Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu ;;Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2019 roku” Fobos contract packing & manufacturing Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos Invest WOJEWioZU I MIEJSKA lilUOTEKA nilUCZNA un. Josepha Conrada Koiieniowskicco DZIAŁ REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 TT 58 301-48-11 w.227, 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 3 (37) 2019 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Bogumił Wiśniewski, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Janusz Namenanik, Adam Langowski Projekt okładki: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki: Prace fotograficzne Konrada Kosacza Skład komputerowy i przygotowanie do druku: KIMSO Marcin Żakiewicz Druk: Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Spółdzielni Socjalnej Fabryka Inicjatyw w Malborku, Sztumskiemu Centrum Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury - sklep Tabularium Sztumskie Centrum Kultury Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Trzydziesta siódma „Prowincja”.............................................5 Poezja Andrzej Zubkowicz..........................................................6 Sergiusz Mizera...........................................................12 Proza Piotr Napiwodzki - Wilhelm z Modeny w podróży, część 7 ...................14 Grażyna Kamyszek - Łzy starej sosny.......................................20 Dorota Maluchnik — Tamte lata.............................................24 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy..........................................25 Wędrówki po prowincji Jacek Kluczkowski - Na oścież się nam rozwarły podwoje polskiego domu...33 Sylwia Kaszuba - Jeńcy z wozowni Mielenz...............................41 Małgorzata Łukianow, Marcin Maciejewski - Pod specjalnym nadzorem.......44 Bogumił Wiśniewski - Jak zdobyłem autograf Kwiczoła?....................49 Stanisław Kowalski - Wyprawa po rybę życia.............................53 Dominik Zyłowski - Stodolarnia kultury i integracji....................58 Andrzej Kasperek - Żuławski kolos.........................................66 Daniel Kufel - Żuławski diabeł............................................83 Karolina Staniszewska - Tajemnica wyspy jeziora Sowica....................84 Piotr Piesiek - Archeolodzy na sztumskim zamku............................89 Na tropach historii Grażyna Nawrolska - O dawnych aptekach....................................93 Roman Dzięgielewski - Jak młodzież z Prus Królewskich odbywała peregrynacje na studia zagraniczne?..........................102 Krystian Zdziennicki - Początki powiatu sztumskiego...................110 Wiesław Olszewski - Bohaterowie stulecia: Ignacy Wasielewski..........114 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski - Notatki słów i obrazów............................122 Radosław Wiśniewski - Notatki z Polin...................................136 Paweł Zbierski - Dziennik kataloński (5)................................156 Wspomnienia Alicja Łukawska - Żuławskie opowieści cz. 2, Kowalscy z Markus..........165 Teodor Sejka - Uczniowie są najsurowszym sędzią.........................178 Ważne pytania Dominika Lewicka-Klucznik - Czy naprawdę równi?.........................190 Rozmowy Niespodziewana iluminacja zmienia wszystko. Z Krzysztofem Bochusem rozmawia Arkadiusz Kosiński......................................................197 Rozmowy Wacław Bielecki - Zapiski melomana - letnie granie......................201 Galeria Prowincji Marek Domański - O fotografiach Konrada Kosacza.........................215 Recenzje Jan Chłosta - Dwie opowieści o narodzinach Olsztyna ....................217 Arkadiusz Kosiński - Kryminał Tomasza Wandzela..........................220 Janusz Ryszkowski - Zostawili swój wyraźny ślad..........................221 Janusz Ryszkowski - Ulotne są żądze młodych..............................223 Noty o autorach.........................................................226 TRZYDZIESTA SIÓDMA „PROWINCJA” Jesień idzie. Nie ma na to rady, jak śpiewał Olek Grotowski. Nie ubolewamy, bo to oznacza więcej czasu na czytanie. A my właśnie po to jesteśmy, by dostarczyć Państwu lektury. W tym numerze ponownie promujemy młodego poetę z Kwidzyna Sergiusz Mizerę i debiutującego na naszych łamach Andrzeja Zubkowicza z Węgorzewa. Piotr Napiwodzie! kontynuuje swoją opowieść o pomorskich wędrówkach Wilhelma z Modeny, a fragmentem nowej powieści wraca do nas Grażyna Kamyszek. To już jej czwarta książka ku naszej radości, bo debiutowała na naszych łamach. Brawo. Dorota Maluchnik także szuka swego miejsca w literaturze. Filozof Andrzej C. Leszczyński w wyjątkowo osobistych „Okruchach” o alkoholizmie z ważnymi pytaniami: Po co? Dlaczego? Czy „upić się warto”, by „zatłuc świadomość”? Bogato prezentują się nasze prowincjonalne wędrówki. Jacek Kluezkowski o ziemiańskim dworku Kowalskich w Górkach pod Kwidzynem. Sylwia Kaszuba o niezwykłej wozowni w Miłoradzu, w której w czasie ostatniej wojny więziono brytyjskich jeńców. O wyjątkowo kulturalnej stodole w Oleśnie pisze Dominik Żyłowski. Andrzej Kasperek wizytuje urokliwy dom podcieniowy w Trut-nowach, w obecności wyjątkowego gospodarza Daniela Kufla. Bogumił Wiśniewski opisuje swoje spotkanie z aktorem Boguszem Bilewskim, a Małgorzata Łukianow i Marcin Maciejewski przypominają o powojennej inwigilacji osadników na Powiślu i Żuławach przez UB. O archeologicznych odkryciach w Sztumie i pod Prabutami piszą Piotr Piesik i Karolina Staniszewska, a Stanisław Kowalski wiedzie nas na północne morza w poszukiwaniu swojej ryby życia. W historycznej części Grażyna Nawrolska tym razem o średniowiecznych aptekach, a Roman Dzięgielewski o zagranicznych wojażach naukowych młodzieży z Prus Królewskich. Krystian Zdziennicki przybliża początki powiatu sztumskiego, a Wiesław Olszewski wspomina sylwetkę Ignacego Wasielewskiego, który poległ w obronie mostu w Tczewie na początku drugiej wojny światowej. Alicja Łukawska w kolejnej części żuławskich opowieści tym razem odwiedza rodzinę Kowalskich w Markusach. Teodor Sejka z kolei wspomina swoje barwne i trudne lata pracy pedagogicznej na Powiślu. Z odległych prowincji pisze dla nas Paweł Zbierski z Katalonii, a Krzysztof Czyżewski nie tylko z europejskich bezdroży. Radosław Wiśniewski zabiera nas w fantastyczną literacko-historyczną podróż żydowskimi śladami po różnych regionach Polski. Ważne pytania o niepełnosprawność zadaje znana naszym Czytelnikom poetka Dominika Lewic-ka-Klucznik w opowieści o swoim wyjątkowym synku Olgierdzie. Wacław Bielecki to oczywiście zapowiedź letnich muzycznych podróży po Polsce. Arkadiusz Kosiński dopytuje Krzysztofa Bochusa o kolejnych bohaterów Jego kryminalnych powieści, a Marek Domański opisuje artystyczne kadry fotograficzne Konrada Kosacza, syna Jerzego Kosacza, naszego nieodżałowanego kolegi redakcyjnego, który zmarł kilka lat temu. Jego portret na ostatniej stronie naszego kwartalnika jest, także dla nas, wyjątkowo symboliczny. Anioł domowy. To tytuł grafiki Mariusza Stawarskiego z naszej okładki. Niech chroni wszystkich Państwa w każdy czas, a przynajmniej w czasie lektury naszego kwartalnika. Dobrej jesieni! Reeiakeja „Prowincji” Poezja Andrzej Zubkowicz ROZMOWA W południe położyła się ot tak dla odpoczynku kręgosłup boli Spytałem: Mamo jak to było z tą twoją szkołą po wojnie Ona była żeby nauczyć czytać i pisać po polsku miejscowych zakorzenionych głęboko właściwie same dziewczęta chłopcy jeżeli już przeżyli gospodarzyli zawzięcie tam gdzie Vater Gro6vater ja już sporo umiałam zaczynałam w trzydziestym piątym poznałam gdzie Allenstein gdzie Kónigsberg na mapie większej niż okno w chałupie szwabachę przedziwnie powykrzywianą przystosowania ptaków do lotów w nieznane Ale nowe czasy nowy świat trzeba było wszystko od początku ponazywać inaczej Potem liceum na Dąbrowszczaków mała matura i zmieniona pisownia nazwiska chociaż rodzice na nagrobku wciąż Schróter Dlaczego pytasz po co ci to Poc^ URODZINY Gdyby dzisiaj były moje urodziny i życzenia mógłbym snuć przedziwne to poprosiłbym o „tylko” tylko tyle co już miałem małą słodycz małych lat o to ciastko które było pierwszym ciastkiem w tej kawiarni w którą wszedłem z rodzicami w zapach kawy z srebrnej paczki uwolniony jak rarytas z miast zamorskich wielki młynek elektryczny był klepsydrą z której spadał kawy piach brunatny wprost w dzieciństwo zadziwione smakiem ziemskich spraw gdyby jednak było w pudełeczku miejsce na jeszcze większe słów spełnienie to poprosiłbym pokornie bym mógł dotknąć małym palcem tamtej chwili w tamtej kuchni gdzie i tata mama brat i od dziadków list otwarty i kuchenka na fajerki dwie grzała brzuchem wielorybim dzień a na stole kasza manna polewana sokiem z malin który kreślił dróżki kręte dróżki wiodły dokądś gdzieś w jakieś czary w jakieś mary światy obce niepoznane za podwórko poza Morąg poza Olsztyn nawet w stronę Gdańska bądź Warszawy hen 8 Poezja tam mieszkało jeszcze wszystko czas i my i każdy sen łyżka ponad talerzykiem zakreślała ptasi lot tata mówił: jedz bo za chwilę będzie zimne a za oknem popatrz już się czai mrok NA ULICY W WĘGORZEWIE Spotkałem wczoraj Herberta powiedział zmarła moja żona mam cukrzycę ojca kolejarza Rosjanie wywieźli z Olsztyna w 45 na Sybir jego zamarznięte ciało wyrzucono po drodze kuzyn poprosił swoją mamę aby nie podpisywała listów wysyłanych na kolonie imieniem Gertruda bo koledzy mówią Niemiec mam 83 lata i lubię wyjść na spacer pozdrów mamę ona też pamięta A co u ciebie? Poezja DZIEŃ JAK CO DZIEŃ Zakupy dla mamy serek wiejski i mała śmietana z Piątnicy pół chleba zwykłego ze Śródmiejskiej w plecaku się goszczą Jeszcze tylko truskawki w warzywniaku i dziewczyny za ladą z którymi pożartujesz o czytniku online zbiegłym z sieci zabiegane w kiosku gazety w poniedziałek Pani Domu w piątek Węgorzewski Tydzień i uśmiech pani Marii w pakiecie rozmowa na ulicy o czasie dokonanym nieprostym ze znajomym z podwórka z przeszłością lokalną naprzeciwko urzędu klepsydry z którymi pomilczysz spojrzenie w kwiaty ulicy Zamkowej w nowych układach pręcików słupków międzypłatkowych do słońca dzień jak co dzień a każdy inny 9 10 Poezja PYTANIA Byłem wczoraj małym chłopcem którego dobrze wciąż pamiętam z czasów gdy świat był podwórkiem pełnym obcych słów takich jak hebel getry kancer korner potem pęczniał do rozmiarów sąsiednich ulic ciasnych przejść między nimi zakamarków coraz dalszych w których i dziurawy hełm niemiecki i pocisk niejeden i dziewczęta patrzące w oczy inaczej A myśli same przychodziły pytając dlaczego dlaczego dziadkowie wciąż mówią po niemiecku kościół chociaż za rogiem nie jest odwiedzany przez rodziców pruski Herder na placyku polskim zerka z cokołu w moją stronę dlaczego starsi koledzy dyskutują o nogach koleżanek a niebo jest niebieskie Teraz choć znam te odpowiedzi wciąż jestem chłopcem pełnym myśli zdziwionych na codzienność Poezja 11 SZYBA tej szyby stłuczonej w dzieciństwie z głupoty niewinnej nie żałuj tak poznałeś lęk niepewności karę słuszną dorosłość cierpką kruchość materii 12 Poezja Sergiusz Mizera EWA On mi nigdy nie powiedział dlaczego. Kiedy poprosił, abym nazywał to, co widzę, mówiłem. Mówiłem, że widzę czarne na białym, z lotu ptaka. Któregoś dnia usłyszałem wycie do księżyca i w końcu wiedziałem, jak określić to, co ja sam czułem. Spojrzał na mnie z takim zrozumieniem. Zalecił kilka godzin snu. Wiedział, że chcę być sam. Lecz nie On mnie obudził. Kiedy to się stało, poczułem jakby wiatr głaskał mnie po policzku szlachetnym liściem klonu. Przyznaję, że wcale nie chciałem otwierać oczu. W końcu zapytał: „Co widzisz?”. Odpowiedziałem tak, jak tylko mogłem. „Siebie.” Nie powiedziałaś wtedy ani słowa. Czy wiedziałaś, że będziesz dla mnie wszystkim? On wiedział, jak zawsze, ale pozwolił mi wybrać. Zanim odeszliśmy, powiedział coś dziwnego. Wyszeptał, że razem będziemy mogli być tacy, jak on, ale najdalej od niego, jak tylko jest to możliwe. I, żebym się nie martwił, że tak już musi być. **♦ Jakiś czas później pokazałaś mi to Drzewo. Wątpiłem z natury istnienia. Wziąłem głęboki wdech, policzyłem do Trzech i zaufałem. Jak nigdy, jak zawsze. Poezja 13 WYGNANIE Z RAJU Widok z okna wciąż ten sam, ale inaczej patrzę. Inaczej widzą moje oczy, bo i wzrok już nie ten. A przecież jeszcze niedawno tamtędy chodziliśmy do ogrodów, do kwiatów. Patrz, jacy jesteśmy niezdarni. Groteskowi - kroku na linie nie uczynimy, a przepaść nam wcale do tego niepotrzebna. I tak sami dla siebie jesteśmy przepaścią. Naszą słabością największą i triumfem naszym jest o, ten zachwyt nad tym, co za horyzontem i co w dłoni. A w dłoni dłoń. Naszą słabością największą i triumfem naszym jest to zaufanie, które prowadzi nas do złego i dobrego, o które się nie prosi. A ja Cię nie prosiłem. Nie prosiłem. Nie wiem, czy powinienem mieć pretensje. I do kogo? Zresztą, jakie to ma znaczenie, teraz, gdy cały świat zwalił się nam na głowy? Jacy my jesteśmy mali w obliczu tego wszystkiego. Jacy my jesteśmy mali, a wielcy tylko, kiedy kochamy. A w dłoni dłoń. Proza Piotr Napiwodzki WILHELM Z MODEMY W PODRÓŻY' część 7 Dalsza podróż w kierunku Gdańska nieco się opóźniała. Deszcz, silny wiatr, gwałtowna, wiosenna burza... Wszystko to spowodowało, że postanowiono zatrzymać się dzień dłużej w Elblągu. Do Gdańska najpewniejszą drogą było płynięcie rozległym zalewem, który prawie otaczał osadę, a który w pewnym momencie, za pasmem niewielkich wysepek, stawał się już morzem. Poruszanie się wzdłuż brzegu było najszybszym i najpewniejszym sposobem podróży nie tylko w tych północnych krajach. Wilhelm, oprócz rozmów z oficjelami braci rycerzy i braci kaznodziejów, nie zapominał o swoim imienniku i rodaku, Piemontczyku, spotkanym w niezwykłych okolicznościach w zagubionym w tym krainie niewielkim grodzie, znanym wśród rycerzy przybyłych z krajów niemieckich jako Stuhm. - Masz jakiś plan na przyszłość, Guglielmo? - Nie mam. - Wilhelm bez zdziwienia przyjął tę lakoniczną odpowiedź. Zdążył zapoznać się ze specyficznym podejściem do życia wszelkich grup braci wolnego ducha, spirytu-ałów, słynnych fraticelli tak popularnych w kręgach uczniów Franciszka z Asyżu. - Tak, rozmawialiśmy już o twojej koncepcji przyszłości, a właściwie jej braku... Tak czy inaczej wybrałeś życie żebracze. Chcesz tu zostać na Północy, czy myślisz o powrocie do Italii? - Chciałbym wrócić... - Guglielmo zawahał się - ...jeśli to. Panie, umożliwisz... - Chcesz zatem, abym cię zabrał ze sobą. Cóż, rozumiem, zawsze się wydaje, że nędza jest mniej uciążliwa pod słońcem Południa - Wilhelm zamyślił się na chwilę, czy przypadkiem nie usłyszał tych słów gdzieś kiedyś, może na przykład od trubadurów we Francji — Jak już jednak jesteś tak daleko, to może warto to wykorzystać. Czy w ogóle coś robiłeś przed przystaniem do ubogich braci lub jak już byłeś w ich gronie? Uczyłeś się czegoś? - Tak. Uczyłem się jak tworzyć ikony. Było to w Toskanii, gdzie paru mistrzów ze Wschodu miało swoje pracownie. — O, widzisz, to wspaniale. Mamy jakiś punkt wyjścia. - Panie, uczyłem się przygotowywać deski, uczyłem się dobierać kolory kamieni do mozaik, uczyłem się produkować kolory... Nie było tego wiele. — Nie szkodzi, wiele to tu jeszcze długo nie będzie potrzebne. Polecę cię w którymś ' Ciąg dalszy opowiadania fantastycznego, które jest swobodną interpretacją życia i działalności Wilhelma z Modeny. Część 1 w: Prowinga 2 (28) 2017, część 2 w; Prowinga 4 (30) 2017, część 3 w: Prowinga 2 (32) 2018, część 4 w: Prowinga 3 (33) 2018, część 5 w: Prowinga 4 (32) 2018, część 6 w: Prowinga 2 (34) 2019. Piotr Napiwodzki 15 Z klasztorów, zostaniesz i będziesz na chwałę Bożą tworzył... W tej chwili może jeszcze nie, ale wcześniej czy później, raczej wcześniej niż później, tacy chociażby dominikanie będą potrzebować i tego typu działalności. Zostaniesz u nich konwersem, nie dadzą ci umrzeć z głodu i zimna, bo już chyba wiesz, jak w tych okolicach wygląda zima, prawda? Guglielmo skinął głową energicznie. Świetnie pamiętał chłód i śnieg w górach, później zimę podczas wędrówki przez Polskę, której nie przeżył jego współbrat, towarzysz podróży, w końcu wielotygodniowe wegetowanie w półziemiance w grodzie Prusów... Wilhelm kontynuował mówiąc trochę do Guglielmo, trochę do siebie: - Naprawdę, żyjemy w ciekawych czasach. Zobacz, kapłan podczas mszy coraz dłużej podtrzymuje w górze hostię, wznosi w górę także kielich. Dlaczego? Otóż każdy człowiek chce dojrzeć Świętość, Bóstwo, chce zobaczyć własnymi oczyma już teraz przedsmak tego, co jako kaznodzieje obiecujemy kiedyś, w przyszłym świecie. Przypominam sobie, że we Francji widziałem nowy zwyczaj, aby przed momentem chwalebnego przeistoczenia rozwieszać za ołtarzem zasłonę z ciemnego materiału^. Chodzi o to, aby biała Najświętsza Hostia dzięki kontrastowi mogła być wyraźniej widoczna. To właśnie znamienne dla nas dzisiaj: przyciągamy uwagę ku największym świętościom na wszelkie sposoby. Oto w naszych czasach podczas wielkiego podniesienia rozbrzmiewają dzwonki, chociaż to co prawda zwyczaj bardzo kontrowersyjny^. W moim zakonie, u kartuzów, wprowadzono regułę, aby podczas mszy odprawianej wcześnie rano, gdy jest jeszcze ciemno, diakon albo ministrant zapalał i trzymał w górze uniesioną świecę, ut Corpus Christt... possit vićieri [aby można było widzieć Ciało Chrystusa]'^. Niektórzy zastanawiają się, czy w ogóle używać kadzidła, bo wzniecane przez turyferariusza dymy kadzidła mogą przeszkadzać w oglądaniu Hostii’. Widać, że ludzie żyjący dzisiaj chcą Boga bliskiego - Deuspropin^uor [Bóg bliższy]^, a nie Boga będącego gdzieś poza światem, na pozłacanym tle wschodnich ikon. Trzeba zobaczyć, a nawet trzeba - na ile to możliwe - dotknąć. Mamy relikwie, a relikwiarze powstają przecież po to właśnie, aby relikwie ukazywać, aby móc je dotknąć i ucałować. W tym kierunku trzeba iść, bo ludzie są i pozostaną cieleśni, trzeba na to odpowiedzieć i to stanie się naszą siłą... Zaległa cisza. Guglielmo, chociaż nie bardzo nadążał za słowami papieskiego nuncjusza, uznał, że może się odezwać. - Panie, to wszystko wielkie słowa i wizje, ale tu, na Północy, póki co, chodzi o sprawy prostsze. - Tak, oczywiście, budowanie umocnień i zamków, chrzczenie pogan, układy ze słowiańskimi książętami, negocjacje z cesarzem i Duńczykami... ale nie można tracić z oczu szerszej perspektywy. Jeśli to wszystko ma być trwałe, to trzeba wśród tubylców rozbudzić Taki zwyczaj pojawił się we Francji w XII wieku i zachowywano go jeszcze ok. 1700 w Chartres, Rouen i innych francuskich katedrach. Por. J. A. Jungmann, Missarum SoUemnia, tom II, Wien-Freiburg-Basel 1962, s. 260. W Hiszpanii spotykamy ten zwyczaj okazjonalnie jeszcze w XIX w.; W. J. Legg, Tracts on the Mass, London 1904, s. 234n. ’ Por. P. Browe, Die Yerehrung tier Eucharistie im Mittelalter, Miinchen 1933, s. 34, przypis 38. * Por. Dictionnaire ei’Archńlogie Chretienne et tle Liturgie, tom III, 1057. 5 Takie oficjalne napomnienie pojawiło się u karmelitów (chociaż dopiero w roku 1312), por. B. Zimmerman, Ordinaire de iordre de Notre Damę du Mont-Carmelpar Sibert de Beka, Paris 1910, s. 81 -82. ‘ Por. H. Sedlmayr, Die Entstehung der Kathedrale. Baukunst. Mystik. Symbolik, Wiesbaden 2001, rozdział 108: „Deus pro-pinguior”, s. 305-309. 16 Wilhelm z Modcny w podróży i umiejętnie wykorzystać pragnienie zobaczenia cielesnymi oczyma rzeczy wielkich, nadprzyrodzonych, mistycznych. A my, czyli Kościół, takie rzeczy mamy, takie właśnie rzeczy głosimy i je oferujemy! Guglielmo, długo pozostawałeś na granicy herezji, a teraz możesz przysłużyć się Kościołowi Świętemu. Postaraj się w jakiś sposób wykorzystać to, czego się kiedyś nauczyłeś... - Ale tu nie mam nic, żadnych sprzętów. Nie wiem też, jak z tej ziemi pozyskiwać materiały, nie wiem jak, gdzie, co i do czego... - Spokojnie, wszyscy są tutaj w nowej sytuacji. Czy kaznodzieje mają odpowiednie słowa w języku pogan? Jak pogan nauczyć świętej łaciny? Od paru lat próbuję stworzyć księgę zawierającą słowa tutejszych ludów i ich odpowiedniki w łacinie. To o wiele bardziej skomplikowane niż sztuka przedstawiająca, ilustrująca, odwołująca się do zmysłów... Wilhelm w gruncie rzeczy wcale nie próbował przekonywać Guglielmo do czegokolwiek. Wiedział, że i tak nie ma on wyboru, a pomysł z pozostawieniem go tu, na Północy, wydał się Wilhelmowi bardzo dobry. Trzeba zaufać Opatrzności, a Wilhelm w gruncie rzeczy przyzwyczaił się, że jako legat papieski jest tu, na ziemi, tym, który Bożą Wolę wyraża, przekazuje i ogłasza. Dotyczyło to wielkich spraw - spraw wojny i pokoju, powstawania i upadku miast, księstw i królestw, a więc nie było powodu, aby jego decyzje nie miały być wiążące również w kwestii losów poszczególnych ludzi. Skoro Guglielmo dotarł tak daleko, skoro w tak niezwykły sposób przeżył wśród pogan, a i rycerze zakonni go oszczędzili, to niech służy tak, jak potrafi. Niech odnajdzie dla swojej gorliwości jakieś sensowne zastosowanie. Po co ma się włóczyć po miastach w Italii jak setki jemu podobnych religijnych marzycieli? Tu pewnie i tak nic nie zdziała — po ludzku tak to w każdym razie wygląda, ale przynajmniej gdzie indziej nie będzie się zatracał w błędach. A w dziedzinie sztuki jest tak wiele do zrobienie, tak wiele do odkrycia na nowo! Wilhelm bardziej przeczuwał niż wiedział, że chrześcijaństwo musi iść coraz dalej na drodze odkrywania nowego. Przecież w Rzymie i w innych miastach Półwyspu pozostało wiele z dawnej sztuki Greków. Już oni rozróżnili plany, wynaleźli perspektywę, dali miejsce grze światła i cienia, wypukłości i wklęsłości reliefów. Przecież forma i tło nie sytuują się na tym samym planie, plany różnią się, perspektywy krzyżują się w głębi, przedmioty częściowo zachodzą na siebie, cień i światło wypełniają i rytmizują przestrzeń^. Wszystkie te estetyczne prawa są do odkrycia na nowo w służbie nowej sztuki zdatnej do współtworzenia nowego świata. - Nie musisz zaraz tworzyć rzeczy wielkich. Maluj małe obrazki, proste scenki. Tak też trzeba głosić wiarę. Materiały sobie znajdziesz, pozyskasz pigmenty z tego, co masz tutaj wokół, albo ktoś je tu będzie sprowadzał. Najważniejszy jest temat: Bibliapauperum [Biblia ubogich]. To powinno ci coś mówić jako, bądź co bądź, uczniowi Biedaczyny z Asyżu. Wilhelm ostatnie zdanie wypowiedział nie bez ironii. Jednak nie był aż tak bardzo sceptyczny co do ruchu franciszkanów. Gdyby tylko udało się go uwolnić od heretyckich koncepcji joachimitów, wykorzenić zgubne dążenie do kolejnej epoki w dziejach świata, do nowych niebios i nowej ziemi, w których wreszcie ma zamieszkać sprawiedliwość. Wilhelm słyszał wielokrotnie, jak pozornie pobożna, a w gruncie rzeczy zuchwała wiara w Bożą Por. G. Deleuze, Bacon. Logika wrażeń, Kraków 2018, s. 194. Piotr Napiwodzki 17 łaskę pcha nieszczęśników do najgorszych czynów w myśl niewypowiedzianej zasady, że od Chrystusa nie może oderwać żaden grzech, nawet gdybyśmy tysiąc razy jednego dnia uprawiali nierząd albo zabijali®. Wilhelm wewnętrznie wzdrygał się na tak szkaradny rodzaj błędów. To jednak skrajności, których zawsze należało unikać. Ci, którzy naśladowali Franciszka, mogli prawdziwie i w pełni ortodoksyjnie rozpocząć coś nowego ze swoim pełnym czułości stosunkiem do stworzenia, z emocjonalnym podejściem do wiary, ze współczuciem i miłością, z pragnieniem dojrzenia w Chrystusie brata i przyjaciela - tak, to wszystko byli gotowi z entuzjazmem przyjąć mieszkańcy miast w Italii, a pewnie i innych krain. Ludowe zwyczaje, pieśni, poezja, misteria liturgiczne, ale przede wszystkim właśnie to, co trwałe, a więc wszelkie plastyczne przedstawienia, będą mogły stać się nośnikiem tego nowego podejścia i właśnie bracia Franciszka z Asyżu sami garnęli się do odgrywania tu pierwszoplanowej roli’. Ten rozwój pogłębiania i wizualizacji wiary chrześcijańskiej rozpoczął się na oczach Wilhelma, z czego on sam nie do końca mógł sobie jeszcze zdawać sprawę. W każdym razie wspierał starania sprowadzenia na Północ także franciszkanów. Miał nadzieję, że zapowiadany od pewnego czasu ich pierwszy klasztor w Toruniu powstanie w najbliższej przyszłości’’. Teraz Wilhelm zwrócił się do Guglielmo z dodatkowym pomysłem: - I pamiętaj przede wszystkim o Matce Chrystusa. Dążenie do przybliżania tego, co Boskie, doprowadza do niezwykłego rozkwitu wyjątkowej relacji do Matki Boskiej. Z nią droga ku Bogu wydaje się krótsza. Wszędzie powstają kościoły Notre-Dame i to już od ponad stu lat. To pewnie też zasługa wielkiego Bernarda... wiesz, o kogo chodzi? - Doctor Mellifluus^ Wilhelm popatrzył z uznaniem na swojego rozmówcę. - Tak, „Doktor Miodopłynny”, wielki kaznodzieja, cysters, a więc współbrat tutejszego, ciągle jeszcze, biskupa Chrystiana. Wiele lat upłynęło od śmierci Bernarda, a nadal, jak się wydaje, w dużej mierze dzięki niemu rozwija się ta szczególna manifestacja przywiązania do Maryi... Nawet ci tutaj rycerze zakonni to w końcu członkowie Zakonu szpitala Najświętszej Maryi Panny... Podczas tej podróży byłem w ich niewielkiej twierdzy, którą nazwali Insula Sanctae Mariae [Wyspa Świętej Maryi], a miasto tam zakładane chcą też oczywiście nazwą powiązać z Matką Najświętszą”. W sumie to nic dziwnego: budują nowy, lepszy świat, a w końcu Maryja to melioris mundi origo [początek lepszego świata]’^. W tym punkcie nawet i koncepcje twoich joachimickich mistrzów mogłyby znaleźć zaczepienie - w końcu ostatnia, trzecia epoka Ducha, to epoka nowego, w pełni przemienionego człowieka, prawda? A któż jest bardziej przebóstwionym człowiekiem niż Maryja? Pomyśl zatem: nawet pozostając przy ikonach miałbyś co robić, bo Maryję na Wschodzie przed-’ Nikt raczej w taki sposób nie formułował tych myśłi w czasach Wiłhełma. Niemniej jednak są one prawie dokładnym cytatem z łistu reformatora, który wystąpił ze swoimi tezami ponad 300 lat później: ah hoc non aoellet nospeccatum, etiamsi millies, millies uno Jie fimicemur aut occuiamus (D. Martin Luthers Werke. Kritische Gesamtausgabe. Briefwechsel, II, Weimar 1931, s. 372). ’ Tezę, że sztuka renesansu rozpoczęła się już w XIII wieku, a bezpośrednim impulsem dla jej powstania było życia i dzieło św. Franciszka, szczególnie mocno postawił Henry Thode w swojej książce wydanej po raz pierwszy w Berlinie w 1885 roku pt. Franz von Assisi unti die Anjange tter Kunst tter Renaissance in Italien. '“ Klasztor ten rzeczywiście powstał w roku 1239 (por. P. Grochowski, Chrystian. Biskup Prus 1216-1245 i misja pruska Jego czasów, Górna Grupa 2018, s. 240). *’ Marienwerder, Kwidzyn. '^ Por. J. Jezierski, Maryja początkiem nowego świata, Kraków 2012, s. 105. 18 Wilhelm z Modcny w podróży Stawiano zawsze, chociaż chyba nigdy tak, jak u nas ostatnio: koronowanie Maryi to już bardzo nasz własny temat'^. Wilhelm zastanowił się chwilę, czy ta boska korona na głowie doskonałego człowieka nie jest ilustracją jakiegoś grzesznego pragnienia zrodzonego z ludzkiej pychy... Być może tak jest, ale to, po pierwsze, dosyć odległe skojarzenie, a po drugie w tej pozytywnej zuchwałości widział Wilhelm początek wielkich rzeczy, do których, jak wierzył. Kościół miał prawo i obowiązek dążyć. Takimi wątpliwościami nie zamierzał się zresztą z nikim dzielić, a poza tym nie bardzo miał czas, aby dla samego siebie je formułować, porządkować je i się z nimi mierzyć... - Guglielmo, rozejrzyj się w tej osadzie. Możesz zostać tutaj, a mogę zabrać cię do Gdańska. Tutaj wszystko się rozpoczyna, można powiedzieć, że świat jest stwarzany na nowo, dokładnie tak, jak lubisz. Popatrz: dominikanie dostali od krzyżaków teren na zbudowanie klasztoru dopiero w tym roku. Gdańsk to też nie jest wielkie miasto, cudów tam nie uświadczysz, ale oczywiście daje większe możliwości, jest tam więcej ludzi, więcej języków. Dominikanie są tam dłużej, ale z kolei - jak doszły mnie głosy, a wkrótce przekonam się osobiście - ich sytuacja nie jest stabilna ze względu na księcia Świętopełka. Większy ośrodek, to więcej szans, ale i więcej niebezpieczeństw. Tak czy inaczej proponuję ci pomoc w uregulowaniu twojego życia, w zakończeniu wędrówki, albo lepiej: w nakierowaniu jej na bardziej wewnętrzne itinerarium. Zastanów się, gdzie wolisz tę swoją nową, wewnętrzną podróż, kontynuować. Wilhelm dał znak skinieniem ręki, że rozmowę uważa za skończoną. Guiglielmo skłonił się i cicho wyszedł. Wilhelm nie miał wiele czasu, a chciał jeszcze raz spotkać się z Berlewi-nem z Freibergu, który w tej chwili, po nagłym opuszczeniu osady przez poważnie chorego Hermanna Balke, był przełożonym rycerzy zakonnych. Widział się z nim zaraz po przybyciu do Elbląga, ale teraz była okazja, aby ten dokładniej opowiedział o planach zdobycia grodu Honeda [Bałga], który leżał na północny-wschód od Elbląga, nad wodami tego samego zalewu. Z tym grodem związana była tragiczna historia wyprawy, którą przedsięwzięto parę miesięcy temu, późnym latem roku 1238. Krzyżacy wyruszyli statkami wzdłuż brzegów zalewu. Pozostawiwszy statki udali się w głąb lądu w miejscu, w którym znajdował się gród pogańskich Warmów. Tam, jak się okazało, przygotowano na nich zasadzkę. Do Elbląga powrócili żywi tylko ci, których pozostawiono do pilnowania statków*^. Klęska była dotkliwa i oczywistym było, że będzie potrzebna kolejna wyprawa. Umacniając się na wybrzeżu, trzeba było stworzyć całą linię twierdz. Trudno wyobrazić sobie bezpieczną żeglugę bez chociażby prowizorycznego panowania nad terenami położonymi bezpośrednio przy brzegu. Dochodził tu też niewątpliwie czynnik ambicjonalny. Berlewin nie mógł sobie pozwolić na sytuację, aby być kojarzonym z klęskami zaraz na początku samodzielnego dowodzenia zakonem w tym regionie. Wilhelm widział w tym jedno z największych niebezpieczeństw czyhających na krzyżaków. Większość z nich była ubogimi i prostymi ludźmi ” Por. H. Sedlmayr, Die Entstehung der Kathedrale. Baukunst. Mystik. Symbolik, Wiesbaden 2001, rozdział 115: „Notre-Da-mc”, s. 323-324. '* Por. P. Grochowski, Chrystian. Biskup Prus 1216-1245 i misja pruska jego czasów, Górna Grupa 2018, s. 240. Gród Honeda krzyżacy zdobyli i nazwali Bałgą w roku 1239, a sukces ten zawdzięczali zdradzie dowódcy pruskiego, który przeszedł na ich stronę. Piotr Napiwodzki 19 Z przerostem ambicji. Zakon był dla nich szansą na lepsze życie, niestety, życie ponad stan. To zawsze potencjalnie prowadzi do katastrofy. Berlewin będzie chciał za wszelką cenę i jak najszybciej zmyć hańbę klęski, ale pośpiech może łatwo doprowadzić do kolejnej katastrofy. Wilhelm postanowił doradzić to, w czym sam czuł się mocny i co uważał za o wiele skuteczniejsze od brutalnej siły, a mianowicie: negocjacje. W samym Elblągu można było wśród tubylców spotkać Warmów. Wystarczy się rozejrzeć za właściwymi ludźmi, porozmawiać, znaleźć dojście do kogoś, kto w grodzie pogan jest dowódcą, spróbować odnaleźć tych, którzy wśród podległych mu wojowników są mu niechętni, albo i jemu samemu zaproponować o wiele więcej, niż w tej chwili ma nadzieję posiadać. Jest wiele możliwości. Po co przelewać krew własną i czyjąś, jak można przecież odnieść sukces w sposób mniej kosztowny. Starożytni wiedzieli o tym dobrze: dtvide et tmpera [dziel i rządź]. Poza tym samo zdobycie twierdzy jest tylko początkiem. Ważne, aby Berlewin miał pomysł na jej obsadzenie i dobre skomunikowanie z Elblągiem. Wilhelm nie chciał rycerzy zakonnych pouczać w kwestiach związanych z rycerskim rzemiosłem, ale zależało mu na naprowadzeniu ich do pewnych rozwiązań i to najlepiej w taki sposób, aby myśleli o nich jako o własnych pomysłach. Można mieć wtedy nadzieję, że będą działać ze szczególnym przekonaniem. Najważniejszym jednak było dla Wilhelma zachowanie możliwie wielu pogan przy życiu i stworzenie w ten sposób warunków do ich nawrócenia. W końcu użycie miecza to tylko etap przejściowy, chociażby niepokojąco się przedłużał. Póki co, w warunkach tego świata, dla Wilhelma i jemu współczesnych konieczność używania siły militarnej wydawała się oczywistością. Zadaniem Kościoła było roztropne kierowanie mieczem i powściąganie krwawych zapędów tych, którzy mieczem władają. W pewnym sensie im mniej subtelna była owa władająca mieczem siła, tym lepiej dla możliwości kierowania nią. Wilhelm czuł się na Północy dobrze, bo przy wszelkiej niepewności co do wyników swojego działania, mógł mieć poczucie realnego wpływu na układ sił w całym regionie. Stawianie na zakon braci rycerzy było ryzykowne, ale pozwalało na ciągłe kontrolowanie sytuacji, a to Wilhelm jako kościelny dostojnik nauczył się bardzo wysoko cenić. 20 Łzy starej sosny Grażyna Kamyszek Tak oto Gizela miała zająć miejsce Kasi, ale okazało się to wielką pomyłką. Gertruda przewidziała taki scenariusz już w momencie pierwszego spotkania z kobietą. Zanim podały sobie ręce na dzień dobry, Trudka obserwowała z okna kuchni nową pracownicę, gdy ta wyszła z mieszkania w przybudówce, gdzie spędziła swoją pierwszą noc w obcym miejscu. Przekręciwszy klucz w zamku, nie bardzo wiedziała, co ze sobą począć. Stanęła bezradnie na środku podwórza, rozglądając się z niepokojem dookoła. - Ciekawe, jak długo tak będzie stała. Niepotrzebnie denerwuje psy! Zaraz kojce rozwalą! Ciekawe, ile ma lat. Na pewno jest grubo po sześćdziesiątce. Nie wygląda na to, aby była moją rówieśnicą. Co ona ma za fryzurę? Włosy ściągnięte gumką w niewielką kitkę, jakby udawała pensjonarkę. Hmm... dziwna osoba. - Myśli Gertrudy zawierały dużą dozę krytyki. Kobieta, przypatrując się z okna kuchni nowej pracownicy, była najwyraźniej zdegustowana. Tymczasem Gizela zrobiła kilka kroków w stronę mieszkania, jakby o czymś zapomniała, potem skierowała się w kierunku pubu, schodząc z oczu psom, i znowu stanęła. Rozglądała się niepewnie po obejściu, jakby chciała zapamiętać drogę powrotną do swojego nowego lokum. — Boże, co za lękliwa kobieta. Spanikowana, niezdecydowana. Gdyby przyczepić ją do wahadła, toby bimbała się chyba całą dobę. Kupka nieszczęścia. Ciekawa jestem, jak długo będzie udawać posąg. Nie da się na to dłużej patrzeć, a może nie wtrącać się, obserwować i czekać na ciąg dalszy. Może być niezły ubaw. No nie! Dłużej tego nie wytrzymam! - mruczała z dezaprobatą Trudka i otworzyła okno, z którego wydostało się głośne ponaglenie, dalekie od zaproszenia. - Niechże pani wejdzie do środka, od strony tarasu, tam są otwarte drzwi. Trzeba obejść budynek. Chyba nie chce pani tak stać do południa? - Dziękuję pani bardzo - odpowiedziały jej niepewne dźwięki. Gizela posłusznie wykonała polecenie Gertrudy i cichutko przeszła przez taras, aby znaleźć się w przestronnym pomieszczeniu wypełnionym stolikami i ciężkimi krzesłami. Przed sobą miała wysoki bar, a przy nim rząd drewnianych obrotowych hokerów, zauważyła, że po lewej stronie znajdują się jeszcze dwa duże pomieszczenia i toalety. Stała bezradnie na ' Fragment najnowszej powieści Grażyny Kamyszek „Łzy starej sosny”, która ukazała się w ostatnich dniach nakładem Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro. Grażyna Kamyszck 21 Środku, wpatrując się w otwór drzwiowy znajdujący się tuż za barem. Nie wiadomo, jak długo by tak stała, gdyby w drzwiach nie pojawiła się Gertruda. - Proszę przyjść do mnie do kuchni - zachęciła, wycierając mokre ręce w kolorowy ręcznik. Gizela obeszła niepewnie bar i weszła do przestronnej kuchni, w której czekała na nią Gertruda. - Guten Tag. Jestem Gertruda, ale wszyscy mówią tu na mnie Trudi, a ty? - zapytała, wyciągając rękę na powitanie. - Dzień dobry. Jestem Gizela — szepnęła trwożliwie kobieta, jakby cała jej przyszłość miała zależeć od wypowiedzianego imienia. Odezwała się po polsku, zapomniawszy, chyba z powodu stresu, że mogła to zrobić w języku niemieckim, który przecież dobrze znała. - Ach, rozumiem, Gizela! To bardzo ładne i popularne u nas imię, tylko inaczej się je akcentuje, ale przywykniesz do tego. Nie masz nic przeciwko, aby zwracać się do siebie po imieniu? Tak będzie prościej i wygodniej. Chodź, pokażę ci lokal, zakamarki, o które też trzeba dbać, toalety, salę bilardową, a na końcu zapoznam cię dokładnie z kuchnią. Widziałaś się z Kati? Co z jej mamą? Czy to poważna sprawa? Bardzo nam jej brakuje. Pracowałaś kiedyś jako kelnerka? Słyszałam od szefa, że znasz niemiecki, ale to nie wystarczy, żeby być dobrą kelnerką. Kati nie miała sobie równych pomimo tego, że jej niemiecki nie był na wysokim poziomie, ale damy radę, a jak nie, to szef zatrudni Maritę, już kiedyś tu pracowała, ale nie jest tak poukładana jak Kati. Gizela dawno nie spotkała kogoś, kto zadałby tyle pytań naraz. Nie wiedziała, co począć z taką lawiną. Poczuła, jakby znalazła się pod grubą warstwą śniegu utrudniającego oddychanie. Chciała odpowiedzieć na nie wszystkie, ale nie pamiętała, o co na wstępie pytała Trudi. — Nie wiem, od czego zacząć — szepnęła trwożliwie. — Prawda jest taka, że nigdy nie pracowałam jako kelnerka. Mogłabym sprzątać, to potrafię robić chyba dobrze... - Przepraszam za ten natłok pytań. Już taka jestem. Przyzwyczaisz się do mojego gadulstwa. Najlepiej, żeby od razu szef zatrudnił Maritę, a my zajmiemy się resztą. Nie masz pojęcia, jak trzeba się tu wieczorami uwijać. Bardzo często lokal jest wynajmowany na rodzinne, okolicznościowe imprezy. Wtedy nie ma zmiłuj. Harówka do rana! Obyś po tygodniu nie chciała wracać do Polski! A w ogóle to ty zdrowa jesteś? Nic poważnego ci nie dolega? Może masz kłopoty z sercem, bo widzę kropelki potu na skroniach, a przecież jeszcze nie zaczęłyśmy pracować. Ile ty masz lat? Delikatność Trudi nie miała sobie równych, ale to wypływało z jej temperamentu. Gizela nie nadążała za potokiem słów i pytań, ale ostatnie zapamiętała, szepcząc ściszonym głosem: - Niedługo skończę sześćdziesiąt lat. - Ile? Powtórz, bo nie dosłyszałam. - Sześćdziesiąt. - Mówisz tak cicho i z takim wstydem, jakbyś ukradła komuś metrykę, żeby się odmło- 22 Łzy starej sosny dzić. Coś ty taka lękliwa? Ja za chwilę też skończę sześćdziesiątkę i jestem z tego powodu bardzo dumna i powiem ci jeszcze, że faceta mam o pięć lat młodszego od siebie, ale chyba wymienię na młodszy model, bo ciągle jest zmęczony, za dużo pije i alkohol zbyt go rozmiękcza, a ja lubię używać życia. A ty, masz chłopa? Pytanie Gertrudy zawisło nad głową nowej współpracownicy jak topór kata. Kropelki potu ze zdwojoną energią pokryły jej czoło i perliły się na czerwonych policzkach, co nie uszło uwadze wścibskiej rozmówczyni. Próbowała skomentować to, co odmalowało się na twarzy Gizeli: - Zarumieniłaś się jak pensjonarka, a ja tylko zapytałam o to, czy masz męża, kochanka, czy jesteś wdową, a może jesteś, no wiesz... - Trudi wyczuła, jaką udrękę sprawia kobiecie, więc zdobyła się na odrobinę dyskrecji, zawieszając głos, by nie użyć słowa lesbijka. Gizela uciekła wzrokiem przed badawczym spojrzeniem Trudki, błądziła oczami po stolikach, parapetach pełnych kwiatów, zahaczyła o brązowy sufit, omiotła wzrokiem drewniane hokery przy barze, by w końcu lekko pochylić głowę i przymykając powieki, wyznać wstydliwie: - Nie miałam męża ani partnera i partnerki. Jestem sama... Mieszkałam z ojcem, ale umarł. Jestem sama... Tak jakoś ułożyło się moje życie... - Gizela zdziwiła się niepomiernie swoim wyznaniem. To nie był monosylabiczny przekaz, ale monodram zawarty w kilku prostych zdaniach kryjących dogłębny smutek samotnej kobiety. - Trzeba było tak od razu! Gwarantuję ci, że długo nie nacieszysz się samotnością. Już moja w tym głowa, żeby ci kogoś przygruchać. A teraz do roboty! Zaczniemy od dużej sali, potem ta mniejsza, na końcu bilardowa i kibelki. Kuchnię sprzątamy na bieżąco. Ja mam taką zasadę, że wieczorem, przed wyjściem do domu, zostawiam w kuchni jako taki porządek. Gdy zastaję rano bajzel, lepiej nie wchodzić mi w drogę. Kati wiedziała o tym i starała się, aby nie było sterty brudnych naczyń. Ładowała zmywarkę za zmywarką, dawała radę, bo nieraz pomagał jej ten Kurt, zakochany po uszy. Ech, Kati to złota dziewczyna, ale we dwie damy radę. O trzynastej otwieramy knajpkę, a około dwunastej możemy spodziewać się szefa, bo wiesz, pańskie oko konia tuczy. Gdy przyjdzie, porozmawiam z nim o zatrudnieniu Marity, bo rozumiem, że wolisz sprzątać, niż roznosić piwo? - Wolę sprzątać. - Gizela powiedziała to nieco pewniejszym głosem. 23 Grażyna Kamyszck 24 Łzy starej sosny Dorota Maluchnik TAMTE LATA Lato, zapach siana. Dwie małe dziewczynki biegnc} przez pole. Słońce grz^e bardzo intensywnie, sprawiajifc, że nawet studnia w ogrodzie niemal wyschła. Przed domem rośnie grusza - dojrzałe owoce załegajc} na ziemi. Po murze domu pnie się winogrono. Z boku Jest wejście na stryszek, tam susze} się jabłka — potem będę} z nich zrobione takie jakby korale. Przed domem siedzi babcia, hafiuje. Babcia ma nagłowie kołorowa chustkę, nuci cos' sobie pod nosem. Z ogrodu widać ziełono-żółta wstęgę poła. W oddali pojawia się sylwetka kobiety w żółtej sukience. Jedna z dziewczynek biegnie przez pole, krzycze}c: Mama, Mama. Kobieta bierze dziewczynkę za rękę i idzie w kierunku domu. To mogłaby być wstępna scena filmu zatytułowanego „Moje dzieciństwo”. Zapewne każdy człowiek ma tego rodzaju wspomnienia, ukryte w zakamarkach serca. Ostatnio - ja-dąc busem gdzieś na południu Polski - zobaczyłam taką scenę w realu (tylko dziewczynki były inne) i tamto wspomnienie ożyło. Fale upałów, jakie mają miejsce w ostatnich latach, także kojarzą mi się z dzieciństwem, ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa. W sferze pomiędzy było bardzo dużo zimnych lat. Ale o tym innym razem. Taki obrazek - na kanapie, oparta o szafkę, siedzi moja ciocia. Wysiudana z ojcowizny przez bratową, dożywa swych dni w domu opieki. Ma już prawie osiemdziesiątkę, ale jest w dobrej formie. Umrze w zimową porę roku 2019. Ale na razie jest rok 2010, ja zaś słucham jej opowieści, które naświetlają mi koleje losu moich krewnych. Ze wspomnień cioci wyłania się taka sytuacja - w roku 1945 10-letni brat mojego ojcu bawi się z kolegami gdzieś w okolicach obecnej ulicy Nowowiejskiego w Malborku (według relacji cioci).W tym czasie babcia spaceruje po polu w Lipowcu. Nagle babcia słyszy potężny huk i instynktownie musi się przeżegnać. Po godzinie przychodzi tragiczna wiadomość - jej syn, a brat mojego ojca nadział się na minę i nie zostało z niego nic. Dziadka nie pamiętam, umarł chyba w czasie wojny. Jego rodzina ma swą kolebkę na Rzeszowszczyźnie, a pradziadek pochodził ze Lwowa. Więcej na ten temat wie tylko mój przyszywany wujek z Krakowa, kuzyn mojego ojca, który pisze kronikę rodziny. Po spotkaniu z tym wujkiem wiem, że nie przypadkiem „wygnało” mnie na południe Polski. Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY ZATŁUC ŚWIADOMOŚĆ Mając czterdzieści kilka lat znalazłem się w życiowej pustce. Wyprowadziłem się z domu, wynająłem pierwsze lepsze wzięte z ogłoszenia mieszkanie na Przymorzu, w którym budziłem się z tym samym wciąż pytaniem: co tu robię? Prowadziłem nadal zajęcia na uniwersytecie i w teatrze, próbowałem podczas nich jak dawniej dowcipkować, czytałem książki, chodziłem do kina. Poza tym szukałem sposobów, by nie wracać do obcego, tandetnie umeblowanego mieszkania na Słupskiej. Przesiadywałem w pobliskim barze piwnym na rogu Kołobrzeskiej i Arkońskiej, po wypiciu dwóch, czasami trzech kufli zachodziłem do sklepu po butelkę wódki, upijałem się samotnie próbując tak gospodarować czasem, by nie odbiło się to na wykładach. Trwało to około pół roku. Gdy przeczytałem w gazecie o poradni antyalkoholowej na Przeróbce, od razu wsiadłem w ósemkę. Przyjął mnie starszy pan z krzaczastymi brwiami, zapytał, w czym może pomoc. W tym, że jestem alkoholikiem, odpowiedziałem. Popatrzył na mnie z zainteresowaniem, po czym spytał, jaka jest struktura mojego picia. Nie mogłem uwierzyć, że dobrze słyszę. Struktura? Przygotowywałem akurat wykład na temat antropologii strukturalnej Claude'a Levi-Strausse'a, a tu lekarz od alkoholizmu też chce coś o strukturze mojego picia wiedzieć? Powiedziałem, że nie ma żadnej struktury, kupuję pół litra, wracam do mieszkania i wypijam. Pan nie jest alkoholikiem, odpowiedział po dłuższej chwili, pewnie coś się u pana rozsypało i chce pan od tego uciec, zatłuc świadomość, co owszem, może doprowadzić do alkoholizmu, ale póki co nie widzę tej choroby. Rozmawialiśmy jeszcze przez kilkanaście minut, podczas których opowiedział mi o piciu prawdziwych alkoholików, o przyjmowanych przez nich strategiach, kamuflażach i racjonalizacjach. O różnicy między kupowaną przeze mnie półlitrówką i małymi płaskimi buteleczkami. O podobieństwie alkoholika do palacza: co jakiś czas papieros, co jakiś czas łyk wódki w bramie. Alkoholizm, proszę pana, to jest wyższa szkoła jazdy, powiedział. Wyszedłem z gabinetu czując się lżej. Nie pamiętam, czy już tego samego wieczora, czy może po kilku dniach, odeszła mi ochota, by zapijać zły los i budzić się trzeźwiejąc. Niedługo potem zostawiłem Przymorze, wynająłem mieszkanie w Orłowie na Technicznej u znajomej pianistki, pracującej także w Studiu Baduszkowej. Spędziłem tam trzy spokojne lata do czasu, gdy znalazłem własny kąt. Tamte słowa lekarza z poradni: zatłuc świadomość. Takich samych użył Ryszard Przybylski pisząc o alkoholizmie Jerzego Nowosielskiego. „Chciał stracić przytomność, zatłuc własną świadomość. To była moim zdaniem główna przyczyna. To tak jak niektórzy Rosja- 26 Okruchy nie. Znałem kiedyś takiego, który mówił, że dostał się w łapy szatana i musi pić. Że to już koniec, on nie ma wyjścia, on musi. On nie chce wiedzieć, że istnieje, i już! A dlaczego - nie tłumaczył. To jest coś w rodzaju zabijania własnej świadomości. Jest w człowieku taka wiedza, która jest dla niego straszna, on w pewnym momencie nie wytrzymuje i chce ją zatłuc, odsunąć...”. Nie próbuję nawet porównywać swych ówczesnych problemów z otchłanią, jaka otwierała się przed profesorem Nowosielskim, wybitnym malarzem i myślicielem. Ale sama potrzeba wygaszenia myśli, zatracenia się, uwolnienia od „ja”, od poczucia upokorzenia i bezsilności, była może podobna. Piszę te słowa i brzęczy mi w głowie piosenka Mariana Hemara, śpiewana w kabarecie Banda przez Stefana Jaracza: „Jedno co warto - to upić się warto!”. Pojechałem niedawno do moich Gliwic na „Miłość w Leningradzie” w reżyserii Łukasza Czuja. Lata temu nudziłem się słuchając w Operetce Śląskiej arii z „Księżniczki Czardasza” śpiewanych przez Stanisława Ptaka i Beatę Artemską. I proszę, w tym samym budynku, przekształconym w Teatr Miejski, podśpiewywałem radośnie z aktorami i widownią: „Pij, pij, pij, będziesz długo żył”. Wódka to wódka. W ciągu tamtego półrocza na Przymorzu ani razu nie pomyślałem o takich drogach ucieczki od siebie, jakie opisywał w swych pracach Erich Fromm. Nie przyszedł mi do głowy sposób wyłączania się z rzeczywistości, o jakim w wielu miejscach pisał William Szekspir, czyli sen. Genialny Stratfordczyk nie miał wątpliwości, że materiał snu i życia jest w istocie taki sam („We are such stuff as dreams are madę on”). Lepiej więc, sądzi Hamlet (akt III, scena 1), wybrać sen: „Umrzeć - usnąć - /I nic poza tym - i przyjąć, że sen/ uśmierzy boleść serca [...]”. Narcyza Żmichowska w „Pogance” (1846) wkłada w usta pewnego młodzieńca takie oto słowa: „I nie chciało mi się jeść,/1 nie chciało na koń sieść,/ I nie chciało z śmiesznych śmiać,/1 nie chciało mi się pić,/ I nie chciało mi się żyć -/ Tylko chciało mi się spać”. Niedawno przeczytałem wiersz Przemysława Karpińskiego mówiący o odpoczynku od istnienia, jaki może przynieść Morfeusz. „już już dobrze już po wszystkim już nic nie trzeba już nic nie musisz śpij”- PO co? DLACZEGO? Wśród ogromu problemów, jakimi zajmował się najwybitniejszy uczeń Platona, Arystoteles ze Stagiry, za szczególnie ważne uznawał pojęcie przyczyny. Czyli tego, co wiąże się z pytaniem: dlaczego? Wszystkie możliwe przyczyny Arystoteles sprowadza do czterech: materialnej, formalnej, sprawczej i celowej. Chodzi mi teraz o dwie ostatnie. Przyczynę sprawczą dane zjawisko ma za sobą, z niej się wzięło. Przyczynę celową ma przed sobą, to przedmiot dążenia. Antoni Kępiński - psychiatra znakomity, nie gardzący mocnymi trunkami (śliwowica!) - wyodrębniał kilka celów, które mają przed sobą i chcą osiągnąć osoby Andrzej C. Leszczyński 27 pijące (nie trzeba uściślać, co piją, wiadomo że nie chodzi o maślankę). Piją więc po to, by poprawić sobie samopoczucie, by lepiej porozumieć się z innymi ludźmi (widziałem niedawno na wystawie książkę zatytułowaną „Napij się i zadzwoń do mnie”), by przezwyciężyć poczucie słabości itp. Problem w tym, że od jakiegoś momentu zamiast pić po coś, piją żeby pić, z przymusu. Przyczyna celowa została unieważniona przez przyczynę sprawczą. Pisał o tym — dobrze wiedząc o czym pisze - prof. Wiktor Osiatyński, dość przeczytać jego „Rehab”. Alkoholik zaczyna od picia po coś, w związku ze spodziewanym efektem. Dopiero potem pije, bo jest alkoholikiem; o tym mówił mi lekarz z Przeróbki. Picie staje się dla alkoholika równie konieczne jak oddychanie. Jest od alkoholu uzależniony, co znaczy: pozbawiony wolnej woli i godności. O takim właśnie dopełniającym się wzajemnie związku pisał Antoine de Saint-Exupery w „Małym Księciu”: „- Co ty tu robisz? - Piję- - Dlaczego pijesz? - Aby zapomnieć, że się wstydzę. - Czego się wstydzisz? - Wstydzę się, że piję”. Z uzależnieniami to w ogóle nie taka prosta sprawa. Jeśli pojmować je szeroko, jako zależność od kogoś lub czegoś - przeciwieństwem byłaby „nie-zależność”, czyli wolność „od”. To oczywista iluzja. Rzeczywistość jest zbiorem elementów determinujących się wzajemnie, wpływających na siebie. Jesteśmy zależni od wszystkiego. Od praw biologicznych, popędów, genów. Od kultury i uwewnętrznionych norm społecznych. Od rodziców i ludzi, których spotykamy w życiu. Od Boga (wierzący). Od losu (fatalista). Od ideałów (neurotyk). Od poczucia własnej wielkości (paranoik). Od mocy i władzy (zakompleksiony ambicjoner). Od doktryny i zasad (fanatyk, dogmatyk). Od pogody (meteoropata). Od seksu, pracy, używek, osoby, pieniędzy, smartfona, Internetu, jedzenia, hazardu itd., itp. Oczywiście, dobrze jest odróżniać .wśród wskazanych wyżej zależności „przyrodzone” (determinacje biologiczne, może też kulturowe) od „nabytych”, czyli uzależnień w ścisłym sensie (alkohol, narkotyki, seks itp.). Tak zazwyczaj określa się uzależnienie - jako trwały, wynikający z nadużywania, nawyk. Językowo „nawyk” implikuje możliwość „odwyku”: ktoś nawykł, ktoś odwykł. Okazuje się jednak, że nie ma tu symetrii, o wiele łatwiej nawyknąć niż odwyknąć. MAŁPKI Muszę wyznać, że impulsem dla tych, niezbyt chyba spójnych alkoholowych dywagacji, stała się pewna radiowa rozmowa, której słuchałem początkowo z niedowierzaniem, później z przygnębieniem. Byłem przekonany, że przynajmniej od kilkunastu lat alkohol w Polsce płynie rzeczką coraz węższą. Z faktu, że nie widzę zapitych gości na ulicach, wnioskowałem, że ich nie ma, że trzeźwość stała się trwałym obyczajem, pewnie też warunkiem zdobycia i utrzymania pracy. Że ludzie zmądrzeli, mniej piją, mniej palą, mniej czasu spędzają w samochodach, zdrowiej się odżywiają i uprawiają jogging. Zauważyłem zanikającą 28 Okruchy wśród znajomych akceptację dla bełkotliwych wywodów, jeszcze nie tak dawno wysłuchiwanych w nabożnym skupieniu. Okazało się, że nie muszę już wyłączać na noc telefonu, co robiłem jeszcze kilka lat temu w obawie przed koniecznością wysłuchania nad ranem nowego wiersza znajomego poety. Nie wykluczam, że taki krzepiący obraz stanowił rezultat projekcji własnej sytuacji, coraz bardziej postalkoholowej. Dwa lata temu patrząc na stojące od lat nalewki zadzwoniłem do szwagra z Gliwic. Nie martw się, przyjadę i wszystko załatwimy, obiecał. Jego wizyta niewiele jednak zmieniła w zawartości butelek. Co to znaczy? Ubywa mnie? Przybywa? Alkohol stracił w moich oczach należny mu wymiar metafizyczny. Przestałem też wiązać z nim wszystko to, co patologiczne, żałosne, rujnujące, przepastne, ohydne. Literackie kawałki mówiące o alkoholu zaczęły nabierać w moich oczach charakteru wyłącznie anegdotycznego. Bawiły mnie na przykład wyszczególnione przez Jerzego Pilcha rodzaje kaców (kac głodomorek, kac jebaka, kac lękliwiec, kac ludojad, kac modlitewny, kac tytan pracy, kac zbyteczne obuwie, kac 928 metrów [do najbliższej knajpy], kac szop pracz, kac agresor, kac śpioszek, kac śpioszka wiecznego, kac mysiej dziury [lisiej jamy]). Bawiły, choć daleko Pilchowym kacom do kaców Witkacego (piciowyrzut, wnętrzostęk, glątwa), tym bardziej do kaca góralskiej poetki Wandy Czubernatowej, otwierającego głębię egzystencjalną („Kto nimioł kaca, nie wiy co to smutek”). Śmiałem się czytając wspomnienia Marii Iwaszkiewicz (córki Jarosława) o niegdysiejszych zagrychach: „[...] szło się do rzeźnika, mówiło: »Po-proszę rozmaitości«, i rzeźnik dawał kawałek kiełbasy, salcesonu, szynki, pasztetówki..., po wojnie już tego nie widziałam”. Humorystycznie brzmiał w mych uszach telefon od znajomego, który poinformował mnie, że badania kliniczne, jakie przeprowadził, potwierdziły skuteczność czystej wódki: chodziło mu o porannego klina. Nie chciałem dostrzec dewastacji, jakiej ulegał od wielu lat, wystarczył mi ten jego dowcip. Nie próbowałem reagować - nie wiedziałbym jak - na cotygodniowe, późno piątkowe telefony dawnej koleżanki z pracy, mimo że pod jej śmiechem wyczuwałem nuty rozpaczy. Utratę mieszkania przez bliskiego kolegę tłumaczyłem jego dobrym sercem i naiwnością wobec bezwzględnego naciągacza, który przy wódce namawiał go do zaciągania i przekazywania mu kolejnych pożyczek. Niewykluczone, że broniłem się przed cudzymi kłopotami z powodów, o jakich pisał Harry Kessler, przedwojenny pisarz i dyplomata: „Każda napotkana istota oplątuje nas swoim losem. Przez lata stajemy się częścią coraz bardziej obcych nam losów, porastających nas jak mech. W końcu nasza właściwa sylwetka zanika, jak gmach w bluszczu”. Wracam do tamtej audycji. W niedzielę, w radiu TOK FM, Grzegorz Sroczyński przez blisko godzinę rozmawiał z Krzysztofem Brzózką, dyrektorem Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA). Audycja była zatytułowana „Świat się chwie-je”. Informacje podawane przez dyrektora Brzózkę z minuty na minutę rozwiewały moje miłe przeświadczenia. Okazuje się, że w starciu z przemysłem alkoholowym (browary, gorzelnie, koncerny krajowe i zagraniczne) Agencja nie ma szans na jakikolwiek sukces. Dość porównać jej kilkumilionowy budżet z ponadmiliardowymi środkami wytwórców alkoholi przeznaczonymi na promocję swych wyrobów. Przyznam, że wcześniej bardziej wkurzały mnie reklamy samochodów, które rozjeżdżają i zasmradzają polskie miasta, niż oferty dobrego piwa. Po wysłuchaniu audycji wkurza mnie w tym samym stopniu jedno i drugie. Andrzej C. Leszczyński 29 Nie wiem, czy rzeczywiście „świat się chwieje”, Polska z pewnością tak. W ciągu kilku lat wzrosło spożycie czystego alkoholu na głowę mieszkańca z ośmiu do prawie dwunastu litrów rocznie. W 2018 roku Polacy wydali na wódkę 11,4 mld złotych. Nie ma drugiego kraju w Europie, gdzie byłoby tyle co u nas całodobowych punktów sprzedaży wódki i wina (w takiej na przykład Bydgoszczy jest ich więcej niż w całej Norwegii). Znaczący procent tych punktów stanowią stacje benzynowe. Z ćwierć miliona placówek sprzedających napoje wyskokowe udało się ostatnio zlikwidować... dwieście. Owszem, budżet państwa zyskuje kilkanaście miliardów złotych rocznie z alkoholowych narzutów (akcyza i inne podatki). O wielokroć wyższych stratach związanych ze skutkami picia (choroby, absencje, niska wydajność pracy itp.) mało kto u nas myśli. Myślą o tym władze państw, które wydobyły się z radzieckiego imperium, gdzie powiedzenie „bież wódki nie razbieriosz” miało swoje głębokie uzasadnienie - Litwy, Łotwy, Estonii, a także, w co może trudno uwierzyć, dzisiejszej Rosji. Płaskie buteleczki, o których wspominał mój lekarz z Przeróbki, to tzw. małpki (rzadziej zwane szczeniaczkami), cieszą się niebywałym powodzeniem z racji zróżnicowanych smaków, niskiej ceny (6-7 złotych) i poręczności: można kilka włożyć do damskiej torebki bądź męskiej kieszeni. Codziennie kupuje je 3 min rodaków. Ponad 600 tys. - kilka razy dziennie. Korzystają więc z nich nastolatki - w takim samym stopniu dziewczyny, jak chłopcy. Oczywiście także dorosłe panie i dorośli panowie. Sprzedaż małpek, to dobrze ponad miliard rocznie. Opróżnione, zaśmiecają parki, lasy, pobocza ulic i chodników. Na tanie, weekendowe popijawy przybywają do Polski sąsiedzi — Anglicy, Szwedzi, Duńczycy. Na filmie Kingi Dębskiej „Zabawa, zabawa” zobaczyłem coś, co ostatecznie pozbawiło mnie złudzeń. Pani doktor, pani prokurator i młoda pracownica jakiejś korporacji - osoby mogące symbolizować życiowy sukces - gdy tylko uwolnią się od towarzystwa, piją, a raczej uchlewają się na umór niczym degeneraci z rynsztoka. Dębska, zbierając materiał do filmu, przez wiele miesięcy chodziła na spotkanie grupy AA (anonimowych alkoholików), gdzie nasłuchała się wyznań dwudziestoparolatek pijących od siedmiu, ośmiu lat. Jej filmowe bohaterki są uosobieniem tzw. alkoholików wysokofunkcjonujących, HFA (High Functio-ning Alcoholics). Ludzie ci robią kariery zawodowe, żyją pełnią życia towarzyskiego, zakładają rodziny - a wszystko to w maskach stosownych do odgrywanych ról. Zrzucają je, gdy brakuje widowni. Upijają się wieczorami, w weekendy. Dbają o swój oficjalny wizerunek, kontrolują picie - do czasu. JAR Andrzej Jar ukończył gdańską polonistykę. Jeszcze za dyrekcji Ziuty Sławuckiej pracowaliśmy razem w Centrum Edukacji Teatralnej przy Czarnej Sali na Kołodziejskiej. Organizowaliśmy - wraz z Florkiem Staniewskim - dwutygodniowe letnie obozy dla licealistów zainteresowanych sceną. Pisał dramaty, wystawiano je w starym Żaku. Potem wyjechał do USA, mieszkał w Chicago, skąd nadsyłał korespondencje drukowane m.in. w „Polityce”. Nie najlepiej dogadywał się z Polonusami z Jackowa (wyobrażam sobie, co dziś mówią o czarnoskórej lesbijce Lori Lightfoot, burmistrz Chicago), więc przeniósł się do Kanady. W Vancouver założył tygodnik (dziś miesięcznik) literacki „AHA”. Opubli- 30 Okruchy kowałem w nim kilkadziesiąt szkiców, a także sporo esejów autorstwa moich studentów i doktorantów. Kilka razy gościłem Jara w Gdańsku, on mnie w Vancouver jeden raz (nigdy więcej, powtarzałem po 12-godzinnym locie). Lekarstwem na samotność - bardziej egzystencjalną, niż społeczną bądź emigracyjną -dość wcześnie stała się dla Jara gorzałka. Napisał na ten temat piosenkę - „Piosenkę alkoholika”. Myślę, że pił wciąż po coś, wiedząc że pije daremnie. Zmarł w czerwcu tego roku. „Przed północą znowu zerwał się mój film. Światła baru kolorową mgłą spłynęły. Nogi same znów do domu muszą iść -Ja zostaję - i tak wszyscy o mnie zapomnieli. Nim ponownie świat przypomni sobie o mnie, W pyle Drogi Mlecznej z głową się zanurzę. Gdzieś pode mną niewyraźny ziemi kształt -Nie obchodzi mnie, dopóki się wynurzę. Bo cóż teraz mnie obchodzi głupi świat... To że z bólu czasem chciałoby się wyć -Ze na drodze, którą idę tyle lat, Tylko w gardle kurz i stale chce się pić. Więc w konstelacji pustych szklanek w barze »Wrzos« Wypatruję nocą swej szczęśliwej gwiazdy. A gdy czasem nagle urwie mi się film - no to co -Ważne mam na Mleczną Drogę prawo jazdy. Wsiadam sobie zatem lekko w gwiezdny wóz. Mleczną Drogą płynę słodko jak niemowlę. Zanim ze snu mnie wygarnie brudny świt. Nim ponownie świat przypomni sobie o mnie”. PROWINCJA Andrzej Kasperek Koronczarka Jerzy Kosacz Epizod nazywany życiem Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl 34 Na oścież się nam rozwarły podwoje polskiego domu... Historia to przede wszystkim ludzie, którzy ją tworzą, a których postawa na trwale wpisuje się w dzieje miast, miasteczek, wsi czy krajów. To oni tworzą miejsca, które po dziesiątkach, a nawet setkach lat inspirują i z których wyrasta coś nowego. Zabytkowy dworek w Górkach, w gminie Kwidzyn, w powiecie kwidzyńskim, to jedno z takich miejsc. W czasach PRL-u ubłocony, zdewastowany i niemal niewyróżniający się wśród budynków gospodarczych Państwowego Gospodarstwa Rolnego, chylił się ku upadkowi. Nikt nie przejmował się wówczas miejscem, które w latach dwudziestych i trzydziestych było jedynym polskim majątkiem w rejonie Kwidzyna, w którym gościli między innymi Stefan Żeromski i Jan Kasprowicz. Byli oni gośćmi Jana Kowalskiego, właściciela dworku i majątku, który Jan Kowalski, Jot. archiwum rotiziny Zamojskich go okalał, w tym także pięknego parku. Wspierali oni wówczas Polaków, którzy mieli się opowiedzieć podczas plebiscytu w 1920 roku za przyłączeniem Warmii, Mazur i Powiśla do Polski. Plebiscyt został przegrany przez Polaków. Tylko niewielki skrawek ziemi trafił w ręce polskie. W zabytkowym dworku przebywał także Giuseppe Melchiorre Sarto, włoski duchowny, który 4 sierpnia 1903 został wybrany papieżem. Jan Kowalski mocno angażował się w sprawy polskie i drogo za to zapłacił. Na początku lat trzydziestych administracja niemiecka zabrała mu majątek i kazała mu opuścić ten niewielki skrawek polskości. Kolejne lata to historia powolnego rujnowania majątku i pewnie niewiele zostałoby z historycznego miejsca, gdyby nie upadek komunizmu i przywrócenie prawdziwej samorządności. Udało się zebrać potrzebne pieniądze, a przywróceniem blasku zabytkowi dworkowi w Górkach zajęła się kwidzyńska Fundacja „Misericordia”. Kazimierz Gorlewicz, prezes organizacji, widział w tym miejscu doskonałe miejsce rehabilitacji osób niepełnosprawnych. - To ućiany projekt, przykiacipartnerstwa prywatno-publicznego, kolejnego w naszym mieście i powiecie z udziałem International Paper. Uratowaliśmy wspólnie zabytek, zachowamy na zawsze pamięć o jego polskości i co najważniejsze ofiarujemy to miejsce osobom niepełnosprawnym - mówił po otwarciu odbudowanego dworku w 2005 roku Kazimierz Gorlewicz. Dworek stał się siedzibą kwidzyńskiego Warsztatu Terapii Zajęciowej, prowadzonego przez Fundację „Misericordia”. Podczas otwarcia pojawił się Ryszard Zamojski, wnuk Jana Kowalskiego, dawnego właściciela Górek, który nie krył wzruszenia, że zapomniany i zrujnowany dom jego dziadka przywrócony został do dawnej świetności. - Nie jest to dokładnie wierne odtworzenie dawnego wygbfdu pałacu, jednak bardzo dobrze, że ten dom żyje i służy ludziom. Dobrze, że rozebrano betonowe} stołówkę przy pałacu. Pasowała jak kwiat do kożucha. O planach odnowienia pałacu i parku dowiedziałem się od pana Kazimierza Gorlewicza, prezesa Fundacji „Misericordia”. Bardzo ucieszyłem się, gdy zadzwonił i zaprosił mnie na otwarcie. Tełefon odebrała żona. Mnie wówczas nie było. Wróciłem po godz. 20. W trybie natychmiastowym zdecydowałismy, że musimy pojechać do Kwidzyna. Realizatja tego pomysłu byłaby największym marzeniem mojego dziadka. Dziadek i babcia Jacek Kluczkowski 35 byli urodzonymi społecznikami i wielkimi patriotami. Górki zawsze były pobk^} enklawy na terenach niemieckich. Były takie trzy takie miejsca w powiecie kwidzyńskim. Oprócz domu moich dziadków, to maj^}tki państwa Sierakowskich i Donimirskich. Zasługi mojego dziadka doceniła Warszawa, która mianowała go staro-stif plebiscytouym w 1920 roku - wspominał Ryszard Zamojski. Dom jego dziadków odwiedzały znane osobistości polskiego życia publicznego. - Wśród nich byli Kasprowicz, Żeromski i Władysław Kozicki, znany dziennikarz, który był teściem Kasprowicza. W Górkach gościł także nuncjusz papieski, a późniejszy papież Pius X. Plebiscyt na Powiślu Warmii i Mazurach był sfałszowany. Na te tereny przywieziono 160 tys. Niemców, aby wzięli udział w głosowaniu. Opowiadali mi o tym dziadkowie. Mój dziadek zaangażował się także w tworzenie Gimnazjum Pobkiego, jak tylko powstała taka koncepcja. Był także inicjatorem powstania Banku Pobkiego w Kwidzynie. Po dojściu Hitlera do władzy kazano mu i wszystkim członkom rodziny opuścić Górki. Mieli tylko tydzień, aby się spakować i opuścić maji}tek - powiedział Ryszard Zamojski. Moment ten zapamiętała nieżyjąca już Marta Kirstein, mieszkanka Górek, która urodziła się w Górkach w 1922 roku i tam też się wychowała. - Dobrze pamiętam państwa Kowabkich. Jako dziecko bawiłam się z ich dziećmi. Mieli dwóch synów i córkę. Wiem, że żyje jeszcze młodszy syn. Mieszka we Francji lub Szwajcarii. Ich córka Julia zmarła w 1999 roku. To byli dobrzy ludzie. Ich dzieci bawiły się z innymi. Park był otwarty dla wszystkich. Nie widać było wtedy podziałów pomiędzy Polakami i Niemcami. Pamiętam jak opuszczali maji^tek. Zabrali tylko to, co dało się wzic}ć w ręce. Ona kochała konie. Poszła się z nimi pożegnać. Cała rodzina wyjechała do Warszatoy - wspominała Marta Kirstein. Na zdjfciu mifćźzy innymi: Stefan Żeromski, Jan Kasprowicz, Władysław Kozicki i Jan Kowałski (trzeci od łewej). Jot. archiwum rodziny Zamojskich •Ko. Ktż^ fHAĄ^ F 'ittjeJ^ti f^d^. />^ 1-* Podziękowania Jana Kasprowicza za gościnność, jakiej doświadczył podczas pohytu w majątku w Górkach, Jot. archiwum rodziny Zamojskich 36 Na oścież się nam rozwarły podwoje polskiego domu... Celina Kowalska z córk^f Juliif i synem Bohunem, fot. archiwum rodziny Zamojskich Wszyscy pracownicy majątku w Górkach przed wojną, fot. archiwum Jacek Kluczkowski 37 Zawierucha wojenna zmusiła ją do opuszczenia rodzinnego domu. Po wojnie jednak wróciła do Górek. - Wróciłam, bo to jest mój iłom, to jest moja mała ojczyzna. Nie Niemcy czy inny kraj tyłko miejsce, lo którym się urodziłam — podkreślała Marta Kirstein. Ryszard Zamojski poznał dalsze losy swoich dziadków. - Podczas wojny dziadek ukrywał się przed Niemcami we wsi Boguchwałów, 17 km od Ostrowa Wiełkopołskiego. Babcia ukrywała się pod Warszawi^ w Białołęce Dworskiej. Przez cab} okupację nasza rodzina znajdowała się na czarnej łiscie hitłerowców. Dziadkowie mieii trójkę dzieci. Najstarsza była moja mama, która urodziła się w 1913 roku. Dwa łata później urodził się Bogdan. Najmłodszy był Kazimierz, który urodził się w 1921 roku. Bogdan podczas wojny zagim}ł. Poszukiwał go najmłodszy brat, ałe nie udało się go odnaleźć. Kazimierz wyjechał na studia do Francji. Tam zastała go wojna. Służył w polskiej armii. Wojska niemieckie zepchnęły ich do granicy szwajcarskiej. Musieli przekroczyć granicę. W Szwajcarii wraz z całym oddziałem został internowany do końca wojny. Rodzice osiedlili się w Kielcach, w których mieszkam również ja. Moja mama zmarła w 1994 roku - powiedział Ryszard Zamojski. Do Kwidzyna po raz pierwszy przyjechał na przełomie lat 60 i 70. - W Górkach był wówczas PGR. Nie wpuszczono nas do pałacu. Mogliśmy go obejrzeć tylko z zewncftrz. Moja mama odszukała wówczas stangreta, który wiózł moich rodziców do ślubu. Nie widzieli się przeszło 50 lat, a pan Anastazy wykrzyknę}! z radoscie}: panienka przyjechała. Ja byłem wówczas po studiach. Ci ludzie dobrze wspominaj/} czas, w którym pracowali w maj/}tku mojego dziadka. Moja babcia Celina prowadziła ochronkę. Opiekowała się dziećmi z rodzin, które mieszkały w Górkach. Ponownie maj/}tek dziadka odwiedziliśmy po stanie wojennym na pocz/}tku lat 80. W pałacu przebywało wcześniej wojsko. To był straszny widok. Wnętrza były całkowicie zdewastowane, potoyrywane kaloryfery, w k/}cie leżała dusza od fortepianu. Wrażenie było bardzo smutne. Piwnice były zalane. Trzeci/} wizytę złożyliśmy na początku lat 90. W Rzeczpospolitej ukazało się wówczas ogłoszenie o przetargu na teren w Górkach. Wprawdzie spłonęły poeiczas wojny dokumenty świadczące o tym, że pałac należał 38 Na oścież się nam rozwarły podwoje polskiego domu... Komisja Plebiscytowa w majątku w Górkach, fot. archiwum do naszej rodziny, ale to, eo ocalało loystarczylo. Agencja zrezygnowała ze sprzedaży Górek. W1994 roku zaproponowano nam oddanie pałacu oraz parku, ale nie dano żadnych środków na odbudowę. Przyznam się szczerze, że nie miałem możliwości odnowienia dawnej posiadłości i zrezygnowałem z odzyskania majcftku - opowiadał Ryszard Zamojski. Okazało się, że wnuk Celiny i Jana Kowalskich wystąpił w filmie Romana Polańskiego „Nóż w wodzie”. Film, który powstał w 1961 roku został nominowany do Oscara w kategorii filmów nieanglojęzycznych. W Polsce został jednak skrytykowany przez władze komunistyczne. - To przygoda z lat 50. Polański przygotowywał się do kręcenia filmu „Nóż w wodzie”. Ja byłem zapalonym żeglarzem oraz instruktorem żeglarstwa. Poproszono mnie o przygotowanie do filmu jachtu państwa Mt}czyńskich o nazwie „Smuga”. Nie umieszczono jednak mojego nazwiska w filmie. Wszystkie sceny na wodzie, ukazujt}ce jacht z daleka, w tym także scena burzy, podczas której maszt się łamie, były kręcone z moim udziałem. To było moje jedyne zetknięcie z fiłmem, a pomógł mi w tym trochę mój serdeczny przyjaciel Wiesław Gołaś. To kolega ze szkolnej ławki. Dodam tyłko, że ten jacht nadał istnieje, ale jest w złym stanie - mówił Ryszard Zamojski. Na oścież się nam rozwarły podwoje polskiego domu - gościnność jakiej na swiecie, nie wiem, czy śniło się komu. Jacek Kluczkowski 39 Dworek przed 1930 rokiem, fot. archiwum rodziny Zamojskich Powyższy fragment podziękowania napisany przez Jana Kasprowicza podczas jego pobytu w majątku w Górkach w 1920 roku, doskonale oddaje atmosferę miejsca, w którym wówczas gościł. Dzisiaj zabytkowy dworek wraz z okalającym go parkiem, to nie tylko miejsce rehabilitacji zawodowej i społecznej niepełnosprawnych mieszkańców powiatu kwidzyńskiego, ale także miejsce do organizacji wielu imprez, konferencji i sympozjów. Odbudowa dworku w Górkach prowadzona była w latach 2003-2005. Najwięcej pieniędzy na inwestycję przekazała Fundacja Opiekuńcza International Paper Kwidzyn, ok. 2 min zł. IP wybrało firmę projektową oraz budowlaną, a także bezpośrednio finansowało i nadzorowało roboty budowlane. 