Darczyńcy Kwartalnika Prowincja WOJEWÓDZTWO POMORSKIE Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2024 roku” FOBOS ONE Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos One KOPOCZYŃSKI adwokaci i radcowie prawni ‘S 58 301-^3-1 1 w.-^ó - PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 2(56) 2024 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Piotr Napiwodzki Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy Krzysztof Czyżewski, Paweł Zbierski, Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Adam Langowski, Krystian Zdziennicki Projekt okładki Mariusz Stawarski Str. III i IV Prace fotograficzne Wojciecha Szarugi Skład komputerowy i przygotowanie do druku Ewa Krefft-Bladoszewska Druk Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia VJydawca Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pł Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury oraz Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca, w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Zakład fotograficzny Foto Mono II w Sztumie, Plac Wolności 19 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy: Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Pięćdziesiąta szósta „Prowincja”..............................................5 Poezja Janusz Ryszkowski..............................................................6 Stefan Rusin..................................................................9 Beata Langowska..............................................................11 Proza Łukasz Walendziak - Hostel ....................................................15 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy..............................................22 Wędrówki po prowincji Alicja Łukawska - Żuławskie opowieści.........................................27 Zbigniew Jerzy Woś — Jarnołtowo w życiu Immanuela Kanta......................39 Jan Chłosta — Poetka polskiej Warmii. W 130 rocznicę urodzin i 40 rocznicę śmierci Marii Zientary-Malewskiej.....................................................51 Piotr Zawada - Śladami Napoleona czyli moja wyprawa do Montereau we Francji...59 Andrzej Kasperek - Tu zaszła zmiana...........................................72 Radosław Biskup - Powojenna kronika szkoły w Miłoradzu (1945-1949)...........78 Na tropach historii Andrzej Lubiński - Podróż Melchiora Wańkowicza po Malboreii w 1935 roku.......89 Janusz Ryszkowski - Po sztumskich karczmach, hotelach i kawiarniach krótki przewodnik (część II)...............................................95 Ryszard Rząd - O pomnikach, w które można było wbijać gwoździe...........105 Wiesław Olszewski — Drzymała nie był pierwszy — wspomnienie o rodzie Peplińskich.. 112 Leszek Sarnowski - Porządkowanie pamięci....................................117 Piotr Podlewski - Moje wędrówki po Dolnym Powiślu i okolicy...................123 Prowincje bliskie i dalekie Marek Suchar - Dwa wieczerniki..............................................133 Krzysztof Czyżewski - Notatki słów i obrazów (22)...........................143 Muzyka Wacław Bielecki - Zapiski melomana..........................................151 Galeria Prowincji Szara strefa w fotografii - z Wojciechem Szarugą rozmawia Agnieszka Świercz-Karaś.... 16 5 Piotr Napiwodzki - Patronka Dzierzgonia w różnych odsłonach.................169 Czego ci matka nie powie... Paulina Hoppe-Gołębiewska - Ironiczny przewodnik przetrwania rodzica.........173 Recenzje Piotr Napiwodzki - O poezji parę (być może zbędnych) słów...................176 Noty o autorach..............................................................178 PIĘĆDZIESIĄTA SZÓSTA „PROWINCJA” Letnia kanikuła sprzyja relaksowi, ale też więcej czasu można poświęcić na lekturę. I najlepiej mieć pod ręką kwartalnik „Prowincja”, bo treści sporo i każdy może coś dla siebie wybrać. Mariusz Stawarski okładkowo także w sam raz na upalne lato. Proponujemy zacząć od poezji. Tym razem dwoje naszych „nadwornych” poetów-Janusz Ryszkowski i Beata Langowska oraz debiutujący na naszych łamach Stefan Rusin z Konina. Łukasz Walendziak kontynuuje swoje opowieści nepalskie, a Andrzej C. Leszczyński analizuje, jaki wpływ na percepcję twórczości autora (malarza, muzyka, pisarza) ma jego biografia. Alicja Łukawska słucha opowieści niemieckiej rodziny Liedtków ze Zwierzna, którzy wybrali Polskę i Żuławy za swoje miejsce na ziemi. Zbigniew Jerzy Woś przypomina historię wybitnego filozofa Im-manuela Kanta, który w połowie XVIII wieku mieszkał we wsi Jarnołtowo, niedaleko Zalewa, gdzie był prywatnym nauczycielem w majątku właściciela Jarnołtowa Bernarda Fryderyka von Hiilsena. Jan Chłosta przypomina sylwetkę wybitnej poetki Marii Zientary-Zalewskiej. Piotr Zawada wiedzie nas śladami Napoleona do francuskiego Montereau, a Andrzej Kasperek zachwyca się (i słusznie) polskimi osiągnięciami po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Radosław Biskup udostępnił nam ciekawy dokument (poprzedzony jego wstępem) dla historii naszego subregionu, a mianowicie historię szkoły w Miłoradzu, autorstwa wieloletniego nauczyciela i kierownika Wincentego Zgliczyńskiego. Bieżący rok został ustanowiony decyzją Sejmu Rokiem Wańkowicza. W związku z tym Andrzej Lubiński przypomina wędrówki pisarza po Prusach Wschodnich. Przedwojenne zapachy i smakołyki sztumskich restauracji, cukierni możecie Państwo poczuć wolą swojej wyobraźni w drugiej części tekstu Janusza Rysz-kowskiego. Ryszard Rząd pisze o oryginalnych pomrukach, w które można było wbijać gwoździe. Dlaczego? Poczytajcie. Pomorskiego Drzymałę, czyli Franciszka Peplińskiego, który w czasie zaborów walczył z niemiecką administracją, wspomina Wiesław Olszewski. W moim tekście piszę o potrzebie pamięci o dawnych mieszkańcach ziemi sztumskiej, społeczności żydowskiej, po której został jedynie cmentarz w Dzierzgoniu i kilka pamiątek w prywatnym Muzeum Alyem Sławka Michalika. Do kolejnej wędrówki po Powiślu zaprasza Piotr Podlewski, niestrudzony badacz historii ziemi sztumskiej. Marek Suchar śladami biblijnych zapisów szuka miejsca w Jerozolimie, gdzie zlokalizowany był Wieczernik i trafia do oryginalnego miejsca w Syryjskim Kościele Ortodoksyjnym pod wezwaniem św. Marka. Krzysztof Czyżewski o Sri Lance, książkach, tych, co odeszli i zamordowanych poetkach i poetach z Ukrainy i Gazy. Muzykę najlepiej jest słuchać, ale jak o muzyce pisze Wacław Bielecki, to niemal jakby się ją słyszało. W Galerii Prowincji tym razem ciekawy fotografik Wojciech Szaruga opowiada o swoich inspiracjach, zapatrzeniach i odkryciach. Piotr Napiwodzki z kolei kontynuuje opowieść o wizerunkach św. Katarzyny Aleksandryjskiej, tym razem w wykonaniu powiślaiisko-żuławskich artystów. I na deser ironiczny przewodnik przetrwania rodzica, autorstwa Pauliny Hoppe-Gołebiewskiej. Życzymy ciekawych wakacyjnych wojaży, umiarkowanie upalnego lata, inspirujących spotkań, wzruszeń, poruszeń, nowych wyzwań, dobrych myśli i ludzi oraz nieobojętnych lektur, ze wskazaniem oczywiście na „Prowincję”. Leszek Sarnowski Redaktor Naczelny Kwartalnika „Prowincja” Poezja Janusz Ryszkowski LESZEK NIE CZUJE Leszek nie czuje się wcale Przegrany. Wytacza ciężkie działa: Inni majif gorz^. Nie wsiadł do złotego pociągu, Którym jechali jego koledzy z podziemia. Może za to spełniać chłopięce marzenia: Na wielkim ekranie telewizora Kupionego za odszkodowanie (kilka miesięcy internowania plus ścieżka zdrowia) Ogląda Wyścig dookoła Francji albo Giro di Italia. Krajobrazy piękne. W tym czasie bierze urlop, Bo co lepszego mógłby robić. Poza tym futbolowa liga angielska i włoska. Z lokalnego patriotyzmu -Lechia Gdańsk. Do wielkiego miasta przyjeżdża kilka razy w roku, Kiedy musi spotkać się z dyrekcją. Ten szok cywilizacyjny Odreagowuje w budce z kebabem: duża cola i podwójna porcja kurczaka. Jeszcze jedna na wynos. Ma biogram w Encykiopedii Solidarności. Dawni koledzy Poezja Dziś pierwszy garnitur. Dlatego nie nosi nawet Wytartej marynarki. EDWARD HOPPER Z PODWÓRKA Oglądam te obrazy I staje mi przed oczami Krzycku Przyjaciel z podwórka Przybysz z dalekiej planety Wilna albo Osieka Zawsze nad wiek poważny Ukryty w swoich rysunkach Tak że prawie niewidzialny Nauczycielka poradziła Jego matce Żeby oddała go Do szkoły specjalnej Ostatecznie zgodziła się Na powtarzanie trzeciej klasy I kreślenie świata W ostatniej ławce. BÓL Zobaczyłem klepsydrę i pierwsze o czym pomyślałem To to, że mówiła szybko i niewielu za nią nadążało. Tak było jeszcze do maturalnej klasy, Potem jej dziwnie przeszło. Miała szóstki prawie ze wszystkiego Ostatecznie została nauczycielką Przedmiotów zawodowych. Kilka miesięcy temu spotkaliśmy się w przychodni. Skarżyła się na wysokie ciśnienie, rząd Ale głównie pogodę. W sumie nic nadzwyczajnego. Żaden materiał na wiersz żałobny. 8 Poezja BENISŁAWSKA Odwiedziła mnie niespodziewanie Benisławska, poetka. Przyniosła w darze pośmiertną książkę wydaną staraniem wnuków. Długo w milczeniu, które jakoś nie krępowało, popijaliśmy herbatę w filiżankach kupionych tanio w Ikei. Zwróciła uwagę, że mam fatalną wodę, psującą wszystko. Ale u niej, w Kurlandii, było zresztą podobnie. Choć czerpali ją specjalnie dla gości z innego źródła. Pożegnała się nagle, nawet nie chciała. Abym ją odprowadził na dworzec. Choć drogi nie znała. To prawie wszystko. Do tej pory nie przeczytałem ani jednego jej wiersza. Wolę, aby nadal pozostawały dla mnie, jak ona, tajemnicą. Poezja 9 Stefan Rusin OSIP MADELSZTAN Wiozą nas statkiem na Kołymę. Zgubiłem wiersze Petrarki i notes, w którym opisywałem moje życie. Nie czuję głodu. Odchodzę od zmysłów. O zmierzchu kryminaliści rzucą moje ciało do morza. Kiedy myślę o Stalinie, widzę przed sobą głowy. Wagony głów. Nadieżdo, powiedz, co on z nimi zrobi? Pozwoliłem zdeptać moją duszę, ale i tak nie opuszcza mnie strach. DO BRUNONA SCHULZA W Drohobyczu, w ostatnim dniu Święta Wiosny, szły w pochodzie dziewczęta. Obserwowali je bałwochwalcy z chorągwiami. Murzyni, kulturyści, hybrydy ludzko-tygrysie, nagie karły, wijące się jak węże poskromione batem. Zachłannie patrzyłeś na idące nogi w czarnym pończochach i pantoflach. Drżąc mówiłeś szeptem: Undulo, chcę całować twoje stopy, chcę je tulić, smakować. Nie obejrzała się. Szła pewna siebie, dumna. Zostawiając za sobą zapach darszanu i paczuli. 10 Poezja DO JEHUDY AMICHAJA Była bardzo ciepła wiosna. O świcie schodziłeś ze wzgórza, Niosłeś na plecach umierającego kolegę. Jego martwe ciało położyłeś w synagodze na posadzce przed szafą ołtarzową, nad którą dwa lwy trzymały tablice dziesięciorga przykazań. Widziałem zakłopotanie na twojej twarzy. Czy wówczas w myślach zwróciłeś się do Boga Elizeusza, by pomógł ci oddzielić dobro od zła? DO JANA A.P. KACZMARKA Muzyka, którą skomponowałeś do filmu Marzyciel Marka Forstera, płynie w jasnych Winogradach. Cicho podąża za pieskami wzdłuż biegu rzeki. Jej romantyczne pasaże jak mgła unoszą się nad łąką, wpadają do moich uszu, kiedy siedzę na cyplu skarpy. W Starym Koninie Maria otwiera drzwi balkonu, z ogrodu dochodzą świetliste dźwięki, nasycone erotyką miraże fraz. Uwodzisz elegancją akordów i odrobiną dzikiego szaleństwa. Poezja 11 Beata Langowska DESZCZ W SŁONECZNY DZIEŃ... kto nie widział z bliska jak gaśnie człowiek chory na raka jakie może mieć zimne dłonie i oczy przytomne a jeszcze wczoraj chciał wsiadać na motor tak szczupły jak wtedy gdy miał 20 lat i grał: „Czy widziałeś kiedyś deszcz...” Creedense Clearwater Revival a teraz leży i mówi: - moja mała córeczka... i papieros wypada mu z dłoni pamięta jeszcze że nauczyciel fizyki w liceum tak śmiesznie zaciągał... kto tego nie widział niech lepiej nigdy nie zobaczy PEJZAŻ DNIA wysokie ciśnienie krwi uderzyło strumieniem normalnie noga się wlecze za nogą ale pewnie w tym wieku to już się zdarza 12 Poezja słowa - załadunek ciężki pigułka na to na tamto łykam razem z deszczem choć wcale nie pada zbierasz mi włosy w rumiankowe bukiety W POŚPIECHU dzień jak zwykłe dwudziesta kawa w przełyku gorzka i mocna bo lubisz czuć smak trzeba dać pretekst żeby tak szybko biło serce i drżały ręce na kilku frontach rozpoczęte działania krawędzie nagle zewsząd wyrastają dosyć łatwo spaść słodki zapach z nutą piżma otula miejsca nad obojczykiem tęsknota mglista i dżdżysta osiada miękko na twarz oczy unosisz nad miastem KOCI BLUES wszystkie ślady będą zatarte kiedy każdy wróci do domu nikt nie wie ze w samotności zmieniasz się w kota chadzasz własnymi drogami wybierasz ścieżki ryzykowne bardzo taki kot to ma życie siedem żyć patrzysz złotymi oczami łowisz słowa do wierszy pod spojrzeniami Poezja przechodzisz obojętnie jak to kot nie każdy może cię dotknąć właściwie prawie nikt dostojność kota onieśmiela komu grzbiet a komu pazur 13 LITANIA O NIEPROSZENIE o tę ziemię mokrą i żyzną wysłuchaj mnie Panie o książki których słowa od dawna czekają nie zawiedź mnie Panie o wodę której piję za mało nie utop mnie Panie o dłonie które spłatają przyciągnij mnie Panie o zajętych zmęczonych ni bliskich przyprowadź mnie Panie o to i o tamto jeszcze gdy serce bije nierówno gdy patrzeć można i słuchać w cieple zakwitnąć obecnością leczyć duszę czuć i rozumieć nie proszę cię Panie TAKA PORA kiedy kobieta już wie i daje sobie prawo wyrasta drzewo dobrego i złego jabłka na nim pyszne ' jeszcze czuje smak na języku przyjmuje że nic nie musi gdy zmęczona to śpi po bułki idzie w najpiękniejszej sukience są tacy których to zniesmacza stukot szpilek na chodniku 14 Poezja zapisuje na maszynie dnia nowy wiersz wzruszony zagląda do lustra i dotyka twarzy Melepomene strudzona z ramion zsuwa wieczorem ubranie lubi być stara Łukasz Walendziak Proza HOSTEL SUSZIL Wioska i dżungla dały mi nadzieję, że odzyskam kontrolę nad własnym życiem. Przestałem pić, zacząłem na nowo cieszyć się każdą chwilą. Brak dokumentów zmusił mnie jednak do powrotu do Katmandu, przynajmniej na jakiś czas. To samo miasto, ale ja funkcjonuję już zupełnie Inaczej. Nie tak dawno spałem przecież na ulicy, słaniałem się na nogach i wyglądałem po prostu odrażająco. Nawet jeżeli w ten czy inny sposób wszedłem w posiadanie jakiejś znacznej sumy pieniędzy, natychmiast wszystko trwoniłem i dalej tkwiłem w rynsztoku. Poczucie beznadziei sprawiało, że wszystkie starania i aktywności miały tylko jeden cel - zdobycie środków znieczulających. Kręciłem się wokół własnej osi, jak gdybym wpadł do pralki. Ciężka praca, matka natura, ojciec wszechmogący a może zwykły zbieg okoliczności? Myślę, że wszystko po trochu. Najważniejsze są efekty, a te póki co napawają optymizmem. Przestałem żyć z dnia na dzień. Ludzie darzyli mnie sympatią i zaufaniem. Oczekiwania względem życia miałem niezbyt wygórowane. Potrafiłem natomiast delektować się każdym wschodem i zachodem słońca, każdą rozmową a nawet każdą chwilą w samotności. Znajomy stolarz załatwił mi pracę w nowo otwieranym hostelu. Najpierw pomagałem na ostatnim etapie urządzania lokalu, następnie pełniłem funkcję menedżera i recepcjonisty. Do moich obowiązków należała też opieka nad dwoma psami. Do dyspozycji podróżnych mieliśmy cztery pokoje prywatne dla jednej lub dwóch osób, oraz cztery duże pokoje, w każdym po sześć łóżek piętrowych. Najtańszy wariant w stylu „łóżko i śniadanie” był niezwykle popularny wśród młodych ludzi, którzy odbywali wielomiesięczne podróże po wielu krajach. Obywatele czterech świata stron. Kolorowe towarzystwo. Właściciel tego interesu nazywał się Suszil. W przeszłości był rozgrywającym reprezentacji Nepalu w koszykówce, obecnie pracował z młodzieżą jako trener. Jak sam twierdził, pasja do sportu uchroniła go przed rozmaitymi kłopotami, z którymi borykali się nasi rówieśnicy. Używki czy problemy z prawem, dla przykładu. Facet świetnie mówił po angielsku, przez kilka miesięcy mieszkał w Danii, ale ostatecznie zdecydował się wrócić do Nepalu. Od czasu do czasu latał natomiast do innych państw Azji południowo-wschodniej na różne turnieje, jako opiekun reprezentacji młodzieżowych swojego kraju. Dogadywaliśmy się doskonale. Kilka ostatnich lat nauczyło mnie, aby obietnice składane przez tubylców traktować z dużym przymrużeniem oka. Mały Ram, Mamaszri, Wujek i jeszcze kilku innych „wspaniałomyślnych” zapewniało mnie, że za kilka miesięcy będziemy bogaci, załatwimy kwestię dokumentów, wyprawimy mi wesele albo jeszcze co innego. Tymczasem Suszil był oszczędny w słowie, ale zawsze go dotrzymywał. Nie był natrętnie uprzejmy, jak wielu 16 Łukasz Walendziak innych w branży hotelarskiej, ale zawsze mogłem na niego liczyć w trudnej w chwili. Nawet na długo po tym, jak zaraza zaorała sektor turystyczny i nasz hostel został zamknięty... Po raz pierwszy pojawiły się myśli o powrocie do kraju. „Skoro zmieniłem się na tyle, że radzę sobie zupełnie przyzwoicie w stolicy Nepalu, ciekawe, jakby to wyglądało w Polsce...”. Wspominałem piękne chwile z dzieciństwa, różne miejsca i osoby bliskie memu sercu. Praca w hostelu gwarantowała mi wygodne miejsce pobytu i pełne wyżywienie. Korzystając z wyrobionych wcześniej kontaktów zaopatrywałem potrzebujących w haszysz lub grzyby i organizowałem wycieczki do Chitwan dla chętnych. Wyrobiłem sobie reputację przewodnika po dżungli i w późniejszych latach brałem na takie wyprawy również Ne-palczyków, którzy dorastali w mieście, a chcieli zobaczyć południe „od kuchni”. Na pewnym etapie, w ramach pracy dorywczej, uczyłem grupę kilkunastu osób języka polskiego. Stawiałem dekorację na imprezach z muzyką elektroniczną, chodziłem na basen, grałem w piłkę. Prawdziwa metamorfoza. Niektórzy z naszych gości zatrzymali się na noc lub dwie i ruszyli w dalszą drogę. Inni potrafili zabawić u nas nawet kilka miesięcy. Byli i tacy, którzy podczas mojej, nieco ponad dwuletniej kadencji, wracali jak bumerang. Hostel mieścił się w starym budynku, kompletnie zniszczonym podczas trzęsienia ziemi, który przeszedł całkowitą renowację. Część socjalna, w której mieszkaliśmy: trener, kucharze i ja, była z cegły - jedyny fragment, który przetrwał kataklizm. Część dla gości powstała od zera. Pokoje od kuchni oddzielało niewielkie patio, w połowie osłonięte tarasem, na którym można było zjeść śniadanie lub pograć w karty wieczorem. Hamaki i rowery do dyspozycji. Wnętrza skromne, ale świeże. Wykończenie jasnym drewnem. Sympatyczna atmosfera i obsługa. Biznes się kręcił... BURAK Burak przebywa w Nepalu od trzech do pięciu miesięcy w roku. Poznaliśmy się przed dwoma laty. Sympatyczny Turek bardzo słabo mówił wtedy po angielsku, ale i tak od razu złapaliśmy świetny kontakt. Rozumieliśmy się bez słów, można powiedzieć. Chłopak lubi zapalić, a haszysz w jego ojczyźnie kosztuje dziesięć razy tyle co tu na miejscu. Regularne wakacje w krainie marihuany znajdują więc swoje uzasadnienie. Burak, pomimo, że luzak, to trzyma fason. Gość ma fantazję, ale zachowuje zdrowy rozsądek. Funky ciuszki, kapelusz rybacki, na głowie krótkie dready. Chude to i wysokie, ale na deskorolce porusza się nad wyraz zgrabnie. Do tego charakterystyczny styl wypowiedzi — powolny, ale przemyślany, flegmatyczny, ale błyskotliwy. Sam siebie lubi określać mianem „Rasta Zombie”. Pierwszy raz spotkaliśmy się w Chitwan, w pełni sezonu na grzyby. Obaj mieliśmy upatrzone swoje miejscówki. Burak zjawił się w okolicy po raz drugi, ja przebywałem na miejscu od kilku miesięcy, nasze zbiory prezentowały się imponująco. Młodszy ode mnie o blisko dziesięć lat kolega dysponował znacznie większą wiedzą, jeżeli chodzi o środki psychoaktywne z rodziny psychodelicznych. Wspólnie zasuszyliśmy i zapeklowaliśmy w miodzie dziesiątki przygód, których doświadczyć mieli później konsumenci naszych przetworów. Polecił mi też stosowną literaturę. Był to impuls, aby nieco później rozpocząć własne badania. Zawiązana Hostel 17 w specyficznych okolicznościach nasza przyjaźń ma solidny fundament: wspólna pasja ponad barierę językową, porozumienie ponad podziałami. Dziś Burak mówi po angielsku zupełnie przyzwoicie, widać chłopak szybko się uczy. W swoim kraju studiuje zaocznie i pracuje przy organizacji dwóch imprez - festiwali muzycznych. Podczas gdy większość młodych ludzi używa swoich elektronicznych gadżetów, żeby pykać w jakieś kurczaczki czy bąbelki, ten koleżka zarabia na wakacje między innymi grając w pokera Online... - Borsuuuk!! Cholera, przegrałem pięć dolców. Uffiff.. .Borsuuk!! Wygrałem piętnaście, dawaj, idziemy coś zjeść, hahaha, tylko najpierw zajaramy... - Borsuk, a Ty byłeś kiedyś tam u nas w Turcji? - Byłem, Burak, ale dawno temu. Na wycieczce krajoznawczej z rodzicami. Dokładną datę mógłbym nawet ustalić, bo pamiętam, ze Wisła grała w pucharach z Trabzonsporem. Mecz odbywał się w Krakowie, a turecka telewizja prowadziła transmisję z tego spotkania. Polska drużyna zwyciężyła 5:1, a trzy bramki zdobył przesympatyczny pan piłkarz Tomasz Kulawik. Komentator relacjonował wydarzenia na bieżąco, na gorąco i po turecku: „Kulawik, Kulawik, Kulawik, Kulawik, Ooouu! Oou!! KU - LA - WIK...” - „Ku-la-wik...” - powtórzył Burak, zaciągając się przy tym dymem i zanosząc śmiechem jednocześnie. - Szczerze mówiąc średnio mi się tam podobało, ale minęło jakieś dwadzieścia lat, wyobrażam sobie, ze dużo się pozmieniało. No a tobie, jak się tam żyje? - zapytałem. - Wiesz, Borsuk, rodzinę tam mam i przyjaciół, szkołę i pracę od czasu do czasu, ale brakuje mi swobody, luzu i relaksu. Dlatego co roku wracam do Nepalu. Tak dla równowagi. Jakbym tam siedział cały czas, to bym się chyba udusił. - Wiesz, Burak, ja to już czasem mam dosyć tej swobody i tego luzu. Brakuje mi piłki nożnej, teatru, starej dobrej kultury i cywilizacji. Chyba przydałaby mi się przeprowadzka nad Bosfor. - Pewnie, Borsuk, zawsze jesteś mile widziany, poznałeś kilku moich ziomków z Turcji, tu, w Nepalu, oni wszyscy kręcą jakiś własny biznes, dobrze cię wspominają, robota się znajdzie na pewno... - Spoko, Burak, ale póki co z tym paszportem, to u mnie jest pewien problem. Stempel się nie zgadza. Jak już pokonam tę pierwszą granicę, to Tureckie Linie Lotnicze i w 80 dni dookoła świata - podsumowałem. Bardziej serio aniżeli żartem. Od czego by tu zacząć. Na pewno przyda się opanować podstawy języka tureckiego. Z nepalskim poszło mi sprawnie, czas na kolejne wyzwanie. Historia Turcji, tutaj skorzystam z materiałów w języku angielskim, podobnie, jeżeli chodzi o klasykę tureckiej literatury. Do dzieła przystępuję od zaraz, rozeznam się w temacie, a jak już pojawię się na miejscu, będzie czym zabłysnąć w środowisku młodych intelektualistów. W międzyczasie będzie można się postarać o dziką kartę na jakiś uniwersytet - medycyna naturalna albo jeszcze lepiej, botanika tropikalna, coś się znajdzie... 18 Łukasz Walendziak To mi wygląda na kolejny piękny rozdział w mojej naukowej karierze. Przeglądam sobie więc kalendarz imprez kulturalno-artystycznych. Co tam się odbywa? Na przełomie listopada i grudnia Istanbul Theatre Festival. Zajrzałem na stronę internetową i od razu pomyślałem, że w przyszłym roku muszę się tam pojawić. Dziesiątki grup teatralnych z całego świata, masa ciekawych osobistości. Środowisko w sam raz dla początkującego pisarza i kontrowersyjnego uczonego. Minęło wiele lat odkąd byłem ostatni raz w kinie, jak już cos oglądam w telewizji, to sport. Dla odmiany sporo przez ten czas przeczytałem. Doskonale pamiętam za to ostatnią wizytę w teatrze. Razem z ojcem wybraliśmy się na sztukę w wykonaniu teatru „Wierszalin” na Podlasie. Przedstawienie wywarło na mnie ogromne wrażenie. Gdybym kiedyś zawitał z powrotem do Polski, na pewno uważnie przestudiuję repertuar wyżej wymienionego teatru i wybiorę się na kolejny spektakl. Może nawet uda się załapać na jakieś warsztaty. Czasami marzenia się spełniają... na raty. HONORATA Po raz pierwszy, podczas niemal pięcioletniej jak dotąd przygody w Nepalu, zorganizowana została wigilia. W poprzednich latach zdecydowanie wołałem w tych dniach przebywać gdzieś na łonie natury, najlepiej w samotności, a przynajmniej w spokoju. Nie były to jednak chwile trudne lub nieprzyjemne. Dużo sobie wtedy myślałem o zmarłych dziadku i babci, a także kumplach, którzy w tragicznych okolicznościach przedwcześnie odeszli z tego świata. Mam wrażenie, że gdybym spędzał święta „jak co roku”, to znaczy w natłoku obowiązków, ciężko byłoby znaleźć czas na takie momenty zadumy. Tymczasem wracamy do wydarzeń bieżących. Gospodarzami kolacji byli nasza rodaczka Honorata z Mazur i jej partner Sadżit - Ne-palczyk. Poznali się w Szwecji. Sympatyczny gość, fajnie gada po angielsku, widać, że wiele lat spędził w Europie. Para mieszka sobie w apartamencie. Elegancko i nowocześnie wyposażone cztery pokoje plus duża kuchnia i łazienka. Jedną sypialnie odnajmują tymczasowo dziewczynie z Hiszpanii imieniem Ana, która oczywiście nam towarzyszyła. Listę gości uzupełniali: Ziomek, Burak i nasz kolega z Finlandii Joszua. Co prawda nikt nie biegał z siekierą i nie wycinał choinek, wystarczyło nam malutkie drzewko wykonane z zielonych kokardek. Nie wręczaliśmy sobie też prezentów. Impreza wynikła spontanicznie i zaczęła się dosyć późno, bo około godziny 21, ale od pierwszych chwil zarówno gospodarze jak i goście wyraźnie podekscytowani podkreślali, że atmosfera jest wyjątkowa. Honorata dała czadu. Można się było tego spodziewać, w końcu co sobotę sprzedaje na międzynarodowym targu farmerów swoje wypieki, wędliny i pasztety. Gotowanie to jej pasja i praca, a święta i dwóch bezdomnych Polaków przy wigilijnym stole to coś więcej niż zwykła kolacja. Z Ziomkiem jest ten problem, że jest weganinem. To oznacza, że nie tylko pyszne ryby, ale i sałatkę z majonezem czy sernik musiał potraktować jako dekoracje. Całe szczęście była jeszcze kapusta kiszona z grzybami. Takiego czegoś, to myśmy tu jeszcze nie widzieli. Chleb na zakwasie pieczony w domu. Dalej pasztet Hostel 19 Z kurzych wątróbek, konfitury z żurawiny czy przecier z czerwonej cebuli. Wszystkiego było dwanaście potraw albo i lepiej. Pojedliśmy... Prawdę mówiąc, tutaj, w Nepalu, a w szczególności w stolicy, to te święta Bożego Narodzenia to kompletna degrengolada. Najgorsze, co się da wyciągnąć z tej pięknej tradycji i jej okolic. Pijane tłumy, dziewuchy „do wzięcia” w czapkach ala Święty Mikołaj. Bary zachęcają, żeby świętować u nich przy piwie i popcornie. Co i rusz ktoś rzuca jakieś „Merty Christmas” czy też inne „Where you from”? Zbiera się na wymioty. Ludzie spotykają się przypadkiem i sobie dyskutują, jak to się obchodzi te święta w Ameryce Południowej, a jak w Australii, powierzchowne to i na siłę. Tak, bo wypada. I właśnie z tego względu skromne grono i biesiada przy domowym stole, a nie w lokalu czy hotelu, nadała temu wydarzeniu niepowtarzalny urok. Akompaniowało nam polskie radio internetowe - nie wiem, co za stacja, ale serwowała rozmaite wersje kolęd od wykonań pop - rockowych po góralskie „Oj Maluśki”. Ziomek, który orientuje się co nieco w moich dokonaniach z przeszłości, szczególnie entuzjastycznie zareagował na „W żłobie leży”, a cała nasza trójka z Polski poderwała się na „bydlęta klękają”. Nieco później nasza Gospodyni poszła w klasykę polskiego rocka i bluesa. Niemen, Riedel, Ostrowska, aż po Zaczarowany Ołówek. Było bardzo miło. Cała nasza szóstka toczyła przy stole niezwykłe interesującą debatę, dobry materiał na jakąś sztukę teatralną. Większość dyskusji odbywała się w języku angielskim. Oczywiście nam, Polakom, zdarzało się zaśpiewać, zażartować czy przeprowadzić szybką, prywatną konwersację w języku ojczystym, nie zawsze mamy taką okazję. Nieprzytomny Fin pod koniec wieczoru bełkotał już wyłącznie w sobie zrozumiałym dialekcie, zachował przy tym swój urok. Obyło się bez patologii. Skończyło dobrze po północy. Hej kolęda, kolęda... EUGENIUSZ Nie były to pierwsze wakacje Eugeniusza w Azji. Wcześniej dwukrotnie odwiedził Tajlandię, raz był też w Indiach. Poznaliśmy się w Chitwan. Żenią po angielsku „ani be, ani me, ani kukuryku”. Całą swoją dotychczasową karierę spędził w Gazpromie. Tam pracowali też jego ojciec i dziadek, rodzinne tradycje. Zazwyczaj ogolony na łyso i uśmiechnięty od ucha do ucha Rosjanin zasmakował w swobodzie życia. Tym razem wracać do swojej ojczyzny nie zamierzał. Zostawił tam na miejscu w Sosnogorsku mieszkanie i plan miał następujący: „Sprzedaję chatę i niech się dzieje co chce” - w sensie: „to, na co mam tylko ochotę”... Robię na mieście drobne sprawunki. Kurze stopy dla naszych psów, papieroski dla znajomych szefa, gąbka i płyn do zmywania naczyń na użytek własny. Eugeniusz maszeruje ulicą, wygląda na zatroskanego... 20 Łukasz Walendziak - Privet Bratan, Kak Ty? - zawołałem. Dopiero teraz mnie zauważył. Oblicze mu się nieco rozjaśniło. - Privet Barsuk - i wyjaśnił mi, na czym stoi... - Mieszkanie już prawie, prawie sprzedane, Barsuk. Tylko ambasada, dokumenty, pro-bliem. Niemnoszka, troszku problem. Ja przyjechał z Czituanu dwa dni temu, spał w hotelu, teraz piniędzy zero Barsuk. Troszku, troszku probliem. - Dawaj, Bratan, ja pracuje tu nieopodal. Pogadaju my na miejscu. Eugeniusz spędził u nas trzy miesiące na kredyt. Nocleg i kolacja to pakiet za pięć dolarów. Rano herbata albo kawa i jakaś słodka bułka na koszt firmy. W międzyczasie rząd zamknął kraj, a exodus turystów trwał w najlepsze. My się jednak nigdzie nie spieszymy... Formalności zostały dopięte, nieruchomość zmieniła właściciela, a Żenią zainkasował pierwszą ratę. 25 procent całkowitej wartości nieruchomości, będzie jakieś 10 tys USD. Obostrzenia dotyczące przemieszczania się oraz handlu zostały tymczasowo zawieszone, natomiast nasz hostel miał zostać niebawem zamknięty. Suszil - jak się później okazało -trafił z prognozą, a ta zakładała, że bałagan będzie się ciągnął w nieskończoność i lepiej wycofać się teraz niż za rok. Mniejsze straty. Nasz gość zapłacił swój rachunek i rozpoczął zakupy. Ostatnie trzy miesiące spędził rozmyślając nad tym, co to się będzie działo, jak kasa w końcu nadejdzie. Pomysły miał bardzo oryginalne, muszę przyznać. - Barsuk, zakupilibymy pistoletu, znaczy się ten, karabinu na pejntbol. Potem weźmiem jednego pracowniku. Damy mu kombinezon, nu taki zajac akrobata. Biały z dużymi uszy. Bogate Nepalce będą przychodzili. Pstryk (tu dosłowny pstryczek we własna szyję) popiją, a potem wybiega zajac. Skacze po drzewach kręci się w kółko. My wynajmujemy te kałasznikowy za grube dolary, a oni potem kasyno, Barsuuuk! Jak rozumiem, panowie zakładają się, który z nich pierwszy trafi w cel ruchomy, kulką z farbą. Być może jednak podchodzę do tematu zbyt powierzchownie... Niektóre koncepcje były jednak zupełnie możliwe do zrealizowania. Dla przykładu; wędzona ryba, kurczak i boczek. Mój towarzysz przestudiował w sieci, jak wygląda cały proces przygotowania. Rosyjskie kanały kulinarne pełną gębą. Blaszaną skrzynkę wykonał rodak Eugeniusza, Lew. Ten starszy już jegomość ożenił i osiedlił się w Nepalu kilkanaście lat temu. Następnie zakupiliśmy cylinder z gazem oraz palniki. Dalej wióry z tartaku i przyprawy z targowiska. Byliśmy gotowi na pierwsze eksperymenty. Na mój gust rybka palce lizać, za kurczakiem nie przepadam, to podziękuję, ale boczek też niczego sobie. Wspominałem, że ostatnimi czasy Eugeniusz żył w oczekiwaniu. Na kolację (tryb doraźny) i pieniądze (tryb docelowy). Okazało się, że niezły z niego majsterkowicz. Z przeróżnych odpadów składał rozmaite duperele. Fajeczka, wiatraczek, popielniczka. Kanciapę, w której Żenią spędzał większość dnia, nazwaliśmy żartobliwie: „Rosyjski Instytut Nauki i Technologii”. Na miejscu śrubokręt, nożyczki, druty, plastikowe butelki, wiadro i plany na przyszłość. Internet kopalnią pomysłów. - Luk, Barsuk - rozpoczął troszku, troszku już po angielsku Żenią. Dalej już po rosyjsku. - Bazuku na kartoszku, Barsuk. Pojedziem znowu do Czituanu, postawim takowielko strzelnice i bazuku na kartoszku, Barsuuuk... Hostel 21 Innym razem nasz naukowiec wpadł na trop technologii VR: - Zakłada sie taki kask, Barsuk. Potem wyskakujo tridi hologramy, Rybu łapać nada, strelać nada ale best, Barsuk, Everest. Da, teraz łakdaun, w trekking nidyrydy. My zakupim komputera kask VR i inne gadżety. Do tego klimatyzacja na maksa. Całe familje bedo nas odwiedzali. Mama, papa, Everest. Barsuuuk... - klasyczny hurraoptymizm. - Bratan, ja mam PlayStation, komputeru nam nie trzeba. Nawet tego sprzętu nie używam. Gry drogie, a ja miałem ostatnio co innego do roboty. Teraz jednak człowiek i tak pół dnia spędza na kanapie, to czemu by nie przed konsolą. Przetestowalibyśmy te twoje wynalazki. Bierz pan, co chcesz, i możemy startować. No i się zaczęło... Andrzej C. Leszczyński Esej OKRUCHY AUTOR, DZIEŁO Claire Dederer w książce „Monsters. A Fan's Dilemma” (Potwory. Dylemat fanki) zastanawia się, czy i jak wiedza o autorze wpływa na odbiór jego dzieła. Wpływ ten wydaje się jej nieuchronny. Pisze, że percepcja dzieła to „spotkanie dwóch biografii: biografii artysty, która może zakłócić odbieranie sztuki, i biografii członka publiczności, która może wpływać na sposób oglądania sztuki”*. Czytam i zastanawiam się, o co chodzi z tymi biografiami. Nie wątpię, że kształt dzieła w taki czy inny sposób wyrasta z biografii, czyli doświadczenia egzystencjalnego twórcy. Pewnie tak samo jest z zależnością odbioru tego dzieła od moich własnych przeżyć biograficznych. Nieraz zdarzało się, że powrót do książki, którą pochłaniałem w młodości z wypiekami na twarzy, kończył się rozczarowaniem, a nawet zdziwieniem, że kiedyś mogła mnie zauroczyć. Czy oznacza to, że rozczarowanie bierze się z czegoś więcej, niż samo dzieło? Próbuję uzmysłowić sobie, czy wiedza o zgwałceniu przez Romana Polańskiego ubezwłasnowolnionej narkotykami trzynastolatki zmąciła mój odbiór jego filmów. Chyba nie. Podobnie jak - nie wiedząc o zdarzeniu w willi Jacka Nicholsona - podziwiałem „Nóż w wodzie”, tak też wiedząc już o wszystkim z zapartym tchem oglądałem „Dziecko Rosemary”, „Wstręt”, „Chinatown”. Trochę inaczej było z Jackiem Kaczmarskim, który rozdzierał me serce nie „Murami” przede wszystkim, bardziej „Naszą klasą”, „Snem Katarzyny” czy „Wojną postu z karnawałem”. Nie da się ukryć, że trudno mi dzisiaj odzyskać tamte wzruszenia, co da się wytłumaczyć dość prozaicznie. Może po prostu postarzałem się, wyrosłem z Kaczmarskiego, żyję w rzeczywistości, w której nie ma miejsca już dla rewolucji i jej bardów. Owszem, nie wykluczałbym znaczenia tego wszystkiego, czego dowiedziałem się od jego córki, Patrycji Volny, mówiącej, jak musiały z matką szukać ratunku przed fizyczną przemocą ojca w specjalnym schronisku. Malarstwu Pabla Picassa raczej nie zaszkodziła lektura książki jego wnuczki. Mariny („Mój dziadek Picasso”, opracowanie zbiorowe). Trzeba przyznać, że autorka nie szuka łagodnych określeń odnoszących się do postępowania sławnego dziadka. „Wpędzał w rozpacz i niszczył wszystkich bliskich. Nikomu z mojej rodziny nigdy nie udało się wyrwać ze szponów jego geniuszu. Swe obrazy musiał podpisywać krwią innych: mego ojca, brata, matki, babci i moją. Potrzebował krwi wszystkich, którzy go kochali - ludzi, którzy myśleli, że kochają człowieka, podczas gdy naprawdę pałali miłością Cyt. za; Agata Sikora, „Spotkania z potworami”, „Znak” nr 10, 2023 r. Hostel 23 do Picassa [...]”. O jego kobietach: „Picasso podporządkowywał je swej zwierzęcej seksualności, poskramiał je, czarował, pochłaniał i ciskał na swe płótna. Przez wiele nocy wysysał je jak wampir, a potem pozbywał się ich”. Pewnie, że brzmi to paskudnie, nie sądzę jednak, by osąd jego dzieła dokonywany zarówno przez krytyków jak i zwykłych odbiorców podlegał biograficznym ujawnieniom artysty. Podczas studenckich dysput na temat „Emila” Jana Jakuba Rousseau zgodnie oburzaliśmy się na sprzeczność między tym, co pisał, i tym, co zrobił (pięcioro dzieci oddał do zakładu opiekuńczego, do „podrzutków”, jak sam to określał). Czy wypłynęło to istotnie na uznanie wartości jego książki, nie pamiętam. Z kolei wiedza o nadużyciach seksualnych Woody Allena czy Michaela Jacksona nie wpłynęła na mój odbiór ich twórczości dlatego, że od początku jedna i druga były mi dość obce. Może więc, zamiast śledzić wpływ wynaturzeń biograficznych artysty na odbiór jego wytworów, warto zająć się samymi tymi wynaturzeniami? POD? NAD? Sporo napisano na temat tego, że wybitnych twórców nawiedzają przenikające się wzajemnie geniusz i psychoza. Zaburzenia afektywne dwubiegunowe, schizofrenia, nerwica - to objawy towarzyszące napięciom twórczym, być może będące ich źródłem. Bywa też - gdyby spojrzeć na to z nieco innej perspektywy - że zaciera się granica między zachowaniami psychopatycznymi i takimi, które wydają się być pochodną nadwrażliwości i podatności na zranienia. „Można być paskudnym człowiekiem - mówi znany fotografik Ryszard Horowitz - i niezwykle twórczym. Twórcy mogą być sukinsynami, potworami w stosunku do swoich rodzin, mogą być bezwzględni, chytrzy [...]. Przyjaźniłem się z Claude'em Picassem, który mi dużo opowiadał o zagraniach swego tatusia”. Malarz - to zdanie św. Teresy z Avili - może być bardzo złym człowiekiem i wspaniale odtworzyć Chrystusa. Wartość sztuki, pisał św. Tomasz z Akwinu, leży nie w samym artyście, lecz bardziej w jego wytworze. Nie maluj mnie na klęczkach, ale dobrze, karcił Bóg Jana Stykę. Przejmującym świadectwem wewnętrznych powikłań twórcy jest przypadek Carla Don Gesualda. Spokrewniony ze św. Karolem Boromeuszem książę Yenosy żył na przełomie XVI i XVII wieku (zmarł w 1613 roku). Kompozytor, lutnista, twórca madrygałów, geniusz wyprzedzający swój czas o kilka wieków. Igor Strawiński (jeździł do Włoch by własnoręcznie kopiować jego utwory) mówił o nim: „posłaniec z przyszłości”. Przy tym wszystkim zyskał miano demona w ludzkiej skórze. W nocy z 16 na 17 października 1590 r. zabija przyłapanych in flagranti żonę, księżnę Marię d'Avalos i jej kochanka, księcia Andrii, Fabrizia Carafę (krewnego papieża Pawła IV). Rzeź, zmasakrowane ciała, schody Palazzo Sensevero w Neapolu ociekają krwią. Wezwanego księdza zmusza do profanacji zwłok, zabija dziecko. Narastające z czasem poczucie winy próbuje zagłuszyć poprzez umartwianie, biczuje się (flagellacja), zleca też biczowanie służbie. Coraz wyraźniejsza psychoza i lęk przed zemstą krewnych ofiar każą mu własnoręcznie wyciąć las wokół zamku, by widoczne były zbliżające się osoby. Komponuje utwory o cierpieniu, śmierci i miłości. Zapomniany - w XX wieku zostaje przywrócony kulturze przez Aldousa Huxley'a. O przekraczaniu granicy między dobrem i złem przez jednostki twórcze pisał Fryderyk Nietzsche. „Ludzie najbardziej duchowi, jako najpotężniejsi, swe szczęście znajdują tam. 24 Andrzej C. Leszczyński gdzie inni znaleźliby swą zgubę; w labiryncie, w srogości wobec siebie i innych, w eksperymencie [...]” (,Antychrześcijanin. Przekleństwo chrześcijaństwa”, tłum. Grzegorz Sowiński, Zbigniew Kuderowicz). Uwolnienie się od gorsetu norm i wartości, jakie stanowią fundament kultury, jest zdaniem Nietzschego warunkiem odzyskania przez jednostkę pełni potencjału twórczego. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się kontynuacji tej myśli u Floriana Znanieckiego. W pracy pt. „Ludzie teraźniejsi a cywilizacja przyszłości” Nietz-scheańskiego „nadczłowieka” określa mianem istoty „nadnormalnej”. Nadaje nowy sens nacechowanemu negatywnie określeniu „zboczeniec” („zbok”) - to jednostka wykraczająca poza utrwalone kulturowo kanony. Utalentowana, nonkonformistyczna, krytyczna wobec zastanej rzeczywistości. W akcie buntu wyrzekająca się bezosobowego „się” i kolektywnego „my” na rzecz podmiotowego „ja”. „Są jednak ludzie, u których to dążenie do normalności cywilizacyjnej względnie mało jest rozwinięte, i którzy [...] skłonni są zbaczać z drogi normalnych ludzi, tych nazywamy zboczeńcami”. Od normy społecznej odbiegają też oczywiście degeneraci i nihiliści, istoty niezdolne do budowania alternatywnych wzorów - to także „zboczeńcy”, tyle że „podnormalni”. Osoby nadnormalne dążą do przeobrażenia ładu kulturowego, co naraża je na odtrącenie przez tzw. normalnych. „Szersze środowiska - pisze Znaniecki - nieraz długo nie mogą się zdecydować, czy człowieka zbaczającego z normalnej drogi uważać za geniusza lub za wariata, za reformatora lub przestępcę”. ŚMIERĆ AUTORA Pokusa, by uniknąć problemów, o których pisze Claire Dederer - wpływu biografii autora na percepcję jego twórczości - usuwając go z pola uwagi. „Uśmiercając” go, by móc skupić się na samym dziele. Określenia tego (la mort de fauteur) użył w 1967 roku Roland Barthes, postulując całkowitą autonomię tekstu (dzieła). W tym wypadku autonomia oznacza odejście od biografizmu oraz związanych z nim takich ujęć, jak psychoanaliza, metafizyka twórczości itp. Pozwoli to na unikanie tzw. błędu biograficznego (biographical falłacy), czyli wnioskowania o dziele na podstawie wiedzy o autorze (i odwrotnie). Przy pomocy „śmiertelnej” metafory wyraził Barthes swe ugruntowane teoretycznie poglądy literaturoznawcze (inna sprawa, że cztery lata później godził się już na autorską obecność). O kłopotach związanych z łączeniem autora i jego dzieła mówiono bez tak głębokich uzasadnień. Jerzy Stempowski („Czytelnik o krytyce”) wyrażał obiekcje natury estetycznej. „Krytyk lub historyk literamry, wchodzący do autora przez kuchnię, zaglądający do garnków, w których gotuje się obiad dla wielkiego człowieka, badający służącą, czy wielki autor nie cierpi na fistu-łę lub inną chorobę, z której można by wysnuć nieoczekiwane wnioski literackie, napełniają czytelnika nudą i obrzydzeniem”. Podobnie Witkacy, którego zdaniem „babranie się w autorze” w związku z jego utworem jest „niedyskretne, niestosowne, niedżentelmeńskie”. Polityczną roztropność słychać w słowach Jerzego Giedroycia: „Zawsze mówiłem, że gdyby przykładać do pisarzy bezwzględne miary polityczne i moralne, literatura polska przestałaby istnieć. Dlatego uważam, że należy odróżniać autora od jego dzieła i osądzać dzieło osobno. Inaczej będziemy mieli nieustającą sprawę Brzozowskiego”. Hostel 25 Zwykła przyzwoitość każę się zastanowić, czy wolno „uśmiercać” autora, który rzecz stworzył i chce, by o tym wiedziano. Wydając, czyli upubliczniając owoc swej pracy, twórca może - zasadnie bądź nie - liczyć na osiągnięcie przeróżnych celów i korzyści. Juliusz Słowacki (w liście do matki): „W dzieciństwie, kiedy byłem egzaltowanie nabożny, modliłem się do Boga często i gorąco, żeby mi dał życie najnędzniejsze - żebym był pogardzany przez cały wiek mój - i tylko, żeby mi za to dał nieśmiertelną sławę po śmierci”. Nie musi chodzić o cele tak wzniosłe. Gabriel Garcia Marquez podczas słynnej rozmowy z Mario Yargasem Llosą w Limie w 1967 roku tak uzasadnia swą potrzebę twórczości: „Na początku lubiłem pisać, bo publikowano moje utwory i odkryłem coś, co później wielokrotnie podkreślałem i co jest dość oczywiste: piszę po to, żeby moi przyjaciele kochali mnie bardziej”. Zgoła inaczej tłumaczy to Jerzy Pilch. Pytany czemu pisze, odpowiadał: żeby wkurzyć (zazwyczaj określał to dosadniej) przyjaciół. Czesław Miłosz („Rok myśliwego”) wyraża się bez ogródek o, jak to określa, żałosnej pisarskiej konfraternii: „[...] łąka, na której tłum ludzi i każdy wypuszcza swój balonik, niebo ich pełne, a każdy marzy o tym, żeby inne baloniki pękły, żeby je przekłuć, a został jeden tylko balonik, jego”. Podczas sztumskiego spotkania związanego z promocją książkowego wydania moich „Okruchów” wspomniałem o rozkosznych doznaniach towarzyszących wydrukowaniu mego nazwiska jako autora pierwszego tekstu. Nosił tytuł „Czy inżynier może być humanistą?”, znalazł się na trzeciej stronie tygodnika „Politechnik” redagowanego przez Wojtka Charkina. Rzadko można spotkać autorów, którzy - jak Elena Ferrante - skrywają swą tożsamość pod pseudonimem. Włoska pisarka uzasadnia swój wybór koniecznością walki z powierzchownością kultury, w której ważniejsze jest kto mówi od tego, co mówi (mit artysty!). Podobną opinię wyraził Milan Kundera. Nawiązując do poglądu Gustawa Flauberta („Artysta powinien ukrywać się w swojej twórczości, podobnie jak Bóg nie ukazuje się w przyrodzie”), zauważył ze smutkiem, że dziś to dzieło niknie przesłonięte postacią autora. Sława pomnaża się sama, społeczna rozpoznawalność celebrytów, artystów, intelektualistów potwierdza ich prawo do zabierania głosu. W książce pt. „Galimatias. Papiery, maile, wywiady” (tłum. Lucyna Rodziewicz-Doktór, 2023) Elena Ferrante dobitnie wyraża swe stanowisko związane z pytaniami i opiniami dziennikarzy i krytyków. Pytana o anonimowość odpowiada: „Proszę mi pozwolić na pewną uwagę: nie zdecydowałam się na anonimowość, moje książki podpisane są imieniem i nazwiskiem. Zdecydowałam się na nieobecność”^. Usłyszawszy opinię, że ukrywając swą tożsamość w pewien sposób wymazała sama siebie, pisze: „Kto pisze i publikuje, wcale się nie wymazuje. Posiadam życie osobiste, a publicznie reprezentują mnie moje książki. Wybór dotyczy czego innego. Dwadzieścia pięć lat temu postanowiłam wyeliminować pragnienie sławy i pęd do znalezienia się w kręgu ludzi sukcesu, którzy uważają się za zwycięzców. To był znaczący krok. Dzisiaj sądzę, że dzięki niemu zdobyłam własną przestrzeń wolności, gdzie czuję się aktywna i obecna”. Powtarza, że buntuje się przeciw medialnemu gwiazdorstwu. „Ono nie tylko umniejsza rolę dzieła na wszystkich płaszczyznach ludzkiej działalności, lecz króluje niepodzielnie w każdym sektorze. Jakby nic nie mogło się obyć bez medialnych celebrytów”. Gdy Mauricio Meireles pyta ją co znaczy bycie finalistką Premio Strega (najważniejszej włoskiej nagrody literackiej), odpowiada: „Nic”. ^ To i kolejne przytoczenia biorę z felietonu Małgorzaty Lebdy zatytułowanego „Cała ta cisza”, drukowanego w kwartalniku „Czas Literatury” nr 2, 2023 r. 26 Andrzej C. Leszczyński TEKST VS LITERATURA? Z tego samego numeru „Znaku”, w którym Agata Sikora pisze o spotkaniach z potworami, wynotowałem poniższe zdania autorstwa Henryka Woźniakowskiego: „Jeśli naprawdę dotyka i obchodzi nas dzieło, potrącając w nas mocno struny zachwytu, zdumienia, odkrycia, ale też sprzeciwu i protestu, to zwykle chcemy się czegoś dowiedzieć o autorze, i to czegoś więcej, niż dzieło samo nam objawia”. Nie jestem pewien, czy rzeczywiście „zwykle” (zazwyczaj) tak jest, sam takiej chęci u siebie nie widzę. Zapadła mi w pamięć dawna przygoda z książką pozbawioną autora („uśmierciły” go najpewniej kury przesiadujące na strychu naszego domu w Ostrówkach). Nauczyłem się czytać jeszcze przed szkołą. W krótkim czasie pochłonąłem wszystko, co było w obejściu do przeczytania, między innymi „Timura i jego drużynę” Arkadija Gajdara, „Czuka i Heka” chyba też Gajdara, „Winnetou” Karola Maya. Kiedy wpadła mi w ręce książka pozbawiona kilkunastu pierwszych stron, zabrałem się za nią natychmiast. Była to lektura niezapomniana. Nagi tekst. Brak autora, a bardziej jeszcze tytułu powodował, że wszystko zależało ode mnie. Do dziś pamiętam niektóre szczegóły opisów, barwy i słowa wypowiadane przez bohaterów, odczuwam tamte podrażnienia zmysłów. Wiele lat później dowiedziałem się, że książka była zatytułowana „Rodzina Thibault”, a jej autor to Roger Martin du Gard; kiedy ponownie zacz^em ją czytać, wydała mi się nudna i szybką ją odłożyłem. Przyznałbym rację Robertowi Wilsonowi, który w rozmowie z Umberto Eco dowodził, że dzieło jest pojemniejsze niż autor, że każdorazowo aktualizuje się w świadomości odbiorczej. „Nie wierzę, że Mozart rozumiał, co napisał. Nie wierzę też, że Szekspir rozumiał, co napisał... Dzieło jest pojemniejsze niż autor... Mogę czytać »Króla Lira« jednej nocy w taki sposób i zupełnie inaczej następnej”^. O konieczności wiązania utworu z autorem mówią najczęściej sami autorzy. Oto co mówił Eustachy Rylski w rozmowie Agnieszką Papieską'*: „[...] dobra książka to tylko dobra książka, a literatura to książka plus autor. I to pół na pół. Nie ma wielkiej literatury bez jej autora. Czym byłyby dylematy moralne Lorda Jima, gdybyśmy nic nie wiedzieli o Conradzie? Co by nas obchodził Hemingway i jego opowiadania, gdyby miał powierzchowność i życie Woody'ego Allena? Co znaczyłby Gombrowicz wypreparowany z własnej twórczości? Literatura to pisarz i jego dzieło. Zaryzykowałbym twierdzenie, że w takiej właśnie kolejności”. I jeszcze, na zakończenie, smakowite zdania innego autora, Karola Maliszewskiego: „Odrywa się więc wypowiedź o charakterze literackim od jasnego przesłania, od konkretnego człowieka, od biograficznego przełożenia [...]