Darczyńcy Kwartalnika Prowincja WOJEWÓDZTWO POMORSKIE Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2023 roku” Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu FOBOS ONE Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos One WOJEWÓDZKA 1 MIEJSKA IłBUOlElA POgllCZb/ im. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 5 S 3o Q“1 1 w. 2 27. 22/ PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nrl (51) 2023 Redakcja Leszek Sarnowski — redaktor naczelny Wacław Bielecki — sekretarz redakcji Piotr Napiwodzki Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy Krzysztof Czyżewski, Paweł Zbierski, Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Adam Langowski, Krystian Zdziennicki Projekt okładki Mariusz Stawarski Str. III i IV - Zdjęcia uczestników Warsztatów Fotograficznych przy Uniwersytecie III Wieku Sztumskiego Centrum Kultury: Janina Zaniewska, Wacław Bielecki (prowadzący warsztat), Bożena Trzcińska, Urszula Westfal, Krystyna Kogut, Ewa Grzeca, Henryk Biskup, Wacław Gładczuk (str. IV okładki). Skład komputerowy i przygotowanie do druku Ewa Krefft-Bladoszewska Druk Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81—574 Gdynia ^^ydawca Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82—400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury oraz Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym. Dworze Gdańskim. Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury — Sklep Tabularium Zakład fotograficzny Foto Mono II w Sztumie, Plac Wolności 19 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy: Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Pięćdziesiąta pierwsza „Prowincja’’..............................................5 Poezja Krystyna Lars ................................................................6 Krzysztof Czyżewski..........................................................14 Biblioteka Poezji Ukraińskiej „W obliczu wojny”..............................14 Proza Jerzy Niemczuk — Królowa nieszczęścia........................................23 Łukasz Walendziak — Wioska na skraju szaleństwa..............................26 Esej Andrzej C. Leszczyński — Okruchy.............................................36 Na tropach historii Grażyna Nawrolska — Z dziejów winiarstwa, cz. II (do XIX wieku)..............42 Jan Chłosta — Związki Ignacego Danielewskiego z Warmią.......................48 Wiesław Olszewski — ...Po Niemcu Poll........................................53 Ryszard Rząd — Historie nie tylko malborskie (10) Flatauerowie z ulicy Długiej .............................................60 Radosław Kubuś — W kręgu kultury materialnej mieszkańców Żuław na przełomie XVIII i XIX wieku ...........................................67 Andrzej Lubiński — Msze żałobne, rewizje i werbunki na Powiślu i Kociewiu wiatach 1861-1865 ........................................................73 Piotr Podlewski — Kogo pochowano w katedrze w Kwidzynie? Część 1 ............80 Wędrówki po prowincji Alicja Łukawska — Żuławskie opowieści. Powroźnik z Kończewic.................86 Adam Langowski — Młyny ziemi sztumskiej (1945—1950) .........................98 Arkadiusz Wełniak — Piaski albo Descansar, czyli o życiu i twórczości Alfreda Wellma ..........................................................112 „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono...” Z Marcinem Owsińskim rozmawia Andrzej Kasperek. Część I ..................................................122 Prowincje bliskie i dalekie Marek Suchar — Niezwykli goście jerozolimskiego hotelu „American Colony”..........131 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski — Notatki słów i obrazów (18).............................139 Radosław Wiśniewski — Polin 2022 — III............................................152 Muzyka Wacław Bielecki — Zapiski melomana ...........................................161 Galeria Prowincji Wacław Bielecki — Ziemia sztumska w fotografii................................177 Okiem fotosnajpera Piotr Opacian — Oko w oko z królem Amazonii...................................179 Czego ci matka nie powie... Paulina Hoppe-Gołębiewska — Mitologia macierzyństwa ...........................184 Młodzi piszą Maja Bilewicz..................................................................186 Recenzje Janusz Ryszkowski — O co modlić się nie należy................................188 Piotr Napiwodzki — Konferencje filozoficzne Maksymosa zTyru.......................189 Andrzej Kasperek — „I cóż po filozofie w czasie marnym?”..........................192 Janusz Ryszkowski — Cicha nuta wyjęta z tomów przeszłości.........................194 Noty o autorach..................................................................197 PIĘĆDZIESIĄTA PIERWSZA „PROWINCJA” Witamy w 2023 roku. Okładka mistrza Mariusza Stawarskiego zaprasza do naszej prowincjonalnej wspólnoty. Wszyscy są w domu, jest zabawa, muzyka i dobre słowo, a tak naprawdę słów wiele, wszak nasz kwartalnik to tysiące, setki tysięcy zapisanych słów. Niniejszym numerem rozpoczynamy drugą pięćdziesiątkę, a to znaczy, że nieuchronnie zmierzamy do setki i się nie zmieniamy, w odróżnieniu od naszych peseli. Poetycko rok rozpoczynamy debiutującą na naszych łamach Krystyną Chwin (pseudonim Krystyna Lars) i kolejną odsłoną poezji ukraińskiej, którą wytrwale promuje Krzysztof Czyżewski w swoim sejneńskim Pograniczu. W prozie również debiutanci w naszym kwartalniku — Jerzy Niemczuk, komediopisarz i scenarzysta telewizyjny, między innymi serialu „Ranczo”, oraz Łukasz Walendziak, dla którego jest to pierwsza w życiu publikacja, o tyle ważna, bo dotycząca wyjątkowych i transgresyjnych życiowych doświadczeń. Andrzej C. Leszczyński o światopoglądzie, czyli próbie odpowiedzi na odwieczne pytania: Jaki jest świat? Co ja w nim robię? Jak winienem postępować? W historycznej części Grażyna Nawrolska kontynuuje archeologiczny wątek z europejskich dziejów wina, a po Powiślu, Żuławach, a nawet Warmii oprowadzają nas Wiesław Olszewski, Jan Chłosta, Ryszard Rząd, Radosław Kubuś, Andrzej Lubiński i Piotr Podlewski. Do wędrówek po naszej prowincji zaprasza Alicja Łukawska, tym razem prezentując sylwetkę powroźnika z Kończewic. Adam Langowski uwiecznia powojenne młyny na ziemi sztumskiej, Arkadiusz Wełniak przypomina sylwetkę Alfreda Wellma z dawnych Piasków, a Andrzej Kasperek rozmawia z Marcinem Owsińskim o pracy w Muzeum Stutthof i jego ważnych publikacjach historycznych. Z prowincji nieco dalszych Krzysztof Czyżewski z Sejn, czule żegna między innymi Grigorija Kano-wicza, wielkiego litewskiego pisarza, który wiele lat temu wyemigrował do Izraela, ale swego domu tam nie odnalazł. Radosław Wiśniewski w kolejnej odsłonie cyklu Polin 2022 nawiedza Pińczów, Działoszyce i Lelów, a Marek Suchar w Jerozolimie odsłania tajemnice amerykańskiego hotelu, w którym bywało wielu wybitnych pisarzy i reżyserów. Wacław Bielecki odwiedza sale koncertowe, już nie pandemicznie, a na żywo, między innymi w Bydgoszczy, Katowicach czy Gdańsku. Poza spełnianiem swoich muzycznych pasji Wacław Bielecki prowadzi także warsztaty fotograficzne dla studentów Uniwersytetu III Wieku. Fragment tych pasji prezentujemy Państwu w Galerii Prowincji. Paulina Hoppe-Gołębiewska w swoim cyklu „Czego ci matka nie powie...” tym razem nieco wiosenno-optymistycznie, przynajmmniej w odautorskiej deklaracji. Uruchamiamy też nowy dział, no może dzialik, pod nazwą „Młodzi piszą” (prosimy nieco starszych poetów, by się nie obrażali, wszak poeta to wyłącznie młodość, ale jakoś tych piszących nastolatków chcieliśmy wyróżnić). Na początek wiersz Maji Bilewicz ze Sztumu, z nadzieję, że w jej ślady pójdą i inni nastoletni poeci. Zamiast do szuflady ślijcie swoje przemyślenia i złote myśli na adres redakcji: prowincja@onet.pl W imieniu redakcji życzę ciekawej lektury i ciepłej, słonecznej wiosny. Radujmy się budzącym się życiem i chwytajmy każdy dzień, bo on jest właśnie dla nas. Leszek Sarnowski Rećiaktor Naczelny Kwartalnika „Prowintja" Poezja Krystyna Lars ELEGIA WIECZORNA NA CHWAŁĘ CZARNOMORZA Pieśń I Spójrz tam, gdzie nie chcą patrzeć nasze oczy Ponad rubieże zastawione nocą, gdy w dołach ciemnych Drzemiący żołnierze, liczą pod skórą uśpione zranienia Co wciąż czekają, by wzejść żywym ogniem nad senne blizny omylnych przeznaczeń Gdy bandażami Pisma woła niebo Szarpie gałązką suchą jarzębiny Liczy na piasku nieznajome kroki I chce zapomnieć, co samo mówiło Przez tysiąclecia do milczących domów W których dogasa płomyk Ewangelii O, chłopcze cichy z tryzubem na piersiach ' Nad tobą wieją zorze i ulewy, co się wspinają Ponad ciemne morza do swych kołysek Zawsze niepoprawnych, w których się grzeje Nadzieja odważna na śmierć uśpioną pod krawędzią hełmu Choć ziemia dudni wozami z Północy A poprzez stepy ciągną pochody olbrzymów Co się ścigają w laponiskach ognia W cieniach i zorzach nad suchą ojczyzną Której sennymi serca limanami podpływa do nas Czarna łódź wieczorna, by nas zaprosić Na ucztę ślubów dawno zapomnianych Co się rozpala pod powałą nieba Gdy ręce podajemy nad kałużą ognia, W której nieśpiesznie umiera przyjaciel. Poezja 7 Niosąc nad słońca ciemność Morze Czarne Przez gąszcz bodiaków, klonów i jarzębin Pod bramę spalonego domu, w którym Zaśpiewać nie chce uchylone okno Co skrzydłem szyby pobrzękuje w ciszy Licząc na niebie błyski nienawistne których nawet sam Pan Bóg nigdy nie policzy Pieśń II Cicho zbieramy się pod czernią nocy Czekając w ziemi na swe zmartwychwstanie Wierząc w ukryte pod piórami wrony Zimowe amulety mrozu i zwątpienia Sny, ciernie słońca, co serca otwiera gestem kamienia nad powierzchnią morza Wskazując dom, pod którym przyjdzie nam umierać Nie bądź nieufny wobec tych, co kłamią Czcij ojca swego, gdy ci ból zadaje Śnij na kolanach piosenkę stepową Licząc, że morza podchodzą pod okna I zaglądają plątaniną błysków do naszych kuchni Gdzie na twardym stole mąka się śnieży Pod ręką dziewczyny, lepiąc kołacze W ciszę zapomnienia, gdy cień, co szuka światła Od pobielanej ściany powoli odchodzi W bluszcze ciemnokrwawe, co piszą twoją pochyloną Głowę, choć list za ramą świętego obrazu Wzywa do porzucenia ślubnych fotografii Pobrązowiałych od gorzkiego ognia Pieśń III Szukajcie w gruzach stłuczonych zegarów W których cichutko wiatrem pobrzękuje Czas, co nas niesie ponad taflę lodów Przez wielkie pola, w górę, zmierzchem ziemi Byście znów mogli przeliczyć na palcach Wielką i niepodzielną dziedzinę niewiedzy I zbiera wokół stołu umarłych rycerzy Których niezmienne oblicze oddechu Powtórzyć śmierci swojej nie potrafi 8 Poezja Bo cicha, mocna jak butelka wódki Co śpi w plecaku, czekając odważnie Na dzień, gdy wszystkie zagubione cienie Zbiorą się pilnie pod obrożą cerkwi I znów zapieje kogut, czarny płomyk nocy Na przebaczenie losu, co się miał narodzić Pod bramą ognia, w ogromnej powodzi Światła i nieba, byśmy przebudzeni Z sobą na zawsze odeszli złączeni Pieśń IV Dokąd idziecie, gdy was wołam nocą Nad rzekę, co się wlecze lasem i pustkowiem By nad brzozami wypatrywać sennie Tego, co zagubione, lecz nie pogubione Gdy senna białość spóźnionego portu Odtwiera nas na wiatru bramy I zasypuje puchem lotnym pierza Domy i stajnie z obrokiem Pacierza, gdy niebo zwija w mroku Podsłoneczną jasność z wstążek przedślubnych W srebro zaplątanych Wijąc palcami kolczaste zasieki Co dogasają szwabachą nagrobną Na płytach granitowych Z imionami zmarłych Które się nie chcą W słonecznik przemienić Dzwon, który w tarczę cynową uderza Wciąż poszukuje minut bez godziny Domy wysokie z balkonami mocy Polerowane do blasku niedolą Umarłych plemion Co się wyzwalają od tych w żelazie. Którzy wciąż bezsennie Strachem budują swoją nędzną przyszłość Pod lichą, gładką skórą popielnego cienia Zstępując w lata wciąż niepoliczalne zbierając ziemię w kułaki ze stali I podpalając całe miasta śpiące W łunie szpitali, na piosence krwi Poezja 9 By głód, co drzemie w babilońskiej nocy Przełamał mrozem słoneczne promienie W których czekamy na los naszych dzieci, Gdy się nad wodą w popiół przemieniają Rzucając w chmury wciąż piłkę czerwoną Co się odbija od sufitu nieba Z którego oni chcą wymazać gwiazdę dom prowadzącą przez pustkowia stepu w stronę zielonej zorzy nad brzegami morza które otwiera się pod drzazgą słońca na pożegnanie wrogów, co nadchodzą Pieśń V Nie czekaj na tych, co ślą obietnicę fCryjąc zamiary ponad murem cienia Nie wierz, że chcą cię na zawsze ocalić Niosąc pod niebo pustą przepowiednię losu Który nie ufa żadnej spopielonej cerkwi Wciąż świecąc żarem ponad pustą rzeką W zwęglonych kopuł złym ikonostasie Rąk nie podawaj tym, co mówią: bracie A nożem prują prześcieradło nieba Byśmy bandaże mogli tkać wrzecionem lamp, co wygasły w lodowych klinikach Gdzie dzieci nasze tracą sens i zdrowie Na odczytanie sinych liter Pisma Codziennie wypisanych na pobladłej skórze Chłopców i tarczach uśpionych zegarów Które po zmierzchu biją w blachy domów Gdy niepodległe gasimy pod sercem Płomienie nocy, która nie nadchodzi Na los i stratę, której nie masz w sobie Bo wiesz, że nie jest zapisane tobie Jak równy z równym zasiadać przy stole Przy którym biesiadują królowie potężni. Żołnierze z błota, krwi i przerażenia Grzęzną w żółtych transzejach z rozpalonej gliny Z twoją na piersiach małą fotografią jak gdyby mieli w sobie małe słońce 10 Poezja Co im oświeca noce spadające Żelazem, ogniem na zwęglone pola Dobrego losu, którego nie zmogą Nawet nieufne godziny przed świtem Gdy zorza sypie ponad pola czarne iskry pobladłe w wąwozach jarzębin Gasnące cicho w uśpionych mokradłach W olchach szukając ułudnych przeznaczeń Wiecznie nieprzepłaconej grozy odnowienia Pieśń VI O, gdybyż dwie jaskółki nadmorskie Co ciągną w niebo smugę światła z cerkwi Spadły na wodę, w burtę krążowników. Co się przyssały do wysokich klifów I jad wężowy snują w pajęczynach Pryskając ogniem na słomiane dachy Uśpione w pustych limanach obłoków I topią nocy ołowianym mrokiem To, co odważne, mocne, niepodzielne Choć kamień, woda i liść rozmarynu Uparcie wierzą na złość nierozsądnym Że wieże ognia rozpięte nad lasem Znów przełamane będą na kłamstwo i prawdę Choć ci, co wciąż pukają do drzwi nienawiści Usną na brzegu z liściem w pustych palcach Licząc, że niebo nachylone w morza Pobłogosławi ziemi nieodkrytej Gdzie uzbrojeni w litość i nienawiść Mocni i podli, silni i bezpieczni Siedzą na pustych krzesłach W domach niepamięci Ale im rzeka, co pod niebo płynie Nad swe porochy wzburzona niewiedzą Mści się pod skarpą z naruszonej gliny Za chłopców z kulą pod sercem stulonym W którym otwarta iskra tętnicową drogą Piosenkę narysuje na pobladłej skórze Byśmy zebrali z rośnej stali nieba Poezja 11 Wielkie i poniechane słowa, których już nie trzeba Czekać z gałęzią złamaną jastrzębi Na dzień, co dzwoni niesłyszalną głębią Pod samo słońce spalonego stepu Gdzie stosy ognia ponad niebo biją Karząc tych, co przybyli w żelaznych pochodach By śledzić w piasku ciemne ślady Boga Pieśń VII Śmierć cyrylicą pisze nam na skórze Bylinę jasną jak pieśń o Igorze Ogniami sypiąc na pościel zebraną Pod oknem, w którym siedzi osiwiały starzec I na różańcu piosenkę wydzwania Na pokuszenie wnukom i niedzieli W której rozsiedli się święci anieli I na spódnice spalonych mołodyc sieją okruchy próchna niepodległe Cóż nam pomoże krucha gałąź Pisma Na której siedzą miasta i kościoły Gdy dzieci nasze uchodzą za morze By się w popioły nierozważnie zmienić I na bębenkach stukać przepowiednie Których słuchać nie pragną wysokie jałowce Gdy ogień wchodzi w ciemną bramę lasu I nie chce widzieć ptaków i jeleni Wciągając zieleń w nasze gorzkie sprawy By śmierć zajrzała sosnom do korzeni Pieśń VIII O, jestem panną, co plecie warkocze Dymu, pełznące po pogodnym niebie Palcami z lodu niosę mirrę i kadzidło By posypywać z góry poburzone miasta Na chwałę losu i miarę zniszczenia Bo zabić znaczy nową formę nadać rzeczom, by się zbudziły mocą przeznaczenia 12 Poezja O, niepodległa, bezlistna szafarko Łask ognia złego i dobrych popiołów Racz w swej ogromnej, suchej niepłodności wciąż nas omijać na swym pustym trakcie Bo choć nie naszą rzeczą jest buntować Przeciwko nocy kwiaty i pąkowie Dębów i sosen, jagód i jarzębin Bądź pozdrowiona z dalekich podróży Gdzie drzewa bronią swojej niepogody I wodę niosą w chłodnych liściach nocy Na pomylenie prawdy z nienawiścią I choć się chylą na potrójną chwałę Twoich budowli z cmentarnych kamieni Czekaj nas tylko tam, gdzie los niepoważny Naszej odwagi nigdy nie odmieni Pieśń IX Niech cię osłania kolumnada ciszy Bluszcz co oplata milczeniem ruiny Żebyś się mogła zanurzyć w roztoczach Nad brzegiem morza, z którego czyhają Czarne okręty z miotaczami ognia Na rozświetlenie pogubionych nocy Gdy wieczne wycie syren od góry zawiewa Płaczem i krzykiem, płosząc ciemne stroje W które się przyobleka miasto niepodległe Licząc płomyki świec w ciemnościach piwnic Gdzie przyczajeni nad książką uczniowie Uczą się pilnie alfabetu ognia Śpiącego cicho pod powieką nocy A wrona, co ją niebo przemieniło W znak podsłoneczny na chwałę uśmiechu Krąży nad miastem, nie poznając ulic Którym się toczą czarne eszelony Tych, co odeszli na wzgórze z kamienia Nad którym czuwa noc i sen, co przemienia Ból w nieodkrytą obietnicy kartę Na której ktoś wypisał przebaczenia łzę Poezja 13 Pieśń X Czegóż ci życzyć dziewczyno z Odessy Rękę unosząc na twe pożegnanie Pod niebem z ciemnego od ognia popiołu Po którym płyną obłoki płomienne dzieci spalonych na gruzach przedszkola Gdzie świerszcz i mrówka szukają nadziei Pod cegłą kruchą rozbitą na pył 14 Poezja Krzysztof Czyżewski BIBLIOTEKA POEZJI UKRAIŃSKIEJ „W OBLICZU WOJNY” Biblioteka Poezji Ukrainy „W obliczu wojny” doczekała się już drugiej serii, czyli kolejnych dziesięciu dwujęzycznych ukraińsko-polskich tomików wierszy. Wśród autorów znaleźli się zarówno poeci znani w świecie, jak Oksana Zabużko czy Serhij Żadan, jak również po raz pierwszy publikowani w języku polskim - Hałyna Hulijewa, Darija Suzdałowa. Podobnie rzecz się ma z tłumaczami — są wśród nich poetki i poeci z dużym dorobkiem translatorskim, jak Bohdan Zadura czy Aneta Kamińska, oraz debiutujący na polu przekładów z języka ukraińskiego, jak Joanna Lewandowska czy Agnieszka Wolny-Hamkało. Druga seria Biblioteki potwierdza odczucie dzielone przez wielu czytelników przy lekturze pierwszych dziesięciu tomików, a mianowicie szczególną dojrzałość poezji ukraińskiej tworzonej od 2014 roku. Nie ma w niej nadmiaru patosu, a tym bardziej tonu propagandowego tak charakterystycznego dla poezji tworzonej podczas innych katastrof wojennych, choćby w latach drugiej wojny światowej. Nie znajdziemy też u twórców ukraińskich wielu śladów daniny płaconej czasowi, owego, tak charakterystycznego choćby dla poezji polskiej okresu stanu wojennego, obniżenia lotów poetyckich. Jest wręcz przeciwnie — poezja ukraińska ostatniego okresu nabrała wysokich lotów: jest bogata formalnie, wielogłosowa pokoleniowo i topograficznie (Biblioteka obejmuje poetów tworzących w dawniej rosyjsko-języcznych regionach Ukrainy, którzy dopiero w ostatnim okresie zaczęli tworzyć w języku ukraińskim), oczyszczona z wielosłowia i romantycznego poetyzowania, odważna w swym minimalizmie i szacunku dla słowa przylegającego do rzeczywistości. Gdyby pokusić się o mini-portrety wszystkich dziesięciu poetek i poetów drugiej serii, mogłyby one przedstawiać się na przykład tak... HANNA OSADKO Przyjechała do Krasnogrudy jesienią, z Tarnopola, razem z córką Sonią. Tyle świetlistej energii, ciepła i cichej pracowitości wnosi w nasz polodowcowy krajobraz... Przyjechała jak tylko zdołała się podnieść po śmierci męża, zabitego na wojnie. Podnosząc się (bo czy można tu użyć czasu dokonanego?), podnosi ze sobą cały świat. Z miłością zabiera maluchy z pracowni „Gucia Zaczarowanego” w podróże do królestwa wyobraźni, tworzy bajeczne Biblioteka Poezji Ukraińskiej „W obliczu wojny” 15 A^Uh CithAW U&HH^ ft^^^^^ 73 W^tiŁ »tł»»li'«>»******'*' nwfi wątrt »i«hi, W£V K5«A?t« ewk/aw ME# KKłUtW mWAdĄ PCf>B4 ftMiifZĄ aińuk RMM fM/fM ^iAtW^llSiii^ KwwCtóWf ^»,Va CłiWłW ^Y.}?ttWlCNi aaii ».»*ŁH «»“« HtMA^ ‘AA/'h^^ pv(AAWft ,^ftęri mtiiMa^ FSfiL!AV' * <»eucz» *»- «»«4 w^ej,, ^-^ i JA ^;*'/i V»lklb(t«&»»»%8>w»wt ilfcłE*^ 4*I^£4M1 aiHłiJł iFHm uTSAatM Ht^MOMfe IgWft fwiłAhw Afiwrute ^ .®«.i.i!.łV •(♦łW’^ 1* -en/czt m^Jitej. *< ^^S^^^:^'y SŁÓW KILKA O WINIE W POLSCE Znajomość uprawy winorośli pojawiła się na ziemiach polskich prawdopodobnie z upowszechnieniem chrześcijaństwa. Prekursorami zarówno uprawy jak i wytwarzania wina byli zakonnicy, zwłaszcza benedyktyni (m.in. Tyniec, Mogilno, Lubin) i cystersi (m.in. Jędrze- jów, Wąchock, Sulejów, Koprzywnica), co wiązało się przede wszystkim z zapotrzebowa- niem na wino mszalne, chociaż nie tylko. Już w Bulli Gnieźnieńskiej z 1136 roku jest wzmianka o winnicach w opactwie łęczyckim (Ryc. 7). Później winnice zaczynają być zakładane przy szpitalach, co wiązało się m.in. z faktem traktowania trunku jako środka leczniczego. W dwunasto — i trzynasto-wiecznych źródłach ikonograficznych spotykamy sceny związane z działalnością winiarską. Od tego czasu wino staje się luksusowym napojem zamożniejszej części społeczeństwa, oprócz pełnienia oczywiście niezbędnej roli w liturgii chrześcijańskiej. Dlatego w XIV i XV wieku odnotowano największe nasadzenia winorośli obejmujące rozległe obszary (Ryc. 8). Winnice zakładano przy klasztorach, zamkach, obok dużych i mniejszych miast, m.in. w Państwie Krzyżackim, Królestwie Polskim. Można przypuszczać, że zachowane do dzisiaj nazwy niektórych miejscowości, np. Winnagóra, Winnica, Wi-niary, Winogrady są świadectwem tej działalności. Ryc. 7. Drzwi gnieźnieńskie — udeptywanie winogron 46 Grażyna Nawrolska Ryc. 8. Winobranie (1530 rj. Fresk na zamku Buonconsiglio, Włochy Ryc. 9. Zabawa />rzy winie i muzyce (XVII w.) wg https://www. marekkondrat.pł/blog Oprócz produkowanych na miejscu win, znaczący udział w spożyciu miał import dobrego trunku, m.in. z Węgier, Górnej Nadrenii (reńskie), Hiszpanii (malaga, alikent), Portugalii (porto), Italii. Regres miejscowego winiarstwa nastąpił w szesnastym stuleciu, a jedną z przyczyn było ochłodzenie klimatu, czyli tzw. mała epoka lodowa niesprzyjająca uprawie winnej latorośli. Także następujące zmiany w sposobie produkcji, a więc upowszechnienie siarki jako środka konserwującego i znaczący wzrost importu dobrych win spowodował ograniczenie krajowych nowych nasadzeń. We wczesnym okresie nowożytnym (XVI-XV1I w.) wino nadal było trunkiem ekskluzywnym, niedostępnym np. w karczmach na prowincji, a jedynie w większych ośrodkach miejskich i zespołach klasztornych (Ryc. 9). Mieszczanin Jan Gawiński, zostając szlachcicem, tak pisał: „Nie pił wina gmin, tałatajstwo lecz książęta, szlachta, państwo lub rad osoby publiczne gdzie miasto polityczne” Przełom szesnastego i siedemnastego stulecia to początek tzw. palenia gorzałki, czyli produkcji zdecydowanie mocniejszych trunków. Dość szybko przyjęły się one w Rzeczypospolitej, podobnie jak określenie „Pije jak Konarzewski”. Osobą tą był generał ży-jący w XVIII wieku, który podobno miał „bardzo mocną głowę” i w piciu trunków dzielnie dotrzymywał kroku Anglikom, najmocniejszym w ówczesnej Europie w tej dziedzinie. W XVIII i XIX stuleciu tereny uprawy winorośli na obszarach Rzeczypospolitej znacznie się zmniejszyły. Mimo, że wcześniej liczne plantacje znajdowały się wokół Krakowa, Sandomierza, Płocka, Torunia, Elbląga i wielu innych miast, to ich zasięg stopniowo się kurczył. Wino nie było specjalnie preferowanym trunkiem wśród ludności, a wymagająca i trudna uprawa winorośli też nie przynosiła spodziewanych efektów. Preferowane było przede wszystkim piwo, a potem gorzałka (okowita). Zwiększający się import lepszych win przyczynił się także do zmniejszenia zasięgu winnic. z dziejów winiarstwa cz. II (do XIX wieku) 47 Wino to napój o bogatej historii. Początkowo nazywany trunkiem bogów i kapłanów, z czasem zyskiwało większą popularność wśród „zwykłych ludzi”. Wzrastająca systematycznie produkcja wina spowodowała, że uprawa winorośli swoim zasięgiem objęła cały świat. Były i są gorsze gatunki tego trunku. Są także wspomnienia związane z winem. Było przecież wśród nas wielu amatorów popularnego „wina pisanego patykiem”, „jabola”, „wina marki wino” czy „J-23”, które może nie było wykwintne, ale np. na praktykach studenckich — i nie tylko — towarzyszyło nam razem z piosenką: „więc pijmy wino archeolodzy, utopmy troski w rozbitym szkle....” Na*zdrowie !!! Można zamawiać na prowincja@onet.pl 48 Jan Chłosta Jan Chłosta ZWIĄZKI IGNACEGO DANIELEWSKIEGO Z WARMIĄ Spośród działaczy Pomorza Ignacy Danielewski (1829—1907) był pierwszym, który bezpośrednio wsparł w staraniach narodowych warmińskich chłopów. Stało się to w sierpniu 1885 roku, gdy urządzono dwa wiece w sprawie cofnięcia rozporządzenia Nadprezydenta Prus Wschodnich i Zachodnich z 14 lipca 1873 r. o usunięciu nauczania języka polskiego w szkołach ludowych w zaborze pruskim. Przyjechał wtedy do Olsztyna na zaproszenie miejscowych Warmiaków, którzy w Boże Ciało 4 czerwca tego samego 1885 r. zawitali do Torunia, aby prosić redaktora „Gazety Toruńskiej” o pomoc w zredagowaniu w tej sprawie petycji do sejmu pruskiego i biskupa warmińskiego. Danielewski „był doskonałym mówcą, nie oszałamiał frazesami niezrozumiałymi, ale mówił spokojnie i dostatecznie przekonująco [...] Słuchając go wiedziało się, że to co mówi, było obmyślone i przygotowane należycie. Był chętnie słyszanym i słuchanym mówcą wiecowym; o wartości wymowy niech świadczy ta okoliczność, że lud całe ustępy mów jego pamiętał i powtarzał długie lata”’. Dlatego właśnie do niego przyjechali. W mniemaniu Warmiaków pozbawieniem nauczania języka ojczystego i religii uczyniono wielką krzywdę dzieciom polskim. Pomiędzy ośmioma Warmiakami przybyłymi do Torunia znajdowali się znani już wcześniej Danielewskiemu: Andrzej Samulowski z Gietrzwałdu, Franciszek Szczepański z Lamkowa i przyszły redaktor „Gazety Olsztyńskiej” Jan Liszewski z Klebarka Wielkiego. Znani może nie osobiście, ale już z podjętych działań narodowych, opisywanych zresztą w czasopismach takich jak „Przyjaciel Ludu”, „Przyjaciel” czy też „Kalendarza Majstra od Przyjaciela Ludu”, prenumerowanych również na południowej Warmii. Wymienieni nadsyłali też korespondencje do tych gazet, najwięcej Samulowski i Szczepański, ale też Józef Kupczyk z Bartągu, czy Jan Kikut z Brąswałdu, który zwierzył się, że w parafii duszpasterzuje przybyły z Litwy ks. Franciszku Kaupowiczu (1799—1871), który wygłaszał tylko polskie kazania i nauczył parafian pieśni Boże cos Polskę. To właśnie na prośbę Danielewskiego, po sprzedaniu w 1867 roku w Chełmnie „Nad-wiślanina”, zaczął w Toruniu wydawać pierwszy dziennik na Pomorzu „Gazetę Toruńską”^, Szczepański podjął się agitacji na Warmii, aby redaktorowi zapewnić mandat poselski w sejmie pruskiego na drugą kadencję. Pospieszna agitacja może nie dała większych wyników, ale później A. Samulowski może z pewną przesadą podkreślił, że „tamto działanie na początek znaczyło dużo”^. ’ Ks. A. Mańkowski, Ignaey Danielewski (1829—2907),yf: Szkic biograficzno-literacki, Toruń 1908, s. 8. T, Zakrzewski, Ignacy Danielewski, w: Słownik biograficzny Pomorza Nadwiślańskiego, t. I. Gdańsk 1992, s. 292—294. ’ J. Jasiński, Świadomość narodowa na Warmii w XIX wieku. Narodziny i rozwój, Olsztyn 1983, s. 177 Związki Ignacego Danielewskiego z Warmią 49 Dwa lata później w 1869 r. w wydawanym w Chełmnie „Przyjacielu Ludu” zwrócił się do czytelników z prośbą o pomoc 29-letniemu poecie Andrzejowi Samulowskiego, wtedy jeszcze mieszkającemu w Sząbruku, który „od jedenastu lat leży na łożu boleści, w biedzie i w wielkich cierpieniach”"*. Dalej napisał, że „nie zaznał on innej szkoły nad szkołę elementarną w sząbruckiej parafii, przecież do tyle z nauki korzystał, że gładko się wypisać umie po polsku, jak tego kilkakrotnie dawniej bywały w >Przyjacielu< dowodem listy spod Olsztyna. Teraz coraz to więcej krępowany cierpieniem i niedostatkiem, zamilkł w „Przyjacielu”. Ojciec jego, mający niewielki mająteczek chałupniczy, wykosztowawszy się przy tym na chorobę syna przez lat tyle, jest w biedzie nie małej [...] Chorowity Andrzej był już raz u wód morskich, gdzie go li miłosierdzie gości kąpielowych utrzymywało, a choć kuracja ta pomogła mu, powtórzyć jej dla zupełnego braku środków nie mógł. W bieżącym miesiącu przyjazd biskupa warmińskiego, dr Krementza, który zwiedził parafię sząbrucką, obudził samorodnego poetę [...] Napisał dwa hymny, jak je nazwał, z tej okazji, na przywitanie i pożegnanie ks. biskupa. Miejscowy proboszcz ks. [Jan] Rysiewski doręczył wraz z krótkim tłumaczeniem oba wiersze ks. biskupowi, który przyjął je z radością i „Przyjacielowi Ludu” do ogłoszenia przesłać kazał. [...] „Przyjaciel” podaje jeden z tych hymnów. [...] Do tego łączy usilną prośbę za biednym chorowitym autorem tych wierszy [...] Prosimy więc zająć się składką na tego poetę z ludu, poetę polskiego z Warmii, a zebrane pieniądze odesłać na ręce proboszcza Rysiewskiego do Sząbruku”^, A oto dwie pierwsze zwrotki z tego hymnu: Błogosławiony Bóg, który swego Obdarza sławą za ich cne zasługi „Błogosławiony, który w imię Pańskie Przychodzi” zwiedzać gminy chrześcijańskie! Raduj się gmino i bądź stą szczęśliwa. Gdyż Arcypasterz dziś do nas przybywa. Witaj nam — witaj, Najprzewielebniejszy Księże biskupie. Ojcze najmilejszy! My Cię uprzejmie dzisiaj nasze bramy Również i serca szczerze otwieramy. Kornie Cię prosim o błogosławieństwo, Abyśmy mieli nad grzechem zwycięstwo^. Danielewski wsparł także innego Warmiaka, syna powstańca listopadowego, który osiadł w Ornecie, Karola Emiliana Sieniawskiego (1843—1923), w podjęciu studiów historycznych na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Wrocławskiego^. Po 31 latach Danielewski wspominał: „Przybył do mnie chłopiec młody i bardzo łamaną polszczyzną począł opowiadać swoje położenie. Trzeba było mi było brać język niemiecki do pomocy. Dowiedziałem się wtedy, że złożył właśnie egzamin abituriencki w jednym z gimnazjów warmińskim i że chce się poświęcić naukom historycznym i filozoficznym. Że się nazywa S.[ieniawski], jest z ojca Polaka, lecz matka po polsku nie umiała. On przecież czuje się Polakiem z własnej * Majster [Ignacy Danielewski], Polski poeta wśród ludu na Wiirmii, w: „Przyjaciel Ludu” 1869, nr 43, s.2 ’ Tamże, * Tamże. ^ M. Pociejewska, Karol Emilian Sieniawski. Życie i twórczość, Olsztyn 2016, s. 15; Por. T. Oracki, Słownik Biograficzny V(itrmii, Afazur i Powilla XIXi XX wieku (do 1945 roku). Warszawa 1983, s. 284—285. 50 Jan Chłosta chęci i ukradkiem prawie, po polsku się nieco nauczył, pragnie tego więcej, stąd chciał-by iść na uniwersytet we Wrocławiu, gdzie wielu Polaków. Był bez funduszów. Udało się znaleźć dla niego zapomogę. Studiował we Wrocławiu z sukcesem znakomitym. Żył jako Polak z Polakami, nauczył się wybornie po polsku i jako pisarz historyczny i geograficzny polskimi dziejami zjednał sobie znaczenie, a jako wybitny Polak ściągnął nawet na siebie prześladowania”®. Dodać trzeba, że K. E. Sieniawski jako stypendysta Towarzystwa Pomocy Naukowej Prus Zachodnich napisał dwutomowe opracowanie Biskupstwo Warmiński^ i otrzymał w 1876 r. pierwszą nagrodę Akademii Umiejętności w Krakowie. Powróćmy jednak do pamiętnego spotkania w Toruniu. Obok Samulowskiego, Szczepańskiego i Liszewskiego w tym gronie ośmiu przybyłych Warmiaków mogli być: Jakub Mazuch z Raszągu, Antoni Sikorski i Piotr Sznarbach z Gietrzwałdu, Andrzej Kaber z Wo-ryt i Józef Thiel z Czerwonki. Redaktor Danielewski był zdumiony postawą i stopniem zaangażowania w przedsięwzięcie, w którym pragnęli uczestniczyć. Napisał o tym niespełna po roku: „Byli to wysłannicy z krainy >czystej chłopskości<, sami chłopi, bo włościanie, kmieciowie chodzący za pługiem, z kosą podczas żniw, a gdy trzeba to i za bydłem, wzięli sobie do serca dolę przeszło 50 tysięcznej ludności, mówiącej po polsku, która zamieszkuje dwa dekanaty Warmii południowej, jej krańca: olsztyński i wartemborski (obecnie barczewski), które rozpościerają się przez powiat olsztyński aż het w reszelski i poza miasto Reszel, skąd ks. [Juliusz] Dinder, przyszły arcybiskup poznański rodem”’°. I dalej: „Gdy więc owych ośmiu przybyło w roku zeszłym [tj. 1885 r.] po radę do rodaków swoich w Prusach Zachodnich, a każdy z nich chłop w chłopa, jak dąb, wzrostem i muskularną postawą o wyrazistych rysach twarzy, jakby z grubego wióra tylko co wyciosanych. Gdy nadto w swej gwarze rzecz przedstawili, żądając pomocy w ratunku dziatwy i przyszłego pokolenia od upadku moralnego i zdziczenia, które zaniedbuje nauki religii przez narzucenie niezrozumiałego języka, obcego w szkole i Kościele, patrzono na nich jakby na ludzi z jakiegoś zapadłego świata, słuchano z natężeniem, aby zrozumieć i ze zdziwieniem zachwycającym, jakby głosu wracający spoza grobu””. Dano im więc radę, aby urządzić dwa wiece w Olsztynie i Wartemborku [teraz Barczewo]. Sam Danielewski zredagował petycję i zapowiedział swój przyjazd na Warmię. Uwzględnił przy tym sugestię, jaką jeszcze w liście z 7 listopada 1872 r. skierował do niego ówczesny poseł do sejmu pruskiego Ignacy Łyskowski, aby w petycjach kierowanych do władz pruskich w okresie kulturkampfu zwracano przede wszystkim uwagę na sprawy narodowe^^. Wiece na Warmii odbyły się 15 i 16 sierpnia 1885 r. Poza wystąpieniami na wiecach podpisywano następującą petycję z żądaniami ojców rodzin: „1. Aby polskie dzieci uczono religii świętej we wszystkich oddziałach po polsku; 2. Aby też dzieci uczono we wszystkich oddziałach polskiego czytania i pisania tak, żeby one opuszczając szkołę dobrze to umiały rachunków zaś ich uczono tak, aby równo dobrze po polsku i po niemiecku umiały ’ Majster [Ignacy Danielewski], "Warmia //, w: Dziennik Poznański, [dalej DP], 1895 nr 112z 16V ’ K. E. Sieniawski, Biskupstwo warmińskie, jego założenie i rozwój na ziemi pruskitj z uwzględnieniem dziejów, ludności i stosunków jeograpcznych ziem dawniej krzyżackich, Poznań 1878 ’” I. Danielewski, Korespondemja „Słowa”. Kraina chłopskos'ci , w: Słowo (Warszawa), 1886, nr 105 z 12 V ” Tamże. '^ Ks. A. Mańkowski, Witlka kultuma a poczĄtki polskiego liberalizmu religijnego, w: Mestwin, dodatek do „Słowa Pomorskiego” 1928, nr 10 z 25 IX Związki Ignacego Danielewskiego z Warmią 51 rachować; 3. Aby nauczyciele przy szkołach z polskimi dziećmi dobrze umieli po polsku.” W uzasadnieniu znalazły takie zdania: „My jesteśmy przecież tak samo poddanymi króla jak i Niemcy, tak sam płacimy podatki i przelewamy krew na rozkaz króla jak i oni, dlaczegóż zatem dzieci nasze są tak upośledzone, że ich uczą w języku, którego one nie rozumieją, a przez co nie tylko nie mogą się tyle nauczyć co dzieci niemieckie, ale owszem głupieją. My mamy przekonanie, żebyśmy ciężko zgrzeszyli przeciw Bogu, gdybyśmy mieli zostać czym innym jak tym, czym nas Bóg stworzył tj. Polakami i katolikami”’^. W końcu znalazło się sformułowanie: „My mamy przekonanie, że byśmy ciężko zgrzeszyli przeciw Bogu, gdybyśmy mieli zostać czem [kim] innym jak tern czem nas stworzył tj. Polakami i katolikami”’'*. Około 150 osób przybyło na wiec w Barczewie. Tam również nauczyciele próbowali przeciwstawić się uchwaleniu petycji, ale zgromadzeni rodzice wyrazili pełne poparcie treści w niej zawartej’5. Następnie we wsiach pod Olsztynem i Barczewem zebrano pod petycją 3435 podpisów ojców rodzin i 86 podpisów katolików na Mazurach. Była to liczba znaczna, bo podpisali ją wyłącznie ojcowie rodzin. Dyskusja nad tekstem petycji na posiedzeniu komisji szkolnej i plenarnych obradach Landtagu nie zmieniła antypolskiego zarządzenia. W „Gazecie Olsztyńskiej” o tym napisano: „Wiedzieliśmy z góry o tym, że petycja nasza uwzględniona nie zostanie, ale daliśmy przynajmniej znak życia, a to na początek wystarczy”’^. Władze niemieckie uznały, że wiece mogły dojść do skutku w wyniku działalności redaktora Danielewskiego z Torunia. Były na spokojnej dotąd Warmii czymś nowym i mogą „zaszkodzić sprawie spokoju na południowej Warmii”’7. Wyróżniały się zresztą niską frekwencją na wiecu w Olsztynie i brakiem udziału w nich duchowieństwa. Poświęciłem tym dwom wiecom z 1885 roku tyle miejsca, bo one stanowiły nadzwyczaj ważne działanie w budzeniu świadomości narodowej na południowej Warmii. Do nich często w następnych latach będą się polscy Warmiacy odwoływali. Zresztą skutkiem wieców i petycji były narodziny „Gazety Olsztyńskiej”, której pierwszy numer ukazał się 16 kwietnia 1886 r. Środki na zakup maszyny drukarskiej, wynajęcie lokalu w Olsztynie i kupno papieru pochodziły z trzech różny źródeł, a więc Komitetu Niesienia Pomocy Mazurom i Ślązakom z Poznania, w którego imieniu Stanisław Kłobukowski dostarczył jeszcze w 1884 r. Janowi Liszewskiemu na cele wydawania gazety 670 marek’^, nadto 600 rubli przekazał Józef Gąsiorowski w imieniu Polaków skupionych wokół petersburskiego czasopisma „Kraj” oraz, co należy podkreślić, także miejscowi chłopi’^. Nie można wykluczyć, że dołożył do tego jeszcze ks. Walenty Barczewski, który wiedział o założeniu „Gazery”^’’. ” J. Obłąk, Sprawa polska Itulnosci katolickitj na terenie iliecezjt warmiński^ w latach 1870-1914, w: Nasza Przeszłość , 1963, t. 8, s. 102-103. ’* E. Sukertowa-Biedrawina, T. Grygier, Vlźitlka o społeczne i narodowe wyzwolenie. Przewodnik po wystawie, Olsztyn 1956 s. 31-35. *^ J. Jasiński, Uf5ece i petycja warmińska z 1885 roku, w: Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1987, nr 2, s. 201. Gazeta Olsztyńska (dalej: GO.) 1886, nr 36 z 6 V. '^ R. Traba, Ermlandische Zeitung wobec spraw polskich w zaborze pruskim w latach 1885—1886, KMW, 1984, nr 4 s. 345. '® W. Chojnacki, Sprawy Mazur i Warmii w korespondenci Wojciecha Kętrzyńskiego, Wrocław 1952, s. 284—285, List J. Sem-brzyckiego z 15 V 1884 r. ” J. Jasiński, W sprawie „Gazety Olsztyńskiej", w: Rocznik Historii Czasopiśmiennictwa Polskiego, 1969, t.8, z. 2, s. 181 “ Por. J. Chłosta, Ks. Wzlenty Barczewski a „Gazeta Olsztyńska”w. Echa Przeszłości, 2012, t. XIII, s. 225-234. 