Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2019 roku” Fobos contract packing & manufacturing Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos Invest g^0^2 luMuuluusuiiiiiinuililuuii* ' im. Josepha Conrada Koneniowsktegc DZIAŁ REGIONALNY 80*806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 tP58 301-48-11 w.2?7, 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 2 (36) 2019 Redakcja Ixszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Bogumił Wiśniewski, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Janusz Namenanik, Adam Langowski Projekt okładki: Mariusz Stawarski Ilustracje na 111 i IV str. okładki: Prace plastyczne Marty Judkowiak. Skład komputerowy i przygotowanie do druku: KIMSO Marcin Żakiewicz Drułc Wydawnictwo Region Jarosław Rllwart, ul. Gośka 8, 81 -574 Gdynia Vfydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „'LAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Spółdzielni Socjalnej Fabryka Inicjatyw w Malborku, Sztumskiemu Centrum Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury - sklep Tabularium Sztumskie Centrum Kultury Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Trzydziesta szósta „Prowincja”.................................................5 Poezja Adam Ochwanowski............................................................6 Dominika Lewicka-Klucznik...................................................9 Alfred Kohn................................................................12 Proza i dramat Piotr Napiwodzki - Wilhelm z Modeny i Jacek Odrowąż, część 6...............14 Agnieszka Korol - Kimkolwiek jesteś. Rzecz o bl. Dorocie z Mątów...........21 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy...........................................38 Andrzej Kasperek - Z flisem przez Żuławy...................................43 Wędrówki po prownicji Anna Lembicz - Archeologiczne cuda na rynku w Starogardzie Gdańskim........58 Alicja Łukawska - Żuławskie opowieści......................................66 Piotr Podlewski - Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 5....80 Jacek Skrobisz - Każde dobro cieszy........................................91 Na tropach historii Grażyna Nawrolska - Kilka uwag o średniowiecznych spichrzach...............96 Arkadiusz Dzikowski - Hełm garnczkowy w malborskich zbiorach militariów.... 104 Jan Chłosta - Od młyna słychać było polską pieśń.......................110 Wiesław Olszewski - Brunon Gregorkiewicz. Kolejarz w służbie narodowi...117 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski - Notatki słów i obrazów..............................121 Paweł Zbierski - Dziennik kataloński (4). Czereśnie Chagalla..............135 Wspomnienia Grażyna Kamyszek - Tylko dawnych podwórek żal...........................145 1989 rok. Początek wolności Leszek Sarnowski - Rok 1989 czyli powiew wolności........................150 Święto Wolności i Solidarności..........................................165 Galeria Prowincji Coś się we mnie obudziło - Z Martą Judkowiak rozmawia Arkadiusz Kosiński.168 Muzyka - Teatr Śpiewałam Halkę - Z Bożeną Szmyt-Piontek, śpiewaczką operową, rozmawia Wacław Bielecki............................171 Leszek Sarnowski - „Teczki” ku przestrodze..............................180 Wacław Bielecki - Zapiski melomana, z Moniuszką w roli głównej..........187 Magiczna prowincja Michał Majewski - Cmentarz mennonitów w Stogach Malborskich.............204 Zaczytana prowincja Janusz Ryszkowski - Prądyniec, albo sposoby na własną biblioteczkę......210 Recenzje Krystian Zdziennicki - Skarszewy w dokumentach..........................214 Janusz Ryszkowski - Proste ciche Kajkowe wiersze........................215 Noty o autorach............................................................218 TRZYDZIESTA SZÓSTA „PROWINCJA” Idą upały, dzień coraz dłuższy, zatem i czasu na lekturę więcej, po oswojeniu się z temperaturą, łyku chłodnej wody czy innego trunku. Dział poezji otwiera debiutujący na naszych łamach, choć uznany już poeta Adam Ochwanow-ski, którego teksty słyszeliśmy na ostatniej promocji naszego kwartalnika w Sztumie i Kwidzynie, w wykonaniu muzyka Tomka Wachnowskiego. Nowymi wierszami wraca do nas Dominika Lewic-ka-Klucznik i Alfred Kohn. Proza, tym razem w średniowiecznych klimatach, za sprawą dalszych losów Wilhelma z Modeny, Piotra Napiwodzkiego oraz sztuki Agnieszki Korol o Dorocie z Mątów. Andrzej C. Leszczyński tym razem o uczeniu, nauczaniu, autorytetach i tresurze, co w kontekście kolejnego zakończenia roku szkolnego może być szczególnie cenne i ku refleksji. Andrzej Kasperek z kolei zaprasza na spływ Wisłą szlakiem dawnych flisaków, w rytm poematu Sebastiana Klonowica. Wędrówki po prowincji tym razem na bogato. Anna Lembicz, debiutująca na naszych łamach, zachwyca się wykopaliskami na rynku w Starogardzie Gdańskim, zastanawiając się co z tym fantem zrobić. Alicja Łukawska zaprasza na kolejny odcinek żuławskich opowieści. Jacek Skrobisz wędruje po nieznanych cmentarzach z ludźmi, którzy postanowili je ratować, a Piotr Podlewski snuje dalszy ciąg swoich sztumskich peregrynacji. W historycznej części kwartalnika Grażyna Nawrolska pisze o średniowiecznych spichrzach, Arkadiusz Dzikowski o bezcennym hełmie w militariach malborskiego zamku, Jan Chłosta o wyjątkowej rodzinie Porowskich, a Wiesław Olszewski o bohaterskim kolejarzu Brunonie Gregorkiewiczu. Prowincje dalekie, jak zwykle, piórem Krzysztofa Czyżowskiego o jego fascynacjach, ludziach, pejzażach, a piórem Pawła Zbierskiego o czereśniach Chagalla z Katalonii. Grażyna Kamyszek wspomina z kolei swoje dzieciństwo na poniemieckich zydlĄgach. Leszek Sarnowski przypomina najważniejsze wydar/onie sprzed trzydziestu lat, czyli pierwsze, prawic wolne, wybory z 4 czorwca 1989 roku, we wspomnieniach mieszkańców ziemi sztumskiej i kwidzyńskiej. Marta Judkowiak opowiada Arkadiuszowi Kosińskiemu o swoich artystycznych inspiracjach, a na jednej z okładek prezentujemy Jej oryginalne obrazy znanych artystów z całego świata. O światowych wojażach opowiada Wacławowi Bieleckiemu artystka operowa Bożena Szmyt-Piontek, która po zakończonej karierze /.amieszkała w ostatnich latach na ziemi sztumskiej. Wacław Bielecki, jak co kwartał, zabiera nas w muzyczną podróż po Polsce. Przy okazji spektaklu „Teczki” na scenie kwidzyńskiego teatru, Leszek Sarnowski przypomina wyjątkowe losy Teatru Ósmego Dnia. Michał Majewski szukając magicznej prowincji wiedzie nas na wyjątkowy cmentarz w Stogach Malborskich, gdzie zgromadzono wiele nagrobków mennonitów, które udało się uratować na Żuławach. Janusz Ryszkowski z kolei zipraszi do swojej biblioteki, zachęcając do czytania, podobnie jak my zachęcamy do lektury naszego kwartalnika, szczególnie w czas /.apowiadającej się wyjątkowo gorąco letniej kanikuły. Redakcja „Prowincji” Poezja Adam Ochwanowski DONOS WIGILIJNY Gdzie furman, co za uzdę konie krótko trzyma Milczą dzwonki przy saniach, nie klei się jazda Spóźnia się na wieczerzę Betlejemska Gwiazda Miast świątecznej zamieci - uliczna zadyma Pasterze - na urlopie. Rozpierzchły się owce A po pustych ulicach bez celu się szwęda Wypędzona przez Boga i ludzi kolęda Na świata antypody i życia manowce Na stole - pusty talerz i opłatek chciwy Krwawi - zraniony czasem - Chrystus Frasobliwy DONOS NOWOROCZNY Donoszę, że Rok Stary nie oddał buławy A Rok Nowy nie dotarł do naszych przeznaczeń I cóż, że w zimnym żłobie mały Jezus płacze Kiedy zamiast jutrzenki wstaje świt kaprawy Trzej Królowie nie dotrą, ograbieni z darów Za późno na ucieczkę do egipskiej ziemi Trudno znaleźć kryjówkę pomiędzy swojemi Co przywykli do zdrady i codziennych swarów Kiedy w baranią skórę przebiera się owca Gaśnie lampa, co miała prowadzić wędrowca Poezja 7 DONOS SENNY Śniła mi się pamięci rozszarpana blizna Matka, w czerni, na ganku i powstańcze zwiady Długie, nocne, Polaków w Paryżu narady I na wysokich stołkach pijana Ojczyzna Śnił mi się Pan Bóg, który wolność zwrócić raczył Pieśń skuta kajdanami, która uszła cało Jankielowe podszepty, kiedy echo grało Trzy słowa na sztandarach i wróg co przebaczył Lecz zanim sen się zbliżył do milczącej jawy Obudziły się z krzykiem nasze dzienne sprawy DONOS NA SAMEGO SIEBIE Z jednej strony kruk kracze, z drugiej wróbel kwili W chatce na kurzej stopce dawno nikt nie mieszka Dziewczynka z zapałkami i królewna Śnieżka W dolinie szczytów szuka, a w górach - doliny W worku świątecznych życzeń - zwierciadło pęknięte Modlitwa słowa szuka a słowo - modlitwy W mojej wewnętrznej wojnie, gdzie przegrane bitwy Mieszają się: historia i bajki zziębnięte Zamiast mościć posłanie w moim ciasnym niebie Donoszę sam na siebie. Do samego siebie 8 Poezja DONOS DO PANA BOGA Donoszę ci, że szatan nosi boskie szaty Przed ołtarzami klęka, krew serdeczną pije Co zdradą zapachniało - wiara nie zabije Zaplątana w modlitwy fałszowane znaki Donoszę, że sumienie jest workiem do bicia Sokrates do Temidy odnosi się z żalem Skazany na włóczęgę i s'mieszne detale Boi się pięcioksiągu - podwójnego życia A wszystkie twoje dzieci i bezradni święci Toną w nurtach Jordanu niewdzięcznej pamięci DONOS SYMFONICZNY Donoszę wam, że konie nie mają obroku Furman sprzedał furmankę i nie będzie jazdy Na zachmurzonym niebie krwawo świecą gwiazdy A jasność utonęła w pustych ramion mroku Klucz wiolinowy zasnął, rozłażą się nuty Dyrygent frak zastawił w cugu nałogowym Uwertury i hymny psują się od głowy A pięciolinia łaknie dotyku batuty A my patrzeć na siebie nie mamy odwagi Choć prawda jest ubrana i król nie jest nagi Poezja 9 Dominika Lewicka-Klucznik ERKA Nie liczyła, jak długo jechali karetką. Po tym, jak nie przyjęli Marianka w szpitalu powiatowym, a lekarz nie ukrywał, że nie ma ochoty mieć takiego przypadku na oddziale, milczący ratownicy wieźli ich do Białegostoku. Patrzyła, jak światła wielkiego miasta szybko migają za oknem. Marianek oddychał ciężko, miał maskę na twarzy, maszyna oddychała za niego, a wcześniej dostał jakiś zastrzyk. Ratownicy byli wkurzeni. Najpierw na nią nakrzyczeli, dlaczego po nocy ściąga ich na taką wieś. Że nie mogli znaleźć domu. A po pięciu minutach, że chce zabić dziecko i dlatego zadzwoniła już prawie za późno. Mariolka obserwowała mijające miasto i Marianka, który walczył o każdy oddech. Nie wiedziała, dlaczego, pomimo tego że stan był ciężki, nie jechali ani z migającym kogutem, ani na sygnale. HIPOKRYTES Zaczęło się z pozoru niewinnie. Jeszcze nie rozpalała w piecu, bo choć zimno, po prostu nie miała czym. Kto to widział, żeby w październiku zrobiło się tak lodowato. Marianek, jak nigdy wcześniej, obudził się o północy z wysoką gorączką. Z gardła wydobywał się przejmujący charkot, a każdy oddech był walką o przetrwanie. Nie zadziałały tabletki z krzyżykiem i zimne okłady. Pomimo zakazu Mariolka pobiegła do doktorowej z prośbą o pomoc. Wszyscy w Białej wiedzieli, że w nocy nie wolno jej przeszkadzać, szczególnie z pierdołami. Do zgonów od razu wzywać karetkę, przed porodem tydzień wcześniej iść do szpitala. Pech chciał, że było Urszuli, więc u doktorowej impreza trwała na całego. Mariolka ze łzami w oczach żebrała o lek, badanie, cokolwiek, ale otrzymała tylko kieliszek wódki na uspokojenie. Minuty uciekały, a rozbawione towarzystwo coraz głośniej mówiło o selekcji naturalnej i odpowiedzialności. O kosztach, jakie ponoszą podatnicy i ciężkiej pracy lekarzy. 10 Poezja KARTA GORĄCZKOWA Na korytarzu zrobiło się gęsto, pomimo tego że była czwarta nad ranem. Białe fartuchy biegały w tę i z powrotem, rytmicznie stukając drewniakami. Na Mariolkę nikt nie zwracał uwagi. Po kilku godzinach poczuła, jak ktoś' szarpie jej ramię. Świtało, gdy pielęgniarka wypytywała o daty, alergie, jedzenie, wyniki, operacje, leki. Mariolka gubiła się w datach i opisach, była zmęczona i nawet nie wiedziała, czy Marianek żyje. Siostra szybko oceniła młodą matkę - strój, brak zębów i stan Marianka kazały jej włożyć teczkę dziecka pomiędzy patologię a skrajną biedę. Chciała zostać w szpitalu, czuwać przy ciele podłączonym do kabli i rurek, patrzeć, jak wątła klatka podnosi się i opada. Codziennie go myła, przebierała. Jak mógł jeść, cierpliwie karmiła. Tak jak inne matki tutaj. Mariolka nie miała jednak materaca i pościeli, więc spała na krześle lub podłodze przykryta jedynym swetrem. Nikt też nie przywiózł jej nawet mydła. Przetrwała te dwa tygodnie omijana szerokim lukiem przez personel, odwiedzających i rodziców. Do wypisu dołączono rachunek za pobyt rodzica w szpitalu z dzieckiem 287,12 zł. PKS Ze szpitala wyszli około południa. Bez wypisu, bo Mariolka nie zapłaciła za pobyt z dzieckiem na oddziale, więc ordynator postanowił ukarać młodą matkę. Na parkingu nie czekał nikt. Byli bez wózka, a w portfelu Mariolki 16 złotych na bilet do Białej. W sumie miała za mało. Będzie musiała wysiąść w sąsiedniej wsi. Na dworzec pojechali na gapę, modląc się o to, by nie wsiadły kanary. Droga była kręta i tradycyjnie pusta. Ręce mdlały, bo choć Marianek mocno schudł, to jednak cztery kilometry z dzieckiem na rękach wykańcza. Dotarła do tak niedawno wyczekiwanego miejsca. Poezja 11 Nienawidziła coraz mocniej wsi, ludzi, rodziców i tego, że jest sama. Pierwszy raz od siedmiu lat płakała. Marianek przytulił poduszkę i cicho mruczał. A ona otwierała kolejne koperty. Wezwanie do urzędu w sprawie zaniedbań w opiece nad dzieckiem, trzecia zapowiedź kontroli z GOPS-u, pismo ze szkoły, że dziecko trzeba zapisać do pierwszej klasy. 1 rachunek ze szpitala. TO MIEJSCE W Białej nie zmieniło się nic. Przez dwa tygodnie nikt nie naprawił rozwalającego się płotu, obyło się bez nagłych zgonów i spodziewanych narodzin. Mariolka, zanim weszła do domu, przysiadła na chybotliwej ławce i oddychała wolnością. Powrót z wielkiego świata był mniej bolesny niż myślała. Tak się czuje swoje miejsce. Marianek mruczał z zadowoleniem. Pierwszy raz widziała, że jest szczęśliwy u siebie. Zastanawiała się, co się zmieni. Postara się o nowy wózek, żeby Wicek już nie musiał skręcać części ze złomu. Czeka ją wizyta u doktorowej i w GOPS-ie. Bała się, że nowa urzędniczka będzie sprawdzać, czy Marianek ćwiczy odpowiednio. A przecież tutaj nie ma gdzie. Pomyśli też o tym jednym procencie, ale we wsi podatek płacili sołtys i doktorowa. Nawet Maryśka w sklepie robiła na czarno. Reszta zazwyczaj nie robiła wcale. 12 Poezja Alfred Kohn OJCIEC Mój Ojciec nie miał szczęścia w totolotka Więc w sześcioro gnieździliśmy się Na dwunastu metrach kwadratowych Z kiblem w podwórku Gdzie muchy atakowały nas Jak ptaki na filmie Hitchcocka Potok szamba był metaforą rzeczywistości w jakiej żyliśmy Wodę nosiliśmy w wiadrach z oddalonego o 300 m „Klina” Matka robiła pranie na tarze Telewizję oglądaliśmy w PGR-owskiej świetlicy na Bazarze Samochodem jeździliśmy okazyjnie Do szpitala w nagłych wypadkach W każdą sobotę w łaźni państwa Kurowskich Zmywaliśmy z siebie trudy życia W niedzielę o szóstej rano robił nam pobudkę rozkręconym na cały regulator „Kołchoźnikiem” z którego płynęły znienawidzone przez nas słowa: „Tu radiowy magazyn wojskowy” Potem szliśmy do kościoła Oddać Bogu co boskie Harował od świtu do nocy budując bloki dla innych Raz udało nam się wyjechać na zakładową kolonię do Brańszczyka i zobaczyć morze Poezja 13 Nie należał do przewodniej siły narodu Nie miał cech przywódczych i smykałki do kombinowania Na łożu śmierci prosił żonę Żeby oddała paczkę papierosów którą w tajemnicy przed rodziną pożyczył od sąsiada Sumienie nie pozwoliłoby mu zachachmęcić tego drobiazgu na tamten świat Umierał w mękach po wyciętym płucu i raku krtani jakby śmierć była dopełnieniem życia Paląc świeczkę na jego grobie nie mogę uwierzyć Że żył tylko 50 lat Proza i dramat Piotr Napiwodzki Wilhelm z Modeny i Jacek Odrowąż' część 6 Podróż z niewielkiej, niedawno zdobytej przez rycerzy zakonnej warowni zwanej Sztumem do prężnie rozwijającej się nadmorskiej osady noszącej nazwę Elbląg (Elbing) okazała się całkiem znośna. Trasa przebiegała częściowo lądem w kierunku na wschód od Sztumu, a następnie łodziami po wielkim rozlewisku rozciągającym się od Dzierzgonia (Kerseburga) aż do samego Elbląga. Wilhelm znajdował się teraz w sporej izbie drewnianego budynku, który był tymczasowym klasztorem braci dominikanów. Naprzeciwko niego siedział mężczyzna w białym, dominikańskim habicie. Habit ten przypominał zresztą bardzo ten, w którym Wilhelm spędził młodość jako mnich-kartuz. Gdy bowiem Dominik zatrzymał się w Rzymie w roku 1219-1220, on i jego towarzysze przyjęli jako własny habit przejęty od kartuzów właśnie. Czy postać Wilhelma, określanego czasem jako przyjaciela Dominika^, miała wpływ na tę decyzję? Być może. Rozmówca Wilhelma był dokładnie w tym samym wieku co on’. Sprawiał co prawda wrażenie nieco młodszego, ale to być może przez biały strój. Poza tym ludzie z Północy wydawali się zawsze nieco młodsi pochodzącemu z Piemontu Wilhelmowi. Izba, w której się znajdowali, prawdopodobnie zwykle służyła równocześnie za dormi-torium i kapitularz, a w wyjątkowych sytuacjach, jak teraz, oddawano ją do dyspozycji gościom. Z pewnością legat papieski to gość na tyle wyjątkowo i znamienity, by dla niego zdezorganizować życie małej, misjonarskiej wspólnoty. - Ilu braci na stałe mieszka w tej osadzie? - Na stałe wysłanych jest tu trzech, ale zawsze mogą liczyć na wsparcie z Gdańska. - No tak, Dominik kazał wysyłać po dwóch braci, ale widzę tu prawdziwy polski rozmach. Wilhelm uśmiechnął się. Tak, bywał w Polsce na tyle często, aby poznać to, co tutaj, dyplomatycznie nazwał rozmachem. Naprawdę to zwykle raczej brak proporcji i ciągłe pragnienie więcej. Wszystko, aby się pokazać, wykazać, zaimponować. Cóż, to pewnie wynik kompleksów bycia dalekim krańcem chrześcijańskiej Europy. Każdy z książąt czuje się w swoim zameczku cesarzem, każdy biskup realizuje polityczne ambicje otaczającego go, rodzinnego klanu. Ciągłe konflikty, wieczna rywalizacja. To bardzo charakterystyczne dla takich stosunkowo niedawno nawróconych krajów. Cóż to jest te sto czy dwieście lat chrześcijaństwa ' Ciąg dalszy opowiadania fantastycznego, które jest swobodną interpretacją życia i działalności Wilhelma z Modeny. Część 1 w: Prowincja 2 (28) 2017, część 2 w: Prowincja ^ (30) 2017, część 3 w: Prowincja 2 (32) 2018, część 4 w: Prowincja 3 (33) 2018, część 5 w; Prowincja 4 (32) 2018. ’ Por. Gerard z Fracheto, Wtóefratrum ordinispraedicatorum, wyd. B. M. Reichert (w: Mon. Ord. Praed. Historica 1, Roma 1897), posterior redactio, s. 334:...cjuiJuit amicissimus ordinis et beati Dominici. ’ Istotnie, w momencie tej rozmowy, o ile rzeczywiście miała ona miejsce w roku 1239, obydwaj mogli mieć po 56 lub 57 lat. Piotr Napiwodzld 15 W porównaniu ze starożytnymi Kościołami w Italii. Tutaj jednak, na Północy, przydaje się ten polski charakter. Wilhelm poznał Jacka bardzo dawno temu, gdy ten przybył do Rzymu ze swoim stryjem, biskupem Iwo, w roku 1217. Widział ich spotkanie z Dominikiem. Z pewnym niepokojem obserwował także, że Jacek decyduje się na wstąpienie do nowo tworzonego zakonu. Wilhelm obawiał się, czy zakon Dominika nie stanie się w Polsce rodzinnym przedsięwzięciem rodu Odrowążów. Takie zawłaszczanie kościelnych instytucji było bardzo modne wszędzie, ale w Polsce szczególnie obecne za względu na zachłanność i pazerność tutejszych nowych elit. I chociaż faktycznie Jacek szybko ustawił w nowych strukturach swoją rodzinę, chociażby czyniąc przełożonym swojego rodzonego brata, Czesława, to jednak na szczęście pozostał otwarty na misjonarski wymiar zakonu, a jego wyjątkowa aktywność i ruchliwość sprowadzała w szeregi zakonu wielu nowych braci z różnych chrześcijańskich krajów. Wilhelm spotykał się z Jackiem co jakiś czas. Czy to w Polsce, czy to tutaj, na Północy, na przykład w roku 1233 w wysuniętej, krzyżackiej placówce, w Kwidzynie, na zjeździe ustalającym strefy wpływów w nowo podbijanych krainach'*. Zresztą Wilhelm zbliżył się do rodziny Jacka także z tego powodu, że to w jego biskupim mieście, w Modenie, w roku 1229, zmarł wspomniany stryj Jacka, Iwo, biskup krakowski, człowiek szerokich horyzontów, kształcony w Paryżu. Zresztą Cracovia, jak na polskie warunki duże, a w każdym razie na pewno bardzo ważne miasto, miała ogromne szczęście do światłych biskupów. Wilhelm z wielkim szacunkiem wspominał poprzednika Iwo Odrowąża na biskupstwie krakowskim zwanego Yincentius Cadlubkonis [Wincenty Kadłubek]. Wilhelm pamiętał dobrze jego wspaniałe posługiwanie się językiem i dalekowzroczność w zamiarach reformowania Kościoła na ziemiach polskich. Tacy ludzie mogli rzeczywiście uczynić tę część Europy bardzo ważnym miejscem. Wilhelm zadumał się chwilę, a następnie kontynuował mówiąc trochę do Jacka, trochę do siebie. - Cóż, rozumiem, nie ma co rozsyłać po dwóch, w końcu numero Deus impare gaueiet [Bóg cieszy się z liczb nieparzystych]. - Oj tak - odpowiedział Jacek. - Przecież inpares numeros ad omnia vehementiores [numery nieparzyste we wszystkim okazują największą moc]. Wilhelm zerknął z sympatią. Nie dał po sobie poznać, ale zdziwił się poważnie, że tutaj, na Północy, w otoczonej wodą, ziemnymi wałami i drewnianą palisadą miasteczku, w barbarzyńskim i w zdecydowanej większości pogańskim kraju, ktoś na cytat z Wergi-liusza^ spontanicznie odpowiada cytatem z Pliniusza^. Wydawało się to Wilhelmowi tak bardzo nierealne, że aż śmieszne. Gdzie Jacek studiował? Wilhelm przypomniał sobie, że był on podobno przez jakiś czas studentem w Bolonii. Teraz zresztą rozmawiali językiem powszechnie używanym w Italii. Charakterystyczne, że Polacy, jak muszą, to uczą się języków bardzo szybko. Być może dlatego, że ich własny język jest dosyć trudny. Wilhelm nigdy nie posiadł umiejętności posługiwania się nim, chociaż mniej więcej rozumiał języki słowiańskie. W Polsce chętnie popisywano się przed nim łaciną, więc nie było wielkiej potrzeby wchodzić w labirynty języka polskiego. Jednak, zgodnie z wiedzą Wilhelma, Jacek studiował w Bolonii zbyt krótko, by zdobyć bardzo gruntowną wiedzę. Wilhelmowi przemknęła przez głowę ogólniejsza refleksja; „Ach, te współczesne szkoły, nastawione głównie * Por. Bogumił Wiśniewski, Wp^ftkowy zjazd kwidzyński w roku 1233, w: Prowincja 2 (28), 2017, s. 83-90. ’ Wergiliusz, Eclogae, Ylll, 75. ‘ Pliniusz, Naturalis historia, 28, 23. 16 Wilhelm z Modeny i Jacek Odrowąż na robienie wrażenia. Księgi z cytatami, pytańia-odpowiedzi... to dosyć powierzchowne, ale dla studentów coraz liczniejszych w Europie i nastawionych na szybki efekt, wygodne. Nie to, co klasztorne, wieloletnie, mozolne wspinanie się ku wyżynom uformowanym przez pieczołowicie przepisywane w mniszych skryptoriach starożytne dzieła...”. - Jak wyglądają perspektywy? - Wilhelm postanowił przejść na bardziej konkretne tematy. - Cóż, wielka praca przed nami. Ziemie, które Panie właśnie przebyłeś, wydają się spokojne. To jednak złudzenie. To cisza przed burzą. Bracia pracujący w terenie są przekonani, że wkrótce dojdzie do większych rozruchów^. To prawie pewne, bo niezadowolenie pogan narasta. Nie są jednak w stanie porozumieć się między sobą i to jest, póki co, nasza szansa. - A zakon rycerzy? Są pomocni? - Na pewno przydadzą się umocnienia budowane tak szybko przez krzyżaków. Ogólnie jednak chcemy chyba zbyt szybko zmienić zbyt wiele. Tubylców niepokoi napływ osadników i nowych rycerzy. Widzą, że z każdym rokiem, a wręcz z każdym miesiącem, chrześcijan jest coraz więcej, że mają oni przewagę techniki, organizacji, uzbrojenia. A miejsca starego kultu trzymają się dobrze. Nawet tutaj, nieco na wschód od Elbląga, jest ołtarz religii pogańskiej. -Tak, również w czasie tej podróży pokazywano mi miejsce, które być może było miejscem pogańskiego kultu. Krzemień, Kiesel, Kieseling, Kiesling, czy jakoś tak je nazywano*. Krzyżacy, jak się tylko umocnią, z pewnością będą budować zamki i miasta, przeorają tę ziemię na różne sposoby. W każdym razie opowiadano też o jeżdżcu bez głowy i o głowach znalezionych w domostwach... - To z kolei dla nas nie jest żadną nowością. Prusowie oddają cześć demonowi zwanemu czasami Patello. Ku jego czci trzyma się w domach głowę umarłego człowieka’. Wilhelm kolejny raz spojrzał z uznaniem na Jacka. Widać, że on i jego współbracia wykonują tu, na Północy, dobrą robotę. Potrafią niejako wniknąć w duszę tego ludu, o czym świadczy wiedza o tego typu praktykach, którymi przecież poganie raczej nie chwalą się przed obcymi. Jacek tymczasem kontynuował swoją relację. - Nie jest łatwo rozprawić się pogaństwem. Jest mocno powiązane z przyrodą, z rytmem zbiorów płodów ziemi. Wierzą tu naprawdę w przeróżne dziwne rzeczy, składają też różne ofiary na wiele sposobów... Wilhelm pomyślał, że przecież i na ziemiach polskich, a i na niemieckich, pełno jest różnych pogańskich zwyczajów i wierzeń... chociażby, jak dowiedział się ostatnio, za Toruniem wierzono w tak zwane „parsztuki”, kolację dla nich zostawiano za progiem domostwa, a im więcej jej przez noc ubywało, tym większego urodzaju się spodziewano. Te dziwne stwory miały mieszkać pod korzeniami brzozy. Są podobno niewielkiego wzrostu i nazywane bywają także krasnymi ludźmi. Powiadają też, że są nie większe są niż na łokieć i gdy księżyc świeci, pozwalają się widzieć ludziom, zwłaszcza chorym'”. Jeszcze pewnie wiele wieków chrześcijanie będą wierzyć w jakieś krasne ludki i trzeba się z tym po prostu pogodzić... Nawiązując do tej myśli zwrócił się do Jacka: ^ Trzy lata po tej rozmowie, w roku 1242, wybuchło pierwsze powstanie pruskie. ’ Obecna nazwa: Koślinka. ’ Por. Marcin Murinius, Kronika Mistrzów Pruskich, Olsztyn 1989, s. 14. ‘^ Por. tamże, s. 15. Piotr Napiwodzki 17 - Spokojnie, tych pogańskich wierzeń, jakkolwiek byłyby dziwne i świadczące o głębokim zaślepieniu, wcale nie musimy od razu zwalczać. Niech tam sobie wierzą w swoje odziedziczone po przodkach gusła. Dla Kościoła Świętego nie jest to żadna konkurencja, chociaż czasami tak może się wydawać. Zwłaszcza w kult przodków nie ma co zbyt szybko ingerować. - Tak - przytaknął Jacek. - Pewne wierzenia mogą być nawet przydatne. Co prawda poganie pałą ciała swoich zmarłych, co przecież trudno pogodzić z chrześcijańską wiarą w ciała zmartwychwstanie, to jednak przy okazji do spalenia dodają rysie albo niedźwiedzie pazury. Wydało się nam to interesujące i udało się uzyskać od pogan ciekawe wytłumaczenie. Wierzą oni, że po śmierci zmarli mają jeszcze do przebycia wielką, stromą górę, a wędrówka ta ma być bardzo trudna i uciążliwa. Aby mogli szybciej i bezpieczniej wdrapać się na ową górę i dojść do krainy szczęśliwości, pomocą mają służyć te właśnie zwierzęce pazury". To zawsze można odczytać w duchu chrześcijańskim... - O, oczywiście, jak można się spodziewać, najnowsze teologiczne idee są dominikanom nieobce, nawet tu, na Północy. U czcigodnego Hildeberta czytałem o purgatorium [czyściec]'^, ale to nauka wielce dyskutowana i nieuznawana przez wszystkich. Ale to dobrze. Zwłaszcza tutaj, na misjach, wszystko może się przydać. - Działamy raczej po omacku - Jacek przyznał skromnie. - Nie jestem tak obeznany w księgach, ale przecież wiem, że lepiej coś zrozumieć i z tego skorzystać, niż zniszczyć i wykorzenić, co wcale zresztą nie musi się udać. - Właśnie - Wilhelm podchwycił wątek. - Takiej nadmiernej a nieroztropnej gorliwości obawiałbym się ze strony rycerzy zakonnych. Trzeba chrzcić, wykazywać wyższość Ewangelii Jezusa Chrystusa, czyli głosić Słowo Boże, a ono będzie samo powoli przyciągać, bo przyciągać będzie to wszystko, co tym dzikim ludom przynosi świat chrześcijański. Trzeba pokazać, że religia to nie zabobony, ale przede wszystkim więź i zobowiązanie, a jej ukoronowaniem jest wierność. W końcu religio to od religare - ponownie wiązać, łączyć, przytwierdzać... Takie więzy i zobowiązania trzeba tworzyć niezależnie od tego, czy w umysłach panuje już światło wiary, czy też ciągle jeszcze mrok pogańskich zabobonów. A rycerze niech bronią misjonarzy i umożliwiają im spokojną pracę. Jak zaczną się wtrącać ogniem i mieczem, to wywoła to tylko krwawą reakcję pogan. A tego z pewnością nikt nie powinien chcieć. - Zgadzam się w pełni. Czasami jednak odnosimy tu wrażenie, że krzyżakom zależy na takiej konfrontacji. Powstanie pogan i nawet straty, które by przyniosło, i tak byłoby im na rękę, wzmocniłoby ich pozycję w cesarstwie, usprawiedliwiłoby szybki podbój tych ziem za pomocą środków militarnych. Jestem przekonany, że nie powinniśmy wchodzić w tę logikę. Wilhelm zatrzymał się nad tymi słowami. Od dawna uważał, że należy wykorzystywać możliwości współdziałania zakonów. Przy całej rywalizacji, odmiennych korzeniach i założeniach, należy nastawić się na różnorodność w tym względzie. Taka też była perspektywa nieodżałowanego papieża Innocentego, który był pierwszym papieżem poznanym przez Wil- " Por. tamże, s. 19. '2 Hildebert Cenomanensis, znany też jako Hildebert z Lavardin (1056-1133), arcybiskup Tours, zaliczany do najbardziej popularnych autorów w średniowieczu. Jako jeden z pierwszych objaśnia ideę purgatorium, por. Patrologia Latina 171,741. 18 Wilhelm z Modeny i Jacek Odrowąż helma'^: należy wykorzystywać gorliwość nowych ruchów, ale też używać je do wzajemnego kontrolowania i nie dopuszczać do ich radykalizacji gdzieś na obrzeżach Kościoła... Co prawda Deus elivisionem et discordiam detestatur [Bóg nienawidzi podziałów i niezgody], ale tutaj chodzi przecież o jedność budowaną na zupełnie innym poziomie. Aby Kościół mógł być jednością na zewnątrz, wewnątrz trzeba stosować wszystkie możliwe polityczne środki. Po chwili odparł: - Obawiam się, że raczej nie mamy już wielkiego wyboru. Rycerze stali się tu na tyle silni, że trzeba korzystać z tego, co mogą dać. Po prostu to oni zaczynają dyktować warunki. Pozostaje kontrolować, w miarę możliwości korygować, a straty minimalizować. Dlatego tak ważne, aby Kościół na tych ziemiach oprócz rycerzy zakonnych reprezentowali także inni zakonnicy. W obecnych warunkach trudno jednak wyobrazić sobie Kościelne państwo na Północy bez wsparcia mieczy rycerzy zakonnych. Kto wie zresztą, czy te miecze nie będą też wkrótce potrzebne gdzie indziej. Czy są jakieś nowiny ze Wschodu? Wilhelm wiedział, że dla Jacka Wschód miał wielkie znaczenie, że starał się prowadzić tam misję, że dotarł aż do Kijowa zakładając w tym mieście klasztor. W tym okresie oczy wielu zwracały się w kierunku wschodnim z wielkim niepokojem, bo pojawiały się wieści o hordach barbarzyńskich Tatarów grożących najazdem ziemiom ruskim. - Najazd jest ciągle możliwy i kto wie, czy nie dotknie nawet księstw polskich, a jedność wśród książąt, nawet wobec zagrożenia, jest raczej nie do osiągnięcia. Chociaż, jak wiesz. Panie, w siłę rośnie książę Henryk ze Śląska i kto wie, czy nie zjednoczy dużej części ziem polskich. Możliwe też, że Tatarzy skierują się bardziej na południe, na Węgry. W każdym razie sytuacja jest poważna, nikt nie wie nawet, jak bardzo. Sam mam zamiar ruszyć do Kijowa jeszcze w tym roku''*. Wilhelma nie ucieszyła ta zapowiedź podróży Jacka. Domyślał się, że niebezpieczeństwo ze strony Tatarów może też przynieść zagrożenie dla misji na Północy. Z pewnością ewentualny najazd na Polskę zmieniałby układ sił wśród książąt tego kraju. Wilhelm nie lubił jednak zbyt mocno zastanawiać się nad możliwymi scenariuszami. Nie da się przecież przewidzieć wszystkiego, a rzeczywistość tu i teraz wymaga i tak odpowiednio dużo uwagi i starań. Powrócił więc do miejsca, w którym właśnie rozmawiali. - Czy to nie tutaj, w Elbindze, rycerze zakonni chcą stworzyć swój główny port? - Wydaje się, że tak. Miejsce nadaje się doskonale. Starają się ściągnąć osadników z miast niemieckich. Z drugiej strony liczą z pewnością, że w przyszłości uda się zdobyć Gdańsk. Świętopełk, chociaż dominikanie oczywiście wiele mu zawdzięczają'^ nie sprawia wrażenia ” Innocenty III, papież w latach 1198-1216. Wilhelm przybył do Rzymu być może już w 1209. Papieski dokument z 3 kwietnia 1209 świadczy o tym, że w Kurii rzymskiej pracował notariusz o imieniu Guillelmus (Codex Bohemiae, II S 77, 25, dokument Innocentego III dla klasztoru w Zabrdovicach. Załączona uwaga brzmi: In membranae replicatae mar^nae dextro eMifm, ut videtur, manus Minotauit: (iuill(elmu)s). Zanim w roku 1220 Wilhelm został Wicekanclerzem Świętego Kościoła Rzymskiego, musiał z pewnością spędzić w otoczeniu papieży dużo czasu. Por. Gustav Adolf Donner, Kareźinal Wilhelm von Sabina, Helsingsfors 1929, s. 10. '■* NajazJ mongolski na Polskę i Węgry nastąpił w roku 1241. W bitwie pod legnicą (9 kwietnia 1241) zginął Henryk II Pobożny, co przerwało proces jednoczenia ziemi polskich. Rok wcześniej, w roku 1240, Tatarzy zdobyli Kijów, skąd w cudowny sposób miał uratować się przebywający tam wówczas Jacek. Według legendy, uciekając z płonącego kościoła, zabrał ze sobą Najświętszy Sakrament i figurę Matki Boskiej. Z tymi atrybutami do dzisiaj przedstawia go katolicka ikonografia. ” Świętopełk (1195-1266) - książę Pomorza Gdańskiego. W roku 1227 sprowadził do Gdańska dominikanów i oddał im kościół św. Mikołaja. Piotr Napiwodzki 19 kogoś, kto jest w stanie prowadzić rozsądną politykę. Zresztą, jak nie dzisiaj, to jutro. Krzyżacy wierzą mocno w swoje posłannictwo na tych ziemiach... - Czy tak mocno, jak dominikanie? - Wilhelm uśmiechnął się przy tym prowokacyjnym pytaniu. - Inaczej - Jacek odparł ostrożnie. - Rozumiem, chyba rozumiem. Wilhelm myślał o tym, aby zapytać Jacka jeszcze o jedną rzecz, ale uznał, że takie pytanie nie należy do zakresu rozmowy prowadzonej przez papieskiego legata. Chodziło o pytanie, czy Jacek zdaje sobie sprawę, że uchodzi za cudotwórcę. Wilhelma w gruncie rzeczy nie interesowały cuda i inne niezwykłości, ale pogłoski o nadzwyczajnych darach Jacka docierały także do niego. W kontekście prowadzenia misji przez dominikanów, zakładania nowych klasztorów, werbowania braci i przyciągania fundatorów, zabieg z cudami wydawał się Wilhelmowi bardzo udany. Nie chciał jednak schodzić na taki temat, aby Jacek nie poczuł się wypytywany o samą istotę sprawy. Wilhelm doskonale zdawał sobie sprawę, że jako legat papieski nie powinien wchodzić na tematy osobistej wiary czy pobożności i musi raczej wyraźnie rozgraniczać porządek subiektywny i obiektywny. To ten drugi porządek starał się budować, a pierwszy traktował w pełni instrumentalnie. Był jednak zadowolony, że spotkał w Elblągu Jacka, żałował, że ten nie będzie mu towarzyszyć aż do Gdańska, gdzie po świętach wielkanocnych Wilhelm miał konsekrować ołtarz kościoła dominikanów. - Wkrótce, zaraz po uroczystościach w Gdańsku, zaczniemy myśleć o nowej organizacji kościelnej tych terenów. Przy wszystkich zasługach biskupa Christiana trzeba stwierdzić, że jego czas minął. Przeszkadza zakonowi rycerzy, a w sytuacji wyboru Kościół zawsze powinien postawić na silniejszego gracza. Oczywistym jest jednak dla mnie, że całej władzy nie można oddać krzyżakom i to pewnie spośród dominikanów trzeba będzie wybrać pierwszych biskupów. Przydaliby się jednak kandydaci z krajów niemieckich. Zawsze to z rycerzami będzie się im łatwiej porozumieć. Wiem doskonale, jako kartuz i biskup, że nie wstępuje się do klasztoru dla biskupstwa, ale mam nadzieję, że dominikanie nie zawahają się, jeśli trzeba będzie służyć Kościołowi w ten zaszczytny sposób. - Przedstawimy kandydatów, jak tylko będzie trzeba. - Świetnie. A teraz chętnie przejdę się po osadzie i zobaczę, jak wygląda dwa lata po założeniu. To fascynujące, być u samych początków. Czy zechcesz mi towarzyszyć. Ojcze Jacku? - Oczywiście. Przy okazji można pomyśleć o miejscu dla kościoła i klasztoru dominikanów. Wstawiennictwo papieskiego legata z pewnością przyspieszy darowiznę. - Tak, przy najbliższej okazji porozmawiam i o tym z mistrzem krajowym'^. Póki co rozejrzyjmy się w terenie. Wilhelm nie wiedział jeszcze, że rozmawia z Jackiem po raz ostatni. Może gdyby to wiedział, zadałby też pytanie o cuda. Jacek żył o sześć lat dłużej niż Wilhelm spędzając ostatnie lata swojego życia w Krakowie i okolicach. Zmarł 15 sierpnia 1257 roku. Wilhelm miał tu na myśli Hermanna von Balke. Nie mógł jednak wiedzieć, że właśnie zmarł on w Wiitzburgu, dokładnie 5 marca 1239. Wiosną 1242 roku Wilhelm zatwierdził darowiznę terenu, który krzyżacy oddali dominikanom dwa lata wcześniej, aby ci wybudowali swój kościół i klasztor. Por. Gustav Adolf Donner, Kardinal Wilhelm von Sabina, Helsingsfors 1929, s. 238-239. 20 Kimkolwiek jesteś. Rzecz o bł. Dorocie z Mątów Agnieszka Korol 21 Agnieszka Korol KIMKOIWIEK JBTB tezoW.teieiWolów Osoby: Bł. Dorota z Mątów, Jan z Kwidzyna - kanonik, Konrad Wallenrod - wielki mistrz, Kobieta I, Kobieta II, Duch rycerza zakonnego, Jan Monch - biskup pomezański, Anna, Bernhard, Rycerz z Polski, Zosia - córka rycerza. Mężczyzna. SCENA I Rycerz, Zosia, kobieta 1 Rosły mężczyzna, w stroju chłopa, trzyma na rękach s'pii}CĄ trzyłetniĄ dziewczynkę. Idzie przed siebie. Naprzeciw niego idzie kobieta. Rycerz (w stroju chłopa): Bóg z tobą, dobra kobieto. Kobieta I: A i Bóg z tobą, kimkolwiek jesteś. R: Czy to droga na Kwidzyn? K: A jużci. R: Podobno tam pobożna Dorota w zamkniętej celi mieszka, cuda działa. Prawda li to? K: Prawdę rzekłeś. Jak owdowiała, przeniosła się z Gdańska do Kwidzyna. Wielce nabożna i mądra jest. Kazała, co by ją w celi przy kościele zamurowali. Tak - mówi - bliżej jest wieczności. Tamże ma trzy okienka: na Najświętszy Sakrament, na cmentarz i na niebo. Wszyscy się jej radzą. Nawet biskupi i mędrce różne z świata całego, ale także zwykli ludzie. Wszystkim pomaga, nawet uzdrawia i przepowiada, co ma się stać. R: Do niej mi spieszno. Moja córka zachorowała. K: Dobrze czynisz, idąc do niej. Ale jeszcze szmat drogi przed tobą. R: Bądź zdrową dobra kobieto. K: I ty, kimkolwiek jesteś. SCENA II Bł. Dorota, Konrad Wallenrod, Jan z Kwidzyna Noc. Bł. Dorota modłi się. Znajduje się ona w zamurowanej cełi. Ceła ma jedno okienko skierowane w stronę kościoła, drugie, po przeciwnej stronie w stronę cmentarza. Trzecie okienko skierowane jest w stronę nieba. Słychać kroki od strony kościoła. Dorota: Kim jesteś? Konrad Wallenrod: Jestem twoim cieniem. 22 Kimkolwiek jesteś. Rzecz o bł. Dorocie z Mątów D: Bóg Z tobą, kimkolwiek jesteś. Czyś ty dusza czyśćcowa? KW: Jakże to, czyżbyś mnie nie poznała, kobieto? D: Ciemno jest, nie widzę panie najlepiej. KW: A podobno wiesz i widzisz wszystko. D: Jestem tylko człowiekiem. Wysłucham cię, skoro raczyłeś przyjść do mnie w imię Boże, kimkolwiek jesteś. KW: Przyszedłem tu ze skargą na ciebie. D: Mów, panie. KW: Miast siedzieć tutaj i modlić się, jak obiecałaś, roznosisz niewybredne plotki na mój temat. A ja, jakże byłem dla ciebie łaskawy. Zgodziłem się przecież - boś usilnie o to prosiła, by cię tu zamurować. Ulitowałem się nad biedną wdową. Ale ty tu rozum straciłaś i mnie, twojego dobroczyńcę szkalujesz i od czci odsądzasz. Naiwni i prości ludzie słuchają cię, bo mówią, że ty święta jesteś. A ja sądzę, że tylko szalona. D: A więc jesteś Konradem Wallenrodem, wielkim mistrzem. KW: Jam jest! D: I przyszedłeś do mnie, szalonej kobiety? KW: Zatrzymałem się tu , w Kwidzynie na popas w zamku. Opowiedziano mi o twojej pysze. D: Wielcem grzeszna. Nieustannie błagam Boga o wybaczenie za moją śmiałość i gadulstwo. KW: Pamiętaj, żem twoim władcą na tej ziemi, nade mną jeno Bóg. Winnaś mi tu posłuszeństwo. D: Już nie należę do tego świata. Jużem zamurowana. Słyszę głosy umarłych, tych, którzy jeszcze nie znaleźli bramy do nieba. KW: Mówili mi, że bredzisz po nocy. A mur łatwo rozwalić. D: Zrobisz, co zechcesz, panie, ale muru w sercach poddanych w ten sposób nie zmniejszysz. Chwila milczenia KW: Sprytnaś, jak na niewiastę. Może ty z diabłem paktujesz, a świętą udajesz? D: Tu w murach kościoła? Mylisz się panie. KW: Jeśli zechcę, przyznasz się do wszystkiego. D: Nie wątpię, wielmożny panie. Twoja wola. Bacz jeno na swoją godność mistrza, który krzyż nosi na piersi. KW: A ty bacz marna kobieto, co mówisz, bo gdyby nie ten mur, już dawno rozpłatałbym ci głowę tym mieczem. (Wymachuje mieczem) D: O panie, wybacz mu, bo nie wie, co czyni! Jan (z daleka): Kto tam!? Agnieszka Korol 23 D: Nic księże Janie, to tylko dusza nieczysta cierpi. J: Jakże głośno. D: Śpij księże Janie, ja tu przy niej czuwam. J: Bóg z tobą i z tą duszą. Będę w pobliżu. (Słychać oddalające się kroki) KW: Przez ciebie małom świętokradztwa nie dokonał i krwi nie przelał przed Najświętszym Sakramentem. Ale nie licz, że ci ujdzie na sucho. Odwołasz wszystkie oszczerstwa, które o mnie rozgłaszasz i przedstawiać mnie będziesz jako godnego stać na czele Zakonu Najświętszej Marii Panny. Niezłomnego strzec wiary, zaprawionego w bojach rycerza i sprawiedliwego władcy. D: Chętnie to wszystkim rozgłoszę, jeśli takowym się staniesz. KW: A kto ci to, co innego mówi? D: Ludzie, którzy u mnie o poradę lub modlitwę proszą. Przychodzą zewsząd. Wielce są niezadowoleni z twoich rządów. Wielu skrzywdzonych, chorych bez pomocy pozostawionych. KW: Wskaż mi ich, a ja im tej pomocy udzielę. D: Nie znam ich. Jeno przez okienko ich słyszę. KW: Kłamią! Specjalnie moi przeciwnicy podsyłają tu ludzi, co za nędzne srebrniki szkalować mnie mogą! Jakże możesz wierzyć tym, którzy bezimiennie czynią fałszywe świadectwo przeciw bliźniemu swemu! D: Wielu masz wrogów, panie. KW: Jak każdy władca. D: Wrogów otocz łaską. Okaż im miłosierdzie, a zaprzestaną złych uczynków. KW: Jakżeś naiwna. Oni tylko czekają, bym im łaskę okazał, wtedy rzucą się na mnie niczym sępy na padlinę, gdyż uznają, żem słaby. D: Czyż więc nie kierujecie się miłością Bożą, o wy rycerze, co innych na drogę jezusową nawracacie? KW: To twarda walka i twardych wymaga rycerzy. Białogłowy o tym wiedzieć nie mogą i niech też nie mądrzą się, tylko cicho siedzą, a będą błogosławione. D: Czegóż w takim razie chcesz ode mnie, wielmożny panie? Czy ja cicho siedzieć mam, czy też chwalić cię panie pod niebiosy? Jedno i drugie jest mi obce, gdyż wielbię i słucham jeno Jezusa i głosić pragnę wszem i wobec, ktokolwiek słuchać mnie zechce o jego miłości do ludzi, o tym , jak nas kocha i jak za nas cierpiał na krzyżu. KW: Pozjadałaś wszystkie rozumy. Mądrzyć się tu będziesz. D: Wszystko, co czynię, czynię dla Jezusa i przez Jezusa. KW: Także i ja czynię. A posądzasz mnie o sprzeniewierzenie. D: Bo nie papieża słuchasz, jeno antypapieża. Jakże to! Czy to nie grzech wielki służyć diabłu w zakonnej szacie? KW: Białą głową jesteś jeno. Cóż ci wiedzieć o wielkiej polityce. 24 Kimkolwiek jesteś. Rzecz o bł. Dorocie z Mątów D: Tu przecież nie o politykę chodzi, tylko o świętość! KW: Obaj przez kardynałów wybrani. Klemens nam, Państwu Krzyżackiemu sprzyja wielce. Inaczej Bonifacy, on nie nam, jeno Polakom i Litwinom w sukurs idzie. D: On prawdziwym papieżem! Co każę, słuchać go musisz. KW: Wszak nam szkodzi! D: W czymże? Rozwiązać zakon każę, wypędzić z tej ziemi może.^ KW: Zakazał nam chrześcijaństwo szerzyć - taki to papież. D: Ciężkie to oskarżenie. KW: Sama widzisz, że nic nie rozumiesz. Zajmij się lepiej modlitwą i różańcem. Odwołaj złe słowa, które przeciwko mnie wyrzekłaś! D: To ty panie czegoś nie zrozumiałeś. Jeśli wokół wszyscy już chrześcijanie, to po co cl krucjata. Chyba tylko dla łupów i porywania kobiet. KW: Zamkniętaś tu, co ty o świecie rzec możesz? D: Wiele doświadczyłam i widziałam. Całą Europę przeszłam, by się pokłonić relikwiom męki pańskiej w Akwizgranie i w innych sanktuariach, także w Rzymie. Nieraz w drodze napadli na nas zbóje, ale Jezus i Najświętsza Panienka mieli pieczę nad nami i tymże to cudem udało nam się wyjść cało ze wszelkich opresji. KW: I po co ci to było? Teraz siedzisz w celi zamknięta niczym zwierz dziki i jeszcze pouczać chcesz wszystkich. Nawet mnie publicznie oskarżasz, że służę diabłu. D: A ja cieszę się, żeś się tu zjawił. Jeszcze możesz uratować swoją duszę. KW: Nie po tom tu przyszedł! D: Miłość Jezusa jest nieograniczona. Wybaczy temu, który się ukorzy i przyzna do winy. KW: Jesteś bezczelna. Samaś jeno kajać się powinna. Mnie zostaw w spokoju a i ja nie będę tu więcej przychodził. D: Mówili ci może, że ja różne rzeczy widzę. KW: Owszem. Mówią, że z duchami gadasz. D: Czasami widzę, co było i co będzie. Pragnę cię ostrzec. KW: Ktoś chce mnie zabić? Ktoś o tym mówił? D: Wielu pragnie twojej śmierci, ale umrzesz z innej przyczyny. Już niedługo... Chyba, że ublerzesz się w suknię pokutną i pójdziesz do Rzymu, do prawdziwego papieża, by się przed nim ukorzyć i prosić o wybaczenie. KW: (śmieje się) Ty byś wszystkich we włosienicę ubrała. D: Jeśli tego nie zrobisz, umrzesz w bólu i trwodze. Pianą z ust pluć będziesz i krzyczeć w obłędzie. Strzeż się! Po śmierci piekło ci będzie pisane, a ja już pomóc ci nie będę mogła. Nawróć się na drogę zbawienia! Jeszcze jest czas. KW: Kimże jesteś ty, ty dziwna kobieto? Gaśnie świeca Agnieszka Korol 25 SCENA III Bł. Dorota, kobieta II Wzr^zry ranek. BŁ Dorota klęczy lo stronę kościoła zatopiona w modlitwie. Oeł strony cmentarza podchodzi kobieta. Kobieta II: (woła) Szczęść ci Boże Doroto. Dorota wstaje z klęcznika, trochę się siania, podchodzi do okienka skierowanego na cmentarz. Dorota: Szczęść ci Boże, kimkolwiek jesteś. K: Jestem kobietą, jak ty. Mój mąż uważa, żem niegodna. D: Niegodna czego? K: By być jego żoną. D:Jakże to? K: A nie wiem czemu tak uważa. Ciągle tylko ma pretensje, że się nie dość staram. A to jadło nie takie, a to nie wysprzątane dosyć, a to dziecko - a pięcioro ich mamy - mu pod nogi podlezie - zły wtedy jest bardzo. Narzeka, że on ciężko pracować musi, by nas wykarmić. A nadto ma jeszcze pretensje o to, że ja z niższego stanu pochodzę. D: Wszak wiedział to przed ślubem? K: Rozumie się, szlachetna pani. D: Ja także zwykłą jestem kobietą. Ale przed Bogiem my wszyscy równi. Mąż ci przysięgał miłość i wierność i to, że cię nie opuści aż do śmierci? K: I ja przysięgałam. D: A dzieci twój mąż kocha? K: A jakże, wielmożna pani, kocha i to bardzo. Krzywdy im nie da zrobić. D: To sam dałby radę z nimi zostać? K: Ciężko, bo ciężko, ale dałby radę. To jakże? Czyli mam odejść? D: Zrób tak: Powiedz, że ci się modlić kazałam przez tydzień cały w klasztorze, by się lepszą żoną stać. Weź tobołek i przez tydzień zamieszkaj z mniszkami. Módl się żarliwie do Najświętszej Panienki i Jezusa o łaskę, a będzie ci dana. Jak wrócisz, mąż z otwartymi ramionami cię przyjmie. Jeśli zaś marudzić jeszcze będzie, powiedz, że nie dość długo spędziłaś czas na modłach i do klasztoru wrócić musisz, aż mąż twój do rozumu dojdzie i cię jako żonę swoją doceni. K: Dzięki ci za radę o pani. Mojej sąsiadce dobrześ doradziła, to i mnie także. D: Bóg z tobą. Kobieta odchodzi, Dorota wraca do klęcznika. Kimkolwiek jesteś. Rzecz o bł. Dorocie z Mątów SCENA IV Bł. Dorota, duch rycerza zakonnego Środek nocy. Dorota zatopiona w modlitwie. Nagle słychać za oknem jakieś uderzenia. Dorota podchodzi do okna. Dorota: Kto tam? Duch: Jam tylko duch marny. D: Czyjże? Duch: Rycerza, pobożna niewiasto. D: Gdzieś jest? Duch: Pomiędzy niebem i piekłem. Krążę tak, obijam się o chmury z jednej strony i o wulkany żrącej mazi po drugiej. Nigdzie mnie nie przyjęli. Kazali do ciebie o pani przybyć. Ty mi powiesz, co mam czynić. D: Pewnieś nagrzeszył. Duch: Sam nie wiem. Wojowałem z poganami. Kto nie chciał przyjąć wiary, sam sobie był winien, jego żona i dzieci. Walczyłem zaś w Imię Boże. D: Jakże to. W Imię Boże mordowałeś mężów, kobiety i dzieci? Duch: Trzeba było. Nie było innej rady. D: A gdzież oni, przez ciebie zabici? Duch: Jużci w niebie z chórem anielskim, przy Jezusie i Panience. Jakże to.^ - spytałem. Czym ja bardziej na to nie zasłużył, niż oni? D: Oni nic złego nie zrobili. Duch: Ale na wiarę naszą przejść nie chcieli, tylko w inne bogi wierzyli i cześć im oddawali. D: Jako i my Panu Bogu. Niewiele się pomylili. Ty zaś w imię Najwyższego i Najlitościwszego mordował niewinne dzieci. Masz wielkie szczęście, że już w piekle nie siedzisz. Pan Bóg w swej łaskawości ulitował się na tobą grzesznym i daje ci ostatnią szansę byś się odmienił. Duch: Jakże się mam odmienić tu, w tym czyśćcu niepojętym? D: Zali żałujesz tegoż, coś uczynił? Duch: Żałuję, jak mi Bóg miły. Żałuję z całego serca. To com robił, to nie tylko z głupoty wielkiej, ale też z żądzy wzbogacenia się. Wszak grabiłem również. I po co mi to? Po śmierci skarby mi na nic potrzebne. D: Żałujesz i przyznajesz się, to dobrze. To pierwszy stopień do nieba - aleś nagrzeszył tak, że wiele czasu jeszcze upłynie - może wiek, a może tysiąc lat, nim cię Bóg przyjmie do siebie. Tobie jeszcze pokutować i modlić się potrzeba. Ale bądź dobrej myśli, gdyż Bóg cię nie opuścił. Aby odkupić swoje winy, musisz przeżyć to, co przeżywały twoje ofiary, to będzie ci dane. Znoś wszystko cierpliwie i z pokorą. Przyjdzie dzień, ze będzie ci wybaczone. Duch: Wytrzymam, jeśliś jeszcze pomodlisz się za mnie. Agnieszka Korol 27 D: Tak będzie. Duch: Dzięki ci za wstawiennictwo i za słowa otuchy. Najgorszy ciężar zdjęłaś z moich ramion. D: Bóg z tobą. SCENA V Bł. Dorota, kobieta II Sivit. Widać modk^ci} się bł. Dorotę. Kobieta II: Niech cię Bóg błogosławi, Doroto. D: Ciebie także, kimkolwiek jesteś. K: Jestem tą, którą mąż nazywał niegodną. D: Pamiętam. Czy posłuchałaś mojej rady? K: Tak szlachetna pani. Stało się, jak rzekłaś. Gdy wróciłam wypoczęta, mąż na mój widok niezmiernie się ucieszył. W domu zaś zastałam straszny widok, jakby kto napadł na nas. Wszystko brudne i w nieładzie. Dzieci tarzały się po podłodze i wołały o jedzenie. W komorze pustki. Szybko coś do jedzenia przygotowałam. Mąż i dzieci zjedli bez ociągania i głośno chwalili. Teraz spokój mam i poważanie. Mąż grzeczniejszy, a i dzieci nawet spokojniejsze. Boją się, że wrócę do klasztoru. D: Twój codzienny trud został doceniony, a i modlitwa na pewno pomogła. Bądź zdrowa, ja jeszcze modlić się będę za twoją rodzinę. K: Dzięki ci, najmądrzejsza z mądrych. SCENA VI Bł. Dorota, Jan z Kwidzyna Poranek. Jan: Bóg z tobą Doroto. Dorota: Bóg z tobą księże Janie. J: Widzę po twojej pani twarzy, że stało się coś strasznego. D: To, co dziś ujrzałam, przejęło mnie wielką trwogą. Jakimże cierpieniem jest piekło. J: Widziałaś piekło? D: Przez chwilę tylko, mimo to zapamiętałam wszystko, tego nie da się zapomnieć. Każdy zatwardziały grzesznik, który by je ujrzał, na drogę cnoty szybko by przeszedł. J: To być może? D: Wydaje się to być nadto pewnym. Jak wiesz panie kanoniku Konrad von Wallenrod umarł nagle w bólu i ciężkiej opresji. J: Pono piana szła mu z ust, miotał się i przeklinał, inni uciekać przed nim musieli, co by ich nie pokąsał. 28 Kimkolwiek jesteś. Rzecz o bł. Dorocie z Mątów D: Nie lepszy los powitał go po śmierci. Jego winy okazały się tak wielkie, że trafił wprost do piekła. J: Ujrzałaś go tam? D; Tak panie. Jest on w rękach aż pięciu demonów. Każdy z nich wypowiadał grzechy, których Wallenrod dokonał za życia. Demony te miały jego twarze, zeszpecone tylko potwornym grymasem. Szpony miały niczym sęp lub orzeł, ręce miały do kolan długie, cienkie, niczym kość obleczona pomarszczoną skórą. Nogi jak u kozła. Na głowach rogi w różnych kierunkach idące. Grzechy jego wypadały z ich ust i uderzały go ogniem piekielnym, i wbijały się w niego ostrymi grotami. Żadnej skruchy nie wyrzekł, jeno wił się, jęczał i złorzeczył. Gdyby mnie wtedy był posłuchał...Czuję się winna. J: On nie przyszedł do ciebie po skruchę jeno skarżyć się na ciebie, pani. Nie szukał słowa bożego jeno by zamknąć twoje usta. Są bowiem ludzie, których serca są tak zatwardziałe, że nikt ani nic już poruszyć ich nie zdoła. D: Jezus potrafi kochać każdego człowieka. Wielki Mistrz nie dał mu szansy, ale ja modlić się będę, by choć trochę ulżyć jego duszy. J: Żal ci go? D: To, co ujrzałam tylko przez chwilę jedną, co poczułam, wielce mnie poruszyło. J: Tylko ty pani zdolna jesteś do współczucia wobec najnikczemniejszego grzesznika. D: Gdybyś zobaczył, to co ja, panie, rzekłbyś to co i ja. J: Każdego widzisz w lepszych barwach, niż jest. D: Każdy zasługuje na dobro. Jeśli zaś go nie doświadczy w swoim życiu, dla innych także dobra nie odnajdzie. SCENA VII Bł. Dorota, Jan Monch BŁ Dorota powoli przechadza się po celi. Słychać kroki. Dorota: Któż tam? Słyszę kroki. Jan Monch: Niech Bóg cię błogosławi dziecko. Wszak to ja, Jan Monch. D: Jakże się cieszę. Wielki to zaszczyt dla mnie, księże biskupie. J.M: Za każdym razem to mówisz, lecz to zaszczyt dla mnie większy a i z ważną dla nas sprawą przychodzę. D: Słucham cię panie uważnie. J.M: Nowego teraz wielkiego mistrza obrać musimy. Długośmy się naradzali bez skutku. Uradziliśmy zaś, że ty Doroto najlepiej nam go wskażesz. D: W różnych sprawach przychodziłeś ty panie i inni. W sprawach duchowych i ludzkich. Ale cóż ja, zamkniętam tu przecież. Na sprawach państwowych się nie znam. J.M: Ty wiesz, ty czujesz. Ty mi powiesz. D: Tylko gorzkie słowa mogę ci panie powiedzieć. Agnieszka Korol 29 J.M: Mów wszystko. D: Jeśli taka twoja wola, księże biskupie.. .Jak wiesz Zakon Krzyżacki na Najświętszą Panienkę się powołuje. Na tę bez grzechu, pełną miłości bezbrzeżnej i dobroci największej. Tymczasem zakon swym bezbożnym postępowaniem bezcześci jej imię. J.M; Oj bywa, bywa, (wzdycha) D: Zapomnieli, że na służbę Bogu przyszli, że na wiarę chrześcijańską pogan nawracać mieli. Tylko im łupy, śmierć i zniszczenie w głowach. Na Jezusa i Maryję się powołują. Jakże to! To jeno wielkie oszustwo. Kto na Jezusa, czy też Maryję się powołuje a nienawiścią zieje i litości dla innych nie ma, wielkim świętokradcą jest! J.M: Czy nie za surowo oceniasz rycerzy, co własne życie narażają, by pogan na chrześcijaństwo nawracać? D: Pytałeś panie, to rzekłam. Odkąd w tej celi siedzę, więcej widzę i więcej rozumiem. Ludzie przynoszą mi różne wieści. Jezus otwiera mi oczy i mówi do mnie ustami tych ludzi. Czasem unosi mnie w powietrze, jakbym we śnie była. Widzę wtedy z góry, jakbym ptakiem była, co robią ci rycerze w płaszcze z czarnym krzyżem przebrani. Straszne to rzeczy. Nie nawracają pogan, tylko rzezie, gwałty potworne i pożary czynią. Grabią wszystko. Nic po sobie nie zostawiają, jeno trupy. Kogo nie zabiją w sznury wiążą i gnają za koniem. Takich to jeńców jako niewolników potem mają. J.M: Nigdym tego nie widział. Wiem tylko, że wojowanie to straszna rzecz. D: I obyś nie zobaczył, wielmożny panie. W tym zakonie niewielu jest świętych, a raczej w nim nikt świętym zostać nie może. J.M: Któryż rycerz zakonny mógłby zatem zostać wielkim mistrzem, by przywrócić ład i wyprowadzić z grzechu swych braci? D: Żaden. Żaden z nich tego zaszczytu nie jest godzien. Takie jest moje zdanie. 