Darczyńcy Kwartalnika Prowincja WOJEWÓDZTWO POMORSKIE Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2022 roku” Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu FOBOS ONE Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos One irn. Josepha Conrada Ki rz^niowskiego DZiAŁ R6G»O.VALNY 80-806 Gdańsk, o!, iaf- Rakowy 5/6 TT 58 301-48-! 1 vv. 2 2 7, 23 7 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 3(49) 2022 Redakcja Leszek Sarnowski — redaktor naczelny Wacław Bielecki — sekretarz redakcji Piotr Napiwodzki Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Krzysztof Czyżewski, Paweł Zbierski, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Adam Langowski, Krystian Zdziennicki Projekt okładki: Mariusz Stawarski Str. III i IV — prace plastyczne Artura Kubaszewskiego Skład komputerowy i przygotowanie do druku: KIMSO Marcin Żakiewicz Druk: Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia NK^ndawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Spółdzielni Socjalnej Fabryka Inicjatyw w Malborku, Sztumskiemu Centrum Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury - sklep Tabularium Sztumskie Centrum Kultury TLakład fotograficzny Foto Mono II w Sztumie, Plac Wolności 19 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy — Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 WWW. prowincj a. com. pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Czterdziesta dziewiąta „Prowincja”...............................................5 Poezja Arco van leperen..............................................................6 Proza Hernan Esteban Guerrero Troncoso — Małpa kataryniarza.........................9 Agnieszka Korol - Rycerze Eonii..............................................14 Esej Andrzej C. Leszczyński — Okruchy.............................................18 Andrzej Kasperek — Wielcyśmy byli i śmieszniśmy byli.........................24 Na tropach historii Jean Rapp — Napoleon obiecuje odsiecz obrońcom Gdańska.......................32 Wiesław Olszewski — Jak cioteczny dziadek z Ameryki w życiu mnie ustawił......37 Ryszard Rząd — Historie nie tylko malborskie (8).............................49 Radosław Kubuś — Co czytali „ojcowie założyciele” Nowego Dworu Gdańskiego? Kilka słów o Loitzach i ich księgozbiorze.................................58 Wędrówki po prowincji Andrzej Kasperek — Mała wieś o wielkiej historii. Sztutowo w cieniu Stutthofu.65 Agnieszka Swiercz-Karaś - Tak się tworzy historię............................79 Michał Piotrowski — Czyje kości kryje kaplica w Igłach?......................86 Andrzej Lubiński — Matematyk z Postolina.....................................91 Prowincje bliskie i dalekie Radosław Wiśniewski — Polin 2022 .........................................96 Paweł Zbierski — Dziennik kataloński (17)................................106 Marek Suchar — Jerozolimska dzielnica Mea Shearim — podróż w przestrzeni i w czasie........................................120 Piotr Opacian — Okno na morze czyli o hebrydach zewnętrznych...........130 Muzyka-Plastyka-Teatr Wacław Bielecki — Zapiski melomana ......................................136 Piotr Napiwodzki — Integracja i kreacja...................................150 Leszek Sarnowski - Pani zabija Pana czyli z Mickiewiczem na wakacjach.....153 Galeria Prowincji Emil Czechowicz - Przemijanie w lustrach Artura Kubaszewskiego...........163 Okiem fotosnajpera Piotr Opacian — Gęgawy i bobry...........................................166 Czego ci matka nie powie... Paulina Gołębiewska-Hoppe — Smutna refleksja.............................171 Recenzje Janusz Ryszkowski — Na żywo w szklanej kuli..............................176 Andrzej Lubiński — Na sztumskim odcinku kultury..........................179 Radosław Kubuś — Studium żuławskie........................................181 Noty o autorach..........................................................189 CZTERDZIESTA DZIEWIĄTA „PROWINCJA” Bez wątpienia idzie jesień. No i tak każdego roku. Niby niespodzianie, a jednak przewidywalnie. Jesteśmy na to gotowi, bo oddajemy w Państwa ręce przedostatni w tym roku i to przedjubileuszowy numer naszego kwartalnika. Naszego i wspólnego. Zatem ciepły kocyk i zapraszamy do lektury. Poetycko debiutuje na naszych łamach poeta z zaprzyjaźnionego Elbląga (choć z Holandii) Arco van leperen, a fragmentem prozy wita się z nami, od niedawna mieszkaniec Sztumu (choć z Chile), Hernan Esteban Guerrero Troncoso. I kolejna baśń Agnieszki Korol. Andrzej C. Leszczyński o raju, kulturze masowej, tłumie, społecznej gębie i Skvoreckym. Andrzej Kasperek wraca do wspomnień z czasów stanu wojennego na kanwie książki Andrzeja Zarębskiego „Między Grudniem a grudniem. Zapiski z internowania”, a także kreśli portret Sztutowa, w którym w czasie wojny zlokalizowano obóz koncentracyjny. Ryszard Rząd przypomina ciekawą historię ulicy Kościuszki w Malborku, a Wiesław Olszewski przez Siemiatycze i Amerykę wraca na Żuławy. Piotr Napiwodzki tłumaczy kolejny odcinek Jeana Rappa z czasów napoleońskich w Gdańsku, a Radosław Kubuś zagląda do księgozbiorów przedwojennych Loitzów z Nowego Dworu Gdańskiego. Agnieszka Swiercz-Karaś o dawnej krzyżackiej warowni w Przezmarku (gmina Stary Dzierzgoń), którą od lat ożywiają Państwo von Pilachowscy. Michał Piotrowski próbuje odkryć tajemnicy zrujnowanej kaplicy grobowej w Igłach, w gminie Stary Targ. Andrzej Lubiński odkrywa zapomnianą postać Feliksa Herstowskiego z Postolina. Radosław Wiśniewski w Działoszycach, Miechowie, Bełżcu odkrywa ślady dawnych żydowskich miasteczek, a ortodoksyjną dzielnicę Mea Shearim w Jerozolimie odwiedza dla nas Marek Suchar. Paweł Zbierski z Katalonii portretuje artystę Ramon Faura-Llavari, ucznia Miró. Wacław Bielecki, tym razem na żywo, odwiedza Operę Bałtycką, Operę Leśną, Warszawę, Waplewo i Sztum, słuchając Chopina, Nowowiejskiego, Moniuszkę, Verdiego, Pucciniego i wielu innych. Piotr Napiwodzki o warsztatach artystycznych w Galerii Ligo w Roślince, a Leszek Sarnowski o Mickiewiczu w Teatrze Wierszaiin w Supraślu. Po krótkiej przerwie wraca do Państwa Piotr Opacian, podróżnik i fotografik z Kwidzyna. Fotografuje bobry i gęgawy i zaprasza na bezludne Hebrydy Zewnętrzne. A gdzie to? Poczytajcie. W Galerii Prowincji malborski artysta Artur Kubaszewski proponuje nam przejrzenie się w starych lustrach. Paulina Hoppe-Gołębiewska, jak zwykle, o swoim rodzicielstwie. No to czas na lekturę, a jest w czym wybierać. Zapraszamy. Rećiakcja „Proiaingi” Poezja Arco van leperen TRZY Wszystko się kręci wokół śmierci — twojej, mojej, jego. Rozbił nieświętą trójcę, lecz żyje w nas, w skorupach osób bez pośpiechu spacerujących nad rzeką. Cały świat otwarty, a nie ma dokąd iść. Trawa na brzegu miękka jak twoje piersi. Sterta ubrań powoli rośnie, gdy czas zwalnia. Na świecie tylko my. Kiedy się kochamy przy śluzie, rozumiem, że on pożyczył moje ciało, zjednoczył się z tobą. Jestem nim. Brak tożsamości pozwala być surogatem. Świetliki odlecą, jak wykrzyczysz niezadowolenie. Blade światło ledwo przebija ciemności w mojej głowie. W końcu dochodzę i nadal nic nie czuję. Wóda wciąż płynie w stronę mokrej pustyni. Wiatr zmienia kierunek i twoje gorące szepty wracają do miasta. Ten, który nas połączył, odszedł. Poezja NIEPROSZONY Zaśnieżona wioska w półmroku; Ave Maria odbija się od nagrobków, kiedy wysiadam z taksówki. W parafii żegnają honorowego mieszkańca, który w wielkim sercu nie pomieścił wiary w niewinność młodszego syna. Wykreślony z testamentu, wygnany z pamięci, wróciłem. Otwarty grób jak pośmiertny grymas dla czarnej owcy. Oczyszczony z zarzutów, niesmak pozostał. Spóźnione przepraszam, ledwo słyszalne po drugiej stronie, wisi w powietrzu. Zimno od spojrzeń. Na stypie jedynie kawa dała trochę ciepła. GAMĘ OVER Mój czas w tej grze dobiega końca. Już nie dam rady być częścią społeczeństwa, w którym brak miejsca na inność. Mózg wciąż przegrzany niewygodnymi myślami. Nie spełniam oczekiwań — twoich, moich, czyichkolwiek. Mam emocjonalne zaparcie. Jestem tak pełny słów, że zaraz pęknę. Niedługo zasypię świat czarnymi wierszami; gorzkie, ciężkie, z bagażem, którego nie mam siły dźwigać. Myślałem, że umiem grać jak reszta, lecz jestem na straconej pozycji. 7 Wyloguję się. 8 Poezja KRESKA Nienaruszony talerz na stole — głód znowu przegrał. Na biurku wycinki z gazet, za duże ciuchy. W telewizji modelki pokazują jak żyć nie wolno. Rozbiera się przed lustrem. Nie widzi jak szara skóra jest naciągnięta na kości. Dla niej odbicie stało się grubym wrogiem. Ciało się poddaje a waga odlicza dni. KAMELEON Każde towarzystwo pasuje jak ulał, pochłania mnie całkowicie. Niby niewidoczny, jednak wciąż odstaję od tła. Należę do reszty jak piąte koło u wozu. Zbyt uniwersalne, aby gdziekolwiek znaleźć dom. Środowisko dyktuje, jaki mam być, zabiera prawo do tożsamości. Idę z miejsca do miejsca, aby odnaleźć siebie. Proza Heman Esteban Guerrero Troncoso MAŁPA KATARYNIARZA' — Powiedziałeś, że przeczytasz nam bajkę na dobranoc! — pięcioro wnucząt zawołało chórem. Dziadek podniósł ręce i ze śmiechem odpowiedział, że pamięta obietnicę i właśnie idzie szukać książki. Spojrzał uważnie na półkę i wziął starą księgę. Amanda, stojąc w drzwiach pokoju dzieci, spojrzała na nią uważnie. — Tato, chyba nie będziesz im tego czytał? — Cóż, niech się czegoś nauczą, przyda się, gdy dorosną. — odpowiedział dziadek i usiadł na skraju jednego z łóżek. Amanda westchnęła z dezaprobatą, ale usiadła na innym łóżku i czekała, aż tata zacznie czytać opowiadanie. — A więc, dzieci, to opowiadanie nosi tytuł „Małpa kataryniarza” i jest hołdem złożonym pewnemu panu o nazwisku Kierkegaard... Kiedy indziej wam o nim opowiem. Dzisiaj ważne jest opowiadanie. A brzmi ono tak: ' Tytuł oryginału: „El mono del organiilero”. Rysunek autora 10 Małpa kataryniarza ' Zdarzyło się kiedyś, że do cyrku przybył kataryniarz ze swoją starą katarynką i z małpą. Jako że nikt w miasteczku nigdy nie widział ani kataryniarza, ani małpy, a tym bardziej nie słuchał nigdy muzyki katarynki, ich przybycie wywołało niemałą sensację. Ludzie wypełniali cyrk, aby zobaczyć kataryniarza i zachwyceni klaskali przy barwnej i radosnej muzyce, a małpa tańczyła z pełnym entuzjazmem. W krótkim czasie kataryniarz i jego małpa stali się główną atrakcją cyrku. Jednak ten efekt nowości nie trwał długo, gdyż katarynka miała tylko parę melodii a małpa, mimo, że tańczyła dużo, nie znała wielu tanecznych kroków i nie było znowu aż tak piękna, aby ciągle ją oglądać. Tak oto kataryniarza zdegradowano do roli przerywnika grającego na katarynce za każdym razem, gdy prowadzący widowisko chciał coś ogłosić albo wskazać, że zaczyna się kolejna część spektaklu. Kataryniarz, zraniony w swojej dumie, i przede wszystkim rozgoryczony, ze nie płacono mu już tak dużo, jak w najlepszych momentach, uciekł w alkohol, aby zatopić w nim swoją urazę. Pewnego dnia, a raczej pewnego popołudnia, gdy kataryniarz odsypiał swoje poranne picie, małpa zbliżyła się do katarynki i zaczęła na niej grać. Kręciła korbą w jedną stronę i w drugą, czasami szybciej, czasami wolniej, nie zachowując żadnych reguł czy rytmu. Przechodzący w tym momencie klauni, widząc grającą małpę, zaczęli pokładać się ze śmiechu. Małpa grająca na katarynce! Ale jaką muzykę produkuje! To zupełnie nowa muzyka! - mówili śmiejąc się z małpy i, przede wszystkim, z kataryniarza. Najstarszy z klaunów, który nienawidził kataryniarza, wpadł na pomysł włączenia małpy do swojego numeru tego wieczoru. Klauni mieli tańczyć do muzyki wygrywanej przez małpę. „Jeśli już małpa grająca na katarynce jest zabawna, to tym bardziej zabawny będzie nasz występ w rytm małpiej muzyki” — zasugerował najstarszy klaun swoim kolegom. Stało się tak, jak myślał: tego wieczoru namiot cyrkowy zakołysał się od śmiechu publiczności, która nie mogła uwierzyć w to, co widziała i słyszała. Klaskała i żywiołowo wiwatowała na cześć małpy. Jeden z klaunów wziął małpę na ręce i przeszedł z nią wokół sceny, a ludzie ją oklaskiwali. Małpa, która niewiele rozumiała z tego, co się dzieje, początkowo przestraszyła się i próbowała uciec, aby znaleźć schronienie w ramionach kataryniarza. Jednak powoli, w miarę upływu dni i tygodni, gdy numer klaunów stał się tak słynny, że ludzie z innych miejscowości przybywali, aby go zobaczyć, małpa przyzwyczaiła się do oklasków, do uznania, a zwłaszcza do dobrego jedzenia i wygody nowego łóżka w klatce tak wielkiej, jak wóz klaunów, do uwagi, jaką jej poświęcano, a także do szacunku, z jakim ją traktowano. Kataryniarz nie miał takiego szczęścia jak jego małpa, a nawet niedługo potem wyrzucono go z cyrku, gdyż nie był potrzebny nawet do gry na katarynce. Małpa i katarynka kontynuowały cyrkowe występy, a dyrektor zaproponował kataryniarzowi taką sumę pieniędzy, która wydawała mu się bardzo wysoka, ale w rzeczywistości było to mniej niż wartość samej katarynki. „Niestety”, powiedział mu dyrektor informując o zwolnieniu, „to nie ciebie przychodzą zobaczyć, to małpa ich przyciąga i grana przez nią ciągle nowa muzyka”. „Ależ muzyka jest ciągle ta sama”, słusznie zauważył kataryniarz, „małpa zmienia jedynie prędkość i kolejność nut”. „Ale czego od nas oczekujesz, przyjacielu?”, odpowiedział dyrektor, „nie znamy się na muzyce, wystarczy, że brzmi inaczej i już jesteśmy zadowoleni”. „Ale przecież”, dodał jeszcze kataryniarz, „małpa nie ma tu nic do grania, jedynie rusza korbą Hernan Esteban Guerrero Troncoso 11 i katarynka automatycznie wytwarza dźwięki”. „No to tym bardziej nie potrzebujmy ciebie, jeśli granie na katarynce to żadna sztuka”, powiedział mu dyrektor, „a zwłaszcza w tak opłakanym stanie, w jakim teraz jesteś. Zaakceptuj to, co ci proponuję, od nas więcej nie wyciągniesz, a nie sądzę, że poradzisz sobie lepiej pracując sam”. Mówiąc to odwrócił się i ręką wskazał na wyjście. Kataryniarz wpatrywał się uważnie w kopertę z pieniędzmi położoną na stole. Zwilżył wargi językiem, otarł usta brudną chusteczką, którą trzymał w kieszeni i w końcu wziął kopertę, ścisnął mocno w dłoni i poszedł nie żegnając się z małpą ani z nikim innym. Słuch po nim zaginął. Nie minęło jednak wiele czasu, gdy klauni zaczęli czuć się niedobrze z tym, że małpa przyciągała tak wiele uwagi i stawała się gwiazdą cyrku. Najstarszy klaun był pierwszym, który zdał sobie sprawę, jak wielki błąd popełnił włączając to zwierzę w swój występ. Jako że był bardziej doświadczony, a ponadto wraz w wiekiem stał się bardziej próżny, bardziej zazdrosny i mocniej pożądający uwagi i oklasków, szybko zrozumiał, że ludzi nie interesuje to, co robią klauni, ale to małpę oklaskują, to z niej się śmieją i to ją przychodzą zobaczyć. Próbował przekonać swoich towarzyszy, aby odsunęli małpę, bo robią z siebie głupców pozostając w jej służbie i ulegając jej kaprysom, ale oni nie wierzyli mu; uważali, że przemawia przez to jego starość i pycha, a tak naprawdę jest po prostu zazdrosny o sukces małpy. Podobałoby mu się, mówili między sobą, aby go tak oklaskiwano, aby dano mu oddzielne mieszkanie, aby też tak dobrze go traktowano. Któregoś dnia jednak, przez przypadek, oni również zauważyli, że stali się jedynie dodatkiem do występu małpy. W połowie występu najstarszy klaun potknął się o swoje buty i upadając przewrócił dwóch lub trzech swoich towarzyszy rujnując występ. Reszta nie wiedziała, co robić — zaczęli biegać po scenie w tak komiczny sposób, jaki tylko potrafili. Ludzie jednak w ogóle na nich nie patrzyli, nawet nie zauważyli upadku najstarszego klauna. Zdziwieni, zdumieni i coraz bardziej wściekli, klauni zaczęli biegać wolniej, później już tylko chodzili, a w końcu zatrzymali się i patrzyli na publiczność, która ciągle się śmiała oklaskując małpę i jej muzykę. Zranieni w swej dumie klauni zaczęli gwizdać, krzyczeć i obrażać publiczność, ale nie spotkało się to żadną reakcją. Ludzie byli oczarowani małpą kataryniarza. Tego samego wieczoru klauni porozmawiali ze sobą i postanowili udać się do dyrektora cyrku. Powiedzieli mu, że nie chcą już występować z małpą, że wolą wrócić do własnego numeru, że obraża ich bycie jedynie tłem dla zwierzęcia. Byli artystami, a ich sztuka, chociaż służyła jedynie rozśmieszaniu, wymagała przygotowania, techniki, stylu, rytmu, wyczucia. Nie po to ćwiczyli przez te wszystkie lata, aby podlegać teraz małpie, która nawet nie wiedziała, co robi, a która stopniowo stawała się coraz bardziej wybredna i wymagająca. Dyrektor roześmiał im się w twarz i powiedział, że przyzna im oddzielny numer tylko wtedy, gdy znajdą sposób na przyciągnięcie tak licznej publiczności, jak przyciągała małpa. Dodał, że traktował małpę lepiej dlatego, że przynosiła o wiele więcej pieniędzy niż inne numery: małpa była nowością, której nie miały inne cyrki. Upokorzeni, niektórzy klauni odeszli od razu, jako pierwszy najstarszy klaun, a reszta zrobiła to po pewnym czasie, aż zostało tylko dwóch lub trzech, którzy nie mieli dokąd pójść, bo nie znaleźli innego cyrku, ani nie potrafili w inny sposób się utrzymać. Aby skompletować liczbę klaunów, dyrektor zaczął zatrudniać wszystkich, którzy chcieli spróbować szczęścia w tej pracy, nawet kom- 12 Małpa kataryniarza pletnych nowicjuszy w tej branży, więc klauni ciągle się zmieniali, czym publiczność wydawała się wcale nie przejmować. Klauni stali się jedynie dekoracją i akompaniamentem dla małpy i jej katarynki. Publiczność jednak interesowała się tym, co robili lub czego nie robili klauni, i dosyć szybko zaczęło przychodzić coraz mniej ludzi, mniej nawet niż przed przybyciem małpy. Klauni nie rozśmieszali, bo nie mieli ani przygotowania, ani minimum umiejętności do wykonywania tej pracy; nie potrafili też przygotować zabawnych występów. Wielu linoskoczków i żonglerów, zmęczonych specjalnym traktowaniem małpy, również zdecydowało się odejść z cyrku i spróbować szczęścia w innych miejscach. Inne zwierzęta z cyrku stawały się coraz starsze i, co gorsza, gdy ze względu na zmniejszoną liczbę publiczności racje żywnościowe stawały się coraz mniejsze, do słabości związanej z wiekiem doszedł jeszcze głód. Ich opiekunowie, bojąc się, że zwierzęta zachorują lub stracą życie, postanowili odejść i dołączyć do innych cyrków. Wobec tego dyrektorowi nie pozostało nic innego jak zamknięcie cyrku i prezentowanie na różnych scenach widowiska z małpą, klaunami, dwoma lub trzema linoskoczkami i żonglerami, i czasami z magiem, którego od czasu do czasu mógł znaleźć — a to wszystko za małe pieniądze i wobec nielicznej publiczności. Ponadto, pomimo tych trudności, małpa utyła i gdy tylko nie dostawała wystarczającej ilości jedzenia dla zaspokojenia swojego rosnącego głodu, robiła straszne sceny: krzyczała, skakała wszędzie, wspinała się po ścianach, groziła zębami i pazurami każdemu, kto się do niej zbliżył. Podobnie działo się wtedy, gdy nie otrzymywała odpowiednio dużego pokoju albo odpowiednio wygodnego łóżka (przyzwyczaiła się bowiem do spania w łóżku). Dlatego też dyrektor, chociaż nie chciał się do tego przyznać, coraz bardziej bał się małpy i to aż do tego stopnia, że gdy niejednokrotnie myślał o porzuceniu jej gdzieś, to bał się, że ta powróci i go zaatakuje. Z goryczą wspominał ostrzeżenia najstarszego klauna, który przed odejściem mówił mu, aby nie dał się zdominować małpie. Czuł się głupio za każdym razem, gdy myślał o tym, co stracił — o wartościowych członkach zespołu i o samym cyrku, o wszystkim co porzucił tylko po to, by kontynuować promowanie małpy. Obudził się w nim wstyd i zaczął myśleć, że gdy ludzie śmieją się z przedstawienia, to nie śmieją się z małpy i z tych, którzy jej towarzyszą, ale z niego samego. Przyszedł w końcu dzień, gdy przyszło im grać w połowie pustym teatrze przez ponad tydzień pracując jedynie na to, aby mieć co jeść i gdzie spać. Koszt wynajęcia teatru był wysoki, ale było to jedyne dostępne miejsce z tym mieście i mogli spać w garderobach. W tej sytuacji dyrektorowi nie pozostało nic innego jak racjonowanie jedzenia dla wszystkich, także dla małpy, aby móc zaoszczędzić wystarczająco dużo pieniędzy dla wyrwania się z tego miejsca. Przez parę dni udawało mu się oszukiwać małpę przez niewielkie zmniejszenie jej racji żywnościowej, ale gdy małpa zaczęła domagać się dokładki i jej nie otrzymała, zaczęła krzyczeć, pokazywać zęby i niszczyć swoją garderobę. Przerażony dyrektor próbował zatrzymać małpę krzesłem, ale ta z wściekłością je połamała i pobiegła za scenę niszcząc wszystko na swojej drodze. Dyrektor pobiegł za małpą, a ta wdrapała się na instalację oświetleniową i zrzuciła lampę na kurtynę, która zaczęła płonąć. Ogień rozprzestrzenił się po korytarzu, a dyrektor poprosił jednego z klaunów, aby pobiegł i ogłosił publiczności, że Hernan Esteban Guerrero Troncoso 13 wybuchł pożar i wszyscy muszą się ewakuować tak szybko, jak to możliwe. Gdy dyrektor wraz z resztą klaunów próbował zapanować nad ogniem z przerażaniem usłyszał, że ludzie śmieją się z ogłoszenia klauna — im bardziej prosił ich o wyjście, tym mocniej pobudzał ich do śmiechu. Dzieci spokojnie spały. Tylko Amanda słuchała swojego ojca aż do końca jego opowiadania, które słyszała od niego już wiele razy i które ona sama także wiele razy czytała. Na końcu, ze śmiechem zmieszanym z niepokojem i nostalgią, zapytała cicho: „Czy uważasz, że to bajka dla dzieci?” Ojciec uśmiechnął się: „Gdy byłaś dzieckiem, zawsze chciałaś, abym ci to przeczytał. Mam nadzieję, że to cię uratowało przed niejedną małpą... A dzieci zasnęły, czyż nie?” Pogłaskał córkę pogłowie i wyszli z pokoju trzymając się za rękę. tłum. Piotr Napiwodzki 14 Rycerze Eonii Agnieszka Korol HYCEUZE EOMII Rozdział I Czarodziej Król Eonii przysypiał już, kiedy błazen Murmiłło chwycił go za rękę. — Panie, nie zasypiaj. — Co znowu? — mruknął król Aleksander. — Cały świat jest ponury. — Zadzwonił smutno dzwoneczkami błazen. — Znów masz czarne myśli. Pomyśl, jaką świetną masz pracę i jesteś w łaskach króla. — Już niedługo. — To możliwe. Zapominasz o swoich obowiązkach. Gdzie żarty, kpiny, fikołki? — Kręgosłup nawala. — Za bardzo się przejmujesz. — Król poklepał Murmiłła po plecach. — Spójrz, za oknem świeci słońce, wojen nie prowadzimy, lud znosi wszystko w milczeniu. — Już niedługo. — Niedługo, niedługo. Tylko to powtarzasz od tygodnia. Jak się nie poprawisz, będę musiał uciąć ci głowę. Wiesz, ilu chętnych czeka na twoje miejsce? - To się doczekają. Już król miał odpowiedzieć, gdy do sali tronowej wkroczył żołnierz i zameldował: — Panie, ktoś puka do bramy. — Kto taki? — Twierdzi, że jest czarodziejem. — Jak wygląda? — Normalnie, jak czarodziej: duży spiczasty czapindron, broda do ziemi. Jest otulony fioletowym płaszczem, zdobnym w srebrne gwiazdki. — Może być, że czarodziej - stwierdził król Alek. - Powiedział, czego chce? — Mówi, że prowadzi działalność magiczną. Wszystko zgodnie z przepisami. Odprowadza podatki. — Wpuścić. Żołnierz odmaszerował, a błazen rzekł: Agnieszka Korol 15 — Pewnie nas tu wszystkich pozamienia w kamienie. - Milcz, utrapieńcze! — Nie zamilknę, takie moje prawo. Król zamachnął się pantoflem w Murmiłła, ale ten zdołał uskoczyć. Po chwili po rozścielanym, czerwono-złotym dywanie wkroczył czarodziej. Szedł ostrożnie, gdyż długa broda plątała mu się pod nogami i mógł się przewrócić. Udało mu się jednak podejść dość blisko tronu. Przybysz zdjął czapindron i ukłonił się w sposób dworski. - Czego sobie życzysz, dobry człowieku? - spytał dobrotliwie król Aleksander. — Nazywam się Melkont. Przybyłem w twe progi. Wasza Królewska Mość, by ci zaofiarować moje usługi wędrownego czarodzieja. Mam również plany matrymonialne. - Jakież to plany? - Otóż, najmądrzejszy z królów, wiem, że masz córkę — cud piękności i cnotliwości. Chociażem nie książę ani hrabia, ale również posiadam zamek i wszystko, co do niego potrzebne, prócz żony. Król, który uważnie słuchał czarodzieja, leniwie przymykając oczy, gwałtownie się obudził. - Czy mnie uszy nie mylą? Pragniesz ożenić się z moją córką? — To właśnie chciałem powiedzieć. — A ile ty masz lat, czarodzieju? — Wiek u magów nieważny, sto lat czy pięćset, to żadna różnica. — Rozumiem — westchnął król Alek — ale przestrzegam cię, szanowny gościu, że moja córka to nie anioł. Szwenda się gdzieś w pobliżu. Latka lecą, a ona o żadnym mężu myśleć nie chce. Mówi (że zacytuję): „Brak mi cierpliwości do chłopów”. — Nie jestem taki zwyczajny. — Uderzył się w pierś przybysz. — Jestem czarodziejem pierwszej kategorii. - Nie boisz się? — spytał zaciekawiony król. — Niczego, absolutnie niczego. - Dawać mi tu Matyldę! - zawołał król. Po dłuższym czasie pojawił się sługa i z najwyższą uniżonością wyszeptał: — Gdzieś wsiąkła, panie. - A patrzyłeś za kotarą w salonie? — zapytał król. — Patrzyłem, najwyższa dostojności. — Pod stołem w kuchni? - Też, łaskawy panie. — Zajrzyj do kufra na górze. — Już biegnę, najdoskonalszy... 16 Rycerze Eonii - Bez ceregieli! — krzyknął król. Sługa, mrucząc coś pod nosem, pobiegł na górę. Po chwili znów się pojawił. — Powiedziała, że zejdzie. Nigdy jeszcze nie widziała czarodzieja. — To świetnie. Czekali jeszcze kwadrans, nim królewna pojawiła się w sali tronowej. — Nie jestem przygotowana. - Ziewnęła. Rzeczywiście. Włosy miała w nieładzie, poprzeplatane w kilku miejscach papilotami. Zbyt duża i pognieciona suknia wisiała na niej jak na wieszaku. — Witaj, najcnotliwsza z cnotliwych i najpiękniejsza z pięknych. — On mówi do mnie? — Otworzyła nieco szerzej oczy królewna. — Chyba do ciebie — rzekł błazen. — Innej kobiety tu nie ma. — Rozejrzał się. - Skoro tak - Matylda dygnęła, mało się nie przewracając - mów prędko, czego chcesz? — Twojej ręki, o najcudniejsza z cudnych. — Kompletnie oszalał — stwierdził Murmiłło. — Może być — przytaknęła królewna. — Szanowny człowieku — zwróciła się do czarodzieja - coś ci się chyba pomyliło, nie szukam męża. — Zgadza się — potwierdził król Alek. — Z tego, co pamiętam, odrzuciła królewicza San-typa, księcia Marsjasza, a nawet króla Pistacji, Karlsona XIII. — Nie wspominając rycerza Androna — przypomniał błazen. - To ładnie z jej strony. — Uśmiechnął się przybysz. — Mnie wybierze na pewno. - Jakimże to sposobem? - spytał król. — Jestem czarodziejem, czyż nie? — A masz licencję? — Oto ona, najmiłościwszy z miłościwych. Król obejrzał pergamin i skinął głową. - Zgadza się. Ale sztuczki magiczne na moją córkę nie wystarczą. Jeśli jednak uda ci się oczarować królewnę, a i ja przekonam się, że jesteś właściwym kandydatem, nie będę stał na drodze do waszego szczęścia — rzekł król z lekką nutą uniesienia. - Nie żartuj, papciu. - Zaśmiała się Matylda. - Spójrz na niego. Wygląda niczym duży krasnolud, udaje chojraka i gada banialuki. Taki papier to mogli mu podrobić na podzamczu, a nie pokazał nawet najprostszej sztuczki. - Służę najuprzejmiej. - Czarodziej ukłonił się i pstryknął palcami. Natychmiast kołtuny na głowie królewny zamieniły się w piękną fryzurę usianą brylantowymi spinkami i małymi srebrnymi grzebykami. Wszyscy spojrzeli w kierunku Matyldy. — Wyglądasz jakby inaczej - zauważył król. Królewna spojrzała w lustro wiszące na ścianie. — Umie czarować - stwierdziła po namyśle. Daj mu, ojcze, etat błazna, będzie nareszcie Agnieszka Korol 17 wesoło. A tego tutaj — wskazała na Murmiłła — przepędź z zamku, bo sieje defetyzm, czyli smutacyzm. — Niczego nie sieję — oburzył się błazen. — Ty, czarodziej — zwrócił się do przybysza — spływaj stąd, to moje miejsce. — Wskazał na poduszkę przy tronie. - To drobne nieporozumienie, miejsce błazna nie dla mnie, jestem poważnym czarodziejem. - Ostatnio żadna z niego pociecha. - Król wskazał na Murmiłła. — Każdy będzie lepszy od niego. A co do małżeństwa z Matyldą - dobrze. Dam ci szansę. Moja córka to twardy orzech do zgryzienia, ale życzę ci, dobry człowieku, powodzenia. — Dzięki ci, najszczodrobliwszy. Andrzej C. Leszczyński Esej OKRUCHY TŁUM Raj to stan bezpowrotnie utracony. Jedną z cech tamtego stanu była samotność (nie: osamotnienie). Raj zamieszkiwała tylko jedna para ludzi, Adam i Ewa, sami po dwóch stronach płci. Trudno to sobie nawet wyobrazić. Świat, jaki znamy, jest zaludniony do granic wytrzymałości. Jeszcze sto kilkadziesiąt lat temu żyło na świecie niespełna miliard ludzi, dziś ponad siedmiokrotnie więcej. Stanisław Lem („Jak chodziłem do gimnazjum, a nie jest to znowu tak strasznie dawno, zaledwie pół wieku temu — było nas wtedy dwa miliardy”) mówi, że gdyby każde małżeństwo miało jedno całe i dwie dziesiąte dziecka, jak chce tego statystyka, wtedy liczba ludzi zatrzymałaby się na obecnym poziomie; trudno jednak liczyć na takie zdyscyplinowanie. Równie trudno znaleźć miejsca, w których człowiek mógłby cieszyć się brakiem innych ludzi, wolnością od reguł gry w zbiorowe życie. Nostalgię wzbudzają słowa wypowiadane przez takich ludzi, jak Emmanuel Levinas („O ile jestem, jestem monadą”), Thomas Merton („Prawdziwa samotność jest domem osoby”) czy Emile Cioran („Samotność przepełnia mnie taką błogością, że najmniejsze spotkanie z innymi jest mi ukrzyżowaniem”). Ludzi jest coraz więcej, są coraz bliżej siebie, gęstniejąca wciąż sieć reguł i norm społecznych coraz bardziej przypomina matrix. Okazuje się — i to dopiero może smucić — że same te reguły w coraz mniejszym stopniu przypominają zasady, o jakich zdarzało się słyszeć od babć czy dziadków wspominających stare, dobre i jak Raj bezpowrotnie minione czasy. Ten Raj, określany dziś mianem belle epo-que, skończył się w dziewiętnastym wieku, który („najdłuższe stulecie”) trwał do 1914 roku. Niebywały rozkwit kultury duchowej i materialnej (przemysł, nauka, literatura, sztuka) został dość gwałtownie przytłumiony demografią, trudnymi do przewidzenia zmianami społecznymi. Na publicznej scenie pojawiły się masy, kulturę zastąpiła kultura masowa. Samo to określenie — „kultura masowa” — może robić wrażenie oksymoronu. Masowość jest horyzontalna, a istotą kultury jest wertykalność, pionowość. Kultura łączy się z trudem rozwijania się; jak pisał Andre Malraux, kultury się nie dziedziczy, ją się zdobywa. To praca - hodowla, uprawa, wychowanie, kształtowanie; taki jest podstawowy sens greckiej paidei (TtaiSeia) i łacińskiej kultury (cultura). Europejska tradycja — inaczej niż amerykańska utożsamiająca kulturę z technologiczną i naukową cywilizacją — wyrasta z kultury utożsamianej z duchowością, wolnością i sztuką. Tak pojmował tradycję Tomasz Mann, gdy w „Rozważaniach człowieka apolitycznego” pisał o niemieckiej Innerlichkeit, duchowości stanowiącej Andrzej C. Leszczyński 19 gwarancję tego, że „Niemcy nigdy nie będą przedkładać problemów społecznych nad moralne, nad wewnętrzne doświadczenie”. W 1930 roku Jose Ortega y Gasset publikuje pracę, która powstaje w wyniku napawających go grozą obserwacji zjawisk związanych z wejściem na scenę wielkich, anonimowych rzesz społecznych. Praca nosi tytuł „Bunt mas” i — podobnie jak książki Karen Horney o społecznym neurotyzmie — nabiera z czasem coraz większej aktualności. Kto wie, czy nie najlepiej opisuje dzisiejszą polską rzeczywistość. Owszem, Ortega y Gasset odróżnia masę od zbiorowisk określanych jako tłum, tłuszcza czy gawiedź (ma na względzie jakąkolwiek tyranizującą elity większość), lecz w jego opisach łatwo dostrzec cechy charakterystyczne właśnie dla motłochu. Bunt mas to początek ochlokracji. Masy zdobywają pełnię władzy we wszystkich dziedzinach życia społecznego: „współczesny człowiek masowy jest faktycznym prymitywem, który bocznymi drzwiami wślizgnął się na starą i szacowną scenę cywilizacji”. Udało mu się to z jednego w gruncie rzeczy powodu: poczuł się bezpieczny i zwolniony od odpowiedzialności; zyskał pewność, że świat jest na tyle prosty, że poradzi sobie w nim bez trudu kształcenia się oraz bez rad ludzi wykształconych. „Masy zhardziały w stosunku do mniejszości; nie są im posłuszne, nie naśladują ich ani nie szanują; raczej wprost przeciwnie, odsuwają je na bok i zajmują ich miejsce”; Jean-Paul Sartre po lekturze „Buntu mas” ukuł znaną maksymę: pogłaszcz chama, to cię kopnie; kopnij chama, to cię pogłaszcze. Andrzej Szczypiorski, gdy ktoś zwracał się do niego słowami „ja jestem prosty człowiek...”, przerywał mu natychmiast: proszę, niech się pan choć odrobinę skomplikuje! Można wskazać trzy rodzaje norm określających ludzkie postępowanie: naturalistyczne, aksjologiczne i statystyczne. Naturalista stara się poznać siebie i żyć zgodnie z tym, co wynika z tej wiedzy. Aksjologista — przeciwnie — nie zgadza się na siebie, dąży do wartości, których w sobie nie znajduje. Umasowieni ludzie kierują się trzecią normą, statystyczną, która wyznacza to, co średnie, przeciętne, dominujące ilościowo. „Umysły przeciętne i banalne — czytamy w „Buncie mas” — wiedząc o swej przeciętności i banalności, mają dziś czelność domagać się prawa do bycia przeciętnymi i banalnymi i do narzucania tych cech wszystkim innym”. W taki sposób kształtuje się kanon społecznej psychiatrii opartej na zaimku MY i identyfikującej normalność z typowością oraz swojością. Nienormalna jest jakakolwiek inność — synonim świata nieczytelnego, zbyt złożonego, nieprzyswajalnego, wymykającego się spod kontroli. Patologiczna kwalifikacja dotyka każdego, kto zaznacza swoje ja. Zyskuje wtedy status odmieńca, obcego, wroga, wariata (varius). Cokolwiek pozostaje w mniejszości, najwidoczniej jest kaprysem natury (freaks of naturę). „Masa — pisze Ortega y Gasset — miażdży na swej drodze wszystko to, co jest inne, indywidualne, szczególne i wybrane. Kto nie jest taki sam jak wszyscy, kto nie myśli tak samo jak wszyscy, naraża się na ryzyko eliminacji”. Wielu łudzi wybitnych doświadczyło tego boleśnie, między innymi Antonin Artaud, którego zdaniem wariaci to ofiary społecznej dyktatury. Ludzie tworzący tłum sprawiają wrażenie pozbawionych głów i mózgów. Zamiast myśleć, prezentują się. Wystarczają im miny, maski, pozy i wcielenia. Uchodząca za dziwaczną teza, jaką prawie trzysta lat temu sformułował George Berkeley: istnieć to być postrzeganym (esse, est percipi), zdobywa dziś powszechne uznanie. Tłumem rządzi reguła uśredniająca (mediocentryzm). Prowadzi to najpierw do władzy średniaków (mediokracja), a niedługo potem do autokracji: ktoś musi masę ukształtować, nadać jej kierunek i wyznaczyć standar- 20 Okruchy dy. w przejmujący sposób pokazują to rzeźby Magdaleny Abakanowicz. „Moje pokolenie — mówi artystka — ma doświadczenie tłumu, który wielbił Hitlera, Stalina, potem odkrywał, że to byli mordercy, i nienawidził. Tłumu, który szedł na manifestację, bo kazano. Tłumu, który niszczył na komendę. Tłum jest jak bezgłowy organizm. Jest zawsze groźny, wystarczy jedno słowo, żeby ludzie w tłumie zaczęli za sobą walczyć, niekoniecznie wiedząc, dlaczego. Tłum jest równie niebezpieczny, jak wielkie stado zwierząt”. Animator, dyrygent bezwolnych kukieł, z których składa się tłum — arcykapłan międzyludzkiego kościoła, polityczny autokrata, lider partyjny, kreator mody, źródło artystycznych gustów, prawodawca zachowań i obyczajów — skąd się wziął? Co legitymizuje jego władzę? Można spotkać wiele wyjaśnień tego fenomenu, jednak wszystkie uwzględniają jeden podstawowy warunek: musi odpowiadać zbiorowym tęsknotom i możliwościom. Masa, niczym Narcyz, chce przeglądać się w wykreowanym przez siebie odbiciu, które — zauważywszy ni-jakość oryginału - odwraca łączącą ich relację, autonomizuje się, zaczyna dominować. Staje się idolem, bożyszczem, punktem odniesienia dla snoba, osoby pozbawionej własnej miary wartości, powodującej się modą, trendem, powszechnym obyczajem. Skwapliwie korzysta z nagminnego utożsamiania wybitności i popularności. Idol, komediant będący emanacją zbiorowych oczekiwań, musi być również pozbawiony wnętrza. To oferta opakowania, a nie zawartości. Janusz Czapiński: „Jego się przecież nie słucha, tylko ogląda i próbuje naśladować to, co wynika z tego oglądu”. Społeczne trendy określają coś tak wydawałoby się zindywidualizowanego i suwerennego, jak twórczość artystyczna. ,Artysta, który pragnie unosić się na falach panującej obecnie mody - ironizuje Włodzimierz Karol Pessel - zdecydowanie woli filmową stop-klatkę od portretu, »show« od wernisażu, »event« od sceny rodzajowej, a »performance« od mozołu w atelier. Do dalszego rozwoju twórczego nie wystarczą mu Warholowe puszki po zupie. Farby olejne, płótno, węgiel czy kamień to tylko utensylia, ćwierćśrodki. W najwyższej cenie są gigantyczne obiekty, »multi-screen video installation«, projekcje laserowe, skomplikowana obróbka fotografii”. Szwajcarski prawnik i etnograf, Johann Jacob Bachofen, zwykł mawiać, że nienawidzi demokracji, ponieważ kocha wolność. Jose Ortega y Gasset pisze o triumfującej hiperdemo-kracji, nowej formie dyktatury gorszej od tyranii indywidualnego satrapy, którego można przynajmniej zidentyfikować. Powinna dawać do myślenia rosnąca akceptacja, z jaką przyjmuje się dziś podobne opinie. Socjocentryczne standardy w coraz większym stopniu niepokoją ludzi, których trudno byłoby podejrzewać o demokratyczne fobie. Najwyraźniej rażą ich zjawiska, których skala dawno przekroczyła granice absurdu. Bezkształtny tłum staje się punktem odniesienia dla niemal wszystkich dziedzin i rodzajów aktywności. Media kierują się wskaźnikiem oglądalności. Artyści uzależniają swą twórczość od wyników badań marketingowych. Ich dzieła oceniane są za pomocą sms-ów i elektronicznych kliknięć. Państwowi włodarze podejmują strategiczne decyzje w oparciu o sondaże opinii publicznej. Politycy apelują o jeszcze większą integrację narodu. Wiara religijna mierzona jest pielgrzymkową tłumnością. Argumentem za przywróceniem kary śmierci jest znacząca liczba jej zwolenników. Strajkujący związkowcy powołują się na dobro ogółu pacjentów, pasażerów, nauczycieli i uczniów. Internetowa encyklopedia tworzona jest przez internautów. Mieszkańcy Trójmiasta za najciekawsze wydarzenie kulturalne sezonu uznają Jarmark Dominikański. Ryszard Kapuściński: „Jest więc masowa kultura i masowa histeria, masowe gusta (czy raczej brak gustu) i masowy obłęd, masowe zniewolenie i wreszcie — masowa zagłada. Jedynym boha- Andrzej C. Leszczyński 21 terem na scenie świata jest tłum, a główną cechą tego tłumu, tej masy, jest anonimowość, bezosobowość, brak tożsamości, brak twarzy”. Czym się to skończy? Już to widać — końcem człowieka rozumianego jako osoba. Byt osobny rozprasza się, zanika. Społeczność będąca zbiorem indywiduów przeobraża się w masę tworzoną przez nie różniące się od siebie kukły, szczęśliwe, uwolnione od egzystencjalnego trudu, wypełnione miazmatami, które uznają za swoje własne wnętrza. GĘBA Niemiecki teoretyk kultury, Georg Simmel, zwracał uwagę na trwałą w historii społecznej opozycję między „socjalizacyjną adaptacją do społeczeństwa i jednostkowym odbijaniem od jego roszczeń”. Z jednej strony dominuje idea „jednolitości, nieruchomego podobieństwa form i treści życia”, z drugiej „ruch, różnicowanie się oddzielnych czynników, wytwarzanie nieustannej zmienności życia jednostkowego”. „My” przeciwko „Ja”. Prymatowi całości nad częścią, widocznemu już u Platona, karykaturalną postać nadaje Włodzimierz Majakowski (jednostka zerem, masa wszystkim). O społecznej gębie i zaniku własnej formy pisał Witold Gombrowicz: „Naród to nie tylko coś pięknego i wzniosłego —[...] to coś niebezpiecznego, przed czym należy się mieć na baczności. .. A myśl ta łączy się z inną szerszą myślą — o powszechnej deformacji, o nieuniknionej sztuczności człowieka. [...] Wyzwolić Polaka z Polski... sprawić, aby Polak nie poddawał się biernie swej polskości... [...] muszę reagować na świat nie jako Polak, członek partii, wyznawca tej czy innej ideologii, obrońca tych czy innych ideałów lub interesów, ale tylko i jedynie jako człowiek, zgodnie z moją prawdziwą, najgłębszą, najbardziej zasadniczą naturą. [...] nie mogę, na przykład, hodować w sobie sztucznych uczuć, wiar, zapałów dlatego, że one dogadzają interesom narodu, partii, grupy. Naród więc nie powinien stać się instrumentem fałszu, sztucznego oślepiania się — dość już tych ślepych koni w naszym kieracie”. Napięcie między indywidualnością i wspólnotą widoczne jest w korespondencji z 1963 roku Gershoma Scholema (badacza żydowskiego mistycyzmu) i Hanną Arendt. Scholem: „Droga Hannah, W tradycji żydowskiej istnieje pojęcie — trudne do zdefiniowania, a przecież dostatecznie konkretne: Ahabath Israel — »miłość do narodu żydowskiego«. U Ciebie, droga Hannah, tak samo jak u innych intelektualistów wywodzących się z niemieckiej lewicy, odnajduję znikome jej ślady”. Arendt: „Drogi Gerhardzie, [...] Masz zupełną rację — nie kieruje mną wcale »miłość« tego rodzaju, z dwóch powodów: nigdy w życiu nie darzyłam »miłością« żadnego narodu czy zbiorowości — ani narodu niemieckiego, ani francuskiego, ani amerykańskiego, ani klasy robotniczej, ani niczego w tym rodzaju. [...] jedynym rodzajem miłości, jaki znam i w jaki wierzę, jest miłość do osób. Po drugie, owa »miłość« do Żydów wydawałaby mi się, ponieważ sama jestem Żydówką, czymś dość podejrzanym. Nie potrafię kochać samej siebie, ani niczego, co stanowi integralną część mej własnej osoby”. Andrzej Kijowski: „[...] polskie umiłowanie wolności idzie w parze z pewną niechęcią do pluralizmu, albowiem w odmienności poglądów czy wierzeń Polacy instynktownie dopatrują się zdrady. Polacy chcą być wolni i jednomyślni”. W pewnym momencie, w sierpniu 1980 roku, paradoks ten zniknął, co wspomina Ewa Szumańska. „Niezapomniane ulice tamtych 22 Okruchy dni. Wtedy po raz pierwszy dostrzegłam na nich ludzi, pojedyncze twarze, spojrzenia, tłum nagle rozpadł się na jednostki”. Trwało to niedługo, znowu trudno uwolnić się od wspólnotowej gęby. Czytam wywiad z Adamem Nergalem Darskim, który mówi: „Dlatego tyle razy krzyczałem ze sceny, przekraczałem na niej granice. Podobnie jak wielu ludzi próbowałem desperacko wystawać głową ponad tłum”. ŚKYORBCKY Umarł ponad dziesięć lat temu, miał dobrze pod dziewięćdziesiątkę. Od 1969 roku, kiedy wyjechał z Czech, żył na emigracji, prawie cały czas w Kanadzie, w Toronto, gdzie wykładał literaturę na uniwersytecie. Napisał, przetłumaczył i wydał jako edytor (Sixty-eight Publi-shers) niezliczoną ilość książek. W mojej pamięci najwyraźniej zachowało się jego krótkie opowiadanie zatytułowane „Eine kleine Jazzmusik” w przekładzie Andrzeja S. Jagodzińskiego (pisałem o nim w dawnym miesięczniku „Jazz”). Już sam tytuł, łączący w sobie ciepełko małej nocnej muzyki z ostrą synkopą jazzu, wydał mi się odrobinę perwersyjny. Potem, podczas lektury, odczucie perwersyjności zniknęło, ustępując miejsca niepokojowi i nostalgii. Pojawiły się wspomnienia sięgające jeszcze lat sześćdziesiątych, kiedy w gliwickiej „dwójce”, w zespole, którym opiekował się pan Dietrich, z powodu marnych, przypalanych i odnawianych chałupniczą metodą stroików, popiskiwałem na klarnecie, wywołując okropne grymasy u niezłego już wtedy pianisty, Leszka Furmana (potem w High Society). Opowiadanie Śkvo-reckiego wywołało — i wywołuje wciąż — wspomnienia, bo samo na wspomnieniu się opiera. Napisane w 1957 roku, opowiada o koncercie szkolnej orkiestry jazzowej w miasteczku K. w Protektoracie Czech i Moraw w 1940 roku. Orkiestra na czas występu przyjmowała nazwę Zamaskowani Bandyci Rytmu (Maskierten Banditen des Rytmus). Jeden przynajmniej człon tej nazwy miał swoje wizualne uzasadnienie: występujący w orkiestrze uczniowie skrywali twarze pod maskami, gdyż granie jazzu łączyło się z ryzykiem. Było wyzwaniem rzuconym okupantowi, aktem buntu wobec narzuconych przezeń rygorów. Takie w każdym razie kwalifikacje uzasadniały konsekwencje, jakie dotknęły później uczestników koncertu. Dlaczego jazz dla hitlerowskich władz okupacyjnych stał się muzyką zapowietrzoną do tego stopnia, że Reichsmusikfuhrer (sic!) czuł się w obowiązku wydać specjalną, dziesię-ciopunktową instrukcję zakreślającą granice swobody muzycznej co do takich szczegółów, jak dopuszczalna długość solówki na perkusję (break mógł wynosić połowę taktu na cztery czwarte)? Dlaczego muzyka ta — wiele o tym mówi film Feliksa Falka pt. „Był jazz” — w epoce stalinizmu musiała żyć skrycie, życiem podziemnym? Dlaczego słynne kolorowe skarpetki Leopolda Tyrmanda stanowiły manifest nie estetyczny, a jak najbardziej polityczny? Dlaczego praski proces dysydentów z końca lat sześćdziesiątych miał za podsądnych właśnie członków „grupy jazzowej”, co ostentacyjnie podkreślano w partyjnych mediach? Co takiego jest w jazzie, że mimo jego plebejskiej genealogii znajduje się w nim znamiona arystokratyzmu i tytułuje go „panem jazzem” (w opozycji np. do obywatela rocka). Dla pytań tych, dość umownie formułowanych i wyrywkowych, próbuję szukać odpowiedzi i wyjaśnień na drodze nieco okrężnej — odwołując się do początków naszej kultury. W antycznej Grecji dokonało się kilka przeobrażeń, które do dziś są obecne w świecie zachodniej kultury. Grecy odróżnili najpierw rzeczywistość naturalną i społeczną (pierwszą rzą- Andrzej C. Leszczyński 23 dzą prawa przyrody, drugą stanowione przez ludzi konwencje). Niedługo potem świat społeczny rozpadł się na obszar ludzkiej wspólnoty oraz świat bytów indywidualnych. Jak pisze Zevedei Barbu, „Grecy pierwsi stworzyli typ cywilizacji, która uczyniła człowieka zdolnym do stania się świadomym samego siebie jako jednostki. W Grecji historia świata starożytnego przeszła od stadium przedindywidualistycznego do stadium indywidualistycznego”. Z chwilą wyodrębnienia się ludzkiej osoby ujawnia się i coraz ostrzej zarysowuje dramat rozgrywający się między indywidualnością i jej społecznymi przyległościami; między sensami zawartymi w słowach JA i MY. Trwa to od dwudziestu pięciu wieków do dziś. Fenomen jazzu można zrozumieć dopiero za pośrednictwem takiej właśnie, kolektywi-styczno-indywidualistycznej opozycji. Jazz jest muzyką na wskroś osobową. W tym też sensie jest zaprzeczeniem marszu — utworu stymulującego aktywność wspólnotową, przychodzącą z zewnątrz formę wezwania grupy do czynu. Richard Grunnenberger w „Historii społecznej Trzeciej Rzeszy” pisze, że nazistowskim ideałem muzyki jest „[...] muzyka jako werbel do marszu, jako akompaniament do zbiorowych snów”. W marszu ważne jest poczucie jedności ponadjednostkowej, troska o to, by nie złamać szyku i rytmu. Bo jeśli ja złamię szyk — cóż za pociągająca myśl! - wtedy całość utraci swą spoistość i rozpadnie się. Jazz jest właśnie takim „złamaniem szyku”, „wybiciem z rytmu”. Jazz to głos pojedynczego człowieka, który sprawia, ze letargiczne MY pęka, kruszy się, a logika maszerującej grupy zostaje zakłócona przez pogmatwaną ludzką subiektywność. Bardzo trudno powiedzieć o muzyce jazzowej coś pewnego, ostatecznego, pozwalającego uchwycić jej prymarny sens. Brak w niej stałych punktów oparcia dla takiej wiedzy. Jazz jest nieuchwytny, wymyka się tradycyjnym kategoriom, pozostaje dostępny co najwyżej intuicji (jeśli się ją ma, bo to dar Boży). Wywołuje bardzo rozległe skojarzenia, w różny sposób zaznaczając się w wyobraźni poszczególnych ludzi. Nie każdemu kojarzy się z tym samym. Nie znajduje dla siebie akceptowanych powszechnie konwencji terminologicznych. Czym jest swing? Można o tym mówić jedynie metaforycznie, albo przy pomocy gestu i miny. Najlepiej zaś grając — o, to jest swing! Jazz jest wypowiedzią. W wielu opracowaniach można przeczytać, że słowo „jazz” wywodzi się z francuskiego jaser (gadać, opowiadać). Nie potrafię powiedzieć, czy takie asocjacje są uprawnione, lecz w jakimś istotnym sensie są przecież trafne, bo jazz jest gadaniem o świecie po swojemu — czyli uczciwie — doświadczanym. Jest opisem egzystencjalnym osoby samoświadomej, która mówi o tym, co wypełnia jej duszę. Tym różni się od marszu — „kierunkiem” muzyki. Marsz trafia do ludzi nie wiadomo skąd przychodząc, jazz wydobywa się z człowieka i nie jest aż tak ważne, czy trafi do kogoś drugiego. Tak, jazz to wypowiedź. Głos osobisty, bo tylko tak można wyrazić prawdę. Temat muzyczny jest zaledwie pretekstem do wyrażenia siebie. Gram go przecież po swojemu, na swój sposób gmatwam zapisany na pięciolinii porządek, synkopuję. I jakby było mi mało, zupełnie bezczelnie zaczynam improwizować: oto, jaki naprawdę jestem. Wstaję, wychodzę do przodu, ruszam się tak, jak chce tego moje ciało. Jestem tylko z sobą: It don't mean a thing if it ain' t got that swing. Josef Śkvorecky: „Wydawało mi się, że zniknęła sala w K., zniknął pan Regierungskom-missar i wszystko, a została tylko muzyka. Wydawało mi się, że odszedłem od pulpitu z nutami i gram coś, co jeszcze nigdy nie zostało zapisane i nigdy już nie będzie”. 24 Andrzej Kasperek Wielcyśmy byli i śmieszniśmy byli... Wielcyśmy byli i śmieszniśmy byli,.. Andrzeja Zarębskiego poznałem na studiach polonistycznych na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Gdańskiego. Była druga połowa lat siedemdziesiątych, epoka Edwarda Gierka kończyła się dokładnie tak, jak to opisał angielski poeta T. S. Eliot: „Nie hukiem, ale skomleniem”. Niedawno powstał Komitet Samoobrony Społecznej „KOR” a śmierć Staszka Pyjasa była impulsem do założenia Studenckiego Komitetu Solidarności. Na Humanie (tak pieszczotliwie nazywaliśmy nasz wydział) można było kupić „bibułę”, czyli publikacje wydawane poza oficjalnym obiegiem. A na seminarium prof. Marii Janion odbywały się zajęcia, na których żadnej cenzury nie było. Bo Mistrzyni (tak ją nazywali jej studenci) była osobą wolną i mówiła: „To europejski uniwersytet. My tu prowadzimy życie intelektualne nie gorsze niż w Paryżu”. I wcale nie były to przechwałki. Jej seminaria skupiały (nieprzypadkowo) ludzi zbuntowanych przeciwko ustrojowi. Magda Modzelewska, jej uczennica, w 1977 r. była wśród założycieli gdańskiego SKS-u. Ukazywało się pismo „Bratniak”, swą nazwą nawiązujące do organizacji Bratniej Pomocy, czyli studenckich organizacji samopomocowych tworzonych od połowy XIX wieku na polskich uczelniach. Andrzej Kasperek 25 A wśród 22 założycieli Tymczasowego Komitetu Założycielskiego Niezależnego Zrzeszenia Studentów Polskich było pięciu studentów Profesor: Ryszard Grabowski, Paweł Huelle, Szymon Karolewski, Marek Sadowski, Andrzej Zarębski i piszący te słowa Andrzej Kasperek. Mówiąc Herbertem: „Mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi Lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku tak smaku W którym są włókna duszy i chrząstki sumienia...”. Po Sierpniu 1980 roku niektórzy z nas skończyli już studia i poszli do pracy. Poloniści i historycy zatrudnili się w biurze prasowym Komisji Krajowej „Solidarności”. Andrzej został redaktorem naczelnym Serwisu Informacyjnego „S”. W przeciwieństwie do nas, wolnych elektronów, on był już żonaty i miał córkę. Musiał zarabiać na rodzinę... 13 grudnia „roku pamiętnego” po zakończeniu obrad Komisji Krajowej wraz z kolegami i koleżankami wrócił do budynku Zarządu Regionu, żeby w redakcji zacząć opracowywać zebrane materiały. Tam w nocy zgarnęła ich Milicja Obywatelska. Nie wiedzieli, że oto zaczął się stan wojenny i tej pierwszej nocy internowano ponad 3 tysiące osób. Listy proskrypcyjne dawno były już gotowe. W czasie stanu wojennego wydano przeszło 10 tysięcy decyzji o internowaniu. Ale na początku nikt z zatrzymanych nie wiedział, co tak naprawdę oznacza to słowo i czym się różni internowanie od aresztowania. Andrzej trafił do Strzebielinka koło Wejherowa. I tak zaczyna się jego książka „Między Grudniem a grudniem. Zapiski z internowania”. Pierwsze 80 stron z grubego tomu, liczącego 660 stron, to kronikarski zapis zatrzymania, osadzenia w obozie internowanych i opis pierwszych dni funkcjonowania ośrodka odosobnienia, kiedy jeszcze klawisze nie wiedzą, jak traktować osadzonych, brak regulaminu, nikt nie wie, co się dzieje i czym tak naprawdę jest stan wojenny. Przepychanki ze strażnikami więziennymi o oddanie płaszczy wydają się dziecinadą, kto kogo? Ale w rzeczywistości to sprzeciw: „Od pierwszego dnia podjęliśmy walkę. Nikt z nas nie chciał poddać się reżimowi zakładu karnego”. Cytat pochodzi z rozdziału zatytułowanego: „Walcząc o siebie”. Internowani zaczynają protestować, lekceważą więzienne zasady, walą w drzwi, chcą odwiedzać się w celach, nie wstają rano. Śpiewają hymn, „Rotę”, „Boże coś Polskę” i „Mury”. Te manifestacje oporu mają duże znaczenie psychologiczne, ale autor zapisuje: „Oni [strażnicy] poszli, a my jeszcze długo śpiewaliśmy. I było wesoło, i tak cholernie smutno”. Do obozów internowania rozsianych po całej Polsce trafili różni ludzie, od bardzo znanych jak Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki, Wiktor Woroszylski czy Jan Strzelecki (który siedział z Zarębskim w jednej celi) po szeregowych działaczy „S”. Wykształceni i prostaczkowie. Wszystkich łączyła przynależność do „Solidarności”, NZS-u albo był inny powód, aby być uznanym przez władze komunistyczne za osobę niebezpieczną z powodów politycznych dla państwa. Internowanych łączyła też niepewność o swój los - nie postawiono im przecież zarzutów, nie wiedzieli, co ich czeka, i strach o rodziny, o bliskich. Te zapiski są dziś dokumentem historycznym, świetnie oddają atmosferę tamtych czasów i realia stanu wojennego. Ale zasadnicza część tej książki to zapis egzystencjalny, zatytułowany „Małe formy internowane”, czyli 500 stron krótkich notatek, wierszy, prozy. 