52 Jan Chłosta „Ermlandische Zeitung” podała tylko krótką informacj'ę o wydaniu pierwszego numeru polskiej „Gazety Olsztyńskiej” i wyraziła opinię, że nie pomoże to wiele polskości na południowej Warmii. Tymczasem nadprezydent prowincji Gustaw Schieckmann widział w tym zagrożenie i zabiegał o to, aby tak jak dotąd duchowieństwo stroniło przed polskim pismem. W 1892 roku urządzono kolejne wiece w sprawie nauki religii w języku polskim. Kierowano w tej sprawie petycję do biskupa warmińskiego. Ostatecznie Biskup Andreas Thiel uzyskał zezwolenie z rejencji na wprowadzenie jednej godziny w tygodniu na nauczanie religii w języku polskim w szkołach na południowej Warmii, ale tego zarządzenie nie podano do publicznej wiadomoścP\ Danielewski wciąż interesował się położeniem Polaków na południowej Warmii. Jak w końcu września 1890 r. Eugeniusz Buchholz drukował w toruńskiej oficynie Józefa Busz-czyńskiego, która była poprzednio własnością Danielewskiego, okazowy numer „Nowin Warmińskich”, to Danielewski pragnąc dowiedzieć się czegokolwiek o nowym czasopiśmie, skorzystał z obecności Buchholza w Toruniu i zaprosił go na rozmowę. Mógł być uprzedzony przez Polaków z Olsztyna o inicjatywie wydawania drugiego polskiego pisma na polskiej Warmii. Dostrzegał w „Nowinach” konkurencję w zdobywaniu prenumeratorów dla „Gazety Olsztyńskiej” z programem bliżej związanym z ruchem polskim w zaborze pruskim. Niechętnie do przedsięwzięcia Buchholza odniósł się również tylko co założony w Krakowie „Kurier Polski”^^. Buchholz był jednak uparty i wydawał „Nowiny”, ale po trzech kwartałach z powodu wciąż powiększających strat zawiesił pismo. X Danielewski reagował na wciąż powtarzane przez władze pruskie i biskupa warmińskiego słowa, że polskość została sztucznie przeniesiona na Warmię przez propagandę Wielkopolską, a przecież zgodnie z prawdą: „idea narodowości w miejscowych Polakach obudziła się tu sama z siebie, samorodnie, z żywotności wewnętrznej ducha polskiego, bez czyjejkolwiek namowy lub podburzenia, bez najmniejszej agitacji skądinąd na Warmię wprowadzoną. Katolicki lud polski na południowej Warmii, skoro tylko miał sposobność porównywać siebie z innymi Polakami i katolikami zarazem, poznał swoje zaniedbanie, swoje upośledzenie, swoją krzywdę, swoje w rozwoju umysłowym, swoje upośledzenie, swoją krzywdę, swoje niedomaganie w rozwoju umysłowym i językowym i ten gwałt, który mu wynaradawiające prądy zadają, a który się obraca i w poniżeniu społeczne”^^. Podkreślał, że w tym przebudzeniu ważne były Objawienia Matki Bożej w Gietrzwałdzie. Przybywające wciąż licznie pielgrzymki do tego sanktuarium dały Warmiakom sposobność przekonania, iż Polacy należą do wielkiego i rozsiadłego narodu. Poznali między pątnikami wielu ludzi wykształconych, niekoniecznie biedaków, a więc także ludzi wyższego stanu. ^’ J. Jasiński, Świadomość narodowa na Warmii, dz, cyt. s, 296, “ J. Chłosta, Niemiec z >polskif duszą. Nad biografia Eugeniusz Buchholza, Olsztyn 2016, s. 41—42. ^’ Majster [I. Danielewski], Witrmia, w: Dziennik Poznański 1895, nr 110 z 14 V, ...PO NIEMCU POLL... 53 Wiesław Olszewski ...PO NIEMCU POLL... Powierzam Obywatelowi tymczasową administrację gospodarstwa rolnego po niemcu [pisownia oryginalna} Poll we wsi Ksiąszęce [winno być Książęce}, gm. Nowy Dwór o obszarze 13 ha. wraz z zabudowaniami. Tej treści pismo Referatu Osiedleńczego Starostwa Powiatowego w Gdańsku z dnia 4 sierpnia 1947 roku otrzymał mój dziadek Franciszek Olszewski, Oznaczało to rozpoczęcie nowego życia rodziny, jak się okazało także kolejnych pokoleń, w przestrzeni gdzie jeszcze dwa lata wcześniej żyła rodzina Niemca Poll — Bernarda Poll. Po załatwieniu wymaganych formalności 23 sierpnia 1947 roku na stacji Nurzec podstawiono dla rodziny moich dziadków dwa „bydlęce” wagony, które mogły pomieścić piętnaście ton ładunku. Według zachowanego kwitu przewozowego załadowano dziesięć tysięcy kilogramów. Pociąg wyruszył wioząc rodzinę do nowego życia. 26 sierpnia na kwicie przystawiono stempel Punktu Etapowego w Olsztynie, kolejnego dnia — PUR-u Malbork. Nazajutrz wagony do toczono do Nytychu, tu wówczas kolej normalnotorowa, zniszczona wojną, kończyła się. Sprzęty przeładowano na wąskotorówkę. Z inwentarzem na furmance i uwiązanym do niej rodzina podróżowała już dalej drogą. Wśród rozległych wtedy jeszcze topielisk, z krzyczącymi nad głowami „białymi wronami”— jak mówili o stadach mew. Pierwszym, który pojawił się w nowym obejściu z pękiem polnych kwiatów, był Jan Książek, nowy sąsiad. Jemu przydzielono gospodarstwo po Niemcu Bundę, właścicielu dużego majątku, na bazie którego utworzono później PGR Różewo. Pan Jan był postacią barwną — żołnierz wojny 1920 roku, osadnik wojskowy na Wołyniu, jowialny, krę-Py jegomość, który dożył prawie stu lat. Zmarł bezpotomnie. Obecnie na jego i jego „Natalki” — jak zwykł mówić o swojej żonie — zapuszczonej mogile administracja cmentarza zawiesiła kartkę: „grób do likwidacji”. Tak rozpoczęło się pionierskie życie na Żuławach. 23 sierpnia 1947 roku na stasji Nurzec podstawiono dla rodziny moich dziadków dwa „hydlfce" wagony, fot. Fotopolska 54 Wiesław Olszewski Wiedzę o poprzednich gospodarzach przyniósł inny sąsiad — Edmund Kalisz — w czasie wojny robotnik przymusowy w pobliskim majątku. Postać jeszcze barwniejsza, jeden z tych, co przybywali tu mając „...w głowie i w kieszeni wiatr...”, jak pisał poeta o osadnikach.’ Urodził się na Kujawach, w 1940 roku mając zaledwie 14 lat trafił na roboty przymusowe na Żuławy. — Kupił mnie — wspomina dziś — za 14 „rajehsmark’’ i 50 feni-gów Bunełe z Różowa. Tego ełraniaja póki życia nie zapomnę... pisała reporterka „Dziennika Bałtyckiego”^. Niepokorny, w 1943 roku trafił do Stutthofu za to, że zaatakował swego gospodarza widłami. Udało mu się przeżyć. Po wojnie postanowił osiąść w tymże Różewie, na ziemi której — choć niedobrowolnie — się uczył i nauczył. W 1948 roku, podobnie jak mój dziadek i kilkunastu innych osadników, dostał urzędowy nakaz opuszczenia zajętego gospodarstwa^. Próbował osiąść w niedalekim Kmiecinie, tak jak inny wysiedlony Andrzej Głowacki, późniejszy poseł na Sejm PRL, który we wspomnieniach pisał: U^maju otrzymaliśmy zawiadomienie, że nasze gospodarstwa zostaną włączone do Państwoioych Nieruchomości Ziemskich (obecnie PGR—y). Zaproponowano nam uybór innego gospodarstwa. Przesiedleniu podlegało dwanaście gospodarstw z Różewa, z których stworzono PGR Różewo. Rozpoczęliśmy starania dla obrony zagospodarowanego terenu.(...) Na moim gospodarstwie zabudowania rozebrano. Byłem wcześnie/ delegowany przez sąsiadów do Związku Samopomocy Chłopskiej w te/ sprawie, lecz prezes nie starał się wcałe uświadomić nas, tylko oświadczył, żęliśmy byłi cicho, bo możemy znaleźć się tam, gdzie Jeszcześmy nie byli. (.. .y) Pozostało nam z sąsiadami poczynić przygotowania do osiedlenia się na innych gospodarstwach. Cały nasz zapał i chęć do gospodarowania przygasły. (...) Z wrodzonym chłopskim uporem przywiązałem się do objętego gospodarstwa. Po włożeniu tak dużego trudu i wysiłku było mi ciężko przeżyć zawiadomienie, że muszę opuścić swoją — Jak wówczas uważałem — własność. Nie pomogły starania ze strony kilkunastu rolników z Różewa. Mając prawo loyboru, postanowiłem przesiedlić się do Książęcego, obecnie Kmiecina. Na zebraniu zgłosiłem się na obiekt niezagospodarowany. Wsiedłisku był duży dom, łecz w złym stanie, bo trafiony czterema artyleryjskimi pociskami. Była tylko stodoła. Chletoy i obora były spalone. Przydzielono mi to gospodarstwo. Formalności urzędowe polecono załatwić w gminie i w Urzędzie Ziemskim w Gdańsku. Następnego dnia zgłosiłem się do sołtysa po zaświadczenie na przydział. Sołtys, oficer ludowego wojska polskiego z lat 1943—J945, wydał mi zaświadczenie i radził, bym Jak najszybcie/ udał się do gminy po dokumenty, bo inny rolnik, nazwiskiem Kalisz, chce objąć to gospodarstwo.^ Nieuchronnie doszło do konfliktu między osadnikami. Ostatecznie w Kmiecinie zamieszkał Głowacki, Kalisz po licznych zawirowaniach osiadł ostatecznie w Tujsku, gdzie do dzisiaj żyje jego rodzina. Wspomnienia Edmunda Kalisza przybliżyły nowym mieszkańcom wiedzę o poprzednich — Pollach. Gdy w marcu 1945 roku czerwonoarmiejcy weszli do oblanego wodą gospodarstwa, w mniejszym z pokoi domu znaleźli trzy trupy: gospodarza, jego żony i młodej dziewczyny, której wcześniej tu nie widziano, Pollowie nie mieli córki. Wszystko wskazywało na samobójstwo. Prawdopodobnie byli jednymi z tych, którzy nie zdołali się już przeprawić przez Wisłę w Kieżmarku, a strach przed okrucieństwami pchnął ich do targnięcia się na ' Konrad Łapin, pseud. Jacek Kasprowy, „Szli na zachód osadnicy” źródło: wikipedia. Dziennik Bałtycki, nr 51 1970-03-01/02 ’ Prowincja nr. 3(49) 2022 s. 37—48. Żuławiacy Wspomnienia Osadników Żuławskich, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1973. ...PO NIEMCU POLL... 55 Życie. 8 lub 9 marca przyszedł rozkaz ucieczki. Gospodarze zabrali mnie ze sobą. Lldalis'my się wozem konnym w kierunkuprzepratąy na Wis'le w Kieżmarku. Jak tam dotarliśmy, zobaczyłam ogromną rzeszę łudzi z zaprzęgami końskimi, którzy próbowałi przekroczyć Wisłę. W tym czasie nadłeciały rosyjskie samołoty. V(^bucbające bomby zabiły wielu ludzi i zwierzęta. Spowodowało to ogromne zmieszanie. Konie i łudzie tonęli w Wis'le. Słyszałam Jęki i łament. To było piekło. Gospodarz zawrócił. Opisuje ten czas Regina Trzos pracująca przymusowo w niedalekim sąsiedztwie^. Żołnierze kazali polskim robotnikom zakopać zwłoki pod oborą, ci jednak, uważając Pollów z przyzwoitych ludzi, zawieźli je na cmentarz i tam pogrzebali. Najbliższym był cmentarz mennonicki w Różewie, tam spoczywają do dziś, choć byli katolikami. Niemiec, po którym dziadek mój objął gospodarstwo, nie zawsze nazywał się Poll, do 1936 roku nosili nazwisko Pollakowsky. Jeszcze po wojnie poniewierał się szyld gospody, którą prowadzili i widniało na nim nazwisko, jak się okazało, w czasach hitlerowskich zbyt mało germańsko brzmiące. Budynki gospodarstwa pochodzące najprawdopodobniej z 1843 roku, o czym informowała chorągiewka wiatrowskazu na szczycie stodoły oraz data wycięta na ozdobnej belce domu, zbudował wcześniejszy właściciel. Na wiatrowej chorągiewce oprócz daty 1843 znajdował się jego trzyliterowy inicjał. Gospodarstwo w ówczesnym Rosenort nabył ojciec Bernarda. Jego brat Walter zginął na froncie w 1916 roku. Na odkrytych w trakcie remontu kościoła w Kmiecinie w 2012 roku ukrytych pod tynkiem dwóch tablicach upamiętniających poległych mieszkańców parafii figuruje i jego nazwisko. Remont kościoła w Kmiecinie był skrupulatnie śledzony i komentowany na bardzo aktywnym wówczas i popularnym portalu internetowym Marienburg.pł. Odnotowano na nim oczywiście odkrycie pod warstwą tynku pamiątkowych tablic w Kmiecinie. / ciekawostka ukryta pod zaprawą cementową położoną w 1958 r. — pamiątkowe tablice z nazwiskami żołnierzy poległych w czasie / Wfjny Światowej. — zamieścił jeden z internautów^. Oprócz wpisów wyrażających zachwyt z dokonanego odkrycia i słów uznania dla tych, którzy wówczas, w roku 1958 tablic — śladów niemczyzny, nie zniszczyli, pojawił się i taki: Pewnie im się nie chciało, zachłapac Jest pros'ciej i szybciej (czasem lenistwo i bylejakosc mają swoje dobre strony). W ten sposób zrobiono z wieloma denkmalami, a teraz w niektórych miejscowościach pracowicie usuwa się wtórne powłoki. W końcu Jest to pamiątka śmierci mieszkańców wioski, tragiczna historia ludzi, którzy zostali zabici z powodu durnych wojen. Super, że cos' takiego odnaleziono w Kmiecinid. Jest to osąd dla tamtego pokolenia wielce niesprawiedliwy, i dziś, i wtedy nie byłoby problemem rozbić i zniszczyć, zatynkować to większy wysiłek, a wyryty w świeżym tynku rok to niewątpliwie swoisty szyfr — znak dla naszego pokolenia. W tamtym czasie był to nawet przejaw odwagi. Bernard Poll z jakichś powodów miał tylko jednego syna, Helmuta. Rocznik 1925, w 1943 roku powołany został do wojska, dom rodzinny ponownie zobaczył dopiero po dwudziestu latach. Miał szczęście, nie trafił na front wschodni, walczył za Fuhrera w Norwegii. Za zabranego syna otrzymała rodzina młodego Polaka, robotnika przymusowego. Wiele jeszcze ’ Taki był Malbork... wspomnienia, opracowanie B. Krauze i P. Topolski, Malbork 2016. ® http://www.marienburg.pl/viewtopic.php?t=3019 http://www.marienburg.pl/viewtopic.php?t=3019&postdays=0&postorder=asc&start=30&sid=475956c2a40fcd4add016 bdc90ft)69bb 56 Wiesław Olszewski lat po wojnie w oborze, nad żłobem krów, znajdowała się prycza, miejsce jego życia poza pracą. Prycze te były wykonywane prawdopodobnie według odgórnego wzoru, w sąsiednich bowiem gospodarstwach zamontowano identyczne. Do pierwszego spotkania dawnych i obecnych gospodarzy doszło w 1973 roku, tuż przed Wielkanocą. Do furtki podeszło troje ludzi, jeden z nich, taksówkarz, jak się okazało, zawołał: Macie gości! Dwojgiem, sprawiających wrażenie mocno zdezorientowanych, ludzi byli Helmut Poll i jego żona. Brak wspólnego języka nie pozwolił dowiedzieć się o wiele więcej. Helmut, porozumiewając się pozawerbalnie, wskazał pokój, w którym przyszedł na ten świat. Dopiero przy następnej wizycie dowiedział się, że to również w tym pokoju jego rodzice zeszli z tego świata odbierając sobie życie. Kolejna wizyta nastąpiła bardzo szybko, po dwóch dniach. Ośmieleni pozytywnym, zdecydowanie nie wrogim, przyjęciem, Pollowie przyjechali ponownie. Tym razem towarzyszył im kierowca znający niemiecki, można więc było się porozumieć. Było to popołudnie Wielkiej Soboty, atmosfera prawie świąteczna. Przy odświętnym już stole moich rodziców rozpoczęły się opowieści. Okazało się, że byli na sentymentalnej wycieczce Niemców urodzonych w tych stronach. Zakwaterowani w Elblągu od rana zwiedzali grupowo swe rodzinne Prusy, po obiedzie robili indywidualne wyprawy do miejsc dzieciństwa. Pani Poll również uroeiziia się na Żuławach. Brak wspólnego języka nie utrudnił zrozumienia swych odczuć i przeżyć. Zwłaszcza mama moja, która nigdy nie przestała tęsknić do swych ukochanych stron rodzinnych, rozumiała ich stan ducha doskonale, nie potrafiła i nie chciała ukryć swego. Na koniec Niemcy wręczyli, nam, dzieciom, drobne upominki, mama odwdzięczyła się drobiazgiem, popłynęły łzy wzruszenia, były uściski. Dom i pozostałe budynki wyglądały już zupełnie inaczej niż zapamiętał je Helmut z czasów młodości. Spróchniałe drewniane ściany obory i stodoły zastąpił mur, trzcinowe strzechy na wszystkich budynkach zamieniono na modny wtedy eternit. Podług rozumu i przepisów przeciwpożaroioych — jak zachwalał bratu z Ameryki swe poniemieckie budynki Kazimierz Pawlak w kultowych „Samych Swoich”. Zabudowania wyglądały tak jak opisano je później w „Katalogu zabytków osadnictwa holenderskiego w Polsce”®. Nr 49 — zagroda hołenderska w typie wzdłużnym usytuowana po płn. stronie wsi, za Kanałem Różewo, szczytowo do kanału, z domem odpłd., wyższymi budynkami gospodarczymi. Budynek mieszkałny wzniesiony w 1839 r. na kamienne/ podmurówce, drewniany, z węgłami przesłoniętymi desk^f imituj^ci} piłaster toskański, z oszalowanym pionowo szczytem, o krokwiowo — dwujętkowe/ więżbie dachowe/, dwuspadouym dachu przykrytym eternitem; plan dwutraktowy, o szerokim traktem wsch. z wiełkif izbą w płd. — wsch. narożniku, czarną kuchnią w trakcie wielkie/ izby i dwudzielną sienią w formie litery L; elewacja szczytowa 3-osiowa, w szczycie na dole kwadratowe okienka umieszczone są po bokach szerokiego okna środkowego, nad nim umieszczono okienko kwadratowe; elewacja frontowa 5-osiowa, z we/s'ciem na 2 osi przesłoniętym gankiem o bogate/ dekoracji laubzekinowe/. Wiele się zmieniło, ale wiele też zachowało się z czasów „niemieckich”, co z sentymentem rozpoznawał gość. Gruntowny remont starzejących się budynków miał miejsce w latach 1967 i 1970. Wcześniej niejasna sytuacja prawna, naciski kolektywizacyjne i lęk przedpowrotem Niemców czynify ’ http://holland.org.pl/art.php?kat=art&dzial=zul&id=toc&lang=pl ...PO NIEMCU POLL... 57 Życie beznadzi^nym, a już zupełnie zniechęcały do inwestowania. A tu tymczasem nacłchoeżz^ pieruf-sze listy od JViemcóio na adres ich l^fych domów. V(^'echali na zachód przed zbliżaj'i}cym się Jrontem, a teraz zwracaj^} się do zamieszhafych w ich dawnych domostwach osadników, aby dbali o zajęte domy, zostanc} za to odpowiednio wynagrodzeni. Nadchodzi} też inne Nr 49 — zagroda holenderska w typie wzdłużnym usytuowana po płn. stronie wsi, za Kanałem Rtfżewo ok. 2000 r., fot. Katalog Budownictwa Holenderskiego listy Z pogróżkami, że prawowici właściciele po powrocie rozliczę} się za zajęcie ich gospodarstw. Wspomina/ jeden z osadników’. Wieści takie w rozmiarach zwielokrotnionych rozchodziły się szybko. Dlatego gospodarując na Żuławach dziadkowie naprawili uszkodzony wojną dom na Podlasiu, dokupili tam kilka hektarów ziemi. Tak postępowało wtedy wielu i nie można nie dostrzegać tego oceniając stan dbałości ich o zamieszkiwane tutaj domostwa. Dla wielu dziś słowa krytyki tamtego czasu przychodzą zdecydowanie zbyt łatwo. Problem ten zaczęły w końcu dostrzegać i doceniać jego wagę władze państwowe, zwłaszcza po przemianach października 1956 roku. „Stabilizacja praw własności w osadnictwie na Ziemiach Zachodnich to warunek wstępny zwiększenia produkcji rolnej” głosił tytuł w Dzienniku Bałtyckim'®. Zaistniała więc wola polityczna, ale trzeba było przeprowadzić skomplikowana procedurę techniczno-prawną. Podstawę regulacji tego prawa stanowi akt nadania, który przynosi tytuł własności. Łączy się z tym przeprowadzenie regulacji granic gospodarstw, szacunku — wraz z wydaniem orzeczenia o cenie gospodarstwa, wystosowanie do sądów wniosków o założenie ksiąg wieczystych i wreszcie założenie przez sądy tych ksiąg. Pełne więc uwłaszczenie Jest loynikiem współpracy pracowników uwłaszczenioipych, geodetów i sędziów oddziałów ksiąg wieczystych, wreszcie sądów powiatowych — informował reporter gazety. Podkreślić trzeba wzmiankę o cenie gospodarstwa. Osadnik nie dostawał go za darmo, cena wyliczona była w kwintalach żyta i spłata rozłożona z reguły na 20 lat. Otrzymanie aktów nadania, a zwłaszcza dokonanie sądowych wpisów w księgach wieczystych, zmieniło nastawienie gospodarzy do „swoich” od tej pory gospodarstw, zaczęto dbać również o budynki, remontować je, a nawet budować nowe. Pracująca u nas ekipa remontowa była firmą rodzinną: senior rodu, już po siedemdziesiątce, jego syn około pięćdziesięcioletni i wnuk Fredek, syn córki nestora. Pochodzili spod Mławy, gdzie mieli niewielkie gospodarstwa. Ponieważ gospodarstwa były małe, całe życie wyjeżdżali za pracą. Przed wojną do niedalekich Prus na sezonowe prace w rolnictwie, a ponieważ mieli zawsze zmysł do „murarki i ciesielki”, to dawali im pracę przez cały rok. ’ Żuławiacy Osadników Wspomnienia Żuławskich, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1973. Dziennik Bałtycki, nr 195 1957-08-17 58 Wiesław Olszewski przy remontach i budowach. Całą wojnę też pracowali w niemieckim majątku już nie całkiem dobrowolnie. Tam urodził się najmłodszy z trójki, otrzymał na chrzcie Fryderyk, bo za niemiecko brzmiące imię dostawała rodzina kartki na cukier. Po wojnie zaczęli za pracą przyjeżdżać na Żuławy. W okolicy wyremontowali, ale też i zbudowali, wiele budynków. Kiedy u nas prowadzili pierwszy remont, my z bratem mieliśmy dziewięć i dziesięć lat, plac budowy był dla nas bardzo atrakcyjnym miejscem. Przebywaliśmy na nim o wiele więcej, niżby życzyli sobie budowlańcy, bo i przeszkadzaliśmy w robocie i o nieszczęście nie było trudno. Szczególną niechęć okazywał nam średni z rodziny, dość mrukliwy osobnik. Pewnego razu wyprowadzony z równowagi wykrzyczał: K....mać, ludzi najmują do buraków, plącą im, a ci tu wariują, zamiast pognać ich do robojyl Nastała chwila ciszy, po której senior rodu, po namyśle, spokojnym głosem powiedział: Jak Jest gospodarz, to i ludziom da zarobić i sam ma. Jak Jest dziad, to sam nie ma i ludziom zarobić nie da. Bardzo się wtedy poczułem dumny ze swoich rodziców. Niedługo po wizycie przyszedł list, w którym pani Poll dziękowała za gościnność i serdeczne przyjęcie. Podkreślała, jak wielkie mieli obawy wybierając się w odwiedziny i jak tym większa jest ich wdzięczność za dobre przyjęcie. Przez pewien czas panie korespondowały. Listy z Niemiec przychodziły pisane po polsku pod dyktando, przez sąsiadkę Pollów, lub po niemiecku, wtedy mama prosiła naszą sąsiadkę-autochtonkę o przetłumaczenie. Treść była bardzo „familijna”. Mama żartowała z nas, że przyszedł list od „stryja”. Wszak dom, w którym mieszkaliśmy, był ojcowizną i naszego ojca, i jego. W większości korespondencja nie zachowała się, istnieje list z 1975 roku, pisany niewprawną, ale całkiem poprawną polszczyzną, w którym nadawczyni prosi o przyjęcie kuzynostwa jej męża, którzy wybierają się do Polski, chcieliby nas odwiedzić, bo też w tych stronach się urodzili. Kuzynka mojego męża, chce również po wielu latach, Polskę odwiedzić, gdzie Jako małe dziecko dzieciństwo spędzała. Knajduje się to również, gdzie Witsza rodzinka mieszka, i niejedne urodziny razem się gościli. może się dziwicie, ale my często o naszych rodzinnych stronach wspominamy i przypominamy sobie chętnie naszą młodość i różne przeżycia z naszych młodych łat”. Nie dziwili się rodzice! Pamiętam, że byli u nas ci Niemcy, był to jednak gorący czas żniw, trwała młocka, na krótko tylko zamilkła młocarnia, by chwilę porozmawiać przy stole. Krewny miał mniej szczęścia niż Helmut, walczył na wschodzie, później kilka lat spędził w syberyjskiej niewoli. Wyniszczenie organizmu było cały czas wyraźnie widoczne. Z wielką radością goście fotografowali się przy dorodnych koniach ojca, ten zaprzęg również przypominał im dzieciństwo. Jak bywa w takich sytuacjach, po pewnym czasie, korespondencja się urwała. Codzienne sprawy były zawsze pilniejsze. Kolejny list przyszedł po wielu latach, jesienią 1992 roku. Pisany przez Frau Poll po niemiecku. Informuje w nim, że poznali pana Arkadiusza Rybaka ze Starego Pola, że będą u niego, ale chcieliby i nas odwiedzić. Z racji swej pracy miałem kontakty z dr. Rybakiem, dyrektorem Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Starym Polu. Telefonicznie umówiliśmy się na zamku w Malborku, w działającej wówczas restauracji w dawnym kościele św. Wawrzyńca (pan Arkadiusz był przewodnikiem po Muzeum Zamkowym). Helmut przyjechał ze swoim młodszym synem Karlem-Heinsen, dwudziestokilkulatkiem ...PO NIEMCU POLL... 59 i nieco od niego starszym kuzynem. Po obiedzie ruszyliśmy w drogę do moich rodziców. Panowie Helmut i Arkadiusz wsiedli do mego „malucha”, młodzi Niemcy swoim mercedesem jechali za nami. Helmut z sentymentem przypominał niemieckie nazwy mijanych miejscowości. Na miejscu goście upewniali się, czy mogą bezpiecznie zaparkować drogi pojazd, kradzieże samochodów w ówczesnej Polsce były na porządku dziennym. Było, naturalnie, przyjęcie przy zastawionym stole, rozmowy, wspomnienia. Starszy Poll oprowadzał syna, pokazywał obejście. W trakcie rozmowy pojawił się temat zmiany ich nazwiska w latach trzydziestych. Młodego Niemca zamurowało, spojrzał wytrzeszczonymi oczami na ojca, ten tylko skinął głową. Widać było bardzo wyraźnie, że była to skrywana tajemnica rodzinna. Na pożegnanie Helmut obdarowany został wspominaną tu chorągiewką spróchniałego już wiatrowskazu ze szczytu stodoły. I tym razem nie obeszło się bez łez wzruszenia. Niedługo przyszedł, pisany po niemiecku list, datowany 18.10.1992 roku: Mój 7nc}ż Jest Już oii tygodnia lo domu i ma dużo do opowiedzenia. Przede wszystkim o W^-^^ gos'cinnos'ci, za którą chciałabym w imieniu mojego męża i mojego syna serdecznie podziękować. Szczególnie wzruszeni Jesteśmy przekazaniem chorągiewki wiatrowej. Traktuję to Jako wielki, przyjazny gest i wieczną pamiątkę. Sprawiliście nam tym ogromną radość. Dla naszego syna Kdrl-Heinsa była to także podróż pełna przeżyć. Opowiadaliśmy mu od czasu do czasu o życiu w naszej starej ojczyźnie. Ale teraz on może to sobie lepiej wyobrazić. Dalej pisze pani Poll o niedawnych narodzinach wnuczki Moniki, córki ich starszego syna Hartmuta i jego żony Gerlinde. I kończy w jakże familijnym tonie: Tak, dzieci Już mają dzieci, a my starzejemy się. Od naszego poznania się z W^mi minęło 20 lat. Jesteśmy Już ol^dwoje rencistami, ale mamy nadal dużo pracy w domu i ogrodzie. Kończę Już mój list i życzę Państwu dużo zdrowia, które w naszym wieku Jest najważniejsze, i dla Pani i dla Pani rodzimy wszystkiego dobrego. Ihre Familie Helmut Poll. Nie wiem czy mama odpisała na ten list, była to chyba ostatnia korespondencja, relacje się urwały. Po latach dowiedziałem się okrężną dość drogą, że Helmut Poll nie żyje, i że sam życie sobie odebrał. Tak jak jego rodzice w tragicznym marcu 1945 roku. .J SZCZESLIU/M Pociąg wyruszył wioząc rotłzinę do nowego życia, fit. Narodowe Archiwum Cyfrowe 60 Ryszard Rząd Ryszard Rząd HISTORIE NIE TYLKO MALBORSKIE (10) FLATAUEROWIE Z ULICY DŁUGIEJ Architektoniczną perełką ul. Kościuszki (dawn, Langgasse) w Malborku jest willa mieszcząca dziś muzeum miejskie. Jako że przez wiele lat budynek był własnością jednej z najbogatszych i bardzo aktywnych w ówczesnym mieście rodzin żydowskich, przypomnijmy pokrótce dzieje tej mniejszości wyznaniowej. Pierwsi Żydzi pojawili się w Malborku już XIV i XV w., jednak ze względu na dekret „^ non tolerandis /uislaeis”nie było to osadnictwo stałe. Ograniczenia te zniesiono dopiero na mocy ustaw z lat 1808 i 1812. Już w 1813 r. do miasta przybyło pierwszych sześć rodzin żydowskich. Rok później ukonstytuowała się gmina wyznaniowa. Wyznaczono też miejsce na Wielbarku na pochówki zmarłych. W sierpniu 1826 r. gmina zwróciła się do miasta z prośbą o pozwolenie na budowę synagogi na Starym Mieście. Uzyskano jedynie zgodę na adaptację na ten cel znajdującego się tam starego spichlerza. W 1856 r. Nadprezydent Prus Zachodnich zatwierdził statut gminy żydowskiej w Malborku. Ustalono jej granice, a administrowanie powierzono 3-osobowe-mu Zarządowi i 9-osobowemu Kolegium Reprezentantów. Kolegia powoływane na mocy ustawy z roku 1847 decydowały o najżywotniejszych sprawach miejscowej społeczności. Wybierały m.in. zarząd, rabina, kantora i mohela (rzezaka). Wzrost liczby członków mal-borskiej gminy w 2 poł. XIX w. doprowadził do wybudowania w latach 1897—98, kosztem 40 tysięcy marek, nowej synagogi przy ówczesnej Schulstrasse. Budynek wzniesiono w modnym wówczas w całej Europie stylu mauretańskim. 10 listopada 1938 r. spalono ją w trakcie nocy kryształowej — nazistowskiego pogromu Żydów w Niemczech. Zniszczenie synagogi było znakiem końca malborskiej gminy żydowskiej. Od ok. 1900 do 1933 r. właścicielem wspomnianej na wstępie willi przy Langgasse była rodzina Flatauerów. Opowieść o niej zaczniemy jednak od przybliżenia historii innej rodziny — Conitzerów. Ich losy splotły się bowiem nierozerwalnie. Pierwszym uchwytnym w źródłach przedstawicielem rodziny Conitzerów był kupiec Israel (1765—1793) z Warszawy. W mieście tym urodził się także jego syn Aaron (1789—1873). Dzięki swoim staraniom w czerwcu 1812 r. wraz z rodzicami znalazł się na liście Żydów, którym udzielono praw obywatelskich w Królestwie Pruskim. Wówczas otrzymali też nazwisko Conitzer. Około roku 1815 przeprowadzili się do Sępólna Kra- Aaron Conitzer (1789-1873) jeńskiego, gdzie Aaron ożenił się z Genendel Kalenscher Historie nie tylko malborskie (10) Flatauerowie z ulicy Długiej 61 (1790—1829) z Nakla. Doczekał się siedmiorga dzieci (Rosalie, Florentine, Israela, Mosesa, Alexandra, Salomona i Osera). Moses (1822—1902) w 1850 r. przeniósł się do Jeżewa koło Świecia i ożenił z Ernestine Benn-heim (1824—1902) z pobliskiego Lniana. Tam urodziło mu się siedmioro dzieci: Rudolf, Sara, Rachel, Nathan, Alexander, Hermann i Lothar. Z początkiem lutego 1882 r. zamieszkał z rodziną w Kwidzynie. Wynajął lokal przy Marienburgerstr. 1 (ob. ul. Braterstwa Narodów) i wespół z synami założył sklep tekstylno-odzieżowy „Af. Conitzer & Sóhne”. Pomysłodawcą przedsięwzięcia był najstarszy z synów, Rudolf (1851—1932), który już od lipca 1878 r. prowadził swój własny, znakomicie prosperujący interes w Swieciu. To właśnie jego sukces skłonił braci i ojca do otworzenia wyżej wymienionej firmy w siedzibie rejencji, Kwidzynie. W sklepie obowiązywały stałe ceny i nie można było się targować. Zgodnie z pomysłem Hermanna Conitzera (1862—1936) klienci płacili wyłącznie gotówką. Nie mogli co prawda korzystać — jak bywało wcześniej — z zakupów na kredyt, ale dzięki wydatnej poprawie płynności dostaw towarów były one o 8—10 procent tańsze. Po kilkunastu latach przedsiębiorstwo przeobraziło się w koncern o zasięgu ogólnokrajowym, w szczytowym okresie posiadającym około 30 domów towarowych. W 1927 r. dołączył do niego potentat branży odzieżowej — znana w Niemczech firma Hermanna Tietza (późniejsze „Henie”). Córki Mosesa wydane zostały za dwu znakomicie zapowiadających się przedsiębiorców kwidzyńskich. Sara (1853—1922) około 1873 r. za Lesera Flatauera (1844— 1922), Rachela (1855-1937) w 1882 r. za Marcuse Marcusa (1856—1920). Rodzina Flatauerów pochodziła z okolic Świecia. Na przełomie XVIII i XIX w. handlem detalicznym trudnił się tam Michael Moses i jego syn Rafael (1803—1877). W czerwcu 1812 r., tak jak wspomniani wyżej Conitze-rowie, otrzymali oni prawa obywatelskie i nazwisko — Flatauer. W 1843 r. Rafael ożenił się z Pauline Nathan-sohn, która rok później urodziła syna, wspomnianego wyżej Lesera. Ów, w latach 70-tych XIX w., usamodzielniwszy się zamieszkał w Świętem koło Grudziądza. Tam, z małżeństwa z Sarą Conitzer, urodziło się mu trzech Moses Conitzer (1822—1902) Rudolf Conitzer (1851—1932) Hermann Conitzer (1862—1936) 62 Ryszard Rząd synów: Arnold, Max i Raphael. Zapewne w latach 80-tych XIX w. Flatauerowie przeprowadzili się do Kwidzyna, gdzie niebawem weszli w wielce korzystne układy handlowo-ro-dzinne. W 1898 r. szwagrowie. Leser Flatauer i Marcuse Marcus, uruchomili w Kwidzynie wspólną firmę — wielki młyn parowy ,yMarkus & Flatauer” przy Bismarckstrafie 26 (ob. ul. 3 Maja). Leser był także właścicielem kamienicy w Grudziądzu przy Oberthornerstrafie 34 (ob. al. 23 Stycznia). Pamiętać należy, że wspomniane wyżej małżeństwo Lesera i Sary nie było pierwszym związkiem rodzin Flatauerów i Conitzerów. Pokolenie wcześniej ciotka Lesera (siostra ojca). Flora (1823—1886) wyszła bowiem za Israela Conitzera (1820—1886). 22 października 1874 r. na świat przyszedł syn Lesera, Arnold. Około 1899 r. osiedlił się on w Malborku z zamiarem otworzenia razem z Conitzerami nowego sklepu, którego miał być współwłaścicielem. Plany te nabrały tempa, gdy 26 lipca tegoż roku niespodziewanie spłonęła znaczna część Starego Miasta, w tym ewangelicki dom modlitwy przy Hohe Lauben 21—22. Conitzerowie natychmiast wykupili te dwie parcele i zapewne dzięki swojej niebagatelnej fortunie i wpływom zdobyli pozwolenie na budowę wielkiego domu towarowego. Już w 1900 r. wznieśli budynek, zgodnie z wymogami konserwatora zabytków z podcieniem i szczytem, przewyższający jednak sąsiednie wysokością i powierzchnią użytkową. Wyróżniał się on trzema dwukondygnacyjnymi arkadami, bogatą manieryzującą dekoracją elewacji złożoną m.in. z pilastrów, gzymsów wspartych na maszkaronach i z ozdobnych płycin podokiennych z kartuszami. Fasadę wieńczył okazały, dwukondygnacyjny szczyt z wolutowymi spływami, sterczynami i pełnoplastyczną głową Hermesa. Uroczyste otwarcie wspólnego interesu — „Frstes Bekleielungs-Haus Westpreu/3ens” — „M. Conitzer dr Sohne” miało miejsce w 1901 r. Właściciele bardzo szybko zadbali o odpowiednią reklamę. Pojawiła się ona już w tym samym roku w renomowanym przewodniku po zamku i mieście autorstwa Wilhelma Schwandta. Zgodnie z nią w sklepie oferowano odzież damską, wyroby z jedwabiu, lnu i bawełny, zasłony, tkaniny obiciowe, dywany, fartuchy, eleganckie halki damskie do kostek i majtki. Specjalnością firmy była konfekcja męska, damska i dziecięca oraz obuwie. Wszystko to w ilościach detalicznych lub hurtowych, i tak jak w Kwidzynie — wyłącznie za gotówkę. W 1905 r. Arnold poślubił Margarete Litthauer (1884-) z Drzonowa koło Człuchowa. Niebawem na świat przyszło ich dwoje dzieci: syn Heinz (1907—1987) i córka Gerda (1909—1981). W 1924 r. przejął na wyłączną własność wspomniany wyżej dom towarowy na Starym Mieście zachowując jednak jego dotychczasową nazwę. Równocześnie jego wujowie, bracia matki, nabyli atrakcyjnie położoną parcelę na rogu Deutsch-Ordensstrasse i Gr. Geistlichkeit (ob. ul. 17 Marca i Piłsudskiego), naprzeciw staromiejskiej Bramy Garncarskiej. Około 1926 r. powstał tam nowoczesny pawilon handlowo-wystawieniczy firmy „Conitzer dr Sohne”. Wyróżniał się on wśród historyzującej architektury sąsiednich kamienic modernistyczną formą i materiałem — elewacje pokryto okładziną z dwubarwnego, szaro-beżowego kamienia. Wykonano z niego także profilowane listwy i płyciny tworzące geometryzującą dekorację. Narożne usytuowanie pozwoliło na zaprojektowanie trójbocznej, wyższej części centralnej zwieńczonej schodkową nadbudówką na dachu. Ściany wypełniały półkoliście zamknięte witryny imponujących rozmiarów (ok. 6 m wysokości!). Niższe elewacje boczne, zwieńczone płycionowymi attykami, również przeszklono, witryny miały jednak kształt prostokątny. Historie nie tylko malborskie (10) Flatauerowie z ulicy Długiej 63 AmoU Flatauer (1874-1964) z żonĄ Margarete z 4. Litthauer Arnold Flatauer u> mundurze członka Bractwa Strzeleckiego w Malborku Heinz (1907—1987) i Gerda (1909—1981) Flatauerowie w latach dziecięcych w Malborku Reklama sklepu „Conitzer & Sohne” w przewodniku W Schwandta, „Marienburg", 1901 r. Dom towarowy „Conitzer &Sohne”na Starym Mielcie w Malborku, 1930 r. Sklep Herberta Hille w Malborku, na rogu Deutsch-Ordensstrasse i Gr. Geistlichkeit, ok. 15140 r. 64 Ryszard Rząd Gadżety reklamowe firmy „Conitzer ó" Sohne” Kamienie pamięci („Stolperstein“) w Osnabruck w pobliżu dawnego domu Kaphaela Flatauera Plakieta pamiątkowa z okazji 25-lecia malborskie-go sklepu Conitzer & Sóbne", 1926r. Willa Arnolda Flatauera, ob. Muzeum Miasta Malborka przy ul. Kos'ciuszki 5^ Historie nie tylko malborskie (10) Flatauerowie z ulicy Długiej 65 Arnold Flatauer wiele lat był radnym miejskim. Udzielał się także charytatywnie. W czasie wielkiego kryzysu i bezrobocia finansował dokarmianie dzieci w szkołach. Był aktywnym członkiem Bractwa Strzeleckiego. W 1928 r., oddając celny strzał w imieniu prezydenta Rzeszy Paula von Hindenburga, uczynił go honorowym malborskim królem kurkowym. Ufundował także kompletne wyposażenie sali gimnastycznej w szkole rolniczej. Uhonorowaniem osiągnięć w dziedzinie handlu było umieszczenie w 1929 r. jego biografii w prestiżowym przewodniku gospodarczym po Niemczech („Deutscher Wirtschafisjuhrer”). Udzielał się też w malborskiej gminie żydowskiej. Od 1 kwietnia 1909 do 31 marca 1912 r. był zastępcą, a od 1 kwietnia 1912 do 31 marca 1924 r. członkiem Kolegium Reprezentantów. W 1933 r. zmuszony został przez nazistów do emigracji i wyjechał z najbliższymi do Sao Paulo w Brazylii. Tam też zmarł 18 lutego 1964 r. w wieku 90 lat. Dramatycznie potoczyły się też losy jego kuzynów, synów Marcuse Marcusa. Erwin (1892—1969) zmarł na emigracji w Brazyli, Bruno zginął w obozie koncentracyjnym, podobnie jak i bracia Arnolda, Max (1876—1942?) i Raphael (1877—1943). Najdłużej żyjącym męskim przedstawicielem Conitzerów był Alex (1859—1951), który przeżył zarówno początek, jak i upadek rodzinnego koncernu. Zmarł w Boliwii. Ostatni męski potomek Flatauerów, wnuk jednego z braci Arnolda, Gur Aryeh „Gurt", przyszedł na świat w Palestynie w 1938 r. Tam bowiem trafił jego ociec. Kurt, zmieniając nazwisko na Palter. Guri służył w armii izraelakiej jako pilot bombowca. Był najwyższym rangą oficerem izraelskim (podpułkownikiem), jaki dostał się do niewoli w trakcie wojny sześciodniowej w 1967 r. W 2018 r. w jego ręce trafiła jedyna pamiątka po rodzinie dziadka, Raphaela Flatauera — menora odnaleziona w jego dawnym domu w Osnabruck. Niemym świadkiem historii malborskiej gałęzi rodziny Flatauerów jest dziś ich dawny dom przy ul. Kościuszki 54. Zachowany w bardzo dobrym stanie jest ciekawym przykładem reprezentacyjnej, miejskiej rezydencji z lat 70-tych XIX w. Wyróżnia się rozczłonkowaną, urozmaiconą bryłą z frontowym ryzalitem, bocznym, półkolistym aneksem pełniącym funkcję oranżerii oraz tarasami, z których najbardziej okazały, z centralnie usytuowanymi, szerokimi schodami, położony jest od strony dawnego ogrodu. Główne wejście poprzedza portyk z czterech kolumn do ryckich stanowiący element niezwykle bogatego, klasycyzują-cego wystroju architektonicznego. Składa się na niego także m.in. oprawa okien frontowego ryzalitu złożona z pilastrów o kanelowanych trzonach i kompozytowych głowicach oraz belkowania z fryzem z liśćmi akantu i wicią roślinną. Elewację zdobią ponadto medaliony z główkami oraz profilowane gzymsy i opaski otworów okiennych z roślinnymi wolutami. Po opuszczeniu przez prawowitych właścicieli willa zajęta została przez państwo niemieckie. W 1934 r. umieszczono tu biura Powiatowego Kierownictwa NSDAP i Niemieckiego Frontu Pracy wraz z jego agendą — organizacją „Krafi óiurch Freude’ („Siia przez raeiasc*’), która m.in. troszczyła się o „należyte” spędzanie wolnego czasu przez malborskich robotników organizując im niedzielne, bezpłatne wycieczki. W 1937 r. w wyniku tzw. aryzacji mienia żydowskiego malborskie domy towarowe Flatauera i Conitzerów przeszły na własność spółki komandytowej należącej do członka NSDAP Herberta Hille. Sklep na Starym Mieście zatrudniał wówczas ponad sto osób. Spłonął 26 stycznia 1945 r. Pawilon przy Bramie Garncarskiej ocalał z zawieruchy wojennej, pełnił następnie różne funkcje, a obecnie czeka na nowego gospodarza. 