WEEKEND z rodzina • Temat weekendu Międzynarodowy Dzień Ziemi powinien być dla nas czasem refleksji. Za stan środowiska odpowiedzialni jesteśmy także my sami i wbrew pozorom dużo możemy zrobić, aby przyszłym pokoleniom żyło się na naszej planecie przyjemni i bezpiecznie, aby w ogóle dało się na niej żyć... str. 5 • Anna Dereszowska: Aktorka wybudowała dom na Mazurach, który i wynajmuje turystom. W wolne dni odpoczywa tam też z rodziną str. 6 • Poradnik Wiosenne grzybobranie str. 7 Głos Pomorza ^ WEEKEND m sir z rodzinę ss hihwmroihmi Itfirtziltll. l)l!VJ\n 0\l \, /.uiwbukii; 7.\m\o Pałac w Kamnic Kradzieże na potęgę - nie ma już czego ratować str. 14 mm Sobota-niedziela 22-23.04.2023 Nr 94 (4946) Nakład: 7.520 egz. www.gp24.pl Cena 3,90 zł (w tym 8% VAT) [tura. Ikona polskiego jazzu oraz Jola Szczepaniak w Willi Lentza str. 15 Nr ISSN 0137-9526 770137 Nrindeksu 348-570 952060 16 III A • ■ REGION POŻEGNANIE WOJSK RADZIECKICH W BORNEM SULINOWIE WIOSNĄ 1991 ROKU I ZDJĘCIOWA ZAGADKA Sowieci do domu! Nareszcie HSHSgp m . p , l«jji Mil Borne Sulinowo: szczecineccy licealiści weszli na trybunę honorową. Zrobili sobie zdjęcie. Fotografia jest czarno-biała, nieostra, ale widać na niej młodych ludzi machających rękami lub pokazujących znak zwycięstwa - V. Dla nich musiał to być radosny moment... Udało się rozwikłać tajemnicę i ustalić, kto znajduje się na fotografii str. 2 DRUGA STRONA Głos Dziennik Pomorza Sobota-niedziela, 22-23.04.2023 AUT0PR0M0CJA 0010711 i W poniedziałek W naszej gazecie Relacje z wydarzeń sportowych §pQf*^QW^ 24 w re9'on'e' kraJu i na świecie Zamów prenumeratę Głosu ® 94 3401114 prenumerata.gdp@polskapress.pl prenumerata.gp24.pl Zagadka rozwiązana. Tak licealiści żegnali wycofujących się z Polski Rosjan //■. Szczecineccy licealiści na trybunie w Bornem Sulinowie w kwietniu 1991 roku. Udało się ustalić z imienia i nazwiska wszystkich chłopaków z tego zdjęcia Rajmund Wełnie Wracamy do tematu Dariuszowi Czerniawskiemu. szefowi Izby Muzealnej w Bornem Sulinowie, udało się rozwikłać tajemnicę zdjęcia szczecineckich licealistów na trybunie honorowej podczas pożegnania wojsk sowieckich w Bornem wiosną 1991 roku. Zdjęcie grupki uczniów I Liceum Ogólnokształcącego w Szczecinku na trybunie w sowieckiej bazie w Bornem Sulinowie przekazała Dariuszowi Czerniawskiemu Teresa Jan-czurewicz, żona byłego wicedyrektora tej szkoły Wiesława Jan-czurewicza. Wiadomo było tylko, że zaproszono ich na uroczystość pożegnania wojsk sowieckich 9 kwietnia 1991 roku, gdy pierwsze oddziały rakietowe zaczęły opuszczać bor-neńską bazę. Pan Dariusz, znawca historii Bornego i szef Izby Muzealnej, postanowił dotrzeć do bohaterów zdjęcia i m.in. na naszych łamach (25 marca) zamieściliśmy apel o zgłaszanie się licealistów. Borne Sulinowo jest jednym z najmłodszych miast w Polsce, status miasta formalnie otrzymało 15 września 1993 roku Zdjęcie sprzed 32 lat Zdjęcie jest czarno-białe, nieostre, ale widać na nim całkiem dobrze grupę młodych ludzi na trybunie machających rękami lub pokazujący znak zwycięstwa - V. W przypływie młodzieńczej fantazji zrobili sobie zdjęcie. Dla nich urodzonych w pierwszej połowie lat 70. XX wieku - i kilku pokoleń wychowanych w Polsce Ludowej -musiał to być radosny moment. Stąd uśmiechy, nieco zawadiacki wygląd i triumfalne gesty. Napis pod spodem pisany cyrylicą głosi - „z czcią wypełniliśmy internacjonalistyczny obowiązek". Tym hasłem Sowieci wiosną - dokładnie 9 kwietnia 1991 roku - rozpoczęli wycofywanie się z Bornego Sulinowa, gdzie przebywała znaczna część 6. sowieckiej Witebsko-Nowogrodz-kiej Dywizji Zmechanizowanej, będąca częścią Północnej Grupy Wojsk stacjonujących w Polsce. A ów obowiązekto pilnowanie, aby Polsce oddanej po wojnie w strefę wpływów ZSRR, nie wpadło do głowy z tej strefy się wyrwać... - Dzięki zaangażowaniu i ogromnej pomocy panów Krzysztofa Radzymińskiego i Cezarego Klamki udało się ustalić z imienia i nazwiska wszystkich chłopaków ze zdjęcia - informuje Dariusz Czerniawski. - Autorem zdjęcia jest klasowy fotograf Robert Ja-gocki, pomysłodawcą, by zrobić sobie zdjęcie na trybunie hono- rowej, był Krzysztof Radzymiń-ski. Rok 1991 z perspektywy licealisty Relacje uczestników historycznego dnia zebrane przez pana Dariusza są bezcenne. - Był zimny i deszczowy dzień, czas zatarł datę i wydawało mi się, że to był listopad -mówi nam Cezary Klamka ze Szczecinka, wtedy trzecioklasista w matfizie rocznik1973, dziś prawnik i prezes Zakładu Gospodarki Mieszkaniowej w Szczecinku. - Pamiętam, że pan Janczurewicz przyszedł do nas do klasy dzień przed wyjazdem do Bornego i powiedział, że pojedziemy żegnać Rosjan w zastępstwie klasy maturalnej, która miała się przygotowywać do egzaminów. Już sama jazda rozklekotanym autobusem „ogórkiem" dostarczyła sporych wrażeń. - Na miejscu zorientowaliśmy się, że szykuje się duże wydarzenie - Cezary Klamka mówi, że do szczecineckiego L0 przeniósł się z liceum wojskowego, więc od razu na widok polsko-radzieckiej generalicji wiedział, że ranga pożegnania jest historyczna. Szczęśliwie jeden z kolegów miał aparat i uwiecznił nie tylko słynne zdjęcie trybuny, ale też sam apel czy też sprzęt wojskowy stojący na bocznicy kolejowej. -Do wyrzutni rakiet jednak wartownicy za bardzo nam się niepozwalali Datą rozpoczęcia wycofywania wojsk radzieckich jest 8 kwietnia 1991 r. - z Bornego Sulinowa wyjechała brygada rakiet operacyjno-taktycznych zbliżać - dodaje nasz rozmówca. Jak wspomnieliśmy, na pomysł wejścia na trybunę po uroczystości wpadł Krzysztof Radzimiński, dziś szczecinecki lekarz, który przyznaje, że miał to być happening i sposób na odreagowanie napuszonej atmosfery żegnania Rosjan. Aczkolwiek do młodych ludzi docierała świadomość, że są świadkami historycznego momentu, że Polska wychodzi z bloku wschodniego. Co ciekawe, pamięć o tym dniu do dziś jest żywa wśród uczniów klasy matematyczno-fizycznej, która utrzymuje kontakty, spotyka się i pielęgnuje znajomości. Dawni szczecineccy licealiści nie wykluczają więc, że pod auspicjami Dariusza Czerniawskiego spotkają się w Bomem ponownie po ponad 30 latach. - Znajdziemy jakiś termin, bardzo chciałbym, aby uczestnicy tego wydarzenia spotkali się w Bornem i mieli okazję do wspomnień, bo pamiętajmy, że 9 kwietnia 1991 roku to był pierwszy dzień, gdy Rosjanie le- galnie wpuścili cywilów do swojej bazy - mówi Dariusz Czerniawski. - Wszystkim, którzy byli życzliwi i odpowiedzieli na mój apel, bardzo serdecznie dziękuję! Takie historie warto po latach odświeżyć i ocalić od zapomnienia. Borne Sulinowo bez Rosjan Co dokładnie się wydarzyło 9 kwietnia 1991 roku? Rozmowy na temat rozwiązania Układu Warszawskiego - sojuszu wojskowego demoludów - i wycofania się Sowietów z Polski toczyły się już od jakiegoś czasu, ale nic jeszcze nie było przesądzone. Nikt nie mógł być pewien, jak zachowa się upadające imperium. Ostatecznie Układ Warszawski uległ rozwiązaniu w lipcu, a nieco wcześniej Rosjanie zaczęli wycofywać swoje jednostki z Polski. - Polskie władze dowiedziały się o tym zaledwie dzień wcześniej, 8 kwietnia, na konferencji prasowej zwołanej przez generała Wiktora Dubynina, dowódcę Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej - wspomina Dariusz Czerniawski. - Konferencja odbyła się w najbardziej reprezentacyjnym budynku borneńskich koszar, Domu Oficera. Obecny na konferencji pełnomocnik polskiego rządu, generał Zdzisław Ostrowski, był niezwykle zaskoczony informacją o wyjeździe wojsk radziec- kich. Cała ta sytuacja była upokarzająca dla polskiego rządu i polskiego generała. Miała pokazać światu, że Rosjanie sami decydują o wycofaniu swojej armii, robią to na swoich warunkach: kiedy chcą i jak chcą. - Na uroczyste pożegnanie 9 kwietnia pośpiesznie zorganizowano polską delegację rzą-dowo-parlamentamą, która przyleciała z Warszawy do Bornego Sulinowa śmigłowcem - dodaje Dariusz Czerniawski. - Przybyli przedstawiciele władz województwa koszalińskiego oraz dowództwa Wojska Polskiego. Zorganizowano też delegację młodzieży szkolnej... w tym licealistów ze Szczecinka... Zachowały się inne filmy i zdjęcia z tego dnia. Był początek wiosny, już ciepło, ale deszczowo. Na placu apelowym tłoczą się żołnierze, jest orkiestra i sporo cywilów, w tym dzieci, bo Borne to przecież miasto wojskowe, ale z w miarę normalnym życiem. Powiewają flagi republik sowieckich, na trybunie cisną się wyżsi oficerowie polscy i sowieccy. Ci pierwsi zdają się mieć niepewne miny - wszak żegnają sojusznika, z przymusu i konieczności, ale sojusznika, z którym jeszcze całkiem niedawno prowadzili wspólne manewry i snuli plany ataku na zachodnią Europę... ©® Anna Dereszowska wie, że kryzysy w związku trzeba przeczekać str. e Wiosenne grzyby, które zbierzemy w kwietniu i maju w Polsce PORADNIK, str. 7 Sezon grillowy zbliża się wielkimi krokami. Co położyć na ruszt? KUCHNIA, str. 8-9 WEEKEND Jak wybrać perfumy, które będą do nas pasowały? URODA str 10 Miasta blisko Polski idealne na weekendowy wypad TURYSTYKA str 1! Głos Sobota Niedziela, 22 23.04.2023 22 kwietnia przypada Międzynarodowy Dzień Ziemi. Planeta, na której żyjemy, to nasz wspólny skarb, dlatego każdy z nas powinien o nią dbać - nie tylko dla siebie, lecz także dla przyszłych pokoleń. Badania pokazują, że nasza świadomość w tym temacie zmienia się na plus. Ale potrzeba jeszcze dużo wysiłku, by Ziemia zaznała w końcu trochę oddechu, str. 5 il)ZV\\R0l)0\U DZIEŃ ZIEMI. DBAJMY 0NIĄ, ZANIM BĘDZIE ZAPOŹNO 4 • DRUGA STRONA Głos Dziennik Pomorza Sobota-niedziela, 22-23.04.2023 Justyna Piasecka OBUDŹ SIĘ, NIM BĘDZIE ZA PÓŹNO! Gwiazda OD ZAWSZE LUBIŁAM WYSTĘPOWAĆ PUBLICZNIE. NIGDY NIE SPRAWIAŁO MI PROBLEMU ŚPIEWANIE NA LEKCJACH MUZYKI, CZY DEKLAMOWANIE POEZJI NA POLSKIM Anna Dereszowska, aktorkafilmowa i teatralna IVa rto w iedzieć Międzynarodowy Dzień Ziemi warto zadać sobie pytanie, co zrobiliśmy dla naszej planety od ostatniego świętowania. Kolejny rok przyniósł ze sobą wzrost konsumpcji, śmieci i wyniszczanie zasobów. W miarę jak nasza planeta zbliża się do kolejnego, coraz bardziej katastrofalnego etapu kryzysu klimatycznego, przyszedł czas, abyśmy zastanowili się nad swoim wpływem na Ziemię, a przede wszystkim nad nieposkromionym apetytem na konsumpcję. Konsumpcjonizm zatruwa naszą planetę i nasze umysły. Szaleństwo zakupów, konieczność posiadania najnowszych gadżetów czy wyrzucanie na śmietnik jednorazowych przedmiotów - to wszystko powoduje, że zużywamy zasoby Ziemi w tempie, które dawno przekroczyło możliwości ich regeneracji. Każdego dnia, w każdym zakątku świata, miliony ton plastiku i innych odpadów trafiają do rzek, mórz i oceanów. Rośnie liczba wysypisk śmieci, których już prawie nie można zmieścić na naszej planecie. Czas ucieka! Jak długo jeszcze będziemy ignorować zmiany klimatu, które zagrażają wszystkim mieszkańcom naszej planety ?Jak długo będziemy udawać, że problem nie istnieje, a wszystko ułoży się samo? Międzynarodowy Dzień Ziemi to doskonała okazja, aby zacząć od siebie. Nie chodzi tylko o recykling czy segregację śmieci - to ważne, ale niewystarczające. Powinniśmy zacząć zmieniać nasze podejście do życia, do konsumpcji i do wartości, jakie przywiązujemy do materialnych rzeczy. Czy naprawdę potrzebujemy kolejnej pary butów czy najnowszego smartfona? Czy nie możemy wybrać produktów ekologicznych, pakować zakupy do własnych toreb czy korzystać z transportu publicznego zamiast z prywatnych samochodów? Każda taka decyzja, choć na pierwszy rzut oka wydaje się mało znacząca, przyczynia się do zmniejszenia obciążenia naszej planety. Nieporadnik Tatusia tato, więcej! Był czas, gdy wizyta z młodzieżą w restauracji okazywała się niemałym stresem. Najpierw: w ogóle człowieku do tej restauracji wejdź. Przeczytaj regulamin, czy przypadkiem bobasów nie wpuszczają. I nie, spokojnie, niebędę robił afery o to, że nie wpuszczają. Jakjasno o tym mówią. Potrafię świetnie zrozumieć restauracje, które głośno mówią, że one i ich klienci nie radzą sobie z towarzystwem brzdąców. Lepiej tak, niż później płakać nad pobrudzonym obrusem, groszkiem, który pani dwa stolik dalej wpadł w dekolt, albo wonią steku przemieszaną z dyskretnym zapachem wydobywającym się z pieluch młodzieńca, który drze się w kącie sali. Ale i w taldch, co to z sercem do dziecka na dłoni - są przygody, które kiepsko przechodzą... Ot, zdarzyło Wam się zmieniać pieluchę w restauracji rodzinnej, której toaleta ma szerokość bardziej przysadzistych bioder, ajedynym przewijakiem jest klapa toalety? Bo mi się tak zdarzyło. Teraz te przygody już za mną. Teraz to się człowiek tylko zastanawia, czy mają wmenu coś dla dzieci. Jak nie mająina poczekaniu nie zrobią, to znaczy, że dzieci kochają, ale tylko na obrazkach. A jak mają i zrobią? PowiemWam, byliśmy z młodzieżą w takiej restauracji. Młodzież zjadła, aż się uszy trzęsły, a na koniec obwieściła, że to było najlepsze jedzenie w ich życiu. Gdybyście tylko widzieli radość szefa kuchni... Tata (możesz do mnie napisać: nieporadniktatusia@gmail.com) Ciche dni mogą doprowadzić do rozpadu związku Ciche dni to zaskakująco często stosowana metoda karania partnera. Taka odmowa kontaktu może mieć opłakane skutki dla pary. Jak zakończyć ciche dniiczym je zastą-pić, radzi dr Beata Rajba. eks-pertzzakresu psychologii reklamy, psychometru i metodologii badań naukowych, wykładowca w Dolnośląskiej Szkole Wyższej. Czym są ciche dni w związku? Czy można je rozpatrywać w ramach kary lub manipulacji? Ciche dni to forma karania drugiej osoby poprzez odmawianie kontaktu - uporczywe milczenie lub odpowiadanie półsłówkami. Często jest to forma biernej agresji, trwająca wiele godzin, dni lub tygodni. Ciche dni bywają też manipulacją - gdy brak argumentów lub druga strona nie chce im ulec, jest to broń ostateczna, mająca wymusić na partnerze kapitulację, nie dając mu jednocześnie szansy na rozmowę o problemie. Nie jest natomiast cichymi dniami to, że któreś z partnerów po prostu milczy, bo lubi. Bywa oczywiście, że drugi partner w swojej niepewności odbiera je jako tzw. „strzelanie focha", jednak to inny rodzaj milczenia, taki wynikający po prostu z tego, że dobrze nam obok siebie i cisza nie przeszkadza. W cichych dniach cisza ciąży jak niestrawność. Czy ciche dni są domeną kobiet, czy mężczyzn? A może obydwie płcie się nimi posługują? Stereotyp każe mniemać, że ciche dni są domeną kobiet, jednak badania w większości tego nie potwierdzają. Kobiety mają też być bardziej gadatliwe niż mężczyźni, co sprawia, że nie wytrzymują one milczenia zarówno swo- W mniej więcej połowie polskich domów zdarzają się ciche dni, które są inicjowane zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety - twierdzi dr Beata Rajba jego, jak i partnera - i tu badania nie są zgodne, dziewczynki faktycznie mówią o 30 proc. więcej niż chłopcy, jednak już badania na dorosłych obojga płci często nie wykazują różnic w ilości wypowiadanych słów. Jedno jest pewne - w mniej więcej połowie polskich domów zdarzają się ciche dni, inicjowane zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety. To, czy zastosujemy karzące milczenie, zależy znacznie bardziej od pozycji w związku niż od płci. Każdy związek dwojga ludzi ma stronę silniejszą, której zależy mniej i w związku z tym, która dyktuje warunki, i słabszą, która angażuje się bardziej i idzie na większe ustępstwa. Ciche dni stosuje częściej ta strona, której mniej zależy, a więc która może sobie w związku pozwolić na ryzykowną i potencjalnie niszcząca relację strategię, jaką jest dominacja i zmuszanie do kapitulacji. Czym grozi przeciągające się milczenie między partnerami? Ciche dni są najgorszą z możliwych strategii, jakie możemy wybrać w sytuacji konfliktu. Nie tylko nie rozmawiamy 0 problemie, a więc nie szukamy rozwiązania, ale sami w sobie podsycamy urazę, a w partnerze budzimy złość, frustrację, smutek i lęk, wynikające z poczucia odrzucenia 1 presji. W efekcie narasta napięcie w związku, a relacja nie-podtrzymywana zaczyna się sypać. Ciche dni są formą przemocy emoq'onalnej, szczególnie niszczącej, gdy stosuje je rodzic wobec dziecka, bo dla niego akceptaq'a rodziców jest fundamentem samooceny. Komunikacja jest kluczem do trwania związku. Badania prowadzone na parach pozwalają z 94 proc. pewnością przewidzieć ich rozpad, przy czym przesłanką jest tu obok jawnego nieżyczliwego krytykowania i braku zainteresowania sprawami partnera właśnie -ciężkie od negatywnych emocji -milczenie. Czym można je zastąpić, jeśli stosowanie takiej metody weszło nam w nawyk? Jeśli sami mamy tendencję do cichych dni, po prostu przestańmy. Oczywiście łatwiej powiedzieć, niż zrobić, ale na dłuższą metę nie ma związku bez komunikaq'i. Jeśli nasze spory z partnerem zmie- niają się w awantury, wrzaski, wyzwiska, jeśli my lub druga połowa mamytendencję do manipulacji i odwracania kota ogonem, warto się kłócić mailowo. Jest to technika sekwencyjna, przebiegająca dwuetapowo, której zadaniem jest nauczyć nas kłócić się mądrze. Gdy się zezłościmy, piszemy maila do partnera, w którym wyrzucamy wszystkie złe emocje, ale tego maila... nie wysyłamy. Idziemy się przejść, ochłonąć, wracamy do komputera i siadamy do drugiego maila, tym razem mając z tylu głowy myśl „Co ja chcę załatwić? Czy załatwię to w ten sposób?". Takie kłócenie się mailowo uczy nas szanować partnera, a nie dążyć do bezwarunkowej kapitulacji. Jeśli zaś partner stosuje ciche dni wobec nas, po prostu go zignorujmy. Nic tak nie wytrąca oręża z ręki szantażyście emocjonalnemu, jak świadomość, że jego manipulacja trafia w próżnię i że nikt się nie przejął „karą". A czy mogą mieć jakiekolwiek pozytywne skutki dla związku? Chyba tylko takie, że postawimy na swoim. Ale jakim kosztem? 'iątek, 21.04.2023 KI €H£" ' .. ,< ■ iplp < '«•' mm wpfe Wmm^ wB w nu sil Wmm*.., --x ~*/ /"■ V % -5................... ■■ ■ * .' > ■ n*4 ?MpĘ&Ęm% W'' ' , I L J ..... .....liiliii^B 1|PHhI < fil . ..,~ S> mm - < PULS Głos Dziennik Pomorza Piątek, 21.04.2023 Dorota Kania, redaktor naczelny Polska Press AGNIESZKA HOLLAND, MIGRANCI I FUNDACJA BATOREGO Na początku kwietnia w mediach społecznościowych ukazała się informacja, że Agnieszka Holland reżyseruje kolejny film, używając -jako rekwizytu - żyletkowego drutu kolczastego, czyli koncertiny. Sprawa zdjęć do filmu wyszła przypadkowo, ponieważ produkcja była owiana głęboką tajemnicą i miała być realizowana bez rozgłosu do tego stopnia, że w trakcie produkcji podpisano umowy dotyczące poufności projektu. Wbrew tym dzia-. łaniom nie udało się zachować sekretu - zasieki bez żadnego ostrzeżenia zostały ustawione w prywatnym lesie w okolicach Konstancina pod Warszawą, co zauważyli okoliczni mieszkańcy i nagłośnili sprawę w internecie, pisząc o zagrożeniu dla ludzi i zwierząt. Wyjaśnienia dostarczyła „Gazeta Wyborcza", pisząc, że Agnieszka Holland realizuje film o polsko-białoruskiej granicy, a ściślej mówiąc o migrantach. Jaki ten film będzie niósł przekaz, można się bez trudu domyślić, zważywszy na wcześniejsze wypowiedzi Agnieszki Holland. We wrześniu 2021 roku mówiła, że „absurdalny stan wyjątkowy, na który się godzimy, wydaje się być wprowadzony po to, żeby nie było śladów" oraz, że nie godzi się na to „żeby obsadzać żołnierzy Polskiej Straży Granicznej w rolach strażników Muru Berlińskiego z byłego NRD. Nie godzę się na to, by okoliczna ludność grała rolę donosicieli i zanim podadzą chleb głodnemu, dzwonili na policję". Wypowiedzi Holland owszem, są szokujące, ale warto przypomnieć, że nie ona jedna je głosiła - podobne poglądy głosiły i głoszą osoby związane ze środowiskiem skupionym wokół „Gazety Wyborczej", TVN-u i innych podmiotów sympatyzujących z opozycją (szczególnie z Platformą Obywatelską). Warto też przypomnieć, że Fundacja Batorego, w której radzie zasiada Agnieszka Holland, jesienią 2021 atakowała polski rząd za obronę polskiej granicy i nieprzyjmowanie nielegalnych migrantów ekonomicznych. Agnieszka Holland nie odbiega więc od poglądów własnego środowiska i poglądów fundatora Fundacji Batorego, czyli George'a Sorosa. Z oficjalnej strony fundacji nie dowiemy się, że została ona założona w 1987 roku w konsulacie generalnym PRL w Nowym Jorku, a fundator wyłożył na nią 100 tysięcy dolarów. Jest to bardzo ciekawe, że w państwie rządzonym przez juntę wojskową generała Wojciecha Jaruzelskiego amerykański spekulant mógł bez problemu założyć prywatną fundację i przez lata poprzez nią realizować własne wizje. Jedną z nich było sprowadzenie w 2015 roku miliona migrantów na teren Unii Europejskiej, co wywołało niewyobrażalny kryzys migracyjny. Dzięki Bogu, twarda postawa państw Europy Środkowo-Wschodniej uniemożliwiła realizację tego pomysłu, podobnie zresztą jak dwa lata temu, gdy Aleksandr Łukaszenka i Władimir Putin chcieli wywołać kryzys migracyjny w państwach nadbałtyckich, sprowadzając migrantów ze Wschodu i Afryki. Nie wywołali, chociaż w Polsce były środowiska, które - niczym w kiepskim filmie - przedstawiały obraz intelektualistów - migrantów wędrujących z kotem setki mil, by przedostać się do upragnionej Polski. Oczywiście w tych opowieściach nie było ani grama prawdy, co nie przeszkadzało snuć absurdalne narracje i wykorzystywać je do ataku na politycznych przeciwników. Zapewne w takiej konwencji będzie nowy obraz Agnieszki Holland i nie