Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2019 roku” Fobos contract packing & manufactuńng Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos Invest miozuiłiiEJsu iiiuorEupuiiiczKi iin. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 tT58 301-48-n W.227, 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr4 (38) 2019 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Bogumił Wiśniewski, Jan Chłosta, Piotr Napiwodzki, Wiesław Olszewski, Janusz Namenanik, Adam Langowski Projekt okładki: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki; Prace plastyczne Małgorzaty Zatorskiej Skład komputerowy i przygotowanie do druku: KIMSO Marcin Żakiewicz Druk: Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Spółdzielni Socjalnej Fabryka Inicjatyw w Malborku, Sztumskiemu Centrum Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury - sklep Tabularium Sztumskie Centrum Kultury Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy — Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Trzydziesta Ósma „Prowincja”.....................................................5 Poezja Andrzej Lipniewski...........................................................6 Proza Michał Majewski - Najwspanialsze.............................................9 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy.............................................12 Andrzej Kasperek - Słowo do uczniów na rozpoczęcie roku szkolnego...........18 Wędrówki po prowincji Seweryn Pauch - Osobliwości na murach świątyń Żuław i Powiśla...............22 Bogumił Wiśniewski - Kwidzyn 1946...........................................27 Piotr Podlewski - Niekomercyjny przewodnik po ziemi sztumskiej, część 6.....32 Alicja Łukawska — Żuławskie opowieści.......................................42 Krystyna Błaszczyk-Ryszkowska, Janusz Ryszkowski - Nylonki z Nowego Jorku....55 Na tropach historii Grażyna Nawrolska - „Życie codzienne”........ w archeologii.................63 Adam Langowski - Korespondenci „Małego Polaka w Niemczech” z Powiśla (cz. 1)....69 Jan Chłosta - Pracowite życie Antoniego Szajka..............................78 Wiesław Olszewski - Bohaterowie stulecia. Franciszek Józef Unrug............84 Marcin Owsiński - Stutthof/Sztutowo - „współczesny” dziennik sprzed 80 lat...91 Leszek Sarnowski - W poszukiwaniu rodzinnych korzeni. Rodzina Krombach.......107 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski - Notatki słów i obrazów (9)...........................113 Paweł Zbierski - Dziennik kataloński (6)...................................124 Muzyka Andrzej Kasperek - „Wszystko się we mnie trzęsie” czyli jazzsocjalizacja według Możdżera................................136 Wacław Bielecki - Zapiski melomana - otwarcie sezonu.................149 Galeria Prowincji Leszek Sarnowski - Małgorzaty Zatorskiej malowanie kawą..................162 Magiczna prowincja Michał Majewski - Ruiny XIV-wiecznego gotyckiego kościoła w Steblewie....164 Z pamiętnika fotosnajpera Piotr Opacian - Koźlaki..................................................170 Zaczytana Prowincja Piotr Napiwodzki - Książki a tożsamość...................................175 Wspomnienia Zbigniew Jujka - Rysownik rodem ze Starego Targu.........................178 Młodzi piszą Michał Więckowski - Panowie od ciekłego tlenu............................186 Recenzje Jan Chłosta - Polska szkoła wpisana w historię Starego Targu.............194 Andrzej Lubiński - Z Donimirskimi przez dwa stulecia.....................196 Alicja Łukawska - Lutry..................................................198 Leszek Sarnowski - Mareziacy z pasją.....................................200 Noty o autorach....................................................... 202 TRZYDZIESTA ÓSMA „PROWINCJA” Kolejny rok dobiega końca. Dla naszego kwartalnika to dobry rok, bo dalej istniejemy, dzięki naszym Czytelnikom. Mamy nadzieję, że tak będzie dalej, tym bardziej, że w przyszłym roku obchodzić będziemy nasze skromne dziesięciolecie. Poezja tym razem autorstwa Andrzeja Lipniewskiego, wybitnego poety żuławskiego, który zmarł w tym roku. Kolejnym fragmentem prozy wraca do nas Michał Majewski, który ponadto urzeka jak zwykle wyjątkowymi zdjęciami magicznej prowincji. Profesor Andrzej C. Leszczyński w przedświątecznym nastroju pisze o stole (także wigilijnym), jako ważnym miejscu celebracji posiłku, ale i spotkania wspólnoty. Co prawda od rozpoczęcia roku szkolnego minęło już kilka miesięcy, ale z przyjemnością przytaczamy Andrzeja Kasperka w jego mowie do uczniów nowodworskiego liceum, bo to ważny i uniwersalny przekaz, wskazujący młodym ludziom bezcenne drogowskazy. Seweryn Pauch próbuje wyjaśnić tajemnicze znaki na żuławsko-powiślańskich świątyniach, a Piotr Podlewski odkrywa historyczne atrakcje ziemi sztumskiej, których nie znajdziemy w żadnym z turystycznych przewodników. Bogumił Wiśniewski przypomina zniszczony Kwidzyn w 1946 roku, Alicja Łukawska tym razem o żuławskich „makabreskach”, a Janusz Ryszkowski z żoną Krystyną Błaszczyk-Ryszkowską, odkrywają jedno z rodzinnych archiwów, kreśląc sylwetkę Stefana Kruka, syberyjskiego zesłańca, żołnierz armii Andersa, uczestnika bitwy pod Monte Casino, który osiedlił się w Nowym Jorku. Grażyna Nawrolska pisze o tajnikach archeologicznej kuchni, Adam Langowski o wyjątkowym piśmie przedwojennym „Mały Polak w Niemczech”, a Jan Chłosta przypomina postać Antoniego Szajka, społecznika i działacza polonijnego z okresu plebiscytów. Leszek Sarnowski, przy okazji wizyty w Sztumie Yael Barzilai z Izraela, przypomina losy jej żydowskiej rodziny Krombach, która mieszkała tu przed wojną. Wiesław Olszewski kontynuuje swoją opowieść o bohaterach niepodległości, tym razem o rodzinie Unrugów. Marcin Owsiński, pracujący na co dzień w Muzeum Stutthof i mieszkający w Sztutowie, w osiemdziesiątą rocznicę wybuchu wojny, przenosi nas w dramatyczny rok 1939, kiedy właśnie w jego miejscowości budowano „miejsce przeklęte”. Krzysztof Czyżewski i Paweł Zbierski zapraszają nas w kolejne podróże po świecie ludzi i idei. Muzyczne rarytasy recenzuje Wacław Bielecki, a Andrzej Kasperek wiedzie nas tropem wybitnego pianisty jazzowego Leszka Możdżera, tym razem nie do światowych filharmonii, a za więzienne mury. W „Galerii Prowincji” prezentujemy malarstwo Małgorzaty Zatorskiej z Kwidzyna, która swoje miasto (i nie tylko) postanowiła utrwalać na płótnie przy pomocy... kawy. „Z pamiętnika fotosnaj-pera” to autorska strona Piotra Opaciana, podróżnika i fotografika. W „Zaczytanej prowincji” swoją bibliotekę i lektury opisuje nasz redakcyjny kolega Piotr Napiwodzki, a w nowej serii „Młodzi piszą” publikujemy opowiadanie Michała Więckowskiego z Dzierzgonia. Kiedy kilka miesięcy temu witaliśmy się na obchodach 9O.Iecia polskiej szkoły w Starym Targu ze Zbigniewem Jujką, wybitnym rysownikiem, nie sądząc, że w krótkim czasie przyjdzie nam się z nim żegnać. Przypominamy zatem Jego sylwetkę, w rozmowie z historykiem Adamem Langow-skim i uczniami szkoły w Starym Targu. Niech ten rok będzie dla Państwa miłym wspomnieniem, nowy - ciekawym wyzwaniem, a wigilijna wieczerza okazją do rozmów i bliskości. Reeiakcja „Prowingi” Poezja Andrzej Lipniewski ROMANTYZM NOWEGO STAWU Ed Adamczyk był moim pierwszym cicerone po miasteczku sekretnym gdzie zwalisty kos'ciół gdzie dancingi lustrzane w gospodzie oszklonej w nawach rynkowej wieży sklep meblowy gościł Zuławianie wędrują kolejno tam i siam chlipią czarne jesienie z przeraźliwym niebem rozsiadła się melancholia i na drutach zwisa mgieł wszechobecna muzyka z deszczowym powiewem Ed mnie częstuje pornosem prosto z Kopenhagi żałobne wdowy w pończochach chwytają się życia muskularny Murzyn falluje niby stojak jaki sex-immoralitet tworząc alegorię bycia poddanym hedonizmowi po smutnej harówce komin cegielni stoi nad gorącą gliną z której nas ulepiono po wojnie szalonej gazety płuc pod ulewą listopada giną wypijamy Rieslingi i Soplicę z Edem repatriantów nie dzieli a łączy mur pruski kocie łby połyskują w rynku niczym śledzie migdałowe powieki Bożeny mam w ustach Poezja 7 Witek Pieńko pękaty grube szkła poprawia szachista i perkusista marakasów z cukrem na szachownicy losu Jehowych uzdrawia przyjmując książeczki z USA i blondynę w futrze w pokoiku mu rosną liście modlitewne w kredensie kurz wątpliwości osiadł na kryształach samotne panny po rynku spacerują rzewnie Malbork spajają najgrubsze księgi-cegły prawa Leszek Świerk wywinął salto na wieży strażackiej imponuje niemłodej kierowniczce klubu ze śladami urody lub arystokracji młody uśmiech miłosny od wschodniego ludu big-beatem trzeba wzmocnić kulturę geesu gitary podpalają na czerwono okna absolutne piękności suną z PSS-ów do hal cukrowni w wanilii słodką miłość poznać Lesiurek talent powity na polnym kamieniu sypie z perkusji ziarno tkliwie śpiewa pannom nie stroni od okowity szału miłosnego Nowy Staw jest ukryty w depresję zachłanną Z tomu „Żułauy poćieszczowe" (Gdańsk 1998} 8 Poezja NIE MUSIEĆ NIC niech się dalej okręca karuzel panny żwawe o włosach sztandarach w Złotej Bramie się złocą na Długiej o nic więcej nie muszą się starać puste dni nawleczone na tydzień nie pamięta nikt odbicia twarzy mętny korpus porusza się w szybie pęka świętos'ć mariackich witraży prześladuje mnie natrętna mucha jest w amoku przed śmiertelną zimą dni słoneczne podjesienny upał niespodzianki opóźnione miną widzę nicość w mieście niespodzianek trwa materia w duchu karłowatym pochowano Humanizm nad ranem z trującymi bankowymi kwiaty 17X2014 r. Proza Michał Majewski NWANIO Nic na razie nie wskazuje na to, żeby z okna łazienki miała wyjrzeć Mamusia i zawołać swoje donośne „Michaś, Adaś...!”, jak zwykle przed obiadem. Jest chyba jeszcze sporo czasu, więc można by pobiec na podwórko Januszka, do tego krzaka za ławką, tą przy trzepaku, na której zawsze siada ślusarz Kickmunter, dziadek Januszka, kiedy naprawia rower. Właśnie tam, koło tego krzaka, widzieliśmy wczoraj ogromną zieloną żabę, a właściwie taką szarą w zielone plamy, i teraz z Adasiem stwierdzamy, że dobrze by było sprawdzić, czy ona tam jeszcze mieszka, ale też jeszcze raz dobrze na nią popatrzeć, choćby dlatego, żeby dokładnie rozstrzygnąć, czy to jest żaba, czy ropucha, jak wczoraj nazwał ją Doktor Tatuś po wysłuchaniu naszych opowiadań. Biegniemy. Trochę jakby na wyścigi, bo Adaś zawsze chce pokazać, że jest szybszy, chociaż młodszy. Tak naprawdę to ja jestem szybszy, ale nie pokazuję tego. Jako starszy i mądrzejszy po prostu ustępuję. Niech się cieszy. Żaby nie ma. Sprawdzamy bardzo dokładnie, ze wszystkich stron. Nawet podnoszę gałęzie krzaka, a Adaś rozgrzebuje patykiem piasek. Nie ma. Szkoda, nic nie sprawdzimy. Czas w takim razie wracać, bo za chwilę pewno się zacznie znane wołanie Mamusi. — Michaś, Adaś! — słyszymy nagle, ale innym jakimś głosem. — A co wy tu robicie?! Odwracamy się i patrzymy. No tak, to Januszek siedzi w swoim oknie na parterze, łokcie opiera na parapecie i śmieje się jak szelma, udając naszą Mamusię. — Nakryłem was — ciągnie Januszek rozbawionym głosem. — Czego tam szukacie za ławką mojego dziadka? — Nie, nic... Myśleliśmy, że tu będzie jeszcze ta zielona żaba i... — To nie była żaba — przerywa nam Januszek i robi się poważny, zmieniając ton na ten jego charakterystyczny, hrabiowski. — To była ropucha. Ropucha zielona. Już wczoraj wieczorem jej nie było i bardzo dobrze. Lepiej się z nią nie zadawać, bo ona ma gruczoły jadowe na skórze i może zrobić krzywdę. Tak mi powiedział dziadek. — O...! — mówimy. — Naprawdę? — Tak. Ale dajmy temu spokój. —Januszek macha ręką. — Lepiej głęboko wciągnijcie powietrze i powiedzcie, co czujecie? — Co czujemy? — pytam, ja pytam, bo jestem podejrzliwy, ale Adaś natychmiast wciąga nosem powietrze, aż słychać jak świszczy. A jeśli tak, to i ja wciągam, niech sobie Adaś popatrzy, jak się naprawdę robi głęboki wdech. 10 Najwspanialsze — I CO? — Januszek patrzy na nas zaciekawiony. — Co, co? — Co czujecie? — Coś się przypala? — Adaś robi krok do przodu, prężąc się radośnie, jakby był pewien wygranej w jakimś konkursie. Ja nie zabieram głosu, czekam na to, co powie Januszek. — Nie...! — Januszek lekko czerwienieje na twarzy jakby ze złości. — Nic się nie przypala! To jest tylko... — Tu przerywa, bo z głębi, zza jego pleców słychać wołanie mamy Januszka. — Zaraz wrócę, poczekajcie — rzuca do nas i znika w czeluści mieszkania. Hm... „To jest tylko”... Jeśli tak, to czekamy. Może warto. Januszek nie dokończył zdania. Dosyć często to robi. Nie kończy i czeka, obserwuje, jak coraz bardziej pali nas ciekawość i w końcu wyjawia tajemnicę. I trzeba mu przyznać, że te jego tajemnice są prawie zawsze dosyć ciekawe. Nie wiadomo jak będzie teraz, bo to jest trochę inna sytuacja. Teraz został od nas odwołany i chyba się tego nie spodziewał. No, ale jak już zaczęliśmy czekać, to czekamy. Januszek wraca po niezbyt długiej chwili i mówi do nas tak: — Tu nic się nie przypala, to jest tylko zapach od smażenia najwspanialszych placków ziemniaczanych na świecie. Moja mama właśnie je smaży. — Najwspanialszych? Co jest w nich takiego, że są najwspanialsze? — pytam. Ciekawi mnie to słowo. Czy to znaczy, że ktoś robi lepsze placki od tych, które robi nasza Mamusia? Placki to placki, po prostu z ziemniaków. Czym mogą się różnić jedne od drugich? — Jak to co? Są z cebulką, są lekko przyrumienione z wierzchu. Są kruchutkie i jednocześnie rozpływają się w buzi. Musicie koniecznie spróbować, sami się przekonacie, kiedy tu do nas przyjdziecie! — Eee... Nie... No, nie możemy, zaraz Mamusia będzie nas wołać na obiad. — Musicie! Moja mama was zaprasza! To jest jedyna, niepowtarzalna okazja, żebyście mogli spróbować czegoś wspaniałego. — Tak, ale... —To są placki robione według starodawnego przepisu moich pradziadków. Moja mama zna ten przepis, tam są tajne składniki, o których nikt nie wie i nigdy się nie dowie. — Tak, ale... — Nie, poczekajcie! Tych tajnych składników jest niedużo, tylko szczypta, są jak przyprawy. Ale to dzięki nim smak placków mojej mamy jest wyjątkowy. Nigdzie indziej takiego nie spotkacie. Zapraszamy! — namawia nas Januszek, nie ustępując, jakby mu bardzo zależało. — I można też na te placki nałożyć gęstą śmietanę, a nawet posypać cukrem. Mówię wam, to się nazywa niebo w gębie. Hasło „śmietana” przekonuje mnie do reszty. Przecież to mój ulubiony przysmak! Daję się złamać, a o Adasiu nie ma co mówić. On od samego początku co rusz robi krok naprzód, żeby tylko pobiec po kamiennych schodach na parter, do pierwszych drzwi na prawo, do mieszkania Januszka. Michał Majewski 11 No i jemy placki ziemniaczane. Trudno powiedzieć, czy są najwspanialsze, trzeba by przecież spróbować wszystkich placków z całego świata. Są dobre, bardzo dobre, ale te robione przez naszą Mamusię wcale nie są gorsze. Placki robione przez mamę Januszka są tak samo dobre, jak te, co robi Mamusia. Ani gorsze, ani lepsze. — I jak wam smakują? — pyta mama Januszka, uśmiechając się bardzo miło. — Są takie, jak Januszek wam naopowiadał? — Tak! — mówi Adaś z zapchaną buzią i bierze z talerza następnego. — Bardzo lubię takie placki. — Tak! — mówię i ja, i chcę jeszcze dopowiedzieć dlaczego, ale w tym momencie przez otwarte okno do naszych uszu dolatuje wołanie Mamusi: — Michaś, Adaś, obiaaad! Zrywamy się na równe nogi. Mama Januszka wciąż się uśmiecha. Mówimy „dziękuję”, bo jesteśmy grzeczni, i pędem biegniemy w kierunku naszego domu. Mamusia stoi w połowie długości chlewików, tam, gdzie są nasze kury. — Chodźcie na obiad, natychmiast! Ile mam was szukać? Gdzie się szwendacie?! — Tylko tu. Mamusiu. Byliśmy na podwórku u Januszka — odpowiadamy i coś nam mówi, że lepiej do końca się nie chwalić, co tam robiliśmy. — A co jest dzisiaj na obiad? — Zrobiłam placki ziemniaczane — odpowiada Mamusia, uśmiechając się bardzo miło. — Takie jak lubicie, najwspanialsze na świecie. Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY STÓŁ Dawne obrazy. Ubieraj się, idziemy do lasu - mówił ojciec. Szliśmy przez zaspy, zasypane śniegiem zdradliwe rowy i rozpadliska, zamarznięte stawy i sztywne od mrozu zarośla, Wśród wysokich iglaków znajdowaliśmy zgrabną jodełkę, która wkrótce położyła się bezradnie pod ciosami ojcowej siekiery. Piękna jest, mówiła mama gdy otrzepywaliśmy w sieni buty. Jednak nie jodełka, przybrana w gwiazdki, bombki, srebrną lametę i osadzone w żabkach kolorowe świeczki pozostała w mej pamięci tak wyraziście, jak stojący obok niej, przykryty białym obrusem stół. Tam, przy stole, dokonywało się właściwe świętowanie. Spowolnienie czasu, mówienie przyciszonym tonem, dzielenie się opłatkiem, życzeniami i uśmiechem, jedzenie specjalnych potraw przygotowanych przez babcię Rufinę, Świąteczny stół - leciwy jesionowy mebel wywieziony z pozostawionej za Bugiem ojcowizny - przywracał tamtejsze smaki i zapachy. Siedzieliśmy przy stole ubrani inaczej niż na co dzień. To także wpływało na odczucie podniosłości tych chwil. Specjaliści mówią, że w mózgu człowieka poruszającego się w jakiejś przestrzeni neurony tworzą mapę odwzorowującą nie tylko jego ciało, ale i odzież, jaką właśnie nosi, O tym, że włożenie białej koszuli sakralizuje to, co będzie się w niej robiło, pisał w swych pięknych miniaturkach („Epifanie”) Imants Ziedonis (przytaczam z pamięci): „Włóż białą koszulę i przekop ziemię w ogrodzie,/ Włóż białą koszule i wyczyść buty swojej matce,/ Wkładaj białą koszulę, gdy nie spodziewasz się gości”, Ariane Mno-uchkine, twórczyni słynnego TheHtre du Soleil, podczas prób nie pozwalała aktorom wejść na scenę w prywatnych ubraniach. Mówiła: „Kiedy otrzymuje się kostium, to tak jakby odnajdywało się dzieciństwo: radość, przebranie, procesje i przemiany”, Magda, absolwentka rzeźby na gdańskiej ASP (byłem promotorem jej pracy pisemnej), jako dyplom przedstawiła formę będącą odtworzeniem jej stołu rodzinnego. Miał kilkadziesiąt lat i stał w dużym pokoju, kiedy się urodziła. Od razu okazał się ważnym fragmentem jej świata. Opowiadała mi, że jeszcze jako mała dziewczynka chowała się pod stołem przed dorosłymi podsłuchując ich rozmowy. Potem zapisywała na wewnętrznej stronie blatu swoje spostrzeżenia, rysowała ołówkiem postaci ludzi i zwierząt, czego ślady pozostały do dziś. Jeszcze później odrabiała przy stole lekcje. Uczestniczyła we wspólnych posiłkach, zabierała głos w sprawach błahych i ważnych. Stół był świadkiem i miejscem jej pierwszych doświadczeń erotycznych. Zapamiętała obraz swoich bliskich, kiedy dziadek wyjeżdżał na Andrzej C. Leszczyński 13 pół roku za pracą: siedzieli wokół stołu i milczeli, co miało dziadkowi dać pewność, że tu jest jego trwałe miejsce. Agata Duda-Gracz: „Jednym z najczęściej przeze mnie używanych i najważniejszych symboli jest stół. Czy przykryty obrusem, pusty czy zaśmiecony, stanowi centrum domu -ołtarz, miejsce ostatniej wieczerzy. Wigilii, ofiary, pojednania. Na jego blacie obmywamy ciała zmarłych i stawiamy trumnę ze zwłokami najbliższych. Przy nim łamiemy się chle-bem, pijemy wódkę i wylewamy potoki słów. [...] Siedząc przy stole, jesteśmy widoczni w takim ujęciu, jak na tzw. ikonach połówkowych, czyli od pasa w górę. Tak jak na przykład Matka Boska Częstochowska”. Ewa Lipska mówi w jednym z wywiadów, że wszystkie wiersze napisała przy swoim dużym stole, że łączy ją z nim szczególny związek: „Ten stół jest życzliwy, sprzyja moim papierom”. GRZESZNE SMAKI DOCZESNOŚCI Wigilijną wieczerzę spożywaliśmy w pokoju stołowym. Owszem, świąteczne jedzenie było pełne symboliki pokazującej ciągłość kulinarnych obyczajów. Przede wszystkim jednak było smaczne, o czym informował zmysł umiejscowiony na języku. Tradycja biblijna odwołuje się do siedmiu zmysłów: rozum, mowa, smak, wzrok, słuch, węch i dotyk (por. Eklezjastyk, 17, 5). Dzisiaj zwykło się ograniczać ich liczbę do pięciu ostatnich. Mają naturę cielesną, co wywołuje zrozumiałą podejrzliwość u osób łączących człowieczeństwo wyłącznie z duchowością. Platon uznawał ciało za więzienie duszy wolnej i równej bogom. Przed zmysłowymi pokusami bronił się, jak tylko mógł, św. Augustyn Aureliusz. Za główne zagrożenie uznawał cielesną przyjemność, której nie zawsze potrafił się oprzeć. Wyznawał więc Bogu swe upadki, prosząc o wsparcie w okiełznywaniu niektórych upodobań. Oto fragmenty jego „Confessiones” („Wyznania”, tłum. Zygmunt Kubiak). „Z pewnością nakazujesz, abym się powstrzymywał od pożądliwości ciała i od pychy żywota. Nakazałeś mi porzucenie konkubinatu, a chociaż nie zabraniałeś małżeństwa, wskazałeś mi coś lepszego nawet od małżeństwa. [...] Ale w mojej pamięci, o której tak wiele tu mówiłem, nadal żyją wyobrażenia owych spraw, wyryte w niej kiedyś rylcem przyzwyczajenia. I nieraz mnie te sprawy zaczepiają - na jawie słabymi impulsami, lecz w snach nie tylko sprawiają mi przyjemność, ale doprowadzają do stanu bardzo bliskiego zgodzie i wypełnieniu. Przecież to chyba nie jest tak. Panie Boże mój, jakobym nie był sobą gdy śpię? [...] Ma dzień jeszcze inne utrapienie [...]. Codziennie bowiem ubytki siły cielesnej wyrównujemy jedząc i pijąc, zanim przyjdzie ten czas, gdy mój niedostatek uśmierzysz cudowną sytością [...]. Lecz na razie błoga mi jest owa konieczność. I muszę nawet walczyć przeciw temu upodobaniu, aby mnie nie ujarzmiło. Codzienną z nim toczę wojnę orężem postów. Ciągle od nowa zmuszam swoje ciało do posłuszeństwa. A potem przyjemność jedzenia i picia rozprasza udrękę. [...] Lecz gdy z udręki głodu przechodzę do spokoju sytości, w tym momencie przejścia czyhają na mnie sidła łakomstwa. Bo samo to przechodzenie jest właśnie przyjemne. [...] 14 Okruchy Uroki wonności nie tak bardzo mnie niepokoją. Gdy ich nie ma, nie odczuwam ich braku. Gdy mnie błogo owiewają, nie bronię się przed nimi - zawsze jednak gotów, by się bez tego czaru obyć. [...] Przyjemności uszu mocniej mnie oplątały i ujarzmiły. Aleś mnie już rozpętał i wyzwolił. Przyznaję, że i teraz ulegam słodyczy kunsztownego śpiewu [...], lecz nie aż tak się poddaję, bym nie był zdolny oderwać i odejść, gdy zechcę. [...] Pozostają jeszcze przyjemności oczu. [...] Oczy lubują się w pięknych i różnorakich kształtach, w świetlistych i powabnych barwach. Niechże jednak one nie panują nad moją duszą [...]. Sama bowiem królowa barw, jasność dzienna, nasycając sobą wszystko, co spostrzegamy [...] tak przemożnie mną owłada, że jeśli nagle jej zabraknie, pragnę, aby powróciła; a jeśli długo jej nie ma, ogarnia mnie smutek”. Fryderyk Nietzsche miał jedną odpowiedź na podobne udręczanie się. „Gardzicielom ciała chcę słowo rzec. [...] Ciało to jest wielki rozum [eine grosse Vernunft], a narzędziem ciała, bracie mój, jest także twój mały rozum. Mówisz »Ja« i jesteś z tego dumny. Czymś większym jednak - w co ci trudno uwierzyć - jest twoje ciało i jego wielki rozum: ten, co nie mówi Ja, tylko czyni Ja. [...] W twoim ciele więcej jest rozumu niż w całej twojej mądrości („Tako rzecze Zaratustra”, tłum. Wacław Berent). Uśmiechałem się, czytając w „Tygodniku Powszechnym” utrzymaną w podobnym duchu wypowiedź częstochowskiego biskupa pomocniczego (dziś biskupa seniora) Antoniego Długosza, kawalera Orderu Uśmiechu z 2007 roku: „Często wydaje się niektórym duchownym, że przy spowiedzi najważniejsze są sprawy seksualne. W konfesjonale nigdy o to nie pytam. [...] najważniejsze to rozpoczynanie wszystkiego od jedzenia. Jezus najważniejsze sprawy załatwia przy posiłku: ustanowienie Eucharystii - przy wieczerzy, nadanie władzy odpuszczania grzechów - przy rybie, którą sam usmażył. Stół jest ołtarzem każdej rodziny i celebracja posiłku jest szalenie ważna. Inaczej nie zrozumiemy, czym jest Eucharystia” („Za pokutę: śmiech”). Co tam biskup. W sprawie seksu podobnie mówi papież Franciszek („Otwieranie drzwi”): „Najlżejsze grzechy to grzechy ciała. [...] Kapłani odczuli pokusę -nie wszyscy, ale wielu - skupiania się na grzechach związanych z seksualnością. To jest to, co nazywam moralnością poniżej pasa. Najcięższych grzechów należy szukać gdzie indziej... [,..] Czy się modlisz? Czy szukasz Pana? Czy czytasz Ewangelię?”. A podczas spotkania z jezuitami z prowincji Mozambiku i Zimbabwe dopowiadał: „Skupiamy się na seksualności, a nie przywiązujemy wagi do takich problemów, jak niesprawiedliwość społeczna, plotki i kłamstwa. Moralna fiksacja na szóstym przykazaniu jest jednym z wymiarów klerykalizmu; Kościół potrzebuje w tej dziedzinie głębokiego nawrócenia”. Fiksacja, o której mówi papież, przypomina mi dowcip o małym Jasiu. Pytany przez nauczycielkę, z czym kojarzy mu się abstrakcyjny obraz, odpowiada, że z dupą. I dodaje, że wszystko kojarzy mu się z dupą. Andrzej C. Leszczyński 15 DWA FILMY Pierwszy to „Uczta Babette” w reżyserii Gabriela Axela Morcha („Babettes gaeste-bud”; Oscar w kategorii filmu nieanglojęzycznego, 1987), oparty na noweli Karen Blixen z 1950 roku. Jego akcja dzieje się w małej nadmorskiej wiosce w północnej Danii (w noweli Karen Blixen - w norweskim miasteczku Berlevaag). Pominę - skądinąd arcyważną - sięgającą młodości historię mieszkających tu dwóch sióstr, Martiny i Filipy. U nich właśnie, mocno już leciwych, pojawia się z listem polecającym Babette Hersant, mistrzyni kuchni w paryskiej restauracji Cafe Anglais, która w czasie Komuny Paryskiej, po śmierci męża i syna, zmuszona była do ucieczki z Francji. Pracuje u ubogich sióstr za samo utrzymanie, uczy się tutejszych zwrotów językowych i gospodarskich czynności. Kiedy po kilkunastu latach otrzymuje z Paryża wiadomość o wygraniu dziesięciu tysięcy franków na loterii, prosi swe chlebodawczynie, by pozwoliły jej przygotować „prawdziwy francuski obiad”. Po wielu latach pamiętam sceny, w których zjeżdżają do osady beczki i skrzynie, a w nich wina, drób, kawior, a nawet biedny żywy żółw na zupę. Gdy pokój zapełnił się gośćmi, Babette (znakomita rola Stephane Audran), nie opuszczająca kuchni reżyser spektaklu, podawała kolejno swe znakomitości za pośrednictwem młodego pomocnika. Mimo że tylko jeden biesiadnik, generał, świadomie delektował się wyszukanymi daniami rozpoznając ich skład oraz gatunki i roczniki win, dania te otworzyły serca wszystkich. Początkowa sztywność, wspierana odmówioną wspólnie modlitwą, ustąpiła miejsca emocjonalnej szczerości, na twarzach pojawiły się uśmiechy, a niedługo potem można było usłyszeć śmiech oraz pieśń śpiewaną jak przed kilkudziesięciu laty przez Filipę. Wiesław Juszczak („Dzieło a »granica sensu«”) znajduje w tytułowej uczcie odniesienia nowotestamentowe - do godów w Kanie Galilejskiej oraz do Zesłania Ducha Świętego. Przytacza fragment noweli Karen Blixen: „O tym, co się wydarzyło później tego wieczora, nic pewnego nie da się powiedzieć. Żaden z gości nie przypominał sobie potem tego jasno. Wiedzieli tylko, że pokoje wypełniły się niebiańskim światłem, tak jakby wiele małych promiennych aureoli zespoliło się w jeden wspaniały blask. Milczący starcy otrzymali dar języków. A uszy, całymi latami niemal głuche, otworzyły się nań. Sam czas połączył się z wiecznością. Długo po północy okna domu lśniły jak złoto i złocista pieśń płynęła w zimowe powietrze”. Drugi film to „Gzekolada” (Ghocolat) Lasse Hallstroma - obraz z 2000 roku oparty na powieści Joannę Harris. Opowiada on historię młodej matki, Vianne Rocher (Juliette Bi-noche nominowana za tę rolę do Oscara), która podróżuje po świecie sprzedając czekoladę. W 1959 roku przybywa do francuskiego miasteczka Lansquenet-sous-Tannes z sześcioletnią, nieślubną córką Anouk i otwiera (podczas Wielkiego Postu!) Maya, małą czekoladziar-nię. Gzekolada Vianne szybko zaczyna zmieniać życie mieszkańców. Kłótnicy godzą się ze sobą, odnawiają się przyjaźnie, młodzieńcze miłości, stara Amandę spotyka się wreszcie z wnukiem. Niepokoi to konserwatywnego, wiecznie naburmuszonego burmistrza, hrabiego de Reynaud. Postanawia doprowadzić młodą kobietę do bankructwa i opuszczenia miasteczka jeszcze przed Wielkanocą. Za jego namową młody ksiądz, ojciec Henri, potępia z ambony diabelskie praktyki Yianne. Ta jednak zyskuje coraz szersze grono przyjaciół, co otwiera oczy burmistrzowi. Słowami bardzo podobnymi do tych, jakimi posługiwał się 16 Okruchy cytowany przed chwilą św. Augustyn, wyznaje Bogu swą bezradność. Objada się do zatraty czekoladowymi figurkami, może też upija się (film tego nie pokazuje), doznaje wewnętrznego oczyszczenia, odnajduje w sobie kogoś, kogo przez wszystkie te lata tłumił i wypierał. Doświadcza przemiany, czegoś, co Biblia określa mianem metanol. Pije czekoladę, uśmiecha się, otwiera serce, zbliża się do ludzi. Ociera łzy, gdy ksiądz Henri wygłasza swe własne, prawdziwie ewangeliczne kazanie o Bogu, który jest miłością. Można by powtórzyć za Karen Blixen, że miasteczko Lansquenet-sous-Tannes - tak jak tamta chatka w duńskiej wiosce - wypełniło się niebiańskim światłem. „Qui a le cuer si ait le cor”, co w starofrancuskim znaczy: kto ma serce, ma i ciało. „Uczta Babette” w 1995 roku znalazła się wśród czterdziestu pięciu filmowych fabuł, uznanych przez Stolicę Apostolską za szczególnie znaczące dla krzewienia wartości religijnych, moralnych i artystycznych. Natomiast „Czekolada”, choć trudno to pojąć, według rankingu opublikowanego dwadzieścia lat później przez amerykańskie pismo katolickie „Faith & Family”, znalazła się w pierwszej dziesiątce „najbardziej antykatolickich filmów wszechczasów”, i to na wysokim, czwartym miejscu. Nie chodzi tu przecież o nieporównywalnie wyższą klasę artystyczną filmu Morcha, lecz o sens eschatologiczny wspólny obu obrazom. Zdaniem Roberta Lockwooda, autora monografii ,Antykatolicyzm w kulturze amerykańskiej”, „Czekolada” ukazuje Kościół katolicki jako potężną siłę represyjną. Myślę, że prawdziwie represyjne są takie właśnie rankingi i kwalifikacje. PIOSENKA Dawno temu, gdy byłem szefem Studenckiej Agencji Radiowej, słuchaliśmy, kto wie, czy nie obsesyjnie, kilku piosenek. O pokoleniu czapki studenckiej Jacka Kleyffa (mówię o wykonawcach), o krótkiej pamięci Renaty Kretówny; leciały w naszym radiu chyba każdego wieczora. Zachwyciła nas Elżbieta Wojnowska, gdy na świnoujskiej Famie zaśpiewała „Zaproście mnie do stołu” ze słowami Włodzimierza Szymanowicza (malarza i poety, zmarłego tragicznie w wieku 21 lat) i muzyką Henryka Albera. Oto jej fragment, w sam raz do grudniowej refleksji. Zaproście mnie do stołu Zróbcie mi miejsce Między Wami Wspominajcie sobie Trudne lata Powiedzcie otwarcie Co serdecznie boli Może znajdzie się między wami voyager? znajdzie się między wami voyager? znajdzie się między wami voyager? Andrzej C. Leszczyński 17 Opowie o barwnych krajach Egzotycznych krajach Ileż to razy Będziemy wstawać Wznosząc uroczyste toasty Po ilekroć zadrży stół Od śmiesznych powiedzonek Zaśpiewamy wspólnie Stare bliskie pieśni A potem usadowieni wygodnie w fotelach usadowieni wygodnie w fotelach zasłuchamy się w fortepianowe pasaże Zaproście mnie do stołu Tu za drzwiami Podle i samotnie Zaproście mnie do stołu Powiedzcie otwarcie Co serdecznie boli [...] 18 Słowo do uczniów na rozpoczęcie roku szkolnego Andrzej Kasperek Słowo do uczniów no ROZPOCZĘCIE ROKU SZKOLNEGO Wakacje to pora wypoczynku, a także czas podróżowania. Czas poznawania piękna swego kraju i świata, podziwiania cudów przyrody, wspaniałości architektury, piękna sztuki... Wracając z wędrówki po tatrzańskich szlakach, postanowiłem pojechać na Śląsk, trafiłem tam m.in. do Rybnika. Spacerując po mieście natknąłem się na duży budynek z czerwonej cegły w stylu neogotyckim (czyli takim, w jakim półtora wieku temu wybudowano nowodworski kościół pw. Przemienienia Pańskiego). Pomyślałem, że pewnie jest to szkoła. Tak kiedyś budowano podstawówki i gimnazja. Ale nawet nie musiałem szukać tablicy informującej, co to za budynek. Wystarczyło, że przeczytałem na frontonie gmachu dwa napisy, które umieszczono tam sto lat temu: Vx7ae, non scholae discendum est oraz Per aspera ad astra. Możecie to łatwo sprawdzić, wystarczy, że powędrujecie po mapach Google’a i odszukacie Szkołę Podstawową nr 9 im. Adama Mickiewicza... Dzisiaj łacina jest językiem prawie zapomnianym, nawet w Kościele rzadko się jej używa, ale kiedyś uczniowie musieli znać znaczenie tych napisów, codziennie rano wchodząc do swej szkoły przypominali sobie ich treść. Pierwszy można przetłumaczyć tak: „Trzeba się uczyć dla życia, nie dla szkoły”. A drugi: „Przez ciernie do gwiazd”. Dlaczego uznano, że te łacińskie sentencje są szczególnie ważne dla uczniów? Co chciano im w ten sposób powiedzieć? Na co zwrócić szczególną uwagę? Wielu uczniów swój pobyt w szkole traktuje jak zawody sportowe, walkę, rywalizację o miejsce wśród najlepszych. Liczy się dla nich tylko i wyłącznie średnia ocen, marzą o czerwonym pasku na świadectwie. Oceny są bardzo ważne i wszyscy powinniście dawać z siebie wszystko, żeby przynosić do domu świadectwo, z którego będziecie dumni wy i wasza rodzina. Ale to nie wszystko. Bo celem zdobywania wiedzy nie jest zadowolenie nauczyciela lub rodziców, ale zaspokojenie ważnej ludzkiej potrzeby życiowej. Im bardziej będziecie wykształceni, im więcej poznacie języków, przeczytacie lektur, zrozumiecie prawideł i zapamiętacie definicji, tym większa jest wasza szansa na sukces życiowy. To wcale nie jest prosty mechanizm... Nie traktujcie zdobywania wiedzy w taki sposób, że ten przedmiot przyda mi się a ten do niczego nie będzie mi potrzebny. Wcale nie wiecie, co w życiu okaże się pożyteczne. Przyszliście do liceum ogólnokształcącego i powinniście traktować wszystkie przedmioty z jednakową powagą i szacunkiem, także te, z których nie będziecie zdawać matury. Bo po latach może się okazać, że będą wam niezbędne wiadomości z przedmiotu, do którego się nie chcieliście się przykładać, bo uznaliście, że do niczego się wam nie przyda. A życie lubi sprawiać niespodzianki. Oto przykład. Pewnie wszyscy lubicie dobry sprzęt komputerowy, marzycie o świetnym laptopie, praktycznym tablecie czy niezawodnym telefonie komórkowym. Zapewne nazwa Apple jest wam znana; to ogromna firma, której produkty słyną z wysokiej jakości. Założył Andrzej Kasperek 19 ją W 1976 r., wraz z dwoma kolegami, Steve Jobs. Zaczynali w garażu a stworzyli firmę, która w zeszłym roku zarobiła na czysto prawie 50 miliardów dolarów. To więcej niż budżet wielu państw. Dla porównania: zeszłoroczne dochody Polski wyniosły 89 mld dolarów. Po co o tym mówię? Przecież nie chodzi mi o lokowanie produktu. Powód jest prosty. Chcę odnieść się do przemówienia, jakie kilka lat temu Jobs wygłosił do studentów Uniwersytetu Stanforda, jednej z najlepszych uczelni na świecie. Opowiadał o swojej drodze życiowej, która była niełatwa. Wspominał, że rzucił studia. Powody były wielorakie, na pewno nie zrobił tego, bo był leniem. Wyjaśnia, że to była ważna decyzja, ale spowodowała, że klepał biedę, nie miał gdzie spać, nie stać go było na posiłek: „Zwracałem butelki po Coca-Coli za 5 centów kaucji, żeby kupić jedzenie. W każdą niedzielę chodziłem siedem mil na drugą stronę miasta, aby zjeść przyzwoity posiłek w świątyni Hare Krishna [...]. Wiele rzeczy, do których wtedy doszedłem przez ciekawość czy intuicję, okazały się bezcennymi doświadczeniami w późniejszym okresie. Pozwóleie, że dam wam przykład. Reed College oferował chyba najlepszy w tamtym czasie w kraju kurs kaligrafii. W całym kampusie, każdy plakat, każda etykieta na szafie były pięknie ręcznie kaligrafowane. [...] postanowiłem zapisać się na kaligrafię, aby nauczyć się, jak to się robi. Dowiedziałem się tam o czcionkach [...], o zmiennych odstępach pomiędzy kombinacjami różnych liter oraz o tym, co cechuje doskonałą typografię. Było to piękne [...]. I to mnie zafascynowało. W żaden sposób nie liczyłem, aby którakolwiek z tych rzeczy znalazła kiedyś praktyczne zastosowanie w moim życiu. Jednak dziesięć lat później, gdy projektowaliśmy pierwszy komputer Macintosh, wszystko to do mnie powróciło. Zastosowaliśmy wszystkie te zasady w Macu - to był pierwszy komputer z piękną typografią. Gdybym nie zapisał się na ten kurs podczas studiów. Mac nie miałby wielu wzorów czcionek, czy też proporcjonalnie rozmieszczonych znaków. A ponieważ Windows tylko kopiował Maca, prawdopodobnie żaden komputer osobisty by ich nie miał. Gdybym [...] nie zapisał się na zajęcia z kaligrafii, to komputery osobiste mogły by nie mieć pięknej typografii, którą posiadają. Oczywiście niemożliwe było połączenie tych zdarzeń patrząc w przyszłość, w czasie, gdy byłem na uczelni. Ale było to bardzo, bardzo wyraźnie widoczne, patrząc z perspektywy 10 lat wstecz. Powiem jeszcze raz - nie można łączyć punktów patrząc w przyszłość, można je jedynie połączyć patrząc wstecz. Trzeba więc ufać, że w jakiś sposób punkty połączą się w przyszłości. Musicie w coś wierzyć: w Boga, przeznaczenie, życie, karmę, cokolwiek. Ponieważ wiara, że punkty w przyszłości się połączą, da wam pewność, żeby postępować zgodnie z głosem serca, nawet jeśli zawiedzie was poza wyznaczone szlaki”. Trochę długi ten cytat, ale jest ważny, dlatego go przytaczam. Szczególnie jego zakończenie - musicie w coś wierzyć i mieć świadomość tego, że te punkty, które sobie wyznaczacie w waszym życiu, czyli np. wykształcenie są istotne. Bo od nich zależy wasze przyszłe życie. Nawet jeśli teraz myślicie inaczej, jeśli wydaje się wam to mało ważne, a nawet niemądre. Za kilka lat zobaczycie jak wasze wysiłki będą procentować. Druga łacińska dewiza brzmi po polsku: Przez ciernie do gwiazd, czyli przeszkody, trudy, porażki stają na naszej drodze do osiągnięcia celu, do spełniania marzeń. Nic łatwo nie przychodzi. Nie wierzcie, że coś można osiągnąć bez wysiłku, „lajtowo”. Zycie nie jest leciutkie i łatwiutkie... Zachwycamy się patrząc, jak polska zawodniczka, Justyna Święty-Er- 20 Słowo do uczniów na rozpoczęcie roku szkolnego setic, zdobywa dwa złote medale na 24. Mistrzostwach Europy w Lekkoatletyce w Berlinie. Robi to w ciągu w ciągu niecałych dwóch godzin. Niebywałe! Duma nas rozpiera, ale czy myślimy wówczas o tysiącach godzin treningów, o hektolitrach potu, o zakwasach i stresie, o nieludzkim zmęczeniu, kontuzjach i bólu nie do wytrzymania. Bez tego wszystkiego nikt nie wedrze się na podium, nie zdobędzie medalu, nie uniesie tryumfalnie pucharu. Bo nikt nie włoży wieńca laurowego na głowę lenia i obiboka. Bez pracy, uporu, a czasem odrobiny szaleństwa człowiek nie poleciałby w kosmos, nie stanąłby na Mont Evere-ście. Nie byłoby Marii Curie Skłodowskiej ani Alfreda Nobla. Nie znalibyśmy wspaniałych artystów, takich jak Michał Anioł, który malując przez siedem lat freski w Kaplicy Sykstyń-skiej potrafił przez kilka tygodni nie schodzić z rusztowań, bo szkoda mu było czasu na jedzenie i mycie. Malując sklepienie kaplicy leżał na twardych deskach, a farba spływała mu na twarz. W swych sonetach opisywał ból, który mu towarzyszył podczas wielogodzinnej pracy. Ktoś powie, że mógł to przecież rzucić, po co się męczyć? Ale on wiedział, że musi skończyć dzieło, które rozpoczął. Świat bez jego rzeźb i fresków byłby inny, uboższy... Wiedza, którą wyniesiecie ze szkoły, zależy od tego, ile trudu w jej zdobycie włożycie. Ta wiedza nie ma leżeć bezużytecznie w waszych głowach, ma posłużyć wam i waszym rodzinom, ma procentować. Bo jak mówił Jezus ludowi: „Czy po to wnosi się światło, by je postawić pod korcem lub pod łóżkiem? Czy nie po to, aby je postawić na świeczniku?” (Mk 4,21-25). Nie ukrywajmy naszej wiedzy, nie wstydźmy się jej, ona ma promieniować. Nie ma żadnego pożytku z zakopanych talentów. Na zakończenie jeszcze jeden cytat. Żyjący w XIX w. amerykański filozof, Ralph Waldo Emerson, tak radził studentom Dartmouth College: „Będziecie zasypywani codziennie maksymami z dziedziny małostkowego rozsądku. Powiedzą wam, że pierwszym obowiązkiem jest zaopatrzenie w dobra materialne i pieniądze, nazwisko i pozycję społeczna. Będą się was z ironią pytali, cóż to jest owa prawda, owo piękno, których szukacie. Jeśli jednak Bóg powołał kogoś z was do poszukiwania prawdy i piękna, bądźcie odważni, niezachwiani, bądźcie szczerzy. Jeżeli będziecie mówili: będę robił to samo, co inni; zrezygnuję z przykrością z moich marzeń młodzieńczych, skieruję całą swa uwagę na dobra doczesne, a pracę nad sobą i romantyczne nadzieje odłożę do lepszych czasów - wówczas zamrze w was człowieczeństwo, zwiędną raz na zawsze zalążki poezji i nauki, jak zniszczały już w tysiącach innych ludzi”. I radził, co robić, żeby zasłużyć na miano człowieka. Trzeba: „Śmiać się często i mocno kochać. Zdobyć szacunek ludzi inteligentnych i przywiązanie dzieci. Zasłużyć na uznanie uczciwych krytyków i znieść zdradę fałszywych przyjaciół. Cieszyć się pięknem. Znajdować w innych to, co najlepsze. Dawać siebie, nie oczekując nawet przez chwilę zapłaty. Uczynić świat trochę lepszym, zostawiając po sobie zdrowe dziecko, uratowaną duszę, kawałek wyplewionego ogrodu czy poprawę warunków społecznych. Bawić się oraz śmiać z entuzjazmem i śpiewać z zachwytu przez całe życie. Wiedzieć, że choć jeden człowiek mógł zaczerpnąć głębszego oddechu, bo żyliśmy. To znaczy odnieść sukces”. Andrzej Kasperek 21 Urodziłem się w 1958 r., w czasach PRL-u, gdy władzę w naszym kraju sprawowali komuniści. To nie były dobre rządy. W czasie studiów na Uniwersytecie Gdańskim wraz z kolegami działałem w opozycji antykomunistycznej. Na szczęście udało się ten reżym obalić. Możemy cieszyć się wolnym państwem. Od 1986 r. pracuję jako nauczyciel języka polskiego i jest to coś, co nadaje sens mojemu życiu. Staram się wprowadzać młodzież w tajniki polskiej i światowej literatury, filmu i sztuki. Uczę tolerancji. Objaśniam jej współczesny świat. Moi wychowankowie są dziś sędziami, nauczycielami, lekarzami, rzemieślnikami, rolnikami, urzędnikami i robotnikami. Jestem z nich dumny. Kilka lat temu zacząłem pisać opowiadania i eseje. Ukończyłem studia doktoranckie. Moja działalność w opozycji i praca nauczycielska mają te same podstawy - chciałem i nadal chcę lepszej Polski. Może brzmi to patetycznie, ale to prawda. Chciałbym, żebyście coś z tego dzisiejszego wykładu zapamiętali. Zebyście żyli poważnie, nie szli na skróty, wykorzystali ten wspaniały czas waszej młodości. Zebyście chłonęli wiedzę jak gąbka. A za kilka lat będziecie mogli powiedzieć: „To był dobry czas i piękni ludzie, wspaniali przyjaciele i koledzy. Miałam/miałem szczęście, bo trafiłam/ trafiłem do Liceum Ogólnokształcącego im. Ziemi Żuławskiej w Nowym Dworze Gdańskim”. Mówię to, bo sam skończyłem to liceum. Podobnie jak obecny dyrektor i wielu nauczycieli naszego LO. I ta szkoła mnie uformowała... Tak jak wy, na początku września 1973 r., 45 lat temu wszedłem w te mury, do budynku przedwojennej Realschule. Tu zdałem maturę i tu od prawie 30 lat uczę. Złośliwi koledzy mówią (parafrazując, czyli trochę przekształcając) cytat z Adama Mickiewicza, że „obuczam łby żuławskie”. A ja ciągle wierzę w sens tej pracy, bo wierzę, iż przyszliście tu, dlatego że chcecie się uczyć. Wykorzystajcie swoją szansę! Wędrówki po prowincji Seweryn Pauch OSOBLIWOŚCI NA MURACH ŚWIĄTYŃ ŻUŁAW I POWIŚLA W niniejszym szkicu chciałbym zwrócić uwagę na osobliwości, które można znaleźć w zewnętrznych elewacjach niektórych kościołów na Żuławach i Powiślu. Wnikliwe przyglądanie się murom pozwala dostrzec różnorodne w swej formie znaki, napisy, jak też przedmioty wmurowane lub umieszczone w inny sposób w strukturę budowli sakralnych. Wymienione w niniejszym artykule miejscowości są zlokalizowane na terenie Żuław i Powiśla, ewentualnie w położonych nieopodal miejscowościach. Aby zachować pewien logiczny układ, wymieniłem je w kolejności, dla której kryterium stanowi ilość miejscowości z poszczególnymi artefaktami. Najliczniej spotykaną osobliwością na zewnętrznych elewacjach świątyń wspomnianego obszaru są otwory znane szerzej jako „dołki pokutne”. W fachowej literaturze określane są one mianem czarek, jamek, śladów po świdrach ogniowych, śladów dołkowych. Geneza ŚlMiy na kościele w Kwietniewie, fot. S. Pauch Seweryn Pauch 23 istnienia owych zagłębień jest owiana mgłą tajemnicy, gdyż brakuje źródeł pisanych z epoki ich powstania (XVI - XVIII w.) wyjaśniających jednoznacznie pochodzenie śladów. Na gruncie badań polskich przyjmuje się powszechnie, iż są one pozostałością po czynności obrzędowego rozpalania tzw. „żywego”, „nowego” ognia o mury świątyń, który następnie miał służyć celom np. ochronnym (przed siłami zła). Znamiona prawdopodobieństwa posiada też hipoteza (szczególnie popularna w badaniach niemieckich) o możliwym ich powstaniu na skutek wygrzebywania z murów kościelnych ceglanej mączki dodawanej następnie do napojów lub żywności w celach paramedycznych i zabobonnych. Jako element sacrum, w wierzeniach ludu, miała ona ochraniać zdrowie tych, którzy jej zażywali. Miano „dołki pokutne” wynika z przekonania, iż duchowni mieli zadawać penitentom, w ramach pokuty, czynność polegającą na wykonywaniu w murze otworu palcem. Dwie rzeczone hipotezy posiadają znamiona prawdopodobieństwa, zaś pokutna i szereg mniej popularnych należy zdecydowanie uznać za fantazyjne. Owe ślady dołkowe odnajdujemy na murach świątyń w następujących miejscowościach omawianego obszaru: Bągart, Boręty, Fiszewo, Gardeja, Grudziądz, Gruta, Gubiny, Jasna, Jelonki, Jeziernik, Kończewice, Krzyżanowo, Kwietniewo, Lichnowy, Lubieszewo, Łasin, Mątowy Wielkie, Miłoradz, Nowy Staw, Okonin, Orłowo, Ostaszewo, Postolin, Rakowiec koło Kwidzyna, Stara Kościelnica, Stary Targ, Szczepanki, Tuja. Innym przykładem występującej stosunkowo często osobliwości są tzw. graffita. Pod tym pojęciem należy rozumieć zróżnicowane napisy wykonane zwykle techniką rycia na elewacjach. Zawierają one imiona, nazwiska, daty, ewentualnie symbole i znaki. Ich powstanie ma różnorakie przyczyny: część mogła zostać wykonana przez tych, którzy ryjąc imię zmarłego krewnego chcieli zapewnić mu komemorację, czyli upamiętnienie. Część znaków (krzyże, kapliczki) jak też napisów (IHS) związanych było z chęcią zapewnienia zmarłym zbawienia. Zapewne spora część napisów wynika z chęci zaakcentowania własnego istnienia i uwiecznienia własnego pobytu w jakimś miejscu. Graffito z Jasng.fot. S. Pauch Graffito IHS z Dzierzgonia, S. Pauch 24 Osobliwości na murach świątyń Żuław i Powiśla W sporej liczbie napotykamy je w następujących miejscowościach: Bągart, Dzierzgoń, Fiszewo, Gardeja, Jasna, Kończewice, Kwietniewo, Lichnowy, Lisewo Malborskie, Lubie-szewo, Łasin, Mątowy Wielkie, Miłoradz, Rakowiec, Święty Gaj, Tychnowy. Tak w przypadku śladów dołkowych, jak i graffitów, można sądzić, iż szczególnie w środowisku wiejskim istniała częściowa zgoda niektórych kapłanów na wykonywanie czynności, które skutkowały powstaniem omawianych otworów, napisów czy symboli. Poza wspomnianymi wyżej kategoriami znaków, jakie kryją zewnętrzne elewacje świątyń, można także odnaleźć, chociaż znacznie rzadziej, kilka zupełnie odmiennych grup artefaktów. Do takich należą np. kule armatnie wmurowane w mury (katedra w Kwidzynie), nagrobki kamienne stanowiące element konstrukcyjny świątyni (Orłowo), kamienie z umieszczonymi na nich datami (Marynowy), odciski łap zwierzęcych (Jeziernik), zegary słoneczne wyryte w cegłach (Tuja). Kamienne kule na katedrze kwidzyńskiej, fot. S. Pauch Kamienne nagrobki wmurowane w fondament kościoła w Orłowie, fot. S. Pauch Marynowy — kamień z datą 17d5, fot. S. Pauch Odcisk zwierzęcej łaf>y z Jeziemika, fot. S. Pauch Seweryn Pauch 25 Powyższy katalog odmiennych rodzajów znaków i artefaktów uwidocznionych na mu-rach wskazuje na funkcję, jaką spełniały w przeszłości lokalne budowle sakralne. Poza oczywistą funkcją liturgiczną stanowiły one miejsce przekazywania informacji, być może wykonywania - nie zawsze aprobowanego przez oficjalną hierarchię kościelną - swoistego ludowego rytu. Część znaków jest zapewne dziełem przypadku, chociażby odcisk zwierzę- Zfgar słoneczny w Tuji, fit. S. Pauch Kamienna baba z Pralnicy, źródło: https://uww.rełigie.d2d.pi 26 Osobliwości na marach świątyń Żuław i Powiśla cej łapy, która mogła zostać wykonana przypadkowo podczas suszenia cegieł przez strycharzy przygotowujących ją do wypalenia. Mało przekonujące jest tłumaczenie o ich intencjonalnym wytworzeniu przez wspomnianych strycharzy w jakimś paramagicznym celu. Kule armatnie mogły upamiętniać odniesione niegdyś zwycięstwo lub klęskę, a więc zostały może wmurowane niejako na pamiątkę czy „ku przestrodze”. Zachowane do czasów nam współczesnych dołki i graffita stanowią zapewne tylko część tego rodzaju artefaktów umieszczonych na mu-rach w przeszłych wiekach. Ich ilość sukcesywnie zmniejsza się ze względu na częstą praktykę licowania murów świątyń przez konserwatorów. Zaprezentowany powyżej katalog nie wyczerpuje zupełnie spisu możliwych do odnalezienia w murach świątynnych artefaktów. W stosunkowo nieodległych miejscowościach znajdują się Gotycki kafel z Matami, źródło: https://www.troj-miasto.pl/wiadomosci/Zohacz-sredniowieczny-kosciol--w-Matami-n71691.html) przecież jeszcze inne przedmioty, które stały się z czasem integralną częścią budowli, chociaż zapewne nie były takimi od początku swego istnienia (np. pruska baba w murze kościoła w Prątnicy, gotyckie kafle w murze świątyni w Matami, koło młyńskie w strukturze budowli w Rogiedlu. Niewykluczone, iż niektóre świątynie Powiśla i Żuław posiadają lub posiadały niegdyś podobne inkluzje. Kamienie młyńskie z Rogiedla, fot. S. Pauch Seweryn Pauch 27 Bogumił Wiśniewski KWIDZYN 1946 Rok po zakończeniu II wojny światowej Kwidzyn, jak wiele innych miast na Pomorzu, wyglądał nieciekawie, uległ w znacznej części zniszczeniu. Budynki w centrum miasta zostały celowo spalone przez wojska radzieckie, które wkroczyły od wschodu praktycznie bez większych walk. Kwidzyn, będący na uboczu działań frontowych, przetrwał do czasu „wyzwolenia” w stanie prawie nienaruszonym. Dopiero żołnierze radzieccy zastosowali wypróbowaną taktykę przetrenowaną w innych już wyzwalanych miastach, czyniąc znaczne szkody. Kiedy miasto zamieniono na szpital, pijani żołdacy postanowili ogrzewać się w blasku płonących kamienic na Starym Mieście. Wychodzili z założenia, że im większy chaos panuje w mieście, tym lepszy posłuch wymuszą na rdzennych mieszkańcach miasta. Sprawowali władzę tak, jak chcieli, kradli, co chcieli, nikt przecież nie mógł ich rozliczyć ze strasznych czynów, których dokonywali na ludności cywilnej. Po pożarach w mieście sterczały smutne kikuty wypalonych domów, które czekały już tylko na wyburzenie. Korespondent z Dziennika Bałtyckiego o pseudonimie Krj trafił do Kwidzyna na początku marca 1946 roku. Przyjechał, aby zrelacjonować czytelnikom z Pomorza sytuację gospodarczo-społeczną panującą w mieście. Autor zatytułował swój artykuł: Serce Warmii — Kwidzyn w rocznicę wyzwolenia'. Tytuł porażał, nie był to udany start i strzał w dziesiątkę. Rzutki korespondent już na samym początku pomylił się aż dwukrotnie. Kwidzyn nigdy nie był i nie będzie sercem Warmii, ani nie był Kwidzyniem. Nieznajomość geografii wyni- ' Dziennik Bałtycki - Rok II, Nr 95 (312) z dn. 06.04.1946 r. s. 3. 28 Osobliwości na murach świątyń Żuław i Powiśla kała pewnie z jego niewiedzy. Ludzie z centralnej Polski nie odróżniali Mazur od Warmii, nie mówiąc już o położeniu Powiśla. Kwidzyń czy Kwidzyn — dla nich nie miało to znaczenia. Krótko mówiąc: dla przybyłych z zewnątrz było to nowe, obce miasto. W sprawie prawidłowej wymowy dość wcześnie, bo już w 1948 roku, zabrał głos ks. P. Czapiewski z Miłobądza, który napisał z uzasadnionym oburzeniem, że: trzeba uprzytomnić sobie, że jak tysiączne nazwy miejscowości o końcówkach „in” i „yn”, tak też nazwa Kwidzyn opiera się na kilkuwiekowej pisowni i wymowie miejscowej ludności. Nie brak nam lingwistów i historyków, którzy ustaleniem nazw miejscowości z dawna się zajmują i z pewnością potwierdzą prawidłowość nazwy Kwidzyn^. Czasy powojenne były czasami pionierskimi. Repatrianci z pewną bojaźliwością zapoznawali się z nową rzeczywistością i uczyli się jej. Dlatego mało kto przejmował się tym, jak powinno prawidłowo nazywać się nowe zasiedlane miasto. Przecież były ważniejsze sprawy. Walka o przetrwanie dominowało zachowanie w każdej rodzinie. Trzeba było przecież zdobyć coś do jedzenia, ubrania. W zniszczonym i opustoszałym mieście, to zaiste nie lada sztuka. Są sklepy różnych branż. Niestety, wskutek trudności komunikacyjnych i strasznego zniszczenia, ceny żywności i opału są bardzo wysokie. Relacja korespondenta z Dziennika Bałtyckiego, jak na powojenne czasy, była obszerna i ciekawa. Aby dojechać do Kwidzyna z Gdańska, dziennikarz musiał pokonać dłuższą drogę. Jedziemy więc autem okrężną trasą przez Tczew i Grudziądz. Jak się potem dowiadujemy na miejscu w Kwidzyniu, jest to jedyna droga do Gełańska i tędy też w najbliższym czasie ruszą autobusy, uruchomione przez BKS. Autobusów tych jest 5 i zaczną kursować w ciągu Dziennik Bałtycki - Jednak w Kwidzynie, Rok IV , Nr 112 z dn. 24.04.1948 r. s. 6. Zniszczone Stare Miast w Kwidzynie, fit. Urz^d Miejski Kwidzyn Seweryn Pauch 29 najbliższych paru tygodni. Jednocześnie poinformował, że miał szczęście, ponieważ zwykli podróżni z Kwidzyna jadący do Gdańska muszą pokonać tę odległość jazd^ kolejif przez Toruń, albo okazjami samochodouymiprzez Grudzicfdz. Autor tekstu nic nie wspomina, dlaczego zainteresowani podróżni spotykali się z tyloma utrudnieniami, aby dojechać przecież do nieodległego Gdańska. Musieli przecież nadkładać wiele kilometrów do upragnionego celu. Zamiast bezpośrednio jechać koleją na północ, zmuszeni byli udać się na południe, w przeciwną stronę. Dziennikarz na pewno znał przyczynę tych utrudnień, jednak najwyraźniej bał się poruszać tego drażliwego tematu na forum publicznym. Przyczyna utrudnień była bardzo prosta, a mianowicie: Rosjanie stacjonujący na tych terenach rozkręcili tory kolejowe i wywieźli je jako trofeum do ZSRR. Korespondent w dalszej części swojego artykułu przedstawił w krótkim zarysie historię Kwidzyna. Wspomniał o zakonie krzyżackim, o germanizacji tych terenów i o otwarciu w mieście przed wojną gimnazjum polskiego. Stwierdził także, że w okresie międzywojennym rozwój przestrzenny miasta był znaczący, zauważył, że wybudowano dużo domów mieszkalnych, wiele urzędów, szkół, koszary, szpital czy banki. Dzięki dużej ilości gmachów i dogodnemu położeniu armie zwycięskie zrobiły z Kwi-dzynia centrum leczenia rannych i chorych żołnierzy. Przez 16 wojskoioych szpitali Kwidzynia przeszło 120 tysięcy rannych. Dziś'szpitale te uległy likioidacji. Ale w kwietniu i maju ubiegłego roku burmistrz Kwidzynia, ob. inż. Chmielewski rzcfdził po prostu szpitalami wojskowymi. Ludności cywilnej nie było prawie wcale. W powyższym cytacie korespondent gazety mija się lekko z prawdą. Armia radziecka nikomu nie przekazałaby pod obcą jurysdykcję swoich rannych, tym bardziej pod opiekę polskiej władzy cywilnej. Chciałoby się powiedzieć: braterska normalizacja stosunków obu narodów. 