. Wierszyki mają sobie pływać w kulturowym akwarium niczym zdechłe, acz wielobarwne, karasie, i kto tam chce, a samozaparcie w nim duże, niech je sobie na osobiste ryzyko wyławia -i trzyma się, rzecz jasna, na dystans, bo trochę już cuchną. Zaleca się dystans w widzeniu tej relacji między autorem i tekstem, i podobny dystans zaleca się w charakteryzowaniu lustrzanej relacji między tekstem a czytelnikiem. I ten zdystansowany dystans, ta rosnąca przestrzeń (uciekająca mgławica?) zaczynają wypełniać olbrzymi gmach literatury, który z daleka wygląda jak napompowany neumą, zaś z bliska przypomina zimną halę pustego lotniska, po której hula wiatr ogólnych intencji: bo przecież teksty się odczytuje, interpremje, dekonstruuje, wynosi pod eksplikacyjne obłoki”^ ’ Cyt. za: Tomasz Cyz, „»Czarodziejski flet* według Mozarta”, Zeszyty Literackie nr 94 (2006 r.). * „Twórczość” nr 2, 2012. ’ „Czytanie wiersza, czytanie człowieka”, „Znaczenia” nr 5, 2011 r. Wędrówki po prowincji Alicja Łukawska ŻUŁAWSKIE OPOWIEŚCI STULECIE LIEDTKÓW W ZWIERZNIE Ten kasztan zasadził mój dziadek, jak kupił ten dom w 1923 roku - mówi Piotr Liedtke, wskazując na obcięty pień starego drzewa przy drodze. W zeszłym roku się zwalił, przyciąłem go i zostawiłem na pamiątkę. W tym roku mija sto lat, jak tu mieszkamy. Bohatera tego tekstu poznałam w Markusach w lutym 2020 roku, kiedy wraz z moją mamą Haliną Łukawską promowałyśmy naszą wspólną książkę „Córka organisty. Wspomnienia mieszkanki Pomorza” w tamtejszej gminnej bibliotece. Rodzina mojej mamy osiedliła się w Markusach w 1947 roku jako osadnicy. W tamtym czasie nie było już tam prawie żadnych Niemców, bo wszyscy albo uciekli w 1945 roku na zachód, albo nieco później zostali zmuszeni do wyjazdu za granicę. Liedtkowie byli jedną z nielicznych niemieckich rodzin, która po II wojnie światowej pozostała w tej gminie. Byli znani w całej okolicy. Piotr Liedtke chodził do jednej klasy szkoły podstawowej w Zwierznie z moim kuzynem Andrzejem Burkiem, całe życie udzielał się też jako społecznik, a jego matka, Agnieszka Liedtke, zasłynęła jako ludowa uzdrowicielka, bo Agnes i Hans Liedtke na motorze, Thiergart, rok 1938, Jot. archiwum Piotra Liedtke 28 Alicja Łukawska znała się na medycynie manualnej. Umiała masować i nastawiać chore kończyny. Pomogła wielu ludziom, zwłaszcza małym dzieciom cierpiącym na zwichnięcia stawów biodrowych. Familia Liedtke od pokoleń żyła na pograniczu Żuław i Powiśla. Dziadek Gustav Liedtke pochodził z Baumgarth (obecnie Bągart) w powiecie sztumskim. Był pompiarzem. Obsługiwał parową pompę wodną, a także pracował u gospodarzy na maszynie parowej. Wykonywał różne prace dla rolników. Zimą młócił zboże, a latem je śrutował. Robił to w stodołach. Wtedy rolnicy mieli ogromne stodoły, niektóre piętrowe, a nawet wielopoziomowe, w których magazynowali wielkie ilości zboża i siana. W 1923 roku Gustav Liedtke kupił niewielkie gospodarstwo rolne w Ihiergart (Zwierzno) na Żuławach. Wybrany przez niego dom stał w oddaleniu czterech kilometrów od centrum wsi, na tzw. kolonii. Pod koniec XVIII wieku wybudowano tam na wale przeciwpowodziowym nad rzeką Tyną kilka długich domów typu „trzy w jednym”, które składały się z drewnianego domu mieszkalnego dla łudzi z murowaną oborą (w której była też stajnia i chlew) oraz drewnianą stodołą. Wszystko to było nakryte jednym dachem z trzciny. Gustav zamieszkał tam z Hansem, najmłodszym z siedmiorga jego dzieci. Starsze rodzeństwo Hansa założyło już rodziny i mieszkało w innych wioskach w pobliżu. Piotr Liedtke jest lokalnym patriotą i chodzącą encyklopedią Zwierzna. Opowiedział mi, co wie na temat przedwojennej historii swojej wsi. W okresie międzywojennym była to duża, dobrze rozwinięta miejscowość z wieloma sklepami i zakładami rzemieślniczymi. Spełniała funkcję centrum handlowo-usługowego dla tej części Żuław Elbląskich. Były tam sklepy spożywcze, rzeźnia, masarnia, mleczarnia, piekarnia, kuźnia, weterynarz, dentysta, dwie gospody, a także sklepy przemysłowe, m. in. salon sprzedaży samochodów i motocykli. Była nawet stacja benzynowa i dom publiczny. Na miejscu był także kościół katolicki, a także dwie szkoły wyznaniowe: katolicka i ewangelicka. Z kolei kościół ewangelicki wraz z cmentarzem znajdował się parę kilometrów dalej, w pobliskim Stalle (Stalewo). W sąsiedniej wsi Thiergartsfelde (Zwierzeńskie Pole) były dwa wiatraki. Jeden z nich stał nad Tyną w pobliżu betonowego mostu, na granicy z Alt Rosenfeld (Różany), a drugi (należący do niejakiego Wiehlera) był w pobliżu mleczarni przy drodze do Markushof (Markusy), gdzie mieszkała duża grupa men-nonitów. Wiehler to typowe nazwisko mennonickie. W okresie międzywojennym Żuławy Elbląskie to było dobre miejsce do zamieszkania. Żyło się tutaj wygodnie. Rolnicza, trochę bagienna okolica nie była odcięta od świata, jakby się mogło wydawać, ale była znakomicie skomunikowana z większymi ośrodkami. Dojazd do ośrodków miejskich był chyba lepszy niż po II wojnie światowej (i nawet obecnie!). W Markusach znajdowała się stacja kolejowa. Zatrzymywał się tu pociąg, który jechał z Elbląga przez Stare Dolno i Myślice do Małdyt. W pobliżu stacji była zajezdnia autobusów, które kilka razy dziennie kursowały do Malborka, gdzie mieściła się wówczas stolica powiatu. Można tam było pojechać rano, załatwić różne sprawy, a po paru godzinach wrócić do domu. Latem po rzece Tynie pływały niewielkie statki pasażerskie z Elbląga. Zatrzymywały się one m. in. przy przystani przy moście w Thiensdorf (Jeziorze), gdzie nad wodą znajdowała się duża gospoda o nazwie „Rueckfort”. Latem przypływali tam turyści z miasta, by wypocząć na łonie natury. Spacerowali, łowili ryby, zjadali obiad i wracali do domu. Z kolei mieszkańcy wsi pływali statkami do Elbląga na targ i po zakupy. Ostatni przystanek takiego rejsu Tyną mieścił się w pobliżu domu Liedtków na odcinku Tyny Górnej. W miesiącach letnich były codziennie żuławskie opowieści 29 Budowa obory na Żuławach. Hans Liedtke fiierwssy z lewg, okres mifdsywojenny fot. archiwum Piotra Liedtke dwa kursy statków do Elbląga: rano i po południu. Podobne jednostki pasażerskie pływały także po pobliskiej rzece Dzierzgoń. Można było np. popłynąć statkiem z Bą-gartu do Elbląga, mijając gospodę „Letzter Grosch” („Ostatni Grosz”), która znajdowała się tuż przy ujściu rzeki Dzierzgoń do jeziora Drużno. Niedaleko Zwierzna przebiegała też trasa kolejki wąskotorowej, która jednak woziła tylko towary przemysłowe, głównie buraki cukrowe, wysłodki, pasze i nawozy. Kursowała ona na trasie Lichtfelde (Jasna) - Altfelde (Stare Pole). Jeździła nie według rozkładu jazdy, ale doraźnie, według potrzeb. Skład ruszał dopiero wtedy, kiedy sołtys wsi zebrał od mieszkańców zamówienia na przewóz towarów. W tamtym czasie na Żuławach nie było takiego rozdrobnienia gruntów jak po II wojnie światowej. Za Niemców w Zwierznie były tylko cztery gospodarstwa rolne, ale za to bardzo duże. Ich właściciele nazywali się: Gruebnau, Klotz, Knorr i Krause. Mieli majątki o powierzchni ponad 100 hektarów i zatrudniali jako robotników większość mieszkańców wsi. Pozostali mieszkańcy zajmowali się handlem, usługami i drobnym rzemiosłem. Gruebnau mieszkał w starym domu podcieniowym z drewna, który do tej pory stoi w centrum wsi naprzeciwko remizy strażackiej, ale trzej pozostali bauerzy wybudowali sobie już murowane domy z cegły w miejsce starych drewnianych. Stawiali też czworaki mieszkalne z cegły dla swoich pracowników, by ich rodziny mieszkały w godnych warunkach. Budową domów i pomieszczeń gospodarskich w całej okolicy zajmował się przedsiębiorca budowlany Emil Goldmann z Ihiergtsfelde (Zwierzeńskie Pole). Miał on dużą firmę i zatrudniał na stałe wielu ludzi, w tym murarzy, cieślów i specjalistów od innych robót. Goldmann mieszkał w istniejącym do dzisiaj budynku stojącym tuż przy moście na rzece Tynie. Na poniemieckim cmentarzu w Zwierznie zachował się nagrobek Emila i Berthy (z d. Groetz) Goldmannów. Po dziś dzień ktoś tam czasem zapala znicze... W okresie międzywojennym był ruch w budowlance. Bardzo dużo nowych domów powstawało w tej wsi i w sąsiednich. Mieszkańcy Żuław musieli wtedy obowiązkowo ubezpieczać od pożaru domy i gospodarstwa. Jak się spalił od pioruna stary, drewniany dom, to Goldmann w mig stawiał nowy, ale już nie drewniany, tylko murowany z czerwonej cegły. Pieniądze na to wypłacała firma ubezpieczeniowa. A domy paliły się często. - Przyjeżdżała wtedy ekipa od Goldmanna, zwozili materiały budowlane i wszystko robili. Tego pogorzelca już nic nie obchodziło. Nic nie musiał kupować, kłopotać się, bo za wszystko 30 Alicja Łukawska płaciła firma ubezpieczeniowa. W okresie międzywojennym mój ojciec pracował jako cieśla u Goldmanna. Mam jeszcze zdjęcia z jego młodości, jak wraz z kolegami budował wielkie drewniane stodoły i drewniane strychy na murowanych oborach - opowiada pan Piotr i kładzie na stole plik starych fotografii. Siedzimy w pokoju na piętrze biblioteki w Zwierznie mieszczącej się w starej willi, która kiedyś należała do niemieckiego weterynarza Kleinerta. Oglądamy przedwojenne fotki. Kilkuosobowa brygada cieśli pręży się dumnie w chwili ukończenia konstrukcji dachu i postawienia na nim wiechy. Mężczyźni mają na sobie typowe stroje robocze. Niemieccy cieśle w tamtym czasie nosili do pracy czarne, sukienne kamizelki z wielkimi, błyszczącymi guzikami przyszytymi w podwójnych rzędach. Zwykli robotnicy mieli po cztery rzędy tych guzików, a brygadzista aż pięć. Na kamizelkach widać też łańcuszki od zegarków noszonych przez robotników. Do tego dochodziły spodnie, wysokie skórzane buty, koszula, czapka z daszkiem, a jak było chłodniej, to także jakaś kurtka lub marynarka. Cały strój wyglądał bardzo elegancko. W archiwum pana Piotra zachowały się trzy zdjęcia przedstawiające ciesielską ekipę Goldmanna przy pracy. Na jednym widać, jak robotnicy stoją na murowanej oborze, do której dobudowują drewniany strych do składowania siana dla bydła. Na drugim rozebrani do pasa cieśle w upalny dzień siedzą na dachu budowanej z drewna stodoły. A na trzecim 8-osobowa ekipa stoi na ziemi przed jakąś zbudowaną z drewna konstrukcją. W 1936 roku, już w czasie III Rzeszy, Goldmann dostał rządowe zamówienie od państwa na budowę Domu Ludowego w Zwierznie (obecna szkoła podstawowa). Wcześniej w tym miejscu była mleczarnia, która spaliła się w 1935 roku. Nowy budynek postawiono z cegły, ale w tradycyjnym stylu żuławskim, czyli jako dużą wiejską chałupę z podcieniem z przodu. Z tyłu zaś była wielka, elegancka sala widowiskowa z podłogą wyłożoną pięknym parkietem. Na piętrze znajdowały się pokoje mieszkalne dla gości. Było tam coś w rodzaju pensjonatu czy też schroniska dla młodzieży. Obok znajdowało się boisko do piłki nożnej, gdzie trenowała i grała miejscowa drużyna piłkarska, do której należał także Hans Liedtke, ojciec Piotra. Drużyna piłki nożntj w Tkiergart, okres fnifd^wojenny, fot. archiwum Piotra Liedtke Zachowała się fotografia przedstawiająca dziesięciu zawodników tej drużyny. Są tam wszyscy miejscowi piłkarze, oprócz Hansa. Pozując do zdjęcia, stał z boku z lewej strony. Jego podobizna została jednak oddarta w latach 60. XX wieku, w dramatycznych okolicznościach, o których nie będziemy tu pisać, bo dotyczy to małej społeczności, a świadkowie tej sprawy być może jeszcze żyją. Na zdjęciu możemy podziwiać wysportowanych kolegów Hansa, prężących musku-ły do aparatu. Podobno była to żuławskie opowieści 31 Rzeźnik Martin Wohlan z żoną Hedwig i dziećmi. Thier-gart, okres mifti^wojenny, fot. archiwum Piotra Liedtke drużyna na niezłym poziomie. Na miejscowym boisku iokalsi rozgrywali też mecze z drużynami przyjeżdżającymi z innych miejscowości. Piłkarze z Żuław również sami wyjeżdżali na gościnne wy-5*^ępy gdzieś dalej. Cieśla w tamtym okresie zarabiał dobrze. Hansa stać było na to, aby w salonie samochodowym we wsi kupić sobie motocykl, którym dojeżdżał do pracy. Ten zakup także został udokumentowany na zdjęciu wykonanym w 1938 roku. Widać tam parę młodych ludzi siedzących na motorze. Za kierownicą jest Hans. Dziewczyna z tyłu w spodniach i jasnych pantofelkach na obcasikach to Agnes, jego żona i przyszła matka Piotra. Agnes pochodziła z Powiśla, a dokładnie z Neu-mark (Nowy Targ) w gminie Altmark (Stary Targ). Znała zarówno polski, jak i niemiecki, bo w jej domu rodzinnym mówiło się w obu językach. Była córką Marii (z domu Terpidłowskiej, rodem z Koniecwałdu) i Piotra Izdebskich. Jedna z jej sióstr, Hedwig, poślubiła Martina Wohlena, który w latach 30. XX wieku miał w Zwierznie rzeźnię, masarnię i sklep mięsny. Sprzedawał rąbankę, kiełbasy, salcesony, kaszanki i inne swojskie wyroby masarskie. W latach 30. Agnes zamieszkała u siostry, by pomóc jej w domu i w sklepie. Tutaj, we wsi, poznała Hansa Liedtke. Ich ślub kościelny odbył się 27 września 1937 roku w kościele filialnym pw. świętego Rocha w Nowym Targu, zaś cywilny w urzędzie gminy w Starym Targu. Ich pierwszy syn urodził się w 1938 roku, a drugi w 1939 roku. Po ślubie Hans nadal pracował jako cieśla. Agnes zajmowała się domem, wychowywała dzieci i pomagała teściowi w gospodarstwie. Jak na tamte czasy, było to gospodarstwo średniej wielkości: parę hektarów ziemi, pięć krów, koń i parę świnek. Kiedy III Rzesza napadła na Polskę w 1939 roku, to Hans nie został powołany do wojska z uwagi na gospodarstwo rolne i dwoje małych dzieci. Oficjalnie zwolniono go ze służby w Wehrmachcie z powodu opieki nad rodziną. Jednak pod koniec wojny, w roku 1943 lub 1944 roku, zdarzył się incydent, który spowodował, że Hans musiał zgłosić się do wojska w trybie natychmiastowym. - Wtedy właśnie w Zwierznie w Domu Ludowym miała się odbyć jakaś ważna narada. A ojciec był sportowcem, grał w piłkę w tutejszym klubie sportowym. Wybrano go, aby w czasie tej uroczystości stał i trzymał flagę z hakenkrojcem - mówi Piotr Liedtke. - Ale on powiedział, że tego nie zrobi. - A on nie popierał Hitlera? - Nie, nie...W tej dużej sali w Domu Ludowym przy wejściu na scenę były dwie wnęki, gdzie wieszali te flagi jak była jakaś uroczystość. Ojciec miał tam właśnie stać z tą flagą, ale się nie zgodził. Następnego dnia o piątej rano przyjechał do niego sołtys i powiedział, że 32 Alicja Łukawska natychmiast ma się zgłosić do jednostki wojskowej w Braniewie. Ojciec pojechał tam motorem, bo został wezwany w trybie piłnym. To była końcówka drugiej wojny światowej, chyba 1944 rok. Nawet nie wysłali go już na front wschodni. Najdalej na wschodzie był w Braniewie. Może z pół roku był w tej jednostce. A potem już tylko cały czas uciekali na zachód. Nie znam dokładnie jego losów wojennych, ale wiem, że ojciec dostał się do niewoli we Francji, gdzieś nad oceanem, nad Zatoką Biskajską. Tam z kolei był lokajem u jakiegoś francuskiego oficera, robił mu zakupy i pracował w ogródku. Na stół wędruje niewielkie zdjęcie z czasu francuskiej niewoli przedstawiające grupę młodych żołnierzy w mundurach Wehrmachtu, ale bez pasów. Hans stoi jako drugi z lewej Nifmifcty żołnierze w niewoli francuskiej. Hans Liedtke drugi z lewej strony. Koniec 1/ wojny łwiatowej, Jot. archiwum Piotra Liedtke W jasnej koszuli z podwiniętymi do łokcia rękawami. Mężczyźni trzymają w rękach łopaty. Jak się zdaje, pracują przy jakiś robotach ziemnych, widać wielkie hałdy ziemi i wózki na szynach do jej odwożenia. Prawdopodobnie budują jakieś okopy czy umocnienia. Tak więc Hans jest we Francji, a co w tym czasie dzieje się z Agnes? W styczniu 1945 roku całe Żuławy uciekają przed nadchodzącą Armią Czerwoną. Nie jest to ewakuacja obowiązkowa, zarządzona odgórnie, jak na Wielkich Żuławach, które miały zostać w całości zalane wodą przez wojsko. Żuławy Elbląskie ewakuują się dobrowolnie i na własną rękę. Ze strachu przed Iwanem ludzie w popłochu zostawiają swoje gospodarstwa, zaprzęgają konie i siadają na wozy. To samo robi Gustav Liedtke. Ładuje na wóz synową z dwójką małych dzieci i podążają wraz z innymi na zachód. Jest mróz, śnieg, ślisko, na drogach tłumy ludzi. Panuje ogólny chaos. Udaje się im szczęśliwie przekroczyć Nogat i Wisłę. W okolicy Stolp (Słupsk) wpadają jednak w kocioł. Rosjanie biorą ich do niewoli, zabierają im konia i wóz. Na widok radzieckich sołdatów stary Gustav od razu pada trupem na miejscu. Zabija go nagły zawał serca ze stresu. Agnes zostaje wśród obcych sama z dwoma synami, z których jeden ma 7, a drugi 6 lat. Ratuje się jednak szczęśliwie z radzieckiej niewoli dzięki swojej znajomości języka polskiego. Gdzie teraz ma się udać? Tylko na Żuławy! Tam jest ich dom rodzinny! - Agnes, ty wróć do domu, bo Hans tam na pewno wróci - powtarzał jej teść, jak jeszcze jechali razem na wozie w nieznane. Zapamiętała dobrze te słowa. W warunkach wojennych udaje się jej załatwić transport spod Słupska na Żuławy. Latem 1945 roku przyjeżdża tutaj wojskowym samochodem z radzieckimi żołnierzami. Mówi po polsku, więc Rosjanie biorą ją za Polkę. Litują się nad samotną kobietą z dwoma małymi chłopcami. żuławskie opowieści 33 Po drodze Agnes służy im jako tłumaczka. Kiedy Rosjanie łapią jakiegoś Niemca do niewoli, to ona tłumaczy ich rozmowy. Rozstaje się z Sowietami, gdy dociera do Zwierzna. Idzie pieszo na kolonię za wsią, zobaczyć, co z domem. Budynki jeszcze stoją. Wchodzi do środka i staje jak wryta. Tam już nic nie ma! Wszystko wyszabrowane! Budynek został ogołocony z całego wyposażenia. Nie można tam zamieszkać. Poza tym, dręczy ją, co się dzieje z innymi członkami rodziny jej i męża. Wszyscy wyjechali stąd przecież zimą 1945 roku. Ciekawe, czy żyją, gdzie teraz przebywają... Kobieta wraz z synami rusza na piechotę w kierunku Lichtfelde (Jasna), gdzie wcześniej mieszkała rodzina Hansa. Okazuje się, że tam stacjonują już rosyjscy żołnierze. Zatrzymuje się u nich. Jednak nie może tam zostać. Dowiaduje Agnieszka Liedtke przed swoim domem w Zwierznie, fot. archiwum Piotra Liedtke się, że tym oddziałem Armii Czerwonej dowodzi /^« Liedtke, okm międzywojenny, fot archiwum Piotra jakiś szalony lejtnant (porucznik), który po pijaku ^‘^^^^^ siada na konia i strzela do wszystkiego, co mu się nie spodoba, czy to kot, krowa czy człowiek. Żołnierze opowiadają jej o swym groźnym dowódcy i każą iść dalej. Jest czas sianokosów, a może już żniw. W pobliskim Bągarcie miejscowi ludzie nie chcą pracować na polu. Lejtnant pojechał tam konno, aby przywołać ich do porządku. Ale niedługo powinien być z powrotem. - Udiraj! - mówi jakiś młody sołdat. - Uciekaj! Nie wiadomo, co będzie, jak nasz lejtnant wróci z objazdu. Lepiej, żeby cię tu wtedy nie było. Masz tu pałatkę (pelerynę), okryjesz siebie i dzieci, jakby deszcz padał. Ostrzeżona Agnes rusza z chłopcami w dalszą drogę. Nieprzemakalna pałatka od ruskiego soł-data bardzo się przydaje, bo po drodze łapie ich straszna ulewa. Nakrywają się tą pałatką i stoją w miejscu, czekając aż przestanie padać. Potem ruszają dalej. W Starym Targu Agnes odnajduje ciotkę. - Twoja mama i siostra ze swoją siódemką dzieciaków mieszkają teraz w Nowym Targu -mówi ciotka. Agnes rusza więc dalej do Nowego Targu. Tam znajduje matkę, siostrę i jej potomstwo. Zatrzymuje się w domu rodzinnym. Przypadkiem spotyka na drodze koleżankę, z którą 34 Alicja Łukawska Straż pożarna z Nfumark (Nowy Targ) w powiecie sztumskim, której członkiem /rył dziadek Piotr Izdebski, okres międzywojenny. Fot. archiwum Piotra Liedtke chodziła do szkoły. Okazuje się, że tamta również ma męża wojskowego w niewoli francuskiej. Ma jego adres, koresponduje z nim. -Agnes Liedtke się znalazła. Mieszka teraz tu obok u swojej matki - pisze koleżanka powojenne nowości do swojego męża. Ten list dociera do Francji. A Hans Liedtke jest w niewoli tuż obok, po sąsiedzku, mieszka jakieś 100 metrów dalej. Kolega przynosi mu radosną wieść, że żona i synowie żyją. W 1948 roku Hans wraca do Polski z francuskiej niewoli. Znajduje rodzinę w Nowym Targu. Jednak ciągnie go do Zwierzna, do swego domu. W tamtym czasie w gospodarstwie Liedtków mieszka już nowy osadnik, Ukrainiec Bohdanowicz, który zajął ten dom, bo stał pusty. Rodzina Liedtków zatrzymuje się w Zwierznie. Wraz z pięcioma innymi rodzinami mieszkają w dawnych „czworakach”, a właściwie „sześciorakach”, czyli w budynku komunalnym, który stoi pomiędzy Domem Ludowym a szkołą poewangelicką. — I właśnie tam przyszedłem na świat w 1949 roku — mówi Piotr Liedtke. — Nasza rodzina mieszkała u góry, a na dole mieszkał sołtys Gruening. On był przed wojną niemieckim sołtysem, a po wojnie polskim. Zostawili go, bo on, tak samo jak moja mama, znał dwa języki, polski i niemiecki. Mieszkał tutaj jakiś czas po wojnie, a później wyjechał do Niemiec. I ten sołtys tak załatwił, że Bohdanowiczowi dali inne gospodarstwo w Zurawcu, a my mogliśmy wrócić na swoje. Zamieszkaliśmy tam znowu w kwietniu 1951 roku. Miałem wtedy dwa lata. Mama przechowała wszystkie dokumenty tego gospodarstwa, miała akt własności dziadka. Do tej pory mam te stare papiery. Ale po latach taka sprawa wynikła... Miałem papiery jak mój dziadek przepisał wszystko na ojca, potem mama przepisała wszystko na mnie. Ale to nie wystarczyło, by zwolnić mnie z płacenia podatku za gospodarstwo. Musieliśmy potem spłacać to gospodarstwo tak samo jak polscy osadnicy, którzy tu przyszli po wojnie. Byłem tym oburzony! Ale płaciłem normalnie, jak wszyscy. Kiedy już tam zamieszkaliśmy, to nasza rodzina powiększyła się. W 1955 roku przyszedł na świat mój najmłodszy brat. Zostaliśmy tutaj, rodzice prowadzili gospodarstwo. Mój ojciec do końca życia, a zmarł w 1969 roku, nie nauczył się języka polskiego. Wszystkie sprawy w urzędach czy w sklepach załatwiała mama, bo mówiła po polsku. Ojciec zajmował się gospodarstwem, trochę też pracował jako cieśla. Tylko imię zmienił z Hansa na Jan. - Jak was traktowano tutaj jako Niemców? Normalnie? Czy też byliście szykanowani jakoś przez przybyszów z innych terenów Polski? Bo m jednak prócz was wielu innych Niemców nie było. — Tutaj zamieszkali prawie sami katolicy. Nasza rodzina też była katolicka. Ojciec jakoś sobie radził bez znajomości polskiego. Jeden nasz sąsiad był zza Wisły, z Kociewia. Drugi sąsiad był z Poznańskiego. Obaj znali niemiecki, więc mógł z nimi się dogadać. W Złotnicy mieszkało kilku rolników, którzy w czasie wojny pracowali u Niemców i tam nauczyli się żuławskie opowieści 35 niemiecki^o. Wielgosik urodził się w Niemczech, to umiał po niemiecku. W Zwierzyńskim Polu Germany mieszkali, to z ojcem się kolegowali. Jak rodzice jeździli do znajomych do Kępniewa, to też tam rozmawiali po niemiecku. U nas w domu mówiło się po niemiecku. Jak miałem sześć lat, to mama mi powiedziała: „musisz zacząć uczyć się po polsku, bo do szkoły za rok pójdziesz”. W domu mama mówiła do mnie po polsku i tak się nauczyłem. W szkole nie miałem problemów z językiem. No, może trochę na lekcjach polskiego miałem problemy. Jednak muszę przyznać, że w podstawówce koledzy trochę mnie wyzywali. Kiedyś dostałem od cioci rower, pojechałem nim do szkoły, bo aż cztery kilometry do szkoły miałem. Wtedy koledzy ten mój rower schowali, gdzieś na drzewo powiesili... - A pan był wówczas jedynym Niemcem w szkole? - W tamtym czasie byłem sam. Zaraz po wojnie, jak chodzili do szkoły moi starsi bracia Heniek i Janek, to było inaczej. Wtedy razem uczyły się różne roczniki, była inna sytuacja. - Ale chyba też dużo dawało to, że mama była tu znana w okolicy jako ludowa uzdrowicielka? Była łubiana. Słyszałam, że bardzo pomagała ludziom. Leczyła też osoby z mojej rodziny. Nastawiała kości czy też stawy... Jak ona odkryła to, że umie leczyć ludzi? Czy też ktoś ją tego nauczył? - Kiedyś uczyli takich rzeczy w szkole podstawowej. Ona w szkole tego się nauczyła. Jak była zwichnięta ręka, obojczyk, kolano - to mama masowała i prostowała. Kiedy małe dzieci „przewichnęły się”, to też im pomagała. Jak rodzice przyjechali do niej z takim dzieckiem, to ono płakało, bo je bolało. To mama wtedy przesuwała lewy łokieć do prawego kolana, a prawy do lewego. Jak było dobrze, to dotknęło, a jak było źle, to zaczynało krzyczeć. Ona wtedy brała dziecko za nóżki, trzymając głową na dół, lekko strząchnęła i było dobrze. Ile łudzi u nas się przewinęło! Z dziećmi ile osób przyjeżdżało... Mama jeszcze prócz tego gotowała na weselach. Jeździła na rowerze po wsiach. To dlatego byliśmy znani w okolicy. - Pan jest tu znany jako społecznik i strażak. - Zawsze wiele pracowałem społecznie. Swego czasu byłem przewodniczącym ZMW (Związek Młodzieży Wiejskiej) w naszej gminie. Po skończeniu podstawówki uczyłem się w Gdańsku na tapicera w szkole zawodowej. Jak wróciłem potem do domu, to mnie wybrali na przewodniczącego ZMW. W polityce nigdy nie byłem, ale umiałem zorganizować coś dla ludzi. I potem było tak, że ci mi najbardziej w szkole dokuczali, to później byli moi najlepsi kumple. Organizowałem różne występy i zabawy ludowe w Zwierznie. Te zabawy były słynne na całą okolicę. Sprzedawaliśmy po 550 biletów. W Domu Ludowym była piękna, duża sala, parkiet na podłodze, tam się tyle ludzi mieściło. Orkiestra przyjeżdżała przygrywać do tańca. Lubili u nas grać, bo tu była dobra akustyka. Ludzie się bawili, tańczyli. Działałem też w straży pożarnej. Pożarnictwo to jest taka nasza rodzinna tradycja. W straży pożarnej było moich dwóch dziadków, mój ojciec, czterech synów, a także ich synowie i córki. Teraz jestem prezesem straży pożarnej w Zwierznie, a mój syn Paweł jest komendantem straży w całej gminie Markusy. Nasza rodzina nawet dostała z tego tytułu specjalny dyplom. - Pana rodzina nie miała ochoty wyjechać do Niemiec „na pochodzenie”? - Ja w wieku 26 lat już pojechałem do RFN! - Na pochodzenie? - Nie, pojechałem tam w gości. Dostałem zaproszenie i pojechałem. Poznałem tutaj w Rozgarcie ludzi, którzy przyjechali z RFN-u. Oni tam byli w kościele, potem szli drogą. 36 Alicja Łukawska rozmawiali po niemiecku. Podszedłem, zapytałem, czy mogę jakoś pomóc. Oni się bardzo ucieszyli. Okazało się, że to syn ze starszymi rodzicami przyjechał. Oni pochodzili z Rozgartu. Zaprosiłem ich do nas do domu, a potem oni zaprosili mnie do siebie. To było w połowie lat 70., czyli okres PRL-u. Nie było wtedy łatwo dostać paszport, ale mnie się udało. Dostałem paszport i niemiecką wizę. Potem jeszcze innym pomagałem, co tu przyjeżdżali. Zdarzało się, że oni sami jeździli po okolicy, nie mogli znaleźć domu przodków, który mieli na fotografii, a ja im pokazałem. Albo jakiś właściciel polski nie chciał ich przyjąć, nawet pogonił z widłami. A jak ja z nimi przyjechałem, to była już inna gadka, bo mnie znał, więc ich dobrze przyjął, ugościł, nawet ziemi w worku dał na pamiątkę. Przez to właśnie byłem wiele razy w Niemczech, bo miałem tam wielu znajomych. Każdy chciał się jakoś odwdzięczyć. Ci ludzie stąd, np. Sztumiacy czy Elbłążanie, mieszkający tam organizowali sobie takie zjazdy raz w roku. Oni chcieli tu przyjechać, zobaczyć, ale się bali. Ci, co mnie już znali, mówili jeden drugiemu: „Jedź! Tam jest taki Piotr, on ci pomoże”. Ludzie, którzy tu przyjeżdżali w tamtym okresie, czyli w połowie lat 70., to mieszkali tutaj jako dzieci. Mieli 8, 10, 15 lat jak stąd wyjechali. Oni pamiętali co nieco. A po wizycie tutaj, to mówili: „Jak będziesz w Niemczech, to musisz mnie odwiedzić”. Jechałem do jednych ludzi, a potem od nich do innych. Miałem spisane adresy i telefony. W jednym roku byłem w Niemczech w 37 miejscach, u rodziny i u tych znajomych, którym tu pomagałem. Wiele zobaczyłem, dowiedziałem się, poznałem. Byłem w domach i u prostych ludzi, i u wysoko postawionych, byłem u lekarza, u prezydenta miasta, u emeryta i u robotnika... Właśnie przez to, że oni tu zaczęli przyjeżdżać, to my znaleźliśmy naszą rodzinę z ojca strony, z którą nie było kontaktu od 1945 roku. Okazało się, że oni mieszkają w Niemczech, w RFN, rozsypani na dużym terenie od morza aż po Francję. Dzięki tym ludziom, którzy tu zaczęli przyjeżdżać, oni się odnaleźli! Poznajdowałem moich kuzynów i kuzynki, dużo starszych ode mnie, bo ojciec był najmłodszy z całej siódemki rodzeństwa, więc ci kuzyni byli starsi ode mnie nawet o 40 lat. 1 ta rodzina ojca też tu do nas przyjechała. W 1985 roku w gościnę do nas na tydzień przyjechało aż 25 osób. - Cała wycieczka. - Wycieczka. - Jak ich położyliście w domu? - Oni przywieźli ze sobą namioty. Młodzi spali w tych namiotach, a starsi u nas w domu. Przyjechali autobusem, robili sobie wycieczki po okolicy, do Gdańska jeździli. Miałem wtedy konie i bryczkę, woziłem ich po wsiach. Podobało im się tutaj. Wcześniej wiedzieliśmy tylko, że w NRD mieszka dwóch wujków i dwie ciotki ze strony mamy. Ten wujek Wohlan, rzeźnik ze Zwierzna, miał brata koło Cottbus, nad czeską granicą. I jak musieli stąd uciekać w 1945 roku, to on od pojechał do brata, aby się u niego zatrzymać. 1 tam już został. Inny wujek ożenił się w NRD i tam zamieszkał. A z rodziną ojca nie było żadnego kontaktu. - Historia pańskiej rodziny jest bardzo skomplikowana. W sensie tożsamości, to pan się czuje bardziej Niemcem czy Polakiem? - Dlaczego ja mam być Niemcem, jak ja jestem Polakiem? Jeździłem tam, ale mieszkam tutaj. Jak tam pojechałem pierwszy raz w 1976 roku, to już chciałem tam przeprowadzić się na stałe. Porównałem, co tam było, a co u nas. My byliśmy wtedy 100 lat do tyłu. Przyjechałem do domu, mówię żonie, że jedziemy. Nasza córka Ania miała wtedy dwa lata. - Ja nigdzie nie jadę - mówi żona. - Ty umiesz po niemiecku, będziesz gdzieś łaził, a ja będę siedzieć w domu żuławskie opowieści 37 sama, bo ja nie umiem. - Ja też nigdzie nie jadę - mówi mama. - Ja tu się urodziłam i tu chcę umrzeć. Po dwóch łatach pojechałem tam znowu. I znów widziałem tę organizację, ten dobrobyt... Przyjechałem. Rozmawiamy w domu. Nie, nie jedziemy, zostajemy... A trzeci raz jak pojechałem do Niemiec, to już tam było inaczej. Zrobiło się kolorowo. Pełno było Turków, Jugosłowian, Murzynów. Jak poszliśmy ze znajomymi do knajpy, to Otiwiedziny roył dostf/iny również na portalu www.jamoltowo.pl BIBLIOGRAFIA Archiwum Państwowe w Olsztynie, Urztfól Konserwatora Zabytków Sztuki i Historii Prowincji Prus Wschodnich, zespół 367, sygnatura 42/567/7. Berliner Revue, tom 12, e-book, https://books.google.de/books?id=-DA8AQAAIA-AJ&pg=PA380#v=onepage&q&f=false, z dnia 22 maja 2023 r. Christopher Clark, Prusy powstanie i upadek 1600-1947. Przekład Jan Szkudliński. Bellona, Warszawa 2009, ISBN 978-83-11-11628-3. Steffen Dietzch, Immanue/ Kant: biografia, przekład Krystyna Krzemieniowa,Warszawa 2005, ISBN 83-214-1353-6. Encyklopedia Warmii i Mazur, Królewiec, http://encyklopedia.warmia.mazury.pl/index. php/Kr%C3%B31ewiec, z dnia 22 maja 2023. Zdzisław Kieliszek, Relacje rodzinne Immanuela Kanta, Uniwersytet Warmińsko--Mazurski w Olsztynie, Artykuł z Forum teologicznego XXII, 2021, ISSN 1641—1196. Stanisław Salomonowicz, Prusy, dzieje państwa i społeczeństwa, Toruń 2004, ISBN 83-05-13333-8. Jerzy Sikorski, Janusz Jasiński, Mikołaj Kopernik i Immanueł Kant. Dwie najwybitniejsze postacie na ziemiach niegdyś'pruskich, Olsztyn 2014, ISBN 978-83-64736-19-3. Jarosław Słoma, Słodami Immaneła Kanta, Gołdap 2017, https://goldap.org.pl/2017/04/ historia-sladami-immanuela-kanta/, z dnia 22 maja 2023. Stanford Encyklopedia Filozofii, Rozwój filozoficzny Kinta, https://plato.stanford.edu/ entries/kant-development/, z dnia 23 maja 2023. Seweryn Szeczpański, Płyty grobowe z kos'cioła p.w. Chrystusa Króla w Jarnołtowie (sprawozdanie z badań przeprowadzonych dnia 26.05.2007 r.), w: Zapiski Zalewski nr 13/2007; Karl Yorlander, Immanueł Kant — Der Mann unddas Werk, Munster 1924, https://www. textlog.de/vorlaender-kant.html, z dnia 25 maja 2023. 50 Zbigniew Jerzy Woś University of Manchester, Materiały iia nauki łvykładów Kanta, https://users-manchester--e(lu.translate.goog/facstaff/ssnaragon/kant/students/studentHofmeister.htm?_x_tr_sl=e-n&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc, z dnia 21 maja 2023. Uniwersytet w Marburgu, Opracowanie „Kant auf Reisen”, https://www.online.uni--marburg.de/kant_old/webseitn/bio_reis.htm, z dnia 24 maja 2023. Zbigniew Jerzy Woś, Kościół Chrystusa Króła widziany wewnątrz, http://jarnoltowo.pl/ kosciol-wewnatrz/, z dnia 21 maja 2023. Wykonany w 2024 r. mural na budynku sĄsiadujiftym z „Zakątkiem /mmanuela Kanta" w Jamołtowie, odsłonifty z okazji 300-lecia umdzin Kanta, fot. Z. Woś. 2024. Jarnołtowo w życiu Immanuela Kanta 51 Jan Chłosta POETKA POLSKIEJ WARMII w 130 ROCZNICĘ URODZIN I 40 ROCZNICĘ ŚMIERCI MARII ZIENTARY-MALEWSKIEJ Z Marią Zientarą-Malewską zetknąłem się pierwszy raz w połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy była już członkiem Związku Literatów Polskich i miała za sobą wspólne z Michałem Lengowskim, Teofilem Ruczyńskim i Alojzym Śliwą wydany tom iTz^nzy Warmii i Mazur. Poetkę zaproszono na wieczór autorski w szkole średniej, której byłem uczniem. Zachował się w mojej pamięci ten wieczór, bo recytowała dwa swoje wiersze w sposób naturalny Prz^feiki i Bochan chleba, napisane w gwarze warmińskiej. Odniosłem wrażenie, tak jakbym słyszał swoją babcię Elżbietę ze Starych Włók. Nie mogłem wtedy przewidzieć, że za kilka lat dana mi będzie bliska współpraca z poetką w tygodniku „Słowo na Warmii i Mazurach”. Towarzyszyłem wszak Jej na wielu spotkaniach literackich i pisałem o jej twórczości. Musiało to moje pisanie się jej podobać, skoro w jednym z tomików z dawnymi i nowymi wierszami, wydanym w 1983 roku, wpisała się mi „na pamiątkę od cioci - autorki”. Przechowuję zbiorek Na warmiński} nutf z tą szczególną dedykacją. 1 Poetka przyszła na świat 4 września 1894 roku w Brąswałdzie pod Olsztynem w rodzinie murarza wiejskiego, który także obrabiał niewielki zagon ziemi Augusta i Franciszki z domu Kraska. Była najstarszą z dziewięciorga rodzeństwa. Wywodziła się z rodziny chłopskiej osiadłej na południowej Warmii, tu po powstaniu listopadowym. Ukończyła niemiecką szkołę ludową, lecz jak cała rodzina Zientarów zachowała polskość. Drogą najpierw samokształcenia pogłębiała związki z kulturą polską. Dopomagał jej w tym miejscowy proboszcz, etnograf, historyk i pisarz ks. Walenty Barczewski (1856-1928). On też stał się czytelnikiem jej pierwszych wierszy i zachęcał ją do dalszego pisania. Przed plebiscytem w 1920 roku uczęszczała na zajęcia trzeciego kursu dla pomocniczych sił nauczycielskich, urządzonych przez Warmiński Komitet Plebiscytowy w Olsztynie. Jeszcze 4 grudnia 1920 roku wydrukowano w „Gazecie Olsztyńskiej” pierwszy jej wiersz Pory roku i potem następne utwory. Odnotował ten fakt Władysław Pieniężny wcześniej podczas konstytucyjnego zebrania Związku Polaków w Prusach Wschodnich 30 listopada 1920 roku „Młodzi biorą się coraz więcej do nauki, czytania książek i gazet. Zdarzają się w ostatnim czasie nawet rodzime piśmiennictwo polskie, jako to czytaliśmy wiersze panny Zientarówny, które świadczą o niepospolitym talencie poetyckim i wysokim poczuciu narodowym”. Z inicjatywy konsula Józefa Gieburowskiego przyznano na początku lat dwudziestych XX wieku pani Marii stypendium Towarzystwa Opieki kulturalnej na Polakami 52 Jan Chłosta Zamieszkałymi Zagranicą im, Adama Mickiewicza, któremu przewodniczył warszawski adwokat Antoni Osuchowski. Mogła więc wyjechać na dwumiesięczny pobyt do kraju. Zwiedziła wówczas Poznań, Kraków, Zakopane, Lwów i Warszawę, co zbliżyło ją jeszcze bardziej do kulturr polskiej. Następnie 10 września 1921 roku podjęła pracę w „Gazecie Olsztyńskiej”. Redagujący w tym czasie to pismo Kazimierz Jaroszyk napisał: „Powierzyłem jej opracowywanie kroniki politycznej i prowincjonalnej. Oprócz tego zasilała panna Zientarówna „Gazetę” bardzo udanymi własnymi wierszami i felietonami. W czasie mojej choroby panna Z[ientarówna] redagowała „Gazetę” prawie samodzielnie, wstrzymując się, wedle mojej rady, od wszelkiej polityki aktywnej”. Na polecenie olsztyńskiego konsula Józefa Gieburowskiego odbyła kilka podróży na Powiśle, aby zapoznać się praca towarzystw kobiecych takich jak Towarzystwo Ziemianek i Kobiet Chrześcijańskich pod wezwaniem św. Kingi w celu tworzenia takich organizacji kobiecych na południowej Warmii. Dzięki temu wkrótce utworzono we wsiach pod Olsztynem i Barczewem kilka takich towarzystw. Były one jednak mało samodzielne i wciąż wymagały pomocy z Olsztyna, a po wyjeździe Zientarówny w 1924 roku do Krakowa same się rozwiązały. Zientarówna zaangażowała się również w działania tworzonego Związku Towarzystw Młodzieży w Prusach Wschodnich oraz organizację kursu kroju i szycia w Olsztynie z wykładami z zakresu kultury polskiej dla warmińskich dziewcząt. Sama przygotowała wykłady o literaturze polskiej. Uczestniczkami kursu były m.in. dziewczęta z Warmii, które następnie po ukończeniu niemieckich kursów dla wychowawczyń przedszkoli w Królewcu i odbyciu praktyk w kraju, prowadziły polskie przedszkola na południowej Warmii, nazywane tu ochronkami. W pierwszych dniach grudnia 1924 roku Zientarówna udała się do Krakowa, aby podjąć naukę w żeńskim Seminarium Nauczycielskim. Uczestniczyła też jako wolna słuchaczka w wykładach z historii literatury w Uniwersytecie Jagiellońskim. Do seminarium nauczycielskiego została przyjęta na IV semestr. Już 28 maja 1926 roku zdała egzamin maturalny w krakowskim seminarium i z początkiem sierpnia tego samego roku została zatrudniona w Polsko-Katolickim Towarzystwie Szkolnym na Warmię. Zajmowała się organizacją polskich przedszkoli w Unieszewie, Gietrzwałdzie i Chaberkowie pod Olsztynem. W tych miejscowościach tych po wydaniu 31 grudnia 1928 roku przez Sejm Pruski ordynacji szkolnej dla ludności polskiej otwarto już 10 kwietnia 1929 roku pierwsze polskie szkoły. Przed tym krótko prowadziła polskie przedszkole w Gietrzwałdzie. Potem została nauczycielką polskiej szkoły w Chaberkowie, bo polskiemu nauczycielowi Janowi Hedrychowi, niemiecki w Poznaniu nie wydał na czas wizy na przyjazd do Niemiec. Już 27 maja tego samego 1929 roku Związek Polskich Towarzystw Szkolnych Niemczech nakazał jej wyjazd na Pogranicze, obejmujące Ziemię Złotowską, część Kaszub i Ziemię Babimojską. Została 7 czerwca 1929 roku polską nauczycielką w Wielkim Buczku. Następnie 2 czerwca 1931 roku powołano ją do Berlina na stanowisko kierownika referatu przedszkoli i opieki nad wychowaniem religijnym dzieci. Organizowała więc kursy i konferencje metodyczne dla przedszkolanek. W tym czasie mianowano ja również redaktorem odpowiedzialnym, drukowanego w Olsztynie „Poradnika Nauczycielskiego”. Uczestniczyła też w XXXI Światowym Kongresie Eucharystycznym, co umożliwiło jej poznanie metod wychowania religijnego w innych krajach europejskich. Jarnołtowo w życiu Immanuela Kanta 53 Nie czuła się najlepiej w środowisku Polaków w Berlinie. Zgłosiła chęć pracy w szkole, to z początkiem kwietnia 1933 roku rozpoczęła pracę w polskiej szkole w Złotowie, następnie od 1 kwietnia 1935 roku - w Nowym Kramsku na Ziemi Babimojskiej. Tam zastał ją wybuch wojny. Aresztowano ją 11 września 1929 roku, a 23 tego miesiąca został przetransportowana do obozu koncentracyjnego w Ravensbruck. Tam stała się numerem 2171. Dzięki usilnemu staraniu rodziny z Brąswałdu 18 kwietnia 1940 roku poetka została zwolniona z obozu. Zamieszkała w rodzinnym Brąswałdzie. Przez pozostałe lata wojny była pod obserwacją gestapo. Na początku 1945 roku włączyła się do pracy nad tworzeniem polskiego szkolnictwa na Warmii. Zakładała polskie szkoły, przedszkola i domy opieki nad dziećmi. Brała udział w działalności repolonizacyjnej. Weszła w skład Okręgowego Komitetu Narodowościowego. W lutym 1947 roku zawarła związek małżeński z Ottonem Malewskim. Odtąd podpisywała swoje utwory jako Maria Zientara-Malewska. Na początku marca 1950 roku została zwolniona z pracy w Kuratorium Okręgu Szkolnego i przeniesiono na emeryturę. Nie od razu ja otrzymała, bo nie zostały uregulowane sprawy związane z pracą w nazywanym prywatnym szkolnictwem polskim w Niemczech. Zaangażowała się w pracę założonego przez dr. Władysława Gębika Oddziału Państwowego Instytutu Sztuki w Olsztynie, gromadzącego folklor warmiński. W końcu grudnia 1952 roku związała się ze „Słowem na Warmii i Mazurach”, regionalnym dodatkiem do „Słowa Powszechnego”, w którym wydrukowała większość swoich wierszy i wiele artykułów poświęconych polskiemu trwaniu Polaków na tych ziemiach. 