Darczyńcy Kwartalnika Prowincja WOJEWÓDZTWO POMORSKIE Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu ^;Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2022 roku” Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu FOBOS ONE Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos One PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr4 (50) 2022 Redakcja Leszek Sarnowski — redaktor naczelny Wacław Bielecki — sekretarz redakcji Piotr Napiwodzki Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Krzysztof Czyżewski, Paweł Zbierski, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Adam Langowski, Krystian Zdziennicki Projekt okładki: Mariusz Stawarski Str. III i IV - prace plastyczne Jacka Albrechta Skład komputerowy i przygotowanie do druku: KIMSO Marcin Zakiewicz Druk: Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury — sklep Tabularium Sztumskie Centrum Kultury Zakład fotograficzny Foto Mono II w Sztumie, Plac Wolności 19 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy — Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Pięćdziesiąta „Prowincja”......................................................5 Poezja Johannes Bobrowski...........................................................6 Sujata Bhatt...............................................................11 Krzysztof D. Szatrawski....................................................13 Proza Marek Stokowski — Wrzesień 1975 ...........................................15 Grażyna Kamyszek — Krawężnikowe dzieci.....................................22 Esej Andrzej C. Leszczyński — Okruchy...........................................27 Piotr Napiwodzki — Odważnie mówić — odważnie myśleć........................33 Paweł Kubicki — Wielki wybuch (nieuświadomionego) kapitału społecznego....38 Na tropach historii Grażyna Nawrolska — Z dziejów winiarstwa (cz. 1)...........................41 Piotr Zawada — Napoleońskie legendy, opowieści i ciekawostki z Dolnego Powiśla, Żuław i nie tylko.......................................48 Jean Rapp — Udręki zawieszenia broni.......................................57 Jan Chłosta - Księża katoliccy na Powiślu i ich rola w utrzymaniu języka polskiego ...62 Janusz Ryszkowski — Prześladowani za Rodło.................................72 Ryszard Rząd — Historie nie tylko malborskie (9)...........................79 Leszek Sarnowski — Franciszek Baumgart. Osaczony bohater...................86 Wędrówki po prowincji Radosław Kubuś — Trudny los kobiet na Żuławach i Mierzei w okresie nowożytnym...................................................94 „Zdeptałem Żuławy wszerz i wzdłuż...”, z Bernardem Jesionowskim, zabytkoznawcą-konserwatorem i znawcą tematyki Pomorza, rozmawia Alicja Łukawska...............................................100 Magdalena Gródecka — Znak Powiśla.........................................113 Bartosz Marguardt — Początki Szkoły Podstawowej w Cieszymowie i jej dalsze losy......................................................116 Andrzej Kasperek — Nowodworskie restauracje, knajpy i mordownie..........123 Małgorzata Łukianow — Uchodźczynie z Ukrainy w Kwidzynie — historie mówione.......................................................131 Galeria Żuławska Andrzej Kasperek — Wójt Janusz Goliński — Cedry to nie lipa..............136 Prowincje bliskie i dalekie Radosław Wiśniewski — Polin ‘2022 .......................................142 Marek Suchar — Rehavia. „Mały Berlin” w Jerozolimie......................151 Piotr Opacian — Jak Wikingowie odnajdowali drogę w bezmiarze wód Oceanu Atlantyckiego (1)...............................162 Muzyka Wacław Bielecki — Zapiski melomana ......................................165 Galeria Prowincji „Korci mnie, żeby zaczepiać ludzi...” z Jackiem Albrechtem rozmawia Anna Albrecht............................177 Czego ci matka nie powie... Paulina Gołębiewska-Hoppe................................................180 Recenzje Andrzej Lubiński — Kolekcjonerstwo na Pomorzu Nadwiślańskim..............183 Andrzej Lubiński — Skąd pochodzili bracia zakonu krzyżackiego?...........186 Janusz Ryszkowski — Odwrócona perspektywa................................188 Noty o autorach..........................................................192 PIĘĆDZIESIĄTA „PROWINCJA” Prowincja? Jak można tak nazwać kulturalny kwartalnik. No można, bo takiego nie było. Wielu kręciło nosem, bo przecież prowincja to nic dobrego, raczej zaścianek, wiocha i co tam jeszcze mizernego. To miała być intelektualna prowokacja, żeby pokazać, że prowincja też może brzmieć dumnie i ciekawie, może być oryginalnym wyzwaniem, miejscem spotkania i debaty. W pierwszym numerze pisaliśmy: „Prowincja, nie zaściankowa i peryferyjna, ale ciekawa i atrakcyjna, czasem nostalgiczna i zdystansowana, ale też kameralna i bardziej przyjazna, to miejsce, które uznaliśmy za swoje, to nasza Mała Ojczyzna. Chcemy pokazać jej prawdziwą, ciekawą twarz.” No i pokazujemy, po raz pięćdziesiąty. Andrzej Bursa w swoim buntowniczym wierszu „Sobota” w 1955 roku pisał: „mam w dupie małe miasteczka”. Małe miasteczko, ze swoją brzydotą i szarością, było symbolem PRL-u i dlatego stało się obiektem kontestacji autora. Inaczej, i mimo opresyjnego systemu, bardziej przyjaźnie na prowincję patrzył jednak Kornel Filipowicz, który w 1968 roku, w opowiadaniu „Moja kochana dumna prowincja”, pisał: „O, moja słodka, dumna i wrażliwa prowincjo! Jakże cię dobrze znam i rozumiem! Jestem przecież z ciebie, byłem tobą. Jesteś wrażliwa i czuła, ale pełna kompleksów, gdyż byłaś zawsze przedmiotem pośmiewiska. Jesteś mądra i chytra, kształcisz się i dużo czytasz, chłoniesz radio i telewizję, ale podejrzewasz, że mogą być od ciebie chytrzejsi. Panicznie boisz się, aby nie zostać nabraną. Masz swoje upodobania, znasz się na polityce, na literaturze i sztuce. Ale niechętnie ujawniasz swoje gusty, gdyż nie zawsze pokrywają się one z opiniami obowiązującymi w stolicach. Podoba ci się bardzo obraz tego malarza, książka tego pisarza, utwór muzyczny tamtego kompozytora? Ba. Ale nie masz nigdy pewności absolutnej, że to, co ci się podoba, jest złe! Chowasz więc swoje upodobania ukryte głęboko w sercu, a publicznie uznajesz i chwalisz wielkość tylko rzędu najwyższego. Najchętniej gościsz u siebie Iwaszkiewicza, nie zdziwiłabyś się, gdyby wstał z grobu Hemingway i pofatygował się do ciebie, do tego małego miasteczka, na autorskie spotkanie”. Jak widać, bywają różne spojrzenia na prowincję. Zresztą, jak się okazuje, z naszą „Prowincją” nie jesteśmy sami. A to restauracja „Prowincja” w Supraślu z oryginalnymi podlaskimi specjałami, a to kawiarnia o takiej samej nazwie w Krakowie, w której bywała Wisława Szymborska czy Adam Zagajewski. Restaurację „Prowincja” spotykamy w miejscowości Przysucha w mazowieckiem i w Warszawie na Mrówczej. No i w Sztumie od dwóch lat dwoje młodych ludzi — Maja i Bartek prowadzą swoją restaurację „Proyincia”, serwując smaczne dania kuchni włoskiej. Żeby było światowo, można dodać, że od XIX wieku Włochy podzielone są na prowincje, a żeby było i historycznie, to dodać należy, że w czasach Cesarstwa Rzymskiego podbite terytoria, jak choćby Brytanię, Germanię, Galię czy Afrykę, nazywano prowincjami i to prowincje stanowiły o rzymskiej potędze. No i jak tu nie kryć dumy z takiego towarzystwa. Może trąci to samochwalstwem, ale pięćdziesiąt numerów pisma wydawanego regularnie od 12 łat to chyba sukces. Nie o sukces nam jednak chodziło, a o idee, o mówienie własnym głosem, o obecność w publicznej debacie. Ludzie przychodzą na spotkania, kupują kwartalnik i nasze książki, czytają, chcą do nas pisać i u nas publikować, a ci, którzy spróbowali, w swoich notach biograficznych „Prowincję” wspominają. Statystyka jest imponująca. W ciągu tych lat wydaliśmy ok. 20 000 egzemplarzy naszego pisma. Zadrukowaliśmy łącznie 4 000 000 stron, w znacznej części na papierze ekologicznym. Wydaliśmy 11 książek w ramach Biblioteki Prowincji, takich autorów jak Andrzej Kasperek, Janusz Ryszkowski, Heinrich von Dyck, Leszek Sarnowski, Wacław Bielecki, Alicja i Halina Łukawskie, Piotr Podlewski, Piotr Napiwodzki, Andrzej C. Leszczyński. Daje to łącznie prawie 4 000 egzemplarzy czyli ok. 800 000 stron. I to wszystko trafiło pod strzechy, do naszych Czytelników. I to radość najważniejsza. Jeśli się jeszcze doda, i to już ostatni łyk statystyki, że w ciągu tych lat pisało do nas prawie sześciuset autorek i autorów, to będzie już cała „Prowincja”. Nie było by jednak nas bez WAS — CZYTELNIKÓW Wielkie dzięki za to, że Jesteście, Bywacie, Czytacie, no i przynosicie te wszystkie pyszności na nasze promocyjne biesiady. Bądźcie zdrowi i bądźcie z nami. Leszek Sarnowski Reeiaktor naczelny Kwartalnika „Prowincja” Poezja Johannes Bobrowski Przekł. Krzysztof D. Szatrawski WOŁANIE Wilno, dębie ty-brzozo moja Nowogrodzie -raz w lasach uleciał mój wiosenny krzyk, moich dni kroki rozległy się za rzeką. Ach, to jest ten jasny blask, letnia gwiazda, darowana, przy ogniu przysiadł gawędziarz, całą noc go słuchali, młodzi odeszli stąd. Samotnie zaśpiewa: Przez stepy wędrują wilki, myśliwy znalazł żółty kamień, spalił go w świetle księżyca. — Święta płynie, ryba przez stare doliny, zalesione wciąż doliny, ojczysta mowa rozbrzmiewa wciąż: Gorąco powitaj obcych. Sam będziesz obcym. Wkrótce. Poezja 7 NAD RZEKĄ Przyszłaś księżycową drogą, od Ostrej Bramy schodziłaś tu, z blasku starego obrazu. W fartuchu ukryłaś ręce. Drogą przyszłaś nad rzekę. Wieczorny blask, chwilowa przykrość z pyłu, pod uderzeniem wiatru zawsze i rozwiewa się w ślizgu jaskółki. Dziewczyno twoje spojrzenie z trzcin. Przez długi dzień wzywałem cię. Wypełnij mi ręce piaskiem, tej wilgoci pragnę, ciężaru. Teraz ciemnością oddychamy głębiej. Nasłuchiwałem ponad rzeką? Ptaka tam lub poniżej ryby w głębinie? „Kochany, wciąż odgłos skoku słyszę i w górze uderzenie skrzydeł. Nie opuszczaj mnie.” 8 Poezja WIEŚ Jeszcze obcy jak dźwięk bębnów odległy. Idę drogą. Pod polną brzozą pastuch, w szumie liści chmura deszczowa. Ku wieczorowi pieśń z długich dźwięków cichy krzyk w zaroślach. Wsi, między trzęsawiskiem i rzeką, uboga, zim twoich wczesnych światło wronie, pod olchami ścieżka, zarośnięta, chatki, miękkie, torfowym dymem zabarwione i deszczem, tyś mym światłem nieskończonym, mym światłem matowym, na marginesach wypisane mego życia, wciąż; Obraz myśliwego, zaczarowany, z głową zwierzęcia, namalowany w lodowym wgłębieniu, w skale. Poezja 9 DZIECIŃSTWO Wtedy wilgę kochałem — dźwięki dzwoniące w górze otwarte, spadające przez sklepienie liści, gdy przykucnąwszy na skraju lasu, na trawy źdźbło nawlekaliśmy czerwone jagody; ze swym małym wózkiem siwy Żyd nas mijał. Po południu w olch cieniu czarnym stały zwierzęta, gniewnymi ciosami ogonów odganiając muchy. Zdarzało się, chlusnęła burzliwa powódź deszczu z otwartego nieba; z całej ciemności krople smakowały jak ziemia. Albo chłopcy przybyli nadbrzeżną ścieżką z końmi, na błyszczących gniadych grzbietach jechali śmiejąc się nad głębiną. Za ogrodzeniem chmurne pszczół buczenie. Później, przez ciernie i trzciny przeleciał srebrny grzechot strachu. Zrosły się, żywopłot. Mrok okien i drzwi. Staruszka śpiewała w swojej pachnącej komórce. Lampa buczała. Mężczyźni weszli do środka, pokrzykiwali na psy przez ramię. 10 Poezja Noc, dawno rozgałęziona w ciszy — Czas, coraz bardziej śliski, bardziej gorzki Z wersu na wers miniony: Dzieciństwo — kiedy wilgę kochałem — PORT RYBACKI Wieczorem póki łodzie nie wyruszyły, jedna po drugiej, kocham cię. Do rana kocham cię ze słomą w komorze, z polnym wiatrem nad dachem, z żywopłotem przed twym domem, z psa szczekaniem nim stanie się jasno. Twarz w ryb ławicy, w rosie przyjdę jak ktoś czyich dłoni ciepło pochłania srebrna postać nocy. Słonymi ustami wchodzi. Teraz wskakuje do łodzi ostatniej. Poezja 11 Sujata Bhatt JĘZYK Johannesowi Bobrowskiemu W lipcu kosy czerwonoskrzydłe można tu zobaczyć lecące blisko nad Atlantykiem — Czerwone ostrza zatopione w czerni — oko śledzi w zachwycie — przez chwilę oko ignoruje ocean. Bagienna trawa prawie neonowa błyszcząca, o późnym poranku, słońce zamazane, mokre, żółtawo-zielone — i niebo Connecticut nagle najdelikatniejszy błękit, najczystszy lazur naprzeciw ogromnego granitu skał wzdłuż brzegu. Powietrze szumi sercami ptaków i owadów. Kamienie tęsknią za dotknięciem. Nie twoja kraina. Ale miejsce, które zmusiło mnie do zmiany — miejsce, do którego wracam. Mój teść urodził się w Tylży. Miałeś wówczas dziewięć lat — byłeś tam, gdzieś, spacerując pomiędzy lasem i wsią — gdzieś — może na rybach. Teraz moja córka chodzi do niemieckiej szkoły. 12 Poezja Ale dzisiaj w księgarni New Haven czuję ulgę w otoczeniu angielskiego. Więcej niż ulgę, ekstazę. I czuję jakby wszystko niemieckie zostało wymazane z mojego umysłu. A później natrafiam na twoje wiersze — w przekładzie, oczywiście — i muszę po nie sięgnąć i muszę przeczytać kilka stron, ostrożnie, zanim kupię. Późną nocą, ożywają wspomnienia twoich oryginalnych niemieckich słów, wspominam zimę, przez którą mnie prowadzili, zimę wilgoci i śmierci przed Nowym Rokiem. Okazuje się, że pamiętam swą bezpośrednią drogę do twoich niemieckich dźwięków: w końcu, brzoza nie pękła, a lód się stopił i mogłam spacerować nad rzeką z twoimi słowami bezpośrednimi, nie tłumaczonymi, w moich ustach — Poezja 13 Krzysztof D. Szatrawski TŁUMACZENIE BOBROWSKIEGO 1. Obecność wśród nieobecnych jak dźwięki pod dłonią, pod stopą słowa spływające pod mostami naszego dzieciństwa pod dełikatną skórą wiersza którą niespodziane ranią słowa zdradliwie trzeszczące jak cienki lód na Wilejce, Gubrze, Pregole po którym uciekamy przerażeni janusowym obliczem przyszłych historii — gdzieś tam zakończył się świat. A dalej można już tylko uciekać w przestrzeń ujemną w odbierające oddech mroźne ciemności w świadomość bezcelowości wszystkiego co zdołaliśmy zatrzymać w pamięci. 2. Zaropiałe oczy, cuchnący oddech drogi grząskie i chłód nieustanny przenikający nerwy do granicy bólu — z takiej oto materii zostaliśmy stworzeni, a słowa jak nerwy, jak kłącza korzeni, jak darń, z której budowaliśmy tamę na rzeczce za szkołą. Tak, chciałbym przez to powiedzieć, że poezji tłumaczyć się nie da, że gramatyka to DNA naszych myśli. 14 Poezja Ale to myśl okazuje się w końcu wszystkim czym jesteśmy. 3. Wołanie od Wilna, Nowogrodu, od wsi dzieciństwa i biedronek wspinających się w drżącym cieniu w czasie tak spowolnionym jakby nigdy nie miało nastąpić stulecie, które już zdążyło przejść i zapaść w niepamięci. Pochylamy się nad studnią, nad wodą stuletnią odbijającą nasze ciemne głowy wkomponowane w krąg nieba. Ale nas, nas już tam nie ma. Nie mogę tego powiedzieć. Bo nie o słowa chodzi, nawet nie o smak ani inne zmysły. Jaki miałoby sens całe to szczęście dziwaczne, dziewicze gdyby je tylko nazwać, zapisać, gdyby nawet wypełnić nim całą bibliotekę. Co nazwane, to w połowie zapomniane. I tego tłumaczyć nie muszę. Krzysztofo. Szatrat//ski o Johannesie Bobroioskim ’ •' Przez nostaigiczriĄ pamięć o rodzinnym mieście i ze s'wiadomos'ci(} ponadczasotiych zwiifzkóio i wy-borów wartościryd^ch, wci^ź od nowa odkrywam dla siebie Johannesa Bobrowskiego, który zanim stal się wybitnym poetź}, w latach 1,925-1928 mieszkał w Pastenburgu fpo wcjnie: Kętrzyn) i uczęszczał do Herzog-Albrechts-Schule (po wojnie Liceum Ogólnokształctice im. Wojciecha Kętrzyńskiego). Zarówno obrazy będące budulcem poezji Bobrowskiego jak i jego postawa intelektualna jest mi bliska w sposób, który może wyjaśniać tylko obecność genii hci. Pamiętam z lat sześćdziesiiftych to częściowo zniszczone i nieodbu^wane, a jednocześnie mało jeszcze zmienione, tętniące życiem miasto z mnóstwem fibrycznych kominów i syrenami ogłaszającymi początek koleinę) zmiany. Pamiętam wielonarodową społeczność, która wbrew wszystkim niełatwym historiom próbowała się poczuć gospodarzami swego losu i wspólnie budować przyszłość, chociaż w przyszłości czekały nas głębokie zmiany, nagonki i migracje, zmiany i przewartościowania. Obecność Johannesa Bobrowskiego chroni nas przed mechanicznym i w łstocje zdehutnanizowar^m pojmowaniem historii. Daje on świadectwo prawdzie, która, obleczona w konkretne kształty i zdarzenia, ma wartość ponadczasową. I czyni to językiem na tyle odkrywczym, że nie potrafię nie ulegać jego magnetycznej sile. Proza Marek Stokowski WRZESIEŃ 1975 ‘ Wieś opuściliśmy w miarę prędko. Przy drodze nie stały komitety pożegnalne. Już w polach Filozof odwrócił się nagle i zawołał do nas: — Patrzcie! Proszę bardzo, spojrzeliśmy. Ponad linią lasu, na wzniesieniach za bezdymnym jeszcze Starym Jarem, piętrzyła się wieża kościelna, a nad nią szybował, zataczając spore koła, ptak ogromny jak szybowiec. Ewka nie umiała nam powiedzieć, czy to kania, bielik, czy rybo-łów. Ona lepiej znała się na ssakach. Ptak machnął skrzydłami, no to mu odmachaliśmy. Z nim pożegnaliśmy się, jak trzeba. * Już się miało na dziesiątą, jak mówiła moja babcia mieszkająca w Olszownicy. Czyli było po dziewiątej. Prowadziła nas aleja — lipowa, klonowa i częściowo jesionowa. Nic właściwie nie jechało, ledwie jeden rowerzysta i jedna mleczara. Świeciło nam w plecy. Robiło się ciepło. Otaczały nas rozległe, nieprawdopodobnie żyzne pola kwidzyńskiej żuławy. Od czasu do czasu leciały żurawie. Jak się idzie z dziewczynami, to jest dużo, dużo piękniej, niż gdy idzie się samemu. Z tym że one dużo mówią. Jak ktoś woli kroczyć w ciszy, to musi wybierać pomiędzy tym pięknem, a samotną drogą przez pastwiska. Ja nie miałem z tym kłopotu, z tym całym wyborem, bo bardzo lubiłem Marysię i Ewkę. Właściwie Marysię nie tylko lubiłem. * Tam, w drodze do Gniewa, szczegółowo nam opowiedziały o swoim noclegu u pani Markowicz. Gospodyni o nie dbała jak o własne, nieobecne w domu córki. A dbała tak czule, bo przestał odpadać jej kapsel, jak to określiła chuda Ewka. To można zrozumieć w ten sposób, że pani Celinie już nie pulsowała z bólu czaszka. Tak więc były: śnieżna pościel, łazienka Fragment przygotowywanej do druku powieści Marka Stokowskiego, Lotnicho, Akcja rozgrywa się w latach 70. na Powiślu, na polach między Sztumem a Kwidzynem. 16 i pranko. Był też cichy pan Markowicz, woźny w szkole w Starym Jarze, który siedział przed telewizorem i zupełnie sobie nie przeszkadzał. I była herbatka z melisy, i kawał makowca. Kłopot w tym, że gospodyni zaczęła się zwierzać — nie ze swego życia intymnego, tylko z sekretnego życia publicznego, jeżeli tak można w ogóle powiedzieć. To znaczy mówiła o dramatach w okolicy. Dziewczyny robiły w ten sposób, że jedna słuchała, a druga subtelnie znikała, brała kąpiel i tak dalej, o potem wracała i ta druga mogła zniknąć. Z czasem wycofały się do łóżek. Po paru minutach już nawet zasnęły, zaś pani Celina dalej snuła opowieści o pijaństwie, zdradach, poronieniach, wyjazdach do Niemiec, niechcianych i chcianych poczęciach, operacjach chirurgicznych, uzdrowieniach, nawróceniach, i wioskach za lasem, w których mieszka wielu zbirów. A w końcu i ona zasnęła, na krześle. * Jak się idzie z chłopakami — twierdziły dziewczyny — to jest dużo, dużo śmieszniej, niż gdy idzie się samemu. Z tym że oni dużo wrzeszczą, przeklinają i są głupi. No nie wszyscy, ale większość. Jak dziewczyna woli iść w spokoju, to musi wybierać pomiędzy tym śmiechem, a samotną drogą przez pastwiska. Marysia i Ewka nie miały kłopotu z właściwym wyborem, bo one nas bardzo, jak sądzę, lubiły. Marysia to nawet lubiła mnie bardziej niż bardzo, tak czułem, chociaż z lekka to skrywała. A Ewka patrzyła w Rafała jak w obraz. Dlatego szły z nami i jeszcze słuchały, gdy opowiadałem o dwóch paniach siedzących na kłodzie, jedzących kiełbasę i palących papierosy. Przytoczyłem ich rozmowę. Filozof umierał ze śmiechu. Marysia i Ewka też chichrały się radośnie, aż w końcu spojrzały na siebie z uwagą, otrzepały się ze śmiechu, jak ze słomy na ubraniu, i zaczęły przy-marudzać. — Oczywiście, tak jak zawsze — rzekła Ewka — kobiety do garów, do ciężkiej roboty, a faceci zrobią łaskę, że usiądą i coś zjedzą, otoczeni wierną służbą. — Ty, Arek — wtrąciła Marysia — ty jesteś, naprawdę, prymityw. — To przecież nie ja wymyśliłem! Tak mówiły te kobiety! — odwołałem się do faktów. — My usłyszałyśmy to o d ciebie! Weź, dyskutuj z dziewczynami. * Ewka tak ciągnęła całą stawkę, jak koń wyścigowy. Czasami po prostu nie mogłem nadążyć. Wgapiała się w zamek, który trwał na horyzoncie, i rwała ku niemu, narzucając straszne tempo. Jakoś tak przed Szkaradowem okazało się, że inne konie, zwykłe szkapy pociągowe, są szybsze od Ewki. Dwa lśniące gniadosze ciągnęły wóz z chłopem. Wóz dogonił nas przed mostem na niewielkiej rzece Liwie. Woźnica zawołał: — A gdziezwy tak, ludzie, idzieta? 17 — Do Gniewa, za Wisłą — odpowiedział mu Fiłozof. — A po co? — A mamy tam sprawę. Poważną — powiedziała chuda Ewka. — Jak tako poważno, to, prędko, siadajta. Piekne panny to do miasta musą jechać jak do śłubu! Zaczęliśmy wyć ze szczęścia. No może nie wyć, bez przesady, ale zrobiliśmy spory hałas, aż gniadosze się zdziwiły. * Na wozie leżało kilka sporych kostek słomy. Doskonale na nich się siedziało. Woźnica był chudy, miał na głowie tłusty kaszkiet i ćmił papieroska. Właściwie udawał, że pali, bo jego papieros już ostygł i był krótki jak zapałka. Facet mówił identycznie, jak sąsiedzi mojej babci, i całkiem inaczej niż pani Celina, a zwłaszcza pan Hacken. Krępowałem się zapytać, skąd tutaj przyjechał, za to on się nie krepował. — A skądże jesteśta? — Z Warszawy. To znaczy z Okęcia. — Tak z samy Warszawy?! — aż gwizdnął. — To mieskata koło Gierka! Mozę byśta dla mnie załatwiły talony na węgiel albo snurek do snopowiązałki? — tak się zaśmiał, że niechcący wypluł papierosa. — A ja jestem z Kieleckiego. Psyjechali my na odzyskane z jedno krowo, psem i kotem, po cterdziestym sóstym roku. — Moja babcia też jest stamtąd i tak samo pięknie mówi — powiedziałem do powożącego. — Jak, pięknie? Normalnie. My gadamy po swojemu, nie tak dziwnie jak tutejse. One mówio: Jo, jo, panef Albo: szurek, znacy — chłopak. Albo: buksy, glonek, dziakać. A szauerek to nawet my tera tak z niemi mówimy. Gniady z prawej popiardywał, woźnica zagwizdał, a my się śmieliśmy, bo — nie wiem dlaczego — pierdzenie jest śmieszne. * To jest może nie do uwierzenia, ale trochę jakby płynęliśmy. Nie dlatego, że nawierzchnia szosy była gładka. Wręcz przeciwnie, wyglądała jak zbombardowana. Wóz miał koła z oponami, a trząsł się i skakał. Mimo wszystko płynęliśmy, płynęliśmy przez żuławę, po morzu zielonym, brązowym i wrześniowo już żółknącym. — A babcia to skąd? — spytał sternik. — Z Olszownicy. — Ja znam! Piękna wioska. Tam front się zatsymoł na parę miesięcy. Z jednej strony były Niemce, po drugiej stał Ruski. — Wiem, babcia mówiła. 18 — My, panie, z Lipnika, niedaleko Sandomierza — wyjaśnił woźnica. — Po wojnie, tam u nas było bida, strasno bida. Tu dowali gospodarstwa i tatuś z mamusio przyjechały wtedy z nami, z wszystkiemi dzieckami. A ziemia tu ciężko — pokazał na morze, po którym żeglował. — Tseba się naucyć taki gleby. Jak naucys się, nie zginies. Naharujes się jak osioł, ale ona tobie odda. Ino zdrowie zęby było. Zdrowie, panie, najwazniejse. Świeciło, szumiało. Płynęliśmy z dobrym wiatrem. * Nasz sternik powracał z GS-u, jak się wraca z wielkiej wojny. Powracał przegrany. Gospoda o rannej godzinie zamknięta, więc nie mógł tam zostać, by utopić straszny smutek. Wyjechał z chałupy przed piątą, żeby być na miejscu, w Starym Jarze, jeszcze przed otwarciem bram GS-u, bo się łudził, że w ten sposób uda mu się zdobyć, znaczy kupić, z pół tony cementu. Ale mu się nie udało. Nie dowieźli, rozdzielili między swoich, sprzedali na lewo, coś z tych rzeczy, tak jak zawsze. A ty nie klnij i nie marudź, ciemny chłopie małorolny, tylko masz odstawiać kontyngenty, dostarczać pszenicę, kartofle i żywiec, za pół darmo, punktualnie, nawet jeśli ci nie obrodziło, a potem masz błagać, żeby ci sprzedali trochę sznurka, garść nawozów albo papę i eternit. U dziedzica było lepiej, dużo lepiej, bo po ludzku — śmiał się gorzko chłop w kaszkiecie. * Rafał zagrał na organkach. Oczywiście coś odpowiedniego, czyli coś marynarskiego — piosenkę Klenczona i zespołu Trzy Korony: 10 w skali Beauforta. Koń mu pięknie popiar-dywał, w dobrym rytmie, jak basista. Dziewczyny ze śmiechu po prostu sikały. Woźnica promieniał. Nadzwyczajnie mu się podobało, więc wołał o więcej. Filozof mu zagrał bardzo świeży przebój AB BY Mamma Mia, a dziewczyny zaśpiewały. Sternik zaraz się roztańczył, jakby Rafał ciął oberka. Tańczył oczywiście na siedząco, z lejcami i batem trzymanymi mocno w dłoniach. Zgiął w łokciach ramiona, machał nimi jak skrzydłami, podobny do kaczki. No to my — jak on — jęliśmy machać swoimi skrzydłami, takimi zgiętymi, aż ze statku zrobił się samolot. No może przesadzam, ale — muszę to powiedzieć — już nie tyle płynęliśmy, ile lecieliśmy nad polami. * Po powrocie do pływania spytałem sternika: — Pan tu mieszka niedaleko? — Dwa kilosy za Janowem. Tam u nos, do wojny, był Reich a nie Polska. — No, wiadomo — wtrącił Rafał. — Terytorium Trzeciej Rzeszy, tak zwane Ostpreu^en, rozciągało się tu wszędzie z prawej strony linii Wisły. — Nie! W Janowie było Polska! Tak ludziska sobie wywalcyły, kiedyś, kiedyś, w plebiscycie. Jak wojna wybuchła, to ich fryce mordowały, zemściły się hycle. 19 Pogubiłem się zupełnie. Rafał też nie wiedział, o co chodzi. I w ogóle większość ludzi, jak się później o tym przekonałem, nigdy nawet nie słyszała o tak zwanej Małej Polsce z prawej strony rzeki Wisły. A szkoda, cholernie. Obiecałem sobie wtedy, że poszperam w bibliotekach i dowiem się czegoś o Janowie — przedwojennym i wojennym. Uparłem się strasznie, no i dotrzymałem obietnicy. Za Szałwinkiem, tuż przed miejscowością Małe Pólko, nasz sternik powiedział, że najlepiej dla nas będzie, jak tu właśnie wysiądziemy, przejdziemy przez wał, ten po prawej, a potem pójdziemy przez łęgi, dochodząc w ten sposób do promu. Życzliwie zapewniał, że stąd bliżej niż z Janowa. I właśnie tak było. Przy rozstaniu z kapitanem Rafał zagrał przebój rejsu: Mamma mta. Znowu wspólnie tańczyliśmy, a koń popiardywał, tym razem ten z lewej. Życzyliśmy sobie najlepszego. Chłop na konnym statku ruszył dalej po płaskiej żuławie, a my rzuciliśmy się przez morze cukrowych buraków. * Przeciwpowodziowy wał — wysoki, porośnięty bujną trawą — ciągnął się z południa ku północy, a może na odwrót. Kiedy patrzyliśmy z jego szczytu, zamek Gniew wydawał się tak blisko, że ktoś mógłby tam dopłynąć w powietrzu w pięć minut. To było złudzenie. W owym miejscu wał przebiegał daleko od rzeki. Tę przestrzeń pomiędzy korytem a wałem zajmowały żyzne łęgi z okami wodnymi, polami, krępymi drzewami tworzącymi małe wyspy, z bujnymi łąkami i krowami na pastwiskach. Jak to wszystko wyglądało w skandynawskim słońcu września? No jak? No, genialnie. A w liceum mieli chemię, geografię i fizykę. * Za sprawą Duńczyków, a szczególnie Kirstin z Vivi, obfitowaliśmy w różne ciuchy. Teraz musieliśmy upchnąć je w plecakach i torbie Rafała, ponarzucać na ramiona, przewiązać na biodrach. Dlaczego? Dlatego, że zrobiło się gorąco. Szliśmy sobie polną drogą. Rafał pogadywał cicho z Ewką. Ja zerkałem na Marysię, ona na mnie, też z uśmiechem, trzymaliśmy się za ręce i z największym trudem skrywaliśmy — przed sobą i światem — wezbrane pragnienie całowania się na środku pola, pod niebem Powiśla. Leciały żurawie, fruwały czeczotki, piecuszki i czajki, i w ogóle różne ptaki o imionach nam nieznanych. O ptakach nad Wisłą nie mieliśmy żadnej lekcji. Uczyliśmy się o ścianie, sztywnej ścianie komórkowej. Zbudowana jest z kompleksu kwasu muraminowego z nieodzownym tam polipeptydem. 20 W połowie dystansu między wałem przeciwpowodziowym a brzegiem wiślanym zrobiliśmy krótki postój. Dziewczyny wołały do krów na pastwisku i nęciły je bukietem ziół, kwiatów i trawy. Ja z powodów naturalnych stanąłem ukryty za gęstwiną krzaków głogu. Spokojne sikałem, patrzyłem na zamek i myślałem, że właściwie mógłbym zostać tu na zawsze, tak jak w puszczy za Benowem. No tylko że znowu brakowałoby mi w tym miejscu naszego lotnicha ze startami i lądowaniami, pilotami i stewardesami. * Każdy z pozostałej trójki wędrowników korzystał z mojego przykładu, czyli wchodził na minutę za parawan z krzaków głogu, żeby kontemplować widok zamku. A potem, szczęśliwsi i lżejsi, ruszyliśmy w stronę rzeki. Polna droga przeszła w szosę, bardzo wąską, dojazdową, a ona przywiodła nas prędko do przyczółka promowego. Na przyczółku stanęliśmy na krawędzi Polski wschodniej, spoglądając na zachodnią. Staliśmy na wschodzie kontynentu europejskiego i obserwowali jego zachód — nie, nie w sensie politycznym, ale klimatyczno-biologicznym. Wiedzieliśmy o tym z artykułów w „Dookoła Świata” i „Na Przełaj”. A rzeka płynęła. Z południa na północ. I podobno tak od wieków. Gapiliśmy się na wielką wodę, a tak można gapić się bez końca. * Przed nami, za Wisłą, rysowała się wysoka skarpa, jak górskie urwisko. Siedział na niej zamek z cegły, nasz wierny drogowskaz. Skarpę wieńczył biały pałac. Po lewej, za płaszczyzną pól i pastwisk, zaczynały się pagórki, może nawet powiem — góry, porośnięte gęstym lasem. — Ksiądz Antoni wspomniał wczoraj — Rafał przerwał naszą ciszę — że te wzgórza na południu nazywane są Alpami Tymawskimi. Tę nazwę podobno wymyślił Sobieski. Wtedy jeszcze nie był królem, miał tutaj starostwo. Bardzo lubił tam polować. I znowu zgłupiałem. Gdzie Sobieski tutaj? U Krzyżaków? Obiecałem sobie — sprawdzę. A potem, naprawdę, i to posprawdzałem. * Przyczółek promowy przypominał głowę wieloryba zanurzoną paszczą w wodzie. Owa głowa zamiast skóry miała płyty — bardzo duże, betonowe — łagodnie schodzące w nurt rzeki. Staliśmy na czole. Razem z nami na przeprawę czekał człowiek na motorze. Po chwili dojechał kierowca popielatej nysy z PGR-u. Tamci zaraz zapalili. Ewka trochę się denerwowała. Najwyraźniej 21 chciała ich naciągnąć na sporctaka albo klubowego, no ale obecność Rafała całkowicie ją obezwładniała. Prom już płynął do nas, bezszelestnie. Wibrowała gruba lina łącząca dwa brzegi. Prom przypięty był do owej liny, jak medalik do łańcuszka. Chlupotała lekko woda, kłóciły się mewy. * Przednia rampa najechała na płyty przyczółka. Ponury przewoźnik otworzył wewnętrzny szlabanik. Z pokładu zjechały na ląd dwa pojazdy: syrenka i żuk bez plandeki, po czym zeszło parę osób bez własnych pojazdów, głównie panie z zakupami. Nadszedł czas na zaokrętowanie podróżnych ze wschodu. Najpierw pan promowy wpuścił nysę, potem jawę, a na końcu czwórkę pieszych. Stanęliśmy przy barierce. Niestety, dziewczyny przypomniały sobie o Cyklopie i zaczęły panikować, że on może tędy płynąć. Kto wie, czy za moment nie wystrzeli zza zakrętu. Jakiego zakrętu? — próbowałem trzymać się rzeczywistości (na Wiśle pod Gniewem nie było zakoli). Marysia i Ewka pominęły tę uwagę i dalej jęczały, że jak bandzior nas wypatrzy, to wiadomo, co nam zrobi: staranuje i zatopi. I chciały uciekać, wyskakiwać na nabrzeże. My z Rafałem — dajcie spokój, nie róbcie obciachu, płyniemy po wózek! Po tym haśle, tym o wózku, dziewczyny umilkły. Prom odbił od brzegu. Sunęliśmy w błogiej ciszy. * Jak to w ciszy? Ano właśnie. Prom nie miał silnika! Płynął napędzany siłą rzeki. Przewoźnik ustawiał na burcie jakąś taką dużą płetwę i ona sprawiała, że nurt nas popychał w obranym kierunku. Pruliśmy wzdłuż liny. Przesuwała się pomiędzy obracającymi się bloczkami. Nie wiedziałem, na co patrzeć: na te bloczki i stalówkę, na faceta, który kręcił wielką korbą, regulując ustawienie wobec liny-prowadnicy, czy na zbliżające się sylwety pałacu i zamku. Przeprawa minęła o wiele za szybko. Ja bym chętnie płynął dłużej, żeby móc nagapić się do syta. Kiedy prom już dobił do przyczółka na zachodnim brzegu rzeki, Ewka zbiegła na nabrzeże. Ja zszedłem ostatni, bo przez moment rozmawiałem z ponurym promowym. Chcia-łem mu po prostu podziękować. Odpowiedział: — Nie ma sprawy. Pamiętam, że był tam i drugi pracownik, ale on się nie narzucał. * Wkroczyliśmy na Pomorze, precyzyjnie mówiąc — na Kociewie, i ruszyli w stronę zamku, precyzyjnie mówiąc — w stronę miasta. 22 Krawężnikowe dzieci Grażyna Kamyszek KRAWĘŻNIKOWE DZIECI* (...) w mojej ksii}żce chciałam pokazać, jak ważne w naszym życiu s^} miejsca, w których możemy odnaleźć swojr} tożsamość, spojrzeć na siehie z innej perspektywy, zrozumieć, że ci, którzy pachną nafialiną, mogą mieć wpływ na życie zbuntowanych, wszystkowiedzących, szukających chaotycznie prawdy o sobie. Niebagatelne znaczenie ma czas miniony i czas teraźniejszy, spleciony nierozerwalnymi więzami. Ta książka nie powstałaby, gdybym spędziła dzieciństwo w innym miejscu, gdybym swojego własnego obrazu świata nie kresTiła od najmłodszych lat na krawężnikowych kamieniach, zostawiając na nich s'lady swojego DNA. (...) ROZDZIAŁ I CEL UŚWIĘCA ŚRODKI Ksenia nie wiedziała, która była dokładnie godzina, gdy wymknęła się z pokoju Angłika, chudego i bladego jak nadchodzący świt, chociaż ta pora dnia bywała niekiedy przepiękna. Niestety, nie można było tego powiedzieć o podstarzałym wyspiarzu, z którym spędziła kolejną noc. Kiedy po raz pierwszy znalazła się w jego pokoju, od razu wyjął z portfela kilka banknotów i położył je na stoliku przy łóżku. Był chyba przyzwyczajony do spotkań z kobietami wiadomego autoramentu, które same się wpraszały do pokoju, by umilić mu pobyt na delegacji. Ksenia nie tknęła pieniędzy, tłumacząc płynną angielszczyzną, że nie jest kobietą, za którą ją bierze. Skonsternowany kajał się za niefortunną sytuację i faux pas dużego kalibru. Zasugerował, aby nie odrzucała banknotów i w ramach przeprosin kupiła sobie coś, na co miałaby ochotę. Kusił całkiem sporą kwotą. Łakomie patrzyła na pieniądze. Jakże mocno działały na wyobraźnię, wabiły nowym ciuszkiem, torebką, butami, jednak poskromiła swoje zakusy, patrząc z wyrzutem na kochanka. Chciała być wiarygodna w jego oczach, bo takiego działania z jej strony wymagał cel, jaki postawiła sobie na początku znajomości. Już podczas pierwszego spotkania w Drink Barze, a potem w hotelowym apartamencie, wiedziała, że trafiła na odpowiedni grunt do realizacji swojego zamysłu. Gdyby wtedy spod nocnej lampki, której światło odbijało się w hologramach banknotów, wzięła chociaż jeden z nich, zaprzepaściłaby możliwość realizacji misternie przez nią ułożonego planu. Uświadomiła wyspiarzowi, że nie jest prostytutką, lecz kobietą, której może zaufać. Nie musiał jej płacić za wspólnie spędzony czas, który w sposób niewymuszony, podlany lampką wina, wykorzystywali nie tylko na rozmowy o życiu. Postanowiła przekonać go o swoich czystych ' Fragment najnowszej powieści Grażyny Kamyszek, Krawężnikowe dzieci, Wydawnictwo Literackie Białe Pióro 2022. Grażyna Kamyszek 23 intencjach, o uczuciu, jakim go darzy, o planach, które wiąże z jego osobą. Konsekwentnie, dzień po dniu misternie budowała piramidę uczuć mającą postawić tego nieciekawego chu-dzielca na samym jej szczycie. Miała świadomość swojej wartości. Przy nim odkryła zalety kokieterii, korzystając z niej bez umiaru. Wcześniej nie była świadoma, że można w taki sposób działać na mężczyzn. Z pogardą patrzyła nawet na koleżankę z biura, Dagmarę, do której przylgnęło określenie „kokietka”. Teraz sama się nią stała. Poza tym nadarzyła się okazja, aby podszlifować angielski, z którym od dłuższego czasu nie miała kontaktu. Ksenia mogła zaimponować wykształceniem, elokwencją, ale przede wszystkim urodą. Miała wszelkie predyspozycje, by łamać męskie serca. Burza półdługich, czarnych naturalnych loków, przypominających artystyczny nieład, które niekiedy próbowała ujarzmić prostownicą; duże, brązowe oczy podkreślone wymodelowanymi brwiami; długie rzęsy pogrubione tuszem; zgrabny, nieco zadarty nos i usta naturalnie wykrojone w serduszko — to wszystko sprawiało wrażenie, że patrzyło się na twarz zdziwionej lalki. Ale najważniejsze były oczy, bo głównie na nich skupiał się wzrok rozmówcy. Potrafiła tak czarować spojrzeniem, że niejeden mężczyzna miękł w jej obecności, dostrzegając czułość, błaganie, zachwyt lub delikatną prośbę, której nie można było zignorować. Całość uzupełniała filigranowa postura o zgrabnych kształtach, czyniąca z niej interesującą kobietkę, od której trudno było oderwać wzrok. Co więcej, miała w sobie wrodzoną subtelność. Wiedziała, że wyzwala w Angliku emocje i doznania, jakich dawno nikt w nim nie wzbudził. A on? Był zauroczony i z lekkim niedowierzaniem przyjmował każde miłe słowo, a przede wszystkim cudne ciało u swego boku. Nie pojmował, że ktoś taki jak on znalazł bratnią duszę, na dodatek piękną, mądrą, ze złamanym sercem, szukającą stabilizacji przy starszym mężczyźnie, a nie przy jakimś niedojrzałym dupku, który kolejny raz ją skrzywdzi. Taką, która nie zaglądała mu do portfela. Spędzała z nim mile czas, ignorując jego pieniądze. Może to odpowiednia pora, aby rozstać się z marudną żoną i ułożyć sobie życie z młodą, śliczną i wykształconą Polką? Ostatnie spotkanie przed rozstaniem miało przypieczętować ich związek. I tak się stało, lecz zanim to nastąpiło, Ksenia po mistrzowsku wyreżyserowała każdy dzień, tym bardziej że scenariusz opracowała w swojej pięknej główce ze szczegółami uwzględniającymi nie tylko dialogi, ale też i didaskalia. Gdy podczas drugiego spotkania Ksenia zauważyła, że pieniądze ze stolika wróciły do portfela wyspiarza, przypuściła atak złożony z konkretnych propozycji wyznaczających wspólną przyszłość w Londynie. Anglik poszedł jak w dym, widząc siebie przy boku atrakcyjnej kobiety, a nie wiecznie niezadowolonej żony. Wśród jego znajomych stało się normą, że koledzy z branży powymieniali swoje towarzyszki na młodsze modele. Chyba tylko on trzymał się kurczowo węzła małżeńskiego, chociaż liczne naprężenia i pęknięcia świadczące o jego niewierności mogły być powodem do definitywnego zakończenia związku. A jednak od czterdziestu lat tkwili razem na dobre i na złe, przede wszystkim dzięki żonie. Jej ślepota w niedostrzeganiu wiarołomstwa męża była podyktowana obawą o utratę dostatniego, ustabilizowanego życia. W opinii rodziny i znajomych uchodzili za wzorowe małżeństwo, którego przypieczętowaniem miały być zbliżające się wielkimi krokami rubinowe gody. Pożegnalnemu spotkaniu Kseni i Angli- 24 Krawężnikowe dzieci ka towarzyszyły deklaracje, zapewnienia i dalekosiężne plany, od których kipiał hotelowy pokój na drugim piętrze. Godziny przed rozstaniem przedłużyły się nie tylko z powodu ustalania konkretów dotyczących ich wspólnej przyszłości, ale także przez seks, który miał być zapamiętany na kilka tygodni posuchy. On wróci do Anglii, do nudnej, starzejącej się żony, będzie ją systematycznie przygotowywał na duże zmiany w ich życiu, ona zaś wróci do obowiązków, które ostatnio bardzo zaniedbała. Wizyty w pokoju Anglika były dla dziewczyny wentylem bezpieczeństwa wobec niebezpiecznych zapędów, jakie nią targały, kiedy przebywała w pobliżu swojej pracodaw-czyni, leciwej pani Władysławy. Było to wprawdzie chwilowe zajęcie, ale jakże wyczerpujące dla całego systemu nerwowego tak kruchej istoty, jaką była Ksenia. Musiała wytrwać, jeśli chciała doprowadzić do końca swój plan. Wszystko wiązało się z ogromnym ryzykiem, miała tego świadomość, jednak konsekwencja w działaniu i efekty, jakie za tym kroczyły, utwierdzały ją w przekonaniu, że zmierza właściwą drogą. Czuła, że Anglik dotrzyma słowa. Rozkochała go w sobie, a to był ważny krok, by grać na jego uczuciach. W duchu żałowała, że pieniądze, które zaoferował podczas pierwszego spotkania, nie znalazły się w jej portfelu, jednak dzięki temu była bardziej przekonująca. Zanim opuściła pokój po pożegnalnej nocy, złożyła dyskretny pocałunek na czole kochanka. Nie chciała go budzić, lecz on uśmiechnął się, chwycił jej dłoń i z szacunkiem pocałował, życząc jej miłego dnia i rychłego spotkania w Londynie. Ot, dżentelmen całujący dłoń swojej wybranki. Pogładziła go po łysiejącej głowie. Wstał, aby się z nią pożegnać, i znowu sięgnął do portfela. Wyjął plik banknotów, zapewniając, że to na jej bilet do Anglii. Odsunęła rękę kochanka, patrząc z wyrzutem w jego głęboko osadzone oczy. Zrozumiał jej spojrzenie i przeprosił delikatnym pocałunkiem. Cholera, czyżby mnie sprawdzał? — pomyślała z niepokojem, bo sytuacja była krępująca. Miała ogromną ochotę, by skorzystać z propozycji wyspiarza. Banknoty tak bardzo wabiły nowym zapachem perfum i modnymi ciuszkami, ale w porę się opamiętała. Jeszcze ostatni pocałunek, pożegnalny przytulasek i wyszła z pokoju. Dyskretny recepcjonista ze wzrokiem utkwionym w ekran komputera nawet na nią nie spojrzał, gdy przemierzała duży hol, kierując się do drzwi, za którymi czekała na nią taksówka. Przebiegła wzrokiem po pustej i ciemnej o tej porze sali restauracyjnej, obok której znajdował się hotelowy Drink Bar — miejsce dobrze jej znane, również puste, oświetlone dzięki punktowym lampkom rzucającym nikłe smugi światła. Taksówkarz zapewne wziął ją za prostytutkę wyższego sortu, jednak było jej to obojętne. Nie miała na sobie nic tandetnego. Czarne markowe legginsy, miękka, kaszmirowa tunika, której kolory przywodziły na myśl piękną złotą jesień. Do tego niewielka skórzana torebka, co upodobniało ją raczej do młodej bizneswoman, która zasiedziała się nieco przy omawianiu z szefem jakichś strategicznych planów firmowych. Delikatny makijaż, ukrywający zmęczenie Kseni, nadawał jej twarzy subtelności. Czujny recepcjonista obserwował wszystko, co było w zasięgu jego wzroku i kamer. Wiedział, że za fasadą niewinności kryje się zupełnie inna osoba. Grażyna Kamyszek 25 Już kilka razy widział czarnulkę z poskręcanymi figlarnie spiralkami, chaotycznie spadającymi na oczy i nie tylko, bo kiedy przemierzała hol, pochylała głowę i wtedy włosy okalały lekko zarumienione policzki. Niewinne oczka pod starannie wyprofilowanymi brwiami zasłaniała firanką długich rzęs, mając chyba nadzieję, że pod przymkniętymi powiekami ukryje swoją tożsamość. Usta pociągnięte koralowym błyszczykiem dodatkowo podkreślały jej nietuzinkową urodę, przykuwając wiele męskich spojrzeń. Recepcjonista z zawodowo wyuczoną dyskrecją udawał, że nie dostrzega śmigającej po hotelowych korytarzach dziewczyny. Sprawiała wrażenie zagubionego dziecka, wyrośniętego, kruchego niejadka, którego trzeba było zachęcać do spożywania posiłków wyszukanymi metodami. Wiedział, że jest z barmanem w dobrej komitywie, dlatego postanowił porozmawiać z Bartkiem o tym, co wyprawia jego znajoma. Zawsze pachniała drogimi perfumami, wypełniając ich zapachem hotelowy hol, a także i ciasne wnętrze taksówki podwożącej nie pierwszy raz nocną pasażerkę pod wskazany adres. Wysiadła w willowej dzielnicy przy Ogrodowej pięć. Kodem otworzyła furtkę. Kocimi ruchami pokonała alejkę wysadzoną dorodnymi tujami, przed którymi rósł niewysoki, równo przycięty bukszpan. Czarne balerinki tłumiły odgłos kroków na marmurowych schodach. Weszła do okazałej willi i znalazła się w półmroku małego wiatrołapu, oświetlonego słabą żarówką, której blask dodatkowo pochłaniał ciemny abażur. Przedsionek łączył się z okazałym holem rozwidnionym kilkoma kinkietami. Zajrzała na chwilę do pokoju po prawej stronie, by upewnić się, że wszystko w porządku z osobą, którą zostawiła bez opieki kilka godzin temu. Wiedziała, że nic niepokojącego nie miało miejsca, w przeciwnym razie odezwałby się w jej komórce specjalny alarm. Uspokojona cichym pochrapywaniem wypełniającym wnętrze sypialni, udała się do pomieszczenia naprzeciwko, będącego od pewnego czasu jej azylem. Teraz błyskawiczny prysznic i do łóżka na szybki sen, bo o szóstej pobudka — pomyślała. Dochodziła godzina trzecia. Uświadomiła sobie, że po raz pierwszy tak długo znajdowała się poza domem, ale w końcu było to pożegnanie, więc należało zaryzykować. Nastawiła budzik w telefonie i zadowolona z wieczornego wypadu na drinka, zakończonego w przytulnym hotelowym pokoju, życzyła sama sobie dobrego snu. Zdąży wypocząć przed podróżą zaplanowaną przez jej podopieczną. Ma na to kilka dni, musi tylko oddać samochód do przeglądu i zacząć pakować niezbędne rzeczy, szczególnie pani Władysławy, która co chwilę kazała zmieniać garderobę w przepastnej walizie. Dobrze, że miała za sobą pożegnanie z bladym chudzielcem, którego ciało natrętnie przypominało obleńca. Brrr... Nie jej typ, daleki od umięśnionych pośladków, sprężystych nóg, silnych ramion, w których uwielbiała się chować, przywierając do męskiego, szczodrze obdarowanego owłosieniem torsu. Takich mężczyzn lubiła i z takimi, zanim poznała Anglika, spotykała się niezobowiązująco od czasu do czasu. Przekonała się, że życie potrafi boleśnie kopnąć. Teraz ona zaczęła kopać. Jakby obudziła w sobie drugą naturę, dotąd głęboko uśpioną, czyhającą na odpowiedni moment, aby ujawnić swoje prawdziwe oblicze. Jej nowe „ja” nakazało zawładnąć sercem Anglika. 26 Krawężnikowe dzieci Na samą myśl o obleńcu czuła obrzydzenie, ale cel uświęca środki. Makiaweliczny stosunek do świata zdominował ostatnio jej życie. Czy miała tego świadomość? Oczywiście! Nie chciała niczego zmieniać w dążeniu do celu, bo życie nauczyło ją, że chcąc coś osiągnąć, trzeba być podstępnym, przebiegłym i postępować bez skrupułów. Tak jak Dagmara, „najlepsza koleżanka” Kseni. W myślach wciąż często nazywała ją przyjaciółką, lecz tylko w myślach. Miała powody, by nie szafować tym słowem nadmiernie. Kryło się pod nim zbyt wiele wspaniałych określeń, którymi nie do końca można było obdarować wszystkich z najbliższego grona. Zasmakowała w przeszłości goryczy porażki i bolesnego zawodu, było to jednak w czasach szkolnych. W dorosłym życiu nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Chwilowe załamanie było potrzebne, aby wyciągnąć wnioski i wziąć przykład z fałszywej mendy, jaką okazała się Dagmara, i nie tylko ona. Suka skupiła wokół siebie damsko-męski chórek współpracowników, dyrygując nim po mistrzowsku pochlebstwami i obietnicami lepszej przyszłości. Łyknęli przynętę i czekali z niecierpliwością na spełnienie obietnic. Ksenia dopiero po jakimś czasie uświadomiła sobie, jakże była łatwowierna, przekraczając w swojej naiwności wszelkie granice i wystawiając się na złośliwe, pokątne szepty. Bardzo chciała się zmienić, musiała uzdrowić swoją psychikę, przekonać się, jak to jest być wredną, fałszywą suką, widzącą jedynie własny czubek nosa. Miała ku temu i motywację, i dobrych nauczycieli. Czerpała od najlepszych, od mistrzów manipulacji o miłych, nadmiernie uprzejmych twarzach, za którymi kryły się pokłady jadu; od obłudników żerujących na naiwności i uczciwości. Teraz ona wkroczyła na makiaweliczną ścieżkę rozwoju, widząc w niej szansę na lepszy byt, a że ktoś mógłby być narażony na cierpienie, to już nie jej problem. Za wszelką cenę chciała zerwać z nazbyt grzeczną przeszłością, mnóstwem empatii i przyjaznym uśmiechem, z postrzeganiem jej przez otoczenie jako ciepłej kluchy. Jej celem było zbudowanie takiego anturażu, aby dostrzeżono w niej wredną egoistkę, która bez skrupułów depcze to, co w ludziach najlepsze. Pracowała nad tym, by taką opinię o sobie usłyszeć z ust tych, którzy byli nieszczerzy, obdarzając ją przyjaźnią, zaufaniem i pochlebstwami a zażyłość wykorzystywali bez skrupułów do swoich celów. Musiała odbudować pokiereszowaną psychikę. Robiła to dla siebie, terapeutycznie, nie zasilając kieszeni fachowców od fobii, psychoz i natręctw. Na razie szło jej całkiem nieźle. Pod okiem Bartka nabierała pewności. To on wskazał jej nową drogę życia. Wyposażył ją w odwagę i wiarę w siebie. Nie czuła, że straciła grunt pod nogami. Stąpała po silnym fundamencie. Nie było w nim pęknięć. Była młodość, uroda, mądrość, i był Bartek. Na jak długo wystarczy jej determinacji w budowaniu nowego wizerunku? Miała się o tym przekonać już wkrótce. Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY BYŁO, NIE MINĘŁO Teraz Jest za późno aby się dziwie Dlaczego jesteśmy tam gdzie jesteśmy Dianę di Prima Wiele osób to mówi, że im dalej od dawnych przeżyć, tym wyraźniejsze bywają ich obrazy. Wielki, rosnący wciąż obszar minionego czasu i życia, z którego nie wiadomo, w jaki sposób wydobywają się na powierzchnię pewne zdarzenia. Początek roku szkolnego, szósta klasa w gliwickiej podstawówce na Wróblewskiego. Zaraz po lekcjach, nowy w tej szkole, nie rozumiejący niektórych śląskich słów, mam pokazać, co potrafię na boisku. Piłka (bal?) ustawiona, biorę rozpęd, strzelam trochę na oślep, udało się, rudy bramkarz (budziorz?) śmieje się i bezradnie rozkłada ręce. Niezły szczur, ktoś klepie mnie po ramieniu, może się nadać na rezerwowego. Do dziś pamiętam, jak poczuł się dwunastolatek z Ostrówek, małej wioski w powiecie chodzieskim. Wiele innych obrazów z tamtych czasów wyostrza kontury. -Chcesz się bić? Chodź na Wandy! — mówi do mnie nieżyjący od kilkudziesięciu lat Andrzej M. Ulica Wandy, równoległa do Wróblewskiego, zarośnięta wtedy i nieoświetlona, była miejscem załatwiania przeróżnych porachunków. Z całą klasą idziemy na „Krzyżaków” do kina Bajka na Dolnych Wałów. Tuż przed rozpoczęciem seansu słychać cichy płacz pani profesor M. od matematyki, rozchodzi się wieść o śmierci Wieśka L., kolegi walczącego od dłuższego czasu z rakiem. Poruszenie gaśnie przy pierwszych scenach filmu, po raz pierwszy oglądanych w kolorze na wielkim ekranie. Stoję na czatach, gdy Rysiek L. ze Staszkiem S. wykręcają mikrofon ze słuchawki w budce telefonicznej przy poczcie u zbiegu Poniatowskiego i Dąbrowskiego. Rysiek zainstaluje go w swojej gitarze i podczas prób będzie robił śmieszne wygibasy, chcąc uniknąć buczących sprzężeń z radiem pełniącym funkcję wzmacniacza. Poprzestanę na tych wspomnieniach, bo zauważyłem, że podczas ich spisywania pojawiają się coraz to nowe. Zbigniew Żakiewicz pisze w tonacji metafizycznej o czymś chyba nieodległym: „Łagodność dzieciństwa, tego pierwszego, najdawniejszego. Bóg wie ile lat wstecz sobie liczącego — przychodzi do mnie jesienną, chorobową porą. Zbliżamy się do Początku — dlatego, że zbliżamy się do Kresu?”. 28 Okruchy WYBÓR W antycznej Grecji kształtowało się przekonanie związane z nieuchronnością alternatywy: albo masz, albo wiesz. Być może początki takiego przekonania związane są Platonem, z jego poglądem, że mądrzy są tylko bogowie, wiedzą bowiem wszystko. Wiedza (mądrość) jest wartością niestopniowalną: wiedzieć, to wiedzieć wszystko, trochę wiedzieć, to w istocie niczego nie wiedzieć. Im bardziej masz, tym mniej wiesz. Trzymasz coś blisko oczu, widzisz detal, cząstkę, która podczas dalszego zbliżania do oka rozpływa się, zamazuje, traci kontury, aż stanie się już tylko częścią oka. Lapidarnie ujął to Keji Nishitani, uczeń Martina Heideggera: „Oko nie widzi siebie”. Z powody braku dystansu nie sposób zobaczyć Królestwa Bożego: „Królestwo Boga jest w was (entos hymon, £VToę npcóv). Tomas Halik, komentując powyższe zdanie z ewangelii św. Łukasza, mówi o szukaniu Boga „gdzieś”, „poza nami”. „Ale tam Go nigdzie nie ma. Nie widzimy Go, ponieważ jest bardzo blisko. Nie jest odległym bytem ponad nami, to głębia naszego życia, jest w naszym byciu [...]