30 Osobliwości na murach świątyń Żuław i Powiśla Dziennikarz z Gazety Bałtyckiej przedstawił również interesujące dane o ilości mieszkańców miasta. I tak, na dzień 15 marca 1946 roku, Kwidzyn liczył 8 490 Polaków i 450 Niemców. Urodziło się do tego czasu, licząc od początku roku, 135 dzieci, 75 par zawarło ślubów, a zmarło 149 osób. Powiatowy Urząd Ziemski poinformował, że na terenie powiatu osiedliło się 2 433 rodzin, które zagospodarowały obszar 24 207 hektarów. Ponadto Urząd przydzielił pierwszym osadnikom 335 sztuk bydła oraz 46 koni. Korespondent informował swoich czytelników również, że infrastruktura miejska powoli wracała do użytku. Mieszkańcy miasta porządkowali ulice, oddano do użytku w tym okresie dworzec kolejowy, a od października miała ruszyć miejska elektrownia i zniszczona gazownia na ul. Łąkowej, natomiast looda ta wodociągach jest przez 3 godziny dziennie. Podczas gdy ta mieście sprataa zdrotaej laody do picia hyła kwestią pierwszorzędnej taagi, uruchomiono tu pracującą do dziś wytwórnię taód owocowo-gazowanych. Nie omieszkał autor poinformować, że było już czynnych 36 telefonów w Kwidzynie. Jak się okazuje, już wtedy ukuto powiedzenie: Kwidzyn jest miastem szkół. Któżby pomyślał, że rok po zakończeniu działaniach wojennych gród nad Liwą stał się centralą edukacyjną po prawej stronie Wisły. W roku 1946 działały już trzy przedszkola ze 160 dziećmi, cztery szkoły powszechne z 29 nauczycielami, w których uczyło się 900 dzieci. Szkolnictwo średnie reprezentowały 3 instytucje: Państwowe Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcące, Państwowe Liceum Pedagogiczne oraz Państwowe Gimnazjum Rolniczo-Ogrodnicze. W szkołach tych kształciło się łącznie około 600 młodzieży. Lista nie byłaby pełna, gdybym nie wspomniał o Zgromadzeniu Sióstr Benedyktynek, w którym uczyło się kroju i szycia 20 uczennic. Fragment kwidzyńskiego Ratusza Fot. Urząd Miasta Seweryn Pauch 31 Na co mogli liczyć ówcześni mieszkańcy Kwidzyna? Na pewno na kompletnie wyposażony szpital miejski ze 150 łóżkami, w którym funkcjonowały 4 odziały: chirurgiczny, kobiecy, dziecięcy i zakaźny. W okresie tym w mieście praktykowało 5 lekarzy. Rozpoczął swoją działalność także Miejski Dom Sierot, w którym przebywało 62 dzieci oraz, już od początku, funkcjonował Dom Starców z 12 pensjonariuszami. Warto nadmienić, że Miejski Ośrodek Zdrowia opiekował się 123 dziećmi do drugiego roku życia, ponadto udzielił 1743 porad, wykonał 670 zabiegów i przeprowadził 703 szczepień przeciwtyfusowych. Caritas kościelna, również włączyła się w działalność, udzielając 911 porad prozdrowotnych. Jednym słowem, pierwsi osadnicy mogli już czuć się w miarę bezpiecznie, funkcjonowały urzędy, pomoc społeczna oraz fachowa pomoc medyczna. W 1946 roku Kwidzyn w nowej rzeczywistości gospodarczej nie wyglądał za dobrze. Maszyny z fabryk zostały wywiezione do ZSRR. W mieście działało 108 warsztatów rzemieślniczych. W 132 małych sklepach panowała drożyzna i brak taniego towaru. Jednak przyszłość przemysłu w Kwidzynie przedstawiała się w jasnych barwach: najważni^szym przedsiębiorstwem przemysłowym Kwidzynia będzie Państwowa Fabryka Konserw „Mazur”, które rusz^ pełną parą w ciągu łata. Dziś' nie może być jeszcze uruchomiona, z powodu braku surowców i wody. „Mazury” będą przetwarzać mięso. Jarzyny i owoce, których obficie może dostarczyć bogaty rołniczy powiat, skoro Już zostanie załudniony i zagospodarowany. Ponadto w mieście istniały takie instytucje, jak: Powiatowa Spółdzielnia Spożywców, Spółdzielnia Rolniczo-Handlowa, Spółdzielnia „Społem”, Spółdzielnia Mleczarska, Związek Samopomocy Chłopskiej, Bank Ludowy, Bank Związku Spółek Zarobkowych. Polski Czerwony Krzyż rozpoczął swoją działalność na terenie miasta 12 kwietnia 1945 roku i dysponował ambulatorium, stołówką wraz z domem noclegowym. Zycie kulturalne w mało zaludnionym i zniszczonym mieście dopiero się rodziło. Ludzie powojenni nie mieli czasu na wysoką kulturę, najważniejszą sprawą dla nich było utrzymanie w dobrej kondycji swoich zubożałych rodzin.: Jedyna istniejąca czytełnia iiczy załedwie 150 książek! Podnosi głos dziennikarz. Kino Jest drogie, a zła aparatura i przypadkowy dobór filmów są przyczyną bardzo niskiej frekwencji. Na szczęście Jednak Jest młodzież^ Wystawione przez zespoły szkolne takie utwory teatralne. Jak „Balladyna” Słowackiego, czy „Grube ryby” Bałuckiego, koncerty, wieczory pies'ni itd. stanowią wydarzenia w życiu kulturalnym Kwidzy-nia. W Kwidzynie w tym czasie istniały jeszcze: stadion do gry w piłkę nożną, korty tenisowe, basen pływacki, strzelnica. Na zakończenie swojego artykułu autor tekstu z Dziennika Bałtyckiego podsumowuje swoje spostrzeżenia o mieście: wciągu pierwszego roku wolnos'ci dokonano w Kwidzyniu na każdym polu bardzo wiele. Serce Warmii bijejuż dzisiaj żywym tętnem. Trudnos'ci, Jak się Już przekonaliśmy, są do zwalczania. A Jutro do nas należy. 32 Niekomercyjny przewodnik po ziemi sztumskiej Piotr Podlewski Niekomercyjny przewodnik po ZIEMI SZTUMSKIEJ PRZEZMARK - ŚREDNIOWIECZNE UMOCNIENIA ZIEMNE Na mapach topograficznych z 1939 i 1944 roku (Topographische Kartę [Messtischblatt]), na południe od wsi Przezmark, pomiędzy jeziorem witoszewskim, a jeziorem zwanym dawniej Gemben, zaznaczony jest obiekt podpisany jak Schwedenschanze (szaniec szwedzki). Obszerniejszy opis miejsca umieścił w swoim kwartałniku, wydanym w 1928 roku, Arthur Semrau, opisując Schwedenschanze jako dwa równolegle leżące okopy, w pobliżu których znajdowano dawniej starożytne lance, szable i podkowy. Interesujący nas obiekt ma jednak z wojnami szwedzkimi mało wspólnego. Jest o wiele starszy i pochodzi z czasów przedkrzyżackich. W roku 2008 historycy - dr Seweryn Szczepański i dr Robert Klimek określili zabytek jako wały podłużne zbudowane przez Prusów. Zanim wyjaśnię, czym jest wał podłużny, przypomnę w skrócie, kim byli Prusowie. Prusowie to ludy bałtyckie zamieszkujące w średniowieczu tereny między Pomorzem, Mazowszem, Litwą i Bałtykiem oraz teren Obwodu Kaliningradzkiego. Nie tworzyli państwa. Piotr Podlcwski 33 tylko pozostali na etapie związków plemiennych. Czcili siły natury, a najwyższą władzą był wiec. Prusowie byli przede wszystkim rolnikami. Uprawiali rolę, zbierali grzyby, zioła, jagody, orzechy, hodowali konie, krowy, owce, świnie. Trudnili się także rybołówstwem. Handlowali z Germanami, Polakami, Czechami, Arabami. Ich terytoria w XIII i XIV wieku zostały podbite przez Zakon Krzyżacki, który na ich ziemiach stworzył własne państwo. Kultura Prusów, ich język i wierzenia nie przetrwały. Pozostały jedynie relikty grodzisk (Kałwa, Nowa Wieś, Stary Dzierzgoń) oraz liczne wały podłużne, takie jak te pod Prze-zmarkiem. Opisywane wały wraz z jeziorami, bagnami, rzekami, i innymi przeszkodami terenowymi stanowiły jednolity system umocnień. Wznoszone były na granicach włości lub w miejscach przebiegu szlaków drogowych. Lokalizacja umocnień była ściśle zależna od warunków topograficznych. Usypywano je z ziemi na wysokość kilku metrów. Długość dochodziła nawet do kilkuset. Na szczycie wału budowano niekiedy drewniany chodnik i palisadę. Przed czołem wału znajdowała się fosa lub zasieki. Interesujące nas wały podłużne pod Przezmarkiem można znaleźć w lesie, niedaleko dawnej leśniczówki Danielówka. W lesie, na całej przestrzeni pomiędzy wspomnianymi wyżej jeziorami, ciągnie się od wschodu na zachód pierwszy, najdłuższy wał, mający długość ponad 800 metrów. Jest on dość dobrze zachowany. Jego wysokość dochodzi dziś do 1,5 m., a szerokość do ok 6 m. Czytelna jest także fosa. Wał przecina nieznacznie w części wschodniej droga leśna. Kolejny, krótszy o połowę wał położony jest równolegle ok. 80 m na południe od pierwszego obiektu i jest również dobrze zarysowany w terenie oraz posiada identyczną konstrukcję. Poniżej można zauważyć fragmenty dwóch lub trzech analogicznych fortyfikacji. Cały ten system umocnień związany był prawdopodobnie z funkcjonującym w czasach Prusów grodem obronnym, który znajdował się na półwyspie, w północnej części jeziora Motława Wielka. W miejscu grodu Krzyżacy wznieśli, istniejący częściowo do dziś, zamek w Przezmarku. Gród mógł stanowić północny kraniec systemu obronnego. Ciągnące się na południe jezioro Motława Wielka i jego rozlewiska stanowiły naturalną strefę obronną, która łączyła się z jeziorami Witoszewskim i Gemben. Pomiędzy nimi Prusowie zbudowali wały podłużne zabezpieczające dojście od południa. Na samym początku zapewne pojawiło się pytanie, skąd te szable, lance i podkowy wymienione przez Arthura Semrau? Możliwe, że wały były wykorzystywane w późniejszych latach podczas oblężeń zamku w Przezmarku. Wiadomo, że w niedzielę 20 lipca 1410 roku armia polsko - litewska rozbiła obóz nad jeziorem w pobliżu zamku. Do tego obozu przybyła delegacja krzyżacka, która oddała pokornie warownię Jagielle. Zamek był oblegany i spalony w 1414 roku przez wojska polskie, później, podczas wojny 13-letniej (1454-1466), zajęty przez wojska miasta Elbląga, a następnie znowu przez Zakon. Podczas „potopu” pełnił funkcje kwatermistrzowskie. Niestety, dziś nie jesteśmy w stanie ustalić, z jakiego okresu pochodziła owa broń. Nie wiadomo, gdzie ona się znajduje, a bez badań bronioznawców można snuć jedynie domysły. Najwięcej wałów podłużnych znajduje się na terenie Warmii i Mazur. Wały tutaj przedstawione są najdalej na zachód wysuniętymi zabytkami tego typu i jedynymi przykładami wałów podłużnych w powiecie sztumskim. 34 Niekomercyjny przewodnik po ziemi sztumskie) STAROŻYTNY KAMIENNY KRĄG Dokładne ustalenie lokalizacji nieistniejącego już dziś starożytnego kamiennego kręgu w lesie sztumskim zajęło mi ostatnie trzy lata. W tym czasie odbyliśmy wiele rozmów z pracownikami leśnymi, ludźmi zajmującymi się kulturą Indian, którzy w latach 80-tych obozowali cyklicznie przy leśniczówce Wilki, a także z żoną śp. Andrzeja Zakrzeńskiego, leśniczego, który od lat 50-tych XX w. zarządzał tą częścią lasów i znał z opowieści autochtonów, którzy pamiętali jeszcze stojące tam głazy, dokładne miejsce lokalizacji kręgu. W literaturze wzmianka o tym miejscu widnieje w publikacji M. Jagodzińskiego ,Archeologiczne ślady osadnictwa między Wisłą a Pasłęką we wczesnym średniowieczu” (Instytut Archeologii i Etnologii PAN, 1997). Autor wspomina o miejscu zwanym „Hexentanzplatz”, starym miejscu kultu, na którym przed II wojną znajdował się kamienny krąg. Dodaje, że wzgórze znajduje się około 500 metrów NW od leśniczówki Wilki. W rejestrze, w Wojewódzkim Urzędzie Ochrony Zabytków w Gdańsku, figuruje jako cmentarzysko, miejsce kultu. Las ma jednak to do siebie, że bardzo się zmienia, więc przez ostatnie lata trudno było jednoznacznie wskazać konkretną lokalizację kręgu na wzgórzach przy leśniczówce. Miejsce zaginęło. Kamienny krąg z Wilków można z dużą dozą prawdopodobieństwa utożsamiać z Gotami, którzy przybyli na Pomorze ze Skandynawii około drugiej połowy I wieku n.e. W tym okresie nasilały się zmiany klimatyczne spowodowane postępującym ochładzaniem, co wpłynęło na nieurodzaj i głód. W poszukiwaniu nowych siedzib Goci pokonali Bałtyk i zasiedlili Pomorze Zachodnie, przekraczając Wisłę i osiedlając się również na terenie Powiśla. Z przybyłą ludnością pojawiły się nowe obyczaje duchowe. Przy cmentarzyskach pojawiły się kamienne kręgi ustawione z wielkich głazów narzutowych. Ich znaczenie do dziś nie jest w pełni wyjaśnione (miejsce kultu, zebrań, rytualne?). Wielkie cmentarzysko odkryto w Wielbarku (Malbork). Nazwa miejscowości dała początek nazwie całej kultury wielbarskiej - kultury archeologicznej rozwijającej się między I a V wiekiem n. e., na terenach obecnej północnej i wschodniej Polski oraz zachodniej Ukrainy. Goci wyruszyli później w dalszą wędrówkę, docierając aż do dzisiejszej Hiszpanii. Kolejne odłamy Wizygotów i Ostrogotów mają swój wkład w upadek Imperium Rzymskiego i rozpoczęcie nowego rozdziału Europy. Zrekonstruowane kamienne kręgi Gotów można podziwiać m.in. w Odrach i Węsiorach. Jak wyglądał krąg przy leśnictwie Wilki? Według opowieści leśniczego Zakrzeńskiego były to duże kamienie ustawione w okrąg, częściowo już wybrakowany. Na początku XX wieku zostały one, według opowieści lokalnych, wykorzystane jako podmurówki okolicznych zabudowań. W namierzeniu miejsca na nowo pomógł Sławomir Igor Michalik, który ponad 30 lat temu bywał niejednokrotnie, dzięki leśniczemu, w miejscu kręgu, obozując obok w wiosce indiańskiej Stowarzyszenia Żółwi. Krąg znajdował się na wzgórzu. Pani Zakrzeńska podpowiedziała także, w którą ścieżkę leśną należy skręcić oraz podała numerację okręgów leśnych. Dzięki zebranym informacjom udało się, po kilkunastu podejściach na przestrzeni 3 lat, ustalić lokalizację kręgu na Wilkach - w samym centrum wzniesień na NW od leśniczówki. Okrągłe wzgórze odsłoniło w miejscach rozrytych przez dziki warstwy niedużych kamieni. Po konsultacji ze znawcą tematu Tomaszem Wiktorzakiem, z którym nie tak dawno wspólnie szukaliśmy tego miejsca, stwierdziliśmy, że mogą to być kamienie wzmacniające kon- Piotr Podlcwski 35 strukcję dużych głazów, tzw. kamienie podkładkowe. Przemawia za tym fakt, iż występują one tylko w tym jednym miejscu na wzgórzu. Kamienny krąg znajdował się także na początku XX wieku koło Waplewa. Wymieniony jest w „Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich”, Tom XII (1880-1914). Miał już wtedy tylko 5 głazów. Znaleziono pod nim kamienną podstawę (!), ceramikę i dwa toporki. Po nim także nie ma już śladu. Jeżeli był krąg, to musiało być obok cmentarzysko, a może i inne kręgi jak np. w Odrach. Wiele osób utożsamia kręgi z miejscami mocy, dobrej energii ziemi. Johann Heinrich Dewitz w „Historiche Briefe. Eine Reise durch Preussen” z 1752 r., z pobytu w okolicy Uśnie wspomina o znalezionych niedawno w okolicy grobach pogańskich. Goci, w przeciwieństwie do innych ludów z tamtego okresu, nie palili zwłok. Ich pochówki były szkieletowe, a nad grobami wznoszono konstrukcje kamienne oznaczane kamiennymi stelami. Dziś już nie dowiemy się, co dokładnie widział Dewitz. Jedynie prace archeologiczne mogą więcej wnieść do opisywanego tematu. „GAJ BOHATERÓW” Z CZASÓW I WOJNY Podróżując z Dzierzgonia drogą 515 w kierunku wsi Stary Dzierzgoń mijamy miejscowość Stare Miasto. Przed wjazdem do wsi, po prawej stronie drogi, można zauważyć półkolistą, kamienną bramę usytuowaną wśród drzew. Warto zatrzymać się na chwilę, zostawić auto przed bramą i obejrzeć to, co jest za nią. A wyłania się nam tutaj bardzo ciekawa historia. Miejsce to dawnej nosiło nazwę „Gaj Bohaterów”. Po przekroczeniu bramy, idąc zachowaną aleją drzew, dochodzimy do pomnika poświęconego poległym w czasie I wojny światowej mieszkańcom parafii Stare Miasto i najbliższych okolic. Odsłonięcie pomnika miało miejsce prawdopodobnie 12 lipca 1925 roku, o czym świadczył napis „Altstadt, 12.7.25”, umieszczony niegdyś na murze bramy. Miejsce pamięci powstało z inicjatywy księcia Alexandra zu Dohna-Slobitten, którego rodzina od pokoleń obejmowała patro- 36 Niekomercyjny przewodnik po ziemi sztumskiej natem lokalny ewangelicki kościół w Starym Mieście. Na pomniku w „Gaju Bohaterów” umieszczono nazwiska poległych żołnierzy w trzech sąsiadujących rzędach. Dziś zachował się fragment jednej rozbitej tablicy wykonanej z marblitu. Doszukać się na niej można wizerunku żelaznego krzyża z wieńcem z lauru i dębu (odznaczenie wojskowe) oraz nazwiska Richard Emil zu Dohna Schlobitten * 8.10.1872 t 18.11.1918. Książę Richard Emil zu Dohna Schlobitten był ojcem Alexandra, inicjatora budowy pomnika. Zmarł 7 dni po zakończeniu I wojny w rodowym majątku w Słobitach. Za młodu ukończył Gimnazjum im. króla Wilhelma I oraz prawo na Uniwersytecie Albrechta w Królewcu. Studiował także w Reńskim Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma w Bonn. W 1891 roku został członkiem akademickiego Korpusu Borussia Bonn. Jego żoną była Matylda Maria księżna Solms-Ho-hensolms-Lich, z którą miał piątkę dzieci, w tym najstarszego Aleksandra, który przeżył swoje rodzeństwo i zmarł w 1997 roku. Richard był dziedzicem majątku Słobity, lordem Behlenhof i majorem pułku Gardes du Corps (pancerny pułk gwardii kawalerii w armii pruskiej, założony przez króla Fryderyka II w roku 1740). Syn Aleksander zu Dohna-Slobitten w następnych latach, mimo, że osobiście poznał Heinricha Himmlera i Hermanna Góringa, a nawet dołączył do SS jako kandydat, zaczął dystansować się od polityki nazistowskiej, głównie pod wpływem wuja Heinricha Grafa zu Dohna-Schlobitten, który przyłączył się do czynnego oporu przeciw Hitlerowi. Jako oficer rezerwy Wermachtu Alexander przeżył Stalingrad i w maju 1944 roku został wydalony z armii za nieposłuszeństwo i polityczną niewiarygodność. W styczniu 1945 roku zorganizował największy szlak uchodźców z Prus Wschodnich na zachód, ewakuując ludność z terenów swojego majątku przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Wspaniały pałac w Słobitach, rodowa siedziba Dohna-Slobitten, należący do ekstraklasy pałaców pruskich, został spalony przez radzieckich żołnierzy. „Gaj Bohaterów” jest dziś miejscem zapomnianym, pozostawionym swojemu losowi. Dawniej nad kamienną bramą umieszczony był kamienny wizerunek „Żelaznego Krzyża” - symbolu męstwa żołnierskiego. Po obu stronach bramy były inskrypcje: „Heilig sei dieser Ort”- „und Ehrfurcht schiitze ihn”- „Miejsce to jest uświęcone” - i „Strzeże go głęboki szacunek”. Po II wojnie światowej ludność napływowa niszczyła wszystko co germańskie. Liczne pomniki z czasów I wojny postrzegano jako hitlerowskie, nie wiedząc, że podczas I wojny, rozgrywającej się pomiędzy trzema zaborcami, walczyli i ginęli również Polacy, których nazwiska można dziś odczytać na ocalałych pomnikach poświęconych pamięci tutejszych żołnierzy. PS. Od 1953 roku, corocznie, ludzie, którzy uczestniczyli w 1945 roku w wielkiej ewakuacji ze Słobit i Prakwic, spotykają się, żeby porozmawiać o starej ojczyźnie, wymienić się wspomnieniami i utrzymać kontakt. W tych spotkaniach na terenie Niemiec uczestniczą już kolejne pokolenia. PROCESY O CZARY. LOKALIZACJA MIEJSCA Procesy o czary od zawsze budziły wielkie zainteresowanie. Powstała na ten temat masa filmów i książek od horrorów zacząwszy na romantycznych powieściach skończywszy. Dziś opowiemy historię, która wydarzyła się naprawdę i dotyczy ona Ziemi Sztumskiej. Piotr Podlewski 37 W 1868 roku dr Friedrich Wilhelm Schmitt opublikował w Toruniu książkę „Geschich-te des Stuhmer Kreises“. Umieścił w niej opisy procesów o czary, opierając się na dokumentach Dzierzgońskich Ksiąg Ławniczych z lat 1682-1693, które analizował w miejskim magistracie (procesy te zostały również przedstawione w „Kurzer Prozess im Archiv fur vaterl. Interessen” Juli heft 1843, s. 467-473). Dziś opiszemy jeden z nich i podejmiemy próbę lokalizacji miejsca opisanego w zeznaniach oskarżonej o czary kobiety. Dnia 13 czerwca 1686 kasztelan chełmiński Kazimierz Zawadzki przybył do sądu miejskiego w Dzierzgoniu z kobietą o imieniu Ewa, swoją poddaną z majątku w Waplewie. Według zeznań objawił się jej diabeł w czarnym stroju i nazwał ją „Kasia”. Ewa była już oskarżona o czary 16 lat wcześniej, kiedy to spalono w Poliksach karczmarzową, podejrzaną o czary. Karczmarzowa zmieniła jednak swoje zeznania i Ewa została uniewinniona. Kilka lat później zdarzyła się Ewie nowa sytuacja, o której sołtys doniósł panu na dwór. Donos ten rozgniewał szlachcica i rozzłoszczona Ewa zaczęła wygrażać sołtysowi. Traf chciał, że w tym samym roku zdechły sołtysowi trzy konie i wół, a jednego z jego koni rozszarpał wilk. Krótko po tym zdarzeniu żona sołtysa próbowała wypędzić z ogrodu maciorę Ewy, która wyrządziła jej liczne szkody. Maciora zawisła jednak na płocie. Wtedy po drugiej stronie płotu pojawiła się Ewa i zaczęła złorzeczyć sołtysowej i nagle od strony maciory poleciało coś, niby piasek, prosto w oczy sołtysowej. Od tej chwili oślepła i dostała strasznego łamania w kościach. Ślepota ustąpiła wprawdzie po pewnym czasie, ale łupanie w kościach już nie. Nawet lecząca ją kobieta w Mikołajkach i cudotwórca w Elblągu, do których o pomoc zwracało się wielu chorych, nie mogli jej uzdrowić. Ewie postawiono zarzuty, których się wyparła. Gdy została poddana torturom, przyznała się do wszystkiego. Poza wspomnianym już, odzianym w czerń diabłem, który nazywał się Bartel i był „dla ludzi”, miała jeszcze jednego, w szarym stroju, zwanego Jan, który męczył bydło. Diabła Bartla otrzymała rzekomo od niewiasty, której mąż siedem lat pasł świnie w korzeniach. Owe korzenie położyła pewnego wieczora na polecenie tej niewiasty pod poduszką, na której z samego rana pojawił się diabeł. Bartel prowadził ją czasem na miejsce czarownic. Była to okrągła góra w Starym Targu, na której zasłonięta welonem, tańczyła przy dźwięku skrzypiec i piła napój, podobny do wina. Potem następowała orgia, po której diabeł dawał jej pieniądze, które nazajutrz stawały się końskim łajnem. „Bydlęcy diabeł”, Jan, nie urządzał takich ceremonii jak „diabeł ludzki”, Bartel. 38 Niekomercyjny przewodnik po ziemi sztumskiej Przyszedł kiedyś pod postacią wędrowca do jej ogrodu, w szarmancki sposób zaoferował swą pomoc przy pieleniu, po czym współżył z nią. Ewa spłonęła na stosie, razem z czterema kobietami z Andrzejewa (wieś koło Waplewa), które zeznały, że na waplewskiej łące i wa-plewskiej górze tańczyły i piły ze skorup gęsich jaj razem ze swoimi diabłami. Procesów było oczywiście więcej, ale skupmy się teraz na miejscu, które Ewa opisała podczas tortur jako „okrągłe wzgórze w Starym Targu”. Nie obok, w okolicy, ale w samej wsi. Miejsce pojawia się w opisach zawartych w kwartalniku Arthura Semrau z 1930 roku jako Hexenberg (góra czarownic)), Hexentanzplatz (miejsce tańca czarownic) i Szubienica („Mitteilungen des Coppernicus-Yereins fur Wissenschaft und Kunst zu Thorn”, 1930, H. 38). Tak jeszcze przed 11 wojną nazywała wzgórze lokalna społeczność Starego Targu. Arthur Semrau, nawiązując do książki dra Schmitta, lokalizuje okrągłe wzgórze we wsi Stary Targ jako miejsce otoczone rzeką (Bache). Próbując dzisiaj odnaleźć to miejsce, analizując mapy topograficzne z lat 30. XX wieku oraz mapy obecne, nasuwa się tylko jedno rozwiązanie tematu . Rzeczka Bache, obecnie Młynówka Malborska, w samym Starym Targu opływa tylko jedno wzgórze, położone w zachodniej części wsi, przy wylocie w kierunku Sztumu. Jest ono już dość mocno zniwelowane przez prace rolnicze, ale cały czas ma zachowaną owalną formę, otoczoną z trzech stron przez kanał. Inne miejsca można wyeliminować ze względu na prosty bieg rzeki oraz brak znacznych wzniesień na terenie wsi. Z dużą pewnością można założyć, że o tym miejscu mówiła Ewa i opisali je dr E Schmitt i A. Semrau. Dodatkowo, nazwa Szubienica, może świadczyć o istnieniu na wzgórzu, w trudnym do ustalenia czasie, miejsca kaźni. To nie koniec ciekawostek. Wzgórze jest pozostałością grodziska obronnego z XII1-XIV wieku, występującego w wykazie chronionych obiektów dziedzictwa kulturowego z obszaru powiatu sztumskiego wpisanych do rejestru Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. A sam Kazimierz Zawadzki, który przywiózł Ewę do Dzierzgonia na sąd, pan na Waplewie, pisarz i polityk, przyjaciel króla Sobieskiego, pochowany został w krypcie kaplicy klasztoru reformatów, którego budynek pełni dziś funkcję Dzierzgońskiego Ośrodka Kultury. ŚREDNIOWIECZNY GRÓD OBRONNY JORDANKI - SZROPY W Szropach, koło kościoła, należy skręcić zgodnie z drogowskazem w kierunki wsi Bu-kowo. Po przejechaniu zaledwie kilometra, tuż przed tablicą informującą nas, że wjeżdżamy na teren wsi Jordanki, wprawne oko wypatrzy po prawej stronie drogi imponujące wzgórze wyrastające pośród pól. To pozostałość po wczesnośredniowiecznym grodzisku usytuowanym na zachodniej krawędzi cypla morenowego. Pierwotnie musiało dominować nad okolicą i było miejscem schronienia dla okolicznej ludności. Dziś jest dość mocno zniwelowane przez prace rolnicze. Na szczycie, w miejscu gdzie znajdował się majdan grodu jest teraz pole uprawne. Silnie wyeksponowany cypel grodu posiada bardzo wyraźną, wyodrębniającą się z otoczenia formę terenową. Od strony północnej, zachodniej i południowej zbocza stromo opadają w kierunku płaskiego terenu. Od strony wschodniej natomiast, w kierunku wysoczyzny, musiano zastosować całkowicie inne rozwiązanie obronne. Dziś, niestety, wschodnia część grodziska jest nieczytelna przez zmiany spowodowane pracami rolnymi, ale sugerując się analogicznymi zastosowaniami w innych grodziskach Piotr Podlewski 39 cyplowych można założyć, że wschodnią stronę odcięto od reszty terenu fosą i wałem. Tutaj też znajdowała się zapewne brama prowadząca na majdan grodu. Mimo zniszczeń wzgórze grodu nadal robi wrażenie, a i wspinaczka po jego zboczach do łatwych nie należy. Niewiele wiadomo o historii obiektu. Pełnił swoje funkcje od VII/VIII do XII wieku. W ostatnim etapie zamieszkiwali go zapewne Prusowie, ale we wcześniejszych wiekach Groiizisko w Jordankach. Fot. Internet Autor artykułu przed grodziskiem w Jordankach. Fot. M.M. 40 Niekomercyjny przewodnik po ziemi sztumskiej mógł być obiektem obronnym dla innych kultur. Data końca jego istnienia wiążę się ściśle z podbojem ziem pruskich przez Krzyżaków. W 1985 i 1995 roku przeprowadzono badania powierzchniowe prowadzone przez Antoniego Pawłowskiego (1985) oraz Marka Jagodzińskiego (1995). Znaleziono na jego terenie liczne ułamki naczyń ręcznie lepionych oraz częściowo i całkowicie obtaczanych. Należy pamiętać, że opisywane stanowisko podlega bezwzględnej ochronie z zakazem jakichkolwiek ingerencji w jego substancję. SZTUM - KOSZARY WOJSKOWE Z I WOJNY ŚWIATOWEJ Nie jest tajemnicą, że budynki, w których obecnie mieszczą się m.in. szpital. Medyk, Zespół Szkół im. Kasprowicza, policja, wchodziły w skład kompleksu koszarowego. Dziś kilka słów na ten temat. Koszary, których budowę rozpoczęto w 1913 roku, były siedzibą czterech kompanii III Batalionu 152 Królewskiego Pułku Piechoty imienia Zakonu Niemieckiego (Deutsch Ordens-Infanterie-Regiment Nr. 152). 17 października 1897 r. w Berlinie cesarz Wilhelm II nadał pułkowi sztandar, a 27 stycznia 1902 imię Zakonu Niemieckiego (Deutsch Ordens). Motto pułku brzmiało; „Wiemy, kim jesteśmy; zostajemy tym, czym byliśmy ” („Wir wissen, was wir sind; wir bleiben, was wir Waren”). Do Sztumu przerzucone zostały w trybie nagłym cztery kompanie z 18, 33, 41 i 146 pułków piechoty z I korpusu (Królewiec) oraz XX Korpusu (Olsztyn) armii cesarskiej i 1 października 1913 roku utworzyły III Batalion 152. Królewsko-Pruskiego Pułku Piechoty Zakonu Niemieckiego. Po przybyciu do Sztumu żołnierze batalionu powitani zostali na Rynku przez mieszkańców miasta, a mowę powitalną wygłosił burmistrz Schmidt. Żołnierzy zakwaterowano tymczasowo w drewnianych barakach. Ostatni stał jeszcze w latach 80-tych na wylocie ul. Nowowiejskiego, w miejscu, na którym obecnie stoi blok nr 31. Baraki w trakcie I wojny światowej wykorzystano jeszcze jako szpital połowy, a później zamieniono na mieszkania socjalne regularnie rozbierane wraz z rozwojem miasta. Budowę koszar rozpoczęto z inicjatywy starosty sztumskiego dr Waltera Auwersa, który chciał w ten sposób ożywić rolnicze sztumskie tereny. W chwili wybuchu I wojny 152 Pułk Piechoty im. Zakonu Niemieckiego wchodził w skład 74 Brygady 41 Dywizji XX Korpusu 8 Armii Cesarstwa Niemieckiego. Podczas I wojny światowej pułk m.in. brał udział w bitwach -23.08.1914 - 31.08.1914 pod Tannenbergiem, 5.09.1914 - 15.09.1914 - nad jeziorami mazurskimi, 9.10.1914 - 19.10.1914 - pod Warszawą, 21.12.1916-3.01.1917 - Ramnicu Sarat, 28.05.1917 - 28.06.1917 - Chemin des Dames, 1.07.1917 -4.11.1917 - Szampania, 12.11.1917 - 3.12.1917 - Flandria. Straty pułku w czasie I wojny światowej wyniosły 81 oficerów, 211 podoficerów i 2258 szeregowych żołnierzy. Pułk został zdemobilizowany 25 listopada 1918 r. Po klęsce Niemiec w I wojnie światowej, o przynależności państwowej Powiśla miał zdecydować plebiscyt. Nad jego prawidłowym przebiegiem i bezpieczeństwem w regionie miał czuwać kontyngent żołnierzy włoskich (przybyli do Sztumu w lutym 1920 roku). W październiku 1934 roku otwarto w koszarach Narodowo-Polityczny Ośrodek Wychowawczy (NPEA), przygotowujący młodzież do służby w strukturach elit partyjnych i wojskowych nazistowskiej III Rzeszy. Zajęcia odbywały się m. in. w dzisiejszym liceum i budynku rehabilitacji. Na jego parterze były długo po wojnie schrony przeciwlotnicze. Piotr Podlewski 41 Kto uczęszczał nie tak dawno do ogólniaka pamięta jeszcze swastyki przy wejściu na aulę oraz prawdziwy szkielet ludzki w sali biologicznej z pieczęcią III Rzeszy na podstawce... Swastyka widoczna jest także na posadzce przed windą w budynku rehabilitacji. Dzisiejsze kino „Powiśle” było pierwotnie halą sportową dla uczniów NPEA. W roku 1941 w koszarach zakwaterowano żołnierzy niemieckiej dywizji piechoty „Gre-if”, ich dalsze losy to walka na froncie wschodnim. W roku 1944 umieszczono szpital połowy (Feldlazarett 916). Jakie budynki wchodziły jeszcze w skład koszar? Praktycznie wszystkie od ronda Pod Dębami w kierunku stadionu. Willa komendanta NPEA to obecnie pierwszy od ronda dom (patrząc w stronę Malborka). Całość otaczał potężny mur, którego dolne części ciągną się jeszcze wzdłuż ul. Reja i Sienkiewicza. Aktualne wejście główne do policji znajduje się na tylnej fasadzie budynku koszarowego. Pierwotne wejścia główne znajdują się od strony placu szpitalnego. Tam także na murze za garażami znaleźć można tarcze strzelnicze z sylwetkami żołnierzy. Budynek dawnego pogotowia obok Daru Serca pełnił funkcję hali sportowej III Batalionu 152 Królewskiego Pułku Piechoty, a sala Starostwa Powiatowego to dawna świetlica i stołówka. W samym mieście, przy ulicy Chełmińskiej, stoi nadal budynek oficerski, a w miejscu Media Expert było dawniej kasyno. Żołnierze I// Batalionu 152 Królewskiego Pułku Piechoty imienia Zakonu Niemieckiego /srzed budynkiem koszar, fot. archiwum 42 Niekomercyjny przewodnik po ziemi sztumskiej Alicja Łukawska ŻUŁAWSKIE OPOWIEŚCI MAKABRESKI Z ŻUŁAW. JAK RODZI SIĘ MIT? Żuławy to kraina, która na pierwszy rzut oka może wydawać się nudna. Płasko, równo i zielono. Może nawet trochę nijako. Ale Żuławy, tak jak każdy inny region, mają także swoją topografię grozy, która jest niezwykle ciekawa. Spróbujmy się jej przyjrzeć! Wyobrażam to sobie tak: dawno, dawno temu, a przynajmniej przed rokiem 1945, kiedy to na Ziemiach Odzyskanych nastąpiła całkowita wymiana mieszkańców, na Żuławach opowiadano sobie niezwykłe historie o duchach, zjawach czy diabłach. Niestety, prawie wszystkie stare, przekazywane z ust do ust opowieści, którymi niegdyś straszono dzieci, gdzieś przepadły, bo odchodzący na zachód Niemcy zabrali je ze sobą. Pozostały wprawdzie po nich „poniemieckie” domy i gospodarstwa rolne, „poniemieckie” drzewa i cmentarze, „poniemieckie” drogi, rowy, mosty i przepusty, czyli cała kultura materialna. Jadwiga Carzyńska, Jot. A. Łukawska Rok 1945, czyli rok zerowy dla nowej, polskiej cywilizacji na Ziemiach Odzyskanych, to był taki czas, kiedy została tu właściwie tylko materia i ta materia nie mówiła już nic do naszych ludzi, nie opowiadała im swoich historii. Bo materia była poniemiecka, czyli dla nas obca, groźna i niebezpieczna. Była przeciwstawieniem tej domowej, polskiej swoj-skości, jaką ludzie przybyli na Żuławy pozostawili gdzieś tam z tyłu, za sobą. Przestrzeń, w którą weszli polscy osadnicy, była dla nich właściwie duchowo pusta, bo zabrakło w niej znaków i symboli. Zabrakło też opowieści... Nowi mieszkańcy nie wiedzieli nawet, kto kiedyś mieszkał w ich domu, a co dopiero mówić o lokalnych podaniach i legendach, czy historiach przekazywanych z ust do ust. Jednak natura nie znosi próżni. To samo chyba dotyczy przestrzeni. Nie sposób mieszkać w miejscach pozbawionych mitu, całkowicie wyzutych z opowieści. To jakieś nieludzkie! Jeśli nie ma tych opowieści i nie ma miejsc owianych niezwykłą sławą, należy je stworzyć. Te miejsca nie zawsze muszą być ważne w sensie historycznym, choć często związane są z jakimiś istotnymi wydarzeniami. Często też łączą się ze śmiercią, ruiną i przemijaniem. Takie toposy najbardziej chyba oddziałują na ludzką wyobraźnię. Jak tworzyła się nowa, powojenna mitologia na Żuławach? Jak na nowo powstawały tutejsze opowieści niezwykłe? Spróbujmy przyjrzeć się temu zjawisku. Alicja Łukawska DUCHY NA ZAMKU Jedna z pierwszych malborskich „urban legends” pojawiła się już latem 1945 roku. Wtedy to na mieście zaczęto powtarzać plotkę, że z podziemi zrujnowanej twierdzy wyszło na powierzchnię dwunastu niemieckich żołnierzy, którzy zostali zatrzymani przez polską Milicję Obywatelską. Byli brudni i zarośnięci, ubrani w podarte mundury. Przez parę miesięcy siedzieli podobno w zamkowych piwnicach, żywiąc się konserwami i innymi wojskowymi zapasami żywnościowymi, a kiedy już nie mieli już co jeść, poddali się Polakom. Historię tę przekazywano sobie z ust do ust. Ja sama słyszałam ją w różnych wersjach od paru osób, opowiadała mi ją m. in. moja ciotka Genowefa Burkowa, która w tam- 43 Gizela Warcholi, fot. A. Łukawska tym okresie, wraz z dwoma braćmi (Andrzejem i Józefem Kowalskimi) pracowała w komendzie MO w Malborku, należała więc do najlepiej poinformowanych ludzi w mieście. Ciotka mówiła, że sama nie widziała wprawdzie tych żołnierzy z Wehrmachtu na własne oczy, ale słyszała o tym zdarzeniu od swoich kolegów. Zdaje się, że historia o Niemcach, którzy od końca wojny przez pewien czas siedzieli w podziemiach i po pewnym czasie wyszli na powierzchnię w wolnej już Polsce, po zakończeniu II wojny światowej, jest swego rodzaju literackim motywem wędrownym. Takie same lub podobne opowieści można było bowiem usłyszeć w innych miejscowościach na Ziemiach Odzyskanych, choćby w Gdańsku czy Szczecinie. Kilkanaście lat temu przeprowadziłam śledztwo dziennikarskie związane ze zjawiskami paranormalnymi występującymi na zamku w Malborku. Rozmawiałam z aktualnymi i byłymi pracownikami Muzeum Zamkowego. Usłyszałam wówczas kilka ciekawych opowieści dotyczących okresu powojennego. Najstarszą z nich, bo dziejącą się w roku 1958, opowiedziała mi emerytowana urzędniczka Jadwiga Carzyńska, która na zamku w Malborku była zatrudniona przez czterdzieści lat. - W latach 50. w pomieszczeniach, gdzie dzisiaj mieści się administracja, urządzono noclegownię dla turystów na dwieście łóżek. A ja pracowałam wtedy w obsłudze ruchu turystycznego. Pewnej nocy siedziałam tam wieczorem, czekając na dużą wycieczkę, która zapowiedziała swoje przybycie. Noclegowania była wtedy zupełnie pusta, w ogóle w całym zamku, prócz mnie był wtedy tylko jeden strażnik, który pilnował bramy. Robiło się coraz później, a wycieczki wciąż nie było. Późnym wieczorem poszłam do swojego pokoju służbowego i położyłam się spać. Ten mój pokój znajdował na pierwszym piętrze, w północnym skrzydle budowli, niedaleko pomieszczeń, gdzie dawniej mieścił się krzyżacki szpital i kostnica. Kiedy się tam znalazłam, usłyszałam jakieś kroki. Zdziwiłam się, któż to mógł być? Wyglądam na korytarz, a tam pusto! Wróciłam do pokoju. Kiedy tylko zamknęłam drzwi za sobą, znowu usłyszałam tajemnicze kroki. Wzięłam wtedy do ręki ciężki pęk kluczy i pomyślałam, że jak złapię tego intruza, co mi tu hałasuje po nocy, to go chyba nimi zabiję! I nagle usłyszałam łoskot, jakby po schodach leciały jakieś garnki. Jezu! Zobaczyłam 44 Żuławskie opowieści COŚ, CO wyglądało jak błyszcząca, duża brytfanna, biała w środku, czarna zewnątrz i prędko zsuwało się w dół po tych drewnianych, kręconych schodach ze stopnia na stopień! Spadło na półpiętro i rozbiło się w drobny mak! Tych punkcików była cała masa, a błyszczały złotem jak gwiazdy! Patrzę, a one wszystkie nagle podnoszą się do góry i ustawiają tak jakoś symetrycznie. Potem usłyszałam tylko takie: „szuuuuuu”, i to coś poleciało dalej za schody. A ja z powrotem uciekłam do siebie. Usiadłam na łóżku, pomodliłam się, zmówiłam „Pod twoją obronę”, a potem położyłam się i spałam do rana. Nic mnie tam więcej nie straszyło, ale pamiętam to wydarzenie, jakby to było wczoraj - opowiadała mi pani Jadzia. Kręcone, drewniane schody, na których miało miejsce to zdarzenie, znajdują się mniej więcej nad główną bramą wejściową do zamku, w miejscu niedostępnym dla turystów. Są tam różne biura administracji i inne pomieszczenia, z których korzystają pracownicy muzeum. Z tą częścią zamku związane są jeszcze inne niesamowite historie. Teresa Krawczyk, właścicielka malborskiej galerii sztuki, wspomina, że kiedyś w tamtym skrzydle miała mieszkanie służbowe. Przeżyła tam prawdziwe chwile grozy. - Jestem pewna, że w tej części zamku coś straszy! Wróciłam raz zimą do domu i zaczęłam czesać włosy. Nagle zobaczyłam w lustrze, że z tyłu, za moimi plecami, otwierają się drzwi i do pokoju wchodzi jakiś mężczyzna. Był cały na czarno, w kapeluszu na głowie. Widziałam go tylko w lustrze. Szybko się odwróciłam, a tu nikogo, tylko drzwi do pokoju są otwarte... Szybko zawołałam strażników na pomoc. Wpadli z psami, aby wytropić intruza. Ale te psy zachowywały się jakoś dziwnie. Wielki owczarek niemiecki tylko piszczał i chował głowę między nogami, jakby się czegoś wystraszył. Innym razem, to było jakoś jesienią, po południu, zostałam w zamku sama na dyżurze. Chyba już robiło się ciemno... Alicja Łukawska 45 Szłam po wodę do toalety, żeby sobie zrobić herbatę. Przechodziłam obok tych schodów, gdzie pani Jadzia Carzyńska zobaczyła to zjawisko, kiedy usłyszałam, że z dołu, ze składzi-ka dochodzą jakieś odgłosy, jakby coś się przewracało, jakieś inne hałasy i głosy ludzkie. Poszłam sprawdzić, co się dzieje. A tam nie ma nikogo! Wracam na górę i znów to samo, wyraźnie słyszę, że tam się coś dzieje! Wzięłam wtedy nóż z sekretariatu i poszłam sprawdzić jeszcze raz. I znowu pusto! Nie mam pojęcia co to było. Ale ja to słyszałam naprawdę - wspominała pani Teresa. Spotkanie z duchem w innym skrzydle zamku przeżyła Gizela Warchhold, emerytowana specjalistka BHP, wieloletnia pracownica Muzeum Zamkowego. - Przyszłam kiedyś rano do pracy, zapaliłam światło w swoim biurze, bo to było zimą i nagle słyszę: „Gizela, uważaj! Gizela, uważaj! Będziesz miała dzisiaj ciężki dzień!”. O Boże, myślę sobie, przecież to głos pana Raczyniewskiego, nieżyjącego dyrektora muzeum. On był bardzo związany z zamkiem i pewnie wrócił, żeby mnie ostrzec przez poważnymi kłopotami, tak samo jak to często robił za życia. 1 to jego ostrzeżenie bardzo mi się wtedy przydało - twierdzi pani Gizela, która na dodatek opowiada mi jeszcze jedną historię z dreszczykiem. Według niej średniowieczne zamkowe cegły mogą być nasycone złą energią sprzed wielu, wielu lat. Bo jakże inaczej wytłumaczyć fakt, że zamkowi strażnicy boją się przechodzić nocą obok tzw. „złotej bramy”, czyli ozdobnego wejścia do zamkowego kościoła. Podobno jeden z nich przeżył tam koszmarną przygodę. Robił obchód zamku, kiedy jakaś niewidzialna postać napadła na niego i zaczęła dusić za gardło. Ledwie się wyrwał napastnikowi i uciekł. Dlaczego to miejsce ma złą sławę? Bo właśnie tam 18 listopada 1320 roku jakiś szaleniec zabił sztyletem wielkiego mistrza zakonu Wernera von Orseln. To jest prawdziwa zagadka: czy stare mury rzeczywiście pamiętają o starych zbrodniach i mogą o tym przypomnieć po latach?’ Zamkowi pracownicy opowiadali mi także o niesamowitych odczuciach, jakie mieli nocą na zamkowym dziedzińcu. Przechodząc tamtędy mieli wrażenie czegoś dziwnego, jakiejś tajemniczej obecności istot z zaświatów. A właśnie tam, na tym dziedzińcu, w styczniu 1945 roku zostali pochowani niemieccy żołnierze broniący twierdzy przed Armią Czerwoną. Pochowano ich dość płytko, w grobach głębokości najwyżej pół metra, bo ziemia była wtedy bardzo zmarznięta. W latach 1990. żołnierze ci zostali ekshumowani i przeniesieni na cmentarz wojskowy w Mławce. Jeden ze zbiorowych grobów znajdował się tuż obok pałacu wielkich mistrzów, w miejscu deptanym codziennie stopami turystów. Czyżby duchy tych żołnierzy zaglądają z zaświatów na zamek w Malborku i nie dają o sobie zapomnieć? Nie byłam jedyną osobą, która kilkanaście lat temu interesowała się niezwykłą aurą tego zamczyska. W tym samym czasie penetrowali je znani polscy badacze zjawisk paranormalnych. Znany radiesteta Leszek Matela w kaplicy świętej Anny (na zamku wysokim) szukał miejsca mocy i jednego z czakramów Ziemi. Profesor Jan Pająk, „naukowiec” z Nowej Zelandii, usiłował natomiast udowodnić, że pod zamkiem w Malborku znajduje się baza kosmitów, którzy gdzieś tam w podziemiach chowają swoje niezidentyfikowane pojazdy latające. Na ślad UFO naprowadziła profesora niewielka rzeźba diabełka, która umieszczona Łukawska Alicja, „Co straszy w Malborku”, www.4wymiar.pl > duchy-zjawy-widma > 313-co-straszy-w-malborku 46 Żuławskie opowieści jest na ścianie w korytarzu prowadzącym do wieży zwanej „Gdanisko”, gdzie niegdyś mieściła się ubikacja dia rycerzy krzyżackich. Diabeł ten przypomina Pająkowi kosmitów z od-^^g^^j galaktyki. Prócz tego, kilkanaście lat temu ten sam „naukowiec” ostrzegał Polaków przed odbudowywaniem figury Matki Boskiej, która stała niegdyś we wnęce we wschodniej ścianie zamkowego kościoła. Podobno z tą figurą związana jest niemiecka legenda, że kiedy krzyżacka Madonna wróci na zamek, to Malbork odpadnie od Polski i stanie się znów niemiecki. No i co teraz? Figura Madonny znowu stoi we wschodniej ścianie kościoła. Strach się bać, co to będzie! DUCHY W PONIEMIECKICH DOMACH Malborska topografia grozy wykracza daleko poza zamek. W grę wchodzą przecież także tutejsze poniemieckie domy i kamienice. Jednym z miejsc, o których w mieście mówi się, że „tam straszy”, jest Szpital Jerozolimski, czyli leżący nieco na uboczu średniowieczny budynek z cegły przy ulicy Armii Krajowej, zwany także „Betlejem”. W dawnych czasach mieścił się tam szpital i przytułek dla ubogich, a obok cmentarz dla pacjentów i podopiecznych, którzy nie przeżyli kuracji i zmarli. Później urządzono tam cmentarz ewangelicki. Po II wojnie światowej w tym budynku urządzono mieszkania komunalne. Żyło tam wtedy kilka rodzin. Przebywanie tam było dla nich wręcz cierpieniem. - W „Betlejem” naprawdę było coś dziwnego. Jak siedziałam nieraz sama w domu wieczorem, to czułam, że obok jest ktoś niewidzialny. Miałam wrażenie, że ten ktoś spaceruje po całym domu. Czasem drzwi i okna same się otwierały, słychać było jakieś dziwne odgłosy, jakby płacz dziecka i jakby ktoś chodził po schodach. Jak otwierałam drzwi od mieszkania i wyglądałam na zewnątrz, to nikogo nie było. Bardzo się wtedy bałam. Mieszkałam tam od dziecka aż do czasów tego generalnego remontu. Wtedy dostaliśmy mieszkania komunalne w centrum miasta i z ulgą wyprowadziłam się stamtąd. Byłam naprawdę szczęśliwa, że opuściłam ten przeklęty, ponury dom! Za komuny to nawet był strach, by komuś powiedzieć, co my tam przeżywaliśmy. Jak kiedyś wspomniałam w administracji o duchach w naszym mieszkaniu, to kazali mi iść do psychiatry! Nikt nie traktował tego poważnie. A my przecież z tymi duchami musieliśmy mieszkać na co dzień - opowiadała mi dawna mieszkanka „Betlejem”, chcąca zachować anonimowość. Kilkanaście lat temu władze miasta przeprowadziły generalny remont budynku i ulokowały tam miejską placówkę kultury. Tuż przed uroczystym otwarciem zaproszono urzędników, dziennikarzy i fotoreporterów prasy lokalnej. I wtedy zdarzyło się coś dziwnego. Na kilku zdjęciach robionych w piwnicach tego domu pojawiło się coś w rodzaju kłębiącej się białej mgły. Nie było to spowodowane żadnymi usterkami technicznymi. Ot, po prostu, pojawiło się tam coś, czego nie było widać w rzeczywistości, a co uwiecznił elektroniczny sprzęt fotograficzny. Jedno z takich niezwykłych zdjęć wykonał historyk Tomasz Agejczyk, który pracował wtedy w Urzędzie Miasta w Malborku.^ Niewielka kamienica przy ulicy Obrońców Westerplatte w Malborku dała się poznać jako „dom z poltergeistem”, czyli duchem stukającym. Wiosną 1998 roku w mieszkaniu Demianowicz Anita, „Zamek duchów - miasto strachów”, „Poznaj Świat” 2016/2 https://www.poznaj-swiat.pl > artyku-l,Zamck_duchow_-_miasto_strachow_-_Anita_D... Alicja Łukawska 47 Heleny Bierniukiewicz ni z tego, ni z owego rozległo się tajemnicze stukanie i nieoczekiwanie same z siebie zaczęły latać po mieszkaniu przedmioty wyposażenia. Po kuchni fruwał czajnik, podkładka pod garnek, solniczka i cukierniczka. Otworzyły się drzwi od lodówki i coś z niej wyleciało. W pokoju otworzyła się wersalka i wypuściła ze swych trzewi schowaną tam pościel. Te zjawiska powtarzały się kilkakrotnie, budząc grozę właścicielki mieszkania. Pani Helena była naprawdę przerażona! Była w strachu zwłaszcza wtedy, kiedy poczuła na plecach dotyk niewidzialnej ręki i jakieś niewidoczne szmaty okręcające się wokół jej szyi. Nie wiedziała, gdzie szukać ratunku. Najpierw wezwała do domu policję, ale ta nic nie pomogła. Potem zaprosiła księdza z parafii pw. Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, by poświęcił mieszkanie i wypędził złe moce. Niestety, nic się nie zmieniło! Zjawiska nadal się powtarzały. Starała się więc dociec, co je wywołuje. W końcu doszła do wniosku, że ataki niewidzialnej mocy pojawiają się tylko wtedy, kiedy w mieszkaniu przebywa jej 13-letnia wnuczka Weronika, zamieszkała na stałe w Nowym Dworze Gdańskim. Sprawa zrobiła się głośna. O „poltergeiście z Malborka” pisała wtedy prasa lokalna i krajowa. Dziennikarze robili wywiady z babcią i wnuczką. Weronice przypisano wkrótce niesamowite zdolności i okrzyknięto „polską Carrie” (aluzja do bohaterki powieści grozy „Carrie” Stephena Kinga, która miała zdolności psychokinezy, czyli przesuwania przedmiotów za pomocą myśli). 48 Żuławskie opowieści Odwiedziłam panią Helenę w jej mieszkaniu latem 1998 roku, zbierając materiał do reportażu prasowego o tym przypadku, bo poltergeisty w Polsce to naprawdę rzadkie zjawisko. Jest zaledwie kilka takich udokumentowanych przypadków. Starsza pani była bardzo zaniepokojona tym, co ją spotkało. Odwiedziłam również jej wnuczkę Weronikę, która mieszkała wtedy ze starszym bratem w Nowym Dworze Gdańskim. Dziewczynka opowiadała, że również w tym mieszkaniu miały miejsce jakieś dziwne rzeczy. Podobno wszystko uspokoiło się dopiero po pewnym czasie, kiedy Weronika podrosła. Jednak fama domu z duchami trwała dalej. Innym domem, o którym opowiada się w Malborku różne złowieszcze historie, jest ogromna, narożna kamienica u zbiegu ulic Grunwaldzkiej i 17-go Marca. Jest w tym budynku coś dziwnego, jakaś tajemnicza, odpychająca energia, którą można wyczuć Jan Burchardt z Miłoradza, właściciel Dawnej Wozowni, Jot. A. Łukawska nawet w biały dzień przy pięknej, słonecznej pogo- dzie. Są osoby, które boją się tam wejść, mimo, że niewiele wiedzą o przeszłości tego bu- dynku. Po prostu nie mogą przekroczyć progu tego budynku, jakby jakiś niewidzialny strażnik zatrzymywał je na progu. Mieszkańcy tej ulicy mówili mi o tym, że jakoby straszą tam zjawy kobiet i dziewcząt zgwałconych i pomordowanych przez sowieckich „wyzwolicieli” w 1945 roku. Zaraz po wojnie niedaleko tego domu mieściły się radzieckie koszary. z których sołdaci wypuszczali się na miasto i polowali na przechodzące kobiety. Skutki tych żołnierskich hulanek były okrutne. Niektóre z kobiet zostały bowiem nie tylko zgwałcone. ale także zamordowane w tamtym domu. Być może ich dusze być może nie dają o sobie zapomnieć do tej pory? MAPA GROZY NA ŻUŁAWACH Niezwykle interesujące historie o duchach usłyszałam od mieszkańców Miłoradza na Żuławach. Jest to miejscowość wyjątkowa na tych terenach, bowiem tam nie została przerwana nić historii i tradycji łączącej „to, co przed wojną” z „tym, co po wojnie”. Stało się tak dlatego, że po 1945 roku powróciło tam kilku autochtonów, którzy mieszkali tam wcześniej. Dzięki temu przechowały się m. in. lokalne opowieści o ostatnim niemieckim właścicielu ziemskim z Mielenz (dawna nazwa Miłoradza), który nazywał się Bielefeld i mieszkał w „pałacu”. Był stary, bardzo bogaty, zawsze chodził w towarzystwie dwóch psów i nosił przy uchu trąbkę, do której trzeba było mówić, bo był trochę głuchy i nie dosłyszał. - Bielefeld był tak zamożny, że specjalnie do jego gospodarstwa pociągnięto linię kolejki wąskotorowej, ciuchcia podjeżdżała i zabierała od niego płody rolne. Pracowało u niego wielu ludzi z okolicy, a także Polaków zza Wisły, którzy przyjeżdżali tu za chlebem. Bielefeld wybudował dla nich służbowe domki, gdzie mieszkali. Jeden z autochtonów ze wsi Alicja Łukawska 49 pracował tam jako młody chłopak, a po wojnie, kiedy majątek został znacjonalizowany i zrobiono tak PGR, nadal tam był zatrudniony. Pewnego wieczoru popił sobie z innymi robotnikami i położył się spać. Po pewnym czasie poczuł, że ktoś go szarpie i budzi. Usłyszał jak ktoś mówi: „nie śpij, idź do domu, bo już późno” i zobaczył starego Bielefelda takiego, jakiego zapamiętał z czasów młodości. Towarzyszyły mu dwa psy, a w ręku miał trąbkę do słuchania! Mężczyzna zerwał się wystraszony i czym prędzej popędził do domu Poza tym, dawni mieszkańcy mówili mi również o zjawie białego konia, która w mgliste noce pojawia się na łąkach w okolicy - opowiedziała mi Sylwia Kaszuba, nauczycielka angielskiego i pasjonatka historii z Miłoradza, która z kolei usłyszała tę historię od dawnej mieszkanki wsi. Stara, jeszcze niemiecka tradycja tych ziem przetrwała w Dawnej Wozowni w Miłoradzu, w gospodarstwie Katarzyny i Jana Burchardtów, gdzie mieści się też lokalna izba pamięci związana z pobytem w tym miejscu jeńców brytyjskich ze Stalagu XXB. Podobno czasami pojawia się tam zjawa jakiegoś poważnego mężczyzny w płaszczu i kapeluszu, z teczką w ręku. - Nas to zjawisko nie przestrasza, podchodzimy do tego normalnie. Żartujemy sobie nawet, że to pewnie duch jakiegoś urzędnika bankowego, który przychodzi upomnieć się o swoje. Bo to gospodarstwo nigdy nie zostało spłacone. Z tego, co wiem, było tutaj kilku właścicieli, gospodarstwo przechodziło z rąk do rąk, ale dług na hipotece stale wisiał. 50 Żuławskie opowieści Sprawdzałem to z ojcem w starych papierach, które znajdują się w Archiwum Państwowym w Malborku. Tak sobie myślę, czy nie napisać do tego niemieckiego banku, który pod koniec XIX wieku udzielił tej pożyczki i wyjaśnić tę sprawę do końca. Wiem, że II wojna światowa zmieniła stosunki własnościowe na tych terenach, ale jestem ciekawy, co ten bank mi odpisze - zastanawia się Jan Burchardt, który wprawdzie sam tego ducha nie widział na własne oczy, ale jego ciemna postać mignęła kiedyś jego żonie Katarzynie w starym ogrodzie przy domu. Z kolei Marianna Burchardt, matka pana Jana, widziała kiedyś zjawę małej dziewczynki, która spacerowała po belce w stodole. Podobno prosiła o modlitwę za swą duszę. Pani Burchardt pomodliła się wtedy i zjawa znikła. Poza tym, na łąkach w okolicy w mgliste noce pojawia się także widmo białego konia. Wioską, w której autochtoni również przekazali pewne informacje z przeszłości tej miejscowości przybyłym na te tereny osadnikom, są Lichnowy na Żuławach. W sieci krąży upiorna historia na temat nawiedzonego przedszkola w tej miejscowości. Wcześniej był to dom ewangelickiego pastora i podobno ten właśnie pastor wraca tam czasami z zaświatów. W styczniu 1945 roku ostatni pastor w Lichnowach, a raczej jeszcze w Gross Lichtenau (jak dawniej nazywała się ta wioska) nazwiskiem Gallów przyjechał z wojska na urlop do domu, gdzie mieszkał wraz z żoną, teściową i czwórką małych dzieci. W tym czasie trwały działania wojenne i zbliżał się front radziecki. Duchowny przywiózł ze sobą truciznę i postanowił otruć całą rodzinę. Na wieść o tym teściowa pastora uciekła z mieszkania i schroniła się u sąsiadów. Gallów najpierw otruł psa, potem żonę i dzieci, a na końcu siebie. Rankiem przyjechali po niego niemieccy wojskowi, ale w domu były już tylko zimne trupy. Przybyli Niemcy kazali mieszkańcom wsi pochować zwłoki rodziny pastora w kącie cmentarza katolickiego. Nie urządzano im normalnego pogrzebu, tylko wykopano płytkie jamy, bo w tym czasie panowały na Żuławach srogie mrozy, ziemia była bardzo zmarznięta i nie można było kopać głęboko. Powiadano, że duch pastora Gallowa przez długie lata po wojnie pojawiał się w tamtym budynku, obchodził wszystkie pomieszczenia, zapalał i gasił światło elektryczne, po czym znikał.’ W wiosce Cisy pod Malborkiem głośno było kiedyś o tym, że tuż przy drodze numer 22 zaczęto tam stawiać dom na cmentarzu. Z tego powodu miało tam jakoby coś straszyć, a na właścicieli domu spadła podobno jakaś klątwa, która przez długi czas uniemożliwiała im dokończenie budowy. Dom przez ładny kawał czasu był stale „w budowie”, potem wielokrotnie zmieniali się jego właściciele, a także przeznaczenie. Przez długi czas wisiała tam tablica z napisem „na sprzedaż”. Robiłam tam badania terenowe wiosną 2003 roku. - Chce pani kupić ten dom? Nie boi się pani? - zapytał mnie mężczyzna, który wyszedł z pobliskiego zajazdu. - A czego mam się bać? - No, u nas we wsi mówią, że tam straszy. Bo tam kiedyś był cmentarz niemiecki. Podobno wszystkie ciała już dawno ekshumowali, ale czy to wiadomo na pewno? Informacja o dawnym cmentarzu potwierdziła się w gminie wiejskiej Malbork. - Ale to było dawno. Działka, na której stoi ten dom, została sprzedana w latach 1980. Wtedy zostało też wydane pozwolenie na budowę — powiedziała mi Danuta Zalewska, ówczesny wójt gminy wiejskiej Malbork. ’ „Lichnowy kościół ewangelicki (nieistniejący)” (wątek na forum „Marienburg”), www.marienburg.pl > vicwtopic Alicja Łukawska 51 - Tam na pewno był cmentarz menonicki. Pamiętam, że kiedy była sprzedawana ta działka, to mówiłem nabywcy, żeby pozostawił na miejscu kamienie nagrobne, ale on je sprzątnął. Później działka dwukrotnie zmieniała nabywcę. Ostatni doprowadził budowę do stanu surowego, a później wstrzymał prace. Podobno planował zrobić tam pensjonat. Jednak coś zahamowało budowę. Czyżby zadziałała tutaj jakaś klątwa menonitów? - przypomniał sobie były pracownik biura wojewódzkiego konserwatora zabytków w Elblągu. Dzisiaj, po latach, budowa jest już skończona. Ale czy nie odzywają się tam jakieś menonickie duchy? Zaraz po wojnie, pod koniec lat 1940., kiedy to stare poniemieckie siedliska na Żuławach zasiedlane były przez polskich osadników, zdarzało się, że nowi mieszkańcy szukając różnych skarbów, wykopywali w ogródku koło domu ludzkie szczątki, albo znajdowali ukrytą na strychu nieużywaną jeszcze trumnę czekającą na pogrzeb, który nie nastąpił. Takie właśnie przeżycia spotkały członków mojej rodziny w Markusach, gdzie osiedlili się wiosną 1947 roku. Nasza rodzinna „topografia grozy” związana jest właśnie z Markusami i ich okolicami. Wychowywałam się z opowieściami mojej mamy o domu w Wiśniewie, w którym umarła moja babcia Marta Kowalska. W nocy po pogrzebie zjawa babci odwiedziła podobno ten budynek, otwierając wszystkie drzwi po kolei, przeszła się po pokojach i wyszła na zewnątrz. Z kolei w domu moich drugich dziadków, również w Wiśniewie, jakiś złośliwy 52 Żuławskie opowieści duch hałasował niekiedy w sieni. Najczęściej objawiało się to tak, że przewracał stojące tam rowery albo puste wiadra, czyniąc wiele hałasu. Mimo to nikt nie bał się tego zjawiska. Dziadkowie byli do niego przyzwyczajeni. Słysząc po raz kolejny łomot w sieni, wspominali tylko, że znowu przyszedł do nich gość z zaświatów. Uważali, że jest to coś zupełnie normalnego. Żyli z tym nieznajomym duchem jak z członkiem własnej rodziny. W latach 60. i 70. ubiegłego wieku spędzałam z mamą wakacje w Markusach u wujostwa Geni i Stefana Burków, którzy mieli tam gospodarstwo rolne. Słyszałam wówczas niesamowite historie związane z tamtejszym cmentarzem menonickim. To znaczy wtedy mówiło się na niego „cmentarz poniemiecki”, bo o menonitach nikt za komuny nie słyszał. Nekropolia znajdowała się na uboczu, wśród pól, przy polnej drodze, gdzie było tylko kilka gospodarstw rolnych. Z jednej strony cmentarza mieszkała rodzina Przygodów, a z drugiej Burków. Będąc u nich w gościnie próbowałam penetrować ten cmentarz, choć był on straszliwie zarośnięty wysokimi chaszczami i rozmaitymi chwastami. W roślinnym gąszczu błyskały pięknie polerowane wysokie stele i kamienie nagrobne z tajemniczymi napisami po niemiecku, których nikt nie umiał przeczytać. Niektórzy sąsiedzi wypasali na tym cmentarzu bydło czy owce. Pamiętam pasące się na jego skraju małe, czarno-białe cie-laczki uwiązane na łańcuchu i różowe prosiaczki brykające wesoło pomiędzy grobami. Na cmentarz chodziłam przeważnie z kuzynką Krysią Burkówną, która opowiadała mi o tym, jak to pewnego razu jej koleżanka bawiła się na grobie lalkami i nagle ziemia się pod nią rozstąpiła. Dziewczynka wpadła do podziemia pełnego trumien, z których natychmiast powyłaziły kościotrupy, które ją zaatakowały. Na szczęście ktoś usłyszał wołanie o pomoc i wyciągnął małą z grobu. Nigdy więcej nie bawiła się w tym miejscu! Na tym właśnie cmentarzu Krysia uświadomiła mnie również, że nie należy samotnie chodzić drogą o zmroku, bo może mnie porwać czarna Wołga, czyli samochód, którym jeżdżą wampiry. One porywają dzieci, wysysają z nich krew, a zużyte ciała podrzucają pod drzwiami szpitali w dużych miastach. Kiedyś, zbierając w sierpniu jeżyny rosnące na rowach, zapędziłyśmy się z Krysią dość daleko od domu. Szłyśmy sobie asfaltową szosą, już się trochę ściemniało, kiedy nagle zobaczyłyśmy z daleka zbliżające się światła jakiegoś auta. - Szybko do rowu! Czarna wołga po nas jedzie! - krzyknęła nagle moja kuzynka. Niewiele myśląc, obie z Krysią ze strachu skoczyłyśmy w krzaki jeżyn porastające suchy w tym miejscu rów i schowałyśmy się w nich po głowę. Tak bardzo bałyśmy się mitycznej czarnej Wołgi! Przecież mogła jeździć także po Żuławach i nas porwać! Słyszałam też, jak dorośli opowiadali sobie o tajemniczych światłach, które pojawiały się nocami w okolicy tego cmentarza. Takie światła budziły grozę, choć nie były to żadne duchy, tylko szabrownicy i złodzieje. W tamtych czasach właściciele zakładów kamieniarskich z centralnej Polski przeszukiwali poniemieckie cmentarze na Ziemiach Odzyskanych, pozyskując w ten sposób za darmo surowiec do produkcji nagrobków. Było to surowo zakazane. Za taką działalność groziła wtedy kara więzienia, więc przeważnie kamieniarze jeździli po cmentarzach nocą, rabując to, co sobie upatrzyli już wcześniej, za dnia. Ciotka Burkowa była strasznie oburzona na tych szabrowników. Pomstowała na pazernych prywaciarzy, którzy chcieli się dorobić na cudzej krzywdzie i profanacji miejsc uważanych za sacrum. Jako wierząca katoliczka nie chciała, by ktoś bezcześcił jakieś groby, nawet niemieckie. Obecnie Alicja Łukawska 53 cmentarz w Markusach wygląda zupełnie inaczej niż w czasach PRL-u. Niedawno został uporządkowany, choć śladu już nie ma po tych kosztownych nagrobkach i stelach. Pozostały tylko te najgorsze, najbiedniejsze, których nikt nie ukradł. Od dziecka słyszałam także upiorną historię związaną z opuszczonym budynkiem stojącym na wale nad rzeką Tyną, gdzie po wojnie osiedliła się rodzina Stawskich z Ziemi Dobrzyńskiej. Dom ten, który wcześniej należał do niemieckiej rodziny Mindnerów, a po wojnie okazał się nawiedzony przez duchy. - Stawscy nie pomieszkali tam długo, bo w tym domu coś zaczęło straszyć i przez to nie wytrzymali tam. Za Niemców to był normalny, spokojny dom. Nie działo się tam nic dziwnego, żadnych duchów tam nie było. Wiem to dobrze, bo przecież moja siostra Genia była tam przez kilka lat na robotach przymusowych. Ale potem, po wojnie, objawiały się tam różne zjawiska paranormalne. Drzwi i okna same się otwierały i zamykały, w całym domu coś trzaskało i stukało, a przed drzwiami siedział tajemniczy, wielki czarny pies, który nagle pojawiał się i znikał. Nie wiadomo, czy to był żywy pies, czy jakiś demon z piekła rodem. Ci osadnicy uciekli stamtąd po roku, bo się bali tego wszystkiego. Oni byli potem naszymi sąsiadami. Słyszałam o tych zjawiskach z pierwszej ręki, bo opowiadała mi o tym teściowa Stawskiego, która tam mieszkała w 1945 roku. W tamtym domu nikt długo nie wytrzymał - wspomina moja mama Halina Łukawska. Innym miejscem w okolicy, które można zaliczyć do żuławskiej topografii grozy, jest kamienny most na Tynie w Różanach w gminie Gronowo Elbląskie. - Mój dziadek Józef Tkaczyk zaraz po wojnie zamieszkał niedaleko tego mostu, w trzecim domu w kolejności. Pewnej nocy syn dziadka, a mój wujek, wracał z zabawy w Grono- 54 Żuławskie opowieści wie. Był wtedy może troszkę podpity, ale nie całkiem pijany. Kiedy przechodził przez most, to nagle z balustrady skoczyło na niego coś niewidzialnego i zaczęło go dusić. Zaczął się szarpać. Ledwo się od tego czegoś uwolnił. Ale zamiast uciekać stamtąd, uważnie rozejrzał się dookoła. Patrzy, a tu nikogo nie widać! Na moście i na drodze zupełnie pusto. Doszedł do domu, wziął psa i razem z nim chciał sprawdzić, co to było. Jednak ten pies czegoś się bał. Jak doszli do mostu, to drżał cały, cofał się i nie chciał iść dalej. Może tam był jakiś diabeł czy demon wodny i czatował na tym moście na pijanych ludzi? - opowiadał mi pan Zbyszek, taksówkarz z Malborka, z którym jeździłam po Żuławach latem 2019 roku. Opowieści pełne grozy związane są też z takimi żuławskimi miejscowościami jak Steble-wo (klątwa pastorowej), Lisewo (powiadają, że coś straszy w drewnianej strażnicy stojącej na wale, są też historie o widmach samobójców na moście tczewskim przez Wisłę i o seryjnym mordercy polującym na dzieci), Kończewice (kilkanaście lat temu dziewczyna pochowała tam matkę w przydomowym ogródku) i Sztutowo (w nadmorskich miejscowościach letniskowych krążą historie o duchach więźniów pomordowanych w niemieckim obozie koncentracyjnym Stutthof), a także z miastem Elbląg (nawiedzone mają być podobno różne elbląskie budynki, m. in. jedna z restauracji, biblioteka miejska oraz siedziba Galerii El). Zjawiska paranormalne z Żuław weszły już nawet do literatury pięknej. Swój dom w Klęciu pod Malborkiem z duchem rzekomo zamieszkującym na poddaszu opisała Izabela Chojnacka-Skibicka w powieści „Zupa z pokrzyw, duch i tajemnica”. Podobnie potraktowała rzekomo nawiedzony dom swoich dziadków w Drewnicy Małgorzata Oliwia Sobczak, autorka powieści „Ona i dom, który tańczy”. A teraz kwestia powstawania mitu... O tych moich poszukiwaniach zjawisk paranormalnych kilkanaście lat temu napisałam kilka tekstów, które publikowałam w prasie lokalnej i krajowej. Teksty te zaczęły potem żyć w sieci własnym życiem. Spotykałam je potem wielokrotnie na stronach i forach dyskusyjnych poświęconych duchom prowadzonych w językach polskim, angielskim i rosyjskim. Nie wiem, być może przyczyniłam się tymi moimi artykułami do stworzenia kolejnej „urban legend”? Komentarze pod tekstami były różne, od słów uznania dla mnie po obelgi i podejrzenia, że piszą takie rzeczy zażywałam jakieś narkotyki lub piłam alkohol, albo że pijani byli moi rozmówcy. I tak właśnie rodzą się mity! Krystyna Błaszczyk-Ryszkowska, Janusz Ryszkowski 55 Krystyna Błaszczyk-Ryszkowska Janusz Ryszkowski NYLONKI Z NOWBCO JORKU Epizody z życia Stefana Kruka opowiedziała mi jego siostrzenica Anna Ośko podczas naszych dyżurów w Caritasie przy parafii św. Andrzeja Boboli w Sztumie. Akurat ktoś przyniósł rekłamówki z odzieżą dla potrzebujących, a my zaczęłyśmy wspominać trudne, bo powojenne, czasy, w których przyszło żyć naszym rodzicom. Dziś trafia do Caritasu to, co inni mają w nadmiarze, kiedyś ludzie dzielili się resztą, gdy sami niewiele posiadali. I tak po nitce dotarłyśmy do wuja pani Ani, żołnierza armii generała Andersa, który po zakończeniu działań wojennych osiadł w Nowym Jorku i bardzo pomagał rodzinie oraz znajomym w kraju. W rodzinnych archiwach są przechowywane listy, które słał z Ameryki. Są cenne dla najbliższych, to zrozumiałe, ale ich treść może zainteresować także kogoś więcej. Stefan Kruk - zdjęcie z okresu służby woj- c t 1 n X T skowej w okresie międzywojennym, j grudnia 1946 roku pisai do rodziny w Nowym ^^^ archiwum Stawie. „Są to pierwsze od wielu lat Święta Bożego Narodzenia, z okazji których mam możność przesłać Wam życzenia świąteczne. W zeszłym roku jakkolwiek możliwość taka już istniała, to ja nie miałem waszego adresu i nawet nie wiedziałem, czy przeżyliście tą straszną zawieruchę wojenną. [...] Tegoroczne święta będą tym dla nas weselsze, że wiemy wzajemnie o naszym losie. Do niniejszego listu załączam mój opłatek wraz z życzeniami na blankiecie angielskim, oraz 40 sztuk papierosów angielskich dla szwagra i Tadzia. Nie wiem, czy otrzymaliście już paczkę, którą dawno wysłałem. Jak to otrzymacie, proszę mi zaraz napisać, czy wszystko było w porządku zgodnie z załączonymi wykazami, czy te przedmioty dobrze pasowały i czy one wam się podobały.” 56 Nylonki z Nowego Jorku WSCHÓD, ZACHÓD I PÓŁNOC - Stryj Stefan, brat mojej mamy, Heleny z Kruków Bieniaszewskiej, urodził się 20 grudnia 1906 roku w Ignacewie koło Radomia -wspomina Anna Osko. - W 1923 roku rodzina wyjechała za Bug, do województwa poleskiego. Osiedli ws'ród rozległych lasów w Małych Ho-łobach. Kolonia została założona na początku XIX wieku. Mieszkali tam wyłącznie Polacy, rodziny Kucharskich, Kulików, Podlasińskich, Moczarskich i innych. Po 1920 roku napłynęli kolejni polscy osadnicy, wśród nich Krukowie. W połowie lat dwudziestych Stefan odbył zasadniczą służbę wojskową, kończąc ją w stopniu kaprala. Pracował w majątkach ziemskich, a w latach trzydziestych przeniósł się do Warszawy i wspólne ze znajomym prowadził sklep na Czer-niakowie. Wybuch wojny spowodował, że znalazł się ponownie na Kresach. Pod koniec września 1939 roku został aresztowany przez Sowietów i wywieziony na Sybir. Objęła go amnestia na mocy paktu Sikorski - Majski w 1941 oku. Po długiej tułaczce i przebytym tyfusie trafił w sze- W^ mundurze II Korpusu - Londyn (19d5), fit. archiwum regi tworzonej w ZSRR Armii Polskiej generała Władysława Andersa. Przeszedł z nią cały szlak bojowy zakończony we Włoszech. Tam, podczas walk o Monte Cassino, poznał pisarza Melchiora Wańkowicza (1892-1974), który był korespondentem wojennym. Owocem jego pracy stała się 3-tomową monografia „Bitwa pod Monte Cassino”. Złożył w niej hołd bohaterstwu żołnierzy generała Andersa i uwiecznił martyrologię Polaków na Wschodzie. Ich wojenna znajomość przetrwała długie lata. A jak potoczyły się losy rodziny Kruków w Małych Hołobach? - Dziadkowie mieli piękne gospodarstwo - opowiada Anna Ośko. - Wujek Stefan sprowadzał z Warszawy różne sadzonkowe nowości. Babcia była jedną z nielicznych tam osób, która miała wykształcenie, uczyła ukraińskie dzieci, a sąsiadom - Polakom i Ukraińcom - pomagała, m.in. pisząc urzędowe pisma. Uniknęli tragicznego losu wielu polskich mieszkańców wsi dlatego, że rodzina ukraińska zatrudniona w ich gospodarstwie w porę ostrzegła o grożącym niebezpieczeństwie. - Bolek, syn siostry mojej mamy, poszedł ostrzec rodzinę narzeczonej i zawiadomić o rychłym wyjeździe, ale już nie wrócił. Został zamordowany przez UPA. Dziadkowie pozostawili wszystko i uciekli. Do tego samego Ignacewa skąd wcześniej wyjechali. Schronienie znaleźli u pozostałych tam krewnych. Jak wspominała potem moja Krystyna Błaszczyk-Ryszkowska, Janusz Ryszkowski 57 mama, mieszkali po kilka osób w jednej izbie, rodzina dzieliła się jedzeniem, mimo, że sami żyli bardzo skromnie. Tak jak kiedyś Krakowie szukali lepszego miejsca do życia na Kresach, tak teraz... W maju 1945 roku Helena, siostra Stefana, przyjechała na Ziemie Odzyskane, do Nowego Stawu. W ślad za nią po jakimś czasie dotarła tu reszta rodziny. POŃCZOCHY Z PACZKI „Cieszę się, że wreszcie otrzymaliście tę dużą paczkę - pisał Stefan Kruk 2 sierpnia 1952 r. -Czy ten materiał na suknię podoba się Mamie? Ostatnio wysłałem Wam dwie małe paczki polecone: jedną 19 czerwca, w której znajdują się 2 pary pończoch nylonowych przeznaczone jedna para dla Marysi, druga dla Helenki i druga paczka również dwie pary pończoch przeznaczone dla Mamy. Ta druga paczka nadana 16 lipca. Ponieważ nylony są cenne i stosunkowo łatwo je przesłać, wydaje mi się że jest to najwłaściwszy środek przekazywania pomocy z mojej strony”. Marysia i Helenka to siostry nadawcy listu. W okresie powojennym pończochy, tzw. nylonki, były trudno osiągalne na polskim rynku. Miały szew, który dodawał dodatkowego szyku i elegancji. Panie malowały go sobie na gołej nodze, w ten sposób maskując brak modnych pończoch. Bardzo musiały szokować mieszkańców powojennej, bardzo zniszczonej Polski, takie opisy, jak ten: „Amerykanie mają tyle doskonałych urządzeń, które redukują skutki upa- Świfta Bożego Narodzenia. Z listu: „Na zdjęciu ks. Misiak, pp. Gieratowscy, pp. Wańkowiczowie i Ja. Choinka bardzo ładnie ubrana, w czasie zdjęcia zasłonił jtf prawie całkowicie swoJą osob/f p. Wańkowicz. ” (1957), fot. archiwum 58 Nylonki z Nowego Jorku łów. W Nowym Jorku prawie wszystkie restauracje, biura, sklepy, kinoteatry i dużo mieszkań prywatnych zaopatrzone są w odpowiednią aparaturę, która osusza i ochładza powietrze i jest tam zupełnie chłodno. Aparatura ta jest kosztowna, ale bardzo wygodna. My w naszym domu też mamy jeden pokój chłodzony.” W kolejnym liście do rodziny, z października 1952 roku, donosi, że zamieszkał w śródmieściu Nowego Jorku, w tzw. centrum artystycznym, skąd bliżej do pracy. „Mieszkanie moje składa się z trzech pokoi, kuchni i łazienki urządzonej na sposób amerykański. Z elektryczną lodówką, w której można długo przechowywać wszelkie artykuły spożywcze, automatyczną kuchnię z grzejnikami gazowymi i elek- z bratem i siostrą w Nowym Stawie (1959), fot. architoum trycznymi do gotowania i pieczenia, specjalnymi urządzeniami do mycia i przechowywania naczyń, stałym dopływem zimnej i ciepłej wody, elektrycznymi maszynkami do wyciskania soków z owoców... Przy tym jest duże zużycie prądu elektrycznego, ale prąd w Ameryce w porównaniu do zarobków jest bardzo tani. Artykuły spożywcze w sklepach też są tak przygotowywane, aby przyrządzenie ich w domu zajmowało jak najmniej czasu i wszystko w doskonałym opakowaniu. Chleb sprzedaje się już pokrojony i opakowany w papier celuloidowy chroniący od wyschnięcia i czerstwienia: zupy przygotowane w puszkach, mięso na kotlety już posiekane na życzenie, wszelkie sosy i przyprawy do mięsa gotowe w puszkach. Nawet ziemniaki i owoce sprzedaje się tu w doskonałym opakowaniu. Zakupy w sklepach też odbywają się tu inaczej niż w Polsce. Zachodzi się do olbrzymiego sklepu spożywczego, w którym można nabyć dosłownie wszystkie artykuły spożywcze (...). Bierze się wózek i jeździ po całym olbrzymim magazynie i wybiera. (...) Kasjer na maszynie obliczy, ile kosztują te artykuły, pobierze należność i wyda rachunek, a subiekt w tym czasie zapakuje zakupione towary. Ja pracuję w samym centrum Nowego Jorku tuż w sąsiedztwie tego najwyższego budynku świata zwanego „Empire State Building”. - Stryj Stefan pracował jako zegarmistrz - wspomina Anna Ośko. - Miał swój zakład, a nowego zawodu nauczył się już po wojnie. AMERYKAŃSKI SEN Ten, jaki i poprzedni list, napisany został na maszynie. Staranne opisy, wyszukane zdania z zachowaniem zasad maszynowego pisma. Wszystko po to, by jak najtrafniej opisać to, co go otaczało i przybliżyć rodzinie amerykański sen. Krystyna Błaszczyk-Ryszkowska, Janusz Ryszkowski 59 „W początkach września wyjechałem na letnisko, aby wypocząć trochę po upałach w Nowym Jorku. (...) wydaje mi się, że tu w Ameryce czas upływa szybciej niż w krajach europejskich. Jest tu szybsze tempo życia i cała masa najrozmaitszych rozrywek, które robią wrażenie szybszego upływu czasu. Rozwój telewizji zagroził przemysłowi kinowemu. Przeszło 200 kin zniknęło w roku ubiegłym w Nowym Jorku z powodu braku frekwencji. Przemysł kinowy nie daje za wygraną i robi wszystko, aby odzyskać utraconą publiczność. Pojawiły się nowe pomysły, które są tak różne od dotychczasowych, jak pierwszy film od dzisiejszych dźwiękowców kolorowych”. Mowa o nowo powstałej technice kinowej, polegającej na szerokoekranowym sposobie wyświetlania obrazu przy użyciu trzech projektorów na zakrzywionym ekranie o szerokości kątowej 146 stopni. Pomysłodawcami „cineramy” byli Fred Weller i Merian Cooper, a po raz pierwszy zaprezentowano ją 30 września 1952 roku na Broadway Theatre w Nowym Jorku. Pan Stefan był na seansie w nowo otwartym kinie i szczegółowo opisuje swoje wrażenia: ogromny ekran, wygodne fotele i publiczność tak zaangażowana, jakby brała udział w akcji. W zakończeniu przytoczonego listu wraca do prozy życia i wymienia, kiedy i ile wysyła „nylonów”, osobno na adres mamy i taty oraz Klarci, żeby „nie była zazdrosna”. „Sezon świąteczny, który w Nowym Jorku zaczyna się już w październiku jest bardzo ożywiony i urozmaicony - pisze w liście z 26 grudnia 1955 roku. - Reklamy w prasie, radiu i telewizji mówią tylko o zakupach świątecznych i dokonują cudów, aby zachęcić kupujących do nabywania przedmiotów świątecznych”. Można sobie tylko wyobrazić, jak te obrazki z amerykańskich przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia musiały szokować w szarej, peerelowskiej rzeczywistości. Święta z Wańkowiczem W liście z 28 lutego 1958 roku Kruk pisze o świętach spędzonych „w gronie przyjaciół w bardzo miłym nastroju. Pan [Melchior] Wańkowicz wrócił na święta z kilkumiesięcznej podróży samochodowej, po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie z mnóstwem wrażeń i zdjęć fotograficznych. Zbiera materiały do projektowanej książki o Ameryce.” Mowa o późniejszym tryptyku podróżniczym Wańkowicza pt. „W ślady Kolumba” („Atlanryk-Pacyfik”, „Królik i oceany” i „W pępku Ameryki”), o którym sam autor tak pisał z uśmiechem: „Trzy książki, które wydaję, powstały z ciągłej włóczęgi. Zamiast osła miałem rozklekotane auto, a zamiast jałmużny - honoraria za odczyty w ogromnym zasięgu lądów Ameryki i Kanady.” Ale pozostańmy jeszcze przy dalszym ciągu listu Stefana Kruka: „Wieczerzę przygotowano według polskich tradycji (...) w załączeniu przesyłam fotografie. Na zdjęciu ks. Misiak, pp. Gieratowscy, pp. Wańkowiczowie i ja. Choinka bardzo ładnie ubrana, w czasie zdjęcia zasłonił prawie całkowicie swoją osobą p. Wańkowicz. Ten duży obiekt na stole przypominający komin okrętowy, to specjalna świeca wigilijna wielkiego kalibru przywieziona przez Wańkowicza z Kalifornii.” Pani Anna pokazuje mocno sfatygowany egzemplarz książki Melchiora Wańkowicza „Tworzywo”. To pierwsze wydanie z 1954 roku. Na pierwszej stronie Stefan Kruk w marcu 1957 roku napisał dedykację: „Kochanej mojej Rodzinie w Polsce podarunek od Melchiora Wańkowicza z serdecznymi pozdrowieniami”. Na następnej znajduje się dedykacja autora: 60 Nylonki z Nowego Jorku „Drogiemu Panu S. Krukowi z serdecznymi uściskami dłoni. 3.XIL54.” - To jedna z najcenniejszych pamiątek zachowanych przez naszą rodzinę - mówi, nie kryjąc wzruszenia. LEKI Z LONDYŃSKIEJ APTEKI W 1963 roku umiera na serce Jan Kruk, brat Stefana. „Wiadomość o śmierci Janka i towarzyszące jej okoliczności, okropnie mnie zmartwiły. Po otrzymaniu Waszych listów, które razem nadeszły od Frania i Helenki, natychmiast przesłałem receptę do Londynu, pocztą lotniczą z poleceniem natychmiastowego wysłania potrzebnych lekarstw i przesłanie mi za nie rachunku. W Londynie uznano, że tych lekarstw jest stanowczo za dużo dla jednego pacjenta cierpiącego na zawał serca i ze względu na wysoką sumę rachunku, zwrócono się do mnie z zapytaniem, czy wszystkie lekarstwa wymienione na recepcie wysłać, czy też zmniejszyć do normalnych potrzeb dla jednego pacjenta. Natychmiast wysłałem im czek (...). Nierozsądni lekarze pisząc receptę zagraniczną, przepisują nie tylko to, co potrzebne pacjentowi, ale i to co im potrzebne (...). W przesyłce znajdowało się: 10 zastrzyków He-parin, 200 tabletek Persantin [leki przeciwzakrzepowe], 50 tabletek Sustac [lek nasercowy], 170 kapsułek Lipostabil, 100 tabletek Niamid (razem $ 28,65). Ponieważ lekarstwa te nie nadeszły we właściwym czasie i nie zdołały uratować Janka, proszę je spieniężyć i zamówić nabożeństwa żałobne (...). Pozostałe pieniądze proszę rozdzielić jak zwykle na podarki świąteczne dla dzieci, prosząc je, aby w swoich modlitwach pamiętały o zmarłych (...). Wiadomość o śmierci Janka zbiegła się z powszechną żałobną w Stanach Zjednoczonych po tragicznej śmierci łubianego prezydenta tego kraju.” „Urlop w tym roku [1965] spędziłem w Kanadzie, północnej części stanu New York, gdzie jest znacznie chłodniej i przy okazji odwiedziłem wielu moich przyjaciół i znajomych.” W Toronto pan Stefan odwiedził swoją chrześnicę Janinę Helman, która dziesięć lat po wojnie dowiedziała się, że chrzestny przeżył wojnę i mieszka w Nowym Jorku. Wyszła za mąż za byłego żołnierza 11 Polskiego Korpusu, który również przeszedł jak pan Stefan cały szlak z armią Andersa. „Bardzo miłe było to spotkanie, serdecznie mnie tam goszczono. Janina mówiła mi, że w czasie wojny mieszkała u naszych rodziców, było jej tam bardzo dobrze i pobyt ten uważa za najpiękniejszy okres w jej życiu. Pokazywała mi kilka moich fotografii, które otrzymała od naszej mamy, a w pokoju gościnnym mój portret, który kazała sobie zrobić z mojej fotografii w czasie pobytu w Niemczech. Na imieniny przysłała mi z Kanady wspaniały bukiet kwiatów, czerwonych róż i białych goździków.” MILENIUM I GRUDNIOWE KULE W liście z 24 listopada 1966 roku. Kruk nawiązuje do obchodów Tysiąclecia Polski, które w Stanach Zjednoczonych rozpoczęły się w kwietniu. Polonia amerykańska licznie uczestniczyła w imprezach odbywających się w największych miastach, a przede wszystkim w Doylestown, nazywanego Amerykańską Częstochową, gdzie w październiku 1966 roku poświęcono sanktuarium dla uczczenia tysięcznej rocznicy powstania państwa polskiego. Zaproszony do USA prymas Stefan Wyszyński, jaki pisał Kruk, „nie mógł przybyć, a zastąpił go biskup Rubin z Rzymu”. Władze polskie nie wydały Wyszyńskiemu paszportu. Jego nieobecność zaznaczono pustym fotelem z biało-czerwonymi kwiatami i koroną cierniową. Krystyna Błaszczyk-Ryszkowska, Janusz Ryszkowski 61 W liście, oprócz informacji o obchodach, znalazł się także wykaz z zawartością paczek świątecznych, które przygotował. „Paczka Helenki do jej dyspozycji, niech obdzieli córki co której pasuje. Wszystkie halki są nylonowe. Poobcinałem etykietki, aby nie nałożyli za dużo cła. Szwagrowi również wysłałem długie skarpetki elastyczne, które przydadzą się na jego nogi. Należy je nosić bez podwiązek.” Nowy Jork, 3 kwietnia 1968 rok. „Kochani czy otrzymaliście wreszcie mój list z opłatkiem pisany na Boże Narodzenie i „aerograme” [radiotelegram] z 28 lutego? Nie chce się pisać, kiedy listy nie dochodzą”. W tym też roku Urząd Celny skonfiskował jeden z druków, przesłanych w paczce, jako zakazany w Polsce do rozpowszechniania. Nie wiadomo dziś, co to być mogło, w każdym razie sądząc po niewielkiej wadze (0,03 kg), na pewno nie książka, ale dla władzy PRL swój duży ciężar gatunkowy druk musiał posiadać. Tragiczne wypadki grudniowe na Wybrzeżu znajdują swoje echo w korespondencji z marca 1971 roku. List rozpoczyna się tak: „Krwawe zaburzenia w Polsce odbiły się głośnym echem w opinii całego świata. Ponieważ w 1969 roku nie otrzymaliście mojego listu świątecznego z opłatkiem, w listopadzie 70 roku wysłałem wam listy polecone, do których dołączyłem 15 dolarów dla Mirka i Wiesia. Dotąd nie mam żadnej wiadomości, czyście ten list i pieniądze otrzymali. Niech Karolcia zgłosi na poczcie reklamacje. List polecony Nr 433879 nadany 27 listopada 1970 roku.” Dalej wspomina powitanie przez Polonię statku „Stefan Batory” w nowojorskim porcie. Było chłodne. „Robotnicy portowi odmówili obsługi statku należącego do rządu, który kazał strzelać do protestujących robotników Gdyni. Pasażerowie musieli obsługiwać się sami, przy pomocy załogi statku”. Amerykę odwiedzają artyści scen polskich. Pan Stefan wspomina koncerty „Mazowsza” i „Niebiesko-Czarnych”, a także Mieczysławę Ćwiklińską ze swoim teatrem. Pisząc o „Krzyżakach” i „Panu Wołodyjowskim”, chwali „dobry poziom” obejrzanych filmów. 12 stycznia 1973 rok. „Proszę wybaczyć spóźnioną odpowiedź, bo przed świętami otrzymałem bardzo dużo listów od krewnych i przyjaciół dosłownie z całego świata. Wojna i okupacja rozrzuciła Polaków po całym świecie, a wśród nich moich przyjaciół i znajomych. Byłem w Chicago odwiedzić naszych dawnych sąsiadów Kopińskich. Zastałem tam gromadę gości z Australii, Kanady i Stanów. Nasi przyjaciele [z czasów zamieszkiwania Kruków w Małych Hołobach] Brejowscy są teraz w Afryce Południowej. Jurek jest architektem. Po wojnie pracował w Warszawie w biurze odbudowy stolicy. Mimo robionych mu trudności, uzyskał stypendium z Fundacji Forda i przyjechał do Stanów. Mieszkał dłuższy czas u mnie. Po powrocie do Polski znowu miał problemy w pracy. Mając przyjaciela architekta w Południowej Afryce, pojechał do niego i został.” Dopowiedzmy jeszcze, że Brejow-ski (1928-2001), utalentowany nie tylko architekt, ale i malarz, wrócił jednak do Polski. Z rodzicami i żoną spoczywa na Starych Powązkach. Stefan Kruk odwiedzał Polskę wielokrotnie. Był u rodziny w Nowym Stawie, w Warszawie odwiedzał wspomnianych Brejowskich i Melchiora Wańkowicza. „New York, 11 lipca 1974. Dziękuję serdecznie za zaproszenie, z którego z największą przyjemnością postanowiłem skorzystać. Podaję szczegóły mojego przyjazdu. Zakupiłem 62„Życie codzienne”............................... w archeologii bilet lotniczy na samolot Polskich Linii Lotniczych LOT. Odlatuję z Nowego Jorku we wtorek 6 sierpnia o godzinie 7 wieczorem czasu nowojorskiego. Do Warszawy mam przybyć o 7.55 rano następnego dnia. W Warszawie zatrzymam się dwa lub trzy dni u pana Brejowskiego. Potem muszę załatwić formalności pobytowe i odwiedzić krewnych i przyjaciół”. Stefan Kruk działał aktywnie w polonijnym środowisku, pełnił funkcję wiceprezesa ds. finansowych Polonii Amerykańskiej Stanu Nowy Jork, wspierającej finansowo organizacje i instytucje zajmujące się odbudową powojenną starego kraju. Zmarł 2 grudnia 1981 roku w Nowym Jorku. Został pochowany na cmentarzu polonijnym w Doylestown, gdzie znajdują się groby artystów, pisarzy, publicystów, działaczy niepodległościowych, a przede wszystkim wielu weteranów I i II wojny światowej. Na tropach historii Grażyna Nawrolska „Życie codzienne”.................. w ARCHEOLOGII „Zycie codzienne” to zwrot, który wydaje się być prosty, może nawet banalny, ale swoim zakresem obejmuje jednak wiele różnorodnych zagadnień. Zastanawiając się nad związaną z tym tematem problematyką musimy zadać sobie pytanie, czy możemy uznać kwestie „życia codziennego” jako problem badawczy, czy może tylko za formę popularyzacji nauki, dotyczącą wielu dziedzin życia, w której możemy ukazać rozmaite aspekty codzienności w różnych okresach historycznych, krajach, miejscowościach. Początki tego typu publikacji narodziły się we Francji w latach trzydziestych ubiegłego wieku w paryskiej oficynie Hachette, która do dzisiaj kontynuuje tę działalność wydawniczą. Ukazujące się książki o życiu codziennym dotyczą różnych epok historycznych, krajów i kontynentów, narodów, zawodów i kultury materialnej dnia powszedniego. Ogromna rozpiętość tematyczna pokazuje wiele wciąż nowych możliwości stojących przed badaczami. W Polsce Państwowy Instytut Wydawniczy rozpoczął publikowanie serii wydawniczej „Zycie codzienne”.już w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Początkowo były to tłumaczenia francuskiej serii Hachette, a potem także prace polskich autorów. W Niemczech wzrost zainteresowania zagadnieniami życia codziennego spowodował rozwój tego nurtu badań historycznych, co w konsekwencji przełożyło się na liczne publikacje dotyczące tych kwestii. Terminy der Alltag, la vie guotidienne, everyday Itfe ery „życie codzienne” lub „dzień powszedni”, początkowo były „niegodne” poważnych opracowań naukowych. Kojarzyły się prawie wyłącznie z popularyzacją wiedzy historycznej i bardzo rzadko były traktowane jako przedmiot badań naukowych. Okazało się jednak, że oprócz typowo popularyzatorskich opracowań, autorami prac popularnonaukowych byli i są ba-dacze-naukowcy, którzy zbierając i przygotowując materiały oraz stosując pełny warsztat badawczy, muszą oprzeć się na licznych źródłach historycznych, kartograficznych, ikonograficznych i archeologicznych. Takie potraktowanie tematu opartego na kwerendzie naukowej jednoznacznie traktuje problematykę życia codziennego jako przedmiot naukowych badań. Dlatego ukazujące się coraz liczniej tego typu prace są bardzo ważne, nawet wręcz niezbędne do jak najpełniejszego poznania przeszłości. Badania nad życiem codziennym przyczyniają się do szukania coraz to nowych źródeł, które nie tylko wzbogacają warsztat badacza, ale doprowadzają do wykorzystywania źródeł dotychczas nieuwzględnianych. Dość dokładnie możemy to prześledzić na bazie materialnych źródeł archeologicznych (ale o nich później). Dzięki badaniom nad życiem codziennym, zarówno historycy, jak i archeolodzy mogą łączyć dostępne im źródła materialne , np. warunki bytowe - budownictwo, infrastruktu- 64„Życic codzienne”.............................. w archeologii ra miejska, różnorodne wyroby używane przez mieszkańców, ze strefą życia duchowego i obyczajowością. Może to prowadzić do coraz lepszego i obszerniejszego poznania przy okazji procesu odtwarzania naszej przeszłości. Prace te pozwalają również na różnorodne porównania określonych zjawisk i ukazania zarówno podobieństw jak i różnic poszczególnych grup społecznych, regionów czy kultur. Prace nad tym zagadnieniem są z pewnością niezmiernie interesujące, chociażby z powodu odkrywania coraz większej ilości nowych źródeł, przede wszystkim archeologicznych. Prowadzi to nas do „nowego poznania” wielu zagadnień, jak również do odmiennego spojrzenia na szereg problemów. W ostatnich kilku dziesięcioleciach obserwujemy intensywny rozwój badań archeologicznych w ośrodkach miejskich północnej Europy. W większości są to prace wykopaliskowe poprzedzające inwestycyjne działania w obrębie staromiejskich centrów. Są one właściwie ostatnią naszą szansą na poznanie różnorodnych struktur dawnych miast, a tym samym na pozyskanie źródeł materialnych pomocnych w odtwarzaniu „życia codziennego” w odległych czasach. Na Starym Mieście w Elblągu od ponad trzydziestu lat prowadzone są szerokopłaszczy-znowe badania wykopaliskowe, których efektem jest m.in. lawinowy wprost przyrost źródeł archeologicznych. „Archeologia Elbląga” opiera się właśnie na ogromnej ilości materialnych świadectw życia pozostawionych przez jego mieszkańców na przestrzeni kilkuset lat. Są to pozostałości domów drewnianych i murowanych, ulic, umocnień obronnych, wodociągów i latryn, cmentarza i budynków municypalnych. To również setki tysięcy przedmiotów - egzemplarze i fragmenty naczyń glinianych i szklanych, kości zwierzęcych, wyrobów skórzanych, metalowych, drewnianych, tkanin, narzędzi, fajek, detalu architektonicznego. Te przedmioty, jedne bardzo proste, inne wykwintne i kosztowne, w sposób doskonały ilustrują codzienność żyjących tutaj ludzi. Mimo, że w kilkusetletnich dziejach miasta są one tylko małym, chociaż zbiorowym fragmentem, wyimkiem z całej historii Elbląga, to właśnie na ich podstawie próbujemy zarysować ówczesną la vie guotidienne i pokazać kim byli dawni mieszkańcy Elbląga, co produkowali, jak mieszkali, w co się ubierali, co jedli, jak się bawili i w co wierzyli. Nie sposób zaprezentować tutaj dużej gamy zróżnicowanych przedmiotów. Z pewnością wiele z nich zasługuje na szczególną uwagę. Przedstawię więc tylko kilka wybranych przykładów, które wiele mówią nie tylko o sobie, ale też o ludziach, którzy je używali. Chociaż nie zawsze możemy odnieść te przedmioty do konkretnych osób, to jednak nieraz udaje się je połączyć z realnymi, kiedyś żyjącymi elblążanami. Świadectwem muzykowania w dawnym Elblągu było sześć średniowiecznych instrumentów znalezionych w trakcie bada archeologicznych. Gitterna, fidel, flet i piszczałki są dowodami muzycznej aktywności mieszkańców miasta. Najwspanialszy z nich — gitterna - datowana na pierwszą połowę XV wieku, jest jedynym takim instrumentem odkrytym w Europie podczas prac wykopaliskowych. Wykonane jej kopie pozwalają na odtwarzanie średniowiecznych dźwięków. Tym bardziej, że na łupkowych tabliczkach z XV wieku znalezionych w Holandii, zachowały się zapisy nutowe, na których zapisano melodię i fragmenty tekstu. Porównując, a może nawet łącząc obydwa znaleziska, możemy odtwarzać dźwięki z przeszłości i słuchać muzyki wieków, muzyki naszych odległych przodków. Grażyna Nawrolska 65 ElbLfg. Stare Miasto. Gittema zpołouy XVw., rys. B. Kiliński ElhlĄg. Stare Miasto. Drewniane średniowieczne instrumenty muzyczne. 1-flet; 2-piszczałka; 3-fidel, rys. B. Kiliński Znalezione w Elblągu i zachowane w idealnym stanie kabłąkowe okulary, datowane na połowę XV wieku są obiektem wyjątkowym. Ciemnozielone szkła umieszczone w kościanej oprawie stanowią swoistą zagadkę. Czy chroniły oczy przed słońcem lub kurzem, a może służyły do czytania? Mogły należeć do jednego z dwóch mieszczan: Henryka Moncha lub Mikołaja Yilelype. Byli oni mieszkańcami kamienicy znajdującej się przy ulicy Studziennej 23, na podwórku której znalezono je w latrynie. Ich właściciel musiał być osobą majętną, gdyż w tym czasie okulary były drogim artykułem. Zestaw naczyń stołowych używanych przez bogatych elblążan był imponujący. Średniowieczne i nowożytne dzbany kamionkowe sprowadzone z Saksonii i Nadrenii, unikatowa ceramika z odległej Hiszpanii o mauretańskiej dekoracji, wyroby fajansowe z Niderlandów, Niemiec i Anglii, porcelana chińska, to tylko niektóre przykłady ilustrujące codzienność elbląskich stołów. Bardzo liczna była też grupa wyrobów cera- ElbLfg Stare Miasto. Okulary kahkfkowe. XV w., fot. A. Kolecki 66 „Życic codzienne” w archeologii micznych produkowanych w lokalnych warsztatach garncarskich, które przeznaczone były dla biedniejszej części społeczeństwa Elbląga. Elbbfg. Stare Miasto. Dzbany kamionkowe z Siegburga. XVw., rys. M. Gańko Elbbfg. Stare Miasto. Ceramika z elbląskiego warsztatu garncarskiego, rys. B. Kiliński Źródła archeologiczne są również świetnym przykładem poznania najstarszych trzy-nasto-czternastowieczych form budownictwa drewnianego w Elblągu. Odkrywane relikty dawnej zabudowy mieszkalnej i gospodarczej są jedynym sposobem zaznajomienia się z formami i typami budynków przeznaczonych do różnych celów. Źródła historyczne nie są nam bowiem w stanie odpowiedzieć na te kwestie, mogą jedynie stwierdzić fakt istnienia obiektów. Wśród setek tysięcy obiektów trafiały się przedmioty naprawdę wyjątkowe, które w szczególny sposób przybliżały nam ludzi z tamtych lat. Może to był dziecięcy bucik zdobiony małymi wyciętymi serduszkami, kilka splecionych i równo odciętych warkoczy z zachowanym ciemnobrązowym kolorem, szklane kieliszki i pucharki z sentencjami, np. „bez Ciebie umieram” czy kwiatki włożone do trumny dziecka. To tylko kilka wybranych przykładów ukazujących elblążan od nieco innej strony, może bardziej ludzkiej i bliższej nam, chociaż dzielą nas setki lat. Z pewnością mieszkańcy dawnego Elbląga byli do nas podobni, ale także pod wieloma względami bardzo różni. Dlatego też próbujemy zrozumieć ich różnorodne działania, sposób życia, życia na pewno szybkiego, intensywnego, bo przecież średnia wieku elblążan była zdecydowanie krótsza niż obecnie. Badania nad tzw. „życiem codziennym” stały się jednym z najbardziej popularnych kierunków badań historycznych od drugiej połowy ubiegłego stulecia. Łączą się również Grażyna Nawrolska Z intensyfikacją prac archeologicznych prowadzonych w ośrodkach miejskich północnej Europy, przede wszystkim w miastach hanzeatyckich, które to prace przynoszą ogromny zbiór źródeł archeologicznych obrazujących właśnie „codzienność”. Badania te mają zarówno swoich przeciwników, jak i zwolenników. Ci ostatni widzą w pracach nad „życiem codziennym” nowy, bardzo ważny kierunek badawczy. Chociaż nie jest sprawą łatwą precyzyjne zdefiniowanie jego zakresu i wprowadzenie do sfery poznawczej, naukowej, historii prostych, zwykłych ludzi. Wielu badaczy sądzi, że trzeba analizować tematy dotąd uważane za banalne i nieistotne dla nauki, takie jak święta, obyczaje, rozrywka, sposoby odżywiania się czy kwestie ubioru, a obejmujące warstwy będące najniżej w hierarchii społecznej. Zresztą każdy z badaczy termin „życie codzienne” interpretuje nieco inaczej. Ta problematyka ma jednak w sobie powinność najważniejszą. Musimy w okruchach różnorodnych źródeł odnaleźć przejawy i elementy życia zwykłych ludzi, zarówno bogatych, jak biednych. To jest przecież powrót do ożywionej przez nas w ten sposób przeszłości. Zasługą badaczy „życia codziennego” jest niewątpliwie zwracanie coraz większej uwagi na źródła, które były długo niedostrzegane i niedocenione To przedmioty będące pozostałościami kultury materialnej, m.in. obiekty przemysłowe, maszyny, meble, nagrobki, pomoce szkolne, fotografie, jak również świadectwa ustne, tzw. orał history. Wprowadzenie do badań właśnie takich „nowych źródeł” początkowo nie odbywało się bez protestów. Jednak z czasem uznano je za równoprawne źródła, bardzo wzbogacające naszą wiedzę o „codzienności”. 67 ElhlĄg. Stare Miasto. Dziecięcy bucik, rys. B. Kiliński ElbLfg. Stare Miasto. Szklane pucharki z sentencjami. XVI// w., rys. J. Szalaty Życie codzienne to nie tylko obiekty materialne, ale także wydarzenia historyczne - wojny, epidemie, rewolucje, zmiany rządów - to codzienna egzystencja ludzi biorących udział w politycznych i społecznych przemianach. Połączenie obiektów materialnych i źródeł historycznych jest niezmiernie istotne w procesie odtwarzania „życia codziennego”. Bardzo trafnie już wiele lat temu tę problematykę ocenił prof. Tadeusz Łepkowski, który stwierdził: „W skład pojęcia „życie codzienne” wchodzi wiele elementów, lecz na ogół ogranicza się je do kilku kompletów spraw, takich jak pożywienie, mieszkanie, ubiór, rozrywki, obyczaje społeczne (rodzinne, polityczne, religijne). Rzecz znamienna, że znacznie rzadziej pisze się o pracy, a przecież stanowi ona jakże znaczną 68„Życic codzienne”................................ w archeologii część Życia - właśnie codziennego. Rozbicie historii życia powszedniego na czynniki składowe doprowadza do wyodrębnienia się dwóch zakresów rozważań. Pierwszy obejmuje tzw. materialne warunki bytu, drugi zaś zachowania społeczno—psychologiczne. Problematyka pracy łączy w pewnej mierze dwa wymienione zakresy”. PROWINCJA CÓRKA ORGANISTY ' Wspomnienia mieszkanki Pomorza Alicja Łukawska, Halina Łukawska Najnowszy tom Biblioteki Prowincji elo nabycia na prowincja@onet.pl Adam Langowski 69 Adam Langowski Korespondenci „MAŁEGO POLAKA W NIEMCZECH” z Powiśla (cz. 1) Jan Langowski, dziennikarz i działacz Związku Polaków w Niemczech (ZPwN), w artykule zatytułowanym „Prasa polska w Niemczech”, opublikowanym w 1938 roku na łamach miesięcznika „Polak w Niemczech”, pisał; „Spośród środków uświadamiania i obrony narodowej jednym z najskuteczniejszych jest prasa. Nic tedy dziwnego w tym, że przez cały okres swego istnienia Związek Polaków w Niemczech szczególnie życzliwą uwagą darzy sprawy polskiej prasy w Rzeszy”. Przypomnijmy, że utworzony w 1922 roku ZPwN wydawał trzy centralne czasopisma: wspomnianego już „Polaka w Niemczech”, „Młodego Polaka w Niemczech” oraz „Małego Polaka w Niemczech”. Wymienione tytuły stanowią dla badaczy wartościowe źródło informacji na temat życia Polaków w państwie niemieckim, również tych z Powiśla, w okresie międzywojennym. Bogactwem ciekawych materiałów zaskakiwać może miesięcznik przeznaczony dla najmłodszych odbiorców, czyli „Mały Polak w Niemczech”. Pierwszy numer „Małego Polaka” ukazał się 1 sierpnia 1925 roku jako niewielki, bo czterostronicowy, dodatek do „Polaka w Niemczech”. Pismo skierowane było do dzieci Nauczyciele folscy z Powiśla - łącznicy "Małego " i "Mloeiego Polaka w Niemczech " z kierownikiem administracji fiism - Władysławem Wardzyńskim (fot. ze zbiorów A. Lubińskiego) 70 Korespondenci „Małego Polaka w Niemczech” z Powiśla (cz. 1) polskich w wieku od 7 do 14 lat, a jego redaktorem naczelnym został Franciszek Jankowski, który pełnił tę funkcję do lutego 1929 roku. W tym samym roku gazetka przestała ukazywać się jako wkładka do „Polaka w Niemczech”, stając się samodzielnym czasopismem i w takiej formie istniała aż do 1939 roku. Drukowana najpierw w nakładzie 800 egzemplarzy, z czasem zbliżyła się do 5000. W początkowym okresie druk pisma odbywał się w zakładach graficznych Naszej Księgarni przy ulicy Siennej w Warszawie, następnie w berlińskiej drukarni Piotra Karbowskiego, a od 1937 roku w Olsztynie. Siedzibą redakcji był niezmiennie Berlin, zaś administracja od 1934 roku została ulokowana we wrocławskiej Bursie Akademickiej. „Mały Polak w Niemczech” jest zaliczany do najlepszych polskich pisemek dziecięcych wydawanych przed drugą wojną światową. Twórcy miesięcznika wzorowali się na uznanych dwutygodnikach dziecięcych i młodzieżowych ukazujących się w Polsce, „Płomyczku” i „Płomyku”. Na mocy specjalnej umowy między ZPwN a prasą krajową dokonywano z nich przedruków, dzięki czemu dzieci polskie w Niemczech mogły czytać utwory takich autorów, jak: Ewa Szelburg-Zarembina, Janina Gillowa, Lucyna Krzemieniecka, Stefania Ottowa, Hanna Ożogowska, Anna Świrszczyńska, czy Ludwik Wiszniewski. Na łamach „Małego Polaka” przybliżano również twórczość klasyków polskiej literatury: Marii Konopnickiej, Adama Mickiewicza i Henryka Sienkiewicza. Oprócz tekstów literackich umieszczano także, dostosowane do wieku czytelników, wiadomości geograficzne, historyczne, przyrodnicze, wskazówki dla majsterkowiczów oraz rozrywki umysłowe. Pismo wyróżniało się ciekawą szatą graficzną. Ilustracje dla „Małego Polaka” przygotowywała m. in. Janina Kłopocka, autorka znaku „Rodła” - symbolu ZPwN. Innym rysownikiem współpracującym z miesięcznikiem był Serbołużyczanin Marcin Nowak. Gazetka posiadała duży walor edukacyjny, dlatego mogła być z powodzeniem wykorzystywana w polskich szkołach mniejszościowych zakładanych od 1929 roku na mocy „Ordynacji dotyczącej uregulowania szkolnictwa dla mniejszości polskiej”, uchwalonej przez rząd pruski 31 grudnia 1928 roku. O pojawieniu się czasopisma w obiegu szkolnym oraz o reakcji władz niemieckich pisał w swoich wspomnieniach Jan Boenigk, jeden z organizatorów szkolnictwa polskiego na Powiślu, a od 1935 roku redaktor naczelny „Małego Polaka w Niemczech”: „«Mały Polak» znalazł się oczywiście w każdej polskiej szkole. Były wypadki, że posługiwano się nim w czasie lekcji. Zwrócił na to uwagę niemiecki nadzór szkolny i zabroniono kategorycznie przynoszenia pisma do szkoły, uzasadniając to tym, że pismo nie wychowuje młodzieży na obywateli wiernych Rzeszy”. Dodajmy, że zakaz czytania i rozpowszechniania miesięcznika w szkołach polskich został wydany w 1933 roku, a w uzasadnieniu decyzji ministra oświaty można odnaleźć następujące stwierdzenie: „Pismo to pod żadnym względem nie nadaje się do tego, aby wychowywało dzieci w poczuciu wierności dla państwa, której należy także wymagać od uczniów szkół mniejszościowych”. Niekorzystne postanowienie władz niemieckich skłoniło działaczy polonijnych do podjęcia jeszcze większego wysiłku na rzecz upowszechniania wśród polskich rodzin idei czytelnictwa „Małego Polaka”, o czym pisano w artykule zamieszczonym w „Nowinach Codziennych”: „Najlepszą odpowiedzią z naszej strony na ten zakaz będzie jak największa propaganda za naszym pisemkiem dla dzieci poza murami szkoły”. Adam Langowski 71 W 1939 roku, z okazji 10. rocznicy powstania szkolnictwa polskiego w Niemczech, ZPwN wydał dodatek do „Małego Polaka” zatytułowany ,ABC dziatwy polskiej w Niemczech”. Stanowił on wierszowany zbiór haseł związanych z polskim ruchem narodowym. Jego autorem był pierwszy redaktor „Małego Polaka”, Franciszek Jankowski, używający pseudonimu Szczęsny Zapolski. W tej swoistej encyklopedii dla najmłodszych nie mogło oczywiście zabraknąć hasła poświęconego gazetce: „«Mały Polak» to miesięcznik Dla was, miłe dzieci. Bardzo ładne to pisemko. Najpiękniejsze w świecie! «Mały Polak» wam przynosi W darze baśni, pieśni, gry I obrazki kolorowe Tak piękne jak wasze sny, Wycinanki i wierszyki I zagadki i żarciki. Wujek Franek dzieci prosi: Kto coś ciekawego ma, Do Wujaszka niech napisze, A odpowiedź Wujek da! «Mały Polak» wszystkie dzieci Bez różnic miłuje, A Wujaszek, gdy piszecie. Szczęśliwym się czuje.” W postać Wujaszka Franka, zachęcającego dzieci do pisania listów, wcielali się kolejni redaktorzy „Małego Polaka”: Franciszek Jankowski, Klementyna Jasielska i Jan Boenigk. Dział korespondencji z czasem bardzo się rozwinął, co świadczy o powodzeniu tej formy kontaktu z czytelnikami. Wśród licznych korespondentów „Małego Polaka” znajdowały się również dzieci z Powiśla, a każde z nich mogło liczyć na krótką odpowiedź drukowaną na łamach pisma. Komentarze Wujaszka Franka do dziecięcych liścików, czytane po latach, przybliżają nam świat najmłodszych Polaków dorastających w państwie niemieckim, ale wychowywanych w duchu polskości. Autorzy listów często podkreślali, że uczęszczają do szkoły polskiej, a w miesięczniku prezentowano wiele wiadomości i zdjęć z życia szkół mniejszościowych. I tak na przykład malutka Jadzia Leszczyńska pytała Wujaszka Franka, czy wie, że w Mikołajkach istnieje polska szkoła, na co w numerze 2 z 1931 roku uzyskała następującą odpowiedź: „Ze u Was jest polska szkoła, wyczytał Wujaszek z gazet, bo głośno było w świecie o Mikołajkach.” Wujaszek nawiązał tym samym do szeroko opisywanych przez prasę polską i niemiecką zajść w Mikołajkach Pomorskich, do których doszło w okresie poprzedzającym urucho- 72 Korespondenci „Małego Polaka w Niemczech” z Powiśla (cz. 1) mienie w tej miejscowości polskiej szkoły oraz w pierwszych miesiącach po jej otwarciu. Wówczas to z inicjatywy niemieckich nacjonalistów, przecie wszystkim żandarma Weka, zorganizowano akcję zastraszania miejscowych Polaków. Szczególnie dramatyczny przebieg NASI PRZYJACIELE Z WAPLEWA Odpowiedzi Wujaszka. ZA MIŁE LIŚCIKI DZIĘKUJĘ: Z GŁOMSKA Tadziowi Kabalkawi — Nie znalazłeś odpowie-”.’’ Po uwolnieniu Szajek krótko przebywał w Lubece. Stamtąd w połowie lipca 1945 roku został skierowany przez Czerwony Krzyż na leczenie płuc do Szwecji. Tam szczęśliwie odnalazł swoją żonę . Najpierw zamieszkali w obozie przeznaczonym dla rekonwalescentów w Mólle, a później w Rattvłk, gdzie organizował chór polski, który wystąpił z kolędami w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Po rozwiązaniu obozu Szajek zarabiał na życie grając na fortepianie w miejscowych hotelach. Następnie podjął pracę jako prasowacz w szwalni Siljansklader. W tym zakładzie znalazła zatrudnienie również jego żona. W 1950 roku Szajkowie, za namową Augustyna Steffena i Jędrzeja Giertycha, który, jak wiadomo, przed 1939 rokiem pełnił obowiązki attache kulturalnego Konsulatu RP w Olsztynie, postanowili opuścić Szwecję i przenieść się do Anglii. 6 grudnia 1950 roku ze skromnym dobytkiem (fortepian, skrzypce i książki), przenieśli się do Leicester. Początkowo nie było im łatwo. Antoni Szajek, pracując w ciągu dnia w ogrodnictwie, wieczorami '^ A. StefFen, Antoni Szajek, poznańczyk, Warmiak, w: Przegląd Zachodni (Londyn), 1976, nr XV-VI, s. 28. ” List p. Marty Szajek z 4 XII 1976 r. do autora tekstu. Jan Chłosta 83 uczył się angielskiego. Dzięki temu mógł w 1954 roku podjąć pracę w drukarni dziennika „Leicester Mercury”. Pracował tam aż do przejścia na emeryturę w 1965 roku.''^ Swoją grą na fortepianie uświetniał uroczystości organizowane przez miejscową Polonię, grał także na organach w polskim kościele św. Krzyża. Żyjąc z dala od Polski, skrzętnie gromadził powojenne wydawnictwa o Warmii, Mazurach i Powiślu. Potwierdziła to Otylia Grotowa, która odwiedziła tam Szajków. Próbowała ich namówić do powrotu na Warmię. Oni akurat kupili kolejny dom i żal im było opuścić Leicester. Pozostali z dala od Warmii, spoczęli na miejscowym cmentarzu. Pani Marta przeżyła męża o 18 lat. Do końca życia utrzymywała kontakty ze środowiskiem miejscowych Polaków. '^ A. StefFen, Antoni Szajek, poznańczyk, Warmiak, op. cit. s. 29. 