660 tys. zł pochodziło z Urzędu Marszałkowskiego w Gdańsku, który przekazał pieniądze z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Samorząd powiatu kwidzyńskiego przekazał 170 tys. zł z ówczesnego Powiatowego Funduszu Ochrony Środowiska. Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska przeznaczył na budowę 140 tys. zł. Miasto Kwidzyn przeznaczyło na to zadanie wsparł również samorząd 160 tys. zł. Inwestycję . Ryszard Zamojski, wnuk Celiny i Jana Kowalskich gminy Kwidzyn oraz prywatni sponsorzy. Koszt podczas otwarcia odbudowanego dworku w Górkach, odbudowy przekroczył 3,2 min zł. fot. Bogdan Machowski 40 Na oścież się nam rozwarły podwoje polskiego domu... Stan dworku przed2003 rokiem z koszmarnym budynkiem Disco Paradise w tle, fot. Bogdan Muchowski Obecny stan dworku oraz parku, fot. J. Kluczkowski Sylwia Kaszuba 41 Sylwia Kaszuba JEŃCY Z WOZOWNI MIELENZ Miłoradz - szkoła, kościół, urząd gminy, kiłka sklepów, starsze i nowsze domy, osiedle, świetlica wiejska, a za nią szeroka polna droga. Dziś prowadzi do kilku domostw, ale przed wojną wiodła do tętniącej życiem części Mielenz. Już z daleka w polach można było dostrzec podobne do siebie niewielkie gospodarstwa. Do wybudowanych przez bank budynków przylegało pomieszczenie gospodarcze. Domy były częściowo murowane. Do dnia dzisiejszego zachowały się dwa z nich. W tym położonym nieco bliżej po wojnie zamieszkał autochton Horst Burchardt wraz ze swoją żoną Marianną, która do Miłoradza przyjechała z Małopolski. Historia jakich wiele było kiedyś na Żuławach. Tu wychowały się ich dzieci. Dawny świat i przedwojenny obraz wsi odchodził w zapomnienie. Sprzyjały temu codzienne troski, radości, ciężka praca i patrzenie w przyszłość. Pan Horst przyjął polskie obywatelstwo, nauczył się języka, zmienił imię na Henryk. Kilkanaście lat temu jego obowiązki przejął syn - Jan wraz z żoną Katarzyną. Wiekowe gospodarstwo podupadało, trzeba było podjąć jakieś decyzje. Na szczęście dla starej, ogromnej i zbędnej już wozowni nadeszły lepsze czasy. Ludzie zaczęli interesować się lokalną historią, zwyczajami, kuchnią i architekturą Żuław. Stary budynek częściowo odremontowano. Przyjaciele, mieszkańcy i sąsiedzi przynosili Janowi przedmioty i sprzęty, których dziś się już nie używa. Był wśród nich kołowrotek, drewniany 42 Jeńcy z wozowni Mielenz magiel, maszyny do prac polowych, naczynia, sztućce, potem nawet fotografie, dokumenty i książki. W Wozowni zaczęli spotykać się ludzie. Samoistnie stała się ona świadkiem długich rozmów, wieczorków poetyckich, wykładów. Wozownię nazwano Dawną, a nieformalna grupa znajomych sformalizowała się. Dziś przy ulicy Polnej 2 zarejestrowane jest Stowarzyszenie Dawna Wozownia na Żuławach. Przy wsparciu Doroty Wiśniewskiej z Centrum Organizacji Pozarządowych miłoradz-ka organizacja pozyskała środki z Fundacji Banku Gospodarstwa Krajowego na projekt Moja Mała Ojczyzna. Dzięki nim dostosowano obiekt do przyjęcia jeszcze większej liczby gości, utworzono Izbę Pamięci Miłoradza i okolic oraz ufundowano pamiątkową tablicę poświęconą brytyjskim jeńcom wojennym, którzy w czasie II wojny światowej mieszkali i pracowali w Miłoradzu. Właśnie w tym gospodarstwie Wermacht urządził niewielkie komando robocze dla kilkunastu jeńców. Zajmowali oni gospodarczą część budynku pod spichlerzem. Połączona była ona wspólną ścianą z częścią mieszkalną domu. Ówczesnym gospodarzom pozostała do dyspozycji kuchnia i niewielki pokój. Większą z izb zajmował wachmann, który z rana odprowadzał jeńców do ich zajęć, a wieczorem pilnował, aby wszyscy stawili się na „liczenie”. Następnie zamykał drzwi komanda na całą noc. Niedziela była często dniem wolnym. Za swoją pracę żołnierze otrzymywali wynagrodzenie w walucie obozowej. Zatrudnieni byli w piekarni oraz u miejscowych gospodarzy. Mieszkańcom nie wolno było utrzymywać kontaktów z „niewolnikami”. W rzeczywistości bywało różnie. Ludzka pamięć zapamiętała komando jako bardzo czyste i schludne pomieszczenie - w środku metalowe wojskowe łóżka, piecyk żelazny podłączony do głównego komina w domu, na stole luksusy z paczek Czerwonego Krzyża (cukier, kawa, słodycze, mleko w proszku). Nocą, kiedy strażnik spał, żołnierze przez niewielki otwór w ścianie „przeciskali” dla ubogich gospodarzy papierosy i słodycze. Jesienią 1944 r. komando robocze w Miłoradzu zostało zlikwidowane. Przypuszczalnie żołnierze wrócili do obozu głównego Stalagu XXB Marienburg Willenberg, który znajdował się na terenie dzisiejszego cmentarza komunalnego w dzielnicy Wielbark. Jeśli nie byli obłożnie chorzy, zostali ewakuowani wraz z towarzyszami niedoli w styczniu 1945 r. W rzeczywistości był to trwający trzy i pół miesiąca Marsz Śmierci. Wielu w wyniku wycieńczenia, odmrożeń, chorób i złych warunków nie doczekało wyzwolenia w kwietniu 1945 r. 29 czerwca 2019 uroczyście otwarto Izbę Pamięci i odsłonięto tablicę poświęconą jeńcom wojennym. Obecnych było wielu gości, między innym wicestarosta malborki Waldemar Lamkowski, wójt Miłoradza Arkadiusz Skorek, radni, przedstawiciele instytucji pozarządowych z regionu, przedstawiciele mediów, przyjaciele i mieszkańcy. Gościem honorowym była Sue Howes wraz z mężem, którzy przylecieli z Londynu. Ojciec Sue - Frede-rick Bennett (1911-1993) w czasie II wojny światowej służył w The Royal Engineers. Wraz z Korpusem Ekspedycyjnym przybył z Wielkiej Brytanii do Francji. Właśnie tam w 1940 r. podzielił los wielu swoich kolegów i trafił do niemieckiej niewoli. Przebywał w Stalagu XXB, pracował w ogrodnictwie oraz fabryce serów w Elblągu. Przeżył Marsz Śmierci. W czasie swojego pobytu w niewoli napisał ok 200 listów do swojej rodziny i narzeczonej do Anglii. Gdy wrócił, miał przy sobie wyrzeźbione przez siebie pudełeczko z imieniem ukochanej - Dorothy oraz napisem Gru^ aus Elbing 1942 oraz dziennik. Do ostatnich Sylwia Kaszuba 43 dni swojego życia bardzo kochał róże i pracę w ogrodzie. Cierpiał z powodu choroby nóg, której nabawił się podczas wielokilometrowych marszów do i z niewoli. Był człowiekiem bardzo pogodnym mimo rzeczy, które widział i przeżył. Sue Howes przekazała Stowarzyszeniu zdjęcia taty, spisaną historię pobytu w XXB, kopię korespondencji i dziennika. Najcenniejsza jednak była opowieść córki i bezpośrednie wyrazy wdzięczności za pamięć, skierowane do gości i mieszkańców. Relację telewizyjną z otwarcia Izby Pamięci można obejrzeć w Internecie w jednym z odcinków „Osadnicy” z dnia 11 sierpnia 2019 r. (https://gdansk.tvp.pl/41784480/osadnicy). Dawna Wozownia serdecznie zaprasza w swoje progi wszystkich zainteresowanych historią regionu. Jest to miejsce stworzone przez ludzi i dla ludzi. W czasie pobytu można posłuchać słuchowiska o ostatnim dniu w Mielenz przed Wielką Ucieczką - 24 stycznia 1945 r. 44 Pod specjalnym nadzorem Małgorzata Łukianow Marcin Maciejewski POD SPECJALNYM NADZOREM Proces tworzenia się nowych społeczności na Ziemiach Zachodnich i Północnych był niezwykle złożony i trudny. Choć dziś mieszkańcy Sztumu i Kwidzyna tworzą zwarte i zintegrowane społeczności, nie ma wątpliwości, że pod wieloma względami początki były trudne. Po wojnie ludziom towarzyszyło wiele lęków: lęk przed kolejnym wysiedleniem, lęk o bliskich, przed kolejną wojną, przed obcymi napotkanymi w nowym miejscu zamieszkania. Jednocześnie lęki te mieszały się z dojmującym uczuciem ulgi, że wojna wreszcie się skończyła. Różne typy migracji oraz osadnictwa, różne motywacje oraz doświadczenia czasu wojny spowodowały, że pierwsze lata po wojnie nie zawsze sprzyjały harmonijnemu współżyciu. Choć często pojawia się w literaturze sformułowanie „integracja”, można mieć wobec niego poważne zastrzeżenia. Nadszarpnięte lub zupełnie zniszczone przez wojnę i wysiedlenia więzi społeczne nie były łatwe do odbudowania w nowym miejscu zamieszkania, którym dla wielu okazał się Sztum i Kwidzyn. Perspektywa zaproponowana przez nas w tym artykule łączy w sobie elementy warsztatów pracy różnych dyscyplin. Dzięki podejściu charakterystycznemu dla badań historycznych, wybraliśmy specyficzne dokumenty znajdujące się w zasobach gdańskiej delegatury IPN. Podczas ich wyszukiwania kierowaliśmy się potrzebą uwzględnienia społecznej strony historycznych zjawisk oraz lokalnych mikrohistorii, czyli w jaki sposób procesy znane z szerokiej literatury dotyczącej Ziem Zachodnich i Północnych odzwierciedlone są w społecznościach lokalnych. Jednocześnie, korzystając z zasobu wiedzy nauk społecznych, takich jak socjologia czy antropologia społeczna, możemy spojrzeć na uzyskane materiały przez pryzmat oddolnego, ludzkiego wymiaru doświadczenia historycznego. W szczególności przyglądamy się temu, co zgromadzone raporty mówią o społecznościach, więziach, tworzonych stereotypach oraz relacjach pomiędzy poszczególnymi grupami osadników. Małgorzata Łukianow, Marcin Maciejewski 45 Dokumenty, które posłużyły za bazę źródłową tego artykułu, to miesięczne raporty składane przez Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego (dalej PUBP) w Kwidzynie’ i Sztumie^ do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Gdańsku (dalej WUBP). Obejmują one swoim zakresem czas od 1947 do 1952 roku. Jest to okres wzmożonych dobrowolnych lub przymusowych ruchów migracyjnych ludności na terenie podnoszącego się z wojennych zniszczeń kraju, a także (po sfałszowanych wyborach do Sejmu z 19 stycznia 1947) nieskrępowanego rozwoju aparatu bezpieczeństwa na jego obszarze. Takiego, by w początkach lat 50 osiągnąć swoje apogeum. Aparat ten w postaci PUBP, podobnie jak w całej Polsce, inwigilował na Powiślu napływowe grupy osadników. W zainteresowaniu bezpieki były między innymi stosunki tych grup do władz polskich, a także reformy rolnej. Związku Radzieckiego, wzajemne relacje pomiędzy grupami ludności np. autochtonami, przesiedleńcami z północnej części Kresów czy Ukraińcami przesiedlonymi na tereny Powiśla w ramach operacji „Wisła”. Początkowa nieufność wobec innych grup ludności oraz zamykanie się we własnym gronie jak również brak interakcji pomiędzy poszczególnymi grupami sprawiły, że raporty PUBP w Sztumie i Kwidzynie stają się dla autorów pryzmatem przez który dziś starają się uchwycić ich świadomość społeczną, a także proces tworzenia się nowej, powojennej lokalnej społeczności Powiśla. Warto wspomnieć, iż sprawozdania PUBP w Kwidzynie i Sztumie nieco różnią się od siebie. W pierwszym z wymienionych miast, referaty wchodzące w skład urzędu w sprawozdaniach z lat 1949-1952 kategoryzują inwigilowaną ludność ze względu na przynależność do różnych instytucji wyznaniowych, organizacji, partii np. PZPR, PSL, SL, AK, kleru, Świadków Jehowy3. Lub ze względu na pochodzenie - środowiska: autochtoniczne oraz akcji „W”4. Szczególnie interesująca dla UB była działalność proboszcza katedry kwidzyńskiej, któremu poświęcono sporo uwagi w notowanych oddzielnym akapitem zagadnieniem związanym z działalnością kleru, od lipca 1952 roku zachodzi jednoznaczna zmiana nazwy tego akapitu na „wroga działalność kleru”5. Natomiast w Sztumie wszystkie wspomniane wyżej partie nie opisywano z osobna a charakteryzowano je łącznie jako tzw. „partie bloku”6. Bardziej szczegółowe są też informacje odnośnie działań organizacji takich jak „AK, WIN, NSZ”7. Interesujący wydaje się też podział przez PUBP ludności z Kresów na dwie wyraźne grupy: „środowisko wileńskie” oraz „środowisko lwowskie”8. ' Raporty sporządzane poszczególne „komórki” urzędu przedkładane były kierownikom PUBP w Kwidzynie byli to: Elas Edward (7 VII-1 VIII 1945); Korzeniak Tadeusz (1 VIII-24 IX 1945); Górecki Jan (24 IX-8 XI 1945 i jako p.o. 9 XI 1945-31 I 1948); Reksa Bolesław (1 II—10 XI 1948); Bielawski Antoni (jako p.o. 10 XI 1948-1 VIII 1950, kierownik: 1 VIII 1950-31 I 1951); Pieńkowski Zygmunt (15 I-IO IV 1952); Borowicz Jerzy (1 VI 1952-30 VI 1953); Turowski Józef (1 VIII 1953-1 IX 1956); Anastaziak Mieczysław Franciszek (1IX 1956-) Podij^ t^: Aparat bezpieczeństwa w Polsce. Kadra kierownicza, tom /, 19d4-1956, red nauk K. Szwagrzyk, Warszawa 2005, s. 160-161. Raporty sporządzane poszczególne „komórki” urzędu przedkładane były kierownikom PUBP w Sztumie byli to: Ratajczak Zygmunt (12-17 VIII 1945); Złotogórski Wacław (jako p.o. 17 VII 1945-1 VII 1946); Pilipczuk Aleksy (1 VII 1946-15 IV 1949); Głuchowski Andrzej (jako p.o. 1 V 1949-26 V 1950); Szachterski Michał (1 I 1951-1 VI 1954); Leman (Lehman) Władysław Jan (1 VI 1954-30 VIII 1955). Podaję za: Aparat bezpieczeństwa w Polsce. Kadra kierownicza, tom I, 1944-1956, red nauk K. Szwagrzyk, Warszawa 2005, s. 163. ’ Zob. Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej oddział w Gdańsku (dalej AIPNG), sygn. 0046/170 t. 3, passim. * Ibidem. ’ Idem, Sprawozdanie miesifczne z pracy PUBP Kwidzyn za okres od dnia 1. VI1.52 r. do dnia 1. VIII. 1952 r. do Szefa WUBP w Gdańsku, s. 309-310. * Zob. Idem, sygn. 0046/184 t.l, passim. ^ Ibidem. ’ Ibidem. 46 Pod specjalnym nadzorem Początkowo niewielka liczba repatriantów zabużańskich - w ilości około 1800 osób w powiecie sztumskim - była wedle raportów nastawiona wrogo do polskiego i radzieckiego rządu, a nawet wykorzystywana „przez elementy reakcyjne do działania na szkodę państwa i uprawiania szeptanej propagandy”’. Wrogość względem Związku Radzieckiego będzie przejawiała się na łamach raportów wielokrotnie. Kresowianie, którzy zostali wywiezieni na Ziemie Odzyskana szczególnie mocno doświadczyły tego, czym jest sowiecka okupacja - najpierw we wrześniu 1939 roku, gdy Związek Radziecki zajął wschodnie tereny Polski, a następnie w 1944 roku i później, gdy coraz bardziej było wiadomo, że Polska utraci Kresy. Podobnie jak i poczucie zagrożenia, a może i oczekiwanie na III wojnę światową i powrót na ukochane Kresy. Była to nadzieja, która długo nie opuszczała przesiedleńców ze Wschodu Generalnie jednak mimo szeroko zakrojonej inwigilacji repatriantów z Wilna - założenie 25 listopada 1949 r. sprawy obiektowej kryptonim „Trójka” na 140 figurantów'® i Lwowa - założenie 12 listopada 1949 r. sprawy obiektowej na 120 figurantów", raporty z miesiąca grudnia nie przynoszą żadnych istotnych informacji na temat wilniaków i Iwo-wiaków. Pomimo dość ambitnych planów przedkładanych do WUBP w Gdańsku takich jak: ujawnienie do dnia 30 czerwca 1950 r. członków organizacji politycznych sanacyjnych i endeckich, wyłonienie z nich członków BBWR, ONR, itp., ustalenie członków organizacji paramilitarnych - strzelcy, sokół, Strzelczyk!, rezerwiści, krakusy’^. W następnym roku z raportów znikł zapis „Środowisko Wileńskie” oraz „Środowisko Lwowskie”. Wydaje się, że osoby obserwowane pośród tej grupy zaczęto łączyć z grupą wyróżnianą w raportach jako „środowisko A.K.”, ma to związek nie tylko ze wspomnianymi już wcześniej nieco mglistymi powiązaniami repatriantów z wileńskiego z tzw. Brygadą Wileńską i oddziałami Łupaszki. Wyraźnie widać to w treści raportów dla porównania: Śroćiowisko Lwowskie (raport z dnia 31 października 1949 r.)*’: Na środowisko osób toywodz^cyeh się z Lwowskiego założona jest teczka obserwacyjna, której opracowanie prowadzi tutejszy referat IIL-ci. W bieżącym okresie sprawozdawczym otrzymano dane agenturalne odnośnie grupy gospodarzy z Malewa pow. Sztum, którzy się często grupowo zbieraj^}, jak wynika z otrzymanych danych to zbieraj^} się oni u poszczególnych figurantów którzy posiadaji} radio i słuchają Londynu a następnie prowadzą dyskusje na takie tematy. Tak samo wynika to na ich wrogie nastawienie oraz częściowe rozsiewanie propagandy o rzekomo mającej być wojnie'^. Środowisko byłych członków „A.K. ” (raport z dnia 3 lipca 1951 r.): ’ Ibidem, s. 105. '“ Idem, sygn. 0046/184 t. 2, Analiza pracy Reflll-go PUBP Sztum oraz plan pracy przystosowany do wytycznych U I-go Departamentu z dnia 25.5.1950 r., s. 31. " Ibidem, s. 32. Ibidem, s. 34-35. ” Wszystkie cytaty są przytaczane z zachowaną pisownią oryginalną. Z cytatów autorzy usunęli imiona i nazwiska osób inwigilowanych, jak również dane dotyczące informatorów. ’* AIPNG, sygn. 0046/1841.1, Sprawozdanie miesifczne sekcji ll-giej od dnia l.X. 1949 do dnia 31.X. 1949, z dnia 31.X. 1949 r.,5. 273. Małgorzata Łukianow, Marcin Maciejewski 47 U/ okresie miesi^fca spraioozdaioczego poprzez prowadzone rozpracowanie środowiska byłych członków ,^K” ujawniono dałszych dwóch figurantów tego rozpracowania z których jeden jest członkiem nie ujawnionym i ma na sumieniu zabójstwo sekretarza PPR na terenie innego powiatu. Agentura w dabzym cicfgu sygnałizuje o tym, że poszczegółni członkowie „A.K. ”zbieraji} się na słuchanie dzienników zagranicznych po czym prowadzcf rozmaite dyskusje na tematy połityczne i o nowej wojnie, co staje się źródłem ich wrogości wzgłędem obecnego ustroju'^. Na opór we wprowadzaniu nowego sytemu, a także na dogłębnie prowadzoną inwigilację wobec opisywanych środowisk wskazuje w powiecie kwidzyńskim wskazuje także inny raport. Środowisko A.K. Od agentury pracujcfcej po łinii środowiska A.K w m-cu sprawozdawczym wpłynęło 7 doniesień. Na podstawie poioyższych doniesień ujawniono na terenie tut. Powiatu 3ech nouych członków A.K. a po wyzwołeniu byłi oni członkami WIN którzy nie byłi w chwiłi obecnej ujęci w obiektowym rozpracowaniu. [...J Od informatora „Ułan” wpłynęło doniesienie, w którym inf. podaje że na terenie gr. Paczkowo zam. trzech członków WIN, którzy w czasie okupacji byłi członkami A.K. Na terenie poivyższej gromady wszystkie akcje przeprowadzane przez partie i Rząd przebiegają opornie, a w ubiegłym roku podczas zebrania na temat płanowanego skupu zboża w odłegłości 100 metrów od zabudować w/w figurantów wybuchł pożar podczas odbywającego się zebrania, w wyniku czego spłonęło około 20 arów łasu a sprawcy pożaru do chwiłi obecnej nie zostałi wykryci. Anałizując powyższe nałeży stwierdzić, że inspiratorami wrogiej działałności w tej gromadzie są w/w dłatego też w okresie sprawozdawczym dokonano werbunku jednego informatora z tego środowiska by mógł on rozpracować wspomnianych fgurantów, ponieważ ma możłiwości rozpracowania fgurantów^^. Pewnym echem w powiecie kwidzyńskim, choć widzimy to z perspektywy Urzędu Bezpieczeństwa, a nie mieszkańców, odbiła się, pozornie odległa, wojna koreańska. Najczęściej pojawiającym się w sprawozdaniach powodem „zgłoszenia” wrogiej działalności do organów UB było słuchanie zagranicznych stacji radiowych. Przykładem jest miesięczny raport z UBP w Kwidzynie z listopada 1952 roku: Sytuacja połityczno-gospodarcza powiatu W ubiegłym okresie sprawozdawczym PUBP Kwidzyn stwierdza na podstawie agenturał-nych doniesień inform. Ps. „ Wiłk”, że na terenie gm. Ryjewo pow. Kwidzyn istnieje grupa repatriantów j.. .J, którzy w dałszym ciągu zbierają się i słuchają dzienników zagranicznych oraz rozpowszechniają wrogą propagandę na temat loydarzeń w KoreN. Szczególnie niebezpieczną informacją, której nie należało upowszechniać, były informa- ” Ibidem, t. 2, Sprawozdanie miesifczne z pracy PUBP w Sztumie za m-c czerwiec 1951 r., z dnia 3 lipca 1951 r., s. 167. '* Sygn. IPN Gd 0046/170 t.3, Sprawozdanie miesifczne PUBP w Kwidzynie za m-c wrzesień 1952 r., zdn. 01.01.1952 r., s. 323. '^ Ibidem, Sprawozdanie z dn. 26.01.1952 r., s. 7. 48 Pod specjalnym nadzorem cje O zbrodni katyńskiej. Ich rozpowszechnianie było raczej skrupulatnie odnotowywane przez PUBP. Informacje do Urzędu dotyczące rozpowszechniania informacji o mordzie w Katyniu spływały także ze spotkań prywatnych. Ił^ m-cu sprawozdawczym na terenie tut. Powiatu wzmogia się szeptana propaganda na temat pomordowanych oficerów w Katyniu. W zwiifzku z powyższym wpłynęło szereg doniesień które obrazuj^} wypowiedzi wrogie niektórych osób i tak: jak nam podaje agentura to ob. [.. .J zam. w Marezie wypowiadałi się, że morderstwem na byłych oficerach WP w Katyniu dokonałi pracownicy Radzieckiego aparatu N.K. WD którzy to miełi tym oficerom wkładać do ust trociny aby nie mogłi krzyczeć, oraz ofiarom tj. tym miełi zawi^fzywać do tyłu ręce kołczastym drutem i miełi ich rozstrzełiwać w tył głowy. Daiej ob. [.. .J oświadczał kategorycznie, że nikt inny nie mógł dokonać wyżej opisanych zbrodni jak pracownicy NKWD ponieważ on naocznie powyższe zajścia widział. Na podstawie powyższych materiałów założono sprawę, przesłuchano jednego świadka na podane okołiczności który całkowicie potwierdza otrzymany materiał. Ze wzgłędu na to, że brak jest jeszcze więcej świadków do sprawy powyższej, dłatego też postanowiono pod [osobę upowszechniajcie^} informacje] podstawić agenturę, w cełu głębszego rozpracowania go i ustałenia daiszych świadków, których by można było przesłuchać na wspomniane wyżej oko-łiczności^^. Niewątpliwie, przytoczone przez nas powyżej przykłady odwołują się do mrocznej strony czasów, gdy po wojnie nowe społeczności dopiero się kształtowały. Wzajemna nieufność i dystanse powodowały, początkowe zamknięcie się poszczególnych grup przybyłych na interesujący nasz obszar reemigrantów/repatriantów w obrębie własnej społeczności, często nawet nie całej miejscowości. Widać to wyraźnie na łamach doniesień dotyczących słuchania zachodniego radia, w znakomitej większości wyłącznie w gronie rodziny, bądź najbliższych, zaufanych sąsiadów. Raporty PUBP z terenu powiatów kwidzyńskiego i sztumskiego pokazują stan wiedzy, percepcji, oglądu świata zamieszkujących je ludzi. Nie tylko dotyczący bieżących wydarzeń politycznych, np. wojna w Korei i związana z tym eskalacja napięcia światowego, które mieszkańcom Powiśla wydawało być się zalążkiem III wojny światowej. Można wysunąć przypuszczenie iż społeczność wspomnianych wyżej powiatów nie wyrzuciła z siebie, swojej świadomości, poczucia swoistej trwogi, tymczasowości i beznadziejności jaka nastąpiła w pierwszych latach po II wojnie światowej. A także resentymentów - powrotu na Kresy, które konflikt pomiędzy ZSRR a USA miał oczywiście ułatwić. Co jest całkiem zrozumiałe, bowiem znaleźli się oni w obcej dla siebie przestrzeni kulturowej. Naturalnie podkreślić należy że nie jest to pełen obraz, stanu świadomości/mentalności mieszkańców interesującego nas obszaru. Interesujące jest też „krążenie” wśród lokalnej społeczności wiadomości na temat zbrodni katyńskiej. Tę informacje będzie można głośno i bez obaw powtórzyć dopiero po upadku komunizmu. '* Ibidem, Sprawozdanie z dn. Od.04.1952 r., s. 267. Bogumił Wiśniewski 49 Bogumił Wiśniewski JAK ZDOBYŁEM AUTOGKAF KWICZOŁA? Kwidzyn, 1975 rok. Najprawdopodobniej koniec czerwca lub początek lipca. Dla młodego człowieka, mającego dziewięć lat, to czas wakacyjnej beztroski. W siermiężnej komunie dla dzieciaków spędzających czas wolny od nauki nie było specjalnie rozrywek. Każdy sam musiał zorganizować sobie zajęcie. Rodzice w pracy, klucz powieszony na szyi i wszystko na ten temat. Jak zawsze w takim przypadku trzeba było szukać wrażeń na mieście. Po śniadaniu często wychodziło się na degustację niedojrzałego jeszcze zielonego agrestu, który rósł w ogródku za budynkiem mieszkalnym. Krzaki krzewu stały się miejscem spotkań młodych ludzi, którzy lubili nie tylko zjeść twarde, kwaśne owoce, ale także snuć plany na najbliższy dzień. Tego poranka przy krzakach moich kumpli jeszcze nie było, postanowiłem wiec, że odwiedzę jednego z nich. Dzwonię do drzwi, okazało się, że zaspał. Umówiliśmy się, że spotkamy się później. Nie mając nic więcej do roboty, zdecydowałem przejść się głównymi ulicami miasta, czyli 1 Maja, obecnie Piłsudskiego oraz Dworcową, obecnie Chopina, aby ostatecznie dość na stację kolejową. Wszystkie drogi prowadziły na dworzec. Przyciągały mnie jadące po torach parowozy, buchające dymem z komina, które podczas przetaczania składów wagonów prezentowały swój wielki show. Na młodym człowieku, na uczniu szkoły podstawowej, taki spektakl dymu i iskier robił piekielne wrażenie. Przecież nie każdy miał w domu małą kolejkę na torach. Zresztą rzeczywistość dworcowo-torowa była o wiele piękniejsza od domowej. Bogusz Bikwski, fit. zasoby intemetu 50 Jak zdobyłem autograf Kwiczoła? Będąc na Dworcowej, na wysokości hotelu Kaskada, zobaczyłem przed tarasem grupkę młodych ludzi, Z wielkim przejęciem wpatrywali się w jakąś brodatą postać, która akurat jadła śniadanie. Zaciekawiony postanowiłem również dołączyć się do gapiów i przekonać się, co tak zelektryzowało moich rówieśników noszących, tak jak ja, trampki z Grudziądza. Po przejściu na drugą stronę ulicy od razu rozpoznałem kultowego Walusia Kwiczoła z filmu pt. Janosik, który reżyserował Jerzy Passendorfer. Obraz ten kręcony był od maja 1972 do marca 1973 roku, a ogólnopolska premiera, odbyła się 1974 roku, czyli jednym słowem emitowany był rok przed moim spotkaniem z Boguszem Bilewskim na tarasie hotelowym. W internetowej Wikipedii o aktorze jest tylko krótka wzmianka. Był człowiek i nie ma człowieka. Bogusz Bilewski urodził się 25 września 1930 w Starachowicach, zmarł 14 września 1995 we Wrocławiu - polski aktor filmowy i teatralny. Absolwent Gimnazjum Towarzystwa Salezjańskiego w Ostrzeszowie, następnie ukończył Państwową Wyższą Szkołę Aktorską w Krakowie. Występował między innymi w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, Teatrze im. Ludwika Solskiego w Tarnowie i w teatrach warszawskich: Dramatycznym, Powszechnym, Ateneum, Polskim, Narodowym i na Woli. Wymieniona jest również w Wikipedii filmografia aktora’. Jakim Bilewski był człowiekiem na co dzień? Czy również takim luzakiem - jak na planie filmowym w Janosiku? Czy wręcz przeciwnie, takim poważnym aktorem z dorobkiem, do którego dostęp mają tylko nieliczni. Okazuje się, że aktor filmowy miał burzliwe życie towarzyskie. Z amanta podbijającego za młodu serca niewieście, przeistoczył się później w dobrodusznego rozbójnika^. Kolećizygo zapamiętali Jako świetnego kompana i wielkiego imprezowicza, który umiał rozbawić towarzystwo. Raz dla żartu podjechał pod knajpę śmieciarki} i zaprosił do środka jej obsługę. Czasem też scii}gał sobie kłopoty na głowę, np. gdy grał w „Potopie”. - Pewnej nocy łomot do drzwi - wspominał reżyser Jerzy Hoffman. - Stoi w nich Bogusz Bilewski, jeden z kompanów Kmicica. Cały we krwi! Okazało się, że pił w knajpie. Dwa stoliki dalej biesiadowali czescy lotnicy z sowieckimi. Bogusz podszedł i powiedział: „Wy w d...ę pier... Czesi”. Po tym zagajeniu musiał stam}ć do walki i bynajmniej się od niej nie uchylaP. Był człowiekiem bardzo ambitnym i pracowitym. Do dziś krąż^ legendy o tym, jak się szykował do roli Kwiczoła. Ponoć gwary uczył się, wędruji}c po podhalańskich knajpach i biesiadując z góralami. Wszyscy go tam znali. Boguś był ulubionym ceprem. Górale kłaniali mu się w pas w każdej knajpie w Zakopanem - wspominał w „Rewii” jego przyjaciel, Witold Pyrkosz. Mówiło się nawet, że przygotowania do roli w „Janosiku” kosztowały go... trabanta. Sprzedał własne auto, bo tak intensywna nauka przecież kosztuje^! O tych wszystkich wyczynach aktora jeszcze nie wiedziałem. W 1975 roku, patrzyłem uważnie, jedynie na bardzo znanego i łubianego aktora. Chciałem koniecznie znaleźć się ' https://pl.wikipcdia.org/wiki/Bogusz_Bilewski https://kobieta.intcria.pl/gwiazdy/news-bogusz-bilewski-amant-ktory-zostal-rozbojnikiem,nld,2338100 ’ Tamże. * Tamże. Bogumił Wiśniewski 51 koło niego, aby otrzymać od niego autograf. To musiał być on, ta sama broda, te same włosy i te efektowne rozbójnickie jedzenie posiłku, znane mi tylko z filmu. Jak się do niego dostać? - zapytałem. Chłopacy stojący ze mną powiedzieli mi, że przez holi recepcji przecisnąć się do Kwiczoła nie da rady. Ferajna oświadczyła zgodnie, że już tą drogą próbowali, recepcjonista łapał i wyrzucał wszystkich za drzwi. Taki mały pokaz władzy. Coś musiałem wymyśleć i to szybko. Nie dawałem za wygraną. Zobaczyłem, że od strony zachodniej, tuż przy tarasie, biegnie przymocowany drut do ściany służący za piorunochron hotelu. Długo nie zastanawiając się, wdrapałem się po nim na otwarty taras, na którym był mój ulubiony rozbójnik - Kwiczoł. Przybliżyłem się niepewnie do aktora. Miałem dużo obaw. On taki znany, ja - taki mały pan nikt. Trochę się bałem, ale chęć osobistego poznania Kwiczoła, aby się później chwalić w szkole przed dziewczętami - przeważyło. - Czego chcesz chłopcze? Jesteś głodny? - zapytał Bogusz Bilewski, przerywając posiłek. - Nie, nie jestem głodny. Chciałbym tylko od Pana otrzymać autograf - z wahaniem odpowiedziałem. W tym momencie reszta dzieciaków z dołu, tą samą drogą co ja, wparowała na taras. Stali za mną. Szemrali między sobą. - A na czym mam Ci podpisać ? - zapytał Kwiczoł. - Chociażby na serwetce... - odpowiedziałem mocno stremowany. - Nie, kolego, na serwetce nie dostaniesz autografu. Masz tu pieniądze i skocz do kiosku i kup za wszystko karty pocztowe i długopis - powiedział spokojnie. 33 W^zdkie prawa zastrzeżone 22-3945/1 30 000egz. A25 F23 Fotoizdat Uulgana' • VI|.«96/72,B Cena zł 3.- • BOGOMIŁWISNIEWSKI .....82'5Ó0‘’Kw’j’dxyn" .. Dedykacja Bogusza Bilewskiego dla autora, scan 52 Jak zdobyłem autograf Kwiczoła? Pamiętam, jak wyciągnął papierowy pieniądz z kieszeni i wręczył mi go. Tą samą drogą, co przyszedłem, zszedłem i szybko pobiegłem do kiosku Ruchu, który stał przy głównym wejściu do dworca PKP, bałem się, że jak wrócę, już nie go zastanę przy stole lub że cała ferajna dzieciaków, zostanie usunięta przez nadgorliwego recepcjonistę, co przekreśli moje starania o zdobycie autografu. Kupiłem cztery karty pocztowe i długopis. Pędem wróciłem po piorunochronie do artysty. Wszedłem pomiędzy rówieśników, którzy owinęli już aktora ze wszystkich stron. Podałem szybko widokówkę z widokiem na katedrę kwidzyńską do podpisania, resztę kupionych kart rozdałem chłopakom. Świetnie pamiętam, co powiedział do mnie aktor: - Dobrze się spisałeś, chłopcze. W tym momencie, rozrywał swoimi dużymi palcami, smażonego w tłuszczu kurczaka. Zrobił to - jakoś tak sugestywnie - jakby z kadru filmowego „Janosik”. Dzięki temu efektownemu trikowi zapamiętałem ten moment. Wykonał to przede mną, jakby celowo - wycięta scena filmowa. Pamiętam również, zapach świeżego, pieczonego kurczaka, który unosił się ponad naszymi głowami. Bogusz Bilewski wziął tłustymi palcami podaną mu przeze mnie widokówkę i pytając o imię, napisał: Bogumiłowi Bilewski Bogusz Kwiczoł. Ku mojej radości, oprócz złożonego podpisu na karcie pocztowej, aktor pozostawił mi na wieczną pamiątkę, linie papilarne umaczane w tłuszczu. Co zresztą widać na załączonym do artykułu obrazku. Być może jest to jedyna taka pamiątka zachowana do dzisiaj po tym wielkim aktorze. W czasie podpisywania przez Bogusza mojej karty, kątem oka zobaczyłem schodzącego ze schodów hotelowych Janusza Gajosa, Janka z „Czterech Pancernych”. Szok. Tego dobrego, jak na jeden dzień, było już za dużo. Oczy miałem rozbiegane, raz spoglądałem na Bilewskiego, raz na Gajosa. Gajos wsiadł do samochodu i odjechał. Został mi Bilewski. - No dobra, chłopacy, a teraz dajcie mi zjeść spokojnie śniadanie - zwrócił się do nas Bogusz Bilewski. Posłusznie wykonaliśmy jego prośbę, zeszliśmy wszyscy tą samą drogą, co przyszliśmy. Jeszcze trochę postaliśmy z chłopakami na chodniku, aż w końcu Kwiczoł zniknął nam z oczu, wchodząc do pokoju jadalni hotelowej. Dopiero po wielu latach dowiedziałem się, z jakiej okazji gościł Bilewski w Kwidzynie. Przyjechał tu wraz z Gajosem nakręcić parę ujęć do filmu „Beniamiszek” w reżyserii Włodzimierza Olszewskiego, w którym nasz bohater wcielił się w tytułową rolę Jacka Żego-ty. Zdjęcia do filmu zrealizował Stanisław Loth, za które otrzymał nagrodę na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Przypomnę tylko, że ten sam filmowiec, nakręcił kultowy film dla młodzieży „Podróż za jeden uśmiech”. O czym jest film „Beniamiszek”? To pełna nastroju dramatyczna opowieść o łosie człowieka - kiedyś bogatego dziedzica nazwiskiem Żegota, który utracił wszystko: maj:}tek, przyjaciół i ukochany kobietę. Los zsyła mu pięknego konia, który staje się jego przyjacielem i odmienia mu życie. Niestety, koń zostaje skradziony i choć Żegota po roku poszukiwań odnajduje go, nie jest pewien, czy jest to jego Beniamiszek. Nurtująca go stale wątpliwość doprowadza do tragicznego zakończenia całej historii^. ’ http://www.filmpolski.pl/fp/index.php?film= 124319 Stanisław Kowalski 53 Stanisław Kowalski Wyprawa po RYBĘ ŻYCIA Kiedy montuje się po raz siódmy wyprawę w to samo miejsce - nic nie jest w stanie cię zaskoczyć. Jest tylko jeden element ryzyka. Pogoda. Jej nie da się przewidzieć z dwuletnim wyprzedzeniem... Wyspa Vega i otaczający ją archipelag, który tworzy grupa 6 tysięcy małych wysp, wysepek i szkierów, znajduje się w Norwegii, w okręgu Nordland, około 100 km na południe od koła polarnego. Archipelag został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 2004 roku, jako jeden z najmniej zdegradowanych przez człowieka naturalnych siedlisk wodnego ptactwa. Prawdziwym „królem” wśród tutejszych ptaków, których jest tu ponoć Stanisław Kowalski ze swoją „zelobyczĄ", fot. archiwum autora 54 Wyprawa po rybę życia 230 gatunków, jest kaczka edredonowa, hodowana ze względu na niezwykłe upierzenie, wykorzystywane m.in. do wypełniania śpiworów i kombinezonów wysokogórskich. W pobliżu latarni morskich i wiosek rybackich ciągle można znaleźć budowane dla nich schronienia i domki. W bezpośrednim sąsiedztwie miejsca zakwaterowania znajdziemy bardzo dobre łowiska czarniaka, dorsza, halibuta i brosmy. Co najważniejsze, sporo z nich jest dobrze osłoniętych od wiatru. Wędkowaniu można się więc tu oddawać bez względu na pogodę niemal przez okrągły rok. Naturalnie z przerwą... na noc polarną. My trafiamy jednak na białe noce. W ekipie mamy samych weteranów. Dwóch przedstawicieli Bydgoszczy - Jan Rynkiewicz (7. raz na Vedze) i Marek Kowalski (prywatnie mój syn, na Vedze po raz drugi). Tomasz Mańkowski ze Śremu rusza na północ Skandynawii po raz piąty. Barw PZW Elbląg, Sztumu oraz Koła PZW nr 9 bronią Zbigniew Laskowski, który wziął na klatę kwestie związane z transportem ludzi i bagażu (5. raz na Vedze,), Mieczysław Gossa (rybaczył już kiedyś na Hitrze) oraz Stanisław Kowalski, piszący te słowa organizator wyprawy. Zestaw bus plus przyczepka, którym musieliśmy na miesiąc przed wyprawą zastąpić wcześniej planowanego kampera, spisał się wyśmienicie. Trasę z Karls-krony na Vegę (ok. 1600 km) pokonaliśmy w niecałą dobę. Z przerwami na posiłki i tankowanie. Na miejscu byliśmy więc dzień przed czasem, dzięki czemu po porannej treściwej jajecznicy mogliśmy ruszyć w morze. Stanisław Kowalski 55 Choć z każdej eskapady do tej pory wracaliśmy z limitem (15-20 kg dobrego fileta na głowę) i mocą wrażeń po walkach z dorodnymi dorszami i czarniakami, gdzieś w podświadomości pozostawał niedosyt. Jechaliśmy przecież powalczyć z halibutami. Dwa lata temu Zbyszek złowił swoją rybę życia. Jego halibut miał 140 cm i na 40 kg skończyła się nam skala wagi. Mój „pikuś” miał zaledwie 90 cm. Ale ponoć marzenia się spełniają... Z bazy na Igeroy najbliżej mamy do łowisk po południowej stronie Vegi. Po czterdziestu minutach mijamy znaną nam latarnię i bierzemy kurs na tyczki, którymi oznaczają tu podwodne górki. Tradycyjnie -Jan za kółkiem, ja przy nawigacji, nie tylko z racji siwych włosów. Młodzież, pełna zapału, „pompuje” kijami. W skrzynkach jest już kilka dorodnych sztuk, a u mnie nic. Nagle Zbyszkowi przyłożyła jakaś ładna ryba. Marek chce skręcić z tego filmik i oddaje mi swoją wędkę do potrzymania. Robię kilka obrotów kołowrotkiem i zostawiam przynętę w toni. Po minucie następuje silne uderzenie. I znany nam już odjazd... Tak walczy tylko halibut. Skusiła go seledynowa guma o długości 23 cm. Po kilku ładnych odjazdach ląduje na pokładzie. 111 cm długości, 13,5 kg wagi. Takiego początku rybaczenia na Vedze nigdy nie było. A przed nami jeszcze tydzień.... To, czego się najbardziej obawiałem, póki co nam sprzyja. Wyposażeni w dobre kombinezony, deszczu się nie obawiamy. Wiejący od północy wiatr pozwala na w miarę spokojne wędkowanie na południowych „blatach”. Przy kolejnych wypłynięciach wędkarskie szczęście kołem się toczy. Jan zacina ładnego dorsza. 8,5 kg. Taka sztuka przed tarłem waży ok. 14 kg. Ale to jedyny konkretny okaz. Najbardziej wszechstronnym zawodni- Moja ryba w towarzystwie kolegów wędkarzy, fot. archiwum autora 56 ^iP rawa po rybę życia kiem okazuje się Mietek. Oprócz dorszy i czarniaków ma też w dorobku ładną molwę, dwa karmazyny i zębacza. Kolejne, piąte wyjście w morze. Naturalnie od południowej strony, gdzie wysokie na kilkaset metrów skały wyciszają wiatr niemal do zera. Załoga znowu ambitnie macha kijami, a ja na lenia. Tym razem na przyponie mam żywego czarniaka, a pod nim, na dwu-stugramowej główce jigowej z dozbrojką - złotawą, dużą gumę o długości 36 cm. Stare porzekadło mówi wszak: duża przynęta, duża ryba. Słoneczko przygrzewa, więc ściągamy kurtki. Pełny relaks... I znowu historia się powtarza. Wszyscy mają już po kilka dorszy, a u mnie nic. Kiedy łódź zdryfowała z podwodnej górki na głębszą wodę (jakieś 30 m), nagłe uderzenie wygina Stanisław Kowalski 57 mi bezprzelotkowy kij w pałąk. Mukiplikator z lekko popuszczonym hamulcem szaleje przy odjeździe ryby. Szpula z plecionką, na którą nawinąłem ok. 300 m, robi się coraz cieńsza. Rozpaczliwa myśl: zaraz będzie koniec, a wówczas coś „pierdyknie”... Plecionka, kij, albo ja wyląduję za burtą. Dużą rybę można powstrzymać jedynie amortyzacją wędki i dobrze wyregulowanym hamulcem, a przy braku wprawy w rybaczeniu na „multiplika”, tego ostatniego elementu nie jestem pewien. Hamulec myli mi się z pokrętłem wolnego biegu. Trzymam wiec oburącz wędkę, a Zbyszek poprawia ustawienie sprzęgiełka. W ostatniej chwili ryba staje. Zaczynam „pompowanie”. Gdy podholowałem mojego potwora z jakieś sto metrów, zaczyna się kolejny odjazd. Tym razem przy włączonym brzęczku kołowrotka. Dla potomności, pod włączone nagrywanie w komórkach. .. A teraz koledzy wędkarze popuśćcie wodze fantazji. Wyobraźcie sobie te odjazdy, ten śpiew kołowrotka z odchodzącą plecionką, to pompowanie i mdlejące od skręcania linki Moja ryba życia, fot. archiwum autora ręce, ten skok adrenaliny, po którym nie widzicie niczego dookoła, oprócz wyginającej się wędki i terkocącego multiplikatora . Przez te najdłuższe w moim życiu 40 minut od początku wiedzieliśmy, że to musi być halibut. Duży halibut. Ale jak duży, o tym przekonaliśmy się dopiero po podholowaniu go do łódki. W pojedynkę nikt by go z wody nie wyjął. Pierwszy rusza z odsieczą Marek. Wbija rybie w pysk potężny hak z mocną linką, którą mocuje do burty. Od ogona atakuje Zbyszek (wreszcie wykorzystaliśmy w pełni jego specjalistyczny osprzęt). Kiedy zakłada na ogon pętlę z drugą linką - ryba jest nasza. Do wyjęcia jej na pokład potrzebny jest jeszcze trzeci zawodnik. Po sesji zdjęciowej i zmierzeniu ryby, która okazała się większą ode mnie (175 cm), podejmujemy próbę jej zważenia. Niestety nie mamy na czym. Tutejsze wagi kończą się na 40 kg. Szacunkowe tabele, które w odniesieniu do złowionych przez nas sztuk nie bardzo się sprawdzają, dają mu 75 kg. Ale równie dobrze mogło być 80 kg. Mietek w ostatnim dniu też wybaczył „halinkę” o długości 120 cm, która wg tabeli miała mieć 20 kg wagi, a miała jedynie 15,5 kg. A ten mój był jeszcze z ikrą... Stare porzekadło mówi, że prawdziwy, spełniony mężczyzna powinien spłodzić syna, postawić dom i posadzić drzewo. A wędkarz? Spełniony wędkarz pownien złowić swoją rybę życia... Dominik Żyłowski STODOLARNIA KULTURY I INTEGRACJI Marlena Szwemińska i Krystyna Gensheimer w strojach mennontcktch, /bt. D. Zylowsht Mm i#WlW 60 ___________________Stodolarnia kultury i integracji__________ - Przecież to gminne, tak chyba nie wolno! - ludzie mieli wątpliwości, kiedy w całym Oleśnie rozwiesiliśmy z mężem ogłoszenia, że jeśli ktoś chce pomóc uprzątnąć staw i teren wokół niego, to zapraszamy wtedy i wtedy - opowiada Marlena Szwemiń-ska. - A ja na to, że przecież jak gminne, to znaczy, że chyba nasze, nie? I właściwie od tego się zaczęło. Zaczyn. Dokładnie tego słowa używa Halina Wójcik, która ogłoszenia wówczas nie widziała, a mieszka zaraz nad tym stawem. Akurat grabiła ogród, kiedy ujrzała grupę ludzi przy okalającym zarośnięty staw płocie. Od strony płotu posadziła nawet drzewa, żeby się trochę od tego bałaganu odgrodzić. A teraz słyszy, jak gadają, coś o piłach i o tym, że trzeba wyciąć... Więc jak stała, tak do nich z tymi grabiami, że żadnego wycinania nie będzie! I tak poznała Marlenę. Ta musiała się gęsto tłumaczyć, że chodzi o rozwalony płot, a nie o drzewa. A w ogóle, to staw porządkują. - Na co ona znowu za te swoje grabie i mówi, że jak ma być porządek, to trzeba wygrabić rzęsę i - wspomina Marlena - po prostu zaczęła tę rzęsę grabić. To wtedy ktoś rzucił pomysł, że skoro tak dobrze idzie, to może warto byłoby coś jeszcze zrobić wspólnie. Ktoś inny zaproponował odpust na św. Jana, patrona tutejszej parafii, ale w końcu stanęło na nocy świętojańskiej. Powołano stowarzyszenie o nazwie: Stowarzyszenie Mieszkańców Wsi „Oleśno - wieś z pomysłem”. Jego prezeską została Marlena Szwe-mińska. Historia ze stawem miała miejsce w roku 2011, a w przyszłym roku Oleśno będzie wspólnie świętować tę najkrótszą noc w roku po raz dziesiąty. UZziffrz^ Stodołami zbudowane ze zgromadzonych przez mieszkańców Olesna sprzętów, fot. D. Żyłowski Dominik Żyłowski 61 Ilość inicjatyw zrealizowanych przez mieszkańców Olesna od tego czasu, kiedy razem grabili rzęsę ze stawu trudno dziś zliczyć. Tym bardziej, że - poza sobótką - nie są to wydarzenia na stałe wpisane do kalendarza, ani cykliczne. Choć w powtarzalności nie ma nic złego, a nawet jest ona trochę oczekiwana, to jednak idea od początku była taka, że kto ma ciekawy pomysł, może z nim przyjść, a stowarzyszenie pomoże go zrealizować. Czyli w miarę potrzeb, chęci i wtedy, kiedy jest odpowiednia energia. A tej przybywało i póki co ta tendencja się utrzymuje. W pewnym momencie to już nawet trochę zaczęłam się obawiać tej ich pomysłowości - śmieje się Marlena. - Kiedy przychodziły np. Krysia Gensheimer, czy Halinka Wójcik i zaczynały; „Wiesz, mam taki pomysł...” - myślałam: „O rany, znowu!”. Najpierw jednak zorganizowano warsztaty artystyczne i inne wydarzenia kulturalne zapraszając do Oleśna artystów i animatorów z zewnątrz. Adresowano je przede wszystkim do okolicznej młodzieży. Mieszkańcy bardzo się wówczas w to angażowali - wspomina Halina Wójcik. - Cała wieś tym żyła. Zdumiona byłam, jak można dobrym pomysłem zarazić tak wielu ludzi. A sama młodzież okazała się wcale nie mniej zdolna niż w jakichś większych ośrodkach. Powstawały fantastyczne rzeczy. To co się tu wtedy działo... No, coś pięknego! Z czasem zaczęły się pojawiać zupełnie „oddolne” inicjatywy, aż w końcu działania stały się już całkiem własne i autorskie. Dziś to działający w stowarzyszeniu mieszkańcy Oleśna są zapraszani do udziału w rozmaitych festiwalach i pokazach w całej Polsce. A mają co StaJolamia, to także “biblioteka niechcianych książek’i miejsce wypoczynku, fot. D. Żyłowski 62 Stodolarniakultur^jjntcgracji pokazać. Opracowali np. cały wachlarz „retro-warsztatów”, czyli warsztatów poświęconych życiu codziennemu żuławskiej wsi sprzed dziesięcin- a może i stuleci. Wykorzystując oryginalne sprzęty dawnego gospodarstwa domowego uczestnicy i sami prowadzący doświadczają na własnej skórze przebiegu prozaicznych zdawałoby się procesów, jak pranie z użyciem kijanek, tarek i maglownic, czy przędzenie wełny na kołowrotku łącznie z wcześniejszym jej moczeniem, płukaniem i gręplowaniem, aż po retro-żniwa z całą oprawą techniczną, kulturalną i... kulinarną. Nie przesadzajmy - przerywa Halina Wójcik, kiedy wchodzimy na tematy okołokuchen-ne. - Nie opowiadajmy, że my tu tworzymy coś niesamowitego. To wszystko są normalne rzeczy. Trochę może zapomniane. Te zwyczajne, choć „trochę zapomniane” rzeczy, to chociażby wyszukana przez nią gdzieś wśród starych przepisów mennonicka zupa żniwna robiona z chleba i boczku. Albo też odtwarzane i wzbogacane własnymi modyfikacjami dawne polskie przepisy kulinarne. Jak choćby ten na pierogowy farsz, robiony z (w równych proporcjach) startego jabłka, twarogu i sparzonych mlekiem płatków jaglanych. Miejscem większości wydarzeń, o których tu mowa jest „Stodolarnia”, w której teraz rozmawiamy. To dawna stodoła przekształcona przez Marlenę i Andrzeja Szwemińskich w swoisty ośrodek kulturalny. To jest taki dom kultury, lokalne muzeum, centrum spotkań, biblioteka, miejsce wystawiennicze - wylicza Andrzej Szwemiński. - Bywa też pracownią malarską i ceramiczną. Ponadto uczestnicy spotkań i warsztatów mogą tu przenocować. Dawne sprzfty gospodarcze zgromadzone w Stodołami, fot. D. Żyłowski Dominik Żyłowski 63 Powstała spontanicznie. Po prostu ludzie zaczęli przynosić stare sprzęty rolnicze i gospodarstwa domowego, które im gdzieś zalegały. Pojawiły się też zabytkowe meble i drobne przedmioty. A potem także prace powstałe podczas zajęć plastycznych. Stodolarnia stała się sercem wsi. Choć w Oleśnie jest świetlica, mieszkańcy wolą spotykać się tutaj. Bywa, że w Stodołami organizują też oficjalne spotkania władze gminnego samorządu. Inicjatywy, które stąd wychodzą przekraczają ramy imprez kulturalnych. Zaraz po tym, jak uporządkowano staw, oczyszczono i zagospodarowano teren wokół starej kapliczki przy torach kolejowych. Możliwe, że kapliczka ma związek z dokonaną w okolicach Fiszewa masakrą jeńców polskich internowanych na Żuławach po powstaniu listopadowym. Choć trudno to potwierdzić, to jednak moi rozmówcy są zgodni, że dzięki temu ich wieś zyskuje własną historię i tożsamość. Staje się czymś, z czym można się identyfikować i o co warto dbać. A że się dba, to widać. Uporządkowano park (która jeszcze wieś w ogóle ma park?) i zrobiono w nim plac zabaw i siłownię. Nad stawem postawiono wiatę, a obecnie rozpoczęto prace nad zagospodarowaniem terenu wokół stawu. Oczywiście środki na wszystkie te działania pozyskało stowarzyszenie. A samorząd? Ot, choćby wyremontowano w końcu drogę. Ten, komu zdarza się podróżować po Żuławach Elbląskich, doskonale wie, jak fatalny jest stan okolicznych dróg. Gdyby nie wy, to nie byłoby dokąd tej drogi prowadzić - usłyszeli ponoć od wójta. I jeszcze, że tutaj warto jest inwestować. Trudno nie odnieść wrażenia, że Oleśno to kapitalny przykład znaczenia kultury jako koła zamachowego rozwoju gminy. To oczywiste, że rozpoznawalność wynikająca z cieszących się dużą popularnością działań ułatwia gminie zdobywanie zewnętrznych środków. Halina Wtlycik u^szukuje i odtwarza tradycyjne przepisy kulinarne m.in. kuchni mennonickiej, fot. D. Żyłowski 64 Stodolarnia kultury i integracji Antirzq Szwemińskt w swojej pracowni malarskiej urzefeizonej w Stoeiolami, fot. D. Żyłowski Marlena Szwemińska prezentuje tradycyjny tarkfdo prania. Ta jest pfknifta, wifc nie można jej już używać, ale jest cenna, bo szklana, fot. D. Żyłowski Dominik Żyłowski 65 Niemniej ważna, a może nawet kluczowa, jest tu integracja lokalnej społeczności wokół wspólnego dobra, z którym się ona utożsamia. Warto mieć to na uwadze zwłaszcza tam, gdzie samorządy uparcie postrzegają kulturę jedynie jako koszt, nie dostrzegając tu ważnej (jeśli nie najważniejszej, bo rzutującej potem na inne sfery) inwestycji. Kiedy zabieraliśmy się za ten nasz park - wspomina z dumą Marlena Szwemińska - jeden starszy pan pouczał kogoś: „Park jest gminny. Czyli nasz”. Dobre, nie? Sto warzyszfnif Mieszkańców Wsi “Olesno - wieś' z pomysłem" prowatizi cafy wachlarz retro-warszłatów. M.in. warsztaty tradycyjnego przędzenia wełny przy użyciu wrzecion i kołowrotków, fot. D. Żyłowski 66 Żuławski kolos Andrzej Kasperek góra Andrzej Kasperek 67 Schyłek sierpnia w 2019 roku jest upalny, na dworze przeszło 30’ C. Po długiej podróży docieram wreszcie do wsi Trutnowy. Daniel Kufel czeka na mnie przy drodze i prowadzi do swego domu. Wchodzę do sieni i z ulgą czuję, że w środku jest dużo chłodniej. Nigdy dotąd tak dobitnie nie zrozumiałem, jak trafna jest nazwa tego typu domu, także w jego językowej podwójności: pod cień i pod sień. W dawnej polszczyźnie występowała oboczność: „podcień/podsień”. W słowniku Samuela Bogumiła Lindego czytamy: „podsienie/ podcienie/podsionek [...] nakrycie pod dachem'”. Cytuje on pierwszy wielki słownik ła-cińsko-polski „Lexicon latino-polonicum” Jana Mączyńskiego wydany w 1564 r. Znalazło się tam hasło: subgruntlario przetłumaczone jako: „poddachowanie/podsienie albo przed-sienie”^. Nie chcę się tu wymądrzać, podaję te informacje, aby uzmysłowić, jak dawno ten typ budownictwa jest obecny na ziemiach polskich. „Lwi Dwór” w Gdańsku - Lipcach, najstarszy zachowany na Żuławach dom podcieniowy, pochodzi z 1572 r. Jak widać w czasach przed wynalezieniem klimatyzacji radzono sobie całkiem sprawnie ze schłodzeniem domostw - grube mury, rodzaj użytego budulca, usytuowanie wobec stron świata oraz ów specyficzny typ budowania z użyciem dachu lub stropu zacieniającego wejście do domu... Oczywiście była to tylko jedna z funkcji wystawki, czyli przeddaszka, który „przed budowanie wychodzi”, jak to określa wspomniany Jan Mączyński. Dom podcieniowy wTrutnowach mierzy 1200 m^. Tak, to dużo więcej niż przeciętna działka budowlana. Tytuł mojego artykułu wcale nie jest na wyrost - to prawdziwy kolos. Obok domu w Klęciu to największy dom podcieniowy na Żuławach. Określenie „chłopski pałac” znakomicie doń pasuje. Podcień wsparty jest na ośmiu słupach, jeśli zastosować przelicznik: 1 słup=l łan, to wyjdzie na to, że George Basener, dla którego został on zbudowany 1720 r., był bogatym gburem, bo gospodarował na prawie 144 hektarach. Do tego powinniśmy dołożyć jeszcze prawo do wykaszania trawy na wałach, bo był przysiężnym wałowym, czyli sprawował wielce zaszczytną i intratną funkcję, będącą dla żuławiaka ukoronowaniem drogi życiowej. Duża obora i spichlerz stoją niedaleko, ale obecnie nie należą już do gospodarstwa. Budowla reprezentuje tzw. II typ domów żuławskich (wg Ottona Koppela), tzn. posiada podcień szczytowy za skrzydłem bocznym w kształcie litery T lub L. Dom trutnowski jest w kształcie T. Wchodzi się do wielkiej sieni liczącej 72 m^ (to grubo więcej niż moje mieszanie), skąd prowadzą drzwi do skrzydła południowego, w którym znajduje się wielka izba (prawie 50 m^). Kiedy staję przed szczytem domu, nie mogę się napatrzeć. Wrażenie jest imponujące. Ten fachwerk, czyli konstrukcja szkieletowa, zwana także pruskim murem, jest przepiękny. To koronkowa robota, misterna kratownica belek z polami wypełnionymi cegłami ułożonymi „mijankowo, ukośnie i w romb”’. Na przedwojennych zdjęciach'' widać, że górna część (od wysokości I piętra) była zakryta deskami; na szczęście to deskowanie ' Samuel Bogumił Linde „Słownik języka polskiego”, Warszawa 1807, t. 2, cz. 2. Zob.; Jan Mączyński „Lexicon Latino-Polonicum cx optimis Latinae linguae scriptoribus concinnatum”, Królewiec 1564. Dostępny: http://www.wbc.poznan.pl/dlibrayapplet?mimetype=image%2Fx.djvu&sec=false& handler=djvu_html 5&content_url=%2FContent%2F23849%2Fdircctory.djvu&p=884. Tc informacje zawdzięczam lekturze tekstu Marty Koperskiej-Kośmickiej pt. „Podcień. Krótka historia słowa” [w:] „Dom z duszą. Trutnowy. Żuławski dom podcie-niowy”, oprać. Daniel Kufel, Trutnowy 2015 ’ „W cieniu domów. Opowieści o żuławskich domach podcieniowych”, Elbląg [bd] * Zob.: Hugo Bcrtram, Wolfgang La Baumc, Otto Koppel „Das Wcischcl-Nogat-Dclta”, Danzig 1924 68 Żuławski kolos zostało usunięte w czasie remontu w latach trzydziestych XX wieku. Na belce nad wejściem umieszczono napis: GEORGE BOSENER ANNO 1720 DEN 15 AUGUSTUS. Przybyłem więc kilka dni po 299. urodzinach domu. Piękny jubileusz się szykuje, bo za rok skończy on trzysta lat! I pomyśleć, że jego dzieje mogły się skończyć na początku lat 80. ubiegłego wieku a dzisiaj pozostałby tylko na starych fotografiach, jak ta z albumu Dariusza Piaska „Żuławy Gdańskie na dawnej pocztówce”. Widać na niej ów zachwycający szczyt południowy i okazuje się, że obok inskrypcji erekcyjnej była jeszcze jedna; na wyższej belce napisano: ALLES WAS MEIN THUN UND LASSEN IST DAS GESCHEH IM NAMEN JESU CHRIST DER SEI MEIN HELFER FRUH UND SPAT BIS ALL MEIN THUN EIN ENDE HAT. Co się przekłada tak: WSZYSTKO, CO ZAMIERZAM I CZYNIĘ NIECH SIĘ DZIEJE W CHRYSTUSA IMIĘ NIECH ON MNIE WSPOMAGA O KAŻDEJ PORZE ZANIM DO GROBU SIĘ POŁOŻĘ’. https://zulawy.infopl.info/index.php/pg/gcedry/trutnowy KolfJnicy, obraz Daniela Kufla Andrzej Kasperek 69 Można się zastanawiać, skąd ten gigantyzm, dlaczego dom ma takie rozmiary? Pan Daniel tłumaczy, że służyło to podkreśleniu statusu gospodarza i budowaniem jego prestiżu poprzez nawiązywanie do wzorca, jakim były bogate kamienice gdańskich patrycjuszy. Jeśli spojrzymy na przykład na sień w domach bogatego mieszczaństwa, to zobaczymy, że nie była ona zwykłym przechodnim pomieszczeniem przeznaczonym do poruszania się po domu, usytuowanym pomiędzy wejściem a dalszymi pomieszczeniami. Stawała się czymś w rodzaju westybulu, bo pełniła rolę reprezentacyjną. Wizyta w Sieni Gdańskiej mieszczącej się na parterze kamienicy przy Długim Targu 43, w tzw. Nowym Domu Ławy, czyli miejscu obrad gdańskiego Sądu Ławniczego, pokazuje, do jakich wzorców się odwoływano. Dużą rolę odgrywały także względy praktyczne. Chodzi o tzw. Ustawy przeciw zbytkowi. „Gdańscy rajcy pragnąc ograniczyć zbytek, przejaw grzesznej pychy i niegodnej aspiracji niższych warstw do upodobnienia się do patrycjatu, skrzętnie określili różne aspekty codzien- 70 Żuławski kolos nego i odświętnego życia innych mieszkańców, ustalając m.in. ubiór, potrawy, wina, ilość gości i czas biesiad a nawet ilość muzykantów i wielkość izby, gdzie uroczystość miała się toczyć. Taka właśnie sień, na pozór pomieszczenie »jedynie« gospodarcze, pozwalała bawić się i ucztować dowolnej izbie osób pod pozorem spotkania handlowego kontrahentów”^. Co prawda obecny właściciel domu kwestionuje, że podcień był używany dzięki klapie w podłodze jako spichlerz, bo dowodów na to nie znalazł, ale jak inaczej wytłumaczyć wielkość tych zabudowań. Od świadków z epoki wiemy, że żuławski gbur: „Całe gospodarstwo swoje ma pod jednym dachem; to jest dom mieszkalny bardzo wygodnie zbudowany, stajnie, gdzie sześć koni, które latem ściągają siano z łąk... żyto, jęczmień, pszenicę, drzewo do zrobienia zapasów na cały rok. W tejże stajni znajduje się 18 sztuk bydła rogatego, miedzy którymi 16 krów dojnych. Stodoła napełniona sianem, wozownia, gdzie kolasa na resorach i mnóstwo innych sprzętów gospodarskich”^. Należy pamiętać, że autor tych słów, podporucznik Karol Gloger, internowany po powstaniu listopadowym na Żuławach, przebywał w znacznie mniejszym gospodarstwie, niż to w Trutnowach®. „Według norm z końca XVIII w. przeciętnie na każdą włókę liczono: 8 koni, 4 krowy, po 6 świń...”’