1 wierz mi księże biskupie, ze jeślibym cień nadziei miała na uzdrowienie zakonu przez jednego z nich, głosiłabym to wszem i wobec. Lecz nie widzę nikogo, jeno chaos i wielką klęskę zakonu. J.M: Kiedy? D: Tylko odrzucenie pychy i zbrodni, nawrócenie się, może zakon mieniący się imieniem Najświętszej Panienki uratować. Będę się o to modliła i ciebie o to proszę księże biskupie, bo tylko modlitwa nam pozostała. SCENA VIII Bł. Dorota, Jan z Kwidzyna BŁ Dorota i Jan siedzĄ razem przy okienku. Jan trzyma lo rękach looskowcf tabliczkę i rylec. Dorota: Zatwardziałość serc można zmiękczyć jedynie przez miłość. Jan: Rzekłaś {notuje rylcem na tabliczce woskowej). Jednak nie każdy zdolny jest swoją zatwardziałość serca przełamać, na miłość ludzką i boską się otworzyć. D: Wiem, księże Janie. Bardzo boleję nad tym, że choć do mnie często przychodzą zatwardziali grzesznicy, niekiedy błędów swoich nie potrafią dojrzeć, jeno się na mnie boczą i odchodzą zawiedzeni, uznając, że ja jeno zmysły straciłam, a prawdziwego życia nie znam. 30 Kimkolwiek jesteś. Rzecz o bł. Dorocie z Mątów J: Jakże słę mylą. D: Kiedy odchodzą ode mnie ubliżając mi, czuję, że jestem tylko niepotrzebnym i nie przynoszącym owoców stworzeniem. J: Oceniasz się nazbyt surowo. Oni po prostu nie są jeszcze gotowi przyjąć gorzkiej prawdy o sobie samym, szczególnie tej najtrudniejszej. D: Nie mogę pójść za nimi, mam tylko nadzieję, że przyjdą powtórnie. J: 1 przychodzą. Wiele serc zatwardziałych z pozoru, doznaje przemienienia dzięki tobie. Wielu krzyżem leżało, inni w szaty pokutne się ubrało, majątek biednym oddali i pielgrzymować poszli, by odpokutować swoje winy. D: Kiedy następuje taka odmiana, wtedy cieszę się, jakbym się na nowo narodziła. J: Kropla drąży skałę. Ty, pani jesteś taką kroplą, która nieustannie drąży dusze ludzkie. D: Nie pochlebiaj mi księże Janie, bo stanę się pyszna i zacznę wierzyć w swoją nieomylność. J: Znam cię tak dobrze Doroto, że o to się nie boję. Pozwól mi jednak wspierać cię w twoim dziele, gdyż wielce mi ono wydaje się szlachetne i pełne miłości Bożej. D: Bez twego wsparcia i opieki tu zaznanej księże kanoniku niczego bym nie zdziałała. J: Przeceniasz mnie, ale powiedz mi, co będzie się działo z tymi, którzy już poczuli miłość Boga? D: Kiedy raz zaznają miłości Bożej, nie będą już umieli się nią nasycić. Bo kto raz zakosztuje rozkoszy, bardziej płonie w pragnieniach. Pożywieniem można nasycić ciało. Dusza zawsze będzie niesyta miłości do Jezusa. J: Także i ja to czuję. D: Miłość do Boga jest miłością do ludzi i wszelkiego stworzenia, którym nas obdarował. Tylko wtedy jest prawdziwa. (Jan notuje, cicho powtarza notowane słowa) SCENA IX Bł. Dorota, rycerz, Zosia Noc. Z ciemności, oeł strony kościoła wyłania się postawny mężczyzna z zawinii^tkiem na rękach. Rycerz: (mówi cicho}: Witaj Pani. Dorota: Bądź błogosławiony, kimkolwiek jesteś. R: Jestem rycerzem Króla Jagiełły. D: Jesteś Polakiem czy Litwinem? R: Polakiem, łaskawa pani. Jestem w stroju chłopa, bo mogliby mnie porwać na zakładnika, a tego nie chciałbym królowej i królowi czynić. D: Masz rację. Twego stanu nie zdradzę. R: Ufam ci pani. Już i w Polsce o twej mądrości, pobożności i o innych twych cnotach Agnieszka Korol 31 ludzie rozprawiają, także o tym, że widzisz więcej niż inni. D: O mnie? Staram się radzić innym, bo i mnie życie doświadczyło. Ale czy takich jak ja kobiet nie ma wokół? R: 1 o twojej skromności słyszałem. W Polsce też jest wiele kobiet mądrych i pobożnych, choćby naszą królową Jadwigę wziąwszy dla przykładu. D: Jam tylko prosta kobieta, nieuczona, a Jadwiga, jak słyszałam, mimo młodego wieku wielce uczona i mądra jest. R: Takoż i prawda. Dzięki niej mamy pokój między naszymi państwami. Oby żyła długo- D: Lecz nie wystarczy jej siła i mądrość. Również i po naszej stronie wiele powinno się stać, by do wojny nie doszło. Tymczasem grzech i rozpusta szerzy się wśród braci zakonnych i przenosi się na lud. R: Tyś sumieniem zakonu. D: Cóżem ja za sumienie, jeżeli ty, rycerz chrześcijański do mnie w przebraniu musisz się chować. A twoja sprawa ciężka i bolesna. R: Rzekłaś. Oto przyniosłem ja me dziecko w tej chuście. Zosia jej na imię. W tobie ostatnia moja nadzieja. Córka ma zaledwie trzy lata. Była zdrowa, wesoła. Od dwóch miesięcy śpi nieustannie. Nie wstaje, nie mówi. Karmimy ją łyżeczką, ale ledwie je. Jużem medyków zawezwał najlepszych i dwie mądre babki. Nic nie pomaga. Ja i żona modlimy się nieustannie. Tymczasem Zosia coraz słabsza, coraz chudsza. Już leciutka jak piórko. O tobie pani dowiedzieliśmy się. Jestem więc i błagam cię o wstawiennictwo u Najświętszej Panienki. D: Pokażże dziecię. Rycerz podnosi dziecko do okienka. Oświeca je ogień świecy. D: Jakże śliczna. Moją Gertrudę, gdy maleńką była, przypomina. Takoż niewinna. Chyba jej jeszcze niespiesznie umierać. Zasnęła, może przestraszyła się tu żyć, na tej ziemi. Może poczuła, że sił jej nie starczy, by podołać temu światu. R: Zło wokół krąży niestrudzenie. D: Stańmy mu na przeszkodzie. Modkf się: W i mię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Ojcze nasz... tt^ymfw/ż świateł. Wczesny ranek. Rycerz śpi na klęczniku, obok na ławce łeży dziecko owinięte w chustę. Po drugiej stronie okienka bł. Dorota jest zatopiona w modłitwie. Nagłe z zawinicftka dochodzi głos: Zosia: Tata! Tata! Rycerz natychmiast się budzi, doskakuje do dziecka i bierze je na ręce. R: Zosia, Zosieńka! Z: Tata, głodnam. 32 Kimkolwiek jesteś. Rzecz o bł. Dorocie z Mątów Rycerz ociera łzy z oczu. Z torby wyciąga kawałek chleba. R: Masz tu. Zaraz mleka świeżego dostaniesz i co zechcesz. Jezu Litościwy! D: Jakiż piękny dziś dzień nastał! Bogu niech będą dzięki! R: Jużem stóp twoich błogosławiona Doroto niegodzien całować. D: Idź teraz, dziecku daj jeść. Umyj i przebierz w czyste szaty. Najświętsza Panienka rzekła mi, że Zosia żyć będzie długo w zdrowiu. Modlić się będę za was, byście bezpiecznie wrócili do domu. R: Ja zaś za ciebie modlić się będę i Bogu dziękować za cud ów, twoim wstawiennictwem dokonany. D: Idźcie już. Daleka droga przed wami. R: Bądź zdrowa Doroto. O wszystkim, com tu ujrzał opowiem w Polsce. D: Idźcie, by kto ciebie panie nie rozpoznał. Idźcie z Bogiem. R: Z Bogiem Doroto. Rycerz z dzieckiem na rękach odchodzi. SCENA X bł. Dorota, Anna Dzień. Od strony cmentarza stoi Anna. Anna: Czy słyszysz mnie pani?! Dorota: Słyszę głos kobiety cierpiącej. A: Bądź błogosławioną. Jest jako rzeczesz, pani. Już nie wiem, co mam robić.(Milczy) D: Powiedz i ja jestem kobietą. A: Na imię mi Anna, mój mąż Bernhard. Mamy siedmioro dzieci. Nie przelewa się, ale i głodu nigdy u nas nie było. Jest jednak strach i ból.(Milczy) D: Powiedz wszystko. A: Mąż zawsze był porywczy - taki ma charakter, ja zaś bardzo jestem spokojna i to również jest moja wada. D: Złości się o to? A: A jakże. Ostatnio jakby diabeł w niego wstąpił. Nic tylko burczy coś pod nosem albo krzyczy. To jeszcze wytrzymać mogę, ale bić zaczął. Z początku znów myślałam, że to moja wina - że zasłużyłam, ale gdy przyjdzie do domu, a wypije, to zaraz krzyczy, rozbija naczynia, rzuca nimi we mnie i dzieci, a jak dopadnie, to bije jak opętany. Boję się, że nas okaleczy albo pozabija. D: Czyli nigdzie się schować nie możecie? A: Nigdzie, łaskawa pani. Tylko nam uciekać do lasu pozostało. Rodziny tu nie mam. A jak o tym wspomnę komu, to mówią, że pewnie to wszystko z mojego powodu. D: Żaden powód, gdyby był nawet, nie dość byłby dobry, by rękę mąż na żonę i dziatki podnosił. Sam diabeł znalazł w nim upodobanie. Agnieszka Korol 33 A: To jakże, diabłu przysięgałam? D: Mężczyźnie, który miał być mężem twoim. Teraz nim nie jest. Sam wyrzekł się tego, co przysięgał przed Bogiem. A: Co mi radzisz o najmądrzejsza? D: Jestem jako i ty, z ludu, nieuczona. A: Ty jedna mnie wysłuchałaś i nie odrzuciłaś. D: Zatem w jednym pomóc ci mogę, Anno. Postaraj się przyprowadzić tu Bernharda, bym mogła z nim mówić. A: Nie wiem czy przyjdzie. D: Przyjdzie, jak Bóg pozwoli. O to modlić się będę dzisiejszej nocy. Ty również módl się o to. Diabeł silny jest i mocny, ale modlitwy boi się jak święconej wody. Postaram ci się pomóc, jak tylko zdołam. A: Już napełniłaś mnie siłą i dodałaś otuchy. D: Idź z Bogiem. A: Z Bogiem Doroto. SCENA XI bł. Dorota, Bernhard Bernhard: Jestem Bernhard, mąż Anny. D: A więc przyszedłeś. B: Nie wiem, co żona na mnie wygadywała, lecz prawdą jedyną jest to, żem przykładny mąż i ojciec. D: Zatem nie podniosłeś ręki swej na żonę i dzieci? B: Jakże to! To takie rzeczy opowiada? D: Po cóż miałaby kłamać? B: By zemścić się na mnie. D: Za co? B: Bo... Bo nowej sukni jej nie sprawiłem. Ta, którą ma, wszak nie dziurawa. D: Przyznaj prawdę, uklęknij i pomódl się, by Bóg ci wybaczył. Dziś w nocy, gdy modliłam się o waszą zgodę, przemówił do mnie sam Jezus. Bernhard klęka i żegna się. B: Sam Jezus? D: On sam. Rzekł do mnie głosem smutnym i stroskanym tak: Niechże opamięta się ten, co bije kobiety i dzieci, bo kara ciężka po śmierci go spotka. Ciężkie jarzmo mam tu nagotowane na tych, co w porę się nie opamiętają i twardy, ognisty rzemień. B: Ale ja... Nic takiego. Trochę porywczy jestem, ale zwykle dopiero jak wypiję. Zona ciągle denerwować mnie musi. 34 Kimkolwiek jesteś. Rzecz o bł. Dorocie z Mątów D: Rzekł jeszcze Jezus: Bernhardowi powiedz, by szatę pokutną nałożył i krzyżem w kościele legł, a modlił się tak długo, aż diabeł go opuści. Jeżeli to nie pomoże, biczować się powinien, a jeśli i to nie pomoże, na pielgrzymkę wybrać się musi daleką. B: Z czego żyć będzie wtedy moja rodzina? D: Dadzą sobie radę, bo Anna wytrzymała na trudy a i Bóg jej dopomoże i ludzie, których o to poproszę. Tylko od ciebie jednak będzie zależało, czy zdołasz szybko diabła od siebie odpędzić. B: Ode mnie? D: Diabeł niełatwym przeciwnikiem jest, ale w porę wykryty - wszak jako rzecze twoja żona od niedawna wstąpił w ciebie - zdołasz go pokonać. Wierzę w to mocno. B: Jakże to, diabeł? D: Ciesz się, że żona tak bardzo cię kocha, że jeszcze cię nie opuściła. Spokojna jest i cierpliwa, lecz nawet to cię złości. Odrzuć od siebie tę złość, która drąży twoją duszę i twoje ciało. Rzuć picie, gdyż ono cię ku diabłu sprowadza. Zajmij się dobrymi uczynkami. Módl się i pracuj ze śpiewem na ustach. Wówczas diabeł nie przystąpi już ku tobie. Z daleka trzymać się będzie. Twa żona i twoje dzieci szczęśliwe będą. Będą ci błogosławić, jako i ja ci błogosławię, by ci się udało pokonać złego. Teraz módlmy się: Ojcze nasz, któryś jest w niebie... Modk} się. Światło gaśnie. SCENA XII Jan z Kwidzyna, Jan Monch Jan i Monch znajduje} się w celi Jana. Proste meble. Monch siedzi na krześle, Jan stoi lub chodzi po celi. Jan: Widzę od jakiegoś czasu, że Dorota jakby słabsza i bledsza. Monch: Wciąż jednak wesoła, śpiewa. Skąd bierze na to siły. Nic prawie nie je. J: Na nic moje prośby, nie chce słuchać. M: Mówi, że siłę dają jej Jezus i Maryja. J: To siła duchowa, ciało potrzebuje strawy. M: Tak mi się zdaje, że jej pilno do Boga. J: Czy coś ci mówiła, księże biskupie? M: Rzekła, ze Jezus już ją wzywa do siebie. J: Co na to rzekłeś, panie? M: Rzekłem, że tu jest nam bardziej potrzebna. J: Cieszę się, że to jej powiedziałeś. M: Odpowiedziała, że to nie od niej zależy. Spytałem, czy będę mógł przy niej czuwać w ostatnich jej dniach, stanowczo odmówiła. J: Jakże to? M: Chce spotkać się z Bogiem sama, bez świadków. Agnieszka Korol 35 J: Tak wiele ma tu jeszcze do zrobienia na ziemi. M: Nie zbadane są ścieżki Pana. J: Wiele jej zawdzięczam. Nadała nowy sens mojemu życiu. Z początku, gdym tu trafił, czułem się tak trochę jak na wygnaniu. Wziąłem się za siebie. Oddałem się pracy prostej, by być tu dla zwykłych ludzi, dla kościoła. M: Wielce to chwalebne. J: A Dorota... Bije od niej niezwykła radość, mimo tych ran, co na sobie nosi. M: Mało kto się domyśla, skrywa je skrzętnie. J: Ran duszy i ciała. Życie jej nie oszczędzało. Mimo to, nie spotkałem drugiej takiej radosnej osoby. M: Niektórzy sądzą, że szalona, ja myślę, że święta. J: Ja też tak myślę. Spisuję jej objawienia i myśli. Jakżem ja, człowiek uczony maleńki przy niej jestem. Jakże głębokie są jej słowa. Gdy czasem zapomnę się i mówię do niej językiem teologa, mówi, że nie rozumie i że gdy księża na ambonie mówią w ten sposób, ludzie nie słuchają. Bo do wiernych przemawiać trzeba ich językiem i mówić o Bogu tak, jakby był z nimi razem ,jak jeden z nich, bo przecież jest z nimi. Kapłan winien być jego ustami, lecz nie wynosić się ponad innych, być skromnym i pobożnym. M: I mnie to mówiła. J: Chwaliła cię panie biskupie, że kodeks przeciwko zapobieganiu dalszemu upadkowi obyczajów księży spisałeś kilka lat temu. M: Najprostsze jeno zasady, ale najważniejsza, to taka, że nie wolno księżom posiadać majątku. J: To ciężki warunek. M: Ale zgodny z zasadą ubóstwa. Także o wstrzemięźliwości co do kobiet, obyczajnym zachowaniu przy stole i obowiązku modlitwy dziękczynnej po posiłku. J: Chwalebny to kodeks. M: Chociaż ty go przestrzegasz. J: Nie tylko ja. M: Dorota ubolewa nad tym, jak mało księży przestrzega tych zasad. Nie tylko nie żyją w ubóstwie, jak przyrzekali, często bogacą się krzywdą ludzką. J: Jakiż to przykład dają, gdy wokół nędza, choroby, wdowy i dzieci bez środków do życia. Pierwej winni pomoc czynić, tę duchową a także materialną, jeśli tylko mogą. M:Także rycerze zakonni rządzą się już tylko własnymi prawami. J: Nie boją się Boga, nie boją się też nikogo i niczego. M: Nie Bogu służą więc, lecz diabłu. J: To także uświadomiła mi Dorota. M: Jak odejdzie, nic już nie uratuje zakonu. J: Jeżeli Bóg tak chce... 36 Kimkolwiek jesteś. Rzecz o bł. Dorocie z Mątów SCENA XIII Bł. Dorota, Jan z Kwidzyna Ranek. Dorota: Jakżem radosna. Jan: Dziś dzień ciemny, ponury. D: W mojej tu celi nie ciemniej niż zwykle. Jestem radosna, gdyż Jezus wzywa mnie już do siebie. J: Skąd wiesz? D: Powiedział mi. JJak? D: Zwykle nie sypiam, jak wiesz, księże Janie. Ale dziś wydawało mi się, że zasnęłam. Ujrzałam Jezusa wiszącego na krzyżu. Miał wykrzywioną bólem twarz. To było straszne, ale zaraz uniósł się w powietrze i już był radosny i rzekł do mnie: Pojutrze, przyjdziesz do mnie. 1 się obudziłam. J: Pojutrze? D: Tak, jestem tego pewna. J: Co my tu bez ciebie zrobimy? Tylu ludzi czeka na twoją pomoc. Cisza D: Kiedy już tam będę. Bóg wskaże mi do nich drogę. Będę u stóp Jezusa i Najświętszej Panienki błagać o łaskę dla nich, o wybawienie i pomoc. Ludzie często nie wiedzą, jak postępować, by się Bogu podobać. Bo i skąd mieliby to wiedzieć? J: Od kapłanów. Czyż tak, jak i ja nie głoszą kazań, w których radzą jak żyć uczciwie i zgodnie z wolą bożą? Wystarczy uważnie słuchać. D: A jeśli opacznie zrozumieją? Także rzadko kto w piśmie uczony, co by z mądrych ksiąg wiedzę mógł czerpać. Nie każdy łacinę zna, by zrozumieć co z tych pism. J: Nie w księdze mądrość, jeno w słowie. Ja twe słowa Doroto wszystkie spisuję. Nie przepadną już tu, na ziemi. D: Bardzom ci wdzięczna księże Janie. J: Jam ci Doroto takoż. Dokąd cię tu nie było, wątpiłem nieraz w sens świata i ludzi. Również w samego siebie. Teraz wiem, że każdy człowiek, czyli mąż, czyli niewiasta, stary, czy młody, może prawić mądrze lub głupio. Gdym cię pierwszy raz zobaczył i wysłuchał, ujrzałem cię, jakbyś z innego świata tu przyszła. Dzięki tobie moje powołanie stało się silniejsze i mądrzejsze. Widząc i słysząc cię, wierzę mocniej w chwałę Bożą. Kiedy widzę te tłumy ludzi, które przychodzą po radę albo pomoc do ciebie, lub tylko pomodlić się w twojej bliskości, wierzę mocno, że one zmieniają się tak, jak ja pod wpływem radości, którą nam dajesz. To jest radość życia, radość istnienia. Również radość z życia po śmierci. Jakże my tu bez ciebie... Agnieszka Korol 37 D: Tak być musi księże Janie. Rozstaniemy się tylko po to, by już na drugim świecie spotkać się na nowo. J: Wiem to, ale jakże to pojąć? D: To tajemnica. Ja już jestem na nią gotowa. J: Bóg cię bardzo kocha, Doroto. D: On kocha wszystkich, wystarczy wyciągnąć do niego rękę. SCENA XIV Rycerz, Zosia, mężczyzna. Rycerz wraca wraz z córeczkcf. Słychać dzwony. Rycerz zatrzymuje się, klęka, żegna się. Obok klęka przechodzcfcy opodal mężczyzna. Rycerz: Jakże żałośnie dzwonią dzwony. Czy coś się stało? Mężczyzna: Nie wiesz, że Dorota co cuda czyniła, z Kwidzyna, niechże Bóg jej błogosławi, odeszła do Pana? Wielka żałoba i smutek na nas padły. R:Toż mi ona córkę uzdrowiła. Jeszczem Dorotę widział żywą! M: Niejednemu pomogła, a i teraz, kto w modlitwie się do niej zwróci, pomaga. Ludziska na pogrzeb idą. Pono w katedrze kwidzyńskiej ma spocząć. R: Pewnie już w niebie ona, co mi Zofkę uratowała. M: Tak i ja myślę. Bóg z tobą wędrowcze. Dziecko do matki prowadź. R: Także i Bóg z tobą. Mężczyzna wstaje i odchodzi. Rycerz ociera oczy. Zosia: Nie płacz tatku. Dobra pani z nieba na nas patrzy. R: Gdzież że, nie widzę.(wypatruje) Z: Cała w tęczy. R {Przytula Zosię): Także i ja widzę. Bóg z tobą, Doroto, {zwraca się w kierunku nieba) Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY UCZENIE, NAUCZANIE Pani H., znajoma nauczycielka, traktuje przejście na emeryturę jako prawdziwe dobrodziejstwo. Ostatnie lata pracy w ogólniaku, gdzie uczyła fizyki, będzie do śmierci pamiętać jako niewyobrażalną mękę kogoś, kto nie odczuwał cienia szacunku ze strony uczniów. Przecież nauczyciel - mówiła lekko podniesionym tonem - musi być dla nich autorytetem, inaczej wszystko jest postawione na głowie. Zaprosiłem panią H. do stoczniowej sali BHP, gdzie na zaproszenie Fundacji Centrum Solidarności miałem wygłosić wykład poświęcony właśnie autorytetowi nauczyciela. Nie skorzystała z zaproszenia mówiąc, że chce wreszcie mieć to wszystko poza sobą. Szkoda, byłem ciekaw jej komentarza na temat tego, co mówiłem. A zacząłem od spraw uchodzących za oczywiste. Że świat społeczny jest - dobrze to, czy wręcz przeciwnie - światem ludzi dorosłych. Że ich dziełem jest kultura będąca nieomal synonimem wychowania - zarówno grecka Ttaióda jak i łacińska cultura mówią o prowadzeniu, formowaniu, hodowaniu. To dorośli są dydaktykami, wychowawcami, autorami książek dla dzieci. Jako sympatyczną prowokację potraktowano głos Georga Christopha Lichtenberga, który ponad dwieście lat temu rozeźlony wołał, by wreszcie dzieci zaczęły pisać książki dla staruchów. W ubiegłym wieku na coś podobnego zwracała uwagę autorka „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren: „Nie jest trudno pisać dla dzieci, jeśli człowiek czuje jak dziecko. Jednak wielu autorów pisze z myślą o krytykach literackich. Piszą książki dla dzieci, które tak naprawdę nie są do nich adresowane. Ponad głowami dzieci uśmiechają się porozumiewawczo do dorosłych. To coś okropnego”. Mówiłem też o tym, że w zachodniej kulturze dość wcześnie ujawniły się dwa odmienne sposoby myślenia o wychowaniu: didaskalocentryczny i pajdocentryczny. Pierwszy - dominujący do dziś w szkolnictwie - zakłada pierwszoplanową rolę nauczyciela (óiódoKaZoę to nauczyciel, także mistrz, reżyser). Wychowanie jest tu pojmowane jako urabianie na rzecz powziętych z góry celów (treści, wartości i umiejętności). W drugim modelu to uczeń, dziecko (jiaię) jest właściwym punktem odniesienia dla nauczycielskich poczynań. Aprioryczne cele zastępowane są teraz możliwościami sytuacyjnymi, zaś urabianie - pedagogiczną akuszerią, którą jako pierwszy posługiwał się Sokrates. Wspomniałem o anegdocie mówiącej, że ateński filozof nie poszedł drogą ojca, Sofroniskosa, który był rzeźbiarzem i wymuszał na materiale własną formę (dopiero Michał Anioł powie, że rzeźbiarstwo jest odsłanianiem formy już istniejącej). Wybrał drogę matki, Fainarete, pracującej jako położna. Ona pomaga rodzić się dzieciom, więc on będzie pomagał rodzić się myślom, przypominać (dvdpvriaię) i uświadamiać to, co wrodzone. Podejście to zyskało miano metody majeutycznej (pata to położna). Andrzej C. Leszczyński 39 zaś jej narzędziem były pytania. Wychowanie ma być „troską o dusze” ('yu/śę ŚTtipEkEia), czyli szukaniem mądrości - nie zaś przysposabianiem do wykonywania użytecznych funkcji i ról. Wychowanek jest wartością autoteliczną, nie instrumentalną; celem wychowania jest człowiek, nie wiedza czy umiejętność. Powtarzał to dwa wieki temu znakomity szwajcarski pedagog, Johann Pestalozzi: nie uczymy przedmiotu, uczymy dzieci. Trudno się dziwić krytykom, jakich doczekał się pajdocentryzm ze strony orędowników pedagogiki opartej na autorytecie nauczyciela. Zarzucali mu psychologizm i związaną z nim relatywność treści kształcenia. Mówili, że skoro cele, środki i metody kształcenia uzależnione są od cech psychofizycznych wychowanka, przeczy to możliwości obiektywizacji treści kształcenia. Uczeń - horribile dictu! - nie byłby już przedmiotem wychowania, lecz jego wyznacznikiem. Rzeczywiście, gdyby tak na to spojrzeć, pajdocentryzm byłby czymś w rodzaju „anty-pedagogiki” rozumianej tradycyjnie jako urabianie. Myślę jednak, że przy odrobinie dobrej woli określenie to można uwolnić od negatywnych konotacji, podobnie jak kilkadziesiąt lat wcześniej uwolniono od nich nurt kliniczny zwany „antypsychiatrią”. Tam także chodziło o wydobycie człowieka z zewnętrznych determinacji, do jakich odsyłały behawioryzm i psychoanaliza, o zobaczenie go jako podmiotu. Pedagogika pajdocentryczna zakłada spotkanie nauczyciela z kimś, kto nie przypomina niezapisanej tablicy (tabula rasa). Przeciwnie, chce spotkać się z kimś, kto sporo wie, zaś przekazywane mu treści porządkuje po swojemu. Pisze o tym prof. Tadeusz Sławek: „Edukowanie nie polega na przekazywaniu informacji; to nie przelewanie wiedzy z pełnej głowy nauczyciela do pustej głowy ucznia. Każda z tych głów jest już pełna czegoś i szkoła nie powinna naginać wszystkich do jednego wzorca [...], lecz przeciwnie - udzielać głosu i wysłuchiwać różnych osób”. Bardzo podobnie ujmuje rzecz prof. Łukasz Turski, fizyk, twórca i szef Centrum Nauki Kopernik: „Przede wszystkim trzeba zrozumieć, że dziecko przychodzące do szkoły to nie jest jakiś stwor z Marsa, który nic nie rozumie, tylko człowiek mający już swoją wiedzę, swoje przekonania, który chce tę wiedze pomnażać. [...] dzieci mają całą wiedzę zdobywać same. Trzeba skończyć z uczeniem. Dzieci mają się uczyć same. [...] Niestety, te dzieci, które są wypuszczane [...] nie są i nie będą do tego przygotowane, ponieważ szkoła je uczy, a nie wdraża do uczenia się”. Jakiś czas po tamtym wykładzie zwróciłem uwagę na język. Odpowiednikami polskiego nauczyciela są bułgarski yMHTCJi, chorwacki ućitelj, czeski ućitel, rosyjski yuHTejib, słowacki ućiteL Także w języku angielskim nauczyciel to w gruncie rzeczy „uczyciel”, teacher (uczyć -teach; nauczyć - learn). Przytaczam te określenia, żeby pokazać, że nauczanie to nie całkiem to samo co uczenie, źe osoba ucząca wcale nie musi nauczać. Nauczanie prowadzi do nauczenia, uczenie takiego celu nie zakłada. Różnica dotyczy stanu dokonanego i niedokonanego, domykania i pozostawania na edukacyjnej drodze, która nie wiadomo dokąd może zaprowadzić. O wartości takiej drogi mówiła na wykładach z andragogiki (słuchał ich wraz ze mną kol. Wacek Bielecki) pani doc. Elżbieta Zawacka (cichociemna, ps. Zo, po 1989 roku awansowana do stopnia generała). Z lubością przytaczała takie określenia, jak permanente education czy long life education. Prof. Jacek Bomba we wspomnieniu o swoim mistrzu Antonim Kępińskim pisze o widocznej u niego postawie animistycznej, która opiera się na „odrzuceniu schematów, budowaniu kontaktów, wchodzeniu w relację prowadzącą nie wiadomo dokąd. Terapeuta, rozpoczynając podróż poznawczą, nie wie, dokąd sam dojdzie, nie ma jasnych i wyraźnych celów”. 40 Okruchy Ten, kto jest nauczony, pozostaje zakładnikiem tego, co wie. Jacek Ostaszewski, muzyk i pedagog (zapraszałem go do warsztatów, jakie organizowałem podczas pracy w Centrum Edukacji Teatralnej), mówi o tym w jednym z wywiadów: „Mam szacunek dla »dyletancenia«, kontakt z kimś takim jest szalenie odświeżający. Kiedy człowiek czuje się ekspertem, staje się zakładnikiem własnego profesjonalizmu i bardzo często tak się dzieje z profesjonalnymi muzykami. Posiadają umiejętności, które są zarazem wartością 1 przeszkodą. [...] Zawsze zachodzi pytanie, co zrobić, żeby zachować umysł początkującego. W umyśle początkującego jest bowiem nieskończona ilość pomysłów, w umyśle eksperta tylko kilka. Powinno dawać do myślenia, że znaczące dokonania naukowe były dziełem ludzi młodych, nie spaczonych zastaną wiedzą. Prof. Leszek Nowak opisywał („Modele pracy badawczej”) dwa sposoby poznawania rzeczywistości: kumulatywny i krytyczny. Pierwszy opiera się na „feudalnej” hierarchii cechowej: każę uczyć się i nie kwestionować. Drugi, przeciwnie, wymaga ustawicznego rewidowania dotychczasowych teorii, zaś pożądanymi cechami są nie erudycja i wierność tradycji, lecz non-konformizm i twórcza wyobraźnia. Jedynym wymogiem stawianym przez mistrza uczniowi jest ten, by znalazł on lukę w dotychczasowej wiedzy - samego mistrza i innych uczonych. Podoba mi się takie wychowanie, które wydobywa i rozbudza uczniowski potencjał. Podoba mi się nauczyciel unieważniający swą obecność, pozbawiony miłości własnej, potrafiący słuchać, a nawet zapisać sobie coś, czego się właśnie dowiedział od ucznia. Ktoś, kto pytany potrafi powiedzieć: nie wiem. Belfer empatyczny, towarzyszący w samorozwoju, potrafiący rozpoznać zdolności i talenty. Marta Handschke, ilustratorka, autorka dopiero co wydanej książki „Brzuch Matki Boskiej”, mówi w wywiadzie, że miała szczęście do szkoły: „uczyłam się w jednej z najprzyjemniejszych szkół w Trójmieście, w Liceum Plastycznym w Gdyni Orłowie. Nauczycielką od języka polskiego była prof. Maria Morawska. Dzięki niej właśnie odkryłam swój potencjał. Wybór tematów poruszanych na lekcjach i sposób ich interpretacji bardzo mnie inspirował”. Wielokrotnie słyszałem od znajomych aktorów, że sceniczne predyspozycje uświadomili im pani albo pan od polskiego, od wychowania muzycznego, od kółka teatralnego; pewnie to samo mogą powiedzieć absolwenci wielu innych kierunków. Bliskie są mi słowa Leszka Kołakowskiego dedykowane jego nauczycielowi, Tadeuszowi Kotarbińskiemu: „Nauczycielem nieskazitelnym, jak wiemy, nie jest bowiem ten, kto zostawia wielu doktrynalnie mu wiernych adeptów czy apostołów, ale ten, kto potrafi, po sokratejsku, ożywić w uczniach wolę prawdy i uruchomić ich własne zasoby wewnętrzne, by chcieli się prawdy dokopywać bez samo zaślepienia i bez znużenia”. A autorytet? Jest czymś naturalnym w wychowaniu didaskalocentrycznym, jednak dla zwolennika pajdocentryzmu stanowi przeszkodę w samorozwoju. Jeśli rozumieć to pojęcie ściśle, jako oznaczające „sprawcę” (auctor) czy choćby „wpływ” (auctoritas), to w przeciwieństwie do pani H. nie sądzę, by był niezbędny w pracy szkolnej. Myślę, że może być wręcz szkodliwy z powodu narzucania gramatyki narzędnika (myślenia „kimś”) i kształtowania tzw. osobowości autorytarnej. To osobowość kogoś, kto ucieka od własnej podmiotowości i szuka swojego miejsca w bezpiecznej strukturze pionowej, czyli w hierarchii. Wstrząsający przykład takich postaw daje znany eksperyment Stanley'a Milgrama (polecam jego książkę pt. „Posłuszeństwo wobec autorytetu”, Kraków 2008). Daje też do myślenia zbieżność leksykalna autorytetu i autorytaryzmu. Człowiek o osobowości autorytarnej („słabosilny”, jak określa go prof. Jadwiga Andrzej C. Leszczyński 41 Koralewicz-Zębik) z zasady poszukuje silnego przywódcy („wodza”), któremu mógłby bez reszty się podporządkować. Ciekawe, że pamiętam do dziś panią prof. Rudawiec (niech będzie mi wolno wymienić jej nazwisko), która uczyła nas historii w gliwickiej podstawówce. Chętnie odnosiła się do problemów związanych z jej przedmiotem, lecz nie bardzo chciała odpowiadać na inne, często przymilne -bo pani na pewno lubi odpowiadać - pytania. Mówiła: o tym porozmawiaj z rodzicami. Albo: spróbuj to sam rozstrzygnąć. Po latach zrozumiałem, że była kimś podobnym do mistrza buddyjskiego, którego ta rola uwiera i robi wszystko, by uczeń go zostawił, odkrył mistrza w sobie. Chyba dlatego pani prof. Rudawiec pozostaje dla mnie autorytetem - że nie chciała nim być. TRESURA Praktyka pedagogiczna jest wciąż oparta na założeniach nauczycielskiej dominacji. W praktyce tej dominuje instrumentalizm (cele) i urabianie (metoda). Nie tyczy to tylko Polski. By się o tym przekonać, wystarczy obejrzeć filmy Michaela Haneke pt. „Biała wstążka” (Złota Palma w Cannes 2009) i „Zło” Mikaela Hafstróma, lub przeczytać cokolwiek Thomasa Bernhardta. Oto komentarz Krystiana Lupy związany z reżyserowaniem dramatu Bernhardta pt. „Wymazywanie” (premiera 2001, Teatr Dramatyczny w Warszawie): „Każda społeczność tworzy swoich nowych ludzi - dzieci trzeba przerabiać na dorosłych, same tego nie zrobią. Do produkcji człowieka służy tzw. kindersztuba. Polega ona głównie na nauce rezygnacji - młody człowiek chce wszystkiego; dorosłe indywiduum dalej chce wszystkiego, ale już sobie na to nie pozwala. [...] Zrobienie faceta jest trudniejsze niż kobiety, w związku z tym jest on bardziej zakłamany; kobiety mają większy dostęp do tego, co naturalne. Metody wychowawcze służące do produkcji mężczyzn są niesłychanie restrykcyjne, oparte na zakazach. [...] Dzieci są w ten sposób tresowane. Dzieje się to, zanim zdołają rozwinąć krytyczne wnioskowanie, czyli są tresowane bezmyślnie. Potem nie mogą samodzielnie poradzić sobie z dylematem moralnym. Tak trzeba i koniec”. Zwolennikiem radykalnego „tworzenia nowych ludzi” jest baptysta i misjonarz Michael Pearl. Tytuł książki, jaką napisał wraz z żoną Dębi, mówi nie o tresurze, lecz o treningu („To Train Up a Child”). Jedną z jego form jest bicie (ukazane też zresztą zarówno w „Białej wstążce” jak i w „Złu”). „Kiedy nadchodzi czas, aby użyć rózgi, weź głęboki oddech, uspokój się i pomódl się na przykład takimi słowami: »Panie, niech te razy będą błogosławieństwem dla mojego dziecka. Oczyść go ze złego humoru 1 buntu. Pomóż mi właściwie zastąpić Ciebie w tym karceniu«”. Małżonkowie polecają też głodzenie dzieci, polewanie ich zimną wodą itp. Przyznam, że ogarnął mnie gniew, gdy czytałem te słowa. Prowadziłem wiele warsztatów kształcących umiejętności praktyczne (m.in. treningi komunikacji i ekspresji), w wielu sam uczestniczyłem, zawsze chodziło w nich o ujawnienie własnego ja w relacji z problemem czy z drugim człowiekiem. Bicie widoczne jest właśnie, jako tzw. stymulacja negatywna, podczas tresury zwierząt, czyli wyrabiania nawyków poprzez powtarzanie danej czynności. Oparta na biciu relacja wychowawcza oznacza po prostu przemoc tresera (dorosłego) wobec dziecka. CHŁOPCZYK Chcę zakończyć fragmentami wiersza Helen E. Buckley pt. „Chłopczyk” („The Little Boy”). Najpierw jednak przytoczę wypowiedź znanej sopranistki, pedagoga i twórczyni La- 42 Okruchy boratorium Głosu, Olgi Szwajgier: „Dziecko kiedy rysuje lub maluje, ma otwarte usteczka i wysuwa język. Dziecko jest absolutnie wolne w swojej twórczości; to jego rodzice, potem nauczyciele, ostrymi dyspozycjami każą mu obciosać jego naturalne i intuicyjne instynkty. Straszone nakazami i rozkazami - chowa się, kurczy; zamiast oddechu - bierze szybki i przykurczający gardło haust powietrza. Spina się w każdej swojej cząsteczce”. Oto wiersz: Na^hzedł czas, by mały chłopc^^k poszedł do szkoły. Chłopc:^k był naprawdę mały/, A szkoła bardzo duża. Pewnego dnia/. Gdy chłopczyk poznał Ją już łepiej, Nauczyciełka oświadczała/ - Dziś' będziemy rysować. Świetnie!-pomyśłał chłopczyk./Lubił rysować. Umiał rysować przeróżne rzeczy:/ Lwy i tygrysy, Kury i krowy,/ Pociifgi i statki... Wycii^gn^ł więc pudełko kredek/1 zabrał się do pracy. Lecz pani krzyknęła:/ - Poczekaj! Nie zaczynaj jeszcze! I sama czekała, aż wszyscy będc} gotowi. - Uwaga - odezwała się znowu:/ - Będziemy rysować kwiaty. Świetnie!-pomyśłał chłopczyk./ Lubił rysować kwiaty. Narysował więc zaraz kiłka/ Różowych i pomarańczowych, i niebieskich. Nauczyciełka zawołała:/ - Poczekaj! Pokażę wam, jak się rysuje. I narysowała na tabłicy kwiat./Był czerwony, zziełom} łodyżki}. - A teraz - oznajmiła/ Możecie zaczynać. Mały chłopczyk spojrzał na kwiat na tabłicy,/ Potem spojrzał na swoje. Jego własne kwiaty podobały mu się bardziej,/Lecz nic nie powiedział. Odwrócił zwyczajnie kartkę/1 narysował taki kwiat jak nauczyciełka: Czerwony z ziełoncf łodyżki}. Już wkrótce/ Chłopczyk nauczył się czekać,/ Obserwować I robić wszystko jak jego pani. Już wkrótce/ Nie umiał robić rzeczy po swojemu. 43 Andrzej Kasperek Z flisem przez Żuławy Zastanawiam, się, ilu z turystów stojących przed toruńskim pomnikiem flisaka lub mieszkańców Bydgoszczy mijających rzeźbę „spławnika”, jak kiedyś mawiano, na bulwarze przy moście nad Brdą wie, kogo owe posągi przedstawiają? A w nadwiślańskich miastach podobne pomniki znajdziemy także w Sandomierzu i Grudziądzu. Oraz Kamieńczyku, kiedyś ważnym i prężnym ośrodku flisackim, w którym mieszkało około czterdziestu retmanów, czyli kierowników spławu i stu podmajstrzych. Flisak i oryl to wyrazy bliskoznaczne oznaczające osobę zajmująca się spławianiem drewna i zboża oraz innych towarów Wisłą i uchodzącym i do niej rzekami do Gdańska. Dziś z tą profesją może się kojarzyć tylko jedna z największych atrakcji turystycznych ^efaftUn ^don^wlts (4ccrnuł) l!t, 1551 » Hnfinurtyctcft «*i- IW8> Portret S. E Klonowica, w naszym kraju, czyli spływ po Dunajcu organi- źrótEo: httf>://uiww.gdanskstrefa.com/poeta-doctus/ zowany przez Polskie Stowarzyszenie Flisaków Pienińskich. Próżno szukać tratw płynących po rzekach w innych częściach Polski. Ryszard Kapuściński w książce „Busz po polsku” (1962) w reportażu „Ocalony na tratwie” opisuje Józefa Jagielskiego spławiającego drewno po Drwęcy. Na Pojezierzu Brodnickim tratwy płynęły do tartaków jeszcze w latach siedemdziesiątych. Wciąż jeszcze tradycje flisackie kultywuje się w miasteczku Ulanów położonym u ujścia Tanwi do Sanu. Działa tam nawet Bractwo Flisackie, które skupia około 150 członków, w 2009 roku odbył się tam Międzynarodowy Zjazd Flisaków a w roku 2015 otwarto Muzeum Flisactwa Polskiego. Jest zastanawiające, jak mocno flisacy zaistnieli w polskiej pamięci i w kulturze. Renesansowy poemat „Flis”, „Oryl” - sztuka napisana przez, zapomnianego dziś, Władysława Łebińskiego, opera „Flis” Stanisława Moniuszki, obrazy Wojciecha Gersona oraz Wilhelma Augusta Stryowskiego... Wiślana żegluga nie była łatwa, wymagała dużej biegłości - podołał temu tylko ret-man i załoga, która dobrze znała „krętej Wisły rozliczne figury”'. Ale zawód ów stał się symbolem wolności, mimo tego, że wykonywali go pańszczyźniani chłopi oddelegowani do tych zadań przez swych panów. Te miesiące spędzone na tratwie, często pod ' Wadaw Potocki „Jowialitates”. Cytuję wg: Zygmunt Ciloger „Dolinami rzek. Opisy podróży wzdłuż Niemna, Wisły, Bugu i Biebrzy”. Cyt. za: https://literat.ug.edu.pl/gloger/006.htm 44 Z flisem przez Żuławy gołym niebem dawały swobodę, której nie było na polu czy w zagrodzie pod czujnym okiem ekonoma. A poza tym wiązały się z konkretnym zarobkiem. Stąd też zauważa Sebastian Klonowie: Bo kiedy już flis zasmakuje komu, Już się na wiosnę nie zastoi w domu. [...] Choćbyś mu stawiał najlepszą zwierzynę. Przecie on woli flisowską jarzynę^. Słowo flis oznacza zarówno spław drewna i innych towarów oraz tych, którzy się tym zajmują’. W „Encyklopedii staropolskiej” Zygmunta Glogera znajdziemy definicję tej profesji: Flis, flisak, fliśnik, z niemiec. Fldsser - oryl, żeglarz rzeczny, szkutnik, spławiający głównie drzewo i zboże do portów morskich^. Szlachcic decydując się na spływ z towarem do Gdańska mógł skompletować załogę ze swych chłopów pańszczyźnianych. To było wyjście najtańsze, ale wcale nie najlepsze, bo praca na tratwie, szkucie, galarze czy komiędze wymagała specyficznych umiejętności nabywanych razem z praktyką. Trzeba było lat pływania, żeby stać się retmanem, czyli kapitanem, sternikiem lub wykwalifikowanym orylem, który wcześniej był frycem - nowicjuszem, czeladnikiem uczącym się fachu’. Grupa wiślanych przewoźników była bardzo liczna, w XVII wieku założyli wlasnĄ organizacjęprzypominaj^cĄ rzemieślniczy cech miejski, a król Władysław IV Waza nadał im przywileje cechowe*". Było to zajęcie sezonowe. Transport zaczynał się wiosną, jak tylko kry zeszły, dlatego zwano go fryjor, od słowa: Friijahr. Latem ze względu na niski poziom wody ruch ustawał, Wisła ożywała po żniwach. Zboże czekało na transport w spichrzach, które były widomym symbolem bogactwa i potęgi nadwiślańskich miast. Klonowie wymienia to słowo wielokrotnie: Tamżeć spichlerze Brzestkie zajdc} w oczy /.. .J ujzrzysz Nieszawę czerwony / Spichlerzów długim rzędem obsadzone}; [...] Obflte żniwa i gumna Kujawskie /Tam się s'cie}gaje} w spichlerze Nieszawskie” [78-79]. Kiedy transport dotarł do Gdańska często towar musiał czekać na rozładunek. Flisacy rozbijali się obozami, palili ogniska, grali na skrzypkach. Takich ich widzimy na płótnach gdańskiego artysty Wilhelma Augusta Stryowskiego: „Flisacy - wieczór nad Wisłą” (1881). Obdarciuchy, w słomianych kapeluszach lub baranicach na głowie, ubrani w spodnie i kabat z grubego niebielonego płótna przepasany krajką, bosi lub w lichych łapciach z łyka albo obuci w podkute ćwiekami drewniaki (specjalnie robione do chodzenia po mokej tratwie), często podpici i ćmiący lulki. Bolesny to widok, szczególnie jeśli zestawi się go z obrazem „Szlachta polska w Gdańsku” (ok. 1900), na którym szlachcice wyglądają wspaniale, ich bogactwo aż bije w oczy. Ba, ktoś musiał zarobić na te szaty z jedwabiu lub złotogłowiu, sobolowe czapki i safianowe buty. ^ Sebastian Fabian Klonowie „Flis, to jest spuszczanie statków Wisłą i inszemi rzekami do niej przypadającemi”, oprać. Stefan H rabec, Wrocław 1950, s. 50. Wszystkie dalsze cytaty z tego dzieła wg tegoż wydania, podaję numer strony w nawiasie kwadratowym, ’ Zob.: Adam W. Reszka „Profesjonalizm i horyzonty mentalne flisaków i marynarzy wiślanych”; http://absta.pl/adam-w-reszka-profesjonalizm-i-horyzonty-mentalne.html * Zygmunt Ciloger „Encyklopedia staropolska ilustrowana”, Warszawa 1974, t.2, s. 158-159. ’ Stąd wciąż żywotne w języku wyrażenie; „płacić frycowe”. ‘ https://pl.wikipedia.org/wiki/Flisak Andrzej Kasperek 45 Gdańszczanie przychodzili oglądać flisaków, jakby byli to przybysze zza oceanu. Johan-na Schopenhauer, matka słynnego filozofa, opisuje w „Gdańskich wspomnieniach młodości” (rzecz dzieje się w połowie ósmej dekady XVIII wieku) widok z Długiego Mostu (czyli Długiego Pobrzeża) na przepływającą flotę polskich statków, które tak naprawdę są prymitywnymi tratwami. Wy(laji{ się one tak niewygodne i kruche, że z trudem poj(}ć można, w jaki sposób odbywajc} szczęśliwie, bez zatonięcia, tak odlegle} drogę. Toteż po osie}gnięciu celu podróży rozbijaje} je, drzewo sprzedają, a załoga poprzez bagna, le}ki i bezdroża powraca piechotę} do domu'. Autorka opisuje tych ciężko „wiosłujących Szymków^” i ze zdziwieniem zauważa, iż można by pomyśleć, że obserwator znajduje się na jednej ze świeżo odkrytych wysp południowych, wśród łodzi dzikich łudzi. Tak zupełnie nieeuropejsko wygłe}daje} jeszcze obecnie Szymkowie i ich flotyłła. Ze coś podobnego jeszcze istnieje w se}siedztwie Niemiec, w tym be}dż co be}dż cywiłizowanym kraju, wydoje się niewiarygodne.'^'. Autorka jest osobą oświeconą, ale nie może się powstrzymać od określeń: „dzikie postaci”, „stworzenie, pośredni twór między dzieckiem a małpą” a opisując podpitych flisaków stwierdza: „nasuwa się przy tym porównanie do pary orangutanów”'®. Podobnie sto lat później opisuje spotkanie z nimi Kathe Schirmacher. Jej „Obrazki gdańskie” zawierają rozdział „Flissaki”, w którym pisze, że nad Motławą już rzadko się ich spotyka. Narratorka, dobrze wychowana panienka, zauważa: „Ojciec mawiał, że nie należy przebywać w pobliżu flisaków, bo ich włosy, a także owcze skóry i małe czapki, jakie nosili na głowach, miały zbyt wielu niezbyt miłych mieszkańców”". Dobrze chociaż, że obie panie zachwycają się romantycznym widokiem ognisk, które palą flisacy i zachwycają się grą na skrzypcach „sarmackich Orfeuszy”. Dziewczynka wspomina, że gdy nocą słuchało się ich muzyki, to serce aż pękało ze smutku. Taki właśnie, grający na skrzypkach, flis jest uwieczniony na toruńskim pomniku, postawionym w 1914 roku. Johanna Schopenhauer wzrusza się losem tych biedaków, których życie cenione jest „poniżej wartości psa i lub konia”'^ i opisuje obrazek, który ją zastanowił. Otóż jeden z „Szym-ków” dopadł do beczki ze śledziami stojącej przed składem towarów spożywczych, jednak nie ukradł śledzia; umaczał tyłko ogromny kawał czarnego chłeba, który trzymał w ręku, głęboko w beczce i uciekł nie ogk}daji}c się, jak gdyby złowił świetny zdobycz'^. Córka gdańskiego patrycjusza nie pojmuje znaczenia tego zdarzenia. W jej mieście sól była bardzo tania, bo często statki przypływające tu po ziarno przywoziły ją w ładowniach znad Zatoki Biskajskiej bydź z Normandii jako bałast. W Gdańsku sprzedawano jy często za bezcen. Puste ładownie napełniano zbożem, a statek ruszał w rejs powrotny'^. Tymczasem w Polsce sól była trudno dostępna i bardzo droga a chleb często pieczono bez niej'\ Norman Davies pisał w swej historii Polski: Jakże cudownym miejscem musiał wydawać się Gdańsk przybyszowi z zapadłej wsi! W r. 1600 liczył 50 000 mieszkańców; był pięć razy większy od królewskiej stolicy War- ^ Joanna Schopenhauer „Gdańskie wspomnienia młodości”, przeł. i oprać. Tadeusz Kruszyński, Wrocław 1959, s. 40. ’ W oryginale: „Schimkys”. Dla autorki (ona powtarza tylko określenia używane wśród gdańszczan) wszyscy Polacy to Szymkowie zaś Polki zwie się tu Maruszkami. ’ J. Schopenhauer, op. cit., s. 41. I’ Ibidem, s. 41,43. " Kathe Schirmacher „Obrazki gdańskie”, przeł. Wawrzyniec Sawicki, Gdańsk 2017, s. 27. ’’ J. Schopenhauer, op. cit., s. 41. ” Ibidem, s. 42. '* Piotr Biziuk „Spływ po kasę”, „Focus”, 2009, cyt. za: https://www.focus.pl/artykul/splyw-po-kase ” Do dziś mamy tego ślad w języku - wyrażenia frazeologiczne: „słona [wysoka] cena” i „słono [dużo] za coś płacić”. 46 Z flisem pracz Żuławy szawy ponosi trzy razy więks:^ od Krakowa czy Poznania. [.. .J Człowiekowi, który właśnie przybył z jakiejś położonej w głębi bfdu wsi [.. .J miasto musiało się wydawać niewiarygodnie zamożne, a życie w nim - pełne wszełakiego dobrobytu'^. Po skończeniu swego rejsu flisacy wracali do swych wsi. Bogatsi o 2-4 dukaty, woreczek soli i mnogość wrażeń i przeżyć. Popularna piosenka flisacka opisywała ich dolę: Flisaczkowa żona, siedzi sobie doma. A flisaczek, nieboraczek, robi na chleb jak robaczek, płynie do Torunia'^. W porównaniu z losem zwykłych chłopów pańszczyźnianych i tak byli szczęściarzami! Dzisiaj Wisła jest największą dziką rzeką w Europie. To znaczy naturalną, o nieuregulowanej linii brzegowej i nurcie. Choć niektórzy twierdzą, iejest największe} w Europie niezagospodarowane}, zdewastowane} i porzucone} rzeke}. Rzeczywiście, jej znaczenie jako drogi wodnej, arterii skupiającej ruch towarowy i pasażerski jest znikome i niewiele wskazuje na to, by miało to odmienić. A przecież mogłaby być prawdziwą wodną autostradą'®. Po prawdzie już nią była, bo od XIV wykorzystywano ją jako szlak transportowy towarów masowych, apogeum przypadło na XVn wiek. Ze względu na swe centralne położenie oraz połączenie poprzez sieć dopływów z Wielkopolską, Kujawami, Mazowszem, Podlasiem, a nawet Małopolską, Podolem i Wołyniem rzeka była rzeczywiście wodną autostradą, która zaczynała się w Sandomierzu a kończyła w Gdańsku. Szczególnie, że drogi lądowe były wówczas w opłakanym stanie. Norman Davies opisując polski handel zbożowy zauważa: Pod wzgłędem importowanego zboża, mierzonego w tostach jok. 2,3 tony] wzrósł[onjz 5573 w łatach 1491-92 [...Jdo rekordowej ilości 118 000 lastów w r. 1618'^. Wisła pozostawała główną drogą wodną do końca istnienia Rzeczypospolitej, a ściślej mówiąc do I rozbioru, bo „złoty okres” transportu wiślanego to trzysta lat kontroli Polski nad ujściem Wisły (1466-1772). Bez przesady można powiedzieć Polska wówczas karmiła i budowała Europę, bo eksportowaliśmy głównie zboże, drewno, potaż, smołę... Wisła była wówczas najważniejsze}gospodarczo rzeke}świata. Take} liczbę przewozów, jake} notowano na Wiśle w końcu XVI i w pierwszej połowie XVII w. osie}gne}ł, np. Ren dopiero w 1830 r., a więc dwa wieki później. W latach 1740-1796do portu gdańskiego wpływało ok. 1000 statków wiślanych rocznid^. Szlachcic, który dysponował nadwyżką zboża lub drewna mógł ją spieniężyć na rynku lokalnym, ale zysk był wówczas nieduży. Lepszym wyjściem było sprzedanie swej produkcji '‘ N. Davies, „Boże igreysko. Historia Polski”, przeł. Elżbieta Tabakowska, Kraków 2010, s. 262, '^ Cyt. za: J. Schopenhauer, op. cit., s. 258. '* Od lat „Dziennik Bałtycki” prowadzi akcję społeczną „Po drugie: Autostrada wodna na Wiśle”, ale odzew kolejnych rządów na te słuszną inicjatywę jest znikomy. ” Norman Davies, op. cit., s. 249. “ https://pl.wikipedia.org/wiki/Handel_wiślany Andrzej Kasperek 47 szyprowi, który odbierał zboże, przechowywał je w spichrzach Kazimierza Dołnego, Włocławka lub Grudziądza a potem spławiał do ujścia Wisły, wówczas ryzykował ale i zarabiał dużo więcej. Największy dochód przynosiło jednak samodzielne dostarczenie zbiorów do Gdańska. W „Pamiętnikach” Jan Chryzostoma Paska znajdziemy krótki opis takiej wyprawy. Autor chwali się, jak wysoki zysk otrzymał: Ja też, w Smogorzowie mieszkając, najpierw-szy raz puściłem się na flis. Będ^c Jrycem, trzymałem się starszych szyprów, którzy mi groziii, że mię tam miano podgołić na mieszku, jako to flyca; ałeć z łaski bożej przeciąłem drożej od nich, 40 złotych wyżef-^ Doroczna podróż do Gdańska była dla szlachcica z prowincji wielką atrakcją, okazją do zobaczenia wielkiego świata, posmakowania jego uroków, była to podniecajc}ca przygoda dła całych pokołeń łudzi, których życiowe doświadczenie poza tym ograniczało się do granic własnego fołwar/d^ Chęć zysku bogaciła szlachtę, mieszczan z nadwiślańskich miast i miasteczek, a przede wszystkim z Gdańska, którego patrycjusze bogactwem dorównywali polskim magnatom. Ale najwięcej zysków na handlu polskim zbożem mieli holenderscy przedsiębiorcy, armatorzy i finansiści. Nie można jednak zapominać, że imponujcfcemu wzrostowi eksportu zboża towarzyszyło znaczne zaostrzenie się warunków poddaństwa chłopów. [...] W w. XVI upowszechniła się zasada pańszczyzny tygodniowej. [...] W w. XVIII żc^danojuż nawet 6, 7 lub nawet 8 dniówe/77 Co w praktyce oznaczało, że na roli pana musiał pracować chłop i jego synowie. Taki był gorzki smak gdańskiej Goldwasser, czyli „złotej wódki” - symbolu bogactwa, a nawet zbytku. Pływające w trunku płatki złota dodawały splendoru i poprawiały samopoczucie. Rzeczypo- ^' Jan Pasek „Pamiętniki”, Warszawa 1955, s. 304. “ N. Davies, op. cit., s. 258. » Ibidem, s. 270,273, 274. Wilhelm August Sttyowski Flisaty - wieczór nad Wislcf, 1881, źródło: httf)s://www.gedanof>edia.pllgdansk/?title=STRYOWSKl_WlLllkLM_AUGUST 48 Z flisem przez Żuławy spolita, będąc spichlerzem Europy, powiększała uprawy rolne, eksploatowała swych chłopów i ograniczała ich prawa. Szlachta miast inwestować zarobione pieniądze wydawała je na konsumpcję towarów luksusowych. Wystarczyło, że koniunktura na polskie zboże się zmieniła i ziemiaństwo odczuło bardzo mocno zmniejszenie dochodów. Żeby utrzymać dotychczasowy poziom życia znowu zwiększała obciążenia chłopów, powstawało błędne koło... W zachodniej pierzei lubelskiego Rynku, pod numerem 2, znajduje się piękna kamienica zwana domem Klonowica. Wyróżnia się sgraffitową dekoracją, na fasadzie możemy zobaczyć medaliony z portretami wybitnych poetów związanych z Lublinem: Biernata z Lublina, Jana Kochanowskiego, Sebastiana Klonowica i Wincentego Pola. A także odczytać napis: DOM ONGI SEBASTIANA KLONOWICZA »ACERNA« AUTORA FLISA ODN. RP. 1939. „Acernus” - to łacińska wersja jego nazwiska, pseudonim, którego chętnie używał. Urodził się w Wiełkopolsce, był mieszczaninem, synem Klona (stąd patronimikum, którego używał), ale całe swe dorosłe życie związał z Zamościem (pełnił tam funkcję rektora szkoły), Lwowem i Lublinem. W tym ostatnim pracował jako pisarz miejski, ławnik, rajca, wójt i burmistrz. W 1594 roku wybrał się Wisłą z Warszawy do Gdańska, a owocem tej dwutygodniowej eskapady jest dziełko „Flis, to jest Spuszczanie statków Wisłą i inszymi rzekami do niej przypadającymi” - czteroczęściowy poemat wydany w Krakowie w 1595 roku. O jego popularności świadczy fakt, że trzy łata później opublikowano jego wznowienie w poszerzonej wersji. W renesansie popularnym gatunkiem literackim było apodemi-kum, czyli zbiór praktycznych informacji dla osób, które podróż planują, pierwowzór dzisiejszych przewodników turystycznych. Zawierało ono dobre rady odnośnie tego, jak się przygotować, „jak podróżować, jak odnieść korzyści edukacyjne, krótkie opisy ważniejszych krajów i miejsc wartych zwiedzenia, informacje religijne, obyczajowe dietetyczne”^'* . Spod pióra Acernusa wyszła swoista hybryda, „coś pośredniego między poematem opisowo-podróżniczo-dydaktycznym a przewodnikiem i poradnikiem dla kupców spławiających z flisakami zboże do Gdańska”^\ Autor rozpoczyna od popisów erudycyjnych dając najpierw wyliczenie tematu żeglugi w mitologii, dziełach greckich i rzymskich oraz przegląd dróg morskich od Egiptu i Hellespontu po Lizbonę, Indie i Amerykę. Strach przed żeglowaniem miesza się podziwem dla żeglarzy, którzy wyprawiają się aż na Antypody. Po czym następuje opis przygotowań do spławu, szykowania statku, dzielenia ładunku, kompletowania załogi, a nawet słowniczek gwary flisackiej, etc. Najciekawszy jest jednak zapis podróży po królowej polskich rzek, prawdziwy przewodnik ze szczegółowymi (acz z konieczności lakonicznymi opisami Wisły, położonych nad nią miast oraz jej dopływów. W zakończeniu po łacinie wyjaśnia swe intencje: Totus ergo łibellus nihil docet aliud, quam securitatem naoigandi et mercaturam utiliter exercendi in Vistula fluoio” []Q5] Oznacza to, że: Cala więc książeczka nie uczy nic innego, jak bezpieczeństwa żeglugi i handlu na rzece Wis'le. ^* htlps://pl.wikipedia.org/wiki/Apodemikum ” Ignacy (Chrzanowski „Historia literatury niepodległej Polski (965-1795), Warszawa 1974, s. 249. Andncj Kasperek 49 Znamienna jest owa dwoistość utworu, z która spotykamy się w całym tekście, bo autor to zachwala żeglugę, to ją gani. Klonowie jest „niezbyt konsekwentnym myślicielem”^^. Sam nie może się zdecydować, czy warto pływać, czy może lepiej siedzieć w domu, bo: „Może nie wiedzieć Polak co to morze, / Gdy pilnie orze. [30]. Jak pisze prof. Stefan Hrabec w wydaniu „Flisa” w serii Biblioteka Narodowa to rozdacie, to „cierniowa droga pisarza; próba wtłoczenia dydaktyczno-opisowej treści i założeń praktycznych w ramy literatury pięknej. Przy braku wielkiego talentu poetyckiego takie zadanie narzuciło poematowi z góry dwoistość i brak harmonii”^^ Autor jest moralistą, niczym kaznodzieja, potępia cel wyprawy, czyli handel zbożem spławianym do Gdańska, zwanym przez niego pogardliwie „Chłańskiem”, bo jak otchłań pochłania „poty cnych kmiotków”[39], przez co na rynku krajowym zboże drożeje a [asy są w sposób rabunkowy wycinane^® na drewno i potaż: Choć pola rodzą, (patrz, jaka to srogość) Przedsię tu u nas ustawiczna drogość; Wańczosem [deskami stają się] gaje i niezmierne giną Lasy perzyną. [37-38] Handel ów jest bowiem jest wywołany nie przez rzeczywiste potrzeby, ale przez chciwość i chęć zbytku. I znów pojawia się wspomniana niekonsekwencja, bo kilka stron dalej radzi: Jedz gdzieś umyślił, jedz w Bożą godzinę Cnotliwy ziemku, a obcą rodzinę Karm chlebem swoim, gdyż tam z łaski bożej Przedasz go drożej. [51] Jak to pogodzić z celem tegoż dziełka, które ma Polakom przynieść porady, jak zbożem handlować, żeby zarobić bez zbędnego ryzyka jak najwięcej i jak do Gdańska bezpiecznie żeglować? Literacko utwór nie zachwyca, jest ciekawym zabytkiem literackim, świadectwem złotej ery Rzeczypospolitej, a także opisem zwyczajów i języka flisaków. Według mnie najciekawsze są jednak krótkie opisy mijanych miejsc, miast, mielizn i wodnych pułapek czyhających na flisaków. Od Kazimierza aż do Gdańska, w którym przy „moście, który Niemcy swoją mową / Zielonym zową” [52], bo tam kończyła się wyprawa - zboże trafiało do spichłerzy, drewno na place składowe... Szczególnie zainteresowały mnie wszelkie wzmianki o Żuławach. To chyba pierwszy tekst literacki, w którym znajdziemy opisy płaskiego kraju. “ Julian Krzyżanowski „Historia literatury polskiej. Alegoryzm - preromantyzm”, Warszawa 1979, s. 217. Stefan Hrabec „Wstęp” [w:] S. F. Klonowie, op. cit., s. XI, “ Ubolewał nad tym również Jan Kochanowski pisząc w poemacie „Satyr”; „Gdzie spójrzę, wszędy rąbią, albo buk do huty, / Albo sosnę na smołę, albo dąb na szkuty”. Cyt. za: tenże, „Dzieła polskie”. Warszawa 1980, s. 58. 50 Z flisem przez Żuławy *** Klonowie bardzo poważnie zabrał się do swej pracy w czasie spławu. Były to istne badania terenowe. Był socjologiem opisującym życie oryli, językoznawcą zapisującym słowa ich socjo-lektu oraz geografem spisującym itinerariusz, czyli przewodnik dla podróżnych lub opis podróży z praktycznymi wskazówkami. Jest bardzo sumienny. „Wylicza po kolei, jedno po drugim, wszystkie miasta, osady, wyspy, dopływy; linie graniczne, zamki, opactwa i kościoły, które można dostrzec, płynąc rzeką, wraz z odnoszącymi się do nich historycznymi anegdotami i legendami^’. Warszawa, Czerwińsk, Płock, Włocławek, Toruń, Nowe, Gniew, Grudziądz i Gdańsk. Dwa razy wspomina o osobliwej krainie, która zaczyna się za Grudziądzem. Fragment Doliny Dolnej Wisły od Grudziądza do ujścia rzeki liczy przeszło sto kilometrów. Na mapie’® widać dokładnie, jak mocno w jego wygląd ingerował człowiek. Widoczne jest to szczególnie ma prawym brzegu rzeki - jeśli spojrzymy na mapę to ujrzymy tam mnóstwo kanałów, a gęsta siatka rowów przypomina krakelurę, czyli charakterystyczną siatkę spękań tworzącą się na powierzchni obrazu olejnego. Od Gniewu występuje ona po obu stronach rzeki. Oto interesujący nas fragment: Poniżej za tym przybliżąć się samy. Znaczna robota cnych Prusaków, tamy; Gdzie Wisłę w krygi ujęli głęboką I tak szeroką. Która połknęła strumieni tak siła, I z rzekami się wielkiemi zbraciła, I każdej, która do niej pełną piła. Każdą spełniła A wszakże jednak jest w groźnym tarasie U Żuławianów, na to szpaki na się; I przywiedli ją odjąwszy szaleństwo Na posłuszeństwo. I tędy musi płynąć gdzie jej każą. Bo ma nad sobą ustawiczną strażą; Nie leje z brzegu namniejszego szczęta Groblami zjęta Płynie swym torem wyżej nad rolami, I zawiesistym nurtem nad polami; Niżej niż rzeka żniesz na swoim łanie Bogaty manie. Jak Nil egipski płynie między groble Ujęty, prawie jak między hołoble; I mają na to, ktoby kopał brzegi. Karę i szpiegi. [84-85] ® N. Davies, op. cit., s. 259. * Zob. np. mapę „Z biegiem Wisły: Grudziądz - Gdańsk”, Gdańsk 2004. Andncj Kasperek 51 Tam uwagę autora zwróciły tamy, czyli wały przeciwpowodziowe. W przypisie Klonowie objaśnia: „Tamy żuławskie, y4^er« Yistulae, grobla, po niemiecku ein Damm”. [84]. Wyjaśnia, że to dzieło „cnych Prusaków”, czyli godnych szacunku mieszkańców Prus Książęcych, państwa utworzonego po sekularyzacji zakonu krzyżackiego w Prusach, które pozostawało lennem Królestwa Polskiego. Krzyżacy kojarzą się w Polsce wyłącznie negatywnie - jako podstępni wrogowie naszego kraju. Ale ich działalność nad zagospodarowaniem Żuław i Powiśla jest nieoceniona. To prace melioracyjne pozwoliły na trwałe osiedlenie się ludzi na tym terenie. Budowa kanałów, owałowanie Wisły i Nogatu, polderyzacja a także sprowadzanie osadników, którzy znali się na budowie grobli i innych urządzeń hydrotechnicznych^'. Było to podyktowane chęcią stworzenia silnego zaplecza aprowizacyjnego dla stolicy Zakonu w Malborku’^, stąd starania o intensyfikację produkcji rolnej. Dlatego sylwetka melioranta (jak na godle Powiatu Nowodworskiego) stała się jednym z symboli tej krainy, podobnie jak wiatrak. On również został tu sprowadzony przez rycerzy zakonnych. Jego zadaniem było pompowanie wody, pozwalające na regulowanie jej ilości na polderach. Obecnie znajduje na Żuławach ponad 3,5 tys. km kanałów i 11 tys. km rowów melioracyjnych. To ci ludzie „Wisłę w krygi ujęli głęboką”; rzekę, która w dolnym biegu staje się coraz szersza i groźniejsza, szczególnie w czasie topnienia lodów. Obwałowania pozwoliły rzekę ująć w krygi, czyli okiełznać, wyznaczyć jej granice a nawet umieścić ją „w groźnym tarasie”, czyli więzieniu’’ „u Żuławianów”. Tak autor nazywa mieszkańców tej krainy a w przypisie wyjaśnia słowo, wówczas chyba niezbyt dobrze znane w Polsce: Żuława, legendum esseput-to, [si}dzf, że należy czytać] Suława, guasi alluvio maris, iż Ją morze abo flaga morska [burza, sztorm] usuła [85]. Znamienne, że jeszcze dziewiętnastowieczny wydawca musiał to słowo objaśniać: „Żuława więc znaczy nizinę z błót i bagnisk uczynioną do uprawy sposobną; grunta jej są żyzne i najwięcej przynoszące pożytku. Są tu w Prusach: Gdańska, Malborska wielka i mała, Elblągska. Prócz tego po obydwóch brzegach Wisły z rozmajitemi przerwami są niziny groblami zabezpieczone, pełne osad i wsi zamożnych”’^. Zastanawiające, dlaczego mieszkańców terenów rozpościerających się zaraz na Grudziądzem nazywa „Żuławianami”? Może wynika to z tego, że Kwidzyn nazywał się wówczas: Marienwerder, co tłumaczy się jako: Ostrów Maryjny, Kępa Mariacka. Niemieckie Werder oznacza bowiem: ostrów, kępę, ze względu na ukształtowanie terenu tak nazywano ową krainę położoną w delcie Wisły: Danziger Werder (Kleines Werder), Elbingsches Werder, Grofies Marienburger Werder (Grofies Werder)”. Ta ziemia powstała przecież ze scalenia wysepek, kęp, z osuszonych mokradeł, wyłonionego dna Zalewu Wiślanego, mułu i piasków rzecznych. Zapewnie zwyczajowo przyjęło się tym mianem nazywać wszystkich mieszkańców terenów nadwiślańskich, którzy byli potomkami osadników lokowanych tu przez rozmaitych władców tych terenów - krzyżaków, królów polskich oraz rajców gdańskich i elbląskich. ” Zob.: Kazimierz Cybulak „Delta Wisły powyżej i poniżej poziomu morza”, Nowy Dwór Gdański 2010, s. 9. Zob.: „Dzieje Pomorza Nadwiślańskiego od VII wieku do 1945 roku”, Gdańsk 1978, s. 77. ® „Taras pierwotnie znaczy nasypkę z ziemi, gruzu itp. a zatem groblę; tu znaczy: więzienie; w groźnym tarasie to samo co, w groźnem więzieniu”. Przypis Stanisława Węclewskiego („nauczyciela wyższego przy królewskim Gimnazyum katolickiem w Chełmnie”) [w:] Sebastian Fabian Klonowie „Flis to jest spuszczanie statków Wisłą i inszemi rzekami do niej przy-padającemi”, Chełmno 1862. Cyt. wg.: https://pl.wikisource.org/wiki/Flis_to_jest_spuszczanie_statk%C3%B3w_Wi-s%C5%82%C4%85 * Ibidem. ” Niemieckie nazwy na: Żuławy Gdańskie (Ż. Małe), 2. Elbląskie, 2. Wielkie Malborskie (2. Wielkie). 