84 Bohaterowie stulecia. Franciszek Józef Unrug Wiesław Olszewski BOHATEROWIE STULECIA FRANCISZEK JÓZEF UNRUG Praca w charakterze przewodnika po miejscu tak szczególnym jakim jest Muzeum Stutthof daje na co dzień możliwość obcowania z historią, z ludźmi którzy ją tworzyli, ludźmi najczęściej niebanalnymi. Daje możliwość spotkań z tymi, którzy dziś często pielęgnują tradycje tych, którzy odeszli, często w bardzo tragicznych okolicznościach. Jakiś czas temu miałem zaszczyt oprowadzać po Muzeum grupę członków Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Okręg Wielkopolska. Szczególnie zainteresowani byli losami jednego z zamordowanych tu więźniów, ich krajana, Franciszka Unruga. Zapytani czy był on krewnym najsłynniejszego człowieka o tym nazwisku - admirała Józefa Unruga, odpowiedzieli twierdząco. Ponieważ spotkanie miało miejsce w niedzielę w związku z czym archiwum muzealne było nieczynne, poproszono mnie abym dowiedział się o ewentualne dokumenty dotyczące Franciszka Unruga. Okazało się, że Kazimierz Unrug(l833-1863), piegi w Powstaniu Styczniouym, fot. Wikipedia jak na stosunkowo krótki jego pobyt w obozie, jest ich sporo. Dzięki uprzejmości pracowników archiwum otrzymałem kopie dokumentów i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, przesłałem je do Poznania. Zdarzenie to mocno spotęgowało moje zainteresowanie tym jakże zasłużonym rodem, rodem wywodzącym się z Niemiec, którego przedstawiciele jako swą Ojczyznę wybrali Polskę, pokochali tę Ojczyznę niemal wbrew wszystkiemu i pokochali tak, że i życia nie wahali się oddać. POCZĄTEK RODU Cały ród Unruh / Unruhe wywodzi się z Alzacji i wziął nazwisko od swego zawołania bojowego: Ohne Ruhe! (z niem.: Bez odpoczynku /spoczynku/spokoju!). Według jednej z wersji wywodzi się od samego od Karola Wielkiego. Zgodnie z inną legendą jego założycielem był młody młynarz Kurt, który mszcząc się za pohańbienie i śmierć matki, zbrojną grupą napadał na włości księcia Franków Eberharda III. Schwytany przez króla Ottona I, został wrzucony do klatki ze lwem, którego ogłuszył gołymi rękami. Ułaskawiony wyruszył na wojnę ze zbuntowanym przeciw Ottonowi I Ebrehardem i sam zabił go w 939 roku. Za swoją wytrwałość w walce został przezwany „Kurt Ohne Ruhe”, a król nobilitował go i na- Wiesław Olszewski 85 dał herb z lwem. Następnie Kurt brał udział w kolejnych wojnach. Ostatecznie zamieszkał z żoną Elżbietą, córką hrabiego Goli, w nadanym mu zamku nad Łabą. Ród Unruhe w średniowieczu był szeroko rozgałęziony w Rzeszy i Europie Środkowej, liczne gałęzie posiadał na Łużycach oraz Czechach. W 1430 roku członkowie rodu przybyli do Nowej Marchii, prawdopodobnie wraz Hohenzollernami z Norymberg!. Również w Prusach Wschodnich mieszkali Unruhowie. W SŁUŻBIE KRÓLÓW POLSKI Według przekazów pierwszy z Unruhów w Polsce walczył w szeregach rycerstwa Bolesława III Krzywoustego przeciwko Henrykowi V w zwycięskiej wojnie polsko-niemieckiej w 1109 roku. W okresie rozbicia dzielnicowego Polski Unruhowie zamieszkiwali na Dolnym Śląsku. Najpierw osiedlili się w okolicach Brzegu, a następnie Kożuchowa. Ich szczególną siedzibą przez ponad 400 lat była Racula w księstwie głogowskim. Pierwsza wzmianka o niej pochodzi z 1315 roku i wymienia jako właściciela wsi Johanna von Unruha, który ufundował w niej kościół pw. św. Mikołaja. Zamieszkiwała ją w większości ludność polska aż do XVIII wieku. Akta grodzkie z Poznania w 1336 roku również wzmiankują Jana Unruga z księstwa głogowskiego. W 1385 roku w Królestwie Polskim notowany był dziekan Piotr Unrug ze Śląska. Pochodzący z tej dzielnicy rycerze Hans i Peter Unruge walczyli pod Grunwaldem w 1410 roku po stronie krzyżackiej, jednak potem przeszli na służbę króla polskiego. Jan Unrug notowany na Śląsku w 1300 roku i jego potomkowie byli w prostej linii przodkami Christopha / Krzysztofa, protoplasty rodu Unrugów w Wielkopolsce. LINIA MIĘDZYCHODZKA-PIERWSZA LINIA WIELKOPOLSKA Christoph von Unruh urodzony w 1550 roku w Raculi - dzisiaj części Zielonej Góry, zamieszkały w Żabnie, poślubił Annę von Promnitz z możnego rodu dolnośląskiego, która wniosła w posagu ogromny majątek w zlocie. Z powodu przynależności do wspólnoty protestanckiej, poszukując wolności religijnej, wraz z rodziną opuścił Śląsk, będący już pod panowaniem Austrii i tak jak inni współwyznawcy, przybył do Rzeczypospolitej. W 1597 roku za 45 tys. talarów kupił od Jana hrabiego Ostroroga, wspierającego protestantów, klucz międzychodzki, czyli miasto Międzychód ze wsiami: Wielowieś, Muchocin, Dzięcielin, Mokrzec, Kaplin, Mierzyn, Radgoszcz, Strychy i Świniary. W Międzychodzie nad Jeziorem Miejskim zbudował zamek, który stał się główną siedzibą pierwszej polskiej linii rodu. Jego założyciel Christoph von Unruh zyskał przydomek „Najstarszy”. W 1613 roku od króla Zygmunta III Wazy otrzymał indygenat i udostojnienie herbu. W dokumencie potwierdzenia zapisano jego nazwisko w formie: Christopherus von Unrug. Zmarł w gnieździć rodowym w Raculi. Według różnych publikacji miał jedną lub dwie córki a także trzech synów, z których najstarszy, także Christoph, przejął siedzibę rodu. Christoph II von Unruh - pierwszy dziedzic majętności w 1619 roku założył pierwszą w rejonie wieś na prawie olęderskim — dzisiejsze Świniarki w województwie lubuskim. Miał czworo dzieci, które zmarły jednak bezpotomnie. Majątek przejął drugi w kolejności brat - Georg von Unruh / Jerzy Unrug. Służył on w Wojsku Polskim. Zakupił Kargową i okoliczne dobra. Żonaty był dwukrotnie, miał w sumie pięć córek i dwóch synów: Krzysztofa (1624-1689) — dziedzica Międzychodu 86 Bohaterowie stulecia. Franciszek Józef Unrug i Aleksandra (1628-1668) - założyciela linii Unrugów z Bukowca. To z tej linii wywodzą się nasi bohaterowie. Balthasar von Unruh / Balcer Zygmunt Unrug (1582-1634) - trzeci syn Christopha Najstarszego - miał czterech synów. Potomkowie jego pełnili na przestrzeni stuleci wiele różnych funkcji w Rzeczypospolitej, walczyli w szeregach jej wojsk. Po rozbiorach przeszli na służbę Królestwa Prus, linia ta uległa całkowitej germanizacji, a w ciągu XIX wieku wszystkie jej odgałęzienia wygasły po mieczu. Potomkowie Georga / Jerzego (1580-1652): synowie Krzysztof i Aleksander oraz liczni przedstawiciele ich linii w następnych pokoleniach przez cztery stulecia brali aktywny udział w polskim życiu narodowym, piastując urzędy, a przede wszystkim walcząc w szeregach różnych formacji Wojska Polskiego. Ponadto, choć ich krewni na Śląsku posiadali spore dobra i byli szlachtą tytularną, rzadko polskie linie Unrugów decydowały się na koligacje ze szlachtą śląską, starając się częściej wiązać rodzinnie z wielkopolskimi elitami. Teodor Żychliński, autor Złotej Księgi Szlachty Polskiej tak scharakteryzował tę polską gałąź Unrugów: Odnoga ta wraz z polskim indygenatem przyjęła także i narodowość polską, starając się odt^dprzybranej Ojczyźnie na każdym kroku synowska} okazywać miłość i wdzięczność. To też Rzeczpospolita, jak to było jej zioyczajem, garnęła Unrugów do swego macierzyńskiego łona, zasługi ich uynagradzała bogatemi starostwami i zaszczytne im powierzała urzędy ziemskie. Wielu spośród kolejnych członków rodu od Krzysztofa Najstarszego do rozbiorów, a nawet po nich, stosowało polską pisownię nazwiska: Unrug. Świadczą o tym zbiory dokumentów oraz ich własnoręczne podpisy w listach. Nawet w największej encyklopedii niemieckiej XVIII wieku napisano: WPołsce von Unruhowie unikają niemieckiego brzmienia nazwiska, preferują formę Unrug. Krzysztof, trzeci właściciel Międzychodu, pełnił bardzo ważne urzędy, uczestniczył w kampaniach wojennych ówczesnej Rzeczypospolitej. Podczas potopu szwedzkiego w 1655 roku przeszedł na stronę wroga z motywów religijnych, lecz potem zrehabilitował się. Dwukrotnie żonaty doczekał się dwadzieściorga potomstwa. Wielu spośród nich odegrało ważne role w życiu publicznym. Wraz ze schyłkiem Polski, w ciągu kolejnych dziesięcioleci XVIII wieku Unrugowie linii międzychodzkiej stopniowo wracali do niemieckiej kultury i pod zaborem pruskim ostatecznie ulegli wtórnej germanizacji. W latach 1945-1955 przedstawiciele tej linii ostatecznie opuścili Polskę. LINIA BUKOWIECKA Aleksander Unrug, młodszy syn Georga /Jerzego i wnuk Krzysztofa Najstarszego, w 1654 roku zakupił Bukowiec. Tam został założycielem trwałej linii polskiej rodu Unrugów, zwanej od jej pierwszej głównej siedziby linią bukowiecką. Miał trzech synów i córkę. Podczas potopu szwedzkiego również początkowo poparł Szwedów, atakując z bratem pobliskie kościoły katolickie, lecz potem zrehabilitował się i wypłacił odszkodowania rodzinom ofiar. Potomkowie jego stopniowo spolonizowali się całkiem, zachowując do połowy XIX wieku wyznanie ewangelickie. Jego wnuk Henryk Kajetan Maurycy (1791-1849), kolejny dziedzic Bukowca, był protoplastą polskich Unrugów wyznania katolickiego, będących też po kądzieli potomkami pierwszych władców Polski z dynastii Piastów. Jako szambelan króla Wiesław Olszewski 87 Toilfusz Gustaw Unrug (1834-1907) i Henryk Unrug (1836-1903) Prus, żyjąc pod zaborem pruskim, używał początkowo niemieckiej formy imienia i nazwiska lecz pod koniec życia urzędowo wrócił do polskiej. Był pierwszym mężczyzną w rodzie Unrugów, który wraz z częścią rodziny przeszedł na wiarę katolicką w 1832 roku. Był wielkim miłośnikiem twórczości Fryderyka Chopina. Henryk Kajetan Maurycy zmarł z żoną i trójką z jedenaściorga dzieci oraz kilkoma dalszymi krewnymi podczas epidemii cholery w 1849 roku. Spośród żyjących jego synów, w służbie Polsce wyróżnili się: - Ludwik Unrug (1826-1848) - uczestnik powstania wielkopolskiego, poległ od pruskiej kuli w bitwie pod Miłosławiem 30 kwietnia 1848 roku. Jego walka i śmierć przyczyniły się do wzmożenia polskiego patriotyzmu w rodzinie. - Wiktor Edward Unrug (1831-1915) - w czasie wojny krymskiej służył w polskiej Dywizji Kozaków Sułtańskich gen. Władysława Zamoyskiego. Według rodzinnej tradycji brał udział w eks-portacji ciała Adama Mickiewicza zmarłego w 1855 w Konstantynopolu. Od jego synów pochodzą wszystkie żyjące obecnie w Polsce rodziny Unrugów, wywodzące się od Krzysztofa Najstarszego. - Kazimierz Unrug (1833-1863) - uczestnik powstania styczniowego w randze kapitana, „strzelec zawołany”. Był dowódcą kompanii strzelców w partii gen. Edmunda Taczanowskiego. Wpierw ukończył prawo na Uniwersytecie Wrocławskim i pracował w zawodzie. Do powstania dołączył niezwłocznie, aby jak mówił, uprzedzić tych, którzy potem masowo będą wstępować. Znacznie przyczynił się do zwycięstwa w bitwie pod Pyzdrami. W bitwie pod Ignacewem 8 maja 1863 roku został ciężko ranny i z powodu obrażeń i upływu krwi zmarł w dwa dni później w klasztorze bernardynów w Kole. Przed śmiercią powtarzał, iż żal mu odchodzić stoczywszy tylko dwie bitwy za wolność Ojczyzny. Jego pogrzeb stał się wielką manifestacją patriotyczną. Teodor Zychliński pisał, że Kazimierz Unrug jeszcze po 25 latach był wspominany jako „jeeien z najzdatnieszych i najwaleczni^szych oficerów armii”. W powstaniu tym poległo jeszcze dwóch przedstawicieli rodu. - Tadeusz Gustaw Unrug (1834-1907) — za młodu wybrał służbę wojskową. W wojnie prusko-francuskiej dowodził baterią, a następnie pułkiem artylerii. Od 1871 roku był adiutantem księcia Karola Pruskiego. Przeszedł w stan spoczynku w 1890 roku w stopniu generała majora i kupił majątek Sielec koło Żnina od swego brata Henryka (1836-1903), który wcześniej odkupił go od ich siostry Róży Potworowski ej, która przez rugi pruskie musiała z dziećmi opuścić Wielkopolskę. W związku ze służbą wojskową przyjął niemiecką formę imienia i nazwiska Thaddaus Gustav von Unruh. Potem jednak całkowicie odwrócił się od kultury niemieckiej, zrywając nawet znajomości z wojska, mówił i pisał po polsku. W polskim patriotyzmie wychowywał synów: Józefa (późniejszego admirała) i Michała. 88 Bohaterowie stulecia. Franciszek Józef Unrug - Henryk Unrug (1836-1903), najmłodszy syn, w związku z konfiskatą majątków przez władze pruskie za udział w powstaniu wydzierżawił od hr. Jezierskiego klucz Ryki, gdzie specjalizował się w hodowli ryb, koni, krów, świń i owiec, odnosząc znaczące sukcesy na tym polu. Podczas walk o niepodległość Ojczyzny, w II Rzeczypospolitej oraz w czasie II wojny światowej, służyli Polsce kolejni potomkowie synów Henryka Kajetana Maurycego Unruga (1791-1849). Jego prawnuk, syn wnuczki, Tadeusz Świnarski (1878-1923) pływał na parowcach transatlantyckich, początkowo jako oficer, a później kapitan żeglugi wielkiej. Będąc częstym gościem w domu swego krewnego, gen. Tadeusza Gustawa Unruga, rozbudził zainteresowanie morzem u jego syna Józefa (późniejszego admirała). W II RP służył jako naczelnik Urzędu Marynarki Handlowej i komisarz Delegacji Polskiej Rady Portu i Dróg Wodnych w Wolnym Mieście Gdańsku. Jego syn Henryk został rozstrzelany przez Niemców we wrześniu 1939 roku. Drugi prawnuk Henryka Kajetana, Antoni Ignacy Unrug (1860-1939) - właściciel majątku Piotrowo pod Poznaniem, w 1907 roku zbudował tam dwór w polskim stylu narodowym według planów architekta Rogera Sławskiego. Był majorem rezerwy kawalerii saskiej. W 1919 roku awansowany na podpułkownika przyłączył się do powstania wielkopolskiego. Naczelna Rada Ludowa mianowała go generałem. Zmarł w sierpniu 1939 roku, a jego pogrzeb przerodził się w wielką manifestację patriotyczną. Jego z kolei syn, Wiktor Zygmunt Unrug (1886-1973) - początkowo major w armii pruskiej, od 1919 roku podpułkownik Wojska Polskiego, zasłużony podczas wojny polsko--bolszewickiej. W latach 1921-1930 dowódca 57 Pułku Piechoty Wielkopolskiej, który w trakcie zamachu majowego stanął w obronie rządu Rzeczypospolitej Polskiej. Miał syna i córkę: - Piotr Wiktor Unrug (ur. w 1918) - walczył jako podchorąży rezerwy 15 Pułku Ułanów Poznańskich w wojnie obronnej 1939, podczas której stracił nogę w bitwie pod Walewica-mi 9/10 września. Po leczeniu i rehabilitacji, w 1945 roku wstąpił do Polskich Kompanii Wartowniczych w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Po zakończeniu służby kupił w Anglii niewielką farmę i brał udział w życiu polskiej emigracji oraz pracował dla BBC. Otrzymał Krzyż Walecznych za kampanię wrześniową. - Maria Modesta hr. Schulenburg (ur. w 1920) - jej narzeczony Józef Ponikiewski herbu Trzaska (1916-1943), oficer Polskiej Marynarki Wojennej, adiutant gen. Władysława Sikorskiego, zginął w katastrofie w Gibraltarze.’ Drugim synem generała Ignacego Unruga (1860-1939) był Franciszek Józef Unrug (1887-1945) zamordowany w Stutthof. Niezłomny obrońca wybrzeża i polskiego honoru Do najwyższej godności, wśród przedstawicieli bukowieckiej linii rodu, doszedł Józef Michał Tadeusz Unrug admirał Marynarki Wojennej RP. Był synem generała Tadeusza Gustawa Unruga. Urodził się 7 października 1884 w Brandenburgu pod Berlinem. Zgodnie z rodową tradycją został wojskowym. Początkowo służył w pruskiej Kriegsmarine, przechodząc w latach 1904-1918 wszystkie stopnie od kadeta do kapitana. Podczas I wojny Olgierd Terlecki, Generał Sikorski, Wydawnictwo Literackie, Kraków — Wrocław 1986 Wiesław Olszewski 89 Światowej dowodził okrętami podwodnymi, pod koniec działań wojennych był dowódcą flotyłłi okrętów podwodnych. Po odzyskaniu niepodłegłości przez Polskę na początku 1919 r. zgłosił się do admirała Porębskiego, przełożonego nieistniejącej wówczas jeszcze polskiej floty wojskowej. Od tej pory Józef związał swoje losy z polską marynarką wojenną, a służbie w niej poświęcił całe swoje dorosłe życie. Został zweryfikowany jako kapitan i skierowany na stanowisko kierownika Wydziału Operacyjnego w Departamencie Spraw Morskich w Warszawie. W 1920 został pierwszym kierownikiem Urzędu Hydrograficznego w Gdańsku. W tym samym roku kupił w Hamburgu na własne nazwisko pierwszy polski okręt, ORP „Pomorzanin”. W 1925 r. już jako komandor objął dowództwo floty, w 1933 r. otrzymał awans na kontradmirała. W przededniu wojny zadecydował o wysłaniu najlepszych i najsprawniejszych polskich okrętów do Wielkiej Brytanii, a 21 sierpnia 1939 r. przeniósł kwaterę dowództwa floty na Hel. 24 sierpnia został dowódcą obrony wybrzeża, podległym bezpośrednio Naczelnemu Wodzowi. Dowodzona przez niego obrona załamała się dopiero 1 października, już po kapitulacji Warszawy. W związku z miażdżącą przewagą Niemców i brakiem uzasadnienia ponoszenia dalszych strat, kontradmirał Unrug podjął decyzję o kapitulacji i dostał się do niewoli niemieckiej. Przebywał w kilku oflagach, często karnie przenoszony za przejawianie nieugiętej postawy, m.in. odmowę wszelkiej współpracy z Niemcami. Jako urodzony pod Berlinem w spolszczonej rodzinie o niemieckich korzeniach szlacheckich, mówił lepiej po niemiecku niż po polsku, lecz w obozowych kontaktach z Niemcami obcował jedynie w języku polskim, żądał tłumacza. Odmówił przejścia w stopniu admirała na stronę niemiecką i objęcia ważnego stanowiska w Kriegsmarine. Po uwolnieniu w 1945 roku pozostał na emigracji, otrzymał awans do stopnia wiceadmirała i pozostał w służbie do likwidacji Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Później mieszkał w Maroko i we Francji, gdzie zmarł w 1973 r. Zona Zofia z Unrugów przeżyła go o siedem lat. Z małżeństwa tego pochodził jedyny syn Horacy (ur. 1930 r.), którego potomkowie mieszkają poza Polską. Po kilkudziesięciu latach, wypełniając testament Admirała, sprowadzono jego zwłoki do ojczyzny. Spoczął wraz z żoną Zofią wśród swoich żołnierzy, na Cmentarzu Wojskowym Marynarki Wojennej RP w Gdyni Oksywiu. W uroczystościach uczestniczył wnuk Józefa, Christoph Unrug, obecny burmistrz miasteczka Montresor we Francji. ZAMORDOWANY W STUTTHOF Bohater, którego losy zainspirowały do napisania niniejszej opowieści, Franciszek Józef Unrug, syn Antoniego Ignacego Unruga (1860-1939) i Amelii z von Hachezów, urodził się 11 grudnia 1887 w dobrach rodzinnych w Oschatz w Saksonii. Ojciec był właścicielem majątku Piotrowo pod Poznaniem, w 1907 roku zbudował tam dwór w polskim stylu narodowym według planów architekta Rogera Sławskiego. Był majorem rezerwy kawalerii saskiej. W 1919 roku awansowany na podpułkownika przyłączył się do powstania wielkopolskiego. Naczelna Rada Ludowa mianowała go generałem. Zmarł w sierpniu 1939 roku, a jego pogrzeb przerodził się w wielką manifestację patriotyczną. W rodzinnym majątku koło Poznania wychowywał się Franciszek. W latach gimnazjalnych należał do tajnego 90 Bohaterowie stulecia. Franciszek Józef Unrug Towarzystwa Tomasza Zana. Z wykształcenia był rolnikiem, zaś z zamiłowania leśnikiem i hodowcą zwierzyny. W powstaniu wielkopolskim współorganizował Straż Obywatelską w Poznaniu. Od 1924 roku gospodarował w majątku swojej żony Zofii z Dembskich l°voto Rembowskiej w Wyszakowie (powiat średzki). Udzielał się społecznie jako patron Towarzystwa Czytelni Ludowych, współorganizator kursów rolniczych w ramach Wielkopolskiego Związku Kółek Rolniczych. Ze względu na stan zdrowia nie służył w wojsku. Z chwilą wybuchu II wojny światowej zgłosił się do dyspozycji Cyryla Ratajskiego organizującego zastępcze władze Poznania i województwa wielkopolskiego. Po wkroczeniu Niemców uczestniczył w tworzeniu zrębów konspiracji. Na polecenie Ratajskiego i Adolfa Bnińskie-go jesienią 1939 r. wystąpił o wpisanie go na Niemiecką Listę Narodowościową, co miało ułatwić wykonywanie zadań konspiracyjnych. Brał udział w zabezpieczaniu na Franciszek Unrug (1887 - 1945) z córką Antoniną, fit. Wikipeeiia cele konspiracji kosztowności deponowanych przez wielkopolskich ziemian. Współorganizował i finansował akcję ukrywania polskich książek. Finansował wydawanie konspiracyjnej prasy. Po utworzeniu Głównej Delegatury Rządu dla ziem wcielonych do Rzeszy delegat Bniń-ski powierzył mu całokształt spraw związanych z walką cywilną. Jednocześnie w sztabie Komendy Okręgu Poznańskiego ZWZ objął funkcję szefa „Uprawy” — organizacji konspiracyjnej. Uczestniczył w kupowaniu broni od niemieckich żołnierzy. W swoim majątku ukrywał aparat radiowy, umożliwiający prowadzenie nasłuchów radia zagranicznego. Uczestniczył w przygotowywaniu w przylegającym do majątku lesie ziemianek dla ukrywających się zbiegłych jeńców angielskich. Udzielał pomocy ukrywającym się konspiratorom. Po raz pierwszy aresztowany przez gestapo w kwietniu 1942 roku. Nie udowodniono mu wtedy współpracy z polską konspiracją i został zwolniony na skutek interwencji niemieckiej linii rodziny Ungrugów. Jednak usunięto go z majątku, którym kierował odtąd niemiecki zarządca. Aresztowany powtórnie 5 lipca 1944 r. w związku z wsypą w Inspektoracie Rejonowym Środa AK, został poddany bestialskiemu śledztwu w poznańskim gestapo. Nie ujawnił żadnych tajemnic organizacyjnych. W dniu 7 lipca 1944 roku umieszczono go w obozie Żabikowo k. Poznania, gdzie został zarejestrowany pod numerem 17237. W Zabikowie przebywał do 18 grudnia, przeniesiony następnie do KL Stutthof. W ewidencji więźniów tego obozu ujęty 21 grudnia 1944 r. pod nr. 104610. Zmarł z wycieńczenia i chorób 19 stycznia 1945 roku o godz. 7.15, zwłoki spalono w krematorium.^ ^ Dokumenty Archiwum Muzeum Stutthof Marcin Owsiński 91 Marcin Owsiński Stutthof/Sztutowo - „współczesny” dziennik sprzed 80 lat. REFLEKSJE (NIE TYLKO HISTORYCZNE) W ROCZNICĘ WYBUCHU II WOJNY ŚWIATOWEJ W tym roku w całym kraju obchodzono w szczególny sposób kolejną „okrągłą” rocznicę wybuchu II wojny światowej. Celebrujemy rocznice zbiorowo, definiujemy je państwowo i politycznie, pamiętamy na poziomie ogólnych skojarzeń, odnosimy się do Ofiar i Bohaterów tamtych wydarzeń, które przechowujemy w zbiorowej pamięci. Pamiętamy, wspominamy jednak często tylko w sposób obrazkowy i kompulsywny, albo i w ogóle, uważając, że szkoda czasu na wspominanie i historię, która działa się na ulicach w miastach i miejscowościach, w których na co dzień jesteśmy, przez które przejeżdżamy, albo znamy z nazwy. Tegoroczne obchody to także okazja spotkania i wspomnienia ostatnich - odchodzących od nas bardzo szybko - świadków tamtych wydarzeń. W naturalny sposób coraz większa mgła niepamięci będzie osłaniała pokolenie naszych pradziadków i dziadków oraz ich opo- Dom Friedy Rathke przy ówczesny Pilauerstrasse 22 w Stutthofie, w którym w końcu Ltt trzydziestych, do 30 sierpnia 1939 roku kwaterowali polscy celnicy Dom zachował sif do dzisiaj, fot. M. Owsiński w Stutthofie, w którym w końcu lat trzydziestych, do 30 sierpnia 1939 roku kwaterowali polscy celnicy. Dom zachował sif do dzisiaj, fot. M. Owsiński 92 Stutthof/Sztutowo - „współczesny” dziennik sprzed 80 lat. wieści. Tak jest z każdym odchodzącym pokoleniem. Nowe, zawsze nowoczesne i współczesne, od przeszłości wolą tu i teraz. Jaka jest jednak nasza refleksja i współczesne pamiętanie? Czy mają i mogą one mieć swój odnośnik lokalny? Czym skojarzyć legendę Westerplatte, płonący Zamek Królewski, czy bohaterów Wizny na poziomie naszego najbliższego otoczenia? Czy my też - regionalnie - mamy coś wspólnego z wydarzeniami sprzed 80 lat? Czy wspólnota pamięci i identyfikacji społecznej z tą odległa już historią może dotyczyć też nas i naszego otoczenia? Może, a dotyczy nas nadal bardzo ... W niniejszych krótkich rozważaniach chciałbym zaprezentować wydarzenia jakie miały miejsce dokładnie 80 lat temu w Stutthofie, miejscowości na Żuławach i Mierzei, która miała swój bezpośredni udział w historii II wojny światowej. Wojna i wspomnienie tragicznych konsekwencji tego konfliktu mają również swój sztutowski rozdział. To w tej miejscowości w czasach ostatnich tygodni istnienia Wolnego Miasta Gdańska planowano budowę obozu koncentracyjnego, który później funkcjonował w ciągu następnych sześciu lat. Siedząc dziś w spokoju własnego domu i patrząc w okno można pisać dziennik oparty na historii... Spróbujmy zatem się tam przenieść: 24 SIERPNIA 1939 - PIERWSZY MELDUNEK 80 lat temu na redzie portu w Gdańsku zatrzymał się pancernik „Schleswig-Holstein” przybywający do Wolnego Miasta Gdańska z kurtuazyjną wizytą. Mało kto wie, że pierwszy meldunek o spostrzeżeniu pancernika na morzu wysłali do polskich władz polscy celnicy ze Stutthofii... W okresie Wolnego Miasta Gdańska w niemieckim Stutthofie i w kilku innych placówkach na terenie Żuław kwaterowali i pracowali bowiem polscy urzędnicy z orzełkami na czapkach mundurów. Ich praca już od początku nie była łatwa, a od połowy lat trzydziestych i wzrostu znaczenia nazistów w WMG stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Julian Deimert, inspektor celny i podkomisarz Straży Granicznej, kierujący od grudnia 1934 polską placówką celną w Stutthofie wraz z żoną oraz kierowcą Eugeniuszem Jar-szyńskim kwaterowali w domu przy Pilauerstrasse 22. Stoi on do dzisiaj przy zakręcie na ulice Morską, która prowadzi wprost na plaże w Sztutowie. W tamtych latach pomieszczenia polskich celników, dzięki ich zaangażowaniu i pracy, stały się miejscem spotkań i uroczystości dla polskich robotników sezonowych oraz polskich turystów przebywających na Mierzei. Właścicielką domu była Niemka, trzydziestoletnia wówczas, Frieda Rathke. Umowa najmu została zawarta mimo bojkotu i inspirowanych przez NSDAP wystąpień antypolskich we wsi. Mimo presji gminy, partii i większości mieszkańców, Frau Rathke nie ugięła się, wynajęła mieszkanie Polakom i nie wymówiła go do lata 1939. 21 maja 1939 r. przed domem, w którym mieszkali polscy celnicy, odbyła się demonstracja działaczy partii hitlerowskiej. Tłum skandował antypolskie hasła, wybito kamieniami szyby w oknach. Przywódcami demonstracji byli naczelnicy gmin Stutthof, Steegen i Bodenwinkel [Szuto-wo, Stegna i Kąty Rybackie], którzy jednocześnie pełnili funkcje przywódców partyjnych na terenie tych gmin. W wyniku tych wydarzeń niedługo potem na miejsce inspektora Deimerta przybył do Stutthofii inspektor celny Józef Macura. Polskim celnikom odmówiono wiosną 1939 udzielania wszelkich usług oraz zakazano sprzedaży im towarów w sklepach w Stutthofie i okolicy. Ich czynności i poruszanie się oraz Marcin Owsiński 93 dom, w którym mieszkali, były pod stałą i oficjalną obserwacją mieszkańców wsi. Zakaz ten był egzekwowany przez naczelnika gminy Wilhelma Klanowskiego i lokalną komórkę NSDAP. Jak opisuje to jedna z ówczesnych mieszkanek Stutthofu, w końcu doszło do tego, że Polscy celnicy w Stutthofie byli całkowicie izolowani przez społeczność wsi. Jedynymi Niemcami, którzy rozmawiali z nimi i odpowiadali »dzień dobry«, była Frieda Rathke i jej rodzice. W sierpniu 1939, po odwołaniu inspektora Józefa Macury, któremu grożono, do Stutthofu przyjechała na placówkę ostatnia obsada przed wybuchem wojny. Kierownikiem polskiego oddziału celnego od 10 sierpnia 1939 był inspektor Tadeusz Orzechowski, a podlegali mu inspektorzy Wilhelm Szramowski, Tadeusz Świątkowski, Stanisław Szwarc i Leon Karwatowicz oraz kierowca Eugeniusz Jarszyński. 24 sierpnia 1939 polska obsada posterunku celnego w Stutthofie zameldowała, że kilka mil od brzegu zatrzymał się w Zatoce Gdańskiej niemiecki pancernik „Schleswig-Holstein” czekający na pozwolenie wejścia do portu gdańskiego z kurtuazyjną wizytą. Pancernik wszedł do Gdańska i zacumował w pobliżu Westerplatte 25 sierpnia. Fragment artykułu z gdańskiej gazety z sierpnia 1930 roku poświeconego otwarciu nowoczesnego Leśnego Ośrodka V(ypoczynko-wego. Warto zwrócić uwagę prawe zdjęcie na którym widać przeznaczane dla dzieci malowidła ścienne przedstawiające sceny przyrodnicze i zwierzęta w głównej sali ośrodka. W czasie wojny przejęty przez SS budynek został przebudowany i przekształcony w komendanturę obozu koncentracyjnego Stuttbof, fot. M. Owsiński 94 Stutthof/Sztutowo - „współczesny” dziennik sprzed 80 lat. 26 SIERPNIA 1939 - SZYKOWANIE MIEJSCA Wojna miała wybuchnąć 80 lat temu, 26 sierpnia 1939, krótko po godzinie 4 rano. Tego dnia, wg realizowanych od maja 1939 niemieckich planów, zakończyć się miała faza przygotowań logistycznych i militarnych do wojny. Decyzja Hitlera do podległych mu struktur wojskowych wydana została wczesnym popołudniem 25 sierpnia 1939 i była przekazywana do kolejnych najniższych szczebli dowodzenia jednostek rozlokowanych przy granicy przez następne godziny. W obliczu wiadomości o potwierdzeniu sojuszu polsko-angielskiego, jakie nadeszły po południu z Londynu, Hitler wieczorem tego dnia odwołał decyzję o ataku, choć nie doszła ona do świtu do wszystkich jednostek i niektóre oddziały trzeba było już zawracać po tym, jak przekroczyły polską granicę idąc do punktów, które miały atakować. Atmosfera nerwowego wyczekiwania na konfrontację charakteryzowała przez kolejne dni całą Europę. 26 sierpnia 1939, dokładnie 80 lat temu, na terenie gminy Stutthof w Wolnym Mieście Gdańsku zakończono przygotowania do założenia na leśnej polanie tymczasowego miejsca odosobnienia dla osób, które planowano zatrzymać w momencie wybuchu wojny. Tu też czekano nerwowo na rozwój wypadków... Dwanaście dni wcześniej, 14 sierpnia 1939, polscy celnicy patrolujący obszar swojego działania w Stutthofie zameldowali do centrali, że w przyległym do wsi od strony zachodniej lesie rozbił namioty oddział SS zidentyfikowany przez nich jako jeden z elementów SS-Heimwehr Danzig. Celnicy donosili, że w lesie rozpoczęły się jakieś prace porządkowo- Pocztówka ze Stutthoju z końca lat trzydziestych XX wieku. Widoczne oznaki nowoczesności ale i ideologii., fot. M. Owsiński Marcin Owsiński 95 -budowlane, których charakteru nie udało się rozpoznać. Tego samego dnia jeden z polskich inspektorów celnych został obrzucony kamieniami i grożono mu, że: „Niedługo już, a wszyscy znajdziecie się tam!”; wskazując na las w, którym trwały tajemnicze prace. Zaobserwowany przez polskich celników oddział był jedną z kompanii (Hundertschaft) powołanej w lipcu z gdańskich SS-manów obu miejscowych chorągwi SS (pułki 36. i 71.) oddziału SS-Wachsturmbann dowodzonej przez SS-Obersturmbannfuhrera Kurta Eiman-na. Nadzorowali oni wówczas w Stutthofie budowę zalążków infrastruktury przyszłego obozu dla osób, które planowano aresztować po wybuchu wojny oraz przechodzili intensywne szkolenie ideologiczne i wojskowe. Ich miejscem zakwaterowania były budynki byłego, otwartego w 1930, Młodzieżowego Leśnego Ośrodka Wypoczynkowego. W czasie wojny budynek ten, przejęty przez SS, został przebudowany i przekształcony w komendanturę obozu koncentracyjnego Stutthof. Przyszły obóz powstać miał na terenach rekreacyjnych przyległych do kompleksu, które pozyskano wiosną od lokalnych władz na rzecz struktur gdańskiej i lokalnej SS. O wyborze terenu zadecydował szef sztabu SS-Wachsturmbann i dowódca 71. chorągwi (pułku) gdańskiej SS Max Pauly. Przygotowaniami do budowy w sierpniu 1939 kierował SS-Obersturmfuhrer Erich Gust. Przez kilkanaście dni sierpnia SS-mani z Gdańska, wspomagani przez miejscowe struktury SS i SA, wykorzystywali do prac przygotowawczych grupę więźniów kryminalnych przywiezionych z Gdańska. Ogrodzili oni około półhektarowy teren polany leśnej drutem kolczastym, postawili tymczasową wiatę oraz ustawili kilkanaście wojskowych namiotów. Przez kilka ostatnich dni sierpnia i ostatnich dni pokoju polana i ludzie w mundurach na niej kwaterujący nerwowo czekali na rozkaz do działania i ataku. Oczekiwana przez nich wojna miała mieć także swój bardzo lokalny charakter w Stutthofie. Wybór miejsca pod przyszły obóz nie był przypadkowy... 28 SIERPNIA 1939 - FORMOWANIE LUDZI Lokalnym, gdańskim tłem wypadków prowadzących do wybuchu wojny był proces szukania miejsc pod przyszłe miejsca odosobnienia dla kilku tysięcy więźniów, których naziści wytypowali do zatrzymania w momencie wybuchu wojny i uznali za potencjalnie groźnych przeciwników. Specjalne listy osób przeznaczonych do aresztowania tworzyły zdominowane przez funkcjonariuszy SS gdańskie służby policyjne. Umieszczano na nich polskich urzędników, nauczycieli, sportowców, działaczy społecznych, księży oraz Żydów. Wszyscy oni w ramach jednej skoordynowanej akcji mieli zostać wyłapani i odstawieni do punków zbiorczych po tym, jak wojna ostatecznie wybuchnie. W związku z kompletowaniem list osób do aresztowania powstał realny problem znalezienia odpowiednich miejsc odosobnienia. Zajmowała się tym od drugiej połowy lipca 1939 specjalna niewielka grupa gdańskich SS-manów kierowana przez wspomnianego dowódcę 71. chorągwi gdańskiej SS majora Maxa Paulyego. Przez kilka tygodni na przełomie lipca i sierpnia 1939 grupa objechała teren Wolnego Miasta Gdańska typując tereny możliwe do założenia pierwszych więzień i obozów. W tym kontekście pojawia się miejscowość Stutthof. Teren Wolnego Miasta Gdańska nie był duży, obejmował zaledwie 1893 km^ i kilka powiatów. Stutthof należał do największych ludnościowo i gospodarczo terenów wiejskich w WMG. W 1939 mieszkało w gminie około 2500 ludzi. Gmina obejmowała tylko naj- 96 Stutthof/Sztutowo — „współczesny” dziennik sprzed 80 lat. bliższy obszar dookoła miejscowości. Od 1 kwietnia 1936 wyłączono ze Stutthofu jako osobny urząd gminny Bodenwinkel. Dokonany wówczas podział na niewielkie terytorialnie gminy przetrwał zasadniczo do 1945. W okresie międzywojennym w gminie Stut-thof miał siedzibę urząd celny, urząd pocztowy, okręg leśny, posterunek żandarmerii oraz sąd polubowny, a także terenowe komórki kilku różnych organizacji partyjnych. W 1935 komunikację na terenie gminy znacznie ułatwiło otwarcie stałego mostu zwodzonego na Wiśle Królewieckiej, który zastąpił dotychczasową uciążliwą przeprawę promową. W spisach ludności praktycznie wszyscy obywatele gminy deklarowali narodowość niemiecką. Mieszkańcy gminy Stutthof w większości byli ewangelikami, niewielka część populacji to katolicy, baptyści i mennonici. Mało kto wie, jakie były preferencje polityczne mieszkańców Stutthofu. Pokazują je wyniki wyborów do gdańskiego parlamentu Yolkstagu. Wykazują one charakterystyczną tendencję. W latach dwudziestych życie polityczne było różnorodne i pluralistyczne, w Stutthofie spore grupy poparcia mieli socjaldemokraci, narodowcy i komuniści, od lat trzydziestych rysuje się zaś dominacja nazistów. W wyborach w 1930 po raz pierwszy Stutthof głosował na NSDAP (ponad 13%), która zrównała się prawie z innymi partiami narodowymi WMG, wybory w skali gminy bezapelacyjnie wygrali wówczas komuniści (ponad 33%). Zaledwie trzy lata później, w 1933 i przy kolejnych wolnych wyborach, NSDAP zdobyła w Stutthofie prawie 75% poparcia, a drudzy komuniści tylko 13%, inni już się praktycznie nie liczyli. Od października 1933 w Stutthofie czynna była już szkoła kadr partyjnych NSDAP. W ostatnich wyborach gdańskich w 1935 NSDAP w Stutthofie zdobyła ponad 90% wszystkich głosów, socjaldemokraci ponad 4%, zaś komuniści niecałe 3%... Nie ma żadnych wątpliwości, kogo popierali mieszkańcy gminy w 1939. Wiejskie żuławskie gminy WMG były w tym czasie prawdziwą ostoją nazistów. Do NSDAP, SS, SA i innych organizacji należała zdecydowana większość mieszkańców. 2 lipca 1939 na terenie gminy Bodenwinkel odbył się wielki propagandowy zjazd kilku tysięcy członków NSDAP, SA i SS z powiatów Wielkie Żuławy i Gdańskie Niziny. Liderami politycznymi byli miejscowi nauczyciele, lekarze i rolnicy. Niektórzy z nich już od samego początku pracowali w samym obozie. Drugim istotnym elementem skłaniającym do lokowania przyszłego obozu właśnie w Stutthofie był teren. Plac sportowych ćwiczeń przy domu wypoczynkowym należał już do SS i można było nim po prostu prawnie rozporządzać. To na nim postawiono namioty i budowano pierwsze baraki. Jeszcze jesienią 1939 okazało się, że jest co prawda za mały, aby obóz nadal rozbudowywać, ale SS-mani szybko potrafili się z tym uporać poprzez fina-lizację już w 1940 dalszych zakupów przyległych terenów: czyli ośrodka wypoczynkowego i domu starców, czy zakup od leśnictwa kolejnych działek leśnych. W każdym razie warto w kontekście założenia obozu Stutthof pamiętać o kwestiach prawnych i własnościowych. Także i wówczas budować można było wyłącznie na swoim terenie. Trzecim jednak (w mojej opinii najważniejszym) elementem, jaki wpłynął na lokalizację obozu w Stutthofie, jest samo położenie geograficzne miejscowości. Latem 1939, kiedy wybierano teren i zaczęto go przygotowywać pod obóz, wybuch wojny był raczej pewny. Marcin Owsiński 97 jednak jej przebieg był dla wszystkich niewiadomy. SS-mani brali po uwagę także trudności wojenne, możliwość dłuższych walk statycznych, czy w ogóle walki o Gdańsk z regularnymi jednostkami polskiego korpusu. Z tej perspektywy najważniejsze dla nich przy lokalizacji obozu w sierpniu 1939 było... jak największe oddalenie tego terenu od gdańsko-polskiej granicy, gdzie mogły się toczyć ewentualne walki. Stutthof był w tym względzie bardzo dobrze położony; daleko na wschód od Gdańska, za dużą przeszkodą wodną (Wisła), przez którą nie było w tym czasie stałej przeprawy mostowej, był w pobliżu granicy z Prusami Wschodnimi, przez którą można było dostarczyć wsparcie materiałowe i wojskowe w czasie wojny. O tym, że przyszły obóz koncentracyjny ulokowano w Stutthofie, zadecydowały uwarunkowania lata 1939: spokojna, politycznie pewna okolica, należący do SS teren oraz oddalenie od granicy z Polską. 28 sierpnia 1939, 80 lat temu, teren już był przygotowany, polscy celnicy w miejscowości całkowicie odizolowani i pozbawieni możliwości obserwacji, zaś większość mężczyzn z miejscowości w wieku poborowym była już wcielona do jednej z wielu mundurowych formacji policyjnych lub partyjnych i z bronią gotową do strzału czekała na rozkaz do działania. Wszędzie powiewały już flagi ze swastyką. To były ostatnie godziny pokoju, za chwilę wojna pochłonęła swoje pierwsze ofiary 30 SIERPNIA 1939 - PROWOKACJE I PIERWSZE STRZAŁY 30 sierpnia 1939, 80 lat temu, to był bardzo nerwowy czas. W Stutthofie polscy celnicy w dzień już nie wychodzili na zewnątrz. Dookoła domu chodzili obserwujący ich uzbrojeni Niemcy w mundurach partyjnych i z opaskami na rękach prowokujący swoim zachowaniem do nerwowych reakcji. W podobnej sytuacji byli inni polscy celnicy z posterunków na Żuławach. Kilkanaście kolejnych godzin pokazało, że wśród nich była także jedna z pierwszych śmiertelnych ofiar wojny, polski celnik ze Stutthofu... W ostatnich dniach sierpnia czuć było już w powietrzu atmosferę bliskiego wybuchu konfliktu. Przypominały o tym propagandowe hasła i plakaty z hitlerowskimi odezwami, wszechobecne mundury i flagi partyjne i policyjne, zabarykadowane i bezludne przejścia graniczne, opróżnione porty czy puste plaże, na których nie było chętnych do opalania. W dziwnych okolicznościach zaginęło w tym czasie też kilku polskich inspektorów celnych na terenie WMG, wszyscy oni zostali przez gdańsko-hitlerowskie bojówki aresztowani i zgromadzeni w więzieniach, gdzie czekali na resztę swoich towarzyszy. Utrudniali bowiem swoją obecnością i działalnością przemyt broni i zaopatrzenia dla bojówek w Gdańsku. Ten los 30 sierpnia spotkał m.in. trzyosobową załogę polskiej motorówki celnej stacjonującej w Dubaszkach i podległej placówce w Tiegenhofie. Wybuch wojny był kwestią kilku godzin... Obsada polskiego posterunku celnego opuściła w tajemnicy teren gminy Stutthof w nocy z 30 na 31 sierpnia 1939 i wykonując ostatnie rozkazy, jakie nadeszły z centrali, udała się do Kałdowa. Służbowym samochodem fiat kierowanym przez kierowcę E. Jarszyńskiego odjechali: ostatni kierownik placówki inspektor Tadeusz Orzechowski oraz inspektorzy Wilhelm Szramowski, Tadeusz Świątkowski, Stanisław Szwarc i Leon Karwatowicz. Inspektorzy ze Stutthofu zostali zakwaterowani w nocy z 30 na 31 sierpnia 1939 w tymczaso- 98 Stutthof/Sztutowo - „współczesny” dziennik sprzed 80 lat. wej kwaterze wszystkich ewakuowanych polskich celników - kilku wagonach kolejowych na bocznicy w Kałdowie koło Malborka. Wagony w Kalthofie, stanowiące improwizowany polski punkt kontrolny, były schronieniem dla Polaków do końca sierpnia 1939. Od 24 sierpnia obsada wagonów była otoczona kordonem posterunków SA i zupełnie odcięta od zaopatrzenia. Jedyną drogą łączności był jeden czynny stacyjny telefon. W tym czasie ostatnim działającym posterunkiem celnym była kilkuosobowa obsada przy stacji kolejowej w Szymankowie. Jej kierownikiem był inspektor Stanisław Szarek, któremu podlegali inspektorzy: Władysław Kamiński, Wacław Wasilewski i Jan Michalak. Kałdo-wo i Szymankowo oraz inne polskie posterunki kilka godzin później, w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1939, stały się pierwszą linią frontu niewypowiedzianej wojny... W nocy 31 sierpnia 1939 do kwatery w Szymankowie dołączył kierowca ewakuowanej placówki w Stutthofie plutonowy Straży Granicznej Eugeniusz Jarszyński. Stał się on pierwszą ofiarą wojny. Zginął dwie godziny przed pierwszymi strzałami, jakie oddano na Westerplatte... Jarszyński wyszedł po godzinie 2 w nocy 1 września 1939 na zewnątrz stacji w Szymankowie, zaniepokojony postaciami kręcącymi się obok jego służbowego samochodu. Stacja była otoczona niemieckimi grupami szturmowymi, które czekały na rozkaz do ataku. W ciemności padły trzy strzały. Reszta Polaków na stacji nie odważyła się już wyjść na zewnątrz. Do stacji zbliżał się opanowany przez Niemców pociąg, który załadowany wojskiem miał niespodziewanie zdobyć nieodległe mosty na Wiśle w Tczewie i uniemożliwić polskiemu wojsku wysadzenie ich w powietrze. Niedługo potem stacja została zaatakowana. Polscy celnicy i kolejarze zdołali w czasie walk z Niemcami ostrzec polskie posterunki na moście, który w efekcie został skutecznie zniszczony i Niemcy go nie zdobyli. W odwecie za nieudaną akcję Niemcy zebrali i rozstrzelali w pobliżu stacji wszystkich przebywających w niej Polaków. Ciała 20 zabitych osób pochowano w zbiorowej mogile przy pobliskim wysypisku śmieci i oznaczono napisem „Tu leży polska mniejszość narodowa”. Ciała pierwszej ofiary nigdy nie odnaleziono. Oficjalnie Jarszyński został uznany za zmarłego na wniosek jego żony dopiero po wojnie, w 1946. Inni polscy celnicy z Żuław, w tym ci z wagonów w Kałdowie i ci z placówki w Tiegenhofie (obecnie Nowy Dwór Gdański), zostali o świcie 1 września aresztowani przez Niemców i trafili do więzień. 15 września polskich celników z byłego Wolnego Miasta Gdańska przetransportowano do obozu jenieckiego Stalag lA Stablack. Tutaj spotkali się m.in. z przebywającymi tam żołnierzami polskimi z Westerplatte. 1 WRZEŚNIA 1939 - WOJNA W STUTTHOFIE W Stutthofie wojna rozpoczęła się o świcie 1 września 1939 strzałami i obrzuceniem granatami budynku, w którym jeszcze kilkanaście godzin wcześniej kwaterowali polscy celnicy. Ojciec Friedy Rathke szybko „poddał” budynek wywieszając białą płachtę i krzycząc, że Polaków już w domu nie ma. Miejscowi hitlerowcy byli bardzo niemile zaskoczeni sytuacją, że nie zauważyli wcześniej wyjazdu celników. Symbolem „zwycięstwa” nad Polakami w Stutthofie było wywieszenie hitlerowskiej flagi na budynku. W innej części wsi cała cywilna obsługa Młodzieżowego Leśnego Domu Wypoczynkowego oraz Domu Starców w Stutthofie, w pobliżu których od połowy sierpnia szykowano dziwną polanę z namiota- Marcin Owsiński 99 mi, 1 września 1939 została zgromadzona na tarasie wejściowym budynku, gdzie wysłuchali radiowego przemówienia Hitlera, który w Reichstagu ogłaszał oficjalnie początek działań wojennych z Polską. Jeszcze wtedy nie byli świadomi tego, że za kilkanaście godzin miejsce ich pracy będzie świadkiem historii. Gmina Stutthof administracyjnie była częścią III Rzeszy od września 1939 do maja 1945. Formalnie (chociaż z punktu widzenia prawa międzynarodowego bezprawnie) Wolne Miasto Gdańsk włączone zostało do III Rzeszy na mocy radiowej proklamacji i wydanej ustawy gdańskiego gauleitera NSDAP i „głowy państwa gdańskiego” (Staatsoberhaupt) Alberta Forstera rankiem 1 września 1939. Stan ten szybko został prawnie usankcjonowany przez władze Trzeciej Rzeszy. Ustawa włączająca obszar Wolnego Miasta Gdańska do obszaru państwa niemieckiego jeszcze tego samego dnia została podpisana przez Adolfa Hitlera. Obóz w Stutthofie rozpoczął działalność 2 września 1939, gdy na przygotowane wcześniej miejsce przywieziono pierwszą grupę około 150 Polaków aresztowanych w Gdańsku w pierwszych godzinach wojny. Transporty pomorskiej ludności polskiej i żydowskiej przyjmowane były do ewidencji obozu i jego filii do wiosny 1940 r. Pod względem organizacyjnym Stutthof podlegał w tym czasie obozowi centralnemu w Nowym Porcie i był finansowany ze środków policji gdańskiej. Wszystkimi tymczasowymi obozami internowania na Pomorzu kierował M, Pauly. W grudniu 1939 było w nich łącznie 5150 więźniów, w tym w samym budującym się Stutthofie około 1100. W południe 2 września 1939, na przygotowaną w sierpniu polanę w lesie przy domu starców i ośrodku wypoczynkowym w Stutthofie, przyjechała kilkoma autobusami miejskimi z Gdańska pierwsza grupa więźniów. Jak wspominał jeden z mężczyzn znajdujących się w pierwszym transporcie: „Wysiedliśmy na jakiejś szosie i udaliśmy się pieszo dróżką w głąb lasu. Z pewną ulgą przeczytałem na kierunkowskazie napis: »Alters- und Erholungsheim des Kreises Danzig-Land in Stutthof«. Jednak ten dom wypoczynkowy z oddalenia wydawał mi się zupełnie pusty. Przy bramie czekali już na nas SS-owcy w czarnych mundurach, którzy zabrali się od razu do bicia i popędzania w głąb obozu. Stał już wtedy parkan z drutu kolczastego, a na terenie obozu znajdowała się tylko prowizoryczna szopa dla kuchni oraz około 20 okrągłych namiotów”. Mieszkańcy domu starców oraz wsi raczej nie przywitali przychylnie aresztowanych Polaków. W najlepszym razie przyglądali się im posępnie w milczeniu, często jednak wygrażali im i złorzeczyli. Atmosfera była podobna do tej, jaką Polacy odczuli w Gdańsku od 1 września 1939. Obstawę i załogę obozu od początku stanowili SS-mani z Gdańska i Żuław. Zgodnie z zachowaną dokumentacją archiwalną na ponad 2000 SS-manów pełniących służbę w obozie w Stutthofie w latach 1939-1945 ponad 330 było przed wojną obywatelami Wolnego Miasta Gdańska (17% ogółu). Mieli od 17 do 52 lat. Z zawodu, który zawsze wpisywany był w kwestionariusz osobowy, wynika, że byli najczęściej robotnikami, rolnikami, rzemieślnikami, kupcami i urzędnikami. Znane są przypadki, gdy mieszkający w Stutthofie lub okolicach SS-man pełnił w obozie służbę od 1939 do 1945. Jak wynika z analizy dostępnych danych źródłowych, przynajmniej kilkudziesięciu SS-manów z załogi obozu urodziło się i żyło w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Pochodzili ze Steegen , Tiegenhof, Groschenkampe [Groszkowo] i innych mniejszych miejscowości w okolicy. 100 Stutthof/Sztutowo — „współczesny” dziennik sprzed 80 lat. W samym Stutthofie urodzili się i mieszkali m.in. Ewald Foth (SS-Oberscharfuhrer, rolnik, w obozie od 1939 do 1945, kierownik obozu żydowskiego i obozu specjalnego), Franz Likerski (SS-Rottenfuhrer, służył w podobozach w Gdyni i cegielni Hopehill), Rudolf Ra-thke (SS-Rottenfuhrer, malarz, wydział magazynu depozytów więźniarskich, w obozie do 21 maja 1943, przeniesiony na front, zginął 9 listopada 1944), Willi Johannes Redder (SS--Oberscharfuhrer, w obozie od 1939 do 1945, kierownik podobozów w Elblągu, Kępinach i Gdańsku), Paul Salten (SS-Rottenfuhrer, w obozie od grudnia 1940 do 1945 w sztabie komendantury). Poza wymienionymi można zidentyfikować jeszcze grupę SS-manów, która nie urodziła się w Stutthofie, ale w nim mieszkała w latach 1939-1945. 2 WRZEŚNIA 1979 - NIEPOLITYCZNA PAMIĘĆ W niedzielę, 2 września, 40 lat temu, w Sztutowie, przy kościele parafialnym, w obecności kilku tysięcy ludzi odsłonięto niezwykły pomnik... to także inna bardzo ważna, choć zapomniana rocznica. Reislemptor hominis - Odkupiciel człowieka. To tytuł pierwszej encykliki papieża Jana Pawła II, ogłoszonej 4 marca 1979, i poświęconej Jezusowi Chrystusowi jako Odkupicielowi. Trzy miesiące później papież przyjechał do Polski z pierwszą pielgrzymką i na Placu Zwycięstwa w Warszawie wygłosił słynne słowa „Niech zstąpi duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi...”. Reiiemptor hominis to także motto pomnika, jaki mamy przy naszym kościele. Jest to pomnik ku czci pomordowanych w obozie Stutthof. 2 września 1979, w 40. rocznicę założenia obozu Stutthof, odsłonięto pomnik ufundowany przez byłych więźniów obozu. Jego odsłonięcia dokonał ówczesny biskup gdański Lech Kaczmarek, w towarzystwie kilku innych biskupów diecezjalnych: biskupa kołobrzesko-kamieńskiego Ignacego Jeża oraz su-fragana gdańskiego Kazimierza Kluza oraz 8 kapłanów-byłych więźniów KL Stutthof. Koniec lat siedemdziesiątych to czas religijnego przebudzenia, wyboru Polaka na papieża, ale także wspomnienie 40 rocznicy wybuchu tragicznej wojny. W tamtym czasie była to jedyna i bardzo symboliczna możliwość religijnego wspomnienia ofiar Stutthofu. Pierwsza msza święta na terenie byłego obozu miała miejsce przy ruinach krematorium 7 września 1946, kolejna odbyła się w tym miejscu 35 lat później, dopiero w „karnawale Solidarności”, we wrześniu 1981. Uroczystość 2 września 1979 w Sztutowie rozpoczęła się o 15.00 i z powodu wielkiej liczby gości odbywała się na placu przed kościołem przy ołtarzu polowym. Msze rozpoczęto odśpiewaniem pieśni „Kto się w opiekę” i wspomnieniem ofiar nieodległego obozu Stutthof. Oprawę muzyczną mszy zapewniały połączone chóry z kilku parafii gdańskich pod dyrekcją znanego dyrygenta Antoniego Hoffmana. Na Ofiarowanie duet wokalny wykonał znany gdański tenor Jan Kusiewicz (były więzień Stutthofu) wraz z synem Piotrem (obecnie profesor gdańskiej Akademii Muzycznej). Na organach towarzyszył im znakomity organista bazyliki w Oliwie Stanisław Kwiatkowski. W homilii bp Ignacy Jeż (były więzień obozu w Dachau) cytował słowa papieża-Polaka wygłoszone w czasie wizyty na terenie byłego obozu Auschwitz-Birkenau „To jest zwycięstwo nasze - wiara nasza...”. W czasie Ofiarowania z symbolicznymi darami ołtarza: był wśród nich emblemat obozowy z literą „P” — podchodzili do ołtarza młodzi ludzie, w tym grupa ubrana w stroje kaszubskie. Po mszy świętej procesja udała się pod pomnik w celu jego odsłonięcia. Głowę Chrystusa wieńczącą pomnik wyrzeźbił gdański artysta E. Pyrchel. Poświęcenia pomnika dokonał Marcin Owsiński 101 biskup gdański Lech Kaczmarek. W tej części głos zabrał były więzień i syn jednego z założycieli Poczty Polskiej w Gdańsku, Antoni Bellwon, którego cała rodzina doświadczyła prześladowań i Stutthofu: „Wierzymy w świętych obcowanie, zwracamy się więc do dusz ludzi tu pomordowanych, których spopielone ciała rozsypane są na tym terenie, do legionu bezimiennych bohaterów i w duchu wiary wołamy - A jak byliście mężnymi obrońcami Ojczyzny tu na ziemi, tak bądźcie teraz tej ojczyzny gorącymi orędownika u Tronu Bożego”. Wspomniał także egzekucję w pobliżu obozu wybitnych Polaków z Gdańska w Wielki Piątek 22 marca 1940. Na zakończenie tamtej uroczystości w tym miejscu i w takim czasie odśpiewano „Boże coś Polskę”. W oficjalnej prasie nie odnotowano tych wydarzeń. Zatarte litery napisów na pomniku zostały kilka dni temu odmalowane z inicjatywy prywatnej. Jest także nadzieja na renowację postumentu pomnika, aby godnie wyglądał przez kolejne dekady. Warto to zrobić. 3 WRZEŚNIA 1939 - UPODLENIE Od 3 września 1939 grupa około 150 pierwszych więźniów obozu przywiezionych poprzedniego dnia do Stutthofu ciężko pracowała przy budowie pierwszych baraków. Pierwszy dzień pobytu w Stutthofie nowi przywiezieni Polacy i kilku Żydów spędzili na wielogodzinnym karnym apelu i „gimnastyce”. Tak już w 1945 opisał to na świeżo jeden z wówczas przybyłych w tej grupie: „Po przyjeździe na miejsce i przeliczeniu, kazali nam wejść za ogrodzenie i po ustawieniu w szeregu w pozycji w kuczkach, około godziny czasu trzymali nas tak, że kilku nawet zemdlało. W obozie pełnili wówczas służbę wartowniczą członko- wie SS. Po zmroku SS-owcy zapędzili nas w grupach po piętnaście osób do małych harcerskich namiotów przewidzianych na mniej więcej 6 osób i tam kazali nam spać. Przed pójściem spać SS-owcy każdemu z więźniów dali po kromce chleba i bardzo słonym śledziu, nie dostarczając przy tym wody do picia. Ponieważ namiot był mały, umieszczeni w nim nie mogli się położyć, ani też siedzieć, jak również stać, tak, że pozycja w jakiej znajdowaliśmy się była pół siedząca, pół leżąca. Namiotu nie mogliśmy opuścić, gdyż tuż za ogrodzeniem namioty były oświetlane reflektorami, które w pewnych odstępach czasu oświetlały wyjścia z namiotów, zaś strażnicy zaopatrzeni w karabiny maszynowe skierowane w naszą stronę. Oczywiście będąc w namiocie tego nie widziałem, ale przed wejściem do środka fakt ten zaobserwowałem. Na drugi dzień i przez następne, mniej wię- Pomnik upamiftniający 30 rocznicf wyzwolenia obozu Stutthof oilsłonifty w czasie wielkiej manifestami religijnej 2 września 1979 roku przy kościele w Sztutowie, fot. M. Owsiński 102 Stutthof/Sztutowo — „współczesny” dziennik sprzed 80 lat. cej do połowy października, wszyscy więźniowie byli kierowani do pracy trwającej z małymi przerwami około 12-tu godzin, przy czym przed zarządzeniem przerwy nie można było ani na chwilkę odpocząć, gdyż dozorujący SS-owiec od razu bił więźnia laską, kijem, a nawet kłodą. Sama praca i jej charakter była wyczerpująca, gdyż np. noszenie cementu lub drzewa odbywało się biegiem, co przy nierównym terenie bardzo często powodowało u więźniów wypadki nabawienia się przepukliny. Zaznaczam, że wyżywienie było bardzo marne, składające się: na śniadanie kawałek chleba i kawy, na obiad talerz zupy wodnistej, zaś na kolację również kawałek chleba z nieznaczną ilości margaryny i kawy. Odżywianie to, praca i katowanie więźniów z byle powodu spowodowało, iż po miesiącu czasu więźniowie zaczęli umierać, a w późniejszych latach - wypadki takie były masowe”. 7 WRZEŚNIA 1939 I 7 WRZEŚNIA 1947 - SETKI I TYSIĄCE ŚWIADECTW Około 6-7 września 1939 do budującego się obozu przybył drugi transport więźniów. W połowie miesiąca w Stutthofie było już około 500 osadzonych. 7 września to także inna charakterystyczna data w dziejach Stutthofu i Sztutowa. Tego dnia w 1946, po raz pierwszy na terenie byłego obozu, odbyła się pierwsza uroczystość religijno-patriotyczna. Już wówczas wzięli w niej udział ówcześni mieszkańcy gminy Obozy. Uroczystości w dniu 7 września 1946 zgromadziły w Stutthofie ponad 5000 osób - byłych więźniów z rodzinami oraz przedstawicieli władz wojewódzkich i kościelnych. Teren Starego Obozu uprzątany Uroczystoici 7 września 1946 roku w byłym Stutthofie. Ołtarz umieszczono na dachu komory gazowej, w tie widać ścianę wysadzonego częściowo w powietrze krematorium oraz schody wejściowe na mównicę — piece. Do zdjęcia pozuje grupa byłych więźniów z Eibbfga, w pierwszym rzędzie widoczny chłopiec w pasiaku obozowym, fi>t. M. Owsiński Marcin Owsiński 103 i przygotowywany był przez kilka poprzednich dni przez byłego stutthowiaka Romana Krawczewskiego, któremu wydatnie pomagali Polacy i Niemcy zamieszkujący wówczas gminę Obozy, Mszę na dachu byłej komory gazowej odprawiło o godzinie 10 trzech księży-byłych więźniów: ks. Wiecki z Gdyni oraz ks. Główczewski i ks. Grucza z Oliwy. Bardzo ciekawy był w wymowie okolicznościowy reportaż zamieszczony kilka dni później w „Dzienniku Bałtyckim”: „Powódź dekoracji i barw narodowych manifestuje przynależność do Polski i tego skrawka ziemi, na którym butny hitlerowiec tak długo i zażarcie znęcał się nad ludem polskim i jęczącymi w jarzmie niemieckim narodami Europy. Ciżba skupionych obozowiaków, nad którą łopoczą sztandary narodowe, śpiewa swój hymn wdzięczności Bogu, że pozwolił jej przetrwać tyranię hitlerowską, znaleźć odpór na męczeństwo w harcie ducha i dziś, dumna ze swych przeżyć i ofiar dla Ojczyzny, może budować tę Polskę, którą tak bardzo ukochała. Pochyliły się w niemym hołdzie sztandary, a delegacje zaczęły składać wieńce na narzędziach niedawnych tortur. Wieńce zasłoniły paleniska, przykryły żelazne ruszty, na których ongi, a tak jeszcze niedawno, wsuwano ciała do rozżarzonych pieców. Niebawem piece zamieniły się w jeden bajecznie kolorowy pagórek kwiecia, nad którym roztaczał majestatycznie ku niebu swe ramiona krzyż brzozowy. Na zakończenie uroczystości odśpiewano chóralnie „Boże coś Polskę” i „Rotę”. Słowa chorału „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz” miały tutaj w Stutthofie specjalną wymowę: nie roztkliwiały się jękiem pokornych niewolników, ale grzmiały przez cały obóz przysięgą i wiarą silnych, którzy nigdy nie dopuszczą, by kiedykolwiek mogła się powtórzyć historia nieszczęsnego „obozu śmierci”, by jeszcze raz przez niedołęstwo swych wodzów naród mógł popaść w jarzmo niewoli. Ta przysięga i wiara rozbrzmi ze Stutthofu po całym kraju”. Po mszy delegaci uroczyście pobierali popioły z pieców krematoryjnych. Szczególną wymowę miały również przemówienia jakie wygłaszano z mównicy ustawionej na górze pieców krematoryjnych po zakończeniu części religijnej uroczystości. Jako pierwszy zebranych powitał prezes okręgu gdańskiego PZBWP L. Duszyński. Jak relacjonował sprawozdawca prasowy: „Mówca w podniosłych słowach wita przedstawicieli władz państwowych, samorządowych, Wojska Polskiego, Armii Czerwonej, partii politycznych, prasy, bratnich organizacji i kolegów obozowych. „Hejnałem obozowym - oświadcza następnie dr Duszyński - damy za chwilę znać wszystkim złym mocom, które sprzeciwiają się triumfowi sprawiedliwości w Polsce, że czuwamy i dla Ojczyzny gotowi jesteśmy poświęcić wszystko, nawet honor!”. Trębacz przykłada do ust w kir spowitą trąbkę i gra na cztery strony świata hejnał Stutthofu. Z kolei zabiera głos starosta gdański M. Klenowicz w tych słowach: „Imieniem Rządu Jedności Narodowej i społeczeństwa polskiego oddaję z pokorą cześć ofiarom obozu stutthofskiego. Składam także hołd żyjącym bohaterom i zapewniam, że władze państwowe roztoczą opiekę nad Stutthofem, który jest symbolem kaźni narodowej. Cześć bohaterom!”. - Cześć bohaterom! - brzmi odzew zebranych. Następnie płk Łoś-Łochowski, jako najstarszy na placu oficer, obwieszcza symboliczną ciszę i stwierdza, że „fundament Polski Ludowej jest mocny, bo zbudowany jest na krwi, łzach i prochach poległych. Pomni testamentu naszych kolegów, którzy zginęli w obozach koncentracyjnych i na polach bitew o wolność, musimy budować Polskę jasną i świetlną nie dla nas, ale dla pokoleń i dla sierot 104 Stutthof/Sztutowo - „współczesny" dziennik sprzed 80 lat. po poległych bohaterach. Musimy i już budujemy piękny gmach, Polska Demokratyczna i Suwerenna niech żyje!” . Uroczystości w Stutthofie 7 września 1946 były pierwszymi na taką skalę i jak się okazało, przez następnych kilka lat, niestety, ostatnimi. Ich pokłosiem było wiele materiałów prasowych oraz relacji składanych w swoich środowiskach przez wszystkich uczestników. Wymiar patriotyczny i symboliczny celebracji był dla wszystkich byłych więźniów przedmiotem dumy i odzyskanej świadomości przeszłości. Ich historie i osobiste losy stały się obiektem zainteresowania, podziwu i sympatii. W mocny i dobitny sposób przekaz medialny i kulturowy zamykał symboliczną klamrą okres ogromnego zainteresowania Stutthofem wywołany przez pierwszy proces i egzekucję oprawców z obozu w lipcu 1946. Kolejna msza w tym miejscu odbyła się jednak dopiero w 1981... 13 WRZEŚNIA 1939 - WIEDZA Z GAZETY I WŁASNE OBSERWACJE Ile, co i od kiedy wiedziano o obozie w Stutthofie? Wiedza o obozie była o wiele bardziej powszechna na Pomorzu i w Gdańsku, niż się pozornie wydaje. Wystarczyło 80 lat temu kupić gazetę... 