech koleżków leżącego. Przed Tadeuszem murem stanęli koledzy. Przeciwnicy jak koguty skoczyli do siebie zrywając z ramion rozpięte marynarki. Niczym łopaty wiatraka poszły w ruch ramiona. Rozległ się odgłos dartej elany, guziki zadzwoniły po podłodze jak pierwsze krople deszczu o szybę. Do sali z impetem wpadli strażacy. Jeden za drugim, jakby czekali za drzwiami na sygnał. Chłopy rosłe, żylaste, co drugi brzuchaty. Otoczyli kołem grupę na środku i jęli ją spychać do ściany. - Orkiestra grać! - krzyknął któryś. Kiedy przyjechała milicja, kapela rżnęła skocznego, pary młodych i tych starszych, z przytupem zamaszyście kręciły się po sali. Na pytania kto z kim, ludzie tylko wzruszali ramionami, kręcili głową, że: „Nie widzieli”, „Nie znają”. 180 Wojak * Zelówki wysokich butów rytmicznie stukały o mocno nagrzany asfalt. Południowe słońce wyciskało pot. Srebrzył się bajorek na patkach kołnierza. Wysunięty biały pasek niczym księżowska koloratka opinał szczelnie szyję. Nogi i ramiona wprawione przez kilka miesięcy ćwiczeń pracowały sprężyście. Żołnierz w lewej dłoni trzymał czapkę, prawą raz po raz zagłębiał w kieszeni i chusteczką przecierał mokre czoło. Jakby teraz nic i nikt więcej dla niego nie istniał. Kilka dni minęło jak chwila. Zbliżał się do krzyżówki. Wyciągał szyję by, zanim minie ostatnią zagrodę, ponad płotem sięgnąć spojrzeniem przystanku pekaesu. Wskazówki zegarka uspakajały, ale nigdy nie wiadomo, czy akurat dzisiaj nie będzie jechał wcześniej. W mieście ma przesiadkę a potem, dopiero pod wieczór, pociąg. Zszedł na krawędź drogi, kiedy usłyszał zbliżającą się z tyłu ciężarówkę z zakładu. Zatrzymała się na jego wysokości i uchyliły się drzwi. - Wsiadaj wojaku! - usłyszał pogodny głos ze środka. W kabinie było tak samo gorąco, jak na zewnątrz. Julia Klonowska 181 Julia Klonowska WIATR ZMIAN Przykazanie nowe daję wam, ahyscie się wzajemnie miłowali tak, Jak Ja was umiłowałem; żebys'eie i wy tak się miłowałi wzajemnie. J13, 34 Nie spodziewał się zobaczyć takich tłumów. Gdyby stał właśnie przed stadionem, na którym za chwilę miałaby zaśpiewać Billie Eilish, nie byłby zdziwiony. Tutaj jednak nie dawano koncertów od dawna. Co więcej, nikt nie spodziewał się ich jeszcze przez lata. Lotnisko w Kabulu zalewały masy napływających zewsząd ludzi. Afgańczycy mieszali się z przedstawicielami innych narodów. Wszystkich tak od siebie różnych łączył tego dnia wspólny cel — samolot. Starszy szeregowy Lech musiał przyznać, że nie był to jeden z jego szczęśliwych dni. Nie odnajdywał bowiem ani odrobiny zadowolenia z biernego sterczenia w pełnym rynsztunku, wystawiając się na bezlitosny, letni skwar. Tego sierpniowego dnia nikt nie miał lekko. Żołnierze różnych nacji zajmowali swoje stanowiska, razem czuwając nad zachowaniem względnego porządku. - Elvis! - zawołał jeden z chłopaków obstawiających sąsiedni rejon. - Jak tam na słoneczku? — spytał kąśliwie, łapiąc przelotny kontakt wzrokowy z szeregowym. Młodszy odwrócił wymownie głowę, udając że nie słyszał komentarza. Próbował ignorować docinki na temat jego nieukończonej szkoły musicalowej, jednak wiedział, że nigdy nie będzie w stanie ich w pełni zaakceptować. Ci faceci go nie rozumieli. Szydzili z pasji, której z chęcią poświęciłby się bez reszty. Gdyby tylko mógł... Chłopak zignorował słowa szukającego zaczepki kaprala i wrócił do swoich zajęć. Wpatrywał się w twarze mijających go ludzi i zastanawiał się, który z nich, prędzej czy później, okaże się kamikadze? Nie wiedział nawet, kiedy na ustach pojawiła mu się znana melodia. Scorpionsi śpiewali o „Wietrze zmian”, który Lech w tamtym momencie tak bardzo chciał poczuć. Niewątpliwie był świadkiem zakończenia pewnej epoki, ale niepokoił się tym, jaka miała nastać niebawem. Kątem oka zauważył dowódcę, kontrolującego kolejno każdy rejon. Szybkim krokiem zbliżał się do stojącego nieco na uboczu Lecha. Chłopak odruchowo zacisnął zęby. Jego jedynym marzeniem było tylko, aby słońce na niebie poruszało się równie szybko, jak przełożony. Nie starał się złapać z nim kontaktu. Spojrzał sztywno przed siebie i wzmocnił uścisk na twardym żelastwie trzymanym w ręce. Nie wiedział nawet, że mrok może nadejść tak szybko. Nie pamiętał, kiedy dokładnie poczuł obezwładniający cios, ale wiedział, że po nim została już tylko ciemność. 182 Wiatr zmian *** W objęciach Morfeusza było mu wygodnie. Czuł, jak otula go ramieniem i daje odpocząć. Był bardzo bliski decyzji o pozostaniu w tym stanie na wieki, kiedy zaniepokoił go pulsujący ból gdzieś z tyłu głowy. Otworzył leniwie oczy spodziewając się fali rażącego słońca. Rozczarował się, widząc jedynie ciemność, ale nie taką, jak wcześniej. Ten mrok był naturalny. Gdy przyzwyczaił oczy, mógł dostrzec wokół siebie rozmaite kształty rzucające cienie za sprawą mglistej poświaty księżyca, wpadającej przez niewielkie okno pod sufitem. Nie miał pojęcia, gdzie się znajdował. Ustalił jednak kluczowy fakt - nie był ani w bazie, ani na lotnisku. A już na pewno nie był w domu, gdzie w tym momencie chciał wrócić jak nigdy wcześniej. Wstał powoli, nie mając siły zignorować całkowicie bólu w czaszce. Zrobił ostrożnie krok, chcąc wyjrzeć przez okno na świat. Zatrzymał się jednak, gdy tylko jego stopa spotkała się z czymś zbyt miękkim i dużym, żeby mógł odepchnąć to na bok. Przykucnąwszy, zbliżył się do obiektu na tyle, żeby w kolejnym odruchu odskoczyć do tyłu. Nadepnął na jakieś ciało. Nieprzytomny sierżant Wierzbicki był osobą, której najmniej się tu spodziewał. Zbierając się na odwagę, przysunął się bliżej i delikatnie dotknął jego nadgarstka. Żył. Lech poczuł odrobinę ulgi, która szybko została na powrót przyćmiona kumulowanym przez lata strachem i nienawiścią. Zdecydował, że nie będzie go ruszał. W końcu się przecież obudzi — pomyślał i ruszył do okna. Podciągnął się lekko za grube kraty i wyjrzał na zewnątrz. - Szlag by to - zaklął po cichu, mając przed oczami jedynie zakurzony, skąpany w mroku zaułek. Zeskoczył na ziemię i w tym samym momencie zauważył, że mężczyzna leżący na podłodze poruszył się. Lech zamarł. Poczuł, jak przez całe ciało przechodzi mu dreszcz strachu. Dowódca jęknął i niezdarnie przewrócił się na plecy. Szeregowy przykleił się plecami do ściany, chcąc znaleźć się tak daleko, jak tylko mógł. Obserwował uważnie, jak mężczyzna wykonuje kolejne ruchy, doprowadzające go ostatecznie do pionu. Czekał, aż zacznie się go znowu czepiać, jak to miał w zwyczaju. - Szeregowy Elvis? - zapytał niepewnie. Chłopak poczuł przerażenie. — Tak jest — odpowiedział sztywno, a w jego tonie dało się usłyszeć wycofanie. - Co się stało? Gdzie