sądzę, abym się bardzo pomyliła. Janusz Życzkowski, red. nacz. „Gazety lVroclawskiefi „Gazety Lubuskiej' WE WSPÓLNYM INTERESIE T ą historią żyła cała Polska. Wszyscy byliśmy zaniepo-JBL. koj eni tym, co na przełomie lipca i sierpnia działo się z naszą drugą co do wielkości rzeką. Setki ton śniętych ryb, akcja ratunkowa, gorączkowe poszukiwania przyczyny katastrofy ekologicznej. Opis sytuacyjny na Odrze można by próbować zamknąć w kilim, może kilkunastu konkretnych zdaniach, ale jest to niemożliwe. Wszystko ze względu na szerokie tło wydarzeń o charakterze nie tyle merytorycznym, co politycznym, czyli w tym przypadku ocierającym się o happening, a momentami kabaret i tragifarsę w jednym. Pamiętacie zapewne Państwo komunikat marszałek województwa lubuskiego, która nieudolnie tłumacząc wstępne, fragmentaryczne dane naszych zachodnich sąsiadów, alarmowała ws. rtęci przekraczającej wszystkie możliwe normy. Wiemy, co było potem. Przerwana akcja oczyszczania rzeki, panika wśród mieszkańców, kolportaż fakenewsów dotyczących przyczyn skażenia. Do chocholego tańca wokół Odry przyłączali się kolejni. Zorganizowano czarny marsz, gdzie obok Odry rtęcią infekowano wszystkie możliwe polskie rzeki, potoki i strumienie. Opozycja wykorzystywała sprawę, wykręcając z niej najbardziej możliwe wydarzenia i stanowiska. Poza rtęcią oczywiście, najbardziej spektakularny był alternatywny sztab kryzysowy pod przewodnictwem przewodniczącego partii z nazwy obywatelskiej. Były premier w towarzystwie rtęciowej marszałek odbierał raporty od skrzykniętych na tę okoliczność działaczy i robiąc zatroskaną minę pomstował na wiadomo kogo. Wiadomo kto w tym czasie próbował opanować nieopanowane. Z jednej strony zaskakująca sytuacja dotycząca problemów ze środowiskiem. Z drugiej polityczne harce, o których przed chwilą napisałem. Ktoś powie, że sami są sobie winni, bo nie zareagowali odpowiednio szybko. Dziś wiemy, że reakcja była. Raporty spływały, pobierano próbki wody, przeprowadzano badania. To, czego zabrakło, to komunikacji. Na kilku poziomach, w tym na tym najważniejszym, czyli z mieszkańcami nadodrzańskich województw. Gdyby odpowiednio wcześniej dowiedzieli się, co się dzieje, czy grozi jakiekolwiek niebezpieczeństwo i jak powinni się zachować, nie staliby się łatwym celem dla polityków, którzy zrobili sobie ich kosztem show niczym z katastroficznych filmów grozy. Show, na które liczą również i teraz, a pierwsze zwiastuny właśnie wyświetlono. Prezydent Wrocławia poinformował o kilku śniętych rybach, które wyłowiono podczas kontroli z miejskiej fosy. Łącznie siedem. Czy wiadomo co było przyczyną śnięcia i czy ma to cokolwiek wspólnego z Odrą? Raczej nie sądzę, choć to potwierdzą badania. Powód do budowania napięcia znalazł się w związku z faktem całkiem dobry. Swoje działania prowadzi także pani od rtęci. Jeszcze przed świętami skrzyknęła marszałków nadodrzańskich województw i ogłosiła memorandum w sprawie. Oczywiście nie zabrakło przytyków tu i ówdzie, bo przecież wiadomo po co to wszystko. Ot wydarzenie pod publiczkę w plenerze i podpisy w świetle fleszy. Oczywiście nie odmawiam politykom opozycji rzeczywistej troski o los Odry, bo aż tak cyniczni nie są. Ich chleb powszedni to w końcu nieustanne angażowanie elektoratu w mniej lub bardziej ważne sprawy. Jednak kwestia bezpieczeństwa wód i ochrony środowiska, to temat, który wymaga rozsądnego i zintegrowanego działania wszystkich, i powinien być wyciągnięty poza nawias bieżącego sporu. Czy to możliwe, nie przesądzam. W środę przedstawiciele rządowych agend odpowiedzialnych za środowisko poinformowali o podejmowanych działaniach i zaprosili samorządowców do współpracy. Oby skutecznie. Jest to konieczne i jednocześnie tak ciężko przyjść tu jako Niemiec i jako prezydent federalny Niemiec. (...) Straszliwe zbrodnie, które Niemcy tutaj popełnili, napawają mnie głębokim wstydem. Jednocześnie wdzięcznością i pokorą napawa mnie fakt, że mogę uczestniczyć w tych obchodach jako pierwsza głowa państwa niemieckiego PREZYDENT NIEMIEC FRANK-WALTER STEINMEIER PODCZAS OBCHODÓW 80. ROCZNICY WYBUCHU POWSTANIA W GETCIE WARSZAWSKIM Głos Dziennik Pomorza Dl II C Piątek, 21.04.2023 rULO m % 19 KWIETNIA 2023 WARSZAWA, POLSKA W osiemdziesiątą rocznicę wybuchu powtania w warszawskim getcie. Warszawę odwiedzili prezydenci Izraela i Niemiec. Z roku na rok wiedza, że Warszawa to miasto dwóch powstań jest coraz bardziej powszechna. Podobnie, jak informacja, że żydowscy powtańcy walczyli również pod białoczerwoną flagą. 18 KWIETNIA 2023, POZNAŃ, POLSKA, w całym kraju trwają ćwiczenia antyterrorystyczne Wolf-Ram-23. Ćwiczynasza Policja razem z amerykańskim Federalnym Biurem Śledczym. FOTO komentarz tygodnia 17 KWIETNIA 2023, CHARTUM, SUDAN, Zniszczony samolot chartumskim lotnisku międzynarodowym. Od kilku dni w Sudanie trwają walki pomiędzy wojskiem generała Abdela-Fąttaha al-Burhana, przywódcy sudańskiej junty oraz milicją generała Mohammeda Hamdana Dagalo jego zastępcy. 17 KWIETNIA 2023, WARSZAWA, POLSKA, premier Mateusz Morawiecki i prezes Orlenu, Daniel Obajtek, podczas konferencji na temat energetyki jądrowej. Orlen planuje budowę 20 małych reaktorów. PULS Głos Dziennik Pomorza Piątek, 21.04.2023 To, że prezydent Macron musiał się wycofać ze swoich deklaracji dotyczących Chin, z bagna, w które wmanewrował Francję, świadczy o tym, że zdano sobie szybko w Europie z tego sprawę i Francja znalazła się w izolacji - mówi Sławomir Dębski, dyrektor PISM Marcin Kędryna SŁAWOMIR DĘBSKI: JAK SIĘ ASPIRUJE, ŻEBY KOMUŚ PRZEWODZIĆ, TO WARTO SIĘ OGLĄDAĆ ZA SIEBIE Czy pochińskiej wizycie prezydenta Francji EmmanuelaMa-crona można odnieść wrażenie, że bliżej mu do Pekinu niż do Waszyngtonu? Mówił, że Europa musi się oprzeć presji stania się wyznawcami Ameryki i że powinna prowadzić własną politykę, choćby wobec kryzysu wokół Tajwanu. We Francji istnieje bardzo silna tradycja sięgająca czasów prezydenta de Gaulle'a, poszukiwania autonomii wobec Stanów Zjednoczonych. W czasach de Gaulle'a była to polityka, która w pewien sposób amortyzowała proces deimpe-rializacji Francji, czyli tracenia przez nią statusu wielkiego, globalnego mocarstwa. Warto pamiętać, że w 1966 roku de Gaulle zażądał wycofania amerykańskiego kontyngentu z Francji i wycofał Francję ze struktur wojskowych NATO. To w rezultacie tych decyzji, dziś kwatera główna NATO ma siedzibę nie w Paryżu, ale w Brukseli. Prezydent de Gaulle podkreślał w ten sposób, że mimo tracenia siły i kurczenia się mocarstwowego statusu Franq'i, do którego francuskie społeczeństwo było przez lata przywiązane, Franga w dalszym ciągu jest zdolna do prowadzenia twardej i autonomicznej wobec USA polityki. Problem polega na tym, że generał swoją politykę prowadził w warunkach wyjątkowo komfortowych. W Europie stacjonowało trzysta tysięcy amerykańskich żołnierzy i było oczywiste, że armia amerykańska będzie bronić zachodniej Europy przed ewentualną sowiecką inwazją. Ekscesy de Gaulle'a nie miały więc dla bezpieczeństwa Europy specjalnego znaczenia. Wiadomo było, że to nie Fran-cj a będzie bronić Europy, będą bronić Europę Stany Zjednoczone. Warto przypomnieć, że w tym samym mniej więcej czasie de Gaulle prowadził „politykę pustego krzesła" w Radzie EWG, protestując przeciwko próbie wprowadzenia głosowania większościowego w sprawach finansowych związanych z polityką rolną. Generalnie de Gaulle prowadził wyrazistą politykę w kontrze zarówno wobec instytucji europejskich, jak i Stanów Zjednoczonych. Od tego czasu wiele minęło... O tak, ale myślę, że antyamery-kanizm - rozumiany jako samodzielne działanie wobec Ameryki -jest we francuskim społeczeństwie wciąż żywy. I wciąż żywa jest tęsknota za statusem globalnego mocarstwa, imperium. Statusem, który Francja utraciła. Próba odzyskania świetności przez Franq'ę poprzez przejęcie kontroli nad procesem integracji europejskiej również się nie powiodła. Nawet francusko-nie-miecki motor coraz bardziej się krztusi. Ale Francuzi potrzebują integracji europejskiej, potrzebują Unii Europejskiej, ponieważ w ten sposób koją swoje traumy po utracie imperium. Politycy francuscy bardzo częstą mówią Europa, a myślą Francja. Prezydent Macron poleciał do Pekinu utrzymując, że jest przedstawicielem Europy, choć nie miał do tego żadnego mandatu. Przy czym, powiedziałbym, że robił to z pełnym przekonaniem, bo Francuzi myślą o Europie jako o swoim lennie, więc mają prawo do wypowiadania się w imieniu jej lenników. Drugi ważny czynnik to zmiana zachowania Chin. Przynajmniej od 2012 roku, od objęcia władzy przez Xi Jinpinga, Chiny odchodzą od polityki „trzymania nisko głowy". Polityki, która została zainicjowana na początku lat dziewięćdziesiątych i zakładała otwieranie się Chin na Zachód. Wykorzystywania innowacji technologicznych, inwestycji zagranicznych, do zbudowania potęgi gospodarczej Chin bez przyjmowania wartości zachodnich czy demokratycz- . nych. To była polityka niepro-wokowania Stanów Zjednoczonych do jakichś radykalnych posunięć, unikania konfrontacji. Ta polityka trwała od 1990 roku do 2012-2015. Po czym, mniej więcej dziesięć lat temu, rozpoczęło się powolne odchodzenie od niej. Odchodzenie w kierunku coraz wyraźniejszego formułowania aspiracji, że celem Chin jest przywrócenie normalności w polityce światowej. A ta normalność polega na tym, że Państwo Środka zajmie swoje naturalne miejsce, czyli znowu stanie się państwem środka, które będzie determinować światową politykę, któremu wszyscy będą musieli składać trybut. Reszta świata nie będzie przez Chiny podbijana, ale będzie musiała składać - jak przez tysiąclecia - pokłon władcom Chin, stać się Chin wasalem. Problem polega na tym, że od 1989, a właściwie od 1918 roku, mamy do czynienia z jednym supermocarstwem globalnym i są nim Stany Zjednoczone, które prowadzą politykę demokratyzacji świata. Demokratyzagi, którą należy rozumieć jako sprzeciw przeciwko imperializmom, czyli rozbijanie europejskich starych mocarstw. Ale także sprzeciwu przeciw autokra-cjom. Związkowi Sowieckiemu, DI Rzeszy, Włochom Mussoliniego i także, od 1949 roku, komunistycznym Chinom. Problem polega na tym, że dzisiaj gospodarka chińska jest tak silna, że pozwoliła nadrobić spory dystans do USA, Chiny się militaryzują. Niestety, wygląda też na to, że Xi ma podobną obsesję do Putina. O ile Putin obsesyjnie chciał przyłączyć do Rosji Ukrainę, opowiadał, że jego historyczną misją jest połączenie wszystkich ziem ruskich pod berłem Moskwy, tak Xi Jinping ma obsesję na temat Tajwanu. Odbudowy jednych Chin. W tym kontekście należy postrzegać pytanie, jakwobec Chin powinna się zachowywać Europa. Czy powinna stanąć po stronie Stanów Zjednoczonych, broniących swojej pozycji najpotężniejszego mocarstwa demokratycznego na świecie, czy też za-chowaćneutralność,jakpro-muje prezydent Macron, czyli generalnie rzecz biorąc, handlować z Chinami, jak długo się da, nie zważając na ewentualne starcia Chin ze Stanami Zjednoczonymi. ANTYAMERYKANIZMJEST WE FRANCUSKIM SPOŁECZEŃSTWIE WCIĄŻ ŻYWY. I WCIĄŻ ŻYWA JEST TĘSKNOTA ZA STATUSEM GLOBALNEGO MOCARSTW! Macron zaproponował odrębną drogę... Są trzy problemy związane z tego rodzaju stanowiskiem i wypowiedziami prezydenta Macrona. Po pierwsze, czy jest teraz czas na taką dyskusję? Francuska dyplomacja próbuje nam tłumaczyć, że wypowiedzi ich prezydenta to prowokacja intelektualna, że trzeba się poważnie nad tą sprawą zastanowić, że ktoś to musiał powiedzieć i że dlatego zrobił to prezydent Macron. Ale czy to jest dobry czas na taką dyskusję? Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę okazało się, że o żadnej autonomii strategicznej Europy mowy być nie może. Europa bez USA nie byłaby w stanie pomóc Ukrainie się bronić. Nie byłaby w stanie dostarczać uzbrojenia, amunkji. Nie byłaby w stanie samodzielnie obronić się przed ewentualną rosyjską agresją. Więc podważanie sojuszu transatlantyckiego, sojuszu pomiędzy Europą a Stanami Zjednoczonymi, w tym właśnie momencie, kiedy Amerykanie wydają miliardy dolarów na to, żeby utrzymać pokój w Europie, jest po prostu nierozsądne. Druga rzecz, która się z tym trochę wiąże, to pytanie, czypre-zydent Francji, czy jakakolwiek głowa państwa, to odpowiednia osoba od inicjowania jakichkolwiek intelektualnych debat. Prezydentowi Macronowi od wielu już lat zdarza się wrzucać do debaty publicznej jakieś kwestie, które nie sąprzez niego do końca przemyślane, z nikim nie są uzgodnione, ich celem jest budowanie wizerunku prezydenta Francji jako wielkiego europejskiego intelektualisty. Stratega-słońce, który oświetla tępe, zaciemnione umysły innych Europejczyków. To ani nie służy Fran- cji, ani nie służy Europie. A ostatecznie nie służy podstawowemu celowi, dla którego Europejczycy powinni organizować swoją politykę wobec USA i Chin, mianowicie: Europie nie służy przywrócenie w polityce międzynarodowej agresji zbrojnej jako jej instrumentu. Wszystko, czym Europa powinnabyć zainteresowana, jeżeli dba o swoje interesy, jeżeli chce je chronić, to niedopuszczenie do tego, by Chiny próbowały urzeczywistnić politykę jednych Chin za pomocą zbrojnej agresji. To, co prezydent Macron opowiadał w drodze powrotnej z Pekinu, a także - prawdopodobnie, co opowiadał Xi Jinpin-gowi, sprowadza się do wszystkiego, tylko nie do odwodzenia Chin od takiego pomysłu. Aby wzmocnić odstraszanie, trzeba by było pokazywać Chinom koszty takiej agresji, że Europa będzie musiała w jej przypadku nałożyć sankcje na Chiny i przestać z nimi handlować, co jest w zasadzie oczywiste. To, że prezydent Macron swojej wypowiedzi nie przemyślał, jest dość łatwo udowodnić, jeżeli sobie wyobrazimy, jaką sekwencją działań groziinwazjanaTajwan (czyli Chiny napadają na Tajwan, USA stają po stronie napadniętego Tajwanu, pomagają Tajwań-czykom się bronić przed agresją zbrojną). Agresja zbrojna jest złamaniem prawa międzynarodowego, w tym Karty Narodów Zjednoczonych. USA występują w obronie Karty Narodów Zjednoczonych, porządku międzynarodowego i zwracają się do wszystkich państw, członków ONZ, o wprowadzenie sankcji na Chiny w związku ze złamaniem prawa międzynaro- Głos Dziennik Pomorza Piątek, 21.04.2023 PULS# 5 lityki wobec Chin. Jest element jedności wobec Stanów Zjednoczonych. To, że prezydent Macron musiał się wycofać ze swoich deklaracji, z bagna, w które wmanewrował Francję, świadczy o tym, że zdano sobie szybko w Europie z tego sprawę i Francja znalazła się w izolacji. Dyplomacja francuska zmusiła przewodniczącego Rady Europejskiej, żeby poparł Macrona, ale warto zwrócić uwagę, że nikt poza nim takiego poparcia im nie udzielił. Prezydent Macron i Francja znaleźli się na dalekim spalonym i nie trzeba żadnego VAR-u, żeby to stwierdzić. Nikt za Francją nie podążył, a jak się aspiruje, żeby komuś przewodzić, to warto się oglądać za siebie. Powiedział pan, że Macron nie przemyślał swojej koncepcji, pamiętam jego wizytę w Warszawie. łon, i jego ekipa byli naprawdę świetnie przygotowani. Trzeba mieć duży szacunek dofrancuskiej dyplomacji, bo to jednak jedna z najbardziej profesjonalnie przygotowanych dyplomacji na świecie. Nawet to, jak wypychają wóz Francja z bagna, w którym utknął, budzi respekt. Dlaczego Francja ustawia się antyamerykańsko, mając don świadczenia z obu wojen światowych, w których bez pomocy Stanów Zjednoczonych los Francji byłby zapewne inny? To bardzo przypomina strategię niemiecką wobec Rosji. Czyli tak długo rozbudowujmy zależności z Chinami, licząc na to, że to powstrzyma Chiny od agresywnych działań. W związku z tym nie powinniśmy przyłączać się do amerykańskiej presji przeciwko Chinom, bo to jest wbrew naszym interesom gospodarczym. Moim zdaniem jest to sprzeczne z interesem Europy. Wojna na Pacyfiku będzie dla Europy katastrofą gospodarczą. Siłą rzeczy, flota amerykańska odetnie eksport chiński od transportu morskiego, a wiemy, że koleją nie da się przetransportować nawet procenta tego, co transportuje się drogą morską. My powinniśmy robić z Amerykanami wspólnie wszystko co możliwe, żeby odwieść Chiny od głupoty polegającej na lądowaniu na Tajwanie. Czy my jako Polska powinniśmy popierać jedne Chiny? Polityka jednych Chin to jest warunek w ogóle utrzymywania stosunków z Chinami. Jeżeli ktoś szuka jakiejkolwiek możliwości uznania Tajwanu, to to się kończy dla niego bardzo źle. To jest dogmat, że Tajwan jest częścią Chin. Czy Tajwan jest podmiotem prawa międzynarodowego? Podręczniki prawa międzynarodowego mówią jasno - Tajwan jest częścią Chin, a więc nie jest suwerennym państwem. Natomiast jest bytem niezależnym, wobec którego nie wolno używać siły. Jakie są generalnie założenia polskiej polityki wobec Chin? Polska postrzega Chiny jako jedno z państw, na których w sposób szczególny spoczywa odpowiedzialność za utrzymywanie pokoju. Co więcej, Polska oczekuje, że Chiny ten szczególny status użyją w swojej polityce wobec Rosji. Ponieważ deklarują, że prowadzą politykę pokojową, to oczekujemy, że w relacjach z Rosją zajmą jednoznaczne stanowisko, takie jakie jest oczekiwane w Radzie Bezpieczeństwa. Po drugie minister Rau podkreślił w swoim expose, że bardzo doceniamy stanowisko Chin w kwestii użycia broni jądrowej ijasnej deklaracji, że na użycie tego rodzaju broni nie ma miejsca, także na Ukrainie. To jest bardzo cenne, natomiast Polska oczekuje, że Chiny nie tylko będą aspirować do czołowych ról w polityce światowej w słowach, ale także w praktyce będą bronić pokoju. Liczymy, że polityka Chin wobec Tajwanu również będzie miała charakter pokojowy. W tym expose pojawiła się też jeszcze jedna ważna rzecz, że Polska będzie oceniała politykę wszystkich swoich partnerów w świecie pod kątem postawy wobec rosyjskiej agresji na Ukrainę. W tym kontekście minister Rau wyraził rozczarowanie polityką Węgier. Z tego też powodu jasny przekaz do Chin, choć pełen szacunku i nadziei jednocześnie, że Chiny będą się zachowywać w sposób zgodny z własnymi deklaracjami. A co ze Stanami Zjednoczonymi? Jak minister widzi relacje z USA? Stany Zjednoczone są mocarstwem europejskim - to bardzo mocne stwierdzenie, ale rzeczywiście trudno sobie wyobrazić utrzymywanie pokoju w Europie bez Stanów Zjednoczonych. ".SB Sławomir Dębski Dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM). Z wykształcenia historyk, politolog, ekspert ds. międzynarodowych. Autor wielu książek i artykułów. ■ Sławomir Dębski: Prezydent Macron i Francja znaleźli się na dalekim spalonym i nie trzeba żadnego VAR-u, żeby to stwierdzić. Nikt za Francją nie podążył dowego. Dokładnie tak samo, jak postąpiono w sprawie Rosji. Czy w takiej sytuacji można sobie wyobrazić, że Europa nie nakłada tych sankcji i handluje nadal z Chinami? Przecież to jest nonsens. Do czegoś takiego nie dojdzie. Choćby dlatego, że spora część europejskich państw podporządkuje się amerykańskiemu wezwaniu. Jeżeli Francja by się chciała nie podporządkować, to grozi rozbiciem Unii Europejskiej. Więc cała ta wspólna francusko-chińska polityka handlowa wyląduje w koszu. Więc jeżeli prezydent Macronby sobie zadał intelektualny trud, aby wyobrazić sobie, jak każdy średnio zaawansowany strateg, sekwencję skutków, doszedłby do oczywistego wniosku, że próba szukania jakiejś trzeciej drogi dla Europy w rywalizacji pomiędzy Chinami a USA jest po prostu ślepą uliczką. Jego propozycje są niepraktyczne, nikt się im nie podporządkuje, jeżeli Chiny dokonają agresji na Tajwan. Tu dochodzimy do trzeciego elementu. W Stanach Zjednoczonych trwa w tej chwili debata na temat roli USA w utrzymaniu pokoju w Europie. Europa jest najbogatszym kontynentem, najwyżej rozwi- niętym, a jednocześnie korzysta z parasola bezpieczeństwa, na który Stany Zjednoczone wydająmiliardy dolarów. Kraje zachodniej Europy oszczędzają w ten sposób na utrzymywaniu własnych sił zbrojnych, własnego potencjału obronnego. W tym sensie społeczeństwa krajów zachodniej Europy są pasażerami na gapę. Społeczeństwa wschodniej flankiro-zumieją bardzo dobrze, że aby zmobilizować pomoc Sojuszu Północnoatlantyckiego, aby Artykuł 5. miał szanse zadziałać, trzeba podjąć skuteczną obronę. W związku z tym inwestują w swój potencjał obronny, wydają dwa i więcej procent PKB na swoje zbrojenia. To Europa Zachodnia, która zamiast utrzymywać swoje wojsko na właściwym poziomie, wierzy że autokracje można powstrzymywać, można je jakoś okiełznywać, za pomocą budowania współzależności gospodarczych, za pomocą handlu. Jak Niemcy z Rosją... Niemcy prowadzili taką politykę, proponowali taką politykę Unii Europejskiej i w zasadzie, za pomocą tej polityki, przyczynili się do rosyjskiej agresji na Ukrainę. I dopiero, gdy ude- rzyli czołem o ścianę, kanclerz Scholz zapowiedział Zeiten-wende, czyli historyczny zwrot w polityce Niemiec w stosunku do Rosji, Ukrainy, a także do własnej obronności. Tymczasem, niepomny tego rosyjskiego doświadczenia, prezydent Macron proponuje dokładnie tę samą strategię w stosunku do Chin. Agresywne zamiary chińskie Europa ma moderować, powstrzymywać, okiełznywać za pomocą większych inwestycji, większego handlu, większego uzależniania się od rynku chińskiego, w nadziei na to, że wkalkulacji zysków i strat, przewodniczący Xi uwzględni fakt, że nie będzie mógł zrealizować swoich aspiracji i oczekiwań związanych z przyłączeniem Tajwanu, włączeniem Tajwanu pod rządy