26 Wielcyśmy byli i śmieszniśmy byli... zapisu nastrojów, przemyśleń, refleksji z lektur i cytatów. Autor zastanawia się: „Mam mglistą świadomość ciebie, czytelniku, bardzo mglistą. I nawet nie wiem, czym są te formy — dziennikiem? literaturą? moją prawdą? moim kłamstwem? odwagą? ucieczką? mówieniem? przemilczaniem?”. Paweł Huelle, który opatrzył książkę Andrzeja krótkim wstępem, napisał: „Po uważnej lekturze sądzę, że są tym wszystkim razem. Sylwiczny rodzaj zapisu [...] pozwala Andrzejowi ruchem figury szachowej poruszać się to tu, to tam”. Sylwiczny, a więc odwołujący się do terminu z literatury staropolskiej: słlva rerum, czyli - las rzeczy. Tak nazywano zbiory tekstów o bardzo różnorodnej tematyce i formie. Dygresyjność, urywanie wątków, nie kończenie anegdot to także cecha prozy Mirona Białoszewskiego. Wystarczy poczytać jego „Szumy, zlepy, ciągi”. Nie jest to przypadkowe — Zarębski pisał o poecie pracę magisterską na seminarium prof. Janion. Język małych form niewątpliwie jest bardzo podobny do prozy mistrza Mirona, do jego prób oddania rzeczywistości także przez język mówiony, przez zabawy językowe a nawet lingwistyczne łamańce. W „internacie” (bo tak potocznie mówiono na te obozy) Andrzej kontynuował pracę nad twórczością Białoszewskiego a nawet urządził wieczór mu poświęcony. Dużo tu fragmentów naśladujących ten charakterystyczny styl: „szare koty zamyśleń”, „Reżim realizuje ten mit - uns”... Przykłady można by mnożyć; to zapewne wynik fascynacji tym stylem, ale autor ma tego świadomość, bo na opinię K.h „... i potem napiszą: Andrzej Zarębski, którego Białoszewski ukształtował w piśmie na amen” odpowiada: „Kto wie?”. Nie robię z tego zarzutu, wszyscy się wówczas zaczytywali w prozach Białoszewskiego. Poza tym Andrzej znajduje w swej książce ton własny. Wstrząsający jest wiersz pt. „Taki akurat dzień”: ' Ze względu na możliwość rewizji i przejęcia notatek autor unika nazwisk i zastępuje je inicjałami. Andrzej Kasperek 27 „Boli mnie mamo, połóż rękę na moim czole. Kręcą się cienie łez blisko oczu. Rozszczepiają światło dwóch pieprzonych żarówek ściekających z sufitu. Boli mnie mamo, mamo połóż rękę na moim czole. Bo inaczej umrę. [...] Boli mnie spacer codzienny w kółko po wybiegu. Boli mnie sranie w kącie celi. Boli mnie noga przyśrubowana, przebita dwoma gwoździami. [...]”. Ktoś z zewnątrz mógłby powiedzieć, że internowani mieli całkiem znośne życie. Klawisze odnosili się do nich kulturalnie. Mieli w celach dużą swobodę. Dostawali paczki z Zachodu, a tam czekolady, holenderski tytoń, a nawet sprytnie ukryta whisky... Ale to tylko pozory. Najgorsze było poczucie marnowania czasu i życia. Andrzejowi na początku uwięzienia urodziła się córka, zobaczył ją dopiero po kilku miesiącach; zamiast zajmować się pracą i rodziną patrzył w sufit. Okropna była świadomość, że mogą ich tak trzymać latami. W końcu Niemcy pierwotnie obozy koncentracyjne nazywali obozami internowania i były one przeznaczone dla osób uznawanych za wrogów państwa i narodu niemieckiego, które można było aresztować i osadzić bez wyroku sądowego na czas nieograniczony. Więzienna lekarka trzeźwo zauważyła: „Tak, więźniowie i żołnierze mają lepiej. Oni odejmują dni, wy dodajecie”. Nie dla nich była żołnierska sztuczka z krawieckim centymetrem, od którego sto dni przed końcem służby odcinano poszczególne cyferki aż wreszcie nadchodził ten wyczekany moment, kiedy centymetr się kończył i wtedy: „Rezerwista dokładnie, z namaszczeniem składał niezbędnik. Wstał, wrzucił do cynowej miski po zupie blachę i głośno krzyknął: Koniec syfu, koniec fali. Już nie będą w chuja grali. ZERO-OOO...”. Cytuję z „Książeczki wojskowej” Antoniego Pawlaka wydanej po raz pierwszy w drugim obiegu pod koniec lat 70^. Andrzej zauważa: „Mamy gorzej od geometrów, bo nie tylko nie znamy ani początku, ani końca naszego koła, ale jeszcze na dodatek nie wiemy, gdzie jest jego środek”. Niepewność nie pozwalała myśleć, zatruwała życie „pod celą”. Wiktor Woroszylski z poetyckim zapisie uwięzienia pt. „Lustro. Dziennik internowania” napisał: „Nie wyznaczaj daty wyjścia na wolność Ona minie i ciągle będziesz tu Niespełniona nadzieja jest jak trucizna Ten dzień przyjdzie ale nie myśl o nim jak nie myślisz o śmierci Pozwólmy przyjść niewzywanemu jak śmierci”. Przedłużające się uwięzienie. Pojawia się zniechęcenie, apatia, złość na współwięźniów. Zarębski siedział 354 dni, bez przepustek, bez przerw... I to kuszenie przez esbeków, przez komendanta obozu: „Moglibyście wyjść, gdybyście tylko chcieli”. Ale po podpisaniu lojal-ki, po sprzedaniu duszy. Na te propozycje jest jedna odpowiedź: „Chcemy [wyjść]. Proszę otworzyć bramę”. To wymagało charakteru, determinacji, przekonania o sensie wybranej drogi. ^ Antoni Pawlak odbył służbę wojskową w latach 1976-1978 i opisał bez osłonek rzeczywistość ludowego wojska, demaskując tzw. falę, gnębienie „kotów”, indoktrynacją polityczną... Nota bene, autor też pół roku przesiedział w „internacie”. 28 Wielcyśmy byli i śmieszniśmy byli... Zapiski były notowane na małych karteczkach wynoszonych partiami poza więzienne mury w postaci grypsów przez odwiedzających. W książce są reprodukcje pożółkłych kartek wyrwanych z zeszytu, świstków papieru gęsto zapisanych, poskreślanych, z rysunkami, jakimiś strzałkami, podkreśleniami, ornamentami i „kaligrafami” (vide łóżko ze strony 224). To wymagało benedyktyńskiej pracy, żeby ułożyć je chronologicznie, ponumerować, odczytać, a często odcyfrować. A poza tym opatrzyć przypisami, znaleźć nazwiska osób skrytych za inicjałami lub skąpymi opisami. Wielka to zasługa Joanny Gwizdalskiej i Julii Zarębskiej, żony i córki autora. Bardzo dobrym pomysłem było zachowanie w książce fragmentów rękopiśmiennych i wspomnianych ozdobników graficznych, co nadaje całości wrażenia obcowania z oryginałem. Świetnym pomysłem było także zamieszczenie fotokopii listów, które Andrzej dostał w czasie uwięzienia od prof. Marii Janion (często adresowane są one także do Ryśka Grabowskiego, współwięźnia i współucznia Profesor), od (ówczesnej) dr Małgorzaty Czermińskiej, od samego Mirona Białoszewskiego (zaczyna się tak: „Proszę Pana! Piszę z dywana...”) a także korespondencji przyjaciół: Kwiryny Ziemby i Szymona Karolewskiego. Donosili, co się dzieje na uniwersytecie, co w kraju, podnosili na duchu, zachęcali do kontynuacji pisania pracy magisterskiej. W tej znakomicie opracowanej edytorsko książce brak tylko indeksu. Po wyjściu ze Strzebielinka zapiski trafiły do kartonu i na pawlacz. Były inne ważne rzeczy. Andrzej rozwiódł się, założył nową rodzinę, pracował dla chleba w sklepie pasmanteryjnym, a jednocześnie redagował podziemny „Przegląd Polityczny”. W czasie strajku w 1988 Koperta poczty obozowej w Strzebielinku, ze zbiorów autora Andrzej Kasperek 29 r. wraz z Donaldem Tuskiem, Jackiem Kozłowskim i Markiem Zająkałą, był redaktorem i drukarzem (poza stocznią) wydania strajkowego pisma „Solidarności” Stoczni Gdańskiej „Rozwaga i Solidarność” (cytuję za „Encyklopedią Solidarności”). Po 1989 r. był dziennikarzem, posłem, rzecznikiem prasowym rządu J. K. Bieleckiego a później we własnej firmie stał się doradcą na rynku mediów. Kiedy poproszono mnie o poprowadzenie wieczoru poświęconego książce Andrzeja i sięgnąłem po ten gruby tom pierwszą refleksją było — dlaczego dopiero teraz się te zapiski ukazują, po 40 latach od chwili powstania. Ale później, kiedy zacząłem głębiej o tym rozmyślać, doszedłem do wniosku, że może nic takiego się nie stało, że te notatki tyle czasu przeleżały. Bo ukazało się sporo różnych dzienników internowania. Wszystkie one są chudsze od książki Andrzeja. To jest naprawdę duża książka, nie tylko objętościowo... I zupełnie do niczego niepodobna. Czytam artykuł poświęcony temu tematowi^ a tam wspaniałe nazwiska: Mazowiecki, Bartoszewski, Kijowski, Woroszylski, Drawicz i tuzin innych. Istny wysyp relacji, wspomnień, żalów... Pomyślałem, że Andrzej nie chciał się wówczas wpychać i uznał, że zajmie się tym, czym w obozie zajmować mu się nie pozwalano — ŻYCIEM. Dopiero po latach choroba sprawiła, że uznał, iż trzeba coś z tymi grypsami zrobić, bo w końcu to świadectwo historyczne i egzystencjalne. Dzięki temu dziś książka ukazuje się w wersji integralnej, bez ingerencji redaktorskich. Kiedyś zapewne autor lub redaktor chciałby skreślać, skracać, poprawiać. Są fragmenty wspaniałe, jak cytowany wcześniej wiersz, są mniej udane, ale to nie pretensja, bo dzięki temu otrzymujemy tekst prawdziwy, lepiej poznaj emy znój i jałowość życia internowanych, bez cenzury, ale i bez ekshibicjonizmu. 5 września w bibliotece Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku odbyła się promocja książki. Było to 86 spotkanie w ramach Salonu Młodopolskiego im. Arama Rybickiego. Niestety Andrzej ze względów zdrowotnych nie mógł przybyć. Zjawiło się za to bardzo wielu jego znajomych, przyjaciół, kolegów z obozu i dawnych opozycjonistów. Jacek Merkel, który wiele miesięcy dzielił z autorem celę w Strzebielinku, opowiadał anegdoty o obozie, ale powiedział też coś bardzo ważnego: „Ta książka przypomina mi archeologię, Andrzej jest archeologiem myśli”. A na zakończenie stwierdził, że jednak siedzenie w obozie czemuś służyło, że zahartowało ich, pozwoliło przetrwać lata beznadziei i nie porzucić idei wolności i solidarności. Użył określenia: weteran, a później dopowiedział, że o Andrzeju można powiedzieć po angielsku: the next man to you, czyli człowiek, który daje wsparcie, na którym zawsze można polegać*^. Władysław Zawistowski wspaniale czytał fragmenty książki, ale także nader trafnie opisał pewne cechy tego obozowego bytowania: „To był jednak rodzaj więzienia. Wielu ludzi zagęszczonych na małej powierzchni. Podwójnie odebrana wolność. Odebrana w sposób dosłowny: jesteśmy za kratami. Ale też jesteśmy nieustannie wśród innych ludzi. Nie ma chwili samotności. To jest też sposób odebrania wolności”. ’ Zob.: Kamila Orman „Twórczość literacka internowanych w czasie stanu wojennego (1981—1983)”, https://dspace.uni. lodz.pl/xmlui/bitstream/handle/11089/8941/1 l_Orman.pdf?sequence= 1 &isAllowed=y A może J. Merkel miał na myśli angielskie zdanie: „That man next to you, hes your brother”. („Człowiek obok ciebie Jest twoim bratem”). 30 Wiclcyśmy byli i śmieszniśmy byli... Na zakończenie jeszcze kilka uwag osobistych. W Strzebieiinku siedzieli też moi przyjaciele i koledzy: Marek Sadowski, Henio Szabała i Jarek Słoma. Byłem z odwiedzinami u Marka, pojechałem tam z jego żoną Aliną. Zapamiętałem te liche baraki i tłum odwiedzających, płacz, szczęście z widzenia, ból dzieci, które muszą znowu pozostawić ojca i nie wiedzą na jak długo... Henia Szabałę odwiedziliśmy wraz z Markiem Zająkałą w więziennym szpitalu... Wśród ilustracji w książce jest zdjęcie koperty, a w niej broda, którą autor zapuszczał od 13 grudnia 1981 r. i zgolił na początku lipca 1982 r. Uśmiechnąłem się, gdy ten artefakt ujrzałem, bo ja właśnie wtedy zacząłem zapuszczać zarost, działo się to w czasie pamiętnego mundialu, gdy Polska z Francją walczyła o 3 miejsce. Mój Boże! Patrzyłem na gości, którzy przybyli we wrześniowy wieczór na spotkanie w ECS-ie. Ile wspaniałych życiorysów, jakie losy, jakie twarze... Czy jeszcze uda się ich wszystkich ujrzeć w jednym miejscu? Spotkanie rozpocząłem od wiersza Juliusza Słowackiego, z którego cytat dałem za tytuł tego artykułu. Bo ten wiersz, jak żaden inny oddaje moje myślenie o tych czasach i o tym, co z dawnych ideałów pozostało. Pisał wieszcz: „Wielcyśmy byli i śmieszniśmy byli. Bośmy się duchem bożym tak popili. Ze nam pogórza, ojczyste grobowce Przy dźwięku fletni skakały jak owce. Fragment ksufżki Andrzeja Zarębskiego Andrzej Kasperek 31 A górom onym skaczącym na głowie Stali olbrzymy — miecza aniołowie. Ustały dla nas bić godzin zegary, Duch nie miał czasu, a czas nie miał miary [...] Teraz jesteśmy z ducha wytrzeźwieni. Bracia rozumni — czciciele pieczeni... W głowach się nie ćmi, jak pierwej, słonecznie. Fletnie nie grają, mogiły śpią wiecznie, Czas nasz zgodzony z ziemi zegarami — Stoim i spiemy... a świat spi pod nami”. Słowacki zderza dawne ideały, uniesienia i zapał z obecną trzeźwością, a nawet snem, zgodą na porzucenie dawnych wartości. I nawet jeśli dawniej byliśmy śmieszni i naiwni, to było to bezcenne. „W porównaniu z płaską teraźniejszością przeszłość ujawnia swoją wielkość — ponieważ była ruchem, dążeniem do czynu, do walki, otwierała nieskończone perspektywy i stawiała maksymalne zada-nia”5. Cytuje fragment analizy wiersza i myślę, że cholernie dobrze oddaje wiersz to, co się z nami stało po 1989 r. Czy jesteśmy dziś zupełnie „z ducha wytrzeźwieni”, czy jesteśmy już tylko czcicielami pieczeni? Może nie... Myślę, że książka Andrzeja pozostanie z nami, bo kończąc Słowackim można o niej powiedzieć: „Bo to jest wieszcza najjaśniejsza chwała. Ze w posąg mieni nawet pożegnanie. Ta kartka wieki tu będzie płakała I łez jej stanie”. Andrzej Zarębski Andrzej Zarębski, „Między Grudniem a grudniem. Zapiski z intemou^ania”, V(^dawnictwo Agora, Warszawa 2022 ’ Cyt. za: „Juliusza Słowackiego rytm błyskawicowy. Analizy i interpretacje”, pod red. St. Makowieckiego, Warszawa 1980 Na tropach historii Jean Rapp Napoleon obiecuje odsiecz obrońcom Gdańska Jean Rapp (1771-1821), aeiiutant Napoleona w latach 1800-181J, generał (oel 1803). Wykazywał sif wielką odwagą, wielokrotnie był ranny. Przynajmniej dwa razy ratował życie Napoleona: powstrzymując zamachowca w 1809 w pałacu Schonbrunn i zatrzymując szarżę kozaków podczas odwrotu z Mosktoy w 1812. Był gubernatorem Torunia (1807) i Wolnego Miasta Gdańska (1807-1813). Pamiętniki Pappa zostafy loydane po jego śmierci, w Paryżu, w 1823 roku’. Przedstawiony poniżej tekst to tłumaczenie 40 rozdziału. Po wyprawie na Rosję resztki Wielkie/ Armii Napoleona pod koniec 1812 znalazły się między innymi w Gdańsku. Tu dowództwo nad uyczerpanymi żołnierzami objął generał Jean Rapp. W 39 rozdziale, który ukazał się w poprzednim numerze „Prowincji’’^, Generał opisał kolejne walki z Rosjanami toczące się wokół Gdańska wiosną 1813 roku, a których zwieńczeniem była prowokacyjna defilada wojsk znajdujących się w oblężeniu. W kolejnym rozdziale Jean Rapp kontynuuje... Po tych wspaniałych paradach trzeba było zająć się życiem. To było trudniejsze. Nieprzyjaciel spustoszył wszystkie okoliczne wsie nie pozostawiając w nich ani paszy, ani zwierząt; nie było żadnych zasobów oprócz tych, które trzeba by było szukać znacznie dalej. Miałem już doświadczenia z Borkowa (Borgfeld) i brałem je po uwagę planując swoje działania. Postarałem się o dokładne informacje o tym, co może stanowić ułatwienie i utrudnienie w przeprowadzeniu wyprawy na Mierzeję (Nerhung). Znałem liczbę i pozycję oddziałów, zastosowane przez nich środki bezpieczeństwa. Wydałem swoje dyspozycje. Tysiąc dwustu wybranych ludzi, trzysta pięćdziesiąt koni, kompania lekkiej artylerii z ośmioma działami, pod dowództwem generała Bachelu ruszyło na Stogi [Heubude]. Mocno przyciśnięty nieprzyjaciel na próżno próbował bronić Sobieszewa (Bonhsack). Bachelu nie dał mu czasu na rozpoznanie sytuacji i zebranie sił; zaatakował go, rozbił i zepchnął w nieładzie aż do Orlinek [Woldern/Wordeln]. Główne siły nieprzyjaciela zajmowały tę wieś. Broniło ją prawie pięć tysięcy ludzi, ale nasze oddziały, ciągle niesione tą samą energią, przybyły bardzo szybko i nie pozwoliły nieprzyjacielowi na sformowanie się. Od razu rozpoczęły atak — część ustawiła się w tyralierę na wydmach i na równinie, inna pozostała w linii i otworzyła ' Tłumaczenie na podstawie pierwszego wydania udostępnionego na stronie www.gallica.bnf.fr: Memoires Du General Rapp: Auie-De-Camp ele Napoleon, Ecrits Par Lui-Meme, Et Pub. Par Sa Familie, Paris 1823. „Prowincja”, nr 2 (48), 2022, s. 67-71. Jean Rapp 33 morderczy ogień. Szybko przybyła nasza artyleria i kawaleria dokańczając dzieła zniszczenia. Porażka była tak szybka i tak całkowita, że artyleria wroga nie wystrzeliła ani jednego pocisku; szybko ewakuowała się z pola walki. Kolumna Litwinów odważyła się stawić czoła gradowi pocisków. Pułkownik Farine ruszył na nich ze swoimi dragonami i zmusił ich do złożenia broni. Nieprzyjacielskie rezerwy były jeszcze nietknięte. Dzielny Redon/Redou maszeruje w ich kierunku i wyczekuje na moment, gdy się wycofują, atakuje ich i bierze do niewoli. W tym samym momencie kapitan Neumann rzuca się w pościg za uciekinierami, przebiega teren od lewej strony do prawej, wszędzie wywołuje chaos i z garstką żołnierzy zmusza do poddania się kilkuset żołnierzy nieprzyjaciół. Ceną za ten sukces są dwie otrzymane przez niego rany. Podporucznik Schneider był jeszcze bardziej zmaltretowany: sam otrzymał dwanaście pchnięć lancą. Sam osobiście postępowałem za generałem Rachelu; dotarłem aż do Orlinek [Woldern, Wordeln]. Jednak Rosjanie uciekali w takim nieporządku, że pójście z moimi żołnierzami dalej wydało mi się zbędne. Oddziały, które pobiły nieprzyjaciół, wystarczały do pościgu za nimi. Gdy dowiedziałem się, że odrzucili ich na odległość ponad 12 lig (ponad 50 km), zatrzymałem ich marsz. Zajęli pozycje i zabrali się za zbieranie paszy i bydła, wszelkich zasobów znajdujących się w miejscach ich stacjonowania. Siły rezerwowe, które były ze mną, stały się niepotrzebne dzięki szybkości i zręczności generała Rachelu kierującego tą ekspedycją. Rozkazałem więc, aby żołnierze ci przekroczyli Wisłę. Wylądowali przed fortem Lacoste i pomaszerowali w kierunku grobli ciągle zajmowanej przez nieprzyjaciela. W tym samym czasie w górę rzeki podpłynęły kanonierki i rozpoczęły atak. Rosjanie szybko ustąpili i poszli w rozsypkę. Rez żadnych przeszkód mogliśmy zająć cały obszar Gdańskich Żuław [Werder]. Pozostaliśmy cztery dni na tych pozycjach. Generał Rachelu po prawej stronie rzeki przeszukiwał opanowaną przez niego część Mierzei, a my, po lewej stronie, transportowaliśmy przy pomocy łodzi wszystkie zasoby, które tu znajdowaliśmy. Pięćset sztuk bydła rogatego, czterysta sztuk owiec, tysiąc dwieście kwintali siana, osiemset słomy i dwa tysiące trzysta dekalitrów owsa — taki był rezultat naszej wyprawy. Nieprzyjaciel próbował przeszkodzić naszym konwojom z zaopatrzeniem, ale zimna krew i zdolności porucznika Iloekińskiego i komisarza wojennego Relisala zatryumfowały nad wszystkimi przeszkodami. Rosyjskie ataki obróciły się na naszą korzyść i przyniosły nam jeszcze około setki wołów, które po pokonaniu Rosjan odebrał im nieustraszony Rre-liński. Armia zajęta oblężeniem miasta nie próbowała nam przeszkadzać. Trwając nieruchomo na swoich pozycjach wydawała się być zajęta jedynie demonstracjami naszych wojsk od strony Wrzeszcza [Langfuhr] i Nowych Szkotów [Neu Schottland]. Nieprzyjaciele byli tak spanikowani, że pewnego razu odgłos ulewnego deszczu wzięli za nasz atak i podpalili swoje sygnały alarmując wszystkie pozycje aż do Piecków [Pitzkendorf]. Zaopatrzyliśmy nasze szpitale; jeśli chodzi o nas samych, to sytuacja się nie zmieniła. E>wie uncje koniny, jedna uncja solonej wołowiny — taka była nadal nasza codzienna racja żywnościowa. Gdy tylko uporałem się z jednym kłopotem, popadłem w kolejny. Zaopatrzyłem się w pewną ilość zapasów, ale kasa była na wyczerpaniu i nie byłem w stanie zapłacić za to, co wywieźliśmy. Zostałem zmuszony do wydawania bonów: pieniądze za 34 Napoleon obiecuje odsiecz obrońcom Gdańska nie miałyby być wypłacane po zniesieniu blokady. Tymczasem trzeba było wypłacić żołd, pokryć wydatki artylerii i prac inżynieryjskich, bez czego miejsce upadłoby niechybnie. Co było robić w tak skrajnej sytuacji? Był tylko jeden sposób. Nie chciałem iść tą drogą, ale wszystko musiało ustąpić wobec konieczności: zażądałem pożyczki od miekszańców wysokości trzech milionów. Mieszkańcy Gdańska byli oburzeni. Narzekali, szemrali, grozili zamieszkami. Również i nieprzyjaciel zaczął zagrażać coraz mocniej. Flota, oddziały lądowe — wszyscy przyjęli bardziej bojową postawę. W tych okolicznościach baron Servien, skazany na śmierć za próbę werbowania żołnierzy na stronę wroga, oskarżył senatora Piegeleau o bycie głową spisku na rzecz Rosji. Ten członek senatu cieszył się nienaganną reputacją, ale dowody były tak szczegółowe, tak precyzyjne, a konsekwencje nierozważnego zaniechania środków ostrożności tak poważne, że rozkazałem, aby go aresztować. Wkrótce okazał się niewinnym, a ja niestety przez chwilę zakwestionowałem lojalność tego wielce szanownego człowieka. Musiałem go przeprosić i oddać mu hołd. Zrobiłem to w sposób, który wydał mi się najbardziej właściwy dla uspokojenia nastrojów i wymazania złego wrażenia po tych okropnych perypetiach. Obywatele miasta zachowali spokój, a częste zatargi, które się zdarzały i wydawały mi się podejrzane, spowodowane były zwiększeniem liczebności wojsk przed naszą twierdzą. Dowodzenie nad nimi objął książę [Aleksander] Wirtemberski. Bardziej przedsiębiorczy, bardziej aktywny niż generał Levis [von Lowis], nie pozwalał na chwilę oddechu moim wysuniętym posterunkom; gdy poniósł porażkę w jednym miejscu, atakował w drugim. Odrzucony od Wrzeszcza [Langfuhr], zmuszony do ucieczki pod Cygańską Górą [Ziga-gnenberg], rzucił się na Orunię [Ohra]. Tam także nie został dobrze przyjęty, podobnie jak w poprzednich miejscach, ale zaatakował jednak szturmem. Atakował równocześnie Chełm [Stolzenberg], Siedlce [Schidlitz] i odrzucony na umocnionych posterunkach we wszystkich tych miejscach, pojawiał się nowo; i na nowo ponosił porażkę. Żadne niepowodzenie go nie zniechęcało. Spróbował ostatniego wysiłku. Zaatakował moje oddziały nocą, gdy odpoczywały po całodniowym wysiłku i zaskoczył parę domostw podpalając je. Widząc jednak dwa bataliony biegnące z bronią przestraszył się i wycofał. Patrole i wartownicy byli ciągle zajęci. W tych wszystkich walkach, wystawiających na szczególną próbę indywidualną odwagę, okazywaliśmy się zwycięzcy. Kozacy wcale w nich nie błyszczeli. Trzech z nich osaczyło dragona z 12 regimentu o nazwisku Drumes; ten dzielny człowiek stawił im czoła; przewrócony uderzeniem lancy podniósł się, złapał za koniec tej broni, przyciągnął do siebie przeciwnika i zabił go na miejscu. Hequet, inny dragon z tego samego regimentu, starł się z czterema z tych barbarzyńców. Chociaż został ranny, to powalił jednego, zabił drugiego, a resztę zmusił do ucieczki. Mógłbym przytoczyć tysiąc tego rodzaju historii. Te ciągłe ataki męczyły moich żołnierzy. Nie mogłem dopuścić, aby byli nękani przez kozaków. Chwyciliśmy za broń. Generał Granjean objął dowództwo prawego skrzydła, generał Devilliers był w centrum, a lewe skrzydło podlegało hrabiemu Heudeletowi. Nagłe pojawienie się naszych kolumn przeraziło nieprzyjaciela. Ich konie pasły się swobodnie na równinie, ich piechota odpoczywała w obozach. Nie spodziewali się tego ataku. W chwili, gdy rozpoczęliśmy nasz marsz, dostałem wiarygodną wiadomość o wspaniałych zwycię- Jean Rapp 35 stwach pod Liitzen i Budziszynem: przekazałem ją, ogłosiłem, rozpowszechniłem. Radość, upojenie, entuzjazm doszły do szczytu. Wszystkie te uczucia ogarnęły nas w tym samym momencie. Nasze wojska stały się bardzo niecierpliwe, paliły się do walki. Od lewej do prawej strony podjęto okrzyk „Naprzód”. Dano sygnały. Natychmiast oddzywa się artyleria, oddziały zbliżają się do wroga, walka się rozpoczyna, ziemia pokrywa się ciałami zabitych. Kapitan Preutin nakrywa nieprzyjaciela ogniem i zmusza go do ewakuacji z Łostowic [Schoenfeld]. Polska artyleria konna zbliża się galopując, ustawia się na pół odległości strzału i niszczy wszystko, co znajduje się przed nią. Major Bellancourt i dowódca batalionu Duprat, nacierają na uciekających i rozpraszają ich za każdym razem, gdy ci próbują się zebrać. Przeciwnik, rozbity w centrum, rzucił się na lewe skrzydło zagrażając Orunii (Ohra). Major Schneider stawia mu silny opór. Ten znakomity oficer broni się w jednym miejscu, atakuje w drugim, swoją odwagą kompensuje słabość środków, które ma do dyspozycji. Widząc jego sytuację wspierają go generałowie Bressan i Husson. Rosjanie nie mogli przeciwstawić się tej burzy, która na nich spadła. Uciekli i zatrzymali się dopiero na wzgórzu za Ujeściskiem (Wonneberg). Wkrótce zmienili swoje plany i zaatakowali prawe skrzydło, gdzie napotkali godny podziwu opór. Pułkownik d’EnglofFstein, major Horadam, porucznik-pułkownik Hope, prześcigali się wzajemnie w gorliwości w walce z nieprzyjacielem. Sierżant Vigneux i sierżant Auger także dawali przykłady męstwa. Popędziłem w sam środek tej krwawej walki; rozkazałem Polakom z 10 regimentu, aby przybliżyli się z 5 pięcioma działami trzymanymi w rezerwie. Walka rozpaliła się nowym płonieniem i stała się jeszcze straszniejsza. Rosjanie w końcu ustąpili i wycofali się w nieładzie do obozu w Pieckach [Pitzkendorf]. Nie uważałem, aby trzeba było ich ścigać: dosyć ma dzień swojego utrapienia. Nieprzyjacielie stracili około 800 ludzi [hors de combat]. Rozkazałem wstrzymać ogień. Po naszej stronie doliczyliśmy się czterystu zabitych i rannych. Nieprzyjaciele, pobici w dwóch następujących po sobie bitwach, domagali się zawieszenia broni. Wojna przeniosła się nad Odrę. Znowu byliśmy panami sytuacji. A tam nasza chwała była tym bardziej czysta, że w całości była owocem tej porywczej odwagi, która uzupełnia brak doświadczenia i nie ustępuje przed żadną przeszkodą. Nowi rekruci zatryumfowali nad połączonymi siłami Prus i Rosji. Wiadomość o tym przyniósł nam kapitan Planat w momencie, gdy pierzchały wojska nas oblegające. Napoleon dołączył do tej depeszy dowody swojej wspaniałomyślności. Raczył przyznać mi Cesarski Order Zjednoczenia. Upoważnił mnie do nadawania awansów, odznak honorowych i nominowania wyższych oficerów do awansu. Jego zwycięstwa podniosły żołnierzy na duchu i na nowo zaczęli się wpatrywać w jego geniusz; widzieli go już tryumfującego nad Wisłą. A oto brzmienie skierowanej do mnie depeszy: „Szanowny Panie Hrabio Rapp, Generał-major zapozna Pana z sytuacją. Mam nadzieję, że pokój zostanie zawarty w ciągu roku. Jeśli jednak moje oczekiwania zawiodą, przybędę z odsieczą. Nasze armie nigdy nie były liczniejsze i piękniejsze. Zobaczy Pan w dziennikach wszystkie podjęte przeze mnie środki, dzięki którym mam pod bronią 1 200 000 ludzi i 100 000 koni. Mam bardzo przyjazne relacje z Danią, gdzie baron Alquier jest ciągle moim ministrem. Nie potrzebuję 36 Napoleon obiecuje odsiecz obrońcom Gdańska Panu sugerować, aby był Pan głuchy na wszelkie insynuacje i w każdych okolicznościach utrzymywał to tak ważne miejsce, które Panu powierzyłem. Niech wysłany oficer wracając przywiezie mi listę żołnierzy, którzy się szczególnie wyróżnili. Awanse i odznaczenia, co do których uważa Pan, że powinny być przyznane i o które Pan dla nich prosi, może Pan uznać za przyznane; może Pan przyznać także 10 oficerskich i 100 rycerskich Legii Honorowych. Niech wybierze Pan łudzi, którzy najbardziej się przysłużyli, i prześle listę przez oficera, aby poinformować o nominacjach kanclerza Legii Honorowej. Może Pan także uzupełnić wszystkie wolne stanowiska, do rangi kapitana włącznie. Proszę wysłać również informację o tych wszystkich awansach. Oddaję to wszystko w ręce Boga Napoleon Nowa Marchia, 5 czerwca 1813” tłum. Piotr Napiwodzki Wiesław Olszewski 37 Wiesław Olszewski Jak cioteczny dziadek z Ameryki w życiu mnie ustawił W wychodzącej w Detroit gazecie, będącej organem mocno lewicowego związku zawodowego zrzeszającego tamtejszych Polaków, w początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku ukazało się wspomnienie o niedawno zmarłym redaktorze pisma Kazimierzu Niemyjskim. W zachowanym w archiwum rodzinnym fragmencie artykułu można przeczytać: Zeźobył szacunek ogólny nie tylko wśród stoych przyjaciół ale i przeciwników ideowych. Bral przez pewien okres czasu udział w Związku Narodowym Połskim, gdzie pełnił junktję delegata do gmin. W 19d8 r. stał on na czele wycieczki Polonji [pisownia oryginalna] demokratycznej do Polski. Pamięć o Niemyjskim nigdy nie zaginie wśród Polonji demokratycznej i robotników w Stanach Zjednoczonych! Wspomniany redaktor Kazimierz Niemyjski był rodzonym, najstarszym bratem mojej babci Amelii Olszewskiej z domu Niemyjskiej. Według definicji Słownika Języka Polskiego był więc on moim ciotecznym dziadkiem. Rodzony mój dziadek po mieczu, Franciszek Olszewski, urodził się 14 lipca 1898 roku w przysiółku Winna-Wypychy w powiecie bielskim guberni grodzieńskiej. Wieś należała do parafii św. Doroty w sąsiedniej Winnej-Poświętnej. Franciszek był najstarszym dzieckiem i jedynym synem Piotra Olszewskiego i Bronisławy z domu Koc. Dwa lata później urodziła się Waleria, a w 1903 roku Marianna, która zmarła w wieku niemowlęcym. Szczęśliwym dzieciństwem rodzeństwo cieszyło się krótko. Gdy Franek miał lat siedem zmarła matka. Pamiętam z dzieciństwa jak pewnego popołudnia, z pretensją w głosie, wypominał matce nierozważne pranie zimą w pobliskiej rzeczce. Według powszechnej opinii to wpędziło ją do grobu. Na policzku dziadka ujrzałem wtedy łzę, drugi raz w życiu. Za każdym razem odbierałem to szczególnie, uważałem go bowiem za bardzo twardego mężczyznę. Ojciec dziadka ożenił się ponownie, z tego związku urodził się przyrodni brat Janek. Niestety, cztery lata po swej pierwszej żonie, zmarł także Piotr Olszewski. Dzieci, jak w tamtych czasach bywało, przeszły pod opiekę wujostwa — siostry matki Emilii i jej męża Władysława Malinowskiego, wychowywali się razem z pięciorgiem kuzynostwa. Władysław Malinowski, urodzony w 1861 roku, służył jako rządca u hrabiów Ciecierskich herbu Rawicz, ważnego podlaskiego rodu z rozległymi majętnościami^ Pozwoliło mu to Ciecierski Henryk, Pamiftniki, Wydawnictwo Arcana, 2013. 38 Jak cioteczny dziadek z Ameryki w życiu mnie ustawił zakupić czterdzieści dziesięcin^ parcelowanej' ziemi, czyli około sześćdziesięciu hektarów, we wsi Kajanka koło Siemiatycz. Zbudował rozległy murowany dom i budynki gospodarcze. Był to na tamte czasy całkiem pokaźny majątek. W polu chodziły, jak wspominał dziadek, cztery pary wołów, zatrudniano parobków i dziewczyny w obejściu. W miarę dorastania do pracy w gospodarstwie włączały się też dzieci. Wuj raczej pracy doglądał, często ze strzelbą na ramieniu, bo przy okazji trafiało się coś upolować. Wielka Wojna, jak zwykło się nazywać I wojnę światową, nie odcisnęła szczególnie znaczącego i bolesnego piętna na tej ziemi. Najcięższe walki w okolicach Siemiatycz toczyły się w sierpniu 1915 roku. Polacy ginęli po obu stronach: i w atakującej armii niemieckiej, i w wypieranej rosyjskiej. Dziadek wezwanie do służby wojskowej otrzymał na pierwszego czerwca 1920 roku i tego dnia, jak wynika z wpisu w zachowanej książeczce wojskowej, wcielony został do 18 pułku piechoty w Skierniewicach. Pierwszy raz w żuciu jechał wtedy pociągiem. Rozpoczął szkolenie jako konny zwiadowca. W Bitwie Warszawskiej nie uczestniczył, po zakończonym szkoleniu trafił do pułku stacjonującego wówczas w Łomży. Dochodziło jeszcze do drobnych starć. Wspominał jak trafili do wsi z bramą ustrojoną na powitanie bolszewików. Dowodzący porucznik rozkazał podpalić wieś z czterech stron. Dziadek nie służył długo, wspomniany dokument wojskowy stwierdza, że do rezerwy przeniesiony został 11 października 1920 roku. ^ Dziesięcina na terenach zaboru rosyjskiego, które nie tworzyły Królestwa Kongresowego, czyli na wschód od Bugu i linii Ciechanowiec-Łapy-Tykocin-Biebrza-Niemen, w XIX wieku i na początku XX, była urzędową miarą powierzchni gruntów, źródło: wikipedia. Siematycze ul. 3 maja 1929 r., fot https:fotopolska.eu Wiesław Olszewski 39 Odzyskanie niepodległości przez Polskę, ze wszystkimi tego skutkami, dla tych ziem miało jeszcze jeden — symboliczny i znaczący cywilizacyjnie jednocześnie skutek — dozwolonymi w zaprzęgach stały się znowu chomąta krakowskie, zabronione w zaborze rosyjskim. Każdy szanujący się gospodarz wyzbywał się więc wołów, dokupował konie, by móc paradować do kościoła bryczką zaprzężoną w parę koni w krakowskiej uprzęży. Dziadkowi przyszło procesować się z macochą o schedę po ojcu. Jak wspominał, drogę na rozprawę sądową w Bielsku Podlaskim odbył pieszo, a było to około czterdziestu kilometrów w jedną stronę. Decyzją sądu otrzymał niewielki spadek. Na marginesie prowadzonej po rosyjsku księgi urodzeń parafii Winna-Poświętna, przy wpisie z dnia 14 lipca 1898 roku, dopisano po polsku: Franciszek Olszewski zawarł związek małżeński z Amelią Niemyjską córką Konstantego^. Babcia Amelia przyszła na świat jako najmłodsza z pięciorga rodzeństwa — jak głosi wpis córka Konstantego i Anny z domu Wiercińskiej urodziła się w Kajance 17 września 1904 roku. Młodzi małżonkowie startu łatwego nie mieli. Franciszek dostał od wuja pięć hektarów z opisywanego gospodarstwa, Amelia od swych rodziców jeszcze mniej. Za sprzedaną resztkę ojcowizny dokupił dziadek kawałek w sąsiedztwie oraz drewno na dom i stodołę. Do stodoły dostawiono „chlewy” gdzie trzymano konia, krowy i inny inwentarz. Zgodnie przykazaniem rok po ślubie urodził się pierwszy syn Mieczysław, trzy lata później Ryszard — mój ojciec i po dwu kolejnych najmłodszy — Kazimierz. Kilka hektarów lichej ziemi nie dawało godnego utrzymania, najmował się dziadek z koniem do zrywki drzew w łesie lub wozakowania w licznych w okolicy kaflarniach. Fabrykantami, jak ich wtedy nazywano, dającymi zarobek, byli głównie Żydzi licznie zamieszkujący Podlasie. Chłopcy rozpoczynali naukę w czteroklasowej szkole powszechnej w sąsiedniej wsi Moszczona. Mietek okazał się uczniem zdolnym, żal byłoby, gdyby zakończył edukację na obowiązkowej szkole czteroklasowej. Pójście do siedmioklasowej nie było proste — najbliższa znajdowała się w odległych o blisko osiem kilometrów Siemiatyczach. Konieczna więc była albo kwatera w mieście albo jakaś forma dojeżdżania - oba warianty trudne dla finansów rodziny. Zdecydowali się na zakup roweru, decyzja nie była łatwą. Rower kosztował sto złotych — to tyle co krowa, a dziadek miał ich dwie, najwyżej trzy. W efekcie jednak dojeżdżając tym rowerem, niezależnie od pogody i pory roku, piaszczystym poboczem drogi z kocich łbów, siedem klas ukończył. Był ostatnim rocznikiem przed wojną w 1939 roku. Nadszedł więc moment kolejnej ważnej decyzji — co dalej z kształceniem? W Siemiatyczach szkoły średniej przed wojną nie było. Zainteresowania Mietka, predyspozycje i wyraźne techniczne uzdolnienia, wskazały na Państwową Szkołę Przemysłu Drzewnego w Hajnówce. To daleko, mieszkanie w domu nie było możliwe. Nauka była wprawdzie bezpłatna, ale uczniowie mieli obowiązek uiszczenia opłaty za pobyt i wyżywienie w internacie szkolnym. Obawy o możliwości finansowe rodziny były ogromne. Po naradach z miejscowym na- ’ Archiwum Państwowe w Białymstoku Oddział w Łomży, Akta stanu cywilnego Parafii Rzymskokatolickiej w Winnej, WWW. geneteka. genealodzy, pl 40 Jak cioteczny dziadek z Ameryki w życiu mnie ustawił uczycielem i panem Kobylińskim, właścicielem pobliskiego majątku, obiecujących pomoc w zdobyciu stypendium, dziadek Franciszek pojechał z synem na egzaminy. Zdał je Mietek pomyślnie. Niestety nauki nie rozpoczął. Wybuchła wojna. W momencie wybuchu wojny dziadek miał już czterdzieści jeden lat, nie podlegał mobilizacji w pierwszym etapie, do służby mieli się stawić oficerowie, podchorążowie, podoficerowie, szeregowcy, którzy wcześniej otrzymali białe karty mobilizacyjne oraz rezerwiści do czterdziestego roku życia. Kartę powołania dostał w drugim rzucie mobilizacji powszechnej, wtedy większość terytorium Polski było już zajęte przez Niemców. We wrześniu 1939 roku w okolicach Siemiatycz nie doszło do poważniejszych walk. Wydarzenia decydujące o losach tego regionu rozegrały się na innych terenach. Już jednak w pierwszych dniach działań wojennych miasto przeżyło nalot i zostało zbombardowane przez samoloty wchodzące w skład Grupy Lotniczej „Prusy Wschodnie”. Spłonęło ponad sto budynków, były ofiary śmiertelne wśród mieszkańców. Straciła swe domostwo rodzina Maciejewskich, siostry mojej babci ze strony mamy. 11 września oddziały niemieckie wkroczyły do Siemiatycz zajmując miasto i okolicę, w dniach 17-20 września wycofały się jednak, by w okresie 27-29 września wkroczyć mogła Armia Czerwona**. Już w trakcie pierwszej krótkiej okupacji ludność, a zwłaszcza Żydzi, poznali przedsmak terroru niemieckiego. Represje nie ustały po zajęciu terenów przez Rosjan. Nowe władze skrępowały ekonomiczną działalność, prowadzoną głównie przez Żydów, wprowadzając wysokie podatki, a także dokonując deportacji wielu żydowskich przedsiębiorców i kupców. Zamarło życie społeczne i funkcjonowanie oświaty. Wprowadzono radziecką * Monkiewicz Waldemar, StuJia i materiafy dziejów Siemiatycz, Warszawa 1989. Niemcy w Siemiatyczach wrzesień 1939, Fotopolska-Eu Wiesław Olszewski 41 administrację i szkolnictwo. 7 listopada 1940, w rocznicę rewolucji, władze postawiły w Siemiatyczach pomnik Lenina, by uczcić przyłączenie miasta do terytorium Białoruskiej Republiki Radzieckiej. Rozpoczęły się aresztowania Polaków, zwłaszcza inteligencji, urzędników, ziemian, ale także bogatszych chłopów. Zaprzyjaźniony nauczyciel z pobliskiej Moszczony musiał uciekać, zostawił na przechowanie część rzeczy, których nie mógł zabrać. Z czasem deportowano na Syberię całe wsie pozwalając w pośpiechu zabrać tylko podręczny bagaż. Zała^iowano nas na wóz konny, który zawiózł nas na staeyę koł^ow^ w Siemiatyczach. Tam zastaliśmy ilługi poci^ towaroioy, do którego ludzie i dzieci byli wjtychani jak bydło. Ja z Mamusią zostałem wsadzony do wagonu, który zawierał 30 osób, mieszkańców Siemiatycz i okołicy — wspominał Henryk Kłopotowski, zesłany na Syberię 13 kwietnia 1940 roku^. Latem 1940 roku rozpoczęto budowę „Linii Mołotowa” — najdłuższej linii fortyfikacyjnej dwudziestowiecznej Europy, pas radzieckich umocnień, ciągnących się wzdłuż granicy z Niemcami, wytyczonej po podziale Polski na mocy traktatu Ribbentrop- Mołotow. Kilka bunkrów systemu, przez Rosjan zwanych „toczki”, stanęło wzdłuż Bugu w okolicach Siemiatycz. Do pracy przymuszano miejscową ludność. Dziadka kilkakrotnie wzywano z zaprzęgiem do transportu, głównie piachu i żwiru. Zachowywano tajemnicę, miejsca budowy były ogrodzone i zamaskowane gałęziami. Polski woźnica dojeżdżał do bramy, lejce przejmował żołnierz i wjeżdżał do środka, po wyładunku zaprzęg przekazywano z powrotem właścicielowi. Druga okupacja niemiecka zaczęła się na ziemi siemiatyckiej 23 czerwca 1941 roku. Wielu powitało ją wręcz entuzjastycznie, w niejednym obejściu radośnie czerpano wodę ze studni, by poić niemieckie konie. Szybko jednak radość zniknęła. Siemiatycze zostały ponownie zbombardowane i ostrzelane przez artylerię. Zniszczono wiele budynków, w tym niezwykle okazały ratusz zbudowany w 1772 roku z woli księżnej Anny Jabłonowskiej. Wkraczające w s'lad za Wehrmachtem grujty operacyjne organizowały pogromy Żydów, posługując się mie/scotoymi ełementami chułigańskimi j?J. 29 czerwca Żydów spędzono na siemiatycki rynek, gdzie odbyła się publiczna egzekucja 7 mężczyzn oskarżonych o działalność komunistyczną. Na początku lipca przez kilka dni miejscowi chuligani plądrowali żydowskie sklepy, mieszkania, napadali i okradali Żydów. 10 lipca Niemcy zorganizowali na rynku dramatyczne widowisko, gdy kazali Żydom rozbić pomnik Lenina, a nauczycielowi szkoły żydowskiej Kogutowi wygłosić przy tym antyradziecką mowę. Doszło wtedy do ekscesów ze strony miejscowych chuliganów.. .^. Rodzinę dotknęła też osobista tragedia. Mietka, którego przez wybuch wojny nie mogli posłać do szkoły, teraz matka plącząc pakowała na wyjazd do Prus, na roboty przymusowe. Miał szesnaście lat. Dla młodszych synów dziadkowie natychmiast zdobyli fałszywe metryki odmładzające każdego o dwa lata. Do lipca 1942 roku Żydzi mogli zamieszkiwać we własnych domach, musieli je jednak oznakować tak jak i odzież, którą nosili. Zabroniono im poruszać się chodnikiem, mogli chodzić tylko jezdnią. Na ulicy mogli zresztą przebywać tylko w określonych godzi- ’ Kurier Podlaski, 2019-05-04. * Leszczak Mirosław, Zagiada ludności Żydowskiej w Siemiatyczach, Studia Podlaskie tom II, 1989. 42 Jak cioteczny dziadek z Ameryki w życiu mnie ustawił nach. Zaczęły rozchodzić się wieści o bestialstwie Niemców, o upokarzaniu, maltretowaniu i mordowaniu Żydów. W czerwcu 1942 roku rozpoczęły się przygotowania do utworzenia getta. Od pierwszego sierpnia teren ogrodzono drutem kolczastym i zaczęto go zaludniać. Zapanowała straszliwa ciasnota, oprócz budynków mieszkalnych zajęto wszelkie gospodarcze, wiele osób musiało wykopać sobie ziemianki, by mieć gdzie się podziać. W getcie oprócz miejscowych umieszczono także Żydów z okolicznych miasteczek i wsi, w sumie około siedmiu tysięcy osób. Bardzo szybko pojawił się głód, wszy i choroby. W takich warunkach getto egzystowało trzy miesiące — drugiego listopada rozpoczęto jego likwidację. W przeddzień, na polecenie Amtskomisarza, rolnicy z Siemiatycz i okolicznych wsi otrzymali wezwania, aby 2 listopada 1942 roku o godzinie siódmej przybyć z furmankami na ulicę Pałacową. Wśród zawezwanych był również mój dziadek. O świcie, po otoczeniu ścisłym kordonem, żandarmi i policjanci wkroczyli do getta i przystąpili do natychmiastowego wysiedlania ludności. Doszło do buntu, wielu Żydów próbowało sforsować druty i uciec. Zginęło kilkaset osób. Jednak, jak powszechnie uważano, około trzystu Żydom ucieczka powiodła się. Po opanowaniu sytuacji sformowano pierwszy transport ludności żydowskiej na stację kolejową, część z nich wieźli na furmankach wezwani gospodarze, większość pędzono pieszo pod eskortą. W drodze wielu zastrzelono. W kolejnych dniach formowano kolejne transporty, jak się okazało, do Treblinki. Prawie wszyscy trafili od razu do komór gazowych^. Liczne akty terroru ze strony Niemców spotykały również miejscową ludność nieży-dowską, dokonywano pacyfikacji i palenia okolicznych wsi, mordowano mieszkańców. Wójcik Michał, Zemsta. Zapomniane powstania w obozach zagłady,Wydzymictwo Poznańskie, Poznań 2021. Getto w Siemiatyczach, fot. https.shtetlroutes.euplsiemiatycze-karta-dziedzictwa-kulturowego Wiesław Olszewski 43 Codziennością było zagrożenie obozami karnymi czy nawet koncentracyjnymi, również za niewywiązywanie się z nałożonych przez Niemców drakońskich kontyngentów. Dokonywano rekwizycji zwierząt gospodarskich, wzywano na tak zwane „furmanki” czyli świadczenie usług transportowych. W październiku 1943 roku zlikwidowane zostały polskie szkoły, białoruskie pozostawiono®. Uciekinierzy z getta, młodzi mężczyźni, utworzyli oddział zbrojny, który chronił większe grupy ukrywających się Żydów, ale też wymierzał sprawiedliwość tym, którzy po wyciągnięciu kosztowności wydawali Żydów Niemcom. Odnotowano w okolicy kilka takich zdarzeń. Przychodzili prosić o jedzenie, ale bywało, że i żądali terroryzując bronią. Dochodziło do aktów dywersji na przebiegającej niedaleko linii kolejowej prowadzącej na wschód, ważnej trasy zaopatrzenia frontu. Niemcy zarządzili wycięcie szerokiego pasa drzew przy torach oraz zmuszono okolicznych mieszkańców do nocnego pilnowania kolei przed „bandytami”^. Do pełnienia takich służb zobowiązany był również dziadek. Wspominał jak często dla zabawy któryś z wartowników wszczynał alarm stawiając na nogi miejscowych żandarmów. Już zimą 1943 roku dało się zauważyć pewne zmiany w zachowaniu Niemców, w Siemiatyczach zaprzestano rozbudowy Deutsche Hausu, w którym miano świętować zwycięstwo Rzeszy Niemieckiej nad Europą. Na słupach ogłoszeniowych pojawiły się plakaty informujące o zbrodni katyńskiej. Po okolicy zaczęły się rozchodzić, zasłyszane potajemnie z radia, wieści o klęsce Niemców pod Stalingradem i cofaniu się armii Hitlera. Przy zajmowanych przez władze okupacyjne obiektach zaczęto budować schrony i stanowiska obronne. Dnia 15 czerwca 1944 roku (zapamiętano tę datę, było to bowiem na zakończenie oktawy Bożego Ciała), gdy wierni z siemiatyckiego kościoła wychodzili po zakończonym nabożeństwie, usłyszeli nad głowami już znany, charakterystyczny odgłos. Ze wschodu na niskiej wysokości przeleciało kilka samolotów z charakterystycznymi niemieckimi krzyżami. Po chwili zaczęła się w powietrzu strzelanina. W krótkim czasie, w niedalekiej odległości, dymiąc spadły trzy niemieckie samoloty. Front wyraźnie się zbliżał, w drugiej połowie lipca dotarł do Bugu w okolicach Siemiatycz, niemiecka administracja cywilna opuściła teren. Działania bojowe 1944 roku odcisnęły się znaczącym piętnem w okolicy, najcięższe walki toczyły się między innymi w pobliżu Kajanki. W upalne lipcowe popołudnie „gruchnęła” po wsi wiadomość, że Niemcy palą wsie. Na horyzoncie, w niedalekiej odległości, pojawiły się słupy dymu unoszącego się wysoko pionowo do góry. Prawdopodobnie Wermacht czyścił sobie przedpole obrony. Strach było nocować w domu, ludzie kilka kolejnych nocy koczowali w polu. Drogą w kierunku Siemiatycz zaczęły przemieszczać się oddziały wojska, pancerne kolumny dotychczas stacjonujące w Puszczy Białowieskiej. Oprócz Niemców byli to też Włosi i Węgrzy. Włosi traktowani byli raczej jako internowani, Węgrzy aktywnie uczestniczyli w niszczeniu miasta. To oni, według przekazu świadków, wysadzili elektrownię, mleczarnię, młyn, fabryki kafli i wszystkie mosty na przepływającej przez miasto rzece Kamionce. * Matosiuk Mieczysław, Kurier Siemiatycki, nr 28/2005. ’ Matosiuk Mieczysław, Kurier Siemiatycki, nr 27/2005. 44 Jak cioteczny dziadek z Ameryki w życiu mnie ustawił Dla powstrzymania nacierających Rosjan i osłony wycofujących się własnych wojsk, Niemcy stworzyli linię obrony wzdłuż rzeki Bug biegnącą przy miejscowościach: Laskowsz-czyzna-Ossolin-Kajanka-Moszczona. Tuż przy zabudowaniach dziadków ustawiono stanowisko artyleryjskie. Cały manewr wycofywania się jednostek niemieckich był ubezpieczany przez pociąg pancerny stojący w rejonie stacji Siemiatycze. Ludności rozkazano opuścić przyfrontowe miejscowości. Dziadkowe z synami, tak jak większość sąsiadów, ukryła się w lesie w wykopanej wcześniej ziemiance. Spędzili w niej kilka dni słysząc nad głowami ryk rozrywających się pocisków. Jeden z sąsiadów zginął trafiony zabłąkanym odłamkiem bomby. Przeżyli w tym ziemnym dole straszne chwile. W pewnym momencie odgłosy artyleryjskich wybuchów ucichły, powoli i ostrożnie wyszli z ukrycia. Był koniec lipca, dzień piękny, słoneczny, zresztą jak całe lato tego roku. Gdy wyszli z lasu ujrzeli zboża w większości nie zżęte z wiadomych powodów, poorane były w wielu miejscach oponami pojazdów i gąsienicami czołgów, w pobliżu domostwa leżała zabita krowa, w jednym z narożników domu ogromna dziura wyrwana pociskiem artyleryjskim. Potwierdziły się uprzednie pogłoski o rozstrzeliwaniu przez Niemców pozostałych w osadach czy wsiach mieszkańców. W pobliskiej Moszczonie Królewskiej zamordowano siedem osób, które nie ukryły się w pobliskich lasach i pozostały w swoich gospodarstwach. Kolejny raz na ziemie te wkroczyła Armia Czerwona, jak się później okazało, wojska I Frontu Białoruskiego pod dowództwem Konstantego Rokossowskiego. Po pewnym czasie też wiadomym się stało, że w jednym z drewnianych domów Siemiatycz, w początkach M^ilrodze na Ziemie odzyskane, fot. NAC Wiesław Olszewski 45 sierpnia 1944 roku, ulokowało się dowództwo I Frontu Białoruskiego wraz z głównodowodzącym nim marszałkiem. W kolejnych dniach front przesunął się w rejon Mińska Mazowieckiego, pozostał szpital połowy i zaczęły się lokować jednostki zaplecza frontu: wojskowe zakłady naprawcze taboru, jednostki zaopatrzenia w paliwo i inne materiały. W połowie stycznia 1945 roku, zwłaszcza nocami, słychać było i czuło się, że ziemia drży. Pytani o powód tego Rosjanie odpowiadali: to nasze katiusze otistrzeliiouj^ V^rszawę. Jednostki radzieckie, które dotąd jeszcze stacjonowały, zaczęły opuszczać Siemiatycze ruszając na zachód, jak mówili „na Berlin”. Niektóre jednostki pozostały, jak się później okazało, były to jednostki NKWD. Rozpoczęły się rozrachunki między różnymi grupami. Likwidowano lub zmuszano do wyjazdu tych, którzy wysługiwali się okupantom z jednej strony oraz aresztowania i wywózki na Syberie z drugiej. Niemal każdej nocy ktoś tracił życie. Dochodziło do napadów na wracających nielicznych ocalałych Żydów. Niejednokrotnie zajścia te kończyły się śmiercią. Pojawiły się różnego autoramentu oddziały „leśnych”, które przeprowadzały akcje przeciw organom nowej władzy, ale zapamiętani byli też z aktów pospolitego bandytyzmu. Niejedna rodzina doznała nocnych najść, terroryzowania i rabowania. Dzisiaj, gdy upamiętniani są żołnierze wyklęci’”, u wielu żywą jest pamięć o ofiarach zbrodni dokonanych przez grupy Ponurego, Łupaszki czy Młota”. Koniec wojny był czasem, gdy radość mieszała się z niepokojem o przyszłość. Zaczęły powracać do domów dziewczęta wywiezione w czasie okupacji niemieckiej do pracy w Prusach Wschodnich. Gorzej było z chłopakami. Bowiem pochodzący z Białostocczyzny i podlegający poborowi wojskowemu młodzi mężczyźni wcieleni byli do Armii Czerwonej. Usłyszeli: ty z bieiastockoj obłasti tak ty nasz ipajtiiosz w Krasnuju Armiu. Tym sposobem do tej armii trafiło wielu mieszkańców ziemi białostockiej. Taki los spotkał mieszkańca Moszczony, Włodzimierza Bondarczuka. Trafił na front japoński, przeżył gehennę marszu przez pustynną Mandżurię. Po zwolnieniu z wojska przyjechał na Żuławy, gdzie osiedliła się już jego rodzina, był naszym sąsiadem, z Władkiem, jego synem, chodziłem do szkoły podstawowej. Mietka nie wcielono do armii, może przez stan zdrowia. Wrócił do domu w maju 1945 roku. Opowiadał, że w 1941 roku trafił, wraz z jeszcze jednym młodym Polakiem, w okolice Królewca, do niewielkiego gospodarstwa prowadzonego tradycyjnie, prace wykonywało się głównie ręcznie. Wspominał, że zborze kosili kosami, a córki gospodarza podbierały pokos i wiązały snopy. Pewnego razu Niemiec skrzyczał ich, że koszą za wolno. Zezłoszczeni zaczęli to robić bardzo szybko, wtedy dziewczyny zaczęły łamaną polszczyzną prosić ich, by zwolnili, bo one nie nadążają. Po wejściu Rosjan, do momentu sprawdzenia personaliów, trzymani byli razem z Niemcami w zalanej wodą piwnicy. Mietek do domu wrócił chory. Była to zaawansowana gruźlica, w tamtych czasach i warunkach okazała się śmiertelną. Spadła na rodzinę największa tragedia — Mietek zmarł 15 sierpnia 1945 roku, miał dwadzieścia lat. '® Kurier Podlaski 01/03/2016, Kurier Podlaski 21/06/2016. " Kurier Podlaski 13/03/2018, Kurier Podlaski 01/02/2022. 46 Jak cioteczny dziadek z Ameryki w życiu mnie ustawił Po jako takim otrząśnięciu się z traumy trzeba było zdecydować, jak dalej żyć. Mietek, zanim odszedł, namawiał rodziców do wyjazdu na ziemie poniemieckie, mówił, że za jego niewolniczą pracę się to należy. Patrząc na zniszczone wojną i tak skromne gospodarstwo zachęcał do objęcia na zachodzie większego. Przypominał ojcu swoją rozmowę z Niemcem zaraz po przybyciu do gospodarstwa: - Pytał go bauer - czym zajmuje się ojcieci^ - Jest rolnikiem - odpowiedział. - A ile ma koni ^- pytał dalej Prusak. - Jednego . - To nie jest rolnikiem! — skwitował Niemiec. Dziadek to wiedział, do końca życia głosił maksymę; jes'li Bóg chce kogoś'pokarać za ciężkie grzechy, to doje mu zawód rolnika i takie gospodarstwo, by mógł mieć tylko jednego konia. Słowa syna, plakaty zachęcające do zasiedlania Ziem Odzyskanych, rozmowy z sąsiadami zmuszały do rozważenia tej szczególnej decyzji. W placówce Państwowego Urzędu Repatriacyjnego w Bielsku Podlaskim, tak jak i innym rolnikom z okolicy, zaproponowano wyjazd do powiatu gdańskiego, na Żuławy. Wydane skierowanie numer 3330 nosi datę 30 lipca 1947 roku. Pierwszego rekonesansu dokonał dziadek sam. 4 sierpnia tegoż roku zajął wolne gospodarstwo. W tym czasie wybór był już ograniczony. Dwa wagony na przeprowadzkę dostali w drugiej połowie sierpnia na pobliskiej stacji Nurzec’^. W pośpiechu zebrali nie całkiem jeszcze dojrzałe żyto i wyruszyli. Według zaświadczenia Zarządu Gminy w Siemiatyczach do wagonu zabrali.