Darczyńcy Kwartalnika Prowincja WOJEWÓDZTWO POMORSKIE Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2024 roku” FOBOS ONE Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos One KOPOCZYŃSKI adwokaci i radcowie prawni PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr4 (58) 2024 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Piotr Napiwodzki Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy Krzysztof Czyżewski, Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Adam Langowski Projekt okładki Mariusz Stawarski Str. III i IV Prace Wiktorii Baranowicz Skład komputerowy i przygotowanie do druku Ewa Kreflft-Bladoszewska Druk Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia wydawca Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, teł. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowlncja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury oraz Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca, w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Zakład fotograficzny Foto Mono II w Sztumie, Plac Wolności 19 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy: Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Pięćdziesiąta ósma „Prowincja”...............................................5 Poezja Dominika Lewicka-KJucznik...................................................6 Proza Marek Suchar - Chodzenie po wodzie..........................................11 Janusz Ryszkowski - Eugenia i cień Antoniego................................24 Barbara Elmanowska - Woliera................................................31 Sylwia Kubik - Odyseja żuławska, t. 2. Powrót do Miłoradza..................37 Łukasz Walendziak - Ulica Sezamkowa.........................................42 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy............................................49 Leszek Sarnowski - O komunistycznym zaczadzeniu peerelowskiej inteligencji i nie tylko ..............................................................55 Na tropach historii Aleksandra Thielmann, Radosław Biskup - Średniowieczny przywilej miasta Sztumu w XVIII-wiecznej polszczyźnie......................................65 Rafał Panfil - Sztum kontra Malbork: konflikt pomiędzy starostami malborskim a sztumskim w latach 1485-1496............................................74 Piotr Napiwodzki - Zakon krzyżacki - kolejna chybiona rewolucja.............79 Andrzej Lubiński - Towarzystwo Ziemianek i Towarzystwo pod wezwaniem św. Kingi na Powiślu oraz sprowadzenie prochów Juliusza Słowackiego w 1927 roku...............................................................87 Ryszard Rząd - Historie nie tylko malborskie. O pomnikach, które wędrowały ....97 Wędrówki po prowincji Alicja Łukawska - Żuławskie opowieści: wódka, słonina i wszy...............106 Andrzej Kasperek - Tadeusz Nieśpiałowski - mały wielki człowiek...............121 Tadeusz Nieśpiałowski - Czas grozy i oporu....................................128 Piotr Podlewski - Moje wędrówki III...........................................136 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski - Notatki słów i obrazów (24).............................143 Piotr Zawada - Bitwa Narodów pod Lipskiem.....................................149 Muzyka Wacław Bielecki - 2Lapiski melomana..........................................159 Arkadiusz Wełniak - Kukułeczka (znowu kuka)...................................172 Na moje ucho Arkadiusz Wełniak - Moje ostatnie zasłuchania................................178 Galeria Prowincji ,Artyści muszą mieć urojenia”, z Wiktorią Baranowicz, artystką z Barcic, rozmawia Piotr Napiwodzki.................................................181 Czego ci matka nie powie... Paulina Jagnicka - Powrót do szkoły..........................................184 Recenzje Krystian Zdziennicki - Był taki świat........................................186 Noty o autorach.............................................................188 PIĘĆDZIESIĄTA ÓSMA „PROWINCJA” Niezależnie od tego czy będzie śnieżnie, czy ponuro, zapraszamy Państwa do lektury ostatniego w tym roku numeru kwartalnika „Prowincja”. Poezją ze swojej nowej książki wraca do nas Dominika Lewicka-Klucznik z zaprzyjaźnionego Elbląga. W prozie tym razem spory dok. Marek Suchar, jak można się spodziewać, zabiera nas do Jerozolimy swoją nową powieścią. Łukasz Walendziak wraca do Nepalu. Sylwia Kubik kontynuuje opowieść o Miłoradzu. Barbara Elmanowska ze Świdnicy prezentuje po raz pierwszy na naszych łamach swoją debiutancką powieść, a Janusz Ryszkowski odsłania rąbek tajemnicy ze swojej najnowszej książki o Antonim Donimir-skim, która ukaże się jeszcze w tym roku w ramach Biblioteki Prowincji. Andrzej C. Leszczyński tym razem o starości, a ja wracam do czasów opresyjnego PRL-u i „zaczadzeniu” inteligencji komunizmem, z refleksją ku współczesności. Radosław Biskup ze swoją studentką Aleksandrą prezentują nam średniowieczny przywilej lokacyjny Sztumu w XVIlI-wiecznej polszczyźnie. Rafał Panfil z kolei analizuje spór między starostą malborskim a sztumskim, na szczęście w odległych czasach, bo w XV wieku. Piotr Napiwodzki proponuje nam nowe spojrzenie na zakon krzyżacki, które, mamy nadzieję, wywoła dyskusję wśród specjalistów. Ryszard Rząd pisze o „wędrujących” pomnikach, a Andrzej Lubiński o udziale powiślariskich ziemianek w sprowadzeniu do Polski prochów Juliusza Słowackiego. Alicja Łukawska jakby zamieszkała w Zwierznie, bo odkrywa przed nami kolejne żuławskie losy mieszkańców tej niewielkiej miejscowości. Andrzej Kasperek przypomina sylwetkę Tadeusza Nieśpiałowskiego, nauczyciela i byłego więźnia obozu koncentracyjnego Stutthof, który „przeżył i dał świadectwo”, którego fragment również publikujemy. Piotr Podlewski zaprasza na ciąg dalszy historycznych penetracji po Powiślu w poszukiwaniu miejsc po dawnych młynach, wiatrakach czy karczmach. Krzysztof Czyżewski nie tylko poetycko o Ukrainie, a Piotr Zawada na kolejnym napoleońskim szlaku, tym razem w Lipsku podczas „Bitwy Narodów”. Jak zwykle mogą Państwo liczyć na kolejną dawkę muzycznych podróży Wacława Bieleckiego w „Zapiskach melomana”, ale wprowadzamy też nowy dział „Na moje ucho” autorstwa Arkadiusza Wełniaka, który tym razem nie występuje w roli archiwisty-badacza, a wrażliwego melomana, wprowadzając nas w swój muzyczny świat i „relaksacyjny masaż dźwiękiem”. Piotr Napiwodzki prezentuje sylwetkę Wiktorii Baranowicz, młodej artystki z Barcic, a Paulina Jagnicka kontynuuje swoje opowieści o dzieciach i szkole. Mimo że na okładce Mariusza Stawarskiego nie widać zimowej scenerii, to świąteczna aura jest tu obecna. Dym z komina, więc w domu już grzeją, światła się palą, zatem wszyscy w środku, w oczekiwaniu na Dobrą Nowinę. No i ten nieznajomy wędrowiec. Miał wejść do środka, bo od dawna czeka na niego puste miejsce przy stole, a on dźwiga cały dom i niesie nas dalej. Życzymy Państwu udanych podróży w rodzinnym i przyjaznym gronie, lue tylko w świąteczny czas, ale w całym przyszłym roku, oby przyjemnym, zdrowym, radosnym, pełnym miłości, nadziei i pokoju. Leszek Sarnowski Reeiaktor Naczelny Kwartalnika „Prowinc/a” Poezja Dominika Lewicka-Klucznik TERAZ NALEŻY BYĆ TYLKO MŁODĄ Lubię mówić do tego, co odeszło. Sposób na żałobę. Popełniam plagiaty sama na sobie. Ograniczony zasób słów zdatnych do użycia. Zapisuję w kalendarzu. To tylko narkoza. To szpital, przecież kiedyś mnie wypuszczą. I niekoniecznie będzie lepiej. Próbujemy. Głaskaniem się nie da. Po łacinie lepiej to brzmi, a po polsku po prostu gówno. Składam się z osobnych kawałków. I leżę, na szwach. Nie sięgam. Chcę opowiedzieć siebie i tak strasznie nie ma komu. Byłam tylko epizodem. Pocieszę cię. NIE JESTEM KAŻDA Niewiele trzeba, Anno, by poczuć się swobodnie. Działać na linie papilarne. Potem jest zmiana hasła i ustawień. Czekanie na zieloną kropkę przy zdjęciu. To znak, że żyjesz. Nie umiem sobie radzić bez odpowiedzi na dzień dobry. Wiem, że nocą się mijamy. Żyjemy w innych strefach osobistych, czasach własnych. Tryby nam się rzadko zazębiają. Poezja 7 Zazwyczaj nie jest miło. Coraz częściej myśiimy o tym, jak rozstać się bezboleśnie. Więc siedzimy i gapimy się w rzekę każda ze swoim dostępem do konta. KOLOR POMADKI DLA BLONDYNEK Już czas, Anno. Odchodzenie nigdy nie było prostsze. Wystarczy się najeść i odpocząć, a w ostatnim momencie starannie pomalować usta. Nie wiesz, gdzie trafimy i co nas czeka. Skończą się ludzie. Przestaniesz być dziewczynką do całowania, która zdarza się każdemu. Poczujesz w końcu, jak smakuje wolność. Tyle o niej mówiłaś, przekładając sprawy z miejsca ważne na konieczne. Możesz sobie iść. Zawsze się wypełnia. W CIAŁO Zaczynamy, Anno, zawsze na języku. Tam kończymy, gdy już przelecą wszystkie paroles, paroles, paroles. Wtedy zaczynasz gryźć. Z zaskoczenia i za niewinność. Opowiedziałam ci już wszystko, ale to zawsze jest za mało. Zajmuję przecież niewiele miejsca. Ludzie pytają o ciebie. Wymyślam inne imię. Mówią, że się zmieniam. A ja właśnie dopiero teraz staję się. Zluzowałam i spadło. Nie chcę odparzeń zamiast wrzynającego się ramiączka. 8 Poezja POCZUCIE WINA Nie będziesz kolejnym z mężczyzn, Anno. Każdemu muszę dać kawałek i czas. Umówiłam się na dwudziestą piątą, bo moja doba się nie kończy. Kalendarz nie zamyka. Bądź fit, bądź smajl, bądź pleżer. Wypełniają mnie palce i słowa, zadania na czas i od do, dedlajny. Mam uczulenie na mejle tak jak kiedyś na zeszyty w kratkę. Matematyka w końcu nie przydaje się w życiu. Chemia tylko czasami. Ważne jest, by pamiętać, że pewnych rzeczy i spraw się nie łączy. A o tym zapominam codziennie. Powtarzasz, jak dobrze, że mamy siebie. Milczę. Ja mam siebie. Ty masz siebie. SIERPIEŃ PACHNIE mirabelkami, Anno. Klei się chodnik, a ja pamiętam, że wiele lat temu nie umiałam zejść z drzewa. Zamykałaś lato w słoiku. Na zimę, mówiłaś, a w styczniu do ciebie nie jeździłam. Próbowałam najeść się na zapas, ale zawsze było za mało. Poezja 9 NIETRZYMANIE MOCY Odchodzenie mamy we krwi. Tak zamyka się kalendarze coraz częściej na klikanie, a nie bazgroły w datach. Tam już nie zaglądam. Zamknęłam nas na dwa przekręty. Drapię czas. Na noc, może dwie. Kierunek nieważny, bo i tak znajdą cię wszystkie demony. Nie nauczyłaś się, że pewne rozdziały się kończy. Nawet te z otwartymi ramionami, które nie zawsze obejmują. Tyle razy już było o dobrych intencjach. Mały kamień pachnie wielką skałą, ale nie wszystkie prowadzą na szczyt. ZSZYTE NIEFORTUNNIE Decyduję, co trzeba pamiętać. Coraz mniej zostaje z mojego nie. Nie przywiązujemy się do obietnic. Opowiadasz mi o zwrotniku raka, a po głowie tłuką się związki rządu i przynależności. Opuszczam kalendarze, trzeźwieję, usuwam toksyny, chudnę. Nie pierwszy raz powtórzę, że umiem bez. Zanim zamkną się historie, poderwę ostatni raz. Zapamiętać wznoszenia nie opadania. 10 Poezja KRAWĘDŹ ŻYCIA Skończyliśmy ze śniadaniami. Z jajkiem na miękko, ulubioną bułeczką i kawą madę by Anna. Odechciało się czekać. Tu także wkradło się przyzwyczajenie. Dlatego chcemy w otwarte za każdym razem inaczej. Jedzenie odpuściliśmy w trzecim etapie. Najpierw przestaliśmy rozmawiać, bo suma rachunków nie była wystarczającym powodem. Znamy wszystkie początki i słabe zakończenia, więc nawet niespodzianki są nudne. Nam już nawet zabrakło instynktu. HASKA Przelać do szkła, Anno, czy będziesz pić z butelki? Kobieta jest zmienną i tylko czasem chce być damą. Z zasady mamy po równo. Szczególnie gdy kopie zbyt mocno. Częściej czytasz nekrologi niż zapowiedzi. Starsze panie schodzą ze sceny i próbują nie połamać. To nie jest zmiana warty, bo nikt nie przychodzi. Słuchać, prowadzić, przebierać zasrane życie. Za dwa tysiące plus dowody wdzięczności. Nie mam dnia wolnego, a Haśka to ostatnia suka, która patrzy na mnie z miłością. Marek Suchar Proza CHODZENIE PO WODZIE* Zaraz po śniadaniu wyruszamy w drogę do Galilei. Będziemy się zmieniać przy kierownicy. Jako pierwszy, czyli jako ten kto wywiezie nas z miasta, siada za kierownicę Malina. Ma w tym względzie już jakieś doświadczenie wyniesione z poprzednich pobytów w Izraelu. Mimo dość dobrego systemu dróg i kilku wielopoziomowych skrzyżowań, Jerozolima, jak każda współczesna metropolia, jest w powszednie dni mocno zatłoczona. Wydostanie się z miasta okupujemy w związku z tym prawie godzinną jazdą w korkach. Za to później, na autostradzie, jest już o wiele lepiej. Tyle, że zaczyna padać. Dotychczas pogoda w czasie naszego pobytu w Jerozolimie była stosunkowo przyjazna. Martwimy się trochę, czy deszcz nie pokrzyżuje nam planów zwiedzania Galilei. Przez większą część drogi jedziemy autostradą prowadzącą z Jerozolimy na północny wschód, w kierunku Tel Avivu i Haify, by następnie odbić od niej w prawo, na południe, w kierunku Tyberiady, położonej na brzegu jeziora Genezaret, które tutaj w Izraelu nazywa się JGneret. I oto w momencie, w którym naszym oczom ukazuje się sięgająca prawie po horyzont błękitna tafla wody, deszcz nagle przestaje padać, zza chmur wygląda słońce, a na niebie ukazuje się wspaniała, olbrzymia tęcza. Można nie wierzyć w cuda, ale jak tu nie ulec urokowi takiej koincydencji. Jezioro Genezaret przywitało nas tęczą! Mijamy Tyberiadę nie zatrzymując się w niej i jedziemy dalej szosą wzdłuż brzegu jeziora. Galilea ze swoją intensywnie zieloną, soczystą roślinnością może przywodzić na myśl rajskie ogrody. Podobno nie cała jest taka, ale tu nad jeziorem jej klimat i gleba bardzo różnią się od kamienistej i górzystej Judei. Po obu stronach szosy, którą teraz jedziemy, widać pola uprawne, plantacje drzew owocowych i wszędzie mnóstwo bujnej roślinności. Wspaniałe widoki. W dali na północy widać Wzgórza Golan. Jezioro Genezaret ma około 20 kilometrów długości, a w najszerszym miejscu kilkanaście kilometrów szerokości. Do niedawna było głównym źródłem wody w Izraelu. Teraz, jak twierdzi Malina, to się stopniowo zmienia, bo Izrael opanował technologię odsalania morskiej wody i robi to na coraz większą, w tej chwili już przemysłową, skalę. Po drodze mijamy drogowskaz do miejscowości Migdal. Okazuje się, że to biblijna Magdala, z której pochodziła Maria, zwana właśnie od miejsca swego pochodzenia Marią z Magdali, czyli Magdaleną. Po jakimś czasie zjeżdżamy na przydrożny parking przy bramie wiodącej na teren, na którym stoi niewielki kościółek, a właściwie kaplica z czarnego bazaltu. To jest „Kościół Prymatu”, zbudowany dla upamiętnienia tego, że gdzieś w pobliżu tego miejsca Jezus ukazał się apostołom po swoim zmartwychwstaniu i wypowiedział słowa interpretowane później jako uzasadnienie utworzenia instytucji papiestwa. Kościółek stoi prawie na samym brzegu jeziora. Od niego Fragment nowej powieści Marka Suchara pt. Jerozolimska perspektywa. 12 Marek Suchar Galika ze swoją intensywnie zieloną, soczystą roślinnością może przywodzić na myśl rajshie ogrody. już tylko kilkanaście metrów kamienistej plaży dzieli nas od wody. Schodzimy na tę plażę. Z jakichś powodów, czy to pory roku, czy deszczowej pogody, czy może pory dnia, jesteśmy tu dziś sami. Naprawdę sami. Parking, na którym stoi nasze auto, jest pusty. Wokół nie ma żywego ducha. Mamy szczęście! Może to właśnie ten luksus samotności obiecywała nam tęcza, którą zobaczyliśmy koło Tyberiady? Spokój, cisza, słońce, szum zalewających rytmicznie brzeg delikatnych dziś fal i nieomal gładka, ciemnoniebieska tafla jeziora. Jeśli gdziekolwiek miałem poczucie „stąpania po śladach Jezusa”, to może najbardziej właśnie w tym miejscu. Chodzenie po wodzie 13 Nad brzegiem jeziora, w którym łowił z uczniami ryby, gdzie przychodziły go słuchać tłumy. Patrząc na pustą, kamienistą plażę, nietrudno mi wyobrazić sobie przybijające do brzegu rybackie łodzie apostołów, a delikatnie marszcząca się powierzchnia jeziora nasuwa obrazy stąpającego po niej Jezusa. Na brzegu, wokół kaplicy, jakby porozrzucane pomiędzy drzewami głazy, świetnie nadają się, by użyć ich jako stołu do posiłku składającego się z chleba i ryb. I nic dziś w tej scenerii nie zakłóca nam nastroju kontemplacji. Nie ma tej pielgrzymkowej prozy - tłumu zmęczonych przeładowanym programem uczestników różnojęzycznych grup. 14 Matek Suchar Bazaltouy kościół Prymatu pośpieszanych przez opiekujących się nimi przewodników, nie ma handlarzy pamiątkami i dewocjonaliami, całego tego ruchu, tłoku i różnojęzycznego gwaru. Dzięki temu łatwo nam się wczuć w niezwykłą atmosferę tego miejsca. Bo Galilea to przecież miejsce wyjątkowe. Kraina kaznodziejskiej działalności Jezusa, ale też miejsca, gdzie żył - sypiał, jadał, pływał łodzią, spacerował i ... dokonywał cudów! To tu miał się też ukazać apostołom po zmartwychwstaniu. Przysiadamy na wystających tuż przy brzegu ponad powierzchnię wody wielkich głazach. Słychać plusk obijających się o nie delikatnych fal. W Ewangelii Mateusza Piotr zobaczywszy stąpającego po wodzie Jezusa wysiada z łodzi i rusza na jego spotkanie, jak on starając się iść po powierzchni wody. Początkowo jakoś mu się to udaje, ale kiedy nagle zrywa się wiatr, zaczyna tonąć. Zwątpił, przestraszył się, że próbuje robić coś, o czym dobrze wie, że jest niemożliwe. Ale jak długo kierowały nim wiara i zaufanie - udawało mu się. Zaczął tonąć, kiedy zwątpił. Nie jestem tylko pewien, czy w tej historii chodziło o to, że Piotr zwątpił w cudotwórczą moc Jezusa, czy też o to, że zwątpił w siebie, że stracił wiarę we własne możliwości. Osobiście wolę oczywiście tę drugą interpretację. Zbieramy się powoli i z ociąganiem wsiadamy z powrotem do auta. Przed nami Kafar-naum, do którego docieramy już po kilkunastu minutach jazdy samochodem. Z niewielkiego parkingu, na którym zostawiamy auto, trzeba przejść na piechotę jeszcze około stu metrów do wejścia na ogrodzony teren, mieszczący ruiny ewangelijnej miejscowości, będący, jak się za chwilę dowiemy, nieruchomością stanowiącą własność zakonu franciszkanów. Dlatego też to Chodzenie po wodzie 15 oni sprawują wyłączną opiekę nad tym miejscem i jako jedyni prowadzą tu prace wykopaliskowe. Przy bramie trzeba wykupić bilet wstępu. Rozległy teren, na który wchodzimy, to właściwie starannie wypielęgnowany ogród. Tyle, że pomiędzy rosnącymi tu palmami i krzewami jakichś nieznanych nam gatunków, jakby porozrzucane od niechcenia leżą kamienne pozostałości zapewne jakichś antycznych budynków, po których biegają dziwne małe dzikie zwierzątka. Przypominają trochę duże szczury albo świstaki. Zaczepiony przez nas zakonnik tłumaczy nam, że po hebrajsku nazywają się „szafan” i pod taką nazwą aż czterokrotnie występują w Biblii. Z tym, że jako jest to gatunek zwierząt nieznany w Europie, ich nazwę w różnych przekładach Biblii tłumaczono a to jako królik, a to jako świstak, a nawet borsuk. W każdym razie zwierzątko to, mimo swoich skromnych rozmiarów, dostąpiło zaszczytu bycia czterokrotnie wymienionym z nazwy w Biblii! Zresztą jako niekoszerne. A pewną ciekawostką związaną z szafanami jest to - dodaje zakonnik - że w sensie zoologicznym te maleństwa są dość blisko spokrewnione ze słoniami. Później dowiemy się, że ich polska nazwa to „góralki”. Wykorzystujemy okazję i pytamy, czy organizowane jest tu może zwiedzanie w grupach z przewodnikiem. Samym nam trochę trudno rozeznać się we wszystkim na tak rozległym terenie. Dowiadujemy się, że za mniej więcej pół godziny oczekiwany jest przyjazd amerykańskiej grupy, która zamówiła przewodnika i że, jeżeli jej członkowie się zgodzą, będziemy mogli po prostu do nich dołączyć. Pozostaje nam zaczekać te pół godziny. To w sumie nic strasznego. Jest cicho, spokojnie, pogoda zrobiła się piękna i słońce dość mocno przygrzewa, co wykorzystują stada góralków baraszkujących na szacownych kamiennych pozostałościach ewangelijnego Kafarnaum. Istna idylla. Przechadzamy się Czterokrotnie wspomniane w Biblii góralki 16 Marek Suchar więc tymczasem niespiesznie wśród ruin, trafiając do dziwnej przeszklonej kaplicy, mającej kształt latającego spodka unoszącego się nad ziemią na wysokości mniej więcej wysokiego pierwszego piętra. Jak wynika z napisu znajdującego się obok, kaplica została zbudowana nad odkrytymi przez archeologów ruinami domu św. Piotra, a właściwie domu jego teściowej. Dzięki jej szklanej konstrukcji można modlić się w miejscu, w którym być może mieszkał sam Jezus i które było jednym z pierwszych chrześcijańskich kościołów, jednocześnie nie narażając szacownych świętych pamiątek na zniszczenie. Zapowiadana grupa Amerykanów pojawia się przed czasem. Oczywiście nie mają nic przeciwko temu, żebyśmy do nich dołączyli. Przewodnik we franciszkańskim habicie prowadzi naszą grupę ku przeszklonej kaplicy, gdzie rozsiadamy się wygodnie, by wysłuchać poprzedzającego właściwe zwiedzanie terenu kilkunastominutowego wprowadzenia. - Kafarnaum było przed dwoma tysiącami lat miejscem zamieszkania św. Piotra i kilku innych apostołów - wyjaśnia nasz przewodnik. - Szacuje się, że mogło ono mieć wtedy od sześciuset do tysiąca pięciuset mieszkańców, trudniących się głównie rybołówstwem. Ślady archeologiczne świadczą, że istniała tu również komora celna, a w niedużej odległości stacjonował garnizon rzymski. Wszystko to odpowiada dość dokładnie informacjom przekazanym w Ewangeliach, w których miejscowość ta jest wielokrotnie wspominana jako baza wędrownej kaznodziejskiej działalności Jezusa. Ewangelie wspominają bowiem o celniku Mateuszu, który porzuciwszy komorę celną dołączył do grona uczniów Jezusa, oraz o stacjonującym Góra Tabor Chodzenie po wodzie 17 w pobliżu Kafarnaum setniku wojsk rzymskich, którego sługę, czy też syna, Jezus w cudowny sposób uzdrowił. Wiemy też z nich, że Jezus zamieszkał tu w domu należącym do teściowej swojego ucznia Piotra, i że właśnie tutaj, w miejscowej synagodze, której ruiny również mamy za chwilę zwiedzać, nauczał, wypędzał złe duchy i uzdrawiał chorych. Wskazując na ruiny budynku widoczne pod przezroczystą, szklaną podłogą kaplicy, w której się znajdujemy, franciszkanin wyjaśnia, że to pozostałości domu mieszkalnego, który uważa się za dom teściowej św. Piotra, który później stał się, jak wskazują na to ślady odkryte przez archeologów, miejscem modlitw pierwszych chrześcijan i na którego miejscu zbudowano później kościół. W Kafarnaum powstała pierwsza lub w każdym razie jedna z pierwszych gmin chrześcijańskich - wyjaśnia zakonnik. - Świadczą o tym zarówno wykopaliska, jak i źródła pisane, z których wynika, że w pierwszych wiekach naszej ery żyli i działali tu chrześcijanie, a właściwie, dokładniej mówiąc, judeochrześcijanie. Od VII wieku naszej ery miasto podupadło i wkrótce jego ruiny przykryły piaski, co sprawiło, że jego dokładne położenie po-padło w niepamięć. Dopiero w czasach współczesnych zidentyfikował je brytyjski wojskowy i archeolog sir Charles Wilson. Później, po zakupieniu terenu przez Kustodię Ziemi Świętej, rozpoczęto tu systematyczne wykopaliska. — Do najważniejszych dokonanych tu odkryć należy zaliczyć pozostałości „Domu Piotra” - mówi nasz przewodnik wskazując szklaną podłogę kaplicy. - Tu, pod nami, znajdują się pozostałości niewielkiej ośmiobocznej świątyni pochodzącej z początków V wieku. Pod jej posadzką znalezione zostały z kolei ślady znajdującego się jeszcze wcześniej w tym miejscu, bo pochodzącego z pierwszego wieku naszej ery, domostwa składającego się z kilku niewielkich bazaltowych budynków, otaczających wewnętrzny dziedziniec. Jeden z budynków, wchodzący w skład tego kompleksu, nosił ślady kolorowego tynku na wewnętrznych ścianach. Jest oczywiste, że żaden z mieszkalnych domów rybackich znajdujących się tutaj przed dwoma tysiącami lat nie był wewnątrz otynkowany ani nie posiadał mozaikowej posadzki czy kamiennego dachu, wspartego na czymś w rodzaju kamiennej kolumny. Wszystkie inne domy mieszkalne w tamtych czasach, w tym regionie, posiadały lekkie i wymieniane sezonowo dachy z gałęzi i trzcin, przypominające nasze strzechy. Badacze wnioskują - ciągnie swój wywód przewodnik - że mamy tu do czynienia z budynkiem pierwotnie mieszkalnym, zamienionym następnie na tak zwany domus ecclesiae, czyli coś w rodzaju kaplicy domowej, w jakich spotykali się i modlili pierwsi chrześcijanie, w czasach, kiedy musieli to jeszcze robić w warunkach pewnej konspiracji. Na ścianach tego „domu-kapłicy” odkryto malowidła, napisy i graffiti, pochodzące być może już z początku II wieku, zawierające nie tylko motywy geometryczno--roślinne, ale również podobizny ludzkie, co wskazywałoby na ich chrześcijański charakter, bo Żydom nie wolno było czynić podobizn zwierząt ani ludzi. Co bardzo ciekawe, oprócz napisów greckich i łacińskich, znajdujemy tu również napisy w języku aramejskim, co wskazywałoby na to, że mamy do czynienia z żydowskim miejscem kultu, które jednak nie było zwykłą synagogą, ale miejscem, w którym gromadzili się pierwsi żydowscy chrześcijanie, bo zarówno wspomniane wcześniej wizerunki ludzi, jak i treść napisów oraz graffiti, są ewidentnie chrześcijańskie. O chrześcijańskim charakterze świadczyłyby też znalezione na ścianach słowa: Chrystus, Amen, Kyrie elqson, a ponadto inskrypcje niewątpliwie odnoszące się do osoby prawdopodobnego właściciela domu, Szymona, tyle że w chrześcijańskiej, grecko-łaciń-skiej formie: Petrys i Petrus. 18 Marek Suchar Pozostałości synagogi w Kafamaum Drugim z ważnych odkryć w Kafamaum są pozostałości synagogi z czasów Jezusa, znajdujące się pod późniejszymi i dobrze dziś widocznymi resztkami synagogi z białego wapienia, pochodzącej z okresu bizantyjskiego. Z Ewangelii wiemy, że Jezus modlił się oraz wygłaszał kazania w synagodze w Kafamaum w czasie, kiedy mieszkał w tej miejscowości. Z tego punktu widzenia również pozostałości tutejszej synagogi, obok pozostałości Domu Piotra, musimy uznać za jedną z najcenniejszych pamiątek związanych z życiem i nauczaniem Jezusa, jakie napotkać można współcześnie w Ziemi Świętej. - Zbyniu, dzięki, że nas tutaj zaciągnąłeś - mówi Malina, kiedy po skończonym oprowadzaniu razem z Amerykanami kiemjemy się już w stronę wyjścia - To jakaś niesamowita sprawa. Dom Świętego Piotra! Synagoga, w której nauczał Jezus! I to wszystko naprawdę istnieje! - W dodatku te argumenty o tynku, o posadzce, o napisach, wydają się logiczne i naprawdę przekonujące - dodaję od siebie. - A jeszcze bardziej niesamowite jest to, że przez półtora tysiąca lat wszystko to było przysypane piaskiem, nikt o tym nie wiedział. I nagle - jakbyś otwierał list, który ktoś z przeszłości wysłał do ciebie. I wszystko się zgadza, wszystko do siebie pasuje, każdy szczegół. Tak dokładnie, że to aż trochę podejrzane - dodaję. - Ty zawsze musisz szukać dziury w całym - gasi mnie Malina. Pożegnawszy się mszamy w kierunku parkingu. Wracamy do Jerozolimy. Początkowo mieliśmy w planach po drodze zahaczyć jeszcze o Nazaret, ale rezygnujemy z nich, bo mamy wykupione bilety na wieczorny spektakl „Światło i dźwięk” w Cytadeli Dawida i obawiamy się. Chodzenie po wodzie 19 Że moglibyśmy na niego nie zdążyć. Starczy nam za to czasu, żeby zatrzymać się po drodze, choćby na krótko, w Tyberiadzie. To jedno z czterech najważniejszych miast judaizmu, obok Jerozolimy, Hebronu i Safedu. Znajdują się tam groby wielu wybitnych żydowskich uczonych, między innymi rabbiego Johanana Ben Zakkai, Majmonidesa i rabbiego Ben Akiby. Są one celem pielgrzymek pobożnych Żydów z całego świata. Ci świątobliwi mężowie traktowani są przez wyznawców judaizmu podobnie jak najwięksi katoliccy święci, a ich groby są również celem pielgrzymek. — Jaki jest właściwie powód tych pielgrzymek do grobów świątobliwych uczonych? — zastanawia się Malina, kiedy przechadzamy się po parkingu w oczekiwaniu na Zbynia , który wyruszył na poszukiwanie bankomatu. Skończyła nam się gotówka, a w podroży czasami może być bardzo potrzebna. - Na pewno jest to forma wyrażenia szacunku dla wkładu, jaki wnieśli w badania nad świętymi tekstami. Ale przede wszystkim, z tego co wiem, uważa się, że ze względu na ich zasługi i pobożność — wyjaśniam mu — Bóg jest bardziej skłonny wysłuchiwać modlitw w miejscach, gdzie są oni pochowani. — To już jakieś ludowe przesądy, a nie poważna religia — wyrokuje Malina. — Dlaczego Pan Bóg miałby wysłuchiwać albo nie wysłuchiwać naszych modlitw ze względu na to, czy akurat znaleźliśmy się w jakimś konkretnym miejscu? — Dziwi cię, że ludzie pielgrzymują do grobów swoich świętych mężów? Ciebie? Katolika? - No i co z tego, że katolika, czego się mnie czepiasz? - No bo nigdy nie słyszałem, żeby cię dziwił czy bulwersował katolicki kult świętych i ich relikwii, albo pielgrzymki do ich grobów. Ale kiedy robią to żydowscy ortodoksi, to od razu potępiasz to i uważasz za zabobon. — Ale katolicki kult świętych ma akurat silne teologiczne uzasadnienia. To nie są żadne zabobony - próbuje się bronić Malina - Nie słyszałeś o tak zwanym „świętych obcowaniu? -zaperza się. - „Obcowanie świętych” to termin teologiczny, a zwykli ludzie nie pielgrzymują do grobów świętych z powodów teologicznych. Po prostu wierzą, że jak choćby tylko popatrzą na relikwie albo dotkną nagrobka takiego świętego, to przyniesie im to szczęście, odwróci zły los, uchroni przed chorobami. Żadnej wielkiej teologii w tym nie ma. Tak samo jak w pielgrzymowaniu do świętych obrazów czy rzeźb. Ciekawe, że do tego akurat się nie przyczepiasz, ale tutaj, z tymi żydowskimi grobami, coś ci od razu nie pasuje? Skąd u ciebie takie podwójne standardy? Mógłbyś chociaż próbować zachować trochę bezstronności. - A ty naprawdę wierzysz, że rzeczywiście Pan Bóg zwraca uwagę na to, czy modlimy się przy grobie jakiegoś uczonego męża czy gdzie indziej? — upiera się Malina, który po zarzuceniu mu przeze mnie podwójnych standardów i czepiania się Żydów, rozzłościł się nie na żarty. - Przede wszystkim nie rozmawiamy w tej chwili o tym, w co ja wierzę - odpowiadam mu, starając się swoim spokojnym tonem uspokoić i jego. — Moja wiara lub niewiara w cokolwiek nie ma tu nic do rzeczy. A wracając do istoty sprawy, to powiem ci, że jeśliby się bardzo uprzeć, to owszem, i w jednym, i drugim przypadku można by być może użyć, co prawda dość obraźliwego w tym kontekście, określenia przesądy, którego ty właśnie użyłeś. Ale jeśli już, to w takim razie w obu przypadkach. Sprawiedliwie. Z tym, że akurat jeżeli o mnie chodzi - dodaję - to ja bym nie był taki surowy w ocenach. 20 Marek Suchar - Co przez to rozumiesz? — Żeby raczej próbować zrozumieć, a nie oceniać. Jak widać, ludzie mają potrzebę przypisywania abstraktom konkretnych treści. To nie zależy moim zdaniem od tego, jaką wyznają religię. Pomyśl tylko, jak trudna do ogarnięcia mentalnie może być judeochrześcijańska koncepcja jedynego Boga, który jest nieograniczony przestrzenią ani czasem, wieczny i nieskończony, którego nie można zobaczyć, i o którym nawet nie można właściwie powiedzieć, że nas widzi, bo przecież nie ma oczu, ani że nas słyszy, bo nie ma uszu, i nie można powiedzieć, że się czegoś dowiedział, bo przecież wiedział wszystko od zawsze, zanim coś, a właściwie zanim wszystko, się wydarzyło. To po prostu może być dla naszych ludzkich, ograniczonych umysłów za trudne. Ludzie potrzebują i szukają czegoś bardziej uchwymego, jakiegoś konkretu, jakichś znaków, symboli,. To naturalne i zrozumiałe. Można powiedzieć, że „takimi zostaliśmy stworzeni”. Więc sięgamy po te konkrety, ustanawiamy sobie symbole, nadajemy abstrakcjom postać świętych obrazów i figur, obrzędów i rytuałów. Tak było od zawsze, w różnych religiach, a to z tej prostej przyczyny, że to jest prawdopodobnie najbliższy tak zwanej naturze ludzkiej sposób na mentalne „podłączenie się” pod metafizykę. Po prostu. Inaczej ludzie albo nie umieją, albo w każdym razie jest im trudno. Dlaczego? Powtórzę - być może dlatego, że tak skonstruowane są nasze mózgi. Sugerowałbym więc przyjąć to po prostu, nie narzekając na to i nie wyśmiewając tego. Ani u żydowskich ortodoksów, ani u katolickich gorliwców. Bo jeżeli większość ludzi wybiera sobie właśnie taki sposób na komunikowanie się z absolutem, to czy jest jakikolwiek sens z tym dyskutować? Niezależnie od tego, jak się samemu przeżywa te sprawy. — No dobra, ale nawet jeżeli tak protestujesz przeciwko określaniu tego przesądami, to jednak musisz przyznać, że w takiej wierze jest spory element magii. Coś w rodzaju wiary w czary. - A nawet gdyby, to co z tego? Być może ta, jak to nazywasz, „wiara w czary” czy też przywiązanie do magicznych rytuałów, są o wiele bliższe naturze ludzkiego myślenia i czucia niż abstrakcyjne wywody teologów. Rozumiesz - raczej „czucie i wiara niż mędrca szkiełko i oko”. -1 tobie, racjonaliście, to nie przeszkadza? — Nie, nie przeszkadza mi. Bywa, że czasem czuję nawet coś w rodzaju zazdrości, że ja sam tak nie potrafię. Ale pogodziłem się z tym - dodaję już lżejszym tonem - Zresztą akurat w chrześcijaństwie, które ci jest bliskie, tego rodzaju obrzędowość jest przecież bardzo głęboko zakorzeniona i silnie obecna. Tyle, że często próbuje się ją racjonalizować i obudowywać rozmaitymi teologicznymi uzasadnieniami. Ale to jest tworzenie sobie tylko takiego racjonalnego alibi - dorzucam na koniec czując na sobie badawczy wzrok Maliny. Tymczasem pojawia się Zbynio, meldując posłusznie, że udało mu się znaleźć bankomat i zdobyć trochę gotówki. Możemy ruszać. Rozglądamy się więc dookoła w poszukiwaniu jakichś drogowskazów, które pokazałyby nam, jak trafić do miejsca pochówku świętych mężów. Drogowskazu nie znajdujemy, ale zauważamy, że większość odświętnie ubranych, mijających nas ortodoksów, zmierza w tym samym kierunku. Ruszamy więc po prostu za nimi i tym sposobem wkrótce docieramy do miejsca wiecznego spoczynku świętych mężów. Groby, a właściwie raczej grobowce czy sarkofagi, nie robią na nas jakiegoś wielkiego wrażenia. Jedyne, co stanowi dla nas nowość, to sposób zaaranżowania przestrzeni wokół nich w taki sposób, żeby kobiety i mężczyźni kontaktowali się ze sobą tylko na tyle, na ile to jest absolutnie konieczne. Chodzenie po wodzie 21 Każdy z grobowców ma więc dwie osobne strony: męską i damską. Są oddzielne drogi dojścia, specjalne przegrody, przepierzenia i parawany eliminujące nie tylko bezpośredni kontakt fizyczny obu płci, ale nawet kontakt wzrokowy. - Chodzi o to, żeby widok kobiet nie rozpraszał modlących się mężczyzn - tłumaczę, kiedy Malina ze Zbyniem zaczynają wydziwiać na tę płciową segregację. — Co za bzdura — mruczy pod nosem Zbynio — U nas za taką segregację można by wręcz zapłacić grzywnę. Spróbowałbyś zorganizować u siebie w biurze osobne pokoje dla kobiet, żeby ich widok nie rozpraszał męskich pracowników. Byłaby awantura na całą Zjednoczoną Europę. - Sami ortodoksi nie używają w tym wypadku określenia segregacja, aleseparacja-wyjaśniam i dodaję - A szatnie na basenie czy na siłowni u nas są koedukacyjne czy też może jednak oddzielne dla obu płci? - Porównujesz szatnię na basenie z grobem jakiegoś świętego? - Tak, bo w obu przypadkach chodzi w gruncie rzeczy mniej więcej o to samo. O społeczne umowy i normy. My w naszej kulturze umówiliśmy się na przykład, że mężczyźni mogą się obnażać ewentualnie tylko w towarzystwie innych mężczyzn, ale w obecności kobiet już nie. A właściwie dlaczego? - No jak to dlaczego? To kwestia przyzwoitości! — No właśnie. Przyzwoitości. Pytanie tylko, jak się tę przyzwoitość rozumie i do czego odnosi. Oni tutaj najwyraźniej inaczej tę przyzwoitość i nieprzyzwoitość rozumieją. U nas na 22 Marek Suchar przykład nieprzyzwoicie jest dopiero, jak się rozbierzesz publicznie do naga, a tutaj już wtedy, kiedy można ci zobaczyć kawałek gołego obojczyka albo nogi. A przecież gdzie indziej na świecie są miejsca, gdzie mężczyźni i kobiety biegają prawie nago i nikomu z tego powodu nie dzieje się specjalna krzywda. A za nieprzyzwoite uważa się raczej zakrywanie nagości niż obnażanie się. Wszystko to są umowy społeczne i masz tu doskonały przykład, jak one działają. - Ty już tak się zaangażowałeś w ten judaizm, że przy tobie już niczego tutaj skrytykować nie można! - zauważa kąśliwie Malina - Uważaj, bo jak tak dalej pójdzie, to jeszcze trochę i sam zapuścisz sobie pejsy i brodę. - Wy macie jakąś obsesję z tym judaizmem - odpowiadam. - My?! - oburza się Zbynio. Wizyta przy grobowcach świętych mędrców jest ciekawa, ale nie wywołuje w nas jakiegoś wielkiego duchowego poruszenia. To proste. Ich imiona moim kolegom niewiele mówią. Mnie trochę więcej, chociaż w sumie też niezbyt wiele. Ale mimo wszystko uważam za swój obowiązek podzielić się z kolegami tą moją skromną wiedzą, jaką w tym względzie posiadam. -Tu pochowani są „ojcowie duchowi” judaizmu. W tym sensie, że mieli swój wkład w sformułowanie najważniejszych jego podstaw czy zasad. Nie w tym sensie, że coś wymyślili, bo w judaizmie niczego się nie wymyśla, tylko co najwyżej wyjaśnia lub interpretuje. Tych wybitnych judaistycznych uczonych było wielu. Tanaici, amoraici, saboraici, wielcy kabaliści. Niektórzy pochowani są niedaleko w górach Galilei w świętej miejscowości Safed. Ale za największego z nich wielu uważa Majmonidesa, którego znajdujący się tu grobowiec zwieńczony jest taką dziwną metalową konstrukcją, jakby ażurową wieżą, symbolizującą koronę. To jemu judaizm zawdzięcza coś w rodzaju „żydowskiego credo”, czyli trzynaście podstawowych prawd wiary. Są to przede wszystkim wiara w jedynego Boga, który jest wieczny, po drugie w to, że Tora została objawiona przez Boga Mojżeszowi na Synaju. Poza tym jeszcze wiara w nieuchronną nagrodę za dobro i karę za zło, w nadejście Mesjasza i w zmartwychwstanie umarłych w dzień Sądu Ostatecznego. -Jak by się tak temu dokładnie przyjrzeć, to różnice są głównie w rozłożeniu akcentów -stwierdza ze zdziwieniem Zbynio. — Masz na myśli różnice między judaizmem a chrześcijaństwem? — upewnia się z niedowierzaniem Malina. - Że niby są takie niewielkie? To popatrz na nich wszystkich - toczy wzrokiem dookoła - i spróbuj ich sobie wyobrazić na mszy w kościele. - Jakbyś tak mógł zaglądnąć pod te jarmułki i kapelusze, żeby zobaczyć, co się dzieje w ich głowach - wtrącam się do ich rozmowy - to być może powiedziałbyś to samo co Zbyniu. Oprócz grobu Majmonidesa odwiedzamy jeszcze grobowiec rabbiego Ben Akiby, którego imię podobno tysiąc razy wymienione jest w Talmudzie i któremu przypisuje się twierdzenie, że „wszystko już było”. W drodze powrotnej do auta wciąż w związku z tym chodzi mi natrętnie po głowie refren piosenki skomponowanej do słów wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, śpiewanej kiedyś w Kabareciku Olgi Lipińskiej: „Wszystko już było - rzeki Ben Akiba, a gdy nie było - śniło się chyba. Trzeźwi, urżnięci i rak i ryba, a świat się w kółko kręci, świat się w kółko kręci...” Czyli wszystko, co nam się zdarza, już się wcześniej „przyśniło Bogu” - przekonanie uczonych talmudystów o przedwiedzy Boga dotyczącej ludzkich losów, sprytnie wplecione między wiersze kabaretowego kupletu! Nieźle! - myślę i zaraz przychodzi mi do głowy Chodzenie po wodzie 23 refleksja - A może niepotrzebnie doszukuję się na siłę metafizyki tam, gdzie w zupełności wystarczy odrobina poczucia humoru? Przypomina mi się przy tej okazji spotkany którejś nocy, jeszcze za moich szalonych studenckich czasów, mocno podpity młody poeta sprzedający około północy przed wejściem do nocnych delikatesów egzemplarze swojego sporządzonego w maszynopisie tomiku wierszy. Kiedy wdałem się z nim w rozmowę, w pewnym momencie nachylił się ku mnie i objąwszy ramieniem wyszeptał mi do ucha swoją tajemnicę: „Kopernik powiedział, że Ziemia się obraca, a Einstein powiedział, że wszystko jest względne. A ja ci mówię bracie, że to wszystko prawda... tylko odwrotnie.” Musimy wracać. Po drodze robimy sobie jeszcze jeden krótki postój. Zgłodnieliśmy i chce-my coś zjeść. Zatrzymujemy się więc na stacji benzynowej, przy której znajduje się przydrożna restauracja. Zamawiamy po hamburgerze. Po szybkim posiłku, z niedopitymi puszkami coli w dłoniach, wychodzimy na zewnątrz. Dookoła mamy dość płaski krajobraz, pośrodku którego, jakby niezależnie od równinnego kontekstu, wyrasta przed nami na horyzoncie wysoka, samotna, stożkowata góra. - Wygląda to tak, jakby ktoś tu na środku tej równiny ni stąd ni zowąd postawił nagle Śnieżkę - mówi Zbynio. - To musi być Góra Tabor, ta, na którą Jezus zabrał swoich uczniów i ukazał im się tam rozmawiając z Mojżeszem i prorokiem Eliaszem - stwierdza autorytatywnie Malina. Po raz nie wiem już który przychodzi mi do głowy, że czegoś podobnego sam nigdy bym nie wymyślił. Że oto jadąc autem z kolegami zatrzymam się gdzieś na hamburgera - wydawałoby się, że nic bardziej banalnego na świecie - a tymczasem kiedy rozejrzę się tam porządnie dookoła, to na horyzoncie przede mną ukaże się ni stąd ni zowąd góra, na której Jezus rozmawiał kiedyś z Mojżeszem i z Eliaszem. Ale zaraz dociera do mnie, że przecież już samo to, że jesteśmy właśnie w drodze z Kafarnaum do Jerozolimy jest dostatecznie dziwne. Że właściwie już nic dodać ni ująć. I mam poczucie, że po czymś takim powinna już po prostu tylko opaść kurtyna. 24 Janusz Ryszkowski Janusz Ryszkowski EUGENIA I CIEŃ ANTONIEGO* Do Elizy Orzeszkowej pisała: „To, co zdaje się być przeciwne naszej naturze, naszemu usposobieniu, to, co musimy w sobie złamać, to właśnie daje spokój i szczęście.” Wśród dziewięciu wieńców, które 17 maja 1912 roku w berlińskim kościele św. Jadwigi pokryły trumnę Antoniego Donimirskiego, redaktora warszawskiego dziennika „Słowo”, jeden był szczególny. Widniały tam słowa pożegnania: „Ukochanemu Przyjacielowi - Eugenia”. Dwie kobiety noszące to imię silnie zaznaczyły się w życiu Donimirskiego. Pierwsza to żona - Eugenia z Benisławskich. Zostawiła go po kilku latach małżeństwa dla Teodora Le-szetyckiego, słynnego pianisty, kompozytora i nauczyciela, m.in. Ignacego Paderewskiego. Mistrz w sędziwym wieku rozwiódł się z nią, by poślubić o pół wieku młodszą uczennicę, zdolną pianistkę Gabrielę Rozborską. Może więc samotnie żyjąca w Wiedniu Eugenia Le-szetycka z perspektywy lat doceniła zalety pierwszego męża? Oczywiście można snuć i takie przypuszczenia. Ale - tu raczej nie ma wątpliwości - wieniec nie był od „wiedeńskiej” Eugenii, ale drugiej, „warszawskiej”: Żmijewskiej - powieściopisarki, dziennikarki, tłumaczki. Miała nieco ponad czterdzieści lat, gdy przedstawiała się listownie Elizie Orzeszkowej: „Przecierpiałam ja dużo - zawsze z własnej winy - i dużo przetrawiłam w sobie, a choć zmarnowałam niejedną sposobność do tego, co ludzie szczęściem zowią - nie żałuję, bo na tej drodze doszłam do wiary, że to, co zdaje się być przeciwne naszej naturze, naszemu usposobieniu, to, co musimy w sobie złamać, to właśnie daje spokój i szczęście”. NIE CHCĄ MIEĆ KOBIETY Rozpoczęła pracę w warszawskim „Słowie”, organie konserwatystów, jako jedyna wtedy kobieta w redakcji, co samo w sobie były wyzwaniem, zwłaszcza dla osoby niedoświadczonej, bo dwudziestojednoletniej. Urodziła się w 1865 roku w Podwysokiem pod Humaniem (Ukraina), a wykształcenie odebrała, jak było wówczas często, domowe. Musiała mieć dobrych nauczycieli, zwłaszcza języków, bo redakcji, oprócz korekt szpalt, powierzano jej przez wiele lat dział ' Fragment książki U^iciilijszym kółku Antoniego Donimirskiego, która ukazuje się w Bibliotece Kwartalnika „Prowincja”. Eugenia i cień Antoniego 25 „Rozmaitości”, na który składały się ciekawe wiadomości ze świata przygotowywane na podstawie zagranicznych gazet. Była to dobra szkoła dziennikarstwa. Najpierw wybór, potem tłumaczenie i zredagowanie tekstu. I tak, przykładowo, w numerze zl 1 czerwca 1886 roku możemy przeczytać: „Projektowane zaślubiny następcy tronu włoskiego Wiktora Emanuela, z córką hrabiego Paryża Heleną, mają się odbyć, jak z Paryża donoszą, dopiero za 3 lata. Konkurent rozpocznie dopiero z dniem 11 listopada siedemnastą jesień, ks. Helena 16 czerwca piętnaste lato życia. Jest to więc wiek, w którym nawet koronowana młodzież musi raczej myśleć o książce, niż o ślubnym kobiercu”. Poza tym w rubryce można przeczytać Eugenia Żmijewska, „Nowoici Ilustrowane" 1915, nr 47. m.in., że o ślubie prezydenta Stanów Zjednoczonych Clevelanda nie ma bliższych informacji, o nowych bliźniakach syjamskich, a także o kobiecie redaktorce pisma politycznego „Bamberger Blatt”. „Zdaje się, że w dziejach emancypacji pisarskiej płci pięknej, wypadek ten stanowić będzie epokę”. Ponad 20 łat później Żmijewska do tematu emancypacji powróci. Na Zjeździe Kobiet Polskich w roku 1907, będąc w sekcji ekonomicznej, przedstawi referat „Kobieta polska w dziennikarstwie”. Poruszy w nim nie tylko problem dyskryminacji płacowej dziennikarek, ale tłamszenia ich zdolności twórczych przez powierzanie prostych i rutynowych zadań. Podaje przy tym przykład z pewnością dość skrajny, ale wymowny- dziennikarki, która przez kilkanaście lat wypisywała aktualne cen zbóż i kursów walut. W „Słowie” Żmijewska publikowała „Wspomnienia” ze swoich dziennikarskich początków. W1910 roku ukażą się w całości w zbiorze „Z pamiętnika niedoszłej literatki”. Zaczynają się tak: „- Pani w tej redakcji nie wytrzyma i dwóch tygodni - przekładała mi moja znajoma, żona mecenasa literatury. - Oni nie chcą mieć kobiety. Przywykli się nie krępować, chodzić bez tużurków, kląć. Sadzić się na tłuste dowcipy. Będą się do pani umizgać, albo dokuczać, bo każdy z nich - albo bałamut, albo hukaj. Albo jedno i drugie”. Gdyby takie sytuacje (zwłaszcza „umizgi”) Żmijewska opisała, mielibyśmy prekursorkę ruchu #metoo. Nie była taka odważna, zresztą kto by wówczas jej coś takiego opublikował? 