Komunistycznej Partii Chin, dlatego, że po chińskim niebie latają francuskie airbusy. To są złudzenia, które trzeba krytykować, dlatego, że są nieprzemyślane. Dlatego, że są zamkami na piasku, opierają się nie tylko na błędnej analizie, ale też na wadliwych konkluzjach. O ile Rosję można w jakiś sposób szachować sankcjami, bo oni nie produkują niczego bar- dziej skomplikowanego, o tyle Chiny- masię wrażenie -produkują wszystko. Inie wydaje się, by mogły się znaleźć wta-kiej sytuacji jak Rosja. Owszem, Chińczycy produkują wszystko, ale gdzieś to „wszystko" muszą zbyć. W momencie, kiedy nie będą mogli sprzedawać ani do Stanów Zjednoczonych, ani do Europy, to w sposób oczywisty doprowadzi to do konieczności ograniczenia produkcji, a więc też kryzysu gospodarczego, zwolnień. Rosja od Chin wszystkiego nie kupi. Indie, Iran czy Korea Północna także nie. To, czym wolny świat może Chiny straszyć, to odcięcie od bogatych rynków zbytu. To jest element odstraszania, który trzeba budować i trzeba wskazywać. Jeśli Chiny zdecydują się wspomagać Rosję uzbrojeniem, to Chinom grożą sankcje gospodarcze. Agresja na Tajwan skończyłaby się blokadą Państwa Środka. To jest oczywiste. Jeżeli Europa nie podporządkowałaby się wezwaniu do zamrożenia stosunków gospodarczych z Chinami, to USA nałożą sankcje gospodarcze na te państwa, które temu wezwaniu się nie podporządkują. Unia Europejska jest organizacją międzynarodową, którą - jeśli będzie potrzeba - Stany Zjednoczone po prostu zignorują. Patrząc na to, do czego zmierzają państwa starej Europy, wszczególnościNiemcyiFran-ęja, a to, co robią kraje wschodniej flanki NATO, trudno mówić o monolicie europejskim. Widać rysę. Każdy kryzys coś o tej Europie mówi. Kryzys bezpieczeństwa także. W ramach tego kryzysu dowiadujemy się o Europie wielu rzeczy, między innymi takiej, że nie jest ona w stanie sama się obronić, że to nie jest tylko kwestia wielkości uzbrojenia, a szczególnie że to w większości jest uzbrojenie na papierze. Bo cóż z tego, że Bundeswehra dysponowała 340 czołgami, skoro okazało się, że zdolność bojową ma kilkadziesiąt z nich. Na tym polegał niemiecki problem z dostarczaniem leopardów. To jest skała zaniedbań, z jaką się Niemcy mierzą. Nowy minister wydaje się, że zdaje sobie z tego dramatycznego stanu sprawę i jest na pewno jakościową zmianą w stosunku do swoich poprzedników z von der Leyen włącznie. Ona także jest jedną z osób odpowiedzialnych za zaniedbania w niemieckim systemie obronnym. Czy w tym momencie, biorąc te fakty pod uwagę, możemy jeszcze mówić o wspólnym interesie, o wspólnych kierunkach polityki europejskiej? Jest wprawdzie wspólna polityka wobec Rosji i Ukrainy, bo te 10 pakietów sankcyjnych zostało nałożonych, ale już z całą pewnością nie ma wspólnej po- 6J& ni II O Głos Dziennik Pomorza rULO Piątek, 21.04.2023 Wojna po lewej stronie sceny politycznej zdecyduje zapewne o losie Donalda Tuska. Ale nie tylko... Przesądzić może także o kształcie ustroju Polski na najbliższe dekady TAK DLA POLSKI? ALE JAKIEJ? Ruszyła wielka gra o Polskę. Tak zwana „opozycja demokratyczna" chce państwa „zdecentralizowanego i demokratycznego". Co to znaczy, dokładnie nie wiadomo. Bo Platforma Obywatelska i jej przystawki nadal nie ujawniają swojego programu. Ich wodzowie żonglują jedynie sloganami i coraz bardziej populistycznymi obietnicami. Jednocześnie, zamiast zapowiadanego zjednoczenia, opozycja coraz bardziej się rozsypuje Krzysztof Maria Załuski Do wyborów parlamentarnych w Polsce pozostało siedem miesięcy. I mimo że kampania wyborcza oficjalnie jeszcze nie wystartowała, politycy już wzięli się za bary. Z jednej strony trwa rywalizacja pomiędzy konserwatywną Zjednoczoną Prawicą a lewicowo-liberalną Koalicją Obywatelską. Z drugiej - ruszyła szarpanina w łonie samej opozycji. Liderzy poszczególnych ugrupowań spierają się o liczbę list wyborczych, z których mieliby wystartować, a de facto o to, który z nich jest najważniejszy. Od wyniku tego sporu może zależeć dużo więcej niż tylko przyszłość Platformy Obywatelskiej. Wojna po lewej stronie sceny politycznej zdecyduje za- pewne o losie Donalda Tuska. Ale nie tylko... Przesądzić może także o kształcie ustroju Polski na najbliższe dekady. O tym, czy zachowamy - jako państwo - niepodległość i tożsamość, czy staniemy się jednym z landów europejskiego „superpań-stwa" ze stolicą w Berlinie. PiS kontra PO Poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości od wielu miesięcy utrzymuje się na średnim poziomie 35 procent. Oznacza to, że po niewielkim spadku na początku 2022 roku, nastąpiła najpierw stabilizacja, a następnie odbicie sondażowe. Co istotne, tych 35 procent to tzw. podłoga, poniżej której - zdaniem większości politologów - PiS nie zejdzie. Pozytywnego trendu nie przełamały bowiem ani ogólnoświatowa inflacja, konsekwencje wojny na Ukrainie, kryzys na rynku energii, ani tym bardziej agresywna propaganda „totalnej opozycji". Na dobre notowania partii Jarosława Kaczyńskiego miały ponadto wpływ umiejętność odczytywania oczekiwań społecznych i konsekwencja w spełnianiu nie tylko wyborczych obietnic. Nie bez znaczenia jest też fakt, że zimę, która wedle proroctw lidera opozycji Donalda Tuska, miała być mroźna, ciemna i bez węgla, udało się Polakom niemal bezboleśnie przetrwać. Istotny był także wybuch wojny na Ukrainie, który spowodował tzw. efekt „zbierania się wokół flagi". Zjawisko to polega na krótkotrwa- łym, ale istotnym obniżeniu oczekiwań wyborców wobec władzy, której najważniejszym zadaniem ma być w okresie kryzysu poradzenie sobie z zewnętrznym wrogiem. Rząd premiera Mateusza Morawieckiego poradził sobie ze wszystkimi tymi zagrożeniami - i podczas inwazji migrantów na granicę z Białorusią, i po rosyjskiej agresji na Ukrainę. A wcześniej, dzięki rządo- wym tarczom, wyszedł też obronną ręką z pandemii CO-VID-19. Polacy nie zapomnieli również o tym, że opozycja torpedowała budowę bariery zabezpieczającej naszą wschodnią granicę i nie chciała przekopu przez Mierzeję Wiślaną. Wzywała za to do zamknięcia Kopalni Węgla Brunatnego „Turów". Uwadze opinii publicznej nie uszło także i to, że Tusk, będąc premierem, pod- RATOHANIU NOTOI4AN PO MA SŁUŻYĆ IVYCIĄGANIE14 YBOR-CÓIVZ INNYCH PARTII, OGŁASZANIE POPULISTYCZNYCH PRZYIT1-LEJÓIUIBUDOHANIE RUCHÓH ' niósł wiek emerytalny - kobietom o siedem lat, mężczyznom o dwa, a Polkom mieszkającym na wsi nawet o dwanaście. Sam natomiast skorzystał z możliwości przejścia na wcześniejszą emeryturę, którą dał Polakom rząd PiS. Należy też podkreślić osobistą rolę Donalda Tuska w obecnym kryzysie energetycznym, co premier Mateusz Mora-wiecki skomentował następująco: „To PO chciało podpisać umowę z Gazpromem na niekorzystnych warunkach aż do roku 2037. To PO chciało zarzucić pomysł budowy Gazociągu Bałtyckiego. To za PO, przez 8 lat nie zrobiono nic w sprawie budowy elektrowni atomowej. I w końcu - to za PO majstrowano przy normach pomiaru smogu, a tempo budowy OZE było dużo niższe. Taki jest bilans energetyczny rządów Platformy Obywatelskiej, dla której najlepszym biznesem był NordStream2!". Totalny imposybilizm opozycji Platforma Obywatelska od 2015 roku popada w coraz głębszą stagnację. Przywołany na pomoc z Brukseli Tusk -odrobił wprawdzie straty wywołane nieudolnym przywództwem Borysa Budki, ale osiągnięty przez byłego przewodniczącego Rady Europejskiej poziom 30 punktów procentowych poparcia wydaje się szklanym sufitem, którego nie da się już przebić. Stąd rozpaczliwe próby jednoczenia opozycji pod jednym antypisowskim sztandarem. Ratowaniu notowań PO ma służyć wyciąganie wyborców z innych partii, ogłaszanie coraz to bardziej populistycznych przywilejów i budowanie różnego rodzaju ruchów obywatelskich. Działania te - jak dotąd - nie przynoszą specjalnie spektakularnych efektów. Potwierdzają to zresztą kolejne sondaże, w których różnica pomiędzy PIS a PO sięga 10 procent. W tej sytuacji politycy opo-zyq'i doszli do wniosku, że z impasu może ich wyrwać jedynie zjednoczenie, co w założeniu nie było złym pomysłem. Ostatecznie jednak na przeszkodzie w dogadaniu się, w sprawie kształtu list, stanęły nie diametralnie różne poglądy - co wydawałoby się najtrudniejsze do pogodzenia - lecz rozdęte ambicje partyjnych liderów. Zniechęcony Donald Tusk, pomimo że nie przekreślił jeszcze ostatecznie zjednoczeniowego scenariusza, najwyraźniej przestał już brać go poważnie pod uwagę. Ostatnio dał nawet do zrozumienia słabszym partnerom, że nie zamierza tracić więcej czasu na jałowe dywagacje, bo „pora zacząć myśleć o przyszłości Platformy". I tu na scenie pojawił się prezydent Sopotu, Jacek Karnowski i jego samorządowy ruch „Tak! Dla Polski". Głos Dziennik Pomorza Piątek, 21.04.2023 PULS • 7 Odgrzewany kotlet Karnowskiego W październiku 2021 roku grupa trzydziestu lokalnych włodarzy powołała „Stowarzyszenie Prezydentów Miast Polskich - Praca, Rozwój, Odpowiedzialność". PRO przewodzi prezydent Chełma Jakub Banaszek, który - aby „usprawnić pracę samorządów i dokonać ważnych zmian rozwojowych w Polsce - zapowiedział współpracę z rządem Mateusza Mo-rawieckiego. Zasadniczym celem tego stowarzyszenia jest m.in. „rozbudowa platformy dialogu pomiędzy rządem a samorządem, kształtowanie spójnej polityki samorządów lokalnych, diagnozowanie problemów i barier rozwojowych miast małych, średnich i metropolii oraz opracowywanie sposobów ich rozwiązywania". PRO pragnie ponadto wspomagać rozwój gospodarczy kraju. Prezydentom miast leży szczególnie na sercu rozwój przedsiębiorczości, aktywne współdziałanie na rzecz pozyskiwania środków zewnętrznych, zielona rewitalizacja polskich miast i ograniczenie tzw. betonozy, a także wspomaganie rozwoju wspólnot i społeczności lokalnych, działanie na rzecz rozwoju kulturalnego, społecznego i turystycznego Polski lokalnej. Prezes PRO podkreśla również, że stowarzyszenie nie ma być ani uzupełnieniem, ani alternatywą dla istniejących stowarzyszeń i związków samorządowych. Samorządowcy skupieni w PRO nie mają też ambicji ministerialnych. Dwa miesiące po ukonstytuowaniu się PRO, w Poznaniu powołany został „Ruch Samorządowy „Tak! dla Polski". Projekt Jacka Karnowskiego nie stanowi więc żadnego novum na polskiej scenie politycznej. Jest jedynie kopią wcześniejszej inicjatywy samorządowców ze „Stowarzyszenia Prezydentów Miast Polskich - Praca, Rozwój, Odpowiedzialność". „Tak! dla Polski" to kolejna mutacja Komitetu Obrony Demokracji, Ruchu Palikota, Nowoczesnej czy partii Teraz! Ryszarda Petru - łączą je te same nazwiska i ta sama nienawiść do PiS. Tym razem jednak, twór Karnowskiego ma wplątać w walkę polityczną samorządy i mieszkańców. Działacze „ruchu" deklarują stworzenie „platformy dialogu i wymiany doświadczeń dla samorządowców". Twierdzą, że interesuje ich „edukacja, ochrona środowiska, finanse i pozycja ustrojowa samorządu w Polsce". Powołują się także na „testament polityczny Pawła Adamowicza". Podkreślają, że 80 proc. działaczy „Tak! dla Polski" to osoby bezpartyjne. Tyle oficjalnie... W rzeczywistości jedynym punktem ich programu jest odsunięcie od władzy Prawa i Sprawiedli- „SOND/IZ OBYWATELSKI" NIE SPODOBAŁ SIĘ DONALDOWI TUSKOWI, KTÓRY UZNAŁ TO JAKO KOLEJN4 PRÓBĘ WYJŚCIA PRZED SZEREG wości. I to bez względu na koszty. Prezydent Sopotu przyznaje wprost, że „najważniejsze, to żeby skonstruować taki blok wyborczy, który wygra wybory". Nieważne z kim, byle skutecznie. Bo, jak przekonywał w jednym z wywiadów - „razem z PSL, Lewicą, Koalicją Obywatelską, ale także z Polską 2050 stanowimy poważną siłę". Karnowski jest przy tym świadomy, że najbliższe wybory to „nie jest potyczka, ale gra o wszystko, gra o demokrację w Polsce, o nasze wspólnoty lokalne i o nasze miejsce w Unii Europejskiej"... Stąd zapewne w działaniach opozycji brak jakichkolwiek zahamowań. Za to sporo bezrefleksyjnej agresji wobec inaczej myślących. Stąd wreszcie istny festiwal kłamstw i oszczerstw wymierzonych w PiS, a propagowanych za pomocą „wolnych mediów" w rodzaju TVN24, „Gazety Wyborczej" i portalu „Onet". Z wypowiedzi Tuska, Karnowskiego i im podobnych wyłania się wizja przyszłości, jaką chcą nam zgotować - Polska ma być państwem zdecentralizowanym, słabym, bez PiS i Kościoła katolickiego, bez samochodów spalinowych i bez armii. Za to z aborcją na życzenie, „Fit for 55", potrawami z chrząszczy i obowiązkową termoizo-lacją budynków. I oczywiście z Karnowskim w roli - co najmniej - ministra. Aby uwiarygodnić swój potencjał polityczny i pokazać Tuskowi, ile znaczy jego ruch „Tak! Dla Polski", Karnowski zamówił sondaż. Wynika z niego, że jego „ruch" popiera prawie 35 proc. ankietowanych. Taki wynik czyniłby z „bezpartyjnych samorządowców" trzecią siłę na polskiej scenie politycznej. Niestety dla Karnowskiego, nawet eksperci niechętni prawicy nie uwierzyli w rzetelność tego badania. Jeden z nich powiedział nawet, że: „To najbardziej nieprawdopodobny sondaż polityczny ostatnich lat". Szorstka przyjaźń Aktywiści „Tak! Dla Polski" nazwali to badanie „Sondażem Obywatelskim". Opatrzyli je swoim logo i nazwiskiem Rafała Trzaskowskiego, który najprawdopodobniej dowiedział się o tym nadużyciu dopiero po fakcie. Nic dziwnego, że wielu działaczy opozycji uznało, że manipulacja Karnowskiego przebija nawet wyjątkowo liberalne standardy etyczne KO... „Sondaż Obywatelski" nie spodobał się zwłaszcza Donaldowi Tuskowi, który zachowanie prezydenta Sopotu zinterpretował jako kolejną próbę wyjścia przed szereg. Ostatnim razem do ostrego zwarcia pomiędzy Tuskiem a Karnowskim doszło po wybuchu „afery sopockiej", w której włodarz miasta został oskarżony o wielokrotną korupcję. Po ujawnieniu przez „Rzeczpospolitą" zarzutów, Tusk chciał nawet pozbyć się Karnowskiego z partii. „Ktoś, kto ma postawione zarzuty, nie powinien aspirować do funkcji publicznych", powiedział 15 paź- dziernika 2010 r. Potem zresztą Karnowski, uważany dotychczas za nieformalnego przywódcę opozycji wewnątrzpartyjnej w PO, oddał legitymację. Cały czas jednak sympatyzował z PO i wszelkimi sposobami próbował wywierać na nią wpływ. Już, kiedy Tusk był premierem, jego współpraca z prezydentem Sopotu pozostawiała wiele do życzenia. Gdy ten pierwszy wyjechał do Brukseli, wzajemna niechęć jakby przygasła. Tym bardziej więc enigmatyczna wydaje się decyzja Karnowskiego o wykopaniu wojennego topora. Dlaczego niewiele znaczący polityk powiatowego szczebla zdecydował się na tak ryzykowną konfrontację z byłym premierem? I to właśnie teraz, gdy opozycji bardzo zależy na jedności? Czyżby zaślepiło go zbyt rozdęte ego? A może już zapomniał, że Tusk nigdy nie przebacza, i że bez mrugnięcia okiem wycina swoich wrogów. Zwłaszcza tych, którzy chcą zająć jego miejsce. Do czego doprowadzi to zwarcie, zobaczymy najprawdopodobniej w najbliższych tygodniach. Chociaż pierwsze jego symptomy nie zapowiadają sukcesu prezydenta Sopotu. 28 marca br. „Gazeta Wyborcza" opublikowała materiał pod frapującym tytułem: „PO jest gotowa osłabić Ruch Samorżądowy „Tak! Dla Polski". Wystarczy jedna decyzja". Dziennik sugeruje, że w Ruchu Samorządowym „Tak! Dla Polski" nastąpiło pęknięcie. Część prezydentów chce dołączyć do wspólnej listy z PO. Reszta woli iść z koalicją Polskiego Stronnictwa Ludowego i Polski 2050. „Platforma zapowiada ostrą reakcję" - dodaje gazeta. - „A po niej Ruchu Samorządowego nie będzie" - przytacza cytat z wypowiedzi współpracownika Donalda Tuska. KOMANTARZE m .s Jacek Karnowski twierdzi, że jego ruch „Tak! Dla Polski" ma wysokie poparcie 0 komentarze w tej sprawie poprosiliśmy pełnomocników Prawa i Sprawiedliwości w Gdańsku i w Gdyni -Tomasza Rakowskiego i Andrzeja Jaworskiego. TOMASZ RAKOWSKI Na Pomorzu nie jest dla nikogo tajemnicą, że Jacek Karnowski i Donald Tusk nie darzą się sympatią. Tę niechęć pogłębiają rosnące ambicje prezydenta Sopotu. Karnowski próbuje wybić się na niezależność i wprowadzić na poziom polityki krajowej swój ruch samorządowy. A to w Platformie Obywatelskiej postrzegane jest jako zagrożenie dla jej jedności. Sondaże poparcia, w których „Tak! Dla Polski" przedstawiany jest jako „trzecia siła", to tylko marketingowa kreacja, mająca na celu podbicie wartości ruchu i zdobycie jak największej liczby tzw. miejsc biorących na listach wyborczych. „Tak! Dla Polski" nie ma szans na utworzenie własnego komitetu wyborczego. Bo czym innym jest działalność na poziomie samorządu, a czym innym na szczeblu ogólnopolskim. Trwa więc prężenie muskułów i kreowanie różnego rodzaju wydarzeń medialnych, których głównym przesłaniem jest krytyka rządu PiS. Te, oparte na manipulacjach happeningi są przejawem rosnącej intelektualnej słabości „totalnej opozycji". Wskazują także na niebezpieczny przerost ambicji Karnowskiego, który pod pretekstem troski o „demokrację 1 praworządność", próbuje nieudolnie prowadzić ogólnopolską politykę. Jestem przekonany, że „totalna opozycja" nie zdoła się porozumieć. To bowiem wymagałoby poświęcenia osobistych aspiracji na korzyść interesów grupy. A do tego ludzie z tego środowiska nie są po prostu zdolni. Ponadto, w takim przypadku wspólnota interesu musiałaby przegrać ze wspólnotą idei - szczególnie wyższych, a takowych w opozycji od dawna nie ma. Konflikt Tusk -Karnowski jest też zapowiedzią tego, jak wyglądałaby Polska, po dojściu do władzy liberałów. Na szczęście są to tylko rozważania hipotetyczne, gdyż Prawo i Sprawiedliwość wygra wybory i będzie samodzielnie kontynuować rządy dobrej zmiany. Zaś po ruchu „Tak! Dla Polski" zostaną jedynie wpisy w internecie. ANDRZEJ JAWORSKI Wojna w środowisku związanym z Platformą trwa w najlepsze. Przede wszystkim chodzi o to, ile mandatów dostaną poszczególne frakcje i kto z tych frakcji znajdzie się na liście wyborczej. Wszyscy mówią o konieczności zjednoczenia i wspólnej liście, ale w tym środowisku nikt nikomu nie ufa i każdy szykuje się na wariant własnej listy. Z jednej strony obecną twarzą Platformy jest Donald Tusk, lecz-frakcja samorządowców twierdzi, że jest za bardzo skompromitowany - ostatnio doszedł jeszcze fakt przejścia na wcześniejszą emeryturę z Parlamentu Europejskiego, co dolało tylko oliwy do ognia. Z drugiej strony, środowisko skupione wokół Tuska boi się frakcji samorządowców. Oficjalnie mówi się o wszystkich aferach, którymi żyją media społecznościowe, a na dodatek co chwilę słyszymy o nowych. Tak naprawdę, środowisko Tuska, przyzwyczajone do permanentnych wręcz afer swoich polityków, boi się siły frakcji samorządowców w terenie. Po pierwsze - z uwagi na ich możliwości oddziaływania na elektorat przez media lokalne, w których nadal mają ogromne wpływy. Po drugie, ponieważ samorządowcy poprzez politykę zatrudnieniową w miejskich spółkach i urzędach, mogą również wpływać na preferencje wyborców. W to wszystko doskonale wpisują się relacje Tusk - Karnowski. Jeden drugiemu nie ufa i każdy gra do swojej bramki. Jacek Karnowski ostatnio bardzo się zaktywizował, zwłaszcza na Pomorzu. Widać go wszędzie - od Kościerzyny po Kwidzyn. Z drugiej jednak strony widać też, jak nikłe jest zainteresowanie tymi spotkaniami. I to widzi również Tusk. Dlatego moim zdaniem do samego końca będą trwały przepychanki o miejsca na liście Platformy Obywatelskiej. I znając tych ludzi, jestem przekonany, że nic z tego porozumienia nie wyjdzie. Oni wszyscy bowiem chcą mieć „jedynki" i wszyscy walczą o pełnomocnictwa, aby rejestrować listy". 