. To, co jest najbliższe, najłatwiej przeoczyć”. Mając, nie wiesz. Warunkiem uchwycenia całości jest dystans, oddalenie, utrata (gr. apostase, a7tóaTaaT|), optyka określona w łacinie jako perspektywa (perspectiva). Per-spectó znaczy spojrzeć przez coś, rozejrzeć się, zaś perspectió to pojmowanie, poznanie. Z dystansu (w perspektywie) przedmiot poznania ujawnia się w całości, czyli wyraźnie (distincte; distinctus — różny, wydzielony). Wyraźnie, to znaczy „na tle” — oddzielnie, odmiennie w stosunku do otoczenia. Leszek Kołakowski: „[...] rozumiemy tylko przez kontrast, tylko wtedy, gdy umiemy zrozumieć [...] że przedmiot jawi się tylko na tle świata, którym nie jest”. Dystans jest synonimem obiektywności, braku uwikłania, emocjonalności, poznawczego chłodu, może nawet czegoś, co Bertold Brecht określał jako efekt obcości. Pozwala widzieć rzecz sine ira et studio (bez gniewu i sprzyjania), jak określił to w swych „Rocznikach” Tacyt. Całość uwidocznia siatkę współzależności i kontekstów (contextus: pozostający w związku) pozwalających uchwycić właściwy sens szczegółu. O całości myślowej, jaką jest teoria, pisze Werner Heisenberg w książce tak właśnie zatytułowanej: „Część i całość” (tłum. Kazimierz Napiórkowski). Wspomina rozmowę z Albertem Einsteinem, który wskazał mu, że dopiero pełna teoria rozstrzyga o tym, co jest obserwowalne. „Zainteresowanie szczegółami jest dobre i konieczne, bo chcemy w końcu wiedzieć, jak jest naprawdę”, ale - jak powtarzał Niels Bohr — „Tylko pełnia prowadzi do jasności”'. Myślenie, mawiał Heidegger, jest „zbliżaniem się do odległego”. Oto konkretyzacja, jaką daje Hanna Arendt: „Wyruszamy w podróż, by zobaczyć rzeczy znajdujące się w odległych miejscach; w toku tego przedsięwzięcia zdarza się nieraz, iż rzeczy, które widzieliśmy, stają się nam bliskie dopiero w retrospekcji lub we wspomnieniu, kiedy nie jesteśmy już we władaniu bezpośredniego wrażenia — tak jakby odsłaniały swoje znaczenie dopiero wtedy, gdy nie są już obecne”. Uchwycenie całości jest szczególnie trudne w przypadku samowiedzy. Delfickie „poznaj samego siebie” (gnóthi seauton [yv(oOi asauTÓyj) jest zaproszeniem do poznawczej pułap- Do wyjątków należy pogląd reprezentowany przez Lwa Szestowa, którego zdaniem rozległość rodzi iluzję: „[...] dla dokładnego zaznajomienia się z jakimś przedmiotem, trzeba podejść do niego blisko, dotknąć go, pomacać, obejrzeć z góry, z dołu, ze wszystkich stron” {Apoteoza nieoczywistości). Andrzej C. Leszczyński 29 ki, w którą człowiek łatwo wpada. Ja to mózg. Nie „mam” mózgu, lecz on mnie „ma”, jest „mną”. Mózg poznaje mózg, siebie: oto istota tej pułapki — wysiłku samoodniesienia, auto-referencji?. O takiej właśnie barierze pisze prof. Ewa Kosowska (,Antropologia literatury. Teksty, konteksty, interpretacje”): „Oto człowiek — jakkolwiek rozumiany — podejmuje trud wyjścia poza samego siebie i formułowania prawd o sobie. Stąd badania antropologiczne — jeśli mają mieć charakter obiektywistyczny — przypominają w pewnym stopniu wołanie Archimedesa o punkt podparcia, pozwalający na podniesienie ziemi”. Trudno więc dziwić się żalom kierowanym do Boga przez św. Augustyna Aureliusza: „Ciężko się trudzę, o Panie, na tym polu, którym ja sam dla siebie jestem. Stałem się dla siebie polem kamienistym: gdy się je uprawia, pot zalewa oczy. Nie badam teraz szlaków nieba, nie wymierzam odległości między gwiazdą a gwiazdą, nie próbuję odkryć, w jaki sposób ziemia wisi w przestrzeni. Siebie badam, swoją pamięć, swój umysł. Nic dziwnego, że to, co nie jest mną, jest ode mnie odległe. Ale cóż mi może być bliższe niżeli ja sam sobie? A oto nie mogę pojąć właściwości mojej pamięci, chociaż bez niej w ogóle nie mógłbym mówić o sobie” („Wyznania”, tłum. Zygmunt Kubiak). Rzeczywiście, zadanie to trudne, być może niewykonalne: „dokonać zobiektywizowanego rozbioru jakiegoś zjawiska, pozostając w jego ścisłym wnętrzu” (to słowa Tomasza Stawiszyńskiego, filozofa). Jakąś szansą obiektywizacji samowiedzy jest sztuka. Polski poeta awangardowy Józef Czechowicz pisze o sztuce jako „najwyższym wyrazie samouświadomienia ludzkości” (zdanie to, jako motto, drukowane jest na okładkach lubelskiego kwartalnika ,Akcent”). Właśnie dlatego możliwe jest owo samouświadomienie, że sztuka jest „sztuczna”, oddalona od tego, co w ludziach „realne” (forma). Inną szansą jest drugi człowiek, ktoś, kto mając do mnie dystans, mówi co we mnie widzi (tzw. informacje zwrotne). „Największy wysiłek przyjaźni polega nie na ukazywaniu błędów naszych przyjacielowi, lecz na odkrywaniu mu jego własnych”, pisze Franęois de La Rochefoucauld. Tyczy to także przynależności narodowej, która po uzyskaniu takich informacji bywa trudna do zaakceptowania. Oto co pisze Adam Zagajewski („Stare kroniki filmowe”): „Polacy nie wiedzą, czym jest Polska, nie mogą wiedzieć — tylko z zewnątrz można to zobaczyć. Dotyczy to zapewne wszystkich narodów — tylko obcy widzą, czym one są, w swych chwilach wielkich i w momentach upadku [...]. Tylko obcy mają odwagę nazwania tej substancji, którą jesteśmy, tylko oni ją widzą w ostrym świetle. [...] Kto podróżuje po świecie, wie, że w różnych miejscach spotka cudzoziemców dwojakiego rodzaju: albo zachwyconych rycerskością Polaków, albo takich, którzy nie będą chcieli z nami rozmawiać, bo tak reagują na słowo »Polska«. To nasze lustra, lustro naszych bohaterów i lustro naszych szmalcowników”. ZOBACZYĆ INACZEJ Kim jest dla mnie ten oto człowiek, dowiem się wtedy, gdy rozejdziemy się — na jakiś czas, albo na stałe. O tym by nie tracić świata - i by na nowo odkryć bliskie osoby — pisał Blaise Cendrars (Frederic-Louis Sauser): „Kiedy się kocha trzeba odjechać/ Rzuć swą żonę rzuć swe dziecko/ Rzuć przyjaciela rzuć przyjaciółkę/ Porzuć kochankę porzuć kochanka/ Tales z Miletu mawiał, że najłatwiej jest udziełać rad innym, a najtrudniej poznać samego siebie. 30 Okruchy Kiedy się kocha trzeba odjechać” (tłum. Julia Hartwig). Kim był ktoś bliski pojmę — pojąłem - dopiero teraz, gdy już go nie ma, gdy umarł i jest za późno, by móc cokolwiek zmienić. Pisze Tadeusz Różewicz po śmierci syna w 2008 roku: „jak to się stało/ że nie powiedział nigdy kocham Cię tato/ że ja mu nie powiedziałem kocham Cię synku”. Oto słowa Tadeusza Kantora, które można uznać za kwintesencję jego idei „teatru śmierci”: „To dopiero umarli/ stają się (dla żywych)/ zauważalni/ za tę najwyższą cenę/ uzyskują swoją odrębność/ odróżnienie/ swoją POSTAĆ/ jaskrawą i niemal/ cyrkową”. Podobną myśl zapisuje w „Dzienniku” Jarosław Iwaszkiewicz: „ [...] zupełnie nie wiedziałem, że najważniejszą osobą tamtej epoki był dla mnie Józio [parobek ze Stawiska — acl]. Teraz za późno, nie mogę mu nic powiedzieć i tylko patrzę na te poblakłe i niedobre fotografie, które wyglądają zupełnie jak cienie, jak fantomy”. A o swoim koniu. Siwku: „Dopiero jak umarł, zobaczyłem, jak go kochałem”. Podobnie jest ze szczęściem. Barbara Skarga, pytana, kiedy czuła się szczęśliwa, odpowiada: „Pewnego lipcowego dnia w Chocieńczycach, gdzie przed wojną co roku spędzałam wakacje, ale wtedy nie wiedziałam, że to jest szczęście”. Helena Zawistowska („Od Wilii po Uklę”): „Szczęśliwe było nasze dzieciństwo, ale 85 lat temu nie wiedzieliśmy, że jesteśmy szczęśliwi”. I jeszcze Jadwiga Waszkiewicz, młodzieńcza miłość Czesława Miłosza (rozstał się z nią w brzydkich okolicznościach), w liście do sławnego już poety (1982): „W Wilnie zawsze przed świętami zaczynał padać śnieg, było przytulnie, jeździły saneczki, dzwoniły dzwonki, a Ty stałeś pod tym piecem do sufitu. Teresa przynosiła samowar, a mama nalewała herbatę, człowiek nigdy chyba nie wie, kiedy jest szczęśliwy?”. Czym jest ojczyzna, najlepiej wie ten, „kto ją stracił” (Mickiewicz, także Gombrowicz). Albo miasto: Władysław Panas („Oko cadyka”): „Dopiero z nieba — i tylko z nieba - widać tę przedziwną osobliwość Miasta. Z nieba, czyli z góry, z pewnej wysokości. To, o czym mówię, może zobaczyć każdy bez wyjątku, każdy, kto ma oczy do patrzenia, ale pod warunkiem, że będzie patrzył z niebieskiego punktu widzenia. Z ziemi nie widać”. Tak samo jest z językiem, wiarą, sztuką czy kuchnią. Z własnym miejscem, czyli szeroko rozumianym domem. Dom jest miejscem, do którego się wraca, nieopuszczany byłby więzieniem. Dante Alighieri mówi o nauce, jaka płynie z wyjazdu: dopiero wtedy, gdy opuścisz dom, zobaczysz co znaczy „przy obcych modlić się ołtarzach, jeść cudzy chleb”. Claude Levi-Strauss pisze w „Smutku tropików” o podróży, która była poznaniem świata opuszczonego. „Przez dziwny paradoks, zamiast otworzyć przede mną nowy świat, moje pełne przygód życie zwracało mi raczej mój dawny świat, podczas gdy ten, do którego chciałem się dostać, rozłaził mi się w palcach. Im bardziej ludzie i kraje, na których podbój wyruszyłem, traciły dla mnie, wraz z ich osiągnięciem, na wartości, jakiej się spodziewałem, tym częściej te zwodne, choć obecne obrazy ustępowały innym, zachowanym przez moją przeszłość i do których nie przywiązywałem żadnej wartości, kiedy związane były jeszcze z otaczającą mnie rzeczywistością” (tłum. Aniela Steinsberg). Można przytoczyć wiele podobnych przykładów. Zobaczę z dystansu całe swoje życie zawodnika czynnie uprawiającego sport, kiedy doznam trwałej kontuzji, albo gdy przekroczę pewien wiek. Podsumuję myślowo swą pracę zawodową idąc na emeryturę. Albo bycie ojcem — matką — gdy dzieci się usamodzielniły. Stanisław Dygat z poczuciem niejakiej Andrzej C. Leszczyński 31 ulgi zaprosił przyjaciół na uroczyste przyjęcie z okazji zakończenia swego życia seksualnego (okazało się, że musiał potem uroczystość tę powtórzyć). O konieczności zachowania dystansu do badanych zjawisk mówi wielu historyków. Można spotkać opinie, zgodnie z którymi rzetelne badania historyczne zaczynają się wtedy, gdy nie żyje nikt z bohaterów badanego okresu (stąd oksymoron: historyk z IPN). Kolega Z., socjolog, z lubością powtarza, że lepiej od innych rozumie to, co dokonywało się w polskiej polityce, gdyż był tego bezpośrednim — w Stoczni i w Sejmie — świadkiem. Może jednak byłeś za blisko, żeby móc to zrozumieć, mówię mu nie bez złośliwości, na co reaguje lekceważącym uśmieszkiem. Nie wiem, czy czytał uwagi, jakie zamieścił w „Dialogu” Marek Beylin; „[...] choć nie ma historii bez świadków, to historia świadectw pokazuje, jak bardzo bywają one bałamutne. Pamięcią rządzą sentymenty, emocje, fragmentaryczny ogląd, formatowanie przez kolejne własne wybory zmieniające się otoczenie. Czemu często towarzyszy przekonanie o nadsłuszności własnego oglądu przeszłości, nawet jeśli niejednokrotnie ulegał on modyfikacjom. Świadek to więc nierzadko zaraza”. Nie powinno dziwić, że najbardziej trafne sądy dotyczące rzeczywistości wypowiadają osoby od tej rzeczywistości oderwane. Ważne, by zobaczyć inaczej, z odwrotnej strony. Głęboki sens religijności pokazywali ludzie nie pozostający w związku z jakimkolwiek wyznaniem, często przeczący potocznym wyobrażeniom dotyczącym wiary. Myślę o pracach, jakie napisał Mircea Eliade, ateista z faszystowską przeszłością: „Traktat o historii religii”, „Sacrum i profanum. O istocie religijności” czy trzytomowa „Historia wierzeń i idei religijnych”. A także o twórczości Piera Pa-olo Pasoliniego, lewicującego (wyrzuconego za homoseksualizm z partii komunistycznej) poety, malarza, filozofa i reżysera, który w swych często skandalizujących filmach, takich jak dedykowana papieżowi Janowi XXIII „Ewangelia według świętego Mateusza” (otrzymał za nią nagrodę Stolicy Apostolskiej), opowieść o świętym Franciszku z Asyżu „Ptaki i Ptaszyska” czy „Teoremat”, pokazywał dramat cielesności uwikłanej w doświadczenie sacrum. Aktorki grające w filmach Pedro Almodovara zgodne są, że właśnie on — mężczyzna, gej — wie o kobietach i kobiecości więcej niż one same. Znamienne, że jednym z najlepszych filmów feministycznych jest „Thelma i Louise” wyreżyserowany prze Ridley’a Scotta. KOSMOS, MIKROKOSMOS Człowiek z reguły kieruje swą uwagę na niebo i gwiazdy, rzadziej na Ziemię i siebie. Obie te perspektywy próbuje łączyć królewiecki mędrzec Immanuel Kant: „Dwie rzeczy napełniają umysł coraz to nowym i wzmagającym się podziwem i czcią, im częściej i trwalej się nad nimi zastanawiamy: niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnic” \ Istotom przytwierdzonym do Ziemi (grawitacja) nie tak łatwo uzmysłowić sobie, że są pasażerami drobnej łupinki^ zagubionej w kosmicznym bezmiarze. Stephen Hawking („Krótka ’ „Zwei Dinge erfullen das Gemiit mit immer neuer und zunehmender Bewunderung und Ehrfurcht, je ófter und anhaJ-tender sich das Nachdenken damit beschaftigt; Der bestirnte Himmel iiber mir, und das moralische Gesetz in mir”. ■* 2^jęcia z teleskopu Jamesa Webba pokazujące Wszechświat sprzed 4,6 mld lat świetlnych (widoczne w tle światło pochodzi sprzed 13 mld lat!) skłaniają do zastąpienia łupinki czymś Jeszcze bardziej znikomym - pyłkiem, mikrocząsteczką zawieszoną w niewyobrażalnej Całości (200 mld gwiazd w Drodze Mlecznej; 200 mld podobnych galaktyk..,). Czy Jest ona Kosmosem (KÓopo^ - porządek, harmonia) kryjącym Jakikolwiek sens, czy Chaosem (xóo^ to bezład), grą przypadków 32 Okruchy historia czasu”): „Ziemia jest średnią planetą, okrążającą przeciętną gwiazdę, położoną na skraju zwyczajnej galaktyki spiralnej, jednej z ponad miliona galaktyk w obserwowanej części wszechświata”. W artykule napisanym wraz z Thomasem Hertogiem („A Smooth Exit from Eternal Inflation” [Płynne wyjście z wiecznej inflacji]) piszą autorzy o „wie-loświecie” - zbiorze wszechświatów „kieszonkowych”, spośród których jeden jest naszym wszechświatem. Profesor Tomasz Bulik z Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Warszawskiego mówi o pięknych obrazkach nocnego nieba i o tym, że nie mamy — i nic nie wskazuje na to, że to się kiedykolwiek zmieni — jakiejkolwiek wiedzy na temat 95 procent zawartości Wszechświata, w którym żyjemy. Właściwe proporcje uwidoczniają się dopiero po przezwyciężeniu grawitacji. Oto słowa Marshy Ivins, pięciokrotnej uczestniczki lotów amerykańskich wahadłowców: „Kiedy okrążasz świat w 90 minut — nie widzisz geopolityki. Nie widzisz granic. Widzisz zielenie, błękity, czerwienie i brązy. Widzisz piasek. Patrzysz na miejsca takie, jak Bliski Wschód i myślisz: od tysiącleci ludzie mordowali się o ten spłachetek ziemi — a wygląda tak spokojnie, pięknie. Nie można nie pomyśleć: po co to wszystko? Kiedy patrzysz w przestrzeń, bez ograniczeń ziemskiej atmosfery, widzisz morze gwiazd. Nie są większe, ale jest ich o wiele więcej. I myślisz: jak bardzo nieistotni jesteśmy! Jak małe są nasze wszystkie codzienne utarczki, spory! Chciałabym wysłać naszych polityków w kosmos, razem, na pokładzie jednego pojazdu, [...] żeby się mogli przekonać, ile tak naprawdę znaczą czyjeś przekonania, rasa czy wyznanie”. 24 grudnia 1968 roku, podczas czwartego okrążenia Księżyca, astronauci ze statku kosmicznego Apollo 8 ujrzeli wschodzącą nad Księżycem biało-niebieską planetę. Jeden z astronautów, Frank Borman, wspominał: „To był najpiękniejszy widok, jaki widziałem. Chwytał za serce. Poczułem nostalgię, tęsknotę za domem. Wszystko dookoła było czarne lub szare. Tylko ona miała kolory”. Zdjęcie, jakie udało się im wykonać, Earthrise (Wschodząca Ziemia), zyskało niebywałą sławę. „Zobaczyć Ziemię taką, jaka jest naprawdę, małą, niebieską i piękną w tej wiecznej ciszy, w której się unosi, to znaczy zobaczyć nas wszystkich, jej mieszkańców, jak braci” — pisał poeta Archibald MacLeish. Bill Anders, członek załogi Apolla 8, ujął to tak: „Polecieliśmy na Księżyc, żeby odkryć Ziemię”. Bardzo podobne są słowa Edgara Mitchella, który jako szósty z kolei człowiek stanął na Księżycu. Mówi, że kiedy patrzy się stamtąd na Ziemię, nabywa się „natychmiastowej globalnej świadomości, orientacji na ludzi, poczucia głębokiego niezadowolenia ze stanu świata i przymusu, by coś z tym zrobić. Stamtąd międzynarodowa polityka wydaje się tak małostkowa. Chciałoby się złapać jakiegoś polityka za kark, zaciągnąć go tam przez ćwierć miliona mil i powiedzieć: »spójrz na to, sukinsynu«”. Niezapomniana scena kończąca film Alfonso Cuaróna pt. „Grawitacja”. Sandra Bullock po wielomiesięcznym pobycie w kosmosie cudem lądująca na Ziemi, odzyskująca ciężar swego ciała, próbująca stanąć na uginających się nogach. Niedowierzająca swemu szczęściu. Wróciła. Ma. i ścieraniem się ślepych sił? Heraklit z Efezu: „Harmonia niejawna od jawnej mocniejsza”. Piotr Napiwodzki 33 Piotr Napiwodzki Odważnie mówić -odważnie myśleć „...za praiadziwego mówcę nie Jest uważany ten, który wie, Jak dobrze mówić', lecz ten, kto mówić się odważy” (Lorenzo Valla, XV wiek) Wszelkie struktury władzy czy zależności, wszelkie biurokratyczne i sformalizowane układy, wprowadzają i promują uległość, karność, podporządkowanie, a w konsekwencji także koniunkturalizm, konformizm, oportunizm. Któż nie zetknął się z tym problemem, który może występować na tak wielu płaszczyznach? W pracy, w kręgu znajomych, w rodzinie — wszędzie radzi się nam i wpaja, aby ostrożnie dobierać słowa, aby „nie podpaść” nierozważną uwagą, aby nie „walić prawdą między oczy”. Jeszcze we wczesnym dzieciństwie zwykle zachęca się nas do mówienia, ale już od młodości słyszymy nieustannie, że „mówienie jest srebrem, a milczenie złotem”, albo powtarza się nam — nie bez poczucia humoru — „lepiej jest milczeć i uchodzić za głupiego, niż się odezwać i rozwiać wszelkie wątpliwości”. Do pewnego stopnia taka ostrożność jest oczywiście uzasadniona, roztropność wymaga czasami zamilknięcia, a bywa, że wyższe wartości (np. miłość) wymagają, aby wstrzymać się z mówieniem tego, co uważamy za prawdę. Często doświadczamy też własnych ograniczeń w mówieniu tego, co naszym zdaniem w danej sytuacji należałoby głośno powiedzieć. Autocenzura skutecznie nas paraliżuje. W pokonywaniu zewnętrznych i wewnętrznych barier w odważnym mówieniu prawdy ważną rolę może odegrać przywołanie starożytnego pojęcia parezji — jednego z tych zapomnianych pojęć, które wyjątkowo pobrzmiewają jeszcze w takich słowach jak na przykład parezjastować (mówić otwarcie, wprost) czy parezjasta (mówca, który wypowiada szczerze i jasno swoją opinię). Cóż, trzeba też przyznać, że nie są to słowa, które są pierwszym wyborem dla użytkowników współczesnej polszczyzny. Potencjał zawarty w wywodzącym się ze starożytności słowie parezja w pełni odkrył na użytek współczesnego myślenia Micheal Foucault. Chodzi tu przede wszystkim o ostatni okres jego działalności jako wykładowcy. Parezja jest jednym z głównych tematów wykładów Foucault w College de France z roku 1984 zatytułowanych Le Courage da la oerite (Odwaga jrrawdyY. Drugi autor, który stanowi ważny punkt odniesienia dla poniższej refleksji o parezji, to Erik Peterson, niemiecki teolog, którego artykuł o parezji został opublikowany w roku 19292. ' M. Foucault, Le Courage eźe la vMtL Le Gouoemement de soi et des autres LL. Cours au College de France. 198d, Paris 2008. E. Peterson, O historii znaczenia słowa Uapptjaia, tłum. P. Napiwodzki, w: Lherapeia, eskesis, meditatio. Praktyczny uymiar filozofii w Starożytności i średniowieczu, red. K. Łapiński, R. Pawlik, R. Tichy, Warszawa 2017, s. 395-409. 34 Odważnie mówić — odważnie myśleć PAREZJA W STAROŻYTNOŚCI W pierwszym znaczeniu terminu parezja to „mówienie wszystkiego”, a nieco rozwijając sens tego słowa, to: „odważne wystąpienie, w którym niczego się nie zataja”. W starożytności parezja to przede wszystkim prawo wolnych obywateli do otwartego wypowiadania się publicznie i obok izonomii, równości wobec prawa, i isegorii, równości w prawie do zgłaszaniu wniosków i publicznych przemówień, stanowi filar demokratycznego polis\ Termin ze sfery politycznej szybko stał się terminem przynależącym do sfery etycznej. Parezja świadczy o relacjach międzyludzkich, które ją umożliwiają, bądź też ją wykluczają, świadczy także o wewnętrznej wolności, dzięki której człowiek do parezji jest zdolny, bądź też zdolny nie jest. Foucault szczegółowo śledzi losy tego pojęcia w starożytności, aby znaleźć możliwie uniwersalne etyczne fundamenty dla tego typu odważnej mowy. Łączy temat parezji z prawdą, co pozwala na nowe podejście do kwestii praktycznego zastosowania ideału parezji. Nie chodzi więc o odważne mówienie czegokolwiek, ale o wcześniejszą refleksję nad prawdą i nad warunkami jej komunikowania. To, że mniejsza lub większa grupa ludzi może mówić otwarcie, nie oznacza jeszcze, że każda osoba z tej grupy ma do powiedzenia coś mądrego i prawdziwego. Ostatecznie pojawia się zatem pytanie o indywidualny stosunek do prawdy, o swoisty rachunek sumienia odnoszący się do własnych wypowiedzi, gestów, czy nawet milczenia w określonych sytuacjach, które pod pewnymi warunkami także może być wymowne. W końcu z „wolności do mówienia wszystkiego” parezja staje się nawet „zobowiązaniem do mówienia prawdy”"^. Parezja z przywileju staje się zatem obowiązkiem i wyzwaniem. Z parezją związane jest ryzyko: ryzyko narażenia się innym. Jednostka względem tyrana, pojedynczy obywatel wobec grupy, także człowiek w szczerej rozmowie ze swoim przyjacielem — wszyscy w mniejszym bądź większym stopniu ryzykują swoje życie, jego jakość, relacje łączące z innymi. Takie ryzyko przede wszystkim powinien umieć podejmować filozof. Ten niebezpieczny, prowokujący aspekt parezji cenili zwłaszcza greccy cynicy, którzy byli też najlepszymi przykładami parezjastów. Istnieje jednak także inne poważne ryzyko pojawiające się w przypadku zrezygnowania z ideału parezji: ryzyko samo zredukowania się do stanu niewolnika, a więc tego, kto do parezji nie ma prawa. Parezja jest więc elementem troski o samego siebie jako rodzaj przewodnictwa duchowego i sposób kierowania sumieniem. Tak szeroko rozumiana parezja staje się nawet źródłem filozofii: „filozofia to córka parezji, która wykształciła się w duchu sokratejskiej sztuki życia”^. PAREZJA W CHRZEŚCIJAŃSTWIE Chrześcijaństwo wraz z dziedzictwem starożytności podejmuje także problematykę parezji. W tym kontekście można podkreślić przede wszystkim ascetyczny aspekt wewnętrznego rozsądzenia tego, co pochodzi od Boga (a więc jest prawdziwe), i tego, co od Boga nie pochodzi. Jest to doskonały przykład parezji, bądź raczej przykład procesów ją poprzedzających. Ich zobrazowaniem na chrześcijańskim gruncie są rady udzielane mnichom przez ’ Vidal-Naquet i inni, Zrozumieć tJemokrację i oi>ywatelskosć, Warszawa 2007, s. 62. * S. Goertz, Parrhesia. Uberden „Mut zur Wahrheit" (M. Foucault) in der Moraltheologie, Mainz 2011, s. 4. 5 Por. M. Foucault, Die Regierung des Selbst und der Anderen (1), Frankfurt Main 2009, s. 428. Piotr Napiwodzki 35 Jana Kasjana^. Dominującą i najważniejszą perspektywą jest więc powiązanie podmiotu z prawdą dokonywane w praktycznych rozstrzygnięciach, w mówieniu i w działaniu. Szybko jednak parezja stała się w chrześcijaństwie terminem dwuznacznym czy wprost negatywnym. Podstawową zasadą stało się posłuszeństwo, a parezja w tradycji pierwszych mnichów czy pustelników zyskała miano przeciwieństwa cnoty „bojaźni Bożej”. Z jednej strony mamy apostołów i męczenników mówiących odważnie o Chrystusie, z drugiej jest jednak język modlitwy, gdzie stanięcie przed Bogiem i rozmawianie z Nim twarzą w twarz jest zarezerwowane dla nielicznych, świętych, wybranych. Pokora i uniżenie przed Bogiem przenosi się na relacje międzyludzkie, jest zalecana w cenobiach, opactwach, klasztorach, w relacji ze zwierzchnikami religijnymi czy politycznymi. Już w starożytności parezja zawłaszczana przez niewolników (czy też niewolnikom udzielana) stawała się w opinii wielu elementem rujnującym system społeczno-polityczny. Praktykę tę uważano za rodzaj polityczno-społecznego bluźnierstwa, za bezczelność i bezwstyd. W wymiarze religijnym tym bardziej należało strzec się pychy i zuchwałości, z którymi parezja była tak łatwo kojarzona. Parezja niebezpiecznie zbliża się zatem do herezji — chodzi nie tylko o brzmieniowe podobieństwo tych terminów, ale o podkreślenie błędu, którym w oczach krytyków nacechowana jest postawa parezjastyczna. Nieufność wobec parezji została w dużym stopniu przejęta przez chrześcijaństwo. Zastanawiające są przyczyny takiego zjawiska, gdyż parezja to słowo często spotykane w Nowym Testamencie, gdzie odnosi się przede wszystkim do wyrażenia specyfiki postawy chrześcijańskiej. Wskazuje się także na powszechne użycie tego słowa w pierwotnych wspólnotach chrześcijańskich, gdzie odnosi się ono przede wszystkim do opisania postawy wyznawców wobec prześladowców^. To wobec prześladowców chrześcijańscy męczennicy występują jako parezjaści, a zarazem świadcząc o swojej wierze wyrażają najgłębsze osobiste przekonanie, a nie jedynie sprawność właściwą starożytnym retorom. Pomimo tych wczesnochrześcijańskich świadectw na próżno szukać wzmianki o parezji w większości podręczników do historii teologii i teologii moralnej — temat ten jest w dużej mierze przemilczany. Z drugiej zaś strony nieliczne wzmianki prezentują parezję jako jednoznacznie pozytywny aspekt chrześcijańskiej drogi do Boga, a także drogi Boga do ludzi (w końcu bowiem otwarte, publiczne świadectwo Jezusa także nosi znamiona parezji). Charakterystyczne jest ujęcie Katechizmu Kościoła Katolickiego, który nie przemilcza kwestii parezji, ale ujmuje ją w jednoznacznie duchowo-modlitewnych kategoriach stroniąc od skojarzeń społeczno-politycznych: „Moc Ducha, która wprowadza nas w Modlitwę Pańską, jest wyrażana w liturgiach Wschodu i Zachodu za pomocą bardzo pięknego, typowo chrześcijańskiego wyrażenia parrhesia, które oznacza szczerą prostotę, synowską ufność, radosną pewność, pokorną śmiałość, pewność bycia kochanym. (Ef 3,12; Hbr 3, 6; 4, 16;10,19;l J 2, 28; 3, 21; 5,14)”®. Krytyczny aspekt parezji nie dochodzi do głosu — wymienione biblijne cytaty nie są także reprezentatywne dla najbardziej właściwego sensu * Jan Kasjan (360-435) — mnich, teolog, założyciel jednej z pierwszych wspólnot monastycznych w Kościele zachodnim. Por. W. C. van Unnik, The Christian freeeiom of speech in the New Testament, Manchester 1962, s. 466-488; D. Smolders,, Laudace de Tapótre selon saint Paul: le th^e de la parresia. „Collectanea Mechliniensia”, Louvain 1958, s. 16-30; 115-133. * Katechizm Kościoła Katolickiego, 2778. 36 Odważnie mówić — odważnie myśleć parezji; lepiej pasowałyby tu chociażby fragmenty mówiące o odważnych wystąpieniach przed Bogiem, o spieraniu się z Nim (Mojżesz, Hiob). Tego jednak brakuje i raczej nie jest to ten wymiar, który jest promowany w głównym nurcie chrześcijańskiej duchowości. PAREZJA NIEWYGODNA I ZAPOMNIANA Czyżby więc oficjalnie parezja przyjmowana była z entuzjazmem, a w praktyce odrzucana lub przyjmowana bardzo ostrożnie i z dużą ilością zastrzeżeń? Nie przez przypadek parezja staje się — jak to określają niektórzy — „niepokojącym symptomem alienacji tradycji chrześcijańskiej od nowożytności”^. W końcu bowiem parezja jest częścią teorii i praktyki współczesnej demokracji. Parezja jest często rozumiana jako wolność słowa, a ta jednoznacznie kojarzona jest z fundamentem politycznych systemów demokratycznych. Bywa także kojarzona i rozpatrywana wspólnie z taką wartością jak „odwaga cywilna”. Dystans do parezji ze strony chrześcijaństwa może więc w poważny sposób zakłócać funkcjonowanie wspólnot chrześcijańskich w nowoczesnych społeczeństwach Zachodu. Jak jednak na gruncie współczesnego życia społecznego przyjąć wykształcony w pełni w szkole cynickiej ideał parezji odznaczający się krytycznym podejściem, skandali-zującym zachowaniem i używaniem prowokujących słów? Aby z nieco innej strony naświetlić obszar styku starożytnej idei parezji z tradycją jude-ochrześcijańską wskażmy na wspomniany na wstępie artykuł Erika Petersona pod tytułem O historii znaczenia słoioa Uapptjaia. Peterson przechodzi drogę analizowania dziedzictwa starożytności. Wylicza poszczególne pojawienia się tego słowa w greckiej literaturze, unaocznia pierwotny, polityczny sens tego słowa. W interesującym nas momencie spotkania tradycji judeochrześcijańskiej z parezją Peterson podkreśla jako nowość ujęcia inspirowanego Biblią przeniesienie ideału parezji na relację z Bogiem. Według niego autorzy hellenistyczni nie decydowali się na taki zabieg, natomiast chociażby Pilon z Aleksandrii, czytający w Biblii o Abrahamie i Mojżeszu, przyjaciołach Boga, może sobie na to pozwolić, choć nie bez zastrzeżeń i ograniczeń'*’. Peterson wylicza fragmenty z Biblii, głównie z Nowego Testamentu, które wprost upoważniają do parezji wobec Boga, lub które przedstawiają warunki, na których do parezji dojść może i dojść powinno. Gra toczy się tu o podstawy chrześcijańskiej wolności, która może urzeczywistnić się jedynie w Chrystusie, a jej owocem i przejawem jest umiejętność odważnej i pełnej ufności rozmowy z Bogiem. Peterson sygnalizuje problem związany z tłumaczeniem greckiego słowa Trappr/aia na język łaciński. To ważny powód zapomnienia i niedoceniania parezji w teologii zachodniej. Łacińskie słowa Jiducia, confidentia czy licentia nie oddają dobrze treści zawartych w słowie parezja i nie są w stanie przekazać historycznego balastu tego terminu". Zanika zwłaszcza element wywrotowej zuchwałości potencjalnie niszczącej społeczny ład oraz element nieuniknionego ryzyka czyhającego na tego, kto parezję praktykuje czy też nią się posługuje. ’ Por. S. Goertz, Parrhesia. Uber den „Mut zur Wahrheit" (M. Foucault) in der Moraltheologie, Mainz 2011, s. 10. W chrześcijańskiej wizji świata miejsce przyjaciół Boga zajmują Apostołowie, którzy mają swobodny dostęp do Chrystusa i mogą w jego obecności mówić otwarcie. ' ‘ Por. K. Lehmann, Ztntlcourage und Formen des Widerstandes. Geddchtnisnorlesung WeiJ?e-Rose, Yortrag an der LMU, Miin-chen 21.1.2010, s. 13. Piotr Napiwodzki 37 W gruncie rzeczy analizując kwestię chrześcijańskiego rozumienia parezji dochodzimy do podstawowego teologiczno-filozoficznego problemu tradycji judeochrześcijańskiej, a mianowicie do kwestii transcendencji i immanencji Boga. W tym wypadku wyraża się ona w pytaniu: Na ile można się z Bogiem spoufalać? W bardziej precyzyjnym sformułowaniu: Na ile to Bóg pozwala na spoufalanie się z Nim? Równowaga bądź też zachwianie w tej kwestii rzutuje na postrzeganie całej relacji pomiędzy sacrum i profanum. Bóg oddalony, całkowicie inny od człowieka i świata, a zarazem bliski, wcielony, to paradoks leżący u fundamentów chrześcijaństwa. Niepewność co do pojęcia parezji może być zatem postrzegana jako pochodna powracającego ciągle na nowo dylematu związanego z konsekwencjami przyjęcia prawdy o wcieleniu. Niepozorne greckie słówko otwiera problematykę umiejscowienia człowieka i świata wobec Boga, ale prowadzi także do absolutnie podstawowych rozstrzygnięć natury eklezjalnej, a więc dotyczącej organizacji i struktury nowego Ludu Bożego. Kto i na jakich warunkach może z prawa do parezji wobec Boga korzystać? Jakie są granice wspólnoty obdarzonych prawem parezji wobec Boga? Jak można to prawo utracić i czy da się je odzyskać? KU LEPSZEJ PRZYSZŁOŚCI Niepostrzeżenie więc parezja dotyczy nie tylko relacji międzyludzkich — kwestii społecznych i politycznych, ale też relacji człowieka z Bogiem, rozumienia samego siebie. W praktyce jednak trudno utrzymać ideał parezji i w związku z tym rezygnuje się z niej lub się ją przemilcza. Ewentualnie sprowadza się ją do wartości czysto wewnętrznej i utożsamia z osobistą dyspozycją umożliwiającą przyjęcie bądź zachowanie właściwej postawy. Tak „uwewnęrzniona” parezja, mając podstawy w ascetycznej praktyce wczesnego chrześcijaństwa, nie burzy światowych struktur, przestaje być niebezpieczna. Wyraża się w postawie: „Myśl sobie co chcesz, ale o tym nie mów”. Parezja zostaje przyjęta i zaakceptowana, a zarazem w dużym stopniu zneutralizowana i rozbrojona. Aktualnym pozostaje jednak sam mechanizm parezji, obowiązek z nią związany, niebezpieczeństwa, które z sobą niesie, oraz wewnętrzne i zewnętrzne problemy w urzeczywistnianiu jej ideału. Tu także ważnym wy-daje się aspekt parezji umożliwiający krytyczne podejście do zastanych struktur — obecność czy możliwość parezji świadczy bezpośrednio o możliwościach reformy danej struktury, jej otwartości na przyszłość i na ewentualne zmiany czy też zdolności do dostosowania się do zmieniających się warunków. Parezja jest więc naturalnym narzędziem krytyki tak dla państwa (na różnych poziomach państwowych struktur), jak i dla wszelkich innych instytucji. Sposób w jaki robi się z niej użytek w naszej kulturze ma swoje korzenie w recepcji hellenistycznego ideału parezji przez tradycję judeochrześcijańską. Wyraża się on w napięciu pomiędzy posłuszeństwem zakotwiczonym w poczuciu transcendencji pewnych rzeczywistości a zuchwałą próbą zmiany istniejących warunków postrzeganych jako fałszywe, nieprawdziwe, szkodliwe. Wobec obserwowanych słabości (tak w sobie, jak i wokół siebie), które nie pozwalają na zrealizowanie ideału parezji, pozostaje zawsze nadzieja na lepszą przyszłość parezjastycznej aktywności: jeśli nawet nie dzisiaj i nie teraz, to może jutro i kiedyś uda się wreszcie skutecznie zakomunikować to, co ważne i prawdziwe, a wyznanie to będzie świadectwem wolności i odnalezienia właściwego miejsca w społeczności skonstruowanej na miarę w pełni dojrzałego człowieka. 38 Paweł Kubicki Wielki wybuch (nieuświadomionego) kapitału społecznego Wielki wybuch (nieuświadomionego) kapitału społecznego^ Od dekad dyskusja o kondycji naszego społeczeństwa obywatełskiego zdominowana była przez słynną koncepcję próżni socjologicznej, zgodnie z którą — w Polsce — właściwie miałoby ono nie istnieć. Wielki obywatelski zryw pomocy Ukraińcom pokazał, że mamy jednak w sobie spore pokłady kapitału społecznego i zaufania. Tyle tylko, że rozwijały się w tych sferach, których nie obejmowały socjologiczne wskaźniki. Dlaczego to właśnie na tym fenomenie warto budować politykę odpornościową regionów? Od kilku miesięcy dużo pisze się i mówi o uchodźcach. Uwaga skupia się przede wszystkim na osobach, które wjechały do Polski z Ukrainy po 24 lutego 2022. Należy jednak pamiętać, że wojna w ich kraju trwa już od 2014 roku i to od tego czasu obserwujemy wysoki wzrost liczby obywateli ukraińskich osiedlających się w Polsce, przy czym do 24 lutego niewielu z nich otrzymało formalny status uchodźców. Podobna sytuacja dotyczy obywateli Białorusi poszukujących u nas schronienia przed panującą tam dyktaturą, a także ' Tekst powstał w ramach obywatelskiego thinklettera „Idee dla Polski” Kongresu Obywatelskiego www.kongresobywatelski.pl OBYWATELSKI Paweł Kubicki 39 mieszkańców wielu innych krajów znajdujących się w Polsce z uwagi na represje polityczne, konflikty zbrojne itp. Trzeba zatem pamiętać, że uchodźcami są nie tylko te osoby, które posiadają taki formalny status i uciekają z ogarniętej wojną Ukrainy. Choć faktycznie to oni stanowią zdecydowaną większość uchodźców w Polsce. Ponadto formalna różnica pomiędzy migrantem a uchodźcą — w praktyce — jest bardzo płynna, co dobrze pokazuje przykład Ukraińców właśnie. Część z nich traktuje Polskę jako tymczasowe schronienie przed działaniami wojennymi i będzie chciało wrócić do Ukrainy najszybciej, jak się tylko da, co zresztą już obserwujemy. Część jednak pozostanie w naszym kraju na dłużej, a pewna grupa — już na stałe. Jakie to będą proporcje, nie jesteśmy w stanie teraz przewidzieć i określić. Co prawda prowadzone są sondaże wśród uchodźców, jednak mierzą one jedynie aktualne deklaracje w odniesieniu do bieżącej sytuacji, która jest dynamiczna i trudna do przewidzenia. Mając na względzie te zastrzeżenia warto się zastanowić, jak uchodźcy mogą zmienić Polskę i nasze regiony. Trzeba pamiętać, że uchodźcami są nie tylko te osoby, które posiadają taki formalny status i uciekają z ogarniętej wojną Ukrainy. Choć faktycznie to oni stanowią zdecydowaną większość uchodźców w Polsce. W przypadku sfery instytucjonalnej kluczowe znaczenie ma kwestia odporności, która nabrała szczególnego znaczenia w kontekście pandemii COVID19. Jednak to napływ uchodźców okazał się prawdziwym jej testem. To, czego się nauczyliśmy może napawać pewnym optymizmem. O ile instytucje, zwłaszcza na szczeblu centralnym, okazały się być słabym ogniwem, o tyle świetnie zadziałało społeczeństwo obywatelskie. Pomoc dla uchodźców organizowana była przede wszystkim oddolnie, dzięki zaangażowaniu tysięcy wolontariuszy. Wiemy więc, że w polskich regionach są silne fundamenty, na których można budować odporność. W pewnym sensie było to dużym zaskoczeniem, gdyż od dekad dyskusja o kondycji naszego społeczeństwa obywatelskiego zdominowana jest przez słynną koncepcję próżni socjologicznej, zgodnie z którą — w Polsce — właściwie miałoby ono nie istnieć. W rzeczywistości jednak drzemią w nas spore pokłady kapitału społecznego i zaufania. Tyle tylko, że rozwijały się w tych sferach, których nie obejmowały socjologiczne wskaźniki. Pod pewnymi względami przypomina to historię pierwszej Solidarności z roku 1980 roku, której „wybuch” okazał się ogromnym zaskoczeniem. Zwłaszcza, że nastąpił rok po tym, kiedy ogłoszona została wspomniana koncepcja próżni socjologicznej. Tak wielki ruch społeczny oparty na zaufaniu i współpracy oczywiście nie mógłby rozwinąć się w próżni. Dziś wiemy, że wówczas istniały spore pokłady kapitału społecznego i zaufania, tylko nie tam, gdzie szukali go badacze. Podobnie obecny „wybuch” solidarności wobec uchodźców z Ukrainy miał swoje podstawy w sile kapitału społecznego i zaufania. To z kolei możliwe było dzięki ożywieniu obywatelskiemu, jakie obserwowaliśmy w polskich miastach od wielu lat. Z jednej strony można to łączyć z dynamicznym rozwojem oddolnych inicjatyw na rzecz swoich sąsiedztw i małych ojczyzn, z drugiej strony jest to związane z masowymi ruchami społecznymi rozwijanymi po 2015: prodemokratycznymi, praw kobiet i społeczności LGBT, a także nowymi ruchami proekologicznymi. Dzięki zaangażo- 40 Wielki wybuch (nieuświadomionego) kapitału społecznego waniu w takie przedsięwzięcia tysięcy mieszkańców polskich miast wytworzyły się silne pokłady kapitału społecznego i zaufania, co zaprocentowało w sytuacji próby, jaką okazał się napływ ukraińskich uchodźców. Szczególnie w sytuacji, kiedy sfera instytucjonalna okazała się być zupełnie nieprzygotowana na takie wyzwanie. Napływ uchodźców pokazał nam, że, wbrew utartym przekonaniom, mamy bardzo dobrze zorganizowane społeczeństwo obywatelskie i to właśnie na tym fundamencie powinny być budowane polityki odpornościowe regionów. Osobną kwestią jest już to, jak ten kapitał zinstytucjonalizować tak, aby procentował w przyszłości. Napływ uchodźców pokazał nam, że wbrew utartym przekonaniom, mamy bardzo dobrze zorganizowane społeczeństwo obywatelskie i to właśnie na tym fundamencie powinny być budowane polityki odpornościowe regionów.-w ramce Obecna sytuacja, kiedy do Polski napływają miliony Ukraińców, stwarza wyjątkowo dogodną okazję do przełamania historycznych zaszłości i zbudowania nowych relacji zorientowanych na przyszłość. Dotychczasowe stosunki polskoukraińskie były zakładnikiem rozpamiętywania historycznych zaszłości i krzywd, jakich doświadczały obie strony. Czasem, aby wyjść z zaklętego kręgu przeszłości, potrzebne jest traumatyczne doświadczenie. Pojednanie francuskoniemieckie nie byłoby możliwe gdyby nie trauma drugiej, ale też pierwszej wojny światowej, a to ono właśnie stało się gwarantem obecnej integracji europejskiej. Dzisiejsza wojna w Ukrainie, mimo, że to doświadczenie dramatyczne, zbliżyła Polaków i Ukraińców jak chyba nic innego w historii. To ogromny kapitał, który powinien zostać wykorzystany do wyjścia z trudnej przeszłości i budowania zupełnie nowych relacji zorientowanych na przyszłość. Mamy niepowtarzalną szansę stworzenia silnych i partnerskich relacji polskoukraińskich na długie lata, między innymi dzięki współpracy młodzieży. W Polsce przebywają dziś setki tysięcy młodych Ukraińców i Ukrainek, z których większość wcześniej czy później wróci do swojej ojczyzny. Jeśli dostaną w Polsce dobrą edukację opartą na partnerstwie i tolerancji, staną się prawdziwymi ambasadorami naszego kraju, a relacje, które zbudują ze swoimi polskimi rówieśnikami, procentować będą przez lata. Na takim kapitale będzie można budować polskoukraińską współpracę zorientowaną na przyszłość. Pojednanie francusko-niemieckie nie byłoby możliwe, gdyby nie trauma drugiej, ale też pierwszej wojny światowej, a to ono właśnie stało się gwarantem obecnej integracji europejskiej. Dzisiejsza wojna w Ukrainie, mimo, że to doświadczenie dramatyczne, zbliżyła Polaków i Ukraińców jak chyba nigdy w historii. Na tropach historii Grażyna Nawrolska Z DZIEJÓW WINIARSTWA (cz. 1) WSTĘP Wino to napój alkoholowy pozyskiwany z winogron różnymi technikami winifikacji. Obecnie produkowane są wina białe, czerwone, różowe, ale również wyśmienite lodowe ze zmarzniętych winogron. Jaka jest historia winnej latorośli i otrzymywanego z niej wina, które obok piwa jest jednym najstarszych napojów alkoholowych spożywanych w Europie i Azji, a którego początki sięgają przypuszczalnie kilku tysięcy lat p.n.e.? Prawdopodobnie już w odległych czasach epoki neolitu, około 5000 lat p.n.e., gdy ludy koczownicze zaczęły prowadzić bardziej osiadły tryb życia. Procesy związane z produkcja wina. Miniatura z XIV w. rozpoczęto uprawianie winnej latorośli. Tak sądzą archeolodzy, którzy podczas badań wykopaliskowych prowadzonych w miejscowości Szulawerii (obecna Gruzja), znaleźli m.in. fragment glinianych dzbanów, w których jak przypuszczają zachowały się osady mogące sugerować produkcję wina. Podobnego odkrycia dokonali badacze w trakcie wykopalisk prowadzonych na terenie północnego Iranu. W górach Zagros — na stanowisku Hajlli Fi-ruz Tepe - odnaleziono naczynia gliniane, w których zachowały się ślady winnego trunku w formie osadu zawierającego charakterystyczne kryształki winianu wapnia. Archeolodzy określili chronologię tego stanowiska na 1500 r. p.n.e. MEZOPOTAMIA W okresie wielkich cywilizacji obszaru Mezopotamii, w państwach Sumerów, Hetytów, Babilończyków, Asyryjczyków, winnice były zakładane na żyznych glebach wzdłuż rzek Eufratu i Tygrysu. Już w trzecim tysiącleciu p.n.e., m.in. w ośrodkach miejskich w Ur i Tyr, będących ważnymi ośrodkami władzy i szeroko prowadzonej wymiany handlowej, oprócz 42 Z dziejów winiarstwa systematycznej uprawy winnej latorośli, prowadzono także sprzedaż wina. Napój przechowywano jak również i sprowadzano m.in. w glinianych amforach, pojemnikach ze skóry i drewnianych beczkach. Do ich wykonania wykorzystywano przede wszystkim drewno palmowe, będące surowcem bardzo trudnym w obróbce, lecz doskonałym do przechowywania trunku. EGIPT Ważnym ośrodkiem produkcji wina w starożytności był Egipt. Najstarsze źródła odnoszące się do jego wytwarzania pochodzą z czasów pierwszej dynastii (około 3000 lat p.n.e.), a stanowią je hieroglify przedstawiające prasę winiarską. Niezwykłym odkryciem, które może świadczyć o używaniu wina, ale również i o produkcji, było odnalezienie przez archeologów w Górnym Egipcie w miejscowości Abydos, w grobie tzw. Skorpiona (ok. 3100 r. p.n.e.), około 700 amfor glinianych, w których zachowały się osady winne. Na niektórych glinianych korkach ocalały inskrypcje wskazujące imię producenta, miejsce wytwarzania i rodzaj wina. Tłoczenie toina. Afiniatura z XIV to. Także w nienaruszonym przez starożytnych rabusiów grobowcu Tutenchamona (1325 r. p.n.e.), który został odkryty przez archeologów na początku ubiegłego stulecia, badacze znaleźli naczynia gliniane z zachowanymi osadami winnymi. Zarówno w Mezopotamii jak i w Egipcie wino także miało znaczenie religijne, było używane w różnego rodzaju obrzędach, także pogrzebowych. Bogowie egipscy — Ozyrys, Horus, Re — byli „opiekunami winiarzy”. Ale jednak piwo było spożywane w większych ilościach niż wino. GRECJA Sprowadzenie winorośli do Grecji badacze przypisują Hetytom. Jej uprawa i produkcja wina rozprzestrzeniła się na całym obszarze szeroko pojętej cywilizacji greckiej w obsza- Grażyna Nawrolska 43 rze Morza Śródziemnego - od zachodnich wybrzeży Turcji po południową Francję. Od piątego wieku p.n.e., czyli od początku dominacji kultury hellenistycznej w południowej Europie, Grecy produkowali wiele gatunków tego trunku. Zarówno miasta--państwa jak i poszczególne wyspy, miały własne recepty na wytwarzane wina, a niektóre trunki z wysp Samos, Lesbos, Chios, jak i Sycylii uchodziły za doskonałe. W połowie piątego wieku p.n.e. na wyspie Tasos wprowadzono po raz pierwszy przepisy dotyczące zasad, które miało regulować działania związane z produkcją wina, m.in. określać daty zbioru winogron, co miało gwarantować wykorzystanie do wyrobu trunku wyłącznie dojrzałych owoców. Grecy wytwarzali głównie mocne białe, słodkie wina o dużej zawartości alkoholu. Dodawane do nich różne aromatyczne dodatki, m.in. zioła, miód, pieprz, cynamon miały polepszać smak trunku i jednocześnie zamaskować pewne jego niedoskonałości. Delikatne białe wina rozcieńczane wodą Hipokrates polecał w leczeniu niektórych chorób. Podobnie jak w kraju faraonów, tak również w Grecji, wino nabrało znaczenia religijnego, stało się integralnym elementem kultury i było wychwalane przez poetów m.in. Hezjoda. Początkowo wiosenne święta wina Anfhesteńa, z czasem zmieniły się w ogólnogreckie Dionizje. Były związane z okresem winobrania i poświęcone Dionizosowi, greckiemu bogowi wina i płodności, którego często przedstawiano z liśćmi winogron wyrastającymi z głowy. Rozlewanie wina. XV w. Próbowanie wina. XIV w. Doskonałe warunki do uprawy winnej latorośli spowodowały bardzo duży wzrost produkcji wina, które również stanowiło jeden z najważniejszych towarów eksportowych hellenistycznej Grecji. Bardzo duży wzrost spożycia wina był także podyktowany względami zdrowotnymi. Woda służąca do picia była wówczas bardzo zanieczyszczona i rozcieńczanie jej winem powodowało mniejsze uszczerbki na zdrowiu. 44 Z dziejów winiarstwa STAROŻYTNY RZYM Grecy rozprzestrzenili uprawę winnej latorośli i produkcję wina na rozległe obszary rejonu Morza Śródziemnego, a tereny te stały się później zalążkiem potężnego imperium Cesarstwa Rzymskiego, które rozwinęło produkcję tego trunku na ogromną skalę. Dzięki zastosowaniu prasy do wina możliwe stało się szybsze przygotowanie owoców. Winogrona umieszczano w dużych kamiennych kadziach, które nakrywano płytami także kamiennymi, a wyciskany sok spływał przez otwory znajdujące się w dnie. Do leżakowania i przechowywania wina stosowano ćiolium — duże gliniane naczynia. Rzymianie wytwarzali przede wszystkim białe wina, mocne i słodkie, a najlepsze z nich ponoć dojrzewały przez dziesięciolecia w glinianych naczyniach. Tak znacząca rola produkcji wina — zarówno w gospodarce jak i w codziennym spożyciu - znalazła swoje odbicie w opisach sposobów uprawy winorośli, jej odmianach czy kwestiach Naczynia szklane tzw. flety do picia wina. Elbląg. XIV w. związanych z dojrzewaniem owoców. Powstało wiele tekstów odnoszących się do winiarstwa, m.in. Historia Naturalna Pliniusza Starszego, czy teksty Wergiliusza, Katona czy Horacego. Najbardziej znaczącym obszarem uprawy i produkcji wina był szeroko pojęty region nadmorski między Rzymem a Pompejami, gdzie również znajdowały się ważne porty związane z eksportem wina. Po zajęciu przez Rzymian rozległych terenów dzisiejszej Hiszpanii, Francji, Niemiec czy Anglii (przełom er), eksport trunku w glinianych amforach czy drewnianych beczkach z Italii nie pokrywał ogromnego zapotrzebowania na wino w zdobytych prowincjach. Rzymianie zaczęli więc zakładać winnice na obszarach dzisiejszej Burgundii, Alzacji, Szampanii, w dolinie Renu a nawet w południowej Anglii. Upadek Cesarstwa Za-chodniorzymskiego (476 r. n.e.) i zmiany klimatu zahamowały jednak tradycje winiarskie. Mimo napływu do Europy tzw. „barbarzyńców” - wino nadal było spożywane w południowej i zachodniej części Europy, jednak w znacznie mniejszych ilościach. ŚREDNIOWIECZNA EUROPA Okres wczesnego średniowiecza (V-VIII w. n.e.) to czasy wojen i upadku wielu osiągnięć dawnych cywilizacji. Nastąpiła ruina wczesnych ośrodków miejskich i faktorii handlowych, zniszczono systemy wodociągowe — przede wszystkim akwedukty — upadło rolnictwo, jak również i wyjątkowo dobrze rozwinięte winiarstwo. Graiyna Nawrolska 45 Z tego mrocznego okresu winnice odrodziły się dzięki królowi Karolowi Wielkiemu, który będąc ponoć wielkim miłośnikiem wina ustanowił nowe prawa dla właścicieli winnic i producentów wina rozpoczynając tym samym odbudowę w Europie dawnych dobrych tradycji winiarskich. Faktycznymi spadkobiercami Rzymian stali się zakonnicy, którzy rozpoczynając uprawę winorośli w przyklasztornych ogrodach produkowali wino, zarówno na potrzeby sakralne, jak i czysto handlowe, nie zapominając naturalnie o swoich potrzebach. Np. wg reguły zakonu benedyktynów zakonnik mógł wypić dziennie 1 kwartę, czyli 1,1 litra. Zasada ta jednak nie dotyczyła świąt, których w roku było sto pięćdziesiąt. Wino umiejscowione w kulturze chrześcijańskiej wiązało się również z symboliką chleba i wina, jako ciało i krew Chrystusa. Klasztorna uprawa winorośli na wielką skalę rozpoczęła się pod koniec dziewiątego stulecia, a jej rozwój popierali królowie, cesarzowie i Kościół, którzy często byli właścicielami winnic. Później niektóre winnice były również własnością szpitali i uniwersytetów. W opactwach benedyktynów, cystersów oraz innych zakonów przywiązywano dużą wagę do jakości wyrobów. Lokalizacja zakładanych winnic była starannie wybierana, a opisy gruntów nadających się do nasadzeń winorośli budzą podziw do dziś. Tym większy, że produkowane przez zakonników wina, m.in. w Burgundii, w opactwie św. Benignusa, i na wzgórzach Corton, w opactwie Saulien, są wytwarzane do dziś. W tym ostatnim produkowane jest najbardziej wytworne chardonnay. Podbój obecnej Hiszpanii przez Arabów, którzy posiadali umiejętność destylacji, spowodował znaczące zmiany w produkcji wina. Również krzyżowcy powracający z Bliskiego Wschodu zapoznawali mieszkańców z nowymi procesami technologicznymi związanymi z tym zagadnieniem. Destylowany alkohol przy pomocy szklanych alembików szybko zyskał na znaczeniu służąc jako dodatek do wina czy jako środek leczniczy posiadający właściwości antyseptyczne. Niektórzy historycy określali go mianem „piątego żywiołu” — obok powietrza, wody, ognia i ziemi. Rozpoczęto wówczas produkcję „wzmacnianych win”, w Niemczech określanych jako gebrandteiaein, czy brandy we Francji. Także porto i maderę wzmacniano alkoholem gronowym. Produkowane wino zaspakajało lokalne potrzeby, ale również było eksportowane i stanowiło znaczące źródło dochodów w działalności klasztorów. Wino transportowano lądem, choć był to sposób powolny i niebezpieczny — powodował zarazem, że w drewnianych beczkach (często nieszczelnych) wino utleniało się, a tym samym cena spadała, co niestety zmniejszało zyski. Z pewnością szybszy był transport wodny, chociaż nie zawsze możliwy, ponieważ między listopadem a marcem był zakazany. 