jesteśmy? - dopytywał, próbując zauważyć w pomieszczeniu jak najwięcej szczegółów. Szybkim ruchem chciał wyciągnąć coś z kieszeni, kiedy zauważył, że nie miał już ekwipunku. - Co się tu dzieje? Lech nie ruszał się z miejsca, obserwując jak dowódca powoli zdaje sobie sprawę z ich kiepskiego położenia. W przeciwieństwie do chłopaka, jego przełożony zachowywał się impulsywniej, reagując gniewnie na każde kolejne odkrycie: ciemność, ból głowy, brak ekwipunku... - Co tak stoisz jak cielę? Rusz się i poszukaj wyjścia! - rozkazał szorstko, nie siląc się na szept. Lechowi ten podniesiony głos nie wydawał się rozsądny. Zebrał w sobie całą odwagę i otworzył usta. Julia Klonowska 183 - Już sprawdzałem, panie sierżancie. Drzwi są zamknięte - zreferował krótko, spoglądając w ziemię. Pomyślał, że to zadziwiające, jak śpiewając na scenie mógł hipnotyzować wzrokiem setki osób, ale gdy musiał stanąć z kimś oko w oko to jego czoło stawało się ciężkie, wręcz ciągnąc głowę do podłogi. Nawet pomimo sprawnego uniku zdołał wyobrazić sobie pogardę wymalowaną na twarzy sierżanta. Ten mężczyzna go nienawidził, choć Lech nie wiedział, czym sobie na to zasłużył. Stał w miejscu i wysłuchiwał przekleństw i wyzwisk. Coraz bardziej rozdrażniony dowódca przewracał stojące pod ścianami przedmioty i przesuwał stare meble. Czynił przy tym tak nieznośny hałas, że przerażony Lech poczuł na plecach kropelki potu. - Panie sierżancie, to nic nie da. Możemy mieć kłopoty — szepnął nieśmiało, usłyszany tylko przez Boga, gdyż jego głos nie miał szans przebić się przez łomot upadających przedmiotów. Z minuty na minutę zapał przełożonego słabł, zupełnie jakby wschodzące powoli słońce odbierało od niego całą energię. Lech nie zmrużył oka, obserwując bacznie miotanie się starszego żołnierza. Przykucnął w końcu, chcąc odpocząć i usłyszał nad sobą niepokojące odgłosy kroków. - Dawaj ich tu - rzucił zaczepnie dowódca, do którego również dotarły hałasy. Obaj żołnierze utkwili zaciekawiony wzrok w drzwiach. Nagle dwóch uzbrojonych mężczyzn wpadło do piwniczki, mierząc w ich stronę poobklejanymi taśmą karabinami. Wyższy z nich, obdarzony pokaźnym zakrzywionym nochalem, przemówił po chwili w niezrozumiałym dla nich paszto. Lech próbował powstrzymać drżenie i skupić się na wyłapaniu znanych mu słówek, ale nic z tego. Mężczyźni wydawali się coraz bardziej niecierpliwi. Gdy w końcu starszy z nich dał znak, drugi zarzucił broń na plecy i jednym ruchem znokautował sierżanta Wierzbickiego. Lech wydał z siebie dźwięk przerażenia. Nie mógł nic zrobić. Stał i patrzył, jak talibowie wywlekają jego dowódcę na zewnątrz. Gdy tylko drzwi się zatrzasnęły, oparł się plecami o zimny beton i ześliznął w dół. Wyrzucił nogi przed siebie, rozmyślając o sytuacji, w której się znalazł. Nie chciał dopuścić do siebie myśli, że bez przełożonego poczuł się jeszcze gorzej niż z nim, ale ta świadomość dopadała go wbrew jego wysiłkom. W czasie dłużących się chwil samotności niczego nie pragnął bardziej, jak powrotu sierżanta. Mógł go poniżać i wyklinać, ale Lech musiał przyznać, że przy doświadczonym dowódcy czuł się bezpiecznie. Sam — zaczynał panikować. Nie wiedział nawet, kiedy oczekiwanie tak go znużyło, że przymknął zmęczone oczy. Nie drzemał jednak długo, gdyż kolejne trzaśnięcie drzwiami wyrwało go ze snu. Zerwał się na równe nogi, a ciężkie ciało sierżanta uderzyło prosto w jego pierś, skutecznie powalając na ścianę. Mężczyźni z karabinami nie zaszczycili go nawet spojrzeniem. Wyszli z pomieszczenia bez słowa. Cisza nie trwała jednak długo. Bezwładne ciało gruchnęło na posadzkę. Lech poczuł znajomy dreszcz. Nie teraz, tchórzu - upomniał się ostro, starając się mentalnie wytrzeźwieć. Zaciskając zęby, przyklęknął przy starszym i sprawdził, czy oddycha. Upewniwszy się, że żyje, przewrócił go na plecy. Obrażenia na pierwszy rzut oka nie wyglą- 184 Wiatr zmian dały źle. Najgorzej miał się rozcięty łuk brwiowy. Krew nie przestawała wypływać z rany, a chłopak zaczął zastanawiać się, czy za uderzeniem nie kryje się poważny uraz wewnętrzny. Martwiło go, że dowódca wciąż nie odzyskał przytomności. Rozejrzał się pobieżnie, chcąc znaleźć czysty kawałek materiału do zatamowania krwawienia. Spod jednej z szaf wyjął połamaną płytę CD, której ostre brzegi nadawały się do przecięcia szmat. Nagle zauważył ruch przy okienku. Przypatrzył się dokładniej. Niewielka buzia przysłonięta czarnym materiałem przyglądała się ukradkiem jego zdziwionej twarzy. Ale gdy ich spojrzenia się spotkały dziecko uciekło. Ostatnią rzeczą, którą dostrzegł była mała rączka błyskawicznym ruchem wrzucająca do piwniczki kawałek placka. Może to jest jakaś szansa - pomyślał szybko. Podbieg do okienka i podciągnął się na kratach, ale w zasięgu jego wzroku znów rozciągała się pustka. Powłócząc lekko nogami, wrócił do dowódcy. Musiał mieć nadzieję, że dziecko pojawi się ponownie. Może spróbuję wykrzesać coś ze swojego marnego paszto? Znalazł materiał nadający się na opatrunek i zaczął przypominać sobie całą medyczną wiedzę, jaką zdobył na szkoleniu przed wyjazdem. Ten kurs był dla niego przede wszystkim świetną okazją do bliższego poznania centralnej Polski, ale zdołał zapamiętać, żeby najpierw skupić się na krwotokach i zapewnić rannemu komfort termiczny. Wygrzebał ze sterty szmat coś, co przypominało koc i szczelnie okrył przełożonego. Analizował każdy zakamarek mózgu w poszukiwaniu najdrobniejszych czynności, o których mógł zapomnieć, ale w pewnym momencie wyczerpały mu się wszystkie pomysły. Uznał, że prawdopodobnie zrobił wszystko i przysiadł pod ścianą. Obserwował mężczyznę długi czas skupiając się na unoszącej się rytmicznie klatce piersiowej. Nie mógł stwierdzić, ile minęło do czasu, kiedy dowódca otworzył leniwie oczy. - Panie sierżancie - szepnął Lech na tyle głośno, aby tym razem na pewno został usłyszany. — Jak się pan czuje? - Mój łeb - stęknął ochryple. Przyłożył rękę do głowy, jakby próbując zdjąć z niej ból. - Czego od pana chcieli? - zapytał chłopak. Zauważył niespodziewanie, że dawny strach maleje, nie paraliżując już dłużej jego krtani. Mężczyzna też zwrócił uwagę na zmianę. Głos, który teraz słyszał w niczym nie przypominał tego bojaźliwego, znajomego kwilenia. — Mów mi Wierzba — rzucił niespodziewanie. — I tak razem w tym siedzimy. Lech wytrzeszczył ze zdziwienia oczy. Nigdy nie przypuszczał, że sierżant mógł mieć w sobie coś z człowieka. A na pewno nie w stosunku do niego. - Dobrze - wyjąkał trochę zbyt bojaźliwie. Wierzba nie skomentował. Nie zaszczycił go ani jedną złośliwością, ani nawet nie nazwał boi-dupą. - Chcą wiedzieć, kiedy dokładnie Amerykanie robią