8 • PULS Głos Dziennik Pomorza Piątek, 21.04.2023 Hrabina Klementyna Mańkowska miała wszystkie cechy agentki idealnej: znajomość języków obcych, obycie, urodę i niezwykłą pewność siebie, ocierającą się o arogancję Na dwa fronty dla Polski Hrabina Klementyna Mańkowska - została szpiegiem i podwójną agentką - pracowała i dla Państwa Podziemnego; i dla Abwehry. Jej wspomnienia to gotowy materiał na film Kiedy wybucha n wojna światowa, Klementyna Mańkowska prowadzi typowe życie arystokratki. Gdy mąż rusza na front, ona z dziećmi nie chce opuszczać swojej rodzinnej posiadłości wWinnogórze. Jednak wkrótce po klęsce września jej dom przejmują oficerowie Wehrmachtu. Georg von Rothkirch i Harold von Ho-epfher, którzy - jak pisze w swoich wspomnieniach Mańkowska - okazują się przyjaźni wobec domowników, rozmawiają po francusku i mają raczej krytyczne podejście do Hitlera. Choć spełnili swoje zadanie i w pałacu urządzili biuro kwatermistrzostwa oraz kwatery dla jeszcze kilku oficerów, o tym, które pokoje udostępnić, pozwolili zdecydować Mańkowskiej. Toteż dzięki ich pomocy Klementynie udało się sprowadzić do pałacu ciężko rannego męża, który został powołany do służby w pułku piechoty. - W czasie kampanii wrześniowej tuż obok szpitala, w okolicy którego stacjonował pułk mojego ojca, zauważył on ciężko rannego oficera niemieckiego i polskich żołnierzy, zupełnie pi-janych, którzy go dobijali kolbami - wspominał 2018 roku Angelika Sarna starszy syn Klementyny, Krzysztof Mańkowski w rozmowie z absolwentką wydziału Historii UAM, Agnieszką Zawiszą. - Ojciec ich zatrzymał. Stwierdził, że konwencja genewska nie pozwala na takie traktowanie, nawet nieprzyjaciela. Kazał tego niemieckiego oficera zawieźć do szpitala. W chwili, kiedy jego szofer już wyjechał, polscy żołnierze rzucili się na niego. Padły strzały. Ojciec dostał pięć kul! Potem zaczęli go bić kolbami, po głowie, więc ledwo to przeżył. Matka była osobą, która stąpa po ziemi bardzo mocno, kiedy tylko się dowiedziała, w jakich okolicznościach został ranny, poprosiła niemieckich współloka-torów o pomoc w sprowadzeniu męża do domu - wspominał Krzysztof Mańkowski w rozmowie z absolwentkąwydziału Historii UAM, Agnieszką Zawiszą. W połowie października żołnierze Wehrmachtu opuszczają pałac w Winnogórze. Niemal natychmiast na ich miejsce zostaje wysłane Gestapo. Ich zadaniem jest zająć posiadłość i przekazać ją feldmarszałkowi Wilhelmowi Keitlow. Posiadłość zostaje przejęta, a domownicy aresztowani i wywiezieni do Środy Wielkopolskiej. Później wbydlęcych wagonach zostająprzetransportowani na wschód, jednak dzięki pomocy wartownika udaje im się uciec do Warszawy. Tutaj życie Klementyny Mańkowskiej zmienia się o 180 stopni, a ona sama zostaje jedną z najbardziej znanych agentek wojennych. Kobieta dołącza do organizacji konspiracyjnej „Muszkieterowie", podlegającej dowództwu Związku Walki Zbrojnej, kierowanej przez Stefana Witkowskiego. „Muszkieterowie" zajmowali się głównie kontrwywiadem. Mańkowska na polecenie aliantów ma zbierać informacje z Abwehry. Jej pierwszym zadaniem było zdobycie informacji o planach zaatakowania Francji przez Niemców w maju 1940 roku. Wtedy też razem z dziećmi przenosi się do Francji, gdzie musi zorganizować łączność z rządem emigracyjnym, na wypadek gdyby F iancja znalazła się pod okupacją niemiecką. Na miejscu zostaje zatrudniona w niemieckiej komendanturze oraz w biurze portowym Saint-Nazaire jako tłumaczka. Pracując u wrogów, stara się zebrać jak najwięcej szczegółów, które może przekazać dalej. W marcu 1941 kobieta zostaje aresztowana przez gestapo, jednak dzięki zachowaniu spokoju i arogancji, z której była znana, udaje jej się wyjść z sytuacji bez szwanku. Jan Kłapa, student z Krakowa, który miał okazję rozmawiać ze zmarłym w styczniu tego roku Krzysztofem Mańkowskim, zna historię aresztowania Klementyny właśnie z jego relacji. - Hrabia dobitnie podkreślał odwagę swojej mamy, mówił, jaką była niezłomną kobietą. Opowiadał między innymi taką historię, jak Klementyna, mieszkając już we Francji, została zatrzymana na wyspie Noiimoutier i przewieziona na kilkudniowe przesłuchanie przez gestapo do Paryża, tam, podejrzewając ją mniej więcej o to, co naprawdę robiła, próbowano ją zastraszyć i złamać - relacjonuje Jan Kłapa. - Ona jednak ani przez moment nie straciła zimnej krwi, idealną niemczyzną zaprzeczała wszystkiemu, wytykając przy okazji gestapowcom skandaliczne zachowanie wobec kobiety. Gdy przesłuchanie po kilku dobach dobiegło końca, żołnierze puścili ją wolno, wręczając bilet kolejowy do Nantes. Ona oburzona zwróciła uwagę, że przecież przywieziono ją autem, więc żąda, żeby po tej tragicznej pomyłce w ten sam sposób przetransportowano ją do domu. Zmieszani Niemcy przyznali jej rację i wezwali szofera - opowiada Kłapa. Po powrocie z przesłuchania Klementyna dowiaduje się od niemieckich znajomych o planowanym ataku Niemiec na ZSRR. Z tą informacją udaje się do Polski, aby przekazać ją dowódcy „Muszkieterów" - Witkowskiemu. Jednak największe wyzwanie było dopiero przed nią. W lipcu 1941 roku poznany w pociągu niemiecki oficer, który potem okaże się agentem niemieckiego wywiadu, proponuje jej pracę w Abwehrze. Kobieta od razu przyjmuje ofertę i od tej pory zostaje podwójnym agentem. W l94irokuKlementynaroz-poczyna pracę w niemieckim MSZ w Berlinie, w ramach szkolenia na agenta Abwehry. Następnie zostaje wysłana do Anglii. Po powrocie do Polski kobieta po raz ostatni spotyka się w Warszawie z Witkowskim, od którego musi odebrać ostatnie meldunki wywiadowcze. 9 lutego 1942 r. Klementyna Mańkowska wyrusza na swoją ostatnią misję. Musi przedostać się do Anglii, jednak zajmuje jej to 4 miesiące. W tym czasie wraz z synami przebywa w Paryżu, Nicei i Lizbonie. W maju 1942 r. dociera na lotnisko w Bristolu, gdzie zostaje aresztowana przez brytyjskie władze jako niemiecki szpieg. Jednak mimo zatrzymania Klementyny Mańkowskiej, rodzina ma tam dobre warunki, korzysta nawet z możliwości odbywania swobodnych spacerów. Ją samą przez 4 tygodnie po 5 godzin dziennie przesłuchuje kpt. Malcolm Scott. Klementyna podczas przesłuchań opowiada z detalami o okolicznościach werbunku przez Abwehrę, prze- Na zdjęciu z synami w ogrodach pałacu w Winnogórze Mańkowska we Francji w polskim stroju ludowym (1940 r.) kazuje informacje, które otrzymała podczas szkoleń, oraz o zadaniach, które miała wykonać na terenie Anglii. Po zwolnieniu Klementyna razem z rodziną opuszcza Anglię i udaje się do Szkocji, gdzie ponownie podejmuje pracę jako tłumaczka. Mimo końca wojny, nie będzie jej już dane ujrzeć ukochanej Winnogóry. Majątek po 1945 roku został skonfiskowany przez władze państwowe, a powrót do Polski rządzonej przez komunistów uznała za zbyt ryzykowny. Dlatego Klementyna z mężem i młodszym synem Andrzej em udaje się do Konga, gdzie spędzą 19 lat. Krzysztof Mańkowski pozostaje w Anglii, gdzie rozpoczyna i kontynuuje naukę. W1953 r. podczas odwiedzin w Londynie - Klementyna zostaje odznaczona za działalność w czasie wojny Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami przez gen. Tadeusza Bora-Komorow-skiego. Hrabina Klementyna Mańkowska zmarła 4 stycznia 2003 roku, w wieku 93 lat. Została pochowana w Noirmoutier obok swojego męża i młodszego syna Andrzeja. Starszy syn - Krzysztof Mańkowski wrócił do Polski, zamieszkał w Poznaniu, zmarł w styczniu 2023 roku. - Matkę wspominał często. Kochał ją, ale - jako dziecko, oddany do szkół w Anglii, stale do niej tęsknił. Miesiącami nie widział jej na oczy. Wpadała na krótko i znikała - wspomina profesor Waldemar Łazuga, historyk, wieloletni przyjaciel Krzysztofa Mańkowskiego. -Była agentką. Zawsze otaczała ją jakaś tajemnica. Wielokrotnie powtarzał, że matka bardzo swoje dzieci kochała pod warunkiem, że nie trzeba się było nimi zajmować. Podziwiał ją i miał do niej żal. Próbował na nią wpływać, gdy pod koniec życia zabrała się do spisywania swoich wspomnień. Tłumaczył, że czytelnicy nie zrozumieją, że obok złych Niemców wspomina tylu dobrych, że takie teraz czasy... Nie przyjmowała tego do wiadomości. Dla niej nic się nie zmieniło. Nie bała się niczego (nawet drzwi zostawiała często otwarte). Nie uznawała kompromisów. Życie to była dla niej wielka sztuka, w której ona grała główną rolę. KSIĄŻKA W 2022 roku Rebis wydał wspomnienia Klementyny Mańkowskiej „Moja misja wojenna. Bez trwogi i nienawiści" Głos Dziennik Pomorza Piątek, 21.04.2023 PULS • 9 Przedwojenny mistrz Warszawy w wadze koguciej do niemieckiego nazistowskiego obozu zagłady Auschwitz trafił w pierwszym transporcie Polaków, który wyruszył 14 czerwca 1940 roku z Tarnowa. W niewoli spędził pięć lat, będąc także w KL Neuen-gamme i KL Bergen-Belsen. Oczko w głowie rodziców Tadeusz Pietrzykowski urodził się 8 kwietnia 1917 roku w Warszawie. Od samego początku, jako pierwszy syn, był pod szczególną opieką rodziców - Tadeusza seniora i Sylwiny. Rodzinne szczęście jednak nie trwało długo. Kiedy miał 10 lat, na ostre zapalenie płuc wywołane gruźlicą zmarł jego ojciec. Matka samotnie dbała o Tadzia i młodszego o pięć lat Julka. Zbiegiem lat, opiekuńczość odeszła na drugi plan. Bowiem zuwagi na pogarszającą się sytuację finansową, starszy syn zaczął wykonywać różne prace: udzielał korepetycji, uczył jazdy na łyżwach oraz malował kolegom prace wstępne na studia w Akademii Sztuk Pięknych. Wstąpił także do klubu Warszawianka, gdzie po raz pierwszy zetknął się z boksem. A ten okazał się dla niego czymś więcej niż zwykłą, młodzieńczą fascynacją. Kolejnym krokiembyło dołączenie do Wojskowego Klubu Sportowego Legia. Ring był mu pisany Młody bokser szybko zyskał ogromny rozgłos w Warszawie. W prasie sportowej dziennikarze rozpisywali się na temat jego wybitnej techniki i znakomitej pracy nóg. Wkrótce przyszły pierwsze sukcesy. Teddy zdobył mistrzostwo Warszawy w wadze koguciej w roku 1937, a niedługo później dotarł do półfinału mistrzostw Polski. Karierę utalentowanego młodzieńca przerwał wybuch II wojny światowej. Kiedy padły pierwsze strzały, Tadeusz ruszył zWarszawy do swojej jednostki, czyli Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Nie udało mu się zameldować. Wrócił i brał udział w obronie Warszawy -walczył na terenie dzielnicy Ochota, w której się wychował. Po kapitulacji miasta podjął próbę przedostania się do Francji, gdzie formowano oddziały armii polskiej. Na pograniczu węgiersko-jugosłowiańskim został jednak aresztowany przez żandarmów, a następnie przekazany Niemcom. Kolejne miesiące spędził w więzieniach w Muszynie, Nowym Sączu i Tarnowie. W tarnowskich celach Tadeusz spędził kilka miesięcy. 14 czerwca1940roku wraz z grupą innych więźniów został załadowany do pociągu, który ruszył w kierunku dopiero co powstałego obozu koncentracyjnego Auschwitz. Okna wagonówbyły zamknięte. Wjednym przedziale jechało od 8 do 10 osób. Większość z 728 podróżnych myślała, że trafią na przymusowe roboty za zachodnią granicę. Wieczorem, kiedy drzwi wagonów zostały otwarte, strażnicy, którzy do tej pory zachowywali się spokojnie, zaczęli uderzać ich karabinami po plecach, popędzając przez otwartą bramę na ob-szemyplac opasany drutemkol-czastym. - Biegłem jako jeden z pierwszych. Na placu przed tzw. Stab-sgebaude ustawiono nas w kilka rzędów - zapisał wnotatkachTadeusz Pietrzykowski. Numer 77 Każdy z więźniów podchodził do stolika. Spisywano ich personalia i przyznawano numer obozowy. Listę transportu otworzył Stanisław Ryniaknumerem 31, a zamknął Ignacy Płachta z numerem758 - niższe były zarezerwowane dla trzydziestu niemieckich więźniów-krymina-listów z KL Sachsenhausen, którzy do Auschwitz trafili blisko miesiąc wcześniej. Tadeusz otrzymał numer 77. Teddy początkowo pracował przy zasypywaniu gruzem dziur na terenie placu apelowego, potem dołączył do pracy przy żni-wachwkomando kosiarzy,gdzie poznał górali z Podhala i Beskidów. Dostałteż przydział do obozowej stolarni -brałudziałm.in. w deskowaniu baraku wartowni, znajdującej się tuż obok głównej bramy wejściowej z napisem „Arbeit macht frei". Po kilku wpadkach, skierowany został do Międzybrodzia Bialskiego. To tam, ze względu na walory krajobrazowe, komendant Rudolf Hess postanowił wybudować przy pomocy więźniów dom wypoczynkowy dla esesmanów z załogi Auschwitz. Początkowo więźniów na teren budowy dowożono samochodem ciężarowym. Jak wspominał Tadeusz, mieszkańcy Kęt obrzucali ich chlebem. Pewnego dnia, skrajnie wycieńczony pracą, postanowił zaryzykować. Sam, celowo uszkodził sobie nogę. W ten sposób trafił ponownie na teren KL Auschwitz, gdzie go opatrzono i przydzielono do zamiatania ulic. Było to jego ostatnie zajęcie przed decyzją, która okazała się dla niego przełomem. „Ring frei, Kampf!" Niedziela, 2 marca 1941 roku. Tadeusz był więźniem w obozie już prawie dziewięć miesięcy. Wówczas w Auschwitz nowy funkcyjny, Walter Dunning, ^przedwojenny niemiecki mistrz bokserski, stał się postrachem więźniów. Niemiec szukał osoby, z którą mógłby się zmierzyć w boksie. Tadeusz postanowił się zgłosić. Przeciwnik był dużo większy, obaj założyli robocze rękawice. Stawką pojedynku miało być jedzenie. Ku zdziwieniu kilkuset więźniów przez dwie rundy Polak nie przyjął ani jednego ciosu, a sam zadał ich kilkanaście. Walka bu- „Teddy" Legendarny mistrz wszechwag Przetrwał piekło. Tadeusz „Teddy" Pietrzykowski, legendarny polski bokser, żołnierz Wojska Polskiego, więzień i mistrz wszechwag Auschwitz, po wojnie świadek w procesie niemieckiego komendanta Rudolfa Hessa, odszedł 32 lata temu, 17 kwietnia 1991 roku. Kamil Lorańczyk Tadeusz „Teddy" Pietrzykowski. Legendarny mistrz wszechwag Auschwitz odszedł 32 lata temu dziła coraz większe emocje. Wkońcu zostałaprzerwana, o co poprosił Dunning, uznając Ted-dego za godnego przeciwnika. Następnie kapo polecił polskiemu bokserowi, żeby poszedł wraz z nim do stojącego obokbu-dynku kuchni bloku numer 24. Niespokojni więźniowie obserwowali tę sytuację. Po dłuższej chwili Tadeusz wracał z bochenkiem chleba oraz kostką margaryny. - Kiedy wypadłem z bloku nr 24, więźniowie patrzyli na mnie z podziwem, niektórzy z rado- ścią. Pobiegłem do bloku nr 2, w którym wówczas spałem, wpadłem na salę, wołając: chłopcy, jest chleb. BolekKupiec wziął scyzoryk i zaczął dzielić chleb na tyle części, iluliczyłana-sza paczka. Tak się skończył dzień, który zdecydował o moim życiu, o mojej wygranej - notował w prywatnych zapiskach. Od tego momentu Teddy regularnie brał udział w walkach bokserskich organizowanych pizez nazistów na terenie obozu. Dostał także nową pracę. Otto Kussel, obozowy numer 2, przy- dzielił Pietrzykowskiego do komanda Tierpflegerów (opiekunów zwierząt - red.). Więzień wiedział, że to dla niego duża szansa, gdyż praca w oborze lub stajni oznaczała stały dostęp do pożywienia. W nowym komandzie, Tadeusz mógł skupić się na nabraniu wagi, poprawieniukondycji oraz siły ciosu. Dlatego też część mleka i zbożowe otręby lądowały w jego żołądku. Wkrótce starcia odbywały się co niedzielę wpobliżułaźniwblokunumer2 bądź na placu obozowej kuchni. Najczęściej Pietrzykowski miał za przeciwników innych więźniów, rzadziej Niemców. W sumie zwyciężył w blisko czterdziestu walkach, przegrał jedną. Wygranym jedzeniem dzielił się z innymi, często ratując im w ten sposób życie. Na Boże Narodzenie 1942 roku, w liście do matki Tadeusz pisał: „Jestem dziś mistrzem wszechwag Auschwitz (...). Tak Mateńko, dostałem za to 10 bochenków chleba i 10 kostek margaryny, rozdałem na gwiazdkę biednym, niech i oni mają. Przydał mi sięboks (...). Pamiętasz jak wszyscy mówili - Sylwina, co z niego będzie? On sobie w życiu nie da rady. Dam sobie radę i w piekle przy Bożej pomocy". Ucieczka Po pewnym czasie atmosfera wokół polskiego boksera zaczęła robić się gęsta. Sam Teddy zdawał sobie z tego sprawę. Docierały do niego głosy od członków obozowej konspiracji, z którymi współpracował, że byłoby dla niego lepiej, gdyby zniknął. Dobitnie przekonał się o tym na własnej skórze, kiedy doktor Entres, lekarz SS, pod pozorem zastrzyku z witamin zakaził go tyfusem. Gdy przebywał w bloku szpitalnym nr 20, esesmani zaplanowali selekcję wśród chorych więźniów. Jednak z pomocą przybyli współwięźniowie - Tomasz Serafiński oraz Stanisław i Emil Brańscy, którzy zabrali Tadeusza dobloku nr 24, tym samym prawdopodobnie uchronili go od śmierci. - Noc, w którą zabrali mnie koledzy z 20-tki, na blok, była ostatnią nocą przed wybiórką chorych i rekonwalescentów do gazu. Ukrywali mnie przez cały tydzień na24. bloku -pisał. Okazja do ucieczki przyszła w marcu, gdy do Auschwitz w mundurze SS przyjechał Albert Liitkemeyer z KL Neuen-gamme. Ten sam człowiek, który w czasie międzynarodowego turnieju w Poznaniu sędziował wygraną przez Pietrzykowskiego walkę z Michałem Ja-nowczykiem. 14 marca 1943 roku Pietrzykowski jechał do odległego o ponad 800 km Neuengamme w towarzystwie kilkuset więźniów. Warto podkreślić fakt, iż nawet kiedy bokser wyjechał, pamięć o nim trwała, co potwierdza zdanie, które zapisał w opowiadaniu „U nas w Auschwitzu" Tadeusz Borowski: „Jeszcze dziś tkwi w nas pamięć o Numerze 77, który biłNiemcówjak chciał". Pisarz trafił do Oświęcimia w 1943 roku. Neuengamme i Bergen- Belsen Pobyt w Neuengamme, gdzie w 1943 roku umierało miesięcznie 500 więźniów, rok później 1,7 tys., a w lutym 1945 roku już 2,5 tys., również wiązał się z walkami, których Pietrzykowski stoczył około dwudziestu. Tam również wyrobił sobie markę wśród Niemców. Był nadzieją i uosobieniem siły Polaków. Między innymi wygrał walkę z kapo Jimmim Kuchtą, nazywanym rzeźnikiem łamignatem. Najsłynniejszy pojedynek sto-czył jednak tuż po bombardowaniu Hamburga. Jego przeciwnikiem był przedwojenny mistrz świata wagi półciężkiej Niemiec Schally Hottenbach, opseudoni-mie Hammerschlag, czyli uderzenie młota. Było to jedno z największych zwycięstwTadeusza. Tuż przed końcem wojny Pietrzykowski trafił jeszcze do KL Bergen-Belsen, gdzie doczekał wyzwolenia przez żołnierzy brytyjskich i zakończenia wojny. Po odzyskaniu wolności wyjechał do Lubeki z Zofią Kicińską, więźniarką z Bergen-Belsen, którą tuż przed wyzwoleniem obozu wyciągnął półżywą ze sterty trupów. Wzięli ślub. Ona pracowała jako pielęgniarka w szpitalu, on został oficerem łącznikowym oraz zastępcą wydziału sportu w dywizji pancernej generałaStanisławaMaczka. Następnie powrócił do ojczyzny jesienią 1946 roku. Po ponad sześciu latach rozłąki próbował odnaleźć matkę, okazało się jednak, że zmarła w styczniu 1945 roku. Dwa lata później zeznawał jakoświadekwprocesiekomen-. danta Auschwitz Rudolfa Hessa. Miesiąc po jego egzekucji dowiedział się o aresztowaniu swojego zwierzchnika w obozowej konspiracji oraz poznał jego prawdziwe nazwisko. Tomaszem Se-rafińskim okazał się rotmistrz Witold Pilecki. W1950 roku Pietrzykowski ukończył studia na AWF i rozpoczął pracę z młodzieżą jako instruktor w szkołach i klubach sportowych. Z dwóch pierwszych małżeństw miał dwójkę dzieci. Z trzecią żoną, młodszą o 23 lata Marią Kokot, zamieszkali w Bielsku-Białej i doczekali się córki i dwójki wnuków. W Szkole Podstawowej nr 12 na terenie miasta pracował przez 25 lat jako nauczyciel wychowania fizycznego. Miał tam umieścić, na ścianie w sali gimnastycznej, napis: „Być, to być najlepszym". Teddy, pierwszy bokserski mistrz KL Auschwitz, zmarł 17 kwietnia 1991 roku, w wieku 74 lat. Jedną z pamiątek po nimjest wykonany kawałkiem węgla na ścianie celi nri8 bloku śmierci rysunekboksera. Postać narysował nieznany więzień na kilka dni, a może tylko godzin przed egzekucją. 10 PULS Głos Dziennik Pomorza Piątek, 21.04.2023 O budowie elektrowni jądrowej w Żarnowcu słyszał w Polsce chyba każdy, kto ma więcej niż 20 lat. Co dla ciebie było najbardziej interesujące w tej historii, że postanowiłeś napisać o tym książkę? Najciekawsi - w opowieści o budowie nigdy nieukończo-nej elektrowni jądrowej - są ludzie. Na początku lat 80., na Pomorze, w miejsce wcześniej zupełnie niedoceniane, zjechali młodzi, zdolni, wykształceni inżynierowie, osoby o szerokich horyzontach, którzy chcieli zbudować coś nowego. Jeden z moich rozmówców skończył jedno z najlepszych liceów w Polsce - gdyńską „trójkę" i był laureatem olimpiad. Mógł wybrać każdy kierunek studiów, a wybrał energetykę jądrową. Stwierdził, że to najlepszy, najciekawszy i najnowocześniejszy kierunek. W momencie, kiedy zapadła decyzja 0 budowie elektrowni, to tacy ludzie, absolutni pasjonaci, rzucali wszystko i przyjeżdżali z różnych stron Polski, po to, by ją budować. A potem zostali z niczym, bo zamknięto im jedyną możliwość pracy w kierunlm, który sobie wymarzyli. „Żarnowiec. Sen o polskiej elektrowni jądrowej" - taki jest tytuł twojej książki. To fascynujący reportaż o elektrowni, która powstawała z ogromnym rozmachem, a której budowę przerwano wraz z upadkiem PRL. Kiedy zaświtał Ci pomysł, aby dotrzeć do zaangażowanych wto wielkie wyzwanie ludzi 1 opisać tę całą skomplikowaną historię? Ta historia jest również moją osobistą historią - wychowałem się w blokach, które zostały zbudowane przez elektrownię. Mój ojciec pracował na tej budowie. Urodziłem się, kiedy budowa elektrowni już upadła, ale wychowywałem się z rówieśnikami, których rodzice podejrzanie często byli inżynierami i podejrzanie często zajmowali się rzeczami, które dla znajomych z innych stron Polski były kompletnie abstrakcyjne. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, dlaczego tak jest. O Żarnowcu mówiło się dużo, ten temat był obecny nawet przy rodzinnym stole. Na spotkaniach ze znajomymi moich rodziców wciąż padała ta nazwa-Żarnowiec. Temat do mnie wrócił, kiedy zacząłem pracować jako dziennikarz; zdałem sobie sprawę z tego, że dla tego regionu to była bardzo ważna historia, która właściwie nie została do końca opowiedziana. Mało kto dziś pamięta, że Żarnowiec był większą inwestycją niż Huta Katowice. Tylko że nigdy nie doprowadzono jej do końca. Jakie były początki? Krótko mówiąc, jak to z decyzją o budowie elektrowni atomowej w Żarnowcu było? Dlaczego wybrano to miejsce? Po analizie rozmów, jakie przeprowadziłem z osobami zaangażowanymi w jej budowę, doszedłem do wniosku, że była to bardzo przemyślana decyzja. Jeśli spojrzymy na mapę Polski, to widać, że elektrownie znajdują się głównie na południu, jest też kilka w centralnej Polsce, a na północy ich brakuje. Dyskusje na temat, co zrobić, aby elektrownie pojawiły się również na północy, trwały już w latach 60. Wzięto wtedy pod uwagę kilka lokalizacji; ciągnęły się one w pasie wzdłuż Wybrzeża, od Szczecina po Olsztyn. Z czasem kolejne lokalizacje eliminowano. Pod Szczecinem uruchomiono budowę elektrowni węglowej Dolna Odra, działającej do dziś. Wówczas już było wiadomo, że pierwsza elektrownia jądrowa zostanie wybudowana najprawdopodobniej na Pomorzu, między Helem a Ustką. Badania trwały kilka lat, sprawdzano dokładnie grunt. Co ciekawe, jednym z miejsc był Żarnowiec, a drugim - Lubiatowo-Kopalino. Z dzisiejszej perspektywy widzimy, że ówczesne planowania okazały się ponadczasowe. Zwłaszcza że Kopalino wskazuje się dziś jako lokalizację do budowy przyszłej elektrowni jądrowej. Dokładnie. To miejsce jest oddalone od Żarnowca około 20 km i było również brane pod uwagę w latach 70., kiedy zastanawiano się, gdzie powstanie wówczas elektrownia atomowa. Ostatecznie wybrano Jezioro Żarnowieckie, ale Kopalino też było brane pod uwagę. Dziś nie ma szans na to, aby wrócić do budowy elektrowni atomowej na tym, co zostało w Żarnowcu? Nie ma szans. To dość ponury widok, przypominający sceny rodem z filmów postapokaliptycznych. Uświadom sobie, że to są Kaszuby, pofałdowany, górzysty teren, w którym nagle znajduje się ogromna wyrwa przygotowana pod elektrownię. Tylko że dziś jej nie ma, są jedynie kikuty i betonowa płyta fundamentowa. Notabene jest ona tak gruba, że, jak mówili mi inżynierowie, nawet wybuch bomby atomowej w tamtym miejscu nie mógłby jej rozkmszyć. Ona nigdy nie zostanie rozkruszona. Jak się ta budowa rozpoczęła? Dość przewrotnie. Chodziło o to, że decyzję podjęto w styczniu 1982 roku, na początku stanu wojennego, więc w momencie, kiedy wyda- Kiedy zapadła decyzja o budowie elektrowni w Żarnowcu, to absolutni pasjonaci rzucali wszystko i przyjeżdżali z różnych stron Polski, po to, by ją budować. A potem zostali z niczym, bo zamknięto im jedyną możliwość pracy w kierunku, który sobie wymarzyli - mówi dziennikarz Piotr Wróblewski, autor książki „Żarnowiec. Sen o polskiej elektrowni jądrowej" Anita Czupryn PIOTR WRÓBLEWSKI ŻARNOWIEC TO RÓWNIEŻ MOJA OSOBISTA HISTORIA ■ ,I"S tsr*- --t0 Piotr Wróblewski: Żarnowiec dziś to dość ponury widok, przypominający sceny rodem z filmów postapokaliptycznych Głos Dziennik Pomorza Piątek, 21.04.2023 PULS# II wało się, że taka decyzja nie może zostać podjęta. Zespół, który przygotowywał się przez kilka lat do tego, by tę budowę rozpocząć, czekał tylko na sygnał, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, że akurat w czasie stanu wojennego, gdy sytuacja polityczna jest bardzo niestabilna, zostanie podjęta decyzja o budowie elektrowni jądrowej. To było zaskoczenie dla wszystkich. W książce sugerujesz, że datę mógł wyznaczyć generał Wojciech Jaruzelski. Prawdopodobnie. To wersja, którą usłyszałem. W1981 roku, w momencie, kiedy wybuchł stał wojenny, władzę w Polsce przejęło wojsko. Wojskowi lepiej rozumieli czym jest atom - to po pierwsze. A po drugie od władzy odsunięte zostały osoby zajmujące się energetyką i górnictwem, powiązane ze Śląskiem. W wielu rozmowach, jakie prowadziłem, przewija się ten wątek, że już od lat 60. istniało pewnego rodzaju napięcie między energetykami jądrowymi, osobami, które chciały budować w Polsce elektrownię, a górnikami i energetyką opartą na węglu. Dotarłeś do najważniejszych osób, które stały za budową elektrowni. Co dzisiaj się z nimi dzieje i jak oni dzisiaj wspominają tamten czas? To jest dość smutna historia o ludziach którzy, mam wrażenie, minęli się ze swoim powołaniem. Sama budowa elektrowni była bardzo wysoko oceniana przez zachodnich ekspertów, którzy po 1989 roku zaczęli przyjeżdżać nad Jezioro Żarnowieckie. Wprowadzono wiele norm, które używane były przez lata, choćby system zapewnienia jakości. Ale koniec końców potencjał tych ludzi nie został wykorzystany. Jak dzisiaj się z nimi rozmawia, to część ma za sobą pewną karierę, części udało się coś osiągnąć w innej dziedzinie, ale praktycznie wszyscy czują niedosyt. Liczyli na to, że rozpoczynając pracę w Żarnowcu, na początku lat 90., kiedy elektrownia miała zo- -stać uruchomiona, będą tam pracować do emerytury, że to będzie praca ich marzeń. Te marzenia im zabrano. Jakie jeszcze nadzieje budziła ta elektrownia w Polsce? W istocie Żarnowiec miał być częścią większego projektu. To też widzimy z dzisiejszej perspektywy, kiedy pojawiły się informacje o budowie pierwszej elektrowni, a za nią były informacje, że na tym nie koniec, że powstaną kolejne. Zbudowanie jednej elektrowni nie ma sensu, ponieważ trzeba stworzyć cały system, zatrudnić naukowców, mieć odpowiednio wykwalifikowaną kadrę inżynierską, która potrafi obsłużyć te elektrownie. W czasach, kiedy planowano Żarnowiec, opracowywano całą listę nowych elektrowni jądrowych, które miały powstać do roku 2020. A zatem było to planowanie na 40 lat naprzód. Co ciekawe - gdyby doprowadzono do ich budowy, tak jak zakładano, to dziś te elektrownie generowałyby 22 tysiące megawatów mocy, czyli tyle, ile dziś potrzebujemy do zapewnienia w stu procentach energii dla naszego kraju. Jaki wpływ na budowę elektrowni w Żarnowcu miał wybuch w Czarnobylu w 1986 roku? To ważna historia, bardzo mi zależało, aby mocno ją w książce zaznaczyć, dlatego że w powszechnej świadomości to Czarnobyl doprowadził do klęski Żarnowca. Uważam, że niekoniecznie tak było. Ale były protesty przeciwko budowie elektrowni w Żarnowcu. Poważne protesty zaczęły się dopiero w 1989 roku. Wcześniej - w latach 1987-1988 -prace posuwały się do przodu i to na dość dobrym poziomie; najwięcej budowano właśnie wtedy, czyli już po awarii w Czarnobylu. Wydaje mi się więc, że Czarnobyl nie miał bezpośredniego związku. Natomiast w momencie przełomu, w sytuacji, kiedy zmieniało się bardzo wiele rzeczy w kraju, głos ruchów ekologicznych, które wówczas powstawały, okazał się również ważny. Choć akurat minister Syryjczyk, który niemal osobiście podjął decyzję o likwidacji Żarnowca, powiedział mi, że nie wpłynęło to na jego decyzję. Wracając do 1986 roku i wybuchu w Czarnobylu - na jakim etapie była budowa elektrowni w Żarnowcu? Zakończyły się prace przygotowawcze, czyli wyrównanie terenu, postawienie zaplecza. Doprowadzono kolej na budowę, zbudowano część blo- w czasach, kiedy planohano żarnowiec, opracowywano całą listę nowych elektrowni jądrowych które miały powstać do roku2020 ków dla przyszłych pracowników elektrowni. De facto, dopiero rozpoczynała się praca nad częścią jądrową. Ten projekt był na tyle ambitny, że sam budynek elektrowni - patrząc całościowo - to była jedynie niewielka część tej inwestycji. W całej okolicy zbudowano masę różnych innych inwestycji towarzyszących. Wiele z nich udało się doprowadzić do końca. Natomiast kamień węgielny pod rozpoczęcie budowy jądrowej części kładziono dopiero w 1985 roku, więc kiedy doszło do wybuchu w Czarnobylu, to budowa samej elektrowni miała raptem kilka miesięcy. Piszesz, że przerwanie budowy elektrowni było decyzją polityczną; jak odnosił się do niej prezydent Lech Wałęsa, który przecież pochodzi z Pomorza, a na dodatek był elektrykiem? Czy w ogóle był ktoś wśród polityków, kto chciał walczyć o Żarnowiec? Wygląda na to, że zabrakło kogoś po stronie rządowej, kto chciałby walczyć o to, aby ta elektrownia powstała. Już w czasie obrad Okrągłego Stołu poruszano temat elektrowni, podpisano protokół rozbieżności - strona rządowa i strona opozycyjna miały inne zdanie na ten temat, co nie znaczy, że Solidarność była przeciwna. Również delegacje międzynarodowe, które w tym czasie przyjeżdżały do Polski, oferując wsparcie i pomoc w dokończeniu budowy, odwiedzały Lecha Wałęsę. Do lidera Solidarności, jeszcze przed wyborami prezydenckimi, pojechała też delegacja składająca się z przedstawicieli z samej budowy. Im Lech Wałęsa miał powiedzieć, że rozumie wagę tematu, że nie jest przeciwnikiem energetyki atomowej, ale obecnie nie ma czasu zajmować się tym tematem. Wspomniany już przeze mnie były minister przemysłu w rządzie Mazowieckiego, Tadeusz Syryjczyk, z którym rozmawiałem kilka miesięcy temu, nadal uważa, że decyzja o zamknięciu Żarnowca była słuszna, a jego działania, które do tego doprowadziły, jak najbardziej prawidłowe. Jego zdaniem, w tamtym czasie Polski nie było stać na to, żeby tę budowę kontynuować, a gdyby nawet została otwarta, to i tak byśmy jej nie wykorzystali, bo mieliśmy na tyle dużo elektrowni węglowych i na tyle tani prąd, że elektrownia atomowa by się zupełnie nie opłacała. Zanim zdecydowano o zamknięciu budowy, wydano na nią miliard dolarów. Mówiąc kolokwialnie, tyle pieniędzy poszło w błoto! Odzyskano coś ze sprzedaży elementów tej elektrowni? mało kto dzis pamięta, ze elektrownia żarnowiec była większą inwestycją niż huta katowice. tylko że nigdy nie doprowadzono jej do końca Za naprawdę niewielkie pieniądze sprzedawaliśmy podzespoły warte bardzo wiele. Dość powiedzieć, że dwa reaktory, które zostały wyprodukowane przez czeską Skodę -zakład, który do dziś całkiem dobrze się nam kojarzy - cały czas działają. Jeden trafił do Finlandii, drugi na Węgry. Co prawda teraz nie obsługują już bezpośrednio elektrowni, ale pracują w ramach różnego rodzaju treningów, testów, są wykorzystywane cały czas, mimo że minęło lat 30, bo przetransportowano je do tych krajów odpowiednio w 1994 i 1996 roku. Teren po elektrowni może się dziś do czegoś przydać? Dziś jest tam specjalna strefa ekonomiczna. To pomysł, który pojawił się już po zamknięciu budowy. Wtedy mało komu zależało na tym, aby cokolwiek z tych rzeczy, które tam były, odzyskać. A jednak coś odzyskano. Piszesz o pomniku w Wejherowie, który powstał z betonu upadłej elektrowni. Coś jeszcze wykorzystano? Największym wydarzeniem był wspomniany przeze mnie transport dwóch reaktorów, a poza tym, jeśli chodzi o specjalistyczne urządzenia, to wiele rzeczy trzeba było zezło-mować. Dość powiedzieć, że firma Rafako, o której ostatnio jest głośno, zbudowała stabilizator ciśnienia, który miał trafić do Żarnowca. Ale nie trafił, bo budowa upadła. Ustawiono go więc przed firmą - jak powiedział mi jeden z moich rozmówców, jest to chluba polskiej myśli technicznej, z kolei inny nazwał go pomnikiem niespełnionych nadziei i klapy wielkiej budowy. Wychodzi na to, że obie te osoby miały rację. Sprzedano drobiazgi, rzeczy biurowe, płyty, z których układano drogi, a w końcu - za niewielkie pieniądze - także kilka tysięcy mieszkań, które wybudowała elektrownia. W pierwszej kolejności odkupywali je byli pracownicy oraz gminy. No właśnie, rozmach tej budowy był ogromny, bo to nie tylko elektrownia, ale i cała infrastruktura, zaplecze dla pracowników, jak hotel, stołówka; to był ogromny obszar. Ogromne wrażenie zrobił na mnie hotel, który powstał na terenie budowy. Był tak ładny, że produkowano pocz- tówki z jego widokiem. Położony nad samym jeziorem, z salą gimnastyczną, z kinem Megawat, w którym można było oglądać zagraniczne filmy. Istniał też sklep, w którym można było kupić pomarańcze, bo często się tam pojawiały. A miejmy na uwadze, że były to lata 80., czasy potężnego kryzysu i kartek w sklepach. Osoby, które mieszkały w pobliżu budowy, tłumaczyły, że na samym początku, czyli w 1982 ręku, nikt w ogóle nie zdawał sobie sprawy, że trwa tam stan wojenny. Na ulicach nie było wojska, przychodziło się do pracy, było smaczne jedzenie, w pobliżu zielono, jezioro, łódki, można było pływać, zorganizowano nawet klub żeglarski. Życie tam toczyło się w zupełnie innych warunkach niż w pozostałych częściach kraju. Uderzyły mnie słowa Henryka Torbickiego, jednego z głównych budowniczych Żarnowca, z którym się spotkałeś. Powiedział, że zabrakło kilka miesięcy, że gdyby zainstalowano reaktory, nie można byłoby tej budowy przerwać. Wydaje się, że Henryk Torbicki, który jest racjonalną osobą, mocno sobie tę sytuację zracjonalizował. To jedyna osoba, która udzieliła mi tak jasnej odpowiedzi. Rzeczywiście, gdyby reaktory, które już do Polski dotarły, zostały zamontowane, to już chyba nikt nie chciałby podjąć decyzji o zamknięciu tego projektu. Bo jak te reaktory wydostać, bo wszystkie urządzenia już są zgromadzone. Wiele osób, z którymi rozmawiałem, mówiło też, że możliwy był scenariusz słowacki, czyli doprowadzenie budowy do pewnego momentu, a następnie przerwanie, by poczekać na czasy, gdy znajdą się pieniądze, możliwości i chęci, aby elektrownię jądrową dokończyć. Słowacy tak właśnie zrobili z elektrownią, którą uruchomili ostatecznie pod koniec lat 90., nawiasem mówiąc, przy dużej pomocy polskich naukowców, którzy uważali, że my mielibyśmy lepszą elektrownię. Wśród dyrekcji Żarnowca istniało przekonanie, że my też pójdziemy tą drogą. Do końca nie zdawali sobie sprawy i nie wierzyli w to, że można zatrzymać budowę, na którą wydano miliard ówczesnych dolarów. Bardzo ciekawie piszesz 0 pierwszych aktywnościach powstających w Polsce ruchach ekologicznych, którzy organizowali protesty przeciwko budowie elektrowni. Spotkałeś się nawet z jednym z ekologów z tamtych czasów - Jarosławem Dubielem. To fascynujący temat, narodziny ruchu ekologicznego 1 antyatomowego. Bo wtedy protestowano też przeciwko innej planowanej elektrowni jądrowej w Klempiczu oraz przeciwko składowisku odpadów radioaktywnych w Międzyrzecu. To był protest, który wziął się według mnie z tego, że polskie ruchy ekologiczne zaczęły działać z wielkim pomysłem. Pojawiały się żartobliwe, łatwe do zapamiętania hasła, jak „Żamobyl dupa" czy „Chcemy papier toaletowy, a nie reaktor atomowy". Organizowało się happeningi, pierwsze formy protestu, kiedy uczestnicy siadają na ziemi, a milicja nie ma zielonego pojęcia, co z nimi zrobić. Protestujący spotykali się na Długim Targu w Gdańsku co piątek o piątej, to mocno wdrukowało się tym wszystkim aktywistom w głowy. A zatem opowieść 0 Żarnowcu jest też opowieścią o narodzinach polskiego ruchu ekologicznego. Czy Żarnowiec - nawiązując do tytułu twojej książki - to był tylko sen? Dziś przecież wracamy do pomysłu budowy elektrowni jądrowych. Wracamy do pomysłu, ale po 40 latach; większość ówczesnych naukowców j est już dziś na emeryturze. Z uwagą 1 nieskrywaną sympatią patrzą na to, co się dziś w tym temacie dzieje. Ale oni już swoje życie naukowe i możliwość zaangażowania się w ten projekt stracili. KSIĄŻKA Piotr Wróblewski, „Żarnowiec. Sen o polskiej elektrowni jądrowej". Wyd. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2023. Piotr Wróblewski Redaktor działu inwestycje oraz kierownik redakcji Warszawa Nasze Miasto. W Polska Press od 2015 roku, w tym czasie współpracował też z lokalnymi rozgłośniami radiowymi. 12 PULS Głos Dziennik Pomorza Piątek, 21.04.2023 Odpowiedź wydaje się prosta. Ta opowieść o pracowniku muzeum, który zostaje oskarżony o kradzież obrazu i ukrywa się w przebraniu gosposi, jest na tyle uniwersalna, że rozumieją ją ludzie na całym świecie. A taka idea to w polskim kinie rzadkość. Zacznijmy od kasy Na początek kilka ciekawostek. W ciągu roku od premiery film obejrzało prawie 2 min widzów, a dochody z kas kino-' wych wyniosły ok. 13 min zł. Co jest tylko informacją statystyczną, bowiem w socjalistycznej gospodarce uspołecznionej nie miało to i tak większego znaczenia. W1974 r. film został wyróżniony podczas festiwalu Qu-eens Council of the Arts w Nowym Jorku. Taką informację podaje Maciej Replewicz, autor biografii Stanisława Barei „Król krzywego zwierciadła" i można się domyślać, że dla dygnitarzy PRL laury w Stanach były raczej niedogodnością, niż powodem do dumy. Mylne jest także dzisiejsze twierdzenie, że „Poszukiwany, poszukiwana" to przykład PRL-owskiego genderu. W filmie tożsamość płciowa bohatera nie ulega zakwestionowaniu, czyli to zwykła przebieranka ku uciesze oglądających. Znacznie bardziej pasuje tu termin cross-dressing, w którym nie ma podkładu ideologicznego. Niewątpliwie źródłem inspiracji było dla Barei „Pół żartem, pół serio" z 1959 r. Billy'ego Wildera, w którym Jack Lemmon i Tony Curtis również ukrywają się przed pościgiem w damskich przebraniach. Państwo płaci i wymaga W niektórych środowiskach panuje przekonanie, że film Bareja nakręcił jako „sprzeciw wobec socjalizmowi". To nieporozumienie. Film powstał w państwowym Zespole Filmowym „Pryzmat", a jego scenariusz, napisany przez duet Stanisław Bareja - Jacek Fedorowicz, został skrupulatnie przeczytany i zaakceptowany przez cenzurę. Na ekrany dopuszczono go po kolaudacji i decyzji tzw. odpowiednich czynników, na poziomie ministerialnym. Socjalistyczna władza nie tolerowała bowiem filmów wrogich sobie, a te, które czasami dopuszczała, były zwykle elementem wewnętrznych rozgrywek. Akurat w „Poszukiwanym, poszukiwanej" odniesień politycznych jest bardzo niewiele. Za to dużo kolorów, słońca i pocztówkowej Warszawy. Był początek lat 70., nowa ekipa partyjna chciała pokazać swój liberalizm, zatem pozwoliła Barei zrobić film, który lekko podszczypywał biurokrację, absurdy socjalizmu itp. lOgMC # "* * k :■ * * "... % V.* * j;' •fit **3, Stanisław Maria Rochowicz (zagrał go Wojciech Pokora) wciela się w filmie w rolę pomocy domowej - Marysi „POSZUKIWANY, POSZUKIWANA", CZYLI CO ŚMIESZY POLAKÓW 22 kwietnia 1973 r. do kin weszła komedia „Poszukiwany, poszukiwana" Stanisława Barei. Wtedy śmieszyła Polaków, po półwieku ciągle bawi. Dlaczego? Mariusz Grabowski Można rzec, że partia lubiła pośmiać się z samej siebie, z technokratów i aparatczyków, choć oczywiście do pewnych granic. Niebez powodu filmowy Dyrektor (Jerzy Dobrowolski) klepie idiotyczne frazesy o „szerokim kroku frontu budowlanego", „burzeniu przeżytków" i „bardzo odpowiedzialnym, innym odcinku pracy". Na frontalny atak na system Bareja zgody nie dostał. Zresztą zapewne sam tego nie chciał. Był reżyserem, który w ówczesnej rzeczywistości odnajdywał się bardzo dobrze. Niechęć do socjalizmu, jeśli już, pojawiła się u niego dopiero później. Złote bon-moty Przejdźmy do fabuły. Oto fajtłapowaty pracownik muzeum, historyk sztuki Stanisław Maria Rochowicz (zagrał go doskonale Wojciech Pokora), zostaje niesłusznie oskarżony o kradzież obrazu autorstwa niejakiego Bogdana Adamca, na którym ten uwiecznił monstrualną dłoń. Grozi mu pięć lat więzienia. Przerażony tą perspektywą postanawia ukrywać się w przebraniu kobiecym do czasu, aż namaluje kopię zrabowanego płótna i niepostrzeżenie ją podrzuci. Najpierw podejmuje pracę jako gosposia domowa „Marysia", nie ma jednak szczęścia do chlebodawców. Pomimo początkowych trudności w nowym zawodzie, „Marysia" zaczyna odkrywać uroki swojej pracy. Okazuje się również, że w ten sposób zarabia więcej niż jako magister historii sztuki. Oczywiście Rochowicz nie ma bladego pojęcia o obowiązkach domowych, co wywołuje automatycznie szereg zabawnych perypetii. Pomimo iż Marysia jest fatalną gosposią, cieszy się dużym zainteresowaniem... płci przeciwnej. Wynikają z tego liczne konfuzje, a zawsze budzi rozbawienie. Motorem napędzającym film są ponadto dialogi. Niektóre tak trafne, że przeszły do języka potocznego. „Ja pracuję nad doniosłym wynalazkiem! Chodzi o potwierdzenie procentu cukru w cukrze w zależności od podziemnego promieniowania na tym terenie". „Mój mąż? Mąż jest z zawodu dyrektorem!", „Złodziej to człowiek subtelny, o niezwykle wysokiej kulturze" czy „Oho! Będzie burza, muszę z pieskiem do domu". Laurka na ekranie Krzysztof Teodor Toeplitz, nadworny krytyk PRL, uważał, że film Barei jest satyrą na zja- wiska społeczne w Polsce okresu przełomu lat 60. i 70. XX w. To w pewnej części prawda, ludzie zawsze lubili pośmiać się z przywar bliźnich. Zwłaszcza z tych, od których czują się lepsi. Ale jest coś jeszcze, czego wyrafinowany KTT nie widział, albo widzieć nie chciał. Perypetie Marysi mogłyby równie dobrze znaleźć się w filmie angielskim, francuskim czy amerykańskim. I równie dobrze by bawiły publikę. Bareja nakręcił bowiem film, w którym nie widać socjalizmu, całego ówczesnego syfu, brudu, siermięgi i biedy. Nic dziwnego, że ludzie chcieli przez półtorej godziny pogapić się na świat, którego na co dzień nie oglądali. Spoglądali zatem na urokliwe plenery filmowane na Nowym Świecie, w parku pomiędzy Pałacem Kultury i Nauki a dworcem Warszawa Śródmieście oraz przy tamtejszej fontannie, a także w okolicach Kanału Piaseczyńskiego. Obrazują na ekranie ruchliwe życie stolicy i malują jej niemal sielankowy, a co za tym idzie daleki od rzeczy wistości portret. Co w 1973 r. warszawiakom, tym z blokowisk Bródna, Waw-rzyszewa czy Rakowca, oferowało rodzime kino w zakresie rozrywki? „Chłopów", „W pustyni i w puszczy", „Zazdrość i medycynę" oraz „Iluminację". Do beztroskiego pośmiania się dość mały wybór. Pokora bez konkurencji Wiemy, dlaczego film podobał się ludziom w latach 70. Zastanówmy się, dlaczego podoba się im dzisiaj. Oto bowiem we wszelkich rankingach polskich komedii plasuje się on w pierwszej piątce. Pewną rolę gra tu zapewne sentyment do PRL, kiedy to „wszystko było lepsze", a co za tym idzie filmy także. Ale gdyby ten sentyment rozciągnąć na aktorów - być może znaleźlibyśmy odpowiedź. W „Poszukiwanym..." wystąpili bowiem naprawdę znakomici polscy aktorzy: Mieczysław Czechowicz, Jerzy Dobrowolski, Wiesław Gołas, Adam Mularczyk i Filip Łobodziński, a także, w niewielkiej, epizodycznej roli, Stanisław Tym. Oni kojarzą się dobrze również dziś. Największą zasługę ma w tej popularności oczywiście Wojciech Pokora, aktor, który zagrał jedną z ról życia. „Musiałem zmieniać numery telefonów, mieszkania. Niektórzy krzyczeli za mną »Marysiu, Marysiu, ja cię angażuję, ugotuj mi kluski!«. Strasznie mnie to męczyło, ale miało też swoje plusy, bo to były ciężkie czasy. Wszystko kupowało się na kartki - benzynę, alkohol. Mogłem korzystać z popularności i otrzymywać szybciej to, o co inni musieli walczyć"-wspominał. „Perukę, teraz?" I jeszcze coś, co zauważył Wojciech Świdziński w tekście „Poszukiwany, poszukiwana Stanisława Barei. Warszawa od kuchni". Mianowicie to, że jednym z niewielu aspektów, w których film „dotyka" realnego życia, jest moda. „Oprócz kolorowych bluzek, długich spódnic, szwedów i dzwonów, a także różnych modeli sandałów, platform i koturnów, mamy tu ważne elementy przebrania »Marysi«: ażurową sukienkę z włóczla oraz charakterystyczną perukę. Widać przy tym, że ekstrawagancka peruka jest powszechnym kobiecym atrybutem, a zarazem towarem luksusowym. Podczas krótkiej scysji z żoną przebrany Rochowicz wyrzuca jej: »Ciekawe, skąd ty masz taką perukę teraz?