13 września 1939 w „Danziger Yorposten”, pierwszej i najważniejszej gdańskiej gazecie NSDAP oraz głównym medium, z którego czerpano informacje o wydarzeniach w regionie i na świecie, na stronie 10, w rubryce „Wiadomości lokalne”, opublikowany został duży reportaż pod tytułem: „Zdrajcy, podpalacze, złodzieje i wrogowie państwa będą internowani”. W tekście znalazły się m.in. następujące zdania: „Obóz dla 2000 mężczyzn w Stutthofie. W Stutthofie, w pobliżu leśniczówki w środku lasu, powstaje wielki obóz dla internowanych. Kiedy jego budowa zostanie zakończona, około 2000 mężczyzn należących do tej hołoty znajdzie w nim swoje miejsce. Obecnie w obozie znajduje się 480 osadzonych cywili. Ponieważ między nimi reprezentowane są wszystkie zawody, budowa obozu posuwa się błyskawicznie do przodu. Obecnie funkcjonujący kompleks obozowy jest otoczony około trzymetrowej szerokości pasem zasieków i wysokim płotem z drutu kolczastego. Ogromny długi barak znajdujący się w środku jest na ukończeniu. Dla pewnej części więźniów postawione zostały na środku placu namioty obozowe. Z wcześniej wyczyszczonym i zdezynfekowanym ubraniem hołota ta, o ile nie zasłużyła wcześniej na ostrzejszą karę, trafia do Stutthofu. Tutaj zostaną zewidencjonowani i każdy z nich otrzyma swój numer. Nie ma już Salomona Totenkopfa albo Bronisława Transkowiaka, jest tylko numer taki i taki. Jak długo jeszcze pozostaną oni w obozie, gdzie musza ciężko pracować, jeszcze nie wiadomo”. Przytoczony wyżej reportaż o charakterystycznym, skondensowanym i bardzo propagandowym przekazie streszczającym się do podprogowego przekazu „Stutthof-obóz” przeczytało w drugim tygodniu rozpoczętej wojny przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy czytelników spragnionych informacji o najnowszych wydarzeniach na Pomorzu. Wszyscy mogli dowiedzieć się o obozie w Stutthofie... Więcej wzmianek o obozie w Stutthofie w gazetach w czasie wojny już nie zamieszczano, jednak obóz, a zwłaszcza jego więźniowie, stali się stałym elementem okolicznego krajobrazu i powszedniością dla mieszkańców gminy Stutthof i Żuław. Już od jesieni 1939 tysiące więźniów osadzonych w Stutthofie i jego filiach „wypożyczano” do prac polowych żuław- Marcin Owsiński 105 skim bauerom. W miarę upływu czasu coraz większa ich liczba pracowała także w wielu lokalnych firmach państwowych i prywatnych. Więźniowie uprawiali ziemię, oporządzali gospodarstwa, budowali kilometry wałów przeciwpowodziowych, pracowali w tartakach, warsztatach i fabrykach. W każdym z tych miejsc stykali się stale z miejscową ludnością, widok grup jednakowo odzianych i charakterystycznie wyglądających ludzi w obstawie SS--manów z bronią był codzienną sytuacją. Początkowo wzbudzali jeszcze ciekawość, potem dla miejscowych ten widok spowszedniał. Obóz i jego więźniowie jako temat wzbudzający ciekawość był jednak cały czas inny i nowy dla gości i przebywających w regionie robotników przymusowych. Jeden z nich tak opisuje swoją ciekawość oraz jej zaspokojenie: „Nie orientowałem się, gdzie ten Stutthof leży. Bałem się, bo miał złą opinię, ale też chciałem go zobaczyć. Przybiliśmy do brzegu -nie było tam żadnych budynków — puste pola. Ale mój niemiecki szyper stwierdził, że to jest Stutthof, tylko że obóz i wieś leżą dalej, koło drogi. Po zacumowaniu i rzuceniu kotwic szyper przebrał się i poszedł wydeptaną ścieżką. Zjadłem skromne śniadanie i wyszedłem na pokład. Tuman kurzu na drodze powiedział mi, że idą jacyś ludzie. To maszerowali więźniowie ze Stutthofu. Z przodu szedł mój szyper z jeszcze kimś - to był wachman. Fragment strony z Danziger Yorposten, pierwszej i najważniejszej gdańskiej gazety NSDAP z 13 września 1939 z reportażem pod tytułem: „Zdrajcy, podpalacze, złodzieje i wrogowie państwa bfdef internowani” opisuj/fcym propagandowym językiem pierwsze dni działania okozu Stutthof oraz łudzi do niego skierowanych. Zdjęcie: Marcin Owsiński. 106 Stutthof/Sztutowo — „współczesny” dziennik sprzed 80 lat. Rozładunek rozpoczął się prawie natychmiast. Mężczyźni pozdejmowali pasiaki i w samych spodenkach lub krótkich kalesonach wyrzucali cegłę, podając ją z rąk do rąk. [...] Dopiero kiedy wachman zrobił przerwę na posiłek, przerwali pracę i usiedli. Przygotowałem im (za zgodą wachmana) do jedzenia to, co miałem. Brali jeszcze gorące ziemniaki do ręki, pięścią kruszyli je na dłoni i pomalutku, nie spiesząc się, jedli z obierkami. Rozpłakałem się, nie wytrzymałem widoku głodnych ludzi; ich wynędzniałe twarze i chude postacie mówiły same za siebie”. EPILOG Krótki „dziennik” historyczny dla jednej, choć bardzo charakterystycznej, miejscowości, pozwala pokazać, jak silne bywają związki regionalnej i lokalnej przeszłości z wielką i aktualną historią. Stutthof to nie tylko obóz, ale i miejscowość i jej mieszkańcy, to także setki i tysiące ludzi będących więźniami obozu, to także konkretny kontekst polityczny i ideologiczny. Obóz jak nowotwór w 1939 zaszczepił się w lokalnej tkance, rozrastał się przestrzennie i ludnościowo, naznaczył Stutthof i „skradł” mu nazwę własną, sprawił, że niepozorna wieś i jej mieszkańcy znaleźli się na kartach wielkiej historii, tyle że na jej najczarniejszych stronach. Jednak cały czas podmiotami tej opowieści byli i są różni ludzie - sprawcy, ofiary i świadkowie, powojenni mieszkańcy i my, dzisiejsi. Z historią zapoczątkowaną 80 lat temu mierzymy się także my - dzisiejsi mieszkańcy gminy Sztutowo. Nie ma już praktycznie świadków, media się zmieniły, nie mamy na nic czasu - jednak nawiązywanie do lokalnych i regionalnych aspektów wspólnej przeszłości ma sens... Pamiętajmy! Leszek Sarnowski 107 Leszek Sarnowski w POSZUKIWANIU RODZINNYCH KORZENP Rodzina Krombach Odtwarzanie dziejów rodziny Krombach w Sztumie rozpoczęło się od pewnego mejla z Izraela. Yael Barzilai, wnuczka Juliusa Krombacha, napisała w 2013 roku mejla do Urzędu Miasta z prośbą o pomoc w odnalezieniu domu jej dziadka. Przysłała zdjęcie z początku XX wieku, kiedy jej dziadek mieszkał z rodziną w Sztumie, aby łatwiej było dom zlokalizować i stwierdzić, czy jeszcze istnieje. Julius i Nanny Krombachou/te przed swoim domem w Sztumie, fot. archiwum rodzinne Odnalezieniem domu zajął się Janusz Ryszkowski. W książce adresowej Sztumu z lat 20-tych ub. wieku odnaleziono nazwisko Juliusa Krombacha. Mieszkał na ulicy Dworcowej, Bahnofstrasse 153. Znaleziono także numer telefonu oraz reklamę jego kupieckiej działalności. Dawna ulica Dworcowa to obecnie część ulicy Mickiewicza i Reja. Dom znajdował się w pobliżu poczty i po szczegółowej analizie zdjęcia okazało się, że chodzi nieist- Fragment książki Leszka Sarnowskiego, Ocalonapamifć. Żydzi na ziemi sztumskiej, Sztum 2018. 108 W poszukiwaniu rodzinnych korzeni. Rodzina Krombach Nanny i Julius Krombach, fot. archiwum rotizinne niejący od lat 80-tych budynek, w którym znajdowała się biblioteka publiczna, obok byłej kawiarni Zantyr. Dom z drewnianą werandą został rozebrany i w tym miejscu stanął biurowiec ZUS. Taką informację wysłano do Izraela. Prawnuczka Krombacha odpisała: Szkoiia, że nie ma Już tamtego tiomu. Ucieszyła mnie informacja, że znajćłowała się tam biblioteka, bo cala nasza rodzina kocha ksiifżki... Julius Krombach urodził się w Roszkowie (Rostau) w 1863 roku. Był synem Ignacego i Rosy Krombachów. Mieszkał z rodziną w Sztumie. Handlował węglem i materiałami budowlanymi. Cieszył się poważaniem mieszkańców, gdyż przez wiele lat wybierano go do Rady Miejskiej. Angażował się także w działalność miejscowej gminy żydowskiej. Znajdował się na liście członków uprawnionych do głosowania w sztumskiej synagodze. Zoną Juliusa Krombacha była Nanny Hir-schberg. Urodziła się w 1867 w Gardei (niem. Garnsee). Jej ojcem był Leopold Hirschberg, kupiec, a matką Hulda z domu Jacoby. Nanny miała dwie siostry, Henriettę i Paulinę, oraz brata Siegfrieda. W 1895 r. Nanny Hirschberg wyszła za mąż za Juliusa Krombacha, postawnego kupca i zarazem rolnika, jak opisuje go Karin Sievert. Mimo, że Krombacho-wie mieszkali w Sztumie, ich ślub odbył się w Kwidzynie (niem. Marienwerder). W Sztumie przyszło na świat ich troje dzieci: Hedwig Hette (1896), Kathe (1899) i Hans (1906). Kathe wyszła za mąż za Waltera Bachracha (jego rodzice-Julie i Bernhard, zginęli w obozie wTerezinie w 1943 roku). Opisywała ona swoją matkę jako miłą i ciepłą osobę, która z oddaniem troszczyła się o swoje dzieci: Ona kochała zapraszać gości, s'piewać i grywać na pianinie. Hedwig, najstarsza córka z trójki rodzeństwa, wyszła za mąż za Abrahama Ginsburg, który był urzędnikiem i przedstawicielem firmy Joh. Jacob Yowinkel zajmującej się hurtową sprzedażą drewna w Berlinie- Nanny i Julius Krombach, fot. archiwum roslzinne Leszek Sarnowski 109 Julius Krombach ze swymi wnukami, fot. archiwum roeizinne -Charlottenburgu i Kwidzynie. Hedwig była księgową. Urodziła córkę Ruth (1922) i syna Heinza (Zvi Hirsch ? - 1926). W 1926 zmarł jej mąż, a w 1931 roku zmarła Hedwig i dzieci zostały sierotami. Wówczas to Nanny i Julius Krombach adoptowali swoje wnuki i przenieśli się ze Sztumu do Kwidzyna. Julius Krombach zmarł w 1935 w żydowskim szpitalu we Frankfurcie nad Menem w wieku 72 lat. Nanny z wnukami przeprowadziła się wówczas do Berlina. Jej córka Kathe pracowała jako lekarka w sierocińcu w centrum Berlina. W roku 1933 najpierw Kathe, a potem jej brat Hans, wyjechali do Palestyny. Nany odwiedziła ich w Palestynie, jednak mimo ostrzeżeń i nalegań swych dzieci wróciła do Niemiec, by dalej opiekować się swymi wnukami, Ruth i Heinzem. Ruth i Heinz opuścili Niemcy w marcu 1939 roku z transportem młodzieży Alija do Palestyny. Zięć Nanny Krombach, Walter Bachrach, napisał w kwietniu 1940 roku do swojego szwagra Hansa Krombach: Najpiękniejszym prezentem urodzinoicym byłoby, gdyby się udało kochanej mamie dostać się tutaj, ałejest to bardzo mało prawdopodobne... Nanny Krombach na początku 1940 roku ostatecznie zdecydowała się na wyjazd do swoich dzieci i wnuków do Palestyny: Berłin, 14 łutego 1940 r. Moi Kochani, dzisiaj chcę Wam przekazać zaskakującą nowinę. Chodzi o moje} ewentualne} emigrację, która stoi przed wielkimi trudnościami, a których przezwyciężenie tych i wielu innych uważam za niemal niemożliwe ...A więc do rzeczy: aby wyemigrować muszę mieć tu pewne} konkretne} sumę do dyspozycji... Czy będzie Wis na to stać, nie wiem ... Możemy zabrać ze sobe} tylko 40 Juntów bagażu i niewiele więcej jak na take} prawdopodobnie długo trwaje}ce} podróż, do tych należe} też rzeczy niezbędne, musiałam Wam jeszcze dodatkowo wysłać że}dane i sprawdzone inne rzeczy, które otrzymacie, a koszty, o ile nie dam rady ich tutaj uregulować, również będziecie musieli 110 w poszukiwaniu rodzinnych korzeni. Rodzina Krombach ponieść. Więc to loszystko nie jest takie proste, na jakie loygkftśa. Cóż, ja też nie toietn, jakie s^ perspektywy, tu Bóg musi pomóc. Od tak dawna nie mam od was żadnych wiadomości i biegam codziennie tak często do skrzynki pocztowej, niestety zawsze bez powodzenia. Cóż, z Boż^ pomocef coś w końcu przyjdzie. Niestety, nie zdążyła wyjechać. Jej ostatni znak życia dotarł w czerwcu 1942 roku do jej syna Hansa w Palestynie. 19 sierpnia 1942 została deportowana do Theresienstadt (Tere-zin), a 26 września 1942 została zamordowana w obozie zagłady w Treblince. POST SCRIPTUM We wstępie do tego tekstu, który ukazał się w mojej książce „Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej”, wspominałem o Yael Barzilai, która sześć lat temu zwróciła się do Urzędu Miasta w Sztumie poszukując śladów swoich pradziadków, czyli Juliusa i Nanny Krombach. Uzyskane od niej informacje i rodzinne zdjęcia pomogły w napisaniu tej części książki. Okazało się, że nasze badania nad społecznością żydowską na ziemi sztumskiej są zbieżne. Dla mnie to historyczna pasja, a dla Yael powrót do źródeł, w poszukiwaniu rodzinnych korzeni. Kiedy okazało się, że ma zamiar przyjechać do Sztumu i zobaczyć miejsca, gdzie przed dziesiątkami lat żyli Jej przodkowie, to nie było możliwości, żebyśmy się nie spotkali. I tak się stało 18 listopada. Yael Barzilai ze sztumskimi prezentami, w towarzystwie Andrzeja Lubińskiego i Leszka Sarnowskiego, fot. J. Ryszkowski Leszek Sarnowski 111 Yael Barztlai i Leszek Sarnowski w miejscu gdzie przed wojn/} stał dom Juliusa Kromkacha, fot. J. Ryszkowski Yteł Barzilai przed jednef z ocalałych macew ze sztumskiego kirkutu w Muzeum Sławomira Michałika, fot. autor - To moja piertosza loizyta lo Polsce, mówiła Yael, nie kryjąc wzruszenia. Najpierw Yael odwiedziła Gardeję, gdzie urodziła się Jej prababcia, Nanny Krombach, w rodzinie Hirschberg, która przez kilka pokoleń właśnie tam mieszkała. Odwiedziła także Kwidzyn, bo tam z kolei mieszkała jej ciotka Hedwig-Hette (córka Juliusa i Nanny Krombach) ze swoim mężem Abrahamem Ginsburgiem. Od 1931 roku, po ich śmierci, w Kwidzynie osiedlili się Jej pradziadkowie - Julius i Nanny Krombach. Kiedy jechaliśmy razem z Kwidzyna do Sztumu Yael fotografowała drogę, las, zachwycając się powiśłańskimi pejzażami. Jednak najważniejsze było jej wzruszenie kiedy, wspólnie z Januszem Ryszkowskim i Andrzejem Lubińskim, wędrowaliśmy ulicami Sztumu wskazując miejsca, gdzie mieszkali Jej pradziadkowie, gdzie znajdował się żydowski cmentarz i niewielka sztumska synagoga. W Muzeum Sławomira Michałika w dawnym ewangelickim kościele mogła zobaczyć modlitewnik rabina, fragment żydowskiej zabawki chanukowej, wieszaki z żydowskiego hotelu, drobne akcesoria z apteki Adolfa Cohna czy sklepu Hermana Holza, zdjęcia kamienic, w których mieszkali i handlowali żydowscy mieszkańcy. Na starym planie miasta z 1910 roku odnaleźliśmy nazwisko jej pradziadka, Juliusa Krom-bacha. Sporym zaskoczeniem były dla niej zachowane macewy z żydowskiego kirkutu, który już nie istnieje. Bez odpowiedzi nadal pozostają pytania, co się stało z pozostałymi 112 W poszukiwaniu rodzinnych korzeni. Rodzina Krombach macewami - czy trafiły do pobliskiego jeziora czy jako gruz na drogi czy tkwią, jak niemi świadkowie, w fundamentach jakichś domów. Obiecała, że prześle mi fragmenty wspomnień swojej babci, Kathe Bachrach, którą doskonale pamięta. To córka Juliusa i Nanny Krombach. Kathe, wraz z mężem, Walterem Bachrach, udało się uciec przed wojną do Palestyny i uniknąć niemieckiego, nazistowskiego barbarzyństwa. Jako nieliczni z rodziny przeżyli i doczekali niepodległego Izraela. Walter zmarł w 1981 roku, Kathe cztery lata później. Ich syn. Daniel Bachrach, jest ojcem Yael (po mężu Barzilai). Zmarł niestety dwa lata temu, ale udało mu się zaszczepić w swojej córce pasję do historii rodziny. - Rozpoczęłam naioet studia archiioistyczne, mówi Yael, by lepiej móc się poruszać wśród dokumentów historycznych, w których można znaleźć wiele cennych informacji. Interesuje mnie nie tylko moja rodzina, ale też kontekst historyczny. Yael zainteresowała się moją książką poświęconą sztumskiej społeczności żydowskiej, także jej rodziny, sugerując, że być może uda się ją przetłumaczyć na język angielski lub niemiecki. To miłe dla autora, choć mam nadzieję, że książkę uda się jeszcze wzbogacić nowymi informacjami, wspomnieniami, dokumentami i zdjęciami, aby obraz Żydów na ziemi sztumskiej był jeszcze pełniejszy. To też zaproszenie dla Czytelników „Prowincji”, by dzielić się wszelkimi informacjami związanymi z żydowskimi mieszkańcami naszej ziemi. Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW (9) AgNES HELLER 19 lipca 2019 rok Agnes Heller odeszła, dziewięćdziesięcioletnia, stęskniona za pływaniem w Balatonie, wiecznie głodna życia i wiecznie zatroskana o świat. W jej filozofowaniu najbliższą siostrą Sofii była Troska. Nie ma ona swojego imienia w panteonie bogów i muz, może dlatego, że nie troszczy się o pojęcia abstrakcyjne, lecz o wszystko, co żyje, pozbawione troski. Bardziej niż o prawdę i wolność, troszczyła się o człowieka żyjącego w kłamstwie i o społeczeństwo w opresji zniewolenia. Rzymianie przejęli od Sabinów boginię Vacuna, której imię wywodzono od uwalniania od trosk (vacare), co w konsekwencji sprawiło, że w chylącym się do upadku imperium stała się ona patronką próżniactwa. Agnes Heller była Anty-Vacuną, zatroskiwała świat. Taką ją pamiętam z Forum Środkowoeuropejskiego w Bratysławie zorganizowanego w dwadzieścia lat po Jesieni Narodów. Wszyscy, którzy usiedliśmy do rozmowy tego listopadowego popołudnia na scenie Teatru Hviezdoslava przed ponad tysięczną publicznością, znaleźliśmy się w cieniu Agnes Heller. A był tam przecież Vaclav Havel, a także Ingo Schulze, Miroslay Kusy, prowadzący debatę Jacques Rupnik, Robert Menasse i ja. Jej słowa były żarliwe, dusza młoda. Chyba wstała, a przynajmniej widzę ją teraz tańczącą pośród usadowionych. Od stóp do głowy w czerwieni, mówiła dłużej niż inni, ale nikt nie śmiał ani też nie pragnął jej przerywać. Odzierała ze złudzeń, punktowała zaślepienia rynkiem i liberalne zaniechania, ukazując ich współzależność z rosnącym w siłę populistycznym autorytaryzmem; chciała Europy Środkowej współodpowiedzialnej za Europę i jej integrację, a nie upominającej się o swoje; postulowała odwagę w ustanawianiu jedności i przezwyciężaniu nacjonalizmu, który uznawała za europejską religię. „...trzeba najpierw coś zrobić, a potem próbować tego w filozofii”. Takiej postawy nauczył ją ojciec. Pal Heller, podczas okupacji niemieckiej w Budapeszcie wykorzystujący znajomość języka niemieckiego do fałszowania papierów i pomagania ludziom w ucieczce, zamęczony — jak większość jej rodziny — w Auschwitz. „Możemy dać swoim dzieciom — pi-sze w książce ,A Philosophy of Morals” - wiedzę teoretyczną, ale byłoby dziwne twierdzić, że odziedziczyliśmy ją dla nich... Jedynie wiedza praktyczna, moralna mądrość są tym, co powinniśmy otrzymywać w spadku.” Jej rozumienie wolności? - „Wybieram świat, w któ- 114 Notatki słów i obrazów (9) rym żyję, ponieważ mogę działać tylko w świecie, w którym żyję. Moja wolność to gest ‘rozglądania się wkoło’, akceptacji tego wyzwania, jakim jest przygodność, samo życie; to wpływ, jaki mogę mieć na wcielenie takich a nie innych możliwości. Dlatego wolność jest nade wszystko praktykowaniem.” Tolerancja? - „Tolerancja powinna władać naszym charakterem, ale nie myślami...” Tak jak wtedy w Bratysławie, tak w życiu i pasji społecznej szła za Erosem, samo pisanie książek uznając za czysto erotyczne doznanie. Każdy, kogo interesuje uspołecznienie sztuki i filozofia kultury uczestnictwa, powinien poznać jej książki, w tym tę, do której najbardziej lubię powracać „The Concept of Beautiful”. Pisze w niej o procesie zmierzchu odczuwania i rozumienia piękna w sensie platońskim powiązanym z poszerzaniem się pola wolności kultury Zachodu. „Sztuka została ‘uwolniona od substancjalnej współzależności i w konsekwencji stała się ‘autonomiczna, wolna od religijnych, politycznych i innych ograniczeń i zniewoleń - w tym sensie artysta też stał się wolny. Za tę wolność jednak trzeba zapłacić cenę.” Tą ceną było oddzielenie piękna od prawdy i dobra, które nastąpiło „wraz z przypisaniem Piękna przede wszystkim dziełom sztuki”. Czynienie jedności stawiała jako zadanie stojące przed intelektualistami zaangażowanymi, jakby na tym szczególnie miała polegać praktyka filozofowania. Krytyczne myślenie, indywidualizm, autonomia kultur, cnoty dystansu i różnorodności — tak, ale to za mało, by przekroczyć fragmentaryczność, partykularyzm i podział, które są częścią rzeczywistości zdegradowanej. W duchu tej właśnie trajektorii myślenia, podczas naszego ostatniego spotkania, otrzymałem od Agnes Heller pouczenie na drogę. Niespełna dwa lata temu wygłaszałem w Instytucie Nauk o Człowieku w Wiedniu wykład wprowadzający do sympozjum poświęconego Leszkowi Kołakowskiemu. Pani Profesor siedziała w pierwszym rzędzie i to ona zadała mi pierwsze pytanie w dyskusji. Mówiłem o autorze „Jeśli Boga nie ma...” jako o filozofie zamieszkującym dolinę zerwanego mostu w odczarowanym, post-oświecenio-wym świecie, w którym „nie ma logicznego przejścia” między subiektywnym podmiotem a obiektywnie wspólnym światem. Dowodziłem, że uznanie realności takiego miejsca zamieszkiwania w świecie nie powoduje bynajmniej zaniechania przez filozofa prób wyjścia z niego; przeciwnie, życie w sąsiedztwie zerwania zyskuje imperatyw moralny do działania i poszukiwania możliwości odbudowania mostu, inaczej staje się ono bowiem nie do zniesienia. „Proszę pomyśleć - powiedziała mi już po debacie Agnes Heller — o filozofii mostu. Przydałaby się w pańskim praktykowaniu pogranicza.” Podczas rozmowy z dziennikarzem „Deutche Welle” została poproszona o dokończenie trzech zdań przez niego zaproponowanych. Bojowniczka o prawa kobiet i parytet płci w życiu publicznym, zdanie „Nie jestem feministką, bo...” dopełniła: „nią nie jestem, gdyż nie wierzę w ‘izmy’. Wszystkie ‘izmy’ oczekują ode mnie czegoś, czego nie chcę robić. Niezależność najzwyczajniej nie idzie w parze z ‘izmami’”. Ocalona z Zagłady, dopowiada: „Największe szczęście w moim życiu to... fakt, że się urodziłam”. Najkrócej dopowiedziała zdanie: „Lubię chodzić pływać każdego ranka bo... to kocham”. Agnes Heller spotkała śmierć kochając. Kr/.ysztof Czyżewski 115 BAJKA SIMONE WEIL 4 sierpnia 2019 rok „Nie myśleć o złu, które trzeba zniszczyć, ale o dobru. Przemyśleć jeszcze raz metaforę lasu” - Simone Weil w przekładzie Aleksandry Olędzkiej-Frybesowej. Boimy się własnego uśmiechu, wstydzimy chwil szczęścia, pozytywne opowieści o codziennych ludzkich dokonaniach uznajemy za niewiarygodne, a przynajmniej mało ważne i nieatrakcyjne. Jakby dobro wydawało się nam nieadekwatne wobec tego ciemnego, co w nas siedzi, i co dochodzi do nas ze świata. Słusznie wystrzegamy się pudrowania rzeczywistości i mitologizowania, ale to powoduje też, że wolimy dmuchać na zimne, a w konsekwencji zdani jesteśmy na negatywne narracje i warsztat sprawny jedynie w analizie kryzysu. A to jest właśnie las Simone Weil, który rąbiemy siekierą sprawiając, że odrasta ze spotęgowaną mocą. Bywa, że postrzegany jestem jako idealista. Nic przeciwko temu nie mam, ale nie zawsze kryje się pod tym to, co sam przez idealizm rozumiem, czyli porywanie się na rzeczy większe niż realia życia na to pozwalają. Czasem w podtekście słyszę: oderwany od rzeczywistości, bez pojęcia o nagiej prawdzie życia. Pracuję na pograniczach pełnych traumatycznej pamięci i konfliktów, publikuję najboleśniejsze książki o ciemnych stronach naszej historii, bywam na wojnach... To wszystko niewiele znaczy wobec tego, że obracam się ku dobru, że się uśmiecham, pozwalam światłu przenikać moje pisanie i nie dość, że coś plotę o budowaniu mostów, to jeszcze staram się to robić. Przyznaję, jest w tym coś więcej niż można odczytać na powierzchni, coś z życiowej mądrości odziedziczonej po rodzicach i dziadkach (dalej nie sięgam pamięcią), bardzo świetlistych ludziach, którzy jednak doskonale byli świadomi tego, co czyha na nich w chwilach, gdy przekazywaną sobie promienność utracą, jaka potworna ciemnia, która pochłonęła już niejednego członka naszej rodziny. Coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że nie jest to tylko życiowa mądrość, ale coś więcej, jakby agon naszego bytowania na styku z Nieznanym. Podobnie jak Cosimo ze swoim młodszym bratem Biagio, a być może jak sam Italo Calvino, od dzieciństwa wspinałem się na drzewa, przesiadując na nich całe godziny. Ale jak to się stało, że pewnego razu postanowiłem z nich nie schodzić? Z dołu wygląda to na oderwanie się od ziemi. Dziecko widzi to jednak inaczej, jako opór przed zejściem i usidleniem na dole, gdzie czekają dorośli. Dziecko szuka więc ścieżek wędrowania górą, z gałęzi na gałąź, z jednego wierzchołka drzewa na drugi. Dorośli mają swoje sposoby ściągania drzewoła-zów na ziemię, aż przychodzi moment - choćby ta zupa ze ślimaków, do zjedzenia której nakłaniali Cosima - kiedy usłyszą „Dosyć!”. To, że w moim życiu inny był powód dla wykrzyczenia owego „Dosyć!”, nie przeszkadzał w tym, że „Baron drzewołaz” nie był dla mnie zwykłą powieścią, lecz niemalże wspomnieniem, urealniającym się w miarę czytania. I coś podobnego stało się teraz, gdy czytam zeszyty Simone Weil. Zapisywała w nich baśnie, to 116 Notatki słów i obrazów (9) indiańskie, to włoskie, a wśród nich tę jedną, którą musiał znać Calvino, a którą pamiętam od zawsze, o szewcu, co przez ciemny las do Oblubienicy się przedzierał... Żył był sobie nikomu bliżej nieznany szewc, któremu pewien mędrzec doradził drogę przez las. Doradził mu tak, choć droga zapowiadała się długa, siedem razy po siedem lat, a do tego wiedział, że nikt dotychczas z tego lasu nie powrócił. Cóż to wszystko jednak znaczyło wobec faktu, że po drugiej stronie na zaślubiny czekała księżniczka, jego Oblubienica. Szewc miał obiecaną jej rękę, wyzwolił ją wcześniej z niewoli. Zaślubiny mogły się dokonać już zaraz, ale szewc zasnął w oznaczonym miejscu spotkania, i drugi raz, i trzeci. Przespać takie spotkanie! Nie tylko nasza gnuśność jest temu winna, także niedochowanie tajemnicy. Po co szewc chwalił się zapowiedzią zaślubin z księżniczką karczmarce, u której zatrzymał się w drodze, i która tylko to usłyszawszy podała mu zioła na sen? [Simone Weil: „Nie należy o takim spotkaniu mówić niższej części swojej duszy. Takie spotkanie nawet w stosunku do siebie samego należy utrzymać w tajemnicy. Nad rzeczami trzymanymi w zupełnej tajemnicy przed samym sobą szatan nie ma żadnej władzy. Szatan nie ma dostępu do tajemnicy.”] Księżniczka nie opuszcza szewca całkowicie, przez pastuszka-posłańca pozostawia mu ślad: chusteczkę i wiadomość, że przez siedem lat będzie czekała na niego w domu swego ojca. [Simone Weil: „Odchodzi, zostawiając jakiś ślad swojej bytności, zostawiając nam przeczucie, że nas czeka.”] Tak więc szewc rusza w las, z siekierą, bo nie ma w nim ani jednej ścieżki, i rzuca się do walki z ciemnym i złym. Jednak wszystko, co zdoła zrąbać, natychmiast odrasta i potężnieje. I wtedy odrzuca siekierę, wdrapuje się na drzewo i zaczyna iść z wierzchołka na wierzchołek, czuwając, by nie spaść w ciemnoniskie. Idzie długo, siedem lat, niestrudzenie. Jak to bywa w baśniach, tych najstarszych zaślubinach duszy z Nieznanym, od chwili gdy szewc dotarł do zamku księżniczki, nie ma już nic więcej do powiedzenia poza tym, że „żyli szczęśliwie i mieli dużo dzieci”. Dla Simone Weil jest to opowieść, która na język baśni przekłada doświadczenie duszy. Wyczytuje z niej kodeks postępowania drzewołaza, przyznający idealiście - w miejsce odrywania się od życia — mądrość i moc mierzenia się z tym, co w życiu ciemne. „Obecne w nas zło zakrywa przed nami absolutne dobro. Ale jak długo kierujemy myśl na walkę ze złem, każda zniszczona przez nas cząstka zła odrasta na nowo. Trzeba i myśl, i pragnienie skierować poprzez zło ku nieskończenie dalekiemu dobru.” MIŁOSZ - BŁOŃSKI 14 sierpnia 2019 Samotny i głodny rozmowy na miarę apetytu duchowego, który nie opuszczał go do późnej starości, Miłosz natrafia w Paryżu roku 1957 na Błońskiego. Początkowo to nie listy unosić będą ciężar ich dialogu: „Lepiej rozmawiać w Paryżu niż pisać rzeczy powierzchowne” - czytamy w liście z Krakowa młodego krytyka, oczarowanego faktem, że poeta, starszy o dwadzieścia Krzysztof Czyżewski 117 lat, uważany przez niego za najwybitniejszego z żyjących, tak zachłannie - jakby to był dżem truskawkowy - rzuca się na intelektualną strawę myśli, które zaczną między sobą wymieniać. (Jakże dobrze to znam... „Dlaczego pan tak ucieka, panie Krzysztofie? Może byśmy porozmawiali?”) Ale w roku 1960 Miłosz jest już w Berkeley, a Błoński zostaje lektorem języka i kultury polskiej na paryskiej Sorbonie. Obaj są więc poza zasięgiem cenzury. Ich listy przybierają formę małych rozpraw o literaturze, Polsce i Zachodzie, religii i sensie istnienia. Ten trzynasty, z 3 kwietnia 1963 roku, liczy dwanaście stron druku w książce „Listy 1958-1997” (kolejny tom „Biblioteki Mnemosyne” Piotra Kłoczowskiego). Sprowokowany przenikliwymi pytaniami uważnego czytelnika, o którym wcześniej mógł tylko marzyć, Miłosz decyduje się na rzecz, której dotychczas, a i później też, wszystkimi siłami się wystrzegał, a mianowicie na wczesne wyjawienie najważniejszych dla siebie myśli i tajników warsztatu pisarskiego zastrzeżonych dla poezji i eseju. Sporządziłem wyciąg z tego listu. Refleksja wokół treści w nim ukrytych będzie częścią „Pamiętania Miłosza”, czyli kolejnego spotkania w rocznicę, już piętnastą, śmierci poety. Poszczególnym elementom miłoszowego światopoglądu przypisałem wiersze, które z nimi rezonują. Złożą się one na zbiorowe czytanie Miłosza w otwartej przestrzeni „Niewidzianego mostu”. Dzielę się nimi, bo wiem, że nie wszyscy dotrzecie do Krasnogrudy na wieczór, który wypełnią też opowieści Ireny Grudzińskiej-Gross o przygotowywanej przez nią nowej książce o Miłoszu oraz Adama Puchejdy, który zebrał i opracował korespondencję Miłosz-Błoński. ŚWIATOPOGLĄD MIŁOSZA (zawierzony Błońskiemu) Nie odsłaniać za wcześnie tego, co ma być częścią dzieła — .4rr poetica? Pamiętanie jest zagrożone konstruowaniem — Zmieniał się język Pisanie poezji jest sprzeczne z działalnością intelektualną — Czytając japońskiego poetę Issa 1. Natura jest okrutna i obojętna - Przyrotizie —pogróżka 2. Ważne jest esse (nie mylić z Naturą) — Esse, Tafy szeleszczące... [Nieobjęta ziemia] 3. Człowiek jest twórcą wartości — Zapisane wczesnym rankiem mową niewiązaną 4. Transcendentalizm jest z pragmatyzmu - Późna dojrzałość 5. Prawda jest tylko dana — Chłopiec, Czeładnik cł. III i VIII 6. Historia jest wyjściem z koła obrotów bez sensu — Do Robinsona Jeffersa 7. Biblia jest ruchem strzały w określonym kierunku — Jak było 8. Odrodzenie Całości jest drogą przez Historię — Na jakże długo... Jak w ziarnie trzymam nienazwaną przyszłość' [ Traktat poetycki, ci. Natura], List 9. Wyzwoleniem jest rozwój świadomości — Wezwanie, Świadomos'ć 10. Wyobraźnia jest mostem ku nieprzenikalnej istocie bytu - Gucio zaczarowany 118 Notatki słów i obrazów (9) DZIADEK DIOMA 16 sierpnia 2019 rok Dziadek Dioma był traczem i wyplatał kunsztowne kosze z korzenia sosnowego. Za młodu zawadiaka i obieżyświat, na starość żył jakby czytał z Księgi Mądrości. Pielgrzymowałem do niego jak Dostojewski do starca Ambrożego, a Gabowe Grądy pod Augustowem stały się moją Pustelnią Optyńską. Na łąkach nadbiebrzańskich stawialiśmy snopki, puszczaliśmy wolno konie na wypas. Wieczorem pierwsi szliśmy do bajni, po nas kobiety na dłużej, czasem do świtu samego, a wtedy on rozkładał na stole stare księgi, jeszcze przed nastaniem patriarchy Nikona drukowane. Ku jego cichej radości znałem starocerkiewnosłowiański. On uczył mnie rozśpiewu na osiem głosów ze znaków nad literami, które „krukami” nazywał. I czytaliśmy razem o Nowym Jeruzalem albo o drabinie do nieba Jana Klimaka. Gdy kobiety powracały, rozpalone intymnymi rozmowami, bo w bajni przy nagości starsze bez pruderii młódkom prawdę życia zwierzały; więc po powrocie gorliwie „duchownyje stichy” z nami śpiewały, o grzechu Adama i płaczu matki pod krzyżem. Spać się nie chciało, na miejsce wypalonych ustawiano nowe świece przy ikonach, bo jeszcze czekaliśmy na opowieści naszego starca o protopopie Awwakumie i nadchodzącym końcu świata. Tymczasem nadchodził poranek i trzeba było się zbierać do molenny na modlitwę ciągnącą się trzy albo i cztery godziny... Powróciły do mnie te obrazy, pieśni i opowieści, gdy zbierałem się w drogę do Budy Ruskiej, wioski nad Czarną Hańczą założonej przez staroobrzędowców. Trwa tam teraz festiwal literacki „Patrząc na Wschód”, jedna z tych nie-z-tej-ziemi inicjatyw, ludziom nieba przychylająca, dzieło Piotrów Brysacza i Malczewskiego oraz ich sprzymierzeńców. Myśląc o tym, co mam im przywieść od siebie, zacząłem przeglądać notesy z wypraw do Gabowych Grądów, i tak odnalazłem ten wiersz... PIEŚŃ STAROWIEKU Diemenitjowi Filipowowi ze wsi Gabowe Grądy, pamiętającemu czas, kiedy z ciemnej groty wyniósł kaganek z iskrą i zawiesił go u powały swej izby. W maleńkiej izbie o zmierzchu starzec struny stroi: ognia wolno wszczepiającego światło w kształt świata na drugim brzegu zatoki gasnącego słońca drzewa muskanego smugą cierpiącego ciała, ciepłego od łez, skrzypiącego skrzypiec marzeniem wody czystej, ciszy jasnowłosej zwitej na dnie, dźwięczącej, gdy spragniony trąca jej chłodną nagość Krzysztof Czyżewski 119 pustki po kobiecie ściętej w noc przez los do studni niezasypanej utraty, niewyśpiewanej skargi wyczekiwania Gościa, by napełnił naczynie tęsknoty przywartej do okna we wschodniej ścianie ciepła ukrytego w łożu po rozkoszy córki tajemnicy na ikonie ciemnej od płomienia Księgi i chleba na grzechów naszych odpuszczenie Na twarz, na dłonie osiadają mu skrzydlaci światłocisi, białodźwięczni. Zestroił się akord. Wszystko w izbie przeszyte strunami dawnej liry brzmi oddźwiękiem gwiazd, aniołów, przemienionej ziemi. Niczym śnieżystość łabędzi w przezroczystej wodzie, dźwięk się rozlewa po czystej podłodze, w drzwi dębowe, w szpary się wciska bielonej ściany, w miskę z mydłem, w drzewce, smolaki przy piecu równo ułożone, w wiadro ze studzienną wodą, w żeliwne saganki, w kubki na mleko, czerpak na wodę, klucz od skrzynki, szeleści w zielu, w grzybach suszonych, w jarzębinie, w koszach z korzeni sosnowych na ganku i w sieni, w miotle wierzbowej, w butach znoszonych za łże-cara, skrzypi po ławach, skrzyniach, po ceracie na stole, sięga szklanych drzwiczek kredensu, dzbanków, zegara, Borysa i Gleba, Hodigitri, Mikołaja, półeczki gdzie ładan, różaniec i Księga z krzyżem. Wtedy starzec, lirnik ślepy, czuje jak pieśń dawna w jego sercu źródło wybija nieugaszone. Jak sokół spadający na spokojne łabędzie, jest dłoń uderzająca w struny. Nagle. Boleśnie. Dźwięk barwy ziemi uderza w toń przejrzystą. Lament w czółnach łez zanosi wieść o zburzonej świątyni. Dosięga prawdy starzec o zmierzchu w maleńkiej izbie pieśnią starowieku słyszy istnienie. Gaboiae Grą^iy, wrzesień 1989 120 Notatki słów i obrazów (9) DLA TIMA SNYDERA 18 sierpnia 2019 rok Dziś są Tima Snydera pięćdziesiąte urodziny. W drodze do niewolności nie ma jego winy. W imię wolności stał się nieprzewidywalny, dając historii głos jak rzadko oryginalny. Nie kłaniał się kulom Trumpa i Purina, dowodząc, że jest z tyranii ich doktryna. Na dalszą drogę masz Timie pozdrowienie od wszystkich, dla których prawda jest w cenie, którzy bronią swej indywidualności tak samo jak cnoty odpowiedzialności. Bądź serca sługą i żyj nam długo! SCHENKER 23 sierpnia 2019 rok Odszedł Aleksander Schenker. Było mu lat 94. Dzień wcześniej usiadłem w naszej synagodze. W milczeniu powtarzałem imiona i nazwiska, których litery przyklejone są do wewnętrznych ścian. Wiesław Szu-miński opowiadał o losach sejneńskich Żydów podczas Zagłady. Dodawałem do nich imiona i nazwiska Powracających. Tak ich tutaj nazywamy po tym, jak koncert kończący pierwszą „Tratwę Muzykantów między Nowym Jorkiem a Sejnami” dosłownie wylał się w otwartą przestrzeń miasteczka i przekształcił w muzyczny korowód wokół Białej Synagogi. To wtedy Michael Steinlauf zawołał w uniesieniu: „Wróciliśmy!”. Wrócił też Olek Schenker. Miałem go przed oczami, z miejsca gdzie dawniej stała bima snującego opowieść o „Rodzinnej Europie” i spotkaniach z Miłoszem. Za chwilę w Krasnogrudzie rozpoczynaliśmy Misterium Mostu, kończące się w głębokiej ciemności. Rano nadeszła wiadomość od Andrzeja Franaszka. Pomyślałem o niewidzialnych splotach życia, którym niedowierzamy, choć odciskają ślad. Wkrótce o śmierci profesora Schenkera powiadomiły „Zeszyty Literackie”, Biblioteka Narodowa, Cynthia Haven na swoim blogu. Szukałem informacji w mediach, ale było jak w haiku Ryszarda Krynickiego o Suckewerze... Jeżeli ktoś w świecie anglosaskim chciał się uczyć języka polskiego, musiał sięgnąć po klasyczny już, wydany w 1966 roku, podręcznik „Beginning Polish”, autorstwa wybitnego lingwisty i wieloletniego profesora Slavic Studies z Yale University. Kultura polska miała w nim prawdziwego przyjaciela, wspomożyciela pisarzy, literaturoznawców i artystów. Bez Krzysztof Czyżewski 121 jego starań nie byłoby tak bogatych rękopiśmiennych poloników w słynnej Beinecke Li-brary. By ułatwić młodym polskim badaczom korzystanie z nich, razem z żoną Krystyną ufundowali specjalne stypendium. Temu krakowianinowi z urodzenia dawna ojczyzna do końca życia leżała na sercu, co skutkowało kolejnymi przyjaźniami, także z młodym pokoleniem, ważnymi książkami, konferencjami, nagrodami, cichymi rekomendacjami. Dobrze czuł się w cieniu, gorzej, że jego kochanka też dobrze się z tym czuje... Uwielbiałem słuchać gawędy Olka. Jego doskonała znajomość języków, w tym nieskazitelna i bogata polszczyzna, przekładała się na wyszukaną formę opowieści, chyba jedyną zdolną unieść ciężar jego żywota, opowieści precyzyjnie usadzonej w słowach i zaprawionej ciepłoironicznym dystansem do siebie. Przekładała się ona także na jego kulturę osobistą, wręcz czar emanujący w relacjach ze światem, choć potrafił być ostry w swych opiniach, jakby obawiał się, że sama empatia może być mu poczytana za chęć przymilania się ludziom. Nikomu się nie przymilał, a elegancja ubioru, języka i obycia odzwierciedlała wagę jaką przywiązywał do kwestii smaku. Wysmakowany był jego ocieniony drzewami dom w Hamden pod New Haven, w którym zrobiłem mu tę fotografię. Pełno w nim było śladów obecności bliskich mu ludzi, Olgi Szerer i Miłosza, Turowicza i Herberta. Spędzając tu któregoś roku wspólny wieczór z Ireną Grudzińską-Gross, Marci Shore, Andrzejem Fra-naszkiem i Markiem Zalewskim poczułem się jak w rodzinnym domu. Piękno i sztuka go wypełniające starały się stanąć na wysokości zadania im powierzonego — szczodrej gościny. Ocalony Aleksander Szenker wyniósł z piekła Europy wewnętrzny nakaz gościnności. Na wieść o jego odejściu Marci napisała: „Kiedy odwiedziliśmy z dziećmi Olka i Krystynę po naszych katastrofalnych wyborach prezydenckich, widziałam go po raz pierwszy bez tego błysku w oczach. - Myślałem - powiedział nam wtedy o swojej emigracji do Stanów Zjednoczonych ponad 70 lat wcześniej - że jadę do kraju, który wygrał wojnę domową przeciw rasizmowi, a okazało się, że nie wygrał.” Dużo opowiadał mi o swoim ojcu. W kunsztownie inkrustowanej biblioteczce przechował kolekcję blisko trzystu książek zgromadzonych przez dr Oskara Szenkera, przedwojennego sędziego grodzkiego w Małopolsce, miłośnika polskiej poezji i kultury włoskiej. Zbiór ten, pełen osiemnasto- i dziewiętnastowiecznych cymeliów, takich jak berlińskie wydanie gdańskiego cyklu rysunków Daniela Chodowieckiego z 1773 roku czy wiedeńskie wydanie „Dziejów Insurekcji Kościuszkowskiej” Kazimierza Bartoszewicza z 1794 roku, albo takich bibliofilskich arcydzieł jak „Sonety krymskie” z 1923 roku, dla których Adam Połtawski „rysunki wykonał i wyciął z metalu” - cały ten wspaniały zbiór syn pod koniec życia przekazał bibliotece „Pogranicza”. W jednym z listów pisał: Moi rodzice należeli do calkoioicie zasymiloioanej części polskiego żydostioa. Byliśmy Polakami loiary mojżeszoioej jak nazywano żydostioo 10 oficjalnych dokumentach... Krakowianin, obywatel Polski, z sekularyzowanej polsko-żydowskiej rodziny. Lubił żartować, że ma to wpisane w życiorys jak butelka dobrego wina podająca na etykiecie trzy najważniejsze parametry: rocznik, winnicę i odmianę winogron. Mama pochodziła ze Lwowa i to pod skrzydła jej rodziny próbowali się schronić uciekając z okupacyjnego Krakowa. Ojca szybko aresztowali sowieci, ale zdołał zbiec, schronić się w neutralnej przez moment Litwie i wkrótce wyruszyć do Kalifornii. Z matką w czas mroźnej zimy 1940 podążyli jego 122 Notatki słów i obrazów (9) Śladem, ale już na granicy litewskiej wpadli w ręce sowietów, co ostatecznie skończyło się ich deportacją do łagru w głębi Rosji. W tym momencie ton opowieści Olka zaskakująco się zmieniał na bardziej radosny, jak we wspomnieniach Aleksandra Jackowskiego z książki „Na skróty”. Chodziło nie tylko o to, że powrót do Lwowa czy Krakowa skończyłby się ich niechybną śmiercią. Było coś silniejszego od niewygód i upokorzeń sowieckiej zsyłki - międzyludzka solidarność w biedzie, zachłyśnięcie się dzikim żywiołem przyrody, praca drwala, której szybko musiał się nauczyć i dzięki której pośród dorosłych był jak równy z równymi. Po tym, jak Hitler zerwał pakt z sowietami, dostali nakaz wyjazdu do Stalinabadu, jak wówczas zwała się stolica Tadżykistanu. Zastali tutaj bujne życie kulturalne i naukowe, głównie dzięki zesłańcom z Leningradu. Bez ukończenia szkoły średniej został przyjęty na anglistykę do Stalinabadzkiego Państwowego Instytutu Pedagogicznego. Nie żartował podkreślając, że poziomu nauczania mogłyby pozazdrościć mu uniwersytety amerykańskie. Gdy Izrael Wolfson, przedwojenny profesor Uniwersytetu Kowieńskiego, z którym na zajęciach z historii języka angielskiego czytał epos „Beowulf”, dowiedział się o tym, że jego student po wojnie zamierza wyruszyć do Ameryki, doradził mu trzy rzeczy: zaprenumerowanie New Yorkera, zostanie lingwistą i odnalezienie profesora Leonarda Bloomfielda. Tak też ułożyło się życie profesora Schenkera. Po sześciu latach rodzina połączyła się w Nowym Jorku. Z New Yorkerem poszło najłatwiej. Profesor Bloomfield był już schorowany i nie udało mu się go spotkać. Dotarł jednak jego śladem do Yale. Gdy zapoznano się tam z dorobkiem jego studiów w Stalinabadzie, a także przez rok w Institut de Phonetique na Sorbonie, zaproponowano mu od razu studia doktoranckie. Uważał się za jedynego na Yale, a może i w całej Ameryce, profesora mianowanego bez matury i bez dyplomów bakałarza i magistra. Panujący wówczas na uczelniach amerykańskich dogmatyczny formalizm, usiłujący uczynić z lingwistyki poważną dyscyplinę naukową, chyba nie mniejszy niż po drugiej stronie muru berlińskiego, był przeciwieństwem najważniejszej dla niego funkcji języka czyli komunikacji. Bardziej niż teoria, interesowały go poszczególne języki i ich pogranicza — starocerkiewnosłowiańskiego uczył go Paul Tedesco, jednocześnie ekspert języków irańskich; języka gotyckiego i epigrafii runicznej wybitny germanista i specjalista od sta-roislandzkiego Konstantin Reichardt; sanskrytu długoletni przyjaciel Franklin Edgerton; semantyki filozof Rulon Wells; języków Irokezów i hieroglifów Majów antropolog Floyd Lounsbury. Najwięcej zawdzięczał Romanowi Jakobsonowi, erudycie w dziedzinach lingwistyki i poetyki, do którego na zajęcia i wykłady jeździł specjalnie do Harvardu. Mówił, żartem nawiązując do socjalistycznej retoryki, że uczył się od niego lingwistyki „z ludzką twarzą”, otwartej na elastyczność i zdolności adaptacyjne języka. Również w życiu zawodowym empatię czynił najważniejszą z cnót. Spotkałem się z nim po raz pierwszy poprzez tak zwany „zielony” tom poezji Miłosza, książkę, która zmieniła moje życie. Chodzi o oprawione w zielone płótno ze złotymi literami „Utwory poetyckie. Poems”, ze wstępem w języku angielskim Aleksandra Schenkera, wydane w 1976 roku przez Michigan Slavic Publications uniwersytetu w Ann Arbor. O tym, jak ważna była to książka dla recepcji Miłosza na Zachodzie i dla jego Nobla, pisze zajmująco Andrzej Franaszek, podobnie jak o roli jaką w tym przedsięwzięciu, jak i w samym życiu poety tamtych, trudnych dla niego, samotniczych lat, odegrał Olek. Poznali Krzysztof Czyżewski 123 się podczas wieczoru autorskiego Miłosza w Nowym Jorku w 1968 roku. Zaraz potem otrzymał zaproszenie od Uniwersytetu Kalifornijskiego na wykłady i razem z państwem Kołakowskimi, którzy na krótko tam zawitali jako emigranci 68’, stworzyli z Miłoszem żywy krąg wymiany myśli. Zawiązana wówczas nić przyjaźni zaowocowała i tym, że autor „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada” jeszcze przed drukiem wysyłał mu do lektury swoje utwory. Odradzał mu publikację powieści „Góry Parnasu”, uważając go przede wszystkim za poetę i to największego z żyjących. Byłem świadkiem, jak recytował z pamięci całe ustępy „Traktatu poetyckiego”, poematu, który uznawał za arcydzieło literatury polskiej i omówieniu którego poświęcił większą część wstępu do „zielonego” tomu. Należałem do tych, wcale licznych mniemam, którzy namawiali Olka do spisywania swoich wspomnień. Od 2017 roku zaczął mi nadsyłać - jak je nazywał — epizody swojego życia. Przepraszając, że zbytnio sobą zawraca mi głowę, ciągle się dziwił, że zechciałem „spojrzeć na początek tej malizny...”. W ostatnich listach skarżył się, że pamięć ma już jak sito. Mimo wszystko zebrało się osiemnaście opowieści szkicujących poruszający portret tego niezwykłego człowieka. Będzie z tego książka. Dziełem jego życia pozostaje jednak studium o Miedzianym Jeźdżcu, czyli o pomniku Piotra I w Petersburgu, wybitne i warte przekładu. Wciąż jeszcze można sprawić, że w Polsce Aleksander Schenker wyjdzie z cienia. Jedną ze swoich opowieści kończy cytatem z wiersza „Dauer im Wechsel” (Trwanie w zmienności), który Goethe opublikował w 1803 roku. Żaden z polskich przekładów, do których dotarłem, nie oddawał tego, co Olek chciał nam powiedzieć. W przybliżeniu polskie słowa tak się układają: Za mocniejszy od śmierci loiesc Łaskatoym muzom dziękuję: Moje serce napełnia tres'ć, W umyśle kształt się znajduje.,:,,, 124 Dziennik kataloński (6) Paweł Zbierski KRÓTKI TEST NA SOLIDARNOŚĆ „Tygodnik Powszechny” informował 18 października: U/poniedziałek 14 października anonimowa grupa pod nazwą Demokratyczne Tsunami wezwała do okupagi barcełońskiego lotniska, na wzór aktywistów z Hongkongu. Przez aplikację na smar^ony rozsyłała fałszywe bilety lotnicze, dzięki którym manifestanci weszli za bramki. Zablokowali też wszystkie drogi dojazdowe („Można się stąd wydostać tylko samolotem” - odpowiadali policjanci na pytania zdezorientowanych turystów). Blokada trwała do późnego wieczora. Potem zaczęły się starcia z siłami prewencji: na lotniskowym parkingu i przed komisariatem hiszpańskie/ policji w centrum Barcelony ...Skutki tej blokady odczuwalne były w całej Hiszpanii, Francji, a także w sporym kawałku ziemskiego globu. Tyle się dzieje teraz w Katalonii, że jedyne, co przychodzi mi do głowy, to szybko pozbierać maleńkie karteluszki z ręcznymi notatkami i zebrać to wszystko do kupy w kolejnym odcinku „Dziennika Katalońskiego”. Prawdopodobnie w wyniku tych wszystkich opisywanych poniżej wydarzeń żaden czarodziej nie da Katalończykom niepodległości, jednak wydaje się, że oni sami, własnymi siłami, znacząco przybliżają ten historyczny moment. Oby tylko nie przeholowali z radykalizacją... Przy czym za największy precedens tej nie- Plakat Rewolucji fCatalońskiej autorstwa Jordi Caloisa. Obrazuje jeJnotć, ale zarazem wielorodnosc oraz bogactwo i pluralizm różnych podmiotów społecznych i politycznych tworzących protest, fot. R Zbierski Paweł Zbierski 125 wątpliwie trwającej właśnie rewolucji uważam wyrzucenie i wręcz wytupanie premiera Hiszpanii Pedro Sancheza ze szpitala w Barcelonie przez tamtejszy personel medyczny. San-chez chciał się tam bowiem fotografować z rannym policjantem, ale zapomniał o kilkuset rannych Katalończykach pobitych przez policję hiszpańską... 12 PAŹDZIERNIKA Media światowe zaabsorbowane są doniesieniami z Madrytu na temat skoczka spadochronowego, który wedle propagandowego zamiaru miał wylądować w centrum miasta i rozwinąć ogromną hiszpańską flagę. Jednak w efekcie nie rozwinął tej flagi i wylądował na latarni. W katalońskich mediach, ale także w zwykłych domach katalońskich, szeroko komentowano ten blamaż. Dwa cytaty z mediów europejskich mam akurat pod ręką: BBC: Tysiące patrzyło, jak hiszpański spaełochroniarz uderza lo latarnię. Na szczęście loy-szedł z tego bez obrażeń. FranceNews24: Pomimo precyzji tego spadochroniarza, Jeden podmuch wiatru może wszystko zmienić. Wszyscy uczestnicy, w tym rodzina królewska, oklaskiwali spadochroniarza, mimo, że nie wylądował.., * Moi sąsiedzi z Saint-Laurent żartują, że to jest prawdziwa zapowiedź hiszpańskiej polityki wobec Katalonii, ale też zapewne preludium drakońskich wyroków hiszpańskiego Sądu Najwyższego, które zapadną w poniedziałek wobec dwunastki katalońskich więźniów politycznych. 13 PAŹDZIERNIKA W miastach Katalonii, zwłaszcza w Barcelonie, skoszarowano kilka tysięcy przywiezionych z Madrytu policjantów. W mediach społecznościowych krążą fotografie i filmiki pokazujące tychże policjantów siedzących w pełnym rynsztunku w barcelońskich ogródkach restauracyjnych z butelkami piwa - co jest zresztą sprzeczne z obowiązującym w policji regulaminem. W sieci także powtarzane są przez zwolenników niepodległości komunikaty z apelami, aby po ogłoszeniu spodziewanych wyroków na polityków katalońskich ludzie byli gotowi, by w każdej chwili masowo wyjść na ulicę. * Mecz pomiędzy FC Barceloną a Realem Madryt, jedna z największych sportowych rywalizacji na świecie, powinien rozpocząć się w południe przed 99 000 kibiców na gigantycznym stadionie Nou Camp w Barcelonie, ale władze hiszpańskie przełożyły go z obawy przed niepokojami domowymi. 14 PAŹDZIERNIKA Sąd Najwyższy Hiszpanii, po przesłuchaniu 422 świadków, orzekł w sprawie dwunastu katalońskich polityków i działaczy niepodległościowych. A w pewnym sensie - jak słusznie 126 Dziennik kacaloński (6) zwrócił potem uwagę „Tygodnik Powszechny”, w dość obszernej i bardzo obiektywnej jak na polskie warunki publikacji Kaliny Błażejowskiej - to także wyrok w sprawie 2 min 286 tys. Katalończyków, którzy dwa lata temu głosowali w referendum. Najwyższą karę otrzymał były wicepremier katalońskiego rządu Oriol Junqueras: 13 lat więzienia za „podżeganie do buntu (sedición) i malwersację środków publicznych”. Za to samo na 12 lat więzienia skazani zostali trzej byli ministrowie katalońskiego rządu: Raiil Romeva, Jordi Turull i Dolors Bassa. Za „podżeganie do buntu”, ale „bez malwersacji”, ukarano też byłą marszałek katalońskiego parlamentu Carme Forcadell (lii pół roku więzienia), byłych ministrów: Josepa Rulla i Joaquima Forna (po 10 i pół roku) oraz liderów katalońskich organizacji niepodległościowych: Jordiego Sancheza i Jordiego Cuixarta (po 9 lat). Zsumowanie wszystkich kar daje efektowną liczbę 99 i pół roku, czyli prawie stu lat więzienia. O wiele łagodniej — co podkreślił tenże „Tygodnik Powszechny” - sąd potraktował oskarżonych, którzy odpowiadali z wolnej stopy. Byli ministrowie Santi Vila, Carles Mun-dó i Meritxell Borr^, zostali skazani za niepodporządkowanie się prawu (desobediencia): każdy z nich na 20 miesięcy zakazu sprawowania funkcji publicznych i 10 miesięcy grzywny o dziennej kwocie 200 euro. Sąd nie przychylił się do argumentacji Prokuratury Krajowej, która w działaniach dziewięciu oskarżonych dopatrywała się buntu z użyciem siły (rebelión) i żądała dla nich od Poliga Jrancuska bije niepełnosprawnego Katalończyka, graniczne przejście francusko - hiszpańskie, autostrada AP7, fot. Jordi Borras Paweł Zbierski 127 17 do 25 lat więzienia. Nie zgodził się też z oskarżycielem ludowym (acusación popular, instytucja charakterystyczna dla prawa hiszpańskiego), czyli skrajnie prawicową partią Vox, która uznała sądzonych za zorganizowaną grupę przestępczą i domagała się dla nich kar od 24 do 74 lat więzienia. Sąd ocenił, że choć w październiku 2017 r. w Katalonii doszło do „bezdyskusyjnych aktów przemocy”, to nie była to przemoc wystarczająca do skazania za bunt z użyciem siły. Oskarżeni nie chcieli siłą obalić ustroju, a jedynie zmusić Madryt do negocjacji. W opinii tegoż sądu manifestacja z 20 września 2017 r. i kilka dni później, zachowanie głosujących w lokalach referendalnych, nie były zwykłymi akcjami obywatelskiego protestu, a burzlitaym //oiostaniem, iio którego oskarżeni zachęcali, aby metocb} faktów eiokonanych i sib} fizyczną zamienić decyzje sądowe w swistek papieru. "Katalońscy terroryści”blokuje autostracif Janijuera czyli wspólny posiłek protestujących na autostraeźzie, fit. Laurent Dauba Co do zarzutu malwersacji, stwierdzono, że czworo oskarżonych przekierowało ponad 250 tys. euro ze środków publicznych na or- ganizację nielegalnego referendum. Właśnie owa „malwersacja” wciąż jest zresztą głównym orężem propagandy madryckiej bezkrytycznie powielanej przez media europejskie, w tym oczywiście media polskie. Publikacja „Tygodnika Powszechnego” to jak do tej pory najbardziej pełna i rzetelna polska dziennikarska analiza i synteza sytuacji w Katalonii, chociaż i tu autorka nie powstrzymała się od stylistyki znanej doskonale z mediów „dobrej zmiany”, a zwłaszcza z TYP Jacka Kurskiego czy wcześniej z PRL-owskiego „Żołnierza Wolności”: Tymczasem najważniejszy aktor katalońskiego dramatu (lub farsy, w zależności od punktu widzenia), były premier Carles Puigdemont, ma do dyspozycji willę na luksusoioym osiedlu w belgijskim Waterloo, gdzie gości dziennikarzy, wydaje przyjęcia i przewodniczy zebraniom samozwańczej Rady Republiki. To zdanie uważam za zbędne, bo wygląda tak, jakby było wtrącone do tekstu autorki na zamówienie polityczne jakiegoś starszego redaktora. Ładny mi bowiem luksus, tysiąc kilometrów od domu, bez ukochanej żony i dzieci... W taki sposób pisano swego czasu w Polsce o Lechu Wałęsie, a na Białorusi o dysydentach udzielających w Paryżu wywiadów mediom zachodnim. 17 PAŹDZIERNIKA. Daniel Stenzel, rzecznik prasowy prezydent Gdańska, pisze w portalu gdansk.pl: Gdańsk został laureatem nagrody Księżnej Asturii za 2019 rok w kategorii Zgoda (de la Concordia). W uzasadnieniu decyzji jury czytamy m.in. „że przeszłość i teraźniejszość w Gdańsku to wrażliwość na solidarność, obronę wolności oraz praw człowieka, a także ochronę pokoju”. Wpiątek 128 Dziennik kataloński (6) nagrody z n}k króia Hiszpanii Filipa VI odbierze w Oviedo, lu biszpa/iskim regionie Asturia, prezydent Gdańska Aleksandra Dulkieioicz. Nagroda będzie odebrana lo obecności Ich Króleio-skich Mości - Króla i Królowej Hiszpanii. Pierwszy raz udział w tej ceremonii weźmie także Jej Królewska Wysokosc Księżniczka Sofia. Wręczenie nagrody zostanie poprzedzone oficjalnym spotkaniem laureatów z rodzimf królewską. Czytam ten komunikat Daniela i szczęka mi opada, bo oto w Barcelonie pałowani są - w imieniu króla Hiszpanii Filipa VI - bezbronni ludzie (jednemu właśnie wybito oko gumową kulą) a Gdańsk, od 1990 oficjalnie miasto Partnerskie Barcelony, nie tylko nie zabiera głosu w sprawie gwałcenia właśnie w Barcelonie wolności i praw człowieka, ale w dodatku zapowiada, że odbierze z rąk króla Hiszpanii specjalną nagrodę. No i jak to tak? Ani słowa od Gdańska na temat Barcelony, pierwszego miasta na świecie, które oddało hołd zamordowanemu Pawłowi Adamowiczowi, a jednocześnie celebracja nagrody od znienawidzonego przez Barcelończyków króla? Mam wrażenie, że śnię jakiś koszmarny sen... * Środowiska proniepodległościowe publikują w internecie coraz więcej filmów i fotografii, zwłaszcza z Barcelony, ale także z innych miast katalońskich, obrazujących brutalność policji hiszpańskiej, wykraczającą poza wszelkie cywilizowane standardy. To są zdjęcia amatorskie, z telefonów komórkowych, nie ma więc tutaj żadnego retuszu, obróbki technicznej, żadnej manipulacji. Wynika z tych materiałów jedna wielka, zaplanowana i wykalkulowana przemoc. Masowość tych agresywnych zachowań jest zastanawiająca. Oczywiste, że musiała być na to zgoda Sancheza mająca na celu udowodnienie, że Katalończycy to terroryści. Policjanci rzucają się więc na tych zdjęciach na plecy staruszków, powalają znienacka z nóg starsze kobiety i dzieci. Uderzają pałkami w tył głowy, w plecy albo w stopy ofiar. Atakują głównie wieczorami i nocą, kiedy na ulicach nie ma już wielotysięcznych demonstracji, a ludzie są rozproszeni...Jednak najbardziej skandaliczne są prowokacje, kiedy to wynajęci przez policję ludzie podpalają kosze na śmieci i miotają koktajlami Mołotowa. Bulwersująca jest, sfilmowana przez jakiegoś przechodnia, nocna akcja policji w jednej z dzielnic Barcelony. W jednym z minimarketów podnosi się w górę żaluzja otwierająca sklep. Za oświetloną szybą widać sylwetki zakapturzonych osiłków. Kiedy pod market podjeżdżają policyjne radiowozy, mężczyźni wyskakują całą grupą z marketu i wskakują przez uchylone drzwi do radiowozów. Dokąd jadą wspólnie z uzbrojonymi w pałki policjantami, skoro na sąsiedniej ulicy trwają właśnie potyczki z Katalończykami? Charakterystyczne są także ujęcia, na których za zaopatrzonym w kamienie zakapturzonym osiłkiem ciągnie się cały łańcuch dziennikarzy z kamerami. Najprawdopodobniej chodzi o wmanipulowanie dziennikarzy w policyjną ustawkę. 