66 Ryszard Rząd W latach 1945^8 w dawnym domu Flatauerów mieściła się Komenda Milicji Obywatelskiej po czym, do lipca 1974 r,. Komitet Powiatowy PZPR, Od 1974 do lipca 1977 r., na okres remontu malborskiej Szkoły Specjalnej, willa użytkowana była jako lokal zastępczy dla tej placówki. 10 października 1979 r. stała się siedzibą malborskiego oddziału Związku Nauczycielstwa Polskiego. Otwarto tu „Dom Nauczyciela” z Biblioteką Pedagogiczną i Poradnią Psychologiczno-Pedagogiczną — pierwszą tego rodzaju instytucję w ówczesnym województwie elbląskim. Piętro obiektu zaadaptowano na mieszkanie służbowe dla nauczycieli. W styczniu 1981 r. zawiązał się tu Malborski Komitet Założycielski NSZZ „Soli-iiamosc'. „Dom Nauczyciela” był miejscem wielu wystaw artystów malborskich, m.in. Teresy Bekier, Mieczysława Okońskiego, Andrzeja Krzemińskiego, Marzeny Zygmunt i Jerzego Krempa. Eksponowano tu też gobeliny Marii Dyszyńskiej, monotypie i rysunki Joanny Traczewskiej i tkaniny z Państwowego Ogniska Plastycznego. W roku 2007 rozpoczęto prace adaptacyjno-remontowe mające na celu adaptację budynku dla potrzeb nowej instytucji, miejskiego Centrum Turystyki — ,yMalbork Welcome Center”. Objęło ono obiekt w kwietniu 2008 r. i działało do stycznia 2015. Po jego likwidacji, przez trzy lata mieścił się tu Wydział Promocji, Turystyki i Współpracy z Zagranicą Urzędu Miasta Malborka. Od 2 stycznia 2018 r. dawna willa Flatauera jest siedzibą Muzeum Miasta Malborka, które m.in. przejęło spuściznę po „Marienburg-Archiv” — izbie pamięci z Hamburga gromadzącej pamiątki po dawnych mieszkańcach miasta nad Nogatem, w tym rodzinie Flatauer. Pół roku później, 16 czerwca. Muzeum zainaugurowało swoją działalność pierwszą wystawą y^Afiasto ludzi — ludzie miasta”. W lipcu 2019 r. kultywując pamięć o tych, którzy kształtowali niegdyś charakter miasta, zaprosiło mieszkańców na międzypokoleniowe spotkania dyskusyjno-warsztatowe „Herbatka u Flatauerów”. W roku 2020 willa przeszła gruntowny remont, a w chwili obecnej Muzeum przygotowuje kolejne ekspozycje, których częścią będą m.in. pamiątki po Flatauerach. www.prowincja.com.pl w kręgu kultury materialnej mieszkańców Żuław na przełomie XVIII i XIX wieku 67 Radosław Kubuś W KRĘGU KULTURY MATERIALNEJ MIESZKAŃCÓW ŻUŁAW NA PRZEŁOMIE XVIII I XIX WIEKU Truizmem jest stwierdzenie, że chłopi na Żuławach byli w dużej mierze ludźmi wolnymi i majętnymi. Oczywiście nie każdy żuławski chłop należał do ludzi dobrze sytuowanych. Niemniej pozycja chłopa na Żuławach znacznie różniła się od pozycji chłopa w innych regionach Rzeczpospolitej. Symbolem pozycji żuławskich gburów do dziś pozostają zachowane w krajobrazie regionu potężne domy podcieniowe, zwane też niekiedy „chłopskimi pałacami”. W przybytkach tego typu mieszkała naturalnie wyłącznie elita, która posiadała znaczny areał ziemi uprawnej oraz utrzymywała liczną służbę. Większość mieszkańców delty Wisły zamieszkiwała dużo skromniejsze drewniane chałupy. Zachowana do dnia dzisiejszego tego typu architektura często znacznie odbiega od pierwowzoru. Wpłynęły na to liczne „ulepszenia”, którym w okresie Polski Ludowej mieszkańcy poddawali swoje domostwa. Dziś, kiedy zainteresowanie Żuławami rośnie, liczni badacze, hobbiści oraz ludzie o głębokiej wrażliwości estetycznej często walczą o to, aby nadawać tego typu domom ich pierwotny kształt, układ, wygląd, a nawet przeznaczenie. Abstrahując od kwestii finansowych, które niewątpliwie odgrywają tu rolę pierwszoplanową, ważnym zagadnieniem są również źródła wiedzy, z których można czerpać informacje na temat tego, jak w momencie powstania wyglądały takie domy. Z pewnością przydatna jest tu wprawa architektów i historyków sztuki, którzy z pozornie drobnych detali potrafią wyciągać daleko idące wnioski. Sprawa komplikuje się jednak bardziej, kiedy próbujemy dociec, jakie przedmioty znajdowały się w wyposażeniu domów żuławskich chłopów. W tym przypadku przynajmniej częściowo pomocne mogą się okazać badania historyków. Zawarte w archiwach pośmiertne inwentarze mienia stanowią bowiem niezwykle wdzięczne źródło wiedzy na temat kultury materialnej dawnych społeczności. Tego typu źródła zachowały się także dla obszaru Żuław. O ile historycy koncentrują swoją uwagę w odniesieniu do obszaru Pomorza na badaniu pośmiertnych inwentarzy mienia mieszkańców miast, w tym szczególnie dużych ośrodków miejskich takich jak Gdańsk, czy Elbląg, o tyle w odniesieniu do Żuław poza drobnymi przyczynkami’ nie dysponujemy w zasadzie żadnymi obszerniejszymi pracami. Celem tego tekstu jest wyłącznie zasygnalizowanie potencjału poznawczego, który tkwi w tego typu kategoriach źródeł. Wykorzystane w tekście pośmiertne inwentarze mienia znajdują się w księgach gruntowych przechowywanych w Archiwum Państwowym w Malborku. Zdecydowana ich większość pochodzi z końca XVIII i I połowy XIX wieku. Z reguły stanowią spis wszelkich nieruchomości, ruchomości, pasywów, aktywów oraz długów ' E. Kizik, Gospodarstwo chłopskie na Żuławach Wis'łanych w swietłe inwentarzy pośmiertnych z XVII/ w., [w:] Cywilizacja prowineji Rzeczpospołitej, (red.) A. Jankowski, A. Klonder, Bydgoszcz 2004, s. 340—342; Ł. Kępski, R. Kubuś, Inwentarz polmiertny żuławskiej mennonitki Anny Dridgerz 1808 r., .Argumenta Historica”, 2020, nr 7, s. 61—71. 68 Radosław Kubuś i zobowiązań finansowych zmarłego. Niemal zawsze żuławskie inwentarze mienia spisywano na sposób niemiecki, czyli kategoryzowano spisywane przedmioty według surowca, z którego je wykonano, ewentualnie ich funkcji. Zazwyczaj pośmiertny inwentarz mienia otwierał wykaz nieruchomości, czyli wszelkich zabudowań i gruntów należących do zmarłego, a zamykał spis wierzytelności. Po odliczeniu wierzytelności od wartości całej masy spadkowej przystępowano do podziału majątku po zmarłym, z czego z reguły połowę otrzymywał współmałżonek, tudzież współmałżonka, natomiast drugą połowę dzielono pomiędzy dzieci. Na tle przytoczonych powyżej informacji nadzwyczaj wyjątkowo przedstawia się inwentarz zmarłego w 1796 roku mieszkańca Starych Babek (Altebabke) Salomona Feydta (Yeit)^. Zmarły w wieku 76 lat mężczyzna był postacią nietuzinkową. Poza tym, że tytułowano go sąsiadem (Mitnachbar), był on również uznanym miejscowym konowałem (PJeriie-Arzt). Po śmierci mężczyzny powołana została komisja, która miała za zadanie wycenić należące do niego nieruchomości. W jej skład weszli pochodzący z Bronowa 52-letni sąsiad Gottlieb Muller oraz 47-letni mieszkaniec Starych Babek Peter Kuntz. Jedynym dziedzicem zmarłego był jego upośledzony umysłowo (bloiisinnig) brat Daniel Feydt. Dziedzic w czasie postępowania spadkowego znajdował się pod kuratelą sołtysa Martina Steinigera. W celu ustalenia tego, czy Daniel Feydt rzeczywiście był jednym spadkobiercą zmarłego Salomona, kurator powołał dwóch świadków, którzy mieli wskazać na ewentualnych innych spadkobierców. Pierwszym z nich był Peter Schmidt. Co ciekawe, nie potrafił on podać swego wieku, stwierdzając wyłącznie, że ma siedemdziesiąt kilka łat („bin einige 70 Jahre alt, genauer kann ich solches nicht bestimmen”). Schmidt pochodził ze Starych Babek, ale mieszkał w położonej niedaleko Starych Babek wsi Beierhorst. Na wstępie świadek zeznał, że nie jest w żaden sposób spokrewniony z rodziną Feydt, a za swoje zeznania nie otrzymał żadnej korzyści majątkowej. Następnie przedstawił swoją wiedzę na temat rodzeństwa zmarłego Salomona. Zmarły posiadał zatem, poza upośledzonym umysłowo bratem Danielem, jeszcze pięcioro rodzeństwa, tj. siostry Marię, Annę, Helenę i Reginę oraz brata Simona. Maria przed laty miała poślubić zarządcę gruntów w podgdań-skiej Oruni. W momencie składania przez Schmidta zeznań, kobieta nie żyła już od około 18 lat. Pozostawiła po sobie córkę, która najprawdopodobniej również zamieszkiwała w Oruni. Kolejna siostra Salomona Anna, mieszkała z mężem w podgdańskich Szkotach. W momencie spisywania zeznań zarówno kobieta, jak i jej dwaj synowie już nie żyli. Nie żyła już wówczas także Helena, żona zarządcy Zabianki Jacoba Sturmera oraz Regina, która zmarła jako kobieta niezamężna. Taki sam los spotkał Simona Feydta, który zmarł w wieku zaledwie 10 lat. Zeznania Petera Schmidta potwierdził mieszkaniec Starych Babek, men-nonita Peter Epp, który stwierdził: „Zeznania poprzedniego świadka pokrywają się w pełni z moimi i mogę z czystym sumieniem potwierdzić, że Salomon Feydt, sąsiad ze Starych Babek, który zmarł w zeszłym roku jako kawaler i osoba bezdzietna, pozostawił jedynie swojego upośledzonego umysłowo brata Daniela Feydta i nie posiada więcej żyjącego rodzeństwa.” {Dte AusbiJ?ung meines Nebenzeugen ist im ć/er meinigen vblliggleieh un^i kann ich mit ćierselben moglichst Gewi^en bekunden, daj^ć/er Salomon Feydt getoesenen Atitnachbar auf ^ Archiwum Państwowe w Malborku [dalej: APM], sygn. 341, 853, k. 2—7. w kręgu kultury materialnej mieszkańców Żuław na przełomie XVIII i XIX wieku 69 Altebabke iJer tm vorigen Jahre unverheyratbet um^ obne Leibeserben verstarb, nur sein einziger Bru/^r Daniei Fey^/t, ^ier BiU^isinnige beerbet bat, un^/ aui^er ćiiesem kein mebreres Gescbwister am Leben vorbanden ist). Po przesłuchaniu obaj świadkowie w obecności kuratora złożyli przyrzeczenia, Peter Schmidt w obrządku luterańskim, a Peter Epp — mennonickim. Warto w tym miejscu powrócić to kwestii opisu majątku po zmarłym Salomonie Feydt, którego dokonali wspomniani już rzeczoznawcy Gottlieb Muller i Peter Kuntz. Daje on wgląd w to, jak przedstawiały się zabudowania należące do rodziny Feydtów, oraz rzuca pewne światło na stosunek Salomona do swojego upośledzonego umysłowo brata Daniela. Pierwszy dom, w którym zamieszkiwał Salomon Feydt, został zbudowany około roku 1788. Była to jednopiętrowa konstrukcja fachwerkowa kryta esówką o długości 40 stóp\ szerokości 26 stóp i wysokości 9 stóp. Rozciągała się od strony północno-wschodniej w kierunku południowo-zachodnim. Dom składał się z kilku pomieszczeń. Największym z nich była tzw. wielka izba, której długość wynosiła 22 stopy, szerokość 16,5 stopy, wysokość 9 stóp. Znajdował się w niej biały piec z niebieskim przypieckiem. W wielkiej izbie znajdowały się aż cztery okna, w których szyby wykonane były ze szkła francuskiego. Okna wyposażone były w mosiężne haki, a od zewnątrz zabezpieczone dębowymi, pomalowanymi na niebiesko okiennicami. Od wielkiej izby przez żółte drzwi z żelaznym zamkiem wchodziło się do sypialni. Była ona długa na 10 stóp, szeroka na 7 stóp i wysoka na 9 stóp. Tak jak w przypadku wielkiej izby, tak i w sypialni znajdowała się podłoga wykonana z desek. Znajdowało się tu jedno okno wykonane ze zwykłego szkła (gewobnlicben Gla^e). Rama okna była wykonana z dębu, z kolei pomalowana na niebiesko okiennica wykonana była ze świerku. Niedaleko sypialni znajdowała się spiżarnia. Jej wymiary były analogiczne do wymiarów sypialni. Także tu podłoga wykonana była z desek, a okno ze zwykłego szkła. Blisko spiżarni znajdowało się pomieszczenie o wymiarach 7x7 stóp, które przeznaczone było dla służby. Również tu znajdowała się zbita z desek podłoga, okno ze zwykłego szkła ze świerkową, pomalowaną na niebiesko okiennicą oraz żelaznymi okuciami. Drzwi w tym pomieszczeniu wykonane były ze świerku z żelaznym zamkiem i okuciami. Kolejne duże pomieszczenie mieszkalne (HauJ^raum) miało długość 25 stóp, szerokość 8,5 stopy i wysokość 9 stóp. Posiadało zbitą z desek podłogę, dwa okna ze zwykłego szkła, z których jedno miało pomalowaną na niebiesko świerkową okiennicę, natomiast drugie okno nie było wyposażone w żadną okiennice. W tym pomieszczeniu znajdowała się także murowana kuchnia z paleniskiem i oblepionym gliną kominem. Znajdowały się tu również potrójne drzwi wykonane ze świerku i pomalowane na niebiesko z żelaznymi okuciami i klamkami. Z uprzednio wzmiankowanej spiżarni można było przejść do piwnicy. Prowadziły do niej siedmiostopniowe schody. Murowana piwnica miała długość 21 stóp i wysokość 6 stóp. Około 9,5 stopy na południowy-wschód od opisywanego powyżej budynku znajdował się kolejny, będący w ruinie dom, w którym mieszkał brat zmarłego Salomona, upośledzony umysłowo Daniel. Ten budynek miał 40 stóp długości, 26 stóp szerokości i 5 stóp wysokości. Była to konstrukcja fachwerkowa z drewna i gliny kryta słomianym dachem. Budynek posiadał prześwity, a jego podcień był niemal całkowicie zapadnięty. Co ciekawe, wyposażenie tego budynku było niemal identyczne z pierwszym budynkiem. Jak wynika ’ Stopa odpowiada długości 0,31 metra. 70 Radosław Kubuś ze źródła, było to efektem tego, że zmarły Salomon chciał w ten sposób przekonać swego brata do opuszczenia zrujnowanego domu, który w źródle określa się wręcz mianem „piekła”! (Die Einrichtung t^ieses Gebau^ie ist ^ier Einrichtung t^s vorhin beschriebenen neuen Hau^es ganz gleich, weil iźer ErblaJ?er die Absicht gehabt hat, seinen eigensinnigen Bruiier, den Beu/ohner dieser Hdlle durcb diese Gleicbbeit der Einrichtung aus selbiger herauszuziehen und das neu erbaute HauJ?mit ihm zu bewohnen). Ten dom najprawdopodobniej został wybudowany w roku 1686. Poprzez zrujnowaną ścianę ogniową budynek łączył się z dobudowaną znacznie później (najprawdopodobniej w roku 1757) oborą i stodołą. Obora miała długość 30 stóp i szerokość 26 stóp, a jej wysokość wynosiła 7 stóp. Była przewidziana dla 4 koni, 5 krów i kilku sztuk młodego bydła. Drzwi obory były wykonane ze świerku z żelaznymi zawiasami i uchwytem. Stodoła z kolei miała długość 45 stóp i szerokość 26 stóp, z kolei jej wysokość wynosiła 12 stóp. Magazynowano w niej przede wszystkim paszę dla zwierząt. Oba budynki, tak jak i dom były w tragicznym stanie. Na podwórzu znajdował się także przydomowy ogródek (Kuchengarten) częściowo ogrodzony płotem z krzewów. Ogólny areał ziemi, który pozostawił w spadku Salomon Feydt, wynosił 13,5 morgi. Ziemie te w większości były niezwykle bogate w glinę, a zatem i żyzne, jednak ze względu na ich niskie położenie nadawały się wyłącznie do siewu letniego i wypasu bydła. W przypadku powyższego opisu nieruchomości brak szerszych informacji na temat samego wyposażenia opisywanych wnętrz. Niech za przykład tego, jakie przedmioty znajdowały się na wyposażeniu domów Żuławiaków, posłuży nam zatem pośmiertny inwentarz mienia organisty nowodworskiego Johanna Dickerta z 1801 roku^ (il. 1). Inwentarz sporządzono w obecności żony zmarłego, Reginy z domu Straussin, oraz prawnego opiekuna czwórki dzieci zmarłego, aptekarza Worgitzkiego. Wśród nieruchomości pozostawionych po zmarłym znajdował się położony w Nowym Dworze Gdańskim pod numerem 131 dom z ogrodem o wartości 900 florenów. W odniesieniu do ruchomości w pierwszej kolejności pojawia się kategoria metali (y4w Zinn, Kupfer, Me^ing, Blech und Eisen). W tej kategorii znalazły się następujące przedmioty: tuzin cynowych łyżek war- U. 1. PoczĄtek pośmiertnego inwentarza mienia nowodworskiego organisty Johanna Dickerta z 1801 roku tych 24 grosze, dwa miedziane czajniki do kawy o wartości 3 florenów, dwie mosiężne miski do * APM sygn. 341, 5780, k. 4-6. w kręgu kultury materialnej mieszkańców Żuław na przełomie XVIII i XIX wieku 71 gotowania ryb o wartości 4 florenów, sześć grapenów^, jedna patelnia i dwa trójnóżki o łącznej wartości 30 florenów oraz topór i łopata o łącznej wartości 2 florenów. Wśród mebli i sprzętów domowych (y4w Meubles un^i Hausgerath) wymienia się: zegar i małe lustro o łącznej wartości 12 florenów, świerkową szafę na ubrania o wartości 9 florenów, świerkową skrzynię o wartości 3 florenów, składany stół z czterema krzesłami o wartości 8 florenów, dwa łóżka o wartości 8 florenów, jedną szafkę kuchenną do przechowywania jedzenia o wartości 3 florenów, przędzarkę o wartości 2 florenów oraz różne drewniane i gliniane przedmioty o łącznej wartości 6 florenów. Kolejna kategoria dotyczyła bielizny osobistej i pościelowej (y4« Linnen un<^ Betten). Znalazło się tu: osiem męskich koszul o łącznej wartości 16 florenów, piętnaście sztuk koszul damskich o łącznej wartości 24 florenów, 4 prześcieradła o wartości 12 florenów, cztery nakrycia na łóżko o wartości 15 florenów, sześć ścierek o wartości 9 florenów, cztery fartuchy o wartości 8 florenów oraz dwa nakrycia, dwa prześcieradła, dwie duże poduszki i cztery mniejsze poduszki o łącznej wartości 92 florenów i 21 groszy. W sumie łączna wycena majątku po zmarłym organiście Dickercie wyniosła 1237 florenów i 15 groszy. Od tego odjęto dług, który posiadał nieboszczyk względem nowodworskiego kupca Heinricha Wienssa w wysokości 37 florenów i 15 groszy. Ostatecznie więc suma całego majątku po zmarłym wyniosła równo 1200 florenów. Wykaz majątku organisty Dickerta zawarty w pośmiertnym inwentarzu mienia każę sytuować go raczej wśród łudzi niezbyt zamożnych. Z pewnością człowiek ten nie należał do ludzi marginesu, ale też nie mógł równać się ludźmi pokroju Petera Classena, mieszkańca Lubieszewa, który pozostawił po sobie w pośmiertnym inwentarzu mienia z 1834 roku znaczny majątek wyceniony na niemal 10 tys. reichstalerów^. Nie równa się on także z pośmiertnym inwentarzem mienia pochodzącej z Zuławek mennonitki Anny Dridger^, która w swym domu posiadała m.in. łoże z baldachimem (Himmelbett). Co ciekawe, tego typu mebel często odnotowywany w zbiorach zarówno mieszczan gdańskich czy elbląskich, miał kilka zastosowań. Po pierwsze ów baldachim był swoistym wydzieleniem przestrzeni prywatnej względem pozostałych domowników, jak również izolował ich przed chłodem, a w końcu także zabezpieczał przed wszędobylskim robactwem®. Generalnie można zauważyć, iż przedmioty odnotowane w pośmiertnym inwentarzu mienia organisty nowodworskiego Johanna Dickerta z 1801 roku niemal nie różniły się od przedmiotów, których używali mieszkańcy Prus Królewskich przed dwoma, a nawet trzema stuleciami. Dopiero przemiany XIX wieku w sposób znaczny wpłynęły na wyposażenie żuławskich domów. Widać to doskonale na przykładzie pośmiertnego inwentarza mienia z 1869 roku, gdzie jako novum pojawia się na przykład lampa naftowa (eine Petroleumbim-pc) warta 1 reichstalera^. Podsumowując, należy stwierdzić, że pośmiertne inwentarze mienia Żuławiaków stanowią niezwykle cenne źródło do badania wielu aspektów związanych z historią regionu. ’ Grapen to rodzaj trój nożnego metalowego naczynia z dwoma uchami. * Z pewnością inwentarz ten zasługuje na osobne omówienie w jednym z kolejnych numerów Kwartalnika Prowincja. 7 Ł. Kępski, R. Kubuś, op. cit., s. 61—71. ’ C. Hefi,, Danztger Wohnkultur in der Frtihen Neuzeit. Untersuchungen zu Nachlassinventaren des 17. und 18. Jahrhunderts, Berlin 2007, S. 113. ’ APMsygn. 341,5757, k. 69-70. 72 Radosław Kubuś Przede wszystkim przydają się one do badań nad kulturą materialną społeczności zamieszkujących teren delty Wisły. Tego typu badania mogą być pomocne dla architektów czy właścicieli zabytkowych domów, którzy pragną odwzorować ich dawny wygląd. Co więcej, dzięki pośmiertnym inwentarzom mienia wiemy, co znajdowało się na wyposażeniu takich domów i jak owo wyposażenie ewoluowało pod wpływem przemian cywilizacyjnych zachodzących najbardziej dynamicznie począwszy od połowy XIX stulecia. CÓRKA ORGANISTY Wspomnicnia mieszkanki Pomorza /Alicja Łukawska, Halina Łukawska Można zamawiać na prowincja@onet.pl Msze żałobne, rewizje i werbunki na Powiślu i Kociewiu w latach 1861-1865 73 Andrzej Lubiński MSZE ŻAŁOBNE, REWIZJE I WERBUNKI NA POWIŚLU I KOCIEWIU W LATACH 1861-1865 Wydarzenia z lat 1861-1865 na Powiślu i Kociewiu, poprzedzające Powstanie Styczniowe i będące jego skutkami, są stosunkowo mało znane. A żyją wśród nas potomkowie rodzin, które aktywnie uczestniczyły w tych patriotycznych przedsięwzięciach. Innym powodem zajęcia się tym tematem są nie w pełni wykorzystane źródła znajdujące się w archiwum Berlin Dahlen, Chodzi o protokoły przesłuchań podejrzewanych o sprzyjanie polskiej rebelii, OJCZYNĄ WOLNĄ RACZ NAM WRÓCIĆ Pogrzeb Katarzyny Sowińskiej, żony bohaterskiego obrońcy Woli w roku 1831 generała Józefa Sowińskiego, 11 czerwca 1860 roku stał się manifestacją patriotyczną. Słuchacze Szkoły Sztuk Pięknych z Karolem Nowakowskim na czele doprowadzili do ściągnięcia tłumów mieszkańców Warszawy przed dom przy ulicy Królewskiej i na swych barkach wynieśli trumnę aż na cmentarz kalwiński, W trzydziestą rocznicę wybuchu Powstania Listopadowego urządzono uliczną manifestację o charakterze politycznym, zamawiając mszę żałobną w kościele karmelitów na Lesznie, Tu po raz pierwszy zaintonowano wówczas pieśń „Boże coś Polskę” ze zmienionym refrenem: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, Na Starym Mieście w Warszawie zorganizowana została manifestacja w rocznicę bitwy pod Ol-szynką Grochowską, Pięciu uczestników zostało zabitych, kilku było rannych, W pogrzebie 2 marca 1861 roku na Powązkach wzięło udział kilka tysięcy warszawiaków. Dni, jakie nastąpiły w Warszawie od lutego do kwietnia 1861 roku, określa się mianem „polskich czasów”. Inicjatywa organizowania nabożeństw została podchwycona również w pozostałych zaborach, Aleksander Wielopolski, zwolennik ścisłej współpracy z Rosją po objęciu urzędu Komisji Rządowej Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, dążył do ukrócenia działań konspiracyjnych, W nocy z 7 na 8 kwietnia 1861 przedłożył do podpisania ustawę o zbiegowiskach Michałowi Gorczakowowi, namiestnikowi Królestwa Polskiego, Pozwalała ona na użycie siły zbrojnej, gdy po trzykrotnym wezwaniu urzędnika cywilnego do rozejścia się, tłum nie posłuchał, W Sztumie w kościele św, Anny odprawiono nabożeństwo żałobne za poległych na ulicach Warszawy 25 i 27 lutego. Prawdopodobnie mszę u księdza proboszcza Piotra Goeblera 74 Andrzej Lubiński Trztj bracia Donimirscy, od lcu>a rolnego w Kończewicach dla Władysława Madeja Po zejściu z pokładu statku trafiła do obozu dla uchodźców w Oxboel na Półwyspie Jutlandzkim w Danii, który został zorganizowany dla niemieckich żołnierzy i cywilów ewakuowanych z Kurlandii, Prus Wschodnich oraz z tzw. „korytarza polskiego” w okupowanej Polsce, Wszyscy ci uciekinierzy zostali tu sprowadzeni w ramach niemieckiej Operacji Hannibal w okresie pomiędzy połową stycznia a majem 1945 roku. Rozkaz tej operacji wydał niemiecki admirał Karl Doenitz (naczelny dowódca marynarki wojennej III Rzeszy, ostatni naczelny dowódca Wehrmachtu i prezydent Rzeszy), a realizacją jego zajęli się admirał Oscar Kummetz (głównodowodzący sztabu niemieckiej floty na Bałtyku) i kontradmirał Konrad Engelhardt. Była to największa ewakuacja w historii morskiej. W ciągu 15 tygodni wzięło w niej udział od 494 do 1080 okrętów i statków różnych typów (w tym łodzie rybackie), które przewiozły około 900 ty- sięcy uchodźców cywilnych i 350 tysięcy żołnierzy przez Morze Bałtyckie do III Rzeszy i Danii okupowanej w tym czasie przez Niemców. Do obozów niemieckich uchodźców trafili przeważnie starcy, kobiety i dzieci. Z początku byli zakwaterowani w szkołach i wiejskich-halach sportowych, a potem skoszarowani w większych obozach. W październiku 1945 roku było w Danii 465 takich obozów. Oxbo- el był z nich największy. W maju 1945 roku mieszkało tam ponad 10 tysięcy osób, później liczba mieszkańców doszła do 37 tysięcy. Po zakończeniu wojny obóz został otoczony drutem kolczastym i pilnowany przez duńskich strażników. Uchodźcom nie wolno było wychodzić na zewnątrz, mieli ograniczony kontakt z Duńczykami, nie mogli nawet uczyć się języka duńskiego. Obóz posiadał własną administrację, władze, szkoły, szpitale, teatr, przędzalnię, która zatrudniała około 150 osób, a nawet kaplice różnych wyznań, w tym także katolicką. Ostatni uchodźcy wyjechali stamtąd do Niemiec w grudniu 1948 roku. Ale Elżbieta Czapiewska nie pojechała do Niemiec, tylko wróciła do siebie, na Żuławy. To już była Polska. Ale dokąd właściwie miała jechać dziewczyna, która nie znała innej ziemi? Na Żuławach była przecież jej rodzina. I jej ojczyzna. — W Danii byłam 2,5 roku, pisać do domu można było po roku. Myślałam, co mam zrobić? Napisałam adres, taki jak kiedyś był podczas wojny, Kuntzendorf. Pomyślałam, że dojdzie i faktycznie doszedł do mojej matki. Jak ona dostała ten list, to później odpisała. Do listów dokładaliśmy koperty, żeby mogli nam odpisać. Odpisała dopiero po pół roku, dowiedziałam się wtedy, że moi rodzice żyją. Pisała: „Nie przyjeżdżaj, bo tyfus panuje”. żuławskie opowieści. Powroźnik z Kończewic 95 Ulotka uydana u> niemieckim okazie uchodźców w Oxhoel w Danii z okazji otwarcia kaplicy (miało to migsce 4 maja 1947 roku) Chorowali wszyscy — brat, mama i ojciec, a poza tym straszna bieda była i jeszcze na Niemców inaczej patrzyli, źle. Mama pisała, że mam wytrzymać w Danii jak najdłużej mogę i na razie nie przyjeżdżać. Ja sobie jednak myślałam, że jak oni wytrzymują, to ja również wytrzymam. 2,5 roku tam byłam i starałam się, żeby tu przyjechać. Przyjechałam z babcią, ona pojechała prędzej, a ja zostałam jeszcze w Narwiglage. Tam były jeszcze inne młode dziewczyny. Przychodzili żołnierze i chcieli z nami iść na spacer. Moja koleżanka i ja chowałyśmy się pod pierzynę, ona do mamy do łóżka, a ja do sąsiadki. Później komendant obozu mnie pytał, dlaczego ja nie lubię polskich żołnierzy, a ja odpowiadałam, że lubię, ale nie będę w nocy chodzić na spacer. Zagroził mi, że nie pójdę do domu, tylko do drugiego obozu, gdzie tylko za litr zupy i kawałek chleba muszą ciężko pracować. Babcia musiała wcześniej wracać, a mnie nie chcieli puścić. Mój tata miał mi ten powrót załatwić, bo ja wcale nie znałam polskiego. Cztery dni jeszcze mnie tam trzymali i dopiero puścili. Bałam się, jak się będę dogadywać, ale jechałam z dziewczyną z Tczewa i do jej miasta dojechałyśmy bez problemu. Most przez Wisłę był rozwalony, przez rzekę prom kursował. Jej brat mnie odprowadził do promu, bagaż zostawiłam u nich, przyszłam do domu. Ciemno już było, a ja bałam się, co się stanie, jak będę musiała z kimś rozmawiać. Szczęśliwie jednak dotarłam, mama i tata bardzo się cieszyli — tak opowiadała po latach o swoim pobycie w Danii i powrocie na Żuławy. Kiedy Elżbieta wróciła do domu, nie znała języka polskiego. A miała już około dwudziestu lat i musiała gdzieś się zatrudnić, żeby mieć z czego żyć. Na początku poszła na kurs dla traktorzystów i nauczyła się jeździć ciągnikiem. To był po wojnie bardzo dobry zawód i można było ładnie zarobić. Przez jakiś czas pracowała jako traktorzystka w PGR-ze w Starej Wiśle. Kiedy nauczyła się już polskiego, zatrudniła się jako listonoszka na poczcie w Kończewicach. — Mama w pracy była bardzo obowiązkowa i dokładna. Uważała, że nie ma czegoś takiego, jak zła pogoda. Listonosz musi wyjść z domu w każdą pogodę. Przecież listy i inne przesyłki nie mogą czekać — wspomina jej syn. Władysław Madej, czyli ojciec Józefa, urodził się w 1928 roku w Ciężkowicach w powiecie tarnowskim. W czasie wojny działał w partyzantce AK, za co w 1947 roku został aresztowany przez wojskową prokuraturę w Rzeszowie. Do czasu rozprawy siedział w areszcie, a potem musiał opuścić tamte okolice, bo dostał wyrok dziesięć lat banicji. Polegało to na tym, że nie wolno mu było przebywać w rodzinnej wsi i okolicy. Na tak długi okres musiał gdzieś wyjechać. Pojechał więc na Żuławy, bo tu już wcześniej trafili ludzie z jego 96 Alicja Łukawska Właifysław AfMig, zasłużony strażak z Kończewic Stron. Zatrzymał się u znajomego z tej samej wsi. Spodobało mu się tutaj, bo było wszystko tak dobrze zagospodarowane jak w Ameryce. W górach była wtedy bieda, nie było słomy, a ludzie z Żuław słomę mieli i sprzedawali ją w inne rejony Polski. Podobało mu się też, jak zaraz po wojnie dbano o wały przeciwpowodziowe, których pilnował strażnik wałowy. Nie wolno było tam jeździć wozami czy ciągnikami, a kretowiska były zaraz usuwane. Ludzie bili się o to, by dostać pozwolenie na koszenie trawy i zbieranie siana z wałów, bo każdy miał krowę, której trzeba było dać jeść. Młody góral był bardzo pracowity. Jak było powiedziane wcześniej, znał się na stolarce, kowalstwie i krawiectwie. Umiał podkuć konia, uszyć spodnie, zrobić ule, wóz konny i ramy do okien. Interesował się mechaniką. Z kółek do kosiarki i silnika od pompy zrobił nieduży ciągnik. Takiego pojazdu nie trzeba było nawet rejestrować w urzędzie. Potem kupił agregat do omłotów koniczyn. Zarejestrował wówczas firmę omłotową i jako prywatny przedsiębiorca młócił zboża i koniczyny w powiatach malbor-skim, sztumskim, nowodworskim, tczewskim i starogardzkim. Na początku pobytu na Ziemiach Odzyskanych był w „kołchozie”, czyli należał do spółdzielni produkcyjnej, a w 1960 roku dostał od państwa Akt Nadania gospodarstwa numer 81 w Kończewicach jako rzemieślnik. Do tego gospodarstwa należała niewielka działka: prawie dwa hektary gruntów, w tym 1,73 hektara ziemi ornej i 0,10 hektara pastwiska. Był też jednym z najbardziej aktywnych strażaków w Kończewi- Takłica z nazwĄ wsi Kończewice cach. Po latach wspólnie Z kolegą spisał dzieje Ochotniczej Straży Pożarnej w Kończewicach, z którą był związany od samego początku. Pisał tam m. in. o tym, jak po wojnie na Żuławach docierali się ze sobą „rusek zza Buga”, „bosy Antek z Lubelskiego”, „galicyjak”, „bryndol z krakowskiego”, „przybysz z warszawskiego” i „poznańska pyra”. — Najlepiej się poznawano na zabawach, weselach, chrzcinach i innych uroczystościach rodzinnych oraz przy sklepiku Gminnej Spółdzielni. Jednym słowem, że się tak wyrażę. żuławskie opowieści. Powroźnik z Kończewic 97 gdzie pito (wódkę), a pito ją wszędzie i przy różnych okazjach — podczas pogody na deszcz, podczas deszczu, którego tu nie brak, na pogodę; podczas mrozu, bo trzeba, podczas błota musowo itd. Jest też i dowiedzione, że podczas takich uroczystości zapomina się o wszelkich antagonizmach, pochodzeniu czy dziel-nicowości oraz klasowości (...) Bywało i tak, że niejeden mieszkaniec naszej wsi, zapominając język polski, podśpiewywał sobie: „Wychadiła na góry Katiusza” lub „Dojcze, Dojcze” na cały świat. (...) Okres tych pierwszych 10 lat należy też zaliczyć do czasu zapoznania się rolników z jakże ciężką glebą żuławską (mady), specyfiką jej uprawy i nawożenia oraz kaprysów nadmorskich pod względem pogody. (...) A najważniejsze to, że ludność, która przybyła (...) ze wszystkich stron Polski zaczęła wierzyć i ufać w Prastare Ziemie swych przodków. Zaczęła znikać myśl tymczasowości i niepewności, zaczęto remontować i odbudowywać zagrody, zawierać Cztery pokolenia kobiet z Żuław. Wśrotiku sieeizi prababcia Augustyna Czapiewska, stoją otź lewej: babcia Rozalia A/odrzgew-ska i matka Elżbieta Madej. Mała dziewczynka to Regina Madej, starsza siostra pana Józeja. związki małżeńskie, usadawiając się już na stałe jako jej prawowici spadkobiercy... Przed wyjazdem z Kończewic mój przewodnik wskazuje mi tajemniczą boczną drogę prowadzącą gdzieś w puste pole. — To była droga do gospodarstwa mennonitów, którzy nazywali się Wiebe. Parę lat temu w Dawnej Wozowni w Miłoradzu poznałem Wernera Wiebe. Zgadaliśmy się na temat mojej wsi i ja mu pokazałem, gdzie było gospodarstwo jego przodków. Mówiliśmy na nie „spalone”. Pojechaliśmy na miejsce nieistniejącego gospodarstwa. Były czułe spojrzenia, były łzy i jak to powiedział Werner, najpiękniejsza wiązanka na grób ojca — kłosy niedojrzałego zboża, które wyrosło na ojcowiźnie. I spełniło się marzenie Wernera, zobaczyć to, co widział jego ojciec. Dla takich chwil warto pochylić się nad naszą historią. — Moja żona Maria jest nauczycielką historii. I ona ma takie hasło: „Dzisiaj jutro będzie wczoraj”, to znaczy, że ta nasza teraźniejszość bardzo szybko zamienia się w przeszłość. Dlatego każdy dzień jest godnym zapamiętania. Bo to, co my znamy jako normalne, codzienne, dla naszych wnuków też wkrótce będzie historią — mówi mi na pożegnanie Józef Madej. 