52 Z flisem przez Żuławy Sebastian Klonowie jest pełen podziwu dla sprytu mieszkańców tych ziem - „ma to szpaki na się” to synonim inteligencji i zaradności życiowej^. Podziwia, że byli w stanie uspokoić nurt rzeki, kazali jej płynąć, tam, gdzie chcą. Dla mieszkańców południowej Polski było niepojęte, że rzeka może płynąć wyżej niż leżą pola [„nad rolami”] a rolnik zbiera plony poniżej jej nurtu: „Niżej niż rzeka żniesz na swoim łanie”. Tak właśnie odbywa się to do dziś na tym terenie - wszak poldery to: „osuszone depresyjne tereny przymorskie, otoczone groblami w celu ochrony przed zalaniem przez rzekę, jezioro itp.”’\ Gospodarza nazywa autor „bogatym manem”. Znaczący jest ten epitet. Już wcześniej Klonowie pisze, że „Sama namędrsza mistrzyni natura / Uczy rzemięsła dowcipnego gbura” [59]. Słowo ‘gbur’ już od XVI wieku stało się w języku polskim określeniem prosraka’^ Trudno zrozumieć, dlaczego pierwotne znacznie, określenie „zamożnych i dumnych gospodarzy”^’ zanikło? Swe pozytywne znaczenie utrzymało jedynie na Pomorzu. W tym cytacie dodatkowo słowo owo jest wzmocnione przez epitet ‘dowcipny’ - oznaczające: ‘inteligentny’. Zaś słowo ‘man’ to z niemieckiego Mann - „lennik; trzymający grunt na prawie chełmińskim i płacący zań daninę”[85]'’‘’. Specyfika tych terenów polegała na tym, że nie znano tu prawie wcale pańszczyzny - chłopi polscy, niemieccy a później holenderscy byli osadzani na prawie lennym jako dzierżawcy. Stosowano tu emfiteuzę, znany od starożytności, sposób wieloletniej, dziedzicznej dzierżawy gruntów rolnych. „Stosowana była w Prusach Wschodnich w XVI i XVII w., zwana także osadnictwem na prawie holenderskim (na prawie em-fiteuzy osiedlano Holendrów na obszarze Prus). Emfiteuza umożliwiała czerpanie zysków * Do dziś mówimy z podziwem o kimś zaradnym, że „nie jest szpakami karmiony”. „Słownik języka polskiego”, Warszawa 1979, t. 2, s. 778. ^ Zob. Aleksander Bruckner „Słownik etymologiczny języka polskiego”. Warszawa 1974, s. 138. ” Ibidem. Kilkaset lat później „zatyłego mana” wspomina w swym opisie Żuław Wincenty Pol. żob.: tegoż „Na lodach. Na wyspie. Na groblach. Trzy obrazki znad Bałtyku”, (idańsk 1989, s. 126. Józ^f Bachórz, autor opracowania, pisze w objaśnieniach, że „w słownikach języka polskiego wyraz ten nie jest notowany” [162]. Jest to uwaga niedokładna, bo w „Słowniku języka polskiego” Samuela Bogumiła ł.indego znajdziemy go w tomie 2, cz. 1, Warszawa 1809, s. 24. żob.: http://kpbc.umk.pl/ publication/8173 Thora HobOode auł der WetebteL Andn«j Kasperek 53 Z tytułu dzierżawy, ale bez prawa do własności gruntu i bez możliwości nabycia przez zasiedzenie”'*'. Już w okresie renesansu zaczęto zauważać bogactwo tej krainy. Jan Kochanowski w „Pieśni IV” (z „Ksiąg wtórych”) pisze: „wszytki / Żuławskie urodzaje i gdańskie pożytki / W jednym szpichlerzu zamknął”'*^. Co ma symbolizować ogromne bogactwa ziemskie. Widocznie do ziemiaństwa polskiego docierały nie tylko opowieści o splendorze grodu nad Motławą, ale także opisy zamożności wsi żuławskich i obfitych plonów, które tam zbierano. W końcu tego fragmentu znajdziemy jeszcze jedno bardzo ważne zdanie: „I mają na to, kto by kopał brzegi, / Karę i szpiegi”. Może i nie był Klonowie najwyższej klasy poetą, ale zmysłu obserwacji oraz zdolności pomieszczenia bardzo dużej ilości informacji, o mijanych w czasie żeglugi miejscach, nie można mu odmówić. „Szpiegi”, o których pisze, to strażnicy wałowi pilnujący całości „tam żuławskich”. Płaski kraj wyłonił się za sprawą natury i człowieka z wody i od tego żywiołu był zawsze zależny. Powodzie nawiedzały Żuławy regularnie aż do wykopania Przekopu Wisły w 1895 roku, toteż dbanie całość wałów było bardzo ważną sprawą dla całej wspólnoty. Krzyżacy już w XIII wieku wydawali zarządzenia regulujące sprawy „władztwa wodnego”. Związek Wałowy na Żuławach Gdańskich został ustanowiony w 1407 roku przez Wielkiego Mistrza Krzyżackiego Konrada von Junginge-na. Zadaniem strażników było patrolowanie grobli i pilnowanie, czy są w dobrym stanie, szczególnie niebezpieczne były przecieki. Do tego zajęcia wybierano mężczyzn sumiennych i odpowiedzialnych. Zachowała się legenda o legenda o strażniku z Koźlin, który zobaczył małą wyrwę w wale, ale zlekceważył niebezpieczeństwo. W nocy napłynęła kra, utworzył się zator i przerwał wał. Strażnik czując się winny zaistniałej sytuacji, wsiadł na konia i wskoczył w wezbraną wodę. Od tamtej pory co roku na wiosnę pokazuje się on przy uszkodzonych lub nadwyrężonych fragmentach wału. Ostrzega swoich kolegów..."*^. Strażnicy urzędowali w specjalnie urządzonych strażnicach zorganizowanych przez związki wałowe. Specyfiką żuławską było obowiązkowe uczestniczenie przez wszystkich mieszkańców „w pracach przy budowie i naprawie wałów przeciwpowodziowych oraz melioracji polderów44. Wspomniane związki były formą samorządu mieszkańców. Na ich czele stał przysiężny wałowy reprezentujący wieś lub kilka wiosek. Kanały, rowy, zastawki, mosty, mostki, przepusty, pompy, groble, śluzy - urządzeń hydrotechnicznych niezbędnych do życia w płaskim kraju było bardzo dużo. Trzeba było fachowca, który by się znał na nich wszystkich. Stąd było to bardzo poważane stanowisko, którego zajmowanie było ukoronowaniem życiowej kariery odnotowywanym na nagrobkach'*^ Drugi fragment poświęcony Żuławom zaczyna się od wspomnienia wioski Piekło leżącej na 889 kilometrze Wisły, 50 kilometrów od ujścia: https;//pl.wikipedia.org/wiki/Emfiteuza J. Kochanowski, op. cit., s. 261. Zob.: „Baśnie i legendy z Żuław i Mierzei Wiślanej”, Nowy Dwór Gdański 2003, s. 76-78. Dariusz Piasek „Zarys historii ochrony przeciwpowodziowej na Żuławach Wiślanych” [w:] „Poradnik społecznej ochrony przeciwpowodziowej”, [Nowy Dwór Gdański] 2013, s. 9. * Ibidem, s. 10. Na s. 15 przytoczone jest epitafium z płyty nagrobnej w kościele w Koszwałach Gottfrieda Kłatta. Podano na nim, że m.in. „pełnił chwalebnie [..,] urząd przysiężnego kanałów [przez] 7 lat i 3 tygodnie [a] urząd przysiężnego wałowego 2 lata i 6 miesięcy”. 54 Z flisem przez Żuławy I już Z drugimi pojedziesz czyst i zdrów, Gdzie Piekło karczma i Malborski ostrów, Do Międzyłęża, gdzie też ostrów cnego Międzyłęskiego. Strzeż się, by-ć kępka Wisły nie zawarła Gorzędziejowska i u Rzeżygarła; Wnet z tobą, gdzie Czczów z lewej strony leży. Szkuta zabieży. Tam kępa Czczowska, tam też niedaleko Przewóz Malborski przez Wisłę poprzeko. Gdzie Szynberg w swojej karczmie jako w jamie Zasiadł na tamie. W tym się Szkarpawa z Leniwką rozstawa. Na swoim nurcie każda z nich przestawa; Szkarpawa płynie do Królewca sobie. Leniwka k sobie. Szkarpawa bystra wszytkiej Wisły głowa Nurt samorodny; kopana zaś owa Niesie do Gdańska naszę oziminę W cudzą krainę. Między Szkarpawą i Leniwką padła Wyspa niemała, klinem sobie siadła. Niemcy Neryngiem, Polacy swą mową Mierzeją zową. Tę wyspę rzeki opasały z boku. Morze ją kończy prawie jakby w kroku; W tym kącie Głowa, w drugim zasadzona Laternia ona. Stara Leniwka czyni ostrów nowy Z Leniwką nową, porządny, wierzbowy. Wnetże nadjedzie i karczmę Czerwoną, Kto ma twarz słoną. Poniżej Bonsag wieś na prawym brzegu. Tamże i Górki; niedaleko biegu Do Białej Karczmy masz przed sobą flisie, Chceszłi napij się. Po prawej ręce masz Krakowiec z Rzymem, A iż tak mam rzec bracie prostym rymem. Możesz się napić w obydwu po trosze. Jeśli masz grosze. Przed Gdańskiem Gęsia karczma na ostatku. Którą już sobie miej miasto przydatku; Stąd już dojedziesz do samej Motławy, Andrzej Kasperek 55 Jak rycerz prawy. Tylko na prawo puść Leniwkę w morze, Niechaj je kto chce okrętami orze, Ty się w Motławę k sobie daj się Bogu, Udaj do progu. Drągiem to zowią kędy port zawarto. Pod miasto przystęp swawolny zaparto. Przeto ty czekaj, aż ci drąg odwiodą. Nie trącaj brodą. Tu już przyjedziesz do misternej windy. Tu ujźrzysz dziwnych rzeczy na przebindy; Jakom powiedział, już tu masz szpichlerze, Masz i machlerze. Masz Zielony most, cel naszej roboty... Ponoć nazwa Piekło została nadana przez flisaków, którzy pomstowali na liczne wiry tu występujące, ich ominięcie wymagało nie lada zdolności. „Malborski ostrów” to Ma-rienburger Werder w dosłownym tłumaczeniu, później przyjęło się tłumaczenie: Żuławy Malborskie. Skojarzenie z ostrowiem, czyli wyspą rzeczną, nie jest przypadkowe - to rzeczywiście wyspa odcięta przez Wisłę, Nogat i Bałtyk. Potem autor wymienia skrupulatnie miejscowości po obu stronach rzeki oraz wspomina przeprawę promową („przewóz Malborski”). I tu odczytanie topograficzne jest niepewne. Nie wiadomo, czy chodzi o przeprawę pomiędzy Lisewem a Tczewem, co sugeruje w przypisie Węclewski [zob. przyp. 37]: „Przewóz malborski dziś mniej używany, bo pod Czczewem wystawiono od łat kilku'*^ ów sławny most na 7 filarach o żelaznych kratach, który do 8 milijonów talarów kosztował”'*^. Zdanie: „przewóz [...] przez Wisłę poprzeko, / Gdzie Szynberg w swojej karczmie jako w jamie / Zasiadł na tamie” może wskazywać raczej na przeprawę pomiędzy Ostaszewem (po niemiecku zwanym Schóneberg) po prawej stronie rzeki a lewobrzeżną wioską Leszkowy. Dziś tego połączenia promowego już nie ma, zostały tylko brukowane drogi, które urywają się przy rzece i ruiny dawnej karczmy, na których można jeszcze przeczytać zatarty napis: „Gasthaus Schónebergerfahre”, czyli „Gospoda przy Promie Ostaszewskim”'^®. Kilka kilometrów dalej od Wisły odbija Szkarpawa, „która płynie do Królewca sobie” [91]. I rzeczywiście Szkarpawa była kiedyś jednym z ramion ujściowych Wisły, a teraz oddzielona jest od niej śluzą Gdańska Głowa. W Rybinie rzeka się rozdziela: na Wisłę Królewiecką, która wpada do Zalewu Wiślanego, którędy możemy rzeczywiście dopłynąć do miasta nad Pregołą i Wisłę Elbląską, która doprowadzi nas do Elbląga. Nie ma pewności, czy autor używa określenia „głowa” w odniesieniu do miejsca, w którym Wisła się rozdzielała, czyli wybudowanej tam później twierdzy Gdańska Głowa (niem. Danziger Haupt), czy raczej chodzi mu o to, że Szkarpawa jest właściwym, naturalnym ujściem, a Leniwka * Wybudowano go w latach; 1851 - 1857, wzmiankowane wydanie „Flisa” pochodzi zaś z roku 1862. https://pl.wikisource.org/wiki/Flis_to_jest_spuszczanie_statk%C3%B3w_Wis%C5%82%C4%85 * Zob.: http://forum.dawnygdansk.pl/viewtopic.php?t=6548 z flisem przez Żuławy % (kiedyś zwana Wisłą Gdańską a od czasu przekopu: Wisłą Martwą) to rzeka uregulowana („kopana”), o nurcie spokojnym: Szkarpawa bystra wszytkiej Wisły głowa Nurt samorodny; kopana zaś owa Niesie do Gdańska naszę oziminę... I tu następuje opis, który dzisiejszego czytelnika może zdziwić: „Wyspa niemała, klinem sobie siadła. / Niemcy Neryngiem, Polacy swą mową / Mierzeją zową”. Nasza konfuzja bie-rze się z tego, że z tym pojęciem kojarzymy Mierzeję Wiślaną lub Helską. Długa piaszczysta kosa to nie wyspa. Jednak wystarczy się przyjrzeć pobrzeżu Bałtyku na starych mapach -zobaczymy tam długą kluchę rozłożoną od Gdańska po Sambię"^’. A na niej napisy: Neh-rung, Nerya, Nerge, Nerei... Ta nazwa „jest wywodzona z języka staropruskiego; oznacza mniej więcej tyle co poryta, narzucona falami ziemia”^'’. Inni badacze uważają, że raczej chodzi o Nehrung = Niederung = nizina. Choć na dobrą sprawę można to odczytać jeszcze Inaczej. „Tę wyspę rzeki [Wisła i Motława] opasały z boku, / Morze ją kończy prawie jakby w kroku; / W tym kącie Głowa [Gdańska Głowa - Danziger Haupt], w drugim zasadzona / Laternia ona [Twierdza Wisłoujście - Latarnia - Festung Weichselmiinde]”. Ten ‘klin’ to byłyby Żuławy Gdańskie. Później flisacy skręcali na zachód - mijając karczmy (Rzym, Czerwona, Biała, Gęsia) i liczne miejscowości: Bonsak (Sobieszewo), Górki51, Krakowiec, z daleka widoczna była „Laternia”52 u ujścia Wisły. Tu należało uważać, bo skręcenie w prawo groziło wypłynięciem na Bałtyk. Wreszcie po tygodniach żeglugi, po minięciu belki zagradzającej wpłyniecie na Motławę docierało się do celu podróży - Zielonego Mostu. Cała ta wielodniowa wyprawa tu miała swój kres, teraz już można było pójść za radą autora: „Przedawaj, kupuj, handluj, bij dłonią w dłoń, / Zysk sobie ugoń”. [92] Można było zwiedzać miasto zadziwiające bogactwem i nowoczesną techniką, gdzie podziw budziły wysokie spichlerze i „misterna winda”, czyli słynny Żuraw - jeden z symboli Gdańska. Tak, jak już napisałem zadziwia mnogość szczegółów, które w niedużym przecież dziele udało się Sebastianowi Klonowicowi pomieścić. Nazwy geograficzne pozostały najczęściej w dawnym brzmieniu i aż by się chciało powtórzyć ten rejs z „Flisem” niczym bedekerem w ręku. Żuławy zostały przezeń zobaczone i docenione. Autor dużo też o płaskim kraju się dowiedział i przekazał swa cenna wiedzę polskim czytelnikom. Jako jeden z pierwszych literatów. Warto po „Flisa” sięgnąć, choćby po to, żeby dowiedzieć się, na czym robota flisaków polegała i ile Polska Złotego Wieku im zawdzięcza. Kiedy podziwiamy cudowność Kaplicy Zygmuntowskiej czy renesansowe krużganki na Wawelu, kamieniczki Sandomierza czy Ka- *’ Zob. np. mapy w katalogu Sopockiego Domu Akcyjnego .Aukcja map i widoków” [b.m.] 2018, s. 12, 13, 19, 22, 23. Zob.: http://files.sda.pl/files/20472/Katalog%20PDEpdf ” Zob.: Ludwig Passarge „Z wiślanej delty. Tczew, Gdańsk, Żuławy, Malbork”, przeł. i oprać. Jacek Borkowicz, Gdańsk 2016, 181. Dziś to Górki Wschodnie i Górki Z.achodnie rozdzielone nowym przełomem Wisły Śmiałej z 1840 roku. ” Autor w przypisie objaśnia czytelnikowi nie znającemu takich budowli: „Laternia, Pharos. Niemcy Blokusem zową. Tamże uście gdzie leniwka w morze wpada, po niemiecku Weiselmuende”. W XVI w. wybudowano tam twierdzę Wisłoujście, której wieża także była latarnią morską. Andrzej Kasperek 57 zimierza nad Wisłą, bogate kościoły Torunia czy Płocka albo Elbląga i splendory Gdańska pamiętajmy, że to także zasługa tych wszystkich „Szymków”, pracowitych flisaków. W lubelskiej katedrze znajdziemy nagrobek Sebastiana Fabiana Klonowica. A na nim piękny portret i łacińskie epitafium, które po polsku tak się wykłada: Gdy ciałem żyję, duszą rozmyślam o grobie. Gdy ciałem umrę, wieczność zabezpieczę sobie. A chociaż zgasnę, Jezus mnie oświeci. Śmierć będzie zyskiem, gdy życie uleci. To fragment jego poematu”. Bardzo sobie swym pracowitym życiem zasłużył na naszą pamięć. ’’ „jako rajca został pochowany w kościele farnym św. Michała Archanioła, jego kuzyn Sebastian Kajek ufundował pamiątkową tablicę z czerwonego marmuru. Na niej kazał wyryć ostatnie cztery łacińskie wersy z „Philitronu”, które [przytoczono] w tłumaczeniu Józefa Detmerskiego [...]. Tablica ta po zburzeniu lubelskiej fary została przeniesiona do lubelskiej katedry”. Cyt. za: http://encyklopedialublina.pl/slawni-i-zapomniani/109-k/301-klonowic-sebastian.html Wilhelm Au^l Stryowski Flisacy nad Wislcf, 1881, źródło: httf>s://wu>w.gedano/)edia.f>l/gdanskFtitle=STRYOWSKl_WILłiELM_AUGUST Wędrówki po prownicji ’>■*• ‘-«*<««« «^ sku Kalota mieszka w województwie mazowieckim (408) i małopolskim (217), znaleźć ich można także w województwie wielkopolskim, kujawsko--pomorskim, pomorskim, zachodniopomorskim i dolnośląskim. Aż 78 Kalotów mieszka w Sochaczewie. Część z nich to zapewne moi krewni. Z kolei prababka Marianna pochodziła z Kiernozi pod Łowiczem. Legenda mówi, że nazwa tej miejscowości wzięła się stąd, że król Władysław Jagiełło w drodze na bitwę pod Grunwaldem polował w pobliskich lasach na dziki, zwane wtedy „kiernozami”. W tamtejszym kościele pw. świętej Małgorzaty pochowano szczątki zmarłej w Paryżu w 1817 roku metresy cesarza Francuzów Napoleona Bonaparte, Marii z Łączyńskich Walewskiej, która urodziła się w rodzinnym pałacu Łączyńskich w Kiernozi. Rodzice mojej prababki, czyli moi prapradziadkowie, mieli w Kiernozi gospodarstwo rolne, które przekazali młodej parze, to jest Mariannie i Władysławowi. Jak głosi rodzinny przekaz, ziemia była tam bardzo dobra, wysokiej klasy, ale trudna do uprawy, a młodzi nie potrafili tam gospodarować. - Mój tata zawsze mówił, że „dziadek Władysław nie był zwyczajny ciężkiej roboty”. Dlatego po jakimś czasie nasi wspólni pradziadkowie sprzedali gospodarkę pod Łowiczem i wrócili na lżejszą ziemię, czyli na te słabe piaski na Radziwiłce, gdzie kupili sobie gospodarkę w tym samym miejscu, gdzie obecnie mieszka mój brat. Tam właśnie urodzili się Kasia i Janek. Pradziadkowie mieli wcześniej jakieś dzieci, które urodziły się w Kiernozi, ale one poumierały w młodym wieku, jeszcze jako noworodki, nie wiem, ile ich było - napisała kuzynka Ela Błaszczyk z Sochaczewa, córka Jóźka Kaloty, kuzyna mego ojca, którą jakiś czas temu poprosiłam listownie o pomoc w odkrywaniu dziejów naszej rodziny. Moja babcia Kasia Kalotówna urodziła się w 1904 roku już na Radziwiłce. Kiedy miała szesnaście lat, ojciec zmusił ją do małżeństwa z Józefem Łukawskim (rocznik 1894), starszym o dziesięć lat wdowcem z Witkowie nad Bzurą. Józef był już raz żonaty z Antoniną z Sobczaków i miał z tego małżeństwa kilkuletnią córeczkę Stasię (rocznik 1919). Jego pierwsza żona zmarła w wieku dwudziestu dwóch lat, wydając na świat drugą córkę, która Alicja Łukawska 69 też zaraz zmarła. Józef oddał Stasię na wychowanie do jednej ze swoich sióstr, która wyprowadziła się na Wołyń wraz z mężem, osadnikiem wojskowym. Dziewczynka wiodła tam ciężkie życie sieroty, chodziła głodna, bosa i obdarta. Od najmłodszych lat musiała ciężko pracować, już w wieku kilku lat pasła gęsi i kaczki gdzieś na bagnach. Potem Stasia nigdy już nie zamieszkała z ojcem, a kiedy podrosła, poszła na służbę do bogatej pani z Warszawy. Niewiele wiem o swoich przodkach. Nasza wspólna pamięć familijna nie sięga bardziej w głąb historii niż pradziadkowie. Wprawdzie w rodzinie przechowały się jakieś nikłe wspomnienia o tym, że pochodzimy ze szlachty, ale nie mamy na to żadnych papierów. Nazwisko „Łukawski” znajduje się w najważniejszych herbarzach polskich opracowanych w czasach Rzeczpospolitej szlacheckiej. W herbarzu Kaspra Niesieckiego figuruje w spisie rodzin należących do herbu Radwan, który przedstawia złotą, kościelną chorągiew na czerwonym polu. Chorągiew ta ma trzy pola, na dole zwisają z niej frędzle, a na górze, na środku, widać krzyż maltański. Jeszcze wyżej znajdują się trzy duże strusie pióra. Byli także Łukawscy herbu Nieczuja, który - jak twierdził Jan Długosz - był jednym z najstarszych herbów rdzennie polskich. Herb ten przedstawiał czerwone pole, a na nim pień drzewa z krzyżem, czy może raczej z mieczem i na górze jeszcze jeden pień, a nad nim dwa czarne skrzydła. Jeśli nawet byliśmy kiedyś „herbowi”, to nie wiem, do jakiego herbu należeliśmy. Obecnie najwięcej osób o nazwisku Łukawski mieszka w centralnej Polsce: w województwie świętokrzyskim (860 osób) i mazowieckim (825 osób). Są też jacyś Łukawscy na Podlasiu, w Kujawsko-Pomorskim oraz na Ziemiach Odzyskanych (Górny i Dolny Śląsk, Pomorskie, Zachodniopomorskie i Lubuskie). Przy okazji muszę tu jeszcze wspomnieć o najsłynniejszym Łukawskim, który bardzo dwuznacznie zapisał się w historii Polski. Właściwie to nie wiem, czy mam się nim chwalić, że taki dzielny Polak-katolik i patriota, czy raczej powinnam się go wstydzić, bo przecież podniósł rękę na króla. Bożego pomazańca. Ale co tam, jak już zaczęłam, to dokończę. Był taki jeden Walenty Łukawski (1743-1773) herbu Nieczuja, rotmistrz zakroczymski, konfederat barski i przywódca opozycyjnej bojówki, która zorganizowała zamach na ostatniego króla Polski, Stanisława Augusta Poniatowskiego. Walenty Łukawski przyłączył się do konfederacji barskiej, która zawiązała się w 1768 w Barze na Podolu w obronie polskiej tradycji narodowej, wiary katolickiej i niepodległości Polski. Była ona w istocie pierwszym polskim powstaniem narodowym przeciwko zaborczej władzy Rosji i rosyjskim wojskom okupującym Polskę, a także przeciwko ostatniemu królowi Polski. Ówczesna szlachta uważała, że Poniatowski jest kochankiem carycy Katarzyny 11, która nim manipuluje na szkodę Polski; wierzyła, że to zły i podły król, który chce zniszczyć Kościół katolicki, złotą wolność szlachecką i narodową tradycję sarmacką, a zamiast nich wprowadzić nowe prawa i zwyczaje rodem z Zachodu. Ponieważ konfederaci uważali, że przyczyną całego zła w Rzeczpospolitej jest Poniatowski, postanowili go więc porwać, odsunąć od władzy, a na jego miejsce wybrać kogoś innego. Na czele grupy porywaczy stanął właśnie rotmistrz Łukawski, któremu towarzyszyli szlachcic Stanisław Strawiński oraz pochodzący z gminu porucznik Jan Kuźma. Porwanie miało miejsce wieczorem 3 listopada 1771 roku w Warszawie na skrzyżowaniu ulic Kredytowej i Miodowej. Niestety, cała ta akcja okazała się nieudana, bowiem w jej 70 Żuławskie opowieści. Pończochy babci Kasi trakcie Jan Kuźma zwyczajnie zdradził spiskowców i przeszedł na stronę króla. Wskutek tego porywacze zostali zatrzymani przez straż królewską i uwięzieni. Później Łukawski i Strawiński zostali skazani na śmierć. Zostali ścięci w czasie publicznej egzekucji, której musiała przyglądać się Marianna Łukawska, żona Walentego. Młoda żona przeżyła wtedy tak wielki stres, że po trzech dniach zmarła. Zdaje się, że po Walentym został jakiś małoletni syn, ale historia milczy, jakie były jego dalsze losy. Zastanawiam się, czy jest możliwe, że my, Łukawscy, jesteśmy potomkami akurat tamtego rotmistrza Łukawskiego, konfederata barskiego.^ Zakroczym leży wprawdzie po drugiej stronie Wisły niż Wit-kowice, skąd wywodzi się rodzina mojego dziadka Józefa Łukawskiego, ale w linii prostej to całkiem niedaleko. Wszystko to jest przecież to samo Mazowsze. Może nasza rodzina faktycznie była kiedyś szlachecka, a potem zbiedniała i schłopiała z powodu Babcia Kataryna z Kalatów Łukawska na Starość. Zdjfcie zrobione w Wiśniewie, fot. Urszula GaJzińska różnych historycznych zawirowań? I już w XIX wieku utrzymywała się z pracy własnych rąk? Ale, mimo wszystko, Łukawscy pozostali jednak wolnymi ludźmi, a nie chłopami pańszczyźnianymi. W końcówce XVin wieku, w pierwszej Rzeczpospolitej, około dziecięciu procent Polaków należało do szlachty. Co dziesiąty Polak był wtedy szlachcicem. Było wśród nich wiele biednej, drobnej szlachty zagrodowej, takiej jak Rzędzian, pachołek Jana Skrzetuskiego z powieści „Ogniem i mieczem” Henryka Sienkiewicza, co to zawsze mówił o sobie: „jam szlachcic, acz ubogi”. Mickiewiczowskie szlachcianki z zaścianka Dobrzyńskich opisane w „Panu Tadeuszu” szły na pole żąć zboże w rękawiczkach, a bydło pasały na łące w trzewiczkach, czym różniły się od chłopek, bo te pasły bydło boso. Ci ludzie pracowali fizycznie tak samo jak chłopi, mieszkali w takich samych domach i jedli tak samo jak chłopi, nie byli wykształceni, ledwo umieli czytać i pisać, ale od chłopów odróżniała ich wolność osobista, pamięć o rodowej świetności i przekonanie o własnej wartości. A mój dziadek Józef przez całe życie, aż do śmierci, nosił się raczej po pańsku, a nie po chłopsku. Ubierał się w stylu wojskowym, bo codziennie, zimą i latem chodził w wysokich, lśniących, czarnych butach oficerkach, zawsze elegancko wyczyszczonych, a także w bryczesach i marynarce z brązowego sztruksu. Tylko w niedzielę do kościoła zakładał czarny garnitur, białą koszulę i krawat. Jednak ręce już miał nie „pańskie”, ale „chłopskie”, po wiejsku zgrubiałe i zniszczone od ciężkiej pracy. Wiem na pewno, że „moi” Łukawscy mieszkali na Mazowszu od dawna, co najmniej od 200 lat, a może i dłużej. Z poszukiwań kuzyna Tadeusza Jeznacha z Sochaczewa, który przekopał jakieś archiwa kościelne, wynika, że nasz wspólny praprapradziadek to Wawrzyniec Łukawski z Brochowa, urodzony pod koniec XVin wieku. Nasz prapradziadek to Wacław Łukawski z Brochowa, pradziadek to Kazimierz Łukawski z Witkowie, a dziadek Alicja ł.ukawska 71 to wspomniany wyżej Józef Łukawski z Witkowie. No i z tych Witkowie mój dziadek Józef przeprowadził się do wsi Radziwiłka w tej samej gminie, to jest do domu swego teścia Kaloty, o czym była mowa już wyżej, a potem, już po II wojnie ruszył z rodziną na Żuławy jako osadnik. Trochę inną wersję pochodzenia Łukawskich przedstawił mi Marian Łukawski z Witkowie (rocznik 1932, kuzyn mego ojca, najmłodszy syn Władysława Łukawskiego), który kazał do siebie mówić „stryju”. Tu już mamy do czynienia z tradycją ustną, przekazywaną z pokolenia na pokolenie: A ty wiesz, że mój dziadek, a twój pradziadek Kazimierz Łukawski to miał najlepszy i największy dom w całych Witkowicach? Łukawscy sprowadzili się do Witkowie z Trojanowa około roku 1800. Tam mieli dużą owczarnię, sprzedali ją i kupili tutaj duże gospodarstwo. - Przenieśli się z Trojanowa do Witkowie? Tam sprzedali, a tu kupili nieruchomość ziemską? To chyba oni byli ze szlachty, a nie z chłopów? Byli chyba wolnymi ludźmi? Przecież chłopom pańszczyźnianym nie było wówczas wolno samodzielnie obracać ziemią i przenosić się z miejsca na miejsce? - upewniam się przy okazji i zaraz sprawdzam w Internecie ten Trojanów. „Trojanów - wieś i folwark nad rzeką Bzurą (z pr. brzegu), przy ujściu Utraty, pow. so-chaczewski, gm. Chodaków, par. Trojanów. Wieś leży o jedną wiorstę od miasta, przy brodzie i przeprawie na Bzurze. Posiada kościół parafialny, drewniany, browar (...) W 1827 r. było 32 domów, 231 mieszkańców.” - czytam w „Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego”, t. 12, który znajduję w sieci. - U nas w domu mówiło się, że Łukawscy to byli ukazowi. Wiesz, o co chodzi? Kojarzysz, co to był ukaz? - tłumaczy stryj naszą historię rodową. - - Chodzi o ukaz cara Aleksandra II z 1864 roku? O uwłaszczeniu chłopów, kiedy car zwolnił chłopów z odrabiania pańszczyzny? Uczyłam się o tym w szkole. To jednak nasi nie byli szlachtą? - mina mi rzednie. - Byli! Ale chodzi o co innego. Łukawscy dlatego byli ukazowi, bo jak weszła ta reforma, to oni dokupywali ziemię od możnych panów tutaj w okolicy i w ten sposób poszerzali swoje gospodarstwo. Chcieli mieć ziemię, ale nie mieli dużo pieniędzy. Umówili się więc, że zapłacą za nią swoją własną pracą. Dlatego w dzień robili na pańskim polu, a dopiero w nocy obrabiali swoje. A panowie wyprzedawali się wtedy ze swoich nieruchomości, bo nie było już tej pańszczyzny i nie miał kto na nich pracować, dlatego zatrudniali ludzi najemnych. A jak już nasi przodkowie odrobili tę ziemię, to mieli swoje duże gospodarstwo. Marian opowiada mi jeszcze raz, jaki to piękny dom miał Kazimierz Łukawski, jego dziadek, a mój pradziadek. Budynek był duży i zbudowany z cegły, podczas gdy obok we wsi sąsiedzi mieli tylko drewniane chatynki. Tę opinię potwierdza moja matka Halina, która widziała ów dom w latach 90. XX wieku, kiedy była w tamtych stronach z wizytą. Mówi ona, że był duży, porządny i murowany. Korzystnie wyróżniał się na tle innych domów w sąsiedztwie. W tym właśnie domu urodziło się i wychowało dziewięcioro dzieci mojego pradziadka Kazimierza Łukawskiego i jego żony, Julii z Zydlewskich. Było to sześć dziewcząt (Zofia, Józefa, Konstancja, Maria, Janina i Teodozja) i trzech chłopaków (Józef, Władysław i Jan). 72 Żuławskie opowieści. Pończochy babci Kasi Na początku XX wieku brat mojego dziadka, Jan Łukawski i jeden z jego kuzynów ze strony ojca wyjechało za chlebem do Ameryki. Zaczęli tam pracę w jakiejś fabryce. Ale ta fabryka wkrótce została zamknięta, Jan nie znalazł tam innego zajęcia i wrócił do domu. Natomiast ten kuzyn Łukawski został za oceanem, ożenił się tam i miał dzieci. Parę lat temu jego prawnuk, 60-letni prawnik amerykański, nie znający języka polskiego i mówiący tylko po angielsku, odszukał Mariana w Witkowicach dzięki Internetowi. - Przyleciał z Ameryki samolotem do Warszawy, tam wynajął samochód i przyjechał tu do mnie z tłumaczem. Dzięki temu się dogadaliśmy. Bo ten nasz kuzyn to tylko „Sto lat” umiał zaśpiewać po polsku, nic więcej. Mówił do mnie po angielsku, a ja do niego po polsku. Pokazywałem mu to, co jeszcze zostało z domu Kazimierza Łukawskiego, bo wtedy ten dom Dzia/kk Józef Łukawski na starosc, fot. archiwum rodzinne stał jeszcze. Dzisiaj już go nie ma, został wyburzony - wspomina Marian i dodaje, że zabrał też amerykańskiego krewniaka na cmentarz parafialny przy kościele w pobliskim Brochowie. - Na tym cmentarzu leży wielu Łukawskich. Wtedy jak z nim byłem, to naliczyłem przeszło dwadzieścia grobów samych tylko Łukawskich z naszej najbliższej rodziny, tylko tych, co ich znałem osobiście. A większość z nich była chrzczona w kościele w Brochowie - relacjonuje mój stryj. Kościół parafialny pw. świętych Rocha i Jana Chrzciciela w Brochowie pochodzi z okresu renesansu. Zbudował go w XVI wieku włoski architekt Jan Baptysta Wenecjanin jako obiekt obronny. W tej świątyni w 1806 roku wzięli ślub francuski guwerner Mikołaj Chopin i polska wychowanka hrabiny Skarbkowej z Żelazowej Woli Tekla Justyna Krzyżanowska, czyli rodzice słynnego kompozytora Fryderyka Chopina. Później, w 1810 roku, tutaj właśnie był chrzczony mały Frycek. Wtedy już Łukawscy mieszkali w Witkowicach i należeli do tej samej parafii, co rodzice Chopina. Prócz przyszłego kompozytora, w Brochowie byli chrzczeni liczni Łukawscy, w tym także mój ojciec Stefan. Jeszcze odnośnie tego amerykańskiego kuzyna... W zamieszczonych w Internecie rejestrach emigrantów przybywających do Ameryki na wyspę Ellis, znalazłam paru Łukawskich. Jest wśród nich także Jan Łukawski, który przypłynął w 1906 roku na statku „Cin-cinati” i który jako ostatnie miejsce swojego pobytu za oceanem podał miejscowość Błonie w Rosji. Czyżby to właśnie był ów brat albo kuzyn mojego dziadka Józefa? Witkowice to bardzo duża wieś, dzieli się na kilka części, a ta, w której stał dom Łukawskich, nazywa się właśnie Błonie. Do Ameryki wybierał się także w młodości mój dziadek Józef, ale jakoś nic nie wyszło z tego wyjazdu. Wkrótce potem ożenił się, potem ta pierwsza żona zmarła, a on po raz drugi Alicja Łukawska 73 ożenił się z Kasią Kalotówną i poszedł mieszkać do teścia na Radziwiłkę. W domu rodzinnym nie miał już czego szukać, bo ten dom i gospodarstwo po rodzicach wziął jego brat Jan. W małżeństwie moich dziadków od początku był „co rok, to prorok”. Najpierw były jakieś niemowlęta, które zmarły zaraz po urodzeniu się. Było ich dwoje, może troje? A może jeszcze więcej? Nikt już tego dobrze nie pamięta, a i zapytać nie ma już kogo, bo wszyscy nie żyją. Potem była Zosia (rocznik 1923), mój ojciec Stefan (rocznik 1926), Genia (rocznik 1929), Stasiek (rocznik 1930), Henia (rocznik 1940) i najmłodsza Marta (rocznik 1944). Ta szóstka to te dzieci, które przeżyły. A ile było prócz tego poronień? Niedono-szonych ciąż? Tego się już nie dowiemy. Babcia Kasia rodziła je, bo musiała, bo taki był wówczas los prostej, wiejskiej baby. Nie było przecież żadnych metod zapobiegania ciąży, żadnych środków antykoncepcyjnych, a i do lekarza nikt też nie chodził z byłe powodu, bo nie było na to pieniędzy. W okresie międzywojennym na Radziwiłce w jednej chałupie po rodzicach mieszkały dwie rodziny; Kasi i jej brata Janka Kaloty. Stary Władysław był „na wycugu”, jak to było wówczas w zwyczaju. Ten wycug polegał na tym, że starzejący się rodzice przepisywali gospodarstwo na dzieci, które z kolei miały się nimi opiekować i utrzymywać ich aż do śmierci. Stary Maciej Boryna, główny bohater powieści „Chłopi” Władysława St. Reymonta bronił się przed takim rozwiązaniem i nie poszedł na wycug do syna Antka, bo wiedział, że los starca pozbawionego majątku mógł być bardzo nędzny. Jak to wyglądało w przypadku starego Kaloty? Ano było tak, że Władysław oddał gospodarkę dzieciom i dalej mieszkał z nimi w tym samym domu. Dzieci miały go utrzymywać. Jednego dnia jadł obiad u córki Kasi, a drugiego u syna Janka, a właściwie u jego żony. Mój dziadek Józef zaglądał wtedy do talerza i patrzył, co też Kasia daje swojemu ojcu do jedzenia. Jak stary dostawał coś lepszego, to Józef bardzo się złościł i zazdrościł. Żyli przecież w biedzie. Rodzina głodowała. Ziemia na Radziwiłce była słaba i piaszczysta. Same „laski, piaski i karaski”, jak to kiedyś mówiono. Mało co tam się udawało. Na wiosnę siano tam tylko trochę żyta, sadzono poletko ziemniaków i trochę warzyw w ogrodzie, byle było co do garnka włożyć. Powiększająca się coraz bardziej rodzina Łukawskich nie wyżyłaby z tego, co tam wyrosło. Trzeba było w inny sposób troszczyć się o byt. W latach 30. dziadek Józef zaczął dorabiać jako chłoporobotnik. Chodził kilkanaście kilometrów pieszo do pracy w Fabryce Przędzy i Tkanin Chodaków Spółka Akcyjna w Chodakowie nad Utratą. Pierwszą linię produkcyjną uruchomiono tam w 1928 roku. Początkowo zakład zatrudniał około trzysta osób, ale później liczba robotników systematycznie rosła. W momencie wybuchu II wojny światowej było tam zatrudnionych ponad dwa tysiące pracowników. Wyrabiano tam przędzę wiskozową, czyli tzw. sztuczny jedwab używany głównie do szycia damskiej odzieży. Zakład miał własną elektrownię, zaplecze mieszkaniowe i socjalne. Po wojnie został znacjonalizowana i przez długie lata był jednym z czołowych producentów tkanin w Polsce. W 1999 roku ogłosił upadłość, a część jego terenu przejęła gmina Chodaków. Obecnie wszystko jest w ruinie. Innym źródłem dochodu naszej rodziny były sady. Dziadek Józef znał się bowiem na uprawie drzew owocowych. Wiedział jak je pielęgnować, jak szczepić, by na jednej jabłoni rosło kilka gatunków jabłek dojrzewających w różnych porach lata i jesieni. Gruszki na 74 Żuławskie opowieści. Pończochy babci Kasi wierzbie? A proszę bardzo! Dziadek Józef i coś takiego umiał zaszczepić. Nie zawsze się udawało, ale czasem owocowały i takie dziwaczne krzyżówki. Dlatego brał czasem na sezon w dzierżawę jakieś sady owocowe w okolicy. W tej pracy pomagał mu mój ojciec Stefan, który w młodości umiał chodzić po drzewach jak małpa, a przy okazji nauczył się, jak zrobić taką sztuczkę, by na jednej jabłonce wyrosły różne gatunki jabłek. Później, w latach 80., zaszczepił w taki sposób jabłonkę na naszej działce w Malborku. Rosło tam pięć czy sześć gatunków jabłek, które dojrzewały w różnych terminach i wszyscy wokół się dziwili, jak to możliwe. Okolice, gdzie mieszkali Łukawscy i Kalotowie, ciężko doświadczyła historia. Płytki bród na Bzurze był znany od najdawniejszych czasów. W 1410 roku podobno ciągnął tamtędy król Władysław Jagiełło, by ostatecznie rozprawić się z Krzyżakami. W czasie 1 wojny światowej właśnie tam, nad dolną Bzurą, miały miejsce zaciekłe walki pozycyjne pomiędzy Mój ojciec Stefan łjtkawski w młodości, Radziwiłka, rok i 943, fot. archiwum rodzinne wojskami niemieckimi i rosyjskimi. Później, we wrześniu 1939 roku, przez kilkanaście dni toczyła się tam słynna i krwawa Bitwa nad Bzurą, podczas której dwie armie wojska polskiego „Pomorze” i „Poznań” pod dowództwem generała Tadeusza Kutrzeby starały się przebić na Warszawę. Aby dotrzeć do Puszczy Kampinoskiej nasze wojsko pod gradem niemieckich pocisków przeprawiało się przez dość płytką i wąską w tym miejscu rzekę Bzurę. W owej bitwie jako prosty żołnierz brał udział 19-letni Wacław Kowalski, starszy brat mojej mamy, który w sierpniu tamtego roku zgłosił się na ochotnika do wojska w Toruniu. A mój ojciec Stefan jako młody chłopak był naocznym świadkiem tej wielkiej bitwy. Tuż koło ich domu gnali na koniach polscy ułani i przebiegała piechota pod dowództwem generała Stanisława Grzmot-Skotnickiego. Byle tylko przeskoczyć Bzurę! Byle dopaść zbawczego lasu dającego osłonę! Za rzeką były już tylko Tułowice, a dalej Puszcza Kampinoska. A za Polakami lecieli Niemcy. W Tułowicach, gdzie zresztą też mieszkają jacyś moi krewni z rodziny Łukawskich, 19 września 1939 roku poniósł śmierć generał Stanisław Grzmot--Skotnicki. W ogóle tamta bitwa obfitowała w ofiary. W całej okolicy rozsiane są cmentarze polskich żołnierzy, którzy wówczas polegli; Juliopol (spoczywa tam 3773 żołnierzy), Mi-strzewice Nowe (29 żołnierzy). Rokicina (36 żołnierzy), Witkowice (21 żołnierzy). Budy Stare (80 żołnierzy), Leontynów (Radziwiłka Pierwsza, 6 żołnierzy) i Łasy Rokiciny (około 300 żołnierzy). Mieszkając w Bydgoszczy, w latach 70., mój ojciec spotkał pewnego lekarza z pogotowia ratunkowego, który brał udział w tamtej wielkiej bitwie: Pan urodził się w Radziwiłce? Pamiętam tę nazwę. Byłem tam we wrześniu 1939 roku. Konia tam pode mną ubili, a ja zostałem ranny - powiedział ten doktor, zajrzawszy do książeczki ubezpieczeniowej mego ojca. Alicja ł,ukawska 75 Po bitwie zostało ogromne pobojowisko, pełne trupów ludzi i koni, porzuconych wozów i wszelkiego sprzętu wojskowego. Ludzie szukali tam różnych „skarbów” należących do wyposażenia wojskowego. Szukano wszystkiego, a przede wszystkim skórzanych butów żołnierskich i oficerskich, a także innego wyposażenia wojskowego. W tych poszukiwaniach brali udział ludzie z całej okolicy. Znalazłam w sieci informację, że właśnie tam, w lesie w pobliżu Młodzieszyna zbierał poniemiecką broń rówieśnik mojego ojca Stanisław Gurdała ps. „Roman” (rocznik 1926). Tak właśnie zaczął się jego udział w polskim ruchu oporu. Do lasu zabrał go kuzyn Janek Kuczyński z Młodzieszyna, który był wówczas studentem Wyższej Szkoły Handlowej. W tej szkole, jeszcze przed wybuchem wojny, profesorowie powiedzieli studentom, że w przypadku, kiedy wróg napadnie na Polskę, nasze szanse na zwycięstwo będą bardzo małe. Dlatego polska młodzież była świadoma i sama z siebie zaczęła organizować podziemny ruch oporu. - Ześmy zebrali broń, żeśmy zebrali dwa karabiny maszynowe, ręczne karabiny maszynowe, z karabinów wyciągnęliśmy zamki. Smaru do broni była kupa w taczankach, żeśmy smarowali to, zakręcali w koce, żeśmy wybierali doły strzeleckie, doły zasypywaliśmy i potem robili znaki na drzewach. Chowaliśmy broń, amunicję i tak dalej - wspominał Stanisław Gurdała. Znaleziona wtedy pod Młodzieszynem broń została później zabrana i użyta przez Janka Kuczyńskiego, kiedy wstąpił do „Kedywu” (Kierownictwo Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej) i był w oddziale Józefa Czumy, ps. „Skryty”. Mój ojciec Stefan także chodził zbierać różne rzeczy na tym pobojowisku. Znalazł tam m. in. niemiecki komplet do golenia marki Rotbart. To było niewielkie pudełko z wiśniowego ebonitu z jakimś wyłamaniem z jednej strony. Może to była dziura po pocisku, która zabiła właściciela tego kompletu? W środku była golarka z mosiądzu, komplet żyletek, pędzel i mydło. Ojciec używał golarki z tego kompletu do końca życia, zmieniał tylko żyletki i dokupywał nowe pędzle. To pudełeczko zostało nam jako pamiątka po śmierci mojego ojca. Mamy je do tej pory w domu. Wspominał też, że raz znalazł tam cały worek czarnego pieprzu ziarnistego zgubionego w czasie ucieczki przez jakąś kuchnię połową, ale go porzucił, bo wpadło mu w oko coś lepszego. A później tego żałował, bo ten pieprz zabrał potem ktoś inny i dobrze na nim zarobił, kiedy go sprzedawał w czasie niemieckiej okupacji. Podobno jeszcze później, kilka lat po bitwie, na tym pobojowisku można było znaleźć różne niewypały i niewybuchy. Dorastający chłopcy z okolicy zbierali tam starą amunicję, różne granaty, miny i pociski, które później rozbierali na części, pozyskując w ten sposób proch strzelniczy. Do czego dokładnie był im potrzebny ten proch, tego właściwie nie wiem. Może w pobliżu, w lasach działała jakaś partyzantka? Puszcza Kampinoska była przecież tuż obok, dosłownie o rzut beretem, a tam w czasie II wojny światowej kręciły się różne grupy partyzantów, m. in. ćwiczyli tam strzelanie członkowie AK z Warszawy, działał „Kedyw”, a w czasie Powstania Warszawskiego walczyła tam z Niemcami Grupa „Kampinos”. Latem 1944 roku, tuż przed Powstaniem Warszawskim, mój ojciec wraz z kolegami zaczął rozkręcać jakiś pocisk za stodołą, koło domu rodzinnego na Radziwiłce. Niestety, zdarzył się nieszczęśliwy wypadek i nastąpił wybuch, w efekcie którego ojciec został poważnie ranny. Rozerwało mu prawą dłoń i rękę trzeba było ją amputować w połowie przedramienia. Długo potem dochodził do zdrowia i do końca życia nosił protezę dłoni na 76 Żuławskie opowieści. Pończochy babci Kasi prawej ręce. Wszystko wykonywał lewą dłonią, pisał nią i rysował, po wojnie skończył technikum budowlane w Gdańsku, a przez jakiś czas pracował nawet jako kreślarz w biurze projektów. Prócz tego, ojciec został też wtedy ranny w prawe kolano i mocno ogłuszony. Do końca życia miał pod skórą czarne ziarenka prochu. Zmarł w 1991 roku na raka płuc. Już po jego śmierci wyczytałam w jego papierach składanych do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w celu uzyskania renty inwalidzkiej, że w wyniku tego wypadku cierpiał na syndrom stresu pourazowego, miał też problemy ze słuchem i wzrokiem. Nie wiem, po co właściwie mój ojciec w wieku osiemnastu lat zajmował się rozbrajaniem pocisków i pozyskiwaniem prochu strzelniczego. Może handlował tym prochem, żeby zarobić trochę grosza? A może współpracował z tymi partyzantami z Puszczy Kampinoskie!? Nie wiem lego, a me mogę |uz o to zapytać, bo ojciec nie Żyje już ponad ćwierć wieku, pierwszy z prawej, fot. archiwum rodzinne Być może miał nawet jakąś przeszłość kombatancką, ale nigdy tego nie ujawnił. W PRL-u ludzie mieli swoje tajemnice. Jeśli nawet kiedykolwiek współpracował z „Kedywem”, to za komuny nie było przecież bezpiecznie o tym mówić nawet najbliższej rodzinie. Za takie rzeczy ludzi ścigało UB i można było trafić do więzienia. Ojciec był ostrożny. O tym swoim wypadku, w którym stracił rękę, nic nam nie opowiadał, szczegółów tego zdarzenia nie zna nawet moja matka, a to, o czym tu piszę w związku z tym wypadkiem, to są wiadomości pozbierane później od różnych osób. W sumie to prawie nic nie wiem na temat wojennej przeszłości mojego ojca, on sam nic o tym nie mówił, milczała również cała rodzina Łukawskich. Z dokumentów, jakie po nim pozostały, wynika, że w czasie okupacji pracował przymusowo u Niemców w sąsiedztwie. -Ta główna Bitwa nad Bzurą to była mniej więcej tutaj, a tam dalej, za stodołą Mariana, tam gdzie teraz pasą się jego krowy na łące, jest ten słynny bród, przez który we wrześniu 1939 roku przeprawiało się wojsko polskie w drodze na Warszawę - pokazywał mój ojciec w 1978 roku, kiedy pojechaliśmy całą rodziną z Bydgoszczy zwiedzać jego małą ojczyznę. Ale ja wówczas nie za bardzo interesowałam się tą zamierzchłą historią. Byłam tuż po maturze, miałam zaledwie dziewiętnaście lat i dopiero wchodziłam w życie. Miesiąc wcześniej zdałam wprawdzie na piątkę maturę ustną z historii, ale wtedy kładziono większy nacisk na dzielnicowy podział Polski po śmierci Bolesława Krzywoustego i przyczyny upadku Rzeczpospolitej szlacheckiej niż na historię XX wieku. O historii współczesnej nie wiedziałam prawie nic. Ta bitwa z 1939 roku wcale mnie nie obchodziła. Chyba byłam jeszcze wtedy za młoda na grzebanie się w rodzinnej przeszłości. Mogłam wówczas zadać wiele pytań, ale ich nie zadałam, bo nie przyszły mi do głowy. Z tamtej wizyty zapamiętałam tylko, że stryj Marian miał duże gospodarstwo rolne, a stado Alicja ł,ukawska 77 jego czarno-białych krów pasło się na niskich łąkach nad Bzurą, w historycznym miejscu upamiętnionym ową potyczką. A Bzura była wtedy, w końcówce epoki Gierka, śmierdząca, brudna i kołorowa, bo płynęły nią ścieki farbiarskie z fabryki w Chodakowie, o której pisałam wcześniej. Rzeka miała taki kolor, na jaki w danym dniu w zakładach farbowano sztuczne jedwabie; mogła być więc zielona, niebieska, żółta, pomarańczowa lub czerwona. Te kolory zmieniały się co parę dni. Teraz fabryka już nie pracuje, więc Bzura znowu jest piękną, czystą rzeką. Obecnie ostatnim naocznym, żyjącym świadkiem tej bitwy jest stryj Marian z Witkowie, który w 1939 roku miał siedem lat, ale wszystko dobrze pamięta, jakby to było wczoraj. Jego relacja została udokumentowana przez stołeczną telewizję, która nagrała z nim długi wywiad. W czasie niemieckiej okupacji na skutek nowego podziału administracyjnego Radzi-wiłka znalazła się na terenach włączonych do III Rzeszy. Granica z Generalną Gubernią znajdowała się niedaleko, co wykorzystywała miejscowa ludność, która na masową skalę zajęła się przemytem. Ludzie przekradali się przez zieloną granicę, przenosząc żywność do głodującej Warszawy, która nie przeżyłaby bez tych nielegalnych dostaw. Tędy szły ze wsi do miasta świńskie rąbanki, boczki, słoniny, kiełbasy, wędliny, masło, jajka i inne produkty. Pewnego razu moja babcia Kasia chciała sobie trochę dorobić, bo pieniędzy przecież w domu stale brakowało, a zawsze jakąś tam świnkę uchowało się nielegalnie przed okiem Niemców. Dlatego wybrała się na przemyt z grupą znajomych. Szła obładowana tobołkami z żywnością. Niestety, tej grupie nie udało się dotrzeć do stolicy. Zostali bowiem zatrzymani po drodze. - Halt! Halt! Stać! - rozległo się wołanie niemieckich żandarmów, którzy wymierzyli naładowaną broń w polskich przemytników. Niemcy aresztowali wtedy całą grupę Polaków za przemyt i próbę nielegalnego przekroczenia granicy. Niedoszłych szmuglerów zamknęli w starej kościelnej dzwonnicy w Młodzieszynie, która w czasie okupacji pełniła funkcję lokalnego więzienia. Dzwonnica należała do kościoła pw. Najświętszej Maryi Panny i była właściwie jedynym elementem tej świątyni, jaki pozostał ze starego kościoła, jaki został zniszczony w czasie Bitwy nad Bzurą. Więźniowie posiedzieli tam trochę, drżąc ze obawy, co będzie dalej. Na szczęście zamknięto ich tam chyba tylko po to, by ich nastraszyć, bo po jakimś czasie wszyscy zostali uwolnieni. Kasia najadła się wtedy strachu co niemiara, bo w czasie okupacji Niemcy nie żartowali z Polakami. Trochę wcześniej w tym samym Młodzieszynie wielu Polaków zostało rozstrzelanych za byle co. Ale widocznie nad Kasią czuwała Boża Opatrzność i jej osobisty Anioł Stróż, ponieważ wyszła cało z tej opresji. Nigdy więcej na przemyt nie poszła. Babcia Kasia przez całe życie mówiła gwarą łęczycką, z użyciem starych, archaicznych form językowych. Niestety, nie zapamiętałam wiele z jej mowy, bo byłam przecież miejskim dzieckiem i nie zawsze ją rozumiałam. Wbiło mi się w pamięć głównie jej mazurzenie. Mówiła „skoła” zamiast „szkoła”, „capka” zamiast „czapka”, „żyto” zamiast „żyto” i tak dalej. Nie wymawiała takich głosek jak „sz”, „cz”, „ż”, „dż”, zamiast nich wychodziło jej zawsze „s”, „c”, „z”, „dz”. Używała też stareńkiej końcówki „oju” w celowniku liczby pojedynczej, która jest zabytkiem polskiego językoznawstwa. Mówiła np. „trzeba dać tę krowę Stefano-ju” w odniesieniu do mojego ojca Stefana (celownik: „komu? czemu? Stefanoju”), a ja nie 78 Żuławskie opowieści. Pończochy babci Kasi wiedziałam dlaczego tak mówi, dopóki - będąc już na studiach polonistycznych - nie zainteresowałam się polską dialektologią. Okazało się, że taka forma celownika to jest to szacowny zabytek językowy, typowy dla gwary łęczyckiej. Zresztą, tej krowy Stefan nigdy nie dostał, bo jego pazerne siostry na to nie pozwoliły. Z kolei dziadek Józef mówił właściwie klasyczną, poprawną polszczyzną, z jakimiś tam wiejskimi naleciałościami. Poza tym, oboje dziadkowie używali słów, które współczesna dialektologia zalicza do gwary mazowieckiej, takich jak „dziabac ’ (chodzi o pielenie, była to bardzo ważna czynność w Wiśniewie na Żuławach, bo babcia całe lato „dziabała chwasty” motyczką na polu zasadzonym warzywami), „gardy (w znaczeniu „wybredny , mówili np.: „a ta to taka garda, nawet mlika nie fot. archiwum roeizinne wypije”), „latoś” (w znaczeniu „tego roku”, zwykle w wyrażeniu „zboże obrodziło latoś”, lub „nie obrodziło”), „lampucera” (chodziło o kobietę lekkich obyczajów, czasem to słowo występowało jako wyzwisko, w wołaczu: „ty lampucero jedna!”), „potoknąć” (w znaczeniu „umyć coś”, zwykle mówiono „potoknąć statki”, czyli „umyć naczynia”), „duśdać” (co znaczyło „ugnieść”, ugotowane ziemniaki „duśdało” się przed podaniem na stół), czy „zemścić” (co znaczyło „przeklinać”, „złorzeczyć”). Nie zachowało się żadne zdjęcie mojej babci z czasów młodości, więc nie wiem, jak wtedy wyglądała. Ja ją pamiętam okresu, kiedy była już stara. To były lata sześćdziesiąte XX wieku, a babcia miała wtedy sześćdziesiąt kilka lat. Wyglądała trochę jak Tatarka. Miała skośne oczy, mongolską fałdę na powiekach, wydatne kości policzkowe i w ogóle taką jakby azjatycką urodę. Była troszkę zaokrąglona, miała delikatne, zupełnie nie-wiejskie dłonie i długie, sięgające pasa, gęste, ciemne włosy, które prawie nie siwiały. Zaczesywała je małym, półokrągłym, ozdobnym grzebykiem z ciemnego plastyku, a potem ściągała z tyłu w ciasny koczek i upinała metalowymi szpilkami. Poza domem nosiła na głowie chustkę, latem cienką, bawełnianą i kwiecistą, a zimą też kwiecistą, ale grubszą, z wełny. Miała też dużą, wełnianą, ciepłą chustę w kratę, z frędzlami, którą owijała się jak gdzieś wychodziła z domu w zimnej porze roku. Dawniej takie chusty służyły kobietom ze wsi zamiast płaszcza na zimę. Dopiero niedawno zobaczyłam, jak wyglądała moja babcia w średnim wieku. Jej fotografia zrobiona do dowodu osobistego „wypłynęła” w czasie moich ostatnich poszukiwań genealogicznych. Zdjęcie Kasi w średnim wieku dostałam mejlem na fejsa od Moniki Wdowiak, wnuczki mojej ciotki Zosi. Również niedawno zobaczyłam, jak wyglądał w młodości dziadek Józef. Jego zdjęcie przysłała mi na fejsa z Ameryki Beatka Skrajny, wnuczka Stasi, najstarszej siostry mojego ojca. Beatka jakiś czas temu wylosowała amerykańską Zieloną Kartę w ramach loterii wizowej i wyjechała z rodziną za ocean na stałe. Mieszka i pracuje w Nowym Jorku. Wyjeż- Alicja Łukawska dżając, zabrała ze sobą rodzinne fotografie, które odziedziczyła po swojej babci. Gdzieś tam ukrywało się nieznane reszcie rodziny zdjęcie młodego dziadka Łukawskiego. To było dla mnie ogromne zaskoczenie. Z początku zastanawiałam się, kto to w ogóle jest. - Niby podobny ten gość do Łukawskich, wyraźnie widzę tu podobieństwo, ale kto to jest, na Boga? - zapytałam Beatkę na czacie internetowym. - Przecież to jest młody dziadek Józef, ojciec mojej babci Stasi - odpowiedziała. Nie pamiętam, jak wyglądał powrót mojej babcia z jej podróży na Radziwiłkę w latach 60. Musiało być chyba spokojnie, bo nie wbiła mi się w pamięć żadna awantura z tym związana. Były oczywiście różne inne rodzinne kłótnie, ale nie pamiętam ich tak dokładnie. 79 Krzyż Ul Wiśniewie, który stal na skrzyżowaniu dróg. Obok znajdował się przystanek PKS, fot. A. Łukawska Te dziesięć lat osobistej wolności bez dziadka, o które modliła się moja babcia, zostało jej dane. Ktoś chyba z góry usłyszał to jej wołanie, bo faktycznie miała później te prawie dziesięć lat wdowiej „swobody”. Jak na życzenie! Dziadek zmarł wiosną 1969 roku, a babka odeszła w Sylwestra 1978 roku. To prawie dziesięć lat! Ale czy te lata były tak doskonałe, tak wolnościowe, jak sobie życzyła? To rzecz dyskusyjna! Przez te dziesięć lat Kasia nie była już gospodynią we własnym domu, bowiem po śmierci dziadka poszła na wycug do własnej córki, która w zamian za dom i gospodarstwo w Wiśniewie miała jej zapewnić pomoc, wsparcie i opiekę na starość, ale tak się nie stało. Pomieszkiwała więc Kasia trochę kątem tu i tam, trochę tułała się po bliższej i dalszej rodzinie. Spędziła te lata w samotności, depresji i chorobie, borykając się z cukrzycą i jej powikłaniami. Umierała w poczuciu, że zawiodła się na swoich dzieciach. Często płakała nad swoim nieszczęśliwym losem. Miała kłopoty ze zdrowiem, ale nie mogła się leczyć, bo rolnicy w PRŁ-u nie mieli żadnego ubezpieczenia zdrowotnego. KRUS powstał o wiele później. Jeszcze w 70. latach polscy rolnicy musieli płacić za leczenie u lekarzy, a także pokrywać sto procent ceny za leki w aptece. Kto miał pieniądze, ten się leczył, a kto nie miał, ten po prostu umierał. Babcia nie miała już niczego, bo ze wszystkiego obrali ją pazerni krewni. Nie było jej stać na leczenie. Czasem, kiedy przyjeżdżała do nas do Bydgoszczy, moja mama (synowa) chodziła z nią prywatnie do lekarza oraz na badanie krwi i moczu do laboratorium. Tuż przed śmiercią amputowano jej palce u stopy z powodu cukrzycy. Babcia zmarła w szpitalu w Elblągu. Została pochowana na elbląskim cmentarzu Dębica, potem jej szczątki przeniesiono do grobu dziadka na cmentarz przy ulicy Agrykoli. Do trumny ubrano ją w garsonkę, pantofle i pończochy. Tym razem były to już pończochy do pary. Biedna Kasia nie musiała się już o nic martwić przez całą wieczność. A zresztą, gdyby nawet te pończochy nie były do pary, to na tamtym świecie chyba nie ma już takiego znaczenia? 