18 PAŹDZIERNIKA Coraz bardziej mnie zdumiewa JĘZYK PRZEKAZU w polskich mediach będący w istocie imitacją lub reprodukcją języka oficjalnej propagandy z Madrytu. Pokuśmy się o prostą analizę. Oto sam tekst (bez obrazu) z TVN 24 : „Najpierw marsz, potem zamieszki” - tu samo słowo „zamieszki” nacechowane negatywnie, jednym tchem łączy „marsz” z owymi „zamieszkami”. Tymczasem mamy aż nadto wiele dowodów, że wszelkie zadymy — już po Paweł Zbicrski 129 zakończonych marszach - prowokują podstawieni przez policję statyści...Ten język ma sugerować odbiorcom przemoc katalońską, narzucać taki a nie inny odbiór: W^z^czorrw grupy separatystycznych bojówkarzy starły się z policja} także w innych miejscach stolicy Katalonii. Manifestanci, glótonie młodzi, zamaskowani aktytoisci, rzucałi lofunkcjonariuszy różnymi przedmiotami, w tym butelkami, kamieniami oraz koktajlami Mołotoioa. Wraz z dalszym nurtem narracji potęgowane jest napięcie, poprzez swoistą hiperbolizację: Wyrywali płyty chodnikowe, płonęło praktycznie wszystko — tak relacjonował sytuację dla TVN Franciszek Fidos. Kiedy brakuje wiarygodnych świadków w relacji, reporter wyszukuje jakiegoś mitycznego „Pana Piotra”. W nocy z wtorku na środę protesty trwały w Barcelonie, Tarrago-nie, Leridzie, Sabadell i Gironie. Według szacunków na ulice tych miast wyszło ponad 20 tysięcy separatystów, z czego ponad połowa w Barcelonie, gdzie przebywa pan Piotr. - Jechałem ostatnim metrem, wysiadałem w scisłym centrum. Już podczas jazdy w wagonie było dużo dymu Pocziftkowo bałem się, że cos' stało się w metrze - mówi reporterowi TVN 24. - Kiedy wysiadłem, zobaczyłem ludzi, którzy biegali we wszystkie strony, a naokoło płonęły s'mietniki, kartony, włas'ciwie wszystko, co dało się podpałić, małe czy duże i cały czas znoszono kołejne - rełacjonuje. - Kiedy wysiadłem, zobaczyłem łudzi, którzy biegali we wszystkie strony, a na około płonęły s'mietniki, kartony, włas'ciwie wszystko, co dało się podpałić, małe czy duże i cały czas znoszono kołejne - relacjonuje. - Przyznaję, że sceny były przerażające. Kiedy podjeżdżała połicja, protestujący wyrywałi płyty chodnikowe i rzucałi nimi w radiowozy. Policyjne s'miglowce latały nad miastem do około drugiej w nocy - dodaj e pan Piotr. 19 PAŹDZIERNIKA Za skandaliczne uważam umieszczenie w mojej ulubionej „Gazecie Wyborczej” tekstu zatytułowanego: „ Stanowisko Redakcji „El Pais : DLACZEGO SKAZANO KATALOŃ-SKICH SEPARATYSTÓW?”. W ten sposób „GW” stała się oficjalną tablicą ogłoszeń dla bardzo jednostronnego w wymiarze dziennikarskim przekazu. Co prawda temu biuletynowemu oświadczeniu towarzyszy także komentarz odredakcyjny podpisany przez „mas” (Maciej Stasiński?), ale ten komentarz odredakcyjny jest wyraźnie stronniczy, powielający drukowane oświadczenie. * Tyle wokół się dzieje... A ja jestem zmuszony bardzo ograniczyć swoją aktywność. Lewa ręka praktycznie przestaje działać, a ja jestem niestety mańkutem. Stukanie jednym paluchem w klawiaturę to jakiś koszmar. Nici więc z porządnego pisania i jakiegoś dłuższego malowania. Pozostaje tylko pacnąć na białym płótnie jakąś kolorową plamę. Mimo to, o dziwo, mogę jakoś pływać we wciąż ciepłym mimo jesieni morzu i to mnie ratuje. I czekam na moją kolejną, siódmą już operację w Katalonii. 20 PAŹDZIERNIKA Doświadczenie z Katalonią doprowadziło Hiszpanów do perfekcji w manipulowaniu opinią publiczną. Oto dwie różne okładki, ściślej nagłówki, tego samego numeru gazety - 130 Dziennik kataJoński (6) adresowane do różnych terytoriów i dotyczące tego samego wydarzenia...W wersji dla Ka-talończyków z grubsza zrelacjonowano rzeczywistość, w wersji dla Hiszpanów niebotycznie podkreślono napięcie, wywołując z Katalonią jak najgorsze skojarzenia. Dla mnie El Pais jest już spalony jako europejski, opiniotwórczy tytuł prasowy. 21 PAŹDZIERNIKA, Pisze portal gdansk.pl: Nagroda Księżnej Asturii dia Gdańska zostaia zaprezentowana w poniedziałek, 21 października, na briefingu prasowym w Europejskim Centrum Solidarności. To nie tylko rzeźba Joana Miro - jednego z wielkich europejskich artystów XX wieku - ale też kwota 50 tys. euro. Prezydent Aleksandra Dulkiewicz zapowiedziała, źe decyzja na co przeznaczyć te pieniądze podjęta będzie po konsultacji z gdańszczankami i gdańszczanami. 29 PAŹDZIERNIKA Od kilku dni z całego świata płyną informacje o marszach i pikietach solidarności z Barceloną. To jest niesamowite, jak ludzie w różnych, tak bardzo odległych miejscach globu, identyfikują się z tym maleńkim, dumnym narodem pirenejskim: Nowy Jork, Hongkong, Madryt, Murcja, Kanada, Wielka Brytania i oczywiście nieomal codziennie Szkocja, w której wobec brexitu i rychłej perspektywy wyjścia Wielkiej Brytanii z UE przynajmniej część obywateli głośno domaga się niepodległości. Tymczasem sami Katalończycy podczas swoich marszy, choćby w trakcie strajków studenckich w budującym się właśnie spontanicznie barcelońskim miasteczku namiotowym, demonstrują swoją jedność z Kurdami po krwawej agresji Turcji na Syrię. Oto mamy solidarność małych narodów, trochę na przekór wielkim tego świata. Na przekór tym wielkim w Europie, Ameryce, Rosji. To solidarne Katalończycy chcĄ rozmawiać, fot. Merce Casahuga Paweł Zbierski 131 pospolite ruszenie małych narodów wobec wydarzeń w Barcelonie wydaje mi się akurat bardzo piękne... I dlatego właśnie w tych dniach najbardziej żałuję, że nie daję rady utrzymać kamery w rękach. To byłby dobry film dla ECS. 1 LISTOPADA Przypominają mi się legendarne spacery po Gdańsku ze słynną blogerką Ewą Kowalską. Oto około trzydziestoosobowa grupa wysportowanych staruszków. Każdy z nich ma na oko po jakieś siedemdziesiąt lat. Ale są też młodsi. Wędrują tak sobie nieśpiesznie pire-nejską ścieżką z terytorium Hiszpanii do Saint Laurent. Na plecakach niektórych dumnie zatknięte są katalońskie flagi. W finale tego spaceru docierają na cmentarz tuż obok starego romańskiego kościółka. W ten sposób chcą pamiętać o swoich katalońskich przodkach, pochowanych tutaj w Północnej Katalonii w różnych momentach dziejów, także w trakcie koszmarnej dyktatury generała Franco, kiedy to wielotysięczna rzesza uciekinierów z Hiszpanii brnęła z tobołkami przez góry w kierunku terytorium Francji i w ten sposób chroniła się przed faszystowską eksterminacją. Tamten exodus znalazł zresztą odzwierciedlenie w sztuce artystów północnej Katalonii. Co ciekawe, groby Katalończyków sąsiadują tu z grobowcami rodzin hiszpańskich, żydowskich, a nawet Polaków... Z największych miast katalońskich dobiegają wieści o wciąż rozwijających się masowych protestach i o bestialstwie policji hiszpańskiej. Jest pierwszy bilans ostatnich dni: 600 rannych, 214 aresztowanych, 29 zamkniętych prewencyjnie, 71 dziennikarzy rannych, 1 dziennikarz aresztowany. 2 LISTOPADA W „Tygodniku Powszechnym” szczerze wzrusza mnie recenzja Tomka Fiałkowskiego (czyli redakcyjnego Lektora) z książki „Kroniki ukrytej prawdy” Katalończyka Caldersa. W tej recenzji mjn.: O Katalonii czytamy teraz głównie z powodu konfliktu z centralnym rządem hiszpańskim przedstawianym często stronniczo. Pamiętajmy więc, że to kraj o własnej kulturze sięgajifce/ średniowiecza... Czytajmy Katalończyków!... 9 LISTOPADA Amerykanie są zwięźli, chłodni i chyba najbardziej rzetelni w ocenie sytuacji. „Washington Post” z tego dnia: \T Hiszpanii wielu zaskoczył opór Katalończyków w sprawie niepodległości. Ale na razie ruch ten „nie zyskał międzynarodowego poparcia ani własnego impulsu”. W rezultacie gazeta wskazuje, że wśród analityków nie ma zgody co do tego, co może się wydarzyć w najbliższych miesiącach w Katalonii. Niektórzy eksperci obawiają się, że protesty staną się bardziej gwałtowne z uwagi na stagnację. Z kontekstu wynika, że stagnację polityczną tworzą władze Królestwa Hiszpanii. 12 LISTOPADA Rano policja francuska usunęła protestujących Katalończyków z przejścia granicznego na strategicznej autostradzie AP-7. Jeszcze poprzedniego wieczora protestujący oklaskiwali 132 Dziennik kataloński (6) umundurowanych Francuzów i przypominali im hasła Rewolucji Francuskiej „Wolność, równość, braterstwo”. Po południu rozpędzona ciężarówka (nie podajemy celowo narodowości kierowcy) próbowała rozjechać protestujących ludzi. Kierowcę aresztowano, podobnie jak 19 protestujących Katalończyków, których wyciągnął potem z aresztu dobrze mi znany Josep Puigbert - szef Casa Generalitat z Perpignon. Podczas likwidacji blokady policjanci brutalnie potraktowali 29-letniego Katalończyka zrzucając chłopaka z wózka inwalidzkiego. Zdjęcia obiegły świat. W Polsce nie widziałem... * Staram się - mimo kłopotów z ręką - na bieżąco informować o sytuacji w Katalonii wrzucając posty wraz z foto oraz info na stronę „Fontaine Media”. Sięgają do tych treści coraz chętniej sami Katalończycy i udostępniają je dalej. Tematy zawsze są gorące, np. strajk bezterminowy studentów z poruszającymi zdjęciami młodzieży barcelońskiej rozbijającej namioty na ulicach stolicy Katalonii i do tego fotografie katalońskich rodzin przynoszącym im z miasta bagietki, termosy z gorącą zupą oraz zgrzewki z wodą mineralną. Albo starszy facet w ciemnych okularach jedzący lunch na stoliku kempingowym rozłożonym na samym środku autostrady. Przez te zdjęcia ta katalońska historia wydaje się bardziej spersonalizowana, po ludzku zrozumiała. Wszystko to - co widać ja na dłoni - ma charakter wybitnie pokojowy i z pewnością zdecydowanie jest bardziej kosmopolityczne niż nacjonalistyczne. A do tego wciąż tu odśpiewywana „Estaca” do złudzenia bliźniacza wobec „Murów” Kaczmarskiego. Przypomina mi to trochę nasze pierwsze strajki NZS (z Leszkiem Sarnowskim i Andrzejem Kasperkiem!) na Uniwersytecie Gdańskim z roku 1981, a patrząc w sumie na wszystkie protestujące miasta katalońskie to nawet przypomina mi się nasz wielki Sierpień 80. Myślę sobie, patrząc na obrazki z Barcelony, że brakuje tutaj tylko Anny Walentynowicz nalewającej wielką chochlą zupę dla strajkujących. W ciągu dnia młodzi tworzą kilkumetrowe, żywe kręgi, siedząc z nogami skrzyżowanymi po turecku i słuchając wykładów: o tolerancji, o przemocy, o mowie nienawiści, o manipulacji w mediach. Ten bratersko-harcerski obraz jest radykalnie sprzeczny z doniesieniami agencyjnymi z Madrytu o rzekomej przemocy „nacjonalistów” i „separatystów”. Bo z drugiej strony widać przecież w Internecie prawdziwe bombardowanie propagandą i właśnie manipulację ze strony służb rządu hiszpańskiego. * W Internecie bywam też ostatnio hejtowany przez internautów, często anonimowych, tekstami w rodzaju: „a czyim ty jesteś agentem?”, „kto ci robi przelewy?”, a w najlepszym wypadku: „masz nieczyste intencje!”... Prowadzę także niekończące się polemiki z Polakami m.in z Bartkiem Piotrusiewiczem, który w końcu tak mocno obraża publicznie mnie i moich znajomych, że czuję się w obowiązku go zbanować... O mój Boże... Dlatego tym bardziej listy ze słowami wsparcia są dla mnie takie ważne, jak choćby ten z wczoraj, bardzo obszerny, zamieszczony na moim publicznym profilu: - Ja mieszkałam w Katalonii prawie 16 lat i nadal często tam jeżdżę (...) Jeżeli o nacjonalizmach mowa, to nie ma w Hiszpanii groźniejszego od tego pod właśnie hiszpańską flagą. Jeśli zobaczysz gdzieś ręce wyciągnięte w hitlerowskim geście — nota bene zabronionym np. Paweł Zbierski 133 Blokada autostrady, fot. Merce Casahuga W Niemczech, ale nie w Hiszpanii - miej pewność, że będzie to właśnie pod tą flagą (czy to w wersji przedkonstytucjonalnej, frankistowskiej, 2 czarnymptaszydłem, czy tc wersji obecny bez niego), a na pewno nie pod flagtf katalońskt}. Bardzo polecam reportaże dziennikarza Jordi Borras spetjalizujtfcego się w tropieniu i fotografowaniu faszystów. Ilu tak naprawdę jest tam faszystów, pokazały wreszcie ostatnie toybory, gdzie kilka milionów posf-ankistów ściągnęło maski z twarzy i mogło wreszcie bez kompleksów zagłosować na jawnie ultraprawicowt} Vox bez kamuflowania się za jakimiś' centro-prawicowymi czy „ łiberalnymi ” kołorami PP czy Ciudadanos. Wzrost poparcia dla Vox ani nie dziwi, ani nie szokuje. Ci ludzie zawsze tu byli, tak naprawdę przejs'cie od dyktatury do demokracji było jednt} wiełkt} farstf, wiele z najważniejszych partii, np. PP nigdy zreszttf nie potępiło zbrodni reżimu. Nie było też rozliczenia ze zbrodniarzami Jrankistowskimi, większos'ć starych fl^ankistów po s'mierci dyktatora po prostu weszło w struktury nowego państwa monopołizujefc uymiar sprawiedliwos'ci, wojsko, rze}d, przedsiębiorstwa państwowe. Tylko nie mieli dotąd partii, z którą by się mogli do końca zidentyflkować. Teraz ją mają i mogą pokazać swoje prawdziwe oblicza. Demokracja? Kiedy za zorganizowanie i przeprowadzenie referendum skazuje się polityków na 13 lat więzienia? A już całkiem bez echa przeszedł w Europie najnowszy dekret „socjalistycznego”premiera Pedro Sancheza pozwalający rządowi zamknąć jakąkolwiek, powtarzam jakąkolwiek, stronę internetową BEZ nakazu sądu. Prawo, jakie istniało do tej pory tylko w tak zaawansowanych „demokracjach” jak Posja i Chiny. Demokracja, w której kandydaci na premiera podczas kampanii wyborczej przes'cigali się w obietnicach, ze s'ciągną Puigdemonta z wygnania w Belgii do Hiszpanii i do więzienia. Gdzie również rząd (nadal socjalistyczny) butnie grozi Belgii konsekwencjami, jeżeli ta nie posłucha europejskiego nakazu aresztowania i nie wyda katalońskich polityków pomijając fakt. 134 Dziennik kataloński (6) Że Hiszpania w siaoim czasie udzielaia schronienia wielu zbrodniarzom nazistowskim, w tym Leonowi Degrelle, zbrodniarzowi belgijskiemu z II wojny światowej, który w tq „demokratyczny” Hiszpanii zmarl spokojnie w 1994 roku. No ale przecież zorganizowanie referendum w sprawie niepodległości to zbrodnia dużo większa niż ludobójstwo. Arogancka Hiszpania, która bezlitośnie tłumi jakiekolwiek przejawy niezależności swoich regionów, ale za to usilne naciska na to, że już pora odzyskać Gibraltar. Co tam fokt, ze jego mieszkańcy w 90% opowiadają się raz i drugi za przynależnością do Wielkiej Brytanii. Nie chcę się rozpisywać, bo kto nie chce otworzyć oczu, ich nie otworzy. W Europie mało kto chce je otworzyć, bo ta Hiszpania taka fajna przecież jest, słoneczna, paella, i sangria, i siesta, i gdzie jej tam do ponurej Rosji, z które} zawsze mieliśmy na pieńku. Najgroźniejsze nacjonalizmy to nie te małych narodów bez państw, ałe te, za którymi stoi Państwo. Państwo, rze}d, wymiar sprawiedłiwości i wojsko. Tak właśnie jest w Hiszpanii. 3 LISTOPADA W „Gazecie Wyborczej” irytująca teza z kosmosu, że „separatystami” katalońskimi sterują Rosjanie, a rosyjska stacja telewizyjna „RT” wykorzystuje propagandowo działalność separatystów katalońskich. Wszystko to w wywiadzie Magdaleny Suchanów, który dziennikarka przeprowadza z wpływowym dziennikarzem madryckiej ulubionej chyba szczególnie przez „Gazetę Wyborczą” hiszpańskiej gazety „El Pais”. Tytuł publikacji: ŚWIAT RÓWNOLEGŁY. Właściwie wobec takiego dictum człowiek czuje się kompletnie obezwładniony... Po prostu ręce opadają. Pyta bowiem słynna dziennikarka, odpowiada wybitny dziennikarz sztandarowego, MADRYCKIEGO pisma „El Pais”. Zaiste, pokrętna sofistyka : 7 i pół miliona Katalończyków jest manipulowanych przez Kreml i rosyjską propagandę! Rany Boskie... Powiedzcie to strajkującym właśnie studentom katalońskim w Barcelonie. Pytanie: PO CO w Barcelonie podkręcane jest przez rząd w Madrycie napięcie? Po co 600 rannych, bitych do nieprzytomności, Katalończyków? Po co aresztowani i pobici DZIENNIKARZE??? Niewykluczone, że faktycznie, już od średniowiecza, RT tym steruje w asyście parafaszy-stowskiej hiszpańskiej partii VOX oraz króla Filipa VI... Trudno wykluczyć, że tak się dzieje. Ale być może sami Katalończycy też mają tu coś do powiedzenia? A może nie mają... * Patrząc na świat widać wyraźnie, że Rosja stara się rzeczywiście tam uderzać propagandowo i oddziaływać dostępnymi sobie różnymi metodami, gdzie dostrzega jakąś słabość, jakiś punkt zapalny, także swoistą niezborność zarządzania politycznego. Błędem dziennikarza „El Pais”, a w ślad za tym części polskich dziennikarzy, jest zrzucanie winy za kryzys hiszpański na Bogu winnych Katalończyków i nie widzenie tych błędów po stronie Pedro Sancheza czy w ogóle Królestwa Hiszpanii. To Królestwo Hiszpanii (nie Katalonia) jest odpowiedzialne za poziom cywilizacyjny, w tym oczywiście za ekonomię czy bezrobocie, w całej Hiszpanii. Akurat na tych polach Katalonia nie musi sobie nic zarzucać. Skandalicznym błędem tego konkretnego omawianego tu tekstu jest instrumentalne potraktowanie Katalonii i brak perspektywy katalońskiej wobec problemu. Poza tym tworząc świat Pan Paweł Zbierski 135 Bóg prawdopodobnie nie obiecał Hiszpanom, że ich król będzie wieczny, że Polska będzie satelitą Moskwy, że Ukraina będzie razem z Moskwą wiecznie w ZSRR, a np. Praga będzie z Bratysławą tworzyć do ostatnich swoich dni jeden organizm państwowy. Krótko mówiąc błędem tego tekstu jest brak wyobraźni i szukanie przysłowiowego „ruska” wszędzie, tylko nie we własnej głowie. Dla mnie to jest modelowy przykład na to, jak nie uprawiać dziennikarstwa. Tym bardziej, że w tym samym numerze „GW” widzę inne świetne teksty, m.in. ten o Ukrainie. 13 LISTOPADA Aż do rana Katalończycy blokowali w Hiszpanii kilka odcinków dróg i autostrad, a także trasy szybkiego ruchu N-11. Osobiście wydaje mi się, że przedłużanie tych blokad drogowych może się okazać nie tylko nieskuteczne, ale też mało popularne wśród kierowców. Francuska analiza dająca wiele do myślenia ludziom nieco „mechanicznie” myślącym o relacjach między Hiszpanią a Katalonią: Trzy i pół miliona Hiszpanów głosowało w nie-ćłzielf za skrajm} prawic^}, która staje sif trzecią sik} połityczną w kraju z 15% głosów. Ale ten iłobry wynik Vox jest sprzeczny z wynikami oślizgniętymi w regionach Kraju Basków i Katalonii, gdzie zebrano odpowiednio 2% i 6% głosów. Według politologów tę różnicę tłumaczy tożsamość regionalna, z której składa się kraj. Vox skoncentrował swoji} kampanię na obronie hiszpańskiego nacjonalizmu, potęgujefc w ten sposób w szczególności u Katalończyków wzrost pragnienia katalońskiej niepodległości. Bez tego partia Vox nie mogłaby mieć nadziei na uwiedzenie wyborców. Jednak to poczucie „hiszpańskości”jest dalekie osobom mieszkajc}cym na tych obszarach, które maje} swój konkretny język. Obrona ich tożsamości regionalnej wpływa więc jest również często na wszystkie inne partie, (z Barcelony Elise Gazengel RFI FR 13.11.2019) Z OSTATNIEJ CHWILI: Rada Europy potępiła brak przestrzegania przez Hiszpanię zasady niezawisłości sądów. Barcelona, Saint Laurent de Cerdans, 13 listopada 2019 138 „Wszystko się we mnie trzęsie” czyli Jazzsocjalizacja według Możdżera Obowiązki gospodyni w czasie sztumskich spotkań promocyjnych kwartalnika „Prowincja” pełni Małgorzata Sarnowska. Zawsze jest wtedy dobra okazja do spotkania i rozmowy. Kilka lat temu opowiedziała mi o tym, że Leszek Możdżer zgłosił się do jej dyrektora z propozycją ofiarowania trzech pianin dla jednostek penitencjarnych na Pomorzu. Małgosia była wówczas Rzecznikiem Prasowym Dyrektora Okręgowego Służby Więziennej w Gdańsku. Okazało się, że znany muzyk już od kilku miesięcy próbował się przebić ze swoim pomysłem; był przekonany, że dostęp do instrumentu Leszek Możeiżer na koncercie w jednym z zakiadów karnych, fot. archiwum W więzieniu pomoże w resocjalizacji więźniów. Jednak dyrektorzy więzień sami nie chcieli podejmować takiej decyzji, bali się, że to będzie tylko dodatkowy kłopot - sprzęt należy zinwentaryzować i opisać, a kto będzie się nim opiekował, kto stroił? A może trzeba będzie zamocować kłódkę na nakrywę, żeby osadzeni nie chowali tam niedozwolonych przedmiotów - przecież ich inwencja w tej kwestii jest nieograniczona... Możdżer jednak nie chciał łatwo zrezygnować ze swojego pomysłu. Był święcie przekonany, że: „dla ludzi wykluczonych społecznie należy tworzyć namiastkę domu, poprzez ich obcowanie z muzyką. To miejsce, przez pewien czas, jest dla skazanych drugim domem. Nie wyobrażam sobie domu bez piękna muzyki. Więzienie jest idealnym miejscem aby rozwijać się wewnętrznie i aby ćwiczyć siebie. Muzyka jest wewnętrzną pracą z samym sobą. [...] Artyści są od tego, żeby dawać ludziom piękno, a muzyka z pewnością ma wiele walorów resocjalizacyjnych”. W wywiadzie mówił: „Od dawna czułem wewnętrzny impuls, żeby podarować pianino do więzienia, bo obecność instrumentu automatycznie otwiera ludzi na nowe możliwości spędzania czasu. [...] Urzędnicy niżej postawieni w hierarchii po prostu obawiali się podjąć taką decyzję. Znalazłem więc w Internecie adres mailowy dyrekcji okręgu w Gdańsku i najzwyczajniej w świecie napisałem maila. Po dwóch dniach zadzwoniłem do sekretariatu. Okazało się, że mój mail wzbudził pozytywną reakcję u samego ówczesnego dyrektora okręgowego pułkownika Radosława Chmielewskiego, który poprosił o osobiste spotkanie. Okazał się człowiekiem otwartym, szeroko widzącym rzeczywistość. Kiedy wyszedłem od niego z gabinetu, to jeszcze godzinę włóczyłem się po mieście i czułem przechodzące przez całe ciało dreszcze. Miałem poczucie, że wydarza się coś niesamowitego. Pomyślałem, że dopóki taki dyrektor jest na stanowisku, to trzeba spróbować wstawić pianina do wszystkich jednostek, bo za jakiś czas może się zmienić urzędnik i okazja przepadnie bezpowrotnie. Mam przyjaciela, handlarza pianinami, który dał mi dobrą cenę na instrumenty i po uzgodnieniu szczegółów z dyrekcją wstawiliśmy pianina do siedmiu jednostek”. Dyrektor wyznaczył mjr Małgorzatę Sarnowską do prowadzenia tego projektu. Chyba wtedy nie wiedziała, że to będzie przygoda jej życia. Możdżer to przecież artysta klasy świa- Andrzej Kasperek 139 towej - kompozytor, pianista jazzowy, producent muzyczny, twórca muzyki filmowej... I teraz nadarzała się okazja, aby go poznać, żeby z nim współpracować, bo świat więzień to świat osobny, zamknięty i aby się w nim poruszać, trzeba przewodnika. Samemu nie da się rady, tu nie można ot tak sobie wejść i z uśmiechem oznajmić: „Proszę bardzo, przywiozłem pianino!”. Nawet jeśli dyrekcja wydała zgodę na wprowadzenie pianin do więzień i aresztów śledczych, to trzeba ustalić, kto je przywiezie (imię i nazwisko, serię i numer dowodu osobistego), podać markę i numer rejestracyjny pojazdu dostawczego, zdeponować telefon komórkowy na bramie. Regulamin i surowe procedury są nie do ominięcia. Potrzeba ludzi do transportu pianin po wąskich schodach i korytarzach, stroicieli. A w wypadku organizacji koncertu to wszystko się jeszcze zwielokrotnia, bo osób jest więcej - muzycy, akustycy, fortepianmistrz, czasem fotograf, filmowcy etc. Dante Alighieri potrzebował kogoś, kto go poprowadzi przez piekło. Nie chcę tu porównywać więzienia do piekła (choć dla niektórych pewnie tak jest). Chciałbym się raczej posłużyć określeniem Fiodora Dostojewskiego z jego zapisków z czasów katorgi, w których pisał, że więzienie to „inny, odrębny świat, do niczego niepodobny”, w którym panują „inne, odrębne prawa, inne obyczaje, inne nawyki i odruchy”. Przewodnikiem Leszka Możdżera stała się Małgosia Sarnowska. To dzięki niej to skomplikowane przedsięwzięcie doszło do skutku i zakończyło się pomyślnie. To jej kompetencje - znajomość tematu, ludzi i kontaktów — sprawiły, że niezwykły pomysł polskiego pianisty został zrealizowany. Jego wyprawa przez świat więzień i aresztów była niezwykłą podróżą, pewnie trudniejszą niż niezliczone wyprawy na koncerty - do Chin, Japonii, Kolumbii czy Meksyku. 140 „Wszystko się we mnie trzęsie” czyli Jazzsocjalizacja według Możdżera Może ktoś powie, że Możdżer nie był wcale oryginalny, bo przecież Johnny Cash Już w latach sześćdziesiątych występował w amerykańskich więzieniach Folsom i St. Quentin, a płyta „At Folsom Prison” nagrana w więzieniu Jest uważana za Jedną z najlepszych w Jego dyskografii. Tyle, że tu nie chodzi wcale o pierwszeństwo i oryginalność. Raczej należy spytać, dlaczego ktoś tak znany i ceniony poświęca pieniądze i cenny czas na fundowanie pianin dla „garusów”. W końcu siedem pianin, nawet używanych, sporo kosztuje, a do tego trzeba opłacić sztab ludzi potrzebnych do zagrania koncertu. Niektórzy pukali się w czoło, przecież zaraz „garownicy” popsują cenne instrumenty, a w najlepszym razie strażnicy upchną Je w Jakimś ciemnym kącie, gdzie pokryją się kurzem i tak to się skończy. Użyłem tu obelżywych określeń więźnia, bo dla większości z nas są to ludzie, których nie chcemy znać, często godni pogardy, którzy słusznie zasłużyli na odosobnienie i karę. Dziś przecież za politykę nie wsadzają, siedzą ci, którzy powinni być w odosobnieniu. Nie powinniśmy Jednak zapominać, że: „system wykonania kary pozbawienia wolności oparty Jest na dwóch podstawach, które obie są ważne: z jednej strony ma na celu ochronę społeczeństwa przed ewentualnymi zagrożeniami, z drugiej - przywrócenie społeczeństwu osób, które pobłądziły, unikając deptania ich godności i wyłączenia z życia wspólnoty. Oba te aspekty mają swoje istotne znaczenie i mają na względzie to, by nie powstała «przepaść» między realnym życiem w więzieniu a tym, co zakłada prawo, które przewiduje, że podstawowymi elementami kary mają być JeJ funkcja reedukacyjna oraz poszanowanie praw i godności osób. [...] Gdziekolwiek Jest człowiek głodny, cudzoziemiec, chory, więzień, tam Jest sam Chrystus, który czeka na nasze odwiedziny i na naszą pomoc”. To słowa papieża Benedykta XVI z przemówienia do więźniów wygłoszonego podczas Jego wizyty w rzymskim więzieniu Andrzej Kasperek 141 W Rebibbi. Nieprzypadkowo dałem na początku motto z Ewangelii. Chrystus wymienia więzienie jako jedno z tych miejsc, które niechętnie odwiedzamy, docenia tych, którzy o uwięzionych pamiętają. Sam utożsamia się z więźniami. Możdżer jest różnie postrzegany. Na pewno jest ekscentrykiem i dla niektórych jego stawianie szklanek z płynami na strunach fortepianu w czasie koncertu dla osiągnięcia odpowiedniego dźwięku, wychodzenie boso na estradę czy inne niekonwencjonalne sposoby zachowania wystarczają, aby traktować go mniej serio, bo jest inny, bo jest osobny, bo istny kosmita. To wszystko jest sposobem na życie człowieka wrażliwego, może zbyt wrażliwego jak na dzisiejsze czasy. Małgosia opowiadała mi o losach tej inicjatywy, o tym, że początkowo pianista chciał po prostu obdarować skazanych pianinami, ale później uznał, że to za mało. Nie mógł przecież zamienić się w nauczyciela muzyki i poprowadzić kursów dla osadzonych, ale postanowił obdarować ich swoją muzyką. Zorganizował i odbył siedem koncertów w Gdańsku (AŚ na ul. Kurkowej i ZK Przeróbka), Wejherowie, Starogardzie Gdańskim, Malborku, Sztumie i Kwidzynie. Możdżer koncertował zarówno solo, jak i z własnym kwartetem jazzowym w składzie: Krzysztof Słomkowski - b. Piotr Chęcki - ts, Sławomir Koryzno - dr. Grał własne kompozycje oraz zaaranżowane przez siebie utwory, m.in. Chopina, Bacha, Lutosławskiego, Piazzolliego i Komedy. Ze względu na bardzo naładowany kalendarz artysta czasem koncertował dwa razy dziennie. Nie zważał, że sale bywały bardzo małe, np. w Malborku lub w Wejherowie, gdzie w koncercie mogło uczestniczyć jedynie 30 osób. Padały czasem pytania, czy gra jest warta świeczki. Tym bardziej, że niekiedy pianista decydował, że zamiast na pianinie, zagra na swoim fortepianie. Wizyt i występów w więzieniach było zresztą więcej niż te zakładane siedem. W 2017 r., podczas Przeglądu Sztuki Więziennej w Sztumie, Możdżer w ciągu jednego dnia zagrał dwa koncerty. Jeden rano w więzieniu dla osadzonych, drugi w sztumskim kinie dla funkcjonariuszy i gości przeglądu. Można policzyć, że łącznie wysłuchało go około pięciuset więźniów. I choć to tyle, ile mieści się w przeciętnej sali koncertowej, to jednak to bardzo dużo. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę ile starań i nakładów kosztował każdy występ. Artysta przyjechał także na śpiewanie kolęd, na wigilię pracowników Służby Więziennej, przywoził im prezenty - książki z dziedziny psychologii, bo uważa, że „są oni codziennie wystawiani na bardzo ciężkie energie”. Praca w tak trudnych warunkach wymaga dużej odporności psychicznej, dobrego przygotowania i ideowości. Pianista sam przykłada dużą rolę do duchowości, ćwiczy jogę... Wizyty w zamkniętych ośrodkach były dla niego wyzwaniem. Tym bardziej doceniał pracę ludzi, których pogardliwie określa się mianem „klawiszy”. On miał możliwość obserwowania tej trudnej pracy od wewnątrz. Nigdy nie chciał nikogo zawieść, nie mógł nikogo pominąć. Jeśli na koncercie sztuki więziennej w Sztumie obiecał skazanemu, który występował w „Czekając na Godota”, że obejrzy go na scenie, to został, choć menadżerka wciąż mu przypominała, że muszą już jechać, bo mają ważne spotkanie. Ale skoro obiecał... Trzeba być uczciwym, także w takich sprawach. Dla jednych drobnych, dla innych bardzo ważnych. Zawsze dbał o zachowanie szacunku i poszanowanie prywatności osadzonych. Czasem występy były filmowane i raz ktoś wrzucił film na You Tubę bez spytania o zgodę więźniów na udostępnianie wizerunku. 142 „Wszystko się we mnie trzęsie” czyli Jazzsocjalizacja według Możdżera Leszek Możeiżer z płk łłatłosłauiem Chmielewskim, który zgodził sif wpuścić muzyka do gdańskich więzień, fot. archiwum Leszek Możdżer ze swoim kwartetem jazzowym na koncercie w Kwidzynie, fot. archiwum Andrzej Kasperek 143 Chociaż film artyście się spodobał, to jednak zasugerował, aby „zablurować” ich twarze. Tak właśnie rozumie poszanowanie godności innego człowieka. Małgosia Sarnowska opowiadała, że z uwagą i wzrastającym podziwem obserwowała jego postawę i zachowanie. Zero kapryszenia, żadnych fochów i zdenerwowania, nawet kiedy koncerty się opóźniały, ogromny szacunek dla widzów. Wszystko robi na 100 procent, nie oszczędza się. Możdżer mówił: „Grałem to, co zwykle na całym świecie. Nie zmiękczałem ani nie upraszczałem swojego języka. Wiedziałem, że aby dotrzeć do osadzonych, muszę być przede wszystkim sobą i nie mogę nic udawać. To są ludzie, którzy byli niejednokrotnie oszukani, a bywało, że i sami oszukiwali innych, więc dobrze się na tym znają. Miałem poczucie, że nie mogę ich oszukiwać, jeżeli to wydarzenie ma mieć sens. Małgorzata Sarnowska i Leszek Możełżer przeti jednym z koncertów, fot. archiwum Uprawianie sztuki fortepianowej to przede wszystkim walka z samym sobą i zależało mi na tym, żeby ludzie odebrali mój przekaz na poziomie podświadomym. Zwycięstwo nad kimś nigdy nie da takiej satysfakcji jak zwycięstwo nad samym sobą. [...] Za każdym razem miałem wrażenie bardzo dobrego odbioru. Muszę nawet powiedzieć, że dzięki temu, że publiczność nie była wyrobiona, poczułem o co tak naprawdę chodzi w graniu na scenie. Grając w filharmonii przy cenie 120 zł za bilet zwykle mam do czynienia z wyrobioną publicznością. Trochę zaprogramowaną, mającą określone oczekiwania i uprzedzenia. Na koncertach w więzieniach czułem czystą ludzką ciekawość. Ludzie patrzyli na mnie nie korzystając z systemowego oprogramowania. To było bardzo pouczające i rozwijające. [...] Wiedziałem, że niektórzy więźniowie nigdy nie byli na koncercie fortepianowym i takie doświadczenie może być dla nich brakującym puzzlem w rozumieniu otaczającego ich świata. Jeżeli mamy mówić o tzw. resocjalizacji, to musimy dać osadzonym możliwość uczestniczenia w rytuałach kultury, bo to właśnie kultura odróżnia nas od zwierząt”. Do-daje: „Koncertowanie dla więźniów sprawiło, że zmieniło się moje (i zespołu) pojmowanie uprawiania muzyki. Granie dla uwięzionych ludzi stawia tę pracę w zupełnie innym kontekście. Po takim doświadczeniu po prostu wychodzisz na scenę i grasz. Jest ci wszystko jedno, co kto sobie pomyśli. Bo w muzyce nie chodzi o to, żeby dobrze wypaść. Lecz żeby po prostu grać. Jabłoń, kiedy rodzi owoce, nie chce na nikim zrobić dobrego wrażenia, po prostu realizuje jakiś boski plan i tyle”. Te słowa wyjaśniają, że pianina i koncerty dla więźniów to nie był kaprys artysty, lecz jego głęboka potrzeba wewnętrzna. Wejście do więzienia było częścią pracy nad sobą, odwiedziny u tych, o których społeczeństwo zapomniało lub nie chce pamiętać (nie dotyczy to przecież tylko Polski i nie jest naszą specjalnością), było dlań sprawdzeniem swego czło- 144 „Wszystko się we mnie trzęsie” czyli Jazzsocjalizacja według Możdżera Na więziennych koncertach Leszek Możdżer nie tytlko grał ale i opowiadał o muzyce, fot. archiwum Płk Lesław Bryłkowski, Dyrektor Okręgowy Służby Więziennej w Gdańsku, wręczył Medal Służby Więziennej Leszkowi Możdżerowi, fot. archiwum Andrzej Kasperek 145 wieczeństwa. Konfrontacja z samym sobą, kontakt z ludźmi zza krat, a także z pracownikami więziennictwa, był owocny, bo pozwolił artyście lepiej poznać samego siebie a także przewartościować własne podejście do muzykowania, bo on ciągle pracuje nad sobą i swoją muzyką. Ten rodzaj szczerości, który wytwarzał się w czasie więziennych koncertów, był bezcenny dla niego i dla więźniów. Jeśli ciągle się gra dla koneserów, dla ludzi bogatych na eventach, w pięknych salach, to można być tym zmęczony. Maski, sztuczne uśmiechy, zdawkowe brawa znudzonej publiczności - to zabija radość grania, zamula człowieka. Tu tego nie było, czasem było słabo słychać, nie pachniało luksusową wodą kolońską, ale słuchacze reagowali szczerze, choć przecież wielu z nich po raz pierwszy słuchało jazzu. Jeden z nich powiedział do Małgosi: „Ja tam, pani major, się na tym nie znam, ale k... jeszcze wszystko się we mnie trzęsie”. To był efekt, którego czasem nie udaje się osiągnąć nawet po miesiącach zajęć terapeutycznych. Dla więziennego psychologa, który czasem przez miesiące i lata nie potrafi dotrzeć do skazanego, takie reakcje na kontakt ze sztuką były zadziwiające i ogromnie satysfakcjonujące. Jak się bowiem nie cieszyć, że przyłożyło się rękę do czegoś tak dobrego, dającego tak dużo pozytywnej energii. Projekt Leszka Możdżera spotkał się z dużym zainteresowaniem. Pisała o nim prasa codzienna i pisma fachowe (m.in. „Jazz Forum” z grudnia 2016 r.), urywki z koncertów pokazywała TYP i TVN oraz telewizje regionalne. Wszyscy byli zaskoczeni jak mocno i autentycznie więźniowie odbierają trudną (niekiedy) muzykę. Doceniano wkład pianisty w dzieło przywracania społeczeństwu osadzonych lub po prostu czynienia ich uwięzienia znośniejszym. Został uhonorowany za swój projekt. Artyście przyznano okolicznościową „Odznakę 100-lecia polskiego więziennictwa”. Ustanowiono ją w setną rocznicę podpisania przez Józefa Piłsudskiego dekretu w sprawie tymczasowych przepisów więziennych. Płk. Lesław Bryłkowski, dyrektor okręgowy Służby Więziennej w Gdańsku, osobiście wręczył pianiście odznaczenie. Wzruszony Leszek Możdżer w podziękowaniu zagrał utwór Chopina. Powstał także ciekawy film Magdaleny Lubeńczuk, która jest psychologiem i terapeutą w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym w Samostrzelu. Prowadzi także „Warsztat twórczej resocjalizacji” na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Od lat kręci filmy, niektóre były nagradzane na rozmaitych konkursach. Zwróciła się ona do Małgosi z prośbą o pomoc w sfilmowaniu koncertów więziennych Możdżera. Magdalena Lubeńczuk powiedziała: „Ten film był dla mnie bardzo ważny. Kilka lat czekałam na możliwość współpracy z zakładem karnym i pewnie nadal nie byłoby to możliwe, gdyby nie zaufanie gdańskiej Służby Więziennej, która otworzyła zamknięte przez zwątpienie drzwi. Możliwość ta zbiegła się z działalnością Leszka Możdżera, który nie tylko inspirował osadzonych swoją twórczością poprzez koncerty w placówkach penitencjarnych, ale wzbudził we mnie ciekawość - co dzieje się z pianinami, które podarował, czy ktoś na nich gra? Czy stanowią ozdobę w świetlicach? Pomyślałam, że może to być dobry temat na obraz filmowy. Zaproponowałam, że będę przez kilka miesięcy przyjeżdżać do zakładu karnego i poprowadzę muzyczne warsztaty ze skazanymi. Nasze muzyczne zmagania i nastawienie uczestników zarejestruje kamera”. W ten sposób powstał film „W rytmie ciszy” zrealizowany w ramach programu resocjalizacyjnego „Nakręceni” w Zakładzie Karnym w Sztumie. Pięknie opo- 146 „Wszystko się we mnie trzęsie” czyli Jazzsocjalizacja według Możdżera Po koncercie Leszek Możdżer znajdou/ał jeszcze czas na krótkie prólry przy pianinie z osadzonymi, fot. archiwum Ws'ród osadzonych wielu hyio chftnych do zdobycia autografo Mistrza, mimo że większość z nich sfyszała go po raz pierwszy wżyciu, fot. archiwum Andrzej Kasperek 147 wiedziana historia, jak więźniowie ćwiczą swój kawałek w świetlicy, a później pianista wykonuje ich utwór w pustej sali Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku. Po obejrzeniu filmu artysta powiedział: „Teoretycznie taka produkcja nie miała szans się wydarzyć, bo przecież jesteśmy od siebie oddzieleni kratami i życiorysami. Po raz kolejny Muzyka pokazuje, że nie ma dla niej granic, podziałów i segregacji. Zawsze jest w stanie połączyć ze sobą twórczych ludzi”. Film został nagrodzony w konkursie przeglądu twórczości filmowej o tematyce penitencjarnej International Film Festival in Olsztyn „Prison Movie”. Mam nadzieję, że autorka zadba o to, by trafił do TVP Kultura albo Planete. Ze wszech miar na to zasługuje. Tak, teraz najważniejsze jest, aby pianina były wykorzystywane. I tak się dzieje, bo instrumenty dają możliwość prowadzenia dla osadzonych zajęć z podstaw muzyki, rytmu, dynamiki, harmonii, melodii, agogiki (tempa) czy artykulacji. Zdaniem dr hab. Anny Ga-likowskiej-Gajewskiej, profesora Akademii Muzycznej w Gdańsku, „muzykoterapia może być szczególnie ważnym środkiem w procesie resocjalizacji, bo rozwija u osadzonych sferę intelektualną i emocjonalną. Rozwija kreatywność, wdraża do samodzielności i realizowania własnych potrzeb. [...] Poprzez muzykę możemy przedstawiać wiedzę w szerokim kontekście kulturowym, wdrażać skazanych do samodzielnego działania, rozwijać ich kreatywność oraz dążenie do realizacji własnych potrzeb i aspiracji. Poprawa umiejętności muzycznych oraz wspieranie w kształceniu samodzielnych postaw wdrażanych przez naukę to kolejne atuty muzykoterapii”. Pani profesor opracowała program aktywizujący osadzonych w oddziale terapeutycznym dla osób z niepsychotycznymi zaburzeniami psychicznymi lub upośledzonych umysłowo w Areszcie Śledczym w Starogardzie Gdańskim pod nazwą „Kącik muzyczny”. Impulsem był właśnie Leszek Możdżer. Sam artysta na razie zakończył swój projekt. Może jednak jeszcze kiedyś wróci do więzień, aby przenieść więźniów do innego świata, który stwarza sztuka, aby dać im namiastkę domu, aby skłonić ich do przemyślenia ich sytuacji. Sztuka może to zdziałać. Świetnie uchwycił to włoski film Paola i Vittoria Tavianich „Cezar musi umrzeć”. Ten paradokument robi na widzu ogromne wrażenie. Aresztowani mafiosi grają w „Juliuszu Cezarze” Williama Szekspira. Obserwujemy swoistą psychodra-mę, która wyzwala mnóstwo emocji zarówno w wykonawcach, jak i w odbiorcach. Yittorio Taviani mówił: „W Rebibbii siedzą mordercy z wieloletnimi, często nawet dożywotnimi wyrokami, bossowie i żołnierze mafii neapolitańskiej. Oni doskonale wiedzą, czym są lojalność, zdrada, manipulacja, zbrodnia, rozpacz. Tekst Szekspira zmusił ich do skonfrontowania się z własną przeszłością. Już nie na sali sądowej, gdzie zakładali różne maski, lecz w odosobnieniu zmuszającym do zrobienia rachunku życiowych strat i zysków. Ale też do rachunku sumienia. I oni na naszych oczach pękali. Miotały nimi ogromne emocje”. Może muzyka nie wywołuje aż takich wzruszeń, ale wierzę w słowa greckiego filozofa i matematyka Pitagorasa, że „muzyka budzi w sercu pragnienie dobrych czynów”. Spytałem Małgosię Sarnowską, czym była dla niej ta przygoda. Długo się zastanawiała i odpowiedziała tak: „Po pierwsze: Spotkałam człowieka. Wrażliwego, empatycznego, błyskotliwego i bardzo dowcipnego. Jeden ze skazanych powiedział o nim »kontaktowy facet«. Każde spotkanie z Leszkiem to ciekawe i inspirujące rozmowy. Leszek jest uważny na drugiego człowieka. Wzruszające było to, że gdy wysłałam mu smsa, że jesteśmy z sze- 148 „Wszystko się we mnie trzęsie” czyli JazzsocjaJizacja według Możdżera fem, płk. Bryłkowskim, ostatnie dni w pracy przed przejściem na emeryturę, to przyjechał pożegnać się i wypić z nami kawę. Doradzał jak żyć po tej pracy. Doskonałe i w mig się zorientował, w jakim stresie żyjemy i był dla nas bardzo serdeczny z tego powodu. No i oczywiście zaczęłam słuchać jazzu. Na razie Możdżera. Ale kto wie... Aha, i jeszcze jedno. Kiedy dziękowałam mu za to, że przyszedł się z nami pożegnać, powiedział: „Ja też cieszę się, że mogłem się z wami spotkać, dla mnie też to było ważne, jesteście super, aż dziw, że więziennicy”. To miłe, że o nas (więziennikach) tak ciepło pomyślał. Drugi kontekst, łączy się z moim doświadczeniem w pracy. Osadzeni, z którymi przez tyle lat pracowałam, nie przypominali studentów Oksfordu. Dużo w nich silnych, negatywnych, a nawet niszczących emocji. Czasem trudno je było okiełznać. Ale i nam ciężko się od nich uwolnić. Nie brakowało ekstremalnych sytuacji. Generalnie bardzo trudno było pomóc im doświadczyć pozytywnych, dobrych emocji. To właśnie widziałam podczas koncertów i kontaktów skazanych z Możdżerem. Zarówno, gdy grał, ale również, gdy im opowiadał o sobie, o świecie, o muzyce. Widziałam na ich twarzach wzruszenie, a nawet łzy. Dla mnie to także było wzruszające. Zobaczyłam, jaką potęgą jest sztuka! Ile może zdziałać. Trzeba jednak kogoś takiego jak Leszek Możdżer, z jego zapałem, siłą i konsekwencją, z jego wiarą i talentem, żeby coś takiego zrobić. Dziękuję mu za to z całego serca”. Kiedy Małgosia zapytała Leszka Możdżera o Jego motywację, odpowiedział szczerze: „W naszej kulturze izoluje się zarówno ludzi zajmujących się wysokimi wibracjami, jak i ludzi zajmujących się niskimi wibracjami. Tych pierwszych zamyka się w klasztorach i zakonach — tych drugich zamyka się w więzieniach. Jedni i drudzy nie mają prawa głosu. Tymczasem zarówno od jednych, jak i od drugich, można się czegoś nauczyć. Wejście do więzienia było dla mnie ważnym wydarzeniem. W tamtym czasie wypracowałem sobie umiejętność kontaktu z własnym lękiem. Był to bolesny wewnętrzny proces, a granie w więzieniach było częścią tego procesu i pozostawiło w mojej psychice nowy punkt odniesienia. Przewartościowało to moje podejście do muzykowania”. Wacław Bielecki 149 Wacław Bielecki Zapiski melomana - otwarcie sezonu KRÓLOWA BEL CANTA Olsztyn, piątek 13 września 2019 r. Królowa bel canta Joanna Woś kłania sif olsztyńskiej publiczności, fot. W Bielecki Na otwarcie 74 sezonu artystycznego Filharmonia Warmińsko-Mazurska w Olsztynie zaprosiła znakomitą sopranistkę Joannę Woś, zwaną królową bel canta. Koncert podzielony był na dwie części. Pierwszą zajął w całości utwór Modesta Musorgskiego „Obrazki z wystawy” zinstrumentowany przez M. Ravela. Jak wiadomo, Musorgski skomponował ten utwór po obejrzeniu wystawy malarskiej - akwarel i rysunków - Wiktora Hartmanna, swojego niedawno zmarłego przyjaciela. Napisał muzykę na fortepian. Jest to wieloczęściowy utwór, w którym każda część w muzyczny sposób próbuje opisać konkretny obraz malarski, stąd pochodzą nazwy kolejnych dziesięciu części: Gnom, Stary zamek, Ogrody lo Tuileries, Bydło, Taniec kurcztft w skorupkach, Samuel Goldenherg i Szmul, Rynek w Limoges, Katakumby, Chatka na kurzej stopce i kończąca utwór Wielka brama w Ki-Jou/ie. Poszczególne obrazy przeplatane są powtarzającą się melodią nazwaną Promenadt}. Oczywiście, przełożenie obrazu malarskiego na utwór muzyczny nie jest możliwe. Wątpię, aby ktokolwiek odgadł tytuł obrazu utworu po wysłuchaniu ilustrującej go muzyki. 150 Zapiski melomana — otwarcie sezonu Kiedy jednak zna się całą otoczkę związana z powstaniem utworu, to można podziwiać, jak udanie muzyka współgra z obrazem malarskim. Jest ciężka i powolna, ilustrując obraz Byciio i leciutka i wdzięczna kiedy przedstawia Taniec kurcz/ft tv skorupkach, CLy też majestatyczna w odmalowywaniu Wielkiej bramy w Kijowie. To bardzo piękny i chętnie wykonywany utwór. W instrumentacji Ravela daje on możliwości pokazania różnych barw orkiestry, ale można zauważyć, że szczególnie eksponowane są w nim instrumenty dęte - blaszane i drewniane. Olsztyńscy filharmonicy świetnie wykonali utwór Musorgskiego, chociaż na samym początku zdarzyło się lekkie niezestrojenie blachy. „Obrazki z wystawy” trwające prawie 40 minut zajęły pierwszą część koncertu, po której nastąpiła przerwa. Melomani zostali zaproszeni do hallu budynku na otwarcie bardzo skromnej wystawy, kilku plansz poświęconych Stanisławowi Moniuszce. Na drugą część koncertu złożył się półrecital sopranistki Joanny Woś, znanej mi z wcześniejszych występów w: Łodzi (Łucja z Łammermooru Donizettiego), Warszawie (Aiela Yerdiego), Krakowie (Desielerio Poniatowskiego). Utwory wykonywane w Olsztynie wybrała sama śpiewaczka. Poproszona przez dyrygenta Piotra Sułkowskiego o kilka słów wyjaśniała słuchaczom to tak: - Od wielu, wielu lat śpiewam muzykę bel canto. Jest to muzyka, która przylega do mojego temperamentu, mojej wyobraźni i mentalności. Jest mi ona bardzo bliska. Wiem, ie jest ona kompletnie nie na czasie, bo jest bardzo sentymentalna i bardzo romantyczna, często też bardzo smutna, ale Ja uwielbiam smutne historie i właściwie najlepiej się w nich czuję. Bel canto wbrew pozorom Jest bardzo trudne do takiego zaśpiewania, aby zainteresować odbiorcę. W wykonaniu Joanny Woś usłyszeliśmy pięć wybranych przez nią utworów. Były to: aria Hanny „Któraż to która tej ziemi córa” z opery Straszny dwór Stanisława Moniuszki, Walc Julii z opery Romeo i Julia Charlesa Gounoda, aria Noriny „Quel guardo il cavaliere” z opery Don Pas(juale Gaetano Donizettiego, aria i cabaleta Elwiry „Qui la voce” z opery Ruryta-nie Vincenzo Belliniego oraz aria Yioletty „E strano”, a właściwie cała scena kończąca I akt opery Traoiata Giuseppe Yerdiego. Na bis artystka powtórzyła fragment arii z Traoiaty. Wszystkie utwory zostały wykonane w prześwietny sposób, zarówno w momentach lirycznych i dramatycznych, jak i karkołomnych czasami koloraturach, gdzie sopranistka pokazała wielką biegłość techniczną, z łatwością sięgając do bardzo wysokich dźwięków, nie miała też problemów z wykonywaniem szybkich kadencji i ozdobników. Trzeba dodać, że śpiewała bez mikrofonu i nagłośnienia. Dobrze spisała się towarzysząca śpiewaczce orkiestra, która zaczęła drugą część koncertu od posuwistego „Mazura” z opery Straszny dwór Stanisława Moniuszki, a jako przerywnik zagrała „Marsza pretorianów” z oratorium Quo oadis Feliksa Nowowiejskiego. Był to ukłon w stronę kompozytora z Barczewa, który jest patronem Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej. Trzeba przyznać, że ten popisowy utwór zagrali olsztyńscy filharmonicy znaczniej lepiej niż przed kilkoma laty, bo z większą dynamiką i szybszych tempach. Zauważalna łatwość z jaką go wykonują, świadczy o tym, że mają go na stałe w swoim repertuarze. Sumując, można powiedzieć, że rozpoczęcie sezonu koncertowego 2019/2020 w Olsztynie było bardzo udane. Wacław Bielecki 151 MILDA I NIJOŁA - KANTATY LITEWSKIE Bydgoszcz, środa 25.09.2019 r. U^^owzzuicy koncertu w Bydgoszczy; dyrygent Łukasz Borowicz unosi partyturf kantaty Moniuszki, fot. W Bielecki Do Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy w ramach 57 Bydgoskiego Festiwalu Muzycznego przyjechała orkiestra Filharmonii Poznańskiej, Chór Opery i Filharmonii Podlaskiej z Białegostoku oraz soliści, aby pod dyrekcją Łukasza Borowicza przedstawić dwie kantaty litewskie Stanisława Moniuszki pod tajemniczo brzmiącymi nazwami: Milda i Nijoła. Utwory te są niezmiernie rzadko wykonywane i nie mają nagrań płytowych, pomyślałem więc, że trzeba koniecznie pojechać do miasta nad Brdą i tam ich posłuchać. Aby zrozumieć i właściwie odebrać tę muzykę, konieczne są niezbędne informacje. Zacznijmy od pytania: co to jest kantata? Pod tą nazwą kryje się forma wokalna, czyli śpiewana, w odróżnieniu od sonaty, wykonywanej na instrumentach. Najczęściej kantaty kojarzą się nam z muzyką J. S. Bacha, który napisał aż kilkaset kantat chorałowych na wszystkie święta kościelne do słów wziętych z Biblii. Kantaty litewskie Moniuszki należą do innej grupy, tzw. kantat dramatycznych. Są one zbliżone do opery, ale wykonywanej bez kostiumów i dekoracji. Nazywa się je litewskimi, bo ich treścią jest mitologiczny epos poetycki Józefa Ignacego Kraszewskiego pt. Witolorauda, gdzie w barwny sposób przedstawione są czasy pogańskiej Litwy. Nijoła i Milda to imiona litewskie. Są one siostrami, córkami Krumine. Milda to bogini miłości, a Nijoła jest żoną Poklusa, władcy piekła, takiego litewskiego Hadesu. 152 Zapiski melomana — otwarcie sezonu Moniuszko sam wybrał odpowiednie treści z obszernego eposu Kraszewskiego i Je umu-zycznił. „Nijoła” to kantata mitologiczna na głosy solo (sopran i baryton), chór mieszany i orkiestrę. Opowiada o tym Jak pewnego razu władca piekieł Poklus ujrzał kąpiąca się Nijołę. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, porwał i wziął za żonę. Natomiast „Miida” to także kantata mitologiczna na głosy solo (sopran I, sopran II, alt, tenor, baryton), chór mieszany i orkiestrę. Dowiadujemy się z niej o tym. Jak to bogini miłości Miida, zakochała się w człowieku, Ramoisie. Z tego związku urodził się ich syn Witol. Było to niewybaczalne przestępstwo dla najwyższego litewskiego boga Perkuna. Miida musi ukrywać przed nim swoje dziecko. Czy się JeJ to uda? Wyjaśnienie można znaleźć po przeczytaniu „Witoloraudy”, łatwo dostępnej w Internecie. Dodać wypada, że Moniuszko napisał Jeszcze dwie kantaty do słów Adama Mickiewicza: „Widma” (umuzyczniona II część „Dziadów”) oraz i „Sonety krymskie”. Obie kantaty niedawno słyszałem i opisałem w naszym kwartalniku (zob. Prowincja 2019, nr 1 i 2). Najbardziej znaną kantatą są „Widma”, które od czasu do czasu znajdują wykonawców. W Bydgoszczy z przyjemnością słuchałem obu kantat litewskich. Trzeba Jednak powiedzieć, że bardziej spodobała mi się „Miida”. Jest ona bardzie rozbudowana. Zaczyna się dość długim wstępem orkiestrowym, potem śpiewają chór i soliści. Wśród nich bardzo spodobał mi się śpiew sopranistki Wioletty Chodowicz. Znakomicie wypadła też Ewa Wolak, dysponująca głębokim altem i nienaganną dykcją i emisją. O występie barytona, Roberta Gierla-cha, wolę nie pisać, bo moim zdaniem, nie był to dla niego dobry dzień. Jednak najbardziej spodobały mi się śpiewy w wykonaniu chórzystów z Opery i Filharmonii w Białymstoku, przygotowanych przez prof. Yiolettę Bielecką. Czterogłosowy chór białostocki należy do tzw. chórów mieszanych, czyli są tam dwa głosy żeńskie - sopran i alt, oraz dwa męskie -tenor i bas. Razem śpiewa prawie pięćdziesięciu chórzystów. Chór brzmiał bardzo ładnie, czyściutko, szczególnie pięknie w końcowej części „Mildy”. Niestety, Jak to bywa przy tego rodzaju koncertach, nie zawsze można było zrozumieć tekst śpiewany przez solistów i chór, bo czasem zagłuszała ich orkiestra. Myślę, że można było wspomóc słuchaczy przez wyświetlenie śpiewanego tekstu na ekranie. Opisywany koncert zgromadził liczną publiczność w sali Filharmonii Pomorskiej. Melomani długo oklaskiwali, także na stojąco, wykonawców kantat. Koncert był nagrywany, więc może za niedługo ukaże się płyta z tą piękną, choć zapomnianą muzyką Moniuszki. MIĘDZYNARODOWY KONGRES MONIUSZKOWSKI Gdańsk, sobota, 28 września 2019 r. Ostatni wrześniowy piątek i sobotę spędziłem w Akademii Muzycznej w Gdańsku na Międzynarodowym Kongresie Moniuszkowskim. W ciągu dwóch dni, od rana do wieczora, wysłuchałem 16 półgodzinnych referatów. Najciekawszy był wykład plenarny prof. Ryszarda Daniela Golianka z UAM w Poznaniu na temat: „Bo to przecie dzisiaj lo modzie”. Refleksy stylów opery europejskiej w twórczości Stanisława Moniuszki. Referent skrupulatnie prześledził, w Jakich operach Moniuszki można znaleźć wpływy twórców opery włoskiej. Wacław Bielecki 153 Wprzerwie obraei uczestnicy Kongresu uysłuchali koncertu na przewoźnym carillonie pod budynkiem Akademii, fot. W Bielecki francuskiej i niemieckiej. Na ekranie były wyświetlane przykłady nutowe. Można było też usłyszeć krótkie fragmenty muzyczne ilustrujące omawiany akurat problem. To był wręcz pokazowy wykład, który u jednych słuchaczy wzbudził podziw, a u innych wątpliwości dotyczące metody analizy i porównania materiałów. - Nie można wszystkiego badać tylko „na słuch” - dowodził w kuluarach jeden z oponentów. Oprócz wykładu plenarnego słuchałem referatów wygłaszanych w czterech sekcjach. Niestety, trzeba było wybierać jedną z nich, bo odbywały się w tym samym czasie. Przysłuchiwałem się więc wypowiedziom muzykologów, teoretyków i historyków muzyki oraz filologów w sekcjach: „Opery Stanisława Moniuszki - ujęcie syntetyczne”, „Moniuszko -wobec literatury”, „W oczach krytyki” i „Opery Stanisława Moniuszki (Szwajcarska chatka, Nowy Don Kiszot, czyli sto szaleństw, Flis, Hrabina”). W czasie przerwy obiadowej w pierwszym dniu obrad uczestnicy kongresu mogli wysłuchać na dziedzińcu Akademii Muzycznej koncertu na obwoźnym carillonie, składającym się z 48 dzwonów. Zgodnie z tematem kongresu carillonistki zagrały transkrypcje utworów Moniuszki, w tym „Prząśniczkę”. Na zakończenie obrad odbyła się w sali koncertowej akademii publiczna rozmowa ze znanym reżyserem operowym Davidem Pountneyem, Anglikiem, który niedawno został uhonorowany przez Prezydenta RP obywatelstwem polskim za promocję muzyki polskiej. Był, na przykład, reżyserem kilku polskich oper wystawionych na festiwalach w austriackiej Bergencji nad Jeziorem Bodeńskim: „Króla Rogera” Karola Szymanowskiego (2009), „Pasażerki” Mieczysława Wajnberga (2010), „Kupca weneckiego” Andrzeja Czajkowskiego (2013) oraz „Strasznego Dworu” Stanisława Moniuszki 154 2^piski melomana — orwarcic sezonu (Teatr Wielki Warszawa 2015). Reżyseria tej ostatniej opery, którą widziałem na szczęście tylko w transmisji internetowej, nie przypadła mi do gustu, ze względu na niezbyt fortunne przeniesienia akcji w lata dwudzieste minionego stulecia oraz fatalne kostiumy, szczególnie baletu w słynnym Mazurze tańczonym w końcu ostatniego aktu. W czasie opisywanej rozmowy padło pytanie z sali dotyczące języka używanego w operze. Otóż jedna z osób dziwiła się, że podczas pobytu w Londynie musiała w Angielskiej Operze Narodowej wysłuchać opery Yerdiego śpiewanej po angielsku. - Verdi po angielsku, jak to może być? - pytała. D. Pountey przypomniał, że w XIX wieku starano się wykonywać opery w językach narodowych, a od mniej więcej czterdziestu lat jest inaczej: opery wykonuje się w języku oryginału, wyświetlając osobom nie znającym języka tłumaczenie nad sceną. Zdaniem reżysera, oba rozwiązania nie są doskonałe, gdyż język mówiony czy śpiewany jest innym językiem niż język pisany. Przypominam sobie, że w latach sześćdziesiątych w Gdańsku śpiewano wszelkie opery w języku polskim. Obecnie to się zmieniło i trzeba zadzierać głowę, aby przeczytać tłumaczenie pojawiające się na kilka sekund na specjalnej tablicy umieszczonej nad sceną. Na tablicy w Operze Bałtyckiej może być wyświetlonych po 55 znaków w każdym z dwóch wierszy. Wymusza to zwięzłe tłumaczenie, które czasami ma się nijak do rozbudowanych tekstów śpiewanych przez solistów. Czasami te pośpiesznie wyświetlane tłumaczenia są wręcz komiczne. Jeśli dobrze zapamiętałem, to zwolennikiem śpiewania oper w językach narodowych jest Piotr Kamiński, autor obszernej publikacji zawierającej libretta „Tysiąca i jednej opery”. Z tym czytaniem napisów bywa tak, że czasami będąc na przedstawieniu nie wiem, czy czytać szybko znikający tekst, czy lepiej domyślać się tego, co się dzieje na scenie na podstawie uprzednio przeczytanego libretta i rozgrywającej się akcji. Przyznam, że wołałbym, aby w tej kwestii powrócono do XIX-wiecznej tradycji, albo do tego, aby przynajmniej w naszej Operze Narodowej grano tylko spektakle w języku polskim, czyli podobnie, jak w Angielskiej Operze Narodowej w Londynie, gdzie język angielski można usłyszeć nawet w operach Yerdiego. WAKARECY GRA W WAPLEWIE Waplewo Wielkie, piątek, 11 października 2019 r. Pomorskie Dni Chopinowskie w Waplewie Wielkim odbyły się już po raz trzynasty. W piątek 11 października br. recital chopinowski dał Paweł Wakarecy. Pianista ten kształcił się w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy pod kierunkiem prof. Katarzyny Popowej-Zydroń. Przypomnijmy, że był najlepszym polskim uczestnikiem podczas Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego w 2010 r. Zwyciężyła wtedy Rosjanka Julianna Awdiejewa, jako czwarta kobieta w historii tego konkursu. Pamiętam, że nie tylko moim zdaniem, pierwsza nagroda powinna być przyznana Austriakowi Ingolfowi Wunderowi. Jury postanowiło jednak na Rosjankę. Paweł Wakarecy jako najlepszy z Polaków znalazł się w finale i musiał się zadowolić wyróżnieniem. Wacław Bielecki 155 Przy fortepianie Paioei Wakarecy, fot. Internet Pianista grał w Waplewie na kompaktowym fortepianie Yamaha wyłącznie utwory Chopina. Zaczął od czterech Polonezów zwanych młodzieńczymi, a potem wykonał trzy utwory w tej samej tonacji cis-moll: Preludium, Nokturna i ulubionego przez mnie Walca. Następnie słuchaliśmy dwóch Mazurków z opusu 24: g-moll i C-dur oraz Mazurka a-moll z op. 7. W końcowej części recitalu artysta wykonał dwie etiudy z op. 10: F-dur i c-moll, tzw. rewolucyjną. Recital zakończył się Polonezem fis-moll op. 44. Na bis słuchacze podczas owacji na stojąco wyklaskali skocznego Mazurka B-dur nr 1 z op. 7 oraz nostalgiczne Preludium e-moll, chyba najczęściej wykonywany w Waplewie utwór Chopina. W ciągu kilkunastu lat słyszałem je tutaj nie tylko na fortepianie, ale w wersji jazzowej i na akordeonie oraz w wykonaniu Elbląskiej Orkiestry Kameralnej. W czasie koncertu pianista z gabinetowego fortepianu Yamaha wydobywał bardzo miękkie, piękne dźwięki. Był bardzo skupiony na grze. Grał jak w transie, nie dając słuchaczom możliwości klaskania po kolejnym utworze, bo zaczynał natychmiast po skończeniu poprzedniego. W ten sposób artysta wręcz zahipnotyzował licznie zgromadzoną publiczność. Na sali panowała niesamowita cisza i skupienie. Gra Pawła Wakarecego mogła się spodobać, bowiem jako chopinista doskonale zna niuanse wykonawstwa utworów naszego największego kompozytora. Mieliśmy więc subtelne cieniowanie dynamiczne dźwięków od pianissimo po fortissimo oraz nieustanne zmiany w zakresie tempa, słynne tempo rubato. Jednym słowem, znakomity koncert ze znakomitym wykonawcą. 