wypad. Chyba szykują jakąś grubszą akcję - zreferował. Lech tylko zmarszczył oczy. - Myśli... Myślisz, że chcą ich załatwić? - spytał niepewnie. Miał same najgorsze przeczucia. Julia Klonowska 185 -Tak. Nie wróży to dla nas nic dobrego. Mam nadzieję, że Stary nas tu znajdzie, bo inaczej - nie skończył. Zamiast tego wydał z siebie dziwny odgłos, przejeżdżając jednocześnie palcem wskazującym po całej długości szyi. Chłopak znał gest aż za dobrze, ale bardziej niepokoiło go własne rozpoznanie sytuacji. Mieli pecha. Wielki, cholerny niefart. Poczuł w głowie ciche pyknięcie, zapowiadające nadejście cienia nadziei. To dziecko — przypomniał sobie. Musi tu wrócić — zapewnił się w myślach i chwycił pozostałą część placka. - Zjedz — zaproponował mężczyźnie, wyciągając go w jego stronę. Wierzba dźwignął się ciężko na łokciu. Wziął od chłopaka jedzenie i przyjrzał mu się uważniej. - Skąd to masz? - zapytał podejrzliwie. - Jakieś dziecko wrzuciło do środka i uciekło - zreferował krótko. Mężczyzna ostatni raz zmierzył placek wzrokiem, ale ostatecznie zdecydował się go zjeść. Nie pomyślał o tym, co ja — zrozumiał Lech. Wierzba nie kontynuował rozmowy o dziecku, ani nawet żywo się nim nie zainteresował. Dla niego nic nie było już możliwe, prócz czekania. — Prześpij się — zaproponował Lech. - Zrobiłem, co mogłem, teraz tylko sen może coś pomóc — wyjaśnił nieśmiało. — To twoja robota? Wiesz — Wierzba zawiesił głos, krzywiąc się lekko z zakłopotania -chyba źle cię na początku oceniłem. Lech zdębiał, widząc na twarzy dowódcy coś, co do złudzenia przypominało uśmiech. Wkładając w to całą energię, odwzajemnił gest. Poczuł, jak ogarnia go szczęście. Z każdą chwilą to uczucie coraz bardziej zastępowało miejsce strachu. Wpatrywał się w okienko jeszcze długo po zaśnięciu dowódcy. Okazane uznanie wyzwoliło w chłopaku pokłady adrenaliny, które odsuwały go od sennych myśli. Jego nadzieja oddalała się jednak wraz z zachodzącym słońcem. Po zapadnięciu zmroku chciał zacząć myśleć o nowym planie, kiedy nagle ją zauważył. - Zaczekaj — zagadnął szybko. Nie chciał spłoszyć dziewczynki. Spojrzała na niego z zaciekawieniem i zbliżyła się do krat. Lech wstał powoli, próbując jej nie przestraszyć. - Jestem z Polski — szepnął, gdy znalazł się na tyle blisko, na ile mógł. Jego talent do języków nie zawiódł. Zdołał zapytać dziewczynkę o imię i pochwalić, że bardzo ładne. Saima przestała się go bać. Wszystko byłoby dobrze, gdyby tylko wiedział, jak poprosić, żeby przekazała wiadomość do bazy. - Pomoc - powiedział w końcu. - Polska. Pomoc - powtarzał tylko te dwa słowa. Palcami starał się pokazać „iść”, nie znając innego sposobu. Podczas któregoś z kolei powtórzenia, Saima wstała z uśmiechem i machając mu radośnie na pożegnanie, zaczęła oddalać się za sąsiedni budynek. Nie sprawiała wrażenia, jakby cokolwiek zrozumiała. To koniec — pomyślał spanikowany Lech. Plan zawiódł. Pozostawało mu tylko wierzyć, podobnie jak Wierzbie, że ich ludzie znajdą to miejsce. Już dawno musieli zauważyć, że 186 Wiatr zmian zniknęli. Choć tę misję można było porównać do szukania igły w stogu siana, musiał wierzyć. Polacy nie porzucali swoich. Nigdy. - Teraz twoja kolej - usłyszał nagle podczas rozmyślań o nowej nadziei. - Prześpij się. W głosie Wierzby wyłapał nowy ton. Może ojcowski? Dopiero teraz poczuł, jak brakowało mu kogoś, na kim będzie mógł polegać. Kogoś, kto zadba o niego jak o syna. Z takim dowódcą czuł się bezwarunkowo bezpiecznie. Zasnął, po raz pierwszy pokładając zaufanie w dowódcy. Śniło mu się, że biegł za uśmiechniętą dziewczynką. Starał się ją dogonić i przekazać coś bardzo ważnego, ale nie mógł. Za każdym razem stawała między nimi niewidzialna przeszkoda. Mimo to był spokojny. Czuł, że stoi za nim moc, która mu w końcu pomoże. Nie doczekał szczęśliwego zakończenia gonitwy. Głośny huk otwieranych gwałtownie drzwi brutalnie wyrwał go ze snu. Przez zamglone oczy widział wchodzących do środka brodaczy, idących prosto w jego kierunku. Musiała nadejść jego kolej. Usiadł powoli, starając nieudolnie przygotować się na to, co nieuniknione. Spiął wszystkie mięśnie, nie chcąc być podobnym do bezwolnej kukły, kiedy nagle Wierzba zasłonił go przed talibami. - Zostawcie go! On nic nie wie, ja też nie - krzyczał, wymachując przy tym rękami. Talibowie wydawali się coraz bardziej rozdrażnieni. Wierzba mógł mówić wszystko. Oni i tak go nie rozumieli. Lech oddychał szybko, starając się naprędce przekalkulować sytuację. Był wdzięczny za tę reakcję przełożonego, nawet bardzo. Mimo wszystko mężczyzna niepotrzebnie się postawił. Brodacze z każdym jego słowem mocniej zaciskali dłonie na kolbach. Lech widział, jak ich mięśnie się spinają, ręce drżą. Byli o krok od tragedii. - Wierzba, odejdź — powiedział chłopak. Znów poczuł się, jakby był na scenie. Pewny siebie, pan sytuacji. Miał przemyślany każdy ruch. Zrobił krok, potem kolejny i wyłonił-się zza Wierzby. Nazbyt teatralnym gestem położył mu rękę na ramieniu. Wiedział, co robi. Ćwiczył to setki razy. Mężczyzna spojrzał mu głęboko w oczy, po czym niechętnie zrobił krok w bok. Lech panował nad sytuacją, aż do zakończenia aktu pierwszego - zapierającego dech w piersiach ciosu kolbą prosto w brzuch. Pomimo bólu rozchodzącego się już po całym ciele, musiał skupić się i zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Popękane kolumny, wyszczerbione kamienne płytki, niedopalone świece, przestronne wnętrza. Musiał być w świątyni. Albo w jakimś dużym domu spotkań. To miejsce spowijał cień historii. Przez duże okna wpadały do środka promienie porannego słońca. Prowadzący go mężczyzna zwolnił uścisk i Lech upadł prosto na zimną posadzkę. W ostatnim momencie osłonił twarz rękami, aby nie uderzyła o kamień. Poczuł brutalne szarpnięcie. Dźwignął się z powrotem na nogi i spojrzał gospodarzom prosto w oczy. Były to gniewne, przymrużone, ciemne ślepia. Nie widział w nich ani odrobiny człowieczeństwa. Chcieli zabijać i mścić się. Sprowadzony nie wiadomo skąd tłumacz, łamanym angielskim zadawał mu w kółko te same pytania: „Kiedy Amerykanie odlatują? O której? Ilu ich będzie?”