«". Głos Dziennik Pomorza Sobota-niedziela, 22-23.04.2023 TEMAT WEEKENDU Ochrona środowiska Dorota Kowalska dorota.kowalska@polskapress.pl Dzień Ziemi, znany również jako Międzynarodowy Dzień Ziemi, obchodzony jest od ponad 50 lat. W 2009 roku ONZ ustanowił 22 kwietnia Międzynarodowym Dniem Matki Ziemi. Rok wcześniej, w Estonii zapoczątkowano Sprzątanie Świata - jednego dnia zebrało się w tym kraju 50 tysięcy osób, aby przez pięć godzin spróbować uprzątnąć w swoich miejscowościach tyle, ile się da. Od tego czasu Ziemię tego jednego dnia sprzątają mieszkańcy stu dziewięćdziesięciu krajów. Akcje organizowane są w miastach i miasteczkach, towarzyszą im imprezy plenerowe, często edukacyjne. Chodzi o to, aby uświadomić nam wszystkim, że musimy dbać o środowisko, że wiele zależy od nas samych. Bo naprawdę wiele możemy! Wybierajmy korzystne środki transportu, segregujmy śmieci, ograniczajmy ilość plastiku, unikajmy jednorazowych opakowań szamponów i innych kosmetyków, korzystajmy z naturalnych źródeł energii. Ewa, 44 lata: trójka dzieci, mąż, niewielki dom pod Warszawą. - Ekologia zawsze była dla nas w rodzinie ważnym tematem. Mamy świadomość, jak ważne jest dbanie o środowisko, nasze dzieci także, bo o pewnych sprawach rozmawiamy z nimi od małego. Uczymy określonych zachowań - opowiada. Razem z mężem starają się żyć rozsądnie: jedzą mięso 2-3 razy w tygodniu, nie kupują ubrań, jeśli nie są im potrzebne, w ogóle są przeciwnikami kupowania czegoś dla samego kupowania. Starają się ograniczyć ilość plastiku w domu, oszczędzają energię i wodę. Żyją tak od lat, bo pewne sprawy zawsze wydawały im się oczywiste. - Dzisiaj mówi się o nich więcej i częściej, może stąd, przynajmniej z moim obserwacji wynika, że świadomość ekolo-gicznaPolaków jest większa. Pytanie, czynie zaczęliśmy dostrzegać problemu zbyt późno -wzrusza ramionami. Rzeczywiście, także badania pokazują, że ekologiczna świadomość Polaków jest znacznie większa niż jeszcze kilka, czy kilkanaście lat temu. Ponad 96 procent respondentów deklaruje, że regularnie segreguje odpady. Według 94 procent badanych zmiany klimatu to ważny albo bardzo ważny problem. Ponad trzy czwarte mieszkańców Polski jest skłonnych wydać więcej na „czystą" energię, ablisko sześciu na dziesięciu planuje zmienić swój piec na bardziej ekologiczne źródło energii - to tylko niektóre wyniki badań dotyczących świadomości i zachowań ekologicznych Polakówprzepro-wadzonych w październiku 2020 roku dla Ministerstwa Klimatu i Środowiska. W opinii badanych stan śro-dowiskawnajwiększym stopniu zależy od aktywności każdego z nas (69 procent). Także z badania IBRiS zrealizowanego na zlecenie Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej w2022roku wynika, że Polacy mają świadomość swojego wpływu na zmniejszenie zmian klimatu. Aż 87 procent badanych przyznało, że za zmiany klimatu odpowiedzialny jest przede wszystkim człowiek. Zdecydowana większość (82 procent) zadeklarowała, że przykłada dużą wagę do troski o środowisko naturalne. Aż 75 procent respondentów uważa, że działania pojedynczego człowieka, takie jak chociażby oszczędzanie energii elektrycznej, mają pozytywny wpływ na środowisko naturalne i zmniejszenie zmian klimatu. Tę większą świadomość widać nawet u maluchów. Joanna, nauczycielka w jednej ze szkół podstawowych mówi, że różne instytucje organizują w szkołach pogadanki dla młodych nawet 0 tym, jak należy się zachowywać w lesie, na ulicy, w górach, jak dbać o przyrodę izwierzęta. - To rozmowy, które do nich trafiają - twierdzi nauczycielka. 1 dodaje, że nie zdarzyło jej się zobaczyć malucha, który wyrzuca papierek na szkolne boisko. Dzieci przynoszą do szkoły śniadania w pudełkach, kanapki nie są owijane wpapier, czy folię aluminiową. Wiele nosi picie w butelkach wielorazowego użytku, a nie plastikowych, jak dawniej. Dla zdecydowanej większości młodych ludzi, choćby studentów, środowisko zawsze miało ogromne znaczenie. Badanie Deloitte z 2021 pokazuje, że zarówno Millenialsi (ludzie urodzeni w latach 80. i 90. XX wieku) jak i pokolenie Z (ludzie urodzeni w latach 1995-2010) od dawna naciskają na zmiany społeczne, które mają służyć ratowaniu naszej planety, ale też uważają, że świat znajduje się w decydującym momencie, że trzeba działać natychmiast, bo za chwilę będzie na to za późno. - Zauważyłam, że dużo osób w moim wieku, ale także młodszych, zdaje sobie sprawę z konsekwencji, jakie dla klimatu ma globalny rozwój. Coraz więcej młodych ludzi rezygnuje, czy ogranicza produkty odzwie-rzęce, bojkotuje fast fashion, kupuje kosmetyki curelty-free. Z drugiej strony, mamy świadomość, że sami świata nie zmienimy. A świat wymaga zmian. Konieczne są jednak zmiany systemowe - uważa Marta, 23 lata, studenta polonistyki. To dlatego młodzi ludzie na całym świecie wychodzą na ulice i apelują do rządzących, by ci podjęli kroki zmierzające Międzynarodowy Dzień Ziemi powinien być dla nas czasem refleksji. Za stan środowiska odpowiedzialni jesteśmy także my sami i wbrew pozorom dużo możemy zrobić, aby przyszłym pokoleniom żyło się na Ziemi przyjemnie i bezpiecznie, aby w ogóle dało się na niej żyć DBAJMY O NASZĄ PLANETĘ, PÓKI NIE JEST ZA PÓŹNO To od nas zależy, na jakim świecie będą żyły przyszłe pokolenia. Dbajmy o naszą planetę również z myślą o nich do złagodzenia skutków zmian klimatycznych, do których w dużej mierze przyczynił się człowiek. Jej rówieśnicy wiedzą, że jeśli decydenci niepodejmą działań teraz, świat ich dzieci, czy wnuków będzie zagrożony. Ale też tak z badań przeprowadzonych dla Ministerstwa Klimatu i Środowiska, jak tych dla Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej wynika, że Polacy oprócz świadomości podejmują konkretne działania na rzecz ochrony środowiska. W pierwszym badaniu aż 96 procent osób zdeklarowało, że regularnie segreguje odpady. Respondenci znacznie częściej niż w poprzednich latach zwracają uwagę na ograniczenie zużycia wody (ponad 90 procent wskazań) oraz wybierająrozwiązania ekologiczne, nawet gdy oznacza to dodatkowy koszt (82 procent). 61 procent badanych zadeklarowało, że może skorzystać z roweru bądźkomunikacjimiejskiej zamiast samochodu. Jedna trzecia respondentów planuje podjęcie działań, które zwiększą efektywność energetyczną i umożliwią zmniejszenie rachunków za energię. Osoby te najczęściej planują zastosować odnawialne źródła energii. Ponad trzy czwarte badanych jest skłonnych wydać więcej na „czystą" energię, odsetekten jest prawie cztery razy wyższy od tego w 2018 roku. Z kolei w drugim badaniu 92 procent ankietowanych stwierdziło, że oszczędza energię elektryczną, a troska o środowisko naturalne jest najistotniejszym obokkosz-tów czynnikiem motywującym. - Od kilku lat obserwujemy zwiększoną świadomość ekologiczną wśród Polaków. To badanie także potwierdza, że dostrzegamy, iż działania pojedynczego człowieka mogą mieć wpływ na nasze środowisko naturalne. Samo angażowanie się w takie aktywności sprowadza się do zmiany drobnych nawyków, takich jak np. gaszenie światła w pomieszczeniu, wybierania programów eco w urządzeniach AGD, czy zwykłe odłączanie ładowarki po naładowaniu telefonu. Wynika z tego, że podejmujemy, przynajmniej na poziomie deklaratywnym, małe działania, które mają pozytywny wpływ także w aspekcie globalnym - mówi Michał Kowalczyk, dyrektor ds. badań IBRiS. „Mamy tylko jedną Ziemię, a jej przyszłość zależy od każdego na pozór niewielkiego ludzkiego działania, zależy od każdego z nas" - powiedział polski geograf, prof. Florian Plit. Warto wziąć sobie do serca te słowa. ZŁOM kupię, potnę, przyjadę i odbiorę, tel. 607 703 135. USŁUGI HYDRAULICZNE, tel. 607 703 135. SPRZĄTANIE strychów, garaży, piwnic, wywóz starych mebli oraz gruzu w big bagach, 607 703 135. 6 GWIAZDA Głos Dziennik Pomorza Sobota-niedziela, 22-23.04.2023 Sylwetka Wie, że w związku kryzysy trzeba po prostu przeczekać Pandemia pokazała, jak niepewny jest zawód aktorki. Dlatego Anna Dereszowska wybudowała dom na Mazurach, który wynajmuje turystom. W wolne dni sama odpoczywa tam też z rodziną ANNA DERESZOWSKA Urodziła się w 1981 roku w Mikołowie. W1999 roku ukończyła Prywatne Studium Muzyczne w Mikołowie w klasie fortepianu. Jest absolwentką III LO w Katowicach. W 2003 roku ukończyła Akademię Teatralną w Warszawie. Rok później zadebiutowała w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Współpracuje również ze Studio Buffo i Teatrem Syrena. Sukces przyniosły jej role w serialach „Złotopolscy", „Glina", „Tango z aniołem", „Klub szalonych dziewic", „Prawo Agaty" i „Przyjaciółki". W 2010 roku wygrała Złoty Samowar na Festiwalu Piosenki Rosyjskiej w Zielonej Górze. Ma na swoim koncie płytę „Już nie zapomnisz mnie". Występowała w wielu programach celebryckich, m.in. „Twoja twarz brzmi znajomo" czy „Starsza pani musi fiknąć". Ma trójkę dzieci. Obecnie jest związana z Danielem Du-niakiem. Paweł Gzyl pawel.gzyl@polskapress.pl Lucy (nazywana „Lulu") jest kochającą żoną. Niestety, jej mąż tego nie docenia i dopuszcza się zdrady. Rozstanie sprawia, że kobieta musi stanąć na własnych nogach. Postanawia wtedy zająć się tym, co robi najlepiej - wypiekać słodkości. I udaje się. Cukiernia odnosi sukces i Lucy otwiera nowy rozdział w swoim życiu. Tak zaczyna się serial „Lulu", który właśnie oglądamy na małych ekranach. Dzięki niemu możemy co tydzień spotykać się z Anną Dereszowską. - Takich kobiet jak Lulu wśród nas jest naprawdę mnóstwo. Znam historie dziewczyn, które w pewnym momencie stwierdzają: „Muszę coś zmienić w moim życiu. Chcę być niezależna i mówić z podniesioną głową, że sobie poradzę". Mam nadzieję, że Lulu, która żyje jak zwykły człowiek, bo nie jest osobą z niezwykle zasobnym portfelem, będzie inspiracją do działania - mówi w serwisie Na Ekranie. Zszywana ręka Jej rodzice byli lekarzami. Wychowywała się w niewielkim Mikołowie na Śląsku. Jako mała dziewczynka była typem „chłopaczary": wolała ubierać spodnie niż sukienkę i zamiast bawić się lalkami, wspinała się po drzewach i biegała za piłką. Może dlatego, że ma starszego brata Andrzeja, który przez wiele lat był dla niej wzorem do naśladowania. - Do pewnego momentu w ogóle się nie dogadywaliśmy. Często się kłóciliśmy i rzucaliśmy w siebie różnymi przedmiotami. Dzięki Andrzejowi przeleciałam nawet przez szybę. Miałam pociętą rękę, którą trzeba było zszywać. Z czasem było między nami coraz lepiej. Gdy zaczęłam interesować się jego kolegami, nagle dostrzegł, że ja też jestem człowiekiem, który, od czasu do czasu, nawet myśli - śmieje się w serwisie Kobieta. Kiedy Ania miała dziewięć lat, jej mama zachorowała na raka i zmarła. Dziś aktorka mówi, że kojarzy ją bardziej z fotografii niż z własnych wspomnień. Wtedy byłto jednak dla niej potężny cios. Ponieważ tata pracował, ściągnął do opieki nad dziećmi dziadków. Babcia musiała więc zastąpić im mamę. Ania szukała ucieczki od traumatycznych doświadczeń najpierw w sporcie, a potem w muzyce i poezji. - Od zawsze lubiłam występować publicznie, nigdy nie sprawiało mi problemu śpiewanie piosenek na lekcjach muzyki czy występowanie z jakimś wierszem na różnego rodzaju występach szkolnych. Zawsze pierwsza podnosiłam rękę, kiedy trzeba było zadeklamować - bo wtedy tak to się mówiło - fragment poezji -wspomina w „Dzienniku Bałtyckim". Komediowa specjalizacja Początkowo Ania myślała, że pójdzie w ślady rodziców i zostanie lekarką. Potem stwierdziła, że bardziej interesuje ją architektura. Ale gdzieś w głębi serca wymarzyła sobie aktorstwo. Być może dlatego, że jej tata za młodu chciałuczyć się w szkole teatralnej, ale rodzice pokierowali go w stronę bardziej stabilnego zawodu. Za namową macochy pojechała na egzaminy do Warszawy i dostała się za pierwszym razem. - W szkole wstydziłam się wszystkiego. W trakcie pierwszego roku byłam na liście do „odstrzału". Zamknięta, spięta, na próbach siedziałam w kącie, na środek wychodziłam onieśmielona. Na zajęcia byłam słabo przygotowana, bo nie wiedziałam, czego się ode mnie oczekuje, nie miałam pojęcia, jak zagrać, jakie uruchomić emocje. Krępowałam się, gdy ktoś na mnie patrzył! Ale byłam też uparta. Poddać się, zawieść? Nie - opowiada w „Twoim Stylu". Mimo że po szkole dostała etat w Teatrze Dramatycznym, nadal nie była pewna swych umiejętności. Przełom nastąpił, kiedy stanęła przed kamerą. Najpierw podbiła serca telewi-dzówroląposterunkowęj Kaliny Fatalskiej w „Złotopolskich", a potem zabłysła na dużym ekranie jako „Korba" w komedii „Lejdis". To sprawiło, że zaczęto ją angażować do typowo rozrywkowych filmów i seriali. - Jak każda aktorka, szczególnie Słowianka, chciałabym zagrać mocne sceny i cięcie żył u Wojtka Smarzowskiego. Ale z drugiej strony, zastanawiając się nad tym, na co chciałabym pójść do kina, wybrałabym jednak komedię Woody'ego Allena. Potrzebuję, żeby ktoś mądrze mnie rozbawił i dał do myślenia w lżejszy sposób. Dlatego sama nie mam problemu z tym, że gram głównie w komediach. Staram się robić to najlepiej, jak potrafię i wkładać w role całe serce, warsztat, wiedzę i umiejętności - deklaruje w Plejadzie. Azyl na Mazurach Jako nastolatka, Ania była zakompleksioną dziewczyną. Dopiero po studiach powoli zaczynała zyskiwać świado- mość swej urody. W końcu zakochała się na zabój w koledze po fachu - Piotrze Grabowskim. Krakowski aktor zostawił dla niej żonę i dwójkę dzieci. Płomienny romans został przypieczętowany narodzinami córki zakochanych -Leny. Nieustanne zainteresowanie mediów życiem prywatnym aktorki sprawiło, że jej związek ostatecznie się rozpadł. Aby sobie z tym poradzić, Ania potrzebowała wsparcia psychologa. - Na terapię trafiłam w trudnym momencie życia, gdy zmieniał się mój układ rodzinny. Chciałam chronić Lenkę przed konsekwencjami tego, co się zdarzyło, bo rozstanie rodziców zawsze jest traumą dla dziecka. Potrzebowałam wsparcia i pomocy osoby z zewnątrz, która spojrzy na moją sytuację nie jak przyjaciółka, ale jak profesjonalista. Miałam przeczucie, jak mam przeprowadzić Lenkę przez ten czas i terapeutka je potwierdziła - podkreśla w serwisie Polki. Wszystko zmieniło się, kiedy aktorka poznała młodszego od siebie o cztery lata fotografa Daniela Duniaka. Para szybko znalazła ze sobą wspólny język. Choć nie wzięli ślubu, zdecydowali się z czasem na dzieci - synów Maksymiliana i Aleksandra. Kiedy Daniel zmienił pracę i został dyrektorem marketingu w dużej firmie, postanowili wybudować dom na Mazurach. Początkowo mieli sami z niego korzystać, ale ostatecznie zdecydowali, że będą go również wynajmować turystom. - Był czas, gdy odsunęliśmy się od siebie. Maksio miał dwa lata. Liczyły się tylko sprawy do załatwienia. Gnaliśmy, każde w swoim kierunku. Wtedy Daniel wymyślił, że polecimy we dwoje do Nowego Jorku. Wróciliśmy zbudowani, znowu zakochani. Dziś? Wiemy, że złe emocje miną, bo przechodzimy przez to nie pierwszy raz. Kryzysy warto przeczekać - podkreśla w „Twoim Stylu". Głos Dziennik Pomorza Sobota-niedziela, 22-23.04.2023 PORADNIK • 7 Na grzyby Wiosenne grzyby, które zbierzemy w kwietniu i maju Choć wiosna nie sprzyja grzybom, ich wybór nie jest duży i trzeba się natrudzić, by jakieś znaleźć, pasjonaci próbują swoich sił i wyruszają z koszykiem w gąszcz traw i drzew. Szczęśliwcy mogą wrócić do domu m.in. ze smardzami lub żółciakami. Trzeba jednak zachować ostrożność i mieć wiedzę - sporo grzybów, występujących w tym okresie, jest trujących. Jakie gatunki da się zebrać w kwietniu i maju? To jeszcze nie jest sezon grzybowy w pełni, bo na pierwsze kurki lub prawdziwki musimy poczekać. Ale nie oznacza to jednak, że u progu wiosny nasz koszyk na grzyby będzie pusty. Przy dokładnym przeczesaniu zakamarków mchu i traw, a także przy odrobinie szczęścia, już teraz można znaleźć cie kawe okazy. Należy jednak niezwykle uważać, bo o tej porze roku wiele grzybów może być trujących i łatwo o pomyłkę. Każda pora roku niesie wspaniałe cuda natury. Latem i jesienią masowo wyruszamy po borowiki, podgrzybki czy maślaki. W okresie zimowym oko i często kubki smakowe cieszą płomiennice zimowe i boczniaki ostrygowate, zaś wiosną naszą szczególną uwagę przykuwają smardze lub żółciaki. Smardze. W tym roku pojawiły się wcześniej Wyjątkowy wygląd smardza sprawia, że ciężko go nie zauważyć. Jego kapelusz o ja-mowatej i nieregularnej formie zrasta się z nogą. Grzyby te najczęściej mają zabarwię nie szare, beżowe, niekiedy z domieszką żółci. Smardze związane są z wilgotnym środowiskiem. Rosną w lasach, parkach', na łąkach. Lubią towarzystwo jesionów, wiązów, a nawet drzew owocowych - czytamy na stronie Regionalnej Dyrekcji Lasów Pań- f stwowych w Białymstoku. O tej porze roku najczęściej spotykane są: • smardz zwyczajny, inaczej jadalny, FOT. WIKIMEDIA COMMONS/PUBLIC DOMAIN • smardz stożkowaty, • smardz półwolny. Można też natrafić na gatunki smardza wyniosłego lub grubonogiego. Owocniki smardzów najczęściej pojawiają się w kwietniu i maju, jednak ze względu na zmiany klimatu oraz ocieplenie, pierwsze da się zauważyć już nawet w lutym. Grzyby te są uważane za rarytas, należy jednak pamiętać, aby nie jeść ich na surowo. Wymagają obróbki, dzięki której świetnie sprawdzą się w wersji duszonej, smażonej, a także jako baza do wielu so- FOT. WIKIMEDIA COMMONS/GEORGE CHERNILEVSKY/PUBLIC DOMAIN sów lub dodatek do wspaniałych dań. Gdzie szukać smardzów? Nie wszędzie można je ||. zbierać Choć smardze można spotkać w wielu miejscach, np. w lasach, parkach, przy akwenach lub na wilgotnych terenach, należy pamiętać, że nie wszędzie można je zbierać. Rozporządzenie ministra środowiska z dnia 9 października 2014 r. w sprawie ochrony gatunkowej grzybów określa, że grzybów tych nie można zbierać w lasach, gdzie znajdują się pod ochroną. Miłośnikom tego gatunku grzyba pozostaje zbieranie ich m.in. na terenie ogrodów, parków, szkółek leśnych, a także innych terenach zielonych uprawianych przez człowieka. Warto również wiedzieć, że smardz występuje na wszystkich kontynentach poza Antarktydą. Najwięcej stanowisk podano w Europie, występuje tu na całym jej obszarze. W Polsce występuje na terenie całego kraju - do 2020 r. podano około 260jego stanowisk. W latach 1983-2014 podlegał ochronie ścisłej w naszym kraju. Sobowtór smardza, który jest trujący Pamiętajmy, że na grzybobraniu nietrudno o pomyłki, zwłaszcza jeśli nie ma się doświadczenia w tym temacie. Warto wiedzieć, że ze smardzem można pomylić m.in. naparstniczki oraz piestrzenice. Szczególnie groźna dla naszego zdrowia jest zwłaszcza ta druga. - Początkujący grzybiarze mogą pomylić smardze ze śmiertelnie trującą piestrze-nicą kasztanowatą - przestrzegają LP w Białymstoku. Pofałdowany kapelusz może zmylić, jednak po dokładnej analizie można dostrzec, że środek nie ma charakterystycznych żeber, a kolor jest ciemniejszy niż u smardza, bo osiąga barwę brązu. Spoży cie piestrzenicy wywołuje silne zatrucia, uszkadza też narządy wewnętrzne człowieka. Jakie inne grzyby spotkamy w lesie wiosną? Oprócz smardzów, na światło dzienne zaczy nają wyrastać inne grzyby. Wśród drzew kryją się m.in.: • gęśnice wiosenne, • żółciaki siarkowe, • żagwiaki łuskowate. Gęśnica wiosenna wcześniej nosiła nazwę majówki wiosennej. Pojawia się już w kwietniu, a zbierać można ją aż do czerwca. Kapelusze tego grzyba mają białą lub kremową barwę, a sam miąższ jest mięsisty. O ile grzyb zalicza się do jadalnych i dość smacznych, to niestety dość często jest zaroba czony, a znalezienie „czystego" okazu jest trudne. Kurczak z lasu? To możliwe. Tak mówi się bowiem o żołdaku siarkowym. Pierwsze huby pojawiają się w maju i dosłownie nie da się ich przeoczyć. Intensywny ^ kolor i miejsce występowania - pnie drzew, przyciągają uwagę. Nadają się do spożycia, jednak tylko po obróbce termicznej - su- rowe szkodzą. Warto też wybierać młode osobniki, te starsze nawet po przyrządzeniu nie smakują dobrze. Do jadalnych hub zalicza się również żagwiaka łusko-watego. Swoją nazwę ten ga- FOT. PIXABAY.COM/CONGERDESIGN tunek zawdzięcza obecności łusek na kapeluszu, który może osiągać kilkadziesiąt cm długości. Pasożytuje na drzewach liściastych. Choć oficjalnie można jeść młode osobniki, oczywiście po uprzedniej obróbce cieplnej, to w Polsce nie jest to FOT. PIXABAY.COM/LOGGAWIGGLER szczególnie popularny produkt. Czarka szkarłatna jako zwiastun wiosny. Co to za grzyb? Leśnicy zwracają też uwagę na czarkę szkarłatną, którą można spotkać w polskich lasach. To typowo wiosenny grzyb, do maja można zawiesić oko na jego czerwonych owocnikach. Jeszcze niedawno była pod ścisłą ochroną, dziś jednak można ją zbierać. Jak podpowiada nazwa, wyglądem przypomina czarkę, miseczkę. Zdania na temat spożywania grzyba są podzielone, niektórzy twierdzą, że jest jadalna, część atlasów klasyfikuje ją natomiast jako niejadalną. Lepiej, aby ze względu na swój charakterystyczny i piękny wygląd pozostały w lesie - czytamy na stronie Nadleśnictwa Bogdaniec. Gatunkiem podobnym do czarki szkarłatnej jest czarka austriacka - różnice pomiędzy nimi można wykazać jedynie pod mikroskopem. Ma proste włoski na zewnętrznej