80 Niekomercyjny pr/rwodnik po Ziemi Sztumskiej, część 5 Piotr Podlewski Niekomercyjny przewodnik po ZIEMI SZTUMSKIEJ część 5 CEGIELNIA W WĘGRACH Na mapie topograficznej z 1913 roku we wsi Węgry, przy drodze prowadzącej w kierunku Uśnie, zaznaczona jest cegielnia. W kierunku Nogatu, biegła od niej, na odcinku ok. 700 metrów, linia wąskotorowa. Kolejna linia torów (ok. 200 m) biegła w kierunku wsi Parpary. Cegielnia według „Ostpreussisches Industrie-Adressbuch” z 1936 roku nosiła nazwę „Schack” (nazwisko dzierżawcy). Zakład należał przed wojną do właścicielki majątku Węgry, która zginęła tragicznie z rąk Rosjan 25 stycznia 1945 roku, po wkroczeniu Piotr Podlewski 81 Armii Czerwonej. Jej syn Heinfried Graf von Lehndorff został zraniony nożem, a następnie zastrzelony razem z matką. Po wojnie do drugiej połowy lat 60. cegielnia nadal istniała, ale już jako zakład państwowy. Później, na początku lat 70. do połowy lat 80. w miejscu cegielni otwarto przerób odpadów zwierzęcych, a w latach 90. powstały nowe budynki na potrzeby zakładu galwanizerni. Dziś po cegielni pozostał tylko komin oraz fragmenty ceglanej drogi prowadzącej dawniej aż do dworu i majątku. Postanowiliśmy wybrać się w to miejsce i urządzić wizję lokalną, analizując jednocześnie sposób funkcjonowania analogicznych cegielni z czasów przedwojennych. Więc od początku: Na południe od zakładu znajdują się miejsca, z których ewidentnie wydobywano glinę. Korzystano w tym miejscu z odkrywkowej kopalni, gdzie glinę mogła wydobywać koparka czerpakowa. Biegnąca tamtędy linia kolejki wąskotorowej transportowała wydobyty surowiec do cegielni na tzw. kolebach (pojazd szynowy, rodzaj wagonika wywrotki, służący do przewozu), które przesuwane były ręcznie lub przy pomocy koni. Kiedy wózki przyjeżdżały do cegielni, wciągało się je po pochylni do budynku. Najpierw na taśmę sypało się z szybra piasek, a później z drugiego dawało się glinę. Trafiała ona do mieszadła, a dalej do prasy. Powstawała wtedy długa bryła, którą dzielono na cegły. Kiedy cegły były jeszcze miękkie, znaczono je. W naszym przypadku nazwą „Schack” (po tym napisie można było poznać, że są z danej cegielni). Następnie trafiały do suszarni. Cegły leżały tam tydzień, po czym trafiały do pieca, a stamtąd na plac, gdzie były pakowane na kolebki i transportowane torami do portu nad Nogatem i ładowane na barki. Niemcy były największym producentem cegły i pokrewnych materiałów budowlanych. Osiągnięcia i wynalazki niemieckich techników, a zwłaszcza K. Schlickeysena (mechaniczna prasa ceglarska), F. Hoffmanna (piec kręgowy) i K. Kellera (sztuczna suszarnia), stały się trwałymi składnikami postępu technicznego w tej dziedzinie przemysłu. Wybraliśmy się w miejsce portu, idąc po dawnym nasypie torowiska. W połowie drogi minęliśmy miejsce, w którym stały budynki gospodarcze prawdopodobnie związane z cegielnią. Nie ma już po nich dziś śladu. Pozostało tylko zarośnięte oczko wodne i porozrzucane cegły. Skarpę nad Nogatem przecina strome zejście nad rzekę zwane jeszcze na początku XX wieku die Rutsche (zjeżdżalnia). Znajdują się tam resztki pochylni służącej do transportu w dół cegieł, a może i samych kolebek. (Widział ją jeszcze około 1928 roku historyk Arthur Semrau). Skarpa została zmodyfikowana na potrzeby wyciągarki po której można było opuszczać kolebki stabilizowane liną, która służyła też do wciągnięcia ich z powrotem. Z zachowanych, ceglanych pozostałości urządzenia nie można niestety dziś odtworzyć całego procesu opuszczania cegieł ze skarpy do portu. „Zjeżdżalnia” od wieków służyła jako miejsce transportu drewna, kamieni i cegieł nad Nogat. Możliwe, że korzystał z tego miejsca już Zakon Krzyżacki zaopatrujący się w ważne dla budownictwa materiały. Po porcie nie ma już śladu, ale w zamian natknęliśmy się na słup graniczny postawiony po traktacie wersalskim z 1919 roku, wskazujący granicę między Niemcami a Wolnym Miastem Gdańskiem, oznakowany odpowiednio literami D (Deutsch) oraz FD (Freie Stadt Danzig). 82 Niekomercyjny przcw(xlnik po Ziemi Sztumskiej, część 5 PIEKŁO - KANAŁ LODOWY Biała Góra ze śluzą i całym systemem węzła wodnego to cel licznych wycieczek mieszkańców Powiśla i Żuław. Dziś nie będziemy jednak opisywali historii wymienionych konstrukcji, ponieważ są one bardzo dobrze przedstawione na tablicach informacyjnych ustawionych na śluzie i przy wielkim upuście. Wybierzemy się za wieś Piekło. Znajduje się tam tzw. kanał lodowy, który jest pamiątką po próbach okiełznania rzeki w latach 1848-1853. Ale od początku. Przed wiekami Nogat był głównym ramieniem Wisły. Jeszcze w 1550 roku 87% wody wiślanej spływało właśnie Nogatem. Było to niekorzystne rozwiązanie zarówno dla Gdańska, jak i zalewanych regularnie płaskich Żuław. W XVI wieku zaczęto prace obniżające poziom wody w Nogacie co doprowadziło niemal do wyschnięcia rzeki. Ratując sytuację, miasta Gdańsk i Elbląg, podjęły akcję przekopania kanału pomiędzy Wisłą i Nogatem w okolicy Białej Góry. Sytuacja początkowo została opanowana, jednak natura upomniała się o swoje prawa i znowu większość wód popłynęła Nogatem do tego stopnia, że Wisła w odcinku do Gdańska przestała być żeglowna. W 1612 roku podjęto kolejną próbę ratowania sytuacji budując tamę, która regulowała podział wody w stosunku 2:1 dla Wisły. Wszystko działało jak zaplanowano do wojen szwedzkich. Tama została zniszczona, a główny nurt rzeki popłynął znowu Nogatem. Taki stan trwał aż do XIX wieku. W 1848 roku powstał projekt, w którym zaplanowano przeniesienie odgałęzienia Nogatu od Wisły do miejscowości Piekło. Przekopano tam kanał, zwany lodowym. Piotr Podlewski 83 którego dno wyłożono brukiem, budując jednocześnie drewniany jaz przeciw krze lodowej oraz system wałów przeciwpowodziowych. Plan jednak okazał się nie trafiony. Pierwszy na-pór kry lodowej w 1854 roku uszkodził konstrukcję przeciwlodową, a niecałe 20 lat później w 1871 roku zniszczył ją kompletnie. Próbowano jeszcze ratować sytuację zwężając koryto Nogatu poniżej kanału lodowego, co też nie zdało egzaminu. W 1884 roku kolejny napór kry lodowej i jej roztopy wywołały kolejną powódź. Dramat rozegrał się w 1888 roku. Wiosną tego roku potężna powódź zalała całe Żuławy Elbląskie. Był to prawdziwy szok dla władz pruskich. Zalanych zostało 900 kilometrów kwadratowych pól uprawnych, zniszczeniu uległ cały system odwadniający. W okolicach przerwania wału koło Malborka, 273 ha ziemi zostały wyeliminowane z uprawy z powodu zapiaszczenia. Straty oszacowano na 30 milionów marek. Do dziś możemy oglądać znaczniki poziomu wody umieszczone na baszcie bramy mostowej na zamku w Malborku. Pruska Akademia do Spraw Budownictwa opracowała plan w wyniku którego doszło do odcięcia i skanalizowania niepokornego Nogatu. W 1915 roku powstał obecny węzeł wodny w Białej Górze, który jest dziełem inżynierii i myśli technicznej. Od tego czasu rzeka jest regulowana i tylko 3 proc, wody wiślanej wpływa do Nogatu, który od śluzy przebija się do dawnego koryta na wysokości resztek mostu Jagow Briicke, wysadzonego w 1945 roku przez wycofujące się oddziały niemieckie. Wejście Wisły do kanału lodowego zostało odcięte nową linią wałów przeciwpowodziowych. A sam kanał jest dziś martwym tworem, reliktem tamtych czasów. Na mapie z 1913 roku za kanałem lodowym zaznaczona jest cegielnia wraz z przyległymi zabudowaniami. Miejsce nosiło nazwę Gurkenberg. Prowadził do niego przewóz wodny przez opisywany kanał. W 1939 roku nie było już śladu po cegielni. Dziś zostały tam już tylko ślady po domach w postaci fragmentów ścian i porozrzucanych cegieł oraz nasypu drogi prowadzącej dawniej do zakładu. Bardzo możliwe, że cegielnia służyła do produkcji materiału z którego wykonano śluzę oraz starszy wielki upust wprowadzający wody rzeki Liwy do Nogatu. Po zamknięciu projektu cegielnię prawdopodobnie rozebrano ze względu na jej nieprzydatność w tym rejonie. „KARPIARNIE”, CZYLI SZTUCZNE STAWY W czasach międzywojennych powstały w lesie sztumskim sztuczne zbiorniki wodne zwane Karpfen Teich (karpiarnie). Na mapach z 1913 roku stawów jeszcze nie ma. Jedynymi znaczącymi zbiornikami wodnymi były wtedy naturalne jeziora Białe i Czarne. Mapy z 1939 roku pokazują nam już w pełni cały system stawów włącznie z kanałami doprowadzającymi i odprowadzającymi wodę. Na początek trochę historii. Pierwsze hodowle ryb w stawach prowadzono już w starożytnych Chinach. Ideę budowy stawów i hodowli ryb przenieśli do Europy z Chin zakonnicy, którzy zaczęli zakładać stawy w dobrach klasztornych. Ciekawostką jest fakt, że do dnia dzisiejszego urządzenie piętrzące wodę w stawie nazywamy „mnichem”. Nazwa została zainspirowana podobieństwem urządzenia do klęczącego mnicha, („mnicha” możemy oglądać na jednym ze stawów - na mapie nr 2 - w lesie sztumskim). Na dużą skalę proces zakładania stawów rybnych rozpowszechnił cesarz Franków Karol Wielki, który rozkazał zakładać stawy rybne na terenie swoich posiadłości, co stało się inspiracją dla rycerstwa posiadającego ziemię. Bardzo duży rozwój budowy sta- 84 Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 5 Karpiamie w lasach sztumskich wów przypadł na XVI i XVn wiek. Wiązał się on z rozwojem wielkich majątków ziemskich zarządzanych przez szlachtę. W stawach, w lesie sztumskim, hodowano karpie, stąd ich nazwa Karpfen Teich (kar-piarnia). Stawy założono w naturalnych obniżeniach terenu. Możemy w przybliżeniu, przez analogię do innych stawów pruskich przedstawić proces hodowli. Wczesną wiosną zarządcy stawów, prawdopodobnie byli to pracownicy leśni, zamykali przepusty odpływowe na przegrodach i otwierali przepusty dopływowe na zaporach kończących kanał, w których znajdowały się rury. W ten sposób karpiamie wypełniały się wodą. Mogło to trwać kilkanaście dni. Następnie wrzucano narybek karpia, który dojrzewał przez wiosnę i całe lato. Jesienią wodę z karpiami całkowicie spuszczano przez wypusty, zwane „mnichami” i następowało odławianie ryb. „Mnich” składał się z dwóch części: stojaka i leżaka połączonych ze sobą pod kątem prostym. Stojak to konstrukcja złożona z trzech ścian: dwóch bocznych i tylnej. Jej przód składany był z zastawek, a jego wysokość zależała od poziomu wody. W celu piętrzenia wody zastawki były wsuwane w prowadnice, a dla uruchomienia przepływu wody wyciągano je. Leżak to rura odprowadzająca. Tą prostą konstrukcję można zobaczyć w galerii zdjęć. Na załączonych mapach stawy zostały ponumerowane. Karpiarnia nr 1 z wysepką, leżąca na wschód od Benowa, to dziś idealne miejsce na odpoczynek. Kanały odprowadzające i doprowadzające cały czas są czynne. Warto zostawić auto koło cmentarza w Benowie i przejść się wzdłuż kanału odprowadzającego w kierunku karpiami. Kanał doprowadzający wpływa natomiast do stawu z terenów leśnych po niewielkim wodospadzie. Staw nr 2 położony jest niedaleko drogi do Benowa, biegnącej ze skrzyżowania Sztum - Biała Góra - Benowo - Czarna Droga. Zostawiamy auto na leśnym parkingu i idąc ścieżką wzdłuż kanału odprowadzającego dochodzimy do zbiornika. W połowie zarośnięty już staw regulowany był „mnichem”, któremu możemy tutaj się przyjrzeć. Kanał doprowadzający wodę połączony był z jeziorem Czarnym. Karpiarnia nr 3 jest zbiornikiem najbardziej zarośniętym. W kanałach nie ma już wody, ale możemy przyjrzeć się niewielkiej zaporze, przez którą przechodzi rura odprowadzającą Piotr Podlewski 85 wodę do kanału, który następnie łączył się z ciekami wodnymi i rowami opaskowymi na polach koło Brzeziego Ostrowu wpływającymi do jeziora Parleta. PRZEKLĘTA KARCZMA Opowieść dawnego mieszkańca Starego Targu: Pod Nowym Targiem diabeł straszy, i że niejednego już pogonił... Przed wojn^ sipiad mojej znajomej ze Starego Targu, który końmi tam przejeżdżał, był goniony przez „złego”, aż pod swoje domostwo. Z jego koni obłatywała piana, a on sam długo słowa wymówić nie mógł. Uwierzyłi mu domownicy i sipiedzi, bo w drzwiach jego domu, był wbity nóż... Przy drodze z Nowego Targu do Krasnej Łąki, na terenie należącym do majątku Waplewo Wielkie stała niegdyś karczma o nazwie Zawalidroga. Miejsce otaczała zła aura, a przejeżdżający tamtędy podróżni popędzali konie czyniąc znak krzyża. Latem 1935 roku polski pisarz, dziennikarz i reportażysta Melchior Wańkowicz odwiedził Prusy Wschodnie goszcząc m. in. na dworze w Ramzach Małych. Kazimierz Donimirski, ówczesny gospodarz Ramz Małych, podczas przejażdżki po okolicy uraczył gościa opowieścią, którą Wańkowicz umieścił w swojej książce pt. „Na tropach Smętka”. Oto jej fragment: Pan Donimirski opowiada mi w drodze o karczmie Zawałidroga oełZawałicha na trakcie między Nowym Targiem a SzenwizĄ (Krasna Ł^ka). W karczmie tej zwykłi nocować ongiś pieszo wracajcfcy do Połski flisacy z pieniędzmi wypłaconymi w Gdańsku. Otóż w karczmie tej ich zabijano i obrabowywano z pieniędzy. 1 odt^^d jest coś takiego, że wiełu przejeżdzajc/cym trafla się zła przygoda. Niedawno, kiedy p. Donimirski żartował sobie z obaw stangreta (woźnicy) w przejeździć pod złowrogi^ karczmcf, pękła mu tam właśnie oś. Dziś to miejsce już nie istnieje, ale temat jest na tyle interesujący, że warto przyjrzeć się mu bliżej. Na mapie barona Friedricha von Schroetter opracowanej w latach 1796-1802 rzeczywiście zaznaczone jest miejsce o nazwie Zawalidroga leżące przy drodze między No- Pozoslalosci po karczmie Zawalidroga, fot. P Podlewski 86 Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 5 wym Targiem, a Krasną Łąką. Nazwa oraz zabudowania są oznaczone również na mapie topograficznej GroE Rohdau Topographische Kartę (Messtischblatt) z 1895 roku. Na późniejszych mapach z lat 1910-1937 w miejscu karczmy podpisana jest już stodoła. Za pomocą lidaru udało się ustalić w przydrożnym lesie zarysy budynków leżących idealnie w miejscu oznaczanym na mapach jako Zawalidroga. Na miejscu wśród starych drzew zastaliśmy porośnięte fundamenty karczmy i możliwej wozowni oraz sporą ilość cegieł i kamieni. Sama karczma była niewielkim budynkiem postawionym na planie prostokąta. Z wozowni pozostały resztki kamieni z fundamentów. Z pomocą przychodzi tutaj niemiecki historyk Arthur Semrau, który w swoich wydawanych w Toruniu w latach 30. ubiegłego wieku „Komunikatach” opisuje Zawalidrogę, jako miejsce gdzie dawniej była karczma, a teraz karczma pełni funkcję stodoły, co zgodne jest z mapami topograficznymi z tego czasu. Dodaje, że lokalna legenda mówi o Żydzie, który utonął w pobliskim bagnie. I faktycznie, kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się bagienne „uroczysko”. Tak o tym miejscu mówią lokalni. Nazwa potocznie jest rozumiana jako miejsce odludne, tajemnicze, a nawet niebezpieczne czy mogące rzucać na ludzi „uroki”... Karczmy odgrywały istotną rolę w życiu wsi. Można było spędzić czas przy piwie, pohandlować rzemiosłem lub wyrobami. Odbywały się w nich zabawy lub imprezy okolicznościowe. Jedzono głównie kiełbasę, wędzoną słoninę, a dla zamożniejszych podróżnych zabijano drób. Na Pomorzu oczywiście w dni postne rządził śledź. Pito piwa i miody. Kiedy w XIX wieku masowo wprowadzano gorzałkę karczmy przestały być miejscem swobodnego spędzania czasu ze względu na liczne awantury. Oryginalna nazwa Zawalidroga nie jest odosobniona. Znane były karczmy o nazwach Darmograjka, Parada, Pohulanka, Wygoda, Zabawa, Przygoda. GRÓD „MONS CASTRI”? Chojty to niewielka, zapomniana miejscowość w pobliżu Trop Sztumskich i Poliks. Jej historia sięga końca Xni wieku, kiedy to została założona przez Zakon Krzyżacki. Analizując nazwy terenowe opisane w 1932 roku w niemieckich kwartalnikach stowarzyszenia Coppernicus z Torunia wyłania nam się interesująca historia. Najwyższe wzniesienie wsi (72,6 m. n.p.m.) nosiło w 1932 r. nazwę „Schlossberg” (wzgórze zamkowe). Łaciński odpowiednik tej nazwy, mons castrum, pojawia się w opisie dokumentu z 20 stycznia 1308 roku potwierdzającym nadania ziemi Tustimowi, na prawie chełmińskim, przez krzyżackiego mistrza krajowego Heinricha von Plotzke. W akcie nadania opisano zasięg granic. I tam pojawia się mons castri (góra zamkowa) jako granica nadania. Granice w dokumencie z 20 stycznia 1308 roku zostały opisane w następujący sposób; „Buk w pobliżu Wzgórza Zamkowego (mons castri), stąd prosto do drzewa topoli, stąd do mostu polaTessim, stąd do granicy, która powierzona pozostaje komturowi Christburga (Dzierzgonia), Sieghar-dowi von Schwarzburg. Granica między olchą a pastwiskiem, nad którą przez długi czas toczyły się kłótnie między Tustimem i Cariothenem i jego braćmi, stąd prosto na bagno zwane Łuthensee, stąd na wzgórze przy łące, stąd prosto przed siebie aż do oznaczonej granicy przed bukowym lasem, stąd prosto do wyżej wspomnianej granicy”. Dr Seweryn Szczepański z Ośrodka Badań Naukowych w Olsztynie w swoich artykułach dotyczących Piotr Podlewski 87 U7z^orzr w Cht^tach terenów Pojezierza Iławskiego opisuje Chojty (mons castri) jako grodzisko nie pełniące już w XIII wieku funkcji militarnej, lecz współwystępujące w jednej okolicy wraz z „drzewami wartowniczymi” (pierwsze fortyfikacje krzyżackie z czasów podboju Prus). Grodzisko w Chojtach przedstawione zostało jako niezlokalizowane (odnośniki do artykułów znaj-dziecie Państwo pod koniec tekstu). Na początku XIV wieku Krzyżacy byli świeżo po podboju ziem Prusów i przystępowali do organizacji swojego państwa. Lokowali więc miasta i wsie, ściągając osadników z terenów dzisiejszych Niemiec i Polski. Mons castri było więc prawdopodobnie zniszczonym grodem Prusów służącym już tylko jako punkt orientacyjny. Wspomniany Heinrich von Plotzke w tym samym roku zajął Gdańsk, przez co Zakon rozszerzył swoje panowanie na Pomorze Gdańskie. Jako późniejszy wielki marszałek dowodził wyprawami na Litwę, gdzie zginął otoczony przez Litwinów w bitwie pod Miednikami w 1320 roku. Postanowiliśmy znaleźć „wzgórze zamkowe”, korzystając na początku z map topograficznych. Na mapie z 1929 roku wzgórze o wysokości 72,6 m znajduje się na zachód od wsi Chojty. Współczesne mapy potwierdzają jego lokalizację oraz wysokość. Zgadza się to z opisami historyków z 1932 roku. Na miejscu dokonaliśmy «włzji lokalnej». Okazało się, że miejsce jest mocno zniwelowane przez prace rolnicze. Jest częścią pola uprawnego. Jednak stoki „Schlossberg” stromo, w równej linii, opadają na wschód. Również od północy widoczne jest równe nacięcie skarpy, zniszczone od zachodu przez pobieranie piasku. Od tych stron wzgórze jest wybitnie obronne, biorąc pod uwagę fakt, że dawniej w tym miejscu znajdowało się jezioro 1 rozlewiska. Od strony zachodniej stok opada stopniowo ze względu na lata orki i prac przy uprawach zboża. Jednak zdjęcia z lidaru odsłaniają od strony południowej i zachodniej, ukształtowanie terenu, mogące być zarysami regularnych wałów. Można też postawić hipotezę, że widoczne zagłębienia od strony wschodniej i północnej mogły pełnić funkcję fos. Przy stoku wschodnim odnaleźliśmy granitowy słup graniczny, pochodzący prawdopodobnie z XVII/XVIII wieku stanowiący punkt oddzielający wsie Chojty i Trankwice, a napotkany tubylec potwierdził fakt, że wschodnia, stroma część wzgórza na- 88 Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 5 dal pełni funkcję granicy między wsiami. Czyli od czasów lokacji wsi przez Krzyżaków stan ten trwa bez zmian i mons castri nadal pełni rolę punktu orientacyjnego, jak w dokumencie z 1308 roku. W jakich czasach wzgórze było zamieszkane i jak mogły wyglądać jego umocnienia? Na te pytania mogą tylko odpowiedzieć badania archeologiczne. UŚNICE - ZAPOMNIANE FORTYFIKACJE Goszcząc we wsi Uśnice dowiedziałem się od gospodarzy, że w lesie znajduje się wał nieznanego pochodzenia. Zainteresowaliśmy się tym tematem, tym bardziej, że w żadnych opracowaniach dotyczących naszego regionu nie ma wzmianki o tym obiekcie, jego funkcji i czasie powstania (galeria zdj. 1). Krótką informację udało się znaleźć w opisach podróży po Prusach Johana Heinricha Dewitza z 1752 roku, w której autor wspomina o wałach znajdujących się w lasach niedaleko karczmy nad Nogatem (Eine Reise durch Preussen 1752). Wał zaczyna się przy starym cmentarzu w Uśnicach i ciągnie się na przestrzeni około 1 kilometra, załamując się co jakiś czas pod kątem prostym zamykając od północy, wschodu i południa obszar leśny. Od strony zachodniej nie występuje (galeria zdj. 2). Co kilkadziesiąt metrów wał przerywają niewielkie, okrągłe kopce o średnicy ok. 2 metrów. Konstrukcja najlepiej jest czytelna fragmentarycznie w swojej północnej i południowej części. Od wschodu teren jest mocno zniwelowany. Na każdym odcinku wał poprzedza rów. Z pomocą wyjaśnienia tej zagadki przyszły plany sztabowe z XVII wieku, które udało się odnaleźć na stronach archiwalnych domów aukcyjnych. Na ich podstawie postawiłem hipotezę, że wał jest pozostałością fortyfikacji ziemnej z czasów II wojny północnej, nazywanej potopem szwedzkim. Ale po kolei. Pierwszy plan autorstwa kartografa Erika Jonsona Dahlbergha (galeria zdj. 3) pokazuje sytuację w rejonie Szpicy Mątawskiej (półwysep koło śluzy w Białej Górze, pomiędzy Wisłą i Nogatem). Szwedzi zbudowali w tym miejscu umocnienia i przerzucili 4 sierpnia 1658, przez Nogat, most oparty na ośmiu łodziach. Widać przeprawę i starcie na Piotr Podlcwski 89 Plan Jansona Dahlberga: A Szpica Miftouska, B dzisiejsze położenie śluzy w Białej Górze, CJortyfikacja oslaniajifca przeprawf, D obóz wojsk połskich Płan kampanii hetmana Lubomirskiego: A okrfty wojenne, B reduta strzegtfca drogi, Cforlyjikacje nad Nogatem, D obóz wojsk Lubomirskiego, E Szpica Miftowska, E miasto Gniew 90 Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 5 rzece. Po drugiej stronie Nogatu widzimy umocnienia otwarte od strony rzeki. Z dużą dozą pewnos'ci można przyjąć, że są to umocnienia z lasu us'nickiego. Zbliżony kształt i lokalizacja potwierdzają to. Plan poza tym obrazuje okolicę, drogi, trakty oraz obozowisko polskie. U dołu autor umieścił drabantów szwedzkich. Plan wykonano piórkiem maczanym w tuszu. Zaznaczony na planie obóz polski, to prawdopodobnie oddziały regimentarza koronnego Aleksandra Koniecpolskiego, który blokował Szwedów na tym terenie. Plany w tych czasach nie były zbyt dokładne, ale można przyjąć, ze obóz polski mógł znajdować się pomiędzy jeziorem Białym, a leśnictwem Wilki. Las w tych czasach był wykarczowany i wzgórza w rejonie Wilków były dobrym miejscem obserwacyjnym i stanowiły naturalną zasłonę przed ogniem artyleryjskim. Koniecpolskiego zastąpił wkrótce 29-letni chorąży wielki koronny Jan Sobieski... (TEN Jan Sobieski). Kolejny plan to prawdziwe dzieło sztuki (galeria zdj. 4). Jest to miedzioryt pokazujący oblężenie umocnień na Cyplu Mątowskim. Pod sceną ataku znajduje się legenda w języku włoskim. W kartuszu tytuł: Dissegno del forte di / Monte Spiż / presso dal Gran Marescial-le Lubomirschi. Plan przedstawia scenę z kampanii hetmana polnego koronnego Jerzego Lubomirskiego w 1656, zakończonej odbiciem z rąk szwedzkich Gniewu (jest widoczny po lewej stronie). Stronie polskiej zależało w tej kampanii na odbiciu z rąk szwedzkich pięciu najważniejszych punktów militarnych na tym terenie, czyli Malborka, Elbląga, twierdzy Gdańska Głowa, Szpicy Mątowskiej i Sztumu. Opisywany miedzioryt pokazuje szczegółowo obóz Lubomirskiego rozbity na łąkach koło Benowa. Widać namioty, artylerię i gwardię. Wisłą w kierunku fortyfikacji na Szpicy Mątowskiej płyną statki wojenne, a przy Nogacie, naprzeciwko Szpicy, widać szańce uzbrojone w armaty, których lokalizacja jest bardzo zbliżona do fortyfikacji z poprzedniej ryciny. Możliwe, że hetman Lubomirski zajął szwedzkie umocnienia osłaniające most, zniszczony prawdopodobnie przed atakiem polskim i wykorzystał je do ostrzału twierdzy szwedzkiej. Potwierdza to opis planu. Pod literą C w języku włoskim napisano: „artyleria przeciwko twierdzy”. Te dwa plany pokazują, że w XVn wieku, w czasie potopu szwedzkiego, istniały fortyfikacje ziemne przy Nogacie, chroniące przeprawy. Lokalizacja ich jest bardzo zbieżna z wałem znajdującym się w Uśni-cach. Powyższy artykuł jest własną hipotezą, więc temat pozostawiam otwarty. Niedługo po zawarciu pokoju w Oliwie w 1660 roku fortyfikacje Szpicy Mątowskiej został rozebrany. Dziś oglądając teren w okolicy wsi Piekło i lasu łęgowego nie znajdziemy już pozostałości po twierdzy szwedzkiej. Prace przy regulacji rzek zatarły możliwe ślady. Pozostał opisywany wał, leżący po drugiej stronie Nogatu, który warto przebadać. Nie jest on zbyt wysoki, a poprzedzający go rów mógł razem z nim być formą okopu z zasiekami lub palisadą na górze. Okrągłe kopce mogły pełnić funkcję stanowisk strzeleckich. Gruntowne badania mogą wiele wyjaśnić. 92 Każde dobro cieszy Chciaiem zrobić coś dobrego - tak Bogusław Krauze odpowiada na pytanie, dlaczego zajął się porządkowaniem starych cmentarzy na terenie powiatu malborskie-go. Ustawianie i scalanie fragmentów nagrobków, zbieranie pozostawianych przy grobach s'mieci, usuwanie zbędnej roślinności, odchwaszczanie. To jedno. Praca ciężka i niewdzięczna. Drugie, to przywracanie pamięci o osobach zmarłych, zapomnianych, często już niczyich. To już praca nie do wycenienia. Zaczęło się od wizyty Bodo Riickerta z Heimatkreis Marienburg, czyli niemieckiego stowarzyszenia byłych malborczyków, na zapomnianym cmentarzu w Nowej Wsi Malborskiej. Nekropolia przy drodze wojewódzkiej nr 515, tuż za Malborkiem, znajdowała się w opłakanym stanie. Zarośnięta, ze zniszczonymi grobami, zaśmiecona, pokryta grubą warstwą liści. Tylko stać i płakać, podwójnie. Mój kolega powiedział mi o wizycie pana Riickerta. Piotr wiedział, że jak się do czegoś przekonam, coś zacznę, to będę musiał skończyć - opowiada Bogusław Krauze. - Poszliśmy tam, zrobiliśmy rekonesans, oszacowaliśmy mniej więcej zakres prac i czas ich trwania... i tak się to wszystko zaczęło. I trwało ponad rok. Tyle czasu zajęło malborczykowi i jego przyjacielowi Piotrowi Topolskiemu przywrócenie ewangelickiego cmentarza w Nowej Wsi do akceptowalnego stanu. Obaj poświęcali na prace swój wolny czas, niezliczone godziny między pracą i kolacją Bo^slaw Krauze (z lewej) i Piotr Topolski na pierwszym odrestaurowanym cmentarzu w Nowej Wsi Malborskiej, fot. archiwum 94 Każde dobro cieszy W domu. Były chwile zwątpienia, ale cel został osiągnięty. Teren zaczął przypominać miejsce pamięci, a za jego bramą pojawił się kamień z napisem „Cmentarz Tessendorf (do 1945 roku) odrestaurowany w latach 2017-2018 przez mieszkańców Malborka” - po polsku i niemiecku. Satysfakcja, ulga i przeświadczenie: „nigdy więcej porządkowania cmentarzy”. Myśli mieszały się w głowie Bogusława Krauze, ale niedługo skoncentrowały się na nowych zadaniach: pracach na drugim zapomnianym cmentarzu w Nowej Wsi oraz starym miejscu pochówku mennonitów i ewangelików w Mątowach Małych. Zadzwoniła do mnie Marta Łobocka ze Stowarzyszenia Kochamy Żuławy z pytaniem, czy u nas jest jakiś cmentarz, którym można się zaopiekować - opowiada Sylwia Kaszuba, nauczycielka w Zespole Szkół i Przedszkola w Miłoradzu, opiekunka szkolnego koła turystyczno-krajoznawczego przy PTTK. - Powiedziała, że jest taki pan z Zakładu Karnego w Kwidzynie, który prowadzi program resocjalizacyjny dla osadzonych, w ramach którego są sprzątane cmentarze. Powiedziałam, że mamy taki mały cmentarz w Mątowach Małych, ale on nie był niezadbany, bo my w ramach koła sprzątamy dwa razy w roku. Dba o niego też sołtys, no ale uznaliśmy, że można by było posprzątać tam po zimie. Sylwia Kaszuba uznała, że dla skazanych będzie to zbyt proste zadanie, więc warto by było te prace połączyć z porządkowaniem także innej nekropolii. I tak doszło do kontaktu z Bogusławem Krauze. -Nie miaiem zamiaru podejmować się samemu sprzĄiania kolejnej nekropolii, bo wiedziałem, ile pracy, ile czasu to zajmuje, ile środków, bo trzeba mieć narzędzia, preparaty do czyszczenia grobów i tak dalej - mówi Bogusław Krauze. Gdy jednak dowiedziałem się, że nie będę pracował sam, czy w dwóch, jak było z Piotrem, to może będzie łatwiej, sprawniej i szybciej. Pozostawało wytypować miejsce. Daleko nie szukano, bo w Nowej Wsi znajduje się jeszcze jeden teren z zapomnianymi grobami. Na górce otoczonej prywatnym terenem, też przy drodze między Malborkiem i Dzierzgoniem. Właściciel okolicznego pola pozwolił na dojście do cmentarza usytuowanego wśród drzew. Można było zrobić rekonesans, usunąć zbędną zieleń i przystąpić ze skazanymi z kwidzyńskiego więzienia do prac. - Odkryliśmy płyty, na których można odczytać nazwiska, ałe wci^ż nie wiemy, co to jest za cmentarz. Na razie został on uporzc}dkowany, zebrałiśmy kiłka worków śmieci, które zalegały w tym miejscu. Jestem bardzo wdzięczny osadzonym za pomoc. Wykonywaliśmy tam prace razem i dobrze się nam współpracowało - mówił zaraz po zakończeniu akcji Bogusław Krauze. Wieść o porządkach się rozniosła poza granice powiatu malborskiego, co pomogło rozwiązać zagadkę związaną z pochodzeniem nekropolii. Stało się tak za sprawą Tomasza Agej-czyka, historyka i miłośnika dziejów Malborka, dziś mieszkańca Elbląga. -To cmentarz ewangelicki, który najprawdopodobniej został założony po zapełnieniu pierwszego cmentarza w Nowej Wsi, na co wskazuje} daty umieszczone na nagrobkach - 1928, 1935, 1940. Silne zalesienie ukazuje bardzo ciekawe położenie na stromej skarpie. Pierwsze groby znajdował)/ się przy centralnie umieszczonej bramie wjazdowej, po lewej i prawej stronie, a następnie wspinał)/ się przy zachodnim skraju cmentarza. Najciekawszym elementem cmentarza jest półkolisty wykop w skarpie z obłożonym cokołem z kamienia polnego, to pierwotna lokalizacja kaplicy. Cmentarz miał powierzchnię 2300 metrów kwadratowych i zawierał 35 mogił- wyjaśnia Tomasz Agejczyk. Jacek Skrobisz 95 Osadzeni pomogli w Nowej Wsi, ale wcześniej też na terenie cmentarza w Mątowach Małych. Do akcji przyłączyli się mieszkańcy gminy Miłoradz i Malborka, m.in. Sylwia Kaszuba, Kamila Gęsiarz i sołtys Mątów Małych Stanisław Sadowski. - Dzięki pani Sylwii (iowieilziałem się o programie resocjalizacyjnym Zakładu Karnego w Kwidzynie. W ten sposób skontaktowałem się z podporucznikiem Piotrem Kordowskim, który nadzoruje reałizację projektu „Ratujemy zapomniane cmentarze”. To były wiełomiesięczne przygotowania. Trzeba było zrobić wizję łokałm}, napisać projekt, zatwierdzić go przez jednostkę nadrzędne}, bo za tym szły pieniądze pozwałaje}ce na przyjazd osadzonych - relacjonuje Bogusław Krauze. W Mątowach społecznicy i więźniowie wypionowali jedną menonicką Stellę, która stała pochylona, a druga leżała na ziemi od kilkudziesięciu lat. Odkopano też zasypane ziemią groby, głównie ewangelickie. Posprzątali teren po zimie. Na razie na obu cmentarzach prace porządkowe zostały zakończone, ale być może jeszcze jesienią odbędą się kolejne roboty przywracające następną nekropolię do lepszego stanu. Chodzi o XIX-wieczny cmentarz w Gnojewie, tuż za średniowiecznym kościółkiem stojącym nieopodal drogi krajowej Malbork-Tczew. - Mam już zgodę biskupa Jacka Jezierskiego na przeprowadzenie prac. Ustałamy teraz szczegóły z pracownikami kurii biskupiej. Czy mam satysfakcję z tych pracłJak widzę, że mieszkańcy, turyści są zadowołeni ze zmian, to i ja się cieszę. Każde dobro cieszy - mówi Bogusław Krauze. Wifźniowie przy pracy na jednym z cmentarzy, fot. archiwum Na tropach historii Grażyna Nawrolska Kilka uwag O ŚREDNIOWIECZNYCH SPICHRZACH Jednym z charakterystycznych obiektów budownictwa w Polsce były spichrze, w swej pierwotnej funkcji przeznaczone zarówno do tymczasowego magazynowania zboża, jak i dłuższego jego przechowywania. Z biegiem czasu ich rola gospodarcza zwiększała się, co wiązało się zarówno z rozwojem handlu lokalnego, jak i europejskiego. Działania te miały wpływ na zmieniające się rozwiązania przestrzenne i formy architektoniczne spichrzów. W budownictwie gospodarczym - spichrzowym - znamy dwa podstawowe określenia charakteryzujące ten typ budynków: lamus i spichrz/spichlerz. Lamus, w języku niemieckim określany jako Leimes lub Lehmhaus, przeznaczony do bezpiecznego przechowywania zboża, był szczególnie chroniony ze względu na swoją funkcję. Stawiany w środku wiejskiej zagrody lub działki mieszczańskiej. Początkowo był obiektem budowanym z gliny i drewna, a później budynkiem wznoszonym w konstrukcji szkieletowej. Określenie spichrz lub spichlerz wywodzi się z języka niemieckiego lub holenderskiego - spijker, spyker, spiker -i również oznaczało budynek przeznaczony początkowo do gromadzenia zboża. Ten typ budynków odnosił się do budynków większych, wznoszonych z bardziej trwałych materiałów - początkowo drewna, a później cegły i kamienia. Bogata historia tego działu budownictwa ukazuje nam swoiste formy spichrzy - od prostych niedużych budynków służących magazynowaniu nadwyżek zboża, podstawowego składnika pożywienia, aż do murowanych potężnych domów pełniących różnorodne funkcje, zarówno gospodarcze, ale również i mieszkalne. Te dwie główne kategorie obiektów gospodarczych znalazły wyraźnie odzwierciedlenie w ich architekturze. Najstarsze wzmianki o spichrzach zbożowych pochodzą z trzeciego tysiąclecia p.n.e. i dotyczą obiektów znajdujących się w Egipcie i Chinach. Gromadzono w nich ziarno 1 ryż przeznaczone dla władców i ich dworów. Około 1700 r. p.n.e. zbudowano w Egipcie pierwszych kilkadziesiąt spichrzy, w których składowano nadwyżki zboża przeznaczone dla ogółu ludności na wypadek klęski głodu. Podobnie było w starożytnej Grecji. W całym imperium rzymskim, jak również na terenach podbitych (Galia) zbudowano bardzo rozległą sieć spichrzów, w których przechowywano zboże na potrzeby wojska oraz ludności. Określono je nazwą horrea publica, niekiedy dodawano imię cezara lub budowniczego, np. horreum Domitiani, horreum Anicetti. Wznoszono budynki kilkukondygnacyjne, ale również obiekty podziemne wykuwane w skałach, osiągające trzy-cztery poziomy. W okresie wczesnego średniowiecza klasztory budowały własne spichrze w obrębie swoich założeń. W zespołach zamkowych władcy do magazynowania zboża wykorzystywali niektóre budynki zamkowe, np. baszty, jak również i specjalnie wznoszone do tego obiekty. Zupełnie odrębną grupę stanowiły spichrze zbożowe, które licznie wznoszono od XIII w. w intensywnie rozwijających się miastach. Było to efektem wzmożonego rozwoju działalności handlowej, związanej z powstałą pod koniec XII w. Hanzą, ograniczają początkowo zrzeszającą Grażyna Nawrolska 97 kupców, która później przekształciła się w związek miast obejmujący kilkaset ośrodków miejskich w całej Europie, szczególnie w jej północnej i wschodniej części. Wielki handel zbożem, w którym początkowo uczestniczyło państwo krzyżackie, a od połowy XV w. przede wszystkim Rzeczypospolita, spowodował wzrost znaczenia wielu ośrodków miejskich, m. in Torunia, Elbląga a przede wszystkim Gdańska. Przyczyniło się to do rozbudowy istniejących już spichrzów, jak i budowania wielu nowych obiektów. Architektura spichrzów - ich kształt, forma, wielkość - była w każdej epoce odzwierciedleniem polityczno-ekonomiczngo życia miasta czy kraju. Obiekty te związane były przede wszystkim z jednym z głównych odcinków życia gospodarczego jakim był handel zbożem, zarówno wewnętrzny, jak i o zasięgu europejskim. Chociaż nie można pomniejszać ich roli wykorzystywanej do przechowywania innych towarów, np. soli. Spichrze solne znane są m.in. z Lubeki, Antwerpii i innych miast hanzeatyckich. Biorąc pod uwagę funkcjo-nalno-gospodarcze i architektoniczne czynniki możemy wyróżnić dwie podstawowe grupy spichrzów, wśród których występują zasadnicze różnice. Do pierwszej grupy możemy zaliczyć spichrze przeładunkowo-tranzytowe będące własnością mieszczan i kupców zbożowych, którzy skupywali ziarno gównie z przeznaczeniem na eksport. Oprócz zapewnienia czasowych dobrych warunków jego konserwacji, szybkie ich działania polegały na załadunku i sprawnym wywozie zboża. Spichrze tranzytowe, w swojej pierwotnej funkcji pełniły także rolę mieszkalną, a będąc budynkami portowymi osiągały znaczną wysokość i często liczyły nawet osiem - dziesięć kondygnacji. Podobnie jak cała miejska zabudowa znajdowały się w obszarze otoczonym obronnymi obwałowaniami. A na tak ogromnej przestrzeni miejskiej musiały być budowane w zwartej, gęstej zabudowie. Spichrze tranzytowe na początku swojego rozwoju były obiektami wznoszonymi w konstrukcji szkieletowej, w której wypełnisko ścian budynków stanowiły niekiedy cegły względnie glina. HlbLfg. Stare Miasto. Późnogotycki ilom-spichrz. Podziały poziome w elewacji zwiastujtf manie-ryzm, fot. archiwum Stosunkowo szybko rozpoczęto budowanie obiektów magazynowych z materiałów bardziej trwałych i odporniejszych na zniszczenie, a mianowicie z cegły i kamienia. Wiązało się to z wytrzymałością konstrukcyjną obiektów i możliwością budowania wielu kondygnacji, co przy przechowywaniu i magazynowaniu znacznej ilości ziarna było wręcz koniecznością. Także względy przeciwpożarowe odgrywały znaczną rolę. Bowiem zawsze podczas pożarów, które często ogarniały miasta, zdecydowanie szybciej ulegała zniszczeniu zabudowa drewniana. W obrębie zespołów miejskich były lokowane Wyspy Spichrzów, specjalnie wydzielone przestrzenie usytuowane nad rzeką i otoczone własnymi umocnieniami obronnymi, początkowo drewniano-ziemnymi, później zastąpione murowanymi. Wyspy Spichrzów 98 Kilka uwag o średniowiecznych spichrzach zabudowane przede wszystkim spichrzami, pełniły głównie funkcje gospodarcze - magazy- nowe, przeładunkowe, rzemieślnicze. Panorama Wyspy Spichrzów w Plbhfpu od strony Starego Miasta (XVin w.), wg Kendschmidt 1933 Drugą grupę tej kategorii obiektów gospodarczych stanowiły spichrze - bazy, będące miejscem gromadzenia różnorodnych surowców i produktów. Przeznaczone tylko do własnego prywatnego użytku, pełniły przede wszystkim rolę magazynową. Budowane były w obrębie gospodarstw wiejskich jako samodzielne obiekty, ale zawsze w obrębie danej własności. Spichrze własnego użytku były obiektami zdecydowanie mniejszymi, najczęściej jedno - lub dwukondygnacyjnymi z dodatkowym poziomem użytkowym sytuowanym w partii szczytowej budynku. Zawsze zwiększały swoją przestrzeń w układzie horyzon- talnym, co umożliwiał im brak innych budynków znajdujących się bezpośrednio w ich sąsiedztwie różnorodnych zabudowań gospodarczych. Pierwowzorem wiejskiego spichrza był lamus budowany w konstrukcji drewniano-gllnianej i mający powierzchnię do 50 m^. Usytuowany oddzielnie w obrębie zabudowań gospodarczych pełnił rolę magazynu i skarbczyka, będąc najbezpieczniejszym obiektem w całym zespole. Małe wiejskie spichrze przeznaczone były wyłącznie do magazynowania zboża, a tzw. skarbce folwarczne służyły do przechowywania cennych przedmiotów, m.in. broni, dokumentów, narzędzi, ale również i różnego rodzaju niepotrzebnych gratów. Obiekty te były budowane przede wszystkim z drewna, chociaż często dolną kondygnację wykonywano z kamieni i cegieł. Drewniany spichrz dworski na Wishf, wg Dumnicki 1987 Cirażyna NawroLska 99 Spichrze - bazy, wiejskie i folwarczne obiekty gospodarcze, zawsze były budowane wg podstawowego schematu. Budynki o prostokątnej bryle wzniesione w konstrukcji wieńcowej, były jedno - lub dwukondygnacyjnymi obiektami (rzadko trzema). Posadowione na kamiennym fundamencie z polnych otoczaków posiadały czterospadowe dachy kryte gontem , słomą lub dachówkami. W podcieniach umieszczano wejścia do obiektów, a drewniane elementy dekoracyjne rozmieszczane nad drzwiami oraz na ścianach zdobiły spichrze, ukazując jednocześnie wysoki poziom sztuki ciesielskiej, i to już od XIV w. I^mus w Świronku, pow. Suwałki, wg Dumnicki ł987 W porównaniu do wiejskich obiektów wyjątkową rolę odegrały spichrze przeładunkowe (portowe) znajdujące się w ośrodkach handlowych, usytuowanych wzdłuż głównych szlaków wodnych, zarówno rzecznych jak i nadmorskich. W dużych miastach, np. w Bru-gii, Gandawie, Stralsundzie, Amsterdamie, Lubece, Gdańsku, Elblągu oraz wielu innych, obiekty były stawiane w zwartej, gęstej zabudowie. Natomiast w ośrodkach mniejszych spichrze budowano w luźnej indywidualnej przestrzeni. Spichrze w Amsterdamie. I połowa XVIII, wg Rendschmieil 1933 100 Kilka uwag o średniowiecznych spichrzach Najstarsze, trzynastowieczne budynki pełniące rolę spichrzów, ale jednocześnie i miejsca zamieszkania kupca, były wznoszone w obrębie zamkniętej przestrzeni miejskiej, otoczonej obronnymi obwałowaniami. Rekonstrukcje elewacji najstarszych spichrzów w ElblĄgu, wg Rendschmidt 1933 Pierwsze domy miejskie - dwukondygnacyjne - mające swoją proweniencję w potężnych dolnosaksońskich miejskich budynkach halowych, były budowane w konstrukcjach słupowych i szkieletowych. Dominującą przestrzeń zajmowały w nich magazyny, a tylko niewielka część była miejscem zamieszkania kupca i jego rodziny. Bowiem dla jego właściciela kwestią nadrzędną było prowadzenie interesów i możliwość wykorzystania jak największej użytkowej przestrzeni dla celów gospodarczo-handlowych. Od XIV w. budownictwo drewniane zostaje systematycznie „zastępowane” obiektami murowanymi. Miało to podwójną korzyść dla ich właścicieli. Bowiem licznie wybuchające w mieście pożary trawiły powszechnie występującą zabudowę drewnianą, a budynki z kamienia i cegły były bardziej odporne na szybkie zniszczenia, chociaż również ulegały degradacji. Ale może najważniejszym powodem do wznoszenia dużych, murowanych spichrzy było znaczne zwiększenie powierzchni użytkowej. Solidna konstrukcja ceglanych domów spichrzów umożliwiała bowiem wznoszenie pięcio, ośmio, a nawet dziesięciokondygnacyj-nych obiektów. Budowa murowanych domów - spichrzów umożliwiła także zmiany w rozplanowaniu pomieszczeń mieszkalnych. Z zamieszkałego parteru prowadziły kręte schody na wydzielony wyższy poziom służący mieszkańcom domu do spania. Kolejne przekształcenia funkcjonalne dotyczyły parteru. Na tym poziomie usytuowano kantor kupca i kuchnię, którą później przeniesiono do oficyny znajdującej się za głównym budynkiem. Sypialnie umieszczono na kolejnym poziomie. Na wyższe kondygnacje (magazynowe) towar był wciągany windą znajdująca się w tylnej części budynku. Grażyna Nawrolska 101 Po wymianie ściany tylnej i frontowej z konstrukcji szkieletowej na murowaną nowy wyraz architektoniczny otrzymały elewacje frontowe domów - spichrzów. Wykonane z czerwonej cegły stały się dominującym elementem w panoramie średniowiecznych miast hanzeatyckich, kontrastując z kamiennymi portalami głównych wejść i zdobieniami nad-okiennymi. Na dekoracyjnych fasadach wystąpiła zdecydowana przewaga akcentów pionowych nad poziomymi. Początkowo prosta partia strychu przekształcona została w klasyczny gotycki szczyt schodkowy, w którym umieszczano również dekoracyjne rozety. Jednak w porównaniu z bogato zdobionymi frontami domów - spichrzów m.in. w Brugii, Antwerpii, Amsterdamie, elewacje gdańskich, lubeckich, elbląskich czy toruńskich obiektach były skromniejsze i bardziej surowe w swoim wyrazie. W szybko rozwijających się średniowiecznych miastach, w których byt mieszkańców był uzależniony od rozwoju gospodarczego i jednocześnie silnie związany z szeroko prowadzo- ElbLfg. Stare Miasto. Dom-spichrz „Stary Szwed". Mieszkalny parter, piftra, wyższe spichrzowe, wg Rendschmidt 19.33 102 Kilka uwag o średniowiecznych spichrzach ną działalnością handlową, zaczynało brakować wolnych terenów przeznaczonych zarówno do zabudowy, jak i prowadzenia działalności gospodarczej. Wiadomo bowiem, że miasta posiadały określoną i ograniczoną przestrzeń otoczoną własnymi umocnieniami obronnymi. Te okoliczności spowodowały, że została wydzielona odrębna strefa przeznaczona wyłącznie na budowę obiektów służących do składowania, a potem wywozu produktów, głównie zboża. W ten sposób w bezpośrednim sąsiedztwie miasta, często po drugiej stronie rzeki nad którą leżał ośrodek, lokowano Wyspę Spichrzów, będącą integralną częścią kompleksu miejskiego. W jej obrębie także urządzenia niezbędne do obsługi handlu morskiego, portu i stoczni. Zagospodarowanie elbląskiej Wyspy Spichrzów rozpoczęło się prawdopodobnie na początku XIV w., po zlikwidowaniu gospodarskich spichrzy znajdujących się wewnątrz miasta nad rzeką Kumielą. W 1396 r. jej zabudowa została prawie całkowicie zniszczona przez pożar. Wkrótce jednak rozpoczęto budowę nowych obiektów gospodarczych i już około 1430 r. była ona w pełni ukształtowaną częścią elbląskiego kompleksu z własną siecią ulic, spichrzami, a także placami składowymi i ogrodami. Dla bezpieczeństwa została otoczona drewnianą palisadą i mokrą fosą, a zwodzone mosty łączące ją ze Starym Miastem były na noc podnoszone. W celu zabezpieczenia się przed pożarem, na wyspie nie wolno było nocą palić świateł, a oprócz straży miejskiej nie mogły tutaj przebywać obce osoby. W obrębie elbląskiej Wyspy Spichrzów znajdowały się 222 spichrze wzniesione w konstrukcji szkiele- Gruiizufiiz. Gotyckie spichrze nad Wishf, wg Dumnicki 1987 Grażyna Nawrolska 103 towej, a także ogrody ze spichrzami i place składowe drewna. W części bezpośrednio nad samą rzeką usytuowano różnorodne urządzenia służące elbląskiemu rzemiosłu oraz portowi i stoczni. Układ przestrzenny, formy zabudowy i rozplanowanie lewego nadbrzeża rzeki Elbląg ma wiele wspólnego z gdańską Wyspą Spichrzów, w obrębie której do dziś zachowały się niektóre z nich. Niestety w Elblągu całkowitemu zniszczeniu uległa dawna zabudowa gospodarcza tej części zespoły miejskiego jak również spichrze oraz inne urządzenia dawnej zabudowy spichrzowej. Ewenementem w architekturze spichrzowej jest zespół zachowanych trzydziestu spichrzy w Grudziądzu, usytuowanych bezpośrednio nad Wisłą i pełniących jednocześnie funkcje muru obronnego miasta. Wybudowane w XIV w. potężne ceglane sześciokondygnacyj-ne obiekty tworzyły od strony rzeki bezpodziałowy monolit nakryty wspólnym dachem, a granice pomiędzy poszczególnymi obiektami wyznaczały pionowe skarpy. Spichrze tranzytowe znajdowały się również w wielu innych miastach, m.in. w Bydgoszczy, Włocławku, Nieszawie, Płocku, Toruniu, Sandomierzu, itd. Od połowy XVI w. domy - spichrze sytuowane w obrębie miasta tracą swoje podstawowe magazynowe funkcje. Murowane budynki stają się przede wszystkim obiektami mieszkalnymi z sytuowaną w nich w niezbyt dużym stopniu działalnością rzemieślniczą. Zmienia się wyraz architektoniczny elewacji, zostają dobudowane przedproża. Natomiast spichrze - tranzytowe znajdujące się na Wyspie Spichrzów dalej pełnią swoją rolę obiektów przeznaczonych do tymczasowego magazynowania i przesyłania dalej towarów, m.in. zboża, soli i wielu innych. WYBRANA LITERATURA Bogucka M., Handel zagraniczny Gdańska w Ipoi. XVII w., Wrocław 1970; Dollinger Ph., Dzieje Hanzy, Gdańsk 1975; Dumnicki J., Spichrze pohkie, Warszawa 1987; Gloger Z., Spichrze zbożowe w dawnej Polsce, Warszawa 1906; Hauke, Stobbe, Die Baugeschichte und die Baudenkmaler der Siadt Elbing, Stuttgart 1964; Liibecker Schrifien zur Archdologie undKulturgeschichie, t. 7, Bonn 1983; Małecki}., Zwii^zki handlowe miastpobkichz Gdańskiem w XVI w. i pierwszej połowie XVII w., Wrocław 1968; Małowist M., Wschód a Zachód Europy w XIII-XVI wiekach. Warszawa 1973; Radecki Z., Spichrze gotyckie nad dolm} Wish}, „Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu” 1959. Historia Sztuki, z. 1; Rendschmidt M., Dos alte Elbinger Biirgerhaus: Ein Beitrag zur Entwicklungsgeschichte des deutschen hanseatischen Biirgerhauses, Elbing 1933; Samsonowicz H., Późne średniowiecze miast nadbałtyckich - studia nad dziejami Hanzy XIV-XV w.. Warszawa 1968; Schil-dhauer J., Die Hanse Geschichte undKultur, Leipzig 1984. 104 Hełm gamczkowy w malborskich zbiorach militariów Arkadiusz Dzikowski HEŁM GARNCZKOWY WAŁAŁBORSKICH ZBIORACH MILITARIÓW Stara broń to temat wywołujący dreszcz emocji i pobudzający wyobraźnię zarówno badaczy, kolekcjonerów, jak i ciekawych doznań estetycznych, turystów, odwiedzających muzea i galerie na całym świecie. Choć wojna nie zbiera pochlebnych recenzji, zainteresowanie bronią nie maleje. Szczególne miejsce wśród zainteresowań zajmuje broń dawna. Aktywność militarna człowieka nigdy nie przebiegała w oderwaniu od złożonych procesów politycznych, religijnych, filozoficznych, a także zmieniających się trendów estetycznych. Sposoby prowadzenia walki, a więc także typy i rodzaje uzbrojenia, zależne były w czasach przeszłych również od uwarunkowań geograficznych. Wiele skupisk ludzkich, żyjąc w izolacji od innych, dalekich krain i zamieszkujących je ludów, kształtowało w sobie tylko właściwy sposób doktrynę wojenną i wytwarzało właściwe dla miejsca, i czasu rodzaje narzędzi prowadzenia wal- Oryginalnji hełm gamczkottiy ze zbiorów Deutsches Historisches Museum w Berlinie, rys. P Ciecierski ki. Wynikiem końcowym starcia wojowników wyrosłych z różnych tradycji kulturowych i cywilizacyjnych było nowe doświadczenie, nowa mądrość wynikająca z porównania i inteligentnego wykorzystania wszystkiego co najlepsze. Tak kształtowały się nowe taktyki, rozwijały nowe technologie. Dawna broń, to świadek procesów, które poprzez dzieje doprowadziły ludzkość do dnia dzisiejszego. Dawna broń to źródło poznania tych procesów. Technologia, filozofia, religia, estetyka - wszystkie te przejawy działalności człowieka znajdują swoje odzwierciedlenie w broni. BROŃ NA ZAMKU W MALBORKU Broń na zamku w Malborku obecna była zawsze. W okresie od końca XIII do połowy XV wieku z racji pełnienia przez obiekt funkcji obronnych na terenie państwa zakonu krzyżackiego. W czasach nowożytnych - choć koleje losu zamku bywały różne - również utrzymywano jego funkcję militarną, jednak walory obronne obiektu malały. Do połowy XIX wieku obecność broni na zamku w Malborku wynikała z militarnego charakteru Arkadiusz Dzikowski 105 obiektu. Jednak już w pierwszej połowie tegoż stulecia pojawiła się myśl o stopniowej zmianie jego funkcji, a co za tym idzie, o organizacji w odrestaurowanych wnętrzach wystawy broni. Już w roku 1840 do zamku trafił zbiór kolekcjonerski majora PfefFerkorna, w obrębie którego znajdowały się obrazy i militaria. Następnie w latach 1850-1870 dokonano jeszcze wielu zakupów dzieł sztuki, w tym także militariów, gównie ze zbiorów i kolekcji prywatnych m.in. od Knorrscha z Królewca, Beila z Norymberg!, Miihlena z Westfalii, Jorziga z Braniewa i in. Największy zbiór broni i uzbrojenia trafił do zamku malborskiego w latach 1892-1894 za sprawą zakupu kolekcji Josefa Theodora Blella z majątku Tiingen (dziś Boga-tyńskie koło Ornety). Kolekcja ta, zwana Muzeum Broni Blella, zawierała 1310 militariów. Zgodnie z punktem widzenia reprezentowanym przez Friedricha von Lebera - na zdanie którego powoływał się Theodor Bieli - i Conrada Steinbrechta, dla celów dydaktycznych kolekcja uzupełniana była dobrymi kopiami. Od roku 1896 zbiory udostępniono zwiedzającym, przy czym w związku z trwającymi pracami rewaloryzacyjnymi na zamku malbor-skim kilkukrotnie zmieniano lokalizacje rozrastającej się wystawy. Wędrowała ona ze skrzydła północnego Zamku Średniego przez młyn na Zamku Wysokim, wschodnie skrzydło Zamku Średniego, aż na poddasza północnego skrzydła Zamku Wysokiego. Ostatnie miesiące II wojny światowej i pierwsze po jej zakończeniu okazały się decydujące dla stanu malborskich zbiorów militariów. Licząca przed wojną kilka tysięcy eksponatów kolekcja przetrwała w znikomym zakresie po zakończeniu walk. W związku z silnymi po wojnie nastrojami antyniemieckimi wśród napływającej do Malborka ludności, obiekt zamku był niejednokrotnie celem kradzieży i dewastacji. W czerwcu 1945 roku kierownik Referatu Kultury i Sztuki Starostwa Powiatowego w Malborku mgr A. Godlewska apelowała do pracowników starostwa o zwrot przywłaszczonych przedmiotów - jednak bez rezultatu. 3 sierpnia 1945 roku mjr Z. Szacherski przejął obiekt zamku malborskiego do zasobów Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Tym samym Muzeum Wojska Polskiego zaczęło pozyskiwać eksponaty do swoich zasobów również z zamku w Malborku. Niestety, operacji tych nie traktowano wyłącznie jako odzyskiwanie własnych zbiorów lub tymczasowy depozyt. W ten sposób pozyskiwano nowe zbiory do własnych kolekcji. 