- z inwentarza żywego: koń, trzy krowy, jałówka, cielę, cztery szt. owiec, trzy szt. s'wiń i dwadzies'cia kur, z inwentarza martwego: wóz, pług, brona, sprę:^nówka, rodło, sieczkarnia, z umeblowania: stół, cztery krzeseł, szafa, cztery łóżka z pos'cieb} i kompletne naczynia kuchenne, oraz żywnos'ć, zboże do siewu i pasza dla inwentarza^^. Po kilku dniach wagony ich dotarły do ówczesnego Nytychu — dzisiejszego Nowego Stawu, gdzie kończyła się wtedy szerokotorowa linia kolei. Sprzęty przeładowali na wagon wąskotorówki, sami z inwentarzem, bydłem uwiązanym do wozu, pojechali, miejscami wśród rozlewisk, na miejsce. Zastali stan straszny — wśród chaszczy wyższych od człowieka budynki nie tylko ogołocone z wszelkich sprzętów, ale też z wydartymi futrynami drzwi i okien. Nie tylko babcia, ale i mój wówczas dziewiętnastoletni ojciec, nie potrafili powstrzymać się od płaczu. Prawo do osiedlenia się miało potwierdzać pismo ze starostwa: Powierzam Obywatelowi tymczasowa administrację gospodarstwa rolnego po niemcu [pisownia oryginalna] Poll we wsi Książęce, gm. Nouy Dwór o obszarze 13 ha. wraz z zabudowaniami. Jednoczes'nie nakładam na obywatela obowiązek zabezpieczenia inwentarza oraz dokonania zasiewów. Zezwolenie niniejsze jako tymczasowe może być odwołane w trybie administracyjnym^^. *^ Archiwum rodzinne, List przewozowy z dn. 23/8/47. *’ Archiwum rodzinne, Zaświadczenie Zarządu Gminy w Siemiatyczach z dn. 16 VIII 1947 r. ** Archiwum rodzinne. Pismo Referatu Osiedleńczego Starostwa Powiatowego w Gdańsku z dn. 4 sierpnia 1947 r. Wiesław Olszewski 47 Nie zważając na „tymczasowość” zawartą w piśmie zabrali się do mrówczej pracy, by zapewnić sobie elementarne choć warunki życia, przygotować się do zbliżającej się zimy. Nie zdążyła skończyć się ta pierwsza ciężka, pionierska zima, gdy przyszedł cios — pismo ze starostwa: Na skutek zaistniafych okoliczności wyelzielenia na podstawie art. 7 dekretu z dnia 6.1X. 19d6r. (...) z zapasu ziemi obiektu użytkowanego przez Obywatela na mocy (...) anuluję przydział (...) na gospodarstwo użytkowane przez Obywatela (...). Od decyzji potiyższej służy Obywatelowi prawo odwołania do Urzędu Wojewódzkiego w ciągu dni Id-tu od dnia otrzymania ninie/szego pisma^^. Wymienione w piśmie „zaistniałe okoliczności” oznaczały wszczęcie procedury utworzenia gospodarstwa państwowego, późniejszego Państwowego Gospodarstwa Rolnego w Różewie, w którego skład miały wejść również nieruchomości przyznane wcześniej dziadkowi. Czy skorzystał z prawa odwołania nie wiadomo, wynik i tak byłby nietrudny do przewidzenia. Skutek przyniosła... wizyta ciotecznego dziadka Kazimierza z Detroit. Wiedza o Kazimierzu Niemyjskim w rodzinie nie była wielka. Był on od swej siostry, mojej babci, starszy o ponad dwadzieścia lat. Gdy babcia się urodziła, Kazimierz był już w Ameryce, w Detroit, wówczas jednym z największych skupisk Polonii. Zaangażował się tam, podobnie jak nieco młodszy drugi brat Wincenty, w skrajnie lewicowy polski ruch robotniczy. Wincenty pojawił się na krótko w rodzinnych progach w latach trzydziestych, w trakcie podróży do Rosji Radzieckiej. O takich wysłannikach pisał Henryk Kuroń ojciec Jacka, wtedy student Politechniki Lwowskiej: Łóżko Blatona stało pod oknem(...). Często było zajęte. O gościach wiedzieliśmy tylko tyle, że to towarzysze. Dla niektórych z nich Lwów był przystankiem do ZSRR^^. Tak jak po wielu podobnych, wszelki słuch po Wincentym zaginął. Grupa Polonii odwiedzająca Polskę w 1948 roku, na której czele stał Kazimierz Niemyj-ski, to z pewnością nie była wycieczka turystyczna ani nawet sentymentalna podróż do starej ojczyzny, miała niewątpliwie charakter ideowy i polityczny, byli podejmowani między innymi przez najwyższe władze województwa gdańskiego. Wówczas, w czasie rozwijania się najczarniejszej nocy stalinizmu, kontakty ze wspierającymi komunizm przedstawicielami zachodu, a zwłaszcza Polonii, były władzy bardzo przydatne wizerunkowe. W czasopiśmie, które wówczas zostawił, teksty gloryfikujące Stalina i stalinizm nie odbiegały mocą ideową od tych drukowanych w „Prawdzie”’^. W tych okolicznościach postanowił Kazimierz rodzinie pomóc, cofnąć nakaz wysiedlenia. Władze odmówić nie mogły, chociaż próbowały wpłynąć przez niego na rodzinę, by przeprowadziła się dobrowolnie. Obiecywali gospodarstwo większe, z nowszymi, murowanymi budynkami (zajmowane dotychczas, pochodzące z 1843 roku, były drewniane, kryte trzciną), z elektrycznością (w dotychczasowych prądu nie było) i co najważniejsze - położone przy utwardzonej drodze, zajmowane siedlisko leżało bowiem daleko od drogi bitej. Zapewniano też kompleksowy i darmowy transport. Wszystko to jednak nie skusiło *’ Archiwum rodzinne. Pismo Starosty Powiatowego w Gdańsku z dn. 9 [?] III 1948 r. '* Bikont Anna, Helena Łuczywo, Jacek, Agora SA, Warszawa 2018. '^ Polonia, Almanach i zbiór faktów, 5856 Chene Street, Detroit 11, Mich. 1946 r. 48 Jak cioteczny dziadek z Ameryki w życiu mnie ustawił dziadków do zmiany miejsca. Zbyt świeżą była zapewne trauma po poprzedniej, sprzed roku, przeprowadzce, wizja nowej jawiła się jako apokalipsa. Tu w pobliżu mieszkali krewni, rodzina Adamowiczów, dawni sąsiedzi z Podlasia: Kojtychowie, Konczerewiczowie, Bondarczukowie. Tak to, za sprawą krewnego — komunisty, gospodarstwo dziadków, a przy okazji jeszcze cztery inne, nie uległy kolektywizacji. Zdarzenie to zawarzyło na losie kolejnych pokoleń. Ja przyszedłem na świat jako pierwszy z rodziny urodzony na Żuławach, potem pojawił się brat i dwie siostry. Rośliśmy w tym sielskim otoczeniu, „daleko od szosy”. Problemy zaczęły się, gdy zaczęliśmy chodzić do szkoły. By wyglądać jak inne dzieci, do przystanku szło się w kaloszach, tam obuwie się zmieniało, a w drodze powrotnej to samo. Siła jednak tego domu rodzinnego, wśród pól położonego, była tak wielka, że kształcąc się w szkołach średnich nie chcieliśmy korzystać z internatów czy stancji, rodzeństwo wędrując po żuławskim błocie dojeżdżało do szkól w Elblągu, ja w Nowym Stawie. Po latach użytkowania przez rodziców gospodarstwo przypadło mi. Zdecydowałem się przenieść siedlisko „bliżej szosy”. Kilka lat użytkowałem jeszcze stare budynki gospodarcze, po zbudowaniu jednak kolejnego obiektu na nowym siedlisku, stare sprzedałem. Dzisiaj właścicielami jego jest małżeństwo polsko-holenderskie, gospodarz twierdzi, że wywodzi się z Mennonitów. Zabierają się za remont domu, zawdzięczają to w ogromnym stopniu mojemu ciotecznemu dziadkowi. Bez jego interwencji siedlisko to podzieliłoby los wielu innych włączonych do RGR-ów, dawno przestało by istnieć. Drogi utwardzonej nadal tam nie ma. Uratowane siedlisko w roku 2017, fot archiwum rodzinne Ryszard Rząd 49 Ryszard Rząd HISTORIE NIE TYLKO MALBORSKIE (8) KRÓTKA HISTORIA MALBORSKIEJ ULICY DŁUGIEJ I JEJ NAJBLIŻSZYCH OKOLIC Malborska ulica Kościuszki (do 1945 r. Langgase, czyli Długa) jest obecnie główną i reprezentacyjną arterią miasta. Prowadzi ze śródmieścia na wschód, do dworca kolejowego. Ma ciekawą i nomen omen długą historię, z której na potrzeby niniejszego szkicu wybrałem kilka wątków. Opisując jej dzieje nie sposób jednak pominąć historii obecnych ulic Piłsudskiego i Starościńskiej, które są z nią nierozerwalnie złączone i dają jej początek. Ulice współczesnych europejskich miast wykształciły się głównie z dawnych traktów handlowych. Podobnie było i w Malborku. W okresie średniowiecza z jego bram wybiegały dwa ważne szlaki: na południe, w stronę Sztumu i na wschód, do Elbląga. Specyficzne, wydłużone ukształtowanie zespołu miejsko-zamkowego powodowało, że po jego wschodniej, elbląskiej stronie znajdowały się dwie ważne bramy — miejska św. Ducha (Garncarska, Elbląska) i zamkowa, określana mianem Nowej. Wybiegające z nich drogi po około 300 metrach łączyły się w jeden trakt prowadzący dalej w kierunku Elbląga i dający początek późniejszej ulicy Długiej. Nieopodal tego miejsca znajdował się Młyn Mały, zwany też Dolnym. Od chwili budowy był własnością konwentu malborskiego i zawsze pracował na jego potrzeby. Nieopodal, po południowej stronie drogi, znajdował się zakonny ogród i staw rybny zwany „Karpfenteich”, pełniący też funkcje zapasowego zbiornika wody dla młyna, który w 1728 r. gruntownie przebudowano. Kolejne modernizacje i montaż nowoczesnych maszyn miały miejsce w latach 1910-37. Poziom wody spiętrzono wówczas do wysokości 2,5 m, a dzięki dwóm turbinom o mocy 50 KM mielono 12-18 ton zboża dziennie. Grunty przy drodze z zamku pozostawały niezabudowane aż do czasów nowożytnych, tj. do końca XVIII w. Tereny przed bramą miejską mają dużo ciekawszą historię. Już od 2 poł. XIV w. rozwijało się na nich osadnictwo. Z roku 1382 pochodzi pierwsza wzmianka o krzyżackim szpitalu św. Ducha znajdującym się po południowej stronie drogi (ob. ul. Piłsudskiego 9). W 1410 r. zniszczono go w trakcie oblężenia Malborka. Odbudowano jednak po kilku latach równolegle z wytyczeniem przy nim cmentarza na działce, którą odstąpił rycerz Dietrich von Legendorf. W zamian otrzymał on w 1423 r. obszar po drugiej stronie 50 Historie nie tylko małborskie drogi, przy fosie miejskiej (ob. parkingi przy ul. Sierakowskich), na którym ufundował mieszkania dla wikariuszy z zamkowych kościołów św. Wawrzyńca i św. Anny. W 1596 r. teren ów wyjęto spod jurysdykcji zamku i miasta, a jego mieszkańcom nadano prawa takie, jakie posiadał kościół katolicki. Mogli ponadto swobodnie warzyć napoje, trudnić się handlem i rzemiosłem. Przejście pod zarząd kościelny przyczyniło się też do ugruntowania nazwy dla tego terenu: Geistlichkeit (Duchowne). Z czasem biegnąca przezeń od bramy miejskiej droga przekształciła się w ulicę Świętoduską Wielką (ob. Piłsudskiego), w odróżnieniu od nieistniejącej dziś Świętoduskiej Małej, wytyczonej wzdłuż murów. W latach 40-tych XVII w. wzmiankowany obszar trafił w ręce malborskich jezuitów. Jego mieszkańcy zachowali poprzednie przywileje, w tym pozwolenie na warzenie własnego piwa, co budziło ostry sprzeciw ze strony luterańskich władz miejskich. Pamiętać bowiem należy, że zgodnie z krzyżackim przywilejem nikt, poza mieszczanami, nie mógł produkować tego napitku w obrębie jednej mili od murów miejskich. Dochodziło zatem do dewastacji budynków jezuickiego browaru. W kwietniu 1650 roku „uyrobnicy przemocą wkroczywszy cio ogrodu Rezydenci, siłą loyrywając zamek piwnicy, tłumnie wtargnęłi do tey piwnicy, gdzie rozbiwszy beczki cz^sc piwa wyłałi na ziemię, częs'ć jak się spodobało wypiłi, pozostałe w beczce, wiejskim krzykiem i śpiewami napełniając płace i ułice, przebiegłe zanieśłi do Burmistrza”. Kilka miesięcy później jeden ze strzegących piwniczki braci zakonnych, „aby innym oddać posługę miłości, zszedł po piwo do piwnicy, w której pieniło się świeże, tam upadł Brama (A) i Szpital (B) tw. Ducha, Mfyn Mafy (C) i Brama Nowa (D) na fragmencie rysunkowtj rekonstrukcji iredniowieczne-go miasta i zamku, W Dobisch, 1924 r. Ryszard Rząd 51 zduszony sik} oparów (...). Wielu starało się wydobyć go stamtąd, z narażeniem życia nawet, lecz na próżno”. Na przełomie XVI i XVII w, luźną zabudową objęte były wszystkie tereny na południe i wschód od miasta. Na szwedzkim planie z roku 1629 możemy dostrzec już tam zarysy współczesnych placów i ulic. Obszar ten otoczono wówczas wałem ziemnym z fosą i jedenastoma szańcami. Na wylocie drogi do Elbląga (w połowie późniejszej ulicy Długiej) znajdowała się brama z mostem, a tuż za nim, przy rozwidleniu dróg, karczma. W lutym 1656 r. Malbork został ponownie zajęty przez wojska szwedzkie, które natychmiast przystąpiły do ponownego fortyfikowania miasta. Tym razem sięgnięto jednak do wzorców holenderskich, rozebrano stare szańce i wykonano nowe, w bezpośredniej bliskości średniowiecznych murów. Zasypano też część fos, a kanał Młynówki skierowano do nowego koryta, opływającego nowy bastion przy ob. ul. Sierakowskich. Szwedzki plan dokumentujący oblężenie w 1656 r. ukazuje m.in. stanowisko baterii armat ostrzeliwujących zamkową Bramę Nową z terenu ogrodów przy obecnej ul. Kościuszki 54-55. W latach 1839 i 1878-83 zniwelowano wspomniane wyżej umocnienia ziemne, zasypano resztki fos, na miejscu których wytyczono ulice. W połowie XIX w. pojawił się nowy impuls do rozwoju Malborka. Rozpoczęto bowiem prace przy budowie Kolei Wschodniej łączącej Berlin z Królewcem. Gdy w latach 1852-57, około 800 m na wschód od miasta i zamku, powstał dworzec kolejowy, nowego znaczenia nabrała też prowadząca doń droga Plan rekonstrukcyjny okolic zamku i miasta w średniowieczu z zaznaczeniem przybliżonego obszaru kościelnego, R. v. Gayl, 1855 r. 52 Historie nie tylko malborskie Malbork na szwedzkim planie O.H. ómehufintda z 1629 r. z zaznaczeniem współczesnych ulic „Świński rynek" istniejĄcy do ok. 1910 r. na styku ob. ul. Piłsudskiego, Piastowski^ i Kolciuszki. W tle zabudowania Młyna Małego, 1906 r. Ryszard Rząd 53 - część traktu drogowego do Elbląga i dalej w głąb Prus Wschodnich. Bardzo szybko przekształcił się on w ulicę nazwaną niebawem Długą (Langgasse). W miejsce stojących przy niej pojedynczych, niewielkich drewnianych domów i willi pojawiać się zaczęły kamienice mieszkalno-handlowe. Ulica bardzo szybko awansowała do roli najważniejszej i reprezentacyjnej miejskiej arterii komunikacyjnej. Umieszczono przy niej szereg interesujących sklepów i punktów usługowych. Poniższe zestawienie powinno oddać jej charakter w latach 30-tych i 40-tych XX w. (numeracja kamienic obowiązuje do dnia dzisiejszego). Po stronie południowej, od rogu z Am Miihlengraben (ob. Mickiewicza), znajdowały się m.in.: - nr 1: hotel „Kónig von Preufien”. Po raz pierwszy wzmiankowany w 1891 r. Jego fasadę, opracowaną na kształt neorenesansowej kamienicy mieszczańskiej, zdobiła m.in. niewielka figurka króla Prus Fryderyka II (kopia pomnika z Przedzamcza), ustawiona we wnęce na drugim piętrze. Jako obiekt o najwyższym w Malborku standardzie, dysponował 44 pokojami z łazienkami, salą bankietową dla 150 osób i własnymi dorożkami przy dworcu. W tzw. Czerwonym Pokoju jadały obiady znane miejscowe osobistości: konserwatorzy zamku Konrad Steinbrecht i Bernhard Schmid, dowództwo garnizonu, landraci, sędziowie etc. W 1920 r. w hotelu umieszczono biura Międzynarodowej Komisji Alianckiej nadzorującej przebieg plebiscytu. W jej składzie był m.in. nuncjusz apostolski w Polsce, biskup Achilles Ratti - przyszły papież Pius XI. Hotel spłonął doszczętnie w czasie II wojny światowej. W latach 60-tych na jego miejscu powstał dom towarowy „Jurand”. - nr 6: kamienica o najlepszej w mieście secesyjnej dekoracji sztukatorskiej zbliżonej do wzorów berlińskich. Wzniesiona około roku 1906 przez mistrza budowlanego Karla Hotel„Kónig von Preu^en”, lata 30-teXXw. 54 Historie nic tylko malborskic Kleina, który już od blisko dziesięciu lat prowadził prace przy odbudowie zespołu zamkowego. Był także bardzo aktywny społecznie. Działał w radzie miejskiej i zarządzie Izby Rzemieślniczej w Malborku. Należał do loży masońskiej i Bractwa Strzeleckiego. Przyczynił się też do powstania w mieście Klubu Wioślarskiego. - nr 9: sklep meblowy Hugo Friesego oferujący gotowe sypialnie, jadalnie, kuchnie, wyposażenie pokoi gościnnych i dziecięcych oraz dywany. - nr 13-14: rzeźnia i sklep Maxa Baehra. W 1928 r. ich właściciel, jeden z członków znanej malbor-skiej rodziny kupców mięsnych, przebudował znajdujący się tu skromny dom z połowy XIX w. i otworzył nowy, wielki sklep z rzeźnią na zapleczu. Kamienica i sklep Maxa Baehra, 1930 r. Firma zatrudniała 50 osób, z czego większość mieszkała na miejscu, w niewielkim hoteliku na trzecim piętrze zakładu. W ciągu tygodnia ubijano tu około 200 świń, 20 krów, 100 cieląt, baranów i owiec. Rzeźnia była jedną z najlepszych w okolicy. Swoje produkty dostarczała m.in. do Berlina. Kamienica ze sklepem została zniszczona w czasie wojny. Do 1999 r. na jej miejscu funkcjonował pawilon handlowy „Dom chleba”. Kilka lat wcześniej pracę zakończył też niewielki zakład masarski, pozostałość dawnej rzeźni. W 2010 r. na ich miejscu powstała „Galeria Malborska”. Dawny „Zitzlaff-Ecke” na fotografii z lat 50-tych XX w. 55 Ryszard Rząd Langgasse, ok. 1932 r. Hotel „Zbyszko" (dawny „Nordischer Hof“), ok. 1965 r. 56 Historie nic tylko malborskic - nr 21: zachowana do dziś trzykondygnacyjna kamienica, jedna z ciekawszych, z bonio-wanymi niegdyś arkadami przyziemia i ceglaną elewacją zdobioną płycinami ze sztukaterią flo-rystyczną. W okresie międzywojennym istniał tu sklep warzywno-owocowy Hansa Tischnera i zakład fryzjerski Viktora Dohnerta (Dona-iskiego). Dziś na jej parterze dalej pracują fryzjerzy. - nr 25: Spółdzielnia Rolniczo-Handlowa „Raiffeisen-Handelsgenossenschaft eGmbH”. Mieściła się tu również placówka Stowarzyszenia Buchalterii Ziemskiej oraz mieszkanie ostatniego dyrektora fabryki maszyn rolniczych, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Po przejęciu władzy przez nazistów ulokowa- Hotel „WeiJ?es Lamm", ok. 1930 r. no tu zarząd powiatowy „NS-Frauenschaft”, organizacji kobiecej będącej przybudówką NSDAP i po cichu, szyderczo nazywanej „narodowosocjalistyczną brygadą żylaków”. Od 1990 r. istnieje tu restauracja i kawiarnia „Przystanek Patrzałkowie”. - nr 27: „Zitzlaff-Ecke”. Nazwę dał mu umiejscowiony tam wielki dom towarowy Reinholda Zitzlaffa oferujący przede wszystkim artykuły spożywcze, alkohole i wyroby tytoniowe. Budynek, mieszczący po wojnie „Wiejski Dom Towarowy”, przetrwał do początku lat 80-tych, kiedy to zburzono go w związku z budową Alei Rodła. Na „winklu Zitzlaffa” ulica Długa kończyła swój bieg. Stykała się tu z ulicą Hindenburga (ob. Sikorskiego) i Dworcową, która po kilkuset metrach przechodziła w wylotową z miasta, Elbląską (ob. Al. Wojska Polskiego). Skrzyżowanie to przecinały też tory kolejki wąskotorowej prowadzącej od mostu na Nogacie do cukrowni. Zawracając w stronę zamku, po północnej stronie ulicy, przechodzilibyśmy obok takich obiektów jak: - hotel „Nordischer Hof” (nr 43). Otwarto go w 1924 r. po gruntownej przebudowie i modernizacji wcześniejszego hoteliku o nazwie „Stadt Elbing”. Dzięki temu mógł przyjąć ponad 50 osób, stając się największym hotelem w mieście, dysponującym m.in. kilkunastoma garażami, własną łaźnią i stacją benzynową w podwórku. Do jego restauracji zaglądali też często miejscowi amatorzy piwa bawarskiego. Tylko tu można było bowiem wypić „Miinchener Lówenbrau”. Hotel przetrwał wojnę i działał dalej pod nazwą „Zbyszko”. W latach 70-tych przebudowano go, niszcząc dekoracyjną fasadę. W 2008 r. zaprzestał działalności. - pensjonat z restauracją „Marienburg” (nr 44). W okresie międzywojennym budynek mieścił też firmę transportową zajmującą się spedycją produktów malborskiej mleczarni „Ostdeutsche Dauermilchwerke”. W czasie ostatniej wojny zakwaterowano tu batalion „Landschiitzu” (obrony cywilnej). - willa znanej malborskiej rodziny Flatauerów (nr 54). Obecnie siedziba Muzeum Miasta Malborka. Ryszard Rząd 57 - hotel „WeiEes Lamm” (nr 55). Pierwsza wzmianka o nim pochodzi z 1905 r. Szczycił się „wyborną kuchnią, markowymi winami, piwem monachijskim i królewieckim, pierwszorzędnymi pokojami, centralnym ogrzewaniem, kręgielnią, trzema garażami, wygodnym dojazdem”. Mógł przyjąć 20 gości. Od 1948 r. do końca lat 80-tych mieściła się tu Komenda Miejska Milicji Obywatelskiej. W 1992 r. budynek został zburzony. Na jego miejscu znajduje się parking. - kino „Capitol” (nr 57) powstałe w 1933 r. i należące do Wilhelma Kollmera (Kollekow-skiego). W latach 40-tych był on także właścicielem drugiego malborskiego kina, „Union--Theater” na Starym Mieście. „Kapitol” ocalał z pożogi wojennej i natychmiast wznowił działalność (pod starą nazwą!). Funkcjonował do lat 90-tych, by pod koniec 2008 r. ulec buldożerom. Działka po nim do dziś jest pusta. Kino „Capitol”i dawny „Persiluhr”, ok. 1950 r. - biuro malborskiego oddziału fabryki papy Johannesa Schierlinga (nr 59), na miejscu którego znajduje się dziś restauracja „McDonald s”. Na ulicy, przed „Capitolem”, stał tak zwany „Persiluhr” - podświetlany zegar z reklamą tego proszku do prania. Zegar przetrwał II wojnę światową. Zburzono go w latach 60-tych zastępując „ażurową formą plastyczną”. We wrześniu 2010 r. na nowo zaaranżowanym skwerze odsłonięto pomnik króla Kazimierza Jagiellończyka, a dwa lata później nieopodal uruchomiono fontannę. W styczniu 1945 r. Langgasse była świadkiem ciężkich walk pomiędzy atakującymi zamek wojskami radzieckimi a broniącą go załogą niemiecką. Jeden z głównych kierunków ataku wyznaczono bowiem właśnie ulicą Długą. To po niej, 26 stycznia wieczorem, ruszyła od dworca kolumna sześciu radzieckich czołgów „Sherman” M4.A2 z 116 Brygady Pancernej. Wszystkie spłonęły nieopodal zamku. W trakcie kilkudniowych walk zniszczeniu uległa spora część zabudowy ulicy. Jednym z nielicznych nietkniętych budynków stała się tzw. willa Flatauerów. O niej i o jej właścicielach — w następnej opowieści. 58 Co czytali „ojcowie założyciele” Nowego Dworu Gdańskiego? Radosław Kubuś Co czytali „ojcowie założyciele” Nowego Dworu Gdańskiego? Kilka słów o Loitzacłi i ich księgozbiorze Powszechnie przyjmuje się, że początki Nowego Dworu Gdańskiego związane są z rodziną Loitzów. Nazywani również „Fuggerami Północy”, Loitzowie osiągnęli w XVI wieku krótkotrwały, aczkolwiek spektakularny sukces. Co wiemy o rodzinie Loitzów? Co łączy ich z początkami Nowego Dworu Gdańskiego? Przede wszystkim zaś, co wiemy o zgromadzonym przez nich księgozbiorze i jego dalszych losach? Niniejszy tekst stanowi próbę odpowiedzi na tak postawione pytania. Pochodzenie rodziny Loitz nie jest do końca jasne. Jedni przypisywali im korzenie chłopskie, inni natomiast widzieli w nich potomków szlachty z prominentnego rodu Lo-etzów z Greifswaldu. Najprawdopodobniej jednak ród szczecińskich bankierów wywodził się z drobnej rodziny rycerskiej Loysin (Loytzin, Loytz) osiadłej już w II połowie XIII w. we wsi Loitzin (dziś Łojszyno)’. Od roku 1433 rodzina ta pojawia się w Szczecinie. Na przełomie XV i XVI wieku Hans Loitz założył w mieście przedsiębiorstwo zajmujące się handlem śledziami. W 1509 roku został rajcą, a następnie w latach 20. i 30. XVI wieku pełnił urząd burmistrza Szczecina. Ze związku zawartego w 1497 roku z Anną Glieneke, córką burmistrza miasta Neubrandenburg, doczekał się siedmiorga dzieci, w tym czterech synów, tj. Michaela, Simona, Stefana, Hansa. Synowie znacznie rozszerzyli działalność ojca rozwijając firmę handlową oraz zakładając Dom Bankowy. Przydatna do tego okazała się umiejętnie prowadzona polityka matrymonialna. Otóż w 1528 roku najstarszy syn Hansa — Michael - poślubił Cordulę Feldstete, córkę wpływowego gdańskiego kupca Rainholda Feldstete, z kolei Simon Loitz w roku 1539 poślubił jej siostrę, tj. Christine Feldstete. Zawarte małżeństwa pozwoliły Loitzom w 1528 roku założyć i przez kolejne lata prowadzić filię rodzinnego przedsiębiorstwa w Gdańsku, co otworzyło nowe perspektywy rozwoju. Stephan Loitz w latach 50. XVI wieku poślubił pochodzącą z Liineburga mieszczkę Beate von Dassel, co umożliwiło Loitzom założenie placówki handlowej również w tym mieście. Jeżeli chodzi o najmłodszego z braci (Hansa), to w roku 1542 zawarł on związek małżeński z przedstawicielką pomorskiej szlachty — Elisabeth von der Osten^. Rodzinna firma Loitzów specjalizowała się przede wszystkim w imporcie i eksporcie surowców takich jak: ryby (głównie śledzie), sól, zboże oraz wszelkie inne artykuły spożywcze. Częściowo handlowali także metalami oraz ałunem. Ponadto firma Loitzów dostarczała na dwory w Szczecinie, Berlinie i Krakowie zarówno ekskluzywne tkaniny, jak również * E. Rymar, Rycerskie (?) pochodzenie szczecińskiego i gdańskiego rodu kupiecko-hankierskiego Loitzów, „Mieszczanie, wasale, zakonnicy. Studia z dziejów średniowiecza”, nr 10, 2004, s. 201—202. G. Simonini, Archiohestande der Kaufinannhankiersfamilie Loitz. Stand und Perspektioen der Forschung [in.] Geld, Prestige, Yerantwortung. Bankiers und Banken ols Akteure im wirtschafilichen, politischen und kulturellen Netzwerk im (Nordost-) Europa des 16. - 20. Jahrunderts, Hrsg. von D. Feest, A. Lipińska, A. Pufelska, Kieł 2020, S. 332—335. Radosław Kubuś 59 materiały budowlane, wino, artykuły spożywcze, a także wyszukaną biżuterię, dzieła sztuki, a nawet egzotyczne zwierzęta. Jeżeli chodzi o te ostatnie, to w roku 1546 Zygmunt II August otrzymał od braci Michaela i Simona prezent w postaci sprowadzonego z Afryki lwiątka. Z kolei w dwa lata później bracia sprzedali kolejnego lwa arcyksięciu Ferdynandowi II Habsburgowi^. Poza handlem Loitzowie zajmowali się też działalnością bankową, w tym głównie udzielaniem pożyczek. Wierzycielem Loitzów był m.in. król Zygmunt II August, a także dwory Danii oraz Brandenburgii^. Generalnie Loitzowie prowadzili interesy z wieloma władcami ówczesnej Europy, tj. cesarzem Rzeszy, królami Szwecji (Gustavem I Wazą i Erykiem XIV), władcami Danii (Chrystianem II, Fryderykiem II), władcą Rzeczpospolitej (Zygmuntem II Augustem), elektorem brandenburskim Joachimem II, książętami pomorskimi (Barnimem IX, Filipem I, Janem Fryderykiem) oraz księciem Albrechtem Hohenzollernem. Z innych prominentów wskazać można jeszcze na arcybiskupa ryskiego Wilhelma Hohenzollerna oraz prymasa Jakuba Uchańskiego^, Ostatecznie działalność kredytowa Loitzów przyczyniła się do spektakularnego upadku ich potęgi, który nastąpił w roku 1572. Jedną z głównym przyczyn bankructwa Loitzów była śmierć ich głównego wierzyciela, Zygmunta II Augusta. Po śmierci króla sejm Rzeczpospolitej uznał, że dług zaciągnięty przez władcę na ponad 200 tysięcy talarów był jego prywatnym zobowiązaniem, którego państwo polskie nie ma obowiązku spłacać. Upadek potężnego domu kupiecko-bankierskiego sprawił, że ludzie (głównie pomorskie rycerstwo), którzy ulokowali tam wszystkie swoje kosztowności, z dnia na dzień stali się bankrutami. W tej sytuacji nie pozostawało im nic innego, jak odebrać sobie życie, o czym zaświadcza choćby przypadek Jakuba Zitzewitza^. Ostatnimi posiadłościami utraconymi przez Loitzów po bankructwie były dobra ekonomii nowodworskiej na czele z wybudowanym w Nowym Dworze Gdańskim (Tiegenhojj zamkiem. Dobra ziemskie na Żuławach trafiły do rodziny Loitzów za pośrednictwem rodziny Feldstete. Otrzymał je od króla polskiego Rudolf (Rolof) Feldstete, ojciec wspomnianego już Reinholda. Od roku 1455 był on gdańskim ławnikiem, a od roku 1457 miejskim rajcą. Poza działalnością handlową oraz odbywanymi w imieniu Gdańska misjami dyplomatycznymi, Rudolf prowadził liczne transakcje handlowe i finansowe z polskim władcą Kazimierzem Jagiellończykiem (m.in. udzielił władcy wsparcia finansowego w czasie wojny trzynastoletniej). Zaowocowało to tym, że po wojnie trzynastoletniej otrzymał on od króla w zastaw wieś Ladekopp oraz inne żuławskie wioski. Po śmierci Rudolfa ziemie te otrzymał Reinhold Feldstete. Na skutek zaś małżeństwa córek Reinholda z synami Hansa Loitza, ziemie te ostatecznie trafiły w posiadanie szczecińsko-gdańskiego rodu kupiecko-bankier-skiego^. ’ Ibidem, S. 341-342. * H. Jaeger, Loitz, [w:] Neue Deutsche Biografie, T. XV, s. 141-142. ’ A. Lipińska, Fugger des Nordens? Die Kdufinanns- und Bankiersfiimilie Loitz ais LCuns^rderer und Yermittler im wirtscha-filich-kultureden Netzwerk des Nord- und Ostseegebiets, [in.] Die maritime Stadt — Hafinstadte an der Ostsee vom Mittelalter his in die Gegenwart. Beitrage der 21. Tagung des Arheitskreises deutscher undpolnischer Kunsthistoriker und Denkmalffieger in Gdańsk 18-21 Septemher 2013, hrsg. T. Torbus, K.A. Wojtczak, Warszawa 2017, s. 234. * H. Neuschafter, Der Zusammenhruch des Handelshauses Loitz im Ostseeraum, „Ostdeutsche Gedenktage”, 1997, S. 286. 7 Obszernie na temat genealogii rodziny Feldstete zob. Patrizier, Burger, Einwohner der Freien und Hansestadt Danzig in Stamm- und Namentafeln vom Id.—18. Jahrhundert, gesammelt von D. Weichbrodt geb. v. Tiedemann, Bd. 1, s. 166. 60 Co czytali „ojcowie założyciele” Nowego Dworu Gdańskiego? Loitzowie systematycznie powiększali obszar swojej jurysdykcji głównie dzięki temu, że w latach 60, XVI wieku sprowadzili na zarządzane przez siebie żuławskie tereny mennoni-tów, powierzając im misję osuszenia podmokłych terenów®. Między innymi w dokumencie z 1569 roku król Zygmunt August mówi o będących w posiadaniu rodziny Loitz wsiach AltendorfF i NeuendorfF („in bona nostra AltendorfF & Neuendorff quas Loisy a nobis tenent”)’. Generalnie do 1617 r. mennonici osiedlili się w ośmiu wsiach dzierżawy nowodworskiej i niedźwiedzickiej’°. Zapewne rosnące z tego tytułu przychody sprawiły, że Loitzowie zaczęli coraz poważniej rozważać opcję stworzenia na Żuławach swojej siedziby rodowej. Niestety bardzo niewiele wiadomo na temat budowy przez Loitzów zamku, który dał początek Nowemu Dworowi Gdańskiemu. Znana jest wyłącznie data jego budowy i zarazem powstania, tj. rok 1570. Informacja o dacie budowy nowodworskiego zamku pojawia się po raz pierwszy w pracy Dionisowa Runawa poświęconej opisowi wojny trzynastoletniej". Ponadto występuje także w innych źródłach, między innymi przechowywanych w dziale rękopisów PAN Biblioteki Gdańskiej. W jednym z takich rękopisów zachował się wykaz miast, zamków i wsi w Prusach z uwzględnieniem regionu i daty powstania. W wykazie tym znajduje się zapis „Tiegenhoff SchloE von Loisen gebauet”, gdzie jako datę budowy zamku wskazuje się na rok 1570". Niestety bliższe okoliczności jego budowy nie są jasne. Wiadomo, że zamek zbudowano na wzór niderlandzki jako wzorowe gospodarstwo z holenderskimi krowami, ogrodem oraz budynkami gospodarczymi. Określany zamkiem dwór był konstrukcją murowaną i składał się zarówno z budynków mieszkalnych jak i ad- * P. J. Klassen, Menonid w Polsce i Prusach w XVI—XX wieku, Toruń 2016, s. 32; Lustracja województw Malhorskiego i Chełmińskiego 1565, wyd. S. Hoszowski, Gdańsk 1961, s. 86; Lustracja województw Malhorskiego i Chełmińskiego 1570, wyd. S. Hoszowski, Gdańsk 1962, s. 53—54. ’ Archiwum Państwowe w Gdańsku 300,2/569, k. 1. '® W. Zawadzki, Żuławy Malhorskie i Elhląskie 1772-1945- Perspektywa społeczno-religijna, Pelplin 2021, s. 25, 107. " A. Hartwichs, Geographisch=Historische Landes-Beschreihung derer dreyen im Polnischen Preujien liegenden Werdem/ ais des Dantziger-Elhing= undMarienhurgischen..., Kónigsherg 1722, S. 23. “ PAN BG Ms. 1432 IV, s. 244. 11 1. Wzmianka dotyczcfca Nowego Dworu Gdańskiego z ksifgi rachunkowej Loitzów z 1577 roku. Źródło: APG II 2. Wzmianka z ksifgi rachunkowej Loitzów z 1577 roku dotycząca informacji o pochówku Reinholda Eeldstete w Luhiesze-wie. Źródło; APG Radosław Kubuś 61 ministracyjnych’^. Co interesujące, w księgach rachunkowych Loitzów nazwa „TugenhofF’ pojawia się dopiero w 1577 roku (II. 1). W księdze rachunkowej z roku 1570 nie ma żadnej wzmianki na temat Nowego Dworu Gdańskiego, a tym bardziej tamtejszego zamku. Kilkukrotnie za to występuje miejscowość Lubieszewo (Loilekopffi. Między innymi pod datą 1570 pojawiają się wydatki przeznaczone na medykamenty dla — zapewne chorego — konia z tej miejscowości, co może świadczyć o tym, że to w Lubieszewie mieściła się główna siedziba Loitzów (wraz ze stajnią), zanim wybudowali oni nowodworski zamek. Jeszcze bardziej na rzecz tej hipotezy przemawia fakt, że w księdze rachunkowej z roku 1577 wskazano na Lubieszewo jako miejsce pochówku Reinholda Feldstete (II. 2). W roku 1579 na zamku nowodworskim zmarł Hans młodszy, który przejął rodzinne przedsiębiorstwo po śmierci Michaela i Simona. W tym czasie przed zamkiem odbywały się protesty wierzycieli. Stopniowo żuławskie dobra ziemskie przechodziły jako forma rekompensaty na ich rzecz. Zamek nowodworski w tym czasie pozostawał nadal przy wdowie ” A. Steiniger, Geschichte der Okonomie Tiegenhof. Eine siedlungsgeschichtliche Untersuchung, Danzig [b.r.w.], S. 44. II. 3. Epitafium Michaela Loitza, jego żony Korduli Feldstete i ich dzieci. Źródło: https://gdansk.gedanopedia.pl/gdanskFtitle-=ŁAWA_MIEJSKA 62 Co czytali „ojcowie założyciele” Nowego Dworu Gdańskiego? po Hansie młodszym dzięki temu, że został on zapisany kobiecie przez męża jako oprawa wdowia (Witwensitz). Prawo do nowodworskiej warowni rościł sobie w tym czasie Ernest Wejher. Jego działania podjęte w 1579 roku na rzecz całkowitego przejęcia zamku zakończyły się chwilowym niepowodzeniem. Na mocy ugody królewskiej z 1579 roku Stepha-nowi Loitzowi przebywającemu na zamku od września 1579 roku pozostawiono izbę i komorę oraz przyznano prawo do utrzymania skryby i dwóch służących, a także czterech koni z dochodów majątku. Już jednak w roku 1580 udało się Ernestowi Wejherowi wypędzić Loitzów z zamku i doprowadzić tym samym w roku 1581 to jego całkowitego przejęcia’^. Ślady po czasach świetności szczecińsko-gdańskiego rodu kupiecko-bankierskiego, mimo upływu setek lat, nadal pozostają obecne w pomorskim krajobrazie, o czym świadczy choćby zachowane w gdańskim kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny epitafium Michaela Loitza (II. 3). O predylekcjach kolekcjonerskich odzwierciedlających rodowe aspiracje Loitzów świadczy także zgromadzony przez nich księgozbiór. W sumie liczył on 766 prac, z czego 255 miało charakter teologiczny, 128 prawniczy, 67 filologiczny, 63 historyczny, 49 medyczny, 48 filozoficzny, 37 matematyczny, z kolei reszta, tj. 119 pozycji, podejmowała zagadnienia z zakresu przyrodoznawstwa, rolnictwa, architektury oraz wielu innych dyscyplin’^. W roku 1660 Heinrich Loitz, absolwent gimnazjum elbląskiego, zapisał w testamencie na rzecz biblioteki część księgozbioru należącego do swego ojca i stryja, tj. Stephana i Simona Loitzów, który to zapis obejmował około 400 woluminów’^. Do dziś zachowało ’* J. Papritz, Dos Handelshaus iier Loitz zu Stettin, Danzig undLiineburg, „Baltischc Studien”, Bd. 44, 1957, s. 90-94; Groth A., Loitzowic, [w:] SBPN, t. III, Gdańsk 1997. s. 78—79. ” K. Podlaszewska, Prywatne biblioteki mieszczan elbląskich w XVI i wpierwsztj połowie XVII wieku, [w:] Studia o bibliotekach i zbiorach polskich, t. 5, Toruń 1993, s. 50. ** M. Pawlak, Dzieje gimnazjum elbląskiego w latach 1535-1772, Olsztyn 1972, s. 169—170; Idem, Szkolnictwo i oświata w 11 3 Rfkopiśmienne ekslibrisy Simona i Stephana Loitzów. Źródło: Biblioteka Elbląska (wykonała Ewa Chlebus) Radosław Kubuś 63 się mniej więcej 65% tego księgozbioru (ponad 260 pozycji)’7. Obecnie przechowywany jest on w zbiorach specjalnych Biblioteki Elbląskiej im. C. Norwida. Księgi te posiadają rękopiśmienny ekslibris, umieszczany przeważnie na karcie tytułowej (II. 4). Na większości dzieł z księgozbioru Simona Loitza zachowały się ponadto sygnatury, co wskazuje na to, że była to kolekcja zinwentaryzowana. Jak dotąd brakowało jednak inwentarza tej kolekcji. Dopiero w ostatnim czasie na światło dzienne wydobyła go Aleksandra Girsztowt. Wkrótce w ramach publikacji pokonferencyjnej poświęconej Loitzom ukaże się tekst gdańskiej badaczki, w którym ów inwentarz zostanie szeroko omówiony. Wśród prac przekazanych bibliotece przez Heinricha Loitza dominowały te o tematyce teologicznej i humanistycznej, co każę przypuszczać, że przekazane w darze książki były odpowiedzią na zapotrzebowanie ze strony Gimnazjum Akademickiego w Elblągu. Niemniej jednak poza dziełami o tematyce teologicznej i humanistycznej (filologicznej) znalazły się tam także prace podejmujące zagadnienia z zakresu matematyki oraz medycyny. Wśród tych ostatnich daje się wskazać choćby dzieła Johannesa Langiusa — Medicinaltum epistolarum miscellanea (Bazylea 1560); Otto Brunfelsiusa — Theses seu communes loci totius ret Me-dtcae e/e usuphermacorum (Strasburg 1532), czy Leonarda Botallo — De euran^its uulneribus iclopetorum (Lejda 1560)”’. W spuściźnie Loitzów, którą Heinrich przekazał na rzecz biblioteki, znajdował się również pokaźny zbiór ponad 40 poloników. Należał do nich m.in. wymierzony w arian druk Piotra Skargi pt. Zawstytlzenie arianow y utyzutante ćio pokuty t wiary chrześcijańskiej (Kraków 1604), a z drugiej strony dzieło teologiczne ideowego przywódcy braci polskich, Fausta Socyna Praelectiones Theologicae, (Raków 1609). Poza tym można tu także wskazać na dzieło autorstwa Walentego Smalca (Velentinus Smalcius) zatytułowane De diuinitate Jesu Christi (Raków 1608), czy pracę Samuela Huberna pt. Gegensatz der Lutherischen und Ca-loinischen oder Zwinglianischen Lehre, (Królewiec 1592)*^. Za pośrednictwem Loitzów otrzymała również elbląska łibraria kilka druków regionalnych, m.in. rozprawkę znanego pruskiego kartografa, Kaspra Hennenberga Kurtze und wahrhafiige Beschreihung des Landes Preussen (Królewiec 1584) oraz Kurtze und einselti-ge Beschreihung alle Hohemeister Deutsches Ordens (Królewiec 1584), a przede wszystkim wspominany już, niezbyt oryginalny, opis wojny trzynastoletniej Historie und einseltige Beschreihung des grossen dreizehnfertigten Krieges in Preussen, tczewskiego proboszcza Dionizego Runaua^®. Ponadto wśród innych prac można też wskazać na dwie rozprawki Joachima Hanffa, tj. In P Yirgilii Maronis priores t^uattuor lihros Aeneidas praelectiones (Gdańsk 1611) i In Homeri t^uattuorpriores lihros Iliados...praelectiones (Gdańsk 1612), pracę Piotra Mosella-na Tahulae in schemata er tropes...in Rhetorica Philippi Melanchtonis, in Copiam duplicem okresie baroku i oświecenia, [w:] Historia ElbiĄga, t. 2, cz. 2 (1626-1772), (red.) A. Groth, Gdańsk 1997, s. 175 K. Podlaszewska, op. cit., s. 50. *’ J. Sekulski, Biblioteka Gimnazjum Elbląskiego (1601-1781), Gdańsk-Elbląg 1981 (praca doktorska napisana pod kierunkiem prof. dr. Karola Głombiowskiego w Zakładzie Nauki o Książce Uniwersytetu Gadańskiego), Gdańsk 1981, s. 99-104. Ibidem, s. 122. Ibidem, s. 123. 64 Co czytali „ojcowie założyciele” Nowego Dworu Gdańskiego? Erasmi Rotter^iami (Kraków 1537), a także traktujące o metodzie naukowej dzieło Jana Stena z Luneburga Corisilia expećitfa Jbrmaneii iui/icium er methodum in proeciputs cioctrinis expeeiita formaneii ttu/icium er methoćium inpraecipuis eioctrinis seeularibus (Gdańsk 1567)^’. Przytoczone w tekście przykłady stanowią dowód na to, jak ważną rolę w dziejach nie tylko Nowego Dworu Gdańskiego, Pomorza, Rzeczpospolitej, ale także całej Europy odgrywała rodzina Loitzów w XVI wieku. Ówczesna działalność „Fuggerów Północy” była tak rozległa, że dokumenty ich dotyczące rozsiane są po archiwach i bibliotekach wielu europejskich, a nawet pozaeuropejskich państw. Do dziś nie udało się badaczom dokładnie ustalić jak rozległe były wpływy tej rodziny. O potędze Loitzów świadczą po dziś dzień zachowane w krajobrazie Pomorza zabytki z nimi związane. Wymownie świadczy o tym także zachowany w murach Biblioteki Elbląskiej bogaty księgozbiór podarowany elbląskiej librari przez Heinricha Lotza w 1660 roku, który jak w soczewce umożliwia nam wgląd w to, jak rozległe były zainteresowania przedstawicieli tej rodziny. Kolekcjonerskie inklinacje Loitzów oraz pieczołowitość, z jaką dbali o swój księgozbiór, pozwalają widzieć w nich prekursorów tego, co w XVII i XVIII wieku będzie święcić swój triumf, a co Krzysztof Pomian określił mianem „kultury ciekawości”^^. ^* Ibidem. “ K. Pomian, Zbieracze i osobliwości. Paryż-Wenecja XVJ-XVT/I wiek, Lublin 2001, s. 67—88. MAŁA WIEŚ o WIELKIEJ HISTORII. Sztutowo w cieniu Stuttkofu /Snen/it fragmenr ni,jpy ^ 1600 r 66 Mała wieś o wielkiej historii. Sztutowo w cieniu Stutthofii Siedzę w restauracji ulokowanej na wydmie. Marcowe słońce świeci bardzo mocno, piję kawę i spod zmrużonych powiek spoglądam na lekko pofalowane morze. Piękna pogoda zwabiła wielu spacerowiczów, młodzi ludzie ćwiczą na wielkim napompowanym materacu. Fikają koziołki, stają na rękach... Nie chce się wierzyć, że kilkaset kilometrów stąd, na Ukrainie, trwa wojna. Końcówka sierpnia 1939 r. też była słoneczna i piękna. Pewnie letnicy w Stranelhalle w Ostseebad Stutthof także cieszyli się z pięknej pogody i z ciekawością przypatrywali się wielkiemu okrętowi „Schleswig-Holstein”, który 24 sierpnia zacumował kilka mil od brzegu’. Polscy inspektorzy celni wysłali natychmiast meldunek o tym fakcie^. Czy ktoś wówczas zdawał sobie sprawę, że niemiecki krążownik jest zwiastunem wojny, jednej z najstraszniejszych w dziejach ludzkości? Dzieje Sztutowa rozpoczynają się w początkach XIV wieku, wtedy Krzyżacy założyli dwór w Szkarpawie będący siedzibą urzędu rybickiego. Później w dokumentach zakonnych pojawia się nazwa; Czerwony Dwór na Mierzei (Rotenhuse uf der Nerie)^. Czerwony, bo pobudowany z cegły, jak zamek malborski. Chętnie bywali w nim wielcy mistrzowie — lasy mierzei dawały okazję do polowań. W czasach wojny trzynastoletniej państwo krzyżac- ' Zob.: Marcin Owsiński, „Naznaczeni. Stutthof - Obozy - Sztutowo w latach 1945-1962. Dzieje gminy, gromady i miejsca pamięci”, Sztutowo 2015, s. 33 Na mocy ustaleń traktatu wersalskiego z 1920 r. powstało Wolne Miasto Gdańsk, w skład którego weszły także Żuławy Wielkie. Polska administracja celna przejęła nadzór nad ochroną granic tego państewka. W Sztutowie powstał polski posterunek celny. Więcej na ten temat: M. Owsiński, op. cit., s. 31-33 ’ Zob.: John Adolf Muhl, „Dzieje Sztutowa do roku 1920”, Sztutowo-Gdynia 2016, s. 21 Budowa KL Stutthof, fot. Archiutum Muzeum Stutthof Andrzej Kasperek 67 kie utraciło swe posiadłości na tym terenie i od tej pory dawny folwark krzyżacki zaczęto nazywać: Stutthof, co jest wynikiem złożenia 5’f«Z?=G«?«^=stadnina i Ho^dwór. A więc: Dworska stadnina lub nawet: Kobyli dwór^. Koło dworu powstała wieś, a później karczma. Otwarł ją w 1432 roku niejaki Hannus Mandri i tę datę można uznać za początki wsi. Od pokoju toruńskiego te tereny stały się własnością Gdańska. Była to prawdziwa perła w koronie, ale miasto przez lata nieustannie musiało walczyć o jej utrzymanie — z miastem Elbląg, starostami malborskimi a nawet z biskupem warmińskim. Bogate pastwiska i łąki, na których wypasano nawet trzy setki koni, żyzne pola, bogate w drewno lasy, nieprzebrane łowiska, w których nie brakowało łososi i jesiotrów a także niemałe pożytki z poławiania bursztynu. Nie należy tu zapominać, że wieś i dwór miały świetne położenie - leżały na szlaku pocztowym z Gdańska do Królewca. To atrakcyjne położenie wioski bywało dla mieszkańców źródłem problemów. Przez wieki nie można było rozwiązać problemu granicy na Zalewie Wiślanym. Trwał nieustanny spór pomiędzy Gdańskiem a Elblągiem. Ciągnął się od XV aż do końca XIX wieku; jego kres przyniosły dopiero rozbiory Polski^. Trzeba pamiętać, że tereny obecnej gminy Sztutowo, czyli obszar pomiędzy Wisłą Królewiecką a Szkarpawą, dawniej zwaną Wisłą Elbląską, był ciągle jeszcze nieustalony, ten ląd wciąż się rodził. Obie strony konfliktu wykorzystywały to, aby łowić ryby na wodach sąsiada, przywłaszczać sobie drewno, kłusować a nawet podbierać miód z barci w lasach mierzei. Dochodziło nie tylko do rabowania zwierząt, zdarzały się porwania młodych mężczyzn, dokonywali tego pruscy werbownicy i brandenburscy żołdacy, którzy pod osłoną nocy przeprawiali się łodziami z Elbląga na północny brzeg zalewu w poszukiwaniu rekrutów. Nie gardzili też zwykłym rabunkiem i porwaniami. Głośny był przypadek uprowadzenie sztutowskiego sołtysa Gerta Figutha, którego uwolniono dopiero po zapłaceniu przez rodzinę 1500 florenów okupu. Była to suma bardzo wysoka. Ciekawostką jest, że ślady tych sporów znajdziemy do dziś na mapie w nazwach miejscowości: Kąty Rybackie i Graniczna. Niemiecka nazwa miejscowości podkreśla rolę dworu [//(^. Gdański mierniczy Fryderyk Berndt sporządził około 1600 roku piękną mapę okolic Stutthofu. Widać na niej nie tylko liczne zalesione [sic!] kępy, autor zadbał także o staranne odmalowanie folwarku. Widzimy duży kompleks budynków: dwupiętrowa rezydencja w stylu gotyckim, trzy długie stajnie, domy zarządcy i służby, browar, suszarnia, gorzelnia, spichlerz, stodoły, piekarnia i kurnik. A obok sad, ogród warzywny, zagrody dla bydła i dziedzińce. Wszystko otoczone solidnym murem^. Majątek przynosił Gdańskowi niezłe dochody z dzierżawy. Wśród dzierżawców najsłynniejsza jest rodzina Schopenhauerów, z której wywodzi się Artur, znany filozof. Gospodarowali oni tu od 1708 roku. W rękach rodziny arenda utrzymała się wiele lat. A tak się złożyło, że arendatorem majątku został później Ch. H. Trosie-ner, ojciec Johanny Schopenhauer. Matka filozofa w swoich „Gdańskich wspomnieniach młodości” opisała wyprawy do Sztutowa: „Rodzice mieszkali w starym, ale wygodnym dworze, otoczonym rozległymi ogrodami, dwoma przestronnymi podwórzami i kilkoma * Zob.: M. Owsiński, „Naznaczeni”, s. 17 ’ Opisuje to szczegółowo J. Muhl, op. cit., s. 47-54 ® Ibidem, s. 43 68 Mała wieś o wielkiej historii. Sztutowo w cieniu Stutthofu budynkami gospodarczymi. Graniczył on z zamożną i do niego należącą wsią tej samej nazwy. Sosnowy las [...], piękny jak tylko być może, ciągnie się między wsią a pobliskim brzegiem Bałtyku. [...] Wisła otacza roześmianą, urodzajną dolinę: ogrody, łąki, krzaki, ożywione pojedynczymi, wielkimi zagrodami i pięknie zabudowanymi, bogatymi wsiami, jakie nie wszędzie w Niemczech spotkać można”^ . Jej wspomnienia wypraw na żuławską wieś kończą się westchnieniem: „Szczęśliwe, szczęśliwe czasy, które z nimi [rodzicami] prze-żyłam”^. Ale nie są to tylko zachwyty panny wychowanej na sentymentalnych romansach, bo potrafi ona także dostrzec odwrotną stronę medalu i użalić się nad losem wieśniaków zmuszanych do szarwarku, czyli przymusowego świadczenia nakładanego „na ludność dawnych wsi i miast w postaci robót publicznych, głównie na rzecz budowy oraz naprawy dróg, mostów, wałów przeciwpowodziowych i urządzeń wodnych”’. Oburza ją, że republikański Gdańsk toleruje wciąż zwyczaje wywodzące się z czasów średniowiecznego feudalizmu. W jej wspomnieniach znajdziemy też ciekawy opis nocy, którą w majątku spędził w marcu (lub kwietniu) 1716 roku car Piotr Wielki z małżonką. Wizyta była niezapowiedziana i trzeba było natychmiast ogrzać sypialnię. Pan Schopenhauer wpadł na ryzykowny pomysł, aby w pokoju z posadzką wyłożoną holenderskimi flizami rozlać kilka beczek gorzałki. Po wypaleniu się okowity pokój był ciepły a opary alkoholowe chyba carowi nie przeszkadzały, bo wstał rześki i chwalił gościnę^®. Joanna Schopenhauer, „Gdańskie wspomnienia młodości”, Wrocław 1959, s. 232 ’ Ibidem, s. 234 ’ https://pl.wikipedia.org/wiki/Szarwark *® Do tej anegdoty nawiązuję w swym opowiadaniu „Sianokosy u Schopenhauerów”. Zob.: Andrzej Kasperek „Back in the Andrzej Kasperek 69 Kilka lat później, w 1734 roku, Burkhard Christoph Miinnich, rosyjski feldmarszałek, w czasie wojny o sukcesję polską oblegał Gdańsk i „przy okazji” puścił z dymem sztutowski majątek i wieś. Jak widać „rosyjska sztuka wojenna” ma stare tradycje... Dwór, zabudowania i 44 chłopskie chaty spłonęły doszczętnie. Odbudowa zajęła siedem lat. W wydanym pod koniec XIX wieku „Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego...” znajdziemy polską nazwę miejscowości: Sztutowo. Autor pisze, że jest to: „największa i najpiękniejsza w[ie]ś na gdańskiej Nierzeji, tuż przy ujściu Starej Wisły do Zatoki Świeżej [Zalewu Wiślanego] [...] Gleba w tych żuławach bardzo żyzna; mieszkańcy trudnią się rolnictwem, ogrodownictwem, hodowlą bydła, rybitwą i poszukiwaniem bursztynu”^’. Wieś liczyła wówczas 2490 mieszkańców, przeważali ewangelicy (2412 osób), było kilka rodzin katolickich i paru dysydentów’^. Zastanawia, że tak duża i bogata wieś nie miała własnego kościoła, ewangelicy uczęszczali do świątyni w Kobbelgrube, czyli obecnego kościoła w Stegnie, a katolicy musieli udawać się aż do Tiegenhagen [Cyganka], dopiero później modlono się w kaplicy usytuowanej w domu prywatnym. Warto podkreślić, że miejscowe dzieci uczęszczały od końca XVI wieku do szkoły w Kobbelgrube. Od 1640 r. szkoła działała już w Stutthofie. Gdańsk sprawy oświaty na Żuławach i Mierzei Wiślanej traktował bardzo poważnie. W rozporządzeniu szkolnym z 1737 roku czytamy, „że wszyscy ci, którzy mają dzieci ponad 5 lat i mniej niż 15 lat, są zobowiązani i mają obowiązek sprawić, by te dzieci wysłać do odpowiedniej szkoły i bynajmniej, pod jakimkolwiek by to nie było lub mogło być pretekstem, ich od tego nie odwodzić”’^. I tu następuje wykaz kar za niezastosowanie się do tych przepisów. Dzięki wykształceniu, pracowitości i zapobiegliwości mieszkańcy Żuław stawali się bogatsi i budzili podziw wśród podróżników, opinia Johanny Schopenhauer nie była wcale wyjątkiem. Do tradycyjnych sposobów zarobkowania doszedł z końcem XIX wieku jeszcze jeden. Wówczas to zaczęła się moda na leczenie wodą i kąpiele morskie, talassoterapia i metoda wodna dra Kneippa. To sprawiło, że do nadmorskich wiosek i miasteczek zaczęli przybywać kuracjusze i letnicy. Sukcesy Zoppot [Sopotu] czy Kahlbergu [Krynicy Morskiej] sprawiły, że nadbałtyckie plaże zaludniły się od ludzi chętnych do plażowania, kąpieli czy spacerów. Przewodniki turystyczne pełne są zachwytów, Stegna i Sztutowo nazywane są „kwitnącymi miejscowościami”, podkreśla się walory zdrowotne tutejszego klimatu, zachwala spacery po „Mierzei Fryskiej”'"^. Zapewne atrakcyjność turystyczna tych terenów wzrosła, kiedy w 1881 r. doprowadzono drogę bitą z Gdańska do wsi (z przeprawą promową w Mikoszewie od 1895 r., kiedy wybudowano Przekop Wisły) a w 1905 r. Gdańsk połączył się z wioską kolejką wąskotorową. Kariera ciuchci na Żuławach jest ściśle związana z uprawą buraków cukrowych i początkowo mówiono po prostu o kolei buraczanej — Rubenbahn. Przewozy pasażerskie zaczęły DDR i inne opowiadania”, Gdańsk 2010. Zupełnie inną wersję tej historii przedstawia Dariusz Barton w broszurze „Sztutowo - trochę historii”, Sztutowo [bd], s. 11. *' „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich”, Tom XII, Warszawa 1880, s. 55. “ Może autorowi hasła chodzi o metodystów, którzy później w Sztutowie doczekali się własnej kaplicy. W tym budynku obecnie mieści się kościół parafialny pw. św. Wojciecha. *’ J. Muhl, op. cit., s. 176. '^ Zob.: M. Owsiński, „Naznaczeni”, s. 30. 