. Kto chce może porachować i obliczyć jaki inwentarz miał Basener a wówczas przekonamy się, z jakim bogaczem mamy do czynienia. To tłumaczy też rozmiary strychu i dwupiętrowego podcienia, który mógł pomieścić kilkaset worków i beczek ze zbożem. ‘ „w cieniu domów. Opowieści”... ^ Fragment wspomnień. Cyt. za; Krystyna Laskowska „W żuławskim domu”, Elbląg [bd] ’ Mieszkał w niezbyt zamożnym gospodarstwie w Kieżmarku; zob.; Roch Morcinek „Pamiętnik Karola Glogera z pobytu na Żuławach w r. 1831” [w;] „Rocznik Elbląski”, t. 111, Gdańsk 1965 ’ Krystyna Laskowska, op. cit. Ostatnia wieczerza, obraz Daniela Kufla Andrzej Kasperek 71 Dziś na Żuławach jesteśmy dumni z chłopskich pałaców, jakimi niewątpliwie są nasze domy podcieniowe, ale trzeba mieć świadomość, że pozostało ich tak niewiele. W dawnych wiekach było ich w delcie Wisły kilkaset. W 1956 r. prof. Jerzy Stankiewicz naliczył ich w ówczesnym województwie gdańskim 128’” a dziś pozostało ich kilkadziesiąt. Niewiele brakowało, żeby trutnowski kolos popadł w ruinę i zniknął, jak wiele innych. Po wojnie wielkie majątki gburskie przekształcono na Państwowe Gospodarstwa Rolne. Mieszkańców PGR-u w Trutnowach zakwaterowano w domu podcieniowym. Pozornie świetnie się do tego nadawał ze względu na swą gigantyczną kubaturę. Nikogo nie interesowało, że był on zbudowany dla jednej rodziny. W pomieszczeniach parteru i na piętrze wydzielono miesz- '“ Zob.: Jerzy Stankiewicz „Zabytki budownictwa i architektury na Żuławach”, „Rocznik Gdański” t. XV/XVI, Gdańsk 1956/1957. 72 Żuławski kolos kania, posadzkę wielkiej sieni wylano betonem, wielka izba stała się wiejską świetlicą. Kiedy prowadzące doń kunsztownie intarsjowane drzwi się popsuły, to po prostu zastąpiono je byle jakimi drzwiami z dech, jak z obory. Nikt nie dbał o dom, bo był poniemiecki, a więc niczyj. Przypomina się tu sytuacja polskich dworów szlacheckich, które w czasach PRL-u zniknęły prawie bez śladu. Domy podcieniowe także były niewygodne, nowa, ludowa władza wcale nie chciał o nie dbać, bo były niewygodnymi świadkami przeszłości... Nie umiano radzić sobie z instalacją centralnego ogrzewania, więc wstawiano tzw. kozy. Na dworze postawiono „sławojki”, a jak się przepełniły, stawiano następne. Każdy lokator robił, co chciał, malował jak chciał, wbijał gwoździe gdzie popadło. W połowie lat 70. mieszkańców przeprowadzono do nowego bloku, bo nie opłacało się już więcej inwestować w zdewastowany dom. Miał być ponoć poddany generalnemu remontowi. Ale nikt nie traktował tego poważnie, dla PGR-u był zawadą, dlatego chętnie się go pozbył. Często tak bywało”. Elżbieta Skirmutt-Kufel, żona mojego gospodarza, mówiąc oględnie nie była zachwycona pomysłem kupna zabytku, przewidywała kłopoty: „Doskonale pamiętam tamten dzień... Do wnętrza domu weszliśmy bez trudu, niczym jego stali bywalcy urządzający tu libacje i zabawy. Dało się to zauważyć po ich pozostałościach i ordynarnych napisach " Niestety bywa tak do dziś. Rygorystyczne przepisy konserwatorskie, brak świadomości lokatorów, gdzie mieszkają i brak pieniędzy na remont sprawiają, że łatwiej wybudować nowy dom a stary pozostawiony bez opieki niebawem się rozleci. Obok domu państwa Kuflów stoi piękny dom z 1834 r. z mansardowym dachem. Jest mocno zniszczony a gospodarze wkrótce przeprowadzą się do nowego. Ciekawe ile stary przetrwa bez należytej opieki. Pewnie konserwator zabytków westchnie wówczas i powie ze smutkiem, że domy umierają stojąc. Szc^t iiomu /trzed remontem, fot. D. Kufla Andrzej Kasperek 73 na ścianach. Widok był zatrważający. Bez okien, drzwi, podłóg, z wyrwaną instalacją elektryczną, wodno-kanalizacyjną i bez centralnego ogrzewania nie nastrajał optymistycznie. Ze strychu, na którym zachowała się część podłogi, można było oglądać parter. Znaczną część drewnianych elementów wyrwano bowiem i przeznaczono na opał. Na pozbawioną wypełnień galerię wchodziło się po drabince przypominającej kurzą grzędę. Część balustrady wycięto, gdyż zasłaniała obiektyw projektora kina objazdowego. Wszystkie pomieszczenia pokrywały grube warstwy gruzu i śmieci. Dom, który przetrwał 250-letnie burzliwe dzieje uległby zagładzie bez wojen i kataklizmów. Budynek nie nadawał się do zamieszkania, mimo to zdecydowaliśmy się na jego kupno”'^. Dobrze chociaż, że w tych trudnych początkach mogli liczyć na niezawodną pomoc przyjaciół z Gdańska, którzy z wiaderkami, łopatami i miotłami tłukli się autobusami PKS-u, aby pomagać wynosić tony śmieci oraz nieczystości i usuwać wstrętny bałagan. '^ Cyt. za: „Dom z duszą. Trutnowy. Żuławski dom podcieniowy”. Szyby z lanego szkła, fot. A. Kasperek 74 Żuławski kolos Pytam pana Daniela, jakie były powody tej decyzji, jaki był sens kupowania gigantycznej landary, która mogła być rezydencją bogatego badylarza, ale nie domem młodego absolwenta Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Uśmiecha się leciutko i obdarza mnie wspomnieniem. Mieszkał na ul. Długiej. Kiedy już znudziło się mu wałęsanie po Starym Mieście wsiadał na rower i z kolegami wyjeżdżał za miasto. Za rogatkami pędzili po pustych drogach i oglądali żuławskie wioski, kanały i mostki. W czasie jednej z takich wypraw trafili do Trutnów. Zapamiętał, że w domu podcieniowym było wiejskie wesele. Bawiono się w sieni, drzwi były otwarte, była ciepła wiosna, panna młoda wirowała w tańcu, kolorowe wstążki migotały, jakiś gość przyniósł w prezencie dopiero co złowione szczupaki, słońce świeciło, muzykanci grali, pary podrygiwały w rytm muzyki... Ten piękny obraz nosił pod powiekami przez lata. W końcu jest malarzem, myśli obrazami, ta wizja była wyjątkowo silna. I kiedy zobaczył tę ruinę i pomyślał, że za rok, dwa tego domu już nie będzie, zrobiło mu się smutno, bo to było tak, jakby ktoś okradał go ze wspomnień. Śloify łączeń z tratiny w belkach, fot. A. Kasperek Andrzej Kasperek 75 Stać go było na kupno. Jako plastyk wykonujący różne zlecenia, czasem fuchy i chałtury, zarabiał nieźle. Na zabytki dawano 50 proc, zniżki. Pomyślał, że zamiast wartburga kupi dom. Wtedy myślał o czekającym go remoncie jako o przygodzie. Czy mógł się spodziewać, że będzie się ciągnął przez 15 lat?! Był rok 1980, czas zmian, obudzonych nadziei, błyskawicznych karier. Czy mógł przewidzieć, że już niedługo nie będzie mógł niczego kupić, nawet jeśli miał talon na drewno lub cement. Dodatkowo w stanie wojennym okazało się, że przewożenie materiałów budowlanych z województwa do województwa jest przestępstwem i okna zamówione u stolarza z południa Polski trzeba było „przemycać”. Zatrudnienie fachowca było prawie nierealne a ekipa dekarzy tak położyła dachówkę, że po zimie cała spadła do ogrodu... A potrzeb było bez liku - odwodnienie, poprawienie więźby dachowej, ponowne pokrycie dachu, wymiana stolarki okiennej, drzwi, szukanie odpowiednich szyb, starego drewna, cegły holenderki. Bo uparł się, żeby stosować odpowiednie materiały i ocalić, co się da. Dzięki temu dom ma 65% starej substancji. Liczące setki lat drewno belek szachulca i podłóg, barokowe okno (dziś szafa ścienna) pomiędzy czarną kuchnią a wielką izbą, charakterystyczne dla żuławskich wnętrz, a nawet gwoździe, których bez liku i bez żadnego szacunku dla historii, wbijali w belki stropowe powojenni mieszkańcy tego obiektu. Wszystkie nakładające się na siebie, niczym warstwice na mapie, pokłady historycznych epok. Tych lepszych i gorszych. Był dumny, kiedy przed laty przyjechała do niego wycieczka konserwatorów z całej Europy, którzy mieli kongres na zamku w Malborku. Chwalili go za ocalenie tego wspaniałego zabytku, podziwiali jego szacunek dla każdego zabytkowego elementu, ale nie mogli uwierzyć, że nie jest fachowcem i że zrobił to całkowicie za własne pieniądze. Wieloletni remont domu pochłonął wszystkie zarobione pieniądze. Artysta Kufel musiał stać się murarzem, tynkarzem, kłaść posadzki, malować ściany (odkrył wtedy, że wnętrza 76 Żuławski kolos były pomalowane na ciemną zieleń a ściany zewnętrzne na ciemnopomarańczowy) i stolarzem. Tak był amatorem, ale trzeba pamiętać, że to słowo, czasem używane w znaczeniu pejoratywnym, bierze się od łacińskiego amator, czyli: miłośnik, przyjaciel, kochanek. Bo trzeba kochać to, co się robi, a wtedy będą efekty. On nie miał wyboru, fachowców nie było albo żądali gigantycznych pieniędzy a partacze robili tak, że poprawianie po nich pochłaniało mnóstwo czasu i środków. Musiał radzić sobie sam. Okazało się wtedy, że chyba w poprzednim życiu był stolarzem, tak świetnie radzi sobie z tym rzemiosłem, że potrafi zrobić nawet intarsję, czyli „wykładanie powierzchni przedmiotów drewnianych (zwłaszcza mebli) innymi gatunkami drewna, czasem podbarwianymi, bejcowanymi lub podpalanymi”^^. Pan Daniel z dumą pokazuje mi wejście prowadzące do wielkiej izby. Prawdziwe barokowe drzwi odnalazł u jednego z sąsiadów, były używane jako kładka położona nad gnojowicą. Niestety okazały się tak zniszczone, że nie nadawały się do renowacji. Trzeba było zrobić nowe, wpadł na pomysł, że ocali choć drewniane wstawki. W ten sposób nowe drzwi są niczym bursztyn a wstawki jak inkluzja. Coś udało się uratować. Takie podejście do artefaktów przeszłości, ogromny szacunek dla każdej trzystuletniej deski czy cegły sprawiają, że jest to rzeczywiście „dom z duszą”. Ale jak postępować inaczej, skoro każda cząstka tego domu jest świadkiem historii, np. niektóre belki noszą ślady łączenia ich w tratwy, co jest dowodem na to, że wraz z flisakami przypłynęły tu „Wisłą zza Sandomierza, czy spławione Drwęcą z Prus, a może a lasów litewskich Pregołą i przez Zalew Wiślany”''*. Ta dbałość ” https://pl.wikipedia.org/wiki/Intarsja '^ „W cieniu domów. Opowieści o żuławskich domach podcieniowych” U mnie na Żuławach, obraz Daniela Kufia Andrzej Kasperek 77 O każdy szczegół kazała szukać po całej Polsce szkła lanego na szyby w podcieniu, przecież w XVII w. tak gładkiego, jak to, znane nam dziś, nie było. To także zmusiło go do prowadzenia batalii o ocalenie wiekowego bruku, którym wyłożono ulicę - chciano pokryć go asfaltem, tak, jak to na Żuławach w wielu miejscach zrobiono. Dziś nie żałuje, że nie posłuchał głosów „życzliwych”, którzy radzili mu, żeby wyremontował tylko część gmachu, albo że nie zgodził się, aby na gigantycznym strychu urządzić szklarnię (sic!), aby uprawiać tam egzotyczne kwiaty. Nigdy nie wątpił, że jego decyzja o ratowaniu domu podcieniowego była słuszna. Jako malarz tworzy obrazy, ale to dla niego za mało, chęć tworzenia przeniosła się na ten dom a może był (i jest) to sposób na wydatkowanie nadmiaru energii twórczej. Dziś może z przekonaniem powiedzieć, że „ten dom to 78 Żuławski kolos mój sukces a Żuławy porażka”. Dopytuję się, dlaczego tak uważa? Z goryczą mówi o braku tożsamości miejscowych mieszkańców, o ich lenistwie - niektórzy nadal śmieją się, kiedy czyści rynny, przecież deszcz wszystko sam wypłucze. Tak, ta mentalność zmienia się bardzo wolno. Zawsze łatwo było się wytłumaczyć z bałaganu brakiem narzędzi czy pieniędzy. A przecież, jak mawiają w Austrii,: „grabie dużo nie kosztują”. Tylko chęci niektórym brak... Z żalem wspomina spalone kościoły, rozebrane na opał drewniane domy, puszczone z dymem wiatraki, zdewastowane cmentarze. Aby je upamiętnić, sam zrobił w skali 1:100 modele zabytków żuławskich, taki mini-skansen, w którym znajdziemy te wciąż istniejące, jak jego dom oraz te, po których zostało tylko wspomnienie. Ta wielka makieta jest umiejscowiona na strychu. To zalążek planowanego Muzeum Żuławskiego. Kilka razy występował do różnych instytucji o środki na ten cel. Niestety zawsze spotykał się z odmową - uznawano, że szkoda publicznych środków na takie fanaberie. A przecież nie chodziło tu o wielkie sumy, raptem o sto czy dwieście tysięcy złotych. Można by za nie zaadaptować część strychu, kupić gabloty i wreszcie pokazać sporą kolekcję eksponatów, które zebrał. Przecież ocalił ten dom nie dla siebie a dla nas. Odwiedzają go liczne wycieczki, przez ostatnie lata są to tysiące ludzi, nawet z Japonii przyjeżdżają turyści. To pokazuje, że Żuławy mogą być dobrym produktem turystycznym, ale od lat jego pomysł wycieczki Szlakiem Domów Podcieniowych nie może się przebić. Czasem ma wrażenie, że wali głową w mur, a lata lecą i sił ma już mniej. Stara się nie narzekać, ale osad goryczy w jego słowach jest wyczuwalny, bo owszem kilka razy zdobył dotacje, a w ostatniej dekadzie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego dwa razy wspomogło go kilkuset tysięcznymi grantami, ale wtedy, kiedy pieniądze najbar- Wielka izba, fot. Archiwum Daniela Kufla Andrzej Kasperek 79 dziej były potrzebne, był sam, nikt go nie wspierał. Choć po namyśle wymienia nazwisko Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Gdańsku śp. Tadeusza Chrzanowskiego, który, kiedy mógł, to pomógł, zawsze mógł na niego liczyć. Tyle, że takich ludzi przez te 40 lat było niewielu. A ile nerwów i zdrowia stracił na walkę z firmą transportową, która ulokowała się na sąsiedniej posesji i codziennie kilka wielotonowych tirów wprawiało w drżenie jego stary dom, tak, że cegły wypadały a gmach zaczął się przechylać. Albo ci drogowcy, którzy byle jak wkopali przepusty pod szosą, co spowodowało podniesienie wód gruntowych i podtopienie piwnicy... Dom w Trutnowach miał być dla ludzi, nie udało się (na razie) z muzeum, ale w 2002 r. powstało Stowarzyszenie Żuławy Gdańskie, „które zostało założone przez grupę autentycznych miłośników »kraju na wodzie«, których wspólnym celem stała się ochrona ginącego dziedzictwa kulturowego i chęć promocji regionu. [...] Stowarzyszenie działa na rzecz rozwoju turystyki, ale przede wszystkim dba o ochronę dziedzictwa kulturowego i środowiska przyrodniczego. Organizuje wystawy, koncerty, imprezy kulturalne o ponadregionalnym zasięgu i imprezy rekreacyjne, zajęcia edukacyjno-warsztatowe oraz prowadzi działalność wydawniczą”’5. Wszystko po to, by „dom z duszą” żył. Stąd organizacja plenerów malarskich i fotograficznych, wernisaży, koncertów, wieczorów poezji oraz odbywający się od 2004 r. konkurs kulinarny „Niebo w gębie, czyli przysmaki powiatu gdańskiego”. To także sposób na budowanie tożsamości lokalnej mieszkańców. Za kilka tygodni odbędzie się jego kolejna edycja. Imprezie szefuje Elżbieta Skirmuntt-Kufel, prezes stowarzyszenia. Od lat ukazują się także książki kulinarne z przepisami na potrawy, które podawano w czasie konkursu. Impreza jest bardzo popularna i tłumnie odwiedzana. ” Cyt. za: http://zulawy.org/ Wielka sień, fot. Archiwum Daniela Kufot Andrzej Kasperek 81 W domu znajduje się także galeria obrazów Daniela Kufla. Zastanawiam się jak określić jego malarstwo? Trochę tu z niemieckiego romantyzmu, trochę z fantasmagorii Arnold Bócklina, Jacka Malczewskiego czy Witolda Wojtkiewicza; można także odnaleźć inspiracje surrealistyczne. A wszystko jest zbudowane na porządnej szkole malarstwa realistycznego. Autor stworzył swoje żuławskie uniwersum, na które składa się nostalgiczny i zamglony pejzaż płaskiego kraju, świat duchów i zjaw oraz miejscowa flora i fauna. To pozwoliło mu wypracować swój własny oryginalny język malarski, którym opowiada żuławskie baśnie i legendy. Wspomina: „Przed laty spotkałem na Żuławach starszego pana, Niemca, który mieszkał tam już przed wojną. Opowiadał, że jak w 1945 roku powrócił z Wehrmachtu do domu, zaobserwował, że znikły wszystkie duszki, wróżbici, ludowe opowieści, z Żuław. Uświadomił mi istotę świata, który zginął. Stary żuławiak wiedział który kamień diabeł przyniósł. Gdzie na wierzbie siedziała czarownica. W jakich okolicznościach na wale wiślanym zaginęły dzieci, które wsiadły w łódkę w czasie powodzi. Moja twórczość i byt na Żuławach jest po to, żeby to wszystko przywrócić, odkrywać na nowo. Dużo pracy wkładam, ale duchy, dobre wróżki, diabły, gracje wracają”’^. Jego malarstwo wydobywa i uświadamia ludziom piękno Żuław. Wielu dopiero od niego dowiaduje się, jaka to niezwykła kraina. Jego żuławskie obrazy (i grafiki komputerowe, bo także tym się para) to z jednej strony budowa kontinuum pomiędzy dziś a wczoraj i nawiązywanie do przeszłości, a z drugiej strony zachwyt nad tą krainą, jej przyrodą, ludźmi, mitami. Dziś niektórzy zazdroszczą mu tego domu, inni opowiadają o jego bogactwie, bo jest przecież dziedzicem, posiadaczem rezydencji o gigantycznych rozmiarach... Nikt by nie uwierzył, że przez swe całe pracowite życie, którego większa część była poświęcona na ratowanie dziedzictwa narodowego, wypracował ledwie 600 zł emerytury. Cóż ZUS nie płaci za ocalenie zabytków, za niekończącą się robotę (na pełnym etacie, którego nikt nie opłacał) przy utrzymaniu żuławskiego kolosa w dobrym stanie. On nie musi nosić koszulek z orłem, żeby podkreślić swój patriotyzm. Po prostu zna historię i wie, ile lat Żuławy należały do Korony Królestwa Polskiego. A nawet, gdyby było inaczej, tak jak to bywa w Szczecinie czy Wrocławiu, gdyby żadnych związków z Polską tu nie było? Czy nie można by zastosować wtedy mądrych słowa Jana Józefa Lipskiego z jego eseju „Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy”: „Obejmując Pomorze Zachodnie, Gdańsk. Warmię i Mazury, Ziemię Lubuską, Dolny Śląsk i Opolszczyznę - staliśmy się depozytariuszami ogromnego dorobku niemieckiej kultury materialnej na tych ziemiach: kościołów, zamków, pałaców, ratuszów, słynnych mieszczańskich kamienic. Gdy przejmuje się zabytki kultury - można mówić tylko o depozycie. To, co należy do kultury jakiegoś narodu, pozostaje na zawsze jej dorobkiem i chlubą. Depozytariusz zaś bierze na siebie zarazem obowiązki. Po tym, czy je wypełnia, ocenia się poziom jego rozwoju cywilizacyjnego; Europa ma prawo rozliczać go z tego obowiązku, gdyż i to, co stworzyli Niemcy, i to, co stworzyli Polacy - należy do wspólnej kultury europejskiej. Pierwszy z tych obowiązków - to nie pozwolić, by zabytki uległy zniszczeniu bądź materialnej degradacji. Nie jest dobrym świadectwem polskiego patriotyzmu, jeśli pozwala się im niszczeć, lekceważy się ich wartość (bo to „nie nasze”), zaciera się ich niemieckość. Przeciwnie, winna być ona w pełni szanowana”’^, “ Cyt. za: https://fakty.intcria.pl/pomorskie/news-zulawskie-duszki,nid, 1188369 '^ http://otwarta.org/wp-contcnt/uploads/2011/1 l/J-Lipski-Dwic-ojczyzny-dwa-patriotyzmy-lckkic3.pdf 82 Żuławski kolos Skoro były pieniądze na odbudowę krzyżackiego zamku w Malborku, to tym bardziej muszą się znaleźć fundusze na żuławskie zabytki. One nie są Kufla, Grządkowskiej, Opitza, Wasielewskiego czy Wiśniewskiego - są częścią naszego dziedzictwa narodowego. Kiedy to wreszcie zrozumiemy?! Jeśli jeszcze na Żuławach istnieją domy podcieniowe, to tylko dlatego, że wciąż znajdują się tacy ludzie, jak wymienieni tu „szaleńcy”, którzy zamiast miastowych wygód wybrali błoto, znoszenie milionów przeciwności, walkę z ludzką głupotą i bezmyślnością a czasem zawiścią i złą wolą oraz użeranie się urzędami, firmami, instytucjami... Uratował ten dom, bo tak trzeba było zrobić. Mówi: „Niczego nie żałuję. Życie jest piękne, ale żeby marzenia się urzeczywistniły, trzeba walczyć. Jestem człowiekiem spełnionym”. Czy wielu ludzi może to o sobie powiedzieć? Zrekonsrtuowane drzwi, fot. A. Kasperek Daniel Kufel 83 Daniel Kufel 2WKKI WKl Słyszałem od bardzo wiekowego dziadka, że na Żuławach, jak zimą pioruny biją, to tylko w takie miejsca, gdzie się chowa diabeł. Taki niewysoki z rogami i ogonem. Uśmiechnąłem się sam do siebie, bo stary dziadek opowiadał mi to pod sklepem, licząc na drobny datek na piwo. Dostał ten datek, kupił piwo i szybko, jednym haustem je wypił gotowy do opowiedzenia jeszcze innej historyjki o trutnowskim diable, ale szybko oddaliłem się nie chcąc słuchać jego wymyślonych opowieści. Gdy dochodziłem do domu, zimowa burza rozszalała się na dobre. Pioruny raz po raz strzelały w pobliską łąkę. Zmartwiłem się, bo pomyślałem o myszołowie, który dzisiejszego poranka krążył nad łąką w poszukiwaniu świeżej zdobyczy. Wypatrując ptaszyska, przetarłem oczy ze zdumienia. Jakaś niewysoka postać biegła zygzakiem po łące. Pomyślałem sobie w pierwszej chwili, że to mój wiekowy dziadek poczuł w sobie niesamowitą energię i zmyka przed nawałnicą. Otworzyłem drzwi prowadzące do sieni i, wyobraźcie sobie, ten niewysoki człowiek zziajany wpadł do domu. Podałem mu stary drewniany taboret, który zawsze przy drzwiach stoi, i on bardzo zdyszany na nim usiadł. Odetchnął ze trzy razy, po czym gwałtownie poderwał się, wziął stołek w swoje kosmate rączki i wyrzucił go przez drzwi daleko na brukowaną drogę. Zanim spadł na ziemię, rzecz niesamowita - straszliwy piorun strzelił w mój wiekowy mebelek. Roztrzaskał go na tysiące drzazg i wiórków. Zanim oniemiały zdążyłem w jakikolwiek sposób zareagować, nieznajomy człowieczek powiedział - danke, zaśmiał się demonicznie i zniknął. I tyle go widziałem. Zostały na drodze przed domem nędzne szczątki mojego taboretu, zapach spalenizny i odcisk diabelskiego kopyta w sieni, blisko progu na ceglanej posadzce. Karolina Staniszewska TAJEMNICA WYSPY JCZIOPA SI WK A 86 Tajemnica wyspy jeziora Sowica Jezioro Sowica skrywa tajemnicę, która sprowadziła do Prabut grupę archeologów. Badaniom przewodniczył prof. Fabian Welc z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Jak archeolodzy wpadli na niezwykłe odkrycie na wyspie? Dzisiaj w archeologii stosuje się metody wykorzystujące nowoczesne technologie. Dzięki nim można odnajdywać stanowiska archeologiczne, znajdujące się nawet w miejscach całkowicie zalesionych czy gęsto porośniętych. W badaniach takich trudno dostępnych miejsc wykorzystuje się tak zwaną technikę LiDAR - czyli skanowanie powietrzne. - Polega ono na tym, mówi profesor Fabian Welc, że samolot noćllatuje nad jakiś' obszar i skanuje go za pomocą wiązki lasera. Cz^ść z tych promieni laseroioych odbija się od powierzchni i wraca do urządzenia dzięki czemu jest rejestrowane i zapisywane. Co istotne, docierają one do ziemi nawet pomimo drzew. Dzięki temu, później w procesie przetwarzania danych cyfroioych, poszycie leśne można „usunąć"i wówczas otrzymujemy bardzo dokładny model rzeźby terenu, która jest poniżej korony drzew. Dzięki analizie obrazów LiDAR udało się odkryć stanowisko archeołogiczne na wyspie jeziora Sowica. Przy wykorzystaniu tej technologii powstaje mapa cyfrowa terenu, która jest tak dokładna, że osiągnięcie takiego efektu przy wykorzystaniu innych metod jest wręcz niemożliwe. - Niektóre mapy LiDARrowe są wstanie pokazać nawet poszczególne kretowiny, to pokazuje, jak wysoka jest dokładność tej metody - wyjaśnia. Polska ma już swoją mapę LiDARową, można ją zobaczyć na Geoportalu. - Sprawdzałiśmy te ogółnodostępne zasoby - tłumaczy prof. Welc. Przeszukiwałiśmy ten rejon i rejon Warmii i Mazur, gdzie od wiełu łat prowadzimy badania. Choć Prabuty są już poza obrębem Warmii i Mazur, to odkryty na jeziorze Sowica obiekt archeołogiczny jest niesamowicie podobny do trzech innych, które znałeźłiśmy w ostatnich łatach właśnie na Warmii i Mazurach. Stanowisko na wyspie tutejszego jeziora jest praktycznie nieznane. Jego formę udało się rozpoznać tyłko dzięki temu, że mapy LiDARowe, czy mapy cyjrowe pozwałają nam na zajrzenie pod powierzchnię łasu. Wyspa jest obecnie gęsto zarośnięta, co uniemożliwia jakiekolwiek próby prospekcji powierzchniowej. Jak podkreśla archeolog, znalezisko na wyspie prabuckiego jeziora to obiekt archeologiczny unikalny w skali całego kraju nie tylko ze względu na formę ale również prawdopodobną funkcję. Istnieje wiele hipotez, co do badanego miejsca. Przypuszcza się, że mogło to być obserwatorium astronomiczne lub świątynia, albo miejsce przypominające tzw. rondle neolityczne, przestrzenie otoczone koncentrycznymi wałami i fosami. - Nie ma w Połsce nigdzie tak podobnych do siebie struktur poza Prabutami i rejonem Warmii i Mazur. Są to duże obiekty, które mają około 100 metrów długości i około 50 metrów szerokości, co świadczy o tym, że nakład pracy i wysiłek włożony w ich budowę był naprawdę imponujący. Datuje się je na wczesną epokę żełaza, tj. około LV wieku p.n.e., czyłi te obiekty mają około 2500 łat. Ałe wspomniane neolityczne „rondle” były budowane już 5 tys. lat temu. W rejonie Iławy zespół prof. Welca przebadał analogiczny obiekt na wyspie jeziora Ra-domno, dzięki czemu udało się odsłonić na zachowanym tam obiekcie najstarszą drewnianą konstrukcję w tej części Polski. Karolina Staniszewska 87 Planowane badania na wyspie jeziora Sowica będą bardzo skomplikowane i składające się z kilku etapów. Pierwszym z nich jest tak zwana archeologia nieinwazyjna. - Zaczynamy zatasze z „powietrza” i wykorzystujemy tio tego celu wspomniany skaning lotniczy, albo zdjęcia lotnicze, albo zdjęcia z Googlea czyli zdjęcia satelitarne. Zazwyczaj najlepsze rezultaty osiągamy, gdy loykorzystujemy analizę mapy LiDARowej Polski, dostępnej na Geoportalu - wyjaśnia Fabian Welc. Zatem pierwszy etap mamy już za sobt}, dzięki czemu udało nam się nie tylko zlokalizować, ale zadokumentować formę obiektu na jeziorze Sowica. I w tym przypadku jest to bardzo rzadkie, że znajduje się tak duże konstrukcje po raz pierwszy. Kolejny etap badań odbędzie się przy użyciu magnetometru, dzięki któremu archeolodzy będą mierzyć anomalie pola magnetycznego ziemi, co pozwoli na odkrycie wszelkich struktur wewnątrz prabuckiego „rondla”. - Następnie do aktji zostanie wprowadzony georadar. Emituje on impulsy elektromagnetyczne, które odbijajtf się od tego, eo jest wewnątrz ziemi i wracają do urządzenia, gdzie są przetwarzane - co pozwoli rozpoznać stratygrafie obiektu (układ warstw). Ostatnim etapem jest uykonanie wykopu archeologicznego - tłumaczy prof. Welc. Prowadzone badania mogą przybliżyć przeznaczenie znaleziska na wyspie jeziora Sowica. - Jeżeli się potwierdzi, że na prabuckim „rondlu” znajdują się relikty konstrukcji drewnianych o innym charakterze niż np. domy, wówczas może się potwierdzić koncepcja, że obiekty ^^S^ (yp^ hyły świątyniami lub obiektami kultu. Byłaby to wówczas najstarsza świątynia w Poł-sce. Niestety nadal nie wiemy kto budował tego rodzaju obiekty. Wstffne prace archeologiczne na wyspie, fot. K. Rabiega 88 Tajemnica wyspy jeziora Sowica Archeolodzy mają już wstępne wyniki badań. Co udało się im ustalić? - Mamy iio czynienia z unikalnym obiektem, natomiast jak na razie nie potrafimy powiedzieć Jaka była Jego fi/nkcja - mówi prof. Fabian Welc, Badania te przyniosły bardzo interesuji}ce wyniki. Przede wszystkim dzięki metodzie magnetycznej, mogliśmy wyznaczyć wiele miejsc, gdzie znajduj^} się paleniska oraz inne obiekty archeologiczne. Ich rozmieszczenie na niemal całym obiekcie świadczy o tym, że był on wielokrotnie zasiedlany w okresach późniejszych niż najstarsza faza rozwoju kultury łużyckiej, która niew^}tpłiwie wi^}że się z powstaniem obiektu. Jak mówi archeolog, nie udało się rozwiązać zagadki wyspy jeziora Sowica i odpowiedzieć na pytanie jaka jest funkcja tego obiektu, ale Prabuty wzbogaciły się o obiekt archeologiczny unikalny w skali kraju. Dlaczego? - Obiekty, które badaliśmy do tej pory, uważaliśmy, że pochodzą mniej więcej z okresu między III wieku p.n.e. a I wieku n.e. i zostały wybudowane przez tzw. kulturę kurhanów za-chodniobałtyjskieh, ponieważ na tych obiektach znajdowaliśmy głównie tę ceramikę. Natomiast materiał, który znaleźliśmy tutaj. Jest w 80 proc, z okresu wczesnej epoki żelaza z późnej fazy kultury łużyckiej, odpowiedzialnej m.in. za powstanie Biskupina. Przesuwamy w zwiefzku z tym chronologię wstecz i mówimy nie o III, czy II, ale o Vlub nawet VI wiekup.n.e. - wyjaśnia prof. Welc i dodaje: - Prabuty zyskały najstarszy obiekt archeologiczny w całym regionie, o określonej formie i kształcie. Jeżeli potwierdzi się, że Jest to wczesna epoka żelaza, późna faza kultury łużyckiej, to będziemy mogli datować te pozostałe obiekty w podobny sposób, bo tego typu struktur z późnej fazy rozwoju kultury łużyckiej nie znamy. Archeologom udało się odkryć ceramikę kultury kurhanów zachodniobałtyjskich, ceramikę kultury wielbarskiej (okres wpływów rzymskich, to pierwsze wieki naszej ery), a nawet jeden fragment z okresu średniowiecza. - Na tym obiekcie ludzie pojawiali się wielokrotnie od momentu Jego powstania. Natomiast nie zmienia to faktu, że to osadnictwo Jest wtórne i nie wi^fże się z Jego rzeczywisty JunktJy. Tajemnica pozostaje nadal nierozwiązana. Myślę, że dopiero przyszłe badania o znacznie większym zasięgu pozwolą na podstawową odpowiedź na pytanie czemu służyły tego typu struktury, które wymykają się, czy wychodzą poza schematy znane archeologii - mówi prof. Fabian Welc. Jak tłumaczy archeolog, wyniki są bardzo wstępne. Teraz kluczowe będą badania radio--węglowe, które pozwolą na dokładne datowanie obiektu. Wiadomo już natomiast, że zostanie on wpisany do rejestru zabytków stanowisk archeologicznych. Piotr Piesiek 89 Piotr Piesiek ARCHEOLODZY NA SZTUMSKIM ZAMKU Drugi sezon badań archeologicznych prowadzonych na zamku w Sztumie dobiegł końca. Przed pracownikami malborskiego Muzeum Zamkowego teraz długie tygodnie opracowywania i analizowania tego, co udało im się zebrać - wykorzystają na to okres zimowy, kiedy i tak warunki atmosferyczne nie sprzyjają badaniom w terenie, najczęściej wręcz je wykluczają. Lecz już przed wykonaniem tej analizy pojawiły się bardzo interesujące wnioski, rzucające zupełnie nowe światło na dotychczasowe poglądy co do sztumskiego zamku. Badaniami kierował w tym roku dr Bogusz Wąsik, pracownik Działu Konserwacji Zamku w Muzeum Zamkowym. W poprzednim sezonie, pierwszym po przejęciu zamku sztumskiego przez Skarb Państwa, działania archeologów koordynował Zbigniew Sawicki. - Celem naszych badań było znalezienie odpowiedzi na kilka podstawowych pytań zwii}-zanych z dotychczasowymi pogbfdami nt. zamku w Sztumie, do dziś' nie zweryfikowanymi — opowiada dr Bogusz Wąsik. - Pierwsze} kwestie} było, czy zamek stoi w miejscu dawnego grodziska, mi^sca umocnionego przez poprzednich mieszkańców tych okolic, kiedy zamek został zbudowany? Ostatnie analizy historyków mówiły o IIpołowie XIV wieku. Kołejna sprawa —jak dr Bogusz Wosik, fot. P Piesik Kaplica wielkich mistrzów z pewnością była wyrózntajtfcym sif obiektem na zamku 90 Archeolodzy na sztumskim zamku wygkfiiał ukła^przestrzenny zamku? Gdzie znajdou>afy się zabudowania związane z JunkcJ^} rezydencji wielkich mistrzów? Łcfcznie z prowadzonymi w ubiegłym roku, wykonaliśmy trzynaście wykopów badawczych. W tym sezonie zamknęliśmy poprzednie wykopy, otworzyliśmy nowe. Pracowaliśmy od końca czerwca do końca sierpnia, od pięciu do dwunastu osób. Trzynaście wykopów to z punktu widzenia badań archeologicznych sporo, lecz też rozmiary ich były rozmaite. V^konywałis'my ponadto odwierty geołogiczne, które miały nam dać wiedzę zwłaszcza co do układu fos. Dzięki tym badaniom naukowcy mają już przekrojowy ogląd kształtu sztumskiego zamku. W literaturze warownia przedstawiana jest jako zamek wójtowski, spodziewano się więc kolejnego obiektu typowego dla tego rodzaju budownictwa. Udało się zweryfikować kwestię jego posadowienia - czy istniało tu starsze osadnictwo? Dr Wąsik twierdzi, że w miejscu gdzie stoi zamek, nie było wcześniej żadnego założenia. Zamek zbudowano w całkowicie nowym terenie. Potwierdzają to zarówno wyniki odwiertów jak też wykopy badawcze. Jedynie przy tzw. Wieży Więziennej znaleziono materiał wczesnośredniowieczny. Wyjaśnienia doczekała się także chronologia zamku. - Zakładano, że warownia powstała w łatach 30-tych XIV wieku, w źródłach pojawiajc} się wtedy pierwsi urzędnicy krzyżaccy. Lecz w 1377 roku książę Albrecht Habsburg miał ufundować tu „fortalicium”. Specjaliści przyjęli, że chodzi nie o zamek, a o jedną z wież — opowiada B. Wąsik. - Punktem wyjścia było więc dla nas, czy któraś' z wież zamkowych była dobudowana. Odkrylis'my węzły architektoniczne i materiały z poziomu pierwotnej budowy zamku. Z naszych badań wynika, że ani jedna z wież nie została „dostawiona”. To wszystko potwierdza datowanie budowy zamku na IIpołowę XTV wieku. Wcześniej zapewne znajdowały się tu zabudowania, lecz nie w postaci zamku. Wfzfy architektoniczne ciawnej zahuciouy, w pobliżu znajdowała sif Wieża Albrechta, fot. 11 Piesik Piotr Picsick 91 Jaki był jego układ przestrzenny? Także w tej kwestii badania przyniosły cenne informacje. Zweryfikowano, czy zabudowania służące wielkim mistrzom nie znajdowały się po stronie zachodniej. Okazało się, że tam istniała zabudowa pochodząca z okresu XVI -XVII wieku. Odkryto pozostałości tych budynków i nawarstwienia pokazujące wyraźnie cykl ich powstawania. Archeologowie skupili się na nieistniejącym już dziś odcinku zabudowy w południowo - wschodniej części założenia zamkowego. Dziś istnieje tam wyraźna luka między zachowanymi skrzydłami zamku. - Tam, u/ tej luce znajdowały się budynki przynależące wielkim mistrzom. Z pewnością wyróżniającym się obiektem była kapłica - kontynuuje dr Wąsik. - Znaleźłismy fragmenty dachówek z glazurif w różnych kolorach. Przed kaplicą na pewno znajdował się ganek, była też piwnica. Odkryłiśmy pozostałości tych obiektów. Te ustalenia współgrają z wynikami badań historyków. Dla mieszkańców Sztumu i Powiśla całkowitą nowością będzie z pewnością odkrycie miejsca, gdzie znajdowała się druga brama zamkowa. Przywykliśmy do widoku głównej bramy, do której prowadzi most przerzucony nad dawną fosą, tymczasem istniała również druga brama, w pobliżu tzw. Wieży Albrechta, czyli jakby po przekątnej dziedzińca zamkowego. Archeologowie uchwycili poziom jej fundamentów. - To bardzo ciekawe odkrycia, pokazujące jak interesującym miejscem jest zamek w Sztumie - ocenia dr Bogusz Wąsik. - To dość nietypowe, by zamek tych rozmiarów miał dwie podobnej wiełkości bramy. To nie jest klasyczny zamek wójtowski — wszystko wskazuje na to. Widoczne pozostałości ganku oraz wgs'cia do piumicy pod kaplicy. W wielu miejscach archeologom bardzo niestety przeszkadzajef instalacje położone całkiem niedawno, fot. Ił Piesik 92 Archeolodzy na sztumskim zamku Że od samego początku ten zamek był budoioany jako rezydencja. Nie miał służyć lo pierwszej kołqnos'ci cełom obronnym. Poziom posadowienia wież i murów nie jest głęboki, wieże majcf dosc cienkie ściany. Sztumski zamek powstawał w podobnym czasie jak pałac Wiełkich Mistrzów w Małborku, służyć miał członkom najwyższych władz zakonu. Wiełki mistrz żył tu niczym zachodni monarcha. W trakcie badań znaleziono kilka interesujących artefaktów, m.in. ostrogę z końca XIV wieku, fragmenty kul armatnich oraz dawnej ceramiki. Tegoroczne wykopy zostaną zasypane (oczywiście po szczegółowym zinwentaryzowaniu), lecz w roku przyszłym badania mają być kontynuowane. Chodzi zwłaszcza o lepsze rozpoznanie zabudowy w części południowej i północno - wschodniej, zapewne także przy miejscu drugiej bramy zamkowej. Badacze są pewni, że zamek skrywa jeszcze wiele ciekawych informacji, choć ostatnie miesiące przyniosły ich już całe mnóstwo. Jeden z wykopów po stronie zachodniej zamku, Jot. P Piesik Na tropach historii Grażyna Nawrolska o DAWNYCH APTEKACH Aptekarstwo w Europie samodzielną profesją stało się w XII w. Nie można jednak mówić ® j^g® początkach bez uwzględnienia roli, jaką ''^ i^g® początkach i rozwoju odegrali Arabowie. W wyniku zjednoczenia w VIII wieku n.e. luźnych plemion semickich powstało potężne imperium arabskie obejmujące swoim zasięgiem tereny aż po dzisiejszą Hiszpanię. Uczeni arabscy tłumacząc dzieła starożytnych Greków i Rzymian, m.in. Hipokratesa, Galena i Dioskaridesa, początkowo na język arabski, potem na łacinę, uratowali, a następnie przekazali Europie osiągnięcia wielu starożytnych uczonych. Nieocenioną wiedzę dotyczącą aptekarstwa i medycyny wniósł najwybitniejszy uczony arabski, Awicenna (980-1037), którego opis różnorodnych leków zawartych w 5-tomowym dziele pozostawał aktualny aż do czasów Oświecenia. W tym czasie powstały także słynne szkoły medyczne, m.in. w Salerno pod Neapolem (848 r.), hiszpańskim Toledo (XII w.), francuskim Montpellier (1184 r.), ukierunkowane na rozwój nauk medycznych jak również alchemii. Patronami lekarzy i ap- Bracia Kosma i Damian — patroni lekarzy i aptekarzy. tekarzy zostali bracia Kosma i Damian. W wy- Miniatura zXIVw. bitnym dziele Arnolda de Villanova (1255- 1311) pt. „Salernitańskie zasady sanitarne” (Retjimen sanitatis Salemitanum), stanowiącym podręcznik dla studentów, zawarte zostały m.in. takie sformułowania: Jeżeli chcesz uczynić siebie rześkim i zdrouym, Unikaj ciężkich trosk i wierz, iż tylko profan się gniewa. Pij mało wina, jadaj niewiele. Nie uważaj za rzecz zbyteczni} wstawać po jedzeniu. Unikaj snu popołudniowego. Nie wstrzymuj moczu i nie zaciskaj odbytnicy.... Albowiem trzy rzeczy są niezbędne dla zdrowia: pogodny nastrój, spoczynek, umiarkowane jedzenie... 94 O dawnych aptekach Trzeba przyznać, że te wskazania nie straciły nigdy na swej aktualności. Mimo, iż zdawano sobie doskonale sprawę z faktu, że: gi^y cię śmierć ubodzie nie znajdziesz ziółka u/ ogrodzie Początki aptekarstwa na ziemiach polskich (w ich obecnym kształcie) datuje się na koniec XIII i początek XIV stulecia. Chociaż już od końca XIII w. był w użyciu termin apothe-ca, wywodzący się z greckiego wyrazu apotithem, a przez Rzymian zmieniony na apotheca. Określał on kramy rzemieślników lub przekupniów sprzedających różnorodne towary, nie tylko związane z lecznictwem. Z końca XIII w. zachował się dokument, którego twórcą był dominikanin Mikołaj z Krakowa, który kształcony w słynnej szkole w Montpellier swoją lekarsko-aptekarską praktykę odbywał na dworze księcia Leszka Czarnego w Krakowie. Jego dzieło jest pierwszym polskim źródłem historycznym wprowadzającym u nas pojęcie apteki. W szybko rozwijających się miastach średniowiecznych, m.in. w Królestwie Polskim, Państwie Zakonnym, Śląsku, pierwszymi aptekarzami, a zarazem właścicielami aptek, byli cudzoziemcy. We Wrocławiu działali apothecarius Nicołaus (1320 r.) i magister Johannes Heyso (1332 r.), w Świdnicy Henricus apothecarius, a w Toruniu aptekarzem - właścicielem był Albert (1389 r.). W Elblągu apteka miejska po raz pierwszy wymieniona została w 1397 r., a w Gdańsku w 1399 r. Podstawową funkcją aptek było dostarczanie mieszkańcom leków. Początkowo jednak aptekarze byli tylko pośrednikami w handlu i sprzedaży surowców do wytwarzania medykamentów. Z upływem czasu zaczęli sami przyrządzać leki, różnego rodzaju mieszanki, przygotowywać maści i okłady, preparować wodne odwary i napary, które miały ułatwić mieszkańcom powrót do zdrowia. Cały czas, zarówno aptekarze jak i lekarze, poszukiwali uniwersalnego panaceum, które byłoby lekiem na wszystko. Za jeden z nich uznano korzeń mandragory, mający zarówno lecznicze, jak i trujące właściwości, a którego w dawnych aptekach wytwarzano m.in. środki przeciwbólowe i oszałamiające, stosowane przede wszystkim w zabiegach chirurgicznych. Wiek XV przyniósł rozwój aptekarstwa nie tylko w większych polskich miastach: Krakowie, Wrocławiu, Toruniu, Poznaniu, Elblągu, ale również w mniejszych ośrodkach. Od początku swego istnienia apteki były poddane jurysdykcji rad miejskich, które wydawały akty prawne zawierające przywileje i obowiązki, jakie musieli spełniać aptekarze chcący je otworzyć. Jednym z najbardziej wyczerpujących aktów prawnych dotyczących szeroko pojętej problematyki aptekarskiej było „Roz- Wnętrze średniowieczny apteki. Miniatura z połowy XV w. Hiszpania Grażyna Nawrolska 95 porządzenie Aptekarskie” wydane przez Radę Miasta Gdańska w 1597 r. Zostały w nim określone różnorodne prawa i obowiązki, w tym także konieczność posługiwania się w swojej pracy zawodowej dziełem Valeriusa Cardusa Dispensatorium Pharmacopolarum z 1564 r. Podstawowym warunkiem założenia apteki było posiadanie tzw. prawa miejskiego (być obywatelem miasta). Należało wykazać się posiadanym majątkiem, który był gwarancją urządzenia i utrzymania apteki. Obowiązywała również dobra znajomość języka łacińskiego. Często wymagano, żeby aptekarz był żonaty. Chociaż autor pierwszego w Europie podręcznika aptekarskiego Saladin de Ascolo pt. Com/fentiłum aromatariorum z 1488 r. przestrzegał, aby aptekarz „nie dał wodzić się przez żonę, gdyż jeżeli do tego dopuści, ujarzmi ona jego młodość i będzie tak potulny, łagodny i cnotliwy, że nie będzie się zajmował swoją pracą zawodową”. W przywilejach wydawanych dla aptekarzy dokładnie precyzowano warunki funkcjonowania składów aptecznych, jak początkowo nazywano apteki. Podstawowym obowiązkiem ich właścicieli było sporządzanie medykamentów i spisywanie dokładnych receptur zgodnie z ówczesną wiedzą. Kompletowali oni także zielniki (herbarze) będące bogatym źródłem informacji o roślinach leczniczych. Zobowiązani byli również do ustalania taksy na leki oraz różnych czynności aptecznych. Powinnością aptekarzy było szkolenie uczniów i pomocników aptekarskich, którzy musieli posiadać podstawową znajomość łaci- Średniowieczna apteka. Miniatura francuska z XV w. ny. Wraz z miejskimi lekarzami i balwierzami stanowili „służbę sanitarną” miastą i mieli obowiązek nieść pomoc jego mieszkańcom, gdy była taka potrzeba, na przykład podczas ataku żywiołów - pożar, powódź. Zarówno w starożytności, jak i w okresie średniowiecznym i nowożytnym apteki swoim wyglądem musiały wyróżniać się w panoramie miasta. Powinny być sytuowane w jego centrum i posiadać stosowny wygląd, własny szyld i znak rozpoznawczy (dzisiejsze logo). Przy wyborze godła dla aptek stosowano różnorodne kryteria. Szukano wzorów w mitologii grecko-rzymskiej: Eskulap, Temida, Minerwa, Adonis; z symboliki biblijnej najczęściej występowały: Opatrzność, Anioł, Matka Boska. Wybierano również wybitne postaci historyczne. Bardzo popularnymi godłami były zwierzęta, zarówno egzotyczne jak i miejscowe: Lew, Słoń, Tygrys, Baranek, Łabędź, Kozica. Bywały także nazwy aptek, których nie można ująć w określoną grupę, np. Korona, Dzwon, Słońce, Złota Głowa. Bardzo często aptekom nadawano godło Orzeł - Biały lub Czarny, co jest faktem zupełnie zrozumiałym na ziemiach polskich. W okresie odkryć geograficznych i dalekich wypraw jednym z najpopularniejszych określeń przyznawanych aptekom było godło Murzyn, co mogło czynić je miejscem bardziej egzotycznym. Ich nazwy pochodziły również od wyróżniającego się elementu otoczenia: instytucji, dzielnicy, ulicy - Przy Bramie, Klasztorna, Mariacka. 96 O dawnych aptekach Symbole apteki. Liineberg. 11 połowa XVI w. Apteka Pod Lwem. Drezno Średniowieczne i nowożytne apteki dysponowały szerokim zestawem naczyń i urządzeń do produkcji medykamentów. Najstarszymi i najpopularniejszymi narzędziami były moździerze, pistele czyli tłuczki oraz waga. Na wyposażeniu laboratorium w dawnych aptekach znajdowały się drewniane i metalowe prasy, noże kołyskowe do krajania ziół i różnorodne sita. Wszystkie posiadały retorty szklane, kamienne dzbany i miedziane kotły i kociołki, banie i flasze ceramiczne oraz liczną drobną „galanterię apteczną” wykonaną z różnorodnych surowców: gliny, szkła, metali, drewna, wikliny. Praktycznie do końca XVIII w. wszystkie większe apteki posiadały komplety urządzeń służących do masowej produkcji świec. Były to duże obrotowe koła ze zwisającymi knota- Wnętrze apteki z 1570 r. Fragment miniatury mi nad płaskim kołem, w którym znajdował się rozpuszczony wosk. Obok leżały czerpaki, którymi roztopionym woskiem polewano obracające się na kole knoty. Aptekarze bardzo często sporządzali recepty, z którymi funkcjonalnie łączyły się taksy aptekarskie. Bowiem leki jako towary handlowe posiadały określoną wartość pieniężną. Do odmierzania składników, głównie roślinnych, używanych do wytwarzania leków, ap- Grażyna Nawrolska 97 tekarze stosowali wzorce dawnego systemu rzymskiego. Na przykład funt rzymski równy był wadze 327,45 gramów - w przeliczeniu współczesnym. Oprócz leków sprzedawanych w aptekach, można było w nich nabyć wiele innych produktów. Bowiem do połowy XVI w., kiedy nie było jeszcze wyspecjalizowanych sklepów, aptekarze trudnili się zarówno produkcją jak i sprzedażą różnorodnych wyrobów. Sławą i uznaniem cieszyły się rozmaite słodycze i smakołyki, wśród których prym wiodły marcepany, także stosowane jako środek wy-krztuśny i „lek piersiowy”. Sprzedawano cukry, słodkie chlebki (dzisiejsze biszkopty) czy kandyzowane owoce. Również w aptekach można było zaopatrzyć się w wonne olejki. Koło do odlewania świec z kompletem narzftizi. XVII-XIX w. żywice zamorskie (na potrzeby malarzy), far- by do włosów wytwarzane na bazie azotanu srebra, perfumy, kremy, szuwaks, atrament, ognie bengalskie. Do higieny zębów proponowano proszki wytwarzane z ałunu i pumeksu oraz patyczki z gałązek pistacji i drewna różanego lub korzenia pierwoślazu, gdyż dopiero w XVIII w. zaczęto używać szczoteczek do zębów. Od początku XVII w. popularnym towa- Elbltfg. Stare Miasto. Fajki gliniane i porcelanowe (XVin-XIX w.), fot. G. Nawrobka 98 O dawnych aptekach rem sprzedawanym w aptekach były tzw. wódki aromatyzowane, produkty wytwarzane na bazie wina, także stosowane do celów leczniczych. Odkrycie przez Hiszpanów Nowego Świata i przywiezienie do Europy znajomości uprawy tytoniu skutkowało wprowadzeniem do aptek sprzedaży tytoniu i tabaki, również fajek glinianych, importowanych cygar oraz drobnej galanterii związanej z fajczarstwem. Początkowo tytoń był traktowany jako roślina lecznicza - przeciw migrenom, owrzodzeniom jak również chorobom płuc. Dopiero później odkryto jego rzeczywiste właściwości, a palenie było traktowane jako ulotna przyjemność: dni moje jako dym znikaji}, życie człowieka ulatuje jak dym. W aptekach produkowano również proch strzelniczy, można było także nabyć saletrę i węgiel drzewny. Osobliwym zajęciem dawnych aptekarzy było balsamowanie zwłok, co z pewnością łączyło się z posiadaniem różnorodnych „środków konserwujących” i znajomością w ich stosowaniu. Oprócz wytwarzania przez aptekarzy różnego rodzaju medykamentów roślinno- zwierzęcych, można więc było nabywać w aptekach bardzo zróżnicowany asortyment wyrobów m.in. fajki, tytoń, wina, słodycze, jak również substancje chemiczne. ELBLĄSKIE APTEKI Najstarsza elbląska apteka - Rats-Apotheke, wzmiankowana w źródłach pisanych pod datą 1397 r. była usytuowana w centrum Starego Miasta, po północnej stronie kościoła parafialnego p.w. św. Mikołaja, przy ulicy Rybackiej 11. Była apteką miejską, a jej właścicielem była rada miasta Elbląga, która czerpała dochody ze sprzedaży oferowanych w niej różnorodnych produktów. Apteka przetrwała do 1945 r. Prawdopodobnie od 1442 r. funkcjonowała pod nazwą tzw. Apteka Polska, a później była określana jako Apteka Pod Świętymi Trzema Królami. Do końca XVIII w. działało w Elblągu sześć aptek, później otwarto jeszcze dwie. Znajdowały się one przy ulicach Mostowej 19, Rybackiej 45/46, Przy Bramie Kowalskiej 1, Stary Rynek 16, Kowalskiej 3, Królewieckiej 25, Głównej 50 i Giermków 22. Do najbardziej znanych należała Apteka Pod Czarnym Orłem, która została założona w 1773 roku i początkowo określana jako Apteka Zamkowa. Nazwę Pod Czarnym Orłem przybrała w roku 1811, kiedy została przeniesiona z ulicy Zamkowej na ulicę Stary Rynek 16. Jest ona dla nas szczególnie interesująca z innego jeszcze powodu. Otóż podczas badań archeologicznych prowadzonych w obrębie tej działki odkryto bardzo bogaty zbiór ElblĄg. Stare Miasto. Szklane buteleczki z Apteki Pod Czarnym Orłem. XVIII—XIX w., rys. B. Kiliński Grażyna Nawrolska 99 obiektów stanowiących wyposażenie dawnej apteki. Znaleziono kilkaset całych egzemplarzy szklanych buteleczek, butli i słoików do przechowywania środków leczniczych oraz win i wódek. Odkryto również znaczny zbiór różnego rodzaju i wielkości butli kamionkowych, m.in. typu Mineralwasser. Do wyrobu leków służyły kamienne, porcelanowe i fajansowe moździerze, rozcieracze, szpatułki i pi-stele. W omawianym zespole znajdowały się także szklane, rogowe i metalowe strzykawki oraz pojemniki po kremach. W kilkunastu buteleczkach zachowały się oryginalne zawartości z czasu funkcjonowania apteki. W jednej z nich znajdowała się rtęć, która mogła służyć jako składnik leku pod nazwą - maść ne-apolitańska - stosowana przy leczeniu chorób wenerycznych. Spośród zachowanych w buteleczkach substancji zachował się także środek leczniczy wyrabiany z drzewa gwajakowego, mający podobne właściwości jak rtęć. ElbLfg. Stare Miasto. Akcesoria apteczne: moździerze, pojemniki, rozcieracze, strzykawki z Apteki Pod Czarnym Oriem, rys. B. Kiliński Liczne naczynia apteczne i ich fragmenty znajdujemy również w obrębie wielu elbląskich parcel, na których były prowadzone badania archeologiczne. Buteleczki i słoiki służyły zapewne mieszkańcom do przechowywania leków w płynie, maści, kremów i proszków. Wyjątkowymi obiektami są tzw. arbarella - cylindryczne słoje apteczne, wywodzące swą nazwę od segmentu bambusa i kształtem przypominające egzotyczną roślinę. Odnalezione arbarella i ich fragmenty pochodzą z warsztatów w Katalonii (XIV w.) i Antwerpii (XVI w.). Natrafiono również na szklane alembiki do destylacji, różnorodne naczynia kuliste i ciężki szklany moździerz do rozdrabniania składników produkowanych medykamentów. Wyniki badań archeobotanicznych, do których próbki pobierane są z warstw kulturowych i latryn, poświadczają obecność m.in. jaskra ostrego, dziurawca czterobocznego, bu-kwicy zwyczajnej, krwawnika pospolitego i szeregu innych roślin. Wytwarzane na ich bazie leki stosowano w chorobach układu pokarmowego, schorzeniach skóry i dolegliwościach reumatycznych. Dawni aptekarze, nie tylko elbląscy, znali również sposoby na innego rodzaju przypadłości. Oto kilka szczególnych recept: Suszone w piekarniku rozmaryn, pietruszkę i szałwię elodaj ukochanemu do zupy i przeżyjesz niebiańskie rozkosze. 100 o dawnych aptekach ElblĄg. Stare Miasto. Akcesoria apteczne: moźcizierze, pojemniki, rozcieracze, strzykawki z Apteki Pod Czarnym Orłem, rys. B. Kiliński Grażyna Nawrolska 101 Zmieszaj sok z selera z mioeiem posmaruj nim twój ogon wzbudzisz w tym miłość kobiety (Kahle, Vick, Wessel 1998) Właściciele aptek w innych miastach, podobnie jak elbląscy aptekarze, swój czas nie poświęcali wyłącznie wytwarzaniu leków czy balsamowaniu zwłok. Apteki były także miejscem towarzyskich spotkań przy fajce, winie i muzyce. Nie wiemy w jakich warunkach powstała dziewiętnastowieczna poetycka recepta na odzyskanie radości i pogody ducha; W^ź trzy uncje spokoju, zebranego z powierzchni stawu, dodaj haust powietrza, pachnącego sianem, dorzuć grudkę żywicy z pnia sosny nad potokiem, krople brzozowego soku, uncję gwiezdnego pyłu spód kół Wiełkiego Wozu, .......zmieszaj w moździerzu...... • ....z porannym pianiem koguta, z kumkaniem żab o zmierzchu, z dymem bukowych polan i spojrzeniem psa...... .......zażyj o wschodzie słońca, tak aby nikt nie widział P^py ^odą ze źródła......... wtedy opadnie bielmo z oczu zobaczysz.......świat (S. Pagaczewski, Recepta, za Roeske 1991) Jakże piękna recepta ... Warunki życia w Elblągu, podobnie jak i w innych średniowiecznych i nowożytnych miastach, nie należały z pewnością do łatwych dla ich mieszkańców. Wszechobecna była wilgoć, a bliskie sąsiedztwo budynków mieszkalnych i gospodarczych, w których trzymano zwierzęta, jak i sąsiedztwo uciążliwych warsztatów rzemieślniczych, powodowały wiele niedogodności, co prowadziło do chorób a także epidemii. Mieszkańcy ówcześni nie mieli do końca świadomości, że ich zdrowie zależy od poziomu higieny, a zwłaszcza czystej wody. Dotykały ich choroby, z którymi musieli sobie radzić sami, jak i korzystać z usług miejskich lekarzy. Schorzenia o charakterze reumatycznym, stany zapalne dziąseł i zębów, przypadłości układu pokarmowego i urazy kostne, suchoty i przeziębienia, wymagały stosowania leków. Mieszkańcy przyrządzali je sami, a także często zaopatrywali się w aptekach w stosowne medykamenty. Na ile pomoc ta była skuteczna trudno nam dzisiaj stwierdzić. Z pewnością jednak apteki, oprócz zaopatrywania elblążan w różnorodne leki, oferowały im także atrakcyjne towary, m.in. wina, wódki, cukry, pachnidła, kremy, itd. 102 Jak młodzież z Prus Królewskich odbywała [peregrynacje na studia zagraniczne? Roman Dzięgielewski Jak młodzież z Prus Królewskich odbywała peregrynacje na studia zagraniczne? Czytając o podróżach zagranicznych w XVII wieku warto się zastanowić, jak młody człowiek był przygotowany do rozwiązywania problemów dnia codziennego na drodze. Na studia zagraniczne wybierali się młodzieńcy według naszych pojęć w wieku licealnym - naj-częs'ciej w przedziale od 15 do 20 lat. Studia trwały około 6 lat. Panowała moda, by łączyć je z podróżami edukacyjnymi, toteż często zmieniano miejsce studiowania w jednym lub kilku krajach. Skalę trudności pokazują nam książki, które uczyły młodzież studencką sztuki planowania i prowadzenia podróży. Podstawowa różnica w stosunku do dzisiejszych podróży po Europie Zachodniej wynika chociażby ze stanu dróg. Określano je wówczas jako słabe lub fatalne. Czasami jechano wręcz po bezdrożach. System resorowania pojazdów upowszechnił się dopiero w XVIII wieku. Należy raczej mówić o pokonywaniu drogi niż o podróżowaniu. Czynników utrudniających peregrynacje było oczywiście wiele. Dzisiejsza podróż na Zachód w niczym nie przypomina XVII-wiecznych peregrynacji. Niesamowicie różnią je trzy czynniki: tempo, wygoda i przewidywalność. Do tego dochodzi skromna Zwicker, karta tytułowa Roman Dzięgiclcwski 103 wiedza o świecie. Większość młodych chłopców pierwszy raz w życiu opuszczała obręb rodzinnego miasta i jechała w prawie nieznany świat. Podróż była twardą szkołą życia. Kilkuletnia wędrówka z kraju do kraju narażała na ciągłe niespodzianki. W nieznanym świecie trzeba było szybko rozwiązywać problemy wynikające z odmiennej kultury i obyczajowości, nieznanego języka, a nawet odmiennego klimatu. Trzeba było wiedzieć, w jaki sposób załatwić bezpieczny nocleg lub transport, jak przeliczać waluty, jak zdobywać prowiant, czym się odżywiać, jak zwalczać choroby czy jak traktować miejscową ludność? Nastolatek powinien wiedzieć, jak się zachować wobec ludzi innych wyznań. Podróż zagraniczna kojarzyła się z zagrożeniami, stanowiła raczej silny stres, niż czystą przyjemność. Tylko nieliczne rodziny mogły zapewnić wygodny wyjazd pod opieką preceptora i służących. Większość musiała liczyć na swoje umiejętności i prowadzić w pełni samodzielne życie. Znamy dokładnie rady, wskazówki i przestrogi, jakie kierowano wówczas pod adresem młodych podróżników. Można je znaleźć w traktatach o charakterze poradników. Traktat o sztuce podróżowania nazywa się apodemik - to u nas ciągle zapomniane pojęcie. Apodemiki należy rozumieć jako specjalistyczne traktaty na temat sztuki roztropnego podróżowania. Z jakiego powodu i w jakim celu młodzież z naszego regionu musiała wyjeżdżać na studia? Odpowiedź jest prosta - po wiedzę, obycie, znajomości i dyplomy. W XVII wieku odbycie studiów i peregrynacji zagranicznych było warunkiem zajęcia istotnych urzędów w mieście. Studia dawały prestiż i wysoką pozycję społeczną. Jak wcześniej dobre urodzenie, tak teraz wykształcenie uniwersyteckie gwarantowało sukces. Elementarne szkoły miejskie i parafialne uczyły tylko pisania, czytania, rachunków oraz zasad wiary. W Sztumie szkołę parafialną zbudowano w 1598 roku przy placu kościelnym na ulicy Ku Zamkowi. Pracę nauczyciela miał prowadzić organista lub kantor. Tego typu szkoły nie dawały przygotowania do wyższych studiów. W okresie reformacji na Zachodzie powstało wiele uniwersytetów różnowierczych, jednak podobny zamiar w Prusach Królewskich się nie powiódł. Potrzebę przygotowania do studiów wyższych zaczęły wypełniać tzw. gimnazja akademickie (różno-wiercze szkoły półwyższe) założone w Gdańsku (1580), Toruniu (1594) i Elblągu (1598). Dla przykładu, na przestrzeni XVII wieku dziewięciu młodzieńców ze Sztumu wybrało dalszą naukę w Gimnazjach Akademickich w Gdańsku (5 osób), Elblągu (2 osoby) i w Toruniu (2 osoby). Zajęcia w gimnazjach prowadzono tylko po łacinie, czyli tak samo jak na uniwersytetach. Mimo wysokiego poziomu nauczania (w dwóch najwyższych klasach wykładano filozofię, teologię, prawo i medycynę) stanowiły jednak namiastkę wyższych uczelni. Można zatem powiedzieć, że potrzeby kadrowe miast i aspiracje mieszczaństwa pruskiego nie mogły znaleźć zaspokojenia na lokalnym gruncie. Po dyplomy uniwersyteckie młodzież z Prus Królewskich musiała wyjeżdżać za granicę. Zdecydowaną większość apodemików w Europie napisano w języku łacińskim, bowiem łacina zapewniała wówczas szeroki krąg czytelników. Autorzy apodemików zbierali tysiące drobiazgowych wskazówek i układali je w sposób bardzo metodyczny. Uświadamiali konieczność przygotowania się do podróży, sygnalizowali główne problemy w trakcie pokonywania drogi oraz uczyli właściwego postępowania po powrocie do domu. Rady i przestrogi były uniwersalne, dotyczyły wszelkich sytuacji, jakie mogą się przydarzyć w związku 104 Jak młodzież z Prus Królewskich odbywała peregrynacje na studia zagraniczne? Z podróżami do różnych miejsc Europy. W okresie od połowy XVI do końca XVIII wieku napisano około 300 traktatów apodemicznych. XVI-wieczni autorzy tworzyli zawiłe i czysto teoretyczne koncepcje o charakterze filozoficznym, później dominowały traktaty o charakterze praktycznym. Kilka poradników napisali autorzy bardzo mocno związani z Prusami Królewskimi. Pochodzący z Grudziądza Salomon Neugebauer w 1605 r. opublikował w Bazylei obszerny traktat apodemiczny zatytułowany „Tractatus de peregrinatione”. Autor jeszcze trzymał się metodyki apodemicznej opartej na definiowaniu pojęć. Neugebauer wyznaczył trzydzieści celów podejmowania podróży i według tego kryterium pogrupował swoje rady. Dając wskazówki do podróży studenckich każę zabrać w podróż: pieni^i^ize, przybory do pisania, notatniki do zapisywania obserwacji i ksicfżki do czytania. Należy zabrać zarówno lektury, z których korzysta się w trakcie podróży, jak i podręczniki potrzebne do nauki po dotarciu do celu. Podczas podróżowania należy czytać jedno dzieło odpowiadające wybranemu kierunkowi studiów, które będzie spełniał rolę podstawowego podręcznika. Jednak od niego zaczyna się radykalna zmiana: przejście od teorii w kierunku analizowania praktyki podróżowania. Najlepszy, moim zdaniem, europejski apodemik napisał węgierski uczony Dawid Frólich (1595-1648) - Bibliotheca seu cynosura peregrinantium, hoc est oiatorium (Ulmae 1644). Jest to ogromne dzieło w 8 tomach podzielone na 2 części. Frólicha łączy z naszym regionem ważne wydarzenie. 