2 Maria Zientara-Malewska była przede wszystkim poetką. Debiutowała wierszem, jak wiadomo. Pory roku, wydrukowanym w numerze „Gazecie Olsztyńskiej” z 4 grudnia 1920 roku. Z tego prostego wiersza pochodzi poniższa zwrotka: Miło żyć w wiosennej porze, Kiedy rolnik ziemię orze: A skowronek nad zagonem Śpiewa Bogu wdzięcznym tonem. Odtąd jej utwory ukazywały się w tym olsztyńskim piśmie oraz w dodatku do tej gazety, pod nazą „Gościu Niedzielnym”. Najwięcej w okresie od 1921 do 1924 roku, kiedy pracowała w tym czasopiśmie Pieniężnych. Pierwsze wiersze dotyczyły obrony języka polskiego jak: O polskiej Warmii: Przejdźcie Warmię wzdłuż i w poprzek A tu Bogu dzięki Wszędzie, wszędzie usłyszycie Polskiej mowy dźwięki. Tu słyszycie polski pacierz. Polskiej pieśni tony. Tu użyźnia polski rolnik 54 Jan Chłosta Płodne swe zagony. Więc nie wierzcie, gdy Wam mówią, Ze tu Polski nie ma. Bo tu lud jest na wskroś polski Jak ta święta ziemia. Ważną była deklaracja Zientarówny wyrażona w odpowiedzi na niemieckie głosy o jej twórczości: Buduje rymy z prostych słów I proste wszystkie moje pieśni A serce kładę w nutę snów I jak ptaszęta śpiewam leśne. Chcą ludzie, że mam inną być. Lecz ja być mogę tylko sobą... Bo życia mego złota nić Osnuta gęsto jest żałobą. A moja młodość biegła tak Jak twarda ścieżka pośród pola I jak samotny żyła ptak, A towarzyszka mi niedola. Wiersze pisała przez całe swoje długie życie. Rozpoczęła swoją twórczość od zwyczajnych rymowanych składanek wciąż wzbogacając swój warsztat. Pierwsze swoje wiersze opierając się na utworach Marii Konopnickiej, Adama Asnyka, także Jana Kasprowicza zwłaszcza w Sonetach loarmińskich. Po 1945 roku liryka Marii Zientary-Malewskiej nie odbiegała od tradycyjnej dziewiętnastoletniej formy przedstawienia przeżyć, to w znaczny sposób wzbogaciła słownictwo. Wprowadziła też bardziej wyszukane rymy. Mniej w wierszach zwyczajnego opisu, więcej poetycznej wrażliwości. Przed 1939 rokiem, poza „Gazetą Olsztyńską” i innymi czasopismami wydawanymi przez Związek Polaków w Niemczech jej wiersze zostały zamieszczone w dwóch antologiach: Warmia i Mazury. Rodzimy poezji zwyczajom i obyczajom oraz kulturze i historii poświęcone, wydanej przez Pawła Sowę w 1927 roku w Poznaniu i w Nasi poeci, wydrukowanej w 1935 roku w Krakowie przez Augustyna Steffena, kilka wierszy poetki z Brąswał-du zamieściła Emilia Sukertowa-Biedrawina w Kalendarzach dla Mazurów. Samodzielnego zbiorku swoich wierszy doczekała się pani Marła dopiero w 1963 roku, a więc w wieku sześćdziesięciu dziewięciu lat. Był nim tomik Pieśni Wirmianki, opublikowany przez Instytut Wydawniczy PAK w Warszawie, który to zbiorek został wyróżniony na Ogólnopolskim Festiwalu Poezji w Łodzi. Kolejne zbiorki wierszy wydało olsztyńskie „Pojezierze”, a więc: Tym co przybyli (1965), Wiersze warmińskie 61970), Na warmiński} nutę (Warszawa 1982), Dla mego ludu śpiewać chcę (Olsztyn 1983) z reprodukcjami prac plastyka Andrzeja Samulowskiego. Jarnołtowo w życiu Immanuela Kanta 55 W dotąd wydanych zbiorkach wierszy i w antologiach najczęściej powtarzane były ekspresyjne Rfce z podtytułem Wspomnienie z Raoensbriick: Widziałam ręce, wiele rąk Wyciągniętych po kawałek chleba! Wtenczas powiodłam okiem w krąg Po oczach jasnych jak strop nieba, Po czołach pochylonych w męce. Widziałam Ręce! Ręce! Ręce! [...] Wszystkie krzyczały pośród mąk O pomsty grom do nieba. Lecz choć nas męczą, psami szczują. Te ręce kiedyś Polskę odbudują. Nadto przypominano utwór Witaj nam, Matko Poisko, rozpoczynający się od: Nie przyszłaś do nas z uśmiechem na twarzy I w aureoli majestatu sławy. Lecz szłaś po gruzach zburzonych ołtarzy, W łunach i dymie płonącej Warszawy. Po śmierci poetki (2 października 1984 roku w Olsztynie) wydane zostały cztery zbiorki wierszy: w 1985 roku Miiosc prostego serca. Wiersze religijne, w wyborze i z posłowiem biskupa Jacka Jezierskiego, Dzieła loybrane, w wyborze i opracowaniu Andrzeja Sieradzkiego (Olsztyn 1997), w 2002 roku w moim wyborze i z posłowiem przeze mnie Wierze sercem pisane w ramach serii z liściem, wreszcie przez Hannę Sawicka i przeze mnie Wiersze zebrane (Olsztyn 2004). W edycji znalazło się 428 wierszy. W kilkunastu przypadkach zostały podane dwie, a niekiedy i trzy wersje tych samych wierszy oraz wiersze dotąd znajdujące się w rękopisach. Poza tym dwukrotnie w 2008 i 2014 roku wznowiono w olsztyńskim wydawnictwie „Wers” w moim opracowaniu wraz z posłowie, baśnie i legendy warmińskie O różnych kłobukach, karbach i zaklętych zamkach. Te tekst uprzednio były zawarte w oddzielnych książkach Marii Zientary-Malewskiej Legendy dwóch rzek (1955) i Bas'nie znad Łyny (1977). Oprócz tego Hanna Sawicka napisała książkę biograficzną o warmińskiej poetce: Maria Zientara-Małewska. Monografia życia i twórczości (Olsztyn 1998). Jest to drugie wydanie edycji uzupełnione i poszerzone edycji, wydrukowane za życia pisarki jeszcze w 1981 roku. Z działalnością publiczną pani Marii ściśle związane są jej prace literackie. W książkach prozatorskich znalazły się opisy trudnego trwania Polaków w latach międzywojnia w trzech dzielnicach: na rodzimej Warmii, Pograniczu i w Berlinie, ale też opisy zwyczajów ludowych i biografie wyróżniających się Polaków. Najwięcej miejsca poświęciła południowej Warmii. Pierwszą z książek prozatorskich było Rośnie do słońca (1954). Znalazły się w niej dzieje wsi podolsztyńskich, biografie ludzi przez nią opracowane oraz współczesne reportaże Wandy Pieńkowskiej. W następnym roku już samodzielnie przez Marię Zientarową Legendy dwóch rzek, a w 1959 roku szkice poświęcone ziemi ojczystej Warmio moja miła, w której znalazły się opisy krajobrazu, zmagania o zachowanie na tych ziemiach polskiego obyczaju, przypomniane legendy, włącznie z przysłowiami i przypowieściami, powtórzonymi za ks. Walentym Barczewskim z Kiermasów na Warmii. Podobny charakter mają kolejne 56 Jan Chłosta dwie książki Płoni}ce krzaki nari Obr^f (1961) poświęcone ziemi babimojskiej oraz Złoloiasz-czyzna (1971), będąca opisem Ziemi Złotowskiej ze wstępem jej pierwszego nauczyciel z trzeciego kursy dla pomocniczych sił nauczycielskich w 1920 roku w Olsztynie Henryka Lewandowskiego. W tych dwóch książkach opisała ludzi i dzieje wsi, w których nauczała, wreszcie wskazać trzeba na dwie książki wspomnieniowe, wydane w różnym czasie: Śladami twardej drogi (1966) i Wspomnienia nauczycielki spod znaku Rodła (1985), w których znacznie rozszerzyła zapamiętane przeżycia z pracy nauczycielskiej właśnie na Pograniczu. Oprócz tego w 1972 roku opracowała sylwetki pięciu duchownych w Księża ziemi war-mimkiej, mające charakter tekstów naukowych. Znalazły się w zbiorku biografie: Tomasza Grema, Feliksa Schreibera, Walentego Barczewskiego, Jakuba Jagałły i Wojciecha Turowskiego. Na uwagę zasługuje też tom opowiadań To nie ballada, to prawda (1976), w którym fikcja literacka została spleciona z prawdą historyczną. W swoim dorobku miała pani Maria także zbiorek Działacze spod znaku Rodła (1974), w którym ujęła biografie aktywnych Polaków w Niemczech z jakimi zetknęła się w swoim życiu. Ta książka została wzbogacona krótkimi biografiami przygotowanymi do druku przez profesora Tadeusza Orackiego. 3 Zachętę do opisania miejscowych sanktuariów w Świętej Lipce i Gietrzwałdzie wyraził Eugeniusz Buchhołz. W prowadzonym przez siebie felietonie napisał jeszcze w 1921 roku: „Jakże to byłoby dobrze, gdyby nasza domorosła poetka Maria Zientarówna po należytym przygotowaniu i odpowiednich studiach zabrała się do napisania epopei czy eposu warmińskiego, poświęconego Gietrzwałdowi lub też Święta Lipka? Górny Śląsk posiada podobny poemat nazwany Góra Chełmska, który napisał ks. Norbert Bończyk”'. Poetka wzięła propozycję i napisała gwarowy tekst, niby wspomnienie swego ojca z pielgrzymki do Świętej Lipki w Łosiera do Świantołipki w 1885 roku, który został wydrukowany w dodatku „Tworzymy” do „Gazety Olsztyńskiej” nr 53 z 1938 roku. Potwierdziła to zresztą zapisem końcowym: Ojciec mój drogi tak mi opowiedział. Gdy go o Warmii mej przeszłość pytałam, A że nie tak jak ja piórem władał. Więc jego słowa tu wiernie spisałam. Wprowadziła też osobliwe zdarzenie z tego pielgrzymowania: Luszlim z łosierą [pielgrzymką] do Robajn [miejscowość] pódrogi, Jek krzyknie Moryc w przypozieduwaniu: - Hola, toć fela, bo skorznie są Kieli! - [czyli w Kolnie] A wszyscy za nim te słowa śpiewają. Łon zły zawrzeszczał! - Czyśta poszaleli?! [Eugeniusz Buchhołz] Pustelnik, Pogadanki liłeraekie, w: „Gość Niedzielny”, dodatek do „Gazety Olsztyńskiej” 1921, nr 42 z 15 X. Jarnołtowo w życiu Immanuela Kanta 57 Książkę o Gietrzwałdzie i Objawieniach tam Matki Boskiej opracowała poetka z pomocą Tadeusza Swata i została wydana rok przed stuleciem tamtych wydarzeń podolsztyńskiej wsi czyli w 1976 roku. 4 W długim życiu poetce nie zawsze towarzyszyły sprzyjające wiatry. Na początku lat dwudziestych XX wieku wydarzył się smutny incydent związany z próbą druku zbiorku jej wierszy. Nigdy o tym przedsięwzięciu nie mówiła, ani pisała. Nie mogłem pani Marii zapytać o te kwestię, bo informację o podjętych zabiegach konsula Gieburowskiego^ odnalazłem w Archiwum Akt Nowych w Warszawie przypadkowo po śmierci poetki. Okazuje się, że na początku 1922 roku konsul przekazał dwa zeszyty z wierszami Zientarówny mecenasowi Osuchowskiemu, a ten potraktował sprawę nadzwyczaj poważnie i przekazał teksty z propozycją napisania przedmowy oraz oceny Maria Zientara-Malewika w J977 rohu, ze zbiorów Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Olsztynie znanego krytyka literackiego, wtedy związanego z „Tygodnikiem Ilustrowanym” i „Kurierem Warszawskim”, też poetą, Zdzisławem Dębickim. Ten z kolei, mimo kilkurazowej indagacji zwlekał z odpowiedzią. Najpierw A. Osuchowski próbował tłumaczyć Dębickiego nawałem pracy, później powiadomił olsztyńskiego konsula, że krytyk rzekomo zagubił zeszyty z wierszami. Zeszyty się jednak odnalazły. Można się tylko domyśleć, że Dębicki, nie znając biografii Zientarówny i jej wcale niełatwej drogi do kultury polskiej, wydał negatywną opinię o wartościach literackich tych wierszy, ale nie chciał tej opinii przekazać autorce. Tymczasem Zientarówna sądziła, że decyzję o odrzuceniu wierszy do druku podjął sam Osuchowski, bo podczas wielokrotnych przejazdów przez Warszawę do Krakowa, nie odwiedziła mecenasa. Ostatecznie zeszyty z wierszami z warszawskiego mieszkania Dębickiego odebrała sama pani Maria i do tego z rąk matki warszawskiego krytyka. X Maria Zientara-Malewska była obdarzona tym wszystkim, czym wyróżniali się mieszkańcy południowej części tej krainy: przywiązaniem do Kościoła katolickiego i postępowania zgodnie z jego nakazami, szacunkiem do obyczajów przodków, także gwary, nadzwyczajną pracowitością, w jej przypadku chęcią wznoszenia cywilizacyjnego wzwyż, zdobywania Archiwum Akt Nowych w Warszawie, sygn. 3683. Konsulat RP w Kwidzynie. Pismo konsula Gieburowskiego do mecenasa A, Osuchowskiego w Warszawie kartki od 13 do 40. 58 Jan Chłosta wiedzy, w twórczości starała się oddać barwy Warmii, jej historię. Często odnosiła się do wydarzeń historycznych. O jej pracy nauczyciełskiej konsuł polski z Piły Jerzy Śmigielski napisał, że była „wartościową działaczką pozaszkolną, ideową Polką”, a wizytator polskich szkół w Niemczech Józef Mozolewski dodał: ”była wartościową nauczycielką i skutecznie pracującą działaczką społeczną, dodatnio oddziaływująca pod względem wychowawczym na otoczenie. Zasilała artykułami lokalne gazety polskie, umiejętnie zorganizowała prace świetlicową i stale czuwała nad jej rozwojem”’. Po 1945 roku o autorytet Marii Zientary-Malewskiej zabiegały instytucje kultury i organizacje także o charakterze politycznym. Wyróżniano ją najwyższymi odznaczeniami państwowymi. Tymczasem jej służba Ojczyźnie i postawa były przykładne. Wyraziła to w jednym z ostatnich swoich wierszy, zatytułowanym: Dar półwiecza: Wybierać zawsze trzeba było. Jaką ścieżyną dalej iść. Żeby być sobą! Zawsze sobą. Nie jak targany wichrem liść. Niosąc dar pieśni od pół wieku. Jak to światełko w muszlach rąk! Kryształ wzruszenia pod powieką. Kwiatu miłości świeży pąk. Ofiarnym składam dzisiaj gestem Służebnych pieśni słowa żar. I wołam Polsko: - Jestem! Jestem!!! Półwiecza niosę dar'*. W 1994 roku w książce zawierającej wspomnienia o Poetce Czytaliśmy sercem, ówczesny Prymas Polski kardynał Józef Glemp napisał: „Musiała pisać, a pisarz, aby być pisarzem, musi drukować. Zapraszano ją na zjazdy - Musiano się liczyć, że zawsze stanie w obronie Boga i Kościoła. Niektórzy sądzili, że to kompromis z komunizmem. Potrafiła przeżyć i taką krzywdę. Ona swoim poetyckim sercem głęboko czuła, że zwycięży prawda, miłość i piękno. Pamiętam Jej wzruszenie, gdy odznaczałem ją papieskim orderem „Pro Eclessia et Pontifice”. Przyjęła to z wielką pokorą, ale i widoczną radością jakby przepełniała Ją myśl: a jednak prawda i dobro zwyciężają!”’. Z okazji rocznic związanych z życiem i twórczością Marii Zientary-Malewskiej w 2024 roku odbędą się na Warmii i Mazurach sesje naukowe i liczne spotkania Jej poświęcone. ’ T. Filipkowski, U/ obronie polskiego trwania. Nauczyciele polscy na Warmii, Mazurach i Powiślu w latach miftizywajennych, Olsztyn 1989, s. 167. * M. Zientara-Malewska, Wierze zebrane. Oprać. H. Sawicka, J. Chłosta, Olsztyn 2004, s. 307. ’ Kardynał J. Glemp, Poznałem poetkę Warmii, w: C^taliśmy sercem. W: Wspomnienia o Marii Zientarze Malewskiej, Wstęp i opracowanie J. Chłosta, Olsztyn 1994, s. 40. ŚladamiJ^Ia£oleon£cz^ijnoiawjj£raAva do Montereauwe Francji 59 Piotr Zawada ŚLADAMI NAPOLEONA CZYLI MOJA WYPRAWA DO MONTEREAU WE FRANCJI Późnym popołudniem 15 lutego 2024 roku grupka 9 pasjonatów epoki napoleońskiej, w tym i ja, wyruszyła busem z miejscowości Święta Katarzyna pod Wrocławiem do Montereau na imprezę rekonstrukcji historycznej upamiętniającej bitwę z 18 lutego 1814 roku. Naszą ekipę stanowiły 3 kobiety i 6 facetów, czyli 7 żołnierzy i 2 markietanki, gdyż jedna z pań występowała jako zwykły żołnierz. Nasza grupka reprezentowała 2 i 12 (to mój) Pułki Piechoty Księstwa Warszawskiego. Co prawda historycznie nasze pułki nie brały udziału w tej kampanii, to resztki Wojska Polskiego, w tym żołnierze naszych pułków, walczyły u boku Napoleona w obronie Francji rozrzuceni po różnych oddziałach. Montereau (około 90 km od Paryża) to miejsce zwycięskiej bitwy Napoleona, w której walczono o mosty u zbiegu rzek Sekwany i Yonne z korpusem wirtemberskim, wchodzącym w skład Armii Czeskiej (głównie wojska austriackie, ale również bawarskie, pruskie i rosyjskie) pod dowództwem austriackiego marszałka, księcia Karola Filipa Schwarzenberga. W czasie tej bitwy Napoleon osobiście celował z armaty, co dokładnie opisał naoczny tego świadek, jeden z adiutantów sztabu Napoleona, kapitan Aleksander Fredro, nasz wielki komediopisarz, który tak to opisał w swoim pamiętniku „Trzy po trzy”: „...Wie każdy, że tam Napoleon sam wymierzył jedno działo, wie, że powiedział swoim gwardzistom: »Nie lękajcie się; jeszcze kula nie ulana, która mnie zabije«, ale nie wie pewnie, że o kilkadziesiąt kroków z tyłu stał deresz, a na dereszu ja. Chcąc wyrazić doskonałość jakowej czynności, mówią zwykle: Zrobił to lub owo jak król! Ale źle mówią ci, co tak mówić zwykli, bo nie tylko król, ale cesarz i król w jednej osobie wymierzył, strzelił i... chyb ił. Kula padła przed linią nieprzyjacielską. Utrzymują wprawdzie niektórzy, że dobrą dał dyrekcją... Być może, ale ja nie rezonując jako artylerzysta powiadam simpliciter (po prostu), com widział, że Jego Cesarska Mość spudłowała na piękne”. Do Francji z krótkimi postojami jechaliśmy przez całą noc. Podczas drogi jeden z kolegów zorientował się, że nie możemy zaparkować w Paryżu, ponieważ wokół stolicy Francji wyznaczona jest zielona strefa, do której nie mogą wjeżdżać zbyt mocno kopcące samochody, do których i nasz się zaliczał. Załatwienie odpowiedniej nalepki trwałoby dwa tygodnie i w związku z tym musieliśmy zaparkować na granicy tej strefy. Około godziny 8 rano dojechaliśmy do Trocy, miasta na głębokich przedmieściach Paryża, gdzie zostawiliśmy naszego busa. Do Paryża dojechaliśmy pociągiem RER, coś w rodzaju naszej kolei regionalnej, a następnie rozjechaliśmy się słynnym paryskim metrem tam, gdzie kto chciał. 60 Piotr Zawada Kaplica „Sainte ChapeUe" w Yincennes ZAMEK VINCENNES Ja z Dorotą i Andrzejem (wszyscy z 12 pułku piechoty) pojechaliśmy zwiedzić zamek Vin-cennes, zamek wybudowany w XIV wieku, który do XVI wieku był rezydencją królów Francji. Na terenie zamku o dwóch dziedzińcach stoi donżon - wieża obronna mająca ponad 50 m wysokości, z której roztacza się malowniczy widok na Paryż. Oprócz tego można zwiedzić gotycką kaplicę „Sainte Chapelle”, a także budynek archiwum Francuskiego Ministerstwa Obrony, gdzie przechowywane są między innymi wszelkie dokumenty dotyczące polskich pułków będących w służbie Napoleona. Wielu znakomitych polskich historyków doby przedinternetowej, aby skorzystać z tych źródeł, musiało tam osobiście pojechać, znaleźć pudło z interesującymi ich dokumentami, by za pomocą długopisu i kartki je skopiować. Po opuszczeniu zamku przez francuskich władców, którzy przenieśli się do Luwru, a później do Wersalu, w zamku funkcjonowała, między innymi, manufaktura porcelany, fabryka broni, arsenał i koszary, a także więzienie dla więźniów stanu. Przetrzymywano tu m.in. markiza de Sade, kontrowersyjnego francuskiego pisarza, od którego nazwiska pochodzi wyrażenie „sadyzm”, Denisa Diderota, autora słynnej „Encyklopedii” czy Honoriusza de Mirabeau, znanego polityka Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Z historią zamku związane są dwie słynne egzekucje. W jego suchej fosie 21 marca 1804 roku rozstrzelano księcia d’Enghien, ostatniego z rodu Kondeuszy, bocznej linii Burbonów, fałszywie oskarżonego o spiskowanie przeciw Napoleonowi, a 15 października 1917 roku słynną holenderską tancerkę Matę Hari oskarżoną we Francji o szpiegostwo na rzecz Niemiec podczas I Wojny Światowej. Nas oczywiście bardziej interesowała sprawa księcia Louis-Antoine-Henri śladami Napoleona czyli moja wyprawa do Montereau we Francji 61 d’Enghien, którego pod namową Charlesa-Maurice Talleyranda, ministra sprawiedliwości, i Josepha Fo-uche’go, ministra policji, Napoleon rozkazał porwać swoim wojskom z miasteczka Ettenheim w księstwie Badenii, w którym książę mieszkał. Pomimo tego, że Napoleon zorientował się, iż książę nie ma nic wspólnego ze spiskiem, to było już za późno, aby wycofywać się z przedsięwzięcia. Wieczorem 20 marca 1804 roku księcia przewieziono do zamku Vincen-nes i postawiono przed sądem wojennym, który sądził go za walkę z bronią w ręku przeciwko Francji. Książę wcześniej służył w Armii Kondeusza utworzonej z emigrantów francuskich na obczyźnie, którzy uciekli przed rewolucją francuską, walcząc u boku Austriaków przeciwko swojemu krajowi. Po szybkim, ukartowanym procesie 21 marca 1804 roku, o godzinie 1:45, skazano księcia na śmierć. Zaraz potem wyrok wykonano i księcia rozstrzelano w suchej fosie zamku, a jego ciało pochowano kilkaset metrów da- Mauzoleum ksifcia dEnghien w„Sainte Chapelle" w \lncennes lej, w fosie średniowiecznego donżonu. Dopiero w 1816 roku, po upadku napoleońskiego cesarstwa, szczątki księcia wydobyto z ziemi i pochowano w zamkowej gotyckiej kaplicy Sa-inte Chapelle w przepięknym mauzoleum autorstwa rzeźbiarza Louis’a Pierre’a Desełne’a. Zamordowanie księcia d’Enghien oburzyło wszystkie europejskie dwory, które dostrzegły W Napoleonie śmiertelnego wroga dla samych siebie i od tej pory starały się doprowadzić do jego upadku. Napoleon znalazł się w ogniu krytyki i zrozumiał, że popełnił błąd. Właśnie tego wydarzenia dotyczą słynne słowa, prawdopodobnie wypowiedziane przez Josepha Fouche’go: „To więcej niż zbrodnia, to błąd”'. W suchej zamkowej fosie w miejscu stracenia księcia stoi obecnie mały pomnik w kształcie kolumny upamiętniający jego osobę. Pomimo wszystko, tak surowe potraktowanie księcia d’Enghien znacznie zahamowało liczne do tej pory próby zamachów ro-jalistycznych na życie Napoleona. Wracając do Archiwum Francuskiego Ministerstwa Obrony, którego budynek znajduje się na terenie zamku, to w holu tego budynku można zobaczyć między innymi wielką rzeźbę przedstawiającą postać francuskiego ' Według najnowszych badań słów tych nie wypowiedział ani Fouche (chociaż czasami rzeczywiście mu się te słowa przypisuje), ani Talleyrand - co jest całkowicie błędne, chociaż tak twierdzi wielu polskich ekspertów, lecz jeszcze inna postać: Antoine Boulay de la Meurthe (przyp. red. - P.N.). Pomnik generała Daumesnila w budynku archiwum francuskiego Ministerstwa Obrony w Yincennes 62 Piotr Zawada napoleońskiego generała Pierra’a Daumesnifa, który zamiast lewej nogi ma protezę. Nogę utracił w 1809 roku w bitwie pod Wagram koło Wiednia, a z nogą tą związana jest zabawna historia. Otóż generał ten wsławił się tym, że będąc gubernatorem zamku w Vincennes, dwukrotnie odmówił poddania twierdzy wojskom sprzymierzonym, walczącym przeciwko Napoleonowi. Pierwszy raz było to w 1814 roku i wtedy generał przekazał twierdzę dopiero wysłannikowi króla Francji, Ludwika XVIII. Natomiast drugi raz było to w 1815 roku, już po klęsce Napoleona pod Waterloo i jego drugiej abdykacji, kiedy pod murami twierdzy pojawili się Prusacy i zażądali jej poddania. Wtedy generał Daumesnil kategorycznie oświadczył, że odda im twierdzę tylko wtedy, kiedy oni oddadzą mu jego odciętą nogę. I znowu po wielu miesiącach oblężenia i wycofaniu się Prusaków, generał przekazał twierdzę wysłannikowi króla. W 1830 roku, już po upadku Burbonów, generał Daumesnil znowu wrócił do Vincennes jako gubernator twierdzy. CLICHY Po zwiedzeniu zamku Vincennes podjechaliśmy metrem do Clichy w Paryżu, gdzie w czasach napoleońskich znajdowały się rogatki Paryża od strony wzgórz Montmartre. 30 marca 1814 roku bronił jej z werwą stary marszałek napoleoński Bon-Adrien Moncey, stojący na czele gwardii narodowej, studentów politechniki paryskiej i mieszkańców Paryża, których zagrzewał do boju płomiennymi mowami. Skutecznie bronił dostępu do miasta wojskom rosyjskim z korpusu generała Langerona, ale niestety 31 marca 1814 roku nad ranem Paryż skapitulował. W miejscu tych walk, przy rogatkach Cichy, stoi wielki monument upamiętniający te wydarzenia. Jako ciekawostkę dodam, że pod Clichy u rogatek Paryża miała miejsce ostatnia szarża polskiego lekkiego pułku kawalerii tzw. „Krakusów”, na pruskich huzarów. Pułk wzorowany był na kozakach i w 1814 roku, po przeformowaniu się w Se-danie, otrzymał nowe granatowe mundury na wzór czerkieskich, z ładownicami na piersiach, oraz krymki tatarskie jako nakrycie głowy. Pułk został sformowany w Częstochowie w 1813 roku i z braku lepszych koni otrzymał małe, zwinne chłopskie koniki mierzynki. Gdy Napoleon zobaczył „Krakusów” na małych konikach, to szczerze się uśmiał, nazywając ich „jazdą pigmejską”. Ale przeciwnikowi nie było do śmiechu, gdyż pułk „Krakusów” wielce się wsławił swoimi bojowymi czynami w kampaniach wl813łl814 roku. CMENTARZ MONTMARTRE Niedaleko Clichy znajduje się słynny paryski cmentarz położony u stóp wzgórza Montmartre, do którego dotarliśmy pieszo tzn. ja i Andrzej. Cmentarz znajduje się w środku miasta w małej dolinie, gdzie zewsząd otaczają go budynki mieszkalne. W 1888 roku nad cmentarzem zawieszono wiadukt drogowy ułatwiający komunikację, ale zasłaniający go przed ludźmi. Cmentarz Montmartre jest jedną z największych polskich nekropolii poza granicami naszego kraju, gdzie spoczywa ponad 200 naszych rodaków. Znajduje się tam kilkadziesiąt polskich grobów, w tym kilkanaście zbiorowych grobowców, gdzie głównie pochowano Polaków, którzy po Powstaniu Listopadowym schronili się we Francji. Dzięki ładnej śladami Napoleona czyli moja wyprawa do Montereau we Francji 63 pogodzie spacer alejami cmentarza był bardzo przyjemny, a my co rusz napotykaliśmy na groby sławnych ludzi. Oczywiście najbardziej interesowały nas groby Polaków związanych z epoką napoleońską, do czego byliśmy dobrze przygotowani, ponieważ Andrzej już wcześniej wydrukował mapkę cmentarza z zaznaczonymi interesującymi nas mogiłami. Żeby zbytnio nie zanudzać, wspomnę tylko o mogiłach najważniejszych osób, które udało się nam odnaleźć. Jeżeli chodzi o Polaków, to byli to: Juliusz Słowacki - pusty grób naszego wielkiego poety doby romantyzmu, którego doczesne szczątki w 1927 roku zostały przewiezione do Polski i złożone w katedrze na Wawelu, Jan Paweł Jerzmanowski - generał, słynny szwoleżer Gwardii Napoleona, który zasłynął tym, że w 1814 roku popłynął z Napoleonem na zesłanie na wyspę Elbę, gdzie dowodził tzw. szwadronem Elby, w 1815 roku wrócił z cesarzem do Francji i walczył pod Waterloo, gdzie został ranny, Joachim Lelewel - polski historyk i działacz polityczny, w zbiorowej mogile, w której został pochowany, jego doczesnych szczątków już nie ma, gdyż w 1929 roku zostały przeniesione na cmentarz na Rossie w Wilnie, Tadeusz Antoni Mo- stowski - literat, publicysta, polityk, minister spraw wewnętrznych Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego, Maciej Rybiński - generał, ostatni wódz naczelny Powstania Listopadowego. Na uwagę zasługuje też nagrobek Mieczysława Kamieńskiego ze względu na piękny pomnik dłuta Jules’a Franceschi’ego. Mieczysław Kamieński był młodym, polskim ochotnikiem Legii Cudzoziemskiej w armii Napoleona 111, który zginął w bitwie pod Magentą w Toskanii 4 czerwca 1859 roku podczas wojny francusko-austriackiej. Natomiast, jeżeli chodzi o groby innych nacji, to udało nam się znaleźć: Emile Zola - francuski pisarz, napisał m.in. 20 tomowy cykl pt. „Historia naturalna i społeczna rodziny za Drugiego Cesarstwa”, „Germinal”, „Nana”. W 1898 roku zaangażował się w obronę niesłusznie oskarżonego o zdradę francuskiego oficera pochodzenia żydowskiego Alfreda Dreyfusa. Tzw. Sprawa Dreyfusa silnie wstrząsnęła posadami Republiki Francuskiej. W związku z tą sprawą szczególnie polecam ^«sitóńtślir‘^'\. Grób Juliusza Słowackiego — cmentarz Montmartre Grób Joachima Lelewela — cmentarz Montmartre wszystkim czytelnikom znakomity film fabularny w reżyserii Romana Polańskiego pt. „Oficer i szpieg” z 2019 roku przedstawiający te wydarzenia, Jacques Offenbach - niemiecki Żyd, który z czasem przeniósł się do Paryża i uzyskał francuskie obywatelstwo, muzyk i kompozytor operetkowy, do najbardziej znanych należy „Orfeusz w Piekle” ze słynnym Kankanem, 64 Piotr Zawada Stendhal, a właściwie Marie-Henri Beyie - francuski pisarz, autor m.in. „Pustelnia Parmeń-ska”, Żywot Henryka Brulard” czy „Czerwone i Czarne”. Brał udział w kampaniach napoleońskich. W 1813 roku w Zgorzelcu i Środzie Śląskiej zetknął się z Napoleonem, a 6 czerwca 1813 roku został mianowany przez Pierre’a Daru generalnego intendenta Wielkiej Armii, intendentem w Żaganiu, gdzie odpowiadał za zdobywanie zaopatrzenia dla wojska, co często odbywało się siłą i nie przyniosło StendhaFowi popularności wśród miejscowej ludności, Aleksander Dumas - syn - francuski pisarz, znany z melodramatu „Dama Kameliowa”, zaadaptowanego scenicznie przez Giuseppe Yerdiego jako opera „Traviata”, Laurę Permon d’Abrantes - żona słynnego napoleońskiego generała Jean’a-Andoche Junota, dobrego kolegi Napoleona jeszcze z czasów rewolucyjnych, spod Tulonu, znana pisarka, zostawiła po sobie ciekawe pamiętniki łatwo dostępne w języku polskim, Juliette Recamier - w czasach napoleońskich i później prowadziła znany salon towarzysko literacki popularny wśród paryskich elit, w którym często gościli krytycy polityki Napoleona, jak np. pisarka Madame de Stael, Antoine-Henri de Jomini - z pochodzenia Szwajcar, wybitny teoretyk wojskowości, napisał „Zarys sztuki wojennej”, książka dostępna w języku polskim, adiutant marszałka Neya, a po zdradzie Napoleona w 1813 roku, adiutant cara Aleksandra I, Philippe-Paul de Segur - wybitny generał francuski, przez całą epokę napoleońską niezwykle aktywny na polu militarnym, chciał towarzyszyć Napoleonowi w jego zesłaniu na wyspie św. Heleny, pozostawił po sobie interesujące pamiętniki, łatwo dostępne w języku polskim. Czasami nie było łatwo i trzeba było się nieźle nachodzić, aby znaleźć konkretny grób; pomimo tego, że mieliśmy mapkę, i tak nie udało nam się zlokalizować trzech z nich. Nie znaleźliśmy grobu francuskiej kurtyzany Marii Duplessis, kochanki Aleksandra Dumasa syna, na której życiorysie pisarz oparł swoją powieść pt. „Dama Kameliowa”. Nie znaleźliśmy też zbiorowej mogiły gwardzistów szwajcarskich pomordowanych przez motłoch paryski podczas obrony pałacu królewskiego Tuileries w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej w 1792 roku, a także grobu słynnego francuskiego malarza Horacego Yerneta, autora wielu znanych obrazów historycznych, batalistycznych i portretów, często przedstawiających wydarzenia i osoby z czasów Rewolucji Francuskiej i epoki napoleońskiej. Najprawdopodobniej byliśmy przy tych grobach, ale niektóre z nich były zaniedbane i nie można było z nich nic odczytać. Naszą uwagę zwróciło to, że większość polskich nagrobków była odnowiona, co bardzo podniosło nas na duchu. To dobrze, że pamiętamy o naszych rodakach, często wielce zasłużonych dla Polski, a pochowanych z dala od ojczyzny. Po trzech godzinach intensywnego spacerowania po cmentarzu Montmartre, a wcześniej po dwugodzinnym zwiedzaniu zamku Yincennes i rogatek Clichy, poczuliśmy się trochę zmęczeni. Na krótki odpoczynek wstąpiliśmy do kafejki, jednej z tysiąca znajdujących się w Paryżu, gdzie posililiśmy się przepyszną zupą cebulową, wzmacniając się kawą i kieliszkiem wina. PAŁAC I KOŚCIÓŁ INWALIDÓW Po złapaniu oddechu my, „żołnierze napoleońscy”, ruszyliśmy w kierunku Pałacu - Kościoła Inwalidów, aby zameldować się „naszemu” szefowi szefów. Cesarzowi Napoleonowi Bonaparte, którego doczesne szczątki spoczywają w ogromnym sarkofagu pod złotą kopułą. Śladami2^lagoleonaczj^hjiiO2£wy£raw£doMoiuereauwe Francii 65 Dziedziniec Pałacu Inwalidów w Paryżu (od lewq: Andrzej, Sławek, ja i Dorota) Cesarz i ja w Pałacu Inwalidów w Paryżu charakterystyczną dla panoramy Paryża. Być w Paryżu i nie odwiedzić Napoleona to dla nas niesubordynacja. Nie będę tutaj dokładnie opisywał historii tego miejsca, gdyż w dobie Internetu każdy może szybko znaleźć informacje na jego temat, ale wspomnę o kilku ciekawostkach. Napoleon pochowany jest w Pałacu Inwalidów pod olbrzymią złotą kopułą, w ogromnym sarkofagu odpowiadającym jego „wielkości” z takim oto epitafium: „Niech śpi pod tą kopułą, to hełm na głowę giganta”. Sarkofag wykonany jest z czerwonego porfiru, a właściwie z fioletowego kwarcytu sprowadzonego z terenu dzisiejszej Finlandii, a umieszczony jest na podstawie z zielonego granitu z Wo-gezów. Oprócz tego, nie każdy o tym wie, doczesne szczątki Napoleona zostały pochowane aż w sześciu trumnach (cynowej, mahoniowej, dwóch ołowianych, z kości słoniowej i jeszcze raz mahoniowej), jedna w drugiej, jak rosyjskie drewniane lalki matrioszki. W niszy grobowca, u stóp rzeźby przedstawiającej Napoleona w rzymskim stylu, pochowany jest jego jedyny legalny następca, syn, Napoleon II, król Rzymu zwany Orlątkiem, którego prochy, spoczywające dotąd w Wiedniu, w 1940 roku kazał przenieść do ojca nie kto inny, jak Adolf Hitler. Oprócz Napoleona w Pałacu Inwalidów spoczywa wiele zasłużonych dla Francji oraz związanych z Napoleonem osób. Między innymi jest to marszałek 66 Piotr Zawada Sarkofag marszałka Ferdinanda Focha w Pałacu Inwalidów w Paryżu Sarkofag Józefa Bonaparte w Pałacu Inwalidów w Paryżu Sarkofag Hieronima Bonaparte w Pałacu Inwalidów w Paryżu Francji, Wielkiej Brytanii i Polski, Ferdynand Foch, słynny dowódca z I Wojny Światowej, przyjaciel Polaków, aktywnie wspierający powstanie niepodległej Polski. Szczególnie polecam jego grobowiec, przedstawiający żołnierzy francuskich niosących zmarłego marszałka na swoich ramionach, który pod względem artystycznym uważam za najpiękniejszy. Godne polecenia są też grobowce dwóch z czterech braci cesarza, a mianowicie najstarszego z nich, Józefa, króla Neapolu i Hiszpanii, oraz najmłodszego, Hieronima, króla Westfalii. W części budynków przy Pałacu i Kościele Inwalidów znajduje się godne odwiedzenia Muzeum Armii Francuskiej, w którym szczególnie polecam ekspozycję poświęconą epoce napoleońskiej. Po prostu cuda nad cuda. Niestety, czas już było wracać do Trocy, do naszego busa, aby o w miarę normalnej porze zameldować się w Montereau. W drodze do metra jeszcze ostatnie spojrzenia na Paryż, na Wieżę Eiffla i Łuk Tryumfalny, przejście po moście nad Sekwaną i znikamy w podziemiach metra. MONTEREAU Do celu naszej podróży dotarliśmy wczesnym wieczorem, gdzie po długich poszukiwaniach udało nam się znaleźć organizatorów imprezy, z którymi mieliśmy spory problem, aby się porozumieć. Oni nie mówili po angielsku, a my po francusku. Jednak w końcu znalazł się jeden Francuz mówiący jako tako po angielsku, od którego dowiedzieliśmy się, co i jak. Nocleg mieliśmy niezbyt epokowy, bo w miejscowej hali sportowej. Mogliśmy obozować pod namiotami w miejscowym parku, ale nie mieliśmy namiotów. Pomimo, że była to połowa lutego, to we Francji było na tyle ciepło, aby spać pod namiotami, co wielu rekonstruktorów uczyniło. Na drugi dzień rano mieliśmy rekonstrukcję potyczki z Prusakami w pobliskim lesie, gdzie nie było wiadomo, o co chodzi, gdyż organizator sam nie wiedział, jaki jest scenariusz. No więc biegaliśmy i strzelaliśmy z muszkietów po lesie, robiąc mnóstwo hałasu i dymu, a nieliczni widzowie wypatrywali nas między drzewami. śladami Napoleona czyli moja wyprawa do Montereau we Francji 67 próbując zrobić fotkę. Po tej części programu wszystkie odziały przemaszerowały ulicami Montereau ku uciesze miejscowej ludności, która radośnie nas pozdrawiała, robiąc sobie z nami fotki i próbując zgadnąć, skąd jesteśmy. Kiedy słyszeli jak gadamy po polsku, niektórzy z nich podchodzili do nas, pytając, czy jesteśmy Rosjanami. Widząc nasze skrzywione miny, dochodziło do nich, że w obecnej sytuacji politycznej w Europie popełnili poważne faux pas, które z uśmiechem na ustach im wybaczaliśmy. Te słowiańskie języki! Kulminacyjnym punktem programu tego dnia była duża bitwa w miejscowym parku na wyznaczonym niewielkim terenie ogrodzonym metalowymi barierkami oddzielającymi nas od publiczności. Wmaszerowując na pole bitwy czuliśmy się jak gladiatorzy idący na arenę i pozdrawiający cesarza, w tym przypadku cesarza Napoleona, w którego wcielił się stary znajomy Polaków, Belg Jean-Gerald Larcin. Dla porządku chciałbym poinformować, że po stronie francuskiej uczestniczyły liczne grupy rekonstrukcji historycznej, francuskie, belgijskie i niemieckie odtwarzające odziały francuskiej piechoty liniowej i gwardii cesarskiej. Konny pomnik Napoleona u> Montereau (od lewej ja i Remi, Belg z pruskiej Landwehry, zamieniliśmy sif nakryciami glouy) Były też oddziały kawalerii napoleońskiej i wrogiej na koniach, kilka armat z kanon ie-rami, a także nasz mały oddział ICsię-stwa Warszawskiego pod moim skromnym dowództwem w randze kapitana. Oddziały napoleońskie były liczne i były to w większości grupy dobrze wyszkolone Bitwa w Montereau w mustrze i dobrze 68 Piotr Zawada prezentujące się. Niestety, nie dopisali nasi wrogowie, czyli Prusacy, Rosjanie i Austriacy, którzy stawili się nielicznie. W związku z tym, że oddziały napoleońskie podczas rekonstrukcji bitwy nie miałyby za bardzo z kim walczyć, organizator poprosił nas, Polaków, abyśmy na czas bitwy przeszli do obozu wroga, aby wzmocnić jego skromne szeregi, na co niechętnie się zgodziliśmy. Tłumy widzów zebrały się wokół pola bitwy, aby zobaczyć starcie między obiema armiami. Bój rozpoczął potężny wystrzał armatni, który wielu niespodziewających się takiego huku widzów wystraszył i zmusił do wydania z siebie okrzyków zarówno przerażenia, jak i zachwytu. Od tej pory na nasze pozycje zaczęły nacierać, jedna po drugiej, kolumny piechoty francuskiej. Rozpoczęła się walka ogniowa. Oddziały cały czas strzelały do siebie salwami z muszkietów, po których często dochodziło do walki wręcz. W tym samym czasie odezwały się również inne armaty, prowadząc nieustanny ostrzał. Na polu walki panował ogromny zgiełk związany z ciągłymi salwami karabinowymi i strzałami armatnimi oraz okrzykami walczących żołnierzy zagrzewających się do boju. Całe pole zasłane było dymem po wystrzałach ładunków czarno-prochowych, którego opary mają charakterystyczny zapach zgniłych jajek. W tym miejscu chciałbym wyjaśnić, że rekonstruktorzy podczas bitew używają replik muszkietów i armat, z których strzelają ładunkami, pociskami z czarnego prochu, ale bez kuli. Efekt dźwiękowy i wizualny jest jak przy prawdziwym wystrzale, z tym, że z lufy nie wylatuje kula, a proch się spala powodując kłęby dymu. Oczywiście podczas strzału nie może być nikogo zbyt blisko strzelającego, ponieważ już sam podmuch wystrzału może zrobić człowiekowi krzywdę, a z bliskiej odległości może nawet zabić. Dlatego żołnierze strzelający podczas rekonstrukcji zazwyczaj celują broń w górę albo w ziemię, aby zachować maksymalne bezpieczeństwo. W przerwach między atakami piechoty atakowała nas kawaleria. Wtedy według prawideł regulaminów, piechota grupowała się w ciasne czworoboki lub koła, w których żołnierze stojąc do siebie plecami odpierali ataki jazdy broniąc się karabinami z nasadzonymi na nich bagnetami. Broniliśmy się dzielnie, ale z powodu dużej liczebnej przewagi wroga oraz po wyczerpaniu się amunicji, po zaciętej godzinnej walce w obronie, zmuszeni zostaliśmy do poddania się. Po zakończeniu batalii wykonawcy nagrodzeni zostali gromkimi i długimi oklaskami od licznie zgromadzonej publiczności. Na koniec odbyła się prezentacja oddziałów oraz przegląd wojsk dokonany przez Napoleona. Następnie oddziały w szyku defiladowym zeszły z pola bitwy bratając się z miejscową ludnością. Już na sam koniec dowódcy oddziałów musieli zgłosić się do sztabu Napoleona po odbiór żołdu dla swoich żołnierzy. Każdy żołnierz za udział w bitwie otrzymał na pamiątkę mały jutowy woreczek z brzęczącą zawartością kilku monet, będących replikami oryginalnych franków z czasów napoleońskich. Po tym wszystkim mieliśmy trochę wolnego czasu, aby zwiedzić miasteczko, zrobić zakupy i wpaść do knajpeczki. Trzeciego dnia, który był naszym ostatnim, mieliśmy wziąć udział w kolejnej bitwie, identycznej jak opisana powyżej, w tym samym miejscu i o tej samej porze. Mieliśmy więc chwilę wolnego. PAŁAC W FONTAINEBLEAU Wstaliśmy trochę wcześniej, aby spakować się już do wyjazdu do Polski, i ubrani w mundury z karabinami pojechaliśmy zwiedzić zamek w Fontainebleau. A dlaczego w mundurach? Ano dlatego, aby maksymalnie wykorzystać wolne chwile na zwiedzanie, a po powrocie do Montereau od razu, z marszu, a właściwie z busa, w pełnym rynsztunku wkroczyć do śladami Napoleona czyli moja wyprawa do Montereau we Francji 69 Sala tronowa Napoleona w Fontainebleau Sfynny kapelusz i płaszcz Napoleona w zbiorach Fontainebleau, fot z archiwum F Zawady bitwy. Podczas jazdy do pałacu słuchaliśmy i śpiewaliśmy refren starej polskiej piosenki, jeszcze z czasów komuny, pt. „W drodze do Fontainebleau”, w wykonaniu niezapomnianego duetu, Krystyny Giżowskiej i Bogusława Meca. Rezydencja królewska w Fontainebleau położona jest około 60 km na południe od Paryża, a jej początki sięgają XII wieku. Po licznych przebudowach w swej kilkusetletniej historii obecnie pałac to budowla w stylu renesansowo-manierystycznym. Obok pałacu znajduje się rozległy ogród i park poprzecinany licznymi kanałami, a w pobliżu rozciąga się wielki kompleks leśny, las Fontainebleau. Chociaż królowie francuscy oficjalnie mieszkali w Luwrze i Wersalu, to chętnie spędzali tu czas na polowaniach, a przy okazji tych wizyt upiększali swoją rezydencję; informuję również, że Napoleon także był entuzjastą polowań. Podczas rewolucji francuskiej pałac został splądrowany, a dawną świetność w 1804 roku przywrócił mu Napoleon, wybierając pałac na swoją główną rezydencję. Ostatnim z władców Francji, który zamieszkiwał w Fontainebleau, był Napoleon III, bratanek słynnego cesarza. Obecnie pałac pełni rolę muzeum, a dzisiejszy wygląd zawdzięcza ostatniej renowacji z lat 1964-1968. W pałacu znajduje się ponad 1500 pokoi i cztery muzea: Muzeum Chińskie, Galeria Malarstwa, Galeria Mebli oraz Muzeum Napoleona, dla którego właściwie tam przyjechaliśmy. Fontainebleau przywitało nas rześkim porankiem, ale dzięki naszym sukiennym mundurom było nam cieplutko. Przed pójściem do pałacu poszliśmy zobaczyć miejscowy targ staroci, który właśnie się rozstawiał. Na dużym stoisku, gdzie wszystko było po 5 Euro, nie omieszkałem kupić sobie drobiazgi do swojej napoleońskiej kolekcji. W czasie naszego pobytu na 70 Piotr Zawada Stolii;, przy którym Napoleon podpisał swoją pierwszą abdykatjf - Fontainebleau, fot. A Clyra rynku miała miejsce zabawna historia. Otóż podczas oglądania eksponatów na jednym ze stoisk zagadnęła mnie jego właścicielka, bardzo sympatyczna starsza dama, zaciekawiona moim napoleońskim mundurem (po angielsku): - Ona. Skąd jesteś? - Ja. Jestem z Polski. -Ona. Byłam kiedyś w Polsce, w Gdańsku. - Ja. Właśnie ja jestem z Gdańska. A w którym roku Pani była w Gdańsku? - Ona. Byłam w 1966 roku. - Ja. A to ciekawe, bo ja właśnie urodziłem się w 1966 roku w Gdańsku (naprawdę). - Ona. To może jesteś moim synem? Wtedy oboje szczerze się roześmialiśmy. Okazało się, że owa Pani z pochodzenia jest Greczynką, która mieszkała z rodziną w Egipcie, skąd podczas zawieruchy dziejowej przez Polskę dotarła do Francji. Wreszcie ruszyliśmy na zwiedzanie pałacu. A można tam zobaczyć cuda nad cuda. My w Polsce nawet w części nie mamy takich eksponatów. Są tam bogato udekorowane renesansowe sale dworskie, wielkie apartamenty królewskie, galerie obrazów, komnaty Napoleona, wystawa chińska oraz muzeum poświęcone Napoleonowi i jego rodzinie. Wszędzie można podziwiać wspaniałe i bogate wyposażenie sal, komnat i pokoi, ze wspaniałymi meblami, podłogami, wystrojem ścian i sufitów. Napoleon bywał w Fontainebleau dość często i lubił tam przebywać. W muzeum poświęconemu Pierwszemu Cesarstwu (1804-1814) możemy zobaczyć wyjątkową kolekcję mebli, obrazów, rzeźb, broni, ceramiki, mundurów, strojów dworskich i innych przedmiotów, a także apartamenty Napoleona z salą tronową i pokoje przeznaczone dla tymczasowo więzionego przez Napoleona papieża Piusa VII. Między innymi można zobaczyć oryginalny, tak charakterystyczny dla wizerunku Napoleona, jego czarny dwurożny kapelusz i sławny szary płaszcz. Jest też słynny okrągły stolik, przy którym Napoleon, zmuszony przez swoich marszałków, 6 kwietnia 1814 roku podpisał, jak się później okazało, swoją pierwszą abdykację, na rzecz swojego małoletniego syna Napoleona II z Marią Ludwiką jako regentką. Jako ciekawostkę wspomnę, że Napoleonowi nie tak łatwo przyszło pogodzić się ze swym nowym losem. Natarczywie naciskany przez marszałków, by podpisać abdykację, w pewnym momencie śladami Napoleona czyli moja wyprawa do Montereau we Francji 71 Stracił cierpliwość i wyjął sztylet, który wkurzony z całej siły wbił w stolik. Ślad po tym ciosie można oglądać do dzisiaj, co osobiście stwierdziłem. Tak na marginesie, to traktat z Fontainebleau zapewnił wszystkim wojskom polskim we Francji swobodny powrót do kraju z bronią w ręku, armatami i sztandarami, co się wydarzyło. 20 kwietnia 1814 roku przed pałacem, przed słynnymi schodami na Dziedzińcu Białego Konia (zwanego później Dziedzińcem Pożegnania), odbyło się pożegnanie Napoleona ze starą gwardią przed wyjazdem na zesłanie na wyspę Elbę. W wydarzeniu tym wzięło udział kilkadziesiąt osób z otoczenia cesarza, w tym trzech Polaków, ale nie było ani jednego marszałka. Po krótkim przemówieniu skierowanym przez cesarza do żołnierzy, nie mogąc dalej mówić ze wzruszenia, cesarz ucałował sztandar 1 pułku grenadierów gwardii. Obie te sceny są dobrze przedstawione w niezłym filmie fabularnym z 1970 roku pt. „Waterloo” w reżyserii Siergieja Bondarczuka. Na pewno warto zobaczyć ten film, również ze względu na świetną rolę amerykańskiego aktora Roda Steigera wcielającego się w postać Napoleona. Szkoda tylko, że Napoleon i inni bohaterowie mówią w tym filmie po angielsku. MONTEREAU I POWRÓT DO POLSKI Tak jak wcześniej pisałem, po powrocie do Montereau zaparkowaliśmy naszego busa w parku w pobliżu pola bitwy i z marszu, jak siły szybkiego reagowania, wkroczyliśmy do boju. Przebieg bitwy podobny był do poprzedniej z tym, że w porównaniu z nią, po opadach deszczu walczyliśmy w niezłym błotku. Ja osobiście miałem wszystko w błocie, buty, spodnie, frak mundurowy, a nawet szpadę. Po zakończeniu bitwy szybko pożegnaliśmy się z naszymi znajomymi i podziękowaliśmy organizatorom za zaproszenie i gościnę. Następnie pojechaliśmy do naszej hali sportowej, gdzie przebraliśmy się w cywilne łachy, zapakowaliśmy do busa nasze graty i ruszyliśmy w drogę powrotną do kraju. Około godzinie 22.00 dotarliśmy do małego hotelu w Kaiserslautern w Niemczech, gdzie przenocowaliśmy. Na drugi dzień wstaliśmy wcześnie rano i po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Po drodze mieliśmy małą awarię: na autostradzie w Niemczech podczas jazdy wystrzeliła nam tylna lewa opona. Kierujący busem Tomek zapanował nad samochodem i spokojnie zjechał na pobocze, na którym szybko zmieniliśmy koło, po czym ruszyliśmy dalej. Przez całą naszą wyprawę busem kierowali nasi dwaj koledzy, dwaj Tomkowie, za co im cześć i chwała. Już bez przygód dojechaliśmy do Polski, gdzie zatrzymaliśmy się w Legnicy, gdzie wysiadał jeden z naszych kolegów, a my przy okazji poszliśmy na obiad. Następnie dojechaliśmy do Świętej Katarzyny, gdzie rozdzieliliśmy się na dwa samochody. Ja z Adą i Andrzejem pojechaliśmy moim autem i wieczorem dojechaliśmy do Nowego Dworu Mazowieckiego, gdzie moi znajomi mieszkają. Po krótkim odpoczynku już sam ruszyłem do Gdańska, do którego dojechałem o 2.00 w nocy, a o 6.30 znowu wstawałem i pomimo zmęczenia i niewyspania, ale zadowolony, w całkiem dobrym nastroju, poszedłem do pracy. Wszystkie fotki z archiwum Piotra Zawady 72 Andrzej Kasperek Andrzej Kasperek TU ZASZŁA ZMIANA W 1951 roku Maria Dąbrowska opublikowała opowiadanie „Tu zaszła zmiana”. Jest ono zapisem przeżyć pisarki z września 1939 roku, okupacji i powstania warszawskiego, a także wygnania ze stolicy i powrom w 1945 roku; jest także świadectwem odbudowy Warszawy. Przypominam ten utwór, bo jego tytuł, nb. wzięty z poezji Adama Mickiewicza („Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia”) wszedł do polszczyzny. I wydał mi się bardzo dobrze pasujący do kilku słów, które chcę napisać. 