46 Z dziejów winiarstwa Na początku czternastego stulecia nastąpiła w Europie zmiana klimatu określana tzw. maźą epoką ioćioiocoioą, a ochłodzenie w dużym stopniu zdestabilizowało uprawę winorośli, a tym samym spowodowało zmniejszenie produkcji wina. Od drugiej połowy XIV wieku winiarstwo ponownie rozwinęło się we Francji, Hiszpanii, we Włoszech, na wyspach Morza Śródziemnego — Cyprze, Sycylii. Jak ważnym było elementem w działalności gospodarczej może świadczyć fakt, że w klasztorach najważniejszą osobą po Opacie był prawie zawsze brat praepositus primus, odpowiedzialny za winnice i działania związane z produkcją wina. „Duch średniowiecza” to szereg różnych faktów charakterystycznych dla tej epoki, który miał również odniesienie do dziejów wina w tym czasie. Wino bowiem traktowano jako widoczny symbol Ostatniej Wieczerzy, a zarówno katolicy jak i później protestanci, odczuwali potrzebę głębszego przeżywania wiary. Np. św. Augustyn dostrzegał eschatologiczną symbolikę wina pisząc: Grono na gałązce nie oeiczuioa ucisku, wygląria zdroioo, ale nie wypuszcza soku. Kiedy dostaje się do tłoczni, (.) zdaje się, że wyrządza się krzywdę gronu. Przeciwnie, gdyby nie ta krzywda, byłoby bezużyteczne. Z drugiej jednak strony „picie ponad miarę” usprawiedliwiałyby słowa św. Benedykta, który sankcjonował picie wina, głosząc „konieczność przydzielania go mnichom w większej ilości, aby mieli siłę wypełniania surowych obowiązków klasztornych”. Musimy jednak pamiętać o tym, że w ówczesnym czasie woda pitna była bardzo zanieczyszczona i wręcz namawiano do rozcieńczania jej winem lub piwem. Spożywanie wina miało też jednak negatywne skutki. Wg opisu Latiniego Brunetta, zawartym w XIII-wiecznym Skarbcu Wiedzy, Kamionkowe dzbany do wina z Siegburga. XV w. Eibbfg. Kamionkowe dzbany do wina z Siegburga XV w. Elbbfg. Grażyna Nawrolska 47 „szkodziło ono na piersi (płuca?), nerwy i żołądek i nie dostarczało ciału człowieka pożywienia ani nie wpłynęło na jego wzrost, chyba że coś się doda”. Możemy sobie jedynie zadać pytanie — co dodać. Zgoła inne zdanie oddziaływania wina na organizm pacjentów miełi opiekującymi się chorymi lekarze w trzynastowiecznym szpitalu w Alzacji. Otóż każdy chory otrzymywał 1 litr wina dziennie, a cierpiący na przewlekłe schorzenia i bóle nawet 3 litry. Arnaud de Vil-leneuve — guru ówczesnej medycyny — oficjalnie twierdził, iż „wino z rozmarynem wzmaga apetyt, ożywia duszę, pomaga na naciągnięte ścięgna, sprawiając, że twarz pięknieje i włosy odrastają”. Wino odgrywało także w literaturze specyficzną, ale znaczącą rolę. Już na początku XIII wieku normandzki poeta Henryk d'Andeli opisywał w sposób humorystyczny „bitwy win”, a których wyniki miały rozstrzygać, jakie trunki znajdą swoje miejsce na stole króla Francji Filipa II Augusta. Zapewniał również, że ci, którzy piją dobre wina, nigdy nie będą chorować. Intensywny rozwój winiarstwa w Europie zapoczątkowało szesnaste stulecie. Ale to już inna historia. 48 Napoleońskie legendy, opowieści i ciekawostki z Dolnego Powiśla i Żuław i nie tylko. Piotr Zawada Napoleońskie legendy, opowieści i ciekawostki z Dolnego Powiśla, Żuław i nie tylko Epoka napoleońska na interesującym nas terenie obrosła licznymi opowieściami i legendami, w których prawda miesza się z fikcją, a pamięć o Napoleonie była bardzo żywa aż do I Wojny Światowej. Zbiór takich opowieści, na których częściowo oparłem swoją pracę, wydał w 1922 roku w Pelplinie etnograf i historyk, ksiądz doktor Romuald Frydrychowicz, czyli nieco ponad sto lat po wojnach napoleońskich. Żyli wtedy jeszcze ludzie, którzy znali te historie od ludzi pamiętających tamte czasy. Wojska napoleońskie, rosyjskie i pruskie stoczyły tutaj niezliczoną ilość potyczek i utarczek, a żołnierze tych armii docierali do każdej najmniejszej nawet miejscowości żądając od mieszkańców zaopatrzenia dla siebie i koni, posuwając się zazwyczaj do rekwizycji i rabunków. Fakty te z lat 1806 — 1807 były dokładnie spisywane przez władze pruskie i w historiografii niemieckiej nazwano je „nieszczęśliwą wojną”, a określeniu temu przeciwstawiano „wojnę wyzwoleńczą” z lat 1813 — 1815. Obie wojny przypominane były przy okazji obchodów rocznicowych tych wydarzeń w latach 1856 — 1857, 1863 i 1913. W latach tych ufundowano wiele pomników, pamiątkowych głazów i tablic oraz wydano wiele publikacji, co było wyrazem polityki historycznej państwa pruskiego. Jednak po I Wojnie Światowej mit napoleoński przyćmił mit Hinden-burga i bitwy pod Tannenbergiem, a niespełna 30 lat później pamięć gehenny II Wojny Światowej. Jednak w pamięci miejscowych zachowały się drobne epizody związane bądź z samym Napoleonem, bądź z jego generałami i marszałkami, albo też ze zwykłymi żołnierzami. Obecność Napoleona w małych miejscowościach dodawała im splendoru, dlatego też kopiowano historie związane z „dębami napoleońskimi” i gdziekolwiek znajdował się jakiś stary zmurszały dąb albo inne stare drzewo odznaczające się dziwacznymi kształtami albo swoją nietypową wielkością, tam legendy snują wokół nich swoje opowieści. Kwidzyn leżał przy głównym trakcie prowadzącym do Królewca, dlatego też w latach 1806-1813 przechodziły tędy różne wojska, dla których gimnazjum, stary zamek i nowy sąd zostały zamienione na szpitale wojskowe. Podobno w 1811 i 1812 roku miał tu swoją kwaterę główną pruski generał, późniejszy marszałek York. O pobycie Napoleona w Kwidzynie świadczy stary dąb stojący na Placu Flotwella, obecnie na Placu Plebiscytowym niedaleko byłego gimnazjum. Dąb ten ma około 30 metrów wysokości i jest tak gruby, że go dwóch mężczyzn rękoma ledwie objąć może. Dla ochrony otoczony jest żelaznymi kratami. Do drzewa przymocowana jest żelazna tabliczka, na której w języku niemieckim znajduje się taki oto napis: Dąb Napoleona 1806-7. Według legendy mieszczanie zasadzili ten dąb na pamiątkę, że tędy w roku 1806 (raczej w 1807) ciągnął Napoleon z wojskiem przeciwko Prusakom i Moskalom. Inną opowieścią jest ta o Dębie Napoleona w Borkowie. Otóż w Borkowie przy drodze z Morzeszczyna do Skórcza stoi stary dąb, którego gałęzie rozcho- Piotr Zawada 49 Tak obecnie łiyglcfda „Dąb Napoleona” w Kwick^nie. Zdjęcie z archiwum autora. 50 Napoleońskie legendy, opowieści i ciekawostki z Dolnego Powiśla i Żuław i nie tylko. dzą we wszystkie strony. Dąb ten nie jest zbyt wysoki, ale na półtora metra gruby i twardy jak żelazo. Starzy miejscowi ludzie powiadają, że pod tym dębem są pochowani żołnierze francuscy polegli w bitwie pod Borkowem. Z tego, co mi wiadomo, to pod Borkowem ani żadnej bitwy ani Napoleona nie było. Być może są to echa dużej potyczki między Prusakami i Francuzami z 27 stycznia 1807 roku w Kwidzynie, w wyniku której Francuzi zostali pobici i wypędzeni z miasta, albo nieudanego ataku Prusaków na Pelplin broniony przez Polaków pod dowództwem generała Jana Henryka Dąbrowskiego w nocy z 17 na 18 lutego 1807 roku, po której podobno sam Napoleon objechał okolicę, a wieczorem po odmowie dziedzica Borkowa, aby ten udzielił mu noclegu w folwarku, zjadł kolację pod owym dębem i przenocował w swoim namiocie. Dawna legenda łączy Napoleona z dębem w Barkwedzie (na Warmii), gdzie 3 lutego 1807 roku stoczono krwawą bitwę pomiędzy Francuzami, Rosjanami i Prusakami o przeprawę na Łynie. Dąb był wysoki na 25 metrów, a jego obwód wynosił 10 osób, Jako przykład okolicznościowego dfbu, „Dąb ztoycięstwa”, z głazem obok, w Gdańsku-Wrzeszczu (gdzie mieszka autor) przy uł. Jas'kowa Dołina, posadzony w 50 rocznicę zuycięstwa koałicji antynapołeońskie) nad Napołeonem w „Bitwie Narodów"pod Lipskiem w dniach 16— 19października 1813 roku. Dąb zasadzili uczniowie Gdańskiego Gimnazjum Akademickiego 18 października 1863 roku. Zdjęcie z archiwum autora. a w jego wnętrzu mogło się pomieścić siedem osób. W 1900 roku obliczono wiek dębu na 599 lat i po dębie w Kadynach, majątku cesarza Wilhelma II, był to drugi najpiękniejszy dąb w całej Rzeszy Niemieckiej. Według innej legendy dąb miał 2000 lat i był w środku całkowicie spróchniały. Napoleon miał spod niego dowodzić bitwą, a nawet ze swoim dziewięcioosobowym sztabem zjadł obiad w jego wnętrzu. Dąb powoli podupadał, więc podpierano go belkami i opasano żelaznymi obręczami. Już przed I Wojną Światową powstało stowarzyszenie mające na celu ratowanie dębu, przed którym turyści chętnie się fotografowali. Współcześnie po dębie nie ma ani śladu, rozpadł się po 1945 roku. Dąb stał na wzgórzu zwanym Zameczkiem, które było świetnym punktem dowodzenia, z którego dowodzący miał dobry widok na most i groble na Łynie. Obecnie rosną tam dwa inne, równie piękne dęby. Co prawda dąb nazywano „Dębem Napoleona”, ale bitwą najprawdopodobniej kierował inny wielki wódz napoleoński, marszałek Soult. Równie często powtarzającymi się motywem w lokalnych opowieściach i legendach była ukryta gdzieś w pobliżu jakiejś miejscowości kasa wojenna jakiegoś oddziału. Jedne miały zostać zakopane, a inne zatopione w bagnach lub jeziorach. Działo się to zazwyczaj na początku 1813 roku podczas pośpiesznej ucieczki resztek Wielkiej Armii z Rosji przed ścigającymi ją Kozakami żądnymi nie tylko dopadnięcia wroga, ale przede wszystkim zdobycia bogatych łupów. Pieniądze i inne kosztowności najczęściej były chowane w solidnie oku- Piotr Zawada 51 Zdjęcie głazu spod „Dębu Zuycięstwa” u> Gdańsku z wyraźnym jeszcze w języku niemieckim napisem: „Zasadzono 18października 1863 roku". Zdjęcie z archiwum autora. tych w żelazo skrzyniach zamkniętych na cztery spusty. Plotki na ich temat rozpalały wyobraźnie miejscowych, którzy zazwyczaj bezskutecznie poszukiwali tych skarbów. I tak na przykład na teren pewnego folwarku pod Nowem, gdzie stały olbrzymie wierzby, w 1843 roku przyjechało dwóch obcych ubranych po cywilnemu podróżnych, którzy zamieszkali w niemieckiej oberży. Ludzie ci codziennie wyjeżdżali na teren folwarku, gdzie po ustaleniu odpowiedniego kierunku krokami dokonywali pomiarów odległości, które doprowadziły ich do pierwszego mostku nad tzw. „rowem krzyżackim”. Swego czasu rów ten podobno wykopali krzyżacy, stąd i jego nazwa. Jednak pewnej nocy tajemniczy podróżni nagle zniknęli wraz ze swoim wozem. Jak się później okazało, byli to oficerowie francuscy, którzy szukali kasy wojennej ukrytej w tej okolicy podczas odwrotu spod Moskwy. Okazało się, że skrzynia ukryta była w najgrubszej zmurszałej już wierzbie i była przysypana ziemią. Zawartość skrzyni musiała mieć sporą wartość skoro po tylu latach, być może aż z samej Francji, pofatygowali się po nią owi oficerowie. Innym razem na wiosnę 1807 roku pod Rudzienicami niedaleko Lubawy pewien pasterz owiec spostrzegł jak kilku Francuzów, koło drogi, w pobliżu starego drzewa, zakopało jakąś skrzynię, którą przywalili wielkim kamieniem, aby było im łatwo ją później odnaleźć. Z nieznanych dotąd przyczyn dopiero na łożu śmierci ów pasterz zwierzył się ze tajemnicy swojemu wnukowi, który pomimo kilkukrotnych poszukiwań niczego nie znalazł. Kolejną historią o ukrytej przez Francuzów kasie wojennej jest ta spod Bąkowa w powiecie świeckim. W Bąkowie niedaleko dworu i torów kolejowych prowadzących do Laskowic stała duża Boża Męka, zbudowana z cegieł w formie czworoboku, gdzie na dwóch pięterkach ustawione były figury świętych, a w murze tkwiło jeszcze kilka kulek po którejś z potyczek. Istnieje legenda, że powracający z Rosji jakiś francuski oddział, bojąc się, aby ich kasa wojenna nie wpadła w ręce wroga, zakopał ją ukradkiem w pobliżu owej Bożej Męki. Prawdopodobnie podczas zakopywania skrzyni jednak ktoś ich widział, bo wieść o ukrytej kasie rozeszła się szybko po okolicy, ale nikt nie wiedział, gdzie dokładnie jest ukryta. Dopiero po kilku latach pod Bożą Mękę zajechało powozem trzech nieznanych jegomościów, którzy rozwinęli mapę i rozglądali się po okolicy. Spostrzegli, że ich poczynania obserwuje miejscowy owczarz, więc poprosili go, aby za dobrym wynagrodzeniem poszedł do najbliższej karczmy i zakupił dla nich jedzenie i napoje, ponieważ chcieliby się tutaj zatrzymać na kilka godzin, a ich woźnica nie znał tej okolicy. W zamian obiecali, że popilnują mu jego stada. Owczarz zgodził się, a kiedy już wrócił z karczmy, nikogo nie zastał. Nieznani panowie zniknęli, ale pozostawili rozkopaną w ziemi jamę koło Bożej Męki, prawdopodobnie wykopując i zabierając ze sobą ukrytą tutaj przed laty wojenną kasę. 52 Napoleońskie legendy, opowieści i ciekawostki z Dolnego Powiśla i Żuław i nie tylko. Częstym motywem w podaniach i legendach z czasów napoleońskich jest czerwona ziemia występująca w miejscu, gdzie doszło do bitwy lub potyczki, jakoby mająca swój czerwony kolor od krwi poległych i rannych żołnierzy, która wsiąkła w ziemię. Często ludzie natrafiając na czerwoną ziemię lub piasek sądzą, że w tym miejscu musiało dojść do jakiejś bitwy, nie biorąc pod uwagę tego, że czerwony kolor ziemi związany jest z naturalnymi procesami glebowymi. Jednak zdarza się czasami, że na terenach o czerwonej glebie rzeczywiście doszło w przeszłości do jakiejś utarczki, tak jak to jest w legendzie, że pod Pieniążko-wem, na wzgórzu leżącym na zachód od wsi, duży oddział francuski stoczył bitwę, w której wielu z nich poległo i teraz piasek na tej górze jest ponoć czerwony, a ludzie powiadają, że to od przelanej krwi. Rzeczywiście w tym rejonie doszło do walki, ale nie brali w niej udziału Francuzi. 13 stycznia 1807 roku koło wsi Ostrowite niedaleko Pieniążkowa doszło do starcia patrolu pruskich dragonów pod dowództwem porucznika Eickstadta w sile 35 szabel z oddziałem 60 polskich kawalerzystów z pomorskiego pospolitego ruszenia pod dowództwem generała Komierowskiego. Potyczka była bardzo zacięta, ale nie przyniosła rozstrzygnięcia i strony powróciły na swoje pozycje wyjściowe. Niestety w potyczce został śmiertelnie postrzelony z pistoletu generał Komierowski. A tak o zjawisku czerwonej ziemi opowiada miejscowa poetka Maria Zientara-Malewska, prawnuczka francuskiego żołnierza, urodzona w 1894 roku w Brąswaldzie na Warmii, a której babka tak opowiadała: „Widzisz stąd czerwone pole? Nie było one kiedyś czerwone, ino tak samo piaszczyste, jak inne dookoła. Dopiero, kiedy na tym polu padło tylu Francuzów co szli z Napoleonem, ziemia stała się czerwona od krwi i taka już pozostała do dzisiaj. Napoleon kierował bitwą stojąc pod wielkim, starym dębem pod Barkwedą...”. Niedaleko miejscowości Wałdyki leżącej w gminie Lubawa znajduje się bagno zwane „Czerwoną Wodą”. Według miejscowej legendy potopiło się w nim wielu francuskich żołnierzy, a podczas walk wielu z nich tu swoją krew przelało, dlatego też to bagno „Czerwoną Wodą” nazwano. Powstało też wiele legendarnych opowieści o mniemanym zamachu na Napoleona w różnych miastach wschodniopruskich, w których przebywał cesarz. Na przykład o próbie zamachu na Napoleona w Olsztynie, gdzie 3 lutego 1807 roku cesarz w otoczeniu swojego sztabu zatrzymał się na Starym Mieście, aby dokonać przeglądu wojsk. Jeden z mieszczan Olsztyna, niejaki Rydziewski za splądrowanie miasta przez Francuzów postanowił się zemścić i zabić Napoleona. Stojąc na dachu kamienicy postanowił strzelić do cesarza. Na szczęście do zamachu nie doszło, ponieważ w oddaniu strzału przeszkodzili mu jego sąsie-dzi obawiający się represji ze strony francuskiej, jakie mogłyby spaść na miasto w odwecie za zamach. Podobne zdarzenie zanotowano cztery miesiące później w Zalewie, do którego cesarz przybył wieczorem 6 czerwca z Kamieńca Suskiego, i gdzie spędził noc z 6 na 7 czerwca 1807 roku w domu poborcy podatkowego Glasera, Rynek 52. Kiedy cesarz pojawił się w oknie, chciał do niego strzelić urzędnik sądowy Keiluweit, do czego jednak nie dopuściła jego roztropna żona. Jest to bardzo podobna wersja rzekomej próby zamachu na Napoleona w Olsztynie. Zapewne takich opowieści było więcej i powstawały na fali patriotyzmu i triumfalizmu pruskiego w 1863 roku, w związku z obchodami 50 rocznicy „wojny wyzwoleńczej” i zwycięstwa nad Napoleonem w „Bitwie Narodów” pod Lipskiem w dniach 16-19 października 1813 roku. Piotr Zawada 53 Stosunkowo często w różnych opowieściach, co potwierdzają pamiętnikarze, przywołuje się sympatyczne gesty i zachowania Napoleona, tak jak to właśnie miało miejsce 4 lutego 1807 roku w Jonkowie na Warmii, gdzie w godzinach popołudniowych Napoleon zatrzymał się na plebani u księdza Lilienthala. Jednak nim cesarz zdołał tam dotrzeć, żołnierze Francuscy zdążyli już splądrować wieś i plebanię oraz poturbować młodą gospodynię proboszcza. Kiedy Napoleon wkroczył do izby w otoczeniu swej świty i spostrzegł zakrwawioną dziewczynę, wtedy spytał ją po niemiecku, co się stało. Wtedy dziewczyna zaczęła złorzeczyć na francuskich bandytów, ale na jej słowa zareagował jeden z generałów zwracając jej uwagę, że mówi do samego cesarza. Po tych słowach wystraszona dziewczyna padła na kolana prosząc o litość, ale cesarz kazał jej wstać i zapytał ją o nazwisko i miejscowość, co zanotował dopisując jeszcze kilka słów. Jeden z oficerów sporządził kopię tego pisma, którą Napoleon wręczył dziewczynie obiecując odszkodowanie za jej straty, pod warunkiem, że nie zgubi tej kartki. Powiedział też: „Musisz wiedzieć, że są osoby, które naprawiają błędy innych”, a według innej wersji „Powinnaś wiedzieć, że nie wszyscy Francuzi są złodziejami”. Po kilku latach od tych wydarzeń do dziewczyny zgłosił się jakiś urzędnik z Olsztyna chcąc jej wypłacić 1000 guldenów odszkodowania, ale niestety dziewczyna zgubiła ową kartkę i nie dostała ani grosza. Również w innych miejscowościach miło wspominano pobyt Napoleona, tak jak na przykład w Tczewie, gdzie dzięki pracy „Geschichte des Kreises Dirschau” autorstwa F. Schultza z 1907 roku wiemy, że Napoleon był tam kilka razy. Pierwszy raz był podczas przejazdu 23 kwietnia 1807 roku, co, jak wiemy, jest mało prawdopodobne, ponieważ w tym czasie cesarz na pewno przebywał w Kamieńcu. Natomiast wiadomo, że 25 kwietnia przebywał w Malborku, gdzie wizytował most i umocnienia malborskie, i być może wtedy podjechał do Tczewa, ale o tym nic nie mówią żadne źródła. Na pewno Napoleon był w Tczewie 31 maja 1807 roku jadąc do zdobytego kilka dni wcześniej Gdańska. Przejeżdżał również przez Tczew w drodze powrotnej 2 czerwca. Według Karla Ludwiga Preussa cesarz zjeżdżał w dół ulicą Berlinerstrasse (obecnie ul. Krótka) i zatrzymał się na chwilę przy rynku, gdzie wydał dyspozycje dotyczące ochrony mostu. Kolejny raz Napoleon pojawił się w Tczewie przed wojną z Rosją 7 czerwca 1812 roku jadąc z Malborka do Gdańska, a cztery dni później, gdy stamtąd wracał. Następnie cesarz ruszył w stronę Królewca. Według legendy przekazanej przez Preusssa, kiedy cesarz szedł pieszo przez most pontonowy, nagle podeszła do niego jakaś staruszka i życzyła mu szczęścia w wyprawie do Rosji. Po przetłumaczeniu słów staruszki cesarz poklepał ją po ramieniu i grzecznie podziękował. W mieście zamieszkał w domu pastora, ale niestety w 1898 roku dom ten został rozebrany. Według innej opowieści w 1841 roku podczas spisywania przez rodzinę zu Dohna wspomnień żyjących jeszcze świadków pobytu Napoleona w pałacu w Kamieńcu Suskim, jeden z łowczych wspominał cesarskie polowania. W cieśninie pomiędzy Bensensee (oczko wodne) i stawem karpiowym zbudowano dla cesarza stanowisko strzeleckie otoczone wałem ziemnym, pod które miejscowi chłopi naganiali mu zwierzynę. Jednak Napoleon był kiepskim strzelcem, a dużo więcej emocji wywoływały u niego polowania na łabędzie. Jak wspominał ów łowczy, „Napoleon płynął zawsze w łodzi z marszałkiem Berthierem, przybocznym mamelukiem, młodym strzelcem, który wciąż ładował dwie fuzje, oraz czterema szaserami gwardii i wioślarzami. Nakazywał on wyprowadzać łódź daleko na jezioro i nie pozwalał płynąć w pobliżu zalesionego brzegu, a to — jak się nam zdawało — z troski o bez- 54 Napoleońskie legendy, opowieści i ciekawostki z Dolnego Powiśla i Żuław i nie tylko. pieczeństwo. Bardzo podniecały go te łowy i strzelał prawie bez przerwy do łabędzi, nie trafił jednak żadnego, co często komentował żywymi przekleństwami. Książę Murat, który zawsze płynął w drugiej łodzi, raz ustrzelił łabędzia”. Oprócz legend i podań ludowych, które zazwyczaj tylko ocierały się o prawdę historyczną, istnieją niezwykle ciekawe historie, które wydarzyły się naprawdę i mają mocne pokrycie w materiałach źródłowych i których historia ciągnie się po dzień współczesny. Jedną z nich jest historia słynnego mordu na żołnierzach francuskich w Pietrzwałdzie (koło Ostródy). Kiedy brakowało żywności, kiedy nie docierało regularne zaopatrzenie, wtedy żołnierze napoleońscy bezpardonowo szukali ukrytych zapasów, posuwając się przy tym do rozbojów i gwałtów, doprowadzając miejscowych do nędzy i rozpaczy. Pokrzywdzeni, wiedząc, że przełożeni i dowódcy patrzą na ich przestępcze wyczyny przez palce, czasami brali sprawy we własne ręce i wymierzali sprawiedliwość rabusim maruderom. Napadano zwłaszcza na maruderów, których często w skrytości mordowano. Najsłynniejszym takim przypadkiem był mord na 18 Francuzach (wśród nich była jedna markietanka) w Pietrzwałdzie niedaleko Dylewskiej Góry dokonany przez dwóch Mazurów, braci Adama i Johanna Pastewków, którzy zwłoki swoich ofiar utopili w jeziorze Sałk. W 1807 roku miejscowi chłopi schwytali 17 żołnierzy francuskich i 1 markietankę, którzy rabowali w okolicy, i dokonali gwałtu na miejscowych kobietach, wśród których podobno była ukochana jednego z braci. Bracia postanowili się zemścić i sami wymierzyli im sprawiedliwość, mordując wszystkich ciosami siekiery. Niestety na początku maja 1807 roku z jeziora Sałk wypłynęło pięć ciał zamordowanych żołnierzy, o czym dowiedziało się dowództwo francuskie. Zarządzono przeszukanie jeziora, w wyniku którego znaleziono jeszcze trzynaście innych ciał z przywieszonymi u szyi kamieniami. Pomordowani żołnierze służyli w dywizji generała Frianta z korpusu marszałka Davouta. Marszałek zagroził, że jeżeli szybko nie znajdą się winni, to każę rozstrzelać po trzech miejscowych za jednego Francuza i spalić wioskę. Ponoć braci Pastewków wydała miejscowa kobieta, która była zamieszana w zbrodnię, ale której udało się uniknąć kary. Po dłuższym śledztwie 17 maja obaj bracia zostali skazani na śmierć i straceni w Durągu. Od tego czasu aż po dziś dzień jezioro, w którym utopiono zwłoki żołnierzy napoleońskich, znane jest jako Jezioro Francuskie. Równie ciekawą historią jest ta dotycząca jednego z marszałków Napoleona. Otóż 5 czerwca 1807 roku podczas ofensywy wojsk rosyjsko-pruskich nad Pasłęką w potyczce pod Spędami (powiat braniewski) został ranny (otrzymał postrzał w głowę), zwycięski w bitwie pod Morągiem z 25 stycznia 1807 roku, dowódca I Korpusu Wielkiej Armii, marszałek Jean Baptiste Bernadotte książę Ponte-Corvo. Pomiędzy marszałkiem a Napoleonem od wielu lat dochodziło do licznych animozji w sprawach wojskowości i polityki, a dobrych stosunków między obu panami nie ułatwiało też to, że małżonką marszałka była dawna narzeczona Napoleona Desiree Clary. Mimo wszystko cesarz starał się utrzymywać poprawne stosunki z państwem Bernadotte. Najciekawsze jednak jest to, że ambitny marszałek, który uważał siebie za nie mniej zdolnego od samego cesarza i zazdrościł mu najwyższych zaszczytów, w końcu dopiął swego. Niespodziewanie 21 sierpnia 1810 roku został wybrany przez szwedzkie Stany Generalne na następcę tronu. Bernadotte przeszedł na protestantyzm i został adoptowany przez króla Karola XIII. Napoleon myślał, że będzie miał w nim sojusznika, ale niestety w 1812 roku Bernadotte porozumiał się z carem Aleksandrem I i w kampaniach 1813 i 1814 roku dowodząc jedną z koalicyjnych armii walczył przeciwko Piotr Zawada 55 Napoleonowi. Plotkowano nawet, że podobno car Aleksander chciał go osadzić na francuskim tronie, aby tylko nie dopuścić do powrotu niepopularnych Burbonów. Ostatecznie jednak Jean Baptiste Bernadotte 05 lutego 1818 roku został królem Szwecji i Norwegii jako Karol XIV panując do swojej śmierci 08 marca 1844 roku. Ze wszystkich 26 marszałków napoleońskich Bernadotte zrobił największą karierę, a jego potomkowie do dnia dzisiejszego panują w Szwecji. Inną ciekawostką nieco mniejszego kalibru jest to, że w styczniu 1807 roku w miejscowości Monasterzysko Wielkie (osada w powiecie sztumskim w gminie Stary Dzierzgoń) miał swoją kwaterę główną sztab 3 Dywizji z I Korpusu marszałka Bernadotte’a pod dowództwem francuskiego generała dywizji Drueta d’Erlona, który walczył w niemal wszystkich najważniejszych bitwach i kampaniach armii francuskiej począwszy od Republiki , poprzez Konsulat, a kończąc na Cesarstwie. W 1799 roku został generałem brygady. Bił się pod Zurychem, był ranny pod Hohenlinden. Od 1803 roku generał dywizji. W 1805 roku walczył pod Austerlitz, a w kampanii pruskiej 1806 roku ścigał wojska pruskie aż do Lubeki. Potem w 1807 roku walczył w Polsce m.in. w bitwie pod Morągiem. Był szefem sztabu marszałka Lefebvre’a podczas oblężenia Gdańska i brał udział w podpisaniu jego kapitulacji. Następnie jako szef sztabu marszałka Lannesa został ciężko ranny w bitwie pod Frydlandem, w bitwie kończącej wojnę lat 1806-1807. W 1809 roku tłumił powstanie górali w Tyrolu. Od 1810 roku był dowódcą korpusu w Hiszpanii, gdzie w 1811 bił się w bitwie pod Fuentes de Onoro. W kolejnych latach bił się w bitwach pod Yitorią, Nivelle, Orthez i Tuluzą. W ostatniej bitwie Napoleona pod Waterloo dowodząc I Korpusem odznaczył się zdobywając farmę La Haye-Sainte. Umieszczony na liście proskrypcyjnej przez Burbonów musiał uciekać z Francji i schronił się w Bawarii. W 1843 roku został marszałkiem Francji. Kończąc powoli snucie naszych legend i opowieści z czasów napoleońskich przytoczę tę, według której we wsi Pólko (niem. Kleinfelde, współcześnie osada w gminie Prabuty) w posiadaniu jednego z tamtejszych gospodarzy, przeszło sto lat po epoce napoleońskiej, znajdował się czterokołowy wóz roboczy cały zrobiony z drewna dębowego, gdzie, co nietypowe, nawet jego obie osie nie były żelazne, lecz dębowe. O tym wozie zachowało się w tamtejszej okolicy podanie, że na nim w 1807 roku żołnierze francuscy jechali do Sztumu. Wóz ten, stanowiący unikat na całym Pomorzu, był jeszcze dobrze zachowany, tylko jedno koło było uszkodzone i zdjęte. Przy okazji trzeba sprawdzić, czy przypadkiem jeszcze wóz ten nie stoi w którejś zagrodzie. I jeszcze jedna legenda. Według podania ludowego w 1812 roku w Pelplinie w drodze do Rosji zatrzymał się ponoć sam Napoleon, który przenocował w starej karczmie, która stała dawniej na Maciejewie (obecnie osiedle mieszkaniowe w Pelplinie) niedaleko Bożej Męki na końcu wsi. Także w tej samej karczmie, ale wcześniej, bo w 1807 roku, zatrzymał się generał Jan Henryk Dąbrowski ciągnący pod Gdańsk. Niestety w 1898 roku spalił się ten historyczny budynek, który już od wielu lat funkcjonował jako budynek mieszkalny. Na koniec nieco bardziej wesoła historia z tamtych niewesołych czasów. Rzecz się działa 9 czerwca 1807 roku w odbitym przez Francuzów z rąk Rosjan Dobrym Mieście na Warmii, w którym doszło do niezwykłych scen; opisał je nasz stary znajomy (z poprzedniego artykułu), żandarm ordynansowy gwardii cesarskiej, Jacques de Norvins, który zobaczył „... najdziwniejszy spektakl, jaki kiedykolwiek okazał się naszym oczom. Miasteczko zostało obrabowane przez Rosjan, a pozbawione mebli przez Francuzów, którzy nie znalazłszy nic 56 Napoleońskie legendy, opowieści i ciekawostki z Dolnego Powiśla i Żuław i nie tylko. do jedzenia i picia, bawili się wynoszeniem w szczere pole łóżek, krzeseł, kanap, sekreta-rzyków, a nawet zegarów ściennych, układając z nich najbardziej groteskowo-fantastyczne „mieszkania”. Nie mogąc ugościć się kolacją, odwiedzali się wzajemnie przebrani zabawnie w znalezione damskie łaszki. Wielu udawało, że mają kuchnię: na dwóch bagnetach sterczało rożno, na nim — zamiast pieczeni — żołnierski tornister, a wojsko krzyczało: «Kiedy cielę się upiecze, zawołamy was!». Bicie werbli zakończyło tę dziwną metamorfozę miasteczka, które jeszcze kilka godzin wcześniej pulsowało podwójną energią mieszkańców i sprzymierzonych wojsk, a w którym teraz zostało ledwie kilka trupów i mebli. Wszyscy mieszkańcy uciekli przed nadejściem naszych oddziałów”. Trzeba przyznać, że w tych ciężkich czasach dobry humor nie opuszczał żołnierzy Wielkiej Armii Napoleona. Zazwyczaj gdy podania mówią o dębach, sosnach, kamieniach, wzgórzach Napoleona, albo o karczmach czy zajazdach, w których ponoć się zatrzymał, jadł lub nocował, to nie chodzi w ogóle o cesarza. W większości z tych miejsc Napoleona nigdy nie było, ale byli jego dowódcy, generałowie i marszałkowie dowodzący dywizjami i korpusami, którzy podczas kampanii wojennych przemierzali całe połacie kraju zatrzymując się w różnych miejscach na postój czy po prostu dla załatwienie swoich potrzeb. Dowódcy ci często nosili dwurożny kapelusz taki sam jak Napoleon, otaczali się licznym sztabem takim jak cesarz, nosili niezwykle bogate i barwne mundury i często prowadzili wystawny tryb życia — w przeciwieństwie zresztą do samego cesarza. Jednak zwykli mieszkańcy raczej nigdy w życiu Napoleona nie widzieli i nie wiedzieli, jak naprawdę wyglądał. Wystarczyło, że ktoś rzucił plotkę, że sam Napoleon zatrzymał się pod pobliskim dębem, aby legenda o jego rzekomej wizycie stała się nieśmiertelna. Ale co zrobić — każda szanująca się miejscowość na napoleońskim szlaku powinna mieć swój Dąb lub Górę Napoleona, ewentualnie gdzieś przy drodze czy w pobliskim bagnie ukrytą kasę wojenną czekającą na swojego szczęśliwego znalazcę. BIBLIOGRAFIA.: Beckman M., Jean Baptiste Bernadotte. O tym, jak żołnierz armii Napoleona został na-stype^} tronu szwedzkiego, Gdańsk 2011. Bielecki R., Encykłopedia wojen napołeońskieh, Warszawa 2001. Frydrychowicz R., Podanie łudowe na Pomorzu z czasów wojen napołeońskieh po większej części zebrane przez uczniów Cołłegium Marianum w Pełpłinie, Pelplin 1922. Jasiński J., Napołeon w Ołsztynie i okołicach (1807), Olsztyn 2003. Jasiński J., Skowronek S., Wschodniopruskie kampanie Napoleona. Wielka Armia i Wojsko Polskie w 1807 roku. Historia, tradycja, legendy, Olsztyn 2007. Kowalski R., Napoleon w Ostródzie 1807 -2007, Ostróda 2007. Nieuważny A., Mon}g 1807. Wielka wojna w małym mieście, Morąg 2007. Nieuważny A., Wielka wojna w małym mieście. Boje o Tczew w lutym 1807 roku, Pelplin 2009. Nieuważny A., Ostrowski K., Stępień T., Majewski L., 200 dni Napoleona 1806 — 1807. Od Pułtuska do Ty lży. Warszawa 2008. Rogacki T., I wojna polska 1806 — 1807. Tom II: Od leży zimowych w Prusach Wschodnich do Tylży, Zabrze -Tarnowskie Góry 2017. Jean Rapp 57 Jean Rapp Udręki zawieszenia broni Jean Rapp (1771-1821), adiutant Napoleona w latach 1800-181J, generał (od 1803). V^kazyioal się loielki} od-loagą, loielokrotnie hyl ranny. Przynajmniej dioa razy rato-loał życie Napoleona: pou>strzymuji}c zamachowca w 1809 10 pałacu Schonbrunn i zatrzymujifc szarżę kozaków podczas odwrotu z Moskioy w 1812. Był gubernatorem Torunia (1807) i Wolnego Miasta Gdańska (1807-1813). Pamiętniki Rappa zostały wydane po jego śmierci, w Paryżu, w 1823 rokul. Przedstawiony poniżej tekst to tłumaczenie dl rozdziału. Po wyprawie na Rosję resztki Wielkiej Armii Napoleona pod koniec 1812 znalazły się między innymi w Gdańsku. Tu dowództwo nad wyczerpanymi żołnierzami obj^fł generał Jean Rapp. W dO rozdziale, który ukazał się w poprzednim numerze „Prowincji”2, General opisał kolejne walki z Rosjanami toczi}ce się wokół Gdańska w 1813 roku, a także nadzieje na odsiecz, które pojawiły się po liście od Napoleona. W kolejnym rozdziale Jean Rapp opisuje moment zawieszenia broni, trudne negocjacje z Rosjanami i przytacza swój list do marszałka Berthiera. Władcy ustalili warunki rozejmu. Każda oblegana forteca miała być zaopatrywana raz na pięć dni, a wojska oblegające miały ustąpić na odległość jednej ligi. Książę Wirtembergii [Aleksander Wirtemberski] unikał jednak wypełniania tych zobowiązań. Zakwestionował moje oświadczenie o zajmowanych przez nas terenach i w związku z tym przebieg granicy pomiędzy wojskami. Po kilku rozmowach doszliśmy do prowizorycznych ustaleń i kwestię oddaliśmy osobom wyznaczonym do ich wdrożenia. Wtedy pojawiły się nowe trudności: raz całkowity brak zaopatrzenia, innym razem braki w tym, co zostało w końcu przysłane. Rosjanie ciągle mieli zaległości w dostarczaniu zaopatrzenia, które i tak przez cały czas było niepełne i niewystarczające. W końcu całkowicie zawiesili dostawy. Książę potrzebował pretekstu i go znalazł: udawał, że zerwaliśmy rozejm, ponieważ wymierzyliśmy sprawiedliwość jakiejś bandzie rabusiów, która zaatakowała nasze tyły. Jego list, który mógł do mnie dotrzeć w dwie godziny, dotarł po dwóch dniach. Te ciągłe podstępy oburzyły mnie — od razu postawiłem sprawę jasno. Przekazałem mu, że nie chcę więcej matactw i że albo walczy, albo wypełnia zobowiązania. Odpowiedział mówiąc ogólnie, że to sprawy narodów i królów. Dziwna była ta mowa; powiedziałem o swoim zdumieniu, że słowa te wypowiada książę, którego władca był naszym sprzymierzeńcem przez pięć lat i którego brat wciąż walczy po naszej stronie. ' Tłumaczenie na podstawie pierwszego wydania udostępnionego na stronie www.gallica.bnf.fr: Memoires Du GeneralRapp: Aiiie-De-Camp de Napoleon, Eerits Par Lui-Meme, Et Pub. Par Sa Eamille, Paris 1823. „Prowincja”, nr 3 (49), 2022, s. 32-36. 58 Udręki zawieszenia broni To nieco go poruszyło i zdenerwowany odparł, że „rosyjski naczelny generał nie uważa się pod żadnym względem za gorszego od króla konfederacji, ponieważ podniesienie do godności generała zależało od cara Aleksandra; car mógłby jego także uczynić królem, ale on sam postawiłby tylko jeden mały warunek, a mianowicie: aby nie ucierpiała przy tym godność jakiejkolwiek innej władzy lub osoby”. Ruszyliśmy do broni, ale ostatecznie książę nie chciał brać na siebie skutków zerwania rozejmu. Zaproponował, że będzie kontynuował dostawy. Pownien wysyłać je 24 dnia miesiąca, ale i do 26 nie przychodziły, a i nigdy nie były kompletne. Zepsute mięso i mąka tak okropna, że nie odważyliśmy się korzystać z niej zanim nie przeprowadziliśmy odpowiednich eksperymentów — to jedyne, co dostarczyli nam Rosjanie. Nie zgadzała się także ilość — nie otrzymaliśmy więcej niż dwie trzecie tego, co gwarantował nam traktat. Książę de Neuchatel [Louis Alexandre Berthier] przekazał mi, że mamy wytrzymać do następnego maja. Było to zupełnie niemożliwe. Nie miałem ani zapasów, ani wojsk wystarczających do tak długiej obrony. Bardzo precyzyjnie ukazałem mu w liście naszą sytuację. Byliśmy gotowi zrobić wszystko, co jest możliwe, ale dobre intencje nie sprawią, że znajdą się odpowiednie środki do realizacji założonych celów. „Gdańsk, 16 czerwca 1813 Mój Książę, Otrzymałem list, którym Wasza Wysokość mnie zaszczycił pisząc do mnie z Nowej Marchii dnia 5 czerwca. Pan Planat przywiózł mi także zbiór Monitorów zawierających szczegółowy opis decydujących a wygranych przez Napoleona bitew z połączonymi siłami przeciwników. Już dzień przed przybyciem pana Planata miałem informacje o wspaniałych sukcesach armii Napoleona. Te dobre nowiny miały bardzo dobry wpływ na garnizon: żołnierze przekonali się, że nie wzbudzam w nich próżnych nadziei, a cierpliwość i odwaga, których dowody dawali, zostały nagrodzone, czego też mieli prawo oczekiwać. Przekazano mi również szczegóły dotyczące zawieszenia broni i piszę do Waszej Wysokości właśnie w tej sprawie. Nie mogę ukrywać, że to zawieszenie broni, takie, jak teraz wygląda, przynosi nam więcej szkód niż korzyści; z powodu chorób ciągle tracimy 1100 ludzi miesięcznie, co oznacza, że do 1 sierpnia stracimy 1700 ludzi. Co więcej — zużywamy nasze zapasy, a jeśli książę Wirtembergii nie okaże dobrej woli, czego do tej pory nie zrobił, nie będziemy w stanie zaoszczędzić nic z tego zaopatrzenia, które miałby nam udzielić. Jeśli chodzi o czas do października, to jestem w miarę spokojny, ale później będzie naprawdę źle. Nie będzie ludzi do obrony, nie będzie zapasów dla obrońców, nie będzie też już nadziei na jakiekolwiek zasoby z wewnątrz czy z zewnątrz. Wykaz gospodarowania racjami żywnościowymi przez cały czas oblężenia uka-że Waszej Wysokości, że w kwestii dystrybucji środków wprowadziłem sztywne Jean Rapp 59 zasady, których wymagała nasza sytuacja i że skorzystałem ze wszystkich możliwych środków. Środki te jednak są na wyczerpaniu i nie ma sensu liczyć na te, które pochodziłyby z wypędzenia mieszkańców. Aby przekonać się o tej bolesnej prawdzie, wystarczy przypomnieć sobie, że dwa lata temu Napoleon zarekwirował w Gdańsku 600 tysięcy kwintali zboża i działanie to przeprowadzono bardzo rygorystycznie. Pozostawiono wówczas tylko 23 tysiące kwintali dla wyżywienia mieszkańców. Od tego czasu żyją oni z tej właśnie ilości zboża i ewentualnie z tego, co w małych ilościach udało im się ukryć przed skrupulatnym przeszukiwaniem. Napisałem wyżej o stratach, których powodem ciągle są choroby. Efektywna siła wojska w tej chwili to 20 558 ludzi, co oznacza, że, według szacunków podanych wyżej, pod koniec rozejmu garnizon zostanie zredukowany do 20 tysięcy, z czego należy jeszcze odjąć przynajmniej 2 tysiące ludzi, którzy będą przebywać w szpitalach. Co się zatem stanie do maja, jeśli postęp śmiertelności według aktualnych prognoz zabierze tak wielu ludzi? Należy jeszcze przyjąć, że zima zwiększy śmiertelność chorób, ale dopuszczając tylko stratę tysiąca ludzi na miesiąc wychodzi, że łączna strata do 1 maja wyniesie 8 tysięcy pomijając jeszcze i tych, którzy zginą w akcji lub umrą z powodu poniesionych ran. Jak będzie można bronić tak rozległych umocnień tak słabym garnizonem? Wydałem już rozkaz budowania umocnień w przy ujściu Mołtawy, miejscu ekstremalnie narażonym w momencie, gdy rzeki zamarzną. Oprócz tego staram się pracować nad wszystkim, co może zapewnić komunikację. Powtarzam jednak — potrzeba obrońców. Wasza Wysokość nie może wątpić, że, jeśli przyjdzie taka konieczność, zrobię wszystko, co podpowie mi honor i moje oddanie Cesarzowi, aby utrzymać się w którymś z punktów Gdańska. Opis stanu magazynów ukarze Waszej Wysokości, że nasze zasoby są bardzo ograniczone. Wasza Wysokość może być pewna, że zużytkujemy je z całą starannością, do czego przynagli nas pragnienie honorowego wytrwania w obronie. W tym celu do komisji aprowizacyjnej powołałem o wiele więcej członków, niż wymagają tego przepisy. Komisji przewodniczy generał dywizji hrabia Heudelete. Zadaniem komisji jest zaproponowanie podjęcia wszelkich środków mających na celu oszczędności i zapewnienie bytu żołnierzom. Komisja już oddała wielkie zasługi i szkoda, że wcześniej nie przyznałem jej tak dużych kompetencji, jak ma obecnie. Sprawa finansów zasługuje na szczególną uwagę ze strony Cesarza i Waszej Wysokości. Wszystkie środki bedące do mojej dyspozycji zostały zużytkowane i byłem zmuszony uciec się do przymusowej pożyczki, do której zobowiązałem wszystkich, którzy jeszcze mogli coś dać. Pożyczka ta została wyegzekwowana z całą surowością wobec tych, którzy udawali, że nie są w stanie nic dołożyć do wspólnej obrony. Niezależnie jednak od podjętych środków nie dało się uzyskać do teraz więcej niż milion siedemset tysięcy franków, a pobranie większej sumy będzie bardzo trudne. 60 Udręki zawieszenia broni Wypłacanie żołdu jest wydatkiem koniecznym. Opłacanie prac budowłanych podejmowanych przez wojska inżynierysjkie i pracowników fizycznych (wszystkie materiały, które zostają użyte, są zarekwirowane, jak robiliśmy to od początku oblężenie, i mają zostać opłacone w momencie zniesienia blokady), pieniądze na artylerię, na szpitale, na różne rodzaje służb, czyli wszystko, co jest potrzebne do codziennego funkcjonowania, konstrukcje w porcie i szycie odzieży — wydatki te szacuję na ponad 900 tysięcy franków miesięcznie. Zagraniczny dom handlowy zaoferował udzielenia funduszy pod warunkiem, że odzyska je w Paryżu. Byłbym bardzo spokojny, gdyby udało się tę sprawę uregulować. Wołałbym jednak, aby fundusze przesyłano do mnie, bo mogą zajść okoliczności, które w kolejnym miesiącu przeszkodzą w wypłacie odpowiednich sum tutaj na miejscu. Wasza Wysokość doskonale zdaje sobie sprawę, że nie ma możliwości rezygnacji z terminowego realizowania wszystkich wyżej wymienionych płatności zwłaszcza w takim garnizonie, który właśnie jest pod moją komendą. Proszę więc Waszą Wysokość o środki potrzebne do wypłaty tych sum, bo jest to dla mnie bezwzględnie konieczne. Nie mogę nie zwrócić uwagi Waszej Wysokości na ilość prochu pozostającą w naszych magazynach, która jest zdecydowanie nieproprocjonalna do tego, co konieczne dla utrzymania twierdzy. Na zakończenie raz jeszcze. Wasza Wysokość: uznałem za słuszne poczynić wszystkie te uwagi, którę dotyczą niewystarczającej ilości ludzi do obrony, niewystarczających środków, funduszy niezbędnych do pokrycia naszych wydatków, czyli całego zaopatrzenia nas w to, czego choćby w jakiejś części będziemy potrzebować wobec przyszłych wyzwań. Proszę więc Waszą Wysokość, aby ukazał Cesarzowi naszą trudną sytuację, w której znajdziemy się, gdy zostaniemy bez pomocy. Żołnierze, którzy pozostali w garnizonie, są w każdym względzie doskonali, można na nich polegać i są w nieograniczonym stopniu oddani (także dzięki umiejętnie stosowanym nagrodom). Zrobią wszystko, czego Cesarz oczekuje od swoich najlepszych żołnierzy i odwdzięczą się za zaufanie, jakim obdarzył ich on włączając ich w swoją Wielką Armię. Podpisano: hrabia Rapp”. Tymczasem zawieszenie broni dobiegało końca. Przybywało coraz więcej wrogich żołnierzy, amunicji i artylerii. Wkrótce mieliśmy przed sobą 300 dział dużego kalibru i 60 tysięcy żołnierzy gotowych do walki. Ta dysproporcja była ogromna. Skoro jednak zwyciężyliśmy choroby, mogliśmy mieć nadzieję, że będziemy dalej zwyciężać. Potrzebowaliśmy jedynie środków do życia. Rosjanie dobrze o tym wiedzieli i rzucali się w pościg nawet za najmniejszym stateczkiem, który łowił ryby. Ich kanonierki przechwyciły nawet niektóre jednostki, które nie przekraczały ustalonych granic. Wysłałem natychmiast posłańca do admirała. Wskazałem mu, że morze powinno być wolne milę od wybrzeża i że nie będę wypełniał warunków zawieszenia broni, jeśli znowu będą próbowali je naruszyć. Obiecał Jean Rapp 61 się do tego zastosować i nie niepokoić więcej naszych łodzi. Rzeczywiście, nie przeszkadzał więcej. Jednak tego samego wieczoru porwał naszych nieszczęsnych rybaków, którzy powrócili do swoich chat niczego nie podejrzewając. Bał się, że kilka funtów ryb zapewni nam zbyt dużą obfitość pożywienia. Nie lepiej traktowano okolicznych chłopów, których więziono, a bieg wód kierowano gdzie indziej. Wydaje mi się, że robili wszystko, aby pozbawić nas pożywienia. Na próżno portestowałem. Nigdy nie brakowało pretekstów i wymówek. Wreszcie książę Wołkonski ogłosił mi, że działania wojenne zostają wznowione. Przyjąłem tę nowinę w prawdziwą ulgą i satysfakcją. Nasze relacje były zbyt nieprzyjemne, abym nie życzył sobie ich zerwania. tłum. Piotr Napiwodzki 62 Jan Chłosta Księża katoliccy na Powiślu i ich rola w utrzymaniu języka polskiego Księża katoliccy na Powiślu i ich rola w utrzymaniu języka polskiego Mieszkańców Powiśla w latach międzywojennych łączyło z Warmiakami (z południowej części) wyznanie katolickie oraz przynależność do tej samej diecezji. Pod Sztumem i Kwidzynem inna jednak była sytuacja społeczno-ekonomiczna Polaków. W odróżnieniu od chłopskiej Warmii na Powiślu zachowały się w rękach Polaków większe majątki ziemskie, a ich właściciele: Sierakowscy, Donimirscy, Janta-Połczyńscy, Kowalscy, przewodzili również działaniom narodowym, kierowali polskimi instytucjami gospodarczymi jak bankami czy kółkami rolniczymi oraz towarzystwami kulturalno-oświatowymi, a ich żony — towarzystwami kobiecymi. Działalność tych instytucji zmierzała do zachowania polskiej kultury i polskiego języka w szkołach i w Kościele. Po plebiscycie w 1920 roku dotyczyło to również Powiśla, gdzie pod naciskiem różnego rodzaju niemieckich organizacji nacjonalistycznych zmniejszano liczbę polskich nabożeństw i ograniczano nauczanie po polsku dzieci przygotowywanych do przyjęcia sakramentów. Z kolei działacze Związku Polaków upowszechniali pogląd, że zaspokojenie potrzeb religijnych w języku ojczystym utrzymuje Polaków w przywiązaniu do tradycji i zachowania rodzimej kultury. Łączyło się to, nie tylko u Polaków, z naturalnym związkiem między językiem ojczystym i religią. Tę prawidłowość rozumieli też niektórzy duchowni niemieccy'. 1 Wśród duchownych na Powiślu, którzy brali aktywny udział w polskich działaniach narodowych należy wymienić ks. Eryka Grossa (1862-1935) zTychnowych. Niósł tam posługę religijną blisko 40 lat. Należał do założycieli miejscowego Banku Ludowego, jeszcze w 1912 roku, którego nieprzerwanie był prezesem Rady Nadzorczej. Wchodził w skład Polskiej Rady Ludowej w Kwidzynie i angażował się działania plebiscytowe. Jego zasługą było, że w głosowaniu 11 lipca 1920 roku we wsi Tychnowy padło 286 głosów za Polską, a 197 za Prusami Wschodnimi. Aktywna działalność ks. Grossa w polskiej agitacji została przypomniana podczas osobliwego procesu przed niemieckim sądem krajowym 13 i 14 lutego 1934 roku w Kwidzynie. Proboszcz zTychnowych wystąpił w nim jako świadek, ale w końcu procesu stał się oskarżonym. Otóż mistrz piekarski Kramer oskarżył swego konkurenta z branży piekarskiej, Wiecherta, o to, że ten nazwał go publicznie sympatykiem Polaków i działaczem zaangażowanym przed plebiscytem po stronie polskiej. Miał ten fakt po- ' Archiwum Akt Nowych w Warszawie [dalej; AAN] Poselstwo RP w Berlinie [dalej Pos.} sygn.. 3761, k. 104, B. Rusiecki, Referat pt; Opieka duszpasterska. Duszpasterstwo polskie w Niemczech, wygłoszony na konferencji konsulów z Niemiec 3 11 1932 r. w Berlinie. Jan Chłosta 63 Ks. Jan Certa Ks. Józef Przefierski, fot. archiwum Ks. Pawei Pulina Ks. Władysław Demshi 64 Księża katoliccy na Powiślu i ich rola w utrzymaniu języka polskiego Świadczyć na rozprawie właśnie ks. Gross. Tymczasem proboszcz z Tychnowych zaprzeczył jakoby Kramer kiedykolwiek współpracował z ruchem polskim. Owszem miał powiedzieć ks. Gross: „znam Kramera, poznałem go w 1925 roku, ale nigdy nie widziałem na zebraniach Polaków”. Na takie oświadczenie oczekiwał tylko przewodniczący zespołu oskarżającego, który w pewnym momencie stwierdził, że „nie Kramer jest główną i najgorszą figurą w tym procesie, lecz duchowny z Tychnowych”. Występujący jako świadek nauczyciel Gotz nazwał księdza Grossa prawdziwym przywódcą Polaków, a inny nauczyciel Radtke odczytał fragmenty artykułu z „Weichsel Zeitung” potwierdzające jego polskie sympatie. Wreszcie podstawiony woźnica zeznał, że rzekomo na wiosnę 1920 r. odwiózł bryczką Kramera na plebanię w Tychnowych, co oczywiście nie było prawdą, ale ów fikcyjny świadek miał poderwać dobre imię polskiego kapłana. Proces Kramera z Wiechertem był od początku sfingowany. Miał stanowić pretekst do potwierdzenia polskiej działalności księdza Grossa, który nie uwzględnił postulatów niemieckich organizacji, jeśli chodzi o zmniejszenie liczby nabożeństw z polskimi kazaniami. Konsul Mieczysław Rogalski napisał: „Niemcom szło o skompromitowanie proboszcza Grossa pod błahym zatargiem pomiędzy dwoma członkami cechu piekarskiego”^. Był jedynym proboszczem-Polakiem, który nie dopuścił do zmniejszenia liczby polskich nabożeństw. Hitlerowcy mogli takie ograniczenia uzyskać, chociaż w parafii na 1135 wiernych było 1035 Polaków, ale wyłącznie przez wydanie właściwego zarządzenia biskupa warmińskiego^. Przed tym jednak próbowali poderwać dobre imię księdza, który wciąż podtrzymywał dawny porządek nabożeństw w miesiącu: w trzy kolejne niedziele msza św. z polskim kazaniem, a w czwartą z niemieckim. Nauczyciele Radtke i Fayersbend nie ustawali w atakach na kapłana. Fayersbend nie nazywał ks. Grossa inaczej jak tylko „polskim popem”. Zabronił też dzieciom szkolnym na udział w lekcjach religii. Właśnie ten nauczyciel wystosował list do biskupa warmińskiego o usunięcie proboszcza. Obok jego podpisu znalazły się podpisy pozostałych nauczycieli i niemieckich przedszkolanek. Biskup Kaller, chcąc zadość uczynić pragnieniom Niemców, zwrócił się do księdza Grossa z propozycją dobrowolnej rezygnacji z urzędu, ale za utrzymaniem proboszcza wstawili się parafianie. Delegacja katolików z Tychnowych zdołała przekonać rządcę diecezji i ten wycofał się z wcześniejszych działań. W obronie proboszcza stanął również dziekan kwidzyński ksiądz Franciszek Preuss ^ Na tym Niemcy nie zaprzestali. W kwietniu 1935 r. zebrali podpisy pod petycją domagającą się wprowadzenia wyłącznie niemieckich nabożeństw. Zawiadomiono o tym samego gauleitera Kocha, który wstrzymał się jednak od jakichkolwiek działań. Spór został zażegnany z chwilą śmierci proboszcza, 17 listopada 1935 roku. Jakby na przekór postawie i poglądom ks. Grossa uczestniczącym w uroczystościach pogrzebowych przedstawicielom sztumskiego Oddziału Związku Polaków w Niemczech nie zezwolono nawet na umieszczenie polskich napisów na szarfach przy wieńcach. Następnie duszpasterzowali w Tychnowych księża: Warmiak Feliks Wieczorek pochodzący z Butryn oraz podkreślający swoje szlacheckie pochodzenie i przed nazwiskiem umieszczający „von” Paweł Gliszczyński z Malborka AAN, Konsulat RP w Kwidzynie [dalej KK], sygn.. 3680, k. 104 Pismo Konsula z 19 II 1934 r. ’ Tamże, k. 101. Pismo Konsulatu RP w Kwidzynie z 28 III 1934 r. Tamże, k. 112. Pismo Konsulatu RP w Kwidzynie z 10 V 1934 r. Jan Chłosta 65 Obok księdza Grossa z miejscowych duchownych w działaniach polskich brali udział ksiądz Franciszek Połomski (1875-1923), który w 1909 roku objął parafię w Straszewie. Występował on w obronie języka polskiego w kościele, był członkiem Towarzystwa Naukowego w Toruniu. Dalej wyróżnić należy ks. Jana Mazellę (1883-1939) duszpasterzu)ącego w Kisielicach. Przed plebiscytem prowadził szeroką działalność społeczno-oświatową. Był członkiem Polskiej Rady Ludowej na powiat suski. Zakładał na wsi towarzystwa ludowe. Po głosowaniu 11 lipca 1920 r. został publicznie znieważony przez miejscowych Niemców. Nakazano mu na rynku Kisielic podpalić polską flagę, a kiedy odmówił, dotkliwie go pobili. Po głosowaniu został zmuszony do opuszczenia miasteczka. Krótko był katechetą w Toruniu, potem kapelanem domu karnego w Koronowie i w latach 1926-1939 proboszczem w Jeleńczu k. Tucholi. Po wybuchu II wojny światowej Niemcy go aresztowali i osadzili w obozie w Radzimiu pod Sępólnem, gdzie został zamordowany. Nadzwyczajną aktywność wykazał wywodzący się ze Straszewa ks. Władysław Demski (1884-1940) będący od 1919 r. wikarym w Starym Targu. Wchodził w skład Polskiej Rady Ludowej w Sztumie, agitował za Polską przed plebiscytem. Na pewno jego działania przyczyniły się do tego, że Polacy w Starym Targu uzyskali 391 głosów, a za Prusami Wschodnimi głosowało 388 osób. Poza tym opiekował się miejscowym kołem Towarzystwa Kobiet Chrześcijańskich pod wezwaniem św. Kingi, wielokrotnie występował na zebraniach Towarzystw Ludowych w Starym i Nowym Targu, Postolinie, Sztumie i należał do współzałożycieli Związku Polaków w Prusach Wschodnich, powołanego 30 listopada 1920 r. w Olsztynie. Następnie został wiceprezesem Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego na Powiśle. Zwrócił się też za pośrednictwem „Gazety Olsztyńskiej” z apelem o pomoc rodzinie Kalinowskich ze Starego Targu, na którą 13 maja 1921 roku napadli bandyci i pobili gospodarza. Jego żonę ranili strzałami z pistoletu i znalazła się w szpitalu^. Rabusie zabrali bieliznę, odzież, w tym futra i kilkaset marek. Na apel księdza zareagowało wielu mieszkańców z całych Prus Wschodnich, ich wpłaty co jakiś czas odnotowywano w „Gazecie Olsztyńskiej”. W sierpniu 1922 r. ks. Demski opuścił Powiśle i osiadł w Inowrocławiu, gdzie po ukończeniu studiów filologicznych na Uniwersytecie Poznańskim był nauczycielem miejscowego gimnazjum im. Jana Kasprowicza. Towarzystwami św. Kingi opiekował się też ks. Bronisław Sochaczewski (1886-1940) niosący posługę religijną na Powiślu w Postolinie i Kwidzynie, a od 1931 r. jako proboszcz w Krasnej Łące. Przed plebiscytem przebywali na Powiślu i brali udział w życiu narodowym księża wywodzący się z innych diecezji, a więc: ks. Ignacy Grossek, który w 1919 r. przyjechał po studiach we Fryburgu, potem przebywał na Warmii, był redaktorem wydawanego w języku niemieckim czasopisma „Ermlandische Volksstime”. Występował na wiecach przedplebi-scytowych. Z miejscowym Warmińskim Komitetem Plebiscytowym jako szef Wydziału Statystycznego współpracował urodzony w Miranach ks dr Władysław Lęga (1889-1960), kapelan wojskowy armii generała Józefa Hallera, stale mieszkający w Grudziądzu. Wreszcie przypomnieć należy aktywność od początków lutego 1920 r. samego prezesa Warmińskiego Komitetu Plebiscytowego ks. Antoniego Ludwiczaka (1878-1942), posła na Sejm 5 Kronika. Z Prus Wschodnich, „Gazeta Olsztyńska” [dalejGO] 1921 nr 116 z 22 V. 66 Księża katoliccy na Powiślu i ich rola w utrzymaniu języka polskiego Ustawodawczy, który przed samym głosowaniem więcej przebywał na Powiśłu niż na Warmii. Towarzyszył Stefanowi Żeromskiemu i Janowi Kasprowiczowi na polskich wiecach i Teatrowi Tomasza Działosza podczas występów, między innymi w Biskupcu Reszelskim, gdzie został dotkliwie pobity. W latach międzywojnia jako założyciel i dyrektor Uniwersytetów Ludowych w Dalkach pod Gnieznem i w Zagórzu wspierał edukację młodzieży z Powiśla. Warmii i Mazur. W zimowych i wiosennych turnusach brało udział ponad pół setki dziewcząt i chłopców z dawnych Prus Wschodnich. 