70 Mała wieś o wielkiej historii. Sztutowo w cieniu Stutthofu się dopiero później, ale stały się tak popularne, że powstawały coraz to nowe linie. Podróż z dworca Danzig KleinbahnhoP^ do Przekopu Wisły wiodła trasą o długości prawie 27 km. Tam lokomotywa z wagonami towarowymi wjeżdżała na specjalny prom kolejowy a pasażerowie wysiadali i po przeprawie wsiadali do wagonów podstawionych na prawym brzegu Wisły. Patrzę na rozkład jazdy z 1937 r. Odjazdy z Gdańska następowały o 6.55 i 15.40, podróż trwała prawie trzy godziny. Dziś to tylko wspomnienie, od 1973 lewobrzeżna część trasy nie istnieje, ale na szczęście wciąż można w sezonie letnim podróżować kolejką ze Sztutowa do Mikoszewa^^. Można pokusić się o parafrazę słów Stanisława Wyspiańskiego z „Wesela”: „Niech na całym świecie wojna, byle żuławska wieś zaciszna, byle żuławska wieś spokojna”. Od czasów napoleońskich region miał szczęście i wojny go omijały. Owszem mieszkańcy dotkliwie odczuli, że po I wojnie światowej Rzesza Niemiecka przestała istnieć i nagle ich wieś znalazła się w dziwnym państewku Wolne Miasto Gdańsk. Oznaczało to zerwanie dotychczasowych więzi, m.in. handlowych, z resztą Niemiec, wymuszało pojawienie się przejść granicznych i komór celnych w najbliższej okolicy; kilka kilometrów dalej, koło Próbbernau (Przebrną) ” Znajdował się on w okolicach dzisiejszego stadionu żużlowego na Dolnym Mieście. '^ Więcej na: https://historia.trojmiasto.pl/Od-kolejki-buraczanej-do-Gdanskiej-Kolei-Waskotorowej-nl65314.html Andrzej Kasperek 71 była granica wyznaczana przez granitowe słupy z napisem „Yersailles 28.6.1919” oraz dużymi literami, którymi oznaczono granicę w następujący sposób: FD - od strony Wolnego Miasta i D - od strony Niemiec’^, W 1930 r. w lesie pod wsią wybudowano nowoczesny Młodzieżowy Leśny Dom Wypoczynkowy, który stał się chlubą gminy i powiatu. Mógł pomieścić kilkadziesiąt osób, miał własną sieć grzewczą i oczyszczalnię ścieków, łaźnie, boiska, hale sportowe. Dziewięć lat później obiekt wraz z przylegającym doń terenem przejęło SS i zaczęło organizować tam obóz koncentracyjny nazwany niewinnie: Whkilager, czyli obóz leśny. Już 2 września przyjął on pierwszy transport więźniów. „[...] przywieziono przedstawicieli duchowieństwa, nauczycieli, członków Związku Zachodniego oraz Ligi Morskiej i Kolonialnej, przedstawicieli polskich stronnictw i partii politycznych, urzędników oraz zaangażowanych w działania na rzecz polskości na terenie Wolnego Miasta Gdańska i Pomorza Gdańskiego, łącznie około 150 osób”^®. Część więźniów spała w namiotach, sami sobie musieli stawiać baraki. Tak zaczęła się przerażająca historia tego obozu koncentracyjnego, która zakończyła się dopiero 9 maja 1945, dzień po kapitulacji Trzeciej Rzeszy. Napisałem kiedyś, że te dwie daty wyznaczały czas wojennej Apokalipsy a KL Stutthof stał się symbolem wojny i jej okrucieństwa. Czymś na kształt II wojny światowej w miniaturze. Oblicza się, że w latach 1939-1945 przeszło przez ten ciężki kacet 110 tysięcy więźniów, zginęło około 65 tysięcy^^. Tadeusz Borowski, więzień Auschwitz i Dachau, w opowiadaniu „Pożegnanie z Marią” pisze o „osławionym obozie nad morzem” a Czesław Miłosz napisał w reportażu z Żuław: „kilkanaście kilometrów stąd wznoszą się budynki Stutthofu — obozu śmierci, którego nazwa będzie straszyła przez pokolenia, na równi z nazwą Oświęcimia, Majdanka, Mauthausen i Oranienburga”^”. Kierowano tu polskich patriotów z Pomorza, Kaszubów, a później powstańców warszawskich, sowieckich jeńców. Żydów, Litwinów, Norwegów, Niemców i obywateli kilkudziesięciu innych państw. Liczbę więźniów, których w styczniu i kwietniu 1945 r. zmuszono do „ewakuacji”, szacuje się na ok. 37 tysięcy; zmarło prawie 20 tysięcy tego upiornego „Marszu Śmierci”. W ciągu kilku ostatnich miesięcy istnienia obozu — od stycznia do maja — zginęło 30 procent wszystkich ofiar KL Stutthof. Aby choć trochę oddać horror warunków panujących w tym miejscu, zacytuję litewskiego pisarza Balisa Sruogę, który był więziony od kwietnia 1943 r. do maja 1945 r.: „W 1944 roku na Boże Narodzenie urządzono w obozie choinkę. Więźniowie przynieśli drzewko z lasu i ubrali je jak mogli, zdobywszy nawet żarówkę dla jego ozdoby. Tuż przed świętami Meyer [SS-Haupsturmfuhrer, przełożony ogółu więźniów] zdecydował się powiesić dwóch więźniów. Na jego rozkaz tuż obok choinki ustawiono szubienicę i spędzono na to straszne widowisko wszystkich więźniów. Blask drzewka padał na twarze wisielców”^’. '^ Słupy stoją przy drodze prowadzącej od szosy do plaży. Najbardziej okazały, stojący w pasie wydm, ktoś próbował ukraść. Na szczęście znaleźli go leśnicy. *’ https://stutthof.org/historia/ *’ M. Owsiński, „Stutthof-Obozy — Sztutowo...”, s. 37. “ Czesław Miłosz, „U źródeł Wisły. Na Żuławach (II)”, cyt. za: „Miłosz na Żuławach. Epizod z biografii poety”, pod . red. Małgorzaty Czermińskiej i Andrzeja Kasperka, Gdańsk 2013, s. 19. ^’ Balis Sruoga, „Las bogów”, przeł. Stanisława Majewski, Gdynia 1965, s. 112-113. 72 Mała wieś o wielkiej historii. Sztutowo w cieniu Stutthofu Dla mieszkańców wioski obóz stał się miejscem pracy, niektórzy wstąpili do WafFen--SS i zostali strażnikami, inni „wypożyczali” więźniów do robót w gospodarstwie, ludzie przywykli do widoku zabiedzonych postaci w pasiakach. Wielu pewnie chętnie uwierzyło hitlerowskiej propagandzie. We wrześniu 1939 r. w najważniejszej gdańskiej gazecie „Dan-ziger Vorposten” można było przeczytać dla kogo szykowany jest obóz, są to: „Zdrajcy, podpalacze, złodzieje i wrogowie państwa [którzy] będą ukarani”^^ Niemcy woleli wierzyć w tę wersję. Tak było wygodniej... Jest jeszcze jeden mało znany epizod ze straszliwej historii tego miejsca. 9 maja 1945 r. rano do obozu wkroczyli żołnierze z 48. Armii 3. Frontu Białoruskiego. Kilkuset rannych i chorych z obozowego szpitala ulokowano w szpitalu polowym. Komisja sowiecka natychmiast przystąpiła do badania znajdujących się na terenie obozu śladów oraz dokumentacji. W jej skład obok wysokich oficerów armii, lekarzy i prokuratorów wojskowych weszli też przedstawiciele NKWD i kontrwywiadu wojskowego Smiersz. Kilkuset więźniów, którzy zostali wypuszczeni z obozu, aresztowano kilka dni później. Aresztować więźnia lagru, by uczynić go więźniem łagru, to pomysł szatański. „Filtracje, przesłuchania oraz zatrzymania dotyczyły najczęściej byłych więźniów - działaczy Armii Krajowej, Gryfa Pomorskiego oraz sprawujących w obozie stanowiska funkcyjne. [...] Zatrzymania i przesłuchania nie były prowadzone na ślepo, wg obecnego stanu wiedzy NKWD dysponowało listą potencjalnie »niebezpiecznych« osób spośród byłych więźniów KL Stutthof, których należy prewencyjnie zatrzymać”^^. Prześledziłem kilka takich historii... Marian Pawlaczyk był z pokolenia Kolumbów — harcerz Szarych Szeregów, później żołnierz AK. Od maja 1943 r. był prze- M. Owsiński, op .cit., s. 51. “ Marcin Owsiński „Od wyzwolenia do pierwszej rocznicy. Armia Czerwona na Żuławach w latach 1945-1946 w świede relacji polskich osadników i sprawozdań władz lokalnych” [w:] „Żuławy w 1945 roku. Ludzie i ich opowieści”, pod . red. Andrzeja Gąsiorowskiego i Janusza Hochleitnera, Sztutowo 2015, s. 157. Most w Sztutowie Andrzej Kasperek 73 trzymywany w Stutthofie. W jego wypadku wolność trwała zaledwie dwa dni — tyle ile zabrała mu droga z obozu do Elbląga, gdzie wraz z grupą współwięźniów został zatrzymany przez NKWD. W relacji, która znajduje się w archiwum Muzeum Stutthof, opisał swą gehennę, drogę z piekła niemieckiego obozu koncentracyjnego do piekła Workuty, dokąd trafił z wyrokiem 15 lat więzienia. Wspomina nieludzkie warunki łagru, katorżniczą pracę w kopalni, chłód i głód, wycieńczenie (ważył ok. 36 kg). Uwolniono go dopiero w 1954 r. Do domu wrócił 12 lat po swym aresztowaniu. Pisze z bólem: „zabrali mi najlepsze lata mego życia [...] a tego nikt mi nie zwróci”2'^. Przepaść pomiędzy zachwytami Johanny Schopenhauer, dla której wizyty w folwarku dzierżawionym przez ojca są niczym opisy wizyt w Edenie, a relacjami więźniów dręczonych przez głód, choroby i okrucieństwo oprawców, jest ogromna. Nie jesteśmy wprost w stanie uwierzyć, że mogłoby to wydarzyć się w tej samej miejscowości. Historyk, dr Marcin Owsiński, kierownik Działu Naukowego Muzeum Stutthof, napisał trafnie: „Dla mieszkańców Stutthofti świat zmienił się brutalnie w 1939 roku i zupełnie zawalił w roku 1945. Obie te daty wyznaczają jednocześnie i zupełnie nieprzypadkowo okres istnienia na terenie gminy obozu koncentracyjnego. Ten swoisty nowotwór [podkreślenie moje, AK], który naznaczył Stutthof i »skradł« mu nazwę własną, sprawił, że niepozorna wieś i jej mieszkańcy znaleźli się na kartach wielkiej historii, tyle, że na jej najczarniejszych strona-Ch”25. Trudno nie zauważyć, że mało jest w Polsce wiosek, które byłyby tak dokładnie opisane. Ta mała wieś o wielkiej historii doczekała się wielu opracowań. Poczynając od cytowanego tu wielokrotnie gdańskiego historyka Johna Muhla i jego „Die Geschichte von Stutthof” (1928) po liczne książki wydawane przez Muzeum Stutthof, z monumentalnym opracowaniem dra Owsińskiego „Naznaczeni. Stutthof - Obozy - Sztutowo w latach 1945-1962. Dzieje gminy, gromady i miejsca pamięci” (2015)^^. Autor wymienia już powojenną nazwę Obozy. Funkcjonowała ona przez jakiś czas, ale w 1947 roku oficjalnie zastąpiono ją nazwą znaną od XIX w. — Sztutowo. Wcześniejsza była rodzajem piętna. Nieprzypadkowy jest tytuł książki: NAZNACZENI. Powojenne lata Sztutowa to w dużym stopniu zmaganie się ze złowrogim cieniem historii. Teren obozu stał się miejscem szabru, kradziono drewno z rozbieranych baraków, armaturę, wyposażenie warsztatów, drut i metalowe części, betonowe krawężniki. Wszystko się mogło przydać^^. Wieloletnie starania byłych więźniów o stworzenie na terenie obozu miejsca pamięci nie odnosiły skutku. Budynki byłego lagru wykorzystywały Wojska Ochrony Pogranicza jako koszary. Po wyprowadzeniu się WOP-u urządzono w budynkach dawnej komendantury Ośrodek Wczasów MSW. Przez kilka lat przybywały tu turnusy (jednorazowo ośrodek mógł przyjąć 200 wczasowiczów) milicjantów i esbeków. Czyli ludzi, którzy nie odznaczali się zbytnią empatią... Choć trudno to sobie wyobrazić, odbywały się tu wieczorki zapoznawcze i dansingi: „Na parkiecie tłum, wczasowiczów tłum spleciony gęsto. ^■^ Cytuję fragment mojego artykułu „Droga z piekła do piekła — ze Stutthofu na Sybir”, „Dziennik Bałtycki” z 8 maja 2015 r. ^5 Marcin Owsiński, „Stutthof. Historia miejscowości i gminy od średniowiecza do maja 1945 roku”, Sztutowo 2014, s. 89. ^^ Na łamach kwartalnika „Prowincja” kilka razy recenzowałem te wydawnictwa. Zob. numery: 2013/4,2015/1,2016/1 oraz 2017/1. ^^ Zob.: M. Owsiński, „Naznaczeni”, s. 273. 74 Mała wieś o wielkiej historii. Sztutowo w cieniu Stutthofu [...] Jesteśmy na wczasach w tych sztutowskich lasach. W promieniach słonecznych opalamy się”2®. Na szczęście władze się opamiętały i ośrodek zlikwidowano. Na początku 1962 zaczęło funkcjonować Muzeum Stutthof. Jego dyrektorem od lat jest Piotr Tarnowski. Przez ponad 40 lat istnienia muzeum zwiedziło kilka milionów ludzi z całego świata. W ostatnich latach liczba zwiedzających sięga 130 tysięcy rocznie. Ekspozycja jest dla wielu osób wstrząsająca, sam byłem świadkiem, jak część z grupy holenderskich uczniów po obejrzeniu części nie miała już sił, aby kontynuować zwiedzanie. Ale widziałem też przykłady bezmyślności^^, bo jak inaczej określić decyzję pary młodych rodziców, którzy ciągną swe pociechy (jedno w wózku, drugie trzy-cztery lata) do krematorium? Po co fundują swym dzieciom takie obrazy? Czy ci młodzi rodzice wiedzieli, dokąd prowadzą swe dzieci? Zwiedzający miejsca zagłady powinni być do wizyty przygotowani merytorycznie i emocjonalnie. Dotyczy to zwłaszcza wycieczek szkolnych. Oprócz stałej ekspozycji organizowane są także wystawy czasowe. Zapamiętałem szczególnie dwie: pierwsza z nich to „Okna czasu” z 2012 r. Wandy Swajdy. Młoda artystka wykorzystała setki wyrzeźbionych w ziemniakach główek, aby oddać wrażenie starości, przemijania, utraty. Całość robiła wielkie wrażenie — pokazywała wymazywanie naszej pamięci o ofiarach obozu, znikanie ostatnich świadków, zacieranie się śladów. Kartofel jest zwyczajny, pospolity, taki jak ludzie, którzy trafiali do obozu. A nawet jeśli były wśród “ Parafrazuję tu fragmenty piosenki Wojciech Młynarskiego „Jesteśmy na wczasach”. Śp. Autora proszę o wybaczenie. ^’ Przykładów głupoty czy bezmyślności jest więcej. Kilka lat temu na stronie sklepu pewnej firmy produkującej foto-tapety pojawiła się taka propozycja: „Fototapeta Symboliczna brama wjazdowa do obozu koncentracyjnego Stutthof będzie doskonałą dekoracją każdego pomieszczenia. Jej walory będą najlepiej widoczne na pionowych powierzchniach. Na ilustracji znajdziesz popularne motywy: dawny, wojna, Żyd, bramka, obozować, nazista, drut, wejście, wieża, chronić, ogrodzenie. Ten wzór będzie świetnym uzupełnieniem dekoracji, których tematem jest historia”. [Cyt. za: https://dzien-nikbaltycki.pl/fototapety-ze-zdjeciem-muzeum-stutthof-mozna-udekorowac-pokoj-zdjeciem-obozu-koncentracyjne go/ar/6239476]. Na szczęście jk) protestach Muzeum Stutthof „produkt” wycofano z oferty. Andrzej Kasperek 75 nich jednostki niezwykłe, to wtrącone do grupy, zmuszone do anonimowości swoją wyjątkowość szybko traciły. Pasiaki, ogolone głowy, szare twarze - to wszystko sprawiało, że więźniowie stawali się bezimienną masą. Twarze z ziemniaków wysychając stawały się zdeformowane, po upływie kilku miesięcy zamieniały się w stwardniałą maskę — wykrzywioną, pomarszczoną, straszną. Upodobniały się do innych. Tak jak człowiek w obozie tracił swą indywidualność, a potem siły witalne i życie’”. Druga wystawa to „Przemilczana kategoria. Więźniowie z różowym trójkątem w KL Stutthof” z 2018 roku. To pierwsza w Polsce wystawa poświęcona więźniom obozów koncentracyjnych oznaczanych różowym trójkątem, czyli mężczyzn skazanych za orientację homoseksualną. Jej kuratorem był Piotr Chruścielski. W Polsce wciąż trzeba odwagi, aby poruszać temat LGBT, nawet jeśli dotyczy czasów tak odległych. Zawsze, jeśli organizuję wycieczkę po Żuławach, w programie umieszczam wizytę w Muzeum Stutthof. Ale od lat nie mam już siły wchodzić ani do baraków, ani do krematorium. Staję koło komory gazowej i przyglądam się małemu piecykowi, który dobudowano do budynku. Jego przeznaczenie opisał Paweł Huelle w swej powieści „Śpiewaj ogrody”... Spaceruję i myślę o dymie z krematorium, o popiołach rozwiewanych przez bryzę znad Bałtyku. Molekuły zmarłych spadały na las, na pola i wody zalewu. Osiadały na dachówkach okolicznych domów i podwórzach, stodołach i stajniach. Już nigdy Żuławy nie będą rajem, utraciły bezpowrotnie swą niewinność i czystość. Zapewnie to poczucie, że nie wypada spędzać wczasów koło cmentarza, sprawiało przez lata, że do Sztutowa przyjeżdżało w wakacje mniej letników niż do sąsiedniej Stegny. Mniej tu było ośrodków wczasowych, mniej zarabiano na wynajmie kwater. Choć niektórzy mówią, że przyczyna była inna, po prostu z wszystkich miejscowości na Bursztynowym Wybrzeżu tu jest najdalej na plażę. Gmina miała przede wszystkim charakter rolniczy. Na jej terenie działało kilka PGR-ów. Po likwidacji państwowych gospodarstw rolnych na początku lat 90. kilkaset osób straciło pracę i środki do życia. Pojawiła się generacja ludzi wykluczonych, często niezaradnych życiowo, bieda wyglądała z każdego kąta, a o pracę było bardzo trudno. Dobrze chociaż, że w sezonie można było się zatrudnić w coraz liczniejszych ośrodkach wypoczynkowych, hotelach i pensjonatach. Gmina zaliczała się do najuboższych w Polsce. Wtedy ratowała się subwencją nazywaną „janosikowym”, czyli „daniną”, którą samorządy „bogatsze” wpłacają na rzecz samorządów „biedniejszych”. Po kilku latach (w 2010 r.) nagle okazało się, że gmina znajduje się na drugim miejscu w kraju wśród gmin najbogatszych. Stało się tak dzięki otrzymaniu pieniędzy za zaległy podatek od nieruchomości, wypłacany z budżetu państwa, za grunty pod wewnętrznymi wodami morskimi. I wtedy paradoksalnie to Sztutowo zostało zmuszone, żeby płacić „janosikowe”... Na szczęście dziś gmina o finanse już tak bardzo nie musi się martwić, bo z pewnością zalicza się do tych zasobniejszych. Dzisiaj chyba historyczne obciążenie tego miejsca przestało działać. Spacer po wiosce pokazuje, że szybko nadrabia się tu stracony czas. Wioska stała się wielkim placem budowy. Na terenach przy szosie prowadzącej do Kątów Rybackich wyrasta wielkie osiedle, kilku ^^ Więcej na ten temat piszę w artykule „Kartofle i komiks o lagrze, czyli jak pokazać wojnę” [w:] „Dziennik Bałtycki” z 27 listopada 2015 r. 76 Mała wieś o wielkiej historii. Sztutowo w cieniu Stutthofu deweloperów buduje tam prawie tysiąc nowych mieszkań. Ale czy miejscowych będzie stać na lokale, których cena zaczyna się od 10 tysięcy złotych za metr kwadratowy? Pewnie będą to typowe mieszkania wakacyjne, na wynajem. Rozmawiam z wójtem gminy. Robert Zieliński jest pełen energii. Mówi, że osiedle powstaje w miejscu, w którym przed dwudziestu laty ktoś już próbował budować, ale inwestycje zawieszono a później porzucono. Przez lata straszyły tam chwasty i sterczące druty zbrojeniowe. Plan zagospodarowania zmusza deweloperów do zachowania odpowiednich odległości pomiędzy budynkami, do szacunku do przyrody. Sprawy ekologii są wójtowi szczególnie bliskie, pochodzi z rybackiej rodziny, córka studiuje weterynarię, żona jest dyrektorem szkoły podstawowej w Krynicy Morskiej... Cieszy go rozwój gminy, nadwyżka budżetowa, to, że nie ubywa mieszkańców, że ludzie są przedsiębiorczy i radzą sobie. Dotyczy to także mieszkańców pozostałych wiosek, którzy starają się przyciągać turystów. Oferują im spokój i ciszę gospodarstw agroturystycznych położonych nad licznymi rzekami, kanałami i Zalewem Wiślanym. Poznaję nowe słowo: glamping, czyli ekskluzywny kamping. Nowa forma wypoczynku, „która łączy przebywanie na łonie natury z luksusem, jaki można spotkać w hotelach”. Są już takie obiekty na terenie gminy. A więc nie tylko plaża. Pytam o przekop mierzei, czy jest nową szansą dla gminy? Wójt odpowiada dyplomatycznie, że tego jeszcze nikt nie wie. Oni nauczyli się liczyć na siebie. Wychodzę na spacer i szukam słynnego dworu. W 1918 r. Gdańsk sprzedał go za 335 tysięcy marek Fritzowi Oberfeldowi’’, który zarządzał nim do 1945 r. Nie chciał uciekać ’* Zob.: Franciszek Mamuszka, „Elbląg i okolice. Informator krajoznawczy”, Gdańsk 1978, s. 223. Okna pamifci, fot. Archiwum Muzeum Stutthof Andrzej Kasperek 77 przed nadchodzącą ofensywą Armii Czerwonej i wraz z żoną otruł się. Nic dziś nie pozostało z jego świetności, wygląda jak zwykły popegeerowski dom wielorodzinny. Mijam go i dochodzę do mostu zwodzonego nad Wisłą Królewiecką. Kilka lat temu nazwano go Mostem Czterech Pancernych. Genezą nazwy jest fakt, że most „zagrał” w serialu „Czterej pancerni i pies”. W odcinku szesnastym, zatytułowanym „Daleki patrol”, dzielna załoga czołgu „Rudy” rozbroiła załogę niemieckiego posterunku ustawionego na moście pod Berlinem. W filmie widzimy Janka Kosa, który pod osłoną nocy dostaje się łódką do mostu. Jeśli się dobrze przypatrzeć, to na jej boku można dostrzec napis KAT80, co oznacza, że należała do rybaka z Kątów Rybackich, rekwizytor nie zadbał o zamalowanie tego oznaczenia, a może uznano, że na ówczesnych dwudziestocałowych czarnobiałych telewizorach nikt tego nie dostrzeże^^ a^ tym odcinku możemy zobaczyć także sceny wyzwalania obozu koncentracyjnego. Nakręcono je na terenie Muzeum Stutthof. Pamiętam, że popędziliśmy tam z kolegami w nadziei ujrzenia bohaterów serialu, którzy byli wówczas prawdziwymi bożyszczami. Niestety, ale nikogo nie widzieliśmy. Legendarny czołg o numerze 102 jednak zobaczyliśmy! Miejscowa Biblioteka Publiczna przygotowała nawet w tym roku wystawę eksponatów związana z serialem. Można na niej obejrzeć zdjęcia, rekwizyty, różne wydania książki Janusza Przymanowskiego. Panie bibliotekarki nieraz mi pomagały przy pisaniu opowiadań i artykułów. Zgromadziły one dużą kolekcję zdjęć, artykułów i rozmaitych artefaktów. ” O kręceniu tego odcinka opowiada pełnometrażowy film dokumentalny „Historia powstawania serialu Czterej pancerni i pies w Sztutowie i okolicach. 102 minuty opowieści”. Jest on dostępny na You Tubę: https://www.youtube.com/ watch?v=zu9L921_B74. Ciekawostką jest, że wewnątrz mostu znajduje się wystawa zdjęć z planu serialu. Ale można je zobaczyć tylko wówczas, kiedy operator mostu go podnosi i schodzi po drabinie na dół. 78 Mała wieś o wielkiej historii. Sztutowo w cieniu Stutthofu Wspaniała robota! Przez wiele lat współpracowały z panią Irmgard Stoltenberg, która pochodziła ze Stutthof i spędziła tu dzieciństwo. Dzięki niej do zbiorów bibliotecznych trafiło wiele materiałów ikonograficznych. Niedługo po wybuchu wojny w Ukrainie na Żuławy zaczęli przybywać uchodźcy z Ukrainy, kobiety, dzieci, starcy... I nagle okazało się, że niewielki powiat nowodworski przyjął 2441 osób, które musiały opuścić swe domy; co oznacza, że na tysiąc mieszkańców 68 osób pochodzi z Ukrainy. To jeden z najwyższych wskaźników w całej Polsce. Sylwia Owsińska, dyrektorka szkoły podstawowej w Sztutowie, opowiada mi, że ta licząca 287 uczniów placówka powiększyła się o trzy oddziały, bo zapisało się do niej prawie stu nowych yuHie. Należało znaleźć nauczycieli władających językiem ukraińskim, środki na wypłaty, podręczniki a nawet materiały piśmienne. Gmina licząca przeszło 3600 mieszkańców nagle wzbogaciła się o prawie 500 mieszkańców. Jej władze i mieszkańcy stanęli przed ogromnym wyzwaniem, gdzie tych ludzi pomieścić, nakarmić a nawet często zapewnić im ubranie i szczoteczkę do zębów, bo wielu uciekało bez możliwości zabrania czegokolwiek... Ale nikt nie chodził głodny, nikt nie pozostał bez pomocy, każdy uczeń miał szansę na uczenie się. Jest coś symbolicznego, że 86 lat po zakończeniu straszliwej II wojny światowej w tym miejscu, w którym źli i okrutni ludzie zgotowali piekło innym, zupełnie niewinnym ludziom, kilkaset osób skazanych na ucieczkę i poniewierkę znajduje dom i opiekę. Może zabrzmi to patetycznie, ale myślę, że mieszkańcy gminy Sztutowo zdali trudny egzamin z człowieczeństwa. 80 Tak się tworzy historię Dzieje twierdzy w Przezmarku sięgają pierwszej dekady XIV wieku. Przez wieki obiekt miał wielu właścicieli, różnie toczyły się jego losy. Do czasów współczesnych w dobrym stanie przetrwała tylko wieża zwana „jeniecką”. Ponad dwadzieścia lat temu ruinami zainteresowali się państwo von Pilachowscy. Zmienili całe swoje życie, aby móc tam zamieszkać. Od tego dnia lwią część swojego czasu poświęcili odrestauro-wywaniu i poznawaniu historii krzyżackiej twierdzy, w której zamieszkali. Trzeba niemałej odwagi, aby zaryzykować wszystko dla 600-letniego zamczyska. Państwu Jolancie i Ryszardowi von Pila-chowskim nie zabrakło wyobraźni i 22 lata temu zamieszkali w Przezmarku zostając właścicielami w dużej mierze ruin pokrzy-żackiej twierdzy. Wszystko zaczęło się jednak zupełnie niewinnie. Prawie ćwierć wieku temu, kiedy rozpo- Pozostałości murów obronnych zamku, fot. A. Świercz-Karaś czynała się ich przygoda, pani Jolanta była mieszkanką Warszawy. Była właścicielką kilku mieszkań, miała tam dom i rodzinę. Pochodzący z Torunia pan Ryszard w tamtych czasach dużo czasu spędzał w drodze. Jeździł po całej Polsce. — Pewnego razu postanowiłem urozmaicić sobie drogę i skręciłem w Małdytach. Chcia-łem zwiedzić Malbork. Przejeżdżając przez Przezmark zauważyłem wieżę. W pierwszej chwili myślałem, że to wieża kościelna. Zatrzymałem się przy miejscowym sklepie, zapytałem o obiekt i postanowiłem go zwiedzić. Kiedy wchodziłem na wieżę zaczarowało mnie — wspomina swoją pierwszą wizytę w Przezmarku Ryszard von Pilachowski. Pozostałości krzyżackiej twierdzy przedstawiały sobą zupełnie inny widok niż dzisiaj. Krajobraz kojarzył się zarówno z filmami przygodowymi o Indianie Jonesie jak i z pijackimi melinami. Podjąć decyzję o zamieszkaniu w takim miejscu nie było łatwo. Państwo von Pilachowscy postanowili jednak zaryzykować. — Udało się to zrobić dzięki tacie Joli, mojemu teściowi. Pokazałem mu zdjęcia z Przezmarku, opowiedziałem o tym miejscu, a on wyraził zgodę. — wspomina pan Ryszard. Chcąc zostać właścicielami tak dużego terenu musieli sprzedać mieszkania i dom w Warszawie. Musieli też przebić się przez górę śmieci, ekskrementów, tylko z wieży wynieśli ponad 300 butelek po alkoholu. - Tylko moja bogata wyobraźnia pozwoliła mi uwierzyć, że kiedyś da się tu normalnie mieszkać. Myślę, że w podjęciu decyzji pomogła mi też bliskość wody. Zawsze lubiłam pływać i chciałam zamieszkać nad jakimś pięknym jeziorem — wspomina pani Jolanta. Agnieszka Świercz-Karaś 81 Właścicielami obiektu państwo von Pilachowscy zostali 28 lutego 2000 roku. — Ja przyjechałam tu nocować pierwszy raz 1 kwietnia. Mieszkałam na kampingu obok wieży. Warunki były straszne, toalety tylko na zewnątrz. Zaczęłam przerabiać barak . Były też nieistniejące Już dziś obiekty pokolonijne — wspomina pierwsze dni w Przezmarku pani Jolanta. Nowi właściciele zamku stali się też od razu miejscową sensacją. Jednym z pierwszych ich posunięć było spotkanie z miejscową sołtys. — Chcieliśmy, aby mieszkańcy Przezmarku wiedzieli, Jakie są nasze plany. Ludzie podchodzili do nas z dystansem. Jak to w życiu. Jedni nas wspierali, inni nie — opowiada pani Jolanta. Docelowo pani Jolanta chciałaby, aby wzdłuż Jeziora powstał deptak, ławeczki, śmietniki. Mówi, że chciałaby, aby wyglądało to tak. Jak nad sztumskim Jeziorem. — Moim marzeniem Jest, aby przy wjeździe na posesję powstała mała galeria obrazów. Sama maluję i myślę, że byłby to idealny pierwszy punkt zwiedzenia. W planach mamy też powstanie Centrum Informacji Turystycznej na pierwszej kondygnacji wieży. Docelowo chcielibyśmy też, aby była możliwość nocowania tutaj, ale na zasadzie bardziej agroturystyki — zdradza część planów pani Jolanta. Dodajmy, że dzięki pracy archeologów z Uniwersytetu Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie udało się w ostatnich latach odkryć lochy. I to nie byle Jakie lochy, bo aż dwukondygnacyjne o głębokości 7 metrów. Na terenie wzgórza zamkowego znaleziono też kule armatnie, fragmenty ceramiki i fajki z cybuchem do palenia tytoniu. Rzeczy te trafiły Jolanta von Pilachowska Ryszard von Pilachowski 82 Tak się tworzy historię do konserwacji i będą opracowywane historycznie. Badaniami w Przezmarku kierują dr Magdalena Żurek i dr Jacek Wysocki. Docelowo państwo von Pilachowscy chcieliby, aby rzeczy wykopane na ich terenie wróciły do zamku i zostały tu już na zawsze w specjalnych gablotach. Właścicielom zależy, aby historia tego miejsca nie została zapomniana. Chcieliby, aby jak najwięcej osób mogło zobaczyć to miejsce. Zdecydowali się nawet nie biletować wejścia do obiektu. Zwiedzić zamek może dzięki temu każdy. Przy wejściu jest postawiona puszka, jednak datki w niej zostawia się na zasadzie „co łaska”. Dzięki swojej determinacji państwo von Pilachowscy stworzyli nowy etap w dziejach przezmarskiego zamku. Pomogli mu wejść w XXI wiek i nie ulec zapomnieniu. HISTORIA ZAMKU W PRZEZMARKU Budowę zamku rozpoczęto w końcu pierwszej dekady XIV wieku. Dalsze prace prowadzono w kolejnych dziesięcioleciach, aż po połowę stulecia i w latach 1414-1437, gdy przejął on funkcję zniszczonego zamku komturii dzierzgońskiej. Zachowaną do dziś wieżę narożną wzniesiono około 1329 r. Kolejne przekształcenia miały miejsce w końcu XVI wieku. W latach 1584-85, na zlecenie margrabiego Jana Jerzego, królewiecki książęcy architekt Blasius Berwart przeprowadził gruntowną przebudowę zamku zachowując gotyckie założenia. Nadał warowni nowożytne znamiona. Jednak pierwotne i zasadnicze założenie zamkowe składało się tylko z czworobocznego budynku wschodniego, późniejszy „dom wielki”, otoczonego czworobokiem murów obronnych, z bramą wjazdową, wzmocniona parchamem (międzymurzem) od północy. Budynek ten był niezwykle długi jak na zamki krzyżackie i miał wymiary 12x61 m. Pierwotnie był trójkondygnacyjny, dopiero później w XVI wieku rozbudowany i podwyższony o dwie kolejne kondygnacje. Jego wnętrze zajmowały pomieszczenia główne i reprezentacyjne (kaplica, kapitularz, skarbiec). Zapewne od północy przylegała do niego wieża, której relikty mieszczą w przyziemiu małą salkę z zachowanymi kamiennymi, profilowanymi odrzwiami tzw. skarbiec, usytuowany obecnie w murze północnym przylegającym do prezbiterium dawnej kaplicy. Wieża opisywana wyżej stanowiła pierwotnie zabudowę wzmacniającą pierwotny przejazd na teren zamku wysokiego, osadzony był w skrzydle północnym. Tę część zamku rozbudowano w dwóch fazach, w XV wieku (po przeniesieniu komturii do zamku w Przezmarku) i następnie w XVIII wieku. W tej części zamku, ze względu na konieczność obsługi bramy wjazdowej i mostu zwodzonego, musiały mieścić się pomieszczenia wartownicze. Nieistniejący dziś budynek południowy powstał w latach 1601-1603. Dziedziniec zamkowy miał od wschodu dwukondygnacyjne krużganki, w literaturze łączone z szesnasto-wieczną przebudową. Ich ceglane cokoły, wraz z filarami granitowymi piwnic „domu wielkiego”, odsłonięto i częściowo zrekonstruowano w latach 1931-37. Od południa, w pobliżu skrzydła wschodniego, przylegają ruiny ośmiobocznej wieży głównej, która była pierwotnie połączona gdaniskiem* wysuniętym w stronę jeziora za pomocą drewnianego ganku. Re- Agnieszka Świercz-Karaś 83 Ukty fundamentów gdaniska odkryto nad brzegiem jeziora dopiero w latach 50-tych XX w. Skrzydło zachodnie odkryte w trakcie badań architektoniczno-archeologicznych wskazuje na częściowy charakter zabudowy tymczasowej, o konstrukcji murowano-drewnianej. Zabudowa założenia trójskrzydłowego nieregularnego przedzamcza usytuowana była u nasady półwyspu. Zróżnicowana architektonicznie, mieściła główny przejazd bramny na teren zamkowy. Pierwotnie flankowana była w narożnikach skrzydła północnego dwiema masywnymi wieżami (w tym północno-wschodnia zachowana do dziś). Układ i rozplanowanie zabudowy przedzamcza czytelny jest w ukształtowaniu terenu i ruin ciągów murów odwodowych całego terenu. W fosie północnej w części zachodniej czytelne są dwa filary przyczółka mostowego wiodącego na teren zamku wysokiego, zorientowanego nietypowo po linii ukośnej. W części zachodniej skrzydła północnego zachowały się pozostałości spichrza murowanego z XVIII wieku. WIEŻA, KTÓRA PRZETRWAŁA DO DNIA DZISIEJSZEGO Wieża w Przezmarku stanowi jedyną kubaturową budowlę przedzamcza pozostałą z całego założenia zamkowego lokowanego na otoczonym stromiznami cyplu, przy północnym brzegu jeziora Mołtawa Wielka. Przy jej budowie wykorzystano naturalne ukształtowanie terenu. Część główna z zamkiem wysokim oddzielona jest od nieregularnego przedzamcza szeroką wewnętrzną, mokrą fosą, o wzmocnionych murem ceglano-kamiennym przeciw-skarpach fosy. * Od północy cały półwysep zamkowy oddziela szeroki i głęboki przekop dawniej mokrej fosy zewnętrznej, w którym posadowione były zachowane do dziś dwa (z czterech) ceglane filary pomostu prowadzącego do głównej bramy wjazdowej, osadzonej centralnie w północnym skrzydle przedzamcza. Dziedziniec wewnętrzny przedzamcza otoczony był pierwotnie zabudową posadowioną na murach obwodowych i flankową w narożnikach skrzydła północnego masywnymi wieżami, z których tzw. Jeniecka lub „Transparn” („Transparan”) przetrwała w prawie niezmienionej formie do chwili obecnej. W części zachodniej skrzydła północnego zachowane są relikty murów magistralnych zabudowy przedzamcza, przylegające do zachowanych tylko fundamentów dawnej okrągłej baszty w narożniku północno- zachodnim przedzamcza. Masywna wieża narożna przedzamcza powstała pod koniec pierwszego ćwierćwiecza XIV w. jako wieża o charakterze wartowniczym. Przez długi czas budowla ta pełniła funkcję dzwonnicy i wieży zegarowej. W latach mię- 84 Tak się tworzy historię dzywojennych mieściła muzeum regionalne, po II wojnie światowej pełniła funkcję schroniska i hotelu. Posiada rozpięty na planie kwadratu (9,08x9,17 m) ceglany, sześciokondygnacjowy trzon o wysokości ok. 27 m nakrywa dach ceramiczny, namiotowy, czterospadowy z krótką kalenicą* o osi w kierunku wschód-zachód. Wysokość całej wieży do kalenicy dachu wynosi ok. 35 m. Elewacje trzonu wieży są ceglane, w górnych kondygnacjach zasadniczo dwuosiowe, w dolnych jednoosiowe. Na elewacjach północnej i wschodniej poniżej trzeciej kondygnacji występuje dekoracja zendrówkowa* w romby. Na elewacjach zachodniej i południowej liczne ślady i sztrabowania* po zabudowie przylegającej pierwotnie do wieży od strony przedzamcza. Obecnie główny otwór wejściowy osadzony jest w otworze na dawnym pierwszym piętrze, w osi elewacji południowej. Skomunikowany z tere- nem przedzamcza schodami drewnianymi ze społecznikiem wspartym na ozdobnych mieczach drewnianych. Prowadzi on do wnętrza wieży. Wnętrza komór wartowniczych wieży rozczłonkowane są wysokimi prostokątnymi wnękami, zamkniętymi lukiem odcinkowy z charakterystycznym uskokiem po kosznicy* (mieszczącymi strzelnice typu okiennego). Strzelnice w dwóch typach z ławami ceglanymi po obu stronach wnęki lub bez. Wnętrza nakrywają masywne stropy belkowe z podłogami deskowymi tzw. „białymi”. Wszystkie ściany wewnętrzne są nietynkowane, ceglane i spoinowane. Elewacje wieży podzielone zasadniczo na dwie strefy oddzielone pomiędzy II i III kondygnacją gzymsem opaskowym, stanowiącym parapet dwóch dużych, tynkowanych blend*. Na elewacji południowej pozostał ślad połaci dachowej nieistniejącej zabudowy i czytelne ślady po profilu muru zakończonego u góry strzępami przedpiersia ganku obronnego na wysokości otworu wejściowego do wieży. W jego sąsiedztwie po lewej stronie trzy gniazda po belkach stropowych o nieokreślonym przeznaczeniu. *przeciwskarpa — mur oporowy otaczający rów forteczny od zewnątrz *gdanisko - wieża sanitarno-ustępowa pełniąca funkcję latryny * kalenica — krawędź dachu utworzona na przecięciu połaci dachowych *zendrówka — cegła ceramiczna zbyt mocno wypalona, częściowo zeszklona. * sztraba (sztrab) - pionowy rząd cegieł wystający z lica muru (najczęściej, z co drugiej warstwy cegieł). Może służyć celom zdobniczym lub jako zaczątek nowej, prostopadłej ściany (planowanej do wzniesienia w przyszłości) Agnieszka Świercz-Karaś 85 * kosznica, (opłotki) — ściany w pierwotnych chatach, lub ogrodzenie wykonane z plecionych gałęzi czasami obrzucanych gliną, wzmocnione drewnianymi słupami (żerdziami) wbitymi bezpośrednio w ziemię podtrzymującymi dach, * blenda — płytka wnęka w ścianie, o wykroju arkady lub okna, stosowana przede wszystkim w celach estetycznych, rzadziej do odciążenia ściany. Blendy charakterystyczne były dla architektury gotyckiej, często stosowane jako dekoracja szczytów, mogły być tynkowane na biało lub wypełnione malowanym maswerkiem imitującym laskowania okien, CHCESZ ZWIEDZIĆ POKRZYŻACKĄ WIEŻĘ W PRZEZMARKU? O historii zamku w Przezmarku dowiedzieć można się na stronie www,zamekprzezmark, pl. Osoby, które chciałyby na własne oczy zobaczyć pokrzyżacką wieżę państwa von Pila-chowskich i okolice dawnego zamku, mogą się umówić z właścicielami obiektu, tel, 606 641 097, Informage uzyskane dzięki uprzejmos'ci państwa von Pilachowskich oraz z inwentaryzacji budowiano-konserwatorskiej sporządzonej przez konserwatorów zabytków Krzysztofa Milanowskiego i Piotra Tuliszewskiego. Zdjęcia w tekście Agnieszka Świercz-Karaś Z ostatniej chwili, W trakcie regionalnych obchodów Światowego Dnia Turystyki Marszałek Województwa Pomorskiego Mieczysław Struk wręczył Państwu Pilachowskim wyróżnienie za zasługi dla rozwoju turystyki w naszym województwie w kategorii oferta turystyczna. Michał Piotrowski C^^^^JE łC^^SCI IMC^TJE KAPLICA W IGŁACH? 88 Czyje kości kryje kaplica w Igłach? Malownicza ruina grobowca wśród pól przyciąga oko, ale budzi też ciekawość. Przez lata nie było wiadomo, kto spoczywa w dawnej kwaterze w Igłach. Badacze snuli przypuszczenia, wedle których chowano tu szlachetnie urodzonych właścicieli pobliskich majątków. Ale których? Być może właśnie udało się uchylić rąbka tajemnicy. Kaplica, a wcześniej również otaczający ją cmentarz, znajduje się między czterema dawnymi majątkami: Igły, Gintro, Zielonki i Jodłówka. Na dawnych mapach widać, że polnymi drogami można było tu dotrzeć z każdego z nich. Najbliżej znajdowały się Igły: wieś założona w 1287 roku. W czasach krzyżackich Igły należały do rodziny Loka/Locka. Później właścicielami byli m.in. Wałdowscy, Chrząstowscy a w XIX wieku Sierakowscy z nieodległego Waplewa Wielkiego. W połowie XIX w. Adam Sierakowski sprzedał część rodowego majątku razem z Zielonkami i Igłami w Hermannowi Róttekenowi z niemieckiej Rhedy-Wiedenbriick. W tym okresie wieś liczyła ponad 100 mieszkańców, a zabudowania — 41 budynków. Hermann Rótteken był radnym okręgu i deputowanym na powiat. Przeniósł się w te strony z odległych Niemiec. Było to między 1846 rokiem (kiedy urodził mu się pierwszy syn jeszcze Rheda-Wiedenbriick), a 1848 rokiem (kiedy urodził się drugi syn, ochrzczony w parafii w Kałwie). W odróżnieniu od Sierakowskich był nowy na tej ziemi, rodzinne groby pozostawił daleko na zachodzie. Naturalnie mógł zdecydować się na wykupienie kwatery na cmentarzu w Kałwie lub Szropach, jednak biorąc pod uwagę status i majątek — równie dobrze mógł podjąć decyzję o budowie rodowego grobowca na swojej własnej ziemi, tak jak wówczas było to w zwyczaju. Potwierdzeniem tej tezy są zapisy w księgach metrykalnych parafii Kałwa i Szropy. W dostępnych Online dokumentach z XIX wieku widać, że zmarli z okolicznych miejscowości - czy to z Igieł, czy Gintra, czy Jodłówki — chowani są na jednym z dwóch parafialnych cmentarzy. Griinfelde, czyli Zielonki, są na tym tle ewenementem, bo tylko w ich przypadku są wpisane zarówno jako miejsce zgonu, jak i pochówku. Analiza map z tamtego okresu potwierdza, że wokół Zielonek nie było innego cmentarza. Co może jasno wskazywać, że zapis dotyczy właśnie cmentarza między Zielonkami a Igłami. Kto widnieje w księgach metrykalnych jako pochowany w Griinfelde? Znaleźć tu można następujące nazwiska: - córka Augusta Róttekena i Magdalenę Tollkiemitt, 1871 (prawdopodobnie poronienie lub dziecko zmarło tuż po porodzie) - Georg Conrad, pracownik, wdowiec, zmarły w wieku 62 lat - 1811-1873 - Ferdinand Alexander Ludwig Rótteken, zmarły w wieku 29 lat - 1848-1877 - córka Augusta Róttekena i Helene Gobis, 1880 (prawdopodobnie poronienie, lub dziecko zmarło tuż po porodzie) - i wreszcie Hermann Rótteken, zmarły w wieku 67 lat - 1818 — 1885 Hermann wraz z żoną Sybillą Bues doczekał się przynajmniej 4 dzieci — 3 synów i córki (takie narodziny odnotowano w księgach parafialnych w Kałwie i Szropach). August był Michał Piotrowski 89 Kaplica w Igłach w archiwum konserwatora zabytków w ElhlĄgu,Jot. autor 90 Czyje kości kryje kaplica w Igłach? jego najstarszym dzieckiem, Ferdinand — drugim (pierwszym urodzonym na Pomorzu). Georg Conrad być może należał do zaufanych pracowników majątku. Zapewne odnotowane w księgach metrykalnych nazwiska to nie wszyscy pochowani w kaplicy i na cmentarzu w Zielonkach. Być może w późniejszym okresie (dostępne są księgi do 1885 roku) zmarłych przybyło. Opowieści z czasów po drugiej wojnie światowej, gdy kaplica cmentarna ulegała powolnej dewastacji, mówią o znajdujących się wewnątrz siedmiu trumnach. Kto jeszcze mógł spocząć w kaplicy lub w jej pobliżu? Być może z czasem uda się ustalić kolejne osoby. Jeśli chodzi o potencjalnych kandydatów; Gintro było własnością Franciszka Donimirskiego (1803-1857) i jego spadkobierców. Zielonki przejął w dzierżawę Robert Johann Theodor Ludwig Suhr (prawdopodobnie w 1888 roku, bo jego pierwsza córka Felicitas przyszła na świat w 1887 roku w Sopocie, zaś druga — Erika — urodziła się w 1889 roku już w Zielonkach, tu również rodziły się kolejne dzieci). Najmniej wiemy o właścicielach Jodłówki — jako właściciel w latach 1915-1923 figuruje w dokumentach Otto Wolters. A Igły? Wyludniły się, kiedy część ziemi została wykupiona pod budowę linii kolejowej Małdyty - Malbork otwartej w 1893 roku. Według księgi adresowej właścicieli ziemskich z 1922 roku Igły należały do Hansa Ziehma. Jego nazwisko pojawia się też w kolejnej księdze adresowej z 1932 roku. W tym okresie jednak (co wyraźnie widać na mapach) we wsi było już zaledwie kilka budynków, prawdopodobnie więc Hanz Ziehm mieszkał w innym miejscu i korzystał jedynie z tutejszych pól uprawnych. Dziś Igły to niewielka wieś w gminie Stary Targ, w powiecie sztumskim. Przedwojenna mapa okolic Igieł, fot. autor Andrzej Lubiński 91 Andrzej Lubiński Matematyk z Postolina Z parafii postolińskiej wywodzą się trzy osoby, które urodziły się w XIX wieku i zyskały zasłużone uznanie swoich współczesnych: etnograf i archeolog urodzony w Miranach ks. dr Władysław Łęga oraz rodem z Michorowa etnograf i nauczyciel w niemieckich szkołach średnich przed I wojną, a potem kurator oświaty województwa pomorskiego, dr Józef Łę-gowski. Ich prace niedawno przypomniało Wydawnictwo Region. Trzecią postacią, dziś już zupełnie zapomnianą, jest matematyk dr Feliks Herstowski z Postolina. Rodzina Herstowskich wywodzi się z Barłożna na Kociewiu. Pod koniec XVIII wieku spotyka się ją również na ziemi sztumskiej: Tywęzy, Waplewo, Bukowo, Mirany, Michoro-wo i Postolin. W większości byli to chałupnicy. Hipolit Herstowski, ojciec bohatera naszej opowieści, urodził się 13 maja 1817 roku. Jego losy od początku były bardzo skomplikowane. Matką jego była Elżbieta Karczewska, która w listopadzie następnego roku wyszła za mąż za Stanisława Małkowskiego. Mały Hipolit (niespotykane imię wśród dzieci chłopskich!) nie został jednak z matką, ale trafił na wychowanie do Franciszki Herstowskiej. Hipolit Łyskowski, właściciel ziemski z Starej Wsi, a potem Wilczewa, miał z nią wcześniej nieślubne dziecko (Stanisław ur. 27.12.1815). Fakt ten poświadczają wpisy do ksiąg metrykalnych. Można się łatwo domyślić, że Hipolit z matki Elżbiety Karczewskiej był także jego dzieckiem. Łyskowski niebawem ożeni się z Marią Donimirską z Bukowa (20.06.1820). Wkrótce po adopcji Hipolita Franciszka wychodzi za mąż za Andrzeja Fabiszewskiego, nauczyciela, urodzonego w 1793 z Waplewie. Tam też zamieszkali młodzi w roku 1819, a młody Hipolit pobierał naukę w szkole, którą założył hrabia Antoni Sierakowski. Jako pomocnik zarządcy Hipolit pracował w majątku Wałdowskich z Michorowa. W roku 1848 zamieszkał w Postolinie i prowadził gospodę. Mając 31 lat, oświadczył się Józefinie Jankowskiej z Postolina, urodzonej w roku 1828, liczącej sobie 21 lat. Jej rodzicami byli Ambroży Jankowski i Agnieszka Gołębiewska. Jankowscy również mieszkali w Michorowie, możliwe, że byli spokrewnieni z postolińskimi imiennikami. Młodej parze ślubu udzielił ksiądz proboszcz Franciszek Pawłowski. Rok później urodził się (10 września) pierworodny syn Feliks. Małżeństwo Herstowskich doczekało się dziesięciorga potomstwa, z czego ośmioro przeżyło: August - ur. 15.04.1851, Angelika - 6.03.1842, Jan - 22.10.1854, Marcin - 14.11.1855, Monika - 12.12 1857, Franciszka - 9.03.1860. Po ostatnim porodzie Józefina Herstowska umiera w wieku 36 lat. 92 Matematyk z Postolina Organistą i nauczycielem od 1841 w Postoli-nie był Juliusz von Jakubowski. Został on ojcem chrzestnym jednego z dzieci Herstowskich. U niego naukę na szczeblu elementarnym pobierać będą dzieci Hipolita i Józefiny. Nauczyciel dostrzegł uzdolnienia pierworodnego Feliksa Herstowskie-go, sugerował rodzinie, by kontynuował dalszą naukę w gimnazjum. Pod koniec nauki elementarnej młodego Feliksa w postolińskim kościele doszło do pewnych rozruchów. Podczas mszy świętej małżeństwo Teodor i Józefina Łyskowscy z Wilczewa i brat Józefiny Antoni Chrzanowski zaintonowali pieśń „Boże coś Polskę” i „Matko Chrystusowa”. Rodzeństwo zostało ukarane przez Królewsko Pruski sąd w Sztumie karą 40 talarów, a Teodor Łyskowski 20 talarami. Proboszcz Pawłowski nazwał ich buntownikami, bo śpiewane pieśni miały doprowadzić do buntu, rozruchów i rewolucji. Powoływał się w tym wypadku na zarządzenie biskupa warmińskiego Józefa Geritza, który zakazywał śpiewania tych pieśni. Od roku 1863 Feliks Herstowski rozpoczyna naukę w Braniewskim Gimnazjum (Brunsberger Gymnasiums), gdzie naukę prowadzono w języku niemieckim, a uczniowie uczyli się również łaciny, greki, francuskiego, biologii, geografii, fizyki, ale uczono też języka polskiego. Najwybitniejszą postacią przyznająca się do polskości był nauczyciel języka polskiego Piotr Kawczyński (1824-1882), który należał do Warmińskiego Towarzystwa Historycznego w Braniewie. Od roku 1863 pracował w braniewskim gimnazjum, dokąd został przeniesiony przez władze pruskie za prowadzoną propolską działalność w gimnazjum w Chojnicach. Przez pierwsze lata nauki w gimnazjum Feliks Herstowski był utrzymywany przez rodzinę mieszkającą w Postolinie. W roku 1868 ojciec Hipolit utracił swój niewielki majątek i sprawy się skomplikowały. 15 kwietnia 1869 roku Feliks napisał podanie do Towarzystwa Pomocy Naukowej w Chełmnie z prośbą o stypendium, aby móc kon- Die RbitimnlER von Ig60 bis 1916, Prot. Dr. Georg Lub'", OlMMiehrcr ' 1’ sierpom rHf.r rProf. Dr. ❖ iO.WrześniHj849.r. T 32.,Sierpnia 19^4.r. -.dpue/yneii raez tei 'iupch im' śm<^tŁ Nagrobek Herstowskiego w Postolinie, fot. architoum Andrzej Lubiński 93 tynuować naukę w gimnazjum, a po zdanej maturze rozpocząć dalsze studia. Na potwierdzenie trudnej sytuacji finansowej przedstawił dokumenty „ubóstwa”: jeden wystawiony 6 lutego 1869 r, przez Królewski Urząd ds. Rentowych i Dominialnych w Sztumie oraz drugi przez proboszcza Jana Witkowskiego w Postolinie 9 lutego 1869 r. Pisze ks. Witkowski: -Ojciec opiekuna Feliksa Herstowskiego żyje u boku swojq liczny rodziny w bardzo ubogich toarunkach, tak że nie ma możliwości udzielenia jakiegokolwiek wsparcia swojemu synowi, gdyż co więcq on sam wymaga wsparcia. Pomoc została przyznana. Od maja do końca grudnia 1869 r. Feliks będzie pobierał 2 talary, a od stycznia 1870 r. do zdania matury 3 talary. Jako stypendysta Towarzystwa Pomocy Naukowej w Chełmnie był zobowiązany do przedstawienia władzom Towarzystwa postępów w nauce, sam przygotował raz na pół roku pracę pisemną po polsku na zadany temat. Były one pisane pod kierunkiem profesora Piotra Kawczyńskiego, który wysyłał je do Chełmna na ręce dyrektora Towarzystwa Pomocy Naukowej dr Łożyńskiego, a w czasie studiów wrocławskich dr Łazarewicza. Warto przypomnieć, że założycielami Towarzystwa Naukowej Pomocy byli Łukasz Śląski zTrzebcza i Teodor Donimirski z Bukowa (30 września 1848 r.). Miało ono nieść pomoc uzdolnionej, biednej młodzieży polskiej. Wzorowano się na wcześniejszym powstałym w Poznaniu Towarzystwie Pomocy Naukowej im. Karola Marcinkowskiego. W ciągu 20 pierwszych lat działalności udzielono pomocy 311 młodzieńcom. Z powiatu sztumskiego członkami byli m.in: Antoni Sierakowski, Teodor Donimirski, Piotr Alkantary Donimirski, Franciszek Donimirski, Ignacy Donimirski, Julian Czarliński, który pełnił równocześnie funkcję skarbnika na powiat, Stefan Czarliński, Polidor Wałdowski, Teodor Łyskowski, Jan Łemkowski, Jerzmanowski, Kuncer. Łącznie co roku z powiatu sztumskiego wpłacano 180 talarów. W roku 1868 należało do Towarzystwa 777 członków z całych Prus Zachodnich. W aktach Feliksa Herstowskiego przechowywanych w Archiwum Państwowym w Toruniu znajdują się wypracowania jego autorstwa: „Zycie i czyny Jana Sobieskiego”, „Charakterystyka Hrabiego i Telimeny w Panu Tadeuszu”, „Stefan Batory”, „Co pomyślnego dla Polski Władysław Jagiełło uczynił”, „Z jakich przyczyn Bolesław Chrobry zasługuje na przydomek Wielkiego”. Warto zacytować wstępy wypracowań: - Dziwnem mi się zdaje żesmy lubo o nas samych mamy tylu tak znacznych i podziwienia w prawdzie godnych mężów, przywykli takowych szukać w Starożytności i mianowicie starożytnych Fzymian i Greków uwielbiać i nad gwiazdy wynosić. Tak nas opanowali Wirgiliusze i Homery, żesmy zaniedbali nieco naszych stoickich poetów jak Cezary i Temistoklecowie, żesmy prawie zahaczyli o naszych Chrobrych, Jagielonach, Sobieski, który równą jak ów Karol zgotował chwalę, gdyż jak ów niegdyś' Maurów z Zachodu, tak on Turków z Wschoda Europie muhamedanizmem i barbarzyństwem zagrażających wstrzymał, lecz nie raz, ale tysiąc można mówić razy, a kiedy niepokonani pod Wiedeń się posunęli i wszyscy nieomylny tego miasta upadek oczekiwali i z tamtąd ich odparł niemał im zadawszy ten Sobieski nie jest podziwiania i uwiełbiania godny. Dlatego precz z Rzymianami i Grekami naszego tu bohatera piszę życie i czyny Potem rozpoczynał się opis panowania Jana III. Interesująco pisze we wstępie do drugiego opracowania: - Bez wątpienia przez inne żadne dzieło nasz wielki poeta nie dał tyłe dowodu, że jest prawdziwie narodowym wieszczem 94 Matematyk z Postolina jak przez owego Pana Toiieusza. Kaźcie prawie słowo, które z ust Jego płynie, powiania nam jaką on miłością ku rodzinnej ziemi pałał. Zdaje mi się, że było jedynym prawie poety cełem, przez ów poemat swą ułubioną ojczyznę opiewać i niesmiertełny je/ wskrzesić pomnik, bo słowa Mickiewicza najpóźniejsza potomność dochowa, jak dochowała imię i sławę Homera w tyłe wieków po upadku opiewane/ przez niego Troi. Małuje poeta poła i wioski, opisuje obyczaje i zwyczaje łudzi i przedstawia wszełkie stosunki, które czytełnikowi wyraźny obraz Litwy podać mogę. A wszystko napisane tak pięknie, tak nadobnie, źe prawie czujemy się przyciągnieni do Pana Tadeusza. We wszystkim rozpoznajemy geniałnego poetę. Charaktery które nam Mickiewicz w Panu Tadeuszu przedstawia godną zręcznością jak najdokładnie/ i jak najjas'nie/ przedstawił. A wszełkiego rodzaju i stanu łudzi w owym poemacie umieszczył i przez to mianowicie jak najioyraźnie/ wyłożył, jaka wówczas i kiedy ten dramat że tak powiem się odgrywa Litwa i jacy jej mieszkańcy. I kolejne wypracowanie: - Stefan Batory nadto jest znany powszechnosCi narodowej, żeby mu moje pióro dodać co łub ująć potrafiło. Znany jest mówię, będąc największym z krółów poiskich bohaterem, będąc najszłachetnie/szym Krółem Poiski, który ją nie tyłko, gdy była wewnętrznie pogrążona w bezdennej niełada przepaści, a z tąd zewnętrznie u sąsiedzkich narodów na powadze i znaczeniu traciła, z tej toni nieporządku i zamieszczeń po części loydarł, ałe też do wysokie/ świetności i stany wyniósł stopnia odżywając duch mężny Połaków a sam razem jak wódz i mąż połityczny i wojska i narodowi z chwałą przewodząc. Był bowiem krół Stefan nie tyłko bynajmiej nie obcy też szczegółnie biegły i umie/ętny w sztuce wojennej i osobiście mężny, tak że smiałosCią odwagi żadnemu z wałecznych krółów połskich nie ustępował, ałe raczę/ swą wałecznoscią szczerbcowi Chrobrego zrówny. Dłatego przedsięwziąłem Stefana Batorego obszernie/szą kartkę i hołd jego pamięci złożyć. Będąc jednocześnie przekonanym, że wiemy obraz świetnego króła dać nie potrafię proszę tych, którzy to czytać będą o wzgłąd na mą niezdołnos'ć i żeby się kontentowałi mą chęcią. Feliks Herstowski czasem pisze słowa polskie, jakimi posługiwano się na ziemi sztumskiej, np. zamiast „umieścił”, pisze „umieszczył”. Drobne błędy w wypracowaniach podkreślał Piotr Kawczyński, ale uważał, że praca spełnia wymagania stawiane stypendystom. Naukę po siedmiu i pół roku ukończył Feliks pomyślnie. Zwolniony został z egzaminów ustnych, ponieważ prace pisemne były dobre, całkowicie zadowalające, a z matematyki jego wiedza była wyśmienita. Komisja Egzaminacyjna wystawiła świadectwo dojrzałości 13 marca 1871 r. Podpisy pod świadectwem złożyli prof. Braun, dyrektor gimnazjum, nauczyciele: Otto, Tietz, Wollmann, Kawczyński, Snalina, Hutte. W kwietniu tego samego roku pisze Feliks list ze Sztumu do profesora Kawczyńskie-go w Braniewie dotyczący stypendium akademickiego Towarzystwa Pomocy Naukowej. Informuje, iż 29 kwietnia wyjeżdża na studia do Wrocławia. Tego samego dnia pisze drugi list do Towarzystwa Pomocy Naukowej w Chełmnie. „Szanowna Dyrekcja Towarzystwa Naukowej Pomocy raczyła mi na ukończenie mych studyi sto tałarów rocznego wsparcia na cztery łata uyznaczyć i podała mi przez to sposobność' pos'więcenia się onemu zawodowi, do którego największą zawsze w sobie czułem skłonnos'ć i oddania się tym naukom, które najwięcej mi się podobają. Czuję się przeto bardzo uszczęs'łiwionym, ałe też równie co jak największych dzięków przeciw Sz. Dyrekcji zobowiązanym, które jeżełi bym chciał słowami wyrazić, nie tyłko słów by mi zabrakło, ałe nie mogły by one wcałe zważyć tak wiełkiego dobrodziejstwa. Andrzej Lubiński 95 które mi tayświaeiczono. W najprzyjemni^szy Sz. Dyrekgi sposób oeiwdzi^czę się niezawodnie, jeżeli przyrzeknę że za pomoce} udzielonego mi wsparcia będę się usiłował podczas mych studyi akademickich doskonałe się loykształcić, a potem stać się nie tyłko porz^nym człowiekiem, ałe działającym członkiem towarzystwa polskiego i wiernym rodakiem. F. Herstowski". Naukę rozpoczął we Wrocławiu 2 maja 1871 r. na wydziale filozoficznym, studiując matematykę i nauki przyrodnicze. Do Towarzystwa Pomocy Naukowej w Chełmnie na ręce dr Łazarewicza będzie wysyłał swoje rozprawy matematyczne. W kwietniu 1874 r. przerwał studia, przyjął na rok pracę nauczyciela domowego w Starym Targu. 