26 Janusz Ryszkowski W „Słowie” (nie wymienia tego tytułu, ale podaje adres, pod którym wówczas mieściła redakcja), jak wynika z tekstu, mimo początkowych obaw znajduje wsparcie kolegów i wiąże się z firmą na lata. Może i za sprawą kogoś szczególnego? Żmijewska dość późno dojrzewa do tego, aby ujawnić się jako powieściopisarka. Po kilkunastu latach zajmowania się tłumaczeniami (z angielskiego, francuskiego i rosyjskiego) i mając w dorobku przełożonych 117 tomów powieści, to zajęcie porzuciła. Poczuła się wypalona. „Po łatach dziesięciu, wprawa, zdobywana z takim trudem, zaczęła mnie opuszczać; mechanizm mózgowy zużywał się, było mi równie trudno tłumaczyć jak na początku. Po dwunastu latach popadłam w rozstrój nerwowy; przy każdym nowym tomie obawiałam się, że nie potrafię go przełożyć. Groziła mi anemia mózgu. Lekarz-psycholog, umiejący wnikać w przyczynę chorób, zabronił mi tłumaczyć przez lat kilka co najmniej. Zastosowałam się do jego rady, i odżyłam”. Podziwianej Elizie Orzeszkowej w maju 1904 roku przesyła do Grodna rękopis powieści „Dola”. „Jest to pierwsza rzecz dłuższa, którą napisałam. Czy nie za późno zaczynam?” -pyta, szukając u sławnej powieściopisarki potwierdzenia wartości, tego co robi. Wywiązuje się korespondencja (77 listów i kart wyśle Żmijewska), która będzie trwała do śmierci autorki „Meira Ezofowicza” wl910 roku. Dla nas ma i takie znaczenie, że znajdujemy tam pewne ślady związków Żmijewskiej z Donimirskim. ORZESZKOWA PYTA W drugim liście pisanym do Orzeszkowej (maj 1904) znalazł się taki fragment: „Bo Panią czytują Ci nawet, którzy nie lubią powieści w ogóle. Z najbliższego otoczenia przytoczę takich dwóch; ekonomistę, b. redaktora „Słowa Polskiego”, dr Witolda Lewickiego, i naszego redaktora, dr Antoniego Brochwicz-Donimirskiego. W ogóle twierdzą, że czytanie powieści jest stratą czasu, ale - nie powieści Pani, bo, jak powiada p. Donimirski, to są czyny obywatelskie. A zasiadając w Komitecie Kasy Literackiej wyrażał zdanie, że odznaczenie honorowe powinna była otrzymać - naprzód i przede wszystkim - Pani spośród pisarek. P.[an] D.[onimirski], choć mało ma czasu na czytanie, zna mnóstwo Pani powieści. Raz tylko było mu przykro, gdy wyczytał zdanie: „Wiadomo, że Donimirscy nie odznaczali się cnotami obywatelskimi”; a właśnie jego rodzina jest placówką polskości na kresach pruskich i prowadzi tam piórem, słowem i czynem zapasy, godne istotnie pióra Pani. Ale trudno znać wszystkie nazwiska w obrębie dawnej Rzecz[y]pospolitej, więc czasem mimo woli zdarzy się przykrość sprawić”. Dużo - zauważmy - tu o Antonim, jak w liście, który był podziękowaniem za przeczytanie rękopisu „Doli” i ciepłe słowa oceny. W korespondencji z 7 lutego 1905 roku pojawia się Donimirski po raz kolejny, tym razem w kontekście głośnych wówczas wydarzeń politycznych. Orzeszkowa odpowiedziała wtedy bardzo dyplomatycznie na pytanie Żmijewskiej, dotyczące „memoriału 23”, skierowanego przez środowisko „ugodowców” do Piotra Światopełka-Mirskiego, ministra spraw wewnętrznych Imperium Rosyjskiego. Jednym z jego sygnatariuszy był Donimirski. List Eugenia i cień Antoniego został przesłany ministrowi w listopadzie 1904 roku, ale jego treść i autorów ujawniła prasa w styczniu 1905 roku. „Słowo Polskie”, wydawane we Lwowie, a więc zaborze austriackim, nazwało to zdradą narodową. Na autorów memoriału posypały się gromy. Orzeszkowa oceniła: „Memoriał czyni takie wrażenie, jakby był napisany przez liberalnych i Polakom sprzyjających Rosjan. Więcej pisać o tym nie chcę. Ustnie powiedziałabym wszystko”. I tak zakończyła list: „Jak jest ze zdrowiem Szanown[ego] P[ana] Donim[irskiego]? Te straszne wstrząśnienia warszawskie musiały z konieczności źle na niego oddziaływać, ale w jakiej mierze?” Historyk Krzysztof Lewalski ocenił „memoriał 23” tak: „Niefortunne było w nim dawanie do zrozumienia władzom rosyjskim, że [„ugodowcy”] są jedynymi politykami w Królestwie zdolnymi do pojednania i współpracy z rządem, a także podkreślanie, że spełnienie zawartych Antoni Donimirski, grafika Ltuiomira Ilinieza, „ Wfdrowiec’ 1893, nr 12. W memoriale, w istocie bardzo skromnych postulatów politycznych, wzmocniłoby ich pozycję w społeczeństwie. Na ocenie memoriału zaważyła (...) poważna zmiana sytuacji od listopada 1904 r. do stycznia 1905 roku”. Nastroje społeczne zaczęły się wówczas radykalizować. Wojna rosyjsko-japońska miała negatywny wpływ na rynek pracy - następowały masowe zwolnienia i obniżanie pensji. 13 listopada 1904 roku na placu Grzybowskim w Warszawie doszło do potężniej demonstracji. Napis na sztandarze działającej nielegalnie Polskiej Partii Socjalistycznej Józefa Piłsudskiego zawierał hasła niepodległościowe: „PPS: Precz z wojną i caratem. Niech żyje wolny polski lud”. Podczas demonstracji padły strzały, byli zabici i ranni. 28 stycznia 1905 roku po „krwawej niedzieli” w Petersburgu władze partii PPS i SDKPiL wezwały do strajku powszechnego. Odpowiedziało 400 tysięcy robotników. Nic dziwnego, że w tej gorącej sytuacji „skromne postulaty polityczne” środowiska lojalnego wobec władz carskich musiałby być przez wielu oceniane bardzo krytycznie. Donimirski wszystko to boleśnie przeżywał i mocno odchorował. Żmijewska była blisko z Taidą Donimirską, córką Antoniego, która od 1906 roku rozpoczęła karierę śpiewaczki. Wychowana bez udziału matki jedynaczka potrzebowała bliskiej powierniczki. „Były przyjaciółkami” - wyjaśnia Ludwik Brunon Świderski w przypisie do listów Elizy Orzeszkowej „Do literatów i ludzi nauki” (1938). W jednym z nich pisarka 28 Janusz Ryszkowski nawiązuje do wspólnego spotkania w Grodnie. 6 stycznia 1908 roku przyjechały na wieczór literacki Orzeszkowej. Taida wystąpiła na nim z kilkoma pieśniami. Z tego jednak widać, że na osobie Antoniego nie kończyły się serdeczne związki Żmijewskiej, bo obejmowały też córkę. Zresztą mieszkali wszyscy w tej samej warszawskiej kamienicy przy Smolnej 17. Żmijewska współpracowała z innymi tytułami prasowymi, ale dotrzymywała wierności „Słowu”. W listopadzie 1911 roku w restauracji warszawskiego hotelu Bristol koledzy zorganizowali jej jubileusz 25-lecia pracy w redakcji. Antoni Donimirski wręczył Eugenii zegarek i przypomniał, że tylko ona została z dawnego składu gazety sprzed ćwierćwiecza. Wśród płynących życzeń nie zabrakło ciepłych słów Henryka Sienkiewicza, pierwszego redaktora naczelnego „Słowa”. Autor „Potopu” nie mógł wówczas przybyć osobiście, bo uległ, jak donosiła gazeta, przykremu wypadkowi podczas polowania. KSIĄŻKA O PADEREWSKIM W 1916 roku, po zajęciu Warszawy przez Niemców, Żmijewska uciekła do Kijowa. To wówczas napisała szkic „Człowiek i obywatel. Ignacy Paderewski”, który w wersji książkowej ukazał się w roku następnym. Spory fragment tekstu dotyczył Antoniego Donimir-skiego. Obaj znali się od czasów wiedeńskich studiów Ignacego u Teodora Leszetyckiego, Donimirski wynajął mu pokój w budynku redakcji, gdzie pracował. Żmijewska opisuje rolę Paderewskiego w prowadzeniu prochów redaktora „Słowa” z Berlina do Warszawy. „Tragiczna ironia życia sprawiła, że człowiek, który wojował bez wytchnienia, z zachłannością pruską, zmarł na pruskiej ziemi i w niej legł na spoczynek wieczny. A, że pracował zawsze z myślą o kraju, z zupełnym zapomnieniem o sobie, więc nie pozostawił nawet tyle, ile na przywiezienie zwłok było potrzeba. I leżałby na zawsze z ziemi wrogiej, ów szermierz o ziemię polską. Zabrakłoby dlań ziemi tyle, ile na pokrycie trumny potrzeba. Lecz wieść o tym nagłym zgonie i o tym pogrzebie w Berlinie dochodzi do Paderewskiego. Natychmiast postanawia zrzucić z serca polskiego to brzemię. Przesyła dar hojny ze słowami. „Nie mogę pogodzić się z myślą, ażeby zwłoki takiego prawego Polaka, takiego dobrego syna Ojczyzny, miały na zawsze na pruskiej już spocząć ziemi. W ostatnich czasach widywaliśmy się niestety rzadko. Znałem jednak zmarłego dobrze. To też musiałem cenić wysoko i kochać serdecznie. Antoni Donimirski powróci do swoich. Ciężko mu nieraz było na tej polskiej ziemi, ale teraz po śmierci będzie mu ona lekka”. I za przyczyną Paderewskiego zmarły wrócił do swoich, spoczął na Powązkach w Warszawie. Tak umie służyć Krajowi, i rodakom swoim Paderewski. Za ich życia, a nawet po śmierci”. Kreśląc szkic o Paderewskim, Żmijewska miała intuicję, że to postać, która już na trwałe zapisze się nie tylko w muzycznym świecie, ale i krajowej polityce. Eugenia i cień Antoniego 29 WBREW WSZYSTKIM? „Wbrew” to powieść Żmijewskiej, wydana w roku jej śmierci i w pewnym sensie była odczytywana jako jej światopoglądowe credo. Główna bohaterka Wanda to samodzielna panna, pracująca w warszawskiej księgarni. Ten status odróżnia ją od innych postaci kobiet, które są na utrzymaniu mężów, albo żyją z jakiś kapitałów. Wanda zakochuje się w żonatym adwokacie Stanisławie, który odwzajemniając uczucie, będzie starał się o rozwód (idzie mu to jak po grudzie) i zalegalizowanie grzesznego - w opinii ich otoczenia - związku. Bohaterka w pewnym momencie zadaje kluczowe dla wymowy powieści pytanie: „Co by było, gdyby każdy człowiek deptał prawa, postanowione przez Boga i ludzi. Gdyby wszyscy żyli na wiarę, gdyby taki był porządek, takie postanowienie - to rzecz inna, ale skoro małżeństwo jest Sakramentem, powinniśmy go szanować. Nie powinniśmy wolnymi związkami gorszyć - i maluczkich i niemaluczkich”. W innym miejscu dowiadujemy się, że Stanisław nie ożenił się z miłości. Żona Laura była mu obca od samego początku. Żmijewska jasno staje na stanowisku, że trzeba ponosić konsekwencje własnych decyzji, skoro się ślubowało przed Bogiem. Jak można się domyślać, miłość Wandy i Stanisława nie znajduje pomyślnego finału w powieści. Ale zwraca uwagę jeszcze coś innego. Gdzieś w połowie powieści autorka czyni autotematyczny wtręt. Zwraca się do czytelników, którzy „na powieściowych nazwiskach kładą prawdziwe, domyślając się czasem słusznie, częściej bezzasadnie”. Być może była to reakcja na jakiś list, gdy „Wbrew” ukazywała się w odcinkach w kijowskim „Świecie Kobiecym” i jego kontynuacji „Przedświcie”? Powieściopisarka żywo reagowała na głosy czytelniczek, włączyła np. do książkowej wersji powieści wiersz, który jedna z nich napisała, będąc po wrażeniem akurat przeczytanego fragmentu. Autorka zatem przestrzegała, by nie wiązać powieściowej fikcji z realnym życiem. Ale z drugiej strony, jak tu nie zauważyć pewnych zbieżności elementów fabuły „Wbrew” z istotnymi faktami biografii jej przyjaciela. Antoniego Donimirskiego? Chodzi o upadek toruńskiego banku, którego był dyrektorem i firmowym, spłatę wierzytelności, samotne wychowywanie córki Taidy? Dodajmy też chorobę. W powieści cierpiący na serce adwokat Stanisław z dnia na dzień traci wszystkie swoje pieniądze, ulokowane w upadającym banku. Jakby tego było mało, wcześniej polecił bank pewnej wdowie z dziećmi. Honorowo zobowiązał się do wypłacania jej w własnej kieszeni dywidendy od utraconego kapitału. Rozmawia szczerze o swojej złej sytuacji finansowej z żoną Laurą. Nie kryje, że będą musieli ograniczyć wydatki, zamienić mieszkanie na mniejsze. Dochodzi do kłótni. Laura, która wie o jego romansie z Wandą, odgrywa się. Mówi mu, że zdradza go od lat z jego serdecznym przyjacielem. „Znalazła miejsce do wyprowadzenia śmiertelnego ciosu”. Romans rozpoczął się na rok przed urodzeniem dziecka. Właśnie córka staje się narzędziem w walce z odchodzącym mężem i ma zniweczyć jego plany na kolejny ślub. Po jakimś czasie Laura decyduje się wyjechać sama za granicę i powierzyć mężowi całkowitą pieczę nad dzieckiem. Zapewnia solennie, że Stanisław jest biologicznym ojcem. Oczywiście to tylko fikcja literacka. Ale pewne podobieństwa muszą - i powinny - zastanawiać. 30 Janusz Ryszkowski ŻYCIE POŚMIERTNE Eugenia Żmijewska umiera 14 czerwca 1923 roku. Te dni przedostatnie spędziła w Przytułku św. Franciszka Salezego na Solcu w Warszawie, placówce dla chorych i bezdomnych. Zajmowała tam oddzielny pokój. Po jej śmierci od 1 lipca zamieszkała tam inna literatka i nauczycielka, 71-letnia Joanna Podhorska-Okołów. Ciekawe, że w zachowanym rejestrze osób umieszczonych u św. Franciszka Salezego nie znajdziemy nazwiska Żmijewskiej. Przebywała tam na nieco innych zasadach, a może po prostu ktoś nie zdążył wpisać ją w porę do ewidencji? Pochowana została na Powązkach. Los z twórczością Żmijewskiej obszedł się w miarę łaskawie. W katalogu Biblioteki Narodowej znajdujemy wznowienie trylogii - „Płomyk: z pamiętnika instytutki”, „Dola” i „Serduszko: dzieje pożycia” (Łódź 1990). Jest też tłumaczenie z Artura Conan Doyle-'a „Tajemnica Baskerville'ów: dziwne przygody Sherloka Holmes”. Żmijewska jako pierwsza przybliżyła polskiemu czytelnikowi przygody legendarnego detektywa. Ciekawe może być i to, że dziś na tapet biorą jej twórczość badaczki i badacze nurtu feministycznego, czy genderowego. Odczytania mogą nawet zaskakiwać. „Być może Żmijewska była pisarką przeciętną, ale na pewno świetnie znała się na psychologii dojrzewających dziewcząt i młodych kobiet - wczasach, kiedy psychologia była nową dyscypliną nauki” - zauważa Anna Banot, literaturoznawczyni i psycholożka. 1 analizując jedną ze scen „Płomyka”, gdzie bohaterkę próbuje uwieść wuj podczas przejażdżki dorożką, stwierdza: „Chyba nie ma w literaturze polskiej przełomu XIX i XX wieku tak znakomitego opisu aktu przemocy seksualnej wobec kobiety wraz z jego konsekwencjami w postaci zaburzenia stresowego”. Nie była zatem tylko dostarczycielką ckliwych czytadeł. Współczesny jej krytyk Teodor Jeske-Choiński uczynił np. zarzut, że powieściowy opis badania lekarskiego (ginekologicznego) byłby stosowny tylko w piśmie medycznym. Dotykała pewnych granic, ale ich nie łamała. Tkwiła przez długie lata w środowisku „zachowawców” warszawskiego „Słowa”. Ale jako osoba samotna, zdana na siebie, angażowała się w sprawy równości kobiet, zwłaszcza natury ekonomicznej. Zgodzić się trzeba z tym, co napisano w pośmiertnym wspomnieniu w „Bluszczu”, że zachowywała w ruchu kobiet miejsce odrębne. „Upominała się o jej [kobiety] odwieczne prawo do życia i miłości, w imię serca i w imię natury zgodnie z utartymi przez tradycję normami, albo „Wbrew” nim”. WOLIERA 31 Barbara Elmanowska WOLIERA* Znam dynamikę rozstań. Przez wiele dni, tygodni, miesięcy nakładają się na siebie wszystkie sprzeczne uczucia. Tęsknota, ból, radość, ulga. Nieustannie powracają wspomnienia. Ciało boli, wyrywa się, chce wrócić. Poczuć znajomy zapach, usłyszeć tamten głos. Dotknąć. Wiem, co robić. Pracować, forsować organizm, żeby nie miał siły cierpieć ponad miarę. Bo cierpieć można rozsądnie lub przesadnie. Znam to zbyt dobrze. Mówi się, że człowiek zniesie wszystko, wszystko przetrwa. Mówi się tak w kontekście kataklizmów, przyrodniczych też, ale najbardziej tych politycznych, historycznych, totalitarnych, gdy nie można po prostu odejść. Ze związku można odejść. Teoretycznie. Bo w praktyce trudno żyć w nim, ale też trudno bez niego. Trzy godziny temu zamknęłam się w namiocie. Zasnęłam natychmiast. Słońce, które zdążyło się już wzbić wysoko, ogrzewa. Takie ciepło inkubuje sen, przeciąga go nienaturalnie, by w końcu z niego wyrwać. Budzę się spocona. Otwieram oczy i widzę ścianę namiotu, na której rysuje się cień karłowatej sosny. Gdybym rozłożyła namiot z dala od ludzi, wyszłabym teraz na zewnątrz. Usiadła przed wejściem. Odsłoniła połę. Byłoby miejsce na przygnębienie, siedzenie z wykrzywionymi liniami ust, oczu, z dala od obcych spojrzeń. Ale pozostaję w środku. Dopiero się oswajam. Zaczynam słyszeć. Ptaki, ludzi, szum morza. Fale wezbrały. Mogę wsłuchać się w rozmowy, sprawdzić, co jest ważne dla innych. Złapać trochę strzępów i nie próbować ich składać. Szczekanie psa. Okrzyki. „Majka! Majka! Natychmiast!” W odpowiedzi głuche szczekanie z oddali. Karcące „Tira!”. Koła roweru niedaleko namiotu, mokre przyklejanie i odkle-janie się gumowych kół do i od błota kałuży. „Cicho!” Metaliczny dźwięk. Młotek? Młotek i śledzie. Błoto, a kilka metrów dalej tak twarda ziemia? Korzenie drzew? Kamienie drzemiące tuż pod warstwą ziemi? „Bo miałeś być krócej, już byśmy byli na plaży. Jęczą mi od godziny, czy idziemy i czy idziemy, a ciebie nie ma. Już jestem. Cały dzień jeszcze. Oskro-bię, pakujemy i możemy...” Rozmowy rozniecają się i gasną. Stają się wyraźne i znikają, aż do ostatnich ledwie słyszalnych sylab. Jaskółki. Harmonijka, fałsz. Śmiech! „Już i tak jest lepiej. Jest. Ale nie ćwicz już przy...”, „...to wieczorem rozpalam. Pozbieramy, rozpalimy. Posiedzi się, po...”, „...dalej? Czego chciał od ciebie? Jestem już tym zmęczona. Dzisiaj już nie...” Harfa? Niemożliwe, „...przy wodzie? Mała, cztery lata. Długie włosy, blond, kręcone. Wszędzie szukamy. Nie, nie widziałem. A ty? Marek? Widziałeś moją młodszą? Jezu, szukamy już dwadzieścia minut. Z kim się bawiła? Z Dorotką. Córką Kryśki. A mała Fragment powieści Barbary Elmanowskiej Woliera, Wydawnictwo j, Wrocław 2024. 32 Barbara Elmanowska Kryski jest? Jest. Ania powiedziała, że idzie do namiotu. Ale nie przyszła. Dorotka więcej nie wie. Byłaś na plaży? Krzysiek był. Idź jeszcze sama, Krzysiek to by siebie nie zna. ..”,„... łam wczoraj. Dzisiaj twoja kolej. Komary pocięły mi całe nogi. Radzę ci dziś iść wcześniej. Wtedy są kolejki. Też mi kolejka, dwie oso...” Co dzieje się w ich głowach? O czym myślą? Co przeżywają? Czym to się stanie za pół godziny, za godzinę, na drugi dzień? Muzyka klasyczna? Tutaj? Nasłuchuję. Przytępione dźwięki. Fortepian? Muszę wyjść. Do toalety, do samochodu po rzeczy, jakiekolwiek. Nie przeniosłam niczego. Ani kuchenki, ani naczyń, ani torby z ciuchami. Wciąż leżę w swetrze. Kładąc się, zdjęłam tylko spodnie. Było mi za zimno, by ściągać koszulę. Teraz jest mokra od potu. Zakładam spodnie. Moje nogi też są wilgotne, skóra pokryta delikatną warstwą potu. Gdyby tak wraz z nim mogła wyjść ze mnie Kaśka. Odsuwam zamek namiotu. Rozglądam się. Nagle nikogo pobliżu, choć przed chwilą ludzie przechodzili bez przerwy. Zniknęli, w tajemniczy sposób zniknęli. Przyjmuję to z ulgą. Idę do toalety i zamykam się w kabinie. Tu słyszę wyraźniej, muzyka, może za budynkiem, tuż nad jeziorem. Dwie kobiety, może trzy, wchodzą do sanitariatów. „I gdzie ona może być? Była już na plaży? Już szukała, ona i Krzysiek. Już wszyscy na polu wiedzą. Tu i obok, w »Mierzei«. Musi się znaleźć. Chyba że weszła do wody. Najgorzej w jeziorze”. „Przestań. Jak dziecko mogłoby wejść tu do jeziora niezauważone? Bzdura. Przy brzegu jest mnóstwo ludzi”. „To gdzie jest? Może w lasku, mogła pójść w trzciny po stronie jeziora”. „Chodź, przestań, część już tam poszła. Idź do toalety, zaczekam. My zostajemy na polu, gdyby się pojawiła”. Mogłabym już otworzyć drzwi, ale czekam, czekam, aż wyjdą. Nie mogę szukać dziecka, nie dam rady. Nie dzisiaj. „Zaczekaj, ktoś tu jest. W kabinie obok. Przepraszam! Ania?” Spuszczam wodę, otwieram drzwi. - O, przepraszam. Szukamy dziewczynki, czteroletniej, Ani. Kręcone blond włosy, długie. Może widziała pani? - Dopiero przyjechałam, niestety. - Gdyby pani zobaczyła, proszę przyprowadzić do namiotu przy plaży, przy samym wejściu po lewej. Wszyscy szukają. Kiwam głową. Oczywiście, jeśli trafię na tę dziewczynkę, przyprowadzę ją od razu. Jak jednak mogłabym na nią trafić? Szuka jej tyle osób i wciąż nikomu się nie udało. Tak niewiele tu dróg, jednocześnie tak odludnych i nieprzejezdnych. Dziewczynka wcale nie musiała utonąć, żeby stać się niewidzialna. Mogła iść plażą, wejść w dowolnym miejscu na wydmę. Skręcić w stronę jeziora, gdzie wąski, bagnisty las dochodzi do wody. Chyba nikt jej nie wywiózł? Takie sytuacje raczej się nie zdarzają. Ania - moja imienniczka. Wracam do samochodu, wyjmuję ubrania, butlę i garnki turystyczne. Spakowałam je jako ostatnie. Krzesełko i stojaki turystyczne. Urządzanie plenerowego domu. Miałam w tym pewną praktykę. Z licznych plenerów fotograficznych w miejscach niedostępnych, w których nie było nawet żadnych gospodarstw, a co dopiero hoteli. Wybierałam się sama, czasami z kimś znajomym, kto miał zbliżony cel. - Nie widziała pani dziewczynki, małej, czterola... - Wiem, wiem, odprowadzę, gdy tylko zobaczę. - Pani już wie! Ale nie widziała! - młody chłopak. Może szesnastoletni. Wciąż stoi jedną nogą w moim przedsionku. Krzyczy do kolegi znajdującego się za żywopłotem. Powinnam WOLIERA 33 dołączyć do poszukiwań. To małe dziecko. Trzeba szukać. A jednak nie mogę. Nie chcę. Wiem też, że nie mogę tu zostać. Postanawiam uciec do wody, tylko tam mam gwarancję samotności. Tylko tam nikt mnie nie zaczepi. Nie zawiadomili chyba jeszcze policji. Za mało czasu minęło. Nikt jej w wodzie raczej nie szuka. Zamykam wszystko. Nie biorę nawet aparatu. Jedynie wodę w termosie. Wódę o smaku starej kawy. Nad jeziorem widziałam łódkę. Nadal stoi na brzegu. Nie pytam nikogo, zakładam, że jest dostępna dla gości. Spycham ją do wody dziobem w kierunku jeziora, wąskim gardłem wydostaję się na pełną wodę. Ze zdziwieniem odnotowuję, że wiatr się zmienił. Z południowego zachodu mogła nadejść burza, ale na razie niebo wypogodziło się całkowicie. Wypływam na środek jeziora, jak najdalej od brzegu, z którego dochodzą stłumione nawoływania. Ile razy słyszałam dziś własne imię? Odwracałam się mimowolnie, choć wiem przecież, że nikt mnie tu nie zna. Wiosła skrzypią w dulkach. Płynę powoli. Podoba mi się. Im dalej od brzegu, tym większe fale. Zawirowania, jakby woda nie mogła się zdecydować co do kierunku. Południowy zachód zawraca północny. Stare fale jeszcze się nie wygasiły. Nowe dopiero się tworzą. Gdy jestem na środku, zmieniam kierunek. Płynę w stronę Dąbek, równolegle do brzegu. Po godzinie wiosłowania bolą mnie dłonie, barki, plecy. Przychodzi zmęczenie. Woda się uspokaja. Pozostaje lekkie falowanie z południowego zachodu. Odkładam wiosła za brzegi burt. Kładę się na dnie łódki. Jest twardo, trochę mokro. Ale też bardzo ciepło, bezwietrznie. Moje ciało przecina pasmo cienia, rzucanego przez ławkę. Patrzę w niebo. Powolne przepływanie pojedynczych chmur. Trzeba na nie czekać. Są dziś rzadkie, przez moment wydają się nietypowe. Najpierw w kadrze pojawia się poszarpany fragment bieli, detal, który rośnie. Nie da się przewidzieć pełnego kształtu. Czasami plamy ujawniają się w trójwymiarze, jak pocztówki, na które można patrzeć pod różnymi kątami, otrzymując w ten sposób różne obrazy. Jedna warstwa przesuwa się dużo wolniej, druga pośpiesznie. Łódka sama ustawia się bokiem do fali. Dryfuję. Kaśka. Jest obecna. Nie na pierwszym planie. W oddali. Nigdy nie wsiadłaby ze mną do łodzi. Nie pojawia się w żadnym konkretnym wspomnieniu, niczego do mnie nie mówi. Czasami patrzy na mnie. Stoi w drzwiach do ogrodu. Koszulka na ramiączkach przylega do jej ciała. Wyjątkowo ma na sobie długie spodnie. Od ogrodu bije chłód. Widzę ją z perspektywy rozłożonej kanapy, choć przecież mnie tam nie ma. Leżę na dnie łodzi. A teraz Kaśka wychodzi do ogrodu, wynosi kwiaty w donicach. Siedzę przy stole w części kuchennej, Kaśka krąży. Przeciąga wąż od kranu. Będzie podlewać. Siedzę przy stole, oglądam próbki zdjęć. Przepisuję na nie czasy naświetlania, czasy zanurzenia w wywoływaczu. Rzadkie chwile, gdy mogę być zajęta własną pracą. W ogrodzie przydałby się kran. Przydałyby się meble ogrodowe. Kaśka odkłada to w nieskończoność. Wnętrze mieszkania zaprojektowała sama. Połączyła kuchnię z salonem. To poniemiecki dom podzielony na cztery mieszkania. Kaśka odziedziczyła jedno z nich po babci od strony matki. Mieszkanie na parterze z wyjściem po kilku schodkach do małego ogrodu, w którym jej babcia do śmierci uprawiała warzywa, sadziła kwiaty. Tylko Kaśka ma ogród. Mieszkanie nad Kaśką wynajmuje wspomniana studentka. Wychodzi z niego wąski balkon. Pozostali mają okna zwrócone w inne strony i żadnego kontaktu z przestrzenią Kaśki. Wszyscy zazdroszczą jej ogrodu, a ona, jakby z przekory, nie lubi w nim siedzieć. Gdy robi się ciepło, wynosi niektóre kwiaty, żeby złapały powietrza. Ale przede wszystkim 34 Barbara Elmanowska wychodzi tam na papierosa. A i to tylko przy mnie. Sama pali w domu, w toalecie, w fotelu lub na kanapie. Gdy idzie do ogrodu, nie siada tam na krześle. Stoi i patrzy przed siebie. Nie pozwala też niczego urządzić, choć wie, że ja z kolei chętnie spędzałabym tu czas. Teraz to już bez znaczenia. * Przywykam do rytmicznego falowania. Jest coraz mocniejsze. Czasami fala rozbija się o burtę i spadają na mnie krople wody. Wydaje się ciepła, choć pierwsze zetknięcie z nagrzaną skórą jest wyłącznie nieprzyjemne. Jak to możliwe, że na dnie tej starej łodzi czuję większy spokój niż kiedykolwiek przy Kaśce? Zdumiewające, jak można być wyłącznie nieruchomym patrzeniem, jak szybko ciało przechwytuje płynność kołysania. Jak rozluźnia się pod jego wpływem. Przepływanie wody, zanurzenie łodzi, zalewanie burty, ciepło słońca. Dochodzą do mnie krzyki z drogi. Wytłumione matowe dźwięki. Nawoływania. Nie rozpoznaję słów, ale je znam. Brzmią niezmiennie: „Ania! Ania!”. Lub to przedłużone ,Aaaniaaa”, jakby ktoś uczył się alfabetu. Te złudne porządki. Pierwsza litera jako początek. „Od a do z” jako całość. Ale czy coś kiedykolwiek jest od a do z? Czy sprawy mogą się rzeczywiście domykać? Czy dopiero po końcu, równie symbolicznym, a właściwie bardziej symbolicznym niż jakikolwiek początek, nasz umysł zaczyna łączyć rzeczy niepowiązane, nadawać im znaczenie, wartościować je, by ostatecznie domknąć wszystko zgrabną klamrą, uzupełniwszy luki? I znów głosy cichną, jeszcze bardziej matowe. Czyjś śmiech. W końcu na drodze są też inni ludzie. Nie tylko ci przerażeni. Chyba jestem coraz bliżej brzegu. Nie podnoszę się, chcę dryfować do końca. Być poza każdym ze światów. Dźwięk zgniatanych trzcin. Wcześniej, niż myślałam. Fala wpycha łódź w ląd. Trawy szorują o dno. Wciąż leżę. To nic. Łódka się zatrzymała. Droga się skończyła. Mogę leżeć dalej. Patrzeć w błękit nieba. Wiatr jednak wpycha łódź głębiej. Wstaję niechętnie, trzymając się ławki. Potem będzie trudno wypłynąć. Nie chwytam od razu za wiosła. Obserwuję jezioro. Wiatr się nasilił. Na wodzie układają się białe smugi piany. Próbuję wypłynąć. Pomiędzy trzcinami zauważam jakieś kolory. Mrużę oczy. Na pewno coś tam leży, może jest zawieszone na trawach. Wydobywam się z pułapki i zaczynam wiosłować. Kolor wabi. Miga pomiędzy trawami. Mam wrażenie, że jestem blisko, a wtedy okazuje się, że jeszcze kawałek, jeszcze jedna kępa trzcin, jeszcze jeden sztuczny zakręt. W końcu odsłania się drewniane stanowisko wędkarskie. Jedno z tych dostępnych tylko z wody. Wędkarze podpływają do nich, do konstrukcji przypominającej pomost. Dopiero z bliska okazuje się, że to tylko zanurzona w wodzie wieżyczka, przypominająca myśliwską ambonę. Czasami takie stanowisko wyposażone jest w prostą, drewnianą ławkę. Czasami to tylko pusta platforma. Najczęściej z filarem do cumowania łodzi. Na platformie siedzi mała dziewczynka. Ma blond włosy. Kręcone, anielskie. Jak się tu dostała? Podpływam do niej. Przywiązuję linę do filaru. Dziewczynka patrzy na mnie spokojnym wzrokiem. Uśmiecha się delikatnie. - Ania? - pytam. Kiwa głową. Uśmiecha się szeroko, jakby cieszyło ją, że znam jej imię. - A ty jak masz na imię? - Też Ania. WOLIERA 35 Śmieje się. - Mogę usiąść obok? Miłe miejsce. Kiwa głową. Jej ubranie jest suche. Ktoś musiał ją tu wysadzić. Ten ktoś może tu zaraz wrócić, myślę, a jednak czuję wyłącznie spokój. Siadam przy niej. Patrzymy na jezioro. Po chwili przestaję czuć nierealność sytuacji. Już się nie zastanawiam. Po prostu siedzimy. Tymczasem głosy - prawdopodobnie z mostku - przebijają się przez pęd wiatru, napór wody, przez szelest trzcin i gęste od słońca masy powietrza: „Aniaaa!”. - Wołają cię - mówi bez emocji. - Twoi rodzice? Moi rodzice nie żyją, chcę powiedzieć. Chcę jej powiedzieć, że nie mam już rodziców. Zmarli. Mama dawno temu. Ojciec całkiem niedawno. Zniknęła też moja dziewczyna, Kaśka. Zostałam sama. Nikt nie zawoła mnie z drogi. - Chcesz wiedzieć, co mi się śniło? - pyta. Kiwam głową. - Byłam w sklepie z mamą i chciałam, żeby kupiła mi dziury w serze, ale nie było, tylko sery w całości, wszystkie pełne, już zapełnione. Płakałam. - Widziałam ostatnio dziury w serze. Były. Ania uśmiecha się. - A tobie co się śniło? - Nie zapamiętałam. - Dlaczego? - Ostatnio nie pamiętam snów. - Ale dlaczego? - Nie wiem. Podobno gdy po przebudzeniu spojrzy się w okno, natychmiast się zapomina. - My nie mamy okna w namiocie. - Przepłyniesz się ze mną łódką? Przez chwilę zastanawiam się, czy to może jeszcze nie inna Ania, może tę zabiorę rodzicom i zaraz następni zaczną poszukiwania. Ania potakuje z uśmiechem. Nawet jeśli to inne dziecko, nie zostawia się dzieci samych na wodzie. Wsiadamy do łódki. Ania siada na rufie. Odwiązuję linę. Powrót nie będzie łatwy. Lekko pod wiatr, pod falę. Sięgam po wiosła. Ania jest ufna. Nie przypominam sobie, żeby ktoś kiedykolwiek patrzył na mnie tak ufnie. Jednocześnie w jej wzroku jest coś zbyt mocnego jak na małą dziewczynkę. Coś bardzo dorosłego, coś, co obiecuje ratunek. - Lubisz Dorotkę? - zagaduję bez sensu. - Czasami. Ile razy Kaśka zadawała mi to ryzykowne pytanie: czy ją kocham? Czasami - mogłam odpowiadać. Byłoby to najwłaściwsze. Czasami. Wtedy, gdy pozwalała się kochać. Poza tym, jak mogłam się przebić z jakimkolwiek uczuciem przez te liczne twarde pancerze, którymi nieustannie tylko raniła. - Będę ci mówić „w prawo” albo „w lewo”. Chcesz? Mała Ania chce się bawić. Pewnie obróci nas kilka razy wokół własnej osi. Będzie się zaśmiewać, gdy fala rozbije się o burtę. A ja będę zmuszona udawać, że nie wiem, co się dzieje, że jestem jedynie maszyną, którą ona steruje. Jestem znudzona, ale się zgadzam. Mimo wszystko. Wbrew sobie. Ania się cieszy. 36 Barbara Elmanowska - Mocniej lewym. Jeszcze trochę. I prosto. Więc jednak się nie bawi. Czterolatka się nie bawi? Czterolatka wie, jak sterować łódką? Zdziwiłabym się, gdyby jeszcze przejęła wiosła. Może sama dotarła do tego stanowiska, pustego kawałka drewna wbitego w dno jeziora. Oczywiście to było niemożliwe. Płynę dalej. Nie słyszę już jakichkolwiek dźwięków z drogi. Może rodzice zawiadamiają właśnie policję. Może powinnam wpłynąć z Anią w kanał i tam ją wysadzić. Przekazać ludziom, którzy szukali jej na drodze. Byłoby szybciej. Teraz czuję się, jakbym to ja ją porwała. Myślę już o powrocie, gdy zupełnie przypadkiem znajdę się w centrum uwagi. Całe pole szuka dziecka. Uciekłam od nich na wodę. I to ja zjawiam się z nią na brzegu. Dziwna sytuacja. Jestem zmęczona. Bolą mnie ręce i plecy. Gdybym była sama, zaszyłabym się w trzcinach. Spała na dnie łódki. Z małą Anią muszę wiosłować prosto do brzegu. Może dobiję w porcie „Mierzei”, odprowadzę ją i znów zniknę na wodzie pod pretekstem odstawienia łódki. Uniknę nadmiernych pytań, podziękowań. - Lewą mocniej. Cały czas lewą mocniej- instruuje Ania. Wiem przecież, że lewą i lewą, która nieustannie mierzy się z wiatrem, koryguje niekorzystny dla nas kierunek. Niedaleko „Mierzei” zmieniam kurs. - To nie nasz port. Za tymi trzcinami dopiero. Wracam więc na kurs. Omijam duży półwysep trzcin. Jeszcze trochę, może dziesięć minut, i będziemy na miejscu. Gdy dopływamy, zauważam, że Ania śpi. Leży na ławce na rufie. Kiedy zasnęła? Jak to możliwe, że nie zauważyłam, choć cały czas jestem zwrócona w jej stronę? Dobijam do brzegu, wychodzę z łódki i wciągam ją na trawę. Wtedy Ania się budzi. Pole wciąż jest wyludnione. Wyjmuję ją z łódki i ruszamy w kierunku namiotu przy plaży. - Znów śniły mi się dziury w serze - mówi zaspana. Przy namiocie nikogo nie ma, ale nagle z wydmy zbiega kobieta, a mała Ania wyrywa się do niej. - Mama! - Ojej, dziękuję! Gdzie pani ją znalazła? Boże, tak bardzo się martwiliśmy. - Była na jeziorze, na stanowisku wędkarskim. - Ale jak? Jak to możliwe? Aniu? Ale Ania tylko uśmiecha się zagadkowo. - Jestem zmęczona, muszę się położyć - mówię. - Jeszcze raz dziękuję! Bardzo dziękuję! Idę do namiotu. Kładę się. Ludzie wracają na teren obozu. Nieustannie rozmawiają o Ani. Pytają, wysłuchują odpowiedzi. Cieszą się i jednocześnie są zdumieni. Prawdopodobnie wskazują na mój namiot i mówią, że to ja ją przywiozłam, to ja przyprowadziłam, uratowałam. Zastanawiam się, czy nie zmienić miejsca. Ale przecież zapomną. Jutro, pojutrze. Zawsze zapominają. Codzienność wypiera przeszłość. Tak przynamniej powinno być. Zaczekam. Odyseja Żuławska, t. 2 37 Sylwia Kubik ODYSEJA ŻUŁAWSKA, T. 2^ Powrót do Miłoradza Żuławski wiatr wygrywa smutną melodię wśród pól, unosząc pył znad gruzów. Przenika przez zniszczone miasta i wsie, przez ruiny budynków dawniej tętniących życiem. Teraz wszystko zamarło w obliczu tragedii, która dotknęła ten przepiękny niegdyś region. Mieszkańcy Mielenz tułają się od miejscowości do miejscowości, próbując uciec przed napierającą ze wszystkich stron Armią Czerwoną. Ich podróż jest długa, pełna cierpienia, niebezpieczeństw i śmierci. Na trwałe odciska piętno na ich psychice. Wielu z nich traci życie. Jeszcze więcej ginie, gdy wpadają w szpony radzieckich żołnierzy, bo oni nie mają litości dla niemieckich cywilów. Ci, którym udało się przeżyć ucieczkę, zwykle wyjeżdżają na Zachód i tylko garstka decyduje się zawalczyć o odzyskanie życia na nadnogackich ziemiach. Jednak ze świata, który tu dawniej był, nie zostało prawie nic, a wspomnienie minionych lat przysypał popiół wojennej pożogi. Zdruzgotani Żuławiacy nie wiedzą, co ich czeka w rodzinnej wsi, która nie tylko zmieniła nazwę na Miłoradz, ale i stała się częścią Polski. Jaką cenę przyjdzie im zapłacić za to, że wrócili? Czy odzyskają swoje domy, czy ponownie będą musieli ruszyć w drogę? Ich dramatyczna żuławska odyseja zdaje się nie mieć końca... Prowadząca przez Mielenz droga zaroiła się od wozów wypełnionych rzeczami i uchodźcami. Każdy jej kawałek zapełniali zapłakani ludzie, którzy starali się nie oglądać na swoje domostwa. Zostawiali wszystko, co kochali i na co przez całe życie pracowali... Domy będące świadkami narodzin, śmierci i życia codziennego. Sprzęty gromadzone latami, kupowane za odkładane niekiedy miesiącami oszczędności. Pościele krochmalone z uwagą i bielone na słońcu. Obrusy obrębiane z niezwykłą starannością ' Fragment nowej powieści Sylwii Kubik Odyseja żuławska, t.2, Powrót do Miłoradza. <^ SYLWIA cr^ KUBIK 38 Sylwia Kubik i skupieniem. Naczynia, do których wkładano te całkiem zwykłe potrawy, jak i te świąteczne. Zastawy pamiętające wszystkie ważne dla nich uroczystości. Ziemię obrabianą w pocie czoła. I zwierzęta, żywy inwentarz... Ileż to nocy poświęcili, pilnując czasu cielenia się krów? Ile setek ton obornika wywieźli? A te góry zboża i słomy, które przez lata przerzucili? Wszystko to musiełi zostawić... Niektórzy wierzyli, że za chwilę wrócą, więc dokładnie zamykali domy i obory. Inni nadziei nie mieli, więc nawet się nie kłopotali szukaniem klucza. Psy spuścili z łańcuchów, podobnie jak krowy i inne zwierzęta. Chcieli im dać szansę na przeżycie. Zdarzali się też tacy, którzy nie byli w stanie zostawić dorobku życia. Nie mogli znieść myśli, że ktoś sobie po prostu wejdzie i wszystko zabierze. Tłukli zastawy stołowe, palili haftowane serwetki, zwierzętom zaś podcinali gardła, zostawiając je, by konały wśród opuszczonych murów. Gonił ich ryk zwierząt. Głośno domagały się jedzenia, picia i wydojenia. Ujadały psy. Nad tym wszystkim jednak dominował huk wystrzałów niosących się z Marienburga. Słyszeli wybuchy bomb, armaty, latające samoloty oraz serie puszczane z karabinów. To właśnie te dźwięki motywowały ich do marszu, one sprawiały, że ignorowali hałasy dochodzące z ich podwórek, z ich obór. Szli, z trudem stawiając stopy na śliskiej nawierzchni. Wielu z nich nie przespało nocy, a nawet kilku, zamartwiając się przyszłością. Losem, który ich czekał, gehenną, przed którą nie było ucieczki. Adrenalina jednak pomagała im przezwyciężyć słabość. Wizja tego, co dzieje się za ich plecami, motywowała wszystkich do marszu. Mielenz opuścili boczną drogą, kierując się na GroE Montau (niem. Mątowy Wielkie). Zelmannowie mieli nadzieję, że dołączy tam do nich dalsza część rodziny. Niestety, ich dom był już pusty, a po obejściu grasowali obcy uciekinierzy, wynosząc wszystko, co mogło się przydać w dalszej podróży. Berta ze smutkiem patrzyła na piękny dom szwagierki, z którym łączyło ją tyle dobrych wspomnień. Teraz zdawał się obcy i odstraszający. Spuściła więc głowę, skupiając się na tym, co miała pod nogami. Mieszkańcy Mielenz szli zwartą kolumną, zajmując całą szerokość drogi. Przemieszczali się wolno, ale cały czas parli do przodu, na zachód. Problem pojawił się wtedy, gdy dotarli do głównej drogi. Cała jej szerokość i długość zajęta była niekończącą się kawalkadą uciekinierów. Widzieli tłumy zapłakanych, zmęczonych i przestraszonych łudzi, idących z boku swoich wozów. Straszny był to widok. Ich szlochy, modlitwy, a także przekleństwa były tłem do rozgrywającej się w Marienburgu walki. Dźwięki walczących i tych uciekających mieszały się, tworząc makabryczną całość. Nie damy rady wjechać całą kolumną! - krzyknął ksiądz Jax, stając na wozie. - Musimy włączać się pojedynczo. Starajcie się robić to płynnie. Pilnujcie też, żeby nas nie rozdzielili. Ciekawe, jak mamy to zrobić - mruknął Zelmann, przytrzymując wodze. Podobne myśli i innym chodziły po głowie, lecz nie było czasu na dyskutowanie i rozważanie opcji. Ci, którzy byli na czele kolumny, zaczęli się wciskać do pochodu. Wywołało to sporo sprzeciwów wśród tych, przed których się dostali. Wszyscy pragnęli jak najszybciej oddalić się od zagrożenia. Zaczęła się walka o miejsce na drodze. Pierwszeństwo mieli wojskowi, których wszyscy musieli przepuszczać. O swoją kolej za nimi ścierali się pozostali. Niekiedy wybuchały kłótnie. Mało było w tej chwili przestrzeni na współczucie i altruizm. Strach był zbyt mocny, żeby wykazywać się kurtuazją, ale po kilkudziesięciu Odyseja Żuławska, t. 2 39 minutach pojedynczego włączania się do ruchu udało się mieszkańcom Mielenz opuścić boczną drogę. Zimno mi - powiedział z wyrzutem Wolf. - Mogę wejść na wóz, żeby się ogrzać? Synu, przeszliśmy dopiero kilka kilometrów. Czeka nas jeszcze bardzo długa droga. Mu-simy zrobić dzisiaj jak najwięcej. Ile? Tego nie wie nikt. Będziemy szli, aż starczy nam sił. Może gdzieś po drodze jest jakiś punkt, w którym dowiemy się, dokąd mamy iść. Na razie uciekamy jak najdalej od Marienburga. Wolf spojrzał tęsknie na wóz uszykowany przez ojca. Górę zabudował drewnianą konstrukcją, która tworzyła spiczasty dach. Na nią zarzucił grube dywany, zdobiące dawniej podłogę w pokoju gościnnym. Wyobrażał sobie, jak w środku musi być ciepło i przytulnie. Jak dobrze mają ich stare sąsiadki, które sobie tam siedzą pod pierzynami, nie czując chłodu ani zmęczenia. Mamo, a może niech teraz pani Gertruda i pani Helena idą pieszo, a my wsiądziemy do środka? One nie dadzą rady iść, Wolfie. Ty masz młode, zdrowe nogi, więc spacer ci nie zaszkodzi. Zimno zahartuje, a ruch rozgrzeje. Chłopiec zacisnął zęby. Argumenty matki do niego nie przemawiały. Wiedział jednak, że nic nie wskóra, więc poprawił plecak, który niósł, i z obrażoną miną ruszył dalej. Annę i Adolf, przygarnięte sieroty, nie mieli śmiałości się skarżyć. Bali się, że jeśli zaczną narzekać, to państwo Zelmannowie zostawią ich po drodze, jak ciotka, która obiecała umierającej matce, że się nimi zajmie. Maszerowali więc, ignorując bolące stopy oraz odmrożone policzki. Hannah i Gisela również szły w milczeniu. W przeciwieństwie do dzieci zdawały sobie sprawę z niebezpieczeństwa, które im groziło. Starały się iść jak najszybciej, ponaglając spowalniające pochód maluchy. Gdy zmęczenie było tak silne, że zaczęły zwalniać, łapały je za dłonie i ciągnęły za sobą. Podążali w tłumie innych, a ich strach mieszał się ze strachem pozostałych. Chmara pozbawionych domu ludzi z lękiem spoglądała w stronę mostu na Wiśle. Byli już całkiem blisko, ale ruch jakby zamarł. Mieli wrażenie, że stoją. Wzniesienie prowadzące do mostu nie było ani zbyt wysokie, ani zbyt strome. Jednak nawierzchnia, która zmieniła się w taflę lodu, skutecznie utrudniała podróżnym przemieszczanie się w jego stronę. Ludzie, chcąc pomóc koniom, pchali wozy. Wielu z nich upadło, a rozpędzony tłum nie był w stanie wyhamować. Koła przejeżdżały po krzyczących przeraźliwie ludziach, końskie kopyta wbijały ich głowy w skamieniałą nawierzchnię. Lodowa droga pokryła się ciałami, krwią, fekaliami i wnętrznościami. Buty zatapiały się w szybko marznących ciałach. Grudki krwi i szczątki mózgów przyklejały się do podeszew, czyniąc marsz niezwykle makabrycznym. Nie było czasu na usuwanie ciał. Szlochy i krzyki rozpaczy ginęły wśród ponaglających pokrzykiwań. Chciano jak najszybciej pokonać most, stanąć po jego drugiej stronie, która zdawała się bezpieczna mimo eksplozji słyszalnych w położonym nieopodal Dirschau. Idźcie szybciej! Na co czekacie?! 