2 Spośród wszystkich istniejących na Powiślu polskich organizacji najbardziej eksponowały swój religijny charakter Towarzystwa Kobiet Chrześcijańskich pod wezwaniem św. Kingi. Taki profil działalności wynikał z przyjętego statutu, w którym na pierwszym miejscu wymieniono: utrwalanie ducha religijnego, potem uświadomienie narodowe, wreszcie, jako trzeci punkt, podniesienie poziomu życia ogniska domowego^. Patronat nad wiejskimi kołami św. Kingi sprawowało Towarzystwo Ziemianek na powiat sztumski powołane jeszcze 1910 r. na wzór Polskiego Związku Gospodyń w Poznaniu z zamiarem utrzymania ducha narodowego i dobrych obyczajów. Jak napisał konsul Józef Gieburowski, członkiniami Towarzystwa Ziemianek były żonami właścicieli majątków i większych gospodarstw rolnych od 100 do 400 mórg . Na czele Towarzystwa Ziemianek stała hr. Helena Sierakowska (1895-1939), żona właściciela Waplewa, nadzwyczaj aktywna w okresie poprzedzającym plebiscyt i w trakcie tworzenia przedszkoli i szkół polskich. Towarzystwo Ziemianek zrzeszało na początku 20 członkiń, a w 1920 r. już 70 kobiet. Organizowało spotkania o charakterze kulturalno-oświatowym, pogadanki przygotowane przez wyróżniające się członkinie, pielgrzymki do miejsc odpustowych (Gietrzwałd i Piaseczno), nadto pod szyldem kursów kroju i szycia urządzane były wykłady z literatury polskiej, historii i geografii, także przygotowywano amatorskie przedstawienia teatralne, deklamacje wierszy. Po zakończeniu pierwszej wojny światowej Helena Sierakowska wraz z Wandą i Marią Donimirskimi z Małych Ramz i Czernina powołały do życia pierwsze Towarzystwa św. Kingi. Najwcześniej, bo już 8 grudnia 1918 r., powstało koło w Starym Targu z 130 członkiniami^, następne w Mikołajkach Pomorskich 7 stycznia 1919 r. z 60 kobietami, potem w Sztumie z 75 członkiniami, Postolinie 18 stycznia 1920 r. z 50 członkiniami, w Nowym Targu 6 stycznia 1925 r. z 85 członkiniami. W latach trzydziestych utworzono koła w Sadłukach i Trzcianie. Każde koło posiadało własną bibliotekę, której księgozbiór był wzbogacony nadsyłanymi książkami, głównie przez Towarzystwo Opieki Kulturalnej nad Polakami za granicą im. Adama Mickiewicza. Kierował nim warszawski adwokat An- ® Ustawy Towarzystwa Kobiet Chrześcijańskich pod wezwaniem św. Kingi (bez daty i miejsca druku) s. 1 (Egzemplarz znajduje się w Bibliotece „Seminarium Duchownego „Hosianum” w Olsztynie). Por. A. Lubiński, Towarzystwo s'w. Kingi na Powis'lu w latach 1918-1939 w świetle „Gazety Gdańskiej" i „Gazety Olsztyńskiej" w: A. Lubiński, W ich snach powracała Polska, Pelplin 2017, s.74-85. AAN, KK, sygn.. 3661, k. 9. Konsulat RP w Kwidzynie. Ogólne sprawozdanie za 1923 r. w ruchu organizacji społecznych na Powiślu z 25 I 1924 r. ® AAN, KK, sygn. 3674, k. 6. Kwestionariusz Towarzystwo Ziemianek w powiecie Sztum za 1924 r. Jan Chłosta 67 toni Osuchowski. Zadbano też o to, aby do każdego koła docierał „Przewodnik Katolicki”. Poza wymienionymi do aktywniejszych członkiń Towarzystw św. Kingi należały: Emilia Chełkowska, Teofila Górska, Agnieszka Błock, Aleksandra Morawska, Iza Osińska, Irena Orlińska, Cecylia Kowalska, Salomea Grochowska, Kazimiera Gawrońska, Helena Radt-kówna. To one wygłaszały pogadanki i odczyty na comiesięcznych zebraniach, m. in. o św. Wojciechu, św. Stanisławie, św. Franciszku z Asyżu, o cudownym obrazie Matki Boskiej Częstochowskiej, legendach z życia Jezusa. Wygłaszane były odczyty o Fryderyku Chopinie, działalności Stanisława Staszica, znaczeniu Konstytucji 3 Maja, księciu Józefie Poniatowskim, wychowaniu dzieci, zwyczajach Wielkanocnych. Organizowano wieczornice okazjonalne, prowadzono zajęcia z zakresu gospodarstwa domowego: jak hodować drób, o uprawie ogródka domowego, zwalczaniu chorób drzew owocowych. O inscenizacjach utworów teatralnych, takich jak Doskonała gospo^łyni, Marcoioy kawaler, Młynarz i kominiarz wspominała Maria Donimirska^. Szczególne uznanie wyrażono żonie kupca Józefa Domańskiego, przewodniczącej towarzystwa w Sztumie, która pozyskała sobie „ogólne uznanie za niepospolite zasługi w życiu zawodowym i w ruchu społecznym przez cichą, ciągłą i owocna pracę. Owoce tej pracy przede wszystkim w wychowaniu narodowym tutejszej młodzieży żeńskiej, słusznym mogą napełnić zadowoleniem”'°. O szerokiej działalności narodowej w tworzonych na Powiślu stowarzyszeniach katolickich przez Helenę i Stanisława Sierakowskich napisał we wspomnieniach ks. Maksymilian Napiątek". W końcu 1918 roku sam ks. Napiątek wygłaszał przemówienia na wiecach i zebraniach w Starym Targu, Sztumie, Mikołajkach Pomorskich, Postolinie i Waplewie. W zebraniach brali udział miejscowi księża: Władysław Demski, Bronisław Sochaczew-ski, Paweł Mateblowski. Trzy koła św. Kingi miały nawet chorągwie przechowywane w ko-ściołach'2. W przybliżeniu członkiniami Towarzystw św. Kingi było od 300 do 512 kobiet: Lp. miejscowość rok 1922 1923 1925 1926 1930 1936 1937 1938 1 Mikołajki 100 60 95 60 50 30 52 80 2. Nowy Targ - - - - 35 16 - - 3 Postolin 120 120 130 50 40 90 48 40 4. Stary Targ 90 140 207 130 90 60 70 80 5. Sztum 76 50 90 75 70 42 28 70 6 Trzciano - - - - 41 24 - Z koła w SaZłukaoh krak danych. Tdhele opracowałem na podstawie danych zawartych w sprawozdaniach znajdujĄtych się w Archiwum Akt Nouych w Warszawie. Koła Towarzystwa św. Kingi opiekowały się także otwartymi przed plebiscytem polskimi przedszkolami znajdującymi się w Waplewie, Starym Targu, Postolinie, Miranach. Sztumie, Mikołajkach, Trzcianie i Nowych Targu. Wychowawczynie polskich przedszkoli ’ Z. Lietz, Połskie życie teatrałne na Warmii i Powis'łu w XIX i XX wieku, Olsztyn 1987, s. 6 Z Powiśla, GO, 1921, nr 92 z 22 IV. " J. Borzyszkowski, ks. Makymiłian Napuftek i jego prace miyjne na Powiślu, w: 80 rocznica Zwufzku Połaków w Niemczech, Sztum — Kwidzyń 2002, s. 19-20. *^ AAN, KK, sygn.. 3660, k.2 Pismo Konsulatu z 6 IV 1926 r. Chorągwie te były przechowywane w kościołach: Starym Targu, Sztumie i Postolinie. 68 Księża katoliccy na Powiślu i ich rola w utrzymaniu języka polskiego zajmowały się nadto organizacją życia społeczno-kulturalnego, prowadziły biblioteki, zajmowały się organizacją harcerstwa w miejscowościach, gdzie znajdowały się polskie szkoły. Nie można pominąć związków, które łączyły działalność Towarzystw św. Kingi z krajem i to nie tylko z faktu organizowania licznych wycieczek, ale też z uczestnictwa kobiet z Powiśla w różnego rodzaju uroczystościach świeckich i kościelnych w kraju, m. in. w wielkiej manifestacji w Grudziądzu w 1927 r., kiedy sprowadzono prochy Juliusza Słowackiego do Polski, bądź na Międzynarodowej Wystawie w Poznaniu w 1929 roku.. 3 Po śmierci ks. Franciszka Połomskiego, administratora parafii w Straszewie, 12 września 1923 r. członkowie Rady Parafialnej postanowili zwrócić się do ówczesnego biskupa warmińskiego dr. Augusta Bludaua z prośbą o obsadzenie parafii „na wskroś polskiej i [gdzie] mową panującą jest język polski właśnie polskim księdzem”’^. Tymczasem rządca diecezji już dzień wcześniej, o czym parafianie nie wiedzieli, ustanowił niezbyt przyjaźnie odnoszącego się do ludności polskiej ks. Jana Certę (1882-1925), ale nie ujawnił tego przybyłej do Fromborka delegacji z parafii, tylko „w ostrej przemowie między innymi powiedział, że w przyszłości nie zamierza w ogóle żadnej polskiej delegacji udzielać audiencji, gdyż ostatnia deputacja, którą u siebie przyjął, oczerniła go potem podstępnie u papieża. Wyraził się, że Związek Polaków i jego zwolennicy troszczący się o utrzymanie języka polskiego, polskich zwyczajów i obyczajów, urabiają separatystyczną propagandę, że przekraczają czwarte przykazanie Dekalogu i są zdrajcami stanu, a czyny ich zdradą państwa”''*. Nowy proboszcz w Straszewie od razu zmienił porządek nabożeństw w parafii. Zamiast dotychczas uzgodnionej formy: dwa nabożeństwa w języku polskim i jedno w niemieckim, od połowy września 1923 r. odprawione było główne nabożeństwo w niedziele przemiennie raz z kazaniem polskim, a w następną z niemieckim. W odniesieniu do chóru kościelnego, złożonego z parafian będących mieszkańcami Trzciana, nakazał odśpiewanie pieśni religijnych wyłącznie za aprobatą biskupa warmińskiego'5. Księża katoliccy na Powiślu, zresztą podobnie jak na południowej Warmii, odnosili się do utworzonych w 1929 roku Polsko-Katolickich Szkół Prywatnych raczej obojętnie bądź też nieprzyjaźnie. Pochodzący z Purdy pod Olsztynem proboszcz parafii w Postolinie ks. Paweł Mateblowski odprawił w związku z otwarciem szkoły polskiej uroczyste nabożeństwo, ale na tym się skończyło. Nie przemówił nawet do dzieci i rodziców, jak to uczynili miejscowi działacze i zaproszeni goście. Po tym nie interesował się katolicką szkołą'*’. Kiedy na ten stan zwrócił uwagę Biskupowi Warmińskiemu konsul Józef Gieburowski, to ten stan się również nie zmienił. Wreszcie sam bp Maksymilian Kaller przeprowadził taką ” Memoriał dotycz;ifcy sprato kościelnych polskiej mniejszości narodowej w Niemczech, Olsztyn 1929, s. 150. '* Tamże, s. 150-151, W swojej wypowiedzi biskup dotknął memoriału, który w imieniu Związku Polaków w Niemczech (bez daty) w tym samym 1923 roku skierowano do Papieża Piusa XI w sprawie ograniczania nabożeństw z w języku polskim na południowej Warmii w oparciu o wyniku w głosowaniu 11 lipca 1920 r. ” Memoriał dotyczący praw kościelnych, op. cit. s. 151. ‘^ K. Trzebiatowski, Szkolnictwo oraz pohka działalność oświatowo-kulturalna na Powiślu w latach 1928-1932, w: Przegląd Historyczno-Oświatowy, 1968, nr 2 s. 151. Jan Chłosta 69 wizytację na południowej Warmii'^. Rządca diecezji spotkał się oddzielnie w miejscowych kościołach z dziećmi z polskich szkół w Lesznie, Giławach, Stanclewie, Brąswałdzie, Szą-bruku z uczniami z dzisiejszego Unieszewa, w Orzechowie z uczniami szkoły w Pluskach, w Klebarku Wielkim z uczniami szkoły w Skajbotach i samym Olsztynie w 1935 roku. Z tej wizytacji zachowała się nawet fotografia. Nie objął jednak tymi wizytacjami Powiśla. 4 Im bliżej wybuchu II wojny światowej, tym liczba nabożeństw polskich i polski śpiew w kościołach były coraz bardziej ograniczane. Po objęciu władzy w Niemczech przez Hitlera działacze Związku Polaków z poszczególnych dzielnic gromadzili na ten temat szczegółowe materiały. Na Powiślu w pierwszych miesiącach 1933 roku język polski był obecny w 16 kościołach: - Benowo: w ostatnią niedzielę miesiąca odprawiano mszę św., wywodzący się z Mątek pod Olsztynem ks. Paweł Pulina (1878-1941) posługiwał się słabo językiem polskim; - Kałwa: w każdą 3 niedzielę miesiąca odprawiana jest msza święta. Ks. Franciszek Ka-ther (1873-1958) mówi dobrze po polsku; - Dzierzgoń: w ostatnią niedzielę miesiąca odprawiana jest msza św. z polskim kazaniem. Ks. Bernard Poschmann (1878-1955) mówi dobrze po polsku; - Mikołajki Pomorskie: co drugą niedzielę odprawiana jest suma z polskim kazaniem i śpiewem polskim, w inne niedziele msza św. o godzinie 8 ze śpiewem polskim. Poza Tow. Sw. Kingi istnieje trzeci zakon św. Franciszka (40 osób), koło żywego różańca (70 członków), straż honorowa Serca Jezusowego (40 oób), koło śpiewu kościelnego (25 osób). Proboszczem jest pochodzący z Gutkowa pod Olsztynem ks. Jan Falk (1887-1976). Po 1945 roku został wysiedlony z Polski, lecz powrócił i duszpasterzował do 1965 r.; - Postolin: co trzecią niedzielę odprawia się mszę św. z polskim kazaniem i śpiewem, w każdą niedzielę o godzinie 7 msza św. z polskim kazaniem i śpiewem. Poza Towarzystwem Sw. Kingi istnieje koło śpiewu kościelnego (50 osób). Proboszcz ks. Paweł Mate-blowski słabo mówi po polsku; - Stary Targ: co trzecią niedzielę suma z polskim kazaniem i śpiewem, w każdą niedzielę msza św. o godzinie 7 z kazaniem i śpiewem polskim. Poza Tow. Sw. Kingi istnieje Towarzystwo Robotników Polskich (50 osób), koło śpiewu (28 osób). Proboszczem jest pochodzący z Różnowa pod Olsztynem ks. Wiktor Gollan (1887-1959), mówi dostatecznie po polsku; - Nowy Targ (filia Starego Targu): w co drugą niedzielę msza św. z polskim kazaniem, w pozostałe niedziele msze poranne; - Ryjewo: raz w miesiącu msza św. z polskim kazaniem. Ks. Józef Romahn (1866-1944) mówi słabo po polsku; - Straszewo: przez dwie kolejne niedziele w miesiącu msza św. z polskim kazaniem i śpiewem, w pozostałe niedziele o godzinie 7 msza św. z polskim kazaniem. Proboszczem jest od 1932 r. ks. Paweł Surrey (1887-1935), mówi słabo po polsku; '^ AAN, Konsulat RP w Olsztynie, sygn., 3680, k. 81 Pismo z 11 VII 1932 r. 70 Księża katoliccy na Powiślu i ich rola w utrzymaniu języka polskiego - Krasna Łąka (dawniej Szenwiza): dwie niedziele z polskim kazaniem i śpiewem, w pozostałe niedziele o godzinie 7 msza św. w maju nabożeństwa do NPM, w październiku — różaniec, koło śpiewu. Proboszczem jest Polak wywodzący się z Brus, ks. Bronisław So-chaczewski (1886-1940); - Sztum: w co trzecią niedzielę msza św. z polskim kazaniem i śpiewem. W pozostałe niedziele o godzinie 7 msza św. z kazaniem polskim. Proboszczem jest ks. Leon Ludwik Neumann (1879-1950), mówi dostatecznie po polsku; - Sztumska Wieś: przemiennie, w co drugą niedziele msza św. z kazaniem polskim; - Kwidzyn: w ostatnią niedziele miesiąca suma z kazaniem polskim, w inne niedziele msza św. o godzinie 7 rano z kazaniem polskim. Od XI 1937 r. w tych rannych mszach brali udział uczniowie miejscowego Gimnazjum Polskiego. Proboszczem był pochodzący z Unieszewa pod Olsztynem ks. Franciszek Pruss (1888-1971) dobrze mówiący po polsku. - Tychnowy: trzy niedziele w miesiącu msze po polsku i w ostatnią w języku niemieckim. Proboszczem jest Polak ks. Eryk Gross (1862-1935); - Iława: msza św. w co drugą niedzielę miesiąca z polskim kazaniem. Ks. Paweł Happen-heit (1867-1939) mówi dobrze po polsku*®; W następnych latach dokonano dalszych ograniczeń języka polskiego w kościołach. Na początku 1935 r. ks. Surrey w Straszewie na przemian zaczął odprawiać mszę św. po niemiecku i po polsku. To samo kuria biskupia we Fromborku nakazała uczynić ks. Socha-czewskiemu w Krasnej Łące. W Dzierzgoniu ks. Poschmann zniósł całkowicie nabożeństwa w języku polskim 19. W marcu 1935 r. został aresztowany wikary z Postolina ks. Józef Przeperski (1895-1951). Zarzucano mu, że podczas lekcji religii posługiwał się językiem polskim, bo — jak stwierdził — dzieci nie rozumiały tego, co mówił o Bogu i miłości bliźniego. Drugim powodem było doniesienie niejakiej Korzeniowskiej z Miran, która miała zeznać, że w trakcie kolędy ksiądz Przeperski zwrócił uwagę jej starszemu synowi, iż jako Polacy mają obowiązek posługiwania się językiem ojczystym, a nie zapierać się języka polskiego^**. Sąd hitlerowski wymierzył duchownemu karę półtora roku więzienia. W sprawie zwolnienia wikarego w Postolina występowali biskup warmiński Maksymilian Kaller i konsul Mieczysław Rogalski po uzyskaniu upoważnienia matki księdza Agnieszki Przeperskiej z Rykowca pod Tczewem. Starania te zakończyły się powodzeniem. W końcu kwietnia tego samego roku, po sześciu tygodniach, ksiądz Przeperski opuścił mury malborskiego więzienia i do mal-borskiej celi już nie powrócił. Wkrótce ordynariusz diecezji przeniósł go do Dywit pod Olsztynem^', z zapewnieniem, że po przejściu ks. proboszcza Franciszka Schnarbacha na emeryturę obejmie parafię. Miał za sobą 13-letni staż kapłański. Stało się jednak inaczej, bo biskup Kaller znów uległ naciskom funkcjonariuszy Bund Deutscher Osten, którym '^ AAN. KK. sygn.. 3680, k. 92-94. Pismo Konsulatu RP w Kwidzynie z 12 VI 1933 r. Tekst uzupełniono informacjami biograficznymi duchownych na podstawie Słownika Duchowieństwo katolickie diecezji warmińskiej w latach 1821-1945, w oprać. Andrzeja Kopiczki, część 2 Słownik, Olsztyn 2003. ” AAN. KK, sygn. 3680, k. 133, Pismo Konsulatu RP w Kwidzynie z 24 II 1935. AAN, Pos. sygn. 1869, k. 154 Pismo Konsulatu RP w Kwidzynie z 25 III 1935 r. AAN, Pos, sygn. 1869, k. 162, Pismo Konsulatu RP w Kwidzynie z 27 V 1935 r. Jan Chłosta 71 nie odpowiadały polskie przekonania księdza Przeperskiego. Biskup skierował go najpierw do Tapiau (teraz Gwardiejsk w obwodzie kaliningradzkim), a 15 września 1938 roku do Klonu nad granicą z Polską. Niedługo tam duszpasterzował, bo już 10 VIII 1939 r., jako osoba rzekomo zagrażająca bezpieczeństwu III Rzeszy, został wysiedlony z Prus Wschodnich. Zatrzymał się w berlińskim mieszkaniu ks. Józefa Styp-Rekowskiego. Z Powiśla wysiedlony został również 10 maja 1939 r. proboszcz z Krasnej Łąki, ks. Bronisław Sochaczewski, który zatrzymał się w Gdyni i tam został kapelanem Marynarki Polskiej. Jeszcze w styczniu 1939 r. centrala BDO w Królewcu wydała specjalny okólnik do swych członków mający na celu zebranie danych dotyczących nabożeństw polskich w kościołach wraz z danymi o liczbie wiernych uczęszczających na polskie nabożeństwa w poszczególnych parafiach, ich wiek oraz czy podejmowane były próby powiększenia nabożeństw niemieckich z podaniem przyczyn, dla których te zabiegi nie zakończyły się powodzeniem^^ W 1936 r. na Powiślu odprawiano w mszę św. dwa razy w miesiącu w następujących parafiach: Krasnej Łące, Kwidzynie, Mikołajkach Pomorskich, Postolinie, Starym Targu i Sztumie, a raz w miesiącu — w Benowie, Kałwie, Straszewie i Tychnowych^^. 5 Pięciu duchownych związanych z posługą religijną i działalnością w polskich organizacjach na Powiślu po wybuchu wojny w 1939 r. zostało osadzonych w niemieckich obozach koncentracyjnych i tam stracili życie. Najwcześniej został aresztowany katecheta Polskiego Gimnazjum w Kwidzynie ks. Stanisław Zuske (1903-1942), najpierw 25 sierpnia wraz z pozostałymi nauczycielami i uczniami polskiej szkoły był internowany w północne rejony Prus Wschodnich, krótko był więziony od 17 IX 1939 w Obozie Pracy w Hohen-bruch (teraz Gromowo w obwodzie kaliningradzkim), potem Stutthofie, od 10 IV 1940 r. w Sachsenhausen, od 14 XII w Dachau, potem przetransportowany do Hartheim k. Łinzu, gdzie 12 VIII 1942 r. zakończył życie w komorze gazowej. W Radzimiu pod Sępólnem na przełomie września i października 1939 r. został zamordowany ks. Jan Mazella. Jeszcze 2 XI 1939 r. aresztowano ks. Władysława Demskiego. Jakiś czas był przetrzymany w Swieciu, potem Stutthofie i w końcu w Sachsenhausen. Tam 26 V 1940 r. został przez gestapowca śmiertelnie pobity. Beatyfikował tego księdza 13 czerwca 1999 r. Jan Paweł II w czasie jednej z podróży do Ojczyzny. W Sachsenhausen zmarł 15 V 1940 r. po pobiciu ks. Bronisław Sochaczewski. Jego ostatnie dni życia opisał we wspomnienia Włodzimierz Wnuk^"^. W Hartheim k. Łinzu w komorze gazowej zakończył życie prezes Warmińskiego Komitetu Plebiscytowego ks. Antoni Łudwiczak. Wszyscy zasługują na naszą pamięć. “ AAN, Pos. sygn. 3680 k. 137, Pismo Konsulatu RP w Olsztynie z 29 I 1937 r. J. Chłosta, Oblicze religijne ruch polskiego na Warmii, Mazurach i n Powisju w latach 1918-1939, Warszawa 1992, s. 139. W Wnuk, Byłem z Wtmi, Warszawa, 1960, s. 149-150. 72 Prześladowani za Rodło Janusz Ryszkowski Prześladowani za RODŁO Kiedy od kwietnia 1945 roku w powiecie sztumskim zaczęły się tworzyć polskie władze, zapleczem kadrowym mogliby być miejscowi, przedwojenni działacze polonijni, członkowie Związku Polaków w Niemczech (ZPwN). Większość ocalonych z wojennej pożogi, wracała w rodzinne strony, mając nadzieję, że znajdzie się dla nich miejsce w tej Polsce, która do nich przyszła. Pierwszym burmistrzem Sztumu został przybysz z Grudziądza - Gawroński. Wkrótce jednak odszedł w atmosferze skandalu, zdemaskowany jako niemiecki kolaborant przez milicyjnych śledczych i przekazany władzom sowieckim. Ile w tych oskarżeniach było prawdy, trudno dociec. Jego następcą został Franciszek Wojciechowski (1903-1961), znający dobrze miejscowe realia. Wychował się co prawda w Westfalii, ale spędził w Sztumie kilka lat jako etatowy pracownik Związku Polaków w Niemczech. Od 1934 roku kierował Polsko-Katolickim Kazimierz Donimirski z Ramz Małych hył jednym z najhardziej zasłużonych działaczy organizacji połshich na Powis'łu i w Niemczech. Zdjęcie z okresu II wojny światowej. Towarzystwem Szkolnym na Powiślu, a potem także oddziałem Ziemi Malborskiej ZPwN. Okres wojny spędził na terenie Wielkopolski. Sprawnie zarządzał miastem aż do 1950 roku, kiedy to nastąpiła praktycznie likwidacja samorządu. Wojciechowski został wówczas odsunięty na boczny tor. Powierzono mu kierowanie niewielkim zakładem o szumnej nazwie Eksportowa Zbiornica Jaj. Na fali politycznej odwilży 1956 roku, gdy władze przypomniały sobie o działaczach miejscowej Polonii, udekorowano go Złotym Krzyżem Zasługi. I charakterystyczne: Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski przyznano wówczas Wiktorowi Nemitzowi, przedwojennemu działaczowi Komunistycznej Partii Niemiec, który wkrótce wyjechał z Polski. Dziwnym też trafem wniosek Wojciechowskiego o przyznanie renty specjalnej za przedwojenną działalność zaginął w papierach wysłanych przez referat Powiatowej Rady Narodowej w Sztumie do województwa. Ostatnie lata życia spędził w Sztumskiej Wsi. Wspierał Alfonsa Lemańskiego, kierownika Muzeum w Kwidzynie, w jego wyprawach po Ziemi Janusz Ryszkowski 73 Sztumskiej i zbieraniu dokumentów z okresu plebiscytu na Powiślu 1920 roku. Dzięki jego znajomości miejscowej ludności i kontaktom udało się zebrać wiele cennych materiałów w tamtego okresu, które dziś znajdują się w kwidzyńskiej placówce. Kazimierz Brochwicz-Donimirski (1880-1947), wiceprezes Rady Naczelnej i zarządu ZPwN (1931-1934), powrócił na Powiśle wiosną 1945 roku, licząc na to, że uda mu się odzyskać rodzinny majątek z Małych Ramzach koło Sztumu, z którego został przez władze hitlerowskie wysiedlony już w maju 1939 roku. Była to oczywista zemsta za wieloletnie zaangażowanie w sprawę polską i przewodniczenie polskim organizacjom. Donimirski nie miał raczej złudzeń, jaki los go czeka, gdy dojdzie do wojny. Nie zamierzał pozostawać w Trzeciej Rzeszy, uciekł w żoną Marią i dwojgiem najmłodszych dzieci do Polski. Wykorzystali fakt, że pociąg tranzytowy jadący z Elbląga do Berlina na krótko zatrzymywał się w polskim Tczewie. Ich ucieczkę przygotowali z kolejarzami synowie studiujący w Polsce — Kazimierz junior i Marian. Używając pierwszego członu nazwiska, posługując się z dokumentami ze zmienionym miejscem urodzenia ukrywał się skutecznie podczas okupacji niemieckiej w Generalnej Guberni. Mocno przeżył śmierć najbliższych - chorej na raka żony Marii i jedenastoletniego syna Mieczysława, któremu lekarz przez pomyłkę podał truciznę. Okazało się wkrótce, że odzyskanie rodzinnego dworku w Ramzach Małych i majątku będzie sprawą skomplikowaną. Donimirski podjął pracę w sztumskim Starostwie Powiatowym, w wydziale handlu. Dostał przydział na kilkupokojowy lokal w dawnym domu oficerskim przy ulicy Chełmińskiej (obecnie żłobek). Gdy zaczął się proces nadawania polskiego obywatelstwa miejscowej ludności, został z ramienia starostwa oddelegowany do tych właśnie spraw. Dobrze znał przecież miejscowe środowisko i przedwojenne stosunki. Działał w ruchu spółdzielczym. Polskim Związku Zachodnim, ale od polityki się raczej dystansował. Być może miał na to także wpływ pogarszający się stan zdrowia. Okupacyjne przeżycia dawały o sobie znać. Zmarł na zawał serca 21 lutego 1947 roku. Spoczął na przykościelnym cmentarzu w Postolinie, swojej przedwojennej parafii. Aktywną działalność polityczną rozpoczął za to po powrocie w rodzinne strony Jan Schreiber (1901-1950) [po 1945 roku używał tylko spolszczonej formy nazwiska Szreiber], który został w grudniu 1945 roku przewodniczącym utworzonej Powiatowej Rady Narodowej. Wywodził się z niezwykle zasłużonej dla polskości rodziny z Mikołajek Pomorskich. Ks. dr Feliks Schreiber (1857-1889), działacz religijny i społeczno-oświatowy związany z Olsztynem, był jego stryjem. Jan Schreiber nie tylko należał do ZPwN, ale był etatowym działaczem ruchu polskiego w Niemczech w okresie międzywojennym. Jego starszy brat Stanisław, prowadzący gospodarstwo w Mikołajkach, należący do ZPwN, został zamordowany w Oświęcimiu. W październiku 1945 roku Schreiber zwrócił się do starosty sztumskiego Romualda Marmurowicza z następującą prośbą. „Zaraz po plebiscycie w roku 1922 przystąpiłem do organizowania młodzieży na byłych terenach plebiscytowych . W roku 1922 powstał Związek Towarzystw Młodzieży na Prusy Wschodnie z siedzibą w Olsztynie, którego byłem założycielem i I.[pierwszym] prezesem. Powstałe w on czas na Warmii, Mazurach i Powiślu Towarzystwa Młodzieży były czynne aż do wybuchu wojny. Zamierzam zwołać zjazd byłych członków Związku Towarzystw Młodzieży na dzień 16 listopada br. Uprzejmie proszę 74 Prześladowani za Rodło O udzielenie pozwolenia na urządzenie tego zjazdu i przydzielenie na dzień zjazdu Miejskiego Domu Sportowego w Sztumie”. Na jego działania miejscowa władza i UB spoglądały od początku mocno podejrzliwie. Wynikało to z tego, że Schreiber kierował Stronnictwem Ludowym i był kandydatem na posła z ramienia Polskiego Stronnictwa Ludowego (1946), potem wrócił do SL. Stawał w obronie ludności autochtonicznej, która padała ofiarą rabunków, narażając się także funkcjonariuszom milicji i Urzędu Bezpieczeństwa często zamieszanym w te działania lub dającym na nie przyzwolenie. Podczas pobytu w Sztumie na początku września 1946 roku delegacji Ministerstwa Ziem Odzyskanych Jan Schreiber, Florian Wichłacz, przedwojenny nauczyciel polskiej szkoły w Postolinie i Franciszek Wojciechowski przekazali memoriał dotyczący krzywd. Izyeiora i Bolesław Osiństy ze Sztumskiego Pola. Zdjęcie z okresu międzywojennego. jakich doznali autochtoni, podając konkretne przypadki. „Z chwilą napływu repatriantów, którym podobały się osiedla zagospodarowane, akcja weryfikacyjna napotyka na trudności. W zamiarze zagarnięcia ich, napływają do władz denuncjacje bezpodstawne i następują konfiskaty majątku tubylców bez wyroków sądowych (np. ob. Przeperski). Gromady repatriantów grasują po powiecie, nachodzą zagrody zweryfikowanych obywateli, odbierając dokument obywatelstwa, niszcząc go, osiedlając się samowolnie na ich gospodarstwach, maltretując ich oraz doprowadzając dobrze prosperujące placówki do ruiny (np. ob. Krzemieniecka w Ryjewie). Z kolei memoriał omawia sprawę tych autochtonów, którzy po dzień dzisiejszy cierpią za przewinienia z okresu okupacji hitlerowskiej. „Jeśli nawet jednemu względnie drugiemu można zarzucić, że pod naciskiem władz wstąpił do partii, (aby uzyskać prace), to chyba nie wystarczy, aby ich na długie miesiące osadzać w więzieniu - zwłaszcza, że Niemców, którzy przyczynili się do rozszczepienia dusz najspokojniej wywozi się do Rzeszy. Wszystko to nie mogło wpływać na pozytywnie ustosunkowanie się autochtonów do ludności napływowej i władz. A jednak wynik Referendum na terenie naszych osad, zamieszkiwanych w zwartej masie przez autochtonów, był jednym z najlepszych na terenie Polski”. Janusz Ryszkowski 75 Zbliżały się wybory do Sejmu (19 stycznia 1947). Nowa władza, chcąc poprawić wizerunek mocno nadszarpnięty przez sposób weryfikacji, zrobiła pojednawczy gest w stronę rodzimej ludności. 2 listopada 1946 roku zorganizowano w Sztumie Zjazd Autochtonów Ziemi Malborskiej, Warmii i Mazur. Źródła podają, że wzięło w nim udział 3 tysiące osób. Była to największa po wojnie manifestacja patriotyczna w całym powiecie. W komitecie organizacyjnym Zjazdu, objętego patronatem wojewody gdańskiego, znaleźli się miejscowi przedwojenni działacze polscy w Niemczech. Aleksandra Morawska to córka doktora Feliksa Morawskiego, lekarza, społecznika, działacza miejscowego Banku Ludowego, animatora ruchu teatralnego i śpiewaczego. Poza nią Jan Szreiber, Franciszek Wojciechowski. Skład dopełniali nauczyciele: Franciszek Broda (Brodda), urodzony w Małych Ramzach koło Sztumu, który przed wojną nauczał w polskich szkołach w Nowym Kramsku (Babimojszczyzna) i Wielkiej Dąbrówce (Ziemia Lubuska) i Florian Wichłacz. Ideę zjazdu tak przedstawiał „Głos Pomorza”. „W dniu tym autochtoni tutejsi zadokumentują przed całym światem, że ziemia ta była i jest polska dlatego, że większość jej mieszkańców to Polacy z krwi i kości; że prawem obyczajów i języka, słusznie wróciła pod macierzyńskie skrzydła. (...) Wiemy bowiem doskonale, że Sztum etanowi jeden z powiatów, gdzie gros mieszkańców to autochtoni, a nadto słynie na całą Polskę jako gród polskości z okresu okupacji germańskiej.” Świadectwo polskości potrzebne było może nie całemu światu, bardziej osiedlającym się na ziemi sztumskiej przybyszom z centralnej Polski i repatriantom z utraconych kresów wschodnich. Oczywiście ten akt, jakim był zjazd, mógł mieć tylko znaczenie symboliczne. Podziały na tutejszych Polaków-„autochtonów”, nazywanych zdecydowanie częściej „Niemcami”, „bosych Antków” i „centralaków” oraz „zabugolców” (zamiennie „Rusków” i „Ukraińców”) przetrwały w jeszcze przynajmniej kolejnym pokoleniu. Uroczystości rozpoczęła msza w kościele św. Anny, celebrowana przez ks. płk. dr. Władysława Łęgę, autochtona, wywodzącego się z parafii postolińskiej. Homilię wygłosił ks. Stanisław Geneja. Na przykościelnym cmentarzu, przy mogile Bolesława Osińskiego, rolnika ze Sztumskiego Pola, działacza ZPwN, zamęczonego w 1940 r. Stutthofie, odbył się apel poległych. W sali Domu Kultury odbyła się akademia. Ks. dr Łęga mówi o polskich tradycjach rodzinnej Ziemi Malborskiej oraz swojej działalności w czasie plebiscytu 1920 roku. Burmistrz Franciszek Wojciechowski, w zastępstwie zapowiadanego na plakatach Kazimierza Pietrzaka, działacza Związku Polaków w Niemczech, o utrwalaniu polskości w czasach niemieckich, a Florian Wichłacz o „zadaniach autochtonów wobec narodu i państwa”. W części artystycznej, co spisujemy z afisza, zaprezentowano zgromadzonym: II część Mickiewiczowskich „Dziadów”, wiersze: Leopolda Staffa „W mroku” (w wykonaniu Ewy Wojtaszczyk), Jana Kasprowicza „Na Anioł Pański” oraz „Pięć dzielnic”, nawiązująca do tematyki Związku Polaków w Niemczech. Wiersz „Na grobie” recytował „obywatel Śmiech”. Przyjęto też kilkupunktową rezolucję. Oto najważniejsze fragmenty, które wiele mówią o nastrojach tamtych czasów. 76 Prześladowani za Rodło „2. Braciom naszym znad Bugu, Odry, Nysy i Karpat, z którymi łączą nas wiązy krwi, składamy w dniu dzisiejszym, jako wolni obywatele Rzeczypospolitej najserdeczniejsze pozdrowienia, zapraszając ich do współpracy nad odbudową Ziem Odzyskanych. 3. Na prawie: równi z równymi i wolni z wolnymi, w myśl starej naszej zasady, że Polak Polakowi bratem, niechaj opiera się współżycie i współpraca nie tylko na terenach odzyskanych, ale na obszarze całej Rzeczypospolitej! 4. Nie trzeba nam specjalnych praw i przywilejów - wierzymy w jedną powszechną polską sprawiedliwość społeczną - w uczciwość braterską, tak jak w latach niewoli wierzyliśmy w zwycięstwo prawdy i sprawiedliwości, i tego żadna moc nie zmieni. (...) 7. Rządowi Jedności Narodowej, prawowitemu Rządowi Rzeczypospolitej w dniu dzisiejszym tysiączne rzesze ślubują miłość i wierność do krwi ostatniej kropli z żył - Tak nam dopomóż Bóg!” Ale wróćmy do Schreibra. Choć na sesji Powiatowej Rady Narodowej w sierpniu 1946 roku, jak wynika ze sprawozdania w „Głosie Pomorza”, dziękował urzędującemu od kilku miesięcy staroście Józef Grodnickiemu za działania związane z repolonizacją, to dalej ich współpraca będzie znaczona pasmem konfliktów. Starosta był liderem Polskiej Partii Socjalistycznej w powiecie, Schreiber opozycyjnego Stronnictwa Ludowego. Mieli też różne doświadczenia z władzą sowiecką. Grodnicki, aktor z zawodu, podczas wojny był m.in. dyrektorem rosyjskiego teatru w Stanisławowie, Schreiber pod koniec 1944 roku został aresztowany przez NKWD i spędził kilka miesięcy w więzieniu w Lublinie. Starosta pisał na przewodniczącego Powiatowej Rady Narodowej donosy do władz wojewódzkich, podkreślając w nich złe nastawienie do obecnego ustroju demokratycznego i rządu. Z pewnością nie był daleki od prawdy, ale tego rodzaju enuncjacje zagrażały w tym czasie życiu. Efekt? Prof. Tadeusz Oracki w przyczynku do biografii Schreibera: „Z powodu szykan i nagonki politycznej, 15 października 1948 r. na posiedzeniu Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Sztumie, Schreiber złożył rezygnację ze wszystkich zajmowanych stanowisk. Kilka dni wcześniej (10 października 1948 r.) usunięto go ze Stronnictwa Ludowego, a w 1949 r. także z Polskiego Związku Zachodniego. Aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa w Sztumie (w kwietniu 1949 r.) został na podstawie fałszywych oskarżeń bezpodstawnie uwięziony w areszcie w Sztumie, skąd po kilku miesiącach przewieziono go do Urzędu Bezpieczeństwa w Gdańsku i osadzono w areszcie śledczym. Zwolniono go w grudniu 1949 r. ,,ze względu na stan zdrowia” . Zmarł po kilku tygodniach, 15 stycznia 1950 r. w Sztumie i został pochowany w Mikołajkach Pomorskich.”' Izydora Osińska, wdowa po Bolesławie, jednym z najaktywniejszych działaczy ZPwN na Powiślu, wróciła po zakończeniu wojny na ogołocone gospodarstwo w Sztumskim Polu. Na dodatek komisarz ziemski zabrał jej traktor, który mieli jeszcze przed wojną. „Nieraz przecież w czasie wojny powtarzała dzieciom. „Jak wrócimy na ojcowiznę, w 10 lat musi być wszystko tak, jak było przed wojną“. Razem z synami nie oszczędzała sił. Wkrótce jednak okazało się, że Osińscy to kułacy. Nie zatrudniali wprawdzie siły najemnej, ale po- ' Tadeusz Oracki, Jan Schreiber (Szreiher) 1901-1950: przyczynek do hiograjii, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie” nr 2-3/1994. Janusz Ryszkowski 77 siadali 64 ha ziemi. Stwierdzenie to pociągnęło za sobą znane konsekwencje. Ostatecznym ciosem było powołanie w 1950 r. młodszego syna do wojska, gdzie jako autochton i w dodatku kułak skierowany został do kopalni. Pozostały, starszy syn, chory na gruźlicę, nie mógł być matce dostateczną pomocą. Wtedy Osińska załamała się. Sama zwróciła się do władz, by wzięły ziemię pod uprawę. Pozostawiono jej 13 hektarów pozostałą ziemię oddając w zagospodarowanie zespołowi, a następnie spółdzielni produkcyjnej. (...) W ciągu trzech pierwszych, powojennych lat Izydora Osińska ciężką pracą własną i dzieci dorobiła się 8 koni, 6 krów, 4 jałówek i kilkunastu sztuk trzody chlewnej. Potem wszystko to pochłonęły podatki i dostawy. Mimo to dziś Osińska razem z synami z nową wiarą zaczyna jeszcze raz dźwigać gospodarkę. Wiara ta narodziła się już w ub. roku, kiedy po raz pierwszy po wojnie otrzymała zwrotną pożyczkę na odbudowę stajni. Zamiast 30 tys. zł, o które prosiła przyznano jej tylko 10 tys. zł, ale sam fakt, że przyznano miał wielką wymowę. Dziś 13 ha pozostałych Osińskim zagospodarowane jest w stu procentach. Chętnie wzięliby z powrotem więcej ziemi.” ^(Z reportażu Izabelli Trojanowskiej „Z wędrówki po Powiślu. Prawo pierwszeństwa”, „Dziennik Bałtycki” nr 243/1957). Na fali politycznej odwilży w 1956 roku przyjeżdża do Sztumu reporter „Dziennika Bałtyckiego” Wacław Hyra (wkrótce też naczelny gazety do momentu antysemickich czystek w 1968 roku). Sprawa jest poważna i zabarwiona politycznie. Do Prezydium trafiło ponad 1000 podań od ludności autochtonicznej z terenu powiatu o pozwolenie na wyjazd do Niemiec. To była porażka dotychczasowej polityki nie tylko wobec ludności rodzimej, ale stawiała pod znakiem zapytania dokonania PRL. Hyra napisze wprost, że ludzi do wyjazdu za Odrę popycha zwyczajna bieda, czują się dyskryminowani, we władzach nie mają swoich reprezentantów. Odwilż zapoczątkowała polityczną karierę Floriana Wichłacza, kierownika szkoły Postoli-nie, który kojarzony był w przedwojennych ruchem polskim na Powiślu, choć jako nauczycielowi władze niemieckie nie pozwalały na szerszą aktywność pod groźbą wydalenia do Polski. W 1956 roku został przewodniczącym Powiatowej Rady Narodowej w Sztumie, a wkrótce także posłem na Sejm przez kolejne 5 kadencji (do 1975). A przecież wcześniej przez kilka lat był osobą niewybieralną nawet do rady gminnej. Dla przedstawicieli sztumskich władz mocno podejrzana ideologicznie była właśnie jego przed i wojenna przeszłość. Przecież to władze sanacyjne - podkreślano - skierowały go do szkół polskich na terenie Niemiec. A to, że przeżył, no właśnie — przeżył, prawie 6 lat w niemieckich obozach koncentracyjnych... Może jednak bardziej chodziło o to, że Wichłacz stał się po wojnie rzecznikiem miejscowej ludności, krzywdzonej wówczas na różne sposoby. Stosunek do polityka najlepiej ilustruje lekceważąca anegdota, która przed laty krążyła po Sztumie. Do sekretariatu prezydium przychodzi interesantka i mówi z twardym akcentem, że „chce do pana Wychlacz”. I słyszy w odpowiedzi: Ale tu nie można nic wychlać (wypić), musi pani iść gdzie indziej... W 1956 roku Florian Wichłacz, jako działacz Frontu Narodowego (potem Front Jedności Narodu), zorganizował w Sztumie spotkanie posła Jana Trusza z - jak pisano - ludnością rodzimą. Zabierało głos 57 mówców, przedstawiających problemy bytowe - związane z niskimi rentami, podatkami, remontami mieszkań, zadośćuczynienia za straty materialne po wojnie, wreszcie sprawy łączenia rodzin drogą wyjazdu do Niemiec i odwrotnie. Poseł ’ Izabella Trojanowska, Z wędrówki po Powiślu (I). Prawo pierwszeństwa, „Dziennik Bałtycki”, nr 243/1957. 78 Prześladowani za Rodło obiecał interwencję na szczeblu lokalnym i centralnym. Na tym najniższym były ogromne zaniedbania. Jak ustaliła reporterka „Dziennika Bałtyckiego” z tzw. funduszu za meble, z którego wypłacono rekompensaty za utracone po wojnie mienie najbiedniejszym autochtonom, skorzystało całym w powiecie sztumskim raptem dwie osoby. Jeszcze dziwniejsze było to, że władze powiatowe w piśmie do Wojewódzkiej Rady Narodowej stwierdziły, że nie ma takich potrzeb. To tylko drobna ilustracja tego, jak lokalna administracja dostrzegała i traktowała problemy rodzimej ludności, w tym także Polaków spod znaku Rodła. Na pewno pewnym przełomem w świadomości nowych, powojennych sztumian było odsłonięcie 22 lipca 1956 roku pomnika Wdzięczności (Rodła), upamiętniających „poległych bojowników o polskość’ Ziemi Sztumskiej, ofiar hitleryzmu. Odtąd pomnik stał się miejscem uroczystości patriotycznych, nie tylko symbolicznie integrujący sztumską społeczność. Wydawałoby się, że dyskryminowanie działaczy przedwojennej Polonii i członków Związku Polaków w Niemczech z Powiśla i związanej w tym symboliki Rodła to już jednak odległe dzieje. Okazuje się jednak, że nie. W 2016 roku znak Rodła, tak mocno wpisany w dzieje Ziemi Sztumskiej, bardzo nie spodobał się komisji heraldycznej przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, zatwierdzającej projekt sztandaru Miasta i Gminy Sztum, ustanowionego na 600-lecie nadania praw miejskich. Określono Rodło jako symbol związany z działalnością państwa niemieckiego. Pod pismem podpisał się ks. prof. dr habilitowany... Tak to historię Polaków na Powiślu widziano z Warszawy... Odsionięciepomnika Wdzięczności 22 lipca 1956roku w Sztumie. Na zdjęciu m.in. odznaczeni Krezami Orderu Odrodzenia Polski Wiktor Nemitz i Stejdn Wlodarczak, Antoni Bigus, zastępca przewodniczcfcego Wojewódzkiej Rady Narodowej w Gdańsku i prof Romuald Cebertowicz, poseł na Sejm i przewodniczący Frontu Narodowego w Gdańsku. Ryszard Rząd 79 Ryszard Rząd HISTORIE NIE TYLKO MALBORSKIE (9) o ZA DŁUGIEJ LOKOMOTYWIE W latach międzywojennych pociągi Kolei Rzeszy („Deutsche Reichshahn-Gesellschafi”) łączyły m.in. Paryż z Moskwą przez Królewiec. W 1926 r. ekspres nr 21, (Luxuszug) z wagonami tylko 1 klasy, wyjeżdżający z Paryża o godz. 15.10, przybywał do Malborka o 15.15 następnego dnia. Po 10 min. postoju wyjeżdżał do Królewca gdzie był o 17.34. O 17.42 wyruszał do Eydtkuhnen, stacji granicznej z Litwą, gdzie pojawiał się o 20.08. Wyruszał stamtąd o 21.00, by o 23.22 być w Kownie. Tu skład dzielono. Jedna część kończyła podróż o godz. 8.00 w Rydze (gdzie odczepiano wagony sypialne 1 klasy), zaś druga o 9.30 w Moskwie. Podróż z Paryża do Moskwy trwała więc 36 godz. 20 min. Pociąg przejeżdżał tranzytem przez terytorium Polski, gdzie na odcinku Chojnice-Tczew (nr 139) i dalej do Malborka prowadziły go polskie lokomotywy. W latach 30-tych były to najnowsze parowozy typu Pu29. Pierwszą taką maszynę z zakładów Cegielskiego w Poznaniu sprowadził do parowozowni w Zajączkowie Tczewskim 9 września 1931 r. maszynista Stanisław Sobczak (1889-1964) z Tczewa. W ciągu następnych dni dokonał nią kilka jazd próbnych do Gdyni, Malborka i Chojnic. Pierwszy, regularny „tranzyt” Chojnice-Mal-bork-Chojnice wykonał na niej 20 września. Nieprzypadkowo wybrano właśnie jego. Od najmłodszych lat, tak jak i jego ojciec, pracował na kolei. Aktywnie udzielał się też w Zawodowym Związku Maszynistów RP, gdzie pełnił funkcję skarbnika Koła Tczewskiego. Pu29 — zbudowano tylko 3 sztuki — były przeznaczone do obsługi ciężkich pociągów pospiesznych, głównie wspomnianego tranzytu przez Pomorze. Były największymi polskimi parowozami zbudowanymi przed II wojną światową. Próbne, fabryczne jazdy ze składem o masie 818 ton uwidoczniły duże możliwości parowozu, który utrzymywał stałą prędkość 105 km/h, maksymalną 112 km/h, a na wzniesieniach — 80 km/h. Zastosowany układ podwozia gwarantował szybki rozruch bez skłonności do poślizgu zestawów kołowych i spokojny bieg w całym zakresie prędkości. Okazało się też, że Pu29 ma więcej zalet, np. dobrą widoczność z budki, prostą i przejrzystą budowę, a także to, że jest bardzo ekonomiczny. Mimo to nie uruchomiono ich produkcji seryjnej. Były bowiem za długie na większość ówczesnych obrotnic w Polsce. Zawieruchę II wojny światowej przetrwał tylko Pu29-3 odnaleziony w Czechosłowacji w 1949 roku. Służbę zakończył w Toruniu w 1970 r. Dziś jest ozdobą Muzeum Kolejnictwa w Warszawie. Pu29-1 został skasowany w Niemczech. Pu29-2 („Pana Sobczaka”) przepadł gdzieś bez wieści. 80 Historie nie tylko malborskie Fragment mapy kolejowej Polski z roku 1939 z odcinkiem tranzytowym Chojnice — Malbork. Prowadzona przez Stanisława Sobczaka lokomotywa Pu29-2 w trakcie przejazdu z Chojnic do Malborka w dn. 21 listopada 1931 r. Ryszard Rząd 81 PRZESIADKOWE KORSZE Jednym z najważniejszych węzłów kolejowych Prus Wsch. były Korsze w powiecie kętrzyńskim. Krzyżowały się tu bowiem dwie główne magistrale kolejowe: królewiecko-ełcka (mająca swoje przedłużenie w zaborze rosyjskim do Białegostoku, gdzie łączyła się z linią Warszawa-Petersburg) i toruńsko-wystrucka (będąca fragmentem linii Berlin-Poznań-Tyl-ża-Ryga-Petersburg). 1 listopada 1867 r. po pierwszej z nich przejechał pierwszy pociąg z Królewca do Kętrzyna. 27 grudnia 1871 r. uruchomiono komunikację na drugiej magistrali, tj. z Czerwonki do Gierdaw. Niewielka osada Korsze awansowała tym samym do roli ważnego ośrodka kolejowego. Wszystkie pociągi przybywały tu jednocześnie i miały pół godziny postoju. Był to czas na „grochówkę a la Korsze” i na sznapsa ze znajomymi, których zawsze można było tu spotkać. Jak powiadano, hasłem przesiadających się było: „Rennen-schleppen-erhoien” (biec-dźwigać-odpoczywać). Fragment mapy kolcowej Rzeszy z roku 1899 z zaznaczeniem stacji Korsze. 82 Historie nie tylko maJborskie Dworzec w Korszach zniszczony przez Rosjan w 1914 r. KIEDYŚ TO BYŁY ZIMY ... Po długim czasie, z przerwami spowodowanymi I wojną światową i kryzysem gospodarczym lat dwudziestych, w 1927 r. otwarto ostatnią linię kolejową w Prusach Wschodnich: z Gołdapi przez Dubeninki, Zytkiejmy do Tołminikiejm (Tollmingen). Była ona tak peryferyjnie położona, że nigdy nie miała większego znaczenia ekonomicznego. Konieczność jej budowy w tym bardzo trudnym, górzystym terenie wynikała z potrzeby odciążenia dwu głównych szlaków zaopatrzeniowych dla armii niemieckiej wobec zbliżającej się wojny z Rosją linii: Toruń-Wystruć-Kłajpeda oraz Tczew-Królewiec-Ejdkuny {/tydtkuhnen). Trzecia, dwutorowa linia zaopatrzeniowa prowadzić miała z Kwidzyna przez Morąg, Węgorzewo do Gołdapi i Zytkiejm. Pomiędzy tymi ostatnimi stacjami, w nadgranicznej miejscowości Pobłędzie (Pablindszen), planowano wielki rozjazd na wschód do Rosji. Z całego zamierzenia zrealizowano jedynie fragment Prabuty-Myślice i kilka wiaduktów w pobliżu Gołdapi, m.in. w Stańczykach (Staatshausen). Wspomniane wyżej peryferyjne położenie odcinka Gołdap-Tołminikiejmy powodowało, że z utrzymaniem jej w dobrym stanie były zawsze spore kłopoty. Jako że regularnie zasypywana była wielkimi zaspami śnieżnymi, pługi kierowano tu już wczesną zimą, gdy w reszcie kraju nie były jeszcze potrzebne. Zdarzało się, że pociągi zasypywane były powyżej okien. W lutym 1929 r. linia była nieprzejezdna przez 36 godzin (ku radości uczniów dojeżdżających do szkół). Pracowały tu pługi śnieżne budowane przez stocznię Schichaua w Elblągu, zaopatrzone w wirniki o średnicy 3 m i silniki parowe takiej mocy jak w kutrach torpedowych. Ryszard Rząd 83 Węgorzewo przed 1945 rokiem miało połączenia kolejowe z pięcioma sąsiednimi miastami: Kętrzynem, Giżyckiem, Gołdapią, Angerapp i Nor^ienburg. Obecnie leży poza zasięgiem linii pasażerskich PKP. Wiadukty kolcowe w Stańczykach. Jeden z kolejowych pługów wirnikowych działających w Sudetach przed I wojną światową. 84 Historie nie tylko malborskie O SPOSOBACH NA CHOLERĘ W trakcie tłumienia powstania listopadowego w 1831 r. wojska rosyjskie przywlokły do Królestwa Polskiego epidemię cholery azjatyckiej. Pod Pułtuskiem zmarł tu na nią m.in. głównodowodzący sił rosyjskich, gen. Iwan Dybicz (1785-1831). Powstańczy Rząd Narodowy uporał się z nią dość szybko — kilku wojskowych, powstańczych lekarzy odznaczono nawet za to złotymi krzyżami Yirtuti Militari. Niemal natychmiast zaraza przeniknęła też do Prus. W Poznaniu zmarł na nią m.in. feldmarszałek August Wilhelm von Gneisenau (1760-1831). Z epidemią walczono na wiele różnorakich sposobów. Niektóre już wówczas budziły wątpliwości, a nawet rozbawienie. Byli bowiem lekarze, którzy zapobiegawczo dla poruszenia powietrza radzili zarządzać salwy z wielu armat wokół miast. Strzelanie i spalanie prochu strzelniczego miało bowiem powodować zwiększenie ilości „powietrza życiowego”. Inni w celach profilaktycznych zalecali bezwzględnie „Przychodnia Śmierci" — rysunek opublikowany podczas epidemii cholery w Londynie w 1866 r. ilustrujący hipotezy angielskiego epidemiologa Johna Snowa, który powiązał epidemię z przesiąkaniem ścieków do wód gruntowych używanych do picia. Człowiek zabezpieczony przed cholerą, rysunek z 1832 r. Ryszard Rząd 85 trzymać w ustach kamforę, co całkowicie miało niszczyć czynnik zakaźny. Zezwolono też policyjnie na publiczne palenie papierosów, co miało działać oczyszczająco na powietrze ... Wielu ówczesnych krytycznie, a nawet kpiąco (mimo oczywistej, dramatycznej sytuacji), odnosiło się do niektórych ze sposobów zapobiegania epidemii. Świadczyć o tym mogą artykuły satyryczne w prasie pruskiej. W jednym z nich pisano, że pewna wdowa ma do sprzedania wiolonczelę, chroniącą z pewnością przed zachorowaniem na cholerę, jeśli grać na niej rano i wieczorem. Może ona też sprzedać piszczałkę organową o podobnych właściwościach ochronnych, co miało być na pewno lepszym środkiem zapobiegawczym niż picie czerwonego wina z gorczycą. Niemiecka mapa z 1831 r. ukazująca rozprzestrzenianie się cholery w Królestwie Polskim. 