156 Zapiski melomana — otwarcie sezonu Organizatorami koncertu byli niezawodni, Maciej Kraiński i Olga Walentynowicz. Pan na Waplewie, Maciej Kraiński na powitanie odczytał fragment tekstu opisującego śmierć Chopina. Okazuje się, że zapisane w testamencie życzenie Chopina dotyczące stroju, w jakim chce być pochowany, nie zostało spełnione, albowiem pochowano go we fraku, a więc w tym stroju, w którym występował na koncertach. Natomiast Chopin zaznaczył w swoim testamencie, że chce być pochowany: w białej krawatce, półbutach i krótkich spodenkach do kolan... Koncert zapowiadała przewodnicząca Gdańskiego Koła Towarzystwa Chopinowskiego Olga Walentynowicz w ciekawy sposób przedstawiając pianistę i wykonywane przez niego utwory. Po koncercie, jak to jest zwykle w Waplewie, publiczność została zaproszona na lampkę wina, kawę i przekąskę. Właśnie w trakcie spożywania przepysznej zupy grzybowej udało mi się wymienić kilka zdań z Pawłem Wakarecym. Dowiedziałem się, że swoją żonę, również pianistkę, poznał w trakcie przygotowań do Konkursu Chopinowskiego w jakimś klubie w Warszawie, gdzie grał o trzeciej w nocy. - Było mi wszystko jedno, gdzie gram, chodziło o przygotowanie repertuaru na konkurs - mówił pianista. - Moja przyszła żona była współorganizatorem tego nocnego występu i tam się poznaliśmy. Obecnie z żoną, Aleksandrą Soboń-Wakarecy, grają i występują w duecie fortepianowym. Po konkursie Paweł Wakarecy został asystentem w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy i napisał doktorat na ciekawy temat: Uwierzyć w muzykę. Znaczenie wyobraźni i rola siły woli w przełamywaniu barier wykonawczych i budowaniu artystycznej kreaeji. Od niedawna pracuje na stanowisku adiunkta, co oznacza, że samodzielnie uczy studentów gry na fortepianie. Mówi o sobie, że nie jest z tych muzyków, którzy rzucają się na jak największą ilość koncertów i wyjazdów, żeby robić karierę. - To nie jest w moim typie, moim stylu życia. Cieszę się, że mam pracę na Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Po okresie asystentury teraz już jestem samodzielnym pracownikiem, adiunktem. Taki układ daje i bezpieczeństwo, i komfort, w odróżnieniu od życia koncertowego, bo koncerty się skończą, a praca zostanie, zwłaszcza, że praca ze studentami daje mi satysfakcję. Bałem się trochę tego na początku, ale okazało się, że nie jest tak źle. Pianista jest typem artysty, który nie ćwiczy codziennie przez wiele godzin. - Nie mam wyrzutów sumienia, jak nie poćwiczę w danym dniu. Zdarza się, że nie siadam do fortepianu nawet przez tydzień, ale jak przychodzi jakiś koncert, czy projekt, w którym mam wystąpić, to ćwiczę ze zdwojoną aktywnością, bo wtedy czuję potrzebę grania i związane z tym nienasycenie. Muzyk nie przesadza z oszczędzaniem rąk, bo lubi grać w piłkę koszykową, nad czym ubolewali dziennikarze przed Konkursem Chopinowskim. Dwa razy w tygodniu gra w piłkę. - Zycie jest pełne różnych ryzyk, więc jeśli miałbym pozbywać się przyjemności grania w piłkę tylko dlatego, żeby oszczędzać ręce, to i tak nie zmieni faktu, że palec mogę sobie uciąć przy krojeniu chleba - mówił artysta. Paweł Wakarecy nie ma samochodu, więc do Waplewa przyjechał z Torunia, gdzie mieszka, dwoma pociągami: do Iławy, i do Malborka, a potem autobusem. Wszędzie lubi jeździć rowerem. Wadaw Bielecki 157 Artysta dokonał nagrań na wydanych dwóch płytach, a obecnie czeka na ukazanie się kolejnej z muzyką kameralną: kwartetami Mozarta oraz polskiego kompozytora z XIX wieku Władysława Żeleńskiego (ojca Boya Żeleńskiego). Twierdzi, że jest to absolutnie fenomenalny kwartet, obecnie zupełnie nieznany, kameralistyka niemalże jakości Schumanna, taki mięsisty romantyzm. Takich oto ciekawostek o pianiście dowiedziałem się podczas konsumowania zupy grzybowej po koncercie w pałacu w Waplewie. W sobotę 12 października br. można było posłuchać w Waplewie muzyki jazzowej w wykonaniu Christoph Beck Quartet z Niemiec. Nie udało mi się to, albowiem w tym czasie byłem w Toruniu na innej muzycznej imprezie, o czym piszę poniżej. MIĘDZYNARODOWY KONKURS SKRZYPCOWY Toruń, sobota 12 i niedziela 13 października 2019 r. 5. Międzynarodowy Festiwal i Konkurs Skrzypcowy zaczął się w Toruniu od 1 października br. Tym razem mogłem się przysłuchiwać zmaganiom wiolinistów tylko przez dwa ostatnie dni. Z kilkudziesięciu kandydatów jury konkursowe dopuściło 19 młodych skrzypków z 13 krajów świata, głównie z Dalekiego Wschodu oraz jednego, jedynego Polaka. Jurorami konkursu było sześciu mężczyzn. Przewodniczył im Amerykanin, Ilya Kaler, który onegdaj, jako jedyny dotychczas skrzypek, był zdobywcą pierwszych nagród na trzech światowych konkursach skrzypcowych: Konkursie im. Paganiniego w Genui (1981 r.). Konkursie im. Sibeliusa w Helsinkach (1985 r.) i Konkursie im. Czajkowskiego w Moskwie (1986 r.). Jurorem był też nasz wybitny skrzypek Konstanty Andrzej Kulka, propagator i gorliwy wykonawca muzyki Karola Lipińskiego. Zwycięzca / nagrody, Niemiec Elias Moncado, fit. ze strony konkursu Przed uczestnikami konkursu w Toruniu postawiono wysokie wymagania. W pierwszym etapie wszyscy musieli wykonać utwór na skrzypce solo: wybraną sonatę J. S. Bacha lub E. Ysaye’a oraz jeden z kaprysów na skrzypce solo N. Paganiniego lub H. Wieniawskie- 158 Zapiski melomana — otwarcie sezonu go. Do drugiego etapu dopuszczono 12 skrzypków. Grali oni 45 minutowy recital z towarzyszeniem fortepianu, zawierający jedną z sonat na skrzypce i fortepian L. van Beethovena oraz kompozycje Karola Lipińskiego. W trzecim etapie grało już tylko 6 wiolinistów. Tym razem był to jeden z wybranych koncertów na skrzypce z orkiestrą: K. Lipińskiego, K. Szymanowskiego, H. Wieniawskiego, F. Mendelssohna, P. Czajkowskiego lub B. Bartóka. W niedzielę, 13 października br. słuchałem koncertu z udziałem laureatów konkursu. Zwyciężył Elias Moncado (Niemcy), drugie miejsce zajął Robert Łaguniak (Polska), trzecie Yumiko Yumiba (Japonia). Wyróżnienia otrzymały: Maya Levy (Belgia) oraz Eimi Wakui i Mao Konishi (obie z Japonii). Wyniki konkursu nasuwają następujące wnioski: po pierwsze, przewagę nad reprezentantami Dalekiego Wschodu osiągnęli skrzypkowie z Europy, co w ostatnich czasach rzadko zdarza się na konkursach muzycznych; po drugie, mężczyźni, choć mniej liczni, zdominowali kobiety, bo należą do nich dwa pierwsze miejsca; po trzecie, zwyciężyła muzyka współczesna, bo zdobywcy dwóch pierwszych nagród zagrali koncerty B. Bartoka i K. Szymanowskiego. Koncert laureatów został poprzedzony galą z wręczaniem nagród. Niestety, ta część uroczystości trwała aż półtorej godziny. Wszystko to przez tłumaczenie wystąpień na język angielski, co przedłużyło galę o połowę czasu oraz słabo zorganizowane wręczanie nagród pozaregulaminowych, a było ich aż 26, w większości były to koncerty lub recitale z udziałem laureatów. Wielu z fundatorów nagród chciało się pokazać przed publicznością i błysnąć jakimś bon motem, ale nie wszystkim się to udało. Spowodowało to niepotrzebne wydłużenie gali i oddaliło to, na co przyszła publiczność, koncert w wykonaniu laureatów. Wreszcie doczekaliśmy się. W pierwszej części koncertu laureatów Yumiko Yumiba z Japonii świetnie wykonała z towarzyszeniem fortepianu łatwo wpadający w ucho, melodyjny Kaprys Eugena Ysaye’a. Po niej wystąpił nasz reprezentant Robert Łaguniak wykonując dwa utwory, także z towarzyszeniem fortepianu: Poloneza A-dur Karola Lipińskiego oraz Wariacje na temat u/lasny Henryka Wieniawskiego. W porównaniu do wczorajszego wieczoru, gdzie grał on z towarzyszeniem orkiestry II koncert skrzypcowy K. Szymanowskiego, dzisiejszy wykonanie było zagrane słabszym tonem, a może przeszkadzała mu w tym nieco akompaniatorka. Po przerwie publiczność usłyszała Esej na skrzypce solo z orkiestrą smyczkową Pawła Riessa. Był to utwór nagrodzony na konkursie kompozytorskim podczas poprzedniego toruńskiego konkursu w 2016 r. Zwycięzca konkursu Elias Moncado z Niemiec wykonał z Toruńską Orkiestrą Symfoniczną pod batutą Mariusza Smolija II Koncert Skrzypcowy B. Bartóka, który słyszałem w jego wykonaniu poprzedniego dnia w czasie zmagań finałowych. Grał pięknie. W porównaniu z koncertem Szymanowskiego, koncert Bartoka jest, moim zdaniem, bogaciej zinstrumentowany (m.in. harfa, czelesta, liczne instrumenty perkusyjne) oraz bardziej zróżnicowany melodycznie i rytmicznie. Młody skrzypek świetnie pokonał liczne fragmenty wymagającej niesamowitej sprawności technicznej. Przy okazji można powiedzieć, że jest on znacznie mniejszej postury niż nasz reprezentant, i tak, na oko, nie przypomina typowego Niemca, albowiem, jak to dowiedzieliśmy się od konferansjerów, pochodzi z rodziny o korzeniach niemiecko-hiszpańsko-malezyjskich. W jego wyglądzie dominują te ostatnie geny. Wacław Bielecki 159 Ciekawi mnie, jak się potoczy dalsza kariera skrzypków biorących udział w toruńskim konkursie. W czasie gali niektórzy mówcy wspominali o „światowym poziomie” tej imprezy. Moim zdaniem, to ocena trochę na wyrost, bo był to dopiero piąty konkurs. Ponadto, o czym przypomniał Henryk Martenka, wieloletni dyrektor Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. I. J. Paderewskiego w Bydgoszczy, konkurs w Toruniu nie został jeszcze zarejestrowany przez Światową Federację Międzynarodowych Konkursów Muzycznych w Genewie. Organizacja ta zrzesza tylko 120 najbardziej renomowanych konkursów z muzyką poważną na całym świecie. Wiadomo wszakże, że konkursów muzycznych organizuje się tysiące i nie wszystkie osiągają światowy poziom. Myślę też, że przy organizacji następnego konkursu trzeba koniecznie oddzielić galę z wręczaniem nagród od koncertu laureatów. Gala mogła by się odbyć przed południem, a koncert, jak zwykle, wieczorem. W ten sposób więcej czasu mieliby na mówienie uczestnicy gali, a jednocześnie można byłoby wydłużyć koncert dając możliwość zagrania wszystkim sześciu laureatom i nie narażać na stres melomanów oczekujących z niecierpliwością na muzykę, a nie na gadanie. I jeszcze jedno. Dopiero od tego roku konkurs przyjął za swojego patrona znakomitego polskiego skrzypka Karola Lipińskiego (1790 - 1861), pochodzącego z Radzynia Podlaskiego, samouka, który rywalizował z Nicolo Paganinim, i zdaniem niektórych znawców, nawet przewyższał go pod pewnymi względami. Szkoda, że muzyki tego skrzypka i kompozytora nie usłyszeliśmy w etapie finałowym. Niestety, koncertu Lipińskiego nie wybrał żaden z uczestników konkursu. Największym powodzeniem cieszyły się koncerty Czajkowskiego (wybrało go 9 skrzypków) i Szymanowskiego (4). Myślę, że pomogła by w tym wysoka nagroda dla skrzypka, który wybrałby, np. II Koncert skrzypcoiay D-dur op. 21 „Wojskouy” Karola Lipiński. Piszę o tym, bo trudno mi sobie wyobrazić, aby na Konkursie Chopinowskim nie zagrano koncertu fortepianowego Chopina lub na Konkursie Wieniawskiego koncertu patrona tego konkursu. KONCERTUJĄCY AKADEMICY Gdańsk, sobota 26 października 2019 r. Jako że podtytuł tego odcinka mówi o otwarciu nowego sezonu, w niniejszej relacji przedstawię zapiski z inauguracji roku koncertowego w Akademii Muzycznej w Gdańsku. Uczelnia ta, jak chyba każda tego typu szkoła, ma swoją orkiestrę symfoniczną, w której grają studenci. Pierwszy występ zespołu odbył się w ostatnią sobotę października w wypełnionej do ostatniego miejsca sali koncertowej znajdującej się w tzw. budynku żółtym. Orkiestrą dyrygował nie jak zwykle do tej pory prof. Zygmunt Rychert, tylko prof. Marcin Sompołowski z Akademii Muzycznej w Poznaniu. Akademicy przedstawili niezbyt rozległy program. Do przerwy zagrali tylko półgodzinny Koncert klarnetoioy A-dur WA. Mozarta. Orkiestra zaprezentowała się w niewielkim, klasycznym, około trzydziestoosobowym składzie, same smyczki i tylko 6 instrumentów dętych; podwójne flety, fagoty i rogi. W roli solistki wystąpiła Emilia Maciak, studentka II roku studiów magisterskich, uczennica z klasy prof. Bogdana Ocieszaka i dra Andrzeja Wojciechowskiego. Ta młoda 160 Zapiski melomana — otwarcie sezonu Emilia Maciak gra koncert klametouy Mozarta, fit. W. Bielecki klarnecistka jest laureatką wielu konkursów w Polsce i za granicą, zdobyła np. w tym roku II miejsce na VII Międzynarodowym Konkursie Muzycznym w Sztokholmie oraz I miejsce i tytuł „Internet Musie Champion of the World” na VIII Międzynarodowym Konkursie Muzycznym (oniine) w Belgradzie. Ciekawy byłem, jak zabrzmi koncert Mozarta w studenckim wykonaniu, bo mam do tego utworu i instrumentu duży sentyment. W okresie dzieciństwa w naszym domu w Nowym Stawie słychać było różne instrumenty, na których grał mój Tata, od którego przejąłem imię Wacław. Oprócz skrzypiec, saksofonu, różnych instrumentów dętych blaszanych (baryton, tenor, alt), grał także na klarnecie. To w jego wykonaniu słyszałem po raz pierwszy w życiu polkę „Dziadek”, która znacznie później stała się wizytówką „Lata z radiem”. Na tym instrumencie wygrywał jazzowe melodie mój starszy brat Stachu. Jeszcze teraz słyszę, jak gra słynny przebój „Mały kwiatek”, naśladując słynnego klarnecistę Sidneya Becheta. Płytę z czarnego winylu z koncertem klarnetowym Mozarta pochodzącą sprzed kilkudziesięciu lat, wyprodukowaną w węgierskiej wytwórni Hungaroton, przechowuję w swoich zbiorach. Koncert Mozarta składa się z trzech części: z szybkiego Allegro, wolnego Adagio oraz zakończenia w szybkim tempie w formie Ronda. Jest to muzyka klasyczna, którą trzeba grać w wielką lekkością i wdziękiem w częściach szybkich, a rozlegle i z dużym uczuciem. Wacław Bielecki 161 W części drugiej, szczególnie nasyconej - jak to u Mozarta - przepięknymi melodiami. I tak to zostało zagrane. Solistka doskonale panowała nad instrumentem, brawurowo wykonując szybkie biegniki, pasaże i tryle oraz demonstrując różne odcienie barwy klarnetu, jasne, miękkie i delikatne w środkowym i dolnym rejestrze i ostre w górze skali. Pięknie pokazała możliwości dynamiczne klarnetu od cichutkiego pianissimo do głośnego fortissimo. Znakomicie prowadziła też muzyczny dialog ze smyczkami, bo instrumenty dęte niewiele mają tu do roboty. Emilia Maciak nie miała żadnych problemów technicznych z wykonaniem utworu. Cały koncert zagrała z pamięci. Może tylko jej zachowanie na scenie nie było zbyt pewne, co objawiło się tym, że po entuzjastycznej owacji sali po wykonaniu koncertu nie zdecydowała się na zagranie jakiegoś bisu. Szkoda. Po przerwie orkiestra bardzo się rozrosła, prawie dwukrotnie. Pojawiło się wiele instrumentów smyczkowych, w tym aż pięć kontrabasów oraz instrumenty dęte drewniane i blaszane, w tym wielka tuba tudzież perkusja. Muzycy ledwie pomieścili się na estradzie. Wszystko to dlatego, że wykonano dwie uwertury z okresu romantyzmu. Najpierw była to Uwertura do opery „Halka” St^nisiswa. Moniuszki. Utwór ten jest grany na rozpoczęcie opery. Trzeba przypomnieć, że jeszcze za życia Moniuszki „Halka” była wykonana sto razy, w 1900 roku było tych wykonań pięćset, a w okresie I wojny światowej liczba wykonań przekroczyła tysiąc. Nic dziwnego, że ta uwertura jest chętnie grana, także jako samodzielny utwór symfoniczny. Po innej, samodzielnej uwerturze Moniuszki pod tytułem Bajka i podtytułem Podróż zimowa, jest ona najczęściej wykonywanym utworem symfonicznym twórcy naszej opery narodowej. Słuchając jej można podziwiać kunszt Moniuszki w zakresie instrumentacji oraz jego szaloną inwencję melodyczną. To piękne dzieło zostało świetnie wykonane przez studentów, chociaż na samym początku okropnie fałszywie zabrzmiały wiolonczele, a róg zdetonował. Ale nie czepiajmy się, takie rzeczy zdarzają się także w zawodowych orkiestrach. Tutaj można zdradzić tajemnicę przygotowań orkiestry do występów. Od poprzedniego roku próby Akademickiej Orkiestry Symfonicznej obywają się w systemie projektowym, to znaczy, że każdy koncert poprzedzają dwie próby instrumentów w sześciu sekcjach: I skrzypce, II skrzypce, altówka, wiolonczela i kontrabas, instrumenty dęte drewniane oraz blaszane. Próby w każdej sekcji odbywają się pod kierunkiem innego pedagoga. Dopiero po takim przygotowaniu całością zajmuje się dyrygent i to on nadaje ostateczny kształt wykonywanym utworom. Na zakończenie koncertu usłyszeliśmy Uwerturę - fantazję „Romeo i Julia” Piotra Czajkowskiego. Do składu orkiestry dołączyła harfa, na której pięknie swoją partię zagrała Urszula Hazuka. Utwór Czajkowskiego nasycony jest wielkimi i mrocznymi emocjami. Przepiękne frazy zostały zagrane z dużym patosem, czasami bardzo rzewnie, z głębi duszy. Młodzi muzycy włożyli w wykonanie uwertury wiele serca. Ponieważ był to kolejny utwór grany przez nich tego wieczora, doszło do jakiegoś muzycznego porozumienia i scalenia poszczególnych instrumentalistów i całość wypadała bardzo pięknie. Publiczność podziękowała wykonawcom gromkimi oklaskami i trzykrotnie wywoływała dyrygenta, a ten wskazywał na wykonawców, którzy najlepiej wykonali swoje partie, a zaczął od instrumentów dętych drewnianych. Można zatem w podsumowaniu tej relacji powiedzieć, że inauguracja sezonu koncertowego w Akademii Muzycznej w Gdańsku wypadła znakomicie. Galeria Prowincji Leszek Sarnowski MAŁGORZATY ZATORSKIEJ malowanie kawą Małgorzata Zatorska urodziła się w Wiełiczce, Jej ojciec studiował wtedy na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po studiach dostał pracę w Chrzanowie, potem na Dolnym Śląsku, a od 1961 roku w Technikum Mechanizacji Rolnictwa w Kwidzynie, gdzie rodzina w końcu się osiedliła. - Kraków niezmiennie jest mi bardzo bliski, mówi Małgorzata Zatorska, bo tam i w okolicy mam mnóstwo rodziny, stamtąd wywodzi się mój ród zarówno z mamy jak i taty strony. Małgorzata Zatorska, mówi o sobie, że rysowaniem zajmowała się od zawsze: 11/rodzinie mówi się, że przyszłam na świat z ołówkiem w ręku, od kiedy pamiętam zawsze rysowałam i małowałam, ałe w życiu zajmowałam się różnymi rzeczami, moja praca zawodowa nie była zwiifzana ze sztuką, dopiero na emeryturze mogłam spokojnie poświęcić się tej pasji i nie tyłko małowaniu, ałe rękodziełu artystycznemu w szerokim tego słowa znaczeniu. Lubi poszukiwać nowych form działalności artystycznej. Ulubione narzędzia pracy to ołówek i pędzel, ponadto pastele suche i olejne. Wielkim odkryciem sprzed kilku lat stało się dla niej malowanie kawą, z którym zetknęła się przeglądając Internet. - Okazuje się, że wieiu artystów uprawia tę dziedzinę, mówi malarka, a mimo to Jest to technika niszowa i mało znana ogółowi. Mnie pochłonęła całkowicie na kiłka łat, a ponieważ nie znałazłam nigdzie poradnika. Jak to się robi, do wszystkiego doszłam sama dość szybko, bo można powiedzieć, że Jest to właściwie technika akwarełowa (dobrze mi znana), tyłko z wykorzystaniem innego medium, czyłi kawy. Pierwszą pracą były „Margaretki”. Malowanie kawą stało się pasją Małgorzaty Zatorskiej. Po prostu zaparza kawę, bierze kartkę, pędzel i maluje. Już po roku malowania kawą przygotowała prace na wystawę zatytułowaną „Kwidzyn kawą malowany”, a w 2017 roku, który był rokiem Wisły, odbyła się kolejna wystawa „Wisła kawą malowana”. Prace malarki przypadły do gustu nie tylko mieszkańcom Kwidzyna. Kawowe rysunki to pejzaże, kwiaty, a także fragmenty kwidzyńskiej, i nie tylko, architektury, pełne zadumy, nostalgii i artystycznej wrażliwości. „Kawowa” sepia nadaje rysunkom unikatowego klimatu. Prace Małgorzaty Zatorskiej można podziwiać (także kupić) między innymi w kwidzyńskim Tabularium. - Marzeń Już żadnych raczej nie mam, mówi malarka, bo zajmuję się tym, co najbardziej łubię, a ponieważ w ostatnich łatach żyłam bardzo intensywnie, postanowiłam trochę zwołnić tempo i utycofać się z tak aktywnej działałnosći, dłatego nie robię żadnych płanów na przyszłość, a i tak piany jakieś co i rusz mnie dopadają. Leszek Sarnowski 163 WSTEBLEWIE ^5 _ Michał Majewski jRUINYKIU-WIECZNEGO^j ■ nnTvnificnn Kfićnintii ^^ ’ Podejść, obejść dookoła, wejść najwyżej, jak się da, dotknąć i dokładnie zlustrować każdą z niezliczonych, gotyckich cegieł. Każdą, ręcznie formowaną przez ■ strycharza, znaczoną jego potem, bez żadnych budowlanych norm, indywidualnie, . "«. dla tej właśnie, konkreti^j budowli, jako materiał konstrukcyjny, ale też służący Podejść, dotknąć, i poczuć tamten czas, w którym ktoś to wszystko musiał wmurować. Żeby piękna*, o znakomitych walorach architektonicznych bryła, mogła stać l przez wieki, po dziś dzień, i zachwycać każdego bez wyjątku,*gościa tej ziemi. Zmu-szać do zatrzymania się, choćby na chwilę, nawet jeśli gna dokądś w ważnej potrzebie. ; ■ Przez Steblewo przejeżdżam nieczęsto, lecz zawsze się tam zatrzymuję. Żeby dotknąć murów i zrobić kilka zdjęć. Poczuć i pomodlić się pod błękitnym sklepieniem świątyni. Świątyni, która w swoim nieszczęściu ma to szczęście, że jej ruiny zostały odpowiednio zabezpieczone, żeby przez następne wieki, nieco inaczej już, mogły ’ zachwycać. 168 Ruiny XIV-wiec2ncgo gotyckiego kościoła w Steblewie ' Michał Majewski 169 172 Koźlaki Obudziłem się z głębokim przeświadczeniem, że nie jestem już sam. Leżałem pod sianem na skoszonej łące zalewowej. Zrobiło się bardzo gorąco. Tylko od czasu do czasu czułem jak chłodny powiew znad Wisły penetruje poplątane suche źdźbła trawy i przynosi ulgę twarzy, na której obficie perli się pot. Mimo to nie wykonywałem prawie żadnych ruchów - automatyczne zachowanie po latach „tropienia” zwierząt. Nigdy nie wiadomo, kto mógł „wpaść” na łączkę. Głowę opartą miałem na lewej ręce, dzięki temu udało mi się spojrzeć na zegarek. Dochodziła już jedenasta! Nic dziwnego, że było tak gorąco, przecież to koniec czerwca. Aż nie chciało mi się wierzyć, że spałem tak długo. Jakieś dwie godziny wcześniej, po kilkugodzinnym, wczesnoporannym tropieniu norki amerykańskiej, zmogło mnie zmęczenie i położyłem się na skoszonej trawie. Chwilę potem zrobiło mi się chłodno, zakopałem się więc głęboko w sianie i nie wiem nawet, kiedy odpłynąłem do krainy Orfeusza. Teraz mocno ścisnąłem aparat fotograficzny i bardzo ostrożnie zacząłem „wykopywać” się spod siana. Instynkt mnie nie zawiódł. W odległości około piętnastu metrów ode mnie, blisko kępy zakrzaczeń okalających podmokłości, pasły się dwie młode sarenki - tegoroczne koźlaki. Wyglądały na początek maja, około dwumiesięczne, ponieważ dostały już nową sierść i zginęły na ich bokach charakterystyczne trzy rzędy białych plamek. Skubały też już „zieleninkę”, co zaczynają robić dopiero w drugim miesiącu, choć do listopada-grudnia ciągle ssą mleko kozy. Sympatyczne „bliźniaki” nie zdawały sobie absolutnie sprawy z tego, że są obserwowane z tak bliskiej odległości. Wykonując minimalne ruchy głowy, ciągle poza „oczyma” żako- Piotr Opacian 173 pany w sianie, zacząłem obserwować okolicę. Gdzieś tu blisko powinna być ich mama. W tym wieku maleństwa nie oddalają się daleko od kozy. Niestety, nigdzie kozy nie było. Byłem pewien, że jestem całkowicie niezauważalny dla kogokolwiek/czegokolwiek z zewnątrz. Lekki powiew przynoszący chłód znad Wisły nie mógł mnie zdradzić niosąc mój zapach wprost w nozdrza ostrożnej matki. Wiał od Wisły i jednocześnie od zakrzaczeń w stronę pustej przestrzeni ograniczonej wałem przeciwpowodziowym, za którym była już tylko droga. Mijały minuty przekształcające się w kwadranse, a kozy ciągle nie było widać czy też słychać. Zacząłem się obawiać o los koźlaków. One same jednak wyglądały na dobrze odżywione, a przecież podstawą w tym wieku jest mleko matki. Zachowywały się też bardzo 174 Koźlaki beztrosko. Nic nie sugerowało, że zostały porzucone, czy, nie daj Boże, ich matka została potrącona przez samochód lub postrzelona przez myśliwego. Koźlaki zaczęły paradować przede mną na różne sposoby. Przyjmowały zachęcające do fotografii pozy. Nie mogłem się dłużej oprzeć pokusie i zacząłem sesję fotograficzną, ciągle mając na uwadze fakt, że w pobliżu musi kręcić się koza. Sarenki od czasu do czasu spoglądały w moją stronę na dźwięk uwalnianej migawki, ale zamiast oddalić się, wręcz przeciwnie, zapewne zaintrygowane hałasem, przybliżały się do mnie. Wreszcie w odległości poniżej dziesięciu metrów ode mnie wykonały toaletę i położyły się w trawie. Leżeliśmy tak w trawie przez ponad godzinę. Koźlaki trochę drzemały. Od czasu do czasu potrząsały głową, by odgonić latające robactwo, gdy nagle usłyszeliśmy dochodzące z zakrzaczeń pobekiwanie kozy. Małe bliźniaki podniosły się bez pośpiechu, przeciągnęły i wolno poszły w stronę wołania. Po chwili zniknęły w gęstwinie. Potem usłyszałem plusk wody, kiedy przemierzały podmokły teren, hałas przeciskania się przez krzaki, zapewne już z mamą, ponieważ był dość głośny, a potem ciszę mąciło już tylko brzęczenie latających nade mną much. Nie zobaczyłem ich matki. Nie wiem, jak wyglądało ich powitanie, ale ciężar spadł mi z serca. Matka żyła i wróciła po swoje pociechy, bo kto inny to mógł być? By ich nie przestraszyć, leżałem jeszcze w sianie ponad kwadrans. Potem wstałem cicho i powoli poszedłem w stronę wału. Spojrzałem na zegarek. Moje bliskie spotkanie z koźlakami trwało ponad trzy godziny! Tak długo zostawiła je matka same? A może jednak instynktownie czuła czyjąś obecność na skoszonej łące? Zaczytana Prowincja Piotr Napiwodzki KSIĄŻKI A TOŻSAMOŚĆ Domowa biblioteczka to dla mnie, oczywiście czysto subiektywnie, najbardziej newralgiczne miejsce w całym domu. Wraz z komputerem stanowi swoiste „centrum dowodzenia”. Jest tak nie tylko dlatego, że to miejsce pracy i równocześnie miejsce komunikacji ze światem, ale też że otaczające mnie książki tworzą w pewien sposób moją własną tożsamość i są świadectwem jej budowania. Swoją funkcję mają tu więc książki, nad którymi pracuję na bieżąco: one pokazują, co dzisiaj jest (albo co powinno być) ważne. Są opracowania pomagające w pracy, a więc leksykony, słowniki, podręczniki dotyczące poszczególnych tematów. Szczególne znaczenie mają te książki, które niekoniecznie znajdują się aktualnie na biurku, ale w pozornym nieładzie tkwią na półkach. W gruncie rzeczy z każdą z nich łączy się jakaś historia, tak z ich treścią, jak i z konkretnym egzemplarzem. Gdzieś został zakupiony, ktoś go podarował, może ktoś przysłał z bardzo daleka. Trzeba było po niego pojechać, a może został znaleziony w antykwariacie bądź na okazjonalnej wyprzedaży. Zdecydowana większość książek w biblioteczce ma dla mnie takie właśnie dodatkowe znaczenie: przypominają o miejscach, ludziach, podróżach, łączą się z miastami, budynkami, krajobrazami. Być może są wspomnieniem wspólnej lektury na seminarium lub też opracowywanych niegdyś wykładów. Bywają świadectwem jakiegoś intelektualnego wysiłku lub odkrycia, albo też ważnego spotkania i rozmowy. To prawdziwy labirynt, który jest w dużej mierze projekcją danych z własnej pamięci, szyfrem bardzo skomplikowanym. Samo w sobie jest to już czymś niezwykle interesującym. Zdaję sobie przy tym sprawę, że to szyfr bardzo indywidualny, w zasadzie w nieprzekazywalny w całości, dla innych dostępny tylko we fragmentach. Powiedzenie, że daną książkę otrzymałem od kogoś, jest samo w sobie dosyć banalnym stwierdzeniem, ale dla mnie jest przywołaniem osoby ofiarodawcy , wspomnieniem konkretnej sytuacji, moich ówczesnych potrzeb i oczekiwań, nadziei związanych z tą książką, być może rozczarowań, a może nieoczekiwanych konsekwencji z lektury. Dobrym przykładem jest egzemplarz książki „Sto lat samotności” Gabriela Garcii Marqueza. Podarowany w Krakowie przez pewnego Kolumbijczyka (cóż, okazuje się, że 176 Książki a tożsamość przynajmniej niektórzy Kolumbijczycy wożą swoją narodową klasykę po całym świecie), który przekonywał mnie długo, jak spokojnym i miłym miejscem do życia jest Kolumbia, a tydzień po powrocie do domu został poważnie ugodzony nożem na ulicach Bogoty. Na dole okładki książki zamieszczone jest pierwsze zdanie powieści. Książka leżała przez parę tygodni na moim biurku i mając to zdanie przed oczyma podświadomie je zapamiętałem. Jakiś czas później okazało się to niezwykle pomocne, gdy cytując z pamięci początek powieści przedstawiłem się jako entuzjasta kultury kolumbijskiej (prawdopodobnie zrobiło to podobne wrażenie, jakie zrobiłby w Polsce słabo mówiący po polsku obcokrajowiec bezbłędnie recytujący początek Inwokacji „Pana Tadeusza”). Dzięki temu w potencjalnie bardzo niebezpiecznej sytuacji doświadczyłem nieocenionej pomocy ze strony przypadkowo spotkanych Kolumbijczyków przez chwilę podróżujących ze mną po Meksyku. Z kolei egzemplarz „Fausta” Johanna Wolfganga Goethego ma wyjątkowe znaczenie dlatego, że była to pierwsza książka w języku niemieckim, którą próbowałem czytać. Dzisiaj z pewnością nie polecałbym takiej lektury tym, którzy stawiają pierwsze kroki w niemieckim. Cóż, młodość ma swoje prawa i chce wzlatywać czasami na zdecydowanie za wysokie poziomy . Prawie trzydzieści lat temu zabrałem tę książeczkę z domu rodzinnego , towarzyszyła mi we wszystkich przeprowadzkach i zajmuje ważne miejsce także ze względu na wspomnienie domu w Jeleniej Górze, gdzie książki były obecne w znaczących ilościach i skąd z pewnością przejąłem do nich wielki szacunek. Nie wyobrażam sobie wyrzucenia lub spalenia książek. Zawsze chętnie je przygarniam, równie chętnie kupuję, chociaż w tym ostatnim przypadku przeszkody są aż nazbyt oczywiste. Oprócz niemałych wydatków na same książki trzeba planować wydatki na kolejne półki i regały. To z kolei może wiązać się z przemeblowaniem, przekładaniem książek i układaniem ich na nowo, a więc czymś, co wprowadza chaos w coś dla mnie bardzo osobistego i co znoszę z dużym trudem. Nie da się rozbudowywać biblioteczki w nieskończoność. To ważna metafizyczna konstatacja namacalnie konfrontująca z ograniczeniami, które są udziałem nas wszystkich. Moja biblioteczka to przede wszystkim opracowania naukowe. Są jednak takie momenty, gdy mam potrzebę sięgnięcia po poezję. Wtedy najczęściej w użyciu jest „Księga godzin” Rainera Marii Rilkego. Nie wiem, czy ktoś potrafił kiedykolwiek piękniej ubrać w słowa prawdę o znikomości ludzkiej natury i melancholię, która w tej prawdzie ma swoje źródło. Honorowe miejsce w biblioteczce mają książki, które na jakimś etapie życia były dla mnie swego rodzaju odkryciem i do których w związku z tym czasami wracam. To na przykład książki Fryderyka Nietzschego (głównie „Antychryst” i „Tako rzecze Zaratustra”), „Barbarzyńca w ogrodzie” Zbigniewa Herberta, i, zwłaszcza, „Gra szklanych paciorków” Hermanna Hessego. Świadectwem pierwszej poważniejszej filozoficznej fascynacji jest „Prawda i metoda” Hansa Georga Gadamera. Jej mocno wysłużony egzemplarz nieustannie przypomina mi o przebytej drodze rozumienia i pozbywania się złudnych wyobrażeń. Z kolei podstawą dla duchowego i teologicznego wymiaru życia i refleksji są chociażby książki flamandzkiego teologa Edwarda Schillebeeckxa i, przede wszystkim, „Suma teologiczna” Tomasza z Akwinu. Sięgając sporadycznie po któryś z tomów „Sumy” nie mogę nie wspominać z wdzięcznością czasów studiów i mojej Promotorki, która swego czasu poleciła mi przeczytanie „Sumy” w całości. Chociaż scholastyczna łacina jest stosunkowo łatwa. Piotr Napiwodzki 177 to ta żmudna praca zajęła mi prawie cały rok. Dzisiaj „Suma” nie przeraża mnie już swoją obszernością, a bywa bardzo cenną pomocą, uczy konsekwentnego, uporządkowanego i odważnego myślenia. Nauczycielem myślenia o historii bywa dla mnie Reinhart Kosseleck i stąd obok, najczęściej skserowanych, jego artykułów na półce w eksponowanym miejscu nie może zabraknąć „Semantyki historycznej”. Książką czytaną i często konsultowaną jest Biblia, która w różnych wersjach także musi pozostawać w zasięgu ręki. Swoje miejsce w domowym księgozbiorze mają książki dotyczące sztuki. Moje książki spotykają się tu z książkami Zony, tak jak i temat sztuki w którymś momencie doprowadził do naszego spotkania, by potem połączyć na stałe. Z mojej strony to najczęściej opracowania z dziedziny estetyki i historii sztuki. Zona „wniosła w posagu” albumy, biografie, podręczniki i przewodniki dla początkujących i zaawansowanych artystów oraz, oczywiście, swoje ulubione powieści czy opowiadania. Prywatny księgozbiór jest więc zawsze świadectwem przebytej drogi. Mam nadzieję, że jeszcze parę książek przybędzie, również w dziale tych „najbardziej zasłużonych”. Chciał-bym uniknąć sytuacji bycia „człowiekiem jednej książki”. Tak zdarza się czasami, gdy ktoś ostatecznie zamyka się w kręgu wybranych lektur czy autorów. Jest to najczęściej oznaką innego zamknięcia, które w wielu wymiarach nie pozwala na odważne zmierzenie się z nowymi wyzwaniami. Domowa biblioteka to jednak także inna poważna troska, a mianowicie troska o wychowanie dzieci w taki sposób, aby książki były dla nich czymś ważnym. Nie chodzi przy tym tylko o rodzaj szacunku czy miłości do książek, ale o zaszczepienie chęci do zanurzania się w tym swoistym uniwersum słowa drukowanego reprezentowanym przez książki zgromadzone w domu. Niezbędnym wydaje się tu także przekazanie umiejętności koniecznych tak do korzystania z tego, co już zebrane, jak i do budowania własnych konfiguracji lektur, własnych biblioteczek, mogących stać się intelektualnym drogowskazem na drodze życia. Zadanie to z pewnością niełatwe, ale trzeba się mobilizować, bo przecież niewiele jest ważniejszych rzeczy wartych przekazania kolejnym pokoleniom. Wspomnienia ZBIGNIEW JUJKA Rysownik rodem ze Starego Targu Bardzo smutna wiadomość dotarła do nas. W Gdańsku zmarł Zbigniew Jujka, wybitny rysownik, satyryk, człowiek-legenda pomorskiego dziennikarstwa. Miał 84 łata. Jego korzenie to Powiśle. Urodził się w 1935 roku w Starym Targu (niem. Altmark), w powiecie sztumskim, gdzie jego ojciec, Franciszek Jujka, był dyrektorem polskiej szkoły. Był także autorem Hymnu Rodła i wybitnym działacz polonijnym, bojownikiem o polskość Powiśla, co niestety przypłacił swoim życiem. Zbigniew Jujka dzieciństwo spędził w poznań-skiem. Od 1955 roku zamieszkał w Gdańsku, gdzie ukończył Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych. Od 1963 (z przymusową przerwą w stanie wojennym) publikował w „Dzienniku Bałtyckim” satyryczny cykl rysunkowy, popularny „Dzienniczek”, komentujący najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne tygodnia. Przez ponad 30 lat był Jak zawsze uśmiechnięty Zbigniew Jujka na obchodach 90. rocznicy Szkofy w Starym Targu, Jot. archiwum szkofy W tej gazecie redaktorem graficznym. Współpracował z kilkunastoma gazetami w kraju i zagranicą. Był autorem tysięcy rysunków satyrycznych, kilkudziesięciu albumów autorskich. Zajmował się też grafiką, plakatem, ilustracją książkową. Był laureatem wielu nagród na krajowych i międzynarodowych konkursach plastycznych - Grand Prix i złoty medal Salonu w Anconie we Włoszech (1975), główna nagrodę na XVI Światowym Salonie Rysunkowym w Knokke-Heist w Belgii (1977). W latach 1989-1996 był prezesem Zarządu Głównego Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury. W 1973 został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi i odznaką „Za zasługi dla Gdańska”, a następnie też odznaką „Zasłużony Ziemi Gdańskiej”. W 2000 r. otrzymał Nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska w Dziedzinie Kultury, w 2006 Nagrodę Pomorską, odznakę Pro Ecclesia et Populo oraz medal Gloria Artis, a w 2009 roku Medal św. Wojciecha. Zbigniew Jujka miał 84 lata. Oprócz Starego Targu, do którego często wracał, Zbigniew Jujka związany był także od ponad dwudziestu lat z Kwidzynem. Efektem tej współpracy była książka „Żarty z Kwidzyna” wydana w 2001 roku, gdzie swoją unikatową kreską, żartem i życzliwością rysował mieszkańców miasta. — Te rysunki, mówi Ancirzej Krzysztofiak, burmistrz Kwidzyna, niosą ciepło i miłość do człowieka jakim jest, ze swoimi wadami i zaietami. Bo Zbigniew Jujka kochał ludzi. Jestem zaszczycony, że było mi dane spotkać Go na swojej drodze i być obdarzonym Jego przyjaźnią. Mimo, że to loyjątkowo smutny dła mnie, a także wielu mieszkańców naszego miast, dzień, to na zawsze pozostanie w mojej pamięci radosna i uśmiechnięta twarz „naszego”Zbyszka. Zbigniew Jujka. Rysownik rodem ze Starego Targu 179 Kilka miesięcy temu, wspólnie z burmistrzem Kwieizyna, odwiedziliśmy Zbigniewa Jujkę w jego gdańskim domu. Byljak zwykle pogodny, radosny i pełen entuzjazmu. Spotkaliśmy się jeszcze raz na uroczystościach z okazji 9O.lecia Szkoły Polskiej w Starym Targu. Jak się okazało znał nasz kwartałnik i był pełen podziwu nad jakościif i zawartością pisma. Nawet umawiałiśmy się na jakiś cykl rysun-kowy w „Prowincji”. Niestety nie będzie ciągu dalszego. Pozostajepamięć. I właśnie dla zachowania w pamięci przytaczamy na naszych łamachJragment wywiadu jaki Zbigniew Jujka udzielił Adamowi Langowskiemu oraz uczniom ze Szkoły Podstawowej w Starym Targu - Weronice Ragus, Karolinie Tomczyk i Ewelinie Kopek. Rozmowa ta została zamieszczona w pubłikacji okołicznościowej, która towarzyszyła obchodom dziewięćdziesiątej rocznicy szkofy połskiej w Starym Targu. Leszek Sarnowski *** - Gdy aresztowano pańskiego ojca był Pan zaledwie kilkuletnim dzieckiem... Franciszek Jujka przed wojruf, fi>t. architiatm rodzinne - My nic prawie nie wiemy o ojcu, bo on się tak głęboko ukrywał. Wiem, że mama miała przez całą wojnę tylko dwa lub trzy kontakty przez jakiegoś wysłańca. Dzięki temu wiedziała, gdzie ojciec jest. Po wojnie dowiedzieliśmy się dużo więcej. Zginął prawdopodobnie dopiero w 1944 roku, tuż przed końcem wojny. Całą wojnę udawało mu się ukrywać. Pracował wtedy w tartaku w Ostrowie Wielkopolskim pod nazwiskiem Bayer. Tak się złożyło, że załoga tego tartaku dowiedziała się, że ich szef, Niemiec, będzie miał urodziny. Zwrócili się więc do ojca: Bayer, ty tak dobrze znasz niemiecki, może mu złożysz życzenia? No i ojciec trochę bezmyślnie w imieniu załogi złożył życzenia. Szefowi tartaku coś podpadło, że to chyba nie jest jakiś zwykły robotnik, że chyba jednak kształcony, bo mówił perfekcyjnie po niemiecku. Wkrótce po tym ojciec został aresztowany. I tylko tyle wiemy. No i potem, kiedy byłem prezesem Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury jeździliśmy na plenery do Legnicy. Niedaleko Legnicy w Rogoźnicy (niem. Gross-Rozen) był hitlerowski obóz koncentracyjny. Jako prezes stowarzyszenia składałem kwiaty przy pomniku ofiar n łem list od pani prof. Wojciechowskiej z Poznania, która śledziła ojca losy i doszła do tego, że siedział w Poznaniu. Najpierw w Forcie VII, a potem w tzw. Domu Żołnierza, niedaleko dworca. Ostatecznie został wywieziony z grupą harcerzy poznańskich do Gross-Rosen i tego samego dnia ich podobno tam rozstrzelali. I to było wzruszające, bo nie wiedziałem, że składając kwiaty w obozie uczciłem również ojca. Tyle wiem o końcu ojca. W każdym razie cały czas aktywnie działał w tajnych organizacjach. Był zastępcą komendanta konspiracyjnego harcerstwa wielkopolskiego. - Jak Pan zapamięta! ojca? - Pamiętam jedynie pewne drobiazgi związane z ojcem. Pamiętam na przykład popielniczkę na stole w jego kancelarii. Ojciec posiadał piękny motor BMW 500 z przyczepą i pamiętam zapach spalin. 180 Zbigniew Jujka. Rysownik rodem ze Starego Targu Nie pamiętam nawet motoru, ani gdzie jeździliśmy. Ojciec zabierał pięć osób na motor. Także pamiętam ten zapach spalin dwutaktu. I to jest dla mnie jedno z ważniejszych skojarzeń z ojcem. Nie jego postać, ani głos. Po ojcu zostały tylko śladowe skojarzenia. Pamiętam jeszcze jak w 1939 roku w Kębłowie zbijał jakieś skrzynie. Taka duża skrzynia stała, ale jego nie pamiętam! Wiedziałem jednak, że to on zbija, przed ucieczką przed Niemcami, przed wojną. Tak się ludzie przygotowywali do wojny. [...] Natomiast pamiętam wcześniejsze rzeczy z 1938 roku. Miałem wtedy trzy lata, ale pamiętam jak myśmy całą rodziną pojechali do Berlina na Kongres Polaków w Niemczech. W Berlinie mieszkała nasza ciotka i zaprowadziła nas do cyrku. Pamiętam do tej pory scenę z tego cyrku. To zrobiło na mnie wrażenie. Słoń ciągnął wózek z jakimś karłem, raptem przewraca się ten wózek, pewnie specjalnie, wyskakuje karzełek i woła „Mama, pi, pi!”. Widzę to do tej Malutki Zbigniew Jujka z matk^f przeel domem w Starym Targu, Jot. architoum rodziny Jujków pory, chociaż miałem wtedy tylko trzy lata! Z pobytu w Berlinie na Kongresie Polaków zapamiętałem jeszcze jeden moment. Ciotka mieszkała przy ulicy, która po wojnie znalazła się po wschodniej stronie Niemiec. Miałem tam kiedyś wystawę w Ośrodku Kultury Polskiej i wiedziałem, że ta ulica jest gdzieś niedaleko. Pamiętałem, że jak się wychodziło z domu ciotki to na wprost stało drzewo i jak miałem wystawę pod koniec lat 60. w Berlinie poszedłem na tę ulicę i drzewo stoi! I ten dom też się uchował, chociaż był bardzo zbity przez wojnę. Także po latach mogłem znaleźć to miejsce, dzięki takim drobiazgom, które zostają w pamięci. Jak wyglądało Państwa życie podczas wojny? To był koszmar. Kilkanaście razy zmienialiśmy mieszkanie. Do czasu wojny mieszkaliśmy w szkole, mimo, że ojca nie było, ale szybko nas z tej szkoły wyrzucili. Szkoła została zamknięta, bo w Wielkopolsce młodzież polska nie chodziła do szkół. Zacząłem chodzić do szkoły dopiero w 1945 roku, jak miałem dziesięć lat. Poszedłem od razu do trzeciej klasy, bo umieliśmy czytać, umieliśmy nawet więcej rzeczy niż było potrzeba. To nie była żadna zaległość, ale po prostu nie było żadnego szkolnictwa. Po wyrzuceniu nas z mieszkania w szkole w Kębłowie, gdzie była ostatnia posada ojca, zaczęła się straszliwa tułaczka. Mama została z czwórką dzieci, bez środków do życia. Bez niczego! W jednym z mieszkań było tak zimno, w ogóle nie było prądu, to była albo karbidówa tak zwana, lampa naftowa no i świeczka. W pokoiku stała koza, to było jedyne ogrzewanie tego pomieszczenia. Rano woda zamarzała w wiadrze w tym pokoiku. Podgrzewało się cegły, albo przygotowywało się jakieś bańki z wodą, aby rozgrzać trochę pościel przed położeniem się spać. To były makabryczne historie, ale jakichś dobrych ludzi nie brakowało. To była skrajna nędza przez ten okres wojny. Potem się wszystko dobrze skończyło, bo trzy lata po wojnie mama do- Zbigniew Jujka. Rysownik rodem ze Starego Targu 181 Stała pracę w Nowym Kramsku, koło Sulechowa, niedaleko Zielonej Góry. Stamtąd mam najwięcej wspomnień, W Nowym Kramsku powstał dom sierot po powstańcach warszawskich. Tam była poniemiecka oficerska zabudowa jakiegoś zespołu i to zamieniono na dom dziecka. Mama dostała posadę intendentki i wtedy zaczęło się dla nas w miarę normalne życie. Mieliśmy tam łazienkę i jedzenie z UNRRA, kiełbaski w puszkach, kaszanka w puszkach, czekolady tak twarde, że ugryźć nie można było. Raptem takie rzeczy po tej wojennej biedzie, gdzie człowiek prawie z trocin robił chleb. Czy odczuwa Pan pustkę po ojcu? Odczuwam ją coraz bardziej. Jak człowiek był młody, to miał inne problemy, zajęcia, a teraz coraz bardziej jest mi brak ojca. Nie mówiąc już o tym, ilu rzeczy bym się od niego dowiedział. Nasze życie byłoby zupełnie inne. Proszę sobie wyobrazić tę mamę biedną, bez grosza przy duszy, szczególnie do roku 1947. Polegało się wyłącznie na dobroczynności wielu innych ludzi. Mieliśmy takiego wspaniałego księdza, też w konspiracji działającego, oblat, ojciec Machoń i on też bardzo pomagał. To, że ta tęsknota narasta, to sam trochę się temu dziwię. Tym bardziej, że, jak mówiłem, nie pamiętam twarzy ojca, zachowań ojca. On był po prostu. Jak coś jest na co dzień, to nie szokuje. Czy wyobrażał Pan sobie, jak mogłoby wyglądać Pańskie życie, gdyby ojciec żył? Pewnie byłyby one wzbogacone i tak dalej, ale można się i bez ojca wychować. Mama była bardzo rygorystyczna, ostro nas trzymała. I bardzo dobrze, bo wyszliśmy na normalnych ludzi. Na pewno przy ojcu byłoby jej dwa razy lżej, ale dała radę. [...] Czy on musiał wyjeżdżać do Niemiec, kiedy mógł żyć spokojnie w Polsce? Ale niosło go, żeby tym Polakom, którzy tam zostali, żeby tam im coś jeszcze dołożyć, żeby tam ich uczyć. To nie zawsze była szkoła, to były nieraz jakieś kursy organizowane, bo to najczęściej byli jacyś robotnicy, którzy się tam znaleźli przed pierwszą wojną i tam już zostali. Żeby kontakt z tymi Polakami utrzymać. Zaczął Pan uczęszczać do szkoły w 1945 roku jako dziesięciolatek, ale umiał Pan już czytać i pisać. Jak wyglądała wasza edukacja w czasie wojny? W samym Kębłowie to myśmy chyba cztery razy mieszkanie zmieniali. Szkołę musiał ojciec opuścić, wyrzucili nas można powiedzieć. Jacyś dobrzy ludzie nas przyjmowali, zawsze jeden pokoik, czy na poddaszu, czy oddany obok ich mieszkania. Pamiętam, koza się paliła wieczorem, albo później lampa karbidowa, a myśmy leżeli pokotem i czytali sobie jakieś proste rzeczy ze starszą siostrą i starszym bratem. I tak się wzajemnie uczyliśmy, ale mama pomagała cały czas. Także myśmy zupełnie byli przygotowani do tego, aby pójść do trzeciej klasy. Co czytaliście? Trochę później to pamiętam, że Londona nawet, Fiedlera, bajki Grimma, bajki wujka Czesia - taki poznański literat, który pisał przed wojną. „Ojca Damiana” pamiętam, o takim zakonniku, który na Cejlonie pół życia spędził. Mnie ten Cejlon zainteresował, bo tam nasz wujek misjonarz urzędował przez kilka dobrych lat. 182 Zbigniew Jujka. Rysownik rodem ze Starego Targu Opowiadając o swojej mamie, podkreślał Pan, że była wymagającą osobą. Dzięki temu wyszliśmy na mniej więcej normalnych ludzi [śmiech]. Jesteśmy jej naprawdę wdzięczni, że umiała nas w cuglach utrzymać. W końcu dzieciaki mają różne wybryki, różne zachowania. Na przykład u nas nie istniało brzydkie słowo. Niektórych w ogóle nie znałem, nie wiedziałem, że takie są. Było bardzo rygorystycznie przestrzegane to wszystko, żeby się z pewną kulturą toczyło jakoś do przodu. Ordnung muss sein! Wszystko posprzątać po sobie, nic nie zostawiać za sobą. Każdy z nas miał jakieś zadanie: sprzątanie, zamiatanie, mycie. Nie mogę sobie dziś wyobrazić, jak ona dawała radę! Nie miała na przykład w ogóle żadnych pieniędzy. Nie było żadnej renty, żadnych emerytur. A jednak przeżyliśmy te paskudne czasy, ale ludzie pomagali. Pamiętam, że myśmy pod las chodzili w tym Kębło- Aialutki Zbigniew Jujka z matką przed domem w Starym Targu, Jot. archiwum rodziny Jujków wie po litr mleka. Z dwa, czy trzy kilometry chyba, żeby ten litr mleka przynieść. Tak samo zawsze mieszkaliśmy za darmo, nikt nie chciał pieniędzy, to wiem. Kębłowo bardziej się utrwaliło, a Stary Targ ginie we wspomnieniach... Niestety, bo całe dzieciństwo i młodość, to było Kębłowo. Milej wspominam Kębłowo szczerze mówiąc, bo pamiętam więcej faktów, zdarzeń i tam się dopiero coś działo, a Stary Targ przeżyłem nieświadomie. I jeszcze potem Kramsko. To już były takie młodzieńcze lata. Myśmy tam założyli Klub Pickwicka. Tam mieszkała też wdowa po nauczycielu, z którym ojciec się przed wojną przyjaźnił. Kuska się nazywał. Czasami to nazwisko używam do swoich rysunków. Mam stały kontakt z ich synem, moim kolegą, który mówi: Wiesz, jak mnie tutaj ludzie podpuszczają, żeby cię do sądu podać, za to używanie nazwiska? A ja udaję wtedy i mówię: No tak, będzie trzeba [śmiech]. W Kębłowie działa druga, obok Starego Targu, szkoła nosząca imię Franciszka Jujki. Wielu ludzi mi to pozytywnie wypomina, że przecież ojciec był w Kębłowie właściwie tylko pół roku i tak zapamiętali go ci ludzie! Dużo musiał w tym czasie zrobić, że jednak zdecydowali się na nazwanie szkoły i ślad po nim został. Ulica też przecież jest jego w Kębłowie. Jak to się stało, że zamieszkał Pan w Gdańsku? Bardzo prosta sprawa. Mama na okres średniej szkoły musiała nas rozparcelować. Siostra znalazła się w Słupi koło Wrześni, a mnie zabrało wujostwo, cudowni ludzie, których do końca życia nie zapomnę, do Kościana. A nie, jeszcze inaczej było! To jest ciekawy epizod. Dwa lata spędziłem w małym seminarium duchownym. Ojciec Mahoń, oblat, o którym wcześniej wspominałem, zdawał sobie sprawę, że ja ani powołania nie mam, ani księdzem nie będę, ani zakonnikiem, ale jest to szkoła przetrwania. To było w Krowi koło Gostynia Zbigniew Jujka. Rysownik rodem ze Starego Targu 183 i tam spędziłem dwa lata. Uważam, że to był okres dwóch lat najpiękniejszej i najbardziej efektywnej edukacji. Do tej pory znam łacinę. Nie tak oczywiście perfekt, ale z jakimiś tablicami, tekstami krótkimi sobie poradzę. To była bardzo zdyscyplinowana szkoła, ale nie była to szkoła przesadnie duchowna, czy zakonna. Normalna szkoła z pewnymi akcentami religijnymi wzmocniona z przeznaczeniem na wychowanie swoich przyszłych zakonników. Potem szkołę rozwiązali, ja się musiałem wynieść i wtedy wujostwo w Kościanie mnie wzięli pod swoją opiekę i maturę robiłem w rezultacie w Kościanie. Dyrektor szkoły w Kościanie nie wiedział o tym, że jeżeli ktoś się stara o studia artystyczne, a było nas dwóch takich, jeszcze kolega o wiele zdolniejszy ode mnie, i wysłał papiery o miesiąc za późno. Mama mieszkała już w Zielonej Górze i tam się zdarzyła taka rzecz, że brat już pracował jako dziennikarz w Polskiej Agencji Prasowej w Zielonej Górze, a tam była „Gazeta Zielonogórska” i zabrali im grafika do wojska. No i brat mówi: słuchaj, może byś na ten czas, jak nie masz co ze sobą zrobić, bo dopiero w przyszłym roku możesz się na studia starać, to może byś przyszedł popracować? Przyjęli mnie, zacząłem pracować i przygotowywać różne graficzne praformy. Makabryczne to było, jak tak dzisiaj na to popatrzę! Kazali mi między innymi przerysowywać kolorowe rysunki z radzieckiego pisma „Krokodil”, satyrycznego pisma, które w krajach socjalistycznych było sprzedawane. Ubzdurali sobie, że rysunki z tego pisma będą publikować w gazecie, ale gazety były czarno-białe! No i ja musiałem to przerysowywać na czarno-białe rysunki. Paskudne, wredne! Ponieważ byłem w innym 184 Zbigniew Jujka. Rysownik rodem ze Starego Targu duchu wychowany mierziło mnie to. Brzydziłem się tym! Wtedy wpadłem na pomysł, że jeżeli ja zacznę sam od siebie coś im proponować, to może zapomną o tym, że kazali mi tamto przerysowywać. I tak się stało. Można powiedzieć, że tak zacząłem być satyrykiem. Pierwsze publikacje były w Zielonej Górze. Tam mieliśmy znajomych, których młodszy brat poszedł na studia do Gdańska. Na wakacje przyjeżdżał i mówi: Słuchaj, tak tam fajnie w tym Gdańsku. Ruina na ruinie, ale naprawdę życie kipi. Przyjedź na studia do Gdańska. Zdecydowałem się, od razu się dostałem. Także dwa lata popracowałem w tej gazecie w Zielonej Górze i pojechałem, zdałem egzamin no i w ten sposób od 1955 roku mieszkam w Gdańsku. Zawsze jakiś przypadek rządzi, że się tak składa (...) Jak wygląda Pana dzień pracy? Wstaję mniej więcej o siódmej, ale o dziewiątej wieczorem już idę spać, bo nie mogę dłużej siedzieć. Zjadam śniadanie i zabieram się do swojej roboty. Co drugi dzień jadę na zakupy, bo w tej chwili przejąłem taką funkcję ekonoma i intendenta w domu, żeby był i pieprz i kartofle i wszystko, co do życia jest potrzebne. Swoją robotę najczęściej zaczynam od spisania tego, co mi w nocy do głowy przyszło, z tego dyktafonu. W półśnie ten pomysł zapisuję sobie jakimiś umownymi szyframi i potem rano spisuję go z dyktafonu. I zawsze mam coś gotowego, bo nie znoszę takich momentów pustki, że mam siadać do roboty, a tu nie mam nic w głowie. Ten „Dzienniczek” robię już przecież 52 rok, ponad 2600 tygodni i ciągle mi się chce, to jest najfajniejsze. Dlatego muszę ciągle w czuwaniu żyć, żeby mieć pomysły, śledząc jednocześnie, co się dzieje dokoła. Z tym, że ja śledzę z radia. Nie mam cierpliwości siąść i gapić się w telewizor. Nie potępiam w pełni telewizora, ale namiętne siedzenie i gapienie się bezmyślne, to jest duże nieszczęście cywilizacyjne (...) Czy miał Pan trudności z cenzurą? To była wieczna walka. Gotowy „Dzienniczek” musiałem oddać zawsze w środę, najpóźniej w czwartek, bo w sobotę się ukazywał. Raptem dzwonią w czwartek z redakcji, że cenzura zdejmuje dwa, albo trzy rysunki, a ja nie mam nic przygotowanego, bo na początku człowiek trochę inaczej pracował. „Dzienniczek” musiał się ukazać, bo byłoby to niesłuszne polityczne. Sabotaż, czy co? Nie było, poza stanem wojennym, tygodnia, żeby „Dzienniczek” się nie ukazał, ale to były napięcia okropne. Z tym, że nasza cenzura gdańska była stosunkowo łagodna na tle takiej na przykład krakowskiej, czy warszawskiej na ul. Mysiej. To byli okrutni ludzie po prostu. Poza tym myśmy spotykali się na kawce w klubie na dole w budynku redakcji i myśmy z tymi ludźmi na „ty” nawet byli, z tym cenzorami. Nie było takiego podziału na prawo i lewo, to nie grało roli. Każdy miał swoje poglądy, większość to się ukrywała ze swoimi poglądami, bo były niesłuszne politycznie, ale pracować trzeba. Myśmy na tych cenzorów zupełnie inaczej patrzyli niż teraz się patrzy. Potrafili dokuczyć, ale ci nasi trzymali się zapisów cenzorskich. Jeżeli nie znaleźli przepisu, który by zabraniał czegoś krytykować, to puszczali. Bywało też tak, że jakiś zupełnie obojętny rysunek daję w czwartek, w sobotę wychodzi „Dzienniczek”, a dzień wcześniej wydarzyło się coś takiego, że ten rysunek stał się takim komentarzem jednoznacznym dla zaistniałej sytuacji, że potem cenzorzy włosy z głowy rwali! Zależność od cenzury była bardzo męcząca. A cenzury były dwie. Najpierw redakcyjna szefa, a potem ta druga oficjalna, gdzie oni z tymi materiałami do cenzury chodzili. Zbigniew Jujka. Rysownik rodem ze Starego Targu 185 Czy mógłby Pan przybliżyć swoje rodzeństwo i najbliższą rodzinę? Było nas czworo. Najstarszy brat próbował najpierw jako aktor, jakoś to nie wychodziło i zmienił na dziennikarstwo. Studiów nie miał, ale był zdolniejszy niż niejeden po trzech fakultetach. Całe swoje życie przepracował jako dziennikarz w Polskiej Agencji Prasowej. Zmarł na raka. To jest pewien paradoks. Pomimo, że tylu ludzi z rodziny i otoczenia zginęło lub zmarło w czasie wojny, to śmierć brata to była pierwsza bezpośrednia śmierć, z którą się spotkałem. Muszę powiedzieć, że bardzo to przeżyłem. Wpadłem nawet w depresję. Obie siostry są po technikach ekonomicznych. Jedna mieszka na Przymorzu w Gdańsku, a druga w Nowej Soli. Starsza jest panienką, a młodsza ma rodzinę, dzieci i wnuki. W pełnym rozkwicie rodzinka po prostu. No i ja. Mamy dwoje dzieci. Córka jest psychologiem w Warszawie. Prowadzi czasami w telewizji TVN porady dla widzów. Robi karierę naukową. Jeździ po świecie z wykładami. Nawet w Nowej Zelandii była, w Australii i w Korei. Syn z kolei jest bardzo dobrym kartografem po Uniwersytecie Warszawskim, ale mapy przestały iść. Także w tej chwili pracuje etatowo w geodezji w Gdańsku. Ma trzy córki, z których najstarsza poszła już na studia, jest na archeologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale jednocześnie kończy szkołę muzyczną, fortepian. Średnia z kolei, chyba najzdolniejsza, wróciła niedawno z Warszawy z ogólnopolskich przesłuchań z japońskiego. Zajęła drugie miejsce. Najmłodsza jest skrzypaczką, ma ogromną wrażliwość. Ale to po pradziadku! Przecież ojciec był multiinstrumentalistą, jaki instrument brał do ręki, od razu grał. To było coś niesamowitego! Jaki jest Pana stosunek do Starego Targu? Miałem chyba jakieś pół roku, jak wyjechaliśmy ze Starego Targu. Także nie mam tych wspomnień, które się w dzieciństwie tak fajnie nakładają i tworzą ciąg. Mam pewne wspomnienia nabyte po późniejszych pobytach w Starym Targu. Z panią Rajską mieliśmy bardzo duży kontakt. Ona była przed wojną przedszkolanką w Starym Targu i współpracowała z ojcem cały czas. Jak byłem ostatnio na obchodach w Starym Targu podchodzi do mnie jakiś dziadek i mówi: „Proszę Pana, ja byłem uczniem Pana ojca”. To było wzruszające! Jeszcze ślady jakieś nie do końca się zatarły, jeszcze są jakieś powiązania. (...) Gzasami zaglądałem do Starego Targu jadąc do Kwidzyna, o którym nawet kiedyś zrobiłem książkę. I wtedy zaglądam do Starego Targu chociaż się tylko przejechać, do kościółka zajść, bo tam przecież byłem chrzczony. Ghrzcielnica do tej pory stoi! Niestety nic mi się w pamięci ze Starego Targu nie zachowało i dlatego on jest dla mnie sentymentem innego rodzaju. Mnie tam ciągnie mimo wszystko oczywiście. (...) Młodzi piszą Michał Więckowski Panowie od CIEKŁEGO TLENU' Kraków - niegdyś prowincjonalny ośrodek naukowy, dziś podziwiany lub nienawidzony na wielkich uczelniach Europy - myślał Karol Olszewski, patrząc przez okno przy ulicy Jagiellońskiej 22 - jedyna ostoja polskości, do której powstania i ja się przyczyniłem. Jeszcze raz rzucił okiem na kartkę, na której zapisał objawy swojej choroby. - Chociaż coś po mnie zostanie - uśmiechnął się w myślach. - Będą się pukali w głowę, po co sam siebie badałem, zamiast iść do lekarza. I tyle. Nikt mnie nigdy nie rozumiał, chyba że Wróblewski. On może i mnie rozumiał, ale na pewno nie ja jego. Czy ta jego śmierć na pewno była tylko przykrym wypadkiem?