40 Sylwia Kubik Szybciej! Szybciej! Zewsząd rozlegały się krzyki. Były zupełnie zbędne, gdyż uciekinierzy robili, co w ich mocy, żeby przeć naprzód. Przebywanie na moście było bardzo niebezpieczne. Nad ich głowami latały samoloty, i niemieckie, i sowieckie, więc w każdej chwili któryś mógł wypuścić bomby i błyskawicznie zakończyć ich wędrówkę. Ta myśl pojawiała się w wielu głowach, bo i takie groźby wykrzykiwano: Wysadzą most! Zrzucą bomby! Ruszcie się, póki most stoi, gamonie! Wypowiedziane na głos obawy wywołały panikę. Ludzie zaczęli mocniej napierać na siebie. Coraz więcej osób upadało. Rozlegały się przeraźliwe piski i krzyki. Gisela miała wrażenie, że zaraz eksploduje jej mózg, więc mocniej przycisnęła dłońmi czapkę do uszu. Giselo! - Matka szarpnęła ją za ramię. - Weź Adolfa za rękę! Dziewczyna zerknęła w przerażone oczy dziecka. Jedną ręką złapała się za burtę wozu, a drugą wyciągnęła do chłopca. Chwycił ją szybko i mocno przycisnął do siebie. Musiała balansować ciałem, żeby odeprzeć napór osób idących za nimi. Matka prowadziła Wolfa, Hannah - Annę. Wszystko wokół zlewało się w burą taflę ciemnych kożuchów i płaszczy,na których osiadał szron. Gdy byli na środku mostu, zaczął padać gęsty śnieg. Znacznie ograniczyło to widoczność. Umęczone, poganiane konie buntowały się, przystając z pochylonymi ku ziemi głowami. W ruch znowu poszły baty. Ich świst był ledwo słyszalny w natłoku innych dźwięków, lecz bolesne, pociągłe uderzenia przyniosły efekt. Konie ruszyły. Udało im się przebrnąć na drugą stronę. Tam zobaczyli dosyć liczny oddział żołnierzy niemieckich. Uzbrojeni w karabiny, raz za razem pokrzykiwali na ludność. Szybciej! Szybciej! Musimy założyć ładunki wybuchowe i wysadzić most! Pospieszcie się! Gisela sapnęła z irytacji. Takie straszenie w niczym nie pomagało. Ludzie nie byli w stanie iść szybciej. Natomiast słysząc takie informacje, wpadali w panikę, która przynosiła wiele szkód. Nie rozumiała, dlaczego ci żołnierze byli tacy bezmyślni. Dokąd mamy iść? Zewsząd rozlegały się pytania. Co z nami? Obronicie nas? Idźcie dalej. W głąb Niemiec. Tylko tam jest bezpiecznie. Jak mamy iść? - krzyczano z wyrzutem. - Nie mamy już siły. Nic na to nie poradzimy. Uciekajcie czym prędzej. Tam dalej też są rozstawione nasze jednostki. Jak będzie możliwość, to pokierują was w stronę stacji kolejowych. Tutaj jednak nigdzie nie wsiądziecie. Pociągi wiozą jedynie wojskowych i amunicję. Obrona ma pierwszeństwo. W czym? W uciekaniu? - wrzasnęła rozzłoszczona kobieta przyciskająca do piersi plączące niemowlę. - Bo tu jakoś obrony nie widać! Gisela widziała, że zmęczona twarz żołnierza wykrzywiła się w złości. Uczynił ruch, jakby chciał zdjąć z ramienia karabin i strzelić. Zamarła, czekając na rozwój wypadków. Adolf Odyseja Żuławska, t. 2 41 szarpnął ją za rękę. Spojrzała w jego oczy szepczące niemą prośbę, żeby szli dalej. Skinęła głową i ruszyli. Tłum częściowo się rozszedł. Nie wszyscy posłuchali przestróg i skierowali się w stronę Dirschau. Zapewne liczyli, że uda im się tam wsiąść do pociągu. Gisela też chętnie skręciłaby w tamtym kierunku. Uważała, że miasto daje więcej możliwości ucieczki. Ojciec jednak nawet nie spojrzał w tamtą stronę, szli więc dalej, coraz bardziej zmęczeni, zmarznięci i głodni. Bez nadziei na szybki postój czy odpoczynek. Armia Czerwona była zbyt blisko, żeby się zatrzymywać. Janusz Ryszkowski W ściślejszym kółku Antoniego Donimirskiego Publikacje można zamawiać na prowincja@onet.pl Można również zamawiać archiwalne numery Prowincji 42 Łukasz Walendziak Łukasz Walendziak ULICA SEZAMKOWA ZIOMEK Pochodzi z Polski, obecnie urzęduje w Brazylii, gdzie zaszył się w kompletnym buszu. Po drodze zdążył pomieszkać w Kopenhadze i na Teneryfie. Gdy miał osiemnaście lat, wybrał się w „podróż za jeden uśmiech” do Holandii, pierwszego wieczoru popełnił jakieś drobne wykroczenie, został zatrzymany i skierowany z biletem w jedną stronę do Polski. Następnej nocy znów zawitał w Amsterdamie i spędził tam dobrych kilka miesięcy. Dorywcze prace, nieustające kombinacje, balety, hulanki i swawole. „Punk rock to nie rurki z kremem” -lubił mawiać. Ostatnio, przez cztery lata, kręcił afery wszerz i wzdłuż całych Indii. Oczywiście bez paszportu ani zamiaru powrotu do ojczyzny. Skończył z wybitym obojczykiem, który od tygodni źle mu się zrastał. Granicę dzielącą Indie i Nepal przebył wpław. Było to możliwe, bo w miesiącach suszy poziom wody, nawet w ogromnych rzekach, spada do metra, półtora. Akcja ta wymagał jednak sporej odwagi i zawziętości. Środki przeciwbólowe w dużych dawkach dodały otuchy a Nepal jawił się na tamtą chwilę jako ziemia obiecana. No i się udało... Poznaliśmy się zaraz po tym, jak pojawił się w Katmandu. Mi w Nepalu minęło już blisko dwa i pól roku, również na wariackich papierach. Zdążyłem się już jednak ogarnąć na tyle, by po swojemu wiązać koniec z końcem. Miałem rozeznanie w lokalnych klimatach, szybko złapaliśmy więc dobry kontakt. Ziomek miał spore doświadczenie w zamawianiu czegokolwiek z ciemnych zakątków Internetu. Ja wiedziałem co i komu jest potrzeba. Szybko przyniosło to wymierne efekty w postaci łatwych pieniędzy i, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, równie szybko pojawiły się pierwsze problemy. Ziomek wyrobił sobie ubezpieczenie Online ważne od zaraz. Dwa dni później pojawił się u chirurga i przedstawił swoją dolegliwość. - „Panie! To się musiało stać jakiś miesiąc temu! Ubezpieczenie masz pan ważne od przedwczoraj!” - „Panie, ale my się chyba jakoś dogadamy... Musimy!” Miałem wtedy akurat pewną zagwozdkę. Rodzina, po raz pierwszy odkąd opuściłem Polskę w niesławie, pokusiła się o miły gest i wysłała mi w okolicy świąt sumę 250 dolarów, wtedy 27 tysięcy rupii. Na tamte czasy - przeciętna wypłata w Nepalu. Ja miałem jednak kłopoty z dokumentami, a przekaz był na moje dane... Ziomek wzruszył ramionami; „Żaden problem, czekaj, najpierw cyknę Ci focie, tu w bramie, żeby było jednolite ciemne tło”. Następnie wizyta w kafejce internetowej i piętnaście minut improwizacji w photoshopie. Brak oficjalnych dokumentów uzasadniłem faktem, że czekam na indyjską wizę, więc leżą one w tamtejszej ambasadzie. Poszło całkiem Ulica Sezamkowa 43 Zgrabnie. Z czasem tego typu rozwiązania były coraz trudniejsze do przeprowadzenia. Takie powsinogi jak my miały coraz bardziej pod górkę, ale nasz debel zdążył jeszcze sporo namieszać. Ziomek druty w barku nosił blisko dwa lata i zawsze dysponował receptą no co tylko dusza zapragnie. „Morfinka? Propofol? A może Fentanyl?” Ja mam z igłą nie po drodze, ale zagryźć dobrze tramadolu w kilkunastogodzinnej podróży autobusowej też się zdarzyło. Któregoś razu jechaliśmy z Katmandu do Pokhary motorem, kolega za kierownicą. Warunki zarówno atmosferyczne, jak i te panujące na drodze, wołały o pomstę do nieba. Ziomek z natury nadpobudliwy, klął jak szewc i prowadził jak szalony. Po drodze wypadek, lawina błotna, korek i ulewa. Można powiedzieć, że prosiliśmy się o nieszczęście. Chwilę później wylądowaliśmy w szpitalu. Nie była to jednak wizyta na oddziale ratunkowym. Ziomek postanowił się „znieczulić”. Do dziś się zastanawiam jak to możliwe, że miejscowy lekarz osobiście podał kierowcy podwójną dawkę morfiny dożylnie, a następnie machał nam na pożegnanie jak odjeżdżaliśmy z parkingu. Emocje opadły, pogoda się poprawiła, szczęśliwie dotarliśmy na miejsce. Można powiedzieć, że uratowała nas medycyna. Po pewnym czasie otworzyliśmy z Ziomkiem biznes. Ja byłem w Chitwan już wcześniej, a Ziomek właśnie nagrabił sobie w stolicy u jakichś typów spod ciemnej gwiazdy. W zanadrzu miał ekspres do kawy w kształcie klepsydry - model włoski. Ja wystarałem się o stół i cylinder z gazem na kredyt od znajomego, który prowadził niewielki hotel. Odwiedziliśmy supermarket. Ja wrzuciłem dwie paczki kawy do każdej z nogawek, dresy miałem wsadzone w skarpety jak „pan piłkarz”. Temblak, który stanowił już tylko pamiątkę, dekorację i schowek, pomieścił cztery paczki kawy i kilka tabliczek czekolady. Przy kasie do zapłaty mieliśmy za dwa lody na patyku. „Dwóch takich co ukradli księżyc” - pomyślałem. Rozstawiliśmy się na rogu, niedaleko od wejścia do parku narodowego Chitwan. Nasz widok z miejsca wywołał liczne chichoty oraz wielkie zaciekawienie gawiedzi. Problem w tym, że Nepalczycy mają w zwyczaju herbatkę z mlekiem za 30 rupii, a nie organiczną kawę za 100, chociaż w kawiarni kosztuje ona 300. Kolejni zainteresowani zaczęli wypytywać jednak o wspólne wykonanie „Sweet Selfie”. Wynegocjowaliśmy kompromis - pijesz kawę, to pozujemy do zdjęcia. Impreza ruszyła, w miesiąc staliśmy się lokalną atrakcją. Tymczasem zbliżał się tzw. „Food Festival”. Naprawdę ogromny doroczny jarmark. Ziomek szybciutko się dogadał z jednym z restauratorów, że na ten czas zawieramy współpracę. Czterdzieści namiotów rozstawionych w kształcie litery U i na górze scena. Miejscowi politycy i oficjele, piosenkarze, grupy gimnastyczek. Wieś tańczy i śpiewa. My w roli maskotek całej imprezy. Ubaw był po pachy. Do czasu. Ostatniego dnia zabawy Ziomek słusznie zauważył, że przydałoby się nam towarzystwo jakichś niewiast. W przeciwnym wypadku na co komu ta cała popularność. Nasze mini stoisko z kawą i kulkami czekoladowymi już zamknięte. W kasie całkiem ładna sumka. Siedzimy sobie przy stoliku i podziwiamy finał całej tej rewii. Kwintesencja tandety, ale tłum szaleje. Kolega mnie na chwilę przeprosił. Za moment wraca z 0,7 litra gorzały i dwiema koleżankami. Jedna dosyć koślawa, druga całkiem urocza, ale wyraźnie nieletnia. W miarę rozwoju sytuacji mój towarzysz pozwala sobie na coraz to mniej smaczne żarty: „Borsuk bierz się za tę trzynasteczkę, widzę jak na nią spoglądasz”, „Słyszałem, że takie lubisz” i temu podobne. Na początku znosiłem to z uśmiechem na ustach i rzucałem 44 Łukasz Walendziak odpowiedzi w stylu „zajmij się lepiej swoją zezowatą ledwolatką, a tą małą dziewczynkę odprowadźcie do domu przed 22 ”. Nadmiar alkoholu i w końcu nerwy nam obu puściły. Walczyliśmy zarówno ze sobą, jak i z grawitacją. W Nepalu jest taki zwyczaj, że przed bójką najpierw jest gra wstępna: przepychanki, wyzwiska, szarpanina. Dwóch wielkich jak na tutejsze warunki chłopów, jeden z tatuażem na twarzy, drugi z szałem w oczach, okładają się pięściami bez żadnego ostrzeżenia. Zgromadzenie było w szoku, nawet służby porządkowe nie spieszyły się z interwencją. W kilka chwil cały tłum zebrał się dookoła nas. Spojrzeliśmy sobie w oczy, obie mordy zakrwawione, uśmiechnęliśmy się, przybiliśmy piątkę i poszliśmy obalić kolejną flaszkę. „Szanowna gawiedzi, można się rozejść, przedstawienie dobiegło końca...” DŻUMBABA Obaj ocknęliśmy się o wschodzie słońca na pobojowisku, jakie zostało po całym zamieszaniu, które trwało tydzień czasu. Bez większego trudu można było sobie zorganizować jakieś piwko na ból głowy. Oprócz rozmaitych śmieci, które walały się dosłownie wszędzie, na większości stanowisk pozostały jeszcze zarówno rozmaite resztki produktów spożywczych, jak i mniej lub bardziej cenne wyposażenie. O ile Ziomek miał słabość do opiatów, ja od wielu lat zmagałem się z chorobą alkoholową. Ślepy z głuchym, duet z piekła rodem. Ten poranek nie należał do najprzyjemniejszych. Zaczepił nas starszy mężczyzna, który poruszał się o lasce. Zapytał, czy chcemy zapalić. Nasze zasoby skończyły się niedawno, a w zaistniałych okolicznościach ten człowiek po prostu spadł nam z nieba. Susz był naprawdę wysokiej jakości, więc mój towarzysz natychmiast zaczął dopytywać, gdzie można by nabyć tego więcej. „Kulawy”, który naprawdę nazywał się Dżanua, wyjął z kieszeni swojej dreso-wej bluzy zawiniątko. Wewnątrz było kilkadziesiąt gram trawy, której smakiem i zapachem właśnie mieliśmy okazję się delektować. „Tyle?” — zapytał Dżanua, mając nadzieję, że pozbędzie sie całego swojego zapasu a jednocześnie podreperuje domowy budżet. „Nie, tyyy-le!” - odparł ziomek szeroko rozkładając ręce. O ile w Nepalu marihuana rośnie wszędzie, to w większości są to konopie siewne łub tak zwana samosiejka. Zawartość THC w takich roślinach jest znikoma i nie nadają się one do palenia. Rozwiązaniem pozostaje ekstrakcja i produkcja oleju lub haszyszu. W tym wypadku mieliśmy do czynienia z wysokogórską, dziką rośliną o intensywnym działaniu psychoaktywnym. Prawdziwy rarytas. Takiej okazji Ziomek nie mógł przegapić. Ja postanowiłem rozejrzeć się za nowym lokum, a panowie ruszyli na wycieczkę w góry... Nie miałem żalu o to nieporozumienie z poprzedniej nocy. Mimo wszystko czułem, że coś tu nie gra. Miałem już powoli dosyć kolejnych niespodzianek, zwrotów akcji, nowych pomysłów i pokerowych zagrywek. Podobało mi się w Chitwan, w pamięci miałem trudne chwile, jakie przeżyłem pierwszej zimy w Katmandu. Odkąd pojawił się Ziomek, z dużą łatwością udawało się nam wychodzić z tarapatów, ale za moment pakowaliśmy się w kolejne. Panowie wrócili następnego dnia pod wieczór. Mój koleżka miał na stanie półtora kilograma zioła i obwieścił mi, jaki jest plan: „Jutro ruszamy do Pokhary, opchniemy ten towar zagranicznym turystom i zarobimy kupę kasy”. Oczywiście cały utarg z tygodniowego festynu został właśnie zainwestowany. Ja jednak miałem już swoje odrębne plany. Nasze drogi, nie na długo, ale się rozeszły... Ulica Sezamkowa 45 Postanowiłem odwiedzić Nandu, którego poznałem już dużo wcześniej. Miałem przy sobie niewiele pieniędzy, a jednocześnie zależało mi na tym, aby dłużej pozostać w tych stronach, postanowiłem zapytać przyjaciela o radę. Nandu cieszył się sympatią i szacunkiem w okolicy, przedstawił mnie lokalnemu możnowładcy, którego lokalna społeczność nazywała „Dżumbaba”. Był to starszy mężczyzna o mongolskich rysach twarzy i rozbrajającym uśmiechu. Niewysoki, ale energiczny, z brzuszkiem, którego dorobił się żyjąc w dobrobycie. Resztki siwych włosów i długie kręcone wąsy sprawiały, że wyglądał dostojnie i komicznie zarazem. „Dżumbaba” jako młody chłopak poślubił kobietę ze Stanów Zjednoczonych. Później dorobił się jeszcze dwóch żon tu na miejscu, a czwarta, zarazem ostatnia, pochodziła z Izraela. Obydwie żony - Nepalki, żyły w przyjaźni, mieszkały razem z Dżum-babą i prowadziły wyjątkowo szykowny jak na tę okolicę dom. Natomiast kobiety z Izraela i USA nie przepadały za sobą, odwiedzały ukochanego co jakiś czas i wracały do swoich krajów. Wszystko zaplanowane tak, żeby się nie spotkały. Przyznać trzeba, elegancko się facet urządził... Po pierwszym ślubie, który odbył się pod koniec lat siedemdziesiątych poprzedniego stulecia, pan młody wyjechał na podbój Ameryki. Rodzina jego wybranki należała do zamożnych, ale on sam, chcąc zaimponować swojej żonie i jej rodzicom, natychmiast podjął pracę. Był kierowcą najpierw taksówki, a później śmieciarki. Lubił opowiadać o tym, jakie olbrzymie wrażenie wywarła na nim przeprowadzka z dżungli do Nowego Jorku. W Chitwan syn szlachcica, który miał na własność dziesiątki hektarów ziemi. W USA jeden z wielu migrantów, zwykły „mr nobody”. Mnogość możliwości, swoboda wyboru i brak presji bardzo mu odpowiadały. W dodatku autostrady, wiadukty, tunele, wieżowce, pociągi. W tamtych czasach to były wynalazki, o których w Nepalu nawet nie słyszeli. Po powrocie w rodzinne strony wykorzystał doświadczenia i kontakty nabyte na Zachodzie i został jednym z pionierów w sektorze turystycznym. O ile Himalaje cieszyły się swoją sławą i popularnością już wtedy, a nawet o wiele wcześniej, to Park Narodowy Chitwan dopiero raczkował jeżeli chodzi o podstawową infrastrukturę, na przykład bazę hotelową. Wyjątkowo egzotyczny i dziewiczy kierunek stawał się jednak coraz bardziej popularny wśród turystów z całego świata. Dżumbaba doskonale to wykorzystał. Najpierw prowadził kemping i biuro podróży, następnie kilka hoteli i firmę świadczącą usługi transportowe. Ostatecznie wszystko to porzucił i zajął się tym czym jego ojciec - handlem ziemią. Kiedy się poznaliśmy, był już starszym panem na emeryturze, cieszył się życiem i delektował wspomnieniami. Dalej jednak miał na własność kawałek ziemi tu i ówdzie. Jedną z takich nieruchomości oddał w dzierżawę mężczyźnie imieniem Czandre Dżatan. Dwa stawy rybne i kilka chatek z bambusa w stanie rozpadu. Miejsce położone nad niewielką rzeczką, na obrzeżach wioski, w której później przeżyłem łącznie ponad dwa lata. Lokalny polityk i przedsiębiorca planował postawić tu luksusowy resort, a ja miałem zostać menadżerem i kierownikiem zamieszania. Niebawem miało się okazać, że to melodia przyszłości i to wcale nie najbliższej. Postanowiłem więc rozejrzeć się za robotą na własną rękę. Tak jak większość młodzieńców w okolicy skończyłem machając łopatą. Czułem, że żyję. Niczym Dżumbaba w Nowym Jorku. Bardzo podobało mi się w nowej roli zawodowej i społecznej. Tam syn ojca, od którego wszyscy oczekują, że sprosta takim czy innym oczekiwaniom. Tu głupek wioskowy, którego wszyscy darzą sympatią. Sielanka i beztroska. Tak długo, jak tylko nie sięgnę po alkohol, co w tamtych czasach zdarzało mi się sporadycznie, ale jeżeli 46 Łukasz Walendziak już, to zazwyczaj kończyło skandalem. Na kilku weselach czy innych obchodach lokalnych uroczystości dałem prawdziwy popis pijaństwa po staropolsko. Drzemka w rowie czy znokautowanie pana młodego to tylko pierwsze z brzegu przykłady. Byłem szczęśliwy ale „nic nie może przecież wiecznie trwać”, jak głosi tekst piosenki. Któregoś razu w pracy źle się poczułem. Byłem kompletnie wyczerpany pomimo tego, że dzień dopiero się rozpoczął, a słońce jeszcze nie dokuczało. Zamglony wzrok i duszności, usiadłem na chwilę złapać oddech, ale wcale nie poczułem się lepiej. Odmeldowałem się u szefa i udałem do niewielkiej przychodni w miasteczku Purano Parsa. Lekarza jednak nie było na miejscu, a pani w prowizorycznej recepcji była niezbyt błyskotliwa, delikatnie rzecz ujmując. Na nic zdała się nawet moja podstawowa wtedy znajomość języka nepalskiego. Próbowałem wyjaśnić, że potrzebne mi badania krwi, ale coś musiałem pokręcić i wywołałem salwę śmiechu pośród kilku starszych osób zgromadzonych w poczekalni. Zniecierpliwiony i podirytowany ruszyłem na rynek, gdzie złapałem rykszę i wróciłem na wioskę. Mimo, że położyłem się wygodnie w cieniu, z godziny na godzinę czułem się coraz gorzej. Dochodziło południe i upał porządnie dawał się już we znaki. Postanowiłem poprosić któregoś z wioskowych młodzieńców, żeby podrzucił mnie motorem do miejscowości Sauraha, gdzie jest punkt medyczny dla zagranicznych turystów. Słaniałem się już na nogach, a moja mowa przypominała bełkot pijaka. Nikt nie traktował poważnie moich próśb i obaw, a ja miałem wrażenie, że jak za chwilę zemdleję, to już się nie podniosę. Dystans nieco ponad 7km przebyłem w jakieś trzy i pół godziny. Co kilkaset metrów robiłem przerwę, żeby zanurzyć się w strumyku i obniżyć temperaturę ciała. Do miasteczka dotarłem wieczorem, resztkami sił doczłapałem do chaty Kulawego i straciłem przytomność... KULAWY Dżanua był mężczyzną około sześćdziesięcioletnim. Połowa jego ciała była sparaliżowana. Legenda wiejska głosi, że w latach młodości był strasznym rozbójnikiem i kłusownikiem. Silny, sprawny fizycznie i niestabilny emocjonalnie siał postrach w okolicy. Podobno w le-sie zabijał wszystko, co tylko się opłacało. Którejś nocy, gdy wracał z łowów, wpadł na niego mały jelonek. Mężczyzna wrócił do domu, upił się i poszedł spać. Następnego dnia rozpoczęły się problemy z poruszaniem. Jego żona zmarła niedługo po tym, jak on sam został kaleką. Kulawy miał dwóch synów i dwie córki. Cała czwórka opiekowała się ojcem w zakresie podstawowych potrzeb, takich jak posiłki czy pranie odzieży. Widać było jednak wyraźnie, że mają do niego żal za to, jak ich oraz matkę traktował w przeszłości. To tylko zdawało się potwierdzać plotki o problemach z alkoholem i agresją tego pana w czasach, gdy był jeszcze w pełni sił. Obudziłem się o świcie. Leżałem na karimacie, rozejrzałem się dookoła. Drewniana wiata w ogródku na tyłach niewielkiej betonowej chałupki służyła Kulawemu za sypialnię, salon i jadalnię. Reszta rodziny mieszkała we wspomnianej kwadratowej konstrukcji z betonu. Dwa piętra: na dole dwa pokoje i kuchnia, na górze dodatkowe miejsca do spania i spiżarnia. W ogrodzie rosła kukurydza, szpinak, kapusta i papryczki chili. Z drugiej strony wielkie pole ryżowe, na którym okoliczne rodziny wspólnie pracowały, aby następnie Ulica Sezamkowa 47 dzielić się plonami. Dżanua ocknął się po chwili, spojrzał na mnie i zapytał „cz wszystko w porządku?”. Opisałem mu wczorajsze dolegliwości, wysłuchał z uwagą i uznał, że to musi być gorączka dengue. Faktycznie lubiłem się zdrzemnąć pod gołym niebem, a jak ktoś w wiosce zwracał uwagę na moskity, to żartowałem, że one przecież też są głodne i ktoś je musi nakarmić. Mężczyzna nie tylko postawił diagnozę, ale również znał sposób, jak uporać się z tą chorobą w ciągu kilku dni. Jak tylko reszta domowników się obudziła, starzec zawołał najstarszego syna i poprosił, aby ten narwał u sąsiada liści papai. Część z nich zaparzyliśmy, a część żułem niczym tytoń. W dwa dni taka kuracja postawiła mnie nogi, po objawach nie było śladu. Rodzina mieszkała na obrzeżach miasteczka Sauraha. Z ziomkiem nazwaliśmy to miejsce „Ulica Sezamkowa”. Nieopodal luksusowe hotele i restauracje. Centrum turystyczne całego regionu. Sama ulica była świeżo po remoncie, nowiutki asfalt, biały pas na środku. Wzdłuż ciągnęła się mieszanka betonowych kwadratów i lepianek z gliny. Zamieszkałe tu rodziny to mniej zamożna część społeczeństwa, jednak prężnie rozwinięty obecnie sektor turystyczny zapewnia wiele miejsc pracy. Kierowcy jeep’a, przewodnicy, pracownicy stajni słoni, pokojówki, ale też kłusownicy i prostytutki, składają się na tę wielce barwną społeczność. Po jezdni biega dzieciarnia i zwierzęta hodowlane. Kury, gęsi, kozy. Ponieważ okoliczne tereny to równiny, wiele osób porusza się rowerem. Popularne są również dorożki, które ciągną kucyki. Służą one zarówno za atrakcję dla turystów, jak i za pospolitą taksówkę dla lokalnych mieszkańców. Spędziłem u Kulawego kilka dni, regularnie odwiedzał mnie Nandu, raz pojawił się nawet Dżumbaba. Poza tym Dżanua miał wielu znajomych z dawnych lat, którzy wieczorami odwiedzali go zaopatrzeni w bimber i zioło. W kolejnych latach jeszcze wielokrotnie tu zawitałem. Bywało, że miałem prezenty dla całej rodziny i sąsiadów, a niekiedy byłem w potrzebie i mogłem liczyć na pomoc z ich strony. Ilekroć tu wracałem, czułem się bardzo szczęśliwy, a cała rodzina i okolica również witały mnie z wielką radością. Można powiedzieć, że była to dla mnie namiastka ogniska domowego, które jakiś czas temu utraciłem. Zadzwoniłem do Ziomka, wyjaśniłem mu, co się stało, zapowiedziałem swoją wizytę na pojutrze. Druh upewnił się, że już nic mi nie jest i że przywiozę ze sobą grzyby. Nie minął jeszcze tydzień odkąd ścięło mnie z nóg, więc korzystając z okazji postanowiłem udać się do szpitala na badanie krwi, zaraz po tym jak dotarłem do Pokhary. Przypuszczenia się potwierdziły - dengue. Pan doktor już zacierał ręce, zapewniał, że za tydzień będę zdrowy a koszt pobytu w szpitalu i kuracji to jedyne kilkaset dolarów. Uśmiechnąłem się tylko, zapłaciłem równowartość pięciu dolarów za badania i ruszyłem na spotkanie z Ziomkiem. Tutaj impreza trwała w najlepsze, ale ja nie byłem w nastroju na szaleństwa. Okolica, trzeba jednak przyznać, wyjątkowo malownicza. Jezioro Phewa i widoczne jak na dłoni ośnieżone szczyty Himalajów to wizytówka tej miejscowości. Przez okrągły rok urzęduje tu tłum turystów z całego świata, wielu z nich spędza długie miesiące na północnej stronie miasta, gdzie dominują hostełe i restauracje o przystępnych cenach i niewysokim standardzie. To było królestwo Ziomka. Zarobić, żeby wydać. Oszukać, a później uciekać. To już przerabialiśmy. Tymczasem ja od niedawna miałem zupełnie inny pomysł na siebie. Wstawać o świcie w pełni sił, cieszyć się zdrowiem, spokojem i kondycją fizyczną. Nauczyć języka 48 Łukasz Walendziak i znaleźć sposób, aby zalegalizować swój pobyt. Byłem gotów dołożyć wszelkich starań, aby zostać „nepalskim Olisadebe”. Zycie na skraju dżungli obudziło we mnie uśpione pokłady energii i radości. Po raz pierwszy od wielu lat nie miałem sobie nic za złe. Nie obawiałem się co będzie jutro, nie oglądałem za siebie. Lokalna ludność przyjęła mnie jak swojego. Miejscowa fauna i flora mnie oczarowały. Przepędziłem demony przeszłości, cieszyłem się każdą chwilą. Pojawiła się nadzieja, że jeszcze wszystko się poukłada. Publikacje można zamawiać na prowincja@onet.pl Można również zamawiać archiwalne numery Prowincji Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY SZTIL? SZKWAŁ? Gdyby mi starość Wizytę ziożyć chciała — Bramę bym zamkną}/ ^Jd powiedzieć kazał: „Nie ma nikogo w domu”. Kokin Wakashu Jak pogodzić przytoczony wyżej fragment, wzięty z X-wiecznej japońskiej poezji dworskiej, z opiniami mówiącymi o starości jako upragnionym spokoju, odpoczynku po burzliwym życiu młodzieńczym i późniejszym, dojrzałym; o uwolnieniu się od tamtych ambicji, aspiracji zawodowych, rywalizacji towarzyszącej karierze, szukania sposobów bogacenia się, zaspokajania rosnących potrzeb materialnych rodziny; od żądz i pokus cielesnych. Platon w „Państwie” przywołuje starego mędrca Kleofasa, który opowiada Sokratesowi o spotkaniu z Sofoklesem, o jego słowach na temat utraty przyjemności zmysłowych: „Nie mów-że głupstw, człowiecze: ja z największą przyjemnością od tych rzeczy uciekłem, jak bym się wyrwał spod władzy jakiegoś pana - wściekłego i dzikiego” (tłum. Władysław Witwicki). Nieco dalej pisze Platon, że „im bardziej więdną inne przyjemności cielesne, tym bardziej rosną pożądania i rozkosze związane z inteligentną rozmową”. Tadeusz Konwicki w jednej z książek wspomina o przyjęciu, jakie urządził dla przyjaciół Stanisław Dygat, by z niekłamaną ulgą poinformować ich o zakończeniu swego życia seksualnego (okazało się, że musiał takie samo przyjęcie urządzić ponownie). O starości aktywnej i krzepkiej pisał Te-rencjusz, określając ją mianem starości orła (aguilae senectus). Więc spokój, bezwietrzna cisza, sztil - by posłużyć się bliskim mi określeniem żeglarskim, czy przeciwnie - niekończące się porywy? Sześćdziesięciodziewięcioletnia letnia Marła Dąbrowska zanotowała w lipcu 1958 roku: „I ten ciągły niepokój wewnętrzny - co za śmieszny szablon - że starość jest spokojna. Starość to najbardziej niespokojny okres życia. To miotanie się jak na dworcu, z którego pociąg - ważny ostateczny pociąg, ma niebawem odjechać”. Eufemizmy takie jak „jesień życia”, „trzeci wiek”, „seniorzy” czy ostatnio „silver-si” nierzadko kryją cierpienia, choroby, znikome możliwości dostępu do placówek służby zdrowia, społeczną marginalizację, niewielkie szanse uzyskania jakiejkolwiek pracy, jeszcze mniejsze kredytu bankowego. Na starość, pisze Czesław Mirosław Szczepaniak, powinny wyrastać ludziom skrzydła, które by pomagały zachować równowagę, kiedy nogi już nas nie niosą. 50 Andrzej C. Leszczyński Denis B. Bromley („Psychologia starzenia się”) opisuje pięć typów charakteryzujących starzenie się. Są to [1] Postawa konstruktywna (zadowolenie z całego życia, pozytywne patrzenie w przyszłość); [2] Postawa zależności (spędzanie czasu w małym gronie, liczenie na wsparcie emocjonalne i materialne ze strony innych osób); [3] Postawa obronna (stan bliski nerwicy, samowystarczalność, odrzucanie pomocy innych); [4] Postawa wrogości (agresywność, podejrzliwość przypisywanie winy za niepowodzenie otoczeniu); [5] Postawa wrogości skierowanej ku sobie (pasywność, okresy depresyjne, poczucie bycia niepotrzebnym, doświadczenie grozy śmierci). Tę ostatnią postawę Antoni Kępiński określał odwołując się do metafory potrzasku między lękiem przed życiem a lękiem przed śmiercią. Dwie pierwsze postawy można by uznać za bliskie temu, co wyraża sztil. Pozostałe trzy to stany nieodległe od szkwału, miotania się, o jakim pisze Marła Dąbrowska. Amerykański gerontolog Robert Butler w 1969 roku użył określenia „ageizm” (ang. od age - wiek). Oznacza ono dyskryminację ze względy na wiek, tworzenia stereotypów i dyskryminowania ludzi z tego tylko powodu, że są starzy. Być może dałoby się to pojąć w odniesieniu do dawnych społeczności koczowniczych, gdzie stary człowiek stanowił przeszkodę w wędrowaniu (pamiętam wstrząsający film „Ballada o Narayamie” Shósei Imamury). Inaczej było w plemionach rolniczych, osiadłych, gdzie starcy cieszyli się szacunkiem i dożywali późnego wieku, służąc młodym radą i pomocą. Odstawianie na boczny tor łudzi starych stało się widoczne już w grecko - rzymskim antyku: starość jest przekleństwem bogów (wiecznie młodych). Człowiek stary (vetus) jest godny pogardy, stara kobieta (vetu-la) budzi już tylko odrazę, o czym przekonuje Horacy („Rogare longo putłdam te saeculo”, epoda VIII). Augustyn Aureliusz starzejące się, brzydnące ciało uważał za symbol grzechu, przemijania będącego następstwem utraty Raju. Wybrańcy Bogów umierają młodo - to oczywiście Fryderyk Nietzsche. A jeszcze Franęois Villon („Wielki testament: Ballada o panach dawnego czasu”): „Zawżdy jest stara małpa szpetna/ Y takoż jej figlasy wszystkie” (tłum. Tadeusz Boy-Żeleński). I tak już zostało, zwłaszcza tam, gdzie panują reguły rynkowe i młodość jest liczącym się towarem. Na Zachodzie triumfuje melanż społecznego darwinłzmu i utylitaryzmu; tysiące nursing homes (domów opieki) chronią zdrowe społeczeństwo przed niedołężnymi starcami (w tzw. otwartym społeczeństwie pełnią praw cieszą się wszyscy z dwoma wyjątkami - przestępców i starców). Zwroty typu „w tym wieku” czy „mając taki pesel” pozbawiają prawa do skarżenia się na swój los. Z właściwą sobie ironią pisze Wisława Szymborska:. Kiedy kto^ zapyta -jakja si^ dziś czuj^, Grzecznie mu odpowiem, że »Dobrze, dzifkuję«. To, że mam artretyzm, to jeszcze nie wszystko. Astma, serce mi dokucza, i mówif z zadyszk^. Puls slaby, krew moja w cholesterol bogata... Lecz dobrze sif czujf, jak na swoje lata! Okruchy 51 ZWĘŻENIE, SKRÓCENIE Jerzy Pilch („Bezpowrotnie utracona leworęczność”) pisze o narastającym z wiekiem poczuciu odpływu rzeczywistości. „Odpływu rozmów, odpływu widoków, odpływu świata”. Podobną myśl wyraża Antoni Kępiński w „Rytmie życia”. „Z upływem lat liczba możliwych dróg maleje, życie obcina skrzydła marzeń i planów, idzie się przed siebie jedną drogą, z której trudno zawrócić”. Gorzej, gdy zauważa się, że jest to ślepa droga, co oznacza konieczność powtarzania wciąż na nowo tych samych, coraz krótszych jej etapów. Symbolizująca życie linearność czasu przybiera postać kolistości. Codzienna powtarzalność tych samych czynności: ubieranie się, lekarstwa, płatki owsiane, spacer do sklepu, obiad, telewizja, lekarstwa, łóżko. Coraz rzadsze wizyty u znajomych, coraz częstsze w toalecie. Jest to szczególnie trudne do zniesienia, wiem coś o tym, dla kogoś, kto prowadził życie aktywne, odsłaniające wciąż nowe doświadczenia poznawcze i emocjonalne. Kolega żali się, że dawniej podczas męskich spotkań każdy konsumował pół litra wódki, dzisiaj jednej takiej butelki nie osuszają w piątkę. Jałowość takiego istnienia można uznać za niewartą kontynuacji, o czym może świadczyć anegdota o samobójstwie Rosjanina, przy którego zwłokach znaleziono kartkę z napisem: OflCBaibcn u pasflCBaThca Ha^oeno (już mi nadojadło ubierać się wciąż i rozbierać). Julia Kristeva („Czarne słońca. Depresja i melancholia”) mówi o monotonii związanej z repetywnością takiego przygaszającego życia. Urszula Kozioł: Jestem kiod^ seifiego drzewa nie mam korony i nie mam korzenia nie wiem,, co mi się staio żem taka zdrewniała bez ruchu bez szelestu bez żadnego listka. Są ludzie, i dotyczy to bodaj większości, dla których codzienna powtarzalność nie wywołuje poczucia klęski i braku sensu istnienia. Przeciwnie, niechęć wobec nowości i zmian (neofobia) traktują jako wyraz potrzeby bezpieczeństwa i obrony przed zakłóceniem utrwalonych form (krąg znajomych, mieszkanie, kulinarne gusta, utrwalone poglądy, własna mądrość życiowa itp.). W takim kanonie mieścił się wybitny filozof Immanuel Kant. Był apriorystą nie tylko w filozofii, także własne życie poddawał powziętym z góry zamysłom. Wolny od pokus podróżowania, spędził je w całości w rodzinnym Królewcu. W podeszłym wieku trzymał się codziennej jednostajności, którą tak opisuje Frederick Copleston: „Wstawszy z łóżka nieco przed piątą rano, czas pomiędzy piątą a szóstą spędzał na piciu herbaty, paleniu fajki i obmyślaniu pracy na dany dzień. Od godziny szóstej do siódmej przygotowywał wykład, który rozpoczynał się - w zależności od pory roku - o siódmej lub ósmej, a trwał do dziewiątej lub dziesiątej. Później zajmował się pisaniem aż do obiadu, który zawsze spędzał w towarzystwie [...]. Po odbyciu trwającego mniej więcej godzinę codziennego spaceru [anegdota mówi, że według tych spacerów mieszkańcy miasta regulowali swe zegarki - acl], wieczór poświęcał na czytanie i rozmyślanie. Do łóżka kładł się o godzinie dziesiątej”. Co warte podkreślenia, powyższą jednostajność Kant łączył z poczuciem humoru i pochwałą doznań aktualnych. Oto co sądzi o sknerze, który uważa skąpstwo za 52 Andrzej C. Leszczyński zaletę: „Stawia sobie za cel rozkoszowanie się swoimi dobrami i z nich nie korzysta. Czy ten głupiec nie żyje biednie po to, żeby umrzeć bogato?” (tłum. Jerzy Łoziński). Gdy zainteresowanie otoczeniem, zwłaszcza odległym, maleje, uwaga skupia się na sprawach bieżących i będących niejako w zasięgu ręki. Carl Gustav Jung nazywał to intrower-tyzacją, uważając, że nastawienie do wewnątrz staje się wyraźniejsze, bliskie człowiekowi i potrzebne, a sprawy dalekie nie budzą zainteresowania ani emocji. Brak dystansu do siebie, zapośredniczenia świata zewnętrznego, utrudnia obiektywizację własnego obrazu. Patrząc w lustro podczas golenia widzę tę samą od wielu lat twarz i nie mogę się nadziwić, dlaczego po wejściu do autobusu podnoszą się niekoniecznie nawet młode osoby prosząc, bym zajął ich miejsce. (Choć zdarzyło się też, że niepozbawiona poczucia humoru konduktorka w pendolino poprosiła mnie, siedemdziesięcioparolatka, o dokument potwierdzający ukończenie sześćdziesięciu lat, pozwalające na korzystanie z ulg przy zakupie biletu). Antoni Słonimski zauważył, że czasami człowiek czuje się staro; nieszczęście zaczyna się wtedy, gdy czuje się w tym wieku mło^io. ZAGUBIONE TERAZ Czesław Karkowski, polsko-amerykański filozof, w wydanej w Nowym Jorku polskojęzycznej książeczce pt. „U schyłku”, też nie znajduje w starości niczego, co można by polubić. Mówią o tym już pierwsze zdania: „Starość, najgorsza część życia. Najtrudniejsza do pokonania. Rzecz nawet nie tyle w niedołęstwie ciała i mnóstwie dolegliwości, chorób, przypadłości fizycznych i psychicznych trapiących ludzi w podeszłym wieku, co w ogromie piętrzących się wspomnień z młodości, z całego życia; marzeń, projekcji. Straszne, bo daremne. Było, minęło, jednak nie sposób uciec przed rozpamiętywaniem”. Coś podobnego znalazłem u Józefa Wittlina w jego „Blaskach i nędzach wygnania”, gdzie pisze o doświadczeniu czasu przez wychodźców. „Życie przeszłością bywa niekiedy intensywniejsze od życia teraźniejszością i tyranizuje całą jego psychikę”. Jednak co do starości trudno mi - starszemu o dwa lata od Karkowskiego - przystać na tak negatywne postrzeganie tego, co zachowała pamięć. Pewnie, że nie da się całkowicie uwolnić się od wspomnień (Mickiewicz: „Precz z mej pamięci!... nie tego rozkazu/ Moja i twoja pamięć nie posłucha”) - są wspomnienia budzące poczucie winy, wstyd i zażenowanie; są przecież i takie, które łączą się z doznaniem niejakiej dumy; jeszcze inne śmieszą, wzruszają, zaskakują. Owszem: było, minęło, a przecież wciąż tli się w zakamarkach pamięci. Nie znaczy to jednak, że starość to z konieczności życie życiem minionym, przeżywanie (przeżuwanie?) czasu przeszłego dokonanego; że tamto życie odbiera dzisiejsze plany na jutro. Potwierdza to znany przykład kogoś, kto pytany co będzie robił wiedząc, że następnego dnia skończy się świat, odparł, że zacznie uczyć się kolejnego obcego języka. Są ludzie, którzy nawet w podeszłym wieku mówią do siebie: dziś jest pierwszy dzień reszty mojego życia. Nie mniej dokuczliwa („żarłoczna”) od pamięci bywa wyobraźnia, ignorująca i pochłaniająca teraźniejszość na rzecz czasu przyszłego. Lapidarnie wyraził to Tymoteusz Karpowicz: „Kto żyje jutrem, okrada dzisiaj”. Podobne wypowiedzi można znaleźć u Johanna Wolfganga Goethego: „Die Gegenwart allein ist unser Gliick” (Tylko teraźniejszość jest Okruchy 53 naszym szczęściem), u Seneki: „Praesens tempus brevissimum est, adeo quidam ut nullum videatur” (Czas teraźniejszy jest bardzo krótki, tak bardzo, że niektórym wydaje się, że go nie ma), u Immanuela Kanta (vide: przytoczona wyżej jego opinia o sknerze), u wielu innych. Nadzieja wiąże się ze stanem oczekiwania, co może oznaczać, że życie toczy się „obok”, w poczekalni; z lepszym samopoczuciem w piątek po południu niż w niedzielę wieczorem (choć są też osoby z utęsknieniem oczekujące poniedziałku). W pułapkę oczekiwania i żywienia się nadzieją wpada ktoś, kogo Grecy określali mianem zoon elpidikon ((tod)V £Xm6iKÓ)v), co można tłumaczyć jako zwierzę „nadziejne”, ostrożne, kierujące się roztropnością. O kimś takim pisze współczesny Grek, Konstandinos Kawafis: Osnuty swif starością wzgardzoną i marną, mys'ii o tym, jak maio barw życia zagarnął, kiedy miał siłf, bystrosc, urodę młodości. A pora, gdy był młody, tak mu się wydaje jakby wczoraj. O, jakże to szybko złeciało! Wspomina, jak niemądrze roztropno/ci słuchał, kiedy mu oszustka szeptała do ucha: »Poczekaj jeszcze jutra — czasu masz niemało«. Pragnienia odepchnięte, radości zniszczone, poświęcone rozkosze, łata utracone szydzą teraz okrutnie z przezorności marnej. (tłum. Zygmunt Kubiak) Dobra teraźniejszość, pisze Władysław Tatarkiewicz („O szczęściu”), nie tylko sama cieszy, ale rzuca swe światło na niepewną jeszcze przyszłość, a także na dokonaną już przeszłość: „[...] w chwili, gdy doznaje się radości, bóle minione widzi się przez szkła zmniejszające, a minione radości przez powiększające”. Kiedy jednak teraźniejszość jest nie do zniesienia, można uciekać od niej do wspomnień, jak to robili zesłańcy syberyjscy. Jedząc zupę z przegniłej brukwi opowiadali o wykwintnych daniach, jakimi kiedyś się raczyli. Józef Czapski w sowieckim obozie w Griazowcu prowadził (z pamięci!) cykl wykładów na temat powieści Marcela Prosta „W poszukiwaniu straconego czasu” (zresztą i sam autor, pisząc swe dzieło, zamknął się w obitym korkiem pokoju, by odzyskać minione doznania, m.in. smak magdalenek). Wiele osób w podeszłym wieku spędza czas oglądając stare zdjęcia. CORAZ SZYBCIEJ Żyć długo oznacza, że przeżyje się wiełu łudzi, kochanych, znienawidzonych, obojętnych, wiełe krółestw, stołic, ba, wiełe łasów i drzew, które w młodości wysiałismy i zasadziłismy Johann Wolfgang Goethe Taki tytuł nosi książka holenderskiego historyka psychologii, Douwe Draaismy: „Dlaczego życie płynie szybciej, gdy się starzejemy” (tłum. Ewa Jusewicz-Kalter). Draaisma przywołuje 54 Andrzej C. Leszczyński postać niemieckiego pisarze, Ernsta Jiingera, sześćdziesięcioletniego autora studium poświęconego upływowi czasu. Zatytułował je „Das Sanduhrbuch” (Książka o klepsydrze). Zauważył, że im starsza klepsydra, rym szybciej przesypuje się w niej piasek, co znaczy, że zaczyna odmierzać coraz krótsze godziny. Ziarnka piasku ocierają się o siebie, wygładzają wzajemnie, przesypują się do dolnej części, spiłowując coraz bardziej szkło w miejscu przewężenia. Uznał to za dobrą metaforę odnoszącą się do życia ludzkiego: „Również człowiekowi kolejne lata przepływają coraz szybciej, aż w końcu miara się dopełnia. Również przez człowieka wrażenia przenikają się w coraz szybszym tempie”. Pełne nowych doznań okresy dzieciństwa i młodości wypełniają czas gęstymi treściami, które unieruchamiają każdą chwilę. Młodość jest niecierpliwa, czas się wlecze. XIX-wiecz-ny francuski filozof Paul Janet za rzecz wysoce prawdopodobną uważał proporcjonalność danego okresu w życiu do jego całkowitej długości. Dla dziesięcioletniego dziecka jeden rok to jedna dziesiąta jego życia; dla pięćdziesięciolatka - jedna pięćdziesiąta. Zdaniem amerykańskiego psychologa z przełomu XIX i XX wieku, Williama Jamesa, doświadczenie skracania się lat jest wynikiem monotonii i uproszczonego oglądu rzeczywistości. „W dzieciństwie każda godzina życia przynosi całkowicie nowe doświadczenie, subiektywne bądź obiektywne, zdolność rozumienia jest żywa, zdolność zapamiętywania potężna, a nasze wspomnienia z tego okresu, podobnie jak wrażenia z szybkiej, podniecającej podróży, są bardzo rozgałęzione, wielokształtne i szczegółowe. Jednakże z każdym kolejnym rokiem niektóre z tych przeżyć przekształcają się w automatyczną rutynę, a której niemal nie zda-jemy sobie sprawy. Dni i tygodnie zlewają się w naszej pamięci w pozbawione zawartości jednostki. Lata stają się wydrążone i zapadają się w sobie” (tłum. Jan Hempel). Antoni Kępiński pisał o takich momentach, gdy ma się wrażenie, że umarł w nas stary człowiek, by mógł narodzić się nowy. Przeciwdziała starczej rutynie mierzenie się z nowymi zadaniami. Opowiadał mi kolega z Vancouver, że podczas rozmów kwalifikacyjnych, w jakich uczestniczył szukając pracy, wysoko punktowano fakt wielokrotnego zmieniania miejsc zatrudnienia. Z niepewności i braku biegłości bierze się kreatywność. Można współczuć komuś - tłumaczył mi - kto całe zawodowe życie związany jest z jednym miejscem, tym bardziej z jednym stanowiskiem pracy. Zatrzymuje upływ czasu intensywność przeżyć. Podróżowanie, odkrywanie nieznanych miejsc, regionalnych kuchni, kultur, krajobrazów, łudzi. Trzeba przy tym pamiętać, by pobyt w nowym miejscu nie trwał zbyt długo. Sześć do ośmiu dni, pisał Tomasz Mann w „Czarodziejskiej Górze”. Potem zaczyna się odczuwać stopniowe skracanie czasu: „dni stają się lekkie i zaczynają się przemykać” (tłum. Józef Kramsztyk). o komunistycznym zaczadzeniu peerelowskiej inteligencji i nie tylko 55 Leszek Sarnowski 0 KOIV1UNISTVCZI\IVIV1 ZACZADZENIU PEERELOUJSKIEJ INTELIGENCJI I NIETVLK0 Historia polskiej prasy może byćpouezaji^ea, choć nie zaiosze krzepii}ca. Szczególnie, gdy dotyc2y systemu totalitarnego, który zdawało by się przeszedł Już dawno do lamusa. Istoty systemu była cenzura prewencyjna czyłi zanim cokolwiek ujrzało światło dzienne i dotarło do C:^telnika musiało mieć zgodę smutnych (zapewne) urzędników z ulicy Mysiej w Warszawie. Cenzorów była cała rzesza i w stołicy, i w regionach, by czuwać nadprawomyśłnościif żurnalistów, a tym samym stabilności^} jedynie słusznego systemu. Nie nad każdym zresztą} trzeba było czuwać, bo wiełu dziennikarzy wierzyło w system do końca, ałbo cynicznie się weń wkomponoioywało udaji}c wierzących, ałbo dokonywało różnych ekwiłibrystycznych sztuczek, by przetrwać. Historia dwóch ogółnopolskich tygodników — „Po prostu” i „Nowej kultury”jest dos'ć znacząca, choć może nie ku pokrzepieniu. Pokazuje też jak ewoluowały poglądy i postawy wielu dziennikarzy czy twórców kultury, od „heglowskiego ukąszenia”po liberalną ortodoksję. To cenna przestroga przed totalitarnymi zakusami polityków, którzy także w kulturze szukają miejsca, by kształtować umysły i wpływać na „suwerena”. C2y dziś to tyłko historiał *** „PO PROSTU" Za twoje łąki, poła twoje Za twoje huty, za twe wojsko Kocham cię kruchy i nietrwały Dziesięcioletnia młoda Polsko. Tak pisał 2 stycznia 1955 roku Jan Zalewski na łamach studenckiego czasopisma spo-łeczno-łiterackiego „Po prostu”, tygodnika wychodzącego pod egidą Zarządu Głównego Związku Młodzieży Polskiej, organizacji podporządkowanej rządzącej partii. Dwa miesiące później na pierwszej stronie tygodnika posępna twarz Józefa Wissarionowicza Stalina „wielkiego wychowawcy i przyjaciela młodzieży” oznajmiała o drugiej rocznicy jego fizycznej nieobecności. Nieco dalej biczem krytyki Agnieszka Osiecka chłostała warszawski Studencki Teatr Satyryków (Andrzej Drawicz, Stanisław Tym, Daniel Passent, J.T. Stanisławski) za „niewłaściwą wymowę polityczną”. Wiele lat później, po ideowej metamorfozie, Osiecka 56 Leszek Sarnowski będzie jednym z filarów tego Teatru, ale wówczas ideowa młodość i wiara nakazywały czujność. W tygodniku dominowały sprawy związane ze środowiskiem studenckim, nauka, organizacja, socjalizm, a nade wszystko schemat i bezbarwność, co powodowało, że 80% pisma wracała na przemiał. Każdego roku pismo zawieszało działalność na czas wakacji, co też nie budowało czytelniczego zaplecza i rynkowej stabilności. Przede wszystkim jednak ideowa zawartość pisma jakby nie nadążała za rzeczywistością. A ta sukcesywnie się zmieniała. Jeszcze nieformalnie, ale już sygnalnie zaczęły toczyć się wewnętrzne walki dwóch frakcji w PZPR - „natolińczyków” (nacjonalistyczno-antysemickie skrzydło - m.in. Mieczysław Moczar, Eugeniusz Szyr, Stefan Jędrychowski) oraz bardziej reformatorskich „puławian” (m.in. Roman Zambrowski, Leon Kasman). Po wakacjach „Po prostu” ukazało się 4 września 1955 roku już w nowej formule, jako „tygodnik studentów i młodej inteligencji”. W płomiennej inwokacji redakcja stwierdzała, że reprezentuje „grupę młodych zapaleńców... ludzi, którzy nie potrafią nie wtrącać się we wszystko co się wokół dzieje”, grupę, która chciałaby „więcej, mądrzej i lepiej”, która chciałaby „służyć ZMP nie przez drukowanie instrukcji i wytycznych ale przez pomnażanie osiągnięć i piętnowanie co w organizacji złe i stare”. W przyszłości bowiem mają zostać „dowódcami złotego wieku ludzkości, rozpoczętego uruchomieniem w ZSRR pierwszej elektrowni atomowej, wieku służby atomu dla dobra człowieka”. Młodzi dziennikarze pod przewodnictwem Eligiusza Lasoty, „najpopularniejszego obok Dymszy człowieka w Polsce” (M. Hłasko), podjęli się trudnego zadania pisania o sprawach dotychczas nieistniejących, które wychodziły poza ramy oficjalnych sprawozdań i okolicznościowych reportaży. Beznadziejne życie małych miast, nieodpowiedzialni ludzie sprawujący władzę, przestępczość i chuligaństwo, brak perspektyw dla młodego pokolenia, to tylko niektóre z tych spraw. Własne przekonania nie wystarczają dziennikarzom na potwierdzenie słuszności nowej formuły pisma, znajdują je nadal w skarbnicy mądrości jaką jest twórczość Józefa Stalina. Bo oto 18 września 1955 roku na pierwszej stronie publikują fragment referatu wodza z XVIII Zjazdu WKP(b), pod jednoznacznym, acz w tym przypadku tajemniczym tytułem „O inteligencji”, z którego w sposób jednoznaczny przebija geniusz Generalissimusa, twierdzącego odkrywczo, że inteligencję należy również zaliczać do gatunku homo sapiens i niesłusznie niektórzy działacze mają pogardliwy doń stosunek. No cóż - idzie nowe, a słowa satrapy zza grobu dawało jak gdyby przyzwolenie do zmiany kursu. Zatem inteligencja nie do więzień, a na salony. No i już w kolejnych numerach treści się zmieniają. Pojawiają się wstrząsające reportaże o młodych plastykach żyjących na granicy ubóstwa, tylko dlatego, że nie chcieli uznać kanonu akademickiego oficjalnej sztuki, sprzeciwili się dogmatom głoszonym w imię realizmu i świętej szmiry. Andrzej Osęka i Jerzy Sztwiertnia wołają o pomoc dla młodych artystów, którzy „nie rezygnując z wielkiej europejskiej tradycji malarstwa, szukają nowego prawdziwego wyrazu współczesnego życia”. Pionierstwo zespołu „Po prostu” uwidoczniło się również w tym, że zaalarmowało ono opinię publiczną, opisując losy ludzi, którzy po ukończeniu studiów otrzymali nakaz pracy i wegetowali na prowincji. Demonstrowano styl życia „książąt socjalizmu”, opisując tzw. sklepy „za żółtymi firankami” (Hłasko). Ludzie tacy jak Jerzy Ambroziewicz, Anna Bratkowska, Włodzimierz Godek, Ryszard Turski, Witold Wirpsza, Stefan Kozicki i inni, rozwinęli przede wszystkim dział reportażu, kładąc nacisk. o komunistycznym zaczadzeniu peerelowskie) inteligencji i nie tylko^ rzecz banalna, na opisywanie a nie kreowanie rzeczywistości, na konieczność uwzględnienia, jakim to kosztem odbywa się marsz ku przodującemu ustrojowi, czy ofiary są konieczne, czy ofiary były konieczne. W tym też duchu Jerzy Ambroziewicz, Walery Namiotkiewicz i Jan Olszewski 11 marca 1956 roku publikują artykuł „Na spotkanie ludziom z AK”, zrywając tym samym zmowę milczenia wokół akowskiej przeszłości. Piszą, że „olbrzymia większość (Akowców - przyp. red.) przyjęła amnestię. Przyjęła ją jednak z poczucia niezasłużonej krzywdy moralnej... Powitały ich plakaty AAT- Zapluty karzeł reaktyi, a potem dobrotliwy uśmiech ćwierć-ideowego kołtuna: ,J[{imo, że byliście w AK pozwalamy wam żyć i pracować”. Należało, zdaniem autorów, krzywdy wyrządzone naprawić, „przywrócić bohaterom właściwą rangę”, przywrócić jasność i jednoznaczność oceny moralnej ich okupacyjnej działalności. Dało to początek ożywionej dyskusji na łamach prasy krajowej. Byli żołnierze AK byli sceptyczni, a dziennikarze pełni nadziei. „Po słowach muszą przyjść czyny”- pisało „Po prostu”. Przenosząc się z perspektywy warszawskich salonów i rozdyskutowanych żurnalistów na prowincję, można powiedzieć, że za słowami rzeczywiście poszły czyny, tylko nie do końca takie, o jakie chodziło. Dla żołnierza AK, powstańca warszawskiego, jeńca niemieckich oflagów, Franciszka Baumgarta, bohatera mojej książki, żyjącego na ziemiach odzyskanych w Sztumie, to były właśnie lata, kiedy inwigilacja i opresja ze strony UB sięgała swego apogeum, a dobrowolne ujawnienie swojej wojennej przeszłości na niewiele się zdało. No ale powiedzmy sobie szczerze, że sztumscy ubecy z pewnością nie zaliczali się do „młodej inteligencji” czytającej tygodnik „Po prostu”. Oni czytali rozkazy zwierzchników, a tam stało jasno - działać jak zwykle. Jednak na poziomie ogólnopolskim były to ważne debaty, zwiastujące zmiany. Sprawa AK dawała dziennikarzom również pretekst do zajęcia się szerzej sprawą praworządności, przestrzegania prawa przez ludzi sprawujących władzę. Tytuły artykułów: „Na peryferiach praworządności”, „Moralność a polityka” czy „Spór o przyszłość socjalizmu”, same już mówiły o pewnych obszarach zainteresowań do tej pory zastrzeżonych i nieobecnych. O dużym ładunku nie tylko emocjonalnym mówiły też inne tytuły - „Trzeba dogonić własny naród” (Paweł Jasienica), „Ludzie bezmieszkaniowego jutra” (Andrzej Osęka), „Niepotrzebni absolwenci” (A. Osęka) czy choćby dyskusja pod kategorycznym wprost tytułem: „Chcemy nowoczesnej architektury”. Od momentu swego nowego wcielenia „Po prostu” starało się również dostarczać czytelnikom dobrej literatury, do tej pory zdominowanej przez Balzaka, Howarda Fasta czy prozę rosyjską (bez Dostojewskiego). Okazało się na przykład, że Bruno Jasieński, prócz tego, że był komunistą i „podpalał Europę”, pisał również wiersze. Leopold Tyrmand w drukowanych fragmentach „Złego” odsłaniał kulisy świata przestępczego, a Marek Hłasko w pełnych namięmości opowiadaniach pisał o ludziach, którzy nie są maszynami do przekraczania norm, ludziach, którzy kochają i nienawidzą, po prostu żyją. Znalazło się też miejsce dla, nieobecnych do tej pory. Brechta, Sartra czy Hemingwaya. Krzysztof Wolicki już w czerwcu 1956 roku pisze o Orwellu, a Roman Bramy o zdradzie „niejakiego Miłosza” i „Zniewolonym umyśle”, może niezbyt przychylnie, ale w ogóle dostrzegł emigracyjnego twórcę, który zdradził system i był do tej pory objęty infamią. Lech Terpiłowski odkrywał Gershwina, a Tyrmand wreszcie mógł sobie pozwolić na lansowanie muzyki jazzowej, dawnej „agentury imperializmu”. 