7 września pisze list z tej miejscowości do Piotra Kawczyńskiego „Wielmożnemu Panu przesyłam spis kolegiów, testimonia i diligentine i pros'bę do dyrekcji o nadzwyczajne wsparcie albo pożyczkę. Chociaż tę potrzebowałbym dopiero w marcu przyszłego roku, bądź Waszmosć Pan jednak łaskaw przedstawić Dyrekcji, żeby już teraz o niej zadecydowała, gdyż w razie, żeby Dyrekcja do mej pros'by się nie przychyłiła, musiał bym się wcześnie postarać o jaki urząd prywatnego nauczycieła. Pracę matematyczną nadeśłę Waszmość Panu przed końcem wakacji. Z jak największym szacunkiem Herstowski”. W Starym Targu mieszkali dziadkowie Fabiszewscy, u których zamieszkał pracując, by zgromadzić brakujące fundusze na dalszą naukę. Wrócił do Wrocławia na semestr zimowy 1875 r. Ukończył studia ze stopniem doktora w roku 1876. W „Rocznikach Matematycznych” za 1867 rok ukazała się jego praca pt. „Zur Theorie der Jacobi'schen Thetafunctio-nen”. W życiorysie do redakcji napisał, że uczęszczał na wykłady profesorów: Schroetera, Meyera, Galie, Rosanesa, Bachmanna, Dorna, Elvenicha, Diltheya, Webera, Gerube, Coh-na, Roemera, Polecka, Nehringa. Serdecznie dziękuję wszystkim wymienionym, a szczególnie prof. Schroeterowi i Meyerowi za wsparcie jakiego udzielili mu na studiach. Herstowski rozpoczął pracę w gimnazjum w Rawiczu, od 1878 r. w gimnazjum w Chełmnie. Znając jego propolskie sympatie władze niemieckie przeniosły go jako nauczyciela wyższego stopnia do Glukstadt w roku 1889. Przez następne dziesięć lat pracował w Kilonii. Ostatnim gimnazjum był Frankfurt nad Odrą (1899 - 1908). Na emeryturze osiadł w Oliwie z żoną Anastazją, poślubioną we wrześniu 1880 r. w Kościerzynie. Włączył się aktywnie w działania ruchu polskiego. Domagał się w imieniu Towarzystwa Ludowego Jedność, aby w kościele oliwskim zezwolić na głoszenie kazań po polsku dla ludności kaszubskiej, gdyż wybudowali tę budowlę książęta pomorscy. Niemiecki proboszcz wzbraniał się, by głosić polskie kazania. Herstowski współpracował także z „Gazetą Gdańską”. Zmarł 27 sierpnia 1924 r. i spoczął obok małżonki zmarłej 12 Sierpnia 1911 r. Postać urodzonego w Postolinie matematyka zasługuje na to, by przypomnieć obecnym mieszkańcom Powiśla. Za pomoc w poszukiwaniach archiwalnych dziękuję serdecznie Andrzejowi Koseckie-mu z Gdańska. Prowincje bliskie i dalekie Radosław Wiśniewski POLIN 2022 PATRZĄC OD KOŃCA - DZIAŁOSZYCE Wstaliśmy na tyle wcześniej, że mogliśmy pojechać kawałek poza autostradą. Gdyby-śmy wiedzieli, że prześpimy oboje zjazd na Wrocław, pewnie byśmy tego nie zrobili, ale nie wiedzieliśmy. A ja lubię jeździć przez Polskę poza autostradą. Autostrada jest jak kanał czasoprzestrzenny. Ogłusza, oślepia, odbiera. - Jedz do Działoszyc — mówił Janusz — jedz. Zobaczysz sztetl, taki klasyczny małopolski sztetl. No i przyjechaliśmy. Ciągle jeszcze miasteczko, chociaż liczba mieszkańców mniejsza niż w Lelowie, który prawa miejskie utracił ponad 150 lat temu i nigdy ich nie odzyskał. Działoszyce zamieszkiwało w 2010 roku według spisu 991 osób. W połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku Działoszyce miały ponad 6500 mieszkańców. Była tutaj cegielnia. Radosław Wiśniewski 97 betoniarnia, fabryka cukierków i cykorii, trzy garbarnie, olejarnia, młyny wodne, wytwórnia wody sodowej. W miasteczku było 50 sklepów spożywczych, 20 bławatnych, 7 galanteryjnych, 2 apteki, 3 herbaciarnie, 3 restauracje i niezliczona ilość warsztatów oraz zakładów rzemieślniczych, nie wyłączając zegarmistrzowskich. Nie tylko trzeba umieć coś robić, ale mieć dla kogo. Praca jest rozmową, dialogiem, jaki toczymy przez wieki, prawda? Zajechaliśmy na plac pod synagogą, a właściwie pod szkieletem synagogi. Z pobliskiego wzgórza ryczał na cały głos kościół, bo niedziela, koło południa, miasteczko wymarłe, wszyscy w kościele. - Nic tu nie ma - mówię ni to do siebie, ni to do Małgosi. — Nic. Bo z tych 6500 ludzi przed wojną zostało po 70 latach 991 dusz wedle spisu z 2010 roku. A miasto wygląda jakby się marszczyło pod słońcem. Zasuszone, drobne, wątłe. Tablica informacyjna obok ryneczku opowiada historię wazy odkrytej w pobliżu w latach 70-tych. Ilustracje wyblakły zupełnie od słońca, ledwo daje się odczytać o co chodziło. Na wazie znajdowały się przedstawienia wozów z kołami. Wedle datowania radiowęglowego o 500 lat starsze niż podobne przedstawienie sumeryjskie. Ale gdzie stała restauracja żydowska, gdzie była mykwa — tego się już nie dowiesz. I co z tego, że ktoś przejął warsztaty, wytwórnie, restauracje, piwiarnie, sklepy spożywcze i bławatne? Trzeba nie tylko umieć coś robić, ale mieć dla kogo robić, a z tych 6500 mieszkańców Działoszyc w połowie lat trzydziestych ubiegłego stulecia ponad 5000 było Żydami. W 1941 roku w getcie w Działoszycach stłoczono ponad 10 tysięcy Żydów. I potem w trzech deportacjach wywieziono — część rozstrzelano w pobliżu, a część trafiła do Miechowa skąd wywieziono ich do Bełżca. „Po ostatnim wysiedleniu Żydów, przyjechał z Miechowa przedstawiciel gestapo celem likwidacji mienia pożydowskiego. Wraz z policją sprzedawali przez tydzień urządzenia mieszkalne. Masy chłopstwa przyjechały do miasta, kupowali umeblowanie i sprzęt razem z pluskwami.” (ze wspomnień Waciawa Kapsy, mieszkańca Działoszyc) Tak, trzy lata temu powziąłem taki zamiar, żeby zacząć podróż śladami życia, żeby omijać wielkie miasta, żeby omijać wielkie narracje, żeby szukać okruchów tam, gdzie one padły i zostały. Nie wiedziałem, głupi, że będzie to wyprawa w jeszcze większą otchłań, jeszcze większą studnię zapomnienia. I nie tylko zapomnienia. Bo jak nazwać to nic, jakie zostało po 5/6 mieszkańców miasteczka. I tę daremność tępego rabunku. Co z tego, że ktoś poprzejmował mienie nieżyjących, razem z pluskwami, jak opisał to świadek, pytam? Nic. Miasteczka stały się wsiami i nie podniosły się ponownie do dawnej rangi, nie ożyły, nie wyrosły na bogactwie zabranym zmarłym nowe, szklane, polskie domy. „Te masy się nie cofną” pisał delegat rządu RP na kraj w zawoalowany sposób opisując żywiołowość w przejmowaniu pożydowskiego majątku milionów ofiar przez dziesiątki tysięcy Polaków. Żeby było jasne, że dawnej Polski już nie będzie. Dawnego Polin. Bo masy się nie cofną. Masy się nie cofnęły. Wchłonęły, spożyły i spuchły. Nie wytworzyła się żadna nowa jakość, nic z tego nie wynikło. Zapadające się w sobie, kurczące pod upalnym słoń- 98 Polin 2022 Pozostałość po umftrzu synagogi w Działoszycach, fit. R. Wiśniewski Ruiny synagogi w Działoszycach, Jut. R Wiśniewski Radosław Wiśniewski 99 cem Działoszyce z ryczącym na wieleset metrów wokół kościołem parafialnym. Parafianie przyjmują ciało Jeszuy, Żyda z Nazaretu. Widziałeś sztetl? Nie. Widziałem otchłań. MIECHÓW Dopiero kiedy odjechaliśmy od Działoszyc na kilka kilometrów zorientowałem się, że przecież byliśmy na zapleczu wojsk rosyjskich idących stłumić Powstanie Kościuszki. Z Działoszyc Tormasow poszedł już prosto na Racławice. Zupełnie zapomniałem. Racławice! Tam się Tormasow nadział na kosy, które ten jeden z nielicznych razów miały okazać się zabójczo skuteczne. Coś jeszcze świtało we łbie, żeby może zatrzymać, zawrócić, się rozejrzeć, ale nie, jedzmy już do Miechowa. Może tam coś będzie. O Miechowie pisał już w 1946 roku Mordechaj Canin w reportażach „Przez ruiny i zgliszcza”. Ale tak dla jasności — mój pierwszy wyjazd śladami sztetli nie był inspirowany Caninem, bo jeszcze nie miałem go w rękach wczesnym latem 2019 roku. Dorwałem go dopiero jesienią i przeczytałem na jednym oddechu, rozpoznając w jego podróży fragmenty mojej podróży i pomimo upływu lat — rozpoznając też te same uczucia, ten sam zdławiony lament, chociaż on był Żydem, a ja jestem Polakiem. Ale Miechów to też nieudana w wykonaniu i nie najlepiej zaplanowana bitwa z Powstania Styczniowego. Tego powstania, w którym naród się chociaż częściowo rozpoznał, zaprojektował i zginął. Zatem powiedziałem, pojedzmy tam, chociaż na kawę, na chwilę, zobaczmy jak wygląda, posłuchamy, co mówią ludzie na rynku, czy jest jakiś pomnik powstańczy, krzyż, jeżeli muzeum, to nie damy rady, bo czas zaczynał pomału nas gonić, mimo że wyruszyliśmy przecież wcześnie rano. No ale może pomnik, park, synagoga. Przed wojną na dziesięciu mieszkańców Miechowa, czterech było Żydami. W roku 1921 według spisu było w Miechowie 2707 Żydów, osiem lat później 3500. Jak w wielu miasteczkach — należały do nich domy przy rynku, sklepy, rzemiosło, niewielkie wytwórstwo. To się nie brało znikąd. Żydom, mimo wielu nadawanym im przywilejom, nie wolno było posiadać ziemi. Ich energia zatem szła z pokolenia na pokolenie w to, co mogli robić, w to, do czego ich sprowadzano do dóbr, majątków. To oni stanowili żywotne części społeczności miejskich. Miasta rozwijały się wtedy, gdy ktoś zaczynał świadczyć usługi, gdy zaczynała się produkcja inna niż rolna, chociaż często ściśle z rolnictwem związana. I gdy było dla kogo te usługi świadczyć. W czasie wojny do Miechowa Niemcy zwozili Żydów z okolicy, chociażby częściowo z przepełnionych Działoszyc, a stamtąd w brutalnych deportacjach — wywozili do Bełżca. W czasie tych akcji nazywanych „wysiedleniem” podobno miasto było obstawiane przez polskich „junaków”, jak Canin nazywa pomocniczą służbę budowlaną, do której wcielano polską młodzież na terenach okupowanych czyli baudienst. Canin pisze jednak o tym, jakby była jedna akcja likwidacyjna, chociaż w rzeczywistości — jak wszędzie indziej — mord 100 Polin 2022 rozkładano na etapy, tak, aby była pewność, że nie uchowa się nikt żywy, że nic z dóbr materialnych nie zostanie bezpańskie, że ofiary będą co jakiś czas uspakajane, że to już koniec wywózek, teraz będzie tylko praca i ocalenie. W mieście okazało się, że w rynku jest jeden pomnik wystawiony niejako zbiorczo wszystkim mieszkańcom walczącym o niepodległość, a także wszystkim, którzy zginęli w armiach zaborczych w latach pierwszej wojny światowej. O bitwie pod Miechowem w czasie Powstania Styczniowego więcej można się dowiedzieć w Muzeum, którego niestety nie mamy już czasu zwiedzić. A o samej bitwie to i owo wiem, więc nie muszę czytać plansz muzealnych. Chciałoby się dotknąć tamtej historii, ale cóż. Siadamy w jednym z lokali wokół rynku, za szybą plakat wzywający do Zakopanego na modlitewną walkę o błogosławieństwo dla Polski. Na plakacie matkobosko pod flagą białoczerwoną. Rozmawiamy trochę. Canin na stole, otwieram, czytam, Małgosia mówi, żebym opowiedział, co tam wyczytałem, ale mówię, że potem. Jesteśmy w lokalu sami, a ja nie wiem, co może myśleć właściciel, skądinąd wyglądający na miłego, zachowujący się miło i podający dobrą kawę. No ale ten plakat w oknie. Po wyjściu mówię, że niestety, według informacji Canina mieszkańcy Miechowa oraz lokalny baudienst ochoczo pomagał przy wywózkach sąsiadów, zganiali ich z pól, gdzie uciekali w rozpaczy — do miasteczka, a gdy się ktoś opierał, to bywały pobicia, w tym pobicia na śmierć. Nie wiem ile prawdy jest w tej opowieści. Canin miał dobry wygląd, nie miał akcentu, często podawał się za ,Anglika”, bo świetnie władał angielskim. Polacy opowiadali mu to, co chcieli powiedzieć obcemu, nie podejrzewali, że to Żyd ich pyta Radosław Wiśniewski 101 O wojenne dzieje. Ale jeździł zaraz po wojnie, w wielu sprawach się omylił, przeszacował nie raz i nie dwa liczebności przedwojennych społeczności, liczbę ofiar, czasem mylił daty dzienne wysiedleń, pogromów. Niestety wszystkie te nieścisłości nie podważały jednego — powszechnego mniej lub bardziej entuzjastycznego współsprawstwa miejscowych społeczności w zbrodni. Nawet jeżeli wspólnictwo polegało na tym, że po odejściu i śmierci sąsiadów rabowało się dobytek, zajmowało domy, warsztaty, zakłady, zakładziki pracy. Po trzech latach i kilku wyprawach szlakiem sztetli, skupisk, dla których obecność Żydów była kluczowa, w których dziury po zamordowanych do dzisiaj są nie do załatania, widzę też, że jest pewna prawidłowość, która mnie nie dziwi, bo wydaje się prosta. Możesz w zasadzie nie pytać i nie czytać nic o tym jak skończyła się historia żydowskiej społeczności w danym miejscu. Opowie ci o tym ziemia, pejzaż, ściany domów. Z nich dowiesz się w zarysach jak to było. Bo morderca dotarł wszędzie, kaci nigdzie nie pozostali bezrobotnymi, ale tam, gdzie nie trafili na gotowość do współudziału, byli sąsiedzi, potomkowie sąsiadów nie mają problemu z uczczeniem tych, których zabrakło, z zachowaniem resztek ich obecności. Tam, gdzie tego współudziału nie było, też tablicę zazwyczaj funduje miejscowa społeczność, bez względu na sympatie polityczne i koneksje partyjne, tam można zrobić festiwal czulentu, tam każdy wie, gdzie mieszka ten człowiek, który ma klucze do synagogi, do ohelu, do kirkutu. Tam bywa, że postawi się w oknach domu czy sklepu zdjęcia z epoki, tak żeby było tak, jakby jednak żyli, żeby był ślad, że byli i nie zapomnieliśmy, że miasto, miasteczko, wioska była dobrem wspólnym. A to dobro było najczęściej wspólną biedą i nędzą, którą się wspólnie przeżywało, dzieliło czasem. Bo jak się coś dzieli wspólnie, to bywa mniej dotkliwe. Tam gdzie bywało inaczej — pomniki, tablice wystawia obca ręka. Fundacja, ziomkostwo z Izraela, albo USA, bywa, że z pomocą instytucji centralnej. I idziesz przez miasto, miasteczko, zapytasz o coś, a ludzie patrzą na ciebie zdziwieni, że jak można pytać o Żydów w porządnym mieście. Czasem cmentarz wypchnięty gdzieś na przedmieście, zarośnięty, pusty, z wydeptaną ścieżką w naroże muru, gdzie pełno butelek i puszek po piwie, a czasem i to nie, tylko zbita ściana pokrzyw, ostów, traw, samosiejek. Zapytasz o synagogę — nikt nie wie, o Mykwę — nie, nikt nic nie wie. Ale są, oczywiście, że tak. Zamienione na sklep, remizę, kawiarnię, tu i ówdzie we framudze domu nawet nikt nie zadbał o zaszpachlowanie wyrwy po mezuzie. Nie wiem jak było w Miechowie. Co innego pisze Canin, co innego podają polskie materiały. Canin pisze o junakach i chłopach blokujących miasto w czasie likwidacji getta, ale są też relacje o burmistrzu, który wydawał polskie dowody osobiste, o organiście z kościoła, który wydał kilkaset metryk chrztu, żeby uratować kogo się da, wpadł i ukrywał się kolejne trzy lata. Canin dopisuje epilog, że po wojnie do Miechowa wróciło trzystu Żydów, ale większość uciekła dalej. Jak wiadomo po wojnie Żydzi czuli się bezpieczniej w okupowanych Niemczech niż Polsce, gdzie trwała pełzająca wojna domowa, a ich powrotu do dawno zajętych domów, zakładów pracy, warsztatów nikt się nie spodziewał, a w każdym razie nikt sobie nie życzył. Najlepiej zawsze sprawdzić cmentarz. Ślady po synagodze odcyfruję dopiero później. 102 Polin 2022 Ślęcząc w pracy nad internetem. Ale kirkut jest zaznaczony na planie miasta nawet, podany jest adres, Wstukujemy w nawigację i jedziemy. Przedmieście zabudowane domkami jednorodzinnymi, wąskie uliczki planowane chyba w końcu lat 80-tych na mniejszą ilość samochodów, dwa się nie miną, ciasno. Chyba że nikt nie parkuje z boku, to wtedy jest miejsce na dwa samochody, ale gdzie teraz jest wolne miejsce do parkowania? Wszędzie parkują coraz większe samochody. Dojeżdżamy. Dwa fragmenty muru, wzniesione tylko po to, by zawisły na nim tablice pamiątkowe, w języku polskim, angielskim i hebrajskim, wokół zwykła siatka ogrodzeniowa, pomiędzy dwoma kawałkami nowego muru — furtka prowadząca donikąd. Dwie ścieżki w gąszczu po pachy, pokrzywy, maliny, dzikie róże, samosiejki. Jedna na wprost, gdzie w narożu ogrodzenia dwa groby, dwóch rodzin zamordowanych 23 listopada 1942 roku w dniu ostatecznej likwidacji getta w Miechowie. Pod samosiejkami wzdłuż ścieżki wiodącej na prawo od furtki — spłachetek skoszonej trawy i przypadkowe naczynia z wodą, jakby dla zwierząt. Nic więcej. Gdyby przyjechał więcej niż jeden samochód — nie miałby gdzie stanąć. Ale po co miałby przyjeżdżać więcej niż jeden samochód do dwóch porośniętych pokrzywami grobów sześciu osób. Sześciu z niemal trzech tysięcy. - I co? — pyta Małgosia - Nic — odpowiadam — dwa groby, chaszcze, trochę butelek, trochę psich gówien. - Wyprowadzają tam psy? - Widocznie tak. Radosław Wiśniewski 103 DZIEŃ, SEN, ZEN. - No i na koniec burza — mruknąłem. Dzieci Janusza skakały po trampolinie, cieszyły się na koniec skwaru. Wierzba energetyczna, która wyglądała, jakby ktoś zasadził bambus wzdłuż drogi, kładła sie w pierwszych podmuchach wiatru spod frontu cumulonimbusów. Widać je było z wielu kilometrów. Nie mieliśmy żadnej pewności czy zdążymy przed ulewą. - Lepszy byłby dla ziemi deszcz, mżący pół nocy — odpowiedział Janusz — ale chociaż powietrze przeczyści. Dwa dni po plus 35, już dosyć. Rano wyjechaliśmy do Blizna, żeby zdążyć zanim słońce przypraży w sposób nieznośny. Na miejscu makieta V-1 under construction i V-2 na stole startowym. Obok niej BRDM-2, stacja radioliniowa na podwoziu STAR-266 i An-2, chyba tylko dlatego, że produkowany w tysiącach sztuk w pobliskim Mielcu. Ale badania trwają, w ziemi ciągle leżą szczątki rakiet, co widać w baraku wystawowym. Do Bełżca pojechaliśmy sami. Zdaje się, że Bełżec zasługuje na zupełnie osobne słowa, oddzielone grubą krechą od reszty świata. Żar bił od żużlowiska jakim zakryto cały teren obozu. Zdumiewająca bliskość do zabudowań miejscowości Bełżec. Skromne muzeum. Dojeżdżając do Bełżca wyłączyliśmy muzykę, radio, wszystkie dźwięki, wracając też. Po południu dojechaliśmy do Leżajska. Mój właściwy cel pielgrzymki, zwieńczenie. Byliśmy trzy lata temu. Nawet nie podejrzewałem, ile się zmieni od czasu wizyty u Elimelecha. Ledwo zamknąłem drzwi od samochodu, spojrzałem na rękę i zdałem sobie sprawę, że zgubiłem obrączkę. Ale chwila, moment, w Muzeum zdjąłem ją, położyłem na odbitce dokumentu poświadczającego rzeczy zrabowane przez oprawców i zrobiłem zdjęcie. A potem na pewno założyłem obrączkę na palec. Ale mały, bo serdeczny mi puchnie w upały i skóra pod metalem się odparza. Z tym, że na małym się już tak nie trzyma dobrze. Czyli musiała mi spaść już po zrobieniu zdjęcia. Spacerujący wokół parkingu chasydzi patrzyli ze zdumieniem, jak nerwowo wyciągamy z samochodu wycieraczki, plecak, ubrania, książki, jak pochylamy się nad fotelami, jak klnę pod nosem w nieznanym im języku. Musiała zginąć w Muzeum, ale tam wiele osób nie było, może ktoś znalazł, a obrączka z tytanu i złotą ma tylko nitkę, nie nadaje się do szybkiego spieniężenia. Wystukuję numer do Muzeum, odbiera Pani, mówi, że tak, że znalazł pracownik ochrony na żeliwnej płycie u wejścia do szczeliny prowadzącej przez środek upamiętnienia, przez środek pola żużlu. Natrętna symbolika. Oczywiście odeślą, jak podam opis. Podałem. Tak, to Pana obrączka. Jasne, że moja. Zgubiona w Bełżcu i odnaleziona. Uspokojeni podeszliśmy do kirkutu, ale tutaj musieliśmy zakląć po raz drugi. Przecież jest sobota, przed zachodem słońca, Szabas, Ohel zamknięty. Limit cudów wyczerpany. No to mówię, chodź, tutaj jest bardzo przyzwoita knajpa Pub Legenda, jedliśmy tam trzy lata temu z Wiktorią, było naprawdę bardzo okej. Trafiliśmy, siedzimy, czekamy na jedzenie, wszystko się zgadza, ceny umiarkowane, czas oczekiwania umiarkowany, jedzenie bardzo dobre, obsługa miła. - Musimy tutaj wrócić — mówię do Małgosi — chociażby jutro rano przed powrotem do domu. Będzie już otwarte, bo pomijając szabas, Ohel jest otwarty całą dobę. Każdemu 104 Polin 2022 wolno przyjść do Cadyka, o każdej porze dnia i nocy i prosić o to, co uważa za stosowne, a co nie pasuje do na przykład wyobrażeń tego, o co wypada prosić Innych. Liczymy z nawigacją minuty, godziny, kilometry, najwyżej, mówię, nie pojedziemy do Działoszyc, Miechowa, tylko wpadniemy w rurę autostrady i pognamy prosto do domu. Wszystko jakoś spinamy, układamy w głowach, - Ja tutaj bym mogła nawet przyjść na poranną kawę — mówi Małgoś, ale okazuje się, że Pub w niedziele jest czynny od południa, więc ten plan akurat trzeba będzie zrewidować. Zjedliśmy, zapłaciliśmy, wystawiliśmy miłej załodze ocenę w Google, jeszcze sklep, W Leżajsku zaś istnieje nadal „Społem” i jest sklep „Super Sam” i jest on dobry, Ale dochodzimy do sklepu, a oto na rogu parkingu na placu Targowym patrzę i oczom nie wierzę. Mówię, popatrz no tylko, kirkut otwarty. Jestem krótkowidzem, męty też mam już w gałce ocznej, ale, kurde no, brama otwarta na oścież, chociaż słońce idzie ku zachodowi, ale jeszcze wysoko. Zatem cud numer dwa. Idziemy, W Ohelu modli się kilku starszych chasydów, dwóch młodszych, kobiety w osobnym pomieszczeniu. Wchodzimy, pokazuję Małgosi, że dla niej jest jednak miejsce osobne, idzie tam i wraca, staje w przejściu, mówi, że te kobiety patrzą na nią złym wzrokiem, a ci tutaj w ogóle nie zwracają na nią uwagi i ona woli być tutaj. Rzeczywiście tak jest, jakbyśmy funkcjonowali w rzeczywistościach równoległych, ja ich widzę, oni mnie nie. Oni są teraz gdzie indziej. Są z Cadykiem, tam, gdzie on teraz jest, a ja, my, przyszliśmy tylko w odwiedziny, z naszymi gojskimi intencjami. Oni są u siebie, my w gościach. Oni są u Niego, a my tutaj na ziemi, w Ohelu, Wychodzimy po kartki, wracamy z złożonymi na czworo, wrzucamy do skrzynek na kwitełechy. Jeszcze chwilę stoimy, potem idziemy na spacer ścieżką przez kirkut, Kiedy tu byłem ostatnio, rosły samosiejki, zasłaniały pustkę, roztaczały zieloną, łagodną poświatę, był czerwiec i miałem przestrzeń kirkutu, i Ohel, i Elimelecha tylko dla siebie. Teraz ktoś powycinał samosiejki. Gdzieś na lewo od ścieżki dwa plastikowe krzesła ogrodowe, jakby tam właśnie siedziały dwie osoby niczym w swoim ogrodzie i popijały kawę, herbatę albo yerbę, Ale nikogo nie ma, a zwały wyciętych samosiejek odsłaniają pustkę. Wracając poczułem potrzebę stanąć jeszcze przed Ohelem, dotknąć muru. Paradoksalnie poczułem Więź dużo mocniej będąc teraz na zewnątrz niż w tej napiętej współobecności, będąc w środku. Dotknąłem muru. Potem stanąłem na wprost wejścia, widząc złote żebrowanie wokół grobu, słysząc, chociaż stłumione, modlitwy chasydów, o tak, to miejsce dla mnie, zawsze w przedsionku, na progu, w każdej świątyni. Stałem chyba dosyć długo, zamknąłem oczy i było dobrze, pewnie mistrzowie zen, albo czegoś tam innego, mieliby dobre określenie na stan umysłu w tym momencie, Słup ciszy, a koło słupa dźwięku i jakby wibrowały w jednej częstotliwości. Cisza napędzająca dźwięk i dźwięk wprawiający w drżenie ciszę, Kiedy otworzyłem oczy (a kiedy je zamknąłem?) zobaczyłem, że minęło pół godziny, na messengerze wiadomość od Małgosi, że poszła do sklepu. Pewnie widziała, że nie ma mnie co ruszać z tego miejsca. Sam wrócę. Jechaliśmy na noc do Janusza i Kasi ukojeni, lżejsi. Śmialiśmy się, że najpierw Cadyk Radosław Wiśniewski 105 zamknął nam bramę, bo nie chciał, żebyśmy do niego wpadali prosto z Muzeum, niejako w ciągu, może nawet nie chciał nas w ogóle widzieć. Ale słyszał nasze rozmowy, zorientował się, że bardzo chcemy się z Nim spotkać, że gotowi jesteśmy wrócić znowu, nadrzucić drogi do domu, no to jak tak, dzieciaki, dobra, no to wejdźcie teraz, proszę, przekonaliście mnie. W tym samym momencie - chmura wisiała juz nad horyzontem - nagle przemówiła moja komórka, nawigacja, albo asystent google. I szło to tak: - Pracujemy cały czas nad lepszą receptura naszych sucharków tak, aby były bardziej chrupkie — i tutaj następowały odgłosy chrupania sucharków. Zdębieliśmy. Niby to wiesz, że twoja komórka cię podsłuchuje a wielki brat cukierberg i gugl wie wszystko, ale skąd sucharki i ich chrupkość? Dzisiaj? Możesz nazwać to snem, możesz nazwać to zenem, pomyślałem patrząc na dzieci Janusza skaczące na trampolinie, na niebo rozdzierane błyskawicami, na wierzbę energetyczną kładącą się w podmuchach wiatru jak zagajnik bambusowy. Albo snem zen. Wszystko jedno jak. Elimelech lubi to. 106 Paweł Zbierski Dziennik kataloński DZIENNIK KATALOŃSKI (17) GORZKIE SMAKI I KOLORY Alinie i Darkowi Chabiorom oraz ich córce Monice Z ZIEMI JAŁOWEJ ELIOTA : „I TAK SIĘ WŁAŚNIE KOŃCZY ŚWIAT”.... Na przekór faktom wieczorami w Sainte Laurent de Cerdans sowa sobie huczy tak Jak huczała. Jednak wokół Już prawie wszystko powysychało. Trawa w ogrodzie — najpierw żółta, potem brunatna — wypalona została całkowicie. Między palmą, figami i drzewami kaki powstały łyse placki wypalonej darni. Liście na drzewach poskręcały się w wąskie ruloniki, ale Jeszcze są zielone. Skwar leje się z nieba podnosząc w słońcu temperaturę do czterdziestu trzech stopni. Na naszej wąskiej ulicy Jean Jaures zrobiło się małe zamieszanie. Tubylcy popatrują ukradkiem na krzątającego się przy własnym aucie starszego mężczyznę we wciąż błękitnej, choć Już wypłowiałej od słońca koszuli: „On chyba Jakiś nie nasz, bo taki wyprostowany i dumny!” Mężczyzna najpierw własnoręcznie wyładowuje z bagażnika płótno za płótnem, układa na sztorc cały sztapelek tych dzieł własnego życia, podtrzymuje Je własną stopą, a potem coraz mocniej zdyszany, wnosi osobiście swoje obrazy do zacienionego i chłodnego wnętrza galerii. Ma przy tym wyraźnie nieprzeciętne poczucie humoru, kwitując — Już roześmiany — swój wysiłek głębokim westchnieniem „uff, udało się !”. Po czym ciężko pada na krzesło honorowego Obywatela Miasta Gdańska. Wkrótce przybywają dziennikarze: Jean Dabat z „LIndependant” oraz ekipa telewizyjna przysłana z „France 3” przez Oliviera Meyera. Obok przyrastających na galeryjnych ścianach płócien Ramona Faury Llavarii powsta-Je w całkiem sporej gablocie ekspozycja „Dziennika Katalońskiego” złożona z wybranych numerów powiślańsko-żuławskiego kwartalnika „Prowincja”. W międzyczasie dziennikarze francuscy zerkają w sieni na rycinę starego Gdańska. Podnosząc się Już do pionu stary malarz, po chwili wytchnienia, ogląda, zanim znów usiądzie, gdańskie krzesło ze wszystkich stron. Jakby zobaczył Jakiś rzadki okaz w przyrodzie. Ramon Faura-Llavari to ojciec Ramona Faura-Llabat , charyzmatycznego przywódcy wolnościowego ruchu Północnej Katalonii, Jednak sam trochę zdystansowany wobec polityki. W młodości był piłkarzem, a teraz z synem gorąco kibicują oczywiście FC Barcelonie, więc oczywiście także naszemu Robertowi Lewandowskiemu. Paweł Zbierski 107 Prawdziwy artysta. Uczeń Joan Miro, Ramon Faura-Llavari, postanowił zrobić dla nas wyjątek. Otóż syn zaledwie kilka dni temu poinformował, że ojciec przerwie emeryturę, by jednak wystawiać swe obrazy w galerii Poray w Saint-Laurent-de-Cerdans. Ustaliliśmy więc, że wystawę będzie można oglądać od lipca do sierpnia 2022 r., a wernisaż odbędzie się dokładnie w sobotę 9 lipca o godzinie 19:00, z koncertem w języku ka-talońskim Joana Ortiza... A dziś są już obaj - ojciec i syn - w naszej Galerii, by wspólnie wieszać obrazy. * Ramon Faura-Llavari, osiadły w północnej Katalonii od 1968 roku, jest jednym z nielicznych północnokatalońskich malarzy cytowanych za jego życia i to od 1992 roku. Technik malarskich uczył się w Escola de la Massana w Barcelonie. Wystawiał z Salvado-rem Dali w Ceret i rozpoczął karierę jako malarz u boku Felipa Vili, Briana Parsona i wa-lenckiego Balbino Ginera. Ostatnia wystawa Ramona Faury-Llavari w północnej Katalonii datuje się na rok 2000. Miała ona miejsce w Galerie de POlympe w Perpignan ze szkockim malarzem Johnem Goudie Lynchem. Potem odłożył swoje pędzle ... Po czterdziestu latach w Maison des Arti-stes, po setkach sprzedanych obrazów i dziesiątkach wystaw w Niemczech, Włoszech, Rumunii, Węgrzech, Hiszpanii, Francji, Katalonii... Ramon Faura-Llavari, fot. autor Galerie Poray (Juliol - Agost 2022) 44 Rus Jsan JaurSa • Sant Uorenę da Cardans Vemissage samedi 9 juillet d 19h Apdrttif dinatoire st concert en cataian de JOAN ORTIZ Obrazy Ramona Faury-Llavariego są nadal sprzedawane w salach aukcyjnych w Paryżu czy Lille w 2021 roku. Regularnie pojawiają się w gazecie słynnego Hotel Drouot, można cjalizowanych stronach. ż znaleźć jego prace na sprzedaż na wyspę- 108 Dziennik kataloński W tym naszym Domu Sztuki z charakterystycznym logo projektowanym przez gdańskiego malarza Sławomira Witkowskiego czeka nas wiec tym sezonie — już za moment — kolejne wydarzenie. Po najpierw uroczystym zawiśnięciu logo Sławka Witkowskiego, po wystawach piór artystycznych oraz kostiumów scenicznych Aleksandry Fontaine, rysunków Macieja Swie-szewskiego, grafiki oraz exlibrisu Wojciecha Jakubowskiego, mojego malarstwa i fotografii, biżuterii artystycznej Elli Klemensowicz, biżuterii artystycznej Pascaliny Cabrera Amireille, bursztynu Pawła Mikołajczyka przychodzi więc wreszcie czas na powrót wielkiego Katalończyka. Rozstrzygnięcia na najwyższych piętrach władzy rzutują coraz mocniej na zwykłe życie zwykłych ludzi. Nie tylko w Polsce, drodzy przyjaciele. Bo najpierw po wyborach municypalnych, gdy władzę mera w pobliskiej stolicy Północnych Katalończyków Perpignan przejął nieoczekiwanie najbliższy towarzysz życia Mariny Le Pen (po raz pierwszy w historii tutejszej demokracji: nie--Katalończyk), a potem gdy neofaszyści, ci od Le Pen i ci od Zemmoura, podwyższyli polityczną gorączkę we wszystkich departamentach Republiki Francuskiej. Starli się w wyborach parlamentarnych z Macronem, do minimum zmniejszając dystans wobec urzędującego prezydenta Francji. Dla Katalończyków taka sytuacja — per saldo - nie może być komfortowa. * Tymczasem dziś katalońskość rozumiana jest szeroko — tak jak ją interpretuje Ramon Labat, syn słynnego malarza, jako europejskość. W kontrze do politycznej francuskiej ul-traprawicy jest więc owa katalońskość — tak rozumiana przez lidera Katalończyków Północnych — jakąś mądrą alternatywą, jako obszar wymiany i porównań. Gdzie Katalończy-cy współistnieją, koegzystują pokojowo i demokratycznie z wszystkim „innymi” ludźmi , którzy tu mieszkają od urodzenia, z wyboru lub z konieczności... Jednak przeciw właśnie takiej Europie, podmiotowej a nie „separatystycznej” Katalonii, przeciw podmiotowej Bretanii, przeciw wolnej Europie Kraju Basków, Normandii czy Korsyce lęgnie się pod pretekstem wojny z separatyzmem na całym kontynencie nurt szowinizmów wielkonarodowych. Paweł Zbierski Oto rzeczywisty ultranacjonalizm żerujący na najniższych ludzkich instynktach i nierzadko generowany przez coraz liczniejszych polity-ków-psychopatów. To jest ta sama atmosfera, którą generował Hitler dochodząc do władzy w Niemczech i podobna do klimatu tworzonego w Moskwie wobec swych rodaków przez przez psychopatę Władymira Purina, z wyraźnym chorobliwym kompleksem młodszej Moskwy wobec starszego Kijowa. I to są rzeczywiste podobieństwa. Bo jednak Naddniestrze to nie Katalonia. A Ramon Faura Labat - wydaje się coraz bar- 109 dziej osamotniony, także wśród swoich. Coraz wyraźniej rysuje się bowiem także w ludziach - a ostatnio w zwykłych Katalończykach — jakieś napięcie wraz z całkiem nową na tutejszym gruncie silną i dotąd raczej tu przecież tutaj nie-demonstrowaną niechęcią wobec „innego”, wobec „obcego”. Wykluczanie np. Katalończyków zadziwiająco się tu zbiega ze stygmatyzacją np. homoseksualistów, samotnych kobiet i w ogóle nie-Francuzów. A sami Katalończycy, zarówno ci z Południa jak i ci z Północy, są coraz ubożsi, coraz bardziej sfrustrowani, jakby przykuci łańcuchem do tego swego jednego, jedynego miasteczka urodzenia. Przywiązani jednak nie z wyboru, ale z życiowej konieczności. Pozbawieni mobilności z powodu galopujących cen paliw oraz inflacji. W dodatku umęczeni całą serią politycznych zdarzeń, które tylko ugruntowały wcześniejszą wieloletnią mękę covido- wą.. .To się nie może chyba zakończyć jakimś happy endem i niewątpliwie generuje u niektórych z nich nie tyle separatyzm, ile postawę wybitnie defensywną, ksenofobiczną. To jest coś w rodzaju syndromu zaszczutego, osaczonego zwierza. Odróżnij my więc w końcu - na litość boską - ten psychologiczny syndrom zaszczutych Katalończyków od sytuacji bojowników o prawa człowieka i obywatela, obrońców własnej, ale uniwersalnej kultury i zagrożonego wyrugowaniem z przestrzeni publicznej języka katalońskiego. To są zupełnie różne sytuacje. 110 Dziennik kataloński * W Saint Laurent de Cerdans pasterz Nicolaus [katolik pięlęgnujący na okazałej fotografii - chętnie pokazywanej wszystkim „obcym” gościom spotkanie własnej rodziny z Janem Pawłem II] , który posiada pod samym szczytem pirenejskiej góry Mont Capell - co widzieliśmy na własne oczy — gigantyczne, ekologiczne gospodarstwo z biegającym swobodnie po lesie bydłem i udomowionymi stadami dzików, przeżył szok. Przeżył szok wraz ze swą pięcioosobową osobową rodziną, gdy odkrył pewnego ranka powybijane szyby w witrynie własnego sklepu mięsnego w mieście. Nagle bowiem okazuje się, że ten przecież Kataloń-czyk Nicolaus też jest jakiś „nie nasz”. A w każdym razie nie do końca „nasz”. W końcu urodził się nie tutaj w górach, ale nad samym Morzem Śródziemnym, w okolicach Banyuls Sur Mer, a dopiero potem przybył tutaj do Saint Laurent wraz z rodziną w Pireneje. A teraz przegrywa boleśnie z banalną zawiścią współbliźnich? * Trochę mi to przypomina — już z gruntu pomorskiego — animozje między Kaszebą z konkretnej wsi a Kaszebą ze wsi sąsiedniej. Albo — mówiąc żartobliwie — niezapomniany polski film telewizyjny „Sami swoi” z Kargulem i Pawlakiem w rolach głównych. Albo nawet przepaść między Jackiem Kurskim i Jarkiem Kurskim. Przypomina mi to także dwie Polski. Z których jedna bezwględnie wysysa swe paliwo polityczne z ludzi ewidentnie skrzywdzonych, zubożałych, chorych, niestabilnych emocjonalnie, raczej starych i z reguły słabo oczytanych, zamieszkujących raczej w prowincjach niż w metropoliach. I przekupuje ich ta Polska własnymi pieniędzmi. Jest też druga Polska, która mimo swego deklarowanego oczytania, niczego się nie nauczyła od 1989 roku. Zadufana w sobie, celebrycka, z jakąś chorobą wyższościową Warszawy wobec nie-Warszawy, z kompletnie jałową i nierozwojową demonstarcją własnej nieomylności. W Polsce to też się nie może zakończyć dobrze. Nie może się zakończyć pomyślnie, nawet gdy zostanie na moment przerwany ciąg technologiczny zdegenerowanej, PiS-owskiej władzy. Bo żeby było przepięknie i normalnie, obie Polski musiałyby wyjść ze swoich utartych kolein. Wydaje się, że Tusk stara się to zrozumieć, nawet gdy ewidentnie i sprytnie przejmuje część socjotechnik w kwestiach komunikacji ze społeczeństwem od swego rywala Szymona Hołowni. Obrazy wiszą już na ścianach dwóch sal galeryjnych. Na białym fortepianie leży gruba teczka z grawiurami katalońskiego mistrza malarstwa. A ja wspominam swoisty, niepisany „chrzest” Galerii Poray dokonany przez przybyszów z Polski. Bo kiedy na początku roku 2018 odwiedzili nas tutaj ks. Krzysztof Niedałtowski i Maciej Swieszewski i było tu jeszcze wtedy tak upiornie zimno i nieprzystępnie. W zalanych gruntowymi wodami piwnicach pojawiła się wilgoć i pleśń atakując stopniowo coraz wyższe piętra budynku. To był pionierski czas, gdy między grudniem a początkiem marca temperatura w kamienicy nie przekraczała 11 stopni, a wodę na herbatę trzeba było — z powodu braku innych urządzeń — gotować w piekarniku. Stopniowo, krok po kroku, udało się jednak to wszystko doprowadzić do jako takiego ładu. Zaledwie jako takiego. Paweł Zbierski 111 * Widok na ośnieżone Pireneje wynagradzał wtedy wszystko. * Nie dojadaliśmy. Nie zabił nas jednak ani covid, ani kolosalna dekoniunktura na rynku sztuki. * Moim marzeniem od początku było uczynienie z Galerii domu otwartego dla różnych przybyszów, głównie jednak stworzenie domu rodzinnego i ściągnięcie tutaj mamy oraz brata, a nawet bratowej. I to się do pewnego stopnia ziściło... Barcelona. Lotnisko w stolicy Katalonii Południowej przypomina jakiś gigantyczny bazar w Istambule. W obu terminalach od kilkunastu godzin kłębią się tysiące zdezorientowanych, niedoszłych pasażerów reprezentujących wszelkie rasy i kultury. Czy z Barcelony coś w ogóle poleci? Tutaj, podobnie jak w całej Europie, strajkują jednocześnie personele latające i obsługi lotnisk. Świat kończy się więc w dość banalnej stylistyce. Przezornie Aleksandra wynajęła wcześniej, tuż przy lotnisku, całkiem przyzwoity Ibis. Ze względu na biedną mamę. W nocy z 30 czerwca na 1 lipca Eleonora Zbierska, czyli właśnie mama, jeszcze w Saint Laurent de Cerdans, tuż przed wyjazdem na lotnisko w Barcelonie komunikuje bardzo poważnie: „Już się nie łudzę, że Gdańsk potrzebuje jakichś odniesień, nawiązań, do tego co wydarzyło się pół wieku temu.. .Zresztą myślę, że nikt tam mnie już nie pamięta” ... * Prezydent Associacio Culturał Angelets de la Terra, czyli Ramon Faura Labat, po raz kolejny stawia publicznie internautom pytanie: Jak chcesz by nazywał się Twój Kraj? Pays Catalan? (Kraj Kataloński?) Calalogne Nord ? (Katalonia Północna?) Pyrenees Catalanes? (Pireneje Katalońskie?) Oddźwięk w sieci — jak na porę wakacyjną — jest spory. A w tym prywatnym referendum zdecydowanie wygrywa pierwsza opcja, czyli Kraj Kataloński. Ludzie nie życzą sobie nazw abstrakcyjnych, narzuconych urzędowo i odgórnie: „Pyre-nees-Mediterrane” lub „Occitanie-Orientale” [???]. Internauci z katalońskiej bańki informacyjnej wyśmiewają te urzędnicze propozycje i zabiegi propagandowe. Pozostałym wyda-je się obojętne jak nazywa się ziemia, na której mieszkają. 112 Dziennik katałoński Tuż przed zbliżającym się koncertem Joana Oritza i wernisażem Ramona Faury Llavari docierają niepokojące wieści o stanie zdrowia malarza. Ja: co z Twoim ojcem? Ramon Faura Labat: Miesiąc temu w klinice w Perpignan powiedziano mu, że nie może być operowany. Miał zero procent szans na przeżycie więcej niż zaledwie kilku miesięcy... Ja: czy on wytrzyma ten wernisaż i koncert dziewiątego lipca? Ramon Faura Labat: Dziś powiesimy wszystkie jego obrazy w galerii i odjedziemy, ale zaraz potem zbadamy ojca w szpitalu. Zobaczymy... Ja : Po wernisażu zostaniecie wszyscy na noc w Galerii. Dostaniecie wikt i opierunek. Twój tata musi się normalnie wyspać. * Wieczorem Ramon Faura Labat pisze do mnie e-mail: „Geiy wracaliśmy już z Saint Laurent ojciec nagle zasłabł po elroilze, w aucie” Do tej pory w Saint Laurent w okresie wakacyjnym nigdy nic podobnego się nie wydarzyło. Warto więc odnotować całkiem nowe zjawisko: wieczorami przez wąskie uliczki Saint Laurent maszerują, zapewne po alkoholu i dragach, upalone ziołem, całe grupy młodych, ogolonych na łyso agresywnych mężczyzn — zapewne przejezdnych z głębi Francji. Są bywalcami tutejszego campingu. Wieczorami słuchają, ogłuszającej, psychodelicznej muzy... Przybyli na czarnych i srebrzystych motocyklach, siejąc po drodze spustoszenia na ostrych, pirenejskich zakrętach. Dawcy narządów. Faszyści? Anarchiści ? Być może i tego, i tego mają w sobie po trochu, od ultralewicy do ultraprawicy. W każdym razie wszystko u nich musi być super ultra. Bez dwóch zdań: nie podoba się im, im ogolonym na łyso, zanadto ani Katalonia, ani współczesna Francja pod rządami Macrona. Zapewne upodobali sobie Saint Laurent, bo rzadko tu zagląda żandarmeria i policja. Wieczorem lubią rzucać puszki po piwie oraz papierosowe niedopałki przed samym wejściem do galerii. Ostatniej nocy przez otwarte okno ktoś wlał do wnętrza galerii pod ciśnieniem równowartość wiadra wody. Liczę na to, że nie doczekam się płonącej pochodni. Szok. Ciężko rozchorował się łudząco podobny do papieża Bergolio (a jednak ateista i lewicowiec) mer miasta Saint Laurent. To przecież właśnie on rekomendował naszą Galerię do bardzo skromnej dotacji unijnej, co pozwoliło nam już dalej walczyć bez trzymania, świadcząc miejscowej ludności wszystko, co mamy najlepszego pro publico bono. No więc zapewne on — przyjaciel Franęoisa Mitterranda i wielki fan Jeana Jauresa — jest tutaj przez miejscowych ledwie tolerowany. Bo też jest jakby „nie swój”, choć jednak rodem z Oksy-tanii. No więc mer jest już po chemioterapii. Przed chwilą minęliśmy się przy zejściu do strumyka. On, mocno zgarbiony, posuwający się kroczek po kroczku, podparty jakimś ki- Paweł Zbierski 113 jem pewnie znalezionym w pobliskim lesie, ciągnięty na smyczy przez własnego psa.. .Przez swojego wiernego biało czarnego psa z ostrymi uszami, czujnie podniesionymi w górę. Z dużym trudem rozpoznałem mera. I on zapewne także rozpoznał mnie w ostatniej chwili - Bonsoir, monsieur Caseililes, bonsoir le maire ! - Bon soir... - odpowiada chyba na ostatnim wydechu * Zaprosiliśmy sms-em mera na wystawę i koncert 9 lipca. Nie odpowiedział na tego sms-a. Miał prawo nie mieć sił. W otoczeniu to, co irracjonalne, zaczyna dominować nad racjonalnym. Jeszcze w latach 2018, 2019, 2020 a nawet w 2021 tak tutaj nie było... To widać i słychać między ludźmi: w ich zachowaniu, życiu codziennym, w potęgującej się agresji. Ostatnio z doliny nad naszym rwącym, pirenejskim potokiem w samym środku nocy, jakoś tak między drugą a czwartą nad ranem, dobiegają makabryczne wrzaski. To matka najpierw wydziera się na własne dzieci, wreszcie dopada łamaną francuszczyzną pomieszaną z językiem katalońskim, własnego męża — zapewne mocno znieczulonego alkoholem albo narkotykami. Echo w lesie zwielokrotnia ten powtarzający się każdej nocy rytuał. Wrzaski dzieci jakby odzieranych ze skóry miksują się z pohukiwaniem sowy. Odnalezione w sieci internetowej, a zwłaszcza w wikipedii: PSYCHOPACI OKAZUJĄ SIĘ MOCNO NIEDOSZACOWANI NIE TYLKO JAKO SPRAWCY DZIEJÓW WSPÓŁCZESNYCH, ALE TEŻ JAKO ARBITRALNI KREATORZY NASZEGO ŻYCIA CAŁKIEM OSOBISTEGO. PROBLEM DOTYCZY WIĘC NIE TYLKO POSTACI HISTORYCZNYCH TAKICH JAK FRANCO, HITLER CZY PUTIN. Chory wykazuje niezachwianą wiarę bądź przekonanie w pewną ideę, pomimo że przedstawiane mu dowody jasno pokazują, że nie ma racji. Ta idea ma nadmierny wpływ na życie pacjenta i z powodu jej niewytłumaczalnej wagi zaburza jego codzienne funkcjonowanie. Osoba taka często jest pozbawiona poczucia humoru i jest przewrażliwiona. Nieważne, jak bardzo nieprawdopodobne jest to, co według pacjenta on sam doświadcza, chory niczego nie kwestionuje. Próba podważenia przekonania pacjenta może skutkować nieproporcjonalnie silną reakcję emocjonalną, często połączoną z nadmierną irytacją a nawet agresją. Pacjent nie akceptuje innych opinii. Idea z reguły nie pasuje do środowiska społecznego, kulturowego i religijnego pacjenta. Pacjent poświęca swojemu przekonaniu zbyt wiele czasu i emocji, przytłaczając wszystkie inne elementy jego osobowości. Urojenia, gdy pacjent działa zgodnie z nimi, często prowadzą do nienormalnych bądź nietypowych dla pacjenta zachowań, ale są zgodne z jego urojonymi przekonaniami. Urojenia mają logiczną konstrukcję i są wewnętrznie spójne. Pacjent wykazuje podwyższoną skłonność do wiązania wszystkiego ze swoją osobą. Wydarzenia, które dla innych pozbawione są znaczenia, dla chorego mają olbrzymią wagę i na 114 Dziennik kataloński Ogół atmosfera podczas poruszania tematu urojeń jest napięta. Choroba jest przewlekła i zwykle trwa do końca życia. WIELU Z NAS LATAMI HODUJE SOBIE BEZWIEDNIE PRYWATNEGO TRUPA WE WŁASNEJ SZAFIE... Ramon Faura-Llavari z okazji swojej wystawy przygotowuje ręcznie numerowane ryciny, które podpisze i sprzeda za niską cenę, zaledwie trzydziestu euro, jako pamiątkę. Te ryciny zostaną wykonane specjalną prasą do grawerowania należącą do Henriego de Toulouse--Lautrec. Ryciny wykonane na papierze z najstarszej fabryki Prat Dumas we Francji, którą Ramon Faura Llavari prowadzi z żoną i synem Ramonem przez 20 lat, odkąd przeszedł na emeryturę jako malarz. Dzięki tej papierni będą też pełnokolorowe plakaty zawieszone nie tylko w oknach Galerii Poray, ale też w całej okolicy Vallespir, aż po Ceret. * Uwielbiam tam, w Ceret, niekończące się spacery wśród cudownych platanów i zacienionym tymi drzewami deptakiem. Uwielbiam tamte — w zależności od maja lub września — czereśnie i winogrona. I wpadam tam możliwie jak się da najczęściej. Pod każdym pretekstem .. Teraz wpadam właśnie z plakatami wystawy Faury Llavari i koncertu Joana Cantona Oritza. * Jadę więc oficjalnie, „służbowo”, do Ceret. W końcu Ceret to jest prawdziwa mekka artystów, doskonale pamiętająca w tutejszym muzeum sztuki i Picassa, i Dalego, i Chagalla. I oczywiście fowistów. Na nazwisko Ramon Faura Llavarii reagują tu dobrze. Zostawiam więc plakaty w księgarni (założonej przed rokiem przez naszą przyjaciółkę pianistkę z Cor-savy Beatirx) i w kilku tutejszych knajpkach. I myślę wciąż o tym mieście. * Miasto Ceret, liczące dziś około 8000 mieszkańców, położone w Yallespir, dawnym wi-cehrabstwie Castelnou, przyłączonym do Francji traktatem pirenejskim (1659). To jest zresztą data graniczna także dla Saint Laurent de Cerdans. Bo od tego momentu zaczyna się gwałtowny rozwój osadnictwa i budownictwa w naszym regionie. Ceret narażone jest na zmieniający się stopniowo klimat oceaniczny i na niewielkie — na razie — trzęsienia ziemi. Jest otoczone przez Tech, Riucerda, Vaillere i różne inne małe małe rzeki. Miasto posiada naturalne dziedzictwo przyrodnicze i aż cztery obszary oznakowane jako „Natura 2000” , przebogatą faunę i florę. Leży na północnym zboczu Pirenejów, od południa dominuje szczyt Garces i Fontfrede, od południa graniczy z Hiszpanią. Morze znajduje się 24 km na wschód (w kierunku Argeles-sur-Mer), a masyw Canigou 20 km na Paweł Zbierski 115 zachód. Główne miasta w Perpignan (stolica Katalonii Nord) na północnym wschodzie i Figueres (miasto Salvadora Dali już na terytorium Hiszpanii) na południowym wschodzie. O tym w Polsce nie napiszą: król Hiszpanii Filip VI został wygwizdany podczas ceremonii zaprzysiężenia nowego prezydenta Kolumbii Gustavo Petro. Kiedy kolumbijski prezydent odczytał listę obecnych dostojników i wypowiedział imię hiszpańskiego monarchy, publiczność energicznie zadrwiła z Burbonów. Wyraz twarzy Felipe sugerował jego dyskomfort... Faura Llavari był, jak wspomniano, uczniem Miro. I niewątpliwie inspiruje go ta kreska nauczyciela, inspiruje ten często zabawny i zaskakujący skrót graficzny, co wyraźnie prowadziło Miro w kierunku plakatu. Jednak sam Llavari niejako zaszczepiony ową kreską nauczyciela, czyni swój rysunek bardziej skomplikowanym, bardziej intymnym, tajemniczym i dramatycznym, co widać zwłaszcza w grawiurach, zaś w malarstwie znacznie intensywniej niż Miro miesza farby, zaś własne autorskie emocje i żarty Llavari każą rozwijać w finezyjne kompozycje — te pierwotnie wyuczone z „czystej formy” Miró. I znacząco rozwinięte. Ja : wymień pięciu malarzy europejskich którzy najmocniej atakują twoją wyobraźnię Ramon Faura Llavari, jednym tchem: Joaquim Miró, Antoni Tapies, Henri De Toulouse Lautrec, Paul Cezanne, Francis Bacon... * Mir Trinxet, to Katalończyk. Studiował w Królewskiej Katalońskiej Akademii Sztuk Pięknych. Zmarł w Barcelonie w 1940 r. Malował głównie pejzaże. I myślę, że to, co mogło zainspirować Llavariego, to głównie kolorystyka. Jeśli pytamy bowiem o malarskie barwy Katalonii, to niewątpliwie Joaqim Miró był tutaj prekursorem. * Bliski Lavariemu Tapies, urodzony w Barcelonie 13 grudnia 1923, zmarł w tym samym mieście dnia 6 lutego 2012. Malarz , rzeźbiarz, eseista, teoretyk hiszpańskiej sztuki katalońskiej. Tapies to samouk, stworzył swój własny styl w ramach sztuki awangardowej XX wieku, gdzie tradycja i innowacja łączą się w abstrakcyjnym, zarazem jednak pełnym symboliki stylu , nadając wielkie znaczenie materialnemu podłożu dzieła. Istotne jest znaczenie duchowe, jakie artysta nadaje swojej twórczości, w której materialne wsparcie przekracza swój stan, by oznaczać głęboką analizę kondycji człowieka . * 116 Dziennik kataloński Z kolei Marie Raymond de Toulouse- Lautrec-Montfa to wielobarwna, nawet dziwaczna, osobowość i rozległa paleta malarska. Historycy sztuki zaszufladkowali go do post-impresjonistów, nie wiem czy słusznie. Bo bywa wymieniany także jako reprezentant po prostu sztuki „nowoczesnej”, ale też jako przedstawiciel „realizmu” i „secesji”. Warto - podobnie jak w przypadku Ramona Faura Llavarii — przekonać się na własne oczy i oglądać go w oryginale, głównie we Francji. * Paul Cezanne jest ogólnie znany w świecie, głównie w Paryżu, i raczej chyba nie trzeba go tutaj specjalnie przedstawiać. Zapewne Llavari był zainspirowany jego kolorystyką ( podobnie inspirował go przecież Joaquim Mir), przenoszoną zresztą — jak mi się wydaje — z pejzażu na sztukę figuratywną. Można tu chyba mówić o swoistej, bardzo ciekawej, swoistej antropomorfizacji pejzażu Cezanne'a przez Llavariego. * I wreszcie i Bacon, niczym wisienka na torcie u Ramona Faura-Llavari. Też mój ulubiony. Bacon to zdecydowany przeciwnik abstrakcjonizmu w sztuce. Popierał nurt ekspresjo-nistyczny. Uznawany jest za jednego z czołowych twórców malarstwa figuratywnego. Na początku tworzył w duchu surrealizmu i kubizmu, ale po 1950 wykształcił własny styl. Tematem jego obrazów był człowiek samotny, wyobcowany, znajdujący się nierzadko w sytuacji totalnego zagrożenia, być może w obliczu zbliżającej się coraz większymi krokami apokalipsy? Jego obrazy pełne są nadrealnych perspektyw, dramatyzmu i teatralnej ekspresji (deformacja postaci, nieokreślona przestrzeń, żywe, intensywne barwy — podobnie jest u Llavariego). Wiele razy podejmował tematykę religijną (zwłaszcza motyw ukrzyżowania), ale inspiracją dla niego były także prace Rembrandta, Griinewalda, Velazqueza. W 1998 powstał film biograficzny Love Is the Devil — Szkic do portretu Francisa Bacona, ukazujący barwne życie malarza. I taka ciekawostka świadcząca o tym, że prawdziwy artysta odżywa dopiero po własnej śmierci: W 2013 obraz Bacona „Trzy studia do portretu Luciana Freuda” został na aukcji domu aukcyjnego Christies sprzedany za kwotę 142 min dolarów... * Mam pełną świadomość, że to ostatnia wieczerza. Kończę właśnie w ogrodzie, na prowizorycznej kuchence, mieszać w wielkim garze duszoną kapustę z kiełbasą, białą cebulą z koprem. Koreczki z wędzonym łososiem i winogronami są gotowe na wielkiej tacy. Obok trzy kartony wina: czerwonego, rosę i białego. Podobnie jak gotowe są już sałatki: z buraków ze świeżym ogórkiem i jogurtem. Oraz ziemniaki na zimno z czosnkiem, oliwkami, musztardą i zielonym groszkiem. Wszystko na cześć Ramona Faury Llavari. Paweł Zbierski 117 * Najpierw do Galerii Poray przybywa w charakterystycznym czarnym, mocno osadzonym na czole berecie — jak przystało na dumnego mężczyznę katalońskiego — Joan Cantan Ortitz. Jest z nim piękna katalońska kobieta, w średnim wieku, o subtelnych, delikatnych rysach twarzy nabytych zapewne w swych najlepszych młodzieńczych latach. Dzielna kobieta w tym straszliwym upale pomaga dźwigać do ogrodu Oritzowi toboły: gitarę, kable, mikrofony i resztę sprzętu do nagłośnienia. Dalej niosą oboje uroczyście koszulę „galową” Oritza w jasno ceglastym kolorze, wreszcie na koniec flagę Katalonii. Biegnę do nich z dzbanem pełnym lodowatej wody z miętą. Piją zachłannie, ale już za chwilę znów się krzątają pracowicie między drzewami, na których liście z powodu żaru z nieba skręciły się już w wąskie ruloniki. [Zawiesiłem wcześniej na tych gałęziach setki maleńkich solarnych żarówczek, bo chcę, aby o zmroku Oritza w całym Saint Laurent nie tylko dobrze było słychać, ale także widać jak na dłoni]. Krzątają się energicznie, w tym ukropie, tak, by zdążyć przed wernisażem. Ortiz zaśpiewa i zagra gratis na cześć Ramona Faura Llavari i na rzecz Miłych Gości oraz ku chwale miasta. A echo „Estaki” odbije się w Pirenejach. W całym masywie Canigó — Świętej Góry Katalonii. Na razie Ramon Faura Llavari usiadł wygodnie na krześle Honorowego Obywatela, które ostało się jeszcze w spadku po moim ojcu Andrzeju Zbierskim. Wypija duszkiem kawę z największej filiżanki galeryjnej i jakby zapomina o niedawnej, własnej zapaści. Ludzie siadają w kręgu, wokół malarza. W kontrplanie: urodziwa żona, wnuczka Anika i rodzony syn — Ramon Faura Llabat. Na fortepianie leżą w otwartej tece grawiury Llavariego wytłoczone na czerpanym papierze. Kto chce, ten kupi. Za jedyne 30 euro od sztuki! * Wywiad Aleksandry Fontaine z Llavarim, siedzącym na wspomnianym już krześle. A: A czy mistrz malarstwa się cieszy? R : To mi daje dużo przyjemności. Wiesz, że to się wydarzyło nagle, o tak... Nie było przewidziane robienie wystawy. A: A więc przypadek. R: Widzieliście moje obrazy u nas, Paweł od razu chciał zrobić wystawę. I tak to się stało! A : Jest Pan na emeryturze, od dłuższego czasu już? R: W wieku 59 lat zdecydowałem , że podejmę nową pracę, że będę produkował papier. Wiec pracujemy razem z synem, on robi papier, ja trochę jeszcze rysuję... Aż tu nagle znowu wystawa. Mówiłaś: „trzeba przyjechać do Saint Laurent”... ja myślę, o Jezu, to jest tak daleko! A ty na to: nie, to jest bardziej blisko, niż się wydaje. Opowiadałaś , że w górach, latem, jest bardzo przyjemny klimat, że jest chłodniej niż w Perpignan i w Saint Esteve. Więc cieszymy się, że tu jesteśmy. Jestem wśród rodziny! Bo nawet moja wnuczka też tu jest. A: Dlaczego zaczął Pan malować? Skąd był ten pierwszy impuls? 