30 listopada 1950 roku obiekt malborskiego zamku przekazany został Ministerstwu Kultury i Sztuki. W jego imieniu użytkownikiem i administratorem zamku był Zarząd Urządzeń Turystycznych, a od roku 1957 malborski Oddział PTTK. W grudniu 1956 roku powołany został Społeczny Komitet Odbudowy Zamku, który za cele swej działalności przyjął odbudowę, restaurację architektury oraz zakup dzieł sztuki do zasobów przyszłego muzeum. Kolejnym krokiem było powołanie do życia instytucji Muzeum Zamkowego w Malborku. Nastąpiło to 1 stycznia 1961 roku. W pierwszym dziesięcioleciu istnienia nowej placówki zgromadzono około 350 zabytkowych militariów. W skład kolekcji wchodziło także kilkanaście sztuk broni ze zbiorów przedwojennych. Pierwsza wystawa stała militariów pod tytułem Broń w dawnych wiekach otwarta została w roku 1970. Ekspozycja zajmowała przestrzeń Sali Rycerskiej, czyli Wielkiego Refektarza. W tym miejscu wystawa przetrwała do połowy lat osiemdziesiątych XX wieku. W połowie lat dziewięćdziesiątych wystawa zawędrowała do wyremontowanego skrzydła wschodniego na Zamku Średnim. W roku 2001 militaria średniowieczne do początków XVI wieku, uzupełnione o obiekty z wystawy Broń w dawnych wiekach i nowe nabytki, wyeksponowane zostały również w skrzydle wschodnim Zamku 106 Hełm garnczkowy w malborskich zbiorach militariów Średniego w ramach wystawy stałej pod tytułem Broń i barwa w czasach krzyżackich 0(iXin do połowy XVI wieku. Na wystawie tej po raz pierwszy pojawił się hełm opisany jako XIX-wieczna kopia datowanego na 2. połowę XIII wieku hełmu, odnalezionego na wzgórzu zamkowym koło miejscowości Darguń na Pomorzu Zachodnim. Kopia hełmu z Dargen Wspomniany hełm został zakupiony do zbioru malborskich militariów w 1989 roku. Wykonany został z grubej, żelaznej blachy walcowanej. Składa się z pięciu części nitowanych na nakładkę i wzmocnionych wewnątrz taśmami żelaznymi o szerokości 2 cm. W lewej, przedniej części hełmu wykonano 13 otworów oddechowych. W górnej części hełmu znajdują się 4 otwory (być może do mocowania klejnotu). Przód hełmu wraz ze szparami wzrokowymi wzmocniony jest dodatkowo nakładką żelazną z pionową granią. Element ten został pozłocony ogniowo. Waga hełmu Replika hełmu z Dargen w zbiorach Działu Fidukacji Muzeum Zamkowego w Malborku. Wykonanie Jakub Grybek, fot. A. Dzikowski to 2,25 kg. Oryginalny hełm, będący prawdopodobnie pierwowzorem dla egzemplarza malborskiego, odnaleziony został w pobliżu zamku Schlossberg, nieopodal miejscowości Dargen i tak opisywany jest w literaturze przedmiotu. Badacze nie są jednak zgodni co do ścisłej lokalizacji znaleziska, wskazując miejscowość Dargen koło Szczecina (V. Norman, a za nim Z. Wawrzonowska i L. Kajzer), koło Bubach (H. M. Curtis) łub na wyspie Uznam (Ch. Gravett i G. Turner). Hełm datowany jest na lata 1280-1300 i klasyfikowany jako bojowy. Wykonany jest - podobnie jak hełm malborski - z pięciu płyt żelaznych, łączonych nitami. Posiada charakterystyczny element wzmacniający przednią część, w postaci oprawy szpar wzrokowych oraz pionowej listwy z wydatną granią. Część pozioma stanowi element konstrukcyjny, łączący górną i dolną płytę przednią hełmu. Element ten nie występuje w żadnym innym ze znanych obecnie oryginalnych hełmów garnczkowych’ i wielkich, będących późniejszą wersją rozwojową hełmu garnczkowego. Pod względem parametrów hełm z Dargen jest zbliżony do egzemplarza malborskiego. Szczególnie podobna jest jego waga: 2,26 kg, choć można przypuszczać, że pierwotnie był nieco cięższy, gdyż obecnie posiada pewne ubytki. Oba egzemplarze różnią się nieco kształtem. Hełm malborski jest w przekroju bardziej kolisty i nieco niższy. Hełm z Dargen zaopatrzony jest w otwory oddechowe po obydwu stronach przedniej, dolnej części, poniżej szpar wzrokowych. Na każdym polu znajduje się po dwadzieścia otworów, ułożonych w określonym porządku, tworzącym charakterystyczny wzór. Wykonawca hełmu malborskiego zdecydował się na Arkadiusz Dzikowski 107 przybliżone odtworzenie układu otworów oddechowych, ale tylko po jednej stronie hełmu oraz w mniejszej liczbie - trzynastu. W przypadku hełmu z Dargen mamy do czynienia z silną destrukcją jego powierzchni, co uniemożliwia stwierdzenie, czy hełm był pierwotnie ozdobiony złoceniem lub malowaniem. Zatem poczernienie powierzchni hełmu malborskiego oraz złocenie elementu wzmacniającego przednią jego część można uznać za przejaw inwencji artystycznej jego twórcy. Dekoracja hełmu malborskiego przypomina w tym wypadku malaturę innego niemieckiego hełmu z około 1350 roku, przechowywanego obecnie w Germanisches Nationalmuseum w Norymberdze. Do muzeum trafił w roku 1924 z kościoła w Allerheiligen, gdzie zamontowany był w epitafium Hansa Rietera von Kornburg w XVII wieku. Oryginalny hełm Hansa Rietera von Kornburg ze zbiorów Germanisches Nationalmuseum w Norymberdze, rys. P. Ciecierski POCHODZENIE MALBORSKIEJ KOPII Malborska kopia hełmu z Dargen znalazła się w roku 2016 na nowej wystawie militariów. Zajmując eksponowane miejsce w pierwszej z gablot, na wprost wejścia na wystawę, od razu przyciąga uwagę zwiedzających. Choć zgodnie z widniejącym opisem, hełm datowany jest na wiek XIX, stanowi ciekawe źródło wiedzy na temat XIII-wiecznego uzbrojenia ochronnego. Posiada nie tylko określoną wartość historyczną, ale także edukacyjną. Przygotowując omówienie wydawnictwa muzealnego Kaplica św. Anny na Zamku Wysokim w Malborku. Dzieje, wystrój, konserwacja (Malbork 2016), autor niniejszego artykułu zapoznał się z literaturą na temat wystroju wnętrza wspomnianej kaplicy. Realizacja wystroju dotyczyła okresu od 1895 do 1912 roku, kiedy kierownikiem Zarządu Odbudowy Zamku w Malborku (Schlossbauverwaltung Marienburg) był Conrad Steinbrecht. Prace konserwatorskie przeprowadzone w tym okresie nawiązywały do funkcji mauzoleum wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego, jaką kaplica pełniła w latach 1341-1457. Część dekoracji stanowiła ekspozycja hełmów wraz z klejnotami, jako zwieńczenia tarcz herbowych jedenastu wielkich mistrzów, pochowanych w kaplicy. Analiza ikonografii dotyczącej dekoracji kaplicy św. Anny oraz procesu jej powstawania dowodzi, że hełmy wchodzące w skład upamiętnień heraldycznych wielkich mistrzów zakonu pochowanych w kaplicy wykonywane były jako kopie, znanych z muzeów europejskich, oryginalnych egzemplarzy hełmów garnczkowych i wielkich (analiza całej kolekcji hełmów z kaplicy św. Anny jest tematem kolejnych prac autora). Potwierdzają to również opisy fotografii prezentowanych w albumach z lat 1882-1920, zwanych Marienburg Baujahr, prezentujących wyniki prac konserwatorskich w poszczególnych latach. Z opisów tych wynika, że herb Paula von RussdorfF 108 Hełm garnczkowy w malborskich zbiorach militariów zaopatrzony został w hełm, będący kopią hełmu z Arsenału berlińskiego. Pośród wielu zdjęć, uwagę autora zwróciła fotografia hełmu garnczkowego z klejnotem, wieńczącego tarczę z herbem wielkiego mistrza Paula von Russdorff. Już na pierwszy rzut oka hełm z fotografii oraz XIX-wieczna kopia hełmu z Dargen, prezentowana na wystawie militariów wykazywały pewne cechy wspólne. Dzięki zachowanym w zasobach Muzeum Zamkowego w Malborku negatywom, możliwe było wykonanie obrazów o bardzo wysokiej jakości, ukazujących wiele istotnych szczegółów i detali obiektu. Na podstawie doświadczeń wyniesionych z własnoręcznych wykonań rekonstrukcji średniowiecznych hełmów garnczko-wych i wielkich, autor wyróżnił kilka cech, które mogły posłużyć do porównania i identyfikacji hełmów na podstawie ich obrazów fotograficznych. Były to: liczba, kształt i proporcje widocznych części składowych, występowanie charakterystycznych części dekoracyjnych lub konstrukcyjnych, ilość, układ i wielkość elementów dekoracyjnych, funkcjonalnych i konstrukcyjnych, występowanie drobnych cech, takich jak ślady uderzeń, zarysowań, i in. zależnych od czynności warsztatowych, a charakterystycznych tylko dla danego obiektu. Istotnym elementem pozwalającym na porównanie obydwu hełmów jest liczba i układ otworów oddechowych. W przypadku hełmu ze zdjęcia zamieszczonego w Marienburg Baujahr i hełmu z wystawy militariów mamy do czynienia z dokładnie takim samym rozmieszczeniem otworów. Ponadto ich liczba i układ są identyczne. Porównaniu poddano także liczbę, układ i wielkość nitów łączących widoczne części obydwu hełmów. W obydwu przypadkach porównanie objęło po jedenaście nitów, łączących cztery części każdego z hełmów. Zarówno ich wielkość jak i układ są identyczne dla obydwu hełmów. Pomimo różnic w jakości fotografii oraz różnych warunków ich wykonania (zarówno technicznych jak Hflm gamcikouy na wystawie militariów w Muzeum Zamkowym w Malborku, fot. A.Dzikowski Arkadiusz Dzikowski 109 i oświetleniowych), można również dopatrzeć się kilku istotnych podobieństw w fakturze powierzchni obydwu hełmów. Przed ostatecznym ich poczernieniem, blachy poddano procesowi „postarzania” - być może poprzez trawienie. W ten sposób powstała na powierzchni blach mozaika fragmentów gładkich, nieco wypukłych i chropowatych, nieco wklęsłych. Na zdjęciach obydwu egzemplarzy dostrzec można co najmniej kilka takich miejsc, które dokładnie odpowiadają rozmieszczeniem i kształtem pól gładkich i chropowatych. Mamy zatem do czynienia z jednym i tym samym hełmem, który na przełomie wieków został wykonany - jako niezbyt wierna kopia hełmu z Dargen - w pracowni malborskiego ślusarza Emila Janzena, do wystroju wnętrza kaplicy św. Anny na Zamku Wysokim w Malborku. Następnie, w wyniku działań wojennych lub tuż po zakończeniu walk o zamek malborski hełm ten zaginął wraz z całą kolekcją hełmów i tarcz z kaplicy, by powrócić jako zakup do zbiorów malborskich w 1989 roku. Historia hełmu garnczkowego z wystawy militariów Muzeum Zamkowego w Malborku, choć niepełna, ukazuje trudne losy malborskich zbiorów po zakończeniu II wojny światowej. Większość z nich nigdy nie trafiła na powrót do malborskiej placówki muzealnej. Duża część po prostu przepadła w wyniku zniszczeń wojennych, kradzieży i dewastacji. Inne zasiliły kolekcje muzeów i instytucji na terenie kraju, traktowane jako cenna zdobycz. Część eksponatów - szczególnie cennych, dostała się w ręce prywatne w okresie od marca do czerwca 1945 roku oraz na przełomie lat 1945-46. Kolekcja tarcz i hełmów z wystroju kaplicy św. Anny, z której pochodzi eksponowana obecnie na wystawie militariów kopia hełmu z Dargen, uznana została za zniszczoną lub zaginioną. Przeprowadzona na podstawie zachowanych fotografii analiza porównawcza przedstawiona w artykule przeczy tym przypuszczeniom. Hełm z wystawy militariów, zakupiony do zbiorów malborskich w kwietniu 1989 roku okazuje się być jednym z jedenastu hełmów wykonanych właśnie do wystroju kaplicy w latach 1899-1903. Co zatem stało się z tymi i pozostałymi hełmami? Czy istnieje możliwość odnalezienia choćby niektórych z nich? W roku 1945 niemieckie kopie hełmów z początku XX wieku nie przedstawiały dla muzealników zapewne zbyt wielkiej wartości. Jednak dziś upływa już niemal 120 lat od wykonania całej kolekcji, która w obliczu zakończonych w 2016 roku prac konserwatorskich w kaplicy św. Anny na Zamku Wysokim w Malborku nabiera zupełnie nowej wartości. 110 Od młyna słychać było polską pieśń Jan Chłosta OD MŁYNA SŁYCHAĆ BYŁO POLSKĄ PIEŚŃ Potowscy ze Sztumu należeli przed 1939 rokiem do nobliwych rodzin Powiśla. Byli Polakami i w przywiązaniu do polskości młynarz Teofil Florian Potowski z żoną Marianną z Preussów wychowywali swoje dziesięć córek i dwóch synów. Ich ślub odbył się 29 stycznia 1903 roku. Był synem mistrza stolarskiego. Drugie imię nadano mu z tego powodu, że przyszedł na świat akurat 4 maja 1870 roku w Uśnicach pod Sztumem w dzień św. Floriana, patrona strażaków. Po ukończeniu szkoły ludowej do szesnastego roku życia przebywał z rodzicami. Potem przez trzy lata przysposabiał się pod okiem mistrza młynarskiego Piotra Pomierskiego z Pułkowic do zawodu młynarza. Jako czeladnik odbył przepisową, półtora roku trwającą praktykę. Potem zwyczajem XIX-wiecznych rzemieślników wyruszył na zachód Europy. Przemierzył Niemcy i Francję. Przenosił się z jednego młyna do drugiego, aby poznać tajniki Teofil Potowski, fot. archiwum swego zawodu. Nauczył się francuskiego. Dłużej zatrzymał się w Nancy, gdzie ukończył wieczorowe kursy dokształcające. Blisko sześć lat pracował w młynach pod Paryżem. Po powrocie na rodzinne Powiśle 1 lipca 1902 roku wydzierżawił na dwanaście lat holenderski wiatrak w Zajezierzu. Rok później założył rodzinę. Był pracowitym i uczciwym młynarzem. Przez to miejscowi chłopi gromadnie przyjeżdżali do młyna w Zajezierzu ze zbożem. Miał dla każdego chwilę czasu, aby zamienić kilka zdań o wydarzeniach w świecie, bo czytał „Gazetę Grudziądzką”. Przy okazji radzili się też w sprawach gospodarczych. Z „Gazetą Grudziądzką” związane było zdarzenie z połowy 1905 roku, kiedy wydawca i redagujący pismo Wiktor Kulerski przesyłał stałym abonentom specjalne nagrody. Wraz z „Gazetą...” listonosz doręczył umiejętnie zapakowany rulonik. Znajdowały się w nim dwie reprodukcje obrazów: Matki Boskiej Częstochowskiej i Tadeusza Kościuszki, bohatera narodowego z pamiętnego powstania w 1794 roku. Od razu wtedy młodzi małżonkowie, postanowili je oprawić. Matka Boska Częstochowska znalazła swoje miejsce w sypialni, a ten drugi obraz, wyróżniający się bogactwem treści narodowych, najpierw w Zajezierzu, a potem w sztumskim domu przy dzisiejszej ulicy Jagiełły, zawsze wisiał w izbie, w której przyjmowano gości i do tego na centralnym miejscu. Był okazalszy, o rozmiarach 70 na 50 cm. Poza portretem Kościuszki w generalskim mundurze z orderem Orła Białego na piersi. Jan Chłosta 111 przepasanego niebieską wstęgą w owalu, w rogach obrazu znajdowały się drogie każdemu Polakowi miejsca. Z góry po lewej stronie Królewski Zamek w Warszawie z kolumną króla Zygmunta, z prawej Wzgórze Wawelskie - symbol świetności państwa polskiego, w dole obrazu z lewej strony Rynek w Poznaniu z okazałym ratuszem, a u dołu z prawej strony ulica Długa w Gdańsku z zabytkowym ratuszem i wieżą kościoła Mariackiego. Nad głową Kościuszki skrzyżowane godła: Orzeł Biały i Pogoń Wielkiego Księstwa Litewskiego, spięta białoczerwoną wstęgą, która opasała portret generała. Opisałem tak szczegółowo ten obraz, bo odegrał on ważną rolę w rodzinie Porowskich. Nie tylko dlatego, że zawsze był obiektem zainteresowania gości, a było ich tam wielu i nie tylko przecież Polaków. Wykorzystywano ten obraz także w czasie obchodów świąt narodowych w Sztumie. W okresie poprzedzającym plebiscyt w 1920 roku, kiedy z okazji kolejnej rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja wywieszono go na zewnątrz domu, dwie starsze córki w strojach krakowskich trzymały wartę, a potem jedna z nich recytowała wiersz na akademii, którego pierwsza zwrotka brzmiała: Spośród jezior cichych wód, stary sztumski stoi gród, a w nim wierny polski lud, co dochował ojców cnót, lecz hardy staczał bój, o byt i język swój. Chór rodzeństwa Potowskich: od lewq: Teofila, Maria, Klemens, Stefania, Jadwiga, Alfons, Gertruda i Helena, fot. archiwum. 112 Od młyna słychać było polską pieśń Wiersz ten powtórzyła 11 lipca 2010 roku córka Porowskiego, Jadwiga Andrearczyk, podczas uroczystości w Sztumie poświęconej 90 rocznicy plebiscytu na Powiślu. Po 1945 roku reprodukcję z Tadeuszem Kościuszką przejęła do Olsztyna inna córka Wanda Gostyńska. Także i tu w jej mieszkaniu przy ulicy Kromera 1 znajdował się na centralnym miejscu i obecnie możemy zaprezentować ten obraz. * Odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 roku stało się przedmiotem wielu rozmów na Powiślu. Zamieszkali tu Polacy liczyli na to, że ta część zaboru pruskiego również wróci do Macierzy. Tymczasem na Konferencji Wersalskiej, już po ustaleniu, że o przynależności państwowej południowej części Mazur i Warmii zdecyduje plebiscyt, dołączyli jeszcze ziemie po prawej stronie Wisły z Kwidzynem i Sztumem. Stało się to na wniosek premiera Wielkiej Brytanii Davida Lloyda George'a, ukrytego stronnika Niemiec i przeciwnika Polski. W tradycji rodzinnej zachowało się wspomnienie, że Teofil Porowski dwukrotnie uczestniczył w delegacji Polaków, która upominała się o przyłączenie tych ziem do Polski bez plebiscytu. Jak wspominała Wanda Gostyńska, przed 11 lipca 1920 roku młyn w Sztumie stał się miejscem kontaktowym dla tych, którzy włączyli się w walkę o polskie głosy. W roznoszeniu ulotek wspomagały go starsze córki. Na darmo. Głosowanie ze znaczną przewagą wygrali Niemcy. Porowski uchodził tu za człowieka pracowitego, zapobiegliwego, może też do pewnego stopnia oszczędnego. Tylko córkom nie żałował pieniędzy. Za zarobione pieniądze i może Rodzinne świfta Bożego Narodzenia to domu Marianny i Teofila Potouiskich na Przedzamczu, rok 1930, fot. archiwum Jan ('hlosta 113 też wiano Marianny, wywodzącej się z nie-ubogiego domu, jeszcze przed pierwszą wojną Porowscy kupili na sztumskim Przedzam-czu młyn. Tu już nie skrzydła wiatraka, lecz prąd elektryczny wprowadzał w ruch maszyny. Tam przy dzisiejszej ulicy Jagiełły postawił dom i zabudowania gospodarcze. Do młyna należało kilka morgów ziemi. Pozwoliło to na zabezpieczenie w karmę nie tylko dla drobiu. W chudych dniach pierwszej wojny Porowscy zawsze mieli co włożyć do garnka. Z upływem lat dom się zaludniał. Teofil z dumą spoglądał na córki. Były dorodne i pracowite. Zawsze cenił bardziej zalety rozumu i charakteru niż urodę. Ale radowało go serce, kiedy odświętnie ubrane udawały się w niedzielę do kościoła. On zaś stawał się w mieście postacią znaną i poważaną. 1928 roku z ramienia Polskiej Partii Ludowej ^^^^ -j-^^^ i^^,^ /^^^ ^^^^i ^^^ ^^i^ ^ kandydował do sejmu pruskiego. Przewodni- tiziniePotowskich, fot. archiwum czyi też miejscowemu związkowi młynarzy, ale po 1933 roku, musiał ustąpić z tej funkcji. Wybierano go do rady parafialnej W kościele pod wezwaniem św. Anny w Sztumie została umieszczona tablica pamiątkowa, potwierdzająca wkład rodziny w rozwój religijny parafii. Jan Boenigk, zazwyczaj oszczędny w pochwałach ludzi, których spotykał, o Porowskim napisał: „Był on ojcem licznej rodziny, w której z dużej urody słynęły córki. Posiadał mały młyn na podzamczu, niedaleko rozwidlenia dróg w kierunku na Pietrzwałd, Waplewo i Kwidzyn. Jego życiorys to szmat dziejów Powiśla z pierwszej połowy XX wieku. Porowski na wylot znał ścierające się prądy i dążenia, wiedział co myśli szlachta, każdego człowieka po mistrzowsku potrafił rozszyfrować i określić jego charakter. Zdawało się, że to prosty sobie człowieczyna, a tymczasem okazywało się, że jest rozumny jako rzadko kto. To on jako członek Rady Ludowej witał w 1919 roku przedstawicieli Komisji Międzysojuszniczej w Kwidzynie, przemawiając poprawnym językiem francuskim.”' Bardzo często rozmawiał z nim Franciszek Barcz, sekretarz Okręgu Ziemi Malborskiej Związku Polaków w Niemczech i niejedną konferencję odbywał inny działacz ruchu polskiego Maksymilian Golisz. Zresztą łączyły ich jeszcze inne sprawy. W 1927 roku Golisz przez jakiś czas w domu młynarza prowadził naukę języka polskiego. Miał tam zresztą liczne grono uczniów. Dopiero jak ktoś doniósł władzom niemieckim o tej prywatnej szkole, musiał przerwać nauczanie. Porowski chciał, aby jego dzieci dobrze znały język polski, były przecież, tak jak on, członkami Związku Polaków w Niemczech. Córki uczestniczyły w zebraniach miejscowe- ' J. Boenigk, Wieki minęły, a myśmy ostali, wyd. 11, Warszawa 1971, s. 171-172. 114 Od młyna słychać było polską pieśń go Towarzystwa Kobiet Chrześcijańskich św. Kingi i kole Związku Towarzystw Młodzieży w Prusach Wschodnich, brały udział w zawodach sportowych i występowały w kole teatralnym i śpiewaczym. Często w Sztumie powtarzano: „sami Porowscy to już chór...”. W październiku 1933 roku po trzydziestu lat pożycia małżeńskiego zmarła jego żona Marianna. W pogrzebie brali udział niemal wszyscy Polacy ze Sztumu. Poza miejscowym duchowieństwem, przyjechał przyjaciel rodziny ks. Bronisław Sochaczewski z Krasnej Łąki. * Porowski zabiegał o przygotowanie swoich dzieci do dorosłego życia. Jedne z nich kończyły prywatne szkoły handlowe, gimnazja, przysposabiały się też w inny sposób do zawodu. Najstarsza, Leokadia (1904-1984), ukończyła kursy krawiectwa i zanim wyszła za mąż, obszywała pozostałe siostry, była nadzwyczaj opiekuńcza wobec rodzeństwa. Łucja (1905-1929) po nauce w niemieckim seminarium dla przedszkolanek w Królewcu i praktyce w przedszkolach w Wielkopolsce, prowadziła polskie ochronki (przedszkola) na Powiślu. Wanda (1907-1995) pracowała w sklepach z odzieżą, w 1935 roku przeniosła się do Olsztyna, brała udział w życiu miejscowych Polaków, była członkinią Chóru im. Feliksa Nowowiejskiego. W połowie lutego 1939 roku wyszła za mąż za Piotra Gostyńskiego, zastępcę kierownika IV Dzielnicy Związku Polaków w Niemczech, obejmującego Prusy Wschodnie. W llpcu 1939 roku Gostyńscy zostali wysiedleni z Prus Wschodnich jako osoby rzekomo niebezpieczne dla granic 111 Rzeszy. Zamieszkali w Berlinie, gdzie Piotr Gostyński pracował w fabryce. W końcu 1944 roku został wcielony do Wehrmachtu, zginął w początkach 1945 roku pod Puławami. Po 1945 roku Wanda Gostyńska z córką Krystyną zamieszkała w Olsztynie i do emerytury pracowała w spółdzielczości pracy. Czwarta z kolei córka, Gertruda (1908-1948), także uczyła się krawiectwa. Maria (1909-1965) musiała przerwać naukę w Uniwersytecie Ludowym w Dalkach koło Gniezna z powodu choroby matki. Zajmowała się domem, młodszym rodzeństwem i księgowością w młynie. Mąż, z zawodu księgowy, wyszedł z domu w Sztumie listopadzie 1944 roku i zaginął bez wieści. Maria była wówczas w ciąży z trzecim dzieckiem. Po wojnie opiekowała się do końca ojcem. Jako szósty urodził się Klemens Teofil „, , , III. Zabawy w mfynie... Na zajęciu Maria Potowska twanaa (1910-1968), który obrał sobie zawód ko- z mężem Piotrem Gostyńskim, fit. archiwum Jan Chłosta 115 łodzieja i prowadził niewielkie gospodarstwo rolne. Teofila (1912-1970) z kolei po ukończeniu szkoły handlowej prowadziła rachunkowość w młynie ojca. Helena (1913-1983) po ukończeniu szkoły handlowej w 1937 roku podjęła pracę w sekretariacie Gimnazjum Polskiego w Kwidzynie. Uniknęła aresztowania, bo opóźnił się pociąg i dotarła do Kwidzyna pamiętnego 25 sierpnia 1939 roku pod gmach szkoły, kiedy budynek był obstawiony przez gestapo, a uczniowie akurat wsiadali do autobusów, udających się do Tapiau. Wmieszała się niepoznana w tłum okalający gimnazjum. Powracając do Sztumu, została pobita przez wyrostków niemieckich, którzy rozpoznali ją jako Polkę. Ludwika (1916-2002) została żoną konsula polskiego w Kwidzynie Mieczysława Rogal-skiego-Dzierżykray. Następnie na świat przyszedł Alfons (1917-1950). Ukończył seminarium nauczycielskie w Rogoźnie, praktykę nauczycielską w 1939 roku odbywał w Wiśle. Aresztowany przez gestapo był przesłuchiwany i torturowany w czasie śledztwa, następnie został wcielony do Wehrmachtu. Za rzekome sianie defetyzmu umieszczony w obozie koncentracyjnym Bergen-Belsen. Przeżył wojnę, wrócił na Powiśle, był kierownikiem szkoły w Pietrzwałdzie koło Sztumu. Wreszcie znana nam już Jadwiga (1919-2015), po mężu Andrearczyk, pracowała w Sztumie. Najmłodszą córką Porowskich była Stefania (1921-1938)7 * Teofil Porowski we wrześniu 1939 roku uniknął aresztowania, co stało się udziałem aktywniejszych działaczy spod znaku Rodła ze Sztumu, których umieszczono w obozie pracy w Hohenbruch nad Mierzeją Kurońską. Po zakończeniu działań dowiedział się, że chronił ^ Pragnę bardzo podziękować p. Krystynie (lostyńskiej z Olsztyna za pomoc w ustaleniu dat urodzenia i śmierci rodzeństwa jej matki, p. Jadwidze Kamińskiej ze Sztumu za udostępnione fotografie. 116 Od młyna słychać było polską pieśń go hitlerowski starosta, który osiadł po plebiscycie w 1920 roku pod Sztumem. Żył na początku ubogo i w młynie zwierzył się Porowskiemu, że nie ma szansy na pożyczkę w banku, a gospodarstwo rolne wymagało wsparcia. Wtedy Porowski pożyczył mu pieniądze, które ten w zapowiedzianych ratach oddał. Niemiec zapamiętał ten sąsiedzki gest Polaka i skreślił jego nazwisko z listy przewidzianych do aresztowania’. Na pewno gestapo obserwowało zachowanie młynarza. W czasie wojny miał mniej roboty, ale więcej zmartwień. Chodziło o los swoich dzieci. Długo nie miał wiadomości od Wandy z Berlina, Gertrudy z Hamburga i Alfonsa z Wisły. Jak się okazało, wszyscy szczęśliwie przetrwali wojnę. Ostatnie dni działań wojennych były na Powiślu tragiczne. Porowskiego niepokoiło to, że porządkowanie życia trwało tak długo. Z czasem stanowiska kierownicze zajęli jego współpracownicy sprzed wojny. Burmistrzem mianowano Franciszka Wojciechowskiego, który był ostatnim kierownikiem Związku Polaków w Niemczech Okręgu w Sztumie, a Powiatowej Rady Narodowej przewodził (krótko) Jan Schreiber z Mikołajek Pomorskich, bliski współpracownik Jana Baczewskiego przy zakładaniu Polsko-Katolickich Szkół Prywatnych od 1929 roku w Niemczech. Tym dwom działaczom spod znaku Rodła przyszło żegnać 10 lipca 1946 roku zmarłego Teofila Porowskiego na cmentarzu w Sztumie. Zgromadziło się wtedy wielu mieszkańców powracającego do życia miasta, aby oddać hołd temu Wielkiemu Polakowi, który nigdy nie demonstrował swojej polskości, ale zawsze z oddaniem jej służył. ’ Informacja pochodzi z niedrukowanego opowiadania Otylii Grotowej o Teofilu Porowskim. Maszynopis znajduje się w posiadaniu autora. Wiesław Olszewski 117 Wiesław Olszewski BRUNON GREGORKIEWICZ Kolejarz w służbie narodowi Brunon Grrgorkiewicz, fot z posta użytkownika Obywatel Kolbud 118 Brunon Gregorkiewicz. Kolejarz w służbie narodowi Późnym majowym wieczorem 1939 roku w siedzibie polskich Inspektorów Celnych w Nowym Dworze zadzwonił telefon. Ze stacji w Marynowach telefonowała (...) Gre-gorkiewiczowa, proszĄc o natychmiastowi} pomoc. Niemcy ciężko pobili jej męża. Motocykl prowadził Orzechowski, do przyczepy siadł Krajewski. Zabrałi z sobi} dwa granaty, nabite pistołety i elektryczne latarki. Widok jaki zobaczyli był wstrzi}saji}cy. 50-letni Brunon Gregorkiewicz łeżał nieprzytomny na zakrwawionej pościeli, doki}d przywlokła go żona. Po odprawieniu ostatniego pocii}gu poszedł wygasić latarnie na zwrotnicach i tam, kilkadziesii}t metrów za stacji}, dopadli go. Żona znalazła męża toni}cego we krwi, bez życia. Orzechowski i Krajewski znali tego człowieka, który nigdy nie krył się ze swi} narodowościi} i zawsze głośno mówił po pobku. ' Urodził się 19 września 1891 r. w Pręgowie Górnym na Gdańskich Wyżynach. Podstawowe wykształcenie uzyskał w miejscowej szkole powszechnej. W 1910 roku został powołany do obowiązkowej służby wojskowej w armii pruskiej, w momencie wybuchu wojny światowej został skierowany na front. W 1919 r. jako mieszkaniec Gdańska zgłosił się na ochotnika do powstania wielkopolskiego, a po jego zakończeniu wstąpił w szeregi Wojska Polskiego. Jako ochotnik 25. Pułku Ułanów walczył w wojnie z bolszewicką Rosją. Odznaczał się ambicją, energią, sumiennym i dokładnym spełnianiem obowiązków służbowych. Za wzorową służbę, w październiku 1920 roku, otrzymał stopień plutonowego. Osobistym przykładem i aktywną postawą wywierał pozytywny wpływ na podległych mu żołnierzy. Służbę w Wojsku Polskim kontynuował przez kolejne siedem lat, skończył w czerwcu 1927 roku jako zawodowy podoficer. Po demobilizacji przeniósł się na teren Wolnego Miasta Gdańska, zgłosił się do pracy w Polskich Kolejach Państwowych, rozpoczynając nowy etap swej służby - w mundurze polskiego kolejarza. Dyrekcja Kolei w Gdańsku pełniła funkcję centrum życia polonijnego w Wolnym Mieście Gdańsku. Jej gmach był siedzibą licznych organizacji społecznych, jak: Gmina Polska Związek Polaków w WMG, Związek Pracowników Kupieckich, Towarzystwo Ludowe „Gwiazda”, Towarzystwo Śpiewu „Moniuszko”, Koło Miłośników Sceny, Związek Byłych Powstańców i Wojaków, KS Gedania. W budynku mieściły się również związki zawodowe: Związek Polskich Kolejowców, Związek Urzędników Kolejowych, Związek Umysłowych Pracowników Kolejowych oraz Towarzystwo Pomocy Naukowej, biura Zrzeszenia Pracy, ochronka sióstr dominikanek. Centrala Turystyczno-Krajoznawcza, Naczelny Inspektorat Ceł, Konserwatorium Muzyczne Macierzy Szkolnej (szkoła średnia prowadzona przez Kazimierza Wiłkomirskiego), polska 6-letnia szkoła średnia (od 1934), polskie firmy.^ Polskie Koleje Państwowe na obszarze Wolnego Miasta Gdańska stanowiły znaczące przedsiębiorstwo, zatrudniające przeszło cztery tysiące pracowników, mniej więcej połowę stanowili Polacy - obywatele Wolnego Miasta. Tworzyli oni wzdłuż tras kolejowych enklawy polskości, szczególnie w okolicach stacji kolejowych, na których pełnili służbę, stanowili bardzo aktywny element polskiej społeczności. Kolejarze rozproszeni po stacjach i przystankach kolejowych Wolnego Miasta wnosili ogromny wkład do repolonizacji miejscowej ludności, stali na czele polskich organizacji, między innymi zawiadowcy stacji: Pa- ' Alojzy Męclcwski, Celnicy Wolnego Miasta, Wydawnictwo MON, Warszawa 1971. ^ https://pl.wikipedia.org/wiki/Wolnc_Miasto_Gdańsk Wiesław Olszewski 119 weł Szczeciński w Szymankowie czy właśnie Brunon Gregorkiewicz. Kolejarze angażowali się w rozwój szkolnictwa polskiego, działalność Macierzy Szkolnej w Gdańsku, wchodzili w skład zarządu tej instytucji. Przez wiele lat funkcję prezesa pełnili kolejni dyrektorzy kolei gdańskich. Wspierali rozwój oświaty na wsiach żuławskich - Paweł Karczewski w Piekle, Wincenty Knitter i Artur Okroy z Kałdowa a zwłaszcza Gregorkiewicz, zamordowany później w Stutthof.’ Brunon Gregorkiewicz początkowo mieszkał, pracował i udzielał się społecznie w Brzeźnie, zaś w 1930 roku został skierowany, w stopniu asystenta, na stację Bielkowo. Został jej zawiadowcą. Przez cały czas działał aktywnie w organizacjach polonijnych na terenie Wolnego Miasta Gdańska. Był energicznym członkiem Gminy Polskiej (filia w Bielkowie), działał też w Zjednoczeniu Zawodowym Polaków, Kolejowym Klubie Sportowym, Związku Podoficerów, Zrzeszeniu Byłych Ochotników Armii Polskiej Obywateli Gdańska, był prezesem Towarzystwa Byłych Powstańców i Wojaków. Z ramienia Macierzy prowadził w Bielkowie i okolicy akcję pozyskiwania kandydatów do polskiej szkoły i ochronki tzw. senackich. Przyczynił się do otwarcia świetlicy Związku Polaków - ośrodka pracy oświatowo-wychowawczej, ogniska polskości. W tamtejszej świetlicy kolejowej zorganizował dla dzieci nauczanie języka polskiego, którego także nauczał, jego żona uczyła śpiewu i prowadziła chór, odbywały się przedstawienia, wyświetlano filmy, prowadzono różnorodne zajęcia dokształcające, również dla dorosłych. Pojawienie się Brunona Gregorkiewicza ożywiło działalność miejscowych stowarzyszeń polskich. Raz za razem organizowały one obchody świąt narodowych i ważnych rocznic, zapraszały wybitne osobistości czy też przygotowywały zabawy i festyny. Osobliwym potwierdzeniem tej aktywności jest notka w „Gazecie Gdańskiej” z 1931 r., w której stwierdzano, że może (...) niektórych rodaków zdziwi, że częściej wspominamy o Pręgowie i o zebraniach tamtejszej Polonii. Tłumaczy się to tern, że ruchliwy i pracowity prezes tamtejszego Towarzystwa Ludowego p. Brunon Gregorkiewicz zaopatruje bardzo często biuro Gminy Polskiej w sprawozdania o każdym zebraniu.^' Szczególną uwagę poświęcał Gregorkiewicz oświacie. Zabiegał o stworzenie Pręgowie lub Bielkowie szkoły polskiej z prawdziwego zdarzenia, szkoły Polskiej Macierzy Szkolnej, do czego jednak - mimo deklaracji władz gdańskich - ostatecznie nie doszło. Jego działania, wsparte przez Komisariat Generalny RP, zainicjowały zakupienie [przez Macierz SzkolntfJ za 9000 guldenów realności Strahlkego w Pręgowie, składającego się z budynku mieszkalnego i dwóch morgów gruntu’ dla założenia szkoły i ochronki. Władze gdańskie projekt ten, jak wiele innych, storpedowały korzystając z prawa pierwokupu nieruchomości.^ Zaangażowanie, polskich kolejarzy w działalność oświatową oraz widoczne efekty tej pracy budziły poważne zaniepokojenie władz gdańskich. Starania na niwie oświatowej wzbudzały niepokój żandarma miejscowej policji czemu dawał wyraz w meldunkach do swych władz zwierzchnich. Z inicjatywy Gregorkiewicza rozpoczęto w Bielkówku budowę polskiej szkoły, ale po przeniesieniu go na Żuławy prace zostały przerwane. Zajmował się także pomocą dla osób starszych i ubogich. O popularności i szacunku do niego świadczy ’ Henryk M. Kula, Polscy Inspektorzy Celni w Wolnym Mieście Gdańsku 1920 -1939, Biblioteka TPG 2009. * Pisownia oryginalna. ’ Stanisław K. Szwentner, Polacy z Pieklą rodem, Wydawnictwo Morskie, Gdynia 1966. ‘ Henryk Polak, Szkolnictwo i oświata polska w Wolnym Mieście Gdańsku 1920-1939, GTN, Gdańsk 1978. 120 Brunon Gregorkiewicz. Kolejarz w służbie narodowi fakt, Że w roku 1934 Związek Polaków zgłosił jego kandydaturę na swego przedstawiciela we władzach Wolnego Miasta. Pod wpływem zaogniającej się sytuacji politycznej ale też wrogiej, wręcz dywersyjnej postawy części Niemców - pracowników PKP^, Gregorkiewicz został przeniesiony na Żuławy, na zawiadowcę stacji Marynowy. Wiosna} 1939 r. pracowałem na stagi PKP w Nowym Stawie. Z powodu zaostrzającej si^ sytuacji politycznej zostałem, w ramach przeprowadzanych zmian personalnych, skierowany do Szymankowa. Pamiętam, że przeniesiono wówczas na tej trasie kolejarzy niemieckich do stacji PKP w Kanale Kaszubskim a ich miejsce zajęli kolejarze pobcy (.../’- wspomina Alfons Lessnau, jedyny ocalały z masakry w Szymankowie.® Rozpoczęło się jawne szykanowanie Polaków, przede wszystkim inspektorów celnych ale też kolejarzy, nauczycieli jak i zwykłych mieszkańców narodowości polskiej. Dochodziło do licznych bandyckich napadów bojówkarzy hitlerowskich na polskie placówki w Piekle, Kałdowie, Szymankowie, Nowym Dworze, Sztutowie. Doszło też do barbarzyńskiego napadu na stacji w Marynowach. Przybyli na stację polscy inspektorzy byli zszokowani stanem pobitego zawiadowcy. Wzywany przez nich niemiecki lekarz odmówił udzielenia pomocy.’ Trzeba więc było sprowadzić z Tczewa drezynę, która odwiozła zmaltretowanego kolejarza do tamtejszego szpitala. Tak jak w wielu innych bandyckich napadach szturmowców i tym razem „sprawców nie wykryto.”'” Początek wojny zastał Gregorgiewicza w Tczewie. Niezupełnie jeszcze wyleczony zgłosił się do służby wojskowej. Uczestniczył w kampanii wrześniowej, walczył w bitwie nad Bzurą. Uniknął niewoli, wrócił na Pomorze, do Skurczą gdzie mieszkali jego teściowie. Rozpoznany przez Niemców, został aresztowany w kwietniu 1941 roku i 6 lutego 1942 roku osadzony w obozie Stutthof jako numer 12712. Zmarł w obozie 10 marca 1942 r., został pochowany na cmentarzu na gdańskiej Zaspie." Dwa lata wcześniej, w Wielki Piątek 1940 roku, w egzekucji w pobliżu obozu, wśród kilkudziesięciu przedstawicieli Polonii gdańskiej, zginął jego brat Józef. W roku 1968 szkoła w Bielkówku otrzymała imię Brunona Gregorkiewicza, podobnie jak i ulica, przy której położona jest ta placówka. Kamień i tablica w pobliżu stacji kolejowej w Bielkowie przypominają o wielkim poświęceniu, jakim wykazali się polscy działacze w okresie Wolnego Miasta Gdańska. Imię bohaterskiego kolejarza widnieje również na tablicy pamiątkowej na dworcu w Pruszczu Gdańskim, którą odsłonięto 1 września 1998 .'2 ^ Brunon Zwarra, Wspomnieniagetańskiego bówki, T 1, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1984. ’ Teresa Masłowska, Bohaterowie żelaznych szlaków, Kolejowa Oficyna Wydawnicza, Warszawa 2008. ’ Henryk M. Kula, Gdańska dziura celna 1920- 1939, Wydawnictwo DJ, Gdańsk 1999. "* Bogdan Maciejewski, /zitrzymac pociąg 963, Wydawnictwo MON, Warszawa 1971. ” Ksifga Ewidencji Więźniów KI. Stutthof. '2 Tomasz Jagielski, Polacy na Wyżynach Gdańskich w czasach Wolnego Miasta Gdańska 1920-1939, Teki Kociewskie Zeszyt XI. Prowincje bliskie i dalekie NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW śnieży się taniec bosej brzozy dygnięcie wiatr staje dęba 122 Notatki słów i obrazów DOPISEK DO HAIKU 2 lutego 2019 rok Dziesiątki opowieści skrywają się w najmniejszym wierszu. Jedna z nich biegnie tak... Zima w rozkwicie. Ziemia pod puszystym kożuchem śniegu wydaje się spać głęboko. Patrzący wyszedł z domu. Wyczuł, że cięciwa aury jest napięta. Choć nic nie raniło ciszy, choć z lasu nie poczynał się żaden ruch, a eter dzwonił czystym kryształem, coś się działo, jakby po ścieżkach śpiewu bezgłośnie toczyły się kule. Coś było, ciągle niewidzialnego, choć gęstniało i miał poczucie, że zbliża się do niego. Pierwsza na trop wpadła jego pamięć i to ona rozpoznała ślady obecności Erosa. A więc jednak był tu w pobliżu i powidoki lotu strzały nie były złudzeniem. Dalej jednak nie wiedział co się dzieje. Aż niespodziewanie zamieszkało w nim słowo „taniec”. W tym bezruchu? Kto tańczy? I wtedy ją spostrzegł. Na białej łące, samotna, unosiła suknię do góry, odsłaniając nagość ciała aż po kolana. Pamiętał ją jesienną, bogato ubraną. Pragnęła wiatru, wszystkie złoto by mu oddała. Ale on przelatywał tylko przez nią, rozwiewając nadzieję jej serca na wieczne objęcie. I dopiero teraz to się stało. Uczyniła ruch, maleńki lecz o sile tak potężnej, że nie mógł ujść uwagi wszystkiego co żyje. O każdej innej porze roku ruch ten pozostałby nie zauważony, przykryty, zagłuszony, rozmieniony na tysiące drobnych olśnień. Mądry Eros doradził jej by doczekała zimy. I teraz, gdy ziemię zaśnieżyło i wszystko w niby-sen spowiło, gdy świat cały leżał bez ruchu, zwity z bólu i zimna, lekko ugięła kolano. I zamarła, nagim ciałem na mrozie rozpalona. Wiedziała, że z każdym kolejnym poruszeniem, zmniejszałaby się moc jej drgnienia. Poczuł to wiatr i oniemiał. Wszystko, co do tej pory bezruchem się zdawało, obnażyło swój pozór. Dopiero teraz wstrzymał siebie. Ucichły przeloty, muskania po powierzchni, przeskoki z jednego na drugie, uniki, zwiewki, podmuszki... Ona poczuła, że wreszcie ją obejmuje. I ruszyli, bez najmniejszego ruchu, w kosmiczny taniec, wstrzymywaniem siebie coraz głębiej wstępując. ZALESZYNY 8 lutego 2019 rok Co skrywa się pod powierzchnią świata Tarasewicza i Dmitruk? Co czują pod stopami, co widzą gdy zamkną oczy? Co ukaże się naszym oczom, gdy odkryją przed nami warstwę spoczywającą na dnie zachwycających kolorów ich dzieł, zabarwionych pigmentem światła krajobrazu, ikony albo drewnianej izby? Zobaczymy czerń żałoby zmieszaną z szarością popiołu, materię zgorzeliny, cienie anioła śmierci, kurhan poczerniały z ciemną tajemnicą w środku, czarną kreskę ciągnącą się jak tren przez ludzkie losy, przyrodę i ludzi w ich codziennym bytowaniu osnutych ciemnym światłem panichidy... Zobaczymy Zaleszany. Werniks obrazów Tarasewicza i kamień litografii Dmitruk nie są tabula rasa lecz materią zaprawioną pamięcią, w której zmieszane są wcześniejsze życia. W ich sztuce natura Podlasia nie jest naturą dziewiczą, ekolog spotyka się w niej z archeologiem. Pejzaż ich ziemi na równi jest epifanią światła jak i nie zapominania. Powidoki rodzą się nie tylko w oczach zamkniętych pod słońce, także zwróconych w jądro ciemności. „Zabijano ich, bo byli tutejsi, inni” - mówił metropolita Sawa na cmentarzu wojskowym w Bielsku Podlaskim podczas odsłonięcia pomnika ofiar oddziału „Burego”. Krzysztof Czyżewski 123 Wobec ciężaru tragedii w Zaleszanach, debat i sporów toczących się wokół niej, rysunki Małgorzaty Dmitruk na białych ścianach są zaskakująco „niewinne”. Wrażenie to podkreśla jeszcze fakt, że są one „prawie” takie same, jak tworzone przez nią wcześniej cykle grafik, przeniknięte spokojnym rytmem codzienności, pobłyskiem dzieciństwa, świetlistością starowieku, rytualną esencjonalnością prostego życia „mirnych” ludzi, która ma moc oswojenia nawet śmierci. Niezwykłe jest to, że Dmitruk, snując opowieść o Zaleszanach nie przewraca kartki albumu z obrazami na druga stronę, nie zabiera nas do innego pomieszczenia, nie zmienia języka narracji. Pozostajemy z nią tam, gdzie byliśmy, choćby oglądając „Tutejszych”. Jedyne, co się z nami dzieje nowego, nie dotyczy przemieszczania się po powierzchni, lecz wrastania. Czujemy, że zostaliśmy zaproszeni do wejrzenia pod podszewkę życia. To straszne wydarzyło się w raju, nie gdzie indziej. Na dnie kolorów jest osad czerni. Zaleszany docierały do Dmitruk podskórnie, w strzępach rozmów, w głosie ściszonym lękiem, w milczeniu utrzymywanym na powierzchni. Opowieść szła - jakby powiedział poeta odczytywania popiołów Jerzy Ficowski - „z podedna”. 124 Notatki słów i obrazów Leon Tarasewicz poprzecinał posadzkę wystawy fragmentami fundamentów z betonu i zalał ją tynkiem czerni zmieszanej z popielą, nakrapiając ją jeszcze gruzłami i skrzepami. Stąpamy po zgorzelinie, ruinach, życiu obróconym w popiół. Zanurzamy się w pomrokę pamięci. Galeria zamieniona zostaje w resztkę spalonego siedliska, kryptę grobową, archeologiczną odkrywkę. Jakże inaczej brzmią tutaj celne słowa Marii Poprzęckiej: „Jest to malarstwo... kładące się pod stopy jak pole”. 1 jakże przejmująco przemienia się znaczenie słów, którymi Marek Wasilewski opisał obrazy artysty na kamiennych płytach Barcelony: „niczym kolorowy powidok pozostawały w oczach i nakładały swój rytm na całe miasto”. Trudno wyjść z takiej wystawy w miasto i nie czuć, że w dalszym ciągu depczemy. DARIUSZ GOŚCINIAK 10 lutego 2019 rok Dzisiaj dotarła do mnie wiadomość o śmierci Dariusza Gościniaka. Wiosną ubiegłego roku informował na Facebo-oku o swojej chorobie, przepraszając za przerwę w publikowaniu myśli Epikteta. Obdarowywał nas nimi w swoim przekładzie, tak jak wcześniej myślami Seneki czy Marka Aureliusza. Idąc za Seneką, zawsze baczył, jakim ludziom to się podoba - nie ilu. W swoim ostatnim poście z 20 stycznia zamieścił obraz Hansa Memlinga „Męki Chrystusa”. Wcześniej, zaproszony przeze mnie do podzielenia się najważniejszymi w jego życiu książkami, wkleił okładkę „Księgi Hioba” w tłu- maczeniu Miłosza. Mogę się tylko domyślać, przez co musiał przejść, odchodząc. Spotkaliśmy się na FB po wielu latach, w których nasze ścieżki nie przecinały się. On pozostał w Poznaniu, ja wyruszyłem na Wschód. Na UAM wykładał kulturę i języki klasyczne, także prawo rzymskie; w liceach uczył łaciny. Potem zajął się biznesem, spółdzielczością wiejską, redagował „Kuriera Targowego” i pismo, a potem portal „Logistyka”. Seneka: „Dotąd nie będziesz szczęśliwy, dopokąd będziesz zależny od innych ludzi”. Myśli Seneki „O zwyczajach” w jego przekładzie zamieściliśmy w jednym z pierwszych numerów „Czasu Kultury”. To wtedy zawiązywała się nasza przyjaźń. Późna faza stanu wojennego. W domu Anki i Rafała Grupińskich na poznańskim Junikowie spotykaliśmy się na długich rozmowach, tworząc koncepcję podziemnego pisma kulturalnego, w którym ukryliśmy się za pseudonimami Jerzego Okoniewskiego (Rafał), Sotera (Darek) i Tomasza Wolskiego (ja). Annie bardziej wtedy w głowie była działalność w „Solidarności Walczącej”, ale i ją dało się pozyskać dla „nie politycznej kultury”: Rywa i Wolski wspólnie tłumaczyli „Życie chasydów”, chyba jeden z pierwszych polskich przekładów Martina Bubera. Czasami dołączał do nas Andrzej Piątek, twórca grafiki pisma. Chcieliśmy nowego forum dla Krzysztof Czyżewski 125 kultury, niepodległego polityce, w którym „cenzuralne”/”niecenzuralne” nie będzie kryterium doboru tekstów. Toczyliśmy gorące dyskusje z naszymi kolegami z „Solidarności Walczącej”, Jackiem Kubiakiem i Włodkiem Filipkiem, którzy wydawali społeczno-polityczny „Czas”, o tym, że potrzebny jest „Czas Kultury”. W redakcyjnym wstępniaku do pierwszego numeru pisaliśmy: „...potrzebna jest całość kultury, już bez podziałów na prorządową i antyrządową, bez selekcji ze względu na orientację polityczną. Dopóki budować ją będą wyłącznie dzieła wyciągnięte z szuflady uznanych już twórców albo teksty, które „nie przeszły” w wydawnictwach oficjalnych, dopóty kultura ta będzie fragmentaryczna, przypadkowa, przemawiająca ze ściśniętym gardłem...” Na zawartość tego numeru złożyły się teksty Okoniewskiego o zadaniach inteligencji i współczesnej poezji, Sotera o przysposobieniu do wolności oraz Wolskiego o Szestowie i „o tych, którzy ogień przemieniali w światło”, czyli chasydach. Tekst Darka rozpoczynał cykl, kontynuowany w kolejnych numerach, o wolności u Greków, Rzymian i chrześcijan. Uczył nas odróżniania eleutheroo, czyli akcji wyzwalającej jednostkę czy naród spod jarzma zniewolenia, od eleutheria - wolności duchowej, która czyniła człowieka niezależnym od poglądów innych ludzi. Seneka w przekładach Darka stał się moim filozofem okresu anty-reżimowego, w którym budowaliśmy zręby swoich postaw na czas po komunizmie: „Nie będziesz inaczej żył w samotności, a inaczej w społeczności. - Z ludźmi będziesz żył w zgodzie; walczyć będziesz z ułomnościami. - Ten, którego wielu się boi, sam lęka się wielu. - Chciej tak kochać, jakbyś nigdy nie miał przestać. - Tak mieszkaj, aby chwalono gospodarza, nie mieszkanie.” Wydawało się, że szkoda cennej farby podziemnych druków offsetowych na Senekę. Darek uważał inaczej. Takim samym odnalazłem go wiele lat później, gdy na Facebooku, zalanym polityczną wrzawą i naszymi codziennymi błahostkami, zaczął zamieszczać swoje tłumaczenia myśli Seneki, Marka Aureliusza i Epikteta. Jakby nic się nie zmieniło od czasu stanu wojennego, robił to w swoim nienagannym, klasycznym stylu - ze stoickim umiarem, kunsztowną dyscypliną słowa, godnością osobistą i szacunkiem dla wąskiego grona odbiorców. Z „Enheiridionu” Epikteta: „Strach przed śmiercią? Przeciwko temu strachowi zbrój się i hartuj. Do tego celu niech zmierzają wszelkie twoje rozmowy, ćwiczenia, czytanie książek, a zobaczysz, że tą drogą ludzie zdobywają prawdziwą wolność! - Przy jakim zajęciu chciał-byś, aby cię śmierć zaskoczyła? Ja chciałbym, aby mnie zaskoczyła przy spełnianiu ludzkiego, dobroczynnego, szlachetnego dzieła, które służyłoby ogólnemu pożytkowi.”Arna nos et vale, Darku! O PRZEWIDYWALNOŚCI 19 lutego 2019 rok Zaroiło się od „przewidywalnych” znawców i krytyków kultury. Jak na zawołanie piszą o „przewidywalnych” powieściach, filmach i spektaklach. Podkreślają w ten sposób swoje rozczarowanie, a przy okazji wyższość wobec omawianego dzieła: przecież od samego początku, a przynajmniej od połowy, wiedzieli już, jak dalej potoczy się akcja i jaki będzie jej finał. Oni wiedzą, że wróg zaprzyjaźni się z wrogiem albo nienawiść wysadzi most w powietrze; że kochankowie na starość się odnajdą albo popełnią samobójstwo. A przecież 126 Notatki słów i obrazów powinni być zaskoczeni! Od tego są fabryki sztuki by produkować adrenalinę nieprzewidywalnego. Czy to koniec sztuki? Czy to możliwe, aby aż tylu „znawców” zapomniało kodu dostępu do podróży na Wschód? Żyjemy w erze lęku przed powtarzalnym i ucieczki przed odpominaniem (anamnezą), bowiem zapowiada to podróż w głąb, wymaga czasu i - zamiast podręcznej adrenaliny - pracy myślowej. Jesteśmy świadkami zmierzchu homo ritualis. Ktoś powie, że kryminał ma swoje prawa. Tylko, że marny ten dreszczowiec, który martwi się tylko o zaskoczenie. Czytając „Przygody Hucka Finna” od początku wiedziałem, że Tomek z Huckiem będą chcieli uwolnić zbiegłego niewolnika Jima. „Przewidywalność” tej opowieści była czymś, co sam w sobie odkrywałem, wchodząc do niej do środka. I do dzisiaj jestem w tej opowieści, choć tyle razy już została opowiedziana. Mój ulubiony kryminał? „M jak morderstwo” Knotta/Hitchcocka - początkowym „trzęsieniem ziemi” jest objaśnienie w szczegółach morderstwa, które ma dopiero zostać dokonane, po którym idziemy już tylko w głąb naszej psyche, wiedząc jaki będzie koniec. Rozumiem, że są różne „przewidywalności”, z niejednym krytykiem sympatyzuję, ale nie o czepianie się słówka mi chodzi, lecz o uchwycenie symptomu szerszego zjawiska w kultury dniu powszednim... CHIAROMONTE 21 lutego 2019 „Mówię do Ciebie bez przerwy...” Z „Listów do Muszki” Nicoli Chiaromonte, w przekładzie Aliny Kreisberg: „Jest faktem, że życie duszy trzeba już całe stworzyć od nowa - przeszłość dostarcza nam tylko przykładów. 1 wreszcie, czymże innym jest dusza niż zawierzeniem się temu, co nierealne (wewnętrznemu popędowi, co do którego nie ma żadnej „obiektywnej” pewności, że odpowiada czemuś rzeczywistemu)?” Nie wiemy jaka była odpowiedź Muszki, czyli Melanie von Nagel, a w roku 1968 już benedyktynki Mother Jerome? „Słusznie mówisz, że odczucia sacrum nie osiąga się za pomocą inteligencji; istotnie - sacrum to coś, czego nie można ogarnąć inteligencją. Chciałbym Ci jednak powiedzieć... że - jeśli dobrze się zastanowić - upraszczając, poczucie sacrum jest niczym innym niż poczuciem „granicy”- poczuciem (i jasną świa- Nłcola Chiaromonte Lisfydo Muszki domością) poipa, bycia „częścią” - to znaczy przynależności do jakiejś całości, której się nie zna. Zatrzymać się na tej granicy to znaczy rozpoznać sacrum - i boskość - i skłonić głowę.” Co napisała w liście Ona, sprawiając, że On taką dał odpowiedź? Im więcej listów Chiaromontego czytam, tym bardziej spragniony jestem lektury listów Mother Jerome. Pozostaje czekać na ich odtajnienie. Wspaniała książka Biblioteki Mnemosyne, pieczołowicie oszlifowana w redaktorskim warsztacie Piotra Kłoczowskiego. Budzi tęsknotę za więcej. Mieć dwanaście tomów ich korespondencji i czytać ją przez kilka Krzysztof Czyżewski 127 lat z częstotliwością, z jaką oni pisali do siebie - trzy razy w tygodniu. „(Czyż można być czyimś prawdziwym mistrzem, nie będąc przyjacielem? Czy można się czegoś nauczyć od kogoś, kto spogląda na ciebie z wyżyn katedry?)” LEKCJE RELIGII 26 lutego 2019 rok Mój braciszek Piotr, zaraz minie osiemnaście lat od dnia, w którym odszedł, półtora roku młodszy. Rozmowa z Łoną przebudziła we mnie okruch pamięci, starej pamięci naszego obcowania. Mieliśmy wtedy może siedem i osiem lat, co dopiero przeprowadziliśmy się ze Śremu do Poznania. Byliśmy synami oficera wojsk lotniczych, więc po naukę religii musieliśmy zejść do podziemia. Mama wyszukała siostrę zakonną, która zgodziła się udzielać nam lekcji potajemnie. Sądziliśmy, że robimy to w tajemnicy nie tylko przed światem, ale także i tatą, który udawał, że nie wie o naszych wieczornych, odmawianych z mamą pacierzach. Udawał także, że nie wie o siostrze zakonnej. Taka była strategia rodziców na tamten czas. Pierwszą komunią zajęła się babcia Ola na dalekim Śląsku, gdzie nikt nas nie znał. Najważniejsza jednak była siostra Anna. Długo nie mogłem przypomnieć sobie jej imienia, aż powrócił do mnie obraz pożegnania, osnuty miłosnym językiem dwojga kobiet, tej starszej, zwracającej się do mamy „Droga Wiesiu”, i tej ciągle młodej, uśmiechniętej przez łzy dziewczyny: „Siostro Anno, nie wiem, jak się siostrze odwdzięczę”. Tęskniłem do wiedzy siostry Anny, jak do nektaru, którego smak znamy, choć nie pamiętamy abyśmy wcześniej go próbowali. Było to coś absolutnie nowego w moim życiu, rozpiętym dotychczas między gorączką grania w nogę a czytaniem książek o dalekich podróżach. Ona była jak modlitewnik z czytaniami Ewangelii, z którym się nie rozstawała - cała czarna i odmykająca się papierową bielą twarzy, dłoni i siwych włosów spod chusty. Zdawało mi się, że czuję zapach jej czystości. Szybko pomogła nam przełamać strach, który przynosiliśmy ze sobą. Mama pracowała wtedy w aptece przy ulicy Głównej. Wsadzała nas samych do zawsze zatłoczonego trolejbusu, zamieniała słowo z kierowcą, dzięki czemu mogliśmy siedzieć blisko niego, na czymś, co przypominało wielką skrzynię przykrywającą bebechy maszyny. Była tęga zima, skrzynia grzała nasze tyłki, a my wpatrywaliśmy się w przednią szybę, rozpoznawaliśmy Śródkę, most na Warcie, Garbaty, aż wreszcie miejsce, gdzie po raz pierwszy wysiedliśmy z mamą. Niewielki klasztor z kościołem był niedaleko od przystanku. Dzwonek, otwiera młoda siostra, prowadzi nas do pokoiku, w którym nagi stół, krzesła, półka z książkami... i każę czekać. Cisza. Nadejście siostry Anny zawsze poprzedzała wielka cisza. Byliśmy z Piotrem jak dwa strwożone ptaki, których serca przestawały łomotać jak tylko pojawiała się ona. 128 Notatki słów i obrazów bezszelestna, muskająca delikatnie skrzydła naszych niepewności i zawstydzeń kojącym głosem i uśmiechem przyzwolenia. Jej pięknem była starość, twarz bez makijażu, zmarszczki, w których dostrzegałem śpiące anioły. Zawsze rozpoczynała od przypowieści, z Ewangelii, z życia, z wojny. Pytała o nasze marzenia (pamiętam, bo jej pierwszej powiedziałem, że chcę być Indianinem i mieszkać w tipi), prosiła, abyśmy zapamiętywali dla niej sny, i zawsze pozostawiała czas na „teraz wy”, czyli nasze zwierzenia z lektur, pochłanianych jeszcze po tym, jak rodzice zgasili światło, z latarką pod kołdrą. Opowiadaliśmy jej o tym, jak Huck Finn i Tomek Sawyer pomagali Jimowi, zbiegłemu niewolnikowi, a ona otwierała Biblię i kazała nam czytać na głos: „Nie masz Żyda ani Greka; nie masz niewolnika ani wolnego; nie masz mężczyzny ani niewiasty; albowiem wszyscy wy jednym jesteście...” Upłynęło dobrych kilka miesięcy. To, o czym chcę opowiedzieć, wydarzyło się na lekcji religii, podczas której siostra Anna zostawiła nas na dłuższą chwilę samych, prosząc o czytanie na głos fragmentu Ewangelii. Nie byliśmy aniołkami. Zwłaszcza ja miałem problem z grzecznym siedzeniem cicho, regularnie wdawałem się w bójki z kolegami. Teraz zacząłem prowokować Piotra, który zawsze stawiany był mi za wzór roztropności, nawet czytanie szło mu lepiej, nie mówiąc już o przyswajaniu wiedzy. Doszło między nami do ostrej szarpaniny. W tym zawsze byłem od niego lepszy. Poszły guziki od szkolnych mundurków, białe kołnierze zwisały oderwane, okulary braciszka na podłodze, poszły też łzy - żałosny obraz na wejście siostry Anny. Usadziła nas przy stole i czekała wyjaśnień. Pierwsza była skarga Piotra na tego, który zaczął. 1 wtedy przyszły mi na myśl słowa, niby ostatnia deska ratunku i szansa na to, że go pokonam w pełnych dobroci, a więc łaskawych dla mnie oczach siostry Anny. Tak, w swoim wewnętrznym zaślepieniu dobro rozumiałem jako tożsame z „dobrem dla mnie”. Zatem kiedy oczy siostry skierowały się na mnie, rzuciłem w stronę Piotra: „Źdźbło w oku brata widzisz, a belki w swoim nie dostrzegasz!” Byłem swoimi słowami zachwycony, czując, że dzięki nim zagóruję nad braciszkiem o napełnionych łzami oczach, jakbym znalazł się pod szczególną opieką nie tylko siostry Anny, ale i samego Boga. Usłyszałem pochwałę, że pamiętam te słowa z Ewangelii Mateusza, tylko, że zaraz potem niespodziewanie pojawiło się „ale”, po którym wszystko potoczyło się nie tak, jak sobie myślałem. Siostra Anna powiedziała, że ukradłem te słowa dla siebie, jak książkę, która do mnie nie należy; że teraz muszę odłożyć je na ich właściwe miejsce i pozwolić im mówić. To, co one mówią - tłumaczyła mi cierpliwie - mówią do mnie, nie do Piotra i do nikogo innego; że przed słowami Księgi nie można się schować za kogoś innego, tak jak ja schowałem się za brata. Kiedy - na jej prośbę - jeszcze raz wypowiadałem: „Źdźbło w oku brata widzisz, a belki w swoim nie dostrzegasz”, coś we mnie zaczęło się kruszyć, oczy napełniły mi się łzami i myśli biegły już innym torem. Coś zrozumiałem, czego długo nie potrafiłem nazwać, coś jak gramatyczna budowa zdania, co, gdy zostało pogwałcone, już zawsze w mym życiu oznaczało fałsz. Z braciszkiem przybiliśmy piątkę. Wychodząc od siostry Anny, byliśmy napięci świetlistą cięciwą, jakbyśmy to my sami pośrodku ciemnego lasu wysłuchali kazania na Górze. Później różnie w mym życiu bywało, nie raz zdarzyło mi się jeszcze ukraść słowa Księgi, o gorszych rzeczach nie wspominając. To jedno pozostało -spojrzenie Piotra, które wie czy cięciwa wystarczająco napięta. Krzysztof Czyżewski 129 MUSKA NAGEL 8 marca 2019 rok Prawie jej nie znam, więc skąd ta fascynacja? Coś, jak kuszące niedomówienie, które nie dawało mi spokoju przy lekturze „Listów do Muszki” Nicoli Chiaromontego. Wyczytywa-ny między słowami sekretny portret kobiety, potrafiącej w muszli intymnego obcowania zbudzić pasję myśli. Myślący Eros, być może o sile równej temu, który prowadził rękę Cwietajewej w korespondencji z Rilkem i Pasternakiem. Odwaga miłości kobiety, sublimo-wana słowem, wobec której mężczyźni pojawiający się na jej via et veritas, et vita przypominają grzecznych, nieco wystraszonych chłopców. To nie dotyczy Chiaromontego, w którym znalazła niezrównanego partnera już po tym, jak zamknęły się za nią bramy klasztoru. Listy Muski Nagel, poza pojedynczymi wyjątkami, pozostają niedostępne. Inaczej jest z jej poezją. Już jakiś czas temu przyjaciele z Ameryki przysłali mi jeden z jej, trudno dostępnych, tomów wierszy pt. „Things That Surround Us”, wydany przez Puckerbrush Press w 1987 roku, zapewne dzięki pomocy jej przyjaciółki i poetki Constance Hunting. W tej książce, z którą od wielu dni się nie rozstaję, wszystko mnie zaskakuje, choć nie powinno. Jakiekolwiek wyobrażenie mielibyśmy o kobiecie z wysokich sfer, będącej przez pewien czas częścią nowojorskiej bohemy, władającej biegle pięcioma językami, tłumaczącej na angielski poezję Celana i Trakla, Montalego i Ungarettiego, decydującej się w wieku pięćdziesięciu lat zostać benedyktyńską mniszką - to wyobrażenie legnie w gruzach po lekturze jej wierszy. Już sam jej biogram, zamieszczony na tylnej okładce szokuje: „Muska Nagel pisze i żyje w Betlejem, w stanie Connecticut. Jest zielarką i muzykantką, z europejskimi wspomnieniami”. A przecież mogłoby być: Baronessa Melanie (Muska) Olivia Julie von Nagel zu Aichberg, późniejsza siostra Jerome von Nagel Mussayassul (od nazwiska męża. 130 Notatki słów i obrazów muzułmanina z Dagestanu, znanego w kręgach koneserów sztuki z malarskich portretów, którego pochowała w 1949 roku) i... dużo więcej. Z „Listów do Muszki” dowiadujemy się o jej talencie ogrodniczym dzięki zamieszczonym reprodukcjom wspaniałej wizji ogrodu, który zaprojektowała dla Nicoli na matrycy tybetańskiej mandali. Była też mistrzynią przędzenia z owczej wełny i wielu innych magiczno-domowych rzemiosł. Wiersze, drobina po drobinie, inicjują w świat rzeczy i zjawisk przyrody, które ściśle i gęsto do nas przylegają, oddzielone linią nieuwagi. Długo muszę się z nimi nosić, zanim zacznę któryś z nich przekładać. Nie są łatwe, czasem słowotwórcze, czasem o połamanej wersyfikacji, po celanow-sku otwarte, operujące wyrzutnią i nawiasem, nie rzadko długą, hólderlinowską linią frazy. Jesteśmy w okolicach lipca 1967 roku. Oboje czytają Platona. Nicola pisze do niej, że miłość nie jest proustowskim „nienasyconym niepokojem pożądania” lecz pożądaniem piękna wewnętrznego. 1 dalej: „Jesteśmy tym, czym jesteśmy, dzięki „fantastycznym” porywom, do których byliśmy zdolni. Nie można zaprzeczać żadnemu z nich, nie bluźniąc”. Ona przy lekturze „Fajdrosa” pewnie pielęgnuje ogród albo przędzie. 