58 Leszek Sarnowski Przedmiotem dociekań i dziennikarskich refleksji staje się również oficjalna doktryna. Krzysztof Pomian krytykował dogmatyzm w partii, „który nie tylko nie jest formą obrony marksizmu przed rewizjonizmem, ale sam jest rewizjonizmem zakamuflowanym”. Leszek Kołakowski pisał o demokracji, za propagowanie której Gomułka na IX Plenum PZPR (15-18.05.1957r.) nazwie go właśnie rewizjonistą. Dysputa toczyła się również na płaszczyźnie materializm-katolicyzm, w której Ryszard Sielski podkreślał wyższość marksizmu, pisząc: „niewidomy poeta, członek Koła Młodych odpowiedział prosto - mnie marksizm pozwala, chociaż jestem niewidomy, uwierzyć w sens życia, poczuć się człowiekiem potrzebnym”, a Jerzy Kuczyński dodawał, że „jest on (marksizm - przyp.red.) dziś jedynym prawdziwym humanizmem”. W artykule z 5 sierpnia 1956 roku Władysław Godek i Ryszard Turski komentowali VII Plenum KC PZPR, stawiając pytanie - „Czego żądało społeczeństwo od Plenum?”, co stanowiło nowość o charakterze rewolucyjnym, gdyż do tej pory tylko partia miała monopol na wysuwanie żądań, postulatów czy zadawania pytań. Autorzy w pełni akceptując uchwały VII Plenum, domagali się dalszej demokratyzacji życia społecznego i politycznego, propagując ideę samorządu robotniczego. Opublikowana na łamach pisma 21.10.1956 roku rezolucja z wiecu na Uniwersytecie Warszawskim z 9 października krytykowała działalność cenzury i domagała się określenia jej kompetencji; postulowała ograniczyć do przestrzegania tajemnicy wojskowej i państwowej. Warunkiem demokracji politycznej miała być również demokracja ekonomiczna. Jerzy Pudłowski w artykule z 8 listopada 1956 roku pisał, że „zaufanie do partii bez warunków, bierne, ślepe zaufanie, należy do przeszłości”, a kiedy Zarząd Główny ZMP 13.10.1956 roku uchwalił deklarację „O potrzebie jedności”, redakcja „Po prostu” odpowiedziała kilka dni później krytyką, twierdząc, że deklaracja zmierza do likwidacji „realnego ruchu o charakterze socjalistycznym i patriotycznym wśród młodzieży” - zmierza do ponownej stalinizacji w nowym wydaniu. W dodatku nadzwyczajnym z 20 stycznia 1957 roku, z okazji wyborów do sejmu, czytamy: „Nie może być w pełni suwerenny kraj, który skazany jest na łaskę i niełaskę gospodarczą innego państwa. I dlatego społeczeństwo polskie pragnąc w równym chyba stopniu wolności-niepodległości-jak i chleba... wysuwa pod adresem sejmu... kategoryczny postu-lat-opracujcie konstruktywny program gospodarczy dla naszego kraju”. To się nie mogło dobrze skończyć. IX Plenum KC PZPR (15-18.05.1957r.) proklamowało walkę z rewizjonizmem i redakcja „Po prostu”, wykazująca się niespotykanym w tym czasie przywilejem samodzielnego myślenia, stała się pierwszą ofiarą tej walki. W momencie wyjazdu studentów na wakacje partia genialnym posunięciem zawiesiła pismo, o którym to fakcie studenci dowiedzieli się po powrocie na uczelnie. Pozostały jeszcze wiece (3.X) oraz spóźnione protesty (4.X - ZLP). Cenzura była podporą systemu i pozostać nią musiała. Mowę pożegnalną, choć może bardziej pogrzebową, stanowił komunikat Sekretariatu KC PZPR ogłoszony 5 października 1957 roku w „Trybunie Ludu”, który stwierdzał, że zespół „Po prostu” „od wielu miesięcy przeciwdziałał realizacji uchwał podjętych przez naczelne instancje partyjne, zszedł na pozycję jałowej negacji, przedstawił w fałszywym świetle polityczną i gospodarczą rzeczywistość kraju, szerzył niewiarę w realność budownictwa socjalizmu i w wielu sprawach głosił koncepcje burżuazyjne”. Złowieszcze słowa o komunistycznym zaczadzeniu peerelowskiej inteligencji i nie tylko 59 Władysława Gomułki' wygłoszone na Płacu Defilad 24 października 1956 roku, jak się okaże, dotyczyć miały także niesfornej prasy: „Dzisiaj zwracamy się do ludu pracującego Warszawy i całego kraju z wezwaniem: dość wiecowania i manifestacji! Czas przejść do codziennej pracy, ożywionej wiarą i świadomością, że partia zespolona z klasą robotniczą i narodem poprowadzi Polskę po nowej drodze do socjalizmu”. To był początek końca „Polskiego Października”, symbolu liberalizacji i demokratyzacji państwa. Jak wspominał ten czas Marek Hłasko w „Pięknych dwudziestoletnich”: „ walczyło o Gomułkę i zostało przez Gomułkę zniszczone”. „Nowa Kultura” Podobny nieco życiorys i zakres podejmowanych problemów prezentował w tym czasie tygodnik „Nowa Kultura” - organ Związku Literatów Polskich, skupiający do 1955 roku, podobnie jak „Po prostu”, szermierzy socrealistycznej monopoetyki. Czerwona flaga na winiecie i niezniszczalny slogan życzeniowy - „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”, będzie towarzyszyła literatom do rozwiązania pisma w 1963 roku, a dokładniej połączenia go z „Przeglądem Kulturalnym” i utworzenia „Kultury”. Lata 1955-57 charakteryzują się dominacją publicystyki nad literaturą, ludzie chcą mówić i pisać o wszystkim, a partia, do czasu, pozwala. Problemy poruszane przez „Po prostu” nie były obce także żurnalistom z „Nowej Kultury”. Do ich specyfiki należało preferowanie na jej łamach prozy młodych, krytyki literackiej i spraw dotyczących piszącego środowiska. „Nowa Kultura” posiada swój moment przełomowy (lub wzlotu), który w literaturze przedmiotu uważany jest za początek „odwilży” w kulturze. Jest nim „Poemat dla dorosłych” Adama Ważyka, opublikowany 21 sierpnia 1955 roku. Wzbudził on wielkie zainteresowanie przez to, że stanowił zdecydowany kontrast do wszystkiego, co wówczas publikowano, do całej radosnej twórczości realizmu socjalistycznego. Utwór ten jest ważny i interpretowalny jedynie w kontekście istniejącego wcześniej socrealizmu, który poza wyjątkami (M. Białoszewski, Z. Herbert) stał się udziałem większości polskich twórców. Pisarz, z własnego wyboru, stał się własnością obowiązującej doktryny. Opiewaniu socjalistycznej Arkadii służyły najlepiej dwa gatunki literackie - oda i sielanka. Oda chwaliła władzę, tępiła wroga. Sielanka zaś pokazywała świat bez konfliktów, zaprojektowany przez „przodującą ideologię”. Sielanką jest choćby „Widokówka z miasta socjalistycznego” (1953), utworu charakterystycznego dla wcześniejszego flirtu Adama Ważyka z socrealizmem, którego strofy warte są przytoczenia: O świcie niecierpliwa, Niesyta swojego piękna, Syczała lokomotywa Nad dziewczyn^}, która uklękła. Ktoś kto przełotnie zobaczył Pogański profil dziewczyny, opacznie sobie tłumac2ył. Ze modli się do maszyny ^jd tylko drgała warga. w 1948 roku Władysława Gomułkę pozbawiono stanowisk, wyrzucono z partii, a w 1951 roku został aresztowany i więziony do 13 grudnia 1954 roku za odchylenia prawicowo-najconalistyczne, zdradę i szpiegostwo. 21 października 1956 roku został wybrany na stanowisko I sekretarza KC PZPR, zyskując na fali październikowych przemian dość powszechną sympatię społeczeństwa i legitymizację władzy. 60 Leszek Sarnowski Gdy ranną rację oliwy Maściła czuła kołejarka, Tłoki łokomotywy Paradoksalna personifikacja, kiedy Poeta zamienia podmiot wzruszenia (J. Błoński) jest tylko jednym z elementów bogatego wachlarza wykorzystywanych schematów w poetyce wczesnych lat pięćdziesiątych. „Nie ulega wątpliwości, że Ważyk w pełni i świadomie i nie wyłącznie na płaszczyźnie literackiej, współtworzył w latach pięćdziesiątych typ ograniczającej twórcę poetyki normatywnej” (S. Stabro). Przeciwko tej poetyce i w zasygnalizowanym kontekście wystąpił sam Adam Ważyk z „Poematem dla dorosłych”, utworem mającym stanowić rozrachunek ze zniewoloną przeszłością. Bohater „Poematu” jest rozczarowany, nie zaznał rajskich rozkoszy obiecanych przez ideologię, optymizm okazał się złudzeniem, pragnie odnaleźć „czas utracony” i porzuconą niegdyś tradycję. Olbrzymie transparenty i portrety uśmiechniętych wodzów przysłaniały obskurną rzeczywistość : co urosło w kamień, zostanie Patos pod rękę z tandetą Tu będziesz uczył się łiter Przyszły warszawski poeto Budowniczowie Nowej Huty to „masa wędrowna, Polska nieczłowiecza”, „karmiona pustką wielkich słów”. Ważyk reaguje (lepiej późno niż wcale) na zakłamanie rzeczywistości -milczenie o katastrofie w kopalni, bądź pogoń za ukrytym tam sabotażystą czy wrogiem podsuwającym wódkę. Rzeczywistość zda się nie pasować do obrazka, stąd polemika z dogmatyzmem: Przybiegli, wołali Komunista nie umiera. Nie zdarzyło się Jeszcze, aby człowiek nie umarł Przybiegli, wołali: W socjalizmie Skaleczony palec nie boli Skaleczyli sobie palec. Poczuli. Zwątpili Po czym autor dodaje: Ws:^stko tu stare. Stare są hycle Od moralności socjalistycznej Obiektem krytyki staje się również język oficjalny, nieodłączny element stalinowskiego świata, zakwestionowaniu ulega wiara w język, który „redukuje się do 30 zaklęć”, czy też wiara w słowa -klucze: V^lowiono z Wisły topiełca Znaleziono kartę w kieszeni <> Pochoiaano go pod wierzby Krytyka obyczajowości i oficjalnego folkloru sugeruje odrzucenie przez autora socrealistycznej dekoracji, a człowiek, dawny element tej dekoracji, jeden z trybów w mechanizmie dziejów, odzyskać powinien swą podmiotowość, własną biografię, winien stać się żywym człowiekiem. W końcowych fragmentach poematu Ważyk mówi o ludziach spracowanych, zmuszanych do kłamstwa, przemęczonych i oczernianych: „są ludzie czekający na papierek, są czekający na sprawiedliwość, są ludzie którzy długo czekają”. O tych właśnie ludzi upomina się autor w retorycznej końcowej części „Poematu”: Upominamy się na ziemi O któri} nie graliśmy lo kosei O któnf milion padl w bitwach O jasne prawdy, o zboże wolności O rozum płomienny Upominamy się codziennie Upominamy się Partii} W tej litanijnej końcówce Ważyk nie wykazał się konsekwencją w odrzuceniu wcześniejszych ideowych ograniczeń (zaczadzenia?). Autor nie ma odwagi sam się upomnieć o pokrzywdzonych, o prawdę - przyklęka jakby na jedno kolano i prosi partię o pomoc, swoją wolność ceduje na „ulepszony” autorytet Partii, zatem pryncypia ideowe pozostały bez zmian. Nie był to raczej zabieg przed cenzurą, o czym świadczyć może opublikowany kilka miesięcy później wiersz „Krytyka «Poematu dla dorosłych»”, gdzie Ważyk zakończenie to rozbudował pisząc: 62 Leszek Sarnowski Od mózgów średniowiecznych Od metod średniowiecznych Partia uwolni nurt rewolucji I będzie particf na obraz Lenina Środowisko literackie przyjęło „Poemat dla dorosłych” entuzjastycznie (czemu trudno się dziwić w podobnie „zaczadzonym” otoczeniu), w prasie jednak publikowano jedynie głosy krytyczne, a redaktor naczelny „Nowej Kultury” Paweł Hoffman musiał odejść. Wyśmiana w Poemacie „słuszność” stawała się jednym z głównych kryteriów jego ocen, twierdzono, że jest „wrogi, antyludowy, antypartyjny”. Zdecydowany odpór Ważykowi dała młoda poetka Agnieszka Osiecka, ukrywająca się pod pseudonimem Joanna Sierpińska, w jednym z kolejnych numerów „Nowej Kultury”, pisząc: Ale widzieć zmarszczki, czuć pot A nie dostrzec zrobionego kroku Można tylko gdy się patrzy z boku Puentując na koniec bardziej dosadnie: W/ mordy bym bila, tłuste, rumiane Zadowolone, zasobne Tych co potrafić} Nawet socjalizm Rozmienić na brudne drobne Tego typu deklaracje, bo raczej nie ironie, młodej i bojowej artystki w stylu poezji wczesnych lat pięćdziesiątych, były już jednak w 1955 roku anachronizmem. W następnych latach poetka pójdzie już na szczęście inną drogą, własnej, niezależnej twórczości, bardziej wrażliwej na człowieka, a nie na system. W kolejnym numerze „Nowej Kultury” Stanisław Lem pisze o temacie współczesnym w prozie i przy okazji omawiania „Zniewolonego umysłu” Czesława Miłosza odkrywa pewne mechanizmy, ironizując: „Jak pomagamy komunistom zachodu złamać żądła tego świetnie zrobionego paszkwilu - w walce o tamtejszą opinię publiczną? Mamy stare sposoby. Wszystko można odczynić. Żadnego Miłosza nie ma i nigdy nie było. Chuligaństwo w Nowej Hucie jest nietypowe. Traktorzyści zawsze chodzą uśmiechnięci”, a Wiktor Woroszylski, opisując Październik 1956, stwierdza, iż „były to dni decydujące o podstawach naszego istnienia, o niepodległości i suwerenności kraju, odrodzenia partii, o wzajemnym zrozumieniu klasy i przywódców, o nieuwłączającym naszej godności charakterze stosunków ze Związkiem Radzieckim”. Problematyka podejmowana na łamach „Nowej Kultury” przez takich ludzi jak: Kazimierz Brandys, Wiktor Woroszylski, Sławomir Mrożek, Witold Wirpsza, Wojciech Mach, Tadeusz Konwicki, Andrzej Ścibor-Rylski czy KTT (Krzysztof Teodor Teoplitz) i inni, stawiała ich, obok redakcji „Po prostu”, w gronie pionierów październikowych przemian. Przemian, które zostały ograniczone przez przywódców rządzącej partii komunistycznej, choć na gruncie tej ideologii, przy zachowaniu pryncypiów doktrynalnych, te przemiany się dokonywały. Publicyści z obu tygodników, po ponurych doświadczeniach lat 50-tych, pragnęli przystosować nieco socjalizm do rzeczywistości, preferując pogląd, że to ludzie są źli, a nie doktryna. W połowie 1956 roku Woroszylski pisał: Partii potrzebne jest o komunistycznym zaczadzeniu peerelowskiej inteligencji i nie tylko^ Moje i tiooje sumienie Moje i tiooje poczucie odpou/iedzialno/ci Moja i twoja robota Moja i twoja niczym nieskrępowana Mysj W 1957 roku, decyzją władz partyjnych, „Po prostu” przestało istnieć, a „Nowa Kultura” żyła złudzeniami i dogorywała do 1963 roku. Polska nie była państwem suwerennym, nawet słowo „odwilż” wywodziło się ze Związku Radzieckiego. Zakres wolności określany był w Moskwie, a układ geopolityczny sprzyjał władzy. Partia się oczyściła i nie potrzebowała już, by ktokolwiek ją szkalował czy kontrolował, choć często były to synonimy. Partia była silna, w związku z czym należało to zrozumieć, czyli uwierzyć i żyć nadzieją na kolejne przełomy. A twórcy kultury, dziennikarze, a zatem inteligencja, która uwierzyła, że doktrynę można modyfikować i demokratyzować, musiała się pożegnać ze złudzeniami. Część z nich została i trwała w swej wierze niemal do końca, część z oportunizmu, cynizmu, wygody, może strachu. Ci najbardziej zbuntowani, którzy posmakowali wolności lub stracili wiarę, staną się aktywni w opozycyjnych ruchach dysydenckich, które również przez wiele lat będą żyły złudzeniami, mówiąc najprościej, że system jest w porządku tylko ludzie go spieprzyli. *** Temat zdaje się odległy, czasy dawno (słusznie) minione, ale ważne pytania pozostają. Jakie refleksje płyną dziś dla nas z tej historii? Od ponad trzydziestu lat żyjemy w wolnym kraju, ale, jak pokazuje historia, o tę wolność musimy się ciągle troszczyć i ją hołubić, a przede wszystkim praktykować. Tak jest też z prawdą. Wtedy być może unikniemy populistyczno--totalitarnych zapędów władzy, jeśli takowe się pojawiają czy pojawią. Tych którzy ulegli „zaczadzeniu” komunizmem, a wśród nich mamy niemałą grupkę, takich tuzów jak Antoni Słonimski, Julian Tuwim, Wisława Szymborska, Julian Stryjkowski, Wiktor Woroszylski, Kazimierz Brandys, Jarosław Iwaszkiewicz, Aleksander Wat, Agnieszka Osiecka i wielu, wielu innych, można starać się zrozumieć. Przemawia za tym również ich późniejsza twórczość, choć ortodoksyjni czyściciele sumień od czasu do czasu wypominają im „błędy i wypaczenia”, chyba że są po słusznej stronie, to i największe grzechy im się wybacza. Ot, ciągle aktywny, postkomunistyczny relatywizm czy homo sovieticus. Adam Ważyk i Aleksander Wat przed wojną należeli do twórców zachwyconych futurystami i dadaistami, byli pionierami poetyckiej awangardy w Polsce. Później zachwycili się komunizmem, a wręcz jego największym wynaturzeniem, stalinizmem, mimo że Wat sam doświadczył sowieckich łagrów. Po jakimś czasie obaj się z tego wyleczyli, jak wielu innych. Wat popełnił samobójstwo, a Ważyk w zgorzknieniu dożył starości, podpisując od czasu do czasu protesty intelektualistów przeciwko opresyjnemu systemowi. Julian Tuwim, czołowy przedwojenny skamandryta, który nigdy nie angażował się w politykę, jak wrócił z emigracji po wojnie, stanął po stronie reżimu, za co wypowiedział mu przyjaźń Jan Lechoń. Nie zdążył stać się rewizjonistą, bo zmarł w 1953 roku. Antoni Słonimski pisywał liryczne wiersze na cześć Stalina, a później stał się literackim guru polskich dysydentów. Wybitny pisarz czeski Milan Kundera w latach pięćdziesiątych, kiedy w stalinowskich więzieniach mordowano czeskich 64 Leszek Sarnowski patriotów, pisał poematy wychwalające sowieckich przywódców. W połowie lat 70. wyemigrował do Francji, gdzie opublikował najbardziej krytyczne wobec opresyjnego systemu powieści. Przykładów można by mnożyć. Pozostaje jednak pytanie: co było przyczyną inteligenckiego „zaczadzenia”? Francuski pisarz Julien Benda w 1927 roku napisał książkę „Zdrada klerków”. Oskarżył w niej ówczesnych intelektualistów o upolitycznienie i lekceważący stosunek do sprawiedliwości i prawdy. Jego zdaniem sprzeniewierzyli się swojej roli w społeczeństwie, w odróżnieniu choćby do czasów starożytnych, kiedy intelektualiści byli politycznie neutralni i potrafili być obiektywni w opisywaniu społecznych zjawisk. W 1961 roku amerykański filozof Thomas Molnar napisał książkę „Upadek intelektualistów”, w której ponowił krytykę klasy intelektualistów, którzy zamiast dywagować nad ludzką naturą (analiza, opis), zaangażowali się w inżynierię społeczną, próbując zmienić człowieka, wzorem idei oświecenia, w lepszą jego wersję. O nowej ludzkości, nowym człowieku mówili marksiści, którzy niestety swoje idee próbowali wprowadzić w życie w postaci komunistycznych reżimów, co skończyło się milionami ofiar, porównywalnych z totalitaryzmem nazistowskim. Po takich doświadczeniach ciągłe zauroczenie, w wielu krajach zachodu, naukami mędrca z Trewiru, z rodziny zasymilowanych aszkenazyjczyków, musi budzić nie tylko zdziwienie. Amerykańska historyczka Merci Shore w swoich badaniach naukowych zajmowała się w tym aspekcie Europą Wschodnią i inteligencją, która uległa komunistycznemu „czarowi”. Analizuje to w swoich świetnych książkach „Kawior i popiół. Życie i śmierć pokolenia oczarowanych i rozczarowanych marksizmem” (2006) i „Smak popiołu” (2012). Życiorysy takich ludzi, jak, między innymi, Janina Broniewska, Wanda Wasilewska, Jakub Berman, Adolf Berman, Władysław Broniewski, Adam Ważyk, Antoni Słonimski, Julian Tuwim, bardzo ją zafascynowały. Jest dla nich pełna zrozumienia, empatii, ale też naukowego dystansu. Potępia, ale stara się zrozumieć. Rozróżnia „zaczadzonych” na tych urodzonych pod koniec XIX wieku, którzy już przed wojną zafascynowali się komunizmem, i tych młodszych, „pięknoduchów”, którzy dopiero po wojnie doświadczyli „oczarowania”. Ci pierwsi byli awangardowi, kosmopolityczni, europejscy, „porzucili dadaizm, futuryzm i zabawę słowami, doszli bowiem do wniosku, że tego rodzaju igraszki to przejaw burżuazyjnej dekadencji...! że prawdziwym powołaniem pisarza jest uświadamianie ludziom, szczególnie robotnikom, ich rzeczywistego położenia”. Dla nich komunizm był ideologią „nowoczesności” i nadzieją na lepszą przyszłość. Ci młodsi opowiedzieli się za komunizmem po wojnie. Doświadczenie bezprzykładnej zagłady, z filozoficzną utratą wiary w człowieka, było idealnym podglebiem dla wiary w komunizm, który dawał nadzieję, że to ten system może coś zmienić. Większość jednych i drugich z komunizmu wyleczył, jeśli nie Październik 1956, a szczególnie zawiedzione nadzieje w nim pokładane, to z pewnością Marzec 1968 roku, z antysemicką i antyinteligencką nagonką, nie mówiąc już o kolejnych przełomowych momentach schyłkowego komunizmu (1970 czy 1976 rok). Zniechęciła ich ideologia czy jej praktykowanie? Może jedno i drugie? O tych, którzy „zaczadzeniu” nie ulegli, pisał później Zbigniew Herbert: „Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu/książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie”, bo „w gruncie rzeczy była to sprawa smaku”. Na tropach historii Aleksandra Thielmann, Radosław Biskup ŚREDNIOWIECZNY PRZYWILEJ miasta ^^tumu W XVni-WIECZNEJ POLSZCZYŹNIE Gdy wielki mistrz zakonu niemieckiego Michael Kiichmeister wystawił 23 września 1416 r. przywilej lokacyjny dla Sztumu, w krajobrazie Powiśla formalnie pojawiło się nowe miasto. W sąsiedztwie zamku, który był w drugiej połowie XIV w. siedzibą krzyżackich wójtów i okazjonalnie rezydencją dostojników zakonnych (wielkich mistrzów, skarbnika, wielkiego komtura), zaczęła rozwijać się wspólnota miejska w oparciu o zasady zawarte we wspomnianym dokumencie. Bezdyskusyjna jest ranga tego aktu prawnego, regulującego życie polityczne i gospodarcze tutejszej społeczności oraz organizujefcego przestrzeń lo mieście i okolicy. O jego znaczeniu świadczę} dwa fakty. Po pierwsze — zachował się oryginalny, pergaminoury dokument z tekstem przywileju, przechowywany w Archiwum Państwowym w Gdańsku w zespole „Akta miasta Sztumu”^. Niekiedy mogłoby się wydawać, że przywilej Sztumu przetrwał wbrew logice dziejów, skoro obszar Powiśla bywał miejscem konfliktów zbrojnych (np. wojny szwedzkie w XVII w.), a miasta nie omijały klęski elementarne; w 1683 r. wybuchł tutaj wielki pożar, w trakcie którego miała spłonąć dokumentacja przechowywana w ratuszu. Po drugie -istnieją liczne XVIII-wieczne odpisy sporządzane w trakcie sporów mieszczan sztumskich z innymi podmiotami władzy. Wśród nich znajduje się uwierzytelnione tłumaczenie przywileju na język polski, któremu poświęcamy niniejszy tekst. Aby lekturę tego XVIII-wiecznego przekładu na język polski uprzystępnić, przyjrzyjmy się jego treści. Oto wielki mistrz Michał Kiichmeister ustanowił na prawie chełmińskim miasto Sztum w murach podle tegoż naszego domu, czyli lokacyjne granice miasta wyznaczały mury dotychczasowego przedzamcza położonego od północno-zachodniej strony krzyżackiego zamku. W tym miejscu warto uzmysłowić sobie fakt, że zarówno zamek, jak i nowo lokowane miasto, znajdowały się na wyspie na Jeziorze Sztumskim; od lądu oddzielały ją wąskie przesmyki i kanały, nad którymi zbudowano mosty i kładki. W przekazach źródłowych dotyczących obecności Władysława Jagiełły na Powiślu w 1410 r. znajdziemy wzmianki opisujące zamek sztumski jako „pływający pośrodku wód” (castrum Stumis in medio a^uarum natanś). Podobnie opisywano położenie Sztumu i zamku w XVI-wiecznych lustracjach, jak i na XVII-wiecznych planach przedstawiających tę część Powiśla. Niniejszy tekst jest pokłosiem zajęć „Średniowieczna piśmienność w basenie Morza Bałtyckiego” prowadzonych w roku akad. 2023/2024 w Instytucie Historii i Archiwistyki UMK w Toruniu i części jest popularną wersją artykułu „Przywilej miasta Sztumu z 23 września 1416 r.”, złożonego przez Sławomira Jóźwiaka i Radosława Biskupa do druku w czasopiśmie „Zapiski Historyczne”. Archiwum Państwowe w Gdańsku, Akta miasta Sztumu 1416-1937, 524/1. 66 Aleksandra Thielmann, Radosław Biskup Zatem obszar otoczonego murem przedzamcza, podzielony na pięćdziesiąt parcel {dwory lub place dworne), przekazano w zarząd Ambrożemu von Schónberg, synowi Gerharda, Miasto Sztum, zamek i okolice Jeziora Sztumskiego na planie szwedzkim z 1693 r. który jako odbiorca przywileju został pierwszym sołtysem Sztumu. Ambroży otrzymał urząd sołecki w dziedziczne posiadanie, a prócz tego otrzymał: niższą władzę sądowniczą, parcelę w mieście, wieżę w murze miejskim znajdującą się za tą parcelą, dwa morgi ziemi ogrodu na przedmieściu, wolne rybitwy (tj. prawo do swobodnego rybołówstwa) w Jeziorze Sztumskim, 10 wolnych łanów na obszarze patrymonium miejskiego (ok. 165 ha), jedną trzecią dochodu z sądownictwa i dziedziczny dochód z tytułu sprawowania władzy sądowniczej w wysokości 4 szelągów. Wspomniane wyżej pięćdziesiąt parcel stwarzało warunki dla wykształcenia się sztumskiego mieszczaństwa i stanowiło materialną podstawę funkcjonowania. Do każdego placu dwornego przypisano pół morgi na przedmieściu z przeznaczeniem na ogród. Wraz z lokacją miasta i wyznaczeniem parceli otwierała się dla mieszczan przestrzeń do uprawiania handlu i rzemiosła. Decyzją wielkiego mistrza zawartą w dokumencie lokacyjnym był podział dochodów czynszowych z m.in. ław rybnych, kramów szewskich {szewieckie budnikl), kramów {kramarskie budy), straganów i łaźni miały w połowie należeć do Zakonu jako pana miasta, w połowie zaś do samego miasta. Poruszając wątek sądownictwa, wielki mistrz zawarł w przywileju następujące regulacje wyznaczające granice kompetencji sołeckich. Sobie zarezerwował bowiem sądzenie naszych rycerzuwy sluguwy naszych Pruszakuw powiatu malborskiego. Sołtys natomiast mógł sądzić tylko tych złoczyńców, którzy zostali pojmani na obszarze jurysdykcji miejskiej, a i to wyłącznie w obecności braci zakonu niemieckiego. Wielki mistrz wyłączył spod jurysdykcji średniowieczny przywilej miasta Sztumu w XVIII-wiecznej polszczyźnie^ miejskiej drogę publiczną stwierdzając, że popełnione tutaj przestępstwa państwu naszemu do sądzienia zachou/uiemi. Mocą przywileju lokacyjnego przekazano mieszczanom Białe Jezioro u> boru leżące, 55 łanów ziemi uprawnej (ok. 925 ha) oraz 10 łanów lasu (ok. 168 ha) - do swoiejiy mieyskiey potrzeby - w wyznaczonych granicach. Ten obszar tworzył tzw. patrymonium miejskie i miał zaspokajać zapotrzebowanie mieszkańców Sztumu na podstawowe produkty żywnościowe. W tych granicach mieściły się wspomniane łany sołeckie, jak również dwa łany (ok. 34 ha) uposażenia ziemskiego parafii sztumskiej, które odtąd zapewniało utrzymanie tutejszemu plebanowi. O ile sołtys oraz pleban nie musieli ze swojej ziemi płacić czynszu, to mieszczanie corocznie mieli uiszczać pół grzywny od lana do 11 listopada (św. Marcina). Zwolnieni byli natomiast z opłat za posiadane parcele. Co więcej, otrzymali póldioorki (tj. baszty w murach miejskich) do własnego użytkowania, zaś wieżę uznaną za najpożyteczniejszą Zakon zarezerwował dla siebie. Do obowiązków mieszczan miało należeć pełnienie warty na murach miejskich i w bramach, jak również utrzymywanie bramy przy słodowni, między zamkiem a miastem. Wiele miejsca zajmuje w przywileju lokacyjnym kwestia wiejskich posiadłości mieszczan sztumskich. Przede wszystkim zawarto tutaj opis granic patrymonium miejskiego, obejmującego - o czym była już mowa wyżej - w sumie 65 łanów pól i lasów (ok. 1089 ha). Prezentację granicy rozpoczęto od pala wbitego przy zachodniej części Jeziora Sztumskiego, położonej między miastem a Zajezierzem (między miastem a Slossendorfem}. Kolejnymi punktami granicznymi były m. in.: jezioro Parleta (Jezioro Parlety), grobla Parleta (Parlęcka Tama), droga przy Koniecwałdzie (Koniecfald), granica między Koniecwałdem a Barlewica-mi (która dwoi Koniecfald i Bolewice rozłącza) etc., aż do punktu granicznego przy Jeziorze Sztumskim. W tych granicach wielki mistrz zarezerwował sobie prawo do polowań oraz „do wszystkiego, co przynależne władzy”. Ponadto mieszczanie mieli utrzymywać w dobrym stanie technicznym most na drodze prowadzącej do Malborka, jak również pozostałe mosty znajdujące się na obszarze ich posiadłości wiejskich. Mieszczanom sztumskim przekazano ponadto przeprawę przez Nogat o niemieckiej nazwie Kittelsfahre, określoną w polskim tłumaczeniu jako Przewóz Pogorzały; zapewne z uwagi na lokalizację przeprawy na wysokości żuławskiej wsi Pogorzała Wieś (niem. Wer-nersdorf). Informacje o niej podają już źródła z początków XV w. Tutejszy przewoźnik miał nawet prowadzić karczmę. W świetle przywileju mieszczanie mieli płacić roczny czynsz w wysokości 6 grzywien, zaś co cztery lata - 8 grzywien. W XVI-wiecznych lustracjach tutejszy przewoźnik był wymieniany jako ten, „który mieszka przeciwko Pogorzałej Wsi do zamku malborskiego należącej, płaci czynszu uroczystego do zamku sztumskiego [marek] 8. Za łąkę, która leży przy Nogacie, płaci na rok [marek] 3, zaś od rolej, którą dzierży przy tym przewozie, i za szarwark, który od tej rolej powinien, płaci na rok [marek] 12”. Wielki mistrz wystawił przywilej lokacyjny Sztumu na zamku w Malborku. Świadkami tego wydarzenia byli liczni dostojnicy zakonu niemieckiego, wśród których znaleźli się dwaj przyszli wielcy mistrzowie: wielki komtur Paul von Rusdorf (wielki mistrz w latach 1422-1441) oraz podkompan wielkiego mistrza Konrad von Erlichshausen (wielki mistrz wiatach 1441-1449). 68 Aleksandra Thielmann, Radosław Biskup Sztum wraz z posiadłościami witjskimi na podstawie dokumentu lokacyjnego z 1416 r. Przywilej sztumski był od połowy XIX w. wielokrotnie wykorzystywany przez badaczy. Sięgał po ten tekst pochodzący z Sępólna Krajeńskiego (niem. Zempelburg) pedagog i historyk Friedrich Wilhelm Ferdinand Schmitt (1823-1910) w swej historii powiatu sztumskiego z 1866 r., przytaczając fragment z opisem granic patrymonium miejskiego^. Następnym badaczem był historyk sztuki, konserwator zabytków i wieloletni opiekun malborskiego zamku Bernhard Schmid (1872-1947), który - tworząc swój katalog zabytków sztumskich - podjął wprawdzie próbę odnalezienia oryginalnego przywileju, ale ostatecznie wykorzystał jego kopię z 30 września 1767 r., uwierzytelnioną przez polskiego króla Stanisława Augusta w Warszawie^. Podobnie postąpił Arthur Semrau (1862-1940), znakomity badacz powiślańskich stosunków osadniczych, który opisując miasto Sztum wykorzystał nowożytne, XVIII-włeczne kopie dokumentu lokacyjnego Sztumu'^. Do tej tradycji nawiązał również w 2011 r. Wojciech Szramowski, który w swych „Dziejach miasta Sztumu w latach 1416-1772” wykorzystał odpis przywileju, sporządzony i uwierzytelniony w 1767 r.5 Pozostaję zagadką historiografii, dlaczego tym wszystkim badaczom nie udało się dotrzeć do oryginalnego pergaminowego przywileju z 1416 r. Wojciechowi Szramowskiemu zawdzięczamy bez wątpienia odpowiedź na pytanie: skąd taka mnogość kopii przywileju sztumskiego w 2. połowie XVIII w.? Historyk ten przedstawił konflikty toczone przez władze miasta Sztumu ze starostwem sztumskim właśnie w tym czasie. Dotyczyły one m.in. „bezprawnego przywłaszczenia terenów znajdujących się Friedrich Wilhelm Ferdinand Schmitt, Geschichte des Sthumer Kreises, 'Ihorn 1866. s. 169-172. ’ Die Bau- und Kunstdenkmdler Pomesaniens, Hf 3: Kreis Sthum. im Auftrage von Bernhard Schmid, Danzig 1909, s. 109 * Arthur Semrau, Die Orte und Fluren im ehemaligen Gekiet Sthum und Waldamt Bónhof (Komturei Marienburg), Thorn--Elbing 1928, s. 168-169. ’ Wojciech Szramowski, Dzieje miasta Sztumu w latach 1416-1772, Toruń 2011, s. 7. średniowieczny przywilej miasta Sztumu w XVIII-wiecznej polszczyźnie Przfwóz Pogorzafy (niem. Kittelsjahre) na maf>iez 1778 r. przy granicy między Podzamczem a miastem oraz gruntów należących do woli miejskiej, sąsiadujących z ziemiami starościńskimi”; ponadto nowy właściciel Przewozu Pogorzały, który był jednocześnie zarządcą lasów starostwa sztumskiego, zaczął „uznawać swoją własność za podlegającą własności starościńskiej”. Co więcej, „władze miejskie oskarżyły starostwo o prowadzenie wyszynku trunków na Podzamczu”^. By udowodnić prawa Sztumu, przedstawiciele władz miejskich przedłożyli we wrześniu 1753 r. oryginalny, pergaminowy przywilej w sądzie grodzkim w Kiszporku (Dzierzgoniu). Tamtejszy pisarz grodzki Aleksander Dionizy Wybicki sporządził najpierw kopię dokumentu w księdze protokolarnej sądu, a następnie sporządzono odpis „na czysto” w księdze sądu grodzkiego, obejmującego dokumentację sporządzoną w latach 1752-1755. Te kopie stały się w kolejnych latach podstawą wystawiania następnych odpisów, uwierzytelnianych przez ostatnich królów polskich: Augusta III Sasa i Stanisława Augusta Poniatowskiego. Przywilej sztumski sporządzony w języku polskim został uwierzytelniony przez króla Augusta III Sasa, być może 19 listopada 1754 r., i jest jednym z ośmiu nowożytnych odpisów tego dokumentu znajdujących się w różnych zespołach Archiwum Państwowego w Gdańsku. Uprzystępniany przez nas dokument znajduje się w poszycie o sygnaturze: Archiwum Państwowe w Gdańsku, Bibliotheca Archivi, 300, R, Ee 26 k, s. 27-34. Tekst dokumentu został poddany transliteracji, a następnie zmodernizowany (m.in. oddano literę „y” zgodnie z jej wartością fonetyczną, zastosowano współczesne zasady pisowni dużą i małą literą, uporządkowano interpunkcję etc.). By tekst był zrozumiały, dodano przypisy rzeczowe: [s. 28] (...) W imię Boże Amen. Rzetelność [i] rozum to każę, aby te rzeczi, które się stali, z czasem się nie zapominali i nie zaginęli, tedy ię trzeba authentycznemi y oblicznemi ‘ Tamże, s. 112-113. 70 Aleksandra Thielmann, Radosław Biskup Świadkami stwierdzyć, żeby wiecznemi czasi zostawali. Tedy my, brat Kuchmeister , Ho-henmeister Bracia Orderu Szpitala Świętej Panny Maryi Niemieckiego Domu Hieruzalem, wiadomo czyniemi wszem obec, którzy ten list wydzić albo czytać [albo] słyszyć będą, iako mi z dojrzałą radą naszych spólurzędników wydaliśmy naszemu Miastu Sztumowi, w murach podle tegoż naszego domu, w których piędziesiąt dworów zawierać się ma i które nasz miły, wierny Ambroży Gerharde Schónenbergk w posesyi przyjął. Do tego darujemy i dajemy temuż Ambrożemu Gerhardowi i potomkom jego urząd szołecki oraz z sądem tegoż miasta z tą kondycją, że do tego mieć ma w mieście plac wolny do dworu i wieżo przy murze miejskim za placem tegoż dworu, i do tego ogród przed [s. 29] przed miastem, dwa wolne morgi, którę do tego urzędu szoleckiego należyć mają oraz z dziesiątą wloką® wolną, o której niżej wyrażoną będzie, jakie mu od braci naszych są pokazane. Do tego dajemy mu wolne rybitwy w Jozierze Sztumskim do stołu swego, ale nie do przedania, z swemi porządkami, mianowicie z swatą’, sześcioma żakami, wędami, wszystko mieć wolno, dziedzicznie i wiecznie podług prawa i sądu chełmińskiego, że tyhż to samo miasto obsiadać taką wolnością ma. Przy tym dajemy tyhż mu trzeczi fennik od każdego sądu, lub wielkiego, lub małego, a mianowicie te cztery szelągi właśnie mu dziedzicznie należyć samemu i zostawać będą. Ztąd excipiuiemy'° nam wszystkich naszych rycerzuw i sługuw, i naszych Pruszakuw powiatu malborskiego, które szołtys o żaden zły uczynek sądzie nie ma. Wszystkich zło-czyńcuw sądzić zachowuiemi państwu naszemu, chyba jeżeliby kogo na swyżym" uczynku albo więc na uciekaniu o zły uczynek w jurisdikcii miejskiej'^ uchwiczono. Takiego szoltys przy bytności braci naszych sądzyć ma, lecz Pruszakuw między pospolitem ludem osiadlich szołtys niechaj o rzeczy do zjedzenia należyci sądzi, tylko drogę publiczną państwu naszemu do sądzienia zachowujemy. Dalej więcej darujemy i dajemy naszym miłym, wiernym tegoż naszego miasta mieszczanom i obywatelom do każdego dwornego placu, w mieście jeden [s. 30] wolny połmorg’’ przed miastem do ogroda, jako tylż jezioro, nazwane Białe Jezioro, w boru leżące, jako tylż im są pokazane, wolno wiecznie mieć i w possessyi trzymać. Znowu darujemy, i dajemy tym naszym mieszczanom i obywatelom w possessyją wieczną piędziesiąt i pięć włok roli rumowanej i nierumowanej''* z chrostami, zarostami, bagnami, łąkami, iako im w granicach niżej opisanych doskonale są pokazane w tychże samych granicach. Maią tylż mieć dziesięć wolnych włok boru i lasu do swoiej i miejskiej potrzeby, aby on według swego najlepszego zdania używali i trzymali. Od których pięćdziesiąt pięć włok szołtys, iako iuż zwyż wyrażono, dziesiątą wloką do urzędu szoleckiego wolną mieć ma, a ksiądz pleban dwa wolne włoki. Od zbywających włok maią nam possessorowie każdej włoki czynszu poł grzywny zwyczyjnej dobrej pruskiej monety co rok na dzień świętego Marcina'^ biskupa wiecznemi czasi oddawać, ale dworne place w mieście maią bydź wole i żadnego czynszu nie dawać. Osobliwie łaskę naszą im wyświadczając, daiemi ^ Michael Kuchmeister, wielki mistrz zakonu niemieckiego (1414-1422). ’ Włóka=łan chełmiński (ok. 16,8 ha). ’ Wata - rodzaj sieci. '® Tj. „wyłączamy, zastrzegamy” (od łac. ezcipio). " Tj. gorącym. ’^ Tj. w granicach miasta i patrymonium miejskiego (tereny podlegające sądownictwu miejskiemu). Mórg (ok. 0,55 ha). '* Dosi, „uporządkowana i nieuporządkowana” (z niem. „raumen”). ”11 listopada. średniowieczny przywilej miasta Sztumu w XVIII-wiecznej polszczyźnie 71 im półdworki przy murach miejskich, które na jakiej najlepszej pożytek miasta obtoczyć'^ mają i mogą jednę wieżo zaś, która nam naypożyteczniejsza będzie, zachowujemy państwu [s. 31] naszemu, wymuiąc i te wieżo, która za szoleckim dwornym placem do urzędu szo-leckiego należyć ma, jako zwyż wyrażono. I pędami, aby wszelakę czynszę, którę w tymże mieście uczynione będą, niechaj będzie od satków'^, rybnich ław i szewieckich budników, i kramarskich budów, szotów, sukienników, łaźni, albo jakobykolwiek mogli bydź dochody, z tych połowa państwu naszemu, a druga połowa miastu będzie przynależało. Lecz z temi połdworkami zostaje się tak, jako zwyż opisano. I naszi mieszczanie i obywatele mają tylż ten most, który z miasta drogą do Malborka wychodzi, jako tylż inne mosty wszystkę, które na wolnościach miejskich się znajduią, wiecznie utrzymywać. Przy tym mają tylż tę bramę przy mielczuchu'® między domem naszym” i miastem [s]trzeć, zamykać i pilnować. Teraz nastęmpują granice tych piędziesiąt i pięć włok roli, jako tylż dziesięć włok boru i laszu. Najprzód poczowszy się od pala przy jeziorze między miastem i Schlossendorfem^®, ztamtąd idąc prostą śczianą aż do Jeziora Parlety, która woda jest miejska granica aż przez Parlecką Tamę, i dalej aż w Bor, gdzie granica naznaczona przy drzewie stoi. Ztamtąd dalej od granicy, do granicy, aż do granicy przy złamanej tamie. Od złamanej tamy, na dół idąc, aż do wody nowego jeziora, kole slysziP' się obraczając miejską granicą aż do drogi pospolitej, która idzie do Malborka. Od slyssu koło drogi [s. 32] pospolitej idąc, od naznaczonych granic aż do naznaczonych granic, aż na to miejskej drogi, która przyia do Koniecfaldu^^ i to jest główna granica między nami i miastem. Od tej głównej granice] zwyż idąc od naznaczonych granic do naznaczonych granic, która stoi przy drodzie do Koniecfaldu i nasz, i miasto, i Koniecfald rozłącza. Od tego samego miejscia granicy prosto na dół idąc między Koniecfaldem i miastem aż do miejscia granicy, która dwoi Koniecfald i Bolewice^^ rozłącza. Od tegoż miejsca granicy na dół idąc prostą ścianą aż na tę miejsce, które rozłącza miasto i Koniecfald od Kizlinka^"*. Od tegoż miejsca granicy dalej idąc prostą ścianą aż na granicę przed Kinbruchem^’ przy wolności szołeckiej dalej idąc miejscem granicy, którę rozłącza miasto i Kizlinek z Pietrzfałdem^^. Od tej głównej granicy zwysz idąc od granicy do granicy, aż do granicy, która rozłącza nas przy Worgelis^^ miasto i Pietrzfałd. Od tego miejsca dalej idąc aż do miejsca, które nas rozłącza i miasto, i dalej od pokazanych granic aż do granicy, która nas rozłącza i Bolewicz^^ aż do jeziora, i dalei więcej rozłącza nas woda i miasto aż do mostu, a od mostu dalej rozłącza nas i miasto dokoła woda aż na ten zwysz opisany pal, gdzie się granica wprzód poczęła. W tych zwyż opisanych granicach i wszytkich wolnościach miejskich zachowujemy państwu naszemu wolne wszelakie łowy i co do państwa '* Przeznaczyć. Ogrody. '* Przy słodowni. *’ Nasz dom=zamek krzyżacki. Zajezierzc. Śluza. “ Koniecwałd. “ Barie wice. Roślinka. Niezlokalizowane bagno o nazwie „Kienbruch”. “ Pietrzwałd. Barlewice. “ Barlewice. 72 Aleksandra 'Ihielmann, Radosław Biskup należy. Osobliwie darujemy i dajemy pomienionym naszym mieszczanom i obywatelom nasz przewóz, Pogorzały Przewóz nazwany, wespół z rolą i jeziorem, które z dawna do niego należało. Od tego mają nam począć płacić po tymże zdaniu na dzień Świętego Marcina, a po tym [s. 33] trzy dnie święto Marcińskie na każdy dzień czynszu sześć grzywien dobrej zwyczajnej pruskiej monety, a czwartego dnia święta Marcińskiego po tymże zdaniu mają Pierwsze wersy tekstu przywileju sztumskiego w Jfzyku polskim. średniowieczny przywilej miasta Sztumu w XVIII-wiecznej polszczyźnie^ nam co rok wiecznie czynszu płacić osiem grzywien dobrej zwyczajnej pruskiej monety na ten wspomieniony dzień świętego Marcina biskupa. Na wieczną pamiątkę i większe bez-pieczęstwo piecięć naszą do tegoż listu naszego zwieszyć daliśmy, który dany jest w domie naszym malborskim w środę po świętym Matheuszu apostole i ewangelisty^’ w tysiącznym czterysetnym i szescnastym roku. Tego świadkami^ są uczciwi naszi mili bracia: Paweł Ruz-dorfF wielki komptur, Marcin de Kempnath najwiższy marszałek, Herman Gans najwiższy szpitalny komptur elbinski, Jan Sewach najwiższy trapier” i komptur gniewski, Otto de Eulenburk tressler^\ pan Grzegorz nasz kapłan, Heinrik Postart wójt sztumski, Heinrik de Rbode, Konrad de Erlenzhuzen nasz kompan. Bernard, Hildebrandus i Jacobus naszi pisarze, i wiele innych wiary godnych (...). ” W 1416 r. środa po dniu św. Mateusza (21 września) przypadała 23 września. Świadkowie; wielki komtur Paul von Rusdorf, wielki marszałek Martin von Kemnate, wielki szpitalnik i komtur elbląski Hermann Gans, wielki szatny Johann von Selbach, skarbnik Otto von Ilenburg, kapelan wielkiego mistrza Gregor Bischo-frwerder, wójt sztumski Heinrich Postar, nadkompan wielkiego mistrza Heinrich von Rode, podkompan wielkiego mistrza Konrad von Erlichshausen, pisarze wielkiego mistrza: Bernhard, Hildebrand i Jakob. Szatny. Skarbnik. 