. Nie odpowiadał. Julia Klonowska 187 Nie tylko dlatego, że nie chciał zdradzić. Po prostu nie wiedział. Talibowie byli przekonani, że skoro Lech pilnował lotniska, na pewno wiedział, co będzie się na nim działo, ale mylili się. On był jedynie pionkiem, który miał odsłużyć swoje i wrócić do kraju z pokaźną sumką odłożoną z żołdu. Gdyby ktoś przyglądał się z boku, mógłby pomyśleć, że „I dont know” znaczy tyle, co „uderz mnie”. Po każdym zdaniu Lech otrzymywał kolejne ciosy. Już nawet ich nie liczył. Chciał, żeby to się skończyło, kiedy nagle do wielkiej sali wbiegł zdenerwowany mężczyzna. Szepnął coś do ucha najstarszemu, prawdopodobnie szefowi, a ten natychmiast dał znak i wszyscy zamarli w całkowitej ciszy z twarzami przy ziemi. Lech nie protestował. Zastanawiał się tylko, skąd to nagłe zamieszanie. Czyżby mężczyzna zobaczył jakiś nieproszonych gości? W jego głowie się kotłowało. Skoro nie są po ich stronie, to po naszej — wywnioskował szybko. Musiał dać jakiś znak, pokazać, że tu jest. Nie był tylko pewien, w jaki sposób. Poruszył się nieznacznie i poczuł, że coś uwiera go w udo. Pilnujący go talibowie już od jakiegoś czasu nie zwracali na niego uwagi. Zatopił rękę w kieszeni i wyciągnął znajomy kawałek płyty. Teraz albo nigdy - postanowił. Poruszał plastikiem rytmicznie, starając się łapać wpadające do środka promienie słońca i kierować je na zewnątrz. Nie był pewien, czy to działa. Machał jednak wytrwale, słysząc spoza budynku przytłumione głosy i znajome trzeszczenie szpeju. Czekał spokojnie, starając się wyczuć moment. Dźwięki z zewnątrz były coraz wyraźniejsze. Zauważyli - pomyślał z nadzieją. Nie mógł wytrzymać napięcia. Teraz albo nigdy - powtórzył. - HELP ME! — krzyknął najgłośniej, jak potrafił. Akcja toczyła się szybciej, niż był w stanie ogarnąć. Otwierane z hukiem drzwi, strzał, wrzask, strzał, ból, zamieszanie. Powiedział komuś, że w piwnicy jest Wierzba. Jakiś mężczyzna przerzucił go przez ramię i wybiegł na zewnątrz. Zamykane drzwi rosomaka były ostatnią rzeczą, którą zapamiętał. Zapadł w niebyt, w którym miał znajdować się jeszcze bardzo długo. *** Wszystko nagle zniknęło. Lech siedział w domu, pociągając ze szklanki brunatny trunek. Każde słowo Wierzby, każdy ludzki odruch, to zwykłe kłamstwo. Po powrocie do jednostki w zeszłym tygodniu, dowódca milczał, ale nie poniżał go, nie przezywał. Tyle, że nie mówił nic. Zupełnie, jakby ich znajomość, wszystko co się stało, było złym snem. Albo jakby się wcale nie wydarzyło. Lech nie wiedział, jak się odnaleźć. Czy istniał sposób, żeby wytrzymać tę sytuację? To ignorowanie go. Jeszcze miesiąc temu był pewien, że będzie dobrze. Akceptacja u dowódcy tak wiele dla niego znaczyła. O wiele więcej niż ten bezwartościowy awans. Nawet nie mógł się nim cieszyć. Zrozumiał, że ich relacja pozostała w tamtej piwnicy. A może ktoś przestrzelił ją tak, jak jego ramię? Pytania nie przestawały go dręczyć, ale odpowiedzi nigdy nie nadchodziły. Pociągnął kolejny łyk whisky. Nie mógł tak dłużej siedzieć, udręczony samym sobą. Nie mógł zrozumieć, dlaczego Wierzba go tak potraktował, dlaczego go olał? Dlaczego po ludzku mu nie podziękował... 188 Wiatr zmian Poczuł, Że to ten moment. Najlepszy, aby wyprowadzić psa na spacer. Zataczając się lekko, wstał od stołu i zabrał leżącą na ganku smycz. Wyszedł z domu, nie martwiąc się o otwarte drzwi i o to, że pies został w domu. *** Zabawa trwała w najlepsze. Wierzba nie wyobrażał sobie, że mógłby mieć wspanialsze wesele. Odkładane tyle razy z powodu misji, jednej, drugiej... Jedzenie pachniało, alkohol lał się strumieniami, a orkiestra grała skoczne przeboje, zachęcające gości do wyjścia na parkiet. Jego żona promieniała. W białej sukni i wianku na głowie była najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widział. Tylko on od czasu do czasu stawał się nieobecny. Czuł, jak wspomnienia i wyrzuty sumienia odciągają go od zabawy. Dlaczego nigdy mu nie podziękował? Dlaczego duma brała górę? Te pytania pojawiały się i znikały, wywołując poczucie niestabilności. Ale znał sposób, żeby temu zaradzić. Gdy orkiestra zapowiedziała kolejną przerwę „na jednego”, wiedział, że właśnie ten moment, że ten toast będzie tym najważniejszym. Wrócił na swoje miejsce i obficie wypełnił kieliszek winem. Kiedy miał pewność, że wszyscy goście zdążyli już się rozsiąść i zabrać za napełnianie kieliszków, wstał powoli na drżących nogach. Wiedział, że nie da rady już dłużej tego w sobie dusić. Musi to z siebie wyrzucić. Właśnie tu, w tej chwili. Wobec bliskich mu ludzi. Musi opowiedzieć o Elvisie i o tym, jak go zawiódł. Nie wstydził się swojego wyznania... - Chciałbym wznieść toast - zagrzmiał i zaczekał, aż tłum zdziwionych weselników napełni swoje szkła. - To, co stało się w Afganistanie miało tam zostać. Na zawsze. Ale nie zostało. Wróciło ze mną i zadomowiło się na dobre. Chciałbym, żebyście wy również wiedzieli, co tam zaszło i dlaczego powinienem prosić was o wybaczenie. - Opowiadał powoli, wdając się w każdy szczegół, który wydał mu się istotny. — W małej piwniczce pierwszy raz czułem się jak dowódca. Taki, jakim zawsze chciałem być. Ten młody żołnierz obdarzył mnie zaufaniem, a ja nie zasłużyłem na nie. Po powrocie nie potrafiłem okazać mu wdzięczności. Za bardzo bałem się stracić autorytet. Ale niedawno zrozumiałem, że przez to straciłem dużo więcej. Lech mnie uratował. Zaufał dziecku, które powiadomiło naszych. Ryzykował wołając o pomoc, został ranny. A ja potrafiłem go tylko zawieść. I choć nie ma go dzisiaj z nami i straciłem wszelkie szanse na zadośćuczynienie, musiałem wam o tym opowiedzieć. Właśnie tu i teraz. Nie popełnijcie tego błędu. Nie oceniajcie, nie rańcie, nie ignorujcie, nie bójcie się, że wyjdziecie na słabeuszy. Czasy dowódców-tyranów dawno się skończyły. Jesteśmy wszyscy rodziną. Choć niedoskonałą i z wieloma trudnościami, to chciałbym, żeby przede wszystkim nigdy nie zabrakło nam miłości, szacunku i wdzięczności. Dlatego z tego miejsca dziękuję ci, Hubercie, „Elvisie”, Lechu za to, że choć tak krótko pozwoliłeś mi się znać, nauczyłeś mnie czegoś bardzo ważnego, czego nigdy ci nie zapomnę. Wypijmy! Za miłość! Szczęknęły szkła. Wierzba upił łyk i szybkim krokiem podszedł do orkiestry. Wyciągnął mężczyzn na scenę i po chwili z głośników dobiegła ta najważniejsza melodia. Wiatr zmian jednak powiał. Barbara Kocela 189 Barbara Kocela Pamięci Stanisława Lema w setną rocznicę Jego urodzin 1921-2021 Materia okazuje się formą zorganizoioanej informacji. Jes'li infirmacja rzeczyioiscie ma zastąpić' materię jako najpieriootniejsza substancja Kosmosu, wówczas może oczekiwać nas jeszcze większa nagrocia. Stanisław Lem „Bomba megabitowa” [1999] Genialne dziecko Lwowa homo sapiens do n-tej potęgi wizjoner filozof i lekarz duch epoki turysta przyszłego czasu sam się zadziwiał kiedy błądził piórem po papierowej bieli a znajdował czas i piękno z kasandrycznym przesłaniem swoje emocje i przemyślenia z biotechnologii astrofizyki czasem zabawnie i utopijnie zamknął w utworach science-fiction fantazje skrzepły w realia podjął zuchwały szalony atak na Wszechświat i ewolucję Kosmos to