1 pisze, nim wniosą lampy... Nim wniosi} lampy, czółenko odpoczywa. Dłonie tkaczki u brzegu nanizanej rzeki płymfcej w ciemność, odpoczywajif. Cisza pedałów, cisza dła urobku dnia (tych pieśni, tych łkań) zwita na snopkach piersi; cisza dła zmierzchu przenikającego barwy i kształty. Ocieniona tkań tonie niczym obciążona sieć. Dzień dobiegł końca. Pozwółmy nocy być łaskawą dła nici wciąż dygoczących od nieznanego splotu do nieznanej rany. Pokój nocng pieśni nici, pamiętanie. Pokój tobie, zacichły domu, nim wniosą lampy. O JĘZYKU SAREN 23 lutego Hieroglify saren. Już tyle lat, przez wszystkie pory roku piszą na zwoju Kukułczej Łąki. Każdego dnia słońce rozwija go w twoich oczach, jak tylko wysuną się spod kołdry zaspanych powiek. A ty ciągle nie poznałeś języka, w którym sarny zapisują ziemię. Jakiego alfabetu są częścią? Odczytać choćby jedno zapisane nimi zdanie. Zdarza ci się dosłyszeć jak wiatr je zestraja z sosnowym lasem albo samosiejkami. Czasem poczujesz ciężar jego światłobrzmienia na ustach i uda ci się wypowiedzieć coś bliskoznacznego. Bywa, że intuicyjnie zapiszesz słowa w rytmie sarniej toniki, wyczuwając średniówkę, a nawet akcent pozametryczny. W takich chwilach masz wrażenie, że coś rozumiesz. A potem gubisz trop. W końcu odkrywasz, że nie wiesz nawet kto był podmiotem w tym zdaniu. Krzysztof Czyżewski 131 FILIP DAVID 8 kwietnia 2019 „Dom pamięci i zapomnienia”, jedna z najważniejszych książek ostatnich lat na Bałkanach. Napisał ją Filip David, z pokolenia ostatnich ocalonych z Zagłady, który Jugosławię ma za ojczyznę i do dziś nie opuścił Belgradu. Ukrywał się z matką w serbskiej wiosce na zboczach Pruskiej góry, gdzieś pomiędzy Nowym Sadem a Vukovarem. „Nigdy nie wyjawiaj swojego prawdziwego imienia” - to część kodeksu przetrwania, wpajanego mu przez rodziców o splątanych sefardyjsko-asz-kenazyjskich korzeniach. W przywołanej w powieści wizji sennej pojawia się dom, gdzieś na Manhattanie, w którym jest ta- kie pomieszczenie uwalniające człowieka od traumatycznych wspomnień. On jednak wybiera to drugie, z nieznośnie bolesną, acz żywą pamięcią, w którym jedynie może pozostać sobą. Gdy czytałem o tym, nasunęło mi się pewne skojarzenie, nie przywoływane przez autora, choć z pewnością dobrze mu znane, chociażby z opowieści czasu Holokaustu rabbiego z Błażowej, Izraela Spiry. Chodzi o dość niezwykły wers z Księgi Rodzaju o przełożonym podczaszych na dworze faraona, który „nie pamiętał jednak o Józefie, zapomniał o nim” (40:23). Dlaczego nie było wystarczające samo stwierdzenie „nie pamiętał” i czy „zapomniał” jest dokładnie tym samym? Po traumatycznych wydarzeniach, możemy starać się nie pamiętać o nich (na co dzień, nieustająco, obsesyjnie) by móc żyć dalej, ale nie możemy o nich zapomnieć. Ta książka przywraca człowiekowi imię poprzez niezapominanie. Czym ono jest dla samego Filipa Davida? Ocaleniem własnej tożsamości, na przekór wszystkiemu? Z pewnością. Ale to mu nie wystarcza. Stąpa po piętach złemu, obsesyjnie, i pyta: Unde malumł Czy gdyby nie było człowieka, zło w świecie istniałoby tak samo? Poznaliśmy się podczas wojny. Przyjechałem do Belgradu z Bośni. W polskiej ambasadzie pracowała wtedy Magda Petryńska. Poza tym, że od wczesnego ranka pochłonięta była zbiórką i wysyłaniem paczek z najpotrzebniejszymi rzeczami do oblężonego Sarajewa, resztę dnia spędzaliśmy na wędrówkach po tamtejszym niewielkim archipelagu wolności: Centrum Dekontaminacji Kultury, redakcja radia B92, redakcja „Politiki” i Beogradski krug, czyli stawiające opór państwu Miloszevicia stowarzyszenie intelektualistów, w którym spotkałem Dana Colovicia, Radomira Konstantinovicia, Nebojszę Popova, Davida Albaha-riego i właśnie Filipa Davida. Wówczas był on dla mnie przede wszystkim odważnym krytykiem ideologii „narodowego komunizmu i klerykalnego nacjonalizmu”. Był też współautorem scenariuszy filmowych, w tym - bagatela! - „Okupacji w 26 obrazach” Lordana Zafranovicia. Ten film to jedna z pierwszych i najważniejszych moich inicjacji w pogranicze - opowieść o tragicznej przyjaźni Chorwata, Żyda i Włocha mieszkających w Dubrowniku, 132 Notatki słów i obrazów rozpoczynająca się w przededniu wybuchu drugiej wojny światowej sielskimi obrazami z życia zakochanych trubadurów rodem z renesansowej poezji dubrownickiej, a kończąca jednymi z najokrutniejszych w historii kina obrazami gwałtu i tortur zadawanych przez ustaszy swoim serbskim, żydowskim i chorwackim (tym nie-swoim) sąsiadom. Później, już pod koniec lat 90, zapad! mi w pamięć film „Beczka prochu”, o Belgradzie okresu podpisywania porozumienia w Dayton, w którym tytułowy proch to nie uzbrojeni po zęby wojowie czy zaślepieni nienawiścią politycy, lecz małe zadraśnięcia między ludźmi, które ewokują emocje urastające do absurdalnych rozmiarów. Film zaczyna się od samochodowej stłuczki, niewinnej, ledwie błotnik zostaje wgnieciony; w reakcji wściekłości poszkodowany zaczyna skakać po karoserii samochodu, który go stuknął, rozbijać mu szyby, napastować kierującego nim chłopaka, który ledwo ucieka z życiem, ale tamten dopada go w jego mieszkaniu pełnym secesyjnych szkieł, kryształów, luster, kredensów... i dalej kontynuuje totalną demolkę; chłopak wyskakuje oknem, jego ucieczka zdaje się nie mieć końca; w późniejszej sekwencji filmu spotkamy go w pociągu wyjeżdżającym z kraju. Ot i cała „beczka prochu” - zło lęgnie się w małych, „niewinnych” międzyludzkich sprawkach i to z nich rozrasta się do piramidalnych rozmiarów, doprowadzając w efekcie do gwałtu, zabijania i totalnej destrukcji. Filip David napisał ten scenariusz z reżyserem Goranem Paskalje-viciem, z którym stworzy także film „Kiedy wstanie dzień”, oparty na jednej z opowieści składających się na „Dom pamięci i zapomnienia”. Potrafię sobie wyobrazić Filipa Davida na którejś z tych europejskich konferencji poświęconych wojennym tragediom i procesom pokojowym, zbrodni i karze. Znany i szanowany, przez organizatorów usadzony w pierwszym rzędzie, pośród akademików i notabli, powoli acz konsekwentnie wycofuje się do tyłu, aż w końcu będzie go można odnaleźć w ostatnim rzędzie, z uwagą wsłuchującego się w słowa nieproszonego świadka z ulicy, gorszącego audytorium zbyt emocjonalnie stawianymi pytaniami, budzącymi niepokój myślą nieoswojoną w laboratoriach teoretyków; świadka ni stąd, ni zowąd zwierzającego mu własny koszmar pamięci, w którym on znajduje więcej prawdy o naturze zła niż w uczonych dywagacjach. Oto jak rodziła się ta książka o tropieniu „boskiej cząstki zła”, o współczesnych wyznawcach Sabbataja Cwi czyniących zło by przyspieszyć nadejście Mesjasza; w tysiącach fiszek, wycinków z gazet i notatek archiwizujących wszelkie przejawy obecności zła; w sercu własnego miasta odkrywających ślady istnienia Starych Targów, czyli obozu, w którym tysiące ich sąsiadów straciło życie tylko dlatego, że byli Żydami bądź Romami; usiłujących stworzyć język, którego klarowność, siła i głębia stawiłyby opór mowie poniżającej innego; wzajemnie sobie pomagających w przezwyciężeniu choroby nienawiści do samych siebie. „Próbuję odkryć, dlaczego w losie człowieka jest tyle nieszczęść, w jaki sposób spokojną egzystencję zastępują czasy niespokojne, pełne zamieszania, a życie traci wszelką wartość. Skąd przychodzi, gdzie się kryje to zło, które wszystko odwraca na opak, a potem wycofuje się, pozostawiając pustkę w ludziach i wokół nich?” (przełożyła Danuta Girl ić-Straszyńska). Krzysztof Czyżewski 133 YINCENNES 29 kwietnia 2019 To jest to - wymknąć się na kilka godzin z seminaryjnej debaty o przyszłości Europy na obrzeżach Lasku Yinceńskie-go do miejsca z silnym stygmatem jej przeszłości. Nie jest to trudne w Paryżu, ale zamek w Yincennes ma swoją specyfikę, która daje dzisiaj do myślenia. Położony na peryferiach miasta, na wiele stuleci stał się królewskim azylem. Pałacyk myśliwski Kapetyngów w ostatkach dziewiczej puszczy blisko ujścia Marny do Sekwany, przemieniony na rodzinną twierdzę, przez złośliwych Amerykanów przezywaną „średniowiecznym bunkrem Saddama”. Miał być manifestacją potęgi władzy, stał się częstą kryjówką królów uciekających z pola bitwy bądź przed gniewem zbuntowanych Paryżan. Na litografii z początku XIX wieku, zamieszczonej w Wikipedii, w korycie dawnej fosy, obok studni widoczna jest wierzba plączącą wyrosła w miejscu grobu księcia d’Enghien, czyli Ludwika de Burbon. Jego szczątki po kilkunastu latach przeniesiono do gotycko płomienistej kaplicy zamkowej. Żadnego upamiętnienia nie doczekała się za to śmierć Mata Hari, której działania szpiegowskie podczas pierwszej wojny światowej niecnie wyolbrzymiono, a jej obrońcami/kochankami wzgardzono. Nie godząc się na przesłonięcie oczu opaską, egzotyczna tancerka o przybranym imieniu „oko dnia”, która jeszcze jako uczennica musiała uciekać z Amsterdamu wdawszy się w romans z dyrektorem szkoły, patrzyła prosto w oczy żołnierzom plutonu egzekucyjnego mierzącego do niej z dwunastu karabinów. Sto trzynaście lat wcześniej, w 1804 roku napoleoński pluton egzekucyjny rozstrzelał tutaj księcia d’Enghien, ostatniego potomka rodu królewskiego, a tym samym realnie zagrażającego władzy republikańskiej. Na rozkaz Napoleona sprokurowano fałszywe oskarżenie o udział w spisku, wysłano lotne komando, które go porwało z własnego domu w neutralnej wtedy Badenii, wykopano mu grób i zaraz potem rozstrzelano. Nie pomogło późniejsze zrzucanie winy na Talleyranda, Napoleon stracił respekt w wielu kręgach europejskiej arystokracji, w tym rosyjskiej. Tołstoj otwiera „Wojnę i pokój” dyskusją na temat współczesnej Europy w salonie politycznym Anny Pawłowny Szerer, której sylwetkę naszkicował jednym ruchem mistrzowskiego pióra: „Być entuzjastką stało się jej pozycją społeczną”. W rok po egzekucji księcia d’Enghien spotyka się u niej no-blesa petersburska, a sprawa śmierci młodego Burbona daje pretekst do krytyki Napoleona, który pośród Rosjan miał licznych wyznawców, w tym samego Puszkina, nie wspominając Czernyszewskiego, Bielińskiego czy Hercena. Co ciekawe, Tołstoj, doszukując się przyczyn okrutnego wyroku Napoleona, daje posłuch raczej plotce niż faktom, a w konsekwencji. 134 Notatki słów i obrazów zamiast podążać tropem politycznej gry wokół zagrożeń związanych z królewską schedą, wybiera trop ludzkiej psychologii. Wicehrabia Mortemart, który w salonie rzecz całą wykładał, ujawnił oto, że obaj panowie Bonaparte i Ludwik zabiegali o względy znanej aktorki z Paryża, mademoiselle George, aż razu pewnego podczas sekretnej wizyty u niej natknęli się na siebie. „Napoleon, - czytamy u Tołstoja - spotkawszy się tam z księciem, przypadkowo wpadł w jedno z omdleń, którym często podlegał, i znalazł się w mocy księcia, czego książę nie wykorzystał, Bonaparte jednak w przyszłości odpłacił księciu śmiercią za tę jego wspaniałomyślność.” Bywa, że mimowolnie stajemy się świadkami czyjejś słabości, błędu bądź czegoś jeszcze bardziej zawstydzającego. Kierując się szlachetnymi pobudkami, niezdolni zniżyć się do wykorzystania tej - podrzuconej nam przez los i dla nas samych niewygodnej - wiedzy przeciwko osobie, albo też grupie ludzi, którą w obnażeniu słabości poznaliśmy, zachowujemy milczenie, odwracamy się dyskretnie, udajemy, że nic się nie stało, więcej - że nic nie wiemy. Wierzymy, że postępując w ten sposób, zamykamy sprawę. Tymczasem po drugiej stronie sprawa przedstawia się inaczej i zupełnie nie po naszej myśli - pojawia się cień resentymentu, niechęci, upokorzenia. Rzecz komplikuje się, gdy strony pozostają ze sobą w relacji konkurencji, konfliktu, wojny. Wywołany przez ślepy los „uraz niedyskrecji” obnażający słabość innych, z okrutną łatwością może eskalować nienawiścią, obsesyjną potrzebą upokorzenia „świadka”, aż po odebranie mu życia. Myślę, że Tołstoj miał dobrą intuicję, choćby nawet znane nam fakty historyczne kwestionowały jej prawomocność. Wciąż zbyt mało przywiązujemy wagi do psychologii międzyludzkich relacji, lekceważąc przede wszystkim „słabość słabych”, która potrafi wzniecić pożar ze spraw wydawałoby się błahych, zwłaszcza w porównaniu z ogromem spowodowanego przez nie zniszczenia. Nasze życie - a polityka tylko wydobywa to na powierzchnię, a potem już tylko żywi się tym - pełne jest „świadków”, za którymi ciągnie się odium ciemnego resentymentu tych, którzy wiedzą, że „oni” wiedzą. W odróżnieniu od świadków, przyłapani na słabości nie chcą milczeć, pełno ich w mediach i partiach politycznych, propaganda jest dla nich najlepszą maską i szansą udziału we władzy, którą rozumieją jako środek do upokorzenia „tamtych”. W ten sposób zaczyna swój ślepy bieg koło międzyludzkich oddziaływań, z każdym obrotem pogłębiające przepaście podziałów. Wydaje mi się błędem mniemanie, że jego bieg zdolni są powstrzymać „obnażeni w słabości”, choć to oni czynią jego obroty. Bywa, że szlachetna pobudka zamykająca usta i odwracająca wzrok to za mało w przypadku bycia świadkiem cudzej słabości. Bywa, że potrzebna jest rozmowa, poszukiwanie szansy spotkania, wychodzenie sobie naprzeciw i inne próby wydobycia się z pozycji uprzywilejowanej - choćby nawet działania te miały obnażyć własną słabość świadka. A może zwłaszcza dlatego... Paweł Zbierski 135 Paweł Zbierski DZIENNIK KATALOŃSKI (4) CZEREŚNIE CHAGALLA - No to przyjedź na czereśnie! - Przywitał mnie rankiem wyraźnie ożywiony głos w tełefo-nie. W ten sposób właśnie Roger Lautier dobitnie dawał mi znak, że jest już czas najwyższy, by przebudzić się ze snu zimowego. W Katalonii Północnej poszczególne, bardzo wyraziste pory roku, wyznaczają konkretne dojrzewające właśnie wtedy owoce. Kawony: wczesnym i dojrzałym latem. Winogrona żółte, fioletowe, czerwone i zielone - latem dobiegającym kresu. Figi - w okresie wczesno-jesiennym. Pomarańcze i cytryny-jesieńią. Kaki, kiwi i mandarynki - zimą. Najbardziej nagle i niespodziewanie eksplodują jednak czereśnie. Najpierw - na przedwiośniu - czereśnie wybuchają tutaj dokładnie w Wielkanoc totalnie nieposkromionym bladoróżowym kwieciem, by wkrótce potem soczystą zieleń koron drzew upstrzyć mnogością milionów pastelowo-karminowych i pastelowo-szkarłatnych, owocowych plam, pod którymi jednak, mimo tego ciężarnego ładunku, gałęzie wcale się nie uginają. Prężą się za to dumne i wyprostowane. W Ceret czereśnie dojrzewają najwcześniej i najszybciej na świecie. Czereśniowe aleje w Ceret stoją więc dumne - na przemian z drzewami palmowymi -i wyprostowane, tworząc pierwszy plan filmowy dla Pirenejów, oczekując na wspinaczy górskich z różnych stron świata. I oczywiście, przede wszystkim, na malarzy. SMAK I ZAPACH KOLORU Roger Lautier wygramolił się właśnie - w tej idealnej, śnieżnobiałej kamizelce - ze swego drewnianego, parterowego domku w Canet. W kontrplanie mieliśmy plażę i idealnie równą, tego dnia, wyjątkowo spokojną taflę Morza Śródziemnego a na lewo od Rogera majaczyły w oddali kontury Collioure. W prawo i w lewo przemazywały się nam wędrujące wzdłuż brzegu, w świetle kontrowym, czarne sylwetki spacerowiczów. Za Rogerem wyszła Bella (przezwał ją tak Roger na pamiątkę kobiety Chagalla) przejmując ode mnie portret Rogera namalowany przeze mnie - zgodnie z umową - na bardzo niewielkim płótnie. Na rękach - tradycyjnie już - trzymał Roger swoją maleńką Carlę - rudą, pekińską suczkę. I opowiedział mi o malarzach. W końcu wszyscy oni spotykali się tutaj: w Północnej Katalonii. Od początku w XX. na wybrzeżu Morza Śródziemnego, a także w Dolinie, w której leży dziś Ceret - u stóp Świętej Góry, tam, gdzie rozpościera się massif du Canigó. Wszystko było we władaniu - MAUREi Paweł Zbierski 137 po przeliczeniu lat - ponad setki malarzy. Malowali zarówno nad samym brzegiem morza południowej Francji: od Nicei aż po Collioure, jak i wokół tego całego górskiego pasma pi-renejskiego,w drodze do Saint Laurent de Cerdans i Galerii „Poray”. W Collioure zaczynał się przecież fowizm - promieniując na cały kontynent i resztę świata. A potem królował, równie nieokiełznany kubizm. Nawet Marc Chagall - ubogi uchodźca żydowski -przywędrował tu z głębokiej Białorusi, by odkryć dzikie barwy, którym poddawali się już wcześniej w Katalonii Picasso i Dali. Roger Lautier nie jest malarzem, a jedynie - z matki de Cerval - arystokratą i farmaceutą. Jednak cały jego i Belli dorobek, leżący w domku nad Morzem Śródziemnym, to prawdziwe dzieło sztuki, w którego wnętrzu nie brakuje zarówno kamiennych jak i drewnianych, romańskich krucyfiksów, jak i dzieł współczesnych artystów katalońskich. To zresztą Roger Lautier wybornie mi uświadomił, że w precyzji mieszania substancji aptekarz jest takim samym perfekcjonistą jak malarz. Ale ma także Lautier coś z muzyka, matematycznie liczącego wszystkie te swoje b-mole i półtony. Już wcześniej, gdy mu się anonsowałem, że pracuję nad jego olejnym portretem, początkowo bardzo się ucieszył, ale zaraz potem dodał wyraźnie strapiony: „Ale pamiętaj, płótno musi być niewielkie! - mnie się to wszystko już przestaje mieścić na ścianach!”. No to mu przywiozłem właśnie takie płótno. Niewielkie. I zaraz potem wypytałem o Chagalla. Nie mamy przy tym - w oparciu o zeznania Rogera - żadnych namacalnych dowodów jakoby Marc Chagall mieszkając przez blisko dwa lata w Ceret jadł czereśnie w sezonie cze- 138 Dziennik kataloński (4). Czereśnie Chagalla reśniowym i malował te owoce. Z drugiej jednak strony nie sposób nie jeść czereśni mieszkając przez blisko dwa lata w Ceret. Bo czereśnie w Ceret są tak oczywiste jak rwący nurt w górskiej rzece Tech, jak słońce każdego dnia inaczej rzeźbiące niby ten sam pirenejski kadr. Jakże zmienna jest jednak zawartość owego kadru! Czereśnie są bowiem tak oczywiste jak codzienna bagietka, albo jak krystaliczne czyste powietrze, które leczyło przecież w tutejszej okolicy Tomasza Manna, Alberta Einsteina, Henri Matissea i Maxa Jacoba, a dalej z kolei jadąc w kierunku południa, samego Antonio Gaudiego. Zarazem owe czereśnie są bardzo ulotne, jak motyle. Pojawiają się prawie tak samo szybko, jak znikają. Łatwo więc czereśnie, przespać, przegapić. Roger ufa, że Chagall nie przegapił! Przenikliwość światła wydobywająca z Katalonii nieskończoną liczbę form, a w związku z tym wywołująca nieskończoną liczbę statusów ontologicznych i stanów egzystencjalnych jest niczym krew krążąca w żyłach każdego artysty i filozofa. 1 nie ulega wątpliwości, że wśród tej nieskończoności form wywołanych temperaturą słońca katalońskiego właśnie czereśnia zajmuje pozycję szczególną a nawet uprzywilejowaną. Marc Chagall przeprowadza się do Ceret w latach 1927-1929. Mieszka w wiejskim domu Lloret położonym przy drodze do Amelie-les-Bains. Bez wątpienia - bo jest to bardzo ściśle udokumentowane - pracuje tam nad ilustracjami do Bajek La Fontainea. Kolor zapach i smak czereśni musi mu tam towarzyszyć, jako coś immanentnego. To jest dokładnie ten sam kolor, wyjmowany wprost z malarskiej tuby i bez żadnych domieszek, jak w całej, wieloletniej i dużo później wykonanej, serii jego prac litograficznych, które zrywają z talmudycznym mrokiem Witebska, z chłodem i mrozem chasydzkiej okolicy, z magią ale też z upiorną posępnością, z jakimś przerażającym i osaczającym, bo transcendentnym wobec jednostki ludzkiej determinizmem. KOLONIA ARTYSTÓW UCIEKAJĄCYCH DO WOLNOŚCI To średniowieczne miasto jest więc - co Roger wciąż mi przypomina - francuską bramą do słonecznych krain Katalonii, w sąsiedniej Hiszpanii, skąpanej w zapachu czereśni i mimoz, stało się kolebką najważniejszych ruchów współczesnego malarstwa XX wieku. Kiedy Picasso przybył do Ceret w 1911 roku, mógł niemal od razu czerpać korzyści ze swojej pracy. Czasy głodu i chłodu w jego pracowni na Montmartre w Paryżu, kiedy zmuszony był palić szkice w kominku, aby się ogrzać, były już tutaj daleko za nim. Roger zwraca uwagę, że każdy przybysz musiał tu mleć prawdziwego, katalońskiego przewodnika, (nawet taki polski kurier wojenny Jan Karski - jadący stąd z ważną misją do Barcelony miał przecież swojego zaufanego Katalończyka). Zanim więc po przejściach Rewolucji Październikowej przybył tam Chagall, Picasso już tam był, zaproszony przez katalońskiego malarza i rzeźbiarza Manolo Hugue. Wkrótce potem do miasta przybyli malarze Henri Matisse, Georges Braque i Juan Gris. Powstała tam niewielka społeczność młodych artystów awangardowych. Formy sztuki wahały się od malarstwa do rzeźby, od poezji do muzyki. Pojawiły się tam również pierwsze kolaże jako wyraz artystyczny. Roger uruchamia swój tablet, by pochwalić się portretami artystów i barwnymi reprodukcjami obrazów z pierwszej połowy XX wieku. W 1919 r., po I wojnie światowej, druga fala artystów pochodzących bezpośrednio z Montparnasse w Paryżu trafiła do Ceret z malarzami takimi jak Chaim Soutine, Raoul Dufy i poeta Jean Cocteau. Paweł Zbierski 139 Trzecia fala artystów ustanowiła swoją bazę w Ceret podczas II wojny światowej, z Markiem Chagallem, Jeanem Dubuffetem i Tristanem Tzarą uciekającymi przed nazizmem. Ta bogata historia jest pielęgnowana w Muzeum Sztuki Nowoczesnej tego małego pół-nocnokatalońskiego miasteczka liczącego 7500 dziś zaledwie mieszkańców w południowo--zachodniej Francji, w regionie Pireneje Wschodnie. Muzeum, w którym eksponowane są prace podarowane przez Picassa i Matissse, oraz innych artystów, którzy tam mieszkali, powstało w 1950 r. Przy wsparciu malarzy Pierre Brune i Franka Burty Havilanda, spadkobiercy fabryki porcelany Limoges, z pomocą lokalnego ratusza. Wszyscy w Ceret, podobnie jak w Collioure oddychają sztuką i kulturą. I podobnie jak w Collioure jest tu oprócz świetnego muzeum, kilka dobrych, prywatnych galerii sztuki. Tradycyjnie, w starym kościele La Capelleta, w Salle Manolo, obok Biura Turystyki w galeriach sztuk wciąż inicjowane są współcześnie wystawy sztuk wizualnych. Często także na Placu Picassa, gdzie za dwa euro pijemy z Rogerem kawę porównywalną w smaku z kawą z Italii. A wszystko to właśnie z czereśniami w tle. Roger akcentuje bowiem wątek czereśni opowiadając o metamorfozach Chagalla. I wkrótce przekonuję się sam na własne oczy, już na miejscu, przywieziony do muzeum przez Rogera, że istotnie w całej serii wystawianych tu kolorowych litografii Chagalla sztuka tego pochodzącego z Witebska żydowskiego malarza nabiera jakiejś lekkości, radości, swobody zwłaszcza w kolorystyce. A w tej nowej gamie faktycznie kolor czereśni jest rzeczywiście kolorem wiodącym. Seria wielkoformatowych, kolorowych litografii ścią- Z wi^^Uf u Belli i Rogera, fot. P. Zbierski 140 Dziennik kataloński (4). Czereśnie Chagalla gniętych do Ceret z Muzeum w Nicei, jest - według mnie - swoistym manifestem wolności Chagalla, jest ucieczką z totalitarnego, sowieckiego porządku. Roger uruchamia swój tablet, by pochwalić się portretami artystów i barwnymi reprodukcjami obrazów z pierwszej połowy XX wieku. W 1919 r., po I wojnie światowej, druga fala artystów pochodzących bezpośrednio z Montparnasse w Paryżu trafiła do Ceret z malarzami takimi jak Chaim Soutine, Raoul Duły i poeta Jean Cocteau. Trzecia fala artystów ustanowiła swoją bazę w Ceret podczas II wojny światowej, z Markiem Chagallem, Jeanem Dubuffetem i Tristanem Tzarą uciekającymi przed nazizmem. Ta bogata historia jest pielęgnowana w Muzeum Sztuki Nowoczesnej tego małego pół-nocnokatalońskiego miasteczka liczącego 7500 dziś zaledwie mieszkańców w południowo--zachodniej Francji, w regionie Pireneje Wschodnie. Muzeum, w którym eksponowane są prace podarowane przez Picassa i Matissse, oraz innych artystów, którzy tam mieszkali, powstało w 1950 r. Przy wsparciu malarzy Pierre Brune i Franka Burty Havilanda, spadkobiercy fabryki porcelany Limoges, z pomocą lokalnego ratusza. Wszyscy w Ceret, podobnie jak w Collioure oddychają sztuką i kulturą. I podobnie jak w Collioure jest tu oprócz świetnego muzeum, kilka dobrych, prywatnych galerii sztuki. Tradycyjnie, w starym kościele La Capelleta, w Salle Manolo, obok Biura Turystyki w galeriach sztuk wciąż inicjowane są współcześnie wystawy sztuk wizualnych. Często także na Placu Picassa, gdzie za dwa euro pijemy z Rogerem kawę porównywalną w smaku z kawą z Italii. A wszystko to właśnie z czereśniami w tle. Roger akcentuje bowiem wciąż wątek czereśni opowiadając o metamorfozach Chagalla. I wkrótce przekonuję się sam na własne oczy, już na miejscu, przywieziony do muzeum przez Rogera, że istotnie w całej serii wystawianych tu kolorowych litografii Chagalla sztuka tego pochodzącego z Witebska żydowskiego malarza nabiera jakiejś lekkości, radości, swobody zwłaszcza w kolorystyce. A w tej nowej gamie faktycznie kolor czereśni jest rzeczywiście wśród kolorów wiodących. Seria wielkoformatowych, kolorowych litografii ściągniętych do Ceret z Muzeum w Nicei, jest - według mnie - swoistym manifestem wolności Chagalla, jest jakby ucieczką z totalitarnego, sowieckiego porządku. * Jak Roger wciąż mi przypomina - ze względu na położenie geograficzne, klimat i glebę, pierwsze czereśnie Francji dojrzewają tam. Pierwsze owoce, które w przeszłości były zawsze oferowane królom. Tradycję wysyłki czereśni z Ceret do Paryża wznowiono w roku 1932 - w cztery lata po wyjeździć stamtąd Chagalla. Otóż właśnie od 1932, co roku na wiosnę sadownicy z Ceret przesyłają skrzynkę pierwszych czereśni w prezencie Prezydentowi Republiki Francuskiej. Pewnie z przerwą na kilka lat wojennych. W każdym razie tradycja zobowiązuje i chyba nikt już nie bierze pod uwagę, że któryś prezydent mógłby pierwszych czereśni z Ceret nie otrzymać. Roger był zresztą naocznym świadkiem jednej z takich ekspedycji: przekazania czereśni dla Prezydenta Republiki na ręce Pani Prefekt Regionu. Któregoś maja, najpewniej w poło- Paweł Zbierski 141 wie miesiąca, mer miasteczka Ceret, Alain Torrent, zawiózł osobiście czereśnie przeznaczone dla Prezydenta Francji do Prefektury w Perpignan. Stamtąd poleciały one, jak nakazuje tradycja w kabinie pilota rejsowego lotu Perpignan - Paryż (Orły), gdzie czekali już na nie przysłani z Pałacu Elizejskiego motocykliści (pewnie żandarmeria lub policja). Oczywiście sami północni Katalończycy nie protestowali, gdyż zapewne o wiele pewniej i spokojniej czują się oni w jurysdykcji Paryża, niż Madrytu. Ale to już - co trzeba wyraźnie podkreślić - zupełnie inna historia. Obecnie Ceret Cherry Festival odbywa się pod koniec maja. Przypomina mi to zresztą tradycyjne jarmarki kaszubskie, np. we Wdzydzach czy Wielu, a może najbardziej w Kartuzach, w związku z tamtejszym Świętem Truskawki. Istnieje całe lokalne dziedzictwo kulinarne oparte na owocach, które są wykorzystywane w ciastach, dżemach, galaretkach, w pysznej brandy, a nawet w piwach i likierach. Oprócz tych specjałów, restauracje i kawiarnie w tym północno-katolańskim miasteczku leżącym na terytorium Francji od czasów słynnego Traktatu Pirenejskiego, oferują różne rodzaje szynek, wszystko to przy tutejszym rosę - niezwykłym słodko-cierpkim winie regionu. Inną dobrą opcją gastronomiczną jest targ uliczny w miasteczku, w sobotnie poranki i wieczorne targi uliczne we wtorkowe wieczory latem. W czerwcu zwraca się tu uwagę na importowane z Andaluzji występy taneczne flamenco lub na pokazy habaneras, z lokalną muzykę tradycyjną. Walki byków - hiszpańskie - są również częścią kultury miasta i mają do tego specjalny kalendarz prezentacji. CZEREŚNIE BEZ NARODOWOŚCI Chagall interesował się wieloma technikami, w tym rysowaniem, malowaniem, grawerowaniem, ceramiką i witrażami. Kiedy, co charakterystyczne, po wielkiej Wojnie Światowej, wraz z odrzuceniem bagażu własnych traumatycznych przeżyć, odkrył kolorową litografię w 1946 roku, zaczął integrować czysty kolor z rysunkiem. Ta praktyka jest uderzająco udana w jego najnowszych pracach. Chagall czerpie z kamienia litograficznego, malując na płótnie, z dużą swobodą: cyrk, akrobatów, iluzjonistów, woltyżerki, arlekinów. * Chagall był piętnowany przez komunistów radzieckich za nie dość stanowczą deklarację internacjonalizmu. Był także ścigany przez hitlerowską Rzeszę przez najważniejszego tam szefa propagandy. W 1933 sam Goebels nakazał spalenie dzieł Chagalla. Chagall został ogłoszony w Niemczech „żydowskim i zdegenerowanym malarzem” i - w końcu kilka lat później, najpierw aresztowany przez hitlerowców okupowanej Francji, cudem zbiega z niewoli, by schronić się w Stanach Zjednoczonych. Tam też, po drugiej stronie oceanu, malował „Wojnę” w 1943 roku i wyraził tam okropności i cierpienia, których świadkami jest świat, wraz z powtórnie przywołanym mikroświatem Witebska. W ówczesnym, dość ponurym obrazowaniu matka i dziecko uciekają z krainy spustoszenia, domy są spalone, krew płynie, mężczyźni-uchodźcy opuszczają wioskę... W oddali pojawiają się żołnierze. Kompozycja, użycie kontrastujących kolorów i barwy tonów wzmacniają ekspresję prze- 142 Dziennik kataloński (4). (Czereśnie Chagalla mocy. W tych obrazach obecność wioski, przypominającej jego rodzinną wioskę Witebsk, przywoływana jest nieomal obsesyjnie. * Oczywiście nikt nie ma wątpliwości, że czereśnie towarzyszące Chagallowi realnie w trakcie pobytu w Ceret w końcówce dwudziestych, powracają z wielką mocą lekkości dopiero w malarstwie z lat osiemdziesiątych. I oczywiście nie są to czereśnie realistycznie odwzorowane, przywołana jest tu raczej ich pastelowa kolorystyka. Ich duchowa esencja. To jest reminiscencja po latach z katalońskie-go miasteczka Ceret, być może miasteczka z przyjezdnym cyrkiem i Doliną prowadząca do Saint Laurent de Cerdans wzdłuż mijanego po prawej ręce masywu Świętej Góry Katalonii. Chagall, a z pewnością także większość współczesnych mu malarzy, potraktowała katalońskość zdecydowanie bardziej jako źródło doznań przekraczających „tu i teraz”, wymykających się więc historiozofiom, a także wszelakim „izmom” będących przekleństwami XX wieku. To wszystko w Katalonii Północnej - mimo takich sztucznych nazw jak „fo-wlZM”, „kubIZM”, czy - szczególnie w przypadku Chagalla - „internacjonalIZM” byłą sztuką wyzwalającą artystów z wszelkich determinizmów dziejowych, politycznych, ideologicznych. Tak jak samo właśnie jak czereśnie rosnące w Ceret od pokoleń: poza wszelką polityką. Można by nawet zaryzykować tezę - im mocniej przykręcano śrubę w Witebsku Chagall i Picasso, fot. archiwum Paweł Zbierski 143 i w całej Rosji Radzieckiej, im mocniej ugniatał także Katalonię generał Franco do spółki ze Stalinem, tym silniej „odbijali” od tego stanu właśnie w swoim malarstwie Matisse i Derain, Soutine, Dufy i Marquet a wraz z nimi oczywiście Chagall, jednak - i to go różniło od innych - dopiero w swojej ostatniej fazie życia. Jest przy tym oczywiste, że w sumie najmniej radzili sobie w tej sytuacji ciśnienia totalitaryzmów, owładnięty hiszpańskim faszyzmem Salvador Dali, czy też oślepiony radzieckim stalinizmem Pablo Picasso. Szczęśliwie w samej sztuce u obu genialnych malarzy tego niewątpliwego zaczadzenia historią nie widać. Podobnie to zresztą sam, dla własnego użytku odkryłem kiedyś - niejako w nawiasie kwadratowym Historii, pisanej z dużej litery - w mojej bardzo osobistej, domowej opowieści z Ukrainy zatytułowanej „Czerecha”. * Moje główne pytanie kierowane do Rogera: - Co widać u późnego Chagalla? - stawiam od razu. - Wędrujemy więc dalej w Canet promenadą, wzdłuż morza, popatrując najpierw w stronę Collioure, gdzie z pewnością na kamienistej plaży musiał rozkładać swoją sztalugę także Chagall - w bezpośrednim sąsiedztwie katalońskich łodzi rybackich. Bo jak tu nie rozkładać sztalugi, kiedy słońce i chmury o każdej porze dnia i o każdej porze roku, co kilka sekund, fundują ci nieskończoną gamę na przykład takiego błękitu: od wodnistej i jaskrawej niebieskości, poprzez ołów, grafit, granat czy seledyn? Wszystko to jest mocno naładowane światłem, specyficzną właśnie czereśniową słodyczą i energią. A potem - już po raz któryś z rzędu - odwiedzamy muzeum w Ceret. * Po trzymiesięcznym zamknięciu (nowy system klimatyzacji został zainstalowany w celu dobrej konserwacji eksponowanych dzieł) publiczna instytucja muzealna prezentując zestaw trzydziestu pięciu litografii zrealizowanych przez Marca Chagalla, z wiodącym kolorem czereśniowym, stała się wielkim triumfem wolności twórczej: Marc Chagall byl wtedy u szczytu sukcesu swojej sztuki i z pasje} rozpoczął tworzenie litografii - mówiła Nathalie Gallisot, dyrektor muzeum podczas konferencji prasowej. I dodała: To praca, która oddycha szczęściem. W jego pracy jest wibracja. Dla niego kolor jest jak miłość... Pastelowy kolor czereśniowy. W jednej z sal, w otoczeniu kolorowych litografii i czarnobiałego autoportretu artysty zaimprowizowano, w systemie luster, specjalny kącik dla zwiedzających, gdzie kolorowymi kredkami mogli sobie namalować własne autoportrety.' CZY DRZEWO MIEWA DUSZĘ? Chagall - jako człowiek długowieczny, prawie stuletni - przeszedł przez wszystkie stadia dyktatur: sowieckiej i faszystowskiej, doświadczył także krwawej anarchii, nieokiełznanej ochlokracji, eksterminacji swoich żydowskich braci, a nawet doświadczył wczesnych symptomów „demokracji proceduralnej” - jak ów system bardzo trafnie nazwał Marcin Król analizując sytuację w Polsce po wyborach do Parlamentu Europejskiego z maja 2019 roku. ' Wystawa prac litograficznych „Upadły kolor nieba” Marc Chagall, Muzeum Sztuki Nowoczesnej - Ceret - od 2 kwietnia do 26 maja 2019 r. 144 Dziennik kataloński (4). Czereśnie Chagalla Jednak sztuka, tak samo jak czereśnie, sztuka poza polityką - podobnie jak dla Miłosza, Herlinga-Grudzińskiego, Tadeusza Kantora - stała się w życiowym finale dla Chagalla jedyną sferą mającą moc ocalenia... * Gdyby nie Lautier z pewnością dziś już bym nie żył i nie oglądał bym tej serii kolorowych litografii Chagalla z cyrkowcami, kuglarzami i woltyżerkami wyzwolonymi do życia. Nie licząc bowiem bezpośredniej interwencji Aleksandry Fontaine oraz wybitnego chirurga Piera Gimella, który od razu po przylocie z Polski - dokładnie w Wielkanoc - położył mnie na stół operacyjny, Roger był pierwszym Francuzem, jakiego spotkałem w Katalonii po moich surrealistycznych i traumatycznych przejściach zdrowotnych z Jackiem Kurskim i Dobrą Zmianą w Telewizji Polskiej. Leciałem zresztą wtedy bezpośrednio z Gdańska do Barcelony ze wspomnieniem serdecznym o Piotrze Szczęsnym. I szczerze mówiąc, gdyby nie przeszywający mnie na wylot ból, miałbym to wszystko w nosie. Ma więc jednak ból rzeczywiście swoją niebywałą moc: ostrzegawczą! * Kiedyś, podczas lanczu w Perpignon, - gdy zjadaliśmy obaj cielęce tatary - wyznał Roger szczerze: Myślakm wtedy, że odjedziesz na amen z tego świata, gdy zobaczyłem te cholerne recepty! Wszystko oparte na morfinie i opium... Zgroza! To Roger - Francuz ucieleśniający jednoosobowo ideę wolności, równości i braterstwa - osobiście mi przynosił te wszystkie niezbędne leki i skutecznie wyprowadził ze stanu wydawało się - beznadziejnego. Aptekarz też lekarz. * Gęsta mgła spowija Pireneje gdy wracam tuż przed północą, do Saint Laurent de Cer-dans i do mojej Galerii Poray z cudownej wystawy Chagalla, zaopatrzony przez Rogera w butelkę białego wina... I oczywiście sięgam od razu po moje ulubione „Czereśnie” Paw-likowskiej-Jasnorzewskiej: - Z serca wyrastam, więc dumna być muszę. - Cierpki twój owoc, czereśnio... - Jestem wiśnia. - A duszę masz! - Czyż drzewo miewa duszę! Ceret, Canet, 26 maja 2019 Wspomnienia Grażyna Kamyszek TYLKO DAWNYCH PODWÓREK ŻAL... Któregoś dnia poproszono mnie, abym wzięła udział w spotkaniu z uczniami szkoły podstawowej i opowiedziała o tym, jak powstaje książka. Mam na swoim koncie kilka publikacji, i być może dlatego wybór padł na mnie. Dzieci w ramach zielonej szkoły, przyjechały nad morze ze Śląska. Zgodziłam się. Już po piętnastu minutach zorientowałam się, że moje wywody zaczynają nużyć młodych słuchaczy. Kręcenie się, ziewanie i ciche rozmowy ^y^y sygnałem, że przynudzam i muszę coś zmienić w programie spotkania. Zapytałam, co ich najbardziej interesuje, co chcieliby ode mnie usłyszeć, a ja postaram się sprostać ich oczekiwaniom. Zapadła cisza. Milczenie przerwała filigranowa dziewczynka. Z jej ust padło nieśmiałe pytanie, będące jednocześnie propozycją: Qj/ może nam pani opowiedzieć o swoim dzieciństwie'’ No tak - pomyślałam - teraz to już na pewno zasraj. Cóż może opowiedzieć i czym zainteresować stary dinozaur z minionego wieku, żyjący w świecie bez telewizora, Internetu, komórki, smartfona. Nie mam szans - pomyślałam w popłochu. A w ogóle, co to za pytanie? Skąd nagle zrodziło się w głowie dwunastoletniego dziecka? Może przypominam babcię lub prababcię i wywołałam jakieś wspomnienia. Jestem z innego świata, z innego pokolenia. Czy warto ryzykować? Na pewno czeka mnie totalna porażka połączona na dodatek z ryzykiem ośmieszenia się. Czym może zainteresować ich eksponat muzealny? Dla zrównoważenia dużej dozy samokrytyki połączonej z pesymizmem, odezwały się w mojej głowie nutki optymizmu. Nie da się tego ukryć, że eksponat, ale wciąż jeszcze żywy - pocieszyłam się. Może warto zaryzykować? Poza tym poczułam, że odezwał się we mnie stary belfer, dostrzegający szansę, aby nieco pomoralizować, porównać, wskazać, pouczyć, pogrozić palcem... Zakończyłam wewnętrzną walkę i zdecydowanym głosem powiedziałam: Zgoda, ale jeśli będ^ was bardzo nudziła, zasygnalizujcie to, wtedy wrócimy do tematu naszego spotkania. No i podjęłam próbę przybliżenia mojego, bardzo odległego świata, prosząc, aby słuchacze spróbowali skonfrontować teraźniejszość z przeszłością. Gdy zapadła cisza, zaczęłam niepewnym głosem... Oczami wyobraźni przenieście się do małego, prowincjonalnego miasteczka na Pomorzu, do Sztumu, gdzie się urodziłam i spędziłam najpiękniejszy czas swojego dzieciństwa. Są lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku i ja wśród gromadki bawiących się dzieci - ściszyłam głos, oczekując odpowiedniej reakcji. Z gardeł moich słuchaczy wydobyły się dźwięki, których dla własnego bezpieczeństwa nie skomentowałam. Ktoś szybko w pamięci liczył lata, ktoś szepnął z uznaniem - „o ja cię!” Na szczęście nikt nie jęknął - o Boże, pani jeszcze żyje! Tam do dzisiaj mieści słę poniemieckie osiedle, na którym spędziłam dzieciństwo - kontynuowałam. To SIEDLUNGI, Zydlungi - pisownia fonetyczna. Z szacunku do miejsca, o którym piszę, będę używała wielkiej litery. Nazwa, chociaż nieoficjalna, zakorzeniła się zwyczajowo 146 Tylko dawnych podwórek żal... na dobre i jeśli ktoś pyta o jakąś ulicę znajdującą się na tym dużym osiedlu, często słyszy w odpowiedzi - a to tam na Siedlungach. Dzisiaj, w dobie internetowych wynalazków, nie jest to trudne, i rzadko zdarza się, aby ktoś zagubiony krążył po osiedlu, rozpytując o adres. Ale kiedyś było inaczej. Osiedle jest rzeczywiście duże, poszatkowane kilkoma uliczkami, przy których zbudowano ponad 100 domów sklonowanych na podobieństwo któregoś pierwszego, tylko nie wiadomo, który budynek był pierwowzorem, ale nie jest to tak bardzo istotne. Realizowano po prostu wizję ówczesnego, przedwojennego architekta i zapełniano jednakowymi domami wydzielone kawałki ziemi, a były one spore, jak na jedną rodzinę. Duże ogrody zachęcały ówczesnych właścicieli, a potem ich następców, aby mieć swoje warzywa, a także kury, kaczki, gęsi, świnkę, krówkę, konia owcę lub kozę. Pamiętam małe samowystarczalne gospodarstwo rodziców. Do dziś nie jadam kozich wyrobów, bo ich nadmiar konsumowany w dzieciństwie pod przymusem, wywołuje dziwne odruchy, nie mówiąc o owczym mięsie, które wyczuwam nawet pod grubą pierzyną przypraw. Pamiętam, że w dzieciństwie nie przywiązywaliśmy wagi do nazw uliczek. Dla nas, siedlungowych dzieci, było to zbyt trudne, a poza tym nie wszyscy potrafiliśmy jeszcze czytać. Gdy nieznajomi pytali, jak kogoś odnaleźć, zawsze znalazł się w naszej gromadce wszystkowiedzący, i bez problemu wskazywał, jak należy trafić pod właściwy adres. Często informator bardzo precyzyjnie określał miejsce, przywołując szczegóły znane wyłącznie nam, a brzmiące mniej więcej tak.- to tam, gdzie jest loielki, szczekaji}cy pies... czwarty dom zapompĄ... tam, gdzie wgłębi ogrodupasif się trzy krowy... za tym spalonym domem... to tam na górce, przy pompie, gdzie nocif straszy... to u tych Szwabów, co gadają po niemiecku... tam, gdzie na podwórku stoi duży wóz konny... Opisowy charakter informacji wzbudzał u wielu rozmówców niepohamowany śmiech, no bo jak znaleźć dom z trzema krowami, których w danym momencie mogło nie być we wskazanym miejscu, bo akurat pasły się na odległym pastwisku, ale właśnie tak przekazywaliśmy naszą wiedzę o mieszkańcach osiedla. Miałam wtedy chyba pięć, a może sześć lat, gdy pozwolono mi samodzielnie wychodzić poza teren posesji i na inne podwórka. Gdy chciałam wyjść, oznajmiałam, że idę na ulicę. ULICA - to było najpiękniejsze miejsce na Ziemi. Czarodziejskie słowo oferujące więcej adrenaliny niż nudne podwórka, gdzie rządziły kury, gęsi i kaczki. Nasze zabawy odbywały się właśnie na ulicy, wtedy jeszcze ślepej, gdzie rzadko pojawiał się samochód, a więc było bezpiecznie. Ulica - to było nasze wielkie podwórko, plac zabaw bez huśtawek, zjeżdżalni i wielu innych atrakcji, których jest bez liku na dzisiejszych miejscach zabaw. Nie było asfaltu, tylko piaszczysta droga, gdzieniegdzie pokryta drobnym żwirem, więc łatwo można było grać w klipę, w klasy, a na pasach zieleni w noża. Często siadywaliśmy na wysokich, solidnych krawężnikach, opowiadając sobie nieprawdopodobne historie zasłyszane i podsłuchane u dorosłych. Były to niekiedy opowieści mrożące krew w żyłach, ubarwione naszą wyobraźnią i chęcią zaistnienia w grupie. Tu licytowaliśmy się, kto stracił więcej mleczaków. Pamiętam, jak siedziałam na krawężniku z nitkami na brodzie, bo nie miałam odwagi na wyrwanie kolejnego rozchwianego zęba. Pomógł mi jeden z kolegów, zrobił to tak błyskawicznie, że nie zdążyłam poczuć bólu. Najgorsze było to, że nie odnalazłam zęba, a miałam już niezłą kolekcję przechowywaną Grażyna Kamyszek 147 W kieliszku do wina. Ktoś z rodziny ją zlikwidował, ku mojej rozpaczy, ale ku bezpieczeństwu amatorów alkoholu, bo podczas konsumpcji jakiś miłośnik procentów w ostatniej chwili zauważył na dnie kieliszka moją kolekcję. Wspaniałe były wyprawy „na Krausego”. Nieopodal osiedla mieszkał gospodarz o takim nazwisku. Jego rozległe łąki przylegały do jeziora. Zabraniano nam, pod groźbą surowej kary, wyprawiać się nad jezioro. Stara przeciekająca łódka kusiła, aby poczuć żeglarskiego bakcyla i wyobrażać sobie, że to morska bryza owiewa nasze umorusane, zasmarkane twarze. Zimą ślizgaliśmy się na zamarzniętym jeziorze, patrząc bez niepokoju na pęknięcia pod naszymi butami. Nie mieliśmy wtedy wyobraźni, jak bardzo niebezpieczne były to wyprawy. Na szczęście udało się uniknąć tragedii, ale nasza odwaga była po prostu głupotą. Spośród zakazanych wypraw fascynujące było buszowanie w zbożu na okolicznych polach. Uwielbialiśmy zabawy w chowanego. Zanurzaliśmy się w ciepłych kłosach żyta lub wyrośniętej kukurydzy, nasłuchując skradającego się wroga. Do dziś pamiętam zapach tych roślin, zmieszanych z oddechem ciepłej ziemi. Nieraz zdarzało się, że zdenerwowani gospodarze przeganiali nas ze swoich upraw, ale my i tak, mimo strachu, bawiliśmy się w tropicieli przygód. Inną atrakcją było dokarmianie więźniów pracujących za kolczastymi drutami, ponieważ kilka ogrodów graniczyło z terenem, na którym pracowali skazani. Mogliśmy swobodnie się z nimi porozumiewać, przerzucać owoce, a jeśli strażnik nie widział, także papierosy i herbatę. Zdarzało się, że po odbyciu kary, przychodzili z torbą cukierków, by odwdzięczyć się za pomoc. Siadaliśmy wtedy na krawężniku i zajadaliśmy się słodyczami, kłócąc się o kolorowe papierki. Czy pamiętam imiona moich siedlungowych kolegów? Niezbyt dobrze, bo wielu z nich przybiegało na moją ulicę z innych części osiedla. Pamiętam małą Tereskę (chyba tak miała na imię, ale pewności nie mam). Przychodziła z innej ulicy i za każdym razem raczyła nas opowieściami o duchach, które straszą w jednym z domów. Kpiliśmy z niej niemiłosiernie, bo jej opowieści z dreszczykiem w końcu zaczęły nas nudzić. Trudno mi dzisiaj po latach ocenić, na ile jej wizje były wiarygodne, ale odkrycie, jakiego dokonano wiele lat po wojnie podczas prac kanalizacyjnych na jednej z posesji, każę inaczej spojrzeć na dziecięce opowieści. Przypadkowo natrafiono na ludzkie szczątki leżące od 1945 roku w przydomowym ogrodzie. Może mała Tereska widziała to, czego my nie dostrzegaliśmy. A może były to dziecięce fantazje, zainspirowane opowieściami dorosłych? Spośród moich ulicznych kolegów, starszych nieco ode mnie, zapamiętałam tych, używających słów, których nie rozumiałam. Były to dzieci z niemieckich rodzin; chyba Mar-cus, Christina, Klaus? Przybiegały do nas, przyłączając się do wspólnych zabaw. Nie wiem dlaczego, ale lgnęłam do nich, lubiłam bawić się na ich podwórkach, jeść zupę z jednej miski i czuć się bardzo ważną nauczycielką, bo uczyłam ich poprawnej wymowy polskich słów. Nie rozumiałam dokuczliwych uwag ze strony innych dzieci, wyzywających mnie od Germańców, mających mi za złe, że bratam się z małymi Szwabiakami. Gdy moi koledzy przełamali swoją niechęć do obcych, nasze kontakty i zabawy nie miały granic językowych i narodowościowych. Myślę, że to dorośli kazali nam z rezerwą traktować autochtonów, bo tak ich nazywano. 148 Tylko dawnych podwórek żal... Któregoś dnia zabrakło ich na podwórkach i osiedlowych krawężnikach. Ku radości wielu mieszkańców wyjechali do Reichu. Pamiętam, że było mi bardzo smutno. Długo odczuwałam pustkę po ich wyjeździć, ale szkolne obowiązki pozwoliły zniwelować stratę i zająć się ważniejszymi sprawami, poznawać świat nie tylko z pozycji podwórek i krawężników. Szkoła zaoferowała nowych kolegów, ale także narzuciła mi swoich bohaterów godnych naśladowania i tych, których określano mianem morderców. Wskazała, kto jest dobry, a kto zły. Podziwiałam Timura i jego drużynę, Cziowieka, który się kulom nie kłaniał, wspaniałych, niezłomnych żołnierzy radzieckich i truchlałam, słysząc opowieści o Niemcach, którzy byli złem świata. Ależ było mi głupio! Przecież ja z tym złem jadłam z jednej miski! Jak mogłam być taka ślepa?! Ale przecież nie robiliśmy niczego złego, tylko bawiliśmy się razem - usprawiedliwiałam się sama przed sobą. Późniejsze lata pozwoliły spojrzeć na otaczającą mnie rzeczywistość po swojemu. Sięgałam po książki niedostępne na półkach bibliotecznych. Bogatsza o fakty historyczne, będące tematami tabu, uruchomiłam szare komórki 1 włączyłam myślenie, jakże inne od tego narzucanego przez szkołę. Zajęci innymi sprawami, opuściliśmy krawężniki, miejsce dziecięcych sejmików. Przekazaliśmy pałeczkę maluchom, jak ich wtedy nazywaliśmy, wierząc, że oni będą mieli kiedyś swoich krawężnikowych następców. A dzisiaj? Siedlungi zachowały swój pierwotny układ ulic z charakterystycznymi domami, wyróżniającymi się czerwonymi dachówkami na spadzistych dachach. Wiele się zmieniło na przestrzeni lat. Przybyli nowi architekci ze swoimi wizjami, wyburzając niektóre budynki lub modyfikując je tak, że straciły swój pierwotny wygląd. Szopki, przybudówki, warsztaty, sklepiki mnożyły się jak grzyby po deszczu, wielu bowiem realizowało swoje wizje i gospodarcze potrzeby. Pozostały na szczęście granitowe krawężniki, takie same jak przed laty, ale ziejące pustką, bo małe, kolorowe ptaki na zawsze odleciały na inne, obce krawężniki, by szukać w odległym świecie nowych kolegów i nowych zdarzeń. Wokół, niby te same domy, ale tchnące innością, z nowymi rodzinami, nowymi dziećmi, izolowanymi nieco na wypasionych podwórkach, no i samochody pędzące po uliczkach z nadmierną prędkością. Już nie jest bezpiecznie... Mimo upływu lat mój dziecięcy świat zawsze będzie się kojarzył ze żwirową ulicą, oddzieloną wysokim granitowym krawężnikiem od chodnika, z szerokim pasem zieleni przed domowymi ogródkami, z pompą darzącą lodowatą wodą w upalne dni, zapachem kwitnących lip i muzyką pszczół raczących się nektarem. Miejscem, do którego wracałam w trudnych chwilach swojego życia, by leczyć pokiereszowane skrzydła. To była oaza pełna bezpieczeństwa, przyjaźni, beztroski i radości, z dziecięcymi kłótniami przypominającymi Tuwimowskie Ptasie radio. Do dzisiaj noszę w sobie tęsknotę, zdziwiona niekiedy, że ciągle wracam do krainy sie-dlungowego dzieciństwa. Nie wyrzuciłam wspomnień jak niepotrzebne śmieci. Odkurzam stare obrazy, nie daję im spokoju, zmuszam, by błyszczały dawnym blaskiem i wypełniały Grażyna Kamyszek 149 przestrzeń mojego życia. Nie wstydzę się swoich uczuć, i nie jestem w stanie tego zmienić, bo na Siedlungach zostawiłam cząstkę swojego DNA. Moi młodzi słuchacze, o dziwo, nie demonstrowali braku zainteresowania, a wręcz odwrotnie, zadawali liczne pytania, zmuszając mnie do dygresji zahaczających o odległe ścieżki mojego dzieciństwa. Nie mogli pojąć, jak można było żyć bez dobrodziejstw współczesnych wynalazków technicznych. Czas spotkania dobiegł końca, co głośno zasygnalizował dzwonek wzywający na posiłek, ale dzieci wcale nie miały ochoty wyjść. Słyszałam, fajne miała pani dzieciństwo, fajne było to pani podwórko, niech pani jeszcze coś opowie o tych więźniach, nie, lepiej o Szwabach albo o trupach. Cóż mogło być piękniejszego dla starego belferskiego dinozaura, któremu udała się niezwykła sztuczka - wspólne pochylenie się nad przeszłością, przemycenie prawdy, że części swojego DNA nie można zostawiać wyłącznie na smartfonach i komputerach. Oby kiedyś moi młodzi słuchacze mogli powiedzieć, tak jak ja, parafrazując tekst piosenki - Dawne życie poszło w dal... tylko podwórek, tylko podwórek żal... I jeszcze jednego żal... W Wikipedii w informacjach o Sztumie zaznacza się, że miasto podzielone jest na osiedla. Wymienia się ich kilka, nie wspominając o Siedlungach. Może skryły się pod inną nazwą, której nie znam. Jeśli tak, to żal, po prostu żal... 1989 rok. Początek wolności Leszek Sarnowski ROK 1989 CZYLI POWIEW WOLNOŚCI Pośród ciemności i manipulacji Pod presje} cie}glg indoktrynacji Jest taka zasada, nie każdy jc} zna Wolność zaczyna się tam, gdzie kończy się strach Dezerter Trzydzieści lat temu, 4 czerwca 1989 roku, w Polsce odbyły się pierwsze, prawie wolne wybory, w których swoją reprezentację wystawić mogła także opozycja antykomunistyczna. To historyczne wydarzenie zapoczątkowało demontaż systemu komunistycznego w Europie Wschodniej. Upadek muru berlińskiego, który stał się symbolem zmian, rozpoczął się właśnie w Polsce. Mimo to do dziś toczą się spory o znaczenie tego wydarzenia w naszej najnowszej historii. 22 lipca 1983 roku zniesiono stan wojenny. W czasie jego trwania internowano ponad 10 tysięcy działaczy „Solidarności”, wielu niewinnie uwięziono, wielu zostało pobitych, jak choćby w zakładzie karnym w Kwidzynie. Życie straciło ok. 40 osób, w tym 9 gór- Mieszkańcy Kwidzyna na wiecu przedwyborczym w 1989 roku, fot. (Irzegorz Indrunas Leszek Sarnowski 151 ników z Kopalni „Wujek”. Jesienią 1983 roku rządowe Centrum Badań Opinii Społecznych przeprowadziło tajny sondaż na temat oceny wprowadzenie stanu wojennego przez społeczeństwo. 48% Polaków oceniło negatywnie wprowadzenie stanu wojennego, a 43% ten fakt oceniło pozytywnie. Zdaniem prof. Antoniego Dudka z większości fragmentów poświęconych nastrojom społecznym w latach 1982-1983 wyłania się obraz społeczeństwa bardziej zmęczonego niż zastraszonego. Zmęczonego trudnościami dnia codziennego, a zwłaszcza nieustanni} pogonii} za żywnościi}, odzieżc}, środkami higieny osobistej czy artykułami przemysłowymi. .. Poczucie beznadziei, jakie ogarnęło znaczne} część Polaków, potęgowały też prasa, radio i telewizja, w których nieustannie przekonywano obywateli, że władze efrże} do rzeczywistej reformy gospodarczej oraz „konstruktywnego” dialogu prowadzonego na forum komitetu ocalenia narodowego, a następnie PRON. Rezultatem realizowanej przez ekipę Jaruzelskiego polityki „porozumienia i walki ” była trwająca przez całe} dekadę lat osiemdziesi(}tych emigracja z Polski, która wedle niektórych szacunków objęła około miliona obywateli. Stan wojenny na trwale podzielił Polaków. Był to najpoważniejszy sprawdzian postaw i charakterów, szczególnie trudny w obliczu uzbrojonej władzy. Jako naród straciliśmy osiem lat, czas nie do nadrobienia, bo to czas zawiedzionych nadziei, utraconych szans, złamanych kręgosłupów, utraconych przyjaźni. Wyszliśmy z tego okaleczeni, smutni i zamknięci w sobie. W STRONĘ KOMPROMISU Społeczeństwo polskie, szczególnie skupione wokół idei „Solidarności”, potrafiło przetrwać najtrudniejsze lata represji stanu wojennego. Dotkliwe prześladowania w pracy, nierzadko zwolnienia i wieloletni brak awansów, a na dodatek przymusowa emigracja polityczna tysięcy aktywnych obywateli. W kraju najbardziej dotkliwa była powszechna atmosfera fałszu i zakłamania we wszystkich środkach masowego przekazu. Przykładem heroizmu czasów stanu wojennego była dramatyczna śmierć młodego licealisty warszawskiego Grzegorza Przemyka w 1983 roku oraz męczeństwo księdza Jerzego Popiełuszki, jesienią 1984. Szczególnie pogrzeb księdza Popiełuszki, przygnębiający, dramatyczny, ale dający nadzieję, że ofiara kapłana nie poszła na marne. Pamiętam tłumy pod kościołem św. Stanisława Kostki w Warszawie, wzniesione ze znakiem zwycięstwa dłonie ludzi, którzy, towarzysząc księdzu Jerzemu w ostatniej drodze, wierzyli, wierzyliśmy, nie tylko w ciała zmartwychwstanie, ale także w wolną i sprawiedliwą Polskę, w to, że ofiary nie są daremne. W końcu zaś pojawił się ożywczy powiew wolności w postaci pielgrzymek Jana Pawła 11 do Polski w 1983 i 1987 roku, który przywracał Polakom wiarę i nadzieję. Szczególnego znaczenia nabrały słowa papieża: - Niech zsti}pi duch Twój i odmieni oblicze ziemi, tej ziemi!, wypowiedziane do zgromadzonych tłumów w Warszawie w 1987 roku. To było wołanie o wolność w naszym imieniu. Byliśmy tam. Wobec takiej duchowej solidarności milionów Polaków władze były bezradne. Rok później rozpoczął się nieodwracalny proces zmian. Pomimo pacyfikacji „Solidarności” i wszelkiej obywatelskiej aktywności w stanie wojennym, pomimo atomizacji społeczeństwa i licznych represji, już wiosną 1988 roku w całym kraju odczuwało się znaki nowych czasów. Strajki majowe i sierpniowe 1988 roku, szczególnie w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, na wielu uczelniach, przymusiły władze do 152 Rok 1989 czyli powiew wolności rozmów Okrągłego Stołu. Znamienny był udział w tych strajkach młodego pokołenia Po-łaków. Ta młodzież często nie mogła nawet pamiętać przełomowego sierpnia 1980 roku. Bunt młodzieży, często bardziej radykalnej od swoich rodziców, był zupełnie nowym zjawiskiem dla ówczesnej władzy. Jednym z naczelnych postulatów była ponowna legalizacja NSZZ „Solidarność”. 31 sierpnia doszło do spotkania Lecha Wałęsy z gen. Czesławem Kiszczakiem, ministrem spraw wewnętrznych. Po tym spotkaniu Wałęsa wezwał do zaprzestania strajków i dalej prowadził nieoficjalne rozmowy z przedstawicielami słabnącej władzy. 30 listopada doszło do debaty telewizyjnej między Lechem Wałęsą a Alfredem Miodowiczem, przewodniczącym prorządowych związków OPZZ. Większość Polaków nie miała wątpliwości, że zwycięzcą tej debaty był Wałęsa. Była to pierwsza tak spektakularna prezentacja stanowiska opozycji, która przecież po stanie wojennym miała już nigdy nie zaistnieć w przestrzeni publicznej. To budziło nadzieję i dawało wiarę, że coś się może zmienić. Władza słabła i była bardziej skora do kompromisu, choć postęp nie był zbyt widoczny. „Solidarność Walcząca” nakłaniała do postaw bezkompromisowych i walki do końca, czyli do definitywnego upadku komuny. W trzydziestą rocznicę tych wydarzeń jeden z liderów opozycji, Zbigniew Janas, przypomina, że w tym czasie „Solidarność” nie była już ruchem masowym. W „Solidarności” pozostała garstka najwierniejszych, zatem siła związku była dość ograniczona i był on zbyt słaby, aby dyktować komunistom własne warunki. Wokół Lecha Wałęsy skupiła się grupa opozycjonistów bardziej otwartych na kompromis drogą rozmów i negocjacji z komunistami. Mimo braku postępu w rozmowach 18 grudnia powołany został Komitet Obywatelski przy przewodniczącym NSZZ „Solidarność” Lechu Wałęsie. Na przełomie grudnia i stycznia obradowało X Plenum KC PZPR, na którym działacze partyjni przyjęli koncepcję porozumienia się z „Solidarnością”. Pomiędzy 6 lutego a 5 kwietnia 1989 roku toczyły się obrady „Okrągłego Stołu”. Prowadzone były w kilku miejscach, a ich rozpoczęcie i zakończenie odbyło się w siedzibie Urzędu Rady Ministrów PRL, w Pałacu Namiestnikowskim w Warszawie. W obradach wszystkich zespołów brały udział 452 osoby. Obrady toczyły się w trzech głównych zespołach: 1. Zespół ds. gospodarki i polityki społecznej - przewodniczący: Władysław Baka (PZPR) i Witold Trzeciakowski („Solidarność”), 2. Zespół ds. reform politycznych - przewodniczący: Janusz Reykowski (PZPR) i Bronisław Geremek („Solidarność”), 3. Zespół ds. pluralizmu związkowego - przewodniczący: Aleksander Kwaśniewski (PZPR), Tadeusz Mazowiecki („Solidarność”) i Romuald Sosnowski (OPZZ). Stronę rządowo-koalicyjną reprezentowali: Tomasz Adamczuk, Norbert Aleksiewicz, Stanisław Ciosek, Aleksander Gieysztor, Wiesław Gwiżdż, Marek Hołdakowski, Jan Janowski, Janusz Jarliński, Czesław Kiszczak, Zenon Komender, Jan Karol Kostrzewski, Mikołaj Kozakiewicz, Bogdan Królewski, Aleksander Kwaśniewski, Maciej Manicki, Harald Matuszewski, Leszek Miller, Alfred Miodowicz, Kazimierz Morawski, Jerzy Ozdowski, Anna Leszek Sarnowski 153 Przecławska, Tadeusz Rączkiewicz, Jan Rychlewski, Władysław Siła-Nowicki, Zbigniew Sobotka, Romuald Sosnowski, Stanisław Wiśniewski, Jan Zaciura, Edward Zgłobicki. Stronę solidarnościowo-opozycyjną reprezentowali: Stefan Bratkowski, Zbigniew Bujak, Władysław Findeisen, Władysław Frasyniuk, Bronisław Geremek, Mieczysław Gil, Aleksander Hall, Jacek Kuroń, Władysław Liwak, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Merkel, Adam Michnik, Alojzy Pietrzyk, Edward Radziewicz, Henryk Samsonowicz, Grażyna Staniszewska, Andrzej Stelmachowski, Stanisław Stomma, Klemens Szaniawski, Jan Józef Szczepański, Edward Szwajkiewicz, Józef Slisz, Witold Trzeciakowski, Jerzy Turowicz, Lech Wałęsa, Andrzej Wielowieyski. W wyniku obrad Okrągłego Stołu podjęto szereg postanowień w poszczególnych dziedzinach, w tym o zmianie ordynacji wyborczej, kompetencjach prezydenta oraz utworzeniu Senatu. Ustalono, że 65% miejsc w Sejmie przypadnie przedstawicielom PZPR, ZSL, SD oraz stronnictw prorządowych, natomiast o pozostałe 35% ubiegać się będą mogli kandydaci bezpartyjni. Całkowicie wolne miały być natomiast wybory do Senatu. 