74 Rafał Panfil Rafał Panfil ^jtum feontra aMibocfe KONFLIKT POMIĘDZY STAROSTAMI MALBORSKIM A SZTUMSKIM W LATACH 1485-1496 Okres ponad siedmiu lat między rokiem 1485 a 1492 zdominowany został przez walkę polityczną rady i stanów pruskich z królem Kazimierzem Jagiellończykiem (1427-1492). Przeniósł się on następnie na początek rządów kolejnego monarchy Jana Olbrachta (1459-1501). Symbolem zmagań oligarchów pruskich z monarchą był trwały konflikt pomiędzy przedstawicielem króla, rezydującym w malborskim zamku starostą malborskim Zbigniewem Tęczyńskim (1450-1498), a mieszkającym w zamku sztumskim wojewodą malborskim i zarazem starostą sztumskim Mikołajem Bażyńskim (zm. 1503). Podłoże sporu stanowiły dążenia stanów pruskich do utrzymania szerokiej autonomii Prus przyznanej reprezentantom miast i ziem pruskim w akcie inkorporacyjnym z 1454 roku. Król zaś chciał jej ograniczenia i ściślejszego związania prowincji z Koroną Królestwa Polskiego. Prusacy byli niezadowoleni z działań króla, któremu nieustannie zarzucali łamanie przywilejów pruskich, nadawanie zamków (czyli starostw pruskich) Polakom i załatwianie ważnych spraw bez wiedzy oraz konsultacji z radą pruską. Na czele opozycji wobec króla stał Mikołaj Bażyński, stale zabiegający o przywrócenie urzędu gubernatora Prus, który najpierw sprawował jego stryj Jan (zm. 1459), a którego nie odnowiono dla jego ojca Ścibora (zm. 1480). List: król Polski Kazimierz do Wielkiego Mistrza - skarga na biskupa Pomezanii, który odmawia mianowania kapłanów przedstawionych przez starostf malborskiego Zbigniewa Tfczyriskiego w parafiach na Żuławach Malborskich, Geheimes Staatsarchio Preussischer Kulturbesitz Sztum kontra Malbork 75 Bażyński zawistnie patrzył na nadawanie przybyszom z Korony zamków pruskich, pomimo iż Kazimierz Jagiellończyk podkreślał, że przywileje pruskie nie uznają Polaków za obcych i mogą oni posiadać zamki w Prusach, podobnie jak Prusacy w Koronie. Mimo iż Mikołaj był królewskim namiestnikiem w prowincji a monarcha licznymi nadaniami zabiegał o jego przychylność, jego ambicją było zostanie „głową prowincji” (Haupt des Landes) z siedzibą w malborskim zamku, nadal uważany przez pruskie elity za zamek stołeczny. Również strona polska zdawała sobie sprawę . .,111 . . . Odcisk pieczfci gubernatora Ziem Pruskich przechowywanej 'Z£ znaczenia Malborka, uważając utrzymanie zamku w Sztumie, Archiwum Państwowe w Gdańsku najpotężniejszej twierdzy w Prusach w rękach urzędników królewskich za polską rację stanu. Dlatego Bażyński musiał zadowolić się „jedynie” urzędem wojewody malborskiego oraz starostwami sztumskim i dzierzgońskim. Nie mogąc otrzymać upragnionego zamku malborskiego, na swoją główną rezydencję wybrał zamek sztumski, położony niedaleko Malborka. Jako symbol „utraconej” władzy przechowywał w Sztumie aż do śmierci pieczęć gubernatora Ziem Pruskich. Konflikt stanów z królem narastał po zakończeniu toczonej w latach 1478-1479 tzw. „wojny kleszej”, czyli zatargu króla z kapitułą o prawo do obsady biskupstwa warmińskiego, który z lokalnego zamienił się w konflikt międzynarodowy. Sytuacja uległa tak silnemu zaognieniu, że w 1485 r. na zjeździe z Kazimierzem Jagiellończykiem w Toruniu (6 marca - 19 kwietnia 1485 r.) stany pruskie odmówiły królowi pomocy militarnej przeciwko Turkom oraz uchwalenia podatków, wydały zakaz zasiadania Prusaków w radzie królewskiej, a wszyscy dostojnicy chcieli złożyć swoje urzędy, do czego jednak ostatecznie nie doszło. Podczas zjazdu biskup Tungen przedstawił dwa główne (jego zdaniem) naruszenia przywileju inkorporacyjnego przez króla - nadawanie zamków pruskich obcym i załatwianie ważnych spraw bez wiedzy rady pruskiej. Stany pruskie, powołując się na treść aktu inkorporacji, domagały się także wyznaczenia namiestnika w prowincji, faktycznie wicekróla, który w czasie nieobecności monarchy zarządzał by Prusami. Nie otrzymawszy spełnienia tych postulatów zawiązały konfederację z biskupem warmińskim Mikołajem Tungenem (zm. 1489), określaną też mianem „mniejszego Związku Pruskiego”, której celem była obrona praw i przywilejów pruskich. Dodatkowo sam Mikołaj Bażyński, dotąd faworyzowany przez króla, odmówił udziału w radzie królewskiej oraz pełnienia urzędu wojewody malborskiego i nie złożył przysięgi królowi. Monarcha, rozdrażniony postawą oraz oporem Prusaków, 24 marca nadał wakujące starostwo malborskie wraz „z zamkiem, wszystkimi miastami oraz Wielkimi i Małymi Żuławami Malborskimi” małopolskiemu magnatowi Zbigniewowi Tę-czyńskiemu. Pełnił on wówczas urząd podkomorzego krakowskiego i był wiernym stronnikiem króla, cieszącym się jego pełnym zaufaniem. Syn kasztelana krakowskiego stał się odtąd ramieniem króla, sprawnie i bezwzględnie realizującym politykę Kazimierza Jagiellończyka wobec buntujących się stanów pruskich oraz potężnego Gdańska. Jako człowiek dumny 76 Rafał Panfil f^C> ^^^i/^/f i/fi^/ ^iflrYi-i’/i^art >'>/f^f/) Wiiiok miasta i zamku w Sztumie z 1627 r., Abraham Booth, Archiwum Państwowe w Gdańsku i gwałtowny cechował się jednak trudnym charakterem, przez co szybko popadł w liczne konflikty z Prusakami. Od razu też stał się wrogiem numer jeden dla Mikołaja Bażyńskiego, który na każdym kolejnym zjeździe stanów pruskich składał skargi na starostę, a radę miasta Gdańska zasypywał listami pełnymi zarzutów wobec działań Tęczyńskiego. Starosta bardzo szybko skonfliktował się także z biskupem pomezańskim Janem IV Kierstanim, w którego diecezji leżały Malbork i Żuławy Malborskie. Biskup Jan wybrany został przez podlegającą woli wielkiego mistrza kapitułę pomezańską i próbował realizować politykę krzyżacką na terytorium podległym świeckiej władzy starosty. Nie chciał też zatwierdzać kandydatur duchownych na probostwa żuławskie, w imieniu króla prezentowanych przez starostę malbor-skiego, na którego król czasowo scedował swoje prawo patronatu nad tymi parafiami. Tęczyń-ski nie ustępował także gdańszczanom, z którymi wadził się z nimi między innymi w prawach dotyczących chłopów zbiegłych z majątków gdańskich na Żuławach oraz wypełniania przez tychże mieszkańców wsi obowiązkowych szarwarków wobec zamku malborskiego i naprawy zerwanych wałów. W 1489 r. konflikt stanów z królem ponownie przybrał na sile, kiedy kapituła warmińska, bez aprobaty Kazimierza Jagiellończyka, wybrała na biskupa Łukasza Watzenrode (1447-1512). Tego roku na zjeździe stanów odbywającym się w Tczewie Mikołaj Bażyński ponownie atakował Kazimierza Jagiellończyka, wyliczając rzekome przypadki naruszania przywilejów pruskich przez króla, „od 30 lat i w coraz większym stopniu, nie tylko przez samego króla, ale też przez innych [tu w domyśle starostów polskich]”. Wobec ostrego sprzeciwu i nieprzejednanego stanowiska monarchy w sprawie obsady biskupstwa warmińskiego stany zaczęły się obawiać interwencji militarnej wojsk polskich na Warmii. Nie były to z pewnością obawy nieuzasadnione, o czym świadczą działania starosty malborskiego oraz deklaracje samego króla. W 1490 r. zbrojni ludzie starosty malborskiego pod kierownictwem jego namiestników mieli napaść pod Malborkiem ludzi Bażyńskiego, prowadzonych przez burgrabiego sztumskiego, prawdopodobnie Mikołaja Czemę. Namiestnicy starosty odpierali te zarzuty jako niesłuszne i sami skarżyli się na nadużycia ludzi wojewody malborskiego, jakoby ci mieli pobić służbę zamku malborskiego w lasach starostwa. Pretekstem do tych aktów przemocy było prawo do wspólnego Sztum kontra Malbork 77 użytkowania Puszczy Sztumskiej przez zamki malborski i sztumski. Obie strony obrzucały się też oskarżeniami o prowadzenie rabunkowej gospodarki w tych lasach i ich niszczenie. W listopadzie tego samego roku Bażyński skarżył się na uprowadzenie przez ludzi starosty „w niedzielę, na publicznej drodze przed kościołem” pięciu jego poddanych ze wsi Stalewo, których schwytano, związano i następnie uwięziono w malborskim zamku. Wiosną 1491 r. przedstawiciel starosty malborskiego domagał się składania wosku należnego królowi z tytułu prawa chełmińskiego, a swoim ludziom nakazał zapalować rzekę Tuję, uniemożliwiając żeglugę na rzece. W lutym 1492 roku do króla przebywającego w Wilnie w Wielkim Księstwie Litewskim udało się wielkie poselstwo pruskie. Wśród poruszanych licznych problemów nie zabrakło spraw związanych z konfliktem sztumsko-malborskim. Do zbadania przyczyn oraz zakończenia konfliktu powołana została komisja rozjemcza, w której składzie znaleźli się biskupi: włocławski Piotr z Bnina i chełmiński Stefan z Niborka oraz wojewodowie: brzeski-kujawski: Jan z Oporowa, chełmiński Karol von dem Felde i pomorski Mikołaj Wulkowski. Miała ona obradować w Toruniu. Wkrótce potem, będąc w drodze do Prus, król Kazimierz Jagiellończyk zachorował i zmarł niespodziewanie w Grodnie. Zbigniew Tęczyński, nie znając jeszcze stanowiska przyszłego władcy wobec jego konfliktów ze stanami pruskimi, usiłował nawiązać lepsze stosunki z Bażyńskim. Doszło nawet do pojednawczego spotkania we wsi Gościszewo, położonej w połowie drogi między Malborkiem a Sztumem, dumny wojewoda malborski odrzucił jednak propozycję przyjaźni. Można się jedynie domyślać, że odmowa poprawienia Herb własny rodu Bażyńskich — w poiu srebrnym wiewiórka siedząca czerwona — z dzieła „Stemmata geneałogica praecipuarum in Prussia Famiiiarum Nobiiium”, Bibiioteka Uniwersytecka w Toruniu 78 Rafał Panfil Widok miasta i zamku w Malborku z około 1460 r.,fiagment obrazu „Oblężenie Malborka w 1460 roku”, Muzeum Narodowe w Gdańsku obustronnych relacji doprowadziła do kolejnego wybuchu ze strony krewkiego Tęczyńskiego. Niedługo potem Bażyński udał się na sejm do Piotrkowa, na którym szlachta miała wybierać nowego króla, pozostawiając zamek sztumski pod opieką wspomnianego już bur-grabiego Mikołaja Czerny. Ten, zapewne nie bezpodstawnie obawiając się zbrojnego ataku ludzi starosty malborskiego na Sztum podczas nieobecności swego pana, prosił listownie gdańszczan o przysłanie w tajemnicy przed Tęczyńskim 6-8 dział kamiennych oraz prochu i żołnierzy zaciężnych potrzebnych do obrony zamku sztumskiego. Po powrocie do Prus Bażyński dziękował za to gdańszczanom, prosząc jednocześnie o dalszą ochronę z ich strony. Nowy monarcha Jan Olbracht (1459-1501) po swoim wyborze na króla początkowo kontynuował politykę swego ojca wobec Prus Królewskich, zrażony nadmiernymi w jego mniemaniu żądaniami Prusaków. W tym czasie Tęczyński rozsiewał na dworze królewskim pogłoski o niewierności stanów pruskich. Jednakże po osobistym pobycie monarchy w Prusach i Malborku na przełomie lat 1494 i 1495, król dogadał się ze stanami pruskimi oraz biskupem warmińskim i zdecydował się ostatecznie na odwołanie Tęczyńskiego ze starostwa malborskiego. Jan Olbracht polecił też największemu wrogowi starosty, wojewodzie Bażyńskiemu, aby ten nie pozwolił wywieźć ludziom Tęczyńskiego z zamku żadnej żywności, zboża ani żadnego majątku ruchomego przynależnego do starostwa. Mimo to namiestnicy starosty zabrali wspomniane rzeczy statkiem, zaś bezsilny Bażyński próbował bezskutecznie namówić gdańszczan do ataku zbrojnego na tenże transport. Sam Zbigniew Tęczyński opuścił zamek malborski na początku 1496 roku, ponownie wywożąc z niego żywność i inne dobra. Był to ostatni akord otwartego, niemal jedenastoletniego konfliktu między dwoma najważniejszymi urzędnikami królewskimi w Prusach Królewskich. Ostatecznie w sporze tym zatriumfował Mikołaj Bażyński, na którego autorytecie król Jan Olbracht oparł dalsze rządy w prowincji pruskiej. Mimo to wojewoda malborski nigdy nie uzyskał upragnionego tytułu gubernatora Prus i nie uczynił z malborskiego zamku swojej siedziby. Zakon krzyżacki - kolejna chybiona rewolucja^ Piotr Napiwodzki Zafeon kriP^Kki kolejna cbpbiona rehjolucja Konieczną uwagę wstępną trzeba poświęcić zawartemu w tytule pojęciu „rewolucji” - przy całej świadomości, jak bardzo pojęcie to jest rozgałęzione, jak bardzo brak mu ostrości, przyjmujemy tu roboczo, że to ponadhistoryczne wyrażenie związane początkowo z naturą (wspomnijmy chociażby „De revolutionibus orbium coelestium” Mikołaja Kopernika) używa się obecnie do określania długotrwałych lub nagłych zdarzeń politycznych, a nawet, po oderwaniu się od polityczno-społecznej konkretyzacji, w coraz większym stopniu staje się ono rezerwuarem różnym utopijnych nadziei, które pozwalają zrozumieć wydarzenia o charakterze przełomu, przewrotu czy emancypacji. Oczywiście, przy takim określeniu „rewolucyjności” trudno jednoznacznie obronić się przed zarzutem ahistoryczności, ale poniższy tekst jest w intencji współczesnym spojrzeniem na pewne historyczne zjawiska i ich konsekwencje. Nie jest też oczywiście próbą imputowania poszczególnym historycznie istniejącym jednostkom takich czy innych poglądów czy przekonań (co zresztą zawsze jest skrajnie ryzykowne), ale jest opisaniem czy też rekapitulacją pewnych zjawisk z dzisiejszej perspektywy. Ad rem: dla nas, mieszkańców tej części Pomorza, której kulturowy krajobraz w dużej mierze kształtują pokrzyżackie warownie, życie zakonne niekoniecznie kojarzy się ze spokojem i harmonią, ładem i posłuszeństwem, pobożnością i ewangelizacją, miłosierdziem i pokorą. Cóż, okazuje się, że to wrażenie trafne nie tylko ze względu na wojowniczy charakter zakonów rycerskich w ogólności, a Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie w szczególności. Oto przy bliższym przyjrzeniu się źródłom chrześcijańskiego monastycyzmu i formom, w których przejawiał się on przez stulecia, można dostrzec w nim wyraźnie obecne pokłady buntu i kontestacji, niepokoju i fermentu. Ta fundamentalna niezgoda na zastaną rzeczywistość dotyczyła tak wymiaru indywidualnego, gdyż była (i bywa) formą niezgody na samego siebie w bardzo szerokim znaczeniu, jak i wymiaru społecznego, gdyż była (i bywa) rodzajem buntu przeciwko sytuacji zastanej w Kościele i całym społeczeństwie. Kontestujący czy wprost rewolucyjny wymiar życia monastycznego i zakonnego na różne sposoby starano się neutralizować i zaprzęgać do umacniania struktur kościelnych i społecznych. W każdym razie przypadek krzyżaków wcale nie jest czymś absolutnie wyjątkowym na tle całości zjawiska (w końcu istniało około 30 zakonów rycerskich), nie jest też wcale „wynaturzeniem” idei zakonności w ogólności, jak to się często i mylnie próbuje przedstawiać. 80 Piotr Napiwodzki POCZĄTKI BUNTU I JEGO HISTORYCZNE PRZEJAWY Wystarczy spojrzeć na tego, który praktykował życie mnisze na długo przed świętym Benedyktem (zwanym ojcem monastycyzmu zachodniego), a nawet przed świętym Augustynem (którego reguła stała się dia wielu zakonów głównym punktem odniesienia). To św. Marcin z Tours (316-397), jedna z najbardziej znanych postaci zachodniego chrześcijaństwa. Nie przez przypadek już ten pierwszy mnich przedstawiany jest w stroju rycerza - w czasie swojego nawrócenia na chrześcijaństwo służył w gwardii cesarskiej. On to urządzał pierwsze pustelnie i gromadził wokół siebie uczniów. Stał się patronem ogromnej ilości kościołów i klasztorów. Wiele skomplikowanych czynników doprowadziło do uczynienia z tej postaci „państwowego świętego” Merowingów, a w związku z ekspansją Franków także punktu odniesienia dla zakładanych od V wieku klasztorów na całym Zachodzie'. Święty Marcin był postacią walcząca także na arenie zmagań teologicznych. Za życia św. Marcina z Tours w wizygockiej Hiszpanii działał Pryscylian, który bywa uznawany za pierwszego heretyka Zachodu, a w każdym razie jako pierwszy heretyk zostaje za swoją herezję stracony w roku 385. Niektórzy badacze wysuwają tezę, że Marcin z Tours mógł być także zwolennikiem pryscylianizmu^. Wskazuje na to fakt, że dopiero po wielu latach po jego śmierci jego obraz „naprostowany” przez biografa, Sułpicjusza Sewerusa, staje się tym, czym będzie dla następnych pokoleń: obrazem ortodoksyjnego Sługi Bożego, „ojcem mnichów” na Zachodzie. Pozostaje czymś uderzającym, że nie wiemy właściwie nic o teologicznych poglądach Świętego. Wiadomo, że sprzeciwiał się prześladowaniom zwolenników Pryscyłiana, wiadomo, że bywał oskarżany o herezję, chociaż nie wiadomo dokładnie, o jaką’. W każdym razie, niezależnie od tez historyków dotyczących poglądów Marcina z Tours, jego działalność przypada na czas kontrowersji trynitarnych. Na pewno na Synodzie w Bordeaux w roku 387 Marcin jest jednym z tych, którzy potępiają Pryscyłiana. Co prawda potępienie sekty w Bordeaux mogło być dla Marcina sprawą bardziej formalną, do której przyłączył się z pewnymi wewnętrznymi oporami ze względu na to, że większość galijskich biskupów dążyła do tego potępienia"'. Pozostaje jednak faktem, że Marcin opowiedział się ostatecznie przeciwko pryscylianizmowi, w którym wielu upatruje herezji trynitarnej w niedostateczny sposób „rozdzielającej” poszczególne osoby Trójcy Świętej. Tak przynajmniej najczęściej próbuje się zrekonstruować poglądy pryscylian, którzy tworzyli jednak przede wszystkim ruch ascetyczny o wyraźnych akcentach społeczno-politycznych. Marcin z Tours wiele z gorliwości pryscylian przejął i włączył w koncepcję życia zakonnego. U początków monastyzymu na Zachodzie mamy więc rycerza zaangażowanego w spory trynitarne. To dobry początek zważywszy na fakt, że wiek XII i XIII (czas powstawania wielu zakonów rycerskich, w tym także krzyżaków) to czas kontrowersji związanej z postacią Joachima z Fiore (ok. 1130-1202) i powołujących się na niego uczniów, którzy wychodząc od rzutowanej na historię trynitologii rozróżniali w dziejach świata epokę Ojca, Syna i Ducha Świętego. Epoka Ducha Świętego miała być kolejnym millenium, które oznaczało czas ' Na ten temat obszernie: F. Prinz, Friihes Mónchtum im Frankereich, Miinchen-Wien 1965, s. 19-46. E. Ch. Babut, Saint Martin iie Tours, Paris 1912. ’ Sulpicjusz Severus, Chronicon 11, 50: Ausus etiam miser est (= biskup Ithacius) ea tempestate, Martino episcopo, viro piane apostolis conferemio, pałam objectare haeresis infamiam. * Friedrich Prinz, Friihes Mbnchtum im Frankereich, Miinchen-Wien 1965, s. 28, przypis 62. Zakon krzyżacki - kolejna chybiona rewolucja 81 odrzucenia tego, co zastane, w tym często dotychczasowego porządku i hierarchii. Poglądy te żywiły wyobraźnię wielu i być może w zdecydowany sposób wpłynęły na rozwój całej zachodniej cywilizacji wprowadzając w jej orbitę na przykład pojęcie postępu dokonującego się w historii w postaci następujących po sobie z konieczności kolejnych er ludzkości^. W tej atmosferze rozwijali się np. norbertanie (premostratensi), dominikanie i franciszkanie z całą nowością, jaką przynosili w wielu dziedzinach nauki, sztuki i kultury, w niej także rodziły się często zakony rycerskie. U początków był bunt, pragnienie nowości, odrzucanie tego, co było, ale - jak to często bywa - późniejszy rozwój często zaprzeczał pierwotnym ideałom. Charakterystyczne, że nierzadko już pierwsi uczniowie wielkich ojców poszczególnych rodzin zakonnych tworzyli dokładnie to, z czym walczyli ich mistrzowie. Sprzeciw odnajdywał się na pozycjach, które sam atakował, a przy tym paradoksalnie walczył nieustannie o własną, buntowniczą tożsamość. Bunt chcąc wracać do korzeni podcinał gałęzie, na których się w dobrej wierze rozsiadał. Ta swoista gra toczona na różnych poziomach zaowocowała wieloma kontrowersjami i do dzisiaj odbija się w wielu sposobach myślenia. Przyjrzyjmy się niektórym charakterystycznym punktom zarysowanego tematu, z konieczności nie wchodząc w precyzyjne rozróżnienia terminologiczne dotyczące różnych form życia monastycznego i zakonnego^. Sięgnijmy przy tym raz jeszcze do samego początku. Ruch pustelniczy przybrał na sile w czasach, gdy chrześcijaństwo przestało być prześladowane, a stając się w Cesarstwie Rzymskim religią państwową, straciło wiele ze swej pierwotnej gorliwości. Kontestacja zbyt wygodnego chrześcijaństwa była z pewnością przyczyną bujnego rozwoju wczesnych form życia pustelniczego. Używając języka Michaela Foucaulta można stwierdzić, że promowana przez mnichów asceza jest jedną z form strategii przyjmowanej przez jednostkę dla wymknięcia się spod kurateli i kontroli zbiorowości^. Konsekwentny asceta jest niepokojąco niezależny. Nie można łatwo na niego wpływać za pomocą najprostszych, materialnych środków. Dzięki świadomej rezygnacji z używania wszelkich dóbr wymyka się środkom nacisku, szantażu, zachęty. Asceta jest buntownikiem doskonałym sprzeciwiającym się zastanemu chrześcijańskiemu sposobowi życia na długo przed tym, gdy praktykowane przez niego wyrzeczenia zostaną nazwane wyższym stopniem doskonałości egzystencji chrześcijańskiej. Asceza jest więc przede wszystkim buntem indywidualnym, który w zasadzie natychmiast jest powściągany i instytucjonalizowany z jednej strony przez tworzenie wspólnot monastycznych o określonych strukturach, z drugiej zaś przez obfite nagromadzenie czysto duchowych interpretacji ascezy. Dyscyplina życia wspólnotowego pozbawia ascezę wymiaru buntu, gdyż w kolektywnej formie staje się ona szybko podstawą dla szybkiego ekonomicznego rozwoju monasterów, opactw i klasztorów. Ascetyczni, a więc, przynajmniej teoretycznie, niewymagający mnisi, stają się wymarzonymi pracownikami dla pomnażania całkiem doczesnych dóbr. Natomiast asceza w pełni ukierunkowana na wymiar duchowy odrywa się od rzeczywistości ziemskiej (co w końcu ’ Na temat problematyki millenaryzmu Joachima z Fiore i jego konsekwencji, por. N. Cohn, The Pursuit of the Millenium, London 1970; J. Grzeszczak, joaehim z Fiore. Średniowieczny przycyznek do teologii dziejów, Poznań 2006; P. Napiwodzki, Bliżej, niż sif wydaje. O końcu świata, millenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei, Poznań 2010. ® W tym miejscu należy podkreślić, że w tekście życie monastyczne i zakonne są traktowane łącznie - nie dlatego, że te sposoby życia się między sobą nie różnią, ale ze względu na wspólne historyczno-religijne korzenie życia mnichów i zakonników. W tym kontekście warto zwrócić uwagę zwłaszcza na ostatnio wydane, późne prace tego francuskiego filozofa zebrane w IV tomie jego Historii seksualności: M. Foucault, Les avestx de la chair, Paris 2018. 82 Piotr Napiwodzki dokonuje się bezboleśnie, bo takie oderwanie jest przecież jej celem), trafia do świata idei, teologicznych rozważań i sporów. Jej buntowniczy, rewolucyjny potencjał rozprasza się i przestaje szokować. Traci swój prowokujący charakter i staje się jedynie jedną z raczej bardziej niż mniej szanowanych opcji na bycie chrześcijaninem w świecie, ale już nie przeciw światu. Przestaje niepokoić, a jako obiekt refleksji i medytacji zostaje włączony w arsenał środków tworzących tak zwaną kulturę chrześcijańską. W ten sposób asceta odrzucający przejawy tej kultury, uważający je za przeszkodę w dążeniu do Królestwa Bożego, w czekaniu na nie, w urzeczywistnianiu czy w głoszeniu go, staje się z konieczności jej częścią. Asceza mająca być drogą do wolności po procesie zinstytucjonalizowania staje się życiem o specjalnym, zaostrzonym rygorze, a nadawana duchowa interpretacja pozwala traktować ją ciągle i pomimo wszystko, często wbrew oczywistym faktom, jako drogę do wolności. OD ZBUNTOWANEJ JEDNOSTKI DO REWOLUCYJNEJ WSPÓLNOTY Jednym ze sposobów na skuteczne poradzenie sobie z buntem tkwiącym w poszczególnych osobach wybierających drogę życia zakonnego jest łączenie ich w większe grupy, nadawanie reguł wspólnotowego życia, z czasem także posiadłości i przywilejów. Tak oto zbuntowana przeciw społeczności jednostka staje się na powrót częścią tej społeczności, chociaż na innych, często korzystniejszych dla niej warunkach. Jest to swoiste obłaskawianie buntowników stosowane w Kościele i w społeczeństwie. W praktyce oznacza to jednak, że - chociaż jednostki zostają okiełznane -, to pojawiają się rewolucyjne w swym duchu wspólnoty. Indywidualna kontestacja przemienia się we wspólnotową energię, często konkretny projekt, który staje się idee Jixe danej grupy wyraźnie ją wyróżniającą. Te rewolucyjne wspólnoty także jednak muszą zostać wchłonięte, co oczywiście nie pozostaje w końcu bez wpływu na całość większych, nadrzędnych struktur, kościelnych czy świeckich. Monastycyzm już od jego początków można uznać za nośnika idei reformy, chociaż upatrywanie w nim modelowego życia chrześcijańskiego jest raczej czymś wtórnym®. Wydaje się, że takie ujęcie nie dostrzega faktu, że ten wskazywany „wzór życia chrześcijańskiego” to jedynie uboczny efekt walki prowadzonej z pierwotnym buntem. Ceną ponownego włączenia w całość struktury jednostki, czy też rewolucyjnej w swym duchu wspólnoty, jest ograniczone i często czysto deklaratywne uznanie sensowności ich buntu. Idea reformy jest więc w monastycyzmie przechowywana, ale nie w tak stosunkowo harmonijny i oczywisty sposób, lecz o wiele bardziej przewrotnie: jest to rodzaj ceny płaconej przez Kościół za pozyskanie buntowników, tak w czasach Ojców Kościoła, jak i później. Charakterystyczna jest w tym przypadku historia św. Franciszka z Asyżu, który buntował się przeciwko zastanej postaci Kościoła i społeczeństwa, ale grono jego uczniów pragnących naśladować go w buncie staje się szybko jednym z ważnych elementów podpierających silnie uhierarchizowaną władzę duchową i doczesną w całym świecie zachodniego chrześcijaństwa. ’ Por. G. B. Ladner, The idea of Reform, Eugene/Oregon 2004, zwłaszcza część trzecia: „Monasticism as a vehicle of the Christian idea of reform in the Age of the Fathers”, s. 319—424. Zakon krzyżacki - kolejna chybiona rewolucja^ Szeroko pojęte idee ruchu franciszkańskiego zostały w jakimś stopniu włączone w duchowe dziedzictwo Kościoła, żyją i są promowane i popularyzowane, ale w tej swojej przemienionej wersji nie zachęcają już do buntu, lecz wprost przeciwnie: do jeszcze pokorniejszego posłuszeństwa. Swoją regułę św. Franciszek (1182-1226) rozpoczyna uroczystym przyrzeczeniem posłuszeństwa papieżowi i rzymskiemu Kościołowi, a przecież pierwotnie wszelkie monastyczne idee były dla niego czymś obcym’. Aby móc wpłynąć na historię Kościoła i świata, historię sztuki i historię kultury, odmienić ją w często rewolucyjny sposób, poszczególne wspólnoty muszą się wyrzec tego, co w nich najbardziej własne, a więc buntu przeciwko Kościołowi i światu, przeciwko sztuce i kulturze. Przykładów tego paradoksalnego wymiaru życia monastycznego jest wiele. Klasztory będące pierwotnie i w zamierzeniu miejscami ucieczki od cywilizacji i kultury stają się we wczesnym średniowieczu miejscami ich przechowywania i przekazywania kolejnym pokoleniom. Uciekająca przed zalewem barbarzyństwa rzymska arystokracja znajduje ucieczkę w klasztorach na ostatnich krańcach upadającego cesarstwa, jak na przykład na Wyspach Leryńskich, ale po jakimś czasie opactwa prowadzące misje wśród pogan można określić mianem forpoczty państw Merowingów i Karolingów”. Opactwa te tworzą wręcz mapę Europy, stają się fundamentem średniowiecznej struktury społecznej, a dokonują tego w pewnym sensie dzięki swojej ucieczce i wycofaniu się, poprzez tworzenie struktur alternatywnych. To samo ukazują późniejsze dzieje cystersów: od surowości i prostoty zaszytych w głuszy klasztorów pokutujących mnichów do okazałych rezydencji możnych mecenasów sztuki i kultury, bez uwzględnienia których nie da się napisać historii Europy w jakimkolwiek jej aspekcie. To wcale nie dzieje upadku i „odchodzenia od pierwotnej gorliwości”, ale właśnie siła pierwotnego buntu ujęta w karby instytucji, wynik zmagania pomiędzy energią dążącą do zmiany a stabilizującą siłą zachowawczą. W konsekwencji pierwotny bunt i kontestacja realizuje się na inny sposób współtworząc to, przeciwko czemu się zwracały. Tak oto możemy w końcu przejść do tematu powstających w czasach wypraw krzyżowych zakonów rycerskich. W swoich początkach są one alternatywą dla wszechobecnego systemu wasalnego, stają się miejscem realizacji cnót rycerskich bez wchodzenia w zależności senioralne. Ich w tym względzie rewolucyjny potencjał był jednak natychmiast wykorzystany tak przez papiestwo, jak i cesarstwo. Przykładem niech będzie więc „nasz” zakon krzyżacki. Z pewnością papież Innocenty III i jego bezpośredni następcy angażując swój autorytet w powstawanie państwa krzyżackiego na północnych peryferiach Europy myśleli o stworzeniu struktury społecznej odmiennej od funkcjonującego w Europie schematu feudalnego, gdzie napięcie pomiędzy władzą świecką i kościelną prowadziło do nieustannych konfliktów, a system ekonomiczny okazywał się niewydolny. Dokumenty, na mocy których działał legat papieski na Europę Północną, Wilhelm z Modeny (ok. 1184-1251), wyraźnie to potwierdzają. Poddanie nowo kolonizowanych krajów pod bezpośrednią zwierzchność papieża miało zapewnić im wyjątkową pozycję i niezależność: miały tu powstać „wolne ’ Por. H. Tode, Franz von Assisi und die Anfange der Kunst der Renaissance in Italien, Essen 1997, s. 42. ‘^ Por. R Prinz, Frtihes Mónchtum im Frankenreich, Miinchen-Wien 1965, zwłaszcza „Lerinum und sein Einfluss in Gallien” s. 47-87, oraz „Die Klóster der Merowinger und Karołinger [486-768]”, s. 152-262. 84 Piotr Napiwodzki państwa misyjne”". Realizację tego prawdziwie rewolucyjnego projektu powierzono w dużej mierze zakonom rycerskim (krzyżakom, a w początkowej fazie również kawalerom mieczowym). Obecną w tych zakonach nowość próbowano wykorzystać zatem do stworzenia czegoś nowego także na płaszczyźnie polityczno-państwowej, co jednak szybko ześlizgnęło się w stare koleiny społeczeństwa średniowiecznego: charyzmatyczni rycerze stali się jedynie specyficznym rodzajem feudalnych władców. Także cesarz Fryderyk II (1194-1250) od początku istnienia Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie doceniał jego nowatorski charakter. W praktyce oznaczało to, że z rycerzy zakonnych „utworzył mały corps d’elite, wolny od okowów feudalnych i zewnętrznych wpływów świeckich i duchownych panów, niezależny, godny zaufania, bezwarunkowo lojalny wobec niego - niewielki oddział, który jednak był bezpośrednio na usługach cesarstwa jako miecz i oręż, a w sprawach duchowych podlegał jedynie papieżowi”'2. Powtarza się więc ta sama historia. Mnisze i zakonne dążenie do niezależności wyrosłe z kontestacji dotychczasowych struktur popada w jeszcze ściślejsze zależności i wykorzystywane jest do tworzenia struktur jeszcze bardziej opresyjnych, chociaż w jakimś stopniu nowatorskich, tak w zamierzeniach, jak i realizacji. Koniec państwa zakonnego w Prusach to moment przyjęcie przez nie reformacji. W kontekście naszych rozważań warto przyjrzeć się samej postaci Marcina Lutra i całemu ruchowi reformy na progu epoki nowożytnej. Luter bowiem to w końcu mnich-buntownik par excellence. Kościołowi nie zawsze udawało się wchłaniać różne rodzące się w nim nieorto-doksyjne ruchy. Charakterystyczne, że wywodziły się one najczęściej z kręgów monastycznych i rozwijały później na tym właśnie gruncie. Wspomnijmy tu chociażby mnicha Pela-giusza (ok. 360- ok. 435) i kontrowersję dotyczącą natury i łaski, która w tak zdecydowany sposób wpłynęła na całą teologię Zachodu oraz, wymienionego już wyżej, Opata Joachima z Fiore. Wystąpienie Lutra można rozpatrywać w kategorii kolejnego buntu, który dzięki sprzyjającym warunkom zewnętrznym trwale naznaczył epokę nowożytną w Europie. Za-konnik-augustianin wychodzi poza ramy kontestacji świata, którą i tak naznaczona była przecież jego reguła zakonna i na nowy sposób zmaga się z tematyką wolności i posłuszeństwa dostrzegając jej paradoksalny charakter w odniesieniu do każdego ucznia Chrystusa. Luter w traktacie z 1520 roku pod tytułem O wolności chrześcijańskiej, posługując się an-tytetyczną, podwójną tezą, głosi, że „chrześcijanin jest w pełni wolnym panem wszystkich rzeczy i nie podlega nikomu”, a zarazem „chrześcijanin jest najuleglejszym sługą wszystkich rzeczy i podlega wszystkim”'^. Sam Luter pisze, że jest to jedynie interpretacja różnych fragmentów pism św. Pawła (1 Kor 9, 19, Rz 13, 8, Gal 4, 4). To myślenie nie przez przypadek dojrzało właśnie w umyśle zakonnika, bo znakomicie oddaje napięcie pomiędzy wolnością i posłuszeństwem wyostrzone w takim właśnie sposobie życia. Ruch reformy protestanckiej przyjął bardzo różne kształty, ale często dążenie do chrześcijańskiej wolności kończyło się tworzeniem skrajnie rygorystycznych wspólnot (jak niektóre odgałęzienia kalwinizmu czy anabaptyzmu, a więc także nasz „swojski” mennonityzm) przypominających wielkie, obejmujące wszystkich chrześcijan klasztory o bardzo surowej regule. Odejście w imię wolności " Por. G. A. Donner, Kardinai Wilhelm von Sahina, Helsingsfors 1929, s. 79-83. E. Kantorowicz, Fryderyk II J194—1250, Oświęcim 2017, s. 80. Por. O. H. Pesch, Hinjiihrung zu Luther, Mainz 2004, s. 200. Zakon krzyżacki - kolejna chybiona rewolucja 85 od monastycyzmu wybieranego przez niektórych sprowadzało często monastyczny sposób życia na wszystkich. Reforma, także zresztą w postaci katolickiej, posługiwała się chętnie rozszerzaniem posłuszeństwa właściwego dla życia zakonnego na tych, którzy wcześniej nie podlegali jej regułom, w pierwszym rzędzie na wszystkich duchownych. Surowa monastyczna dyscyplina obowiązująca całe społeczeństwo świeckie jest charakterystycznym przejawem reformacji tak skądinąd entuzjastycznie wznoszącej hasła przeciwko „opresji” kościoła średniowiecznego'^. Bunt przeciwko opresji pociągał za sobą jeszcze większą opresję - koniec państwa zakonnego przyniósł pojawienie się słynnego ze swojego rygoryzmu państwa pruskiego. Tu właśnie, w wymiarze duchowym i intelektualnym, ma swój początek znany nam (często tak znienawidzony i zarazem podziwiany) „pruski rygor”. Na marginesie, aby spojrzeć jeszcze z innego punktu widzenia na całość problematyki, wskażmy jeszcze przykład kobiet realizujących w różnych epokach powołanie zakonne. W intencji dokonanie takiego wyboru było (i jest) kontestacją tradycyjnego systemu pa-triarchalnego. Tak zwane „pójście do zakonu” było przez setki lat jedynym sposobem na wyrwanie się z tradycyjnie przypisywanych kobietom ról. Wspólnoty mniszek i zakonnic funkcjonowały jednak zawsze w większej strukturze Kościoła, gdzie patriarchat był czymś jeszcze bardziej widocznym. Sprzeciw wobec patriarchatu był więc w praktyce wpadaniem w system jeszcze bardziej patriarchalny, w którym pozycja kobiety była z reguły niższa niż w społeczeństwie świeckim. Historia zna oczywiście przełożone klasztorów, które wybiły się na niezależność i odgrywały ważną rolę również w swoim dalszym otoczeniu, ale to raczej wyjątki niż reguła. PODSUMOWANIE Zarysowany w powyższych przykładach paradoks monastycznego buntu, który jest neutralizowany i zaprzęgany do budowania struktur, przeciwko którym pierwotnie się buntował, jest prawdopodobnie jedynie przejawem bardziej fundamentalnego i tkwiącego w całym chrześcijaństwie (a może nawet po prostu w ludzkiej naturze) ściśle eschatologicznego problemu. Nie ma tu miejsca, aby pogłębić ten kierunek refleksji, ale podsumowująco można stwierdzić, że postulowany czasami na łonie chrześcijaństwa dystans do spraw tego świata, na przykład do społeczeństwa świeckiego i szeroko rozumianej polityki, jest niemożliwy do osiągnięcia, a przy próbach urzeczywistnienia przekształca się często w swoją karykaturę lub własne zaprzeczenie. Modelem tego zjawiska jest właśnie życie monastyczne w historycznych przejawach i aktualnych realizacjach. Cóż może być bowiem bardziej „politycznego” niż tak zwane „państwo zakonne”, które przez kilka stuleci istniało na naszych ziemiach? Być może tylko dawne „państwo kościelne” na terenie Włoch.... To fundamentalne pękniecie nie jest więc czymś niespotykanym czy oryginalnym, ale w zakonie krzyżackim urosło do rangi nieprzezwyciężalnej aporii prowadzącej wprost do karykatury. Dlaczego? Gdy cała Europa (także w jakimś stopniu Królestwo Polskie) w naturalny sposób zwróciło się ku rozwijającej się szybko nauce, kulturze i sztuce, gdy tworzono uniwersytety i rozwijano '* Por. D. MacCulloch, The Reformation, New York 2005, zwłaszcza rozdział 14: „Death, Life and Discipline”, s. 576-607. 86 Piotr Napiwodzki ekonomię opartą na doświadczeniach bankowości włoskich miast-państw, to w państwie zakonnym obserwujemy dziwne zjawisko. Stworzono tu bowiem niemalże od podstaw, korzystając głównie z zasobów cywilizacyjnych cesarstwa, nowoczesny i imponujący system zamków i miast, w szybkim czasie i z całą konsekwencją zapewniono materialne podstawy do gospodarowania i zarządzania zdobytymi i zasiedlanymi terenami*’. Cóż z tego, jeśli zabrakło teleologicznego w swej naturze (również być może teologicznego) pytania właściwego dla refleksji filozoficznej: „Po co to wszystko?” Postawiono wspaniałe budowle nie dbając o ich intelektualne-duchowe fundamenty, co zaowocowało w dalszej perspektywie wielopłaszczyznową niewydolnością państwa krzyżackiego (maskowaną jedynie cywilizacyjnym zacofaniem i nieudolnością organizacyjną jego sąsiadów) i kompromitującym brakiem perspektywicznego planowania. Dopiero włączenie się w nurt reformacji (która nie wzbraniała się przed duchowym i intelektualnym zmaganiem się z fiaskiem swojego pierwotnego buntu) pozwoliło na intelektualny i duchowy „oddech”. Zarysowane wyżej pęknięcia na płaszczyźnie teologiczno-filozoficznej właściwe wszystkim monastycznym czy zakonnym strukturom (a wypływające z ich pierwotnie kontestującego charakteru zaprzęgniętego w budowanie tego, co trwałe i często opresyjne) w wielu przypadkach potrafiono twórczo przekraczać (chociaż oczywiście nie w sposób definitywny i ostateczny). Tak na przykład przywoływani wyżej franciszkanie, którzy targani zewnętrznymi przeciwnościami i wewnętrznymi sporami wielokrotnie stali na krawędzi całkowitego unicestwienia, dzięki intelektualnej pracy podjętej już w pierwszych pokoleniach (wymieńmy chociażby takie postaci jak Aleksander z Hales, ok. 1183-1245, Bonawentura, 1217-1274, Jan Duns Szkot, 1266-1308), Roger Bacon, ok. 1214-1292), są do dzisiaj potężnym zakonem rozprzestrzenionym na wszystkich kontynentach, czego z pewnością nie można powiedzieć o zakonie krzyżackim. Odrestaurowany i przekształcony w muzeum Malbork jest z pewnością imponujący, ale to jednak nie jest żywy do dzisiaj Asyż z całym swoim kulturowym i ciągle promieniującym dziedzictwem (nawet jeśli bywa ono problematyczne czy kontrowersyjne). Podstawy materialne są ważne, ale, jak się okazuje, łatwe do utracenia (można, na przykład, jakże banalnie, nie zadbać o obsadzających mury obrońców). Najgrubsze i najwyższe mury nie zabezpieczają przed upadkiem, który nieuchronnie groził (i grozi) strukturom zakonnym (a być może i szerzej: wszystkim ludzkim strukturom), a któremu można zapobiegać jedynie na płaszczyźnie ducha i intelektu. ” Literatura przedmiotu jest bardzo obfita, por. np.: M. Jackiewicz-Garniec, M. Garniec, T^mki państwa kr^giżackiego w (iawnych Prusach. Powidle, Warmia, Mazury, Olsztyn 2006; M. Stokowski, Krzyżacy - ich państwo i zamki, Wrocław 2002; M. Arszyński, Budownictwo warowne zakonu krzyżackiego w Prusach (1230-1454),Toruń 1995; idem. Zamki i umocnienia krzyżackie,w: Państwo zakonu krzyżackiego w Prusach, red. Z.H. Nowak i R. Czaja, Toruń 2000, s. 29-34. Towarzystwo Ziemianek i Towarzystwo pod wezwaniem św. Kingi na Powiślu... 87 Andrzej Lubiński TOWARZYSTWO ZIEMIANEK I TOWARZYSTWO POD WEZWANIEM ŚW. KINGI NA POWIŚLU ORAZ SPROWADZENIE PROCHÓW JULIUSZA SŁOWACKIEGO W1927 ROKU Ważnym źródłem do poznania dziejów Powiśla w okresie międzywojennym są materiały konsulatu RP w Kwidzynie znajdujące się w Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Teczka pt. „Konsulat RP w Kwidzynie” [Organizacje oświatowe, kulturalne, społeczne, polskie za granicą]. Towarzystwo Ziemianek [w Prusach, organizacja działalność, sprawozdania roczne, wycinki prasowe, korespondencja] 1924-1931. Dokumenty znajdujące się w niej do tej pory były mało wykorzystywane. Kilka lat temu opublikowałem trzy artykuły o Towarzystwie Kobiet pod wezwaniem św. Kingi na podstawie wiadomości podawanych przez „Gazetę Gdańską” i „Gazetę Olsztyńską” oraz na podstawie protokołów Towarzystwa św. Kingi z Trzciana, jakie przez wiele lat znajdowały się w rękach dr. Jana Wróblewskiego. Otrzymał je od mieszkanki Trzciana pani Berty Klóskowskiej w latach 60. XX wieku, gdy przygotowywał pracę doktorską pt. „Biblioteki polskie na Warmii, Mazurach i Powiślu w latach 1881-1939” i następnie przekazał je w latach 90. XX wieku prof. dr. hab. Januszowi Jasińskiemu z Olsztyna. Protokoły otrzymałem w roku 2012 od tego ostatniego. Wspomniany tekst ukazał się w roku 2017 w publikacji dedykowanej prof. dr. hab. Joachimowi Zdrence. Prezentowane niżej materiały z Konsulatu RP w Kwidzynie stanowią uzupełnienie tego, co do te pory wiedziano o tych organizacjach. Towarzystwo Ziemianek powstało w Wielkopolsce w roku 1910. Rok później powstaje Towarzystwo Ziemianek Polskich Pomorza. Na Powiślu również w roku 1910 założono Towarzystwo Ziemianek, jak podaje sprawozdanie za rok 1928. Należały do niego początkowo żony polskich ziemian z rodziny Sierakowskich, Donimirskich, Janta-Połczyńskich, Kowalskich, Szeliskich. W latach dwudziestych członkiniami zostaną żony bogatszych gospodarzy. Nie ma dokumentów obrazujących pierwsze lata działalności. Wiadomo jedynie, że Maria Donimirska z Małych Ramz pracowała ofiarnie na rzecz głodujących dzieci w Królestwie jako członkini tzw. Bazaru utworzonego w roku 1917 w Gdańsku. Natomiast żona Jana Donimirskiego z Bukowa - Zofia z Mittelstaedtów w latach I wojny światowej działała aktywnie w Komitecie Grudziądzkim na rzecz głodnych dzieci w 1916 r. Prowadziła działalność oświatową w ramach Towarzystwa Czytelni Ludowych jako prezeska. Liczebność członkiń Towarzystwa Ziemianek w latach 1924-1928 wynosiła: 1924-23, w 1925-26, w 1926-24, w 1927-30, w 1928-33 osoby. Ilość odbytych zebrań w kolejnych katach przedstawiała się następująco: 1924-4, 1925-6, 1926-6, 1927-6, 1928-6. Odczytów: 1924-4, 1925-6, 1926-6, 1927 brak danych, 1928-8. Ilość przedstawień i zabaw: 1924-1, 1925-1 w Postolinie, 1926-1, 1927-1, 1927-1, 1928-1 w Postolinie i bal w Sztumie. Zabaw dla dzieci w 1925-5. 88 Andrzej Lubiński Od 1922 prezeską Towarzystwa Ziemianek była Helena Sierakowska, sekretarką Maria Donimirska, skarbnikiem Kazimiera Wiśniewska z Pułkowic, bibliotekarką Wanda Doni-mirska. W 1927 członkinią zarządu została Katarzyna Grochowska z Kołozębia. Na zebraniach Towarzystwa Ziemianek dużą popularnością cieszyły się wykłady, które wygłaszały członkinie i nie tylko. W roku 1924 wykłady wygłosiły: Maria Donimirska „Czasy obecne a wychowanie młodzieży”, Stanisława Grochowska „Książe Józef Poniatowski”, Kazimiera Wiśniewska „Charakter a prawdziwe wykształcenie”, Stanisława Gawrońska „Juliusz Słowacki”, Celina Kowalska „Co ciekawego powiedzieć można o mowie ludzkiej w ogóle a naszej w szczególe”. W następnym 1925 roku można było wysłuchać wykładów: Stanisława Grochowska „Kompozytorzy polscy”, Emilia Chełkowska „Jak amerykanki pracują w Towarzystwach dziewczęcych przed stu laty”, Helena Sierakowska „Michał Anioł i Zygmunt Krasiński”, Ściborzanka „Życie umysłowe w Wielkopolsce przed stu laty”, Helena Sierakowska „Nieco o Humańszczyżnie z pokazami”, Szymańska „Wycieczka do Polski”. W roku 1926 wykłady wygłosiły: Marła Donimirska „O Stanisławie Staszicu”, Kazimiera Wiśniewska „Potęga przykładu”, Irena Orlikowska z Gdańska „O znaczeniu kobiety”, Aleksandra Morawska „Co powinniśmy wiedzieć z nauki o przyrodzie”, Helena Sierakowska „O sztucznych witaminach”, Teofila Górska „O życiu Matejki”, Maria Donimirska „O siłach drzemiących w naturze ludzkiej”, Wanda Donimirska „O Szopenie”. Następny rok przyniósł możliwość wysłuchania kolejnych wykładów: Wanda Donłmir-ska „Dlaczego zaleca się czytanie Chołoniewskiego ”. Celina Kowalska „O Słowackim”, Katarzyna Gawrońska „Znaczenie milczenia”, Helena Sierakowska „O znaczeniu organizacji w gospodarstwie domowym”, Stanisława Grochowska „Henryk Ziemianki na spotkaniu z Kazimierą Iłtakowiczówną (siedzi w pierwszym rzfdzie, trzecia od lewej) w 1935 r. Obok niej od lewej: Stefania Gawrońska Wartda Donimirska, Maria Donimirska, Izydora Osińska. Wgórnym rzfdzie od lewej: Irena Gawrońska, Salomea Pakabka, Aleksandra Morawska, połowa głowy NN, Antonina Schreiber, Pelagia Zenke, Jadwiga Szypniewska, Elżbieta Jankowska, Stefania Grochowska, Stanisława Fiszer Towarzystwo Ziemianek i Towarzystwo pod wezwaniem św. Kingi na Powiślu oraz sprowadzenie... 89 Sienkiewicz”. W roku 1928 można było wysłuchać następujących wykładów: Helena Sierakowska „ O naukach organizacji pracy”, Maria Donimirska „O paszeniu kur zimą”, Katarzyna Gawrońska „O Puławach”, Wanda Donimirska „O kapłonach”, Celina Kowalska „O hodowli drobiu”, Aleksandra Morawska „O przyjaźni”, Helena Sierakowska „ O zwalczaniu chorych drzew”, Emilia Chełkowska „O hodowli kur”. Jak widać tematy wykładów były zróżnicowane, znalazły się wśród nich zagadnienie dotyczące praktycznego prowadzenia gospodarstwa domowego przez kobiety. Ziemianki abonowały następujące gazety: „Przewodnik Katolicki”, „Bluszcz”, „Naokoło Świata”. Prowadziły prywatną bibliotekę do której sprowadzano książki o treści pedagogicznej, historycznej oraz pogadanki ludowe. Te ostatnie służyły do przygotowywania odczytów na zebraniach Towarzystwa św. Kingi. Zbiórka na potrzebujących w Chełmnie w roku 1924 przyniosła 100 sztuk nowej odzieży i 240 marek niemieckich (270 zł polskich). Bazar na cel dobroczynny przeznaczony był na kościół w Starym Targu. Tylko jedna delegatka z powodów wizowych i utrudnień pojechała do Grudziądza na zjazd Towarzystwa Ziemianek. Został też zorganizowany jeden zjazd kobiet należących do Ziemianek w Sztumie - 6 grudnia 1925 roku. Jedna delegatka wysłana została na zjazd wiejskich kół do Warszawy w tym samym roku. W roku 1927 zamówiono mszę świętą za śp. Marię Potocką, która zginęła w nieszczęśliwym wypadku, gdy spadła z konia a jej noga uwięzia w strzemieniu i koń wlókł ją kilka metrów zanim stangret go zatrzymał. Wypadek ten zdarzył się niedaleko wsi Napole koło Kowalewa Pomorskiego. Wysłano adres z życzeniami z okazji jubileuszu pracy twórczej pisarki Marii Rodziewiczówny. Zorganizowana została pielgrzymka 125 kobiet do Gietrzwałdu. Trzy osoby uczestniczyły w kursie robót ręcznych w Kwidzynie, Mikołajkach, Krasnej Łące. Członkinie zwiedzały gospodarstwo Jana i Celiny Kowalskich z Górek koło Kwidzyna. Założono „Towarzystwo popierania kultury polskiej”, jednak o jego działalności nie zachowały się żadne wiadomości. W 1928 r. na zjazd do Grudziądza miało pojechać 7 kobiet, ale z powodu zmiany terminu obrad na zjazd nikt nie pojechał. UDZIAŁ ZIEMIANEK I CZŁONKIŃ TOWARZYSTWA ŚW. KINGI W UROCZYSTOŚCIACH SPROWADZENIA PROCHÓW JULIUSZA SŁOWACKIEGO W 1927 R. Towarzystwo Ziemianek pod wezwaniem św. Kingi na Powiślu w liczbie 7 kobiet uczestniczyło w zjeździe Ziemianek w Grudziądzu oraz uroczystościach sprowadzenia prochów Juliusza Słowackiego do Polski w roku 1927. Znalazły się one w gronie 26 przedstawicieli Prus Wschodnich, jacy przybyli w godzinach popołudniowych we wtorek 22 czerwca do Grudziądza. Delegacji przewodniczyli konsul z Olsztyna Filip Zawada i wicekonsul z Kwidzyna Józef Gieburowski. Na dworcu przywitał ich prezydent Grudziądza Józef Włodek, który wydał przyjęcie na ich cześć w restauracji „Wielkopolanka”. Wieczorem w teatrze miejskim jeszcze raz prezydent powitał Polaków z Prus Wschodnich. Wtedy obejrzano dramat Juliusza Słowackiego pt. Lilia Weneda. 