fluktuacja nicości kwantowy twór z niebytu żyje na kredyt i bez krawędzi a ewolucja to taniec genów błądzących błędów inwazja w ustrój to genomika produkcja naprawa i klonowanie moc sprawcza w tworzenie inności ludzkość zerwała pieczęć 190 PamięciStanisławalxma^wsetnąrocznicęJegourodzinl^21-20^ chroniącą obszary sacrum zamilkły rygory moralne i etyka byłeś naszym Rzecznikiem postępu gdy gubił się człowiek w nadmiarze wszystkiego niepojętego tajemniczego lecz realnego a my samotni w Kosmosie obciążeni trudnym zadaniem ludzkości co nam zagraża? omijają nas technogenne raje ale też piekielne ciosy Natury naszą Błękitną piękną Planetę i ekosferę Jowisz ma w swojej opiece bierze na siebie zabójcze odłamy materii i zmienia ich szlaki nasz byt - stosowny punkt w galaktycznej spirali a Słońce dopiero się rozgrzewa mamy przed sobą miliony lat jeśli sami nie zniszczymy naszej wspaniałej Ziemi ostrzegasz nas w „Bombie megabitowej” nie lękajmy się antymaterii ale Internetu i wirusów mutantów bo mogą umknąć uczonym z probówki początek naszej epoki przyćmił wiarę człowieka w potęgę mózgu kiedy powstaje sztuczna świadomość a my dzieci jednego księżyca w korowodzie łańcucha wieczności w sztafecie pokoleń zamkniętej w spirali DNA dokąd pójdą nasze sny? Twoim Imieniem świeci na niebie asteroida to symbol naszej pamięci o Tobie a droga do Nobla przerwana bo czas się spóźnił Barbara Kocela 191 Twoja filozofia nadziei budzi w nas wiarę w sens bytu Tutaj i dumę że byłeś z nami a Ocean Solaryjski niepojęty dla nas humanoid oczyści naszą niepamięć i zakryje błędy współczesnego świata Prenumerata prowincji pod adresem prowincja@onet.pl Recenzje Andrzej Lubiński o KAPITULE POMEZAŃSKIEJ W KWIDZYNIE Mario Glauert, Pomezańska kapituła katedralna w czasach średniowiecza (1284-1527). Przekład i redakcja naukowa Radosław Biskup, Pelplin 2021, Wydawnictwo Bernardinum. Mario Glauert w roku 1999 obronił pracę doktorską na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie pt. „Pomezańska kapituła katedralna (1284-1527). Badania nad dziejami, ustrojem i prozopografią”. Trzy lata później ukazała się drukiem. Przez wiele lat była znana tylko badaczom zajmującym się średniowiecznymi dziejami kościoła w państwie zakonu krzyżackiego w wersji niemieckiej. Podczas V Sympozjum Doro-tańskiego w Kwidzynie w roku 2018 padła propozycja, aby udostępnić polskiemu czytelnikowi książkę ze względu na jej wartość poznawczą. Tłumaczenia podjął się pracownik naukowy UMK w Toruniu dr bab. Radosław Biskup. W porozumieniu z Marło Glauertem wprowadził zmiany w strukturze i treści oryginału oraz uzupełnienia literatury jaka ukazała się od roku 2003. Dzieło M. Glauerta składa się z trzech części z licznymi podrozdziałami. Część I - „Źródła i Dzieje” - omawia stan zachowanych źródeł rękopiśmiennych, zabytki, archiwum i bibliotekę kapituły oraz dzieje kapituły katedralnej. Pierwszy kościół powstał po lokacji miasta w 1234 najpóźniej po 1254 roku. Jako katedra pojawia sie 27 IX 1285 r., gdy biskup Albert wrócił do swego biskupstwa. Biskup Ber- MARK^GIAUrKI’ POMEZAŃSK/\ KAPITUŁA KATEDRALNA W CZASACH ŚREDNIOWIECZA told w roku 1342 przekazuje dochody na utrzymanie katedry, której stan był bardzo zaniedbany. Kościół katedralny początkowo podlegał biskupowi, kapitule dopiero od roku 1357, i wtedy kanonicy stają się gospodarzami katedry. Dokończenie budowy katedry nastąpi dopiero za rządów biskupa Jana Moncha. Pod koniec XIV wieku w katedrze pracuje sześciu kapelanów katedralnych. Większość duchownych pochodziła z władztwa zakonu krzyżackiego. Członkowie kapituły mieszkali w zamku konwentualnym obok katedry, biskup pomezański wzniósł swój zamek w Prabutach. Dobra kapituły znajdowały się we wschodniej części biskupstwa pomezańskiego, dla- Recenzje 193 tego powstała konieczność wybudowania własnego ośrodka administracyjnego początkowo w Suszu, a od 1380 r. w Szymbarku. W Szymbarku w roku 1486 w obecności biskupów pomezańskiego i chełmińskiego oraz kapituł katedralnych otwarto akta procesu kanonizacyjnego Doroty z Mątów prowadzonego w łatach 1404-1405. W latach 1521-1525 zamek w Szymbarku był w polskich rękach. Po sekularyzacji utworzono starostwo szymbarskie. Sporo miejsca zajmują dzieje kapituły w latach 1284-1527. Pewną rolę w fundacji kapituły pomezańskiej odgrywał mistrz krajowy Konrad Tierberg oraz ród Stange posiadający spore dobra na terytorium biskupim. Największe znaczenie uzyskała kapituła około 1400 r., gdy podjęto zabiegi o kanonizację Doroty z Mątowów. Upadek gospodarczy biskupstwa rozpoczął się po klęsce grunwaldzkiej. Natomiast pierwszy synod pomezański ma miejsce w rokul411. Kolejne spustoszenia dóbr biskupich i kapitulnych przypada na rok 1422. Obok działań zbrojnych we władztwie biskupim dochodzi do sporów z miejscowym rycerstwem, czego wyrazem jest powstanie Związku Pruskiego. Wojna trzynastoletnia spowodowała podział biskupstwa pomezańskiego, część weszła w skład Prus Królewskich, część Prus Zakonnych. Kolejny konflikt z królem polskim w roku 1478 powoduje spustoszenia gospodarcze władztwa biskupiego i kapitulnego, a kanonicy pomezańscy składają przysięgę wierności królowi polskiemu. Pierwszym świeckim władcą biskupstwa zostanie Erhard Queis. Część II - „Organizacja, ustrój i władztwo terytorialne” Początkowo w skład kapituły wchodziło sześciu kanoników powoli zwiększyła się do ośmiu, by w roku 1342 osiągnąć liczbę jedenastu. Nigdy nie przekroczyła trzynastu prałatur i kanonii. W XV wieku liczebność konwentu zmniejszyła się w wyniku zniszczeń władztwa kapitulnego po przegranej bitwie pod Grunwaldem. Dla lat 1284 do 1527 autor ustalił personalia 150 kanoników. Średni czas sprawowania członkostwa w kapitule autor ustalił na pięć lat i sześć miesięcy. Duży wpływ na wybór kapituł miał Zakon, ponieważ większość kanoników była duchownymi krzyżackimi. Zadania jakie spoczywały na kanonikach określane były w statutach i zwyczajach Zakonu. Mieli do spełnienia trzy zadania w czasie pokoju: przestrzegania przez braci świeckich reguły zakonnej, odprawiania nabożeństw, udzielania sakramentów, w czasie wojny zagrzewania do walki i pamiętania, że Bóg cierpiał przez nich na krzyżu. W konwentach odprawiali nabożeństwa i liturgię. Kanonicy oprócz wyboru biskupa mieli prawo do udziału w dochodach kapituły, miejsca w chórze, udziale w posiedzeniach kapituły i głosowaniu. Zobowiązani byli do życia wspólnotowego. Na zamku kapituły w Kwidzynie posiadali własne cele. W latach 1284-1527 było 20 biskupów w diecezji pomezańskiej. Autor sporo miejsca poświęca strukturze kapituły i zadaniom jakie pełnili poszczególni członkowie