98 Adam Langowski Adam Langowski MŁYNY ZIEMI SZTUMSKIEJ (1945-1950) Dawne młyny to obiekty wzbudzające ciekawość wśród miłośników wędrówek po ziemi sztumskiej i nie tylko. Szczególnym zainteresowaniem cieszą się wiatraki usytuowane na wzniesieniach, dobrze widoczne z oddali. Ich widok porusza wyobraźnię i nierzadko zachęca także przypadkowych turystów do zatrzymania się, podziwiania malowniczego krajobrazu i refleksji nad przeszłością. Na terenie powiatu sztumskiego zachowały się pozostałości dwóch murowanych wiatraków, tzw. holendrów, w Ankamatach i Budziszu’. Oba pięknie prezentują się na fotografiach, wydaje się jednak, że pierwszy z wymienionych jest bardziej rozpoznawalny i częściej eksponowany w różnych wydawnictwach ukazujących atrakcje ziemi sztumskiej. Innym typem młynów funkcjonujących niegdyś na naszych terenach były młyny wodne. Jeden z nich, obiekt w Koniecwałdzie, jesienią 2022 r. został rozebrany. Wartą uwagi jest ładnie położona, choć trudno dostępna, osada młyńska nad rzeką Dzierzgoń w Stanówku. Stare młyny posiadają zatem duże walory krajobrazowe i ciekawą historię wciąż czekającą na odkrycie. Niniejszy tekst, którego podstawę źródłową stanowią dokumenty przechowywane w Archiwum Państwowym w Malborku, jest próbą przybliżenia fragmentu dziejów młynów na ziemi sztumskiej, obejmującego lata 1945-1950. W historii Powiśla był to czas przełomowy, ponieważ obszar ten znalazł się w granicach Polski, a jego dotychczasowa struktura narodowościowa i społeczna na skutek powojennych migracji uległa całkowitej zmianie. Po dawnych mieszkańcach pozostały gospodarstwa, w tym młyny, eksploatowane przez sowietów lub wojsko polskie, a z czasem przejmowane przez polskie urzędy i przekazywane osadnikom. Pomiędzy poszczególnymi podmiotami niejednokrotnie dochodziło do rywalizacji i sporów kompetencyjnych, co dobrze ukazuje specyfikę tamtego okresu, pełnego dynamiki, ale też chaosu. Historia młynów z pierwszych miesięcy i lat po zakończeniu wojny to w pewnym sensie historia kształtowania się na ziemi sztumskiej nowej rzeczywistości politycznej i społecznej. W artykule przedstawiono szkice poświęcone ośmiu młynom wiejskim według porządku alfabetycznego. Nazwy miejscowości podane w śródtytułach zapisano w wersji współczesnej, w niektórych przypadkach dodano w nawiasie starsze określenia występujące w analizowanych dokumentach archiwalnych, ponieważ uznano, że może to być interesujące dla dzisiejszego czytelnika. ' Krótkie opisy tych obiektów można odnaleźć w tekście Jerzego Domino, opublikowanym przed laty na łamach „Prowincji” (Zob. J. Domino, GinĄty świat wiatraków, „Prowincja”, nr 2(8), 2012, s. 84-89). Młyny ziemi sztumskiej (1945—1950) 99 ANKAMATY (ANKEMITY, ANKIEMITY, ANKEMIT, ANKEMITT) Pierwszy powojenny opis młyna w Ankamatach pochodzi z 10 października 1945 r. W sprawozdaniu sporządzonym przez referenta Powiatowego Urzędu Ziemskiego (PUZ), Władysława Ładomirskiego, określono ten obiekt jako „młyn gospodarczy motorowy”, mieszczący się w budynku przerobionym z murowanego wiatraka, „zdolny tylko do śrutowania zboża”. W tamtym czasie zakład, „opuszczony przez nieżyjącego Niemca Willy Schóna”, był nieczynny i znajdował się pod opieką sołtysa Szramowskiego. Autor sprawozdania wskazał, że warunkiem uruchomienia młyna jest doprowadzenie prądu oraz wykonanie „drobnego remontu sposobem gospodarczym”. Zdolność produkcyjną ocenił na 2 tony śruty na dobę, co pokazuje, że ankamacki młyn nie należał do dużych jednostek. Referent odnotował, że kandydatem do jego objęcia wraz z gospodarstwem liczącym ponad 7 ha był sierżant Michał Pantelejko (Pancielejko) z 3. Białostockiego Pułku Aprowizacyjnego^. Ostatecznie gospodarstwo młyńskie w Ankamatach przypadło bratu Michała Pancielej-ki, Aleksemu. Ten pierwszy przejął bowiem rozlewnię piwa i wytwórnię wód gazowanych w Dzierzgoniu. W czerwcu 1946 r. przeprowadzono inwenturę młyna, w której Michał Pancielejko występuje jeszcze jako jego kierownik, ale podpis na dokumencie złożył jego brat. Jak wynika ze spisu, na wyposażenie młyna składało się dziewięć urządzeń, w tym motor elektryczny Brown-Boweri o mocy 8 KM. Według oficjalnego protokołu Państwowego Urzędu Repatriacyjnego (PUR) przekazanie ziemi z młynem Aleksemu Pancielejce, pochodzącemu ze wsi Pustoszka pod Bra-sławiem w dawnym województwie wileńskim, nastąpiło 22 listopada 1946 r. Pancielejko wszedł w posiadanie trzyizbowego, murowanego domu krytego dachówką, murowanej obory i drewnianej stodoły. Wyszczególniono także młyn, którego obwód wynosił 32 metry. Ceglany korpus zamknięty był betonowym dachem, możliwe więc, że budowla nie posiadała już wówczas górnej części, czyli drewnianej, obrotowej „czapy” ze skrzydłami, tak charakterystycznej dla wiatraka typu holender. W wykazie widnieje ponadto informacja o murowanym domu robotniczym połączonym z murowano-drewnianą stodołą oraz drwalni, które przypuszczalnie tworzyły wraz z młynem pewną całość. Dodajmy, że Pancielejko miał własne prosię oraz konia z darów UNRRA^. Trudno stwierdzić, czy młyn w Ankamatach został w okresie powojennym uruchomiony. Jeśli tak, to działał krótko. W analizowanych dokumentach nie ma na ten temat żadnych informacji. Rodzina obecnych właścicieli przejęła go w latach 50-tych XX w. i twierdzi, że młyn nie pełnił już wtedy funkcji przemiałowej. W rodzinnej tradycji zachowała się ponadto opowieść o młynarzu, który popełnił samobójstwo, a jego duch miał straszyć 3. Białostocki Pułk Aprowizacyjny — jednostka zaopatrująca i ochronna utworzona pod koniec listopada 1944 r. w Białymstoku. W lutym 1945 r. pułk przeniesiono do Dzierzgonia, a jego głównym zadaniem było gromadzenie mienia, deponowanie zbóż i poniemieckiego żywca oraz przeprowadzanie omłotów i zasiewów na podległym sobie terenie. Jednostkę rozwiązano pod koniec listopada 1945 r. (Z. Kosztyła, R. Zabłotniak, Formowanie jednostek Ludowego Wojska Polskiego w Białymstoku w 1944 r., „Rocznik Białostocki” 19 71, nr 10, s. 254—255). Jak ustalił A. Lubiński, na terenie powiatu sztumskiego pułk zajął 41 majątków o łącznej powierzchni 6,5 tys. ha. Dowódcą jednostki był pułkownik Chamin, a jego zastępcą major Zakrzewski. (A. Lubiński, Sztum i okolice w latach 1945—1948 [w:] Z dziejów Sztumu i okolic, t. I, Sztum 1997, s. 64). ’ UNRRA — United Nations Relief and Rehabilitation Administration (Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy). 100 Adam Langowski W ceglanej bryle dawnego wiatraka. Właścicielem młyna, który targnął się na własne życie, mógł być Willy Schón, co zdaje się potwierdzać przytoczony na początku zapis ze sprawozdania referenta Ładomirskiego. BUDZISZ Budzisz — pozostałości wiatraka, fit. A. Langowski Młyn w Budziszu posiadał zbliżoną konstrukcję do młyna w Ankamatach. Oba obiekty zaliczyć można do wiatraków w typie kolendra. Jednak młyn w Budziszu, w przeciwieństwie do budowli w Ankamatach, prawdopodobnie zachował drewnianą „czapę” ze skrzydłami, ponieważ w dokumentach wytworzonych w pierwszych latach po zakończeniu wojny został sklasyfikowany jako „wiatrak-młyn”. Zakłady, których głównym źródłem siły był wiatr, uznawano już wówczas za przestarzałe. W lustracji wiatraka w Budziszu, przeprowadzonej w lipcu 1946 r., odnajdujemy następujący zapis: „Młyn stary, prymitywny — wymaga generalnego remontu”. Podczas inwentaryzacji, dokonanej miesiąc wcześniej, wykazano zaledwie trzy pozycje: kamienie do śrutowania, wał drewniany z kołami trybowymi oraz drewniany stół. Osobą wyznaczoną do objęcia młyna oddanego przez Armię Czerwoną był Józef So-bieszczański. Powiatowy Urząd Ziemski skierował pismo w tej sprawie do Państwowego Urzędu Repatriacyjnego w dniu 2 sierpnia 1946 r. W kolejnych miesiącach zakład pozostawał jednak nieobsadzony. Starania o uzyskanie zgody na przejęcie wiatraka podjął również Jan Paczuk z Koślinki, repatriant z dawnego województwa nowogródzkiego. W podaniu z 12 stycznia 1947 r. napisał, że przed przybyciem do kraju pracował w młynie rodziców we wsi Robotna leżącej w rejonie Kozłowieckim. W jednym z zaświadczeń określono dokładnie położenie tego młyna — znajdował się on nad rzeką Iwie-zianką stanowiącą dopływ Mołczadki. Repatriant zapewniał w podaniu, że chce nadal pracować w zawodzie, dlatego prosi „o przydzielenie wiatraka poniemieckiego znajdującego się w Budziszu, gm. Świetliki [Jasna], po Niemcu Teclaffie [Tetzlaffie] Karlu wraz z budynkami przynależnymi do tego wiatraka i ziemią, którą jest osiem (8) ha”. Warto zauważyć, że wymieniona przez Paczuka ilość ziemi znacząco odbiega od danych zawartych w innych doku- mentach, według których powierzchnia Młyny ziemi sztumskiej (1945—1950) 101 gospodarstwa wynosiła 95 ha. Pismo Paczuka zostało przekazane wojewódzkim strukturom PUR i odesłane do Sztumu z odpowiedzią odmowną. Urzędnicy wskazywali na braki w złożonej dokumentacji, gdyż wnioskodawca nie przedstawił m.in. karty ewakuacyjnej i opisu mienia pozostawionego za granicą. Paczuk nie pogodził się z tą decyzją i zamierzał zwrócić się do referatu prawnego Powiatowego Oddziału PUR w Malborku. GOŚCISZEWO (BRUNOWO, BRUSZWAŁD) 9 sierpnia 1945 r. Starostwo Powiatowe w Sztumie nominowało na tymczasowego kierownika gościszewskiego młyna Wacława Rachańskiego. Objął on obiekt należący wcześniej do Niemca, Ernsta Krogulla. Młyn był drewnianym wiatrakiem o wysokości 12 metrów, ze średnicą podstawy wynoszącą 8 metrów. W sprawozdaniu z 17 października 1945 r. referent PUZ zanotował, że wiatrak powstał pół wieku wcześniej. Urzędnik dostrzegł „spróchniałe krzyżaki w ścianach bocznych”, a urządzenia młyńskie uznał za „dosyć prymitywne i przestarzałe”. Zwrócił ponadto uwagę na niekorzystne usytuowanie obiektu, co skutkowało brakiem wiatru. W takich warunkach młyn mógł przemielać tylko 0,4 tony zboża dziennie. Przy wykorzystaniu prądu elektrycznego zdolność produkcyjna wzrastała do 1,5 tony. Dodajmy, że wiatrak był wyposażony w silnik Siemensa o mocy 16 KW. Obsługą młyna zajmował się sam Rachański, którego praca została wysoko oceniona. Stwierdzono, że kierownik wiatraka „dba o obiekt i utrzymuje w dobrym porządku”. W opinii sprawozdawcy również gospodarstwo młynarza, składające się z domu, stajni i stodoły pod jednym dachem, a także 1,5 ha ziemi ornej, było „wzorowo uprawione”. Wacław Rachański pochodził z okolic Tomaszowa Lubelskiego. Urodził się 28 września 1908 r. w Gródku. W dokumentach archiwalnych zachowały się odpisy jego życiorysu oraz karty personalnej, z których dowiadujemy się, że przed wojną odbył we Lwowie „praktyki urządzeń budowy młynów” i ukończył trzyletni kurs doszkalający przy szkole im. Kordeckiego. W 1936 r., po odbyciu służby wojskowej, zakupił wiatrak w kolonii Plebanka na terenie powiatu Tomaszów Lubelski, gdzie pracował do 1939 r. Brał udział w wojnie obronnej, a 17 września 1939 r. dostał się do niemieckiej niewoli i trafił do obozu Gross Born (Borne Sulinowo) — Stalag II E. W 1942 r. zdołał uciec i wstąpił do Batalionów Chłopskich. W oddziałach partyzanckich używał pseudonimu „Biskup”. Należące do niego gospodarstwo i młyn w Plebance zostały zniszczone, co Rachański opisał w następujący sposób: „W roku 1943, 17 kwietnia, napad «Bulbowców» — Ukraińców, wioskę mą i okolice spalili doszczętnie, część ludzi wymordowali i w tym czasie dokumenty moje spaliły się i nie posiadam ich”. I dalej o swoim przyjeździe na Pomorze: „Przez Polski Związek Zachodni przyjechałem z rodziną do Bruszwałdu, pow. Sztum, i zająłem wiatrak i 1,5 ha ziemi i budynki i bardzo proszę o przyznanie mi je”. Tymczasowy zarządca gościszewskiego młyna dążył do uzyskania go wraz z gospodarstwem na własność. W pismach wysyłanych do urzędów oraz instytucji państwowych uzasadniał: „Objąłem młyn w dużym stopniu zniszczony — remonty wszelkie przeprowadziłem własnym kosztem”. Zaznaczał również, że młyn, z racji niekorzystnej lokalizacji, nie może być wykorzystywany na skalę przemysłową. Rachański mógł liczyć na przychylność PUZ 102 Adam Langowski W Sztumie, który w kwietniu 1946 r. przedłożył wojewódzkim strukturom wniosek popierający: „Petent w zupełności zasługuje na nadanie mu [...] młyna-wiatraka w gromadzie Brunowo, który sposobem gospodarczym wyremontował i uruchomił, nie mając inwentarza żywego, jednak grunt wyorał i zasiał, przez co wykazał wiele inicjatywy i pracowitości. [...] Jako jednostka dodatnia w zupełności zasługuje na poparcie”. Dodatkowym argumentem działającym na korzyść Rachańskiego było zdanie przez niego egzaminu w Izbie Rzemieślniczej we Wrzeszczu w lutym 1946 r. W kolejnym roku wnioskodawca doczekał się aktu nadania i stał się właścicielem młyna oraz gospodarstwa, którego obszar wynosił już ponad 5 ha. W 1949 r. Rachański wydzierżawił wiatrak Robertowi Trederowi. Młyn wymagał naprawy, ponieważ został poważnie uszkodzony przez burzę. Przyszły użytkownik zobowiązał się do przeprowadzenia remontu, w zamian za co przez pół roku nie musiał uiszczać opłaty dzierżawnej. Od 1 czerwca 1950 r. zakład młyński przestał działać. W październiku 1950 r. Prezydium Gminnej Rady Narodowej w Gościszewie złożyło wniosek do władz powiatowych w sprawie ponownego uruchomienia wiatraka i prowadzenia go przez Wacława Rachańskiego. Władze gminne zwracały uwagę, że wznowienie działalności młyna „byłoby konieczne dla potrzeb tutejszej ludności”. KONIECWAŁD (KANIEWO, KONRADSWALDE) Zakład położony nad jeziorem Kaniewskim był typem młyna wodnego. Przed 1945 r. należał do Niemca, Alfreda Stockhausa, a po zakończeniu działań wojennych użytkowały go wojska sowieckie. Zarząd nad obiektem z ramienia władz rosyjskich sprawował major Beketow, komendant 126. Sowieckiego Oddzielnego Batalionu Roboczego w Malborku. Na początku września 1945 r. przystąpiono do działań mających na celu przekazanie młyna polskim władzom. Spisano inwentarz, z którego wynika, że na terenie zajmowanym przez zakład istniały cztery budynki, a sam młyn, murowany i kryty dachówką, połączony był z mieszkaniem i drewnianym spichlerzem. Ich stan określono jako dobry, podobnie jak urządzeń młyńskich, rozlokowanych w suterenie, na parterze i pierwszym piętrze. Spośród urządzeń wewnętrznych warto wymienić turbinę wodną o poziomej osi 25 HP oraz motor elektryczny Siemensa o mocy 38 KM. Podczas inwentaryzacji major Beketow oświadczył inspektorowi Wojewódzkiego Urzędu Ziemskiego Gdańskiego (WUZG), że 5 września „zdejmie ochronę sowiecką i po wywiezieniu znajdującego się w młynie sowieckiego zboża, młyn przekaże władzom polskim”. Po odejściu żołnierzy sowieckich obstawę obiektu mieli zapewnić żołnierze polskiej placówki marynarki wojennej z Malborka. Na miejscu pozostał młynarz Czesław Iwicki, któremu polecono „powiadomienie P.U.Z. Sztum o przekazywaniu młyna władzy polskiej”. 6 września 1945 r. wydano akt zdawczo-odbiorczy, co oznaczało formalne przejęcie młyna z rąk sowieckich. Wojewódzki Urząd Ziemski powierzył tymczasowy zarząd nad młynem i przynależnym do niego gospodarstwem o powierzchni 5 ha Janowi Kopcowi. Nominację wystawiono mu 3 września 1945 r., ale faktyczne wprowadzenie do zakładu nastąpiło 9 października. Młyn, Młyny ziemi sztumskiej (1945—1950) 103 Koniecwaid — stan z sierpnia 2022 r., fot. A. Langowski już W polskim posiadaniu, nadal świadczył usługi Sowietom, którzy nie wywiązywali się z zapłaty. Na początku listopada Kopiec wystosował pismo do PUZ w Sztumie z informacją, że od 11 października do 31 października 1945 r. młyn przemielił dla 126. Batalionu w Malborku 5164 kg pszenicy, żyta, jęczmienia i lnu na olej, za co nie otrzymał żadnego wynagrodzenia. W czasie, gdy młynem zarządzał Jan Kopiec, sporządzono następującą charakterystykę zakładu: „Stan techniczny dobry, urządzenie młyna nowoczesne, nominalna zdolność przemiałowa 6 ton na dobę, siła wodna zmienna, całkowicie wystarczająca tylko w porze wiosennych roztopów, motor elektryczny z powodu braku prądu nieczynny”. Jan Kopiec chciał osiedlić się w Koniecwałdzie na stałe i kierować tamtejszym młynem. Urodzony w 1899 r. w Wołczy Dolnej w powiecie Dobromil, był zawodowym młynarzem. Zaczynał jako pomocnik ojca w młynie wodnym w Boniowicach. W 1917 r. powołano go do armii austriackiej. Po upadku Austro-Węgier wstąpił jako ochotnik do Armii Polskiej, z której został zwolniony w 1921 r. Następnie odbył praktykę w młynie hrabiego Tyczkow-skiego w Podmojscach niedaleko Przemyśla. Po zdaniu egzaminu w 1923 r. został jego kierownikiem, by po roku powrócić do Boniowic pod Dobromilem i podjąć pracę w młynie ojca. Od roku 1928 zarządzał nim już samodzielnie, a na krótko przed wybuchem wojny rozpoczął budowę tartaku. 31 lipca 1945 r. opuścił Kresy i wyjechał wraz z żoną i dwójką dzieci do Polski. 3 października 1946 r. Jan Kopiec złożył podanie z prośbą o przyznanie mu na własność gospodarstwa z młynem w Koniecwałdzie, którym dotychczas administrował. Podanie 104 Adam Langowski rozpatrzono pozytywnie, a 25 października spisano protokół przekazania. Zakład wraz z gospodarstwem pozostawał w jego posiadaniu do lipca 1949 r., kiedy to na mocy orzeczenia Powiatowej Komisji Osadnictwa Rolnego w Sztumie uchylono akt nadania. W uzasadnieniu zapisano, że „młyn wodno-elektryczny o zdolności przemiałowej ponad 5 ton na dobę [...] nie może być przedmiotem nadania”. Obiekt przejął Dział Rolnictwa i Reform Rolnych Urzędu Wojewódzkiego, który od razu przekazał go Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Gościszewie. Kolejne przekształcenia nastąpiły dwa lata później. Od 30 czerwca 1951 r. użytkownikiem młyna w Koniecwałdzie było Rejonowe Przedsiębiorstwo Młynów Gospodarczych przy Powiatowym Związku Gminnych Spółdzielni (PZGS) w Malborku. MINIĘTA (MIENTY, MENTHEN) Młyn wodny nad rzeką Dzierzgoń w Miniętach znajdował się początkowo pod kontrolą 3. Białostockiego Pułku Aprowizacyjnego. Od marca 1945 r. stanowisko młynarza zajmował w nim Józef Pławski, strzelec z kompanii sztabowej wspomnianego pułku. 20 września 1945 r. Pławski został wyznaczony przez PUZ w Sztumie na tymczasowego zarządcę obiektu, a następnego dnia sporządzono protokół zdawczo-odbiorczy. W sprawozdaniu z 9 października 1945 r. odnotowano jednak, że mimo protokolarnego przekazania, młyn w dalszym ciągu pozostawał „we faktycznym władaniu Wojska Polskiego, które wyłącznie dla siebie przemiela”. Sprawozdawca informował również, że obsługa zakładu składała się z dwóch żołnierzy i jednego niemieckiego robotnika. Budynek młyna w Miniętach był drewniany i pokryty papą. Jego wymiary to: 6 metrów szerokości, 7 metrów długości oraz 8 metrów wysokości. Referent Przemysłu Rolnego Ła-domirski pisał o nim: „Młyn czynny, urządzenia bardzo staroświeckie, przeniesienie siły z turbiny wodnej na kamienie nie za pomocą transmisji, lecz przez koła trybowe, co powoduje wielkie zużycie siły. Turbina ok. 30 KM jest nieszczelna, przepuszcza wiele wody, co powoduje bardzo nieregularny dopływ siły”. Młyn połączony był z gospodarstwem o powierzchni 26 ha, przy czym 19 ha, określonych jako nieużytki, zostało „zajętych pod eksploatację przez fabrykę wyrobów cementowych”. Dawnym właścicielem młyna był Franciszek Busch (Busz), który po wojnie pozostał na miejscu i uzyskał tymczasowe zaświadczenie o obywatelstwie polskim. Józef Pławski jako żołnierz 3. Białostockiego Pułku Aprowizacyjnego osadzony w młynie, zapoznał się z jego córką, Jadwigą i postanowił wziąć z nią ślub. 8 września 1945 r., a więc jeszcze przed oficjalną nominacją na tymczasowego kierownika młyna wydaną przez PUZ, złożył raport do dowódcy pułku z prośbą o udzielenie zgody na zawarcie małżeństwa. Pławski, zanim trafił do wojska, mieszkał w folwarku Długi Las w powiecie słonimskim na terenie dawnego województwa nowogródzkiego. Z zawodu był młynarzem i prowadził gospodarstwo rolne liczące 23 ha. We wspomnianym raporcie oświadczył: „[...] nie mam zamiaru powracać do domu, tj. za linię Czerwoną, gdzie obecnie przebywa moja rodzina (matka, 2 siostry i brat), a po zdemobilizowaniu mnie chcę pozostać i zagospodarować się na tych terenach”. 15 września 1945 r. dowództwo pułku zezwoliło mu na ślub z Jadwigą Busz. Miesiąc Młyny ziemi sztumskiej (1945—1950) 105 Minięta — zniszczona tama na rzece Dzierzgoń, fot. A. Langowski później Pławski w piśmie do WUZG powtórzył swoją deklarację o pozostaniu „na terenie Prus Wschodnich” i zamiarze poślubienia córki Franciszka Busza. W dalszej części podania prosił zaś o przydzielenie mu, „jako zięciowi”, gospodarstwa i młyna. Ostatecznie gospodarstwo młyńskie w Miniętach zostało zreprywatyzowane i zwrócone przez Skarb Państwa dawnemu właścicielowi. W lipcu 1946 r. Busz, ubiegając się o odzyskanie mienia, pisał do PUZ: „[...] młyn ten był moją własnością od roku 1881. Po odzyskaniu Ziem Zachodnich objął młyn Pławski Józef jako zdemobilizowany żołnierz. W sierpniu 1945 r. dostałem obywatelstwo, na tej też podstawie proszę o przyznanie mi młyna z powrotem”. Przekazanie majątku nastąpiło 10 stycznia 1947 r., a w uzasadnieniu znalazł się następujący zapis: „młyn z powodu starej i prymitywnej konstrukcji o zdolności przemiałowej 2000 kg na dobę nacjonalizacji nie podlega”. Warto zauważyć, że w momencie odzyskania mienia Franciszek Busz, syn Jana i Pauliny z Czerwińskich, miał już 83 lata. STANÓWKO (MAŁE STANOWO, KLEIN STANAU) Inny młyn wodny nad rzeką Dzierzgoń funkcjonował w Stanówku, miejscowości położonej niedaleko Miniąt, i był w pierwszym okresie po wojnie zajęty przez Armię Czerwoną. Jako wcześniejszego właściciela wymienia się Niemca, Maksa Kleina. Murowany, dwupiętrowy budynek młyna, kryty dachówką, posiadał następujące wymiary: długość — 15 metrów, szerokość — 8,3 metra, wysokość — 12 metrów. Główne źródło 106 Adam Langowski Stanówko — widok od strony rzeki Dzierzgoń, fot. A. Langowski siły stanowiła turbina wodna o mocy 40 KM. W powojennych inwentarzach podkreślano, że stan techniczny maszyn był dobry, „wszystkie zdatne do użytku i nowoczesne”. Wiele spośród urządzeń będących na wyposażeniu młyna wyprodukowanych zostało przez firmę ,A- Wetzig — Wittenberg”. W suterenie umieszczono dynamo firmy „Bergman A.G. Berlin” o sile 17 łCW. Z kolei na parterze stał śrutownik dostarczony przez firmę „Komnick” z Elbląga. Zakład zaopatrzony był również w wagę automatyczną „Chronos”. Gospodarstwo rolne liczyło 48 ha, a jego zabudowę stanowiły: murowany dom mieszkalny z ośmioma pokojami, spiżarnią i kuchnią, drewniana stodoła, stajnia murowano-drewniana, szopa drewniana, murowany „świniarnik” oraz kamienna piwnica. W październiku 1945 r. doszło do protokolarnego przekazania obiektu Wojewódzkiemu Urzędowi Ziemskiemu przez komisję mieszaną, jednak Sowieci nie opuścili go aż do wiosny 1946 r. Faktyczne pozostawanie młyna w ich rękach niepokoiło gdański WUZ, który na początku lutego zażądał od PUZ w Sztumie wyjaśnień w tej sprawie. W odpowiedzi inż. Hryniewski, sztumski Komisarz Ziemski, raportował, że „referendarz przemysłu rolnego kilkakrotnie zwracał się do oddziału Wojsk Sowieckich w Dzierzgoniu w sprawie przekazania administracji młyna w Małym Stanowię, zawsze bezskutecznie. Numeru formacji nie chcą podać”. Komisarz załączył opis techniczny zakładu z zastrzeżeniem, że jest on niedokładny „z powodu trudności ze strony władz sowieckich”. W kolejnych miesiącach udało się zmusić Rosjan do odejścia, w czym znaczący udział miał major Zakrzewski z 3. Białostockiego Pułku Aprowizacyjnego. Młyny ziemi sztumskiej (1945—1950) 107 Stanówko — plan osatfy mfyńsktg. Jot. Archiuntm Państwowe w Malborku Objęcie młyna w zarząd PUZ nie obyło się jednak bez trudności, których źródłem nie byli tym razem Rosjanie, lecz Antoni Korsak, administrator Zespołu Majątków Państwowych w Judytach (Juditenhof). W lutym 1946 r. otrzymał on polecenie od Komisarza Ziemskiego, aby w momencie opuszczania Stanówka przez Sowietów powiadomić o tym PUZ i zabezpieczyć zakład do czasu przybycia urzędników. Gdy 18 kwietnia 1946 r. przedstawiciel PUZ Władysław Ładomirski pojawił się w Stanówku w towarzystwie Mieczysława Pietruszki, wyznaczonego na tymczasowego kierownika młyna, oraz Stanisława Cienia, milicjanta z posterunku w Dzierzgoniu, Korsak odmówił przekazania kluczy. Administrator z Judyt twierdził, że „jest właścicielem młyna i nikomu go nie odda”, próbował ponadto usunąć przybyłych „wezwawszy do pomocy dwóch żołnierzy sowieckich, którzy jednak taktowniej się zachowali, gdyż oświadczyli, że młyn przekazali ob. Korsakowi i już nie mają tytułu mieszania się do tych spraw”. Referent Ładomirski, relacjonując całe zdarzenie, napisał o Korsaku, że: „przy opuszczaniu go [młyna] przez Armię Sowiecką powodował się raczej względami osobistymi niż racją stanowiska urzędnika państwowego”. Niedługo po tym Pietruszka, przy wsparciu milicji, odebrał klucze i 24 kwietnia uruchomił młyn. Nowy zarządca, który wcześniej kierował młynem w Starym Targu, przystąpił do remontu tamy wodnej. Za wykonanie robót odpowiadał Julian Dypka, cieśla z Dzierzgonia. W ciągu trzech tygodni wybito kanały, zalano cementem drewniany podciąg oraz poprawiono zaporę z drewnianych bali. Koszt remontu wyniósł 6 tys. zł. Mieczysław Pietruszka pełnił swą funkcję do sierpnia 1946 r. Jego zwolnienie wynikało z przekazania młyna Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Dzierzgoniu, która już w grudniu 1945 r. zwróciła się z taką prośbą do Komisarza Ziemskiego. Zainteresowanie młynem wykazywało również przedsiębiorstwo Państwowych Nieruchomości Ziemskich (PNZ). Przedstawiciele PNZ dowodzili, że Stanówko to jedyny młyn w powiecie nadający się do obsługi majątków państwowych. Podania o przydział młyna składali także repatrianci. Jednym z pierwszych był Bolesław Kardasiewicz, który przedstawił odpowiednie pismo pod koniec 1945 r. Na mocy decyzji PUZ z 25 marca 1946 r. osadzono go w Dzierzgoniu, na osiemnastohektarowym gospodarstwie z młynem, spichrzem i magazynem po Niemcu 108 Adam Langowski O nazwisku Dost^. Dodajmy, że Kardasiewicz pochodził z dawnego województwa poleskiego, gdzie pozostawił gospodarstwo liczące 25 morgów oraz młyn motorowy. Chęć prowadzenia młyna w Stanówku wyrazili ponadto Bronisław Dziedziul i Franciszek Ziółkowski, obaj mieszkający wówczas w Dzierzgoniu przy ulicy Marszałka Stalina 8. Dziedziul, urodzony w 1904 r. w Daniuszewie pod Smorgoniami na Wileńszczyźnie, do 1939 r. pracował wraz z bratem w młynie. Po utracie gospodarstwa (w życiorysie zapisał: „przekazałem swoją gospodarkę wraz z młynem władzom radzieckim”) znalazł zatrudnienie na kolei. W kwietniu 1945 r. przyjechał do Polski i osiadł w Dzierzgoniu, gdzie pracował jako strażnik kolejowy. Ziółkowski przybył na te tereny wraz z 3. Białostockim Pułkiem Aprowizacyjnym. Urodził się w Zalesiu w województwie kieleckim, ale po ślubie zamieszkał w Wasiliszkach na terenie województwa nowogródzkiego, gdzie prowadził gospodarstwo z młynem, wniesione w posagu przez żonę. Dziedziul i Ziółkowski we wspólnym wniosku z 16 lutego 1946 r. zapewniali, że od najmłodszych lat pracowali w rolnictwie i znają się na młynarstwie. W dalszej części podania pisali: „Na terenie Polski znajdujemy Opis młyna w Dzierzgoniu zawarty w piśmie Starostwa Powiatowego w Sztumie do Wojewódzkiego Urzędu Gdańskiego z dnia 10 września 1947 r.: „Młyn do tej pory jest nieczynny, gdyż przez działania wojenne został całkowicie zdemontowany, a nawet budynki są poważnie uszkodzone, przede wszystkim w młynie są powyrywane sufity z góry do dołu. W młynie tym przed zniszczeniem było ustawione 4 pary walcy i 2 kamienie. Obecnie co do urządzenia nie ma najmniejszej drobnostki, tak, że trzeba znacznego wkładu, aby chociażby w części młyn ten uruchomić. Uruchomienie powyższego byłoby bardzo pożądane, gdyż nie tylko to, że z chwilą większego zaludnienia miasta i okolicy znajdujące się młyny nie podołają przemieć potrzebnych zbóż dla okolicznej ludności. [...] Wymieniony młyn nie był ujęty ewidencją PUZ, ponieważ był to obiekt miejski bez ziemi”. Stanówko, fot. A. Langowski 109 się od 11 miesięcy i żadnej przysługującej nam zapomogi jako repatriantom nie podjęliśmy, a utrzymujemy się z rąk pracy i oszczędności przywiezionych zza Buga, Obecnie wszystkie posiadane oszczędności wyczerpały się i znajdujemy się w krytycznym położeniu materialnym”. Podanie o przydział Stanówka złożył też Franciszek Gradowski ze Starego Pola, jednak uzyskał odmowę, ponieważ młyn przydzielono już Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”. STARY TARG Dwupiętrowy młyn o napędzie elektrycznym w Starym Targu, połączony z gospodarstwem o powierzchni ok. 2 ha, do października 1945 r. działał pod zarządem Armii Czerwonej (numer poczty polowej 48725). Po opuszczeniu go przez Rosjan gospodarzem obiektu został PUZ, który powierzył obowiązki tymczasowego kierownika młyna Mieczysławowi Pietruszce. Nowy zarządca został wprowadzony przez referenta Ładomirskiego, który w sprawozdaniu sporządzonym 8 października 1945 r. tak opisał starotarski zakład: „Młyn czynny, lecz zaniedbany, łożyska pozacierane, automaty nieczynne, wszędzie pełno brudów, dach cieknie, a przy tym, przez wyłom w ścianie od pocisku, zamaka, szyby w 50% powybijane, przeciągi”. W dalszej części wskazał na konieczność przeprowadzenia remontu budynku, doprecyzował, że wyrwa po ostrzale znajdowała się w ścianie szczytowej i miała 12 m2. Odnotował ponadto, że „wszelkie zboże, jakie znajduje się w młynie jest własnością Armii Sowieckiej, zboża ludności cywilnej młyn zasadniczo nie przemielał”. Obsługą młyna zajmował się Władysław Neumann, nie posiadający obywatelstwa polskiego, któremu pomagali dwaj chłopcy. Na miejscu pozostała rodzina poprzedniego właściciela, Jana Witkowskiego — szesnastoletni syn oraz dwie córki. Mieczysław Pietruszka jako tymczasowy zarządca młyna zbierał pozytywne opinie. Pracownik PUZ pisał o nim z uznaniem: „Po trzech dniach pobytu nowego kierownika skonstatowałem ogromną różnicę w wyglądzie przedsiębiorstwa, wszędzie porządek, maszyny już częściowo poprawione. Młyn jeszcze przemiela zboże Wojsk Sowieckich, ale już zgadzają się na przemiał cywilnych”. Zasługą Pietruszki było m.in. przeprowadzenie remontu poddasza i zamurowanie dziury po pocisku artyleryjskim oraz uruchomienie lokomobili parowej, która, wobec braku możliwości doprowadzenia prądu, stała się główną siłą napędową zakładu. Zarządca zakupił również „u agronoma Kikuta ze Starego Targu” materiał, który miał posłużyć do kolejnych napraw budynku. Administrator starotarskiego młyna urodził się w 1912 r. w Kleczanowie w powiecie sandomierskim. Przed wojną praktykował w miejscowym młynie, a następnie kierował przedsiębiorstwem należącym do Jana Misiudy w Samborcu. W latach 1934-1936 odbył służbę wojskową w 18. batalionie Korpusu Ochrony Pogranicza w Rokitnie. W 1939 r. został zmobilizowany do wojska i brał udział w kampanii wrześniowej. W swoim życiorysie zapisał: „Z wojny wróciłem w listopadzie 1939 r. i powtórnie objąłem ten sam młyn [w Samborcu] i prowadziłem go do 1943 r. Lecz z powodu aresztowania przez Niemców 110 Adam Langowski Stary Tar^ — zahuiiowania gosj)odarcze dawnego mfyna, fot. A. Langowski mojej rodziny przerwałem pracę i wyjechałem do Warszawy, gdzie pozostałem do czasu mego wyjazdu na Zachód celem poszukiwania pracy”. Nominację Pietruszki na zarządzanie młynem w Starym Targu wydaną przez PUZ podważało Starostwo Powiatowe w Sztumie, które wskazało swojego kierownika. Osobą wyznaczoną przez starostwo był Józef Lis. Pomiędzy PUZ i starostwem wywiązał się ostry spór kompetencyjny, obie strony domagały się cofnięcia wydanych nominacji i uznania własnego kandydata. 6 listopada 1945 r. PUZ wystosował prośbę o interwencję do WUZG, zwracając uwagę, że „podobne incydenty wprowadzają w terenie dezorganizację i podkopują zaufanie do władz państwowych”. Już następnego dnia gdański WUZ powtórzył nominację dla Pietruszki, której starostwo nie zaakceptowało. Kierownik Referatu Przemysłowego Starostwa Powiatowego w Sztumie, E. Roguszczak, w piśmie z 10 listopada potwierdził wcześniejsze stanowisko starostwa w tej sprawie. Co ciekawe, w tym samym piśmie oświadczył, że nie uznaje nie tylko Pietruszki, ale również tymczasowego kierownika młyna w Ko-niecwałdzie, pełniącego swe obowiązki na podstawie nominacji PUZ. Przypomnijmy, że kierownikiem młyna w Koniecwałdzie z nadania PUZ był wówczas Jan Kopiec. Z kolei starostwo nominowało Czesława Iwickiego, który „włożył wiele pracy i kapitału i można powiedzieć, że tylko dzięki niemu młyn nie został rozebrany i wywieziony”. Roguszczak poddał krytyce działania PUZ, stwierdzając, że „kosztem pierwszych pionierów nie można urządzać nowo przybyłych. W powiecie jest jeszcze wiele wolnych obiektów (także młynów) i jeśli dany petent posiada odpowiednie kwalifikacje, nie mamy nic przeciw temu, aby otrzymał nominację, niechaj zasób jego kapitału i energii doprowadzi dany obiekt do Młyny ziemi sztumskiej (1945—1950) 111 takiego stanu, w jakim znajdują się zakłady objęte przez starych kierowników”. W sporze zabrał głos także Pełnomocnik Obwodowy RP (odpowiednik starosty), Romuald Mar-murowicz, żądając odwołania Pietruszki do 12 listopada, w przeciwnym razie włączy w to milicję. Marmurowicz tłumaczył, że na terenie jego powiatu nie może „w żadnym razie tolerować dwutorowych zarządzeń”. Mimo ultimatum postawionego przez starostę, w kolejnych tygodniach Pietruszka utrzymał się na stanowisku i kierował młynem do grudnia 1945 r., kiedy to zakład w Starym Targu spłonął. Pożar młyna miał miejsce w nocy z 15 na 16 grudnia. Wyjaśnieniem sprawy zajął się Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa w Sztumie, do którego Komisarz Ziemski zwrócił się z prośbą o przekazanie rezultatów śledztwa, a w szczególności „czy odpowiedzialność za wypadek nie ciąży na kierowniku młyna”. Wydaje się, że śledztwo nie wykazało winy zarządcy, ponieważ kilka miesięcy później Pietruszka został skierowany do Stanówka. W lustracji młyna w Starym Targu przeprowadzonej 21 lutego 1946 r. zapisano, że jest on spalony, a były właściciel stara się o jego reprywatyzację. Zaświadczenie wydane przez Sąd Grodzki w Sztumie z dnia 27 lutego 1948 r. wskazuje, że starania rodziny Witkowskich o zwrot majątku zakończyły się sukcesem, ponieważ jako właściciel nieruchomości wymieniony został Franciszek Witkowski. Zuławka (Pozolia, Posilge) Powojenna historia młyna w Zuławce wiąże się z postacią Grzegorza Wilewskiego, pochodzącego z Biskupic Nowych w powiecie grójeckim. Miał on pewne doświadczenie w pracy w młynarstwie, ponieważ w latach 1927-1929 był zatrudniony w młynie firmy „Kosmala” w Warce. Jak podał w swoim życiorysie, większość wojny spędził w niewoli, a po oswobodzeniu przesiedlił się wraz z rodziną „na nowo odzyskane tereny Polski, do grom. Posilge, pow. Sztumskiego”. Sześciohektarowe gospodarstwo rolne w Zuławce wraz z młynem, należącym wcześniej do Niemca, Artura Puchmanna, powierzono mu 17 lipca 1945 r. Odnotujmy, że w protokole przekazania gospodarstwa, oprócz Wilewskiego, wymieniony został Stanisław Koper, również pochodzący z powiatu grójeckiego. Wilewski pełnił funkcję sołtysa i cieszył się dobrą opinią w lokalnym środowisku, co potwierdzał wójt gminy Jasna. Z kolei w zaświadczeniu wystawionym przez Inspektorat Rejonowy Osadnictwa PUR napisano o nim, że wyremontował i uruchomił wiatrak oraz, nie mając konia, obsiał jesienią 1945 r. 0,5 ha żyta i 0,5 ha pszenicy. Doceniano także jego współpracę z Inspektoratem w akcji osiedleńczej, stwierdzając na zakończenie: „Na terenach odzyskanych jest człowiekiem dodatnim i pożądanym”. Młyn, którym zarządzał Wilewski, był murowanym wiatrakiem w średnim stanie, ze skromnym wyposażeniem. Inwentarz z czerwca 1946 r. zawierał zaledwie pięć pozycji: parę kamieni do śrutowania o średnicy 100 cm, windę do wyciągania worków, wagę decymalną z ciężarkami, drewniany wał z kołami trybowymi oraz warsztat stolarski. Z zaświadczenia władz gminy Jasna z 9 czerwca 1947 r. wynika, że od 1 grudnia 1946 r. zakład w Żuławce był nieczynny z powodu zepsucia, a „zbiory żniwne w 1946 r. zostały w 100% zniszczone przez gryzonie, co zostało komisyjnie stwierdzone”. Z kolei w arkuszu lustracji przeprowadzonej w lipcu 1947 r. wpisano: „Wiatrak zniszczony, bez jednej śmigi, przestarzały, urządzenia młyńskie prymitywne”. Przytoczone zapisy wskazują, że w okresie powojennym młyn w Zuławce nie rozwinął działalności. 112 Arkadiusz Wełniak Arkadiusz Wełniak PIASKI ALBO DESCANSAR, CZYLI O ŻYCIU I TWÓRCZOŚCI ALFREDA WELLMA Alfred Welim, 1975 W styczniowy wieczór 1977 roku oszklone audytorium Pałacu Republiki w Berlinie Wschodnim wypełnił spory tłum oficjeli, partyjnych dygnitarzy, przedstawicieli środowisk twórczych i zaproszonych gości. Świeżo oddany obiekt, zbudowany z wielkim rozmachem w miejscu zburzonego berlińskiego Zamku i przemianowany od razu przez berlińczyków na Balast tier Republik, miał być nową siedzibą władz politycznych, a jednocześnie miejscem wydarzeń kulturalnych i artystycznych. Jedną z pierwszych okazji do celebrowania była właśnie akademia wręczenia nagród państwowych NRD w dziedzinie sztuki i literatury za 1976 rok. Rok szczególny, w którym sprawa Karla Wolfa Biermanna wywołała silne reakcje społeczno-polityczne, dzieląc mocno środowiska kultury wschodnich Niemiech W takiej atmosferze ówczesny Minister Kultury NRD Hans-Joachim Hoffmann i towarzyszący mu dyrektor Akademii Sztuk wywoływali do odznaczenia m.in.: aktorkę Angelikę Domróse, dramaturga Erwina Strit-tmattera i serbołużyckiego powieściopisarza Jurija Brezana. Ostatnim z nagradzanych był pisarz Alfred Wellm z Meklemburgii. Anna Seghers ze Związku Pisarzy NRD odczytująca uzasadnienie wspomniała o dotychczasowym dorobku literackim Wellma i jego znaczeniu w kształtowaniu „właściwych” postaw młodego pokolenia. Pisarz, który miał na koncie już kilka innych nagród literackich^ był dla władz kandydatem wygodnym, który nie podpisał wzorem np. Christy Wolf — listu intencyjnego w obronie zmuszonego do emigracji Biermanna’. Przesłanką do przyznania Wellmowi nagrody II klasy w dziedzinie literatury była wydana rok wcześniej powieść Pugowitza, której fabuła nawiązywała do wątków autobiograficznych pisarza urodzonego i dorastającego na Mierzei Wiślanej. * Karl Wolf Biermann (ur. 15 listopada 1936 w Hamburgu) — niemiecki śpiewak, poeta, pisarz i dysydent. W 1953 roku przeniósł się do NRD. W 1960 Biermann rozpoczął pisanie piosenek, które wkrótce zdobyły znaczną popularność. W 1965 roku w NRD zakazano publicznego wykonywania jego utworów. W 1976 roku, po występie w Kolonii, nie zezwolono mu na powrót do Berlina, odbierając mu jednocześnie obywatelstwo NRD. Fakt ten spowodował lawinę protestów wśród intelektualistów zarówno w NRD jak i w RFN. W. Emmerich: Kleine Literaturgeschichte der DDR. Berlin 2000, s. 191 i n.; U. Mahlert, Krótka historia NRD, Wrocław 2007. 2 W 1969 roku Wellm otrzymał Nagrodę Fritza Reutera powiatu Schwerin oraz Nagrodę Heinricha Manna od Akademii Sztuki NRD w Berlinie. Razem z nim otrzymał ją Werner Heiduczek, znany luemiecki pisarz i eseista. ’ Niewygodną dla władz sytuację z Biermannem zaognił głośny akt samospalenia na znak protestu, którego dokonał 18 sierpnia 1976 roku pastor Oskar Briisewitz z Zeitz koło Lipska. Szerzej: U. Mahlert, op. cit„ s. 63-71. 