118 Dziennik kataJoński R: Byłem w szkole inżynierskiej, spędzałem tam całe dnie — monotonnie. I wtedy nagle nastąpił gwałtowny zwrot akcji: zdecydowałem się na szkołę artystyczną w Barcelonie! I wszystko się zmieniło. W inżynierii byłem zawsze splątany jakimiś technicznymi szyframi, przebywałem w jakichś skomplikowanych technologicznie budynkach... I wtedy właśnie, dość nieoczekiwanie, nagle, zdecydowałem się na studia w Akademii Sztuki (Beaux Arts). A: Uwielbiamy Pańską, niepowtarzalną gamę kolorów, jak również doceniamy grawiury, które są nie do podrobienia. Leżą tu obok, na fortepianie. A więc ogromnie cenimy Pańską kreskę, jako podstawę wszystkiego. Czy myśli Pan , że jeżeli ktoś nie umie rysować, to nie powinien wcale malować? To pytanie Pawła. R: Kiedyś, gdy byłem młody, lubiłem słuchać muzyki, trochę grać i przyjaciel mi powiedział: „Posłuchaj wiolonczeli. Czy będzie fałszywa nuta?” Właśnie ta nuta w malarstwie jest jak rysunek. Malarz eksperymentalnie wrzuca czasem fałszywą nutę, żeby zobaczyć czy ludzie zauważą. Ja robiłem specjalnie fałszywe nuty. I potem tak się śmialiśmy. Oto moja odpowiedź na pytanie. Gdy spontanicznie w sztuce przychodzi dobry przypadek, trzeba umieć go złapać. Tak jest w malarstwie. Trzeba umieć coś zatrzymać, uchwycić w kresce. Trzeba umieć się przyznać, kiedy robimy coś dobrego. Ale często robimy złe kreski. I jest dobrze, gdy sami to zauważamy. A: Gorzej, gdy patrzymy, a nie widzimy! Kto nauczył Pana malować w Beaux Arts? Proszę opowiedzieć o swoich mistrzach, mistrzu? R: Byłem w Barcelonie w latach 60-tych, 3 razy w tygodniu miałem malarstwo. Pamiętam, że był tam holenderski obraz pełen kwiatów, nie znosiłem tego. Nasz nauczyciel kazał nam wszystkie te kwiatki namalować. I miał rację, taki mieliśmy trening. Zabraliśmy potem te obrazy do dekoratora, i co zapamiętałem, to gdy powiedział, że wcześniej płótno było czyste... A teraz są przez nas zabrudzone. Zrozumieliśmy wtedy, że jeszcze długa przed nami droga do wielkiego malarstwa! Ale czasy się zmieniają. Baedyś wszyscy zamalowywali płótna. Dzisiaj często płótna są puste. I są często droższe na aukcjach niż kiedy są wymalowane.. A: Wystawiał Pan swoje obrazy razem z Salvadorem Dali w Ceret. Proszę nam o tym opowiedzieć. R: To było w 68, 69 roku. Mer chciał w muzeum wystawić kilku malarzy i wybrał razem z Dalim właśnie mnie. Nie wiem czemu mnie wybrali. Bo może mnie znali, albo ktoś z muzeum miał mój obraz? Nie wiem. A: To dlatego, że jest Pan niesamowity! R: Ramon, mój syn, powiedział, że widział u jednego zamożnego kupca kilkanaście moich obrazów przyczepionych do sufitu. Ten admirator sztuki lubił sobie siadać w fotelu i na nie spoglądać ze szklaneczką dobrego starego alkoholu. Miałem takich wariatów klientów. Kiedyś byliśmy z żoną w Pau, skąd ona pochodzi, przychodzi facet do galerii, wskazuje na dwa obrazy i się pyta czy kupione. Ja mówię, że tak, a on na to: „a reszta?” No to ja odpowiadam, że wolne. No to on na to : to biorę wszystkie, które zostały. A było ich kilkanaście. I takich to miałem kupców. Albo w Bordeaux miałem klienta, który za każdym razem. Paweł Zbierski 119 kiedy miałem jakąś wystawę, to on chciał być pierwszy. Wtedy przyjeżdżał i wybierał sobie obrazy. Ale pod warunkiem, że nikt nie widział jeszcze wystawy. A: Więc to życie artysty jest niekoniecznie stabilne, może nawet zwariowane... Nie brakuje Panu tego zwariowania? Czy ma pan to gdzieś ? R; Podczas pandemii przestaliśmy produkować papier i robiliśmy maski. Więc pasja dla malarstwa przekształciła się w pasję dla papieru, maszyn, utrzymania naszej fabryki. Robienia rzeczy perfekcyjnie. Szukania zawsze jakiś rozwiązań. By żyć. [brawa] * Do późnej nocy Ramon Faura Llavarii wraz z całą swoją rodziną i dziesiątkami gości słuchali w naszym ogrodzie katalońskiej muzyki. A kilka razy malarz nawet zatańczył z Aniką. Potem wszyscy posnęli na piętrze w kamienicy. * Z Polski nadchodzą apokaliptyczne wieści: Odra, jedna z największych tamtejszych rzek, została na całej swojej długości skażona jakąś obrzydliwą substancją. Z koryta rzeki wyławiane są całe tony martwych ryb. Psy, które weszły do rzeki, albo wymiotują krwią, albo od razu zdychają. Pisze do mnie z Warszawy bardzo znany i wpływowy dziennikarz, którego ogromnie szanuję za obronę wolności słowa w Polsce, jednak nie z powodu jego poglądu na Katalonię ON: „Paweł, uwielbiam Llacha, gdy śpiewał jeszcze za dyktatury. Teraz się chyba zrobił takim pojebanym katalońskim nacjonalistą?” JA: Fakt, że królowi Filipowi VI z dzióbka nie pije! Josep Goded, anglojęzyczny dziennikarz kataloński na swoim profilu FB: REMINDER: Catalan rapper Pablo Haseł has spent 18 months in prison for his song lyrics on the monarchy. [PRZYPOMNIENIE: Kataloński raper Pablo Haseł spędził 18 miesięcy w więzieniu za teksty piosenek o monarchii.] Po kilku dniach list od Ramona Faura Llabat: „Dzięki Oriolowi Pujolowi, synowi Jordiego Pujoia, prezyeienta Katalonii w latach J980-2003, zapewniliśmy sobie wizytę w Barcelonie — w najlepsze/ katalońskiej klinice prowadzonej przez włoskich medyków. Włosi będę} ojca operować pod koniec sierpnia i daje} mu dziś' pieć-dziesie}t procent szans na upieczenie. W te/ chwili mój ojciec retdzi już sobie lepiej psychicznie i fizycznie. Ostro trenuj, by wygrać ten „mecz”... „ Ceret, Saint Laurent de Cerelans, Barcelona 15 czerwca - 15 sierpnia 2022 122 Jerozolimska dzielnica Mea Shearim — podróż w przestrzeni i w czasie. Dzielnica ta jest, po Starym Mieście, jedną z największych turystycznych atrakcji Jerozolimy. Stanowi rodzaj enklawy, w której spotkać można potomków wschodnioeuropejskich chasydów i podobno przypomina wyglądem żydowskie sztetle rozsiane kiedyś gęsto na terenach Wschodniej Europy. Spacer po Mea Shearim jest więc nie tylko spotkaniem z malowniczą egzotyką żydowskiej ultraortodoksji, ale także rodzajem jedynej w swoim rodzaju podróży w czasie. Mea Shearim jest jednym z pierwszych osiedli mieszkalnych zbudowanych pod koniec XIX wieku poza murami Starej Jerozolimy. Charakterystyczne dla tej dzielnicy są niskie domy i wąskie uliczki, z których wchodzi się w jeszcze węższe, przeważnie zaniedbane i dość zaśmiecone zaułki, a z nich w podwórka zwykle pełne suszącego się na sznurach prania. Spacerując po Mea Szearim można rzeczywiście poczuć się jakby cofnęło się w czasie i znalazło nagle w świecie znanym nam z powieści Singera czy Stryjkowskiego i z archiwalnych fotografii. Ciasne uliczki niezależnie od pory dnia zwykle pełne są przechodniów. Łatwo odnieść wrażenie, że życie toczy się tu na ulicy. Nic dziwnego. Rodziny są tu liczne, nierzadko kilkunastoosobowe, a mieszkanka malutkie. Zwłaszcza w upalne lato nie sposób w nich usiedzieć. W domu się śpi i jada posiłki, ale poza tym życie toczy się w ciasnych podwórkach i na wąskich uliczkach. Zwłaszcza w Szabat. Wtedy Mea Szearim zapełnia się odświętnie ubranymi rodzinami spacerującymi środkiem wąskich jezdni, bo tego dnia samochody nie są tu wpuszczane, a wylotowe uliczki tej dzielnicy zastawione są na całej szerokości przenośnymi barierkami. Haredim, bo tak określa się ich w Izraelu, zamieszkujący Mea Szearim, stanowią hermetyczną społeczność, żyjącą własnym życiem, izolującą się na różne sposoby od otaczającego świata. Dwie rzeczy odgrywają w ich życiu dominującą rolę: religia i tradycja. Ta pierwsza to oczywiście judaizm, ale w jego, najogólniej mówiąc, najbardziej konserwatywnej i rygo- Marek Suchar 123 rystycznej postaci. Jeżeli zaś chodzi o tradycjonalizm, to wyraża się on w stylu życia odwołującym się do obyczajów panujących w żydowskich społecznościach wschodniej Europy w XVIII czy XIX wieku. Obyczaje te przeniesione są w sposób literalny i przestrzegane z drobiazgową dokładnością dziś w zupełnie odmiennym, bliskowschodnim kontekście, co może robić niesamowite wrażenie. Bo tradycjonalizm mieszkańców Mea Szearim wyraża się na przykład w ubiorze. Noszenie ciężkich, ciemnych ubrań, dokładnie takich jakie nosili kiedyś przodkowie na Wołyniu czy Podolu, w izraelskich temperaturach dochodzących latem nierzadko do 40 stopni Celsjusza, musi być prawdziwą torturą. Ale dla ultra-ortodoksów najważniejsza jest tradycja, więc niezależnie od pogody, mężczyźni noszą tu czarne marynarki, lub sięgające do połowy łydki chałaty. Z gołą głową nie chadza tu żaden mężczyzna. Nawet mali, kilkuletni chłopcy noszą tu aksamitne czarne jarmułki’. Ich starsi bracia, ojcowie i dziadkowie jarmułki takie przykrywają wytwornymi czarnymi kapeluszami, które przy uroczystych okazjach zamieniają na obramowane futrem majestatyczne wysokie sztrejmle^. Kiedyś w Europie obszywano je futrem lisim albo sobolim. Tutaj podobno najczęściej jest to futro kuny lub norki. W deszczowe dni sztrejmle owijane są szczelnie przezroczystą folią dla ochrony przed zmoknięciem. Nic dziwnego. To zwykle najdroższa rzecz jaką posiadają ci ubodzy przeważnie ludzie. Cena takiego obszytego futrem paradnego nakrycia głowy waha się podobno od kilkuset do kilku tysięcy dolarów. Wspomniałem wcześniej o małych chłopcach, a to dlatego, że duża ilość małych dzieci na ulicach jest tym, co chyba jako pierwsze rzuca się w oczy w tej dzielnicy. Chłopcy w jarmułkach z długimi pejsami, dziewczynki, nawet te najmniejsze, w zapiętych pod szyję, długich za kolana sukieneczkach. Każda idąca ulicą mama prowadzi tu co najmniej kilkoro dzieci pchając zwykle przed sobą jeszcze wózek z niemowlakiem. Często zobaczyć tu możemy też całkiem małe, kilkuletnie dzieci wędrujące chodnikiem samodzielnie lub w niewielkich grupkach. Kilkulatki prowadzą za rączkę jeszcze młodsze od siebie maluchy. W wielodzietnych rodzinach, a przeciętna ultraortodoksyjna rodzina posiada od ośmiorga do dwanaściorga dzieci, maluchy muszą wykazywać się samodzielnością i opiekować jedne drugimi. Innej rady nie ma. Kobiety w Mea Szearim też ubierają się raczej na ciemno, obowiązkowo w długie suknie i bluzki z długimi rękawami. Na głowach noszą przeważnie ciasno związane chustki albo specjalne gęste siatki szczelnie okrywające włosy, jako że ultraortodoksyjne mężatki w żadnym wypadku nie powinny ich pokazywać obcym mężczyznom. Możemy więc być pewni, że piękne długie włosy niektórych pań chodzących ulicami Mea Szearim z odkrytymi głowami, to po prostu peruki. Niby włosy, ale nie własne, więc omija się w ten sposób surowe zakazy, jednocześnie respektując je. Pozycja kobiety w ultraortodoksyjnych społecznościach to osobny i ważny temat. Przede wszystkim dlatego, że sytuacja, w której oczekuje się od niej przede wszystkim zajmowania domem i rodzenia dzieci (średnio od 8 do 12!), definiuje jej los w nie tylko w perspektywie * Jarmułka - w jidysz „jarmulke”, po hebrajska „kipa”- niewielka czapka okrywająca szczyt głowy, noszona na znak szacunku do Boga, będąca jednocześnie wyrazem żydowskiej tożsamości. Sztrejmei - wysoki kapelusz obramowany futrem, noszony przez chasydów wyłącznie w czasie szabatów, świąt i przy bardzo uroczystych okazjach (śluby, pogrzeby, uroczystości z okazji obrzezania, czy bar micwy). Różne grupy używają także odmian sztrejmla określanych jako spodiki lub kołpaki (kolpiki). 124 Jerozolimska dzielnica Mea Shearim — podróż w przestrzeni i w czasie. Życia osobistego, ale również zawodowego i społecznego, a fakt, że najczęściej nie dysponuje ona własnym majątkiem ani finansami, określa z kolei jej pozycję w rodzinie jako osoby całkowicie zależnej od męża. Łatwo sobie wyobrazić jakie może to rodzić konsekwencje. Skoro poruszyliśmy już temat finansów, to warto wspomnieć, że chasydzi, tak samo jak w ogóle członkowie społeczności ultraortodoksyjnej, to ludzie w przeważającej masie raczej ubodzy. Jest to konsekwencją tego, że pewna część ultraortodoksyjnych mężczyzn (ojców rodzin) nie pracuje tu zarobkowo, ale spędza czas w jesziwach’ (w przypadku żonatych mężczyzn nazywa się je „kolelami”), gdzie przez wiele godzin dziennie zajmują się czytaniem i analizowaniem tekstów religijnych. Źródłem ich utrzymania są zasiłki i stypendia wypłacane przez rozmaite instytucje religijne, a w ostatnich latach również przez państwo Izrael. Jest oczywiste, że wysokość tych świadczeń jest umiarkowana i pozwala wielodzietnym rodzinom jedynie na życie na bardzo skromnym poziomie. W tym miejscu konieczne jest już pewne wyjaśnienie „terminologiczne”. Otóż w odniesieniu do mieszkańców Mea Szearim używa się często zamiennie określeń „ultraortodoksi” ’ Jesziwa - średnia lub wyższa szkoła religijna, przeznaczona dla młodzieży męskiej, która wstępuje do niej po zakończeniu nauki w chederze, gdzie głównym przedmiotem nauczania jest Biblia hebrajska. W jesziwie chłopcy rozpoczynają studiowanie traktatów Talmudu. Ukończenie jesziwy nie jest równoznaczne z uzyskaniem tytułu rabina, tylko nieliczni spośród absolwentów dostępują ordynacji rabinicznej. Marek Suchar 125 lub „chasydzi”. Nie są to jednak synonimy. Mieszkający w Mea Szearim chasydzi to tylko jedna ze społeczności wchodzących w skład tej części wyznawców judaizmu, których określa się „ultraortodoksami”. Warto przy tym zauważyć, że wśród ogółu Żydów żyjących dziś na świecie ultraortodoksja stanowi nurt w sensie ilościowym marginalny. W Izraelu jej reprezentanci stanowią zaledwie 8-10 procent ogółu obywateli. Chasydów jest oczywiście jeszcze mniej, a ich liczbę szacuje się odpowiednio na 3-5 procent. Zdecydowana większość obecnie żyjących Żydów to albo przedstawiciele różnych odmian i nurtów postępowego i liberalnego judaizmu reformowanego (zwłaszcza w USA), albo osoby definiujące się jako niereligijne. Może się to wydawać dość dziwne, bo jednocześnie judaizm i wynikające z niego zasady dotyczące życia codziennego są wyraźnie obecne w codziennym życiu państwa Izrael i jego obywateli. W szkołach państwowych obowiązkowo naucza się religii żydowskiej, powszechnie świętowany jest szabat (dniem wolnym od pracy jest tu sobota, a nie niedziela), w czasie którego nieczynne są sklepy, kina, teatry, sale koncertowe, nie działa też publiczna komunikacja. W podobny sposób obchodzone są tu żydowskie święta religijne, a w wojsku i instytucjach państwowych przestrzega się z reguły koszernych przepisów pokarmowych. Jest to jednym paradoksów charakterystycznych dla współczesnego Izraela, kraju założonego przez wyemancypowanych, świeckich żydowskich syjonistów i socjalistów z Europy, ale w którym wiele aspektów związanych z judaizmem jako religią uznaje się dziś za ważny wyraz i zarazem symbol żydowskiej tożsamości. Można powiedzieć, że współcześnie w Izraelu mamy trzy funkcjonujące równolegle w stosunku do siebie społeczności: świecką, umiarkowanie religijną i ultraortodoksyjną. Potwierdzi to każdy, kto po krótkiej choćby wizycie w Jerozolimie wybierze się do Tel Avivu i będzie mógł porównać życie w tych dwóch miastach. Mieszkańcy Mea Szearim , jak już powiedzieliśmy, to chasydzi, czyli członkowie rozmaitych, często niewielkich mikrospołeczności, identyfikujących się poprzez osobę duchowego przywódcy każdej z takich grup, czyli cadyka. Jest on obdarzany przez nich olbrzymim autorytetem, zresztą nie tylko w kwestiach religijnych, bo należący do jego ugrupowania chasydzi zasięgają jego rady i opinii we wszystkich właściwie ważniejszych kwestiach życiowych. Chasydyzm powstał w XVII wieku na Podolu jako ruch odnowy religijnej wśród prostych, ubogich i niewykształconych mas żydowskich. Od początku spotkał się z oporem wśród mitnagdim ( hebr. „przeciwników”), którzy największą wagę przywiązywali zawsze do wykształcenia religijnego i studiowania ksiąg świętych. W przeciwieństwie do nich chasydzi byli religijnym ruchem mistycznym. Cóż to właściwie oznacza? Otóż wyraża się to podporządkowaniem całego życia dążeniu do świętości i odczuwaniu obecności Boga w codziennym życiu. Pobożny chasyd właściwie nieustannie myśli o Bogu i w jakimś sensie stara się pozostawać z nim w stałym duchowym kontakcie poprzez modlitwę, ale także poprzez różne rytuały. Mitnagdim i chasydzi wspólnie stanowią dziś to, co składa się na judaistyczną ultraor-todoksję. Z czasem początkowe różnice między tymi ugrupowaniami straciły na znaczeniu, animozje osłabły, ale obie społeczności wciąż zachowują poczucie odrębnej tożsamości wyrażające się w stylu życia i przestrzeganych tradycjach, w tym również tych dotyczących 126 Jerozolimska dzielnica Mea Shearim — podróż w przestrzeni i w czasie. ubioru, W absolutnie największym uproszczeniu można powiedzieć, że chasydzi to ci noszący długie pejsy i chałaty, a w dni świąteczne podobne do szlacheckich żupanów kapoty i kitle przepasane czymś, co kojarzy się ze znanymi nam z historii i literatury pasami słuckimi. Natomiast pozostali ultraortodoksi, czyli mitnagdim, to ci, którzy noszą białe koszule i czarne lub granatowe marynarki, a wychodząc z domu na głowę wkładają piękne kapelusze. Oni też noszą pejsy, ale zwinięte w sposób dyskretny za uszami i niewidoczne na pierwszy rzut oka. Sama Mea Szearim to dzielnica w przeważającym stopniu chasydzka, ale już otaczające ją osiedla, takie jak Geula, Zichron Moshe czy Mekor Baruch, zamieszkane są przez innych „niechasydzkich” ultraortodoksów (mitnagdim). Na ulicach tej części miasta spotykamy jednych i drugich - „wymieszanych” — i dla postronnego obserwatora stanowiących jednolity, ultraorto-doksyjny, tłum. Plakaty informacyjne tzw. foszkwilim zastfpujĄ mieszkańcom gazety radio i telewizję, fot. archiwum autora Przyglądając się egzotycznie ubranym, brodatym i pejsatym jerozolimskim ultraorto-doksom, koncentrujemy się automatycznie na ich wyglądzie. Nie zawsze natomiast mamy świadomość istnienia fascynującej, duchowej warstwy ich życia. Jak wspomniałem wcześniej, jest ono skoncentrowane na kwestiach religijnych w stopniu, w naszych czasach i naszym kręgu cywilizacyjnym, już właściwie niespotykanym. Dla objaśnienia na czym to polega, tłumaczę często, że dobrze jest wyobrażać sobie chasydów jako takich „żydowskich zakonników”, mnichów, tyle że prowadzących życie rodzinne, jako że posiadanie rodziny i płodzenie dzieci uważane jest judaizmie za realizację jednego z najważniejszych przykazań Bożych. Każda ich aktywność życiowa — sen, jedzenie, praca, świętowanie, wreszcie uprawianie seksu — podporządkowana jest religijnym nakazom i zakazom żydowskiej Hallachy'^. Podporządkowanie to, wprowadzając niezwykłą mistyczną dyscyplinę w codzienne życie, podnosi jednocześnie wszystkie te zwykłe życiowe czynności do rangi czegoś w rodzaju rytuału religijnego, uświęca je i sprawia, że pobożny chasyd od rana do wieczora nie przestaje myśleć o Panu Bogu. Jego życie w ten sposób nie tylko nabiera sensu, ale też godności i znaczenia. Tego jak wygląda dziś z bliska i w szczegółach życie mieszkańców Mea Szearim niełatwo się dowiedzieć. Zyją oni bowiem we własnym, osobnym świecie. Mają własne szkoły, sklepy. * Halacha jest zbiorem żydowskich praw religijnych, które wywodzą się z pisanej i ustnej Tory . Dosłownym tłumaczeniem tego terminu może być określenie „sposób zachowania”, bo odnosi się ona nie tylko do praktyk i wierzeń religijnych, ale także do wszystkich właściwie aspektów codziennego życia. Marek Suchar 127 bóżnice. Z obcymi kontaktów się praktycznie nie utrzymuje, poza własną dzielnicę prawie się nie wychodzi, telewizji się nie ogląda, radia raczej nie słucha, a zamiast gazet czyta się informacje zamieszczane na rozklejanych na murach plakatach, nazywanych paszkwilim. Izolowanie się społeczności ultraortodoksyjnej, a chasydów z Mea Szearim dotyczy to w szczególności, sprawia, że wiedza o nich składa się przeważnie z rozmaitych stereotypów oraz utrwalonych, uparcie powtarzanych przez przewodniki turystyczne nieaktualnych opinii. Problem w tym, że niełatwo je zweryfikować, bo aby to zrobić, trzeba by jakoś przekroczyć granicę ultraortodoksyjnego świata, a jest to w praktyce bardzo trudne, a w wielu przypadkach właściwie niewykonalne. Do takich uparcie powtarzanych, a niezgodnych z prawdą poglądów na temat społeczności ultraortodoksyjnej, należy między innymi ten, że jej członkowie mówią wyłącznie w jidysz i nie używają języka hebrajskiego^ uważając, że mówienie na co dzień tym świętym językiem jest bluźnierstwem, jako że ten język Biblii powinien służyć wyłącznie do kontaktu z Bogiem. To pogląd nie ma dziś pokrycia w rzeczywistości, ale jest utrwalany i powtarzany zarówno przez turystyczne przewodniki, a nawet przez wielu Izraelczyków. Dzisiejsi mieszkańcy Mea Szearim znają oczywiście hebrajski, choć w kontaktach miedzy sobą mogą na co dzień porozumiewać się w jidysz albo w innych językach, na przykład w farsi, ladino, wreszcie po angielsku — zależnie od tego, z jakiego kraju przybyły tu ich rodziny. Według innego mylnego stereotypu izraelscy ultraortodoksi ze względów religijnych mają nie uznawać państwa Izrael. Tymczasem znakomita większość haredim uznaje, a w każdym razie toleruje istnienie państwa Izrael, utrzymując się z przyznawanych im przez nie zapomóg i świadczeń oraz biorąc aktywny udział w życiu politycznym i głosując na reprezentujące społeczność ultraortodoksyjną skrajne, religijne partie polityczne. Jeśli będąc w Jerozolimie wybierzecie się do Mea Shearim, przy wejściu na teren tej dzielnicy przywitają was olbrzymie tablice z napisami w języku hebrajskim i angielskim. To apele mieszkańców o to, żeby turyści nie wchodzili tam w grupach oraz żeby przestrzegali zasad skromności dotyczących ubioru. Żadnych mini spódniczek, szortów ani wydekoltowanych T-shirtów. Źle widziane są też panie ubrane w spodnie lub bardzo obcisłe stroje. Mężczyźni także raczej nie powinni tu wchodzić w szortach. Często bywałem pytany, czy i co grozi tym, którzy by się do wyżej wymienionych apeli nie stosowali. Odpowiadam wtedy najczęściej pytaniem: A dlaczego ktoś miałby się do nich nie zastosować? Przecież jeśli wybieramy się do kogoś z wizytą, to naturalne jest, że szanujemy jego obyczaje i staramy się nie urazić go swoim zachowaniem. To kwestia taktu, wrażliwości i dobrego wychowania. Dodatkowo warto mieć na uwadze, że z powodów, które przedstawiłem już wcześniej, teren dzielnicy ultraortodoksyjnej, choć sprawia wrażenie przestrzeni publicznej, należy właściwie traktować jako czyjąś przestrzeń prywatną. I zachowywać się tam, jak w czasie wizyty u kogoś w domu. Po prostu. ’ Jidysz i hebrajski należą do różnych grup językowych. Hebrajski to język semicki, w którym napisana została Biblia, i którego uwspółcześniona wersja jest językiem, którym mówi się we współczesnym Izraelu. Natomiast jidysz to język germański z elementami hebrajskiego i języków słowiańskich, którym mówili Żydzi mieszkający w krajach Centralnej i wschodniej Europy. 128 Jerozolimska dzielnica Mea Shearim — podróż w przestrzeni i w czasie. Lista rzeczy, o których należy pamiętać, jeśli wybiera się na zwiedzanie Mea Shearim, nie jest zresztą specjalnie długa. Pierwsza i bardzo ważna rzecz, to jak już wspomniałem odpowiedni ubiór. Dotyczy to obu płci, choć w większym stopniu kobiet. Ogólna zasada brzmi: jak najmniej odkrytego ciała, a więc żadnych minispódniczek, dekoltów, odkrytych ramion, czy szortów. Kolejna ważna rzecz, to odpowiednie zachowanie. Najlepiej zachowywać się w sposób nie zwracający na nas uwagi, spacerować najlepiej pojedynczo, a nie w dużych grupach. Mężczyźni i kobiety powinni starać się unikać gestów fizycznej bliskości - obejmowania się, przytulania czy całowania. Należy też bardzo uważać z fotografowaniem. Wiele osób może sobie tego nie życzyć, niektórzy z powodów religijnych. To bardzo trudny do spełnienia warunek, bo potrzeba utrwalenia ultraortodoksyjnej egzotyki jest przecież taka naturalna. Proponuję więc używać aparatu fotograficznego bardzo Plakaty informacyjne tzw. faszkwilim zastępuje mieszkańcom gazety, radio i telewizjf, fot. archiwum autora dyskretnie, nie robić zbliżeń, a zwłaszcza nie fotografować bez pozwolenia twarzy mijanych osób. Choć rozumiem ciekawość i chęć podpatrzenia życia mieszkańców dzielnicy w detalach, stanowczo odradzam zaglądanie, a zwłaszcza wchodzenie, na podwórka między domami. Mieszkańcy Mea Szearim traktują je jako przestrzeń prywatną, suszą tam pranie, przechowują rozmaite domowe sprzęty, przesiadują popołudniami, więc wtargnięcie w tę przestrzeń może być przez nich uznane za poważne naruszenie ich prywatności i wzbudzić rozmaicie okazywany sprzeciw. Bo to trochę tak, jakby bez zaproszenia pakowało się komuś do mieszkania. W czasie Szabatu, czyli od piątkowego popołudnia do sobotniego wieczoru, obowiązują tu dodatkowe ograniczenia. W szabat pod żadnym pozorem nie należy fotografować, ani w ogóle korzystać na ulicy z telefonu komórkowego oraz palić papierosów. Wszyscy tu świętują Szabat i rygorystycznie przestrzegają związanych z tym zwyczajów. Od ewentualnych gości oczekuje się, że będą się do tych zwyczajów stosowali. Mówimy tu dużo o rozmaitych związanych z judaizmem zakazach i nakazach. Nic dziwnego więc, że religia ta postrzegana jest z zewnątrz przede wszystkim jako zbiór niezrozumiałych i często utrudniających codzienne życie ograniczeń. Najłatwiej dostrzegalne są rozmaite ograniczenia związane ze świętowaniem szabatu: zakaz włączania i wyłączania jakichkolwiek urządzeń elektrycznych i spalinowych, gotowania, prania, pisania, dotykania pieniędzy, telefonowania, przedzierania papieru (na przykład toaletowego!), czesania się, obcinania paznokci i wielu, wielu innych rzeczy. W czasie weekendu nie można więc słuchać radia czy oglądać telewizji, ani wybrać się na samochodową przejażdżkę czy goto- Marek Suchar 129 wać jedzenia. Wydaje się, że przestrzeganie tych zakazów i nakazów wywraca życie do góry nogami. Być może. Ale warto zrozumieć, że w świętowaniu szabatu nie o to w gruncie rzeczy chodzi. Bo szabat jest dla Żydów świętem. I to wielkim świętem. Myślę, że my w Polsce mamy tylko jedno takie święto, które pod względem intensywności przeżywania, wyjątkowości atmosfery, religijnego i rodzinnego charakteru porównać można do szabatu, obchodzonego co tydzień w ortodoksyjnych domach żydowskich. To Wigilia Bożego Narodzenia! Wyobraźmy sobie, że pobożni Żydzi obchodzą taką „wigilię” w każdy Szabat! Ale żeby czas Szabatu był czasem świętym, wyjątkowym, trzeba go w specjalny sposób odróżnić od czasu powszedniego. Jak? Poprzez pewne rytuały, ale także poprzez wprowadzenie zasad dotyczących sposobu przeżywania tego czasu, które sprawią, ze różnica między dniem powszednim a świętem nie będzie abstrakcyjna, symboliczna, ale bardzo, bardzo konkretna. To ważne, bo jak powiedział jeden z najwybitniejszych współczesnych żydowskich myślicieli, Abraham Joshua Heschel: „Kto chce wkroczyć w świętość dnia Szabatu, musi oddalić się od nerwowości i zabiegania dnia codziennego, aby zaufać Bogu i zrozumieć, że świat został stworzony bez pomocy człowieka, że jest darem dla niego”'’. Poprzez świętowanie Szabatu człowiek ma nauczyć się przyjmować ten dar z wdzięcznością i pokorą wobec Stworzyciela. Jeżeli to zrozumiemy, to może mniej oporu będzie budziła konieczność podporządkowania się przez nas dość banalnym w gruncie rzeczy ograniczeniom w czasie spaceru po tej dzielnicy. Jak napisałem wcześniej, wizyta w Mea Szearim może sprawiać wrażenie podróży w czasie. Może też być niezwykłym przeżyciem również dlatego, że daje możliwość przyjrzenia się z bliska społeczności, która żyje według reguł dawno zapomnianych przez dzisiejszy świat — powszechnie ulegający przymusowi nieustannych zmian i nieznającego granic rozwoju, bezwzględnie podporządkowany zasadzie korzyści, nieuznający potęgi czasu w swoim kulcie wiecznej młodości i zmieniony przez zdobycze współczesnej techniki w niedoceniającą powagi przestrzeni globalną wioskę. ® Abraham Joshua Heschel, Szabat i jego znaczenie dla współczesnego człowieka, Atext,Gdańsk 1994 Piotr Opacian 132 Okno na morze czyli o hebrydach zewnętrznych Właśnie popijam gorącą herbatę, zapisuję w pamiętniku to, czego miałem szczęście doświadczyć dzisiejszego dnia i nie mogąc się oprzeć temu, co na zewnątrz, co chwilę przerywam pisanie i spoglądam przez okno. Stoliczek jest bardzo mały, właściwie to blat przytwierdzony do ściany pod parapetem okna i wspierający się na dwóch nogach po przeciwnej stronie. Okienko również dość liche, ale nie zamieniłbym tego miejsca, tej chwili, na największy komfort pięciogwiazdkowych hoteli. Widok jest ten z rodzaju zobaczyć i umrzeć, tylko oczywiście umierać nie ma potrzeby, można sobie go podziwiać do woli, bez obawy, że ktoś mi będzie przeszkadzał — na całej wyspie, a właściwie trzech wyspach, jestem sam. Na pierwszym planie dominuje lekko pofalowana powierzchnia, w której odbija się światło zachodzącego słońca, jakimś cudem napotkawszy na okno w kłębiących się na niebie chmurach. Dalej dominują nad tą świetlistą powierzchnią skalne ostańce, a że widziane pod światło, są idealnie czarne, co tworzy niesamowity kontrast z rozświetloną powierzchnią morza. Wreszcie w tle, jak okiem sięgnąć, wszystko zamknięte jest przez pasma gór biegnących z północnego wschodu na południowy zachód na wyspie Lewis i Harris. Ile takich wieczorów spędził przy tym stoliczku, wpatrując się w piękno morza i skał, właściciel i tego domku, i tych trzech wysp - Adam Nicolson? Ile stron swojej niesamowitej książki Sea Room powstało właśnie tu, przy tym stoliku? Ile osób w samotności przeżywało tu podobne chwile do tych, których ja jestem tym razem uczestnikiem? To mój ostatni nocleg w czasie kajakowego rejsu dookoła Hebrydów Zewnętrznych — archipelagu, który stanowi nielekką przeprawę dla kajakarza morskiego. Tu wypadł mój pierwszy nocleg, kiedy rozpoczynałem swoją wyprawę płynąc z Uig na wyspie Skye, tu Piotr Opacian 133 więc zamykam okrąg, a właściwie figurę ósemki dookoła tej chłodnej, wietrznej i deszczowej krainy. To jedyne miejsce, które odwiedzam dwa razy i bardzo dobrze, bo to miejsce szczególne. Adam Nicolson odziedziczył te trzy bezludne wyspy oddalone od Lewis i Harris o około 10 km, nagle, gdy miał 21 lat. Fakt ten postawił go przed sporym dylematem. Co z nimi zrobić? Młodzi ludzie opuszczają tutaj swoje spuścizny i uciekają na południe do lepszego, łatwiejszego życia. Na Hebrydach Zewnętrznych dużo jest rozpadających się domów, gospodarstw, a tu na Wyspach Shiant nie było nawet tego. Adam postąpił jednak inaczej. Może pchany przywiązaniem, może ciekawością? Sam tego nie wie. W każdym razie zamiast uciekać, został i zaczął je wszechstronnie poznawać. Wspomniana książka jego autorstwa, spisana wiele lat później, opisuje cały ten proces, w trakcie którego Adam uczył się tutejszej przyrody i kultury materialnej. Możemy również przejść jego drogą, a jest ona fascynująca, wystarczy sięgnąć po jego książkę, usiąść przy biurku czy stole, koniecznie przy oknie i zacząć czytać. Gwarantuję, że już jej nie odłożymy. Wyspy Shiant to unikalna ptasia ostoja. Zawdzięczają to zapewne temu, że stanowią małą enklawę stromych zboczy wśród bezmiaru wody, gdzie skały przeplatają się z ziemią porośniętą trawą i mchem. To idealne miejsce dla gniazdujących w swego rodzaju norach przesympatycznych maskonurów. Brak ludzi i zagrażających im zwierząt, choć to się zmieniało, jest dopełnieniem tego, co maskonury, w swym ptasim języku, nazywają zapewne między sobą idealnym miejscem do uprawiania miłości i płodzeniu potomstwa. Na tym skrawku ziemi gniazduje ok. 60 000 par lęgowych tej „papużki północnych mórz” jak niektórzy, zresztą słusznie w mojej opinii, nazywają te ptaki. To aż 5% populacji maskonura 134 Okno na morze czyli o hebrydach zewnętrznych całej Wielkiej Brytanii i drugie miejsce pod względem ilości zaraz po St. Kilda — która też jest maleńką grupką wysepek oddalonych 60 km na zachód od Hebrydów. Maskonury królują, ale nie są tu jedynym gatunkiem gniazdującym i występującym w dużych ilościach. Obok nich liczne są tu nurzyki i alki, a zimą przylatują ze Svalbardu przesympatyczne bernikle. Nie zawsze jednak było tu tak różowo. Przez kilkaset lat gniazdujące tu ptactwo miało niezwykle uciążliwego i inteligentnego wroga. Nie, nie chodzi tu o człowieka, tylko o szczura, który jako gatunek inwazyjny musiał zostać przypadkowo przywleczony na wyspy kilkaset lat temu na pokładach statków czy łodzi. Szczury nie miały tu żadnych wrogów, a pokarm zdobywały z łatwością - żerowały na jajach i pisklętach. Szczurza populacja miała się więc wyśmienicie i zaczęła poważnie zagrażać tej ptasiej ostoi. Wreszcie ptaki doczekały się pomocy ze strony ludzi. W latach 2014-2018 towarzystwa przyrodnicze Szkocji, przy współpracy z rodziną Nicolsonów naturalnie, dokonały całkowitej eradykacji szczurzej populacji z Wysp Shiant. Obecnie człowiek gości na Shiant regularnie, co można odczytać z Księgi Shiant spoczywającej na tym już symbolicznym stoliczku pod oknem. Informuje nas ona, że Shiant ma dużo gości, tak tylko co trzeci, czwarty dzień jest pozostawiona sama sobie. Są to goście wpadający tylko na jedną noc, tak jak ja, ale znalazłem wpis osoby, która spędziła tu 5 dni i w tym czasie przeczytała Sea Room, który jest tam dostępny w biblioteczce. Takie dłuższe pobyty powinno się uzgadniać z właścicielem, ale tu, jak i w całej Szkocji, prawo pozwala spędzać nocleg na ziemi prywatnej bez uprzednio otrzymanego pozwolenia. Pomiędzy moją pierwszą i drugą wizytą gościła tu ekipa szkockiej telewizji, która kręciła film przyrodniczy. Dawniej jednak na Shiant ludzie mieszkali na stałe i historia ich osadnictwa sięga najprawdopodobniej przynajmniej epoki żelaza. Myślę, że najwiarygodniejszym tu źródłem w tej kwestii jest Sea Room, do której odsyłam. Piotr Opacian 135 Oczywiście Hebrydy Zewnętrzne to nie tylko Shiants, Archipelag ten składa się z 15 zamieszkałych wysp, 50 niezamieszkałych wysp o stosunkowo znacznym rozmiarze, no i dużej ilości wysepek i skałek, których zapewne nikt nie policzył; liczby podaj ę za Wiki-pedią. W przeszłości, jak już w kilku miejscach wspominałem, wszystkie większe wysepki były zamieszkane i nawet najmniejsze w jakiś sposób użytkowane. Dogodne miejsca do lądowania, czyli osłonięte zatoki, z wypłaszczeniami pokrytymi łąkami, zawsze noszą ślady działalności człowieka z dawnych lat, a najoczywistszymi pozostałościami są ruiny domostw i kamienne płoty. Znakomitą większość moich obozów zakładałem właśnie w takich miejscach. Życie tu było ciężkie, choć w niektórych okresach — ocieplenie klimatu we wczesnym średniowieczu, znacznie bardziej komfortowe niż teraz. Niskie temperatury latem, silne wiatry, mało słońca, duża ilość opadów i prawie zawsze unosząca się wilgoć w powietrzu nie zachęcają, ale też sprawiają, że trawy i mchy tutaj są wiecznie zielone, zielenią soczystą i zaskakująco jaskrawą. Dlatego krajobrazy muszą i musiały zachwycać szczególnie na tle ciemnoniebieskiego nieba, czasami oświetlane punktowo przez słońce na chwilę wykorzystujące okienko w pokrywie chmur. Ciekawe jak często gospodarze swoich sadyb, siedząc wieczorami przy oknie w domowym zaciszu, podziwiali te krajobrazy i szalejące morze, które rozbijało z wściekłością swoje wody o mające odwagę stawić im odpór skalne klify wysp. Ich okna na morze musiały skupiać uwagę wszystkich domowników, pobudzać wyobraźnię, prowokować do rozmyślań. I nie jest tu istotne, że nie umieli pisać i czytać. Że siedząc przy stoliku i spoglądając przez okno nie zapełniali kart papieru swoimi myślami. Te myśli powstawały i tłoczyły im się w głowach, bo taka jest natura człowieka. Ciężki byt, całodzienna praca, potrzeba wyżywienia rodziny, groźba głodu nie eliminują w nas tych cech, przynajmniej w niektórych z nas. Okno na morze pozwala nam o tym zapomnieć, oderwać się od trudów codzienności, przynajmniej na chwilę. Muzyka-Plastyka-Teatr Wacław Bielecki Zapiski melomana Chyba życie muzyczne wróciło u nas do normy, bo po raz pierwszy od dwóch lat niniejsze relacje pochodzą tylko i wyłącznie z moich wyjazdów i słuchania muzyki na żywo w różnych miejscowościach: Gdańsku, Waplewie, Sopocie, Sztumie i Warszawie. Oczywiście, słuchałem sporo muzyki z transmisji przeprowadzanych w Internecie i radio, ale nawet o nich nie wspominam z braku miejsca. HRABINA W SUPERMARKECIE niedziela, 12 czerwca 2022 r. Hrabina prezentuje sif w nowq sukni, fot. ze strony internetowej Opery Bałtyckiej Prapremiera opery komicznej Hrabina Stanisława Moniuszki odbyła się w Operze Bałtyckiej trzy lata temu - 5 maja 2019 r., dokładnie w dwusetną rocznicę urodzin kompozytora. Niestety, pandemia uniemożliwiła jej normalną prezentację i przedstawienie pokazano gdańskiej publiczności tylko kilka razy. Wtedy nie udało mi się dostać biletów. Wacław Bielecki 137 bo spektakl był oblegany z uwagi na reżyserkę Krystynę Jandę. Dzisiaj z biletami nie było żadnych problemów, a tak się złożyło, że wznowiono operę na 150. rocznicę śmierci Moniuszki. Dotychczas nigdy nie widziałem Hrabiny na scenie. Znałem ją z różnych nagrań oraz transmisji w wersji koncertowej z Festiwalu Chopin i jego Europa z sierpnia 2020 r. Dzisiaj w Operze Bałtyckiej rolę Hrabiny zaśpiewała świetna sopranistka Ewa Tracz, nota bene, zdobywczyni II nagrody w Konkursie Moniuszkowskim w 2016 r. Postać Kazimierza kreował tenor Rafał Bartmiński, ten sam który wykonywał ją pod Biondim na warszawskim festiwalu oraz rok wcześniej tutaj w Gdańsku pod batutą Moniki Wolińskiej. Rolę skromnej Bronki zaśpiewała ładnie Katarzyna Nowosad, mezzosopran. Akcja opery, jak to się obecnie czynią niektórzy reżyserzy, została przeniesiona w czasy współczesne z warszawskiego salonu i sali balowej do... supermarketu, właściwie nie wiem, po co. Snują się po nim niemrawo jacyś ludzie z torbami na zakupy. W ogóle scenografia i stroje artystów niezbyt mi się podobały z wyjątkiem ostatniego aktu, który odbywa się w wiejskiej scenerii z polem czerwonych maków na tle zachmurzonego nieba z odgłosami burzy (to ulubiony od wieków motyw w scenografii operowej). Całe szczęście, że muzyka Moniuszki się ostała. Jest tutaj sporo znanych fragmentów: świetna uwertura z sarmackim mazurem i przeciwstawionym mu walcem, arie Hrabiny: - Suknio, coś mnie tak ubrała i najbardziej znana z końca III aktu - Zbudzić się z ułudnych snów, piosenka Broni - Szemrze strumyk pod jaworem, koloraturowa aria włoska oraz muzyka baletowa z II aktu z modnym wówczas kotylionem. Jak przypominają znawcy, najbardziej znanym fragmentem instrumentalnym tego dzieła był polonez znany pod tytułem Pan Chonfży, grany przed podniesieniem kurtyny przed rozpoczęciem III aktu. Został on napisany na oryginalny skład: 3 wiolonczele, altówkę i kontrabas. Premierowej publiczności w Warszawie w 1860 roku tak się spodobał, że był bisowany, podobno aż sześć razy. Dzisiaj w Gdańsku ten polonez przeszedł bez echa, ale kto dzisiaj oprócz maturzystów tańczy poloneza. Wszystkich tych, którzy wybierają się na Hrabinę do Gdańska należy uprzedzić, że chociaż dzieło to nazywa się operą komiczną, to lepiej, moim zdaniem, do niego przystaje określenie wodewil lub „śpiewogra”, gdyż wiele jest w niej fragmentów mówionych, tak jak w operetkach lub francuskich operach komicznych z pierwszej połowy XIX wieku, które Moniuszko znał z pobytu w Paryżu. Sama treść tego dzieła skreślona piórem Włodzimierza Wolskiego (librecisty Hałki) jest z pozoru błaha, co dostrzegł od razu po premierze przed 163 laty Józef Sikorski, założyciel czasopisma „Ruch Muzyczny” nazwał ją: „tragedią rozdartej spódnicy”. Inny ówczesny publicysta doszukał się w farsowo nakreślonej fabule przedstawiającej skontrastowany świat wielkomiejskiego salonu i idyllicznego wiejskiego dworku większej głębi „z których jeden mówi za dużo rzeczy błahych, bo chce, a drugi za mało rzeczy głębokich, bo nie może.” (cyt. za Aliną Borkowską-Rychlewską, Moniuszko - kompendium). Głównym bohaterem utworu jest jednak muzyka i dla niej warto to przedstawienie zobaczyć, a treść można odbierać z przymrużeniem oka, wszak to komedia muzyczna. Wznowieniem Hrabiny dyrygował Michał Krężlewski znany niektórym sztumianom, bo w 2010 r. występował u nas jeszcze jako pianista podczas jubileuszu 50-lecia Liceum Medycznego w auli szpitala oraz na Zamku w Sztumie z koncertem poświęconym utworom 138 Zapiski melomana Ignacego Paderewskiego. Młody muzyk porzucił jednak fortepian i ukończył dyrygenturę w Gdańskiej Akademii Muzycznej (byłem na jego koncercie dyplomowym w Filharmonii Bałtyckiej), a potem został korepetytorem solistów oraz asystentem kolejnych dyrygentów. Przyznam, że z dużą przyjemnością obserwowałem go podczas dzisiejszego przedstawienia. Dyrygował pewnie i dynamicznie, zwracając uwagę, aby orkiestra nie zagłuszała solistów. Końcowy efekt jego pracy oraz całego zespołu został nagrodzony długimi oklaskami publiczności. CHOPIN NA FORTEPIANIE 1 GITARZE W WAPLEWIE piątek 17 i sobota 18 czerwca 2022 r. Na koncert w czasie XVI Dni Chopinowskich w Waplewie stawiłem się na miejscu pół godziny wcześniej, ale na sali wolnych krzeseł zabrakło, więc chcąc nie chcąc zająłem miejsce na leżaku ustawionym pod uchylonymi oknami na zewnątrz budynku. Takich osób jak ja było około trzydziestu. Wszystko to pewnie dlatego, że na koncert przyjechali autokarem uczniowie ze szkoły muzycznej i oni zajęli miejsca na sali. W takich, mało komfortowych warunkach słuchałem recitalu znanego pianisty Karola Radziwiłowicza, który wybrał do programu osiem utworów Chopina oraz pięć Paderewskiego i nadał mu tytuł: Od poloneza do poloneza. Rzeczywiście, muzyk zaczął występ od Kokjka melomanów do sali koncertowy w Palocu Sierakowskich, fit. W Bielecki Wacław Bielecki 139 Poloneza A-dur Chopina, a zakończył Polonezem H-dur Paderewskiego. Jak grał? Trudno mi ocenić, bo słuchałem koncertu z oddali. Nie wszystko mogłem dobrze usłyszeć, bo przeszkadzały mi w tym: głośne rozmowy i płacz małych dzieci kręcących się między leżakami, dochodzący gdzieś od drogi dźwięk pracującej piły, warkot traktora i odgłosy przejeżdżających samochodów oraz prawie horyzontalna pozycja przy słuchaniu muzyki, a do takiej pozycji nie jestem przyzwyczajony. Jeśli chodzi o muzykę, to zauważyłem, że pianista grał wszystkie utwory Chopina w raczej wolnych tempach. Jak było z dynamiką, trudno mi powiedzieć, ale od kilku osób siedzących na sali usłyszałem, że grał bardzo głośno, co nie było zbyt trudne, gdyż w niewielkiej przestrzeni dawnej oranżerii ustawiono duży fortepian Steingraeber & Sóhne wypożyczony w Gdańsku. Dało się też zauważyć, że pianista dużo mówił, za dużo. Nie jestem przeciwnikiem słowa o muzyce, ale proporcje między słowem a muzyką podczas tego wieczoru zostały nadwyrężone. W moim odczuciu, półtoragodzinny recital z utworami Chopina i Paderewskiego, na który zostałem zaproszony zamienił się w audycję słowno-muzyczną na temat: Dzieciństwo Karola Radziwonowicza. Trzeba dodać, że trwał on bez przerwy prawie dwie godziny. Sobotni recital 27-letniego gitarzysty klasycznego Mateusza Kowalskiego zgromadził w pałacu w Waplewie komplet publiczności. Wierzyć się nie chciało, gdy się patrzyło na to, ilu melomanów stało w kolejce czekając na otwarcie drzwi do byłej pałacowej oranżerii na pół godziny przed rozpoczęciem koncertu. Widać, że zapotrzebowanie na wysoką kulturę na prowincji jest niemałe. W programie było m.in. siedem Mazurków z opusu 6 i 7 Chopina w transkrypcji na gitarę. Powstały one za życia Chopina, a dokonał tego polski gitarzysta Jan Nepomucen Bobrowicz należący do kręgu przyjaciół Chopina. Z tego okresu pochodzą słowa naszego największego pianisty i kompozytora o gitarze: „Nie ma nic piękniejszego od gitary, chyba że dwie”. Bobrowicz był pierwszym w historii twórcą, który transkrybował utwory Chopina na ten instrument. Zdaniem specjalistów jego transkrypcje brzmią, jakby były oryginalnie napisane na gitarę. Niestety, twórczość i dokonania Bobrowicza zwanego „Chopinem gitary”, jak i innych XIX-wiecznych polskich gitarzystów: Feliksa Horeckiego, Stanisława Szczepanowskiego i Marka Sokołowskiego zostały zapomniane. Dopiero teraz zaczyna je odkrywać Mateusz Kowalski, który nagrał ich kompozycje na płytę „Polish Romantic Gu-itar . W Waplewie młody gitarzysta podczas recitalu zaprezentował także inne utwory: Jana Sebastiana Bacha, Franciszka Schuberta, Astora Piazzolli, Marka Sokołowskiego, Maura Giulianiego, Heitora Villa-Lobosa, Agustina Barriosa Mangore. O samym wykonawcy nie będę tutaj pisał, bo jego sylwetkę zarysowałem w poprzednim numerze „Prowincji” po koncercie w Koszalinie. Grał wspaniale z niebywałą wirtuozerią. Entuzjazm publiczności rósł i zaczął osiągać szczyty po wykonaniu Wariacji na temat arii < La ei darem la mano> z opery Don Giooanni Mozarta skomponowanych przez Bobrowicza. Gdy słuchałem Etiudy nr 2 Villa-Lobosa, to moje ucho nie nadążało za kaskadą dźwięków. To wręcz niewiarygodne, że można grać aż tak szybko. Recital zakończył się brawurowym bisem - utworem Hora czeskiego kompozytora i gitarzysty Stepana Raka. Po koncercie jeden ze starszych sztumskich melomanów wyznał, że słuchając muzyki „spłakał się ze wzruszenia”. Cóż więcej 140 Zapiski melomana można tutaj dodać, chyba tylko to, że muzyk sam zapowiadał utwory i czynił to świetnie, krótko skupiając się na muzyce, a pomijając zupełnie szczegóły z własnego życiorysu. Po koncercie spora grupa melomanów zakupiła płytę z utworami na gitarę solo nagraną przez Mateusza Kowalskiego i podchodziła z nimi do artysty po podpis z dedykacją. OPERA LEŚNA BIS sobota, 2 lipca i piątek 8 lipca 2022 r. Marcin Patrzałek, fot. Internet Na początku wakacji byłem na dwóch koncertach — inaugurującym i kończącym 12 Festiwal NDI Sopot Classic w Operze Leśnej. Pierwszy z nich pt. Wieczór latynoamerykański miał charakter rozrywkowy. Przed wyjazdem starałem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio byłem w Operze Leśnej i wyszło na to, że było to jeszcze przed remontem tej sceny w maju 2004 roku, czyli aż osiemnaście lat temu. Wtedy oglądaliśmy razem z pracownikami sztumskiego Medyka Jezioro Łab flizie Czajkowskiego w wykonaniu baletu z Teatru Kremlowskiego. Pamiętam, że było to w maju i że na widowni było bardzo zimno. Dziwiliśmy się wszyscy, jak w tak niskiej temperaturze można tańczyć w cienkich trykotach. Dzisiaj może nie było zimno, ale zabrane z domu kurtki i kocyki przydały się bardzo. Głównym bohaterem przedstawienia była Polska Orkiestra Kameralna Sopot, świętująca w tym roku 40-lecie swojego istnienia. W pierwszym dniu festiwalu została zaprezentowana muzyka latynoamerykańska. Prowadzący koncert Conrado Moreno, znany Wacław Bielecki 141 Z programów telewizyjnych, oprowadzał słuchaczy po krajach Ameryki Łacińskiej. Zaczął muzyczną wycieczkę od muzyki argentyńskiej (utwór na orkiestrę A. Ginastera i tango A, Piazzolli), potem była muzyka meksykańska, brazylijska (słynne Tico tico Z. de Abreu), a po przerwie gorąca muzyka kubańska w wykonaniu Jose Torresa i jego zespołu Havana Dreams. Głównym powodem mojego wyjazdu na ten koncert był udział w nim młodego gitarzysty Marcina Patrzałka, którego grę znałem z kilku nagrań na YT. Ten pochodzący z Kielc muzyk zaczął się uczyć na gitarze w wieku 10 lat (obecnie ma 22 lata), potem zaczął poznawać technikę gry flamenco, aż skończył na zupełnie innej — swoistej odmianie finger-style, określanej przez niego jako „gitara perkusyjna”. W 2015 roku wygrał dziewiątą edycję polskiego programu Must Be the Musie, a w roku 2019 zgłosił się do amerykańskiej wersji programu - Americas Got Talent, gdzie dotarł do półfinału. Na czym polega gra w stylu finger? Otóż gitarzysta gra na inaczej zbudowanym instrumencie, gdzie przy pomocy elektroniki z łatwością może wygrywać melodie i akordy palcami lewej ręki, czyli przyciskającymi struny, a kciukiem i palcami prawej ręki wykonywać równocześnie inne melodie i zróżnicowany akompaniament z wykorzystywaniem całej płyty górnej gitary, która jest uderzana na różne sposoby, stąd nazwa stylu gry: gitara perkusyjna. Słuchającym wydaje się, że gra nie jeden instrument tylko cała orkiestra z perkusją. To robi duże wrażenie. Marcin Patrzałek ma w swoim repertuarze np. fortepianową Sonatę księżycowy, czy napisaną na wielką orkiestrę symfoniczną, monumentalną V Symfonię Beethovena. Utwory te w Internecie mają ponad 200 milionów (!) odsłon. Dzisiejszy występ gitarzysty odebrałem z dużym niedosytem. Dlaczego? Muzyk grał nie jako samodzielny solista, tylko z orkiestrą symfoniczną, a w programie miał utwory, w których nie bardzo mógł pokazać swoją technikę, były to bowiem dwa słynne tanga Astora Piazzolli — tradycyjne Libertango oraz nostalgiczne Oblioion. Dopiero w trzecim utworze, meksykańskim szlagierze, gitarzysta mógł bardziej zabłysnąć wirtuozerią w stylu finger. Koncert ten zapamiętam też z powodu wielkich korków przy dojeździe do Opery Leśnej oraz paskarskiej opłaty za parking. Za trzy godziny postoju pobierano - tylko gotówką po 30 złotych od auta. Na zakończenie festiwalu w Operze Leśnej odbyła się w piątek 8 lipca Gala operowa z udziałem amerykańskiej sopranistki Sondry Radvanovsky. Ta wielka gwiazda operowa z Metropolitan Opera w Nowym Jorku o słowiańsko-nordyckim pochodzeniu (ojciec Czech, matka Dunka) zaśpiewała osiem arii: po trzy Yerdiego i Pucciniego oraz Cielea i Dvofaka. Akompaniowała jej Polska Orkiestra Kameralna Sopot, ale w bardzo poszerzonym składzie o instrumenty dęte drewniane i blaszane z tubą, perkusyjne oraz harfę. W istocie nie był to skład kameralny tylko wielka orkiestra symfoniczna. Dyrygował ma-estro Wojciech Rajski, spokojnie, statecznie i bez umizgów do publiczności. Repertuar koncertu był raczej poważny, albowiem śpiewaczka wybrała w większości dramatyczne arie, np. Tacea la notte - aria Leonory z I aktu opery Trubadur Yerdiego, Wx« darte — aria Toski z II aktu opery Tosca Pucciniego. Nieco lżejsze w odbiorze były Merce, dilette amiche — bolero Eleny z Y aktu opery Nieszpory sycylijskie Yerdiego i Mesteku na nebi hlubokem — aria Rusałki z I aktu opery o tym tytule Dvofaka. W koniecznych dla 142 Zapiski melomana Śpiewaczki przerwach orkiestra zagrała trzy uwertury do mniej znanych oper Verdiego -Moc przeznaczenia, Luisa Miller, Joanna d’Arc oraz intermezzo do opery L’amico Fritz Mascagniego. Na pierwszy bis — nie pasujący bardzo w nastroju do całego koncertu - śpiewaczka wykonała przebój Przetańczyć całą noc z musicalu My Fair Lady oraz powtórzyła dwie arie - Vissi c/arte Pucciniego i Rusałkę Dvofaka. Koncert był bardzo udany i gorąco oklaskiwany przez liczną, pięciotysięczną publiczność w wśród której, o dziwo, było dużo młodych melomanów. Trudno mi wypowiadać się o walorach głosowych śpiewaczki, bo był to typowy koncert plenerowy na którym jej głos był wzmacniany przez amplifikatory i podany publiczności przez liczne głośniki. Wydał mi się mocny, taki wagnerowski, ale raczej barwy ciemnej, altowej. Może to wynikało z doboru repertuaru, a może z „leśnej” akustyki. Słuchając albowiem koncertu w plenerze każdy meloman jest skazany na jego specyfikę: przechadzki publiczności między rzędami w trakcie muzyki, odgłosy spożywanych posiłków i jakieś rozmowy za plecami, nienaturalny dźwięk z głośników oraz chłód na widowni zmuszający do ubierania się w cieple swetry i kurtki. W sumie lepiej byłoby słuchać takiej muzyki na sali koncertowej. Wykonawców zapowiadała bardzo pięknie Katarzyna Sanocka z TVP Kultura — oszczędna, ale celna w słowie o muzyce i śpiewaczce. XIII KONCERT ORGANOWY U ŚW. ANNY W SZTUMIE niedziela, 24 lipca 2022 r. Przy organach Roman Perucki, na flecie gra Łukasz Długosz, Jot. W Bielecki Wacław Bielecki 143 Wykonawcami tego koncertu z okazji 102. rocznicy pobytu znakomitego kompozytora Feliksa Nowowiejskiego w Sztumie przed plebiscytem na Warmii, Mazurach i Powiślu w 1920 roku oraz w 145. rocznicę Jego urodzin, byli dwaj gdańscy muzycy: Roman Pe-rucki, organista oraz Łukasz Długosz, flecista. Obaj są profesorami Akademii Muzycznej w Gdańsku. O ich muzycznych życiorysach i sukcesach można by wiele napisać. Grali i grają w wielkich i mniejszych salach koncertowych oraz kościołach i katedrach w Polsce, Europie, Ameryce, Azji. W swoim dorobku mają wiele nagrań płytowych. Profesor Roman Perucki, który jest dyrektorem Polskiej Filharmonii Bałtyckiej ma w swoim dorobku, aż wierzyć się nie chce, ponad 2700 recitali organowych. Natomiast dla prof. Łukasza Długosza powstało ponad 120 nowych utworów na flet dedykowanych przez współczesnych kompozytorów jemu oraz jego żonie, także flecistce. Program koncertu w Sztumie był kompilacją różnych utworów na organy solo oraz na flet z towarzyszeniem organów. Oczywiście, nie mogło się obyć bez utworów Feliksa Nowowiejskiego. Usłyszeliśmy ich trzy. Na początku były to niemal klasyczny Temat z wariacjami z ITT części 7 Symfonii organowej, zwanej „Disputa” oraz melodyjne PrelutTium na temat Kyrie z Mszy Orbis Factor. Usłyszeliśmy także hity muzyczne, na przykład, J.S. Bacha, tzw. Arię na strunie G oraz Na skrzydłach pieśni Mendelssohna czy Melodię Paderewskiego. Nie zabrakło także pogodnych a nawet radosnych, kompozycji. Do nich należał Poloneza de Carafa skomponowany przez T. Boehma oraz miniatury Ł.J. Łefebure-Welyego — Sorti oraz Bolero de Concert. O tym ostatnim muzyku wiadomo, że grał na organach kościoła św. Magdaleny w Paryżu na pogrzebie Chopina. Koncert zakończył się krótką improwizacją na temat Hymnu do Bałtyku Nowowiejskiego. Na początku organista wprowadził słuchaczy w „morski” nastrój, a później flet podjął melodię tej znanej pieśni śpiewanej przez chóry. Dodać trzeba, że prof. Perucki jest autorem pierwszego polskiego podręcznika do nauki improwizacji na organach. Mimo, że koncert nosił numer „13”, to należy zaliczyć go do bardzo udanych. Nie zawiedli organizatorzy ze Sztumskiego Centrum Kultury i Parafii św. Anny oraz melomani. Trzeba też podkreślić, że coroczne koncerty wymagają przygotowania organów, podobnie jak dokonuje się przeglądów technicznych samochodów. Organy wymagają nieustannej pieczy a to kosztuje. Od kilku lat zajmuje się nimi organmistrz Piotr Duda z Warszawy. Udało mi się porozmawiać z nim o stanie naszych organów. Zdradził, że jest zaniepokojony, bo drewniane części instrumentu: stół gry organisty, wiatrownice i piszczałki są toczone przez robaka drewnojada lubiącego sosnę. — Co roku przyjeżdżam do Sztumu i widzę, że robak nie próżnuje. Ja Jestem tutaj krótko, a robak drąży drewno przez cały rok — mówił organmistrz. Jego zdaniem, najlepszą metodą pozbycia się robaka byłoby umieszczenie drewnianych części w komorze gazowej z azotem w niskich temperaturach. Wymagałoby to rozebrania organów, zawiezienia ich do warsztatu, np. do Wilanowa. Niestety, jest to operacja długotrwała i bardzo kosztowna. Inny sposób podpowiedział po koncercie prof. Roman Perucki, który chwalił nasz instrument za ładny dźwięk. - Trzeba wziąć strzykawkę z odpowiednią trucizną nałożyć na twarz maskę a na ręce rękawiczki i cierpłiwie wstrzykiwać substantję do kołejnych otworów. - To bardzo mozolna praca, wymagająca wielkiej cierpliwości, ale znacznie tańsza. Tak czy owak, trzeba 144 Zapiski melomana ze 121-letnimi organami elbląskiej firmy „Terletzki & Wittek” coś zrobić, bo za kilka lat może się okazać, że nie będzie na czym grać. XVIII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL ^CHOPIN I JEGO EUROPA” Ten festiwal to wielka impreza trwająca prawie trzy tygodnie. Każdego dnia odbywały się dwa koncerty w których występowali muzycy ze światowej czołówki. Mnie, udało się być tam tylko przez pięć dni, bo koszty mieszkania w stolicy oraz dojazdu i biletów skutecznie powstrzymują apetyt muzyczny melomana z prowincji. Gdybym mieszkał w Warszawie... WIECZÓR Z WIETNAMCZYKAMI I NOC Z CZECHAMI środa, 17 sierpnia 2022 r. Na pierwszy koncert wybrałem się do sali znajdującej się w Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina. Grał JJ Jun Li Bui, zdobywca VI miejsca na ostatnim Konkursie Chopinowskim. Ten urodzony w Kanadzie Wietnamczyk jest uczniem DSng Thai Sona, także Wietnamczyka, zwycięzcy Konkursu Chopinowskiego w 1980 r. Dzisiaj JJ Jun Li Bui dał recital dla swoich ziomków mieszkających w Warszawie. To oni w większości wypełnili salę, przybywając z rodzinami i dziećmi. Pierwszy raz byłem na koncercie, gdzie zapowiadano kolejne utwory w języku polskim i wietnamskim. Recital zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem, ale nawet później dochodzili spóźnieni słuchacze, a małe dzieci nudziły się, co okazywały głośnymi komentarzami. Jednym słowem, koncert przerodził się w spotkanie rodzinno-towarzyskie. Pianista w pierwszej części recitalu powtórzył utwory, które grał dwa dni temu w sali kameralnej Filharmonii Narodowej. Były to utwory Chopina: Polonez b-moll. Polonez fantazja As-elur i wszystkie cztery Mazurki z op. 33. Grał pięknie z dużą swobodą techniczną, ale nieco dziwnie, gdy idzie o interpretację utworów, przeciągając muzyczne frazy i dziwnie zwalniając, w całości z dużą uczuciowością, ale taką dalekowschodnią. W ogóle zachowywał się nieco manierycznie. Wkroczył na salę z dumie uniesionym czołem, jak lew, nie patrząc na publiczność, która też zachowała się nietypowo, klaszcząc dopiero na koniec recitalu, jeśli nie liczyć nikłych oklasków nie wiedzieć dlaczego, po trzecim mazurku. Na drugiej części recitalu nie byłem, gdyż spieszyłem się na drugi koncert w kościele Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu rozpoczynający się o godzinie 21. Po wejściu do świątyni stwierdziłem, że wszystkie miejsca w ławkach są zajęte, ale została wolna tylko jedna ławka akurat znajdująca się pod filarem z Sercem Chopina. Ten koncert był zupełnie inny, gdyż wykonana została muzyka religijna, a dokładniej żałobna. Wykonano dwa potężne, ale obecnie zapominane dzieła. Pierwszym było Miserere e--moll, czyli oratorium na Wielki Piątek, kompozycja Józefa Krogulskiego, młodszego kolegi Chopina z klasy prof. Elsnera. Ten pochodzący z Tarnowa muzyk, był tzw. cu- Wacław Bielecki 145 downym dzieckiem, od maleńkości grał na skrzypcach wzbudzając zachwyt ówczesnych słuchaczy. Potem zaczął komponować. Zmarł bardzo młodo w wielu 27 lat na gruźlicę. Wybitny kompozytor, dyrektor Teatru Wielkiego Karol Kurpiński żegnając zmarłego kompozytora podczas pogrzebu na Powązkach powiedział, że odszedł od nas „Polski Palestrina”. W ten sposób nawiązał na upodobań Krogulskiego do chórów i religijnej muzyki chóralnej. Można też wspomnieć, że w tamtych czasach spekulowano, że Kro-gulski jest bardziej uzdolniony od Chopina. Ostatnim dziełem Józefa Krogulskiego było Miserere z 1841 r. na czwórkę solistów, chór i orkiestrę składające się z 12 części i trwające ponad trzy kwadranse. Tekst utworu pochodzi z Biblii z Psalmu 50/51 i śpiewany był w języku łacińskim. Jest to przepiękna muzyka stworzona w stylu romantycznym. Mnie szczególnie utkwiła w pamięci prześliczna aria sopranowa. W programie koncertu napisano, że jest to pierwsze współczesne wykonanie. Dobrze się stało, że do niego doszło. Wykonawcami było czeskie zespoły zajmujące się dawną muzyką: Collegium 1704 i Collegium Vocale 1974 z Pragi prowadzone przez dyrygenta Vaclava Luksa. Trzeba przyznać, że muzycy dali z siebie wszystko i utwór został wykonany wspaniale Po krótkiej przerwie przeznaczonej na strojenie instrumentów wysłuchaliśmy, również zapomnianego utworu sakralnego. Re^uiem Antonina Rejcha, czeskiego kompozytora, bardzo znanego i uznanego w czasie, gdy Chopin przebywał w Paryżu. Utwór ma typową budowę: Introitus, Se^uencia, Offertorium, Sanetus, Agnus Dei. Było to pierwsze polskie wykonanie. Muzykolodzy porównują to dzieło do Ret^uiem Mozarta i Berlioza, ale mnie bardziej spodobało się Miserere Krogulskiego. Oba utwory zostały przyjęte długimi i serdecznymi oklaskami publiczności szczelnie zapełniającej kościół, chociaż był to nocny koncert, który zakończył się niedługo przed północą. MOZART NA ZABYTKOWYM KLARNECIE 1 CHOPIN NA FORTEPIANIE HISTORYCZNYM czwartek, 18 sierpnia 2022 r. Późnym wieczorem byłem na koncercie w Filharmonii Narodowej. Na instrumentach historycznych grała {oh!