1 Maj przez lata był świętem zawłaszczonym przez komunistyczny reżim. Chyba wszyscy (na pewno ci urodzeni w czasach słusznie minionych) pamiętają pierwszomajowe pochody, akademie etc. Święto Pracy - święto robotników stało się tylko fasadową imprezą, często przymusową dla pracowników, uczniów i studentów. Dziś jeszcze gdzieś, ktoś próbuje doń nawiązywać, ale chętnych zbyt wielu nie ma... A jednocześnie w polskiej historii ta data nabrała nowego znaczenia, bo jest symbolem akcesu naszego kraju do wspólnoty europejskiej - 1 maja 2004 roku Polska stała się członkiem Unii Europejskiej. Dobrze pamiętam, ile było obaw, ile strachu. Do dziś niektórzy politycy chęmie posługują się pogardliwym określeniem „Eurokołchoz” i głoszą, że Polska jest landem w Eurolandzie. A osiem lat temu, gdy zaczęło się tzw. wstawanie Polski z kolan, Krystyna Pawłowicz nazywała flagę z gwiazdami „szmatą”, prezydent Duda wyrzucił ją z prezydenckiego pałacu a premier Szydło usunęła z konferencji prasowych rządu. Jakoś nie przeszkodziło jej to, aby kilka lat później kandydować do Parlamentu Europejskiego i z pełnym poświęceniem spędzić w nim całą kadencję. Ileż zdrowia i samozaparcia musi ją dziś kosztować ponowne kandydowanie? Guy Yerhofśtadt, były belgijski premier, skomentował to w cierpkich słowach: ,A więc nie życzycie sobie unijnych flag, ale ciągle chcecie unijnych pieniędzy?” No właśnie, piszę te słowa w dniu wyborów do Parlamentu UE. W lokalu wyborczym dostałem wielką płachtę, a na niej kilka komitetów wyborczych i w każdym po dziesięciu kandydatów. Pewnie część serio trakmje swe potencjale przyszłe obowiązki, ale dla niektórych to po prosm atrakcyjna synekura. Nic dziw-nego - miesięczne podstawowe wynagrodzenie europosła wynosi prawie 8 tysięcy euro netto. Ale takie są koszty demokracji. Te są jeszcze stosunkowo niewielkie, bo wolę, żeby niektóre osoby siedziały w Brukseli niż panoszyły się w kraju... Mnie bardziej interesuje, ile jako państwo i społeczeństwo zyskaliśmy przez te 20 lat. I niech nikt mi nie mówi, że unia nam coś zabiera, coś zawłaszcza, czymś obarcza. Zbyt dobrze pamiętam wstyd i bezsilność, jakie czułem w czasie wycieczek zagranicznych, które organizowałem dla moich uczniów w latach 1998-2007. Staliśmy przed wejściem do jakiegoś muzeum czy zabytku i na tablicy przy kasie czytałem wypisane tam informacje i ceny biletów: uczniowie z unii mogli zwiedzać bezpłamie a nasi musieli płacić po kilka / kilkanaście franków, lirów, drachm a później euro. Zapamiętałem osobne bramki na granicach dla „europejskich” autokarów i osobne dla nas - z krajów „gorszego sortu”, godziny czekania, rewizje osobiste... Wcale nie chodzi mi tylko o wymiar finansowy, o niewygody - to też się liczyło, ale najgorsze było poczucie, że jesteśmy jakimiś gorszymi, ubogimi krewnymi. A przecież Tu zaszła zmiana 73 od czasów Ottona III, który w roku 1000 w Gnieźnie włożył koronę na głowę słowiańskiego księcia Bolesława Chrobrego, Polska była (nie tylko geograficznie) w Europie. Już słyszę głosy tych, którzy protestują, że przywołuję w tym miejscu niemieckiego cesarza. Jak to? Po co? Przecież „my sami, my pierwsi”. Pewien wiceminister wyjaśniał kilka łat temu, że Francuzi to „są ludzie, którzy uczyli się od nas jeść widelcem parę wieków temu”. W ten sposób chciał pokazać, że nie ma kompleksów wobec Zachodu. A pokazał tylko, że jest ignorantem. Często mam wrażenie, że kompleksy niektórych ludzi wobec „zdradzieckiego Zachodu” biorą się przede wszystkim z ich niedouczenia. Choć przecież zdarza się, że brukselskim urzędnikom brakuje wyczucia czy zwykłej empatii. Pojawiło się nawet niezbyt miłe słowo: eurokrata. Prof. Jerzy Bralczyk wyjaśnia, że to: „biurokrata próbujący wcielać w życie europejskie przepisy, nieuwzględniające miejscowych realiów i zwyczajów, przepisy więc nieżyciowe, a mający przy tym nieuzasadnione poczucie władzy”. A tego nikt nie lubi. Bruksela często dobre pomysły (jak Zielony Ład) wprowadza w sposób nieprzemyślany, z czego biorą się kłopoty. Zamiast wyriumaczyć cele i korzyści z tego programu zadekretowano go. Nie tędy droga. W tym roku na podstawie unijnej dyrektywy zostały wprowadzone fabrycznie przymontowane zakrętki do butelek. I znowu słuszny ceł - ekologia i ochrona środowiska, ale rzecz cała wykonana z gracją ruskiego niedźwiedzia. Niektórzy przeciwnicy UE wybrali sobie plastykową zakrętkę jako symbol oporu i chcą ją nosić jak w czasach stanu wojennego noszono oporniki. O tempora, o mores... Tak się składa, że w tym roku wiele ważnych dat znalazło się koło siebie: 1 maja - 20 lat od przyjęcie nas do UE, 4 czerwca - 35 rocznica pierwszych (częściowo) wolnych wyborów, 6 czerwca- 80 rocznica lądowania aliantów w Normandii, które zmieniło bieg europejskiej historii i jest symbolem obrony wartości przeciw przemocy. Prasa doniosła kilka dni temu, że znany reżyser Darren Aroiiofsky, dwukrotnie nominowany do Oscara, dostał polskie obywatelstwo. Do tej pory to raczej Polacy marzyli o paszporcie USA. Co się zmieniło? Może to powrót do polsko--żydowskich korzeni, a może także chęć bycia Europejczykiem. Nie znam jego motywacji, ale to nie aż tak ważne, ważniejsze, że wielu ludzi na świecie ceni paszport z orzełkiem. *** Pomysł na ten artykuł narodził się w trakcie oglądania kalendarza wydanego przez Samorząd Województwa Pomorskiego: „POMORSKIE. TAK SIĘ ZMIENILIŚMY 2024”. Jest wiele kalendarzy atrakcyjniejszych wizualnie, z lepszymi zdjęciami. Ale ten jest dla mnie szczególnie ważny, bo pokazuje, jak ogromną drogę Polska przeszła od roku 1989, a szcz^ólnie od reformy administracyjnej (1 999 r.). Wiele rzeczy po Czerwcu niekoniecznie się udało, ale samorządy tak Chyba tego nie doceniamy. We wstępie do wydawnictwa Mieczysław Struk - Marszałek Województwa Pomorskiego - napisał: „Kalendarz, który macie przed sobą, ukazuje, jak nasz region zmienił się na przestrzeni ostatnich dekad. Zrealizowane w tym okresie inwestycje odmieniły nasze otoczenie, sprawiając, że Pomorze stało się jeszcze piękniejsze i nowocześniejsze. Poprzez aktualne i archiwalne fotografie, wykonane przez wybimych pomorskich fotografików Zbigniewa i Macieja Ko-sycarzy oraz fotografów z agencji fotograficznej Kosycarz Foto Press KFP, chcemy przypomnieć zmiany, jakie zachodziły na Pomorzu. To ważna część naszej historii”. Chciałoby się rozszerzyć tę myśl i powiedzieć, że przez te lata cała Polska wypiękniała i stała się lepszym miejscem do życia. 74 Andrzej Kasperek POMORSKIE TAK S Ę ZVIEN'-IŚMV 2024 Kaifniiarz uydany przez Samorząd Województwa Pomorskiego: „POMORSKIE. TAKS/ĘZMIENILIŚMY2024” Zbigniew Kosycarz był legendą na Wybrzeżu - od 1945 roku przez pół wieku dokumentował wszystko, co się działo w Gdańsku i regionie. Był wszędzie i zawsze gotowy do pracy. J^o syn Maciej przeje talent fotograficzny po ojcu. Zawdzięczamy mu nie tylko edycję zdjęć z przebogatego archiwum ojca w formie albumów, był także kontynuatorem tradycji - szalał jako fotoreporter i założył wspomnianą agencję KFP. Miałem okazję go poznać, umówiliśmy się nawet, że wybierzemy zdjęcia Żuław wykonane przez ojca do 2. tomu „Mojego płaskiego kraju”... Niestety, zmarł przedwcześnie. W kalendarzu jest także zdjęcie Konrada - syna Macieja. Trzecie pokolenie Kosycatzy fotografuje. Z ich archiwum wybrano 24 zdjęcia - stare i nowe. Ich oglądanie to okazja do wspomnień, refleksji a nawet wzruszeń. Styczeń to zdjęcie Polskiej Filharmonii Bałtyckiej im. Fryderyka Chopina. Na czarnobiałej fotografii są dzieci jeżdżące na sankach po Targu Rybnym, a w de widać Ołowiankę i kompleks miejskiej elektrowni z końca XIX wieku. To właśnie ten poprzemysłowy budynek (po zamknięciu elektrowni w 1996 roku) został poddany rewitalizacji i dziś Gdańsk szczyci się tym obiektem. W jego koncertowej sali głównej (na 1000 miejsc) odbywają się także ważne uroczystości, kilka razy uczestniczyłem tam we wręczaniu Pomorskiej Nagrody Artystycznej. Luty - dwa zdjęcia pokazują gdańskie lotnisko. Oficjalne otwarcie portu lotniczego Gdańsk--Rębiechowo odbyło się 2 maja 1974 r. (Znowu rocznica!) Pamiętam jeszcze samoloty na lotnisku Zaspa. Ono jednak było zbyt małe i bez szans na rozwój. W czasach studenckich miałem nawet okazję polecieć turbośmigłowcem do Warszawy. Dziś latamy z nowoczesnego portu lotnicz^o, którego patronem w 2004 roku został Lech Wałęsa, do prawie stu miejsc na świecie. W zeszłym roku z jego usług skorzystało niemalże 6 milionów pasażerów. Jest trzecim polskim lotniskiem po warszawskim Okęciu i krakowskich Balicach. Marzec - na starym zdjęciu widzimy typowy peerelowski klocek; tak wyglądał dworzec kolejowy w Kartuzach, zburzony w czasie wojny, odbudowano go w czasach obowiązywania socrealizmu. Dopiero w 2018 roku w jego miejsce powstał nowy budynek, nawiązujący do kształtu dawnego, jeszcze XIX-wiecznego dworca - jest on przeznaczony do obsługi pasażerów pociągów i autobusów, mieści się w nim także biblioteka oraz informacja turystyczna. Kwiecień - zdjęcie z 1973 roku przedstawia ruiny wiaduktu z dawnej linii kolejowej Gdańsk Wrzeszcz-Stara Piła. W1945 roku wysadziły go wycofującesięoddziałyWehrmachtu. Straszyłprzez kilkadziesiąt lat po wojnie, bo linii nie odbudowano. Warto wspomnieć, że inny wiadukt, znajdując się na uboczu walk wojennych, nie został zniszczony i przetrwał do 2013. Paweł Huelle uwiecznił go w swej debiutanckiej powieści „Weiser Dawidek”, znalazł się nawet na okładce 1. wydania. Dziś w tym miejscu jest nowoczesny obiekt nazwany Wiaduktem Weisera. Warto dodać, że w maju br. na ścianie przystanku PKM na Niedźwiedniku odsłonięto mural upamiętniający zmarłego Tu zaszła zmiana 75 pisarza. W 2015 roku w miejscu starych torów powstała Pomorska Kolej Metropolitalna. Chyba jedno z największych osiągnięć w infrastrukturze komunikacyjnej Pomorza. Połączyła Gdańsk i Gdynię z portem lotniczym, umożliwiła nowe połączenie z Kartuzami i Kościerzyną. Po latach widać, jak potrzebna była ta inwestycja. A mi się marzy, żeby kolej tego typu połączyła Gdańsk z Elblągiem. Oczywiście z przystankiem w Nowym Dworze Gdańskim. Nie tylko byłaby remedium na coraz większe (niestety) wykluczenie komunikacyjne mojego miasta, ale jestem pewny, że byłaby ogromnym impulsem rozwoju dla Żuław i Elbląga. Może się tego doczekam! Maj - State zdjęcie pokazuje budowę mostu na Wiśle w Kieżmarku w 1972 roku. To było ogromne wydarzenie, bo pozwoliło na całoroczne połączenie Żuław z Gdańskiem. Wcześniej w tym miejscu funkcjonował most pontonowy, który na zimę rozbierano i kursował tu prom, ale to nie było pewne połączenie i droga do stolicy województwa wiodła przez mosty tczewskie. Obok mostu z 1973 roku zbudowano w latach 2016-2018 dwa nowe mosty na potrzeby drogi ekspresowej S7. Dzięki nim z mojego płaskiego kraju do Gdańska można przejechać w pół godziny. Czerwiec - to kolejny dworzec. Stary paskudny klocek dworca w Sopocie, który nigdy nie był wizytówką tego miasta z ambicjami, został rozebrany i zupełnie zmieniony. Nowy dworzec to skrzyżowanie galerii handlowej z pasażem restauracji. Nie wszystkim się to podoba, ale taki jest dzisiejszy trend. Przynajmniej te obiekty żyją. Bo co z tego, że po latach czekania (ze sporym opóźnieniem) oddano do użytku przepiękny dworzec Gdańsk Główny, skoro jest on wciąż pusty i zupełnie nie wykorzystany. Lipiec - to (dawniej) bojery na zamarzniętej Zatoce Puckiej w 1969 roku i (współcześnie) szalejący w tym samym miejscu windsurferzy. Pamiętam zawody bojerowe na lodzie Zalewu Wiślanego w Krynicy Morskiej, ale ostatnio odbywają się one coraz rzadziej - to znak czasu, z powodu zmian klimatycznych Zalew Wiślany i Zatoka Gdańska zamarzają zimą tylko na moment albo wcale. Sierpień - piękne miasteczko Puck, w którym odbyło się 10 lutego 1920 roku zaślubienie Bałtyku przez Polskę - gen. Józef Haller wrzucił wówczas do morza złoty pierścień. Dziś w porcie rybackim stoi pomnik generała a obok wybudowano (w 2023 roku) Marinę Puck - nową przystań jachtową, która posiada łącznie 180 miejsc cumowniczych. Łączy ona część sportową (port jachtowy) z częścią historyczną (port rybacki) oraz nowoczesną marinę. Wrzesień - to kolejny most. W Opaleniu wybudowano na początku XX wieku most, który miał połączyć Berlin z Królewcem. Był on szcz^ólnie ważny dla Kwidzyna, bo przybliżał go do reszty kraju. Po 1918 roku zmiana granic spowodowała, że stał się on nieprzydatny i po demontażu przeniesiono go do Torunia i Konina. W1945 roku okazało się, że po kolejnej korekcie granic mostu bardzo w tym miejscu brakuje. Funkcjonowała tam tylko przeprawa promowa. Dopiero w 2013 roku dokonano otwarcia nowego mostu wantowego o długości 1867 metrów. 76 Andrzej Kasperek Październik - czarnobiały widok z wieży kościoła św. Katarzyny na ul. Rajską pochodzi z 1976 roku. Widać lewą pierzeję ulicy, u góry wieżowiec zwany Zieleniakiem (od koloru elewacji), kawałeczek Domu Technika, gdzie w latach 1974-1986 w sali widowiskowej odbywał się Festiwal Filmów Fabularnych, później przeniesiony do Gdyni. W 1977 roku przyjechałem do Gdańska na studia i choć minęły 3 dekady od wojny nasze miasta ciągle jeszcze nosiły jej ślady. Nikogo nie dziwiły wielkie puste place w ich centrach, kwartały ruin, błotniste ulice bez chodników. Dziś już tych pustych miejsc w Gdańsku, Elblągu, Szczecinie czy Wrocławiu nie ma... Listopad - dworzec kolejowy w Tczewie i m mógłbym powtórzyć to, co pisałem o pozostałych dworcach. Jedno mają także wspólne - są czyste, nie strach w nich skorzystać z toalety, a czekanie na pociąg nie jest w nich okropnym przymusem. Wreszcie! Grudzień - budowa Obwodnicy Trójmiasta w Matami, zdjęcie z 1977 roku. W tym roku oddano do użytku jej 1. fragment. Miała odciążyć zapchane centrum miasta a szczególnie wypchnąć z Trójmiasta samochody ciężarowe i TIR-y. Matarnia (podobnie jak Rębiechowo) była kiedyś małą kaszubską wioską pod Gdańskiem. Dziś to wielkie centrum handlowe i dynamiczna dzielnica. Współczesne zdjęcie pokazuje rozbudowany węzeł komunikacyjny na autostradzie Al. Jest znaczące, że więcej niż połowa pokazanych w kalendarzu zdjęć odnosi się do dróg, mostów, kolei i dworców. Nic w tym dziwnego, bo infrastruktura transportowa to krwiobieg każdego nowoczesnego państwa. A zaniedbania tu były ogromne. Lata po roku 1989 mijały a w Polsce przez długi czas nikt nie budował autostrad i dróg ekspresowych, nikt nie modernizował linii kolejowych. To, co powinno być zrobione w pierwszej kolejności, zostawiono na później. Do dziś te opóźnienia się mszczą. Na szczęście w porę zaczęto nadrabiać owe zaległości. Po 1989 roku byliśmy w o wiele gorszej sytuacji niż Niemcy Wschodnie, które otrzymały z landów zachodnich aż 250 miliardów euro, aby wyrównać poziom życia i gospodarki, żeby NRD nie różniło się tak bardzo od RFN. Suma astronomiczna, o której nie mogliśmy nawet marzyć. Pewnie nie byłoby tego kalendarza, bo zabrakłoby obiektów do wypełnienia go treścią, gdyby nie pomoc Unii Europejskiej. Wystarczy sięgnąć do statystyk. Z okazji rocznicy dowiedzieliśmy się, że do marca 2024 roku nasz kraj otrzymał z UE 261 miliardów euro, a wpłacił 85,8 miliarda euro - poinformowała minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Z czego około 165 miliardów euro stanowiły środki przekazane na realizację projektów w ramach funduszy polityki spójności. Ma ona służyć zapewnieniu harmonijnego rozwoju państw, zmniejszanie dysproporcji między regionami i przeciwdziałanie zacofaniu regionów, które znajdują się w niekorzystnej sytuacji. 1 to się sprawdza znakomicie, co widać, gdy podróżujemy po Polsce - świetne drogi, wygodne pociągi, czyste wioski, zadbane miasta i miasteczka, dobre restauracje... Tego by nie było, gdybyśmy przespali naszą szansę. Każdy chyba pamięta sprzed lat smutne powroty z Zachodu, gdy konfrontowaliśmy obraz czystych i ukwieconych miasteczek z Niemiec czy Holandii z naszym brudem i zaniedbaniem. Dziś to ogromna satysfakcja, kiedy teraz wracamy z zagranicznych wojaży i nie ogarnia nas smutek, że piękny sen się skończył, ale duma, że Polska jest coraz ładniejsza, coraz przyjemniejsza do życia. Przed laty Adam Mickiewicz w „Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” napisał: ,Ale potem w bałwochwalczem pomięszaniu języków nazwano cywilizacją modne i wykwintne ubiory, smaczną kuchnię, wygodne karczmy, piękne teatra i szerokie drogi”. Czy to oznacza, że ten typ zmian, które teraz obserwujemy w naszym kraju, nie podobałby się mu? Chyba nie. Mickiewicz myślał raczej o innym rozumieniu słowa ‘cywilizacja”. Ale nie wdając Tu zaszła zmiana 77 się w skomplikowane analizy - możemy być dumni, że „dożyliśmy tej pociechy”, iż możemy cieszyć się, że jesteśmy cząstką cywilizacji zachodniej a nie „ruskiego miru”. Całkowicie zgadzam się ze zmarłym niedawno prof. Zbigniewem Mikołejką, który w wywiadzie powiedział; „napawam się tym [zachwytem] bezczelnie, patrząc z dumą, a nierzadko nawet z niemal religijną ekstazą, jak ta okaleczona, zgrzebna, pogrążona w szarości, biedzie i beznadziei Polska prowincjonalna z czasów mojej młodości podniosła się niebywale! Jak odzyskała blask i urodę! Jak nabrała witalnej siły i idzie, najwyraźniej idzie, ku lepszym przeznaczeniom! To nie jest przy tym tylko kwestia estetyki. To coś głębszego chyba. Jakby nowa, jaśniejsza metafizyka polskości. I nowa gospodarność, nowa ekonomia, nowe myślenie i - wcale nierzadko - wizyjność”. I tylko szkoda, że przez ostamie lata tak nieroztropnie szafowano publicznym groszem i utopiono dwa miliardy zł na przekopanie Mierzei Wiślanej. Za te sumę wszystkie gminy nad zalewem miałyby nowe oczyszczalnie ścieków. I złości mnie, gdy jadąc do Gdańska po szybkiej S7 mijam stacje benzynowe firmy MOL, sto razy bardziej wołałem napis LOTOS. Tak to jest, gdy do władzy dochodzą „cisi, ciemni, mali ludzie” (też Mickiewicz!). Warto jednak sobie przypominać, skąd wyszliśmy i jaką drogę pokonaliśmy. Ten kalendarz przypomina nam o tym. Niektórzy szybko zapomnieli, gdzie byliśmy 35 lat temu i że tak naprawdę Polska zaczęła się zmieniać 20 lat temu, dzięki miliardom pomocy z funduszy unijnych. Na zakończenie warto przytoczyć kilka liczb: 1990 roku PKB na głowę wynosiło w Polsce (w dolarach): 6185 (średnia dla Europy Środkowo-Wschodniej wynosiła wówczas 7093). Najubożsi we wspólnocie Portugalczycy byli prawie dwa razy bogatsi od nas, większość pozostałych wyprzedzała nas o trzy długości. W 2004 roku, tuż przed wejściem do Unii Europejskiej PKB wynosiło w naszym kraju: 13353. Średnia dla Europy Środkowo-Wschodniej wówczas to 13483 (Portugalia - 21477). A oto dane za rok 2022: Polska - 43268 (324% poziomu z 2004 roku). Średnia dla Europy Środkowo-Wschodniej wyniosła w 2022 r. 42799. (Portugalia - 41451). „W ramach Unii Polska przegoniła nie tylko Węgry i Chorwację, ale też Portugalię i Grecję oraz zbliżyła się do Hiszpanii. W naszym zasięgu są Włochy. Nie dlatego, że te kraje stoją w miejscu, lecz z tego powodu, że my biegniemy szybciej, wykorzystując do cna możliwości wspólnego rynku - towarów, usług, pracy”. (Ten cytat oraz dane statystyczne pochodzą z artykułu Zbigniewa Bartusia „Eurokołchoz i inne kłamstwa ludzi Kremla oraz ich prawicowo pożytecznych akolitów” zamieszczonego na https://forsal.pl Prof. Timothy Garton Ash - historyk i publicysta, specjalista od historii europejskiej powiedział przy okazji publikacji swej książki pt. „Homelands. Historia osobista Europy”, że czuje się z powodu opuszczenia przez Wielką Brytanię UE okropnie: „Brexit był największą klęską polityczną mojego życia. Teraz jestem Europejczykiem z brytyjskim paszportem i bardzo mnie to smuci”. Kończę tymi słowami, bo nigdy nie można zapominać mądrych słów Jana Kochanowskiego, z „Pieśni o spustoszeniu Podola”: „Nową przypowieść Polak sobie kupi, / Ze i przed szkodą, i po szkodzie głupi”. Głupi już byliśmy... 78 Radosław Biskup Radosław Biskup POWOJENNA KRONIKA SZKOŁY W MIŁORADZU (1945-1949) Kroniki szkolne to skarbnice informacji o przeszłości lokalnej. Ten typ tekstu, wykorzystywany głównie przez badaczy dziejów oświaty, staje się z biegiem łat ważnym przekazem dla miejscowych. Znajdują tutaj nie tylko suchy zapis wydarzeń z życia szkoły, lecz również opowieść o warunkach życia codziennego dawnych pokoleń. Kroniki mają szczególne znaczenie dokumentacyjne dla miejscowości na Żuławach, w których organizowanie polskiej szkoły w 1945 r. stanowiło jeden z elementów realizacji hasła nowych władz o „zasiedlaniu Ziem Zachodnich i Północnych”. Dla potomków pierwszych osadników, urodzonych już między Wisłą a Nogatem, takie kroniki mogą mieć ogromne znaczenie tożsamościowe, o ile oczywiście są udostępniane. Mieszkańcy Miłoradza są pod tym względem w komfortowej sytuacji. Wincenty Zgliczyń-ski (1913-1993), pierwszy polski nauczyciel i powojenny kierownik tutejszej szkoły, nie tylko prowadził kronikę szkolną, ale również spisał wspomnienia, które doczekały się już publikacji na łamach „Prowincji”'. Oba przekazy zarówno uzupełniają się, jak i przenikają; w kronice odnotowano głównie wydarzenia związane z życiem szkoły oraz nauczyciela, podczas gdy wspomnienia rzucają światło ma miłoradzkie realia pozaszkolne w pierwszych, powojennych latach. Uprzystępniając wspomnienia Zgliczyńskiego starałem się w przypisach uchwycić tę intertekstualność, przytaczając fragmenty kroniki, jak również istotną dokumentację szkolną z Archiwum Państwowego w Malborku. Przypomnieć w tym miejscu wypada życiorys pierwszego powojennego nauczyciela miłoradz-kiego. Urodzony w 1913 r. Wincenty Zgliczyński pochodził z północnego Mazowsza, z miejscowości Zeńbok pod Ciechanowem. Po ukończeniu podstawowej edukacji w miejscowych szkołach, podjął naukę w liceum w Ciechanowie, gdzie zdał maturę w 1935 r. Następnie, po ukończeniu kursu podchorążych rezerwy w Pułtusku w 1936 r., przeniósł się do Warszawy. Tutaj, pozostając pod wpływem starszego brata Henryka - artysty malarza obracającego się w warszawskim środowisku artystycznym - uczęszczał na kursy teatralne organizowane przez aktorów skupionych wokół Juliusza Osterwy. W październiku 1938 r. rozpoczął studia polonistyczne na Uniwersytecie im. Józefa Piłsudskiego w Warszawie, które w sierpniu przerwała nadciągająca wojna. W. Zgliczyński został zmobilizowany i przydzielony do pracy w Dowództwie Okręgu Korpusu nr 1 w Warszawie. Pierwsze dni wojny spędził w Warszawie. 1 września rano miał przyjąć jako oficer dyżurny meldunek o ataku wojsk niemieckich pod Mławą. Po klęsce wrześniowej zrzucił mundur i powrócił w rodzinne strony w obawie przed wywózką na roboty lub aresztowaniem. Kilkanaście miesięcy okupacji spędził w Ciechanowie, pracując m.in. jako technik budowlany Radosław Biskup, Afiłoradzkie wspomnienia Wincentego Zgliczyńskiego (1913-1993): pedagoga, aktora, poety, Prowincja (2021), nr 3 (45), s. 113—122 oraz Prowincja (2021), nr 4 (46), s. 82-94 [dostępny na stronie www.academia.edu]. Powojenna kronika szkoły w Miłoradzu (1945-1949) 79 i buchalter w zakładzie szklarskim. W1942 r. założył rodzinę i wraz z małżonką Reginą doczekali się w tym samym roku pierwszego dziecka. Względny spokój zburzyło aresztowanie pod koniec czerwca 1944 r. przez gestapo, w ramach retorsji za zamordowanie przez partyzantów niemieckiego ogrodnika Gustawa Podlicha. Wincenty Zgliczyński wprawdzie uniknął rozstrzelania, ale znalazł się najpierw w więzieniu śledczym w Pomiechówku, a następnie przez obóz przejściowy w Działdowie trafił we wrześniu 1944 r. do obozu koncentracyjnego Stutthof, gdzie został oznaczony numerem 87646 jako więzień polityczny. Na przełomie stycznia i lutego 1945 r. udało mu się uciec z „marszu śmierci” i schronić w jednym z gospodarstw na Kaszubach. Po przejściu frontu wyruszył w rodzinne strony i pod koniec marca 1945 r. dotarł do domu, w którym czekała na niego żona i dwie małe córeczki. Po kilku dniach zatmdnił się jako nauczyciel w ciechanowskim liceum, a latem rodzina Zgliczyńskich postanowiła wyruszyć na Żuławy, by na początku września 1945 r. zamieszkać w Miłoradzu. Tutaj Wincenty Zgliczyński zainicjował działalność Publicznej Szkoły Powszechnej w Mielcu (od 1947 r. w Miłoradzu), w której pracował do końca roku szkolnego 1952/1953. W sierpniu 1953 r. rodzina Zgliczyńskich - małżonkowie oraz pięć córek -dotarli do Unikowa (powiat mławski), gdzie Wincenty został kierownikiem miejscowej szkoły. Po powrocie w rodzinne strony angażował się w działalność literacką, współredagując m.in. kwartalnik społeczno-kulturalny „Pięć rzek”, ukazujący się w latach 1957-1968. Po rezygnacji z pracy w szkole we wrześniu 1964 r. został kierownikiem Powiatowego Domu Kultury w Ciechanowie. W 1967 r. powrócił jednak do pracy oświatowej, a w 1973 r. przeszedł na emeryturę. Angażował się w działalność Towarzystwa Miłośników Ziemi Ciechanowskiej, którego był prezesem w latach 1983-1988. Wydał trzy tomiki wierszy: „Zew życia” (1982), „Znad Łydyni” (1986) oraz „Tropy nadziei, tropy miłości” (1989). Zmarł w 1993 r. i został pochowany na cmentarzu parafialnym w Zeńboku. Kronika szkolna, z której pochodzi zamieszczony niżej fragment spisany ręką W. Zgliczyń-skiego, przechowywana jest w sekretariacie Zespołu Szkół i Przedszkola w Miłoradzu. To brulion formam A4, w którym znajdują się właściwie dwie kroniki: Scbul-Chronik eler katholischen l^Zfo-schuie zu Mie/enz, Kreis Marienbur^ („Kronika szkolna katolickiej Szkoły Ludowej w Miłoradzu, powiat Malbork”), prowadzoną przez tutejszych nauczycieli w latach 1887-1938, oraz Kroniką Publiczne/ Szkofy Poiaszechn^ w Mielcu, obejmującą lata 1945-1964. W 1887 r. Rudolf Redłowski, nauczyciel ówczesnej katolickiej szkoły w Mielenz, zaczął prowadzić kronikę szkolną, opisując wydarzenia z życia szkoły od 1866 r. Ostatni zapis w niemieckojęzycznej części kroniki pochodzi z jesieni 1938 r. Szczęśliwym trafem brulion z tekstem niemieckiej kroniki nie uległ w czasie wojny zniszczeniu. W. Zgliczyński oddzielił niemiecką część złożoną w trójkąt kartą i zacz:^ prowadzić kronikę polskiej szkoły. Zapiski prowadził porządkując je latami kalendarzowymi (od stycznia do grudnia), a nie szkolnymi; być może zasugerował się zapiskami swych niemieckich poprzedników, prowadzących kronikę przedwojenną w podobny sposób. Można założyć, że z mniejszą lub większą regularnością odnotowywał wydarzenia do końca roku szkolnego 1952/1953. Potem, jak sam zapisał we wspomnieniach, „pożegnał żyzne Żuławy i powrócił do rodzinnej Ziemi Ciechanowskiej”. Niestety, w kronice polskiej szkoły brakuje kart z zapiskami obejmującymi okres od maja 1949 r. do roku szkolnego 1952/1953; ostatnie zachowane w kronice zapiski Zgliczyiiskiego dotyczą obchodów święta 1 Maja w Gnojewie w 1949 r. Dlaczego zostały wyrwane z brulionu i kto to zrobił - nie wiadomo. Kolejny nauczyciel rozpoczął prowadzenie zapisków od września 1953 r. na nowej stronie. 80 Radosław Biskup Ale i te cztery lata historii powojennie Miłoradza, zapisane na kartach szkolnej kroniki, są niezwykle ciekawą lekturą. Uchwycony jest tutaj chociażby czas nazewniczej dowolności panującej na tzw. ziemiach odzyskanych: poniemiecki Mielenz był od 1945 do lata 1947 r. Mielcem, Miłewem, Mielewem etc. Pojawiają się wątki związane z trudnymi warunkami życia w poniemieckiej, rozszabrowanej wsi. Wincenty Zgliczyński podaje m.in. informacje o liczbie uczniów, dostępnych materiałach dydaktycznych, szkoleniach i konferencjach nauczycielskich. Sporo tutaj informacji o rozmaitych wycieczkach szkolnych i uroczystościach, ale i wydarzeniach z prywatnego życia nauczyciela; choroby, kłopoty transportowe spowodowane złą pogodą, a nawet aresztowanie przez Urząd Bezpieczeństwa w Nowym Stawie - wszystko to zostało odnotowane na stronach kroniki. Powód był prozaiczny; absencja jedynko nauczyciela w miłoradzkiej szkole oznaczała brak zajęć lekcyjnych. Tekst kroniki, sporządzony na piętnasm nienumerowanych stronach, starałem się oddać jak najwierniej, zachowując oryginalną pisownię. Dla ułatwienia lektury rozwinięte zostały wszystkie skróty, a uzupełnienia umieszczono w nawiasie kwadratowym. Strona tytułowa kroniki szkołng Kronika Szkolna Publicznej Szkoły Powszechnej w Mielcu [1945-1949] Wincenty Zgliczyński [1] 1945 Otwarła się karta polskiej historii dla prastarej ziemi gdańskiej... 8 maja 1945 roku skapitulowały hitlerowskie Niemcy i Polska wróciła na szlaki piastowskie. 1 spełniły się wieszcze słowa Adama Mickiewicza; „Gdańsk, miasto niegdyś nasze, znowu będzie nasze!”2. Za sprzymierzonymi armiami, radziecką i polską, które w ostatnich dopiero dniach wojny dobiły gadzinę hitlerowską w Gdańsku, wkroczyły na oswobodzone Żuławy zastępy pionierów polskich. Nauczyciel szedł w awangardzie. 12 września 194 r. przybył do Mielca nauczyciel Wincenty Zgliczyński z rodziną. Po stwierdzeniu, że jest odpowiednia ilość dzieci w wieku szkolnym (22-je), że budynek szkolny jest nieuszkodzony, udał się nauczyciel do Gdańska, do Inspektoratu Szkolnego z prośbą Adam Mickiewicz, Pan Tatźeusz, księga IV, w. 823. Powojenna kronika szkoły w Miłoradzu (1945-1949) 81 O nominację do Mielca. Obywatel Podinspektor Pozorski, z którym nauczyciel zetknął się już poprzednio w czasie jego organizacyjnych wędrówek po terenie, zamianował nauczyciela Zgłiczyńskiego nauczycielem kierującym Publicznej Szkoły Powszechnej w Mielcu. Na skutek masowej ucieczki niemieckiej ludności przed nadchodzącym frontem opustoszały miasta i wsie. Do bezpańskich, opuszczonych domów wkraczał zwycięzki żołnierz i użytkował je lekkomyślnie i wielokrotnie niszczył. Za frontem przyszła istna zgraja niszczycieli, zwanych popularnie „szabrownikami”, którzy rabowali, co się dało, nieużyteczne im rzucali w pośpiechu pod nogi. Do wsi tutejszej zajeżdżały auta, ciężarowe wozy, a nawet kolejka wąskotorowa, by następnie obładowane meblami odjechać w przytomności miejscowego sołtysa do Malborka lub za Wisłę. Nic też dziwnego, że lokale i opuszczone mieszkania przedstawiały godny pożałowania widok. [2] Lokal szkolny był jednakże najskrupulatniej „oszabrowany”. Na popyt skarżyły się jedynie leżące na ziemi biblioteki niemieckie. Sprzęt szkolny niszczał na słotach jesiennych w ogrodzie i pod ściana- mi zabudowań szkolnych. Przy wydatnej pomocy miejscowego sołtysa, obywatela Zenona Mi-łoszewskiego, skompletowano sprzęt szkolny i meble do prywatnych mieszkań nauczyciela. W niedzielę, 23 września 1945 r., nastąpiło uroczyste otwarcie polskiej Publicznej Szkoły Powszechnej w Mielcu. Moment ten stał się manifestacją ludności polskiej całej tutejszej gminy, którą reprezentował obywatel Wójt. Przy dźwiękach Hymnu Narodowego wykwitła na maszcie szkolnym białoczerwona flaga polska. Podniosłe przemówienie wygłosił nauczyciel. Wieczorem odbyła się zabawa ludowa na cel szkoły. W poniedziałek, 24 IX, rozpoczęły się normalne zajęcia szkolne. Mekiunek Wincentego Zgłiczyńskiego z 25 września 19^5 r. o liczbie uczniów, Archiwum Państwowe w Malborku, Inspektorat Szkolny w Malborku. Działalność Publicznej Szkofy Powszechnej w MiloraZzu 1945—1950, karta 1. lUtetoc cU.i^.(j h? ^dzfU ?£>unUiLu^' MT iZłfeułć.,^. 8^- -Wuow /^Ąłttl, 3 - j <^ t^Msk^l ^ tT "^^ i ^LklićCtM^<<^ IK Z 19 /?.Mće *^i£z Auta udiA^ i 11/1 A<4 KMlMir ZAIKłsn Wpi/ ijio t!»Jii.'/L‘tf.sH ZHatwIwi dn!> /f,^!»*»** Ml lato męcteBałk I bohater s Powiśla To takich „wodzców" i ich osób podstawionych społeczeństwo i Ziemi Halborskiej nie ma żadnego zanfania! Odezwa ze Smętka 1936, K Donimirski O rodzinie protestanckich Schlem-merów, poprzednich właścicieli dworu czernińskiego. Z miejscowe- go cmentarza, gdy opuszczali Czernin, zapomnieli zabrać wszystkie trumny. Ale według miejscowej legendy widmo jednego Schlemmera nocą krąży po polach na koniu. Kazimierz Donimirski wracając nocą do domu spotkał niedaleko tego cmentarza babulinę, która, gdy go zobaczyła, rzuciła się w pole z rozpaczliwym wzywaniem imienia Bożego. Przechadzali się po parku i tu zostało zrobione zdjęcie przez Melchiora. Kazimierz opowiadał o wyborach, jakie miały miejsce w 1934 roku. Niemcy powołali „partię polską”, na której stanął Roman Sadowski, miała ona rozbić głosy polskie. Odwiedzono również księdza proboszcza Bronisława Sochaczewskiego w Krasnej Łące. Hrabia Stanisław Sierakowski z Waplewa miał prawo patronatu do tej parafii, bo leżała na jego włości. On jako właściciel wskazał księdza Bronisława Sochaczewskiego na to probostwo. Zanotował Wańkowicz, jak to do wsi przybył biskup, a proboszcz przygotował transparent w języku polskim „Witaj dobry pasterzu”. Karczmarz Niemiec przywiązał transparent do ogona konia i włóczył po uliczkach wsi. Tego było za dużo. Dzierżawca budynku pan Szymański, gdzie znajdowała się gospoda, postanowił ją zamknąć. Karczmarz miał prosić biskupa, aby ten interweniował. Szymański skierował skargę do biskupa, że 94 Andrzej Lubiński pierwszy raz w życiu spotyka katolickiego kapłana, jaki zastanawia się, czy sznaps w gminie ma być sprzedawany. Z dumą pokazywał Wańkowiczom Dom Polski w Sztumie, gdzie mieściła się siedziba Banku Ludowego, którego był współzałożycielem. Kolejną zwiedzaną miejscowością była Sztumska Wieś znana z podpisanego rozejmu w roku 1635 ze Szwedami. Następnym etapem podróży będzie zwiedzanie zamku w Malborku. Na początku wita ich wysoka polichromowana stiukowa figura Matki Boskiej. Miała ona już w 1410 roku płoszyć wojowników Jagiełły. Według Niemców jest „keine weiblische Madonna”, według Polaków „po prostu potwór, rodzaj szyldu bojowego wystawionego ponad mury zamczyska”. Obecny zamek jest, jak zapisał pan Melchior, wypucowany doszczętnie ze wszystkich wspominków historycznych nie tylko polskich, a i krzyżackich. Z Malborka pojechali przez Sztum do osławionej „krwawiącej granicy” do Janowa. Polsce po plebiscycie przydzielono wąski pas brzegu po prawej stronie Wisły i przyłączono do Rzeczypospolitej pięć przysiółków tej wsi. W ten sposób Wisła stała się rzeką wewnętrzną polską. Wańkowicz posiadał obrazek, jaki zakupił w jednej księgarence, przedstawiający „żałobną dziewicę siedząca nad brzegiem Wisły, która łka: „O mój Grudziądzu, mój Tczewie, mój Gdańsku, kiedyż złączymy się znów”. Obok znajduje się straszliwy wąsaty Polak, wbijący klin na którym napisano „Traktat Wersalski”. Od Janowa do Białej Góry jadą wzdłuż wału wiślanego i dopiero w Białej Górze można zobaczyć Wisłę. Tu stykała się granica trzech państw: Polski, Niemiec i Wolnego Miasta Gdańsk. Na wzgórzu w pobliżu wsi ustawiono Krzyż Zachod-niopruski, do którego każdego roku latem przybywały manifestacje niemieckie roniąc łzy nad rozdzieloną niemiecką ziemią. Sędziwy gen. Mackensen rzucał pogróżki do Polaków mieszkających na drugim brzegu Wisły, a dzieci ze szkół niemieckich śpiewały mu pieśń „Grierige Pole” (Żałośni Polacy). Wpajano ludności Prus Wschodnich, i oni święcie wierzą, że Polska nosi się z zamiarem zbrojnej okupacji tych terenów. Uczniom szkół niemieckich nauczyciele mieli wbijać do głowy, że Korytarz Wiślany (Weichselkorridor) Polska otrzymała dzięki okłamaniu prezydenta Wilsona, Prusy Zachodnie nigdy nie były pod rządami Polski a pierwszy rozbiór naprawił dwuwiekową krzywdę, gdy Niemcy utraciły Pomorze. Odnotował Wańkowicz, iż widział mapy w szkołach na których terytorium Polski i Gdańska zaznaczone były napisem „Zur Zeit” - do czasu, a mapa była podpisana przez urzędującego radcę szkolnego w Kwidzynie. Jeden z polskich nauczycieli te prowokacyjne napisy zakleił, gdy ten radca wizytował szkołę zapytał go dlaczego to z zrobił, w odpowiedzi usłyszał: to jest sprzeczne z ustalonym i podpisanym przez Niemcy porządkiem rzeczy. Na pytanie, dlaczego nie zakleił również „Zur Zeit Danzig”, nauczyciel odpowiedział enigmatycznie, bo to istotnie jest „Zur Zeit”. Dzięki wydanej książce „Na tropach Smętka” Polacy mogli się dowiedzieć, jak wyglądało życie ludności polskiej w Prusach Wschodnich. Melchior Wańkowicz jeszcze raz odwiedził Sztum, gdy w latach sześćdziesiątych XX wieku w sali sztumskiego szpitala ze wschodnim zaśpiewem mówił przy zawieszonej mapie środkowych Włoch o bitwie pod Monte Cassino. Gdy doszło do pytań ze strony publiczności, ludziom łamał się ze wzruszenia głos. Po sztumskich karczmach, hotelach i kawiarniach krótki przewodnik (część II) Janusz Ryszkowski PO SZTUMSKICH KARCZMACH, HOTELACH I KAWIARNIACH KRÓTKI PRZEWODNIK^ (CZĘŚĆ II) HOTEL CENTRALNY W 1910 roku na rogu ówczesnych ulic Dworcowej, potem Hindenburga i Koślińskiej (dziś Mickiewicza i Kochanowskiego) stanął hotel Centralny (Central Hotel). Oferował podróżnym osiem pokoi z 12 łóżkami. Według przewodnika turystycznego z 1934 roku ceny za noclegi były nieco wyższe niż w hotelu Królewski Dwór. Inna reklama wabiła gości pierwszorzędnie umeblowanymi pokojami z centralnym ogrzewaniem, pysznym jedzeniem i dobrymi trunkami w restauracji na parterze oraz obszernym podjazdem (dziś powiedzielibyśmy parkingiem) dla wozów i samochodów. Warto zwrócić uwagę, że w kalendarzu powiatu sztumskiego na rok 1929 konkurencja, czyli hotel Królewski Dwór, zapewniała swoim klientom bezpłatne garażowanie auta oraz dojazd autobusem na dworzec do każdego pociągu. A także łazienkę! Właścicielem hotelu Centralnego był Erich Lau, następnie - od 1928 do 1945 roku -Fritz Behrendt. Budynek ocalał z wojennej pożogi i przez długie lata pełnił swoją dawną rolę. W 1946 roku jego dzierżawcą był Jan Wrona. Do dyspozycji klientów było wówczas 8 pokoi jednoosobowych i dwa dwuosobowe, czyli jak dawniej 12 miejsc. Nocleg w „jedynce” kosztował 20 zł, „dwójce” 10 zł. Dla porównania: ówczesna cena gazety codziennej to 2 zł. Hotel Centralny z restauracja w parterze - lata 30. dwudziestego wieku Część pierwsza ukazała się w „Prowincji” nr 1 (55) 2024. 96 Janusz Ryszkowski Z pokoju hotelowego jako swojego mieszkania korzystał wówczas Wiesław Mincer, dziennikarz „Ziemi Malborskiej”, gazety, której redakcja znajdowała się dość krótko w powojennym Sztumie. Dużą popularnością cieszyła się także długie lata restauracja w budynku hotelowym - Sztumianka. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść. STRZELNICA Bodaj najważniejszym miejscem, w którym skupiało się życie towarzyskie, kulturalne i także polityczne sztumian od lat 80. XIX wieku, była Strzelnica (Schiitzenhaus). Pisaliśmy o niej już w „Prowincji” (nr 3 z 2011 r.) , więc teraz tylko rzeczy najważniejsze. A zatem: Strzelnica znajdowała się w bliskim sąsiedztwie Jeziora Sztumskiego, na terenie dawnej fosy miejskiej. Prowadzającą do niej ulicę właśnie dlatego nazwano Strzelecką (Schiitzenstrasse). Strzelnica zapewne powstała w latach siedemdziesiątych XIX wieku. W budynku tym spotykało się bractwo strzeleckie, stąd też i nazwa, ale obiekt służył ogółowi mieszkańców. W sali ze sceną organizowano koncerty i przedstawienia teatralne, a także bale oraz zebrania różnych organizacji. Z 1883 roku pochodzi informacja, że Strzelnicę odkupił ją od niejakiego Stuhldreera oberżysta Leon Kowalski. Nie to jest tak ważne, co fakt, że na początku tegoż roku aktorzy--amatorzy pokazali „dwie sztuczki” - „Wiesław” Kazimierza Brodzińskiego i „Werbel domowy” Jana Kantego Gregorowicza. „Gazeta Toruńska” podaje, że były to pierwsze polskie przedstawienia teatralne w Sztumie! Strzelnica - wicźok z pocziftku XX wieku Po sztumskich karczmach, hotelach i kawiarniach krótki przewodnik (część II) 97 Strzelnica na trwałe zapisała się w polskiej historii miasta jako miejsce „wielkiego koncertu kompozytorskiego” Feliksa Nowowiejskiego, autora „Roty”. Reaktywowane po latach Koło Śpiewackie, któremu ponownie przewodził doktor Feliks Morawski, za pośrednictwem „Gazety Polskiej dla powiatów nadwiślańskich” zapraszało „Polonię tutejszą bez różnicy stanu” 9 maja 1920 roku o godz. siódmej wieczorem. Był to bardzo gorący politycznie czas. Za dwa miesiące miały się odbyć na Warmii, Maurach i Powiślu plebiscyty mieszkańców, decydujące o przynależności państwowej tych ziem. Niestety, przegrane. Trzeba jeszcze koniecznie dodać, że pamięć o koncercie plebiscytowym Nowowiejskiego przywrócił sztumianom w latach 90. minionego wieku Wacław Bielecki. I twórczo ją do dziś rozwija, będąc organizatorem corocznych Koncertów Plebiscytowych w kościele św. Anny w Sztumie. A jakie były losy Strzelnicy po 1945 roku? Przez kilkanaście powojennych miesięcy działało tam kino, ale jesienią 1947 roku zostało zamknięte z powodu złego stanu technicznego budynku. Nie przeszkadzało to jednak, aby np. w lutym 1949 roku zorganizować tam koncert milicyjnego zespołu muzycznego Echo. Z sali korzystały dzieci z pobliskiej szkoły (dziś siedziba sądu). W następnych latach obiekt, a ściślej jego część, był wykorzystywany już tylko gospodarczo. Nazwa ulicy Strzelecka utrzymała się także kilka lat po drugiej wojnie światowej, a potem przemianowano ją na Baczyńskiego. Nie chodziło o sławnego poetę Krzysztofa Kamila, ale Kazimierza, funkcjonariusza sztumskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, który został zastrzelony podczas akcji pościgowej za szwadronem V Wileńskiej Brygady Armii Krajowej „Łupaszki” - majora Zygmunta Szendzielarza. 10 czerwca 1946 roku grupa operacyjna złożona z milicjantów i dwóch funkcjonariuszy UB, poruszająca się samochodem, została ostrzelana w Tulicach niedaleko Waplewa. Zginęło trzech milicjantów, reszta grupy poddała się i oddała broń. Dwaj zidentyfikowani jako funkcjonariusze UB zostali na miejscu rozstrzelani. Szwadron z rannym dowódcą ppor. Zdzisławem Badochą „Żelaznym” odjechał zabraną ciężarówką. W 1953 roku, w 10 rocznicę powstania Polskiej Partii Robotniczej, na skwerku przy zbiegu ulic Mickiewicza i Baczyńskiego odsłonięto tablicę upamiętniającą milicjantów i funkcjonariuszy UB, którzy „zginęli w walce o utrwalania władzy ludowej”. Na płycie znalazło się nazwisko porucznika Kazimierza Baczyńskiego. W 1990 roku radni miejscy zdecydowali o zmianie patrona ulicy. Został nim Krzysztof Kamil Baczyński. Zresztą już w tamtym czasie niewielu sztumian kojarzyło, kim był Kazimierz Baczyński. Rozebrano też obelisk upamiętniający milicjantów i funkcjonariuszy UB zabitych w Tulicach. Za to w 2010 roku stanęło w dawnym miejscu Strzelnicy popiersie Feliksa Nowowiejskiego, projektu Dawida Krukowskiego z Torunia. Zdaniem rodziny kompozytora to jego najwierniejsze odwzorowanie w Polsce. Popiersie w 90 rocznicę plebiscytu na Powiślu i pobytu kompozytora w Sztumie, odsłonili m.in. jego syn Jan i wnuczka Bogna. 98 Janusz Ryszkowski POD DĘBEM Budynek, w którym mieicila sif w latach 20. ehaudziestego wieku restauratja Niemiecki Dąh. Zdjęcie z przełomu łat 60. i 70. XX wieku wykonane przez Henryka Lipskiego Na rozwidleniu dróg, prowadzących w kierunku Malborka i Białej Góry (dziś Reja i Sienkiewicza), jeszcze do lat 70. XX wieku stał parterowy budynek w wysokim poddaszem. Miejska legenda głosiła, że to dawna karczma, szczycąca się tym, że zatrzymał się w niej sam Napoleon Bonaparte, ale poważni historycy twierdzą, że jego szlaki nie prowadziły przez Sztum. Zresztą można mieć wątpliwości, czy budynek pamiętał czasy napoleońskich podbojów. Za nim znajdowały się ślady po cmentarzu, prawdopodobnie z pierwszej połowy dziewiętnastego wieku. O tym przypominał sztumianom najpierw drewniany krzyż, a potem kapliczka postawiona prawdopodobnie gdzież na początku XX wieku i stojąca do dziś. Wątpliwości dotyczące istnienia w tym miejscu nekropolii ostatecznie zostały rozwiane w 2018 roku. Wtedy to podczas wykopów pod kolektor sanitarny przy ulicy Reja natrafiono na szczątki ludzkie. Prace wstrzymano, powiadomiono policję. Kości były stare, na miejscu pojawili się więc archeolodzy, którzy przebadali fragment działki, na której prowadzono inwestycję. Potwierdzili miejską legendę, czyli istnienie w tym miejscu grobu postpandemicznego. Zmarli byli pogrzebani najczęściej w drewnianych trumnach, na ok. półtorametrowej głębokości. Mogiłę przykryto warstwą gliny. Potem posadzono w tym miejscu drzewa. Po sztumskich karczmach, hotelach i kawiarniach krótki przewodnik (część II) 99 Trudno więc sobie wyobrazić, aby urządzono cmentarz choleryczny dosłownie na zapleczu działającej karczmy, skoro ze względów sanitarnych wybierano miejsce grzebalne odległe od skupisk ludzkich. Raczej dom wybudowano znacznie później, gdy przeminęła pamięć tamtych smutnych wydarzeń. Ale niech już pozostanie wieść gminna, że zatrzymał się w karczmie cesarz Francuzów. Na dodatek upoważniają do tego wspomnienia z okresu pierwszej wojny światowej nauczyciela, Otto Kammela. Jest w nich fragment o tym, że część mieszkańców cmentarz choleryczny nazywała Francuskim, a karczmę Kossenkrug przechrzczono na Korsenkrug, nawiązując do Korsyki, miejsca urodzenia Napoleona. Miejsce to jednak oficjalnie nosiło nazwę Niemiecki Dąb. Drzewa te posadzono - zapewne w którąś rocznicę - jako pamiątka zwycięstwa Niemiec nad Francją i pokoju zawartego w 1871 roku. Jak widać wszystko w tym miejscu miało swoje konotacje francuskie i wiązało się z przezwyciężaniem niemieckiej traumy wywołanej wcześniejszą przegraną. W latach dwudziestych dwudziestego wieku gospodę pod szyldem Niemiecki Dąb prowadził Johann Olschewski. Jego specjalnością był mocny trunek własnej receptury nazywany Sztumską Żabką Zieloną. Była to bardzo mocna nalewka spirytusowa z korzeniem tataraku o charakterystycznej barwie dojrzałej trawy. Ale najdziwniejsze było to, że w tym samym budynku działała jeszcze wcześniej (początek dwudziestego wieku) prywatna szkoła dla chłopców, przygotowująca do dalszej edukacji w gimnazjum w Malborku. Miała do dyspozycji jedno pomieszczenie, uczniów zaś było kilku. Jak wspomina Otto Kammel, wychowankowie tych małych szkółek w ciągu roku przerabiali materiał programowy trzech klas i potem zazwyczaj bardzo dobrze radzili sobie na etapie gimnazjalnym. Na początku lat 30. Niemiecki Dąb prowadził Ernst Ziemann. „Kalendarz sztumski na rok 1931” zamieścił jego inserat zapraszający sztumian i gości. „Dobre napoje i jedzenie po rozsądnych cenach. Przytulne pokoje, dobra lokalizacja”. W 1946 roku gospoda nazywała się już Barem Obywatelskim i należała do miejscowej Powszechnej Spółdzielni Spożywców Społem, a prowadził ją restaurator Czecholiński. Ale mówiono na to miejsce nie inaczej jak dawniej - Pod Dębem. Jedynym z barwnych bywalców lokalu był wówczas jeden z okolicznych leśniczych, wilniuk, przedwojenny ułan. Nie miał fachowych kwalifikacji, a swoje stanowisko zawdzięczał małżonce, pełniącej wysokie funkcje w powiecie. Napoleon Nowosielski, wówczas pracujący w ryjewskich lasach, tak to opisywał po latach: „W leśnictwie dał znaczną swobodę działania, obznajomionemu z jego funkcjonowanie, gajowemu. Osobiście firmował tylko pracę swojego personelu, prowadził natomiast nader intensywne życie towarzyskie, głównie na forum restauracji Pod Dębem. Już sama nazwa tego „renomowanego lokalu” predestynowała go na miejsce spotkań towarzyskich ludzi lasu. (...) Kiedy wypił nieco więcej co zdarzało się nagminnie, wspominając dawne czasy intonował „Pierwszą brygadę” i angażował do chóru kompanów od kieliszka. (...) Towarzyskie posiedzenia kończyły się często w areszcie, skąd S. dzięki interwencji żony był wnet zwalniany, jego komilitoni natomiast odsiadywali zazwyczaj kilka dni, byli sądzeni przez kolegium ds. wykroczeń (...)”