14 lipca 1616 r. został zapisany w poczet uczniów Gimnazjum Akademickiego w Elblągu i studiował tu co najmniej 2 lata. Upamiętnił ten fakt. W swoim dziele podał wzór, jak w podróżnik powinien obserwować między innymi budynki szkolne w różnych miastach. Posłużył mu do tego bardzo obszerny i dokładny opis budynku Gimnazjum Elbląskiego z początku XVII wieku, który tak dobrze znał z autopsji. Pochodził ze Spiszu, czyli zaścianka Europy, toteż zwrócił uwagę na znany wielu mieszkańcom Polski problem: A często dopiero gdzie indziej znajdziesz książki, których nigdy nie zobaczysz w swojej ojczyźnie". Jego synteza problemów podróżniczych nadawała się do studiowania w zaciszu gabinetów, a nie w czasie podróży. Jednak umiejętność zgromadzenia i uporządkowania niebywałego mnóstwa informacji świadczy o wysokiej sprawności intelektualnej wykształconego w Elblągu autora. Nie wszyscy jednak przejmowali się życiem codziennym podróżników. Przykładem jest studencka rozprawa Gotfryda Zamehla (1629-1684) z Elbląga zatytułowane „Studiosus apodemicus” (Lejda 1651). Autor pochodził z bardzo zamożnej, patrycjuszowskiej rodziny elbląskiej, czyli podróżował dobrze zabezpieczony finansowo i pod opieką służby. Generalnie przeważają tu przestrogi natury moralnej oraz aforyzmy i złote myśli typu: dusza nigdy nie jest szczęs'liwsza, niż spędzając czas na studiowaniu”. Dość często popada w młodzieńczą egzaltację: „ Okażesz się głupcem, jes'łi objawisz się jako student sztuk pięknych, a zlekceważysz nauczycieli tych sztuk. Zgińcie w dymie i cieniu, którzy lekceważycie żywy płomień mądrości. Ałbo zgińcie z głodu, jeśłi gardzicie ucztą mądrości”. Pochodzący z Malborka Abraham Everbeck (1658-1710) po studiach w Królewcu, Wittenberdze i Jenie został burmistrzem malborskim. W 1707 r. przeniósł się do Gdańska, tu był sekretarzem miejskim, ale wkrótce zmarł jako ofiara zarazy. Kończąc studia prawnicze w Królewcu napisał dysertację akademicką Deperegrinatione (1691) poświęconą Roman Dzięgiclcwski 105 peregrynacjom religijnym i świeckim. Jako protestant mocno krytykuje pielgrzymki, które uszczuplaj^} maj^ftek przez niepotrzebne wydatki. Szkodzi} zdrowiu, zwłaszcza gdy prowadzi} do odległych miejsc, na przykład do grobu Pańskiego. Everbeck wymienia też miejsca lokalnych pielgrzymek. Wspomina o Świętej Lipce koło Reszla. Opisuje dąb św. Jodoka koło zamku w Lubawie: koło którego przechodzi}cy na kolanach pielgrzymi maji} zwyczaj składać ofiary i zostawiać jeden lub dwa denary. Zaleca podróże poznawcze kształtujące dojrzałych obywateli, bo świadomość prawna, co w państwie należy czynić i na mocy jakich ustaw, toy-nika i rozwija się dzięki obserwowaniu różnych praw i zwyczajów, które dobrze junkgonuji} u innych narodów. Szeroko omawia wpływ obcych obyczajów, częsty motyw apodemików: Pośród tych niekorzystnych okoliczności niepos'lednie miejsce zajmuji} szkodliwe obyczaje spotykane zagranice}, których jesji młodzieniec jeszcze nie nauczył się odróżniać i unikać, to jego podróż może przynieść pewne niebezpieczeństwa. Warto wspomnieć jeszcze XVIII-wiecznego autora, Johanna Sartoriusa z Gronowa k. Braniewa. Kończąc studia w Królewcu w 1725 roku wydał dysertację akademicką Depere-grinationibus, gdzie generalnie zaleca podróże na studia uniwersyteckie, jednakże pod pewnymi warunkami i ograniczeniami. Niezamierzony efekt niektórych peregrynacji pokazał poprzez anegdotę: Był kiedyś syn bardzo zamożnego kupca, który objechał Holandię, Anglię, Italię oraz Francję i wydał 10 tysięcy talarów. Po 10 latach powrócił do domu i okazało się, że nie potrafił odpowiedzieć na najprostsze pytania. Kiedy pewien toykształcony człowiek dziwił się jego ignorancji, ten odpowiedział na to: A cóż w tym dziwnego? Przez 10 lat można wszystko zapomnieć. W 1638 roku wydano w Gdańsku łaciński poradnik zatytułowany Breoiarium apodemi-cum, czyli „Brewiarz apodemiczny”. Jego autorem jest gdański prawnik Samuel Zwicker. Urodził się w Szawałdzie na Żuławach Malborskich, zapewne około 1608 roku. W styczniu 1616 r., czyli w wieku około 8 lat, został zapisany do Gdańskiego Gimnazjum Akademickiego. Zwicker był kolegą szkolnym Jana Heweliusza, który naukę zaczął tam półtora roku później, w kwietniu 1618 roku. W 1625 roku Samuel wyjechał do Królewca na studia prawnicze, które ukończył po 6 latach. Przy wpisie został nazwany mieszkańcem Malborka („Mariaeburgensis”) z racji miejsca urodzenia, a nie zamieszkania. Wiadomo, że dobrze znał język polski, bo w 1633 roku był studentem Akademii Zamojskiej w Zamościu, a potem studiował w Krakowie. Nie udało się ustalić, gdzie dokładnie peregrynował po Europie Zachodniej, chociaż wiemy, że Rada miasta Gdańska fundowała mu stypendium aż przez 8 lat. Po powrocie z wojaży pracował w gdańskim sądownictwie, jego dalsze losy są nieznane. Zajmijmy się teraz jego Brewiarzem apodemicznym. Miał ułatwiać codzienne korzystanie w podróży, zatem otrzymał wygodny, wręcz kieszonkowy format 8x13 cm. Rady i przestrogi Zwicker ułożył w naturalnym porządku podróży, czyli przygotowanie, podróż i powrót do domu. Jego wskazówki najlepiej pokazują, z jakimi problemami spotykał się młodzieniec wyruszający z Prus Królewskich studia zagraniczne na Zachodzie Europy. PRZYGOTOWANIE DO PODRÓŻY {PRAEPARATIO) Autor radzi jeszcze w domu wyznaczyć dokładną trasę podróży, do czego służą przewodniki i mapy. Warto tu wspomnieć, że unikano planowania podróży morskich. Z racji sztor- 106 Jak młodzież z Prus Królewskich odbywała per^rynacje na studia zagraniczne? mów czas podróży był trudny do przewidzenia. Uważano, że podróż statkiem jest bardzo niezdrowa, niewygodna i ryzykowna, a marynarze mieli jak najgorszą opinię. Mieszkający w dużym portowym mieście autor ani słowem nie wspomniał o przygotowaniach do podróży na morzu. Bardzo dobitnie przestrzega, że nauka języka dopiero w obcym kraju to strata czasu, bo zanim ktoś loybierze się ogkfeiac obce ziemie, niech lo swojej ojczyźnie zawczasu pozna podstaioy obcego Języka. Chociaż nie będzie w stanie rozmawiać, ale przynajmniej zrozumie, co do niego mówi^f. Zwicker uczy roztropnego pakowania bagażu odpowiedniego do podróży na koniu lub na wozie. Wylicza zestaw odpowiednich ubrań na różne sytuacje. Radzi sporządzić katalog zabranych rzeczy, który często trzeba sprawdzać ze stanem faktycznym. Zwraca uwagę, aby unikać strojów z daleka zdradzających obcokrajowca, bo przyciągają one zainteresowanie rabusiów. Można zabrać tylko kilka wybranych książek. Szczególnie poleca zabrać z sobą zegar, na przykład słoneczny, oraz zeszyty. W notatnikach trzeba zapisywać fakty z podróży, efekty obserwacji oraz rysunki miast, zamków, budowli, roślin, zwierząt. Kartki papieru można wykorzystać jeszcze w innym celu, bo gruba warstwa papieru niczym tarcza chroni brzuch podróżnika przed czynnikami atmosferycznymi. PODRÓŻ (ITIO) Podróżnik pokonujący jakąkolwiek drogę miał stale myśleć o bezpieczeństwie. Po przeczytaniu wielu apodemików odniosłem wrażenie, że w XVI czy XVII wieku za naczelną zasadę postępowania w obcym miejscu uznawano totalną nieufność. Ówczesny poziom rozwoju cywilizacyjnego i społecznego nie dawał poczucia bezpieczeństwa. Instytucje nadzorujące prawo i porządek, jak straż miejska i garnizon wojskowy, działały skutecznie jedynie w obrębie i wokół murów miejskich. Nieufność, czujność i skrytość miały być podstawowym warunkiem zwiększenia bezpieczeństwa w podróży. Strach przed napadami i rabunkami towarzyszył każdej podróży. Dlatego apodemiki stale konfrontowały młodzieńczą naiwność z brutalną rzeczywistością spotykaną na drogach. Zwicker przestrzega wprost, że podróżnik nie może ufać nikomu, nigdzie i nigdy. Nawet wtedy, gdy ktoś wygląda na przyjaciela, nawet gdyby starał się przypodobać, ściskałby niezwykle serdecznie lub przysięgał na wszystkie świętości. Dla utrwalenia tej rady cytuje przestrogę niderlandzkiego humanisty Juliusza Cezara Scaligera: Znakomita to dewiza ufać tylko niektórym, Ale znam Jeszcze mądrzejszy: nie ufać nikomu. Poczucie bezpieczeństwa można wzmocnić poprzez właściwe zachowanie się w stosunku do ludzi spotykanych w czasie podróży. Eksponowano ryzyka zagrażające moralności. Stały motyw wielu apodemików to zagrożenia ze strony kobiet. Jak młody podróżnik mógł uniknąć nieuchronnych kontaktów z płcią piękną? Zwicker wymagał postawy wręcz heroicznej: zamykaj oczy przed widokiem powabnych wdzięków Wenery. Ale to nie wystarczało. Trzeba jeszcze chronić uszy przed słuchaniem rozmów na tematy miłosne i dotyczące zmysłowości, bo jak pisze Zwicker zwłaszcza słowa wabią i wprawiają w podniecenie. Podróżnik powinien pilnie obserwować otoczenie, ale nie wolno mu lekkomyślnie oceniać czy krytykować lokalnych zwyczajów. Niebezpieczne sytuacje może powodować nawet śmiech. W śmianiu się z innych trzeba być bardzo wstrzemięźliwym i wystrzegać się po- Roman Dzięgiclewski 107 sądzenia o szyderstwo. Trzeba też umieć znosić dowcipne otoczenie. Jeśli ktoś sypie żarty i uszczypliwości pod adresem podróżnika, to najlepiej przybrać możliwie obojętny wyraz twarzy. A jeśli podróżnik wywoła u kogoś gniew, to niech szybko błaga o wybaczenie. W kontaktach z obcymi ludźmi na drodze Zwicker wymaga kurtuazyjnej grzeczności i unikania wrażenia arogancji. Zwicker porusza tzw. problem makiaweliczny, czy należy wyjawiać otoczeniu swoją wiarę. Kontakty z heretykami narażały na presję w celu zmiany wyznawanej wiary, a rezultacie wieczne potępienie. Uważa zatem, że podróżnik nie ma najmniejszego powodu, aby informować obcych ludzi o swoich poglądach religijnych. Poza własnym krajem trzeba być skrytym. Nawet spotkanym współwyznawcom lepiej nie przekazywać zwyczajowych pozdrowień religijnych. Pobożny podróżnik jednak narusza w ten sposób swoje sumienie. Może to odpokutować poprzez okazywanie wobec ubogich szczególnej szczodrobliwości. W pobliżu miejsc kultu religijnego nie wolno głośno komentować miejscowych rytuałów. Najlepiej ograniczyć się do odprawiania cichych modłów. Zawsze należało uszanować i uczcić lokalne dni świąteczne. Podróżowanie w dzień świąteczny może być poczytane za czyn bezbożny, więc do podróży może zmusić tylko bardzo pilna sprawa. Mocno akcentowano zagrożenia ze strony osób najniższego autoramentu. Kręcili się na drogach ludzie szukający okazji do łatwego zarobku, jak wędrowni kramarze, szulerzy i oszuści, żebracy, dezerterzy i maruderzy wojskowi, czy wreszcie rozbójnicy. W myśl zasady, że okazja czyni złodzieja, jedynym lekarstwem było zachowanie najwyższej czujności i nieufności: Nie należy rozmaiaiae zbyt swobodnie i na każdy temat z przypadko-loo napotkanym człowiekiem. Aby nie prowokować złego losu, nie należało chwalić się swoim majątkiem, statusem społecznym i generalnie nie wyjawiać najbliższych planów. Szczególnie niebezpiecznym dla podróżnych miejscem bywały przydrożne gospody. Tam łatwo można stracić bagaże, a czasem obyczajność i zdrowie. Dla zbadania stanu sanitarnego takich miejsc najlepiej posłużyć się zmysłem powonienia. Warto poznać warunki, w jakich przygotowuje się posiłki. Nieuczciwy czy niechlujny oberżysta może wpędzić w poważną chorobę. Czasami lepiej było unikać oferowanych w jadalni posiłków i korzystać w własnych zapasów niepsującej się żywności, jak suchary. Niech te obawy wyjaśni scenka opisana 100 lat wcześniej przez Erazma z Rotterdamu w dialogu „Domy zajezdne”. Oto w niemieckiej gospodzie setka osób z różnych sfer siedzi w jednej izbie cuchnącej czosnkiem (i nie tylko). Wszyscy godzinami czekają na podanie wspólnego posiłku. W oczekiwaniu można tam swobodnie prać odzież i rozwieszać mokre rzeczy, myć ręce w brudnej misce, pluć gdzie popadnie, nawet czyścić obuwie na jadalnym stole. Wreszcie obiad: każdy zanurzał chleb we wspólnym półmisku, odgryzał kęs i maczał ponownie. Duże obawy budziło przejście do sypialni. Zwicker radzi nie żałować wydatków, aby otrzymać w gospodzie czystą pościel i poduszki. Gdzie higiena łóżek budziła podejrzenia, należało spać w nakładanej z góry koszuli lnianej i w bieliźnie. Poduszkę najlepiej przykryć własną chustką. Wiele o warunkach życia w gospodach mówi uwaga wspomnianego Dawida Frólicha:y«Zz nabawisz się świerzbu lub wszy (co jest wspólni} choroba} wszystkich podróżników), to oczyszczaj się poza gospod/}, aby nie wywoływać mdłości u mieszkańców. 108 Jak młodzież z Prus Królewskich odbywała peregrynacje na studia zagraniczne? Kolejną kwestią był sposób zachowania się w gospodach. Podróżnik winien dostosować się do ogólnie przyjętego trybu życia w gospodach. Najlepiej wtopić się w tło. W zajazdach uczęszczanych Zwicker radzi nawiązać jakieś znajomości, aby wzbudzić większy szacunek ze strony otoczenia. Opłaci się uprzejmie pozdrawiać innych gości, wdawać się w krótkie pogawędki i upodabniać do nich pod względem mowy, obyczajów, ubioru i odżywiania. Natomiast w gospodach peryferyjnych trzeba mieć oczy dookoła głowy i uważać, co się mówi. Zgodnie z zasadą nieufności należało trzymać się z daleka od głośnych i porywczych dyskutantów oraz zatajać swój status społeczny i finansowy. W każdej gospodzie obowiązywała generalna zasada: należy wystrzegać się natrętnych próśb i głośnych narzekań wobec gospodarza, bo to tylko pogorszy poziom obsługi. Jak uchronić się w gospodach przed złodziejami? Trzeba dobrze ukrywać cenne rzeczy i kontrolować stan swego majątku. Zwicker radzi, żeby po przybyciu do gospody i przy jej opuszczaniu metodycznie sprawdzać kompletność podręcznego bagażu. W porządnych gospodach można swoje rzeczy deponować w przygotowanych workach skórzanych, sakiewkach, kufrach, różnego rodzaju szkatułkach. Zwicker przestrzega, aby zawsze sprawdzać, jak mocne są drzwi do sypialni i stale używać w drzwiach zasuwy i zamka. Wspomniany już Dawid Frólich radzi, żeby pieniądze schować w jakimś solidnym worku lub ukryć w schowku, np. w książce, kuli wosku, kawałku chleba, w wydrążonej lasce, w butach, za pazuchą. Zwicker ostrzega, że jeśli ktoś z nadgorliwości albo z naiwności pokazuje obcym swoje złoto czy srebro, ten ściąga na siebie uwagę złodziei i rabusiów. Szansa na odzyskanie straty jest żadna, bo: podróżnikom przebywającym w obcych krajach często odmawia się prawa do sprawiedliwości”. Przy opuszczaniu gospody Zwicker wymaga stosowania pewnej zasady. Oddajmy mu głos: lepiej zatajać, w którą dokładnie wybiera się drogę. Czasami trzeba wypytać się o jakieś boczne drogi, ale nie wolno zdradzać, kiedy ma się zamiar wyruszyć. Najlepiej niech podróżnik udaje, że dopiero przygotowuje się do drogi albo niech nagle wyjeżdża bez takich pozorów. Szereg praktycznych porad dotyczy ochrony zdrowia, na przykład od wpływu ekstremalnej pogody. Zwicker poleca tu stosowanie zasady złotego środka, czyli unikania skrajnych temperatur. Podczas upałów trzeba nosić nakrycie głowy, a w razie przegrzania nie wolno od razu szukać ochłodzenia. Zaleca wtedy wolno spacerować i stopniowo zdejmować wierzchnie odzienie, aby tym sposobem doprowadzić do schłodzenia ciała. Zimą nawet właściwie ubrany podróżnik wskutek silnego mrozu może w końcu stracić czucie w kończynach. Wówczas nie wolno wchodzić od razu do ogrzanego pomieszczenia, lecz najpierw stopniowo się rozgrzewać w chłodnym miejscu. Trzeba też unikać spania w czasie silnego mrozu, bo stopniowa utrata ciepłoty ciała poprzedza śmierć z wyziębienia. Porady odnoszące się do samej techniki podróżowania są dzisiaj nieprzydatne. Generalną zasadą było wybieranie się w drogę w większej i najlepiej stałej grupie ludzi starannie dobranych, co też zapobiegało znużeniu i apatii. Wiele uwag poświęcano też regulowaniu tempa podróży i organizowaniu postojów. Trzeba było znać tajniki wygodnego podróżowania na wozie bez resorów. Inne wskazówki dotyczą wyboru odpowiedniego konia wierzchowego, jego karmienia, leczenia i traktowania. Zwicker nawet radzi, żeby podróżnik bardziej troszczył się o grzbiet i kopyta konia aniżeli o siebie samego. Roman Dzięgiclcwski 109 POWRÓT (REDITUS) Aż w końcu przychodzi czas na ostatni etap peregrynacji, czyli powrót do domu („Redi-tus”). Podstawowym zadaniem podróżnika jest wtopienie się w otoczenie i powstrzymanie od chełpliwości. Trzeba jak najszybciej zapomnieć o nabytych za granicą przyzwyczajeniach, bowiem epatowanie nowinkami budzi niechęć ziomków. Chodzi tu nade wszystko o paradowanie w modnych gdzie indziej strojach, co budzi śmiech i drwiny. Źle odbierane jest lekceważenie ojczystego języka i ciągłe wtrącanie cudzoziemskich słówek. Rodzima społeczność niechętnie przyjmuje wszelką ostentację i przesadę w opowiadaniu o poznanym świecie. Nie wolno wykorzystywać każdej okazji, aby zaczynać relację na temat swojej podróży. Można do niej wspomnieć jedynie w stosownym do tego miejscu i czasie. Wydany w Gdańsku traktat apodemiczny napisał autor wywodzący się z Prus Królewskich. Jego Brewiarz a/foeiemiczny jest dowodem, że tutejsza młodzież mogła uniknąć wielu kłopotów, jeśli chciała go przeczytać i odpowiednio przygotować się do podróży akademickiej. Zapomniane dziś apodemiki odgrywały niegdyś praktyczną rolę. Nam z kolei pokazują realia podróżowania po XVlI-wiecznej Europie. Trzeba pamiętać, że Samuel Zwicker z wykształcenia był prawnikiem i pracował w sądownictwie, nie obracał się w świecie nauki. Urodzony w Szawałdzie autor nie ograniczył się do sprawnego ułożenia suchego poradnika. Nie okazał się jedynie rzemieślnikiem pióra. Przeciwnie, widać, że autor traktatu jest gruntownie wykształconym humanistą dobrze znającym dzieła Cycerona czy Seneki. Płynie dla nas wniosek, że ówczesne elity miast pomorskich otrzymywały bardzo dobre wykształcenie humanistyczne. Zainteresowanych podróżami odsyłam do wydanej w 2015 roku mojej książki zatytułowanej: Przygotowanie młodzieży do podróży akademickiej w XVI-XVIII wieku. Na przykładzie traktatu o sztuce podróżowania gdańszczanina Samueła Zwickera. Zamieściłem tam pełne tłumaczenie „Brewiarza”, bo uznałem go za bardzo typowy apodemik. 110 Początki powiatu sztumskiego Krystian Zdziennicki Począffi POWIATU SZTUMSKIEGO w ubiegłym roku przypadła 200 rocznica utworzenia powiatu sztumskiego funkcjonującego pod panowaniem prusko-niemieckim. Warto zauważyć, że po raz pierwszy powiat sztumski istniał w dobie I Rzeczypospolitej. Był to jedyny powiat województwa malbor-skiego. W 1772 roku doszło do I rozbioru Rzeczpospolitej, a teren ziemi sztumskiej przy-padł pod panowanie Prus. Nowe władze początkowo nie utworzyły powiatu sztumskiego. Ponadto po rozbiorze nastąpiła duża degradacja zarówno Dzierzgonia, jak i Sztumu. Oba miasta w okresie I Rzeczypospolitej w województwie malborskim odgrywały znaczącą rolę. Dzierzgoń był jego stolicą i siedzibą wojewody oraz sądu grodzkiego. Z kolei w Sztumie odbywały się sejmiki szlacheckie. Krystian Zdziennicki 111 W ramach państwa pruskiego potrzeba utworzenia powiatu obejmującego ziemie sztumską wynikała głównie z faktu podziału Prus Zachodnich na dwie rejencje: kwidzyńską i gdańską. Wówczas najbliższe Sztumowi i Dzierzgoniowi miasto - Malbork znalazło się w rejencji gdańskiej, natomiast ziemia sztumska stała się częścią rejencji kwidzyńskiej. Ta decyzja sprzyjała wyodrębnieniu powiatu, którego stolicę początkowo ustanowiono w Dzierzgoniu (25 VI 1816 r.). Można zadać pytanie, dlaczego wówczas wybrano właśnie Dzierzgoń na stolicę powiatu? Wynikało to z tego powodu, że w mieście tym zamieszkiwało ponad dwa razy więcej ludności niż w Sztumie (w 1816 r. w Dzierzgoniu mieszkały 1932 osoby, a w Sztumie 751). Warto jednak zauważyć, że jeszcze w tym samym roku władze rejencji kwidzyńskiej zaproponowały, aby przenieść siedzibę landrata do mniejszego Sztumu. Miasto to było usytuowane w bardziej centralnej części powiatu, a także znajdowało się bliżej Kwidzyna. Propozycja utworzenia powiatu sztumskiego zyskała poparcie władz centralnych, dlatego też 21 lutego 1818 r. wydano rozporządzenie tworzące sieć 13 powiatów rejencji kwidzyńskiej’. Jeszcze przed wejściem w życie przepisów decyzja ta nie spotkała się z aprobatą wpływowych ziemian zamieszkujących wschodnią i centralną część ziemi sztumskiej. 11 marca 1818 r. Antoni Białobłocki, Karol Antoni Goltz, Ksawery Łyskowski (ówczesny starosta dzierzgoński), Antoni Donimirski, Henryk Jerzy Rittberg i Antoni Sierakowski wystosowali protest w sprawie przeniesienia stolicy powiatu do Sztumu^. Ostatecznie jednak 1 kwietnia 1818 r. na mapie Prus pojawił się powiat sztumski, którego starosta urzędował jednak w Dzierzgoniu. Landratura została ostatecznie przeniesiona do Sztumu dopiero pod koniec 1822 r. (jej siedzibą stał się miejscowy zamek). W mieście usytuowano również sejmik powiatowy (Kreistag). Od 1836 r. budynek sztumskiego starostwa mieścił się w sąsiedztwie pokrzy-żackiej warowni. W obiekcie tym z powodu braku miejsca nie odbywały się posiedzenia sejmiku powiatowego. Dlatego też doraźnie wynajmowano sale, aby zapewnić miejsce obrad. Wiadomo, że w latach 1855-1861 takim miejscem była sztumska gospoda Mullera. Sytuacja uległa poprawie w 1913 r., gdyż rozbudowano budynek starostwa. O samorządowym charakterze powiatu możemy mówić dopiero od II połowy XIX wieku. Na mocy uchwalonej w 1872 r. ordynacji powiatowej (jej zapisy weszły w życie 1 stycznia 1874 r.) powiaty stały się zarówno jednostkami administracji państwowej, jak i samorządu terytorialnego. Władzę wykonawczą nadal sprawował mianowany starosta. Landrat jako urzędnik stał na czele wydziału powiatowego wyłanianego przez organ uchwałodawczy jakim był sejmik powiatowy. Przez okres funkcjonowania powiatu sztumskiego w latach 1818-1945 urząd starosty pełniło 14 osób. Pierwszym starostą sztumskim był Ksawery Łyskowski, wcześniej starosta malborski, a od 1816 do 1818 r. starosta dzierzgoński. Tylko trzech pochodziło z terenu ziemi sztumskiej, tj. wspomniany już Łyskowski z Chojt oraz Heinrich Georg Eduard Graf ' Wówczas w rejencji kwidzyńskiej znalazły się powiaty: wałecki, złotowski, człuchowski, świecki, suski, brodnicki, toruński, grudziądzki, kwidzyński, sztumski, lubawski, chełmiński i chojnicki. W 1875 r. powstał powiat tucholski, dwa lata później — powiat wąbrzeski, w 1900 r. powiaty miejskie: Grudziądz i Toruń. Informacja na podstawie skanu dokumentu otrzymanego od prof. Marka Stażewskiego za pośrednictwem Andrzeja Lubińskiego. Pomoc w ustaleniu imion przedstawicieli szlachty — dr Jacek Schirmer. 112 Początki powiatu sztumskiego von Rittberg i Heinrich Georg Adalbert Max Graf von Rittberg ze Stążek. Pozostali pochodzili z różnych części Niemiec. Starostowie sztumscy - Ksawery Łyskowski (1818-1827) - Heinrich Georg Eduard Graf von Rittberg (1827-1850) - Herman Ulrich Ernst Adolf von Wallenrodt (1850-1858) - Heinrich Georg Adalbert Max Graf von Rittberg (1858-1867) - Heinrich Ludwig von Geldern (1868-1872) - Karl Gustav Hoppe (1873-1874) - Eugen Hugo Steinmann (1875-1878) - Max Eduard Wessel (1880-1892) - Kurt Heinrich Gustav Arthur von Schmeling (1893-1899) - Klaus von der Osten (1900-1904) - Dr Walter Gottfried Auwers (1904-1922) - Josef Fischenich (1923-1928) - Dr Aloys Zimmer (1928-1933) - Artur Franz (1935-1945) O funkcjonowaniu organów powiatu oraz pozycji ówczesnego landrata Waltera Gott-frieda Auwersa możemy dowiedzieć się nieco więcej ze wspomnień Marii Donimirskiej. Zanotowała ona ciekawą informację na temat obrad wydziału powiatowego w 1919 r., w którym uczestniczył jej mąż Kazimierz. Wedle Donimirskiej wysoka pozycja starosty wpływała na praktycznie samodzielne rządy, wokół których zbudowany był „ozdobnikowy” organ w postaci wydziału powiatowego. Opisała to następująco: „Obok landrata piętrzyły się stosy akt, które powinien był wydział przejrzeć i przedyskutować Byłoby przy tym pilnej pracy na jakie dwa dni. Zebranie jednakowoż trwało zaledwie od 11 do 3 po południu dzięki temu, że akt wcale się nie przeglądało. Landrat sprawy przedstawiał, a Niemcy bez dyskusji kiwali głowami”’. Ciekawostką może być fakt, że powiat sztumski dopiero od 1929 r. posiadał swój herb. Wcześniej zarówno w okresie Królestwa Prus, ani 11 Rzeszy nie przewidywano możliwości stworzenia odrębnego herbu dla powiatu, gdyż samorząd ten miał posługiwać się wyłącznie państwowym orłem. W okresie dwudziestolecia międzywojennego, kiedy można było podjąć stworzenia takiego herbu to podjęto stosowne działania. Projektantem wybrano związanego z Malborkiem znanego konserwatora zabytków Bernharda Schmida, który postanowił nawiązywać do okresu krzyżackiego. Połączył on w swoim projekcie herbu barwy wójtostwa sztumskiego, tj. srebrny pas na czerwonym polu oraz trzy jodłowe szyszki, nawiązujące do pieczęci mistrza leśnego z Benowa. Projektant potroił szyszkę nadając im kolor zielony. Początkowo chciał, aby były one złote. Ten pomysł jednak nie był zgodny z zasadami heraldycznymi. Starania o zatwierdzenie herbu trwały około pół roku i 27 września ’ M. Donimirska, Bógtialnam czas próby. Wspomnienia z lat 1918-1935, opr. A. Lubiński, Sztum 2012, s. 50. Krystian Zdzicnnicki 113 1929 r. zostały ostatecznie zatwierdzone przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Ten symbol powstały w ubiegłym stuleciu aktualnie też stanowi herb współczesnego powiatu. Podsumowując należy zauważyć, że decyzja z 1818 r. o utworzeniu powiatu sztumskiego z całą pewnością wpłynęła na dzieje ziemi sztumskiej, a także jej stołecznego miasta - Sztumu. Od tego okresu stolica powiatu zyskiwała na znaczeniu w stosunku do Dzierzgonia wyprzedzając to miasto na początku XX stulecia liczbą mieszkańców. W powojennej Polsce powiat sztumski nadal istniał do 1975 r., tj. do likwidacji tego stopnia podziału administracyjnego kraju. W wyniku reformy administracyjnej z 1998 r. wprowadzającej ponownie powiaty nie uwzględniono aspiracji mieszkańców ziemi sztumskiej, którzy chcieli mieć „własny” powiat. Od 1 stycznia 1999 r. do 31 grudnia 2001 r. ziemia sztumska była częścią powiatu malborskiego liczącego aż 11 gmin. W 2002 r. w wyniku protestów mieszkańców i nasilonych działań różnych środowisk na mapy Polski przywrócono powiat sztumski, który funkcjonuje do dnia dzisiejszego. PROWINCJA Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl 114 Bohaterowie stulecia: Ignacy Wasielewski Wiesław Olszewski BOHATEROWIE STULECIA: IGNACY WASIELEWSKI Tradycyjnie, co roku pierwszego dnia września, pociągi przejeżdżające przez stację Szymankowo włączają donośny sygnał dźwiękowy. Oddają w ten sposób cześć zamordowanym tu przed osiemdziesięciu laty polskim kolejarzom, celnikom i ich rodzinom. Nazwiska 21 zamordowanych widnieją na ścianie budynku dworca oraz na kamieniu upamiętniającym ich pierwsze miejsce pochówku. Nazwiska ofiar zbrodni w większości nie są znane miejscowym, nie byli też bliżej znani ówczesnym mieszkańcom tej miejscowości, z których część uczestniczyła w barbarzyńskiej masakrze. Oni tu, na tej wysuniętej placówce II Rzeczypospolitej, pełnili służbę daleko od domu, od rodzin, od przyjaciół. Byli dobierani szczególnie - najlepsi wśród najlepszych, najwierniejsi spośród najwierniejszych. Wśród ofiar bestialskiego mordu widnieje nazwisko inspektora celnego Ignacego Wasielewskie-go. We wcześniejszych upamiętnieniach: tablicy na ścianie dworca PKP w Szymankowie czy symbo- Ignaey Wasielewski w mundurze Straży Celney, lata 2O-te,fot. httpsck-smigiel.plindex licznym nagrobku na cmentarzu na Zaspie, pisano nazwisko jako „Wasilewski”. W niektórych dokumentach archiwalnych występuje też inne imię - „Wacław”’. Przez długie lata, nawet przy okazji upamiętniania ofiar zbrodni, nie poczyniono wysiłków dla odnalezienia rodzin zamordowanych w Szymankowie, zwłaszcza inspektorów celnych. To również utrudniało wyeliminowanie pojawiających się nieścisłości. Ignacy Wasielewski urodził się 31 lipca 1893 roku w Morownicy, w wielkopolskiej gminie Śmigiel powiatu kościańskiego, jako pierwszy z ośmiorga dzieci Tomasza i Józefy z domu Kowalskiej. Dzieciństwo i młodość spędził w rodzinnej wsi pomagając ojcu w gospodarstwie. Cała rodzina dorabiała też muzykowaniem na weselach i potańcówkach, ojciec i synowie tworzyli kapelę dudziarską. W Morownicy też uczył się w niemieckiej szkole elementarnej tzw. Yolksschule, którą ukończył 1907 r. Nauka nie sprawiała mu kłopotów, perfekcyjnie opanował język niemiecki, co w przyszłości ogromnie zaważyło na jego życiu. Był zdolny, posiadał znakomitą pamięć i predyspozycje do pogłębiania wiedzy, ale trudne warunki życiowe, w jakich znajdowała się rodzina, uniemożliwiły mu kontynuowanie nauki. Henryk M. Kula, Polscy Inspektorzy Celni w Wolnym Mieście Gdańsku 1920 — 1939, Biblioteka TPG 2009. Wiesław Olszewski 115 Krótko przed wybuchem I wojny światowej, jesienią 1913 r., dostał powołanie do armii pruskiej i wcielony do 23 batalionu pionierów. Po wybuchu wojny został skierowany, tak jak wielu Wielkopolan w tamtym czasie, na front zachodni. W październiku 1914 r. brał udział w bitwie pod Mussiges. Wiosną 1915 r. został ranny w bitwie pod Sedanem - odłamek utkwił mu w okolicach oczodołu. Odłamka nie usunięto, ponieważ istniała groźba, że przy próbie usunięcia mogłoby dojść do śmierci. Wasielewski trafił najpierw do polowego szpitala w Sedanie, później był hospitalizowany w stałym szpitalu w Mainz. „Kochani rodzice najprzód Was pozdrawiam mile i serdecznie. Ja tu jest dzięki Bogu dosyć zdrowy czego i Wam życzę z całego serca. Mnie za dosyć dobrze idzie, na głowie mi się zagoiło i ręka mi też dosyć ładnie, jeno ta żyła co ci^^gnie od łokcia do dłoni to musiała dobrze dostać, bo nie mogę ręki ruszać, chyba że to jeszcze będzie inaczej. Jeszcze do Wiełkanocy będę już tu, tak nic nowego nie ma. Przesyłam moc życzeń. Ignac”.^ - pisał z tegoż szpitala do rodziców w Morownicy. Po leczeniu trafił ponownie na front, skąd 1.12.1915 r. dostał się do francuskiej niewoli. W 1917 roku, kiedy generał Haller rozpoczął formowanie we Francji polskiej armii, wstąpił w jej szeregi. Armia Hallera była armią ochotniczą powołaną z inicjatywy Romana Dmowskiego oraz kierowanego przez niego Polskiego Komitetu Narodowego, zorganizowaną na zasadzie zaciągu ochotniczego spośród polonii francuskiej, byłych polskich jeńców z armii austro-węgierskiej i niemieckiej oraz emigrantów polskich z USA i Brazylii. Przeszkolenie wojskowe Ignacy przeszedł w Bretanii, walczył z Niemcami w Wogezach i Szampanii. Po zakończeniu działań wojennych armia miała zostać zaokrętowana i wiosną 1919 r. przetransportowana drogą morską do Gdańska. Po przedłużających się pertraktacjach z Anglią i Niemcami dotyczącymi przejazdu polskiej armii przez Gdańsk, 8 kwietnia gen. Foch wydał rozkaz dotyczący porządku wyjazdu transportem kolejowym przez Niemcy. Pierwszy transport Hallerczyków przekroczył granicę Polski nocy z 19 na 20 kwietnia 1919 r. w rodzinnych stronach Ignacego. Józef Haller wysłał z Leszna Wielkopolskiego depeszę do Józefa Piłsudskiego informującą o tym fakcie. Piłsudski odpowiedział: „Przyjemnie mi było w świeżo zdobytym Wiłnie z zachodniego końca Pobki otrzymać od Generała depeszę o Jego przyjeździe do kraju. Proszę w moim imieniu wyrazić podwładnym Mu ojicerom i żołnierzom moji} radość' z przybycia ich do Ojczyzny i pewnos'ć, że, jak każdy praioy żołnierz pobki, osłonią zioycięsko zagrożone granice kraju. ” Wkrótce Armia wzięła udział w walkach o granice II Rzeczpospolitej. W maju 1919 r. pospieszyła z pomocą Lwowowi otoczonemu przez wojska ukraińskie. Następnie Hallerczycy bronili granic państwa od strony czeskiej i niemieckiej, wspierali powstańców śląskich. W październiku 1919 generałowi Hallerowi powierzono dowództwo frontu pomorskiego i zadanie przejęcia od Niemców tych ziem, majątków i infrastruktury, utworzenie administracji oraz obsadzenie nowo powstałych granic.’ Jednostki błękitnej armii wkroczyły na Pomorze 17 stycznia 1920 r. Akcja przejmowania ziem pomorskich zakończyła się symbolicznym aktem zaślubin Polski z Bałtykiem w Pucku 10 lutego 1920 r. Obejmowanie Pomorza odbywało się jednocześnie z obsadzaniem przez jednostki wojskowe polskich granic. Ignacy Wasielewski został skierowany do batalionu ^ Michał Skrzypczak, O nieznanym bohaterze z Morownicy, Centrum Kultury w Śmiglu, https://ck-smigiel.pl/index. php?lang=pl ’ https://pl.wikipedia.org/wiki/Armia_Polska_we_Francji 116 Bohaterowie stulecia: Ignacy Wasielcwski 4/1 W 4 pułku Wojskowej Straży Granicznej w Kościerzynie, zaewidencjonowany pod numerem 2156 i wraz z siedmioma innymi Poznaniakami trafił do Komisariatu w Jamnie k. Bytowa. Jamno było drogowym przejściem granicznym na trasie Gdańsk - Berlin. Służba na granicy nie należała do zadań łatwych, między Polską a Niemcami w pierwszej połowie lat dwudziestych trwała tzw. wojna celna. Granica często była nielegalnie naruszana, przerzucano towar na teren Polski. Służba była bardzo niebezpieczna, tylko w 1925 r. w wyniku użycia broni zabito ośmiu przemytników. W czasie wykonywania obowiązków służbowych zginęło trzech funkcjonariuszy, a czternastu zostało rannych. Służba celna składała się głównie z byłych wojskowych Pomorzan, Ślązaków i Wielkopolan, ponieważ ci byli obznajomieni z miejscowymi stosunkami - pochodzili z zaboru pruskiego. Ignacy poznał w Jamnie, miejscową dziewczynę, rodowitą Kaszubkę, o sześć lat młodszą od siebie Agnieszkę Pałubicką, z którą 31 lipca 1924 r. zawarł ślub. Z tego związku przyszło na świat sześcioro dzieci. Wojskowe formacje graniczne rozmieszczono na pograniczu frontalnie, wzdłuż granic, podobnie jak oddziały liniowe na froncie. Strzeżenie granicy w dzień odbywało się głównie przez obserwację linii granicznej, co wykonywały zwykłe posterunki graniczne składające się z jednego lub dwóch wartowników uzbrojonych w karabiny, rozstawionych na odległość wzroku. W nocy granicę zabezpieczano głównie systemem czat, zasadzek oraz patroli pieszych i konnych. Wartownikowi na posterunku nie wolno było zdejmować posiadanego ekwipunku, wolno mu było usiąść, jeść, pić wodę, we dnie palić papierosy, mógł wykonywać rozkazy tylko swego dowódcy. Posterunki zmieniały się co sześć godzin, żołnierze pełnili służbę dwanaście godzin na dobę. Głównymi dyspozytorniami, w których skupiały się sprawy operacyjne służby, były komisariaty i placówki graniczne. Placówka stanowiła najniższe ogniwo systemu zabezpieczenia granicy. Jej stan osobowy wynosił 8-12 strażników, w tym jeden łub dwóch przodowników, były one rozmieszczone możliwie blisko granicy. Kontrolę służby przeprowadzali kierownicy komisariatów oraz ich zastępcy. W latach 1925-1928 Ignacy ukończył podchorążówkę Straży Granicznej - Centralną Szkołę Graniczną w systemie kursowym w Górze Kalwarii koło Warszawy i został starszym przodownikiem. W drugiej połowie lat dwudziestych sytuacja na granicy uległa zaostrzeniu. Oprócz przemytu, zaczęto odnotowywać przypadki jej naruszania przez bojówki paramilitarne, ludzi zajmujących się szpiegostwem i dywersją polityczną. Fakty te budziły uzasadnione obawy u władz państwowych, co do możliwości skutecznej ochrony granic. Widziano pilną konieczność znacznego wzmocnienia granic, w związku z tym postanowiono przeprowadzić reorganizację. W dniu 22 marca 1928 r. prezydent RP Ignacy Mościcki podpisał rozporządzenie o powołanie w miejsce Straży Celnej, zorganizowanej na wzór wojskowy Straży Granicznej. W skład Korpusu Straży Granicznej weszła tylko część byłych funkcjonariuszy Straży Celnej. Na wzór wojskowy wprowadzono obowiązek składania przysięgi. W kwietniu 1928 r. Ignacy Wasielewski został żołnierzem SG i wraz z kolegami złożył przysięgę: „Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu na poioierzonym mi stanowisku pożytek państwa polskiego oraz dobro publiczne mieć zawsze przed oczyma, władzy zwierzchniej państwa polskiego wierności dochować, obowiązki swe gorliwie i sumiennie w potrzebie z narażeniem życia Wiesław Olszewski 117 wypełniać, rozkazy, polecenia przełożonych wiernie wykonywać, tajemnicy rządowej dotrzymywać, przepisów prawa strzec pilnie, wszystkich obywateli kraju w równem majcfc zachowaniu. Tak mi dopomóż Panie Boże.” Będąc człowiekiem odpowiedzialnym, honorowym i sumiennym, odważnym i zdyscyplinowanym żołnierzem przysiędze tej pozostał wierny do końca. W Straży Granicznej zrezygnowano z wystawiania wzdłuż granicy stałych posterunków, zlokalizowano je na przejściach granicznych i gospodarczych. Ochrona granic opierała się na rozbudowanym wywiadzie, teraz przestępca po upływie kilku lat po wykryciu przez wywiad SG odpowiadał za swe czyny. W celu zapewnienia stałej łączności w terenie oraz czuwania nad bezpieczeństwem w biurach wszystkich komend SG utworzono stałe dyżury. Do dyżurnego należało czuwanie przy telefonie, przyjmowanie i nadawanie telefonogra-mów, obserwacja sygnałów nadawanych z granicy przez elementy służb, ogłaszanie alarmu, nadzór nad osobami zatrzymanymi. Takie m.in. zadania wykonywał Ignacy. Służba rozpoczynała i kończyła się w biurze placówki, które było dostępne o każdej porze dnia i nocy, czas służby żołnierzy SG nie podlegał żadnym ograniczeniom, jeśli zaistniała potrzeba, służbę należało pełnić 24 godziny bez przerwy lub dłużej. Straż Graniczna była zawodową formacją graniczną. Aby zapewnić sobie stały nabór a także zrekompensować trudy służby, poprawiano warunki materialno-bytowe strażników. Oprócz podstawowego uposażenia, które dorównywało wówczas uposażeniu policji (a to należało do najwyższych wśród grup zawodowych ), strażnicy dostawali dodatek graniczny w wysokości czwartej części pensji podstawowej, za roczną służbę na granicy zaliczano do wysługi emerytalnej szesnaście miesięcy, mieli też ulgę 80% na przejazdy PKP. W związku z poprawą sytuacji materialnej Ignacy postanowił rozpocząć budowę własnego domu, blisko rodzinnego gniazda. I tak w latach 30-tych w Lesznie przy ul. Św. Józefa stanął budynek, w którym po przejściu na emeryturę zamierzał się osiedlić na stałe. Niestety, nigdy nie było mu dane zrealizować swoich planów. Dzisiaj w tym domu zamieszkuje jego wnuczka. Mimo służby z dala od stron rodzinnych Ignacy nie zerwał kontaktów z tamtejszą społecznością. W związku z budową domu w pobliskim Lesznie, często odwiedzał rodzinne strony. Należał do Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej w Morownicy. Był też członkiem Towarzystwa Byłych Wojaków i Związku Hallerczyków, który przeciwstawiał się proniemieckiej polityce i piętnował zapędy rewizjonistyczne Niemców wobec Pomorza i Śląska. Pod koniec 1937 r., w wyniku zaostrzającej się sytuacji politycznej, nadano SG charakter bardziej wojskowy. Podporządkowano jej oddziały władzom wojskowym, zmieniono nazwy stopni na wojskowe i tak Ignacy został starszym sierżantem. Czynnikiem decydującym o bezpieczeństwie w procesie ochrony granic była dobrze ułożona współpraca z ludnością pogranicza. W miarę możliwości placówki niosły pomoc mieszkańcom, organizowały życie kulturalne w środowiskach wiejskich. Orkiestry jednostek granicznych uświetniały wiele uroczystości (członkiem jednej z nich był Ignacy), amatorskie zespoły teatralne SG dawały spektakle na wsiach, udostępniano ludności świetlice i biblioteki'*. Oficerowie SG zajmowali się organizacją harcerstwa. Przysposobienia Wojskowego, Związku Strzeleckiego, Związku Rezerwistów i innych - wszystko po to, aby pozyskać przychylność ludności. * Henryk M. Kula, Gdańska dziura celna 1920 - 1939, Wydawnictwo DJ, Gdańsk 1999. 118 Bohaterowie stulecia: Ignacy Wasielewski Negatywnie do oddziałów SG odnosiła się ludność niemiecka, zwłaszcza młodzież, która była wychowywana w duchu antypolskim. Wszystkie formacje graniczne obowiązane były do współpracy z komórkami wojskowej służby wywiadowczej. Oddziały graniczne zwracały baczną uwagę na wszystko, co działo się po drugiej stronie granicy, zwłaszcza na to, co mogło zdradzić przygotowania do zbrojnego najazdu.^ Wiosną 1939 r., w związku z groźbą nadchodzącej wojny, przystąpiono do wzmacniania wszystkich Komisariatów SG. Ignacy Wasielewski miał w tym roku przejść na przysługującą mu emeryturę, ale ze względu na jego doświadczenie wojskowe odmówiono mu. Z dniem 1 sierpnia, na rozkaz komendanta generała Waleriana Czumy, wszystkie rodziny zamieszkujące placówkach SG musiały opuścić granicę. Ignacy wysłał żonę w ciąży z pięciorgiem dzieci do rodzinnej Morownicy. W tym trudnym czasie, w tajemnicy przed najbliższymi, zgłasza się na ochotnika do służby celnej na terenie Wolnego Miasta Gdańska. Awansuje do stopnia plutonowego podchorążego i zostaje mianowany polskim oficerem celnym, otrzymując skierowanie do placówki oficerskiej w Szymankowie. Zostaje zakwaterowany na pierwszym piętrze dworca PKP, w którym mieściła się polska placówka celna kontrolująca ruch kolejowy na trasie Berlin - Królewiec. Zgodnie z postawionym rozkazem, zadaniem placówek w Kałdowie i Szymankowie było współdziałanie z 2 Batalionem Strzelców WP chroniącym tczewskich mostów na Wiśle, zwłaszcza ostrzeganie w przypadku pojawienia się zagrożenia od strony Malborka. W ostatnich miesiącach i tygodniach przed wybuchem wojny odnotowywano coraz liczniejsze przypadki prowokacji i działań dywersyjnych, które szczególnie przybrały na sile na terenie Wolnego Miasta. Tu funkcjonariusze byli szczególnie prześladowani, placówki inspektorów celnych były podpalane, wybijano okna, funkcjonariuszy atakowano kamieniami, policja gdańska dopuszczała się aresztowań polskich inspektorów celnych pod zarzutem szpiegostwa bądź najróżniejszymi pretekstami. W stosunku do nich dopuszczano się także wielu innych szykan, toteż niektórzy z nich nie wytrzymywali psychicznie. Na ich miejsce kierowano nowych, bardziej odpornych ochotników z granicy polsko-niemieckiej lub uzupełniano młodymi, pełnymi zapału podchorążymi z Centralnej Szkoły Granicznej w Rawie Ruskiej, przeniesionej tam z Góry Kalwarii.^ Z chwilą ogłoszenia powszechnej mobilizacji - 30 sierpnia - inspektorzy celni, wywodzący się ze Straży Granicznej, stali się z mocy prawa żołnierzami i zaczęli posługiwać się stopniami wojskowymi. Już 12 sierpnia 1939 roku przybył do Szymankowa pododdział SS-Heimwehr Danzig zakwaterowany w szkole naprzeciw dworca PKP. Patrole w bojowym rynsztunku obsadziły mosty, wiadukty i wszystkie ważniejsze obiekty kolejowe i drogowe. Były to jawne już przygotowania do akcji „Post” (Posterunek) mającej na celu zajęcie z zaskoczenia mostów tczewskich. Misternie przygotowany pod egidą gdańskiej Abwehry plan zakładał niespodziewane zajęcie mostów i dworca w Tczewie przez znaczne siły saperów wzmocnione pociągiem pancernym. Działania wspierać miała specjalnie wyszkolona kompania miejscowych SA-menów. Całością dowodził płk. Gerhard Freiherr von Medem, dowódca saperów ’ Alojzy Męclewski, Celnicy Wolnego Miasta, Wydawnictwo MON, Warszawa 1971. * Henryk M. Kula, Polscy Inspektorzy Celni w Wolnym Mieście Gdańsku 1920 - 1939, Biblioteka TPG 2009. Wiesław Olszewski 119 Z Królewca. Gotowość do ataku na polskie placówki w Kałdowie, Szymankowie i Lisewie szturmowcy grupy SA-Sturmhauptfuhrera Kriewalda osiągnęli już wieczorem 31 sierpnia, obiekty zostały otoczone.^ Widząc to Wasielewski, doświadczony pogranicznik, powiedział do towarzyszącego mu kolejarza J^dusimy chyba spociziewać się bardzo ciężkich chioil, panie Okroy”.^ W sytuacji bezpośredniego zagrożenia inspektorzy na służbie zmieniali się co dwie godziny. Inspektor - plutonowy SG Ignacy Wasielewski rozpoczął o północy 1 września, o godzinie drugiej udał się na spoczynek, w gotowości, w ubraniu. Po niedługim czasie, tak jak i innych, z drzemki wybudziły go strzały. Jak się później okazało od nich zginął kierowca placówki plutonowy SG Eugeniusz Jarszyński, który wyszedł na zewnątrz zaniepokojony o bezpieczeństwo samochodu. Tej nocy nikt już nie zasnął. Około godziny czwartej nad ranem w słuchawce telefonu zawiadowcy stacji usłyszeli głos z Kałdowa: uważajcie, poci^fg pancerny, minifł nas poci/fgpancerny! W tym momencie łączność telefoniczna została przerwana. Udało się jeszcze powiadomić Tczew, że zamiast planowego, tranzytowego pociągu 963, zbliża się pociąg pancerny. W momencie zbliżania się transportów wojskowych na stacji pojawili się, z bronią gotową do strzału, szturmowcy pod dowództwem miejscowego żandarma Hermanna Gróninga. Na widok zbliżającego zestawu pancernego, komendant placówki, inspektor Stanisław Szarek, wychylając się z okna na piętrze, oddał strzał z rakietnicy - umówiony znak dla saperów z przyczółka tczewskiego. Na hałas wystrzału rakiety nałożył się z huk wystrzału z peronu - śmiertelny pocisk dosięgnął bohaterskiego inspektora. W tym momencie kilku SA-menów rzuciło się schodami do pomieszczeń celników, wywarzając drzwi oddali zabójcze serie do znajdujących się tam inspektorów: kaprala SG Jana Michalaka i plutonowego SG Ignacego Wasielewskiego. Stał się on w ten sposób jedną z pierwszych ofiar II wojny światowej. Po zabójstwie inspektorów celnych oprawcy przystąpili do rzezi polskich kolejarzy zatrudnionych na stacji w Szymankowie. Zamordowano łącznie 21 osób. W godzinach popołudniowych zwłoki pomordowanych przewieziono i zrzucono do zbiorowej mogiły na skraju wsi. W miejscu pochówku ustawiono potem tablicę ze znamiennym napisem: „Hier Liegt Polnische Minderheit" („ Tu leży polska mniejszość narodowa”). Przez następne lata w tym miejscu funkcjonowało śmietnisko. W dniach 23 i 24 kwietnia 1947 r. dokonano ekshumacji mogiły, wydobyto 20 zwłok. Szczątków plutonowego SG Eugeniusza Jarszyńskiego nigdy nie odnaleziono. O ekshumacji powiadomiono Agnieszkę Wasielewską, żonę zmordowanego. Problemy komunikacyjne sprawiły jednak, że spóźniła się i nie miała możliwości identyfikacji zwłok męża. 12 maja 1947 roku szczątki uroczyście złożono na Cmentarz Zasłużonych na gdańskiej Zaspie. Ignacy Wasielewski ma tam swój symboliczny nagrobek. *** Do zadań placówki w Szymankowie należało pilnowanie węzłów kolejowych (do Szymankowa kursowała, jak w Śmiglu kolejka - Żuławska Kolej Wąskotorowa) i przesyłanie informacji o wszystkich nietypowych zajściach do II Batalionu Strzelców stacjonującego Wiesław Olszewski, Nowy Dwór Gdański i Żuławy w III Rzeszy Niemieckiej w świetle przekazów, „Prowincja”, nr 3 (33)/2018, S.77. ’ Alojzy Męclewski, Celnicy Wolnego Miasta, Wydawnictwo MON, Warszawa 1971. 120 Bohaterowie stulecia: Ignacy Wasielewski W Tczewie, który w razie konieczności miał wysadzić mosty na Wiśle, blokując tym samym wkroczenie najeźdźcy do Polski, a także w ostateczności uniemożliwić przerzucanie wojsk niemieckich z Rzeszy do Prus i zapobiec oskrzydleniu wojsk polskich silnym atakiem od północy. Dowództwo hitlerowskie przywiązywało ogromną wagę do szybkiego uchwycenia przez zaskoczenie nie uszkodzonych mostów na Wiśle. Do opanowania mostów tczewskich wydzielono grupę uderzeniową Wehrmachtu płk. Medema. Akcję tą miało wspierać lotnictwo, którego zadaniem było zniszczenie bombami przewodów łączących zapalarkę z założonymi pod filarami mostów ładunkami wybuchowymi. Polacy już w marcu 1939 r. podminowali te mosty ze względu na ich ogromne znaczenie strategiczne. Plan się nie udał, gdyż pociąg, przejeżdżając przez Kałdowo około godziny 4.00, wydał się podejrzany polskiej placówce celnej, która przekazała sygnał do Szymankowa. W tym czasie w Szymankowie w budynku dworcowym od dwóch godzin panował ożywiony ruch. Otóż o godzinie 2.00, gdy Ignacy zakończył swój dyżur, który pełnił od godziny 24.00, i szykował się do spania, nagle obudził się jego kolega, z którym wspólnie dzielił pokój -kierowca placówki Eugeniusz Jarszyński. Niespokojny podszedł do okna i w ciemnościach zauważył kręcących się przy samochodzie ludzi. Placówka celna w Szymankowie dysponowała samochodem, przy pomocy którego dostarczano do wszystkich polskich placówek celnych rozmieszczonych wzdłuż granicy Wolnego Miasta Gdańsk z Prusami (wzdłuż Nogatu) artykuły codziennego użytku, gdyż Niemcy Polakom odmawiali sprzedaży czegokolwiek. Z uwagi na brak garażu samochód parkował przed szymankowskim dworcem PKP. Jarszyński zdenerwował się, wziął broń i wybiegł. Po niecałym kwadransie padły trzy strzały. Wszyscy celnicy poderwali się z łóżek, spoglądając na puste łóżko Jaroszyńskiego, postanowili go szukać, ale dowódca Szarek ze względów bezpieczeństwa zakazał im tego. W tym czasie Szymankowo było już otoczone ze wszystkich stron przez różnego rodzaju gdańskie oddziały paramilitarne - SS, SA, Heimwera. Eugeniusz Jaroszyński był pierwszą ofiarą II wojny światowej - zginął około godziny 2.00. Wobec zaistniałej sytuacji nikt już nie spał. Dowódca Szarek zszedł na parter do biura dyżurnego ruchu Alfonsa Unrowskiego. Około godziny 4.00 odebrano niepokojący, przerwany telefon z Kałdowa, niepokój podsycał fakt, że dwa wysłane do Malborka parowozy dawno już powinny wrócić. Szarek polecił Kamińskiemu i Runowskiemu bacznie obserwować tor z kierunku Malborka z parteru, sam zaś poszedł na piętro, aby z okna korytarza lustrować torowisko. Około godziny 4.15 zauważyli światła pociągu nadjeżdżającego od strony Malborka. Kiedy pociąg zbliżył się do stacji, Szarek z piętra zauważył w nim niemieckich żołnierzy. W tym samym czasie do biura dyżurnego ruchu Runow-skiego wtargnęli SA-mani z pobliskiego posterunku Heimwery, aresztowali Runowskie-go i Kamińskiego. Kiedy zorientowali się, że na korytarzu piętra jest Szarek, zaczęli biec ku niemu. Szarek ile sił w nogach rzucił się do ucieczki, dopadł do pokoju inspektorów, w którym w tym czasie był tylko Ignacy Wasilewski. Zabarykadowali się, otworzyli okno i wystrzelili przez nie rakietę. Tę na przyczółku mostu w Tczewie zobaczył por. Faterkowski i polecił niezwłocznie żołnierzom przygotować most do wysadzenia. Rakietę dostrzegł też zawiadowca stacji Szymankowo Paweł Szczeciński, który pobiegł do nastawni i przestawił zwrotnicę, kierując pociąg z Niemcami na ślepy tor. Wiesław Olszewski 121 W ten sposób powstało, niemożliwe do przewidzenia dla hitlerowców, półgodzinne opóźnienie, które saperom dało wystarczająco dużo czasu na wysadzenie mostów w Tczewie. Ignacy, prawdopodobnie razem z Szarkiem, zdążyli też nadać za pomocą aparatu Morse’a zakamuflowaną wiadomość o przejściu Noga-tu przez Wehrmacht - Die Gaste komme uber die brucken, którą odczytano na Westerplatte. O tym epizodzie jest mowa w filmie „Gdańsk 1939 ”, który uchodzi za paradokument. Wystrzelenie rakiety wprawiło hitlerowców we wściekłość. Kiedy wyważyli drzwi do pokoju celników, Ignacemu Szczepańskiemu wpakowali w klatkę piersiową całą serię z karabinu maszynowego , natomiast Szarkowi odcięli pociskami nogę w biodrze. Ignacy Wasielewski i Stanisław Szarek byli na- Ignacy Wasielewski na granicy, fot. https://ck-smigiel.pl stępnymi ofiarami rozpoczynającej się wojny. Po tej masakrze hitlerowcy urządzili na stacji polowanie na pozostałych przy życiu celników i kolejarzy. Zabijano ich, gdzie popadnie - w miejscach pracy, przy nastawni, w budynku dworca, w mieszkaniach, nie oszczędzono nawet 22-letniej, będącej w czwartym miesiącu ciąży Heleny Lessnau, strzelano także do jej męża 25-letniego Alfonsa Lessnaua. Padł on otrzymawszy dwa pociski i udał nieżywego, po wojnie był świadkiem tej zbrodni. Tego ranka w Szymankowie w bestialski sposób zabito 21 osób, w tym 6 celników, 13 kolejarzy i 2 kobiety. Mordu dokonali miejscowi Niemcy, którzy dobrze znali swe ofiary. Prowodyrem był policjant wachmistrz Herman Groning, a także zawiadowca odcinka drogowego kolejarz Polenzais, kierownik urzędu pocztowego Schott, torowy Engler, sołtys Fath, listonosz Nast, esesman Schonke i polski renegat, zdrajca Jan Dąbrowski. Był to akt zemsty za ostrzeżenie Tczewa o zbliżającym się pociągu z wojskiem i skierowanie go na ślepy tor. Zginęli, ponieważ udaremnili błyskawiczny i niespodziewany atak, który miał doprowadzić do opanowania mostów na Wiśle oraz dworca w Tczewie. Gdyby nie ich bohaterska postawa, kampania wrześniowa trwałaby o wiele krócej. Ciała zamordowanych niemieccy kolejarze ułożyli wieczorem w głębokim rowie, przysypali piaskiem i postawili tablicę z napisem „Tu leży polska mniejszość narodowa”. Na mogile Niemcy urządzili śmietnik. W 1945 r. miejscowi kolejarze zabezpieczyli mogiłę, uprzątnęli i ogrodzili to miejsce. 23 kwietnia 1947 r. z inicjatywy władz Północnej Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych w Gdańsku przeprowadzono ekshumację pomordowanych i 12 maja 1947 r. ich szczątki przeniesiono na Cmentarz Bohaterów w Gdańsku-Zaspie. W Szymankowie w miejscu, gdzie zostali początkowo pochowani kolejarze i celnicy, ich koledzy wystawili pamiątkowy obelisk, a później kaplicę. Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW PIRENEJE I NOWOSIELSKI 8 maja 2019 Dzień rozpoczął się perypatetycznym filozofowaniem. U podnóża Pirenejów, brzegiem polodowcowego jeziora, na pograniczu oksytańsko-katalońskim, razem ze Sławko Hry-cakiem przechadzamy się w rytmie flńneur, dialogując o ideach, które wypełnią wspólnie przez nas przygotowywane sympozjony, książki, szkoły letnie. Nie mało razem przewędro- Krzysztof Czyżewski 123 waliśmy. Obaj czujemy, że na tym spacerze się nie skończy, że oczy - co chwila uciekające w kierunku ośnieżonych szczytów - pociągną nas za sobą. Pozostawiamy w dole Lourdes i dolinę rzeki Gava. Poprzedniego wieczora, każdy z nas w swoim języku, włączyliśmy się w odmawianie różańca przy grocie Starej Skały, otoczeni osobami na wózkach i innymi pątnikami po fizyczne i duchowe uzdrowienie. Mroźny wiatr z deszczem nie ustawał do nocy, ale przed snem napiliśmy się dobrego grzanego wina, którego nie żałowały nam siostry z tutejszej cerkwi greckokatolickiej. Teraz mamy przed sobą tylko góry. Tam, gdzie się wspinamy, lawina zasypała turystyczne szlaki, więc jesteśmy zupełnie sami. Jedynie lama odłączyła się od stada w dole, by się z nami przywitać. Pozostawiamy za sobą ułożone z kamienia i wznoszące się niewysoko nad ziemię domy, przy których pasą się stada owiec. Mijamy zabite deskami bacówki, kołysane wiatrem puste krzesełka wyciągów nad przepaściami, stada kruków. Płoszymy świstaki. Rozmawiamy. Simone Weil jako tradycja. Praca nad poczuciem się w świecie u siebie, mimo wszystko. Którzy czują się wrzuceni w świat obcy i wrogi, będą skłonni do ucieczki z niego. Przyjąć go jakim jest, to potrafi tylko miłość. Przyjąć również jego zło? Tak, ale „z wyłączeniem tej jego porcji, której możemy i mamy obowiązek zapobiec”. Zapory lawinowe, z rana ledwie widoczne i - zdawałoby się - niedosiężne, teraz pozostawiamy za sobą, malejące w czarne, poziome kreski, niby zmarszczki na śnieżnych szyjach gór. Na jakiś czas, zataczając nad nami kręgi, ptak przypominający sokoła bierze przestrzeń w posiadanie, ale i on w końcu znika. Zamiera rozmowa. Kończą się słowa. Mową wiatru staje się cisza. Zaczynamy iść osobno, chwilami tracąc siebie z oczu. Trudno powiedzieć na jak długo, bo czas zmienia swój bieg. Naszą bliskością staje się oddalenie. Wszystkim zawłada światło. Nawet góry są mu poddane, jak glina garncarzowi. Prawie się nie ruszamy, zamieniając się w patrzenie, a wokół nas światło stwarza ciągle nowe obrazy. Nic się nie powtarza, nic nie trwa takie samo, a jednocześnie wszystko zdaje się wahać na progu wiecz- 124 Notatki słów i obrazów ności. Otwierają się okna. Przestwór nagle staje się pełen pootwieranych okien, a świat widziany przez szyby, niby ten sam, teraz napełnia się światłem o innej intensywności. I nic się nie powtarza, i nic nie trwa takie samo... Wieczorem odnajduję się w cerkwi Zaśnięcia. Rozpoczynam nocną medytację w Jej obecności. Kładąc tutaj polichromię, Jerzy Nowosielski dał Jej miejsce w centrum kosmosu i uczynił wszechobejmującą. Sofia, Theotokos, Orantka... W świetle dnia zdaje się czarna, w woalce powagi i niedostępnej tajemnicy. Nocą płonie, świetlista, oddana miłości, wzrokiem kierująca patrzących na nią w stronę nieoczywistego, niepojętego. Co czynić z tą porcją zła, której możemy zapobiec? Potrzebuję wyraźnego zaznaczenia na mapie życia punktu przeciwległego do bieguna upadku, w którym się pogrążamy. Samode-gradujące się religie, wyeksploatowane do granic wytrzymałości żądzą zysku, konsumpcji i władzy środowiska naturalne i ludzkie... Prawdziwie rozumny człowiek nigdy by tak nie postąpił - mówią jedni. Człowiek prawdziwie wierzący nie mógłby tego uczynić - słyszę od drugich. Wiem, że mój punkt jest gdzieś tutaj, między kręgiem cierpiących, szukających miłości ludzi, a światłem gór, po które trzeba się wspinać wysoko, by potem je przenosić przez ciemność kryjącą ziemię, ku dolinom, w dzień powszedni. Spojrzenie katakumbowej Orantki, którą Nowosielski namalował tak, jak usypuje się mandalę, biegnie po kole -niepojęte budzi się w powszednim i do niego powraca. Żyjący w tych okolicach niegdyś katarzy, odmawiając „Pater noster”, mówili: „chleba naszego nadprzyrodzonego daj nam dzisiaj...” Nie znam bardziej radykalnej odmowy światu duchowej hipokryzji. Czy to nie Nowosielski powiedział, że zasadniczym pytaniem nie jest: „Unde malum?”, lecz: „Skąd dobro w infernalnym świecie?”. MAMA 26 maja 2019 rok Krzysztof Czyżewski 125 Pamięć sięga chłopca, może trzyletniego. Nie tyle widziałem, ile zanurzałem się w łące jak w rzece, której nurt podejmuje za kolana. To była moja ziemia obiecana, gdzie mama nie bała się wypuszczać mnie z dłoni, a je nie bałem się przewrócić, poturlać i znowu polecieć. Odurzony zapachem macierzanki i rojem wibrujących dźwięków os, świerszczy i żab, z anielsko kwaśnym smakiem rozściskanych na języku liści szczawiu, w pogoni za motylem, który widziany pod słońce uwodził do przejścia na drugą stronę, draśnięty źdźbłami turzycy, pokłuty ostami, poparzony pokrzywami... Szczęśliwy, szczęśliwy, szczęśliwy. Z piskiem radości rzucałem się w objęcia mamy, a ona przewracała się ze mną, i turlaliśmy się, mocno objęci, zroszeni mchami, zanoszący się śmiechem z trzewi duszy, jeszcze niczym nie oddzielonej od świata, nie rozciętej żadną granicą różnicy. Jej twarz przykrywała mnie cieniem, nieboskłonna, bez makijażu, muskana wypuszczonymi na wolność włosami, które dopiero po zachodzie słońca zacznie upinać wsuwkami trzymanymi po kilka w ustach, rozwichrzona uśmiechem, z oczami mokrymi od miłości. Na dnie jej oczu - widziałem to już wtedy - skrywała się niby jasny kamyk w toni jeziora siwa staruszka, której śmierć się nie ima. Życie całe upłynie mi na szukaniu tego światła w innych kobietach. I uciekałem jej, pędząc przed siebie co tchu. Ścieżka pod stopami sprężynowała, płoszyły się skowronki i chwila lotu, do którego zrywałem się trzepocząc rękami, trwała wieczność całą. W gęstwinie olbrzymich łopianów i paproci nie mogłem dostrzec stawu, ale wiedziałem, że tam jest groźna zona, do której nie wolno mi się zbliżać i że to dlatego mama cały czas jest po mojej lewej stronie. Aż dobiegaliśmy do mokradeł usianych niezapominajkami, za którymi płynął strumień, zdający mi się rzeką nie do przebycia. - Nie bój się - mówiła mama. A potem stawałem na pierwszy kamień ułożony przez nią na brzegu. - Dasz radę przeskoczyć na drugi? - pytała, wyciągając ku mnie rękę. Ale ja chciałem samemu, choć ze strachu uginały mi się kolana. Kolejny kamień był w wodzie. Stałem pośrodku strumienia, nie wierząc, że tak daleko zaszedłem, bez szansy powrotu, wpatrzony w mamę na drugim brzegu, która powtarzała: - Nie oglądaj się za siebie. 