} Orkiestra Historyczna Martyny Pastuszki. Muzycy w pierwszej części akompaniowali Włochowi Lorenzo Coppoli w Koncercie klarnetoioym A-dur Mozarta. Tego wirtuoza klarnetu znam z występów w poprzednich latach. Dzisiaj przed rozpoczęciem gry długo opowiadał o swoim historycznym klarnecie. Jest on nie czarny tylko brązowy i ma zawiniętą małą czarę głosową, podobnie jak to jest w saksofonie. Właściwie nie był to klarnet, tylko rożek basetowy, nazywany kiedyś clarinetto damore, na który Mozart napisał Koncert A-dur dla swego przyjaciela Antona Stadlera. Ten historyczny instrument ma piękny, ale mniej donośny dźwięk. Występ zakończył się bisem — powtórzeniem całej wolnej części. Po przerwie usłyszeliśmy Koncert e-moll Chopina. Na fortepianie Erarda z kolekcji Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina zagrała go Aleksandra Swigut, specjalistka od wykonawstwa historycznego Jest ona zdobywczynią II nagrody na I Międzynarodowym 146 Zapiski melomana Konkursie Chopinowskim na Instrumentach Historycznych w Warszawie, ma tytuł doktor sztuk muzycznych i jest pedagogiem Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. Słuchając, już nie wiem po raz który, tego dzieła, zauważyłem, że w tej interpretacji w wolnej części - Larghetto - pięknie towarzyszą fortepianowi waltornia i fagot. Nic dziwnego, że dyrygentka w czasie końcowych oklasków przekazała otrzymaną wiązankę kwiatów waltorniście. Rzeczywiście, grał pięknie. Publiczność wyklaskała na bis Afazurka a-moll Chopina. Tak jak poprzedniego dnia, tak też i ten koncert zakończył się przed północą. Te późne godziny koncertów nie przeszkadzają melomanów tłumnie przychodzącym do Filharmonii Narodowej. Zauważyłem wśród nich wielu ludzi młodych. MATEUSZ KOWALSKI GRA Z CZECHAMI KONCERT GIULIANIEGO piątek, 19 sierpnia 2022 r. W Filharmonii Narodowej dzisiaj grała ta sama czeska orkiestra, którą słyszałem w środę w kościele Świętego Krzyża, czyli Collegium 1704 pod dyrekcją Vaclava Luksa. Program został poprzestawiany, to co miało być grane po przerwie zagrano na początku, a była to Symfonia g-moll]sdAa. Kftitela Vaclava Kalivody, zupełnie zapomnianego czeskiego kompozytora działającego na dworach w Niemczech, nieco starszego do Chopina. Zaprezentowany utwór ze względu na wpadającą do ucha melodykę i burzliwe miejsca może kojarzyć się z Beethovenem. Bardzo pięknym momentem jest w nim część trzecia w rytmie dostojnego marsza z przepięknym solem klarnetu. Po tym utworze nastąpiło wykonanie najbardziej przeze mnie oczekiwanego utworu - Koncertu A-dur na gitarę i orkiestrę Maura Giulianiego, albowiem solistą był Mateusz Kowalski, który ma zagrać u nas podczas Dni Sztumu na początku września. Artysta mnie zadziwił, bo wybrał ze swojej kolekcji małą gitarę romantyczną mającą aż 202 lata. Grał, co mnie powtórnie zdziwiło, nie siedząc, tylko w pozycji stojącej, mając gitarę przypasaną paskiem przez plecy. Grał z nut korzystając z małego elektronicznego wyświetlacza oraz ze wzmacniacza i niewielkiego głośnika ustawionego za nim. Głównym problem jest bowiem cichość gitary w porównaniu z masywnym dźwiękiem dużej orkiestry symfonicznej. Problem ten, moim uchem, nie do końca został dobrze rozwiązany, bo mimo wzmacniacza gitara było słabo słyszalna, a siedziałem blisko w trzecim rzędzie przed sceną. Wykonawcy zdawali sobie z tego sprawę, bo w wielu partiach koncertu soliście towarzyszyły tylko pojedyncze instrumenty, np. tylko koncertmistrzowie I i II skrzypiec, altówek czy wiolonczeli. Koncert został wykonany przepięknie przez solistę, a jest dzieło wymagającej wielkiej wprawy technicznej od gitarzysty. Jeśli chodzi o budowę, melodykę i harmonię, to ten trzyczęściowy koncert skojarzył mi się koncertami skrzypcowymi Paganiniego z którym Giuliani był w bliskiej komitywie. Solista grał swobodnie, czasami brawurowo i z nieznikającym uśmiechem na twarzy. Wykonanie koncertu spodobało się to publiczności, która obdarzyła muzyków burzliwymi okrzykami i oklaskami. Wacław Bielecki 147 Po przerwie orkiestra Collegium 1704 wykonała dwa utwory Antonina Dvofaka. Zaczęła od dramatycznej uwertury do opery Vanda. Okazało się, że chodzi tu o naszą Wandę, co to za mąż za Niemca wyjść nie chciała. Ten mit tkwi, jak widać nie tylko w naszej, ale i słowiańskiej świadomości. Nota bene, rok temu mieliśmy w Krakowie premierę współczesnej opery „Wanda” skomponowanej przez Joannę Wnuk-Nazarową. Następnie usłyszeliśmy rzadko grywany Koncert fortepianowy A-dur Dvofaka. Solistą był Czech Lukas Vondraćek, który swoją partię zagrał na historycznym fortepianie, tym razem nie był to oryginalny Pleyel, tylko jego kopia. W porównaniu ze współczesnymi fortepianami jego dźwięk był dla mnie bardziej nikły, szczególnie w dolnych, niskich dźwiękach. W całym zaś koncercie partia fortepianu jest wyraźnie zdominowana przez warstwę orkiestry. Widać tu lwi pazur kompozytora, gdy idzie o muzykę symfoniczną, ale w tym przypadku ze szkodą dla partii fortepianu i solisty. Lukas Vondraćek, to znakomity pianista, m.in. zwycięzca Konkursu Królowej Elżbiety Belgijskiej w Brukseli w 2016 r,. Wykonany przez niego Koncert fortepianoioy Dvofaka został bardzo ciepło przyjęty przez melomanów, ale utwór na bis wybrany przez niego lekko mnie zdziwił, bo było to znane każdemu początkującemu uczniowi Marzenie Schumanna. Wychodząc z filharmonii musiałem się przepychać przez tłum oczekujący na następny, wieczorny koncert w wykonaniu Jana Lisickiego. RECITAL PIANISTY CYPRIENA KATSARISA sobota, 20 sierpnia 2022 r. Cyprien Katsaris, to 71-letni pianista francuski o cypryjskich korzeniach. O jego biegłości w sztuce pianistycznej świadczy to, że był on pierwszym muzykiem, który nagrał transkrypcje Liszta dziewięciu symfonii Beethovena, a wiadomo, że należą one do największych i najbardziej wymagających technicznie w repertuarze pianistycznym. Ja natomiast znam go z płyty z utworami fortepianowymi Stanisława Moniuszki oraz transkrypcjami fortepianowymi pieśni (np. Kozak) i motywów z oper polskiego kompozytora. To Katsaris nie zawahał się nazwać Moniuszki geniuszem muzycznym. Na początku koncertu pianista zagrał improwizację na tematy zaczerpnięte z utworów Siergieja Bortkiewicza i Siergieja Rachmaninowa, kompozytorów związanych z Ukrainą. Potem zaczął zaplanowany program od Mazurka a-moll Chopina, tego samego, którego na bis zagrała w czwartek Aleksandra Świgut. Cała pierwsza cześć recitalu poświęcona była bowiem utworom Chopina oraz jego uczniów i przyjaciół. Oprócz wspomnianego mazurka usłyszeliśmy Nokturnu Es-dur, Walca cis-moll i Poloneza As-dur, które były przeplatane miniaturami, głównie mazurkami, Carla Flitscha, Karola Mikulego (ostatniego ucznia Chopina), Juliana Fontany (przyjaciela i wydawcy), Mathilde de Rothschild, Thomasa Tellefsena i ulubionego ucznia Adolfa Gutmanna. Polonaise brillante tego ostatniego był, moim zdaniem, najlepszym utworem spośród nich. 148 Zapiski melomana W drugiej części pianista wykonał transkrypcje związane z operami, najpierw z Don Giooanniego Mozarta, a następnie Carmen Georga Bizeta. Na bis wybrał utwór, którym całkowicie zaskoczył warszawskich melomanów — piosenkę z repertuaru Hanki Ordonówny Miiość ci wszystko loybaczy. Poczułem się wtedy, jakbym słuchał muzyki w jakiejś kawiarni. I to było dobre zwieńczenie tego koncertu, ze znaną i przyjemną muzyką oraz wspaniałym wirtuozem fortepianu. DZIEŃ KRÓLOWANIA, CZYLI RZEKOMY STANISŁAW niedziela, 21 sierpnia 2022 r. Fahio Biondi, skrzypek i dyrygent orkiestry Europa Galante, fot. Internet W piątym i ostatnim dniu mojego pobytu w stolicy byłem w Operze Narodowej na przedstawieniu Un giorno di regno [IIfinto StanislaoJ, czyli Dzień królowania [Rzekomy Sta-nislaw[ Giuseppe Verdiego. Opera ta jest mi znana, bo wersję sceniczną oglądałem w Warszawskiej Operze Kameralnej przed kilkunastoma laty. Dzisiaj zaprezentowano ją w wersji koncertowej z udziałem międzynarodowej obsady solistów, włoskiej orkiestry Europa Galante oraz Chóru Opery i Filharmonii Podlaskiej. Całością dyrygował Fabio Biondi, jednocześnie grając na skrzypcach. Jest on znanym miłośnikiem twórczości Stanisława Moniuszki i od kilku lat wykonuje na warszawskim festiwalu jego dzieła. W tym roku była to kantata „Widma” ze słowami „Dziadów” Adama Mickiewicza. Wacław Bielecki 149 Dzień królowania opowiada o pewnym epizodzie z historii Polski z 1733 r. Wtedy to Stanisław Leszczyński został wybrany na króla Polski. Aby bezpiecznie dotrzeć na elekcję do Warszawy uciekł się do fortelu. Sam dotarł tam w przebraniu kupca, a we Francji zostawił swojego zaufanego człowieka, który miał udawać właśnie jego. W ten sposób zmylił czujność zwolenników Augusta II Sasa. Opera należy do gatunku komedii (buffa) i jest to jedno z dwóch dzieł komediowych spośród wszystkich 28 oper napisanych przez Yerdiego. Drugą komedią jest „FalstafF’, ostatnie dzieło Yerdiego. Prezentowana opera pisana była w szczególnie niesprzyjających okolicznościach, bo w kolejnych trzech latach zmarli dwaj synowie i żona kompozytora, a on związany kontraktem musiał komponować muzykę do komedii. Premiera w La Scali zakończyła się kompletną klapą. Utwór został wygwizdany i zdjęty po pierwszym przedstawieniu. W następnych latach był wystawiany bardzo rzadko. W obsadzie solistów wystąpiło siedmiu śpiewaków, w tym dwie kobiety. Rolę tytułową „rzekomego Stanisława” zaśpiewał pięknie meksykański baryton German Olvera. Jako Markiza, jego miłość, wystąpiła katalońska sopranistka Tina Gorina, która cztery lata temu grała rolę Halki, śpiewając ją po włosku. Dysponuje ona przepięknym sopranem. Drugą rolę kobiecą realizowała Yivica Genaux, amerykańska mezzosopranistka. Jej głos był, moim zdaniem nadmiernie rozwibrowany i raczej przypominał sopran, niż mezzosopran. Jej scenicznym amantem był włoski tenor Giulio Pelligra. W akcji opery sporą rolę spełnia chór przygotowany przez prof. Yiolettę Bielecką z Opery i Filharmonii Podlaskiej. Całość prowadzona była w bardzo szybkich tempach dyktowanych przez Fabio Biondiego. Muzyka tej opery napisana przez młodego Yerdiego kojarzy się, co nie dziwi, z operami Rossiniego i Donizettiego. Jest bardzo melodyjna i wesoła, jak to w komedii. Dziwne, że nie dostrzegli tego przed laty słuchacze pierwszego przedstawienia. 150 Integracja i kreacja Piotr Napiwodzki INTEGRACIAI KREACJA W Galerii Ligo w Koślince koło Sztumu latem dzieje się zwykle sporo, ale w tym roku, w każdą czerwcową sobotę, było wyjątkowo ciekawie. Odbywały się tam warsztaty dla dorosłych pod wdzięcznym hasłem: „Namaluj obraz w Galerii Ligo”. Osiem osób uczestniczących w warsztatach zmagało się z materią uzewnętrzniając własne zdolności i nabywając nowe umiejętności. Co ważne — uczestnicy warsztatów to osoby najczęściej od dawna sygnalizujące pragnienie zrobienia czegoś więcej w zakresie sztuk przedstawiających, osoby będące już wcześniej w kontakcie z Galerią. Ograniczenie liczby uczestników (ze względu na konieczność wcześniejszego przygotowania materiałów i zapewnienie komfortowych warunków pracy) sprawiło, że lista zapełniła się bardzo szybko, jak tylko „gruchnęła” wieść, że warsztaty nie tylko się odbędą, ale i będą dofinansowane w ramach Stypendium Kulturalnego Powiatu Sztumskiego. Dzięki temu uczestnicy mogli zainwestować w warsztaty jedynie swój czas, chęci i talenty nie ponosząc dodatkowych kosztów. Warto podkreślić, jak ważnym było samo spotykanie się, ciekawe rozmowy, wzajemne poznanie się. Uczestnicy warsztatów byli w różnym wieku — od lat 18 po ponad 70, mieli 151 Piotr Napiwodzki 152 Integracja i kreacja różnorakie wcześniejsze doświadczenia z rysowaniem i malowaniem (dwie osoby należą do lokalnych amatorskich grup zrzeszających artystów), część miała nawet doświadczenia z wystawianiem i sprzedażą własnych dzieł. Wyjątkowo liczna była grupa nauczycieli. Tak więc podczas warsztatów miała miejsce integracja środowiska ludzi interesujących się tworzeniem sztuki, pragnących rozwijać swoją kreatywność wspólnie, korzystając ze wzajemnych inspiracji i wskazówek prowadzącej warsztaty, Agnieszki Rutki-Napiwodzkiej, która w 2010 roku ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie (Wydział Malarstwa) i od 10 lat prowadzi autorską niekomercyjną galerię-pracownię w Koślince koło Sztumu. Drugim i centralnym aspektem warsztatów była oczywiście konkretna i niełatwa praca. Uczono się proporcji, podstawowych umiejętności rysowania portretu, komponowania obrazu, przygotowywania płótna i farb. Nie da się przekazać wielu rzeczy w tak bardzo ograniczonym czasie, ale na szczęście pewien poziom zaawansowania uczestników pozwalał na pominięciu wielu elementów. Jeden dzień poświęcony był na szczególnie trudne ćwiczenie: rysowanie aktu z natury. Okazało się, że panująca na Pomorzu swoista pruderia w odniesieniu do ludzkiego ciała uczyniła sam temat aktu na tyle kontrowersyjnym, że większość uczestników po raz pierwszy w życiu miała okazję pracować z nagą modelką. Powstało parę dobrych szkiców, ale nikt (oprócz prowadzącej warsztaty) nie zdecydował się na namalowanie obrazu o takiej tematyce. Trudno się dziwić — akt czy portret wymagałby dużo więcej czasu. Obrazy, które powstały na warsztatach, to w dużej mierze martwe natury, a ulubionym motywem okazały się kwiaty: co znowu nie jest zaskoczeniem zważywszy na bujną czerwcową przyrodę. Nie wypada mówić więcej o obrazach — niech same przemówią. Obrazy zostały zaprezentowane na wernisażu kończącym warsztaty, który odbył się w Galerii Ligo w sobotę, 25 czerwca. Jest szansa, że pojawią się one wkrótce także na wystawie w Sztumskim Centrum Kultury. Oto lista uczestników warsztatów: Wanda Bojarczuk, Hernan Esteban Guerrero Tronco-so, Melissa Piskorska, Marta Makiła-Podlewska, Grażyna Rutka, Barbara Małyska, Joanna Garba, Piotr Podlewski. 154 Pani zabija Pana czyli z Mickiewiczem na wakacjach Na początku ze wstydem muszę się przyznać, że to był mój pierwszy kontakt „na żywo” z Teatrem Wierszalin w Supraślu. Słyszałem oczywiście wiele i to dobrego, ale dopiero dzięki wakacjom z przyjaciółmi na Suwalszczyźnie udało się dotrzeć do Supraśla. Supraśl to wyjątkowe, niespełna pięciotysięczne miasteczko na Podlasiu. W XVI wieku było częścią województwa trockiego Wielkiego Księstwa Litewskiego. W tym czasie powstał tu prawosławny monaster, którego fundatorem był wojewoda nowogródzki Aleksander Chodkiewicz wspierany przez biskupa smoleńskiego Józefa Sołtana. Przez jakiś czas służył unitom, a od XIX wieku wrócił do społeczności prawosławnej. Świątynia od początku była pod opieką króla Polski Aleksandra Jagiellończyka, a szczególnie jego pięknej żony Heleny, córki księcia moskiewskiego Iwana III. Przez kilka stuleci żyli tu obok siebie Polacy, Białorusini, Niemcy i Żydzi. XVIII wiek to początek osadnictwa Żydów, którzy na początku XX wieku stanowili już 17% supraskiej społeczności. Mieli tu swoją synagogę, mykwę i cheder, a murowany dom modlitwy sfinansował miejscowy niemiecki fabrykant Buchholtz. W czasie wojny jego rodacy zamordowali rabina Szlomo Rabinowicza, a pozostałych wywieźli najpierw do getta w Białymstoku, a następnie do obozu zagłady w Treblince. Dziś na płocie jednej z dawnych żydowskich ulic zawieszono zdjęcia dawnych mieszkańców, jedyny ślad ich obecności i życia, poza tymi nielicznymi, którym udało się uciec do Jerozolimy. Leszek Sarnowski 155 Monaster Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy dominuje nad urokliwym miasteczkiem. Od XVI wieku jest patriarszą ławrą, czyli świątynią podlegającą bezpośrednio patriarsze Konstantynopola. Warto tu zajrzeć w drodze do teatru, a po metafizycznej zadumie zaspokoić również ciało w wyjątkowej restauracji, nomen omen, „Duchowe Łąki”, która znajduje się w świeckiej części monasteru, obok wejścia do Akademii Supraskiej. Prowadzi ją artystka Anna Wojtacka-Gdula. To widać i czuć. A kaczka wędzona w tataraku, z babką ziemniaczaną, liśćmi nasturcji, kwiatami bratka, bławatka i nagietka, to w wyglądzie i smaku podlaski majstersztyk. Zabrakło niestety czasu na inną restaurację o nazwie (uwaga!!!) „Prowincja”, a tam siła kartaczy, babek i placków ziemniaczanych czy zagubów (pierogów z farszem ziemniaczanym i okrasą). Następnym razem — obowiązkowo. To nie była jednak kulinarna wyprawa, bo ściągnął nas tu Mickiewicz, a w zasadzie Mickiewicz w wersji Teatru Wierszalin. Edukacja szkolna może obrzydzić każdą klasykę, bo, jak pamiętam z podstawówki czy ogólniaka, z wieszczem, mówiąc najdelikatniej, nie było nam po drodze. W pamięci pozostał jednak na trwałe, co w tym przypadku ma swoje znaczenie. Do dziś bowiem, bez specjalnego przygotowania, możemy „jechać” Inwokacją czy frazami z „Ballad i romansów”, czasem komediowo uwspółcześnianych, jak choćby słynny wers: „Słuchaj dzieweczko/ Ona nie słucha... żar z rozgrzanego jej brzucha bucha, oj jaka głupia dziewucha”. No i tak wieszcz dzięki memowi trafił pod strzechy. U/wfZrzć’ manasteru w Supraślu, Jot. L. Sarnowski 156 Pani zabija Pana czyli z Mickiewiczem na wakacjach Z romantycznym wieszczem, z wielkim powodzeniem, zmierzył się właśnie Teatr Wier-szalin. To wyjątkowy teatr. Mimo, że od wielu lat Teatr Wierszalin jest instytucją kultury Podlaskiego Urzędu Marszałkowskiego, to należy do najwybitniejszych niezależnych teatrów w Polsce, nie bez przyczyny porównywalny z Cricot 2 Kantora czy Laboratorium Grotowskiego. Powstał w 1991 roku z inicjatywy reżysera Piotra Tomaszuka, Tadeusza Sło-bodzianka i aktorów z nimi współpracujących. Teatr jest trzykrotnym laureatem prestiżowej nagrody Fringe First przyznawanej na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym w Edynburgu. W 2006 roku reżyser Piotr Tomaszuk otrzymał Srebrny Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, a rok później zespół odebrał nagrodę za najlepszą realizację polskiego dramatu współczesnego podczas gdyńskiego „Raportu”. Lista teatralnych nagród i wyróżnień dla teatru i jego aktorów jest bardzo długa. Lokalizacja teatru w Supraślu nie jest przypadkowa. To pogranicze polsko-białoruskie, pogranicze kultur, narodów, wierzeń, obrzędów, magii. Młody Mickiewicz idealnie wpisuje się w ten pejzaż. Już wcześniej aktorzy Tomaszuka bratali się z Mickiewiczem. Były „Dziady” i „Księgi Narodu Polskiego i Pielgrzymstwa Polskiego”. Tym razem „Ballady i romanse”. Scenariusz i reżyseria — Piotr Tomaszuk, scenografia — Mateusz Kasprzak, muzyka — Marian Jakuć-Łukaszewicz. Leszek Sarnowski 157 W jednym z wywiadów Piotr Tomaszuk tak tłumaczył swoje mickiewiczowskie fascynacje: Mickiewicz jest dzisiaj poetą bardzo potrzebnym. Warto go nosić w plecaku. Ja „Pana Tadeusza” nieomalże codziennie sobie czytam Jra^entami, nie dlatego, że nie wiem jak ta szlachecka Polska uyglądaia, nie. Dlatego, że czytając Mickiewicza można się po prostu w Polsce zakochać, a chodzi o to, żebysmy przede wszystkim umieli kochać Ojczyznę, a nie tylko umieć o nie/ gadać. MISTYCZNY RODOWÓD WIERSZALIN Teatr Wierszaiin nie wziął się z powietrza lecz z zakorzenienia w pograniczu polsko-białoruskim, pełnym mistycyzmu i magii. Wierszaiin to niewielka osada na Białostocczyźnie, niedaleko Grzybowszczyzny Starej i Leszczan, około 30 kilometrów od Supraśla. Na początku XX wieku działał tu Eliasz Klimowicz. Był niepiśmiennym chłopem z Grzybowszczyzny Starej wychowanym w rodzinie katolicko-prawosławnej. Miał sen, że Bóg wzywa go do zbudowania świątyni. Ogłoszono go prorokiem (nie protestował), a dzięki rosnącej liczbie wyznawców w latach 30-tych w Grzybowszczyźnie powstała cerkiew, do której ściągały tłumy z Podlasia, Wileńszczyzny, Wołynia czy Polesia. Cerkiew prawosławna zarzuciła Eliaszowi herezję, a on w odwecie porzucił prawosławie. Zaszył się w niewielkiej osadzie Wierszaiin gdzie rozpoczął budowę Monoteistycznej Świątyni Świata - Nowego Jeruzalem. Uważano go za uzdrowiciela, cudotwórcę, przypisując wręcz atrybuty Jezusa zesłanego na ziemię. Zaczęło dochodzić do objawień w okolicznych wsiach, a „Podlasie zaroiło się od apostołów, archaniołów, czy ludzi, którzy prowadzą z Bogiem rozmowy w cztery oczy”. Eliasz głosił, że nadciąga koniec świata i tylko wierni z Wierszaiin, jako sprawiedliwi, przeżyją. W 1939 roku, po wkroczeniu na Podlasie Armii Czerwonej, Eliasz został oskarżony o działalność antysowiecką i zesłany do łagru, skąd już nie wrócił. Jeszcze w latach 60-tych żyli tu ponoć jego wyznawcy. Wiele w tym niedopowiedzeń, legend i mitów. Jedno jest pewne, po cerkwi pozostało kilka kamieni z symbolami pięciu religii i duchowy klimat owiany tajemnicą. „BALLADY I ROMANSE” W TEATRZE WIERSZALIN Niewielka salka w zabytkowym drewnianym domku przy ulicy Kościelnej 4. Zaledwie osiemdziesiąt miejsc. Widzowie blisko siebie i blisko artystów. Nie ma klasycznej sceny, bo wszystko rozgrywa się na jednej płaszczyźnie. Scenografia oszczędna. W centralnym punkcie wielka rama obrazu, w którą kolejno wchodzą artyści snując, wykrzykując, wyśpiewując mickiewiczowskie ballady i romanse. Poza tym drewniana rampa-ławeczka, krzywy stolik na wózku i młotek. Ten ostatni dość istotny, bo jakby wystukiwał rytmy kolejnych wersów wieszcza Adama, z dyskretnym towarzyszeniem muzyki. O wyborze „Ballad i romansów” czytamy na stronie teatru: ten zbiór opowies'ci i pieśni jest zapisem czynionym ręką człowieka radosnego i szczęsTiwego... 11/ istocie! Stanowi on literacki ślad okresu bodaj najszczęśliwszego w życiu Mickiewicza, okresu najbardziej niefrasobliwego, pozbawionego poważnych dylematów i trosk, ślad wspomnianej w lirykach lozańskich „młodości durnej i chmurne/”, a durne/, bo pełnej kipiących uczuć, ...„durnej” od durzenia się 158 Pani zabija Pana czyli z Mickiewiczem na wakacjach W kobietach..., a zarazem mioiiości „chmurny” czyli młodzieńczo zbuntowanej przeciw „starcom” i „klasykom”, zbuntowany przeciwko obowiefzujefcej modzie i stylowi, a więc młodości zbuntowany przeciwko czemuś', co w życiu kultury bywa niekiedy pierwszorzędne, ale w życiu praktycznym okazuje się, niestety, najmniej ważne.. Inspirowane ludową tradycją „Ballady i romanse” wydane zostały w Wilnie w 1822 roku i był to początek polskiego romantyzmu. Jednak już dwa lata wcześniej dwudziestodwuletni wówczas Mickiewicz napisał przełomową „Odę do młodości”, klasycystyczno-roman-tyczną w ideowej wymowie, a strofy „tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga/łam, czego rozum nie złamie” są odejściem od oświeceniowej apoteozy „mędrca szkiełka i oka” i zapowiedzią, że idzie nowe, bo; pryskają nieczułe lody i przesądy s'wiatlo ćmiące; Witaj jutrzenko swobody Zbawienia za tobą słońce. Symbolem nowej epoki była też dzieweczka imieniem Karusia. Zalecono jej słuchanie „mędrców”, przed czym się wzbraniała, bo zmarłego ukochanego Jaśka jednak widywała. Tłum Karusi wierzył, a starzec przestrzegał: Duchy karczemny tworem gawiedzi, W głupstwa wywarzone kuźni. Dziewczyna duby smałone bredzi, A gmin rozumowi błuźni Leszek Sarnowski 159 Na co wieszcz Adam, poeta-narrator odpowiada, stając po stronie Karusi: Dziewczyna czuje-odpowiadam skromnie- A gawiedź wierzy głęboko; Czucie i wiara silniej mówi ^lo mnie Niż męćlrca szkiełko i oko. Martwe znasz prawdy, nieznane dła ludu, Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce. Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu! Miej serce i patrzaj w serce! To istota sporu między oświeceniem a romantyzmem, nie bez kozery zawarta w wierszu „Romantyczność”, który wytyczał nowy kierunek w poezji. I z takim romantyczno-młodzieńczym Mickiewiczem stanął przed publicznością Teatr Wierszalin. Spektakl zachwycający. Każdy dla siebie może wybrać inny fragment. Mnie urzekły dwa — nieco kabaretowy i może trochę przekomediowy, „Powrót taty” i dramatyczne „Lilije”. No i wybitne w obu fragmentach kreacje aktorskie. „Powrót taty” to, przypomnijmy, słynna fraza, która na trwałe weszła nawet do annałów popkultury: Tato nie wraca; ranki i wieczory We łzach go czekam i trwodze; Rozlały rzeki, pełne zwierza bory Ipełno zbójców na drodze Dzieci w oczekiwaniu na szczęśliwy powrót rodzica odmówiły za miastem na wzgórzu wszelkie pacierze. I pomogło. Ojciec wraca, uradowany widokiem dziatek. Odsyła sługi i sam piechotą z dziećmi do domu idzie. No i ci zbójcy, których pełno na drodze, wnet się pojawiają: Wzrok dziki, suknia plugawa Noże za pasem, miecz u boku błyska Znać, że zaraz krew się poleje, a grabież najlżejszą będzie szykaną. Wygrażają, pieniędzy wołają i noże ostrzą, ale starszy zbój ich powstrzymuje, bo (aż trudno dać wiarę) modlitwy dzieci go urzekły i każę wszystkich puścić wolno, prosząc jedynie: Biegnijcie sobie i za moją duszę Zmówcie też czasem paciórek Normalnie niebywałe zakończenie, ale nie dla młodego romantyka, który wszak odrzucił „mędrca szkiełko i oko”. Moc modlitwy? Serce w ciele zbójcy? Może jedno i drugie. Wybitna kreacja Rafała Gąsowskiego, może nieco kabaretowa, ale rozumiem, że to połączenie Wieszcza z tym, co z jego wersami poczyniła popkultur, bo skoro „tato nie wraca”, to zapewne w karczmie zabalował i lekko nieświeży do domu przybywa. No i w końcu „Lilije, ze słynną frazą: Zbrodnia to niesłychana Pani zabija Pana. 160 Pani zabija Pana czyli z Mickiewiczem na wakacjach To ballada z pieśni gminnej. Prawdziwy dramat. Mąż z wojny po latach wraca, a ona niewierna, bo wszak „droga cnoty śliska”, pozbawia życia byłego lubego, grzebiąc pod lasem i sadząc na grobie lilije. Z wojny wracają bracia męża i wobec jego „nieobecności” zakochują się w bratowej zabiegając o jej rękę. Wybrać ma na podstawie wianka, który oblubieniec przyniesie. I kiedy „wdowa”, gotowa do zamęścia przed ołtarzem, wybiera wianek ze znajomymi z grobu męża lilijami, dochodzi do bójki między braćmi. I na to wszystko pojawia się zjawa czyli mąż zamordowany, wołając; To ja, twój mąż, wasz brat, moi, wieniec mój, Dalq na tamten świat I na wezwanie męża-brata wszystko się rozpada: Cerkiew zapada w głąb Ziemia ją z wierzchu kryje. Na nig rosną lilije, A rosną tak wysoko. Jak pan leżał głęboko. No i starca znów nikt nie posłuchał, który wcześniej przestrzegał, że nie masz zbrodni bez kary. Tyle wieszcz Adam, w którego balladę wcieliła się Monika Kwiatkowska, zachwycając w tej roli. Emocje wypisane na twarzy, wspomagane grą ciała. Strach, ból, przerażenie, a wszystko rozgrywające się na niewielkim stoliku, w ekwilibrystycznym układzie. Poruszające. Aktorska sprawność i ekspresja najwyższych lotów. Leszek Sarnowski 161 Monika Kwiatkowska, jak część aktorów, nie jest miejscowa. Pochodzi z Elbląga, ale ukończyła Akademię Teatralną w Białymstoku na Wydziale Sztuki Lalkarskiej, więc do Wierszalina po szkole miała blisko. Wyszła spod skrzydeł Katarzyny Panicz z Młodzieżowego Domu Kultury w Elblągu, prawdziwej kuźni aktorsko-muzycznych talentów. Pamiętam czasy, kiedy kierowałem Departamentem Kultury Urzędu Miejskiego w Elblągu i w 30-stą rocznicę stanu wojennego organizowałem koncert „Opowiem ci o wolności”. Do koncertu zaprosiliśmy artystów związanych z Elblągiem. Monika Kwiatkowska, już wówczas utytułowana licznymi nagrodami artystycznymi, zaśpiewała piosenkę Jacka Kaczmarskiego „Kołysanka”. Pamiętacie ten kawałek: w sierocińcu po dziedzińcu chodzą dzieci w koło... ”. Była to przejmująca interpretacja naszego barda. To było 11 lat temu i już wówczas była ona po udanym debiucie w Teatrze Wierszalin w sztuce „Statek Błaznów”. Dziś Monika Kwiatkowska jest ukształtowaną aktorką i prawdziwą perłą w koronnie supraskiego teatru. W podobny sposób można by opisać pozostałych aktorów. Przepraszam za nadużywanie przymiotnika „wybitny”, ale moim zdaniem się należy, bo to wybitni aktorzy, poza już wymienionymi to jeszcze Katarzyna Wolak-Gąsowska (Slązaczka od pięciu lat w teatrze), Magdalena Dąbrowska (aktorka, gra na skrzypcach i uczy tańca, w teatrze od dwóch lat), Dariusza Matys (wywodzi się z Białostocczyzny i pięknie pisze o sobie na stronie teatru, że po aktorskich wojażach w Krakowie „wróciłem do swoich i jestem tu”) i Mateusz Stasiu-lewicz (miejscowy, z Sokółki, od dwóch lat w teatrze). Za scenografię odpowiada Mateusz Kasprzak, który pisze o sobie „cyfrowy nomada, który zapuścił korzenie w Wierszalinie”. Autorem muzyki jest Adrian Jakuć-Łukaszewicz, „samozwańczy multiinstrumentalista Rafał G^fsowski, fot. archiwum Teatru Wierszalin 162 Pani zabija Pana czyli z Mickiewiczem na wakacjach zafascynowany rytmem słów”, który razem z Piotrem Tomaszukiem wykonuje muzykę na żywo w spektaklach teatru. No i w końcu autor, reżyser Piotr Tomaszuk. Rocznik 1961, miejscowy, z Białegostoku, reżyser, scenarzysta, ojciec-założyciel teatru, autor większości sztuk Wierszalina, a wcześniej reżyser i kierownik artystyczny teatrów lalek „Miniatura” w Gdańsku, „Banialuka” w Bielsku-Białej czy „Guliwer” w Warszawie. Zapachnie może egzaltacją. No ale jak tu na koniec nie nawiązać do duchowego rodowodu Wierszalina, żeby najkrócej skomentować spektakl. Wszak to być może duch proroka Eliasza spowodował, że Tomaszukowi aktorzy stali się uzdrowicielami i cudotwórcami. Cudotwórcami aktorskiej sztuki i uzdrowicielami Mickiewicza. Tak myślę, bo z teatru przy ulicy Kościelnej 4 w Supraślu wyszedłem wzruszony, ubawiony i zachwycony — Teatrem i Mickiewiczem. Monika Kwiatkowska, fit. archiwum Teatru Wierszalin A dla mnie, jako pomysłodawcy i redaktora naczelnego kwartalnika „Prowincja”, to także wyjątkowa satysfakcja i potwierdzenie naszej redakcyjnej drogi ideowej, zgodnie z którą ważne, ciekawe i oryginalne przedsięwzięcia artystyczne dzieją się nie tylko w metropoliach, ale też, jak mawiają uczeni, w interiorze, czy, jak my wolimy mówić, na prowincji. Bo prowincja nie jest dla nas dopustem Bożym czy pojęciem pejoratywnym. Jest naszym wyborem i życiem. Wielkie dzięki dla całego zespołu Teatru Wierszalin, z podbiałostockiej prowincji. Galeria Prowincji Emil Czechowicz PRZEMIJANIE W lustrach Artura Kubaszewskiego Artur Kubaszewski pochodzi z Suwalszczyzny. To właśnie wspaniała przyroda i piękne widoki tej cudownej krainy odcisnęły swoje piętno na dorastającym, wrażliwym młodzieńcu. Biwaki nad Wigrami, częste wycieczki piesze i rowerowe z lornetką i aparatem fotograficznym sprawiły, że w sposób naturalny zainteresował się biologią i po ukończeniu I LO im. Marii Konopnickiej w Suwałkach wybrał studia biologiczne na UMK w Toruniu. Tam szczególnie upodobał sobie Zakład Zoologii Kręgowców, a szczególnie ornitologię. Jednak pod koniec studiów zaczął zmieniać swoje zainteresowania. Choć uczelnię ukończy, to naukowe podejście, jak sam mówi, przestało mu już wystarczać, nie opisywało rzeczywistości i dramatu człowieka w wystarczającym stopniu, było zbyt mało twórcze. Zaczął postrzegać przyrodę nie tylko jako obiekt badań biologicznych, ale trochę jako dzieło sztuki, galerię pełną kadrów i rzeźb. Niemałe znaczenie miał też studencki wyjazd do Szwecji i wizyta w sztokholmskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Tam odkrył, że sztuka nie musi być skostniała i powtarzalna, że może zaskakiwać, bawić, być intelektualną grą pomiędzy artystą i odbiorcą, że sztuką może być wszystko, a artysta może korzystać z dowolnych środków artystycznego wyrazu, nie tylko tych już istniejących, tradycyjnych. Takie podejście do sztuki na zawsze zagości w umyśle Kubaszewskiego i będzie miało swoje konsekwencje w jego twórczości. Wpłynie na nią również fakt, że nie będzie mu dane studiować sztuki. Po studiach zawieruchy życiowe rzucają go do Malborka, miasta trudnego, zdominowanego przez mroczną warownię oraz szpetne inwestycje komunistycznych włodarzy. Paradoksalnie jednak to tu rozwinie się jako artysta. Uważając, że i tak nie nadrobi już zaległości i na tradycyjną artystyczną karierę jest już za późno, nie mając nic do stracenia, pójdzie własną drogą. Będzie eksperymentował na własną rękę używając nietypowych materiałów znalezionych na śmietnikach i złomowiskach. Ponieważ fotografował od zawsze, pierwszą wystawą indywidualną Artura Kubaszewskiego była “Ewolucja postrzegania”, w której artysta przeanalizował zmiany we własnym fotograficznym spojrzeniu na przestrzeni lat, począwszy od tradycyjnych tematów aż do abstrakcji. Efektem kolejnych artystycznych poszukiwań Kubaszewskiego były dwie mal-borskie wystawy indywidualne prezentujące kompozycje z głównie z drewna i metalu. 164 Przemijanie w lustrach Artura Kubaszewskiego W trakcie kolejnych eksperymentów, tym razem na niepotrzebnym nikomu lustrze, odkrył, że nie jest ono tylko połyskującą jednolitą materią, którą można jedynie ciąć, grawerować lub wkładać do okazałej ramy. Okazało się, że tym, nad czym można pracować, a czego nikt wcześniej nie zdawał się robić, jest spodnia, wewnętrzna strona lustra. Odpowiednio ją preparując otrzymał ciekawe efekty wizualne. Od tej pory zaczął się nowy, „lustrzany” okres w twórczości Kubaszewskiego i choć zdominowały go lustra, to czasem wracał do znanych mu wcześniej materiałów i łączył lustro z metalem lub drewnem. W sumie w okresie 5 lat (2016 - 2021) pokazał w Malborku 3 wystawy indywidualne poświęcone wyłącznie lustrom. Tegoroczna wystawa w Sztumie (2022) prezentuje wybrane prace z trzech mal-borskich wystaw. - Lustro, jak żaiien inny prze/Lmiot codziennego użytku, skłania do refleksji nad Jednym z największych problemów człowieka — przemijaniem, mówi Artur Kubaszewski. Codziennie pokazuje ono nas starszych o Jeden dzień w naszym powołnym marszu ku śmierci. Jes'łi na granicy rzeczywistości i Je/ odbicia w łustrze dodamy Jakiś' nou/y, własny ełement, Jak^fl sugestię, to możemy podziałać na widza bardzie/ i wzmocnić łub ukierunkować Jego refleksję na temat życia, upływaji}cego czasu. Nowa technika oferuje również ciekawe efekty wizuałne i plastyczne. W spreparowanym odpowiednio lustrze odbijająca się rzeczywistos'ć miesza się z obrazem przebijającym się z drugie/ Jego strony. Takie dzieło żyje, zmienia się wraz z nami i naszym w nim odbiciem, z porami dnia, s'wiatłem. Artur Kubaszewski na wernisażu w Sztumie, fit. archiwum SCK Emil Czechowicz 165 168 Gęgawy i bobry Dzień był Jeszcze stosunkowo mroźny, choć czuło się Już w południe siłę słońca, Jak to często bywa pod koniec lutego. To taki dzień, w którym tworzą się na okapach wiszące sople lodu. Słońce topi śnieg na dachach, krople wody spływają po coraz dłuższych soplach, by na końcu zamarznąć i przedłużyć sopel o następny milimetr. Wiszą one Jeden przy drugim Jak stalaktyty w Jaskiniach, a promienie słońca rozszczepiają się w nich na różne kolory. Wędrowałem właśnie przez Jeden ze stawów w naszym powiecie i poszukiwałem budzącego się życia. Było spokojnie, bezwietrznie i bezchmurnie, gdy nagle ni stąd ni zowąd zerwał się wiatr i nad okolicą przetoczył się wał chmur, z których zaczął prószyć śnieg. Ten szkwał musiał przestraszyć kilka gęgaw, które Już przyleciały do nas, bo pojawiły się nagle nie wiadomo skąd i przeleciały nade mną głośno wyrażając swoje niezadowolenie. Widok był przecudny, a instynkt fotosnajpera sprawił, że bez namysłu przyłożyłem aparat do oka i trzasnąłem kilka razy migawką. Nie zdążył Jeszcze ucichnąć metaliczny odgłos ostatniego trzasku migawki, a gęgawy zniknęły gdzieś nad pobliskim lasem. Tak samo Jak gęgawy i ta nagła zawierucha szybko gdzieś zniknęła. Jakby w pogoni za gęgawami. Coś mnie skłoniło, by pozostać na stawie i spenetrować wszystkie Jego zakamarki. Może rezydujące tu bobry zaczęły Już wychodzić regularnie na powierzchnię? W Jednym z zakamarków stawu Jest (strzał w dziesiątkę!) przy brzegu przerębel w lodzie, za duży na wędkarzy, owalny. Jakiś metr na pół metra i trochę obgryzionych z kory patyków. Nie może być mowy o pomyłce, tylko one pozostawiają takie ślady. Przyjrzałem się uważnie miejscu pod kątem zasiadki i zdecydowałem, że bez tak zwanych przenośnych pomocy maskujących trudno mi będzie się ukryć i zarazem mieć dobry. Piotr Opacian 169 bliski plan fotograficzny. Wszystko poukładałem sobie w głowie, żeby wziąć to, co będzie potrzebne i szybko zainstalować, kiedy zjawię się tu ponownie. Zadowolony, że będę mógł prawdopodobnie zrobić fajne fotki bobrom w zimowej aurze i że mam następny dzień wolny, bo niestety czas plus cierpliwość to ważne atrybuty fotosnajpera, zdecydowałem się jak najszybciej opuścić staw, żeby bobrom nie przeszkadzać. Następny dzień nie był już tak słoneczny. Pojawiły się niskie chmury, z których od czasu do czasu delikatnie sypały się płatki śniegu. No i bardzo dobrze! Słońce i śnieg to bardzo ostre światło i kontrast nie do przejścia na kliszy/matrycy fotograficznej. Fotografując prawie czarnego bobra na białym śniegu w ostrym słońcu od razu jesteśmy skazani na porażkę. Do miejsca „akcji fotograficznej” podchodziłem bardzo wolno, żeby nie wystraszyć bobrów. Miałem nadzieję, że jeszcze ich tam nie ma. I nie było, na szczęście! Szybko rozstawiłem maskowanie i zamarłem w bezruchu wypatrując jakiegoś ruchu wody w przerębli. Nie musiałem czekać długo. Nie pamiętam już, ile to było minut, ale pamiętam, że byłem zaskoczony, że już są. Najpierw zauważyłem lekki ruch tej mini tafli wody i oczywiście serce zabiło mi mocniej. Minęła chwilka i nad powierzchnią pojawiła się tylko głowa. Boberek ostrożnie rozejrzał się dookoła siebie i zniknął pod wodą. Pierwszy rekonesans, pomyślałem, bo jeśli chodzi o jakości kamuflażu i potencjalnie zdradzający mnie zapach (sprzyjający mi kierunek wiatru) byłem spokojny. Minęło kilka minut i głowa pojawiła się ponownie tylko tym razem już nie zniknęła. Boberek zaczął urzędować przy krawędzi lodu wyciągając spod wody nie gałązki a pnącza podwodnych roślin — chyba grążela żółtego. Po jakimś czasie stwierdził chyba jednak, że wygodniej będzie na lodzie, bo ku mojemu zachwytowi wyszedł na lód i zaczął się posilać na jego powierzchni. 170 Gęgawy i bobry Widziałem go całego, od „stóp do głowy” i to z bardzo bliska. Trzasnąłem raz i drugi migawką, i przestałem, żeby zobaczyć, jakie to zrobiło na nim wrażenie. Praktycznie żadnego. Zaczął prószyć lekko śnieg, no i super. Boberek na lodzie i to jeszcze z sypiącym śniegiem to fajna gradka. Wybierałem odpowiednie momenty i uwieczniałem je na matrycy aparatu. Resztę czasu spędzałem obserwując to, co się przede mną dzieje. Fotografowanie to tylko część tak zwanej fotosnajperki. Więcej czasu, my, fotosnajperzy, spędzamy obserwując przyrodę, która dzieli się z nami tymi najskrytszymi momentami. I to jest zupełnie inne doznanie niż oglądanie tego na Discovery Chanel. My w tym uczestniczymy, jesteśmy częścią tego momentu, tej chwili. Siedziałem tak do momentu, kiedy boberek się najadł i zniknął pod powierzchnią wody. Może jedną, może półtorej godziny. Zrobił sobie w tym czasie krótką wycieczkę po lodzie do pobliskich szuwarów. Siedziałem jeszcze dobrą chwilę po jego zniknięciu, żeby nie zaskoczył mnie i siebie w czasie mojej ewakuacji z tej fotograficznej zasiadki. Siedziałem i oddychałem głęboko mroźnym powietrzem. Było cicho, tafla wody trwała bez ruchu. Na dzisiaj to wystarczy, pomyślałem w końcu i rozpocząłem ewakuację. Czego ci matka nie powie. Paulina Gołębiewska-Hoppe fMUTNA REFLEKSJA Czasem nachodzi mnie smutna refleksja, że dzieci zbyt szybko dorastają. Oczywiście nie odkrywam tym stwierdzeniem przysłowiowej Ameryki i nie wyręczam Kolumba. A mimo to uważam, że biegnący czas to największy i najbardziej cichy prześladowca rodzicielstwa. Skrada się niepostrzeżenie, a jego machlojki dostrzegłam... zbyt późno. Dziś pozostało mi z rozrzewnieniem powspominać przedszkolne teksty Szyma. Głos kilkulatka, dziecięca powaga i drobna postura... nawet słowo pisane nie odda magii tych wspomnień zaklętych w matczynym sercu. 2017 Wieczór, jak to wieczór. Człowiek po pracy chciałby odpocząć, czasem już tylko czeka aż Szymon pójdzie spać. Gdy Młody poprosi, by z nim chwilkę pobyć w łóżku, zazwyczaj zmęczona i trochę sfrustrowana odpowiadam, że nie. Moc mojego asertywnego „nie” trwa maksymalnie 3 minuty... Więc gramolę się do łóżeczka tak, by Szym był blisko. Czasem, gdy mamy jeszcze siłę, rozmawiamy na różne tematy. A to o przedszkolu: o Helenie, Madzi i Bartusiu. O Ninie i drugiej Ninie. O tym jak z wujkiem Radkiem dzień minął... a czasem o tym, kto kogo bardziej kocha... Szym: Ja Cię kocham aż do księżyca, aż do chmurek i z powrotem... - mówi swoim poważnym głosikiem, wyciągając chudziutką rączkę przed siebie i pokazując ni to okno, ni to sufit... Ja: Hmmm... to bardzo mocno — zastanawiam się chwilkę — a ja Cię kocham aż do słonka, aż do chmurek i z powrotem dwa razy... - mówię zadowolona z siebie Szym: O proszę... Kolejna partia tulasów i Szym się odzywa: — Dobra, to teraz śpimy... — więc przytulam go i zaczynam chrapać. Młody wytrzymuje tak kilka chwil... — Ej, mama obudź się! To nie jest pora dla dorosłych do spania! — Jak to nie? To dla kogo? - Dla dzieciów... — uświadamia mnie moje nieśpiące dziecko... Z wieczornych rozmów z czterolatkiem naprawdę można się dużo dowiedzieć. 172 Smutna refleksja 2018 Generalnie latem nie lubimy, Jak Arek ma popołudniową zmianę. Szymon szczególnie, bo dziś nawet stwierdził, że Jak ma rower w przedszkolu, to Ja mam po niego nie przychodzić. Nie poczułam się Jakoś specjalnie urażona. Nawet dziecko rozumie, bo Jaka przyjemność Jest w Jeździć na rowerze, gdy za tobą idzie matka ślimaczym tempem? Przy kolacji Jednak okazało się, że nawet ciężarna matka czasem się przydaje: — Jestem taki głodny, że chyba bym Ciebie zjadł — mówi Szym — A taty nie zjesz? — pytam, ciekawa co z tego wyniknie — Nie — krótko na temat. Zdziwiona zwięzłą odpowiedzią, tak nie podobną do mojego dziecka pytam zaintrygowana: - Dlaczego? - Bo tylko tata mi zostanie. No przecież. *** Z rana Szymon wstawał ciężko. Nie tak ciężko. Jak w najgorszych porankach, ale lekko nie było. Dopiero nad Jogurtem spostrzegłam trzeźwe i niechmurne spojrzenie mojego pięciolatka. Jednak dopiero po łyknięciu syropu na alergię rozpoczął się ciekawy temat... — Średni w smaku ten syrop — zagajam. - Mi smakuje — odpowiada Szymek - smakuje Jak tabletki, które czarodziej mi przynosił. — Tak? — nie wysilam się w podtrzymaniu rozmowy. — Tak, Jak dziadek Jarek po mnie przychodził do przedszkola, to czarodziej mi zostawiał. Ale czarodzieje nie istnieją — kończy poważnie moje dziecko. — Jak to nie istnieją — dziwię się — a Harry Potter? Hermiona? Ron? — pytam zupełnie poważnie. — No coś Ty, mama. Przecież to bajka. Dziadek mówi, że czarodziej Jest niewidzialny. Ale nie ma nikogo niewidzialnego. — Czyli co? Dziadek opowiada bajki? — udaję zaskoczoną -Tak. - przytakuje Szymon i zaraz poddaje w wątpliwość swoją teorię - choć może żyją. Nie wiem. Na innej planecie? — pyta mnie. — Nie wiem, Szymonku, nie znam się na czarodziejach. To dziadek Jest specjalistą —Wiesz co? Dziadek opowiada bajki. Musimy na niego nakrzyczeć. Powiemy tacie i wszyscy na niego nakrzyczymy. - Stanowczość mojego przedszkolaka sugeruje, że szykuje się grubsza sprawa, że dziadek Już przegiął i dostanie po głowie. Szybko szukam ratunku dla dziadka: że się obrazi. Jak wszyscy będziemy na niego krzyczeć. Albo wystraszy. Gorączkowo myślę. Jak uniknąć rodzinnej czarodziej owej awantury, gdy nagle słyszę: - Albo wiesz co? Ty nie. Damy nie krzyczą. Paulina Gołębiewska-Hoppe 173 Jakiś czas temu, gdzieś zupełnie przypadkiem, moje dziecko zapytało mnie, czy dziewczyny lubią dostawać kwiatki. Rozmowa była luźna i niezobowiązująca, ale oczywiście wszyscy wiedzą, że dziewczyny lubią kwiaty, szczególnie dane od serca i bez okazji... Nie spodziewałam się, jak bardzo Szymek weźmie sobie naszą rozmowę do serca. Od tamtej pory dość często dostaję od dziecka kwiaty. Polne, zerwane nad Wisłą czy też na lokalnym trawniku. Zdarza się też, że Szym obrobi działkę babci — i tak było wczoraj. Od progu przywitał mnie wiązanką kwiatków: — Proszę, mama! To dla Ciebie! —Dziękuję synku! Jakie piękne kwiatki! — mówię. — Proszę bardzo. — odpowiada Szym, po czym dodaj e pewnie — Zawsze mam Cię na oku i wiem co Cię uszczęśliwi. Troszkę mnie zatkało, ale również rozbawiło to stwierdzenie, dlatego też skupiłam się na wkładaniu podarku do wazonu. Jednak Szymek czuł potrzebę zakończenia swojego wykładu: — .. .bo dziewczyny lubią kwiatki! — stwierdził zadowolony z siebie. *** Jakoś tak wyszło, że Szymon często — gęsto, mimo zmęczenia na wieczór, zwyczajnie „świruje”. Zagonienie go pod prysznic graniczy z cudem i odbywa się to przy kakofonii różnych dzikich dźwięków, krzyków i zaczepek. A że wieczorem z siłami rodziców bywa różnie, to i cierpliwość na poziomie deficytowym drepcze za nami resztkami sił. Tego wieczoru Ojca cierpliwość zdecydowanie pełzała. I choć Szym już był pod prysznicem, to współpracować wcale nie zamierzał. Stałam w kuchni i co jakiś czas słyszałam tylko słowne przepychanki i coraz większą nerwowość Arka. - Szymon! - dobiega mnie w końcu niesione echem po łazienkowych kafelkach - nie będę Ci płukał tyłka! Ile Ty masz lat?! - pyta Ojciec lekko zdesperowany — A Ty? — od Młodego również zieje małą furią — Ile?! - Trzydzieści siedem — pada pewne i opanowane wyznanie mego lubego. Przecież w tych zawodach ma wygrane. — A ja mam pięć! — odkrzykuje zły Szymek — To za mało! Mój wybuch śmiechu z kuchni zdecydowanie ogłosił zwycięzcę tego starcia. 