- zadumał się. - No cóż, już niedługo znów będę mógł uściśnąć mu rękę. Wreszcie też poznam własnego ojca przedwcześnie zabitego przez podjudzonych zaborczą ręką zdrajców. Już niedługo. Widzę gazety: Zmarł polski geniusz! Karol Olszewski odszedł. Radca CK, znany i ceniony naukowiec, kawaler orderu Korony Żelaznej. Sam za młodu - dalej dumał - uznałbym siebie za wariata. Może nie, może od początku marzyłem o takim życiu. O samotnym życiu poświęconym nauce? Kiedyś wszystko było inne... *** Zabłoconą ulicą przejechał powóz rozbryzgując błoto, którego grudy trafiły na płaszcz Karola Olszewskiego, profesora jednej z katedr chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Trudno, cel uświęca brudki - sparafrazował w myślach Machiavellego. Rozejrzał się po zatłoczonej ulicy, która zdawała się być istną kwintesencją Krakowa. Dworskim gestem prowadzący dobrze urodzone damy CK oficerowie, jak zawsze pełni elegancji, robotnicy, wyrażnicy, kramarze, „dziady" i „dziadówki", rzesze kolejarzy, pobożni Żydzi, murarze z Krowodrzy, ceglarze z Ludwinowa, mnisi z jakże licznych w Krakowie klasztorów, studenci, akademicy, terminatorzy, zawijaczki, biedota z Kleparza, lumpenproletariat i typy, z którymi profesor nie chciał mieć nic wspólnego. W końcu, brnąc przez tę rzeszę, dotarł do szynku, gdzie był umówiony na spotkanie. Niemal zderzył się w drzwiach z człowiekiem, z którym miał się spotkać. Zygmunt Wróblewski w tej samej chwili właśnie wychodził. - O, pan już przyszedł - zdziwił się Wróblewski - spotkanie odwołane, nie mam czasu, proszę do mnie przyjść później, ale nie do mojego domu, tylko do warsztatu. - Proszę - dał Olszewskiemu wizytówkę. Adres wprawił go w osłupienie, warsztat nie był położony ani w drogiej i eleganckiej dzielnicy Piasek, ani przy uniwersytecie, ani na nieco ustępującym Piaskowi Śródmieściu, tylko gdzieś na Kleparzu, powszechnie uznawanym za slumsy Krakowa, jak zresztą połowa „polskiego Rzymu". - Ale dlaczego akurat tam?- zapytał się zdziwiony Karol. ' Opowiadanie nagrodzone w Ogólnopolskim Konkursie Literackim „O życiu i osiągnięciach Karola Olszewskiego i Zygmunta Wróblewskiego” Michał Więckowski 187 - Panie Olszewski - odparł Zygmunt z nonszalancją. - Myślałem, że to pan zaskoczy mnie, ale jak widać, najpierw ja będę musiał zaskoczyć pana - po czym roześmiał się i odszedł w swoją stronę, - Dziwny człowiek - mruknął pod nosem Olszewski. - Najpierw umawia się ze mną tu, w tej kwintesencji mozaiki krakowskiej - jak nazywał ją w myślach - a potem każę mi przyjść na Kleparz. Chcę mi coś uświadomić? Pokazać? *** Zgodnie z zaleceniem profesor udał się na Kleparz. Pod podanym adresem zobaczył ruderę, chyba jeszcze nie do końca naprawioną od czasów wielkiego pożaru z 1850 roku. Otaczająca go społeczność zdawała się wybałuszać oczy i pukać w głowę, co on, elegancki mężczyzna tutaj robi? - Uliczne żebractwo nigdzie tak nie bije w oczy jak w owym polskim Rzymie - przytoczył w myślch słowa Ludwika Waryńskiego. Istotnie, o ile na wsi panowała galicyjska nędza, to w Krakowie była ona jeszcze spotęgowana. Nie brakowało oczywiście chętnych do pomocy, jak chociażby zmarła niedawno Anna Helcel, która postanowiła zapisać swój majątek na budowę domu pomocy, ale co z tego, gdy pomóc trzeba było tak wielu? Nie zastanawiając się dłużej, otworzył drzwi. Ujrzał zapuszczoną klatkę schodową z zawalonymi schodami na górę. Jako tako zdatne do użytku były schody w dół. Zszedł po nich do piwnicy i zobaczył niepasujące do tego wnętrza nowo wstawione drzwi. Pociągnął za klamkę i otworzył je. Jego oczom ukazał się widok, w który początkowo nie mógł uwierzyć i myślał, że śni albo ma halucynacje. Przed nim rozciągał się długi, oświetlony korytarz, pełen gablot, kabli i sprzętu badawczego. Nie to jednak wprawiło go w osłupienie. Ściany, sufit i podłoga były oszronione, a on sam zaczął marznąć, mimo że zapiął swój płaszcz. Wszystko wokół wyglądało jakby była zima, zauważył sople lodu na suficie. - Dach przeciekał, a woda zamarzała - zdumiał się. Jeśli myślał, że to koniec rewelacji, to bardzo się mylił. Korytarzem wiła się masa różnych rur, biegnących w wielu kierunkach. Bóg tylko raczył wiedzieć, co w nich płynęło. I nagle zobaczył Boga. Boga tego miejsca. Był nim Zygmunt Wróblewski, ubrany w dziwaczny roboczy kombinezon. Siedział okrakiem na jednej z rur i w wielkich goglach nitował złączenie. - Pan Olszewski - rozradowany Zygmunt oderwał się od swojej pracy, żeby powitać gościa. - Powitać, powitać w mych skromnych progach. - Co to jest? - spytał Olszewski, nadal nie wierząc w to, co widzi. - Panu tu zimno, mi nie, doświadczenia z zesłania na Sybir, jednak chłód nie jest zły, jak uważa większość ludzi, jest bardzo przydatny, zwłaszcza przy moich eksperymentach. Olszewski słyszał te opowieści, jednak zawsze traktował je raczej pobłażliwie. Zygmunt Wróblewski - uczestnik powstania styczniowego, zesłaniec, romantyk, ekscentryk, dziwak, szaleniec. 188 Panowie od ciekłego tlenu - Może najpierw powinienem był wytłumaczyć panu, po co to pana tu zaprosiłem. Celem mojego życia zawsze była walka o ojczyznę, najpierw zbrojna, a potem naukowa. Niech pan rozejrzy się wokół, Kraków umiera. Dobrze ma się ten akademicki, wojskowy lub mieszczański. Ale to tylko Piaski i Śródmieście. A co z Kleparzem, ICazimierzem, Krowodrzą, Ludwinowem, czynszówkami na BosackieJ, z kolejarską Wesołą albo Już mniej Krakowem, ale bliskimi, półwiejskimi i ogrodniczymi Płaszowem, Łobzowem, Czarną Wsią, Zwierzyńcem, Grzegórzkami, czy z miastem Podgórze? Właśnie co z nimi? Gdy w centrum prezydent zarabia 18000 koron, plantowy - 800, a stróż nocny 400. Jaki to ma skutek? -Wróblewski mówił coraz szybciej, głośniej i na przekór panującej temperaturze, robił się coraz bardziej czerwony. - W niektórych ulicach wypada 6 osób na Jedną izbę, a zaledwie co 20 mieszkanie ma łazienkę. Galicyjska bieda Jest kojarzona z wsią. Błędnie. Tu śmiertelność na gruźlicę Jest wyższa niż średnia w zaborze. Tym ludziom trzeba pomóc. Kraków trzeba rozwinąć. - Ale Jak i dlaczego Ja? - Obaj Jesteśmy nieprzeciętnymi Jednostkami. Razem możemy zmienić to miasto z prowincjonalnego ośrodka naukowego w Jeden z najbardziej znanych w całej Europie. I tak możemy pomóc tym ludziom. Każde nasze, nawet najmniejsze odkrycie, zwróci uwagę na Kraków, a wraz z uwagą popłyną pieniądze na rozwój badań. Pieniądze, których tak bardzo potrzebuje to miasto i Jego mieszkańcy. Powstaną laboratoria, wraz z nimi nowe miejsca pracy, bo każdy taki budynek trzeba będzie zbudować, utrzymywać, sprzątać i tak dalej. - Ale do czego Ja Jestem potrzebny? - Bo pan nie chce rodziny, luksusów ani innych dóbr materialnych, dla pana liczy się tylko nauka, a Ja pomogę wykorzystać pańskie badania dla dobra ogółu. - Zgadzam się - odparł Karol po chwili zastanowienia. - Od czego zaczynamy? - Coż, Ja sam widzę siebie trochę Jako takiego galicyjskiego Leonarda Da Vinci. Tak Jak on bardzo dużo rzeczy zaczynam, lecz bardzo mało kończę. Niemniej Jednak samemu Leonardowi pod koniec swego życia udało się skonstruować lwa. - Naprawdę? - zdziwił się Olszewski. - Tak. Nie przesłyszałeś się - lwa. Maszynę, która wyglądała Jak lew. Siadała, otwierała paszczę i takie tam. A Jeśli my stworzylibyśmy coś podobnego? Tylko nie lwa, a mechanicznego człowieka? - Przecież to niemożliwe. - Też tak najpierw myślałem, ale tytuł doktora otrzymałem za pracę z zakresu elektryczności. Maszyna parowa odchodzi do lamusa, coraz więcej mówi się o elektryczności. A gdyby tak połączyć Jedną i drugą technologię? Stworzyć maszynę parowo - elektryczną? - To doprowadziłoby do nowej rewolucji przemysłowej - wykrzyknął zdumiony Olszewski. - I przypadkiem połączyłem pomysł maszyny elektryczno-parowej z pomysłem maszyny humanoidalnej i tak oto stworzyłem to. Na chwilę przestał mówić i podszedł do jednej z wnęk w korytarzu. Tam stał przykryty plandeką przedmiot o tajemniczym kształcie. Na pierwszy rzut oka Michał Więckowski 189 wydawał się zwykła stertą złomu, jakich wiele walało się po warsztacie. Gdy galicjski Leonardo, jak nazwał go w myślach Karol, zdjął przykrycie, ich oczom ukazał się dziwny twór. Wróblewski pociągnął dźwignię i maszyna wstała. Miała nogi podobne do szyn, a ręce zaopatrzone w chwytaki. Nie miała głowy, tylko korpus, pełen kabli, zegarów i rur, które zaczęły buchać parą. - Ecce mech - rzekł dumny wynalazca. - Te chwytaki służą do przenoszenia towarów. A odpowiednio dostosowany może mieć zastosowanie w hutnictwie, górnictwie, transporcie, tartakach, metalurgii i chyba we wszystkich innych dziedzinach przemysłu. - Tyle, że musi być jakieś ale... - Oczywiście, że tak, wewnątrz jest strasznie gorący i mechanizm mógłby się przegrzać po godzinie pracy. Dlatego naszym pierwszym celem jest wynalezienie czegoś, co będzie go chłodziło. - Jeśli to, co mówisz, to prawda, będziemy mieli do czynienia z krokiem w przód porównywalnym do rewolucji neolitycznej, a Kraków będzie w jej centrum! Masz już jakiś pomysł na tę chłodnicę? - Tak, skroplimy gaz. - Mówisz o metodzie kaskadowej Cailleteta? Po co nam aż takie niskie temperatury? - Zapewniam cię, że zgodnie z moimi obliczeniami są one niezbędne do zrównoważenia tych, które panują w środku mecha. My poprawimy to, co Francuzowi nie wyszło i to będzie pierwszy krok. - Wciąż nie rozumiem, dlaczego pracujesz akurat tutaj? - Bo środowisko naukowe uznałoby mnie za wariata, gdybym robił to na oczach świata i nie traktowaliby poważnie moich badań. - Więc zaczynajmy! - Tylko nie myśl, że zajmuję się tylko tym. Nawet jeśli skroplimy gaz, to nie od razu zastosujemy go w mechu. Ma on wciąż dużo wad. Obaj naukowcy stali dumni przed swą aparaturą w jednym z budynków uniwersytetu. - Skroplenie tlenu trochę trwało, a mamy zamiar skroplić jeszcze azot, może dałoby się to przyśpieszyć - zaczął Olszewski. - O czym myślisz? - zapytał Zygmunt. - Gdybyśmy tak zbudowali podobną aparaturę, tylko większą, w twoim warsztacie, a do prac przy skraplaniu użyli mecha, mogłoby pójść szybciej. Potem powtórzylibyśmy ten proces tutaj. - Można spróbować. Tylko trzeba go będzie odpowiednio dostosować, ale mielibyśmy większą możliwość działania i nie trzeba by się aż tak przejmować bezpieczeństwem, bo nasze życie nie byłoby zagrożone. - No to do dzieła! 190 Panowie od ciekłego tlenu *** W warsztacie Wróblewskiego wydzielono osobne pomieszczenie z proporcjonalnie odwzorowanym sprzętem badawczym. Obaj panowie stali i patrzyli jak zmodyfikowany mech obsługuje aparaturę do skraplania gazów. Wróblewski stał przy pełnym przełączników i manometrów panelu, za pomocą którego kierował pracą mecha. Gruby kabel łączył humano-ida z pulpitem sterowniczym. -1 tak oto tworzy się przyszłość - skomentował będący pod wrażeniem możliwości maszyny Olszewski. I udało się. Krakowscy naukowcy skroplili najpierw tlen, a potem azot. Dzięki nim, uznawany za prowincjonalny, Kraków stał się jednym z niewielu miejsc w Europie, gdzie uzyskiwano temperaturę - 100 stopni Celsjusza. Minęło kilka lat. W dniu 25 marca 1888 doszło do straszliwego wypadku. Zygmunt Wróblewski przypadkowo oblał się naftą, która następnie zapaliła się, a płomień dotkliwie poparzył profesora. Zmarł on kilka tygodni później, 16 kwietnia 1888 roku. Myśląc o swoim zmarłym przyjacielu, Olszewski zastanawiał się, co się stało z mechem, ową niesamowitą parowo - elektryczną maszyną. Wyrzucał sobie, że nie znalazł w sobie dość determinacji, aby skłonić Zygmunta do przekazania planów tego wynalazku. Olszewski zapamiętał jednak słowa przyjaciela, pracował i przynosił miastu sławę. Wraz z nim tworzyło wielu innych, a Kraków wciąż się rozwijał. Coraz bardziej zyskiwał na znaczeniu. Z „polskiego Rzymu“ stawał się „polskimi Atenami" i sercem polskiego życia kulturalnego. Odkrycia i sukcesy przyniosły mu sławę w całej Europie. Pewnego dnia otrzymał list z Królewskiej Akademii Nauk w Londynie. Angielscy naukowcy zwrócili sie do niego z prośbą o skroplenie helu i argonu. Zadanie było trudne, bardzo niebezpieczne, ale to było wyzwanie, któremu Olszewski nie potrafił się oprzeć. Długo myślał nad ryzykiem związanym z realizacją owej prośby. - Przydałby się mech - przemknęło mu przez głowę - tylko co się z nim stało ...? Może został w sekretnym warsztacie Wróblewskiego? W końcu zebrał się na odwagę i postanowił wrócić do laboratorium na Kleparzu. Na miejscu zastał zamknięte na głucho drzwi. Przy pomocy paru studentów udało mu się je wyważyć. Warsztat był zapuszczony. Temperatura wewnątrz nie była tak samo mroźna jak kiedyś. Wszystko było wilgotne, a w powietrzu unosiła się woń stęchlizny. Olszewski podszedł do znanego mu kształtu i odsłonił mecha. - Tylko cicho o tym, co tu zobaczycie - mruknął do reszty. Po czym razem z uczniami wziął się do pracy. Po kilku dniach udało im się uruchomić mechanizm. Karol nie do końca wiedział, jak obsługiwać mechaniczne monstrum, lecz zaryzykował. Udało mu się również przywrócić do życia aparaturę do skraplania gazów. Prace ruszyły z kopyta. Wspólnie ze studentami i przy pomocy mecha Olszewski dokonał tego, o co zwrócili sie do niego angielscy naukowcy. Michał Więckowski 191 *** Był ponury, deszczowy dzień, po szybach uniwersytetu bębniły krople deszczu, wybijając swoją melodię. Do gabinetu profesora Olszewskiego wszedł inny naukowiec, jego akademicki kolega po fachu Alfred Obaliński. - Witam szanownego pana - zaczął. - Dzień dobry. Proszę, niech pan usiądzie - odpowiedział Olszewski, po czym wskazał mu krzesło. - Jakimś cudem wcześniej nie mieliśmy okazji ze sobą porozmawiać, przyszedłem do pana z ważną sprawą. - Jaką? - Propozycją pewnej współpracy naukowej. Jak pan wie, mam nowoczesne podejście do medycyny. Jakiś rok temu Niemiec, Wilhelm Róntgen zapoczątkował nową dziedzinę nauki, zwaną od jego nazwiska rentgenografią. Pozwala ona zajrzeć w głąb ciała człowieka i obejrzeć stan jego kości dzięki... - Promieniowaniu. Tak, znam tę historię, co ja mam z tym wspólnego? - Jest pan jednym z największych polskich naukowców. Polskich - powtórzył z naciskiem. Możemy sprowadzić tę metodę na ziemię polskie. W ten sposób uratujemy życie tysięcy ludzi, naszych rodaków. Zwłaszcza, że wie pan, jak opłakany jest stan medycyny w Krakowie. Zna pan śmiertelność dzieci. Chorym można pomóc dzięki cudom współczesnej nauki. - Słyszałem już kiedyś coś bardzo podobnego. Panu też Wróblewski pokazał swój warsztat? - Skąd pan o tym wie? - Mnie też kiedyś namówił do pomocy. I miał rację. Pan robi to samo, co ja, walczy swoją wiedzą o Polskę. Tyle że ja jako chemik i kriogenik, a pan jako prymariusz szpitala św. Łazarza i chirurg. -Więc jaka jest pana decyzja? - Zgoda, będziemy działać wspólnie panie Obaliński - odpowiedział Olszewski, po czym wstał i podał rękę swojemu gościowi. - Udało się! - krzyk rozbrzmiał po całej katedrze fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Podekscytowani Obaliński i Olszewski oglądali pierwsze wykonane przez Polaków zdjęcie rentgenowskie. Obaj z podziwem wpatrywali się w swoje dzieło. - Kraków znów jest pierwszy - stwierdził Olszewski. - Drugi na swiecie, ale pierwszy w Polsce - uściślił Obaliński. - Oby za naszym przykładem poszli inni. - To niesamowite. - Tak, bez wątpienia, historia nam tego nigdy nie zapomni, jednak ja robię takie rzeczy niemal codziennie, rozumie pan? - zażartował Karol. 192 Panowie od ciekłego tlenu - Akademia Nauk Jagiellońska 22, tak pana określają za plecami, -1 dobrze - odpowiedział, po czym roześmiał się. Trwali chwilę w milczeniu, aż w końcu pierwszy odezwał się Olszewski: - Czym się pan teraz zajmie? - Myślę nad opracowaniem użycia piłki Gigliego do trepanacji czaszki. - Przepraszam, nie znam się na medycynie, czym jest ta piłka? - Narzędziem służącym pierwotnie do pubektomi, czyli przecinania spojenia łonowego podczas porodu. Nazwa pochodzi od jej twórcy Leonardo Gigliego. Leonardo - to imię przypomniało Olszewskiemu galicyjskiego Leonarda - Wróblewskiego. Tyle mogliby razem dokonać, gdyby nie jego tragiczna śmierć. - Mimo wszystko, nie licząc rentgenografii, medycyna to dla mnie terra incognita. Wątpię, żeby moje odkrycia i badania przysłużyły się do jej rozwoju. - Kto jednak wie, co przyniesie jutro? Los bywa przewrotny. Może kiedyś wykorzystają pana dzieło, do podróży w kosmos? - zażartował Obaliński. Po tych słowach obaj naukwcy roześmiali się serdecznie. - Podróże w kosmos to dla mnie jednak niemożliwy do zrealizowania wymysł tego fan-tasty Verne‘a. - Ale wie pan, profesorze, życie potrafi zaskakiwać. Z resztą to, co pan robi, też było dla wielu wcześniej czymś niemożliwym. Czym pan się teraz zajmuje? - zadał pytanie profesor Obaliński. - Jak to zwykle, trochę wszystkim, trochę niczym, głównie żałuję, że nie udało mi się opracować przemysłowej metody skraplania gazów. Trudno. Trzeba przecież dać też szansę innym. - Gdyby Wróblewski mógł nas widzieć...- zadumał się Obaliński. - Na pewno byłby dumny z tego, co uczyniliśmy, myślę, że jako jedyny mnie rozumiał, ja też kiedyś chciałem walczyć za ojczyznę tak jak on. Uciekłem z domu, żeby przyłączyć się do powstania, ale nie udało się i trafiłem do więzienia. Ale potem tak jak on zacząłem walczyć o ojczyznę nie bronią, ale swoim talentem, swoimi badaniami i przede wszystkim pracą dla dobra przyszłych pokoleń Polaków. Po tym stwierdzeniu na dłuższą chwilę zapadło milczenie. - A co pan myśli o koncepcji metropolitalnej? - zapytał sie Obaliński i rozmowa zeszła na bardziej przyziemne tematy. *** Tego samego dnia Olszewski zamyślony wracał do domu. Jego wynalazki i podróże w kosmos. Zupełna niedorzeczność! Chociaż może niekoniecznie...Przez to, że nie skupiał się na drodze, doszedł do bogatszej części miasta, zamiast do swojego mieszkania. Ulicą spacerowali ubrani w mundury z różowo-białymi wyłogami żołnierze trzynastego pułku piechoty, wytworni ziemianie i piękne damy. Michał Więckowski 193 To było miasto, o którym wszyscy będą pamiętać. Tak skrajnie różne od tego, które widział kilka łat temu, idąc na spotkanie z Wróblewskim. Jednak ludzie będą pamiętać tylko o tym wytwornym Krakowie z dzieł artystów. Kto opisze ten drugi Kraków, ten pełen biedy, głodu, brudu, ale i nadziei? Nadziei na lepsze jutro. *** - Kiedyś nie było dla mnie rzeczy niemożliwych - wspominał Olszewski - na prośbę Anglików, którzy sami tego nie potrafili, skropliłem argon i hel. Tak, tak, stare dzieje. A Kraków teraz... Nie poznaję tego miasta. To nasze dzieło. Bez wybitnych Polaków, którzy poświęcili się pracy, nie byłby to jedno z najważniejszych miast Austro - Węgier. Ale nie to jest ważne. Ważne jest to, że bez nas nie byłaby to ostoja polskości. To zostawili przyszłym pokoleniom tacy ludzie jak Wróblewski, Obaliński, Kossak, Wyspiański, Matejko i wielu innych. Kraków rzeczywiście coraz bardziej się rozwijał i unowocześniał. W 1901 roku wybudowano wodociąg. Rozkwitała kultura. To tu wybuchła Młoda Polska i to tu dzięki Piłsudskiemu w sercach i umysłach kiełkowało państwo polskie. Wcześniej jednak odbył się pewien dość skromny pogrzeb. Niewiele osób wiedziało o śmierci wybitnego Polaka, który poświęcił całe życie nauce. Również jego sukcesy znane były nielicznym. A przecież był to człowiek, który jako pierwszy i przez długi czas jedyny na świecie potrafił uzyskać temperaturę - 225 stopni Celsjusza, człowiek, do którego listy pisali najwięksi naukowcy i uczelnie tamtych czasów. Chociaż sam Olszewski chciał, aby jego pogrzeb był cichy i kameralny. Takie było jego ostatnie życzenie. Na szczęście po odrodzeniu wolna Polska oddała mu hołd, odznaczając go 11 listopada 1936 roku Krzyżem Komandorskim Orderu Odznaczenia Polski. Dziś, dzięki ciekłemu tlenowi, możliwe są loty w kosmos. Jest on bowiem używany jako utleniacz w silnikach rakietowych. Natomiast ciekły azot stosuje się w krioterapii oraz do usuwania chorych tkanek ciała. I pomyśleć, że tak wielkich odkryć dokonano w zaściankowym wręcz Krakowie. Los jak zwykle bywa przewrotny... Recenzje Jan Chłosta POLSKA SZKOŁA WPISANA W HISTORIĘ STAREGO TARGU 90 lat szkoły polskiej lo Starym Targu, red. Adam Langowski, Gdynia 2019. s.l 10 Chociaż w tytule podkreślono rocznicowy charakter wydawnictwa, to jego zawartość treściowa wcale nie jest okazjonalna ani przypadkowa. Potwierdzają to interesujące w różnych formach zamieszczone teksty o ludziach i samej szkole polskiej w Starym Targu, utworzonej 3 czerwca 1929 r. wraz ze szkołami w Trzcianie i Waplewie na Powiślu. Mam na myśli wywiady z dziećmi niezwykłego nauczyciela tamtej szkoły polskiej Franciszka Jujki (1906-1943 łub 1944), ze synem Zbigniewem, znanym ry-sownikiem-karykaturzystą, współpracownikiem „Dziennika Bałtyckiego” oraz z jego siostrą Marią, urodzonymi właśnie w tej wsi, którzy w sposób zwyczajny, bez patosu, przypomnieli patrona współczesnej szkoły. Pani Maria na pytanie: czy kiedykolwiek odczuwała żal wobec ojca, że wybrał właśnie taką drogę życia? Odpowiedziała: „Brakowało go bardzo i zazdrościłam dzieciom, koleżankom i kolegom, którzy mieli ojców. Czułam, że jestem uboższa przez to, że go nie mam, ale zawsze była z taty dumna. Żeby takich ludzi było więcej, to może inaczej by się to wszystko potoczyło. Pretensje miała tylko siostra mojej mamy, że zostawił czwórkę dzieci, że ważniejsze były sprawy polityczne, niż rodzina. A ja uważam, że nie. Dzięki takim mamy to co mamy, i mamy wolną Polskę. Myśmy nigdy ze strony mamy nie słyszeli żeby były jakieś pretensje, czy żal do ojca. Zawsze nam powiadała: jak będziecie starsi, to wtedy do- piero zrozumiecie, ile on zrobił dla Polski, że był polskim patriotą. Mama była bardzo zakochana w ojcu i w tym, co robił, mimo że miała przy nim ciężkie życie, bo przecież czworo dzieci do wychowania. To nie było łatwe. Była dumna ze swego męża. Zawsze mówiła, że był bardzo dobry, dbał o dzieci i rodzinę, ile miał czasu, bo tego czasu miał bardzo mało”, (s. 29). Dalej wyróżniają się zamieszczone wspomnienia: profesora Józefa Bachórza, który właśnie w Starym Targu rozpoczął swoją pracę pedagogiczną, a zakończył na Uniwersytecie Gdańskim, nadto Janiny Wiśniewskiej, komendantki hufca ZHP, wreszcie uczennicy, nauczycielki, dyrek- Recenzje 195 tora szkoły Danuty Balickiej, oprócz tego tekst o nauczycielce i dziennikarce Krystynie Muszyńskiej, pióra Leszka Sarnowskiego i przedruk wywiadu z panią Krystyną, przeprowadzony przez Stanisława Bortnow-skiego, także przez jakiś czas nauczającego w kwidzyńskim liceum. Rozmowa została zamieszczona w „Polonistyce” jeszcze w 1985 roku. W książce znalazły się dwa teksty historyka nauczającego w tej szkole Adama Langowskiego o wyróżniających się piłkarzach ze starotarskiej szkoły, włącznie z bramkarzem Sylwestrem Wyłupskim oraz artykułem o historii lokalizacji i budowie ewangelickiego kościoła we wsi, po 1945 roku zamienionego w salę gimnastyczną. O nauczycielach wywodzących się z różnych stron Polski, którzy po drugiej wojnie światowej podjęli tu nauczanie, można napisać, że zawsze znajdowali zrozumienie dla tamtego trudnego trwania żyjącej tu ludności polskiej, nie poddającej się wynarodowieniu. Całość została uzupełniona opracowaniami Andrzeja Lubińskiego, Janusza Rysz-kowskiego oraz Krystyna Zdziennickiego. Dodajmy, że Stary Targ był chyba jedną z nielicznych wsi, w jakiej w latach 1953-1957 istniało Liceum Pedagogiczne. Szkoda, że w książce nie znalazły się choćby krótkie wzmianki o pozostałych nauczycielach Polsko-Katolickiej Szkoły w Starym Targu, otwartej w 1929 roku, a więc Antonim Sarnowskim, pierwszym nauczycielu, podobnie jak Jujka został 17 listopada 1932 r. został pozbawiony prawa nauczania na Powiślu i rozstrzelono go pod Rypinem w 1939 roku. Dwóch nauczycielach krótko tam nauczających - Warmiaku Franciszku Schnarbachu i Józefie Neugebauerze, wreszcie o ostatnim nauczycielu tej szkoły przed 1939 rokiem Janie Mondrym. Poza tym we wstępnym wprowadzeniu o edukacji w ję- zyku polskim na Powiślu został pominięty, moim zdaniem nadzwyczaj ważny epizod, wyróżniający te ziemie przed plebiscytem w 1920 roku. Otóż w marcu tego roku zarządzeniem Komisji Międzysojuszniczej aż do 40 szkół w powiatach sztumskim, części kwidzyńskiego i suskiego, w tym także do Starego Targu, wprowadzono nauczanie języka polskiego w wymiarze trzech godzin tygodniowo. Musiało w tym rejonie pracować wtedy więcej nauczycieli znających ten język. Nie trzeba było, jak na Warmii, sprowadzić nauczycieli z kraju. Tym nauczaniem objęto na Powiślu około 2000 dzieci. Po głosowaniu 11 lipca 1920 roku w dawnej rejencji kwidzyńskiej utrzymano to nauczanie w szkołach niemieckich. Z upływem czasu pod naciskiem niemieckich organizacji nacjonalistycznych to nauczanie polskiego ograniczono do 21 szkół, a w leeie 1922 roku pozostało tych szkół zaledwie dwanaście. Pragnę też przypomnieć, że w 1999 roku udało mi się nakładem Wyższego Seminarium Duchownego „Ho-sianum” w Olsztynie wydać niewielkich rozmiarów antologię z 55 utworami 1^'mz^ spod znaku Rodła, w tym pięć utworów F. Jujki: Marsz rodłowej młodzieży, Stara basn, Spotkałi się bracia. Kochaj i Do kościoła. Te drobne uzupełnienia nie pomniejszają w żadnym wypadku wartości i znaczenia zbiorowego wydawnictwa 90 łat szkoły poł-skiej w Starym Targu. Dobrze byłoby, aby wzorem Starego Targu na Powiślu, pozostałe szkoły także na Warmii Pograniczu i Śląsku, noszące nie tylko patronów nauczycieli polskich szkół z lat międzywojnia, w taki sposób uczciły ten niezwykły jubileusz. Wydawnictwo przygotowane do druku przez Adama Langowskiego zostało bogato ilustrowane mało znanymi fotografiami, rysunkami Zbigniewa Jujki oraz dokładką z 20 kolorowymi zdjęciami. 196 Recenzje Andrzej Lubiński z DONIMIRSKIMI PRZEZ DWA STULECIA Donimirscy - ocalić od zapomnienia... Wspomnienia i notatki rodziny ziemiańskiej, red. Jacek Schirmer, Kraków 2018 W dniach 6-7 października 2018 roku w Korzkwi niedaleko Krakowa miał miejsce kolejny zjazd rodziny Donimirskich. Na tę okoliczność Jacek Schirmer przygotował publikację „Donimirscy - ocalić od zapomnienia... Wspomnienia i notatki rodziny ziemiańskiej”. W pracach redakcyjnych pomagała mu żona Grażyna. Publikacja składa się z wprowadzenia, siedmiu rozdziałów, zakończenia, indeksu osobowego i aneksów. Autor wybrał wspomnienia Marii z Donimirskich Świackiej, Zygmunta Domimirskiego, Janiny z Donimirskich Łuczyńskiej, Witolda Donimir-skiego, Wojciecha Donimirskiego, Haliny z Donimirskich Szyrmerowej i Stanisława Donimirskiego, ilustrujące okres zaborów, lat wojny 1914-1920, międzywojnie, rok 1939, wojny ciąg dalszy. Powstanie Warszawskie i Polskę „ludową”. We wprowadzeniu Jacek Schirmer krótko przybliża dzieje rodu Donimirskich herbu Brochwicz, wywodzącego się z Kaszub, ale najsilniej związanego z historią Ziemi Sztumskiej. Rozpoczął ją Wojciech, który w 1749 roku został sędzią sądu ziemskiego w Sztumie. Donimirskich spotyka się potem także na ziemi chełmińskiej, wielkopolskiej oraz w zaborze rosyjskim (Kożuszki). Aktywnie uczestniczyli w polskim ruchu narodowym Prus Zachodnich, jako żołnierze w armii niemieckiej w czasie I wojny, po jej zakończeniu w powstaniu wielkopolskim i wojnie bolszewickiej. Ci, co pozostali na Ziemi Sztumskiej, włączyli się w działania plebiscytowe i Związku Polaków w Niemczech. Najobszerniejsze są wspomnienia Marii z Donimirskich Świackiej (1872-1954), obejmujące lata 1872-1924. Interesująco autorka opisuje życie w podtoruńkich Łysomicach, gdzie spędziła młodość, do czasu wyjścia za Karola Świackiego w roku 1894, właściciela ziemskiego na Białorusi. Po ślubie małżonkowie zamieszkali w Bielicy. Utrzymywali kontakty towarzyskie z rodziną Giedrojć-Jurahów, Romanowiczów, Poczobut Odlanickich, Wańkowiczów. Recenzje 197 Świacka relacjonuje, jak to pozbawiony opieki lekarskiej, oświaty żył lud białoruski. Sama została prezeską Sieńskiego Towarzystwa Oświaty i Dobroczynności. Po wybuchu I wojny walnie przyczyniła się do utworzenia Komitetu Pomocy Ofiarom Wojny. W działania społecznikowskie włączył się również jej syn Stanisław. Po wybuchu rewolucji lutowej i październikowej 1917 roku, gdy rozpoczął się terror bolszewicki, znalazła się ponownie z rodziną w 1918 roku na Pomorzu. Prowadziła kursy języka polskiego i historii w Łysomicach oraz w Toruniu, gdzie syn kierował działem oświatowym w wojsku. W 1919 roku przebywała w Warszawie i przewodziła Komitetowi Obrony Kresów Wschodnich. Niebawem jednak wraca na Pomorze, kierując akcją Ratujcie Dzieci. Zygmunt Donimirski (1877-1958), urodzony w Wielkich Ramzach koło Sztumu, odbył służbę wojskową w armii niemieckiej. Po śmierci ojca przejął majątek Kożuszki i w ciągu kilku lat doprowadził do jego rozwoju. Po wybuchu I wojny światowej, jako obywatel państwa niemieckiego, musiał opuścić dotychczasowe miejsce zamieszkania i udać się w głąb Rosji. Astrachań, Samara, Orzeł, Moskwa, Wołogda - znaczyły jego drogę. W Ustiugu doczekał się chwili, gdy rodziną mógł powrócić do Polski. Majątek Kożuszki zastał zniszczony, jego odbudowa trwała do 1926 roku. Synowie Zygmunta, po dziadku Józefie Dąmbskim, otrzymali majątki Szczakowo i Dębianki na Kujawach. Pasją Zygmunta było myślistwo, a największym trofeum to upolowanie rysia. Po drugiej wojnie Zygmunt wrócił do Kożuszek, nie na długo jednak, bo majątek podlegał reformie rolnej. Krótko mieszkał z rodziną w Malborku, by przenieść się do Krościenka. W latach 1948-1956 prowadził nieregularne notatki, zapisując, kto go odwiedzał. Ostatnim miejscem zamieszkania była miejscowość Gołąbki. Janina z Donimirskich Łuczyńska (1913-1998) urodziła się w Gawłowi-cach. Majątek był wzorowo prowadzony przez ojca Edwarda, rolnika i społecznika. W roku 1918 ojciec kupił majątek Smu-szewo, gdzie w okresie międzywojennym goszczono generała Dowbór Muśnickiego i ppłk Władysława Andersa. Po wybuchu 11 wojny Janina z rodzicami znalazła się w Generalnym Gubernatorstwie. Po wyzwoleniu rodzina wróciła do Smuszewa, ale na krótko. Zamieszkali w Bydgoszczy, potem przenieśli się do powiatu lęborskiego, gdzie ojciec autorki podjął pracę w majątkach Państwowych Nieruchomości Ziemskich. Maria pracowała w fermach drobiu. Jesie-nią 1954 roku wyszła za mąż za Rudolfa Łuczyńskiego. Witold Donimirski (1927-2012), urodzony w Gołanicach, jako dziecko obserwował niemieckie przygotowania do mającej nadejść wojny. Ojciec został rozstrzelany przez Niemców, rodzina znalazła się we Włoszech, dzięki pomocy włoskiego męża jednej z ciotek. Witold chodził do szkoły średniej w Yaraese. Od 1943 we Francji był uczniem polskiego gimnazjum niedaleko Grenoble. Po zakończeniu wojny uczęszczał do liceum w Paryżu. W lipcu 1947 roku przyjechał z matką do Bydgoszczy. Po maturze i odbyciu służby wojskowej w 1950 roku został studentem historii na UMK. Potem podjął prace w szkolnictwie specjalnym. Po przejściu na rentę chorobową pracował chałupniczo. Wojciech Donimirski (1922-1979), który urodził się w Kożuszkach, opisuje próby przedostania się do oddziału powstańczego AK w stolicy, ale nie mając broni, nie został wcielony. Ostatecznie znalazł się w oko- 198 Recenzje licach Radomska i trafił do partyzantki razem innymi, którzy nie zostali przyjęci w Warszawie. Wspomnienia Stanisława Donimir-skiego (1928-2012) i jego siostry Haliny (1918-2008), urodzonych w Czerninie, były opublikowane w książce „Był taki świat”. Jacek Schirmer zdecydował się, by je przypomnieć, ponieważ ukazują dramat uciekających przed niemiecką inwazją we wrześniu 1939 roku. Obszerniejsze są wspomnienia Haliny, która walczyła w powstaniu warszawskim. Stanisław Donimirski po ukończeniu studiów na Politechnice Warszawskiej rozpoczął pracę w Wojskowej Akademii Technicznej. W latach 1980-1982 prowadził dziennik, opisując sytuację kraju z perspektywy tego, co działo się w macierzystej uczelni. Na przykładzie losów rozgałęzionej rodziny Donimirskich książka ukazuje fragment historii Polski od drugiej połowy XIX do lat osiemdziesiątych XX wieku. Czytelnikom interesującym się literaturą wspomnieniową i regionalną gorąco polecam tę pozycję. Alicja Łukawska LUTRY Helena Leman, W każelym końcu jest po-cziftek. Lutry na Kaszubach, Wydawnictwo Bemardinum, Pelplin 2018 Jak powstała ta książka? Najpierw była wystawa czarno-białych fotografii artystycznych Leszka Zurka (absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku i Poznaniu, wykładowca fotografii i psychofizjologii widzenia na Polsko-Japońskiej Akademii Nauk Komputerowych) pod tytułem „Lutry. Dokument wyobrażony”, którą jesienią 2017 roku można było oglądać w oddziale Zielona Brama Muzeum Narodowego w Gdańsku. „Lutry” - tak właśnie mieszkający na Kaszubach Polacy-katolicy nazywali kiedyś swoich niemieckich sąsiadów, którzy wyznawali luteranizm (ewangelicyzm). „Lutry” zniknęli z Kaszub w 1945 roku, kiedy ll<’h‘iiu Leman ®X baiopm bońru jcar poctątrb Łnrrp na J^aeutbar^ skończyła się II wojna światowa. Większość z nich uciekła na zachód przed Armią Czerwona mroźną zimą tamtego roku, inni wyjechali tuż po wojnie. Pozostały po nich Recenzje 199 Świątynie zwane „kirchami”, a także cmentarze. I to właśnie owe zaniedbane i opuszczone poniemieckie nekropolie były głównym tematem malowniczych zdjęć Leszka Zurka utrzymanych w stylu zwanym przez romantyków „poezją ruin”. W katalogu tej wystawy znalazło się także kilka esejów Heleny Leman z Malborka. Ich autorka to urodzona w Kartuzach absolwentka historii Uniwersytetu Gdańskiego, nauczycielka historii w szkole średniej, a jednocześnie reporterka współpracująca od lat z tygodnikiem „Przegląd”. Później tekst z katalogu wystawy został znacznie rozbudowany i tak właśnie zrodziła się ta książka ilustrowana zdjęciami Leszka Zurka. - Zbierając do niej materiał, jeździłam samotnie po Kaszubach na rowerze, zwiedzałam stare cmentarze i rozmawiałam z napotkanymi tam ludźmi. Założyłam sobie, by były to rozmowy spontanicznie, dlatego prawie nigdy nie umawiałam się z nikim wcześniej, że przyjadę - wyjaśniła Helena Leman na spotkaniu promocyjnym swojej książki w Malborku, które odbyło się w listopadzie 2019 roku. Z pewnością w tych rozmowach pomagało jej to, że włada językiem kaszubskim, którym - jak wspomina - mówiono w jej domu rodzinnym. Autorka ze swoim rowerem odwiedziła cmentarze w takich miejscowościach jak Kościerzyna, Grabowo Kościerskie, Pełk, Karwieńskie Błota, Dziemiany, Szpon, Nowe Polaszki, Brzyno, Wierzchucino, Babi Dół, Niedamowo, Kobyle, Kaplica, Somonino, Egiertowo, Sulęczyno i Bukowa Góra pod Bytowem. Niektóre z nekropolii były łatwe do odnalezienia, do innych musiała się przedzierać przez różne chaszcze, zarośla, wiatrołomy, zrujnowane płoty i inne przeszkody terenowe, nieraz pytając o drogę miejscowych mieszkańców. Jedne cmentarze były w niezłym stanie, na innych pozostały tylko resztki starych nagrobków i metalowych, rzeźbionych krzyży oraz ozdobnych „płotków”, którymi - zgodnie z niemiecką modą sprzed II wojny - otaczano poszczególne nagrobki. Czasem część cmentarnego dobytku już dawno gdzieś wywędrowała, np. na cmentarz katolicki albo do skupu złomu metali kolorowych. Niektóre poniemieckie miejsca pochówku zupełnie zlikwidowano, zamieniając je w cmentarze katolickie, albo miejsca budowy nowych obiektów. Na cmentarzu w Grabowie Kościerskim autorka znalazła leżące na grobach niewielkie artefakty z białego gipsu, na których widniały czarne napisy po niemiecku w stylu biblijno-filozoficznym. Jeden z nich - „In jedem Ende steht ein Anfang” („W każdym końcu jest początek”) - wykorzystała jako tytuł tej książki. Miejscowy przewodnik nie wiedział, kto chodzi po cmentarzach w okolicy i kładzie te kawałki gipsu z napisami. Według niego są one współczesne, całkiem nowe. Kto je robi i podrzuca na stary cmentarz? Jakiś lokalny artysta? A może jeden z ostatnich ewangelików na Kaszubach? Bo i tacy jeszcze tam mieszkają. Nie wszyscy bowiem Niemcy stąd wyjechali. Niektórzy uciekli i potem wrócili, inni natomiast nie chcieli nigdzie wyjeżdżać i zostawiać swojej ojcowizny, jak np. ekscentryczny Jerzy Żywiec z Pełku, który mieszka w starym młynie należącym dawniej do jego rodziny i wypasa „na dziko” stado swoich krów w okolicznych lasach, przez co ma kłopoty z nadleśnictwem. Starsi wiekiem rozmówcy Heleny Leman opowiadają o różnych Niemcach, z którymi przyszło im dawniej żyć na Kaszubach. Wspominają ludzi przyzwoitych, jak rodzi- 200 Recenzje na von Schadowów z Niedamowa, żyjący w XIX wieku mason Otto Smalian spod Bytowa czy pastor August Weber z Hopo-wa, który w czasie niemieckiej okupacji ratował miejscowych przed aresztowaniami i wywózkami na roboty przymusowe, nie patrząc, kto ewangelik, a kto katolik. Przypominają sobie też złych Niemców jak niejaki Wiegand z tego samego Hopowa, który brał udział w egzekucjach miejscowych Polaków, jakie odbyły się 11 listopada 1939 roku w hopowskim lesie, i zabił tam bagnetem 17-letniego Janka Kleinę. „Przed wojną Niemcy z Polakami w zgodzie żyli, nasi do Niemców na wesela chadzali” - mówią starzy Kaszubi w książce Heleny Leman. Dopiero II wojna światowa dramatycznie zmieniła wcześniejszy porządek świata. Największym walorem książki „W każdym końcu jest początek. Lutry na Kaszubach” są właśnie owe ulotne opowieści i wspomnienia osób, które jeszcze pamiętają inną, pokojową rzeczywistość. Mimo, że jest to publikacja niewielkich rozmiarów (tylko 79 stron), autorka wykonała naprawdę ogromną pracę! Z ogromną pieczołowitością i wrażliwością pozbierała rozmaite okruchy pamięci i ułożyła z nich barwną mozaikę rozmaitych impresji i „życiowych” scenek z dawnych i współczesnych Kaszub. Jej eseje są jak okno, przez które czytelnik może zajrzeć do innego, przedwojennego świata, w którym możliwe było, że Polka przyjaźniła się w szkole z Niemką, nie zwracając uwagi na różnicę wiary i narodowości. Właściwie każda z tych historii może być punktem wyjścia dla jakiejś większej formy narracyjnej, na przykład powieści, opowiadania czy scenariusza filmowego. To wspaniałe, że autorce udało się jeszcze złapać tych ostatnich, odchodzących już świadków historii i porozmawiać z nimi. Całość czyta się bardzo szybko i lekko, ale nie jest to książka „jednorazowa”, tylko taka, do której się wraca raz po raz, za każdym razem odkrywając w niej coś nowego. Leszek Sarnowski MAREZIACY Z PASJĄ Przystanek Mareza, Red M. G. Wandtke, A. Czechowska, E. Szepecka, Kwidzyn 2019 To niewielka książeczka, żeby nie powiedzieć broszurka. Można by się oczywiście czepiać edytorsko-redakcyjnych błędów, ale właściwie po co? To książeczka, która powstał z pasji i miłości mieszkańców do własnej miejscowości, do Marezy pod Kwidzynem. A jeśli do tego dodać niebywałą aktywność Gminnego Ośrodka Kultury, który wspiera finansowo takie oddolne działania (pod kierunkiem wyjątkowo aktywnej dyrektor Katarzyny Bednarek - od listopada tego roku na nowej już posadzie dyrektora Biblioteki Miejsko-Powiatowej w Kwidzynie), to mogło wyjść z tego coś wyjątkowego. I tak też jest. Recenzje 201 Publikacja składa się z dwóch części - historycznej i współczesnej. Autorką opowieści z przeszłości jest Pani Maria Grażyna Wandtke, przy współpracy Ariety Czachowskiej. Dominują tu wspomnienie z okresu powojennego, trudnego czasu osadników, którzy przybywali na Powiśle z całej Polski. Autorki publikacji zapraszają w podróż ulicami współczesnej Marezy, ale oczami powojennych osadników, nawiązując często do przedwojennych klimatów, a to szukając śladów dawnej restauracji, czy ustalając jakie funkcje przed wojną pełniły poszczególne budynki lub jakie rodziny w nich mieszkały. Sporą część zajmują wspomnienia o kolejce wąskotorowej, która, poza funkcją użytkową, komunikacyjną, stanowiła niewątpliwą atrakcję turystyczną tej niewielkiej miejscowości. Dworzec kolejowy w Marezie jeszcze po wojnie był miejscem spotkań i zabawa mieszkańców wsi. Przez istniejącą przed wojną przeprawę pro- mową można było przeprawić się na drugą, polską, stronę Wisły. Kolejkę zlikwidowano w latach 80-tych. W części współczesnej wędrujemy do prywatnego „muzeum regionalnego” Edmunda Struzika, który zbiera właściwie wszystko, co wiąże się z Marezą, tą przedwojenną i dzisiejszą. Centrum życia kulturalnego to biblioteka. To tutaj spotykają się śpiewające „Marezianki”, seniorzy ze Stowarzyszenia 50+, a także Stowarzyszenie Miłośników Marezy „Ciuchcia”. „Mareza to jedno z piękniejszych miejsc na naszej planecie”, pisze w Elżbieta Sze-pecka, autorka współczesnej części publikacji. No i trudno z takim emocjonalnym zapisem polemizować. Pokazuje to jednak wyjątkowy stosunek piszących mieszkańców do swojej miejscowości. Zauroczenie, oczarowanie, zachwyt. Pewnie mocno subiektywny, no ale jaki może być, skoro autorzy opisują miejsce, w którym im się dobrze żyje. Pozazdrościć. Publikacja została dofinansowana ze środków Gminnego Ośrodka Kultury w Kwidzynie, w ramach konkursu „Inicjatywy Lokalne w Gminie Kwidzyn w 2019 roku”. Noty o autorach Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/1981 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/1990 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa w Sztumie. Meloman, autor książki Zapiski melomana zproioincji. Krystyna Błaszczyk-Ryszkowska - pomysłodawczyni Ogólnopolskiego Przeglądu Sztuki Więziennej w Sztumie i organizatorka pierwszych edycji tego konkursu. Współre-daktorka antologii literatury więziennej „Oko judasza” (Sztum 2006). Pracuje w Bibliotece Sztumskiego Centrum Kultury. Jan Chłosta - dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 50 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu (Warmia i Mazury w literaturze polski^' i niemiecki^ u> latach 1945-1995) leksykonów (Słownik Warmii), prac o Wydawnictwie „Gazety Olsztyńskiej” i ludziach z nią związanych, wydawca wierszy i prozy M. Zientary-Malewskiej, ks. W. Barczewskiego, J. Liszewskiego, K. Frenszkowskiego oraz zbiorków wspomnieniowych o ludziach regionu. Krzysztof Czyżewski - eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze - sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transre-gional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Od ćwierć wieku nauczyciel w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania (2010), który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie opublikował książkę poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. W 2013 roku jako pierwszy tom „Biblioteki Prowincji” ukazała się Koronczarka. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. Andrzej C. Leszczyński - nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydał: Ojciec człowieka Szkice afiniczne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropologiczne (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. Andrzej Lipniewski - urodził się w 1945 roku w Białymstoku, zmarł w 2019 w Gdańsku. Poeta, muzyk rockowy i malarz, absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. W latach 1967-1976 związany z Żuławami, stając się bardem i kronikarzem tej ziemi i jej mieszkańców. Pracował jako nauczyciel i działacz kultury, był m.in. kierownikiem klubu Paradoks przy Powiatowym Domu Kultury w Nowym Dworze Gdań- Noty o autorach 203 skim. Wcześniej wokalista i kompozytor gdańskiej grupy big-beatowej Tony muzykował w kapelach PDK - Znad Morza i North. Po latach z synem Symeonem wydał płyty - Piosenki własne - 8 (PTL-2002 r.), Znad morza 1 i Znad morza 2 (PTL-2003). Jako poeta debiutował w gdańskim miesięczniku „Litery” w 1971 roku. Drukował (także jako Andrzej Sip) m.in. w „Dzienniku Bałtyckim”, „Poezji”, „Wiadomościach Kulturalnych”, Tyglu”, „Twórczości” i „Prowincji”. Z przygotowanego do wydania tryptyku żuławskiego ukazały się dwa tomy - „Mitologie Stegny Gdańskiej” (Elbląg 1995) oraz „Żuławy podeszczowe” (Gdańsk 1998). Alicja Łukawska - absolwentka filologii polskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy i pracownik naukowy tejże uczelni, dziennikarka pism lokalnych. Pracowała m.in. w prasie bydgoskiej, gdańskiej, malborskiej i tczewskiej. Od kilkunastu lat stały współpracownik miesięcznika „Czwarty Wymiar”. Autorka książki Duchy kresów u/schodnich. Zjawiska paranormalne na dawnej Łotwie, Litwie, Białorusi i Ukrainie, która ukaże się w tym roku. Mieszka w Malborku. Piotr Napiwodzki - ur. w 1972 w Jeleniej Górze, teolog, filozof, tłumacz, były dominikanin. W 2005 obronił doktorat na Uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim. W latach 2006-2010 rektor Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie. Wydał Bliż^ niż się uydaje. O końcu świata, millenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei (2010). Od 2010 mieszka w Koślince koło Sztumu. Grażyna Nawrolska - ur. w Chodzieży. Absolwentka archeologii UAM w Poznaniu i Studium Podyplomowego Muzealnictwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1980 do 2010 roku badania archeologiczne na Starym Mieście w Elblągu. Od 2010 roku pracowała w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu. Autorka kilkudziesięciu publikacji naukowych w Polsce i Belgii, Irlandii, Szwajcarii, Niemczech. W 2010 roku obrona doktoratu na Uniwersytecie we Wrocławiu. Mieszka w Elblągu. Wiesław Olszewski - ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof oraz Muzeum Zamkowym w Malborku. Piotr Opacian - podróżnik, kajakarz i fotograf przyrody, zainteresowany głównie Ameryką Południową, gdzie zorganizował już wiele wypraw. Za samotne przepłynięcie kajakiem Rio Madidi znajdującej się w słabo poznanej Amazonii Boliwijskiej otrzymał statuetkę Kolosa 2005 i nagrodę dziennikarzy. Podróżował również do Afryki, w góry Ałtaju, wyprawy syberyjskie i na Spitsbergen. Instruktor kajakarstwa i członek Rady Kolosów w kategorii Wyczyn Roku. Jedną z ostatnich podróży odbył na Syberię po rzece Oleniok, śladami Aleksandra Czekanowskiego, zesłańca po powstaniu styczniowym, podróżnika i badacza Syberii. Marcin Owsiński - dr n. humanistycznych z zakresu historii, absolwent Wydziału Nauk Historycznych UMK w Toruniu oraz Podyplomowego Studium Muzealniczego UJ w Krakowie. Od 1999 r. pracownik Muzeum Stutthof, kustosz dyplomowany, edukator, kierownik Działu Naukowego Muzeum. Autor i redaktor kilkudziesięciu publikacji edukacyjnych, naukowych i popularnonaukowych dotyczących historii @Marcin Z najnowszej 204 Noty o autorach oraz dziejów Żuław, Stutthofu i Sztutowa. Seweryn Pauch - ur. 1979 r. w Sztumie. Absolwent historii Akademii Bydgoskiej. Pracuje jako nauczyciel historii w Pelplinie. Publikował w „Kociewskim Magazynie Regionalnym”, „Informatorze Pelplińskim”, „Nowinach Gniewskich”, „Pomeranii”. Współautor pracy zbiorowej wydanej przez Zrzeszenie Kaszubsko Pomorskie w Tczewie: „Śladami nieznanych działaczy społeczno- kulturalnych Kociewia”. Prowadzi blog o tematyce regionalnej i genealogicznej. Mieszka w Pelplinie. Piotr Podlewski - absolwent historii, nauczyciel w Szkole Podstawowej nr 2 w Sztumie, muzyk, gitarzysta, filar formacji Abodus oraz EjPiEj, współautor projektu muzycznego X--Projekt. Z grupą Abodus nagrał album „Labirynt”, w ramach X-Projekt płytę „Flamenco @Marcin Z Industrial”. Wytrwały tropiciel śladów przeszłości na ziemi sztumskiej. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Statja przedostatnia (2014), Morawscy — pięć pokoleń i pól. Patchwork historyczno-literacki z Powis'la i Kociewia (2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806-1945 (2 014). Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989-1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do wolności oraz Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej. Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Mikołaj Więckowski - uczeń VII klasy Szkoły Podstawowej im. Tysiąclecia Państwa Polskiego w Dzierzgoniu. Miłośnik literatury fantastycznej oraz historii. Już w VI klasie został finalistą Wojewódzkiego Konkursu z historii. Interesuje się też polityką. Bogumił Wiśniewski - ur. w Kwidzynie. Absolwent archeologii na UMK w Toruniu. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. Paweł Zbierski - pochodzący z Gdańska scenarzysta i reżyser. Absolwent UJ i łódzkiej filmówki. Emigrant z Polski. Dyrektor artystyczny założonej w Paryżu firmy Fontaine Media. Wspólnie z Aleksandrą Fontaine wystawił w Teatrze w Perpignone w marcu 2018 francuskojęzyczną, kryminalną sztukę La file a la oalise osnutą wokół wydarzeń związanych z atakiem terrorystycznym na redakcję satyrycznego pisma „Charlie Hebdo” . Od lipca 2018 współzałożyciel wybudowanej w Saint Laurent de Cerdans w Katalonii Galerii „Poray”.