7 kwietnia Sejm zmienił ordynację wyborczą oraz dokonał nowelizacji konstytucji, a 17 kwietnia Sąd Najwyższy ponownie zarejestrował „Solidarność”. 23 kwietnia zatwierdzono listę kandydatów do Sejmu i Senatu oraz zaaprobowano program wyborczy Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”. 154 Rok 1989 czyli powiew wolności OPOZYCJA KWIDZYŃSKA Po wprowadzeniu stanu wojennego internowano większość liderów kwidzyńskiej „Solidarności”. Dnia 13 grudnia aresztowano: Jerzego Kosacza, Alojzego Kaczmarka, Stanisława Piłata, Janusza Piotrowskiego, Romualda Rewińskiego i Andrzeja Wypycha, a kilka dni później dołączyli do tego grona Jacek Kopisto i Andrzej Czyżewski. Do więzienia w Iławie trafił także Mirosław Górski, działacz Niezależnego Zrzeszenia Studentów w Akademii Medycznej w Gdańsku, który od niedawna mieszkał w Kwidzynie. Tuż po wprowadzeniu stanu wojennego w kwidzyńskim sądzie odbyło się zebranie POP PZPR, w trakcie którego wielu sędziów, adwokatów i prokuratorów, na znak protestu przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego, wystąpiło z partii. Za organizatora protestu uznano Jerzego Kozdronia, związanego z „Solidarnością”, wiceprezesa kwidzyńskiego sądu: V/ komitecie miejskim PZPR stwierdzono, że to nie on występuje z partii, lecz że zostaje usunięty. Dnia 17grudnia 1981 roku, dekretem Rady Państwa, Jerzy Kozdroń został odwołany z Junkcji sędziego i zwolniony z pracy. Z funkcji dyrektora Liceum Ogólnokształcącego w Kwidzynie zwolniono z kolei Józefa Łukasiaka, również związanego z „Solidarnością”, bo kierował powierzani} mu placówki} w taki sposób, który obiektywnie sprzyjał rozwojowi niekorzystnych tendencji w procesie loychowawczym szkoły i wywierał ujemny wpływ na stan moralno-politycz-ny kadry pedagogicznej i młodzieży. Kilku działaczy kwidzyńskiej „Solidarności”, Jacek Kopisto, Andrzej Czyżewski, Alojzy Kaczmarek, po wyjściu z więzienia zostało zmuszonych do emigracji bez prawa powrotu. Represje dotykały także młodych ludzi, nie tylko działaczy związkowych. W maju 1982 roku SB zatrzymała dwóch licealistów kwidzyńskich - Aleksandra Makowskiego i Piotra Płoskiego. Skazano ich na wysokie grzywny za kolportaż „solidarnościowych” ulotek. W tym samym roku licealista Adam Kowalewski został zatrzymany w czasie demonstracji 3 maja w Gdańsku i skazany na dziewięć miesięcy więzienia. Ważnym miejscem, w którym od połowy lat 80-tych odbywały się spotkania opozycji kwidzyńskiej, był dom Jerzego Kosacza w Białkach pod Kwidzynem. Kosacz kupił rozsypującą się chałupę po powrocie z internowania, kiedy okazało się, że nie ma szansy na zatrudnienie w jakimkolwiek z miejscowych zakładów. Tu przez wiele lat spotykała się kwidzyńska opozycja. Przyjaciele i znajomi, głównie z „Solidarności”, okazali się po prostu po koleżeńsku solidami, wspominał Jerzy Kosacz. Przyjeżdżali do mnie do Białek z rodzinami i w atmosferze pikniku chirurg mieszał zaprawę, mecenas pogłębiał wykopy, magister inżynier targał pustaki, a profesory zbijały dechy. Dookoła latały nasze dzieciaki wyśpiewując nieprzyzwoite politycznie piosenki, a niewiasty warzyły strawę i jeszcze pętały się jakieś dziwne psy. Zbieraliśmy się wtedy w Białkach dość często iworzĄc tam własm} oazę wolności i niezależności na tyle, na ile to było możliwe w esbecko-pezetpeerowskiej rzeczywistości. Bezpieka podejrzewała nas, że knujemy tu przeciwko ustrojowi i mieli w tym trochę racji. W końcu przywykłem do częstych rewizji pomieszczeń, do konfiskat i do zatrzymywania na przesłuchania. Pamiętam nasze spotkania u Jurka Kosacza w Białkach pod Kwidzynem, wspomina Jerzy Kozdroń. Pomagaliśmy budować jego stolarnię, ale przede wszystkim były to spotkania działaczy kwidzyńskiej opozycji antykomunistycznej. Tam rzeczywiście byliśmy wolni. Ustalaliśmy wiele ważnych rzeczy, które chcieliśmy robić i omawialiśmy nasze} strategię. Zbieraliśmy między Ixszek Sarnowski 155 innymi pieniifdze wśród nas i naszych znajomych na specjalny Jundusz, który przeznaczony byl na zapomogi dla osób, które były uwięzione, internowane albo dla tych, którzy później tracili pracę. Wielu ludziom udało się pomóc. Ja trzymałem kasę. Nie ł^ło specjalnych procedur. Wszyscy sobie wierzyliśmy nawzajem i nigdy nie było problemu. Nie było nas wiełu, bo łudzie się bałi, nawet ci, którzy działałi wcześniej, za czasów łegałnej „Solidarności”. Bogusław Gajdamowicz wspomina, że oprócz konspiracji w Białkach bywało też wesoło: Zrobiliśmy kiedyś, jak by to dziś nazwać, happening. To była parodia wyborów, które odbywały się za komuny. Były tam fatalne warunki, ale to były miłe spotkania towarzyskie. Na ubikacji, która była na zewnątrz, napisałiśmy Komisja Wyborcza. My ustawiłiśmy się w kołejce z kartkami wyborczymi i każdy wchodził do wygódki i wrzucał tam swojcf kartkę wyborcze}. Przełomowym momentem nie tylko dla kwidzyńskiej opozycji było zamordowanie przez SB księdza Jerzego Popiełuszki 19 października 1984 roku. Na jesieni 1984 roku, z inicjatywy małżeństwa Jadwigi i Bogusława Gajdamowiczów, powstało w Kwidzynie Duszpasterstwo Ludzi Pracy. W tej grupie znaleźli się między innymi: Elżbieta i Andrzej Baczewscy, Elżbieta Byzdra, Andrzej Dębowski, Krystyna i Wiesław Gniteccy, Krystyna Kopisto, Wojciech Kowalczyk, Oliwia i Jerzy Kosaczowie, Barbara i Jerzy Kozdroniowie, Czesław Lewandowski, Teresa Lewandowska, Jacek Młynarski, Irena Nietupska, Teresa Opacka, Barbara Pastwa, Władysław Bobrowski, Maria Wąszewska, Mirosław Górki, Krystyna Romanowska, Ewa i Jerzy Schneiderowie, Barbara Stolarek, Henryk Szostak, Halina i Jerzy Tomczakowie, Maria Wandtke, Władysław Wierzbicki, Elżbieta Żakowska. Grupa ta spotykała się w salce katechetycznej przy katedrze pod duchowym przewodnictwem franciszkanów: Ferdynanda Zwolaka, Franciszka Kapusty, Leszka Kuczyńskiego, Wiesława Przybysza, Tadeusza Dzwonkowskiego i Rajmunda Mazura. Bogusław Gajdamowicz wspomina, że organizowanie się przy kościele było wówczas jedyną alternatywą.' Z doborem łudzi nie było probłemu. Byłi to łudzie, którzy współpracowałi ze sob(} w 1980 roku i w stanie wojennym. Oczywiście byłi tacy, co się bałi, no ałe trudno. Tu duże} rolę odgrywała moja żona Jadwiga, która prowadziła całe} działalność oświatowe} i programowe}. My byliśmy do roboty. Ona organizowała spotkania z prelegentami, msze za Ojczyznę, sprowadzanie nielegalnych wydawnictw. Stworzyliśmy całe} biblioteczkę. Mieliśmy dobre kontakty z Bydgoszcze} (rodzina), Olsztynem, no i Gdańskiem. Gazety nie wydawaliśmy, ale drukowaliśmy różnego rodzaju okolicznościowe kartki. Zajmowali się tym nasi plastycy - Mietek Potreć i Jurek Kosacz. Skupiliśmy się jednak na sprowadzaniu ludzi. Byli u nas Aleksander Hall, Jacek Bartyzel, Bogdan Borusewicz, Ewa Górska z „Gwiazdy Morza”, prof. Tadeusz Jasudowicz z Torunia, specjalista od prawa międzynarodowego. Państwo Polańscy, Grzegorz Kurkiewicz, prof. Myczka i wielu innych. To były wspaniałe spotkania. Najpierw była msza za Ojczyznę w katedrze, potem spotkanie z prelegentem w salce katechetycznej, no i na koniec spotkania w domach. To były najciekawsze „nocne Polaków rozmowy”. Założyliśmy nawet chór, który śpiewał na naszych mszach. Wielu się bało przychodzić, aleja to rozumiałem, bo to normalne. Ważny był jednak sam fakt, że ludzie wiedzieli o czymś takim i że nie trzeba się bać. Jeszcze przed oficjalnym reaktywowaniem NSZZ „Solidarność”, 10 marca 1989 roku, powołano w Kwidzynie Komitet Organizacyjny NSZZ „Solidarność” w Zakładach Celulozowo-Papierniczych w składzie: Jacek Kaniecki, Arkadiusz Markowski, Adam Mrocz- 156 Rok 1989 czyli powiew wolności kowski, Arwid Żebrowski. Punkt doradczo--konsultacyjny odradzającej się struktury związkowej zlokalizowano w salce katechetycznej przy katedrze, u ojców franciszkanów, gdzie działało już od kilku lat Duszpasterstwo Ludzi Pracy. Kilka dni później, 16 marca, na ponownym spotkaniu z udziałem Edmunda Krasowskiego rozbudowano Komitet o nowe osoby i powołano do życia Tymczasową Grupę Organizacyjną NSZZ „Solidarność” w składzie: Fabian Giedroić, Jacek Kaniecki, Zbigniew Lisewski, Arkadiusz Markowski, Adam Mroczkowski, Edward Przychodzi, Ryszard Saławiłło, Janusz Styk, Arwid Żebrowski, Adam Kubie, Waldemar Polowczyk, Marian Adamiec, Krzysztof Szczypiński, Andrzej Kor-tas, Adam Każecki, Zbigniew Tomczyk, Ireneusz Pażych, Marek Szmyt, Maciej Maciejewski, Jerzy Iliński. Od tego momentu zaczęły się także pojawiać komisje zakładowe „Solidarności” w innych kwidzyńskich zakładach, między innymi w Zakładach Elektromechaniki Motoryzacyjnej - Polmo, Warmińskich Zakładach Przemysłu Owocowo-Warzywnego, W7?c uiyboray w Kwidzynie w 1989 r. Przemawia Antoni Borowski, siedzą od lewej Jarosław Kaczyński, Leonard Krasulski, Edmund Krasowski, fot. G. Indrunas Przedsiębiorstwie Hurtu Spożywczego, PSS „Społem”, PGR Górki, PGR Otłówko. ZOZ, Dom Pomocy Społecznej, PKS, W tym samym czasie, z inicjatywy Państwa Gajdamowiczów, powołano Tymczasową Komisję Zakładową Pracowników Oświaty, Wychowania i Kultury NSZZ „Solidarność” w Kwidzynie w składzie: Jadwiga Gajdamowicz, przewodnicząca, Grażyna Wojtaś, wiceprzewodnicząca, Andrzej Chmielewski, sekretarz, Krzysztof Piekarski, skarbnik oraz członkowie: Józef Łukasiak i Marian Pietrusiak. 12 maja 1989 roku odbyło się zebranie przedstawicieli wszystkich zakładów, w których zaczynały zawiązywać się związkowe struktury. Wzięło w nim udział 49 osób z 23 zakładów. Powołano Tymczasowy Międzyzakładowy Komitet Organizacyjny NSZZ „Solidarność” w składzie: Arwid Żebrowski, przewodniczący, członkowie prezydium: Arkadiusz Markowski, Kazimierz Bogdanowicz, Andrzej Chmielewski, Józef Łukasiak, Maria Wandt-ke, Jerzy Kosacz, Bogusław Kułak, Zygmunt Wróblewicz oraz członkowie TM KO: Adam Mroczkowski, Wiesław Gnitecki, Henryk Cegielski, Arkadiusz Jedlina, Bogusław Gajdamowicz, Bronisław Bronk, Aleksander Walkiewicz, Aleksander Malinowski, Jerzy Koz-droń, Zofia Romanowska. Poza tworzeniem związkowych struktur w zakładach głównym celem związku było przygotowanie się do wyborów 4 czerwca. Arwid Żebrowski apelował, aby związkowcy zgłaszali swoich ludzi na członków komisji wyborczych oraz na mężów zaufania, a Jerzy Kozdroń oraz Maria Wandtke szkolili ludzi z zakresu ordynacji wyborczej. Ixszek Sarnowski 157 REAKTYWACJA „SOLIDARNOŚCI” W SZTUMIE W okresie rozkwitu ruchu związkowego w 1981 roku do „Solidarności” w Sztumie należało ponad trzy i pół tysiąca osób. Stan wojenny rozbił to wszystko w pył. Zostało niewielu. W małym mieście, gdzie mieszkańcy są mniej anonimowi i bardziej przez to uzależnieni od siebie nawzajem, strach i zniewolenie zbierały znacznie większe żniwo niż miało to miejsce w dużych aglomeracjach. Tu wszyscy się znali, tu właściwie każdy mógł donieść na każdego. Dlatego skutki stanu wojennego, czyli „depresja społecznych zachowań”, była tu znacznie dotkliwsza. Obserwowaliśmy sytuację w kraju i niemal od razu przeszliśmy do czynu. Prowadziliśmy działania dwutorowo. Najpierw rejestracja lokalnej „Solidarności”, a jednocześnie próba tworzenia struktur Komitetu Obywatelskiego. 18 kwietnia, dzień po ogólnopolskiej rejestracji NSZZ „Solidarność”, w imieniu nauczycieli z mojej szkoły (Szkoła Podstawowa nr 2 w Sztumie, gdzie uczyłem wówczas historii), pojechałem zarejestrować nasz związek w tymczasowej siedzibie „Solidarności” w Gdańsku, na plebanii kościoła Sw. Brygidy, u ks. Henryka Jankowskiego. Obecny tam Edmund Krasowski, legenda elbląskiego podziemia „solidarnościowego”, zasugerował, by zarejestrować naszą zakładową „Solidarność” na plebanii kościoła Świętego Mikołaja w Elblągu. Krasowski gorąco zachęcał do aktywnej pracy, szczególnie ludzi młodych, podpowiadając, że na starych (iziałaczy „Solidarności”nie można się oghfdać, bo wielu jest zgorzkniałych i zrezygnowanych. Udałem się więc do ks. Mieczysława Józefczyka, zasłużonego kapelana elbląskiej „Solidarności”, który w stanie wojennym był ostoją dla prześladowanych związkowców, bo w tym czasie na jego plebanii znajdowała się tymczasowa siedziba MKZ „Solidarności” województwa elbląskiego i tam zarejestrowałem „Solidarność” naszej szkoły. Byliśmy pierwszym zakładem pracy ze Sztumu, który zarejestrował swój związek. To był początek reaktywowania „Solidarności” w naszym mieście. Za nami poszły inne zakłady. 27 kwietnia w Liceum Medycznym odbyło się zebranie założycielskie Tymczasowej Komisji Międzyzakładowej NSZZ „Solidarności” Pracowników Oświaty i Wychowania w Sztumie, w którym uczestniczyli przedstawiciele następujących szkół: Liceum Medyczne, SP 2, LO, ZSZ, Zespół Szkół Rolniczych w Barlewiczkach. Podjęto decyzję, by wysłać proklamację o utworzeniu komisji zakładowych w szkołach do wszystkich szkół i prosić rady pedagogiczne, by odczytywały nasz komunikat na swoich posiedzeniach. Następnego dnia oświadczenie o powstaniu nauczycielskiej „Solidarności” trafiło do inspektora oświaty Mariana Karzarnowicza, który przyjął je może bez entuzjazmu, aczkolwiek dość życzliwie. Szefem „Solidarności” ponadzakładowej w Sztumie został wówczas Lech Wnukowski. Dopiero wtedy, gdy udało się stworzyć zręby organizacji związkowych w zakładach pracy, można było zająć się powołaniem Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”. Komitet Obywatelski „Solidarność” w Sztumie powstał 14 maja 1989. Powołało go 26 osób związanych wcześniej z „Solidarnością” w Sztumie i sąsiednich gminach. W Komitecie, obok osób na emeryturze, znaleźli się osiemnastolatkowie. Pierwsze spotkanie odbyło się w niedzielę, po wieczornej mszy świętej, w salce domu parafialnego przy kościele św. Anny, dzięki przychylności ówczesnego proboszcza ks. Antoniego Kurowskiego. Przeważali nauczyciele, dużo było inteligencji technicznej i pracowników służby zdrowia. Na pierwszym posiedzę- 158 Rok 1989 czyli powiew wolności niu Komitetu Obywatelskiego obecny był także Jacek Albrecht, przewodniczący Komitetu w Malborku, który miał pełnomocnictwa z Gdańska dotyczące zakładania lokalnych struktur i to z jego rekomendacji mógł powstać Komitet w Sztumie. W założycielskim posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” w Sztumie wzięły udział następujące osoby (według zapisanych na liście obecności); Leszek Sarnowski (SP 2 Sztum), Barbara Radkowska (SP 2 Sztum), Małgorzata Sarnowska (Poradnia Wycho-wawczo-Zawodowa w Sztumie), Krzysztof Luterek (OPGK w Gdańsku, Pracownia w Sztumie), Stanisław Bogdanowicz (emeryt. Stary Targ), Sabina Nalepa (PCK Sztum), Halina Chodorek (BS Sztum), Janina Jarlińska (emerytka), Ryszard Jarliński (ZOZ Sztum), Józef Zdziennicki (Handlowa Spółdzielnia Inwalidów w Tczewie, sklep w Sztumie), Krzysztof Żarczyński (Zespół Szkół w Sztumie), Waldemar Wnuk (Zespół Szkół w Sztumie), Mirosława Pastuszuk (Zespół Szkół w Sztumie), Irena Rzucidło (ZOZ Sztum), Wanda Zdzien-nicka (Liceum Medyczne w Sztumie), Krystyna Muszyńska (SP Stary Targ), Inga Murawska (Liceum Medyczne w Sztumie), Ryszard Szafrański (Liceum Medyczne w Sztumie), Wacław Bielecki (Zespół Szkół w Sztumie), Andrzej Lubiński (Zespół Szkół w Sztumie), Antoni Fila (prywatny przedsiębiorca), Zdzisław Stefański (ZPR Czernin), Ryszard Orłowski (ZPR Czernin), Janusz Szok (SP Czernin), Zenon Raszczyk (SHiUZ Czernin), Marian Szarmach (UMK Toruń). Najważniejszym punktem spotkania był wybór władz Komitetu Obywatelskiego, których głównym zadaniem będzie prowadzenie kampanii wyborczej i opracowanie strategii na dalsze działania. Zostałem wówczas przewodniczącym Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” w Sztumie, zastępcą został Wacław Bielecki, wówczas nauczyciel Zespołu Szkół w Sztumie, sekretarzem - także nauczycielka z Zespołu Szkół, Mirosława Pastuszuk. Do zarządu weszli ponadto: Józef Zdziennicki, handlowiec (sklep Pewex w Sztumie), jako skarbnik, i Zenon Raszczyk, inżynier rolnik z Kombinatu Rolnego „Powiśle”. Głównym celem powstałego Komitetu Obywatelskiego było przygotowanie się do wyborów do Sejmu i Senatu 4 czerwca. KAMPANIA WYBORCZA KWIDZYN Kampanię wyborczą w Kwidzynie organizowano przede wszystkim w oparciu o działające lub powstające w wielu zakładach ogniwa „Solidarności”. W maju i na początku czerwca 1989 roku zorganizowano dwa wiece przedwyborcze z udziałem kandydatów Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”. Jeden odbył się na dziedzińcu zamku. Uczestniczył w nim Jarosław Kaczyński i Antoni Borowski, kandydaci do senatu z województwa elbląskiego oraz Edmund Krasowski - kandydat do sejmu. Drugi odbył się na placu między katedrą a kinem. Wziął w nim udział Antoni Borowski i Edmund Krasowski. - VL1989 roku pracowałem w Celulozie i zapisałem się do reaktywowanej „Solidarności”, choć działaczem spegałnie nie byłem - wspomina Grzegorz Indrunas. Z plakatów na mieście dowiedziałem się, że na zamku organizowane jest spotkanie przedwyborcze z kandydatami do sejmu i senatu. Poszedłem. Miałem wtedy aparat fotograficzny Zenit 11 i robiłem sporo zdjęć, choć zawsze brakowało kasy na negatywy. Ale wtedy, to był maj, miałem jedm} kliszę i cały lxszck Sarnowski 159 wykorzystałem na fotografowanie wiecu. Było sporo łudzi, ścisk i tłok, ałe udało mi się zrobić całkiem dużo zdjęć i, jak się okazało, to chyba sif jedyne zdjęcia z tego okresu z Kwidzyna. Działacze kwidzyńskiej „Solidarności” skupili się przede wszystkim na akcji plakatowej i informacyjnej. Zorganizowano objazd miasta i wszystkich gmin sąsiadujących z Kwidzynem, między innymi Ryjewa, Prabut, Gardei, a nawet Susza. - Opłakatowałiśmy i ofagowałiśmy „sołidarnościowq”propagandy wszystkie samochody, które mieiiśmy dostępne, i objeżdżałiśmy z megafonem wszystkie kwidzyńskie osiedła - wspomina Bogusław Gajdamowicz. Trwało to wiełegodzin. Później wyjechałiśmy w teren. Ty kawałkady jeździłiśmy po wszystkich wsiach i gminach, żeby oni też wiedziełi, co się dzieje, na kogo majy głosować i żeby poszii na wybory. 1 to wypałiło bardzo dobrze. Trochę nieładnie może było z naszej strony, ałe tak wycyrkłowałiśmy, żeby pod wieczór wrócić do Kwidzyna na czas, kiedy swoje spotkanie miełi kandydaci PZPR napłacu pod katedry. I my z tymi megafonamiprzejechałiśmy obok nich, zakłócajyc trochę ich spotkanie, nawołujyc do głosowania na „Sołidarność” łub skan-dujyc „Chodźcie z nami” czy podobne hasła. Obyło się bez żadnych incydentów. Wybory odbyły się 4 czerwca i we wszystkich komisjach wyborczych zasiedli przedstawiciele „Solidarności”, albo w roli członków komisji, albo jako mężowie zaufania. - Ludzi do komisji brałiśmy z różnych stron, od znajomych, z rodziny. Żona była w jednej z komisji wyborczych, a ja byłem mężem zaufania - wspomina Bogusław Gajdamowicz. Robiłiśmy ściygawki przed wyborami, na kogo głosować. Każdy to robił. Lewica też. Miełi ładniejsze ułotki i ściygawki, bo miełi więcej możłiwości i pieniędzy. I pewnego dnia szłiśmy z żony ułicy i zagadnył nas jeden z łewicowych agitatorów, czy weźmiemy jego ułotkę. Żona mówi, że 160 Rok 1989 czyli powiew wolności oczywiście, nawet możemy zabrać więcej, to rozziamy, oczywiście z myśb}, że zaraz je wyrzuci. Ja zabraiemje jednak do domu i okazało się, że się przydały. Byłem mężem zaufania w komisji wyborczej w warmińskich zakładach, gdzie dyrektor zakładu był przewodniczzfcym komisji. W pewnym momencie przewodniczący wychodzi z kabiny, gdzie łudzie głosowałi, i trzyma w ręku naszzf „sołidarnościowf ’ ściefgawkę z nazwiskami Kaczyńskiego, Borowskiego i Krasowskiego. 1 awantura. Mówi, że zrobimy protokół o niełegałnej agitacji w łokału wyborczym, że skandał i tak dałej. Komisja była błisko naszego domu, więc, pomyśłałem, wyskoczę na chwiłę i przyniosę te łewicowe ścicfgawki. Poszedłem do domu, wzicfłem płik kartek i bezczełnie wszedłem do kabiny i za chwiłę wychodzę trzymając je w ręku ze słowami: „Panie przewodniczący, jedna karteczka, a pan robi awanturę, a widzi Pan co tu jestł”. I pokazałem płik ścicfgawek PZPR-u. No i zamkrufł usta, nie było żadnego protokołu i skończyła się afera. SZTUM Kampania wyborcza w Sztumie rozpoczęła się już w połowie maja. W pierwszej kolejności zorganizowano akcję sprzedaży „cegiełek” na fundusz wyborczy. W trakcie akcji pod kościołem, po mszach świętych, w ciągu jednego dnia zebrano kwotę 142 000 zł. To był prawdziwy entuzjazm i poczucie wspólnoty, nie tylko parafialnej, ale tej rodzącej się wspólnoty obywatelskiej. W wyborczej agitacji nie byliśmy mistrzami, bo żadne z nas nie miało doświadczenia. W PRL-u kampanii wyborczych nie trzeba było robić, bo po co - przynajmniej w tym względzie władza nie była zakłamana. Jak się robi kampanię, widzieliśmy jedynie w amerykańskich filmach, ale na to nie było ani czasu, ani pieniędzy. Plakaty i ulotki dostawaliśmy z centrali, za pośrednictwem Elbląga. 20 maja udało nam się ustalić listę mężów zaufania łudzi „Solidarności” do komisji wyborczych. Zostali nimi: Ewa Raszczyk, Ireneusz Łazarski, Danuta Pepłowska-Tymiec, Antoni Fila, Krzysztof Luterek, Leszek Michalik, Wanda Zdziennicka, Józef Zdziennicki, Ryszard Jarliński, Inga Murawska, Ewa Narkun, Elżbieta Suska, Ryszard Orłowski. W Starym Targu: Krystyna Muszyńska, Wiesława Pęczak, Stanisław Bogdanowicz. W Waplewie: Anna Starowieyska, Katarzyna Skrobańska. W Szropach Zbigniew Szafrański. W Barcicach: Teodor Sejka, Anna Zielonko. W Ryjewie: Jadwiga Hresiukowicz, Janusz Baranowicz, Marła Nowak. W Straszewie: Włodzimierz Kaczmarczyk, Waldemar Paczkowski, a w Jarzębinie Maria Piekarska. W Mikołajkach Pomorskich: Ryszard Czechowski i Hanna Szafrańska, a w Dzierzgoniu Mirosław Dramiński. W ramach przygotowań do spotkania wyborczego z kandydatami do sejmu i senatu powołano sekcję plakatową, za którą odpowiadał Ryszard Szafrański i Krzysztof Zarczyński. Za sekcję porządkową odpowiedzialny był Zenon Raszczyk wspomagany przez związkowców z PEC-u. Transparenty przygotowywać miała Barbara Radkowska i Andrzej Wytrążek, a za oprawę muzyczną spotkania odpowiedzialny był Wacław Bielecki przy współpracy z uczniami: Rafałem Zdziennłckim i Michałem Muszyńskim. Grupa odpowiedzialna za agitację przedwyborczą (Leszek Sarnowski, Józef Zdziennicki, Barbara Radkowska, Janusz Szok) sprzedawała pod kościołem cegiełki na fundusz Komitetu, znaczki związkowe, rozdawała ulotki instruujące jak głosować. Kilku członkom Komitetu udało się dostać do obwodowych komisji wyborczych, większość pracowała przy lxszek Sarnowski 161 wyborach jako mężowie zaufania. Ordynacja do wyborów 4 czerwca nie przewidywała tzw. ciszy wyborczej, toteż przed lokalami komisji wyborczych uwijali się w najlepsze młodzi ludzie, wyjaśniając niezorientowanym a potrzebującym pomocy, kogo skreślać, a kogo zostawić na karcie do głosowania. Istotna była zwłaszcza kwestia tak zwanej listy krajowej, na której byli wyłącznie ludzie dawnego aparatu władzy i którą trzeba było skreślić w całości, by osiągnąć pożądany efekt. 24 maja w sali przy szpitalu odbyło się spotkanie z kandydatami KO „Solidarność” do sejmu i senatu. Obecni byli kandydaci do senatu: Antoni Borowski i Jarosław Kaczyński oraz kandydat na posła Edmund Krasowski. Spotkanie odbyło się w sali konferencyjnej przy szpitalu. Jako organizator spotkania z ramienia Komitetu przyznaję szczerze, że zostało ono przygotowane po amatorsku, chociaż z olbrzymimi pokładami emocji i zaangażowania. Stół prezydialny, a za nim nasi kandydaci. Na stole może nie było tradycyjnych paprotek, ale zabrakło po prostu wody. Pamiętam, że w czasie spotkania nasi kandydaci dyskretnie wybiegali do toalety, by napić się wody. Kandydaci na parlamentarzystów przedstawili program Komitetu Obywatelskiego, a także odpowiadali na pytania mieszkańców, których sporo na spotkanie przybyło. Niestety, nie ma żadnego zdjęcia z tego spotkania, a szkoda. Noc z 4 na 5 czerwca była niezapomnianym przeżyciem dla tych, którzy byli obecni przy liczeniu głosów. W gminie Sztum kandydaci „Solidarności” uzyskali od 56 do 60% poparcia. Wygrali także w obwodzie zamkniętym, w zakładzie karnym. Większość z „soli- 162 Rok 1989 czyli powiew wolności darnościowych” członków komisji wyborczych podkreślała, że było to fascynujące doświadczenie widzieć rosnące z minuty na minutę stosy kart do głosowania oddawanych na ludzi „Solidarności”. Krystyna Muszyńska wspominała, że jako jedna z trójki mężów zaufania nie mogła się porozumieć z Obwodową Komisją Wyborczą w Starym Targu na temat wywieszenia na drzwiach lokalu wyborczego kopii protokołu głosowania. Komisji wydawało się niebywałym zuchwalstwem upublicznienie wyniku wyborów przed zatwierdzeniem ich przez „górę”, zresztą nie mieściła im się w głowach legalność zwycięstwa opozycji. Byli niemal pewni, że wiezione do Elbląga protokoły zostaną w województwie „unieważnione” i wszystko nadal będzie po staremu. Dopiero kategoryczna odmowa złożenia na protokole podpisów przedstawicieli „Solidarności” w przypadku nieujawnienia wyników głosowania spowodowała ustępstwo. Ot, małe zwycięstwo i początki obywatelskiej edukacji demokratycznej. Ja byłem członkiem jednej z komisji wyborczych w Sztumie. Nie zapomnę jednej karty do głosowania z listą krajową, która miała być swego rodzaju azylem dla partyjnych działaczy najwyższego szczebla. Wszystkie nazwiska były dokładnie skreślone i na końcu dopisane i także skreślone nazwisko Wojciecha Jaruzelskiego. W tym jednym symbolicznym geście widać było satysfakcję i znak, że idzie nowe. ZWYCIĘSTWO Wybory parlamentarne z 4 czerwca 1989 roku miały historyczne znaczenie. Kandydaci Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” odnieśli pełen sukces. Senat, do którego wybory były całkowicie wolne, został w 99 procentach opanowany przez kandydatów „Solidarności”. W Sejmie, zgodnie z kontraktem Okrągłego Stołu, kandydaci „Solidarności” objęli 35 procent mandatów poselskich. Do Sejmu, wskutek wysokiego progu wyborczego dla Listy Krajowej (potrzebne było ponad 50 proc, poparcia), nie weszli przywódcy drugiej strony, w tym współgospodarz Okrągłego Stołu gen. Czesław Kiszczak, premier Mieczysław Rakowski oraz ówczesny Marszałek Sejmu, Roman Malinowski. Ta klęska psychologiczna spowodowała załamanie polityczne w obozie władzy. Rządzącą PZPR opuścili polityczni sojusznicy, czyli dotychczas w pełni kontrolowane mniejsze partie polityczne - Zjednoczone Stronnictwo Ludowe (ZSL) i Stronnictwo Demokratyczne (SD). Na niewiele zdała się prezydentura gen. Wojciecha Jaruzelskiego, choć moralnie jego wybór był dla Polaków Szokiem. Nie miał on już w sobie dość siły i odpowiedniego autorytetu. Województwo elbląskie w czerwcowych wyborach było jednym okręgiem (nr 20), w którym do obsadzenia było pięć mandatów poselskich. Dwa mandaty dla PZPR, po jednym dla ZSL, SD oraz „Solidarności”. W pierwszej turze obsadzono tylko jeden mandat, bo przedstawiciel KO „Solidarność” Edmund Krasowski zdobył miażdżącą przewagę głosów (109 778 głosów na 172 78 5 oddanych). Podobną przewagę uzyskali kandydaci „Solidarności” do senatu, gdzie zwyciężył Jarosław Kaczyński (92 595 głosów) i Antoni Borowski (92 496 głosów). W związku z tym, że mandaty, o które ubiegali się działacze rządzących do tej pory partii, nie zostały obsadzone, bo żaden z kandydatów nie zdobył więcej niż 50% głosów, została zarządzona druga tura wyborów. Odbyła się ona 18 czerwca 1989 roku, bez udziału kandydatów „Solidarności”. Nie mając żadnych szans na te mandaty, próbowano znaleźć l>eszek Sarnowski 163 rozwiązanie doraźne i popierać „swoich partyjnych”. Taką decyzję podjęto właśnie w Kwidzynie. Ówczesny pracownik Celulozy Jerzy Bartnicki z PZPR zdobył w pierwszej turze 45 407 głosów, a jego konkurent Jan Obrzut 21 662 głosy. Bartnicki zgłosił się do szefa Komitetu Obywatelskiego w Kwidzynie Bogusława Gajdamowicza, aby „Solidarność” poparła właśnie jego. Bartnicki był znany w mieście ze swoich raczej liberalnych poglądów i nie był z pewnością partyjnym „betonem”. Dlatego też, gdy Gajdamowicz wspólnie z Jerzym Kozdroniem zaproponowali elbląskim strukturom poparcie Bartnickiego, spotkało się to z dobrym przyjęciem. W drugiej turze wyborów w województwie elbląskim (okręg nr 20) wzięło udział ponad 82 tysiące głosujących, czyli niewiele ponad 25%. Poselskie mandaty zdobyły następujące osoby reprezentujące PZPR: Marian Jerzy Józefiak, Jerzy Bartnicki, Barbara Czyż i Zdzisław Stanisław Barański. Poparcie Jerzego Bartnickiego przez „Solidarność” okazało się znamienne, bo kiedy zasiadł w sejmie, był jednym z tych osób, które wystąpiły z wnioskiem o wykreślenie z Konstytucji zapisu o przewodniej roli PZPR. Tak też się stało. Jerzy Bartnicki zakończył kadencję w szeregach Stronnictwa Demokratycznego. 12 września 1989 roku Sejm zatwierdził pierwszy po wojnie niekomunistyczny rząd w Polsce na czele z premierem Tadeuszem Mazowieckim. Rozpoczął się czas transformacji gospodarczej i politycznej. Pod koniec 1989 roku przywrócono nazwę Rzeczpospolita Polska z własnym godłem - orłem w koronie. 9 grudnia 1990 roku Lech Wałęsa został wybrany na Prezydenta RP w pierwszych po wojnie powszechnych i demokratycznych wyborach. Rozpoczął się też trudny okres „bratobójczej” walki w „solidarnościowej” rodzinie. Zwycięstwo wyborcze i pierwszy niekomunistyczny rząd Tadeusza Mazowieckiego stanowiły podstawy nowego ładu demokratycznego. To społeczeństwo miało decydować o tym, kto będzie sprawował władzę w państwie, mieście i gminie. 8 marca 1990 r. sejm wybrany w 1989 roku uchwalił nową ustawę o samorządzie lokalnym. W oparciu o nią w całej Polsce miały zostać przeprowadzone pierwsze demokratyczne wybory do rad miejskich i gminnych. Prezydentów, burmistrzów i wójtów miast i gmin wybierać miano w sposób pośredni, czyli decydowali o tym wybrani wcześniej radni. Według nowej ustawy radni stanowili władzę uchwałodawczą w gminie, a prezydenci, burmistrzowie, wójtowie (nie musieli być radnymi), wspierani przez zarządy, stanowili władzę wykonawczą. Rozpoczął się proces budowy demokratycznego państwa. *** W zakończeniu piosenki przytoczonej wstępie jako motto tego tekstu, awangardowy zespół Dezerter śpiewał: Jeśli chcesz zmienić świat, zacznij od siebie. Oj, jak dobrze pasuje to do naszej sytuacji z 1989 roku. Nie wszystko się udało, bo nie byliśmy aniołami, a i do przejęcia władzy nie byliśmy specjalnie przygotowani. Być może chcąc zmienić świat, nie wszyscy zaczęli od siebie, bo to, co wydarzyło się później z naszą wolnością, pokazuje, że nie do końca odrobiliśmy swoją lekcję. Chcieliśmy zmieniać świat, ale może jednak także zmieniliśmy się sami, tylko nikt tego nie zauważył. Wielu „poszło” w politykę, zachłysnęło się swoją wielkością i nieomylnością, zatraciło w świecie władzy i kasy. Wielu bohaterów upadło, okazało się, że wśród nas byli zdrajcy, tajni współpracownicy, bywało, że zdradzali 164 Rok 1989 czyli powiew wolności nas politycy, zawodzili nas, traciliśmy nadzieję i złudzenia, ale w gruncie rzeczy... No właśnie, w gruncie rzeczy możemy uznać, że robiliśmy to wszystko na własny rachunek wolnych obywateli, poszukujących i błądzących. Wtedy wróg był jeden, a my choć raz byliśmy razem i, choć na krótko, tworzyliśmy wspólnotę na dobre i złe. Dla nas w 1989 roku nie było dylematu, czy angażować się, czy też lepiej nie. Dla nas bowiem był to początek wolności, którą sami mogliśmy zacząć zagospodarowywać, z takimi ludźmi jak Lech Wałęsa, Tadeusz Mazowiecki, Jarosław Kaczyński, Lech Kaczyński, Władysław Frasyniuk, Bronisław Geremek, Aleksander Hall, Jacek Kuroń i wieloma innymi. Trudno nie zgodzić się z profesorem Antonim Dudkiem, który ten okres w naszej najnowszej historii nazwał „reglamentowaną rewolucją”. Zabrakło spektakularnego zwycięstwa nad upadającym reżimem. Nasz insurekcyjno-romantyczny charakter nie został w pełni zaspokojony, bo do pozytywizmu zawsze brakowało nam serca i cierpliwości. Woleliśmy nasz sukces nazwać „zgniłym kompromisem”, „zdradą” i sami sobie odebrać smak zwycięstwa. SSO^RSM Teatru Ósmeijo Dnia (Poznań)^ ^Teczki’' WaUemar Kosiński, Aleksander Lubiński ^gc w^^siawy fotograficznej - Kwidzyn WS9. Jacy BjUśmy? ^t książki Leszka Sarnowskiego i Jacka Kluczkowskk^go ■n 1989, Foczątek wolności :. .^ obtarćif wystawy wydawnictw drugiej obiegu i plakatów w ^Solidaniiwcr z tO r. z archiwum Ew01)ejskiogo Centnmt^ Sohfhtnioścl Biblioteka Mk^ko-lWitnwa w BM'id%ys^ 'inOWOmSCIlSOUDARtó KWIDZYN ?51S 10. ROCZNICA WWW 4 CZERWCA 1989 ROtU RIATEi; KIN«TEATIt W KWItZYNIEl MH!E»ZIAtEK| Galeria Prowincji coś SIĘ WE MNIE OBUDZIŁO, Z Martą Judkowiak rozmawia Arkadiusz Kosiński Arkadiusz Kosiński - Wyskoczyła Pani jak przysłowiowy Filip z konopi, z miejsca absorbując uwagę wielu mieszkańców Kwidzyna, ale i nie tylko. Gdzie była Marta Judkowiak, gdy jej nie było? Od Pani portretów nie można oderwać wzroku... Marta Judkowiak - Bardzo dziękuję, miło mi to słyszeć. Od dziecka fascynowało mnie malarstwo. Jako nastolatka bardzo dużo malowałam i tworzyłam. Przez pewien okres ludzie zamawiali u mnie reprodukcję znanych malarzy. Uczęszczałam do liceum o profilu plastycznym, tam wiele się nauczyłam. Później wyjechałam na wiele lat za granicę i moja przygoda z malarstwem trochę ucichła. Założyłam rodzinę i przyszły inne obowiązki. W ubiegłym roku coś się we mnie obudziło, złapałam za pędzel, farby i poszło samo. Dlaczego portret? Uważam, że portret człowieka może pokazać wiele emocji. Taki był mój zamiar od początku, by przelać moją energię i różne stany emocjonalne, które we mnie siedzą. Na szczęście nie widać złości w moich postaciach. Świadczy to o braku tego stanu ducha we mnie. Człowiek zawsze mnie fascynował, ponieważ z jego twarzy można wiele wyczytać. Jack Nicbolson, Al Pacino, Samuel L. Jackson, Bruce Willis, James Hetfield na ekranie czy scenie magnetyzują, ale czy są równie wdzięczni do portretowania, czy może wręcz przeciwnie, ich niepokomość widać również w Pani pracowni i trudno nad nimi zapanować? Są idealni do namalowania! Każdą z tych wymienionych postaci uwielbiam. Cenię za ich pracę i zawsze z wielką ochotą oglądam na ekranie bądź scenie. Bardzo mi to ułatwiło moją pracę, ponieważ w głowie widzę ich każdy gest, ruch i ich charyzmę. Starałam się tę ich niepokomość pokazać na moich płótnach. Mam nadzieję, że mi się to udało i każdy, kto spojrzy na ich portret, zobaczy wiele scen z filmu bądź wyśpiewany koncert. Pani kreska jest skrupulatna. O ile w przypadku łysiny Julesa z „Pulp Fiction” aż tak tego nie widać, o tyle już w przypadku zmarszczek Willema Dafoe widoczna jest bardzo dobrze. Czy detal to klucz do idealnego portretu? Oczywiście! W detalach tkwi cała tajemnica. W przypadku Samuela L. Jacksona ważną rzeczą było to, by podkreślić jego spojrzenie, charakterystyczne rysy twarzy, a także kolor Arkadiusz Kosiński 169 skóry. Nie jest to wcale takie proste przy użyciu dwóch kolorów farb. Willem Dafoe miał za zadanie przyciągnąć czymś zupełnie innym. Pragnęłam, by ludzie zauważyli doświadczenie i wiek na jego twarzy, ale nie tylko. Kto widział najnowszy film z jego udziałem, „U bram wieczności” („At Eternitys Gate”), gdzie wyśmienicie zagrał postać Van Gogha, ten, mam nadzieję, dostrzeże tę obsesję, piękno i smutek w oczach kreowanej przez niego postaci. „Mad”, „free”, „passion”, „art”. Takie hasła - w formie kodu kreskowego - znaleźć można na twarzy bohaterki jednej z Pani prac. To autoportret. Czy właśnie taka jest Marta Judkowiak? Szalona, wolna, zbuntowana i z obsesją na punkcie sztuki? Obawiam się, że tak. Zawsze na swój sposób byłam wolnym duchem. Zawsze szalona, choć uważam, że wraz z powrotem do malarstwa to szaleństwo się bardziej uwidacznia i ze mnie wychodzi. Natomiast obsesja na punkcie sztuki rośnie wraz z każdym nowym obrazem. Nigdy nie miałam zamiaru malować własnego autoportretu. Dopiero, gdy wpadłam na pomysł, żeby ukazać jaka naprawdę jestem i co mną kieruje w życiu, odważyłam się to zrobić. W ten sposób chciałam, by osoby obserwujące moją twórczość wiedziały, kim jest autorka. Jak powstają Pani portrety i z jakiego klucza dobiera Pani ich bohaterów? Jest to dość złożony proces. Najpierw myślę o osobie, którą chciałabym przedstawić. Następnie godzinami wyszukuję zdjęcia, które do mnie przemówi. Szukam jakiejś emocji, jednego spojrzenia, uśmiechu, bądź trwogi. Nie zastanawiam się długo; gdy trafię na właściwe zdjęcie, to od razu wiem, że to jest to! Oczywiście zwracam też uwagę na cienie, światło i inne istotne rzeczy, które potrzebne są po to, by nadać postaci pewien trójwymiar. Myślę, że to jest najtrudniejszy etap mojej pracy. Gdy już „to” mam, reszta to prościzna. Łapię za pędzel i powstaje portret, samo się dzieje. Patrzę na zdjęcie, mówię do dłoni, jak poprowadzić pędzel, i gotowe! Nie zastanawiam się nad tym. Włączam muzykę, która zawsze towarzyszy mi podczas malowania, jest to istotna rzecz podczas tworzenia. Rodzaj muzyki zależy też od nastroju danego dnia. Przyznam, że są bardzo różne, tak jak zróżnicowana jestem ja i sytuacje mnie otaczające. Jak zaczęła się Pani przygoda z malarstwem? Myślę, że to urodziło się wraz ze mną. Taki był mój cel, po to przyszłam na świat. Jako dziecko całymi dniami rysowałam. W wieku dwunastu lat sięgnęłam po farby i płótno, a jako czternastolatka sprzedawałam reprodukcję znanych artystów. Nie umiem do końca odpowiedzieć na to pytanie. To nie przygoda, to cała ja, jestem w pewnym sensie przekazem. Ktoś chciał, żebym dzieliła się z innymi moją emocją i poddałam się temu. Tworzę, maluję, choć nie wiem do końca, czemu ma to służyć. Czy któryś z portretów sprawił Pani szczególną trudność? A jeśli tak, to dlaczego? Chyba trudnością było namalować samą siebie. Wbrew pozorom nie jest to takie łatwe. Dziwnie jest patrzeć, jak powstaje własna twarz, to przedziwne uczucie. Z innymi postaciami problemów żadnych nie miałam, choć muszę przyznać, że nowy obraz, który właśnie powstaje, nie jest taki łatwy, jak mi się wydawało. W końcu jest to kobieta! Kobieta trochę mi bliska, nie z racji tego, czym się zajmuję. Świat mody to świat, na który nie mam czasu. Pani Joanna Przetakiewicz jest mi bliska z innego powodu. To silna kobieta, która wie, cze- 170 Coś się we mnie obudziło go chce od życia. Myślę, że odwaga to nasza wspólna cecha. Zdjęcie, które wybrałam, ma wiele drobnych detali w stroju. Będzie dużo pracy, ale ja uwielbiam wyzwania. G) Pani robi, gdy Pani nie maluje? Muszę przyznać, że ostatnio mam mało czasu dla siebie. Jeśli nie maluję, to przygotowuję się do wernisaży. 6 czerwca (rozmawialiśmy na początku tygodnia - przyp. red.) będę odbierała nagrodę w kategorii kultura i sztuka przyznawaną przez burmistrza miasta. Ostatnio ciągle dzieje się coś nieoczekiwanego w moim życiu. Wiele rzeczy spada na mnie jak grom z jasnego nieba. Staram się cieszyć tym, co każdy dzień mi daje i czerpać z niego jak najwięcej radości. Przyznam, że jestem bardzo szczęśliwa. Staram się też spędzać czas z rodziną i bliskimi, choć wiem, że nie mogę już tak oddać siebie jak kiedyś, ponieważ moja pasja pochłania dużo czasu. To jest silniejsze ode mnie. Na swoim koncie ma Pani wystawę w kwidzyńskim teatrze, ale nie tylko. Niedawno swoją ekspozycję prezentowała Pani w Warszawie. Gdzie jeszcze w najbliższym czasie będzie można zobaczyć Pani prace? To wszystko stało się tak szybko! W ciągu pół roku stworzyłam ponad 20 prac. Postanowiłam, że zrobię wystawę w rodzinnym mieście. Dopięłam swego, a reszta sama już przyszła. Artykuł w gazecie, nagroda burmistrza, a także wystawa w Warszawie. To dzieje się już samo. Nie planowałam wernisażu w stolicy, zostałam o to poproszona, a to dla mnie wielki zaszczyt! Moje prace można tam oglądać do 12 lipca. Oficjalny wernisaż ze mną w roli głównej odbędzie się 13 czerwca. Dziś nie wiem, co dalej i gdzie, choć mam już dobrze sprecyzowany plan co do postaci, które zaprezentuje na następnym wernisażu. Gdzie on się odbędzie, tego jeszcze nie wiem, samo przyjdzie, tak jest najlepiej. Wszystkie moje obrazy oraz to, nad czym aktualnie pracuję, można śledzić na bieżąco na moim profilu na Instagramie (instagram.com/mju_artystycznie) oraz na blogu, który można znaleźć pod adresem mjuartystycznie.blogspot.com. Jakie portrety zobaczymy w najbliższym czasie? lu mam nadzieję wszystkich zaskoczyć. Jak wiadomo, do tej pory malowałam osoby nieznane bądź znane, lecz nie z polskiego ekranu lub sceny. Stwierdziłam, że nasze polskie gwiazdy są równie dobre, jak i niesforne. Pewnie zauważyliście, że dobieram osoby troszeczkę zwariowane. Nie sugeruję się urodą, ważna jest dla mnie charyzma i trochę szaleńcze usposobienie. Nowa seria właśnie taka będzie, lecz w naszym ojczystym wydaniu. A kto to będzie? Niespodzianka! Jak już zdradziłam, pierwszą osobą otwierającą nową serię będzie Joanna Przetakiewicz. Muzyka - Teatr ŚPIEWAŁAM HALKĘ Z Bożeną Szmyt-Piontek, śpiewaczką operową, rozmawia Wacław Bielecki Wacław Bielecki - O Piontkach wiadomo, że to najbardziej muzykalna rodzina w Sztumie... Bożena Szmyt-Piontek - Tak, to piątka dzieci, w tym trzech synów z dyplomami Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Gdańsku. Mój mąż Benedykt, najstarszy z braci, studiował grę na klarnecie, Grzegorz trąbkę, a Marek, który przez wiele lat prowadził Sztumską Orkiestrę Dętą, klarnet. O Piontkach sporo wiemy, a o pani niewiele... Urodziłam się w Szczecinie i tam zrobiłam maturę. Po maturze nie dostałam się na prawo, co było moim marzeniem, ale chyba dobrze się stało, bo przypadek sprawił, że ktoś zauważył, że jestem utalentowana w śpiewie i powinnam iść na Akademię Muzyczną na Wydział Wokalny. Bożena Szmyt-Piontek w swoim eiomu w Sztumie, fot. W. Bielecki 172 Śpiewałam Halkę Kto to był? Jak się na prawo nie dostałam, to przez rok chciałam cokolwiek robić i za rok znowu na to zdawać. Wtedy zobaczyłam ogłoszenie, że przyjmują do chóru Teatru Muzycznego w Szczecinie. Poszłam tam i po przesłuchaniu przyjęli mnie. Pani profesor, która takich amatorów jak ja przygotowywała do śpiewania w chórze i uczyła emisji głosu, powiedziała, że jestem utalentowana i powinnam studiować wokalistykę. Ja w to nie wierzyłam, ale złożyłam papiery. Nie potrafiłam tej pani odmówić, bo to była starsza, kulturalna, elegancka pani. Pojechałam na egzaminy wstępne do Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Gdańsku i tam mnie przyjęli, chociaż miałam ukończoną w Szczecinie tylko podstawową szkołę muzyczną na fortepianie i perkusji. Był to rok 1976. Pamięta pani ten egzamin? Oczywiście, że pamiętam. W sali kameralnej, gdzie odbywał się egzamin, weszłam na scenę i zaśpiewałam zwyczajną pioseneczkę, żadnym tam postawionym głosem: O nie wiń mnie, matko droga, że tak bardzo kocham go. To taka ludowa piosenka, prosta rzecz, nic szczególnego. Na pierwszym roku było tylko sześć miejsc, a kandydatów wielu. Po części wokalnej egzaminu zostało nas dwanaście. Potem był egzamin z aktorstwa, gdzie trzeba była zarecytować dwie minuty wiersza lub prozy i odegrać jakąś scenkę, w stylu: Tu jest plaża, na której są faceci. Proszę tych facetów kokietować. Kto był w komisji? Wszyscy profesorowie, z którymi miałam później zajęcia. Pamiętam, że egzaminował wielki Florian Skulski. Jaki to był śpiewak, jak on Rigoletto śpiewał, o Boże, to było najlepsze Rigoletto, a do tego jeszcze ta jego postura, niewielki wzrost, cudo... Z kobiet były w komisji Halina Mickiewiczówna i Alicja Legieć-Matosiuk. W końcu przyjęto nas sześć, a ja zdałam z pierwszą lokatą. Jak zaczęło się studiowanie? Trochę się to pokręciło, bo kiedy po przyjęciu na studia w czerwcu 1976 roku przyjechałam do domu z papierkiem, że od października jestem studentką, to akurat wtedy otrzymałam list z zaproszeniem na przesłuchanie do Zespołu Pieśni i Tańca Śląsk. Była to odpowiedź na moje pismo z okresu, kiedy pracowałam w chórze w szczecińskim teatrze. Do napisania jego namówił mnie kolega, który kiedyś śpiewał w Śląsku. Ja te papiery wysłałam wcześniej, ale nie dostawałam odpowiedzi, a teraz było zaproszenie do Koszęcina. Mój brat też mnie zachęcał: - A jedź, zobacz, jak ten wielki świat wygbfda. Pojechała pani? Pojechałam, ot tak, turystycznie, bo nie chciałam tam pracować. Kiedy stanęłam na sali przed komisją, jej członkowie na mój widok wybuchnęli śmiechem. To był dla mnie szok. Obejrzałam się, czy jestem może zabrudzona, a może mam podartą sukienkę? Okazało się, że aby się dostać do Śląska, to trzeba było być osobą, która musi idealnie pasować akurat do tego, a nie innego miejsca w chórze, na konkretne miejsce, koło tej a nie innej dziewczyny w danym rzędzie. Musiały się zgadzać oczy, kształt głowy, wzrost. Jak weszłam na salę, to okazało się, że byłam osobą, której szukali do sopranów. Tylko jeszcze musiałam zaśpiewać. Jedna pani z komisji siadła do fortepianu i kazała mi śpiewać zagrane przez nią wokalizy. Wacław Bielecki 173 Jak zaśpiewałam, to oni mówią, że podpisują ze mną kontrakt. A ja mówię, że nie, bo ja się na studia dostałam. Oni na to, że załatwią to przez ministerstwo, że będę studiować w Katowicach i pracować w Śląsku: - Niech pani w październiku studiuje w Gdańsku, a od 2 listopada jest pani unos lo Koszęcinie. Zgodziła się pani na to? Tak. Zaczęłam studia w Gdańsku, a w końcu października poszłam do dziekana Zbigniewa Bruny i mówię: - Panie dziekanie, przenoszę się do katowickiej szkoły, bo dostałam się do Ślepka. Czy pan się zgadza?- A on na to: - Zgadzam się. Pojechałem więc do Koszęcina. Jakie były pani początki w zespole Śląsk? Na początku musiałam szybko opanować repertuar zespołu. Było to w listopadzie, a 4 grudnia na Barbórkę miałam już pierwszy koncert ze Śląskiem w katowickim Spodku. Była tam wielka feta z Edwardem Gierkiem. Mieszkałam w koszęcińskim, klasycystycznym pałacu i pracowałam w chórze, nie w balecie, chociaż chór też pewne taneczne rzeczy musiał robić. Zaczęło się piękne życie, wyjazdy: Warszawa - Hotel Forum, Hotel Polonia, Poznań. Koncerty, wielkie widownie, dobre zarobki, telewizja, no bajka. Ale o studiowaniu to już nie było mowy, bo kiedy? Niby przyjeżdżała do Koszęcina profesor z katowickiej szkoły pani Anna Kościelniak, i ja byłam jej studentką, ale ile ja tych lekcji miałam, skoro my ciągle byliśmy w trasie.^ Praktycznie wcale nie miałam lekcji. Wtedy przyszło oprzytomnienie i decyzja: wracam na studia do Gdańska. Jak tam panią przyjęto? Przez cały rok trwała przepychanka między szkołami, bo na początku Rada Wydziału w Gdańsku nie zgodziła się na przesłanie moich papierów do Katowic, mimo zgody dziekana. Niby studiowałam, niby się uczyłam w Katowicach, ale bez papierów. Kiedy po decyzji powrotu przyjechałam do szkoły w Gdańsku, mój dziekan Zbigniew Bruna akurat prowadził zajęcia z orkiestrą. Czekałam aż skończy. Kiedy mnie zobaczył, powiedział: O, moja marnotrawna studentka wróciła. - A ja mu na to: Panie dziekanie, chcę wrócić na studia. Na to dziekan: Musi pani egzamin wstępny zdawać. Dobrze - odpowiedziałam. I zdawałam jeszcze raz. Przyjęli mnie znowu, ale na drugiej lokacie, bo musieli mnie ukarać. Byłam wtedy bardzo szczęśliwa, bo za pierwszym razem, jak się dostałam na studia, to ja nie zdawałam sobie sprawy z tego, co wielkiego mnie spotkało, ot, trafiło mi się. A tam się dostać nie było łatwo, bo o przyjęcie starali się ludzie po szkołach i prywatnych lekcjach, a mnie się udało bez wielkich przygotowań. Jak studiowało się w Gdańsku? Studiowałam przez sześć lat. Na piątym roku przyszedł do mnie pan Florian Skulski, który był tam profesorem i mówi do mnie tak: - Wojciech Rajski, szef muzyczny opery szuka sopranów, maszprzyjs'ć na przesłuchanie. Ta propozycja zaskoczyła mnie, myślałam o pracy w Lublinie lub Szczecinie, a o Gdańsku nawet nie pomyślałam, bo wydawało mi się to za wielkie, jednak prof. Skulski zdecydowanie mnie zachęcił. Poszłam więc na przesłuchanie do gdańskiej opery. Był tam Wojciech Rajski, a akompaniowała mi pani Kulkowa, matka skrzypka Konstantego Kulki, która pracowała tam jako pianistką-korepetytorką solistów. Po przesłuchaniu podpisali ze mną angaż. Był to dla mnie radosny szok. Od nowego sezonu 1982/83 zaczęłam pracować w operze gdańskiej. 