113 Akt małżeństu/a rodziców Alfreda Widma zawarty w Malborku w 1923 r. Alfred Wellm przyszedł na świat 22 sierpnia 1927 roku w Piaskach (Nowej Karczmie, niem. Neukrug) w rodzinie piekarza Augusta Wellma i Szarlotty z domu Preusshoff. Rodzinny dom oraz sąsiadująca z nim piekarnia znajdowały się niedaleko kościoła, a do rodziny należała także parcela z zabudowaniami gospodarczymi usytuowana niedaleko przystani rybackiej. Udokumentowane korzenie rodziny Wellm związane z Mierzeją Wiślaną sięgają drugiej połowy XVII wieku'^. Już w 1675 roku w Przebrnie wzmiankowany był dzierżawca Jacobus Weilem, którego potomkowie osiedlali się w następnych dekadach także w Skowronkach, Krynicy Morskiej, przenosząc się stamtąd dalej do osad rybackich położonych we wschodniej części Mierzei. W 1851 roku pradziadek pisarza — Gottfried Ferdinand przybył do wsi Piaski, gdzie terminował początkowo jako rybak zalewowy u rodziny Loewner. Dzięki małżeństwu z owdowiałą Elisabeth Hildebrandt stał się właścicielem sporej zabudowanej działki rybackiej^. Kathner-grunó/ Wellmów była szczęśliwie położona w części wsi, gdzie nie docierały piaski z rozrastających się gwałtownie nadmorskich wydm, niszczących liczne zabudowania i wpływających na znaczne wyludnienie osad/’. Wspomniany Gottfried Wellm doczekał się tylko jednego syna — Benjamina, urodzonego dokładnie w czasie, kiedy w Prusach rozpoczynał się trzydziestoletni okres panowania cesarza Wilhelma I Hohenzollerna. Benjamin Wellm, który dożył 1937 roku, zapisał się jako człowiek przedsiębiorczy i zaradny, który w ciągu długiego życia zdołał unowocześnić gospodarstwo rybackie, budując w jego obrębie magazyn zbożowy, naturalną chłodnię oraz piekarnię^. Ta ostatnia, nadzorowana głównie przez jego żonę Wilhelminę, wypiekała chleb na potrzeby lokalne, a także dla urlopowiczów odwiedzających Piaski w miesiącach letnich. Do zawodu piekarza przeznaczony został najstarszy syn Benjamina — August Wellm. Mimo że przejął on po przodkach smykałkę do rybołówstwa, wyuczył się zawodu kupieckiego, pracując jako pomocnik piekarza w Szylenach koło Gołdapi oraz w Malborku. W mieście nad Nogatem w 1923 roku zawarł swój związek małżeński z córką miejscowego kupca. Był to okres wyjątkowo trudny * Genealogia rodziny Wellm na podstawie ksiąg metrykalnych parafii ewangelickich w Przebrnie i Piaskach z lat 1821-1919 zachowane w zasobie Evangelisches Zentralarchiv Berlin oraz zbioru Akta kościołów ewangelickich w Przebrnie i Nowej Karczmie z zasobu Archiwum Państwowego w Gdańsku. Sygn. 382/1-2, Dane z myheritage https://www.myheritage.de/ research/collection-40001/familysearch.com (dostęp 13.02.2023) ’ Archiwum Państwowe w Malborku (dalej: APM), Sąd Obwodowy w Elblągu, Sygn. 502/654, 1606-1608. Wartość działki Wellmów oszacowano w 1856 roku na 400 talarów, co było kwotą wyjątkowo niską, dowodzącą, że narażona na zapiasz-czenia osada nie wydawała się specjalnie ponętną na osadnictwo. ® G. Mielcarczyk, Narmeln — Neukrug — Voglers — Ein Kirchspiel auf der Frischen Nehrung, Bremerhaven 1981. W 1894 roku działka Wellmów obejmowała dom mieszkalny, budynki gospodarcze na wschód o pow. 0,95 arów. Tabela gruntowa w zespole archiwalnym Sąd Obwodowy w Elblągu, APM, Sygn. 502/654. 114 Arkadiusz Wełniak W dziejach Niemiec, gdzie konsekwencje przegranej wojny przełożyły się na chaos społeczno-polityczny i kryzys gospodarczy, boleśnie dotykający również wschodnie prowincje państwa. W ramach nowego, powersalskiego porządku osada Piaski wraz z kilkoma innymi miejscowościami na Mierzei Wiślanej pozostała w granicach Niemiec, stanowiąc odtąd część składową powiatu elbląskiego. Przebieg nowej granicy z Wolnym Miastem Gdańsk między Przebrnem a Skowronkami nie tylko ograniczył możliwości handlowe i komunikacyjne, ale również niekorzystnie odbijał się na samych połowach^. Ukryte wśród lasów i wysokich wydm — Piaski pozostały także w okresie III Rzeszy ubogą i nieco zapomnianą osadą o skromnej, tradycyjnej zabudowie, pomijaną zazwyczaj przez rzesze letników wypełniających coraz tłumniej sąsiednie uzdrowisko Krynica Morska.. We wrześniu 1939 roku w Piaskach mieszkało 114 stałych mieszkańców, głownie przedstawicieli wielopokoleniowych rodzin rybackich: Modersitztkich, Loewnerów, Littkemanów czy Hildebrandtów, którzy jak przodkowie Alfreda Wellma osiedlali się w tej okolicy od siedemnastego wieku. Antropolog Ernst Dobers z Elbląga, badający naukowo strukturę społeczno-demograficzną i pochodzenie rodzin rybackich w tej części Mierzei, zwrócił szczególną uwagę na niewielką mobilność mieszkańców tych wsi na przestrzeni stuleci i wysoki stopień pokrewieństwa pomiędzy poszczególnymi rodzinami’. Alfred Wellm dorastał w domu rodzinnym z rodzicami, starszą siostrą oraz dziadkami, pomagając od dzieciństwa w pracy w piekarni i towarzysząc mu w wyprawach na ryby. Nieprzypadkowo wątek wędkowania i swoista gloryfikacja profesji rybaka stały się nieodłącznym motywem kilku jego najważniejszych powieści. Wellm — podobnie jak wybitny czeski dramaturg Ota Pavel — kreślił w nich obraz sprzecznych postaw moralnych i światopoglądowych, ludzkich dramatów i dylematów, spinając je umiejętnie z opisem przyrody, bogactwem fauny i fascynacją światem ryb i sztuki połowów^®. Warto zaznaczyć, że w 1935 roku Alfred przez blisko siedem miesięcy towarzyszył ojcu w jego pracy wędrownego rybaka na Mazurach. Oznaczało to dla ośmiolatka nieuregulowany tryb życia z dala od mamy i szkoły, ale też poczucie nieskrępowanej wolności, długie noce przy ognisku czy nabywane doświadczenie w łowieniu ryb. Jako dwunastolatek i uczeń ostatniej klasy czterooddziałowej szkoły realnej w Piaskach został zobowiązany przez miejscowego nauczyciela i partyjnego aktywistę do uczestnictwa w spotkaniach Deutsches Jungvolk^^. Od jesieni 1938 roku Alfred ® Dodatkowym osłabieniem w połowie lat dwudziestych były przypadki skażenia ryb z Zalewu Wiślanego, które przejściowo wstrzymywały możliwości połowów. Epidemiczne wystąpienie zatrucia ryb w latach 1924-1939 nazwano chorobą zalewową (Hafłkrankheit). Jego nazwa pochodziła od Zalewu Wiślanego, na którego północnych brzegach zachorowało w sumie około 1000 osób, w tym kilkanaście zmarło. Głównym ogniskiem choroby była północna część Zalewu Wiślanego, choć zachorowania odnotowano również w sąsiadującej z Piaskami wsi Narmeln (1924 i 1932). Przyczyną choroby była zanieczyszczerua z fabryki celulozy pod Królewcem. Por.: J. W. Schmidt, Die „Hąffkrankhe-it“ in Osłpreussen. [w:] Jahrbuch Preufienland, Nr 47/2 (2009), S. 57—60. ’ Ernst Dobers (1892-1945) niemiecki historyk i antropolog, w okresie hitlerowskim autor publikacji o polityce rasowej i antysemickiej. Pedagog i rektor Akademii Pedagogicznej w Elblągu- Pracę habilitacyjną poświęcił strukturze społecznej rybaków z Mierzei. Por.: E. Dobers, Westpreu^ische Nehrungsfocher, unverófFentlichte Habilitationsschrift, Konigsberg 1942. Fragmenty pracy opublikowano w AJtpr. Geschlechterkunde, Nr 96 (1996). “* Ota Pavel, właśc. Otto Popper (1930-1973) — czeski pisarz i dziennikarz żydowskiego pochodzenia. Autor m.in. powieści „Śmierćpięknych saren” i „/ak spotkałem się z rykami” '* Deutsches Jungoolk — organizacja w strukturach Hitlerjugend, zrzeszająca chłopców w wieku 10—14 lat. Od. 1939 roku przynależność do niej była obowiązkowa. 115 Wellm kontynuował naukę w szkole w Elblągu, pomieszkując przy tym u wujostwa przy ówczesnej Sternstrasse. Okres letni spędzał z rodziną na Piaskach, dzieląc ten czas między obowiązki domowe, zabawy z rówieśnikami oraz długie, piesze wędrówki do Narmeln czy tętniącej życiem Krynicy. Dużo czytał, a osiągane w szkole wyniki pozwalały widzieć go w niedalekiej przyszłości nawet w roli studenta, pierwszego zresztą w dziejach rodziny Wellm. Tymczasem echa wojny docierały początkowo na Mierzeję Wiślaną jedynie w propagandowych komunikatach o kolejnych błyskawicznych zwycięstwach Wehrmachtu w Polsce czy we Francji. Z czasem znalazły one jednak swój wymiar w masowych powołaniach miejscowych mężczyzn do wojska, w partyjnych wiecach czy maszerujących grupach Hitlerjugend, za którymi echo niosło po lesie: Wir sin^i iier Zukunfi Sokiaten. Jugencif Jugenci/ Trager iier kommenden Taten. Fiihrer, u>ir gehoren ^iir, Wir Kamera^ien, dir!^^. Latem 1941 roku, kiedy wybuchła wojna z ZSRR — czternastoletni Alfred Wellm za radą nauczyciela został słuchaczem Kolegium Nauczycielskiego w Pieniężnie^^. Instytucja zorganizowana zgodnie z dyrektywami hitlerowskiego systemu kształcenia przyszłych kadr pedagogicznych, funkcjonująca ściśle wedle drylu wojskowego, została usytuowana w przejętych budynkach klasztornych zlikwidowanego Niższego Seminarium Duchownego’'^. Przewidziane w podstawie programowej bloki zajęć z nauk przyrodniczych, ścisłych i humanistycznych czy muzyki zostały podporządkowane indoktrynacji ideologicznej, pełnej nacjonalizmu, rasizmu i zniekształconego historyzmu. Pisarz przeniósł część tych doświadczeń na karty swojej powieści „Wanzka”, wskazując między wierszami te elementy i cechy, której mimowolnie wchłonął także system nauczania powszechnego w NRD. Święta Bożego Narodzenia 1944 roku Alfred spędził w rodzinnym domu wraz z matką i siostrą oraz ciotkami i młodszym kuzynostwem. Był jedynym młodym mężczyzną przy wigilijnym stole, na którym, pomimo obowiązującej wojennej reglamentacji, znalazły się obok wypieków, także solone śledzie w zalewie octowej, smażony sandacz i całkiem spore porcje okonia i węgorza. Zapewne nie wszyscy uczestnicy świątecznej kolacji zdawali sobie wtedy do końca sprawy, że to ich ostatnie tygodnie w rodzinnej miejscowości. Wszak za kilka tygodni los miał ich rozdzielić, rzucając do obozów przejściowych w duńskim K10vermarken, do Berlina czy też zbombardowanych miast portowych północnych '^ Tłum.: Młodzieży! Młodzieży! Jesteśmy żołnierzami przyszłości. Młodzieży! Młodzieży! Niosąca przyszłe czyny. Wodzu, do ciebie natężymy. My tobie towarzyszymy! ” W listopadzie 1940 roku dekretem Hitlera utworzono w Niemczech kolegia nauczycielskie, do których mieli być kierowani utalentowani uczniowie, którzy m.in. z powodów finansowych większość nie mieli możliwości uczęszczania do szkół średnich. Otrzymali możliwość darmowego kształcenia na nauczycieli szkół podstawowych. Utworzenie kolegiów nauczycielskich (LBA) oznaczało w praktyce odejście od dotychczasowego akademickiego kształcenia nauczycieli, któremu sprzeciwiała się nazistowska polityka szkolna. Okres kształcenia miał wynosić pięć lat i kończyć się pierwszym egzaminem nauczycielskim. Zgodnie z dekretem z selekcja kandydatów odbywała się na podstawie ogólnej postawy (predyspozycje przywódcze), zdolności fizycznych i talentu intelektualnego. Na czele listy przedmiotów znalazło się wychowanie fizyczne. Do tego dochodziły wakacyjne praktyki pracownicze. *^ W lutym 1939 r. zostało otwarte w werbistowskim klasztorze hitlerowskie seminarium nauczycielskie. Zakonnikom pozostawiono jedynie kościół i część mieszkalną. Kolegium pozostawało pod protekcją Akademii Pedagogicznej w Elblągu. W 1941 kościół zamknięto i urządzono w nim aulę Kolegium. 116 Arkadiusz Wełniak Niemiec, gdzie z nadzieją oczekiwali na wieści o losach swoich bliskich^^ Siedemnastoletni Alfred nie dokończył Kolegium Nauczycielskiego w Pieniężnie. Działalność placówki zawieszono w styczniu 1945 roku, kiedy ruszyła decydująca ofensywa II i III Frontu Białoruskiego w Prusach Wschodnich. Dwa najstarsze roczniki słuchaczy oraz część kadry została wcielona do Wehrmachtu'^. Pomimo otrzymanego przydziału mobilizacyjnego młody Wellm ciężko zachorował na tyfus i zamiast do jednostki w Kranz trafił do szpitala w Piławie. Kiedy został z niego wypisany, trwał Kadr z Jilmu „ U^wz^zz” prod. Niemcy 1990, na podstawie scenariusza opartego na powieści „Pause E Witnzie oder Peise nach Descansar” Alfreda W^Uma ostatni etap walk o Elbląg, a w kierunku Mierzei ciągnęły przez zamarznięty Zalew Wiślany kolumny uciekinierów z całych Prus Wschodnich. Nie do końca wiadomo, kiedy dokładnie i w jakich okolicznościach Alfred Wellm przemierzył drogę z Pillau do Gdańska i czy mógł po drodze odwiedzić także rodzinne Piaski, z której ewakuowano już jednak jego matkę i krewnych. W pierwszych dniach marca 1945 roku dotarł na statku ewakuacyjnym do zbombardowanego nieco wcześniej Sassnitz na Rugii i dalej do Stralsundu. Tam otrzymał nowy przydział mobilizacyjny do formowanych oddziałów pod Ratyzboną. W okresie walk i natarcia wojsk alianckich wraz z dwoma innymi żołnierzami podjął skuteczną próbę ucieczki'’^. Jako dezerter pod fałszywym nazwiskiem przedostał się do zajętego już przez wojska brytyjskie Liineburga, gdzie doczekał kapitulacji. Pierwsze powojenne tygodnie spędził u krewnych w podberlińskim Falkensee, gdzie dotarła też jego matka i siostra, a z czasem także ojciec. Rodzina Wellmów pozostała ostatecznie na terenie radzieckiej strefy okupacyjnej w Niemczech, którą w 1949 roku przemianowano na Niemiecką Republiką Demokratyczną. Faktem jest, że Alfred Wellm już latem 1945 roku wyjechał ze zrujnowanego Berlina do wsi Barsdorf nad Hawelą. Pracował tam m.in. jako woźnica u radzieckiego komendanta wojennego, ucząc się przy tym języka rosyjskiego. Żołnierze Armii Czerwonej, owa zmora ludności niemieckiej wysiedlonej ” Od drugiej połowy stycznia 1945 roku rodzinne Piaski stały się areną nieustającej fali ewakuacji i ucieczki niemieckiej ludności cywilnej docierającej tu przez Zalew Wiślany i od strony Piławy w drodze do portów w Gdańsku, Gdyni i na Helu. Przykładowo siostra ojca pisarza — Anna Jansen, dożyła sędziwego wieku w miasteczku Stade k. Bremy, a jej młodszy brat Gustaw zamieszkał z rodziną w Kilonii. *® Odtworzenie losów młodego Wellma w następnych dwóch miesiącach jest niełatwe, albowiem on sam nie wracał do tamtego okresu, a w relacjach m.in. jego żony Gudrun trafiamy na sporo rozbieżności i szereg znaków zapytania. C. Berger, I4>w der Erischen Nehrung bis nach Bayem, und was Heinrich Habermann davon erlebte Zu Alfred Wellms oraz Pugowitza oder die silbeme Schlusseluhr [w:] Deutsch-Tschechische Nachrichten Dossier Nr. 3 Januar 200dpolitisch literarische Pcfrexion zum Thema Elucht, Yertreibung, Erinnem in der DDR-Literatur Drei Y/rtrage von einer Tagung des Thuringer Eorums in Jena am 2d. Januar 2004, s. 9-14 '^ Wątki te zostały oddane w powieści Pugowitza. Piaski albo Descansar, czyli o życiu i twórczości Alfreda Wellma 117 Ąirr^^«Um .Stegihediicdic Die Geschichte vom kleinen Wruk Okla^ika książki „Historia ma-tego Wruka” A. Wellm/S. Linke ze Wschodu, w powieściach Wellma występowali zazwyczaj jako towarzysze-antyfaszyści, przedstawiciele nowego ładu społecznego, prości choć honorowi ludzie i gwaranci spokoju w niespokojnych czasach. Dyskusyjne jest na ile taki obraz wynikał ze szczerych przekonań ideowych młodego pisarza, a na ile był to jedynie pragmatyczny ukłon w kierunku oczekiwań nowej komunistycznej władzy’8. Obraz stosunków na wsi i postaw jego mieszkańców w pierwszych latach budowania komunizmu stanowi tło powieści „Kaule” z 1962 roku. Stała się ona dla pisarza okazją do prezentacji własnych poglądów i rozważań natury społeczno-politycznej. Zgodnie z propagandowymi funkcjami literatury socrealizmu w książce dla dzieci odnajdujemy odniesienia do założeń planowej gospodarki, kolektywizacji czy metod produkcji. Dojrzewający ideologicznie bohater książki, nastoletni Norbert Kaule, dostrzega jedyną alternatywę dla kraju w wizji ustrojowej iudowej demokracji kreślonej przez robotnika fabrycznego. Przedstawiona w powieści ucieczka chłopca ze wsi w obliczu szykan, jest niczym innym jak nawiązaniem do fali ucieczek i emigracji obywateli NRD na Zachód. '® Wedle relacji Gudrun Wellm jeden z urzędników i przedstawicieli nowej władzy w Barsdorf, tak przekonująco miał promował wartości socjalizmu, że nie tylko Alfred Wellm i jego matka, ale także pół wsi miało wstąpić do Niemieckiej Socjalistycznej Partii Jedności (SED Sozialistische Einheitspartei Deutschlaneis) Strona książki „Historia małego Wruka”A. Wełlma z ilustracjami S. Linke 118 Arkadiusz Wełniak Wracając do biogramu Alfreda Wellma trzeba podkreślić, że już jesienią 1946 roku został oddelegowany do Seminarium Nauczycielskiego w Schwerinie, gdzie w odmiennej ideologicznej rzeczywistości uzupełniał przerwaną edukację pedagogiczną. Dwa lata później rozpoczął swoją pierwszą pracę nauczyciela w wiejskiej szkole koło miasteczka Malchow. Wyróżniał się spośród kadry nauczycielskiej optymizmem i rozsądnym podejściem do uczniów. Podczas gdy jedni chwalili jego poświęcenie i zaangażowanie, wielu nie podobały się jego nietypowe metody nauczania, rozbieżne z linią kształcenia w nowej socjalistycznej szkole. W 1954 roku po ukończeniu kursu państwowego został także mianowany na stanowisko inspektora szkolnego. Z pewnością ta dodatkowa praktyka zawodowa i obserwacje nabyte podczas wizytacji pozwoliły mu potem umiejętnie zbudować fabułę powieści „V(^nzka”. W połowie lat pięćdziesiątych pojawiły się pierwsze próby literackie Alfreda Wellma publikowane na łamach biuletynów literackich i czasopism studenckich. Znajomość z szefem lokalnego wydawnictwa Friedrichem Rodrianem doprowadziła do podpisania przez Wellma umowy na napisanie dwóch książek dla dzieci. Zadebiutował w 1958 roku publikacją Igel, Rainer und die aneieren, a wydana rok później powieść Die Kineier von Plieverselorfprz.y-niosła mu wyróżnienie w konkursie regionalnym im. Fritza Reutera. Wydawnictwa były wstępem do wspomnianej już powieści „Kaule”, dzięki której autor dołączył do pierwszego szeregu autorów książek dla dzieci i młodzieży w NRD. Wkrótce po jej wydaniu 36-letni wówczas Wellm zrezygnował z posady nauczyciela, zgłosił akces do Związku Pisarzy NRD i został oficjalnie zarejestrowany jako wolny pisarz^^. Był to czas niestabilny politycznie, kryzys berliński i kubański wywoływały szereg reperkusji w całych wschodnich Niemczech. Wraz z narastającymi problemami gospodarki rósł terror aparatu bezpieczeństwa, a władze polityczne wobec notowanej skali ucieczek na Zachód uszczelniały granice państwowe, rozbudowując m.in. Mur w Berlinie. Przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych stanowił jednocześnie najbardziej aktywny etap w twórczości literackiej Wellma. W kręgu nowych znajomych autora znaleźli się poczytni pisarze wschodnioniemieccy jak Franz Fiihmann, Johannes Bobrowski czy Jurek Becker — późniejszy dysydent i autor głośnej powieści antywojennej „Jakub Kłamca”^®. W 1969 roku Alfred Wellm otrzymał za powieść V(^nzka aibo Podróż do Desansar główną nagrodę literacką im. Henryka Manna. Książka, która notowała bardzo dobre wyniki sprzedaży, weszła do kanonu młodej literatury NRD i została wydana także w kilkunastu krajach bloku wschodniego. Za sprawą jej polskiej wersji z tłumaczeniem Haliny Leono-wicz wiosną 1972 roku Alfred Wellm odwiedził także Poznań i Warszawę^h Wątpliwe, czy mógł przy okazji być także na Mierzei Wiślanej, albowiem taki pobyt mógłby zostać źle odebrany przez ówczesne komunistyczne władze. „Wanzka” opowiada historię wiejskiego nauczyciela, propagującego zasady indywidualnego nauczania i promowania najzdolniejszych uczniów. Główny bohater powieści Gustaw ” Schriftstellerverband der DDR (DSV) który strukturalnie stanowił kalkę Stowarzyszenia Pisarzy ZSRR powstał w 1950 roku. Finansowany przez Ministerstwo Kultury i nadzorowany przez Ministerstwo ds. Bezpieczeństwa. “ Jurek Becker (ur. 1937 w Łodzi, zm. 1997) był scenarzystą filmowej wersji „Wanzka”. Z kolei jego książka , Jakub Kłamca” (Jakob der Lugner) stała się podstawą scenariusza amerykańskiego filmu z 1999 roku, w reżyserii Petera Kassowitza z główna rolą Robina Williamsa. ^' Alfred Wellm, Podróż do Desansaru, Wydawnictwo Poznańskie 1972. Piaski albo Descansar, czyli o życiu i twórczości Alfreda Wellma 119 Wanzka, zbierający swoje doświadczenia zawodowe kolejno w okresie: Republiki Weimar-^skiej, III Rzeszy i w czasach NRD, staje się z czasem przeciwnikiem edukacji zbiorczej i kolektywnego kształcenia. Jego metoda nauczania prowadziła do konfliktów z administracją i kadrą pedagogiczną, wśród której gro stanowili wygodni pragmatycy i partyjni karierowicze, przypadkowo tkwiący w zawodzie. Książka Wellma godząca w dotychczasowe założenia centralnie planowanej socjalistyczno-pruskiej ]/blksi^ik/ung trafiła na podatny grunt dyskusji o reformie szkolnictwa powszechnego w NRD. Wielu funkcjonariuszy oświaty ludowej, a także część środowiska partyjnego z ówczesną Minister Oświaty Margot Honecker było oburzonych^^. Ówczesny prezes Związku Pisarzy NRD, Hermann Kant, chwalił z kolei poetycko-krytyczną fabułę powieści z jej uniwersalną, humanistyczną troską: szkoła to nie ełyscy/fiina i musztra, ale uwaga, zrozumienie oraz pobuelzanie zainteresowań ws'ród uczniów. Na kartach powieści przeplatają się liczne retrospekcje m.in. dzieciństwo spędzone u boku dziadka rybaka. Nieprzypadkowo zresztą w tytule książki pojawia się rybacka wioska Descansar (hiszp. spokój) gdzieś nad północnym morzem — cel odkładanej latami podróży starego nauczyciela. W latach 1971-1976 rozwiedziony Alfred Wellm mieszkał w wygodnej służbówce na terenie odrestaurowywanego wówczas renesansowego Zamku w Giistrow. W tym okresie napisał m.in. książkę dla młodzieży Dos l^erdemaelchen (1974) oraz powieść Pugowitza oder Die silbeme Schliisseluhr (1975). Ta pierwsza powstała głownie na potrzeby adaptacji filmowej, w której w roli głównej wystąpiła jego trzynastoletnia córka Martke^^. Pugowitza to wielowątkowa historia niezwykłej przyjaźni osieroconego dwunastolatka Heinricha i starego rybaka Komarka, umiejscowiona w 1945 roku i rozciągnięta pomiędzy żywiołową ucieczką ludności niemieckiej przed Armią Czerwoną a jej adaptacją już w nowym miejscu za Odrą. Alfred Wellm wyraziście zbudował postaci swoich bohaterów, ukształtowanych bądź to przez narodowy socjalizm z jego wypaczonym poczuciem wyższości narodowej, bądź przez postawę pełną uległości, obojętności i rezygnacji. Struktura poetycka książki została określona przez konstelację dwóch głównych bohaterów, reprezentujących dwa różne pokolenia Niemców. Pugowitza należy do nielicznych wyjątków w literaturze NRD, które podejmowały w ogóle problematykę ucieczki i wysiedleń Niemców. Ich przedstawienie było rzecz jasna odmienne od treści martyrologicznych, dominujących w powieściach pisarzy zachodnioniemieckich. Wellm podobnie jak wcześniej w Kaule nakreślił fabułę w sposób neutralny dla żołnierzy radzieckich, postrzegając tragedie cywilnych uciekinierów jako skutek propagandy Goebbelsa. To ona miała — zdaniem pisarza — zbudować nieuzasadniony strach przed „sowieckimi hordami”. Strach ten wynikający według pisarza ze świadomości nazistowskich zbrodni zamyka się w stawianym w książce zasadniczym pytaniu o odpowiedzialność: kto jest winny za cierpienie uciekinierów i kto właściwie zorganizował ten chaosP^. Podobnież interesująca, choć dziś mocno kontrowersyjna, “ Autor rozpoczął pisanie „Wanzki” wiosną 1963 roku i złożył rękopis w 1967 roku. Do czasu jej ostatecznego wydania je-sienią 1968 roku, na różnych szczeblach decyzyjnych trwały kontrowersyjne dyskusje, czy powieść powinna w ogóle zostać wydrukowana. Spór o publikację dotarł do rządu: minister edukacji narodowej odstąpiła od blokowania wydawnictwa dopiero po pozytywnej ocenie przewodniczącego Rady Państwa Waltera Ulbrichta. Dos Pferdfmachen, prod. NRD 1979 reż. Egon Schlegel. ^* Zob.: C. Berger, op.cit., s. 9-14 120 Arkadiusz Wełniak jest zaprezentowana optyka tworzenia struktur administracji oraz integracji stałych i napływowych mieszkańców. Tych ostatnich, poza głównymi bohaterami, reprezentują m.in. dziewczyna wysiedlona z Prus Wschodnich oraz komunista, były uczestnik wojny domowej w Hiszpanii. Można by w tym miejscu pokusić się o poszukiwanie analogii i rozbieżności zachodzących choćby na Żuławach Wiślanych czy Mierzei Wiślanej, zasiedlanych po 1945 roku przez polską ludność ze wszystkich możliwych regionów i warstw społecznych. Piaski — rodzinna wieś Wellma stały się miejscowością graniczną, zmilitaryzowaną i z racji tego jeszcze bardziej izolowaną niż przed wojną. Co charakterystyczne na stałe osadnictwo ludności w Piaskach zezwolono dopiero pod koniec lat pięćdziesiątych, co również miało swoje negatywne konsekwencje dla procesów społecznych^^. Autor Pugowitzy balansuje w rozwijanych wątkach między poprawnością polityczną i własnymi przekonaniami, które w ciągu trzech powojennych dekad zatraciły już jednak sporo z dawnego idealizmu i wiary w socjalistyczną sprawiedliwość. Powieść przemyca wątki sentymentalne i nostalgię za utraconymi ziemiami na Wschodzie. Głównych bohaterów łączy zamiłowanie do połowu ryb i prostego życia wśród natury, a w poetyckich opisach przyrody przewijają się nadmorskie krajobrazy, jeziora i lasy. Ten klimat udało się zachować w wersji filmowej Pugowitzy, z udziałem polskiego aktora Szymona Szurmieja w roli rybaka Komarka^^. W 1976 roku Wellm przeprowadził się do zabytkowego domu we wsi Lohmen koło Giistrow. W otoczeniu pisarza znalazł się wówczas dramaturg i krytyk Joachim Wohlge-muth z pobliskiego Mirów, towarzysz wypraw wędkarskich nad pobliskie jeziora. Wohl-gemuth okazał się tajnym współpracownikiem organów bezpieczeństwa (pseudonim „Fiedler”), który inwigilował lokalne środowisko literackie, pisząc raporty także na Alfreda Wellma^^. W latach osiemdziesiątych autor U^w^;^/ skoncentrował się głównie na książkach dla dzieci, wydając m.in. wspólnie z Siegfriedem Linke opowiadanie Dos Madchen mit ćier Katze. Ostatnia powieść Wellma dydaktyczno-rozliczeniowa Morisco została wydana dwa lata przed upadkiem NRD. W nowych realiach politycznych i ekonomicznych Alfred Wellm, podobnie jak cała rzesza wschodnioniemieckich twórców, nie do końca umiał się odnaleźć. Ciążący na wielu pisarzach balast polityczno-ideologiczny, utrwalany nierzadko propagandowy, antyzachodni kurs, czy odkrywana współpraca ze służbami bezpieczeństwa mocno ograniczała im dalszą karierę. W latach dziewięćdziesiątych stosunkowo niewielkie było więc zainteresowanie odświeżaniem książek enerdowskich pisarzy. Wellm zmarł po ciężkiej chorobie w grudniu 2001 w rodzinnym Lohmen, malowniczej wsi położonej wśród lasów i jezior Lohmer i Garder. Miejsce, które pisarzowi przypominało okres dzieciństwa spędzonego nad Zalewem Wiślanym i nad mazurskimi jeziorami. ^5 Symboliczny obraz budowania powojennych relacji mieszkańców wsi, ich ścisłego związku z morzem i rybaczeniem przedstawił Krzysztof Kalukin w filmie dokumentalnym Azyl na Piaskach (1996). “ Produkcja filmowa Pugowitza prod. NRD, (1981), reż. Jurgen Brauer. ^^ Z odtajnionej teczki STASI z raportami na temat Wellma wynika, że pozwalano mu kilkukrotnie na wyjazd do rodziny na Zachód. Określono go jako reformatora, wskazując, że był m.in. za przywróceniem w nauczaniu antycznych przedmiotów jak łacina, logika czy filozofia. Pod względem charakteru i zaangażowania był oceniany przez służby jako ,Jionsekwentny, samokrytyczny, przyjazny i wyrozumiały”. C. Berger, op. cit., s. 13. Piaski albo Descansar, czyli o życiu i twórczości Alfreda Wellma 121 Przystań rybacka w Piaskach. W 2021 roku odwiedziłem Lohmen, gdzie udało mi się zobaczyć zadbany dom pisarza i miejscowy cmentarz oraz porozmawiać z kilkoma mieszkańcami. Większość dobrze pamiętała i ciepło wspominała tego skromnego człowieka i zapalonego wędkarza, Alfred Wellm mimo niewątpliwego talentu, musiał spełniać się jako pisarz i publicysta w państwie, które ograniczało swobodę literackiego przekazu. Ewolucja twórczości Wellma i kryzys ideowy pisarza na przestrzeni trzech dekad działalności literackiej jest aż nadto widoczny, A samo miejsce Piasków na Mierzei Wiślanej w twórczości Alfreda Wellma? — zapytałby bardziej uważny czytelnik. Tęsknota, sentyment, przerwana młodość, poszukiwanie owego Ersatziant^ czy jeszcze coś innego. Być może odpowiedź mieszczą się w słowach przedmowy do zachodnioniemieckiego wydania Wanzki: „powinien był wyruszyć wpoćłróż eło Descansar, gdziekolwiek leży to wymarzone mi^sce z tytułu powieści”. 122 Andrzej Kasperek „TYLE O SOBIE WIEMY, ILE NAS SPRAWDZONO...” Z Marcinem Owsińskim rozmawia Andrzej Kasperek CZĘŚĆ I Andrzej Kasperek: Rozpocznijmy od Twoich rodziców. Skąd oni się na Żuławach wzięli? Marcin Owsiński: To koniec lat 60. Ze strony ojca moja rodzina jest spod Torunia, tam był majątek Nawra, znajduje się tam dziś niestety już tylko ruina pałacu rodu Sczanieckich. Moja rodzina od strony babci pracowała dla nich. To stamtąd po wojnie przyjechali na Żuławy. Stąd ja czuję się Pomorzakiem. Moja babcia ma świadectwa z polskiej szkoły i niemieckiej. W albumie po niej jest też pełno zdjęć z okresu okupacji, kiedy ona i jej siostry stoją obok swoich kolegów i krewnych w niemieckich mundurach, które musieli założyć pod przymusem. Babcia Ewa edukację skończyła w 1941 roku jako poddana III Rzeszy i poszła do pracy. W Nawrze przeżyła niemiecką okupację, niszczenie polskiej kultury i pałacu, a także wejście Sowietów, a potem wprowadzanie nowych porządków. Stamtąd pochodził jej mąż, cała moja rodzina pochodzi spod Torunia. Nie przyjechali tu zaraz po wojnie, dopiero w latach 60. Reszta rodziny mówiła o nich, że „pojechali na Zachód”. Przyjechali do pracy w pegeerze, osiedli w Grochówie Pierwszym. Tam mój ojciec, który był najstarszy z rodzeństwa, wchodził w dorosłość. Mój dziadek szybko zmarł i ojciec zaczął pracę, był traktorzystą, obsługiwał różne maszyny... A moja mama na początku lat 70. przyjechała do Nowego E>woru Gdańskiego do swojej cioci, inna część jej rodziny mieszkała w Stegnie. Tu znalazła pracę, z zawodu jest zootechnikiem. Zaczynała w Książęcych Żuławach, a później przeprowadziła się do Grochowa Pierwszego i tu poznała tatę. Mama i jej rodzina jest z Kongresówki, Z Siemkowic, z okolic Częstochowy, od pokoleń mieli tam niewielkie gospodarstwo rolne. Jestem zatem po przodkach dość zmieszany jeśli chodzi o regiony i tradycje... Ale bardziej chyba czuję się po tacie związany z Pomorzem, to moje klimaty, co roku jeżdżę do Nawry... Dlaczego wybrałeś studia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu a nie na Uniwersytecie Gdańskim? Bo według opinii, jakie miałem, był lepszy. Nazwiska profesorów historii na UMK to była czołówka akademicka, UG wtedy dla mnie nie było w sferze zainteresowań... Nie bez znaczenia był także fakt, że blisko mieszkała rodzina taty. A skąd twoje zainteresowanie historią? Pewnie w dużym stopniu to zasługa nauczycieli: w podstawówce to był pan Mirosław Rutecki, on mnie wysyłał na konkursy historyczne, nawet osiągałem etap wojewódzki, a w liceum to niezapomniany profesor Jasiu Wyka. Nie tylko był świetnym nauczycielem. „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono...” Z Marcinem Owsińskim rozmawia Andrzej Kasperek Część I 1^ ale zawsze opowiadał nam, że w wakacje spotyka się ze swoimi kolegami ze studiów, razem dyskutują, podróżują... Wtedy był pewnie w moim obecnym wieku. Bardzo mi to imponowało. A później się okazało, że jego koledzy to są dziś moi koledzy: Andrzej Gąsiorowski, Bogdan Chrzanowski, dwóch profesorów, którzy u niego byli na roku; to o nich opowiadał, jak się spotykają, spędzają razem czas, bawią się... Marcin Owsiński zc swoimi książkami, fot. archiwum Od Basi Wyki, wdowy po Januszu, która też jest historyczką po UG, wiem, że takie spotkania absolwentów historii ciągle się odbywają. Zazdroszczę im, bo poloniści nie robią takich spotkań. MO: Bogdan [Chrzanowski] i Andrzej [Gąsiorowski] są już po siedemdziesiątce, ciągle aktywni, „od zawsze” w Muzeum Stutthof — Bogdan ma 50 lat nieprzerwanej pracy w muzeum, obaj są profesorami na UG, udało im się połączyć pracę w muzeum i ścieżkę akademicką. W ubiegłym roku przeprowadziłem i opublikowałem z nimi duży wywiad na temat ich półwiecza pracy naukowej w muzeum. A to dziś moi koledzy! I moje autorytety, wiele mi dają kontakty z nimi, rozmowy, zawsze pomogą, doradzą. Zawsze mnie to interesowało. Historyk to człowiek ciekawy, który zaczyna zadawać pytania, skąd to się wszystko wzięło, skąd my wiemy, co się kiedyś działo. Dzięki warsztatowi historyka i tej charakterystycznej ciekawości dziś odpowiedziałem sobie na te dawno temu zadawane pytania... Na pewno wiele zawdzięczam moim nauczycielom historii z podstawówki i liceum. W zasadzie historii nigdy nie musiałem się uczyć, ona sama do mnie przychodziła. Tak, w czasach, kiedy Janusz uczył w naszym ogólniaku historii, to wiele osób wybierało ten kierunek studiów. Przykłady dr. hab. Dariusza Dekańskiego czy twój są wymowne. Ale, co ciekawe, w czasach licealnych nie brałem udziału w olimpiadach historycznych, za to profesorka Preiss wysyłała mnie przez kilka lat na olimpiady polonistyczne. Dobrze to wspominam, to uformowało mnie humanistycznie, a przecież byłem w klasie „mat-fiz”. Opowiedz teraz o swojej rodzinie. Sylwia, moja żona, pochodzi z Giżycka z Mazur. Spotkaliśmy się w jednej ławce na zajęciach z niemieckiego, na drugim roku. Jej rodzina pochodzi z Wilna, to był ten pierwszy transport stamtąd po ustanowieniu nowych granic. Ludzie wysiadali na Mazurach, następne pojechały do Torunia i Gdańska. Teść był piekarzem, podobnie jego przodkowie. 124 Andrzej Kasperek Owsińscy w kompiecie, fot. archiwum rodzina teściowej pochodzi spod Płocka...Mama teściowej jak też i jej ojciec to byli więźniowie Stutthofu, których obóz związał na całe życie... Jednak, jak kiedyś mi opowiadałeś, żona nie pokochała Żuław. Podobnie jak moja... Dla Sylwii najpiękniejsze miasto świata to Giżycko, niezależnie od tego, co ja o tym myślę... Myślę, że dziś Giżycko może być całkiem ładnym miasteczkiem. Podobnie jak Nowy Dwór. Ale kiedy przyjechaliśmy tu w 1985 roku, moja żona jęknęła: „Gdzieś ty mnie przywiózł!”, [śmiech] Choć po prawdzie rozumiałem jej zawód i ból, bo to była wtedy straszna dziura. Nie to co dziś... Mój teść tylko raz był w Sztutowie. Przeszedł się nad morze i wrócił do Giżycka. Chyba zawsze żałował, że jego córka przeprowadziła się na wieś... Zona jest nauczycielką i dyrektorką Szkoły Podstawowa im. Pamięci Ofiar Stutthofu w Sztutowie. A co robią wasze trzy córki? Sylwia jest świetną historyczką, nauczycielką z pasją. Jej uczniowie byli laureatami konkursów. Dzieci studiują. Kasia i Marysia są absolwentkami gdyńskiej Trójki, dziś studentkami Uniwersytetu Jagiellońskiego, biotechnologia i medycyna. Najmłodsza Paula też wybrała profil „biol-chem”. Na razie jest w LO w Gdańsku. Ale są także humanistkami, interesują się sztuką, chodzą do muzeów i na wystawy. Paula lubi scenę, taniec akrobatyczny i aktorstwo, wystąpi w sztuce „Tylko jeden dzień” na scenie teatralnej Żuławskiego Ośrodka Kultury, zagra muszkę Jętkę Jednodniówkę w drugiej obsadzie... W twoim życiorysie z 2015 roku, kiedy otrzymałeś tytuł doktora nauk humanistycznych na UMK w Toruniu, podałeś, że twoje zainteresowania naukowe, publikacje i wystawy obejmują kilka równoległych dziedzin: „W zakresie historii obozu koncentracyjnego Stutthof podejmowałem m.in. temat kobiet z konspiracji uwiezionych w obozie, zagadnienie dziejów Obozu Specjalnego, życia codziennego ludności polskiej na Pomorzu w okresie okupacji, przedstawiłem analizę zmian w działalności obozu jakie nastąpiły w 1942 roku, kilkukrotnie opublikowałem w różnej objętości syntezy dziejów obozu Stutthof. Drugim intersującym mnie zagadnieniem jest analiza społeczności więzniarskiej KL Stutthof, w tym szczególnie analiza biografii i doświadczeń życiowych byłych polskich więźniów politycznych. [...] Trzecim [...] jest „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono...” Z Marcinem OwsińskJm rozmawia Andrzej Kasperek Część I 1^ historyczno-socjologiczna analiza oddziaływania KL Stutthof na bliższe i dalsze otoczenie społeczno-gospodarcze w okresie 1939-1945* w tym stosunku niemieckiej ludności miejscowej do więźniów obozu. W bardzo podobnym kontekście staram się też badać stosunek powojennej polskiej ludności Sztutowa do terenu i spuścizny byłego KL Stutthof po 1945 roku. Czwartym [...] jest powojenna historia gminy Sztutowo, Żuław oraz Muzeum Stutthof. [...] Piątym [...] jest kwestia działalności edukacyjnej muzeum-miejsca pamięci. [...] Równolegle do działalności naukowej na w/w polach prowadzę od kilkunastu lat aktywną działalność dydaktyczną”.... Bardzo tego dużo. Co się od tego czasu zmieniło? Naukowo wciąż się uczę i dorastam. Trzymam się wskazówki moich mistrzów: żeby się nie ograniczać do jednego tematu i zagadnienia, tylko z ciekawością i pokorą drążyć dalej. Ciągle zajmuję się tematami historii Sztutowa i obozu Stutthof, ale jednocześnie podjąłem temat dziejów Nowego Dworu („Tiegenhof — Nowy Dwór w 1945 roku | koniec i początek miasta na Żuławach”). Poza tym to kwestie pamięci i upamiętnienia, jestem współautorem dwóch książek w wydawnictwie Universitas: „Obóz-muzeum. Trauma we współczesnym wystawiennictwie” oraz „Znaki (nie)pamięci. Teoria i praktyka upamiętniania w Polsce”. To łączyło się z moją pracą szefa działu oświatowego, jak pokazywać miejsce pamięci. To wykracza poza lokalność. Są trzy główne krajowe ośrodki — muzea Stutthof, Majdanek i Auschwitz pracują nad tym, jak przyszłe pokolenia będą pamiętać. Dwadzieścia lat mojej pracy w dziale edukacji pozostawiło ślad. Małe muzeum zostało w ten sposób zauważone, doceniono to, co robiliśmy. Muzeum Stutthof zostało kilka razy nagrodzone Sybillą, statuetką Nagród Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w konkursie na Wydarzenie Muzealne Roku. Sybiłla jest nazywana Oscarem muzealników. A moja ostatnia książka została zauważona w Polsce, wpisuje się w dyskusję czym jest pamięć, odpowiedzialność, jak potrafimy dziś osądzać przeszłość... O twojej książce „Lagrowi ludzie. Śledztwo i pierwszy proces stutthofski (1945— 1946). Opowieść o przemianie” pomówimy za chwilę. Chciałem cię jeszcze dopytać o twoją działalność oświatową. Robiliście rzeczy pionierskie, takie, jakich nikt przed wami nie robił. Pracowaliście nad koncepcją zwiedzania obozu przez młodzież... Dla mnie historia jest tylko narzędziem. Ja nie wymagam znajomości dat, faktów i liczb... Dla mnie najważniejsza jest postawa, pewna refleksja, jaka towarzyszy pobytowi w tym miejscu, miejscu pamięci. Poznanie historii obozu, losów więźniów obozu ma sprawić, że odwiedzający to miejsce staną się lepsi. Powinno to (przynajmniej niektórym) pomóc w życiu, w podejmowaniu ważnych decyzji życiowych. Nasza praca edukacyjna, czy to będzie komiks, film, czy rozmowa a nawet praca fizyczna na terenie obozu, albo spotkania z więźniami, służy jednemu celowi. Kiedy dla tych ludzi przyjdzie jakiś czas wyboru, podjęcia ważnej decyzji, powinni wybrać dobrze. Tak, żeby nie krzywdzić innych, żeby to służyło nie tylko im, ale było dla pożytku wspólnego... Muzeum i pożytecznie spędzony czas w nim powinien zmieniać optykę życia. Dla mnie poza taką zwyczajną, porządną robotą edukacyjną, ważne było to, co robiliście nowego, np. wydanie komiksu „Szczęściarz z rocznika 1917*’; to ilustrowana 126 Andrzej Kasperek Muzeum Słutthof opowieść biograficzna oparta na losach Felicjana Łady, autorstwa Agnieszki Kosko--Hołowczyc i Wandy Swajdy. Ta opowieść graficzna miała lepiej trafiać do młodych. Ale wydarzyło się coś niezwykłego, bo młodzi ludzie z poprawczaka, którzy dostali ten komiks do lektury i którzy uczestniczyli w specjalnym programie dla osób osadzonych w zakładach poprawczych, gdzie jednym z elementów była praca fizyczna na terenie muzeum, faktycznie się „poprawili”... To prawda. Czasem przychodzą do nas takie informacje. „Pobyt u was bardzo mnie zmienił. Pamiętam, co tam przeżyłam i zobaczyłam. Chciałam pani podziękować...”