126 Notatki słów i obrazów I Wtedy trzeba było przełamać lęk, musnąć kolejne kamienie jak w tańcu, myk-myk, zatrzymać oddech i na nitce zawiesić serce, które dopiero w ramionach mamy zaczynało bić jak młotem. - Zbudowaliśmy most - mówiła obejmując mnie mocno. - Powtórz: most. VEISAITE 30 maja 2019 rok W Sejnach i Krasnogrudzie święto. Jest z nami Irena Yeisaite, która jutro w Białej Synagodze zostanie uhonorowana tytułem Człowieka Pogranicza. Przed nią byli Jerzy Ficowski, Tomas Venclova, Arvo Part, Bohdan Osadczuk i Claudio Magris. W Polsce nie jest tak znana jak Tomas Venclova, ale to on napisał o niej kiedyś, że jest jedną z najświatlejszych osób w Litwie, będącą uosobieniem tolerancji i zdrowego rozsądku. Jej uczeń, znakomity reżyser teatralny Gintaras Yarnas, docenia w niej wielką nauczycielkę, która pomogła wykształcić całe pokolenie „homo europaeus”. Po raz pierwszy przyjechała do Pogranicza na „Dialogi o tolerancji”. Był początek lat 90., listopad. Kończyliśmy cały miesiąc wydarzeń pod nazwą „Spotkanie Innego” dwudniową debatą w Białej Synagodze. Tego roku, obok pisarzy, filozofów i społecznych aktywistów z Europy, zaprosiliśmy do udziału młodzież ze szkół średnich Suwalszczyzny, a dokładnie tych, którzy napisali najciekawsze prace o tolerancji w konkursie, który zorganizowaliśmy wspólnie z nauczycielami. Na ustawionej w kręgu sejneńskiej agorze uczniowie mieli swój własny „sektor”, ale na poważnie do dyskusji włączyli się dopiero drugiego dnia, kiedy to jeden z nich wstał i przemówił inaczej niż wszyscy dotąd. Powiedział, że napisał pracę konkursową o tym, jak dobrze przebiega współpraca polsko-litewska przez nowo otwartą granicę, bo sądził, że za to właśnie otrzyma nagrodę. W rzeczywistości jednak - ciągnął dalej - to wszystko jest fikcją, a on sam nienawidzi Litwinów, a najbardziej nacjonalistów litewskich, którzy zabili mu dziadka... Zapanowała konsternacja, goście z Litwy zbierali się do wyjścia. I wtedy do akcji wkroczyła Irena. Przekonała wszystkich do pozostania i kontynuowania rozmowy, podziękowała młodzieńcowi za odwagę i szczerość, podkreśliła, że dobrze go rozumie, opowiedziała mu o swoim wychowaniu w przedwojennym Kownie w duchu litewskiego patriotyzmu, co oznaczało między innymi niechęć, jeśli nie wrogość do Polaków, którzy dokonali aneksji Wilna; a potem mówiła o ostatnich słowach, które usłyszała od umierającej w noc Zagłady matki: wystrzegaj się nienawiści. Rozpoczęła się prawdziwa, trwająca blisko trzy godziny rozmowa. Na pożegnanie wielu wymieniło uścisk Krzysztof Czyżewski 127 dłoni z tym młodym człowiekiem, który może po raz pierwszy przed sobą, a na pewno pu-błicznie wypowiedział to, co drzemało pod skórą tego pogranicza, i który na koniec objął się mocno i serdecznie z Ireną. Często potem myślałem o podobnych jemu młodych ludziach, z którymi nikt nie chciał na poważnie rozmawiać, pozostawiając ich samych, a poprzez to oddając ich często w ręce tych, którzy potrafią odziedziczone rodzinnie bądź środowiskowo uprzedzenia zradykali-zować. Dostaliśmy wtedy ważną lekcję od człowieka pogranicza. Irena stworzyła sytuację, w której coś bardzo ważnego nas połączyło, niezależnie od tego jak bardzo różniliśmy się od siebie w poglądach na podnoszone w rozmowie sprawy. Nikt nie wyrzekł się tego dnia swoich przekonań, nikt nie przeszedł z jednej strony na drugą, a jednak pojawiło się coś ponad podziałami, coś jak wspólna myśl odnosząca do dobra, które ze swej istoty nie dzieli ludzi, tylko jest dzielone razem. Trzeba było tego doświadczyć, by właściwie zrozumieć litewskie słowo, często przez Irenę powtarzane, które nie ma chyba polskiego odpowiednika - „bedraminćiai”. Moglibyśmy powiedzieć „współmyślący”, ale z tym zastrzeżeniem, że nie chodzi o krąg ludzi myślących tak samo, tylko o zestrzelenie się myśli różnych ludzi w jedną wspólną, możliwe przez przekroczenie ograniczeń wynikających z posiadania własnych poglądów na poszczególne sprawy. FERIDA 5 czerwca 2019 rok „Sree tamę. Serce ciemności” to dwujęzyczny tom poezji Feridy Duraković w przekładzie Magdaleny Koch. Tytuł zaczerpnięty został z książki wydanej w 1994 roku, ale do wierszy pisanych w oblężonym Sarajewie, dodane zostały również późniejsze, aż po tom z 2018 roku „Jak deszcz w japońskich filmach”. Miłośniczka Miłosza, którego czytała m.in. w przekładach swojej przyjaciółki Mariny Trumić (tom „Druga przestrzeń”), w tych dniach gość Festiwalu Miłosza w Krakowie. Któż jak nie ona lepiej rozumie słowa autora wiersza „Sarajewo” napisane w 1993 roku: „To teraz potrzebna byłaby rewolucja, ale zimni są, którzy / kiedyś byli gorący. / Kiedy zabijany i gwałcony kraj wzywa pomocy Europy, / w którą uwierzył, oni ziewają.” Ferida pozostała wierna Sarajewu, mimo wszystko. Podczas wojny na namowy bliskich do wyjazdu niezmiennie odpowiadała: „nie”. Zranione miasto stało się jej ojczyzną. Oblężenie było czasem, w którym pisanie poezji zdawało się tracić jakikolwiek sens. Książkami opalano podziurawione pociskami i wystawione na snajperskie oko domy, aby przeżyć zimę. Miasto przysypane było pyłem ponad półtora miliona palących się książek oraz tysięcy in- 128 Notatki słów i obrazów kunabułów i manuskryptów ze zbombardowanej w 1992 roku Yijećnicy, od 1949 roku Narodowej i Uniwersyteckiej Biblioteki. Zycie „w ogrodzie języka / pod dachem książki” (Josip Osti) zdawało się należeć wyłącznie do przeszłości. Nie ma jednak takiej siły, która mogłaby oderwać zaślubionych słowu od pisania. W tamtych latach wydaliśmy w Sejnach -podobnie jak miało to miejsce w Belgradzie, Lublanie i Zagrzebiu - osiem książeczek w serii „Biblioteka Pisarzy Sarajewa”, a wśród nich tomik Feridy w tłumaczeniu Magdy Szmyt „Przeprowadzka z pięknego kraju, w którym umierają róże”. Zaraz potem, w 1996 roku opublikowaliśmy „Lament nad Sarajewem”, przygotowany i przetłumaczony przez Juliana Kornhausera wybór wierszy siedmiu poetek i poetów z Bośni, w tym także Feridy. Wśród autorów tych publikacji byli także Ivan Kordić, Josip Osti, Izet Sarajlić, Goran Simić, Yalerija Skrinjar-Tvrz, Stevan Tontić i Marina Trumić. Julian dodał jeszcze, znakomicie korespondujące z całością, pisane przed wojną wiersze Andjelka Yuleticia. Prawie wszystkich z nich spotykałem w czasie i po wojnie w siedzibie PEN-Clubu Bośni i Hercegowiny, któremu od początku jego istnienia w 1992 roku szefowała Ferida. Cóż za niezwykłe było to miejsce - prawdziwa „republique des lettres”, w której, na przekór szaleństwu świata dokoła, nie obowiązywały nowo wyrysowywane granice etnicznych podziałów, nie przyjmowały się nienawiść i pragnienie zemsty, a nacjonalizm i religijny fundamentalizm uchodziły za oznaki choroby. To właśnie tu i dzięki Feridzie zaraz po wojnie znalazłem miejsce dla wystawy o paryskiej „Kulturze”, którą otwieraliśmy wspólnie z Bohdanem Osadczukiem, Jerzym Pomianowskim i Juozasem Tumelisem, jednym z liderów litewskiego Sajudisu. Penklubowy duch Sarajewa pozwala lepiej zrozumieć świat Feridy Duraković, choćby ten otwierający „Serce ciemności”, jedyny w swoim rodzaju poetycki dialog, który prowadziła z Mariną Trumić. W odpowiedzi na prośbę przyjaciółki o to, by wpuściła ją do swojego wiersza, pisze do niej list, w którym z jednej strony ciętym sarkazmem piętnuje absurdy życia za płotkiem i w zagródce „etnicznego rezerwatu”, gdzie „powinny przebywać tylko moje jednorodne / koleżanki z podwórka”; a jednocześnie udziela jej, tej z obcego etnosu, gościny w swoim „niefundmentalnym” sercu; Skoro mój wiersz, zgodnie z państwową, prawomocną decyzją nie pozwala mi bym cię doń wstawiła -gdyż nie pytałam ani Partii ani Ugrupowania ani Stowarzyszenia ani Cechu, cóż innego mi pozostaje niż umieścić cię w moim przeludnionym sercu? A jak ci tam będzie -nie wiem, nie dbam o to. Nie mam innej przestrzeni. Mam wszystkiego dość. Ja sama, a was tyle się pcha do mojego serca! Krzysztof Czyżewski 129 Umówcie się w końcu między sobą, ty i wszyscy moi Inni; Albo się zbuntujcie i żyjcie w tym kraju po ludzku, albo zgódźcie się na moje przeludnione serce! Byśmy w każdym razie wszyscy Zaczęli żyć Tam Gdzie Trzeba: Pod szerokim bezkresnym Niebem. HUCULI 17 czerwca 2019 rok „Wirju w syłu ducha.” Najpierw były te słowa zapisane prze Iwana Frankę; potem Stanisław Vincenz kazał je wyryć na tablicy pomnika, który postawił poecie w 1936 roku w starym sadzie swojej posiadłości w Słobodzie Rungurskiej; potem chciał, aby te słowa, jedyne przychodzące mu do serca, wyryto w alpejskim kamieniu i ustawiono w La Combę, z czego zwierzał się swojej żonie Irenie; potem w 2010 roku Towarzystwa Karpackie i Huculszczy-zna umieściły słowa Franki na kamieniu u stóp krzyża postawionego w miejscu domu Vin-cenzów w Bystrzecu; a teraz przychodzą do mnie, gdy powracam do spotkań z Hucułami. Huculski dom zbudowany w Dzembroni w 1953 roku. „Na cześć śmierci Stalina” - z zawadiackim uśmiechem mówi pani Marijka Iljuk. Jej ojciec, inaczej niż większość sąsiadów, uniknął Gułagu. W ostatniej chwili ostrzeżony przed łapanką NKWD, ukrywał się w okolicy, pięć lat. Wrócił i dom tak pobudował, by od Sowietów się odwrócić. Sowieci to nie był nowy świat, to był koniec świata. Hucułom - tym karpackim Grekom, którzy z Wenecji 130 Notatki słów i obrazów sprowadzali brokaty i srebrne monety, by dopełnić olśniewających zdobień kobiecych zgard i siejników, którzy ponad wszystko cenili wolność i wysublimowane piękno; tym ludziom pogranicznym a zbójeckim dla urzędów (tak się wykłada słowiańskie kochul i rumuńskie hu-ce-tul), niesfornym wobec granic wykreślanych przez ziemską władzę, jedynie Nadprzyrodzonemu posłusznych - miał zostać położony kres. Po raz pierwszy przyjechałem tu w początkach lat 90 ubiegłego wieku. To, co zobaczyłem, przypominało królestwo Kolchidy po wykradzeniu przez Argonautów złotego runa. Kres widoczny był gołym okiem. Sowiecka patyna, jak piasek pustynnej burzy, wdzierała się w każdy zakamarek rzeczywistości. Na targowiskach od Kut po Krzyworównię nie było śladu po huculskim rękodziele, wszędzie plastikowy postmodernizm, tandeta chińszczyzny i dresowy elastik, który gwałcił piękno ludzi od Morza Żółtego po Bałtyk. Szare kobiety, od rana zawiani mężczyźni, nędzne jedzenie w zapyziałych knajpach, prądem Czeremoszu unoszone śmieci. Jurij, który zabrał mnie w tą podróż ze Stanisławowa (ja mówiłem Iwa-no-Frankiwsk, ale on upierał się przy starym) ponaglał do ucieczki w góry, i po prawdzie dopiero gdy rozpaliliśmy ognisko w ruinach obserwatorium na Pop Iwanie poczuliśmy, że duch tu jeszcze wieje i nie wszystko stracone. Utwierdził nas w tym Roman Kumłyk, muzyczny szaman, uczeń Mohura i strażnik starowieku. To, jak grał i śpiewał, to była - mówiąc słowami Wittlina z „Soli ziemi” - „sama tęsknota ukraińska skroplona w dźwięki”. Ale on zdawał się być jednym z ostatnich. Tymczasem mijały lata... Pozostanie tajemnicą Hucułów, jak udało im się zagrać na nosie Historii i nie ulec. Tylko oni też znają prawdziwą cenę, jaką przyszło im zapłacić za wytrwałość. „Boh wysoko, pan daleko” - powtarzają od pokoleń. Przetrwali w górskich ostojach wolności, wyszli z podziemia, powrócili z zsyłki. Odkrywają na nowo Tradycję, szukając dla niej spoiwa z nowoczesnością. Natalia Kumłyk, szanowana pediatra, przez lata zaklinająca się, że nie chce mieć nic wspólnego z muzyką, przez którą ojciec był rzadkim gościem w domu, po jego śmierci nauczyła się grać na wszystkich tradycyjnych instrumentach i poświęciła życie prowadzeniu stworzonego przez pana Romana muzeum muzyki huculskiej w Wierchowynie. Podobne muzea wyrastają w tym niewielkim, liczącym trzydzieści tysięcy mieszkańców powiecie jak grzyby po deszczu - jest ich blisko trzydzieści, z czego tylko dwoma opiekuje się państwo. Muzeum skarbów Huculszczyny Jarosława Zelenczuka, muzeum starej apteki, teatru Hot-kiewicza, filmu „Cienie zapomnianych przodków” w grażdzie specjalnie dla Paradżanowa zbudowanej, Petra Danekiwa-Szekieryka (wójta Żabiego i skarbnicy huculskiej gawędy, z której niejedno zaczerpnął Yincenz), Iwana Franki... Kolędowałem w tym roku z Hucułami i wkładam między bajki sceptyczne relacje „znawców” dawnego świata, że ducha już tu nie ma. Bardzo wiele się zmieniło, rany sowieckie i postsowieckie są widoczne wszędzie, ale to nie znaczy, że prawdą jest niezmienność, więc jej nie ma. Kto szuka, ten znajdzie. Mają też spadkobiercy „prawdy starowieku” i aktywiści rozwoju regionalnego oddanego sprzymierzeńca w osobie Mykoły Kniażyckiego, starającego się odrodzić tradycję „ukraińskich Aten” w Karpatach, organizującego festiwal „Via Carpatia”, na który ze wszystkich stron ściągają filozofowie, poeci, artyści, politycy, naukowcy... Jego szalone marzenie zbudowania nad brzegiem Czeremoszu w Krzyworówni muzeum wielokulturowości Ukrainy imienia Vincenza nabiera powoli realnych kształtów. Krzysztof Czyżewski 131 W domu pani Marijki zasiadamy przy długim stole. „Jak masz wielu gości, nie podnoś płotu, powiększ stół” - mawiają Hucułowie. Ojciec dom postawił wysoko. Sama Dzem-bronia to jedna z najwyżej w Karpatach położonych wsi, a tu jeszcze ostro w górę wspinać się trzeba. Jeep syna Wasyla z napędem na cztery koła da radę, ale o innej porze roku tylko koń jest niezawodny. Pięknie rzeźbiony swołok (nasz sosręb) ojciec oznaczył krzyżem wpisanym w ornament słońca i innych huculskich piktogramów. Nad wejściem od wewnątrz ikona na szkle z Madonną, pod spodem szybki malowane w kwiaty i anioły, które roztrzaskałyby się na kawałki gdyby w tym domu choć raz ktoś trzasnął drzwiami. Inne skarby trzeba było bardziej ukrywać. Słuchamy opowieści o skrytce pod progiem do obory, w której przechowywano stare fotografie i dokumenty, o tajemnych gawędach zapieczętowanych w skrzynkach pamięci, o kryształowym lustrze i zegarze uratowanych z obserwatorium na Pipiwanie (bo tam nie pop a wiatr włada - popiwa). Bogactwo świata pani Marijki dosycają wszechobecne darmowisy - inkrustowane w domową przestrzeń dla samego piękna kunsztowne rękodzieła - oraz obrazy, pozostawione w darze przez szukających tu swojego azylu artystów, takich jak Witold Manastyrski. Uwagę przykuwają grafiki Heorhija Jakutowycza. To z jego drzeworytami w 1967 roku w kijowskim wydawnictwie Dnipro w niewielkim nakładzie ukazała się książka Mychaiła Kociubińskiego „Cienie zapomnianych przodków”. Nad przełożeniem powieści na obrazy zaczął pracować jeszcze w latach pięćdziesiątych, tworząc z nich swoją pracę dyplomową; już wtedy pojechał na Huculszczyznę. Gdy Para-dżanow zaprosił go do współpracy jako scenografa, spędził wśród Hucułów kolejny rok, głównie w Dzembroni, gdzie zresztą nakręcono wiele scen filmu. Pani Marijka kręci kawę młynkiem z czasów „za Polski”, wspomina „doktora Yincenta” (tak się tutaj o nim mówiło) - jak krewni i sąsiedzi pomagali mu postawić dom, a potem uciec na węgierską stronę. Jej dom nie jest typowo huculski, z piętrem i tarasami, podobnie jak ten Yincenzowy w By-strzecu, przez co Stanisław obruszał się początkowo na cieśli, że zbudowali mu chałupę „jak panom się stawia”. Żyje się tu twarzą do pasma Czarnohory. Stara Hucułka prowadzi nas 132 Notatki słów i obrazów wyciągniętą przed siebie ręką, drugą osłaniając się od słońca, od szczytu do szczytu: Howerla, Dancerz,Turkuł, Brebeneskuł, Menczuł, Rozszebenyk, Pipiwan, Smotrycz, Bliźniaki... A tam w oddali, nieco poniżej, na innym, mocno stromym zboczu, w samym górnym ostrzu Bystrzeca, ręką osłania się przed słońcem inna Marijka, Fedosiuk. Już nie pamięta czasów, kiedy o śmierci kogoś w rodzinie powiadamiano się głosem trembity. Jest młodsza od tamtej, z trójką małych dzieci i czełowikom zarabiającym na życie w lesie. Na progu swojej chaty staje jak bizantyjska Thoeotokos, która na ikonach ma pod stopami całą ziemię. Nikt już tu nie mieszka tak wysoko. Sąsiednie, położone nieco wyżej gospodarstwo Wasyla Biłohowego (nie uniknął Gułagu, ale powrócił), dawniej bezpośrednio sąsiadujące z Vincenzami, których jego wujek Petro przeprowadzał w 1940 roku na Węgry, opustoszało, zamieszkiwane jedynie w sezonie na jagody i grzyby. W jakim języku rozmawiamy? Po ludzku, jak Yincenz przykazał. Nauczył się tej mowy od swojej huculskiej niani Pałachny Slipeńczuk, która - jak pisał w liście do Wołodymyra Poleka - młodzieńcowi trudzącemu się nad nauką „pańskich języków”, w tym francuskiego, powtarzała: „Taj pamiataj donyku abyś nykoły ludskoho języka nie zabuwaw!” I to ona przepowiedziała mu: „Korolem budesz donyku”. Królami życia są ci, którzy mówiąc różnymi językami, nie zapominają ludzkiego. Patrzę w dół i staram się sobie wyobrazić budowę domu dla Ireny i Stanisława w tym trudno dostępnym przysiółku zwanym Skarby. Musiała przypominać trochę sceny z filmu Herzoga „Fitzcarraldo” - pianino dźwigane pod górę przez dwunastu Hucułów, meble wciągane saniami... Na to nakłada się obraz gosposi Wasyłyny jeżdżącej wierzchem na koniu do Żabiego na zakupy. Teraz stoi tutaj dębowy krzyż, pod nim kamień i tablica ze słowami z huculsko-chasydskiej epopei „Na wysokiej połoninie”, wyrytymi w czterech językach - ukraińskim, polskim i jidysz (ten czwarty, ludzki, niewidzialnym pismem się pi-sze): „Posiadłości, domeny i domy rozsypują się w proch, a to co ludzkie pozostaje i trzyma przyszłość w swoich objęciach”. BORKA 30 czerwca 2019 rok „Preminula Borka Pavićević” - napisali jej przyjaciele z Centrum Dekontaminacji Kultury w Belgradzie. Na polski tłumaczy się to jako „odeszła”, ból podpowiada mi jednak, że w istocie przeminęła. Borka była jak świat, epoka, wiatr... Co odchodzi, może powrócić. Przemijanie jest bezpowrotne. W jej śmierci jest coś rozdzierająco ostatecznego dla świata, który z bliskimi sobie ludźmi tworzyła i którego postać razem z nią przemija. Borka, Borka... krzyczy mi w duszy od kiedy przyszła wiadomość od Feridy, że Krzysztof Czyżewski 133 osierociła nas siostra i przyjaciółka. Skąd ten dźwięk, jak bicie bębna z głębi? Jak Bora--Bora, wyspa - czytam - na Oceanie Spokojnym, koralowy atol otaczający powulkaniczny stożek. Coś takiego! Przecież to ona stworzyła ocean ukojenia i dobra dla ludzi, którym tektoniczne wstrząsy i lawa wojny odebrały dach nad głową. Jej miłosierne i waleczne serce, odkąd ją znałem zawieszone było na nitce w nieoszczędzającym siebie ciele, przyoblekającym bezsennie zbuntowaną osobę, żyjącą na rozpalonym, bałkańskim stożku wulkanu. Chere Madame Pavićević! LJpHoropcKa npHHuesa Belgradu! Pani na Bałkanach! Po prawdzie kobieta w służbie ludziom w czasie marnym. Tyle lat potrafiła wytrwać na pierwszej linii frontu. Jej pacyfizmowi nie sprostali w walce wojowie zaprawieni w nienawiści i cynizmie, bohaterowie jednodniowych zwycięstw, salwujący się ucieczką do innych krajów,w depresję albo alkoholizm, w polityczną atrofię albo zbójeckie groszoróbstwo. Ale po nich przychodzili i nadal przychodzą następni, tak jak po bitwach przychodzi czas powojnia, najtrudniejszy, bo nie ma rzeczy trudniejszej od rozbrojenia ogromnego arsenału ideologii, emocji i sposobów na życie nagromadzonego przez wojnę. Przemiana plemion toczących ze sobą bratobójczo-sasiedzkie boje w społeczeństwo obywatelskie - to była linia frontu Borki. Ile można na niej wytrzymać? Tym bardziej, że przebiegała ona nie tylko przez obszar byłej Jugosławii, ale także przez Europę rozumiejącą kulturę jako domenę państw narodowych i przez inne części świata, w których syndrom powojnia nie znajduje właściwych rozwiązań i tli się przez długie lata i kolejne pokolenia. To było wielkie święto nas wszystkich, Środ-kowoeuropejczyków, kiedy w 2004 roku Borka Pavićević otrzymywała Nagrodę Fundacji Hiroszima za pracę kulturową odradzającą współistnienie na ziemiach spalonych wojną i totalitaryzmem. Piszą o niej, że w 1993 roku zrezygnowała z kariery teatralnej (a była dyrektorką Belgradzkiego Teatru Dramatycznego, wcześniej stworzyła własny Teatr Nowej Wrażliwości, pisała dramaty) i skupiła się na działalności politycznej. Ale powiedzieć tyle, to powiedzieć dużo za mało i nie całkiem prawdziwie. W mrocznym czasie początku wojny Borka stworzyła Instytucję, Miejsce, Anty-Wojenną Republikę, i to w samym Belgradzie, pod żebrem Milośevicia. Wierna swemu etosowi inteligencja skupiona w Belgradskim Krugu, bezdomni Jugosłowianie, ludzie pogranicza, zbuntowani artyści, obrońcy praw człowieka... Nikt się tutaj nie musiał bać tego, kim naprawdę jest. Uchodźcy z Serbskiej Krainy, którzy stali się kartą w grze populistycznych nacjonalistów, a potem pozostawieni sami sobie; wyrzuceni ze swych domów w Zemunie (dzielnicy Belgradu, której burmistrzem był szowinista Śeśelj) Chorwaci, których obrony podjął się mąż Borki, znany prawnik i obrońca praw człowieka, Nikola Barović; Albańczycy z Kosowa nie lękający się oskarżeń o zadawanie się z „wrogiem"; ludzie Zachodu zawstydzeni arogancką ignorancją i sprzedajnością europejskich instytucji i elit... Wszystkich ich tutaj spotykałem, autorytetem Borki zaangażowanych w tworzenie setek, a może tysięcy małych i większych akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa, działań artystycznych i edukacyjnych, mediów opozycyjnych, poważnych programów badawczych, publikacji, spektakli i filmów. W istocie tak powstał „teatr ogromny" Borki Pavićević, który nie mógł być nie-polityczny. Miał on jednak w swoim rdzeniu nie politykę a duchowe katharsis, któremu ona potrafiła nadać nowy wymiar, naznaczony czasem marnym - wymiar dekontaminacji, czyli odrodzenia i wyemancypowania kultury z trucizn fundamenta-listycznego zakłamania, partykularnej zaściankowości, wyniosłej elitarności i wielu innych 134 Notatki słów i obrazów wąskohoryzontalnych zniewoleń. Nie stroniła od zaangażowania politycznego, ale szansę na realną przemianę upatrywała w organicznej pracy duchowej. Pokochałem ją od pierwszego spotkania. Trwała jeszcze wojna, a wtedy rozmowy i zawiązywane między ludźmi relacje mają nieporównywalną z innym czasem intensywność. Przywitała mnie jakbyśmy znali się od dawna, a w jej przepalonym papierosami i turecką kawą głosie była serdeczność starszej siostry. Na ścianie, przy której usiedliśmy, wypisany był wiersz antyfaszystowskiego pastora Martina Niemóllera: „Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem, / nie byłem komunistą. / Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem, / nie byłem Żydem. / Kiedy przyszli po mnie, nie było już nikogo, kto mógłby zaprotestować." Zapisała mi w notesie wiele kartek nazwiskami i adresami ludzi i organizacji, z którymi powinienem się spotkać. Nie było pośród nich żadnych osób znanych z mediów czy międzynarodowych festiwali. „Chcesz zrozumieć i pomóc? Wyjedź z Belgradu" - mówiła i rozrysowała mi mapę podróży od Suboticy i Nowego Sadu w Wojwodinie po Novi Pazar i Mitrovicę na pograniczu serbsko-kosowskim. Mieliśmy się spotkać w Amsterdamie, na uroczystości wręczania nagrody księżniczki Małgorzaty, którą sama wcześniej otrzymała. Nie mogła przyjechać, ale napisała wtedy do mnie list, ostatni, z tych, które raz jeden w życiu się dostaje. Wspominała w nim naszego wspólnego przyjaciela Dragana Klaicia, który walczył o Europę jako projekt kulturowy. Żegnała się ze mną słowami Bertolda Brechta, mistrza jej teatru, o tym, że ten tylko pozostaje sobą, kto ma odwagę się zmieniać. Nie znosiła powtarzania się, nic bardziej nie było jej obce jak stanie w miejscu. A teraz, gdy jej serce stanęło, trzeba będzie pójść dalej, samemu dotrzymać jej kroku, by za sobą samym nie zostać w tyle... NIECH MOST BĘDZIE Z TOBĄ 6 lipca 2019 rok Zdarzyło się to 5 lipca, już po północy, zatem ktoś mógłby powiedzieć, że dnia następnego. Siedzieliśmy przy winie w małej kawiarence na krakowskim Kazimierzu, razem z Małgosią i Emily Finer, Michaelem Steinlaufem, Rickiem i Karen Underhill. Ledwie mieściliśmy się na małej antresoli, do której prowadziły kręte schodki. Najpierw wspiął się do nas kwiaciarz i tak nas oczarował rymowanymi improwizacjami, inkrustowanymi Leśmianem, Tuwimem i Teatrzykiem Zielonej Gęsi, że u każdej z trzech kobiet pozostawił różę. A potem ni stąd ni z owąd pojawił się przed nami kolejny nieznany człowiek z ulicy. Spodziewaliśmy się prośby o grosz na alkohol, ale on chciał tylko się zwierzyć, jak ważne dla niego było to, co powiedziałem tego wieczora w synagodze Tempel, odbierając nagrodę Sendlerowej. Odchodząc rzucił: Niech most będzie z tob^f... Zastygliśmy na moment ze ściśniętym sercem, a gdy odzyskaliśmy mowę, człowieka z ulicy już nie było. Zapragnąłem ciągnąć rozpoczętą właśnie opowieść dalej, z nim, z innymi, i nie wypuścić z dłoni tej jeszcze jednej nitki zawiązującej mój los wokół mostu. Inny znowu pojawił się blisko, zagajał rozmowę, odzywał się z głębi mnie samego. Znowu ten głos, który mówi prosto z mostu - bez uwiązania do żadnego brzegu, ani mój ani ich, nie-przynależny, z pomiędzy, skądinąd. Przypomniałem sobie, co Michael Steinlauf powiedział mi w Tempel i teraz poprosiłem go, by zapisał mi to hebrajskie wyrażenie w notatniku: Krzysztof Czyżewski 135 yasher koyekh. To jego „dziękuję” znaczyło: niech to, co lołasnie uczyniłeś, będzie dla ciebie źródłem siły, albo najprościej: dobra robota. Zwracano się tymi słowami do rabina, gdy schodził z bimy po odczynieniu słowa Tory. „Powiedziałem ci to - tłumaczył mi Michael - bo tylko tym jest dla mnie realny most - rzetelnym budowaniem”. Rzetelnym znaczy misternym, ale też: w prawdzie serca. Inaczej mówiąc: z tandetą i innymi ustępstwami na rzecz konieczności życiowych da się żyć na jednym czy drugim brzegu, ale nie w przestrzeni mostu. Całą uwagą uczepiony głosu, który nagle się uwolnił, przez resztę nocy notowałem, słowo po słowie rozczytując własne imię. Most staje w poprzek strumienia, ale go nie tamuje, przynajmniej do momentu kiedy sam się nie zawali. Strumień płynie wolny tylko dzięki temu, że mosty, które wznosimy z potrzeby i z tęsknoty za drugim brzegiem, są rzetelnie zrobione. Pozbawiony tej sztuki człowiek stawia tamę albo samemu nią się staje, wysusza źródło, buduje fortecę po swojej stronie, jak Ikar rozbija się o ziemię. Słowo, od zawsze na brzegu, czeka uniesienia. Czy most jest ze mną? Urodziłem się tego dnia. Radosław Wiśniewski NOTATKI Z POLIN 138 Notatki z Polin KAZIMIERZ. WIELKI RETUSZ Te przeloty, przeskoki, krótkie postoje. Możliwie jak najmniej głównych dróg, żadnych wielkich miast, chociaż oczywiście historia Żydów bez nich jest nie do pomyślenia. Ale co wielkie, to się samo kiedyś narzuci, przy okazji. Do małego trzeba dojechać, odszukać na mapie i w terenie. Dlatego zaraz na początku był Milejów, miejsce ostatniej walki 76 pułku z Lidy - tyle co na wieczny odpoczynek. Potem Inowłódz - tyle czasu, ile trzeba, żeby kupić coś do picia i przegryzkę w sklepie urządzonym w synagodze nad brzegiem Pilicy. Miałem na sobie czerwoną koszulkę z wielką gwiazdą Dawida na piersiach i napisem „Mossad - it is never an accident”. Na wszelki wypadek nikt mi nie patrzył w oczy. Niby brodaty, ale nos spadzisty, cholera wie kto on. Musiałbym wyjaśnić, że nos mam spadzisty po wypadku samochodowym, ale nikt by nie uwierzył. W każdym razie nie ma takiej pewności. O zmierzchu prom przez Wisłę w Janowcu, bo rzeki dobrze jest przekraczać promem. Spowolnić bieg. Mimo energicznego przemieszczania się, przecież. Rankiem Kazimierz. W jakimś sensie tutaj wszystko się zaczęło. Nie chodzi o prawdziwy początek, ale o skalę. Została jedna synagoga i dom gościnny, wystawa zdjęć przedwojennego Kazimierza. I od razu to nieznośne poczucie bycia jednak w środku jakiejś atrapy, uczestnictwa w czymś fałszywym, niedopowiedzianym do końca, przemilczanym. Tak czułem, może nawet myśla-łem, kiedy jedliśmy coś na kazimierzowskim rynku tam, gdzie zarobiłem pierwsze w swoim życiu 25 centów na graniu na gitarze, dwadzieścia lat temu. I potem jeszcze dosyć na to, żebyśmy z Piotrkiem kupili sobie po paczce zapałek, „radomskich” z filtrem, dwie bułki i pół litra kefiru na łba i pojechali autostopem do Nałęczowa, gdzie z kolei rozbiliśmy namiot w parku zdrojowym na noc. Wtedy nie czułem tego fałszu. Wiedza nie przeszkadzała. No, jej nie było za wiele. Bo tak to już mam, że wiedza zmienia mi światopogląd, nawet jeżeli wydaje mi się mój i najsłuszniejszy na świecie. Im więcej wiedzy tym pogląd bardziej lub mniej złożony, tym inaczej ustawiona optyka, proporcje, akcenty. Proste? No okazuje się, że nie dla wszystkich. Żyłem zatem wiele lat w przeświadczeniu, tak przezroczystym, że go nawet nie zauważałem, że Kazimierz był takim królewskim miastem, czysto polskim. Cóż bardziej polskiego nad kamieniczki kazimierzowskie, Wisłę szeroką, znaczoną łachami, odsypiskami, kępami. Cóż bardziej swojskiego nad wąwozy lessowe, frontony kamienic z piaskowca, koguciki wypiekane z chleba. I jeszcze w pobliżu przecież Szkoła Orląt w Dęblinie, Puławy, Maciejowice, gdzie Naczelnik Kościuszko pewnego październikowego dnia czekał na Ponińskiego, aż dotrze z ludźmi i armatami. I nie doczekał się. Poniński nie przybył, kosynierów zmasakrowały kartacze i sam Naczelnik dostał się do niewoli. To przecież Polska, na sto procent. Tymczasem to nie tak do końca. To znaczy prawda z tym otoczeniem, tylko że Kazimierz, ostatnie miasto w Polsce, w którym słowo „galeria” oznacza miejsce z obrazami i rzeźbami a nie plątaninę sklepów - było przed wojną przede wszystkim żydowskie. Przed pierwszą wojną Żydzi stanowili około 80 proc, ludności miasteczka, przed drugą wojną - grubo ponad 60 proc. A teraz nie ma z nich nikogo, nie ma dziesięciu mężczyzn, by odprawić modlitwę w szabas. Siedzieliśmy zatem na rynku, patrzyliśmy na wielką rzeźbę króla, trawiłem w głowie kolejne wersje legendy o Esterce, zastanawiałem się, dlaczego tablica upamiętniająca jedną Radosław Wiśniewski 139 akcję oddziału niejakiego wyklętego Dekutowskiego ps. „Zapora” jest w rynku (rozbicie posterunku MO), a tablica upamiętniająca zniknięcie 65 proc, mieszkańców miasteczka w bocznej uliczce na ścianie synagogi, powyżej linii wzroku. Trzeba odnaleźć, wiedzieć, że tam jest. Pytałem o jakieś inne ślady po Żydach w synagodze, po wyjściu z przejmującej wystawy zdjęć dającej poczucie, że się patrzy na ludzi jak sam Najwyższy, bo się zna ich ostatnią godzinę. - A wie Pan... no nic nie ma - powiedziała młoda dziewczyna. - To znaczy jest jeden cmentarz z macewami, ale one nie stoją tam, gdzie groby, wie Pan... - No wiem, tak to bywa. -1 jest jeszcze jedno miejsce, szkolne boisko, takie nowe... - A no to mijaliśmy je w drodze do rynku! - Nooo właśnie, pewnie państwo minęli, nie czytaliście tablicy, no więc tam jest spór, bo pod boiskiem jest dziewiętnastowieczny cmentarz, jakiś cadyk tam między innymi leży... - Aha, czyli wracając możemy wstąpić na boisko? - No tak... -1 to wszystko? - Niestety tak. I stąd pewnie to poczucie fałszu, mimo że kraj w którym żyjemy jest przecież cmentarzyskiem, mój książę, bardziej niż jakikolwiek inny na świecie. 140 Notatki z Polin Pomyślałem w jednej chwili, że nie wrócimy już na boisko. Pomyślałem, że wyjedziemy stąd od razu. Zaraz jak tylko zapłacę rachunek. Jeszcze chciałem jakoś inaczej poprowadzić tę podróż. Jeszcze się łudziłem, że się da. OKOLICE KOCKA. TAK JAKBY ZŁOŻYLI GO WCZORAJ Ruszyliśmy w okolice Kocka. Nawigacja wyprowadzała mnie w pole kilka razy. Dosłownie. No bo było powiedziane, że znajdziemy go w polu. Ostatecznie otworzyłem okno i zapytałem kobiety: - Pani, a na grób Berka Joselewicza to którędy? - Ta droga Pana poprowadzi, on tam gdzieś leży, to takie lipy piękne są, wie Pan? - Ale jak dojadę? - No tutaj tędy do tych kasztanów, nie, co są jak do Kocka się jedzie, tam takie krzaki będą, potem lewo, prawo, takie lipy będą, ale jeszcze nie te i jeszcze raz prawo i lipy po lewej stronie drogi, to tam go położyli. Mówiła, jakby to było za jej życia. Jakby ten pochówek był czymś świeżym. I z precyzją babki ze wsi Hrybowszczyna, którą wiele lat temu pytałem jak dojść do Wierszalina („Pan pójdzie tą ścieżką na jagody, co my z dziećmi chodzim, a potem w las i już Wierszalin bu-dziet”). Pomyślałem, że jak droga ma sama nas doprowadzić, to trzeba wyłączyć tę cholerną nawigację i bardziej patrzyć naokoło i myśleć logiką drogi a nie map Google’a. Rzuciłem smartfona do bocznej kieszeni drzwi, podziękowałem i ruszyłem za drogą. - A po co tam jedziemy? - zapytało dziecko z tylnego siedzenia. - Wiesz, bo jak byłem na studiach, to pomieszkiwałem z Krzywym, tym kumplem od spalonych spodni na biwaku w górach, przy ulicy Berka Joselewicza właśnie. I myśmy się śmiali trochę z tego imienia i nazwiska, bo wiesz, jako dzieci bawiliśmy się w berka i to nam się wydawało zabawne, że był ktoś, kto nazywał się Berek. Dopiero jakiś czas potem zrozumieliśmy, że to była postać szlachetna. I chcę Go odwiedzić. Trochę oddać mu sprawiedliwość, jakoś tak symbolicznie przeprosić się za te wszystkie śmichy-chichy. - Aha... - nie wiem, czy ta sylaba była objawem zainteresowania, ale na pewno podtrzymania kontaktu. - Bo wiesz. Berek Joselewicz był kupcem, handlarzem końmi, wysłany w interesach trafił do Francji w początkowy okres rewolucji i spodobały mu się te hasła, ideały. Równość, braterstwo, wolność. Chyba nie załapał się na czas kiedy rewolucja zaczęła przypominać krwawą karykaturę samej siebie. Wrócił do Polski, gdzie wkrótce wybuchło Powstanie Kościuszkowskie, kojarzysz, kosynierzy, Kościuszko w maciejówce... - Noo... - nadal nie wiedziałem, czy to był objaw zainteresowania, nie miałem jak sprawdzić. Wypatrywałem lip, które miały być jednoznaczne, oczywiste, narzucające się same przez się. - Zaproponował Kościuszce, że utworzy pułk jazdy starozakonnej, czyli żydowskiej. Udało się. Naczelnik się zgodził. Zdążył wziąć udział w kilku bitwach, ale w listopadzie, w czasie walk na Pradze, już po tym jak Rosjanie wzięli Kościuszkę do niewoli - większość Radosław Wiśniewski 141 jego żołnierzy zginęła, a on sam też dostał się do niewoli. To był bardzo ciekawy regiment, bo jako jedyny - pewnie cię nie zdziwi, że mi się to podoba - miał prawo nosić brody. Wiesz, żołnierzom raczej nie wolno nosić za wiele owłosienia, szczególnie na głowie, a oni mogli. Po tym się ich poznawało... Cały szereg na koniach z dzikimi brodami. Potem był we Włoszech w legionach Dąbrowskiego, tam go nie lubili, bo do rangi oficera doszedł zasługami, a nie urodzeniem szlacheckim, co było wtedy normą. A do tego jeszcze Żyd. Stawał we wszystkich bitwach, w które go los rzucił przez kolejne 10 lat, zawsze w szeregach polskich formacji przy Napoleonie. Jak nastało Księstwo warszawskie to dostał dowodzenie szwadronem jazdy i zginął w walce, tutaj gdzieś, obok, w wojnie 1809 roku Austriakami... O czekaj, chyba jesteśmy... Rzeczywiście, po lewej stronie w towarzystwie wyniosłych lip, leżał kamień, a pod nim jeszcze jeden kamień. Na kamieniu, tym leżącym płasko na ziemi, słowa wyryte jak nakazał Edward hrabia Żółtowski, właściciel dóbr kockich w stulecie śmierci: „Berek Joselewicz - Józef Berko vel Berk, ur. w Kretyndze na Litwie 1760. Pułkownik wojsk polskich, szef szwadronu 5-go pułku strzelców konnych Wielkiego Księstwa Warszawskiego. Kawaler krzyżów Legii Honorowej i Wiktorii. Zginął w bitwie pod Kockiem 1809 roku. Tu pochowany. Nie szacherką nie kwaterką, lecz się krwią dorobił sławy. W sto-letnią rocznicę zgonu 1909 r.” A przecież jeszcze Yirtuti Militari dostał w 1808 roku od księcia Poniatowskiego. Pusto wokół. Nawet kwiatka, żeśmy nie kupili, lampki, świeczki. Jakby nas coś wygoniło w sposób nagły z Kazimierza. Cień od którego nie da się uciec nawet tutaj w otwartym polu, gdy słońce z góry jak wielki reflektor, w świetle którego widać wszystko to co chce się zobaczyć i jeszcze więcej z tego, czego nie chce się widzieć. 142 Notatki z Polin ZAGROŻENIE POŻAROWE - Jeżeli widziałaś synagogę w Tykocinie - mówiłem, kiedy szliśmy przez las koło Łopu-chowa - to byłoby nieuczciwe, gdybyś nie zobaczyła, gdzie to wszystko się skończyło. Bo nie był to ten kirkut, który widziałaś. Wielki, chociaż pusty. Pamiętasz o aptekarzu z muzeum? -Tak. - Miał wspólnika, przyjaciela, chemika Awrama, na koniec dnia zawsze razem podpisywali dzienne rachunki. Aż do 25 sierpnia 1941 roku. Wtedy Awram razem ze wszystkimi Żydami z Tykocina, od niemowlaka do starca, został wywieziony tutaj, do lasu, nad wykopane doły. Od tego dnia aptekarz musiał podpisywać rachunki sam. Był taki piękny, słoneczny dzień. Kiedy doszliśmy na miejscu była grupa z Izraela. Głównie starsi ludzie, wokół których krążyło dwóch byczków o bicepsie o obwodzie mojego uda i nader bystrym wejrzeniu oficera kontrwywiadu. Schodziliśmy sobie z drogi. Byliśmy tutaj razem, ale osobno. Mieliśmy już iść, kiedy rabin zaintonował modlitwę. Potem śpiewał kantor. Chyba psalm. To nas zatrzymało. Potem wszyscy mówili. I to raczej była modlitwa, bo kończyła się jak nasza. Amen. Niektórzy trzymali chusteczki przy oczach. Innym łamał się głos. Mnie się łamało milczenie. Rabin widział, że stoimy trochę obok. Podszedł, uścisnął nam dłonie. Powiedział: Thanks for Corning, tak jakbyśmy przyszli na ogłoszenie, a przecież to był przypadek. Polska przewodniczka podeszła do nas i szeptem powiedziała: Radosław Wiśniewski 143 - O, jak dobrze, że państwo stąd, bo wiecie taka sprawa, im tego nie powiem, bo zaraz się obrażą, a oni to pozapalali tych lampek, a taka susza teraz, się przewróci i nieszczęście gotowe, jakbyście państwo mogli, no, jak oni już pójdą pogasić trochę... No ja muszę już z nimi iść, dziękuję. Patrzyliśmy na siebie jakby zdziwieni. Wreszcie dziecko odezwało się pierwsze: - Ja nie będę niczego gasić. To tak, jakby u nas ktoś postawił znicze na grobie w lesie, a potem Żydzi przyszli i pogasili, że zagrożenie pożarowe... Nic nie ruszyliśmy. Ani jednej lampki. CYTAT. NASZYCH ŻYDÓW BIJĄ Prze^i wojn^ w Orli proszę Pana było 75% Żyrióio, 24% prawosławnych i 25 katolików. Nie roćlzin. 25 osób. / kieelys' proszę Pana przyjechali ciężarówkami narodowcy z Łomży bic Żydów. Straszny, proszę Pana zrobili raban. Jak się batiuszka dowiedział, to powiedział „Cooo, naszych Żydów bijif?/". To się zebrały chłopy po wsiach i taki łomot cepami i widłami oenerow-com Spuścili tam na wzgórzu, że już więcej bić Żydów nie przyjechali. A właściciel kajlarni Wajnsztajn w podzięce za obronę kupił i rozdał chłopom sto rowerów. Trochę chyba żeby na przyszłość przyjechali szybciej i spusćili łomot oenerowcom zanim pobiji} wszystkich Żydów. JEDWABNE To oficjalnie uznany rekord Guinessa. Do samochodu Fiat 126p, zwanego „Maluchem” może się zmieścić 17 osób. Na wcisk, niewyobrażalny wcisk, w którym zapewne nie dałoby się przejechać nawet pięciu kilometrów, ale przecież chodzi o to by upchnąć ile się da, a nie, żeby gdzieś jechać. W świetle tego, rzekomo racjonalne pytania o to, ile osób da się upchnąć w przeciętnej podlaskiej stodole wydają się ponurym żartem. Bo przecież osoba osobie nierówna. Inaczej upycha się starca, inaczej rosłego mężczyznę, inaczej kobietę, inaczej dziecko. Z dziećmi to w ogóle kłopot. Zwinne, małe ciałka, potrafią przekraść się między deskami stodoły, nawet gdy już płonie. Trzeba pilnować. Pilnować do końca. I te nasze polskie dowcipy. Przecież ich słuchałem w szkole. Śmialiśmy się w podstawówce. Czym się różni wagon piasku od wagonu Żydów? Jak się nazywa dwudziestu Żydów z wetkniętych głowami w ziemię? Przecież się śmialiśmy jako smarkateria. A teraz chciałbyś zapłakać? To płacz. Tylko nikt ci nie uwierzy. Nikt nie usłyszy. Ale sprawiedliwi na wzgórzach Yad Vashem. Ale Żegota. Ale kwiaty. Ale wstęga Pana Prezydenta. Nie szkodzi, że sprzed roku, nie szkodzi, że nie w obrysie stodoły tylko sto metrów wcześniej na kamieniu wewnątrz obrysu kirkutu, zarośniętego tak zbitymi samosiejkami, jak żaden inny odwiedzany przez nas w tej podróży. Tak. Jest. Był. Ale nie w stodole. Kawałek obok. Zięć stanu. Mistrz drobnych uników. On. A Ty chłopczyku, lat 45? Kim Ty tutaj jesteś? Tak, tam był kirkut a tu stodoła. Niezależnie od tego, ile osób zmieści się do stodoły -byli i nie ma. 11 lipca nie było już Żyda w Jedwabnem, a wcześniej w Radziłowie, a potem tam i jeszcze tam i jeszcze tam. Mawiają przecież: Chłop żywemu nie przepuści. 144 Notatki z Polin I te krzaki. Zasadzone tak, żeby było trudniej odczytać napis, na którym i tak nie ma nic o sąsiadach, o znajomych może, o tym, że taki miły chłopak, dziewczyna, zawsze grzecznie się ukłonił, dzień dobry powiedział. Nic złego nie dam powiedzieć. Tutaj, Panie wszyscy normalni. Żadnej patologii. Polski brud. Żydowska krew. Ręce myć. Gębę myć. I to milczenie miasteczka, ta cisza, to cholerne brzęczenie owadów tutaj i tam. No to powiedz: Ile osób zmieści się do stodoły? Czym się różni wagon Żydów od wagonu z piachem? Czym? No powiedz to. Nikt nie usłyszy. Przecież jesteś Polakiem a wokół jak okiem sięgnąć - żadnego Żyda. No powiedz to. No. Mów. Tylko muchy. Żar. Znikąd deszczu. OPOWIEŚĆ. KILO CUKRU I SZPADEL - A bo wie Pani ja też rodem z Łap, to znaczy o tyle, że pradziadka kacapy tutaj aresztowały w 1940 i stąd pojechał, nie wiemy gdzie, bo nie wrócił. Policjantem był. Rodzinę wywieźli w 1941, tuż przed wybuchem wojny. - Moja Babcia żyła też w Łapach, tam był wielki węzeł kolejowy... - Tak, bo Polska szykowała się głownie na wojnę na Wschodzie i taka stacja rozrządowa była potrzebna dla transportu wojska... - No tak, ale ja chciałam Panu opowiedzieć, że tam potem stały na bocznicach trans- Radosław Wiśniewski 145 porty do Treblinki. I Babcia mi opowiadała, że często mamy przez te małe okienka, jak porozginały drut kolczasty to wypychały dzieci. Bo już wiedziały, czuły, że jadą na śmierć. Ale jakie dziecko Pan może przepchnąć, nawet wychudzone, z getta przez takie okienko? Pięciolatka pan już nie przepchnie. To były maleństwa, takie które ledwo umiały chodzić. Dwa, trzy lata maksymalnie. Oddech. - I wie Pan one się błąkały po okolicy, miały w kieszonce czasem zwitek papieru z napisem “Jestem Chaimek Goldman, zaopiekuj się mną, w woreczku na szyi mam pierścionki mamusi, kup mi za nie jedzenie”. Albo “Jestem Rachelka, będę Twoją córeczką, tylko za-bierz mnie do domu”. I mamusia dawała takiemu dziecku jakieś zawiniątko z największym rodzinnymi skarbami, co kto tam miał. Obrączka, pierścionek, cokolwiek. I one tak się snuły, głodne, brudne, przerażone, bezradne, widać, że żydowskie. Oddech. - Ale czasem takie dziecko jak wypchnięte nieporadnie, czasem jak pociąg się toczył, czy coś, tu źle upadło, coś się naciągnęło, pękło, obiło, złamało i nie mogło chodzić, tylko leżało, albo próbowało wstać, kulać się, pełzać. I niech Pan się trzyma teraz. Niemcom szkoda było kul na te dzieci. To dawali chłopom a to kilo cukru, a to kilka złotych i szpadel. I oni chodzili i tymi szpadlami dobijali te dzieci. Oddech. - Wie Pan, byli ludzie, co brali te dzieci, jak byli gdzieś dalej od torów, dalej od innych ludzi. Bo te dzieci były małe, można było udawać że swoje, albo znajdy. No niby miała troje dzieci a teraz ma czworo, ale mało kto taką widywał częściej, mieszkała z boku. Chociaż 146 Notatki z Polin wiadomo, dziewczynki miały większe szanse. Bo chłopczyk, no co, przyszli sąsiedzi, zdjęli spodnie i było wiadomo, i koniec, nie było szansy. O nic już nie zapytałem. Mam synka, lat trzy, chłopczyka. Jest szczupły, pięknie zbudowany, bardzo dużo rozumie, opiekuje się młodszym kolegą w żłobku. Bardzo szybko biega, potrafi biec w pola drogą wiele metrów przede mną i zupełnie nie zwracać uwagi na nic. Tak go cieszy ten bieg. Czasem trzyma jedną rączkę w kieszeni jak biegnie, drugą robi zamachy, albo coś sobie opowiada. Nie sposób go dogonić. Tak jakby zapomniał chodzić, jakby biegł całe życie. I mówi - nie zabijaj pajączka, on też chce żyć. OSTATNICH TRZECH ŻYDÓW Z WŁODAWY. ĆWICZENIA PRAKTYCZNE Z EMPATII HISTORYCZNEJ - Tutaj są bilety do wielkiej synagogi i potem proszę je zachować do małej, chociaż tam chyba i tak nikt nie sprawdza. - Serio? - Nie, no naprawdę pan myśli, że ktoś by się włamał poznawczo do małej synagogi u nas, żeby poczytać o historii włodawskiej wspólnoty Żydów? To by nawet było miłe. - No, ale by nie zapłacił, jak należy. - My tutaj sobie ufamy, wie pan? - dziewczyna zaśmiała się i wręczyła nam bilety. Pamiętałem tę synagogę chyba jakoś inaczej. Były w niej zdjęcia. Masa zdjęć klubów, teatrów, orkiestr, szkół, ochronek, tych grudek życia społecznego tutejszych Żydów. A to były grudki jak grad w upalne lato. Chwila nieuwagi i już wsiąkają w ziemię. Radosław Wiśniewski 147 W Małej Synagodze rzeczywiście nikt nie sprawdzał biletów. W zasadzie nikogo nie było. Poszedłem na piętro obejrzeć wystawy czasowe. Młoda została na dole. Chyba jakiś czas siedziała na krześle na środku i Bóg jeden wie, co myślała, potem zaczęła czytać plansze informacyjne o miejscowej społeczności. Zszedłem, usiadłem, czekałem. Nic nie mówiliśmy. Wreszcie podeszła i zapytała: - Co to znaczy po angielsku separateei^ Bo jest w angielskiej wersji opisu, a nie wiem, które to słowo po polsku. - Oddzieleni, odrębni... - Aha, a tutaj na ostatniej tablicy jest jeszcze tak, że po wojnie było we Włodawie 148 Żydów, a w 1948 roku tylko 3, o co chodzi, przecież przeżyli? Wziąłem głębszy oddech. - Wyobraź sobie, a sporo już wiesz, że masz 13, może 15 lat i rzeczywiście przeżyłaś. Chowałaś się trzy lata w lesie, albo za podwójną ścianą jakiegoś pokoju na strychu. Wiesz, że nie ma już mnie. Mamy, Bubusia. Albo widziałaś naszą śmierć, albo widziałaś naszą wywózkę ciężarówką i wiesz, że stamtąd, gdzie nas wywieziono, nigdy nikt nie przysłał kartki, listu, paczki. Nic. Wracasz do naszego domu a tam są już inni ludzie. Może nawet nasi są-siedzi. Pani Magda ubiera się w sukienki Mamy, jej synkowie bawią się zabawkami Bubusia i Twoimi. Stukasz do drzwi, przedstawiasz się i słyszysz w najlepszym razie nieuprzejme zdziwienie: „To Ty jednak żyjesz?” Mówisz: „Tak żyję, przyszłam do mojego domu”. A pani Magda mówi ci: „To już nie jest twój dom”. Ty pytasz: „No ale jak to, przecież to ja tutaj mieszkałam całe życie...” A pani Magda mówi ci: „Mieszkałaś, ale już nie mieszkasz i nie będziesz mieszkać.” I zatrzaskuje Tobie drzwi przed nosem. Drzwi we framudze, na której jest jeszcze mezuza. Tam w środku dzieci dalej się bawią zabawkami twojego nieżyjącego braciszka, który potrafił tak szybko biegać na swoich krótkich nóżkach i tak śmiesznie zawsze zarzucał lewą rączką, ale śmierci nie uszedł. 1 ty to wiesz, bo to widziałaś i widzisz do dzisiaj. Chciałabyś mieszkać i żyć obok? Patrzyła na mnie. Znowu oddech. Oddech pomaga mówić, kiedy gardło, oczy, żołądek, całe ciało zaczyna odmawiać współpracy. Oddech. - 1 ja sobie dziecko tego dialogu i sytuacji nie wymyśliłem, to nie jest fantazja. Ja to czytałem wiele razy we wspomnieniach tych, co przeżyli. To nie jest mój wymysł. To są cytaty. - No to - zaczęła - już się nie dziwię... - Możesz się zdziwić jeszcze bardziej, ale wielu Żydów rok, dwa lata po wojnie uciekało z Polski do Niemiec. Tam czuli się lepiej, bezpieczniej. Spojrzała na mnie znowu. - A to jednak się dziwię. - Kiedyś ci o tym może opowiem. Nie miałem siły dopełnić tej opowieści historią Reginy Fisz i jej synka zamordowanej 4 lipca w czasie pogromu w Kielcach przez czterech obcych sobie mężczyzn, których łączyła tylko chęć „zrobienia Żydków” oraz piątego, przypadkowego człowieka, którego zatrzymali po drodze i poprosili o pomoc w transporcie Żydów, żeby ich „zrobić” poza widokiem 148 Notatki z Polin publicznym. Dziecko dobili, bo jak sami zeznali, skoro matka dziecka nie żyła, to dziecko by płakało. I wielu innych opowieści o tych, którzy jednak nie przeżyli długo po wojnie. Bo byli tacy dawni sąsiedzi, którzy poszli o krok dalej i zamiast trzasnąć drzwiami brali do ręki widły, kije, pałki, kamienie. Oddech już nie pomagał. Poszliśmy na najlepsze lody na Polesiu, które polecała nam Pani Dziedziczka z Pieszowoli tego ranka. Miała rację. Pyszne. Przed nami była jeszcze długa droga. TE MASY NIE USTĄPIĄ. NIGDY U nas było chyba jakoś inaczej, myślisz, kiedy mija trzechsetny, pięćsetny i tysięczny kilometr tej drogi, a zrobisz ich razem dwa tysiące sto, przy czym pierwsze trzysta i ostatnie czterysta jednak po autostradach i ekspresówkach, gdyż jako rzecze żona Zenona Kałuży:-Tamte drogi to klima - a autostrady to kima. Inaczej było. U nas najpierw wielkie siły górotworu wygoniły wszystkich, wywiozły, wypędziły. A potem tych, co i tak już wszystko stracili - przygnały na miejsce. To wbrew pozorom po dziesiątkach lat buduje jakąś wątłą kładkę wspólnoty losów, ułatwia dogadanie się między prawnukiem Sabiny i Franciszka a synem Johanna i Grety. Chociażby dlatego, że nikt Grety ani Johanna nie zabił szpadlem, nie zakłuł widłami, nie utłukł siekierą, nie doprowadził na jedną z lokalnych wersji Umschlagplatzu. Oni żyli. Było z kim rozmawiać, chociażby w myślach. Greta i Johann, co ciekawe - nie mieszkali długo w domu postawionym latem 1926 roku. Prawnuk Sabiny i Franciszka mieszkał w ich domu dłużej i do dzisiaj tamten dom śni mu się jako dom. Kiedy w śnie bowiem chodzi o dom, czyli archetyp domu - to jest to tamten dom przy dawnej Lobberstrasse. Radosław Wiśniewski 149 A tutaj było inaczej, myślisz, kiedy jedziesz tysiąc sto dwudziesty kilometr bocznymi drogami, najpierw z centralnej Polski na północ, a potem z północy na południe. Jerzy Braun, przedwojenny harcerz, działacz polskiego podziemia, ostatni Delegat Rządu R.P. na Kraj, autor piosenki „Płonie ognisko i szumią knieje...” pisał w lipcu 1945 roku do Londynu: „[...] na wsi i miasteczkach nie ma dziś miejsca dla Żyda. W ciągu ubiegłych sześciu lat wytworzył się w Polsce (nareszcie!) nieistniejący przedtem stan trzeci, przejął całkowicie prowincjonalny handel, pośrednictwo, dostawy, lokalną wytwórczość [...] oraz wszelkie rękodzieło. Ci młodzi synowie chłopscy i dawny miejski proletariat miejski wysługujący się Żydom - stanowią element zawzięty, wytrwały, chciwy, pozbawiony doszczętnie wszelkich skrupułów moralnych w handlu, górujący nad Żydami odwagą, inicjatywą i rzutkością. [...] Te masy z tych terenów nie ustąpią. Nie ma siły, która by je usunęła.” Zdaje się, że te masy pozbawione były skrupułów moralnych nie tylko w handlu. I brak tych skrupułów udowadniały w ciągu sześciu lat wojny nie tylko przejmując funkcje i role społeczne. I chyba nie tylko w czasie wojny. Tak myślisz, kiedy wpadasz do Elimelecha z Leżajska, idziesz na kirkut, gdzie samosiejki w jakimś miejscu rosną tak gęsto, że za dnia robi się ciemno jak w tunelu. I powiedz co czujesz kiedy patrzysz na domy dawnych dzielnic żydowskich w Tykocinie? Włodawie? Kolbuszowej? Kiedy spotykasz na kirkucie macewy powtykane byle jak, bo odzyskane z dróg, chlewów, krawężników wiele lat po? Powiedz co jest bardziej moralnie odstręczającą rolą społeczną nad mordercę? Kim gardzi się bardziej niż katem? Bo wiesz o kim mówię? Wiesz? -No? - O kim? ZAWRÓCIŁEM KU NIM W Leżajsku nikogo. Pusty ohel, pusty kirkut, synagoga zamknięta, podobnie wszystko co koszerne. Do Kolbuszowej dojechaliśmy wieczorem, ale słońce było jeszcze wysoko. Kiedy rozpoczęliśmy krótki obchód, objazd z dziećmi Janka, Oliwią, jej synem zaczynało powoli zmierzchać. Wokół rynku w Kolbuszowej trwały zawody w czynnym uprawianiu debilizmu przy pomocy stuningowanych, używanych samochodów z Niemiec. Przez ulicę przeskakiwaliśmy niewielkimi grupami, żeby uniknąć zbędnych ofiar. Wąskim przejściem między parterowymi sklepikami doszliśmy do synagogi. Janek mówił, że to wąskie przejście jest w zasadzie bez zmian od czasów getta. Tam od strony rynku stał polski policjant i pilnował, bo to było wejście i wyjścia zarazem. Wyjścia sklepów na stronę getta były zamurowane, a nie jak teraz. Ale w zasadzie niewiele się zmieniło. - Kiedy w getcie została ostatnia grupa po wywózce do Rzeszowa, pewnej nocy ten policjant, co tam stał, dał znać tym stu, którzy porządkowali i burzyli getto, że następnego dnia będą ich likwidować, to pouciekali, kilkunastu dożyło końca wojny. Doszliśmy do synagogi zamienionej na zamiejscowy oddział biblioteki. Janek mówił dalej, że zabawne, że ludzie jakoś nie za bardzo chcą coś w niej robić, wspominać, że to 150 Notatki z Polin synagoga, a jej stan prawny, jak na standardy polskie jest czysty jak łza. Miasto oddało na fali przemian fundacji z Łodzi, która zajmowała się takimi rzeczami, a potem po relatywnie przyzwoitej cenie odkupiło i odremontowało z europejskiego grantu. Sto procent czysta, żywa wełna. Jest też tablica przy drzwiach, ze wspomnieniem kolbuszo-wian i kolbuszowianek ze wspólnoty staro-zakonnej, jest w herbie krzyż górą, s'rodkiem dwie splecione dłonie a dołem gwiazda Dawida na znak pokoju. Ale jednak niektórzy miejscowi mówią, że to nie gwiazda dawido-wa, ale herb Tyszkiewiczów, Leliwa. Każdy wie swoje. - I był tutaj w mieście doktor Ander-man. Żyd, chociaż całkowicie zasymilowany, ubierał się zgodnie z modą, nie chodził od synagogi. Był bardzo szanowany przez wszystkich mieszkańców. Kiedy przyszli Niemcy i zaczęli grodzić getto miał możli- wość ucieczki. Wiele osób oferowało jemu i jego żonie, że mu pomoże. Ale on zdecydował, że w tej chwili jego rolą jest pójść razem z innymi do getta i został szefem Judenratu. - Czyli postanowił zostać Żydem, którym się nie czuł? - No tak. Ale był tak szanowany i takie miał poważanie i wśród Żydów i Polaków, że Niemcy wysłali go osobno do Auschwitz i tam zabili jeszcze przed główną akcją wysiedleńczą. Żeby nie robić sensacji. Getto było małe, ale ekstremalnie stłoczone. Była jedna studnia, a w jednej suterenie potrafiło żyć pięć rodzin naraz. Dzieci nie słuchały zbyt uważnie. Skakały po ławkach grając w im tylko znaną grę. Coś jak kto spadnie pierwszy albo - nomen-omen - w berka. Jeszcze kirkut. Jechaliśmy na dwa samochody, jeden za drugim. Najpierw opryskiwanie się przeciwko komarom. To chwilę trwało. Macewy skatalogowane, rozstawione równomiernie. - Były tu dwie babcie - mówił Janek - i jedna z drugą znalazły grób przodka trzeciej babci, która nie miała sił już tutaj być. Nie mówiłem im, że macewy po wojnie, pozbierane z dróg, traktów zostały ustawione trochę przypadkowo, bo w większości nie wiadomo już, gdzie kto leżał. Nie miałem serca zabierać im radości. Stanęliśmy chwilę przy Ohelu, potem przy symbolicznym grobie ostatniego Rabina Kolbuszowej. Próbowałem zrobić jakieś zdjęcia, oszukiwać światłomierz. Reszta ekipy poszła po śladach, po których przyszliśmy. Myślałem, że wrócili do samochodów, zakręciłem ze wzgórka wśród chrzęstu zeszłorocznych liści, a potem usłyszałem głosy. Stałem przez chwilę, bo coś tutaj do czegoś nie pasowało. Przecież według mojej wiedzy dzieci miały być w samochodach, a wszyscy nerwowo mieli w nich czekać i wyklinać mnie pod nosem, bo Radosław Wiśniewski 151 152 Notatki z Polin ciemno, jeszcze kolacja, a dzieci trzeba położyć spać. Ale nie myliłem się. Od drogi była cisza, a przytłumione głosy niosły się z głębi kirkutu, zza wzgórka z macewami, szły wysoko, górą, jakby głosy zamieszkały w drzewach, albo jeszcze wyżej. Ciepłe, radosne głosy dzieci. Zawróciłem ku nim. BILET W JEDNĄ STRONĘ Myslałem nad ta podróżą dużo dłużej niż trwała. A trwała realnie kilka dni. Wcześniej jednak trwała nad atlasami, przewodnikami, liczyłem czasy przejazdów samochodem, odliczałem czas na zwiedzanie, spacer. Z notatek można by wysnuć wniosek, że to były dwa tygodnie, ale nieprawda. To było zaledwie kilka dni. Zarazem jednak były to setki lat z historii domu w którym mieszkam. Nie jest idealny, ale innego nie mam. Proszę mnie nie pytać, czy kocham ojczyznę, bo kochać mogę żonę, dzieci. Ten dom, ten kraj po prostu został mi dany, nie wybierałem go szczególnie. Mierzę się z nim. Dla mnie prywatnie to też nie było kilka dni ale kilka dekad. Trzeba było sobie uczciwie zadać kilka pytań, coś wygrzebać z pamięci. Chciałem, żeby była to jednak bardziej opowieść o życiu niż śmierci. Żeby widać było bogactwo, różnorodność, niegdysiejszą powszechną obecność. I chciałem, żeby ta opowieść toczyła się po drugiej stronie Wisły, za którą czas płynie trochę inaczej i ludzie też, ciągle jeszcze inaczej patrzą na przybysza, inaczej rozmawiają. W ogóle - rozmawiają. I ściśle chciałem się trzymać miejsc związanych z Nimi, z ich światem. Nie rozpraszać się ten jeden raz w mnogości miejsc, zabytków, możliwych ścieżek. Spojrzeć tylko na tę jedną stronę, ten świat, którego już nie ma. I chciałem Radosław Wiśniewski 153 jechać bocznymi drogami, trochę się gubić, trochę kluczyć, żeby nie ekspresówkami szybko do celu. Mieć poczucie bycia podróży, przekraczania, mimo szybkiego tempa. Nieoczywistymi drogami, nie tymi, które się narzucają, ilekroć pomyślę „Polska” i pomyślę „Żydzi”. I chyba się nie udało. Niegdysiejsza obecność, wołała pustką, dawne bogactwo kontrastowało z milczeniem. Gdzie widać było życie to ono zadawało pytanie. I na to pytanie trzeba było sobie jakoś odpowiedzieć. To nie są miłe sercu odpowiedzi o ile się chce być uczciwym. Na drugim biegunie tej opowieści jest niezrealizowany plan, pomijane w ostatniej chwili miejsca, albo omijane z założenia. Albo omijane jakby przypadkiem, ale uparcie od wielu lat. Od lat jest mi za daleko do Bełżca. I nie umiem sobie wyjaśnić dlaczego. Może dlatego, że to jedyne miejsce w którym oprawcom w zasadzie do końca się udało wszystko co zamierzali, chociaż i w innych miejscach szło im znakomicie. Z Bełżca wiadomo tylko o dwóch przypadkach ucieczki, z czego tylko jedna osoba złożyła relację i przeżyła wojnę - Rudolf Reder. Mam te relację. Ale jej nie czytam. Nie umiem powiedzieć co mnie zatrzymuje. Czytałem już tyle. Byłem w tylu miejscach. Ale tym razem nie. I od lat nie. Chociaż wiem, że znowu będę musiał któregoś dnia wyruszyć. Z żoną, przyjacielem, może sam. - To bilet w jedną stronę, jak już zaczniesz - mawia przyjaciel, kiedy rozmawiamy. I ma rację. (Ale to jeszcze nie koniec tej opowieści...) WIELia, FINAŁ, MAŁY KOT Zobaczyła go Łucja, ale głośno krzyknęła Wiktoria, że kot, kot tam leży. Mały, biały, leżał jakby na boku pod rynną na kilku zeszłorocznych brązowych liściach. Staliśmy całą zgrają pod bankomatem, ale dzieci zaraz podeszły przy syknięciach dorosłych, żeby nie dotykać, bo może być chory. Kot zupełnie nie reagował, leżał tyłem do ulicy, łbem do rynny i tylko głowę trzymał wysoko, ale chwiała się. Zresztą nie odwracał tej głowy, patrzył tępo w jeden punkt i widać, że i to sprawiało mu spory wysiłek, ale tak jakby wiedział, że jak położy łepek, to już go nie podniesie - dzielnie trzymał go w górze. Nie ruszał łapami, nie miauczał. Mimowolne skojarzenia. Ulica, umierający z wycieńczenia, mijający obojętnie przechodnie, obok wejście do getta, obok, niedaleko jedyna studnia. Wszyscy mieliśmy te same skojarzenia. Ta sama nieporadność. Podasz rękę? Weźmie ciebie całego. Bo nie ma wyjścia. Bo on umiera i to jest jeden z ostatnich jego momentów. Podasz rękę? Dasz kilka kropel wody? Weźmiesz? To na pewno będziesz miał kłopot, bo nie jest zdrowy, jest przetrącony, niesprawny. I to kłopot bezterminowy. Jaka historia nie została opowiedziana? Potrącił go samochód i ktoś go odwlókł na bok, bo jeszcze trochę żył, żeby zdechł w spokoju? Czy może raczej kotka się okociła i wyrzucili, nie żeby zabili, potopili, humanitarnie wywieźli do miasta, jak do lasu i niech sobie maluchy rdzą, takie śliczne, z dużymi oczami, ktoś przygarnie. A może mieszka w jakiejś 154 Notatki z Polin piwnicy w pobliżu, ale źle wymierzył jakiś skok? Małym kotom to się zdarza. I tak już jest, że z miotu kilku kociąt przeżywa tylko część. - Natura tworzy nadmiar - mówił kiedyś w chwili przygnębienia przyjaciel. - Nasze oczekiwania względem naszych dzieci, że będą w pełni ludźmi są głupie i nierealne. Popatrz, ile rodzi się kijanek, jedna na ileś tysięcy wykształci się w pełni w żabę, reszta to tylko pokarm dla innych zwierząt. Dlaczego mamy tyle pychy by uważać że ocalimy kotka, pieska, motylka, że damy każdemu z nich w pełni być? Ze każde nasze dziecko będzie udanym człowiekiem? Tego natura nie przewiduje. Jest dokładnie odwrotnie, ma trwać selekcja słabszych. Cały czas. Bez końca. A może jednak nie? Oliwia pierwsza wyciągnęła ręce. Bo jak się wspiera słabszych, to się wspiera, napisze mi kilka dni później. A ja pomyślę zasłyszanym w młodości cytatem o tym że wielkie podobieństwo zawiera się małym. Po prostu. Tak i ten cytat z Talmudu też ze mną był. Bo - zwróciłem po tylu latach uwagę - cytat mówi o tym, że kto ratuje jedno życie, bez precyzowania jakie i czyje. Zycie. I jeszcze Marek Edelman rzucający ze złością w twarz dziennikarce, że ta nic nie rozumie, że ten jeden teraz to jest to samo, co tamte czterysta tysięcy wtedy (albo milion, dwa, trzy - przypisek piszącego te słowa). Nosiliśmy kotka na zmianę zawiniętego w bluzę - do knajpy na kolację i z powrotem. Pił wodę z popielniczki, zaczął miauczeć za każdym razem, kiedy był przekładany z rąk do rąk. Wtulał się i chciał spać, chciał być blisko. Przez chwilę trwały przetargi dzieci, do kogo kotek pójdzie, ale dom Janka odpadł od razu jako dom, w którym rządzą psy i nie wiadomo jeszcze jak bardzo niepełnosprawny kotek mógłby wpaść z deszczu pod rynnę. I Oliwia postanowiła i razem z synkiem zabrała go do siebie na kwaterę, potem autobusem do domu do Warszawy, gdzie ma jeszcze jednego kota. Na każde pytanie, co zrobi, odpowiadała, że sobie poradzi jakoś. No tak, bo jak podejmiesz już decyzję, to nie masz Radosław Wiśniewski 155 wyjścia, mówisz A i jedziesz przez cały Alef-bet. Zatem zabrała kotka do siebie. Po powrocie prowadzała do weterynarzy, niańczyła, karmiła. Leopold okazał się kotką, okazało się, że ma złamaną kość udową, zrotowaną miednicę i przyblokowane jelita. Pomału do przodu. Żyje i miewa się coraz lepiej. Biega po stole, biurku, wszystko strąca i nie powłóczy już łapką. Wielkie podobieństwo, zawiera się w małym. To jest wszystko to samo. Ktoś ratuje kotka, ktoś inny podaje szklankę wody, ktoś inny wskazuje skrytkę pod podłogą. Różni się natężenie strachu, zakłopotania, dramatyzmu, ale postawa jest ta sama. Nie zawsze i nie każdy może okazać lwie serce i uratować kotka. To zupełnie nie szkodzi. Zawsze można zrobić coś jeszcze. Cokolwiek. (Tak się pocieszam, bo ostatecznie to nie ja wziąłem tego kotka, chociaż go nosiłem w bluzie.) ZJjfcta autorstwa Radosława Wiśniewskiego 156 Dziennik kataloński (5) Paweł Zbierski DZIENNIK KATALOŃSKI (5) PRZYBYSZE Przybysze bywają równie istotni dla utrzymania w dobrej kondycji fenomenu miejscowej kultury, jak autochtoni. Bo czymże byłyby Kaszuby bez Lecha Bądkowskiego? Huculszczyzna bez Stanisława Yincenza? Współczesny Gdańsk bez Olivera Loewa? Żuławy bez Andrzeja Kasperka? O przybyszach warto więc pisać także w kontekście Katalonii, zwłaszcza gdy ów wybór Katalonii poddają oni gruntownej refleksji i autorefleksji, tak jak czynią to dziennikarz telewizyjny Olivier Meyer i doktor Gilles Riera - doktor nauk medycznych. DWIE KATALONIE? Muskularny Gilles i filigranowa Rose-Marie mieszkają jakieś dwieście metrów od Galerii „Poray”. Wystarczy podejść najpierw kilka kroków w kierunku placu przed Muzeum w Saint Laurent, by skręcić potem ostro w lewo i trochę pod górkę, w spokojną, wydłubaną w skałach drogę „poziomkową” prowadzącą dalej - około dziesięciu kilometrów - w stronę Paweł Zbierski 157 Mont Capell - jednego ze szczytów masywu Canigou, góry szczelnie wciśniętej między terytoria zarówno Francji jak i Hiszpanii. Balet wytrwale pielęgnowany przez lekarskie małżeństwo poza wszelką komercją, czyli nie dla pieniędzy, ale dla czegoś znacznie więcej, okazuje się dla Gillesa, Katalończyka z wyboru i Rose-Marie - Katalonki z urodzenia, całym sensem życia. Małżeństwo lekarzy to pierwsi chętni - nie tylko w wymiarze statystycznym - ustawieni w kolejce do obejrzenia wystawy piór tenecznych i biżuterii artystycznej w Saint Laurent de Cerdans. Lekarz wyjaśnia, że ich balet jest czuły wobec tradycji, ale także innowacyjny, regularnie wzbogacają więc swój repertuar o kreacje muzyczne i choreograficzne. Wśród członków Baletu mamy kompozytora muzyki kataloń-skiej, Henri-Jean Balaluda oraz choreografa Michela Gaugueta. Mali Katalończycy w Pirenejach, fot. archiwum Balet Joventut ma szkołę tańca, która przyjmuje dzieci od piątego roku życia. Olivier Meyer też przybył do Katalonii z daleka. A teraz trudno wyobrazić sobie Katalonię bez Oliviera. Bez Oliviera i bez jego dziennikarstwa. Rozmawiamy w Perpignane - stolicy Katalonii Północnej. Nie wierzę, że nie tęsknisz za krainą dzieciństwa... Masz w dodatku niemieckie nazwisko? Tęskni: - Mam 49 lat. Od sześciu lat jestem szefem stacji katalońskiej w francuskiej TV 3. Pochodzę z regionu Lorraine - blisko Niemiec, gdzie ciągle pada deszcz, ale - śmieje się - ludzie mają tam wielkie serca i robią najlepszy quiche na świecie! - Czy północni Katalończycy czują jednak jakiś kompleks raz wobec Barcelony, drugi raz wobec Paryża? - Oczywiście! Istnieją takie kompleksy. To jasne. Barcelona wraz z południową częścią Katalonii to przecież jeden z najbogatszych regionów na świecie. Tak samo, jak mamy szczególne, najbogatsze regiony w Niemczech czy w Hiszpanii. Oczywiście więc jesteśmy trochę zazdrośni. Nie mamy tego ogromnego przemysłu, który się rozwinął w południowej Katalonii: samochodowego, farmaceutycznego, chemicznego... Tutaj mamy więc dużo ludzi na zasiłkach, ale mamy też przepiękną naturę. Dzięki temu nie jesteśmy tutaj tak zadeptani przez turystów i zanieczyszczeni jak ci z jednej strony na Costa Brava, czy z drugiej strony ci na Lazurowym Wybrzeżu. 