2019 Z Szymonem to taki problem mamy, że lepiej go ubierać jak karmić. Serio. Rączki i nóżki jak patyczki, a jak wraca do domu, to z kuchni wygonić nie można. A to cukierek, banan, ciasteczko, jogurt, makaron z pesto... i jajko. Jajko od Wielkanocy do Bożego Narodzenia będzie chyba jadł. Na śniadanie i kolacje. Po dwa. I sól. 174 Smutna refleksja Dużo soli, na jajko, chleb, szynkę, dżem... nawet na dłoń, by polizać. Ojciec już nie wytrzymał, gdy zmywając jakiś nóż obrócił się do Szyma i patrzy, a ten liże solniczkę. Usypiam w tym czasie pełzaka, a słyszę ledwo hamowane parsknięcie. I lekką reprymendę: że tak się nie robi, że nie wolno dużo soli jeść i tak dalej. Następnie wpada na paluszkach Aruś do mnie, na twarzy miesza się rozbawienie z surowością: — Paulina, przed Szymonem trzeba tę sól chować, bo on za dużo jej je... — czuję, że zanosi się na dłuższy wykład, już chcę powiedzieć, że ja mu tej soli nie dałam, gdy naszych uszu dobiega głos Szyma: — No ale muszę zdobywać pożywienie! *** Matczyne serce raduje się najbardziej, gdy Szymek przynosi wiedzę i ciekawostki do domu. Jak chłonie i chwali się nowymi umiejętnościami. A że do chwalenia się tego rodzaju rzeczami jest raczej ostatni niż pierwszy... cóż. Każdy ochłap rzucony rodzicom jest na wagę złota. Starą jak świat zabawę sprzedać dziecku chciałam, słowno- literową. Więc tłumaczę Szymonowi: - Ja mówię „sowa”, a ty musisz powiedzieć wyraz na A, bo sowa kończy się na A. — Nie, nie — mówi Szymek — teraz ja zaczynam. Słowo na K. — Komin — mówię zadowolona, że chłopak załapał i trochę coś mądrego poćwiczymy. — Kleopatra — odpowiada Szym z powagą, zaskakując mnie dość mocno. - Ooooo, a kto to był? Wiesz? - pytam. — Ona była łysa — słyszę równie poważną odpowiedź, co poprzednio, i z trudem walczę o powagę — Noooo, chyba nie. — mamroczę pod nosem — ale wiesz, kto to był? To była królowa Egiptu. Bardzo dawno temu.— cisnę, mając nadzieję że coś poza stanem owłosienia sławnej królowej zostanie w małej przedszkolnej główce. -No, i ona była zła — odpowiada Szymon — I nawet kazała ludziom masować nogi swoje. *** Sobota, godzina 21:30. Po intensywnym popołudniu krążę po chacie i czuję jak z minuty na minutę baterie mi siadają. Próbuję się zebrać do łazienki, by w porę do łóżka trafić, a nie zemdleć w połowie drogi. Wiecie, takie krążenie typu: „coś bym jeszczeee... a może jednak nieeee.... ” No więc krążę. A to w kuchni stygnącym chlebem się sztachnę głęboko, by kolejną walkę stoczyć i uchronić go przed pożarciem na ciepło. A to koło starego przysiądę i na Starcie Tytanów poudaję, że patrzę. A to wstanę i w połowie drogi do łazienki zawrócę, by znowu poudawać... Paulina Gołębiewska-Hoppe 175 - Mamo! — słyszę nagle, jak Szym spanikowany woła, więc lecę jak na matkę przystało. — Co jest? — pytam. - Zabiłem kwiatka! - słyszę spod kołdry przejęty głos i nie wiem co dalej. Zakopać denata i udawać że wszystko w porządku? Lament podnieść, policję wzywać? Dziecko siedzieć mi pójdzie i będzie, że kryminał wychowałam. A może przytaknąć, stwierdzić „no trudno, przykro mi — dobranoc”? Cholera, jakiego kwiatka? Jak w domu jeden tylko, a i tak ledwie się trzyma? Bo z matki to dopiero kwiatobójca wyrósł! A może Szym właśnie zrozumiał, że w genach tendencję do mordowania wszystkiego, co z chlorofilem odziedziczył? W ułamku sekundy staram się wyjść z sytuacji obronną ręką, bez szkód na psychice syna i własnej. W jednej chwili potok galopujących myśli przerywa Szymon, spokojnym, przytomny głosem: — A nie. Pić mi daj. 2021 Wolna sobota. W moim życiu to totalna nowość, bo nie licząc działalności, składało się ono z samych „wolnych” sobót. Tymczasem mam wrażenie, że dziś nawet słońce inaczej wzeszło. Czas płynie zupełnie po nowemu, a dzieci... dzieci to całkiem jakieś inne. Z jednej strony jestem lekko podirytowana w tej nowej domowej czasoprzestrzeni, więc poznaję się z nią organoleptycznie i bardzo powoli. Wyciągam dłonie przed siebie jak ślepiec i sprawdzam, jak w niej funkcjonować. Staram się utrzymać balans na dwóch nogach, podczas gdy podłoże jest dość... obce i elastyczne. Z drugiej strony zatrzymuję się w niej i obserwuję z boku to, co dzieje się wokół mnie, jakby rejestrując wszystko na nowo. Na nowo przyswajając domowe spięcia i przepychanki słowne, których przy dwójce dzieci nigdy nie brakuje. Wierzcie mi, tych ostatnich jak zwykle w naszym domu nie brakuje. Ośmiolatek i trzylatek pod jednym dachem to mieszanka dość ryzykowna. Nie mogą przejść obok siebie bez sztur-chańców czy słownych zaczepek. Próby separacji chłopaków są jeszcze marniejsze niż występ reprezentacji Polski w piłce nożnej na Euro. Tak, tak... może być jeszcze gorzej, szczególnie gdy szykuje się jakieś wyjście. — Szymon — mówi Arek stanowczo, wyprowadzając starszaka z dużego pokoju — przez następne piętnaście minut nie przekraczaj tego progu. Nie waż się. — podkreśla zdeterminowany ojciec. - Ale chociaż jedną nogą mogę ? — pyta śmiertelnie poważne dziecko... Dziś mam w domu dziewięciolatka, choć czasem mam wrażenie, że dziecko ma lat co najmniej szesnaście. Wśród słownych potyczek i zabieganej codzienności ginie dziecięca niewinność. Nawet słowo pisane nie oddaje magii tych chwil, a jest jedynie nieudolną próbą zatrzymania na dłużej wspomnień. I choć uparcie staramy się budować nowe, beztroska znika. Skradziona przez największego wroga rodzicielstwa... Recenzje Janusz Ryszkowski NA ŻYWO W SZKLANEJ KULI ?1««^ Teresa Bołt, Na żywo: wiersze ostatnie, wydawnictwo Bemardinum, Pelplin 2021. Nieprzerwanie związana z rodzinnym Kwidzynem Anna Bołt jest poetką o ciekawym i wartościowym dorobku, zauważaną przez krytykę i nagradzaną. Celowo nie używam określania, że to „znana poetka”, ponieważ zaraz nasuwa się pytanie: znany komu? Badaczom literatury? Innym twórcom? Swojemu lokalnemu środowisku? Twórczość poetycka od dawna znajduje się na odległych peryferiach życia kulturalnego, stała się niszą nisz. Poeta może być raczej znany z czegoś, co jest poza literaturą — ze skandalu, tańca z gwiazdami, albo współudziału w morderstwie. Nie żartuję. Jakiś czas temu jako do jurora sztumskiego Ogólnopolskiego Przeglądu Sztuki Więziennej zwróciła się do mnie reporterka opiniotwórczego tygodnika w sprawie młodej poetki skazanej za zabójstwo. Autorka skromnego tomiku nagle zyskała zainteresowanie o zasięgu krajowym. Pisała o niej także prasa bulwarowa, omijająca poezję szerokim kołem. Zostawmy to jednak. Warto bliżej przedstawić autorkę, bo nie wiem do końca, czy dość jest znana nawet w rodzinnym mieście. Debiutowała jako dwudziestolatka wierszami w 1977 roku w warszawskim miesięczniku literackim młodych „Nowy Wyraz”, co znaczyło w tamtym czasie w środowisku autorów nobilitację. W 1985 roku Gdańskie Towarzystwo Przyjaciół Sztuki opublikowało jej arkusz poetycki „Dziedzictwo” w bardzo cenionej serii wydawni- czej. W 2009 roku gdańskie wydawnictwo Marpress wydało tomik „Szklana kula”, w skład którego wszedł nieco wcześniej wydany arkusz „Szczęść Boże”. Potem były bibliofilskie zbiorki (nienotowane niestety w katalogach Biblioteki Narodowej): „Rodzę Białoruś”, „Wiersze na kartki/kartki na wiersze”, „Dama Pikowa naszego podwórka”, „Kwiatowo i rodzinnie” i „Moje Włochy”. Jej wiersze ukazywały się w tak cenionych periodykach, jak: „Zeszyty Literackie”, „Tytuł”, a także w „Prowincji”. Omówienia twórczości m.in. w „Toposie”, „Odrze”, „Okolicach”. Do tego dochodzą nagrody w kilku prestiżowych konkursach literackich. Dzieli się swoimi wierszami ze społecznością facebooka. Poza tym jest wydawcą i dziennikarką internetową. Recenzje 177 W ubiegłym roku Anna Bołt otrzymała stypendium Marszałka Województwa Pomorskiego, a jego smacznym owocem jest zbiór wierszy, który ukazał się w wydawnictwie Bernardinum. Jeszcze podczas ostatnich przygotowań tomiku do druku nie było pewne, jaki tytuł ostatecznie pojawi się na okładce. To autorskie wahanie, namysł, poszukiwanie niemal do ostatniej chwili, świadczy o istotności tego, co chciała nam już na samym wstępie przekazać poetka, zapraszając do lektury. Ostatecznie zdecydowała: „Na żywo: wiersze ostatnie”. Jakby dawała do zrozumienia, że to będzie relacja „live” z jej świata, gorąca, spontaniczna, uczestnicząca. I wprowadziła przy tym element tragiczny. Bo „wiersze ostatnie” mogą być końcem, kresem czegoś lub kogoś... W niepublikowanym w wersji papierowej zbiorku „Tkliwość (wiersze z lat 2008-2010)”, który można przeczytać w Internecie, znajduje się taki autokomentarz do jednego z wierszy: „Dla mnie ważniejsza jest poezja życia, a nie przeżycia. Innymi słowy, zatrzymana na sekundę, a nie wymyślona przez godzinę”. Zasada bycia w świecie jako jego immanentny składnik i doświadczania każdego jego przejawu wydaje się naczelną zasadą organizowania rzeczywistości wierszy autorki „Szklanej kuli”. Dystans, owo „wymyślanie przez godzinę” nieuchronnie zabija drgnienie chwili, a życie składa się właśnie z owych drobinek. Podmiot tych wierszy jest zazwyczaj w ruchu, aktywny, działający. A przy tym mówi do nas bardzo śpiewnie, doszukać się w tym można nuty z Kresów. „W mieście Kwidzynie/chłopak zadźgał/ dziewczynę” („Kochankowie z Kwidzyna”). To nie przypadek. Bo bohaterka/persona wierszy nosi w sobie dwie małe ojczyzny, które pozostają ze sobą w różnych relacjach. O tej pierwszej: „urodziłam się w/ pruskim mieście/ pod polskim niebem”, „mieszkałam całe/ życie w kamienicy/ z pruskiej cegły” - czytamy w „Curriculum vitae”. Zauważmy, że miasto nadal jest „pruskie”, nie poniemieckie, już jakoś oswojone, ale właśnie nadal pruskie, dalekie i obce. Druga ojczyzna, to ta pozostawiona na Kresach, tkwiąca w rodzinnych wspomnieniach i genach: „mama wspominała Białoruś/ i mówiła, że każdą/ ścieżkę pamięta”. To oczywiste, że bohaterka wierszy tamten świat traktuje jako mit ziemi utraconej. „Co ja tam pojadę i/ będę sprawdzać/ Powiedzą wariatka/ Ścieżki przedwojennej szuka”. Ale to wcale nie znaczy, że i tamta ojczyzna kresowa nie daje znać o sobie, choćby pod postacią odziedziczonej traumy. „Nie będę opowiadać - szkoda słów/ Wywózki, tortury, jęki/ I białe niedźwiedzie na Syberii/ A ja mam białego jelenia/ W mi-nizoo (...) czytamy w poemacie „Powrót do Warszawy i z powrotem”. To bolesne doświadczenie, mówiąc językiem terapeutów, jest do ciągłego przepracowywania. Tak jak we wzruszającym wierszu „Monidło”. To zarazem niezwykle istotny utwór, nie może zatem umknąć naszej uwadze. Zacznijmy od tytułu, bo już nie wszyscy mogą pamiętać czarno-białe portrety, najczęściej ślubne, kopiowane ze zdjęć. Wisiały w mieszkaniach jeszcze w latach 60. minionego wieku, może też i nieco później. Ich charakterystyczną cechą było zazwyczaj podkolorowanie ust na czerwono (nie jest przypadkiem, że takie usta widnieją na okładce tomiku!) i oczu na lazurowo. Monidła wraz z równie popularnymi przestawieniami jeleni na rykowisku na makatkach i amatorskich obrazach były dla inteligencji (tej z tradycjami) symbolami złego gustu i tandety. Ale dla samych posiadaczy miało inną wartość. Stanowiło namiastkę sztuki rodem z dworskiego salonu, z rodowym rodzinnym portretem. 178 Recenzje Oto fragmenty wiersza: Moi roi/zice Nauczyli mnie Czułości Dwoje pięknych Ludzi na monidle Z czerwonymi ustami L oczami Jak lazur Przyjechali ze Wschodu Do Polski Darli ze sobą koty Kłócili się, ranili CJ Dopadły ich choroby (...) Zrozumieli, że kochaj^} Się tak czule (...) I że słowa Si} niepotrzebne Dwoje ludzi wygnanych z rodzinnej wsi do obcego poniemieckiego miasta, które po 1945 roku przypadło Polsce, u schyłku życia, po niemałych jego trudach, połączy właśnie czułość. Obraz żony pielęgnującej chorego męża ostrożnie, tak „żeby/ nie zmoczyć pościeli” to znak tej czułości. Kolejne wiersze pokazują, jak ich wrażliwa bohaterka próbuje ułożyć się z rzeczywistością, ale najczęściej toczy z nią zapasy, co staje się źródłem bólu i cierpień. Czułość, głęboka wrażliwość, życiowa barwność odstająca od obowiązujących schematów i rytuałów stają się powodem odrzucenia przez innych. Radzenie sobie z tym, to w gruncie rzeczy pogodzenie się z samotnością. „Nie rozpaczam/ Bo wszyscy samotni/ Wokół mnie/ Jeszcze bardziej”. Anna Bołt jest poetką na wskroś kwidzyńską, w tym sensie, że jest wyczulona na relikty przeszłości miasta, które są świadectwami znaczeń duchowych. Cela błogosławionej Doroty, loża masońska Pod Złotą Harfą, pożydowski cmentarz są nie tylko rekwizytornią wiersza, świadczą także o stopniowym oswojeniu przestrzeni domów z „pruskiej cegły”, o wrośnięciu, choć to było niełatwe, w Marienwerder/Kwidzyn. Miasta, takie jak Sztum czy Kwidzyn, nie są bohaterami zbyt wielu utworów o dobry poziomie artystycznym, pomijam już okolicznościowe rymowanki. Krzysztof Karasek napisał poemat „Kwidzyn 1947-1947” (drukowany także w wersji „Kwidzyń...”). Początek tego wiersza brzmi „Moja rodzina przyjechała na wiosnę/ Ziemie Odzyskane/ nie były jeszcze ziemią obiecaną w niebie”. Bohater tego poematu, wkraczający w wiek nastolatka, będzie boleśnie odczuwał obcość nowego miejsca, tym bardziej, że przychodzi mu żyć w rzeczywistości rozdwojonej. W szkole musi obowiązkowo nauczyć się młodzieńczego życiorysu tyrana Józefa Stalina na podstawie powieści Heleny Bobińskiej „Soso”, a popołudnia i wieczory spędza z innymi bohaterami - hrabią Monte Christo i Winnetou. Sygnalizuję ten wątek, bo autor poematu „Kwidzyn 1947-1953” zjawia się we fragmencie wiersza Anny Bołt i- bez tego znaczeniowego splotu trudno nadać kierunek odczytaniu. nauczycielka historii pani Karaskowa matka poety recytowała wiersze o synu marnotrawnym który nie wrócił Tomik „Na żywo” zawiera niecałe 30 wierszy. Pobrzmiewa w nich dość lekka melodia, może poza pierwszym i ostatnim. I przy tym, że są to utwory łatwo do nas trafiające, powinniśmy zachować skupienie i uważność przy ich lekturze. Można bowiem pomylić światło z cieniem... Recenzje 179 Andrzej Lubiński NA SZTUMSKIM ODCINKU KULTURY Krystyna Błaszczyk-Ryszkowska, Janusz Ryszkowski, W Sztumie kulturalnym (1945-1975), V^elawnictu>o Precjoza, Częstochowa - Sztum 2022. W 2007 roku przypadała 50, rocznica powstania Powiatowego Domu Kultury w Sztumie. Znani na kulturalnej niwie Krystyna i Janusz Ryszkowscy podjęli się wówczas opracowania zarysu dziejów tej placówki i jej kontynuatorów — Szturri-skiego Ośrodka Kultury i Sztumskiego Centrum Kultury. Uroczystości półwiecza PDK miały miejsce w ówczesnej siedzibie SCK na sztumskim zamku. Przybyło na spotkanie wielu działaczy i pracowników, którzy byli związani jeszcze z powiatową instytucją kultury. Opracowanie poświęcone trzem placówkom przygotowane z okazji jubileuszu trafiło wówczas do uczestników uroczystości w postaci pliku tekstowego ze zdjęciami na płycie CD. Po wielu kolejnych latach autorzy rozpoczęli prace nad książką o życiu kulturalnym miasta od końca XIX wieku. Przerwała je ciężka choroba żony Krystyny. Po jej śmierci Janusz Ryszkowski powrócił do zgromadzonego materiału i zredagował dzieje sztumskiej kultury w węższym już zakresie - od roku 1945 do 1975, czyli do momentu likwidacji powiatu związanego z nowym podziałem administracyjnym Polski wprowadzonym przez ówczesne władze państwowe i partyjne. Jest to pierwsza publikacja tak dokładnie przedstawiająca dzieje sztumskiej kultury na przestrzeni trzydziestu lat od zakończenia drugiej wojny światowej. Po przejęciu władzy przez polską administrację w Sztumie rozpoczęło się organizowanie życia politycznego i społeczno-kulturalnego. Młodzi ludzie pragnący rozrywki chętnie brali udział w przygotowywaniu przedstawień teatralnych. Tylko w roku 1945 wystawiono dwie sztuki i jeden skecz. W następnym roku zespół teatralny pokazał rewię, jednoaktówkę oraz przystępował do prób „Balladyny”, z którą będzie występował w Sztumie i Postolinie; został również zaproszony do Elbląga, Grudziądza, Olsztyna. Sztumscy amatorzy w czerwcu 1946 roku wystąpili przed publicznością ze sztuką „Stary Piechur i jego syn ułan”. Do Sztumu przyjeżdżały również zespoły z innych miast. Amatorzy z Malborka pokazali komedię „Swaty”. Pierwszy zespół zawodowy do Sztumu zawitał z Sopotu z przedstawieniem „Prawo do śmiechu”. W Sztumie wystąpił zespół Bronisława Romaniszyna z Elbląga w kwietniu 1948 r. ze sztuką „Koniec świata”. Życie kulturalne Sztumu pokazane jest na tle życia politycznego. Uratowanych zostało od całkowitego zapomnienia kilka nazwisk działaczy politycznych, którzy pracowali w Sztumie od 1950 do 1956 w Powiatowej Radzie Narodowej - Piotr Borysewicz, Konstanty Rek, Zygmunt Zieliński, Marian Streich. Lata 1949-1955 to zupełny marazm działalności kulturalnej w Sztumie. Działa tylko kino 22 Lipca. Od lutego 1957 rozpoczyna działalność Powiatowy Dom Kultury. Powstają zespoły 180 Recenzje - teatralny, taneczny, estradowy, orkiestra, chór mieszany, kółko fotograficzne. Polskie Radio w Gdańsku nagrało komedię „Pan Damazy” wystawioną Sztumie w kilka miesięcy po powstaniu zespołu. Popularnością wśród publiczności cieszą się wesołe skecze. Początek roku 1960 to cykl imprez „Sztumski Tydzień Wiosny”, gdzie prezentowane są wystawy malarskie, spotkania z literatami, kiermasze wyrobów artystycznych twórców ludowych oraz wystawa związana z 70 rocznicą obchodów 1 maja. Od 1964 organizowane są Dni Powiśla, a w następnym Dni Ziemi Sztumskiej. Bardzo interesujące jest przedstawienie zespołów muzycznych działających przy Powiatowym Domu Kultury w latach 60. i 70. XX wieku. Do najbardziej znanych muzyków należeli Tadeusz Kukurudz, bracia Zbigniew, Włodzimierz, Leszek Gejdo-wie, Gerard i Horst Sombrowscy. Ważną rolę w życiu kulturalnym miasta odgrywało kino oraz działający od roku 1968 roku Dyskusyjny Klub Filmowy. Starsi mieszkańcy miasta wspominają klubokawiarnię Puchatek. Początek działalności pierwszej powojennej klubokawiarni Klubowa to rok 1958. Organizowane były odczyty popularyzujące wiedzę, zawody szachowe, brydżowe, ale największą popularnością cieszyły się wieczorki taneczne. Wielu mieszkańców miasta wspomina bale gałganiarzy, maskowe organizowane w czasie karnawału. Pierwsza kawiarnia z prawdziwego zdarzenia Zantyr otwarta została dopiero w połowie lat 60. W sierpniu 1945 zaczyna się gromadzenie książek, rok później księgozbiór będzie liczył 703 egzemplarzy, pierwszą bibliotekarką została Nina Sawicka, następną będzie Danuta Góra. Najdłużej w bibliotece publicznej pracowała Janina Ludwik. Sztumscy działacze kultury w drugiej połowie lat 60 zaproponowali, aby w murach gotyckiego zamku umieścić gromadzone od kilku lat zbiory dotyczące przeszłości miasta i okolic. Zapoczątkują one Muzeum Powiśla, które rozpocznie oficjalną działalność w roku 1972. Pierwszą kierowniczką została Helena Tomaszewska, po jej przejściu na emeryturę w roku 1974 placówką muzealną kierowała Danuta Melerska, absolwentka historii i archiwistyki UMK w Toruniu. W wyremontowanych piwnicach zamkowych organizowano koncerty fortepianowe połączone z występami śpiewaków operowych, spotkania członków Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej powstałego w roku 1968. Muzeum Powiśla i członkowie Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej zaangażowani byli w uroczystości 50-lecia powstania Związku Polaków w Niemczech w roku 1972. W następnym roku obchodzono w Sztumie, jak i całym kraju, obchody Roku Kopernikowskiego. W piwnicach zamku 19 stycznia prof. Andrzej Bukowski wygłosił referat o życiu i dziele Astronoma urodzonego w Toruniu. . Warto podać nazwiska osób, które kierowały Powiatowym Domem Kultury od 1957 — krótko Henryk Sodalski, potem Sylwester Janowski, Tadeusz Golik, Józef Obszański, Alfred Warczak, Mirosław Okrajni. Autorzy sporo miejsca poświęcają najważniejszym osobom związanym ze sztumską kulturą, jakimi byli: Czesław Wieczerzycki, Krystyna Pol, Henryk Lipski, fotograf uwieczniający najważniejsze wydarzenia miasta i powiatu, Lucjan Tomaszewski, Henryk Kazimierkiewicz, instruktor plastyki. Warto przeczytać tę książkę, bo ratuje przed zapomnieniem działalność kulturalną w Sztumie w latach 1945-1975. Recenzje 181 Radosław Kubuś STUDIUM ŻUŁAWSKIE Wojciech Zawadzki, Żuławy Małborskie i Elbb}skie 1772—19^5. Perspektywa społeczno—religijna, V^eławnictwo Bemardinum, Pełpłin2021, ss. 671. Budynki kościołów stanowią nie tylko symboliczną manifestację obecności wyznawców danej religii na konkretnym obszarze. Są także miejscem przechowywania dokumentacji życia gminy\ Ponadto wokół nich skupione jest życie religijne, oświatowe, gospodarcze, kulturalne, dobroczynne, a nawet polityczne^. Nic więc dziwnego, że autor recenzowanej pracy poświęconej Żuławom Malborskim i Elbląskim w latach 1772—1945 w swoim obszernym studium skupił się przede wszystkim na źródłach o charakterze konfesyjnym. Badanie tego typu źródeł, które choć licznie zachowane, rozproszone są po wielu archiwach i instytucjach, pozwoliło ks. Wojciechowi Zawadzkiemu na stworzenie szerokiej panoramy dziejów Żuław w perspektywie społeczno--religijnej. Dzięki temu otrzymaliśmy dzieło wyjątkowe, które uzupełnia znaczną lukę w badaniach nad dziejami obszaru delty Wisły, a ponadto wskazuje kierunki badawcze, które należałoby podjąć w przyszłości. * Kościoły, w tym także kościoły na Żuławach Malbor-skich, zobligowane były mi.in. do archiwizowania dzienników urzędowych, które przechowywane były w specjalnie przystosowanych do tego repozytoriach. Ponadto niektóre żuławskie kościoły prenumerowały również inne periodyki, nic tylko te o charakterze urzędowym, ale również ogłoszeniowym {Inteligezhlatter) — zob. Archiwum Państwowe w Gdańsku [dalej: APG] 8/69, s. 242-248. E. Kizik, Katolickie buciownictwo kościelne w rejencji gdańskiej w 2 połowie XIX i początkach XX wieku jako społeczny przgaw modemizatji, [w:] Modernizacja—połskość—trwanie. Społeczne, kułturowe i połityczne aspekty aktywności Polaków na przełomie XIX i XX wieku, (red.) Sz. Wierz-chosławski, Toruń 2015, s. 103—104. - ■ Wojciech Zawadzki . i.j,«f! Żuławy Małborskie i Elbląskie 1772-W5. Perspektywa spoteczno-religijna Monografia ks. Zawadzkiego powinna stanowić punkt wyjścia przy tworzeniu wielotomowej historii obszaru Żuław, podsumowującej nasz obecny stan wiedzy na temat tego regionu. Pomimo tego bowiem, że w ostatnim czasie dynamicznie rośnie liczba publikacji poświęconych temu obszarowi^, Żuławy wciąż nie doczekały się syntezy swoich dziejów, takich jakie posiadają już choćby Gdańsk, Elbląg, a w ostatnim czasie także Kaszuby^. Luki tej z pew- ’ Zob. np. M. Owsiński, Tiegenhof Nowy Dwór w 19d5 roku. Koniec i początek miasta na Żuławach, Sztutowo 2017; A. Paprot-Wielopolska, Żuławy i Powis'le. Kreowanie tożsamos'ci łokałnych i regionałnych po 1989 roku, Warszawa 2018; R. Panfil, Lasy w dobrach wiejskich zamku małborskiego w okresie nowożytnym (XVI—XVIII w.), [w:] Ekologia Prus Królewskich, (red.) W. 2Lawadzki, Elbląg 2022, s. 95-138. * Historia Gdańska, T. I—V, (red.) E. Cieślak, Gdańsk—Sopot 1978-1997; Historia Elbląga, T. 1—6, (red.) S. Gierszewski i A. Groth, Gdańsk 1993-1997; Historia Kaszubów w dziejach Pomorza, T. 1—5, Gdańsk 2019-2020. 182 Recenzje nością nie wypełnia Historia Pomorza (T. I”V), gdzie wątki żuławskie podejmowane są marginalnie. Należy mieć nadzieję, że w przyszłości taka zbiorowa synteza ujrzy światło dzienne^. Zanim przejdę do omówienia pracy ks, W. Zawadzkiego, na wstępie należałoby zwięźle przedstawić sylwetkę autora. Otóż ks. Wojciech Zawadzki jest profesorem nauk humanistycznych, wykładowcą na Wydziale Nauk Humanistycznych UKSW w Warszawie oraz w Wyższym Seminarium Duchownym w Elblągu. Pełni ponadto funkcję dyrektora Archiwum Diecezji Elbląskiej. Jego zainteresowania badawcze oscylują wokół konfesyjnej historii Pomorza oraz Warmii i Mazur w okresie od XVI do końca XIX wieku. Jest autorem licznych publikacji jak również członkiem uznanych towarzystw naukowych, takich jak Towarzystwo Naukowe KUL, czy Warmińskie Towarzystwo Historyczne^. Jednym słowem, dorobek badacza jest imponujący, a recenzowana książka stanowi jego podsumowanie w odniesieniu do tematyki Żuław. Świadczy o tym choćby fakt, że w bibliografii znajdują się aż 33 pozycje jego autorstwa (s. 622-624). Recenzowana książka składa się ze wstępu, dziesięciu rozdziałów, obszernego aneksu źródłowego, zakończenia, wykazu skrótów, bibliografii oraz indeksów osobowego i geograficznego. Rozdziały znacznie różnią się objętościowo. Najobszerniejszy rozdział piąty liczy ponad 160 stron, z kolei najkrótszy, rozdział dziesiąty, około 5 stron. Może ’ Co prawda istnieje zbiorowa interdyscyplinarna synteza dotycząca Żuław Wiślanych, aczkolwiek aspekty związane z historią regionu są tam potraktowane w sposób bardzo niepełny. Ponadto jest to praca już nieco zdezaktualizowana — zob. Żuławy Wiślane, (red.) B. Augustowski, Gdańsk 1976. ® https://pl.wikipedia.org/wikiZWojciech_Zawadzki_(du-chowny) [dostęp: 23.08.2022 r.] to wywoływać wrażenie nierównomiernego rozłożenia akcentów. Mimo to konstrukcja pracy jest przemyślana i nie budzi większych zastrzeżeń. Podziw może wywoływać skrupulatność i wnikliwość, z jaką autor opracowania analizuje setki rozproszonych archiwaliów. Również wykorzystana w pracy liczba opracowań nakazuje z uznaniem spojrzeć na kwerendę wykonaną przez autora. We wstępie, poza uzasadnieniem tematu pracy oraz wyznaczeniem ram geograficznych i chronologicznych, pojawia się wywód dotyczący wyjaśnienia samego terminu „Żuławy”, przede wszystkim w odniesieniu do jego etymologii. Ponadto autor dokonuje zestawienia tego terminu z popularnym aczkolwiek znacznie późniejszym terminem, często obecnie używanym w odniesieniu do Żuław, tj. „delta Wisły”. Rozdział pierwszy stanowi natomiast punkt wyjścia do dalszych rozdziałów. W tej bowiem części pracy omawiane jest życie religijne na Żuławach Malborskich i Elbląskich przed rokiem 1772. Autor przedstawia zatem kształtowanie się stosunków społecznych i wyznaniowych na tym obszarze w okresie średniowiecza i czasów nowożytnych. Przede wszystkim podstawę w tym zakresie stanowią dla ks. Zawadzkiego opracowania Wiesława Długokęckiego^, Mieczysława Jó-zefczyka® oraz Abrahama Hartwicha’. Rozdział drugi omawia politykę religijną Prus, a później Cesarstwa Niemieckiego. w. Długokęcki, Osadnictwo na Żuławach w ŻIH i początkach XIV w., Malbork 1992. ® M. Józefczyk, ż dziejów religijnych Pomezanii w XVII wieku, T. I. Synteza dziejów, Malbork 2012, T. II. Źródła do dziejów XVII-wiecznej Pomezanii, Malbork 2013; Idem, ż dziejów religijnych Pomezanii w XVIII wieku, T. I. Synteza dziejów, Malbork 2015, T. II. Źródła do dziejów XVIII-wiecznej Pomezanii, Malbork 2015. ’ A. Hartwich, Geographisch-Historische Landes-Beschre-ihung eieren dreyen im Pohlnischen PreuJIen liegenden Wer-ełem, ais das Dantziger- Elhing- und Marienhurgischen..., Konigsberg 1723. Recenzje 183 Pojawiają się tu informacje o najważniejszych działaniach poszczególnych władców i ich wpływie na sytuację wyznaniową na Żuławach Malborskich i Elbląskich. W kontekście kościoła katolickiego ważnym wydarzeniem było między innymi wprowadzenie w 1821 roku bulli De salute animarum, która regulowała status kościoła katolickiego w Prusach. Ponadto Autor omawia podejmowane przez państwo Pruskie próby symultanizacji katolickich świątyń. Wreszcie podejmuje także zagadnienie kasat klasztornych. Jeżeli chodzi o kościół ewangelicki, to jednym z ważniejszych wydarzeń w XIX wieku było wprowadzenie przez Fryderyka Wilhelma III w 1817 r. unii wyznaniowej łączącej wyznania lute-rańskie i kalwińskie. W omawianym rozdziale znajduje się wyjaśnienie zarówno motywów jakie przyświecały władcy pruskiemu przy powzięciu decyzji o unii jak i jej konsekwencje. Na kolejnych stronach autor podejmuje zagadnienie Kulturkamp-fu i jego wpływu na politykę wyznaniową państwa względem Kościoła Katolickiego, a wreszcie omawia dojście do władzy Adolfa Hitlera i wiążącą się z tym postępującą w Kościele glajchszaltyzację. W rozdziale trzecim autor przedstawił kolejne zmiany w administracyjnej przynależności Żuław Malborskich i Elbląskich i ich wpływ na sytuację kościoła. Jako punkt wyjścia przywołuje ks. Zawadzki sytuację sprzed 1772 roku, kiedy to Żuławy Elbląskie zasadniczo podlegały zwierzchnictwu magistratu miasta Elbląg, z kolei Żuławy Malborskie wchodziły w skład dóbr stołowych władców polskich lub, tak jak w przypadku tenuty nowodworskiej oraz berwałdzkiej, znajdowały się w rękach prywatnych dzierżawców. Wraz z rozbiorami i podziałem administracyjnym państwa Pruskiego na Kamery Wojny i Domen, Żu- ławy znalazły się w kamerze kwidzyńskiej. W wyniku wojen napoleońskich doszło z kolei do silnej restrukturyzacji państwa Pruskiego (reformy Steina-Hardenberga), w wyniku czego po 1815 roku Żuławy Malborskie i Elbląskie znalazły się w prowincji Prusy Zachodnie (od 1829 do 1878 r. prowincji Prusy). W dalszej części tego rozdziału przedstawiono podział administracyjny Żuław po I wojnie światowej oraz w okresie II wojny światowej. Poza omówieniem zmian przynależnościowych Żuław Malborskich oraz Żuław Elbląskich w państwowych strukturach administracyjnych, w rozdziale tym znalazło się również omówienie samorządu fonkcjonującego na Żuławach, który to samorząd pełnił kluczową rolę w obliczu cyklicznie nawiedzających Żuławy powodzi, pożarów oraz innych klęsk elementarnych. Sprawnie funkcjonujący samorząd, którego ucieleśnieniem byli sołtysi, teichgrafowie oraz przysięgli wałowi {Deichgeschworene), miał zapobiegać różnego rodzaju tragediom, w tym przede wszystkim regularnie nawiedzającym teren delty Wisły powodziom w myśl zasady -wer nicht will eleichen, mu^ weichenl Rozdział czwarty omawia struktury wyznaniowe na Żuławach Malborskich i Elbląskich. Początkowo autor przedstawia katolickie struktury kościelne z charakterystyką sieci diecezjalnej, dekalnalnej i parafialnej na Żuławach. Sporo miejsca poświęca sprawie kościoła w Gnojewie, który w 1819 roku został odebrany katolikom i przejęty przez luteran. Następnie omówione zostały struktury kościoła ewangelickiego z wyszczególnieniem konsystorzy, superintendentur oraz parafii luterańskich. W dalszych miejscach autor omawia struktury kościelne kalwinów, mennonitów, żydów oraz innych marginalnie występujących w tym czasie na Żuławach grup wy- 184 Recenzje znaniowych (m.in. baptystów, staroluteran, starokatolików). W przypadku mennoni-tów sporo miejsca w tym rozdziale poświęcone zostało ich emigracji do Rosji. Głównym motywem emigracji mennonitów, jak wskazuje autor, była nie tyle polityka fiskalna państwa względem nich, co odebranie im możliwości nabywania ziemi, a co za tym idzie zahamowane możliwości rozwoju ekonomicznego tej grupie wyznaniowej. Bardzo ciekawą kwestią podjętą w tym rozdziale jest również charakterystyka występowania na Żuławach przedstawicieli wolnomularstwa, którego loże działające w Malborku i Tczewie posiadały w swoich szeregach także Żuławiaków. Najbardziej obszerny rozdział piąty to kompleksowe omówienie infrastruktury parafii i gmin religijnych na Żuławach. Obok kwestii związanych budową i przebudową obiektów sakralnych, przedstawiono tu również wyposażenie kościołów (m.in. organy, dzwony). Ponadto skupiono się na obiektach mieszkalnych oraz gospodarczych należących do duchownych. Jedną z niezwykle ciekawych kwestii podjętych w tym rozdziale jest sprawa cmentarzy. Obok charakterystyki kultury funeralnej katolików, ewangelików, mennonitów i żydów, autor wskazuje tu między innymi na problem cmentarzy cholerycznych lokowanych na terenie Żuław oraz niedostatecznie wciąż przebadany problem pochówków powstańców listopadowych internowanych w 1831 r. w Prusach Zachodnich. Rozdział ten zamyka charakterystyka nadzorowanych przez kościół szkół. Generalnie autor wskazuje na niski poziom edukacji w żuławskich placówkach, który wynikał z niechęci rodziców do posyłania dzieci do szkoły oraz z ogólnie niskiego poziomu wykształcenia nauczycieli. Jako unikalne źródło do dziejów szkolnictwa, autor przy- wołuje w tym rozdziale kronikę szkoły katolickiej w Kończewicach zapoczątkowaną w latach 80. XIX wieku przez nauczyciela Antona Pohlmanna i prowadzoną do schyłku II wojny światowej. Za fascynujący uznać można rozdział szósty, w którym przedstawiona została kondycja materialna poszczególnych wspólnot wyznaniowych na Żuławach. Autor podaj e tu, że wyznawcy innych wyznań byli zobowiązanymi do utrzymywania katolickiego systemu parafialnego na równi z samymi katolikami. Do końca XVIII wieku bowiem luteranie oraz mennonici nie posiadali własnych struktur kościelnych, a w związku z tym korzystali z sieci parafialnej kościoła katolickiego. W XIX wieku kościół katolicki był w stosunkowo dobrej sytuacji materialnej, co wynikało z tego, że posiadał własną ziemię (nadaną mu jeszcze średniowiecznymi przywilejami). Poza ziemią duchowni katoliccy uzyskiwali także dochody z kolędy, dziesięciny, opłat z tytułu tura sto-lae, a także z donacji testamentowych, wynajmu nieruchomości, oprocentowanych papierów wartościowych, a także z opłat za miejsca siedzące w kościelnych ławach. Podobne były źródła dochodu uzyskiwane przez kościoły ewangelickie, z tym, że jak już wspominano, kościoły te nie dysponowały na Żuławach własnym areałem ziemi. Zdane były zatem na ofiarność ze strony wiernych. Dochody otrzymywali pastorzy m.in. z kolekt (Sackgeki) czy za wykonywane według taryfikatora (Stolltaxe) posługi duszpasterskie. Ewangelicy próbowali także wymuszać na mennonitach partycypowanie w różnych wydatkach, które niekiedy wychodziły poza prawnie usankcjonowane ramy. Prowadziło to do sporów o świadczenia materialne, które toczyły się często przed sądami różnych instancji. Znaczącym źródłem finansowania, w przypadku na Recenzje 185 przykład budowy kościoła, była pomoc ze strony władcy pod postacią tzw. Gnaeien-geschenk. Co warto nadmienić, niektórzy obywatele zwolnieni byli z pewnych opłat na rzecz Kościoła. Należeli do nich na przykład inwalidzi wojny wyzwoleńczej z lat 1813—1815 (Bejreźungskrieg). Rozdział siódmy pracy poświęcony został kwestiom personalnym. Autor przedstawia w nim m.in. sylwetki osób związanych z kościołem katolickim. W pierwszej kolejności proboszczów i wikariuszy. Jednym z najbardziej wstrząsających fragmentów tego rozdziału jest opis męczeńskiej śmierci księdza Ernesta Karbauma zamordowanego w grudniu 1940 r. przez nazistów w obozie Stutthof. Poza duchownymi w rozdziale tym przedstawieni zostali także organiści, zakrystianie, grabarze, a nawet gospodynie zatrudnione w katolickich plebaniach! W przypadku kościoła ewangelickiego autor wskazuje m.in. na to, że pastorzy byli traktowani przez administracje państwową jako urzędnicy państwowi, a w związku z tym przysługiwały im urlopy, które spędzali m.in. udając się do miejscowości uzdrowiskowych^®. Co więcej, w przypadku duchowieństwa ewangelickiego na Żuławach, w wielu przypadkach profesja przechodziła z ojca na syna, na potwierdzenie czego autor opracowania przytacza szereg przykładów. W rozdziale ósmym podjęte zostały zagadnienia związane z praktykami religijnymi mieszkańców Żuław Malborskich i Elbląskich. Między innymi poruszone w tym rozdziale zostało zagadnienie małżeństw mieszanych i tego, czyją religię miały wyznawać dzieci poczęte z takich związków. Ponadto autor w sposób kompleksowy ’® Zob. np. J. Dargacz, Od Sopotu po Stogi. Początki kąpielisk morskich u> okolicach Gdańska (1800—1870), Gdańsk 2020. zaprezentował życie bractewne i stowarzyszeniowe w tym regionie. W przypadku kościoła ewangelickiego przedstawione zostały najważniejsze dokumenty regulujące liturgię, a także śpiewniki, które wykorzystywano w trakcie nabożeństw. Ponadto przedstawione zostały najważniejsze święta państwowe i kościelne. Badacz przytoczył nawet informacje dotyczące tego, w jakich godzinach odbywały się nabożeństwa w poszczególnych wspólnotach wyznaniowych. Bardzo interesujące są także kwestie poruszone w tym rozdziale dotyczące kapelanów więziennych" oraz nabożeństw przeznaczonych dla osób głuchoniemych. Rozdział dziewiąty traktuje z kolei o działalności opiekuńczej i charytatywnej na Żuławach. Przedstawiono tu zatem instytucje szpitalne tam działające. Co istotne, szpitale począwszy od średniowiecza przez cały okres nowożytny na XIX, a nawet XX wieku kończąc, były instytucjami, które nie tylko zajmowały się leczeniem chorych, ale przede wszystkim dawały azyl i zapewniały opiekę osobom ubogim. Poza szpitalem w Nowym Stawie funkcjonował również prowadzony przez ewangelików przytułek oraz założony w tym mieście ewangelicko--mennonicki sierociniec. Obok szpitali, przytułków i sierocińców na działalność charytatywno-pomocową składały się także działania podejmowane przez zgromadzenia zakonne oraz utworzone z legatów testamentowych prywatne fundacje. Ostatni, a zarazem najkrótszy, rozdział dziesiąty traktuje o zakonach działających na Żuławach w okresie od schyłku XVIII " O próby oddziaływania na więźniów poprzez odwoływanie się do ich sumień, może świadczyć także fakt, że penitencjariusze zakładów karnych zaopatrywani byli zarówno w biblię, jak również w śpiewniki i modlitewniki (w zależności od tego jaką religię wyznawali). - APG 55/18, k. 81. 186 Recenzje do I połowy XX wieku. Wspomina się tu między innymi o zakonach jezuitów, szarytek, katarzynek, franciszkanów prowincji śląskiej św. Jadwigi, elżbietanek. Opracowanie zamyka obszerny aneks, w którym przedstawiono dziewięć dokumentów, w przeważającej mierze są to statuty poszczególnych gmin mennonickich na Żuławach oraz statut gminy żydowskiej w Malborku. Ponadto w aneksie znajduje się wypis historii parafii ewangelickiej w Tuj-sku z 1757 roku oraz statut ewangelickiego przytułku w Nowym Stawie z 1826 roku. Dość nietypowym zabiegiem z perspektywy konstrukcji pracy jest umieszczenie przez autora zakończenia dopiero po aneksach. W zakończeniu autor nader wymownie przedstawia motywy które kierowały nim przy tworzeniu publikacji, pisząc m.in.: „Książka opisuje tylko fragment dziejów Żuław Malborskich i Elbląskich po 1772 r., formułując określone postulaty badawcze i wskazując na kierunki dalszej kwerendy archiwalnej. Książka powstała pod wpływem fascynacji ziemią żuławską i z intencją obudzenia wśród współczesnych Żuławian umiłowania małej ojczyzny. Nie można jednak kochać tego, czego się nie zna!” Rzeczywiście fascynacja autora ziemią żuławską dostrzegalna jest na kartach tej książki. Wypada mieć tylko nadzieję, że książka ta rzeczywiście przyczyni się do jeszcze większego zainteresowania Żuławami, które to zainteresowanie, co należy dobitnie podkreślić, w ostatnim czasie znacząco wzrasta. Do walorów publikacji należą jasna i klarowna konstrukcja, bogactwo wykorzystanych materiałów źródłowych, a przede wszystkim wiele tabel, które w sposób wyśmienity wizualizują zawarte w pracy wątki narracyjne. Niezwykle bogaty jest również wykorzystany materiał ilustracyjny. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że w przypadku części ilustracji podane zostały odniesienia źródłowe, z kolei w przypadku innych brak takich odniesień. Zapewne te ilustracje, w których brak odniesień źródłowych, znajdują się w prywatnych zbiorach autora, ale wówczas powinno to zostać odnotowane w tekście. Pewne wątpliwości budzi także w moim odczuciu umieszczenie na okładce książki wiatraka w Palczewie, choć w pracy nie pojawia się ani jeden wątek dotyczący tego zabytku. Z drugiej jednak strony jest to symbol Żuław, który marketingowo niewątpliwie przyciągnie uwagę czytelnika zainteresowanego tym obszarem. Jednak taka okładka może być dla odbiorcy nieco myląca. W pracy pojawiają się jedynie drobne omyłki, które siłą rzeczy zawsze towarzyszą tak rozległym i wielowątkowym opracowaniom. Zasadniczo w tekstach nie powinno się w podawać przy autorach ich tytułów naukowych (s. 13). Ponadto na stronie 130 w przypisie 127 autor podaje odniesienie źródłowe do Archiwum Państwowego w Elblągu z siedzibą w Malborku, tymczasem od 1 stycznia 2018 roku jednostka ta nosi nazwę Archiwum Państwowego w Malborku. Poza tym niektóre przypisy są nie do końca precyzyjne (np. str. 133, ptzyp. 5). Na stronie 259 znajduje się z kolei zdanie „W przeciągu tygodnia, od 10 do 12 października 1831 r., w powiatach gdańskim, malborskim, sztumskim i elbląskim znalazło się 17139 polskich wojskowych (...)”. Stwierdzenie „W przeciągu tygodnia” powinno zostać tu chyba zastąpione stwierdzeniem „W przeciągu trzech dni”. Na stronie 212 autor wspomina z kolei o budowie kościoła ewangelickiego w miejscowości Żuławki w roku 1891, wskazując zarazem datę rozbiórki kościoła, tj. rok 1967. W przytoczonych w przypisie do tego frag- Recenzje 187 mentu pracach nie ma informacji o dacie rozbiórki kościoła, taka informacja znajduje się za to w artykule mojego autorstwa’^ oraz na tablicy informacyjnej umieszczonej na cmentarzu ewangelickim w Zuławkach (datę rozbiórki ustaliłem w oparciu o materiały Gromadzkiej Rady Narodowej przechowywane w Archiwum Państwowym w Malborku). W odniesieniu do Zuławek autor na stronie 196 przytacza również informację o powodzi w tej miejscowości z 1740 roku. Prawdopodobnie chodzi tu jednak o powódź ze stycznia 1741 roku’^. Jak już wspominałem zarówno językowo jak i stylistycznie książka jest napisana nienagannie. Pomimo tego znalazły się w niej pojedyncze „literówki”. Gwoli skrupulatności pozwolę je sobie wymienić: s. 12 (został—►została), s. 36 (tych—►tym), s. 103 (pomiędzy przypisami 71 i 72 występuje przypis 1), s. 108 (w gmina-^w gminie), s. 110 przyp. 80 (w Pastwie—►w Państwie), s. 132 (stan technicznych—►stan techniczny), s. 164 (instrument-►instrumentu), s. 174 (po prawie—►po prawej), s. 198 (przy opisie kościoła w Tui podwójna spacja w określeniu „z dylami”), s. 236 (został—►została), s. 245 (świątynia-^świątynią), s. 263 (kilkadziesiąt lat na—►kilkadziesiąt lat później na), s. 328 przyp. 61 (3000 zadłu-żenie-*3000 marek zadłużenie), s. 406 (pozwolenia—►pozwolenie), s. 419 przyp. 3 (konsystorza—►konsystorz). Przytoczone powyżej drobne uwagi w ża- ’^ R Kubuś, Ofiary pożarów i zabójstw, topielcy oraz samo-bójcy, czyli nietypowe przypadki zgonów na Żuławach w świetle ksiĄg metrykalnych z parafii ewangelickiej w Żulaw-kach (XVI/I—XX wiek), „Rocznik Elbląski”, R III, 2020, s. 48. *’ R Kubuś, Gwałtowne zjawiska pogodowe oraz klfski żywiołowe na Żuławach i Mierzei w świetle kroniki kościoła ewangelickiego w Dretonicy (XVII—XVIII wiek), [w;] Ekologia w Prusach Królewskich, (red.) W. Zawadzki, Pelplin 2022, s. 268. den sposób nie wpływają jednak na wartość pracy, która, co należy z całą mocą podkreślić, jest nie do przecenienia. Książka ks. Wojciecha Zawadzkiego jest pod każdym względem pracą przełomową w badaniach nad dziejami Żuław. Wypełnia bowiem istotną lukę w historiografii tego regionu. Tym samym jestem głęboko przekonany, że będzie ona stanowiła drogowskaz dla przyszłych badaczy chcących zająć się przeszłością Żuław. Jednocześnie należy stwierdzić, co podkreśla również sam autor, że praca ta nie wyczerpuje całości zagadnienia. Wciąż pozostaje duża ilość tematów, które wymagają podjęcia w przyszłości, takie jak choćby kwestie gospodarcze i handlowe (targi i jarmarki na obszarze Żuław), kwestie przestępczości oraz medycyny (w tym weterynarii). W przypadku medycyny warto byłoby choćby uzupełnić badania ks. Zawadzkiego o przedstawienie statystyki zgonów cholerycznych pośród ewangelików na Żuławach. Ponadto warto byłoby prześledzić inne epidemie chorób zakaźnych, które nawiedzały ten obszar (m.in. ospa i odra) oraz rolę duchownych w ich zwalczaniu (np. zaangażowanie duchownych w akcję szczepień przeciwko ospie). Tematem, który z pewnością również czeka na swoje opracowanie są aspekty związane z migracjami Żuławiaków. Migracje takie miały bowiem nie tylko charakter ekonomiczny, ale również wynikały na przykład ze względów towarzyskich, czy zdrowotnych. W przypadku choroby bogatsi mieszkańcy Żuław szukali pomocy w specjalistycznych ośrodkach zlokalizowanych w dużych miastach, takich jak choćby Gdańsk. Z pewnością opracowania wymaga również tematyka Żuław w prasie, literaturze, pamiętnikach, dziennikach i relacjach z podróży oraz analiza 188 Recenzje Żuławskich ksiąg adresowych^^. Niemniej dzięki pracy ks. Zawadzkiego, Żuławy doczekały się nowoczesnego, wielowątkowego i rozległego studium, które od tej pory z pewnością stanie się punktem odniesienia dla obecnych i przyszłych pokoleń badaczy i regionalistów. '* Zob. np.; P. O. Loew, Gdańsk literacki (1793-1945), Gdańsk 2005; J. Mosakowski, Dzieje Gdańska w niemieckiej fowielci historycznej XIX wieku, Pruszcz Gdański 2009; R. Kubuś, K. Gentkowska, Kulisy życia na Żuławach i Kaszubach w I/>oł. XIX wieku w świetle relaeji wspomnieniowy Rudolfa Fossa, ..Argumenta Historica”, 2021, nr 8, s. 65—80; H. Dyck, Dziennik Żuławski z 1878 roku/ Tagehuch von 1787, tł. M. Rysicka, Sztum 2015; Adress--Buch des Landkreises Marienhurg in Westpreussen mit Ein-schluss der Stadte Tiegenhofund Neuteich, hrsg. O. Wunder-lich, Kónigsberg 1890. Noty o autorach Wacław Bielecki — od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności. Dyrektor Poradni Wychowawczo-Zawodowej oraz szkół medycznych w Sztumie. Meloman, autor książki Zapiski melomana z prowincji. Krzysztof Czyżewski — eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze — sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Paulina Hoppe-Gołębiewska — ur. 1986 w Malborku, od 2007 roku mieszkanka Sztumu. Związana z Fundacją Damy Radę, asystentka ds. marketingu w malborskiej firmie So Chic. Autorka blogu Radość i Partyzantka, a obecnie paulapisze.pl, gdzie w dalszym ciągu, z dystansem, pisze o codziennych sprawach. Heman Guerrero-Troncoso — urodził się w Curicó w Chile. Studiował prawo i filozofię na Universidad de Chile. Stopień doktora filozofii uzyskał na Papieskim Uniwersytecie Antonianum w Rzymie. Wykładał na Uniwersytecie w Maule (Talca, Chile). Współpracuje z UPJP 11 w Krakowie. Zajmuje się historią filozofii. Publikował w Brazylii, Chile, Hiszpanii i Włoszech, brał udział w konferencjach naukowych w Niemczech, Brazylii, Kolumbii, Chile, Francji i Włoszech. Od 2021 roku, z żoną Polką i trójką dzieci, mieszka w Sztumie. Oprócz filozofii zajmuje się pisaniem opowiadań, felietonów, rysowaniem i muzyką. Arco van leperen — pochodzi z Holandii. Studiował ekonomię w Hadze w Holandii oraz filologią angielską w Gdańsku. Jest lektorem języka angielskiego oraz wykładowcą ekonomii. Pisze wiersze po polsku, niderlandzku oraz po angielsku i tłumaczy teksty literackie. Jest członkiem Alternatywnego Elbląskiego Klubu Literackiego, Gdańskiego Klubu Poetów oraz Stowarzyszenia Autorów Polskich w Warszawie. Wydał książkę poetycką Bliżej w 2022. Jego wiersze zostały publikowane w różnych czasopismach i antologiach. Jest laureatem konkursów. Poza literaturą interesuje się muzyką i sportem. Andrzej Kasperek — ur. 1958, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim (seminarium prof. Marii Janion), pisarz, badacz literatury, działacz opozycji demokratycznej (jeden z założycieli Niezależnego Zrzeszenia Studentów), doktor nauk humanistycznych; od 1985 zajmuje się pracą nauczycielską (Liceum Ogólnokształcące w Nowym Dworze Gdańskim). Nominowany do Finału Nagrody Literackiej Gdynia 2011 za książkę Back in the DDR i inne opowiadania (2010). Autor tomu esejów Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło wschodnie (2013) oraz tomu opowiadań pt. Koronczarka (2013). W 2018 wydał 190 Noty o autorach Mój płaski kraj Żuławy. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2012). Żuławiak od urodzenia. Agnieszka Korol — ur. w 1964 r. Absolwentka pedagogiki Uniwersytetu Warszawskiego, nauczycielka, animatorka kultury, autorka powieści Listy z jeziora (2011), „Zamczysko” (2018) i „Rycerze Eonii”(2022), a także szeregu książeczek o smokach, scenariuszy filmowy i teatralnych, między innymi Kimkołwiek jestes' o bł. Dorocie z Mątów. Radosław Kubuś — ur. 1991 r. w Nowym Dworze Gdańskim. Absolwent historii i archeologii na Uniwersytecie Gdańskim. Specjalista ds. historii regionalnej w Bibliotece Elbląskiej, doktorant w Instytucie Historii UG. Swoje zainteresowania badawcze koncentruje wokół historii medycyny w epoce nowożytnej oraz dziejów prasy w I poł. XIX wieku. Andrzej C. Leszczyński — urodził się w Chodzieży. Eseista, wykładowca akademicki, okazjonalnie nauczyciel licealny. Studiował pedagogikę i filozofię. Autor trzech książek i ponad 200 rozpraw i szkiców z zakresu filozofii człowieka, etyki, antropologii teatru. Promotor ponad stu prac magisterskich i licencjackich. Prowadził teatralne warsztaty komunikacji i ekspresji w kraju i za granicą. Piotr Napiwodzki — ur. w 1972 w Jeleniej Górze, teolog, filozof, tłumacz, były dominikanin. W 2005 obronił doktorat na Uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim. W latach 2006-2010 rektor Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie. Wydał Błiżej niż się uyćłaje. O końcu świata, miłłenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei (2010) i Małe obrazki proste scenki. Powis'łańskim szłakiem Wiłhełma z Modeny i łosy całkiem współczesnych osadników (Biblioteka Prowincji 2019). Od 2010 mieszka w Koślince koło Sztumu. Wiesław Olszewski — ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof oraz Muzeum Zamkowym w Malborku. Michał Piotrowski — poeta, samorządowiec, rzecznik prasowy Marszałka Województwa Pomorskiego, autor przewodników po Pomorzu: Zapomniane Miejsca — Pomorskie i ZONA: Pomorskie. Przewodnik dła poszukiwaczy tajemnic. Ryszard Rząd - ur. w 1953 r., historyk, absolwent KUL. Pracownik Muzeum Zamkowego w Malborku. Autor szeregu publikacji poświęconych dziejom odbudowy zamku w Malborku na przełomie XIX i XX wieku. Leszek Sarnowski — ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TYP Olsztyn”, „TYP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989—1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do wołnosci (2017) oraz Ocałona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej (2017). Mariusz Stawarski — ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje Noty o autorach 191 się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku, Marek Suchar — psycholog, konsultant personalny i nauczyciel akademicki, absolwent judaistyki i archeologii biblijnej w Wyższej Szkole Filologii Hebrajskiej, kieruje podyplomowymi studiami „Judaistyka stosowana” na sopockim wydziale Uniwersytetu SWPS. Jest autorem licznych artykułów i książek poświęconych Jerozolimie, w tym wydanej ostatnio powieści Kwa^irat jerozolimski. Radosław Wiśniewski — ur. 1974 r. Absolwent psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mieszka w Kiełczowie, pracuje we Wrocławiu., związany z Brzegiem. Pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor miedzy innymi: Inne Bluesy (2015), Psalm dla Sw. Sabiny (2016), Dziennik Zenona Kałuży (2017). Współzałożyciel Stowarzyszenia Żywych Poetów w Brzegu, redaktor naczelny ex-kwartalnika „Red”, współpracownik „Odry”, „Studium”, „Undergruntu”. Paweł Zbierski — pochodzący z Gdańska scenarzysta i reżyser. Absolwent UJ i łódzkiej filmówki. Emigrant z Polski. Dyrektor artystyczny założonej w Paryżu firmy Fontaine Media. Wspólnie z Aleksandrą Fontaine wystawił w Teatrze w Perpignone w marcu 2018 francuskojęzyczną, kryminalną sztukę La filie a la valise osnutą wokół wydarzeń związanych z atakiem terrorystycznym na redakcję satyrycznego pisma „Charlie Hebdo” . Od lipca 2018 współzałożyciel wybudowanej w Saint Laurent de Cerdans w Katalonii Galerii „Poray”. Krystian Zdziennicki — ur. w 1992 r. w Sztumie. Absolwent historii oraz prawa na UG. Członek zarządu Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej. Zajmuje się badaniami historycznymi Pomorza ze szczególnym uwzględnieniem Powiśla. Autor błoga: totow.zie-miasztumska. blogspot. com 192