. Taki list przyszedł kilka lat temu do Wirginii [Węglińskiej]. Po dwóch czy trzech latach napisała do niej dziewczyna z poprawczaka z podziękowaniem, bo wyszła „na ludzi”, znalazła chłopaka, założyła rodzinę. Pisze tam, że ten pobyt w muzeum, w ramach od wielu lat realizowanego projektu edukacyjnego „Stutthof — ja w miejscu pamięci”, jej bardzo pomógł, bo ona starała się być lepsza. Po prostu. Komiks był bardzo udanym pomysłem, trafiał do młodych. Mnie i mojemu zespołowi udało się także jeszcze coś bardzo ważnego: zabezpieczyliśmy i przekazaliśmy potomnym przekaz świadków, ludzi, których już nie ma. Byliśmy świadkami przemiany pamięci komunikatywnej w kulturową. Zdążyliśmy z nimi porozmawiać. I to nie z perspektywy historycznej a eschatologicznej, czyli podsumowania życia, tego, co przeżyli. Nagraliśmy przeszło sto takich wywiadów. Żadne inne muzeum w Polsce ani nie robiło tego tak, jak my (według wypracowanego schematu, przez dobrze przygotowanych pracowników), ani w takiej skali. To bezcenny materiał badawczy. Teraz od roku wiemy, czym jest wojna, codziennie oglądamy w telewizji doniesienia z Ukrainy. W ich opowieściach słyszymy ostrzeżenie, opowiadają, jak wojna wpłynęła na ich życie, jak często zrujnowała je. I że w takich momentach historycznych trzeba być przygotowanym „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono...” Z Marcinem Owsińskim rozmawia Andrzej Kasperek Część I 1^ na ważne zmiany, na podejmowanie decyzji, które zaważą na naszym życiu. Oni pozostawili nam swoisty testament. Czasem można spotkać się z opinią, że takie muzea martyrologiczne nie są dziś potrzebne... Szczęściarz 1917 Ja się nie spotykam z takimi głosami. Myślę, że robimy ważną rzecz. Odeszło pokolenie świadków. Tocząca się od roku wojna każę nam przewartościować pewne opinie na temat miejsc pamięci, ich roli i znaczenia. Bo one są ważnym memento... Ukraińcy za jakiś czas wybudują podobne muzea, ale nie poświęcone II wojnie światowej a obecnej. Z pewnością Buczą i inne miejsca doczekają się swych muzeów i one przesłonią dawną „naszą starą” wojnę. A okazuje się, że schematy postępowania ludzi tak bardzo się nie zmieniły i są bardzo podobne do tych z przeszłości. I nowe muzea będą ostrzeżeniem dla ludzi... W Nowym Jorku byłem w muzeum 9/11 [National September 11 Memoriał & Museum]. Niesamowite wrażenie robi, jak oprowadzają tam świadkowie zamachów, np. strażak, który tam był, teraz stoi koło wozu wydobytego spod gruzów. Ludzie płaczą, odtwarzają swoje emocje z 11 września 2001 roku. Ja sobie wyobraziłem, jak wyglądało zwiedzanie Auschwitz w 1948, 49 roku. Pewnie podobnie to wyglądało, bo to była wówczas bardzo świeża pamięć... Jak zwiedzać takie miejsca? Nie można, nie powinno się, wysadzić grupy młodzieży z autobusu i powiedzieć: „A teraz zwiedzimy Stutthof/Auschwitz...” Nawet najlepszy przewodnik nie poradzi sobie z tym, co oni nagle zaczynają czuć... Kilka lat temu oprowadzałem wycieczkę dorosłych po Żuławach. Zawsze włączam do programu KL Stutthof, ale oprowadzanie zlecam fachowym, miejscowym przewodnikom. Moją grupę oprowadzał Wiesław Olszewski. Uważam, że robi to bardzo dobrze. Ja nie szedłem z grupą, spacerowałem, rozmyślałem, zapadał zmierzch. Stałem koło krematorium i nagle zobaczyłem, że do tego strasznego miejsca wchodzi młode małżeństwo z wózkiem i kilkuletnią córeczką. Zmartwiałem, bo nie powinni tego robić z tak małymi dziećmi. Oni po prostu urządzili sobie niedzielny spacer... Opowiedz o waszych radach, jak pokazać takie miejsce młodym ludziom. Niestety, jeśli dzieci są z rodzicami, to nic nie możesz zrobić. Kluczem do oprowadzania wycieczki szkolnej jest nauczyciel, bo jeśli rozumie on rolę tego miejsca, które najczęściej 128 Andrzej Kasperek zwiedza się raz w życiu, to jeśli dobrze to przygotuje, to oni tu wrócą, może z własnymi (z pewnością nie tak młodymi!) dziećmi. Uczniowie muszą wiedzieć, co to za miejsce. Nie może to być punkt programu pomiędzy plażą a goframi... Prowadziłem wiele takich zajęć dla licealistów i nauczycieli. Zapamiętałem klasę mojej córki Kasi z III Liceum Ogólnokształcącego im. Marynarki Wojennej RP w Gdyni. Najpierw wcale nie chcieli tu przyjechać... W^Młoćźzieżouym Ośrodku V^chowawczym u> Kdmionku Wielkim u^chowan-kowie czytają komiks Przerwę ci na chwilę, bo przypomniał mi się opowieść Pawła Huellego. On z kolegami przypłynął do Sztutowa statkiem Szkarpawą. Poszli do muzeum, a przewodnik zaprowadził ich do komory gazowej, przymknął drzwi i krzyknął: „A teraz puszczę cyklon!”. To był horror, dzieci były tak przerażone, że później nie spały kilka nocy i miały stany lękowe. To anty-przykład... Mnie też przyprowadzono do muzeum i opowiadano; mydło, włosy, stosy trupów, prochy z krematorium. Z mojej ósmej klasy już chyba nikt więcej tam nie wrócił. Poza mną... Przyjechałem na lekcję historii do Trójki i opowiedziałem im, po co się tam jedzie. Opowiedziałem o losach ludzi, o ich wyborach, o dylematach: dobro — zło. To była klasa „biol--chem” mojej córki. Powiedziałem, że przecież oni jako przyszli lekarze też będą mieli takie dylematy dotyczące wyboru, odpowiedzialności... I przyjechali wszyscy, mieli młodego przewodnika, też absolwenta ich szkoły, bardzo przeżywali tę wizytę. Ale czy te ich emocje zostały przetrawione, czy ich przeżycia zostały omówione, czy ta wizyta miała sens? Chyba nie, bo nauczyciel po powrocie kazał wyjąć kartki i zrobił im „sprawdzian ze Stutthofu” zamiast po prostu z nimi porozmawiać lub tylko pomilczeć. Ale jest bardzo duża grupa nauczycieli, którzy podchodzą do tego właściwie, są zainteresowani tym problemem, sam brałeś udział w wyjeździć na seminarium uczenia o Holokauście w Yad Vashem w Jerozolimie. Chyba dwudziestu nauczycieli z naszego powiatu tam było. I ten pobyt ich zmienił i potrafią o tych ciężkich sprawach z młodzieżą rozmawiać. Nauczyciel, który „czuje” ten temat, jest w stanie podołać temu wyzwaniu. wyjąłem z półki dwa numery naszego kwartalnika „Prowincja”. Piszesz do niego od 4 numeru, sam pomagałem ci redagować artykuł o Nowym Dworze z numeru 11 (z 2013 roku). Naliczyłem osiem twoich publikacji, ostatnia z 2021 roku. Mam nadzieję, że to nie koniec współpracy, choć wiem, że jesteś człowiekiem bardzo zajętym. Pamiętam, że przy redakcji twojego artykułu „Pionierskie czasy Nowego Dworu” „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono...” Z Marcinem Owsińskim rozmawia Andrzej Kasperek Część I 129 Marcin Owsiński w pracy, fot. archiuntm musiałem się sporo narobić [śmiech]. Kilka lat temu, tuż przed pandemią, mieliśmy z Leszkiem Sarnowskim spotkanie promocyjne kwartalnika w bibliotece w Sztutowie. Kapitalne spotkanie, przyszło sporo ludzi, poza tym bardzo lubię i cenię waszą bibliotekę i panie bibliotekarki. Powiedziałeś wtedy, że bardzo przeżywałeś, że twój tekst ukaże się drukiem w „Prowincji”. Doskonale to rozumiem, to są te emocje debiutantów, które później niestety bezpowrotnie ulatują. Vęybacz mój nieco belferski ton, ale później redagując niektóre twoje teksty już tak dużo roboty nie miałem. Tak więc mówiąc językiem komentatorów sportowych: jest progres! [śmiech] Bardzo się cieszę, że tak to widzisz. „Prowincja” zawsze była dla mnie ważnym pismem, już od pierwszego spotkania w Nowym Dworze. Spodobała mi się ta inicjatywa oddolna, to powstanie kręgu ludzi: czytelników i autorów, kręgu oddziaływania. Bo to buduje więź, buduje wspólnotę. My o tym decydujemy, tak jak nasze samorządy — sztutowski, sztumski. nowodworski. To jest nasze! To jest coś, co po nas zostanie. To mi się podoba. Staram się co jakiś czas dawać jakiś artykuł do „Prowincji”. Tak jak działalność Żuławskiego Parku Historycznego, mój wykład z marca 2017 roku pt. „Koniec Tiegenhofu. Relacja z walk o miasto w marcu 1945 roku” wygłosiłem przy pełnej sali, jego nagranie na You Tubę obejrzało prawie trzy tysiące ludzi. To było niesamowite, ci ludzie słuchali w takim skupieniu... Bo zrobiłeś rzecz, której przed tobą nikt nie zrobił. To była świetna lekcja historii. Tak jak kiedyś ciebie uczyli twoi nauczyciele, panowie Rutecki i Nożyka, tak teraz ty nauczasz, w sposób ciekawy. Oni pokazali ci, do czego służy historia... A poza tym, jak nie masz materiałów, jak nikt nie opublikował źródeł, to zabierz się za to historyku sam. Bardzo proste. Leżą przed tobą twoje książki, m.in. książka „Tiegenhof — Nowy Dwór w 1945 roku...”, która powstała po tym wykładzie. Sprzedał się szybko cały nakład — tysiąc egzemplarzy, co biorąc pod uwagę lokalność tego tematu było świetnym wynikiem. Ale teraz chciałbym przejść do twojej najnowszej książki: „Lagrowi ludzie...”. Wielki, prawie siedmiuset stronicowy tom, z wielkim aparatem naukowym, dzieło niełatwe w lekturze, bo temat niełatwy. Na szczęście unikasz błędu dzisiejszej humanistyki, która często jest hermetyczna, niełatwa w odbiorze. Kiedyś historycy czy popularyzatorzy: Kieniewicz czy Bobrowski, Jasienica czy Brandys, byli czytani 130 Andrzej Kasperek Zajęcia w gdyńskiej Trójce masowo... Tobie udaje się pisać tak, że człowiek z maturą swobodnie może twoje dzieło przeczytać... Moja najstarsza córka też ją przeczytała, zadzwoniła i chwałiła. To dla mnie bardzo ważne. Dla mnie to Jest bardzo ważna książka, bo pokazuje, że pozostając w sferze (umownie mówiąc) historii lokalnej, bo ciągle pozostajesz w Stutthofie, nie wychodzisz z obozu, można napisać ważną książkę nie tylko historyczną, ale wręcz antropologiczną. Szukającą odpowiedzi na to odwieczne pytanie: unde malum? Skąd się bierze zło? Prowincje bliskie i dalekie Marek Suchar NIEZWYKLI GOŚCIE JEROZOLIMSKIEGO HOTELU ,,AMERICAN COLONY” Ulica, która nosi dziś dwie różne, ale odnoszące się do tej samej miejscowości, nazwy: Nablus Road (jak mówią jej arabscy mieszkańcy) i Derech Shechem (jak oznacza się ją na izraelskich planach miasta) zaczyna się naprzeciwko największej staromiejskiej bramy — Damasceńskiej. Ulica ta prowadzi przez dzielnicę, która przeżywała okres swej największej świetności w czasach Mandatu Brytyjskiego, czyli w latach 1920 — 1948, kiedy to terytoria obecnego państwa Izrael oraz Autonomii Palestyńskiej stanowiły rodzaj kolonii zarządzanej na mocy mandatu Ligii Narodów przez Wielką Brytanię. Idąc nią można dziś jeszcze zobaczyć ślady ówczesnej brytyjskiej obecności w Jerozolimie: budynek YMCA, anglikańską katedrę świętego Jerzego, czy obwołany przez generała Gordona autentycznym grobem Jezusa tzw. „Grób w Ogrodzie”. Przy ulicy Nablus znajdziemy również wiele innych interesujących miejsc — choćby olbrzymi antyczny grobowiec rodziny królowej Adiabeny z I wieku naszej ery, czy dominikański klasztor Świętego Szczepana, w którym mieści się słynna Ecole Biblique, w której poddano pierwszej naukowej ekspertyzie rękopisy sprzed ponad dwóch tysięcy lat znalezione w Qumran. Jak widać interesujące obiekty, które możemy zobaczyć przy ulicy Nablus, pochodzą z różnych dziedzin, i to zarówno z odległej przeszłości, jak i z ostatnich ważnych w historii Jerozolimy kilkudziesięciu lat. Do tych ostatnich należy na pewno znajdujący się zaledwie kilkadziesiąt metrów od głównej ulicy, będący świadkiem wielu historycznych wydarzeń, pałacyk o nazwie Orient House. Najpierw gościł on odwiedzające Jerozolimę rozmaite osobistości, w tym również głowy państw i cesarzy — najpierw przybyłego z Prus Wilhelma II, a w latach 30’ XX wieku cesarza Etiopii Hajle Selassje. W późniejszych latach budynek ten zaś był przez jakiś czas nieoficjalną kwaterą główną Organizacji Wyzwolenia Palestyny. Każde z wymienionych wcześniej miejsc zasługiwałoby na to, aby poświęcić mu uwagę i osobne omówienie, my jednak skupimy się na jeszcze jednym znajdującym się przy ulicy Nablus budynku, bardzo szczególnym i z różnych względów zupełnie wyjątkowym, a jednocześnie w ciekawy sposób związanym ze współczesną historią Jerozolimy. To zbudowany pod koniec XIX wieku pałac jerozolimskiego paszy (czyli gubernatora) Husainiego, mieszczący niegdyś jego rezydencję oraz harem! Wizyta w autentycznym haremie — czy może to nie działać na wyobraźnię? Po śmierci paszy Husseiniego pałac przestał zresztą pełnić swoją pierwotną funkcję, bo został zakupiony przez wspólnotę mesjanistycznych chrześcijan, która pod kierunkiem chicagowskiego prawnika Horacja Spafforda działała w Jerozolimie od 1881 roku. Na terenie przylegającego do pałacu ogrodu urządzono wtedy gospodarstwo rolne, a założona przez Spaffordów utopijna komuna religijna prowadziła szereg bardzo 132 Marek Suchar praktycznych, świetnie zorganizowanych i nowoczesnych przedsięwzięć. Grupa składała się na początku z kilkudziesięciu osób nazywanych w Jerozolimie po prostu „Amerykanami”, choć w istocie większość z nich stanowili akurat przybysze ze Szwecji. Szybko zyskali sobie oni u arabskich sąsiadów szacunek i sympatię, nie zajmowali się bowiem misjonarstwem i nie próbowali nikogo nawracać, ale w oczekiwaniu na rychłe (jak wierzyli) powtórne przyjście Jezusa Chrystusa zajmowali się przede wszystkim modlitwą i działalnością charytatywną. Prowadzili szpital, sierociniec, tanią jadłodajnię i szkołę oraz, jak już wspomnieliśmy wcześniej, własne gospodarstwo rolne. Mieli też własny sklep, w którym sprzedawali artykuły spożywcze własnej produkcji, poza tym otworzyli również pierwsze w Jerozolimie studio fotograficzne! To im właśnie zawdzięczamy dokumentację fotograficzną zarówno wyglądu miasta, jak i najważniejszych dla jego historii zdarzeń w okresie poprzedzającym Pierwszą Wojnę Światową. Niezwykli goście jerozolimskiego hotelu „American Colony” 133 Ze względu na to, że w ówczesnej Jerozolimie brakowało, jak byśmy to dziś powiedzieli, „bazy noclegowej”, pałac był też miejscem, w którym coraz częściej zatrzymywali się goszczący w tym mieście Europejczycy i Amerykanie. Ostatecznie doprowadziło to do podzielenia posiadłości i utworzenia z samego pałacu luksusowego i wytwornego (dziś pięciogwiazdkowego) hotelu, A skoro członków sekty SpafFordów nazywano w Jerozolimie ,Atnerykanami” , a ich siedzibę w związku z tym „Amerykańskim Osiedlem” (American Colony), to nazwa ta przyjęła się również w odniesieniu do będącego ich własnością hotelu. I w tym momencie zaczyna się drugi, chyba jeszcze ciekawszy rozdział historii pałacu, który po przekształceniu go w luksusowy hotel gościł wiele znakomitości, a jako że wśród nich było także liczne grono artystów i literatów, nic więc dziwnego, że stał się miejscem akcji licznych i słynnych powieści. Zaczęło się bodaj od szwedzkiej noblistki Selmy Lagerlof, która gościła u SpafFordów jeszcze pod koniec XIX wieku. Natomiast współcześnie akcję swych powieści umieścili tu na przykład goszczący w nim słynni autorzy sensacyjnych powieści John Le Carre i Erie Fratini, a wnuk pierwszego zarządcy hotelu, barona Ustinowa, światowej sławy reżyser i aktor sir Peter Ustinow, w nim właśnie nakręcił część scen filmu „Randez vous ze śmiercią”, opartego na znanej powieści kryminalnej Agaty Christi pod tym samym tytułem. Wszyscy ci twórcy w swoim czasie gościli w „American Colony”, ale oczywiście zatrzymywali się tu w czasie swoich pobytów w Jerozolimie również inni wielcy pisarze — choćby John Steinbeck czy Philip Roth. W tym miejscu wypada chyba także wymienić Boba Dylana będącego przecież laureatem literackiej Nagrody Nobla. Bywali tu także znani aktorzy, Ingrid Bergman i Robert de Niro. W liczącej ponad wiek historii hotelu gościli w nim liczni celebry ci, jak choćby słynny projektant mody Giorgio Armani czy też znana dziennikarka stacji CNN Christianne Amanpour. Nie zabrakło oczywiście polityków, których wyliczyć wręcz nie sposób, a których poczet otwiera sam sir Winston Churchill a zamyka Michaił Gorbaczow. W hotelu znajdują się apartamenty paszy Husseiniego (dziś pokój nr 1) oraz opatrzony specjalną plakietką pokój nr 16, w którym na początku lat 90’ XX wieku przedstawiciele Organizacji Wyzwolenia Palestyny i Izraela prowadzili supertajne rozmowy i rokowania, które doprowadziły ostatecznie do podpisania w roku 1992 „Porozumienia z Oslo”, za które ówcześni przywódcy obu stron: icehak Rabin i Shimon Peres ze strony izraelskiej, a Jassir AraFat ze strony palestyńskiej, otrzymali w 1994 roku pokojowa nagrodę Nobla. Jak doszło do tego, że ,A^merican Colony Hotel” zaczął w pewnym momencie odgrywać rolę miejsca politycznych spotkań i rokowań na najwyższym szczeblu? Otóż stało się tak, ponieważ nie należy on ani do Arabów, ani do Żydów, czyli stron toczącego się już od prawie stu lat bliskowschodniego konfliktu, pozostając od swego powstania aż do dzisiaj w rękach amerykańskiej rodziny SpafFordów. Dlatego zawsze stanowił coś w rodzaju neutralnej politycznie enklawy i był w związku z tym ulubionym miejscem spotkań przebywających w Jerozolimie korespondentów zagranicznych, dyplomatów i polityków. Żartem albo pół-żartem wspomina się też, że był przez lata również ulubionym miejscem spotkań... funkcjonariuszy wywiadów z różnych krajów. Czy to prawda, a zwłaszcza czy jest tak również i dziś, o tym można się przekonać tylko, jeśli wejdzie się do urządzonej w patio hotelowej kawiarni, żeby przy ustawionym pod białymi parasolami wśród palm i drzewek pomarańczowych stoliku wypić kawę lub zjeść któryś z serwowanych tu wyszukanych deserów. Przy 134 Marek Suchar tej okazji można będzie się przyjrzeć zajmującym sąsiednie stoliki gościom. Może rzeczywiście kryją się wśród nich szpiedzy przybyli tu z różnych państw? W każdym razie warto spróbować, bo czy gdzieś jeszcze nadarzy się nam podobna okazja? Przytoczone wcześniej kilkanaście z długiej listy imponujących nazwisk wybitnych gości hotelu robi oczywiście wrażenie. Ale dalece ważniejsze jest to, że miejsce to odegrało również niezwykle ważną rolę w historii już nie tylko samej Jerozolimy czy Izraela, ale wręcz całego Bliskiego Wschodu. I mam tu na myśli nie tyle wspomniane już wcześniej rokowania między Izraelem a Palestyńczykami w latach 90’ XX wieku, co przede wszystkim związane z nim zdarzenia i intrygi polityczne z okresu I Wojny Światowej. A ponieważ tamte zdarzenia miały wielki wpływ na to, co dzieje się w tym newralgicznym regionie świata do dzisiaj, można bez wielkiej przesady stwierdzić, że mamy w jego przypadku do czynienia z miejscem, w którym rozstrzygała się współczesna historia. A skoro tak, to koniecznie trzeba wspomnieć jeszcze jednego z częstych gości hotelu ,AJTierican Colony”. Postać ta przebija chyba wszystkie pozostałe niezwykłością, kolorytem, zdobytą sławą a jednocześnie tajemniczością. Tak, tak, tajemniczością, bo pułkownik Thomas Lawrence, o którego tu chodzi, mimo iż stał się sławny i jest bohaterem licznych utworów literackich i filmów, wciąż skrywa przed nami wiele swych tajemnic. Największą sławę przyniósł mu oparty na jego autobiografii zatytułowanej „Siedem filarów mądrości” słynny w latach 60’ XX wieku film zatytułowany „Lawrence z Arabii”, laureat 10 Oskarów z gwiazdorską obsadą, w którym główną rolę samego pułkownika Lawrence’a zagrał zabójczo wtedy przystojny, niebieskooki Peter O’Toole. Film opowiadał barwną historię niezwykłego życia brytyjskiego pułkownika, o którym osobiście znający go sam Winston Churchill twierdził, że gdyby Pierwsza Wojna Światowa potrwała choćby rok dłużej, a zjednoczonym Arabom udało się samodzielnie, bez pomocy Anglików zwyciężyć w jej czasie Turcję, to kto wie jaką rolę mógłby odegrać w historii. Jeśli wierzyć Churchilowi (a komu w tych sprawach można wierzyć bardziej niż właśnie jemu), Lawrence miał szansę wtedy zostać nawet... królem całego arabskiego Bliskiego Wschodu. W jaki sposób mogło do czegoś podobnego dojść i skąd się wziął ten właściwie niepozorny z wyglądu (miał tylko około 160 cm wzrostu) człowiek, który odegrał w najnowszej historii Bliskiego Wschodu jedną z kluczowych ról? Jego życiorys obfitujący w niezwykłe dokonania i przygody już zaczyna się właściwie dość niezwyczajnie. Nieślubny syn brytyjskiego arystokraty i szkockiej guwernantki, prymus z Oxfordu, gdzie studiował archeologię śródziemnomorską i gdzie uzyskał w tej dziedzinie doktorat, do którego materiały zbierał w czasie swoich siedmioletnich wędrówek po Bliskim Wschodzie. To w czasie tych wędrówek nauczył się arabskiego oraz licznych jego dialektów, opanował do perfekcji jazdę na wielbłądzie, a kulturę arabską i Koran w szczególności poznał tak dobrze, że zaskakiwał swych muzułmańskich przyjaciół umiejętnością przytaczania cytatów z niego dobranych odpowiednio do rozmaitych okoliczności. Na pustyni przydały mu się też i inne umiejętności, które już tam ze sobą przywiózł — znakomicie jeździł konno, celnie strzelał, a poza tym był, jak mówiono, odważny do szaleństwa, a co chyba najważniejsze — miał wyjątkowo zdolności przekonywania innych do swego zadania. Rola odegrana przez Lawrence’a w zdarzeniach politycznych, które rozegrały się na Bliskim Wschodzie w czasie trwania Pierwszej Wojny Światowej, polegała na nakłonieniu Niezwykli goście jerozolimskiego hotelu .American Colony” 135 136 Marek Suchar skłóconych ze sobą władców różnych plemion arabskich do wypowiedzenia posłuszeństwa Turcji, której wcześniej podlegali. Tu trzeba wyjaśnić, że Arabowie stanowili około połowy poddanych sułtana tureckiego, który przystąpił do wojny jako sojusznik Niemiec i Austrii i tym samym stał się wrogiem Anglii i Francji, a później również Stanów Zjednoczonych. Kraje te, związane działaniami na innych frontach, nie mogły dość skutecznie przeciwstawić się militarnie sułtanowi tureckiemu, co groziło opanowaniem przez Turcję (a co za tym idzie przez państwa „ Osi”, czyli Niemcy i Austrię), całego Bliskiego Wschodu. Tymczasem nieznany specjalnie wcześniej nikomu młody oficer Thomas Lawrence zdołał przekonać władze brytyjskie do swego pomysłu, by nakłonić Arabów do buntu wobec Turcji i tym sposobem pomocy Anglikom w rozsadzeniu imperium osmańskiego od wewnątrz, obiecując im w zamian możliwość utworzenia po wojnie, na nowo po wiekach, jednego, wielkiego, zjednoczonego państwa arabskiego. Lawrence przedstawiając swój projekt generałowi Storrowi miał 28 lat i był dla brytyjskiej generalicji właściwie nikim — prostym oficerem kartograficznym oddziału wywiadowczego, oksfordzkim naukowcem bez większego doświadczenia militarnego. Na jego rzecz przemawiały jedynie znakomita znajomość języka i realiów świata arabskiego oraz bliska, osobista znajomość z księciem Fajsalem, jednym z synów Szarifa Mekki, czyli najstarszego z żyjących potomków Proroka, sprawującego władzę nad terytorium odpowiadającym dzisiejszej Arabii Saudyjskiej. Co sprawiło, że dowództwo wojsk brytyjskich przychyliło się do dosyć fantastycznych, militarnych projektów Lawrence’a — nie wiadomo. Może to, że jego plan nie wymagał od Brytyjczyków w swej początkowej fazie niczego więcej prócz obietnic, których zresztą, jak się później okazało, i tak nigdy nie zamierzali dotrzymać? Po zakończeniu Pierwszej Wojny Światowej do zjednoczenia Arabii bowiem nigdy nie doszło, a Szarif Mekki i jego trzej synowie (w tym również przyjaciel pułkownika Lawren-ce’a, książę Fajsal) otrzymali jedynie od Anglików „na otarcie łez” możliwość zasiadania na tronach nowoutworzonych w wyniku podziału imperium osmańskiego państw arabskich: Syrii, Iraku, Jordanii oraz dzisiejszej Arabii Saudyjskiej (jak zresztą pokazała historia za wyjątkiem Jordanii — na krótko). Lawrence nie mógł się pogodzić z faktem, że jego natchniony polityczny plan ostatecznie tym samym się nie powiódł i że nie ma szans na wypełnienie przyrzeczeń złożonych przez niego Arabom w imieniu Brytyjczyków. Potraktował to niezwykle emocjonalnie jako osobistą klęskę. W geście protestu przeciwko niedotrzymaniu przez mocarstwa składanych za jego pośrednictwem arabskim książętom politycznych obietnic, zrzekł się wszelkich zaszczytów ofiarowanych mu przez brytyjskie władze. Nie został więc ani członkiem Izby Lordów, ani wiceministrem ds. kolonii w rządzie Jego Królewskiej Mości, ani też nie przyjął nominacji generalskiej, choć wszystkie te stanowiska i zaszczyty mu oferowano. Nie przyjął nawet przyznanego mu Orderu Łaźni, ani najwyższego w Wielkiej Brytanii odznaczenia. Orderu Imperium Brytyjskiego. Po wojnie, pod zmienionym nazwiskiem, jako prosty oficer wstąpił do RAF — u, gdzie dosłużył się zwyczajnej wojskowej emerytury. Niestety, nieomal natychmiast po odejściu ze służby zginął tragicznie w wypadku motocyklowym w wieku lat 47. Przytaczamy tu jego historię w kontekście American Colony Hotel oczywiście dlatego, że w czasie trwania Pierwszej Wojny Światowej i kilku lat po jej zakończeniu, często bywając w Jerozolimie, zatrzymywał się właśnie w hotelu „American Colony”, który stanowił Niezwykli goście jerozolimskiego hotelu .^American Colony” 137 Wtedy jego „jerozolimską kwaterę”, w której pewnie snuł prowadzone przez siebie polityczne intrygi. Siedząc dziś przy kawiarnianym stoliku na ogrodowym dziedzińcu hotelu, wsłuchując się w szmer fontanny, można długo zastanawiać się nad tajemnicą fascynacji Lawrence-’a światem arabskim i przyczynami, które spowodowały, że aż tak zaangażował się w ideę utworzenia na nowo wielkiego państwa arabskiego. Kam właściwie był ten angielski póła-rystokrata, współczesne wydanie romantycznego rycerza, trochę jakby pierwowzór Indiany Jonesa, lubiący manifestować swe proarabskie sympatie choćby przebierając się często w ofiarowaną mu przez księcia Fajsala długą białą szatę i przystrajając głową białą kefiją przymocowaną przypominającym książęcy diadem yigalem? Jego fascynacja światem arabskim przybierała zresztą różne formy, również takie, które wywoływały u współczesnych mu pełne zdziwienia uniesienie brwi, jak choćby jego wieloletnia bardzo bliska przyjaźń z kilkunastoletnim arabskim służącym Selimem, do którego po jego przedwczesnej śmierci zwracał się w dedykacji do „Siedmiu Filarów Mądrości” słowami: „Kochałem cię, więc uruchomiłem tę ludzką lawinę i wypisałem pośród gwiazd na niebie mój testament: zdobyć wolność, dla ciebie, ten wspaniały, na siedmiu filarach wsparty gmach i zobaczyć jak twoje oczy rozjaśniają się na mój widok gdy znów się spotkamy [T.E. Lawrence, tłum, własne MS] W tychże „Siedmiu Filarach” Lawrence wylicza zresztą motywy, jakie skłoniły go do zaangażowania się w wypadki historyczne, w których uczestniczył. Mówi tam o ciekawości, która była zawsze jednym z najsilniejszych motorów jego działania, przyznaje się też do ulegania mocy narkotyku, jakim jest posiadanie władzy, której zasmakował współdowodząc z księciem Fajsalem arabskimi plemionami w walce z wojskami tureckimi. Wspomina tam w końcu także enigmatycznie również o jakichś swoich motywach głęboko osobistych, których natury możemy się domyślać po lekturze przytoczonej tutaj dedykacji z jego książki. Ale najbardziej interesujące jest, kiedy Lawrence mówi, że głównym źródłem jego motywacji była głęboka wiara w to, że naturalne procesy historyczne nieuchronnie muszą z czasem doprowadzić do powstania na Bliskim Wschodzie zjednoczonego, niepodległego państwa arabskiego. Sprowokowane częściowo również przez niego samego wydarzenia polityczne, ta „ludzka lawina”, którą uruchomił, jak o tym pisze w swej przejmującej poetyckiej dedykacji do „Siedmiu Filarów”, miały w jego mniemaniu jedynie te nieuchronne historycznie procesy przyspieszyć. Jakkolwiek, jak pokazał czas, historia potoczyła się trochę inaczej niż przewidywał to Lawrance, to trzeba jednak oddać mu sprawiedliwość przyznając, że konsekwencje emancypacyjnych ambicji narodowych i politycznych budzących się na początku XX wieku w świecie arabskim rzeczywiście dały o sobie znać w naszych czasach potwierdzając tym samym i to w sposób niezwykle dramatyczny jego ówczesne przewidywania czy też może raczej intuicje polityczne. 138 Marek Suchar Wróćmy jednak na naszą ulicę Nablus. Nie wspomnieliśmy bowiem dotychczas , że oprócz pałacu paszy mieściły się wzdłuż niej od XIX wieku (i mieszczą w większości do dzisiaj) rezydencje wielu starych i zasłużonych arabskich rodzin należących do jerozolimskiej elity : Husseinich, Nashashibich, Alamich, Nuseibehów, Chalidich i Judehów. Nazwiska te wymieniam tu nie bez przyczyny, bo choć mogą one niewiele mówić większości polskich czytelników, to z kolei dla większości jerozolimczyków są to nazwiska znaczące, jako że należą do starych i niezwykle wpływowych w przeszłości arabskich rodów, również współcześnie mających duży wpływ na to, co się dzieje zarówno w Izraelu, jak i w ogóle na Bliskim Wschodzie. O ich starożytności niech świadczy choćby fakt, że to właśnie rodziny Nusseibehów i Judehów od roku co najmniej 1192 (a więc nieprzerwanie przez ponad 800 lat!) pełnią rolę „strażników i odźwiernych” (ci pierwsi) i „kluczników” (ci drudzy) Grobu Świętego. Dziś za otwieranie i zamykanie wielkich drzwi Bazyliki odpowiada pan Wadżi Nusseibeh, choć nie zawsze dokonuje tej czynności osobiście. Rodzina Nusseibeh odgrywała przez wieki w historii Jerozolimy istotną rolę, a i dziś także jej członkowie pełnią różne ważne społecznie i polityczne funkcje. Najbardziej prominentnym dziś członkiem tego klanu jest profesor Sari Nusseibeh, rektor palestyńskiego uniwersytetu Al Quds działającego we Wschodniej Jerozolimie, absolwent Oxfordu, od 2002 roku przedstawiciel Autonomii Palestyńskiej w Jerozolimie. Rodzina Judeh, o której wspomnieliśmy w związku kluczami do bazyliki Grobu, jest równie stara, nie mniej potężna i zasłużona, a jej członkowie także współcześnie odgrywają pierwszoplanowe role na politycznej scenie Bliskiego Wschodu. Na przykład jeden z Judehów, Naser, żonaty z kuzynką jordańskiego króla Abdulla-ha, księżniczką Sumayą, był przez lata ministrem spraw zagranicznych Królestwa Jordanii. Oprócz Judehów i Nusseibehów do najbardziej wpływowych klanów zaliczają się jeszcze rodziny Alamich, Chalidich, Husajnich i Nashashibich. Jeden z Chalidich, Rashid, profesor arabistyki na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, był w swoim czasie doradcą prezydenta Baracka Obamy w sprawach bliskowschodnich, a z kolei jeden z Husajnich, dr Rafik Husajni, doradzał w tym samym czasie prezydentowi Autonomii Palestyńskiej Mahmudowi Abbasowi. Jeżeli zaś chodzi o ród Nashashibich, których przedstawiciel był burmistrzem Jerozolimy w czasach Mandatu Brytyjskiego, to kilku z nich również odgrywa dziś istotną rolę we władzach Autonomii Palestyńskiej. Losy tych jerozolimskich rodzin, podobnie zresztą jak i losy wielu wspomnianych wcześniej gości i bywalców „American Colony Hotel”, skupiają w sobie jak soczewce wiele wątków rozgrywającego się w ciągu kilkunastu ostatnich dziesięcioleci w Jerozolimie fascynującego, choć momentami tragicznego, historycznego dramatu. Gdy popijając kawę w ogródku hotelowej kawiarni będziemy się zastanawiać nad pełnymi zawiłości i tajemnic ich historiami, czy też niejednoznacznością ich postaci, łatwo dojdziemy do wniosku, że ta niejednoznaczność w jakiś sposób współgra z uniemożliwiającym czasem stawianie jednoznacznych ocen pogmatwaniem najnowszych dziejów Jerozolimy. Dla wielu jest zresztą źródłem jej uroku. W każdym razie jednym ze źródeł. Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW (18) 30 sierpnia 2022 roku PRANAS MORKUS W nocy 30 sierpnia w szpitalu w Kłajpedzie odszedł Pranas Morkus. Wilno bez niego nie będzie już takie samo. Należał do potężnej gromadki przyjaciół, która odcisnęła mocne piętno na powojennym obliczu Aten Północy, a przy okazji także na moim życiu. Choć powinienem zapisać to inaczej, bardziej w zgodzie z myśleniem Pranasa: miasto ukształtowało ich na swoje podobieństwo, a oni dochowywali mu wierności, niezależnie czy były to czasy sowieckie, czy wytęsknionej wolności i zaraz potem rynkowego kapitalizmu. Mówił mi: Człowiek w zmaganiach z fatum ma niewielkie szanse, co innego gdy przyjmie w siebie moce genius loci. — Czyż jednak — odpowiadałem mu pytaniem — samo genius loci nie jest naszym fatum? — Zbytnio koncentrujesz się na loci — pozostawione własnej próżności, staje się zaściankiem. Tymczasem o wszystkim decyduje genius... Odchodzą. W styczniu Juozas Tumelis. W grudniu 2020 roku Irena Veisaite. Kilka lat wcześniej Ramunas Katilius. Ich dane mi było poznać, byli dobrymi duchami Pogranicza. Nataszę Trauberg znam tylko z opowieści, podobnie jak Aleksandrasa Stromasa. Na pogrzeb Pranasa przyjdą jeszcze na pewno Ele Katilienei, Tomas Venclova. Z nich wszystkich najbardziej wileński wydaje mi się być właśnie Pranas. Był mapą i pamięcią miasta, powiernikiem jego tajemnic i archiwistą. Kiedy Tomas napomykał o jakiejś niedostępnej książce, zwykł był dodawać „być może jeden egzemplarz zachował się w archiwum Mor-kusa”. To samo dotyczyło zatartych przez czas faktów albo opowieści. W swoim mieszkaniu przesyconym aromatem starej inteligencji, przy stoliku w „Nerindze” albo już później w kafejce przy Zaułku Literackim, w redakcji „Siaures Atenai”...zawsze czekał na nich, nadchodzących z wysokich gabinetów politycznych, z emigracji, dalekich podróży albo z katedr akademickich. Czekał na nich, jak gospodarz, który zawsze ma czas, a przede wszystkim dobrą anegdotę w zanadrzu, rozwiewającą smutki, a przy okazji szalony po- mysł by zrobić coś pożytecznego, choćby Pranas Morkus, fot. Yytautas Toleikis 140 Krzysztof Czyżewski Pranas&company niewielką „kontrabandę”, bo życie trzeba brać zawsze pod włos. I już po chwili przy Pra-nasie robiło się ciepło. Szykowna, odrobinę staroświecka gawroszka na szyi (mógł też być golf), uśmiech „do rany przyłóż” i spirytusowa tynktura, prima sort domowego wyrobu... Jak na tej fotografii, którą zrobiłem gdy świętowaliśmy przybycie profesora Baumana do Wilna: Zygmunt — początkowo niedowierzający, że kieliszek (ku zgorszeniu kelnerów wykwintnego Shakespeare Boutique Hotel) napełniony z butelki wyciągniętej z kieszeni znoszonego prochowca to może być ten prawdziwy cymes (a znał się na tym, więc potem nisko się kłaniał jej właścicielowi). Czarek Wodziński — pierwszy raz w Wilnie, a od razu jak u siebie w domu, i Rasa Rimickaite — szczęśliwa, że wszystko zmierza w jak najlepszym kierunku, bo Pranas wziął sprawy w swoje ręce... Pranas Morkus był wytrawnym publicystą, dziennikarzem radiowym, autorem scenariuszy filmowych (m.in. „Wiek Czesława Miłosza”) i animatorem kultury. W latach 1994-2000 pracował w redakcji tygodnika kulturalnego „Siaures Atenai” (Ateny Północy), pieczołowicie starającego się odrodzić pamięć wielokulturowego Wilna. Tak artykuły prasowe, jak i programy radiowe oraz filmy, w realizacji których brał udział, odzwierciedlają największą jego pasję — los pojedynczych ludzi w potrzasku historii, głównie stalinowskiego terroru. Napisał scenariusz do „Ekskursante”, filmowej opowieści o drodze przez mękę dziewczynki zbiegłej z transportu do Gułagu, powracającej do domu odległego o tysiące kilometrów. Po części autobiograficzny charakter ma scenariusz do filmu „Sowie Wzgórze”, o dylematach moralnych młodych ludzi, w powojennej sowieckiej Litwie podejmujących różne wybory życiowe, nasłuchujących Radia Swoboda... Sam Pranas był zapamiętałym słuchaczem zachodnich stacji radiowych okresu Notatki słów i obrazów (18) 141 zimnowojennego. Gdy odwiedziłem go po raz pierwszy w zastawionym wieżami z książek mieszkaniu nieopodal Prospektu Giedymina, pokazał mi bogate archiwum nagranych przez siebie audycji Wolnej Europy, a chyba też Głosu Ameryki i BBG. Kiedyś Pranas przyjechał do nas do Sejn z przygotowaną przez siebie wystawą o Litewskiej Armii Podziemnej, dokumentującą nie tylko jej powojenne losy, ale także związki z Polską, a zwłaszcza przełom jaki pod koniec wojny (umowa olkiennicka) dokonał się w relacjach z AK i idącą w ślad za tym pomoc wcześniejszych wrogów w przerzucaniu litewskich partyzantów przez Polskę na Zachód. Przezwyciężaniu wzajemnych urazów z przeszłości i współpracy litewsko-polskiej oddany był do końca życia. Pragnął, aby upamiętnienie miejsc wzajemnych polsko-litewskich zbrodni w Dubinkach i Glinciszkach zbliżyło do siebie potomków ofiar i zaowocowało wspólnymi programami edukacyjno-kulturalnymi dla młodych. Jako przewodniczący Towarzystwa Polska-Litwa wystąpił z inicjatywą ustawienia w Glinciszkach przez Litwinów krzyża z napisem „Bracia Polacy, przebaczcie” oraz ustawienia w Dubinkach przez Polaków krzyża z napisem „Bracia Litwini, przebaczcie”. Zdobył dla tej inicjatywy wsparcie w sferach rządowych, ale nie pośród społeczności lokalnych. Urodził się w Kłajpedzie, jako syn znanej aktorki teatralnej Galiny Jackevićiute. Niemal od kołyski znali się z Tomasem Venclovą, który w rozmowie z Ellen Hinsey wspomina jedyną historię z Kłajpedy opowiedzianą mu przez matkę, z okresu, gdy miał niespełna rok; „Zabrała [matka] mnie do parku razem z innym dzieckiem i jego matką, aktorką z trupy teatralnej. Kilku członków Hitlerjugend słysząc, że rozmawiają po litewsku, wrzuciło piasek do naszych wózków. (Drugie dziecko, Pranas Morkus, był później moim bliskim przyjacielem...)”