174 Śpiewałam Halkę Jak układała się praca w tej instytucji? Zmienił się dyrektor, w sezonie 1982/1983, już nie był to Wojciech Rajski, tylko Bogusław Madey, wielki dyrygent i autorytet muzyczny. Przez kilka miesięcy od września do grudnia jednak nic nie robiłam, nikt mnie nie zapraszał na rozmowy, niczego ode mnie nie chciano, ale płacili mi pensję. A mnie roznosiło. Któregoś dnia będąc w operze słyszę, że jest próba z obsadą do „Halki”. Jest tam dyrektor Madey. W pewnym momencie wyszedł z sali śpiewak Andrzej Schwartzkopf i kiedy mnie zobaczył, chwycił za rękę, wprowadził na salę i przedstawił dyrektorowi: To jest nasza nowa koleżanka. Co by chciała nam pani zaśpiewać- zapytał Madey. Widz^, źe przygotowujecie „Halkę”, a ja nauczyłam się arii Gdyby rannym słonkiem - odpowiedziałam. Kiedy skończyłam śpiewanie, dyrektor zapytał mnie: A może pani jeszcze raz? - Mogę. Gdy skończyłam powtórne śpiewanie, dyrektor Madey zapytał: A pani z ręk^już śpiewała? (czyli z dyrygowaniem). Ja mówię: - Nie. To proszę zaśpiewać, i zaczął dyrygować. Kiedy skończyłam, dyrektor powiedział: Proszę państwa jestem tak usatysfakcjonowany tym wykonaniem, że ogłaszam przerwę. Zaraz po przerwie zapytał mnie: Czy chce pani śpiewać Hałkę? A ja mówię: Nie. Dłaczego? - Bo to jest dla mnie za trudne, to za duża rola. - Czy to jest za trudne, to ja wiem lepiej od pani. Dzisiaj wieczorem proszę przyjść na próbę. Podczas próby na sali siedziały trzy śpiewaczki, przygotowywane do roli Halki, a ja byłam czwarta. Po co im potrzebna czwarta, myślałam. - Niech pani zaśpiewa tę frazę -polecił dyrektor. Po jej wysłuchaniu dyrektor Madey był zadowolony i bardzo pochwalił mnie. Byłam w wielkim szoku, to było dla mnie nie do ogarnięcia. Jak to zdarzenie zostało przyjęte na uczelni? Bożena Szmyt-Piontek ui roli Halki na scenie Opery Bałtyckiej w 1983 r.,fot. archiwum rodzinne Wacław Bielecki 175 Moja pani profesor śpiewu Brygida Skiba absolutnie nie chciała się zgodzić, na to abym śpiewała Halkę, a jak będę ją śpiewać, zagroziła, że nie dostanę dyplomu. Poszłam więc do opery i mówię o tym dyrektorowi. Na to on: - Niech się pani nie przejmuje i przychodzi dalej na próby. To była taka karuzela. Musiałam się szybko nauczyć całej roli na pamięć, by dogonić tych którzy już kończyli muzyczne próby. Niebawem zaczęły się próby sceniczne z tancerką i choreografką z Warszawy panią Hanną Chojnacką. Nauczyła mnie ona różnych góralskich hołubców. Zastanawiałam się, dlaczego realizatorzy mnie chcieli? Pewnie dlatego, że ja byłam młoda, świeża, ludowa, pewnie ta młodość zadecydowała o tym. Na tydzień przed premierą dyrektor Bogusław Madey wywiesił obsadę. Okazało się, że ja śpiewam premierę. Wie pan, jak się zagotowało Bożena Szmyt-Piontek w arii z IVaktu Halki -O mój maleńki, fot. archiuntm rotłzinne w teatrze, w którym w tym czasie rządziła PZPR? Kto nie należał do organizacji partyjnej, ten nie miał szans. Dyrektor Madey był bezpartyjny, ale był takim wielkim autorytetem, że nikt nie kwestionował jego decyzji, ale po tym sezonie zwolnili go. Ja jednak zaśpiewałam Halkę na premierze 12 lutego 1983 r., a w kwietniu w Dniu Teatru w gdańskim ratuszu otrzymałam nagrodę za najlepszy debiut, a spektakl został uznany za przedstawienie operowe roku. Scena zbiorowa z opety Halka. Bożena Szmyt-Piontek stoi w tirzwiach kościółka, scenografia Mariana Kołodzieja, fot. archiwum rodzinne 176 śpiewałam Halkę Jak przebiegała dalsza pani kariera w Operze Bałtyckiej? W tym czasie przyjechała do Gdańska Maria Fołtyn, aby robić reżyserię Strasznego Dworu. Zespół przygotowywał się również na tourne zagraniczne z Traoiatif. Po jakimś czasie M. Fołtyn poszła do dyrektora Włodzimierza Nawotki, który mnie wezwał i powiedział: - Pani Fołtyn u mnie była i powiedziała, że pani uczyła się Traoiaty. Zespół opery pojechał na tourne do Niemiec, a ja w dwa tygodnie nauczyłam się Traoiaty. Pani Fołtyn zaprosiła mnie do Kudowy Zdroju na Festiwal Moniuszkowski. Kiedy tam przyjechałam, wystąpiłam w koncercie, który prowadził Adam Suzin. Na próbie ogólnej powiedział do mnie: -Jutro wystifpi pani jako ostatnia, jako gwiazda wieczoru, czyłi: pani pięknie wygkfda i śpiewa... Po występie w Kudowie zaproszono mnie na koncert w Filharmonii Lubelskiej, chcieli mnie także zatrudnić jako solistę w Operze Łódzkiej. Śpiewałam koncerty z najlepszymi polskimi muzykami. Śpiewałam też Haikę na wznowionym festiwalu w Operze Leśnej w Sopocie. Po tym występie podchodzi do mnie dyrektor naczelny Włodzimierz Nawotka a z nim wchodzi kobieta, która rzuciła się na mnie i ze łzami w oczach mówi: - Jak ja się cieszę, że ja mam takcf młode} kołeżankę. Była to Stefania Toczyska, gwiazda śpiewająca na całym świecie. Jej mąż Romuald Toczyski był moim profesorem od kształcenia słuchu. Swoje zajęcia zaczynał zwykle od słów: - Moja Stefa dzisiaj śpiewa w ... Bostonie. On wychował dzieci i nie wstydził się, że dziecko trzyma na rękach i idzie do opery. W tamtych czasach przecież, to baba była od dzieciaków, a nie chłop. A on miał klasę. Organizacja partyjna wywaliła dyrektora Madeya. Po nim przyszedł Janusz Przybylski. Wtedy ja przestałam śpiewać, nic nie robiłam. Nie dawali mi nic do śpiewania. Idę więc do dyrektora na rozmowę i mówię: - Panie dyrektorze, nie rozumiem, co się dzieje. A on: - Bo to, co pani robi na scenie, to skandał, tego się nie da słuchać. A ja mu na to: - Miałam takie zdarzenie ze Stefanie} Toczyske}... Niech pani jej nie wierzy, skomentował dyrektor. Jak się dalej potoczyły pani operowe losy? Na kolejnym tourne byliśmy z Nabucco w Niemczech. Śpiewałam tam niewielką partię. Występowała tam również Danka Bernolak z którą na zmianę śpiewałyśmy te same role w różnych operach. Po jakimś występie mówi do mnie: - Bożena, mam przesłuchanie we Frankfurcie nad Menem. Ty trochę znasz niemiecki, więc pojedż ze mne}, ja ci opłacę biłet. Od miejsca naszego występu trzeba było dojechać pociągiem, a wszystko trzeba było robić po cichu, bo to była wtedy komuna przecież. Rzeczywiście, ja trochę znałam niemiecki i pojechałyśmy. Danka zaśpiewała na tym przesłuchaniu, a potem agent zapytał mnie: - Czy pani też jest śpiewaczkę}? Kiedy to potwierdziłam, zapytał: - A chce pani zaśpiewać? Byłam wtedy trochę chora i nie chciałam śpiewać. Na to on: - Ja słyszę, że pani jest chora, ałe nie szkodzi. Ja na to, że nie mam nut, bo nie byłam przygotowana na przesłuchanie. Nie miałam jednak problemu, bo w swoim repertuarze miałam Toscę, Maeiame Butterfy, śpiewałam to, jak się mówiło, z rękawa. Po zaśpiewaniu agent zaproponował mi pracę w trzech teatrach. Nie wiedziałam, gdzie one w ogóle są. W końcu dogadałam się z nim na teatr gdzieś na północy Niemiec, bo w Szczecinie się urodziłam, w Gdańsku pracowałam. Zdecydowałam się na teatr w Bremerhaven, w małej miejscowości prawie nad Morzem Północnym. Kiedy tourne skończyło się za parę dni poszłam do dyrektora Nawotki z przygotowaną wcześniej historią, że muszę pojechać do Niemiec, aby ratować przed rozwodem małżeń- Wacław Bielecki 177 stwo mojego brata, który mieszkał w Niemczech. Poprosiłam dyrektora, aby wydał mi paszport, bo wtedy paszporty były wydawane do ręki tylko na czas wyjazdu. Dał mi w końcu. Walizki z bagażami pojechały z Operą Gdańską, a ja w sukience, chociaż był to październik, z torebką i z kopią jakiś nut, pojechałam pociągiem do Bremerhaven. Tam mnie przesłuchali i od razu podpisali ze mną kontrakt. Był to rok 1986. W operze gdańskiej mu-siałam dopracować do końca sezonu, do lata 1987 roku. Jednak w lutym 1987 r. poszłam do dyrektora Nawotki i mówię, żeby zgodził się na rozwiązanie umowy, bo mam podpisany kontrakt w Niemczech. Tak wtedy było, że abym mogła legalnie wyjechać, dyrektor musiał wyrazić zgodę. A dyrektor mówi, że się nie zgadza. Minęły trzy miesiące. W maju znowu idę do dyrektora z tą samą prośbą i wtedy jakoś się zgodził. Bez większych problemów i łapówek otrzymałam paszport z warszawskiego PAGART-u i od sierpnia 1987 roku zaczęłam pracować w Operze w Bremerhaven. Tak się zaczęło moje życie w Niemczech. Czym się tam pani zajmowała? Do Niemiec wyjechałam z dzieckiem, które urodziłam na studiach po drugim roku. Wszelkie moje występy solistyczne były okupione rozłąką z córeczką Karoliną, która przez pięć lat była u dziadków w Szczecinie. Moi rodzice opiekowali się nią i wychowywali, a ja co tydzień jeździłam do niej, najczęściej nocą, na sobotę i na niedzielę. Tak było, gdy byłam studentką, bo jak już byłam solistką, to było trochę lepiej, bo chociaż śpiewałam w przedstawieniach, to miałam dość korzystne warunki. Wtedy jako solistka miałam obowiązek występowania tylko w dwóch przedstawieniach miesięcznie. Gdzie tak jest na świecie? Nigdzie, tylko w komunie, a za każde następne przedstawienie były dodatkowe pieniądze. To było chore. Wyjeżdżając do Niemiec zabrałam ze sobą córkę mimo wielkiego oporu moich rodzi- ców. Moja córka skończyła wtedy I klasę i miała 8 lat. Wtedy świadomie podjęłam decyzję. że względu na dziecko nie chce być solistką, bo wtedy na pewno dziecko nie miałoby rodziców. Mój mąż Benedykt Piontek, rodowity sztumianin, też był muzykiem grającym ciągle gdzieś po świecie, więc przez parę lat babcia z dziadkiem, faktycznie byli rodzicami dla Karoliny. Z mężem poznaliśmy się na studiach. W czerwcu tego roku będziemy obchodzili rocznicę 40 lat po ślubie. Decydując się na zabranie dziecka za granicę, wiedziałam, że solistką nie chce być, tylko chcę iść do chóru. Angaż, który dostałam w Niemczech, był na chór i śpiew solo. Podstawowym moim zajęciem był niby śpiewanie w chórze, ale śpiewałam też solo. Było za to dodatkowe wynagrodzenie. Zarabiałam więcej, a dziecko miało mnie też więcej w domu. Początkowo angaż miałam na jeden rok. Do Gdańska miałam wrócić po roku i kiedy tam przyjechałam, to nie oddałam paszportu. Bardzo się bałam, czy będę mo- Bożena Szmyt-Piontek w garderobie, podczas spektaklu Wesoła wdówka w Operze w Bremer-hauen w 2007 r.,fot. archiwum rodzinne 178 Śpiewałam Halkę gła ponownie przekroczyć granicę niemiecką, bo mogli sprawdzić, dlaczego nie oddałam paszportu. W Bremerhaven córka zaczęła chodzić do drugiej klasy w szkole niemieckiej. Skończyła tamtejszą szkołę podstawową, potem szkołę s'rednią. Po dwóch latach pobytu dojechał do nas mąż, który musiał zrezygnować ze swoich wojaży europejskich z braćmi Grzegorzem i Markiem oraz innymi kolegami. Mój mąż zajmował się muzyką rozrywkową. Wiele lat jeździł po świecie. Po dyplomie został muzykiem orkiestrowym w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Tam także pracował jego brat Grzegorz grający na trąbce. Po przyjeździe do Niemiec mój mąż zaczął pracę jako nauczyciel muzyki w szkołach muzycznych w Bremerhaven i prywatnie. Obecnie, tak jak ja, jest emerytem. W sumie w Niemczech przepracowałam 31 lat. Zdecydowałam się na wcześniejsze odejście, żeby zdążyć jeszcze trochę żyć. Praca w Polsce i w Niemczech, którą wykonywałam, to jest jak czarne i białe. Tam była taśma, a w Polsce była bajka. W operze w Gdańsku jako solistka miałam obowiązek występowania w dwóch przedstawianiach miesięcznie, a w Niemczech grałam niekiedy do trzydziestu przedstawień w miesiącu, czasami dwa razy dziennie: jak dasz radę, to jesteś, jak nie dasz rady, to do widzenia. Tyle, że w Niemczech lepiej płacili. A jak się potoczyły losy córki? Karolina skończyła średnią szkołę, a ponieważ była artystycznie zdolna i wygrywała różne konkursy, dostała nagrodę miasta Bremerhaven za śpiewanie jazzowe i klasyczne. Już jak miała 5 lat to tak pięknie śpiewała. Kiedy Maria Fołtyn przygotowywała w Gdańsku Straszny Diaór, to zaprosiła ją do tego przedstawienia. Mam jej zdjęcie z tego przedstawienia w którym ja śpiewałam Hannę. Dwa lata przed maturą zaczęłam córkę uczyć śpiewu, a mąż uczył ją teorii. Chodziła też na fortepian, ale ta niemiecka szkoła niewiele jej dała, bo nie Karolina, jako małe eiziecko brała udział w spektaklach operowych w Gdańsku. Na tym zdjęciu jest na balkonie, nad glowĄ Damazego w Strasznym Dworze Moniuszki, fot. archiwum rodzinne Wacław Bielecki 179 Stawiała uczniom dużych wymagań, aby przejść do wyższej klasy wystarczyła tylko frekwencja i opłaty rodziców, dlatego postanowiłam uczyć ja sama. Robiłam to systematycznie przez dwa lata, co drugi dzień w domu, gdzie mamy w piwnicy takie pomieszczenie muzyczne. Po tym przygotowaniu Karolina dostała się do Akademii Muzycznej w Gdańsku. Po zdaniu dyplomu dostała się do Operetki w Dreźnie, gdzie śpiewa do dzisiaj od dwunastu lat. Jej mąż jest też muzykiem - dyrygentem i pianistą. Mają dwójkę dzieci też zdolnych muzycznie. Razem z mężem, córką i rodziną wystąpiliśmy w małym kościółku w Sztumie na koncercie w 2010 roku. Jak pani patrzy na swoje życie teraz, już z perspektywy emerytki? Miałam bardzo dużo szczęścia, wykonywałam zawód, który nie kosztował mnie dużo zdrowia, jednocześnie udało mi się tak poprowadzić moje jedyne dziecko, czyli Karolinę, że wykorzystuje ona talent oddziedziczony po rodzicach. Wydaje mi się, że mam jakiś udział w jej rozwoju. Praktycznie mogę powiedzieć, że nie jest źle, jestem zadowolona z życia. Jakie ma pani plany na życie na emeryturze? Mam takie jakieś dziwne geny, że potrafiłam oddzielić życie prywatne od zawodowego. W życiu prywatnym mam dużo zakręconych pomysłów i to mnie napędza do tego, aby następny dzień był znowu kolorowy. Bardzo lubię grzebać i narobić się w ogródku. Dobrze byłoby też gdzieś pojechać i coś nowego zobaczyć, teraz trochę częściej. Polska jest piękna, trochę jej widziałam, ale także poza Polską chciałabym coś zwiedzić, szczególnie te kraje wokół nas, którym zawdzięczamy rozwój kultury i sztuki od wielu tysięcy lat. To mnie bardzo interesuje, i myślę, że nie zdążę zobaczyć wszystkiego. - Życzę pomyślności w realizacji tych planów i dziękuję za rozmowę. Bożena Szmyt-Piontek z córkĄ Karoliną, fot. archiwum rodzinne 182 „Teczki” ku przestrodze Teatr Ósmego Dnia, dla przyjaciół „Ósemki”. Awangarda polskiej sceny teatralnej, wyrosła z teatru studenckiego w Poznaniu. Działa z powodzeniem od 45 lat, zabierając głos w najważniejszych sprawach. W teatrze kwidzyńskim aktorzy zaprezentowali spektakl „Teczki”, który pokazuje istotę systemu totalitarnego. Nie móiv nikomu, zataj to, cos widział i wierz... Te słowa Osipa Mandełsztama ze spek-takłu „ Wzłot” Teatru Ósmego Dnia chodzcf za mn^f od ponad trzydziestu łat. Usłyszałem je w wyjiftkowej sytuacji, bo na zamkniętym i tajnym pokazie w kłubie studenckim „Łajba” w Sopocie, bodajże w 1983 roku. To był smutny czas stanu wojennego i pacyfikacja totalna tego wszystkiego, co pięknego wydarzyło się w 1980 roku. Mandełsztam pasował jak ulał do naszych nastrojów i emocji, a właściwie do panujifcej wówczas beznadziei. Pełna dekadencja, w sosie patriotycznym, któri} jeszcze podsycała pieśń Gintrowskiego wyśpiewywana przy każdej nadarzajifcej się okazji: Gdy tak siedzimy nad bimbrem. Ojczyzna nam umiera Gniji} w celach koledzy Wolno się kręci powielacz Drukujemy ulotki 0 tym, że jeszcze żyjemy Grozi nam za to tayrok Dziesięciu łat więzienia Drukowaliśmy, piliśmy, śpiewaliśmy, czytaliśmy, ogfidaliśmy i wzlatywaliśmy w swoim proteście i niezgodzie na opresyjny system. / na to wszystko pojawia się Teatr Ósmego Dnia z opowieściif o dramatycznych losach wybitnego rosyjskiego poety Osipa Mandełsztama i jego tęsknocie za cywilizag// śródziemnomorski}, w surrealistycznej rzeczywistości sowieckich łagrów. Smutny spektakl. Współczuliśmy Osipowi, opłakiwaliśmy jego losy. Jednak w dramatycznych realiach stanu wojennego słowa Mandebztama miały swoji} pozytywni} wymowę. Oto bowiem, wzorem poety, który miał przecież znacznie gorzej bratając się każdego dnia ze śmiercii}, mogliśmy marzyć o naszym Rzymie, Sródziemnomorzu, o wolności i, mimo otaczaji}cej beznadziei, pielęgnować nadzieję. Ja muszę żyć, chociażemjuż dwa razy umarł, A w ogłupiałym mieście wody szumią. Jakież jest dobroduszne, wesołe, pyzate, Jakże lgnie do lemiesza ziemia tłustym płatem. Jak milczi} stepu kwietniowe obroty - A niebo, niebo - to twój Buonarroti! (...) Osip Mandełsztam, 1935, Woroneż I kolejne spotkanie z „Ósemkami”, kilka miesięcy później, w dolnym Sopocie: widowisko plenerowe na podstawie poematu Zbigniewa Herberta „Raport z oblężonego miasta”. Widowisko wyjątkowe, z pogranicza teatru ulicznego. Znów o nadziei, marzeniach i tę- 184 „Teczki” ku przestrodze sknocie. Wielki krzyk rozpaczy do uśpionego społeczeństwa, by trwać i nie poddawać się, niezależnie od tego, gdzie jesteśmy i co robimy. Historia Teatru Ósmego Dnia szczególnie mocno wiąże się z najnowszą historią Polski. Teatr powstał w 1964 roku jako teatr studencki. Założył go Tomasz Szymański, a później wieloletnim szefem zespołu i reżyserem był Lech Raczak. Był to teatr awangardowy, pozostający pod wpływem estetyki Grotowskiego. Słynął ze spektakli, które w bezkompromisowy i prześmiewczy sposób krytykowały rzeczywistość PRL. Po ogłoszeniu stanu wojennego zakazano mu występów i większość aktorów wyemigrowała do Włoch. Teatr wznowił swoją działalność po 1989 roku. Nazwa teatru nawiązuje do Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i jego „Zielonej Gęsi”. Według Gałczyńskiego Bóg po odpoczynku siódmego dnia, w ósmym dniu stworzył właśnie teatr. 1 tak zostało. Kiedy przygotowywaliśmy kwidzyński program obchodów 30-tej rocznicy wyborów z 1989 roku, to nie wyobrażałem sobie, by w programie miało zabraknąć Teatru Ósmego Dnia. Wybór padł na spektakl „Teczki”, bo dotyczył tego, co minęło, miej my nadzieję, bezpowrotnie. To poruszająca historia inwigilacji Teatru Ósmego Dnia przez Służbę Bezpieczeństwa PRL. Spektakl oparty jest na dokumentach z archiwum IPN, obrazujących działania operacyjne SB w stosunku do aktorów, zakończone przymusową emigracją zespołu w latach 80-tych. To dokument mówiący o ludziach stojących po obu stronach barykady, prześladowanych i prześladujących. Historia, która nadal budzi grozę, jest równocześnie postawieniem pytania o mechanizmy zdrady, donosu, sens przyjaźni, rolę państwa w życiu jednostek. Cała ta afera teczkowa dotyczy pokolenia, które dziś rzc}dzi - mówiła w jednym z wywiadów Ewa Wójciak, aktorka Teatru. Pomyślałam, że trzeba o tym porozmawiać z nasze}, bardzo młode}, pubłicznoście}, bo za chwiłę to oni będę} kształtować rzeczywistość. Ze ważne jest postawienie pytania o mechanizm zdrady. O to, co jest takiego w człowieku, że donosi na kogoś błiskiego ałbo obcego. Trzeba to wiedzieć, żeby się przed tym bronić. Tak było w Kwidzynie. Na widowni zasiedli zarówno ci, którzy pamiętali czasy PRL--u, na własnej skórze doświadczyli inwigilacji tajnej policji, ale także ci, którzy ten czas znają jedynie z podręczników historii. Tysiące stron esbeckich dokumentów, sprawozdań, donosów, stały się wyjątkową inspiracją dla aktorów tym bardziej, że właśnie ich dotyczyły. Funkcjonariusze SB i tajni współpracownicy pisali swoje sprawozdania ze spektakli od lat siedemdziesiątych, tworząc swoistą historię teatru, ot, takie przypisy czy didaskalia. Tajnia-cy pisali o aktorach, którzy do dziś tworzą zespół Teatru Ósmego Dnia - Ewie Wójciak, Marcinie Kęszyckim, Adamie Borowskim, Tadeuszu Janiszewskim. Właściwie trudno się dziwić, że Służba Bezpieczeństwa interesowała się aktorami, bo przecież sami się o to prosili angażując się w działalność Studenckiego Komitetu Solidarności (SKS), Komitet Obrony Robotników (KOR) czy komentując w swoich spektaklach najbardziej dramatyczne momenty ówczesnej rzeczywistości, jak choćby studenckie protesty z marca 1968 roku czy masakrę grudniową z 1970 roku. Mówili o tym, co ważne: o wolności, tolerancji, zdradzie, zaufaniu, marzeniach, miłości, o tym co nas dzieli i łączy, i o tym, dokąd zmierzamy. - Informacje o naszych życiorysach były w materiałach tajnych służb dość ograniczone, mówił w jednym z wywiadów Marcin Kęszycki, aktor teatru, jednak ich język i specyfika sprawi- /iijfcta ze spektaklu Waldemar Kosiński 186 „Teczki” ku przestrodze ły, Że tvysti}/>iliś}ny do IPN o zgodę na zajrzenie do własnych teczek. Zaskakuj^/ca była już iłość materiałów zgromadzonych o nas, niewiełkiej w końcu grupce młodych łudzi, którzy wyobraziłi sobie, że poprzez teatr można zmieniać świat. Dałekich jednak od możłiwosći obałenia ustroju. Tymczasem machina środków uruchomionych wobec nas była imponujcfca - inwigiłacja, kontroła korespondengi, podsłuchy - zupełnie nieproporcjonałna do ewentuałnego zagrożenia. Obraz, jaki się z tych dokumentów wyłania, ma jednak charakter podobny do odbicia w krzywym zwierciadłe. Funkcjonariusze szukali słabych stron aktorów, żeby móc ich ewentualnie szantażować, choć często piszący byli niekonsekwentni, bo raz pisali, że jeden z aktorów nadużywa alkoholu, a innym razem, że nie pije. Skrzętnie notowali, że jeden z aktorów używa wulgarnego słownictwa, a inny mówi o głupocie działaczy partyjnych. To już dla wyznawców systemu było spore przewinienie. Aparatowi przemocy nie udało się jednak wprowadzić do teatru tajnych współpracowników, co pokazuje, że teatr był wyjątkowo hermetyczny. Aktorów łączyły silne związki przyjacielskie, co poważnie utrudniało penetrację tajnej policji. Jeden z TW, z tych bardziej inteligentnych, o pseudonimie Return (Lesław Maleszka), bagatelizował zagrożenie dla systemu ze strony aktorów, pisząc; Aktyw środowiska poznańskiego dość nisko ocenia własne szanse działania. KrĄŻy więc opinia, że całe środowisko opozycyjne w Poznaniu to Stanisław Barańczak i kiłku młodych pisarzy, płus 10 osób z Teatru Ósmego Dnia, płus około 20 studentów (głównie filologia polska). Czy spektakl „Teczki” może dziś zainteresować widownię? Czy poza historycznym obrazem przeszłości może wywołać emocje i wzbudzać refleksję,? Dla mnie odpowiedź jest twierdząca, ale jako pasjonat „Ósemek” mogę być nieobiektywny. Bardzo cenię wszystkich aktorów, ich ekspresję, czasem oszczędne środki wyrazu, czasem nadmiarowe i przerysowane, ale zawsze adekwatne do tematu. „Teczki” to przedstawienie kameralne, choć częścią całości są też fragmenty przedstawień z czasów, kiedy aktorzy byli inwigilowani. Wydaje mi się, że to ważne przedstawienie. Mechanizmy zdrady są wszak uniwersalne, dlatego trzeba je nazywać i pokazywać, ku przestrodze, pamiętając przy tym, że antidotum mogą stanowić takie wartości jak lojalność, wierność, przyjaźń, wiara, marzenia. Tak wtedy, jak i dziś. Wacław Bielecki 187 Wacław Bielecki Zapiski melomana, Z MONIUSZKĄ W ROLI GŁÓWNEJ AKADEMIA MUZYCZNA W ŁODZI, 14 - 16 MARCA 2019 R. Do wyjazdu do Łodzi zachęciła mnie przygotowana przez tamtejszą Akademię Muzyczną dwudniowa sesja moniuszkowska pod nazwą „Cudze chwalicie...” zorganizowana z okazji 200-lecia urodzin ojca naszej opery narodowej. Spotkanie zaczęło się przed południem w sali kameralnej przy nielicznej publiczności od wykładu prof. dra Wiesława Bednarka, emerytowanego barytona z Teatru Wielkiego - Opery Narodowej (TW-ON) i Teatru Wielkiego w Łodzi, obecnie nauczyciela śpiewu w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Temat jego wystąpienia brzmiał intrygująco: „W obronie Moniuszki”. Prelegent polemizował, m.in., z publicystami muzycznymi: Jackiem Marczyńskim z „Rzeczpospolitej” i Dorotą Szwarcman z „Polityki”, a raczej z ich opiniami o twórczości twórcy opery narodowej. Kolejny prelegent Adam Kruszewski, świetny baryton z TW-ON w Warszawie, zaczął od mini recitalu. Zaśpiewał cztery utwory Moniuszki, dwie pieśni: Kozak i O matko moja oraz dwie arie: Janusza z Halki (Sk(}d ty przybyła...) oraz Miecznika ze Strasznego Dworu (Kto mych dziewek serce której...). Akompaniowała mu na fortepianie Dobrochna Jacho-wicz-Zakrzewska. Po recitalu Kruszewski wygłosił na stojąco, bez kartki, godzinny wykład dotyczący warstwy słownej i poezji w pieśniach Moniuszki. O godzinie 17 zaczął się koncert pn. „Śpiewnik domowy” przygotowany przez studentów pod opieką znakomitej mezzosopranistki prof. Urszuli Kryger. W programie było 17 pieśni. Większość była mi nieznana, a wśród nich piękne, np. Kochać, czy Przyczyna. Ze znanych pieśni usłyszeliśmy: Przifsniczkę, Znasz-li ten kraj, Rozmowę. Na koniec wszyscy wykonawcy oraz licznie zgromadzona publiczność zaśpiewali Pieśń wieczorne}. Ten koncert był bardzo miły dla ucha i duszy. Daruję Czytelnikom kolejne punkty programu sesji, w tym i w całym następnym dniu, a przejdę od razu do premiery opery komicznej Moniuszki pt. Flis. Odbyła się ona w sobotę 16 marca w nowej sali koncertowej Akademii Muzycznej przy ulicy Zubardzkiej. Salę wybudowano sześć lat temu w dość znacznej odległości (5 km) od starej siedziby przy ulicy Gdańskiej. Na widowni znajduje się 300 foteli. Jest to pierwsza znana mi sala w szkole muzycznej w Polsce, w której pod sceną znajduje się kanał orkiestrowy, czyli specjalne wydzielone miejsce dla orkiestry. Akustyka sali jest wyborna. Wystawiono tam mało znaną, jednoaktową operę Moniuszki - Flis z librettem Stanisława Bogusławskiego. Dzieło to powstało w 1858 r., czyli w tym samym, co warszawska, czteroaktowa wersja Halki. Jest to sielankowa opowieść o flisaku Franku, który zakochał się z wzajemnością w Zosi. Jej ojciec, bogaty rybak nie zgadza się jednak na ślub młodych. 188 Zapiski melomana, z Moniuszką w roli głównej Główni wykonawcy „Flisa" Moniuszki: Maria Hubluk-Kaszuba i Paweł Żak, fot. W. Biełecki bo dał słowo, że odda jej rękę Jakubowi, fryzjerowi salonowemu. Mimo próśb młodych nie zgadza się na zmianę decyzji, uważając, że Zosia lepiej będzie miała z bogatym fryzjerem, niż z ubogim flisakiem. Wszystko kończy się szczęśliwie, bo okazuje się, iż fryzjer, to dawno temu zaginiony, rodzony brat Franka. Wspaniałomyślnie odstępuje rękę Zosi swemu braciszkowi. Opera zaczyna się uwerturą, w której pierwsza część wprowadza pogodny nastrój, obrazując tratwy płynące po Wiśle. W drugiej części nastrój zmienia się gwałtownie, bo zaczyna się burza nad Wisłą. W łódzkiej realizacji podczas uwertury występuje liczny balet, składający się z nimf rzecznych oraz satyrów. Nie bardzo wiem, po co ten zabieg reżyserski, bo balet przeszkadzał mi w skupieniu się na ładnej muzyce. Wykonawcami głównych ról na premierze byli studenci lub absolwenci Akademii Muzycznej w Łodzi. Na oglądanym spektaklu partię Zosi ładnie zaśpiewała sopranistka Maria Hubluk-Kaszuba. W roli zakochanego w niej Franka wystąpił Paweł Żak, tenor, a jego cudownie odnalezionym bratem był Wojciech Sztyk, baryton, świetny pod względem aktorskim, ale nieco słabszy głosowo. Trzeba powiedzieć, że opera została wystawiona z dużym rozmachem w porównaniu z inną inscenizacją oglądaną przeze mnie w Internecie w wykonaniu studentów z Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. W Łodzi występował bardzo duży chór i balet, stroje aktorów były bardziej bogate i szykowne, ciekawsza była inscenizacja. Szkoda tylko, że balet złożony z uczennic Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej im. F. Parnella w Łodzi niewiele miał do roboty, a jego członkowie przeważnie siedzieli na scenie. Ładna muzyka Moniuszki jest dobrze dostosowana do treści dzieła i dobrze zinstrumentowana. Wykonała ją orkiestra stu- _________________________________Wacław Bielecki___________________________189 dencka pod dyrekcją dra hab. Marcina Wolniewskiego, który bardzo sprawnie poprowadził spektakl. Czasami jednak orkiestra siedząca w kanale zagłuszała solistów. Całe przedstawienie trwało godzinę i często był przerywane oklaskami przez licznie zgromadzoną publiczność, składającą się głównie z nauczycieli i studentów oraz rodziny osób występujących na scenie. Zaraz po premierze opera została powtórzona kilka razy, a w każdym wykonaniu główne role wykonywały inne osoby. Dało to możliwość sprawdzenia się na scenie większej ilości młodych śpiewaków. Generalnie łódzkie wykonanie Flisa Moniuszki trzeba przyjąć z uznaniem. Jednak wypada wspomnieć, że sam kompozytor w jednym z listów napisał: Flis jest moji} najsłabszy pracy. W innym liście Moniuszko informuje, że sam wymyślił modlitwę na początku, która niezawodnie będzie ozdobą całej opery. Rzeczywiście, dziękczynna modlitwa śpiewana przez chór na początku opery jest bardzo piękna. Z innych fragmentów najciekawsze, moim zdaniem, są: aria Zosi Okropny ten poranek, aria Franka Płyny tratwy po Wiśłe i zabawna aria Jakuba zaczynająca się od słów: Jestem jryzjer sałonowy. STABATMATER W BYŁYM KOŚCIELE GDAŃSKICH MENNONITÓW NIEDZIELA, 31 MARCA 2019 R. Niby znam muzyczny Gdańsk, ale po raz pierwszy słuchałem koncertu Cappelli Geda-nensis w byłym kościele Mennonitów. Muzycy zagrali Stabat Mater Luigi Boccheriniego. Obecnie dyrektorem zespołu jest Marek Więcławek, a na sali zasiadła serdecznie witana przez zespół i publiczność prof. Alina Kowalska-Pińczak, założycielka Cappelli Gedanensis i jej długoletnia dyrygentka. Były kościół Mennonitów, używany obecnie przez Zielonoświątkowców, stoi u podnóża Biskupiej Górki, naprzeciw kompleksu Forum Gdańsk. To niewielka świątynia bez kościelnej wieży. Jak niosą wieści, w przyszłości ma zostać stałą salą koncertową Cappelli Gedanensis. Historia Stabat Mater, wielkopostnej pieśni liturgicznej - jak to przypomniał zapowiadający koncert Krzysztof Dąbrowski - jest bardzo stara, bo zaczyna się w XIV wieku, kiedy to włoski poeta i mistyk franciszkański Jacopone da Todi napisał poemat zatytułowany Lament Matki pod krzyżem, a później na jego podstawie ułożył hymn Stabat Mater. Melodię wzięto z chorału gregoriańskiego. Później muzykę do Stabat Mater komponowali, m.in. Palestrina, Scarlatti, Vivaldi, Schubert, Rossini, Szymanowski. W ostatnią niedzielę marca usłyszeliśmy Stabat Mater skomponowaną przez Luigi Boccheriniego, z pochodzenia Włocha, który większość życia spędził w Madrycie i tam zmarł w 1805 r. Skomponował on wiele symfonii, ale przede wszystkim tworzył utwory na zespoły kameralne, m.in. napisał ponad 100 kwartetów i 200 kwintetów na różne składy instrumentalne. To właśnie z Kwintetu smyczkowego op.l3 wydanego w 1775 r. pochodzi znany wszystkim melomanom: najsłynniejszy menuet świata. L. Boccherini jest przedstawicielem wczesnej muzyki klasycznej, dlatego jego utwory są pogodne. I tak jest w jego Stabat Mater. Zupełnie inaczej, niż w dramatycznej kompozycji na ten temat Karola Szymanowskiego napisanej na chór, głosy solowe i orkiestrę. 190 Zapiski melomana, z Moniuszką w roli głównej „Sabat Mater" Bocchmniego zaśpiewała sopranistka Agnieszka Tomaszewska, fot. W. Bielecki Stabat Mater Boccheriniego jest napisana na sopran oraz kwintet smyczkowy w składzie: dwoje skrzypiec, altówka, wiolonczela i kontrabas. Partię solową wykonała Agnieszka Tomaszewska, sopranistka, absolwentka Akademii Muzycznej w Gdańsku, która swoje pierwsze kroki stawiała z Cappellą Gedanensis, a obecnie śpiewa w Badisches Staatstheater w Karlsruhe w Niemczech. Agnieszka Tomaszewska w 2007 r. nagrała z Cappellą Gedanensis SiabatMater na płytę, więc opisywany koncert nie był jego premierą. Dzieło Boccherniegi składa się z 11 części. Pierwsza z nich zaczyna się od słów: Stabat Mater dolorósa (Stała Matka Boleściwa). Muzyka kolejnych części jest zróżnicowana pod względem tempa oraz instrumentacji. Mnie najbardziej pod względem muzycznym spodobała się część ósma ze słowami: Virgo vłrginum pracldra (Panno z Panien Najjaśniejsza). To przepiękny fragment został zaśpiewany dolce, czyli słodko, z akompaniamentem kwintetu smyczkowego mającego coś w instrumentacji ze słynnego menueta. Całość utworu trwała trzy kwadranse. Po tym rozgrzana publiczność wyklaskała dwa bisy. Najpierw była Ave Maria, którą zapowiada się zwykle jako kompozycję Gulio Cac-ciniego, włoskiego kompozytora żyjącego na przełomie XVI i WII w., a tak naprawdę jest to współczesny utwór, napisany w roku 1970 przez rosyjskiego gitarzystę i edytora nut Władmira Wawiłowa. Mamy więc tutaj do czynienia z wielką mistyfikacją, do której Wawiłow nigdy się nie przyznał. Motywy jego postępowania wyjaśniła jego córka: - Mój ojciec był świadomy tego, że utwory nieznanego kompozytora samouka z trywiałnym nazwiskiem Wawiłow nigdy nie będc{ opubłikowane. Krytycy twierdzą, że utwór, który został nagrany na płycie, przypomina nastrojowy i piękny melodyjnie romans cygański, a nie wzór Wacław Bielecki 191 muzyki kościelnej późnego renesansu. Jednak nikt wówczas w Rosji nie zorientował się, że stylistycznie nie odpowiada on rzekomemu okresowi i miejscu powstania. 1 tak już poszło w świat: słuchamy /1z?ć’ Maria Cacciniego, nie zdając sobie sprawy, że prawdziwym kompozytorem jest Wawiłow. Na drugi bis śpiewaczka i kwintet smyczkowy powtórzyli dziewiątą część Stabat Mater Boccheriniego. ORATORIUM ZNALEZIENIE KRZYŻA ŚWIĘTEGO W OLSZTYŃSKIEJ KATEDRZE NIEDZIELA, 14 KWIETNIA 2019 R. Wykonawcy oratorium „Znalezienie Krzyża Świftego”Nowowiejskiego, fot. W. Bielecki W bazylice konkatedralnej św. Jakuba w Olsztynie zagrano oratorium Feliksa Nowowiejskiego „Znalezienie Krzyża Świętego”. O czym opowiada to oratorium? To zakończona sukcesem historia poszukiwań drzewa Krzyża Świętego przez św. Helenę. Wykonawcami byli: Orkiestra Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej, Chór Filharmonii Krakowskiej, organista Jarosław Ciecierski z Olsztyna oraz soliści Ewa Biegas i Sebastian Szumski, dyrygował szef olsztyńskich filharmoników Piotr Sułkowski. Koncert zaczął się o godzinie 20.10 w świątyni z przyciemnionymi światłami. Na początku dwukrotnie zdziwiłem się. Pierwsze dotyczyło zapowiedzi utworu wygłoszonej przez konferansjera, który nie przedstawił się publiczności. Zapowiedział wykonanie całości oratorium, a tak naprawdę wykonano tylko jedną, ostatnią jego część: scenę III - Znalezienie, uwielbienie i triumf Krzyża Świętego, natomiast nie wykonano wstępu - Poematu symfonicznego Jerozolima oraz sceny I - Procesja na Golgotę i Sceny II - Przed świcfty- 192 Zapiski melomana, z Moniuszką w roli głównej niq Wenus. Całe oratorium trwa dwie godziny, a jego III scena - niecałą godzinę. Zaczyna się ona od fragmentu śpiewanego przez chór bez towarzyszenia orkiestry, czyli a capella. Jest to jeden z najbardziej znanych utworów chóralnych Nowowiejskiego na czterogłosowy chór mieszany, słynne Parce Domine (Przepuść, Panie, przepuść luciowi swojemu!). Jest to przepiękna i poruszająca muzyka. Drugie moje zdziwienie a nawet zaskoczenie związane było z tym, że oratorium wykonano w języku polskim. Wyjeżdżając na koncert przygotowałem sobie tłumaczenie tekstu z języka niemieckiego, pamiętając, jak to niedawno olsztyniacy zaśpiewali i nagrali na płytę DVD najsłynniejsze oratorium Nowowiejskiego Quo oadis w języku niemieckim. W katedrze św. Jakuba w Olsztynie wystąpili jako soliści: sopranistka Ewa Biegas oraz baryton Sebastian Szumski, czyli ci sami, którzy dwa lata temu śpiewali w tym dziele w kościele św. Krzyża w Warszawie pod dyrekcją młodego maestra Sebastiana Perłowskiego z udziałem Chóru Filharmonii Narodowej i orkiestry Sinfonia Varsovia. Słyszałem tamto wykonanie podczas transmisji internetowej na żywo. Wtedy śpiewano utwór w języku niemieckim. Podczas wykonania w Olsztynie zdecydowanie lepiej wypadła sopranistka Ewa Biegas. Jej głos był znacznie lepiej słyszalny, z łatwością przebijał się przez orkiestrę, czego nie można powiedzieć o barytonie. Godne podziwu jest też to, jak sopranistka dawała sobie radę z fragmentami melodii napisanych w dolnym rejestrze, właściwie na alt. Wynika z tego, że ma bardzo rozległa skalę głosu. Doskonale spisał się organista Jarosław Ciecierski, którego znamy z koncertu w Sztumie. Grał i akompaniował solistom i chórowi bardzo delikatnie, nie zagłuszając głosów. Dobrze spisał się chór i orkiestra. Trzeba powiedzieć, że w oratorium pełno jest pięknych melodii, na dodatek pomysłowo zinstrumentalizowa-nych. Orkiestra gra nie tylko jako całość, czyli tutti, ale mamy przepiękne, choć krótkie sola skrzypiec, harfy, organów. Jednak po usłyszeniu całości w uszach pozostaje zaczynające III scenę Parce Domine na chór a capella, nic dziwnego, że całe to oratorium kojarzy się właśnie z tym fragmentem. Oratorium zostało bardzo ciepło przyjęte przez olsztyńskich melomanów, wśród których byli: arcybiskup senior diecezji warmińskiej Edmund Piszcz i wojewoda. KWIDZYŃSKA WIOSNA MUZYCZNA NIEDZIELA, 28 KWIETNIA 2019 R. III Międzynarodowy Festiwal Kwidzyńska Wiosna Muzyczna trwał przez pięć dni od 24 do 28 kwietnia br. Jego organizatorem była niestrudzona Iwona Glinka, flecistka wywodząca się z Kwidzyna i krążąca między rodzinnym miastem a Grecją. Udało mi się wysłuchać tylko koncertu kończącego festiwal i pięknie, choć nieco mylnie zatytułowanego: Pobkie pejzaże. Tak jak pozostałe, odbył się on na Zamku w Kwidzynie. Wystąpiła Orkiestra Kameralna PROGRESS z Gdańska pod batutą Szymona Morusa oraz soliści: Iwona Glinka, flet i Mirosław Pachowicz, fagot. Koncert zaczął się od rzadko wykonywanego utworu polskiego kompozytora Romualda Twardowskiego. Należy on do grupy najstarszych polskich twórców, w tym roku ukończy 89 lat. Orkiestra PROGRESS wykonała trzecią, krótką część jego Tryptyku Mariackiego na orkiestrę smyczkowe} pt. Złożenie do grobu. Następnie wysłuchaliśmy trzech walców Chopina Wacław Bielecki 193 U/ Kwithynie koncert Yioaldiego graf na fagocie Miroslaw Pachowicz, fol. W. Bielecki W aranżacji na flet i orkiestrę smyczkową dokonaną przez greckiego kompozytora Michaiła Travlosa (męża Iwony Glinki). Na początku pięknie zabrzmiał Walc a-moll, op.34 nr 2, następnie tzw. walc minutowy, czyli Des-dur op.64 nrl, i jeśli się nie pomyliłem: Walc As-dur op.69 nr 1, znany jako „pożegnalny”. Z wielką przyjemnością słuchałem walców Chopina w tym wykonaniu, bo zwykle wykonywane są one na fortepianie solo. Okazuje się, że w Kwidzynie nie ma porządnego fortepianu i dlatego Iwona Glinka poprosiła męża o dokonanie aranżacji na flet z orkiestrą smyczkową. Naprawdę było to piękne wykonanie. Kolejnym utworem była tzw. Aria na strunie G Jana Sebastiana Bacha. To powszechnie znany hit muzyki klasycznej. Trzeba jednak przyznać, że Orkiestra PROGRESS wykonała utwór z wielką pieczołowitością i zaangażowaniem muzyków i dyrygenta. Muzycy nadali dźwiękom piękne, jedwabiste brzmienie i nie zapomnieli o najdrobniejszych niuansach w warstwie melodycznej i kontrapunkcie. Najdłuższym utworem, trwającym prawie 12 minut był Koncert e-moll na fagot i orkiestry smyczkowi} Antonia Vivaldiego. Tak jak to zwykle jest u tego kompozytora, składa się z trzech kontrastujących pod względem tempa części: Allegro - Andante - Allegro. Solistą był młody muzyk Mirosław Pachowicz - pierwszy fagocista Polskiej Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku. Od razu można było wyczuć, że artysta ma doskonale opanowany koncert, w którym znajdują się przebiegi melodyczne wymagające perfekcyjnego opanowania instrumentu. Fagocista niemal tańczył z instrumentem przed orkiestrą. Było to świetne wykonanie. Szkoda tylko, że publiczność przerywała przebieg muzyczny dzieła, przeszkadzając oklaskami po każdej części utworu, sądząc zapewne, że to już koniec utworu. 194 Zapiski melomana, z Moniuszką w roli głównej Następnie usłyszeliśmy Wariacje na temat z „Kopciuszka” Rossiniego na flet z orkiestrą smyczkową w aranżacji Michaiła Travlosa. W oryginale ten utwór jest napisany na flet z fortepianem. Był to popisowy utwór dla flecistki wymagający wielkiego kunsztu, aby poszczególnym wariacjom nadać szybkie tempo, lekkość i wdzięk. Wszystko to udało się Iwonie Glince. Słuchałem jej wykonania z zapartym tchem i podziwiałem wielką biegłość techniczną oraz śliczne, miękkie, a nie ostre, brzmienie fletu. Na zakończenie Orkiestra Kameralna PRGRESS zagrała Arię i trzy wybrane Wariacje Goldbergoioskie J. S. Bacha. Jak wiadomo, w oryginale są one napisane na klawesyn solo i zawierają aż trzydzieści wariacji. Od dyrygenta dowiedziałem się, że trzecia z kolei wariacja zagrana na Zamku w Kwidzynie została zamówiona przez Orkiestrę Kameralną PROGRESS i jest kompilacją dwóch wariacji z oryginału. Ja usłyszałem w niej jakieś rytmy polonezowe. Koncert tak się spodobał publiczności, że muzycy zagrali dwa bisy. Powtórzyli dwa utwory Bacha: Arię na strunie G oraz trzecią Wariację gokibergowski}. OPEROWE FORUM MŁODYCH W BYDGOSZCZY PONIEDZIAŁEK, 29 KWIETNIA 2019 R. Roksana Korban i Mateusz (Irochowski - wykonawcy glóumych ról w „Yerbum Nobile" Moniuszki, fot. W. Bielecki XII Międzynarodowe Operowe Forum Młodych odbyło się w sali kameralnej Opery Nova w Bydgoszczy. Była to impreza towarzysząca XXVI Bydgoskiemu Festiwalowi Operowemu. Ja zdecydowałem się jednak na aktywne śledzenie Operowego Forum Młodych, bo profesorowie i studenci z Akademii Muzycznej w Bydgoszczy postanowili wystawić mniej Wacław Bielecki 195 znane opery i operetki Stanisława Moniuszki. Na początku była to jednoaktowa opera ł^-bum nobile do libretta Jana Chęcińskiego (napisał też libretta do Strasznego Diaoru i Parii} wystawiona w sali kameralnej, znajdującej się w podziemiach Opery Nova. Nigdy tam nie byłem. Sala jest rzeczywiście kameralna. Znajduje się tam niewielka scena oraz widownia ze 189 fotelami ustawionymi amfiteatralnie w jedenastu rzędach. Nie ma kanału orkiestrowego, więc muzycy, około 30 osób, bez instrumentów dętych blaszanych i perkusji, musieli się pomieścić w przestrzeni pomiędzy sceną a pierwszym rzędem foteli. Było tam tak ciasno, że na dwóch fotelach w pierwszym rzędzie nie posadzono słuchaczy, bo znaleźliby się bezpośrednio za dyrygentem odwróconym tyłem do widowni. Całością dyrygował znakomity mistrz batuty Piotr Wajrak. Cały czas pewnie panował nad studenckim zespołem instrumentalnym oraz śpiewakami i chórem, dyktując szybkie, wręcz skoczne tempa. Yerbum nobile jest jednoaktową operą komiczna, trwającą około 60 minut. Przez znawców określana jest jako „staropolski obrazek obyczajowy, w którym z życzliwym uśmiechem autor, podrwiwa sobie z niewzruszalności owego szlacheckiego słowa, dawanego nazbyt często pochopnie i nierozważnie.” (Józef Kański) Opera zaczyna się radosną uwerturą w stylu Rossiniego. Potem następuje akcja, z której dowiadujemy się, że dwaj zaprzyjaźnieni szlachcice dali sobie słowo szlacheckie, owo „verbum nobile”, że ich dzieci pobiorą się jak dorosną. I tak się w końcu staje, ale za nim do tego dojdzie pojawiają się zabawne przeszkody. Solistów jest pięcioro. Każdy z nich ma do zaśpiewania jakąś arię. Na początku i końcu opery śpiewa także chór reprezentujący służbę i występujący na boso. Stanisław (Michał) intonuje miłosną arię Nakaz niech ożywcze słonko, a Zuzanna zalewając się łzami obawiając się, że opuści on jej dom, śpiewa smętną dumkę poprzedzoną recytatywem: Stacho odjeż-dża, nie powróci już... Jak tu ujc}ć żal na wodze. Piękna jest też aria ojca Stanisława oparta na polonezowym rytmie: Dam ci ptaszka, jakich mało. W sumie premierowe wykonanie Yerbum nobile było bardzo ładne i pełne młodzieńczego wdzięku. Wśród solistów wyróżniał się, moim zdaniem. Mateusz Grochowski, student IV roku, kreujący rolę Stanisława (Michała). Ma on bardzo mocny głos barytonowy i świetną dykcję. Nieco słabiej wypadła sopranistka Roksana Korban w roli Zuzanny. Jak dowiedziałem się w kuluarach, zastąpiła ona koleżankę, która zachorowała tuż przed premierą. Prostą inscenizację: dwa płotki na scenie i wejście do szlacheckiego dworku oraz reżyserię sprawował Ryszard Smęda. Soliści byli ubrani w tradycyjne stroje szlacheckie, a mężczyźni przepasani szerokimi pasami. Trochę dziwi mnie to, że Yerbum Nobile zaliczane jest do oper. Moim zdaniem, ze względu na liczne partie mówione, przypomina raczej operetkę. KARMANIOL, CZYLI FRANCUZI LUBIĄ ŻARTOWAĆ NIEDZIELA, 5 MAJA 2019 R. Operetkę pod tym tytułem napisał Stanisław Moniuszko w Wilnie chyba w 1842 r. Piszę „chyba”, bo w fachowych publikacjach podaje się różne daty. Nie ma też wątpliwości, że jest to operetka, bo może to zdziwić wielu, ale Moniuszko napisał więcej operetek i wodewili, niż oper. Tych ostatnich skomponował sześć.- Halka, Flis, Hrabina, Yerbum Nobile, Straszny Dwór, Paria, przy czym tylko Halka i Paria były dziełami kończącymi się drama- 196 Zapiski melomana, z Moniuszką w roli głównej Główne role w „Karmaniolu" zaśpiewali studenci z Wrocławia: Sebastian Mach (Karmanioł) i Agata Ghodorek (Rozełla), fot. W. Bielecki tycznie, czyli tzw. operami seria. Reszta to opery komiczne, czyli buffa i do tego kilkanaście operetek. Stąd nasuwa się wniosek, że ojciec opery narodowej był pogodnego usposobienia. Karmaniola udało mi się wysłuchać w trakcie Operowego Forum Młodych w sali kameralnej Opery Nova w Bydgoszczy w niedzielę 5 maja br., a więc dokładnie w dwusetną urodzin Moniuszki. Z tym spektaklem przyjechali do Bydgoszczy studenci z Akademii Muzycznej we Wrocławiu. Przed przedstawieniem nieco sceptycznie patrzyłem na scenę, bo nie zobaczyłem orkiestry, tylko pianino. Rzeczywiście, cały dwugodzinny spektakl odbył się z akompaniamentem tylko tego instrumentu. Brak orkiestry wynagrodziła jednak wspaniała, zespołowa gra studentów. Było się z czego śmiać, chociaż libretto operetki jest nieco staroświeckie. Dzięki jednak pomysłowej reżyserii Roberto Skolmowskiego przedstawienie cały czas trzymało w napięciu i co chwila widownia wybuchała salwami śmiechu i oklaskami. Akcja operetki rozgrywa się we Włoszech, w górskiej wsi w Piemoncie podczas wojny francusko-austriackiej. Wszyscy mieszkańcy wsi uciekają z niej przed zbliżającymi się wojskami francuskimi. Tylko jeden, młody kowal Karmanioł wita ich z radością. O mało nie kończy się to dla niego tragedią, bo posądzony o szpiegostwo, ma być rozstrzelany. Wszystko jednak w ostatniej chwili, jak to w operetce, kończy się szczęśliwie. Doprawdy brakuje mi słów uznania dla studentów biorących udział w tym spektaklu. Już dawno nie widziałem przedstawienia, w którym aktorzy tak mocno angażowali się w wykonanie swoich ról. Na scenie było czternaście osób, a wśród nich Sebastian Mach, tenor występujący w roli Karmaniola oraz Agata Chodorek, sopran, jego ukochana Rozella. Wacław Bielecki 197 Barwne stroje, grupowe układy taneczne i indywidualne popisy aktorów spowodowały, że spektakl toczył się wartko, nie było żadnych dłużyzn, dwie godziny minęły jak z płatka. Wielkie brawa dla młodych artystów. NOCLEG W APENINACH ORAZ NOWY DON KISZOT, CZYLI STO SZALEŃSTW SOBOTA, 11 MAJA 2019 R. Wykonawcy operetki S. Moniuszki „Nocleg w Apeninach", fot. W. Bielecki W nowej sali koncertowej Akademii Muzycznej przy ul. Gdańskiej 20 w Bydgoszczy wysłuchałem dwóch operetek Stanisława Moniuszki z librettami Aleksandra hr. Fredry. Sala jest kameralna. Na parterze jest scena oraz dość duży kanał dla orkiestry i około 100 foteli na widowni, tudzież 50 miejsc na balkonie. Jako pierwsza została wystawiona operetka Nocleg tv Apeninach - historia pewnej miłości rozgrywająca się w przepełnionym schronisku górskim podczas śnieżnej burzy. Po przerwie zagrano krotochwilę Noioy Don Kiszot, czyli Sto Szaleństw. To bardzo banalna historia z pogmatwaną akcją sceniczną. Główny bohater Karol, syn warszawskiego kasztelana, po przeczytaniu powieści Cervantesa, pragnie sławy rycerskiej, ale raz po raz doznaje frustracji, bo zamiast zbójców napotyka na swojej drodze pniaki, nie dziewicę Palmyrę, tylko gęś oraz browar, chatę wieśniaka i kozę, a nie ruiny zamku. W obu operetkach muzyka zajmuje mniej więcej 1/3 akcji scenicznej. Oboma operetkami dyrygował Piotr Wajrak. Do dyspozycji miał orkiestrę studencką z Akademii Muzycznej w Bydgoszczy składającą się z ok. 25 osób: kwintet smyczkowy, 2 flety, obój, fagot, klarnet, 2 trąbki, puzon, róg i kotły. Reżyserię sprawowała Małgorzata Warsicka, a za scenografię i kostiumy odpowiedzialna była Alicja Trzcińska. 198 Zapiski melomana, z Moniuszką w roli głównej Całe przedstawienie było wystawione tak po studencku, gdy idzie o solistów, chór i orkiestrę. Sala było zapełniona w 75 proc., głównie przez pracowników uczelni i ich rodziny. Studentów na sali było niewielu. Biletów przy wejściu nie sprawdzano. Programów z librettami nie było, tylko kartka z obsadą. 58. FESTIWAL MUZYCZNY W ŁAŃCUCIE Muzyczny Festiwal w Łańcucie należy do najstarszych tego typu imprez w Polsce. Nigdy na nim nie byłem, ale w tym roku udało mi się wyrwać z Pomorza i pojechać na drugi koniec kraju, aby uczestniczyć w czterech ostatnich koncertach. Tak się złożyło, że odbyły się one w czterech miastach: Łańcucie, Krasiczynie, Leżajsku i Rzeszowie. TURECKA ORKIESTRA I GITARZYSTA KRZYSZTOF MEISINGER ŁAŃCUT, CZWARTEK 23 MAJA 2019 R. Brawa na Zamku w ł^ńcucie odbiera gitarzysta Krzysztof Meisinger, fot. W. Bielecki Przed zamkiem w Łańcucie mała orkiestra dęta (2 klarnety, 2 trąbki, 2 rogi, puzon, tuba i perkusja) pięknym graniem witała słuchaczy. Koncert odbył się w sali balowej. Przypo- mniała mi ona salę w Dworze Artusa w Toruniu, ale jest mniejsza i znacznie niższa. Na ciasnej scenie widać było muzyków z Bilkent Symphony Orchestra. Jest to zespół z prywatnego uniwersytetu działającego w stolicy Turcji Ankarze. Przeważali muzycy w starszym wieku. Zespołem sprawnie i bardzo wyraziście dyrygował Michael Maciaszczyk, nieznany mi dotąd maestro, mieszkający w Wiedniu. Wacław Bielecki 199 Koncert rozpoczął się i zakończył utworami Mozarta. Na początku była Uwertura do opery „ Wesele Figara”, a w drugiej części Symfonia nr 41 C-dur zwana „Jowiszową”. Jednak najważniejszym punktem programu było Concerto de Aranjuez skomponowane w 1939 r. przez niewidomego Hiszpana Joaquina Rodrigo. Wykonawcą partii solowej był znany mi z kilku koncertów gitarzysta Krzysztof Meisinger. Utwór zaczyna się od radosnego Allegro poprzedzonego cichym solem gitary, które przyniosło małe nierówności rytmiczne, ale później było coraz lepiej. Najbardziej znaną częścią koncertu jest elegijne Adagio, gdzie melodię rozpoczętą przez rożek angielski podchwytuje gitara. Jest to powszechnie znany przebój muzyki klasycznej. Kolejna część to znowu szybkie Allegro z radosnymi hiszpańskimi tematami. Wykonawca koncertu otrzymał tak duże brawa, że musiał bisować. Najpierw zabrzmiała miniatura Koyunbaba Carlo skomponowana przez Domeniconiego, jeden z popisowych bisów artysty, który słyszałem przed kilku laty w jego wykonaniu w Elblągu. Na tym się nie skończyło, bo na drugi bis Meisinger zagrał, równie bitową Asturię Isaaca Albeniza, utwór w pierwotnej wersji napisany na fortepian, ale znacznie lepiej brzmiący na gitarze. Na koniec wieczoru bisowała też orkiestra, co rzadko spotykane jest na koncertach. Muzycy zagrali szybki i dynamiczny utwór współczesnego kompozytora tureckiego, którego nazwiska i tytułu nie udało mi się usłyszeć. Z sali balowej łańcuckiego zamku wychodziłem zadowolony. Zadowolona była też publiczność, co można było sądzić po ilości wyklaskanych bisów. MONIUSZKO I PRZYJACIELE KRASICZYN, DZIEDZINIEC ZAMKU, PIĄTEK 24 MAJA 2019 R Tak nazwała ten plenerowy koncert na dziedzińcu renesansowego zamku w Karsiczy-nie, dyrektor Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie prof. Marta Wierzbianiec. Jego program miał uczcić 200 rocznicę urodzin Stanisława Moniuszki, dlatego przeważały utwory ojca naszej opery narodowej, ale było też sporo arii i przerywników instrumentalnych innych kompozytorów, nazwanych „przyjacielami” Moniuszki. Wykonawcami byli świetni śpiewacy, dwie panie: prof. Urszula Kryger - mezzosopran, Aleksandra Kubas-Kruk - sopran oraz czterech panów, dwóch tenorów: Rafał Bartmiński i Adam Zdunikowski oraz dwóch barytonów Marcin Bronikowski i Hubert Zapiór. Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej dyrygował młody maestro, Czech, Jin Petrdlik. Ważną rolę w koncercie odgrywał znany aktor Henryk Talar, który pomiędzy utworami muzycznymi czytał fragmenty listów Moniuszki. Koncert zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem spowodowanym oczekiwaniem na transmisję na żywo Telewizji Rzeszów. Na całe szczęście tuż przed koncertem przestał padać deszcz. Organizatorzy byli przygotowani na taką ewentualność. Każdy słuchacz po sprawdzeniu biletów otrzymał pakiecik z jednorazową peleryną przeciwdeszczową z kapturem wykonaną z folii. Można było wybierać w kolorach zielonym i białym. Podczas koncertu przeważały utwory Stanisława Moniuszki. Usłyszeliśmy dwie arie Jontka z Halki: Szumirf jodły oraz 1 ty mu wierzysz. Nie zapomniano o Strasznym Dworze prezentowanym przez Arię Stefana (z kurantem), a cały koncert zaczął się od Mazura 200 Zapiski melomana, z Moniuszką w roli głównej Krasiczyn: s'piewa sopranistka Aleksandra Kubas-Kruk, dyryguje Jift Petrdlik, fot. W. Bielecki Z tej opery. Z mniej znanych oper Moniuszki zostały wykonane dwie arie z opery komicznej Yerbum Nobile: dumka Zuzi Stacha odjeżdża i oraz polonezowa aria Stanisława Nakaż, niech ożyiacze słonko oraz aria Broni z II aktu opery Hrabina - Szemrze strumyk pod jaioorem. Z innych kompozycji stworzonych przez „przyjaciół” Moniuszki podczas koncertu w Krasiczynie usłyszeliśmy uwerturę z opery Sroka złodziejka zaczynającą się od sola werbla i yłrzf Rozyny z Cyrułika Seioiłskiego G. Rossiniego, którego Moniuszko poznał w Paryżu i dedykował mu III Litanię Ostrobramską. Czy do jego przyjaciół można zaliczyć twórcę słynnych operetek Jakuba Offenbacha, urodzonego w tym samym roku, co nasz Moniuszko? W dostępnej literaturze nie znalazłem nic na ten temat, ale z przyjemnością wysłuchałem Kankana z Orfeusza lo Piekłe. Na pewno do przyjaciół Moniuszki nie mógł należeć Bizet, bo Aria Toreadora z Carmen zabrzmiała w 1875 r., czyli trzy lata po śmierci Moniuszki, nie mógł też znać arii Dałiłi z opery Samson i Dałiła C. Saint-Saensa powstałej w 1877 r., w końcu nie znał też Moniuszko Tańca słowiańskiego nr 8 z op. 46- Furianta A. Dvoraka skomponowanego wl 878 r. Być może słyszał operetkę Franza von Suppego Lekka kawałeria (1866 r.), z której wykonano słynną uwerturę. Piszę o tym dlatego, żeby wykazać, że tytuł koncertu „Moniuszko i przyjaciele” został nadany lekko na wyrost. Na zakończenie wszyscy soliści wykonali PrzĄsniczkę, najsłynniejszą pieśń Moniuszki. I tak powinien zakończyć się ten koncert, ale organizatorzy trochę przesadzili i usłyszeliśmy słynne Libiamo z Traoiaty Yerdiego. Dlaczego piszę o przesadzie? Wiadomo, że Moniuszko bardzo lubił utwory Rossiniego i innego francuskiego kompozytora Daniela Aubera oraz Wagnera, natomiast Yerdiego nie cenił. O wystawionym w War- Wacław Bielecki 201 szawie Don Carlosie Verdiego pisze w jednym z listów: Nudna, okropnie długa opera. Tak sobie nieco pofolgowałem analizując program koncertu, co nie oznacza, że mi się on nie podobał. Było wręcz przeciwnie. Oczywiście, pewne drobiazgi nie znalazły mego uznania. Tak było z mazurem ze Strasznego dworu poprowadzonym przez czeskiego dyrygenta w zbyt wolnym tempie. Nie znalazła mego uznania melodia kuranta ze Strasznego Dworu zagrana na flecie, a nie na dzwonkach. Najbardziej ze śpiewaków spodobało mi się wykonanie arii Rozyny z Cyrulika Rossiniego w interpretacji sopranistki Aleksandry Kubas-Kruk. Artystka popisywała się koloraturą na bardzo wysokim poziomie i dodawała do bardzo przecież znanej arii swoje ozdobniki. Było to przepiękne wykonanie. Koncert zakończyła prezentacja ogni sztucznych wystrzeliwanych ku uciesze publiczności z jeden z czterech baszt zamku w Karsiczynie. Warto tam było pojechać. WIELKA MSZA H-MOLL J. S. BACHA LEŻAJSK, PIĄTEK, 25 MAJA 2019 R. Mszf h-moll Bacha w Bazylice w Leżajsku wykonali s'piewacy i muzycy z Wrocławia, fot. W Bielecki Bazylika o. Bernardynów w Leżajsku z trudem pomieściła słuchaczy, wielu musiało stać, a reszta siedziała na bardzo niewygodnych, prostych ławkach bez oparcia. Zagrano tylko jeden utwór: Mszf h-moll].S. Bacha. Jest to dzieło monumentalne, trwające dwie godziny i składające się z 26 wokalno-instrumentalnych ogniw (17 chórów, 3 duety i 6 arii na sopran, mezzosopran, tenor i baryton) i obejmujące sześć stałych części mszy: Kyrie, Gloria, Credo, Sanctus, Benedictus i Agnus Dei. Tylko dwie pierwsze były utworami nowymi, następne to pozmieniane nieco, wcześniej skomponowane przez Bacha kantaty. 202 Zagiskunclornana^z Moniuszkxi2^^^ Jak wiadomo, Bach był z wyznania protestantem, skąd zatem wzięła się u niego msza katolicka śpiewana po łacinie? Wiąże się to ze staraniem Bacha o posadę nadwornego kompozytora na dworze króla Polski Augusta III Sasa, który był jednocześnie elektorem Saksonii. W 1733 r. Bach wysłał na dwór królewski pierwsze dwie części mszy, jednak nadwornym kompozytorem nie został. W związku z tym jego dzieło nigdy nie zostało wykonane za życia kompozytora. Nie było to nic nadzwyczajnego, bo wiemy przecież, że cała twórczość Bacha została zapomniana na wiele lat, a jej odkrycie zawdzięczamy Feliksowi Mendelssohnowi, który w 1829 r. wystawił w Lipsku Pasję według św. Mateusza. Było to pierwsze wykonanie tego utworu od śmierci kompozytora w 1750 r. Wykonawcami Mszy h-moll w Leżajsku byli wrocławianie: Chór Narodowego Forum Muzyki (NFM), Wrocławska Orkiestra Barokowa, pięciu solistów: dwa soprany, mezzosopran, tenor i baryton, a całością dyrygował Andrzej Kosendiak, dyrektor NFM. Koncert zaczął się od dość „uczonego” wprowadzenia wygłoszonego przez Stefana Miin-cha, potem zabrzmiała orkiestra, a chór zaśpiewał: Kyrie ełeison (Panie zmiłuj się nad nami). Jest to muzyka religijna, więc mocno uduchowiona i refleksyjna. Pisana jest w okresie baroku i jak w tym okresie, dominują struktury polifoniczne, szczególnie częste są fugi. W interpretacji wrocławskich muzyków i ich dyrygenta nie była to muzyka zbyt poważna, bo w każdym takcie emanowała żywiołowością i radością. Bardzo podobały mi się krótkie fragmenty instrumentalne wykonywane na starych instrumentach z epoki. Jakże pięknie i słodko brzmiał drewniany flet, czy charakterystyczne barokowe trąbki wydające bardzo wysokie dźwięki. Orkiestra znakomicie wywiązywała się z roli akompaniatora solistom i chórowi, przepięknie, niezwykle równo i odpowiednio głośno realizowała tzw. basso con-tinuo, czyli linię głosu basowego, stanowiąca harmoniczny fundament utworu. Nieduży chór NFM przygotowany przez Agnieszkę Franków-Zelazny był świetny pod względem emisji i czystości głosu. Można było zauważyć zapał i zaangażowanie chórzystów w wykonanie swojej partii. Słów uznania nie mam dla dyrygenta, który panował nad wszystkimi wykonawcami i wspaniałymi, estetycznymi, miękkimi gestami kierował orkiestrą, chórem i solistami. W wielkiej przestrzeni Bazyliki wypełnionej tłumem słuchaczy ich głosy trochę nikły, najlepiej pod tym względem słuchało się pierwszego sopranu - Aldony Bartnik. Wychodziłem z koncertu bardzo zadowolony, gdy chodzi o jego wykonanie, trochę mniej byłem zadowolony z warunków, w jakich mi i całej publiczności, przyszło słuchać tej wzniosłej muzyki. Siedzenie przez dwie godziny bez ruchu na twardej ławce nie należy do zbyt wielkiej przyjemności, ale czego się nie robi dla MUZYKI. Wacław Bielecki 203 RECITAL PIOTRA BECZAŁY RZESZÓW, FILHARMONIA PODKARPACKA, NIEDZIELA, 26 MAJA 2019 R. Sala Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego jest niewielka, może pomieścić około 700 osób. Z wyglądu przypomniała mi Filharmonię Bydgoską, ale nie ma w niej organów, a za to przed sceną jest kanał dla orkiestry. Finałowy koncert festiwalowy zaczął się od przemówień dziękczynno-życzeniowych marszałka województwa i dyrektorki filharmonii. Następnie konferansjer Marek Zając omówił program z udziałem słynnego tenora Piotra Beczały i orkiestry Polskiej Filharmonii Kameralnej z Sopotu mocno wzmocnionej o instrumenty dęte drewnianej, blachę i perkusję, a nawet harfę. Dyrygował Wojciech Rajski. Co usłyszeliśmy w wykonaniu Piotra Beczały? Arie z oper Bizeta, Yerdiego, Masseneta, Pucciniego i Moniuszki. W sumie śpiewak wykonał osiem arii. Były one przeplatane sześciokrotnie: uwerturami do oper Bizeta, Moniuszki (także Tańce góralskie z Halki}, Yerdiego i intermezzem Pucciniego z opery Siostra Angelica. Konkretnie usłyszeliśmy arie: z kwiatkiem z Carmen Bizeta, arię Werthera z opery Masseneta, arię Stefana ze Strasznego Dworu, którą śpiewak wręcz zahipnotyzował widownię. Dał się słyszeć okrzyk: „cudownie” i burzliwe oklaski na stojąco. Tak było do przerwy, a po niej Piotr Beczała zaśpiewał arię Jontka z Halki i trzy arie z oper Pucciniego - dwie Cavaradossiego z Toski i Nessun dorma i Turandot. Oczywiście nie obyło się bez bisów. Były one krótkie, mało znane, ale aż trzy. Pierwszy: aria z opery Adriana Lecouoreur Francesco Cilea, drugi - aria Janka z opery o tym samym tytule Władysława Żeleńskiego i jako trzecią artysta zaśpiewał arię Amor ti vieta i opery Fedora Umberto Giordano. Moim zdaniem, nie ma większego sensu pisanie o tym, jak śpiewa Beczała, bo to zostało już dokładnie zanalizowane przez setki wybitnych krytyków i znawców opery. Można tylko przypomnieć, że śpiewak jest obecnie uznawany za najlepszego tenora lirycznego na święcie, co w 2018 roku zostało potwierdzone „operowym Oscarem”, czyli nagrodą International Opera Award. Na scenie jest miły, uśmiechnięty, doskonale ubrany, a jego bardzo silny głos jest zabarwiony, jak to określali zachodni recenzenci, słowiańską słodyczą. W Rzeszowie śpiewak otrzymał nagrodę Fundacji ORFEO im. Bogusława Kaczyńskiego: „Złotą Muszką”, za wybitne osiągnięcia w dziedzinie wokalistyki operowej i propagowanie najwyższych wartości kultury muzycznej na świecie. Nagrodę zaprojektowała dr hab. Hanna Jelonek, dziekan Wydziału Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Jest to miniaturowa rzeźba z posrebrzanego brązu, z pozłacaną muszką i marmurową podstawą. Na rzeźbie z pozłacaną muszką wygrawerowane zostały fragmenty Poloneza As-dur op. 53, zwanego heroicznym, Fryderyka Chopina. l^^chał Majerski ??^J okaleczone, jednak Starości, opękane, Magiczna prowincja Wcfąż stoją, pełne dostojeństwa, któremu nic nie ujmuje nawet to,*źe ppt^iy^^^^fc^^ j<^- o dóbra^ispńoifl-iwz^mfej więzi, ^^yż^:ilfi^!^^^^i^t^^ '^- HbK 'I3, . Co jakiś czas podczas wędrówek na wschód chyba ten duch właśnie każę nam Odb^ć od , C ’ głównej drogi, w stronę cmentarza w Stogach koło Malborka. I ponownie tu jesteśmy,'do- I tykamy świadka tamtych dni, wdychamy specyficzny klimat i Zosia, jak poprzednio, mówi: Popatrz, ta ćma znowu tu lata. To na pewno duch menonitów. . ne, okazałe, ani trochę nieprzytłoczone obecnością wiekowych lip i koroną trz}'stuletnięgo^^^^ dębu. Jednocześnie - to nie paradoks - pełne zdumiewającej skromności w formie, zóa-‘-;":.' •'• komifcie harmonizującej z bogatą chrześcijańską symboliką. Dla mnie są czystym dziełem i 'T sztuki. Są pięknym zapisem historii i wciąż odnoszę wrażenie, że wśród nich duch krą^.’