158 Dziennik kataloński (5) - 12 kilometrów od granicy z Hiszpanią pracują także tacy ludzie jak my. Stworzyliśmy w Saint Laurent de Cerdans Galerię Sztuki „Poray”. Czy uważasz, że to dobrze, gdy ludzie z głębi Europy i świata przybywają tu, robiąc coś dla tego regionu? - Trudno mi powiedzieć, myśląc w kategoriach tubylców. Sam nie jestem przecież stąd. To jest jednak efekt lustra... Ja sam wielokrotnie się wdrapałem na Świętą Górę Katalonii, leżącą u stóp Saint Laurent, mimo że wielu rodowitych Katalończyków tego nie uczyniło ani razu w swoim życiu. Wysyłamy więc może wspólnie, wy przybysze z Paryża i Gdańska i ja, człowiek z niemiecko-francuskiego pogranicza, wyraźny sygnał: Katalonia naprawdę się może podobać! Gdy w telewizji tłumaczę Katalończykom, jaki to piękny region, mam wrażenie, że są zadowoleni z mojej dziennikarskiej opowieści. - Widząc uliczne protesty w sprawie niepodległości Katalonii oraz trwający we Francji przez kilka miesięcy ruch żółtych kamizelek często się zastanawiam: czy to ci sami ludzie protestują? - Nie ma nic wspólnego między żółtymi kamizelkami, a bojownikami ruchu niepodległościowego w Katalonii. Ruch kataloński jest bowiem stary jak świat. A żółte kamizelki to był skutek bieżącej cywilizacji: ekonomii i polityki. Dlatego też Katalończycy z południa nie poproszą Katalończyków z północy o pomoc w sprawie niepodległości. Oczywiście jedni i drudzy mają swoją kulturę i dumę. Ale północni Katalończycy to Francuzi... - A jak myślisz, patrząc z perspektywy północy: jaki może być za dziesięć lat efekt walki Katalończyków z południa? - Katalończycy, w odróżnieniu od Basków, są bardzo pacyfistyczni. Jednocześnie obserwujemy coś, czego nie było do momentu referendum z 2017. Widzimy bowiem eskalującą agresję Hiszpanów. To są sceny, które w normalnym cywilizowanym świecie, w Europie, jednak trudno sobie wyobrazić. Są przecież w hiszpańskich więzieniach przetrzymywani katalońscy więźniowie polityczni, którzy przez długi czas nie mogli się nawet doczekać normalnych procesów sądowych. Tego się można bać. Nie możemy więc czuć do końca bezpieczni i spokojni żyjąc w cieniu tych wydarzeń. - Widzę także tu, na terytorium Francji, bardzo dużo graffiti, haseł politycznych, słupów elektrycznych a nawet górskich skał obwieszonych flagami katalońskimi... Właściwie wygląda to identycznie, jak po hiszpańskiej stronie granicy. - W północnej Katalonii nie brakuje oczywiście wyrazów solidarności z ruchem niepodległości. W momencie referendum wożono na przykład skrzynki do głosowania aż pod Marsylię. A jednak mimo to we Francji poparcie nie jest tak samo silne jak w Hiszpanii. Chociaż jedni i drudzy Katalończycy pozostają w wielkiej przyjaźni. Tak czy inaczej ci więźniowie polityczni są wyrzutem sumienia dla współczesnej Europy. - Jak na to reaguje twoja telewizja? - Nie możemy tutaj, w Katalonii północnej udawać że się nic nie dzieje. Skoro się dzieje. Dlatego między innymi powstał dokument podpisany przez merów miast północnej Katalonii jak wyraźny sygnał solidarności z więźniami politycznymi. W tym sensie ta granica jest jednak rzeczywiście płynna. Po obu stronach mieszkają przecież członkowie tych samych rodzin... Paweł Zbierski 159 Telewizja firmowana dziś nazwiskiem Oliviera Meyera hołubi takie fenomeny kultury, jak Balet Joveunt Perpignan. BALET JOVENTUT PERPIGNAN Za sprawą doktora Gillesa Riery i jego żony Katalonki w pogranicznym miasteczku Boulou, w sąsiedztwie autostrady AP-7, cienie olbrzymów zbliżają się do widowni majestatycznie, ale też z mocą przyprawiającą o dreszcze. Metalowa ławka, tak charakterystyczna dla katalońskiej przestrzeni publicznej, wydaje mi się dawać wystarczające, stabilne oparcie. Jednak gdy słońce wykazuje tu maksimum swojej mocy, poddając mnie termicznej obróbce a właściwie grillowaniu, w oczach robi się nagle i niespodziewanie - ciemno. Mam wtedy właśnie wrażenie, jakbym zapadał w coraz głębszą drzemkę, przybliżając się w ten sposób z Katalonii Północnej do Pomorza odległego przecież o grubo ponad dwa tysiące kilometrów! I uświadamiam sobie, że tradycja gigantów kontrastujących z resztą występujących na scenie tancerzy - sięga końca średniowiecza. Każde miasto europejskie miało przecież jeden lub więcej takich własnych posągów, lalek-olbrzymów wychodzących do ludzi, w sam środek miast. Nie inaczej było na przykład w spektaklach miejskich Gdańska, także tych współczesnych (reżyserowanych przez Elwirę Twardowską). Olbrzymy te reprezentowały świętych lub znane, historyczne postacie. Owi giganci - jak to bywa w czystych formach teatralnych - są także żywymi emblematami uniwersalnych parad Baletu Joventut - baletu czysto katalońskiego, ale mocno zanurzonego w ogólnoludzkich emocjach, w uniwersalizmie świata. Realizują więc ci tancerze sztukę zgodną z kanonem tutejszego folkloru, ale rozwijają folklorystyczne formy za sprawą zawodowej choreografii i właśnie to zawodostwo artystyczne powoduje że stają się zauważeni nie tylko we Francji, Hiszpanii czy Europie, ale także na innych kontynentach świata. I zasługują na to, aby zostać zauważonymi - wraz z całą plejadą swoich artystów dużego formatu. BALLETJOVENTVT, spektakl SUITA VALENCLANA w Teatrze w Perpignion, fot. archiwum 160 Dziennik kataloński (5) BALLETJ0VENTUT. Artyści tworzy autentyczne} wspólnotf przyjaciół, fit. archiwum Spektakl - wielogodzinny - oparty na rodzimym folklorze dyktuje wyobraźnia, iluzja stworzona przez muzykę, choreografię, kostiumy, grę światła. Muzykę do widowiska, które właśnie oglądamy wykonał Henri Jean Balalud, instrumentacja jest Jordiego Leona, a choreografia Michela Gaugueta. Oczywiste jest, że bez tych artystów współczesnych folklorystyczne źródło pozostało by niedostępne dla odbiorcy. Jednak - z kolei - czymże była by ta sztuka, gdyby nie ludowe źródło, z którego czerpią? A czerpią w oparciu o oryginalne instrumenty z epoki, ikonografię, o dźwięki przekazywane z pokolenia na pokolenie. Kiedy patrzę na tych współczesnych Katalończyków, sugestywnie wcielających się w postacie średniowiecznych wojowników, próbuję sobie wyobrazić rycerskie pola Pomorza i Wielkopolski i jakieś tam odległe bardzo, własne gniazda rodowe: w Czerlejnie, Jadwiszczce, Syberscu... * Contrapas, brzmiąca jak echo wielowiekowej tradycji jest jednym z najważniejszych dokumentów tego katalońskiego dziedzictwa ludowego, jest też z pewnością najstarszym z zachowanych przekazów, będąc oczywiście początkiem najpopularniejszego w Katalonii tańca - Sardany. Contrapas, który był zawsze tańcem kultowym, opuścił place publiczne i ulice miast, by stać się ceremonialną formą wykonywaną w kościołach po nabożeństwach. I mimo tnącej w pień takie relikty Rewolucji Francuskiej pozostał także tutaj ów staroświecki anachronizm, w Północnej Katalonii, najważniejszym tańcem uroczystości zbiorowych, popularnych aż do końca XIX wieku. A dziś przeżywa on renesans właśnie tu i teraz, na rynku w prowincjonalnym Boulou. Tańczą więc tutaj teraz, jak przed wiekami. Paweł Zbierski 161 * Te akurat obrazy obudziły we mnie wspomnienia także z Wiela, kaszubskiej wsi na południu Kaszub, kiedy to rokrocznie na odbywanych tam festiwalach prezentowano w samym środku gorącego lata pulsujący, wielobarwny bukiet etnicznych tańców zakodowanych w wielowiekowych tradycjach lokalnych Europy i świata. Podobnie więc czułem się tutaj w samym środku północnej Katalonii, jak nad starym, wielewskim jeziorem! Przed laty przecież przychodziło mi relacjonować dziennikarsko - najpierw w „Gazecie Wyborczej”, a potem w TYP Gdańsk tamte wielewskie wydarzenia - najpierw w postaci Turniejów Gawędziarzy Ludowych, a potem właśnie międzynarodowych festiwali tańca. * Dobiega godzina 22. Scena na rynku w Boulou zaludnia się wielokolorowymi postaciami tancerzy. Na widowni, szczelnie wypełnionej zarówno miejscowymi Katalończykami jak i przyjezdnymi, narasta atmosfera radosnej i podniecającej fiesty. To jest godzina ulgi, gdy skwar słoneczny ustąpił wreszcie miejsca ożywczemu chłodowi wieczora. Wśród miejscowych kobiety i dzieci, młodzież i starcy. Coś tam jedzą i coś popijają. Wśród przyjezdnych głównie Belgowie, Holendrzy, Szwajcarzy i Niemcy. Oślepiające halogeny rozjaśniają niebo, mieszając sztuczne oświetlenie z blaskiem księżyca. Oj, będzie widowisko! TAK TAŃCZ „SARDANĘ”! Dr Gilles Riera, tym razem w ogromnej, wyciągniętej swobodnie na brzuchu białej koszuli, która zastąpiła znany mi wcześniej medyczny kitel, wkracza na sam środek sceny, by wprowadzić zebranych w oczekiwane misterium. Lekarz, w roli konferansjera, od razu perswaduje, że w Sant Cugat del Yalles, pod koniec mszy, młodzi mężczyźni, którzy chcieli iść tańczyć, musieli wcześniej kupić okazały bukiet kwiatów, które mogliby ofiarować dziewczynie. Oto warunek niezbędny do rozpoczęcia tańca. Kto kupił najpiękniejszy bukiet, miał prawo zrobić pierwsze okrążenie ... Dopiero potem następni mogli dołączyć do tańca. Gilles woła przez mikrofon do zebranych tłumów; „Tańcz powolnymi i ceremonialnymi krokami o wielkiej elegancji, EL BALL DEL YANO I RAM EL SANT CUGAT DEL YALLES. Tak tańcz Sardanę, kataloński taniec par excellence, który wśród wszystkich tańców najlepiej symbolizuje kraj kataloński.” Riera więc ciągle podkreśla, że Sardana to przecież przedmiot prawdziwego kultu u Katalończyków, i to zarówno tych z jednej strony Pirenejów, jak z drugiej. I przez mikrofon woła z przekonaniem:„To jest taniec jedności i braterstwa tańczony jest we wszystkich okolicznościach, o każdej porze dnia, w naszych miastach i wsiach, na placach publicznych, jak i na placach kościołów. Sardana jest wyrazem zdyscyplinowanej, inteligentnej siły, ponieważ każdy tancerz poświęca swoją indywidualność ogólnej harmonii. Sardana, którą wam prezentujemy, nazywa się „Yora el Niu” (na skraju gniazda). Gdy Gilles kończy swój wywód głosem mocnym jak dzwon, a tancerze wkraczają na scenę, natychmiast wybucha burza oklasków.... 162 Dziennik kataloński (5) * - Kiedy moja rodzina wyjechała w 1962 roku z kolonizowanej przez Francję Algierii, lądując tutaj na południowym wybrzeżu Europy, zupełnie nieoczekiwanie wkroczyłem na ścieżkę katalońską, którą podążam już wraz z moją żoną, Katalonką od wielu, wielu lat -wyznaje doktor Gilles Riera, ten postawny, silny mężczyzna o bardzo donośnym głosie. Tu przecież ojciec jego żony, drobnej i subtelnej kobiety o wdzięcznym imieniu Rose-Marie założył wiele lat temu ten słynny kataloński Balet Joventut. Doktor Gilles Riera i jego żona nie tylko więc leczą, ale także tańczą! Bo taniec dla nich prawdziwą, bezinteresowną pasją życia, bo medyczne małżeństwo nie bierze za tę swoją działalność nawet jednego centa. * Wędrują z tym swoim tańcem po wsiach i miastach i ja wędruję za nimi, niczym Oskar Kolberg. * Jest coś bardzo podobnego i nie zamierzonego przecież we współczesnym losie doktora Gillesa Riery - przybysza z Algierii - oraz w postawie pochodzącego z pogranicza niemiecko-francuskiego Oliviera Meyera. Meyer, podobnie jak Riera, afirmuje bowiem katalońskość znacznie mocniej, niż nie jeden Katalończyk... DZIEŃ DOBRY, JESZCZE RAZ Jeśli w Perpignane słońce wyraźnie dominuje przez znaczną część roku, o tyle ten akurat dzień spotkania z Oliverem jest zupełnie odmienny i niepowtarzalny w swojej atmosferze: dżysty, mglisty, chłodno-porywisty. Aura tutaj jest więc w dniu spotkania z tym telewizyjnym dziennikarzem zupełnie wyjątkowa i pasująca może raczej do Islandii czy Normandii niż do ukochanej przez Picassa i Dalego stolicy Północnej Katalonii. Podobno tak samo paskudnie było tutaj tylko w 1994 roku. Olivier Meyer i Paweł Zbierski - poticzas rozmowy w Perptgnone, fot. autor A skoro mamy porę lunchu, to nie porozumiewając się wzajemnie, wszyscy zamawiamy zadziwiająco zgodnie świeży tatar, zrobiony z ryb złowionych rankiem w Morzu Śródziemnym. Do tego potrzebujemy sporo czarnego pieprzu oraz średnią karafkę bardzo mocnego, silnie schłodzonego białego, wytrawnego wina. * Olivier jest dziennikarskim zwierzem, trochę kameleonem, szybko zmieniającym barwy - wszystko po to, by wyszarpać z rozmówcy maksimum treści. Ale teraz role się odwracają. To my pytamy. On odpowiada. Paweł Zbierski 163 - Nie jesteś Katalończykiem, ale mieszkasz tu, w Północnej Katalonii. Czy czujesz, że jesteś u siebie? - Często zadają mi to pytanie. Dobre pytanie. Być Katalończykiem to niekoniecznie się tutaj urodzić. To znaczy po prostu żyć. Czuję się stąd. Kiedy wracam do mojej rodziny w Nancy mówię w końcu: „Teraz muszę już was opuścić, bo mój dom jest teraz tam, a nie tu..” Czyli wracam do siebie, do Perpignane. Jestem obywatelem miejsca, w którym mieszkam. Jem tutaj, śpię tutaj, pracuję tutaj. Lubię ludzi stąd, rozmawiam z nimi. Lubię tutejszą kulturę. Wszystko zależy jednak od postawy. W sytuacji, gdy jesteśmy otwarci na świat - na ludzi, nie jest żadnym problem stworzyć sobie nowe warunki do życia. Olivier ma świadomość, że bez założenia filtra politycznej poprawności, polegnie jako szef stacji telewizyjnej zawodowo dbający o pokojowe współistnienie odbiorców swoich programów. Ma świadomość, że go nagrywam. Nie wypada więc drażnić Katalończyków, ale też wypada zachować umiar w swoich zachwytach - i nie przesłodzić wobec Republiki Francuskiej. Trudna rola. - Kiedy tu przybyłeś, co ci się od razu najbardziej spodobało? - Kiedy przyjeżdżasz z północy od razu uderza cię, ale też przyciąga ta odmienna kultura katalońska. Poznałem szybko język, tradycję, gastronomię - wszystko, co sprawia właśnie, że cała Francja jest bogata we własne tradycje, swoje sery, wina, w różne kultury. W Alzacji masz kulturę i architekturę alzacką, w Bretanii inną, odmienną. No i oczywiście Katalonia na tym tle też staje się swoistym fenomenem. - Odbyłeś więc proces swoistej naturalizacji wobec katalońskości? - W pewnym sensie przywłaszczyłem sobie kulturę katalońską, mimo, że mam zupełnie różne pochodzenie. - A jaka jest ramówka tej Twojej telewizji? - W edycji „Państwo katalońskie” mamy codziennie 7 minut, w sobotę mamy cały, półgodzinny dziennik, w niedzielę magazyn. Tego nie znajdziecie nigdzie indziej w całej Francji. Francuska telewizja publiczna nakazuje nam wprost promowanie kultury kataloń-skiej. Dostajemy zresztą na to dotacje wprost z Unii Europejskiej. - Operujesz jednak w medium tradycyjnym. Czy to nie jest trochę tak, jak w Polsce, że coraz mniej ludzi ogląda telewizję, a coraz więcej sięga do internetu? - Masz rację, ludzie odchodzą od tradycyjnej telewizji. Idą w kierunku mediów spo-łecznościowych. Skoro mamy tak silną, dynamiczną kulturę jak tutaj, wówczas dochodzić musi do fuzji mediów społecznościowych z mediami tradycyjnymi. Ludzie oglądają naszą telewizję, by zobaczyć siebie, informację, która ich dotyczy. Musimy więc także cały czas intensywnie myśleć o formie i treściach: co dać ludziom takiego, czego nie zobaczą w mediach społecznościowych? Siłą naszych materiałów jest fakt, że nikt inny we Francji, nie będąc tutaj, na miejscu, nie był by w stanie ich wyprodukować. - Mówisz do ludzi, poprzez swoje materiały. Ale czy istnieje komunikacja także w odwrotnym kierunku: tak by oni mogli także tobie coś powiedzieć? - Do tego mamy właśnie media społecznościowe. Ludzie piszą. Mamy oczywiście Face- 164 Dziennik kataloński (5) booka i własną stronę. I notujemy wyraźny przyrost treści w porównaniu sytuacją z przed paru lat, gdy obejmowałem swoją funkcję - Jednak w porównaniu np. z Niemcami Francja to kraj mocno scentralizowany politycznie, zarazem z całkiem przyzwoitym, w porównaniu z Polską czy wschodnią Europą, telewizyjnymi programami regionalnymi. Kiedy oglądam wszystkie francuskie anteny - razem wzięte - mam wrażenie, że tematycznie jest tam znacznie więcej lokalności i prowincji. Mniej Paryża we Francji, niż Warszawy w Polsce... Czy trudno być dziennikarzem na przecięciu kultur: francuskiej, hiszpańskiej, katalońskiej? jak zadowolić wszystkich? - pytam. - To nie jest wcale takie trudne. Tak czy inaczej zawsze warto być po prostu dobrym dziennikarzem, jeśli idziemy między ludzi i nie boimy się tego. Tymczasem te dwa terytoria: Francja i Hiszpania to jednak dwa różne światy. Od epoki generała Franco po hiszpańskiej stronie, ale także dużo wcześniej, historia była cały czas trudna i dramatyczna. Zupełnie inaczej niż po stronie francuskiej, gdzie mamy jednak do czynienia z republiką a nie z monarchią. * Spotkanie z Olvierem i z Katalonią to dla mnie wielka frajda, a przy okazji swoista terapia po ciężkich - także zdrowotnych - przejściach w TYP. Mam świadomość, że dzięki takim właśnie ludziom jak dziennikarz Olivier Meyer, aptekarz Roger Lautier, lekarz Gilles Riera - wszyscy oni Katalończycy z wyboru - wracam do życia. * Od samego zresztą początku mojej katalońskiej drogi - Gilles i Rose-Marie staną się oboje - niejako mimochodem - sojusznikami mojej pracy filmowej, malarskiej i fotograficznej uprawianej w Saint Laurent. Bardzo mnie też do tej pracy motywują. * Warto wiedzieć, że we Francji lekarz pierwszego kontaktu jest - w porównaniu na przykład z Polską - kimś znacznie bliższym pacjentowi. On o tobie wie absolutnie wszystko. Interesuje się całym tobą: nie tylko twoim, uchem, okiem, płucem, śledzioną albo żołądkiem! Francuski lekarz pierwszego kontaktu siedzi w twojej głowie, jest w twoim sercu, łagodzi nadwrażliwość skóry. Osobiście umawia ci wszystkie wizyty do specjalistów i telefonuje do ciebie nazajutrz, zaraz po twoim wyjściu ze szpitala. Ale zarazem jest w tym wszystkim niesłychanie dyskretny. Oto podstawowa różnica w wykonywanych - we Francji i w Polsce -procedurach medycznych. No i to urocze: „re-Bonjour!” - którym wita cię z uśmiechem we Francji każdy anestezjolog po udanej operacji. W swobodnym tłumaczeniu na język polski brzmi to mniej więcej tak: „Dzień dobry po raz drugi!”. Lub „Dzień dobry jeszcze raz!” Saint Laurent De Cerdans, 14-31 sierpnia 2019 r Tłumaczenia: Aleksandra Fontaine Wspomnienia Alicja Łukawska Żuławskie opowieści CZ.2 Kowaiscy z Markus Wujek Stasiek Kowalski, starszy brat mojej matki Haliny i mój ojciec chrzestny, był jednym z pierwszych powojennych osadników w Markusach na Żuławach. Rodzina mojej mamy trafiła do Markus z Ziemi Dobrzyńskiej wraz z pierwszą falą osadników wiosną 1947 roku. Wtedy jeszcze na polach i łąkach stała woda, a dzikie kaczki gnieździły się na wierzbach, bo niżej wszystko było zalane. Wolne od wody były tylko leżące nieco wyżej drogi oraz stare, poniemieckie domy stojące na sztucznie usypanych pagórkach. W Markusach zamieszkali wówczas: moja babcia Marta Kowalska, mama Halina Kowalska, wujek Stasiek Kowalski oraz starsza siostra mamy Genia z mężem Stefanem Burkiem. Ich pierwszy dom w Markusach spalił się zimą 1951 roku z powodu wadliwej instalacji elektrycznej. Przez jakiś czas mieszkali kątem w starej szkole, gdzie przygarnęła ich nauczycielka Nowakowa, pierwsza kierowniczka szkoły w Markusach. Tam właśnie wujek Stasiek Kowalski poznał się bliżej ze swoją przyszłą żoną Jasią, która pracowała u Nowakowej jako służąca. Potem gmina zaproponowała im nowe lokum. Rodzina Burków z dziećmi, które w r Wujek Stasiek i ciotka Jasia Kowalscy. Wiśniewo, lata 1960, fot. archiwum rocizinne iędzyczasie przyszły na świat, dostała przy- dział na połowę wielkiego domu położonego bliżej centrum Markus, który dzieliła z rodziną Boreckich. Natomiast Kowalscy, to jest moja babcia, mama i wujek Stasiek z poszli mieszkać osobno, do starego domu we wsi Wiśniewo. Wkrótce Stasiek ożenił się z Jasią. Ślub wzięli w kościele w Zwierznie. Babcia Marta zmarła w 1952 roku i została pochowana 166 Żuławskie opowieści cz. 2, Kowalscy z Markus na cmentarzu w Zwierznie. Moja mama mieszkała jeszcze przez jakiś czas w Wiśniewie, a potem wyjechała za pracą do miasta. W 1957 roku wyszła za mąż za Stefana Łukawskiego, syna osadników z Mazowsza mieszkających w Wiśniewie. Ja się urodziłam w 1959 roku w Elblągu. Nasza rodzina zamieszkała potem w Bydgoszczy, gdzie moi rodzice otrzymali mieszkanie komunalne. Wujek Stasiek i ciotka Jasia z czasem sprzedali gospodarstwo w Wiśniewie i wrócili do Markus, gdzie kupili sobie parę hektarów ziemi i pół małego, białego domku przy drodze z Różan do Jeziora, niedaleko starej szkoły. Kiedy zamykam oczy i wyobrażam sobie Markusy z tamtych lat, to widzę ogromne, płaskie, zielone przestrzenie, porośnięte trawą i burakami cukrowymi. A prócz tego, były tam tylko rowy z wodą, węższe i szersze, wierzby, trzciny i szuwary, a także porastająca wodę rzęsa, którą łowiło się dla kaczek kuchennym durszlakiem umocowanym na długim kiju. Pamiętam tamtejsze powietrze, które z początku, zaraz po przyjeździe z miasta wydawało się szokująco świeże i wilgotne. Po paru dniach na Żuławach mijały mi wszelkie choroby gardła i krtani, które męczyły mnie przez cały rok w Bydgoszczy. Przyjeżdżałam na Żuławy na początku lata, patrzyłam na trawiastą zieleń, wciągałam w płuca zapach mokrych łąk, po paru dniach wyciszałam się i wtedy już wiedziałam, że są wakacje, a przede mną parę tygodni wolności i odpoczynku od miasta. Czułam wtedy, że należę do tego miejsca, tym bardziej, że właśnie tam, niedaleko domku, w którym mieszkali wujostwo Kowalscy, stał niegdyś wielki, drewniany budynek, który był pierwszym, powojennym domem naszej rodziny na Żuławach. Z Markusami byłam bowiem związana familijnie. - O, tutaj był nasz dom, do którego wprowadziliśmy się w 1947 roku i który spalił się parę lat później - zwykle powtarzała mi mama, pokazując niewielki wzgórek ziemi otoczony starymi, niskimi jabłoniami. Tylko te drzewa wskazywały, że niegdyś była tam siedziba ludzka. Wzgórek po domu był usytuowany dokładnie naprzeciwko poniemieckiej szkoły z czerwonej cegły. W latach siedemdziesiątych minionego wieku ten kawałek ziemi należał do PGR-u w Markusach. Pod koniec lata chodziłyśmy tam z mamą i ciotką Jasią, by zerwać trochę jabłek z rosnących tam drzew, których nikt nie pilnował. To były niskie jabłonie starej niemieckiej odmiany Ernst Bosch. Były zielone i z wyglądu przypominały nieco papierówki, ale dojrzewały później i były słodsze w smaku. Kiedy całkiem dojrzały, stawały się żółtawe, a ich skórka robiła się cienka jak błonka i sama prawie odchodziła, odsłaniając biały miąższ. Stanisław Kowalski w młodości, fot. archiwum rodzinne Alicja Łukawska 167 Pamiętam, jak pojechałyśmy z mamą po raz pierwszy odwiedzić wujostwo w ich nowym domu w Markusach. Była końcówka lat 1960. Mam wciąż przed oczami wysoką, szczupłą postać wujka, który zbliżał się do bramy nieco kulejącym krokiem, bo chromał na prawą nogę z powodu niegojącej się ogromnej rany na łydce spowodowanej chorobą Buergera, a pod nogami plątał się mu mały, rudy piesek, kilkumiesięczna suczka Perełka. Wujek nosił na głowie czapkę z daszkiem, a na sobie wiele warstw odzieży: grubą, flanelową koszulę w kratkę z długimi rękawami, watowaną roboczą kamizelkę, czyli kufajkę, grube spodnie i długie buty do kolan zwane „gumofilce”; na dole były z gumy, tak jakby kalosze, a na górze z filcu. Przeważnie był nieogolony, bo - jak większość mężczyzn ze wsi - golił się tylko raz w tygodniu, w sobotę, przy okazji większego mycia. Czasami tylko, w niedzielę, ubierał się Janina Kowaiska i pies Maciek, Markusy, lata 1970, fot. archiwum rotizinne W Stary, czarny garnitur, i jechał na rowerze na mszę do kościoła do Jeziora. Był niezwykle spokojnym i nieco flegmatycznym człowiekiem. Obok wujka Staśka dreptała nieduża ciotka Jasia, która w moich dziecięcych oczach wyglądała jak Baba Jaga z baśni o Jasiu i Małgosi. Trochę się jej bałam. Nosiła na głowie warkocz spleciony w koronę, miała pomarszczoną twarz i tylko dwa zęby z przodu. To była najdziwniejsza z moich wszystkich ciotek. Wycofana. Zamknięta. Podejrzliwa. Stale bała się, że ktoś ją okradnie, zamorduje lub wygna z domu. Nie lubiła nikogo wpuszczać do środka. To znaczy wpuszczała, jak musiała, a inaczej to już nie otwierała nikomu bramy, tylko przez płot rozmawiała z rzadkimi gośćmi, do których zaliczali się listonosz, inkasent zbierający opłaty za prąd, inseminator, który przychodził zapładniać krowy, a także sezonowi pomocnicy przy żniwach. Utrzymywała kontakty towarzyskie tylko z ukraińskimi sąsiadami z rodziny Semków, którzy mieszkali w pobliżu i których znała od początku swego pobytu na Żuławach. Ale poza tym jej kontakty z innymi ludźmi były bardzo chłodne i na dystans. Podglądała innych, stale obserwowała, wiele nie mówiąc. Była zakochana w wujku Stasiu, co objawiało się w tym, że o niego dbała jako troskliwa żona; pilnowała, by zawsze był dobrze najedzony i ciepło ubrany, bo jemu stale było zimno. Kupowała mu w mieście ubrania trochę na oko, ale zawsze pasowały. Jasia nie miała zaufania do ludzi, tylko do zwierząt, a najbardziej do swoich psów, z którymi rozmawiała całymi godzinami i twierdziła, że one wszystko rozumieją, tylko same mówić nie potrafią. Miała wrodzony talent do obłaskawiania zwierząt. Prócz rudej Perełki, która z małego szczeniaka urosła do rozmiarów labradora, w domu wujostwa były jeszcze dwa inne psy: wielki, kudłaty i łaciaty Misiek oraz mały, ostry Maciek nieco terrierowaty 168 Żuławskie opowieści cz. 2, Kowalscy z Markus Z wyglądu, który nie dawał się nikomu dotknąć prócz swej pani. Zresztą, pozostałe psy też nie lubiły jak je głaskał ktoś obcy. Może zresztą były tak tresowane przez Jasię? - To jest swój! Swój! Nie ruszać go! - tak ciotka przedstawiała swoim psom nielicznych gości, których wpuszczała do swego domu. Zwierzęta podchodziły wtedy nieufnie, na sztywnych łapach, dokładnie obwąchiwały nowego znajomego i zapamiętywały jego zapach na zawsze. Nawet jeśli ten człowiek zjawiał się po paru miesiącach lub latach, zawsze potrafiły go rozpoznać. Spokojnie przyjmowały przedstawionego gościa i co najwyżej lekko szczerzyły zęby, jeśli ktoś nieopatrznie próbował się z nimi za bardzo spoufalać. Najbardziej do gryzienia rwał się zawsze wielki Misiek i ciotka nieraz musiała wiązać go na łańcuchu przy budzie, jak ktoś obcy przebywał w gospodarstwie. Ale to były jedyne momenty, kiedy któreś z tych zwierząt było uwiązane przy budzie. Obejście wujostwa było ogrodzone wysokim płotem uplecionym z wikliny i na dodatek otoczone głębokimi i szerokimi rowami z wodą, co pozwalało trzymać pieski przy domu na swobodzie. Od rana do wieczora chodziły wszędzie za swoją panią, towarzysząc jej we wszystkich pracach gospodarskich. Trzy razy dziennie maszerowały na łąkę, gdzie wujostwo doili swoje krowy. W czasie dojenia ciotka czasem strzykała im mlekiem prosto w otwarte łakomie psie pyski, a później jeszcze nalewała swym ulubieńcom jeszcze ciepłe krowie mleko do ich misek. Psy asystowały jej przy pieleniu buraków, kopaniu ziemniaków, pracach w ogrodzie i przy żniwach, szukaniu dzikich pieczarek na łące, zbieraniu owoców w sadku przy domu (uwielbiały wielkie, słodkie, jasnożółte śliwki, które rosły chyba tylko na Żuławach), a także tropieniu jajek, które chodzące luzem kury znosiły w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, na przykład w zbożu na polu albo w stogu siana czy słomy. Pilnowały również wielkiego stada drobiu, które ciotka hodowała na podwórku. Były tam kury, gęsi i kaczki, na które polowały drapieżne ptaki. Kołujące nad podwórzem jastrzębie i wrony tylko czyhały, aby porwać małego kurczaczka czy inne pisklę. - Misiek! Maciek! Perła! Patrzcie, gapa! Gapa leci! Brońcie kurczaków! - wołała Jasia, jeśli dostrzegła ptasiego prześladowcę, którego nazywała „gapą”. Psy rzucały się wtedy z głośnym szczekaniem w stronę latającego drapieżcy i płoszyły go. Ptak podrywał się do góry i znikał w powietrzu. Ale one czekały, bo wiedziały, że za chwilę wróci. Kiedy znowu się pojawiał, podnosiły się i biegały po całym podwórzu, ujadając głośno i zajadle. Wtedy potrafiły być niebezpieczne. Podskakiwały do góry i zdarzało się, że niejedną wronę krążącą nisko nad ziemią wytargały zębami za ogon, aż pióra zostawały im w pyskach. Najbardziej niezwykłe było to, że te psy ciotki Jasi miały chyba jakieś zdolności paranormalne. Bo jakże inaczej wytłumaczyć fakt, że zawsze wiedziały z dużym wyprzedzeniem, o której ciotka wróci z miasta, gdzie pojechała na targ z jajami? W grę wchodziły chyba trzy kursy autobusu z Elbląga. Ciotka mogła przyjechać albo zaraz po tym, jak sprzedała jajka, albo trochę później, jeśli poszła jeszcze potem na zakupy. Czasem Jasia sama nie znała godziny, o której wysiądzie z autobusu na przystanku w Jeziorze. A ten przystanek był oddalony od domu wujostwa jakieś półtora kilometra. Jednak psy zawsze wiedziały, kiedy ich pani wróci do domu. Jeszcze przed przyjazdem autobusu do Jeziora szły pod bramę i układały się tam, drzemiąc i czekając spokojnie. A po pewnym czasie na drodze pojawiała się Alicja Łukawska 169 ciotka z torbami pełnymi zakupów. Psy witały ją serdecznie, podskakując i iiżąc po rękach, a także prosząc o przywożone z miasta smakołyki, przeważnie kawałki kiełbasy „zwyczajnej” oraz różne słodkości. Jeśli u ciotki byli akurat goście, to psy zawsze dostawały jedzenie wcześniej niż ludzie. Były to zwierzęta wszystkożerne, oczywiście, najbardziej lubiły mięso, ale nie gardziły także ziemniakami czy makaronem z tłuszczem, sosem, mlekiem czy śmietaną, a także chlebem grubo posmarowanym smalcem ze skwarkami. W sierpniu, w porze ogórkowej, wpadały w dziwne podniecenie, kiedy ciotka kisiła ogórki i obierała czosnek do zapraw. Kręciły się wtedy w kółko i z ciekawością zadzierały do góry pyski, zaglądając na stół, a czasami wchodziły na krzesła i opierając łapy o stół napawały się mocnym zapachem czosnku. Chyba ten zapach kojarzył im się z domową kiełbasą ze świniobicia, którą także uwielbiały. Oprócz psów i drobiu, w gospodarstwie wujostwa było także wiele innych zwierząt. Ważną personą był ogromny, czarny, stary kot-weteran, który dwa razy został wywieziony do jakichś ludzi w innej wsi, bo wujostwo chcieli go komuś wypożyczyć na pewien czas do pracy. Podobno ten kot był bardzo łowny, a w tamtym drugim gospodarstwie była jakaś plaga myszy czy też szczurów. Kot został wywieziony tradycyjnie, w dużym worku, wujek pojechał z nim wozem konnym i tam zostawił. I co? Po paru dniach kot zjawił się z powrotem w Markusach! Przyszedł piechotą kilka czy może nawet kilkanaście kilometrów. Trafił do domu, choć w tamtą stronę jechał zamknięty w ciemnym worku i niczego nie mógł przecież widzieć. Wujek wywiózł go raz jeszcze i ten kot znowu powrócił do swojego domu. Za drugim razem w czasie drogi powrotnej został pokąsany przez jakieś obce psy, które widocznie napadły go po drodze. Miał obgryzione uszy i brakowało mu pół ogona. Trzeciej próby już nie było i kot został w gospodarstwie wujostwa. Podleczył się, doszedł do siebie, ale skłonność do długich wędrówek mu pozostała do końca życia. Nieraz znikał z domu i pojawiał się dopiero po paru dniach. To był jedyny kot, jaki miał prawo wstępu do mieszkania wujostwa. Poza tym starym kocurem, w stodole gnieździło się całe stado młodych, praktycznie dzikich kotów. To wszystko były dzieci i wnuki tego weterana, które miał z jakimiś młodymi kotkami, które ciotka też hodowała, ale w ogóle nie przejmowała się nimi. Nikt nie wiedział ile było tych kotów, ciotka nigdy ich nie liczyła, mówiła o nich w liczbie mnogiej, po prostu „koty”. Na wiosnę nie było wiadomo, ile też nowych dzieci wyprowadzą matki--kotki ze stodoły, bo tam przeważnie się kociły. Koty duże i małe dostawały coś tam do jedzenia i trochę ciepłego mleka od krowy do picia, a w zamian za to miały pracować, to jest łowić myszy i szczury w gospodarstwie. Kiedy próbowały chyłkiem wślizgnąć się do domu przez uchylone drzwi, ciotka przepędzała je miotłą z brzozowych gałązek, służącą do zamiatania ganku. - Puj, puj, pujka! - wołała Jasia dwa razy dziennie, kiedy chciała je nakarmić. Na ten okrzyk stado kotów wypadało ze stodoły i pędziło, ile sił w łapach przez podwórze do misek z jedzeniem. Zimę koty spędzały w oborze, która była bardzo ciepłym pomieszczeniem. Prócz tego, były oczywiście krowy, koń, świnki w chlewiku i tak dalej. Dla mnie, miejskiego dziecka wychowanego w kamienicy, w małym mieszkaniu, bez żadnego własnego zwierzątka, to była wielka frajda w czasie pobytu na wsi: pogłaskać psa, krowę czy kota. 170 Żuławskie opowieści cz. 2, Kowalscy z Markus czy dać cielaczkowi odstawionemu od matki palec do possania. Do dzisiaj pamiętam tamte zwierzęta i wszystkie związane z nimi wiejskie dźwięki i zapachy. Wtedy było jakoś tak, że ludzie i zwierzęta żyli bliżej siebie. Można było trzymać krowy, świnie, konie i drób w jednej wspólnej oborze i nikomu to nie przeszkadzało. W Markusach, podobnie jak na całych Żuławach, były kłopoty z wodą. Wujostwo Kowalscy po wodę do picia i gotowania chodzili z 25-litrową bańką zawieszoną na ramie roweru do starej szkoły. Tam na podwórzu była rura, z której pomału ciurkała woda do okrągłej, betonowej cembrowiny. Nieraz trzeba było czekać jakieś 15-20 minut aż woda nakapie i napełni bańkę. Przy okazji, przy studni nawiązywało się znajomości i urządzało krótkie pogawędki. - A ty przyjechałaś na lato do Kowalskich? Jesteś córką Halinki? Pamiętam twoją mamę z młodych lat. Jakaż to była piękna dziewczyna! - zagadnął mnie kiedyś przy studni starszy Ukrainiec Piotr, krytycznie mi się przyglądając i porównując urodę mojej mamy z moją. Latem w Markusach funkcjonowałam jako „córka Halinki”, bo mieszkający tu ludzie w większości znali moją mamę i całą naszą rodzinę Kowalskich z czasów tuż powojennych. Zawsze czułam, że mi się przyglądali i komentowali, kiedy wystrojona w letnią sukienkę szłam z mamą w niedzielę do kościoła parafialnego w Jeziorze pw. Wniebowzięcia NMP. W czasie tej drogi czasem przyłączały się do nas mieszkające w pobliżu stare Ukrainki w długich spódnicach i kwiecistych chustkach na głowach. Nie były prawosławne, tylko greko-katolickie, więc w niedziele chodziły do miejscowego kościoła w Jeziorze. Tylko na wielkie święta jeździły do swojej cerkwi w Dzierzgoniu. One też znały moją mamę z czasów jej młodości, więc czasem zagadywały i wypytywały jak jej się żyje w mieście. Tak więc, wodę do picia brało się ze starej szkoły, a wodę do innych celów, czyli do mycia, prania, sprzątania i pojenia zwierząt, czerpano wiadrem z szerokiego rowu, który przylegał do ogrodu wujostwa. Wujek Stasiek zrobił tam specjalne, wygodne schodki z drewna, dzięki którym można było bezpiecznie zejść do wody, by nabrać jej do wiadra. Latem po tym rowie pływały kaczki i gęsi należące do ciotki i jej sąsiadów, a w wielkie upały ciotka kąpała tam swoje psy, które chętnie skakały do wody i wyławiały rzucane im patyki. Ja też bym chętnie wlazła do wody i popływała razem z psami i kaczkami, ale mama nie pozwalała, bo rów był szeroki i głęboki, mógł być niebezpieczny dla dziecka. Więc tylko czasem, jak było bardzo gorąco, rozbierałam się i siadałam na najniższym stopniu drewnianych schodków, biorąc w ten sposób przyjemną chłodną kąpiel. Woda w rowach była przezroczysta, żółtawo-czerwona, żelazista i pachniała tatarakiem. Do mycia nadawała się znakomicie, tylko włosów nie można było w niej umyć, bo robiły się od tego szorstkie. Do mycia głowy wszyscy w okolicy łapali deszczówkę do wielkich blaszanych beczek ustawionych pod rynnami odprowadzającymi wodę z dachów. Po deszczu myło się włosy taką właśnie wodą deszczową, mydliło zwykłym szarym mydłem i spłukiwało wodą z octem. Po takim zabiegu, bez żadnej chemii, włosy były wyjątkowo puszyste, miękkie i jedwabiste. Z początku wujostwo mieli tylko małą obórkę, a właściwie pół obórki, bo drugie pół należało do sąsiadów. Dopiero później, jakoś tak w połowie lat 1970. zbudowali sobie na podwórzu dużą, nowoczesną oborę z białej cegły. Na dole znajdowały się stanowiska dla Alicja Łukawska 171 poszczególnych zwierząt i osobne pomieszczenie na konwie z mlekiem, a na górze był rodzaj spichlerza, gdzie trzymano zapasy siana i słomy. To właśnie tam, na tej górce, spędziłam jedyne w swoim życiu noce na sianie. Normalnie, jak przyjeżdżaliśmy do wujostwa, to spaliśmy w domu w łóżkach. Ale raz zdarzyło się, że pojechałam do Markus z moją przyjaciółką Iwoną. Pojechałyśmy tam latem 1977 roku, kiedy miałyśmy po osiemnaście lat. Iwona nigdy wcześniej nie była na wsi, więc było to dla niej ogromną atrakcją. Mleko od krowy, spanie na sianie, sranie za stodołą i mycie w rowie to był dla niej szczyt letnich marzeń. Do tej pory spędzała wszystkie wakacje z rodzicami w zakładowym ośrodku Funduszu Wczasów Pracowniczych i po tamtych luksusach zapragnęła prymitywizmu. - Będziemy spać na sianie! Będziemy spać Wujek Stasiek Kowalski z drugi} rodzim}, od lewej: Genowefa Kowalska (w okularach), NN, mała Monika Kowalska, Stanisław Kowalski, Markusy, lata 1980, fot. archiwum rodzinne na sianie! - radowała się moja koleżanka przez całą drogę z Bydgoszczy do Markus. Ciotka chciała nas położyć normalnie, w starym, drewnianym łóżku z rzeźbionymi zagłówkami w małym pokoiku. Przygotowała nam już czystą pościel, w klasyczny „wiejski” wzorek w drobną, niebieską krateczkę. Ale Iwona była uparta i tylko to siano było jej w głowie. - Nie położę was przecież w stodole, bo tam jest brudno i śmierdzi kotami. Na dole leży węgiel i trociny do palenia w piecu. Będziecie spać na górze w nowej oborze, tam jest czysto i mamy już sporo siana z tego roku, więc będzie wam miękko - zadecydowała ciotka i kazała nam zabrać z domu poduszki, pierzyny, prześcieradła i koce. Wniosłyśmy to wszystko do góry po drabinie i rozłożyłyśmy na sianie. Nie było równo pod spodem, siano układało się w jakieś górki i dołki, w skórę drapały nas uschnięte łodygi, w nosie kręciło się od zapachu suszonych roślin, owady dokuczały i gryzły na potęgę, ja się nie wyspałam, ale Iwona była zadowolona. Obcując z Jasią czuło się, że ma ona jakąś głęboko skrywaną tajemnicę. Być może wiązało się to jakoś z jej wojenną przeszłością? Właściwie nikt z naszej rodziny nie wiedział, skąd pochodziła i w jaki sposób zjawiła się po wojnie na Żuławach. Nikt nie znał jej nazwiska panieńskiego, ani nawet narodowości. Zdaje się, że wywodziła się z Lubelszczyzny. Być może była Ukrainką, skoro tak bardzo ciągnęło ją do ukraińskich sąsiadów i używała nawet podobnego języka czy też gwary? Mówiła np. „won” i „wona”, co znaczy po ukraińsku „on” i „ona”. Ale ona sama nic na ten temat nie opowiadała. Któregoś lata wybrałyśmy się z Jasią i moją mamą na zwiedzanie obozu koncentracyjnego w Stutthofie, gdzie byli więzieni przez Niemców Polacy z całego Pomorza. To było dla mnie strasznie traumatyczne przeżycie, chyba jestem za wrażliwa na oglądanie z bliska takich miejsc. Miałam wtedy jedenaście lat, ale tamte straszne wrażenia ze Stutthofu prze- 172 Żuławskie opowieści cz. 2, Kowalscy z Markus siadują mnie przez całe życie. To był jedyny obóz koncentracyjny, jaki w życiu zwiedzałam i więcej nie chcę. Tak sobie wyobrażam piekło na ziemi. Zdaje mi się, że w czasie tej wycieczki Jasia wyznała nam cos' takiego, że zrozumiałam, iż ona także była więziona w takim miejscu i że Niemcy robili na niej jakieś eksperymenty medyczne, dlatego właśnie nie mogła mieć dzieci. Nie jestem jednak do końca pewna, czy ona to faktycznie powiedziała, czy też w mojej pamięci zlały się jakieś fakty opowiadane przez przewodnika z tego obozu w czasie zwiedzania. Może ja to sobie sama wymyśliłam, albo raczej wyobraziłam sobie moją ciotkę jako ofiarę niemieckich eksperymentów medycznych? Jeden sekret skrywany przez Jasię odkryłam przypadkiem sama. Któregoś lata poszłam na strych obrywać kwiat lipowy z gałęzi. Obok domu wujostwa rosły duże lipy i zawsze w lipcu pozyskiwano z nich zapas ziół na cały rok. Wykorzystywano je potem w przypadku zimowych przeziębień i różnych innych chorób. Wujostwo w ogóle nie chodzili po lekarzach, leczyli się sami domowymi metodami. Ponieważ drzewa były wysokie, wujek wchodził na drabinę i ścinał piłą niższe gałęzie, a potem wrzucał je przez otwarte okno do pokoju na górze. Tam dosychały, a jak całkiem wyschły, trzeba było oberwać je z kwiatu. Poszłam więc tam kiedyś, poobrywałam ten kwiat lipowy, a potem, jak to wścibskie dziecko, zaczęłam myszkować na strychu. Właściwie był on prawie pusty, nic prawie tam nie było, prócz kołowrotka, na którym ciotka zimą przędła owczą wełnę, skórek piżmaków złowionych przez wujka, które suszyły się naciągnięte na drewniane prawidła i drewnianego łóżka w jednym pokoju od frontu, gdzie zwykle spali moi rodzice, jak przyjeżdżali razem na lato do Markus. Za to w drugim pokoju znalazłam w kącie kilka starych, szkolnych zeszytów, chyba jeszcze z lat pięćdziesiątych. Byłam ciekawa, do kogo mogą należeć, przecież wujostwo nie mieli dzieci. Skąd te zeszyty? Otworzyłam jeden z nich, a tam na paru stronach było napisane niewyrobionym pismem: „Janina Kowalska”, „Janina Kowalska”, „Janina Kowalska”... Poczułam się dziwnie. Jakbym zajrzała gdzieś, gdzie zaglądać nie powinnam i przekroczyła jakąś subtelną granicę cudzej prywatności. Patrząc na te podpisy zrozumiałam, że Janina Kowalska, to jest ciotka Jasia, uczyła się tu podpisywać. To był jej zeszyt! Zaczęło do mnie dochodzić odkrycie: ciotka Jasia jest analfabetką! Zamknęłam ten zeszyt i więcej już nie chodziłam na ten strych. Byłam bardzo zawstydzona. Dopiero po pewnym czasie powiedziałam o tym mamie. - Wiesz coś o tym, że ciotka Jasia nie umie czytać i pisać? - zapytałam. - Nie umie. Ona zawsze trochę się tego wstydziła, że jest niegramotna, ukrywała to, ale i tak wszyscy wiedzieli. Nie wiadomo, dlaczego nie nauczyła się pisać. Być może nie chodziła do szkoły, skoro - jak mi mówiła - była sierotą i od najmłodszych lat musiała iść do obcych ludzi na służbę? Zaraz po wojnie było w Polsce wielu analfabetów. Organizowano takie specjalne wieczorowe kursy dla dorosłych, na których uczono czytania, pisania i podstaw liczenia. Jasia na dodatek pracowała i mieszkała w szkole u nauczycielki, więc, jakby bardzo chciała się uczyć, to by mogła. No, ale nie chciała. Albo nie potrafiła się nauczyć? Składania podpisu nauczył ją dopiero Stasiek w czasie prac polowych. Widziałam to, jak przez pewien czas razem mieszkaliśmy. Brała zeszyt i ołówek na pole i tam ćwiczyła pisanie pod okiem Staśka. Ale nigdy nie nauczyła się nic więcej niż własny podpis - potwierdziła moja matka. Alicja Łukawska 173 Jasia musiała wkładać wiele sprytu i inteligencji w to, by dawać sobie radę w życiu z tym swoim analfabetyzmem. No i ukrywać go przed innymi, oczywiście, żeby jej nie oszukali. Jak jechała na rynek do Elbląga z jajkami, to już w domu pakowała je sobie w gazetę po dziesięć sztuk i tak tylko sprzedawała, tymi dziesiątkami. Stasiek jej w domu wcześniej policzył te jajka i porachował ilość pieniędzy, jaką powinna za nie dostać. Tak było najłatwiej. Potem robiła duże zakupy w mieście. W sklepie umiała kupować, bo po prostu pokazywała, co chce. Nie musiała nic czytać. Z kolei wujek bardzo lubił czytanie. Listonosz codziennie przywoził mu dwie gazety, to jest „Głos Wybrzeża” i „Dziennik Bałtycki”, a dodatkowo jakieś periodyki dla rolników. W przerwach między pracami w gospodarstwie wujek rozkładał w kuchni na stole wielkie płachty papieru i dokładnie je studiował, paląc przy tym papierosy przez szklaną lufkę. Ciotka nie zwracała uwagi na te jego papierzyska. Używała ich tylko do podpałki w kuchni oraz do zawijania jajek, jak jechała na targ do miasta. Była obojętna także wobec radia i telewizji. Bo wujek był nowoczesny i chłonny wiadomości ze świata. Dość wcześnie, chyba już pod koniec lat 60., kupił sobie odbiornik telewizyjny i codziennie spędzał przy nim wieczory. Uważnie oglądał dziennik o 19.30, no, chyba, że oderwały go od tego jakieś sezonowe prace połowę albo dojenie krów. Latem doiło się krowy gdzieś tak do 8 wieczorem, potem jeszcze był obrządek wokół świń i wujek dopiero około dziewiątej wieczorem mógł zasiąść przed telewizorem, kiedy leciał jakiś film. Ani filmy ani programy publicystyczne go nie interesowały, spoglądał tylko w ekran i przysypiał z nudów. A ciotka to już prawie zawsze drzemała przed telewizorem. Traktowała go po prostu jako dodatkowy mebel do odkurzania. Kiedy byłam mała i jeździłam do wujostwa z mamą, to mama zwykle chciała pomagać ciotce w gospodarstwie, pójść w pole albo do ogrodu, w każdym razie przebywać na powietrzu, ale ciotka zwykle już miała przygotowaną dla niej specjalną robotę na lato, a mianowicie szycie. Na początku lat 60. moja mama skończyła w Bydgoszczy profesjonalny, dwustopniowy kurs kroju i szycia. Umiała wziąć miarę, zrobić wykrój z papieru, skroić sukienkę, bluzkę, czy spódnicę, sfastrygować, przymierzyć, a potem uszyć na maszynie. Szyła modnie, korzystając z wykrojów i wzorów w pismach dla kobiet. W połowie lat 60. kupiła sobie wieloczynnościową maszynę niemieckiej produkcji i szyła na niej odzież dla mnie i dla siebie, a jak pojechała na lato, to obszywała całą rodzinę. To znaczy jej żeńską część. Wtedy kobiety starały się mieć w domu maszynę do szycia, nawet jak same nie umiały szyć. A jak nie miały własnej, to - jak akurat przyjechała krawcowa - pożyczały maszynę od kogoś. Jasia kupiła sobie starą, poniemiecką maszynę marki Singer z ozdobną główką i dołem z metalu, rzeźbionym w piękne esy-floresy. Na tej maszynie mama szyła jej garsonki i sukienki wyjściowe, w których jeździła do miasta z jajkami oraz chodziła do kościoła w niedzielę. A poza tym, szyła jej różne suknie, fartuchy i spódnice codzienne, na pole, do tego jakieś ręczniki, pościel itp. rzeczy. Mama nie płaciła wprawdzie wujostwu za nasz wakacyjny pobyt w ich domu pieniędzmi, ale zawsze go odpracowała z nawiązką. Tak więc, w czasie tych wakacji mama przeważnie coś szyła, a poza tym, jak wujostwo poszli na cały dzień w pole, gotowała obiad dla wszystkich domowników na białej meta- 174 Żuławskie opowieści cz. 2, Kowalscy z Markus lowej kuchni węglowej, zwanej westfalką. A ja spędzałam całe dnie na powietrzu, bawiąc się i kręcąc po obejściu. Nigdy się tam nie nudziłam, tyle było w gospodarstwie ciekawych rzeczy do oglądania dla miejskiego dziecka. Byłam zbyt chora i słaba, aby pomagać w polu jak moi zdrowi, wiejscy rówieśnicy, ale z przyjemnością obserwowałam różne prace rolnicze, wykonywane starymi, tradycyjnymi metodami, jak sianokosy, żniwa czy kopanie ziemniaków. Zboże u wujostwa cięto jeszcze kosami lub sierpami i ręcznie wiązano w snopki. Kosami zawsze cięli mężczyźni, a sierpami tylko kobiety. Fascynującym widowiskiem była młocka, kiedy to do wujostwa trafiała ogromna elektryczna młockarnia, która wędrowała po całej wsi od jednego sąsiada do drugiego. W młocce brało udział wiele osób, zwykle byli to sąsiedzi, którzy pomagali sobie nawzajem, a potem wspólnie ucztowali na zakończenie tych prac, jedząc smażone mięso z kiszonymi ogórkami i popijając nalewki ciotki z wiśni i owoców czarnego bzu. Kiedy trochę podrosłam, mama pozwalała mi pojeździć po okolicy na rowerze. Brałam wtedy czarną „damkę” należącą do ciotki i zwiedzałam Żuławy w promieniu 5 - 10 kilometrów od domu. Wujek miał męski rower, na którym codziennie jeździł do mleczarni z bańkami mleka, do sklepu w Markusach po chleb, a czasem, w niedzielę robił sobie dłuższe wycieczki po Żuławach, np. odwiedzał swoich braci Józefa i Tadeusza w Lasowicach Wielkich. Ale wujka roweru nie ruszałam, bo był dla mnie za duży. Niewielka damka ciotki była dla mnie akurat. Drogi były tam dobre, pokryte równiutkim asfaltem, puste i spokojne. Nikt prawie tamtędy nie jeździł. Jakiś samochód czy motocykl pojawiał się we wsi tylko parę razy dziennie i stanowił taką sensację, że wujostwo natychmiast lecieli do okna albo do bramy. - O, taksówka jedzie! Ciekawe, do kogo? - zastanawiali się, snując różne możliwe scenariusze. „Taksówką” ludzie ze wsi nazywali wtedy wszystkie samochody osobowe. Mało kto wtedy w okolicy posiadał prywatne auto. Jednym z nielicznych szczęśliwców był proboszcz z Jeziora, którego przejazd koło domu wujostwa zawsze był długo i obszernie komentowany- W dzieciństwie fascynowały mnie mosty, dlatego lubiłam jeździć do niezwykłego, zwodzonego mostu na rzece Tynie w Jeziorze, dużej stalowej konstrukcji, która wprawdzie już nie działała, ale robiła na mnie wrażenie swoją oryginalnością. Czasem jeździłam w drugą stronę, do kamiennego, półokrągłego mostu w Różanach, z którego skakały z pluskiem do wody opalone dzieciaki, które przyjeżdżały tam na rowerach z okolicznych wiosek. Chłopcy skakali na główkę, a dziewczynki na nogi. Mnie mama zabraniała tych skoków, więc patrzyłam tylko z żalem na kąpiących się w Różanach, a potem jechałam dalej, aż do stacji kolejowej w Gronowie. Czasem pedałowałam wolniutko po porośniętych trawą wałach usypanych nad rowami, szukając zdziczałych jabłoni i śliw rosnących w zapuszczonych ogrodach, które znajdowały się w miejscach, gdzie wcześniej stały jakieś domy. Miejsca takie nazywały się „spalonka”, bo tam wcześniej były ludzkie siedziby, w które trafił piorun w czasie burzy i spłonęły. Zabudowania spaliły się, ale ogrody częściowo pozostały i można tam było znaleźć smaczne okazy starych odmian owoców. Po wielu latach dzięki Internetowi zidentyfikowałam tamtejsze jabłka jako odmianę zwaną Pommerscher Krummstiel, co można tłumaczyć jako Alicja Łukawska 175 „pomorski krzywy ogonek”, bo one miały takie charakterystyczne krzywo rosnące ogonki. Ich owoce były duże, słodko-kwaśne, smakowały i pachniały po prostu rajem! Nigdy w życiu nie jadłam lepszych jabłek! Ciotka Jasia zmarła nieoczekiwanie wiosną 1978 roku. Po jej śmierci w białym dom-ku Staśka zrobiło się pusto. Wtedy właśnie zaczęły też umierać psy. Z całej trójki Perełka była najstarsza i to ona odeszła pierwsza. Potem zdarzyło się nieszczęście z Miśkiem, który w czasie żniw, w upalny dzień, położył się w cieniu drabiniastego wozu, na który ładowano słomę. Zasnął tam chyba sobie, biedaczyna, bo nie słyszał pokrzykiwania woźnicy na konia i nie zauważył, że najeżdżają na niego koła wozu. To istny cud, że ten pies przeżył ten wypadek! Chorował później, miał kłopoty z kręgosłupem i biodrami, ale jakoś się wylizał. Długo jednak nie pożył, bo nie mógł wytrzymać bez swojej pani. Wujek twierdził, że umarł z żalu po śmierci Jasi. Ale - tu znów nie jestem pewna, czy tak było faktycznie - czy Misiek powędrował z Markus na cmentarz do Zwierzna, tam odszukał grób Jasi, położył się na nim i zdechł? Czy może sobie tylko to wyobraziłam, by pasowało do mojej, romantyczno-lite-rackiej wizji świata, w której wierne psy umierają z rozpaczy na mogile właściciela? Przez pewien czas owdowiały Stasiek mieszkał sam z jednym tylko pieskiem, małym Maćkiem. Przeszedł na emeryturę, oddając państwu prawie całą swoją ziemię. Zostawił sobie tylko kawałek łąki, by móc wyżywić ostatnią krowę, która mu została. Mleko od tej krowy zawoził codziennie, jak wcześniej, do mleczarni w Jeziorze, gdzie dostawał w zamian masło i żółte sery. Pomału starzał się, nudził w samotności i popadał w depresję. W tamtym czasie dbały o niego siostra Genia Burkowa i jej synowa Ela, które uważały, że samotny mężczyzna potrzebuje kobiecej ręki. Co parę dni Ela zapraszała go na obiad czy kolację, a poza tym prała mu odzież, pościel i ręczniki. Wszystko w jego życiu zmieniło się zimą 1978/1979 roku. Wtedy właśnie sąsiad z Markus przywiózł mu z Elbląga młodą pannę na wydaniu. Była to samotna matka z synkiem, młodsza od Staśka o przeszło trzydzieści lat. Miała na imię Genia. Wujek spojrzał na nią i przepadł! To była z jego strony miłość od pierwszego wejrzenia! Genia jak przyjechała do Markus zimą, tak i została do wiosny. Z początku zatrzymały ją tam ostre mrozy i wielkie opady śniegu, przez co autobusy PKS-u do Elbląga wcale nie kursowały. Jednak później, jak już śnieg stopniał i komunikacja ruszyła, Genia nie odjechała do miasta, tylko nadal mieszkała w Markusach. Wiosną Stasiek poprosił ją o rękę. Pobrali się w sierpniu 1979 roku. Ślub cywilny odbył się w urzędzie gminy, a kościelny w Jeziorze. Pomysł drugiego ożenku wujka był szeroko dyskutowany w rodzinie. - Stasiu, po co bierzesz sobie taką młodą babę? Na co ci na stare lata kobieta z nieślubnym dzieckiem? Będziesz cudzego bachora chował? - fukała nerwowo ciotka Genia Burkowa, która lubiła pouczać innych. - Stasiu, nie jest dobrze, kiedy człowiek jest sam. Ale może lepiej byś poszukał sobie jakiejś statecznej kobiety? Ot, wziąłbyś sobie na przykład jej matkę, wdowę, ona chociaż ci w domu posprząta i obiad ugotuje. Bo z tej młodej to nie będziesz miał żadnego pożytku -dyplomatycznie radziła starszemu bratu moja matka. Ale do Stasia nic nie docierało. Było już za późno na wszelkie rady. Tak się zakochał w młodej narzeczonej, że w ogień by za nią skoczył. Nie słuchał, co mu mówiły siostry i za- 176 Żuławskie opowieści cz. 2, Kowalscy z Markus przyjaźnione sąsiadki ze wsi, które przecież znały Jasię od lat i były teraz zgorszone tym, co wyrabia jej mąż. Niektóre lamentowały na głos, że Stasiek straci doszczętnie zdrowie przez ten nieoczekiwany seks, który go dopadł na starość, a jeszcze ta młoda lafirynda zabierze mu cały majątek. Z kolei starsi mężczyźni z sąsiedztwa chyba mu trochę zazdrościli, bo coś tam przygadywali, uśmiechając się lubieżnie. Zastanawiali się przede wszystkim głośno, czy Stasiek podoła obowiązkom małżeńskim przy takiej młodej kobiecie. Drugi ślub wujka Kowalskiego odbył się 14 sierpnia 1979 roku w kościele w Jeziorze, a wesele, które po nim nastąpiło, należało do takich, o których w rodzinie wspomina się latami. Na biesiadzie weselnej rodzina pana młodego siedziała osobno, rodzina panny młodej także osobno. Jedzenia i picia było mało. Obiad przygotowała przyszła teściowa Stasia. Był to wiejski standard: rosół z kury, kotlety schabowe, kotlety mielone i coś tam jeszcze. Na zakąskę miały być kiszone ogórki, które dwa dni przed ślubem przywiozła Staśkowi sąsiadka Sławka Semkowa, bo Stasiek w tamtym roku nie miał własnych ogórków. Po śmierci Jasi nie było komu uprawiać ogrodu. Te ogórki od sąsiadki trafiły wprawdzie na stół weselny jako kiszone, ale były jeszcze całkiem zielone, nie zdążyły się bowiem ukisić przez dwa dni. Po powrocie z kościoła wszyscy byli głodni, więc szybko zjedli to, co znalazło się na stołach. Potem siedzieli dalej smutni i ponurzy. Może by w końcu poweseleli, jakby się napili i potańczyli, ale wódki było mało i skończyła się bardzo szybko. Więcej radości bywało w tym domu wtedy, kiedy wujostwo urządzali przyjęcie dla sąsiadów, którzy im pomagali przy młóceniu zboża. Wtedy jedzono wspólnie, pito, rozmawiano i żartowano w gromadzie. A teraz? Tańców żadnych nie było. Państwo młodzi zniknęli gdzieś, bo to była przecież ich noc poślubna. Wujostwo Kowalscy z Lasowic ruszyli dalej do Burków, by się razem napić wódki i obgadać to wydarzenie, a moi rodzice poszli spać na strych, bo ojciec całe życie chodził spać z kurami. Na początku 1980 roku druga żona Staśka urodziła mu córkę Monikę. Wbrew wszelkim przewidywaniom wujek był bardzo szczęśliwy ze swoją nową rodziną, a małą Moniką opiekował się jak najczulsza niańka. Niestety, po paru latach ta rodzinna sielanka skończyła się nagle. Zdrowie Staśka drastycznie się pogorszyło. Rana na podudziu wywołana chorobą Buergera tak się powiększyła, że trzeba było amputować kończynę powyżej kolana. Po amputacji wysłano go na rehabilitację do szpitala w Sztumie. Zdaje się, że lekarze trochę tam przesadzili z leczeniem, bo serce wujka nie wytrzymało intensywnej kuracji. Zmarł nieoczekiwanie w tym szpitalu w maju 1983 roku w wieku zaledwie 64 lat. Został pochowany na cmentarzu w Zwierznie, obok pierwszej żony i matki. Ku zaskoczeniu rodziny i znajomych kilka miesięcy po jego śmierci młoda wdowa urodziła jeszcze jedną córkę, pogrobowca, którą także zapisano na jego nazwisko. Poza tym, odziedziczyła po nim dom i resztę ziemi. Przez parę lat mieszkała w małym, białym domku w Markusach, potem sprzedała go i wyprowadziła się do Elbląga Niestety, wdowa po Staśku nie zadbała zgodnie z polskim zwyczajem o pamięć o mężu. Nie zamówiła dla niego nagrobka na cmentarzu. Wujek leżał kilkanaście lat w ziemnym grobie zwieńczonym drewnianym krzyżem. W końcu mogiła zaczęła się zapadać, a krzyż przechylił się na jedną stronę. Wyglądało to tragicznie. Rodzina nie mogła na to patrzeć! Alicja Łukawska 177 Pod koniec lat 90. pozostałe przy życiu rodzeństwo, to jest brat Andrzej z Nowego Dworu Gdańskiego i obie siostry złożyli się po 600 złotych i ufundowali Staśkowi i Jasi wspólny nagrobek ze sztucznego piaskowca. Nikt nie spodziewał się, że z tego powodu może rozpętać się piekło w rodzinie. Późną jesienią, w dniu Wszystkich Świętych, na cmentarz do Zwierzna zjechała nieoczekiwanie wdowa po Staśku. Kiedy zobaczyła, że wszystko wygląda inaczej niż wcześniej, że jest nowy nagrobek i jej mąż leży teraz w jednej mogile z pierwszą żoną, dostała ataku wściekłości. - Co za świństwo mi zrobiliście! Ja was, wszystkich Kowalskich, podam do sądu! Do prokuratury! Na milicję pójdę! To jest samowola budowlana! Jak tak można było zrobić? Wyście ich za moimi plecami wykopali i zakopali z powrotem! Zrobiliście ekshumację i przysunęliście ich do siebie! A gdzie jest miejsce dla mnie? - wołała do ludzi obecnych na cmentarzu, biorąc ich za świadków swojej krzywdy, która miała polegać na tym, że dwa trupy leżą jakoby zbyt blisko siebie. - Nie będziemy się tym przejmować - orzekła spokojnie moja matka. - W tym grobie Staśka jest jeszcze miejsce dla drugiej żony. Tam z drugiej strony, bliżej płotu cmentarza, ona się jeszcze na pewno zmieści. Nikt nikogo nie ekshumował, przecież tylko ta płyta nagrobna jest wspólna, nic więcej. Jak ona umrze, to można ją tam też dopisać. I tak kończy się saga rodziny Kowalskich w Markusach. Wujek Stasiek umarł, reszta jego drugiej rodziny wyprowadziła się do miasta. Po jakimś czasie mały, biały domek spalił się i dzisiaj nie ma już po nim żadnego śladu. Po Kowalskich zostały już tylko groby na cmentarzu w Zwierznie. 