. Po likwidacji restauracji (jej miejsce zajmowały sklepy różnej branży - był monopolowy, żelazny, warzywniak) przed budynkiem stanął kiosk gastronomiczny, chętnie odwiedzany 100 Janusz Ryszkowski nie tylko przez piwoszy. Dzieciaki po szkole ustawiały się po oranżadę za 1,80 zł, mandarynkę - 2,40 zł, cukierki na dekagramy... Kiosk nazywano także... Pod Dębem. Określenie przetrwało do tej pory, jako nazwa zbudowanego w 2001 roku ronda. Piękne, dorodne drzewa, pamiętające pewnie Kossenkrug, są nadal jego częścią. CUKIERNIE, KAWIARNIE, GOSPODY UZzachowantj tio dzii kamienicy zachodnity pierzei Rynku lokowały sif kawiamie/cukiemie Neumanna, Kanzlera (Cafe Hohenzollern), Paula Erasmusa i Waltera Rahna Przenieśmy się znowu w czasie o sto lat na dawny Rynek i sprawdźmy, gdzie można skosztować małą czarną z mlekiem i słodkie łakocie. Zdaje się, że nie było niczego lepszego nad bezy z bitą śmietaną kupowanych u cukiernika Neumanna. Jeszcze przed pierwszą wojną światową biegał po nie przyszły nauczyciel Otto Kammel i tamte smaki dzieciństwa towarzyszyły mu już przez całe życie, które w większości upłynęły mu już poza Sztumem. Cukiernia Neumanna, w której oprócz różnych ciast, wyrobów marcepanowych i czekoladowych, a także kaw, likierów znajdowała się w zachowanej do dziś kamienicy (zresztą jedynej) w zachodniej pierzei Rynku. Właścicielem lokalu krótko potem był hotelista Erich Lau, następnie prowadził tam działalność Paul Era-smus i do stycznia 1945 roku Walter Rahn. Erasmus przeniósł się do kamienicy tuż przy Rynku, ale już na ulicę Sądową (dziś Galla Anonima). I ta kamienica oparła się czasowi, widać los chciał oszczędzić dawne kawiarnie. Po drugiej wojnie parter domu bardzo długo zajmował sklep spożywczy, by ostatecznie zwolnić miejsce dla pizzerii Roma. Zachowała się pocztówka z tej przedwojennej cukierni-kawiarni przy Sądowej Erasmusa. Sześć okrągłych stolików z dwoma krzesłami, wystrój raczej skromny. Szara fotografia niewiele jest w stanie więcej opowiedzieć. W drugiej połowie lat dwudziestych oprócz cukierni Neumanna sztumianie mieli do dyspozycji także lokal Cafe Hohenzollern Ernesta Kanzlera. Zajmowała ona parter narożnej Po sztumskich karczmach, hotelach i kawiarniach krótki przewodnik (część II) 101 kamienicy wschodniej pierzei Rynku. Wcześniej w tym miejscu miał swój sklep kupiec M. J. Winkowski, który odkupił w 1899 roku tę kamienicę od Wojciechowskiego. Przed nim należała ona długo do kupca Józefa Korzeniewskiego. W latach 60. XIX wieku ogłaszał się w polskiej gazecie, że sprzeda swój interes handlowy, prowadzony przez 30 lat w Sztumie przy Rynku. W parterze kamienicy znajdowała się salka, w której w czasach Wojciechowskiego i potem Winkowskiego zbierało się polskie Kółko Śpiewu. Może wykorzystywało ją też Cafe Hohenzollern? Kawiarnia nie prosperowała w tym miejscu zbyt długo, a jej miejsce zajął sklep z tekstyliami Baumgardta. Ale gdy już sprawy tej kawiarni można by zakończyć, wpadłem przypadkiem na nieda-towaną pocztówkę, która Cafe Hohenzolern ukazuje jeszcze w innym miejscu - tam gdzie znajdowała cukiernia Neumanna, a potem Erasmusa i Rahna. Tak to jest, jak się zaczyna zgłębiać detale. Chaos powstaje i nic więcej. W każdym razie książka adresowa z 1929 roku wskazuje na działające dwie kawiarnie (cukiernie) - Neumanna i Cafe Hohenzolern, a przewodnik turystyczny z 1934 roku Waltera Rahna i Paula Erasmusa. Pozostańmy na chwilę przy tej ostatniej. I nie chodzi o wspomnienie dolatującego po latach zapachu parzonej kawy, ale pewien słodki specjał. Siegfried Erasmus, syn cukiernika, wspominał w rozrzewnieniem czasy dzieciństwa, gdy przed nadchodzącymi świętami Bożego Narodzenia firma ojca przygotowywała marcepany. W Niemczech królowały ich dwa rodzaje. A zatem były słynne (do dziś), wytwarzane w Lubece oraz królewieckie, popularne na terenach ówczesnych Prus Wschodnich, a więc i obecnego Powiśla. Erasmus specjalizował się właśnie w wyrobach królewieckich. Jego cukiernia wyposażona była w maszyny Po lewej cukiernia Paula Erasmusa przy ulicy Sądowy, w sąsiedztwie Rynku 102 Janusz Ryszkowski elektryczne, to jednak - jak wspomina syn - w tym przypadku trzymano się tradycji i np. masę marcepanową ugniatano ręcznie, bo jedynie ciepło rąk zapewniało, że olej migdałowy odpowiednio rozprowadzał się w mące. Marcepan był zapiekany w tradycyjnym piecu, choć Erasmus dysponował płytami elektrycznymi. Miał kształt serc i kwadratów z brzegami „podpalonymi” na brązowo. Nadzieniem był lukier, do którego dodawano wody różanej. Zdobiono je następnie fantazyjnie kandyzowanymi owocami i trzciną cukrową. Marcepanowe serca osiągały średnicę 25-30 centymetrów i wagę około kilograma. Zwykle pakowane były w ozdobne pudełeczka przewiązane wstążką. Cukiernia oferowała oczywiście także tańsze smakołyki - marcepanowe kartofelki. Specjalne na nich nacięcia imitowały pękniętą skórkę ziemniaka. W okresie drugiej wojny światowej działała jeszcze trzecia kawiarnia - KayseiSs Koftę, czyli Cesarska. Znajdowała się w kamienicy na rogu obecnych ulic Mickiewicza (wtedy Hindenburga) i Młyńskiej. To wcześniej dość ważne miejsce dla polskiej historii miasta. Od 1910 roku znajdowała się tam siedziba polskiego Banku Ludowego, a dom należał do Władysława Michalskiego, zresztą aktywnego działacza tej placówki kredytowej. W 1924 roku bank został przeniesiony do doktora Feliksa Morawskiego na Przedzamcze. Powód był prosty: po śmierci Michalskiego (1921) dom zmienił właściciela. Nie stać było spółki bankowej na płacenie wysokiego czynszu, a czasy były niełatwe. Morawski udostępnił więc na działalność pokój w swoim domu. O kawiarni Kaiserowskiej, czy jak kto woli - Cesarskiej, nie da się dziś napisać niczego szczególnego. Może zatem skupmy się na sąsiedztwie, posuwając się w kierunku Rynku. W kamieniczce (Hindenburgstrasse 8) od 1936 roku znajdowała się Karczma Mieszczańska (Biirgelische Gasthaus) prowadzona przez Ernsta Wittenberga. Ulica Dworcowa, odcinek odchodzący od Rynku (obecnego placu Wolności)- W środku gospoda i sklep Johanna Schlegela Po sztumskich karczmach, hotelach i kawiarniach krótki przewodnik (część II) 103 Dwa domy dalej (pod numerem 4) kolejną gospodę i sklep kolonialny prowadził przynajmniej od ok. 1912 roku Johann Schlegel. Wszystko to może dziwić o tyle, że te interesy (a trzeba pamiętać o wcześniejszych już opisanych) nie najgorzej prosperowały w niewielkim przecież mieście. W przypadku Schlegla tajemnica może tkwić w tym, że sklep i wyszynk nie były jedynymi źródłami przychodów. Posiadał on jeszcze, niejako na zapleczu sklepu, przy ulicy Młyńskiej, kamienicę czynszową. Na jeszcze jedną ciekawą rzecz zwróciła uwagę Kamila Thiel-Ornass, rekonstruując swój pomorski rodowód: „Wuj mojego ojca dobrze znał mentalność swoich ziomków. Wiedział bowiem, że zmarznięty, po całym dniu targowania na rynku, w zabłoconych butach, w wilgotnej kurtce gospodarz, aby się rozgrzać, wypić kieliszek lub dwa, coś zjeść, nie wejdzie do restauracji Błocka, ale przyjdzie do niego, do Schlegla. Błock, zresztą blisko spokrewniony, do swojej restauracji na Rynku, niedaleko kościoła, zakupił, wzorując się na gdańskich lokalach, nowe, eleganckie meble, chromowane, błyszczące od jasnych świateł urządzenia. Przeliczył się jednak, bo lepszego, typowo miejskiego towarzystwa w Sztumie nie było wiele. Wuj Schlegel słusznie sądził, że gbur lub biedniejszy bauer (...) chce zażyć miejskiego komfortu, ale miejsce tego zbytku musiało być swojskie, nie mogło onieśmielać”. KASYNO WOJSKOWE W^ tym domu w czasach / wojny kwiatowej znajdowało sif kasyno wojskowe Spacerek po zajazdach, karczmach, kawiarniach, podczas którego dość swobodnie traktowaliśmy czas i przestrzeń Sztumu, dobiega końca. Może jeszcze tylko kilka ciekawostek z gastronomią w tle. 104 Janusz Ryszkowski Po tym, jak do miasta został sprowadzony w nagłym trybie batalion piechoty (październik 1913), rozpoczęto budowę koszar i domów dla kadry oficerskiej i urzędników powiatu. Wtedy powstały trzy budynki z ulicami - obecna Słowackiego i Chełmińska. Willa dla dowódcy 152 batalionu piechoty powstała przy ulicy Mickiewicza, w sąsiedztwie poczty. To do dziś jeden z najbardziej charakterystycznych budynków miasta. Dla kadry jednostki wojskowej potrzebne było także kasyno. Urządzono je niemalże naprzeciwko domu dowódcy batalionu, tyle że po drugiej stronie ulicy, w parterowym budynku. Wcześniej był to teren tartaku Zipperta i dom zapewne był jego własnością. Po pierwszej wojnie światowej i rozformowaniu batalionu piechoty, w kasyno na powrót stało się mieszkaniem, a od 1939 roku rezydował tu wydział gospodarczy urzędu powiatowego. Willę po dowódcy batalionu piechoty zakupił notariusz Karl Blenkle. Po 1945 roku znalazło tu swoje miejsce przedszkole, w latach 90. minionego wieku siedziba Sztumskiego Centrum Kultury i biblioteki publicznej. Gdy w 2019 roku książnica przeniosła się do przekazanego przez Zakład Karny budynku Kwadro przy ul. Nowowiejskiego, który został gruntownie przebudowany i dostosowany do nowych funkcji, samorząd zdecydował o sprzedaży willi. Nowy właściciel po kupnie przystąpił do gruntownej renowacji budynku. Podczas demontażu oryginalnej stolarki okiennej okazało się, że na jednej z ram znajduje się jeszcze czytelny fragment naklejki producenta. Można się z niej się dowiedzieć, że w lip-cu 1914 roku okno przeszło kontrolę techniczną w Elblągu. To pozwala chyba na dokładne ustalenie czasu budowy willi, który to wcześniej szacowano na przełom XIX i XX wieku. Na początku lat dwudziestych, w czasach wielkiej inflacji i dewaluacji niemieckiej marki, jeden z gastronomików wpadł na pomysł, by bezwartościowymi już banknotami wy-tapetować jedno z pomieszczeń. Nazwano ten pokój Miliarden-Stubchen i szybko stał się lokalną atrakcją. Według jeden z relacji, znajdował się w hotelu Królewski Dwór. Ale sporo wskazuje na to, że kilka kamienic dalej - u Augusta Meissnera, zajmującego się sprzedażą likierów i win. Nie jest to może specjalnie ważne, jednak pokazuje, że mapa gastronomiczna przedwojennego Sztumu była wcale bogata, a zarazem trudno ją nakreślić pewną ręką. VCykorzystałem m.in.: J. Borzyszkowski, M. Stażewski, Sztum 1808-1945, red. J. Ryszkowski, Pelplin-Sztum 2014; W. Szramowski, Dzieje miasta Sztumu w latach 1416-1772, Toruń 2 011; Sztum. Dzige miasta do 1945. Stuhm. Geschichte der Stadt bis 1945, Wystawa Centrum Kultury Prus Wschodnich, tekst katalogu W. Gogan, Pelplin 2003; Der Kreis Stuhm, 1975, Adressbuch des Kreises Stuhm 1931-1933, Stuhm 19 31; „Stuhmer Heimat-briefe” 1994-2003; Heimatkalender des Kreises Stuhm, 1929-1933; B. Baranowski, Polska karczma, restauracja, kawiarnia, Wrocław 1979; K. Ogier, Dziennik podróży do Polski, 1635-1636, cz. 1, tł. E. Jędrkiewicz, wstępem historycznym i objaśnieniami opatrzył W. Czapliński, Gdańsk 1950; K. Thiel-Ornass, D. Thiel-Melerska, Rody pomorskie Ornass i Thiel, Pelplin 2016. o pomnikach, w które można było wbijać gwoździe 105 Ryszard Rząd O POMNIKACH, W KTÓRE MOŻNA BYŁO WBIJAĆ GWOŹDZIE Już w pierwszych miesiącach 1915 roku stało się jasne, że tocząca się wojna nie będzie konfliktem krótkotrwałym. Rosnąca liczba wdów i sierot stawiała nowe zadanie przed tymi, którzy nie wałczyli na froncie. W dniu 15 lutego na zebraniu wiedeńskiego zarządu Funduszu Pomocy Wdowom i Sierotom („Zentralkomitee des Witwen — und Waisen-hilfsfonds”) kapitan marynarki hr. Theodor Hartig zaproponował akcję charytatywną na ich potrzeby. Polegać ona miała na wykupywaniu specjalnych gwoździ, które można będzie wbijać w tworzone w tym celu pomniki z drewna. Pierwowzorem był znany do dziś w Wiedniu „Stock-im-Eisen” („Pniak w żelazie”) - pień drzewa ustawiony na rogu Karnt-ner Strafle i Stock-im-Eisen-Platz. Pierwsza wzmianka o nim pochodzi z roku 1533. Był wówczas jednym z wielu drzew (z reguły rosnących przy rozstajach dróg), w które wbijano gwoździe — wota za ocalenie z zarazy. Realizacja idei kapitana Hartiga nastąpiła niemal natychmiast. Wykorzystano do tego celu dzieło austriackiego rzeźbiarza Josefa Miillnera (1879—1968) - gotowy już od 1914 roku drewniany posąg rycerza w zbroi, który ustawiono na Placu Schwarzenber-ga w Wiedniu. 6 marca 1915 roku pierwsze gwoździe wbili weń: austriacki arcyksiążę Leopold Salvator w imieniu cesarza Franciszka Józefa I, niemiecki ambasador Heinrich von Tschirschky-Bógendorff w imieniu cesarza Wilhelma II i turecki ambasador Hiiseyin Hilmi Pascha w imieniu sułtana Mohammeda V. Według doniesień prasowych w pierwszym tygodniu codziennie wbijano w niego około 1600 gwoździ. Dziś „Żelazny Obrońca” („Wehrmann in Eisen”) ma ich w sobie około 500 tys. Akcja ta dała początek ruchowi, który w następnych miesiącach objął nie tylko monarchię habsburską, ale także całą Rzeszę Niemiecką. Każdy, kto nie wziął udziału w kampanii zbierania datków, narażał się na ryzyko uznania przez współobywateli za zdrajcę. Jak wzywały masowo drukowane odezwy: „Każdy mężczyzna, kobieta i dziecko powinni wbić choć jeden gwóźdź”. Można było je kupować w miejskich i krajowych kasach oszczędnościowych i w siedzibach rejencji. Akcje zbiórkowe prowadził także podporządkowany Ministerstwu Wojny Czerwony Krzyż oraz organizacje kobiece i młodzieżowe. Nazwiska kupujących zapisywane było w specjalnych, oprawianych w skórę księgach honorowych. Gwoździe były czasami pozłacane lub posrebrzane, ale ich wartość materialna była zawsze znacznie niższa nłż przekazywana za nie darowizna. Darczyńcy otrzymywali w zamian pamiątkowe przypinki, certyfikaty lub pokwitowania. Przy cenach gwoździ od 50 fenigów do 50 marek w zlocie za sztukę (w szkołach od 2 do 5 fenigów) „gwoź-dziowanie” okazało się wielkim sukcesem finansowym, przyczyniając się do poprawy życia licznych inwalidów, wdów i sierot. 106 Rys/ard Rząd „Stock-im-Eisen” w Wiedniu z 1533 r. „Wehrmann in Eisen”w Wiedniu, 2018 r. Już miesiąc po ustawieniu wspomnianego wyżej „Żelaznego Obrońcy”, 23 kwietnia 1915 roku, Marie Karolinę von Battenberg (1852-1923), księżna Erbach-Schónberg, która była jedną z osób obecnych na uroczystości w Wiedniu, wbiła pierwszy w Niemczech gwóźdź w dwumetrowej wielkości Krzyż Żelazny (oczywiście wykonany z drewna) w Darmstadt. Z czasem znalazło się w nim 85 tys. czarnych i srebrnych gwoździ w cenie od jednej do dwudziestu marek za sztukę, co znacząco zasiliło fundusz pomocy inwalidom i rodzinom poległych z Hesji. Jako druga w jej ślady poszła protektorka Czerwonego Krzyża w Badenii-Wirtemberdze, królowa Charlotte von Wurttemberg. 12 maja 1915 roku w Heilbronn wbiła gwóźdź z herbem królewskim w czoło „Eisenharta” - figury rycerza autorstwa rzeźbiarzy Josefa Michaela Locka i Roberta Grafilego ustawionej pod arkadami miejscowego ratusza. Niebawem „Kriegsnagelungen” zawitało do niemal każdego większego miasta w Niemczech. Jeszcze tego samego lata, w ważne dla kraju rocznice zwycięskich bitew pod Tan-nenbergiem (Stębarkiem) w Prusach Wschodnich (1914) i pod Lipskiem (1813) a także w urodziny cesarza Wilhelma II, postawiono około 260 tego typu obiektów. Do początków 1918 roku powstało ich w Niemczech 345. Zaznaczyć należy, że z inicjatywy Czerwonego Krzyża stawiano je także w skupiskach ludności niemieckiej poza granicami kraju (Buenos Aires, San Francisco, Baltimore). W sierpniu 1915 roku „Przybijanie Znaków Prawdy” („Nagelung von Wahrzeichen”) zostało uznane za część niemieckiego o pomnikach, w które można było wbijać gwoździe 107 Daru Narodowego na rzecz wojny. Środki ze sprzedaży gwoździ w trzech czwartych trafiały do Fundacji Narodowej, pozostała część była rozdysponowywana lokalnie, m.in. dla towarzystw dobroczynnych, co miało wzmagać hojność. Najwięcej datków ofiarowali mieszkańcy Kolonii (ok. 1,5 min marek). Zdaniem badaczy łącznie w Rzeszy Niemieckiej zebrano poprzez „Nagelung” około 10-12 min marek. Większość pomników miała formę posągu na cokole. Droższe gwoździe wbijano oczywiście w posągi, tańsze w ich podstawy. Najczęściej umieszczano na nich postacie z niemieckich legend, takie jak: Roland - w Aachen, Brandenburgu, Hanowerze, Magdeburgu, Mannheim, Nysie, Pren-zlau i Bremie (tu wykonano replikę słynnej średniowiecznej rzeźby sprzed tamtejszego Ratusza), Zygfryd w Wiesbaden, „Michel Mort” w Bad Kreuznach, „Koloński Zela- Jedna ze szkolnych wycieczek pr^ koloriskim „Da Kolsche Boor en Iser”, 1916 r. zny Chłop” („Da Kolsche Boor en Iser”) w Kolonii, Zygfryd Smokobójca („Siegfried der Drachentóter”) w Kónigswinter, „Junggermane” w Munster, „Ratisbona” w Regensburgu, „Dzielny Szwab” („Wackere Schwabe”) w Stuttgarcie, „Deutscher Michel” w Wurzburgu. „Eisemer Heinrich" w Brunszwiku, 1915 r. 108 Ryszard Rząd „Ratisbona” w Regensburgu, 2019 r. U-boot na angiebkitj minie morskiej w Sylt, 1915 r. Dużą grupę stanowiły też figury bohaterów historycznych, jak cesarze: Karol Wielki w Itzehoe, Fryderyk Barbarossa w Dusseldorfie, książęta: Henryk Lew w Brunszwiku, Henryk Żelazny w Szlezwiku i Oldenburgu, August von Goeben w Stade, Ruprecht Bawarski w Neuburgu nad Dunajem, generałowie: Martin Wilhelm von Woyrsch w Głubczycach i Alfred von Tirpitz w Wilhelmshaven oraz Wolf Isebrand w Meldorf, Hermann Billung w Liineburgu i Hans Rauchbein w Schwabisch Gmiind. Wzorem wspomnianego wyżej Wiednia powtarzano też motyw „Żelaznego Obrońcy”. Pojawił się on m.in, w Aschaffenburgu, Eichstatt, Elberbergu, Frankfurcie nad Odrą, Ha-gen, Halberstadt, Kleve, Krośnie Odrzańskim, Królewcu, Lipsku, Offenbach nad Menem, Osnabruck, Poznaniu-Jeżycach, Zgorzelcu i Zwickau. Jego modyfikacjami były posągi „Bochumskiego kowala” w Bochum, „Żelaznego pachołka” („Isdern Keerl”) w Emden, „Kowala” w Essen, „Gwoździanego hrabiego” („Nagelgraf”) w Hamm, „Żelaznego Jana” w Heinsbergu, górnika w Wałbrzychu lub wizerunki żołnierzy w Bielefeld („Biełefeldzki piechur”), Bremervórde, Brzegu, Erfurcie, Landau i Melle. Gwoździe nabijano też w figury świętych: Jerzego (Hamburg, Krefeld, Wrocław), Reinholda (Dortmund), Maurycego (Juterbog), w archanioła Michała (Hamburg, Bad Hom-burg, Bad Pyrmont, Bad Tólz), w rzeźby zwierząt: orła we Frankfurcie nad Menem, lwów w Dusseldorfie, Ingolstadt i Kilonii, gryfa w Baden-Baden i Rostocku, kruka w Mersebur-gu, konia w Hanowerze. Często wykorzystywano również tablice z herbami miast, godło Rzeszy, tarcze Czerwonego Krzyża, drzewa (Freiburg Bryzgowijski, „Dąb Arndta” w Bonn), drogowskazy o pomnikach, w które można było wbijać gwoździe 109 i różnorodne warianty wspomnianych motywów. Spośród najbardziej oryginalnych „gwoź-dzianych pomników” wspomnieć należy drzwi ratusza w Opolu, drzwi kościołów w Gorzowie Wielkopolskim i Rawiczu, drewnianą armatę w Hanowerze, takiż samolot w Gotha, łodzie podwodne w Syk i Kilonii, a nawet torpeda w jednym z kilońskich kościołów i karabin maszynowy w Schneeren. Najczęściej stosowano jednak wizerunek, który rozpoczął całą akcję - Krzyż Żelazny. Literatura przedmiotu odnotowuje 151 przypadków jego użycia na terenie Niemiec, w tym m.in. w Bydgoszczy, Fordonie, Gliwicach, Koszalinie, Paczkowie, Sycowie i Wielbarku koło Szczytna. Z czasem podjęto próby nadania tego typu obiektom bardziej ujednoliconych form, odpowiadających oczywiście celom propagandowym, ale i w poczuciu artystycznego smaku. Zdarzały się bowiem realizacje przekraczające cienką linię oddzielającą sztukę od kiczu. Część opinii publicznej wahała się ponadto, czy stosownym jest wbijanie gwoździ w figury przedstawiające ludzi, w tym żyjących. Na ten ostatni aspekt zwrócił też uwagę berliński rzeźbiarz Gotthold Riegelmann (1864—1939) w pracy „Der Stock in Eisen”. Zalecał on raczej używanie formy Krzyża Żelaznego, elementów heraldycznych, miecza i „niemieckiego dębu”, w które należałoby wbijać 30—40 tys. gwoździ na metr kwadratowy. Mimo wspomnianych wyżej wątpliwości co do nabijania gwoździami wizerunków osób żyjących, bohaterem wielu takich pomników stał się zwycięzca spod Tannenbergu, marszałek Paul von Hindenburg (1847-1934), zwany powszechnie Wyzwolicielem Wschodu. 4 września 1915 roku na Kónigsplatz w Berlinie kanclerz Rzeszy Theobald von Bethmann 0/isłonifcie „Żelaznego Hintienburga” w Berlinie, 1915 r. Pomnik Hindenburga w Grudziądzu, 1915 r. 110 Ryszard Rząd „ Tannenbergsaule” w Toruniu, 19J5 r. Holweg wbił pierwszy gwóźdź w wielką, 13-metrową figurę marszałka wykonaną z drewna olchowego przez ponad osiemdziesięciu rzeźbiarzy w zaledwie sześć tygodni. Kolos o wadze 26 ton zaprojektowany przez znanego niemieckiego malarza i rzeźbiarza Georga Marshalla (1871-1956), szybko stał się jedną z atrakcji turystycznych stolicy - był podobno największą drewnianą rzeźbą na świecie. Powstał z inicjatywy spółki „Luftfahrer- dank GmbH”, Fundacji Narodowej i magistratu miasta Berlina. Przybita doń tabliczka głosiła: „Żelazny Hindenburg w Berlinie. Przybijanie gwoździ codziennie. Nawet w zimnych porach roku. Jeśli pogoda dopisze, odbędzie się koncert wojskowy”. Mimo takiej zachęty i wbicia ok. 800 tys. gwoździ, do końca wojny nie zdołano pokryć nimi całej rzeźby. Akcja przyniosła co prawda ponad milion marek dochodu, jednak prowadząca ją „Luftfahrerdank” zbankrutowała, a darowizny przepadły. Zauważyć należy, że ówczesna prasa polska przemilczała odsłonięcie tego pomnika. Obelisk ku czci Hincienburga w Staroganizie, 1915 r. Dwa miesiące później „Gazeta Toruńska” pisała natomiast o oszustach, którzy wykorzystali patriotyczne uniesienie mieszkańców Berlina: „Obecnie odbywa się rozgałęziony i intratny handel gwoździami tzw. Hindenburga na przedmieściach zachodnich Berlina. Cały szereg kobiet i dziewczyn z opaską na lewem ramieniu sprzedaje osobom prywatnym żelazne tzw. gwoździe Hindenburga, które ofiarują po cenie 5 i 10 marek. Wobec tego komunikuje biuro „Eiserne Hindenburg” w gazetach niemieckich, że sprzedaje się tylko bony na gwoździe w składach berlińskich, a nigdy bezpośrednio ani też za pomocą pośredników nie sprzedawało i nie sprzedaje się gwoździ, bo te otrzymuje się dopiero na miejscu od żołnierzy. Wobec tego prosi biuro, by sprzedawaczki fałszywych gwoździ Hindenburga oddawano w ręce policyi. Na czem to już ludzie nie robią „geszeftów”. Nawet na tak patryotycznym czynie, jak wbijanie żelaznych gwoździ w drewnianego Hindenburga”. o pomnikach, w które można było wbijać gwoździe 111 Euforia pomnikowa osiągnęła swój szczyt w drugiej połowie 1915 i na początku 1916 roku. Przedłużająca się wojna i rosnące jej ciężary także dla ludności cywilnej spowodowały, że akcja zaczęła powoli wygasać. Ostatnim tego typu pomnikiem był Krzyż Żelazny w Aerzen w Dolnej Saksonii odsłonięty w styczniu 1918 roku. Wraz z upadkiem monarchii Hohenzollernów zmieniły się warunki społeczne i „gwoździane pomniki” zaczęły masowo znikać z przestrzeni publicznej, czasami trafiając do szkół i muzeów. Nie oszczędzono nawet „Żelaznego Hindenburga”, którego pocięto na opał. Ocalono jedynie głowę marszałka, która trafiła do berlińskiego Muzeum Lotnictwa, gdzie została zniszczona w trakcie alianckiego bombardowania w czasie II wojny światowej. Rejencja kwidzyńska mogła poszczycić się jedynie trzema „gwoździanymi pomnikami”. Wszystkie odsłonięto w sierpniu 1915 roku w pierwszą rocznicę zwycięstwa pod Tannen-bergiem. Były to: - pomnik Hindenburga w Grudziądzu Posąg feldmarszałka w krzyżackim płaszczu, wspartego na tarczy z krzyżem zakonnym. Ustawiony przy staromiejskiej ul. Speichergasse, obok schodów wiodących na błonia nadwiślańskie. W 1920 roku, na mocy decyzji polskich władz miasta został zdemontowany i złożony w miejscowym muzeum. Wrócił na postument w czasie II wojny światowej, po której został ostatecznie zniszczony. Obecnie na jego miejscu znajduje się rzeźba polskiego ułana z dziewczyną w ramionach. - „Tannenbergsaule” w Toruniu Ośmioboczna kolumna z drewna sosnowego o wysokości ok. 4 m, usytuowana na Rynku Staromiejskim, wykonana według projektu inż. Hermanna Phlepsa z Gdańska. Posadowiona na niewysokim granitowym postumencie, wzmocniona żeliwnymi opaskami i zwieńczona Krzyżem Żelaznym, z jednej strony w kształcie z czasów I wojny światowej (z inicjałem „W” i datą 1914), z drugiej z lat „wojny wyzwoleńczej” (z inicjałami „FW” i datą 1813). Posiadał miejsce na 3500 gwoździ żelaznych i 850 srebrnych. Po zapełnieniu ich wszystkich został na przełomie 1915/16 roku przeniesiony, prawdopodobnie na trawnik koło kościoła garnizonowego na Placu św. Katarzyny, gdzie upamiętniał żołnierzy poległych w I wojnie światowej. - kolumna Hindenburga w Nowym Mieście Lubawskim Prosta w formie, zwieńczona Krzyżem Żelaznym obwiedzionym srebrnymi gwoździami, ustawiona na szczycie wzniesienia w parku miejskim. Najbliższy okolicom Malborka „gwoździany pomnik” znajdował się w Starogardzie Gdańskim na terenie ówczesnej rejencji gdańskiej. Był to drewniany obelisk ok. 3 metrowej wysokości ku czci Hindenburga i ofiar toczącej się wojny. Ozdobiony od frontu plakietą z podobizną marszałka, a po bokach cesarskimi monogramami i koronami wykonanymi z nabitych gwoździ. Odsłonięto go 29 sierpnia 1915 roku na Rynku Staromiejskim. Dziś, w dobie pokoju, pamiątkowe gwoździe wbijane są jedynie na drzewce sztandarów różnych służb mundurowych. W Wojsku Polskim tradycja ta jest żywa już od roku 1767. Czci się nimi głównie fundatorów tych znaków. We współczesnych Niemczech świętuje się też „Nagelbalken” - nabijanie gwoździ w drewnianą deskę przez gości weselnych, połączone oczywiście ze stosownymi datkami dla nowożeńców. 112 Wiesław Olszewski Wiesław Olszewski DRZYMAŁA NIE BYŁ PIERWSZY - WSPOMNIENIE O RODZIE PEPLIŃSKICH Czas po II wojnie światowej był okresem wielkich wędrówek ludów Europy, we wszystkich jej kierunkach, dla większości Polaków - na zachód. Niektórzy wybrali jednak drogę naprzeciw wędrującego słońca. Tak wiosną 1948 roku w Nowym Dworze, wtedy jeszcze nie „Gdańskim”, znaleźli się młodzi małżonkowie Helena i Leon Kuchta. Dla niego był to kres długiej podróży z zachodu. Urodził się w 1921 roku w Nowej Wsi Rzecznej, tuż za rogatkami Starogardu. Wcześnie osierociał, wychowywała go najstarsza siostra, dzieciństwo nie należało więc do najszczęśliwszych. W dorosłość wszedł, gdy Kociewie stanowiło część hitlerowskiej III Rzeszy. On i brat, jak wielu z tych ziem, trafił do armii Hitlera. Nie było to ich marzeniem, więc bez większych oporów jeden i drugi oddali się do alianckiej niewoli, a potem, jak tysiące im podobnych, znaleźli się w szeregach Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, a dokładnie w 1 Dywizji Pancernej generała Maczka. Szlak bojowy zakończyli w Niemczech. Po wojnie trzeba było zdecydować co dalej. Brat został w Niemczech, ożenił się z Niemką i tam żył. Leon, zanim ruszył na wojnę, był już „po słowie” z Heleną Peplińską, dziewczyną z sąsiedniej wsi. Kochał, tęsknił, więc wrócił. W dniu 27 kwietnia 1948 roku w kościele parafialnym w Suminie odbył się ich ślub. Warunki na niebogatym zawsze, a teraz jeszcze zniszczonym przez wojnę, Kociewiu, nie zachęcały do pozostania. Razem więc już ruszyli dalej, na Żuławy. Wysiedli na ostatniej stacji i zostali. Z tą stacją i koleją związali się na całe życie, Leon był motorniczym wąskotorówki. Dostali niewielkie, ale własne mieszkanie. Na efekty radości i miłości nie trzeba było długo czekać, w grudniu na świat przyszła Danusia. Z Danusią Adamską, bo o niej to mowa, poznaliśmy się dzięki zamiłowaniu do turystyki, byliśmy w grupie inicjatywnej, która powołała Klub Turystyczny PTTK w Nowym Dworze Gdańskim w 2008 roku. Były potem rajdy, spływy kajakowe, wieczorami ogniska i rozmowy, często do późnej nocy. W ten sposób dowiedziałem się o jej dziadku Franciszku Peplińskim - Kaszubskim Drzymale. Ród Peplińskich żył na Kaszubach, był to ród gburów, czyli bogatych gospodarzy. Ojciec Franciszka, Aleksander, odziedziczył po swych przodkach duże, dwustuhektarowe gospodarstwo w Skorzewie koło Kościerzyny. Oprócz pól i łąk był też las i jezioro Wieprznickie w okolicach wsi Fingerowa Huta. Zbudował też w Skorzewie cegielnię. Przez spłaty rodzinne i inne obciążenia gospodarstwo popadło jednak w znaczne zadłużenie, z którego trzeba było wybrnąć. Tu przekazy się różnią; według jednych jeden z dziesięciorga rodzeństwa, Franciszek, przejął w tym stanie majątek i większość długów spłacił, inna wersja to sprzedaż części ziemi i cegielni okolicznym Kaszubom jeszcze przez Aleksandra. Raczej prawdziwą jest druga wersja. Tak czy inaczej rodzina przeniosła się w 1899 roku na własną resztówkę Drzymała nie był pierwszy - wspomnienie o rodzie Peplińskich 113 nad jeziorem w Fingerowej Hucie. Gospodarzem w dużym stopniu był już Franciszek Pepliński. Urodził się 10 listopada 1878 r. w Skorzewie koło Kościerzyny jako jeden z dziewięciorga dzieci Aleksandra (1850-1911) i Łucji Marianny z domu Senger (1853-1930). Po ukończeniu czteroklasowej szkoły podstawowej pozostał przy rodzicach, pracował w gospodarstwie i rybaczył na rodzinnym jeziorze, do czego miał szczególną smykałkę. Już jako dwunastolatek zadziwiał starych rybaków swymi umiejętnościami i gorliwością. A bandze z Franca jesz twardi rebok - mawiali już wtedy okoliczni Kaszubi’. Złowione ryby sprzedawali na targu w Kościerzynie i w Gdańsku. W tym czasie wynajmowali mieszkanie u sąsiada, Franciszka Plichty. W 1903 roku wystąpili do władz pruskich w powiecie o zezwolenie na wybudowanie domu, jednak Franciszek Pepliński ok. 1905 roku, fot. archiwum rodziny Z powodu wprowadzonej w 1904 roku, represyjnej wobec Polaków, nowelizacji ustawy osadniczej otrzymali odpowiedź odmowną, pod pretekstem, że nie da się utrzymać rodziny z tak małego gospodarstwa, chociaż w tym czasie posiadali jeszcze około 100 hektarów ziemi i lasu. Pepliński,(...} mieszka tuż nad brzegiem Jeziora jako właściciel 150 mórg ziemi, w których 100 mórg boru. Posiadał on jeszcze przed dwoma laty 400 mórg, i wtenczas starał się o konsent na budowanie osady [domu]. Lecz uydziałpowiatowy, niemal wyłącznie składajc^cy się z Niemców, uznał w swej niezrównanej nad Polakami pieczołowitości, że nasz Pepliński nie zdoła się wyżywić na tej ziemi, i, aby go od niechybnej śmierci głodowej uchronić, odmówił mu pozwolenia na wybudowanie osady. - Ironizował w artykule „Kultura Pruska na Kaszubach”^ Aleksander Majkowski - kaszubski pisarz, dziennikarz, poeta i dramaturg, przywódca Towarzystwa Młodokaszubów, prezes Zrzeszenia Regionalnego Kaszubów, działacz społeczny, kulturalny, polityczny, doktor medycyny i lekarz. Nieskutecznymi okazały się sześcioletnie starania w kościerskiej ladlaturze, trzeba było znaleźć inne rozwiązanie. Tu przekazy również są rozbieżne. Dowiedziały się o jego tarapatach siostry zakonne w Kościerzynie — pewnego razu gdy dostarczył im większą ilos'ć złowionych przez siebie ryb, zaofiarowały upartemu Kaszubie duży wóz cygański, który stał nieuykorzy-stany. Pepliński przyjął dar z wdzięcznością i nie namys'lając się wiele zamieszkał z rodziną w wozie. - Pisał w „Dzienniku Bałtyckim”, we wspomnieniowym artykule „Kaszubski Drzymała”, Rajmund Bolduan, kaszubski dziennikarz i pisarz. Nieco inaczej przedstawia to Aleksander Majkowski we wspomnianym już tu tekście. Odwiedził Peplińskich w 1907 roku, dwa lata już mieszkali w swym dziwnym domu, tak to, co zobaczył, opisał: W^fc na czterech poczciwych kołach zbudował sobie najprzód dom. Od kół aż do komin, albo raczej gołębnika, jak zobaczymy, wszystko jest jego robota. Drzewo wziął z własnego boru, półtoracalowe deski także są z drzewa własnego, i tak stanęła chałupa 3 i pół ' KASZEBE Dwutygodnik Kaszubski, Rok II Nr 22(29) Gdańsk 16-30 XI 1958 r. ^ Tygodnik Ilustrowany Nr 43, 1907 r. Warszawa. 114 Franciszek Pepliński w roku 1910, fot. archiwum rodziny. Wiesław Olszewski metra długa, 3 metry 10 centymetrów szeroka i tyleż wysoka. Ażeby troskliwej władzy odjąć' ostatni cień wątpienia, jakoby dom ten nie był rzeczywis'cie ruchomym, nie braknie i dyszla, za który oczywis'cie będzie mógł Pepłiński konie założyć, kiedy wyjdzie takie prawo, że Połacy całkiem ze swej ziemi muszą wyruszyć^. Dyszel potrzebnym był i na bieżąco: zaskoczone przemyślnością gbura władze zabroniły parkowania wozu dłużej niż osiem dni, był więc wóz przetaczany na inne miejsce. Tak jeździł nim Pepłiński wokół własnej stodoły przez trzy łata, potęgując wściekłość i nienawiść pruskich urzędników oraz niemieckich sąsiadów. W czwartym roku walki wytoczyli Prusacy proces Frankowi, oskarżyli go o kłusownictwo, znali jego również myśliwskie talenty. Najpierw podrzucali mu usidlone zające czy sarny, za co płacił kary, potem postawili przed sądem. Mimo, że czterdzie- stu świadków potwierdzało jego niewinność, skazany został w 1909 roku na rok i cztery miesiące aresztu. Ponownie oskarżono go o kłusownictwo w 1911 roku i skazano na trzy lata więzienia, które odsiedział w Gdańsku. W tym samym roku zmarł jego ojciec Aleksander, a rodzina zmuszona została do opuszczenia domu-wozu i zamieszkania u sąsiadów. Po wybuchu wielkiej wojny Franciszek został 13 sierpnia 1914 roku powołany do armii pruskiej, trafił na front wschodni, do Brześcia Litewskiego. Wrócił 19 listopada 1918 roku, na szczęście cały i zdrowy**. Gospodarstwo jednak zastał zrujnowane, prawie nie było czego ratować, sprzedał ziemię wraz z jeziorem i przeprowadził się do Kalisk Kościerskich. Tu zakłada rodzinę, 25 listopada 1919 roku poślubił Martę Cybulską, wdowę po Augustynie 2Laborowskim. W Kaliskach przychodzą na świat ich cztery córki. Następnie rodzina przeniosła się do miejscowości Kloc koło Dziemian. Tu w 1928 roku urodził się najmłodszy potomek, syn Józef. W 1929 roku, za walkę z zaborcą, otrzymał od państwa polskiego parcelę w Rokocinie koło Starogardu Gdańskiego. Składało się na nią 12 hektarów ziemi, 6 hektarów łąk i jezioro o powierzchni ok. 13 hektarów oraz mieszkanie na terenie dawnego majątku i stary dom do rozbiórki^. Gospodarując na ziemi i rybacząc, zaczął wreszcie wieść spokojny żywot. Do czasu jednak, jak się niedługo okazało. Niemcy nie zapomnieli mu jego zmagań z germanizacją. Po wybuchu wojny w 1939 roku spotkały go kolejne szykany - odebrali mu gospodarstwo, przejął je Niemiec Sznaider^. Franciszek spędził czas okupacji tułając się po niemieckich folwarkach jako robotnik rolny albo rybak. Po wojnie powrócił na swoje gospodarstwo, czasy nie były jednak łatwe. W początkach 1958 roku Klub Młodej Inteligencji Kaszubskiej przy Zrzeszeniu Kaszubskim w Kartuzach podjął działania mające na celu uzyskanie wsparcia państwa dla bohaterskiego ’ Ibidem. * KASZEBE Dwutygodnik Kaszubski, Rok II Nr 22(29) Gdańsk 16-30 XI 1958 R. ’ Wiesława Walder, Księga potomków Franciszka Andrzeja Peplińskiego, 25.06.2009 r. maszynopis w archiwum rodziny. * KURENDA, Miesięcznik Informacyjny Gminy Starogard Gdański, nr 5(18) maj 1999 r. Drzymała nie był pierwszy - wspomnienie o rodzie Peplińskich 115 syna ziemi kościerskiej. Nie dożył jednak spodziewanej pomocy, zmarł w zapomnieniu i nędzy 20 października 1958 roku w wieku osiemdziesięciu lat, spoczął na cmentarzu parafialnym w Suminie. Umierając, Franciszek Pepłiński, Kaszubski Drzymała, przypomniał o sobie: pojawiły się nekrologi i notki biograficzne w prasie lokalnej, teksty wspomnieniowe w czasopismach regionalnych. Pogrzeb był wielką manifestacją patriotyczną. Zdecydowanie więcej pisano o Peplińskim w okresie międzywojennym. Wojna propagandowa z Niemcami, a zwłaszcza z III Rzeszą, sprzyjała nagłaśnianiu pruskich bestialstw wobec Polaków. Celowała w tym zwłaszcza wydawana przez Wiktora Kulerskiego w latach 1894-1939 „Gazeta Grudziądzka”. Sylwetkę bohatera przedstawił szerzej społeczeństwu polskiemu Aleksander Majkowski, wspomnianym tu artykułem w warszawskim „Tygodniku Ilustrowanym”. Sprawa ruchomego domu chłopa Drzymały stała się głośna po całej Europie, Jako Jeden z tyłu dowodów kułturałnego przenikania ziem połskich przez prusactwo i prusaczyznę! Warto atołi podnieść, że pomysł Drzymały, został Już dawniej, ho przed dwoma łaty, w czyn wprowadzony na Kaszubach. Jan Pepłiński fwinno być AłeksanderJ, tak brzmi nazwa przemyśłnego Kaszuby, Jest gburem (tak zw(f u nas gospodarza) i rybakiem zarazem, a przezimował Już dwa razy w tej swojej chałupie, na czterech kołach spoczywajcfcej — pisał po wizycie u Peplińskich w 1907 roku. Michał Drzymała faktycznie nie był pierwszym, który podjął tę nierówną walkę z wrogą administracją, jego jednak przypadek okazał się szczególnie głośny, stał się symbolem. Przyczynili się do tego i wielcy naszej literatury, los Drzymały znalazł swe odbicie w dziełach Marii Konopnickiej, Henryka Sienkiewicza i Bolesława Prusa, a spoza Polską m.in. u Lewa Tołstoja. „Drzymalitów” - jak określa się bojowników w podobny sposób wałczących z bezwzględną germanizacją, było wielu: Józef Stopa z Pinczyna koło Zblewa^, Śkfski Drzyma- ła — Franciszek Chrószcz, Augustyn Pawelczyk spod Kartuz, Kowalski z Piwnic pod Toruniem, koło Swie-cia - Paweł Cackowski, Antoni Certa z miejscowości Zezuj w powiecie ostródzkim i inni®. W kolejnych latach podjęto inicjatywy upamiętnienia bojownika o polskość Pomorza. We wrześniu 1967 roku szkoła podstawowa w Rokicinie przyjęła imię Franciszka Pepliń-skiego - patrioty, człowieka Rodzina Peplińskich z dr. Aleksandrem Majkowskim siedzi przed wozem nadJ. Wieprznickim. ^ Zapiski Kociewskie, Towarzystwo Miłośników Ziemi Kociewsjkiej, 1/95, Starogard Gdański, 1995 r. ’ https://pl.wikipedia.org/wiki/Drzymalici. 116 Wiesław Olszewski bliskiego tej ziemi^. Podobna uroczystość miała miejsce w szkole w Cząstkowie koło Kościerzyny. Jest też Franciszek Pepliński patronem głównych ulic w Skorzewie i Rokicinie. Z inicjatywy Stowarzyszenia Przyjaciół Skorzewa, w północno-zachodniej części Nadleśnictwa Kościerzyna, powstał rowerowy Szlak Kaszubskich Drzymalitów, w hołdzie Aleksandrowi i Franciszkowi Peplińskim oraz wielu, czasami szerzej nieznanym, kaszubskim drzymalitom. Kolejne pokolenie Peplińskich do dziś gospodaruje w Rokicinie, inni potomkowie zamieszkują wiele miejscowości bliżej lub dalej od rodzinnego gniazda. Rodzina, jak przystało na Kaszubów, jest liczna. W 2009 roku Wiesława Wader, badaczka rodu, doliczyła się 132 żyjących członków rodziny, również w Nowym Dworze Gdańskim, gdzie mieszka wnuczka Franciszka - Danuta i część jej rodzeństwa. Danusia - emerytka, ciągle aktywna turystka, jak podkreśla; najstarsza członkini tutejszego klubu PTTK, cały czas uczestniczy w rajdach, spływach kajakowych, również zimowych, i także na niełatwych rzekach Kaszub, skąd wywodzi się jej ród. ’ KUREŃ DA, Miesięcznik Informacyjny Gminy Starogard Gdański, nr 5(18) maj 1999 r. Porządkowanie pamięci 117 Leszek Sarnowski PORZĄDKOWANIE PAMIĘCI Pamięć to jedna z najważniejszych funkcji naszego mózgu. Bez pamięci nie wiedzielibyśmy kim jesteśmy i skąd pochodzimy. Pamięć pozwala człowiekowi samodzielnie funkcjonować i jednocześnie jest strażnikiem naszej tożsamości. Pamięć ważna jest także w przestrzeni publicznej. PAMIĘĆ OBECNOŚCI To w ramach pielęgnowania pamięci uczniowie z Zespołu Szkół im. Cypriana Kamila Norwida w Dzierzgoniu porządkowali teren dawnego cmentarza żydowskiego w Dzierzgoniu, jedynego cmentarza w dawnym województwie elbląskim, który przetrwał w szczątkowej formie do dziś. Znajduje się on przy ul. Słonecznej, przy drodze na Mikołajki Pomorskie i należy do najstarszych tego typu obiektów w naszym regionie. Założony został w XVIII w. i na początku służył jako miejsce pochówku również dla społeczności żydowskich z Malborka, Kwidzyna, Sztumu i Elbląga. Od początku XX w. społeczność żydowska stopniowo opuszczała miasto, szczególnie w czasie nasilenia represji hitlerowskich, a z upływem czasu cmentarz ulegał daleko posuniętej destrukcji. Mimo tego zachowało się na nim kilkadziesiąt nagrobków w formie charakterystycznych macew. Kilkanaście macew, których nie było w konserwatorskich rejestrach, udało się odkryć podczas porządkowania terenu, gdy wspólnie z dzierzgońską młodzieżą kilka lat temu po raz pierwszy od wielu lat porządkowaliśmy żydowski cmentarz przy merytorycznym wsparciu Krzysztofa Bielawskiego z Muzeum Polin. To ważna lekcja nie tylko historii, ale właśnie pamięci i człowieczeństwa. Po wojnie spośród ludności żydowskiej na ziemi sztumskiej nie został nikt. Cmentarz dzierzgoński, poza archiwalnymi dokumentami, jest dziś jedynym materialnym świadectwem ich obecności. Znamy liczbę żydowskich ofiar ostatniej wojny. Sześć milionów zamordowanych Żydów przekracza wyobraźnię. Do tych wielkich liczb niestety się przyzwyczailiśmy i nie na każdym robią wrażenie, czego dowodem są choćby anachroniczne dziś przykłady antysemickich zachowań. Na cmentarzu mamy jednak konkretne nazwiska, tych, którzy przed laty tworzyli lokalną wspólnotę polsko-niemiecko-żydowską. Każde z nich to osobna historia rodzinna. Historia obecności. Są tu takie nazwiska jak Tamre Therese Berendt z domu Moses, Dorothea Rosenthal, Markus Ksaver Hamerste-in, Hirsch Jontofsohn, Josephine Kamiński z domu Jantafsohn, Emmy Hammerstein 118 Leszek Sarnowski Z domu Simonetty, Julius Cohn, Samuela Yaserstein, Ernestine Bluhm z domu Pattlizer, Barbara Jitzing, Samuel Laserstein, Sara Sandman czy Leo Warszawski. Cmentarz w Dzierzgoniu to jedyne ślady żydowskiej obecności na ziemi sztumskiej. Trudno tu przytoczyć smutną elegię Antoniego Słonimskiego o tym, że na ma już żydowskich miasteczek, bo na naszym terenie nigdy ich nie było. Mieszkali tu Żydzi zasymilowani, obywatele państwa niemieckiego, wszak innego w tym czasie tu nie było. Byli częścią lokalnej społeczności, żywiąc nadzieję, że są bezpieczni i nic złego ich tu spotkać nie może, ich, niemieckich patriotów. Żyli i modlili się obok innych, w swoich domach i świątyniach. W Sztumie synagoga, kościół ewangelicki i katolicki znajdowały się w promieniu stu metrów od siebie. Mijali się w drodze na wieczorne nabożeństwa. Spotykali się na sztumskich i dzierzgońskich ulicach, targowiskach, w swoich sklepach czy w kawiarniach, o których pisze Janusz Ryszkowski. Dziś za Słonimskim można jednak dodać, że • • • Próżno byś szukał w oknach zapalonych świeczek I śpiewu nasłuchiwał z drewnianej bóżnicy. Błyszczy tu księżyc jeden, chłodny, blady, obcy. Już za miastem na szosie, gdy noc się rozpala. Krewni moi żydowscy, poetyczni chłopcy. Nie odnajdą dwu złotych księżyców Chagalla”. Dlatego ważna jest pamięć i pielęgnowanie żydowskiej obecności zamkniętej w ostatnich kamiennych macewach. To tak niewiele. Porządkowanie pamięci 119 PAMIĘĆ ZAGŁADY W rocznicę wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz 27 stycznia 1945 obchodzimy również Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Także w powiecie sztumskim jest o kim PAMIĘTAĆ. Żydzi mieszkali na naszym terenie od XVIII wieku i stanowili od 10 do 2% mieszkańców. W 1939 roku nie zostało ich wielu - zaledwie kilka osób w gminie Dzierzgoń i Sztum. Część zdążyła wyjechać do USA, Kanady, Brazylii, a nawet Australii. Ich potomkowie żyją do dziś. Ci, którzy trafili do Niemiec, nie uniknęli zagłady. Luis Salomon miał przed wojną sklep odzieżowy w Sztumie. W obozie koncentracyjnym w Teresinie zginęli Jego dwaj synowie - Siegfried i Aleksander. Dziadkowie Daniela Kestera z USA, którzy mieszkali w Sztumie i okolicy - Edith i Hans Littmann - zginęli w Auschwitz. Z całej rodziny Eisenstaedt (ze Sztumu, Skarszewa, Tczewa, Pucka) w Auschwitz zamordowano ok. 60 osób. Nanny Krombach (z domu Hirschberg), żona kupca Juliusa Krombacha ze Sztumu, szykowała się już do wyjazdu do Palestyny (wcześniej wyjechała tam część jej rodziny), ale nie zdążyła. Została deportowana najpierw do obozu koncentracyjnego wTerezinie, a potem do Treblinki, gdzie została zamordowana. Sophie Rosenberg z Ryjewa (ówczesny powiat sztumski), jej córka Ernestine oraz syn Gustaw zostali zamordowani morskich została zamordowana w Auschwitz. Podobny los spotkał Adolfa i Huldę Seeliger i ich dwoje dzieci, Artura i Ernę. Johanna Herzog, z domu Seeliger, także z Mikołajek Pomorskich, została zamordowana w obozie koncentracyjnym Salaspils na Łotwie. Salaspils (dawny Kircholm) to niewielkie miasto niedaleko Rygi na Łotwie. W 1941 roku powstał tam największy w krajach bałtyckich, nazistowski obóz koncentra- w obozie Stutthof. Margot Seeliger z Mikołajek Po- Pomnik w dawnym obozie koncentratyjnym Salaspils w Łotwie, fot. internet cyjny. Do jego budowy skierowano początkowo około tysiąca Żydów, a także sowieckich więźniów wojennych. W okresie między rokiem 1941 a 1945 w obozie mieszkali, pracowali i umierali głównie Żydzi z krajów nadbałtyckich oraz więźniowie polityczni. Przez obóz przewinęło się w sumie 23 tys. osób. Oficjalna liczba żydowskich ofiar szacowana jest na ok. 3 tysiące. Tutaj trafił i został zamordowany Albert Rosenberg, brat Heleny Zimmak z Postolina pod Sztumem. Helena Zimmak i jej mąż Otto wyjechali z ziemi sztumskiej do Niemiec, kiedy zaczęły się represje hitlerowskie w połowie lat 30-tych. Niestety, dosięgły ich nazistowskie prześladowania. Trafili również do obozu na Łotwie i tam zostali zamordowani. Taki sam los spotkał żonę ich syna Elsę Zimmak i ich ciotkę Berthę Wartelski. Mieszkali tu od kilku stuleci. Mieli swoje domy, świątynie, sklepy, hotele, warsztaty, groby bliskich. Chcieli tu żyć i umierać, jak każdy. To nienawiść zburzyła ich codzienny świat. 