86 Leszek Sarnowski Franciszek Baumgart osaczony bohater FRANCISZEK BAUMGART OSACZONY BOHATER! Kochamy naszych bohaterów. Chcielibyśmy, żeby byli kryształowi i bez skazy, lepsi od nas. Ale nie zawsze tacy są. Kościuszko, Mochnacki, Traugutt, Piłsudski, każdy z nich ma coś, co nie pozwala wynieść go na ołtarze, mimo że jednak zalet więcej niż wad, powodów do chwały więcej niż do wstydu. Cenimy w nich męstwo i honor, a jeśli sprostać nie dają rady, tworzymy mity i legendy, by jakoś wyrwać ich z realnego świata pełnego ułomności, słabości i bylejakości. Najlepiej jak bohater ma cechy romantycznego buntownika, indywidualisty, patrioty walczącego o wolność innych, a jeszcze lepiej jak jest cierpiący, zaangażowany, etyczny, brawurowy, idealista, żeby nie powiedzieć: pomazaniec. Nie mówiąc już o tym, że gdyby zginął tragicznie, w boju, na barykadzie wolności, to byłby szczyt uwielbienia. Z żywymi bohaterami często bywa kłopot. Franciszek Baumgart. Człowiek walki, konspiracji, ka- Franciszek Baumgart w latach 60, fot. archiwum rodzinne muflażu, honoru i mistrz przetrwania, z fantazją romantycznych buntowników, bezkompromisowy, odważny na granicy desperacji, brawury i zuchwałości. Idealny „materiał” na bohatera, z wręcz romantycznym etosem. Walczył w kampanii wrześniowej. Trafił do niemieckiej niewoli. Przebywał kolejno w trzech obozach jenieckich. Z pierwszego bez skutku uciekał dwa razy, z drugiego nie zdążył, bo go przenieśli za karę do kolejnego, ale tunel już kopał. Dopiero z trzeciego obozu udało mu się skutecznie zbiec. Następnie zamiast ukryć się i jakoś przetrwać wojnę, zaangażował się w działalność konspiracyjną i jako emisariusz-kurier jeździł do Niemiec z tajnymi instrukcjami, między innymi do obozów, z których wcześniej uciekał. Walczył w powstaniu warszawskim, a po jego klęsce udało mu się po raz kolejny uciec z rodziną. Przez dwa lata po zakończeniu wojny ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem w Sztumie próbując po tylu wojennych doświadczeniach odnaleźć wreszcie dla siebie spokojne miejsce na ziemi. Wpadł jednak w szpony aparatu bezpieczeństwa „ludowej” Polski. Przez ponad dwadzieścia lat żył w dwóch równoległych rzeczywistościach. Żył podwójnym życiem — tym rodzinnym, społecznym, z jednej strony i tym osaczonym, z drugiej. Fragment najnowszej książki Leszka Sarnowskiego, Franciszek Baumgart osaczony bohater, która ukaże się na początku 2023 roku. Leszek Sarnowski 87 Oświa/iczenie Franciszka Baumgarta o ujawnieniu swoj^ działalności w AK i tożsamości, fot. archiwum IPN 88 Franciszek Baumgart. Osaczony bohater To nie jest historia biało-czarna, w której kryształowy bohater ginie w aureoli męczennika. I na koniec stawiamy mu pomnik, nazywamy jakąś ulicę i organizujemy akademie ku czci. To jest historia wielobarwna, nieoczywista albo oczywista z wątkami nieoczywistymi. Bo to historia o bohaterze osaczonym i poturbowanym. O człowieku, któremu za jego wojenne przeżycia, brawurę i bohaterstwo nikt nie postawił pomnika. Jego życiorys mógłby posłużyć za scenariusz niezłej hollywoodzkiej produkcji filmowej, z sensacyjną akcją oraz patriotycznym patosem w tle. Ale był to też człowiek, którego osaczył aparat bezpieczeństwa próbując udowodnić, że jest szpiegiem i wrogiem ludu, a on po prostu chciał żyć normalnie, jako „zwykły zjadacz chleba”. Dał się uwikłać, bo uwierzył, że mówi prawdę i nikomu tym nie zaszkodzi. I raczej nie zaszkodził, ale rysą na pięknym życiorysie zaszkodził jedynie sobie. Odmowa oznaczała kłopoty. Udział świadomy w grze mógł się nie udać albo odwlec kłopoty. Franciszek Baumgart z pewnością pamiętał słowa wypowiedziane przed ponad stu laty przez jednego z pierwszych dyrektorów gimnazjum w Chełmnie, prof. Wojciecha Łożyń-skiego, skierowane do uczniów: „Bądźcie prości jak gołębie, a przebiegli jak węże”. Baumgart taki właśnie był, choć nie udało mu się bez szwanku wymknąć komunistycznej bezpiece... NA TROPIE „SZPIEGA” Franciszek Baumgart ujawnił się 14 marca 1947 roku i przez dwa lata miał święty spokój. Ale aparat bezpieczeństwa powoli szykował swoje administracyjno-operacyjne działania przeciwko niemu. 11 lipca 1949 roku funkcjonariusz Kesicki z Urzędu Bezpieczeństwa w Bydgoszczy sporządza, na wniosek UB w Gdańsku, charakterystykę Baumgarta, w której czytamy, że: „jest synem obszarnika, ojciec jego posiadał 280 mórg ziemi w Kokocku, pow. Chełmno. Wspomniany do 39 r. był zawodowym oficerem W.P., brał czynny udział w wojnie polsko-niemieckiej. Po klęsce wrześniowej dostał się do niewoli niemieckiej gdzie podał fałszywe nazwisko Baumgart uciekł z niewoli do G.G., gdzie przebywał do 45 r. W tym czasie przybył do swego wujka w Bydgoszczy i tylko przez okres 14 dni zamieszkiwał. Po kilku dniach przyjechała do niego kochanka z dzieckiem (żona byłego kpt zm. przed 1939 rokiem) z którą wyjechał po kilku dniach do swych rodziców. Działalność polityczna i społeczna z przed 39 r. z czasów okupacji i obecnie po wyzwoleniu jest nam nieznana, ponieważ wspomniany nie zamieszkiwał na tut. terenie, kompro-materjałów na w/w tut. Urząd nie posiada”^. Cztery miesiące później, 20 listopada 1949 roku, Franciszek Baumgart wezwany przez UB sporządza swój kolejny życiorys i dostarcza na ręce funkcjonariusza Andrzeja Głuchowskiego w Sztumie. Czytamy tam między innymi: „W czasie mego pobytu w oflagu IVC w Colditz w roku 42-43 zostałem wciągnięty (do konspiracji — przyp. red.) przez śp. ppłk Ko Walczewskiego. W sierpniu zostałem przeniesiony z grupą oficerów do Dóssel k. Kassel, skąd udało mi się uciec do W-wy (IX 43). Skierowanie do W-wy otrzymałem od Kowal-czewskiego. Tu wskutek braku emisariuszy, a mając znajomość kilka osób w Niemczech 2 We wszystkich cytowanych materiałach UB i SB: raportach, zeznaniach E Baumgarta i zapisach jego rozmów zachowano oryginalną pisownię i interpunkcję, łącznie z podkreśleniami. Leszek Sarnowski 89 i władając biegle niemieckim zgodziłem się na zostanie emisariuszem. Bezpośrednim przełożonym był płk „Kortum”. Spotkałem się z nim jeden raz, potem rozkazy do wyjazdu do Niemiec otrzymywałem od łączniczki „Anki”. Pierwszy wyjazd miałem na Śląsk, dokąd zawoziłem dokumenty i pieniądze dla uciekinierów z niemieckiego wojska. Po powrocie stamtąd wyjechałem do Murnau, gdzie w obozie spędziłem 3 lata. Zadanie polegało na dotarciu do więźniów z wytycznymi dla obozu i przewiezienie meldunku do kraju... Oprócz tych zadań moja łączniczka na rozkaz AK skontaktowała mnie z komórką PPR z „Arskim”, który prosił, bym przy okazji przewiózł wytyczne jak robota i praca zbierania informacji o wrogu i ludziach swoich znajdujących się na tamtejszym terenie itd. do ich przedstawiciela Szatkowskiego. Fabryka w której pracował Szatkowski została w międzyczasie zbombardowana, a on tam przeniesiony został do pracy o ile się nie Franciszek Baumgart po zawieszeniu broni przy ul. Marszał-kowskiey koło Żurawiej, fot.archiwum rocłzinne mylę do Linzu, o czym poinformował mnie Polak, który sprzątał fabrykę po bombardowaniu. W rozmowie z nim stwierdziłem że istotnie dobrze znał Szatkowskiego. Z Murnau miałem wyjechać do Wiednia niestety z powodu ograniczeń w-do tego miejsca sprawdzone podróży w tym czasie w Niemczech zmuszony byłem do powrotu do Warszawy. Następnie udałem się do Stuttgartu po odbiór meldunku od naszej „wtyczki”. Po drodze wstąpiłem do Poznania i Berlina celem sprawdzenia naszych punktów oparcia (dla emisariuszy) Punkt w Poznaniu jeszcze grał, natomiast w Berlinie już nie istniał, gdyż dzielnica została zbombardowana, dzięki temu nie mogłem wykonać zadania dalszego (wyjazd do Murnau) tu miałem w Berlinie otrzymać dalsze papiery na podróż. Moje punkty oparcia: Poznań, ul. Chełmińska 3, Berlin, Gross Bożen str 49, Sosnowiec - nazwy ulicy nie pamiętam...” Pod rękopisem Baumgarta swoje uwagi dopisuje funkcjonariusz UB, wskazując jakie informacje będzie trzeba jeszcze od Baumgarta wydobyć: 1. Spis oficerów należących do organizacji w oflagu i ich działalność 2. Pod jaki adres skierowano go do Warszawy na kontakt 3. Podać personalia tych ludzi i co o nich jest wiadomo 4. Opisać kontakty „Anki”, wskazać adresy, podać jej rysopis 5. Kontakt w Sosnowcu, miejsce, adres i cel kontaktu 6. Opisać organizację łączności obozów oflagu — w jaki sposób organizowano, kim się posługiwano, zadania i cel tej działalności, skład sztafety 90 Franciszek Baumgart. Osaczony bohater 7. Opisać W jaki sposób wykorzystywano bazę w Berlinie — określić dokładnie adres lub położenie jej mieszkania 8. Opisać kontakty z „Arskim”, miejsca, ilość i cel 9. Opisać Szatkowskiego i jego pracę 10. Zidentyfikować „wtyczkę” w Stuttgarcie i jej działalność. Nie było to zwykłe pisanie życiorysu na nowo, bo jakiś funkcjonariusz gdzieś zapodział poprzedni. Chodziło o doprecyzowanie coraz drobniejszych szczegółów, by można było go z nimi konfrontować, bo a nuż coś pomyli, zapomni, nie dopowie i będzie można powiedzieć; „Mamy cię, kłamiesz!” Zaczęła się gra. Kilka miesięcy później, 3 lutego 1950 roku, kierownik referatu V UB w Sztumie H. Wnuk, w tajnej notatce, pisze do wydziału „A” Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Gdańsku kolejną charakterystykę Baumgarta, potwierdzając dotychczas znany życiorys, dopisują jednocześnie, że „rodzina jest poglądów sanacyjnych i utrzymuje ścisłe kontakty z klerem”, a on „jest wrogo ustosunkowany do obecnej rzeczywistości pomimo że jawnie nie występuje wrogo”. 27 maja 1950 roku st. kapral St. Baniecki z posterunku MO w Sztumie z polecenia komendanta MO przeprowadził wywiad na temat Baumgarta i relacjonuje, co ustalił: „Jak stwierdzono w czasie okupacji niemieckiej należał do organizacji podziemnej... Posiadał do stycznia 1949 sklep z artykułami spożywczymi w Sztumie przy ul. Mickiewicza, który zlikwidował. Po zlikwidowaniu danego sklepu wstawił się jako pracownik do Centrali Nasiennej w Sztumie^ i pracuje w charakterze referenta paszy bydła w terenie. Pensja zasadnicza w/w wynosi 13 500 zł plus premie... Nie stwierdzono ażeby w/w przejawiał jakąś wrogą działalność, gdyż nie przebywa w otoczeniu osób podejrzanych politycznie, a żyje wraz z żoną przybraną Cyngott w skryciu”. 20 września 1950 roku komendant Posterunku MO w Sztumie, plut. Z. Wojciechowski, wysyła pismo, opatrzone klauzulą ściśle tajne, do Komendanta Powiatowego MO w Chełmnie (w powiecie, w którym przed wojną mieszkał Baumgart), w którym zwraca się z prośbą o przeprowadzenie szczegółowego wywiadu pod względem politycznym i moralnym o Franciszku Baumgarcie. Jak zachowywał się przed wojną, w czasie okupacji i po wyzwoleniu, do jakiej należał organizacji w tym czasie i jaką cieszył się opinią. Gdzie pracował, czy był wpisany na niemiecką listę narodowościową, czy był karany i jaki ma stosunek do obecnej władzy, w jakich miejscowościach ma rodzinę i czym się ona zajmuje. Na końcu pisma adnotacja: „Sprawę proszę traktować jako bardzo pilną. Zebrany materiał proszę umieścić na odwrocie niniejszego pisma. W wypadku posiadania materiałów kompromitujących proszę o nadesłanie takowych”. Komendant z Chełmna kieruje sprawę do Posterunku MO w Unisławiu^. 12 października 1950 r. komendant powiatowy MO w Chełmnie (podpis nieczytelny) przesyła sprawozdanie (przygotowane przez funkcjonariuszy z Unisławia) z przeprowadzonego rozpoznania na posterunek MO w Szubinie, w którym czytamy, że Franciszek Baum- ’ Błędna informacja, bo Baumgart pracował w Zakładach Mięsnych - przyp. aut. ^ Wieś Kokocko, w której przed wojną mieszkał Franciszek Baumgart była częścią gminy Unisław. Leszek Sarnowski 91 gart „jest pochodzenia kułackiego, rodzice jego tak przed wojną jak i obecnie posiadają gospodarstwo rolne o obszarze 59 ha na którym zatrudniają 4-rech a czasem 6-ciu osób wyzyskując ich, za co ojciec w/w miał prowadzone śledztwo w 1950 r. Co do Franciszka to do 1939 roku był przy rodzicach, pracował wspólnie na gospodarstwie, w stosunku do robotników czół wstrent, przebywał w otoczeniu kułackim i zamożniejsza inteligencja. W roku 1935 został powołany do wojska, skąd wrócił w stopniu porucznika, był zawodowym oficerem, w roku 1938, do rządów sanacyjnych był ustosunkowany przychylnie. Z chwilą wybuchu wojny został powołany do wojska, skąd do chwili obecnej nie powrócił. Ojciec Leon posiada 59 ha ziemi zatrudnia robotników, jest bez partyjny, do obecnej rzeczywistości oraz ZSRR i kolektywizacji wsi jest ustosunkowany wrogo. Figuruje w kartotece ogólnej przy PUBP Chełmno. Natomiast Franciszek nie jest notowany w KO przy PUBP Chełmno”. W kraju trwają spektakularne represje wobec niepodległościowego podziemia. 23 października 1950 roku rozpoczął się proces Komendy Ośrodka Mobilizacyjnego Wileńskiego Okręgu AK przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie. Dowódców Antoniego Olechnowicza, Henryka Borowskiego, Zygmunta Szendzielarza „Łupaszko” i Lucjana Minkiewicza skazano na karę śmierci, Lidię Lwów na dożywocie, a Wandę Minkiewicz na 12 lat więzienia. Najwyższy Sąd Wojskowy utrzymał wyroki w mocy, a wobec skazanych na śmierć prezydent nie skorzystał z prawa łaski. Wyroki wykonano w więzieniu mokotowskim 8 lutego 1951 roku. 16 kwietnia 1952 roku na karę śmierci został skazany gen. August Emil Fieldorf „Nil”, wyrok wykonano 24 lutego 1953 roku. Wcześniej w 1946 roku wykonano także wyrok śmierci na sanitariuszce „Łupaszki” Danucie Siedzikównie „Ince” oraz Feliksie Selmanowiczu „Zagańczyku”. 19 lutego 1951 roku plut. Stanisław Linowski z PUBP w Sztumie sporządza kolejną charakterystykę Baumgarta. Potwierdza jego drogę wojskową i obecne zajęcie, dodając, że „w 1950 roku ożenił się z ob. Cyngott Marią, zamieszkałą w Sztumie, z tym że ślubował w Tczewie, która jest instruktorką wychowania fizycznego w Sztumie przy szkole nr 1”. Potwierdza (lub przepisuje z notatki, którą sporządzili w UB w Chełmnie), że jest pochodzenia kułackiego i wrogo nastawiony do obecnej władzy, dodając, że „obecnie kontakty utrzymuje przeważnie z elementem prywatnej inicjatywy i ludźmi tak samo jak on o niejasnej przeszłości, kułakiem Starostką z Białej Góry, Kitowskim Antonim, Kierzkowskim Józefem, Data Antonim. Nie zajmuje się życiem społeczno-politycznym, a raczej nie udziela się po tej linii, zajmuje się jedynie sportem. Do partii politycznej nie należy. Figuruje w ewidencji elementu przestępczego posterunku MO w Sztumie pod kat. „X”, jako ujawniony członek nielegalnej organizacji”. 11. sierpnia 1952 roku chor. Mieczysław Anastaziak, st. referent PUBP w Sztumie, opracowuje „Streszczenie sprawy przeciwko Franciszkowi Baumgartowi”. Po raz pierwszy wykorzystano tu informacje od tzw. agentury czyli informatorów, którzy znali Baumgarta i znajdowali się w jego bliskim otoczeniu. Poza wiadomymi już informacjami funkcjonariusz pisze w podsumowaniu: „Baumgart utrzymuje kontakty z elementami Ak-owskimi oraz z ludźmi wrogo nastawionymi do Polski ludowej, obecnie pracuje w Centrali Nasiennej. Doniesienia uzyskanych agentura podaje, że w/w słucha radia zagranicy jak BBC, 92 Franciszek Baumgart. Osaczony bohater Madryt i inne, komunikuje ludzi o godzinach i falach nadawanych przez Radio Madryt mówiąc, że Radio Madryt mówi jeszcze większą prawdę o Polsce niż BBC. Jak wynika z materiałów agenturalnych to Baumgart wypowiada się, że teraz jest okres przełomowy i trzeba siedzieć cicho, bo szkoda wpaść na koniec, jak już niedługo ma coś się zacząć. Jednocześnie widać, że jest przygotowany, że wcześniej czy później będzie aresztowany i wypowiada się, że gdy przyjdą po niego to posiada coś co położy ich trupem na miejscu, a jego żywego nie dostaną. Do w/w często przyjeżdżają różni ludzie przeważnie ujawnieni Ak-owcy, którzy u niego nocują oraz jak podaje agentura to Baumgart Franciszek ma kontakt z jednym pilotem, który jeździ za granicę i gdy przyjdzie konieczność on w/w wywiezie za granicę. Nadmienia się że w/w jest bardzo ostrożny z pracy wywiązuje się nie nagannie, tak że dokładnej wrogiej działalności do obecnej chwili nie ustalono oprócz wyżej zapodanych faktów”. 20. czerwca 1955 roku ppor. Mieczysław Markiewicz, starszy referent powiatowej delegatury ds. Bezpieczeństwa Publicznego w Sztumie, złożył do swego szefa PUB w Sztumie wniosek o „założenie sprawy ewidencyjno-obserwacyjnej na Franciszka Baumgarta, jako na byłego oficera sanacyjnego oraz organizacji AK, w którym był łącznikiem oraz syna byłego obszarnika, i zarejestrowanie w Departamencie X (Wydział X)”. Funkcjonariusz uzasadnia to życiorysem Baumgarta, z którego może wynikać obawa, że „w chwili obecnej może być wykorzystywany jak również stanowi podatny grunt dla imperializmu”. Wniosek zatwierdził ówczesny szef UB por. Władysław Leman (notabene kolega Zaświadezenie z UB o ujawnieniu się Franciszka Baumgarta, fot. archiwum rodzinne Leszek Sarnowski 93 Baumgarta z polowań) i sprawę zarejestrowano w Departamencie X 8 sierpnia 1955 roku pod nr 440/55. 14 grudnia 1956 oficer operacyjny Powiatowej Delegatury ds. BP w Sztumie — chor. Henryk Gryss, pisze postanowienie o zakończeniu i przekazaniu do archiwum spraw ewidencji operacyjnej rozpracowywanej do tej pory sprawy ewidencyjno-obserwacyjnej nr 440/55 dotyczącej Franciszka Baumgarta. We wniosku czytamy; „Rozpatrzywszy materiały sprawy ewidencyjno-obserwacyjnej nr 440/55 dotyczące Franciszka Baumgarta-Zalewski, stwierdzam, że wymieniony został zarejestrowany jako b. członek AK, gdzie pełnił funkcję emisariusz-łącznika między Polską a Niemcami, lecz obecnie nie stwierdzono, aby prowadził on jakąkolwiek wrogą działalność przeciwko Polsce Ludowej czy też krajom socjalistycznym czy też wrogo występował, w związku z tym wnoszę o zakończenie dalszego prowadzenia sprawy ewidencyjno-obserwacyjnej nr 440/55 i przekazanie jej do archiwum wydziału X”. 19 grudnia zgodę wyraził kierownik Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego (podpis nieczytelny)... Wędrówki po prowincji Radosław Kubuś Trudny los kobiet na Żuławach i Mierzei w okresie nowożytnym Pozycja społeczna kobiety w Rzeczpospolitej Obojga Narodów była niewspółmierna do pozycji mężczyzny. Ograniczenie praw „płci pięknej” wynikało po części z faktu, że kobietom przypisywano niższy poziom intelektualny niż mężczyznom. Choćby wybitny prawnik, mieszczanin krakowski Bartłomiej Groicki, wskazywał, że: „Niewieście sprawy (...) zawsze są lekciejsze — nie tak stałe, nie tak stateczne jak męskie”'. Kobiety w zasadzie we wszelkich czynnościach przed sądem musiał reprezentować męski przedstawiciel (kurator). Nie miały one dostępu do edukacji w tym samym stopniu co mężczyźni. Ich rola ograniczała się przede wszystkim do prokreacji, a następnie wychowania potomstwa oraz pomocy mężczyźnie w gospodarstwie domowym. Zasadniczo domeną kobiet było to, co w XIX wieku w Prusach określano zasadą trzech K (Ktrche-Kuche-Ktnóler). Przez cały okres nowożytny mąż miał prawo do stosowania przemocy względem żony (a także innych domowników). Kiedy dochodziło do jej katowania przez męża, władze nie kwapiły się do ingerencji w wewnętrzne stosunki małżeńskie^. Oświeceniowa pruska kodyfikacja prawna z końca XVIII wieku (Landrecht), która po rozbiorach obowiązywała również na obszarze Pomorza, zalecała co najwyżej, aby nie bić kobiet w ciąży, a także nie używać do tego kija\ Oczywiście wiele zależało od tego, z jakiego stanu wywodziła się białogłowa, statusu jej rodziny, charakteru współmałżonka, a przede wszystkim od indywidualnych przymiotów samej kobiety. Nierówności prawno-społeczne czyniły zatem z kobiety ofiarę przemocy zarówno psychicznej jak i fizycznej. W tej sferze region delty Wisły nie należał do wyjątkowych, choć warto podkreślić, że w niektórych kwestiach, takich jak choćby sprawy dziedziczenia, kobiety cieszyły się pewnymi szerszymi przywilejami w stosunku do kobiet zamieszkujących pozostałe obszary Rzeczpospolitej. Niemniej również tu kobiety doświadczały przemocy, która miała różne wymiary i oblicza. W tekście chciałbym się skupić przede wszystkim na dwóch aspektach, tj. na aspekcie kobiet jako ofiar procesów o czary oraz na aspekcie kar wymierzanych względem kobiet za cudzołóstwo. W ostatnim czasie dzięki wnikliwemu studium autorstwa Jaśminy Korczak-Siedleckiej poznaliśmy mechanizmy działania plotek i pomówień o czary na obszarze Mierzei. Jednocześnie autorka charakteryzując przemoc słowną względem kobiet wskazuje na wiele ' Cyt. za U. Augustyniak, Historia Polski 1572—1795, Warszawa 2008, s. 321. T. Jurek, E. Kizik, Historia Polski do 1572, Warszawa 2019, s. 622. ’ D. Łukasiewicz, „Zlo niechrześcijańskie i nieludzkie”. Historia dzieciobójstwa i inne szkice z dziejów codzienności, Poznań 2014, s. 95. Radosław Kubuś 95 epitetów, które odwoływały się do kwestii związanych z ich rzekomą magiczną działalnością, takich jak choćby „czarowna kurwa”, „prochowa kurwa”, czy „elficka kurwa”"*. Niemniej należy wskazać, że wiara w czarownice w regionie delty Wisły była powszechna. Szczególnie w czasach wojen, epidemii, powodzi i innych klęsk elementarnych, starano się znaleźć kozła ofiarnego, którego można byłoby obciążyć winą za wszelkie nieszczęścia. W zasadzie wystarczyło pomówić niewiastę o to, że trzyma w domu szkodzącego ludziom elfa, że spółkuje z diabłem, że wyprawia się na Łyską Górę, a w końcu, że przyczynia się do tego, że krowy padają lub przestają dawać mleko, żeby doprowadzić do postawienia jej w stan oskarżenia. Stąd niewiele brakowało już do tego, żeby kobiecie groziła śmierć. Dariusz Kaczor wskazuje, że przestępstwo czarostwa częściej niż Gdańska i innych dużych miast Prus Królewskich dotyczyło terenów wiejskich, w tym także Żuław i Mierzei^. Potwierdzają to konkretne przypadki wyroków śmierci zasądzonych wobec zamieszkujących ten teren kobiet. W roku 1586 przed gdańskim sądem ławniczym skazana na karę śmierci została niejaka Anna Brockmann z Jantaru, którą oskarżono o to, że spółkuje z diabłem, za pośrednictwem którego szkodzi ludziom i bydłu. Kobieta po ogłoszeniu wyroku została przetransportowana do swojej rodzimej wsi i tam wykonano na niej wyrok. Kilkadziesiąt lat później, tj. w 1639 roku, za uprawianie szkodliwych czarów ścięta została mieszkanka jednej ze wsi na Żuławach Gdańskich. Po ścięciu ciało kobiety spalono. W ostatnim gdańskim procesie o czary z roku 1647 skazano na karę spalenia żywcem na stosie mieszkankę Rybiny Annie Wagnersche, której zarzucono, że za pośrednictwem czarów przyczyniła się do śmierci pewnych ludzi*’. Przeczuwając niebezpieczeństwo związane oskarżeniem o czarostwo kobiety mogły wyprzedzająco same wytoczyć potencjalnemu oskarżycielowi proces o oszczerstwo. Przykładem może być sprawa mieszkanki Stegny, niejakiej Schampe, która w roku 1646 została pomówiona o czary przez Bartholomesa Westphahla. Ponieważ mężczyźnie nie udawało się ubić masła, wyprawił się do działającego w podgdańskim Stolzenbergu (Chełm) wróżbity, który wskazał mu na magiczną działalność owej Schampe jako przyczynę niepowodzeń. Kiedy do kobiety zaczęły dochodzić plotki szerzone we wsi przez Westphala i jego bliskich, postanowiła bronić się w sądzie. Ostatecznie powołani przed sąd świadkowie zeznali na korzyść kobiety, a w związku z tym została ona ostatecznie uniewinniona, natomiast kara pokuty dotknęła w tym przypadku oszczercy^. Naturalnie oskarżenia o czary nie dotyczyły wyłącznie kobiet mieszkających na terenie gdańskiego patrymonium. Ich ofiarą padały także mieszkanki Żuław Malborskich. Za przykład niech posłuży sprawa, która rozegrała się w 1717 r. w Mątowach Wielkich. Wówczas to trzy kobiety oskarżyły inne trzy kobiety o to, że te za pomocą czarów doprowadziły do ich opętania. Rzekomo opętane kobiety przekonały całą wieś do tego, że stały się ofiarami działania sił nieczystych. Zawezwany na miejsce wiceekonom malborski Jan Kazimierz Muller, a także lokalny wójt, widząc nastawienie mieszkańców wsi przeciwko oskarżonym ■* J. Korczak-Siedlecka, Przemoc i honor wżyciu społecznym wsi na Mierzei Wis'łaney wXVI—XVII wieku, Toruń 2021, s. 74 i nn. ’ D. Kaczor, Przestępczość kryminalna i wymiar Sprawiedliwości w Gdańsku w XVI—XVIII wieku, Gdańsk 2005, s. 165. ® Ibidem, passim. J, Wijaczka, „Czarownice" w dobrach miejskich Gdańska w czasach wczesnonowożytnych, [w:] Kobiety w Prusach Królewskich, (red.) W. Zawadzki, Pelplin 2020, s. 50—52. 96 Trudny los kobiet na Żuławach i Mierzei w okresie nowożytnym O czary kobietom i idąc za głosem podburzonej a zarazem przerażonej gawiedzi orzekli, że kobiety należy pławić a następnie spalić na stosie. Udręczone nieszczęśnice, zapewne niechybnie zginęłyby, gdyby w całą sprawę nie zaangażował się miejscowy proboszcz Jan Maciej Lingk oraz dwóch nieznanych bliżej malborskich jezuitów. Ci ostatni wpadli na pomysł jak sprawdzić, czy rzucające oskarżenia kobiety rzeczywiście są opętane. W tym celu jezuici pokropili każdą z rzekomo opętanych kobiet fałszywą wodą święconą oraz przytykali do ich głów relikwie, które w rzeczywistości były zwiniętym w papier baranim pyskiem. Kropione wodą i dotykane „relikwią” kobiety wiły się w konwulsjach. Jezuici sprawdzili również, czy opętane kobiety znają łacinę lub francuski, ale żadna z nich nie potrafiła powiedzieć nawet jednego słowa w tym języku. Ow sprytny jezuicki fortel doprowadził do tego, że wiceekonom musiał zmienić wyrok i zamiast oskarżonych o czary kobiet, skazać na chłostę a następnie wygnać ze wsi rzekomo opętane kobiety, które zresztą w trakcie wymierzania batów przyznały się do zmyślenia całej historii^. Niemniej sprawa ta dobitnie pokazuje, jak łatwo odpowiednia manipulacja gawiedzią wiejską, podatną na tego typu sugestie, potrafiła prowadzić do tragicznych w skutkach konsekwencji. Należy zaznaczyć, że mężczyźni, przynajmniej w teorii, również mogli padać ofiarami oskarżeń o czary. W rzeczywistości jednak działo się to niezwykle rzadko i w zasadzie trudno wskazać dla obszaru Żuław i Mierzei przypadki oskarżonych o czary mężczyzn, którzy w dodatku zostaliby za to straceni na stosie. Podobnie jak w przypadku czarów, również zarzut cudzołóstwa dotyczył zarówno kobiet jak i mężczyzn. W praktyce jednak to niewiasty były głównymi ofiarami oskarżeń o tego typu przestępstwo. Mogłoby się pozornie wydawać, że tego rodzaju występek przeciwko moralności nie niósł za sobą jakichś znaczących konsekwencji prawnych. W rzeczywistości jednak cudzołóstwo w okresie nowożytnym karano niezwykle brutalnie. Kobiety oskarżone o pozamałżeńskie stosunki seksualne na wsiach z reguły karano wypędzeniem, które poprzedzone mogło być chłostą lub innymi karami na czci i honorze. W miastach niewiastom dopuszczającym się nierządu groziła nawet kara śmierci^. Jeżeli natomiast występowały okoliczności łagodzące, takie jak niewiedza o faktycznym stanie cywilnym partnera, przedawnienie sprawy, publicznie wyrażona skrucha czy też przymuszenie kobiety do popełnienia nierządu, wówczas wymiar kary ulegał złagodzeniu. Łagodniej osądzone cudzołożnice skazywano zwykle, tak jak w przypadku kobiet ze wsi, na chłostę połączoną z wiecznym wygnaniem z miejsca zamieszkania’“. W Gdańsku i na jego wiejskim terytorium najstarszy wilkierz z roku 1455 przewidywał dla kobiet i mężczyzn, którzy dopuścili się cudzołóstwa, karę wystawienia pod pręgierzem, ewentualnie karę finansową pod postacią 10 grzywien”. W pierwszej połowie XVI wieku karanie cudzołóstwa zostało znacznie zmodyfikowane. Otóż pierwszy przypadek cudzołożenia zagrożony był karą 3 miesięcy więzienia. Drugi przypadek karano wystawieniem na widok publiczny pod pręgierzem. Osobie złapanej po raz trzeci na popełnieniu tego same- ’ J. Wijaczka, Kościół loobec czarów w Rzeczpospolitej wXVI—XVni wieku (na tle europejskim), Warszawa 2016, s. 190—192. ’ M. Markiewicz, Historia Polski 1492—1795, Kraków 2006, s. 170. '” A. Karpiński, Kobieta w mieście polskim w drugiej połowie XVI i w XVII wieku. Warszawa 1995, s. 355. " P. A. Jeziorski, Margines społeczny w dużych miastach Prus i Inflant w późnym średniowieczu i wczesnych czasach nowożytnych, Toruń 2009, s. 325. [Radosław Kubuś 97 go przestępstwa groziła już kara śmierci, przy czym mężczyzna miał zostać ścięty mieczem, natomiast kobieta — utopiona w worku'^. W kolejnym gdańskim wilkierzu z końca XVI wieku za cudzołóstwo przewidywano już wyłącznie dwie możliwości kary, tj. więzienie lub wystawienie na widok publiczny pod pręgierzem”. Pozostaje pytanie, czy tego typu przestępstwa rzeczywiście podlegały penalizacji na obszarze Żuław i Mierzei? Odpowiedź na tak postawione pytanie może przynieść sięgnięcie do źródeł historycznych związanych z miejscowością Cedry Wielkie. Otóż w roku 1740 w kronice miejscowego kościoła ewangelickiego zapisano, że na rozkaz burmistrza Gdańska przed bramą dziedzińca kościoła w Cedrach wbito dwa słupy, do których przytwierdzone zostały obroże (Halseisen), w które zapinać miano cudzołożnice i prostytutki. Trudno powiedzieć, dlaczego akurat w tym czasie zaostrzono kurs względem „kobiet lekkich obyczajów”. Być może było to powodowane naciskami ze strony jakichś nadzwyczaj gorliwych kaznodziejów lub urzędników. Niemniej poza odbyciem kościelnej pokuty, wystawieniem w obroży na widok publiczny oraz wieczystym relegowaniem ze wsi, do kar za tego typu przestępstwo zaliczano także grzywnę, zwaną czepcowym (Hauben-Gei//). Tak etymologię tego słowa oraz rzekomo stosowane dawniej we wsi praktyki względem cudzołożnic przedstawia kronikarz: Chciaibym przytoczyć (...) niedaiono zasłyszani} od mego ojca historię, Jak za Jego czasów traktowano cudzołożnice i Jaki poczi}tek miało czepcowe, dzięki któremu Jawnogrzesznice mogły wykupić się ze swojego grzechu. Za czasów naszego czcigodnego burmistrza Schródera [Christian Gabrieł von Schróder — R.J Cieszymowie. Źródło: archiwum. ARCHIWALNE ŚWIADECTWO I SZKOŁA OD II. POŁOWY LAT 90. XX WIEKU Nieodzownym elementem szkół jest świadectwo z ocenami i promesą do kolejnej klasy. Na zakończenie tego tekstu załączam archiwalne świadectwo ze Szkoły Podstawowej w Cieszymowie z 1960 roku będące pewnego rodzaju kapsułą czasu. Z kolei zmiany, jakie 122 Początki Szkoły Podstawowej w Cieszymowie i jej dalsze losy zachodziły w cieszymowskiej podstawówce, począwszy od II. połowy lat 90. XX wieku, aż do 2012 roku szczegółowo opisano w poprzednim numerze Prowincji tzn. nr 2 (48) 2022. Skala ocen; bardzo dobry, dobry, dostateczny, ntedoslateczny. pxn:e tę ^plei3> «?jł< hołi^tnle (iz|>C£»« . PW-nt>Ai '— t*G«ni&ó> Symbo? Min. O^. FT/ł, Zana, nr ^53/£*6 8>?..&r*t, «0 4. J. ®5 W#>^ A4 0. Px kt in W «. Świadectwo Szkofy Podstawowy w Cieszymowie z 1960 roku. Źródło: archiwum prywatne. ŚWIADECTWO SZKOŁY PODSTAWOWEJ urodsotW,. dnia „&.n$^^6ż^;^i^., powiat . do klasy ..,ę?4^?^?9y, .. ucz^szcml.— w wte sżkftnora i9~if2.../.^Ł. I OtowmaŁ-,. s» rok szkolny aastępująćc oceuu: «pxa«jow»ie jęxyk polski Ic^Jjk hUtado biologii^ . ijeojęro({» «wset«aŁgk» ♦ fis^jka clienuA tj^«oeb Opuścił .— w roku sztolnijai Jł DeęW4 Rady Pedagogicznej ucz. dni nauki, w tyra nie iisprawiedlituióuo tx otrzymał.-., promocj ę. do Mesy SZKOŁA PODSTAWOWA to. w ^ ^S&SityiZh*^^,;^ ^ powuu ..^-, , dnia — w Jv- \ KlBROWNiK ~ DYREKTOR SZKOŁY Andrzej Kasperek 123 Andrzej Kasperek Nowodworskie restauracje, knajpy i mordownie Dziś każdy, kto serwuje posiłki, chce, żeby jego lokal nazywano restauracją. Kiedy słyszę reklamę zachwalającą „restaurację inną niż wszystkie” a w rzeczywistości chodzi o lokal, w którym podają bułę z kotletem, to śmiech pusty mnie ogarnia. To pochodzące z łaciny słowo zagościło dziś we wszystkich językach europejskich, ale kiedyś miało inne znaczenie, a mianowicie: odnowienie, przywrócenie. Dopiero od XVIII w. zaczęło oznaczać lokal, gdzie je się przy osobnych stolikach (a nie przy wspólnych ławach jak w karczmie), z obsługą kelnerską a posiłki przygotowuje się na zamówienie. Ten typ serwowania wymyślili Francuzi, gdzie niejaki Boulanger, specjalista od pożywnych bulionów, zaczął sprzedawać „restauracje” lub „buliony restauracyjne” (houillons restaurants), czyli zupy na bazie mięsa mające przywracać siły żywotne. Prawdopodobnie była to jakaś odmiana rosołu — pramatki wszelkich zup. Boulanger, którego nazywano „restauratorem”, umieścił na drzwiach swego przybytku motto: ITzzźZć’ ad me, omnes ^ui stomacho laboratis, et ego restaurabo i>os („Przyjdźcie do mnie wszyscy, których żołądek płacze, a ja wam przywrócę [zdrowie]”). To on wymyślił nazwę „restauracja” w obecnym rozumieniu'. Działo się to w roku 1765. A kilka lat ' Zob.: https://pl.frwiki.wiki/wiki/Restaurant 124 Nowodworskie restauracje, knajpy i mordownie później rewolucja francuska sprawiła, że pomysł podchwycili inni, na przykład bezrobotni kucharze arystokracji, która czmychnęła lub została zgilotynowana... Przemiany cywilizacyjne sprawiały, że coraz więcej ludzi musiało stołować się poza domem. Jednak miejsca, w których podróżny może się pożywić, istniały dużo wcześniej: Hóshi Ryokan jest najstarszą nadal działającą karczmą na świecie — otwarto ją w 717 roku w Japonii. 1300 lat nieprzerwanej obsługi klientów! To robi wrażenie. Niewiele krótszą tradycję ma Stiftskeller St. Peter, czyli: Piwnica przy Opactwie Sw. Piotra w Salzburgu — działa od 803 r. Założyli ją mnisi, zapewne dla pielgrzymów. Obecnie nazywa się St. Peter Stiftskuli-narium i nadal słynie z dobrej kuchni. Karczma (używa się również nazw: austeria, oberża, zajazd, gospoda, gościniec) to budynek służący jako miejsce spotkań i wyszynku oraz czasami jako dom zajezdny przeznaczony dla podróżnych^. Karczmy powstawały od wczesnego średniowiecza — po prostu kościołów było wówczas mało i ludność przybywająca do nich z daleka musiała mieć gdzie gościnę znaleźć. Stąd częsta później nazwa gospoda. Jej nazwa wywodzi się z łaciny^ i oznacza miejsce przyjmowania przybyszów, ugaszczania. Hospitium dawało biednym posiłek i nocleg, bogatsi musieli za siebie płacić, ale mogli dokupić trunki, tyle jednak, żeby trzeźwości to nie zagrażało^. Na Żuławach i Mierzei Wiślanej przywileje na prowadzenie karczm wydawali krzyżacy. Najstarsze z nich zbudowano przy ważnych traktach, np. z Gdańska do Królewca. Stąd w dokumentach znajdziemy informacje o istnieniu austerii w Kahlbergu [Krynica Morska] w roku 1424, w Neukrug [Nowa Karczma] w 1429 r. i Stutthof [Sztutowo] w 1432 r. W tej ostatniej miejscowości fakt otrzymania przywileju przez Hansa Mandriego z rąk wielkiego mistrza Paula von Russdorfa uznaj e się wręcz za datę założenia wsi^. Zaś ostatnia wioska na polskim odcinku mierzei, znana dziś jako Piaski, na mapach określana jest wciąż jako Nowa Karczma, co jest tłumaczeniem niemieckiego Neukrug. Karczmy już nie ma, a nazwa pozostała. Zob.: https://pl.wikipeclia.org/wiki/Karczma ’ łac. „[...] hospes z *hostipotis, ‘ugoszczający’ (stąd hospitium, hospitale, niem. Spittel, nasz szpital); gościpoć skrócono, jak w łac., na gospodź; od tego pochodzi zbiorowe gospoda (‘miejsce ugaszczania’, u bogatych Słowian osobne dla tego domostwo [...]”. Cyt. za: Aleksander Bruckner „Słownik etymologiczny języka polskiego”. Warszawa 1974, s. 153 Zob.: Zygmunt Gloger „Encyklopedia staropolska ilustrowana”. Warszawa 1974, t. Ili, s. 9 5 Zob.: John Muhl „Dzieje Sztutowa do roku 1920”, Sztutowo — Gdynia 2016, s. 189 Hotel Deutscher Kaiser, fot. httf>://towu>.nordstem-geiansk. cba.pl/ Andrzej Kasperek 125 Przywilej na prowadzenie gospody był bardzo cenny, bo dawał prawo do wyszynku, czyli sprzedawania napojów alkoholowych wypijanych w miejscu ich zakupu. Piwo, miód, wino a później przede wszystkim wódka pozwalały właścicielom na szybkie zarobki i bogactwo. Kto chciał napić się alkoholu, musiał pójść do karczmy. Co zresztą spowodowało, że stała się ona synonimem pijaństwa, bo istnienie tzw. przymusu propinacyjnego nakazującego chłopom kupowanie alkoholu w karczmach po cenach wyznaczonych przez właścicieli majątków generowało jego większe spożycie. Adam Mickiewicz w balladzie „Romantyczność” pisze: „Duchy karczemnej tworem gawiedzi”. Używa słowa „karczemny” w znaczeniu ordynarny, pijany. Gdańsk, który władał wielkimi obszarami Żuław, bezwzględnie narzucał karczmarzom wyszynk gdańskiego piwa. Działał tu ten sam mechanizm; nie było szlachcica, który rozpijał chłopów, ale patrycjat miasta Gdańsk czy starosta malborski działali wedle tej samej reguły. W czasach PRL-u to zdanie o rozpijaniu chłopstwa było obśmiewane jako przykład komunistycznej propagandy, ale obecnie nikt już z niego się nie śmieje. Skoro arenda przynosiła nawet 25% przychodu folwarku, a nawet zaczęła przewyższać zyski ze sprzedaży zboża, to nic dziwnego, że pojawiło się wówczas powiedzenie: „każdy chłopski grosz przez gardło powraca do kieszeni pańskiej”^. Na Żuławach nie brakowało wsi, gdzie „były dwie a nawet trzy karczmy. Ludność protestowała nawet niekiedy, i to skutecznie, przeciwko planom założenia nowej karczmy we wsi”'. W Ekonomii Malborskiej w XVIII w. liczba karczm sięgała 74 dla 64 wsi [sic!]^. Czy w Tiegenhof, czyli dzisiejszym Nowym Dworze Gdańskim, były karczmy? Oczywiście, trudno sobie wyobrazić osadę, wioskę czy małe miasteczko bez gospody. Ale nie chcę tu śledzić historii gastronomii od założenia Dworu Tujskiego (bo tak należy tłumaczyć niemiecką nazwę). Przejdę zatem do okresu przedwojennego. Miasteczko rozwija się dynamicznie od połowy XIX stulecia. Panuje doskonała koniunktura dla produkcji rzepaku i buraków cukrowych, machandel Stobbego sprzedaje się świetnie, działają trzy browary a mleczarnia Kriega produkuje sery sprzedawane w całej Europie. Wcielenie Tiegenhofu do państewka pod nazwą Wolne Miasto Gdańsk nieco pogorszyło sytuację gospodarczą mieszkańców miasta, ale interesy wymagały istnienia hoteli, restauracji i lokali gastronomicznych. Kiedy się przegląda książkę Grzegorza Goli i Marka Opitza „Tiegenhof | Nowy Dwór Gdański” można podziwiać fotografie, na których uwieczniono Deutsches Haus, hotel, który pysznił się w swoim wnętrzu salą teatralną. Hotel Du Nord [Północ] przy Yorhofstrafie (dziś ulica Sikorskiego) miał obok stajnię, jak wówczas każdy szanujący się przybytek tego typu. Poruszano się wówczas wszak powozami. YorhofstraEe to była (i jest) główna ulica miasta. Tu dla gości otwierał swe podwoje hotel i gospoda „Deutscher Kaiser” [Niemiecki cesarz] — własność D. Brommera. Fasada może nie była imponująca, ale dla gości od podwórza otwierał się wspaniały ogród z altaną i muszlą koncertową. Przy Lindenstrafie (ul. Sienkiewicza) w XIX w. wybudowano Heins Hotel, znany później jako Werderhof [Żuławski dwór], własność Ericha Katta. I to jedyny lokal, który działa do dziś, właściwie nieprzerwanie. Oczywiście pod inną nazwą, ale w tym samym budynku. Dlatego warto o nim napisać. ® Zob.: Andrzej Chwalba, Wojciech Harpula „Cham i pan...”, Kraków 2022, s. 228-229 Przemysław Szafran „Żuławy Gdańskie w XVII wieku”, Gdańsk 1981, s. 108 * Antoni Mączak „Gospodarstwo chłopskie na Żuławach Malborskich w początkach XVII wieku”. Warszawa 1962, s. 179 126 Nowodworskie restauracje, knajpy i mordownie Sowieckie bombardowania i ostrzał sprawiły, że miasteczko straciło 60% zabudowy. Zniknął przemysł, ogromna część domów, sklepy i lokale... We „Wspomnieniach żuławskich” Stanisławy i Andrzeja Doleckich znajdziemy opis życia w podtopionym mieście, gdzie ryby można było łowić z okna. Mieszanka byłych więźniów Stutthofu, szabrowników, milicjantów, osadników z Wołynia i Kresów, Niemców, maruderów z Armii Czerwonej. Klimat niczym z popularnego kiedyś filmu „Prawo i pięść” (1964) w reżyserii Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego. Istniała wówczas „Republika Żuławska” a w niej „najsilniejszy rekin — Dzikowski. Posiadał restaurację z prawdziwego zdarzenia z koncesją [na sprzedaż alkoholu], sklep spożywczy z bogatym asortymentem wszelakich towarów. [...] Ale i Dzikowskiemu powinęła się noga. Udowodniono mu sprzedaż wódki po paskarskiej cenie, papierosów amerykańskich i innych atrakcyjnych towarów. Z miejsca powędrował na rok do więzienia. Mnie ominęła taka przyjemność, choć niewiele brakowało”^. Władza ludowa krzepła, ukrócała spekulację, wprowadziła „domiary”, czyli podatki uznaniowe, naliczane przez urząd skarbowy. Był narzędziem władz do niszczenia tak zwanej „prywatnej inicjatywy”. Każdy, komu się powiodło w interesach, był podejrzany. Marcin Owsiński w swej świetnie udokumentowanej książce „Tiegenhof | Nowy Dwór Gdański. Koniec i początek miasta na Żuławach” cytuje raport Zarządu Miasta z października 1945 r., w którym podano, że w miasteczku żyje 244 Polaków i 797 Niemców, wylicza liczbę ’ Stanisława i Andrzej Doleccy „Wspomnienia żuławskie”, Olsztyn 1989, s. 147 Andrzej Kasperek 127 wolnych mieszkań, warsztatów, sklepów... Można tam przeczytać, że działały 3 restauracje, 4 piwiarnie/herbaciarnie i 4 kawiarnie’*’. Jak na tysiąc mieszkańców to bardzo dużo! Powoli sytuacja się stabilizowała a mieszkańców przybywało. Miasto podnosiło się z ruin, otwierano zakłady pracy i instytucje, powstawał przemysł, funkcjonowały koleje — szerokotorowa i wąskotorowa. Zaczynała się epoka zakładów zbiorowego żywienia. Znikały lokale prywatne a działać mogły jedynie te z szyldem GS „Samopomoc Chłopska”, PSS „Społem” czy jakiegoś zjednoczenia, bo tak nazywano organ „zarządzania daną branżą przemysłu lub usług w okresie gospodarki centralnie sterowanej”. Młodsi Polacy już nie potrafią rozgryźć wymienionych wcześniej skrótów. Magda Umer wspominała kiedyś, że w czasie warsztatów piosenkarskich ćwiczyła z młodzieżą piosenki Agnieszki Osieckiej. Podeszła do niej dziewczyna z tekstem utworu (będącego polską wersją ballady Bułata Okudżawy) pt. „Ach, panie, panowie” i spytała, czy skrót w frazie: „Jeszcze czynny GS, więcej piwa niż łez” należy wymawiać z angielska „dżi es”? W paragrafie 3 Zarządzenia Ministra Handlu Wewnętrznego z dnia 31 lipca 1963 r. w sprawie przedmiotu działalności i rodzajów zakładów gastronomicznych wyliczono rodzaje owych zakładów, dzieląc je na: zakłady sprzedające posiłki typu obiadowego (restauracje, jadłodajnie, „sam-bary”, bary mleczne, bary z wyszynkiem) oraz pozostałe rodzaje zakładów gastronomicznych (kawiarnie, cukiernie, herbaciarnie, bary kawowe, bary „coc-tail” [cukiernicze], bufety, winiarnie, piwiarnie).” W § 7 podano podział zakładów gastronomicznych (z wyjątkiem barów mlecznych) na następujące kategorie: - specjalnej (S) — restauracje (wagony restauracyjne) i kawiarnie; - pierwszej (I) — restauracje, kawiarnie, cukiernie i herbaciarnie; - drugiej (II) lub trzeciej (III) — restauracje (gospody), jadłodajnie, bary, kawiarnie, cukiernie, herbaciarnie, bufety, winiarnie i piwiarnie. Biurokracja peerelowska była bardzo skrupulatna. Ale określenia „knajpa” i „mordownia” w rozporządzeniu się nie pojawiają, za to w języku ówczesnym były mocno zakorzenione. A i w czasach obecnych te potoczne słowa funkcjonują, chociaż nie ma już wymienionych wyżej kategorii lokalów. Andrzej Zaucha w piosence „C’est la vie — Paryż z pocztówki”’^ opisywał taką peryferyjną Polskę małych zapyziałych miasteczek i śpiewał: „Knajpa, kościół — widok z mostu. / Knajpa, kościół i ten bruk - ideał nie tknął go...”. Życie rozciągnięte pomiędzy lichą restauracją i kościołem. Marzenia i przyjemności z czasów „małej stabilizacji”. Jeden z bohaterów filmu Krzysztofa Kieślowskiego „Amator” (1979) mówi: „w niedzielę [...] czasem wychodzimy do kawiarni. Żona lubi słodycze, to weźmie sobie galaretkę. Ja tam na słodycze nie bardzo, ale jakoś tak sobie pogadamy troszeczkę...”. Oglądam tę wzruszającą scenę i rośnie mój podziw dla reżysera, który portretuje swych bohaterów z ogromną czułością i pokazuje ich skromne przyjemności. Polskie kino bardzo wiernie pokazywało tę przaśną rzeczywistość, dawne filmy i seriale są wspaniałą kroniką czasów PRL-u. Kiedy dziś przeglądam wpisy na profilu Dawny Nowy Dwór Gdański na FB, to w komentarzach pod zdjęciem, na którym '“ Zob.: Marcin Owsiński „Tiegenhof | Nowy Dwór Gdański. Koniec i początek miasta na Żuławach”, Sztutowo 2017, s. 140 " Cyt. za: https://www.prawo.pl/akty/m-p-1963-61-311,16814622.html '2 Tekst autorstwa Jacka Cygana. 128 Nowodworskie restauracje, knajpy i mordownie jest kawiarnia Bursztynowa, czytam’^: „PAMIĘTAM LODY KASATY, BITĄ ŚMIETANĘ Z RODZYNKAMI. [...] I ta szafa grająca... Ech... Galaretka po niedzielnej mszy smakowała wyśmienicie... [...] Najlepsze lody cassate. O ile pamiętam to 11 zl porcja. 1/4 kuli. [...] Dzieciństwa smak - najlepsze lody cassate na świecie! [...] i zawsze lody z galaretka w pucharkach na dzień wagarowicza [...] ZAPACH WANILI. JAK SIĘ WCHODZIŁO NA SALĘ. LODY CASSATY. BITA ŚMIETANA Z RODZYNKAMI”. We wspomnieniach najczęściej pojawia się szafa grająca dająca za pięć złotych dostęp do światowych przebojów i słodycze: (banalna) galaretka i (luksusowe) lody cassate’^. Takie to były czasy. Porządnych restauracji było mało. W Nowym Dworze za najlepszą uchodził Dołek. To nie była oficjalna nazwa, poprawna brzmiała: Bałtycka. Ulokowano ją w suterenie Żuławskiego Ośrodka Kultury. Słynęła z dobrej kuchni (sam pamiętam niezłego bryzola, który tam jadłem jeszcze w latach 80. ubiegłego stulecia) i dansingów. Pewnie niejedno żuławskie małżeństwo tam się poznało. A dalej długo, długo nic. Świat jadłodajni, barów i piwiarni: Bar pod lipkami działający w dawnym domu podcieniowym, który spłonął lata temu, bar Okrąglak przy ul. Dworcowej, kawiarnia Doska (dziś: Fabryka Lodów Naturalnych). Jadłodajnia Tużanka ulokowała się w budynku Werderhof. Połowa była przeznaczona dla konsumentów „obiadów abonamentowych”, a druga połowa to był bar piwny, czyli pospolita mordownia, w której serwowano liche piwo, ale za to bez zakąski. Podłoga była z lastryka z umieszczoną pośrodku dziurą odpływową, w ten sposób personel ułatwiał sobie sprzątanie lokalu, a sprzątać niekiedy było co... Mam wrażenie, że najwięcej było tych zaplutych pijalni. Nie miały chyba nawet swoich nazw, piwosze nazywali je po swojemu: Akwarium (przy pl. Wolności), Falowiec (na ul. Dąbrowskiego), Pod świnią (przy spędzie trzody chlewnej za torami), U Miszewskiego (przy ul. Broniewskiego). Dwie z tych mordowni trafiły nawet do literatury — Paweł Huelle w opowiadaniu „Stół” wspomina bar Pod świnią a ja opisałem bar Pod lipkami w opowiadaniu „Idąc po lodzie” a w książce Marka Stokowskiego „Kino krótkich filmów” trafimy wraz z bohaterem do Dołka. Niezła reprezentacja! Zaś Akwarium dostało nowe życie, bo po usunięciu z przestrzeni miasta awansowało na świetlicę wiejską w Powabnie. Przypominam sobie, że Falowiec był ulubionym miejscem nauczycieli z Zespołu Szkół na Warszawskiej, był po drodze i czasem na zapleczu u bufetowego (żeby nie bratać się z plebsem) było ich tylu, że spokojnie można by zrobić obrady rady pedagogicznej. Oprócz Doski i Bursztynowej działała jeszcze kawiarnia Iwon-ka przy ul. Morskiej i inna na rogu Tczewskiej i Warszawskiej, ale nazwy nie mogę sobie przypomnieć. To tam zachodzili czasem licealiści, żeby pohasać i wypić potajemnie piwo. Ale trzeba się było mieć na baczności. Trudno w to dziś uwierzyć, ale nauczyciele zmuszani byli do patrolowania dworca (tam też był bufet, ale podawano tylko piwo grodziskie okropne w smaku i prawie bez procentów), kawiarni i innych miejsc, gdzie wieczorami nie powinno być już młodzieży. Pokazuje to odcinek pt. „Broda” z serialu pt. „Najważniejszy dzień życia” (1974). Młody nauczyciel wysłany do LO w podkrakowskim miasteczku Ja- '^ https;//www.facebook.com/DawnyNowyDworGdanski/ Pisownia oryginalna. '* „Lody cassate wielu osobom kojarzą się z dzieciństwem, bo to właśnie one dominowały wśród lodowych smaków dawnych lat. Pochodzą z Włoch i są podawane w formie półkuli składającej się z kilku warstw lodów o różnych smakach, w środku wypełnionej bita śmietaną i bakaliami”. Cyt. za: https://www.startbook.com/Lody/lody-cassate-przepisy-historia-gdzie--kupic Andrzej Kasperek 129 sień trafia do kawiarni pełnej bawiącej się młodzieży. W pewnym momencie czujka krzyczy: ropucha i wszyscy wieją. Przez uchylone drzwi zagląda nauczycielka zwana Ropuchą. Kelnerka wyjaśnia skonsternowanemu bohaterowi: „Oni są z liceum. O ósmej wieczorem powinni być w łóżkach”. W odcinku pokazano też, że ekspres do kawy jest tylko atrapą, bo parzy się ja „po turecku”, a pepsi zawsze jest nieschłodzona... Wspominam tu, że te koszmarne pijalnie zniknęły, bo po 1989 r. uznano, że nie dodają miastu splendoru. Oprócz Dołka pojawiły się nowe restauracje, niektóre nawet miały ambicje stać się lokalami nocnymi: Atrium. Pod sterem. Kaper... Przeminęły jak mnóstwo z ówczesnych inicjatyw gospodarczych z heroicznych czasów początków polskiego kapitalizmu. Pojawiły się pizzerie, bar McDonaldsa, efemeryczna naleśnikarnia, bary z kebabem, kilka lodziarni, bar z kanapkami. Ale prawdziwej kawiarni nie ma, jest co prawda McCafe, ale to taka sama kawiarnia jak „złota mewa” restauracja. W mieście są dwie restauracje: Willa Joker i Karczma Sielska Zagroda. W tej ostatniej nawet dziewięć lat temu gościła Magda Gessler i przeprowadziła tam „kuchenna rewolucję”. Kto chce, może się przekonać, z jakim skutkiem. Ja się tam nie stołuję. A jej oceny w internetowym serwisie wyglądają tak: „3.8 ****737 Google reviews”. Willa Joker jest tam wyceniona tak: „4.6**** 1/2* 1,751 Google reviews”. Pamiętam jak na początku XXI w. przyjechała do nas wycieczka mennonitów z Haarlem w Holandii. Niestety przybyli rano i chcieli zjeść śniadanie. Wszystko było zamknięte poza Tużanką, która śniadań nie prowadziła. Ale chociaż napili się gorącej herbaty. Na szczęście 130 Nowodworskie restauracje, knajpy i mordownie dziś jest już zupełnie inaczej. Znowu odwołam się do wspomnienia. Kilka łat temu do mojego miasteczka przyjechał z grupą krewnych prof. Rolf Fieguth, znakomity slawista, profesor zwyczajny języków i literatur słowiańskich na uniwersytecie w szwajcarskim Fryburgu, który wywodzi się z żuławskich mennonitów. To była podróż sentymentalna tropami śladów przeszłości. Grupa składała się Szwajcarów, Kanadyjczyka, Francuzów, Niemców i Holendrów. Poszliśmy na obiad do Jokera i z dumą patrzyłem, jak się zajadają. Każdy zamówił co chciał, kelnerzy i kelnerki mówili po angielsku, potrawy smakowały... Czego chcieć więcej! Można tam zawsze iść w ciemno i wyjść najedzony i zadowolony. Od 2014 r. lokal jest modernizowany. Właścicielką jest od 1997 r. pani Joanna Winniczek-Przybo-rowska i to dzięki jest staraniom i głowie do interesów willa kwitnie — jest tam restauracja mogąca przyjąć 80 osób i hotel z 20 miejscami noclegowymi. Wystrój jest nieco eklektyczny, ale całość prezentuje się naprawdę nieźle. A dbałość właścicielki o szczegóły jest godna podziwu. Kilka lat walczyła o przywrócenie willi werandy i wreszcie jest. Przeszklony dach, kwiaty, nawiązujące do pór roku elementy... Pani Joanna w rozmowie ze mną zdradziła, że myśli o zmianie nazwy. Chciałaby powrócić do dawnej — zamiast kosmopolitycznego Jokera byłby Żuławski dwór. Kibicuję, żeby tak się stało. Na szczęście zjeść dobrze już w Nowym Dworze można. Chciałoby się jeszcze móc napić dobrej kawy a latem wychylić piwo na tarasie (tak pięknie wyremontowanym) przed budynkiem starostwa. Ale czy się tego doczekam? Na razie finiszuje budowa KFC. Takie czasy! Małgorzata Łukianow 131 Małgorzata Łukianow Uchodźczy nie z Ukrainy w Kwidzynie — historie mówione W obliczu dramatycznej eskalacji konfliktu rosyjsko-ukraińskiego w lutym 2022 roku wielu z nas zadało sobie pytanie o to — jak pomagać? Odzew był szeroki — zbiórki obejmowały ubrania, ale i drony bojowe. Ujawniła się gościnność i wszelka pomoc logistyczna dla uciekających przed wojną obywateli i obywatelek Ukrainy. Co robić mogą badacze i badaczki w obliczu kryzysu społecznego i politycznego? W repertuarze naszych umiejętności leży gromadzenie osobistych historii, uczestniczenie w badaniu osób, które doświadczyły sytuacji potencjalnie traumatycznych, badanie doświadczenia wojny i uchodźstwa. W ten sposób narodził się projekt „24.02.2022 5 rano. Świadectwa wojny”. W Ukrainie żyje niecałe 45 milionów osób, w Polsce — 37 milionów. Tylko jednego dnia, 13 listopada 2022 roku, do Polski przybyło ponad 25 000 uchodźców z Ukrainy i niemal tyle samo przejechało w drugą stronę. Od początku eskalacji konfliktu (który trwa od 2014 roku) przekroczyło polską granicę 7,7mln osób, a powróciło do swojego kraju niecałe 6 milionów'. 