powierzchni miseczek, a jej zarodniki są na końcach zaokrąglone. Częściej niż czarka szkarłatna występuje na terenach niżowych. Ten grzyb rośnie na gałązkach drzew liściastych, najczęściej na wierzbach, olszach, klonach, w wilgotnych lasach, głównie łęgowych, najchętniej na obszarach górskich i podgórskich. Pojawia się wczesną wiosną (luty-maj), ale owocnikować może także w bezśnieżne zimy. Czarka austriacka występuje w Europie i Ameryce Północnej. Była gatunkiem chronionym w Polsce do 9 października 2014 roku. 8 1/1 lOi jmia Głos Dziennik Pomorza l\U U n IM IA Sobota-niedziela, 22-23.0.4.2023 Sezon na grillowanie Czas na grillowanie. Z pomysłem i smakiem Mamy dla Was kilka prostych przepisów na pyszne dania. To sposób, by nie marnować jedzenia i zaoszczędzić pieniądze. Proponowane potrawy w stylu zero waste są bardzo łatwe w przygotowaniu »*> firill to świetny pomysł na spędzenie wspólnego czasu z rodziną i znajomymi. Szczególnie, że dania z grilla cieszą się niesłabnącą popularnością. Trudno się dziwić, gdyż wśród grillowanych pyszności każdy znajdzie coś dla siebie! Soczyste mięsa, delikatne ryby, a może chrupiące warzywa? Jest mnóstwo sposobów na to, by przygotowywane przez nas na grillu potrawy smakowały wyśmienicie. Wystarczy sięgnąć po sprawdzone przepisy - i... do dzieła! Aromat i smak grillowanego mięsa i ryb zależy od jakości produktu, właściwego sprzętu, odpowiedniej techniki przyrządzenia i doboru przypraw. Gril-lować można każdy rodzaj mięsa - wybór zależy od upodobań smakowych. Czas pieczenia różni się w zależności od wybranego rodzaju i wielkości mięsa i ryby, przed wrzuceniem na ruszt kawałki powinny osią-. gnąć temperaturę otoczenia. Na grilla nadają się ryby morskie i słodkowodne. Dobrym wyborem jest łosoś, pstrąg, dorsz, halibut, tuńczyki dorada - najlepiej świeże, surowe. Duże ryby można grillować w formie steków, mniejsze w całości w folii aluminiowej lub w specjalnym koszyczku. Mięso i ryby warto serwować w towarzystwie grillowa- nych warzyw. Najlepiej sprawdzą się cukinia, bakłażan, papryka, ziemniaki, pieczarki, kukurydza, marchewki i cebula, ale można też próbować na przykład szparagów. Sekret tkwi w marynacie Przygotowując mięso na grilla bardzo ważne jest, by odpowiednio je zamarynować. Liczy się nie tylko czas (najlepiej marynować mięso całą noc), ale i rodzaj marynaty. Do karkówki idealnie pasuje marynata z ketchupem. Zawarty w nim ocet sprawi, że mięso będzie miękkie i soczyste - ocet rozpuszcza część białek zawartych we włóknach mięsa, dlatego staje się ono zdecydowanie smaczniejsze. Podobny efekt otrzymamy dodając do marynaty sok z cytryny. Do marynaty możesz dodać miód lub cukier, który sprawi, że mięso nieco skruszeje. Możesz ją doprawić ulubionymi przyprawami, np.: słodką papryką, chili lub ostrą papryką, czosnkiem, solą i pieprzem, tymiankiem czy majerankiem. Jeśli chcesz przygotować indyka lub kurczaka, dodaj do marynaty jogurt naturalny i majonez. Dzięki temu mięso będzie soczyste. Bardzo dobrze do drobiu pasuje przyprawa curry. ŻEBERKAZGRILLA WSŁOOKO-OSTREJ MARYNACIE i kg żeberek, 6 łyżek ketchupu ostrego, 6 łyżek musztardy, 3 łyżki miodu, 3 łyżki sosu sojowego, 3 łyżeczki słodkiej papryki, 2 łyżeczki ostrej papryki, 2 łyżeczki czosnku granulowanego, 2 łyżeczki soli, l łyżeczka pieprzu. Pokrój żeberka na mniejsze porcje, jeśli są chude, to przygotuj porcje po dwie kostki. Nie wycinaj tłuszczu.Przygo-tuj marynatę z podanych składników. Posmaruj żeberka marynatą i schowaj do lodówki na co najmniej 4 godziny. Jeśli to możliwe, marynuj mięso przez całą noc. Smaż żeberka na dobrze rozgrzanym grillu, z obu stron, możesz je kilka razy posmarować resztą marynaty. Można podać je z sosem czosnkowym lub ketchupem i porcją sałatki. GRILLOWANY FILET Z INDYKA 700g filetu z indyka, 5 łyżek oliwy, 1 łyżka miodu, ząbek czosnku, 1/3 łyżeczki chili, i łyżeczka ziół prowansalskich, sok z 1/2 cytryny, l łyżeczka suszonego tymianku, szczypta soli. Zacznij od pokrojenia filetu z indyka na porcje. Każdy ka- wałek mięsa rozbij lekko tłuczkiem, by miały jednakową grubość. W miseczce wymieszaj oliwę z sokiem z cytryny i miodem. Ząbek czosnku rozgnieć lub drobno posiekaj i dodaj do marynaty. Na koniec wsyp zioła prowansalskie, chili, szczyptę soli i tymianek. Całość wymieszaj. Kawałki indyka smaruj dokładnie marynatą i układaj w oddzielnym naczyniu. Wykorzystaj całą marynatę. Mięso przykryj i odstaw do lodówki na ok. półtorej godziny. Wyjmij zamarynowane filety z indyka z lodówki na co najmniej pół godziny przed grillowaniem. Mięso grillujemy po kilka minut z obu stron, na złoty kolor. Możesz układać mięso bezpośrednio na ciepłym ruszcie lub na specjalnych tackach do gril-lowania. KARKÓWKA W REWELACYJNEJ MARYNACIE 4 plastry karkówki, 4 łyżki ketchupu, 4 łyżeczki ostrej musztardy, 1/2 łyżeczki czosnku, l łyżeczka soli, 1/3 łyżeczki chili, 1/3 łyżeczki pieprzu. W małej miseczce wymieszaj ketchup z ostrą musztardą. Dodaj przyprawy: sól, pieprz, chili, czosnek. Całość wymieszaj. Do osobnego naczynia wkładaj po plastrze karkówki, Głos Dziennik Pomorza Sobota-niedziela, 22-23.04.2023 KUCHNIA • 9 Czas na grilla EW » smarując go przygotowaną marynatą z obu stron. Zrób tak z każdym plastrem mięsa i wykorzystaj całą marynatę. Przykryj naczynie folią spożywczą i wstaw do lodówki na minimum 5 godzin, a najlepiej na całą noc. Wyjmij karkówkę z lodówki i poczekaj, aż będzie miała temperaturę pokojową. Smaż karkówkę na dobrze rozgrzanym grillu, z obu stron. FANTASTYCZNY BURGER Z ŻURAWINĄ l sałata, 4 bułki do burgerów, kilogram wołowiny, 300 g żółtego sera, sól i pieprz. Składniki na dressing: 250 g żura-winy, 1 łyżeczka cynamonu, l szklanka soku pomarańczowego. Jeszcze przed grillowaniem przygotowujemy sos. W garnku podgrzewamy sok z pomarańczy. Wrzucamy żurawinę i posypujemy cynamonem. Mieszamy. Gotujemy przez 15 minut, aż sos zgęstnieje. Zdejmujemy z ognia i przekładamy do miseczki. Odkładamy do wystygnięcia. Wołowinę przyprawiamy i formujemy z niej burgery. Układamy na ruszcie. Każdą ze stron grillujemy przez 10 minut. Odstawiamy do wystygnięcia. Każdą z bułek przecinamy na pół i kładziemy na grillu. Pozostawiamy na około 2 minuty. Zdejmujemy, gdy pieczywo będzie chrupiące. Układamy na jednej z połówek liść sałaty, smarujemy sosem żurawinowym. Potem układamy gotowe burgery i plastry sera. Ponownie nakładamy sos i liść sałaty. Przykrywamy drugą połówką bułki. SZASZŁYKI W JOGURTOWEJ MARYNACIE l duży filet z kurczaka, 2łyżla jogurtu naturalnego, 1 łyżeczka curry, 0,5 łyżeczld słodkiej papryki, 0,5 łyżeczki czosnku granulowanego, szczypta soli i pieprzu, opcjonalnie: sos czosnkowy z 4 łyżek jogurtu naturalnego wy-mieszanego z posiekanym ząbkiem czosnku, szczyptą soli i łyżeczką czosnku niedźwiedziego. Zacznij od pokrojenia kurczaka w kostkę. Kawałki mięsa powinny być podobnej wielkości. Przełóż kurczaka do miseczki, dodaj jogurt, curry, słodką paprykę, czosnek, sól i pieprz. Całość wymieszaj, przykryj talerzykiem lub folią spożywczą i wstaw do lodówki. Mięso powinno pole-żeć w marynacie minimum 4 godziny. Jeśli masz taką możliwość, to zrób je dzień wcześniej i zostaw w lodówce na całą noc. Wyjmij mięso z lodówki na ok. 30 minut przed grillowaniem. Drewniane patyczki do szaszłyków namocz przez chwilę w wodzie, by się nie przypalały. Na każdy patyczek nadziej po kilka kawałków mięsa. Smaż na grillu z obu stron na złoty kolor. Podawaj z sosem czosnkowym i porcją warzyw. KIEŁBASKI W PIWNO- MIODOWEJ GLAZURZE 8 kiełbasek, 2 ząbki czosnku, 1 cebula, 3 szklanki piwa, 3 łyżki miodu, przyprawy: 1 liść laurowy, ziele angielskie i pieprz do smaku. Piwo wlewamy do szklanego naczynia i dokładnie mieszamy z miodem. Dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek i pokrojoną w kostkę cebulę. Całość doprawiamy. Kiełbaski nacinamy, kładziemy do marynaty i wstawiamy do lodówki na 4 godziny. Po upływie wskazanego czasu, grillujemy je przez około 10 minut z każdej strony. Jeśli chcemy, by nasze kiełbaski miały jeszcze więcej smaku, posmarujmy je przygotowaną wcześniej marynatą na ostatnim etapie grillowania. GRILLOWANE SKRZYDEŁKA 1 kg skrzydełek kurczaka, 2 łyżki cukru trzcinowego, 3 łyżki oleju, 3 łyżki ketchupu, 2 łyżki przyprawy do kurczaka, 1 ząbek czosnku, cliili,i łyżeczka soli. Skrzydełka myjemy i osuszamy. Przygotowujemy marynatę: olej mieszamy z ketchupem oraz przeciśniętym przez praskę czosnkiem i przyprawami. Do marynaty wkładamy skrzydełka i dokładnie je w niej obtaczamy. Zostawiamy do zamarynowania na 2 godziny. Po tym czasie skrzydełka układamy na tacce i umieszczamy na kratce grilla. Grillujemy z obu stron, przekładając co jakiś czas skrzydełka. ŁOSOŚ W ZIOŁACH 3 filety z łososia, sok z 1/2 cytryny, 3 łyżki miękkiego masła, 2 łyżeczki posiekanego koperku, 2 łyżeczki posiekanych listków mięty, 2 ząbki czosnku, sól, pieprz. Łososia delikatnie oczyścić i osuszyć. Skropić go sokiem z cytryny, oprószyć solą i pieprzem. Kłaść na rozgrzanym ruszcie i grillować z obu stron po kilka minut. W międzyczasie do miękkiego masła dodać obrany czosnek przeciśnięty przez praskę, posiekany koperek i listki mięty. Całość dokładnie utrzeć. Gotowy filet ułożyć na talerzach i polać go czosnkowym masłem. PSTRĄGI Z GRILLA 4 pstrągi, 1 duża cytryna, 6 łyżeczek masła, sól, pieprz, zioła: oregano, melisa. Sos jogurtowy: 200 ml gęstego jogurtu,! ząbek czosnku, sól, pieprz. Sprawione ryby dokładnie umyj, osusz papierowym ręcznikiem i natnij lekko w kilku miejscach. Następnie oprósz w środku i na zewnątrz solą i pieprzem. Cytrynę pokrój w plastry. Zioła podziel na gałązki. Do środka każdej ryby włóż łyżeczkę masła, plasterek cytryny i gałązkę ziół. Ryby ułóż na gorącym grillu, posmaruj z wierzchu resztą masła i opiekaj z każdej strony po 5-10 minut. W tym czasie przygotuj sos jogurtowy: ząbek czosnku obierz, przeciśnij przez praskę i wymieszaj z jogurtem. Dopraw do smalcu solą i pieprzem. Upieczone pstrągi podawaj z sosem jogurtowym. ZIELONE SZPARAGI ZAWIJANE W BOCZEK 1 pęczek zielonych szparagów, boczek wędzony (cienkie, podłużne plastry), oliwa z oliwek (opcjonalnie). Przed grillowaniem lub pieczeniem zielone szparagi należy pozbawić twardych, włóknistych końcówek. Odciąć 3-4 cm na końcach. Zielonych szparagów (w przeciwieństwie do białych) nie trzeba obierać ze skórki. Można szparagi zblanszować, tym celu należy je wrzucić na 2-3 minuty do wrzątku. Grube szparagi zawinąć pojedynczo w plasterek boczku. Cienkie szparagi zawinąć po dwa lub trzy w plasterek boczku. Grillować szparagi na niedużym ogniu z każdej strony, aż boczek będzie chrupiący, a szparagi miękkie. I ir>/-\PkA Głos Dziennik Pomorza I" UKUUA Sobota-niedziela, 22-23.04.2023 Pielęgnacja ciała Jak wybierać perfumy, które nam pasują? Zastanawiasz się, jak wybrać perfumy? Jak wybrać taki zapach, który nie tylko przyjemnie drażni nozdrza, ale także podkreśla twoją osobowość i twój styl życia? Wystarczy znajomość kilku zasad, by udało się wyselekcjonować kilku najlepszych kandydatów Damskie perfumy najczęściej posiadają nuty kwiatów, słodkich owoców oraz delikatnych przypraw Jeśli masz suchą skórę, nie kupuj perfum o dużym stężeniu alkoholu, ponieważ mogą pojawić się podrażnienia Jeśli nie wiesz od czego zacząć wybór odpowiednich dla ciebie perfum, poproś o pomoc specjalistę w sklepie Perfumy to łączna nazwa kosmetyków, których jedynym zadaniem jest nadawanie różnym obiektom (zwykle ciału człowieka) przyjemnego i długo utrzymującego się zapachu. Z definicji tej wyłączone są wszystkie produkty, których aplikacja wymaga użycia gazów pędnych (m.in. dezodorant). Perfumy składają się z mieszaniny związków zapachowych, które są nazywane olejkami zapachowymi, środków homogenizujących i wzmacniających oraz rozpuszczalnika, którym zazwyczaj jest etanol lub mieszanina lekkich alkoholi alifatycznych. W zależności od ilości rozpuszczalnika rozróżnia się perfumy właściwe (ekstrakty perfum), wody perfumowane i wody toaletowe. Po wylaniu lub wtarciu ich w powierzchnię ciała substancja bazowa (np. alkohol etylowy, olej jojoba, olejek sandałowy) szybko paruje lub wchłania się w skórę, a na jej powierzchni zostają tylko olejki zapachowe i środki wzmacniające (odoranty), które są uwalniane do powietrza, powodując wrażenie ol-faktoryczne (węchowe). Kompozycje zapachowe - pilnie strzeżone tajemnice Mieszanina olejków i środków wzmacniających jest nazywana często kompozycją zapachową. Kompozycja ta decyduje o specyficznym zapachu, który jednoznacznie kojarzy się z daną marką perfum, jest więc ona ich „istotą", decydującą o walorach użytkowych tego produktu. Kompozycje te są albo silnie strzeżoną przez firmy kosmetyczne tajemnicą, albo są zastrzegane. Od czasu wynalezienia dostatecznie czułych metod analitycznych (np. chromatografia gazowa, wysokosprawna chromatografia cieczowa) określenie składu kompozycji zapachowych stało się tak proste, że producenci umieszczają w niej również substancje maskujące. Nie mają one wpływu na zapach kompozycji, ale utrudniają identyfikację rzeczywistych składników zapachowych. Tworzenie kompozycji zapachowych jest swojego rodzaju sztuką, którą zajmuje się kilkadziesiąt tysięcy per-fumiarzy na całym świecie. Ludzie o szczególnych predyspozycjach do tworzenia tych kompozycji nazywają się w branży „nosami". „Nosy" nie mają zwykle bardziej wyczulonego węchu od przeciętnych ludzi, lecz mają bardzo rozwiniętą zdolność psychiczną, zwaną wyobraźnią zapachową oraz zdolność do zapamiętywania większej ilości woni, zwaną pamięcią olfaktoryczną. Kompozycje zapachowe są zazwyczaj mieszaninami kilkunastu, kilkudziesięciu, a nawet kilkuset składników, z których część jest pochodzenia naturalnego, a część to syntetyczne związki chemiczne (zobacz: zapach, sub- stancja zapachowa, olejek eteryczny). Składniki te dzieli się na tzw. akordy zapachowe: akord bazowy, akord średni, akord wysoki. Poszczególne akordy złożone są z nut, którym odpowiadają używane w kompozycji substancje zapachowe. Jak wybrać idealne perfumy? • Przede wszystkim musisz umieć oddzielać nuty męskie i damskie. Te pierwsze zwykle są korzenne, ziołowe, drzewne, niekiedy nawet skórzane. Perfumy damskie najczęściej kojarzone są z nutami kwiatowymi, słodkich przypraw lub owoców. Istnieją jednak nuty, które znajdziemy i w perfumach męskich, i w perfumach żeńskich. Są to aromaty cytrusowe, orientalne lub piżmowe. • Woda toaletowa to nie perfumy, mimo że oba produkty mogą pięknie pachnąć. Różnią się jednak stężeniem olejków zapachowych, czyli alkoholu. Perfumy są moc- niejsze i przez to dłużej utrzymują się na skórze. Jeśli więc zależy nam na długotrwałym efekcie zapachowym, musimy wybrać odpowiedni produkt. • Prawdziwy zapach perfum wyczuwa się dopiero po 30 minutach. Pierwszy aromat, który dostaje się do nozdrzy, to tzw. nuta głowy - ona jest najbardziej intensywna, ale najszybciej się ulatnia. • Perfiimy należy dobierać zgodnie z osobowością. Te intensywne lepiej sprawdzą się na osobach aktywnych, energetycznych. Nuty romantyczne, delikatne są odpowiednie dla dusz eterycznych, niekrzykli-wych. Nuty orientalne wspaniale sprawdzają się na randkach, pasują także do osób, które kochają oryginalne style. O czym jeszcze warto pamiętać przed zakupem perfum? • Jeśli masz skórę suchą, nie kupuj perfum o dużym stężeniu alkoholu, ponieważ produkt może cię podrażniać. Na skórze tłustej ładnie rozwijają się zapachy cytrusowe. • Jeżeli jesteś zupełnie zielony w materii perfumowej, masz dwa wyjścia. Po pierwsze - możesz korzystać z testerów w perfumeriach. One co prawda są nieco mylące -ujawniają jedynie nutę głowy, ale dzięki próbkom dość łatwo wyeliminujesz te aromaty, które są nie do przyjęcia. Możesz też spróbować zacząć od klasyków - nie bez powodu takie perfumy jak Miss Dior są tak bardzo popularne. Oczywiście nie musisz zaczynać od najdroższych klasyków. Warto też poprosić o poradę sprzedawcę w sklepie z perfumami - zazwyczaj posiadają oni sporą wiedzę na ten temat. • Woda toaletowa jest doskonałym wyborem wówczas, gdy zbyt ciężkie zapachy są dla ciebie irytujące. Zdarza się, że do perfum trzeba się przyzwyczajać, najpierw rozpoczynając swoją przygodę od bardzo delikatnych, nieob-ciążających zapachów. Głos Dziennik Pomorza Sobota-niedziela, 22-23.04.2023 TURYSTYKA • 11 Relaks i turystyka Brno to drugie największe miasto w Czechach Jeśli mamy ochotę na szybki, weekendowy, wiosenny wypad, to dokąd najlepiej się udać? Przygotowaliśmy dla was 6 propozycji ciekawych europejskich miast. Miasta te leżą niedaleko Polski, oferują wiele atrakcji dla dorosłych i dzieci, a ponadto prezentują się pięknie wiosną. Wiedeń Wiedeń to jedno z najpiękniejszych, najczystszych i najbardziej malowniczo położonych miast Europy. Wiosną w Wiedniu szczególnie przyjemnie jest zwiedzać słynne pałace z ich pięknymi ogrodami, w których kwitną kwiaty. Warto odwiedzić np. pałac Schónbrunn z jego wspaniałym parkiem, wpisany na listę UNESCO, a także pałac Belvedere, a dzieci zabrać do wiedeńskiego zoo. W stolicy Austrii czekają też na was muzea i galerie pełne dzieł sztuki, a także zabytkowe kościoły dla miłośników historii i architektury. Berlin Weekendowa wycieczka do Berlina to okazja, by zwiedzić to jedno z najbardziej fascynujących miast Europy w wiosennej scenerii. Stolica Niemiec przyciąga turystów wieloma atrakcjami, od ikonicznych miejsc, takich jak resztki Muru Berlińskiego, słynny Checkpoint Charlie albo Brama Brandenburska, przez słynne na cały świat galerie na Wyspie Muzeów, po szeroką ofertę wydarzeń kulturalnych i imprez. Brno Brno to drugie największe miasto Czech (po Pradze). Jego historia sięga czasów prehistorycznych. Dziś dominuje wprawdzie zabudowa z okresu komunizmu, ale w Brnie można znaleźć prawdziwe turystyczne perełki, jak piękny zamek Śpilberk z XIII w., pałac Dietrichstein, katedra św. Piotra i Pawła. Przy placu Zelny trh znaleźć można urokliwe kawiarnie i najlepsze restauracje w mieście, stoi tam też słynna Dokąd w Europie warto wybrać się na wiosenny weekend? Wybraliśmy dla was 6 miast blisko Polski, pełnych atrakcji, w sam raz na krótkie wycieczki koleją. To gotowe pomysły na wiosenne wypady. 