120 Leszek Sarnowski W^pierwszym rzfdzie od lewej Johanna, Sophie, Emestine Rosenberg, u góry od lewej Gustao Rosenberg, Helen i Otto Zimmak, fot. L. Zimmak Nanny ijulius Krombach, fot. archiwum rodzinne Elsę i Leonhard Zimmak, fot. L. Zimmak Otto i Helena Zimmak, fot. L. Zimmak To nienawiść, wspierana przez państwowo-partyjną machinę, kazała młodym Niemcom spalić sztumską synagogę, niszczyć żydowskie sklepy i wyrzucać na bruk swoich dotychczasowych sąsiadów. To w końcu nienawiść ludzi, z Bogiem na żołnierskich pasach, gromadziła mojżeszowych potomków w gettach, ładowała do bydlęcych wagonów, za kolczaste druty obozowej beznadziei, głodowej śmierci czy krematoryjnych pieców. Jacek Kaczmarski, wpatrując się w grafikę Brunona Schulza, wiele lat po wojnie, tak śpiewał o spalonej synagodze i dramacie żydowskiej beznadziei, bo pomocy znikąd i nawet Niebo milczy: Porządkowanie pamięci 121 „Płonie synagoga! Trzask i krzyk gardłowy! Belki w żar się sypią, iskry w górę lecą! Tam, w środku Żyd został! Jeszcze widać ręce! Już czarne! O, Jehowo, za co? O, Jehowo?!” PRZECIW ANTYPAMIĘCI I NIENAWIŚCI Współczesność pokazuje, że doświadczenie Zagłady nie przynosi żadnej nauki ani refleksji. W miejsce debaty przestrzeń publiczną zapełnia agresja, nienawiść, antysemityzm, rasizm i ksenofobia. A wydawało się, że tyle już napisano ważnych publikacji na temat antysemityzmu, stereotypów i źródeł faszyzmu, że jest nadzieja. Nic bardziej mylnego. W ubiegłym roku w budynku polskiego sejmu doszło do skandalicznej sytuacji. Poseł Konfederacji Grzegorz Braun zniszczył gaśnicą żydowskie świece, które w sejmowym holu tradycyjnie od wielu lat są zapalane z okazji święta Chanuki (Święto Świateł). Niemal w tym samy czasie pojawiła się równie skandaliczna wypowiedź aktora Jana Pietrzaka, że dla imigrantów możemy przeznaczyć dawne obozy koncentracyjne. Pojawiły się oczywiście słowa oburzenia niektórych elit politycznych i na tym, wydawało się, koniec. Tymczasem wspomniany poseł wybierany jest do europarlamentu, a gaśnice z jego autografem licytowane są w wirtualnej przestrzeni. Stwierdzenie, że jest mi wstyd za moich rodaków, to mało. Tacy ludzie powinni być wykluczani z życia politycznego, a za rasistowskie zachowania napiętnowani i ukarani. Te czyny i słowa stały się pretekstem do rozpoczęcia dyskusji w szkołach ponadpodstawowych powiatu sztumskiego na temat nienawiści, rasizmu i antysemityzmu, których najczęstszą przyczyną, poza ideologicznym zacietrzewieniem, są stereotypy i brak wiedzy. Dlatego warto zagłębić się w historię, by zweryfikować swoją wiedzę. Antysemityzm nie jest takim samym poglądem jak inne. Nie ma żadnej wartości poznawczej, moralnej czy intelektualnej. Jest po prostu uprzedzeniem o podłożu religijnym, ukształtowanym w średniowieczu i trwającym do dziś, mimo hekatomby Holokaustu. Lekga o antysemityzmie w Zespole Szhól Zawodowych w Barlewiczhach, fot. archiwum Lekcja o antysemityzmie w Zespole Szkól w Dzierzgoniu, fot. archiwum tvsztum.pl 122 Leszek Sarnowski Dziś nadal warto rozmawiać o relacjach judaizmu i chrześcijaństwa (jak to czyni choćby arcybiskup Grzegorz Ryś w książce „Chrześcijanie wobec Żydów”), o przyczynach antysemityzmu, o mowie nienawiści w każdej formie i miejscu, o potrzebie reagowania na brak szacunku dla drugiego człowieka, dla innych wyznań i mniejszości. Warto też pamiętać i bez końca powtarzać XI Przykazanie, które sformułował Marian Turski (więzień obozu zagłady, który przeżył): „NIE BĄDŹ OBOJĘTNY” Wierzę w młodych ludzi, z którymi udało mi się rozmawiać, że będą odporni na zło antysemityzmu, rasizmu i ksenofobii, bo są otwarci, tolerancyjni i żądni wiedzy. Kiedy na koniec moich lekcji o antysemityzmie poprosiłem ich o napisanie kilku słów o tym, co można by zrobić, aby tolerancja nie była tylko pustym słowem, to napisali: zmienić poglądy i patrzeć na osobę, która jest pochodzenia żydowskiego jak na osobę równą sobie, szanowanie drugiego człowieka niezależnie od wyznania, rozmawiać więcej na te tematy, edukacja społeczeństwa, tolerancja. Niby proste. Kwestia antysemityzmu została tu ujęta w formie przyczynkarskiej i nie ujmuje całości tematu. Piszemy tu przede wszystkim o historii lokalnej w kontekście ogólnopolskim. Osobną kwestią, ważną współcześnie, jest dziś polityka państwa Izrael i relacje izraelsko--palestyńskie, tak głośnie szczególnie w kontekście toczącej się wojny, a także protestów w wielu krajach europejskich na rzecz samostanowienia Palestyny. Mam nadzieję, że wrócimy do tematu, by wyjaśnić i te skomplikowane meandry międzynarodowej polityki, tym bardziej, że one dziś rzutują na przejawy współczesnego antysemityzmu. Moje wędrówki po Dolnym Powiślu i okolicy 123 Piotr Podlewski MOJE WĘDRÓWKI PO DOLNYM POWIŚLU I OKOLICY BUKOWO I FOLWARK NA WYSPIE Są miejsca, które lata temu przestały tętnić życiem. Zostały wymazane z map i pamięci ludzi przybyłych tu po 1945 roku. Można napisać, że zapadły się pod ziemię, jednak zawsze zostaje ślad naszego funkcjonowania i taki ślad dziś chciałem odszukać. Nowa Wieś Szlachecka (Adl. Neudorf) była folwarkiem funkcjonującym jako element majątku w Bukowie (Buchwalde). Bukowo (pow. sztumski) zawsze mnie interesowało ze względu na swoje położenie. To tutaj przebiega granica pomiędzy pagórkami Dolnego Powiśla i rozległymi, płaskimi Żuławami. Przy samym majątku płynęła niegdyś rzeka wpadające przed wiekami do wód Zalewu Wiślanego, zatoki Bałtyku sięgającej jeszcze we wczesnym średniowieczu do dzisiejszego Bukowa. Nad samym brzegiem Zatoki były liczne wysepki, co doskonale pokazuje Lidar. Dziś to polne pagórki, a po wodzie od stuleci nie ma już tutaj śladu. Zalew Wiślany został stąd wyparty przez nanosy rzeki Nogat i meliorację. Po rzece pozostał wąwóz z trzech stron otaczający wzniesienie, na którym w średniowieczu wznosiła się siedziba rycerska. Idealne miejsce do zarządzania okolicą oraz do obrony. Polecam przejść się wiosną dnem wąwozu. Kilometrowy spacer zaczyna się od stawów, leżących Lieźar: 1 - dawna wyspa przybrzeżna. Miejsce lokalizacji późniejszego folwarku Nowa Wid Szlachecka; 2 - teren zalany dawniej wodami Zalewu Wiślanego (dziś Zulauy); 3 — ujlcie rzeki płynącej przed wiekami wąwozem 124 Piotr Podlewski i4«tor artykułu nati dawnym, południowym brzegiem Załewu Wikłanego U Stóp wzniesienia, pamiętających jeszcze dawnych właścicieli. Na północ od Bukowa, na pagórku w Nowej Wsi Szlacheckiej, założono folwark. Pagórek to pradawna wysepka, która stulecia temu oddalona była kilkanaście metrów od linii brzegowej Zalewu Wiślanego. Dziś stojąc na jej szczycie, patrząc w kierunku Żuław i mając za plecami wzniesienia Dolnego Powiśla, mogłem wyobrazić sobie obrazek podobny do tego, jaki oglądamy dziś stojąc na brzegu w Tolkmicku, Suchaczu, Fromborku lub Kadynach. Tak tu kiedyś było. Ciekawe czy pracownicy folwarku zdawali sobie z tego sprawę? Po folwarku pozostało tylko porośnięte gruzowisko i walające się cegły. Wokół stały jeszcze 3—4 gospodarstwa. Nic po nich nie pozostało. Żeby dostać się do tego miejsca, trzeba troszkę pomaszerować, ale warto to zrobić ze względu na krajobraz i piękną przestrzeń wokół. Po majątku w Bukowie też prawie nic nie pozostało. Resztki fundamentu budynku gospodarczego z piwniczką i to wszystko. Analizując mapę międzywojenną, można stwierdzić, że dwór z ogrodem stał w południowej części założenia. Miał liczne dobudówki, zapewne ganki i oranżerię. Od północy, zachodu i wschodu wznosiły się budynki inwentarsko-gospodarcze połączone murem. Na zachód od Bukowa była też cegielnia, po której nie został żaden ślad. Rozebrano ją na cegły. Przez jedną z bram w 1889 roku wjechał do majątku mistrz Ernesto Michał Andriolli, rysownik, ilustrator oraz malarz. Pisał; „Już niedaleko: chaty, wzgórze, dwie kępy drzew, zwrot w prawo - brama: wjeżdżamy w podwórze i w progu niedużego murowanego dworu widzimy panią domu”. Włościami zarządzał wtedy Jan Donimirski, członek Towarzystwa Naukowego w Toruniu, utrzymujący kontakty m.in. z Henrykiem Sienkiewiczem i Oskarem Kolbergiem. Jak wyglądały dawne dzieje Bukowa (Buchwaldu)? W 1303 roku dostali te ziemie od Krzyżaków, wedle wystawionego w Dzierzgoniu przywileju, potomkowie Prusa o imieniu Kropolto. Dziedziczyli je po mieczu i po kądzieli. Bukowo nazywano wtedy Rudithen, a kolejną wieś, dzisiejsze Telkwice - Azmiten. Jacy rycerze urzędowali tu w średniowieczu? Na pewno był nim Michał z Buchwałdu, któremu w 1454 roku Krzyżacy zabrali włości i przekazali Fritzowi Lockau, wynagradzając mu szkody, które poniósł. Zaczynała się wtedy wojna 13-letnia z Polską, więc czas był gorący. Fritz po wojnie musiał się spakować i opuścić Bukowo, gdyż ziemie te przeszły po II pokoju toruńskim pod panowanie Jagiellonów. Było więc kogo wynagradzać za zasługi. Moje wędrówki po Dolnym Powiślu i okolicy 125 W czasach szabli i kontusza, czyli w XVI i XVII wieku, włości należały do rodzin: Ga-blentz, Balińskich, w XVIII wieku do Wężyków i Szydłowieckich, potem Krzysztofa Unru-ha, generała-majora wojsk saskich, który w 1744 roku odsprzedał je zięciom wiceekonoma malborskiego Jana Kazimierza Mullera. Jednym z zięciów był Jan Grąbczewski, ławnik ziemski tczewski. W 1772 roku jego dzieci złożyły przysięgę hołdowniczą z posiadanych dóbr królowi pruskiemu tuż po I rozbiorze. W 1804 roku dobra buchwaldzkie znalazły się w rękach Donimirskich, którzy pozostali tu do połowy XX wieku. W 1928 roku majątek Bukowo i przynależny do niego folwark Nowa Wieś Szlachecka miał 578 ha powierzchni pól uprawnych, łąk i lasów. Hodowano tutaj konie, krowy oraz świnie. Ten świat już nie istnieje, podobnie jak majątek Buchwalde. Nam pozostały historie, wyobraźnia oraz... wąwóz. TELKWICE, CZYLI CIĄG DALSZY OPOWIEŚCI Z REJONU BUKOWA (POW. SZTUMSKI) Do Bukowa wybrałem się odnaleźć pozostałości po folwarku Nowa Wieś Szlachecka oraz opisać miejsce ujścia nieistniejącej już rzeki do Zalewu Wiślanego, którego południowa linia brzegowa dochodziła przed wiekami do miejsca w którym założono później folwark. Nie sposób jednak ominąć w tej historii miejscowości Telkwice, powiązanej z majątkiem w Bukowie. Ruszyłem więc z Bukowa drogą prowadzącą wprost pod neogotycki dwór, który ocalał, jednak czasy świetności ma już dawno za sobą. Dziś dawne włości otacza płot, więc ciężko o dobre zdjęcia. 'Zatrzymałem się więc przed bramą i wszedłem na podwórze porozmawiać z gospodarzami. Obecnie na terenie majątku funkcjonuje prywatne gospodarstwo rolne. Sam dwór jest opuszczony. Młody nastolatek czyszczący właśnie którąś z maszyn, wskazał mi jeden z budynków, w którym znalazłem gospodarza miejsca. Odbyliśmy krótką rozmowę. Gospodarz podpytywał o historię dawnych włości, opowiedział Dwór w Telkwicach, stan dzisitjs^ fot. archiwum O wąwozie za dworem, który łączy się z tym w Bukowie, jednak nie chciał, żebym fotografował budynki dworu, co też uszanowałem. W opisie umieściłem więc zdjęcia archiwalne. Kulturalnie pożegnaliśmy się przy bramie i pojechałem. 126 Piotr Podlewski Dwór w Telkwicach w czasach mifclzywojennych, fot. ze zbiorów wiasnych Agnieszki Kulak Korciło mnie co prawda, żeby zejść do wąwozu, jednak musiałbym przejść bezpośrednio przez pole. Sprawdzałem różne opcje jeżdżąc wokół wsi, ale nie znalazłem dobrego dojazdu i nie chciałem też robić z siebie intruza. Może spróbuję innym razem, po żniwach. Nie wiadomo, kto zbudował dwór w Telkwicach, ani kto go przebudował w duchu neogotyckim. Neogotyk to styl w architekturze naśladujący sztukę i architekturę gotycką. Patrząc jednak na datowanie i styl, prawdopodobnie przebudowę zrobili Donimirscy w 2 poł. XIX wieku. Spod obniżonego od strony zachodniej dachu wyłaniają się resztki detali architektonicznych, więc co nieco można odtworzyć. W elewacji frontowej dworu umieszczono ganek, a za nim widać pozostałości po ośmio-bocznych ozdobnych wieżyczkach zwieńczonych zapewne dawniej krenełażem na wzór średniowiecznych zamków. Dwór przykryty jest dwuspadowym dachem. Prawdziwym rarytasem jest pozostałość wieży dostawionej od południa, mającej dziś jedno piętro. Pierwotnie musiała być wyższa i na wzór innych dworów z tego okresu także posiadała krenelaż. Taka fanaberia i zamiłowanie do średniowiecznych zamków. Pomiędzy budynkiem a wieżą jest ruina pomieszczenia z zachowanymi pilastrami oddzielającymi blendy, czyli płytkie wnęki w murze w kształcie arkady. Wygląda mi to na resztki oranżerii lub ogrodu zimowego. Musiało być tu kiedyś bardzo pięknie. Zabytek wymaga pilnego remontu. Po zabudowaniach folwarku i stawach nie ma już śladu. Pozostały tylko resztki drzew z parku dworskiego. Wróćmy do czasów średniowiecza. W 1303 r. Krzyżacy nadali te ziemie Prusowi o imieniu Tulikoyte. Wówczas Telkwice nosiły nazwę Azmiten. Jego brat Butę zarządzał późniejszym Bukowem i odtąd obie wsie mają wspólną historię i właścicieli, których opisałem powyżej omawiając Bukowo, które stało się centrum włości. Moje wędrówki po Dolnym Powiślu i okolicy 127 Siedziba w Telkwicach usytuowana jest na niewielkim wzniesieniu, nad wąwozem, który otacza je z trzech stron. Było to w tamtym okresie, jako siedziba rycerska, miejsce obronne. Możliwe, że umocniono je drewnianą palisadą. W Telkwicach w 1878 r. urodziła się Maria Chełkowska, działaczka społeczna i polityczna, dama Złotego Krzyża Zasługi. Urodził się tutaj również w 1927 r. August Jan Chełkowski, fizyk, rektor Uniwersytetu Śląskiego i marszałek Senatu Rzeczypospolitej Polskiej II kadencji w latach 1991-1993, a także senator w latach 1989-1999. Warto dodać, że zarządzający w XIX wieku Bukowem i Telkwicami Teodor Donimirski gościł w swoich włościach m.in. Józefa Ignacego Kraszewskiego oraz Jana Matejkę. Wyjeżdżając z Telkwic musiałem sprawdzić jeszcze jedno miejsce. Za wąwozem wznosi się wzgórze porośnięte drzewami, niczym wyspa na polu. Na mapach z lat 1906-1938 zo-znaczony jest w samym jego centrum niewielki cmentarz. Żeby się tam dostać, musiałem przejść kulturalnie przez pole kierując się od strony Trankwic. Po prawej stronie minąłem obmurowany wylot źródła. Jest on także zaznaczony na przedwojennych mapach. Co ciekawe, żeby dostać się na miejsce cmentarza, trzeba obejść duże zagłębienie, prawdopodobnie dawne wyrobisko zaznaczone na mapie już w 1906 r. Możliwe, że zagajnik jest częścią tzw. Lasu Kobiet wymienionego w dokumentach z 1648 r. Po cmentarzu nie ma już śladu. Był to zapewne cmentarz rodowy. Prowadziła dawniej do niego droga z majątku Tran-kwice. Na wzgórzu wytyczono również alejki. Dziś nie ma po nich śladu. Miejsce jest niesamowite. Zagajnik ma kształt ... serca. Czy jest to dzieło natury, czy też celowy zamysł? Może z cmentarzykiem umieszczonym w samym jego centrum wiąże się miłosna lub dramatyczna historia? STARE DOLNO: KRZYŻACKI PORT I HISTORIA DWORU Stare Dolno to miejscowość założona nad jeziorem Drużno, którego południowe brzegi przed wiekami znajdowały się w miejscu, w którym znajduje się wieś. Jezioro sukcesywnie zarasta, a teren jego dawnego rozlewiska stanowią dziś żuławskie pola. Stare Dolno jako Alt-Dollstadt pojawia się w dokumentach po raz pierwszy w 1299 roku jako Tullestete. To tutaj wschodni brzeg rzeki Sorge (Dzierzgonka) stykał się bezpośrednio z wyżynnym terenem. Miejsce to zostało w średniowieczu wybrane na założenie portu, a droga wodna miała w tamtych czasach bardzo dużą wartość gospodarczą, szczególnie, kiedy ziemie Prusów nie miały jeszcze solidnej lądowej infrastruktury drogowej. W dokumentach lokacyjnych wsi sporządzanych przez Zakon Krzyżacki miejscowościom znajdującym się w pobliżu szlaku żeglownego nadawano przywilej transportowania swoich produktów drogą wodną do dużych miast, w przypadku Starego Dolnego - do Elbląga, i sprzedawania ich tam na targach. 128 Piotr Podlewski Zakon Krzyżacki mógł przejąć w posiadanie interesujący nas potencjalny punkt przeładunkowy w związku z bitwą pod Sirgune (nad rzeką Dzierzgoń 1233). Szybko stworzył tam ufortyfikowany port z dworem obronnym. Wraz z rozkwitem gospodarczym państwa zakonnego, którego dobrobyt osiągnął apogeum około 1410 roku, znaczenie Alt-Dolłstadt rosło, a miejsce to stało się ważnym regionalnym centrum handlowym. Zakon inwestował, a obszerny port oferował możliwość zacumowania kilku statków. Posiadał także magazyn, skład soli i młyn. Port był miejscem postoju dla trzech statków należących do komturii w Dzierzgoniu, tzw. „Kassuten” (nasady). Były to statki towarowe ze sterem, odpowiednie do żeglugi śródlądowej. Nasady z wysokimi burtami i zamkniętym pokładem były wykorzystywane do walk rzecznych (chronieni w nich byli wioślarze i zbrojni podczas niespodziewanego przybrzeżnego ostrzału) i w transporcie po wąskich rzekach. Posiadały, oprócz wysokich burt, zamkniętego pokładu, zadartego dziobu, także płaskie dno, napęd wiosłowy i żaglowy. Na pokładzie krzyżackiej nasady znajdował się jeden sternik i wioślarze, których mogło być nawet osiemnastu. Według inwentarzy Zakonu wiemy, że najwięcej nasad, bo aż 19, stacjonowało w 1410 r. koło zamku w Dzierzgoniu. Kolejne jednostki stacjonujące w Alt-Dollstadt to lichtany, które służyły do rozładunku towarów z większych statków, stojących najczęściej na redzie portu. W tzw. małym porcie Stare Dolno (Dulstette) nad jeziorem Drużno stacjonował jeden lichtan (1 lewchteschiff) w 1434 r. Był tam także prom rzeczny. Przyjrzyjmy się teraz komunikacji wodnej w interesującym nas rejonie. Ważną rolę odgrywał tam odcinek (w obie strony) z Królewca przez Zalew Wiślany w kierunku Elbląga, dalej przez jezioro Drużno, mijając port Stare Dolno, by następnie rzeką Dzierzgoń trafić do Dzierzgonia. W samym Dzierzgoniu oprócz nasad stacjonowały też korabiki, statki wiślane oraz inne średnie i małe jednostki śródlądowe. Stare Dolno przez kolejne wieki zachowało strukturę układu przestrzennego wsi wypracowaną przez Zakon Krzyżacki. Centralną jej częścią był obronny dwór z folwarkiem nadzorujący działanie portu. Wiadomo, że w 141 Ir. dwór został dodatkowo ufortyfikowany lub dokonywano tutaj napraw umocnień po Wielkiej Wojnie (1409-1411). W tym celu przyjechał tutaj specjalnie z Malborka znany architekt i budowniczy Zakonu Mikołaj Fellensteyn. Miejsce to miało wówczas duże znaczenie gospodarcze, strategiczne i komunikacyjne. W1466 r., na mocy pokoju toruńskiego, komturstwo elbląskie zostało podzielone między Zakon i Polskę. Podczas tego podziału Alt-Dollstadt pozostało na terenie państwa zakonnego. Wytyczona wówczas granica między oba państwami stanowiła przez lata granicę między Prusami Wschodnimi i Zachodnimi. Ostatnia wojna Polski z Zakonem Krzyżackim (1519-1521) miała druzgocący wpływ na wieś Stare Dolno. Przez prawie pół wieku figuruje jako miejsce opuszczone. Dopiero w sprawozdaniu z wizytacji z 1579 r. wymienionych jest dziesięcioro mieszkańców. Moje wędrówki po Dolnym Powiślu i okolicy 129 XVII wiek to czas wojen ze Szwecją. W czasie wojny o ujście Wisły o port w Starym Dolnem toczyły się ciężkie walki między wojskami cesarskimi (sojusznicy austriaccy) i szwedzkimi. Miejsce zostało ograbione i spalone przez Szwedów. W 1811 roku majątek zakupił od państwa pruskiego generał Gerhard Johann David von Scharnhorst. (ur. 12 listopada 1755, zm. 28 czerwca 1813), pruski generał czasów wojen napoleońskich, reformator armii pruskiej (pieniądze z zakupu domeny i czterech okręgów łowieckich wyniosły łącznie 23500 Reichstaler). Von Scharnhorst, chociaż wyszkolony w tradycji wojskowej Fryderyka Wielkiego, zdawał sobie sprawę z konieczności powołania w miejsce zawodowych sił najemnych prawdziwej armii obywatelskiej. Dzięki jego staraniom wprowadzono w Prusach obowiązkową służbę wojskową, bez względu na stan społeczny. Zniesiono przywileje szlachty dające jej wyłączność w pełnieniu funkcji oficerskich. Od tej pory ważne stały się talent oraz indywidualne umiejętności awansujących oficerów. Dzięki reformom ulepszono także system dowodzenia, a także zniesiono kary cielesne, ograniczając „pruski dryl”. Generał Scharnhorst, po licznych bataliach doby wojen napoleońskich, osiadł w majątku Stare Dolno. Miał tutaj cieszyć się emeryturą. Pisał: „Piękne Żuławy przede mną, uprzejmi i gościnni mieszkańcy, stada owiec i bydła, wszystko to dla mnie było niecodzienne i miłe” Odżyła w nim dusza syna chłopa, teraz on był bowiem gospodarzem, „szedł przez własne dobra, przez własne obory, stajnie i stodoły”, pisał: „Teraz, gdy wychodzę na pola, okolica ofiarowuje mi piękne widoki, przede wszystkim na Elbląg, na Wzniesienia Elbląskie, co jest tak piękne, jak można to tylko sobie wyobrazić” (...). „Stare Dolno podoba mi się z dnia na dzień coraz bardziej, jest tak pięknie położone, jak tylko sobie można wymarzyć” (...)„z prawdziwą pasją poznaję wciąż to nowe i przyjemne strony życia”. Generał nie nacieszył się życiem gospodarza zbyt długo. Upomniała się bowiem o niego armia. Został ranny w nogę w bitwie z wojskami Napoleona pod Liitzen 2 maja 1813. Zmarł w Pradze 28 czerwca 1813. Pochowano go na Cmentarzu Inwalidów w Berlinie, gdzie po dziś dzień możemy oglądać jego pomnik nagrobny ze śpiącym lwem (dzieło Karla Friedricha Schinkla). Po śmierci von Scharnhorsta majątek przeszedł na jego dzieci, które sprzedały go aptekarzowi Theodorowi Lechlinowi. Lechlinowie nie próżnowali. Zbudowali tutaj młyn wodny, stworzyli także stawy karpiowe. Ostatni Lechlin był starszym kawalerem. Zastrzelił się w majątku swojego przyjaciela Richarda Borna koło Kwietniewa. Budynek młyna, który przetrwał do dziś, zbudowano około 1850 roku. Otynkowany budynek z cegły opiera się o skarpy. Ma wymiary dziewięć na szesnaście metrów oraz posiada dwa piętra. Na drugim piętrze znajdowały się komórki lokatorskie, a na piętrze 130 Piotr Podlewski mieszkanie młynarza. Komunikację zapewniały zdobione piękną snycerką schody na klatce schodowej. Przylegająca do wzgórza część budynku młyna jest podpiwniczona i zawierała trzy pomieszczenia. Jedno z nich służyło dawniej jako mieszkanie dla francuskich jeńców wojennych zatrudnionych w majątku. W latach międzywojennych piwnice pełniły też funkcję aresztu, w których miejscowy żandarm Meier tymczasowo przetrzymywał przestępców. Młyn był zasilany energią wodną. Młyński potok i strumyk wypływający z lasu Hohen-dorf docierały do wiejskiego stawu przy ulicy we wsi, z którego wspecjalny odpływ prowadził do zbiornika przed młynem. Zebrana w nim woda służyła do napędzania turbiny, za pomocą której uruchomiono śrutownicę. Woda spływała następnie rowem do rzeki. W XX wieku młyn zelektryfikowano. Dziś, według relacji mieszkańców, obiekt czeka rozbiórka. Dwór z parkiem w Starym Dolnie usytuowany był w centrum wsi. Rozbudowany został pod koniec XIX wieku przez berlińskiego przemysłowca o nazwisku Litten, który kupił majątek w 1890 roku za pieniądze zarobione ze sprzedaży piasku wykorzystywanego do naprawy wałów przeciwpowodziowych (wielka powódź z 1888 r.) W kolejnych latach dwór był przebudowywany. Ostatnimi niemieckimi właścicielami była rodzina Schwichtenberg. Architektura dworu stylizowana jest na wille włoskie południowych rejonów Italii. Według opowieści dawnych mieszkańców, dwór ma w sobie jeszcze mury średniowieczne, co warto dokładnie sprawdzić. Sklepione, ceglane piwnice oraz sklepienia parteru mogą Stare Dolno. Dwór w czasach świetności, fot. archiwum Moje wędrówki po Dolnym Powiślu i okolicy 131 pochodzić z późniejszego okresu, gdyż takie rozwiązania stosowane były jeszcze w XIX wieku. Otynkowane pomieszczenia uniemożliwiają szczegółową analizę architektoniczną konstrukcji ścian i sklepień. Majątek po zakupieniu go przez berlińskiego fabrykanta Litten otrzymał centralne ogrzewanie do ogrzewania antresoli, a zamówiony z Włoch tynkarz przez rok projektował sufity w pomieszczeniach właściciela i jadalni. Front budynku podniesiono o jedno piętro i ozdobiono obszerną werandą z balkonem. Wieża, widoczna z daleka, góroje nad wierzchołkami drzew rozległego parku dworskiego. Posiadała dawniej maszt flagowy. Można z niej podziwiać krajobraz Żuław, rozlewisko jeziora Drużno i zabudowania odległego Elbląga. Dwór w czasach świetności był otynkowany i pomalowany na biało. Miał 27 izb. Po śmierci dwojga dzieci i kłopotach z bankami Litten sprzedał majątek rodzinie Otto Schwichtenberga w 1903 roku. Dzieci zmarłe na szkarlatynę pochowano na cmentarzu, którego resztki można znaleźć kierując się w stronę lasu. Otto Schwichtenberg był człowiekiem, który lubił wyzwania, podobnie jak jego syn Helmut Schwichtenberg, uwielbiający innowacje techniczne w rolnictwie. Stare Dolno dysponowało w tym czasie dobrze wyposażonym, nowoczesnym parkiem maszynowym. Helmut wstąpił do 10 pułku Dragonów w Olsztynie i podczas I wojny światowej awansował na porucznika. Został ciężko ranny pod Odessą pod koniec wojny. Gdy 1 września 1939 r. rozpoczęła się II wojna, został powołany do wojska III Rzeszy. Zginął we Francji 22 czerwca 1944 r. Jego najstarszy syn, Hans-Gerd, kolejny dziedzic, został ciężko ranny w sierpniu 1943 r. na froncie wschodnim pod Smoleńskiem strzałem w brzuch. Wrócił na front w październiku 1944 r. 13 stycznia 1945 r. został ponownie ranny po strzale w brzuch. Wykrwawił się na śmierć w Belgii. 21 stycznia 1945 r., o godzinie 23.00, mieszkańcy wsi zaczęli uciekać przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Pani Schwichtenberg została w Alt-Dollstadt ze swoim 16-letnim synem Giintherem w niewzruszonej pewności, że niemiecka armia odwróci jeszcze losy wojny... Na koniec warto dodać informację o koniach, które były wizytówką Starego Dolnego. Łączna liczba koni wynosiła około osiemdziesięciu zwierząt. Jedenaście z tych klaczy należało do trakeńskiego związku hodowlanego. Sześć z nich to klacze premium. Były to klacze, które ponadprzeciętnie uosabiają typ swojej rasy. Państwo uhonorowało takich premiami. Był też licencjonowany ogier. Potomstwo tego ogiera w dużej mierze spełniało wymogi armii, więc nadawało się na konie żołnierskie. Od połowy XIX wieku między Elblągiem a Starym Dolnem zaczął pływać parowiec do przewozu osób i towarów. Jednak wraz z uruchomieniem odcinka kolejowego Elbląg--Myślice, 1 września 1893 r., parowiec stracił na znaczeniu. Stare Dolno często odwiedzali mieszkańcy Elbląga. Szczególnie wiosną i latem docierały tutaj statkami motorowymi wycieczki. Piękna okolica, zdrowa woda. Żuławy od północy i wzniesienia morenowe od południa czyniły to miejsce niebywale atrakcyjnym. Stała tu także gospoda, w której można było się posilić. Do 1903 r. regularnie odbywały się we wsi cotygodniowe targi m.in. produktów rolniczych, bydła, koni i prosiąt, które z czasem przeniesiono do Dzierzgonia. Wraz z utratą 132 Piotr Podlewski Dwór w Starym Dolnie. Stan obecny, fot. archiwum znaczenia portu i zaprzestaniem działalności rynkowej zaginął kawałek historii kulturalnej tego regionu. Resztę dopełniły czasy Polski Ludowej. Sam dwór wymaga już remontu. Po folwarku, stajniach, budynkach gospodarczych pozostał tylko pusty plac. W samej wsi stoi tylko kilka domów oraz ruina młyna. Jednak obecni mieszkańcy dworu sa otwarci na odwiedzających, chętnie dzielą się wspomnieniami, opowiadając o zaginionej świetności wsi. Wykorzystana literatura: M. ^^AocYi. Jednostki wodne sródk}doioe lo starych księgach inwentarzowych Zakonu Krzyżackiego, KMW 2021;313(3):365-403. H. Zlomke, Dos Gutshaus von Adlig Dollstddt. Alt Dollstadt. Auszug aus Dos Kirchspiel Konigsblumenau. Chronik, Geschichte und Berichte. Prowincje bliskie i dalekie Marek Suchar DWA WIECZERNIKI Spacerując wąskimi uliczkami chrześcijańskiego kwartału Starko Miasta w Jerozolimie, trafić można do syryjskiego klasztoru Świętego Marka. W przewodnikach po Jerozolimie rzadko się o nim wspomina, więc większość turystów w ogóle nie wie o jego istnieniu, podobnie zresztą jak i o samym Syryjskim Kościele Ortodoksyjnym, do którego klasztor ten należy. Tymczasem zarówno ów klasztor, a właściwie przede wszystkim wchodzący w jego skład kościół św. Marka, jak i sam Kościół Syryjski, zwany też Kościołem Syriackim, Jakobickim albo Asyryjskim, w najwyższym stopniu zasługują na uwagę. Wyznawcy tego kościoła są przedstawicielami „chrześcijaństwa wschodniego”, bliskiego apostolskim początkom, które nieżyjący już antropolog Andrzej Flis tak pięknie kiedyś określił „zapomnianymi braćmi zachodniego chrześcijaństwa”'*. Jak wiadomo, bardzo szybko w chrześcijaństwie pojawiły się różne nurty. Pierwszym było chrześcijaństwo wschodnie (nie mylić z prawosławiem, które, paradoksalnie, wedle tej klasyfikacji należy akurat do chrześcijaństwa zachodniego!) - najstarsze i najbliższe judeochrześcijańskim korzeniom, geograficznie związane początkowo z Palestyną, Syrią oraz Afryką Północną (głównie Aleksandrią), skąd trafiło do Etiopii, Armenii, Persji i do Indii. Drugim nurtem było chrześcijaństwo greckie, nazwane później prawosławiem, związane ze stolicą cesarstwa - Konstantynopolem, skąd z kolei rozprzestrzeniło się ono po kilkuset latach na Bałkany i wschód Europy (m.in. do Rosji). Trzeci nurt to chrześcijaństwo łacińskie, uznające prymat biskupa Rzymu, dziś określane rzymskim katolicyzmem. Drogi tych trzech nurtów stopniowo zaczęły się rozchodzić i w V wieku naszej ery doszło do podziału, między wspólnym jeszcze wtedy nurtem łacińsko-greckim a chrześcijaństwem wschodnim, które nie zaakceptowało dogmatycznych ustaleń Soboru Chalcedońskiego (451 n.e). Chodziło o pewne szczegóły doktrynalne, których istotę dziś czasem trudno wręcz wyjaśnić współczesnym chrześcijanom. Oprócz sporów teologicznych przyczyną konfliktu i rozłamu mogła być również wałka o dominację pomiędzy poszczególnymi patriarchatami w imperium rzymskim, krótko po tym, jak chrześcijaństwo stało się w nim religią panującą. Kościoły wschodnie miały wtedy przytłaczająca przewagę liczebną, ale kościoły zachodnie („ Łacinnicy” i „Grecy”) objęły strategiczne patriarchaty obu ówczesnych stolic cesarstwa, czyli Rzymu i Konstantynopola. Czasy największej świetności Kościoły Wschodnie mają dawno za sobą, jako że większość ich wyznawców została pod koniec pierwszego tysiąclecia, przeważnie siłą, nawrócona na islam. Obecnie na całym świecie żyje ich łącznie około 90 milionów, w tym około siedem milionów to wierni Syryjskiego Kościoła Ortodoksyjnego. Dla porównania, liczbę wszystkich Andrzej Flis - Beata Kowalska, Zapomniani bracia. Ginący świat chrześcijan Bliskiego Wschotlu, Kraków 2003, Wydawnictwo WAM. 134 Marek Suchar chrześcijan na świecie ocenia się dziś na prawie trzy miliardy, z czego mniej więcej połowa to katolicy. Dlaczego chrześcijaństwo wschodnie, o którym w Polsce mało albo wręcz nic nie wiemy, miałoby zasługiwać na naszą uwagę? Otóż dlatego, że jak to wcześniej stwierdziliśmy, jest ono „bliskie apostolskim początkom” chrześcijaństwa. Przez wieki prawie nie dokonywano w nim zmian ani reform, więc liturgię sprawuje się w nim według antycznych, pochodzących z pierwszych wieków chrześcijaństwa rytów i posługuje się w niej równie antycznymi językami. W kościele syryjskim językiem liturgii jest na przykład aramejski, czyli język, którym na co dzień rozmawiał z apostołami Jezus"’. Przyglądając się z bliska ich obrzędowości, jakby żywcem przeniesionej w nasze czasy wprost z pierwszych wieków chrześcijaństwa, można mieć wrażenie, jakby się cofnęło w czasie i uczestniczyło w życiu Kościoła takim, jakim było ono u swoich początków. Spotkanie z kościołami wschodnimi jest więc w pewnym sensie podróżą w czasie do źródeł dzisiejszego chrześcijaństwa. Niewielki kościółek św. Marka, należący do ortodoksyjnej wspólnoty Syryjczyków, jest z kolei bardzo interesujący przez to, że jest kojarzony z ważnymi wydarzeniami biblijnymi. Na jednej z jego wewnętrznych ścian, na wysokości około metra nad podłogą, znajduje się chroniona szklaną szybą, wyryta w kamieniu inskrypcja w języku aramejskim pochodząca z VI wieku naszej ery. Obok niej, w ramce, umieszczone jest jej angielskie tłumaczenie, głoszące: „To jest dom Marii, matki Jana, zwanego Markiem. Poświęcony jako kościół pod wezwaniem Dziewicy Marii, matki Boga, po wstąpieniu naszego Pana Jezusa Chrystusa do nieba. Odnowiony po zburzeniu Jerozolimy przez Tytusa w roku AD 73”. Starożytna inskrypcja odnaleziona została na ścianie kościoła dopiero w roku 1940, ale datowana jest na VI-VII wiek naszej ery, a sam kościół być może sięga swoimi początkami jeszcze głębiej w przeszłość. Są dowody, że istniał i był nawiedzany przez pielgrzymów już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, w tekście staram się dotykać kwestii czysto religijnych tylko o tyle, o ile wiążą się one bezpośrednio z tematem lokalizacji chrześcijańskich pamiątek w Jerozolimie. Za oczywisty przyjmuję tutaj pogląd, podzielany dziś przez większość poważnych naukowców, o niewątpliwej historyczności osoby Jezusa, natomiast nie ustosunkowuję się w żadnym stopniu do kwestii religijnych związanych z jego osobą. 136 Marek Suchar jak zaświadcza o tym między innymi słynny Pielgrzym z Bordeaux, którego relacja z podróży do Ziemi Świętej w roku 333 n.e. jest jedną z najstarszych dochowanych do naszych czasów. Wierni kościoła syryjskiego przekonują, że znajdująca się dziś w podziemiach kościoła św, Marka kamienna sala, jest pomieszczeniem, które najpierw posłużyło Jezusowi i apostołom za miejsce Ostatniej Wieczerzy, a następnie było wspominanym w dziejach Apostolskich miejscem, gdzie gromadzili się pierwsi jerozolimscy chrześcijanie. Jest to niewielkie pomieszczenie o nieregularnym kształcie, nisko sklepione, na którego jednej ze ścian urządzony jest ołtarz. Jakkolwiek w ewangeliach określane było konsekwentnie jako „sala na górze”, to tutaj znajduje się w podziemiach kościoła. Według Syryjczyków jest to jednak właśnie dodatkowym dowodem jego autentyczności. Wiadomo bowiem, że wciągu dwóch tysięcy lat poziom gruntu w wielokrotnie burzonym i odbudowywanym mieście podniósł się o co najmniej kilkanaście metrów. Dawna „sala na piętrze” musiała więc dziś znaleźć się pod ziemią. Na ile wiarygodna może być dla nas informacja o tym, że w podziemiach syryjskiego klasztoru rzeczywiście znajdują się pozostałości „domu Marii, matki św. Marka”, czyli budynku pochodzącego sprzed dwóch tysięcy lat? A jeśli nawet tak, to czy to możliwe, żeby były one pamiątką po miejscu „Ostatniej Wieczerzy”, albo opisanym w Dziejach Apostolskich budynku, w którym zbierali się i modlili się pierwsi jerozolimscy judeochrześcijanie, i w którym apostoł Piotr schronił się po swojej ucieczce z więzienia, do którego trafił głosząc nauki w Świątyni Jerozolimskiej? Nasuwa się też nieodparcie inne pytanie. Dlaczego jeśli istnieją choćby tylko poszlaki wskazujące na taką możliwość, chrześcijańscy pielgrzymi nawiedzają dziś jako Wieczernik nie to miejsce, ale gotycką salę na piętrze budynku znajdującego się na chrześcijańskim Syjonie? I dlaczego temat jest tak konsekwentnie przemilczany, można by powiedzieć wręcz ukrywany, przed pielgrzymami i turystami? Wystarczy tylko wspomnieć, że o możliwej lokalizacji Wieczernika w kościele św. Marka nie wspomina właściwie żaden z przewodników po Jerozolimie, których pokaźną kolekcją dysponuję. Jakie mogą być przyczyny tej swoistej „zmowy milczenia” wokół „syryjskiego wieczernika”? Zacząć trzeba od tego, że tłumnie nawiedzane przez pielgrzymów, znajdujące się na tak zwanym chrześcijańskim Syjonie, pomieszczenie, określane w przewodnikach turystycznych jako „Wieczernik”, oczywiście nie jest „tym Wieczernikiem”. To tylko zbudowana w średniowieczu, według tradycji franciszkańskiej w miejscu, w którym kiedyś znajdował się Wieczernik, sala mająca go upamiętniać czy też symbolizować. Symbolikę tę ma podkreślać umiejscowienie pomieszczenia na piętrze gotyckiego budynku, jako że w ewangeliach konsekwentnie określa się ją jako „salę na górze”. Argumenty przemawiające za autentycznością miejsca, w którym znajduje się dzisiejszy „Wieczernik”, zarówno historyczne, jak i archeologiczne, mają jednak charakter spekulatywny i nie dla wszystkich są przekonujące. Tradycja lokowania Wieczernika na Syjonie jest historycznie dość świeża, jak na jerozolimskie stosunki. Nic nam nie wiadomo, żeby miejsce to było otaczane kultem przez pierwsze pokolenia chrześcijan, wśród których pamięć dokładnej lokalizacji zdarzeń ewangelijnych mogła być jeszcze dość świeża. Syjoński „Wieczernik” włączony został przez franciszkanów do ich listy obejmującej najważniejsze chrześcijańskie pamiątki w Jerozolimie dopiero dwanaście wieków po wydarzeniach opisanych w ewangeliach. Zresztą nie był to jedyny przypadek takiego arbitralnego rozstrzygnięcia. Przybywszy do Ziemi Świętej i otrzymawszy status strażników (kustoszy) miejsc świętych. Franciszkanie stopniowo budowali na użytek pielgrzymów pewien całościowy Dwa wieczerniki 137 koncept jerozolimskich miejsc świętych, a nawet kolejności ich oglądania, którą określa się specjalnym łacińskim terminem sanctus circuitus. Franciszkanie w naturalny sposób włączali do programu pielgrzymek te miejsca, nad którymi sami sprawowali kontrolę. Wyjaśniając nieobecność syryjskiej wersji dotyczącej lokalizacji wieczernika w przewodnikach turystycznych, nie lekceważyłbym też roli olbrzymiej liczebnej dysproporcji między gospodarzami tych dwóch hipotetycznych wieczerników, o których tu mowa. Wyznawców Syryjskiego Kościoła Ortodoksyjnego jest dziś na świecie ponad dwieście razy mniej niż rzymskich katolików. Dla zweryfikowania lokalizacji opisanych w Ewangeliach zdarzeń logiczne wydaje się sięgnięcie do jedynego źródła historycznego, jakim w tym przypadku dysponujemy, a mianowicie do samych Ewangelii i przeanalizowanie ich z jednoczesnym odwołaniem się do wiedzy o realiach życia w żydowskiej Palestynie za czasów Jezusa’’. Z Ewangelii dowiadujemy się więc, że w przeddzień święta Paschy, wybierając się rankiem z apostołami z Betanii położonej na grzbiecie Góry Oliwnej do Świątyni Jerozolimskiej, Jezus wysłał przodem dwóch spośród swoich uczniów, polecając im przygotować miejsce na uroczysty, wspólny wieczorny posiłek. Scena ta opisana jest szczegółowo i niemal identycznie w trzech tak zwanych ewangeliach synoptycznych, czyli u Marka, Mateusza i Łukasza. Przedstawiają oni plastyczny obraz ostatnich kilku dni z życia Jezusa, z tym, że skupiają się przy tym przede wszystkim na teologicznych aspektach opisywanych zdarzeń. Dlatego wiele szczegółów ich przebiegu, nieistotnych z teologicznego punktu widzenia, po prostu pomijają, pozostawiając je ewentualnie pobożnej wyobraźni i domyślności czytelników. Zdumiewać musi więc to, że w opisie przygotowań do Ostatniej Wieczerzy wspomniani trzej ewangeliści podają liczne szczegóły, co więcej, szczegóły na pierwszy rzut oka banalne i nieistotne, zupełnie nieadekwatne do rangi głównych opisywanych przez nich wydarzeń o nieporównywalnym stopniu dramatyzmu - aresztowania Jezusa, tortur i jego niewyobrażalnie okrutnej śmierci w wyniku ukrzyżowania. W zestawieniu z doniosłością i wagą tych wydarzeń, drobne i banalne szczegóły dotyczące kolacji, nawet jeśli miała to być kolacja uroczysta czy pożegnalna, mogą wydawać się po prostu „nie na miejscu”. Jeśli jednak uznamy, że każde, nawet pojedyncze, słowo przekazane przez ewangelistów miało dla nich znaczenie, to musimy sobie zadać pytanie, co takiego chcieli nam przekazać w tym konkretnym fragmencie? Jak mamy zrozumieć opowieść o tym, że uczniowie mieli się rozglądać za mężczyzną niosącym dzban z wodą, a ten miał ich doprowadzić do nieznanego im właściciela domu, któremu z kolei mieli przekazać wiadomość, że Nauczyciel (którego z kolei najwidoczniej nie musieli mu bliżej przedstawiać) chce zjeść z grupą uczniów wieczorny posiłek w jego domu? Zwróćmy przy tym uwagę, że prośba o udzielenie kilkunastoosobowej grupie gościny w sytuacji, kiedy z powodu zbliżającego się święta Paschy miasto dosłownie pękało w szwach^’, nie była małą prośbą. I jeszcze ta wiadomość, że kolacja ma się odbyć koniecznie w sali na piętrze. Dlaczego wciąż jest mowa o tym, na którym piętrze miała się odbyć kolacja? ’ Odwołuję się tu do tekstów Nowego Testamentu staram się postępować zgodnie z podejściem w nauce, które tekstom wczesnochrześcijańskim, takim jak Ewangelie i Dzieje Apostolskie przyznaje status źródeł historycznych na zasadach ogólnie przyjętych, takich jak wszystkim innym źródłom z epoki, bez wchodzenia w ich aspekty religijne (np. kwestie nadprzyrodzonego charakteru). * Święto Paschy było jednym ze „świąt pielgrzymkowych”, w czasie których wyznawcy judaizmu pielgrzymowali do Świątyni Jerozolimskiej. Do miasta wg historyków mogło wtedy przybywać od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy pielgrzymów. 