kapituły, jak: prepozyt, dziekan, scholastyk, kantor, pleban kościoła, komtur domowy. Ważną rolę w administracji świeckiej odgrywał wójt kapituły pomezańskiej, a było ich ogółem 15. Kapituła nie posiadała stałego personelu kancelaryjnego, korzystano z notariuszy publicznych przy przygotowywaniu różnych dokumentów. W biskupstwie pomezańskim zakonowi przypadały dwie trzecie obszaru z wszystkimi dochodami, a biskupowi jedna trzecia. Biskup Albert przekazał jedną trzecią ze 194 Recenzje swojego władztwa z wszystkimi dochodami kapitule katedralnej, która stanie się władzą terytorialną na swoim terenie. W Prusach będzie istniało dziewięciu równoprawnych władców terytorialnych - zakon, czterech biskupów i cztery kapituły. Terytorium kapituły znajdowało się we wschodniej części biskupstwa i miało powierzchnię 340 kilometrów kwadratowych. Kapituła katedralna posiadała prawo patronatu i decydowała o obsadzie 14 kościołów parafialnych na swoim terytorium. Kanonicy katedralni w swoim władztwie lokowali 21 osad. Kapituła posiadała też ziemie na terytorium władztwa biskupiego. Część III - „Prozografia” Badania nad pochodzeniem duchowieństwa w Prusach nie były przedmiotem analizy prozopograficznej, dopiero Mario Glauert jako pierwszy opracował w miarę dokładne biogramy 150 członków kapituły pomezańskiej. Prałaci i kanonicy wywodzili się z obszaru diecezji lub bezpośredniego sąsiedztwa. Pochodzenie rycerskie nie było warunkiem przyjęcia do kapituły. Jedynie co piąty spośród 150 kanoników może być identyfikowany z pochodzeniem stanowym. Nie było w kapitule członków rodzin wasalnych. Co szósty miał ukończone studia. Studiowali w Bolonii, Pradze, Lipsku. Kilku członków kapituły pełniło ważne funkcje przy boku wielkiego mistrza jako lekarze, prawnicy, kapelani. Bardzo cenny jest chronologiczny wykaz wszystkich członków kapituły z czasem przebywania w kapitule. Jeden z kanoników kwidzyńskich Jan z Kwidzyna zasłynął z tego, że był spowiednikiem Doroty z Mon-towów i jako pierwszy dostrzegł w niej mi-styczkę. Spisywał jej objawienia i opracował trzy dzieła jej poświęcone „Księga o świętach”, „Siedmiolilie”, „Żywot Doroty z Mą-tów”. Te prace polski czytelnik może przeczytać w tłumaczeniu J. Wojtkowskiego. Jan z Kwidzyna opracował i przekazał na potrzeby procesu kanonizacyjnego Doroty dzieło „O sławie świętości, życiu i cudach” na ręce komisarzy papieskich. Dziewięciu kanoników jest wymienianych w aktach procesu kanonizacyjnego, niektórzy jak Jan z Kwidzyna, Jan Monch byli spowiednikami Doroty. Badacze zajmujący się średniowiecznymi dziejami biskupstwa pomezańskiego będą musieli korzystać z dzieła Mario Glauerta i polskiego przekładu dokonanego przez Radosława Biskupa podczas przygotowywania nowych tematów dotyczących problematyki religijnej, społecznej, kulturalnej, politycznej tego regionu. Recenzje 195 Krystian Zdziennicki ZGUBNIK PO ŻUŁAWACH, POWIŚLU ORAZ KOCIEWIU M. Świerczyńska-Dolot, T. Slowi, Zgub-nikpomorski. Kociewie Żułaioy, Poiois'le. Wycieczki dia dzieci i rodziców, ci. II, Gdynia 2022. Jak w sposób ciekawy wolny czas mogą wspólnie spędzić zarówno rodzice jak i dzieci? Gdzie można pojechać całą rodziną w naszej Prowincji — na Powiślu i Żuławach, ale również na Kociewiu? Na te pytania odpowiedzi próbują udzielić Magdalena Swierczyńska-Dolot i Tatiana Slowi. To właśnie te dwie dziennikarki w ubiegłym roku w gdyńskim Wydawnictwie Region wydały pierwszą - kaszubską część Zgubnika pomorskiego. Duże zainteresowanie nowatorską propozycją wydawniczą poświęconą Kaszubom skłoniło autorki do przedstawienia miejsc, właśnie na Kociewiu, Żuławach i Powiślu, w ramach drugiego tomu Zgubnika. Na uwagę zasługuje fakt, że autorki postanowiły nieco wyjść poza administracyjne granice województwa pomorskiego, aby całościowo zaprezentować powyższe trzy regiony Pomorza. Okazuje się, że pandemia koronawirusa była jedną z przyczyn wydania nietypowej wersji przewodnika. W pierwszej kaszubskiej części zanotowano intencje przygotowania Zgubnika: „Pandemia wszystkich nas nauczyła nowego sposobu podróżowania — szukanie miejsc bez tłumów, bez kolejek i komercyjnych atrakcji stało się niejako koniecznością. A może skoro szukamy nowych, mało uczęszczanych dróg, warto, by to nasze dzieci częściej wskazywały nam kierunek wędrówki? Zgubmy się z nimi w lasach, wśród pagórków, nad brzegami jezior i morza”. Z pewnością w związku z kontynuacją serii zamysł autorek oddziaływał na drugą część Zgubnika pomorskiego. W najnowszej części przewodnika propozycje wycieczek zdecydowanie częściej obejmują jednak miasta i miasteczka opisywanego terenu. Właśnie pierwszy rozdział poświęcony jest „małym wielkim miastom”. W tym dziale znalazły się kociewskie miasta Tczew, Gniew, Pelplin, Skarszewy (z pobliskim Borównem), ale również zdecydowanie bliższe Powiślu i Żuławom: Elbląg ze swoją starówką i Bażantarnią oraz Tolkmicko należące w I Rzeczypospolitej do woje- 196 Recenzje wództwa maJborskiego, nazwane - o zgrozo - powiślańskim kurortem turystycznym. Jednakże mając na uwadze prośbę autorek pozwolę im z racji na formę publikacji na „pewną dowolność i subiektywizm”. W pierwszym rozdziale nie została jednak wyczerpana pula miast regionu. W poszukiwaniu atrakcji przyrodniczych chętnym do podróży rodzinom pomoże rozdział pn. „Zielono mi”. Autorki zapraszają w nim do Wdeckiego Parku Krajobrazowego, nad jeziora Niedackie, Kałębie, Czarne i Słone, czy na rowerowy objazd przez urokliwe miejscowości leżące na pograniczu Kocie-wia i Borów Tucholskich o niezwykle ciekawych nazwach: Czarna Woda, Złe Mięso, Zimne Zdroje, Bałkany i Owcze Błota. Na Powiślu zaproszono Czytelników do Dzierzgonia i okolicznych wiosek, które idealnie nadają się na rodzinne wycieczki rowerowe. Według autorek na rozwój wyobraźni dzieci może wpłynąć poszukiwanie historii dzierzgońskiego zamku, po którym pozostały fundamenty. Polecone zostały również pozostałości po pałacach w Pra-kwicach lub Pudłowcu czy po wiatrakach w Ankamatach i Budziszu. Wycieczka ta pokazuje, że popularny w ostatnich czasach tzw. urbex można w przystępny sposób zaproponować najmłodszemu pokoleniu. A jakie zamki, pałace i grody warto rodzinnie zobaczyć? Oprócz do Grodziska Owidz w okolicach Starogardu Gdańskiego zaproszono rodziny do zamków w Malborku, Kwidzynie, Sztumie, Prabutach (tu również w formie pozostałości - podobnie jak w Dzierzgoniu) oraz do pałacu w Waplewie Wielkim. Twórczynie Zgubnika przedstawiły autorską propozycję zwiedzenia mal-borskiej warowni, aby nie przypominała tradycyjnej szkolnej wycieczki. Natomiast w Sztumie głównym motywem podróży jest znana z bajek wydanych