90 Andrzej Lubiński Gorącym orędownikiem sprowadzenia prochów poety do Polski był marszałek Józef Piłsudski. 14 czerwca 1927 roku na cmentarzu Montmartre rozpoczęła się ekshumacja szczątków Juliusza Słowackiego. Następnie trumna ulicami Paryża dotarła do polskiej ambasady, gdzie przemawiał polski ambasador Chłapowski. Przez cały dzień władze Paryża i społeczeństwo polskie mieszkające we Francji oddawało hołd poecie. O godzinie 2 w nocy miały miejsce uroczystos'ci pożegnania prochów Juliusza Słowackiego zmarłego w roku 1849. Z portu Cherbourg 16 czerwca do Polski wypłynął z trumną okręt „Wilja” dowodzony przez komandora Patałenza. Przez cały czas podróży do Polski prochom towarzyszyli dwaj literaci Jan Lechoń i Artur Oppman. Obszerne relacje ze sprowadzenia szczątków Juliusza Słowackiego zamieszczała prasa polska wydawana na Pomorzu reprezentująca różne opcje polityczne, jak: „Pielgrzym’, „Słowo Pomorskie”, „Gazeta Grudziądzka”, „Dziennik Bydgoski”. Organ Stronnictwa Narodowego „Słowo Pomorskie” pisał: O godz. 12 torpedowiec „Mazur” w południe wypłynął na pełne morze na spotkanie transportowca „Wilja”. Na pokładzie miejsca zajęli starosta morski gen. Zaruski, przedstawiciele władz, prasy. Na wysokości Jastarni o godz. 12 spotkały się dwa statki, na wysokości Helu zbliżyły się dwa trawlery i stanowiły eskortę honorową. O 6 wieczorem dobił do portu handlowego w Gdyni. Zaruski złożył meldunek przedstawicielowi rządu Dobruckiemu. W imieniu Komitetu i społeczeństwa przemówił dr Skowroński. Najwięcej informacji podał organ Chrześcijańskiej Demokracji „Dziennik Bydgoski”: Na przyjęcie zwłok Juliusza Słowackiego zebrało się w Gdyni około 5 tys. gości z wszystkich dzielnic Polski, kilkanaście wycieczek szkolnych, dwa wagony wieńców transportowano z kraju. Z powodu burzy i silnego wichru przyjazd statków nieco się opóźnił. Wśród przedstawicieli rządu zauważyliśmy ministra Dobruckiego, gen. Zaruskiego, starostę Lipskiego, burmistrza Krauzego, prezesa Syndykatu Dziennikarzy Pomorskich p. Teskę, komandora Unruga, gen. J. Hallera. Proboszcz Rozczynialski odprawił ceremoniał kościelny w asyście 4 księży. W imieniu Komitetu powitalnego powitał dr Skowroński”. Wieczorem 21 czerwca torpedowiec „Mazur” wyruszył do portu w Gdańsku, gdzie w kanale portowym trumna Słowackiego przeniesiona została na statek wiślany „Mickiewicz” by rozpocząć podróż do Krakowa. „Dziennik Bydgoski” dokładnie opisywał, jak mieszkańcy Pomorza oddawali hołd poecie: Przejazd statku wiozącego prochy zamienił się w piękną manifestację ludności pomorskiej. Pomimo ulewnego deszczu, który padał przez całe przedpołudnie gromadziły się tłumy ludności okolicznej. Punktualnie o godz. 10.15 statek wyruszył z Tczewa. W Gniewie wzdłuż brzegów Wisły ustawiły się bataliony piechoty z orkiestrą. Przybyły tłumy ludności z wieńcami, przedstawiciele władz miejskich. W chwili przejazdu statku, który nieco zwolnił biegu wojsko prezentowało broń, orkiestra grała hymn narodowy, potem salwy honorowe oddziałów piechoty. Na moście kolejowym pod Opaleniem udekorowanym emblematami narodowymi i zielenią Towarzystwo Ziemianek i Towarzystwo pod wezwaniem św. Kingi na Powiślu oraz sprowadzenie... 91 zgromadziła się ludność okolicy mimo ulewnego deszczu oddała hołd prochom wieszcza. W Nowem przybiła do statku łódź z delegacją Towarzystwa Powstańców i Wojaków w imieniu mieszkańców złożyła wieniec na trumnie. W chwili przyjazdu orkiestra grała hymn. Major Kor-niłowicz wygłosił do zebranej w kajucie załogi przemówienie o Słowackim. „Słowo Pomorskie” pod tytułem „Triumfalny powrót zwłok poety do Ojczyzny” podało: Tczew. Wojsko pod dowództwem płk Zapołskiego wraz z orkiestrą 2 Pułku Szwoleżerów i liczne delegacje o godz. 8 miejscowego Komitetu ze starostą Dytkiewiczem i burmistrzem Wojczyńskim wyjechała statkiem na spotkanie „Mickiewicza”. Punktualnie o godz. 9 przybył „Mickiewicz” w asyście statku „Tczew”. Mszę odprawił proboszcz Kupczyński. Natomiast pelpliński „Pielgrzym” napisał, kto wchodził w skład Komitetu powitalnego w Gniewie: Weszli w jego skład starosta Lemańczyk, inspektor szkolny p. Stryjkowski, gen. Trzaska Durski, dr Borowski, dowódca 2 Batalionu major Grabowski. O godz. 9 odbyły się uroczyste obchody, poczem wyruszono nad Wisłę. Statek miał przybić między 11-12, z powodu opóźnienia wyjazdu z Tczewa przyjechał o wpół do drugiej. Złożenie wieńca na trumnie odbyło się w Opaleniu. Wieczorem na sali Nowackiego uroczysta akademia, koncert dała orkiestra 65 p.p. Najdokładniejszy opis uroczystości w Grudziądzu dała miejscowa gazeta związana z ruchem ludowym, czyli „Gazeta Grudziądzka” założona przez Wiktora Kulerskiego: Miasto złożyło w godny sposób hołd prochom wielkiego wieszcza, które miało zaszczyt przez osiem godzin u siebie gościć. W poniedziałek rano o godz. 9.30 odbyło się w Farze uroczyste nabożeństwo żałobne. Odprawił je ks. prałat Bernard Dembek. Obecni byli przedstawiciele władz, prasy delegaci stowarzyszeń ze sztandarami. Przy katafalku otoczonym rzęsistym światłem i zielenią odprawione egzekwie i modły żałobne. W południe przybyła koleją wycieczka rodaków z Prus Wschodnich. Powitał ją na dworcu prezydent Józef Włodek w otoczeniu władz i prasy, poczem orkiestra odegrała hymn narodowy. O godz. 4.30 po południu syreny zwiastowały, że statek odpłynął z Nowego. Największa część składu handlowego na mieście, gdzie powiewało dużo chorągwi narodowych została na ten sygnał zamknięta (Niemcy tego przeważnie nie uczynili). Nad wieczorem już zawczasu przymaszerowały nad brzeg Wisły oddziały wojsk z orkiestrą a ludności tak olbrzymie napływały fale, że chyba nie będzie przesadą, że dobrze połowa mieszkańców tam się znalazła. Było coś dużo przyjezdnych z okolicy i dalszych miejscowości. Na dole oprócz wojska, delegacji i towarzystw ze sztandarami. Tuż przy girlandami udekorowanym miejscu, gdzie statek ze zwłokami miał zarzucić kotwicę zgromadzili się członkowie Komitetu, liczne duchowieństwo, prezydent miasta Włodek z urzędowym złotym łańcuchem na szyji, przedstawiciele władz cywilnych. Nader malowniczy widok przedstawiały stoki Góry Zamkowej, gdzie zbite masy tysięcy ludzi wśród zieleni traw i krzewów sprawiały wygląd wzorzystego kobierca. Panował wzorowy spokój i porządek. Skoro 92 Andrzej Lubiński w oddali ukazał się na Wiśle statek odezwał się silny świst syren i zabrzmiały dzwony miejscowych kościołów. Prawie punktualnie o 6 wieczorem dobił do brzegu. Jego nazwa „Mickiewicz”. Jakże może przypadkiem stosownie statek ten dobrano. Poeci za życia powaśnieni, pogodzili się przed śmiercią i oto statek ten wiezie na swoim pokładzie Juliusza Słowackiego a w grobowcach na Wawelu obydwaj spoczywać będą w miłości snem wiecznym. Zagrzmiał huk trzykrotnej salwy danej przez wojsko, dzwony umilkły, orkiestry odegrały hymn. Słońce milej zajaśniało. Tym lepiej widzieć można na pokładzie statku katafalk pokryty czerwona materią a na nim hebanową trumnę. Po czterech bokach trumny płonęły znicze. Straż honorową pełniło 4 żołnierzy marynarzy i 4 posterunkowych policji. Na pokład wszedł ks. prałat Dembek w asyście księży odprawił modły. Orkiestra odegrała marsz żałobny. Przedstawiciele władz z Włodkiem złożyli wieniec wielki u stóp trumny od mieszkańców Grudziądza. Oddzielny wieniec z napisem „Wieszczowi Narodu - Wiktor Kulerski, poczem młodzież szkolna, towarzystwa. W końcu inni defilowali przed trumną składając hołd prochom sławnego rodaka. Wieczorem w teatrze miejskim odbyło się przedstawienie tragedii „Lilia Weneda”. O godz. 2 nad ranem pożegnano zwłoki na statku a po 20 minutach tamże przy dźwiękach orkiestry wyruszył do Torunia eskortowany przez miejscową policję pod komendą komisarza Dobrochłopa. Kto uczestniczył w wczorajszym obchodzie z pewnością przez całe życie te wzniosłe chwile w niezatartej zachowa pamięci. Pelpliński „Pielgrzym” na pierwszym miejscu akcentował uroczystości religijne, następnie opisywał uroczystości świeckie. Uroczystości w Grudziądzu uznane zostały za najlepiej zorganizowane na całej trasie przejazdu prochów poety. Ciekawy opis uroczystości w Grudziądzu zostawiła w swoich wspomnieniach „Bóg dał nam czas próby” Marła Donimirska z Małych Ramz. Pisze ona: Pierwszy dzień wakacji spędziły starsze dzieci na obchodzie sprowadzenia zwłok Słowackiego w Grudziądzu. Bardzo byli przejęci widzianymi uroczystościami, które dla delegacji Związku Polaków z Okręgu Powiśle specjalnie świetnie wypadły. Delegacja złożyła wieniec z napisem, rozmaici ludzie fotografowali ich, jakiś reporter rysował tatusia, mnóstwo sławnych ludzi, jak Or-Ot (Artur Oppman), Lechoń zawierało znajomość z tatusiem. Delegacja nasza otrzymała jedno z pierwszych miejsc w defiladzie. Trumna Słowackiego, skromna, czarna, opasana była na krzyż wstęgą narodową. Wieczorem odegrano w teatrze „Lille Wenedę”. Przed rozpoczęciem przedstawienia prezydent Józef Włodek przemówił o doniosłości uroczystości, a ponadto powitał delegację Związku Polaków z Powiśla. W czasie przedstawienia nie brakowało epizodów komicznych. Aktorzy za sceną nie byli w złotych humorach, więc na widownię dolatywały cierpkie uwagi, jak „Panie pilnuj sam sobie swojej harfy”, „Proszę zabrać swoje maski”, „Nie zgub peruki”, itp. My tymczasem z Lolem, Zunią i Metulem niecierpliwie wyczekiwaliśmy w czwartek od rana przyjazdu naszego rodzinnego gronka. Jechali oni autem do Gardeł, potem już pociągiem. Po Grudziądzu z wielką pompą goszczono prochy poety w Toruniu 23 czerwca. Program był następujący: o godz. 11.30 w kościele św. Jana nabożeństwo żałobne oraz wykonane utwory muzyczne przez koncertmistrza prof. Blaschke na wiolonczeli i skrzypcach pana Towarzystwo Ziemianek i Towarzystwo pod wezwaniem św. Kingi na Powiślu oraz sprowadzenie... 93 Wistera. Na godz.lj powitanie trumny i złożenie kwiatów. Statek nie będzie przybijał do brzegu i zatrzyma się na kotwicy na środku rzeki. Gdy ukaże się statek nastąpi jeden wystrzał armatni, hejnał z ratusza a zjednoczona orkiestra wykona Poloneza As-elur Chopina. Następnie rozpocznie się składanie wieńców przez starostę krajowego dr Józefa Wybickiego w imieniu samorządu Pomorza, a Antoni Antczak w imieniu całej ludności Torunia. Wieczorem w teatrze miejskim odegrany zostanie „Kordian”. Natomiast 28 czerwca, gdy trumna spocznie na Wawelu, wystawiony zostanie „Helsztyński” poprzedzony przemówieniem prof. Munnicha. Do Warszawy prochy poety płynęły Wisłą. Na przygotowaną trybunę przy nabrzeżu wszedł dziennikarz i pisarz Zenon Przesmycki i wygłosił przemówienie. Następnie kondukt ruszył w kierunku katedry św. Jana. Przy kolumnie Zygmunta zabrzmiały wszystkie dzwony. Z zamku wyszedł prezydent RP Ignacy Mościcki i wygłosił przemówienie. Rano odprawiono nabożeństwo żałobne i trumnę odprowadzono na dworzec główny, skąd pociągiem specjalnym o godz. 12 odjechała trumna poety do Krakowa. Na uroczystości do Krakowa marszałek Józef Piłsudski udał się samochodem. Uczestniczyć będą również w uroczystościach krakowskich członkowie rządu. Po odprawieniu przez biskupa Rosponda mszy po-lowej w Barbakanie, trumna przeniesiona została na rydwan i korowód ruszył na Wawel, gdzie dwaj poeci spoczęli obok siebie. *** Ziemianki powiślańskie były również zaangażowane w powstanie Towarzystw Kobiet Chrześcijańskich pod wezwaniem św. Kingi, jakie zaczęły powstawać w latach 1918-1919 na Powiślu. Objęły one swoim patronatem cztery koła w; Starym Targu, Sztumie, Postolinie i Mikołajkach. Koło w Nowym Targu wyodrębniło się z Towarzystwa św. Kingi w Starym Targu. Natomiast koła w Trzcianie i Sadłukach powstały w latach 30. dwudziestego wieku. Towarzystwem pod wezwaniem św. Kingi w Sztumie kierował zarząd w osobach: Wanda Donimirska przewodnicząca, Aleksandra Morawska, Agnieszki Błock oraz pań Gromek, Lencner, Almy Golisz, Aurelii Morawskiej. Piecziftka triljkątna: Towarzystwo Kobiet im. św. Kingi Sztum (Powiśle) f^w»rTwiiw» rtobltl^ ,n ania łw Hlnfł R • )»ta«2^ .. . Otźcisk pieczątki: Towarzystwo Kobiet im. św. Kingi Podstolin 94 Andrzej Lubiński W Starym Targu przewodniczącą była Helena Sierakowska, sekretarką Dziędziełówna, skarbniczką Franciszka Kuśmider, bibliotekarka Zakrzewska, członkinią Emilia Chełkow-ska. W Nowym Targu: Emilia Chełkowska przewodnicząca, Eleonora Juchta zastępczyni, Kazimiera Górska sekretarka, Maria Izdepska skarbniczka. W Mikołajkach przewodniczącą była Zofia Schreiber, sekretarką Franciszka Nowak, skarbniczką Maria Kwiatkowska, bibliotekarką Franciszka Nowak. Prezeską Towarzystwa św. Kingi w Postolinie była Maria Donimirska, sekretarką Helena Radtke, skarbniczką Maria Nowak, bibliotekarką Gertruda Nowak, zastępczynią bibliotekarki Wanda Budnowska, ławniczkami Rozalia Kochańska, Monika Fankner, Maria Barcz. W latach 1924-1928 stan liczbowy Towarzystwa św. Kingi na Powiślu wynosił: Postolin 1924-90, 1925-50, 1926-47; Mikołajki 1924-70, 1925-60, 1926-60; Stary Targ 1924-130, 1925-130, 1926-86; Sztum 1924-64, 1925-75, 1926-66; Nowy Targ 1926-58. Można też podać ogólną ilość wystawionych przedstawień w liczbie 12 i zabaw 6 w Postolinie, Mikołajkach, Sztumie, Starym Targu, Nowym Targu dla lat 1924-1926. Natomiast w roku 1927 podano ilość zorganizowanych zabaw ogólnie 8, zamówionych mszy 9, książek przeczytanych 708. Członkiń było 262. Następny rok 1928 wykazał 319 członkiń, zorganizowanych zabaw 5, przeczytanych książek 562. Każde spotkanie kobiet kończyło się tradycyjnym wspólnym wypiciem kawy i spożywaniu słodyczy. Najwięcej przedstawień teatralnych przygotowano w Postolinie, ponieważ Maria Donimirska była reżyserką wszystkich spektakli. Znane jest tylko jedno przedstawienie amatorskie z tytułem „Małżeństwo Loli” wystawione w Sztumie. Nagrodą za pilne uczęszczanie na zebrania były książeczki do nabożeństwa i kalendarze mariańskie. Podczas zebrań miały miejsce również deklamacje wierszy, wspólne śpiewy, oglądanie przeźroczy, które prezentowały prelegentki. "Tak jak w Towarzystwie Ziemianek, tak też w towarzystwie św. Kingi duży nacisk kładziono na organizowanie wykładów dla członkiń. Bardzo często wykłady rozpoczynały się od słowa „O”. W Postolinie były następujące tematy w roku 1924: „O paramentach kościelnych”, „O dobrym zachowaniu młodzieży na zabawach wycieczkach”, „O kanonizacji świętych”, „O miastach polskich”, „O Marsie i jego zbliżeniu się do ziemi”, „Legenda o 7 braciach śpiących”, „O świętym Antonim, z Padwy”, „O stosunkach społecznych w bołszewii”, „O Edisonie”, „O królowej Jadwidze”, „O przewiezieniu zwłok Henryka Sienkiewicza”, „O grobach zasłużonych”. To samo było w Mikołajkach: „O astronomii”, „O biskupie i obrzędach kościelnych”, „O szczepie z którego naród polski pochodzi”, „O charakterze człowieka”, „O tegorocznym jubileuszu świętym”, „O adoracji najświętszego Sakramentu”. Wykłady wygłaszała Maria Donimirska. W Sztumie podane są już nazwiska osób prezentujących dany temat. Izydora Osińska mówi „O świętej Elżbiecie”. Emilia Chełkowska „O Matce Boskiej Częstochowskiej”, pan Franciszek Bartsch „Na czym zasadza się miłość do ojczyzny”, Wanda Donimirska „Nienawiść bolszewików do Boga”, ta sama wygłosi jeszcze: „O gwiazdach i księżycu”, „O wyborach”, „O panowaniu nad sobą”, „Św. Benedykt”, „Koral, gębka i kreda”, „Wybory a niebezpieczeństwo chwili”, pan Kucharski „O naszym położeniu w Prusach Wschodnich”, W roku 1925 członkinie Towarzystwa św. Kingi w Sztumie wysłuchały pogadanek Wandy Donimirskiej „O królowej Jadwidze”, Izydory Osińskiej „O konstytucji’, posła Jana Towarzystwo Ziemianek i Towarzystwo pod wezwaniem św. Kingi na Powiślu oraz sprowadzenie... 95 Na pierwszym planie Izydora Osińska, prezeska Towarzystwa Iw. Kingi w Sztumie, zgrupĄ dzieci Baczewskiego „O szkołach i wychowaniu”, Teofili Górskiej „O świętej Genowefie”, Izydora Osińskiej „O charakterze”, Brunona Różyckiego „O idei”. W Starym Targu kobiety mogły wysłuchać wystąpień: Heleny Sierakowskiej „Naokoło świata” , „O rozszerzaniu się katolicyzmu”, „ O Lourdes”, ks. Józefa Przeperskiego „O świętym roku” i „O św. Elżbiecie”, Emilia Chełkowskiej „O bohaterach polskich” i „O sztuce polskiej”, posła Jana Baczewskiego „O obywatelskim wychowaniu dzieci”. Postolińskie kobiety mogły wysłuchać wystąpienia Marii Donimirskiej „O roku świętym połączonym z wyświetleniem obrazów świetlnych”, „O wydobywaniu złota”, ks. Pawła Mateblowskiego „O cmentarzach”. W Mikołajkach Maria Donimirska mówiła „O jubileuszu kościelnym” i na temat „Wyrób szkła”, Emilia Chełkowska „O strojach słowiańskich”, Helena Sierakowska „O jajku wielkanocnym”, Kazimiera Wiśniewska „Jak ludzie dawniej się rządzili”, Szymańska „Wycieczka do Polski”, Wanda Donimirska „O św. Jadwidze”, Salomea Grochowska „O Częstochowie”. Mikołajskie członkinie Towarzystwa św. Kingi wysłuchały w roku 1926 trzech wykładów. Izydora Osińska mówiła „O świętym Wojciechu”, Marła Donimirska „O powstaniu pieniędzy”, Helena Sierakowska „O świętym Stanisławie Kostka”. W Postolinie wszystkie wykłady wygłaszała w tym roku Maria Donimirska: „Legendy z życia Dzieciątka Jezus”, „O śmierci ks. kard. Dalbora i arcybiskupa Cieplaka”, „Bolszewizm w Rosji”, „O cudownym obrazie Matki Boskiej Częstochowskiej”, „O zjeździe katolickim w Warszawie”, „Żywot św. Stanisława Kostki”, „O rozpowszechnianiu różańca świętego”, „O regulaminie Towarzystwa św. Kingi”. Członkinie w Starym Targu mogły dowiedzieć się „O zwyczajach Bożego Narodzenia” przygotowane przez Helenę Sierakowską oraz „O uroczystości wręczenia berła w Częstochowie”, „O zjeździe katolickim”, „O wychowaniu” „O zmianie statutu 96 Andrzej Lubiński Towarzystwa i żywocie Marianny Franciszki”. Emilia Chełkowska trzy razy występowała z następującymi tematami: „O królowej Jadwidze”, „O Stanisławie Kostce”, „O domu rodzinnym”. Sztumskie kobiety zrzeszone w Towarzystwie św. Kingi mogły wysłuchać aż 11 wykładów. Wanda Donimirska przygotowała: „O chwili obecnej”, „Z życia Marii Leszczyńskiej”, „Bieżące wypadki”, „Z życia nieznanego bohatera polskiego”, „O św. Franciszku z Asyżu”, a Brunon Różycki „O wychowaniu młodzieży”. Izydora Osińska mówiła „O konstytucji 3 maja”, „O znalezieniu krzyża świętego”, „O dobrym przykładzie”, „Dlaczego kościół obchodzi nabożeństwo różańcowe”, „Jak powstało szkło”. W Nowym Targu odczyty wygłaszała Emilia Chełkowska: „O bajecznych dziejach Polski”, „O życiu dziewicy orleańskiej”, „O domu rodzinnym”, „O celu Towarzystw i zebraniach”, „O postępie”. Towarzystwo Ziemianek i Towarzystwo Kobiet Chrześcijańskich pod wezwaniem św. Kingi na Powiślu prowadziło aktywną działalność wśród swoich członkiń na niwie religijnej, oświatowej, kulturalnej, narodowej o czym świadczyły prezentowane wykłady oraz organizowane zabawy, amatorskie, przedstawienia teatralne i opieka nad dziećmi. Dane liczbowe pokazujące działalność tych dwóch organizacji stanowią istotne uzupełnienia informacji tabelek, jakie prezentowane były w tabelkach we wcześniejszych moich publikacjach. Wykorzystana literatura: • M. Donimirska, Bóg dai nam czas próby, Sztum 2012. • A. Lubiński, Towarzystwo s'w. Kingi w Sztumie w latach 1918—1939. [w] 600 lat Sztumu pod red ks. A. Starczewskiego i R. Biskupa. Bernardinum 2017. • A. Lubiński, Towarzystwo s'w. Kingi na Powiślu w latach 1918—1939 w świetle „Gazety Gdańskiej’'i „Gazety Olsztyńskiej” [yv] Vivat Pomesania, pod red. S. Ewertow-skiego, M. Karczewskiego, M. Żmudzińskiego. Olsztyn 2015. • A. Lubiński, Towarzystwo s'w. Kingi w Trzcianie 1934—1938, [w] Pomerania Et Alia Opuscula Joachimo Zdrenka Dedicata, pod red. J. Karczewska, M. Tureczek, Toruń 2017. • Wybrane numery: „Gazety Grudziądzkiej”, „Dziennika Bydgoskiego”, „Pielgrzyma”, „Słowa Pomorskiego” z czerwca 1927 roku. • Pan Adam Langowski udostępnił mi teczkę z Konsulatu Polskiego RP w Kwidzynie, za co serdecznie dziękuję. Historie nie tylko malborskie. O pomnikach, które wędrowały 97 Ryszard Rząd HISTORIE NIE TYLKO MALBORSKIE o POMNIKACH, KTÓRE WĘDROWAŁY Pomniki stanowią dziedzictwo kulturowe każdego narodu, ucieleśniają wzniosłe idee honoru i patriotyzmu, przypominają o wydarzeniach historycznych i ważnych postaciach. Tak było i w przypadku obiektów na terenie rejencji kwidzyńskiej powstałych w latach 1815-1919. Choć nieme, wiele mówiły o tych, którzy obok nich żyli. Świętowano przy nich rocznice, manifestowano przywiązanie do Ojczyzny i panującej dynastii. Bywały jednak także obiektami mniej lub bardziej objawianej niechęci. Pomnik cesarza Wilhelma I w Nowym Mieście Lubawskim stał się nawet celem swego rodzaju „małego sabotażu”. Wiosną 1919 r. pewna „niewidzialna ręka” ustawiła pod nim stare buty z karteczką z dowcipnym wierszykiem: „Powiem ci coś na ucho, z Niemcami jest bardzo krucho”. Ładunek treści patriotycznych lub propagandowych sprawiał, że wielokrotnie były niszczone. Takie sytuacje miały miejsce pod każdą szerokością geograficzną, od czasów faraonów do nam współczesnych. Dokonywano tego wbrew lub za przyzwoleniem społecznym. Wbrew -z polecenia nowych, okupacyjnych władz, za - najczęściej wskutek zmiany systemu rządów. Nowe Miasto Lubawskie - pomnik cesarza Wilhelma I 98 Ryszard Rząd Kolumna Zuycifstwa i Pomnik Orla u> Chojnicach Datą zwrotną w dziejach rejencji kwidzyńskiej był sierpień 1919 r. Wówczas to powiaty: brodnicki, chełmiński, chojnicki, grudziądzki, lubawski, świecki, toruński, tucholski, wąbrzeski oraz wschodnie części człuchowskiego i złotowskiego weszły w skład państwa polskiego jako województwo pomorskie ze stolicą w Toruniu. Obrzeża rejencji, tj. powiaty kwidzyński, sztumski i iławski (dawny suski) włączono do Prus Wschodnich, zaś wałecki i zachodnie części człuchowskiego i złotowskiego do niemieckiej Marchii Granicznej Poznań-Prusy Zachodnie. Zasadniczo wpłynęło to na losy pomników. W nienaruszonym stanie przetrwały jedynie te obiekty, które znajdowały się w powiatach pozostawionych w państwie niemieckim. Na polskich terenach burzono je lub przekształcano. Na potrzeby niniejszego szkicu wymieńmy kilka takich najbardziej spektakularnych przedsięwzięć. W Chojnicach, które po 1920 r. wróciły do Polski, zaadaptowano do nowych celów dwa pomniki. Jednym z nich była Kolumna Zwycięstwa wzniesiona ku czci żołnierzy pruskich poległych w wojnie z Francją w latach 1870-71. Na jej ośmiobocznym cokole wykuto stosowną inskrypcję i 49 nazwisk, a żłobkowany trzon z żółtego piaskowca zwieńczono korynckim kapitelem i rzeźbą orła z rozpostartymi skrzydłami. Odsłonięto ją 12 czerwca 1881 r. na Targu Drzewnym (obecnie pl. Jagielloński) wraz z ustawioną obok zdobyczną francuską armatą. W 1920 r. zdjęto brązowego orła, a w 1937 r. były legionista, kpt. rezerwy Ludwik Grodzicki, samowolnie usunął kolumnę. Cokół zdemontowano dopiero w połowie 1938 r. W 2007, w trakcie modernizacji placu, kolumnę odbudowano lecz w nieco zmienionym kształcie. 6 września 1925 r., z okazji Tygodnia Ligi Obrony Powietrznej Państwa, obok stojącej jeszcze kolumny uroczyście odsłonięto symboliczny (bez szczątków) Grób Nieznanego Żołnierza Polskiego. Była to położona na bruku płyta z czarnego granitu z napisem: Historie nie tylko malborskie. O pomnikach, które wędrowały 99 „Nieznanemu Żołnierzowi poległemu za wolność Ojczyzny 1794—1920”. Ufundował ją Wacław Siciński, profesor miejscowego gimnazjum i prezes Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. W 1933 r. ciągle zabrudzaną tablicę przeniesiono przed budynek pobliskiej szkoły podstawowej. W 1939 r. została zniszczona na polecenie władz niemieckich. Chojnice — pomnik cesarza Wilhelma / i Chrystusa Króla 100 Ryszard Rząd W 1889 r. pojawił się w Poznaniu jeden z pierwszych pomników cesarza Niemiec Wilhelma I - stojącego, ubranego w surdut sięgający kolan i długi, rozpięty płaszcz z peleryną na plecach. Wzór ten powielony był, z drobnymi różnicami, we wszystkich opisanych niżej pomnikach władcy. Także w Chojnicach, gdzie uroczyście odsłonięto go 18 października 1899 r. na Wilhelmplatz (ob. PI. Niepodległości). Rzeźbę ustawiono na wysokim, granitowym cokole ozdobionym cesarską koroną i napisem wykonanym złoconymi literami „Wilhelm der Grosse”. Odlano ją z brązu w zakładach „Kunst- und GlockengieEerei Lauchhammer” pod Dreznem. Autorem projektu był berliński rzeźbiarz Arnold Kiinne (1866-1942). 31 stycznia 1920 r. polscy żołnierze zrzucili z cokołu posąg cesarza, który złożono w budynku gospodarczym przy ratuszu. Na jego miejscu, z inicjatywy proboszcza parafii pw. Ścięcia Jana Chrzciciela ks. Bolesława Makowskiego, ustawiono figurę Chrystusa Króla autorstwa kieleckiego rzeźbiarza Wojciecha Durka (1888-1951). Uroczyście odsłonił ją 25 października 1931 r. biskup Stanisław Okuniewski. Pomnik ten zburzono na polecenie władz niemieckich w 1939 r. Figurę Chrystusa udało się jednak uratować i 11 listopada 1946 r. wróciła na dawny cokół ustawiony nieopodal poprzedniego miejsca, stając się pomnikiem ku czci więźniów politycznych, z dosyć odważnymi jak na owe czasy inskrypcjami: „Króluj nam Chryste” (od frontu) i „byli więźniowie polityczni 1939—1945 dla Chrystusa Króla 11.11.1946 Koło Chojnice” (od tyłu). Losy podobne do chojnickiego pomnika cesarza Wilhelma I miał monument tego władcy w Świeciu. Uroczyście odsłonięto go 3 lipca 1897 r. na tamtejszym Dużym Rynku. Brązowy posąg ustawiony był na profilowanym, czworobocznym, granitowym cokole, na którego przedniej stronie znajdował się medalion z popiersiem jego syna, cesarza Fryderyka III, a na bokach tablice z nazwiskami żołnierzy poległych w wojnie francusko-pruskiej 1870-71. Pomnik był dziełem berlińskiego rzeźbiarza Emila Klemensa (ur. 1866). 25 stycznia 1920 r. posąg zrzucono z cokołu, który po demontażu posłużył pięć lat później do budowy pomnika parafian i członków Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” poległych w czasie wojny połsko--radzieckiej w 1920 r. Po przeniesieniu na skwer przed kościołem pobernardyńskim ustawiono na nim kamienną figurę Chrystusa Zmartwychwstałego z krzyżem. Po bokach umieszczono płaskorzeźby i wyryto nowe napisy, od frontu pod orłem w locie: „Ku czci i pamięci poległych parafian ojców, synów i braci, którzy życie oddali w ofierze. Najświętsze Serce bądź ich zbawieniem”, z lewej, obok żołnierza „Sokoła”: „Cześć bohaterom, którzy polegli w polskiej wojnie na froncie bolszewickim”, z prawej, pod sokołem w locie: „Na pamiątkę poległych Sokołów miasta Świecia”, od tyłu: „3-maj 1925 rok”. Inicjatorem budowy był miejscowy przedsiębiorca, właściciel zakładów cementowych, Jan Mączkowski, którego syn, członek „Sokoła”, zginął w czasie I wojny światowej. W nocy 2/3 września 1939 r., tuż przed wejściem Niemców, figurę Chrystusa złożono w krużgankach kościoła, jej podstawę zaś zakopano obok dzwonnicy. Rzeźba wróciła na swoje miejsce w 2 poł. lat 50-tych, cokół dopiero w roku 1990. Pomnik żołnierzy pruskich poległych w wojnach z Danią w 1864 r., Austrią w 1866 i Francją w latach 1870-71 („Kriegerdenkmal”) odsłonięto na Rynku w Chełmnie 18 sierpnia 1889 r. Był to wysoki (ok. 6,5 m) obelisk z ciemnego, polerowanego granitu, w dolnej części ozdobiony płaskorzeźbionymi podobiznami cesarza Wilhelma I, króla Fryderyka Wielkiego, generała Helmuta von Mokkę i kanclerza Otto von Bismarcka. Ustawiony był na cokole, na którego bokach znajdowały się tablice z inskrypcjami: „1870—71 Metz Sedan Paris”, „Den Historie nie tylko malborskie. O pomnikach, które wędrowały 101 tapferen Kriegern aus Stadt und Kreis Culm zum ehrenden Andenken angefertigt” („Wykonany dla uczczenia pamięci dzielnych żołnierzy z miasta i powiatu Chełmno”) oraz nazwiskami 13 poległych żołnierzy. W 1920 r. na polecenie burmistrza pomnik został zdemontowany przez mistrza murarskiego Władysława Plucińskiego. Z inicjatywy mniejszości niemieckiej jego elementy przeniesiono na cmentarz ewangelicki i w 1930 r. zestawiono wśród mogił żołnierzy poległych w czasie I wojny światowej. Uroczyście poświęcił go tam pastor Johann Świecie - pomnik cesarza Wilhelma I i członków „Sokola”poległych w 1920 r. 102 Ryszard Rząd Świecie — cokół w trakcie odkopywania i pomnik „Sokoła”po odbudowie Chełmno - pomnik żołnierzy połegfych w wojnach z Danią w 1864 r., Austrią w 1866i Frantją w łatach 1870-71 Frese. Po zajęciu miasta przez Niemców w 1940 r. monument przetransportowano z cmentarza przed starostwo, ustawiono na miejscu zniwelowanego polskiego Grobu Nieznanego Żołnierza i ponownie poświęcono poległym żołnierzom niemieckim. W 1945 r. na polecenie władz polskich został zburzony. Burzliwą historię miał też wspomniany wyżej Grób Nieznanego Żołnierza - kamienna, leżąca płyta z napisem: „Bezimiennemu Żołnierzowi poległemu w walkach o Niepodległość w latach 1914-1921”. Wykonano ją z inicjatywy miejscowego garnizonu na miejscu pomnika cesarza Fryderyka III (niewielkiego, brązowego popiersia odsłoniętego 25 maja 1890 r.) Historie nie tytko malborskie. O pomnikach, które wędrowały 103 Płyta Grolm Nieznanego Żołnierza przed Branuf Grudziądzk^f to Chełmnie i uroczyście poświęcono 2 listopada 1925 r,, tj. tego samego dnia, co grób w Warszawie. Był to, podobnie jak w Chojnicach, grób symboliczny, choć niektórzy byli zdania, że żołnierskich prochów nie złożono wskutek pośpiechu, w jakim płytę wykonano. Mimo to w okresie międzywojennym była ona miejscem licznych polskich manifestacji patriotycznych. W 1939 r. Niemcy usunęli ją, a na jej miejsce rok później przenieśli z cmentarza ewangelickiego wspomniany wyżej pomnik żołnierzy. Gdy po 1945 r. monument ów zburzono, odbudowano Grób Nieznanego Żołnierza i położono na nim cudem ocalałą płytę. Niewykluczone, że dziś znajdują się pod nią szczątki nieznanych ofiar II wojny światowej, na jakie natrafiono tu w latach 60. Jako swego rodzaju ciekawostkę ilustrującą opisywany wyżej proces adaptacji pomników można zestawić jeszcze dwa fakty. Na początku lat 30-tych XX w. pierwszy wzniesiony na terenie rejencji kwidzyńskiej monument ku czci cesarza Wilhelma I (w Konarzynach) przekształcono w pierwszy na polskim Pomorzu pomnik Józefa Piłsudskiego. Kilka lat wcześniej zaś, w niemieckim wówczas Złotowie, gruntownie przebudowano „Kriegerdenkmal” poświęcony poległym w latach 1864-71. Usunięto zeń bogato zdobione medaliony i wielkiego orła cesarskiego, którego zastąpiono o wiele mniejszym wizerunkiem nowego, republikańskiego godła Niemiec. Na osobne omówienie zasługują cztery obiekty, które „wywędrowały” poza granice miast, w których powstały. Na mocy obopólnych porozumień przeniesiono je z przyznanych Polsce terenów rejencji kwidzyńskiej do miejscowości, które pozostały na terytorium Niemiec. 104 Ryszard Rząd Pierwszym z nich był toruński pomnik cesarza Wilhelma 1. Odsłonięty 22 marca 1904 r. przez księcia-następcę tronu Fryderyka Wilhelma, był dziełem znanego berlińskiego rzeźbiarza Ernsta Hertera (1846-1917). Znajdował się w najbardziej reprezentacyjnym punkcie, na Rynku staromiejskim, pomiędzy Ratuszem a Pocztą Główną. Brązowa figura cesarza ustawiona została na wysokim cokole z jasnego kamienia z napisem: „Wilhelm der Grosse”. Okoliczności budowy pomnika opisywała m.in. „Thorner Presse”: „Od dosyć dawna zamierzają władze miejskie wystawić miastu pomnik cesarza Wilhelma 1. Utworzył się komitet, celem zbierania składek, a dotychczas zebrano coś 22 000 mrk. Za staraniem komitetu wybrali się do Torunia dwaj niemieccy rzeźbiarze, Uechtritz z Berlina i Herter z Charlottenburga, aby upatrzyć stosowne miejsce. Obydwaj zgadzają się, że miejsce najlepsze pod pomnik jest przed ratuszem naprzeciw poczty. Również są obydwaj zdania, że ruch targowy pomnika szpecić nie będzie, owszem, podniesie znaczenie jego. Pierwotnie zamierzano pomnik postawić przed kościołem wojskowym, zaniechano jednakże zamiaru, bo wysoka wieża odrywałaby wzrok od pomnika a i otoczenie koszarów nie przyczyniłoby się do ozdoby. A więc na miejscu uświę-conem historyą, przez który toczył się po drugim pokoju toruńskim (1466 r.) orszak dygnitarzy polskich i liczny tłum mieszkańców do kościoła Najśw. Maryi Panny, aby podziękować Bogu za upokorzenie krzyżaków odśpiewaniem „Te Deum”, stanie pomnik cesarza Wilhelma I. Kosztować będzie 30 000 marek; odsłonięcie nastąpi zapewnie w połowie roku 1904”. W 1919 r. pomnik został zdemontowany przez niemieckie jeszcze władze miejskie w obawie przed skutkami traktatu wersalskiego. Miał zostać przeniesiony do Gorzowa Wielkopolskiego lub do Piły. Ostatecznie trafił jednak do niewielkiego Debrzna w powiecie człuchowskim. Pomnik cesarza Wilhelma I w Toruniu i wdzifcznos'ci dla Armii Radzieckiej w Debrznie Historie nie tylko malborskie. O pomnikach, które wędrowały 105 Pomnik cesarza Fryderyka III i żołnierzy polegfych w wojnach z Austrią w 1866 r. i Francjtf w latach 1870-71 na Rynku w Gniewkowie i Jego pusty cokół w Biafym Borze Tam, po II wojnie zrzucono figurę z cokołu, który w 1949 r. zaadaptowany na pomnik wdzięczności dla żołnierzy radzieckich. Po 1989 r. rozebrano go całkowicie. Drugim takim obiektem był wspomniany wyżej pomnik cesarza Wilhelma I w Nowym Mieście Lubawskim — brązowa figura na wysokim cokole flankowanym dwoma armatami skierowanymi w stronę miasta. Odsłonięto go w 1897 r., w stulecie urodzin cesarza na szczycie wzniesienia, tzw. Łysej Górze, w urządzonym trzy lata wcześniej parku miejskim. Według niektórych źródeł po odzyskaniu przez Polskę niepodległości pomnik wywieziono do Iławy. Mianem „długodystansowca” można by natomiast określić chełmińskie popiersie króla Prus Fryderyka II z dziedzińca koszar Korpusu Kadetów powołanego w 1776 r. decyzją tegoż władcy. W 1919 r. przewieziono je bowiem do koszar 4 pułku piechoty w odległym o ponad 200 km Kołobrzegu. Czwarty z „wędrujących” pomników — monument ku czci cesarza Fryderyka III i żołnierzy poległych w wojnach z Austrią w 1866 r. i Francją w latach 1870-71, co prawda nie pochodził z dawnej rejencji kwidzyńskiej, lecz w 1920 r. trafił na jej obszar pozostały w granicach Niemiec. Wykonany według projektu znanego berlińskiego rzeźbiarza prof. Eugena Bórmela (1858-1932), odsłonięty został w 1907 r. w Gniewkowie koło Torunia, na terenie rejencji bydgoskiej. Odlany z brązu posąg władcy ustawiono w centrum Rynku. Na froncie prostego, granitowego cokołu wyryto inskrypcję: „Dem ruhmreichen Andenken Kaiser Friedrich III, der guten Majestat gewidmet von denen die ihn Lieb hatten" („Chwalebnej pamięci dobrego majestatu cesarza Fryderyka III, poświęcony przez tych, którzy go kochali”). Po bokach umieszczono zaś nazwiska mieszkańców miasta i okolic poległych w latach 1866 i 1870-71. Pomnik przeniesiono do Białego Boru w powiecie człuchowskim i ustawiono na cmentarzu (ob. parku), nieopodal miejscowego sądu. W 1945 r. żołnierze radzieccy zwalili posąg władcy i, według miejscowej tradycji, zakopali w pobliskim wąwozie. Zachował się jedynie pusty cokół z inskrypcjami, o którego zwrot kilka lat temu zabiegały władze Gniewkowa tłumacząc: „Zdajemy sobie sprawę z tego, że osoba, która stała na tym cokole, nie przysłużyła się sprawie polskiej. My traktujemy to jednak jako część historii Gniewkowa, a jeszcze bardziej jako wspomnienie ludzi, którzy ufundowali ten pomnik. Gros ówczesnego społeczeństwa była pochodzenia niemieckiego, ale byli to gniewkowianie”. Wędrówki po prowincji Alicja Łukawska ŻIUŁAWSIKIIIE WÓDKA, SŁONINA I WSZY Ignacy Kokoszko dotarł na Żuławy „z centrali” w maju 1945 roku. Był żołnierzem wyklętym. W czasie wojny należał do AK. Chciał zejść z oczu sowietom, bo był na czarnej liście Ignacy Kokoszko w przedwojennym polskim mundurze wojskowym. Archiwum D. J. Sądej NKWD. Zaraz po wojnie pracował jako sekretarz w Urzędzie Gminy w Duninowie i przyjmował osadników przybywających „ze świata czterech stron”. Wszyscy byli bardzo biedni. Przywozili ze sobą wódkę, słoninę i wszy. Córka Ignacego, Dorota Jadwiga Sądej (rocznik 1938), która przez całe życie używa imienia „Jadzia”, przyjechała na Żuławy w sierpniu 1945 roku. Miała wtedy 7 lat. Do dzisiaj mieszka w domu w centrum Zwierzna, który jej ojciec zajął w 1945 roku. Opowiedziała mi, jak wyglądały początki organizowania polskiej władzy na Ziemiach Odzyskanych. Jej ojciec był jednym z pionierów polskości na tych terenach. NA MAZOWSZU Urodziłam się w 1938 roku w Strachówce w powiecie radzymińskim (obecnie powiat wołomiński). Mój ojciec Ignacy Kokoszko był wielkim polskim patriotą. Pochodził z wielodzietnej rodziny. Było ich w domu dziewięcioro. Mieli gospodarstwo rolne. Dziadek Stanisław Kokoszko jeszcze za cara kupił ziemię z parcelacji podupadłego szlacheckiego majątku. Dziadek był jednym z założycieli szkoły rolniczej w Pszczelinie. To była pierwsza polska szkoła rolnicza w Królestwie Kongresowym. Niestety, tak się nieszczęśliwie złożyło, że dziadek wcześnie zmarł, a babcia została sama z dziećmi. Było jej bardzo ciężko, tym bardziej, że była niepełnosprawna. Miała garb na plecach. Najstarszy syn Jan miał wtedy 18 lat i poczuł się w obowiązku zająć się całą rodziną. Sam zdobył trochę wykształcenia, więc chciał, by młodsze rodzeństwo także się uczyło. I to żuławskie opowieści 107 się udało. Wszyscy mieli jakiś fach w ręku. Jeden z braci Kokoszków pracował potem w banku, a siostry pokończyły szkołę rolniczą w Pszczelinie, gdzie nauczyły się m. in. szycia i gotowania. Najmłodsza z sióstr, Stanisława, pięknie szyła i haftowała, a Marysia umiała wspaniale gotować i piec. Dziewczyny były dobrze przygotowane do życia. Potem dwie najstarsze siostry, Antonina i Stefania, wyszły za mąż. Mój ojciec został na skrawku ziemi odziedziczonym po ojcu w Strachówce. W 1929 roku skończył szkołę podstawową w Jadowie, do której chodził siedem kilometrów w jedną stronę. Później odbył obowiązkową służbę wojskową. Moi rodzice pobrali się w 1936 roku. Mama nazywała się Czesława Kulma i pochodziła z Wólki Ko-kosiej (gmina Dobre, powiat Mińsk Mazowiecki), która była położona 12 kilometrów od Strachówki. Rodzice mamy mieli niewielkie gospodarstwo rolne. Byli tak biedni, że dziadek orał w krowy, bo nie Kennkartf Czesławy Kokoszko uystawiona przez niemieckie władze okupacyjne Generałnej Guberni. Archiwum D. J. Scfdej miał konia do prac połowych. W PODZIEMIU W czasie wojny mój ojciec i całe rodzeństwo Kokoszków było w AK. Najstarszy brat ojca Jan był nawet kimś ważnym w podziemiu, chyba jakimś dowódcą, ale nie znam dokładnie szczegółów. Niedaleko Strachówki rosły lasy, a w nich kryli się partyzanci. Ciotka Stanisława (najmłodsza siostra ojca), która mieszkała z nami, roznosiła prasę. Pewnego razu byłyśmy w domu we trzy: mama, ciocia i ja. Akurat w kuchni leżało pełno gazetek Polski Podziemnej, kiedy zobaczyłyśmy przez okno, że idą do nas niemieccy żandarmi. W kuchni palił się ogień, na płycie stał garnek, w którym coś się gotowało. Mama szybko odsunęła ten garnek, zwinęła gazetki w rulon i wsunęła w płomienie pod garnkiem. Udało się je spalić. Żandarmi weszli, rozejrzeli się wokół, ale do kuchni nie zaglądali. Miałam wtedy tylko sześć lat, ale to dobrze zapamiętałam. Przeżyłyśmy chwile grozy. W 1944 roku ojciec został aresztowany przez Niemców jako Akowiec. Stało się tak na skutek donosu jednego znajomego z organizacji, który nie wytrzymał bicia i tortur w niemieckim więzieniu, potem go zresztą Akowcy sprzątnęli. Ojciec został osadzony na Pawiaku jako więzień polityczny. To było bardzo ciężkie więzienie. Niemcy biciem wymuszali na więźniach zeznania. Mojego ojca strasznie tam męczyli. Chcieli, by się przyznał i wydał swoich kolegów z AK. Rozbierali go do naga, wiązali mu ręce i nogi, potem kładli na kołek. Bili go pejczem zakończonym stalowymi kulkami. Przestawali bić dopiero jak zemdlał. Pewnego razu wrzucili go nieprzytomnego do piwnicy, gdzie było pełno wody. Jak się obudził, to leżał w tej wodzie. I wpuścili do niego tresowanego psa, żeby go załatwił do reszty. Ten pies dopadł do niego. Ojciec leżał nieruchomo, ale ruszało mu się jabłko Adama. Pies 108 Alicja Łukawska Rodzina Kokoszkóto (Czesława, Ignacy i mała Jadzia) na progu domu u> Strachówce. Archiwum D. J. S^fdej go tam chwycił, ale zaraz puścił. Nic mu nie zrobił. To zwierzę okazało się lepsze od łudzi. Ojciec był tak torturowany na Pawiaku przez jakieś pięć miesięcy. Warunki pobytu tam były straszne. Ludzie stłoczeni w małej celi, cementowa podłoga, na którą rzucono trochę słomy. Więźniowie wyrywali sobie nawzajem tę słomę, żeby chociaż mieć coś podłożyć pod głowę. I taka sytuacja: rano przychodzi żandarm z papierowym ubraniem dla skazańca. 1 już wiadomo, że tego dnia kogoś rozstrzelają. Papierowy garnitur oznaczał. że kogoś będą zaraz prowadzili na śmierć. Więźniowie czekali w napięciu, jakie nazwisko zostanie wymienione. Ojciec był świadkiem, jak jeden człowiek, którego wyczytano, momentalnie posiwiał. Miał czarne włosy, a w jednej chwili zrobił się bielutki jak gołąbek. Mama wiedziała, że z ojcem jest bardzo źle i że też grozi mu śmierć. Koniecznie chciała go ratować. Pojechała do Warszawy, gdzie miała kuzynkę Kasię. Poszła do niej, ponieważ była ze wsi i nie bardzo wiedziała, jak poruszać się w dużym mieście. - Pomóż mi, może coś mi podpowiesz, co robić - prosiła. Ta kuzynka poszła z nią na Pawiak do komendantury niemieckiej. Siedział tam za biurkiem jakiś Niemiec. Było wielkie zdziwienie, kiedy okazało się, że to był znajomy mojej ciotki z dawnych lat. Ona rozpoznała w nim swojego kolegę z podwórka! Przepustka wystawiona latem 1945 r. przez Starostwo Powiatowe w Malborku dla Ignacego Kokoszki po polsku i po rosyjsku. Archiwum D. J. Sądej żuławskie opowieści 109 Jako dzieci bawili się razem w piasku. Kuzynka ucieszyła się, że tu ma znajomego. Może coś dzięki temu załatwi? - Ciiicho - Niemiec przyłożył palec do ust, żeby nic nie mówiła. On też ją rozpoznał. I miałby wielkie nieprzyjemności, jakby ktoś się dowiedział, że są znajomymi. Porozmawiały z nim i on obiecał, że im pomoże, ale to będzie kosztować. - Potrzebne będzie 120 tysięcy złotych. Nie tylko dla mnie, ale dla innych — powiedział. W tamtych czasach 120 tysięcy złotych to była kolosalna suma. Krowa kosztowała wtedy 20 tysięcy. Za tę łapówkę można było kupić 6 krów. A to był już wielki majątek! Mama musiała szybko zebrać pieniądze. Brat ojca Bolesław, który mieszkał z nami, wiedział, kto z sąsiadów jest bogaty i od kogo można pożyczyć jakąś kwotę. Mama z Bolesławem chodzili nocami po ludziach we wsi i zbierali sumę potrzebną na łapówkę. Pożyczali od sąsiadów, by mojego ojca wykupić. Zebrane pieniądze zanieśli temu znajomemu Niemcowi. A on spowodował, że ojciec nie był już oskarżony o działalność polityczną w AK, tylko o zwykłą kradzież drzewa w lesie (w aktach napisano „Raub ohne Waffe”, czyli „bez użycia broni”). Zmieniono mu status więźnia. Już nie był „polityczny” tylko „kryminalny”. Przenieśli go z Pawiaka na Rakowiecką, do więzienia dla więźniów kryminalnych. W kwietniu 1944 roku wypuścili go na wolność. Zaraz po uwolnieniu ojciec był wyczerpany i wycieńczony, a do tego jeszcze zachorował na malarię. Ze strachu przed Niemcami przez jakiś czas ukrywał się w domu swojego kuzyna, dwa kilometry od nas, pod lasem. Bardzo ciężko przechodził malarię, miał gorączkę, bredził. W końcu jednak wyzdrowiał i wrócił do domu. Potem był taki okres, że Niemcy jeszcze tu byli, ale już od wschodu zbliżała się Armia Czerwona. Pewnego dnia ojciec poszedł do jakiegoś kolegi z AK, a tu widzimy, że Ruskie nadchodzą. Nadlatują radzieckie samoloty, jest hałas, strzelanina, idzie wojna na całego. Mama bardzo się denerwowała. Niepokoiła się o niego. - Leć na wieś, zobacz, gdzie jest ojciec. Rozejrzyj się, co tam się w ogóle dzieje - poprosiła, bo mieszkaliśmy trochę na uboczu. Pobiegłam na wieś. A tu bomby lecą z góry! Biegnę drogą i plączę ze strachu. W końcu schowałam się w ziemiance na zapasy. To był rodzaj „naziemnej piwniczki”: deski, na to narzucona słoma i ziemia. U nas mówili na to „parsk”. A obok stał dom. Do tego domu przez komin wpadła bomba i zabiła kobietę, która stała akurat na progu. A ja byłam dosłownie pięć metrów dalej w tym „parsku”. Walnęło tak mocno, że z góry poleciała na mnie słoma. Przestraszyłam się! Wyszłam stamtąd. Idę drogą i plączę. Nagle staje przede mną jakiś wojskowy. To był pierwszy Rosjanin, jakiego zobaczyłam. Zainteresował się mną. Mówił coś do mnie, ale ja nie rozumiałam. - Mama, mama - powtarzał. Tyle zrozumiałam. Wtedy ktoś wyszedł z budynku, przy którym akurat staliśmy. A tam była murowana, betonowa piwnica, gdzie ludzie kryli się przed bombami. Okazało się, że moja mama też tam była. Okazało się, że ona pobiegła za mną na wieś. Ten Rosjanin zaprowadził mnie do mamy. Taki był mój pierwszy kontakt z Armią Czerwoną. Po wejściu sowietów do Polski pojawił się kolejny problem. Zaczęła się pogoń za Akowcami. Mój ojciec był poszukiwany jako polityczny. Tacy ludzie jak on znajdowali się na 110 Alicja Łukawska Etykieta cygar marki Senola (Walter E. Beyer Zigarrenfabriken Berlin) uytwarzanych elawniej w Rozgarcie. Archiwum D. J. Sądej czarnej liście. NKWD miało spis wszystkich Akowców. Uważała ich za wrogów ZSRR. A nasi ludzie dobrze wiedzieli, że jak ich złapią, to czeka ich aresztowanie, wywózka albo śmierć. Dlatego właśnie ojciec postanowił gdzieś się schować, aby przeczekać. Jak tylko dowiedział się, że można wyjeżdżać na Ziemie Odzyskane, pojechał tam. To była dla niego furtka do ucieczki przed sowietami. W Polsce centralnej nie miał szans, by spokojnie żyć. Ważne były też względy ekonomiczne. Trzeba było przecież oddać ludziom pieniądze pożyczone na łapówkę dla Niemców. Równowartość sześciu krów! Tyle pieniędzy! Rodzice nie mieli tak dużych oszczędności. Aby spłacić długi sąsiadom, musieli sprzedać ziemię w Strachówku. W końcu został nam tylko dom i mały skrawek ogrodu. NA ŻUŁAWACH W maju 1945 roku ojciec był już w Thiergart, bo tak wtedy nazywała się nasza wioska. W ten sposób zszedł z oczu NKWD. Jednak nowa władza o nim wiedziała, miała na niego papiery. Był obserwowany. Nawet po wielu latach pamiętano o jego akowskiej przeszłości. Ja też byłam napiętnowana. W latach PRL-u pracowałam w urzędzie gminy i był taki moment, że też mogłam zostać sekretarzem jak mój ojciec. Jednak na mój awans nie zgodził się lokalny komitet PZPR, bo byłam „córką Akowca”. Nie wiem, dlaczego ojciec osiedlił się akurat tutaj. Może chodziło o to, że stąd jest blisko do morza? Bo przecież niedaleko jest Gdańsk, no i Gdynia. A to była wielka duma Polaków w okresie międzywojennym. Jak tu już wszyscy razem zamieszkaliśmy i byłam trochę starsza, to ojciec zawiózł mnie do Gdyni, by pokazać mi miasto i port. Zamieszkałam tutaj z rodzicami w sierpniu 1945 roku. Ojciec zajął tu dom, znalazł sobie pracę i przyjechał po mnie i mamę do Strachówki. Miał specjalną przepustkę na przejazd koleją ze Starostwa Powiatowego w Malborku wypisaną 11 sierpnia 1945 roku na jednej kartce w dwóch językach, po polsku i po rosyjsku, bo wtedy jeszcze były u nas radzieckie komendantury wojskowe i radzieckie patrole na ulicach: „Obywatel Ignacy Kokoszko, ur. 1.II. 1912 r. zam. Duninowo udaje się do Powiatu Radzymińskiego celem sprowadzenia rodziny. Uprasza się władze wojskowe i cywilne do udzielenia pomocy w razie żuławskie opowieści 111 potrzeby. Wymieniony jedzie pociągiem.”