138 Marek Suchar Lokalizacja Wieczernika nie została w żadnym miejscu w Ewangeliach konkretnie wskazana. Zresztą nawet gdyby podane w nich były jakieś szczegółowe wskazówki topograficzne, to i tak zapewne dziś okazałyby się nieprzydatne. Pamiętajmy, że stosunkowo niewiele lat po opisywanych tu zdarzeniach Jerozolima została doszczętnie zniszczona przez Rzymian, a i później była wielokrotnie na przemian burzona, odbudowywana i przebudowywana. Może zatem wskazówek odnośnie lokalizacji Wieczernika trzeba poszukać według innego klucza? Zastanówmy się. Ze zgodnej relacji ewangelistów Mateusza, Łukasza i Marka wynika, że Jezus polecił uczniom szukać mężczyzny niosącego do domu wodę zaczerpniętą ze źródła. Gdzie najłatwiej spotkać taką osobę? Oczywiście w pobliżu miejsca czerpania wody. Po drodze z Betanii na Wzgórze Świątynne znajdowało się tylko jedno takie miejsce: to sadzawka Siloe, do której wydrążonymi w skale kanałami spływała woda z jedynego w tej okolicy źródła Gichon. Zaopatrywali się w niej mieszkańcy najbliżej leżących dzielnic, nazywanych Dolnym i Górnym Miastem. Wynikać z tego może tylko jeden wniosek: budynek, w którym odbyć się miała Ostatnia Wieczerza, znajdował się w Górnym albo Dolnym Mieście. Sadzawka Siloe istnieje w Jerozolimie do dzisiaj. Nietrudno było ją znaleźć wówczas, a i obecnie także łatwo do niej trafić, bo niezależnie od upływu czasu wciąż znajduje się w tym samym miejscu. To właśnie z tego powodu źródła, rzeki, szczyty skalne i jaskinie, jako najbardziej naturalne, trwałe i czytelne punkty orientacyjne w Ziemi Świętej tak często wspomina się w Biblii. Dzięki odkryciom archeologów wiemy też dziś, że Dolne Miasto, zamieszkane przez uboższą część ludności, znajdowało się w przybliżeniu w miejscu dzisiejszej arabskiej dzielnicy Silwan, natomiast zamożniejsze Górne Miasto, gdzie ulokowane były rezydencje wyższych urzędników i kapłanów, obejmowało dzisiejszy teren Kwartału Ormiańskiego, Żydowskiego i południowej części Chrześcijańskiego (gdzie znajduje się kościół św. Marka), a także miejsce nazywane Syjonem Chrześcijańskim (gdzie znajduje się dziś sala „Wieczernika”. Jak widać na razie nie pozwala nam to wykluczyć żadnej z dwóch rozważanych tu lokalizacji. Co jeszcze mówią nam Ewangeliści? Mówią, że Jezus polecił uczniom szukać mężczyzny niosącego wodę po to, żeby zaprowadził ich on do swojego domu. Po co te komplikacje? Czemu Jezus po prostu nie podał uczniom imienia właściciela domu, do którego ich posyłał, albo nie kazał im o niego rozpytywać wśród sąsiadów? Konieczne jest w tym miejscu wyjaśnienie odnoszące się do realiów życia w ówczesnej Palestynie. Otóż przynoszenie wody ze studni było wówczas zajęciem kobiecym. Widok mężczyzny niosącego dzban wody na ramieniu musiał być w mieście rzadkością, podobnie jak na przykład widok mężczyzny robiącego przy sadzawce pranie. Te prace były uważane za wyłącznie lub typowo kobiece. Obowiązek zaopatrywania domu w wodę mógł przypaść mężczyźnie właściwie tylko wtedy, gdy w domu zabrakło kobiety, lub kiedy była niezdolna do dźwigania ciężarów z powodu choroby. Jedna z tych okoliczności musiała dotyczyć domu, do którego Jezus posyłał swoich uczniów, ale zauważmy, że znajomość takich szczegółów dotyczących jakiejś rodziny wymaga bardzo bliskiej z nią znajomości. Jezus musiał więc dobrze znać dom, do którego wysyłał uczniów. Za to sami apostołowie ludzi tych z pewnością nie znali. W innym wypadku wystarczyłoby po prostu podać im imię właściciela domu, który mieli odnaleźć. Co więcej, z jakiegoś powodu Jezus również nie chciał, by uczniowie rozpytywali o tę osobę wśród jej sąsiadów. Zwróćmy też uwagę, że Jezus chce, żeby posłańcy przekazali gospodarzowi, że wysyła ich „Nauczyciel”. Słowo ma wystarczyć za wyjaśnienie, o kogo chodzi. Posłani przez Jezusa uczniowie dobrze Dwa wieczerniki 139 Gotycka sala nazywana Wieczernikiem o każdej porze pełna jest zwiedzających Sała w podziemiach kościoła łw. Marka, wg syryjskiej tradygi miejsce spotkań pierwszych jerozołimskich chrześcijan 140 Marek Suchar Brama wgściowa na teren klasztoru s'w. Marka Prezbiterium w kościele św. Marka Aramqska inskrypcja zVI wne, informująca, że znajdujemy sif w domu Marii, matki Jana zwanego Markiem Dwa wieczerniki 141 wiedzieli, kto jest ich Nauczycielem. Okazuje się, że musiał to również dobrze wiedzieć ich rozmówca. Prawdopodobnie i dla niego Jezus był - jego - Nauczycielem. Wszystko to razem może wskazywać, że Jezus wysłał uczniów do jednego ze swych potajemnych wyznawców, kogoś, kto ze swym poparciem dla Jezusa dotąd się ukrywał. Jezus mówi też uczniom, aby poprosili właściciela domu o użyczenie „sali na górze”. Pytaliśmy już wcześniej, dlaczego to takie ważne, że sala ma być „na górze”, a nie „na dole”? Dlaczego ten fakt jest w ogóle warty wspomnienia? Otóż po pierwsze, trzeba powiedzieć, że użyte w greckim tekście Ewangelii określenie anagaion oznacza przede wszystkim po prostu jadalnię. Takie jadalnie w zhellenizowanych (przejmujących grecko-rzymskie zwyczaje) żydowskich zamożniejszych domach mieściły się na piętrze, ówcześnie w Jerozolimie jadano dwa posiłki w ciągu dnia. O ile poranny posiłek jadało się na parterze, czyli w gospodarczej części domu, często osobno i w pośpiechu, przed przystąpieniem do wykonywania codziennych obowiązków, to do wieczerzy zasiadało się wspólnie, w jadalni znajdującej się na piętrze domu, z dala od zwierząt domowych i służby wykonującej rozmaite prace gospodarskie. Nawet w zwykły dzień wieczorny posiłek miał bardziej uroczysty charakter niż ten poranny. Wspomniane w Ewangeliach pomieszczenie nazywane anagaion to zatem właśnie taka jadalnia przeznaczona specjalnie do spożywania kolacji. Tego typu jadalnie istniały oczywiście tylko w domach, które miały więcej niż jedną kondygnację, a więc nie były to jakieś proste chaty łub małe kamienne domki, ale bardziej okazałe domostwa, należące do osób zamożniejszych. Mamy więc kolejną wskazówkę. Dom, który mieli odnaleźć uczniowie, należał do osoby zamożnej, być może jakiegoś wysoko postawionego mieszkańca Jerozolimy. Dodatkowo możemy raczej mieć pewność, że właścicielką tego budynku nie mogła być znana dobrze apostołom Maria, matka Jana zwanego Markiem. Podsumujmy więc nasze ustalenia. Po pierwsze, mamy przesłanki by sądzić, że Wieczernik mieścił się na terenie Górnego Miasta. Po drugie, raczej na pewno nie znajdował się w budynku należącym do Marii, matki Jana zwanego Markiem. Nie możemy za to wykluczyć, że mógł mieścić się w miejscu, w którym dzisiaj upamiętnia go tłumnie odwiedzana przez pielgrzymów i turystów gotycka sala zwana wedle tradycji „Wieczernikiem”. Pozostaje pytanie, czy choć sala w syryjskich podziemiach raczej na pewno nie była Wieczernikiem, to czy w takim razie mogła być chociaż, zgodnie ze słowami znajdującej się w nim antycznej aramejskiej inskrypcji, miejscem spotkań pierwszych chrześcijan, w którym schronił się apostoł Piotr po ucieczce z jerozolimskiego więzienia? Otóż warto wiedzieć, że w greckiej wersji Nowego Testamentu w ogóle nie pojawia się nazwa „wieczernik”. W kilku miejscach pojawiają się określenia „sala na piętrze”, lub „”sala na górze”, a więc dwa różne terminy o podobnym znaczeniu. Jednego z nich (anagaion) ewangeliści używają, gdy piszą o sali, w której miała miejsce Ostatnia Wieczerza, innego (hi-peroon), gdy piszą o sali, w której apostołowie gromadzili się po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa. Choć nigdzie nie jest wyraźnie powiedziane, że chodziło o różne miejsca (budynki), to użycie w odniesieniu do każdego z nich różnych określeń może coś takiego sugerować. Mimo to tradycja uważała zawsze Wieczernik zarówno za miejsce Ostatniej Wieczerzy, schronienia apostołów zaraz po ukrzyżowaniu Jezusa i zesłania na nich Ducha Świętego, wskazując je również jako miejsce gromadzenia się pierwszych chrześcijan. Co do Wieczernika, to ustaliliśmy już, że znajdował się on w domu należącym do potajemnego wyznawcy nauk Jezusa, 142 Marek Suchar prawdopodobnie członka jerozolimskiej elity. Czy jest prawdopodobne, że ktoś, kto najprawdopodobniej na zasadzie wyjątku i w konspiracji, przyjął kilkunastu niespodziewanych gości na kolację (wiadomo, że po tej kolacji nie zostali oni u niego, tylko poszli nocować do Groty Getsemani w Ogrodzie Oliwnym), nagle zaczął później w swojej prywatnej rezydencji udzielać gościny szybko rosnącemu liczebnie gronu pierwszych chrześcijan? O wiele bardziej prawdopodobne byłoby, gdyby na swą siedzibę apostołowie, a później także pierwsi chrześcijanie, wybrali dom kogoś blisko z nimi zaprzyjaźnionego, na przykład matki jednego z uczniów Jezusa, która już wcześniej udzielała im gościny w Grocie Gethse-mani znajdującej się w należącym do niej ogrodzie u stóp Góry Oliwnej. Jezus i apostołowie nierzadko nocowali w tym miejscu, jeśli ich pobyt w Jerozolimie się przedłużył i było już za późno, żeby wracać na nocleg do ich stałej kwatery w Betanii. Tak właśnie było i w noc aresztowania Jezusa. Tym bardziej, że Maria, o której tu mówimy, najprawdopodobniej również sam należała do grupy kobiet-wyznawczyń Jezusa, a później do grona pierwszych chrześcijan. Była przecież matką przyszłego ewangelisty Marka, o którym wiemy, że apostoł Piotr uważał go za swego przybranego syna i ucznia. Oboje musieli więc być bardzo blisko z apostołami związani. Bardzo prawdopodobne jest, że to u nich w domu, jako u najbliższych sobie ludzi. Piotr szukał schronienia po swej ucieczce z więzienia. Wszystko to wydaje się być całkiem mocnym argumentem potwierdzającym prawdziwość aramejskiej inskrypcji z syryjskiego kościoła św. Marka i przemawiającym za lokalizacją w nim miejsca spotkań jerozolimskiej gminy judeochrześcijańskiej (pierwszego jerozolimskiego kościoła?). Próbując ustalić lokalizację ważnych dla chrześcijan „świętych miejsc” znajdujących się w Jerozolimie, przeprowadziliśmy tu dość skomplikowany i długi wywód. Udało nam się nawet przy okazji dojść do interesujących ustaleń dotyczących w pewnym sensie życia pierwszej jerozolimskiej gminy chrześcijańskiej. Wszystko to sprawy niewątpliwie ciekawe i z wielu punktów widzenia ważne, ale kiedy się nimi zajmuję, pojawia się we mnie czasami wątpliwość, czy istotnie dla przybywających do Jerozolimy pielgrzymów i turystów są to sprawy najważniejsze? Może istota duchowych przeżyć pielgrzymujących do Świętego Miasta nie zależy od drobiazgowych topograficznych ustaleń archeologów? Może znacznie lepiej oddają ją słowa pięk-nego błogosławieństwa skierowanego przez syryjskiego biskupa Sewerusa Malke Mourada do pielgrzymów i turystów odwiedzających Jerozolimę: „Oby wszystkie wasze modlitwy zostały tu wysłuchane i oby każdy dostąpił tu duchowej pociechy i spełnienia, jakiego poszukuje.” Noatki słów i obrazów (22) 143 Krzysztof Czyżewski NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW (22) LUDZIE-KWIATY SRI LANKI 17 lutego 2024 roku Nie szczędziliście nam z Małgosią dobrego słowa. Pomyślałem, że podziękujemy kwiatami, od których tutaj, na cejlońskim wybrzeżu Oceanu Indyjskiego, aż się niebo i ziemia uginają. Przynajmniej tym z Was, którzy coś do nas napisali. Co rusz to więc wychodziłem do ogrodu naszego małego aśramu, a potem głębiej do dżungli, i zbierałem do aparatu fotograficznego napełnione światłem kwiaty. Czasem trafiał się liść, który za chwilę gasł i już więcej go nie było; czasem krążące w otulinie kwiatów motyle, kameleon, zimorodek, paw...Nazbierałem sto, potem dwieście, potem trzysta. I chyba żaden się nie powtarzał. Lecz głosów od Was przybywało. Zacząłem się martwić, że więcej nie znajdę. Opowiedziałem przyjaciołom o swojej trosce. Przez sąsiednią wioskę położoną na skraju dżungli poszła wieść o człowieku, któremu na Sri Lance może zabraknąć kwiatów, by podziękować innym za otrzymane dobro. Zaczęli mnie zapraszać do swoich domów i ogrodów, naprowadzać na kwiaty, których mogłem jeszcze nie widzieć, wspinać się na drzewa by dosięgnąć te niedostrzegalne, wychodzić mi na spotkanie z kwiatami, przynosić w darze bukiety i koszyki 144 Krzysztof Czyżewski kwiatów. Udało się nazbierać tyle, by odpowiedzieć każdemu z Was. Niepostrzeżenie odrywaliśmy się od problemów pogranicza syngalesko-tamilskiego, od chorób i wieści o wojnach, i zaczynaliśmy uważnie rozglądać się wokoło, połączeni z innymi poszukiwaniem kwiatów i obdarzaniem się nimi, wspólną medytacją odwzajemnionego daru. ODSZEDŁ JERZY JARZĘBSKI 26 lutego 2024 rok Odszedł Jerzy Jarzębski. Ukruszyło się kolejne ogniwo krakowskiej krytycznoliterackiej tradycji, w której się wychowałem: Wyka-Błoński--Jarzębski. Od dobrych kilku lat moje spotkania z Jerzym kończyły się delikatnym napomknieniem z jego strony, że może to już po raz ostatni. Nie dramatyzował, jego twarz dalej pozostawała świetlista, jak przy pierwszym spotkaniu. Jakby chciał uśmierzyć cios spadającejna bliskich wieści o tym, że jego już tu nie ma. Choć cenił w życiu i literaturze „odwagę niepewności”, w kwestii swojego rychłego odejścia nie miał wątpliwości. Na studiach polonistycznych przeczytałem „Grę w Gombrowi- cza”. I już nie przestałem go czytać. Od „Wszechświata Lema” po przypisy do Schulza, czyli „Prowincję Centrum”. Nie tyle interesowały mnie krytyczne analizy polskiej prozy współczesnej, zawsze błyskotliwe, ile filozofia egzystencji, którą potrafił ze swoich lektur wyprowadzić. Daleki od moralizowania, nie bał się schodzić ku temu, co „głęboko moralne”, a to oznaczało -za mistrzem Schulzem -wkraczanie w całkowicie nieprzewidziane, wchodzenie „bez żadnej asekuracji w absolutne ryzyko”. Dopiero wtedy nabierały wiarygodności rozważania wokół „ja”, które powinno być poddawane w wątpliwość, wciąż na nowo wysadzane z siodła. Jego Gombrowicz, wbrew powszechnym mniemaniom, nie wynosi „ja” ponad wszystko, lecz wystawia je na próbę niepewności i samozaprzeczenia. Uważnie czytając, potrafił doskonale antycypować zmiany w świecie. Trudno odmówić mu racji, gdy pisał, że czeka nas „kultura gotowych ‘ja, osobowości prefabrykowanych i narzucanych jednostkom przez politykę, ideologię, system reklamy. ‘Bądź sobą, pij pepsi!’ -to nieświadomie chyba ironiczne hasło jest doskonałym wyrazem procesu, w którym „ja” zawłaszczane jest przez wytwórców postaw i towarów”. Był „krytykiem miłującym”. Tak kiedyś, przy okazji Brunona Schulza, określił Jerzego Ficowskiego. W jego rozumieniu, chodzi tu o coś więcej, niż miłość do dzieła mistrza. „Krytyk miłujący” gotów jest poświęcić to, co dla niego jako twórcy jest najdroższe. W przypadku Jerzego Ficowskiego była to poezja. A w przypadku Jerzego Jarzębskiego? Świat, ten ludzki świat, zwany czasem jak na ironię „wielkim”, pełen sławy i splendoru, odsunął na bok, życie poświęcając wciąż nowym przypisom do Schulza, Gombrowicza i Lema. Uważny ich czytelnik odkryje wszechświat. Notatki słów i obrazów (22) 145 MONIKA HERCEG I EUROPEJSKI POETA WOLNOŚCI 19 marca 2024 roku To był dzień poezji, pracowity. Zapowiadała się burzliwa dyskusja wspólnie z Anną Cze-kanowicz, Andą Rottenberg, Beatą Stasińską, Olgą Tokarczuk, Zbigniewem Mikołejką i Stanisławem Rośkiem. Jedna z tych dyskusji o poezji i świecie, na które czeka się długo i z utęsknieniem, raz na dwa lata. Sześć znakomitych tomów poezji zwiększało tylko apetyt na rozmowę, ale też niepokój czy uda się na czas wybrać zwycięski. Na koniec zaskakująca bliskość myśli, zestrzelenie argumentów i niemal jednogłośny wybór - Europejską Poetką Wolności zostaje Monika Herceg z Zagrzebia, autorka tomu „Lovostaj” (Okres ochronny) w przekładzie Aleksandry Wojtaszek. Tom jest misternie skomponowany i trudno dać o nim wyobrażenie jednym wierszem. Może jednak choć trochę... MONIKA HERCEG Krótka przerwa na smutek Zobacz, wśród akuratnej śmierci odwracającej się na moment by pokazać podziwu godną figurę w bikini siedzi Szymborska posypana drobnym cukrem samotności i bada moje płuca ze strachu przed rakotwórczą poezją 146 Krzysztof Czyżewski ZABICI POECI 21 marca 2024 roku Myślę o zabijanych w ten czas marny poetkach i poetach. Nie dlatego, żeby byli bardziej godni uwagi od innych ofiar. Nie są. Ich jest tylko słowo, zapisywane w języku wspólnoty, wyrażające coś więcej niż oni sami, przenoszone w tłumaczeniu ku innym, współ--odczuwane, grające na nosie śmierci. Ich ostatni wiersz jest listem rzuconym w nurt rzeki z mostu na drugą stronę. Zwykle wie więcej od nich. Skrywa poświatę drugiego brzegu. Zamieszczony w maju 2023 roku na Facebooku wiersz Wiktorii Ameliny o kobiecie, której morze obiecuje przywrócić Azów. Powróciła z emigracji do Ukrainy by walczyć. Działa w organizacji dokumentującej zbrodnie wojenne. Za miesiąc z okładem rosyjski Iskander dosięgnie ją w pizzerii w Krematorsku podczas rozmowy z pisarzem z Kolumbii i innymi przyjaciółmi przybyłymi ze świata by wspierać ją w walce. Wrzucony na Twittera w październiku ubiegłego roku wiersz Hiby Abu Nada o Gazie, „czarnej światłem zamęczonych”. Po kilku dniach w jej domu zabił ją pocisk izraelski. Miała za sobą trzydzieści dwa lata i zaledwie jedną, za to nagradzaną, powieść „Tlen nie jest dla zmarłych”. 2 stycznia 2024 roku Lew Rubinstein zamieścił na Facebooku krótki, jak to miał w zwyczaju, „wierszyk”. Okaże się jego ostatnim. 8 stycznia poszedł na pocztę. Na przejściu dla pieszych uderzył go samochód. Ulica była prawie pusta. Przyjaciele nie dają wiary, że to był przypadek. Od lat manifestował przeciw Putinowi i wojnie. Pisał: „Życie jest krótkie, przyjacielu. Bądź cierpliwy. Nie ośmieszaj się, nie psuj swojego nekrologu. Nikt nie wymaga od ciebie bohaterskich czynów. Ale zawsze jest wybór”. Urodził się w 1947 roku. Dzień wcześniej na wojnie z Rosją zginął Maksym Krywcow, poeta i żołnierz. Miał trzydzieści trzy lata. Swój ostatni wiersz pisał w przyfrontowej ziemiance, z kotem Darwinem na ramieniu. Pisał spragniony wiosny, „żeby wreszcie zakwitnąć fiołkami”. Po śmierci słowa z tego wiersza dały nazwę nowej odmianie ukraińskich fiołków. WIKTORIA AMELINA *♦* kobieta zagubiona nad obcym morzem włosy potargane, adidasy zdeptane szepcze imię spierzchniętymi wargami tutejsi myślą: kobieta straciła mężczyznę ale ja słyszałam imię, które wypowiada to nie imię mężczyzny, to nie imię dziecka ona stoi nad morzem i woła morze Notatki słów i obrazów (22) 147 ale morze też myśli: kobieta straciła mężczyznę morze nie reaguje na imię nieznajome i dziwne tylko wyrzuca muszle i kamienie ostre tylko szepcze po swojemu, po morsku: kobieto, on jeszcze do ciebie wróci, twój Azów 14 maja 2023. Przełożyła Aneta Kamińska HIBA ABU NADA *** Gaza nocą jest ciemna blaskiem rakiet, cicha dźwiękiem bomb, straszna błogością modlitwy, czarna światłem zamęczonych. Dobrej nocy. Gazo. LEW RUBINSTEIN *♦* Czasy są takie, że nie dajesz rady wstać Ani leżeć ani siedzieć, krzyczeć czy przeklinać. Budzisz się w nocy, bo twoje łóżko tonie, a ty toniesz razem z nim 148 Krzysztof Czyżewski MAKSYM KRYWCOW *** Moja głowa toczy się od smugi drzew do smugi drzew jak przetoczypole lub piłka, moje ręce oderwane wyrosną fiołkami na wiosnę, moje nogi rozwłóczą psy oraz koty, moja krew zafarbuje świat na nowy czerwony Pan tonę ludzka krew, moje kości zapadną się w ziemię i utworzą szkielet, mój przestrzelony automat zardzewieje, biedaczek, moje rzeczy na zmianę i sprzęt przekażą nowym rekrutom, niech już szybciej będzie wiosna, żeby wreszcie zakwitnąć fiołkami. Przełożyła Aneta Kamińska MIRA HAVIAROVA 20 kwietnia 2024 roku Odeszła Mira Haviarova. Ubyło dużo miłości w świecie. Powiedzieć, że kochała kino albo Polskę, to powiedzieć dużo za mało. To kinu zdawało się, że Mira tylko je kocha, a Polsce, że bardziej ją kocha niż inne kraje. Dlatego, że właśnie tak kochała - najbardziej, ale bez wyjątku. Niby kroplę deszczu w morzu, rozpuściła miłość w życiu. I nie było już granicy, na której jej paszport nie miałby wizy wstępu. Notatki słów i obrazów (22) 149 Poznaliśmy się z dala od kina, w księstwie literatury, głodni nowej Europy Środkowej. Mówiła, że jest u siebie w domu w Pograniczu, swoich przyjaciół przywoziła tu w gości, bez zbędnych ceregieli zamieniając się w gospodynię. Potrafiła sprawić, że u niej w Pradze byłem u siebie, ale poczułby to samo przybysz z Marsa, gdyby tylko miał poczucie humoru. Rozbawiła mnie przeczytana gdzieś informacja, że Mira przeszła na emeryturę w 1979 roku. Równie dobrze mogli by napisać, że poleciała na Marsa. Gdybyśmy wszyscy tak przechodzili na emeryturę, jak ona, to zbudowalibyśmy wieżę dobra sięgającą nieba. Może zresztą taka już istnieje, a Mira - wspiąwszy się na jej koronę - zaraża śmiechem anioły. Bo co by tu nie powiedzieć. Miro, gdy tylko zaczynamy wspominać Ciebie, oczy zachodzą nam aniołami. Zawsze to potrafiłaś najlepiej: tak ubywać, by innym przybywało. IRENA KLEPFISZ 21 maja 2024 roku Do Krasnogrudy zawitała właśnie książka Ireny Klepfisz „Pomiędzy światami. Wybór wierszy i esejów”. Dzieło zespołu wspaniałych kobiet, do którego miałem zaszczyt dołączyć: redaktorki książki i tłumaczki Olgi Kubińskiej oraz czuwającej nad redakcją całości z ramienia wydawnictwa słowo/ obraz terytoria Alicji Smaruj, a także tłumaczek Justyny Bilik, Urszuli Chowaniec, Sylwii Chutnik, Bronisławy Karst, Katarzyny Kaszorek, Bożeny Keff, Pauliny Kruk, Agnieszki Legutko, Magdaleny Macińskiej, Izabeli Morskiej, Belli Szwarcman--Czarnoty i Karoliny Szymaniak. Od początku duszą tego przedsięwzięcia była Gabi von Seltmann. Do tego książkę zdobią detale z prac Judith Water-man, życiowej partnerki poetki. Pracowaliśmy nad książką dobrych kilka lat. I tak Irena Klepfisz powraca do Polski. Nigdy nie jest za późno. Późna pora człowieka sprawia, że poezja nabiera mocy, podobnie jak świadectwo życia. Urodzona w getcie warszawskim, odważnie patrzy światu w oczy. Świadoma Zagłady, cierpienia Pale- styńczyków, nierówności płci i wykluczenia innych. Świadoma, bo tak przeszła życie, walcząc. Kierowała się kompasem moralnym, o którym wiedziała przede wszystkim to, że jeśli będzie nastawiony na cierpienie tylko jednej strony, to szybko się popsuje, a razem z nim jej człowieczeństwo. Była wolontariuszką w kibucu Nir Oz, jednym z tych, które 7 października doświadczyły okrucieństwa Hamasu. I jest Żydówką, która nigdy nie uważała, że ta ziemia jej się należy, że jest jej domem do odzyskania. Wychowana została w tradycji 150 Krzysztof Czyżewski ćioikayt (tutejszość), kierującej się zasadą, że Żydzi mogą i powinni być pełnoprawnymi obywatelami każdego kraju. Swoją książkę Irena Klepfisz zadedykowała pamięci Mameszi, czyli Róży Perczykow--KJepfisz, której pierwszą miłością była literatura polska, i która do ostatnich dni przepowiadała sobie z pamięci strofy „Pana Tadeusza”. A teraz dzieło życia Ireny staje na półce naszej biblioteki. Mama Ireny „marzyła tylko o książkach / czekających na przeczytanie”. Czyż marzenie to nie jest duszą biblioteki? Dopóty żyje, dopóki czekają na nas książki nie-przeczytane. I dobrze jest złączyć się marzeniem z Mameszi. I dobrze jest, za sprawą magii wierszy, powrócić z Mameszi do domu, tego pierwszego, w którym ktoś z zewnątrz mógłby dostrzec głód, a o którym ona z naciskiem mówiła „radość”. W ten sposób powracają też słowa i nabierają znaczenia. Powraca do nas Irena Klepfisz, a razem z nią powracają słowa i utracone znaczenia. Od dnia, w którym ocalała, ocalająca każdego. Wacław Bielecki Muzyka ZAPISKI MELOMANA GDAŃSKIE DNI KLARNETU czwartek, 21 marca 2024 r. Gra Polski Zespól Basethomow^ pierws:^ z prawtj Andrzej Wojciechowski, fot. W Bielecki Koncert galowy kończący IV Międzynarodowy Festiwal „Gdańskie Dni Klarnetu i Saksofonu” odbył się zapełnionej wykonawcami i słuchaczami starej auli Akademii Muzycznej w Gdańsku w tzw. budynku czerwonym. Wystąpili na nim uczniowie, studenci, nauczyciele i wykładowcy oraz gwiazdy festiwalu. Najpierw usłyszeliśmy duże orkiestry. Jako pierwsza zagrała ponad 60-osobowa orkiestra klarnetowa złożona z uczniów szkół muzycznych I stopnia. Pod dyrekcją Barbary Pappelbaum-Kruczkowskiej najmłodsi instrumentaliści z radością wykonali rytmiczną Teguilf Chucka Rio. Ich starsi koledzy ze szkół średnich oraz studenci w nieco mniejszym, 50-osobowym zespole zagrali temat ze ścieżki dźwiękowej skomponowanej przez Ennio Morricone do filmu The Ecstasy of Goid. Orkiestrę prowadził Szymon Zawodny. Potem była zmiana nastroju, bo na estradzie pojawiło się pięciu profesorów, którzy zaprezentowali publiczności klasycystyczny Kwintet B-dur op. 56 nr 1 Franza Danziego składający się z czterech kontrastujących części. W tym utworze można było zobaczyć i usłyszeć różne rodzaje klarnetów: grający w najwyższych rejestrach klarnet Es, dwa typowe klarnety B, basethorn (większa, altowa odmiana klarnetu z zakręconą czarą dźwiękową) i największy klarnet basowy. Ostatnią część koncertu wypełniły utwory zagrane przez Baltic Clarinet Camerata, czyli studencką orkiestrę klarnetową w 13-osobowym składzie. Dyrygowali na zmianę 152 Wacław Bielecki profesorowie: Jan Jakub Bokun z Wrocławia (szef uznanego w świecie Festiwalu Klarnetowego „Clarimania”) i znany z występów w Sztumie i Waplewie - Andrzej Wojciechowski z Gdańska. Zespół wykonał siedem utworów w aranżacji na taką, nietypową orkiestrę. Były to: Vivaldi - Concerto RV548 w oryginale na skrzypce i obój, a tutaj na dwa klarnety (Dorota Boruch-Żołnacz i Blerim Emerllahu); Mozart -1 część serenady Etnę Kletne Nachtmusic, Rossini - LJtaertura do opery Cyrulik Sewilski; Szostakowicz - Taniec Chasydóur, Michele Mangani - Blues, Paul Saunders - Clarijunkationl; Davłd Burndrett - Daoes disco. Spośród wykonanych dzieł najbardziej spodobał mi się Blues Manganiego. Jest to żartobliwy mix wykorzystujący fragmenty Blfkitnq rapsodii i Amerykanina uf Paryżu Gershwina w którym solo na klarnecie wykonał prof. Roman Widaszek z Katowic. Była to pyszna interpretacja, typowo jazzowa ze swingiem, zagrana finezyjnie i dowcipnie. Po występie pogratulowałem prof. Andrzejowi Wojciechowskiemu występu w nietypowej dla niego roli dyrygenta i zapytałem: - Jak się Panu dyrygowało? Odpowiedział z uśmiechem: - Dobrze, bo w przeciwieństwie do klarnecisty, jak się dyrygent pomyli, to tego nie słychać. WIOSNA W SOPOCKIEJ FILHARMONII piątek, 22 marca 2024 r. ^y^^^^ Szymon Morus prezentuje orkiestry po wykonaniu koncertu, fot. W. Bielecki Na początku tego roku nastąpiła zmiana na stanowisku dyrektora i dyrygenta Polskiej Orkiestry Kameralnej w Sopocie. Prawie czterdzieści dwa lat tę funkcję pełnił maestro Wojciech Rajski, który w styczniu przekazał batutę Szymonowi Morusowi - swojemu uczniowi z klasy dyrygentury w Akademii Muzycznej w Gdańsku, doktorowi sztuk muzycznych, który od sezonu 2021 /2022 piastuje także stanowisko dyrygenta gościnnego Filharmonii Sinfonia Baltica w Słupsku. Koncert nosił tytuł „W poszukiwaniu wiosny”. W programie zaproponowano słuchaczom wysłuchanie kilku utworów jakoś związanych z tym tematem. Wieczór zaczął się spokojną i marzycielską muzyką z drugiej części znanej Serenady na smyczki Edwarda Zapiski melomana 153 Elgara. Następnie sopoccy kameraliści zagrali skoczny Taniec wiejski z poematu symfonicznego Harvey’a Hope oraz spokojną miniaturę Maxa Richtera O naturze światła dziennego. Wszystko to miało na celu przygotowanie odpowiedniego nastroju do głównego wydarzenia wieczoru, jakim był występ gitarzysty klasycznego Mateusza Kowalskiego, znanego nam z recitali w Sztumie i Waplewie. W Sopocie zagrał utwór skomponowany przez angielskiego wirtuoza gitary, szczególnie barokowej, Harvey’a Hope’a na gitarę z orkiestrą smyczkową pod nazwą Madrugada (hiszp. Wczesny poranek), składający się z trzech części: 1. Danza de łos Sueńos (Taniec marzeń), 2. Amanecer (Wschód słońca), 3. Mercado de ła Mańana (Targporanny). Madrugada, celowo nawiązuje do słynnego Concierto de Aranjuez, koncertu na gitarę Joaquina Rodrigo i - jak to usłyszeliśmy od prowadzącego koncert Krzysztofa Dąbrowskiego - skomponowana jest nieco z przymrużeniem oka. To muzyczny dowcip w hiszpańskim stylu, pomyślany jako żartobliwa alternatywa dla mocno już ogranego koncertu Rodriga zwanego przez Anglików... „orange juice”, czyli coś, co jest codziennie. Rzeczywiście, od pierwszych taktów słychać wyraźne nawiązania do koncertu Rodriga z charakterystycznym pobrzmiewaniem melodii i rytmów w stylu flamenco. Po świetnym zagraniu Madrugady Mateusz Kowalski uraczył słuchaczy finezyjnym i brawurowym zarazem wykonaniem Tanga en Skat z repertuaru francuskiego gitarzysty Rolanda Dyensa. W czasie przerwy udało mi się porozmawiać z solistą. Dowiedziałem się, że w dalszym ciągu pracuje jako asystent na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie, gdzie uczy kilkunastu studentów gry na gitarze. Bardzo dużo koncertuje. Zaczął pisać pracę doktorską na temat wykonania na gitarze Koncertu f-mołł Chopina. Ten temat jest mu bardzo dobrze znany, bo w sierpniu ubiegłego roku zagrał ów koncert w aranżacji Jerzego Koeniga w Filharmonii Narodowej w Warszawie podczas „Festiwalu Chopin i jego Europa” z towarzyszeniem {oh!}, czyli Orkiestry Historycznej pod dyrekcją Martyny Pastuszki, co osobiście widziałem i słyszałem podczas transmisji internetowej. Po antrakcie usłyszeliśmy dwa utwory na orkiestrę smyczkową. Pierwszym była kompozycja Macieja Zakrzewski zatytułowana Air de cour for string orchestra. Jest to swoisty hołd muzyczny złożony J. S. Bachowi, w którym młody gdański kompozytor i organista (dwukrotnie grał w Sztumie) cytuje i przetwarza słynną bachowską Sarabandf z V Suity wiołonczełowej BWV 1011. Utwór ten został ciepło przyjęty na początku tego miesiąca w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Koncert zakończył się dziełem Wiosna wAppałach Amerykanina Arona Coplanda uważanego za prekursora muzyki współczesnej. Do jego wykonania dołączyło do smyczków kilka instrumentów dętych drewnianych (flet, klarnet, fagot) oraz fortepian. Tutaj ciekawostka. Copland był początkowo awangardzistą, ale później zmienił się, bo jak sam wyznał: - Uświadomiłem sobie, że nam kompozytorom grozi niebezpieczeństwo działania w próżni. Nie miało sensu ignorowanie słuchaczy i nadał pisanie tak. Jakby nie istnieli. Skojarzyła mi się Wiosna wAppałach z muzyką filmową. Jest to dość zróżnicowane dzieło, gdy idzie o prezentowane nastroje i konwencjonalne w wykorzystaniu klasycznych środków kompozytorskich. Ten utwór, jak i poprzednie, został bardzo dobrze przyjęty przez publiczność szczelnie wypełniającą ciasna salę koncertową przy Operze Leśnej. 154 Wacław Bielecki PIEŚNIĄ I TAŃCEM POWITALI WIOSNĘ „POWIŚLANIE” W KWIDZYNIE sobota, 23 marca 2024 r. Szefowa ZPiTPowidle - Ewa Jamrozek tizifkuje uykonawcom i publiczności, fot. W. Bielecki Wiosenny koncert Zespołu Pieśni i Tańca „Powiśle” z Kwidzyna odbył się w sali miejskiego kinoteatru. Widzowie zobaczyli prawie trzydzieści tańców i pieśni z różnych regionów naszego kraju: Dolnego Powiśla, łowickiego, krakowskiego i dziecięce zabawy taneczne z lubelskiego. Dwa lata temu „Powiślanie” obchodzili 60-lecie swojego istnienia. Wtedy zaprezentowali się w ponad dwugodzinnym koncercie, który został nagrany i można go oglądać na YT. Przez przypadek odkryłem to nagranie, co spowodowało, że chętnie pojechałem do Kwidzyna aby obejrzeć śpiewaków i tancerzy na żywo. Zespołowi przewodzi od wielu lat choreografka Ewa Jamrozek. Zgromadziła ona wokół siebie sporą grupę osób zainteresowanych kulturą ludową i tradycyjnymi tańcami polskimi. W tym dużym, ponad 60-oso-bowym zespole tańczą i śpiewają cztery grupy wiekowe: maluchy, dzieci, młodzież, seniorzy oraz kapela w składzie: 3 akordeony, 2 skrzypce, 2 klarnety, na czele z akordeonistą Januszem Ketzem. W relacjonowanym tutaj koncercie wiosennym nie zauważyłem seniorów. Celem zespołu jest, m.in. „kultywowanie i ochrona od zapomnienia zwyczajów, pieśni, tańców pięknego polskiego folkloru, w szczególności całego regionu Dolnego Powiśla”. Tancerze i śpiewacy ubrani w barwne stroje ludowe wykonali na bardzo dobrym poziomie pomysłowe układy taneczne, ciekawie opracowane, dynamiczne i zmienne. Niektóre pieśni powstały współcześnie, na przykład, na rozpoczęcie koncertu usłyszeliśmy poloneza zaczynającego się od słów: - Hej, tu na Dolnym Powiślu, dzielnych ludzi mieszka wiara,/ tęgich mamy gospodarzy piękna nasza ziemia cala, a w trakcie występu żartobliwą piosnkę: - W^tym nas2ym Kwidzynie stf ładne dziewuchy. W czasie koncertu widzowie mogli się napatrzeć i nasłuchać wszystkich narodowych tańców polskich: poloneza, kujawiaka, oberka, mazura, krakowiaka oraz walczyków i polek. Zapiski melomana 155 Wśród wielu innych usłyszałem śliczną i rzewną piosneczkę U^ moim ogródeczku oraz kilka utworów z „żelaznego” repertuaru „Mazowsza”: Cyt, cyt, Kukułeczka, Po co żeśta kawałiry przyszli, V(^sokie płoty tato grodził, Wj/szła bym za dziada, żeby sif trafiło. Szczególnie piękne było taneczne wykonanie rzewnego kujawiaka przez grupę dziewcząt z dużymi, kolistymi wiankami w rękach oraz żwawego krakowiaka Albo tośmy jacy tacy przez zespół dziecięcy. Na zakończenie występu wszyscy zaśpiewali pieśń znaną mi z dawnego repertuaru szkolnego: Bo to jest wiosna, wiosna, wiosna, piękna i radosna. Prezentowane tańce i pieśni były często nagradzane przez licznie zgromadzoną publiczność gromkimi oklaskami, a szczególnie mocno i często były oklaskiwane ciekawsze układy taneczne. Tak więc, mimo padającego za oknami deszczu, koncert zakończył się radośnie, a dla mnie optymistycznie, bo jak się okazało, tradycyjna polska kultura jeszcze nie upadła na Dolnym Powiślu i ma tutaj swoich sympatyków oraz - co najważniejsze - młodych wykonawców. KONCERT STUDENTEK ZAGRANICZNYCH UMFC niedziela, 7 kwietnia 2024 r. Na saksofonie altouym zagrała Ester Dvofaiova, fot. W Bielecki W niezwykle upalną kwietniowa niedzielę znalazłem się w sali koncertowej Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie. Wieczór anonsowany był jako „Koncert studentów zagranicznych” tej prestiżowej uczelni. Okazało się jednak, że wystąpiły same panie, głównie chyba Chinki: dwie pianistki, dwie skrzypaczki, altowiolistka i sopranistka. Wśród występujących wyróżniała się, na moje ucho, grająca z niezwykłym zacięciem i temperamentem na altówce Wang Yuaxio. Usłyszeliśmy ją najpierw w Preludium z VI Suity J. S. Bacha napisanej w oryginale na wiolonczelę solo, potem zagrała w duecie ze skrzypaczką Suen Yehan zaaranżowany na ten skład piękny utwór F. Schuberta Erlkónig (Król Olch). Do odnotowania w tej relacji pozostał mi jeszcze występ saksofonistki Ester Dvofakovej (sądząc po nazwisku, chyba Czeszki). Z akompaniamentem fortepianu zagrała na złocistym 156 Wacław Bielecki saksofonie altowym nieznaną mi zupełnie Sonatę cis-moU Fernanda Decrucka. W tym cztero-częściowym utworze znajduje się część III Fileuse (przędzarka lubprz^ka), wymagająca wręcz wirtuozowskiego opanowania instrumentu i tym wymaganiom występująca znakomicie sprostała. Zastanawiałem się, dlaczego Ester Dvofakova zagrała całą sonatę, a nie tylko jedną część, jak pozostałe koleżanki. Wytłumaczenie może być proste. Otóż opiekę artystyczną na koncertem sprawował prof. dr hab. Paweł Gusnar, saksofonista i prorektor ds. zagranicznych UMFC. Był to nieco dziwny koncert, bo odbył się bez choćby jednego słowa powitania, zapowiedzi czy komentarza. Po prostu studentki wychodziły po kolei na scenę i grały utwory w kolejności zapisanej w wydrukowanym programie. Niestety, zabrakło w nim elementarnych informacji, choćby takich, z jakiego kraju pochodzą oraz u jakiego profesora studiują. POMORSKA NAGRODA ARTYSTYCZNA czwartek, 25 kwietnia 2024 r. Pianista Gabor Farkas spegalizuje sif w repertuarze lisztowskim, fit. Internet Podczas gali zorganizowanej w sali Polskiej Filharmonii Bałtyckiej na gdańskiej Ołowiance Marszałek Województwa Pomorskiego Mieczysław Struk wręczył Pomorskie Nagrody Artystyczne za rok 2023 r. Impreza ta odbyła się po raz 25. Wielką Pomorską Nagrodę Artystyczną przyznawaną osobiście przez marszałka za całokształt wybitnych osiągnięć w dziedzinie kultury otrzymała Dorota Kolak, aktorka Teatru Wybrzeże, pracująca w nim od czterdziestu lat. Poza tym, tzw. Wielka Kapituła nagrodziła artystów w trzech kategoriach - I. Kreage artystyczne: Łukasz L.U.C. Rostkowski - za muzykę do filmu „Chłopi”, Andre Ochodlo - za „Pieśni Getto”, Jerzy Snakowski - za reżyserię operetki „Księżniczka czardasza”; II. Pomorska nadziga artystyczna: Karolina Kowalska - za rolę „Pięknej Zośki” w Teatrze Wybrzeże oraz III. Mecenat kultury, firma Laminopol - za wsparcie finansowe Polskiej Filharmonii Sinfonia Baltica w Słupsku. Koncert symfoniczny odbył się na zakończenie uroczystości i był jej zwieńczeniem. Był znacznie krótszy niż zwykłe koncerty piątkowe. Na jego program złożyły się trzy utwory bardzo Zapiski melomana 157 przyjemne w odbiorze. Filharmonicy pod batutą George Tchitchinadze zaczęli od Uwertury ćio opery ‘Cyrulik Sewilski' Rossiniego. Zagrali ją w niezbyt pospiesznym tempie, co pozwoliło na wyeksponowanie najróżniejszych smaczków w instrumentacji tego hitu. Potem zabrzmiał najważniejszy utwór wieczoru: IIKoncertfortepianouy A-dur Liszta w wykonaniu węgierskiego pianisty Gabora Farkasa. To jednoczęściowe dzieło o zmiennych nastrojach składa się z sześciu niezbyt długich sekwencji wykonywanych bez przerw między nimi. Koncert zaczyna się od powolnego Adagio, gdzie początkowo główny temat podejmuje klarnet. W jednej ze środkowych sekwencji umiejscowiony jest przepiękny dialog wiolonczeli z fortepianem, a całość kończy się żywiołowym Allegro animato. Ta nietypowa budowa utworu - jak twierdzą muzykolodzy -przypomina jeden z ważniejszych wynalazków Liszta: poemat symfoniczny. Muzyka skomponowana przez Liszta zawiera wiele brawurowych momentów wirtuozowskich, które z dużą swobodą i w bardzo szybkim tempie zaprezentował pianista. Nie było to dla niego nic nowego, bo jak wynika z CV artysty, specjalizuje się on w wykonywaniu muzyki Liszta, o czym świadczy zwycięstwo w roku 2009 na Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. F. Liszta w Weimarze. Trzy lata później Gabor Farkas otrzymał największe państwowe muzyczne wyróżnienie na Węgrzech - nagrodę im. Ferenca Liszta. Jednak dzisiejsza gra pianisty nie wzbudziła entuzjazmu wśród gdańskiej publiczności i bisu nie było. Przypuszczam, że tego wieczora na widowni siedziało sporo osób, które przyszły tutaj nie na koncert, tylko na konkursową galę i stąd dość powściągliwe przyjęcie artysty. Na zakończenie gdańscy filharmonicy uraczyli słuchaczy brawurowym wykonaniem La oalsed Ravela. W tym znanym utworze orkiestra wystąpiła w składzie powiększonym, m.in. o dwie harfy, klarnet basowy i kontrafagot. La oalse wykonany został z wielkim animuszem, dlatego hucznym brawom nie było końca. To było piękne i radosne zwieńczenie wieczoru. Przy okazji gali naszły mnie refleksje dotyczące sposobu wyłaniania osób do nagrody w najważniejszej kategorii: Kreaga artystyczna. Trzech zwycięzców wybiera się teraz spośród pisarzy, reporterów, poetów, aktorów, reżyserów, muzyków klasycznych i jazzowych, itp. Zastanawiałem się, czy można to zrobić w bardziej klarowny sposób? Jak np. wyważyć zasługi reżysera jedynego spektaklu teatralnego w porównaniu z muzykiem, który przez 50 lat zorganizował dwa i pół tysiąca (!) koncertów kameralnych? Moim zdaniem, byłoby bardziej przejrzyste i sprawiedliwe, gdyby przyznawać nagrody w kilku odrębnych kategoriach, np. aktorzy i reżyserzy, pisarze i reporterzy, muzycy i kompozytorzy. ORGANY Z SAKSOFONEM PODCZAS KWIDZYŃSKIEJ WIOSNY MUZYCZNEJ wtorek, 30 kwietnia 2024 r. Po miesiącu po raz drugi trafiłem do Kwidzyna na koncert, ale tym razem odbył się on w konkatedrze. Był to ostatni, czwarty koncert na zakończenie 7 Międzynarodowego Festiwalu Kwidzyńska Wiosna Muzyczna. Impreza ta organizowana jest przez fundację Phasma--Music i Kwidzyńskie Centrum Kultury. Jej spiritus movens jest świetna flecistka Iwona Glinka, rodowita kwidzynianka, mieszkająca w Grecji. Koncert organowy poprzedziły dwa 158 Wacław Bielecki inne, kameralne, w Kasynie Kultury oraz występ w kinoteatrze Orkiestry Smyczkowej Lwowskiej Narodowej Filharmonii pod batutą Wolodymyra Syvokhipa z solistami, m.in. Iwoną Glinką na flecie altowym. Ryszartź Żołftlziewski saksofonista i Piotr Rojek organista zeszli z chóru po uystfpie, aby pokłonie sif publiczności, fot. W. Bielecki Wykonawcami koncertu w konkatedrze byli dwaj profesorowie z Akademii Muzycznej we Wrocławiu: Ryszard Żołędziewski, saksofonista i Piotr Rojek, organista. Obaj są kierownikami katedr, saksofonista - Katedry Instrumentów Dętych, Perkusji i Akordeonu, organista - Katedry Organów, Klawesynu i Muzyki Dawnej (jest też Dziekanem Wydziału Instrumentalnego). Panowie profesorowie mają w swoim dorobku wiele koncertów w Polsce i za granicą, nagrane płyty, często też występują razem w tym ciekawym duecie. Na program koncertu złożyło się osiem utworów, wszystkie na organy z saksofonem altowym (bądź sopranowym). Trzy z nich były to dłuższe kompozycje o charakterze elegijnym: Yincent d’Indy - Chorał varie, Claude Debussy - Rhafosoely, Michael Dulitsky - Ele-giya. Te poważne kompozycje przedzielane były krótszymi miniaturami o pogodniejszym a nawet tanecznym charakterze. Usłyszeliśmy więc znanego Poloneza Pożegnanie ojczyzny Michała Kleofasa Ogińskiego i skocznego Cardasa Yittoria Montiego oraz dwie kilkuczę-ściowe kompozycje w lżejszym nastroju: 6 Tańców Rumuńskich Beli Bartoka i trzy fragmenty z Suity nr 1 Peer GynT Edvarda Griega. Na zakończenie muzycy zagrali romantyczną w stylu Arię, którą skomponował ich kolega z wrocławskiej uczelni Mirosław Gąsieniec. Zestawu dwóch, w istocie dętych instrumentów, słuchało się dobrze, rym bardziej, że muzycy okazali się perfekcjonistami, a aksamitny dźwięk saksofonu w sposób niezwykły splatał się z ciekawie dobranymi głosami organów. W sumie jednak podczas koncertu przebijał jakiś przemożny smutek. To fakt, że smutne melodie bywają piękne, ale w tym koncercie tych smętnych było, moim zdaniem, nieco za dużo. Wstęp na koncert w konkatedrze był wolny. Organizatorzy, jak to powiedział na początku ksiądz proboszcz, liczyli na ofiarność słuchaczy, aby zebrać fundusze na remont organów. Wiadomo powszechnie, że ich stan jest nie najlepszy. Profesor Piotr Rojek określił, że funkcjonują zaledwie w 30 proc, swoich możliwości kolorystycznych, bo brakuje im wielu Zapiski melomana 159 głosów. Powolny remont wlecze się od wielu lat. W tym roku, podobno już w czerwcu, ma być zainstalowany nowy głos: cymbał. Na koniec trzeba zauważyć, że tego wieczora publiczność niezbyt dopisała. W kościele zajętych była zaledwie 1/3 ławek. Może to była sprawa znakomitej, ciepłej pogody niesprzyjającej udziałowi w zamkniętych pomieszczeniach, albo obawa przed lodowatym wnętrzem świątyni, a może kwidzynianie odzwyczajeni są po prostu od koncertów organowych. MARTIN GARCIA GARCIA W RECITALU NA 77 URODZINY GDAŃSKIEJ UCZELNI piątek, 10.05.2024 r. Gościem specjalnym wieczoru byl hiszpański pianista Martin Gracia Gracia, fot. W. Bielecki W mojej lubionej szkole. Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku, odbył się koncert z okazji „Dni Uczelni” i 77. rocznicy jej powstania. W pierwszej części zagrała uczelniana orkiestra „Camerata Gedania” pod dyrekcją dr hab. Andrzeja Kacprzaka, prowadzącego ten studencki zespół od pierwszych skrzypiec. Muzycy wykonali aż 5 krótkich koncertów z różnymi solistami. Najpierw były to dwa koncerty A. Vivaldiego - Sin-fonia nr 3 G-dur na smyczki oraz Koncert a-moli na obój i orkiestrę smyczkowe} w którym partię solową wykonał dość nietypowo zachowujący się na scenie Szymon Bratke. Kolejny utwór - Koncertg-moU na organy i orkiestrę smyczkowe} G.R Handla - wykonał na pozytywie prof. Roman Perucki. W ten sposób zaprezentowano publicznie nowo zakupiony przez uczelnię instrument: pozytyw, czyli małe, przenośne, trzygłosowe organy bez klawiatury pedałowej, wykonane przez znaną firmę organmistrzowską Krzysztofa Mollina z Odrów koło Czerska. Zabrzmiał on delikatnie, ale bardzo wyraźnie, pokazując piękne, charakterystyczne głosy. Następnie słuchacze mieli możliwość wysłuchania Concertina na puzon i orkiestrę smyczkowe} szwedzkiego kompozytora Larsa Erika Larssona. Trudną, ale i efektowną partią 160 Wacław Bielecki solową podzielili się dwaj puzoniści - Dominik Łukaszczyk i Tomasz Przybysławski. Jeden wykonał część I, a drugi część II i III, tego mało znanego utworu. Na koniec zabrzmiała cz. II i III Opale Concerto na akorileon i orkiestrę smyczkowi} Richarda Galliano, współczesnego kompozytora francuskiego. Na harmonii zagrał ją z wielkim uczuciem Albert Woelke. Druga część tej kompozycji utrzymana jest w stylu francuskiego walca, a trzecia to tango przypominające słynne utwory Astora Piazzolli. Wykonawca został zmuszony do zabisowa-nia krótkiego fragmentu dzieła. Po przerwie, w drugiej części koncertu wystąpił gość specjalny: Hiszpan Martin Garcia Garcia, zdobywca III nagrody na XVIII Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina w 2021 r. Został on zaproszony przez uczelnię również do przeprowadzenia warsztatów pianistycznych ze studentami. Program recitalu pianisty był do samego końca niespodzianką, ale okazało się, że nie aż tak wielką. Grający na fortepianie Fazioli muzyk zaczął od utworów Bacha, a w drugiej części półrecitalu zagrał trzy walce Chopina: e-moll op. posth., cis-moll op. 64 nr 2, Es-dur op. 18 i zakończył bisem z kolejnym walcem: Des-dur op. 64 nr 1, tzw. minutowym. Martin Garcia Garcia to młody, 28-letni wirtuoz fortepianu. Zarówno Bacha jak i Chopina grał z niesłychaną biegłością i łatwością. W barokowych utworach Bacha znakomicie ukazywał skomplikowaną strukturę polifoniczną, a w miniaturach chopinowskich wspaniale stosował zmienne tempo rubato i odcienie dynamiczne. Zupełnie inaczej, odkrywczo, zabrzmiał pod jego palcami mój ulubiony Walc cis-moll Chopina. W czasie grania słychać było, że pianista ciągle coś sobie podśpiewuje, ale - o dziwo - nie przeszkadzało to w odbiorze muzyki. Był to sumie bardzo przyjemny i udany koncert. Dodać trzeba, że w gdańskiej akademii wykonuje się rocznie ponad 500 koncertów, czyli średnio dwa dziennie. Jest więc czego słuchać i dlatego nie dziwi fakt, że sala uczelni nie była wypełniona po brzegi. Zauważyłem już dość dawno, że na ogół w czasie koncertów w szkołach muzycznych nie ma nadmiaru słuchaczy. Wynika to zapewne z tego, że muzycy codziennie od rana do wieczora mają zajęcia wypełnione muzyką i czasem mają jej po prostu dość, podobnie jak listonosze, dla których pójście na zwykły spacer nie jest żadną atrakcją. AFRYKANIN DYRYGUJE W FILHARMONII NARODOWEJ sobota, 25 maja 2024 r. Planowałem wysłuchanie zupełnie innego koncertu i w innym mieście, ale los niepodzie-wanie rzucił mnie do Warszawy. W Filharmonii Narodowej obchodzono akurat 75 urodziny Piotra Mossa, polskiego kompozytora, ucznia Nadii Boulanger. Jak wiadomo, u tej słynnej nauczycielki studiowało w Paryżu wielu Polaków, m. in. Grażyna Bacewicz, Stefan Kisielewski, Zygmunt Krauze, Krzysztof Meyer, Kazimierz Serocki, Stanisław Skrowaczew-ski, Romuald Twardowski. Z okazji wspomnianej rocznicy obecny dyrektor Filharmonii Narodowej Andrzej Boreyko zamówił u Piotra Mossa utwór poświęcony jego nauczycielce i w ten sposób powstała okolicznościowa kompozycja zatytułowana: Mademoiselle - homa-ge a Nadia Boulanger. Jest to kilkunastominutowa miniatura napisana na dużą orkiestrę Zapiski melomana 161 symfoniczną z udziałem organów i dwóch harf oraz licznych instrumentów dętych i perkusyjnych, raczej o smutnym charakterze z wyeksponowaną partią wiolonczeli. Po zakończeniu tego po raz pierwszy wykonywanego utworu, obecny na koncercie kompozytor został zaproszony na scenę, gdzie otrzymał wiązankę kwiatów i kłaniał się nisko dziękując orkiestrze, dyrygentowi i publiczności. Potem zabrzmiał główny utwór wieczoru; Koncert fortepianour)/ cis--moU Francisa Poulenca. Co prawda, nie dorównuje on popularnością innej, znanej mi dokładnie kompozycji tego twórcy - Koncertoiot g-moll na organy, orkiestrę smyczkowa i kotły, ale w odbiorze jest bardzo przyjemny. Pełno w nim ładnych i powtarzają- Vimbayi Kazihoni, dyr^mtpochodzifty z Zimbabwe, cych się melodii, łatwo wpadających fot-^»tf»ff do ucha i podejmowanych przez for- tepian bądź orkiestrę. To trzyczęściowe dzieło, trwające niewiele ponad 20 minut jest tak zbudowane, że każda kolejna część jest krótsza od poprzedniej. Solistą był świetny polski pianista Piotr Sałajaczyk, który błyskotliwie wykonał partię fortepianu z francuską lekkością, dużą radością i dozą wytwornego humoru. Muzyk zagrał na bis dwie impresjonistyczne miniatury Claude’a Debussyego. Pierwszą z nich było preludium pt. Taniec pajacyka, które skojarzyło mi się ze skocznym ragtimem. Koncert zakończył się VIII Symfonii} G-dur Antonina Dvofaka. I tutaj znowu trzeba wspomnieć, że nie jest ona tak słynna jak następna jego kompozycja - IXSymfonia „Z Nowego Świata”. Zawiera wszakże bardzo dużo przepięknych melodii, opartych na czeskim folklorze i kunsztownie zinstrumentowanych. Szczególnie zachwycająca jest trzecia część zaczynająca się przepięknym walcem. Słuchanie takiej muzyki daje wiele przyjemności. Nic dziwnego, że warszawscy melomanii obdarzyli wykonawców długą owacją na stojąco. Wśród nich był dyrygent Yimbayi Kaziboni, urodzony w afrykańskim Zimbabwe, wysoki, łysy, z brodą i w okularach, ubrany nietypowo, bo w czarną koszulę i niefortunnie dobrane, według mnie, spodnie. Dyrygował uważnie, plastycznymi, miękkimi ruchami rąk sprawnie przeprowadził muzyków orkiestry przez wszystkie, tak inne stylistycznie, utwory kompozytorów różnych nacji: Polaka, Francuza i Czecha. Wydaje mi się, że był to typowy koncert, jakich wiele można wysłuchać co tydzień w Filharmonii Narodowej. 