9 na 10 przybywających osób to kobiety i dzieci. Początkowo większość uchodźczyń chciała zatrzymywać się w dużych miastach Polski widząc tam większą szansę na znalezienie mieszkania i pomocy, a w dalszej perspektywie także pracy i możliwości zorganizowania sobie życia od nowa. Wiele osób miało także swoje wcześniejsze kontakty w Polsce — znaczna liczba osób z Ukrainy do Polski przyjechała na skutek wojny rosyjsko-ukraińskiej, która wybuchła w lutym 2014 roku i po następującym po niej kryzysie gospodarczym. W przypadku Kwidzyna było tak, że dla części było to miejsce wcześniej znane ze słyszenia — mieszkali tu członkowie rodziny, bliższej i dalszej. Ale było też tak, że Ukrainki przybyły u transportem zorganizowanym przez samorządy lub zostały przywiezione po prostu przez prywatne osoby, które rozwoziły uchodźczynie niemal po całej Polsce. Bardzo trudno jest precyzyjnie wskazać, ile osób z Ukrainy przyjechało do Kwidzyna od końca lutego. Pewnym wskaźnikiem jest numer PESEL, po który zgłaszać się można do odpowiednich urzędów. Innym wyznacznikiem są wnioski o pomoc socjalną (np. 500 plus). Część osób wróciła do Ukrainy, część przeniosła się do innej miejscowości, szukając pracy czy innych możliwości. Ukrainki przebywające w Kwidzynie zakładają własne, małe wspólnoty za pomocą komunikatorów i mediów społecznościowych. W ten sposób poszukują możliwości i usług we własnym gronie. Jedną z nich jest na przykład grupa yKpaiHui B Kei^suHi (Ukraińcy w Kwidzynie) działająca w języku ukraińskim. Wśród tematów i hasz- Źródło; 300gospodarka, za Strażą Graniczną, https://300gospodarka.pl/news/uchodzcy-z-ukrainy-w-polsce-liczba 132 Uchodźczynie z Ukrainy w Kwidzynie — historie mówione tagów znajdziemy: przedszkola, mieszkanie, medycyna, wypoczynek, praca, PESEL, szkoła, odzież, tłumaczenia i inne. W niniejszym tekście chciałabym przytoczyć trzy wybrane historie Ukrainek, z którymi miałam możliwość porozmawiać. Wszystkie przyjechały do Kwidzyna w marcu 2022 roku na samym początku konfliktu licząc, że spędzą w Polsce kilka tygodni. Z jednej strony są to osobiste, emocjonalne historie, które pokazują ten cywilny, „ludzki” wymiar wojny. W naszych badaniach przyjmujemy, że historie nie będą dotyczyć tylko wojny, bo człowieka nie można sprowadzać tylko do jednego wymiaru. Pytamy o rodzinę, związki, życie i pracę przed wojną. Pytamy też o to, jak wyglądała droga do Polski, dlaczego zdecydowały się na wyjazd — kto im pomagał, jak jechały, jaką trasą. Potem pytamy o to, jak organizowały życie w nowym miejscu — mieszkanie, szkoły, praca, nowe znajomości. Z drugiej strony w poruszanych historiach przewijają się historie i obrazy znane z mediów i z szerszego kontekstu — opisy działań wojennych i ataków w konkretnych miejscowościach, długotrwałe oczekiwanie na granicy, jazda pod obstrzałem, ratowanie zwierząt domowych. To, co znamy najczęściej z zewnętrznych doniesień, obecne jest także u nas, na miejscu w Kwidzynie. TETIANA2 CHWYCIŁABY KARABIN Tetiana do wybuchu wojny mieszkała w Charkowie. Jej rodzina jest bardzo sportivna — mąż jest zawodowym piłkarzem, ona sędziuje w meczach, dzieci chodzą do szkół sportowych. Opowiadała mi z dumą o miejskim parku w Charkowie^, rodzinną rozrywką było spędzanie tam aktywnie czasu w weekendy. Charków to jedno z największych miast Ukrainy, liczące w 2021 roku niecałe półtora miliona mieszkańców — niewiele mniej niż Warszawa. Po tym, jak w 2014 roku Rosja zajęła Donbas, obwód charkowski stał się niemal otoczony przez terytoria rosyjskie i przez Rosję okupowane. Nie udało się Rosjanom zdobyć Charkowa, który jest jednocześnie stolicą obwodu, ale począwszy od lutego 2022 roku rozpoczęła się okupacja części tych terenów, w tym miejscowości Izium (obecnie zniszczonej w około 80%), Balaklii i Kurpiańska. Ewakuację z Charkowa i okolicznych miejscowości utrudniał nieustanny ostrzał obiektów cywilnych, w tym pociągów ewakuacyjnych wiozących głównie kobiety i dzieci na Zachód. Po drodze na skutek ataków ginęli dorośli i dzieci. Dotarcie do dworca w Charkowie było trudne — bombardowania, chaos na drogach. Miejsca w pociągach nie były rezerwowane, wyjazd mógł się udać lub nie. Wraz z rodziną pierwsze dni wojny spędziła w łazience, pod kocem, chroniąc się w ten sposób przed atakami lotniczymi, które w Charkowie trwają do dziś, niemal codziennie. Gdy stało się jasne, że atak nie potrwa kilku dni, zdecydowała się opuścić miasto. Wyjeżdżając nie zdążyli zabrać z sobą jedzenia oprócz paczki ciasteczek. Nie zrobili zapasów, mieli zrobić większe zakupy w dniu wybuchu wojny, ale wtedy rozpoczęła się panika. W pociągu bez oświetlenia z powodów bezpieczeństwa wszyscy dzielili ^ Choć wszystkie moje rozmówczynie wyraziły zgodę na podawanie ich imienia i nazwiska, w niniejszym tekście podaję tylko imiona bohaterek. ’ Centralny Park Kultury i Wypoczynku Maksyma Gorki. Małgorzata Łukianow 133 się tym, co mieli, ale podróż trwała trzy dni, nim udało się dotrzeć do Lwowa. Prawie nic w tym czasie nie jedli, pociąg nie zatrzymywał się po drodze. Wzruszającym wymiarem ukraińskiego uchodźstwa w 2022 roku było ratowanie zwierząt domowych. Świat obiegały zdjęcia objuczonych kobiet, które prócz dzieci i małego dobytku pod pachą trzymały koty lub prowadziły psy. Polskie fundacje przywiozły do polski dziesiątki (jeśli nie setki) kotów, psów, koni i zwierząt egzotycznych z ogrodów zoologicznych. Do granicy z Polską dojechał także kot Tetiany, który do dziś czeka na swoich opiekunów — i na koniec wojny. W Kwidzynie udało się kontynuować sportowe pasje w jej rodzinie, dzieci uczęszczają na sportowe zajęcia, a młodszy syn chodzi do klasy sportowej. Gdy już mamy kończyć nasze spotkanie, zgodnie z przyjętą przez nas procedurą informuję ją o tym, że może skorzystać z pomocy psychologicznej, którą oferuje bezpłatnie nasza projektowa psycholożka. Dziękuje, była ostatnio w Charkowie (pytam, czy się nie bała — nie), widziała się z mężem, jest zdrów, to wystarczy. Ale na sam koniec wybucha: gdyby moje dzieci były pełnoletnie, zostawiłaby je tu bezpiecznie, pojechałaby do Ukrainy i zapisałaby się do Teroborony"^, aby walczyć. JULIIA WSZYSTKO TAK BYSTRO, BYSTROP Julia pochodzi z Czernichowa położonego w północno-wschodniej Ukrainie. Od 6 marca Czernichów jest miastem-bohaterem Ukrainy^. Do czasu ataku Rosji na Ukrainę pracowała jako główna kasjerka w sieci popularnych w Ukrainie supermarketów Silpo. Mąż Julii jest zawodowym wojskowym, więc gdy 24 lutego nad ranem rozległy się wybuchy, wiedzieli, co to oznacza. Liczyli się z możliwością pełnowymiarowej wojny. Bliskość Czernichowa od granicy z Białorusią dodatkowo potęgowała niepokój. Julia pozostała jeszcze w mieście przez dwa tygodnie pracując w sklepie i dbając o aprowizację. Już w pierwszych dniach wojny zaczynało brakować chleba. Miasto było drogowo odcięte od najważniejszych dróg, chleb nie miał jak dojechać. Jako kasjerka w sklepie często mierzyła się z pytaniem o to, kiedy będzie chleb. Choć z początku nie chciała wyjeżdżać, zdecydowała się na wyjazd do Polski po kolejnym ataku paniki. Wojnę Juliia znała z opowieści swojej babci. Z opowieści o tym, że jak trzeba uciekać, to nie ma co zabierać ze sobą zbyt wiele. Trochę cennych rzeczy, odzież na zmianę, trochę pieniędzy. Tak też zrobiła, gdy sama zdecydowała się na wyjazd. Wyjechała z nieznanymi osobami, transport pomógł zorganizować syn. Trasa na zachód i do granicy wiodła na około, po drodze był aktualnie ostrzeliwany Kijów, drogi na Żytomierz były zablokowane. Wspomnieniem, które najwyraźniej zapisało się w jej pamięci. * Teroborona (ukr. TepoÓopoHa, Bataliony obrony terytorialnej Sił Zbrojnych Ukrainy) to określenie jednostek obrony cywilnej utworzonych z osób cywilnych, które stanęły w obronie Ukrainy. ’ Ros. BbiCTpo - Szybko. ® Miasto-bohater (ros. ropoa-repoft, ukr. Mic ro-repOH) to radziecki tytuł honorowy przyznawany za wybitne bohaterstwo podczas II wojny światowej. W 2022 roku prezydent Wołodymyr Żeleński wydal dekret o przyzwaniu tytułu miasta-bo-hatera Ukrainy dla upamiętnienia bohaterów, którzy bronili swoich miast w czasie inwazji Rosji na Ukrainę. 134 Uchodźczynie z Ukrainy w Kwidzynie — historie mówione są patrole drogowe i punkty kontrolne na drodze, żołnierze machający do nich „Bystra, bystra!” - jechać szybko, nie zatrzymywać się. Jej sposób na to, by nie myśleć o wojnie, to praca. Spotkałyśmy się w Kwidzynie dwa razy i za każdym razem była w biegu, pomiędzy zmianami w zakładzie przemysłowym, w którym pracuje, raz rano, raz wieczorem. W ogóle dużo opowiada mi o pracy, o koleżankach współpracowniczkach, o przełożonych, o tym, żeby nie narzekać i robić swoją robotę uczciwie. Jest bardzo zadowolona, bo od niedawna (od września) ma umowę o pracę, a to oznacza — płatny urlop. Gdy jechała do Lwowa w sierpniu najpierw nie chciała wierzyć, że nie tylko może jechać, ale jeszcze ktoś w tym czasie będzie jej płacić. Wiele osób zatrudnionych jest na umowę zlecenia — nie wiadomo, kiedy będą mogli wrócić z powrotem do domu, nie chcą wiązać się długotrwałymi umowami. Rozmawiamy trochę po ukraińsku, trochę po rosyjsku. Ukraiński nie jest jej pierwszym językiem, ale na początku rozmawiamy po ukraińsku. Julia mówi szybko, dużo gestykulując. Często w połowie wypowiedzi ukraiński zaczyna przechodzić w rosyjski. Język w Ukrainie do niedawna nie miał politycznego charakteru. Typowy był podział na ukraiń-skojęzyczny zachód i rosyjskojęzyczny wschód. Ale jednocześnie język nie wyznaczał polityczności. Wielu ukraińskich obywateli mówi przede wszystkim po rosyjsku. Dziś wiele się zmienia — rosyjski coraz częściej kojarzony jest z językiem wroga. Pytam Julię, czy coś w Kwidzynie przypomina jej dom. Raczej nic, może kilka produktów w Biedronce jest podobnych, jak w Silpo. Kwidzyn to miłe miasto, mówi uprzejmie, ale chciałaby do domu jednak. Tak bardzo, że w sierpniu, kilka dni po kolejnym obstrzale miasta, pojechała do Lwowa zobaczyć się z mężem... i do dentysty. Bo Ci w Kwidzynie drogo biorą i terminów nie mają, nie chcą kilku zębów na raz wyleczyć, a ona nie ma czasu. U OLGI JEST SMACZNIE Olga przyjechała do Kwidzyna do swojego męża, który od kilku lat tu pracuje. Choć powiedzieć, że mieszka w Kwidzynie, to dużo. Jest kierowcą, częściej w drodze niż w domu. Do agresji Rosji Olga, z wykształcenia psycholożka, zajmowała się domem, dziećmi. W domu piekła ciasta, robiła wareniki i pielmieni, co stanowiło dodatkowy zarobek. Przedsiębiorczość i praca Ukrainek, które znalazły się w Polsce na skutek wojny, to temat, który nie może być tylko tłem dla „męskich” wojennych działań. Kobiety z Ukrainy dużo i ciężko pracują. Przede wszystkim zawodowo, w domu pracują dalej, bo zajmują się dziećmi, które z nimi przyjechały. Zarabiają, by pieniądze wysyłać na Ukrainę - rodzinie, która tam pozostała, na zbiórki, na ukraińską armię. Czasami pracują poniżej swoich kwalifikacji, czasami mając więcej szczęścia pracują w zawodzie. Gdy tylko przyjechała do Kwidzyna, Olga od razu wiedziała, czym może się zajmować. Po kilku dniach założyła stronę na Facebooku reklamując swoje wyroby - ciasta, torty, pierogi, inne dania. Gdy nagrywam jej wspomnienia, siedzimy w wąskiej, kilkumetrowej kuchni w domu, który wynajmują. Pytam, czy tu gotuje dania i piecze ciasta na sprzedaż. Oczywiście, mówi, wiele mi nie trzeba, potrafię się zorganizować. Co miesiąc z mężem wysyłają kilka tysięcy złotych rodzinie w Ukrainie. Małgorzata Łukianow 135 PODSUMOWANIE Nie ma wątpliwości, że zgromadzone przez nas relacje są tak naprawdę rodzajem niematerialnego dziedzictwa Ukrainy. I takie też jest ich przeznaczenie. Gdy będzie już bezpiecznie chcemy, by właśnie w Ukrainie znalazły swoje miejsce i by stały się pamięcią tamtejszego społeczeństwa. Jednak nie mniej ważne jest opowiedzenie ukraińskiego doświadczenia polskiemu społeczeństwu. Nie brakuje nam empatii, a zarzuty o ukrainizacji Polski są zdecydowanym marginesem. Wiele różni od siebie gromadzone przez nas relacje. Są tu doświadczenia trudne, graniczne, traumatyczne, są historie o odwadze, sile, przedsiębiorczości. Na koniec spotkania zadajemy klasyczne pytanie, które zawsze zadaje się na koniec wywiadów badawczych: Czy jest coś jeszcze, co chciałaby Pani dodać, a ja o to dotychczas nie zapytałam? To katalizuje wzruszające momenty, gdy Ukrainki opowiadają o wdzięczności, jaką czują do Polaków i Polek — za gościnność, pomoc i ciepłe przyjęcie — za dach nad głową, za ekspresowo załatwioną suszarkę do prania, za wspólne wyjścia na kawę. ŚWIADECTWA WOJNY Projekt badawczo-dokumentacyjny „24.02.2022, 5 rano: Świadectwa wojny” https://swiadectwawojny2022.org/ https://www.facebook.com/swiadectwawoj ny Galeria Żuławska Andrzej Kasperek WÓJT JANUSZ GOLIŃSKI -CEDRY TO NIE LIPA Wracam do portretów żuławskich samorządowców. Bo jeśli coś nam się po 1989 r. udało w reformach naszego kraju, to samorządy na pewno. Oczywiście, że nie zawsze i nie wszędzie, ale kto potrafi (przynajmniej spróbować) obiektywnie spojrzeć na zmiany i przeobrażenia, jakie zaszły w Polsce, ten się zgodzi z ta opinią. Samorządowcy często nie są dostatecznie docenieni i zbyt szybko zapomina się, że proste chodniki, czyste wsie i miasta, a także remonty szkół i zabytków nie robią się same. Zawsze jest ktoś, kto musi tego dopilnować, zadbać o finansowanie, przekonać innych, że to dobry i pożyteczny pomysł. Stąd ten cykl portretów: wójta, burmistrza, a (za jakiś czas) starosty i marszałka. Janusz Galiński z wnuczktf, fot. archiwum *** Lata temu w domu podcieniowym Marka Opitza w Żelichowie odbywało się spotkanie poświęcone ratowaniu zabytków Żuław. Był na nim obecny wójt gminy Cedry Wielkie — Janusz Goliński. Wtedy się poznaliśmy, a później wielokrotnie spotykaliśmy się przy różnych okazjach, ale zawsze gdzieś w tle były Żuławy. Czy to konferencja naukowa „Żuławy w 1945 roku. Niedomknięte księgi”, czy prace przy projekcie pn. „Zachowanie wielokulturowego dziedzictwa Żuław”... Cedry Wielkie odwiedziłem dopiero w 2018 r., kiedy pracowałem nad artykułem poświęconym tej gminie dla „Prowincji”. Od tej pory byłem tam kilka razy. Jako człowiek spieszony (uwaga dla korekty: chodzi o człowieka poruszającego się pieszo) jeżdżę komunikacją publiczną. Kiedy dojeżdżaliśmy do Cedr, kierowca autobusu PKS powiedział: „Panie, moja babcia tu mieszkała. Za chłopaka często tu przyjeżdżałem. Panie, jakie to było dziadostwo, nie to, co teraz!”. Pewnie ten cytat pasowałby do niezliczonej ilości polskich miejscowości. Zapyziała prowincja z czasów PRL-u: bieda, ciemnogród, ruiny, brak perspektyw. Szybko o tym niektórzy zapomnieli, albo nie chcą pamiętać. Przypominają się słowa Pana Młodego z „Wesela”: Andrzej Kasperek 137 „Jak się to zmieniają ludzie, jak się wszystko dziwnie plecie; myśmy wszystko zapomnieli: o tych mękach, nędzach, brudzie; stroimy się w pawie pióra”. Żuławy po wojnie nie były pieszczoszkiem władz. Czasem Czasem władze zachowywały się raczej po prostu jak zła macocha. Region marniał, co było do zmarnowania, to zepsuto, pozostawiono na pastwę losu, rozkradziono. Nikt już nie wierzył, że kiedyś, „za Niemca”, było tu bogactwo, bo teraz było licho i biednie. I jeśli dziś ten region odzyskuje swą dawną rangę, daje ludziom dobrobyt, odkrywa swe piękno i cieszy widokiem ocalonych zabytków, to zasługa wielu pracowitych i odważnych osób. Janusz Goliński jest jednym z nich, jest z tej drużyny, która zaczynała prawie od niczego... Janusz nie jest Żuławiakiem z pochodzenia, jego korzenie sięgają Kaszub. A dokładniej to mama jest Kaszubką spod Kościerzyny, a ojciec pochodził z Kieleckiego. Przybyli tu zaraz po wojnie, jak wszyscy wówczas na tych terenach szukali pracy, domu, nowego miejsca do życia. Mieszkali we Wocławach, a później rodzina przeniosła się do Gdańska. Jest absolwentem Wydziału Ekonomiki Produkcji Uniwersytetu Gdańskiego, ukończył także 138 Wójt Janusz Goliński — Cedry to nie lipa Podyplomowe Studia na Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu. Od 1986 r. pracował w Urzędzie Wojewódzkim, odbywał liczne staże krajowe i zagraniczne z zakresu funkcjonowania administracji lokalnej i rządowej oraz zarządzania i marketingu (Francja, Niemcy, Wielka Brytania). Dostrzegł go marszałek Maciej Płażyński. Doceniał jego ambicję, pracę i zaangażowanie. Zaproponował, żeby młody urzędnik wystartował w wyborach samorządowych; tak też w 1998 r. został radnym a potem przewodniczącym rady gminy. W następnych wyborach awansował i od 18 listopada 2002 r. jest wójtem gminy Cedry Wielkie. Za chwilę będzie rocznica i każdy może ocenić, jaki jest bilans dokonań Goliń-skiego na tym stanowisku. Dla uzupełnienia tego krótkiego życiorysu należy dodać, że żona Renata jest nauczycielką w Szkole Podstawowej w Cedrach Małych. Ma trzy córki: Monikę, Martę i Joannę. Architektka, urzędniczka, studentka... Janusz promienieje, kiedy o nich opowiada. W Cedrach Wielkich jest obelisk upamiętniający tzw. Marsz Śmierci. W styczniu 1945 r. komendant niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthof wydał rozkaz ewakuacji więźniów. Trasa liczyła 140 km — wiodła m.in. przez Mikoszewo, Cedry Wielkie, Pruszcz Gdański, Straszyn, Żukowo, Luzino, do Lęborka. Wyprowadzono 11 tysięcy więźniów obozu, z czego do celu dotarło 7 tysięcy, przeszło 2 tysiące zginęło lub zostało zabitych po drodze. Wśród tych „ewakuowanych” więźniów kacetu był dziadek Janusza, partyzant Gryfa Pomorskiego. Umęczonego więźnia przywieziono furmanką do domu rodzinnego w Sikorzynie, gdzie po tygodniu zmarł. Tyle tylko (i aż tyle), że umierał wśród swoich, a nie na obozowej pryczy. Zostały w rodzinie listy dziadka pisane z obozu do bliskich. Zawirowania historii a może los sprawiły, że po latach wnuk znalazł się w miejscu będącym kiedyś etapem tego upiornego marszu. Co roku w styczniu odbywają się w Cedrach Wielkich Makieta pomnika Cedry, fot. A. Kasperek Andrzej Kasperek 139 uroczystości upamiętniające Marsz Śmierci. Organizowane są przez Urząd Gminny wspólnie z Muzeum Stutthof. Jest msza w kościele parafialnym, złożenie kwiatów przed obeliskiem upamiętniającym to tragiczne wydarzenie, okolicznościowe wykłady pracowników muzeum. Odsłonięto tablicę informacyjną, gdzie opisana została historia Marszu Śmierci i samego obozu koncentracyjnego. A wójt mówi, że skromny obelisk planuje zastąpić pomnikiem. Janusz Goliński jest bardzo wrażliwy, jeśli chodzi o historię Żuław. Najlepszym tego dowodem jest wspomniany projekt. „Zachowanie wielokulturowego dziedzictwa Żuław”. W 2016 r. nastąpiło podpisanie umowy o jego dofinansowaniu. Całkowity koszt wyniósł przeszło 15 milionów złotych, z czego połowa to dofinansowanie Regionalnego Programu Operacyjnego dla Województwa Pomorskiego. Celem projektu było: „Stworzenie spójnej, kompleksowej i rozpoznawalnej oferty turystycznej Gminy Cedry Wielkie, Gminy Nowy Dwór Gdański, Gminy Nowy Staw opartej na najważniejszych posiadanych obiektach zabytkowych, które ze względu na obecny stan i niską dostępność nie stanowią atrakcji turystycznej”. Dzięki niemu wyremontowano domy podcieniowe, rynek, kilka kościołów, ocalono wiele zabytkowych budowli... Dla mnie to także przykład wzorowej współpracy samorządowców, bo choć liderem przedsięwzięcia była Gmina Cedry Wielkie, to nie walczyła ona tylko o swoje — szukając pomysłu i uzasadnienia dla remontu swoich zabytków zauważyła potrzebę nie tylko renowacji obiektów, ale także stworzenia z nich szlaku, stąd pomysł, by projekt rozszerzyć poza granice gminy do innych samorządów, bo projekt miał dotyczyć zabytków żuławskich. O propozycji partnerstwa dla Nowego Stawu i No- 140 Wójt Janusz Goliński — Cedry to nie lipa wego Dworu Gdańskiego zadecydowało zaufanie oraz wcześniejsze dobre doświadczenia we współpracy. Burmistrz Nowego Dworu Jacek Michalski wspomina: „Kiedyś marszałek Struk powiedział, że na Żuławach nie potrafimy się dogadać. Zabolało, ale zaczęliśmy robić różne rzeczy razem (najczęściej Cedry Wielkie, Nowy Staw i Nowy Dwór Gdański, ale nie tylko). Najbardziej znany jest zrealizowany wspólny projekt zabytków, w realizacji są Czyste Żuławy i Zielone Żuławy. Poza tym współpraca w Pętli Żuławskiej, Stowarzyszeniu Żuławy, LGR Rybacka Brać Mierzei. Próbujemy zarazić inne samorządy pomysłem Żuławskiej Kolei Metropolitalnej. Konsultujemy i koordynujemy pewne decyzje samorządowe”. Decyduje wzajemne zaufanie i świadomość, że to praca dla dobra wspólnego! Zainteresowanie historią regionu to także pomoc w reedycji fundamentalnego dzieła Przemysława Szafrana „Żuławy Gdańskie w XVn wieku”, a także starania, aby wydać wspomnienia inżyniera Stefana Komana, bardzo zasłużonego dla powojennego przywrócenia Żuław do życia. Nie chcę powtarzać tego, co napisałem w rozdziale „Cedry na gdańskich nizinach” w książce „Mój płaski kraj”. Ale po latach mogę pewne rzeczy dopowiedzieć. W 2018 r. hala sportowa była jeszcze w planach. Kiedy odwiedziłem Cedry w lutym br. mogłem już ją podziwiać w całej okazałości. Po tym pięknym obiekcie oprowadzał mnie jej kierownik, pan Marcin Wojtkiewicz. Imponuje wielkie boisko, trybuny (którymi sprytnie można manewrować i wykorzystywać na różne sposoby), dobra jakość materiałów (drewno, kamień, chrom, stal) i standard wykonania. Sala służy szkole podstawowej i mieszkańcom gminy, obok jest nowoczesna biblioteka, sale do rozmaitych zajęć. Chodziłem po niej w czasie pandemii, otwarcie przypadło na jej początek, ale dziś już jest w pełni wykorzystywana. Sport dla wójta jest ważny, jest pasjonatem piłki nożnej, potrafi jechać z reprezentacją Polski na zagraniczne mecze. Wciąż chodzi po górach (jako Żuławiak z tą samą pasją doskonale to rozumiem), z córkami poszedł na Trzy Korony, sam przeszedł Orlą Perć. To zmęczenie po trasie jest inne niż to po wykonywaniu codziennych obowiązków, daje prawdziwy relaks. Nieustanna praca przy rozwijaniu mariny Błotnik to nie tylko troska dobrego gospodarza o powierzone mu mienie, ale także realizacja jego pasji sportowych. Podobnie jak budowa ścieżki rowerowej. Gminny odcinek Wiślanej Trasy Rowerowej liczy ponad 19 km i wiedzie m.in. po wale wiślanym od miejscowości Giemlice przez Leszkowy i Kieżmark do Błotnika. Warto dodać, że jest to projekt ogólnopolski, dzięki czemu miłośnicy turystyki rowerowej będą mogli przejechać cały kraj od gór aż po Bałtyk. Usytuowanie ścieżki na wale daje zupełnie inną ekspozycję i możliwość podziwiania pól i łąk. Ciekawostką jest to, że czasem nawierzchnia trasy jest pomalowana na niebiesko, to znak, że tu kiedyś była odnoga Wisły. Inną atrakcją gminy jest plantacja tulipanów, a w zasadzie ogród tulipanowy „O Rany, Tulipany”. Jego właściciele zmienili jego lokalizację i wiosną 2023 r. zapraszają do Błotnika, gdzie w sąsiedztwie mariny będzie możliwość podziwiania tulipanów... Ale nie z tego żyje gmina. Ważne są firmy (np. Base Group), podatki etc. Gmina Cedry wygenerowała w ubiegłym roku prawie 20 milionów dochodów. 20 lat temu, kiedy Janusz Goliński obejmował rządy, trzeba było korzystać z dotacji, a dziś płaci półtora miliona tzw. podatku Janosikowego. Żuławy kiedyś żyły z rolnictwa, dziś to 15 procent dochodów, ale dla wójta jest ono bardzo ważne i nie wyobraża sobie, żeby można je było zaniedbać. Musi się rozwijać. Tak jak cała gmina. Dziś już prawie 100 % gospodarstw jest podłączonych Andrzej Kasperek 141 do kanalizacji, wszędzie są porządne drogi i chodniki. Na wszystko musi starczyć. Janusz przypomina mi stare powiedzenie: „Zły samorządowiec mówi, że nie ma pieniędzy, a dobry stara się je zdobyć i rozwiązać problem”. A ponieważ nie lubi się chwalić, to zakończę opinią Jacka Michalskiego: „Janusz jest super samorządowcem. Bardzo skuteczny. Robi bardzo dużo dla budowania marki Żuławskiej. On naprawdę czuje się Żuławiakiem”. Prowincje bliskie i dalekie Radosław Wiśniewski POLIN ‘2022 CIEMNOŚĆ. OMIJANIE. Zatem omijałem Bełżec, gdy w inne miejsca jeździłem, czasem po kiłka razy. A to, jedno — omijałem. Nigdy nie było po drodze. Wiedziałem o Bełżcu tyle, ile można wiedzieć dzisiaj. Na przykład to, że z osób, które przekroczyły bramy tej fabryki gwałtownej śmierci, uciekły i przeżyły wojnę dwie, być może trzy. Przy czym tylko dwie z trzech zdążyły dać świadectwo. Chociaż też nie do końca. Bo na przykład Chaim Hirszman został zamordowany w dniu, w którym zaczął składać zeznania, przez ludzi mających powiązania z powojennym zbrojnym podziemiem. Sam Chaim Hirszman po wojnie służył w Milicji Obywatelskiej a potem w Urzędzie Bezpieczeństwa. Podobno niezbyt gorliwie. Trzykrotnie składał wnioski o zwolnienie ze służby. Został zwolniony ze względu na zły stan zdrowia z dniem 1 marca 1946 roku. Zamordo- Radosław Wiśniewski 143 wany został 19 marca tego roku. Zeznania za niego kończyła jego żona — Pola, ale ona nie była w obozie, tylko mogła powiedzieć to, co sama dowiedziała się od męża. Rudolf Reder złożył obszerne wyjaśnienia, tak z własnej woli, jeszcze w czasie okupacji, jak i później, w czasie śledztwa przeciwko ośmiu esesmanom z załogi Bełżca prowadzonym w Niemczech w końcu lat pięćdziesiątych. Ostatecznie skazano wówczas jedynie Josefa Oberhausera, adiutanta pierwszego komendanta obozu — Christiana Wirtha. Oberhasuer dostał cztery i pół roku więzienia, pozostałych siedmiu ss-manów sąd uniewinnił. Bełżec w jakimś sensie był pierwszym obozem zagłady organizowanej na wielką skalę. W nim Christian Wirth ćwiczył procedury sprawnego mordu zastosowane potem w Treblince, Sobiborze czy Birkenau. Kto przekroczył z transportem bramę obozu miał zginąć w ciągu kilku godzin w komorze gazowej, ciało miało trafić do zbiorowej mogiły po przeszukaniu przez dentystów jamy gębowej i przeszukaniu otworów ciała w poszukiwaniu ukrytych kosztowności przez innych członków sonderkomando. Podobno kiedyś trafiła się w transporcie przez przypadek Ukrainka. Mówiła, że znalazła się tutaj przez pomyłkę. Pokazała dokumenty. Były w porządku. Rzeczywiście, przypadek, błąd — przyznali oprawcy. A potem zaprowadzono ją do komory jak wszystkich innych. Po wojnie przeliczono wstępnie ilość transportów do Bełżca, pomnożono przez średnią ilość 4000 ludzi w każdym transporcie i wyszła liczba 600.000 zamordowanych w niecały rok działalności obozu. Dodano do tej liczby 1500 Polaków dołączonych do transportów rzekomo za pomaganie Żydom. Ale ani procesy załogi — bo oprócz procesu ss-manów z załogi Bełżca odbyły się też procesy wachmanów, pomocniczej straży złożonej głownie z Ukraińców oraz innych nacji ZSRR — nie potwierdziły, by wśród zagazowanych w Bełżcu byli jacykolwiek inni ludzie poza polskimi Żydami. To nie znaczy, że ich w ogóle nie było. Trafiła się przez pomyłkę Ukrainka, mogła się trafić i Polka czy Polak, szczególnie przy transportach z brutalnych deportacji z małych miejscowości, sztetli, gdzie nie było grodzonych gett i bywało, że Polacy i Żydzi tak jak mieszkali przy jednej ulicy czy czasem pod jednym numerem w czasie pokoju, tak mieszkali i pod okupacją. Ale nie ma na to śladu dowodu w żadnych dokumentach. Zatem jest bariera dowodowa. I to, co zostaje po jej uwzględnieniu, to jest liczba wyłącznie żydowskich ofiar. Obywateli i obywatelek polskich. Garsteczka Romów i Sinti. I ta jedna Ukrainka, chociaż mówi o niej też jedna, jedyna relacja. Dzisiaj policzono te ofiary dokładnie. Dzisiaj już wiadomo, że było 179 odnotowanych transportów do Bełżca między 17 marca 1942 roku a 11 grudnia 1942 roku i objęły one nie mniej niż 434 tysięcy osób. Dzięki odtajnieniu części archiwów brytyjskich wypłynęła depesza niejakiego Hoflego do Berlina wyliczająca ile dokładnie osób zagazowano w Bełżcu, Treblince i Sobiborze. Nie wiadomo z kolei jak Hofle policzył ofiary, ale Niemcy przeliczali ludzi pakując ich do wagonów i pisali jak ułamki na ścianach wagonów kredą. W liczniku ilość dorosłych, w mianowniku — ilość dzieci. Być może Hofle zsumował znane mu transporty raportowane przez podwykonawców zbrodni. Ta liczba może nie uwzględniać osób, które zmarły w samych transportach. Może nie uwzględniać osób zamordowanych w czasie wysiedleń, a nie były to liczby małe. Ta liczba 144 Polin 2022 może też nie uwzględniać transportów oficjalnie nieodnotowanych lub niepoliczonych. Nikt nie zajmował się dokładną ewidencją osobową zbrodni, przeciwnie. Chodziło o uma-sowienie, pozbawienie ofiar wszelkich oznak indywidualności. W procesie, w którym skazano tylko Oberhausera na te cztery i pół roku, ss-mani nie mówili inaczej jak „transporty żydowskie” i „zakład”. Jakby chodziło o przerób, produkcję, przetworzenie. I tak było. Zachowały się dokumenty zakupu 200 kilogramów włosów kobiet z Bełżca przez firmę Paula Reinmanna z dawnego Friedlandu na Dolnym Śląsku, obecnie Mieroszów. Cena hurtowa wynosiła 0,5 deutschmarki za kilogram. Podobno firma wyrabiała z tych włosów skarpetki. Historycy oszacowują obecnie liczbę ofiar Bełżca na około 500 tysięcy osób. Pół miliona ludzi zgładzonych w 9 miesięcy. Prawdopodobnie niemal wyłącznie Żydów i niemal wyłącznie polskich. Być może były wśród nich jakieś grupy Żydów z Węgier, Rzeszy i Słowacji, ale były to grupy, które uprzednio deportowano do gett na terenie Małopolski. Znowu brakuje dokumentów. 500 tysięcy. Zagazowanym w Kulmhof nad Nerem dzieciom z czeskich Lidie, zamordowanym w odwecie za zamach na Reinharda Heydricha, postawiono pomnik. Są wyrzeźbione wszystkie dzieci, a było ich 83, w naturalnej wielkości. Wielka armia terakotowa pierwszego cesarza Qin liczy 8100 figur i zajmuje obszar 210 na 67 metrów. Gdyby każda ofiara Bełżca została wyrzeźbiona w naturalnej wielkości i ustawiona na wzór armii z terakoty cesarza Qin — taka rzeźba zbiorowa zajęłaby powierzchnię 750.000 metrów kwadratowych. Około 100 boisk piłkarskich. Janusz mówi, że to bez sensu takie uświadamianie sobie tej liczby. „Ewolucja nie przystosowała nas do tego” powtarzał, kiedy o tym rozmawialiśmy. Był to obóz dobrze znany polskiemu podziemiu. Polskie podziemie wiedziało, kiedy obóz zaczął pracę, kiedy ją przerwał — w maju 1942 roku i kiedy znowu ją podjął. Fetor rozkładających się ciał docierał z Bełżca nawet do Tomaszowa Lubelskiego, w zależności od kierunku wiatru. Kiedy pasażerskie pociągi mijały Bełżec, konduktorzy zamykali okna, ostrzegali pasażerów, że będzie śmierdzieć, a kiedy palono już tylko zwłoki, ostrzegali też, że sadza jest wyjątkowo dokuczliwa. Wzdłuż torów podróżni widzieli Żydów siedzących, leżących na torach, dobijanych przy torach, umierających, nie będących w stanie uciekać. Nie było zatem mowy o tajemnicy, chociaż była mowa o chęci ukrycia całej prawdy. I tak do dzisiaj nie wiadomo ilu dokładnie ss-manów przewinęło się przez załogę Bełżca, zidentyfikowano z niemałym trudem jedynie 37 osób. Nieznane są niemal żadne dane osobowe dotyczące pomocniczej służby wachmanów, tzw. „czarnych”. Wiadomo jaki obszar zajmował obóz, wiadomo gdzie znajdowały się masowe groby, ale nie wiadomo jaka dokładnie była topografia całego obozu. W ramach badań archeologicznych nie znaleziono śladów po komorach gazowych. Radosław Wiśniewski 145 Obóz wypełnił swoją powinność do końca. Został zamknięty, zwłoki z rozkopanych masowych grobów zostały spalone na rusztach, baraki, budynki, w tym komory gazowe, zostały rozebrane, ziemia została zrekultywowana, obsiana i postawiono na niej gospodarstwo, które oddano jakiemuś volksdeutschowi w posiadanie. W Bełżcu nie zdarzyły się bunty takie jak w Auschwitz w Krematorium numer IV, jak w Sobiborze, jak w Treblince, chociaż mowa była o tym, że ostatnie sonderkomando z Bełżca wywiezione do Sobiboru nie poddało się bez prób oporu. Pojedyncza relacja wspomina o jakimś buncie w sonderkomando w Obozie II, tej części Bełżca, gdzie gazowano ludzi, w odróżnieniu od Obozu I, gdzie nowe transporty przyjmowano i gdzie sortowano rzeczy. Podobno tam miało dojść do buntu, zabicia kilku Niemców oraz ucieczki kilku więźniów. Ale brak bliższych informacji. W marcu 1943 roku uciekło z obozu kilkunastu wachmanów, strażników rekrutowanych z jeńców sowieckich. Kilkunastu innych chciało zrobić to samo, ale ktoś ich wsypał i 16 strażników rozstrzelano. Pojedynczych strażników rozstrzeliwali Niemcy, głównie za handel pokątny z mieszkańcami Bełżca. „Czarni” wachmani bywali w miejscowości obok, przechwalali się tym co robią, spali z kobietami, zapładniali je, niektóre z nich brały z nimi śluby. Do 1963 roku na terenie Bełżca nie było żadnego upamiętnienia ofiar, żadnego ogrodzenia, żadnej formy wydzielenia tej przestrzeni, masowego grobu pół miliona ludzi. Dlatego pracowały tu hieny, chociaż nie wiem dlaczego miałbym obrażać zwierzęta. Takie przysłowie chodziło po okolicy. „Kto ma odwagę i łopaty Ten będzie bogaty” Zatem kopali ludzie i płukali piach w sitkach, sitach, płuczkach. Badania archeologiczne przeprowadzono dopiero na początku lat dwutysięcznych. Znaleziono na dnie masowych grobów ciała, których Niemcy z jakichś względów nie spalili. Nie znaleziono miejsca, w którym były komory. Pozostało jedno, jedyne pełne świadectwo Rudolfa Redera, jeżeli mówić o świadectwach ocalonych. Bo z Bełżca nie było więcej ocalonych. Był raport ss-mana Kurta Gersteina, wiosną 1945 roku, kiedy Gerstein dostał się do niewoli. Jedyną przestrzenią, w której nie znaleziono ludzkich szczątków, jest tzw. Szczelina, którą teraz idzie aleja przez środek miejsca upamiętnienia. Prawdopodobnie tędy biegł tzw. „szlauch”, albo „śluza”, wąska aleja zwana w Sobiborze i Treblince Himmelfahrtstrasse. Tą drogą idzie się prosto wchodząc niejako we wzgórze na kilka metrów w głąb aż do miejsca, które nazwane jest umownie ohelem. Stamtąd możesz po schodach wyjść na górę. Na obmurowaniu pola żużlu, który nasypano na miejsce, gdzie odkrywano masowe groby — daty i nazwy miejscowości, z których 146 Polin 2022 między 17 marca a 11 grudnia 1942 roku przyjechało tutaj 179 transportów i nie mniej niż 434 tysiące ludzi. Wiele lat nie mogłem się zdobyć, żeby dotrzeć tutaj, stanąć w tym miejscu. Ciemno tutaj. ZAWLECZKA 1 POMPKI Bliskość drogi, linii kolejowej, zabudowań. To pierwsze, o czym myślisz. Później, nauczeni doświadczeniem, oprawcy odsuwali mimo wszystko fabryki śmierci od skupisk ludzkich. Nie żeby dało się to w ogóle ukryć, bo chyba się co do tego nie łudzili, ale starali się maskować, mimo wszystko. I ograniczać handel rabowanym ofiarom majątkiem. O ile sprawcy masowych mordów robili często zdjęcia ofiarom — do dzisiaj nie rozumiesz dlaczego i po co — o tyle jeżeli chodzi o Kulmhof nad Nerem, Sobibór, Treblinkę, Bełżec zasadą była pełna blokada informacyjna. Tylko idąc w prażącym słońcu w stronę pola żużlu, jakim dzisiaj jest miejsce upamiętnienia obozu zagłady w Bełżcu, nie rozumiesz w jaki sposób miała wyglądać ta blokada informacyjna na skraju miejscowości, w bezpośrednim sąsiedztwie drogi i linii kolejowej, która była normalnie używana dla ruchu pasażerskiego. Bo to, że transporty jadą, to było wiadomo, że jadą zapewne na zatratę — to też wielu wiedziało, ale sam finał, końcową stację dla tych ludzi — próbowano zamaskować, przedstawić jako obóz przejściowy, zanim skieruje się ludzi do pracy. Radosław Wiśniewski 147 Zatem wstrząsająca jest ta bliskość ludzkich siedzib, przyleganie do żyjącej miejscowości. Mimo wszystko. Muzeum. Niewielka ekspozycja jest wkopana w ziemię na prawo od wejścia. Opowieść konieczna dla wyjaśnienia komuś, kto przyjeżdża pierwszy raz, co to był Bełżec i że obozy zagłady narody żydowskiego były czymś różnym od innych obozów przeznaczonych jako miejsca represji wobec podbijanych narodów. Nigdy dosyć powtarzania, że Polak, Holender, Norweg, Czech — jeżeli nie przeszkadzał aktywnie okupantowi, stosował się do drakońskich, szczególnie na terenie Polski, zarządzeń niemieckiej władzy — miał spore szanse przeżyć. W jednym miejscu większe, w innym mniejsze, ale mógł próbować. Nawet jeżeli trafiał do więzienia, do obozu pracy czy obozu koncentracyjnego — zdarzało się ludzi wyciągać na różne sposoby, zdarzały się ucieczki, zdarzały się wypadki po prostu przetrwania wielu lat katorgi i doczekania wyzwolenia. Żyd, Żydówka, żydowskie dziecko w obozie zagłady miało do przeżycia od dwóch do czterech godzin. Najpierw jechali długo transportami. Deutschebahn obciążały za te przewozy Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy normalnymi fakturami jak za przejazdy osobowe mimo, że ludzi wpychano po 100 i więcej osób do bydlęcych wagonów. Ale Deutschebahn była porządną, schludną, niemiecką firmą — rodzinne przewozy były liczone z ulgą, a dzieci do lat czterech — podróżowały do Bełżca, Treblinki, Sobiboru i Chełmna nad Nerem za darmo. Po przyjeżdzie była przemowa kata, który kłamał, że przyjechało się do pracy. Potem było rozdzielenie kobiet z dziećmi od mężczyzn. Mężczyźni mogli stawiać opór, dlatego szli pierwsi szlauchem, Himmelfahrtstrasse — jak to nazywały załogi. Kobiety w tym czasie strzyżono. Ich włosy kupowały firmy. Powtórzmy jeszcze raz, że ponad wszelką wątpliwość jedną z firm była firma Paula Reinmanna z dzisiejszego Mierszowa, są w dokumentach pokwitowania na 200 kilo włosów kobiet z Bełżca i 400 kilogramów włosów z Treblinki. Po zagazowaniu mężczyzn, przychodziła kolej na kobiety i dzieci. Dzieci się bały, ale często zdarzało się, że pozwalano zabrać im ze sobą ulubiona zabawkę, którą często ściskały w rączkach całą drogę — o ile te drogę przeżyły. Jeżeli dziecko mogło zabrać ulubiona lalę, misia — często się uspakajało. Chociaż droga do komór nie była spokojna, ludzi gnano krzykami, biciem pejczami, kolbami, bagnetami, żeby nie dać tylko czasu na refleksję, na myślenie. W Bełżcu ludzie musieli zdawać dokumenty, pieniądze do depozytu, dostawali w zamian numerki. Na ekspozycji widać garść takich betonowych numerków w różnym stanie, znalezione gdzieś w większej ilości w ramach wykopalisk, które nastąpiły — przypomnijmy — dopiero kilkadziesiąt lat po wojnie. Jest też tablica, odrysowana od szablonu, widać, że niezręcznie, bez przemyślenia kompozycyjnego napisu ze złym przenoszeniem wyrazów o tym, co trzeba zrobić z kosztownościami i rzeczami. Są buty, buciki. Sprzączki. Niewiele tego. Kopacze kopali latami, a kary za naruszenie masowych grobów — symboliczne, o ile w ogóle. Za to potencjalny zysk — dużo większy. Zatem niewiele, bardzo niewiele udało się odzyskać z ziemi. Za ekspozycją wielka, betonowa, pusta, ciemna komora, miejsce kontemplacji, w którym zwielokrotnia się echo każdego ruchu. Idziesz do ściany i twoje kroki odbijają się 148 Polin 2022 echem, gdzieś pod sklepieniem mieszają się w jednostajne brzęczenie głosy z zewnątrz, z części ekspozycyjnej muzeum. Kiedy dochodzisz do ściany widzisz, że zza pleców świeci ci pomarańczowy reflektor i on wydobywa twój bardzo precyzyjny, zarysowany z chirurgiczną wręcz precyzją — cień. Stojąc twarzą do ściany możesz zobaczyć cień każdego włosa na głowie, brodzie, nierówność skóry. M. wchodzi i próbuje coś cicho powiedzieć, ale echo, echo jest tak podstępne, że póki się nie zbliżymy na odległość ręki, nie rozumiemy, co do siebie mówimy. Jak pokazać ciemność? Jak pokazać nicość? Otchłań? Robię jeszcze jedno zdjęcie. Kładę obrączkę na liście rzeczy rabowanych ofiarom koło słowa rings mit steinen - czyli pierścienie z kamieniami. Przypomina mi się, jak próbowałem opowiedzieć Wiktorii czym była Zagłada, żeby nie opierała się na tym, co da się wyczytać z polskich podręczników. Dałem jej wtedy tę obrączkę, żeby potrzymała, poczuła jej znikomy ciężar, a potem opowiedziałem, że w sprawozdaniu Odilo Globocnika z akcji „Reinhard” wymieniono 14,5 ton (zdaje się że mylnie zapisane jako 145 ton, bez przecinka) obrączek. Wagon obrączek. Zakładam swoją na mały palec, bo jest potworny upał, to jest ten dzień, kiedy tutaj jest 35 stopni w cieniu. Palec serdeczny mi puchnie. Idziemy szczeliną, jednym pasem terenu na którym podobno nie wykryto ludzkich szczątków. Stąd domniemanie, że obecna droga w głąb pola żużlu, do miejsca zwanego ohelem — to szlauch, Himmelfahrtsrasse, droga do komór. Tam gdzieś prawdopodobnie gubię ciebie metalowy krążku, zawleczko granatu i nawet tego nie czuję. Nie słyszę brzęku upadającego metalu, a przecież jest cicho, nie słychać ptaków, nie słychać brzęczenia owadów. Zycie nie ma tutaj czego szukać. Dochodzimy do końca, wybieramy schody w lewo i wychodzimy na skłon wzgórza. Kiedy dochodzę do M., ta patrzy na mnie z wyrazem zdumienia na twarzy i pyta: - Widziałeś? - Nie, a co miałem widzieć? - Te parę co szła przed nami - No wiem, jacyś anglojęzyczni, widziałem ich i słyszałem na ekspozycji, nie są stąd. - No — mówi M. z rozszerzonymi oczyma — przed chwilą dziewczyna kręciła komórką film a chłopak w bezrękawku robił pompki po drugiej stronie ohelu... - Żartujesz? - Nie, ona go kręciła, a on robił pompki. Odwróciła się i ruszyła powoli po obwodzie żużlu. Odwróciłem się. Tamci schodzili już do szczeliny, byli daleko, dziewczyna zaraz znikła, widziałem przez moment chłopaka. Umięśniony, uśmiechnięty byczek w koszulce z jakimiś napisami po angielsku. Przystanął na chwilę i donośnym śmiechem znowu przyjął postawę i energicznie zrobił na dnie ohelu kilka pompek, za szybko, żebym zdążył zareagować i wyjść ze zdumienia, tego z rodzaju tych, kiedy ktoś wylewa na ciebie wiadro pomyj i zanim sie otrząśniesz — czym prędzej ucieka porykując ochryple. Radosław Wiśniewski 149 Przez chwilę myślałem, że ich dogonię. A potem zastanowiłem się, co miałbym im powiedzieć w jakimkolwiek języku świata, żeby zrozumieli. BEŁŻEC. EPILOG Przyszedł listonosz i powiedział, że przesyłka polecona do Pana, z Bełżca. I popatrzył tak na mnie jakoś wymownie, trochę pytająco, podając mi tablet do złożenia podpisu. - Tak wiem — powiedziałem — to obrączka ślubna. - Obrączka? — popatrzył na mnie jeszcze uważniej, niż zazwyczaj. - No, ślubna, zgubiłem, jak tam byliśmy z żoną, w Bełżcu, to odesłali. - Jeszcze tu — wskazał miejsce do podpisu — i tu. Popatrzył na mnie jeszcze raz badawczo, uśmiechnął się i wyszedł z firmy o nic więcej nie pytając, jakby wszystko już wiedział. Delikatnie otworzyłem kopertę z Bełżca. Uznałem, że zachowam kopertę, w której z Bełżca przyszła do mnie obrączka ślubna, moja obrączka ślubna, zgubiona w Bełżcu. Znalazł ją pracownik ochrony Bełżca w miejscu, gdzie zaczynała się tak zwana Szczelina. Podniósł i zaniósł ją do budynku Muzeum w Bełżcu. Tego samego dnia zadzwoniłem do Bełżca z Leżajska, pytając czy nie znalazła się w Bełżcu obrączka ślubna, męska, z tytanu, z nitką złota. Wiedziałem jak wygląda obrączka zgubiona w Bełżcu więc wiadomo było, że ja to ja, że obrączka jest moja. Wysunęła się teraz ze środka koperty oznaczonej pieczęcią z Bełżca, i położyłem ją czule na stole obok koperty z Bełżca. Miałem poczucie, że coś się dzieje. Z Bełżca wróciła do właściciela jedna, jedyna obrączka ślubna. I ten właściciel żył. 150 Połin 2022 Założył ją na palec, uśmiechnął się sprawdzając czy znowu dobrze leży. Obiecał sobie, że już nigdy nie założy jej na mały palec, tylko na serdeczny. 1 obiecywał coś jeszcze, ale tego nikt już nie słyszał, nawet on sam. 151 Marek Suchar Rehavia „Mały Berlin” w Jerozolimie Uwagę odwiedzających Jerozolimę skupia przede wszystkim Stare Miasto. Nic dziwnego — znajdują się tam najważniejsze dla chrześcijan miejsca — Bazylika Grobu i Wieczernik, jest Ściana Płaczu, którą przy okazji pobytu w Świętym Mieście chce zobaczyć na własne oczy każdy, niezależnie od wyznania. Do tego trzeba jeszcze dodać urok i egzotykę ciasnych i zatłoczonych uliczek arabskiego szuku’, w Kwartale Muzułmańskim. Nic dziwnego, że jerozolimskie Stare Miasto przyciąga pielgrzymów i turystów z całego świata jak magnes. Ale warto mieć na uwadze, że obejmuje ono obszar zaledwie mniej więcej jednego kilometra kwadratowego, podczas gdy powierzchnia całej Jerozolimy wynosi dziś ponad sto kilometrów kwadratowych. Oznacza to, że jerozolimska Starówka pod względem powierzchni stanowi zaledwie około jednego procenta Świętego Miasta! Jeśli zatem wybiera się do Je- ' Suk (arab.) lub sbuk ( hebr.) to wschodni bazar, targowisko na którym stragany i sklepiki znajdują się na sklepionych lub zadaszonych ulicach. Rehavia została zaprojektowana jako osiedie ogrodowe, fot. Sz. Suchar 152 Rehavia. „Mały Berlin” w Jerozolimie rozolimy na trochę dłużej i planuje tam spędzić więcej niż jeden, czy dwa dni, warto zejść z utartych turystycznych szlaków, żeby poznać również inne, nie mniej niż Stare Miasto interesujące i wyjątkowe miejsca. Warto na przykład przejść się po zamieszkiwanej przez potomków wschodnioeuropejskich chasydów Mea Shearim, odwiedzić malowniczą dzielnicę Nachlaot, na której niewielkim terenie funkcjonuje sto synagog, a jeśli już się tam trafi, to koniecznie zajrzeć na pobliski rynek Mahane Yehuda, który wieczorami przeobraża się w najbardziej „hipsterską miejscówkę” w Jerozolimie. Są też oczywiście jeszcze absolutnie warte zwiedzenia znakomite muzea, w tym muzeum i miejsce pamięci Yad Vashem, które moim zdaniem powinno być obowiązkowym punktem programu pobytu w Jerozolimie. Do takich ciekawych, absolutnie godnych polecenia jerozolimskich miejsc z pewnością należy znajdująca się prawie w samym centrum dzisiejszej Jerozolimy dzielnica o nazwie Rehavia. Spacer jej uliczkami wśród charakterystycznych willi, z których wiele jest bardzo interesującymi pomnikami modernistycznej architektury, może nie tylko dostarczyć wielu estetycznych wrażeń, ale również ukazać Jerozolimę od innej niż zwykle oglądana przez turystów strony. Założona w latach dwudziestych XX wieku Rehavia, zaprojektowana jako „miejska dzielnica ogrodowa” przez pochodzącego z Niemiec architekta Richarda Kauffmanna, nazywana była „Małym Berlinem” albo „Jerozolimskim Gruenewaldem” ze względu na podobieństwo do tej wytwornej, rezydencjonalnej dzielnicy Berlina, a zwłaszcza wszechobecność w niej zieleni (a to wcale nie takie oczywiste, bo jesteśmy przecież na Bliskim Wschodzie!) Marek Suchar 153 i modernistyczne, bauhausowskie^ akcenty w architekturze. Zabudowa Rehavii robi niezwykłe wrażenie, bo rzeczywiście może ona przypominać fragmenty modernistycznych willowych dzielnic Berlina czy Wrocławia, a nawet lwowskiej Pohulanki czy warszawskiego Żoliborza. Charakterystyczną dla tego stylu prostotę, użycie zróżnicowanych geometrycznych form (zaokrąglone balkony) czy modularną strukturę budynków składających się jak gdyby z różnych klocków poukładanych jeden obok drugiego, zobaczyć można w co drugim lub co trzecim domu w Rehavii. „Niemieckie” skojarzenia wynikały jednak nie tylko z wizualnego podobieństwa Rehavii do willowych dzielnic niemieckich miast, ale również, a może nawet przede wszystkim z faktu, że w przeważającym stopniu zamieszkana była ona przez przybyszów z Niemiec, najpierw przybyłych stamtąd syjonistów, a w latach 30-tych przez żydowskich uciekinierów przed nazistowskimi prześladowaniami. Charakter Rehavii wyznaczało w owym czasie nie tylko to, że w powszechnym użyciu był tu język niemiecki, ale także specyficzna, panująca w niej atmosfera wynikająca ze składu społecznego tej dzielnicy. Ze statystyk wynika, że ponad połowę dorosłych mieszkańców stanowili wówczas przedstawiciele wolnych zawodów, lekarze, prawnicy i nauczyciele oraz naukowcy. W Jerozolimie zresztą do dziś się żartuje, że Rehavia ma największy na świecie współczynnik psychoanalityków przypadających na jeden kilometr kwadratowy. Niemieccy mieszkańcy przywieźli tu ze sobą swoje upodobania estetyczne, przyzwyczajenia, dotyczące na przykład skrupulatnego przestrzegania zasad higieny i towarzyskich konwenansów, spędzania wolnego czasu, a także charakterystyczną dla niemieckiego mieszczaństwa tytułomanię. To z tego powodu znalazły się na terenie dzielnicy pierwsze w Jerozolimie korty tenisowe oraz bardzo szybko powstała kawiarnia, do której jej mieszkańcy udawali się na popołudniową kawkę, a w sobotnie poranki na koncerty muzyki kameralnej. Mieszkania były tu pełne książek, w niejednym królował przywieziony jeszcze z Niemiec fortepian, a idąc ulicą podobno często można było usłyszeć dobiegające przez otwarte okna dźwięki wygrywanych na tych instrumentach utworów Brahmsa czy Beethovena. Mijający się na ulicy panowie witali się uchylając kapeluszy i obowiązkowo przy tej okazji tytułując się uroczyście „Herr Doktor” lub „Herr Professor”. Typowy mieszkaniec Rehavii nie ruszał się bowiem z domu bez kapelusza i ubrany inaczej niż w marynarkę, skąd zresztą najprawdopodobniej bierze się potoczne izraelskie określenie pochodzących z Niemiec Izraelczyków — „jeke” (od niem. Jacke — marynarka, żakiet). W określeniu tym zawiera się pewien ton złośliwości, ale jednocześnie podziwu i zazdrości. Bycie „jeke” oznaczało bowiem w powszechnym rozumieniu automatyczną przynależność do społecznej elity, zakładało wykształcenie, kulturę i wysoką społeczną pozycję, ale wiązało się także często z poczuciem wyższości w stosunku do pozostałych mieszkańców ówczesnej brytyjskiej Palestyny — zarówno tych, którzy mieszkali w niej od pokoleń, jak i tych, którzy przybyli tu w kolejnych alijach ’ze Wschodniej Europy. Rehavia to z wyjątkiem kilku bardziej okazałych budynków, o których za chwilę, dzielnica niewielkich kilkumieszkaniowych apartamentowców i jednorodzinnych modernistycz- ^ Bauhaus — uczelnia artystyczno-rzemieślnicza założona w 1919 przez Waltera Gropiusa. Określenie Bauhaus używane bywa również potocznie jako nazwa stworzonego przez nią kierunku architektonicznego jako jednego z prądów w obrębie niemieckiego modernizmu. ’ Alija (hebr.dosłownie: wstąpienie) —imigracja Żydów do Erec Israel (Ziemi Izraela). 