178 Uczniowie są najsurowszym sędzią Teodor Sejka UCZNIOWIE SĄ NAJSUROWSZYM SĘDZIĄ No i spełnia się moje życiowe marzenie, poświęcę się karierze nauczycielskiej. Myślałem o tym od dawna. Na moje szczęście zostać nauczycielem w PRL-u w latach 60. Nie było trudno, bo szkoły wiejskie cierpiały na chroniczne braki kadrowe, a Wydział Oświaty przyjmuje każdego chętnego byle miał maturę. Oprócz matury LO mam pozytywne wzorce moich własnych nauczycieli, a także, co jest, jak sądzę, moim ważnym atutem, by zostać pedagogiem, jest kilkuletnie doświadczenie w prowadzeniu drużyny harcerskiej. Jako uczeń byłem przecież drużynowym w Barcicach i w Sztumie? Z pewnym oporem przyznaję, że ten motyw dalszego realizowania się w harcerstwie wyraźnie u mnie dominuje nad podstawowymi zadaniami, jakie mnie czekają jako przyszłego nauczyciela. Ach jak to będzie wspaniale, wszak drużynowy - nauczyciel, to nie to samo, co drużynowy - uczeń. Od dawna wyobraźnia podsuwa mi wizje, jak trafiam do pracy w atrakcyjnej miejscowości z bliskością lasu, gdzie będę mógł organizować zajęcia terenowe z moim harcerzami. No i otrzymuję angaż do Szkoły Podstawowej w Jarzębinie, do KierowniczJea Szkofy Poe^tawowej w Barcicach Marianna Mejer ze swoją V klasą w roku 1959, fot. archiwum autora Teodor Sejka 179 wsi typowo rolniczej, o bardzo urodzajnych ziemiach i całkowicie pozbawionej lasu. Wkoło tylko płaski teren pól uprawnych z widocznym na zachodnim horyzoncie wałem wiślanym. Szkoła jest 7-klasowa z klasami łączonymi o czterech nauczycielach. Przybywam tu jako piąta „siła” i jestem od razu rzucony na głęboką wodę, bo kierownik szkoły pan Kazimierz Pozorski. Przydziela mi język polski i wf w starszych klasach. Budynek szkolny prezentuje się dość elegancko, chociaż jest tylko niedawno postawionym, dwusegmentowym barakiem, zbudowanym bardzo oszczędnie w czynie społecznym. Jego ściany to tylko szalunek wypełniony gruzem. Jak się później okaże, w okresie zimy 1962/63 atrament będzie nam zamarzał w kałamarzach na ławkach szkolnych. Podczas uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego pan kierownik przedstawia mnie jako nowego nauczyciela, który będzie też prowadził harcerstwo. Jako nowicjusz spotykam się tu z życzliwością tutejszych, doświadczonych już nauczycieli. Od lat pracują tu panie Teresa Rompa i Genowefa Preuss. Obydwie dojeżdżają do pracy rowerami z Ryjewa. Na miejscu mieszka pochodząca z Gdyni pani Barbara Sander. Ja na razie przychodzę do pracy pieszo. Rower kupię sobie dopiero za zarobione nauczycielskie pieniążki. Moja codzienna trasa przemarszu: Barcice - Jarzębina to około 5 kilometrów w jedną stronę. Ale niczym się nie zrażam, wyraźnie sprzyja mi moja młodość, radość z podjętej pracy i ambicja wykazania się. Dają o sobie znać też trudności, bo praca w klasach łączonych, nawet dla doświadczonego nauczyciela, nie należy do łatwych i wymaga ode mnie podwójnego przygotowania i niesamowitej aktywności. Jednym trzeba zadać zajęcia ciche, by aktywnie pracować z drugimi, potem na odwrót, wszystko sprawdzić i ocenić. Muszę też zabrać się do prowadzenia dziennika lekcyjnego i sporządzenia rozkładów materiału nauczania, a tu co rusz uczniowie pytają: proszę pana, a kiedy u nas w szkole będzie harcerstwo? Organizację drużyny muszę jednak odłożyć na październik. Harcerstwo dla tutejszej dziatwy, to wielka nowość i okazuje się bardzo atrakcyjną formą działania. Niestety, tutejsza okolica nie sprzyja grom terenowym i podchodom, bo nie ma się tu nawet gdzie schować, ale za to stawiam na kulturę i działania artystyczne. W sali biblioteki szkolnej organizujemy harcówkę z imitacją kominka. Tu spędzamy atrakcyjne wieczory z własnymi występami naszych zagorzałych wokalistek - piosenkarek. Dziewczyny mają piękne głosy. Karierę robi tu tęskna piosenka „Samotny leśny kwiat”. Na kominkach gościmy też rodziców naszych harcerzy. Innym razem odwiedza nas delegacja Komendy Hufca. Przyjechali do nas kuligiem ze Sztumu z komendantem hufca harcmistrzem Kazimierzem Deją. Brak lasu rekompensują nam wycieczki za Wisłę do Gniewu. Szkolna codzienność staje się najbardziej dokuczliwa z nastaniem zimy. Brak termoizolacji budynku powoduje, że piece nie są w stanie dostatecznie ogrzać pomieszczeń, a w bibliotece nawet nie ma żadnego pieca. Marzniemy wszyscy, wszędzie widać obłoczki wydychanej pary. Wpadam, więc na pomysł, by nasza drużyna zorganizowała w szkole odpłatną herbaciarnię. Pomysł podoba się wszystkim, mamy wielu klientów. Na długiej przerwie za złotówkę można u nas dostać szklankę herbaty z cukrem, co znacznie poprawia samopoczucie ludzi przebywających w zimnym budynku. Wszyscy są zadowoleni, a harcerze są dumni z wykonywania swych zadań i przy tym jeszcze zarabiają na wspólne wydatki. Moja praca zawodowa nie jest jednak wolna od błędów i trudności. Najtrudniej jest z przerabianiem lektur szkolnych. Jak tu się do tego zabrać? Czytelnictwo wśród moich 180 Uczniowie są najsurowszym sędzią uczniów jest raczej mizerne. Co i jak mam zrobić, by chociaż trochę poznali przerabiane utwory? Czuję się raczej chałturnikiem niż polonistą. Niech więc mi wybaczy zacny autor „Zemsty”, że gdy jakoś tam, zmitrężyłem z siódmą klasą jego utwór, jedna z moich uczennic napisała w pracy klasowej, że „Fredro ożenił się z Klarą”. Jako niedoświadczony polonista mam też mnóstwo kłopotów z powodu wręcz skandalicznej ortografii. We wszystkich dyktandach i wypracowaniach uczniowie nagminnie i uporczywie unikają stosowania zmiękczonych spółgłosek: ś, ć, ź. Zamiast nich piszą: si, ci, zi. No i efekcie mam, np. takie koszmarne zdanie: „Rolnik musiał siaci, oraci, bronowaci”, albo „Zachciało mu się jesici i pici”. Widać, że w młodszych klasach zakorzenił się u nich błędny, ortograficzny nawyk, będący efektem poważnego błędu metodycznego, z którym uporczywa walka musi trwać dłużej. Po rocznej praktyce w Jarzębinie nadarza mi się okazja zatrudnienia w miejscu mojego zamieszkania w Barcicach. Tu odpadają kłopoty z dojazdami, nie ma tu nauczania w łączonych klasach, tu wreszcie jest wymarzony leśny teren dla harcerskich gier terenowych. Szkoła Podstawowa w Barcicach mieści się w solidnym budynku, w którym przed wojną Niemcy mieli karczmę. Budynek ma centralne ogrzewanie. Szkoła 7-klasowa o 4 nauczycielach i ja znowu przychodzę jako piąty. W tym samym budynku mieści się też wieczorowa Szkoła Przysposobienia Rolniczego, która zatrudnia nauczycieli - specjalistów od rolnictwa, my zaś, z podstawówki, nauczamy przedmiotów ogólnokształcących. Jest więc okazja do dodatkowego zarobku. Całością zawiaduje kierowniczka, pani Marianna Mejger, która w 1956 roku przybyła do Barcic i od podstaw organizowała tu szkołę. Jest to postać nietuzinkowa, znająca cenę życia. W czasie wojny była na przymusowych robotach w Niemczech. W szkole przywiązuje wielką wagę do zaszczepienia dzieciom nawyków ładu porządku i kultury oraz szacunku dla symboli narodowych. Pani Marianna cieszy się tu wysokim prestiżem i szacunkiem środowiska. W szkole uczy biologii i geografii, a jako kierowniczka jest bardzo zapobiegliwa, by szkoła miała wszystko, co trzeba. Jej osobowość odznacza się wszelkimi przymiotami dobrej gospodyni. Jej pasją jest prowadzenie sklepiku szkolnego i kółka gospodarczego. Grono nauczycielskie tworzą: pani Olga Dadio - nauczycielka z bogatym doświadczeniem pedagogicznym z niezwykłą empatią, chętnie służąca radą i pomocą młodszym nauczycielom, tworząca przyjazny klimat w szkole, we wsi pełni funkcję opiekuna społecznego. Pani Alicja Niechciał z Bągartu, która jako pierwsza z nas rozpoczęła się specjalizować, podejmując studia na zaocznym Studium Nauczycielskim w Gdańsku na wydziale filologii polskiej oraz pani Janina Krupa ze Sztumskiej Wsi, siostra pani Dadio. Po rocznym kursie pedagogicznym w Tczewie mam już pełne kwalifikacje nauczycielskie. Mam więc uprawnienia do nauczania wszystkich przedmiotów w zakresie programu szkoły podstawowej. Na razie, nawet nie mówi się jeszcze o potrzebie jakiejś specjalizacji. A jeśli tak, to każdy z nas ma prawo nauczać tego, co będzie mu przydzielone, dlatego z drżeniem serca oczekuję na swój przydział przedmiotów. No i otrzymuję całą rozmaitość: I klasę w całości, w starszych klasach śpiew, historię, chemię, język rosyjski, w V klasie rysunki i wf, zaś w wieczorowej Szkole Przysposobienia Rolniczego: fizykę, chemię, wiadomości o Polsce i świecie i 2 razy w tygodniu po 2 godziny zajęć świetlicowych. Proszę, jaki ze mnie specjalista od wszystkiego, prawdziwy omnibus, chociaż może mądrzejszy od swych uczniów tylko o jeden temat. Teodor Sejka 181 Potem miało się okazać, że te świetlicowe zajęcia to, wbrew pozorom, bardzo ważny, wręcz strategiczny dla SPR-u przedmiot. Umieszczany zawsze po zakończeniu lekcji z pewnością wpływał na frekwencję uczniów. Wystarczyło bowiem, że kiedyś, bardzo zmęczony całodzienną pracą w szkole, odesłałem młodzież do domu, by zaraz następnego dnia wpłynęła na mnie skarga, że wczoraj nie było zajęć świetlicowych. Mile spędzony czas w gronie dorastających rówieśników, to przecież, dla chłopaka i dziewczyny, ważny i mobilizujący powód, aby przyjść do szkoły, by się tu spotkać po lekcjach w towarzyskiej, kulturalnej atmosferze. Na tych zajęciach wykorzystuję cały swój arsenał harcerskich pomysłów, staram się, by było atrakcyjnie i wesoło; zabawy ze śpiewem, konkursy intelektualne i zręcznościowe, tańce i gry towarzyskie z pewnością to jest to, co ich przyciąga. To zaś oddala, stale wiszące nad szkołą SPR niebezpieczeństwo jej likwidacji przy braku odpowiedniego minimum słuchaczy. Budynek szkolny w Barcicach tętni więc życiem niemal cały dzień. Ledwie zdążamy coś zjeść i odpocząć, a tu już trzeba iść na kolejne lekcje. Dzięki pani kierowniczce czasem uda nam się coś przegryźć w szkole, bo ona na swoich zajęciach kółka gospodarczego uczy chłopców i dziewczęta gotowania. Dzieci przynoszą z domów, co kto może, przeważnie ziemniaki, warzywa, kilka jajek, trochę twarogu, smalcu. Z tych skromnych produktów pani Marianna potrafi skomponować niesamowicie smaczne, atrakcyjne potrawy, na które czasem zaprosi nas, zgłodniałych nauczycieli. A tam, estetycznie podane ziemniaczane przysmaki, kolorowe surówki, które zjadamy wysłuchując relacji, któregoś z kucharzy o tym jak się robi taką potrawę, więc teoria, praktyka i przyjemność tworzą tu piękną harmonię. Mimo dużego obciążenia godzinami lekcyjnymi i mimo sześciodniowego tygodnia pracy, mam jeszcze ochotę wybrać się w niedzielę do lasu na biwak z harcerzami. Sam nie wiem, skąd biorę na to czas i siłę. Z pewnością jest to atrybut młodości, ale również nie mniej ważna jest atmosfera przyjaźni i zaufania, jaka panuje wśród kadry nauczycielskiej. Każde imieniny obchodzimy wspólnie. Wiadomo, że prezentem dla solenizanta będzie oczywiście jakaś okazalsza książka, której sam by sobie nie kupił z nauczycielskiej pensji. Sobotnie wieczory to przeważnie prywatki w czyimś mieszkaniu w poszerzonym gronie. W tej błogosławionej epoce prywatek, wszystko jest z góry ustalone:, kto zrobi kanapki, kto kupi wino i kawę. Wszystko jak w późniejszej piosence Wojciecha Gąsowskiego: „Pod paltem wino a w ręku kwiaty, wieczór Bambino i Ty / Same przeboje Czerwonych Gitar, tak bardzo chciało się żyć.” Po 2 latach pracy w Barcicach przenoszę się do sąsiedniej Szkoły Podstawowej w Benowie, gdzie otrzymałem pierwsze w życiu służbowe mieszkanie. Jest to moja „ rodzima” szkoła, do której uczęszczałem w latach 1950-1957. Trochę mnie to krępuje, bo będę teraz współpracownikiem dwojga swoich dawnych nauczycieli. Pan kierownik Franciszek Łukaszewski znany był zawsze z utrzymywania w szkole ostrej dyscypliny i krytycyzmu. Kto wie, jakim będzie dla mnie przełożonym? Przedwojenny nauczyciel, porucznik rezerwy, były więzień oflagu, zamiłowany organizator sportu, zaraz po wojnie przyszedł z walizeczką do Benowa i niezmiennie trwa tu na swojej placówce. Podobnie jak pochodząca z Wileńszczy-zny, pani Domicela Grygoruk, zawsze pogodna i życzliwa nauczycielka biologii, geografii i historii, która wciąż, jak dawniej, prowadzi kolo PCK i ofiarnie udziela pierwszej pomocy potrzebującym. Przychodzę tu do pracy w 1966 roku i zastaję ich na swoich dawnych stanowiskach. Na moje szczęście moje skrępowanie, tu w Benowie nie znajduje żadnego uza- 182 Uczniowie są najsurowszym sędzią sadnienia, gdyż moi dawni nauczyciele okazują mi wiele życzliwości i często dowartościują moje wysiłki, zarówno w pracy dydaktycznej jak i w tym, co robię z drużyną harcerską. Oprócz nich pracują tu państwo Danuta i Zbigniew Wesołowscy. Oboje ekonomiści po Wyższej Szkole Ekonomicznej w Sopocie, którzy przekwalifikowali się na nauczycieli. Ona rozmiłowana w literaturze polonistka, on matematyk. Razem ze mną przybywa do Benowa świeża absolwentka Liceum Pedagogicznego w Kwidzynie, pani Alicja Kozieł, która otrzymuje I klasę i uczy muzyki. Gra na skrzypcach i akordeonie. Jest jedną z ostatnich kandydatów do stanu nauczycielskiego, od których wymagano tej umiejętności. W przeciwieństwie do przygniatającego „wszystkoizmu” i płynności w przydziale przedmiotów nauczania, jaki miałem w Barcicach, tu w Benowie już nie muszę być panem od wszystkiego. Mogę już nawet mówić o pewnej własnej specjalizacji. Zresztą licea pedagogiczne stopniowo zastępowane są przez 2-letnie studia nauczycielskie po maturze, właśnie zapisałem się na taki zaoczny SN na wydział filologii rosyjskiej w Gdańsku. Będę może wreszcie prawdziwym specjalistą od czegoś? Otrzymuję tu, ku mojemu zadowoleniu, II klasę w całości, oraz historię i język rosyjski. Budynek szkolny w Benowie wybudowali Niemcy tuż przed wojną w roku 1937. Dość solidny i okazały, usytuowany bardzo blisko lasu. W sam raz, idealnie dla potrzeb harcerskich zbiórek. Bliska obecność moich dawnych nauczycieli jeszcze bardziej wzmacnia moje wrażenie, że tu w Benowie czas się zatrzymał i że jest tu wszystko tak samo, jak było za moich uczniowskich czasów. Te same zapachy, ten sam ręczny dzwonek, ta sama ławka pod mieszkaniem kierownika wysiedziana na przerwach przez całe pokolenia uczniów i nauczycieli. Nazwiska większości uczniów też brzmią swojsko i znajomo. Wieś jest w większości rolnicza, a rodzice - rolnicy z reguły z troską odnoszą się do kształcenia swoich dzieci. Stąd bierze się ich przychylność dla szkoły i nauczycieli. Odczuwam tutaj tę aurę ich życzliwości i gotowości do współpracy. Czuję tu autorytet szkoły, bardziej niż w Barcicach, gdzie większość rodzin utrzymywała się z zajęć poza rolnictwem. W Benowie uczniowie wydają się być bardziej ambitni, zdyscyplinowani i ugrzecznieni. Nie dziwię się temu zbytnio, wszak jest to szkoła prawdziwie pokoleniowa, bo większość rodziców, to dawni uczniowie pana Łukaszewskiego i pani Grygoruk, co niewątpliwie ma znaczący wpływ na utrwalenie się tej, prawie już historycznej aury stabilności i współpracy ze szkołą. Również i w gronie nauczycielskim utrzymuje się atmosfera wzajemnej życzliwości i troski o dobre imię szkoły i nie ma tu miejsca na zazdrość, pomówienia i intrygi. Ta duchowa i materialna rzeczywistość wpisana w malowniczą, leśną okolicę Benowa wydaje mi się miejscem zbliżonym do ideału. A jakiż tu raj dla harcerz: podchody, tropienia, biegi terenowe, biwaki, ogniska. Moja 27 Drużyna Harcerska im. Tadeusza Kościuszki działa tu bardzo prężnie i cieszy się wsparciem wszystkich nauczycieli. Współpracujemy też z wzorową Drużyną Zuchów prowadzoną przez panią Alę Kozieł. Uroczystości Przyrzeczenia Harcerskiego odbywają się zawsze z udziałem nauczycieli i licznie zebranych rodziców. Pani polonistka wykorzystuje ważniejsze wydarzenia z życia drużyny jako tematykę do ćwiczeń redakcyjnych na swoich lekcjach. Czy można myśleć o lepszej współpracy? Drużyna bierze udział w zimowiskach w Gdańsku. Organizuje spotkania z ciekawymi ludźmi. Na jednym z nich gościmy trzech Wietnamczyków odbywających swoją praktykę w Stoczni Teodor Sejka 183 Gdańskiej. Czuję, że pan kierownik ufa mi całkowicie i daje mi wolną rękę, nie wtrąca się zbytnio, ale wobec młodzieży co raz podkreśla jakiś pozytywny aspekt mojej pracy. W naturalny sposób buduje mój nauczycielski autorytet, co wyzwala kolejne moje ambicje. Pod jego kierownictwem pracuje się spokojnie i z poczuciem dobrze spełnianego obowiązku. W benowskiej szkole przeżywam też swój egzamin kwalifikacyjny. W wyznaczonym dniu przyjeżdża trzyosobowa komisja: inspektor oświaty, instruktor przedmiotowy i sekretarz Związku Nauczycielstwa Polskiego. Przeglądają konspekty ze wszystkich lat pracy, hospitują dwie moje lekcje, odpytują z wybranej lektury pedagogicznej oraz z pragmatyki nauczycielskiej. Na egzaminie prezentuję lekcję języka rosyjskiego w klasie VI i języka polskiego w klasie II. Wszystko odbywa się w jednym dniu, bez zbędnej biurokracji, jaką późniejsza reforma oświaty zafunduje nauczycielom przygotowującym się do egzaminów na stopień nauczyciela dyplomowanego, żądając gromadzenia papierowych dowodów ich aktywności. Werdykt egzaminującej komisji jest dla mnie pomyślny i w ten sposób staję się nauczycielem kwalifikowanym. Lata spędzone w Benowie to także okres moich zaocznych studiów na kierunku filologii rosyjskiej na Uniwersytecie Gdańskim. Po ich ukończeniu, pewnego słonecznego dnia do szkoły przyjeżdża pan inspektor Henryk Słonina i proponuje mi po wakacjach przeniesienie do pracy w Liceum Ogólnokształcącym w Sztumie. Pierwsze moje wrażenie jest porażające, ale po chwili czuję się wielce zaszczycony i wyróżniony tą niespodzianką. Wprawdzie żal mi zostawić tę benowską sielankę, ale nie ukrywam, że z ochotą zgadzam się na propozycję inspektora i przyjmuję ją, jako nowe życiowe wyzwanie. Rok szkolny 1970/71 rozpoczynam już na nowym miejscu i znowu w swojej macierzystej szkole, tym razem w sztumskim LO, które ukończyłem 8 lat temu. Tu, niestety, obaw mam więcej, niż wtedy, gdy przechodziłem do Benowa. Będę przecież teraz współpracownikiem swoich byłych profesorów, a jako licealista mocno zaangażowany, a nawet pochłonięty przez harcerstwo i do tego codziennie dojeżdżający do szkoły, nie znajdywałem zbyt wiele czasu na naukę. Jak więc teraz ułożą się nasze wzajemne kontakty? Jak się spodziewałem powitanie jest dość umiarkowane, ale nic to. Robię dobrą minę i udaję, że wszystko mi się podoba i niczego mi nie brakuje. Stanowisko dyrektora LO opuszcza jego organizator, pan Michał Giembicki, a jego miejsce zajmuje pan Edmund Wójcik. Początki mojej pracy są dość trudne, jest sporo zamieszania organizacyjnego. Najgorsze jest to, że mimo moich protestów, otrzymuję etat łączony i część moich zajęć to lekcje w liceum wieczorowym. Daje mi się to niemiłosiernie we znaki. Po zajęciach, już około godziny 19 nie mam się czym dostać do domu. Radzę sobie z wielkim trudem. Kilka razy 13-kilometrową drogę pokonuję pieszo. W dodatku praca na wieczorówce nie daje mi żadnej satysfakcji, bo tylko nieliczne osoby przejawiają ochotę by się czegoś nauczyć. To już nie jest ta wieczorówka, gdzie przychodzili poważni ludzie po swojej pracy zawodowej. Mam wrażenie, że zebrała się tu liczna hałastra próżniaczej młodzieży, nigdzie niepracująca, a wieczorem zaludniająca licealne klasy, by się tu spotkać i porozrabiać, a tu każą im się uczyć. Do klasy I przyjęto aż 50 osób, za każdym razem trzeba szukać dodatkowych krzeseł. Liczono zapewne na to, że wkrótce spora ich część zniechęci się i odejdzie. Na szczęście, po trzech miesiącach tej mordęgi, bez żalu udaje mi się rozstać z wieczorówką. 184 Uczniowie są najsurowszym sędzią Szybko przekonuję się, że praca w LO, to nie to samo co praca w małej wiejskiej szkole. Tam były klasy 15-20 osobowe, tu zaś 30 - 35. Jeśli mam zajęcia w 12 klasach, to otrzymuję pod moją pieczę, potężną armię uczniów, których mam uczyć języka rosyjskiego. Każdego trzeba nauczyć i systematycznie ocenić, a przede wszystkim poznać, bo wszyscy oni są tu dla mnie anonimowi, przybyli tu z różnych środowisk. To już nie Benowo, gdzie znało się wszystkie rodziny. Myśląc, jak ich tu wszystkich spamiętać wpadam na pomysł, by w specjalnym zeszycie sporządzić sobie schemat - plan każdej klasy według zajmowanych miejsc przy stolikach i wpisać tam nazwiska i imiona uczniów. Pomysł jest udany, pomaga mi zapamiętać poszczególne osoby, a przy ich nazwiskach notuję sobie ich oceny cząstkowe za aktywność podczas lekcji. W szkole jest 5 ciągów klas, dlatego jest nas czworo rusycystów. Za naszą szefową uważamy tu panią prof. Ninę Zeligowską. Jest to doświadczona nauczycielka, z pochodzenia Rosjanka, której powierzono prowadzenie klas z rozszerzonym programem nauczania języka rosyjskiego. Pracują tu też panie Ewa Ławrynowicz i Maria Nowak. W swojej pracy szkolnej kieruję się zasadą, że nie można nauczyć kogoś języka obcego, jeśli się go ustawicznie nie prowokuje do samodzielnych, często nawet błędnych wypowiedzi w tym języku. Samo słuchanie mowy i czytanie tekstów to zbyt mało. Każdego ucznia trzeba zaangażować w tzw. działalność mowną, gdyż inaczej będzie się nudził i zajmie się czym innym poza kontrolą nauczyciela. Dobre efekty takiej aktywizacji całych zespołów klasowych daje stosowanie aktywnej metody nauczania, polegającej na twórczym przekształceniu fabuły przerabianej czytanki na dialog z wybranymi jej bohaterami. Jest to rodzaj inscenizacji, w której jeden uczeń wchodzi w rolę wybranego bohatera, a inny w rolę dziennikarza, który przeprowadza z nim wywiad dla swojej redakcji i zadaje mu przeróżne pytania w obrębie treści przerabianej czytanki. Do roli prowadzącego wywiad proszeni są co rusz nowi uczniowie. Przyznać trzeba, że pomysłowość i fantazja niektórych „redaktorów” bywa zaskakująca i bardzo zabawna. No i w ten sposób nikt nie próżnuje, bo wszyscy angażują się w przeżywanie akcji danej fabuły. Pracuję tu w latach 70., kiedy dyrekcja każdej szkoły rozliczana jest z tego, czy przy szkole jest organizacja harcerska. Ale w naszym liceum nikt się do tego nie kwapi i trudno znaleźć chętnego, a przy tak dużej szkole powinien powstać szczep drużyn. Dlatego jako harcerz jestem pod obstrzałem, ale na razie się wzbraniam, tłumacząc się dojeżdżaniem do pracy. Na posiedzeniu Rady Pedagogicznej trwa bezskuteczne poszukiwanie kandydata do funkcji szczepowego. Po dłuższej chwili głos zabiera pan Giembicki, wskazując na mnie, że jestem tu jedyną osobą mogącą pomóc rozwiązać ten problem i że liczy bardzo na to, że się zgodzę, on zaś zobowiązuje się znaleźć, osoby chętne mi do pomocy. Ulegam tym sugestiom i autorytetowi byłego dyrektora i zgadzam się. Na jego apel zgłaszają się trzy panie: Stefania Kazimierkiewicz, Lidia Dobis i Mirosława Pastuszuk, co pan Giembicki kwituje żartobliwie, że ja będę szczepowym, one - te panie - to będą takie trzy szczepki. W ten sposób zostaję szczepowym Szczepu Drużyn Harcerskich przy LO, w skład którego wchodzi 8 drużyn. Pomoc moich koleżanek okazuje się autentyczna, zwłaszcza przy organizacji rajdów turystycznych. Panie idą wraz z drużynami na różnych trasach według mapki, by dojść do rejonu zakwaterowania i noclegu. Szczep ten prowadzę przez 2 lata, w czym zastąpuje mnie druh Jerzy Wesołowski. Ja natomiast zajmuję się pracą z kołem Przyjaźni Polsko-Radziec- Teodor Sejka 185 kiej, gdzie razem z aktywem młodzieży organizujemy coroczny konkurs poezji rosyjskiej oraz sesje naukowe w języku rosyjskim poświęcone twórczości Aleksandra Puszkina i Lwa Tołstoja. Organizujemy spotkanie z naukowcem radzieckim docentem Stepanem Iljo-wem z Odessy. Bierzemy udział w olimpiadach języka rosyjskiego, mamy nawet laureatkę krajowej olimpiady w Warszawie - Marzenę Olechowską. Wszystkie miejsca na naszych imprezach są zawsze zajęte. Na jedną z nich zapraszamy wszystkich rusycystów z terenu powiatu sztumskiego, w ramach ich zespołu samokształceniowego, jako zajęcie pokazowe. Moja 9-letnła praca w LO przebiega pod kierunkiem trzech dyrektorów: Edmunda Wójcika, Janusza Baranowicza i Bogdana Śliwińskiego. Warunki mojego dojeżdżania do pracy są po prostu beznadziejne i fatalne. Autobus PKS na trasie Barcice - Sztum przyjedzie albo z ogromnym opóźnieniem, albo nie przyjedzie wcale. Często zimą marznę na przystanku i niszczę sobie zdrowie. Skarga do dyrekcji PKS w Kwidzynie - bez skutku. Piszę skargę na PKS do „Głosu Wybrzeża” i otrzymuję odpowiedź, że moją skargę przesyłają do PKS Kwidzyn. No, więc koło się zamyka, a cała moja beznadzieja polega na tym, że w Kwidzynie trwa przedłużająca się budowa Zakładu Celulozy i transport kwidzyńskiego PKS-u jest często angażowany do przewozu robotników budowlanych. W pierwszej kolejności wysyła się tam autobusy obsługujące boczne trasy, takie właśnie jak: Barcice - Sztum, ale tego nie podaje się do wiadomości, wina spada więc na mnie, bo spóźniam się do pracy. Tam trzeba wspomóc sztandarową budowę socjalizmu, dlatego nikt nie ujmie się za grupką ludzi, na próżno stojących na mrozie i wyglądających autobusu. Zdesperowany taką sytuacją decyduję się wrócić do Barcic i zatrudnić się w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla dzieci z lekkim upośledzeniem umysłowym. Najpierw jako wychowawca, później jako nauczyciel, gdzie staję wobec zgoła odmiennych wyzwań wynikających z potrzeb rewalidacyjnych i opiekuńczych moich nowych podopiecznych. Spora ich część pochodzi z rodzin wychowawczo niewydolnych, często zdege-nerowanych i zaniedbanych. Tu każdy powrót dzieci z domów rodzinnych oznacza nową walkę z wszawicą. Na współpracę z rodzicami w większości przypadków nie można liczyć. Nasza praca często wymaga większego samozaparcia, dlatego otrzymujemy tu specjalne dodatki do pensji za trudną pracę: internat 30 proc., szkoła 20 proc. Zarabiamy więc nieźle, ale zarobionych pieniędzy nie ma na co wydać, bo sklepy są puste. Pewnego roku otrzymujemy nawet 13. Pensję w postaci książeczki PKO, zamiast gotówki, chyba żeby nas nie drażnić pieniędzmi bez pokrycia. Moja książeczka z wkładem „trzynastki”, jako rzecz nieprzydatna, zapomniana przeleżała sobie gdzieś spokojnie, by doczekać się inflacji i zredukować jej wkład do kwoty 40 złotych. Zarabianie bezwartościowych pieniędzy i sier-miężność życia w PRL-owskiej rzeczywistości nie pozbawia nas jednak satysfakcji z wykonywanej pracy. Czujemy się tu zgranym, solidarnym zespołem, połączonym wspólnym celem, jakim jest rewalidacja dzieci specjalnej troski. W Ośrodku w Barcicach przeżywam też trudny czas stanu wojennego. W niedzielę 13 grudnia 1981 roku w śnieżny mroźny poranek idę do Ośrodka na pobudkę, wlokę ze sobą ciężar przygnębienia ogłoszonym stanem. Swoim apatycznym zachowaniem wzbudzam niepokój dzieci: „Niech się pan nie martwi, to wszystko się skończy i będzie lepiej” — troskliwie pociesza mnie uczeń V klasy Andrzej Talaśka. Groza narasta, po Barcicach jeż- 186 Uczniowie są najsurowszym sędzią dżą milicyjne patrole. Wkrótce dowiadujemy się o powołaniu naszego kolegi, nauczyciela z Benowa do służby w oddziale ZOMO w Kwidzynie. Tak po prostu, dokonali najścia na prywatne mieszkanie, kazali się ubrać i go wywieli. Wkrótce pan dyrektor Edmund Szyc, wróciwszy z pilnej narady w Kuratorium zwołuje Radę Pedagogiczną, by poinformować nas o rygorach dotyczących życia obywateli w miejscu zamieszkania. Wśród zakazów przemieszczania się, gromadzenia się i innych, jest też surowa kara, gdyby kogoś złapano, jak prowadzi świnkę na ubój, bo wiadomo, jest mięsny kryzys. Nie wytrzymuję pokusy i odzywam się głupio pytając: kto mi zabroni, jeśli mam ochotę wybrać się na spacer ze świnką, zamiast z pieskiem. Po kilku dniach kolejne zebranie z udziałem dystyngowanego młodego majora, który uświadamia nas o prawomyślności działania władz państwa i Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego oraz o tym, że ręce gen. Jaruzelskiego są czyste. Na rzeczywistość PRL-u patrzymy jednak głównie przez prymat barier odcinających nas od nabywania atrakcyjniejszych dóbr technicznych. Na przykład samochód, tylko na oszukańcze przedpłaty, gdyż umowna cena rośnie a zakup auta oddala się, jak linia horyzontu. Telefon, to nieziszczalne marzenie, zdarza się, że ktoś złoży wniosek, a telefon dostanie dopiero jego wnuk, to są znane mi przypadki. W 1997 roku, jubileuszu 25-lecia naszego Ośrodka przed budynkiem szkolnym parkują tylko dwa samochody: podstarzałe już czerwone Audi dyrektora Jerzego Bieska i nowe, seledynowe Cinquecento pani Janki Kurach. Na poprawę w tej dziedzinie raczej się nie zanosi i chyba nie zdążymy już przed emeryturą zostać kierowcami. Pocieszamy się więc humorystyczno-karykaturalną wyobraźnią przewidującą następny nasz jubileusz, kiedy to nasi najsprytniejsi absolwenci szkoły specjalnej zaparkują swe samochody przed budynkiem, a dyrektor szkoły, nasza pani Irenka Bargiel, od strony Benowa, nadjeżdża na uroczystość rowerem marki Ukraina. Mimo wszystko czujemy się tu potrzebni, cieszymy się naszymi drobnymi sukcesami. Zarówno szkoła jak i internat doskonali swoje metody i techniki pracy. Moja 18 Drużyna Harcerska im. Janusza Korczaka znajduje tu wprost doskonałe warunki do działania i chociaż jest drużyną Nieprzetartego Szlaku w niczym nie ustępuje drużynom działającym przy szkołach masowych (pisałem już o tym szczegółowo w „Prowincji” nr 4 z 2015 r.). Ale w ten nastrój naszego samozadowolenia wdzierają się nowinki na fali reformy oświatowej ministra Mirosława Handtke z roku 1999 za rządów premiera Jerzego Buzka, które poddają totalnej negacji dotychczas stosowane i sprawdzone w praktyce techniki i chwyty metodyczne i dydaktyczne. Silne uderzenie przychodzi ze strony odwiedzających nas kilkakrotnie „młodych edukatorów”, przysyłanych przez kwidzyńskie Starostwo, którym zlecono misję nauczyć nas, jak należy po nowemu pracować z dziećmi, bo wszystko, co robiliśmy dotychczas, to starzyzna i trzeba przestawić się na inne tory. Zewnętrznym opakowaniem całej tej nowelizacji jest nowe nazewnictwo poszczególnych elementów procesu dydaktycznego. Lekcję nazwano jednostką dydaktyczną. Tradycyjne trzy cele lekcji: poznawczy, kształcący i wychowawczy, zastąpiono jakimś mętnie sprecyzowanym celem operacyjnym. To co dotychczas było tematyką w ramach języka polskiego, szumnie wprowadzono jako ścieżki dydaktyczne (np. prozdrowotna i bhp), które mają być w dzienniku lekcyjnym wpisywane kolorowym długopisem. W klasach I - III wprowadzono ocenę opisową zamiast tradycyjnej pięciostopniowej skali, że uczeń dobrze Teodor Sejka 187 radzi sobie z tym, a słabo, z czym innym. - Jednym słowem, nowomowa i zbędne zamieszanie. Nasze edukatorki, przejęte swoją misją, starają się wywołać wrażenie nowoczesności przeprowadzanych przez siebie zajęć, dlatego sala wypełniona jest rzutnikami, ekranami, porozwieszanymi arkuszami papieru, na których prezentują rozmaite wykresy, mające upo-glądowić treść wykładu. Potem następuje część praktyczna, prowadzona metodą inscenizacji. Zebranych nauczycieli dzieli się na trzy grupy: uczniowie, rodzice i nauczyciele, przygotowujących się do odegrania swoich ról według podanego scenariusza, których głównym motywem jest tworzenie szkolnej atmosfery przyjaznej i bezpiecznej dla ucznia. Na koniec każdych zajęć pracowite edukatorki rozdają nam ankiety z prośbą, aby anonimowo wpisać dla nich ocenę. Na fali tej reformy zapanowała jakaś dziwna i obca polskiemu nauczycielstwu atmosfera samopromowania swoich sukcesów. Można robić niewiele, byle się głośno promować, co doskonale otwiera furtkę dla biurokracji, a przykładem tego są egzaminy na stopień nauczyciela dyplomowanego wymagające monstrualnego gromadzenia w segregatorach papierowych dowodów na szeroką aktywność i opisywanie swoich zasług. Efekt tych wymogów jest jednak nietrwały i często demoralizujący młodego nauczyciela, gdyż po 2 łatach aktywnych przygotowań i po otrzymaniu nominacji, wielu z tych dyplomowanych może uważać, że odrobili już swoje i że mogą już spocząć na laurach. Na pewnym zlocie harcerskim spotykam wspaniałą drużynę harcerską, rozśpiewaną, wymusztrowaną, jakich mało. Na drugi rok pytam, jak oni tam pracują i słyszę, że już nie ma tej drużyny, bo prowadząca 188 Uczniowie są najsurowszym sędzią ją pani już się wydyplomowała i nie chce już słyszeć o harcerstwie. Oto klasyczny przykład niszczenia cennego kapitału społecznej aktywności nauczycieli, gdy premiowana jest nie osobista pasja nauczyciela, lecz załatwienie sobie osobistej korzyści. Wokół coraz częściej słyszy się też wyrazy podziwu i zachwytu dla nauczycieli, którzy tworzą autorskie programy nauczania z różnych przedmiotów, co rusz pojawiają się też nowe wersje podręczników do wyboru przez nauczyciela. Czy taka różnorodność i dowolność służy państwu i narodowi? Czy w ten sposób zdołamy ukształtować i przekazać młodym jakąś wspólnotową i kulturową świadomość narodową? Wszak od zawsze pedagodzy przekonywali nas, że ważnym symptomem równości i sprawiedliwości społecznej jest fakt, że wszystkie polskie dzieci, czy to w Warszawie, czy w małej wiosce, uczą się z takich samych podręczników i według takich samych programów, a tu wprowadza się i zachwala taką niespójność! Czy ktoś bierze na swoje barki odpowiedzialność za grożący nam zanik patriotycznej integralności nowych pokoleń Polaków? Wszystko to drażni mnie i niepokoi. W swoim życiu pracowałem w trzech rodzajach szkół, a w 2000 roku mija 38 lat mojej nauczycielskiej służby, „pracy przy tablicy”. Miałbym wielką ochotę popracować jeszcze trochę, jestem nawet do tego zachęcany przez dyrekcję i koleżeństwo, ale bezsensowne zmiany, jakie niesie reforma pomagają mi podjąć ostateczną decyzję o odejściu na emeryturę. Mój rzut oka wstecz na oświatę w latach PRL pozwala mi odpowiedzieć na pytanie, jaką była ta oświata. Krótko mówiąc była niedofinansowana, z wysokim pensum godzin i niskim wynagrodzeniem. Wykorzystująca nauczycieli do wielu prac społecznych, jak niedzielne czyny partyjne, kampanie wyborcze, spisy rolne na wsi, wykopki, sadzenie lasu. Ale nie była tak sfeminizowana jak obecnie, a kobieta na stanowisku kierownika lub dyrektora szkoły, była raczej rzadkością. Kadra kierownicza pochodząca z nominacji władzy oświatowej była stabilna i długotrwała. Wielu kierowników i dyrektorów pozostawało na swoich stanowiskach aż do emerytury. W społecznym odbiorze, prestiż oświaty bardzo podnosił urząd i stanowisko Inspektora Oświaty, który wtedy nie kojarzył się, jako jeden z urzędników Powiatowej Rady Narodowej, lecz jako autorytet i przełożony wszystkich nauczycieli zatrudnionych na danym terenie. Mimo wielu niedostatków i mankamentów tego zawodu wstępujący do niego odczuwali jego rangę i przechowywany przez pokolenia wysoki etos. W polskiej myśli i tradycji żywy był tzw. etosowy wizerunek nauczyciela, który był szczególnie eksponowany w trudnych dla narodu latach zaborów i potem w okresie niepodległości II Rzeczpospolitej. Greckie słowo etos - obyczaj, sposób życia według społecznie uznawanych wartości moralnych w odniesieniu do pracy nauczyciela oznaczał tyle co: misja, powołanie, powinność w służbie państwu i narodowi. Prof. Stefan Wołoszyn wskazuje, że to na tej podstawie rodziły się „siłaczki” i „siłacze” oświatowi, którzy ofiarnie i często bezinteresownie sterali swoje życie w pracy społecznej na rzecz środowiska lokalnego, niosąc mu oświatę i cywilizację. Dodajmy, że taki etosowy wizerunek nauczyciela o zabarwieniu patriotycznym, mocno zaznaczył się na Ziemi Sztumskiej po Plebiscycie 1920 roku, kiedy to polscy nauczyciele, z różnych regionów kraju, dobrowolnie zgłaszali się, by tu na Powiślu stanąć do ryzykownej służby przeciwstawiania się brutalnej germanizacji polskich dzieci, czego świetlanym przykładem jest patron jednej ze sztumskich szkół Maksymilian Golisz (1906-1943). Teodor Scjka 189 Wśród różnorodnych i ciekawych refleksji na temat zawodu nauczycielskiego znajdujemy też takie, które próbują dociec, co decyduje o skuteczności pracy nauczyciela i jak można się tej sztuki nauczyć. Są to rozważania na temat: talent czy rzemiosło. Niektórzy teoretycy uważają, że być nauczycielem, znaczy tyle, co być artystą, a praca pedagoga, to uprawianie sztuki. Zatem nie można się tego nauczyć, gdyż potrzebne są do tego odpowiednie, wrodzone możliwości twórcze, żywość wyobraźni, rozumienie cudzych stanów psychicznych. Po prostu, trzeba mieć talent pedagogiczny. Inni zaś postrzegają nauczanie, jako rzemiosło, które rodzi konieczność „terminowania” u bardzo dobrego mistrza, aby nabyć odpowiednich umiejętności. Myślę, że większość młodych nauczycieli czerpie ze wzorca własnych nauczycieli, „podpiera” się ich doświadczeniem, chociaż wykorzystuje także swoje osobiste talenty i uzdolnienia. Można, więc mówić o połączeniu talentu z rzemiosłem, gdyż o czystym talencie można chyba mówić tylko w odniesieniu do bardzo wybitnych nauczycieli. Tak czy inaczej, rozważania te dotykają zasadniczego dla oświaty problemu osobowości nauczyciela. Jakim ma on być, by umiał uczyć i wychowywać wykonując swoją pracę, w której, z natury, wpisana jest ustawiczna, nieprzewidywalna improwizacja działań i decyzji. W pracy, w której nie ma gotowych recept, bo każde dziecko jest inne i każda sytuacja wymaga innych decyzji i on jako nauczyciel musi podejmować je na własne ryzyko. A przecież, jak mówiła doświadczona kierowniczka szkoły Maria Łopatkowa, poznawanie człowieka to nie jeden akt, ale proces uciążliwy, złożony i ustawiczny. Jak temu wszystkiemu ma sprostać nauczyciel? Jakimi ma dysponować predyspozycjami, uzdolnieniami? Jakimi zaletami woli, umysłu i serca ma być bogaty? Literatura pedagogiczna podaje wiele prób ogarnięcia wszystkich przymiotów dobrego nauczyciela i utworzenia z nich pewnego paradygmatu, mogącego być wzorcem w praktyce zawodowej każdego nauczyciela. Stworzenie takiego zestawu zalet jest zadaniem niezwykle trudnym, głównie z uwagi na szeroki wachlarz problemów pracy, wykonywanej nie tylko intelektem, ale całą swoją osobowością, wszystkim tym, czym on jest jako człowiek. Dlatego wiele z tych prób jest nieudanych, spłyconych i jakby niekompletnych. Wśród wielu propozycji wybieram paradygmat autorstwa dra Jana Kropiwnickiego, który uważam za najlepszy i dedykuję go wszystkim czynnym nauczycielom, a zwłaszcza młodym wstępującym do tego ciągle jeszcze dumnego zawodu: „ - Pamiętaj: wychowujesz własnym przykładem, /- nawet najmniejszy uczeń jest człowiekiem i zasługuje na swoją godność, / - postępuj według danego słowa, / - jesteś dla ucznia - bez nich jesteś niepotrzebny, / - uczysz nie dla samej wiedzy, ale dla życia, / - przy ocenie, doceniaj wkład pracy ucznia, / - nie kompromituj się prowadzeniem nieprzygotowanych zajęć, / - wiesz, że pracujesz także dla rodziców swoich uczniów, / - wiesz, że niesprawdzona na czas klasówka jest rodzajem oszustwa, / - pamiętaj, że zawsze jesteś nauczycielem języka ojczystego, / - miej świadomość, że niektórzy uczniowie mogą cię przerosnąć, staraj się im to ułatwić, / - twój wygląd zewnętrzny jest jednym ze środków wychowawczych, / - okazuj życzliwość uczniom i nauczycielom, pamiętaj, że uśmiech pozwala Uczniom traktować pobyt w szkole znośniejszym, / - nigdy nikogo nie poniżaj - poniżony zawsze odpłaci się złem, / - najsurowszym sędzią w ocenianiu są sami uczniowie.” 192 Czy naprawdę równi? Według danych statystycznych 15% społeczeństwa to osoby z różnymi niepełnospraw-nościami. To dużo, jeśli spojrzymy na roszczenia, na przykład większych zasiłków, dostępu do lekarzy i rehabilitacji czy też dostosowywania infrastruktury i usług do potrzeb. Z pewnością jest to duża inwestycja i obciążenie, szczególnie biorąc pod uwagę i zaniedbania poprzednich systemów, i oczekiwania, i to, że budżet jednak nie jest z gumy, co niektórzy starają się nam udowodnić. A pomoc nie kończy się na roku czy dwóch. Słabo. Z trzeciej strony kilka milionów obywateli i ich opiekunów to całkiem niezły elektorat. Teraz ma nie przeszkadzać. Oby nie chciano się go pozbyć. JESTEŚMY CICHO! Nie chciałam pisać o polityce. Pokazanie, że wśród Polaków żyje na co dzień kilka milionów osób z różnymi niepełnosprawnościami, jest mi potrzebne do tego, by podzielić się refleksją, że chyba statystyka kłamie, a my jesteśmy wyjątkowo zdrowym narodem. Przynajmniej na rzut oka pierwszy i nawet drugi. Kiedy drugie piętro staje się trzecim albo odwrotnie Dziecko na wózku (oczywiście dorosły też) w pewien sposób weryfikuje sposób życia oraz poruszanie się. Baczną uwagę zwracam na to, gdzie mogę wejść. I przykro to mówić, ale do wielu przestrzeni publicznych nie mam dostępu. Także podczas wyborów powszechnych. Jest to jeden z ważniejszych problemów, z jakimi musimy się jako społeczeństwo uporać, ponieważ ograniczenia w dostępie to pierwszy krok do marginalizacji. Do wielu miejsc jeżdżę z synem nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi. I wieloma aspektami tych wycieczek staram się nie przejmować. ONA TEMU WINNA Zderzenie z niepełnosprawnością dziecka jest pewnego rodzaju wyzwaniem. I tak jak z każdą trudną sytuacją każdy radzi sobie w odmienny sposób, choć pewne fazy reakcji na wiadomość o chorobie, śmierć, nieszczęście oczywiście są. Tak jak w każdym innym wypadku nie znoszę kategoryzowania. Nie zgadzam się na to, by ktoś mi wmawiał, że mam poczucie winy, bo mam chore dziecko. Niezależnie od przyczyny niepełnosprawności autobiczowanie się nie jest drogą do akceptacji sytuacji. Oczywiście, w większości przypadków ciężar opieki oraz odpowiedzialności za decyzje spada na matki, ponieważ mają one inną strukturę funkcjonowania. Geny, wychowanie, hormony. To także pozwala się zmobilizować do działania, poszukiwania rozwiązań, konsultacji itp. Ale nie na poczuciu winy. Nie u każdego i nie zawsze. Wrzucanie wszystkich do jednego worka jest skądinąd krzywdzące. Tak nas traktują przecież w szpitalach, ośrodkach rehabilitacji, urzędach. Numer, podpis, historia, recepta, skierowanie, nie ma człowieka. Wmawianie matkom chorych dzieci, że mają mieć poczucie winy jest kolejnym policzkiem. Skoro nie mam, to jestem słabą matką? POD PRĄD Nie ma gotowych rozwiązań, bo nie ma takich samych historii. Tak jak w przypadku zdrowych dzieci - nie ma tych samych metod dla każdego. Może szkoła próbuje, ale z roku na rok widać, że to coraz większa porażka. Edukacja pod linijkę. Wiele razy szłam pod prąd. Dominika Lcwicka-Klucznik 193 buntowałam się, zmieniałam rehabilitantów, dyskutowałam, a czasem się kłóciłam, szukałam, wchodziłam oknem, gdy drzwi zamknięto. Zabieram dziecko na spotkania, choć na początku miałam straszne obawy, jak zareagują inni. Ale to nie inni są ważni. Nie ich spojrzenia, komentarze, wytykanie palcami. Trudno. Przestało mnie to obchodzić. Dziecko niepełnosprawne nauczyło mnie bardzo dużo. To oczywiście krzywy uśmiech losu, ale również bardzo ważna lekcja. Olgierd ustawił mi życie i pokazał, co tak naprawdę jest ważne. Otworzył oczy na to, jak ustawiać priorytety, zadbać o siebie i walczyć o siebie. Bolało? Tak. Ale pomógł zauważyć to, co tak naprawdę działo się w pracy, jakie były relacje ze znajomymi. Nic tak jak chore dziecko lub własna choroba nie robi porządku w życiorysie. Od razu widać, na kogo można liczyć, jak funkcjonuje rodzina, jakie układy są w pracy. Obnaża się wszystko. Nie zazdroszczę innym rodzicom. Podobno sam moment, w którym uznamy, że jesteśmy w czymś gorsi lub lepsi od innych jest pierwszym krokiem do tego, by manipulować podwładnymi łub współpracownikami. Każdy ma swoje - rodzice zdrowych dzieci też. Może jedynie z roku na rok będzie coraz trudniej. Ale wiem, że mam w domu miłość absolutną, która będzie zawsze do końca mojego lub jego, lub nas. I może trzeba było zweryfikować plany urlopowe, ścieżkę edukacyjną, codzienne aktywności, nie będzie dyplomów za recytację, szkółki piłki nożnej czy też dodatkowych lekcji z angielskiego. 194 Czy naprawdę równi? W IMIĘ NORMALNOŚCI Staramy się (my jako rodzina Kluczników) dość aktywnie spędzać czas. Na miarę oczywiście niepełnosprawności Olgierda. Odpadają więc górskie szlaki i tereny dziewicze, ale w góry jeździmy, nieraz wywołując zdumienie, że da się tak wysoko. Wiele się da, jak jest pomysł, a z drugiej strony siły trzeba brać na zamiary. Nie jesteśmy w stanie wnieść młodego na szczyt, ale jesteśmy w stanie wjechać kolejką, sprawiając mu i sobie wielką radość. Podróżujemy też po innych zakątkach Polski, celowo omijając kurorty i popularne miejscówki na wakacje. Godzimy naszego świra na zwiedzanie z tym, co może wózek. I tak pęka kilkadziesiąt tysięcy kroków dziennie. Nie chwalę się, gdzie byliśmy i co zobaczyliśmy, choć na tej mapie są miejsca, w które jeszcze wrócimy. Efektem kilkunastu dni w różnych rejonach Polski jest konkluzja, że osób niepełnosprawnych w Polsce prawie nie ma. Przynajmniej nie ma ich na ulicach, spacerach, wakacjach. Wiem, że nie wszystkie choroby widać i pewnie z niektórymi łatwiej jest podróżować. Pisałam wam też o tym, że turnus rehabilitacyjny to koszt około 6500 zł, więc dla wielu rodzin jest to jedyna szansa na wakacyjny wypad i że względów finansowych i też logistycznych, ponieważ długość urlopu jest taka, jaka jest. OLO - DYRYGENT MIASTA Olgierd, gdziekolwiek się nie pojawi, wzbudza zainteresowanie. W zamojskim ZOO nawet większe niż małpki w klatce. Po turnusie był bardzo pobudzony, więc śmiał się i piszczał na cały regulator, machał rękami i cieszył się, że wszystkiego. To przyciąga spojrzenia. Ewidentnie polskie społeczeństwo nie jest przyzwyczajone do oglądania dzieci niepełnosprawnych tam, gdzie inni chcą odpocząć. Nieco burzy to ład i harmonię dobrze zaplanowanego urlopu z ładnymi widokami. Wtedy nie chcemy patrzeć na chorobę, pomimo że w naszym przypadku emanuje ona najprawdziwszym szczęściem. Olgierd wywołuje uśmiechy, ale też się z niego śmieją i wytykają palcami. Przykuwa spojrzenia, ale też sprawia, że dzieci czy dorośli się gapią. Mi to fru. Konkluzja jest taka, że naszą uwagę przykuwa to, czego nie znamy, czego nie oglądamy. I nie chodzi o to, że się nie mierzymy, bo tego nikomu nie życzę. Niepełnosprawni są do oglądania w telewizji, w reklamach na billboardach, na zawodach, których nikt nie transmituje, spotkaniach artystycznych, które na szczęście przyciągają coraz więcej osób. Nie na ulicach. Nie w komunikacji. Nie na urlopie. Można się zastanawiać nad powodami. Być może się wstydzimy, nie dajemy rady, nie wytrzymujemy spojrzeń, nie chcemy pytań. My, opiekunowie. Być może nie rozmawiamy z dziećmi, nie uczymy, że ludzie są różni, ale wszyscy równi. CZY NAPRAWDĘ RÓWNI? W Warszawie na Nowym Świecie remontowano ulice i chodniki. Nowa inwestycja, która z pewnością pochłonęła ogromne pieniądze. Na wypasie. Przechodzę przez ulicę. Na pasach. Wchodzę na nowy chodnik. Krawężnik jest lekko ścięty, ale nie na płasko. Muszę więc podnieść przednie koła, by wjechać. Za krawężnikiem jest rynna, która ma usprawnić spływanie wody oraz ciąg kostek chodnikowych z nawierzchnią dotykową dedykowaną Dominika Lcwicka-Klucznik 195 osobom niewidomym i niedowidzącym. Podniosłam wózek, wjechałam małymi kołami ma chodnik i centrałnie wpadły mi do rynny. Nie byłam więc w stanie ani podjechać do przodu, ani podbić wózka. Musiałam się wycofać na ułicę i wjechać tyłem. Widzicie już szczęście tego kierowcy. Z takimi problemami komunikacyjnymi i logistycznymi musimy radzić sobie na co dzień. Szkoda tylko, że nowa inwestycja staje się kolejnym bublem, z którego nie wszyscy będą korzystać. Bo nie wszyscy są równi. I nie chodzi tu o wzrost. Każda inność przykuwa spojrzenia. Wiele z nich wywołuje agresję, o czym przekonujemy się ostatnio coraz boleśniej, a hasła tolerancji możemy sobie wsadzić między Piotrusia Pana a Kopciuszka. Nie ma edukacji równościowej, a kilkanaście lat korzystania z projektów unijnych, z których większość pewnie w celach miała wyrównywanie szans, to bujda. Nie odrobiliśmy lekcji. Przeszkadza nam kolorowe, LGTB, innowiercy, aż czekać, kiedy zaczną starsi, niepełnosprawni, chorzy. W tym kraju nie jesteśmy równi. Doskonale siebie sami dzielimy, nie potrzebujemy pomocy innych, by sami się zniszczyć. Wrogów też robimy sobie sami. Z sąsiada, kolegi, rodzica. Coraz więcej odwagi wymaga niezgadzanie się na zło. Choć problemem staje się wielorakość definicji zła. TEST PRAKTYCZNEGO ŻYCIA Dlatego właśnie wpadłam na pomysł projektu, który, o ile zostanie wybrany przez el-blążan, może wiele zmienić w zakresie funkcjonowania osób z niepełnosprawnościami. 196 Czy naprawdę równi? Z inicjatyw ogólnomiejskich w Budżecie Obywatelskim ten projekt jest jedynym miękkim. Oznacza to, że nie o inwestycję - budowę czy remont infrastruktury chodzi, czy stworzenie „namacalnej” rzeczy, lecz o zmianę w ludziach chodzi. Założyłam, że w szkołach, placówkach miejskich, urzędach, instytucjach a także na ulicach miasta będą przeprowadzane zajęcia, które mają w pewien sposób uwrażliwić na potrzeby osób z różnymi niepełno-sprawnościami oraz pokazać świat z ich niełatwej perspektywy. Nie chodzi mi o to, byście zrozumieli, jak to jest być w czyjejś skórze, bo to niemożliwe w sytuacji, gdy po dziesięciu minutach można wstać z wózka, „otrzepać” się i iść na spacer, lody, piwo. Chodzi bardziej o zrozumienie tego, jak się funkcjonuje, jak wygląda świat, chodnik, podjazd czy też wejście do autobusu z perspektywy osoby na wózku, o kuli, niewidomej czy też samego opiekuna. Nazywamy to empatią, ale o coś więcej chodzi. O zmianę sposobu myślenia i projektowania przestrzeni wokół nas a także kreowanie zachowań, które pozwolą wspólnie funkcjonować. Każdy niepełnosprawny jest przecież częścią społeczeństwa i ma prawo żyć na takich samych warunkach. Chyba, że jednak nie jesteśmy równi. Nie chodzi mi o kolejkę przy kasie. I tak znaczki nie działają. Olgierd - mój syn. W tym roku kończy 9 lat. Nie wiemy, dlaczego nie rozwija się prawidłowo, ale ku naszej radości powoli zaczyna stawiać swoje pierwsze kroki. Nie mówi, nie jest samodzielny - nie zgłasza potrzeb fizjologicznych, nie ubiera się, wymaga pomocy przy jedzeniu. Na każdym etapie swojego życia potrzebuje pomocy. Porusza się na wózku i robi stale postępy, więc liczymy, że za kilka lat stanie na nogi i będzie chodzić. Dlatego właśnie szczególną uwagę przykładamy do ćwiczeń i rehabilitacji - ich efekty widać w każdym jego kroku, w każdym słowie i każdej kolejnej umiejętności. Więcej o Olgierdzie możesz poczytać na stronach: http://www.olo.walczy.pl/ https://www.facebook.com/oloklucznik/ Możesz mu również przekazać swój 1% lub wpłacić darowiznę na konto: Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Słoneczko” Stawnica 33A 77-400 Złotów KRS: 0000186434 Spółdzielczy Bank Ludowy Zakrzewo Oddział w Złotowie 89 8944 0003 0000 2088 2000 0010 tytuł wpłaty: Olgierd Klucznik 557/K Zdjęcia pochodzą a archiwum rodzinnego Dominiki Lewickiej-Klucznik Rozmowy Niespodziewana iluminacja zmienia wszystko Z Krzysztofem Bochusem rozmawia Arkadiusz Kosiński - Trudno się Panu rozstać z Christianem Abellem? - To pierwszy wykreowany przez mnie bohater. Rodził się w mojej głowie przez kilka lat, zanim ożył na kartach „Czarnego manuskryptu”, rozpoczynającego serię z radcą kryminalnym Abellem w roli głównej. Nic dziwnego, że przywiązaliśmy się do siebie. Faktem jest, że „Szkarłatna głębia” miała być końcowym akordem mojej pomorskiej sagi kryminalnej. Wielu czytelników domagało się jednak powrotu radcy Abella. Pomyślałem, że nie ma co grymasić. Przecież to zaszczyt dla autora, gdy czytelnicy tak żywo odbierają stworzoną przez niego postać. I Abell powrócił do miasta. któremu tak wiernie służył, i które go w ostatecznym rozrachunku - zdradziło i porzuciło. Tak powstało „Miasto duchów”: mocny thriller z rozbudowanym wątkiem sensacyjnym: o zbrodni, samotności i winach, które nigdy nie ulegają przedawnieniu. - Był już Kwidzyn, Gdańsk, Sopot, Mierzeja Wiślana. Oczywiście pomijając fakt, że Pomorze to pańskie rodzinne strony, co takiego urzeka w nim Pana, że tak chętnie lokuje tu akcję swoich powieści? - Zawsze powtarzam, że Pomorze to moja Ziemia Obiecana. Trudno o bardziej wdzięczne tworzywo literackie. Ze swoją trudną, wielowarstwową historią i wspaniałymi zabytkami stanowi idealną scenerię dla moich książek utrzymanych w stylu retro. Proszę pamiętać, że pisarze zawsze poszukują własnej ścieżki, a oryginalne tło to jeden ze sposobów na wyróżnienie ich powieści. Marek Krajewski opisał już Breslau, Grzegorz Kalinowski przedwojenną Warszawę, a Ryszard Ćwirlej w czasach nam bliższych Wielkopolskę z czasów MO i realnego socjalizmu. Moją ambicją było literackie zdyskontowanie atutów i walorów Pomorza: krzyżackich zamków i podziemnych krypt, majestatycznych katedr i świątyń, portowych zaułków i nabrzeży, menonickich wiosek i willi zamożnych mieszczan w sopockim „Weltbad”. I tak akcja pierwszej powieści, „Czarnego manuskryptu” toczy się w przedwojennym Marienwer-der (Kwidzyn) oraz Marienburgu (Malbork), w cieniu krzyżackich zamczysk. Fabuła „Martwego błękitu” rozgrywa się w Wolnym Mieście Gdańsku, w willach bogatych patrycjuszy i żydowskich wielbicieli Kabały. A w „Szkarłatnej głębi” zapraszam czytelników w swoistą podróż w czasie, na zamieszkałą przez menonitów Mierzeję Wiślaną. W „Mieście duchów”. 198 Niespodziewana iluminacja zmienia wszystko powracam do Gdańska końca roku 1944, żyjącego w przeczuciu nadchodzącej Apokalipsy. 1 jeszcze coś - nigdy mentalnie nie wyjechałem z Gdańska, chociaż od wielu lat mieszkam w Warszawie. Uwielbiam to miasto i to ono stanowi dla mnie nieustanne źródło inspiracji. - Ile Krzysztofa Bochusa Jest w tak ukochanym przez czytelników radcy niemieckiej policji kryminalnej? - Oczywiście, nie jestem Abellem, a Abell nie jest mną. To tylko postać wykreowana w mojej wyobraźni. Żaden bohater literacki nie powstaje jednak z powietrza, autor buduje jego postać z własnych doświadczeń, klisz literackich i skojarzeń przechowywanych we własnej pamięci jak w bibliotece. Chciałem stworzyć postać prawdziwą w jej wzlotach i upadkach, bohatera nie papierowego, ale też i nie spiżowego. Abell to postać w jakimś sensie tragiczna, przychodzi mu żyć w trudnych czasach, kiedy niemal codziennie łamane są ludzkie kręgosłupy, a świat oparty na pewnym niekwestionowanym ładzie moralnym odchodzi w przeszłość. Jest oficerem policji i to na tym polu musi udowodnić, że ma nie tylko talent do rozwikływania skomplikowanych zagadek kryminalnych - ale także własne zdanie i charakter. - „Miasto duchów” to czwarta część sagi przygód przenikliwego oficera. W jednym z wywiadów przy premierze „Listy Lucyfera” mówił Pan, że to już ostatni akord tej kryminalnej symfonii. Czy rzeczywiście? - Taki mam zamiar. Seria z Abellem tworzy pewną kompletną całość. Stanowi rodzaj zamkniętego konceptu literackiego. Te książki to oczywiście kryminały, inteligentna rozrywka dla odbiorców lubiących ten gatunek literacki. Jednocześnie jednak to pewien fresk, obraz rozpięty na ramach historii, panorama ludzkich postaw i charakterów ukazanych w ciągu kilkunastu lat, które są przełomowe dla losów Gdańska i Pomorza. Wydarzenia opisywane w książce toczą się pod koniec wojny. Za kilka miesięcy ukochany przez radcę Gdańsk zamieni się kupę gruzów. Trudno mi sobie wyobrazić Abella w tej nowej, powojennej rzeczywistości. Pewna epoka dobiegła końca, rachunki wyrównane. Życie nauczyło mnie jednak, że nigdy nie należy mówić nigdy. - W swoich książkach nie unikał Pan nawiązań do Kwidzyna, czy też Marienwerder. Jak będzie tym razem? I z czym będzie się mierzył główny bohater? - Nie chciałbym spoilerować treści książki i odbierać w ten sposób przyjemności czytelnikom, którzy dopiero po nią sięgną. Mogę jednak zdradzić, że w „Mieście duchów”, Abell powróci do rodzinnego miasta. Marienwerder odgrywa ważną rolę w fabule książki, jest scenerią kluczowych wydarzeń. W ten sposób niezwykła podróż Christiana Abella - spięta swoistą klamrą - dobiega końca. To w Marienwerder, w „Czarnym manuskrypcie”, ruszał na swoją krucjatę przeciwko złu, i to w tym mieście kończy się jego osobista epopeja. Miasto Kwidzyn jest zresztą patronem medialnym książki, co mnie bardzo cieszy. To tutaj bowiem ukształtowałem się jako człowiek, i to tutaj mam najwierniejszych czytelników. - Podczas swojego ostatniego spotkania w Kwidzynie zapowiedział Pan, że pracuje nad drugą częścią „Listy Lucyfera”. Kiedy planuje Pan jej premierę i co tym razem szykuje dla czytelników? Arkadiusz Kosiński 199 - „Boski znak”, bo tak nazywać się będzie kontynuacja „Listy lucyfera”, ukaże się nakładem wydawnictwa Skarpa Warszawska, prawdopodobnie wiosną przyszłego roku. To będzie osobna historia, utrzymana w konwencji powieści sensacyjnej. Rozmyślnie stworzyłem nowego bohatera i nową serię, aby trochę odpocząć od retro kryminałów i spróbować swoich sil w nowym gatunku. Mam nadzieję, że taka odmiana dobrze mi zrobi. Powieści z Adamem Bergiem to inny format literacki: są lżejsze, z mocno podkręconą akcją, i współczesne do szpiku kości. Cieszy mnie, że książka spotkała się z tak ciepłym przyjęciem i już po kilku miesiącach dopracowała się statusu bestsellera. Obie serie łączy jednak pewien wspólny mianownik. Redaktor Adam Berg, to bowiem w prostej linii wnuk radcy Abella. Mam nadzieję, że będzie godnym następcą swego dziadka. - Prawnicza seria o mec. Joannie Chyłce, autorstwa pańskiego kolegi po fachu Remigiusza Mroza, doczekała się ekranizacji w postaci serialu. Widzi Pan Abella na szklanym ekranie? A może już pojawiły się jakieś propozycje? - Gratuluję Remigiuszowi, podobnie jak Wojtkowi Chmielarzowi, ekranizacji ich powieści. Oczywiście, chętnie widziałbym Abella na szklanym ekranie, ale nie otrzymałem żadnej propozycji w tej materii. Zapewne prędzej doczekam się wydań obcojęzycznych. - W jednym z wywiadów zdefiniował Pan uprawiany przez siebie gatunek, jako erudycyjne powieści kryminalne dla koneserów. Mógłby pan rozwinąć tę myśl? - Oznacza to tyle, że staram się zachować swoje literackie DNA, ów odcisk palca, który mnie jakoś - w moim mniemaniu - definiuje w oczach czytelników. Wyróżnikiem tego stylu jest, jak sądzę, łączenie fikcji z faktami historycznymi oraz pewna dbałość o język opowiadanych historii. Dodałbym jeszcze widoczne zamiłowanie do kodów kulturowych i szyfrów, zagadek historii, dzieł sztuki i precyzyjnego odmalowywania tła społecznego. To właśnie te wątki stanowią moje literackie podglebie i właśnie one pojawiają się w moich powieściach najczęściej. Mam wrażenie, że czytelnicy, którzy moje książki odbierają najżywiej, są trochę do mnie podobni w tym sensie, że też się tymi motywami interesują. - „Człowiek nigdy sam nie decyduje o pisaniu książki; (...) książka jest jak blok cementu, który zaczyna tężeć, a możliwości działania autora ograniczają się do bycia na miejscu i czekania w rozpaczliwej bezczynności, aż proces powstawania książki sam z siebie się rozpocznie” - napisał Michel Houellebecq w książce „Mapa i terytorium”. Każdy, kto choć raz spróbował przelać na papier swoje myśli i ułożyć je w jakąś zgrabną całość wie, że ten proces boli bardziej niż wizyta u dentysty. Więcej, czasami jest tak, że chcemy pisać, ale nie możemy. Jak jest w Pana przypadku? Czy wzorem francuskiego pisarza swoje musi Pan „wychodzić” z książką w głowie i niezależnie od siebie odczekać, by w końcu usiąść do pisania, czy wręcz przeciwnie, słowa wylewają się Panu z rękawa? - Dobry i trafny cytat. Muszę go sobie zapamiętać. Rozpoczynając pracę nad nową książką mam w głowie całą oś fabularną, głównych bohaterów i sekwencję zdarzeń. Nie oznacza to jednak, że dysponuję szczegółowym planem całej książki, od pierwszej do ostatniej strony. W każdym akcie twórczym nadchodzi bowiem taki moment, kiedy pióro zaczyna samo prowadzić. Nigdy nie wiem do końca, jak rozwinie się dany wątek, dopóki go nie skończę. 200 Niespodziewana iluminacja zmienia wszystko I to jest najbardziej fascynujące w pisaniu, dlatego właśnie warto tworzyć, aby najpierw dotknąć granic własnej wyobraźni, a potem sprawdzić czy tej magii ulegają także inni. - Wróćmy na chwilę do początku. Od premiery „Czarnego manuskryptu” minęły już ponad dwa lata, choć pamiętam jakby to było wczoraj. A Pan pamięta jak to się stało, że postanowił Pan rozpocząć swoją przygodę z prozą? - Karierę pisarską rozpocząłem w wieku dojrzałym, ale trudno byłoby mnie nazwać nowicjuszem. Przez wiele lat byłem zawodowym dziennikarzem, wykładałem na wyższej uczelni, parałem się marketingiem. Napisałem wiele tekstów i artykułów, ale wszystko to były formy krótsze i bardziej ulotne. Pomysł napisania rasowego kryminału w scenerii krzyżackich zamków chodził mi po głowie od lat, ale zawsze brakowało mi czasu na realizację tego zamierzenia. Właściwy moment nadszedł w 2016 roku. Przygotowywałem się wtedy do bardzo skomplikowanej operacji serca. Wiedziałem, że może być różnie. Czekając na zabieg zacząłem pisać, aby nie myśleć o złych rzeczach. Tak powstał „Czarny manuskrypt”. Mogę więc powiedzieć, że literatura stała się dla mnie rodzajem terapii. - Czy oprócz drugiej części „Listy Lucyfera” ma Pan już w głowie pomysły na kolejne książki? - Podpisałem umowę na opowiadanie do kolejnej antologii kryminalnej, którą przygotowuje mój wydawca. Skarpa Warszawska. Znajdę się w towarzystwie najlepszych polskich pisarzy, parających się tym gatunkiem. Książka powstaje przy współudziale Muzeum Narodowego w Warszawie, reszta to jeszcze tajemnica. Później zamierzam sobie zrobić przerwę i zresetować umysł. Mam pewien pomysł na kolejną książkę, ale za wcześnie o tym mówić. W tej profesji jedna świetna myśl, czy niespodziewana iluminacja, zmienia wszystko. Muzyka Wacław Bielecki Zapiski melomana - letnie granie „PARIA” MONIUSZKI W POZNAŃSKIEJ ARENIE niedziela, 30 czerwca 2019 r. Główny bohater „Parii“- Itźamor (Dominik Sutowicz tenor) ujechał na scenę z wietkokałibrowym karabinem maszynowym, Jot. Internet „Paria” to ostatnia opera skomponowana przez Stanisława Moniuszkę w 1869 r. Jak wiadomo, ojciec polskiej opery narodowej napisał sześć oper, w tym dwie opery w rodzaju seria, czyli kończące się tragicznie: „Halkę” i „Parię”. Pozostałe dzieła, w tym genialny „Straszny Dwór”, należą do oper komicznych, czyli bufFa. Stąd widać, że Moniuszko był pogodnego usposobienia, tym bardziej, że oprócz oper napisał kilkanaście operetek, obecnie mało znanych i prawie nie wystawianych. „Paria” do libretta Jana Chęcińskiego (napisał także libretto do „Strasznego Dworu’), ma nieco mylny tytuł, albowiem tytułowy „Paria” nie jest kobietą, tylko mężczyzną o imieniu Idamor, pochodzącym z najniższej kasty społecznej w Indiach, czyli po prostu jest pariasem. I to jest powodem jego tragedii, bo jako zwycięski wódz zamiast ręki Neali, córki arcykapłana, zostaje przez niego zasztyletowany, po ujawnieniu wiadomości, że jest pariasem. Tak najkrócej można streścić treść tego dzieła. Akcja opery rozgrywa się nie nad Wisłą, lecz nad rzeką Ganges w dawnych Indiach. Ta ostatnia opera Moniuszki jest przykładem zupełnie odmiennego spojrzenia na dzieło przez samego kompozytora, oraz zwykłych melomanów i krytyków muzycznych. Wiadomo, że po premierze bardzo krótko utrzymała na scenie Teatru Wielkiego w War- 202 Zapiski melomana, - letnie granie szawie. Zagrano ją tylko sześć razy. Krytycy nie szczędzili jej ostrych i dosadnych ocen, deprecjonujących jej wartość. Natomiast sam Moniuszko uważał ją za swoje najlepsze dzieło. Dużo na ten temat można wyczytać z książki Władysława Fabry’ego „Moniuszko, powieść biograficzna” wydanej przez Powszechną Spółkę Wydawniczą „Płomień” w Warszawie w 1938 r. Chociaż książka została wydana przeszło 80 lat temu, to łatwo ją znaleźć w postaci cyfrowej w Internecie. Niestety, porządnej, współczesnej biografii ojca naszej opery narodowej, po prostu nikt nie napisał, co wydaje się bardzo dziwne a zarazem skandaliczne. W „Encyklopedii teatru polskiego” znajduje się informacją, że „Paria” była po II Wojnie Światowej wystawiana tylko siedem razy, ostatnio w 2005 r. przez Operę na Zamku w Szczecinie. W obecnym roku, w związku z dwusetną rocznicą urodzin Moniuszki, pojawiła się najpierw w wersji koncertowej w Filharmonii Narodowej, jako koncert towarzyszący Wielkanocnemu Festiwalowi Ludwiga van Beethovena w kwietniu br. Została wykonana w języku włoskim. Za pulpitem dyrygenckim stanął maestro Łukasz Borowicz, prowadząc Orkiestrę Filharmonii Poznańskiej, Chór Filharmonii Narodowej oraz solistów. Jak został przyjęty ten występ? Oceny były różne. Jeden z recenzentów, Wojciech Giczkow-ski, zadał sobie pytanie.' Czy „Paria” byia zapomniana słuszniei’ I odpowiedział na nie tak: Na pewno nie. Koncertoioe wykonanie pod kierownictwem Łukasza Borowicza pokazało, że ma ta opera wielki potencjał muzyczny i mimo niezbyt interesującego libretta może być przyjęta przez publiczność z entuzjazmem, tak jak to miało miejsce podczas tego uykonania. Natomiast Dorota Szwarcman na swoim blogu pisze o tym samym koncercie, że w cykłu dzieł zapomnianych - różnej już jakości dzieła grywano - bywały rzeczy niesłusznie zapomniane i z satysfak(ją odkrywane, a były i takie, które zasłużenie łeżą w łamusie. Niestety „Paria” nałeży raczej do tych drugich. Na koncercie tym nie byłem, więc nie mogę się do tych ocen ustosunkować. Pod koniec czerwca br. doszło do nietypowego wykonania „Parii” na poznańskiej Arenie, sali mogącej pomieścić 3600 widzów, ale do oglądania dopuszczono tylko 300 osób. Miejsca na widowni były puste, a wykonawcy - soliści i chórzyści oraz publiczność zostali umieszczeni pośrodku, na dole areny. Orkiestrę pod dyrekcją Gabriela Chmury posadzono nieco wyżej na specjalnie wybudowanym podeście. Reżyserię sprawował Brytyjczyk, Graham Vick, na co dzień dyrektor artystyczny Birmingham Opera Company. Do kupienia były wyłącznie bilety z miejscami stojącymi, ponieważ - jak napisano w zapowiedzi spektaklu.' podczas przedstawienia nie ma loyrażnego podziału na scenę i aktorów oraz widzów: wszystko jest sceną i wszyscy są aktorami. Graham Vick chciał jak zwykłe zaprosić widzów do przestrzeni nie typowo teatrałnej, łecz innej, otwartej, swobodnej. Reżyserowi załeży, by widzowie mogłi sami rozpoznać się w operze, która zawsze, swoją drogą, dotyczy nas - łudzi, naszych historii. Spektakl ten oglądałem dzięki transmisji internetowej i mogę trochę powiedzieć, jak założenia reżysera realizowano w praktyce. Przez cały czas śpiewający swoje role soliści i chórzyści przechadzali się lub przebiegali między stojącymi na arenie widzami. Akcję opery przeniesiono do czasów współczesnych. Były też współczesne stroje. Główny bohater „Parii” Idamor przebrany był w mundur polskiego generała, ale przystrojony wieloma orderami i medalami na wzór radziecki. Podczas jednej ze scen wjeżdża na arenę pojazdem Wacław Bielecki 203 przypominającym samochód pancerny i stoi za celownikiem wielkokalibrowego karabinu maszynowego DSzK 12,7 mm (produkcji ZSRR). Gdzie tu starożytne Indie? W tej realizacji dominującą jest warstwa wizualna; stroje, rekwizyty, scenografia, natomiast muzyka jest taka, jaką napisał Moniuszko. Mnie podobała się warstwa muzyczna. Bardzo pięknie została wykonana uwertura, którą zalicza się do najpiękniejszych części opery. Są tam dwa tematy, pierwszy bardziej dramatyczny i drugi niezwykle śpiewny, oparty na arii Dżaresa, ojca Idamora. Mnie, odwrotnie niż Piotrowi Kamińskiemu, autorowi przewodnika „Tysiąc i jedna opera”, bardziej spodobał się właśnie ten drugi, liryczny temat, może dlatego, że został wykonany w znacznie szybszym tempie, niż słyszałem go w innych nagraniach. Ładnie swoje partie wykonywali soliści: Idamor - Dominik Sutowicz, Neala -Monika Mych-Nowicka, arcykapłan Akebar - Szymon Kobyliński, ojciec Idamora Dża-res - Mikołaj Zalasiński. W „Parii” są piękne chóry, świetnie wykonane przez poznańskich śpiewaków przygotowanych przez Mariusza Otto. Dlaczego jednak chórzyści, mężczyźni mają świetlne aureole nad głowami, a kobiety przebrane są za członkinie nie wiadomo z jakiego zakonu? Trudno to wszystko zrozumieć. Czy ta wersja inscenizacji przyczyni się do popularyzacji „Parii”? Bardzo wątpię. Zastanawiam się, czy to, co pokazano, można jeszcze nazwać spektaklem operowym? Raczej jest to widowisko plenerowe na motywach „Parii”, dodam, że nie w moim guście. Na pewno nie poszedłbym na takie przedstawienie wiedząc, co z nim zrobi reżyser. Oglądając taką inscenizację słuchacz może popaść w schizofrenię, bo muzyka i tekst opery jest prawie nienaruszony, natomiast to, co widzi, czyli cała inscenizacja w ogóle nie przystaje do muzyki. Nie potrafię polubić, ani nawet zaakceptować takiego traktowania opery. Mam nadzieję, że kiedyś moda na przenoszenie czasu akcji przedstawień operowych skończy się. Co by to było, gdyby akcję „Pana Tadeusza”, przeniesiono np. w międzywojenne dwudziestolecie? Wydaje się to absurdalne, tymczasem przenoszenie akcji w wystawianych współcześnie operach jest coraz częstsze. Bardzo krytyczną ocenę tego przedstawienia w felietonie pod wymownym tytułem „Ręce opadają” na stronie internetowej MAESTRO w dniu 15 lipca 2019 r. przedstawił Sławomir Pietras, były dyrektor oper w Łodzi, Wrocławiu, Poznaniu, Warszawie oraz wybitny znawca sztuki operowej i baletowej, chociaż z wykształcenia prawnik. Pisze on nie owijając w bawełnę, że jest to kontynuacja reżyserskich skandali. Nasuwa się też pytanie: ile to wszystko kosztowało? Dano tylko dwa przedstawienia, więc widzów było tylko ok. 600, a 7200 miejsc na widowni było pustych. Reszta mogła operę podczas transmisji internetowej na żywo. Pewnie z tej transmisji były jakieś wpływy finansowe, ale jakie? Nikt o tym nie pisze i nie mówi. Wszystkich, którzy chcą jednak obejrzeć „Parię” w reżyserii G. Vicka informuję, iż jest ona dostępna na stronie: operavision.eu CZYM JEST MUZYKA? czwartek, 4 lipca 2019 Skończyłem czytanie książki pióra Marii Wilczek-Krupy o jednym z najwybitniejszych polskich kompozytorów współczesnych - Henryku Mikołaju Góreckim (1933-2010), stawianym obok Witolda Lutosławskiego i Krzysztofa Pendereckiego. Przyznam, że twórczość 204 Zapiski melomana, - letnie granie tego kompozytora jest mi mało znana. Oczywiście, słyszałem jego dzieło życia: III Symfonię Pieśni żałosnych, która najpierw przeleżała w szufladzie biurka kompozytora przez kilkanaście lat, a potem, ni stąd ni zowąd, stała się bardzo popularna w Anglii po wyemitowaniu jej przez radio BBC w 1987 r., a w 1992 r, zajęła I miejsce na liście przebojów brytyjskiej stacji Classic FM. Słuchało jej 5 milionów osób na całym świecie i sprzedano płytę z jej nagraniem w nakładzie ponad miliona egzemplarzy. Bardzo zaskakujące jest to, że najbardziej popularna była wśród kierowców amerykańskich ciężarówek, a jest to przecież muzyka tragiczna, dramatyczna i żałobna. W jednej z części tego utworu kompozytor cytuje pieśń z okresu Powstań Śląskich, zaczynającą się od słów: Kajze mi siępocłziołl Mój synocek miły?