162 Wacław Bielecki WARSZAWA CHOPINEM STOI niedziela, 26 maja 2024 r. Jan Wachowski gra swoje „ Wariacje C-dur", fot. W. Bielecki Jak napisałem w tytule tej relacji: muzyczna Warszawa Chopinem stoi, o czym przekonała mnie dzisiejsza niedziela. W samo południe pojechałem rowerkiem do Parku Łazienkowskiego, aby wysłuchać koncertu plenerowego pod pomnikiem Chopina. Niestety, mu-siałem się wycofać, bo słonko grzało tak mocno (temperatura wynosiła ponad 30 stopni Celsjusza), że groził mi udar słoneczny. Na skwerze otaczającym pomnik nie ma się gdzie schronić. Nieliczne miejsca w cieniu pod drzewami są zajęte przez warszawiaków, którzy przychodzą do Łazienek znacznie wcześniej, a reszta słuchaczy wystawiona jest na działanie promieni słonecznych, jak na przysłowiowej patelni. Odjechałem więc pospiesznie, nie czekając nawet na rozpoczęcie koncertu. Jednak w Warszawie muzyki Chopina można posłuchać codziennie w innych miejscach, małych salach koncertowych na Starym Mieście. Od kilku lat takie koncerty są codziennie organizowane o godzinie 18:00 w siedzibie... Polskiego Związku Artystów Fotografików, tuż przy Zamku Królewskim. Parę kroków dalej, codziennie o godzinie 18.30 można wysłuchać muzyki Chopina na żywo w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej, gdzie bilety kosztują drogo, tyle samo co w Filharmonii Narodowej. Nieco dalej, pod murami Starego Miasta przy ulicy Podwale funkcjonuje kolejna instytucja z niebudzącą wątpliwości nazwą: „Sala Fryderyk”. Ja wybrałem się jednak do bardziej prestiżowej sali koncertowej znajdującej się w nowoczesnym Muzeum Chopina w Pałacu Ostrogskich przy ulicy Tamka. Tutaj w każdą niedzielę w okresie letnim odbywają się recitale chopinowskie powtarzane trzykrotnie w godzinach 12.00, 15.00 i 17.00. Natrafiłem na recital pianisty Jana Wachowskiego, absolwenta Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina, obecnie doskonalącego swój warsztat w Brukseli w zakresie planistyki i kompozycji. W krótkim recitalu młody artysta zaprezentował się przygodnej publiczności, składającej się głównie z uczniów jakiejś szkoły średniej Zapiski melomana 163 zwiedzających akurat muzeum. Usłyszeliśmy Mazurka e-moll i Balladę As-dur Chopina, Sonatinę polskiego kompozytora Mieczysława Wajnberga oraz własną kompozycję wykonawcy - Wariage C-dur. Trzeba przyznać, że pianista i jednocześnie kompozytor, umiejętnie wykorzystał występ na zapoznanie słuchaczy ze swoją twórczością, bo skomponowany przez niego utwór zajął prawie połowę czasu półrecitalu trwającego zaledwie 30 minut. Zauważyłem jednak, że jest to ciekawa, zróżnicowana w nastrojach i bardzo trudna miniatura wymagająca dużej biegłości, wręcz wirtuozerii od pianisty, niczym kompozycje Liszta. Warto było jej posłuchać. SYMFONIA „PIEŚNI ŻAŁOSNYCH” sobota, 1 czerwca 2024 r. w środku kadru: dyrygent Łukasz Borowicz i sopranistka Izabela Matula, fot. W. Bielecki W ramach 27 Festiwalu Gdynia Classica Nova w kościele św. Andrzeja Boboli na Obłużu odbył się koncert z udziałem Orkiestry Polskiej Filharmonii Bałtyckiej pod dyrekcją Łukasza Borowicza, obecnego szefa poznańskich filharmoników. Chociaż w programie tegorocznego festiwalu były wyłącznie koncerty jazzowe, to ten relacjonowany był wyjątkiem. Wykonano na nim trzy smutne utwory: Adagietto z opery ‘Raj utracony' Krzysztofa Pendereckiego w kompozytorskiej wersji na smyczki i rożek angielski oraz pieśń Ich bin der Welt abhanden gekommen (Jestem zgubiony dla świata) z muzyką Gustava Mahlera ze słowami mniej znanego poety niemieckiego Friedricha Riickerta. Głównym punktem programu była III Symfonia ‘Pies'ni żałosnych' Henryka Mikołaja Góreckiego w której partię solową zaśpiewała sopranistka Izabela Matula. Dziwna to symfonia. Dziwna, bo jak wiadomo „symfonia” jest utworem instrumentalnym na orkiestrę symfoniczną, a tymczasem III Symfonię Góreckiego można by określić jako cykl trzech pieśni na sopran z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej. Dziwne są też części tego dzieła, bo 164 Wacław Bielecki wszystkie są utrzymane w tempie „lento”, co w muzycznej terminologii oznacza „powoli”. Cała symfonia jest długa, bo trwała prawie godzinę, dokładnie 56 minut. Henryk Mikołaj Górecki skomponował ten utwór w 1976 roku. Do napisania zainspirowały go słowa wyryte przez kilkunastoletnią dziewczynkę Helenę Błazusiakównę na ścianie celi numer 3 w zakopiańskim komisariacie gestapo znajdującym się w pensjonacie „Pałace”: „Mamo, nie płacz, nie. Niebios Przeczysta Krółoioo, Ty zaiosze wspieraj mnie. Zdrowaś Mario”. Dziewczynka została schwytana 25 września 1944 roku przez Niemców w Schronisku na Lubaniu i więziona przez nich. Ten tekst jest wykorzystany w drugiej części symfonii. Natomiast, w pierwszej, najdłuższej części utworu trwającej 30 minut, znajduje się krótki, XV-wieczny „Lament świętokrzyski z „Pieśni łysogórskich” zaczynający się słowami: Synku miły i toybrany / Rozdzieł z matką swoje rany. To także jest dziwna część, bo 5-minutową partię solistki poprzedza cały kwadrans muzyki granej przez orkiestrę, a po zaśpiewaniu tekstu znowu słyszymy 10-minutowe zakończenie instrumentalne. W ostatniej części utworu znajduje się najwięcej słów pochodzących z ludowej pieśni z opolskiego: Kajze mi sie podzioł / mój synocek miły? / Pewnie go w powstaniu / złe wrogi zabiły. Dziwna jest też muzyka symfonii napisana w stylu minimalistycznym, z powtarzającymi się w nieskończoność prostymi, surowymi melodiami i harmonią opartą głównie na akordach dur-molł i niezbyt nieskomplikowaną instrumentacją. A najdziwniejsze jest to, że ten utwór po szesnastoletnim okresie zapomnienia od chwili pierwszego wykonywania stał się światowym przebojem. Nastąpiło to po jego nagraniu przez orkiestrę London Sinfonietta z solistką Dawn Upshaw w 1992 roku. Płyta z tym nagraniem rozeszła się w ponad milionowym (!) nakładzie na całym świecie i weszła do kanonu arcydzieł muzyki symfonicznej XX wieku, przynosząc światową sławę swemu twórcy. Niestety, w odbiorze utworu w gdyńskim kościele bardzo przeszkadzała mi kiepska akustyka tej świątyni, charakteryzująca się niepożądanym pogłosem. Tak zwykle bywa w niedawno wybudowanych kościołach. Duży pogłos bardzo utrudniał zrozumienie tekstu. Gdybym przed koncertem jeszcze w domu nie zapoznał się ze słowami, to niewiele bym zrozumiał, o czym śpiewała solistka. Izabela Matula zaprezentowała silny, dramatyczny sopran, często o niskim, altowym zabarwieniu. Jej śpiew, chociaż z polskim tekstem, przypominał w odbiorze wokalizę, czyli pieśń bez słów. Łukasz Borowicz, jeden z moich ulubionych dyrygentów, znany z dużego temperamentu, tym razem prowadził orkiestrę bardzo spokojnie, minimalnymi gestami, stosownie do charakteru utworu. Wykonanie III Symfonii H. M. Góreckiego zostało przyjęta długimi oklaskami przez publiczność, głównie w wieku dojrzałym i starszym. Gdyńscy melomanii zapełnili kościelne ławy w dwóch/trze-cich, pewnie dlatego, że wejście do kościoła było biletowane (ulgowy bilet kosztował 40 zł). Galeria Prowincji SZARA STREFA W FOTOGRAFII Z WOJCIECHEM SZARUGĄ ROZMAWIA AGNIESZKA ŚWIERCZ-KARAŚ W sieci już od kilku lat funkcjonuje Szara Strefa Urbexu. Profil poświęcony jest fotografii, a prowadzi go mieszkaniec Sztumu, Wojciech Szaruga. W wywiadzie, jaki udzielił Prowincji, artysta opowiada, czym się zajmuje na co dzień, czym jest urbex, a kim likwidator z Czarnobyla. Czy fotografia to u Pana pasja czy zawód? Z zawodu jestem żołnierzem, służę w jednostce wojskowej 1128 w Malborku od 13 lat. Fotografia jest moją pasją, sposobem na spędzanie wolnego czasu i realizowaniu swoich wymyślonych projektów. Czego dotyczą takie projekty? Ostatnim moim pomysłem jest historia „likwidatora z Czarnobyla”, który po wybuchu reaktora błąka się po świecie szukając swojego miejsca na ziemi. Próbując choć w małym stopniu odwzorować jego ubiór, robiąc zdjęcia starałem się pokazać jego życie w różnych miejscach. Materiał już jest, powoli się za niego zabieram. Kolejnym pomysłem jest zapraszanie do swojego małego studia ludzi na portrety, czarno białe kontrastowe portrety. Często też zdarza mi się fotografować w pracy. Różnego rodzaju sekcje, organizując różnego rodzaju szkolenia, proszą mnie o reportaż (oczywiście jako wojsko wszystko robię wewnętrznie, zdjęcia nie wychodzą na wierzch z mojej strony). Traktuję to jako fotograficzny trening dla siebie. Dlaczego akurat fotografia? Co Pana urzekło w zdjęciach? Czy na co dzień potrzebne jest dużo czasu, aby móc zajmować się takim hobby? Fotografuję od około 12 lat, pierwszy aparat cyfrowy kupiłem przed narodzinami mojej córeczki Zosi. Zaczynałem chyba jak każdy fotograf od... tzw. kwiatków. Z każdym kolejnym rokiem ewoluowało to w coraz większe zainteresowanie. Od około 4 lat fotografuję, można powiedzieć, codziennie. Był czas, że aparat towarzyszył mi za każdym razem, jak wychodziłem z domu. Dziś w domu mam swoje małe przenośne studio, jestem po trzech wystawach i codziennie w moim głosowym notatniku dodaję nowe pomysły do zrealizowania. Jak wygląda to, co się znajduje w takim przenośnym studiu? Takie studio składa się z tła, lamp reporterskich i różnego rodzaju gadżetów potrzebnych, żeby to wszystko błyskało. Takie lampy są o tyle fajne, że mogę wziąć je w rękę i doświetlić sobie modela bądź modelkę w każdym miejscu. Wszystko jest na baterie, nie potrzebuję prądu. Ale nie powiem, że nie marzy mi się takie stacjonarne studio z prawdziwego zdarzenia, ale do takiego studia potrzeba o wiele więcej miejsca. 166 Agnieszka Świercz-Karaś Pana profil w mediach społecznościowych nazywa się: Szara strefa Urbexu. Czym jest urbex? LJrbex Exploration czyli Eksploracja Miejsca jest to forma aktywności polegająca na eksplorowaniu opuszczonych, zrujnowanych, zapomnianych, niedostępnych czy ukrytych budynków. Moja strona na FB i Instagramie nazywa się „Szara Strefa Urbexu” jest poświęcona moim podróżom po opuszczonym świecie. Opuszczonych lokacji takich, jak np. szkoły, szpitale, domy itp. jest bardzo dużo rozmieszonych na terenie całego naszego kraju. Systematycznie staram się zwiedzać takie miejsca i opisywać swoje przygody poprzez zdjęcia. Pustostany są dla mnie miejscem, gdzie odpoczywam. Przeszywająca cisza jest tam tak głośna, że aż piękna, jakkolwiek to brzmi. Bardzo fascynuje mnie to, jak wiele można wyczytać z pozostawionych rzeczy po osobach, które tam mieszkały. Uwielbiam układać swoje historie i tworzyć opisy do moich fotorelacji. Fascynuje mnie też w tym wszystkim natura... jak potrafi się przypomnieć i zabiera co swoje np. wchodzące jak do siebie przez okno gałęzie drzewa. Czy w naszym regionie jest dużo takich miejsc? Na terenie powiatu sztumskiego znajduje się parę ciekawych miejsc wartych uwagi. Najczęściej są to opuszczone domy. Mógłby Pan wymienić kilka z nich? Jest to na przykład: Dwór Pudłowiec, Mauzoleum Donimirskich, opuszczony domek na Zajezierzu, opuszczony domek na Kępinie (zburzony), ruiny Mauzoleum w Igłach, wiatrak Holender w Dzierzgoniu albo ruiny mostu Wartule. Jeśli ktoś chciałby zacząć poznawać urbex, ma Pan dla takiej osoby jakieś rady? Osoby, które by chciały zacząć podróżować po opuszczonym świecie, muszą pamiętać o tym, że należy do takich wypraw się odpowiednio przygotować. Trzeba pamiętać o sprzęcie, który jest niezbędny, tj. odpowiedni ubiór, latarki czy sprzęt medyczny. Podróżując samemu, należy powiadomić najbliższe osoby o chęci odwiedzenia danego miejsca, gdyby w razie braku kontaktu najbliżsi wiedzieli, gdzie się wybraliśmy. Na początku polecam odwiedzenie takich miejsc z osobą doświadczoną, mówię to z autopsji. Sam na starcie przygody jeździłem z doświadczonymi graczami, obserwowałem i się uczyłem. Pora, którą ja lubię na zwiedzanie, to taki lekki chłodek, czasami nawet mróz, bo robi bardzo dużą robotę na pustostanach. Tworzy mega klimat, wschód słońca w opuszczonych domku w styczniowym mroźny poranek wpadających przez okno to jest coś pięknego. Wakacje (urlop) staram się odpocząć i gdzieś wyjechać, np. w góry. Ale gdy trafi się fajne miejsce, to zawsze znajdę czas, nawet w lato. Użył pan słowa „gracze”, czy tak się nazywa miłośników urbexu? A może to coś więcej niż zwiedzanie i fotografia? Urbex to nie tylko zwiedzanie i fotografowanie tych miejsc. Urbex to też robienie reportażu w postaci filmu z eksploracji, jak i szukanie wspaniałych miejsc do innej fotografii np. wykorzystanie scenerii jako tło do fotografii portretowej. Inne osoby odwiedzające takie miejsce nazywane są zazwyczaj eksploratorami, słowo „gracze” to moje takie wewnętrzne nazewnictwo. Ma pan swoje mapy, na których pan zaznacza, gdzie już był, a gdzie chciałby w najbliższym czasie dotrzeć? Szara strefa w fotografii 167 Mapa urbexowych miejsc to podstawa. Każdy, kto zajmuje się urbexem, taką mapę posiada w swoim telefonie. Mam wiele pinezek na mojej mapie Google, chociaż znam ludzi, którzy mają tego i wiele więcej. Czy ludzie interesujący się urbexem wymieniają się informacjami? Czy ta społeczność jest w Polsce duża? W naszej okolicy zna pan więcej takich hobbystów? Ja wymieniam się współrzędnymi geograficznymi danego miejsca, które np. sam odkryłem, tylko z zaufanymi eksploratorami. Często działa to na zasadzie wymiany; ja ci coś dam, ale też się czymś podziel. Chcemy unikać potencjalnych kradzieży i dewastacji. Na przestrzeni całej Polski jest dużo takich osób, którzy robią to na naprawdę dużą skalę. Prowadzą swoje kanały na Youtube czy relacjonują swoje podróże w podobny sposób do mojego. Znam z całej Polski ludzi z tej branży. W okolicy jest parę osób, co zajmują się zwiedzaniem opuszczonych miejsc, ale w Sztumie nie znam nikogo. Czy Pana codzienna fotografia związana jest z urbexem, czy uwiecznia pan też życie najbliższych w okolicy? Moja codzienna fotografia nie jest związana stricte z urbexem. Wyjazdy urbexowe są zazwyczaj planowane i przygotowuję się do nich inaczej, jak do typowego wyjścia z aparatem na spacer. Tak, bardzo lubię fotografować najbliższych. Moje dzieci lubią stawać przed aparatem, jak stworzysz odpowiednie warunki, masz ciekawe gadżety, to z chęcią się przebierają i pozują. Czy uważa pan, że do fotografowania należy jeszcze w dzisiejszych czasach zachęcać, czy może dzięki dostępności aparatów jest już przesyt zdjęć w naszej przestrzeni? Żyjemy w czasie, gdzie każdy ma przy sobie aparat w postaci telefonu. Telefony z roku na rok są coraz mocniejsze i mają coraz lepsze aparaty fotograficzne, także sądzę, że nie trzeba zachęcać ludzi do fotografowania. W każdym momencie można wyciągnąć z kieszeni telefon i zrobić zdjęcie, a społeczeństwo bardzo chętnie zapełnia swoje telefony zdjęciami, które później drukuje w Rossmanie. Według mnie nie ma czegoś takiego jak przesyt fotografii w przestrzeni. Każdy inaczej patrzy na dany obiekt fotografii. Zmieniające się światło na przestrzeni dnia tworzy zmieniające się warunki, które powodują to, że każde zdjęcie może być inne. Stawiając paru fotografów przed obiektem, każdy zrobi inne zdjęcie i to jest piękne w fotografii. Ma pan swoich ulubionych fotografów, artystów, których pan podziwia bądź się na nich wzoruje? Bardzo lubię twórczość Zdzisława Beksińskiego tak jako malarza, jak i fotografa, bo też miał swój epizod jako fotograf. Malarsko jest dla mnie mistrzem. Wiktor Franko to portrecista, dla którego atmosfera na zdjęciu i szczerość jest rzeczą najważniejszą. Bardzo chętnie podglądam jego nowe prace, jak i słucham podcastów, gdzie tylko się pojawi jako gość. Jest ich bardzo wielu, obserwuje ich social media na bieżącą. Traktuję to jako motywację, inspirację i naukę. W ostatnich dniach kwietnia odbyła się pana wystawa w Bibliotece Kwadro. Czy to był pana pierwszy wernisaż? Jak wrażenia? 168 Agnieszka Świercz-Karaś Była to moja trzecia wystawa, która jednocześnie przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Przybyło bardzo dużo gości, rodzina, przyjaciele czy włodarze. Była to ważna dla mnie chwila dlatego, że wystawa odbyła się właśnie w Sztumie. Od dawna o tym marzyłem i się udało. Pomoc i chęci dziewczyn z biblioteki była niezwykła, z takimi ludźmi to można współpracować i realizować swoje marzenia. Dziękuję za rozmowę, życząc wielu ciekawych opuszczonych lokalizacji do odwiedzenia Agnieszka Świercz-Karaś Dotychczasowe wystawy Wojciecha Szarugi: - 18 września 2021 r. „Ocalić od Zapomnienia” Fundacja MAPA Obywatelska, - 19 października 2023 r. „Zapomniana Ekspozycja” Biblioteka Miejsko-Powiatowa w Kwidzynie, - 26 kwietnia 2024 t. „Zapomniane Ekspozycje” Biblioteka KWADRO Sztum. Prac artysty szukaj na: FB: Szara strefa Urbexu, Instagram: szara_strefa_urbexu Itf Szaruga poeiezas uystauy w Bibliotece Kwadro Patronka Dzierzgonia w różnych odsłonach 169 Piotr Napiwodzki PATRONKA DZIERZGONIA W RÓŻNYCH ODSŁONACH Po trzech tekstach, które ukazały się w ostatnich numerach Prowin- (ji, a które poświęcone były przedstawieniom Patronki Dzierzgonia w sztuce, pojawił się pomysł zaproszenia lokalnych artystów do przyjrzenia się tematowi i do zaproponowania własnej interpretacji. Jest szansa, że akcja przyniesie jeszcze dalsze owoce, ale póki co chciał-bym zaprezentować cztery artystyczne odpowiedzi, które - każda z innej strony i w różny sposób — mówi nam coś o św. Katarzynie Aleksandryjskiej, ale przede wszystkim o potencjale drzemiącym tak w samym temacie (tak bogatym w tradycję ikonograficzną), jak i w twórcach, którzy zgodzili odpowiedzieć na zaproszenie. Cieszy także, że część z prac nawiązuje do dzieł omawianych już na łamach Proivinc/i - nigdy za mało twórczego fermentu i wzajemnego inspirowania się. Przejdźmy zatem do prac poszczególnych autorów zaprezentowanych w kolejności alfabetycznej. Jacek Albrecht, „Św. Katarzyna według rzeźby Zbigniewa Chrostka”, olej na płótnie, 60x40, z cyklu „Pomniki polskie”, 2024 Jacek Albrecht ostatnio znany jest czytelnikom Prowincji z serii portretów, które wykonuje sprawnie i chętnie. Bardzo charakterystyczne jest dla nich oszczędne gospodarowanie kolorem - czasami są one prawie monochromatyczne. Stąd też obraz znajdującego się w Dzierzgoniu pomnika Katarzyny Aleksandryjskiej, obraz posągu, jest niejako jednym z wielu portretów Jacka Albrechta. Katarzyna z obrazu jest jakby jedną z żyjących osób — i rzeczywiście, być może pomnik Zbigniewa Chrostka na tyle głęboko zżył się z miastem, że tak też, jak żywy, może być traktowany. Malarz operuje tu głównie światłocieniem skupiając się wyłącznie na górnej części pomnika. Elementem drugoplanowym, ale wy- dobytym przez naniesienie koloru, jest koło św. Katarzyny. O ile całość obrazu jest wiernym odwzorowaniem dzierzgońskiej rzeźby, to koło wyraźnie odbiega od tej konwencji 170 Piotr Napiwodzki przypominając, że mamy jednak do czynienia nie z prostym odwzorowaniem pomnika, ale z autonomicznym obrazem. Kolejnymi takimi typowo malarskimi elementami jest delikatnie naniesiony kolor skóry przełamujący monochromatyczność rzeźby, jak również mocne, granatowe tło, z którego Malarz wydobywa postać Świętej. Na obrazie nie mamy pomnika w swoim otoczeniu, ale rzeczywiście Katarzynę Aleksandryjską namalowaną w oparciu o wizję Zbigniewa Chrostka. Obraz „Św. Katarzyna według rzeźby Zbigniewa Chrostka” jest częścią cyklu „Pomniki polskie” - wypada bacznie obserwować kolejne prace z tej serii, ciesząc się, że Patronka Dzierzgonia odnalazła w niej swoje miejsce. Zenon Chrześcijański, „Ikona św. Katarzyny Aleksandryjskiej” Promując pisanie ikon w Sztumie i okolicach, 2Lenon Chrześcijański tworzy między innymi wizerunek św. Katarzyny Aleksandryjskiej oparty na jednym z jej najstarszych przedstawień. Należy bowiem zauważyć, że chociaż święta ta żyła w IV wieku, to jej kult zaczął rozwijać się szczególnie dynamicznie od wieku X, a to z kolei związane było z ożywieniem czci oddawanej tej świętej w najstarszym z istniejących do dzisiaj klasztorów chrześcijańskich - w klasztorze Świętej Katarzyny na górze Synaj. Klasztor ten posiada imponujący zbiór ikon (także rzadkich ikon wczesnochrześcijańskich, które tam uniknęły zawirowań ikonoklazmu, a więc czasu niszczenia ikon), a wśród z nich znajduje się ikona typu „narracyjnego” (typ od XIII wieku obecny także na Zachodzie), przedstawiająca postać św. Katarzyny ze scenami z jej życia. Ikona ta pochodzi z XIII wieku, powstała być może w samym klasztorze na górze Synaj'. Uwagę zwraca fakt, że Katarzyna ubrana jest w szaty cesarskie - to korona i loros, czyli najczęściej złota, ciężka cesarska szarfa wysadzana klejnotami. Nie jest to nawiązanie do legendy o św. Katarzynie, zgodnie z którą wywodziła się ona z królewskiego rodu w Aleksandrii. Chodzi o tradycję cesarską: początkiem lotosu jest rzymska toga konsularna; w chrześcijańskim cesarstwie loros symbolizował całun Chrystusa, przypominając jego śmierć i zmartwychwstanie. Loros otaczał szyję cesarza, jeden koniec opadał z przodu, drugi oplatał cesarza w pasie i luźno zwisał przerzucony przez lewe przedramię. Taki sposób zakładania lotosu utrwalił się właśnie w wieku XIII, a więc w czasie powstania interesującej nas ikony. Z niej natomiast pochodzi przedstawienie oblicza Katarzyny Aleksandryjskiej i elementów jej ubioru odtwarzane w ikonach Zenona Chrześcijańskiego i jego uczniów czy uczennic. Por. Nancy P. Śevćenko, The Monastery of Mount Sinai and the Cult of St Catherine, rozdział XVII w: The Celebration od theSaints in Byzantine Art and Liturgy, London 2013. Patronka Dzierzgonia w różnych odsłonach 171 Władza cesarska w Bizancjum to uobecnienie władzy Boga, a więc także uobecnienie jego świętych. Nie przez przypadek więc atrybuty świętych i atrybuty cesarskie przenikały się wzajemnie. Widać to na bizantyjskich ikonach, a z ikoną takiej właśnie proweniencji mamy do czynienia w przypadku naszej, „sztumskiej” ikony św. Katarzyny Aleksandryjskiej. Katarzyna Aleksandryjska ze scenami Jej męczeństwa, początek XIII wieku, tempera i złoto na desce. Klasztor Świętej Katarzyny na Synaju, Egipt Agnieszka Rutka-Napiwodzka, „Św. Katarzyna Aleksandryjska”, akryl na płótnie, 70x90, 2024 Obraz ten jest dalekim nawiązaniem do św. Katarzyny Michała Anioła przedstawionej w scenie Sądu Ostatecznego w Kaplicy Sykstyńskiej (uważni czytelnicy Prowincji pamiętają, że pierwotnie postać ta była naga, a jej aktualna zielona szata nie pochodzi od Michała Anioła)^. Katarzyna Aleksandryjska pędzla Agnieszki Rutki-Napiwodzkiej nie jest już jednak postacią strzegącą granicy pomiędzy potępionymi ściąganymi w dół przez szatanów a zbawionymi dążącymi w górę. Jest tu przedstawiona samotnie i unosi się w bezkresnym błękicie. Jej nagość jest symbolem czystości, koło - atrybut męki - jest mocno i wyraźnie zasugerowane kształtem dominującym w dolnej części obrazu. Ten wybijający się kolorystycznie element jest ważnym zabiegiem nadającym obrazowi dynamikę i wywołującym poczucie ruchu. Innym wartym dostrzeżenia szczegółem jest fakt, że u dołu kompozycji błękit jest „zanieczyszczony”, co wskazuje na oddalanie się przedstawionej postaci od spraw ziemskich. Świat poniżej ^ Por. Prawinga, 3 (53) 2023, s. 112-118. 172 Piotr Napiwodzki nie jest światem idealnym, co jest delikatnie unaocznione przez kontrast pomiędzy pełnym błękitem tła całego obrazu, a lekko żółtym prawym dolnym rogiem kompozycji. Katarzyna patrzy być może w dół, być może w kierunku obserwatora obrazu, spojrzeniem surowym i niepokojącym. Nie jest tak muskularna, jak u Michała Anioła, ale jej ciało zachowuje spójność i emanuje energią. Jej dłonie są niewidoczne, a więc jej działanie nie jest bezpośrednio widoczne - nie wiemy, gdzie, jak i czy w ogóle Święta interweniuje - pozostaje tajemnicza i w jakiś sposób groźna i to pomimo nagości kojarzonej zwykle z bezbronnością. Tu właśnie wyraźnie widać, że siła Katarzyny tkwi poza nią i wypływa z ruchu, który ją unosi. Ostatecznie, jak możemy się domyślać, jest to siła samego Boga, który człowieka nagim stworzył i nagiego do siebie wzywa. Irena Zmysłowska, „Św. Katarzyna Aleksandryjska”, akwarela i gwasz na papierze, 4 razy 18x25, 2024 Cztery rysunki Ireny Zmysłowskiej nawiązują luźno - jak stwierdza sama Autorka - do malarstwa iluminatorskiego i tablicowego. Konstrukcję ich kompozycji stanowią ozdobne inicjały. Inicjał to nie tylko pierwsza litera imienia (czy nazwiska), ale także nawiązanie do tradycji inicjałów rozpoczynających akapit tekstu (zwłaszcza dawnych rękopisów), o różnym kształcie i wielkości, najczęściej w rozmiarze zdecydowanie większym niż pismo tekstu, ujętych w formie kwadratowej lub owalnej. Taki inicjał, oprócz funkcji ozdobnej, jest rodzajem wprowadzenia w tekst - w naszym przypadku jest początkiem opowieści o Katarzynie - czy to o św. Katarzynie Aleksandryjskiej, czy to o osobie uznającej ją za swoją patronkę i noszącą to samo imię. Rysunki mają więc prowadzić dalej, jedynie inicjują proces zapoznawania się z postacią Świętej. Oprócz oczywistego nawiązania prac do średniowiecza przez pomysł inicjałów, sam rysunek - delikatny i ozdobny - przywodzi na myśl sztukę wieku XIX, zwłaszcza tradycję prerafaelitów. Symbolicznie (chociaż realistycznie) zasygnalizowane atrybuty świętej wprowadzają bardzo subtelną dramaturgię, są elementem kompozycji harmonijnie wkomponowanym w całość przedstawienia. Rysunki mają więc oczywistą wartość dekoracyjną, ale są też otwarte na interpretacje teologiczne. Tego typu przedstawienie zaprasza również do medytacji nad samym imieniem (czy też jego pierwszą literą), a więc praktyki obecnej, chociaż nieco zapomnianej, w szeroko rozumianej tradycji mistyki judeo-chrześcijańskiej. Czego Cl matka nie powie... Paulina Hoppe-Gołębiewska IRONICZNY PRZEWODNIK PRZETRWANIA RODZICA Bycie rodzicem to nawet nie praca na cały etat, a raczej praca na całą dobę, w której urlop zależy od tego, czy dzieci pojadą na biwak, albo zlituje się babcia i przygarnie na weekend latorośl. Praca ta komplikuje się, gdy w domu jest dociekliwy pięciolatek, który opanował wyrzucanie słów niczym fontanna wodę. Boleśnie odczuwam takie akcje, gdy zmęczona wracam do domu, a Oski szczebiocze nieprzerwanie, na przemian pytając lub wygłaszając swoje spostrzeżenia. Niektórzy powiedzą, że będę za tym kiedyś tęsknić, jednak znając siebie, raczej nie za tym. Prędzej za słodkością małej twarzyczki, szczerym spojrzeniem i ujmującym uśmiechem. A z potokiem słów próbuję sobie radzić na swój własny, matczyno--ironiczny sposób. Moim flagowym manewrem obronnym, póki mieszkałam z byłym mężem, było stwierdzenie: „nie wiem Kochanie, tata lepiej ogarnia te sprawy. Spytaj Go.” Może i jest to przyznanie się do niewiedzy, a feministki powiedzą, że umniejszam swoją inteligencję, poddając się męskiemu punktowi widzenia. Jednak do feminizmu mi daleko i nie poczuwam się do roli obrończyni kobiecej samodzielności. Wyznaję zasadę, że obowiązki rodzica należy dzielić po równo oraz, że także mężczyźnie należy dać szansę wykazać się w roli ojca. Dlatego metodę delegacji stosowałam bez wyrzutów sumienia i z pełną odpowiedzialnością, czerpiąc siły z chwili spokoju, jaką w ten sposób udało mi się uzyskać. Teraz, kiedy mieszkam sama, staram się opracować nową taktykę. Jak wiesz. Drogi Czytelniku, pamięć dzieci jest krótkotrwała, więc bezpośrednia delegacja jest znacząco utrudniona. Dlatego też rozważam „telefon do taty” na bieżąco lub założenie zeszytu ze szczególnym przeznaczeniem. Coś w rodzaju złotych myśli dla taty: będziemy spisywać pytania i czekać na odpowiedzi od ojca. Jeszcze nie zdecydowałam, która wersja mi pasuje i nic nie jest przesądzone, jestem otwarta także na nowe możliwości. Często też stosuję metodę dość drastyczną, a przewrażliwieni rodzice stwierdzą, że podkopuję rodzicielski autorytet, jednak ja zupełnie nie mam z tym problemu. Lawinę pytań ucinam krótkim, strategicznym „nie wiem”. Niewychowawcze? Według mnie wręcz przeciwnie. Nie boję się pokazywać moim dzieciom, że rodzic też człowiek, a nie chodząca Wikipedia. Mogę czegoś nie wiedzieć, mam prawo do tej niewiedzy się przyznać, udowadniając, że to nie grzech. Metoda ta ma dwie wersje: zdecydowane ucięcie tematu z wyrazistą kropką na końcu. Dzięki temu zyskujemy upragniony spokój. W najgorszym wypadku płynne przejście do kolejnych zagadnień, które będzie trzeba potraktować w ten sam sposób, by wytrwale dotrzeć do upragnionego spokoju. Jest jeszcze wersja soft, którą stosuję w przypadku, gdy temat wyda mi się ciekawy i warty pociągnięcia. „Nie wiem, ale możemy sprawdzić za chwilę/w domu/jak wrócimy.” Ta wersja jest jedną z moich ulubionych, bo 174 Paulina Hoppe-Gołębiewska pozwala wspólnie znaleźć odpowiedź na ciekawe pytanie, pozwala konstruktywnie spędzać czas z dzieckiem i pokazuje, jak samemu szukać odpowiedzi na nurtujące pytania. Niespodziewanym bonusem jest to, że czasem pięciolatek się znudzi jeszcze zanim znajdę odpowiedź w sieci. Rodzicielski autorytet nie ucierpiał, a temat został zapomniany. Kolejna metoda pozwala nam ćwiczyć kreatywność, równocześnie ucinając w zabawny sposób temat. Na przykład na pytanie „Dlaczego nie możemy mieć psa?” odpowiadamy: „Bo pies musi mieć własne biuro do pracy zdalnej, a my nie mamy tyle miejsca w domu”, lub „Psy mają swoje paszporty i specjalne wizy, a w naszym kraju trudno je dostać. Może kiedyś to się zmieni.” Tu ogranicza nas tylko wyobraźnia, a śmiechu może być co niemiara: stara tradycja rodzinna na sprzątanie pokoju, badania nad magią jakiegoś miejsca, magiczne króliki, zagadka detektywistyczna. Największe absurdy dostosowane do wieku potrafią zdziałać cuda, no i nikt ci nie zarzuci braku zaangażowania. To co, że jest ono trochę dziwne? Świat i ludzie też są dziwni i jakoś wiele osób przyjmuje to za normę. No dobrze, kwestię pytań mamy omówioną. A co ze słowotokami? To ten moment, w którym pięciolatek gada i gada, nie tylko zadaje pytania, na które sobie odpowiada, ale wygłasza teorie i spostrzeżenia, zlewające się w jeden potok nieprzerwanych słów. Żadnych kropek, przecinków czy spacji. Wszystko idzie razem. Co wtedy? Moja rada: przyjmij to jako swoje przeznaczenie. Pogódź się z faktem i zamień się w mistrza pozornego zainteresowania. Po pierwsze o płytkości twojej uwagi wiesz tylko Ty, a po drugie nie czyni to z Ciebie złego opiekuna. Przepraszam bardzo, ile nasza rodzicielska świadomość może znieść historii o przygodach z plasteliną czy zajączkiem w raju marchewek. Przytakuj, zadawaj pytania w stylu: „Aha, i co o tym myślisz?”, „O! Naprawdę? I co na to Kuba?” itp. itd. Wiem, że bywają sytuacje, w których po prostu nie mamy już siły udawać. Szczególnie w chwili, gdy przedszkolak wypowiada zdanie numer tysiąc osiemset dwadzieścia sześć. Wtedy sięgam po staroindyjską sztukę milczenia. Czasem ewentualnie skinę głową lub wymownie spojrzę. Czy to działa? Oczywiście, że w większości przypadków nie działa, ale mam przynajmniej poczucie, że próbowałam zawalczyć o siebie. Nie zginąć w tym chaosie zdań i refleksji otaczającego świata. Jeśli już wejdziesz w tryb walki o przetrwanie w potoku słów, możesz spróbować kolejnej sztuki ratunku, jednak ta już wymaga większego poziomu skupienia i kreatywności. Możesz na przykład spróbować wyobrazić sobie, że słowa twojego dziecka to melodyjna pieśń ptaków, symbolizująca radosny poranek w krainie wiecznej harmonii. W sytuacji, gdy słowa pięciolatka stają się bardziej uporczywe niż wesołe wrzaski na polu bitwy krasnoludów, odkrywanie nowych światów to świetna alternatywa, która pozwoli uratować resztki równowagi psychicznej, jaka jeszcze się tli. Ledwo, bo ledwo... ale jednak. Odkryj w zakamarkach swojego ja magiczny kąt, z fotelem i rozpalonym kominkiem. Możesz też zamienić fotel na poduszkę do medytacji, kozetkę lub łóżko wodne - wybieraj, co potrzebujesz. Do swojego bezpiecznego miejsca zabierz dobrą energię i wszystko, co uznasz za niezbędne. Co jakiś czas wyłapuj pojedyncze słowa - nie jesteś przecież taką ignorantką/ignorantem - i pomrukuj przytakująco, po czym wracaj do strefy komfortu, w której nikt ci nie wadzi. Jeśli wolisz mniej statyczne rozwiązania, wyobraź sobie, że jesteś elfem, który skacze z każdego słowa na słowo, które pada z ust małego agresora. Możesz nawet pokusić się o włożenie elfiej szaty, tiulowej kiecki Ironiczny przewodnik przetrwania rodzica 175 czy zwiewnego welonu. W takiej chwili nic, co dobre i dziecięce, nie jest zabronione, bo obrana taktyka pozwala pielęgnować twoje wewnętrzne dziecko. Wszyscy coachowie tego świata mówią o tym, jak ważne jest zadbanie o tę część naszego duchowego życia. Wiesz, nic nie rozwiązuje lepiej problemów, niż skakanie po kałużach deszczu i zamykanie oczu na obowiązki dorosłego życia. Ja proponuję elfie skoki po słowach wyrzucanych z ciałka pięcioletniego oratora, bo to spełnia to dwie role: ratunkową i pielęgnacyjną. Dwie pieczenie, no nie? Czy to, co napisałam, ma sens? Po przeczytaniu całości, dla mnie tak, jednak jeśli dla ciebie niekoniecznie, pozostaje ostateczne rozwiązanie: uwolnij swoją wewnętrzną jedno-rożycę. Jednorożce to niezwykle twarde zwierzęta, które przetrwają każdą burzę, biegają po tęczy i radośnie stają na tylnych kopytakach. Nie myśl, że to totalnie powalona rada. Szukasz ratunku w mojej rubryce, będąc o włos od szaleństwa, zagadana/zagadany na śmierć przez własne dziecko. Kto tu bardziej jest szalony? Bycie rodzicem to nawet nie praca na cały etat, a raczej praca na całą dobę, w której urlop zależy od tego, czy dzieci pojadą na biwak, albo zlituje się babcia i przygarnie na weekend latorośl. Praca ta komplikuje się, gdy w domu jest dociekliwy pięciolatek, który opanował wyrzucanie słów niczym fontanna wodę. Teraz jednak jesteś wyposażony w plecak równie szalonych porad i jesteś gotowa/wy na wycieczkę do krainy nonsensu, gdzie spokój to tylko złudzenie, a milczenie jest zapomnianym luksusem. Nie zapomnij elfiej spódniczki i kozetki. Na pewno się przydadzą. Recenzje Piotr Napiwodzki O POEZJI PARĘ (BYĆ MOŻE ZBĘDNYCH) SŁÓW Janusz Ryszkowski, Plagi, 2024. Niegdyś poezję rozumiałem jako sztukę odsłaniania się poety - miałby to być rodzaj ukazywania swoich przeżyć, postrzegania świata, emocji, a więc ostatecznie ukazywania samego siebie. Obcując z poezją - co prawda nieregularnie, ale intensywnie - doszedłem do przekonania, że poezja to o wiele bardziej sztuka zasłaniania: to rodzaj ukrywania swoich przeżyć, postrzegania świata, emocji, a więc ostatecznie ukrywania samego siebie. W tym drugim poglądzie utwierdza mnie także najnowszy tomik poetycki Janusza Ryszkowskiego. Mam nieodparte wrażenie, że Autor skutecznie i bardzo twórczo ukrywa się za kunsztowną zasłoną słów, niedopowiedzeń, przenośni, nawiązań do różnorakich sytuacji. To bardziej teatr, niż osobiste wyznanie, co w niczym nie ujmuje autentyczności czy oryginalności. Wprost przeciwnie — to poezja dojrzała, bo uniwersalna, zaangażowana, a przecież zdystansowana, bliska konkretnej egzystencji, a przecież czyniąca swoim tematem tęsknoty i lęki powszechne i absolutne. Oczywiście, dla tych, którzy Autora znają lepiej, utwory te mogą powiedzieć więcej, ale nie dajmy się zwieźć - dla wszystkich jest to zaproszenie do podjęcia swoistej gry -gry wyobraźni, a przede wszystkim gry słów, które kończą się zwykle niespodziewanie, urywają w momencie, w którym czekamy na ostateczne dopowiedzenie, na uroczysty finał. Nikt nie jest w sytuacji jednoznacznie uprzywilejowanej, bo poezja zawsze wymaga pewnego rodzaju skupienia czy też otwarcia na podążanie za Autorem i uzupełnianie jego słów tym, co one wzbudzają w nas, co jest owocem naszej konfrontacji z jego słowem. Tak, wiele osób będzie znało konkretne osoby, o których jest dany utwór, będzie potrafiło przyporządkować dany wiersz do konkretnych okoliczności czy sytuacji, ale to w końcu nie na tym polega czytanie poezji, nie musi to być nauczane (przynajmniej kiedyś) w szkole poszukiwanie źródeł inspiracji czy nawiązań do mniej lub bardziej aktualnych wydarzeń. Sama gra słów jest już wystarczającym wyzwaniem i źródłem satysfakcji, zwłaszcza, gdy uda się podczas lektury uruchomić coś w swoim własnym patrzeniu na rzeczywistość. Cóż, taki urok poezji (a prawdopodobnie każdej sztuki) - chodzi w niej o to, aby nas zadziwić, zaniepokoić, zasmucić, Recenzje 177 czasami rozbawić - a najczęściej wszystko na raz i taki właśnie zabieg, szybkiego przejścia od banalnej rzeczywistości do głębokiej zadumy - uważam ze szczególnie udany w tomiku Janusza Ryszkowskiego. Na przestrzeni sześciu, ośmiu wersów czytelnik jest w stanie parsknąć śmiechem i się przestraszyć, na początku utworu się ucieszyć, a na końcu zatrwożyć (lub odwrotnie). Ta poezja uczy, jak bardzo krótka może być droga od zwykłych spotkań i od pospolitych rzeczy do metafizycznej refleksji czy melancholijnej zadumy. Ten „żaden materiał na wiersz” staje się punktem wyjścia do popatrzenia na świat z dystansem umożliwiającym szerszą perspektywę - a to wszystko bez pretensji do jakiegoś ogólnego i wyczerpującego ujęcia. To raczej zaproszenie do spojrzenia na to, co powszechne, w sposób, który unieszkodliwia banał i powszedniość, co pozwala na wyrwanie się i wzniesienie na inny poziom przetwarzania docierających do nas informacji - niezależnie od tego, czy to powierzchowny bełkot mass mediów, czy przeszywający bólem nekrolog bliskiej nam osoby. Okazuje się, że wszystko może być punktem wyjścia i punktem dojścia, a poeta może ewentualnie pomóc w umiejscowieniu się pomiędzy tymi punktami. „Plaga” to - według słowników - zjawisko groźne, szerzące się i trudne do opanowania, być może dokuczliwe. To słowo nieczęsto już używane, kojarzone bardziej z Biblią niż z życiem codziennym. Nawiązania biblijne brzmią mniej pewnie w dzisiejszym świecie, gdzie „każdy uważa się za boga po krótkim e-kursie”, ale nawiedzających nas plag nie brakuje. „Plagi” Janusza Ryszkowskiego to próba poetyckiego zmierzenia się z tego typu zjawiskami i niejako ich rozbrajanie. Być może trzeba je nazwać i opisać, ale też być może trzeba nad nimi zamilknąć, bo w końcu jedną z funkcji poezji jest wprowadzanie w umiejętność zamilknięcia. Dobra poezja - jak mówią niektórzy - to nie ta, która zapełnia nasz umysł wielością słów, ale ta, która prowadzi do zamilknięcia, która sprawia, że pozosta-jemy bez słów. Naprawdę - po obcowaniu z poezją Janusza Ryszkowskiego chce się pomilczeć, a więc konsekwentnie to krótkie omówienie wypada zakończyć i jedynie gorąco lekturę tę polecić. Noty o autorach Wacław Bielecki - od 1947 roku mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności. Dyrektor Poradni Wychowawczo-Zawodowej oraz szkół medycznych w Sztumie. Meloman, autor książki Zapiski melomana z prowincji. Jan Chłosta - dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 500 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu - Warmia i Mazury w literaturze polskiej i niemieckiej w latach 1994— 1995, leksykonów - Słownik Warmii, prac o Wydawnictwie „Gazety Olsztyńskiej” i ludziach z nią związanych. Krzysztof Czyżewski - eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze - sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Są-siedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New Schooł University (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Paulina Hoppe-Gołębiewska - ur. w 1986 roku w Malborku, mieszkanka Sztumu od 2007 roku. Związana z fundacją Damy Radę, asystentka do spraw marketingu w Malborskiej firmie So Chic. W 2013 roku założyła błog pod nazwą Radość i Partyzantka. W 2021 przemianowała go na paulapisze.pł, gdzie w dalszym ciągu z dystansem pisze o codziennych sprawach. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 roku, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim (seminarium prof. Marii Janion), pisarz, badacz literatury, działacz opozycji demokratycznej (jeden z założycieli Niezależnego Zrzeszenia Studentów), doktor nauk humanistycznych; od 1985 zajmuje się pracą nauczycielską (Liceum Ogólnokształcące w Nowym Dworze Gdańskim). Nominowany do Finału Nagrody Literackiej Gdynia 2011 za książkę Back in the DDK i inne opowiadania (2010). Autor tomu esejów Galeria Jacka /kieżmarskiego. Skrzydło wschodnie (2013) oraz tomu opowiadań Koronczarka (2013). W 2018 wydał Mój płaski kraj Żuławy. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2012). Żuławiak od urodzenia. Beata Langowska - nauczycielka języka polskiego w Szkole Podstawowej w Waplewie Wielkim. Poetka, w ramach Stypendium Kulturalnego Starosty Sztumskiego wydała tomik poetycki Słowa szemrane. Andrzej C. Leszczyński - urodził się w Chodzieży. Eseista, wykładowca akademicki, okazjonalnie nauczyciel licealny. Studiował pedagogikę i filozofię. Autor pięciu książek i ponad 200 rozpraw i szkiców z zakresu filozofii człowieka, etyki, antropologii teatru. Promotor ponad stu prac magisterskich i licencjackich. Prowadził teatralne warsztaty komunikacji i ekspresji w kraju i za granicą. Andrzej Lubiński - ur. w 1952 roku w Gniewie. Absolwent historii w UMK w Toruniu. Prezes Towarzystwa Miłośników Sztumu. Publikacje w „Komunikatach Warmińsko-Mazurskich” „Studiach Elbląskich”, „Roczniku Elbląskim”, „Prowincji”, „Z dziejów Sztumu i okolic”. Autor książki IT ich snach powracała Polska. Mieszka w Sztumie. Alicja Łukawska - ur. w 1959 roku, absolwentka filologii polskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy, później pracownik naukowy tejże uczelni, dziennikarka prasy lokalnej i krajowej, autorka książki Duchy Kresów Wschodnich wydanej w 2018 roku w wyd. von Borowiecky, współautorka książki Córka organisty. Wspomnienia mieszkanki Pomorza. Piotr Napiwodzki - ur. w 1972 roku w Jeleniej Górze, teolog, filozof, tłumacz, były dominikanin. W 2005 obronił doktorat na Uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim. W łatach 2006-2010 rektor Noty o autorach 179 Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie. Ostatnio w Bibliotece Prowincji wydał Maie obrazki, proste scenki. Powislańskim szlakiem Wilhelma z Modeny i losy całkiem współczesnych osadników (2020). Od 2010 mieszka w Koślince kolo Sztumu. Wiesław Olszewski - ur. w 1957 roku. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof oraz Muzeum Zamkowym w Malborku. Piotr Podlewski - absolwent historii na UW-M w Olsztynie i etnologii na UMK w Toruniu. Współzałożyciel kanału historycznego na platformie YouTube Penetracje wokół Sztumu i autor książki pod tym samym tytułem (2021) orai Żywoty zmarłych (2013). Nauczyciel historii i muzyk. Mieszka w Sztumie. Stefan Rusin - ur. w 1946 r., poeta, pisarz, krytyk literacki, plastyk (malarz, rysownik, grafik, plakacista). Opublikował kilkadziesiąt zbiorów wierszy, ostatnio „Bez retuszu” (Biblioteka „Toposu” 2023), zbiory szkiców i esejów, także związanych z regionem. Mieszka w Koninie. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 roku w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy - pif ćpokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806-1945 (2 014). Ryszard Rząd - ur. w 1958 roku, historyk, absolwent KUL. Pracownik Muzeum Zamkowego w Malborku. Autor szeregu publikacji poświęconych dziejom odbudowy zamku w Malborku na przełomie XIX i XX wieku. Leszek Sarnowski - ur. w 1959 roku w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989-1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do wolności (2017), Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej (2018) oraz Franciszek Baumgart. Osaczony bohater (2024). Mariusz Stawarski - ur. w 1961 roku. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 roku pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 roku zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marek Suchar - z wykształcenia psycholog oraz absolwent studiów z zakresu judaistyki i archeologii biblijnej, nauczyciel akademicki na sopockim Wydziale Uniwersytetu SWPS w Sopocie. Autor czterech książek i licznych artykułów poświęconych historii i teraźniejszości Jerozolimy. Ostatnio ukazała się drukiem jego powieść Kwadrat jerozolimski. Agnieszka Świercz-Karaś — absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego. Od początku kariery zawodowej związana z samorządem i lokalnymi mediami. Wieloletnia redaktor naczelna „Nowin Gniewskich”, współpracowała m.in. z TVP i Wydawnictwem Pomorskim. Obecnie zatrudniona w Starostwie Powiatowym w Sztumie i zaangażowana w tworzenie nowego wydawnictwa „Dzień Dobry Powiat Sztumski”. Zbigniew Jerzy Woś - płk w st. spocz. mgr inż., rocznik 1956, Urodzony w Nałęczowie na Lubelszczyźnie. W młodości mieszkał w Jarnołtowie i Olsztynie na Warmii i Mazurach, od 1980 w Warszawie. Po ukończeniu studiów wojskowych o profilu politechnicznym studiował politologię oraz ochronę i kształtowanie środowiska. Przez wiele lat pracował na stanowiskach kierowniczych w Instytucjach Centralnych MON. Obecnie na emeryturze. Prywatnie interesuje się historią Prus. Współuczestniczy w prowadzeniu portalu www.jarnoltowo.pl, gdzie opublikował wiele artykułów dotyczących historii Jarnołtowa i najbliższych jego okolic. Łukasz Walendziak - ur. w 1983 roku w Gdańsku. Pisze o sobie: „W 2015 roku stałem na skraju przepaści. Limit głupot, błędów i porażek już wyczerpałem. Za mną były spalone mosty a dookoła zgliszcza. W akcie desperacji zdecydowałem się na ucieczkę przed samym sobą. Bilet w jedną stronę do Nepalu. Z perspektywy dnia dzisiejszego, śmiało mogę jednak stwierdzić, że cały ten trud nie 180 Noty o autorach poszedł na marne. Były to korepetycje w zakresie odpowiedziałności, samodziełności, radości życia czy poczucia własnej wartości”. Arkadiusz Wełniak- ur. w 1973 roku, historyk archiwista, genealog. W latach 1999-2011 kustosz i kierownik Oddziału w Archiwum Państwowym. Od 2011 roku pracujący w hranży usług archiwistycznych, dokumentacyjnych i genealogicznych, w międzynarodowej firmie GEN Gesel-Ischaft w Berlinie. Aktywny członek Towarzystwa Genealogicznego Prus Wschodnich i Zachodnich. Publikował m.in. na łamach „Rocznika Elbląskiego”, „Przeglądu Zachodniego”, „Archeionu”, „Archiwisty Polskiego” oraz periodyków genealogicznych w Niemczech. Zainteresowania naukowe koncentrują się wokół problematyki polsko-niemieckiego pogranicza w XIX i XX wieku. Praca doktorska dotycząca kwestii migracyjnych, demograficznych i społecznych Elbląga w latach 1945-1950, obroniona na Uniwersytecie Gdańskim. Miłośnik muzyki, twórczości Guntera Grassa i literatury współczesnej. Piotr Zawada - pasjonat historii, w szczególności epoki napoleońskiej. Z wykształcenia ekonomista, posiada też licencjat z historii. Od 2002 roku w polskim ruchu rekonstrukcyjnym epoki napoleońskiej. Dowódca Pułku 12 Piechoty Księstwa Warszawskiego z Gdańska. Autor książek; Sojusznik czy wróg? Armia rosyjska w kampanii galicyjskiej 1809 roku (2009) oraz Victor za Bluchera. O marszałkach epoki napoleońskiej z polskimi ziemiami (2020). BlBEtotcfejci J^iionrlnfiuferL prouflingci K Leszek Sarnowski FRANCISZEK BAUMGART OSACZONY BOHATER . Publikacje można zamawiać na prowincja@onet.pl Można również zamawiać archiwalne numery Prowincji BlBEtGbefŁCi J^iiiartiifrulŁCL f^ouoinjgcL Publikacje można zamawiać na prowincja@onet.pl Można również zamawiać archiwalne numery Prowincji 3ifc(ietefexL J-^uarLrtOjErdka jYsuautda SIERAKOWSCY Z WAPLEWA HISTORIE MYŚLIWSKIE Adam Langowski Publikacje można zamawiać na prowincja@onet.pl Można również zamawiać archiwalne numery Prowincji BlBEtotefŁCi J-(uQxwbafnilŁci prouoinjgcb Piotr Podlewski ŻYWOTY ZMARŁYCH Płyty nagrobne na Powiślu XIV-XVIII w. Publikacje można zamawiać na prowincja@onet.pl Można również zamawiać archiwalne numery Prowincji PRACE FOTOGRAFICZNE WOJCIECHA SZARUGI