przez miejscowy samorząd Żaba ze Sztumu. To właśnie ona prowadzi rodziny od zamku, przez Jaszczurowe Wzgórze, do pomnika prezentującego Konie Sztumskie. W Kwidzynie polecono zespół katedralno-zamkowy oraz Stadninę „Miłosna”. Najmłodsi w towarzystwie rodziców w Prabutach powinni zobaczyć miejscowy rynek z fontanną Rolanda, Bramę Kwidzyńską i mieszczącą się w niej Izbę Pamięci Wernera Żebrowskiego, wodociągi z XVIII wieku a także miniaturę zamku. Do Waplewa Wielkiego rodziny przyciągnąć powinien pałac Sierakowskich, gdzie zlokalizowane jest Muzeum Tradycji Szlacheckiej. Ostatnie dwa rozdziały: „Aktywnie i z pomysłem” oraz „Mała architektura”, zawierają propozycje zwiedzenia Żuław Gdańskich szlakiem parków w gminie Pruszcz Gdański czy też szlakiem domów podcieniowych. Te ostatnie są charakterystycznymi obiektami architektonicznymi dla tego regionu. Warto jednak pamiętać, że domy podcieniowe występują też w pozostałej części Żuław, a niegdyś można było je odnaleźć nawet na terenie Powiśla. Polecono również wizytę w zagrodzie edukacyjnej w Mokrym Dworze (gm. Pruszcz Gdański). Autorki zachęcają do skorzystania z Żuławskiej Kolei Dojazdowej w powiecie nowodworskim. Według jednej z mam sama podróż wąskotorówką ma być „ogromną atrakcją, która się dzieciom nie nudzi”. Oczywiście wskazano też szereg innych wartych uwagi miejsc na trasie kolejki. Z kolei propozycje wycieczek kociewskich obejmują: Bolesła-wowo koło Skarszew, Morzeszczyn (powiat tczewski), Swiecie. Warto zaznaczyć, że duże wsparcie w odkrywaniu Pomorza udzieliły autorkom ich córki: Kornelia i Maja oraz Laura i Klara. Recenzje 197 Kto najlepiej może ocenić, które miejsca przyniosą największą radość dzieciom? Z pewnością są nimi właśnie rówieśnicy. Dzięki zaangażowaniu dziewczynek publikacja jest zdecydowanie bardziej autentyczna. Atutem są też prace najmłodszych od-krywczyń Pomorza oraz ich spostrzeżenia na temat poznawanych miejsc. Także same mamy dzieliły się swoimi refleksjami, które mają ułatwić zaplanowanie wycieczek. Wartościowe uzupełnienie stanowią zadania, które mogą wykonać młodzi użytkownicy Zgubmka. Publikacja ta nie jest trady- cyjnym przewodnikiem, dlatego jest ona skierowana przede wszystkim do rodzin z dziećmi. Z całą pewnością uzupełnia pewną lukę wydawniczą. Miłośnicy typowych wycieczek krajoznawczych muszą jeszcze poczekać na tradycyjny przewodnik. Zgub-nik nie jest nawet jego namiastką, ale z całą pewnością przygotuje najmłodsze pokolenie do odkrywania uroków Kociewia, Żuław i Powiśla. Jest to według mnie publikacja ciekawa i warto się z nią zapoznać, zwłaszcza planując wędrówki po wschodniej części Pomorza Gdańskiego. PROWINCJA Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl Noty o autorach Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności. Dyrektor Poradni Wychowawczo-Zawodowej oraz szkół medycznych w Sztumie. Meloman, autor książki Zapiski melomana z prowincji. Józef Borzyszkowski - historyk, absolwent (1969) - Wyższej Szkoły Pedagogicznej, od 1970 pracownik Instytutu Historii UG - dr (1976), dr hab. (1982), prof. (1992), prof. zw. (1997), od 2016 emeryt. Działacz Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, współzałożyciel i prezes od 1996 Towarzystwa Naukowego, od 2016 prezes honorowy Instytut Kaszubski (redaktor rocz. „Acta Cassubiana”). Współzałożyciel i prezes w 1. 1992-2003 Stowarzyszenia Odbudowy Gotyckiego Kościoła św. Jana w Gdańsku. W 1. 1990-96 wicewojewoda gdański, 1991-93 senator RP, 1990-93 wiceprzewodniczący rządowego zespołu ds. reformy ustroju terytorialnego RP. Wyróżniony Medalem Stolema (1979), Nagrodą Polityki (1986), Nagrodą i Medalem im. Z. Glogera oraz Nagrodą im. J. Heweliusza. Autor ok. 400 prac z historii Kaszubów i Pomorza, w tym monografie: Z dziejów pracy organicznej na Pomorzu.. .(Gd. 1979); Inteligencja polska Prus Zachodnich 1848-1920 (Gd. 1986); Aleksander Majkowski (1876-1938). Biografia historyczna (Gd.-Wejherowo 2002). W swoich badaniach sporo uwagi poświęcił problematyce etnograficznej, czego sygnałem jest książka Antropologia Kaszub i Pomorza. Badania-Kultura-Zycie codzienne, Gdańsk 2010. Krzysztof Czyżewski - eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze - sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Edward Derylak - urodził się w 1953 r. Mieszka i pracuje w Żaganiu. Absolwent WSOW Panc. w Poznaniu i WSP w Zielonej Górze. Prozaik. Autor tomu opowiadań Styro (2004), powieści Cień lasu (2008), opowieści (z Tomaszem Lipowskim) Czołgiści, czołgiści... (2011), opowiadania Per ardua ad astra (wersja polsko-angielska, 2009) i tomu opowiadań Wedelmann (2014). Współautor kilkunastu almanachów i antologii. Wielokrotnie nagradzany, jest laureatem kilkudziesięciu ogólnopolskich konkursów literackich. Należy do Grupy Literackiej „Dysonans” z Wrocławia. Członek ZLP. Paulina Hoppe-Gołębiewska - ur. 1986 w Malborku, od 2007 roku mieszkanka Sztumu. Związana z Fundacją Damy Radę, asystentka ds. marketingu w malborskiej firmie So Chic. Autorka blogu Radość i Partyzantka, a obecnie paulapisze.pl, gdzie w dalszym ciągu, z dystansem, pisze o codziennych sprawach. Noty o autorach 199 Katarzyna Gentkowska - ur. w Golubiu-Dobrzyniu. Absolwentka polonistyki i historii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Nauczyciel pasjonat. Współorganizatorka Ogólnouczelnianych Konkursów Recytatorskich na UMK. Swoje zainteresowania badawcze koncentruje wokół XIX-wiecznej literatury i obyczajowości. Andrzej Kasperek — ur. 1958, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim (seminarium prof. Marii Janion), pisarz, badacz literatury, działacz opozycji demokratycznej (jeden z założycieli Niezależnego Zrzeszenia Studentów), doktor nauk humanistycznych; od 1985 zajmuje się pracą nauczycielską (Liceum Ogólnokształcące w Nowym Dworze Gdańskim). Nominowany do Finału Nagrody Literackiej Gdynia 2011 za książkę Back in the DDR i inne opoiuiaeiania (2010). Autor tomu esejów Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło loschodnie (2013) oraz tomu opowiadań pt. Koronczarka (2013). W 2018 wydał Mój plaski kraj Żuławy. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2012). Żuławiak od urodzenia. Julia Klonowska — studiuje medycynę na kierunku lekarskim MON Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Przygodę z pisaniem rozpoczęła w drugiej klasie szkoły podstawowej. W liceum zajęła się recenzowaniem książek oraz pisaniem błoga. Najlepiej czuje się w tworzeniu utworów fantasy z wątkami medycznymi i historycznymi. W roku 2021 ukazała się publikacja „Mechanika międzyplanetarna”, znajduje się tam napisany przez nią rozdział opowiadający o jednej z koncepcji postrzegania otaczającego nas świata. Poza literaturą pasjonuje się muzyką i to z niej najczęściej czerpie inspiracje. Barbara Kocela — specjalista chorób oczu, zorganizowała i prowadziła Wojewódzką Poradnię Okulistyczną w Kielcach. Pisze wiersze, limeryki, haiku, opowiadania i eseje. Od 20 lat należy do zespołu literackiego przy Klubie Garnizonowym w Kielcach. Wydała 5 tomików poezji: „Pomiędzy”, „Utkane ciszą”, „Bose tango”, „Panaceum” i „Wirująca przestrzeń”. Dużo wierszy poświęciła dzieciom niekochanym, bezdomnym i “ wojennym”, m.in. “Pierwsza lekcja w Biesłanie”, “Pluszowe łzy”, “Dzieci kwiaty pustyni”, “Dzieci Afryki”, “Kudłata przyjaźń”. Radosław Kubuś — ur. 1991 r. w Nowym Dworze Gdańskim. Absolwent historii i archeologii na Uniwersytecie Gdańskim. Specjalista ds. historii regionalnej w Bibliotece Elbląskiej, doktorant w Instytucie Historii UG. Swoje zainteresowania badawcze koncentruje wokół historii medycyny w epoce nowożytnej oraz dziejów prasy w I poł. XIX wieku. Adam Langowski - ur. w 1981 r. w Sztumie, absolwent LO w Sztumie, ukończył historię na UMK w Toruniu. Pracuje jako nauczyciel historii w Zespole Szkół w Starym Targu. Mieszka w Sztumie. Andrzej C. Leszczyński - urodził się w Chodzieży. Eseista, wykładowca akademicki, okazjonalnie nauczyciel licealny. Studiował pedagogikę i filozofię. Autor trzech książek i ponad 200 rozpraw i szkiców z zakresu filozofii człowieka, etyki, antropologii teatru. Promotor ponad stu prac magisterskich i licencjackich. Prowadził teatralne warsztaty komunikacji i ekspresji w kraju i za granicą. Grażyna Nawrolska - absolwentka archeologii w UAM w Poznaniu i Studium Podyplomowego Muzealnictwa Uniwersytetu Warszawskiego. W 2010 doktorat na Uniwersyte- 200 Noty o autorach cie we Wrocławiu. Od 1980 do 2010 prowadziła badania archeologiczne na Starym Mieście w Elblągu. Pracowała w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu. Autorka wielu publikacji naukowych w Polsce, Belgii, Irlandii, Szwajcarii i Niemczech. Piotr Napiwodzki - ur. w 1972 w Jeleniej Górze, teolog, filozof, tłumacz, były dominikanin. W 2005 obronił doktorat na Uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim. W latach 2006-2010 rektor Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie. Wydał Bliżej niż się wydaje. O końcu świata, millenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei (2010) i Małe obrazki proste scenki. Powiślańskim szlakiem Wilhelma z Modeny i losy całkiem współczesnych osadników (Biblioteka Prowincji 2019). Od 2010 mieszka w Koślince koło Sztumu. Bartosz Marguardt - urodzony w 1994 roku w Sztumie. Wychowywał się w Cieszy-mowie. Absolwent ekonomii (sp. analityka gospodarcza) na UMK w Toruniu, gdzie z sukcesami działał w Samorządzie Studenckim i jako przewodniczący Koła Naukowego Metod Ilościowych. Jego praca magisterska w 2018 roku została uznana za najlepszą w konkursie Dziekana Wydziału Nauk Ekonomicznych i Zarządzania. Od początku kariery zawodowej związany z branżą farmaceutyczną i negocjacjami. Lubi sięgnąć po gitarę oraz zwiedzać Powiśle na rowerze. Założyciel i redaktor strony na Facebooku poświęconej historii Cieszy-mowa. Pomysłodawca utworzenia Izby Pamięci w tejże miejscowości. Cieszymowo to jego oaza, lubi tam wracać. Wiesław Olszewski - ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof oraz Muzeum Zamkowym w Malborku. Ryszard Rząd - ur. w 1953 r., historyk, absolwent KUL. Pracownik Muzeum Zamkowego w Malborku. Autor szeregu publikacji poświęconych dziejom odbudowy zamku w Malborku na przełomie XIX i XX wieku. Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barciriie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TYP Olsztyn”, „TYP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989-1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do wolności (2017) oraz Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej (2017). Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marek Suchar - z wykształcenia psycholog oraz absolwent studiów z zakresu judaistyki i archeologii biblijnej, nauczyciel akademicki na sopockim Wydziale Uniwersytetu SWPS w Sopocie. Autor czterech książek i licznych artykułów poświęconych historii i teraźniejszości Jerozolimy. Ostatnio ukazała się drukiem jego powieść Kwadrat jerozolimski. Noty o autorach 201 Piotr Podlewski — absolwent historii, nauczyciel, muzyk (Abodus, X-Project), propagator historii regionalnej. Autor książki Penetracje laokół Sztumu (Biblioteka Prowincji 2020). Mieszka i pracuje w Sztumie. Radosław Wiśniewski — ur. 1974 r. Absolwent psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mieszka w Kiełczowie, pracuje we Wrocławiu., związany z Brzegiem. Pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor miedzy innymi: Inne Bluesy (2015), Psalm ella Św. Sabiny (2016), Dziennik Zenona Kałuży (2017). Współzałożyciel Stowarzyszenia Żywych Poetów w Brzegu, redaktor naczelny ex-kwartalnika „Red”, współpracownik „Odry”, „Studium”, „Undergruntu”. Piotr Zawada - pasjonat historii, w szczególności epoki napoleońskiej. Z wykształcenia ekonomista, posiada też licencjat z historii. Od 2002 roku w polskim ruchu rekonstrukcyjnym doby epoki napoleońskiej - dowódca Pułku 12 Piechoty Księstwa Warszawskiego z Gdańska. Autor Sojusznik czy wrogi' Armia rosyjska w kampanii galicyjskiej 1809 roku (2009) oraz „Yictor za Bluchera. O marszałkach epoki napoleońskiej związanych z polskimi ziemiami” (2020). Paweł Zbierski — pochodzący z Gdańska scenarzysta i reżyser. Absolwent UJ i łódzkiej filmówki. Emigrant z Polski. Dyrektor artystyczny założonej w Paryżu firmy Fonta-ine Media. Wspólnie z Aleksandrą Fontaine wystawił w Teatrze w Perpignone w marcu 2018 francuskojęzyczną, kryminalną sztukę La file a la oalise osnutą wokół wydarzeń związanych z atakiem terrorystycznym na redakcję satyrycznego pisma „Charlie Hebdo” . Od lipca 2018 współzałożyciel wybudowanej w Saint Laurent de Cerdans w Katalonii Galerii „Poray”. Krystian Zdziennicki — ur. w 1992 r. w Sztumie. Absolwent historii oraz prawa na UG. Członek zarządu Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej. Zajmuje się badaniami historycznymi Pomorza ze szczególnym uwzględnieniem Powiśla. Autor błoga: www.zie-miasztumska. blogspot. com ^//^^b^e^£a £a/af^ta^/£a PROWINCJA Dorni nik Żyłowski Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl PROWINCJA Piotr Napiwodzki Powiślański szlak Wilhelma z Modeny i losy całkiem współczesnych osadników Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl Galeria Prowincji obrazy Danuty Chodorowskiej