. Przepustka była ważna do 19 sierpnia 1945 roku. Dodatkowo z Inspektoratu Rejonowego Osadnictwa w Malborku Państwowego Urzędu Repatriacyjnego ojciec dostał taki papier: „Zaświadcza się, że ob. Ignacy Kokoszko udaje się do stacji Urle przez Warszawę celem sprowadzenia rodziny. Niniejsze uprawnia do otrzymania biletu ze zniżką 75%. Należność za bilet w wysokości 25 % należy kredytować na r-k PUR.”. Ten papier był wystawiony 11 sierpnia i miał ważność do 16 sierpnia 1945 roku. Podpisał się pod nim inspektor rejonowy osadnictwa Stanisław Bartosik. Są na nim pieczątki malborskiego PUR oraz kasy biletowej w Tczewie. Było to napisane na odwrocie formularza niemieckiej kasy oszczędnościowej w Malborku, bo jak tu po wojnie przyszli Polacy, to brakowało papieru do pisania. Urzędnicy pisali na czym się dało, wykorzystując każdy skrawek papieru, jaki tylko pozostał po Niemcach. Nasza podróż na Ziemie Odzyskane zaczęła się w Udach. Tam wsiedliśmy do pociągu i pojechaliśmy do Warszawy, gdzie mieliśmy krótką przerwę w podróży. Ojciec zaprowadził mnie na Grób Nieznanego Żołnierza, co było dla mnie wielkim przeżyciem. Z Warszawy pojechaliśmy do Łodzi. Jechaliśmy trochę naokoło, ale ojciec chciał przy okazji odwiedzić brata Jana, który tam zamieszkał po wojnie. Stryj Jan pracował w Urzędzie Wojewódzkim, spełniał tam jakąś ważną funkcję. Miał w Łodzi piękne mieszkanie. Odwiedziliśmy go i dopiero stamtąd pojechaliśmy na Żuławy. Jechaliśmy pociągiem osobowym, który był straszliwie przepełniony. Cały nasz majątek, jaki zabraliśmy z domu, to były tylko dwa worki z zawartością. Było w nich trochę ubrań i pierzyna. Jak wsiedliśmy do pociągu, to siedziałam na jednym z tych worków, a drugi worek ojciec przymocował na zderzakach. W podróży pasażerowie okradali jedni drugich. A w naszym worku był metalowy ryngraf przedstawiający św. Krzysztofa. I my nie zostaliśmy okradzeni. - On nas ochronił od tych złodziejaszków - zawsze potem powtarzał mój ojciec. W czasie podróży pociągiem bardzo źle się czułam i wymiotowałam. W końcu dojechaliśmy do Tczewa. A tam nie było wtedy mostu przez Wisłę. Rodzice tachali te worki i ciągnęli mnie za sobą. Na rzece stał prom, który właśnie miał odpływać. Pobiegliśmy w jego stronę. Ojciec zaczął krzyczeć, machać rękami do tych rybaków. Zatrzymali prom, poczekali na nas. Przepłynęliśmy z nimi przez Wisłę, a dalej to chyba szliśmy pieszo do Malborka. Tam czekał na nas pierwszy wójt Duninowa Kazimierz Cholewiński. Przyjechał po nas bryczką, którą ruszyliśmy przez Żuławy do naszego nowego domu. To była dla mnie „podróż stulecia”! Za Malborkiem początkowo było sucho. Dopiero tutaj, bliżej Duninowa (tak już nazywała się wioska), było zalane wodą. Pamiętam, że tak jedziemy sobie, koń człapie powoli drogą, a ja rozglądam się po okolicy. Trzymam w ręku chusteczkę do nosa. W pewnym momencie powiewa wiatr i ta chusteczka wypada mi z rąk. Wójt zatrzymuje bryczkę, ja wysiadam i wracam po chusteczkę. Jedziemy dalej. Tak pomału dotarliśmy do Duninowa. Ojciec zajął dla nas ładny, ceglany dom w centrum wsi, ale mieszkała w nim jeszcze Niemka Weiss. Musieliśmy poczekać, aż ona się wyprowadzi. Na razie więc zatrzymaliśmy się w willi dawnego niemieckiego weterynarza. To jest ten budynek, gdzie do niedawna mieściła się biblioteka. Tam na dole był urząd gminy, a na górze w dużym pokoju mieszkał wójt Cholewiński. Nasza rodzina zajęła dwa pokoiki po drugiej stronie korytarza. Od początku bardzo mi się tu spodobało! Na Mazowszu mieszkaliśmy w drewnianym domu w jednej izbie. W tym samym pokoju, oprócz naszej trójki, mieszkała również ciocia, najmłodsza siostra 112 Alicja Łukawska ojca. A tu od razu mieliśmy o wiele lepsze warunki. Willa weterynarza była bardzo elegancka. Najbardziej podobała mi się łazienka, która była urządzona na górze, można było tam wykąpać się w ciepłej wodzie. Od razu też miałam tu koleżankę. To była Władzia Błaszczyk z Wołynia. Ona mieszkała w pobliżu tylko z mamą, bo jej ojciec jeszcze nie wrócił z wojny. Zza Buga przyjechało tutaj więcej samotnych kobiet z dziećmi, bo mężczyzn z Wołynia wcielono do Ludowego Wojska Polskiego i wraz z Armią Czerwoną poszli walczyć z Niemcami. Ci nasi Wołyniacy zdobywali Berlin! Dopiero później, jak ich zwolniono z wojska, zamieszkali tu na stałe ze swoimi rodzinami. OSADNICY Mieszkając w budynku urzędu gminy, byłam świadkiem, jak osadnicy przyjeżdżali tutaj z daleka. Najpierw przychodzili do gminy. Pytali, gdzie są wolne gospodarstwa. A wtedy, w 1945 roku, to wszędzie były wolne. Więc chodzili po okolicy i szukali. Czasem wójt czy mój ojciec jeździli z nimi bryczką i pokazywali. A oni wybierali i zajmowali sobie domy. Na zajętych budynkach wieszali biało-czerwone flagi. Do dzisiaj mam przed oczami polskie flagi powiewające wszędzie na domach. Musiało być z daleka widoczne, że dane gospodarstwo jest zajęte. Potem oni często spali u nas. Zawsze mieli ze sobą bimber i kawał słoniny. To była wtedy podstawowa waluta. Tę wódkę, którą przywozili, pili razem z wójtem i moim ojcem. Podobno nawet w aktach naszej gminy jest napisane, że wójt i sekretarz byli zawsze pijani. W dowód wdzięczności za pomoc osadnicy nieraz zostawiali ojcu słoninę. Czasem zostawiali nam też swoje insekty. Bo oni przeważnie byli bardzo zmęczeni, brudni i zawszeni. Wódka, słonina i wszy... - Coś ci chodzi po kołnierzu koszuli - mówiła nieraz mama do ojca rankiem, jak szedł do pracy. Potem osadnicy jechali do Państwowego Urzędu Repatriacyjnego w Malborku, a jak już wszystko załatwili w urzędach, to jechali po rodzinę i wracali tutaj. Zaraz po wojnie była tutaj istna wędrówka ludów. Kręcili się tu różni. Jedni przyjeżdżali w poszukiwaniu nowego domu i miejsca na ziemi, a inni, aby coś ukraść. Bo tu na Żuławach wielki szaber wtedy odchodził! Trochę robili to Niemcy, którzy tu zostali, trochę polscy osadnicy. Może to nie jest chlubne, ale nawet my jako dzieci chodziliśmy i myszkowaliśmy tu i tam. Kiedyś poszłam z koleżankami wałami do Rachowa i tam zaglądaliśmy do jednego domu. Nic już tam nie znaleźliśmy, bo został wcześniej dobrze przeszukany. Zostały tylko jakieś szmaty i kolorowe szkiełka. Zdarzało się, że przyjeżdżali tu ludzie, którzy chcieli ukryć się przed nową władzą ludową. Niektórzy z nich byli Akowcami, jak mój ojciec. On znał życie, więc starał się im pomóc. Czasem nawet wystawiał dla nich fałszywe dokumenty, aby mogli jakoś przeżyć. Nie wszyscy, którzy tu osiedli, popierali nowy ustrój. Mój ojciec był przeciw. W1947 roku, jak zrobili referendum „trzy razy tak”, to razem z sąsiadem Edwardem Abramowskim chodził po wsi i zrywał plakaty, które wieszali agitatorzy. żuławskie opowieści 113 Procf^a Bożego Ciała w Duninowie (1946 r.). Jadzia Kokoszko pierwsza z prawej. Archiwum D. J. Scfdg DOM Dom, który ojciec zajął dla naszej rodzinny, był kompletnie wyposażony. Nie został okradziony. Były tu meble, obrazy, garnki, naczynia stołowe, wielkie stojące lustro w rzeźbionej ramie, pościel, ręczniki; wszystko, co potrzeba do życia. Nawet pianino tu było. Okazało się, że ta Niemka Weiss, która tu wcześniej mieszkała, większość tych rzeczy pościągała z innych domów w okolicy. Dzięki temu nie musieliśmy kupować mebli czy wyposażenia. To pomieszczenie, gdzie mam teraz kuchnię, zajmował zakład szewski. Pierwotnie było ono podzielone na dwie części. Z przodu znajdował się zakład, a z tyłu mały pokoik. Po niemieckim szewcu zostały różne narzędzia i przybory do naprawy obuwia, m. in. drewniane szpilki w pojemnikach. Tutaj nie było przedtem gospodarstwa rolnego, więc brakowało budynków gospodarczych. Była tylko niewielka szopka z tyłu, gdzie trzymaliśmy naszą krowę. A krowa żywicielka to było wtedy bardzo cenne zwierzę. Do dzisiaj przechowuję dokument z tamtych czasów dotyczący jej przewozu koleją z „centrali”. Został spisany ręcznie na odwrocie etykiety opakowania cygar marki Senola, których fabryczka mieściła się za Niemców w sąsiednim Rozgarcie, tuż za rzeką Tyną: z jednej strony jest obrazek z Hiszpanką, a z tyłu napisano, że Józef Laskowski z Kępniewa i Stanisław Kaim z Duninowa poświadczają, że obywatel Ignacy Kokoszko posiada własną krowę, która właśnie oni przywieźli z Polski Centralnej w roku 1946. Nie było u nas wtedy papieru do pisania. Etykiet od cygar z Rozgartu używano wtedy w urzędzie gminy, na poczcie i w szkole. 114 Alicja Łukawska Ignacy Kokoizka (pierwszy z lewej) z pracownikami Urzfdu Gminy w Kałdowie. Archiwum D. J. Stfdej GŁÓD Na początku najgorszy był głód. Wszyscy głodowali. Żywiliśmy się rybami. Prócz nich było tu niewiele do jedzenia. Tutaj wszystko wokół było zalane. Zwierzno jest położone nieco wyżej niż reszta naszej gminy, więc tu było sucho. Ale dalej to była już woda. Drogi do Gronowa i do Kępniewa były pozalewane. Była tylko taka ścieżka do przejścia, szerokości może dwóch metrów, a poza tym, to tylko woda i woda. Więc tych ryb było dużo. Pływały wszędzie! Ryby łowiono i wożono dosłownie całymi wozami. Stanowiły one główne źródło białka na zalanych Żuławach. Jako dziecko zjadłam ich tyle, że awersję do ryb mam do dzisiaj! Nawet ich zapachu nie znoszę! Chleb jedliśmy rzadko. Był wtedy bardzo cenny. Nie było ziarna, nie było mąki, nie było młyna, nie było piekarni. Latem 1945 roku tam, gdzie było sucho, rosło zboże zasiane przez Niemców jesienią poprzedniego roku. W centrum wsi rósł łan zboża, a kobiety cięły je sierpami, które przywiozły ze sobą z Wołynia. Wtedy było już trochę późno jak na żniwa, ale to zboże wciąż było na polu. Grzechem byłoby je tak zostawić. One chciały coś zebrać przed zimą, aby było co jeść. Z trudem zdobyte zboże przetwarzano na mąkę. Moja mama ze zdobytej mąki piekła chleb w domu. Chleba brakowało nam dość długo. W 1946 czy 1947 roku przyjechały do nas na wakacje kuzynki z Łodzi, córki mojej cioci. Przypadkiem znalazłyśmy w naszym kredensie zasuszony kawałek chleba. Cóż to była za radość! Zjadłyśmy go ze smakiem! Z czasem mieliśmy też mleko od własnej krowy i warzywa z własnego ogródka wyhodowane przez mamę. Dopiero z czasem zaczęto uruchamiać pompy odwadniające. Osuszone pola czekały na uprawę, lecz brakowało koni do prac polowych. Uprawa ruszyła na dobre dopiero wtedy. żuławskie opowieści 115 gdy z „Unrry” napłynęły pierwsze dostawy koni, które przydzielano rolnikom, żeby jak najszybciej zagospodarować żyzne gleby. Na początku jedliśmy też nieznane nam wcześniej zaprawy ze słoików Wecka, które mojej mamie przynosiła Niemka Marta, która pracowała jako pomoc domowa u wójta Cholewińskiego. Gotowała mu i sprzątała, bo on tu nie miał rodziny. Zaraz po wojnie słoiki Wecka z zawartością można było znaleźć w wielu poniemieckich domach. Tutejsze Niemki dobrze wiedziały, co kto ma. Znały przecież swoich dawnych sąsiadów. W 1945 roku, jak tu przyjechali marynarze (żołnierze marynarki wojennej z Gdyni), to też musieli coś jeść. Sprowadzono ich, aby bronili osadników przed napaściami Rosjan i zakwaterowano w Domu Ludowym. Ci marynarze zmusili dwie Niemki, aby dostarczały im żywność. Te kobiety chodziły po okolicy z malutkim wózeczkiem i zabierały słoiki z zawartością z różnych domów. Nazbierały ich bardzo dużo. Potem marynarze zawieźli je do siebie dwoma drabiniastymi wozami i zjadali po kolei. Z początku nie było tu żadnego handlu. Pierwszy sklep typu „mydło i powidło” powstał w 1946 roku. Założyli go Kazimiera i Stanisław Łuszczowie w tym samym domu, gdzie do dzisiaj znajdują się dwa sklepy. Właściciele na dole handlowali, a na górze mieszkali. Można było już kupić na miejscu nie tylko żywność, ale i naftę, bo z początku oświetlaliśmy domy lampami naftowymi (prąd elektryczny włączono nam dopiero na początku lat 50.). Ten sklep należał później do Samopomocy Chłopskiej, która wcześnie rozpoczęła tu działalność. Wkrótce uruchomiono też posterunek Milicji Obywatelskiej oraz pocztę. Pierwszym jej naczelnikiem był pan Pacholski, a po nim Franciszek Czajkowski. Kowal Bronisław Ssf^lej (z prawej) przed swoim warsztatem w Zwierznie. Archiwum D. J. Sądej 116 Alicja Łukawska LUDZIE W tamtym czasie mieszkało tu jeszcze trochę Niemców. Niektórzy z nich znali nasz język, jak np. pierwszy sołtys Duninowa Leon Groenig, który pięknie mówił po polsku. Tutejsi Niemcy dość szybko zniknęli. To odbyło się nagle. „Nasza” Niemka Weiss dziś była, a jutro już jej nie było. Tak samo nieoczekiwanie zniknął niemiecki ksiądz proboszcz Franz Thie-digk. Ja go dobrze pamiętam, bo w 1946 roku byłam u niego u I Komunii Świętej. Mama zdobyła dla mnie na tę okazję śliczną, białą sukienkę. Dostała ją od jakiejś Niemki z Kęp-niewa za słoninę. Niemiecki ksiądz w ogóle nie znał języka polskiego, więc kontakt z nim był utrudniony. Msze święte w kościele odprawiał po łacinie, ale gorzej było ze spowiedzią. Na samym początku byli tu jeszcze w okolicy Rosjanie. Kręcili się też w naszej wsi. W tamtym czasie w naszym domu u góry mieszkały dwie moje kuzynki z dalszej rodziny. Pochodziły z Warszawy, ale w czasie okupacji przebywały u nas w Strachówce, bo ich ojciec zginął. Jak Weiss wyjechała i my już zamieszkaliśmy w tym domu, to ojciec ściągnął je do nas. To już były dorosłe dziewczyny (roczniki 1926 i 1928). Jedna z nich poznała tu gdzieś radzieckiego żołnierza. Zakochali się w sobie i chodzili ze sobą. Ale mojej mamie to się nie podobało. Zwróciła jej uwagę. Ona zaś poskarżyła się swojemu chłopakowi. - Ja was ubiju! - ten Ruski przyszedł do nas i groził mamie śmiercią. Wymachiwał pistoletem i coś krzyczał. A my nie rozumiałyśmy, co on mówi. - Leć do pani Zakrzewskiej, ona zna rosyjski. Niech z nim porozmawia! - zawołała mama. Pani Antonina Zakrzewska była z Wołynia. Mieszkała z mężem Janem po sąsiedzku, w domu naprzeciwko. Rzuciła wszystko i przybiegła do nas. Zaczęła z tym sołdatem rozmawiać „pa ruski”. Coś mu tłumaczyła. On się uspokoił i odpuścił. Poszedł sobie. A byłby moją mamę zastrzelił! Jestem tego pewna! Pani Zakrzewska uratowała jej życie. Sowieci tak się zachowywali, jakby im było wszystko wolno. Romans polsko-rosyjski wkrótce się skończył. Może zresztą jeszcze trwał trochę po kryjomu, nie wiem tego dokładnie. Ta kuzynka wyjechała później do Ameryki i tam umarła. Państwo Zakrzewscy byli starsi od moich rodziców. Żyliśmy z nimi w wielkiej przyjaźni. Mieli sad. Pani Antonina przynosiła nam jabłka i gruszki z tego sadu. Zmarli w latach 70. Resztki ich sadu istnieją do tej pory. W naszej gminie osiedli ludzie z różnych stron przedwojennej Polski. Tu jest właściwie taka wieża Babel. Najwcześniej napłynęli tu Wołyniacy i osadnicy z Mazowsza. Potem przyjechali osadnicy Dorota Jatlwiga Sądej z pierwszym synem Andrzejem. Archiwum D. J. Sefdej żuławskie opowieści 117 Z Kieleckiego, Poznańskiego, Rzeszowskiego, Lubelskiego, Białostockiego i z Kurpi. W końcu doszli jeszcze Ukraińcy z Akcji Wisła. Stosunki między ludźmi, którzy tu przyszli, układały się różnie. Zależało to od charakteru człowieka, od jego wychowania. Muszę powiedzieć, że mieszkam tutaj 78 lat i nie mam tu żadnego wroga. Aż się dziwię... SZKOŁA We wrześniu 1945 roku otwarto u nas szkołę podstawową, której kierownikiem został Kazimierz Kędzior. Rozpoczęłam tam naukę w drugiej klasie. Moją wychowawczynią była Danuta Sosnowska. Miałam wprawdzie siedem lat i powinnam pójść do klasy pierwszej, ale już rok uczyłam się w Strachówce. Pierwszą klasę miałam więc zaliczoną. Umiałam już czytać i pisać. A tu przyjeżdżali wtedy ludzie starsi ode mnie, którzy z powodu wojny nie mogli się uczyć. Nie umieli czytać i pisać. 1 oni szli do pierwszej klasy, nawet jak mieli już siedemnaście lat. W poszczególnych klasach dzieci często się zmieniały, bo jak już coś umiały, to przenoszono je do wyższej klasy. Ja siedziałam w jednej ławce z Halinką Pałdyną (Ziemińską), której rodzina zamieszkała w naszej wsi w 1946 roku. To była szkoła dla uczniów z całej gminy. Z początku uczyły się w niej dzieci nawet z tak odległych miejscowości jak Dzierzgonka, Wiśniewo czy Brudzędy. Chodziły codziennie wiele kilometrów pieszo w tą i z powrotem. Czasy były trudne. Nie było podręczników i zeszytów. Notatki z lekcji pisaliśmy na etykietach od cygar z Rozgartu, o których wcześniej mówiłam. Nie mieliśmy zabawek. Po szkole z koleżankami grałyśmy w klasy, bawiłyśmy się kolorowymi szkiełkami, układałyśmy je w różne wzory. Same wymyślałyśmy, w co się bawić. Dzieci były wtedy kreatywne. Chociaż panował taki głód, szkoła nie organizowała żadnego dożywiania dla uczniów. Dawano nam tylko mleko i tran. Tran był wówczas bardzo ważny. Uważano go za lek. Boże, jaki on miał ohydny smak! Czuć go było rybami. Za pierwszym razem zmuszono mnie, bym połknęła jedną łyżkę tego świństwa, ale za drugim razem już nie dałam się namówić, bo wciąż odbijała mi się ta pierwsza łyżka. Brrrr! Chyba też przez ten tran tak nie lubię ryb. W tamtym czasie nasza gmina prowadziła walkę z analfabetyzmem wśród dorosłych. Brałam w niej udział jako uczennica podstawówki. W siódmej klasie wraz z koleżanką Teresą Długosz uczyłam czytać i pisać Marię i Bazylego Szermiuków oraz ich syna Jana. Wszyscy troje byli całkowicie niepiśmienni. Przyjechali tutaj ze wschodu. Jak mówili, to „zaciągali” w sposób kresowy. Mieszkali na końcu Zwierzna, za cmentarzem. Bywałyśmy tam z Teresą w ciągu roku szkolnego, głównie jesienią i wiosną. Nauczyłyśmy ich, aby umieli się podpisać i coś przeczytać. Z zadania tego wywiązałam się podobno nieźle, na dowód czego otrzymałam pierwszy w życiu „Dyplom uznania” , który przechowuję jako cenną pamiątkę. W 1951 roku skończyłam podstawówkę. Miałam wtedy 13 lat. Potem poszłam do liceum ogólnokształcącego w Elblągu przy ulicy Królewieckiej. W mojej klasie były dziewczynki, które nazywano „arystokracja”. Z początku nie wiedziałam dlaczego. A to były dzieci z zamożniejszych rodzin, m. in. córka dyrektora poczty, adwokata czy słynnej elbląskiej położnej. Wszystkie zadbane i dobrze ubrane. Patrzyły na mnie z pogardą. Śmiały się 118 Alicja Łukawska ze mnie. Czułam się przy nich jak Kopciuszek, Miałam wtedy półbuty ze świńskiej skóry z czubami, które zaginały się do góry. Wyglądało to ohydnie, ale tylko takie buty udało się kupić. Wtedy nie było w sklepach obuwia, a jak już udało się znaleźć coś ładnego, to nie było na to pieniędzy. Nasza rodzina nie była zamożna. Biedowaliśmy. W tamtym czasie byłam znużona rannym wstawaniem i codziennymi dojazdami autobusem PKS. Z przemęczenia codziennie leciała mi krew z nosa. Do tego zawsze spóźniałam się do szkoły, bo mój autobus ze wsi tak dojeżdżał do miasta, że zanim dotarłam do szkoły, to już lekcje trwały, chociaż biegłam z wywieszonym językiem z dworca PKS na Królewiecką. Z początku nieśmiało stawałam w drzwiach i czekałam aż pan profesor pozwoli mi usiąść w ławce. Potem nauczyciele już wiedzieli, że dojeżdżam i tolerowali moje spóźnienia. Bardzo źle się czułam w tej szkole. Było mi naprawdę ciężko. Mimo wszystko w pierwszej klasie oceny miałam niezłe. Jednak w drugiej dostałam na okres dwóję z fizyki. Wtedy powiedziałam rodzicom, że więcej do tej szkoły nie pójdę. - Ostatni kawałek ziemi sprzedam, ale musisz się uczyć. Ty jedna tylko u nas jesteś i musisz mieć jakąś przyszłość - ojciec błagał mnie, bym uczyła się dalej, ale ja uparłam się, że nie chcę. PRACA W maju 1953 roku poszłam do pierwszej pracy. Miałam wtedy 15 lat. Zatrudniłam się jako nauczycielka w szkole podstawowej w Jeziorze, która mieściła się w nieistniejącym już dzisiaj budynku koło kościoła. Tam nie było komu pracować. Nauczyciel poszedł do wojska, a nauczycielka poszła rodzić. Propozycję pracy na zastępstwo dostałam w kolejce w sklepie. - Nie chciałabyś pracować w szkole? - spytała mnie nauczycielka Nadzieja Nowakowa z Markus. Znała mnie dobrze, bo wcześniej uczyła mnie w Zwierznie. - Pani Nowakowa, ale ja mam tylko piętnaście lat - odpowiedziałam. - To napisz w życiorysie, że masz siedemnaście - doradziła. Byłam wtedy wysoka i dobrze zbudowana. Być może wyglądałam na nieco starszą? Napisałam podanie i życiorys. Wysłałam do kuratorium oświaty w Elblągu. O nic mnie nie pytali, tylko natychmiast przyjęli do pracy. W Jeziorze uczyłam wszystkich przedmiotów, jakie były wtedy w programie. Nie miałam żadnych materiałów dydaktycznych, tylko podręczniki. Na biologii czytałam im po kawałku z książki, a na rosyjskim usłyszałam nawet od uczniów pochwałę. - Pani to lepiej umie ten rosyjski niż nasza pani - powiedzieli. Do szkoły w Jeziorze miałam z domu 8 kilometrów. Codziennie chodziłam tam piechotą, bo nie było żadnej komunikacji. Czasami krawiec ze Zwierzna, który mieszkał tu niedaleko, litował się nade mną i pożyczał mi rower. Wówczas jechałam sobie rowerem. W tamtych czasach rower na wsi to była jeszcze rzadkość. Nie każdy go miał i nie każdy umiał jeździć. Ja się nauczyłam, bo parę lat wcześniej koledzy zmontowali mi rower z różnych części. Miał wszystko, co potrzeba, ale nie miał opon. Na takim właśnie rowerze, tu, na tym bruku przed moim domem, na samych tylko obręczach, nauczyłam się jeździć. W tamtym czasie w Zwierznie nie było asfaltu, tylko bruk. Ciężko się po nim jeździło. W szkole w Jeziorze pracowałam dwa miesiące: w maju i czerwcu 1953 roku. żuławskie opowieści 119 • Dorota Jadwiga Sąd^ przed swoim domem. Fot. A. Łukawska W październiku tamtego roku zatrudniłam się w Urzędzie Gminy jako referent podatkowy, chociaż nie miałam żadnego pojęcia o podatkach. To nie była żadna protekcja, bo w tamtym czasie mój ojciec już nie pracował w tym urzędzie. Nawet go nie było wtedy w domu, bo latał gdzieś po świecie. Pracował m. in. w urzędzie gminy w Kałdowie pod Malborkiem. Przewodniczącym naszego urzędu był wówczas Eugeniusz Pypłacz. Poszłam kiedyś do niego załatwić jakąś sprawę w imieniu ojca i chyba mu się spodobałam. - A nie chciałabyś tu u nas pracować? - zapytał mnie. - Ja?!!! - zrobiłam wielkie oczy. Jasne, że chciałam pracować, bo ojca nie ma w domu, my z mamą żyjemy tylko na mleku od krowy i warzywach z własnego ogródka. A pieniądze są potrzebne! Trzeba jakoś zarabiać na życie! Zgodziłam się natychmiast. - Pisz podanie! - powiedział. - Adresuj do Elbląga, bo to oni decydują o sprawach kadrowych. Za parę dni dostałam odpowiedź na piśmie, że moje podanie zostało załatwione negatywnie. - Co to znaczy „negatywnie”? - pytam moją starszą o trzy lata koleżankę Irenę Czapiewską, bo jeszcze nie znałam tego słowa. A ona już pracowała w urzędzie i więcej wiedziała. - To znaczy, że cię nie przyjęli do tej pracy - mówi Irena. Idę więc do tego przewodniczącego gminy, by porozmawiać. - Nie martw się, my to załatwimy! - obiecał. I za parę dni dostałam wiadomość, że mam się stawić do pracy w gminie. Znowu byłam potrzebna na zastępstwo, bo jedna urzędniczka poszła na urlop macierzyński i oni potrzebowali kogoś natychmiast do pracy. Dali mi angaż. Jak tamta pani wróciła z urlopu, to zaproponowali mi stanowisko pomocy biurowej. A potem przeszłam w tym urzędzie wszystkie działy: wojskowy, meldunkowy. Urząd Stanu Cywilnego, księgowość i skup (dostawy obowiązkowe zboża, ziemniaków i żywca). Pracowałam i jednocześnie uzupełniałam swoją edukację. W 1962 roku zaczęłam się uczyć w zaocznym technikum ekonomicznym w Sopocie. Naukę rozpoczęły tam 63 osoby, ale do matury doszło tylko 7, w tym ja. To była trudna szkoła. Był tam wysoki poziom nauczania. Uważam, że jej ukończenie to mój wielki sukces. W pewnym momencie mogłam zostać sekretarzem gminy, ale - jak wspomniałam wcześniej - ciągnęła się za mną wojenna przeszłość ojca. Nie uzyskałam awansu, mimo, że nasza rodzina kładła podwaliny polskiej administracji na tych terenach. Potem zmieniłam miejsce zatrudnienia. Prowadziłam księgowość trzech kółek rolniczych (Zwierzno, Złotnica i Kępniewo). Potem pracowałam w księgowości w Spółdzielni Kółek Rolniczych w Markusach i opiekowałam się Kołami Gospodyń Wiejskich w naszej gminie. 120 Alicja Łukawska RODZINA W wieku 17 lat wyszłam za mąż. Mój wybranek nazywał się Bronisław Sądej i był ode mnie starszy o 7.5 roku. Pochodził z Rzeszowskiego. Przyjechał do Zwierzna na naukę zawodu do naszego słynnego kowala Jana Korytkowskiego. Stąd poszedł do wojska i tutaj później wrócił. Obok naszego domu mąż założył swój warsztat kowalski. Jego kuźnia jeszcze stoi. W tamtym czasie w Zwierznie było aż trzech kowali: Korytkowski, Niemiec i Sądej. Później mąż miał wypadek. Stracił nogę. Jednak, mimo tego kalectwa, przez 30 lat nadal pracował jako kowal. Pół roku po ślubie, w 1955 roku, urodził się nasz pierwszy syn Andrzej. W sumie mieliśmy czworo dzieci. Doczekaliśmy 50. rocznicy ślubu, którą obchodziliśmy bardzo uroczyście. Wkrótce potem mąż zmarł. Zostałam wdową. Przez całe życie, prócz pracy zawodowej, działałam społecznie. Byłam radną w gminie i delegatem do sejmiku samorządowego województwa elbląskiego. Całe lata śpiewałam w zespole ludowym „Szuwary”, który powstał w naszej gminie w 1992 r., a ja przyłożyłam się do jego założenia. W latach 80. wraz z innymi rodzicami zaangażowałam się w walkę o budowę nowej szkoły w Zwierznie, bo wcześniej mieściła się ona w trzech budynkach, a dzieci uczyły się na dwie zmiany od 8.00 do 17.00, co było bardzo uciążliwe. W imieniu rodziców pisałam pisma w tej sprawie do różnych władz, nawet do Telewizji Polskiej. Wspólnie z Ireną Kuleszą jeździłyśmy z petycją do wojewody gdańskiego. Ta walka była owocna. Dzięki niej mamy tu piękną szkołę w przebudowanym dawnym Domu Ludowym. Z latami nasza rodzina wrosła w tę ziemię, ale nie zerwaliśmy całkiem kontaktu z Mazowszem i z krewnymi, którzy tam zostali. Ojciec woził mnie w swoje rodzinne strony na wakacje. Do nas z kolei przyjeżdżały kuzynki z Łodzi. Kilka lat temu spisałam historię moich przodków oraz moje wspomnienia. Zebrałam także rodzinne zdjęcia i różne ważne dokumenty. To wszystko „wydałam” w postaci albumu w pięciu egzemplarzach: cztery dla moich dzieci i jeden dla mnie. Mam nadzieję, że pamięć o tym wszystkim nie zaginie. OkłaJia wspomnień Doroty Jadwigi Sądej. Fot. A. Łukawska Tadeusz Nieśpiałowski - mały wielki człowiek 121 Andrzej Kasperek TADEUSZ NIEŚPIAŁOWSKI - MAŁY WIELKI CZŁOWIEK „ Ocaiaieś nie po to aby żyć masz mało czasu trzeba dać świadectwo'’ Zbigniew Herbert „Przesianie Pana Cogito”. Patrzę na zdjęcia Tadeusza Nieśpiałowskiego (1911—1995), nauczyciela ludowego, więźnia hitlerowskich obozów koncentracyjnych a po wojnie nauczyciela chorych dzieci w szkołach sanatoryjnych. Przyglądam się temu człowiekowi „nikczemnego wzrostu” (jak powiedział Henryk Sienkiewicz o panu Wołodyjowskim) i zastanawiam się, skąd brał siły, aby przeżyć cztery i pół roku w straszliwych warunkach niemieckich więzień i kacetów — od uwięzienia 20. września 1940 r. do wyzwolenia w dniu 10. marca 1945 r. Nie udało się to wielu ludziom mocniejszym, potężniejszej budowy a on zniósł wszelkie trudy i ocalał. Odpowiedzi możemy szukać w jego wspomnieniach pt. „Czas grozy i oporu. Wspomnienia nauczyciela z lat wojny, okupacji i niewoli (1939—1945)”. Zaczął je spisywać dopiero po przejściu na emeryturę w roku 1974 i ukończył w lipcu 1982 r. Pracował nad nimi przez wiele lat — namawiany przez kolegów i przyjaciół, dopingowany przez żonę Reginę. Jego córka Małgorzata wspomina, że było to dla niego trudne, bo oznaczało powrót do chwil strasznych - pełnych strachu, głodu, upodlenia i braku nadziei. A jednak zmierzył się z demonami przeszłości i dał nam opis czasów pogardy. Wielu ocalonych przeżyło, bo kierował nimi imperatyw, aby pozostawić świadectwo. Dwojra Zielona, bohaterka opowiadania Zofii Nałkowskiej z tomu „Medaliony”, starała się przeżyć, aby opowiedzieć prawdę o Zagładzie, o lagrach: „ja chciałam żyć. [...] nie miałam męża ani rodziny, ani nikogo i chciałam żyć. Oka nie miałam, byłam głodna i chłodna - i chciałam żyć. Dlaczego? [...] po to, żeby powiedzieć wszystko [...]. Niech świat o tym wie, co oni robili”. Niech świat się dowie! Niech ludzie poznają prawdę i dowiedzą się, że to „ludzie ludziom zgotowali ten los”. Tadeusz Borowski, Seweryna Szmaglewska, Zofia T. Nieśpiałowski 122 Andrzej Kasperek Kossak czy Zofia Posmysz spisali swe przeżycia zaraz po uwolnieniu, ich książki ukazały się zaraz po zakończeniu wojny. Uznali, że muszą od razu wyjawić prawdę o epoce pieców. Bywało jednak inaczej. Czasem ocaleni nie byli w stanie wracać do przeszłości lub wręcz ją wypierali. Rzucali się w wir życia, zakładali rodziny, pracowali, budowali przyszłość dla siebie i swych bliskich. Wierzyli, że najważniejsza jest przyszłość a przeszłość trzeba pogrzebać. Chaim Kozienicki, więzień łódzkiego getta, Auschwitz i Stutthofu, pisał w przedmowie do swojej książki pt. „Dorastanie w piekle”; „Zastanawiałem się, jak wyrwać lub wymazać te wspomnienia z mojego umysłu. [...] całą swoją duszą pragnąłem wymazać [je] z pamięci”. Jednak po latach przeszłość ich dopadała i wtedy jedynym ratunkiem było opowiedzenie o swych przeżyciach. Spisanie wspomnień poza walorem historycznym ma jeszcze jedną, bardzo istotną funkcję. Pisanie jest terapeutyczne i może być skutecznym elementem leczenia w przypadku traum, problemów psychologicznych oraz chronicznych chorób. Pozwala oczyścić umysł i poradzić sobie z trudnymi doświadczeniami. Trzy dekady po zakończeniu II wojny światowej powstała wielka (maszynopis liczy przeszło osiemset stron) opowieść o odysei polskiego nauczyciela. O początkach wojny i okupacji, o tułaczce po hitlerowskich więzieniach w Radzyniu Podlaskim i na Zamku Lubelskim i gehennie obozowej w Auschwitz, Flossenburgu w Bawarii i Stutthofie. Aż po „marsz śmierci”, zachorowanie na tyfus i cudowne ocalenie na wiosnę 1945 r. Rozmiary tych memuarów sprawiły, że trudno było znaleźć dla nich wydawcę. Fragment (obejmujący czas Września 1939 r., początków okupacji i aresztowania) ukazał się w 1994 r. nakładem Autora. Reszta musiał poczekać jeszcze trzydzieści lat do publikacji całości przez Muzeum Stutthof w Sztutowie. To pierwsze wydanie zawiera znamienną dedykację: „Uczniom moim z całego 45-le-cia pracy pedagogicznej...”. Tadeusz Nieśpiałowski całe swe życie przepracował jako nauczyciel. Po ukończeniu pięcioletniego Państwowego Seminarium Nauczycielskiego im. Zamoyskich w Szczebrzeszynie (1926-1931) rozpoczął trwającą prawie pół wieku pracę pedagogiczną w szkołach województw siedleckiego i lubelskiego. Wybuch wojny zastał go w szkole w Blizocinie (pow. lubartowski, woj. Lubelskie), przecież był to pierwszy dzień nowego roku szkolnego. Był kierownikiem szkoły, ale także udzielał się jako członek spółdzielni spożywców i kółka rolniczego. Zawód nauczyciela przed wojną cieszył się dużym uznaniem i szacunkiem społecznym. Ta estyma przekładała się na zarobki, które były ponadprzeciętne. Ówczesna władza zdawała sobie sprawę, że szkoła była jednym z elementów scalających odrodzone państwo. Szanowani i dobrze uposażeni nauczyciele mieli być częścią nowoczesnej Polski. Na wsi nauczyciel pracował w trudnych warunkach, często w wielooddziałowych klasach, czasem bez prądu elektrycznego. Musiał być animatorem kultury, czasem instruktorem rolnym i organizatorem życia społecznego. Powinien znać się na wszystkim, bo uczył kilku albo nawet wszystkich przedmiotów. Dowcipnie to skomentował niemiecki więzień (chyba w innych krajach było podobnie): „U nas jest takie powiedzenie: Kto musi wszystko wiedzieć i wszystko umieć? Pan Bóg i nauczyciel szkoły ludowej!”. Takie były realia, ale przynajmniej mógł być pewny, że państwo o niego zadba. W Blizocinie dostawał nie tylko pensję (starczyła nawet na zakup towarów wówczas luksusowych - aparatu fotograficznego i roweru), ale dodatkowo przyznano mu działkę rolną, dzięki której mógł zamieszkać ze Tadeusz Nieśpiałowski - mały wielki człowiek 123 Cegielnia-Hopehill - archiwum D. Thiel-Mekrskitj i M. Melerskiego Starym ojcem. Lubił się fotografować ubrany z waszecia, wygląda nie jak chłop, a jak panicz: marynarka, koszula i krawat, wyglansowane wysokie buty do jazdy konnej i spodnie bryczesy. Jakbym patrzył na mojego ojca, który sobie identyczny strój sprawił już po wojnie. No cóż, polski chłop chciał wyglądać jak dziedzic. Bo z pańskiego dworu czerpał wzory... Na zdjęciach widać niewielki budynek szkolny kryty blachą - to oznaka postępu, bo za nim widać zwykłe chłopskie chaty kryte strzechą. Dzieci z łączonych klas pozują, a za nimi stoi „radioodbiornik 3-lampowy Philipsa z akumulatorem i baterią anodową”-prądu we wsi nie było. Z dumą fotografował szkolny zespół grający na mandolinach i gitarach, zespół teatralny koła Związku Młodzieży Wiejskiej „Siew” czy szkolny zespół obchodzący całą wieś w trakcie obrzędu „Z gaikiem i kurkiem po dyngusie” albo przygotowujący się do widowiska „Świętojanki” czy przed próbą „Jasełek polskich”. To fotograficzna dokumentacja niezliczonych prac, które pracowity wiejski nauczyciel wykonywał dla swej społeczności. Chętnie fotografował się na koniu, bo jeździectwo uwielbiał, oraz na swym stalowym rumaku - w wakacje przemierzał setki kilometrów; z dumą opisywał jak „samotnie w sierpniu 1938 roku na rowerze przejechał od Augustowa wzdłuż granicy pruskiej, najpierw do Brodnicy nad Drwęcą, a później przez Toruń, Bydgoszcz, Tucholę, Kościerzynę aż do Gdyni; stamtąd do Władysławowa i na Hel, aby powrócić przez Gdańsk, Tczew, Grudziądz, Brodnicę, Rypin, Sierpc i Płońsk do Warszawy - do swojego Blizocina nad Wieprzem”. Policzyłem dokładnie - to prawie 1300 kilometrów. Tak się wówczas podróżowało! Ten świat pewny i spokojny, może biedny, ale przewidywalny, skończył się we wrześniu 1939 r. Wojna nie ominęła małej wioseczki (dziś Blizocin liczy raptem 150 mieszkańców, wtedy było ich prawdopodobnie stu więcej) - bombardowano pobliski Dęblin, na południe ciągnęły kolumny uciekinierów i szybko wieś zajęły niemieckie oddziały. Po pewnym czasie szkoła zaczęła ponownie funkcjonować, a oprócz oficjalnego programu pan Nieśpiałowski uczył swych uczniów treści zakazanych: historii i literatury polskiej. Sam zaczął się angażować w konspiracyjną działalność Związku Walki Zbrojnej - kolportaż podziemnych wydawnictw, tajne zebrania, podziemne studia historyczne... We wrześniu 1940 r. zostaje 124 Andrzej Kasperek aresztowany. Oficjalny powód jest taki, że jako tzw. zakładnik kontyngentowy nie dopilnował należycie, aby chłopi z jego wsi wywiązali się z obowiązkowych dostaw zboża i teraz ma za to odpowiadać. Ale w czasie śledztwa okazuje się, że gestapo sporo o nim wie, zna nawet tytuły piosenek ze szkolnych jasełek, które przygotował... Więzienie wydaje się początkowo tylko przejściową niedogodnością - uwięzieni mogą zamawiać obiady w radzyńskiej restauracji, a nawet wyjść do miasta, żeby wypożyczyć książki. Ale to tylko chwilowe złudzenie, bo okupant szybko pokazuje swoje prawdziwe oblicze - przesłuchanie jest seansem bicia i znęcania się, a „sąd” urządzony na Zamku Lubelskim jest ponurą parodią wymiaru sprawiedliwości. Wyrok jednak jest wydany zupełnie serio. Autor, nawiązując do wiejskich obyczajów kolędowania, nazywa go Herodami odbywającymi się na zamku; uwięzieni byli „nie tylko widzami, ale i współuczestnikami widowiska przypominającego właśnie Herody”. Zostaje skazany za to, że „swoim zachowaniem zagraża istnieniu i bezpieczeństwu narodu i państwa, działając zdradziecko na rzecz nielegalnej organizacji ruchu oporu”. To cytat z sentencji wyroku wydanego w imieniu III Rzeszy. I tu zaczyna się prawdziwa odyseja młodego nauczyciela, która wiedzie przez miejsca kojarzące się jak najgorzej, miejsca kaźni, dehumanizacji, pracy ponad siły, komór gazowych i krematoriów. Ale także niezwykłego poświęcenia, braterstwa i ludzkiej solidarności. Po raz kolejny używam tu porównania z homeryckim eposem, bo widzę wiele podobieństw między tymi bohaterami - obaj musieli wykazać wiele sprytu i determinacji, by przeżyć. Obu droga do domu była wyjątkowo długa i niebezpieczna. Homer rozpoczyna swój utwór od inwokacji; „Męża głoś. Muzo, wielce obrotnego, który zburzył święty gród Troi, a potem wiele wędrował, widział miasta ludzi tak wielu i ducha ich poznał. Wiele swym sercem wycierpiał na morzu, walcząc o własną duszę i powrót towarzyszy”, (przeł. Jan Parandow-ski) „Wielce obrotny” to złożony epitet, oznaczający człowieka o dużej skali przystosowań. Jest on „wielopostaciowy”: zdroworozsądkowy, przebiegły, sprytny, potrafiący sobie radzić w różnych życiowych przypadkach. Badacz pisze, że Odyseusz „określa się [...] poprzez ustawiczną walkę o ocalenie siebie i towarzyszących mu żeglarzy oraz powrót do rodzinnej Itaki”. Trudno nie pomyśleć tu o Tadeuszu Nieśpiałowskim, który także przeżywa swoistą triadę: podróż, poznanie, cierpienie. Identycznie jak grecki bohater... Wszystko zależało od wyboru strategii przeżycia. Nikt tego nie uczył, nikt nie mógł podpowiedzieć, która droga doprowadzi do ocalenia życia i to nie za wszelką cenę, to znaczy bez utraty godności człowieczej... Kiedy po przybyciu do Auschwitz dowiaduje się, że więźniowie mają „być wywiezieni do kamieniołomów w Bawarii, ale tam potrzebują tylko młodych, zdrowych i sprawnych” musi szybko rozstrzygnąć, czy „udawać chorego i słabego i zostać tu w Oświęcimiu, czy też wytężać się, udawać mocnego i jechać w nieznany daleki świat. Był to przecież problem nie byle jaki”. Wybór kamieniołomów we Flossenburgu jest decyzją pozornie gorszą, ale okazuje się, że to ona daje szanse przeżycia. Podobnie jak później utrata ciepłej posadki w obozowej pracowni, gdzie zajmował się wyrobem lalek. Karne skierowanie do ciężkiej roboty kamieniarza dla wielu było drogą do śmierci, ale dla niego okazuje się losem na loterii, listem żelaznym ocalającym życie. Paradoksalnie dzieje się tak wbrew zasadzie, że kto w KL ciężej pracował, ten szybciej umierał. Tadeusz Nieśpiałowski - mały wielki człowiek 125 Nieśpiałowski nawet w obozie nie potrafi się obejść bez muzyki, która obok pracy pedagogicznej zawsze była treścią jego życia. Grał w orkiestrze obozowej, muzykował dia współwięźniów w sztubach i okazało się, że sztuka miała dla niego wartość ocalającą. Bo poza pokarmem fizycznym człowiekowi potrzeba pokarmu duchowego. „Uczucia pozytywne dają nam siły potrzebne do rozwijania naszej racjonalności; nadzieja na przyszłość jest dla nas jedynym oparciem wobec nieuchronnych przeciwności losu”. To słowa Brunona Bet-telheima - więźnia obozów koncentracyjnych w Dachau i w Buchenwaldzie. Nauka przystosowania jest jednocześnie nauką przeżycia. W Stutthofie bohater zgłasza się do najcięższych robót, żeby zobaczyć, czy one dadzą mu szansę na dodatkową porcję chleba, czyli przeżycie kolejnego dnia. Zgłasza się do wyjazdu do filii obozu w cegielni w Hopehill (dziś Nadbrzeże, przysiółek pomiędzy Elblągiem a Tolkmickiem). Praca przy produkcji i wypalaniu cegieł okazała się ponad jego siły, ale dzięki ludziom dobrej woli, którzy postanawiają uratować polskiego nauczyciela, bo będzie on potrzebny po wojnie w wyzwolonym kraju, znowu uśmiechnie się do niego szczęście. To bardzo ważne słowo — nasz bohater poza sprytem i obrotnością miał wiele szczęścia. Także wtedy, gdy pod koniec upiornego „marszu śmierci” leżał chory na tyfus (on, który ani razu w trakcie prawie pięcioletniego uwięzienia nie chorował!) i czekał na śmierć. Na szczęście zamiast niej pojawiają się czerwonoarmiści i gdyńskie harcerki, które dosłownie wyrywają go ze szponów kostuchy... Pięknie są opisane przykłady ludzkiego braterstwa, np. gdy podarowana mu garść skórek od chleba dawała nadzieję na przeżycie a pieczony kartofel stawał się najcenniejszym prezentem gwiazdkowym. Poruszające są opisy próby ratowania chorego kolegi. Wzruszający jest opis kaszubskich kobiet karmiących słaniających się z głodu i wycieńczenia kacetowców pędzonych ku śmierci. Ocalenie przynosił wówczas kawałek chleba i miska krupniku. Wtedy dociera do nas prawdziwy sens prośby: „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”... Znajdziemy w tych wspomnieniach także opisy bezprzykładnego okrucieństwa, podłości i pogardy. Może się wydawać, że po wojnie wszystko już opisano, że Nałkowska, Borowski i inni wszechstronnie przedstawili i opisali czasy pogardy, ale okazuje się, że jednak nie wszystko powiedziano... Tadeusz Nieśpiałowski zdaje relację ze swego życia w czasie wojny spędzonego za drutami. Jego opisy nie są tak kunsztowne literacko, nie ma tu mistrzostwa lakonicznej frazy, które znajdziemy u wspomnianych autorów, ale nie znaczy to, że nie przerażają. Relacjonuje straszliwy odwet esesmanów za ucieczkę więźnia z bawarskiego kacetu, zamęczenie żydowskich więźniów, śmierć starego austriackiego więźnia zabitego dla kaprysu przez bestialskiego kapo... Opisuje jak sam był bity, poniewierany, męczony i głodzony. I nigdy się nad sobą nie rozczula. Raczej odnajdujemy u niego znane z innych obozowych wspomnień pytanie -dlaczego ja przeżyłem, a umarło tylu wspaniałych kolegów. Pytanie, które musi pozostać bez odpowiedzi. A skoro przeżył, to musi udowodnić swym dalszym życiem, że był tego wart. Mamy niezwykły opis podróży przez zrujnowany kraj do rodzinnej wsi. Wzruszające jest powitanie przez rodzinę, uczniów i sąsiadów. Ale najbardziej go cieszy euforyczne powitanie po prawie pięciu latach rozłąki przez psa, który doczekał się powrotu ukochanego pana. W „Odysei” Homer opisuje psa Argosa, który był szczeniakiem, gdy Odyseusz opuszczał dom. Czekał na niego przez 20 lat i poznał go, mimo że był przebrany za starca. 126 Andrzej Kasperek „Pikus [...] drgnął, podniósł łeb, nastawił uszy i w mgnieniu oka [...] Ze skomleniem i piskiem przyskoczył do mnie, rzucił mi się wprost do twarzy [...] a potem jak szalony zaczął biegać dookoła mnie, podskakiwać i przewracać się na grzbiet”. Powojenne losy swego ojca opisała pięknie jego córka — Małgorzata Krzempek Nieśpia-łowska. Była to niekończąca się praca z najsłabszymi, uczenie chorych dzieci w sanatoriach w Busku Zdroju i Zakopanem. Po latach dotarł pod Tatry i mógł rozkoszować się góralskim folklorem, który zachwycił i uwiódł go przed laty. Dlatego na pogrzebie w październiku 1995 roku, gdy „góralska kapela zagrała mu smętne Janosikowe nuty »Co siy stało Boże...