. Przyjaźń na życie Pranasa z Tomasem i całą potężną gromadką wileńską zawiązała się w czasach studenckich. Wprawdzie z początku został wysłany przez ojczyma, komunistycznego propagandystę, na studia do Moskwy, ale tam związał się ze środowiskiem wolnomyślicieli i zadebiutował w prasie samizdatowej artykułem o Pasternaku. Wydalony z uniwersytetu, powrócił do Wilna w 1957 roku, przywożąc ze sobą, bezcenne dla samokształceniowego kręgu filologów litewskich i dusz im pokrewnych, zakazane książki i gazetki. Za rok napiszą do autora „Doktora Żiwago” list gratulacyjny w związku z przyznaniem mu Nagrody Nobla. Narazili się na szykany, zainteresowało się nimi KGB, ale nie pierwszy to i nie ostatni raz ustawili się władzy pod włos. Było coś jeszcze, co ich łączyło. Dla mnie była to może najważniejsza lekcja na życie otrzymana od Pranasa. Choć pewnie jego samego zdziwiłoby, że przywiązuję do tego taką wagę, skoro to jest najzwyczajniej normalne. No właśnie — normalne... Pytania o ważne sprawy, oceny dzieł sztuki i wartościowania ludzkich postaw sprowadzał — podobnie jak inni z wileńskiej gromadki — do tego jednego, niepozornego słowa. Jak było? Normalnie. Jaki to człowiek? Normalny. Jak ci się podobał spektakl? Normalnie. Przyzwyczajony do mocnych określeń wartościujących, pisanych wielką literą i z wykrzyknikiem, sądziłem początkowo, że chce mi powiedzieć coś w rodzaju: nie najgorzej, może być, a czego się spodziewałeś... Tymczasem w jego ustach to był największy komplement. Jego „normalnie” do dzisiaj nic nie straciło ze swojej mocy, podczas gdy zrojusłówek nieprzytomnie windujących się w górę, w rodzaju: genialne, jedyne takie, pierwsze w świecie, dzieło dekady, serial stulecia, książka roku... już po chwili sypało się truchło. „Jest tak, jak powinno być” — tłumaczył mi cierpliwie. „Robota wykonana. 142 Krzysztof Czyżewski po prostu. I człowiek po prostu, normalny. Czego jeszcze chcesz?”. Pranas Morkus żył w trudnych czasach i nie miał łatwego życia. Przeżył je normalnie. 11 grudnia 2022 rok YEISAITE Powracam do tej fotografii w drugą rocznicę śmierci Ireny Yeisaite. W odpowiedzi na kierowane ku niej wyrazy uznania uporczywie podkreślała, że nie ma w niej nic nadzwyczajnego, że biegnie jedynie w cieniu tych, u których zaciągnęła dług na życie. A zaciągała go nie tylko jako nauczycielka czy działaczka społeczeństwa obywatelskiego, lecz także — a może przede wszystkim — jako ocalona z Zagłady. Gdy spotykaliśmy ją — jedyną taką od początku świata — na tej ścieżce, robiła wszystko, aby pokazać, że jest tutaj razem z innymi, że ważni są ci, którzy wcześniej tędy przechodzili, że to żadna jej osobista zasługa. A gdy mieliśmy już na języku słowa protestu, proponowała nam swoje ulubione działanie zbiorowe: stawaliśmy w kręgu, chwytaliśmy się za ręce i w milczeniu przekazywaliśmy sobie najlepsze, na co w danej chwili było nas stać: uśmiech, energię, promienne spojrzenie, dobre myśli... Fotografia chwyta jeden z takich momentów w Wilnie — uściskiem Ireny objęci są tu też Leonidas Donskis i Cezary Wodziński... Nie ma już pomiędzy nami całej trójki. Choć... Łączyło ich coś, co najkrócej można by wyrazić jako bycie-w-pomiędzy. Pomiędzy ludźmi i innymi bytami jest cały świat — cały świat jest w „pomiędzy”. Zycie w świecie, zmienianie świata, ratowanie — tożsame było dla Irena, Leonidas, Cezary i my Notatki słów i obrazów (18) 143 nich z wejściem w „pomiędzy” i czynieniem właśnie tutaj swoich powinności. „Pomiędzy” rozumieli w duchu Hannah Arendt, jako sferę publiczną, posiadającą moc rozświetlania — cechę dla niej najbardziej pierwotną i istotną. O tym jest esej Arendt „Kilka myśli w związku z Lessingiem. O człowieczeństwie w mrocznych czasach”: „...właśnie owo „pomiędzy”, w stopniu o wiele większym niż (jak się często sądzi) sami ludzie, czy też człowiek jako taki, jest dziś przedmiotem szczególnej troski...”. Bycie-w-pomiędzy prowadziło ich ku wolności rozumianej bardziej jako współzależność, niż autonomia. Dlatego podpisaliby się pod słowami filozofki z Królewca: „Coraz więcej ludzi w krajach Zachodu, który od upadku świata antycznego pojmował wolność od polityki jako jedną z podstawowych wolności człowieka, korzysta z tej wolności, wycofując się ze świata i z wszelkich wobec niego zobowiązań. Takie wycofanie się niekoniecznie musi szkodzić człowiekowi, może wręcz potęgować do geniuszu jego wybitne zdolności, w ten sposób, okrężną drogą, przynosząc pożytek światu. Tyle, że każde takie wycofanie się oznacza niemal dotykalny ubytek świata; utracona zostaje specyficzna i na ogół niezastąpiona przestrzeń „pomiędzy”, jaka wytworzyłaby się pomiędzy akurat tym człowiekiem a innymi ludźmi”. Irena, Leonidas, Cezary — nie wycofywali się, nie czynili światu tego ubytku... Żyją pomiędzy 20 lutego 2023 roku POŻEGNANIE SAURY Saura... Carlos Saura. Kochanek Wielkiej Tajemnicy. W swoich filmach pozostawiał ślady przejścia ku niej, pod podszewkę świata. Raz ujrzany niewidzialny most podrywa w człowieku wieczną tęsknotę za dotarciem do niego, by własny brzeg pozostawić za sobą. Różne prowadzą do niego drogi, ale gdybym miał naszkicować ich mapę, jedną z nich nazwałbym Drogą Sauryjską. Był chłopcem, gdy to się wydarzyło. Kiedy los odcina nas od własnego brzegu, bezpiecznie udomowionego, może się zdarzyć, że w pomroce lęku i rozpaczy zasnuwających nam duszę wybije w nas źródło tajemnicy, niby „święta fontanna”. Stajemy się świadkami tego wydarzenia w „Ptaszku” (Pajarico), może najbardziej autobiograficznym filmie Saury. Na peronie dworca w Murcji spotykamy rozbitka, dziesięcioletniego Mano, wyrzuconego na nieznany brzeg przez sztorm, który rozbił mu dom w Madrycie. Skłóceni rodzice, w trakcie rozwodzenia się, zdecydowali o wysłaniu go do rodziny ojca. Mano chce z powrotem do rodziców, płacze w rękaw wujkowi Juanowi. Czeka go podróż inicjacyjna przez kręgi trzech tygodni, trzech pięter domu wujostwa i trzech rodzin go zamieszkujących. Pozna od podszewki życie dorosłych, przeszyte miłością i śmiercią, ukrytymi żądzami i przemocą, współczuciem i oddaniem. Przekroczy progi stref zakazanych — sypialni niezaspokojonej erotycznie ciotki; laboratorium wujka badającego tęczówkę oka; piwnicy, w której rozgrywa się dramat wuja porzuconego przez kochanka; dachu, na którym znajduje porzuconą przez starszą kuzynkę i jej chłopaka strzykawkę do drągów. Gdy po trzech tygodniach 144 Krzysztof Czyżewski Notatki słów i obrazów (18) 145 przybywają po niego rodzice, Mano intuicyjnie czuje, że może bezpowrotnie utracić coś bliskiego sercu. Tajemnicą, której lęka się utracić młody Manuel, jest Fuensanta. Imię jego kuzynki znaczy dosłownie „święta fontanna”. Pierwsza miłość? Tak. A zarazem ta dziewczyna staje się przewodniczką jego inicjacji. Ona jest tą, która wie i która widzi, w odróżnieniu od dorosłych, uwiązanych do własnego brzegu, tyleż bezpiecznego, co odczarowanego, skazanych na pół-prawdy i ślepych na jedno oko. Fuensanta odwzajemnia miłość Mano i wprowadza go do miejsc, z których zagląda się pod podszewkę życia, widzi to, czego nie widać i doświadcza innego wymiaru. Jakże trudno jest utrzymać taką miłość młodzianków w święcie. Nad ich losem zawisa dramat utraty. Może jednak Fuensanta zamieszkuje wewnętrzny świat chłopca i jest obleczoną w ciało dziewczyny emanacją odkrytej przez niego tajemnicy? Manuel doznaje przemiany za sprawą Fuensanty, która wybija w nim źródło wody żywej i daje mu swoje oczy. Są to te same, widzące na przestrzał oczy dziewczynki, które Saura uczynił bohaterem arcydzieła, jakim jest film „Nakarmić kruki”. Od tej pory nie może ich zamknąć, jeśli nie chce utracić siebie. „Jednego byłem pewien — mówi w finale filmu dorosły już Manuel — gdyby rodzice nie przyjechali, zostałbym z Fuensantą do końca życia.” „Ptaszek” o dotknięciu tajemnicy opowiada. Zdarza się jednak, że Saura w swoich filmach idzie dalej, tworząc w nich szczególne pole magnetyczne, w którym to się staje — na naszych oczach, czasem wręcz w nas samych. Czyż nie w tym tkwi największa magia kina, że tajemnicę czyni naoczną? „Czarodziejska miłość” nie należy do najwyżej cenionych filmów Saury, nie otrzymała żadnych nagród, poza krajową nagrodą „Goya”, chociaż i w tym przypadku jedynie za kostiumy i zdjęcia. Film dopełnia „trylogię flamenco”, której inne części, „Krwawe gody” i „Carmen”, nagradzane były Złotą Palmą w Cannes, nagrodami Brytyjskiej Akademii i festiwalu w Karłowych Warach, nominacjami do Oscara i Złotych Globów. Film przez wielu zapewne odbierany jest jako dziwny melodramat; dziwny, bo bardzo teatralny, a jednocześnie prawie pozbawiony dialogów, a dominujące w nim muzyka i taniec są niczym malarz w wizyjnym natchnieniu pokrywający farbami zagruntowane płótna. Tymczasem to właśnie „Czarodziejska miłość” skrywa nagi dotyk tajemnicy, jeden z najgłębiej dojmujących w całej historii kina. Tak przynajmniej przedstawia się to u mnie. A rzecz dotyczy szczególnie trzech minut i czterdziestu siedmiu sekund filmu, podczas których muzyka Manuela de Falli dojrzewa do „Pieśni błędnego ognika” (Canción del fuego fatuo). Jest niczym błędny ognik Afiłos'ć... Kino Saury wyrasta z tradycji Calderona i jego wizji życia rozgrywającego się w wielkim theatrum mundi. Coś się jednak zmieniło od czasu, gdy na scenie głównej aktorzy mistrzowsko przedstawiali dramat ludzkiej egzystencji, zamknięty w doskonałej formie, oklaskiwani przez licznie zgromadzoną publiczność. Sztuka na tej scenie stała się martwą, ludzie wydrążeni, a ziemia jałową. Saura bez żalu ją opuszcza, odwracając się również od jej publiczności. Dla swojej sztuki znajduje przestrzeń z dala od centrum i świateł jupiterów, gdzieś w kuluarach, na zapleczu wielkiej sceny, w zakamarkach domów i ulic, na peryferiach miast, pośród bieda-domków cygańskiego osiedla... Porzuca też formę dzieła 146 Krzysztof Czyżewski skończonego, oddając się fascynacji samym procesem twórczym i zgrzebnej prawdzie życia, uchwytnej w przebłyskach pomiędzy aktami dramatu na scenie, między wierszami utworów pretendujących do zwycięstw w konkursach, na marginesie profesjonalnych prezentacji i zawsze przed premierowym wykonaniem, po którym powinny nastąpić oklaski. Artyści, nierzadko o legendarnych nazwiskach, w filmach Saury, również tych dokumentalnych, nigdy nie są oklaskiwani, gdyż wszystko, co najważniejsze dla oczu pozostawionych mu przez Fuensantę, dokonuje się przed i pomiędzy występami na główniej scenie theatrum mundi. Akcja filmów z „trylogii flamenco” rozgrywa się niemal wyłącznie na próbach do spektakli „Krwawe gody” i „Carmen”, W konsekwencji opowieść tworzona dla sceny wchodzi w krew codzienności aktorów, splata się z ich osobistymi dramatami, zacierając granicę między życiem a sztuką, W „Czarodziejskiej miłości” tylko przez początkową chwilę widzimy rzeczywisty fragment peryferyjnej dzielnicy miasta, bowiem na otwarcie filmu — niczym opadająca kurtyna — zamyka się wielka brama poprzemysłowego hangaru, odcinając nas od realnego świata. Kamera przesuwa się po rusztowaniach i kulisach scenografii, powoli wprowadzając nas do wnętrza przestrzeni specjalnie stworzonej dla tej jednej opowieści. Czego mężczyzna chce od kobiety,,, ciepłego miejsca dla swojego małego ptaszka,,, niby gniazdka? Tak, gniazdka,,, Moje gniazdko płonie, a nie mogę znaleźć ptaszka,,, Weź i wejdź do mojej jaskini,,, Jeśli wleci do niej ptaszek, nigdy nie ucieknę,,, ZAKORZENIONY W BEZDOMNOŚCI. O GRIGORIJU KANOWICZU Grigorij Kanowicz, urodzony 18 czerwca 1929, zmarły 20 stycznia 2023, pisarz, „I tyle, Ani linijki więcej, jako że cała reszta to nieprawda,” Te właśnie słowa wyryłby na nagrobku pisarza stary Efraim Dudak, kamieniarz z Koziołka za iłwa grosze, powieści przetłumaczonej przez Aleksandra Bogdańskiego, Był synem flisaka Jakuba, człowiekiem silnym, o barach szerokich jak koryto Niemna i wytrzymałym jak most grzbiecie, po którym raz nawet przejechał woziwoda Szmul-Sender; a do tego miał dwa domy: jeden kryty słomianą strzechą, drugi — milczeniem; a jakby tego jeszcze było mało, to rzeźbił na nagrobkach anioły tak, że — choć jedno skrzydło miały złamane — rwały się do góry,,, I pomyśleć, że taki nagrobek mógłby powstać w miasteczku, „gdzie Bóg, jeśli w ogóle zaglądał, to tylko na chwileczkę, A cóż może zdziałać Bóg w ciągu jednej chwili?”. Na nagrobku swojego ojca Efraim wyrzeźbił tratwę. Krzywo na to patrzył rabbi Uri, bo na żydowskim cmentarzu mogą być owoce granatu, palmy albo winorośl, nawet lew albo pelikany z małymi, ale tratwa? Od tamtej pory coś się jednak mogło zmienić, świat nie stał w miejscu, z nurtem rzeki puszczone zostały kolejne tomy sagi o litewskich Żydach z rodu Dudaków, Teraz więc, na wieść o śmierci Grigorija Kanowicza, możemy sobie wyobrazić, że Efraim nie będzie musiał skuwać tratwy z jego nagrobka, przemieniając ją na niewielkie Notatki słów i obrazów (18) 147 czółenko z wioślarzem, który wypuścił z rąk wiosła. „Przecież niebo to nie ziemia, tam dla wszystkich wystarczy miejsca...”. Czemóż to niebo nie miałoby przyjąć tratwy ulatującej nad ziemię jak ptak? Będzie to tratwa--Księga, której Iwona Chmielewska — tworząc okładkę do polskiego wydania powieści — nadała kształt domu z odemkniętymi oknami w kształcie macew, nadpalonego pożarem z pogromów. A na tratwie maleńka sylwetka człowieka niepozornego, miotana przez wzburzone fale i znikająca „w nieprzejrzanym odmęcie wody-śmierci”. Tak to widział Efraim: człowiek rzucony na spienioną falę rzeki życia, w szaleństwo żywiołu i zgubną, przyciągającą siłę wody. Grigorij Kanowicz, podobnie jak Efraim, za swojego długiego życia widział jedynie rozpadającą się tratwę: „pozostały tylko śliskie, mokre kłody, które każdy usiłuje sobie przywłaszczyć, żeby zbudować swój dom, zbić swój chlew, wznieść swoją twierdzę”. Słowa rabbiego Uriego by kroczyć drogą sprawiedliwych i trzymać się wiary, były już tylko na wiatr, bo „cóż to Kanowicz na Wileńszciiyźnie za wiara, która mieści się w jednym domu, którą można zapędzić do chlewu, której potrzebna jest twierdza?” Dlatego tratwa, którą wyryłby na nagrobku pisarza Efraim, musia-łaby mieć spoiwo na nowo związujące osobne bierwiona, a człowiek próbujący się na niej utrzymać nie mógłby już poprzestać na swoim. Na fotografii, którą zrobiłem w mieszkaniu państwa Kanowiczów w Bad Jam, pan Grigorij siedzi pod swoim portretem, namalowanym przez Adomasa Jocovskisa. Uczepiony tratwy człowiek, zakorzeniony w bezdomności. Nie wystarczyło dla niego miejsca na ziemi. 148 Krzysztof Czyżewski Po raz ostatni spotkaliśmy się w listopadzie 2019 roku. Ledwie przekroczyłem próg jego mieszkania, a dosięgło mnie spojrzenie nie z tego świata. Było takie już wtedy, gdy go poznałem. Grigorij Kanowicz w owym czasie na krótko powrócił do Wilna, przestał przewodniczyć tamtejszej gminie żydowskiej i niezmiennie pisał po rosyjsku. Pisanie rozumiał tak, jak jeden z jego bohaterów Icchak Małkin rozumiał sens życia, który „jest nie w pomnażaniu, lecz w nieprzerwanym odczytywaniu”. Przyjechał do Sejn, a potem ruszyliśmy w Polskę z Koziołkiem za ełtoa grosze, od Gdańska po krakowski Kazimierz, przez Warszawę i Lublin. Nie tyle zaglądał pod podszewkę świata widzialnego, ile spośród zgliszcz i popiołów patrzył na świat przeze mnie zamieszkiwany, który jak świeży naskórek w otwartej ranie zabliźniał się na powierzchni. I tak było też tym razem, w mieście Bad Jam, do którego dotarłem wschodnim brzegiem Morza Śródziemnego, zTel Awiwu przez Starą JafFę — wciąż patrzył z wnętrza świata, który na jego oczach został obrócony w popiół. Gęsta zabudowa kilkupiętrowych domów wzniesionych na piaszczystych wydmach. Na ulicach słychać hebrajski i rosyjski. Nieopodal niewielkie muzeum Holokaustu. Jest także Dom Szaloma Asza, którego życie rzuciło tutaj po latach spędzonych w Kutnie, Włocławku, Warszawie, Wilnie, Berlinie i Ameryce. Po śmierci autora Miasteczka w 1957 roku, dom ten stał się żywym centrum kultury jidysz, z bogatym archiwum i biblioteką, ciekawą kolekcją awangardowego malarstwa oraz tradycją spotkań pisarzy, tłumaczy i artystów; teraz na nowo odżywa jako część kompleksu sztuki współczesnej, w skład którego wchodzi także Dom Issachara Ber Rybaka, urodzonego w Kijowie pioniera awangardowej sztuki żydowskiej. Mieszkanie państwa Kanowiczów znajduje się na ulicy Janusza Korczaka. Dzwonek, pierwsze piętro, uchylone drzwi i od razu ciepły uścisk pani Olgi. Pan Grigorij czeka w fotelu, ponad dziewięćdziesięcioletni, z polskimi słowami na powitanie. Małgosia wręcza mu książkę Bałłacła o miasteczku w przekładzie Adama Pomorskiego. Przykłada do niej dłoń jak do bochenka chleba, jakby chciał sprawdzić czy po opuszczeniu drukarni trzyma jeszcze ciepło. Rozczytuje okładkę, dopytując mnie w którym miasteczku podczas naszej wspólnej podróży przez Litwę zrobiłem tę fotografię — na pewno nie w Janowie, ale może w Kiejdanach? w Wędziagole? w Wiłkomierzu? „To moja praszczalnaja” — mówi o powieści, którą ukończył pisać ponad siedem lat temu, wiedząc, że będzie jego ostatnią. Jedyny dług, jaki czuł że ma jeszcze w życiu do spłacenia, to była opowieść o matce, a tym samym także o jego własnym dzieciństwie. Odarł ją całkowicie z literackości, starając się dochować wierności prawdzie tak, jak rozumiała ją matka: w książce ma być tak napisane, jak było. Bałłacła o miasteczku, mimo zmiany poetyki, która w porównaniu z duchową barokowo-ścią wcześniejszych powieści, tutaj staje się zgrzebna, pozostaje integralną częścią wielkiej sagi Żydów litewskich. Dla jej bohaterów stolicą była Jerozolima Północy, czyli Wilno, a małym centrum świata miasteczko Miszkinie, czyli Janów pod Kownem. Saga Kanowi-cza to jedyna w swoim rodzaju świecka literatura mądrościowa, początkami sięgająca króla Salomona i religijnej tradycji żydowskiej. Niemal każda jej strona skrywa życiową maksymę podyktowaną przez doświadczenie losu mieszkańców sztetla: babki Rochy, lekarza Blu-menfelda, bałaguły Pinchasa, mamy Henki Dudak oraz całej rzeszy ludzi innych zawodów, różnych sfer społecznych, kultur i języków. „Jedz, jedz. Ptak, kiedy za długo siedzi na gałęzi. Notatki słów i obrazów (18) 149 może oduczyć się latać” — usłyszała Henke, przyjmując od ojca błogosławieństwo na podróż do ukochanego w obcym mieście. I tak od pierwszej po ostatnią stronę — mowa „świętych głupców”, która nie rozstaje się z mądrością zaskarbioną przez łzy i modlitwy. Od wielu lat czytamy ją niby kolejną odsłonę Kome^iiź lu^izkiej, w świecie Litwaków przeglądając się jak w zwierciadle, łącznie z tym, co chcielibyśmy ukryć. Spojrzenie samego autora, choć z czeluści mroku, jest w tych powieściach jasnowidzące: aby widzieć w prawdzie, potrzebne jest światło, choćby trzeba je było wykrzesać z naszej marności nad marnościami. Pani Olga zdążyła już zaparzyć herbatę i teraz razem przeglądamy stare fotografie. Rozmawiamy też o przekładach książek pana Grigorija na różne języki i o milczeniu, które spotyka go w Izraelu, o braku przekładów na hebrajski. „Znalazłem tu najlepsze miejsce do życia, ale nie dom” — mówi. Dom Asza, Rybaka... tak, ale Kanowicza? W tym świecie Kanowicz pozostaje bezdomny. Na moment do naszej rozmowy przyłącza się Siergiej, jeden z dwóch synów, dzwoniący z Brukseli by upewnić się, że doszło do spotkania, które pomagał zaaranżować. Zapewniam go, że Balloćia o miasteczku została już rozesłana do polskich księgarni. Trudno jest przecenić jego pracę na rzecz upowszechnienia dzieła ojca w świecie. I trudno o wspanialszą rodzinę. Słowa, którymi podzielą się Grigorij i Olga już na pożegnanie, będą mówiły o tym, co najważniejszego przytrafiło im się w życiu — to mianowicie, że mają siebie nawzajem. Zatem nie rodziny dotyczy bezdomność Kanowicza. Dachu nad głową pozbawiony został pisarz i to ten właśnie brak stanowi o istocie jego pisarstwa. Spojrzenie Grigorija Kanowicza błądzi po galaktyce miast i miasteczek pogranicza, w której wydarzyła się ostateczna katastrofa. Przed oczami ma litewskiego listonosza mówiącego do żydowskich krawców w jidysz, starą Żydówkę na targu po litewsku dopytującą pana Domejko czy jego jaja są koszerne, zakochanych młodych mieszających krew zwaśnionych rodzin, służbę wojskową ustawiającą w jednym szeregu różne religie i narodowości. Słyszy starego bałagułę Pinchasa, jak zaprzyjaźnionemu chrześcijaninowi tłumaczy przyczynę wszystkich ludzkich utrapień: „Bóg, panie Vladas, stworzył człowieka, a nie Litwina, Niemca czy Żyda, tylko nie pokazał, w jakim to miejscu ludzie bez żadnego znaczka na piersi mogliby się nie obawiać o swoje życie...” Na rozsypane po zakamarkach pamięci okruchy współistnienia nakładają się obrazy z czasu apokalipsy, kiedy ludzie ginęli nie tylko z ręki okupanta, także sąsiada. „Grisza, pamiętasz?” — siedząca po drugiej stronie stołu pani Olga prowadzi go po ścieżkach dawnego królestwa, w którym „można wyplewić ogród, lecz nie historię”. On wymienia z nią miłosne spojrzenie, a jednocześnie powraca wzrokiem do wewnętrznej ciemności, jakby był nurkiem oceanicznym zawładniętym przez chorobę głębi. Pisał książki podobnie jak Hirsz, jeden z bohaterów jego sagi, sadził drzewa w Ponarach — tak, by ich korzenie splatały się z włosami umarłych. Widzę go, siedzącego pod własnym portretem, mistrzowsko namalowanym jeszcze w Wilnie przez Adomasa Jacovskisa, prawie w ogóle nie opuszczającego mieszkania w Bat Jam, odgrodzonego od świata wiecznym niezapomnieniem. Przypomina jednego z tych „niepotrzebnych Żydów” z parku bernardyńskiego w Wilnie, których tak wspaniale sportretował w jedynej swojej powieści opisującej (nie)życie po Zagładzie. Coraz bardziej był jednym z nich, może szczególnie Icchakiem, którego ogarnęło poczucie czegoś nieodwracalnego, co nie było jednak lękiem przed śmiercią: „poczuł, jak ciemności 150 Krzysztof Czyżewski Kanowicz w Izraelu pochłaniają całe jego jestestwo, część po części, organ po organie, odpadające kolejno od niego jak kawałki lodu od kry, i z tym nieuchwytnym, bezbo-lesnym tonięciem Icchak nie umiał walczyć. Zapalisz światło czy nie zapalisz — nic się nie zmieni. Do innych ludzi i tak się nie do krzyczysz, nie dostu-kasz, nie dosięgniesz!” Powracamy w rozmowie do czasu, kiedy razem podróżowaliśmy przez Litwę, i kiedy dał się namówić — nie bez oporu — na powrót do Janowa. Wskazał nam wówczas budynek, który kiedyś był synagogą, a w owym czasie mieścił piekarnię, zaznaczając, że sam nie chce do niej wchodzić. Po chwili rozmowy z ludźmi tam pracującymi, powróciliśmy do niego zachęcając, aby jednak dał się przekonać do wejścia do środka. Okazało się, że wiadomość o przybyciu Grigorija Kanowicza wywołała wielkie poruszenie wśród piekarzy. Za moment przyjechał ich dyrektor, na stole rychło pojawił się wystawny poczęstunek, a po niewielkim upływie czasu ni stąd, ni zowąd ustawiła się kolejka miłośników jego powieści z egzemplarzami książek do podpisu. Teraz, w Bat Jam, niemal niedostrzegalnie uśmiechnął się na to wspomnienie. Przebudziło ono w nim postać ojca, krawca z Janowa, który uważał pisarstwo za niebezpieczne Notatki słów i obrazów (18) 151 zamiłowanie, mogące odwieźć młodego człowieka od realnego życia i wyuczenia się „prawdziwego” zawodu. Zaniepokojony skłonnością Griszy do książek, któregoś dnia zabrał syna do Wilna i zaczął go prowadzić od jednej księgarni do drugiej. Zatrzymywali się przed każdą witryną, a ojciec — wskazując na zapełnione książkami półki — powtarzał tylko: „Popatrz sobie! Popatrz!” Miało to znaczyć jedno — stworzono już niezliczoną ilość książek, w których opisano wszystko, co było do opisania. Jaki więc jest sens poświęcać swoje życie na napisanie jeszcze jednej, która będzie jak igiełka w stogu siana? W istocie słowa ojca brzmiały „Gib a kuk”, bo to jidysz był ich mową rodzinną, a rosyjski późniejszym, świadomym wyborem pisarza. Zdarzyło się jednak, że pewna redaktorka czasopisma publikującego młodych literatów zwróciła na niego uwagę i wydrukowała jego pierwsze próby poetyckie, przestrzegając jednocześnie przed zaprzepaszczeniem talentu otrzymanego od losu. „Pamiętam dobrze, co mi wtedy powiedziała — oczy pisarza na moment nabrały blasku — Patrz w gwiazdy, tam znajdziesz swoje imię, swój niepowtarzalny głos”. W Baiiadzie o miasteczku odnalazłem opowieść, którą po raz pierwszy usłyszałem od pana Grigorija podczas naszej wizyty w Janowie. Poszliśmy wtedy nad brzeg Wilii. Pamiętał jak jeszcze będąc małym chłopcem zbiegał po spadzistej skarpie do rzeki. I pamiętał babkę Rochę, nie przypadkowo przez lekarza Blumenfelda nazwaną Samuraj, która — wygrażając kijem — nie pozwalała mu przepłynąć na drugi brzeg, jak czynili to inni. „Czy kiedykolwiek przepłynął pan na drugi brzeg?” — zapytałem niejako na odchodne, bo trzeba nam było z Małgosią zbierać się już w drogę. Jak na koniec listopada, dzień był nadzwyczaj ciepły, przez otwarte okno do pokoju wlewał się szum Morza Śródziemnego. Usłyszawszy w odpowiedzi „Nigdy”, nagle zdałem sobie sprawę, że ta opowieść ma drugie dno, wcześniej dla mnie niedostrzegalne. Choćby Rocha Samuraj nie wiem jak zapewniała małego Griszę, że na drugim brzegu Wilii są tacy sami Żydzi, więc szkoda uczyć się pływać, a tym bardziej ryzykować życie, przecież w istocie czekał tam na niego inny świat, ten, który miasteczko i jego zagładę pozostawiał za sobą. „Nigdy”, a więc: zostaję tutaj, z wami, na zawsze. I znowu dosięgło mnie jego spojrzenie nie z tego świata. 152 Radosław Wiśniewski Radosław Wiśniewski POLIN 2022 - III PIŃCZÓW W Pińczowie już dnieje. Takie przysłowie, powiedzonko krążyło wśród polskich Żydów przed wojną. Różne były wyjaśnienia. Mówiło się, że w Pińczowie już dnieje, na znak, że ktoś za długo mówi albo spór przekroczył ramy czasowe daleko poza granice przyzwoitości. Legenda mówiła, że mogło chodzić o sery pińczowskie, które serowarzy dla ocieknięcia wykładali na dachy domów i stąd zdarzało się, że ktoś jadąc księżycową nocą widział ulice, które wydawały się jaśniejsze niż w innych miastach, bo światło księżyca odbijało się od dachów ozdobionych jasnymi kręgami serów — i o, w Pińczowie dniało. Mordechaj Canin przyjął w swojej książce — „Przez ruiny i zgliszcza” — interpretację poetycką, romantyczną, a mianowicie, że tutejsi Żydzi byli tak oczytani, rozfilozofowani, że dniało już Pińczowie od ich umysłowego wysiłku, od idei jakie wykuwali w sporach. Mordechaj Canin zdaje się duchem był cały z lektur polskiego romantyzmu, podobno potrafił recytować Słowackiego, Mickiewicza z pamięci, więc nie wiem, czy jego wyobraźnia mu nie podsuwała na dnie rozpaczy, gdy jechał zgliszczami dawnych gmin, takich uwznioślających egzegez. Mnie przekonały te sery na dachach. Próbowałem je sobie wyobrazić w scenerii osiemnastowiecznego miasteczka, w świecie, w którym noc jest ciemna, bo nie ma silnych, elektrycznych świateł, są świece, ale nie ma lamp naftowych ani gazowych, ludzie się przemieszczają, ale pieszo, konno, rzadziej pojazdem zaprzężonym w konie. I wyobrażałem sobie, że widzę w świetle letniej, księżycowej nocy te dachy domostw przy żydowskich uliczkach, kryte gontem, wyłożone serami w jakichś chustach, pewnie zaległe na dachach. A dachy są niskie, bo domy były niższe niż teraz, ludzie mniejsi. Tutejsza wspólnota była znacząca, zasiedziała od końca XVI wieku na pewno, a wedle legendy jeszcze od czasów Kazimierza Wielkiego i jego Esterki. W XVII wieku miały tu miejsce posiedzenia Sejmu Czterech Ziem. Żydzi stanowili od połowy do dwóch trzecich mieszkańców miasteczka, należały do nich drukarnie, młyny, dziesiątki sklepów i zakładów rzemieślniczych, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości powstała też biblioteka obejmująca ponad 1100 woluminów. Wszystko skończyło się między 5 września 1939 roku a październikiem roku 1942. Niemcy najpierw stłoczyli Żydów w getcie, a potem pognali pieszo wszystkich do Jędrzejowa, skąd zostali wywiezieni do Treblinki i tam zamordowani w komorach gazowych. Zajechaliśmy już popołudniem, ale mówię, trzeba ryzykować, być gotowym, że nie po-jedziemy wedle planu, gdzieś sie spóźnimy, a gdzieś będziemy wcześniej. Wyczuwa nas od razu, w ciągu minuty, pani w złotych oprawkach okularów na nosie, gdy stoimy obok synagogi, a ja mrużę oczy próbując odczytać numer telefonu do osoby, która ma klucze. To ta synagoga, w której odbywały się Sejmy Czterech Ziem, bardzo chciałbym wejść do środka. Polin 2022 - III 153 Synagoga w Pińczowie 154 Radosław Wiśniewski — Jak państwo chcecie wejść — mówi starsza pani w złotych oprawkach okularów, jakby czytała w moich myślach — to trzeba pójść do muzeum regionalnego — i zaczyna tłumaczyć prostą drogę, zawiłą dla przybysza, który właśnie dojechał do miasteczka. Ale nie zdążyliśmy nawet dobrze podziękować i ruszyć w kierunku ogólnym, kiedy minął nas starszy człowiek prowadzący parę ludzi w stronę synagogi. Nie zwróciłem na nich uwagi, ale kobieta w złotych oprawkach krzyknęła, że tutaj, tutaj ma pan jeszcze dwójkę turystów. I weszliśmy. I cała opowieść, jak to synagoga była używana jako skład, warsztat, magazyn i w sumie dzięki temu jakoś przetrwała. Gdyby nie to, dewastacja nikomu już niepotrzebnego budynku po kilkudziesięciu latach pewnie nie zostawiłaby wiele więcej do oglądania niż w Działoszycach. A tak się nie zmarnowało. Potem w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku pewien pracownik muzeum regionalnego zaczął odtwarzać listę swoich żydowskich kolegów z klasy, ze szkoły i zaczął ich szukać po całym świecie. To znaczy tych, którzy ocaleli. Udało mu się wspólnym wysiłkiem na pierwsze prace ratunkowe zdobyć zawrotną na tamte czasy kwotę ponad dwudziestu tysięcy dolarów. To pozwoliło zabezpieczyć budynek. W jego obmurówce łupki z macew z tutejszych cmentarzy. Tyle zostało ze społeczności, która stanowiła od połowy do dwóch trzecich mieszkańców miasta, do której należała większość domów przy ryneczku. Pan zaprasza do Muzeum Regionalnego, gdzie udało się zgromadzić garść artefaktów, ostatnich śladów materialnego dziedzictwa tej społeczności. Mówi, że ludzie przynosili z domów, nie wiedzieli czasem nawet co mają, nie kojarzyli. Idziemy zatem, oglądamy ekspozycję. Wszystko tam jest. Rzeczywiście. W tym zwoje tory, tefilimy, kieliszki, kielichy, szczególnie te kryształowe, z wielką gwiazda Dawida na dwóch trzecich bocznych powierzchni. Małgosia patrzyła dłużej na jeden z tych kielichów. — I naprawdę nie wiedzieli, co i skąd mają w domach? — mruknęła ni to do siebie, ni to do mnie, kierując się w stronę sali poświęconej Powstaniu Styczniowemu. — Mogli nawet nie wiedzieć skąd mają domy, szczególnie jeżeli zamieszkali po wojnie przy rynku — dorzuciłem sarkastycznie ni to do niej, ni do siebie idąc w krok za nią. Gwiazda Dawida zajmowała dwie trzecie powierzchni kielicha, tak jak społeczność żydowska liczyła dwie trzecie przedwojennego Pińczowa. I był kłopot po odzyskaniu niepodległości, bo rada gminy chciała zmusić członków społeczności, żeby podania składali po polsku, bo Polska przecież nastała, a większość pisała te podania w jidysz. Mieliśmy jeszcze pojechać do Buska, ale uznałem, że nie mam już siły. Zrobiło się naprawdę późno. Długo patrzyłem w zrobione komórką zdjęcia wyrytych napisów po he-brajsku w ścianach synagogi. Nie umiałem sobie wyobrazić kto i w jakich okolicznościach je napisał. Czekając na obrady Sejmu Czterech Ziem? A może na jakąś rozprawę sądową? Naradę kahału? Przypomniał mi się napis po hebrajsku na synagodze w Orli, tajemniczy, na wysokości głowy, wykuty w kamieniu. Dopiero Marek Chmielewski wyjaśnił nam przy drugich odwiedzinach w Orli, że ten napis nie jest żadnym talmudycznym zaklęciem, tylko prośbą, żeby nie sikać na synagogę. Chciałbym, żeby któryś z tych napisów był właśnie o czymś takim. O życiu w jego podstawowym przejawie. Żeby ostatnim słowem Pińczowa nie były słowa o zmierzchu, jak napisał Canin, ale o życiu, mimo wszystko, które tu było na pewno. Polin 2022 - III 155 DZIAŁOSZYCE, ROK 1942. WACŁAW KAPSA NOTUJE. Fragmenty dziennika Wacława Kapsy, udostępnione w Internecie przez jego wnuka — Jarosława Kapsę. Jak napisał w poście z 24 kwietnia 2021 roku Jarosław Kapsa: „Jest to fragment wspomnień mojego dziadka Wacława Kapsy. Fundacja wystąpiła do Urzędu ds. Kombatantów o dotacje na wydanie tych wspomnień. Decyzja Urzędu była odmowna. Pieniądze podatników, miliony złotych, przeznaczane są na politykę historyczną, prezentującą „jak być powinno”, jak Naród Polski heroicznie bronił swych żydowskich współobywateli Rzeczpospolitej. Prawda nie jest potrzebna historycznej polityce.” A Wacław Kapsa zanotował między innymi tak: „Jeszcze dobrze nie zjadłem śniadania, gdy przyszło po mnie dwóch policjantów granatowych, z rozkazu burmistrza miałem zgłosić się do magistratu i organizować wyżywienie dla całej ekspedycji, która bierze udział w wysiedleniu Żydów. Udawać chorego, nic nie pomoże, tylko się dla mnie źle skończy. W magistracie czekał burmistrz pan Czekaj, w obecności dwóch gestapowców. Burmistrz dał mi pełnomocnictwo, bym robił co wymaga okoliczność. Gestapowcy z tej ekspedycji wyglądali jak jacyś bandyci, taki mieli przyjemny wygląd. Obleciałem wszystkie restauracje, by zapewnić wydawanie pożywienia gestapowcom, policjantom granatowym, żandarmom i tym z „baudienstu”, rachunek miał pokryć Zarząd Miejski. (...) Jak się furmanka zapełniła dostatecznie, policjant kazał woźnicy jechać na miejsce kaźni. Przejechali most na rzece Jakubówce, zamiast w stronę stacji jechali na kierkowskie doły. W nocy na Klerkowie całą noc baudinści kopali doły. Było ich wykopanych kilka, długich na kilkadziesiąt metrów, szerokości 3 metrów. Chłopi, co już raz jeździli ze staruszkami, wiedzieli co Niemcy robią, mówić nie mogli, mieli to surowo zakazane. (...) Otrzymałem rozkaz zawiezienia wody sodowej i lemoniady na miejsce kaźni dla żandarmów „katów”. Jedziemy na doły kierkowskie, w tej chwili przyjechał transport z Żydami, każą im wysiadać z wozów, stawać w kolejności jeden za drugim. Po jednej stronie stały kosze, do których rzucali kosztowności, a po drugiej stronie kosze, gdzie musieli składać dokumenty osobiste. Następnie musieli rozbierać się do naga i gęsiego maszerować w kierunku wykopanych dołów, ustawić się tam jeden koło drugiego. Za nimi szło dwóch żandarmów z pistoletami dziewięciostrzałowymi. Taki oprawca podchodził, brał ofiarę za bark, strzelał w nasadę głowy, tam gdzie kończy się głowa, a zaczyna szyja; strzał i kopniak, zabity wpadał do dołu. A w dole dużo jeszcze żyło, widać było jak się ruszali. Szybko wyładowałem skrzynie z wodą i odjazd do miasta, żeby więcej nie widzieć tej masakry. (...) W mieście kolumny Żydów ruszyły do stacji kolejowej. Załadowano ich do wagonów, przewieziono do Miechowa, tam przetrzymywano kilka dni pod gołym niebem. Poszedłem na rynek, kręcili się gestapowcy, żandarmi oraz policja granatowa. Widzę jak policjant prowadził zięcia Rafała Grochola do komendanta ekspedycji; chłopak miał pod pachą jakieś zawiniątko. Komendant coś pokazuje, biedny chłop rozbiera się przed nim z odzieży, zdejmuje koszulę, spodnie i boso idzie na środek rynku. Za nim idzie jeden z gestapowców, w pewnym momencie pada strzał z pistoletu, prosto w kark, trup pada na rynku. Zginął człowiek, bo połaszczył się na nędzne szmaty. 