/ Petonie go u>powstaniu/Złe wrogi zabiły Pieśń ta zwana jest śląską „Stabat Mater”. Górecki ciekawie wypowiada się na temat: Czym jest muzyka? Autorka biografii przypomina, że kompozytor wygłaszając mowę z okazji nadania mu honorowego tytułu doktora Akademii Muzycznej w Krakowie w 2008 r., poświęcił istocie muzyki więcej niż połowę czasu. Przyznał wtedy, że myśli i myśli, i wymyślić nie może, czym, ona naprawdę jest. Ze jest tajemnicza i on nic o niej nie wie, chociaż wypełniła całą przestrzeń jego dorosłego życia. - Tyłu jest piszących i gadających o muzyce, którzy z taką łatwością formułują autorytatywne sady i oceny. Którzy z taką łubością pouczają: jaka ma być ta muzyka, jaką nałeży pisać, która muzyka jest zła, a która jest dobra. Jak ja im zazdroszczę - tej łatwości w wypowiadaniu się, tej pewności siebie. Boja coraz mniej wiem, coraz więcej mam niepewności i wątpłiwości. Górecki powtarzał za filozofem Leszkiem Kołakowskim: muzyka jest gościem z innego świata. MONIUSZKO NA MAZURACH sobota, 27 lipca 2019 r. To był zapewne jeden z licznych koncertów, jakie odbywają się w letnie dni w wielu polskich miejscowościach. Na Mazury, do Węgorzewa, przyjechali, jak to się mówi, muzycy z Warszawy. Troje śpiewaków Bogusław Morka - znany tenor, Emilia Zielińska - sopran (ta artystka akurat z Łodzi), Michał Janicki - bas baryton i akompaniator prof. Mariusz Dubrawski - fortepian elektroniczny. Zwykle w małych miastach nie ma odpowiednich sal, więc wieczorny koncert odbył się w kościele św. Piotra i Pawła. Ponad godzinny program występu był bardzo przejrzysty: najpierw część moniuszkowska, potem musicalowo-ope-retkowa. Zaczęło się od pięknej parafrazy znanej pieśni Znasz łi ten kraj Stanisława Moniuszki wykonanej przepięknie na fortepianie. Potem przewodnictwo koncertu objął Bogusław Morka, występujący w dwóch rolach: konferansjera i solisty. Prowadząc koncert w ciekawy sposób przybliżał słuchaczom postać ojca opery narodowej oraz wykonywane przez śpiewaków utwory. Usłyszeliśmy znane arie z opery „Halka” - Jako od wichru krzew połamany. Gdyby rannym słonkiem wzłecieć mi skowronkiem, arię Jontka - Szumią jodły na gór szczycie oraz z opery „Straszny Dwór”: Aria Miecznika - Kto z mych dziewek serce której. Na zakończenie tej części śpiewacy wykonali trzy pieśni ze „Śpiewnika domowego” Moniuszki: Pieśń wojenną, balladę Dziad i baba do słów J. Kraszewskiego oraz najbardziej znaną pieśń Moniuszki - Prząśniczkę. Wacław Bielecki 205 U^^o«4iw7 na chwitf przed koncertem, od prawej: Bogusław Morka - tenor, dyrektor Węgorzewskiego Ośrodka Kultury Mirosław Błudzień, Emiłia Ziełińska - sopran, prof. Mariusz Dubrawski - akompaniator i Michał Janicki - bas baryton. Jot. W. Biełecki W części musicalowo-operetkowej muzycy śpiewali znane przeboje m.in. Memmory, Człowiek z La Manczy, Sibonej, Amigos para siempre, Mamma. Na zakończenie wykonawcy zaprosili publiczność do wspólnego zaśpiewania Usta milczf, dusza śpiewa z operetki Le-hara „Wesoła wdówka”. Był jeszcze bis: pieśń Time to Say Goodbye, którą ma w swoim repertuarze niewidomy śpiewak włoski Andrea Boccelli. I tak szybko i przyjemnie minął ten letni koncert słyszany na Mazurach. Słuchacze bardzo żywo reagowali na każdą wykonaną pieśń i nie szczędzili muzykom oklasków. Jedynym minusem koncertu było wadliwe nagłośnienie. Moim zdaniem, w niezbyt dużym węgorzewskim kościele, niepotrzebna było ono w ogóle. Przecież soliści operowi śpiewają w znacznie większych salach bez użycia mikrofonów i głośników. Skoro jednak zdecydowano się na nagłośnienie, to siedzący za pulpitem akustyk powinien reagować na siłę ich głosów i odpowiednio regulować ją suwakami. Niestety, takiej reakcji nie było, bo obsługujący wzmacniacze działał według zasady: im głośniej, tym lepiej. Tak można nagłaśniać koncerty muzyki młodzieżowej, ale nie muzykę operową. Przed koncertem udało mi się porozmawiać z panem Mirosławem Błudzieniem, dyrektorem Węgorzewskiego Centrum Kultury, podczas której dowiedziałem się, że muzyka klasyczna w tym mazurski miasteczku bywa znacznie częściej grywana niż u nas. 206 Zapiski melomana, - letnie granie X KONCERT ORGANOWY W SZTUMIE niedziela, 28 lipca 2019 r. AntJrzej SzaJ^ko przy pulpicie sztumskich organów, fot. M. Pietrusiak Stan zdrowia nie pozwolił mi na przyjazd z wakacji na Mazurach do Sztumu na ten koncert, ale od czego są Przyjaciele? Otrzymałem od nich aż trzy nagrania koncertu: dwa audio i jedno wideo, więc doskonale poznałem jego przebieg. Oczywiście, są to amatorskie nagrania na żywo z dużą ilością szumów i innych zakłóceń dźwięku, jednak dokładnie rejestrujące jego przebieg. Poza tym, z kilkunastoma osobami będącymi na koncercie rozmawiałem na temat ich wrażeń po jego wysłuchaniu. Mogę więc powiedzieć, że wiem na ten temat niemało. Solistą X Koncertu Plebiscytowego upamiętniającego pobyt w Sztumie Feliksa Nowowiejskiego w 1920 roku był dr hab. Andrzej Szadejko, organista pracujący w Katedrze Muzyki Kościelnej Akademii Muzycznej w Gdańsku. Usłyszałem go po raz pierwszy w lutym br. podczas koncertu w kościele w Gdańsku Oruni, gdzie prezentował tamtejsze organy odrestaurowane pod jego nadzorem po dwuletnim remoncie (moja relacja z tego wydarzenia znajduje się w numerze 1 „Prowincji” z tego roku). W Sztumie muzyk nie tylko grał na organach, ale także zapowiadał wykonywane przez siebie utwory. Koncert zgodnie z zamysłem wykonawcy, zaczął się i skończył włoską muzyką organową. Na początku został wykonany utwór anonimowego kompozytora z XVIII w. Młssa Piana per Organo (Msza na organy) składający się z trzech części: Offertorium (na ofiaroioanie) - Eleoazione (na podniesienie) - Postcommunio (na luejscie). Trzeba powiedzieć. Wacław Bielecki 207 Że były to bardzo dobre utwory na rozpoczęcie koncertu, bo sztumskie organy od razu za-brzmiały pełnym blaskiem, a do kolejnych części dzieła organista dobrał pięknie zróżnicowane głosy. Mnie ten utwór przez swoją charakterystyczną melodykę i harmonię skojarzył się z dziełami słynnego włoskiego organisty Padre de Bergamo, czyli z ojcem Davidem Marią, zakonnikiem z Bergamo. Po tym zebrani usłyszeli kompozycje samego organisty. Były to dwie skrajne części z utworu A. Szadejki: Preludium e-moll oraz „romantyczne” Postludium E-dur. Środkowej części: Fugi - artysta nie wykonał, tłumacząc to tym, że jest zbyt długa i wymaga innego instrumentu. Ja natomiast słyszałem ten utwór w całości podczas koncertu w Oruni. Oba zaprezentowane utwory były w istocie miłymi dla ucha transkrypcjami popularnych melodii: „El condor pasa” oraz „Naprawdę jaka jesteś nie wie nikt” dokonanymi przez Szadejkę. Kolejnym utworem była Fantazja G-dur skomponowana przez Johanna Georga Miithe-la, niemieckiego organistę i kompozytora, który był ostatnim uczniem Jana Sebastiana Bacha. Rozpoczął naukę zaledwie na trzy miesiące przed śmiercią mistrza i w tym czasie zanotował szereg dzieł ślepego kompozytora (Bach przebył nieudaną operację oczu), był obecny przy łożu śmierci Bacha i na krótko przejął jego obowiązki. Później J. G. Miithel przeniósł się na Łotwę do Rygi. Fantazja G-dur to piękny, wirtuozowski utwór pełen nieoczekiwanych, kontrastowych zmian melodycznych i dynamicznych, ale bardzo krótki. Z okazji przypadającej dwusetnej rocznicy urodzin Stanisława Moniuszki organista zaprezentował utwór o zawiłym tytule: Boga Rodzica ze zbioru »Pieśni Naszego Kos'cioła« z harmonia} Stanisława Moniuszki na organy ułożone i do grania przy Mszy czytanej przeznaczone. Zdaniem A. Szadejki, chociaż Stanisław Moniuszko grał przez wiele lat na organach w wileńskim kościele, to nie był wybitnym organistą i nie pozostawił wielkiej twórczości na ten instrument. Wykonawca wybrał kompozycję o charakterze passacagli, czyli nieco upraszczając, utwór, w którym melodia wielokrotnie powtarza się, jak w litanii, i jest nieustannie zmieniana. Jak zaznaczył muzyk, utwór ten nie był dotąd publicznie wykonywany, a więc mieliśmy podczas sztumskiego koncertu do czynienia z jego premierą. Okazało się, że jest to spokojna kompozycja o kompletacyjnym, czy medytacyjny charakterze, moim zdaniem, doskonale nadająca się do cichej mszy czytanej, ale przez swą długość i monotonność dość trudna do odbioru w czasie koncertu. Kolejnym, najdłuższym utworem zaprezentowanym przez organistę była trzyczęściowa, romantyczna Sonata F-dur op. 56 gdańskiego kompozytora Wilhelma Fryderyka Markulla. Kompozytor ten był w swoim czasie głównym muzykiem miasta Gdańska. Jako długoletni organista Kościoła Mariackiego komponował nie tylko muzykę religijną, ale opery, oratoria, symfonie, pieśni chóralne, prowadził słynny chór „Singakademie”, parał się też krytyką muzyczną publikując recenzje w gdańskich gazetach, np. w „Danziger Zeitung”. Andrzej Szadejko świetnie zna twórczość tego kompozytora, bo trzy lata temu nagrał płytę z jego utworami, jednakże przedstawiając życiorys Markulla, nie ustrzegł się drobnej nieścisłości, mianowicie powiedział, że urodził się on w Elblągu, tymczasem ów kompozytor przyszedł na świat we wsi Rychliki (niem. Reichenbach), a więc 30 km na południe od Elbląga. Był synem organisty z protestanckiego kościoła św. Anny w Elblągu. 208 Zapiski melomana, - letnie granie Trwająca prawie kwadrans Sonata F-dur składa się z trzech części. Rozpoczyna ją podniosła, ale pogodna część szybka - ,Allegro maestoso”, potem następuje wolna część, pełna ślicznych melodii, podpartymi wyrazistym akompaniamentem w pedale - „Andantino. Adagio”. Utwór kończy się finałowym, tryumfalnym i donośnym - „Vivace. Finale”. Organista wykonał ten utwór niezwykle precyzyjnie, a głosy dobierał zgodnie z estetyką muzyki romantycznej. Pięknie to zabrzmiało w sztumskim kościele. W ostatniej części koncertu zostały zagrane trzy utwory: sielankowe Andante. Pastorale - W. F. Markulla, wirtuozowska Toccata z IX Symfonii organoioej fmoll op. 45 nr 9 Feliksa Nowowiejskiego i na zakończenie uroczysty Marsz pontyfikalny Domenico Bellando, włoskiego kompozytora z Genui. Największa uwagę zwróciłem na wykonanie Toccaty Nowowiejskiego i przyznam, że była ona zagrana z niezwykłą pasją i brawurą, a jednocześnie bardzo delikatnie we fragmentach, gdzie tu i ówdzie pojawia się, jakby zbłąkana melodia „Bogurodzicy”. Szadejko, niczym znany z tego mistrz Nowowiejski, pokazał tutaj, jak świetnie ma opanowaną technikę gry na klawiaturze nożnej. Sztumskie wykonanie Toccaty skłoniło mnie do porównania nagrania Andrzeja Sza-dejki z nagraniem Jerzego Kukli z Lublina, moim zdaniem, najwybitniejszego wykonawcy utworów organowych Nowowiejskiego, który grał u nas w 2011 r. Całą IX Symfonię z rozpoczynającą ją Toccatą, zagrał J. Kukla na zakończenie Międzynarodowego Festiwalu Organowego w Gdańsku-Oliwie w sierpniu 2014 roku. Kiedy już zacząłem go słuchać, naszło oprzytomnienie, bo jak tu porównywać utwór wykonany na małych, liturgicznych sztumskich organach, z potężnymi, koncertowymi organami oliwskimi, uznawanymi za najlepsze w Polsce? Tym bardziej mam wielkie uznanie dla A. Szadejki, bo wiadomo, że instrument Wittka po 118 latach używania nie jest w dobrym stanie. Tylko dla tego jednego utworu warto było przyjść na ten koncert. Było to po prostu wykonanie fantastyczne, prawdziwy majstersztyk muzyczny. O wrażenia z koncertu zapytałem kilkanaście osób. Z decydowanej większości koncert podobał się słuchaczom, a niektórym nawet bardzo się podobał. Świadczyły o tym gromkie brawa po każdym utworze i mała owacja na zakończenie koncertu i następujący po niej bis (Louis Lefebure-Wely - Communion). Byli jednak melomani, którzy wyszli z kościoła mało usatysfakcjonowani. Mówili, że nie wpadł im do ucha żaden utwór, a cały koncert był zbyt długi. Rzeczywiście, trwał on 1:35 godz. a więc stanowczo za długo, jak na przyzwyczajenia osób nie słuchających na co dzień muzyki organowej. Myślę, że można było zrezygnować, np. z drugiego utworu Markulla, a zamiast monotonnego utworu Moniuszki zagrać jakąś transkrypcję znanej jego pieśni lub fragmentu opery, a na zakończenie koniecznie trzeba było zostawić Toccatę Nowowiejskiego i zrezygnować z pompatycznego marsza Bellando. Wtedy koncert byłby pod względem czasu trwania i repertuaru znacznie lepszy. Muszę jednak jeszcze raz podkreślić, że mnie osobiście koncert ten bardzo się spodobał. Organista zaimponował mi wielkim kunsztem wykonawczym, a poza tym pokazał się nie tylko jako mistrz klawiatury, ale i słowa. Jego zapowiedzi wykonywanych utworów były bardzo ciekawe i nasycane smacznymi anegdotami, tak łubianymi przez słuchaczy. Nie mogę się jednak zgodzić z opinią Andrzeja Szadejki, że po dziesięciu koncertach wyczerpał się już repertuar utworów Feliksa Nowowiejskiego, które można zagrać na sztumskich organach. Myślę, że Wacław Bielecki 209 przyszłość okaże, iż usłyszymy w Sztumie wiele nie granych tu kompozycji mistrza z Barczewa. Był to dziesiąty koncert organowy przypominający pobyt Feliksa Nowowiejskiego w Sztumie przed plebiscytem w 1920 roku. Ani się obejrzeliśmy, a już minęło dziesięć lat. Organizatorom, pracownikom Sztumskiemu Centrum Kultury z dyrektorem Adamem Karasiem oraz Parafii św. Anny z księdzem dziekanem Andrzejem Starczewskim na czele, należą się słowa uznania za doskonałą współpracę i prawdziwie profesjonalną organizację tych koncertów. SZANTY W... KOŚCIELE niedziela, 4 sierpnia 2019 r. Dominika Żukowska i Andrzej Korycki poeiczas koncertu szantowego w „mafym kościele" w Węgorzewie, fot. W Bielecki W czasie wakacji można usłyszeć na Mazurach wiele zespołów śpiewających piosenki żeglarskie, czyli szanty. Muzycy wykonujący ten rodzaj piosenki jeżdżą od miasta do miasta, od portu do portu, od tawerny do tawerny. Tak było w tym roku. Zespołów szantowych jest pewnie ponad dwadzieścia. Noszą one frapujące nazwy, np. Kokocha, Załoga Dr Bry-ga. Kochankowie Sally Brown, Szybki Montaż, BananaBoat, Orkiestra Dni Naszych, Yank Shippers. Koncert muzyki szantowej znanego duetu: Dominika Żukowska i Andrzej Korycki odbył się w scenerii dość nietypowej dla tego gatunku, bo kościele salwatorianów pw. Dobre- 210 Zapiski melomana, - letnie granie go Pasterza w Węgorzewie. Ta niewielka świątynia, zwana jest przez mieszkańców „małym kościołem”, w tym roku obchodzi 100-iecie swojego istnienia. Był to w tamtych czasach jedyny kościół katolicki w Węgorzewie i okolicach, bowiem na Mazurach dominowały kościoły protestanckie. Koncertu Andrzeja i Dominiki słuchałem przed kilkoma laty w urokliwym porcie Sztynort. Śpiewają oni różne piosenki, a zaczęli od pieśni żeglarskich. Jak powiedział ks. Proboszcz dzisiejszy występ był ich dziesiątym w tym kościele. Artyści musieli dostosować repertuar do miejsca występu, bo jak wiadomo w tekstach pieśni żeglarskich dość często znajdują się fragmenty frywolne czy nawet sprośne. Wykonawcy uniknęli tego śpiewając głównie ballady Bułata Okudżawy po polsku, i po rosyjsku oraz dobrane pieśni żeglarskie. Bardzo ich śpiewanie spodobało się publiczności. Na koncerty duetu przychodzą ich liczni fani, najczęściej żeglarze z całej Polski. Stałym obyczajem jest, że piosenki śpiewa cała publiczność. Jest to dowód na to, że Polacy potrafią śpiewać, i to ładnie, bez fałszu i wydzierania się. Główna w tym zasługa Andrzeja Koryckiego, który w niezwykle umiejętny sposób potrafi zachęcić zebranych do wspólnego śpiewania. Można się zdziwić, jak wiele osób przychodzących na koncert po prostu zna piosenki z repertuaru śpiewaków. Na uwagę zasługuje też akompaniament gitar grany w stylu klasycznym, często bardzo subtelny i wyszukany. Podczas półtoragodzinnego koncertu usłyszeliśmy 26 piosenek, w tym 12 ballad Okudżawy. Słuchaliśmy więc i śpiewaliśmy, m.in. znane szanty: I gdybym chociaż cię nie lubił, Póki żagle białe nad naszym pokładem, Byłe dałej. Chciej morzu podarować wiersz. Spośród ballad Okudżawy były: Pierwsza miłość z wiatrem gna. Balonik, Co było nie wróci. Niebieski trolejbus - i najsłynniejsza - Dopóki nam Ziemia kręci się. Z nowszych piosenek Koryckiego z przyjemnością wysłuchałem Piosenki na starosć' z żartobliwym refrenem: O trzeciej nad ranem też może być pięknie / Gdy masz już gotowe} na starosc piosenkę. Oczywiście, były też piosenki na bis: Missouri, ty wielka rzeko (z harmonijką ustną) i Kiedyś' byłam róże}, porywająco zaśpiewana przez Dominikę. Bardzo spodobał mi się ten koncert, pewnie dlatego, że ballad Okudżawy po prostu bardzo dawno nie słyszałem. To jest cudowna muzyka, prosta w melodii i harmonii, z poetyckimi tekstami. Podobny walor mają szanty skomponowane przez Andrzeja Koryckiego. XV FESTIWAL „CHOPIN I JEGO EUROPA” W ostatniej dekadzie sierpnia pognało mnie do stolicy na XV Festiwal „Chopin i jego Europa”. Jest to jedna z największych u nas imprez muzycznych, trwająca ponad dwa tygodnie, i z co najmniej dwoma koncertami każdego dnia. Oczywiście, zaprasza się tutaj najlepszych muzyków. Udało mi się zobaczyć i usłyszeć dwa koncerty. DUET FORTEPIANOWY: TOBIAS KOCH - JANUSZ OLEJNICZAK piątek, 23 sierpnia 2019 r. Artyści wystąpili z Sali Kameralnej Filharmonii Narodowej. Obaj w zeszłym roku byli jurorami nowego konkursu pianistycznego zorganizowanego przez Narodowy Instytut Fry- Wacław Bielecki 211 Janusz Olejniczak (z lewej) i Tobias Koch, fot. Internet deryka Chopina: I Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego na Instrumentach Historycznych. Jest teraz taka tendencja, by grać muzykę na instrumentach z epoki, w której powstała. Janusz Olejniczak to znakomity pianista, laureat VI nagrody na konkursie chopinowskim w 1970 roku, od co najmniej trzydziestu lat jest propagatorem takiego wykonawstwa, a Tobias Koch, niemiecki pianista, jest wybitnym znawcą i wykonawcą tego rodzaju muzyki. Artyści, grający na dwóch francuskich fortepianach Erarda, a więc instrumentach, na których grywał Chopin, zaproponowali bardzo zróżnicowany program. Zaczęli od suity na dwa klawesyny Les Iniies Galanles J. Ph. Rameau. Starli się grać na fortepianach tak, jakby to były klawesyny, ale gdzie tam fortepianom Erarda do dźwięczności, czy charakterystycznej brzękliwości tych instrumentów. Nie bardzo mnie to wykonanie porwało. Potem była monumentalna Sonata b-moll Chopina, ta z marszem żałobnym. Słuchając jej, zastanawiałem się, dlaczego wykonywana jest na dwóch fortepianach, jak można ją, i to lepiej, zagrać na jednym. Ponieważ obchodzimy w tym roku 200 rocznicę urodzin Moniuszki muzycy zaproponowali Fantazję na tematy z ofery „Halka” op. 51 Józefa Nowakowskiego. Kompozytor ten, to kolega Chopina z czasów nauki u Elsnera. Obecnie jest prawie zapomniany i nie wykonywany. Fantazja okazała się utworem wdzięcznym, i jak to u Moniuszki, niezwykle melodyjnym, niestety, w wykonaniu duetu została zagrana za wolno i zbyt patetycznie. Po przerwie Koch i Olejniczak w brawurowy sposób wykonali Gogol-Suitę Alfreda 212 Zapiski melomana, - letnie granie Schnittke, kompozytora i pianisty pochodzenia rosyjsko-niemiecko-żydowskiego. Było to znakomite wykonanie. Sama muzyka wyraźnie nawiązuje do utworów D. Szostakowicza, jest dość zabawna i przypomina tę z podkładów do niemych filmów (kompozytor oprócz symfonii napisał też muzykę do kilkudziesięciu filmów). Na zakończenie usłyszeliśmy dwa tanga Astora Piazzolli: Obltvion i Liber tango. Tak fatalnie wykonanych utworów Piaz-zolli jeszcze nigdy nie słyszałem, a już słynne Libertango było nie tyle co zagrane, tylko wygrzmocone. Było to najgorsze wykonanie, jakie dane było mi słyszeć. Na zakończenie półtoragodzinnego występu były jeszcze dwa bisy, ale sam koncert do udanych nie należał. „KORSARZ” YERDIEGO sobota, 24 sierpnia 2019 r. U^)totwu'Q' „Korsarza" kłaniają się publiczności, fot. W. Bielecki „Korsarz”, to trzynasta z kolei opera Yerdiego, która po premierze w Trieście w 1848 r. nigdy nie cieszyła się dużym uznaniem, a to głównie za sprawą lichego libretta, chociaż powstałego na podstawie poematu lorda Byrona. Akcja dzieła toczy się przed wiekami na obrzeżach Morza Egejskiego, gdzie walczą z sobą oddziały korsarza Corrado i muzułmanina paszy Seida. Opera kończy się tragicznie. Korsarz zostaje uwięziony przez paszę i ma być skazany na śmierć poprzedzoną okrutnymi torturami. Z więzienia uwalnia go Gulnara, faworyta Seida, nienawidząca swojego pana do tego stopnia, że sama zabija go podczas snu sztyletem. Kiedy uciekinierzy razem przypływają do kryjówki korsarza, wita ich tam jego ukochana Medora, która sadząc, że Corrado nie żyje, zażywa truciznę i umiera na jego Wacław Bielecki 213 oczach, a zrozpaczony korsarz rzuca się w odmęty morza. Jednym słowem, zakończenie przypomina Romeo i Julię Szekspira. Opery tej wysłuchałem w nietypowym pomieszczeniu, bo na scenie Teatru Wielkiego -Opery Narodowej. Tak, publiczność i orkiestra była umieszczona nie na znanej wszystkim wielkiej sali Opery Narodowej, tylko za kurtyną, na samej scenie, na którą wchodziło się jakimiś okrężnymi korytarzami i schodami. Wykonawcą była włoska orkiestra Europa Galante, grająca na instrumentach historycznych pod batutą Fabio Bondiego, maestra, o którym się mówi, że jest zakochany w Mo-niuszce i zalicza go do geniuszy muzycznych. W ubiegłym roku Bondi wystawił w Warszawie „Halkę” Moniuszki w języku włoskim, a na obecnym festiwalu inną jego operę: „Flis”. Przed przyjazdem do Warszawy (18 sierpnia) miałem przyjemność wysłuchać tego dzieła w przekazie internetowym. Było to wykonanie koncertowe, niezwykle porywające. Wcześniej, w marcu br. słyszałem „Flisa” w wykonaniu studentów z Akademii Muzycznej w Łodzi (zob. moją relację w poprzednim numerze „Prowincji”), jednak to warszawskie wykonanie, chociaż tylko koncertowe, było po prostu wspaniałe. Partię Franka zaśpiewał brazylijski tenor Matheus Pompeu, który rok temu grał rolę Jontka w „Halce”. Po tegorocznym wykonaniu „Flisa” pod Biondim zwątpiłem w opinię samego Stanisława Moniuszki, który w swoich listach pisał, iż uważa tę operę za swoje najsłabsze dzieło. Wracajmy do „Korsarza” Yerdiego. Można by powiedzieć, że do Warszawy przyjechali Włosi i zagrali dzieło swojego największego mistrza. Tak nie było, bo chociaż orkiestra i dy- Spotkanie Bieleckich: chórmistrzyni prof. Bielecka Yioletta i autor tej relacji Bielecki Wadaw, fot. archiuatm autora 214 Zapisiu melomana, - letnie granie rygent są Włochami, to już chór był polski z Opery i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku, zaliczany do najlepszych w kraju. Tu wydarzyła się ciekawa historia. W czasie przerwy między aktami zobaczyłem kierownika tego chóru, którym od wielu lat jest profesor Vio-letta Bielecka. Nigdy nie widziałem jej wcześniej. Wykorzystałem więc okazję, podszedłem do niej i przedstawiłem się: jestem Wacław Bielecki... Potem odbyliśmy krótką rozmowę o partiach chóralnych w Korsarzu i rodzinie Bieleckich. Nasze spotkanie zakończyliśmy wspólnym zdjęciem wykonanym przez inspicjenta pani Profesor. Oprócz polskiego chóru wystąpili soliści, i to w międzynarodowym składzie. Główną partię korsarza Corrado zaśpiewał brazylijski tenor Matheus Pampeu. Rolę jego ukochanej Medory wykonała sopranista Ilona Mataradze z Gruzji. Muzułmańskiego paszę Seida śpiewał Amerykanin o rosyjskim nazwisku, baryton Aleksey Bogdanov (urodził się w Odessie, z której wyjechał w wieku chłopięcym). Rolę faworyty paszy Seida zaśpiewała sopranistka o zmysłowym głosie - Karen Gardeazabal z Meksyku. Wykonane przez solistów arie, partie chóralne i orkiestralne mogły się podobać, co po zakończeniu spektaklu wyraziła publiczność długimi oklaskami i owacją na stojąco. Soliści bardzo angażowali się w wykonanie swoich ról. Widać to było po wyrazie ich twarzy, a szczególnie po niezwykle emocjonalnym śpiewie. Śpiewali, jak to się mówi, całym swoim sercem i duszą. Świetnie grała orkiestra na instrumentach historycznych. Na smyczkach zauważyłem struny wykonane z jelit, a nie z metalu, flety były drewniane (z hebanu), a instrumenty blaszane wyglądały, jak te ze starych rycin. Nie było wielkiej tuby, tylko puzon basowy, a harfa należała do tych bardziej wiekowych. Niemniej dźwięk był wspaniały. Osobne słowa uznania należą się dyrygentowi. Fabio Bondi prowadził przedstawienie w sposób spokojny, a tempa dobierał stosownie do przebiegu akcji, gdzie trzeba były wolne, a w innych miejscach bardzo szybkie. Podobnie było z dynamiką dźwięku. Z przyjemnością można było oglądać jak maestro błyskawicznie i precyzyjnie pokazuje wejścia poszczególnych instrumentów lub ich grup oraz początek arii śpiewaków i chóru. W sumie było to bardzo udane przedstawienie z przepiękną muzyką i wspaniałymi wykonawcami. Galeria Prowincji Marek Domański O fotografiach Konrada Kosacza Najstraszniejszym żywiołem z którym przyszło nam się zmagać jest Czas. Kiedy w 1839 roku ogłoszono wynalazek fotografii, wydawało się, że ludzie dostali narzędzie pozwalające choć częściowo czasowi się przeciwstawiać. Sam proces fotografowania patetycznie nazywano „uwiecznianiem”. Termin ten sugeruje wyjęcie poza czas, zrobienie małej barykady w pochodzie entropii. To oczywiście utopijne, żeby nie powiedzieć naiwne podejście ma również swój aspekt heroiczny. W każdym z nas pojawia się nadzieja, w momencie naciśnięcia spustu migawki, że tym razem uda się uszczknąć plasterek wieczności z potoku mijających nas zdarzeń, rzeczy, ludzi. Wydaje się, że właśnie taką walkę z przemijaniem toczy od wielu łat Pan Konrad Kosacz. Jego fotografie z dużą dozą czułości pokazują „świat ułudy”, w którym znajduje znaczenia i autentyczne wartości. Podobno Chopin mówił, że gra na fortepianie to tylko naciskanie właściwych klawiszy, w odpowiedni sposób i we właściwym momencie. Dobra fotografia również musi być zrobiona we właściwym momencie. Pan Kosacz jest spadkobiercą wielkiej tradycji, której ojcem był Henri Cartier-Bresson. Koncepcją „decydującego momentu” odmienił fotografię dokumentalną. W 1952 roku opublikował album pt. „Obrazy z ukrycia” ze wstępem w którym wyłożył swoją teorię decydującego momentu. Cartier-Bresson był wielkim mistrzem geometrii, ale przede wszystkim pokazał światu jaką moc ma zdjęcie wykonane we właściwym miejscu i czasie. W tym magicznym momencie spotykają się ze 216 O fotografiach Konrada Kosacza sobą dwa światy: wewnętrzny świat fotografa i świat zdarzeń, rzeczy, ludzi poruszających się w czasie, choć czasem wcale nie zdają sobie z tego sprawy. Mistrz pisał, że nie ma niczego na świecie, co nie miałoby decydującego momentu. Można by zatem przyjąć, że sam temat fotografii nie jest najistotniejszy, W tym gigantycznym bogactwie świata specjalizowanie się w fotografowaniu kwiatów, pejzaży, aktów lub chmur jest równie cenne jak brak specjalizacji i podążanie za intuicją w stronę innych ludzi. Taki obraz staje się potężnym wehikułem czasu. Dzięki fotografii mogę spojrzeć w oczy Paula Verlaine’a czy Sary Bernard, Mogę również spojrzeć w oczy ojca Pana Kosacza, który jest bohaterem jednego z prezentowanych cykli. Jak pisze autor zdjęć: Ojciec miai duży lapływ na moj^ fotografię, sam był/)oet^}, literatem, grafikiem i malarzem. Lubił jak go fotografowałem.” Uważność i szacunek wobec innych ludzi widać również w innych cyklach: „Balet”, „Boks”, „Młyn” i „Tacet”, Wszystkie wykonane są w estetyce reportażu, nawiązującej do nurtu zapoczątkowanego przez wystawę zatytułowaną „The Family of Men” otwartą w 1955 roku. Zgodnie z założeniami fotografii humanistycznej, zdjęcia Pana Kosacza dokumentują, ale wydarzenie lub miejsce jest tylko pretekstem dla ukazania różnych przejawów naszego zmagania się z życiem. Nie ma nic heroicznego w oczekiwaniu na swój moment, pokazanym w cyklu „Tacet”,,, Nasze codzienne patrzenie podlega stereotypizacji, stosujemy klisze bez których przecież nie da się odróżniać krzesła od motyla. Dzięki tym kliszom szybko i niemal automatycznie interpretujemy obrazy powstałe na siatkówce oka. Obrazy wprzęgnięte są w scenariusze budowane przez nasze mózgi w oparciu o informacje wcześniej przyswojone. Dzięki naszemu szóstemu zmysłowi - fotografii czasem udaje się zobaczyć coś co wykracza poza schemat lub jest nam poprostu niedostępne. Dzięki fotografii poznaliśmy fazy ruchu galopującego konia i zobaczyliśmy ciemną stronę księżyca. Wiele zdjęć Pana Kosacza jest zapisem takiego właśnie wrażliwego wyjścia poza schematyczny zapis. To pojedyncze zdjęcia, które są swego rodzaju „ćwiczeniami z patrzenia” dla autora i dla nas. Uważny widz może zobaczyć w nich małe eseje na temat ludzkiej kondycji, widocznej w przemijalności cieni, blikach światła na wodzie czy śladach stóp w świeżym śniegu, Konrad Kosacz robi również wycieczki w inne rejony. Ich celem jest eksperyment, jak w cyklu „Poruszenie” przywodzącym na myśl zdjęcia Antoniego Mikołajczyka choć sam autor przywołuje Williama Turnera, fotografie inscenizowane zanurzone w nurcie konceptualnym lub świat trwający w rzeczywistości „indecisive moment”, W takim właśnie czasie, poza ludzkim doświadczeniem trwają drzewa. Ich istnienie wydaje się monumentalne i niezmienne, Do fotografowania drzew trzeba użyć innego modus operandi. Wybór aparatu wielkoformatowego i prezentacja fotografii w formie małych, ciepłotonowych odbitek stykowych wydaje się najwłaściwsza. Intymne obcowanie widza z obrazem pozbawionym jakichkolwiek manipulacji cyfrowych daje szczególne doznania. Również świadomość, że autor stosując tradycyjną, niemal archaiczną technikę świadomie wyrzeka się dobrodziejstw automatyki na rzecz powrotu do paradygmatu w którym fotografia była „prawdziwym obrazem” świata, budzi szacunek, W świecie rządzonym przez obrazy postinternetowe, fotografie Pana Konrada Kosacza wydają się wyspą, dającą chwilowe wytchnienie medialnym, zwykle cyfrowym podróżnikom przez świat iluzji. Recenzje Jan Chłosta DWIE OPOWIEŚCI O NARODZINACH OLSZTYNA J. Żamejć, Nawrócenie wiedźmy, Olsztyn 2015, s. 496; taż, Perkunowe wyroki, Olsztyn 2018, s. 488. Wydane dotąd dwa opasłe tomy, ujmujące życie pierwszego ćwierćwiecza Olsztyna, napisane zostały z nostalgii do miejsca urodzenia Joanny Żamejć. Autorka tych powieści urodziła się w mieście nad Łyną i spędziła tu pierwsze trzydzieści lat życia. Tu ukończyła bibliotekoznawstwo w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Na początku lat 80-tych XX wieku zamieszkała w Niemczech. Zgodnie z wykształceniem kieruje w Wiese pod Bremą, miejscową biblioteką. Jej książki zostały nadzwyczaj ciepło przyjęte w Olsztynie. Jeszcze w 2015 roku pierwszą z nich Nawrócenie wiedźmy, Magicz-no-historyczna powieść za czasów pruskich otrzymała nagrodę literacką Warmii i Mazur, Wawrzyn Czytelników. W tym roku na spotkaniu autorskim wydanych Perkunoioych wyroków zgromadziło się znów wielu olsztynian. Autorka dobrała okres z dziejów Olsztyna, z którego nie zachowało się wiele dokumentów, ale zdołała osadzić akcję swoich książek w realiach historycznych zdarzeń na południowej Warmii. Związane one były z próbami zachowania niezależności biskupa warmińskiego i Kapituły Katedralnej od Krzyżaków w zakresie obsadzania rządców diecezji i urzędników w kapitule, aktu lokacyjnego Olsztyna z 31 października 1353 roku oraz dokumentem wydanym po 25 latach założenia nowego Olsztyna z 4 maja 1378 roku, jak kapituła powiększyła nadanie o jeszcze 4 i pół włoki i 60 włók puszczy, dalej sporu granicznego biskupa z zakonem o tereny między Kurkami, niedaleko Butryn a Krokocinem koło Reszla, obejmującego ponad 6 tysięcy włók. Strona warmińska ostatecznie przegrała proces przed sądem papieskim, a Krzyżacy zadbali o szybkie zniszczenie dokumentów procesowych z lat 1372-1375, który miał charakter jednostronny. Przywołała też znaną z innych relacji scenę ze spotkania w Podgórzu pod Fromborkiem biskupa Jana Stryprocka z ambitnym mistrzem krzyżackim Winrychem von Kniprode. Na szczęście udaremniono zamiary porywczego krzyżaka, który ruszył 218 Recenzje Z Otwartym sztyletem w stronę biskupa. Wreszcie omówiła próby reformy pieniądza w państwie krzyżackim. Autorka uczyniła jednym z bohaterów samego założyciela Olsztyna rozumnego Jana z Łajs, który pojął za żonę Polkę Milkę, przybyłą tu z Mazowsza. Przypomniała o nadania mu aktu szlachectwa. Na kartach dwóch powieści pojawiły się inne postacie historyczne jak: brat Jana, Henryk z Łajs założyciel Barczewa, także Piotr Wragel, służący biskupa, który miał doprowadzić do otrucia biskupa Stryprocka w Awinionie, kiedy rządca diecezji próbował przekonać papieża o słuszności swoich racji w sporze z Krzyżakami. Podane też zostały prawdziwe nazwy miast i wsi w brzemieniu niemieckim, tak jak zapisano je w dokumentach lokacyjnych. Zresztą powieści zostały zaopatrzone w słowniczki ze współczesnymi nazwami miejscowości, w których rozgrywała się akcja i dodatkowo jeszcze zestaw nazwisk postaci występujących w powieściach. W pierwszej powieści Nawrócenie wiedźmy Autorka próbowała odtworzyć etapy zasiedlania miasta. Obok zadomowionych Prusów przybywali do Olsztyna Niemcy z północy i Polacy z południa. Wśród nich pojawiali się rzemieślnicy, przede wszystkim budowniczowie pierwszych domów, w tym Georg Mauersohn z Weye, kowal Gottlieb, który zmierzył się z niedźwiedziem i uratował życie księdzu Piotrowi, powroźnik Martin, założycielka zamtuza, czyli domu publicznego, ale też zajazdu z karczmą i łaźni, Margaritę.. Do tworzonego grodu wraz z synem polskiego kmiecia myśliwym Namirem przybyła młoda litewska ragana, czyli w wierzeniach starolitewskich, jasnowidząca wiedźma, posiadająca niezwykłą moc uzdrawiania o imieniu Auszra. Losy dwojga młodych splotły się w okolicznościach dość dramatycznych. Zraniony przez komtura z Miłakowa, Namir i uzdrowiony przez Auszrę zabiera ją do Olsztyna, gdzie młoda Litwinka zdobyła wnet uznanie swoimi możliwościami uzdrawiania osiadłych tu mieszkańców. Młodzi byli odmiennej wiary i obyczajów. Ona poganka, w głębi duszy zachowała wiarę przodków pruskich i litewskich bóstw, lecz na zewnątrz, z polecenia swej matki, przyjęła chrzest i stała się chrześcijanką. W osadzie wszyscy, wraz z księdzem Piotrem, dostrzegali jej niezwykłą troskę o życie osadników. W drugim tomie Perkunowe uyroki Autorka ujęła losy kolejnego pokolenia pierwszych osadników Olsztyna. Kilku z nich próbowało opuścić gród, w tym bliźnięta Au-szry, syn Lślikimo, uzdolniony jako snycerz i potrafiący rzeźbić w bursztynie oraz córka Tikimes, posiadająca dar uzdrawiania ludzi. Młodych łączyła szczególna więź. Autorka zapewne wykorzystała w tym wypadku także swoje własne doświadczenia. Miała też brata bliźniaka. Oprócz nich do Dobrego Miasta wyemigrowali Maria, córka pisarza miejskiego Kunona i Senty oraz Vykdamas synem Georga i Mareiki Mauersohnów. Nie wszyscy zdołali dostosować się do nowych warunków w obcym mieście, stąd powrócili do Olszty- Recenzje 219 na. Inni zamieszkali w Gdańsku bądź Malborku. W stolicy Zakonu osiadł Namir, który stał się zaufanym biskupa warmińskiego i kapituły. Utworzył w mieście nad Nogatem sklep z wyprawionymi skórami i informował kanoników we Fromborku o wydarzeniach w Malborku. Jego pobyt zakończył się tragicznie. Informację o jego misji przekazała Krzyżakom ladacznica Ewa. Nie udowodniono mu niczego, ale był w nieludzkich warunkach więziony przez braci zakonnych, a po zwolnieniu za przyczyną Margerity, zmiażdżono mu nogi. Tom ten zakończyła się śmiercią Auszry i Namira. Zapewne przez to, autorka pragnęła symbolicznie pokazać, że niemożliwe okazało się życie ludzi o podzielonych postawach: przyjmujących chrześcijaństwo, a więc to, co nowe i utrzymujących łączność z wierzeniami przodków. W obu powieściach autorka przyjęła sienkiewiczowskie spojrzenie na rycerzy w płaszczach z czarnych krzyżem. Namir w rozmowie z żoną Auszrą tak uzasadnił swoją służbę biskupowi i kapitule; „Robię to dla nas [...] dla ermlandzkiej krainy! Wszak nie chciałabyś, żeby zakonni rycerze rządzili w naszym grodzie, ani żeby powiększali swoje włości na tych ziemiach [...] Uwierz mi, krzyżackiemu zakonowi nie dość ziemi i bogactw. Są gorsi od stada wygłodniałych wilków, bo te nie napadają na nikogo, gdy ukoją głód, a wielki mistrz i jego ludzie są nienasyceni!” (Perkunoiae uyroki, s. 248) Przedstawieni w powieściach bohaterowie są pełnokrwistymi, obdarzone uniwersalnymi ludzkimi odczucia jak: miłość, przyjaźń, oddanie drugiemu człowiekowi, ale też nienawiść, zazdrość, chęć zemsty. W moim odczuciu, wszechstronniej nakreślone zostały kobiety. Kiedy ktoś na spotkaniu autorskim zapytał Joannę Zamejć skąd brała wzorce na tak bogatą prezentację, odpowiedziała, że po prostu z życia, a potem skromnie dodała: w każdej z kobiet jest coś ze mnie. Autorka była świadoma w jakim położeniu znajdowała się kobieta w średniowieczu. To wielkiemu mistrzowi Winry-chowi von Kniprode włożyła w usta: „Była tylko kobietą. Mógłbym ją zakatować, więc jej życie nie miało żadnej wartości!” W tych książkach Autorka wykorzystała opowieści swojej babci o raganach i mitach litewskich, zapewne jej podpowiedziała nazwy ziół i ich znaczenie w ludowym lecznictwie. Nie natknąłem się w powieściach na wątki sprzeczne z faktami historyczne ani obyczajowością tamtego okresu, o którym zresztą nie wiele wiadomo. Może tylko to, że przypisano znacznie większą rolę biskupowi w zarządzaniu komornictwem olsztyńskim, w którym władzę świecką i duchowną sprawowała jednak kapituła warmińska. I tu nie biskup, lecz właśnie kapituła obsadzała swoimi księżmi parafię olsztyńską. {Perku-nowe tvyroki, s. 156) Przy okazji wskazać trzeba na szczególną postać księdza Piotra w konfrontacji z innymi kapłanami niosącymi posługę religijną w Olsztynie: Christianem bądź Reinholdem, poważających wyłącznie bogatych mieszkańców grodu. W jednym przypadku autorka przy kreśleniu trasy powrotu do Olsztyna, będąc nad Jeziorem Limajno, obok którego przepływa Łyna, skierowała jeszcze raz młodych do Dobrego Miasta, aby wzdłuż Łyny mogli dostać się do Olsztyna. Tymczasem oni znajdowali się już nad tą rzeką, co najmniej o 15 km bliżej miejsca do jakiego zmierzali. Jestem przekonany o tym, że każdy, kto choć trochę interesuje się historią Olsztyna sięgnie po powieści Joanny Zamejć. Omówiła w nich ważne wydarzenia z okresu powstania grodu nad Łyną i zasiedlenia południowej Warmii. Bardzo ją wszystkim polecam. 220 Recenzje Arkadiusz Kosiński KRYMINAŁ TOMASZA WANDZELA Tomasz Wan^izel. Córka zakonnika, Wyćiawnictioo: Tomasz Wan^lzel, 2019. Tomasz Wandzel zadebiutował książką „Dom w chmurach”, która opowiada o mężczyźnie, dla którego fotografowanie było całym życiem, profesją i pasją w jednym. Gdy z powodu wypadku stracił wzrok, jego świat legł w gruzach. On się jednak nie poddał i postanowił zbudować go na nowo. Poddaje się intensywnej rehabilitacji, szuka zajęcia, które nada sens jego dalszemu życiu. Z pomocą życzliwych osób odkrywa, że otaczającą nas rzeczywistość można przedstawiać nie tylko poprzez zdjęcia, ale również słowa. Jako temat obiera dzieje stuletniego dworku, w którym mieszka oraz losy jego poprzednich mieszkańców. Historia Janusza to po trosze również historia Tomasza Wandzia, bo on sam również nie widzi. Wzrok stracił w 1998 roku. - Ta książka jest inspirowana moimi własnymi przeżyciami i zawiera wiele wątków autobiograficznych, ale nie chcę zdradzać, co jest prawdą, a co nie. Niech to pozostanie tajemnicą dla czytelnika - mówił w 2011 roku w rozmowie z „Dziennikiem Bałtyckim”. On sam stracił wzrok, gdy miał 23 lata. Wcześniej był bardzo aktywny i pełen energii, sporo czasu spędzał na górskich wędrówkach. Mimo swojej niepełnosprawności rozpoczął studia i skończył socjologię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Od 2004 roku mieszka w Prabutach, ale przez pewien czas zawodowo był związany z Trójmiastem. W trakcie codziennych podróży na linii Prabuty - Sopot zaczął jednak pisać. Najpierw były to reportaże i krótkie formy prozatorskie. Potem wygrał ogólnopolski konkurs na reportaż prasowy im. Macieja Szumowskiego. Uczestnicy konkursu musieli się zmierzyć z tematem „Historia dramatów i zwycięstw”. - Mój reportaż powstał w ciągu zaledwie 40 minut. Postanowiłem opisać swój zwykły dzień, zwykłe codzienne czynności, drogę do pracy itd. Cały pomysł polegał jednak na tym. Recenzje 221 Że czytelnik dopiero na koniec się dowiaduje, że jestem niewidomy - tłumaczył wtedy. Każdy ślad prowadzi w innym kierunku „Córka zakonnika” to jego kolejna powieść. O czym opowiada? Od wydawcy: „Zaginięcie Klementyny Wiertnickiej to dla gdańskich policjantów nie lada zagadka. Szczególnie, gdy każdy nowy ślad prowadzi w innym kierunku. Komisarz Janusz Woron-ko i aspirant Katarzyna Solińska muszą wyjaśnić, dlaczego atrakcyjna studentka przepadła jak kamień w wodę. Fakt, że nawet współlo-katorzy zaginionej niewiele mogą o niej powiedzieć, jeszcze bardziej komplikuje sprawę. Podobnie jak zeznania Leokadii Pawlak, która okazuje się być córką zakonnika”. Książkę kupić można za pośrednictwem strony internetowej tomaszwandzel.pl. Wandzel ma na swoim koncie również kilka innych książek. Prócz wspomnianego już wcześniej „Domu w chmurach, a także nowej powieści, w 2012 roku wydał drugą swoją książkę pt. „Hycel”, a w 2013 opublikował kolejną - „Grzeczna dziewczynka”. Jest współredaktorem książki dokumentalno-historycznej „Wspomnienia Prabuckich Kresowian” (2015). Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatury oraz marszałka województwa pomorskiego, których owocem jest zbiór opowiadań „Żółty Długopis” (2017). W 2018 roku wydał powieść zatytułowaną „Czyste Zło”, która traktuje o pomysłowej i niezwykle sprytnej prywatnej detektyw Róży Wielopolskiej, której głównym zajęciem jest... śledzenie niewiernych małżonków. Janusz Ryszkowski ZOSTAWILI SWÓJ WYRAŹNY ŚLAD „100 taybitnych postaci Warmii i Mazur. W 100 stulecie niepodległości Polski”, red. Stanisław Achremczyk i Jerzy Kiełbik, Towarzystwo Naukowe i Ośrodek Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie, Olsztyn 2018. Mam dziwną słabość do wszelkich publikacji w rodzaju 100 naj... - obrazów, muzeów, miast, pisarzy, etc. Pewnie wynika to z potrzeby ujęcia naszej płynnej rzeczywistości w pewne ramy. Z tym większą ciekawością sięgnąłem po publikację „100 wybitnych postaci Warmii i Mazur. W 100 stulecie niepodległości Polski”. Jak napisał w otwierającym „Słowie” Stanisław Achremczyk, publikacja zawiera biogramy osób, mających niepodważalne osiągnięcia „na polu nauki, sztuki, piśmiennictwa, literatury, oświaty, gospodarki, odgrywających również ważną rolę w życiu politycznym, religijnym, kulturalnym regionu. Z racji rocznicy niepodległości Polski zrozumiałe jest, iż wydawcy kierowali się też kryterium (...) ich wkładu w kulturę polską, życie gospodarcze i oświatowe.” 222 Recenzje Książka zawiera biogramy osób żyjących na terenach obecnie nazywanych Warmią i Mazurami od średniowiecza do współczesności, czyli na przestrzeni ponad 1100 lat. Zajmę się tu jedynie postaciami, które związane były także z Powiślem i Żuławami. Czasem jedynie dość epizodycznie, ale w kilku przypadkach wydaje się głównie. Poczet otwiera św. Wojciech (ok. 956-997), biskup praski, misjonarz, który - jak głosi tradycja - poniósł męczeńską śmierć z rąk Prusów koło Dzierzgonia, dokładniej w Świętym Gaju. „To raczej tylko próba dopasowania rzeczywistej nazwy Heiligenwald, znanej z XIV wieku, do realiów zapisanych w XI-wiecznych źródłach” - zaznacza autor biogramu Seweryn Szczepański. Rekluza i stygmatyczka, bł. Dorota z Mątów Wielkich (1347-1394), patronka Pomorza, kobiet, matek, małżeństw w potrzebie (jej związek nie należał do udanych) chyba została przez redakcję słownika także „podebrana” Żuławom i Powiślu. Podobnie chyba ze Stanisławem Sierakowskim (1881-1939), właścicielem Waplewa, prezesem Związku Polaków w Niemczech i Związku Mniejszości Narodowych w Niemczech, polskim konsulem generalnym w Kwidzynie. Postacią związaną głównie Malborkiem, choć też Mazurami (zainaugurował żeglugę po Wielkich Jeziorach Mazurskich) był Winrych von Kniprode (ok. 1310-1382), 19. wielki mistrz zakonu krzyżackiego, pełniący tę godność przez 31 lat. Kolejne zamieszczone sylwetki nie budzą wątpliwości co do ich zdecydowanej proweniencji warmińsko-mazurskiej. Jan Bażyński (ok. 1390-1459), wybitny mąż stanu, zasłużony w sprawie przyłączenie Prus do Korony Polskiej, miał związki z Ziemią Sztumską i Malborską. Wspomnimy tylko. że otrzymał urząd starosty sztumskiego, był pierwszym gubernatorem Prus, zasiadając w malborskim zamku. Z Kwidzynem kilkanaście lat był związany jako dyrektor gimnazjum Max Pollux Toeppen (1822-1893), niemiecki historyk, edytor źródeł, badacz historii Prus. Ks. Walenty Barczewski, Warmiak, działacz narodowy, historyk, pisarz, redaktor i wydawca, spędził jako diakon lato w Postolinie, pomagając tamtejszemu ks. proboszczowi Janowi Witkowskiemu. Stykał się ze środowiskiem polskim. Nie tylko lepiej opanował język, ale zaowocowało później pracą „Geografia sztumskiego Powiśla” (1921). Wikarym był w Postolinie przez rok ks. Jan Hanowski (1873-1968), który po jakimś czasie objął probostwo w Straszewie, gdzie spędził dwa lata. Ks. Robert Bitilewski (1859-1935), działacz narodowy na Warmii, był wikarym w Benowie i Sztumie. W Sztumskim Polu, w rodzinie znanej z działalności polskiej, urodził się ks. Recenzje 223 Wacław Osiński (1868-1945). Był m.in. współorganizatorem i prezesem Związku Polaków w Prusach Wschodnich, a potem prezesem IV Dzielnicy Związku Polaków w Niemczech, prezesem Rady Nadzorczej polskiego Banku Ludowego w Olsztynie. O Feliksie Nowowiejskim (1877-1946) też warto wspomnieć, bo podczas plebiscytu 1920 roku dał patriotyczne koncerty w Sztumie i Kwidzynie. W słowniku wybitnych postaci Warmii i Mazur znalazł się także Józef Gie-burowski (1889-1971) był od 1921 roku kierownikiem wicekonsulatu w Kwidzynie, w następnie (1928-1934) konsulem RP w Olsztynie. Maria Zientara-Malew-ska (1894-1984), poetka, nauczycielka, działaczka warmińska, jako początkująca dziennikarka „Gazety Olsztyńskiej” (1920-1921), w odwiedzała Ziemię Sztumską, dając korespondencje, ale nie tylko. W Małych Ramzach, goszcząc u Donimirskich, napisała dłuższy wiersz, który opublikowała w „Gazecie Olsztyńskiej”. Władysław Gębik (1900-1986), urodzony koło Limanowej, pisarz, etnograf, pedagog, działacz Związku Polaków w Niemczech był dyrektorem przedwojennego Gimnazjum Polskiego w Kwidzynie. Wreszcie Augustyn Steffen (1901-1992), językoznawca, folklorysta, działacz warmiński, w sztumskim Banku Ludowym przed wojną odbywał praktykę, zanim porzucił karierę urzędnika finansowego. Tyle o powiślańsko-żuławskich wątkach w słowniku. Autorami (jest ich 27), w większości ciekawie napisanych biogramów, niekoniecznie tak pod linijkę (np. malarza Henryka Mączkowskiego) są historycy, poloniści, dziennikarze, regionaliści. Książka została starannie wydana przez Olsztyńską Pracownię Wydawniczą Elset, z bogatą ikonografią. Jak każda tego rodzaju publikacja i ta może wywoływać dyskusję. Nie tyle dotyczącą umieszczenia czyjegoś biogramu, ile z racji pominięcia jakiejś postaci. Dla mnie, jako czytelnika, dużym walorem książki było to, że uwzględniono w niej także osoby mniej znane, a warte naszej dobrej pamięci. Janusz Ryszkowski ULOTNE SĄ ŻĄDZE MŁODYCH... Aristainetos, Listy o miłości. Z języka Reckiego przełożył, wstępem i komentarzami opatrzył Marian Szarmach, Wyeławnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2019. Nic o nim pewnego nie wiadomo. Aristainetos to ktoś, kto rozpłynął się w pisanym przez siebie tekście, ale też - paradoksalnie - dzięki tekstowi ciągle istnieje. Ale po kolei. Pergaminowy kodeks zawierający jego (?) „Listy” został odkryty w 1492 roku w Apu-lii przez Johannesa Lascarisa. Ten wielki miłośnik literatury greckiej, pochodzący z Tracji, został w owym czasie zatrudniony przez jednego z Medyceuszy, aby zdobywał dla niego manuskrypty. 224 Recenzje Ponad pół wieku później natrafił nań wybitny węgierski humanista Johannes Sambucus (1531-1584), jeśli pozostaniemy przy łacińskiej wersji nazwiska, bo zapewne jego rodacy chcieliby, abyśmy pisali raczej: Janos Zsamboky, Zsamboki lub Samboki. Urodzony w dzisiejszej Trnavie (dziś Słowacja, ale wtedy miasto nosiło węgierską nazwę Nagyszombat), po naukach elementarnych we Wiedniu, zdobywał wiedzę z języków starożytnych, historii, prawa, filozofii m.in. w Lipsku, Wittenberdze, Strasburgu, by w Paryżu zakończyć ten etap edukacji magisterium z filozofii (1551). Podróżował też po Europie, a kilku lat później skończył także studia medyczne w Padwie. Wrócił do Wiednia jako lekarz, stając się ważną postacią tamtejszego środowiska naukowego. Obdarzany znaczącymi godnościami (nadworny lekarz cesarza Maksymiliana II) zdobył znaczną fortunę, którą przeznaczał na tworzenie prywatnej biblioteki, być może największej w jego czasach na świecie. Znalazło się tam wiele wcześniej nieznanych starożytnych manuskryptów greckich i łacińskich. Sambucus niektóre z nich potem redagował, albo nadzorował ich publikację. Poświęcam mu tyle uwagi, bo to on zadbał o pierwsze wydanie „Listów” Arista-inetosa (Antwerpia 1566), który od tego czasu nie pozostaje autorem zapomnianym, choć istnieje głównie dla wtajemniczonych. Kilka wydań ukazało się w ostatnim trzydziestoleciu latach. Co spowodowało, że ta - średniego raczej lotu literatura - trafia do obiegu? Może tajemnica tkwi w tym, że są to listy poświęcone miłości. Marian Szarmach udostępnił je po raz pierwszy krajowemu czytelnikowi w formie książkowej, W jego przekładzie z języka greckiego, opracowaniu, poprzedzone wstępem (z końcową adnotacją „Sztum, 30 kwietnia 2018 roku”) i komentarzami, noszą tytuł „Listy o miłości” (w oryginale są to „Listy”). Jak pisze profesor Szarmach, Aristaine-tos był nadawcą pierwszego listu ze zbioru, który trafił w ręce Sambucusa. „Przypadek więc prawdopodobnie sprawił, że został też autorem wszystkich”. Co o nim jeszcze wiemy? Ano to, że prawdopodobnie żył w V wieku. Jeden z listów był adresowany do sławnej tancerki pantomimicznej Pa-narete, w tym właśnie okresie cieszącej się wielkim uznaniem. Dodatkowy argument, potwierdzający tę hipotezę, przyniosły badania akcentu w prozie Aristainetosa. Jest bowiem charakterystyczny dla późnej prozy greckiej. Można odnieść wrażenie, że „Listy o miłości” w większości nie zostały podyktowa- Recenzje 225 ne emocjonalnym uniesieniem (adresat, podobnie jak nadawca najczęściej są fikcyjni), ale powstawały z myślą o kimś, kto potrafi docenić ich kunszt artystyczny. Stąd w tekstach tak wiele odniesień do wcześniejszych utworów i autorów, od cytatów, aluzji, po mniej lub bardziej czytelne nawiązania. Bez podstawowej znajomości kodu kulturowego odbiorca pozostanie na poziomie piwnicy wielkiej biblioteki, bez dostępu do jej zasobów. Na szczęście w przypadku prezentowanej książki szczegółowe wyjaśnienia znajdzie w przypisach. Zajrzyjmy do jednego z listów. W otwierającym Księgę II Elian pisze do hetery Kalyke, wstawiając się (jak się okaże potem suto opłacony) za swoim przyjacielem, Charidemosem. Ten uczynił coś, co spowodowało kłótnię i rozłąkę kochanków. Charimodos przeżywa to tak głęboko, że jego życie zawisło na włosku i wygląda „jak cień”. Komentator tekstu w tym przypadku odsyła do „Ody Pytyjskiej” Pindara, gdzie mowa: „Człowiek marą cienia”. Elian podjął się mediacji, przywołując na pomoc Pe-itho, boginię przekonywania. Sięga po dwa mocne argumenty, by okazała „szybko łaskę zranionemu”. „Wiem, że dużą przyjemność sprawia delikatne drażnienie młodzieńców, co mityguje ich chęć nasycania się miłością, a i sprawia, że hetery będą ciągle rozbudzały u kochanków tęsknotę. Nie może trwać to jednak zbyt długo, znudzą się tym. I tak u jednego wywoła to gniew, drugi zaś wypatrzy sobie inną”. A drugi argument? Car-pe diem, chwytaj dzień.... Wszak „(...) ty szybko się staniesz starym pniem, a miłość skieruje miłośników (...) ku urodzie, która właśnie rozkwita.” A wywiedziona końcowa konkluzja jest następująca: „pokaż, że masz duszę piękniejszą od ciała, by można było powiedzieć: „co za piękny człowiek”. Zapewne to wszystko przekonało zagniewaną Kalyke. Listy przedstawiają całą gamę miłosnych perypetii. Od skarg na kobiecą niestałość, lub oziębłość, przez intrygi i fortele, służące sercowym podbojom, po niebezpieczne uczuciowe związki z teściową albo niemożność wybory między żoną i kochanką. W każdym razie wieczne motywy znane dobrze ówczesnej literaturze, eksploatowane także współcześnie. Czytając te listy, których przekład jest potoczysty, trudno dziś uwierzyć, że jeszcze przed 70 laty jeden z komentatorów twierdził, że ich treść często „graniczy o miedzę z pornografią”. Czasy się zmieniają. To co kiedyś było może pikantne, wywoływało emocje, dziś budzi lekki uśmieszek. Od wieków pozostają jednak te same pytania o kondycję człowieka, także jego seksualność. Dlatego warto sięgnąć po tę pięknie wydaną książeczkę, dla której, jak przystało dla cennego bibelotu, przygotowano także etui. Noty o autorach Wacław Bielecki — od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/1981 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/1990 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa w Sztumie. Meloman, autor książki 2^ptski melomana zprou>inqi. Jan Chłosta — dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 50 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu {Warmia i Mazury u> literaturze polskiej i niemieckiej w latach 1945-1995) leksykonów (Słownik Warmii), prac o Wydawnictwie „Gazety Olsztyńskiej” i ludziach z nią związanych, wydawca wierszy i prozy M. Zientary-Malewskiej, ks. W. Barczewskiego, J. Liszewskiego, K. Frenszkowskiego oraz zbiorków wspomnieniowych o ludziach regionu. Krzysztof Czyżewski — eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze — sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Roman Dzięgielewski - absolwent filologii klasycznej UMK w Toruniu. Doktor nauk humanistycznych. Obecnie pracownik Biblioteki Polskiej Akademii Nauk w Gdańsku. Grażyna Kamyszek - ur. w 1950 r. w Sztumie. Absolwentka LO w Sztumie. Ukończyła filologię polską na UG i studia podyplomowe z bibliotekoznawstwa. Pracowała jako nauczycielka języka polskiego w Postolinie i w Ustce. Autorka powieści: Zatrzymać iskry, Zobaczyć iskry, W cieniu iskier. Łzy starej sosny. Mieszka w Ustce, a latem w Barcicach. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Od ćwierć wieku nauczyciel w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiaelania (2010), który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie opublikował książkę poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. W 2013 roku jako pierwszy tom „Biblioteki Prowincji” ukazała się Koronczarka. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. Jacek Kluczkowski — ur. w 1963 r. w Kwidzynie. Dziennikarz „Kuriera Kwidzyńskiego” oraz instruktor terapii zajęciowej w Warsztacie Terapii Zajęciowej w Kwidzynie. W latach 1992-1999 dziennikarz Radia Gdańsk. Współtwórca i pierwszy redaktor naczelny „Kuriera Powiatu Kwidzyńskiego”. W latach 2000- 2005 dziennikarz „Dziennika Bałtyckiego”. Laureat nagrody burmistrza Kwidzyna w 2015 roku za wspieranie i propagowanie wszelkich form pomocy dla osób niepełnosprawnych. Arkadiusz Kosiński — ur. w 1989 r. Od 2012 roku reporter kwidzyńskiego oddziału „Dziennika Bałtyckiego”. Stanisław Kowalski — ur. 1952 w Barwicach. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych. W kwietniu 1974 r., choć migał się przed wojskiem, przypomniała sobie o nim armia. Trafia do 16 Pułku Artylerii w Braniewie, skąd po roku zostaje przeniesiony do Bydgoszczy, do redakcji gazety POW „Żołnierz Polski Ludowej”, która w 1989 r. Noty o autorach 227 przeformowała się w tygodnik o przedwojennym tytule „Wiarus”. W redakcji przechodzi wszystkie szczeble wtajemniczenia zawodowego, od fotoreportera do redaktora naczelnego (1996 r.) oraz awanse od kaprala do pułkownika. W 2002 r. wraca do Sztumu, stawia dom, sadzi drzewko... Prezes Koła PZW nr 9 w Sztumie. Daniel Kufel — malarz, właściciel domu podcieniowego w Trutnowach Andrzej C. Leszczyński - nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydał: Ojciec człowieka Szkice afiniczne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropologiczne (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. Dominika Lewicka-Klucznik - rocznik 1978, animatorka, filolożka. Od początku istnienia Alternatywnego Elbląskiego Klubu Literackiego angażuje się w jego działania pisarsko oraz organizacyjnie. Od marca 2014 jest prezeską Stowarzyszenia Alternatywni, które zajmuje się organizacją wydarzeń kulturalnych w Elblągu, a przede wszystkim Festiwalu Literatury „Wielorzecze”. Publikuje w antologiach, pismach literackich i kulturalnych. Wydała kilka tomów poetyckich: Samopas (2013), Limit na cuda (2106), M+M (2019). Prowadzi blog/stronę autorską: www. lewickaklucznik.pl. Alicja Łukawska — absolwentka filologii polskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy i pracownik naukowy tejże uczelni, dziennikarka pism lokalnych. Pracowała m.in. w prasie bydgoskiej, gdańskiej, malborskiej i tczewskiej. Od kilkunastu lat stały współpracownik miesięcznika „Czwarty Wymiar”. Autorka książki Duchy kresów wschodnich. Zjawiska paranormalne na dawnej Łotwie, Litwie, Białorusi i Ukrainie, która ukaże się w tym roku. Mieszka w Malborku. Dorota Maluchnik — ur. w 1963 r. w Malborku. Absolwentka LO w Sztumie i teatrologii na UJ w Krakowie. Nauczycielka języka polskiego i angielskiego. Publicystka, tłumacz, krytyk teatralny Sergiusz Mizera - ur. 1994 r. Kwidzyniak, absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Gdańskiego, aktor teatralny, poeta. Zadebiutował tomem poezji Przemijania, wydanym nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Gdańskiego w 2018 roku Piotr Napiwodzki - ur. w 1972 w Jeleniej Górze, teolog, filozof, tłumacz, były dominikanin. W 2005 obronił doktorat na Uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim. W latach 2006-2010 rektor Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie. Wydał Bliżej niż się wydaje. O końcu świata, millenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei (2010). Od 2010 mieszka w Koślince koło Sztumu. Grażyna Nawrolska — ur. w Chodzieży. Absolwentka archeologii UAM w Poznaniu i Studium Podyplomowego Muzealnictwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1980 do 2010 roku badania archeologiczne na Starym Mieście w Elblągu. Od 2010 roku pracowała w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu. Autorka kilkudziesięciu publikacji naukowych w Polsce i Belgii, Irlandii, Szwajcarii, Niemczech. W 2010 roku obrona doktoratu na Uniwersytecie we Wrocławiu. Mieszka w Elblągu. Wiesław Olszewski — ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof oraz Muzeum Zamkowym w Malborku. Piotr Piesik — absolwent nauk politycznych na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Dziennikarz. Publikował m.in. na łamach „Wiadomości Elbląskich”, „Dziennika Bałtyckiego”, „Życia Częstochowy”, „Gazety Częstochowskiej”, „Dziennika Zachodniego”, pracował w częstochowskich Radio City oraz Telewizji Orion. Obecnie dziennikarz ,Dziennika Bałtyckiego”, redaktor prowadzący dodatku „Powiśle Sztum i Dzierzgoń”. Współpracuje z Radiem Malbork. Śpiewał w wielu zespołach chóralnych i muzycznych, m.in. w malborskim Chórze Lutnia i Chórze Karne- 228 Noty o autorach ralnym Filharmonii Częstochowskiej, obecnie członek zespołu wokalno-instrumentalnego Amber Chant. Mieszka w Malborku Janusz Ryszkowski — ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Moraioscy — pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powis'la i Ko-ciewia (2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806-1945 (2014). Leszek Sarnowski — ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989-1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do wolności oraz Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej. Karolina Staniszewska - absolwentka Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy na kierunku dziennikarstwo i komunikacja społeczna. Obecnie jest dziennikarką w kwidzyńskiej redakcji „Dziennika Bałtyckiego”. Mariusz Stawarski — ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem lirycz-no-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Bogumił Wiśniewski - ur. w Kwidzynie. Absolwent archeologii na UMK w Toruniu. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. Radosław Wiśniewski - ur. 1974 r. Absolwent psychologii UJ. Były urzędnik, dyrektor wiejskiego domu kultury, wykładowca, pizza driver. Mieszka w Kiełczowie, pracuje we Wrocławiu, związany z Brzegiem. Pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor kilku książek z wierszami: Inne Bluesy (Olkusz 2015), Psalm do Św. Sabiny (Brzeg 2016), Dzienniki Zenona Kałuży (Łódź 2017). Współzałożyciel Stowarzyszenia Żywych Poetów z Brzegu, redaktor naczelny ex-kwartalnika „Red.”, wieloletni współpracownik „Odry”, „Studium”, „Undergruntu”. Paweł Zbierski - pochodzący z Gdańska scenarzysta i reżyser. Absolwent UJ i łódzkiej filmów-ki. Emigrant z Polski. Dyrektor artystyczny założonej w Paryżu firmy Fontaine Media. Wspólnie z Aleksandrą Fontaine wystawił w Teatrze w Perpignone w marcu 2018 francuskojęzyczną, kryminalną sztukę La file a la oalise osnutą wokół wydarzeń związanych z atakiem terrorystycznym na redakcję satyrycznego pisma „Charlie Hebdo” . Od lipca 2018 współzałożyciel wybudowanej w Saint Laurent de Cerdans w Katalonii Galerii „Poray”. Krystian Zdziennicki — ur. 1992 w Sztumie. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Działacz Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej. Andrzej Zubkowicz - ur. 1959 w Olsztynie. Pierwszy tomik jego poezji „Guziki zgubione w rozmowie” ukazał się w 2008 r., kolejny zostanie wydany w przyszłym roku w wydawnictwie Retman. Pisze również teksty piosenek autorskich, jak i dla innych wykonawców. O jego wierszach Erwin Kruk napisał: Chciałbym, żeby i inni zapoznali się z delikatnymi wierszami lirycznymi, budującymi świat wyobraźni i wspomnień. Mieszka w Węgorzewie. Dominik Żyłowski — ur. 1975. Filozof z wykształcenia. Od ponad 20 lat zajmuje się fotografią. Uczestnik kilkunastu wystaw zbiorowych w Polsce i zagranicą - m.in. Salonów Elbląskich w Galerii El. Współtwórca koncepcji i zarazem uczestnik cyklu wystaw pn. “Galeria Regionalna” organizowanych w Bibliotece Elbląskiej, gdzie na co dzień pracuje. Prowadzi fotoblog “Tak na oko”. Prace fotograficzne Konrada Kosacza