6 MIAST BLISKO POLSKI NA KRÓTKI, WEEKENDOWY WYPAD Fontanna Parnas. Warto przespacerować się też po pięknym parku Lużanky, zajrzeć do uniwersyteckiego arboretum. Wilno Stolica Litwy leży blisko Polski, słynie ze swoich zabytków i miejsc związanych z naszą wspólną historią i literaturą, a do tego w 2023 r. obchodzi 700 lat istnienia, z czym wiążą się okolicznościowe wydarzenia, zaplanowane na cały rok. Weekendowa wycieczka do Wilna to okazja, by zwiedzić najpiękniejsze miejsca w mieście, jak Ostra Brama, Wieża Giedymina, dzielnica żydowska, Plac Katedralny, albo niezwykła Republika Zarzecza. Praga W Pradze zwyczajnie nie można się nudzić, zwłaszcza wiosną, gdy miasto tętni od ciekawych wydarzeń i plenerowych imprez. Nie brak tu niezwykłych miejsc na spacery, jak choćby Wzgórze Zamkowe, Most Karola czy Plac Wacława. Katedra św. Wita to być może najpiękniejszy praski kościół, a galeria narodowa przyzywa wszystkich miłośników sztuki. Budapeszt Stolica Węgier, nazywana czasem „Paryżem wschodu", słynie ze swojej pięknej architektury - wiele budowli w mieście wpisanych jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W czasie weekendowej wycieczki do Budapesztu warto zwiedzić słynny budynek węgierskiego Parlamentu, wznoszący się nad samym brzegiem Dunaju. W nowym rankingu najlepszych atrakcji Europy to miejsce zajęło pierwsze miejsce. Miasto słynie także ze swoich źródeł termalnych - to idealne miejsce do relaksu także wiosną. Na fanów zabytków czeka wspaniały zamek i wiele imponujących kościołów, a Wielka Hala Targowa to główna atrakcja dla miłośników zakupów. Na spacer warto wybrać się do parku miejskiego Yarosliget i do zoo. immm wmm Wiedeń to jedno z najpiękniejszych miast Europy 'r "-.v"' Berlin słynie z całego mnóstwa atrakcji turystycznych \ W Wilno w tym roku obchodzi swoje 700-lecie Praga wiosną tętni od ciekawych wydarzeń i imprez Budynek parlamentu w Budapeszcie jest przepiękny 12 • ZDROWIE Głos Dziennik Pomorza Sobota-niedziela, 22-23.04.2023 Domowy zielnik N iepozorna stokrotka pomocna w walce z przeróżnymi schorzeniami Stokrotka pospolita to niedoceniany surowiec zielarski, który można wykorzystywać w przypadku wielu schorzeń. Jej ziele stosuje się u osób z nadciśnieniem tętniczym, reumatyzmem oraz przy zmianach skórnych, np. trądziku. Na co jeszcze może pomóc ziele stokrotki? Agata Siemiaszko agata.siemiaszko@polskapress.pl Stokrotki pospolite (Bellis perennis) to jedne z pierwszych wiosennych kwiatów. Te wieloletnie rośliny z rodziny astrowatych powszechnie występują w naszym kraju. Najczęściej można spotkać je na trawnikach, łąkach oraz pastwiskach. Obecnie stokrotki uprawia się również jako ozdobne rośliny doniczkowe, jednak spożywanie takich kwiatów nie jest zalecane, ze względu na możliwy dodatek chemicznych środków ochrony roślin oraz stymulatorów wzrostu. Stokrotki wyrastają wczesną wiosną i osiągają wysokość do 20 cm. Rośliny te nie wymagaj ą specjalnych warunków do uprawy i są odporne na zmiany warunków atmosferycznych. Stokrotka pospolita najczęściej kwitnie od początku kwietnia aż do końca listopada. W sprzyjających warunkach, gdy nife ma mrozu i śniegu, może kwitnąć nawet zimą. Potocznie roślinę nazywa się również sierotką, kokoszką oraz wojcieszką. Według niektórych źródeł, w średniowieczu stokrotki uznawane były za symbol płodności, a wianek zawieszony na drzwiach domu miał chronić przed piorunami. Roślina ta jest w całości jadalna, jednak najlepszym surowcem zielarskim są jej białe lub jasno-różowe kwiaty. W celach zdrowotnych zalecamy zrywać stokrotki dziko rosnące, najlepiej z dala od głównych dróg. Stokrotka pospolita - właściwości zdrowotne Kwiaty stokrotki pospolitej najczęściej używane są jako dekoracja słodkich deserów. Ta niepozorna roślinka ma jednak wiele korzystnych właściwości zdrowotnych. Ziele stokrotek jest źródłem garbników, śluzów, kwasów organicznych, saponin triterpe-nowych, olejków eterycznych, kwasów fenolowych oraz fla- Stokrotki wyrastają wczesną wiosną i osiągają wysokość do 20 cm. Są odporne na zmiany warunków pogodowych Najlepiej zrywać stokrotki rosnące z dala od dróg Napar ze stokrotek ma prozdrowotne działanie wonoidów, czyli silnych przeci-wutleniaczy, które chronią komórki i tkanki przed szkodliwym działaniem wolnych rodników tlenowych. Saponiny triterpenowe to związki, które charakteryzują się działaniem moczopędnym, dzięki czemu korzystnie wpły-wają na zmniejszenie obrzęków i regulację ciśnienia tętniczego .krwi. Natomiast śluzy wykazują działanie łagodzące oraz zmiękczające, dlatego wyciągi ze stokrotek często stosuje się jako składnik kremów do ciała. Z kolei garbniki działają łagodząco, przeciwzapalnie oraz ściągająco, czyli obkurczają naczynia krwionośne. Dlatego stosowanie okładów ze stokrotek zmniejsza podrażnienia oraz wspomaga leczenie zmian skórnych. Dzięki tym wszystkim składnikom napary ze stokrotek pospolitych wykazują działanie: • przeciwzapalne, • przeciwbakteryjne, •moczopędne, •oczyszczające, •ściągające, •wykrztuśne, •zmiękczające, • nawilżające. Doktor Henryk Różański, ceniony fitoterapeuta uważa, że picie herbatek ze stokrotek polnych wykazuje również działanie stabilizujące hormony płciowe, dzięki czemu może regulować cykl miesiączkowy. W jakich schorzeniach pomaga ziele stokrotki pospolitej? Świeże lub suszone ziele stokrotki wykazuje wiele korzystnych właściwości zdrowotnych. Według zwolenników medycyny naturalnej, wspomaga leczenie dolegliwości, takich jak: • zakażenia bakteryjne, • zatrucia pokarmowe, • zaparcia, • niestrawność, • kamica nerkowa, • choroby skórne - w tym egzema i trądzik, • zakażenia układu moczowego, • nadciśnienie tętnicze, • obrzęki, •reumatyzm, •kaszel, • hemoroidy, • siniaki, • zaburzenia miesiączkowania. Z kwiatów stokrotki pospolitej można przygotować napar, który sprawdzi się jako naturalny środek zmiękczający suche włosy, a także jako odżywczy tonik do twarzy. Dodatkowo roślina ta zmniejsza wydzielanie łoju, oczyszcza pory i zmniejsza ich widoczność. Fitoterapeuta zaznacza, że ziele stokrotki może przyspieszyć metabolizm, dlatego napary z tej rośliny często wykorzystywane są jako element kuracji oczyszczającej. Okłady nasączone naparem ze stokrotek można również stosować w przypadku zapalenia spojówek. W takim wypadku okład należy położyć na zamknięte oczy i trzymać ok. 15 minut. Po tym czasie skórę trzeba umyć wodą i delikatnie osuszyć. Zabieg warto powtarzać 3-4 razy dziennie. Przepis na napar ze stokrotek Napar z tej rośliny może być spożywany w przypadku nasilenia różnych dolegliwości, ale również jako profilaktyka rozwoju chorób. Jego przygotowanie jest niezwykle proste i nie wymaga specjalnych umiejętności. Składniki na napar ze stokrotek według doktora Henryka Różańskiego: • 2 łyżki kwiatów lub ziela stokrotki pospolitej, •250 ml wrzątku. Przygotowanie: Ziele należy zalać wrzątkiem i parzyć pod przykryciem przez 20 minut, a po tym Czasie przecedzić. Zaleca się pić napar 3-4 razy dziennie po 150-200 ml, a w przypadku dzieci - 2 razy dziennie po 100 ml. Głos Dziennik Pomorza Sobota-niedziela, 22-23.04.2023 KRZYŻÓWKA 18 Krzyżówka panoramiczna gromada zwierząt hodowlanych czeski traktor r~ uczestnicy wielu bitew r~ nieudane zagranie piłkarza c wiszące łóżko kraj związkowy ze stolicą w Erfurcie r~ sztuczne włosy r~ hin-duska bogini śmierci r~ damski kosmetyk ssak morski -v stoisko wystawowe miejsce dla pilota jodła lub sosna stolica Syrii jaskinia na stoku wulkanu piłka poza kortem wolny etat brawura - t i 1 ł ł 1 \ kupowana w saloniku pasjonat domowa 22 budka na bazarze - góry na granicy Europy i Azji - ł właściciel cudownej lampy - zwój włÓCZKi - - ptak polujący w nocy - 1 roślina polna ► 10 ciasto z białek - - 20 owoce tarniny r strategia walki -*• \ rodzaj włóczni narzędzie działkowicza królowa nauk szlachecki herb i drużyna sportowa spec od budowy organizmu - 1 obłok tuż nad ziemią zapora na Wiśle roślina na wianki miasto w stanie Kalifornia materiał opatrunkowy obwódka, otoczka i chwała", powieść Iwaszkiewicza plac ze straganami 1 dawny nadzorca folwarczny właściciel kontenerowca - ł 1 ł sobek \ 1 2 ł Zauchami" 9 maneż ł 14 odgłos spadania kamieni „czarna" choroba płynie przez Opole śląski wist na szyldzie l Maiier, pisarz z USA 13 frant, filut -*■ 1 i placówka dyplomatyczna jasne piwo z pubu - ł ł kapłanka z „Faraona" polski taniec ludowy strefa ł auto z fabryki Seata - i wojskowe polecenie przywidzenie Indianin z Peru ł 12 i instrument muzyczny - 19 i i rodzaj surduta lub żakietu pies myśliwski weteran wojenny nanos, muł film Kurosawy arabski Jan polska fabryka rowerów - kurtka dżokeja \ 11 1 1 sztuczny pierwiastek rzymski Eros wodne w parku l 1 1 ciepłe przy-krycie - i 16 wypełnia siennik - imię Sumac, śpiewaczki - stolica z Akropolem pełzaki z niby-nóżkami scalanie gruntów 18 r~ staropolska pani wigor, temperament Alfred, wynalazca dynamitu r słodki ziemniak - i 1 imią męskie z Nory - bryła geometryczna 15 i 1 chwast polny kościelna klątwa - mieszkaniec Baku np. kamionka 3 grecka litera przed omegą miasto Świętej Rodziny przeciwnik w debacie podium dla piosenkarza liczne w sieci - ł r~ główny składnik pereł żeniec, żniwiarz r 7 kraj z Tyrolem akt prawny próg w dolinie rzecznej odmiana bilarda - 1 \ ł cukrowy lub ćwikłowy - i obszar, okolica świeżo wcielony do wojska mocna kawa U \ 1 17 miasto w stanie Teksas - 4 egipski bóg świata zmarłych - i i cel na strzelnicy kończy pacierz czasem bez pokrycia walczy z dobrem - unosi się nad moczarami dawna stolica Nigerii -*■ staroskan-dynawska opowieść o bogach oprawa lustra cenny kamień ozdobny ł l - zasada, reguła - \ ł marcowe tragiczne dla Cezara rentgenowski do prześwietleń cząstka żaru i ł rosyjska ciężarówka l * czarna na grządce - 5 pos-polstwo, gawiedz - 1 - 6 Figara" kobiece imię z Diany - 8 paryski dyktator mody - do żucia —+■ cenna kolia U czeskie auto - izotop wodoru - ... Ibra-himović, piłkarz - 21 22 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 21 22 Litery z pól ponumerowanych od 1 do 22 utworzą rozwiązanie - myśl Ludwika Pasteura. V13IDI0ęV1M Wl 3IN VZQ3IM :3INVZVlMZ0y SS2S Redaktor naczelny Przemysław Szymanczyk, Z-cy red. nacz: Marcin Stefanowski. Wojciech Frelichowski. YnonaHusaim-Sobecka. Prezes Makroregionu PiotrGrabowski. Dyrektor biura reklamy oddziału EwaŻelazko. Dyrektor marketingu Robert Gromowski. Redakqa.SŁUPSK, ul. Henryka Pobożnego 19, teL598488100, redakqa.gp24@polskapress.pl, KOSZALIN, ul. Mickiewicza 24, tel.9434735Slredakqa.gk24@pol$kapress.pl. SZCZECIN, Al. Niepodległości 26/U1, te).9148133OO.redakqa^s24@potskapress4łl. Druk Polska Press Oddział Poligrafia, 85-438 Bydgoszcz, ul. Grunwaldzka 229. POLSKA PRESS GRUPA Wydawca PolskaPressSp.zo.o. ul. Domaniewska 45,02-672 Warszawa, tel. 2220144 00, fax: 22 2014410 www.gp24.pl wwwgk24.pl www.gs24.pl ©Cg) - umieszczenie takich dwóch znaków przy Artykule, w szczególności przy Aktualnym Artykule, oznacza możliwość jego dalszego rozpowszechniania tylko i wyłącznie po uiszczeniu opłaty zgodnie z cennikiem zamieszczonym na stronie www.gp24.pl/tresci i w zgodzie z postanowieniami niniejszego regulaminu Redaktor naczelny Dorota Kania Dyrektorartystyczny Tomasz Bocheński, Biuro Prasowe: biuroprasowe@polskapress.pl, Dyrektor kolportażu Karol Wlazło, Agencja AIP kontakt@aip24.pl ? 14 POMORZE/OGŁOSZENIA DROBNE Głos Dziennik Pomorza Sobota-niedziela, 22-23.04.2023 REGION PAŁAC W KAMNICY: OD LAT NA POTĘGĘ KRADZIONE SĄ CEGŁY, KAMIENIE... NIE MA JUŻ CZEGO RATOWAĆ Samorządowe przepychanki i ruiny do rozbiórki Andrzej Gurba Powiat bytowski Ruiny pałacu w Kamnicy mają zostać rozebrane. Starosta wystąpił do konserwatora zabytków o wykreślenie obiektu z rejestru zabytków. Zgodzić się na to musi minister kultury. - Niedawno mieliśmy wizję w terenie. Tu nie ma już co ratować. Stąd nasz wniosek o wykreślenie obiektu z wojewódzkiej ewidencji zabytków, bo ciągle on się tam znajduje, mimo fatalnego stanu. Jeśli pałac zostanie zdjęty z rejestru, to uruchomimy procedurę rozbiórki tego, co po nim zostało. Przypomnę, że nadzór nad obiektem sprawujemy od niedawna w imieniu Skarbu Państwa. Zgodnie z przepisami, pieniądze na rozbiórkę będzie musiał zabezpieczyć wojewoda pomorski - mówi Leszek Waszkiewicz, starosta bytowski. 80 pałacu w Kamnicy pisaliśmy wielokrotnie. Wybudowany został w 1925 roku przez Jakoba Hasslachera, który praktycznie był właścicielem Kamnicy. Oszczędzili go Niemcy i Rosjanie w czasie wojennych działań. Jeszcze sporo Pałac w Kamnicy wybudowany został w 1925 roku przez Jakoba Hasslachera. Dzisiaj to ruina czasu po wojnie pałac miał się dobrze, podobnie jak i boiska oraz korty tenisowe, które przy nim wykonano. Przez wiele lat siedzibę miał w nim PGR, krótko działała szkoła i ośrodek kolonijny. Później obiekt przejęły zakłady obuw- nicze w Bydgoszczy, które urządziły tu obiekt szkoleniowo-wypoczynkowy. W 1989 roku pałac kupiła krakowska spółka Lit-Pol. Na pałacu ustanowiono milionowe hipoteki. Upadek obiektu zaczął się po śmierci jego właściciela. Dzisiaj to ruina. Konserwator zabytków, gmina Miastko, pomorski urząd wojewódzki podejmowały jakieś próby działań, głównie po naszych wcześniejszych publikacjach, ale zawsze kończyło się na stwierdzeniu, że cały czas trwa postępowanie spadkowe (a więc brak właściciela). To po pierwsze. A po drugie nieruchomość obciążona była hipotekami (trzy banki, Agencja Rynku Rolnego). A to też blokowało wszelkie ruchy. Teraz nieruchomość jest wolna od obciążeń, bo w terminie swoich roszczeń nie zgłosili wierzyciele. Dodajmy, że gmina Miastko kilka razy grodziła pałac i ustawiała tablice o niebezpieczeństwie jego zawalenia (płotu dzisiaj nie ma, tablic też nie). Przez 5 lat trwały pałacowe przepychanki między samorządami. Sytuacja formalna zmieniła się w marcu 2017 r. (pałac był już wtedy ruiną). Wtedy starosta bytowski orzekł, że mienie po dawnym zakładzie Lit-Pol (a więc i działkę z pałacem) przejmuje z mocy prawa Skarb Państwa (z datą od l stycznia 2016 r.). Jako reprezentanta Skarbu Państwa wskazano prezydenta Krakowa, bo w Krakowie mieściła się siedziba spółki Lit-Pol. Inaczej przepisy interpretował prezydent Krakowa. Jego zdaniem pałacem w imieniu Skarbu Państwa powinien zająć się starosta bytowski. Przez 5 lat trwały formalne przepychanki między samorządami, aż końcówki ubiegłego roku. Skorzystali na tym przede wszystkim złodzieje. Od lat na potęgę wywożone są stąd cegły, kamienie, inne materiały budowlane. Nikt nie zgłaszał kradzieży, bo nikt nie czuł się odpowiedzialny za ten teren. W listopadzie 2022 r. weszły w życie przepisy o zmianie niektórych ustaw w celu uproszczenia procedur administracyjnych dla obywateli i przedsiębiorców. Przesądziły one o tym, że nadzór nad takimi nieruchomościami, jak pałac w Kamnicy, sprawuje w imieniu Skarbu Państwa starosta właściwy z uwagi na lokalizację obiektu, a więc w tym przypadku starosta bytowski. Wojewoda pomorski jeszcze w ubiegłym roku zobowiązał starostę do podjęcia działań. Krystyna Mazurłaewicz-Pa-lacz, kierownik słupskiej delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Gdańsku poinformowała nas, że decyzja o wykreśleniu obiektu z rejestru zabytków leży w kompetencji ministra kultury. I tam trafi wniosek starosty. ©® E Jak zamieścić ogłoszenie drobne? Telefonicznie: 94 347 3512 Przez internet: ibo.polskapress.pl W Biurze Ogłoszeń: Oddział Koszalin: ul. Mickiewicza 24,75-004 Koszalin, tel. 94 347 3512 Oddział Słupsk: ul. Henryka Pobożnego 19,76-200 Słupsk, tel. 59 848 8103 Oddział Szczecin: Al. Niepodległości 26/U1,70-412 Szczecin, tel. 914813 310 RUBRYKI W OGŁOSZENIACH DROBNYCH: ■ NIERUCHOMOŚCI ■ FINANSE/BIZNES 1 HANDLOWE 1 MOTORYZACJA Nieruchomości MIESZKANIA-KUPIĘ KUPIĘ udziały w nieruchomościach, spadkach, 602-738-759 MIESZKANIA DO WYNAJĘCIA POKÓJ w domu 660-063-729 GK MIESZKANIA-ZAMIENIĘ ZAMIANA/KUPNO mieszkań zadłużonych, dopłata, 602-738-759 DZIAŁKI, GRUNTY SPRZEDAM DZIAŁKA BUDOWLANA CENTRUM POŁCZYNA 571 m 2. SPRZEDAM, 602742814 1 NAUKA 1 PRACA KUPIĘ garaż murowany, tel. 535-480-794. ■ ZDROWIE ■ USŁUGI ■ TURYSTYKA 1 BANK KWATER 1 ZWIERZĘTA 1 ROŚLINY, OGRODY 1 MATRYMONIALNE 1 RÓŻNE 1 KOMUNIKATY Handlowe SPORT I REKREACJA ROWERY używane tanio 508-436-420. Motoryzacja OSOBOWE KUPIĘ A do Z skup-skupujemy każde pojazdy, płacimy nawet za wraki, oferujemy najwyższe ceny, 536079721 AUTO skup wszystkie 695-640-611 ZATRUDNIĘ EKSPEDIETKĘ DO SKLEPU OGRODNICZEGO ZATRUDNIĘ, KOSZALIN 94/3422660 Zdrowie ALKOHOLIZM - esperal 602-773-762 Usługi AGD RTV FOTO PRALKI naprawa w domu, 603 775 878 OGRODNICZE OCZKA wodne, kaskady i inne, 691226885. Różne WYCINKI o aktorach z czasopism kupię, 506559025 1 ŻYCZENIA /PODZIĘKOWANIA 1 GASTRONOMIA 1 ROLNICZE 1 TOWARZYSKIE AUTOPROMOCJA ibo TWOJE DOMOWE BIURO OGŁOSZEŃ Ogłoszenia drobne w Twojej gazecie przez Internetowe Biuro Ogłoszeń. Bez wychodzenia z domu. ibo.polskapress.pl Głos Dziennik Pomorza Sobota-niedziela, 22-23.04.2023 INFORMATOR • 15 Premiera „Trubadura" Małgorzata Klimczak Szczecin Opera na Zaniku zaprasza na premierę opery „Trubadur" Verdiego. „Trubadur" to potężne arcydzieło. Muzyczna dramaturgia oparta na ostrych kontrastach oraz błyskotliwość partii wokalnych fascynują publiczność, a to czyni tę operę jedną z najczęściej wystawianych. „Trubadur" Giuseppe Verdiego w interpretacji Barbary Wiśniewskiej to opowieść o tym, jak decyzje poprzednich pokoleń definiują życie współczesnych. Możemy tu mówić o transmisji traumy, chorobie która przechodzi z przodków za pomocą słów i czynów, nie-wykrywalna i żarłoczna. W pierwszej scenie poznajemy fragmenty opowieści z przeszłości, która motywuje główne postaci: Hrabiego oraz trubadura Manrico i jego przybraną matkę - Azucenę. To jednak nie na źródle traumy - wydarzeniu owianym aurą tajemnicy, które rozdzieliło dwóch braci, Hrabiego i Manrico skupia się kompozytor, ale na tym, do jak tragicznych skutków prowadzi wypełnianie urojonego nakazu zemsty. Czy tak tragiczna historia może mieć jakąkolwiek konstruktywną wymowę? Być może to opowieść o tym, że powinniśmy dążyć do zatrzymania toksycznego koła. Premiera, 22 kwietnia, godz. 19, Opera na Zamku. Ikona polskiego jazzu oraz Jola Szczepaniak Ten duet ma szansę stworzyć na scenie wielką muzykę Małgorzata Klimczak Szczecin W sobotę odbędzie się w Willi Lentza kolejny koncert jazzowy z cyklu Jazz w Willi. Gwiazdami wiosennej odsłony wydarzenia będą-wokalistka Jola Szczepaniaknoraz Andrzej Jagodziński Wszechstronna artystka, która od lat zachwyca publiczność doskonałymi możliwościami wokalnymi, ciekawymi aranżacjami i własnymi kompozycjami. Absolwentka Dyrygentury Chóralnej Akademii Mu- zycznej im. Ignacego Jana Paderewskiego w Poznaniu, była stypendystką Fundacji im. Stefana Batorego oraz renomowanej uczelni amerykańskiej Ber-klee College of Musie w Bostonie. W Massachusets studiowała improwizację i wokalistykę jazzową u Donny McElroy i Boba Stoloffa, a aranżację instrumentalną u Richarda Evans'a. Andrzej Jagodziński to ikona polskiego jazzu, ceniony pianista jazzowy, okrzyknięty polskim perfekcjonistą klawiszowej wirtuozerii, także akordeonista, a z wykształcenia waltornista jest również wybitnym kompozytorem, aranżerem i pedagogiem. Gra w różnych stylistycznie formacjach, zawsze z elitą polskiego jazzu. Oklaskiwany na wszystkich kontynentach świata brał udział w tak prestiżowych festiwalach, jak: „Jazz Yatra - Bom-bay", „Ost-West Nurnberg", „Jazz in Europę - Paris", „Skane Festivalen in Malmó", „Edin-burgh Art Festival", „Leverku-sener Jazz Tage", „Istanbul International Festival". Koncert odbędzie się 22 kwietnia o godz. 20 w Willi Lentza. ©® POGODA Pogoda dla Pomorza Krzysztof Prognoza dla Bałtyku Stan morza (Bft) Biuro Calvus Siła wiatru (Bft) Kierunek wiatru 1023 hPa tł 111 "liii °Ustka Łeba HM W,ad*stawowo * 25 km/h Darłowo 0 rro»3 Sławno % Lębork Wejherowo HHK Kaifuzy GDAŃSK 8 o Świnoujście Kołobrzeg 3 Rewaj_ rreaa Mm mms Połczyn-Zdrój .SZCZECIN © mm o Stargard # Drawsko Pomorskie ♦ Bytów # Człuchów Kościerzyna W Nad Pomorze dociera ciepłe i suche powietrze ze wsch. W ciągu dnia będzie pogodnie i przyjemnie Na termometrach max do 1 7:1 9 °C, chłodniej nad samym morzem do 10:14°C. Wiatr słaby ze wsch W nocy pogodnie. Jutro więcej chmur, po południu tylko na zachodzie możliwy przelotny deszcz i ciepło max 18:21°C. iatr umiarkowany i słaby płd.-zach. Od poniedziałku wyraźnie chłodniej. ^ pogodnie zachmurzenie umiarkowane przelotny deszcz przelotne deszcze i burza pochmurno mżawka ciągły deszcz ciągły deszcz i burza przelotny śnieg ■*"*" ciągły śnieg przelotny śnieg z deszczem ' ciągły śnieg z deszczem mgła y .marznąca mgła ^ śliska droga marznąca mżawka marznący deszcz zamieć śnieżna A opad gradu V kierunek i prędkość wiatru 119° | temp. w dzień E£B temp. w nocy 15° temp. wody grubość pokrywy śnieżnej 1011 hPa • ^ J ciśnienie i tendencja ; smog Pogoda dla Polski * * * fc. /rfVl ^0cm ^20 cm :fc0 cm rl8°Bal 15 km/h mm «*«ESKK3 20° maii i ; 4% 14° 7° 6 T 9 0 Gdańsk 16° Kraków 17° Lublin 1 7 ° Olsztyn 1 8 c Poznań 18 Toruń 17 c Wrocław 19 c Warszawa 17c 19 19 17 19 21 20 21 19 #..... 'W # .....#....... ę....... "W" W 18° 20° ......* 15° 18° *> 12° 15° "W" W Kayah & Royal String Quartet w filharmonii Małgorzata Klimczak Szczecin Pierwsza dama polskiej muzyki popularnej wraca do Filharmonii ze specjalnym koncertem przygotowanym właśnie na tę okazję. Kayah już od ponad 25 lat kroczy po polskiej estradzie własną niezależną drogą jako wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów, a także wydawczyni. Sukcesy odnosi w każdej wybranej przez siebie stylistyce - od folku przez jazz i soul aż po muzykę filmową. Jej twórczość jest także doskonałym przykładem na to, że tzw. pop może mieć wartościowe i jakościowe oblicze. Kayah po raz pierwszy zaistniała na scenie w 1995 roku, kiedy to ukazała się jej pierwsza płyta pt. „Kamień". Tytuł ten spotkał się z ciepłym przyjęciem, szybko zyskując status złotej płyty. Od tamtej pory ar- tystka jest czołowym nazwiskiem głównego nurtu w Polsce, dostarczając szerokiej publiczności wielu niezapomnianych przebojów oraz nieustannie potwierdzając swoją artystyczną wartość. „Prawy do lewego", „Testosteron" czy „Śpij kochanie śpij" to tytuły, które* kojarzy bodaj każdy mieszkaniec naszego kraju. Kayah to także długa lista udziałów w ścieżkach dźwiękowych do wielu głośnych filmów, niezliczona lista nagród -od Fryderyków przez Superje-dynki po Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla polskiej kultury. Artystka w oficjalnym repertuarze Filharmonii w Szczecinie ostatni raz pojawiła się w 2015 roku z debiutanckim materiałem w nowych aranżacjach. Koncert, 22 kwietnia, godz. 19, bilety 80-100 zł, filharmonia. ©® * Kayah także przyjedzie z wyjątkowym materiałem Kto wytrzymywał z mistrzem Matejką? Anna Czerny-Marecka Słupsk Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku zaprasza na wykład z historii sztuki „Tajemnice słynnych portretów: Portret Teodory Matejko w stroju ślubnym". Wykład z historii sztuki odbędzie się w ramach Forum Sztuki i Artystów. Bohaterką wykładu jest Teodora z Giebułtowskich Matejko, żona Jana Matejki, polskiego malarza, twórcy obrazów historycznych i batalistycznych. Jej portret namalowany w 1879 roku skrywa ciekawą historię z życia artysty. Na wybranych przykładach dzieł, do których często jako modelka pozowała właśnie Teodora, przedstawione zostanie życie i twór- czość jednego z najwybitniejszych polskich malarzy w historii. Jan Matejko był autorem po-^ nad trzystu obrazów olejnych oraz kilkuset rysunków i szki-ców[i]. Jeden z najwybitniejszych polskich malarzy w historii. W1862 roku namalował jeden ze swoich najwybitniej-"* szych obrazów, Stańczyka. Miał wtedy zaledwie 24 lata. Do końca życia cieszył się wielką sławą, tak w Polsce, jak na całym świecie, do czego przyczyniały się nagrody. ~ Spotkanie odbędzie się w sobotę, 22 kwietnia, w Białym Spichlerzu przy ul. Szarych Szeregów 12 o godzinie 10. Wykład poprowadzi Ewa Czaplińska-Stec, historyk sztuki, pracownik Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku. ©® 16 • FOTOREPORTAŻ Głos Dziennik Pomorza Sobota-niedziela, 22-23.04.2023 ( Zakasali rękawy i posprzątali W ramach obchodów Dnia Ziemi pracownicy Parku Krajobrazowego Dolina Słupi zorganizowali akcję sprzątania ścieżki przyrodniczej nad jeziorem Krzynia (woj. pomorskie). Worki zapełniały się błyskawicznie szkłem, pudełkami, plastikiem... mam--