154 Rehavia. „Mały Berlin” w Jerozolimie nych wilii w pełnych bujnej roślinności ogrodach. Już na pierwszy rzut oka widać zamożność i elegancję tego miejsca. Zaprojektowano ją z myślą o wygodzie i przyzwyczajeniach mieszkańców, z wąskimi zacisznymi uliczkami, bez sklepów, które mogły być zlokalizowane tylko na otaczających osiedle większych ulicach. Do dziś się to właściwie nie zmieniło. Ostatnio tu i ówdzie powstały jedynie małe barki, lub niewielkie restauracyjki, ale wciąż jeszcze jest tu bardzo spokojnie. Za to na obrzeżach dzielnicy, wzdłuż wyznaczającej jej granicę od strony wschodniej ulicy Króla Jerzego, powstało kilka większych, zasługujących na uwagę budynków. Idąc od skrzyżowania z ulicą Jaffy, wszystkie znajdziemy po prawej stronie. Najpierw miniemy budynek pod numerem 24, nazywany Beit Froumine (Dom Fro-umina), który służył jako tymczasowa siedziba Knesetu w od 1950 do 1966 roku, kiedy to został on przeniesiony do swojego obecnego budynku w Kompleksie Rządowym w dzielnicy Givat Ram. Nieco dalej pod numerem 32 zobaczyć można narożny sześciopiętrowy Beit HaMaalot („dom windowy”). To jeden z najciekawszych przykładów stylu architektonicznego określanego jako Bauhaus, a w latach 30-tych najwyższy budynek mieszkalny w Jerozolimie i pierwszy, w którym zainstalowane zostały windy (skąd pochodzi jego nazwa). Idąc dalej miniemy jeszcze ciekawą, również zbudowaną w modernistycznym stylu, synagogę Yeshurun, która w latach 1941-44 była miejscem spotkań i modlitw przebywających tu, przybyłych z Armią Andersa, polskich żołnierzy i oficerów wyznania mojżeszowego. Za nią znajdują się okazałe gmachy mieszczące Agencję Żydowską, która przed powstaniem państwa Izrael pełniła rolę jakby tymczasowego rządu, a później, aż do dziś, odpowiada za organizację imigracji do Izraela, oraz za działalność ośrodków pomocy społecznej, pracę z młodzieżą i relacje z Żydami w innych krajach na świecie. Minąwszy Agencję Żydowską Marek Suchar 155 dojdziemy do równie okazałego kompleksu mieszczącego jerozolimską „Wielką Synagogę” zbudowaną w formie mającej przypominać budynek Świątyni Jerozolimskiej oraz budynek Heichal Shlomo (Pałac Salomona) — dawniej siedzibę Naczelnego Rabinatu Izraela, dziś mieszczącą Centrum Dziedzictwa Żydowskiego oraz Muzeum Sztuki Żydowskiej. Pozostawiając za sobą te budynki dojdziemy do placu Francuskiego, a tam skręcimy w prawo wchodząc w wąskie uliczki ciągnące się wzdłuż otoczonych ogrodami willi i niewielkich kilkurodzinnych apartamentowców. Zasadniczo bowiem, jak powiedzieliśmy już wcześniej, Rehavia to „dzielnica ogrodowa”. Obecność zieleni w krajach bliskowschodnich nie jest niczym oczywistym. Do jej utrzymania potrzebna jest woda i doprowadzające ją urządzenia techniczne, co wiąże się z kosztami. Dlatego jeżeli w krajach o gorącym klimacie spotyka się taką dzielnicę-ogród jak Rehavia, można być pewnym, że jest to dzielnica zamożna. Nic dziwnego, że wielu chciałoby w niej zamieszkać, choć ceny nieruchomości są tu dziś niebotycznie wywindowane. Nie ma wolnych parceli, nie buduje się więc zasadniczo nowych domów, ale zwiększa pojemność już istniejących dodając do nich coraz to wyższe piętra albo przebudowuje te mniejsze jednorodzinne domy na luksusowe apartamentowce mieszczące wiele mieszkań. Wywołuje to protesty tych, którzy chcieliby zachować dawny charakter dzielnicy. Wydaje się jednak , że niestety jest to jest proces nie do powstrzymania. Rehavia jako elegancka dzielnica mieszkalna kojarzona była zawsze w Izraelu z przynależnością do zamożnej, wykształconej, liberalnej elity, a zamieszkanie w niej jest wciąż dla wielu Izraelczyków przedmiotem marzeń. Można spytać dlaczego tak wiele osób uważa Rehavię za aż tak pożądaną lokalizację. W końcu w Jerozolimie nie brakuje naprawdę ciekawych architektonicznie i wygodnie położonych dzielnic. Powodów jest kilka. Z jednej strony jest to na pewno centralne usytuowanie, z drugiej wyjątkowa uroda tej zielonej dzielnicy, ale głównym powodem jest chyba jednak prestiżowy image Rehavii wynikający z historii tego miejsca i faktu, że mieszkało i mieszka tu wiele znanych i ważnych postaci, takich jak choćby wielki dwudziestowieczny filozof Martin Buber, pisarz Amos Oz, wybitni naukowcy tacy jak noblista matematyk Robert Aumann, czy politycy spośród których nie sposób nie wymienić choćby pierwszego premiera państwa Izrael Davida ben Guriona, czy też izraelskiej „Żelaznej Damy”, późniejszej premier Goldy Meir. Z tej dzielnicy pochodzi też były i obecny premier Bibi Netanjahu. Tu zresztą znajdują się dzisiaj oficjalne rezydencje zarówno premiera jak i prezydenta Izraela. Jak mówią jerozolimczycy — Rehavia to jest nie tylko adres, ale też w pewnym sensie symbol społecznego statusu. Przechadzka uliczkami Rehavii może czasami przypominać wertowanie kartek encyklopedii. Na każdym kroku możemy tam odnaleźć ślady jakichś znanych i wybitnych postaci, zamieszkujących tę dzielnicę w ciągu minionych dziesięcioleci. Nasz spacer po niej zaczynamy wchodząc z wspomnianego wcześniej placu Francuskiego w ulicę Ramban"*, jedną z głównych ulic dzielnicy. Zaczynamy od niej nie przypadkiem, jako że była to pierwsza zbudowana na tym terenie ulica. Na jej początku stoi do dziś jeden z jerozolimskich wiatraków — wzniesiony przez Grecki Kościół Prawosławny około 150 lat temu. Przy tej ulicy powstał też w roku 1924 pierwszy dom w Rehavii, zbudowany przez potomka zasłużonej * Ramban to skrót od imienia i nazwiska Rabbiego Mosze ben Nacłiman, pochodzącego z Girony w Katalonii słynnego rabin, komentatora biblijnego, lekarza, filozofa i kabalisty. 156 Rehavia. „Mały Berlin” w Jerozolimie jerozolimskiej rodziny, architekta Eliezera Yellina, który też jako pierwszy nazwał dzielnicę imieniem wnuka Mojżesza - „Rehavii”. Jego dom oznaczony numerem 14 oczywiście istnieje do dzisiaj. Przy ulicy Ramban mieszkali nie tylko emigranci z Niemiec. Znajdowały się tu też rezydencje starych i zasłużonych jerozolimskich rodzin - bankierów, wydawców gazet, znanych prawników i posiadaczy ziemskich — Frumkinów (Ranban nr 26), Cohenów, Solomonów, rodzin Molcho (Ramban nr 20) i Yalero ( ulica Aharizi nr 17). Pod numerem 20, w domu zbudowanym przez rodzinę Molcho mieściła się w przeszłości wspomniana już wcześniej Cafe Rehavia, dziś na jej miejscu znajduje się jeden z niewielu w dzielnicy sklepów spożywczych. Wspomniane tu jerozolimskie rodziny odegrały ważną rolę w historii żydowskiej społeczności Jerozolimy. I tak na przykład Icchak Yehuda Cohen, był jednym z najwybitniejszych biznesmenów jerozolimskich w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku. To on odkupił od Greckiego Kościoła Prawosławnego grunty, na których znajduje się Rehavia. Jego zięciem był Icchak Rafael Molcho, urodzony w Salonikach dziennikarz, tłumacz i historyk, przywódca społeczności Jerozolimskich Sefardyjczyków. Jako „muchtar” Rehavii ’ był on osobą odpowiedzialną za nadawanie nazw wytyczanym w Rehavii ulicom. Zaprzyjaźniony blisko z rodziną Netanjahu często pożyczał Benzionowi, ojcu obecnego premiera, książki ze swej obszernej rodzinnej biblioteki. Z kolei członkowie rodziny Frumkinów, z której wywodzili się Dov Frumkin, założyciel pierwszej wydawanej w Jerozolimie po hebrajsku gazety, oraz Gad Frumkin, pierwszy żydowski sędzia Sądu Najwyższego w Mandatowej Palestynie, do dziś odgrywają znaczącą rolę w izraelskim życiu publicznym. ’ W czasach tureckich oraz w czasie Mandatu Brytyjskiego tak określano naczelnika gminy lub burmistrza dzielnicy. Marek Suchar 157 W latach trzydziestych zamieszkało również w Rehavii wielu wybitnych działaczy syjonistycznych, uważanych za „ojców założycieli” państwa Izrael, takich jak pochodzący z Rawicza Artur Ruppin (pod nr 30), czy Menachem Ussyshkin, który przybył tu z Odessy, gdzie blisko przyjaźnił się z dziadkami Amosa Oza. Dom Ussyshkina znajduje się pod numerem 32,na rogu ulic Ramban i... Ussyshkin ( dawniej ulica ta nosiła miano HaLevi). Menah-chem Ussyshkin był bowiem człowiekiem wielkich historycznych zasług, ale jednocześnie musiał też mieć potężne ego. Z okazji swoich siedemdziesiątych urodzin udało mu się doprowadzić do zmiany nazwy ulicy, przy której znajdował się jego dom. Nawiasem mówiąc nie odbyło się to bez protestów okolicznych mieszkańców. Z dumą umieścił wtedy na swoim domu efektowną, znajdującą się tam do dziś kamienną tablicę z nazwą ulicy swojego imienia, a złośliwi sąsiedzi opowiadali, że jeśli się wstało odpowiednio wcześnie, można go było zobaczyć pucującego co rano do połysku tablicę z nazwą ulicy, na której wypisane było jego nazwisko. Idąc dalej ulicą Ramban dochodzimy do znajdującego się po lewej stronie pod numerami 51 i 53 podwójnego budynku, w którym mieszkały rodziny dwóch bliskich przyjaciół, a jednocześnie wielkich uczonych, profesorów Uniwersytetu Hebrajskiego. Jednym z nich był Gershom Scholem, judaista, filozof i jeden z najwybitniejszych znawców mistycyzmu żydowskiego. Drugi to również filozof, znawca Immanuela Kanta i jednocześnie Mojżesza Majmonidesa, Szmuel Hugo Bergmann, w latach 30-tych ubiegłego wieku rektor Uniwersytetu Hebrajskiego. Obaj ci filozofowie nie są w Polsce powszechnie znani, dlatego żeby wyjaśnić słuchaczom ich pozycję naukową w Izraelu mówię, że można ją porównać (z zachowaniem wszelkich różnic i proporcji) do pozycji takich polskich filozofów jak Tatarkiewicz i Kotarbiński. Hugo Bergmann pochodził z Pragi. Był szkolnym kolegą Franza Kafki, z którym przez kilka lat siedział w gimnazjum w jednej ławce zanim zastąpił go Max Bród, zwany w ostatniej woli przez Kafkę „najdroższym Maxem”, który sprzeniewierzając się jego prośbie nie zniszczył pozostałych po nim papierów, ratując tym samym dla literatury światowej jego nigdy nie publikowane za życia utwory takie jak Proces, V(^rok, Zamek oraz jego Dzienniki. Pod koniec lat pięćdziesiątych profesor Bergmann był opiekunem naukowym studiującego na Uniwersytecie hebrajskim Amosa Oza. Zapraszał wtedy wybranych studentów do swojego domu przy ulicy Ramban na dyskusje filozoficzne. Oz opisał to w swojej ostatniej powieści Judasz. Profesor Bergmann był prototypem powieściowej postaci profesora Gustava Eisenschlossa. Sąsiad Bergmanna, Gershom Scholem, pochodził z Berlina. W czasie studiów zamieszkał w prowadzonym przez późniejszego trzeciego prezydenta Izraela, Zalmana Szazara pensjonacie, gdzie zawarł trwające potem przez całe życie przyjaźnie z wieloma młodymi ludźmi o zdecydowanych syjonistycznych poglądach. W ich gronie znaleźli się na przykład Szmul Agnon (późniejszy izraelskim laureatem literackiej Nagrody Nobla), wielki filozof Martin Buber, a także jeden z najważniejszych przedstawicieli tzw. szkoły frankfurckiej, teolog i teoretyk kultury Walter Benjamin, którego zresztą później przez całe lata bezskutecznie namawiał do emigracji do Erec Israel. Po przyjeździe do Jerozolimy Scholem kontynuował pracę naukową i wykładał na Uniwersytecie Hebrajskim, a po powstaniu państwa Izrael został prezesem Izraelskiej Akademii Nauk. Martin Buber mawiał podobno, że o ile on sam i inni współcześni mu filozofowie miewali swoich uczniów, niektórzy nawet stworzyli własne szkoły filozoficzne, to jedynie Scholem 158 Rehavia. „Mały Berlin” w Jerozolimie Stworzył całą nową dyscyplinę naukową prowadząc badania nad Kabałą i mistycyzmem żydowskim. Dochodząc do końca ulicy Ramban warto skręcić w lewo, aby zawracając wejść na biegnącą do niej równolegle Sderot Ben Maimon, czyli aleję Majmonidesa*’. Piękna aleja wysadzana jest drzewami noszącymi polską nazwę „szarańczyn”, których strąkowe owoce są powszechnie znane jako „chleb świętojański”. Niektórzy twierdzą, że to właśnie nimi, czyli strąkami szarańczynu, a nie szarańczą, miał według Ewangelii żywić się umartwiający się prorok Jan Chrzciciel. Przy alei Ben Maimon pod numerem 46 znajduje się niezwykle ciekawy budynek, stosunkowo zgrabna, choć dość niepozornie wyglądająca, oczywiście modernistyczna, willa stojąca w sporym ogrodzie, udostępniona dziś zwiedzającym pod nazwą Dom Leviego Eshkola, trzeciego premiera niepodległego państwa Izrael. Kiedy powstało państwo Izrael i kiedy jego stolicą ustanowiono Jerozolimę, zdecydowano, że to tutaj musi się także znajdować siedziba władz państwowych. Dawid Ben Gurion, pierwszy premier Izraela, który wcześniej mieszkał w Tel Avivie, zdecydował się w związku z tym przenieść do Jerozolimy ® Rabbi Mosze ben Majmon, Majmonides, jest bez wątpienia jednym z najważniejszych intelektualistów średniowiecza. Był lekarzem, filozofem, pisarzem, zajmował się matematyką i astronomią. Jest autorem najważniejszego średniowiecznego komentarza do Talmudu — „Księgi przykazań” i „Przewodnika błądzących”. Marek Suchar 159 i zamieszkał w tym właśnie domu. Po nim mieszkało w nim jeszcze kilku kolejnych premierów, aż uznano go za mało reprezentacyjny i od tego czasu rezydencją premierów jest okazały pałacyk znany jako Dom Aghiona, przy ulicy Balfour pod numerem 3, a więc również w Rehavii, ale bliżej placu Francuskiego. Golda Meir będąc premierem Izraela mieszkała jeszcze w domu przy alei Ben Maimon. Jej rządy przypadły na czasy wyjątkowo dramatyczne, bo to właśnie podczas jej premierowania wybuchła „Wojna Yom Kipur”, w czasie której istnienie Izraela zostało poważnie zagrożone. Golda Meir, izraelska „Żelazna Lady”, jako premier dowodziła wtedy siłami zbrojnymi i podejmowała wszystkie najważniejsze strategiczne decyzje konsultując je w wąskim gronie kilku najbardziej zaufanych ministrów. Wiąże się z tym bardzo ciekawa anegdota mająca pośrednio związek z domem przy alei Ben Maimon 46, w którym Golda Meir wtedy mieszkała. Otóż w czasie szabatów, kiedy jak wiadomo, w Izraelu się nie pracuje i członkowie rady ministrów także nie urzędują, sama pani premier również odpoczywała zawsze u siebie w domu w Rehavii. Ale jako osoba niezwykle czynna, a jednocześnie najwyraźniej prawdziwa pani domu, Golda Meir znajdowała sobie zajęcie piekąc co sobotę ciasto. Wieczorem, jak tylko kończył się Szabat do jej domu zjeżdżali się najważniejsi ministrowie jej rządu, żeby przed porannym niedzielnym (bo to w Izraelu pierwszy roboczy dzień tygodnia) posiedzeniem rządu, ustalić stanowisko w najważniejszych kwestiach bezpieczeństwa państwa. Przyjeżdżał, powiedzmy, minister obrony, minister spraw zagranicznych, pewnie i szef Mosadu, a pani premier sadzała ich wszystkich przy stole w swojej kuchni i częstowała świeżo upieczonym ciastem własnej roboty. I przy tym kuchennym stole, zajadając to jej ciasto, najważniejsze w państwie osoby debatowały o tym, jak bronić kraju. Po hebrajsku kuchnia to „mitbach” i od tamtego czasu w języku izraelskiej politologii funkcjonuje oficjalnie termin „mitbachon”, co można by przetłumaczyć jako „komitet kuchenny”, na określenie wąskiego gremium skupiającego ministrów odpowiedzialnych za strategiczne kwestie związane z bezpieczeństwem narodowym. A historyczna już kuchnia Goldy Meir, z charakterystycznymi seledynowymi olejnymi lamperiami, została odremontowana i jest dziś udostępniona do zwiedzania. I można w niej zobaczyć ten kuchenny biały stolik, przy którym ministrowie w sobotnie wieczory obradowali o kwestiach bezpieczeństwa kraju częstując się plackiem upieczonym wcześniej przez panią premier. Idąc dalej alejami Majmonidesa w kierunku placu Francuskiego dochodzimy do miejsca, w którym pod numerem 29 znajdował się dom, do którego niedługo po tragicznej śmierci matki przeprowadził się ze swoim ojcem Amos Oz. Mieszkał tam niedługo, bo zaledwie około dwóch lat, po czym zdecydował się jako nastolatek samodzielnie zamieszkać w kibucu, a domu, w którym mieszkał w Rehavii razem z ojcem, już nie ma. Na jego miejscu zbudowano nowy, na pewno znacznie większy i bardziej luksusowy, architektonicznie utrzymany oczywiście w „stylu Rehavii” i doskonale komponujący się wizualnie z otoczeniem. W niedalekim sąsiedztwie, trafiamy na gratkę dla miłośników horrorów. Pod numerem 32 znajduje się dwupiętrowy budynek cieszący się szczególną sławą. Jest to jeden z kilku tak zwanych „nawiedzanych” czy „przeklętych” domów w mieście, jako że mieszkający w nim kolejni lokatorzy, podobno wszyscy bez wyjątku ginęli w tragicznych okoliczno- 160 Rehavia. „Mały Berlin” w Jerozolimie ściach. Niewiele dalej pod numerem 35 mieszkał kolejny ze znanych izraelskich uczonych, Ernst Simon, który wspólnie z między innymi Martinem Buberem, Hugo Bergmannem i Gershomem Scholemem założył organizację Brit Shalom, której członkowie dążyli do pokojowego współistnienia Arabów i Żydów, poprzez ustanowienie dwunarodowego państwa, w którym Żydzi i Arabowie mieliby równe prawa. Z organizacją tą był związany później również pisarz Amos Oz. A na marginesie można dodać, że Ernst Simon blisko przyjaźnił się i często bywał w domach Bergmannna i Scholema. Z tym ostatnim znal się zresztą jeszcze z czasów berlińskich i wspólnego mieszkania w pensjonacie prowadzonym przez Szazara. Aleja Ben Maimon prowadzi nas z powrotem w kierunku placu Francuskiego, od którego zaczynaliśmy nasz spacer po wąskich, pełnych zieleni uliczkach Rehavii. Pod numerem 6 znajduje się tu przepiękna i wyjątkowo okazała rezydencja, o bardzo ciekawej i melodrama-tycznej historii. Zbudował ją dla swojej żony w roku 1930 pochodzący z Egiptu chrześcijański prawnik Nasib Abkarius Bey. Dom nazwał od imienia swojej ukochanej żony „Villa Lea”. Niestety zaledwie po roku od wprowadzenia się małżeństwa do rezydencji przy alei Ben Maimon 6, młodsza od męża o 30 lat Lea uciekła od niego z kochankiem, zabierając przy okazji ze sobą jego pieniądze i pozostawiając go zrujnowanego i ze złamanym sercem. Niecały rok później Abkarius zmarł w niedostatku, samotny i nieszczęśliwy, a wielki Marek Suchar 161 dom został podzielony na trzy obszerne apartamenty. Jednym z późniejszych lokatorów Villi Lea był przebywający na uchodźstwie pod koniec lat 30-tych sam ostatni cesarz Etiopii Haile Selassje, uznawany dziś przez ruch rastafarian za nowe wcielenie mesjasza. Willa Lea była też później rezydencją wielu prominentnych działaczy politycznych, z których najbardziej znany jest słynny „jednooki generał” Moshe Dayan, który miał wielki wpływ na państwo Izrael w pierwszych latach jego istnienia, i który uznawany jest za bohatera narodowego jako ten, któremu Izrael zawdzięcza zwycięstwo w „Wojnie sześciodniowej” w roku 1967 i powstrzymanie klęski w wojnie „Jom Kipur” w roku 1973. Wypada też wspomnieć, że jako minister spraw zagranicznych przyczynił się on również do zawarcia traktatu pokojowego z Egiptem. Nasz spacer po Rehavii powoli zmierza ku końcowi. Oczywiście interesujących postaci w Rehavii dałoby się znaleźć znacznie więcej niż można pomieścić w tym z konieczności dość zwięzłym tekście. Sądzę jednak, że udało nam się przy okazji naszego spaceru zawrzeć bliższą znajomość z kilkoma interesującymi jej mieszkańcami, a za ich pośrednictwem również bliższą znajomość z samą Jerozolimą. Miasto bowiem to przecież nie tylko miejsca, budynki, ulice. Miasto to wiedza kto, kiedy i dlaczego je wytyczył, zbudował, dlaczego zdecydował się pomalować fasady domów na taki właśnie, a nie inny kolor, kto w nich mieszkał, co w nich się wydarzyło. Miasto tworzą miejsca razem z żyjącymi w nim ludźmi, a suma ich życiowych historii składa się na historię tego miasta. 162 Piotr Opacian Jak Wikingowie odnajdowali drogę w bezmiarze wód oceanu atlantyckiego Jak Wikingowie odnajdowali drogę w bezmiarze wód Oceanu Atlantyckiego (1) Morskie eksploracje Wikingów wzdłuż wybrzeży całej Europy bez wątpienia zasługują na podziw, szacunek i fascynację. Takie podróże są jednak możliwe bez narzędzi nawigacyjnych takich jak kompas, a opierają się na stopniowym zdobywaniu wiedzy o następnych odcinkach wybrzeży i dodawaniu ich do wiedzy nawigacyjnej przekazywanej ustnie czy też przenoszonej na mapy lub zapisywanej w księgach. Można również korzystać z lokalnych pilotów, którzy przekazują swoją wiedzę za sowitą zapłatę lub pod przymusem. Tak działali Portugalczycy żmudnie eksplorujący w XV wieku wybrzeża zachodniej Afryki, by dotrzeć do legendarnego chrześcijańskiego króla Etiopii - Prester Johna (Księdza Jana), z którym mieli nadzieję zawrzeć sojusz przeciw światu arabskiemu, jak i również znaleźć drogę do Indii, a tym samym stać się monopolistą w handlu przyprawami korzennymi bez kosztow- Pierwsze znamienne odkrycie bardzo dobrze zachowanej łodzi Wikingów miało migsce w roku 1879 w Gokstad, w południowej Norwegii. Łódź z Gokstad datowana Jest na ostatnie} dekadę dziewiątego wieku, a około roku 910 stała się komorą grobową Jakiegoś'znamiennego wodza Wikingów — stąd teżjej bardzo dobre zachowanie do rraszych czasów. NaJeJ podstawie roykonano szereg repłik. Pierwsza z nich zbudowana Już w 1892 na dOO-łecie „odkrycia" Ameryki przez Krzysztofa Kolumba popfynęła przez Atlantyk rok później — w 1893. Na zdjęciu ta włas'nie replika na s'wiatowych targach w Chicago w tym samym roku. Piotr Opacian 163 nego arabskiego i wenecko-genueńskiego pośrednictwa. Portugalczycy posuwali się na południe dość sprawnie, dopóki nie dotarli do Konga i faworyzujący ich Prąd Gwinejski nie zamienił się w płynący na północ Prąd Benguelski, a co gorsza, po przekroczeniu równika, pasaty (wiatry stałe) zmieniły kierunek i nie tylko zaczęły wiać na północ, przeciw Portugalczykom, ale i odpychały ich od wybrzeża w stronę nieznanych wód. Wielkim przełomem była dopiero decyzja (czy też przypadek — tu zdania historyków są podzielone) Bartolomeu Diasa, który, ku przerażeniu załóg, nie mogąc przemóc wspomnianych powyżej wiatrów i prądu morskiego, popłynął na zachód, w stronę wywołujących przerażenie wód południowego Atlantyku. Historia ta jest o Wikingach, krótko więc podsumuję, że to był strzał w dziesiątkę. Barto momeu zatoczył okrąg w kierunku przeciwnym do ruch wskazówek zegara i dzięki temuż prądowi, jak i rozkładowi wiatrów stałych w tej części świata, dotarł do południowego cypla Afryki. Załogi nie pozwoliły mu już płynąć dalej, ale jego następca — Vasco da Gama, tylko dzięki temu doświadczeniu dopłynął niedługo potem do Indii. Jest jednak mały szczegół, o którym nam nie wolno zapominać — Portugalczycy posiadali kompas i nie tylko. To, co rzeczywiście stało się niesamowitym osiągnięciem Wikingów, to nawet nie dotarcie do Grenlandii, czy też odkrycie Ameryki Północnej — wszystko to mogło wydarzyć się przypadkiem. Tym osiągnięciem jest fakt, że byli w stanie ustanowić stały, trwający przez ok. 400 lat ruch morski na bardzo trudnych wodach północnego Atlantyku. Jak więc udało się Wikingom regularnie pokonywać te wody, co tożsame jest z obieraniem i utrzymywaniem właściwego kursu, jeśli nie znali kompasu magnetycznego, który dotarł do południowej Europy dopiero w XIII wieku? Jak udało im się stworzyć locję północnego Atlantyku, która od końca X w. przekazywana była z ust do ust jako część ich sag, by w wieku XIV zostać spisaną i uchylić nam, współczesnym, rąbka tajemnicy na temat ich kunsztu żeglarskiego? Wikingowie stworzyli siedem podstawowych wskazówek żeglarskich, (brytyjska Admiralicja nazywa to sailing directions), z których przytoczę tu jedną (tłumaczenie własne z jęz. Angielskiego): Z Hernam w Norwegii (niedaleko Bergen) steruj prosto na zachód do Hoarfna Grenlandii (niedaleko Cape Farewell). Miniesz Hjaltland (Szetlandy) tak blisko, że przy dobrej pogodzie zobaczysz je i tak blisko przepłyniesz W)/sp Owczych, że połowa ich gór będzie pod wocb}, tak błisko /słandii, że możesz zobaczyć ptactwo i wiełoryby żerupfce przy tej wyspie. Z Norwegii na Grenlandię to około 2 500 km przez otwarte morze, gdzie brak punktów orientacyjnych i gdzie niestety brak stałych, sprzyjających wiatrów. Przypomnijmy, że Kolumb „odkrywając” Amerykę właśnie z takich wiatrów korzystał i to miała być jedna z jego tajemnic. Jak więc nie zdając się na przypadek przemierzali ten bezmiar dzikich wód by dotrzeć do Islandii, Grenlandii i Nowej Funlandii? Odpowiedź, po dziesiątkach lat odkryć i praktycznych eksperymentów, wydaje się wreszcie jasna — Wikingowie na długo przed kompasem magnetycznym stworzyli kompas słoneczny! Nordyjskie sagi podają, że 164 Jak Wikingowie odnajdowali drogę w bezmiarze wód oceanu atlantyckiego znalezienie drogi dla wikińskich żeglarzy w słoneczny dzień nie było problemem. Niestety, kiedy przedłużał się okres dni mglistych i pochmurnych, łodzie Wikingów gubiły się i nie docierały do miejsca przeznaczenia. Te przekazy potwierdzają zależność ich nawigacji od widoczności słońca. Pozostałości po pierwszym kompasie słonecznym — nazwanym „kompasem Wikingów”, znaleziono już w roku 1948. Duński archeolog C.L. Vebaek w czasie swoich wykopalisk na ruinach klasztoru Norse Benedictine niedaleko Uunartoq Fjord w południowej Grenlandii dotarł do warstw kulturowych poprzedzających założenie klasztoru. Między znalezionymi artefaktami usytuowanymi poniżej ruin klasztoru i datowanymi na rok około 1000 znajdował się fragment dysku z różnymi tajemniczymi oznaczeniami. C.L. Yebaek, jak i inni współcześni mu archeolodzy, nie mogli znaleźć dla nich wytłumaczenia, a w rezultacie nie mogli określić przeznaczenia tego obiektu. Artefakt z innymi powędrował do Duńskiego Muzeum Narodowego i tam przeleżał kilkadziesiąt lat trochę zapomniany, choć już w 1953 kapitan Solver, zafascynowany żeglarskim kunsztem Wikingów i mogący poszczycić się kilkudziesięcioletnim doświadczeniem na morzu, sugerował, że fragment znalezionego na Grenlandii dysku może mieć związek z wyznaczaniem przez Wikingów kierunków geograficznych. c.d.n. Muzyka Wacław Bielecki Zapiski melomana RECITAL GITAROWY MATEUSZA KOWALSKIEGO sobota, 3 września 2022 r. Mateusz Kowaiski podczas recitalu u> sztumski^ Bibliotece Publicznej, Jot. W Bielecki Przed godziną piątą po południu sala Biblioteki Kwadro w Sztumie zapełniła się słuchaczami, którzy zajęli miejsca także na galerii i schodach. Po krótkim powitaniu i prezentacji gitarzysta zaczął koncert. Nie trzymał się sztywno wydrukowanego programu, zmieniał kolejność wykonywanych utworów, a niektóre pominął. Zaczął od muzyki Renesansu, czteroczęściowej Suity hiszpańskiej Caspara Sanza, którą wykonał w całości. Potem były utwory z tzw. złotego okresu gitary, czyli z połowy XIX wieku, głównie kompozytorów hiszpańskich i transkrypcje mazurków Chopina oraz Wariacje na iemat La ci darem la mano Mozarta ułożone przez Jana Nepomucena Bobrowicza, które słyszeliśmy podczas 166 Wacław Bielecki majowego recitalu w Waplewie. Z nowych transkrypcji Chopina na gitarę artysta zagrał Nokturna op. 9 nr 2, znanego - jak mówił - z reklam w pociągach Pendolino, a jako swoisty przerywnik wykonał transkrypcję Kantaty BWV208 Jana Sebastiana Bacha, która bardzo spodobała się niektórym słuchaczom. Najciekawsze chyba były hity gitarowe Francisco Tarregi: Mazurek Sueno (Sen), Kaprys arabski i Wspomnienie z Alhambry oraz Fantazja oryginalna Jose Vińasa, tudzież przetrans-krybowana z oryginału fortepianowego na gitarę przebojowa Asturia Isaaca Albeniza. Na koniec gitarzysta zagrał utwór w stylu flamenco Estebana Sanculara, zaś cały półtoragodzinny recital zakończył się bisem, żywiołowym tańcem rumuńskim Hora, napisanym przez czeskiego gitarzystę i kompozytora Stepana Raka. Występ młodego wirtuoza gitary został przyjęty przez publiczność okrzykiem: Brawo Mistrzu! - i oklaskami na stojąco. Cieszy fakt, że oprócz dorosłych pojawili się w Bibliotece Kwadro melomani w wieku młodzieńczym. Po koncercie spora grupa słuchaczy ustawiła się w kolejce po dedykację z podpisem artysty na jego płycie. Wynika z tego, że istnieje u nas zapotrzebowanie na koncerty z muzyką klasyczną. Zauważyć trzeba, że był to pierwszy koncert z tego rodzaju muzyką na Dniach Ziemi Sztumskiej organizowanych od wielu lat. Oby tak dalej. FESTIWAL PIANISTKI POLSKIEJ W SŁUPSKU czwartek, 8 września 2022 r. Prop Bogdan Czapiewski (w środku) w czasie przerwy podczas koncertu, fot. W Bielecki Zapiski melomana 167 Letni wieczór spędziłem w Polskiej Filharmonii Słupskiej Sinfonia Baltica im. Wojciecha Kilara na koncercie finałowym 56. Festiwalu Planistyki Polskiej. Orkiestra grała pod batutą Szymona Morusa, młodego dyrygenta znanego mi z koncertów w Gdańsku i Sztumie. W programie był rzadko grywany Koncertfortepianoioy D-dur napisany przez poznańskiego kompozytora Tadeusza Szeligowskiego w 1941 roku. To trzyczęściowa kompozycja w stylu neoklasycystycznym, gdzie można dosłuchać się także wpływów Szymanowskiego. Jako solista wystąpił prof. Bogdan Czapiewski z Akademii Muzycznej w Gdańsku, który ten utwór nagrał przed wieloma laty na płytę, więc dzisiaj zagrał go z dużą swobodą, a nawet z brawurą. Orkiestra dotrzymywała mu kroku, ale to trochę dziwna orkiestra symfoniczna - zaledwie z jednym kontrabasem z trudem mieszcząca się na małej scenie. W koncercie T. Szeligowskiego najbardziej wpada w ucho sam początek grany w bardzo szybkim tempie, oznaczony słowami: eon brio, czyli z ogniem. Po nim, na ukoronowanie festiwalu, usłyszeliśmy Koncert na 4 fortepiany i smyczki J. S. Bacha. Cztery wielkie instrumenty ustawione bardzo blisko siebie wypełniły prawie całą scenę, więc wszyscy smyczkowcy grali na stojąco (z wyjątkiem wiolonczelistów). Słaba akustyka sali spowodowała, iż z trudem można była wyłapać uchem, z którego to fortepianu wydobywają się akurat solowe dźwięki, a które instrumenty wykonują kontrapunkt. Tak wyglądała końcowa część wieczoru, a na jego początku zostali ogłoszeni laureaci 56. Festiwalu Pianistki Polskiej. Dokonał tego Jan Popis, dyrektor artystyczny Festiwalu, znany krytyk i wiceprezes Towarzystwa im. Fryderyka Chopina. W tym roku tytuł laureata otrzymali młodzi mistrzowie klawiatury: Zuzanna Pietrzak, Krzysztof Wierciński oraz duet fortepianowy Yehuda Prokopowicz i Eryk Koszela z Krakowa. Ci dwaj młodzi pianiści zagrali na początku wieczoru dość smutną, ale melodyjną Fantazja f-moll na 4 ręce Franciszka Schuberta. Podczas koncertu odbyło się pożegnanie dotychczasowego dyrektora słupskiej Filharmonii prof. Bogdana Kułakowskiego, pianisty i byłego rektora Akademii Muzycznej w Gdańsku. Pełnił on tę funkcję zaledwie przez jeden rok. Od 1 września kierowanie instytucją przejęła klawesynistka Alina Karkowska, pedagog Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie i organizatorka Festiwalu Goldbergowskiego w Gdańsku, która wygrała konkurs na to stanowisko. Obydwoje zostali obdarowani kwiatami oraz ciepłymi słowami przez Panią Prezydent Słupska. Wyjazd na koncert do miasta mad Słupią był dla mnie okazją do zobaczenia budynku Sinfonia Baltica. Okazało się, że jest to najmniejszy budynek filharmoniczny, w jakim byłem w Polsce. Widownia może pomieścić nie więcej niż 400 osób. Fotele są umieszczone bardzo ciasno, więc wyższe osoby nie są w stanie wyprostować nóg. Jest to prawdziwa udręka w czasie słuchania muzyki. Sala jest niska i duszna, a scena ciasna. Przez wiele lat działały tutaj razem dwie instytucje: teatr i filharmonia. W 2020 roku teatr przeniósł się do nowego budynku, a filharmonia czeka na przebudowę. Ale nie tylko chęć wysłuchania koncertu w słupskiej filharmonii była powodem przyjazdu do tego miasta. Przed ponad pół wieku temu spędziłem tutaj dwa lata studiując na kierunku wychowania muzycznego w ówczesnym Studium Nauczycielskim. W tej szkole doskonaliłem technikę gry na skrzypcach i fortepianie, śpiewałem w chórze, prowadziłem 168 Wacław Bielecki pierwsze lekcje muzyki w szkole ćwiczeń, a podczas weekendów dorabialiśmy z kolegami grając na zabawach w Słupsku i pobliskich wioskach. Na sylwestra na przełomie 1964/1965 roku grałem na gitarze elektrycznej z saksofonistą Jurkiem Kicińskim w najlepszej wtedy słupskiej restauracji „Metro”, a podczas wakacji na dancingach w lokalu przy plaży w Ustce. Kierownikiem Wydziału Wychowania Muzycznego była wtedy prof. Helena Bezeg (1908-1995), absolwentka Warszawskiego Konserwatorium Muzycznego, która w 1931 r- wygrała konkurs na wykładowcę Konserwatorium w Poznaniu i podjęła tam pracę, a jej uczniem był Jerzy Waldorff (jego imieniem nazwany jest park przed słupską filharmonią). Od 1954 roku zamieszkała w Słupsku. W czasie moich studiów prof. Helena Bezeg wydała podręcznik pt. „Nauka o muzyce”. Jest ona kompozytorem „Hymnu Słupska”, który śpiewaliśmy w chórze podczas jubileuszu 700-lecia otrzymania praw miejskich w roku 1965-Główne uroczystości odbyły się wtedy w kinie „Milenium” otwartym dwa lata wcześniej. Była to jedna z najnowocześniejszych sal kinowych w Polsce, przyjeżdżały tu wycieczki autokarowe z Trójmiasta i odleglejszych stron. Ja byłem w tym kinie na koncercie zespołu „Czerwono-Czarni” i Kasi Sobczyk. Śpiewała wtedy przebój „Mały książę”. Obecnie w tym budynku działa supermarket „Biedronka”. Jak widać, wyjazd na koncert do Słupska stał się okazją nie tylko do wysłuchania ciekawej muzyki, ale przypomnienia młodzieńczych lat. KONCERTY FORTEPIANOWE NA JORDANKACH W TORUNIU piątek, 16 września 2022 r. Zygmunt Krauze po wykonaniu koncertu na toruńskich Jordankach, fot. W Bielecki Zapiski melomana 169 Do miasta Kopernika wybrałem się na koncert, podczas którego jednego wieczoru wykonano aż trzy koncerty fortepianowe. Poprzedziło go spotkanie z kompozytorem i pianistą Zygmuntem Krausem, liczącym sobie 84 lata, ciągle w znakomitej formie psychofizycznej. Rozmowę z profesorem w sali koncertowej na toruńskich Jordankach prowadził nieznany mi dotychczas konferansjer, młody muzykolog Karol Furtak. Głównym jej tematem były wspomnienia kompozytora o początkach Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień” oraz jego /// Koncert fortepianoioy. Podczas wieczoru Toruńska Orkiestra Symfoniczna pod dyrekcją młodego i energicznego mistrza batuty Adama Banaszaka (do niedawna dyrygenta w Teatrze Wielkim w Łodzi) towarzyszyła solistom do trzech koncertów fortepianowych z muzyką współczesną: Kazimierza Serockiego, Wojciecha Kilara i Zygmunta Krauzego. Wykonawcą pierwszych dwóch dzieł był znakomity pianista austriacki Inglof Wunder, zdobywca II nagrody na Konkursie Chopinowskim w 2010 r. Po tym konkursie słyszałem go dwukrotnie na żywo w Gdańsku i w Warszawie, ale wtedy grał tylko repertuar chopinowski, dzisiaj natomiast zaprezentował się jako świetny wykonawca muzyki współczesnej. Koncert fortepianoioy Kazimierza Serockiego, z określeniem „romantyczny”, powstał w 1951 r. Nie jest to muzyka awangardowa. Chociaż zapowiadający koncert sugerował związki tego dzieła z muzyką Chopina i Ravela, to moim zdaniem, we wszystkich trzech jego częściach pobrzmiewają polskie melodie ludowe. Jest mu zatem blisko do stylistyki Witolda Lutosławskiego. Koncert romantyczny wyróżnia się znakomitą, wyrazistą instru-mentacją. Sam kompozytor nie był z niego zadowolony i usunął utwór ze spisu swoich dzieł. Obecnie wraca się do niego, dokładnie w 100 rocznicę urodzin Kazimierza Serockiego. Z tej okazji koncert fortepianowy został przypomniany w Toruniu, gdzie kompozytor urodził się. W sali na Jordankach, podczas kilku koncertów w ramach wrześniowego festiwalu zabrzmiały także inne, zapominane kompozycje Serockiego. ///Koncertfortepianoioy ^(/ojciecha. Kilara powstał 60 lat później, i jak to jest u tego kompozytora, napisany został w konwencji minimalizmu muzycznego, co oznacza, że kolejne motywy są wielokrotnie powtarzane w podobnych lub zmienionych wariantach. Cztery części dzieła konsekwentnie realizują zasadę kontrastu. Po dramatycznej części pierwszej następuje bardzo motoryczna część druga, po niej znowu wolna i spokojna oraz na koniec szybka z motywami góralskimi. Od kompozytora wiemy, że pisał ten utwór będąc pod wrażeniem katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r., jednak zastrzegał, aby nie łączyć dzieła z treściami pozamuzycznymi. Trudno jednak nie dostrzec dramatycznego „bicia dzwonów” na początku utworu wykonywanych przez fortepian solo. Obsada orkiestry zredukowana jest do smyczków oraz paru instrumentów perkusyjnych. Jest to wstrząsające i piękne dzieło, chociaż powtórzenie jakichś melodii z niego byłoby dla mnie zadaniem bardzo trudnym. ///Koncertfortepianouy Okruchy pamięci Zygmunta Krauzego powstał zaledwie trzy lata temu w 2019 r. Jest to dzieło zupełnie inne od tradycyjnych koncertów fortepianowych, gdyż kompozytor, znany ze swojego upodobania do muzyki współczesnej, zastosował w nim zabieg polegający na tym, że oprócz gry na fortepianie pianista wykrzykuje poje-dyńcze słowa. Technicznie wykonane to było tak, że muzyk miał przymocowany mikrofon 170 Wacław Bielecki i W I oraz III części utworu, grając jednocześnie krzyczał: „teraz”, „na pewno”, „zawsze”, „ile”, itp. Koncert zakończył się słowami: „pamięć” — „zawsze” — „daleko” — „jak daleko”. Kompozytor wyjaśniał na spotkaniu przed koncertem, iż w ten sposób chciał przekazać swoje emocje związane z tymi słowami. Są one, co można było wyczytać w drukowanym programie: ... jaifny?n loyrazem niezgoiiy na realia laspółczesnego śiaiata, pełnego niespraioie-dliioości i nieróionościpomiędzy ludźmi... W ten sposób koncert, w założeniu fortepianowy, stał się jakąś inną formą muzyczną, wykorzystującą recytację. Trzeba przyznać, że właśnie te okrzyki zrobiły na mnie duże wrażenie. Z Zygmuntem Krause spotkałem się po raz pierwszy cztery lata temu na koncercie w Ogrodach Zamkowych, ale wtedy występował w roli konferansjera zapowiadającego występ Inglofa Wundera w wielkim namiocie na dziedzińcu Zamku Królewskiego w Warszawie. Wysłuchałem też kilku jego utworów przez Internet, na przykład, kiedy grał na dwóch fortepianach. Jeden instrument był normalny, a drugi odpowiednio spreparowany, tzn. przy strunach w pudle fortepianu wkręcone zostały liczne metalowe wkręty, które powodowały specyficzne brzęczenie strun i zniekształcenia wysokości i barwy dźwięku. Ten sam utwór Chopina zupełnie inaczej brzmiał na tym drugim instrumencie. Zapytany o swój stosunek do tradycji muzycznej, osiemdziesięcioczteroletni kompozytor odpowiedział, że kocha tradycję, ale jednocześnie z nią walczy, z tym, że teraz walka ta nie jest już ważna. W sumie był to piękny wieczór muzyczny z trzema aż koncertami fortepianowymi, trzech polskich kompozytorów współczesnych. Gdybym musiał wybierać spośród nich, to z pewnością wybrałbym ///Koncertfortepianowy Wojciecha Kilara. KONKURSY SKRZYPCOWE W INDIANAPOLIS I WIEDNIU niedziela, 25 września 2022 r. Wciągnęło mnie słuchanie młodych skrzypków na Międzynarodowych Konkursach Skrzypcowych transmitowanych na żywo z Indianapolis w USA oraz z Wiednia. W tym pierwszym kwota nagród była imponująca - 350 tysięcy dolarów. Do konkursu w USA zakwalifikowano 37 osób, głównie Azjatów (20), Amerykanów (12) i tylko czwórkę Europejczyków. Dominowały kobiety, było ich około 75 procent. Konkurs ten zwrócił moją uwagę, bo wystąpiła w nim Ines Issel Burzyńska reprezentująca jednocześnie Polskę i Hiszpanię. Urodziła się 21 lat temu wTarragonie na południe od Barcelony. Jej mama to polska skrzypaczka. Głównym nauczycielem Ines jest obecnie rosyjski skrzypek Zakhar Bron działający w Szwajcarii. Od 10 roku życia koncertuje, głównie w Hiszpanii i Polsce. Dwukrotnie w 2015 i 2021 r. zdobyła I miejsce na Międzynarodowym Konkursie Młodych Skrzypków im. K. Lipińskiego i H. Wieniawskiego w Lublinie. Podczas konkursu w Indianapolis Ines Burzyńska występowała jako przedostatnia. Zaczęła grę dość niepewnie i z oporami od Graoe i Fugi Bacha z niewielką wibracją, potem były dwa /Caprysy Paganiniego. Ten „oktawowy” nr 2 z karkołomnymi przeskokami wykonała bez wymaganej lekkości i szybkości. Znaczenie lepiej — bardzo czysto i soczyście - zabrzmiał /Oiprys nr 2/ grany w dwudźwiękach, głównie w sekstach. Najlepiej zagrała Sonatę Mozarta z towarzyszeniem fortepianu. Na ostatni utwór z tzw. repertuaru bisowego Zapiski melomana 171 Ines Issel Burzyńska, Polska/Hiszpania, fot. Internet wybrała nastrojową, smutną miniaturę Debussy’ego w opracowaniu Jashy Heifetza. Nie było to efektowne zakończenie jej występu. Pomyślałem wtedy, że nie przejdzie do ćwierćfinału, czyli nie znajdzie się w gronie 16 wybranych skrzypków. Niestety, nie pomyliłem się. Z mojej obserwacji wynika, że konkurs skrzypcowy w Indianapolis jest bardzo podobny pod względem organizacji i doboru repertuaru do konkursu Wieniawskiego. Oczywiście, w amerykańskim konkursie jest bardzo mało utworów Wieniawskiego. Znalazłem tylko Polonezy A i D-dur oraz Scherzo-Tarantellę tudzież jedną miniaturę Szymanowskiego i przeróbkę nokturnu Chopina. Inny jest też skład jury, bo jest w im dużo Amerykanów i Azjatów. Przewodniczył mu Jaime Laredo, 81-letni amerykański skrzypek i dyrygent boliwijskiego pochodzenia, który w wieku 17 lat wygrał Konkurs im. Królowej Elżbiety w Brukseli. Amerykanie są praktyczni. Pierwszy etap konkursu rozgrywany był w sali na 290 miejsc, półfinały w większej sali na 475 miejsc, a tylko finał w sali koncertowej z 1660 fotelami. Transmisje internetowe na żywo miały dobry dźwięk, ale obserwowało je bardzo mało osób - od 20 do 40. Podobnie jest z Austriakami organizującymi w Wiedniu Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy Fritza Kreislera. Eliminacje były przeprowadzane w niewielkiej sali ze śladowym udziałem publiczności, a finały w małej Musikvereinssaal, im. J. Brahmsa na 600 osób. W niedzielę 25 września nadeszły wieści z festiwalu w Indianapolis. Zwyciężyła Amerykanka o koreańskich korzeniach Sirena Huang, lat 28, która w finale zagrała Koncert skrzypcowy a-moll Antonina. Dvofaka. Jest ona absolwentką The Juilliard School w Nowym 172 Wacław Bielecki Yorku oraz laureatką głównych nagród na konkursach skrzypcowych im. Elmara Oliveira w Singapurze i Isaaca Sterna w Szanghaju. Jako zdobywczyni pierwszej nagrody otrzymała nagrodę pieniężną w wysokości 75 000 USD, plus 12 000 USD za nagrody specjalne (razem prawie pół miliona zł), debiut recitalowy w Carnegie Hall, profesjonalne nagranie CD i stronę internetową oraz czteroletnie zarządzanie karierą - doradztwo i międzynarodowe występy koncertowe. Druga nagrodę zdobył Julian Rhee ze Stanów Zjednoczonych, a trzecią Minami Yoshida z Japonii. Późną nocą w tę samą niedzielę zakończył się w Wiedniu Konkurs skrzypcowy im. Fritza Kreislera. Do głównego finału dopuszczono tylko troje z sześciu skrzypków. Jeszcze przed finałem przyznano miejsca od IV do VI. Zwycięzcą został 17-letni Brazylijczyk Guido Sant’Anna e Silva, który w finale grał koncert Beethovena. Otrzymał 20 000 euro i wiele koncertów, dodatkowo będzie miał okazję nagrać płytę CD w wytwórni NAXOS. Guido Sant’Anna rozpoczął naukę gry na skrzypcach w wieku 5 lat. Był pierwszym skrzypkiem południowoamerykańskim wybranym do udziału w Konkursie Menuhina w Genewie, gdzie zdobył VI nagrodę, nagrodę publiczności oraz nagrodę za wykonanie muzyki kameralnej. Dwa drugie miejsca ex aequo zdobyli w Wiedniu Michael Shaham — 18 lat z Izraela (17 500 €) oraz Rino Yoshimoto — 19 lat z Japonii (17 500 €). Ta młodziutka artystka bardzo mnie ujęła, bo zagrała przepięknie w finale / Koncert skrzypcoiay Jis-moll Henryka Wieniawskiego. Jury składało się z 10 osób, a przewodniczył mu Jean Jacques Kantorów. Do pracy w ostatnich etapach konkursu zaproszono dodatkowo jeszcze sześciu skrzypków, głównie europejskich. KONKURS WIENIAWSKIEGO 7-21 października 2022 r. Od koncertu Veriko Tchumburidze zaczął się w piątek 7 października br. 16 Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu. Skrzypaczka wykonała koncert Dvofaka z towarzyszeniem orkiestry Filharmonii Narodowej pod dyrekcją Andrzeja Borejko. Na bis zagrała, przejmujące Re^uiem for Ukrainę Igora Lobody, utwór z 2014 roku zwierający smutne melodie ukraińskie grane przeważnie w dwudźwiękach. W przerwie koncertu w radiowej Dwójce bardzo ciepło wspomniała poprzedni konkurs w Poznaniu, który wygrała sześć lat temu. Obecnie mieszka w Berlinie. Do konkursu Wieniawskiego przystąpiło 31 osób, zakwalifikowanych z ponad dwustu chętnych, w tym 20 kobiet i 11 mężczyzn. Przeważali skrzypkowie pochodzenia azjatyckiego. Polaków było sześcioro. Przewodniczącym 11-osobowego jury został Augustin Dumay skrzypek i dyrygent pochodzący z Paryża, a jego zastępcą Polak Daniel Stabrawa, długoletni koncertmistrz Filharmonii w Berlinie. Przewodniczący jury wypowiadał się bardzo krytycznie o pracy jurorów na różnych konkursach; - Dzisiaj musimy próbować zrozumieć, dlaczego wielcy dyrygenci naszych czasów nie palajif wielki} miloscii} do konkursów i dlaczego nie zapraszaj^} młodych wykonawców, którzy wygrali konkursy. Istnieje cos' takiego jak utrata zaujania. Dlaczego to nastifpiloi' Możemy to zaobserwować w Internecie, posłuchać, co mówiif niektórzy wykonawcy o konkursach. Widać Zapiski melomana 173 Japonka Hźna Maeda, zdobywczyni I nagrody, fot. Internet tam wątpliwości co do uczciwości konkursów. Afa się wrażenie, że konkursy stały się konkursami profesorów. St}dzę więc, że trzeba spróbować otworzyć skład Jury i spowodować, by pojawiłi się w nim tacy Jurorzy, którzy nie maj^ osobistego interesu w wynikach konkursu. Uważam, że dła uczciwości konkursu przejrzystość Jest absołutnie konieczna. Stfdzę, że nie można być Jednocześnie sędzią i stroną. Augustin Dumay powiedział też, że zależy mu na tym: aby głosowanie nie było tajemnicą. Jak to się dzieje podczas wiełu konkursów. Jest oczywistym i normałnym, że wykonawca poddaje ocenie utwory, które wykona pubłicznie, a noty członków Jury są pubłikowane w Internecie po konkursie. W ten sposób wszyscy będą wiedzieć na bieżąco. Jakie były rzeczywiste wrażenia Jurorów i Jak przebiegło głosowanie. Nowością w regulaminie konkursu jest zapis, że „członkowie jury nie mogą mieć swoich uczniów w konkursie”. Okazało się jednak, że zapis ten nie jest jednak dosłownie przestrzegany. Dziennikarze zauważyli, że wśród uczestników II etapu są cztery dawne (!) studentki przewodniczącego jury Augustina Dumaya: Karen Su, Hawijch Elders, Jane Cho i Meruert Kermenova. Do finału zostały dopuszczone dwie ostatnie. Przewodniczący ogłosił, że nie 174 Wacław Bielecki będzie na nie głosował. Będzie to można sprawdzić po konkursie, kiedy wyniki głosowania poszczegółnycłi jurorów zostaną ujawnione. We wtorek 11 października jury zakwalifikowało do przesłuchań w II etapie 16 uczestników, z tego 12 osób mających pochodzenia Azjatyckie i tylko 3 Europejczyków, w tym jednego Polaka - Wojciecha Niedziółkę. - Szukamy osoby - mówił Augustin Dumay - która może funkcjonować' na scenach międzynarodowych, kogoś' z wyobraźni/^, wielką osobowos'cią i kulturą. Do tego nie wystarczy być instrumentalistą grającym brillant. W / etapie wysluchalis'my wielu, naprawdę wielu wspaniałych muzyków należących do grona wybitnych instrumentalistów. Niestety jest przed nimi jeszcze wiele pracy, jes'li chodzi o ich muzykalnos'ć, kulturę, osobowos'ći wyobraźnię. W drugim etapie najpierw było granie utworów z akompaniamentem fortepianu a następnie wszyscy uczestnicy wykonali Sinfonię Concertante Mozarta z Orkiestrą Kameralną Polskiego Radia Amadeus pod dyrekcją Anny Duczmal-Mróz i trzema przydzielanymi altowiolistami: Katarzyną Budnik lub Michałem Bryłą bądź z Ryszardem Groblewskim. Ten sam utwór został w kolejnych trzech wieczorach powtórzony w całości aż 15 razy (w poprzednich konkursach grano tylko pierwszą część). W niedzielę, 16 października dowiedzieliśmy się, że do finału zostali dopuszczeni sami Azjaci: dwie Japonki - Hana Chang i Hina Maeda, dwoje Koreańczyków - Jane Hyeonjin Cho i Dayoon You, Chińczyk Qingzhu Weng oraz Meruert Karmenova z Kazachstanu. Tę decyzję jury tak skomentowała Dorota Szwarcman na swoim blogu: ... nie wyobrażałam sobie, że do finału nie dostaną się Wojciech Niedziółka (Połska) i Max Tan (USA). Obaj miełipiękne występy w TI etapie i obaj wypadli muzykalnie, dojrzale i rados'nie, więc wydawało się, że finał mają w kieszeni. Nie rozumiem, czemu akurat oni nie przeszłi. Ja natomiast zauważyłem, że podczas słuchania przez Internet (w ten sposób śledziłem przebieg konkursu) nie można wychwycić pewnych niuansów, na przykład dotyczących głośności, tzn. nie wiesz, czy muzyk na sali grał za cicho, czy za głośno, albo czy akompa-niator lub orkiestra nie zagłuszała solisty. Jeszcze trudniej jest uchwycić subtelne różnice w barwie dźwięków wydawanych przez świetne instrumenty. Wszystko to dlatego, że nie słyszymy naturalnych dźwięków z sali, tylko ich substytuty wyłapane przez liczne mikrofony i przetworzone przez wzmacniacze. Wynika z tego, że warstwa wzrokowa jest lepsza, bo kamery pokazują zbliżenia, np. twarzy czy rąk skrzypków, których nie sposób dostrzec siedząc gdzieś na sali. Jednym słowem, dominuje przekaz obrazu nad transmisją dźwięku. Szkoda, bo jednak muzyka to są przede wszystkim wrażenia słuchowe. We wtorek 18 października zaczęły się przesłuchania finałowe. Przez kolejne trzy dni sześcioro uczestników grało po dwa koncerty skrzypcowe z Orkiestrą Filharmonii Poznańskiej pod dyrekcją Łukasza Borowicza. Usłyszeliśmy koncerty: Wieniawskiego — d-moll (5 razy) i fis-moll (1 raz), Brahmsa (4 razy) i Beethovena (2 razy). Widać było, że uczestnicy są już wymęczeni. Wydaje mi się, że organizatorzy trochę przesadzili z programem konkursu, bo kto gra dwa koncerty podczas jednego wieczora? Melomani po raz pierwszy od początku imprezy tłumnie zapełnili aulę UAM łącznie z balkonami. W czwartek 20 października około północy jurorzy ogłosili zwycięzców: I nagroda - Hina Maeda, Japonia (50 tys. €), II nagroda — Meruert Karmenova, Kazachstan (30 tys. €), 2^piski melomana 175 III nagroda — Quingzhu Weng, Chiny (20 tys. €). Trzej pozostali uczestnicy finału otrzymali równorzędne wyróżnienia (po 5 tys. €). Poziom finałowych wystąpień był bardzo wysoki i wyrównany. Zwyciężczyni Japonka Hina Meda zagrała oba koncerty bardzo ładnym, soczystym dźwiękiem, choć nie bez dość licznych drobnych potknięć. Świetnie współpracowała z orkiestrą. Jej zachowanie przed wyjściem na scenę było nietypowe, bo długo śmiała się na głos do siebie i ekranu zawieszonego w przedsionku sali koncertowej, zapewne w ten sposób pokonywała tremę. Natomiast po wykonaniu koncertu i po usłyszeniu werdyktu wybuchła niepochamowanym płaczem, łzy leciały jej ciurkiem, jednym słowem, z opanowaniem emocji nie radziła sobie ta studentka drugiego roku College of Musie w Tokio. Czy o promowanie takiej niestabilnej osobowości chodziło przewodniczącemu jury? Zupełnym przeciwstawieniem do niej było zachowanie młodego Chińczyka Quingzhu Wenga, który ujmował publiczność niesamowitym spokojem i opanowaniem na scenie, gracją ruchu oraz precyzją wykonania. Agata Szymczewska, zdobywczyni I nagrody na konkursie Wieniawskiego w 2006 r., w rozmowie radiowej Dwójce wysoko oceniła występ Hiny Maedy, mimo zauważonych dość licznych błędów i skrócenia kadencji Joachima w koncercie Brahmsa. Przekonała ją radość, uśmiech i swoista, swobodna interpretacja wykonywanych utworów. Trudno mi to zrozumieć. Widać, że zaczynają przeważać kryteria wizualne nad słuchowymi i bardziej liczy się ogólne wrażenie niż precyzja wykonawcza. Jak potoczą się dalsze losy laureatów i uczestników konkursu zobaczymy w przyszłych latach. NA CZTERY RĘCE W WAPLEWIE piątek, 21 października 2022 r. Duet fortepianowy Alisa Baraz i Aeiam Banźz, fot. Internet 176 Wacław Bielecki Gdy w Poznaniu oczekiwano na koncert laureatów kończący 16. Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego, to w pobliskim Waplewie Wielkim zaczynały się, także oznaczone numerem „16”, Pomorskie Dni Chopinowskie. Wystąpił na nich węgierski duet fortepianowy AitsAdam Piano Duo, czyli Alisa Baraz i Adam Baraz z Budapesztu. To młode małżeństwo w którym Adam jest rodowitym Węgrem, a jego żona Alisa Japonką. W wydrukowanym programie koncertu były tylko cztery pozycje; trzy utwory Ferenca Liszta i jeden Chopina. Trochę z niepokojem patrzyłem na ten program, bo dwa ostatnie jego punkty zwierały transkrypcje wielkich poematów symfonicznych Liszta: Orfeusz oraz Prelueiia. Wiadomo, że Liszt jest twórcą tej formy muzycznej przeznaczonej do wykonywania przez orkiestry w dużym składzie. Poemat symfoniczny nie posiada określonej budowy i jest podporządkowany wymogom fabularnej treści, inspirowanej najczęściej literaturą, np., mitem o Orfeuszu, należy zatem do muzyki programowej. Sam Liszt dokonał transkrypcji tych poematów na fortepian i w Pałacu Sierakowskich usłyszeliśmy je w wersji na cztery ręce. Oczywiście, lepiej wypadły znane Preludia z wyrazistą melodią. Myślę, że dla dobra koncertu lepiej byłoby zrezygnować z dość ciężkiego w odbiorze Orfeusza, tym bardziej, że pierwszy wykonany utwór Liszta Apel i Hymn węgierski na orkiestrę w opracowaniu na fortepian Henryka Gobbiego okazał się dość rozwlekły i trudny w odbiorze. Jak wyjaśniała to prowadząca koncert pani Olga Walentynowicz, zawiera on melodie dwóch patriotycznych pieśni węgierskich, ale jak się ich nie zna, to trudno rozkoszować się przetworzeniami zaproponowanymi przez kompozytora. Ratunkiem dla tak dość niefortunnie ułożonego programu okazały się utwory Chopina. Najpierw usłyszeliśmy wdzięczne Wariacje D-dur w stylu brillante, jedyny utwór skomponowany przez niego na cztery ręce. Kompozytor miał wtedy 16 lat. Utwór ten uznawany był za zaginiony, a nuty odnaleziono dopiero w 1965 roku. Tematem wariacji jest śliczna pieśń neapolitańska La Rieciolella. Skojarzyła mi się ona ze znanym hitem Karnawał w Wenecji wykonywanych przez wielu wirtuozów skrzypiec, np. Paganiniego, Ernsta czy Wieniawskiego, z tym że w literaturze podaje się, że ta neapolitańska piosenka nosi tytuł: O mamma mia cara. Dobrze się też stało, że obie transkrypcje poematów Liszta pianiści przedzielili dwoma walcami Chopina: a-moll op.3d nr 2 oraz Es-dur op.l8, a na bis zagrali porywającą rytmami i melodią II Rapsodię węgierską Liszta. Myślę, że takiej muzyki oczekiwali słuchacze. Koncert w Waplewie zgromadził, jak zwykle, wielu słuchaczy, którzy nie mogli się pomieścić w niewielkiej sali oranżerii, dlatego z wielką radością przyjąłem informację organizatorów, że za dwa lata zakończy się remont byłej wozowni i tam na piętrze będzie nowa sala koncertowa, znacznie większa i bardziej komfortowa dla wykonawców i melomanów. Na koniec tej relacji nie mogę pominąć uwagi dotyczącej organizacji koncertu. Zaczął się on dopiero po 30 minutach różnych przemów. Rozumiem, że koncert sponsorowany, między innymi przez Konsula Generalnego Węgier w Gdańsku, nie mógł się obyć bez wystąpienia pana konsula, ale wszystkie przemowy trwały aż pół godziny. To zdecydowanie za długo, bo do Waplewa przyjeżdżamy jednak słuchać muzyki. Dodać trzeba, że koncert o mało co by się nie odbył, gdyby nie wsparcie lokalnych władz samorządowych: wójt Starego Targu zasponsorował wynajęcie fortepianu, starosta sztumski sfinansował sobotni występ gdańskiego tria jazzowego Jakuba Hajduna (na którym nie byłem), a burmistrzyni Dzierzgonia zapewniła poczęstunek po koncercie. Chwała im za to. Galeria Prowincji Anna Albrecht, Jacek Albrecht „KORCI MNIE, ŻEBY ZACZEPIAĆ LUDZI...” Z JACKIEM ALBRECHTEM O PORTRETACH ROZMAWIA ANNA ALBRECHT Anna Albrecht - Dlaczego portret? Jacek Albrecht - Wydaje mi się, że podchodzę do portretu nieco nietypowo, ponieważ traktuję go bardzo osobiście, prywatnie. Nie jestem też poprzez ekonomię zmuszony do gonienia za malowaniem usługowym. Spodoba mi się jakaś głowa, ale niekoniecznie poprzez banalne piękno, lecz przez jakiś wyraz, nastrój, który niesie ze sobą i przekazuje. Spotykam czasem, gdziekolwiek, twarz, którą chętnie bym namalował i korci mnie, żeby zaczepiać ludzi, ale nie posuwam się do tego najczęściej. Są twarze, które niosą w sobie dużo pozytywnego przekazu, są jakieś klimatyczne. Często są to osoby starsze, które już trochę doświadczenia życiowego na swych twarzach mają odłożone. Wtedy robię zdjęcie bez ich wiedzy i z niego maluję. Czasem też w Internecie znajduję zdjęcie, które mnie pociąga, które - patrzę, i ojej, to bym chciał zrobić, i robię! Ostatnio tak miałem, że nieznajomą w sumie koleżankę z Facebooka, która lubi pozowane ujęcia, zobaczyłem w ładnej scenie, namalowałem dla siebie, a gdy jej pokazałem, usłyszałem, że to najlepszy jej portret jaki powstał. Jednak to nie musi tak być. W sumie robię to bardziej dla siebie niż dla ludzi, chociaż chciałbym też przecież pokazywać i sprzedawać swoje prace, ale niekoniecznie jako zamówioną usługę. Pociąga mnie nastrój modela, coś w oczach, w wyrazie twarzy bardziej niż sama plastyka. Czasami jednak też jakaś kolorystyka jest taka zaskakująca, czy rzeźba głowy lub postaci jest taka wyrazista, że... Właśnie często cała postać niesie dopiero nastrój, bo układ rąk i ciała wyraża dopiero jakąś emocję. Najchętniej malowałbym całe postacie w różnych sytuacjach, w których one się jakoś tak z zaskoczenia, w momencie prywatności znajdują, czyli pokazują swoją naturę poprzez gest, poprzez pozę, ubiór... to jest wtedy cała opowieść o człowieku. A opowieść o człowieku jest chyba najlepszym, co malarz może robić. - Ładne. - Portret ponadto uważam za najciekawszy temat w sztuce. Kiedy zacząłem go rysować czy malować, nie wiedziałem, że jest to jeden z najtrudniejszych tematów malarskich. Zawiera on w sobie wiele zagadnień, które trzeba rozwiązać. Jest z jednej strony obrazem, czyli formą plastyczną, z drugiej strony jest odzwierciedleniem podobieństwa, a z trzeciej wyrazem nastroju czy charakteru modela. Czasem bywało, że odchodziłem od portretu, bo wydawał mi się za trudny, jednak wracałem i czuję, że chcę nadal nad nim pracować. - Czy zdarzyło ci się obdarować portretem osobę, bez wiedzy której go namalowałeś? 178 „Korci mnie, żeby zaczepiać ludzi...” Anna Albrecht 179 - Zacznijmy od tego, że niechętnie rozdaję swoje prace. Może wiąże się to nie tyle z oszczędnością, co jakby z przekonaniem, że podarować swoją pracę można bliskim — najbliższym znajomym, rodzinie zasadniczo. A dalej to jest to już nie bardzo, jest to brak szacunku dla siebie i dla swojej pracy, więc tylko najbliższym w zasadzie. Natomiast obdarowywani reagowali różnie, była i radość, zaskoczenie, ale bywało i tak, że portret się nie spodobał. Najważniejsze jest dla mnie jednak, abym ja poczuł się z siebie zadowolony. Czy udaje ci się oddać w portrecie nie tylko odzwierciedlenie fizyczne podobieństwa? - Najbardziej pociąga mnie uchwycona psychologia, nastrój. Czy udaje mi się to pokazać? Nie wiem, to ocenia odbiorca. Ja cały czas mam wrażenie, że się tego uczę. Dzisiaj jednak staram się malować wyłącznie portrety pozytywne, czyli unikam malowania ludzi o wyrazach twarzy ponurych, złych, negatywnych. Nie i już. I tak dość jest brzydoty na tym świecie, jak powiedział kiedyś stary już Renoir. Czy masz tęsknotę, aby malować portret osobie siedzącej u ciebie w pracowni, wygodnym fotelu? - To spora komplikacja. Mamy martwą naturę, pejzaż czy architekturę, które są, stoją i możemy z nimi robić, co chcemy. A z modelem jest trudniej. Czyli jest pewna tęsknota we mnie, która chciałaby, aby model się przygotował, żeby to było święto dla nas obojga. Żeby model ubrał się tak, jak najbardziej lubi, przybrał pozycję, w której mu najwygodniej, wtedy i ta postać wyjdzie super i obie strony wyjdą zadowolone. Ale praktyka jest niestety inna. Przypadkowo robię zdjęcia głowom, które mnie zafascynują. Czytam czasem w historii sztuki o tradycyjnym powstawaniu portretów i o sesjach wielogodzinnych, a nawet wielotygodniowych z tym związanych. Lecz dzisiaj tego już się nie stosuje, może dlatego, że pojawiła się fotografia. Jednak mam świadomość, że portret robiony z natury ma przez kontakt osobisty więcej w sobie tej poszukiwanej także przeze mnie psychologii. Między modelem a artystą jest wtedy jakaś rozmowa, kawka, herbatka i buduje się pewne głębsze spojrzenie. Nie jest takie zewnętrzne całkiem, ale jest jakaś nić, i to jest fajne, ale rzadkie. Może gdy będę już sławny i będzie stała kolejka ludzi ubranych ładnie i starannie, czekających na namalowanie przeze mnie portretu, wtedy będę częściej malował z natury? Podejrzałam, że malujesz portret hrabiny Izabeli Sierakowskiej. Coś cię urzekło? Tak... wydaje mi się, że jest coś innego w twarzach starej arystokracji. Coś, czego dzisiaj brakuje społeczeństwu polskiemu. Taka twarz opowiada o jakby zabytku, o czymś niespotykanym dziś na ulicy, a może tylko o mojej emocji na ten temat...trudno powiedzieć. Rzadko miałem okazję spotkać jakieś postaci polskiej arystokracji ze świata, czy z kraju, i zawsze wydawali mi się to ludzie trochę inni. I to nie wiem czym inni, trudno to określić. Głowa hrabiny wydaje mi się głową ładną, ale i szlachetną, i wartą namalowania. Jest w niej jakiś zapis historii, charyzmy, wzoru do naśladowania. Wydaje mi się, że dzisiaj nam takich wzorów brakuje. I myślę, że w życiu społecznym ma to znaczenie. Może wtedy mniej biskupów lądowałoby na latarniach. Dziękuję. Czego ci matka nie powie... Paulina Gołębiewska-Hoppe „U^5tórc2j/ tylko się uśmiechać, hy ukryć zranioną duszę, i nikt naioet nie zauioaży, że cierpisz. ” Rohin Williams Włączam komputer i siadam. Jestem spóźniona z tekstem, ponieważ ostatnie dwa tygodnie nie należały do łatwych. Przypadkowo spotkałam dziś Leszka na progu lokalnej drogerii. Uśmiecham się zaskoczona i mówię, że do końca weekendu będzie tekst. Chcialem zamknąć jutro temat. Zdążysz to zdążysz... Jak nie, to trudno. Przytakuję, bo nie chcę przez swoją chorobę psuć komuś planów. Ścigać się z czasem nie zamierzam, jednak podejmuję wyzwanie przyjaciółki i postaram się napisać o tyra jak ciężko dziś'poskładać życie u> calos'ć i o tym co mi teraz leży na duszy. Odwracam głowę od ekranu komputera i zerkam przez okno. Szary, listopadowy dzień. Zielonobrunatne pole, biała fasada jednej z dwóch parafii sztumskich. Drzewa i fragmenty ogródków działkowych. Widok ten nie zmienia się od lat, zmienia się tylko pora roku. Siedzę przy biurku Szymona, w posprzątanym pokoju chłopaków. W końcu można usiąść nie ryzykując przyklejenia się lub przygniecenia stertą kartek, zeszytów i klocków lego. Jest nawet miejsce na komputer. Ubrania nie walają się z kąta w kąt, po dywanie można przejść bez ryzyka nadepnięcia na klocek duplo. Chłopcy nie garną się do sprzątania, a ja przez dwa tygodnie nie byłam w stanie nawet kiwnąć palcem. Jednak wczoraj, gdy poczułam się znacznie lepiej, ruszyłam do boju i odgruzowałam chatę. Pierwszy raz od dłuższego czasu poczułam, że mam na to siły. I już pewnie myślisz: Pffi.. też mi cos'. Sprzątnięcie mieszkania to żaden uysilek. Owszem, zgodzę się z tobą. Żaden. Ale pozwól, że trochę zmienię twoją perspektywę. Wyobraź sobie, że postanawiasz zmienić swoje życie. Ruszyć z miejsca po kilkuletniej stagnacji i ciągłej walce o finanse. Jesteś wśród ludzi, masz znajomych, małżonka, z którym średnio się układa, i dwójkę dzieci. Co rano budzisz się z przygniatającym uczuciem osamotnienia. Od lat nie możesz znaleźć pracy, bo rynek jest ciężki. I w jeden wiosenny, słoneczny dzień postanawiasz: do końca roku znajdę pracę, na jesień zapiszę się do szkoły jogi. Zasługuję na więcej. Ruszam. Nie oglądasz się, idziesz jak czołg. Pracę, co prawda, znajdujesz rok później, ale w międzyczasie dołączasz do dużego projektu. Pokochałaś jogę, która pomaga ci wyjść z depresji. Chwilę później dostajesz propozycję pisania do lokalnego Smutna refleksja 181 kwartalnika społeczno-kulturalnego. Realizujesz jedno ze swoich większych marzeń: pi-szesz. W półtora roku, dzięki wytrwałości i cierpliwości, znajdujesz się w takim miejscu, do którego nie miałeś szans dotrzeć przez ostatnie osiem lat. A jednak w połowie października budzisz się rano i stwierdzasz, że nie masz siły. Wszytko w tobie się buntuje, gdy musisz wstać, spojrzeć w lustro. Porzucasz dietę, choć bardzo chciałeś zrzucić 6 kg. Każdy posiłek smakuje jak papier. Czasem nawet się przygładzasz, bo nie cierpisz tego wrażenia. Przesta-jesz gotować. Jeździsz do pracy, w której masz już ugruntowaną pozycję. Szefowa cię ceni, dobrze się współpracuje. Poukładałeś też relacje z innymi pracownikami. Masz pracę, którą lubisz, ale radość z tego faktu zniknęła. A przecież znalazłeś ją sam. Bez niczyjej pomocy. Po wakacyjnej przerwie wróciłeś na zajęcia jogi, ale radość z nich także zniknęła. Popełniasz gwałt na swojej psychice za każdym razem, gdy zmuszasz się, by na nie pojechać. Jednak ta resztka zdrowego rozsądku każę ci jeździć. Zmuszać się. Znęcać. Czujesz, że źle to się skończy, jeśli ulegniesz, bo pamiętałeś, ile radości miałeś z regularnej praktyki. Radości i spokoju ducha. Nie wiesz kiedy, ale nagle odjęło ci wszystkie siły. Przestałeś słuchać muzyki, czytać książki. Zaniedbujesz relacje z dziećmi. Irytują cię jak nigdy i jedyne, na co cię stać, to sprawdzenie, czy wywiązały się ze swoich obowiązków. Świat stracił barwy, pokrył się szarą mgłą, w której trwasz zmuszając się do podstawowych czynności: wstać, w miarę się ogarnąć, nakarmić i wyprawić dzieci, pojechać do pracy, uśmiechać się, zrobić obowiązki, wrócić do domu, usiąść na kanapie, poczekać do wieczora. Każdy dzień taki sam. Te same barwy, ten sam wysiłek. Wsiadasz do auta, jedziesz do pracy. Mijasz przydrożne drzewa. I nagle przechodzi ci przez myśl: jakby to było się o nie rozbici' Bołałobyi Myśl pojawia się nagle i nagle znika. Pozostaje obojętność dotycząca twojego losu, która narasta od dwóch miesięcy. Przyjeżdżasz do biura, siadasz przy biurku i dociera do ciebie, że jest źle. Znowu. Czujesz wstręt do siebie, do miejsca w którym jesteś, mimo, że jeszcze niedawno tak bardzo w nim chciałeś być. Zaczyna paraliżować cię lęk, że za chwilę stracisz to, co takim wysiłkiem osiągnąłeś. Bo na zbyt wielu rzeczach przestaje ci zależeć. Łącznie ze swoim życiem. Depresja. Jedna z najbardziej podstępnych chorób dzisiejszego świata. W mentalności społecznej pomaga na nią ciepła herbata, spacer lub wzięcie się w gars'ć. Czasem też zauważenie, że inni mają gorzej. Częściej niż bagatelizowana jest ona niezauważalna dla otoczenia. Bo jak zauważyć metalową obręcz, boleśnie ściskającą wnętrzności czy kamień wiszący przy duszy? Wieczne zmęczenie łatwo pomylić z lenistwem, o które tak chętnie wszystkich posądzamy. No i najważniejsze: leków potrzebują tylko wariaci. Jak podaje WHO, depresja jest czwartym najpoważniejszym problemem zdrowotnym na świecie, a ponad połowa chorych nie korzysta z pomocy lekarskiej. Statystyki są też bezwzględne dla kobiet, bo to one chorują dwa razy częściej niż mężczyźni. Dalej statystyki są jeszcze bardziej bezwzględne: po przebyciu pierwszego epizodu depresyjnego ryzyko nawrotu to 50—60 %, po wystąpieniu dwóch epizodów — to już 70 %. Spoglądam ponownie w okno i zastanawiam się, ile matek zmaga się z tym problemem i nie ma odwagi poprosić o pomoc. Ile nastolatek katuje się wewnętrznie, bo dorośli nie mają czasu, by zatrzymać się na chwilę i porozmawiać. Ile z nich znalazło czas, ale nie 182 Paulina Gołębiewska-Hoppe znalazło zrozumienia. W społeczeństwie nie ma zrozumienia dla słabości. Codzienny pęd do godnego życia lub po prostu walka o przetrwanie. Nieustanny wzrost cen żywności, kosztów utrzymania, nieustanna presja oczekiwań, która przygniata tak wielu z nas. A jednak się uśmiechamy, bo „co ludziepowiedz^^” jest ważniejsze niż nasze zdrowie. Czy tego chcemy uczyć nasze dzieci? Od dwóch tygodni jestem na lekach. Wróciłam do mojej pani doktor i niemal łamiącym się głosem opowiedziałam, jak beznadziejnie się czuję. O drodze do pracy, o drzewach. „Pani doktor, ja zuyczajnie nie mam sił, by zmienić' ten stan”. Zakończyłam łamiącym się głosem. „Chwiła, moment!” Stsinowczo przerwała mi doktor. „Od tego, to jestem tuja!”. Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś poczuję taką ulgę. Nie sądziłam, że w szarości depresyjnego świata, przepełnionego obojętnością zmieszaną z niechęcią, z aktorskim uśmiechem i sztuczną radością ktoś, przez drobną chwilę, zdejmie ze mnie ciężar odpowiedzialności za tą część mojego życia. Ja tylko będę musiała iść do apteki i łyknąć tabletki. Da się zrobić, bo nie takie rzeczy robię automatycznie od dwóch miesięcy. Zawaliłam termin do „Prowincji” i tworząc ten tekst trochę jednak ścigam się z czasem. Pisząc ostatnie słowa uświadamiam sobie, że jednak zależy mi, żeby wyszedł w jubileuszowym numerze kwartalnika, w którym spełniam swoje marzenia o pisaniu. Wiem, że jest to bardzo osobisty tekst, jednak pokładam w nim nadzieję. Być może komuś uratuje życie. Może zauważysz, że ktoś ci bliski uśmiecha się trochę inaczej niż zawsze. A może właśnie, dzięki moim słowom, znajdziesz w sobie siłę, by skierować swoje kroki do poradni zdrowia psychicznego. Bo życie ma tyle barw, ile pozwala ci dostrzec twój stan psychiczny. Recenzje Andrzej Lubiński KOLEKCJONERSTWO NA POMORZU NADWIŚLAŃSKIM Dobromiia Rzyska-Laube, Zbiory artystyczne polskich ziemian na Pomorzu Naclu>is'lańskim od końca XVIII u>ieku po czasy współczesne, Gdańsk 2022, Muzeum Narodowe w Gdańsku. Dobromiła Rzyska-Laube, pracownica Muzeum Narodowego w Gdańsku i oddziału Tradycji Szlacheckiej w Waplewie, obroniła w roku 2019 pracę doktorską na Uniwersytecie Gdańskim pod kierunkiem prof. dr hab. Małgorzaty OmilanowskieJ. Po trzech latach ukazała się JeJ dysertacja z uwzględnieniem uwag i opinii recenzentów. Jest to pierwsza publikacja tak dokładnie przedstawiająca dzieje polskich kolekcji ziemiańskich. Wydawcą Jest Muzeum Narodowe w Gdańsku przy wsparciu finansowym Urzędu Wojewódzkiego i Ministerstwa Kultury. Autorka świadomie zrezygnowała z przedstawienia losów kolekcji niemieckich, chociaż zdaje sobie sprawę, że kolekcjonerstwo obu narodów zamieszkujących Pomorze wzajemnie na siebie oddziaływało. Nie omawia szczegółowo atry-bucji prezentowanych dzieł, bo wymaga to dalszych żmudnych badań. Publikacja składa się ze wstępu prof. dr hab. Krzysztofa Pomiana, wstępu autorki, wprowadzenia, trzech części właściwych rozważań o kolekcjach, zakończenia, aneksów, bibliografii. Na początku publikacji przedstawione są losy ziemiaństwa polskiego na Pomorzu Nadwiślańskim od 1772 do 1945 roku. Można wyróżnić kilka postaw polskich ziemian: Jedni ulegli całkowitej ♦ D O B R O M I L A R Z Y S K A- L A V U E Zbiory artystyczne polskich ziemian na Pomorzu Nadwiślańskim od końca XVni wieku po czasy dzisiejsze germanizacji, inni określani będą mianem „polskich Prusaków” świadomych swych korzeni polskich, ale uznawali zwierzchność pruską. To pojęcie zniknie około 1860 roku. Od 1830 pojawi się nowa frakcja narodowo polska. Zacznie ona od 1836 organizować „polskie bale” w okresie karnawału. Wiosna Ludów 1848 roku stanowi kres współpracy między Polakami a lokalną władzą pruską. W środowisku ziemiańskim od połowy XIX wieku przywiązywano dużą wagę do wykształcenia. Najczęściej studiowano prawo, nauki rolnicze na uniwersytetach 184 Recenzje niemieckich. Występowała pewna koegzystencja między ziemianami polskimi i niemieckimi, np. udział w polowaniach, bankietach, unikano spotkań o charakterze politycznym. Były przypadki, że rodziny dzieliły się na dwie gałęzie — polską i niemiecką. Gdy pojawia się nadzieja na odzyskanie niepodległości przez Polskę, ziemianie pomorscy aktywnie się w nią włączają. Stosunki z niemieckimi właścicielami mającymi szlacheckie pochodzenie układały się poprawnie w II Rzeczypospolitej w przeciwieństwie do tych, co mieli mniejsze majątki. Druga wojna światowa i czasy Polski Ludowej to kres świata ziemiańskiego. Wielu ucierpiało pod względem osobowym .i majątkowym, tracąc życie lub prawo do głównego źródła utrzymania. Kolekcja waplewska to dzieło kilku pokoleń Sierakowskich, a już pierwszy z właścicieli Waplewa, Teodor, miał posiadać trzy obrazy św. Sebastiana, portret jego samego i małżonki Marianny. Następny właściciel majątku, Kajetan kolekcjonerską pasję przejmie po swoich braciach i krewnym Józefie. Oprócz członków rodziny chciał uwiecznić przyjaciół, znajomych oraz wizerunki sławnych postaci związanych z dziejami Polski. Zbiór wzbogacił się o 50 prac, w tym 15 portretów rodzinnych. On też zaczął kolekcjonować wyroby rzemiosła artystycznego. Kolejny właściciel, Antoni, nada zbiorom właściwy kształt kolekcji. W jego posiadaniu znajdą się obrazy malarstwa włoskiego, holenderskiego, niemieckiego. Utrzymywał bliskie kontakty z rodziną malarzy Meyerheimów z Gdańska i Berlina. Nie zapominał o portretach rodziny i krewnych, kupował również ryciny. Kolekcja waplewska najwięcej zawdzięcza następnym właścicielom: Alfonsowi i Marii z Sołtanów. O rozroście zbiorów pisze w korespondencji z Józefem Ignacym Kraszewskim brat Marii, Adam Lew Sołtan. Jego korespondencje są głównym źródłem wiedzy o zakupach obrazów dokonywanych w Gdańsku, Berlinie, Dreźnie, Poznaniu, Wrocławiu. Maria z Sołtanów Sierakowska sama wykonywała niektóre kopie obrazów. Następni właściciele Waplewa, Adam i Maria z Potockich, kontynuują zainteresowania artystyczne, jednak nie na taką skalę, jak poprzednicy. Zbiory powiększają się o portrety rodzinne. To samo dotyczyć będzie kolejnych właścicieli, Stanisława i Heleny Sierakowskich. O wartości poszczególnych obrazów w kolekcji mówi powstały z inicjatywy J. 1. Kraszewskiego, sporządzony i wydany w roku 1878, katalog autorstwa Klemensa Rodziewicza, który dokładnie analizuje autorka książki. W zbiorach waplewskich było sporo kopii, ale funkcjonowały one jako dzieła słynnych artystów. Autorka książki wysuwa wniosek, że zbiór był tworzony jako ilustracja dziejów sztuki. Pewien wpływ na to miał mieć J. 1. Kraszewski, ceniony przez rodzinę jako znawca sztuki. Drugą osobą był Adam Lew Sołtan. Galeria portretów miała pokazać prestiż rodów, z którymi byli spokrewnieni Sierakowscy do piątego pokolenia wstecz. To również przejaw tradycyjnej kultury szlacheckiej. Kolekcja Sierakowskich jako ośrodek kultury polskiej miała promieniować na okolicznych ziemian i osoby, jakie przybywały do Waplewa. Był to też ośrodek edukacji i kultywowania polskich wartości narodowych. Służąc innym, poświęcili swój majątek, czas i energię. Autorka sporo miejsca poświęca zbiorom Wacława Mieczkowskiego z Niedźwiedzia w powiecie wąbrzeskim. Poprzedni właściciel Niedźwiedzia, Jan Kucharski, zapocząt- Recenzje 185 kował zbiory. Mieczkowski przejawiał zainteresowania artystyczne, podczas studiów zetknął się z artystami krakowskimi. Stał się właścicielem przedmiotów będących własnością księcia Jana Habsburga oraz króla serbskiego Milana I Obrenowića. Na zbiór składały się obrazy w liczbie 80 obcych i polskich, rysunki, rzeźby, militaria będące oczkiem w głowie kolekcjonera, meble, wyroby porcelanowe. Mieczkowski stworzył prywatne muzeum chętnie odwiedzane w okresie międzywojennym. To samo dotyczy kolekcji malarstwa Romana Stanisława Janty-Połczyńskiego. Po ślubie z Anną Wałdowską z Michorowa, mając sentyment do ziemi kaszubsko-po-morskiej, został posłem do parlamentu niemieckiego. W 1903 kupił dom w Sopocie. Wspierał ruch młodokaszubski i „Gazetę Gdańską”. Był wrażliwy na sztukę. Zaczął kolekcjonować malarstwo polskich artystów, którzy studiowali i mieszkali w Monachium. W jego zbiorach znalazły się obrazy Józefa Brandta, Alfreda Wierusza-Kowal-skiego, Władysława Czachórskiego i innych z tego kręgu. Posiadał portrety członków rodziny wywodzących się z dwóch linii. Interesujące były również zbiory rzemiosła artystycznego. Po I wojnie kolekcja obrazów z Zabiczyna została przekazana do muzeum w Poznaniu jako depozyt. Zainteresowania kolekcjonerskie miał również Zygmunt Działowski, spokrewniony z Sierakowskimi. Posiadał bogate zbiory biblioteczne, archeologiczne, militarne. Był właścicielem portretów znanych osób związanych z historią Polski i Pomorza, które zostały przekazane do muzeum w Toruniu (20 obrazów). Siostra Zygmunta Działow-skiego, Łucja po wyjściu za mąż za Józefa Gajewskiego zamieszkała w Turznie niedaleko Torunia. Tu znalazły się portrety rodzin- ne, a niektóre trafiły do Turzna z Waplewa. Wniosła je Klotylda Sierakowska, wychodząc za Ksawerego Działowskiego. Autorką portretów była Maria Sierakowska. Autorami dwóch portretów Franciszka Gajewskiego i Marii z Gajewskich Potockiej byli Tytus Maleszewski i Wacław Radwan. Portrety powstawały z przesłanek sentymentalnych. Bardziej skrótowo omawiane są w pracy zbiory rodzin; Szczanieckich, Walerego Amrogowicza, Dominika Wittkego-Jeżew-skiego, Bnińskich, Józefa Wybickiego, Walentego Wolskiego, Komierowskich, Śląskich, Narzymskich, Jeżewskich. Ciekawe są rozważania autorki o rozproszeniu zbiorów w czasie II wojny i okresie powojennym. Podstawowymi materiałami przy pisaniu tego rozdziału były urzędowe dokumenty niemieckie przechowywane w Muzeum Narodowym w Gdańsku i Archiwum Państwowym w Gdańsku oraz materiały Urzędu Wojewódzkiego, a także korespondencja Andrzeja Sierakowskiego mówiąca o obrazach znajdujących się w posiadaniu rodziny. Na ich podstawie autorka opisuje powojenne losy kolekcji. Mimo znacznego rozproszenia zbiorów autorce udało się zidentyfikować sporo obrazów, które znajdują się w różnych polskich muzeach. W samym Muzeum Gdańskim proces rozpoznania kolekcji waplewskiej jeszcze się nie zakończył. Tragiczne były również losy kolekcji Mieczkowskich. Wywożono je etapami z Niedźwiedzia. Po wojnie uległy kolejnemu rozproszeniu i ostatecznie znalazły się w muzeum w Toruniu. Niektóre obrazy można jeszcze spotkać w antykwariatach. Ze 150 obrazów Jan ta-Połczyńskich ocalała jedna trzecia kolekcji. Znajdują się one w rękach rodziny w Sopocie. W aneksach na uwagę zasługują drzewa genealogiczne rodzin spokrewnionych 186 Recenzje Z Sierakowskimi oraz lokalizacja dzieł sztuki znajdujących się w muzeach i zbiorach prywatnych. Kolorowe ilustracje na końcu książki wykonane na dobrej jakości papierze stanowią uzupełnienie wywodów autorki. Bibliografia jest imponująca. Publikacja stanowi ważny krok w rozpoznaniu zainteresowań kolekcjonerskich polskich ziemian z Pomorza Nadwiślańskiego, za co autorce należą się wyrazy uznania. Andrzej Lubiński SKĄD POCHODZILI BRACIA ZAKONU KRZYŻACKIEGO? Norbert Delestoioicz, Bracia zakonu krzyżackiego lo Prusach (13J0-135J). Studium prozopograficzne, Kraków 2021, Wydawnictwo Aualon. W 2021 roku ukazała się drukiem rozprawa doktorska Norberta Delestowicza „Bracia zakonu krzyżackiego w Prusach (1310-1351) Studium prozopograficzne” napisana pod opieką naukową prof. Tomasza Jasińskiego na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Autor świadomie nawiązuje do wcześniejszej publikacji Marcina Dorny „Bracia zakonu krzyżackiego w Prusach w latach 1228-1309”. W swojej pracy wyróżnia, jak M. Dorna, trzy rozdziały: Skład osobowy zakonu krzyżackiego w Prusach, Bracia zakonu krzyżackiego w Prusach w latach 1310-1351, Przebieg karier krzyżackich i podsumowanie części opisowej. Część biograficzna. Katalog braci krzyżackich. Bibliografia. Autor wyróżnia trzy kategorie braci zakonu krzyżackiego korzystających z pełni praw: duchowni, rycerze i sarianci. Rycerze byli grupą dominującą w zakonie. Kapłani mieli mniejsze znaczenie, karierę mogli ro- bić jedynie jako członkowie kapituł funkcjonujących przy biskupstwach. Sarianci pełnili funkcje pomocnicze najczęściej o charakterze gospodarczym. Recenzje 187 Do zakonu mógł wstąpić kandydat który ukończył 14 lat, był osobą wolną, nieżonatą, zdrową i niezadłużoną. Składał śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa. Trochę później przyjmowano ludzi szlacheckiego pochodzenia. Kandydatami do zakonu najczęściej byli bracia wywodzący się z kręgu niemieckojęzycznego. W prezentowanym okresie autor podaje, że odnotowanych jest w źródłach 955 braci zakonu, z czego 642 to rycerze, 159 klerycy i 154 zalicza do rycerzy łub sariantów. Terenami, skąd rekrutowało się najwięcej braci, była Turyngia, Saksonia, Miśnia, Yogtland, Frankonia, Nadrenia, Szwabia, Hesja, Westfalia i Prusy. Były też sporadyczne przypadki, że pochodzili z Pomorza, Śląska, Polski, Czech. W większości pochodzenie społeczne braci krzyżackich wywodziło się ze stanu ministeriałów, drobnych rycerzy i wasali. Ludzie ci, wstępując do zakonu, liczyli na awans społeczny i wyrwanie się z zależności lennej od swoich dotychczasowych miejscowych panów. Stan ministeriałów w XIII-XIV wieku zanikał i ministeria-łowie wchodzili do niższej grupy szlachty. Autor w zamieszczonych tabelach wymienia wszystkich braci pochodzących z poszczególnych baliwatów, którzy staną się przedmiotem późniejszych analiz. Na większy awans w hierarchii zakonnej mógł liczyć brat wywodzący się z Turyngii lub Saksonii, niż z innej części Niemiec. Znane są losy tylko niektórych braci zanim przybyli do Prus. Często były to osoby w sile wieku, zdobywali ważne funkcje urzędnicze, jak Albert von Braunschweig i Fryderyk von Spier. Niektórzy karierę zaczynali we własnym kraju, a później osiągali ważne urzędy w Prusach, jak Henryk von Plozkau w Altenburgu i Halle, a w Prusach został wielkim marszałkiem. Niektórzy, jak Hen- ryk von Lowenstein, jesień życia spędzili w Malborku, ten akurat jako doradca wielkiego mistrza. Były też przypadki, że wyjeżdżali z Prus, by objąć wyższe urzędy poza swoją prowincją. Zdarzało się, iż po pewnym czasie wracali do Prus. Funkcję wielkiego mistrza uzyskiwały osoby mające bogatą karierę urzędniczą. Największą szansę na objęcie stanowiska miał ten brat, który był wielkim komtu-rem. W prezentowanym okresie było takich trzech braci: Werner von Orseln, Ludolf Konig, Winrych von Kniprode. Tę najwyższą funkcję pełniono przeważnie kilka lat. Pierwsi wielcy mistrzowie w Prusach nie odegrali wielkiej roli, jeden zmarł po przybyciu do Malborka, drugi popadł w konflikt ze swoimi współpracownikami i musiał opuścić Prusy. W latach 1310-1351 było ośmiu wielkich mistrzów. Wielkich komturów było 13, dwóch pełniło tę funkcję dwukrotnie. Zanim objęli ten urząd sprawowali inne odpowiedzialne funkcje jak: komtur krajowy, wielki szpitalnik, podskarbi, szatny. Szpitalnikami były osoby w starszym wieku, mający już spore doświadczenie. Urząd wielkiego szatnego był obsadzany dziewięć razy. Podskarbich było ośmiu. Asystentami różnych urzędników byli tzw. kompani. Była to forma zdobycia doświadczenia, aby objąć inne ważne funkcje urzędnicze. Dwudziestu kompanów spotyka się u boku wielkiego mistrza, np.: kompan Winrych von Kniprode został wielkim mistrzem. Niektórzy zostawali komturami, jeden wielkim szatnym, inny wielkim komtu-rem. Kompani komtura w Dzierzgoniu i Elblągu stawali się najczęściej kompanami wielkiego szatnego i wielkiego szpitalnika. Braci krzyżackich spotyka się również na dworach biskupich. Pełnili funkcję wójta 188 Recenzje biskupa lub wójta kapituły. W biskupstwie pomezańskim było siedmiu wójtów. Więcej spotykamy ich w kapitule sambijskiej. Inaczej wyglądała sytuacja w diecezji warmińskiej, ponieważ nie została ona inkorporowana do zakonu. Tu funkcje wójtów pełniły osoby świeckie nie będące krzyżakami. Klerycy krzyżaccy karierę mogli zrobić jedynie w trzech kapitułach podporządkowanych zakonowi: pomezańskiej, sambijskiej i chełmińskiej. Dziewięciu braci kleryków zostało biskupami, wcześniej byli członkami poszczególnych kapituł. Kapelan wielkiego mistrza Karola z Trewiru, Rudolf, został kanonikiem pomezańskim a potem biskupem. Na ogólną liczbę wszystkich 955 braci tylko 571 znanych jest z imienia i nazwiska. To utrudnia wskazanie miejsca, skąd pochodzili. Podobne są problemy z ustaleniem pochodzenia braci kleryków, wywodzących się jednak w większości z terenu Prus. Najcenniejsza część pracy to biogra- my poszczególnych braci rycerzy i kapłanów. Niektóre informacje o nich są bardzo obszerne, a czasem jest podane tylko jedno zdanie. Jako ciekawostkę można podać, że znaczna liczba braci przewinęła się przez konwent dzierzgoński pełniąc w nim różne funkcje. Bardzo ciekawy jest przygotowany przez autora wykaz wszystkich urzędników i członków konwentu krzyżackiego w Prusach z podaniem dokładnych dat sprawowania poszczególnych funkcji. Wykorzystana literatura pokazuje, na jakim materiale pracował autor prezentowanej publikacji. Książka Norberta Delestowi-cza, podobnie jak polskie tłumaczenie Radosława Biskupa książki Mario Glauerta „Pomezańska kapituła katedralna w czasach średniowiecza”, wydana w 2021 roku przez Wydawnictwo Bernardinum, stanowi ważny krok w poznaniu dziejów braci zakonnych w Prusach. Warto, by znalazła się na półkach nie tylko zawodowych historyków, ale również czytelników interesujących się problematyką zakonu krzyżackiego. Janusz Ryszkowski ODWRÓCONA PERSPEKTYWA Jarosłaia Kurski, Dziady i dybuki. Opowieść dygresyjna. Agora, Wiirszawa 2022. Z historiami rodzinnymi — pisze Jarosław Kurski — jest jak z kartą dań w restauracji. Wybieramy to, co nam akurat w smak. Przyznajemy się do pokrewieństwa/powi-nowactwa z osobami zacnymi, sławnymi, herbowymi. O różnego autoramentu łajdakach wolimy milczeć. A co w przypadku domieszki obcej krwi? Na marginesie po- staci malarza Kazimierza Sichulskiego, Węgra z pochodzenia, ale już przecież Polaka, który uderzał w konkury do babci autora, Teodory (znany był potem także z tematyki utrzymanej w duchu narodowo-patriotycznym), konstatuje: „Niechby miał odrobinę krwi żydowskiej to [patriotyczne obrazy] nic by mu nie pomogły, byłby na zawsze stuprocentowym Żydem”. Tym szukającym z lubością domieszek Recenzje 189 krwi żydowskiej Kurski udostępnia drzewo genealogiczne rodziny ze strony mamy Anny, która przez dwie kadencje była senatorem PIS. Pokazuje, że jest potomkiem rabina Gaona (w tłumaczeniu na polski — geniusza) z Wilna, Elijahu ben Szlomo Zalmana (1720-1797), jednego z najwybitniejszych żydowskich uczonych, który ukształtował nowoczesne studia nad Talmudem. Jarosław Kurski zajął się tą przemilczaną i wypieraną historią rodziny ze strony mamy. To trochę jak z dzieckiem, którego korci to, czego mu się zabrania. Bo mama Anna prosiła i ostrzegała: Nie wiesz, jaki w Polsce jest antysemityzm. Znała życie. „Dziady i dybuki” ukazują się siedem lat po jej śmierci. Znamienne. Autor zdzierał kolejne warstwy rodzinnej historii, by dotrzeć do skrywanych tajem- nic, wywoływał duchy przodków, a czasami to właśnie dybuk, ta błąkająca się żydowska dusza, dusił go i coś szeptał, niemal rozkazywał... Tak powstała ta opowieść dygresyjna (choć ja upierałbym się bardziej przy określeniach „biograficzna” lub „rodzinna”) o poszukiwaniu tożsamości. Kurski wchodzi w bliskie relacje ze swoimi bohaterami, stara się pokazać całą złożoność czasów, w których przyszło im żyć. Jest to zarazem refleksja o tym, czym jest i czym może być odcięcie się od korzeni. Brat babci autora, wybitny historyk angielski Lewis Namier, urodzony jako Ludwik Bernstein (wkrótce zlaicyzowana rodzina przyjmuje nazwisko Niemirowski i przechodzi na katolicyzm) jest główną postacią opowieści dygresyjnej Kurskiego. Przez ojca zapisany po urodzeniu jako Żyd, wielbiciel Józefa Piłsudskiego, doświadczył upokarzającego odrzucenia przez Polaków i w przeciwieństwie do rodziców i siostry przeciwstawił się polonizacji. Studiował we Lwowie i Wiedniu, a potem wyemigrował do Wielkiej Brytanii. Studiował w Londynie i Oksfordzie, uzyskał brytyjskie obywatelstwo. Sumiennie wypełniał obywatelskie obowiązki. Podczas I wojny zgłosił się do brytyjskiego wojska, walczył na froncie. Zdemobilizowany, znalazł zatrudnienie (pomogły znajomości ze studiów) w Departamencie Propagandy, potem I Informacji i wreszcie Wydziale Wywiadu Politycznego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Roman Dmowski oskarżał go o wrogie knowanie przeciwko odradzającej się Polsce. Kurski broni Namiera przed oskarżeniami, że był głównym winowajcą sfałszowania linii demarkacyjnej zwanej linią Curzona, która odcinała Lwów od Polski. Dostarczał jako wybitny specjalista argumentów rządowi brytyjskiemu dla jego polityki w sprawie wschodniej Polski, ale jego sprawczość 190 Recenzje W tym zakresie to już czarna legenda. Na-mier to postać tragiczna, bo także w Anglii dawano mu odczuć, że jest Żydem, z kolei jako działacz syjonistyczny był nim za mało... Pewną metaforą może być fakt, że kazał się skremować a prochy rozsypać. Nie znalazł miejsca na ziemi. Namier jako historyk był prekursorem badań prozopograficznych. Ale to nie jedyna znacząca postać z linii matki autora. Pionier polskiej biochemii Jakub Parnas, wybitny prawnik Stanisław Ehrlich, Helena Syrkus, awangardowa architektka, Edward Żebrowski, scenarzysta i reżyser. A przecież w swojej opowieści sporo miejsca poświęca także rodzinie ze strony ojca. Może z mniejszą już pasją, bo ta historia nie była przedmiotem rodzinnego tabu. Opowieść Jarosława Korskiego udanie różne łączy elementy gatunkowe i korzysta z polifonii. Bo jeśli dobrze się wsłuchać, mamy coś z Grassa, Chwina, Huellego, Gombrowicza i Hrabala. Jest lekki pastisz, ironia, anegdota, coś z bildungsroman, powieści o dorastaniu, eseju czy szkicu histo- rycznego i reportażu. Stroni za to od publicystyki. To się dobrze czyta nie grzęznąc w gąszczu nazwisk, postaci, powiązań. Dwa ośrodki w tej opowieści wysuwają się na plan pierwszy. Gdańsk, rodzinne miasto Korskiego, i Koszyłowce, w rejonie za-leszczyckim (Ukraina), arkadia dzieciństwa jego mamy Anny. Zgodnie z jej ostatnią wolą, urna z jej prochami została złożona w rodzinnym grobowcu w Koszyłowcach; państwowy pogrzeb odbył się w Gdańsku, gdzie pochowano drugą urnę. To rozdwojenie ma coś symbolicznego. Nie rozwinę już tego wątku. Podczas spotkania autorskiego w Sztumie (14 listopada 2022) pisarz opowiadał, że to jego najważniejsza książka w dorobku. Otrzymując egzemplarz autorski, poczuł też ulgę, bo opuścił go dręczący i duszący dybuk. Akulturacja żydowskich członków jego rodziny, choć bardzo się starali, zakończyła się w zasadzie klęską w trzech kolejnych pokoleniach. On już jest przykładem, że udała się w czwartym. Janusz Ryszkowski w rozmowie z Jarosiawem Kurskim na spotkaniu w Sztumie, Jot. archiwum SCK PROWINCJA Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl Anna Albrecht — Studia wyższe ukończyła na Uniwersytecie Mazurskim w Olsztynie. Od 1986 r. mieszkanka Malborka, wraz z mężem Jackiem właścicielka firmy Kopiał. Od 2013-go roku intensywnie realizuje swoje zainteresowania plastyczne w dziedzinie malarstwa sztalugowego. Bierze udział w plenerach i wystawach artystycznych. Jacek Albrecht — Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, Politechniki Koszalińskiej i Warszawskiej. Artysta plastyk, konserwator zabytków architektury i miłośnik zabytków Pomorza. Uprawia malarstwo sztalugowe, rysunek i niektóre rodzaje grafiki. Jego ulubionym tematem prac plastycznych jest portret psychologiczny. Mieszkaniec Malborka. Wacław Bielecki — od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności. Dyrektor Poradni Wychowawczo-Zawodowej oraz szkół medycznych w Sztumie. Meloman, autor książki Zapiski melomana z prowincji. Sujata Bhatt — urodziła się w Ahmedabad w Indiach. Dorastała w USA, ukończyła Uniwersytet Iowa. Pisze w języku angielskim, mieszka w Niemczech. Opublikowała dziewięć tomów wierszy — ostatnio wydawnictwo Carcanet Press opublikowało tom Collected Poems oraz nową książkę Poppies in Translation. Wielokrotnie nagradzana, jest laureatką Com-monwealth Poetry Prize oraz Cholmondeley Award. W 2014 została pierwszą laureatką meksykańskiej nagrody Premio Internacional de Poesia Nuevo Siglo de Oro 1914-2014. Była pisarką rezydentką University of Victoria, British Columbia i gościnną człnonkinią Dickinson College in Pennsylvania. Odbyła rezydencje artystyczne w wielu instytucjach, m.in. Poetry Archive w Londynie, Heinrich Boli Cottage na wyspie Achill oraz Bauhaus Foundation w Dessau. Publikowane w wielu antologiach, radio i telewizji, wiersze Sujaty Bhatt tłumaczono na ponad 20 języków. Prezentowane przekłady są pierwszą publikacją poetki w języku polskim. Johannes Bobrowski — (1917 Tylża — 1965 Berlin). Uznawany za jednego z najwybitniejszych poetów i prozaików niemieckich okresu powojennego. Syn urzędnika kolejowego. Dzieciństwo spędził w Grudziądzu i Kętrzynie. Uczył się w królewieckim gimnazjum, tam też studiował historię sztuki i germanistykę na Albertynie. W 1938 r. z rodziną przeniosła się do Berlina. Tam przyszły pisarz związał się z Kościołem Wyznającym (Bekennende Kirche). Podczas wojny służył w Wehrmachcie. Przy końcu działań wojennych w niewoli rosyjskiej (w ZSRR do 1949 r.). Pracował w berlińskim wydawnictwie. Związany z „Grupą 47”. Debiutował tomem wierszy Sarmatische Zeit (1961). Krzysztof Czyżewski — eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze — sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski ^ pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, Noty o autorach 193 nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Paulina Hoppe-Gołębiewska — ur. 1986 w Malborku, od 2007 roku mieszkanka Sztumu. Związana z Fundacją Damy Radę, asystentka ds. marketingu w malborskiej firmie So Chic. Autorka blogu Radość i Partyzantka, a obecnie pauiapisze.pl, gdzie w dalszym ciągu, z dystansem, pisze o codziennych sprawach. Magdalena Gródecka — ur. w 1985 roku w Sztumie, wychowana w Dzierzgoniu, mieszkająca w Kwidzynie - żyjąca na Powiślu. Absolwentka archeologii spec, architektura na UMK w Toruniu. W latach 2015-2021 dyrektor Dzierzgońskiego Ośrodka Kultury. Obecnie pracownik Muzeum Zamkowego w Malborku. Inicjatorka trwającego Projektu Powiśle budującego markę regionu. Za swoje działania w sferze kultury nagrodzona statuetką Osobowość Roku 2018 w Plebiscycie „Dziennika Bałtyckiego”. Grażyna Kamyszek — rodowita sztumianka. Mówi o sobie, że jest zydlungową dziewczyną, bo na tym niepowtarzalnym osiedlu spędziła dzieciństwo i młodość. Na pisarskiej scenie zaistniała po zakończeniu aktywności zawodowej, by wreszcie zacząć realizować swoje głęboko skrywane marzenia. Pierwsze nieśmiałe literackie kroki stawiała na łamach kwartalnika „Prowincja”. Nabrała wiatru w żagle i pofrunęła dalej, aby pisać i wydawać powieści obyczajowe. Najpierw ukazał się trzytomowy cykl z iskrami w tytułach: Zobaczyć iskry, Zatrzymać iskry, W cieniu iskier, potem były Łzy starej sosny. Najnowsza powieść, której akcja rozgrywa się w Sztumie, to Kraw^żnikoioe dzieci. Akcja tej powieści rozgrywa się w jej ukochanym Sztumie. Andrzej Kasperek — ur. 1958, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim (seminarium prof. Marii Janion), pisarz, badacz literatury, działacz opozycji demokratycznej (jeden z założycieli Niezależnego Zrzeszenia Studentów), doktor nauk humanistycznych; od 1985 zajmuje się pracą nauczycielską (Liceum Ogólnokształcące w Nowym Dworze Gdańskim). Nominowany do Finału Nagrody Literackiej Gdynia 2011 za książkę Back in the DDR i inne opou>iadania (2010). Autor tomu esejów Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło loschodnie (2013) oraz tomu opowiadań pt. Koronczarka (2013). W 2018 wydał Mój plaski kraj Żuławy. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2012). Żuławiak od urodzenia. Paweł Kubicki — Członek Rady Programowej Kongresu Obywatelskiego. Socjolog i antropolog kultury, adiunkt w Instytucie Europeistyki UJ, kierownik studiów podyplomowych „Miasto i miejskość. Jak współtworzyć dobrze miasto”. Specjalizuje się w badaniu tożsamości miast i społeczności lokalnych. Autor wielu publikacji poświęconych kwestiom miejskim. Publikował w wielu czasopismach naukowych, między innymi w: „Polish Sociological Re-view”, „Colloquia. Journal of Central European History”, „Studia Socjologiczne”, „Politeja”, „Kultura Współczesna”, „Zarządzanie w kulturze”, „Pogranicze. Studia Społeczne”, „Jagiellońskie Forum Europejskie”. Członek krajowych i międzynarodowych zespołów badawczych. Radosław Kubuś — ur. 1991 r. w Nowym Dworze Gdańskim. Absolwent historii i archeologii na Uniwersytecie Gdańskim. Specjalista ds. historii regionalnej w Bibliotece Elbląskiej, doktorant w Instytucie Historii UG. Swoje zainteresowania badawcze koncentruje wokół historii medycyny w epoce nowożytnej oraz dziejów prasy w I poł. XIX wieku. 194 Noty o autorach Andrzej C. Leszczyński - Studiował pedagogikę i filozofię. Emerytowany wykładowca Uniwersytetu Gdańskiego, Akademii Sztuk Pięknych, Akademii Medycznej, Sopockiej Szkoły Wyższej, Studia Wokalno-Aktorskiego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Prowadził warsztaty teatralne w kraju i za granicą. Wydał trzy książki. Poza kwartalnikiem „Prowincja” publikował m.in. w „Studiach Filozoficznych”, „Znaku, „Twórczości”, „Odrze”, „Więzi”, „Toposie”. Andrzej Lubiński — ur. 1952 r. w Gniewie. Absolwent historii w UMK w Toruniu. Prezes Towarzystwa Miłośników Sztumu. Publikacje w „Komunikatach Warmińsko-Mazurskich” „Studiach Elbląskich”, „Roczniku Elbląskim”, „Prowincji”, „Z dziejów Sztumu i okolic”. Autor książki W^ich snach powracała Polska. Mieszka w Sztumie. Alicja Łukawska — ur. w 1959, absolwentka filologii polskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy, później pracownik naukowy tejże uczelni, dziennikarka prasy lokalnej i krajowej, autorka książki Duchy Kresów Wschodnich wydanej w 2018 roku w wyd. von Borowiecky, współautorka książki Córka organisty. Wspomnienia mieszkanki Pomorza napisanej razem z matką Haliną Łukawską i wydanej w 2019 roku przez Kwartalnik „Prowincja”. Małgorzata Łukianow — socjolożka, adiunktka na Wydziale Socjologii UW, wcześniej adiunktka w Instytucie Filozofii Socjologii PAN i asystentka na Uniwersytecie Technicznym w Chemnitz. Jej zainteresowania dotyczą głównie pamięcioznawstwa, socjologii kultury i wiedzy. Kwidzynianka. Piotr Napiwodzki — ur. w 1972 w Jeleniej Górze, teolog, filozof, tłumacz, były dominikanin. W 2005 obronił doktorat na Uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim. W latach 2006-2010 rektor Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie. Wydał Bliżej niż się wydaje. O końcu świata, millenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei (2010) i Małe obrazki proste scenki. Powis'lańskim szlakiem Wilhelma z Modeny i losy całkiem współczesnych osadników (Biblioteka Prowincji 2019). Od 2010 mieszka w Koślince koło Sztumu. Janusz Ryszkowski — ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy — pięć pokołeń i pół. Patchwork historyczno-łiteracki z Powis'ła i Kociewia (2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806-1945 (2014). Ryszard Rząd — ur. w 1953 r., historyk, absolwent KUL. Pracownik Muzeum Zamkowego w Malborku. Autor szeregu publikacji poświęconych dziejom odbudowy zamku w Malborku na przełomie XIX i XX wieku. Leszek Sarnowski — ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989-1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do wolności (2017) oraz Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej (2017). Mariusz Stawarski — ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku Noty o autorach 195 W Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marek Stokowski — ur. w 1957 r., w Warszawie. Absolwent Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego oraz podyplomowego studium działań edukacyjnych w muzeach. W 2009 r. uczestniczył w Międzynarodowym Programie dla Profesjonalistów Filmowych Ekran, prowadzonym w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Kustosz w Muzeum Zamkowym w Malborku. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Autor kilkunastu książek beletrystycznych i edukacyjnych, m.in. powieści Samo-loty (2005), Stroiciel lasu (2010) i Kino krótkich filmów (2014). W latach 2016-2018 Trzeci Program Polskiego Radia prezentował cykl jego humoresek, interpretowanych aktorsko przez Zbigniewa Zamachowskiego i Adama Woronowicza. Marek Suchar - psycholog, konsultant personalny i nauczyciel akademicki, absolwent judaistyki i archeologii biblijnej w Wyższej Szkole Filologii Hebrajskiej, kieruje podyplomowymi studiami „Judaistyka stosowana” na sopockim wydziale Uniwersytetu SWPS. Jest autorem licznych artykułów i książek poświęconych Jerozolimie, w tym wydanej ostatnio powieści Kwadrat Jerozolimski. Krzysztofo. Szatrawski — ur. w 1961 r. w Kętrzynie — poeta, prozaik, eseista, tłumacz. Od stycznia 2014 r. prezes Olsztyńskiego Oddziału SPP. Opublikował 9 książek poetyckich, m.in. Poniżej snu (1989, wyd. rosyjskie 2020) Tak cicho śpiewa północ (1997), Pieśni miłości i rozstania (1999), Wiek noioy (2014, wyd. rosyjskie 2022), Czas płonących ogrodów (2017), Wszędzie (2021), powieść Reąuiem dła Bohatera i tom opowiadań Odjazd, liczne prace naukowe z dziedziny historii i teorii kultury. Przekładany m.in. na angielski, bengalski, białoruski, chiński, francuski, hinduski, kazachski, litewski, niemiecki, rosyjski, rumuński, włoski i ukraiński. Profesor UWM w Olsztynie. Autor tekstów piosenek. Ma dorobku 6 tomów przekładów w tym dwujęzyczne wydania poezji Arno Holza Phantasus (2013), Neun Liebesgedichte (2017) Piotr Zawada — pasjonat historii, w szczególności epoki napoleońskiej. Z wykształcenia ekonomista, posiada też licencjat z historii. Od 2002 roku w polskim ruchu rekonstrukcyjnym doby epoki napoleońskiej - dowódca Pułku 12 Piechoty Księstwa Warszawskiego z Gdańska. Autor Sojusznik czy wróg? Armia rosyjska w kampanii galicyjskiej 1809 roku (2009) oraz Victor za Błiichera. O marszałkach epoki napołeońskiej związanych z połskimi ziemiami (2020). Paweł Zbierski — pochodzący z Gdańska scenarzysta i reżyser. Absolwent UJ i łódzkiej filmówki. Emigrant z Polski. Dyrektor artystyczny założonej w Paryżu firmy Fonta-ine Media. Wspólnie z Aleksandrą Fontaine wystawił w Teatrze w Perpignone w marcu 2018 francuskojęzyczną, kryminalną sztukę La fiłłe a ła oałise osnutą wokół wydarzeń związanych z atakiem terrorystycznym na redakcję satyrycznego pisma „Charlie Hebdo”. Od lipca 2018 współzałożyciel wybudowanej w Saint Laurent de Cerdans w Katalonii Galerii „Poray”. PROWINCJA Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl Galeria Prowincji prace plastyczne Jacka Albrechta