156 Radosław Wiśniewski Zbliżał się wieczór, pierwszy od wieków bez Żydów w mieście. Od niepamiętnych czasów żyli obok siebie Polacy-katolicy i Żydzi, pchali biedę i taczkę życiową. Dzisiaj wszystko się skończyło. 13 tysięcy ludzi wywieźli z miasta, bo jednemu człowiekowi zachciało się ludzi mordować. Wyszedłem znów na rynek. Tam stoi wóz bez koni, a na nim siedzi samotny, stary Żyd. Opowiedział, że dziś był zastrzelony i pochowany w grobie, ale zaczął grzebać w ziemi, wydobył się na wierzch. Kiedy wyszedł zaczął się zastanawiać, co ma dalej robić. Rodzina cała została wystrzelana, a on sam tylko żyje. Postanowił naprawdę umrzeć, bo przecież sam nie może żyć. Żandarm siedział u Kulczyńskich i pił wódkę. Ktoś usłużny dał mu znać, że na rynku czeka stary Żyd. Podszedł, wyciągnął pistolet. Żyd nastawił głowę, taki był koniec starego. Transporty odeszły z Żydami z Działoszyc do Miechowa, były tak wyładowane, cud że się ludzie nie podusili. W Miechowie zapędzili ich na małą łąkę obok stacji normalnotorowej, otoczyli posterunkami z bronią maszynową i tak trzymali przez parę dni, bez wody i jedzenia. Po paru dniach podstawili wagony normalnotorowe i zaczęli ładować nieszczęśliwych ludzi, wysyłając w nieznane. Po jakimś czasie ludzie dowiedzieli się, gdzie wywieźli Żydów z Działoszyc: podobno do Bełżca lub Treblinki. Po wysiedleniu Żydów zrobiła się pustka, strach było wieczorem iść na miasto, żyło się jak w letargu. Po trzech dniach zaczęło się polowanie na Żydów. Zaczęli polować nasi Polacy, wyszukiwali kryjówki żydowskie, donosili do policji granatowej. Na poszukiwanie szła policja, a z nią straż ogniowa z naczelnikiem Sieleckim. Tropicielem Żydów był komendant policji st. sierżant Piotr Sałaban; urządzał polowania po polach i wsiach, na przykład we wsi Jakubowice i Januszowice, gdzie zastrzelono parę osób. We młynie dolnym, własności Wdowińskiego, ukrywała się pod podłogą rodzina właściciela młyna. Pracował tam Stanisław Kwiecień, przezywany Maćkiem. Maciek wywąchał gdzie ukrywają się Wdowińscy. Powiadomił naczelnika straży ogniowej, ten zatrąbił na alarm i całą paradą poszli wyciągać z młyna ukrywająca się rodzinę. Jak ich prowadzili do magistratu, leciało za nimi bez mała całe miasto, jakby tu nikt nie znał Żydów. Wstyd za takie przedstawienie strażaków, przecież Wdowiński był jednym z założycieli straży, dobrym obywatelem, a tu prowadzą go i jego rodzinę jakby niedźwiedzi. Przekazali ich burmistrzowi, ten był jak nieprzytomny z rozpaczy, że musi przejąć nadzór nad nieszczęśliwymi. Była wśród nich moja koleżanka szkolna Sala Wdowińska, bardzo ładna dziewczyna, narzeczona właściciela majątku Dziekanowice — Szpiro. Nie zdążyli się pobrać przed wywiezieniem, teraz ich czekała śmierć. Na jej prośbę odprowadziłem ją do apteki, by mogła kupić lekarstwo; ludzie szli za nami, jak byśmy byli osobami nieznanymi, takim widowiskiem. Potem musiałem odprowadzić ją do aresztu. Trwało tak parę dni; rano zabierałem Salę do magistratu, wieczorem musiałem odprowadzać do aresztu. W tym czasie ukrywający się Żydzi, w depresji, wychodzili z kryjówek; przyprowadzano ich do magistratu, gdzie byli przetrzymywani do czasu, aż Niemcy postanowią, co z nimi zrobią. Tym ludziom trzeba było dawać jeść, inaczej by z głodu umarli. Ostatni z kryjówki wyszedł syn Cyby Cukiermana, kaleka, uchował się, choć nie mógł chodzić. Rodzinę Cukiermanów Niemcy wystrzelali podczas wysiedlenia, on schował się w komórce, siedział tam ile mógł. Polin 2022 - III 157 W ciągu kilku dni zebrała się spora gromada Żydów, komendant policji powiadomił gestapo. Po paru dniach przyjechali Niemcy z Miechowa, zebrali zdrowych mężczyzn i wysłali do Miechowa. Kobiety, chorych i starszych rozstrzelali na Klerkowie. Po jakimś czasie Niemcy wydali zarządzenie, polecili je sołtysom w formie ogłoszenia wywiesić po wsiach w miejscach widocznych, że władze zezwalają na powrót do miasta Żydom ukrywającym się. Obiecywali, że nie będą już wywożeni, będą mogli żyć spokojnie. Wiele osób dało się złapać na ten niemiecki lep. Wróciło do miasta około 2 000 ludzi, obojga płci, przeważnie młodzież żydowska. (...) Potem odbyło się trzecie wysiedlenie Żydów. (...) Wysiedleń było trzy: pierwsze we wrześniu 1942 roku, kiedy zginęło na terenie miasta około 1500 osób, tyle pochowano w dołach kierkowskich i na Klerkowie. Gdzieś koło października nastąpiło drugie wysiedlenie, tych co ukrywali się na terenie miasta w schowkach, gdzie nasi Polacy wyszukiwali i wyciągali ukrywających się, jak na przykład Wdowińskich. Takich zebrało się kilkaset osób, trochę zastrzelono na miejscu, a resztę zabrali Niemcy do Miechowa. Trzecie i ostatnie wysiedlenie było w listopadzie. Zabrali z miasta i z okolicznych miejscowości około 2 000 osób. Widać tyle uciekło i ukrywało się przed pierwszym wysiedleniem. Parę dni po tym ostatnim wysiedleniu ludzie dali znać, że jakiś Żyd ukrywa się w stodole Leona Frankowskiego. Policja granatowa pobiegła na czele z komendantem Sałabanem, otoczono stodołę, zaczęto strzelać. Gdy otwarto wrota, znaleziono zastrzelonego Barucha Popera; przyszedł do miasta szukając ciepłego okrycia na zimę Po ostatnim wysiedleniu Żydów, przyjechał z Miechowa przedstawiciel gestapo celem likwidacji mienia pożydowskiego. Wraz z policją sprzedawali przez tydzień urządzenia mieszkalne. Masy chłopstwa przyjechały do miasta, kupowali umeblowanie i sprzęt razem z pluskwami.” LELÓW BEZ LĘKÓW Błogosławione chociaż smutne są niektóre miasteczka. Lelów. 991 mieszkańców. To jest miasteczko, maleńkie, takie, do którego identyfikacji na mapie musisz podejść z lupą. No, ale jest. Chociaż nie ma praw miejskich. W ryneczku bez ratusza, takim typowym skwerku centralnym małych miasteczek polskich, gdzie środkiem jakiś pomnik, fontanna i cztery alejki diagonalnie z kwietnikiem, krzewem, czasem rabata róż po boku — stoi tablica. Tablica z okazji 800 lat Lelowa. I ona jest smutna, ta tablica, bowiem ostatnim wydarzeniem na niej wykutym jest odebranie miejscowości praw miejskich w 1869 roku. Tak jakby przez ponad 150 lat więcej się już nie wydarzyło. Nie ma też na tej tablicy narodzin i śmierci Cadyka Dawida Bidermana, którego odbudowany Ohel jest teraz elementem bodaj najbardziej wyróżniającym Lelów spośród wielu innych miejscowości, w których nic godnego uwagi nie wydarzyło się przez ostatnie 150 lat. Chociaż ja w te 150 lat nic-nie-dziania się jakoś nie wierzę. Wszystko jest kwestią znalezienia ramy opowieści. Idziemy zatem do Ohelu, w drodze do Elimelecha godziło się przecież stanąć u Jego ucznia. 158 Radosław Wiśniewski Ohel w Lelowie, Jot. autor Na środku skwerku instalacja z napisem „Na skrzyżowaniu szlaków i kultur”. A w ogóle skwer bardzo ładnie utrzymany. Cały Lelów schludny, chociaż niebogaty. Lokal na rogu z napisami po hebrajsku i tabliczką w oknie, że do wydzierżawienia. Bida. Ale tak się mówi na wszystko, jak pisał kumpel poeta. Za to panowie pijący piwo z puszeczek grzecznie wrzucają wypite do kosza na śmieci, nie ma bardaku, jest porządność, śląska schludność. I ona się rzuca w oczy. Śląskość mimo polskości. Ohel zastajemy zamknięty, nie ma numeru telefonu, nic. Kupiony dwa lata temu przewodnik milczy o tym do kogo się zwrócić, gdyby się chciało odwiedzić Cadyka. — W takich miejscach to wiadomo liczy się nie przewodnik, tylko człowiek. — mówię na głos i przypominam sobie jak kiedyś jadąc do Tadeja Karabowicza stanęliśmy w Sosnowicy zdumieni, że jest słupek przystanku, a nie ma rozkładu jazdy, aż ktoś przechodząc, widząc po niedzisiejszym odzieniu, żeśmy nie stąd, nie rzucił, że przecież rozkład jazdy jest u fryzjera, tonem, jakby to było oczywiste. No, przecież u nas wszyscy wiedzą, że rozkład jazdy PKS jest u fryzjera, a w razie czego do szpitala wozi piekarz, bo nie pije i samochód ma szybszy od pogotowia z Łęcznej. Nie, no tego ostatniego zdania nikt wtedy nie powiedział, ale okoliczności były takie, że w sumie by mógł. Pasowało. Rozejrzałem się po ulicach wokół skwerku, ryneczku — najznaczniej wyglądała siedziba banku spółdzielczego. Wszedłem, zagadałem, a miłe Panie mówią, no, że klucze mają ci państwo, co mieszkają na ulicy przy Ohelu gdzie na płocie jest napis, żeby nie parkować. Nie ten napis z psem, ale z zakazem parkowania. Idziemy, dzwonimy do bramki, drzwi do domu otwarte, Małgosia mówi, że na pewno ktoś jest w domu, bo widać — wózek, drzwi otwarte, okna. Mówię, wspominając letnie bytności u babci w Brzegu, że w takich miejscach często ludzie wychodząc na zakupy do sklepu na rogu nie zamykają domu, nie mają lęku, bo wokół sami swoi. Polin 2022 - III 159 Chyba tak musiało być, bo dzwoniliśmy, słyszeliśmy dzwonek w domu, ale nikt nie wyszedł. — Albo mają dosyć tych ludzi, co ciągle ciągną do Ohelu — powiedziała Małgosia. No cóż. Dotknąłem murów. Przejrzałem stronę internetową miejscowości gdzie na poczesnym miejscu informacja o corocznym festiwalu Ciulimu i Czulentu. Ciulim to Lelowska potrawa, nawiązująca do Czulentu. Przed wojną było w Lelowie około 700 Żydów. Była huta szkła, garbarnie. Wszystkich Żydów w 1942 roku wywieziono i zamordowano w Treblince. Mówiłem, myślałem tyle razy, że zdarza się często, chociaż pewnie nie zawsze, że dzieje pamięci po żydowskich sąsiadach wśród miejscowych, poziom napięcia z tą pamięcią związany, pozostaje w korelacji z tym, jak te ostatnie chwile wspólnego sąsiedztwa wyglądały. Są miejscowości, w których napotykasz na mur, tak jakby Żydów nigdy nie było, jakby nie budowali domów, nie sprzedawali towarów, nie targowali się, nie dyskutowali, nie przechadzali się, nie biedowali, nie umierali, nie rodzili. A są miejscowości równie mocno ranione brakiem — do dzisiaj widocznym — części mieszkańców, ale gdzie ta pamięć po pierwsze jest, a po drugie bywa naznaczona nutą ledwie wyczuwalnej tęsknoty za snem o całości, który został na zawsze rozdarty. Lelów wydał mi się przez te kilka chwil po tej drugiej stronie. Mimo, że nic nie wiem o tym sąsiedztwie, nie czytałem żadnego świadectwa końca lelowskich Żydów, to wydaje mi się — być może mylnie — że idąc przez maleńki skwer w centrum miasteczka, któremu odmawia się tego miana i tych praw — coś już wiedziałem. Coś tutaj było wyjaśnione. Czyli o ton jaśniejsze od czerni. DZIAŁOSZYCE - EPILOG Napisałem o Działoszycach. Że byliśmy w nich chwilę. Że przed wojną było w nich 6500 mieszkańców, głównie Żydów, że były sklepy, restauracje, herbaciarnie, fabryka wody sodowej, fabryka cykorii. Że w czasie wojny Niemcy stłoczyli w getcie działoszyckim nawet do 10 tysięcy ludzi, a potem wywieźli wszystkich, wygnali do Miechowa, a stamtąd wywieźli ich do Bełżca i zamordowali w komorach gazowych. Około 1500 żydowskich mieszkańców Działoszyc rozstrzelali w pobliżu miasteczka. Po wojnie miasteczko liczyło około tysiąca mieszkańców i tak zostało do spisu z 2016 roku, który wykazał 933 dusz. Pisałem, bo tak też myślałem, będąc w Działoszycach, że to okazało się trwałym schematem. Że na miejscu wymordowanych rzemieślników, kupców, handlarzy, drobnych fabrykantów nie pojawił się nikt i nic. Miasta okaleczone wtedy, zdegradowane do poziomu, funkcjonalności wsi takimi pozostały, jakby zamarły, zamarzły. A przecież od dekad napędem antysemityzmu, tego małego, prowincjonalnego, wiejskiego, małomiasteczkowego, była opowieść o tym, jak to Żydzi rozsiedli się w handlu, rzemiośle, usługach i jak to łupią wszystkich skąd bieda, nędza i brak perspektyw zewsząd. W domyśle — jakby ich nie było, to my byśmy zajmowali się handlem, rzemiosłem, wytwórstwem, a nie orali w pocie czoła na nędzne grosze. Nie byłoby konkurencji dla chrześcijańskiej gospodarki 160 Radosław Wiśniewski społecznej, w domyśle uczciwej, bo chrześcijańskiej — w opozycji do żydowskiej — zakłamanej, lichwiarskiej. No i stało się, ale nikt miejsca, przestrzeni po Żydach nie zajął do dzisiaj. Jak zamordowano zegarmistrza, to po prostu zaczęło się jeździć do zegarmistrza do miasta powiatowego albo wojewódzkiego, albo się po prostu nie naprawiało nic, bo i po co. Wracając jednak do Działoszyc — wrażenie, jakie mogłoby powstać z mojego tekstu, będącego zdawkową relacją z przygodnego, kilkudziesięciominutowego pobytu na miejscu, mogłoby być takie, że Działoszyce są ilustracją tego stanu — zapomnienia, zamarcia, zastania w stuporze po. W domyśle — stanu, który jest jakimś rodzajem zwrotu złej karmy za obojętność lub wrogość wobec sąsiadów w najczarniejszej godzinie. Wizyty na szybko, na chwilę, mają to do siebie, że wiele w nich umyka, relacje spisane w biegu, pokłosie takich wizyt muszą być brane za powierzchowne zapisy, w których często przegląda się sam piszący słowa, ze swoim wewnętrznym światem, nawet jeżeli chciałby jednak opisywać świat na zewnątrz. Wiem o tym. Wiem, że w takim opisie łatwo o błędy, a sugestywność języka bywa, że tak jak zapisane, tak zamarza. I to może krzywdzić, szczególnie, że ci, o których mowa, nawet nie wiedzą, że ktoś ich właśnie skrzywdził. W tym samym dniu, w którym byliśmy w Działoszycach, mieszkańcy szykowali się na święta. Tego dnia ustalili obchody dnia pamięci po swoich żydowskich sąsiadach i zbierali się w okolicach dawnego cmentarza żydowskiego, aby powycinać samosiejki i powyrywać chwasty. Uporządkować teren, aby wyglądał godnie, żeby było widać, że pamiętają. Skąd miałem wiedzieć? Pewnie gdybym bardziej pogrzebał, ty bym sie dowiedział. Ale już po powrocie z podróży widziałem zdjęcia w Internecie. Mieszkańcy Działoszyc i okolic zebrali się naprawdę licznie, aby uczcić Tych Których Już Nie Ma. Harcerze i zuchy wystawiły wartę przy pomniku, mieszkańcy zawieszali tabliczki z imionami nazwiskami dawnych mieszkańców w lesie, który rośnie na terenie dawnego kirkutu. Jak podaje Radio Kielce, w uroczystościach wzięli udział nie tylko mieszkańcy ale też władze samorządowe. „Burmistrz Stanisław Porada podkreśla, że historia ta została zepchnięta na margines. Liczy, że poprzez organizację uroczystości pamięć o zamordowanych będzie żywa. — To była wielka tragedia nie tylko dla rodzin osób pomordowanych, również dla pozostałych mieszkańców. To byli nasi bracia. Zostali brutalnie zamordowani strzałem w tył głowy na oczach innych, ogołoceni, ograbieni — mówił.” (za Radiem Kielce) Napisałem w lipcu, że miałem wrażenie, że patrzę w otchłań, nie na sztetl. Nie miałem racji. Myliłem się. W tej otchłani coś błyszczało, a ja byłem zbyt mało uważny, aby to dostrzec. Jakaś iskra pamięci i nadziei. I ona była i jest podtrzymywana przez nich — mieszkańców miasteczka liczącego 933 osoby. 933 powody, by napisać tutaj po prostu: przepraszam. Wacław Bielecki Muzyka Zapiski melomana Ostatnie, zimowe miesiące ubiegłego i początku nowego roku, nie sprzyjały moim wyjazdom w poszukiwaniu muzyki granej na żywo. Dopiero w drugiej połowie stycznia udało mi się wyjechać do Gdańska, w lutym na konkurs pianistyczny w Turznie pod Toruniem, a w ostatnich dniach zimy do Warszawy. Nie oznacza to, że przez cały ten czas próżnowałem, wręcz przeciwnie — słuchałem bardzo wielu koncertów i przedstawień operowych w sieci, chociaż relacji z większości z nich nie udało się pomieścić w tych zapiskach. LA MAESTRA I KORYFEUSZ niedziela, 13 listopada 2022 r. Dyrygentka Anna Sułkowska-Migoń, fot. Internet Młoda polska dyrygentka Anna Sułkowska-Migoń (27 lat) w marcu 2022 roku wygrała w Paryżu konkurs dyrygencki przeznaczony tylko dla kobiet — „La Maestra”. Jest ona córką szefa Opery Krakowskiej (do końca 2022 roku dyrektora Filharmonii 162 Wacław Bielecki Warmińsko-Mazurskiej w Olsztynie) Piotra Sułkowskiego oraz żoną Maćka, krakowskiego lekarza. Jednym z jej ukochanych kompozytorów jest Mieczysław Karłowicz. — Cho^iził po górach, fotografował, ale przecie wszystkim Jego muzyka (Koncert skrzypcotoy) mnie bardzo porusza. Ostatnio dyrygowała koncertem w Filharmonii Narodowej. Lubi pracę z chórami. Ceni sobie altówkę. Po wygranym konkursie w Paryżu ma sporo ofert koncertowych Francji. Anna Sułkowska-Migoń wygrała też w połowie listopada ub. r. nagrodę Koryfeusz Muzyki Polskiej w kategorii: największe „odkrycie roku”. Nagroda ta została przyznana na podstawie otwartego głosowania publiczności. XII KONKURS PADEREWSKIEGO W BYDGOSZCZY niedziela, 20 listopada 2022 r. Mateusz Kr^^żowski zwycięzca konkursu Paderewskiego w Bydgoszczy, Jot. Internet Akurat w dzisiejsze popołudnie, gdy w odległym arabskim Katarze rozpoczęły się mistrzostwa świata w piłce nożnej, to w Bydgoszczy mogliśmy wysłuchać koncertu laureatów XII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. I. J. Paderewskiego. Trwał on dwa tygodnie od 6 do 20 listopada 2022 r. Ten konkurs nie jest tak znany jak konkurs chopinowski, ale cieszy się dużym powodzeniem wśród młodych pianistów z całego świata. W końcu do Bydgoszczy przyjechało ich 39, najwięcej z Azji (23) i z Europy (16), w tym 6 Polaków. Zdecydowanie więcej było mężczyzn (24). Zwracał uwagę brak uczestników z USA i Kanady. Zapiski melomana 163 Śledzenie występów pianistów zajęło mi sporo czasu, ale nie będę szczegółowo relacjonował poszczególnych etapów konkursowych zmagań, tylko skupię się na dwóch Polakach, którzy dostali się do finałowej piątki, a byli to: Mateusz Krzyżowski i Piotr Pawlak. Obaj wcześniej brali udział w innych konkursach, w tym w ostatnim konkursie chopinowskim, w którym Piotr Pawlak odpadł w pierwszym etapie, a Mateusz Krzyżowski w trzecim, Pawlak (24 lata) ukończył Akademię Muzyczną w Gdańsku. Gra nie tylko na fortepianie, ale i na organach. Wiemy także o jego czynnych zainteresowaniach matematyką. Ostatnio zaczął studiować dyrygenturę w klasie profesora Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego w gdańskiej Alma Mater. Znamy go także w występów, choćby w naszym Waplewie. Mateusz Krzyżowski (23 lata) pochodzi z drugiej strony Polski, ze Śląska, konkretnie z Tych. W tym mieście chodził do szkoły muzycznej, a studia podjął na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie u profesor Joanny Ławrynowicz-Just. W finale konkursu Paderewskiego każdy z nich wykonał koncert fortepianowy z towarzyszeniem Orkiestry Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy pod batutą młodego dyrygenta Jakuba Chronowicza, szefa symfoników z Koszalina. Polacy grali jako pierwsi, jeden po drugim. Zaczął Piotr Pawlak od JVkoncertufortepianoioego Ludwika van Beethovena, może trochę w zbyt dostojnym tempie. Natomiast Mateusz Krzyżowski wykonał bardzo pewnie i z polotem, także opatrzoną numerem cztery, Sinfonię concertante Karola Szymanowskiego. Był to jedyny utwór zagrany w finale konkursu pochodzący z XX wieku, bo pozostali uczestnicy wybrali bardziej znane dzieła dziewiętnastowieczne. Być może to przypieczętowało jego zwycięstwo, chociaż w półfinale zagrał wspaniale Koncert Jbrtepianowy F-dur nr 19 Mozarta, za którego wykonanie otrzymał dodatkową nagrodę. Podczas koncertu laureatów Piotr Pawlak zagrał utwór obowiązkowy, wykonywany przez wszystkich uczestników półfinału pt. Atlantiss Solo skomponowany przez Hannę Kulenty, a Mateusz Krzyżowski Symjbnię Concertante Karola Szymanowskiego z orkiestrą. Na bis zwycięzca konkursu wybrał delikatną Sarabandę Paderewskiego. I tak to, wielkim zwycięstwem Polaka zakończył się XII konkurs Paderewskiego. Następny jest zaplanowany za trzy lata. Mnie jako obserwatora wydarzeń muzycznych z poziomu prowincji ucieszyło, że w tym konkursie jurorzy docenili uczestników z Europy. Hiszpan López Salas Pedro zajął II miejsce, a na miejscu III był Ukrainiec Danylo Saienko. Wśród pięciu finalistów znalazła się tylko jedna Japonka Shio Okui, kształcona w Moskwie. Ten werdykt jury przeczy powszechnemu przekonaniu, że wszelkie duże konkursy muzyczne na świecie wygrywają obecnie Azjaci. W czasie konkursu wydarzyła się przykra historia, bo już podczas pierwszego etapu poważnie zachorował i trafił do szpitala przewodniczący jury prof. Piotr Paleczny (III nagroda na konkursie chopinowskim w 1970 r.). Do końca konkursu zastępowała go Yanessa Latar-che z Wielkiej Brytanii. Wiadomo, że o znaczeniu konkursu decydują także jurorzy, a byli wśród nich znakomici pianiści, zwycięzcy konkursów chopinowskich: Thai Son Dang (1980) i Rafał Blechacz (2005), który podobno pierwszy raz wystąpił w tej roli. Jurorem był też Nikita Mndoyants, który zdobył I nagrodę na konkursie w Bydgoszczy w 2007 r. Wtedy II nagrodę otrzymała, bardziej teraz znana na świecie, Julianna Awdiejewa, zwyciężczyni konkursu chopinowskiego trzy lata później. Mateusz Krzyżowski, jako zwycięzca został obsypany deszczem nagród, bo oprócz głównej nagrody finansowej (35 tysięcy euro), otrzymał prawie wszystkie pozostałe nagrody 164 Wacław Bielecki regulaminowe i pozaregulaminowe oraz zaproszenia do wykonania wielu koncertów na świecie i w Polsce. Mówi się, że zwycięzca Bierze wszystko, ale, moim zdaniem, za słabo doceniono pozostałych finalistów. SKRZYPCOWY KOŚCIÓŁ czwartek, 15 grudnia 2022 r. Skmyficouy kościół w Chinach, fot. Internet Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem zdjęcie tego kościoła, to wydawało mi się, że jest to montaż komputerowy, no bo kto by wybudował wieżę kościelną w kształcie skrzypiec? Pomyślałem, że to nierealne. Po okazało się jednak, że taki kościół postawiono kilka lat temu w 9-milionowym mieście Foshan w prowincji Guangdong na południu Chin niedaleko Kantonu. Budowa kościoła kosztowała 200 milionów juanów, co przekłada się na około 31 milionów dolarów. Należy on do Chińskiego Kościoła Chrześcijańskiego Baptystów i Adwentystów Dnia Siódmego. Biała wieża kościoła w kształcie skrzypiec z krzyżem na szczycie ma siedem pięter i 38 metrów wysokości. W kompleksie budynku kościoła są mieszkania dla duchownych oraz pomieszczenia dla szkoły. Jak wiadomo, w komunistycznych Chi- nach kościoły były zamknięte aż do 1996 r. Inicjatorem budowy świątyni w Foshan był pastor Wang. Wspomina on, że przydzielona przez miasto działka budowlana była pokryta nieczystościami i śmieciami, wszędzie płynęły ścieki, było to po prostu wysypisko śmieci. Po modlitwie na tym miejscu duchowny miał wizję: zbudować tutaj kościół i uczynić z niego miejsce uwielbienia Boga. Współpracownicy i pastorzy uznali za „szalone”, kiedy Wang pokazał im rysunek projektu „skrzypcowego” kościoła, bo w opinii większości kościół nie wygląda na kościół i traci swoją świętość, gdy jest pozbawiony gotyckiej iglicy lub romańskiego luku. Jednak pastor Wang nalegał na przyjęcie swojego projekt i go przeforsował: w 2013 r. położono fundamenty, w 2015 r. kościół został odebrany, a pierwszy chrzest odbył się w nim w 2016 r. — „Muzyka przychoeizi na mysi, g^fy ludzie patrzą na skrzypce. Muzyka Jest stworzona, by chwalić krzyż” — mówił duchowny. W rezultacie, kiedy budowa została ukończona, nie tylko wierzący byli podekscytowani, ale także niechrześcijanie byli zdumieni. Niektórzy mówili, że choć wygląda tak pięknie, to przewody wysokiego napięcia przechodzące koło kościoła są porażką, ale rząd nie pozwolił na ich usunięcie. Nie wszystkich budynek ten Zapiski melomana 165 zachwyca. Niedawno znalazł się na liście najbrzydszych budynków, kiczów budowalnych wzniesionych ostatnio w Chinach. NOWE ORGANY W NOSPR piątek, 13 stycznia 2023 r. Prospekt nouych organów w sali koncertowej NOPSR w Katowicach, Jot. Internet Koncert z siedziby Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia (w skrócie NOSPR) w Katowicach był transmitowany tylko przez Program II Polskiego Radia, a odbył się z okazji inauguracji nowych organów. Konkurs na ich budowę wygrała firma Antona Skrabla z Rogaskiej Slatiny ze Słowenii. Kosztowały niemało, bo ponad 20 min zł. Jest to olbrzymi instrument o rozmiarach: 13 m wysokości, 9 m szerokości i 6 m głębokości, posiadający 105 głosów, 7600 piszczałek, 2 stoły gry — dolny przesuwany po scenie z 5 manuałami, sterowany elektrycznie oraz górny stół zaopatrzony w 4 manuały i mechaniczny system dźwigni. W obu stołach są zainstalowane te same 80 głosy, z tym że w dolnym dodano ich jeszcze 25. Organy są zbudowane w stylu francuskiego symfonizmu na wzór instrumentów z katedr w Rouen i Notre Damę. Ich koncepcję opracował prof. Julian Gem-balski, którego znamy z koncertu w Sztumie. Oczywiście, są one wyposażone w najnowsze systemy elektroniczne. Na program inauguracyjnego koncertu złożyły się trzy utwory: IVSymfonia Witolda Lutosławskiego, Symfonia koncertująca Esy-Pekki Salonena oraz Suita z baletu ‘Cudowny mandaryn Beli Bartóka. Pierwszy i ostatni utwór to bardzo znane i cenione dzieła, natomiast Sinfonia concertante na organy i orkiestrę Esy-Pekki Salonena została specjalnie zamówiona 166 Wacław Bielecki na dzisiejszą uroczystość i miała światowa prapremierę pod batutą tego fińskiego kompozytora i Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Za stołem organów zasiadła Łotyszka lyeta Apkalna grająca na co dzień w Elbphilharmonie w Hamburgu, którą miałem przyjemność słyszeć podczas kilku koncertów transmitowanych z filharmonii nad Łabą. Esa-Pekka Salonen komponował Symfonię koncertującą przez trzy lata w trudnym dla siebie czasie, bo podczas pandemii, a w ostatnim okresie przeżywał śmierć matki. Nic dziwnego, że ta trzyczęściowa kompozycja (Pawana, Pieśń żałobna. Finał) nasycona jest spokojnym, skandynawskim smutkiem i melancholią, tylko ostatni fragment jest bardziej dynamiczny, a nawet nieco dramatyczny. Moim zdaniem, nie jest to utwór, który by dał możliwość pokazania wszelkich możliwości dźwiękowych nowych organów. Został przyjęty przez publiczność serdecznymi oklaskami, a obecny na sali minister kultury Piotr Gliński wręczył muzykowi Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. To odznaczenie zostało przyznane artyście głównie za popularyzację muzyki polskiej w świecie, szczególnie utworów Witolda Lutosławskiego, uważanego przez dyrygenta za największego na świecie kompozytora XX wieku. Esa-Pekka Salonen jest dyrektorem muzycznym Orkiestry w San Francisco i dyrektorem honorowym orkiestr w Los Angeles i Londynie. Czy podczas tego koncertu udało mi się poznać brzmienie nowych organów w Katowicach? Stało się to w bardzo niewielkim zakresie, bo nie było żadnego utworu solowego na organy, a w wykonanej Sinffnii concertante na organy i orkiestrę Salonena organy ginęły w gęstym brzmieniu licznych instrumentów wielkiej orkiestry symfonicznej. Z tego względu uważam, że nie był to dobry utwór służący do pierwszej prezentacji nowego instrumentu. Trudno mi też zrozumieć, dlaczego z tak ważnego wydarzenia muzycznego przeprowadzono tylko transmisję radiową, a nie było transmisji internetowej lub telewizyjnej w TYP Kultura? Nie tak dawno oglądałem dwie transmisje streamingowe z inauguracji nowych organów z Narodowego Forum Muzyki oraz Kościoła św. Elżbiety we Wrocławiu. Niestety, NOSPR zapomniała o melomanach spoza Śląska. DROGA DO LA SCALI piątek, 20 stycznia 2023 r. W sali koncertowej Akademii Muzycznej w Gdańsku wystąpił bas Adam Palka. Podczas recitalu zaśpiewał sześć znanych utworów, zaczynając od arii o plotce z Cyrułika Sewiłskiego Rossiniego, a kończąc na arii Mefistofelesa z opery pod tym tytułem Arrigo Boito. Akompaniowała mu na fortepianie Ukrainka Liana Krasyun-Korunna, korepetytorka solistów w Operze Bałtyckiej oraz wykładowczyni Akademii Muzycznej. Było to moje drugie zetknięcie na żywo z tym śpiewakiem. Pierwsze miało miejsce dawno temu w sali Filharmonii Bałtyckiej na Ołowiance w 2014 r. na koncercie z okazji 110 rocznicy powstania Politechniki Gdańskiej. Wtedy odbył się zamknięty koncert dla pracowników tej uczelni, na którym wykonano oratorium Quo oacłis Feliksa Nowowiejskiego. Grała Orkiestra Filharmonii Bałtyckiej, śpiewały dwa połączone chóry studenckie Zapiski melomana 167 Adam Palia (z lew literaturze polskiej i niemiecki^ w latach 19^5-1995, leksykonów — Słownik Warmii, prac o Wydawnictwie ‘Gazety Olsztyńskiej’ i ludziach z nią związanych. Krystyna Chwin (pseudonim Krystyna Lars) — ur. w 1950 r. w Ełku. Zona Stefana Chwina, matka dwóch synów: Marcina i Adama. Studia filologiczne ukończyła na Uniwersytecie Gdańskim w 1972. Wydała zbiory wierszy: Ja, Gustaw, Chirurgia mistyczna. Kraina pamieftek, L/mieranki i inne wiersze. Wspólna kefpiel (ze Stefanem Chwinem), Zaprosimy do nieba cały świat, Proste wiersze o szczęściu. Światło w Zatoce. Wiersze gdańskie. Redaktor naczelna Wydawnictwa „Tytuł”. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, PEN-Clubu. Laureatka m.in. Nagrody im. Sępa Szarzyńskiego, Czerwonej Róży, Nagrody Literackiej Miasta Drezna. Krzysztof Czyżewski — eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze — sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Paulina Hoppe-Gołębiewska — ur. w 1986 roku w Malborku, mieszkanka Sztumu od 2007 roku. Związana z fundacją Damy Radę, asystentka do spraw marketingu w Malborskiej firmie So Chic. W 2013 roku założyła blog pod nazwą Radość i Partyzantka. W 2021 przemianowała go na paulapisze. pl, gdzie w dalszym ciągu z dystansem pisze o codziennych sprawach. Andrzej Kasperek — ur. 1958, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim (seminarium prof. Marii Janion), pisarz, badacz literatury, działacz opozycji demokratycznej (jeden z założycieli Niezależnego Zrzeszenia Studentów), doktor nauk humanistycznych; od 1985 zajmuje się pracą nauczycielską (Liceum Ogólnokształcące w Nowym Dworze Gdańskim). Nominowany do Finału Nagrody Literackiej Gdynia 2011 za książkę Back in the DDK i inne opowiadania (2010). Autor tomu esejów Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło wschodnie (2013) oraz tomu opowiadań Koron-czarka (2013). W 2018 wydał Mój płaski kraj Żuławy. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2012). Żuławiak od urodzenia. 198 Noty o autorach Radosław Kubuś — ur. 1991 r. w Nowym Dworze Gdańskim. Absolwent historii i archeologii na Uniwersytecie Gdańskim. Specjalista ds. historii regionalnej w Bibliotece Elbląskiej, doktorant w Instytucie Historii UG. Swoje zainteresowania badawcze koncentruje wokół historii medycyny w epoce nowożytnej oraz dziejów prasy w I poł. XIX wieku. Adam Langowski — ur. w 1981 r. w Sztumie, absolwent LO w Sztumie, ukończył historię na UMK w Toruniu. Pracuje jako nauczyciel historii w Zespole Szkół w Starym Targu. Mieszka w Sztumie. Andrzej C. Leszczyński — urodził się w Chodzieży. Eseista, wykładowca akademicki, okazjonalnie nauczyciel licealny. Studiował pedagogikę i filozofię. Autor trzech książek i ponad 200 rozpraw i szkiców z zakresu filozofii człowieka, etyki, antropologii teatru. Promotor ponad stu prac magisterskich i licencjackich. Prowadził teatralne warsztaty komunikacji i ekspresji w kraju i za granicą. Andrzej Lubiński — ur. 1952 r. w Gniewie. Absolwent historii w UMK w Toruniu. Prezes Towarzystwa Miłośników Sztumu. Publikacje w „Komunikatach Warmińsko-Mazurskich” „Studiach Elbląskich”, „Roczniku Elbląskim”, „Prowincji”, „Z dziejów Sztumu i okolic”. Autor książki W ich snach powracała Polska. Mieszka w Sztumie. Alicja Łukawska — (rocznik 1959), absolwentka filologii polskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy, później pracownik naukowy tejże uczelni, dziennikarka prasy lokalnej i krajowej, autorka książki „Duchy Kresów Wschodnich” wydanej w 2018 roku w wyd. von Borowiecky, współautorka książki „Córka organisty. Wspomnienia mieszkanki Pomorza”. Piotr Napiwodzki — ur. w 1972 w Jeleniej Górze, teolog, filozof, tłumacz, były dominikanin. W 2005 obronił doktorat na Uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim. W latach 2006—2010 rektor Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie. Wyólal Bliżej niż się wydaje. O końcu świata, millenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei (2010), a także w Bibliotece Prowincji Małe obrazki, proste scenki. Powis'łańskim szłakiem Wilhelma z Modeny i losy całkiem współczesnych osadników (2020). Od 2010 mieszka w Koślince koło Sztumu. Jerzy Niemczuk — prozaik, komediopisarz, autor sztuk telewizyjnych, słuchowisk i książek dla dzieci. Scenarzysta wielu popularnych seriali, z których największy sukces odniosło pisane z Robertem Brutterem „Ranczo”, okrzyknięte przez widzów serialem dwudziestopięciolecia. Z reżyserem Januszem Zaorskim stworzył sztuki telewizyjne, które weszły do kanonu tego gatunku: „Cyrograf” i „Mizerykordię”. Wiesław Olszewski — ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof oraz Muzeum Zamkowym w Malborku. Piotr Opacian — podróżnik, kajakarz i fotograf przyrody, zainteresowany głównie Ameryką Południową, gdzie zorganizował już wiele wypraw. Za samotne przepłynięcie kajakiem Rio Madidi, znajdującej się w Amazonii Boliwijskiej, otrzymał statuetkę Kolosa 2005 i nagrodę dziennikarzy. Podróżował również do Afryki, na Syberię, Spitsbergen. Instruktor kajakarstwa i członek Rady Kolosów w kategorii Wyczyn Roku. Mieszka w Kwidzynie. Marcin Owsiński — dr n. humanistycznych z zakresu historii, absolwent Wydziału Nauk Historycznych UMK w Toruniu oraz Podyplomowego Studium Muzealniczego UJ w Krakowie. Od 1999 r. pracownik Muzeum Stutthof, kustosz dyplomowany, edukator, kierownik Działu Naukowego Muzeum. Autor i redaktor kilkudziesięciu publikacji edukacyjnych, naukowych i popularnonaukowych dotyczących historii najnowszej oraz dziejów Żuław, Stutthofu i Sztutowa. Noty o autorach 199 Piotr Podlewski — absolwent historii na UW-M w Olsztynie i etnologii na UMK w Toruniu. Współzałożyciel kanału historycznego na platformie YouTube „Penetracje wokół Sztumu” i autor książki pod tym samym tytułem (2021). Nauczyciel historii i muzyk. Mieszka w Sztumie. Janusz Ryszkowski — ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy - pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806-1945 (2014). Ryszard Rząd — ur. w 1958 r., historyk, absolwent KUL. Pracownik Muzeum Zamkowego w Malborku. Autor szeregu publikacji poświęconych dziejom odbudowy zamku w Malborku na przełomie XIX i XX wieku. Leszek Sarnowski — ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TYP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989—1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do loolnosci (2017) oraz Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej (2018). Mariusz Stawarski — ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marek Suchar — z wykształcenia psycholog oraz absolwent studiów z zakresu judaistyki i archeologii biblijnej, nauczyciel akademicki na sopockim Wydziale Uniwersytetu SWPS w Sopocie. Autor czterech książek i licznych artykułów poświęconych historii i teraźniejszości Jerozolimy. Ostatnio ukazała się drukiem jego powieść Kwadrat Jerozolimski. Łukasz Walendziak — ur. w 1983 roku w Gdańsku. Pisze o sobie: „W 2015 roku stałem na skraju przepaści. Limit głupot, błędów i porażek już wyczerpałem. Za mną były spalone mosty a dookoła zgliszcza. W akcie desperacji zdecydowałem się na ucieczkę przed samym sobą. Bilet w jedną stronę do Nepalu. Z perspektywy dnia dzisiejszego, śmiało mogę jednak stwierdzić, że cały ten trud nie poszedł na marne. Były to korepetycje w zakresie odpowiedzialności, samodzielności, radości życia czy poczucia własnej wartości”. Arkadiusz Wełniak (1973) — historyk archiwista, genealog. W latach 1999-2011 kustosz i kierownik Oddziału w Archiwum Państwowym. Od 2011 roku pracujący w branży usług archiwi-stycznych, dokumentacyjnych i genealogicznych. Aktywny członek Towarzystwa Genealogicznego Prus Wschodnich i Zachodnich. Publikował m.in. na łamach „Rocznika Elbląskiego”, „Przeglądu Zachodniego”, „Archeionu”, „Archiwisty Polskiego”. Zajmuje się problematyką polsko-niemieckiego pogranicza w XIX i XX w. Praca doktorska dotycząca kwestii migracyjnych, demograficznych i społecznych Elbląga w latach 1945-1950, obroniona na Uniwersytecie Gdańskim. Miłośnik muzyki, twórczości Guntera Grassa i literatury współczesnej. Radosław Wiśniewski — ur. 1974 r. Absolwent psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mieszka w Kiełczowie, pracuje we Wrocławiu., związany z Brzegiem. Pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor miedzy innymi: Inne Bluesy (2015), Psalm dla Św. Sabiny (2016), Dziennik Zenona Kałuży (2017). Współzałożyciel Stowarzyszenia Żywych Poetów w Brzegu, redaktor naczelny ex--kwartalnika „Red”, współpracownik „Odry”, „Studium”, „Undergruntu”. Zdjęcia uczestników Warsztatów Fotograficznych przy Uniwersytecie III Wieku Sztumskiego Centrum Kultury Wacław Bielecki - Stary Targ Krystyna Kogut - Krasna Łąka Henryk Biskup - Mikołajki Janina Zaniewska- Stary Dwór Bożena Trzcińska - Sztum Ewa Grzeca - Przezmark