«, nie było nikogo, kto nie miałby w oczach łez”. Tak pożegnano małego wielkiego człowieka — małego wzrostem, ale wielkiego siłą charakteru, trwałością przekonań, dobrocią, troską o swych uczniów, wiernością w przyjaźni... Jego świadectwo jest bardzo ważne i choć ukazuje się tak późno, nic nie straciło na rzetelności. Można podziwiać pamięć autora, jego skrupulatność i dokładność. „Czas grozy i poniżenia” jest książką potrzebną, bo jest źródłem wiedzy dla historyków oraz ciekawą lekturą, która mówi nam wiele o człowieku postawionym przed największymi wyzwaniami. Człowieku, który ze starcia z „historią spuszczoną z łańcucha” wyszedł zwycięsko. * Spędziłem kilka miesięcy redagując wspomnienia „Czas grozy i oporu”. Podziwiałem wspaniałą pamięć autora, który po kilkudziesięciu latach precyzyjnie rekonstruował wydarzenia i nazwiska... A przecież nie miał żadnych notatek a czas w obozach płynął swoim rytmem, według swojego kalendarza. Często nawet bez niedziel i świąt, wyznaczany tylko przez pory roku. Mimo tego jego świadectwo jest nadzwyczaj dokładne a przez to bezcenne. O wielu faktach nikt przedtem nie pisał. Dlatego starałem się zbytnio tekstu nie skracać, bo dziś jest to dokument historyczny. A jednak przez wiele lat nikt nie chciał tej książki wydać. Wypominano, że jest zbyt obszerna, że czasy wojny i okupacji już nikogo nie interesują. Dziś nastąpił powrót do literatury o obozach koncentracyjnych. Jednak to paradoks, że miliony czytelników zamiast rzetelnej relacji wolą czytać fikcyjne utwory ze słowem Auschwitz w tytule. To jakaś zupełnie niezrozumiała dla mnie moda — ogromna popularność książek: „Tatuażysta..., Skrzypaczka..., Położna... z Auschwitz”. Nazwa hitlerowskiego obozu stała się tagiem, który umieszcza się na okładce, aby lepiej sprzedać towar. Naliczyłem kilkanaście takich pozycji. Historycy ostrzegają, że te opowieści: „w znacznej mierze przekłamują historię”, ale czytelnicy i tak po nie sięgają. Może niektórzy sięgną zatem po książkę-świadectwo ? Wielkie słowa uznania należą się córce autora - pani Małgorzacie Krzempek Nieśpia-łowskiej. To ona przepisała na komputerze zeszyty, w których ojciec pracowicie spisał swe wspomnienia. To ona zabiegała o ich wydanie i własnym nakładem opublikowała fragmenty, niestrudzenie dążyła do tego, żeby wspomnienia mogły trafić do księgarni i bibliotek. To stało się jej misją. Miałem okazję odwiedzić panią Małgorzatę we Wiedniu, gdzie mieszka od kilkudziesięciu lat, i porozmawiać o jej ojcu. Pokazała mi wtedy swoistą relikwię - bursztynową główkę Tadeusz Nieśpiałowski - mały wielki człowiek 127 konia, którą ojciec potajemnie wyrzeźbił w podobozie Hopehiil. Dobrze, że jej upór i determinacja zakończą się niedługo sukcesem. Na szczęście trafiła do Muzeum Stutthof i znalazła tam zrozumienie i poparcie dla edycji wspomnień ukochanego taty... Już niedługo, staraniem dyrektora muzeum Piotra Tarnowskiego i kierownika muzealnego Działu Naukowego - dra Marcina Owsińskiego, tom wspomnień Tadeusza Nieśpiałowskiego ukaże się drukiem. I mam nadzieję, że wielu czytelników sięgnie po prawdę o czasach pogardy, a nie fikcyjne historyjki. Ukazanie się tej książki to oddanie hołdu tak zamordowanym, jak i ocalonym, uratowanie pamięci o tych, którzy mieli zostać zapomniani. Skromny, mały wzrostem, ale wielki charakterem człowiek odniósł swe zwycięstwo. Przeżył i dał świadectwo czasów pogardy, a także dał świadectwo o swoim człowieczeństwie. Tadeusz Nies'/>iałowski przed aresztowaniem, arch. AT. Krzempek NieTpiałowska 128 Tadeusz Nieśpiałowski Tadeusz Nieśpiałowski CZAS GROZY I OPORU Tadeusz Nteśpiałoiaski próbował przeżyć i łapał sif każdej okazji, gdzie mógłby spożytkować swe rozmaite umiejętności — muzyka, majsterkowicza i wiełe innych, aby zarobić na kawałek chłeba łub dodatkowe} porcję zupy W Ho-pehiłł — fiłii KL Stutthof zajmowano się produkcje} cegieł. Uznał, że podoła ciężkiej pracy wwożenia na taczce surowych cegieł do pieca i wywożenia ich po wypałeniu. Okazało się to jednak ponezd jego siły Zrozumiał, że jego życie się kończy — zimno, katorżnicza praca, niedożywienie i brak odpoczynku były zabójcze. Tłatuje}c się wpetdł na pomoc, aby przekazać swe wołanie o pomoc do obozowej starszyzny. Zmajstrował pajacyka i podrzucił go kucharzowi... Pomyślałem sobie, że zabawka ta mnie samemu właściwie nie jest potrzebna, ale natomiast bardzo przydałby mi się dodatkowy kawałek chłeba albo miska zupy, bo wychudłem już ostatnio jak przysłowiowa szczapa. Jakoś przed samymi świętami, kiedy przywieziono ze Stutthofu zapasy żywności, znalazłem się w grupie więźniów rozładowujących ciężarówkę i przenoszących produkty żywnościowe do komórki zamienionej na magazyn. Łudziłem się, że może uda się przy tym coś zorganizować, ale niestety pilnujących nas esesmanów i funkcyjnych było więcej niż tych, co pracowali. Nie można było nawet myśleć ani marzyć o jakiejś zdobyczy. Skorzystałem natomiast z okazji i z przysługi pomocnika kucharza, Zygmunta i zważyłem się na wadze dziesiętnej, którą pomagałem mu odnieść do kuchni SS. Kiedy stanąłem na platformie tej wagi, Zygmunt postawił na szalce 2 odważniki po 2 kg i już przesunął ciężarek dodatkowy umieszczony na ramieniu szalki, do końca, licząc, że będę ważył około 45 kg. Niestety okazało się to za dużo, cofał więc i cofał ten ciężarek, aż cofnął go do końca, a tymczasem szalka została nadał na dole. Zrównoważyło obie strony wagi dopiero lekkie naciśnięcie jego ręki na platformę. Pamiętam, jak powiedział wtedy do mnie: „Ważysz 40 kg, tylko ta waga nie jest taka czuła”. Może to była faktycznie usterka wagi, a może on chciał mnie tylko pocieszyć, że nie ważę tak całkiem mało. Przyznam się, że ja sam nie przypuszczałem, abym mógł ważyć mniej niż 40 kg, bo przecież moje obozowe ubranie wraz z butami na drewnianej podeszwie musiało także ważyć razem ze 2 kg. Waga 38 kg to nawet przy moim niewielkim wzroście (164 cm) i drobnej kości oraz ogólnie delikatnej konstrukcji fizycznej była już chyba bardzo niepokojąca. Przecież w 1931 roku na komisji poborowej nie przyjęto mnie do wojska tylko z powodu niedowagi, mimo iż Czas grozy i oporu 129 ważyłem wtedy 51 kg. Byłem jednak wtedy o 11 łat młodszy, niezupełnie jeszcze fizycznie rozwinięty, byłem bezrobotnym nauczycielem, szukającym pracy - w kraju panował wtedy kryzys, a w domu panowała po prostu bieda. Później, kiedy już pracowałem, moja waga wahała się zwykle od 58 kg w lecie (rower!) do 60 kg w zimie. Trudno mi było sobie wyobrazić, żebym mógł stracić aż V5 ciężaru mojego i tak szczupłego ciała. Muszę przyznać, że to mnie trochę postraszyło. Czułem się wprawdzie ciągle zupełnie zdrowo, chociaż w pasku od spodni musiałem jeszcze w Stutthofie powywiercać gwoździem dodatkowe dziurki, ale równocześnie zauważyłem, że sił mam coraz mniej. Stwierdziłem to z przykrością i ukrywanym przerażeniem pewnego razu przed świętami, gdy mnie przydzielono do pomocy przy ładowaniu cegieł na podstawione wagony. Miałem tam podawać cegły ze sztapla taczkarzom, a ta robota nie była wcale ciężka. W pewnym momencie wszakże, kiedy jeden z Auskarrerów [wwożących cegły] odmeldował się do ustępu, ja wziąłem jego taczkę i zgłosiłem nadzorującemu robotę, że tamtego zastąpię. Kapo zgodził się, wiedząc, że byłem jeszcze przed kilkoma tygodniami Einkarrerem [wywożących cegły]. Niestety próba wypadła bardzo blado. Z największym wysiłkiem udało mi się przewieźć kilka taczek cegły wypalonej, a więc znacznie lżejszej niż surówka. Tłumaczyłem się przed kolegami, że wyszedłem z wprawy, ale sam w skrytości ducha wiedziałem, że to nieprawda. Co tu gadać, słabłem z dnia na dzień. Mój ciągle niedożywiony organizm musiał wysilać się nie tylko na utrzymanie mięśni i wszystkich innych komórek w jakiej takiej sprawności, ale musiał także zabezpieczać całe ciało przed wychłodzeniem. Nic więc dziwnego, że skromne zapasy mojej tkanki tłuszczowej topniały w tempie zastraszającym, co w konsekwencji musiałoby się zakończyć tragicznie, jeżeli nie znajdzie się dla mnie jakieś źródło dożywienia. Starałem się o tym nie myśleć, ale to nie na wiele pomagało. Na dobitkę któregoś dnia, przechodząc koło komórki, w której drzwiach było małe okienko, zasłonięte od wewnątrz jakąś czarną szmatą, dojrzałem w okienku, odbitą jak w lustrze, moją własną twarz. Zobaczyłem odbicie swojej twarzy i doznałem jakiegoś dziwnego uczucia. To, co teraz powiem, wyda się może nieprawdopodobne i grubo przesadzone, ale nie ma w tym żadnej przesady, choć mnie samemu wydało się to niezrozumiałe. Otóż twarz, którą teraz zobaczyłem wydała mi się w pierwszym momencie twarzą zupełnie obcą. Przez chwilę miałem wrażenie, że to nie jest odbicie mojej własnej twarzy, ale gdy podniosłem rękę, dotykając nią swego zapadłego policzka, poznałem nieomylnie swoją rękę i ten fakt wyprowadził mnie z błędu. Pomyślałem jeszcze później, że szkło tej szybki może być nierówne i to jak w przysłowiowym krzywym zwierciadle może zniekształcać odbicie. Przypomniały mi się przy tej okazji owe lunaparkowe beczki śmiechu z lustrami deformującymi karykaturalnie odbicie patrzącego w nie osobnika. Twarz odbita w tym okienku była dziwnie wydłużona; nos wydał mi się dłuższy, a broda bardziej spiczasta, natomiast oczy wydawały mi się większe niż zwykle, a uszy bardziej odstające. Ogólnie biorąc, to bardziej mi się podobała, niż ta, którą przed laty oglądałem przy goleniu albo na fotografiach. Gdyby jeszcze tę twarz ozdabiały takie wąsy i włosy, jakie nosiłem przed aresztowaniem, byłbym z niej bardziej zadowolony niż z tej, którą oglądałem w lustrze w lecie 1940 roku. Taka idiotyczna myśl przemknęła mi przez głowę. Jakże inne myśli zaczęły mnie gnębić wieczorem, gdy już ułożyłem się na swojej pryczy i długo w noc nie mogłem zasnąć. Musiałem wtedy uświadomić sobie, że ja sam siebie ciągłe oszukuję i że nie chcę się przyznać przed samym sobą, jak tragiczna jest moja obecna sytuacja. 130 Tadeusz Nicśpiałowski Takie i tym podobne myśli plątały mi się po głowie w pierwszym dniu świąt Bożego Narodzenia przy wykańczaniu owych aniołków i świętych Mikołajów. Przykład Smyka, który dorabiał sobie na dodatkowe kęsy pożywienia prymitywnymi usługami szewskimi nie dawał mi spokoju. Byłem pewien, że ja również dobrze a może nawet i lepiej potrafiłbym takie rzeczy robić, ale przecież nie mogłem mu tego odebrać, zaś dla nas dwóch roboty by nie starczyło. On zresztą nie dopuściłby nikogo nie tylko do konkurencji ale nawet i do spółki. Nie można mu się było zresztą dziwić. Chłop by z niego dość zwalisty, młody jeszcze i pracował w cegielni bardzo ciężko, musiał więc na pewno jeść więcej niż ja, ażeby zdrowia i sił do pracy nie stracić. Na jego pomoc liczyć absolutnie nie mogłem, widziałem bowiem czasami, z jakim apetytem, a nawet z jaką żarłocznością, zjadał zarówno swoją codzienną porcję obozową i to, co dostawał za swe usługi. „U gęsi owsa nie pożyczysz”-mówi ludowe przysłowie, toteż ja nie miałem zamiaru zwracać się do Smyka o jakąkolwiek pomoc. Uważam, że wykazał on i tak maksimum dobrej woli i życzliwości dla mnie, pożyczając mi nożyce i użyczając kilku kawałków tektury. Kto wie zresztą, czy on zrobiłby to, gdyby nie owa choinka i święta Bożego Narodzenia, których ideą naczelną w tradycji polskiej jest braterstwo i życzliwość. W pewnym momencie pomyślałem sobie, że w Hopehillu nikt właściwie nie mógł mieć jedzenia za dużo. Kucharz miał go może dość, ale wartość tego jedzenia nie była odpowiednia. Najlepiej miał chyba Zygmunt, pomocnik kucharza, który był równocześnie kuchcikiem w kuchni esesmańskiej. Ale on z kolei na pewno musiał się dzielić tym, co mógł wynieść, zarówno z kucharzem jak i z lekarzem, z Adamem i z Mańkowskim, tzn. z wszystkimi funkcyjnymi, bo razem z nimi mieszkał w małej izbie przylegającej do kuchni. Pomyślałem już o tym, żeby jakoś zagadać do tego Zygmunta, ale nie mogłem znaleźć odpowiedniej okazji. Pożałowałem, że wtedy przy tym ważeniu jakoś mi to nie przyszło do głowy. Z drugiej strony hamowała mnie myśl, że przecież wtedy on mógł pierwszy coś napomknąć, gdyby chciał mi pomóc; jeśli zaś on nie zaczął na ten temat mówić, to albo nie ma chęci, albo nie ma możliwości. Z kucharzem nie zetknąłem się bezpośrednio nigdy, ale często przyglądałem mu się ukradkiem podczas zbiórek na apel, które odbywały się w pobliżu kuchni. On razem z wszystkimi więźniami na apel nie stawał, przechodził natomiast czasem koło naszych szeregów, idąc po wodę do studni albo do komórki po węgiel. Wydał mi się człowiekiem bardzo skromnym i poczciwym, ale równocześnie twarz jego wyrażała jakieś dziwne skupienie i zaaferowanie. Zdawało mi się, że on żyje własnym jakimś wewnętrznym życiem, nie zwracając uwagi na to wszystko, co się dookoła niego dzieje. Może zresztą dlatego tylko tak sądziłem, że nigdy nie udało mi się przechwycić jego spojrzenia, nigdy więc nie mogłem popatrzeć mu prosto w oczy. Była to w każdym razie postać nieprzeciętna, a dla mnie nawet trochę zagadkowa. [...] Byłem już zdecydowany zrobić jakiś drobny podarunek świąteczny temu zagadkowemu kucharzowi, ale ciągle nie mogłem się zdecydować, co to ma być. Możliwości moje były wprawdzie bardzo ograniczone zarówno ze względu na brak odpowiednich narzędzi i materiałów, jak i ze względu na moje zdolności wykonawcze, ale nie chodziło przecież o jakieś dzieła sztuki. Myślałem na przykład między innymi o narysowaniu na kartonie obrazka, przedstawiającego szopkę betlejemską, ale się wnet zreflektowałem. Mogłoby to wypaść bardzo nędznie, a przy tym mogłoby się okazać źle pojętą aluzją do tego, co miało być Czas grozy i oporu 131 tajemnicą. Na realistyczny rysunek albo karykaturę, przedstawiającą kucharza w pasiaku, nie chciałem się porywać. Pozostałem wobec tego przy pajacu z tektury, z tym tylko, że nie miał to być ani kozak tańczący, ani grający góral, ale właśnie kucharz z łyżką i widelcem. Wyciąłem tego pajaca - kucharza z najgrubszej i najtwardszej tektury, jaką od Smyka dostałem, potem poprosiłem go o kawał dratwy, którą poszczególne części połączyłem i odpowiednio podwiązałem. Na koniec ołówkiem chemicznym pożyczonym również od Smyka wyrysowałem temu kucharzowi twarz i wszystko, co trzeba było od frontu narysować. Zaraz na początku zrezygnowałem z pasiaka i wszystkich realiów obozowych, nadając mojemu pajacowi kształt, ubiór i czapkę oraz atrybuty typowego kucharza. Kusiło mnie trochę, żeby zrobić potwornego grubasa, ale potem rozmyśliłem się, pozostając przy kształtach normalnych. Przesadnie duże były tylko te kucharskie „insygnia”, tzn. łyżka i widelec. Późnym wieczorem dopiero dokończyłem mojego kucharza i wypróbowałem, jak działa mechanizm. Gdy pociągałem za nitkę, kucharz mój wymachiwał łyżką i widelcem, wycinając nogami siarczyste hołubce. Oddając pożyczone nożyce, pokazałem Smykowi swoje dzieło. Podobało mu się, ale od razu nie omieszkał się pochwalić, że on, kiedy był małym chłopcem, to robił takie pajace, co się „przefikały” na sznurku między dwoma patykami tak jak gimnastyk na drążku. Potem zaś jakby od niechcenia powiedział, abym powiesił tego pajaca nad jego stolikiem. „Powieś to, niech wisi” - powiedział. „Pokażę to „szarfuretowi”, jak przyjdzie. Może da za to parę papierosów.” Głupio mi się zrobiło, że go nie uprzedziłem z góry, co mam zamiar z tą zabawką zrobić, ale zdobyłem się na odwagę i powiedziałem, że mam zamiar ofiarować to kucharzowi. Dodałem przy tym, że mogę takich zabawek narobić bez liku i nie kucharzy, ale tancerzy i grajków, a tego zrobiłem specjalnie dla kucharza, który siedząc cały dzień w kuchni nie ma pewnie żadnej rozrywki. Obawiałem się, że Smyk będzie się upierał i wypominał mi używanie materiałów czy narzędzi, ale tak się nie stało. Mruknął tylko: „Rób se, jak chcesz, ale Mitura i tak się tym bawić nie będzie. To porządny chłop, ino że on jest taki, wisz, bardzo poważny.” Dowiedziałem się przy tej okazji tylko, jak się nazywa kucharz. Szkoda jednak, że nie dowiedziałem się wtedy, skąd on pochodzi rodem, bo to mogłoby mieć dla mnie istotne znaczenie. Mitura pochodził bowiem z okolic Kocka, które dobrze znałem. Miałbym więc od razu do niego ułatwione podejście. Poza tym wiadomo, jak tzw. „lokalny patriotyzm” zbliża ludzi na obczyźnie czy też w niewoli. W obozie miało to również duże znaczenie, chociaż nawiązywanie bliższych znajomości i zawiązywanie przyjaźni było raczej dziełem przypadku. Cały następny dzień nosiłem mojego pajaca w zanadrzu i nie mogłem się zdecydować, w jaki sposób go wręczyć. Najpierw liczyłem, że spotkam kucharza przy rannym myciu lub przed apelem. Potem obiecywałem sobie, że wykorzystam okazję przy wydawaniu obiadu albo kolacji, ale jakoś mi się to wszystko nie udawało. Kiedy następnego ranka przy myciu też nic z tego nie wyszło, podczas zbiórki na apel zdeterminowany ostatecznie podszedłem szybko do otwartych drzwi kuchni i mój prezent dla kucharza wrzuciłem po prostu do środka. Podczas apelu stało się zwykle akurat tyłem do kuchni, wobec czego nie mogłem zobaczyć, czy kucharz „otrzymał swoją przesyłkę”, tzn. czyją zauważył. Gdy kolumna nasza ruszyła do pracy, obejrzałem się na drzwi kuchni, ale one były już zamknięte. 132 Tadeusz Nieśpiałowski Cały dzień przy pracy myślałem tylko o tym, czy moja anonimowa przesyłka trafiła do rąk adresata i czy on zainteresuje się, kto jest jej nadawcą. Trudno mi było wprost uwierzyć, aby to pozostało bez echa. Monotonia naszego życia, szczególnie w okresie zimowym, była tak potworna, że najdrobniejsze nawet zdarzenie powinno było obudzić jakieś zainteresowanie. Tak mi się przynajmniej wydawało i dlatego tak niecierpliwie czekałem na ten odzew. Zacząłem nawet robić sobie wyrzuty, że do tej „przesyłki” nie dołączyłem małego liściku, albo że nie podpisałem chociaż swojego dzieła moim numerem obozowym. Po namyśle odrzucałem wszystkie wyrzuty, obawiając się ciągle, aby nie być posądzonym o bezczelne natręctwo. Wiadomo bowiem, że w obozie nikomu się przecież nie przelewało. Jeżeli ktokolwiek chciał pomóc drugiemu, musiał sam tracić. Trzeciego czy czwartego dnia, kiedy już straciłem nadzieję i zacząłem na nowo przemyślać, jak i kogo prosić o pomoc, podczas wydawania obiadu podszedł do mnie Janek Lebioda, pełniący funkcję sanitariusza. Powiedział, abym szybko zjadł i przyszedł do izby, gdzie mieszkają funkcyjni. Od razu domyśliłem się, że to czary mojego tekturowego „kucharza” zaczynają działać. Połknąłem więc piorunem moją porcję brukwi i, nie opłukując nawet miski, podszedłem nieśmiało do drzwi owej sztuby, gdzie Janek już na mnie czekał. Wpuścił mnie do izby, w której znajdowały się tylko trzy potrójne prycze i dość duży stół oraz kilka taboretów. Przy stole siedziało i jadło czterech funkcyjnych, z których trzej byli ludźmi w poważnym wieku. Najokazalszy z nich i najważniejszy Mańkowski wstał i podając mi miskę z całą prawie porcją gęstej brukwi rzekł: „Masz tu, kolego, siadaj i jedz! Ja mam chorą wątrobę i nie mogę zjeść całej porcji. Przychodź tu codziennie, zawsze coś dostaniesz!”. Kucharz Wacław Mitura po wojnie spisał swe wspomnienia obozowe. Ukazały się one w ksiifżce „Za drutami Stutthoju”. Opisuje jak znałazłpajacyka i domys'łił się, że jest to wołanie o pomoc, bo jaki inny „sens mogłaby mieć zabawka dziecięca w miejscu, gdzie panuje smierćł”. Od znajomych więźniów dowiedział się, że zrobił go młody nauczycieł. Opisuje, jak go zobaczył: „Postać Nieśpiałowskiego zrobiła na mnie wstrzi}sajifce wrażenie. Przerażajifco uychudzony, podobny do żywego szkiełetu powłeczonego ziemistożółtą skórą. Głowa w stosunku do syłwetki wydawała się nieproportjonałnie duża, łecz oczy były pogodne, twarz intełigentna. Człowiek ten był już u kresu życia. Trzeba uczynić wszystko, by go ratować, póki jeszcze czas. Za kiłka dni może być za późno. On musi żyć, /jako nauczyciełj będzie kiedyś' Ojczyźnie potrzebny”. W styczniu 1945 roku rozpoczął się Marsz s'mierci, czyłi ewakuacja więźniów Stutthofii za zachód. Trwająca półtora miesiąca gehenna pochłonęła kiłka tysięcy ofiar. Trasa marszu wiodła przez Żuławy i Kaszuby. Ich mieszkańcy, a w szczegółności kaszubskie kobiety i dzieci, odegrały ważną rołę w ratowaniu więźniów obozu. Wdrto przytoczyć ten fragment. i Kto przeżył i przetrwał ten pierwszy tydzień piekielnego marszu, ten zaczął wierzyć, że potrafi przetrwać i następny, a nawet przetrzyma jeszcze większe trudy i niebezpieczeństwa. Niezmiernie krzepiącym był przy tym fakt, że trasa morderczego marszu wiodła teraz przez Czas grozy i oporu 133 ziemie polskie, że na naszą mękę patrzą ze współczuciem oczy naszych rodaków, którzy w miarę możności starają się nam pomóc. A pomoc ta w ogromnej mierze wzmocniła nie tylko nasze dusze, ale i wygłodzone ciała. Nie zapomnę nigdy nocy z 2. na 3. lutego, spędzonej we wsi kaszubskiej Pomieczyno. Doszliśmy tam jeszcze za dnia i zostaliśmy na noc ulokowani w miejscowym kościele parafialnym, stojącym w środku wsi. Kościół był obszerny i wysoki, a otaczał go dość duży plac, ogrodzony murkiem czy też żelaznym parkanem. W kościele nocowały już prawdopodobnie jakieś inne kolumny ewakuacyjne, na co wskazywały niewielkie ilości śmieci, leżące w przedsionku jako też w bocznych wnękach oraz wilgotne plamy po stopionym śniegu na kamiennej posadzce i na podłogach ławek. Mimo iż myśl o noclegu w kościele jakoś mnie krępowała i przygnębiała, to jednak sam fakt znalezienia się w kościele jako miejscu modlitwy i przeżywania pewnych wrażeń mistycznych (po przeszło czteroletniej przerwie) wzruszał mnie. Gdzieś z głębokiej podświadomości wynurzyły się wspomnienia z dzieciństwa, kiedy uczepiony długiej i fałdzistej matczynej spódnicy szeroko otwartymi oczyma oglądałem wspaniałe obrazy i posągi świętych, mieniące się tęczowymi błyskami, kryształowe żyrandole, srebrne świeczniki i złocistą monstrancję. Z podświadomej konfrontacji tamtych dziecięcych wrażeń z potworną rzeczywistością aktualnej sytuacji przymusowej wyłaniały się w mojej świadomości uporczywie powracające od czasu do czasu refleksje o niepojętym zawikłaniu religijnych pojęć. Przypominam sobie, że nasza trójka usiadła gdzieś na ławeczce pod amboną czy też na stopniach bocznego ołtarza w pobliżu ambony. W każdym razie siedzieliśmy tak, że nie mogliśmy widzieć tego, co się dzieje na chórze. I oto, kiedy wnętrze kościoła zaczął ogarniać mrok, z chóru odezwał się przytłumiony nieco, ale czysty i jędrny dźwięk trąbki, grającej pieśń maryjną: „Po górach, dolinach rozlega się dzwon...”. Szmer przyciszonych rozmów ponad tysiąc osób liczącego ludzkiego zbiorowiska, które po pierwszym wrażeniu wśród życiowej troski o przetrwanie zdążyło już może zapomnieć nawet o tym, gdzie się znajduje, ustał nagle i zapanowała dostojna, godna tego miejsca cisza. A w ciszy tej wibrował wznoszący się i potężniejący dźwięk trąbki, ciągnącej refren: ,Ave, ave, ave Maryja!“. Po przegraniu dwóch zwrotek tej pieśni trębacz zagrał drugą: „Zdrowaś Maryja”, a potem jeszcze: „Królowej anielskiej śpiewajmy...” „Chwalcie łąki umajone...” i wreszcie „Serdeczna Matko...” Ktoś tam próbował towarzyszyć na organach, ale akompaniament był dyskretny i nie przygniatający przeczystego głosu trąbki. Zaskoczona zupełnie brać więźniarska wysłuchała pierwszych melodii w milczeniu, ale kiedy z chóru popłynęły tony tej najbardziej chyba popularnej pieśni maryjnej; pieśni, której błagalny tekst tak bardzo odpowiadał naszej aktualnej sytuacji, ludzie nie wytrzymali w milczeniu i zaczęli śpiewać: „Wygnańcy Ewy do ciebie wołamy; Zlituj się, zlituj, niech się nie tułamy!”. Nie wszyscy zresztą uznali, że to ma być pieśń maryjna i zaczęli śpiewać po prostu: „Boże coś Polskę...”, gdyż obie te pieśni są śpiewane na tę samą melodię. Kiedy więc jedni śpiewali wyżej zacytowany refren, inni śpiewali już ze ściśniętym od wzruszenia gardłem: „Ojczyznę, wolność racz nam wrócić Panie!” Dla mnie był to moment szczególnie może wzruszający, bo przecież za śpiewanie tej właśnie pieśni na rozpoczęcie roku szkolnego 1940/41 w kościele łysobyckim później podczas przesłuchania w Radzyniu zostałem tak bestialsko zbity przez zwyrodniałego esesmana. 134 Tadeusz Nieśpiałowski Skojarzyło mi się to momentalnie i (co tu ukrywać) przeraziłem się, że znów może się stać coś okropnego. W złą chwilę to pomyślałem, jak powiadają, bo rzeczywiście zaczęło się dziać coś niemiłego. Szczęknęły otwierane drzwi kościoła, a po chwili rozległ się zwielokrotniony echem kościelnego sklepienia huk pojedynczego wystrzału. To esesman, nie mogący przekrzyczeć śpiewających, wystrzałem w powietrze uciszał wszystkich i domagał się dopuszczenia do głosu. Gdy śpiew ucichł i głos trąbki zawisł na jakimś wysokim tonie, usłyszeliśmy wrzask: Ruhe da, ihr verfluchte Sauhunde!. [Cisza tu, wy przeklęte świńskie psy!] Potem nastąpiło surowe ostrzeżenie, że jeśli ktoś zacznie jeszcze śpiewać albo grać, to wszyscy zostaną rozstrzelani. Na drugi dzień, kiedy zrobiono nam bardzo wczesną pobudkę, dowiedzieliśmy się, że tru-piogłowców [esesmanów] rozwściekliła nie tylko muzyka z kościelnego chóru i nasz śpiew, ale w jeszcze większej mierze spontaniczna reakcja ludności na ten koncert i na nasze wstrząsające w swej wymowie błagalne śpiewanie. W dniu 2. lutego kościół katolicki obchodzi święto Matki Boskiej Gromnicznej ze starym, ale przez lud polski pilnie przestrzeganym obrzędem poświęcania świec woskowych, zwanych gromnicami, które zapala się przy umierających albo w chwilach wielkiego nieszczęścia. Nic więc dziwnego, że kiedy w tym świątecznym dniu, poświęconym Matce Boskiej, w czasie, kiedy akurat normalnie odbywały się nabożeństwa, zwane nieszporami ludzie z sąsiednich domów usłyszeli z wnętrza kościoła dochodzące melodie znanych pieśni maryjnych, zaczęli z domów wychodzić i nadsłuchiwać. Powstała w ten sposób przedziwna sytuacja. W zamkniętym kościele ponad tysiąc umęczonych i wygłodzonych więźniów śpiewa błagalne pieśni do Matki Boskiej, dookoła kościoła stoi łańcuch posterunków wartowniczych złożony z kilkunastu uzbrojonych po zęby strażników, a tuż poza parkanem kościelnego dziedzińca stoi kilkudziesięciu mieszkańców wsi. W tłumie tym przeważają na pewno kobiety i starcy, ale nie brak też i odważniejszych młodych mężczyzn. Kobiety płaczą pewnie i lamentują, ale suche oczy mężczyzn surowo i nienawistnie spoglądają na wartowników. Tego właśnie napięcia wyczuwalnej nienawiści nie wytrzymali prawdopodobnie trupio-głowcy i to było przyczyną ostrej ingerencji dowódcy warty oraz surowego zakazu śpiewu. Ludność wiejska nie rozeszła się jednak spokojnie do swoich domów. Zaczęły się pertraktacje z dowódcą warty, a potem pewnie z samym kierownikiem ewakuacyjnej grupy, odpoczywającym po trudach dnia w ciepłej kwaterze. A potem przez całą noc kobiety kaszubskie w Pomieczynie piekły chleb i gotowały krupnik. Rano niewiasty te, wziąwszy do pomocy starsze dzieci, z wiadrami pełnymi gorącej zupy, z koszami pełnymi pokrojonego na grube pajdy świeżego, pachnącego chłeba i z bańkami napełnionymi mlekiem gotowanym albo kawą osłodzoną ustawiły się pod parkanem przy wejściu na kościelny dziedziniec. Po otwarciu drzwi kościoła i komendzie nakazującej wychodzenie na zewnątrz bez jakichkolwiek innych zaleceń i zastrzeżeń zdarzyło się coś strasznego. Oto głodni i niewyspani więźniowie, zobaczywszy stojące nieopodal wiadra i kosze z upragnionym pożywieniem, rzucili się ku nim hurmem, aby jak najrychlej otrzymać coś do jedzenia. Powstał okropny tumult, z którym poczciwe kobiety nie mogły sobie poradzić. Próby zaprowadzenia porządku, podjęte przez starszych więźniów nie dały natychmiastowego rezultatu i wymagały pewnego czasu na uspokojenie podnieconego tłumu. Trupiogłowcy nie chcieli jednak czekać, lecz wkroczyli brutalnie do akcji porządkowej przy użyciu kolb i pałek, a gdy i to nie od razu pomogło, padły strzały. Niestety nie były to strzały ostrzegawcze w powietrze, ale strzały bezmyślnych Czas grozy i oporu 135 i bezdusznych a nieopanowanych esesmanów w tłum. Polała się krew, padli zabici, na bieli śniegu przed kościołem pomieczyńskim zakwitły purpurowe kwiaty. Tłum oprzytomniał już na sam odgłos strzałów, a na widok krwi znieruchomiał zupełnie, po chwili zaś pod naporem wachmanów cofnął się milcząco do wnętrza kościoła, którego drzwi zostały znów zaryglowane na klucz. Kobiety z pożywieniem dla wygłodzonych więźniów nie ulękły się jednak i nie odeszły. Tylko dzieciaki jak spłoszone strzałami wróble cofnęły się szybko poza parkan, by stamtąd ostrożnie przyglądać się temu, co się będzie dalej działo. Zaczęły się znów pertraktacje kobiet z kierownikiem kolumny, podczas gdy kilku starszych więźniów, stojących przy drzwiach kościoła, nawoływało współtowarzyszy do spokoju i zdyscyplinowania w czasie przyjmowania żywnościowych darów od kaszubskich kobiet. Kiedy więc po raz drugi otwarto drzwi kościoła, porządek był już zapewniony. Więźniowie wychodzili kolejno bez przepychania się, a otrzymawszy pożywienie, wracali do kościoła, by spokojnie zjeść te „dary Boże”. Ja i moi koledzy nie oglądaliśmy tej tragicznej sceny z bliska, bo wtedy byliśmy jeszcze wewnątrz kościoła, ale inni koledzy nam opisali to, czego my nie mogliśmy widzieć na własne oczy, ale czego odgłosy słyszeliśmy. Pamiętam, że wyszliśmy po ofiarowaną strawę dość późno, kiedy już ci najgłodniejsi zostali nakarmieni, ale tak się złożyło, że wygraliśmy na tym, bo akurat dla nas przyniesiono nową porcję - pełne wiaderko wyśmienitego, gorącego krupniku. A w zupie pływały całkiem przyzwoite kawałki boczku i kiełbasy. Biedny Janek po swoich wczorajszych dolegliwościach bał się jeść tych smakowitych kąsków, więc my, szczęśliwcy, obaj z Grzesiem „musieliśmy” biedaka wyręczyć. Widocznie nam tego jednak nie żałował, bo nam nie zaszkodziło. Dostaliśmy też po kawałku świeżego chleba, którego Jankowi nie radziliśmy jeść, ale tego już nie zjedliśmy za niego, lecz schowaliśmy na później, kiedy będzie już zupełnie zdrowy. Mimo tych tragicznych przeszkód wyruszyliśmy z Pomieczyna bardzo wcześnie. Mróz zelżał, z rana było trochę mglisto, ale później, gdy słońce podniosło się wyżej, mgły opadły, zrobiło się ciepło. Niestety to nie było dla nas korzystne, bo nasze marne na ogół buty lepiej znosiły mróz i suchy zmrożony śnieg niż odwilż i roztopy. Na szczęście znaczne odcinki naszej wędrówki prowadziły przez lasy, gdzie promienie słońca jeszcze nie zdążyły roztopić śniegu leżącego grubą warstwą na drodze. W każdej wsi, przez którą przechodziliśmy, czekały na nas kobiety z koszami pełnymi pokrojonego chleba, z dzbankami mleka i kawy a nawet zupy. Idący po bokach kolumny esesmani nie przeszkadzali tym razem w podawaniu chleba przechodzącym więźniom, nie pozwalali się tylko zatrzymać. Nie wiemy, czy otrzymali jakieś specjalne instrukcje, czy też samorzutnie poczuli się zdeprymowani tym, co się zdarzyło o świcie w Pomieczynie. Nie znaczy to przecież wcale, że byli grzeczni, uprzejmi i wyrozumiali. Tego to już od nich nie można było wymagać, bo przecież wilk, choćby nawet baranią skórę na siebie wdział, zawsze wilkiem pozostanie. Nie ulega wątpliwości, że więźniowie, podkarmieni dość dobrze przez pomieczyńskie Kaszubki, zachowywali się znacznie spokojniej. Nie wybiegali tak gwałtownie z szeregów i nie rzucali się tak łapczywie na podawane im jadło. Było więc w tym dniu znacznie lepiej niż w dni poprzednie. Pierwsze 10 km z Pomieczyna do Łebna przeszliśmy bardzo szybko, jak na nasze możliwości, i dopiero później tempo marszu spadło, gdy zeszliśmy na gorsze nieco drogi. 136 Piotr Podlewski Piotr Podlewski MOJE 1^ĘPRÓV/Kt III Warto było znowu zawitać do Tulić. Tym razem motywacją do odwiedzin było sprawdzenie, co pozostało po młynie wodnym pracującym tutaj od czasów średniowiecza aż do połowy XX wieku. Przez las oddzielający Tulice od Nowego Targu płynie dawna „Młynówka”( Miihlengra-be), czyli legendarny kanał o długości prawie 30 kilometrów wybudowany na przełomie XIII i XIV wieku w celu zasilania w wodę malborskich fortyfikacji. Krzyżacy realizując tak gigantyczny projekt od razu wykorzystali go do celów gospodarczych stawiając całą sieć młynów wodnych. Jeden z takich młynów stanął w pobliżu Tulić stając się z czasem centrum oddzielnej osady o nazwie Tulice-Młyn (Tillendorf-Miihle). Na mapach z przełomu XIX i XX wieku widać w tym miejscu staw młyński rozlewający się z wód kanału. Dziś stawu już nie ma, jednak kanał cały czas rwąco płynie w tym miejscu. Nadal również można zauważyć, jak całe założenie młyńskie zostało starannie zaplanowane. Po kolei. Zakładając młyn wodny, który jak każdy młyn tutaj był własnością zakonu krzyżackiego, trzeba było pogłębić koryto kanału powyżej młyna w celu wzmocnienia jego siły oraz spiętrzenia wód i budowy stawu. Miejsce na budowę młyna wybierano więc bardzo starannie. Staw był potrzebny, gdyż kanał młyński jako mały ciek wodny bez zbiornika przetrzymującego duże ilości wody nie byłby wystarczająco wydajny w ciągu roku, kiedy poziom wód jest zmienny. Staw budowano przegradzając kanał groblą i spiętrzając jego wody, które uregulowane spływały w kierunku młyna i jego koła. WTulicach zrobiłem spacer po dnie dawnego stawu. Zauważyłem, że teren został sztucznie pogłębiony, co także potwierdził Lidar. Na krawędziach widać jeszcze gdzieniegdzie ziemne zabezpieczenia chroniące przed rozlaniem się wody po okolicy. Po dnie malowniczo wije się, tak jak przed wiekami, „Młynówka” zwana dziś niefortunnie „Kanałem Juranda”. Młyn dziś już nie istnieje. Idąc wzdłuż kanału dotarłem do miejsca, gdzie ziemne kopce, które wyrosły na gruzowisku, oraz liczne kamienie rozrzucone w tym miejscu w wodzie wskazują jego lokalizację. Dawne mapy i Lidar bez problemu zaprowadzą Was w to miejsce. Zachował się też fragment grobli spiętrzającej wodę. Stojąc na niej i używając wyobraźni, można zobaczyć miejsce, w którym staw blokowany przez groblę zamieniał się w wodospad opadający wprost w kierunku młyńskiego koła. Młyn wzmiankowany był w 1437 roku jako podlegający pod Sztum. Później trafił do dóbr waplewskich zarządzany przez Zawadzkich a następnie Sierakowskich. Mielił zboże i słód. Młyn przestał funkcjonować na początku XX wieku. Moje wędrówki III 137 Wracając mijałem dawny folwark Tulice. Uchwyciłem tylko już jeden budynek gospodarczy pozostały z przedwojennej zabudowy. Rozległe zabudowania, dwór i ogrody prze-padły na zawsze. Wspiąłem się na wzgórze, aby sprawdzić, czy odkryte kilka lat temu niewielkie grodzisko ma się dobrze (wszystko gra, śladów po wandalach nie stwierdziłem). Odwiedziłem też miejsce po starej cegielni w sąsiednim Olszaku (Ellerbruch). Piękna okolica, ciekawe historie. Wrócę tu wkrótce, aby wspiąć się na Diablą Górę. Fragment mapy Messtischhlatt, 1 - mfyn, 2 - staw, 3 - folwark z dworem Miejsce, w którym stał młyn (Fot. P.P.) 138 Piotr Podlewski UŚNICE - W POSZUKIWANIU MŁYNÓW Korzystając z chwili wolnego w niedzielne popołudnie, wybrałem się do Uśnie, aby sprawdzić, co pozostało po dawnych młynach funkcjonujących we wsi w różnych latach. Pierwszym miejscem był zagajnik leśny, którego zachodnia krawędź opiera się o pola uprawne odgrodzone dalej od Nogatu wałem przeciwpowodziowym. To miejsce intrygowało mnie od dawna, a dokładnie od czasu znalezienia wzmianki o istnieniu wiatraka na pagórku pomiędzy Uśnicami a przewozem Kittelsfahre (nasza ziemia niegdyś wiatrakami stała). Pomocny jak w wielu przypadkach okazał się Lidar, za pomocą którego zauważyłem już jakiś czas temu nietypowy, okrągły nasyp w zagajniku, a mniej więcej w połowie drugi, pomiędzy wymienionymi miejscowościami. Ostatnio przypadkiem trafiłem na mapę z 1873 roku, na której dokładnie w tym miejscu zaznaczono młyn wiatrowy. Moje przypuszczenia potwierdziły się. Wsiadłem więc do samochodu i chwilę później maszerowałem leśną drogą w kierunku nasypu. Na miejscu okazało się, że pagórek jest sztucznie podwyższony. Teren w XIX wieku nie był zalesiony. Otoczony płaskimi polami idealnie nadawał się na wybudowanie tutaj wiatraka (pół kilometra na południe zlokalizowałem na Lidarze podobny nasyp). Co pozostało po młynie wiatrowym poza nasypem? Nic... Ale warto napisać kilka słów, jak ów młyn mógł wyglądać. Jeżeli z konstrukcji nic nie pozostało, a Lidar nie pokazał charakterystycznego dla solidnych „Holendrów” zarysów fundamentów, można przypuszczać, że na pagórku stał „Koźlak”. Był to najpopularniejszy typ wiatraka. Nazwa pochodzi od kozła, czyli podstawy, na której spoczywała cała budowla wykonana z drewna. Wiatrak wraz ze skrzydłami obracał się wokół pionowego słupa, tzw. sztembra, podpartego czterema zastrzałami. Tak skonstruowane podparcie budynku wiatraka nosiło nazwę kozła. Połączenie korpusu z kozłem było ruchome i umożliwiało obracanie wiatraka wokół jego osi po to, żeby złapać odpowiedni wiatr. Kto mógł obrócić taki młyn? Koń lub dwóch mężczyzn za pomocą wystającego dyszla. Rodzi się pytanie, do kogo należał „Koźlak”? Według innych, dokładniejszych map, prawdopodobnie do istniejącego do dziś pobliskiego gospodarstwa, ponieważ droga do niego prowadziła właśnie z tego miejsca. I tutaj zaczyna się druga część opowieści. Na mapie z 1912 roku nie ma już wiatraka na pagórku, ale jest zaznaczony na terenie gospodarstwa silnik wiatrowy (windmotor)! Wniosek jest jeden. Postęp i rewolucja przemysłowa sprawiły, że młyny wiatrowe stały się przeżytkami, a gospodarze zafundowali sobie nową technologię. Na stronie marienburg.pl udostępnione jest przedwojenne zdjęcie, na którym możemy zobaczyć widok jak w Stanach Zjednoczonych. Moje wędrówki III 139 Na dachu budynku w Uśnicach zainstalowana jest turbina wiatrowa, czyli silnik wirnikowy, zamieniający energię kinetyczną wiatru na pracę mechaniczną. Znalezione w sieci: „Typowy silnik wiatrowy zbudowany jest z wirnika, który tworzą łopaty, osadzone za pośrednictwem piasty na wale. Wał obraca się w łożyskach umieszczonych w obudowie, w której umieszczona jest także przekładnia zębata przenosząca napęd na wał pionowy. Wał ten napędza z kolei maszynę roboczą”. Silnik wiatrowy napędzał mechanizmy w młynie należącym do wspomnianego gospodarstwa. Przed wojną zarządzał nim pan Liedtke. Z ciekawości postanowiłem sprawdzić, czy budynki nadal stoją, i ku mojej radości okazało się, że tak. Młyn zachował się. Tak jak na starym zdjęciu jest to niewielki ceglany budynek z wrotami i napisem w języku niemieckim. Napis obecnie jest zamalowany, ale litery przebijają się delikatnie przez farbę. Kolejnym razem postaram się je odczytać i przetłumaczyć. Konstrukcji na dachu już nie ma, ale ciekawi mnie, czy w środku pozostało coś po maszynach z tamtych czasów. Stolarka okienna wydaje się być oryginalna. Ciekawe jak to wygląda we wnętrzu. Będzie jeszcze okazja. Fragment maf>y z 1873 roku z zaznaczonym wiatrakiem. Gospodarstwo z mfynem i silnikiem motorowym na dachu. Fot. marienhurg.pl 140 Piotr Podlewski ROHRKRUG - WĘGRY (POW. SZTUMSKI) Korzystając z deszczowej pogody, wybrałem się do miejsca, które od pewnego czasu nie dawało mi spokoju. Tym miejscem jest Rohrkrug, czyli karczma oznaczona na mapie Schróttera z lat 1806/1807, a należąca do majątku Węgry. Nie była to jedyna karczma w okolicy wsi w tamtym czasie. Łącznie, według źródeł, były trzy karczmy. Jedna we wsi, druga przy drodze prowadzącej z Malborka w kierunku Benowa i trzecia, czyli Rohrkrug, stojąca na szczycie stromej skarpy opadającej w kierunku Nogatu. Węgry to miejscowość naszpikowana historią i to z różnych wieków a nawet epok. Lubię tam wracać i wędrować po okolicy. Tym razem ruszyłem w kierunku zachodnim, do samej krawędzi parowu, nazywanego dawniej Krugparowe. Jest to zejście w kształcie głębokiego wąwozu, prowadzące do koryta rzeki Nogat. Wzgórze wznoszące się po bokach dochodzą do 60 m. wysokości. Roztacza się z nich wspaniały widok na dolinę Nogatu. Pomimo błota udało mi się zejść na sam dół i dojść do widocznej na mapach Werners-dorfen Kampe (kempa Pogorzała Wieś), czyli rozległej płaskiej wyspy rzecznej otoczonej dawniej przez nurt Nogatu. Schrótter na swojej mapie oznaczył lokalizację karczmy przy samej rzece, u wylotu wąwozu, co zapewne jest błędem. Nogat w tamtym czasie często wylewał i prowadzenie karczmy u stóp skarpy byłoby z punktu biznesowego nielogiczne, chyba, że karczma usadowiona była wstępnie na palach przy brzegu - „Trzcinowa Karczma” (Rohr - trzcina), a w późniejszych latach przeniesiona wyżej. Kolejne, dokładniejsze mapy Koppina z 1811 r. i Reymanna z 1851 r. są ze sobą zgodne. Karczma stała na wysokim wzniesieniu, po lewej stronie wąwozu na samej krawędzi. Była doskonałym punktem orientacyjnym dla flisaków płynących z towarami przez Nogat. Tu też zatrzymywali się na odpoczynek lub nocleg. W tym miejscu funkcjonował także prom, było to miejsce uczęszczane, co potwierdza umieszczenie Rohrkrug w wykazie wszystkich miejscowości w okręgu rządowym Kwidzyn. (Uebersicht der Bestandtheile und Yerzeichniss aller Ortschaften des Marienwerder-schen Regierungs-Bezirks. MS. Notes. 1820) Karczma jest też ujęta w Dzienniku Urzędowym Powiatu Kwidzyn z 1861 r., w wykazie miejscowości podlegających parafii ewangelickiej w Sztumie. (Amtsblatt fur den Re-gierungsbezirk Marienwerder, Tom 51, 1861). W obu tych przykładach jest to rzadkość w przypadku karczm. Poszedłem więc pod górę, starając się dojść mniej więcej do punktu oznaczonego na mapach z XIX wieku. To tutaj w przybliżeniu funkcjonowała karczma. Podróżni przekraczający rzekę lub wysiadający na ląd z tratw łub łodzi szli wąwozem przecinającym skarpę, a następnie skręcali ostro w prawo, kierując się pod górę na skraj urwiska, żeby odpocząć, posilić się lub przespać. Piękne mieli widoki. Lokalizacja robi wrażenie. Moje wędrówki III 141 Po roku 1861 trop się urywa. Na mapach z 1893 i 1906 roku karczmy już nie ma. Co się wydarzyło, że miejsce przestało tętnić życiem? Myśłę, że odpowiedź jest tutaj jedna. Dnia 25 marca 1888 doszło do wielkiej powodzi, która dotknęła znaczną część powiatu elbląskiego, malborskiego i sztumskiego. W jej wyniku zostały zalane prawie całkowicie Żuławy Elbląskie i częściowo Żuławy Gdańskie. Była to kolejna z powodzi, ale pierwsza na tak dużą skalę. Władze pruskie podjęły zdecydowane kroki w celu ujarzmienia rzeki. Zaczęły się regulacje koryta i budowa śluz. Na mapach z początku XIX wieku przy Rohrkrug widzimy, że koryto Nogatu ma charakter roztokowy, czyli wielokanałowy z licznymi wyspami i łachami. Nogat płynie przy samej skarpie. Rzeki takie charakteryzują się też dużymi wahaniami stanów wody. Na mapach z 1893 i z 1906 roku koryto jest uregulowane i główny nurt Nogatu poprowadzono po zachodniej stronie kępy, czyli około 600-700 metrów od skarpy i karczmy. Istnienie tutaj promu i karczmy obsługującej przejazd i flisaków przestało mieć sens. Mafia Kofifiina z 1811 r. 1 - karczma fiodfitsana jako Hauherkrug. 2 — Wemersdorfen Kdmfie 3 - kolejna karczma 142 Piotr Podlewski Mieszkańcy Węgier mieli karczmę we wsi oraz karczmę na wschód od niej, która też przestała istnieć mniej więcej w tym samym czasie. Trudno dziś zlokalizować jej położenie, gdyż mapy z początku XIX wieku nie są tak precyzyjne jak te wydawane wiek później. Jednak wybrałem się w trzy miejsca, sugerując się układem dróg na starych mapach, i wybrałem jedno miejsce przy rozstaju dróg, dlatego, że obok niego znajduje się nieduże jezioro. Skądś musiano czerpać wodę dla koni i podróżnych. Ale to tylko hipoteza. Nie wiadomo, od kiedy istniała karczma Rohrkrug. Stawiam na XVI lub XVII wiek. Może uda się znaleźć jeszcze garść informacji. Dam znać. U^«p4z /■ zfjkie w kierunku przeprauy. Po lewej na wzgórzu miejsce lokalizacji karczmy Rohrkrug (Fot. PP) Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW (24) 4 września 2024 roku minęła setna rocznica urodzin Jerzego Ficowskiego. a oni szli Jerzemu Ficowskiemu nie chciałeś zasnąć rozpędzałeś mgły coraz więcej było na nich ziemi pożółkli od gwiazd wykruszył się rym do śmierci nie mogłeś zasnąć co noc ustawiając się w kolejce do pracy przy słowach by ciszę ocalić AMELINA 18 października 2024 roku Pierwszy i jedyny tom wierszy Wiktorii Ameliny „Świadectwo”, dwujęzyczny, w przekładzie Anety Kamińskiej, może najbardziej oczekiwany w Bibliotece Poezji Ukraińskiej. Właśnie trafia do księgarń. To czterdziesty tom Biblioteki „W obliczu wojny”, domykający czwartą jej serię, w której ukazały się także wiersze Ołeksandra Awerbucha (przełożył Stanisław Kalina Jaglarz), Dmytro Łazutkina (Marcin Gaczkowski), Julii Stachiwskiej (Aneta Kamińska), Natalii Belczenko (Janusz Radwański), Iryny Wikyrczak (Katarzyna Szweda), Świetlany Powalajewej (Jakub Pszoniak), Nazara Fedoraka (Krzysztof Czyżewski) i Jelyza-wety Żarikowej (Leszek Szaruga). Serię otwiera tom Maksyma Krywcowa (Aneta Kamińska), wydany tuż po jego śmierci na froncie pod Charkowem 7 stycznia tego roku. Całość zamyka „Świadectwo” poetki śmiertelnie ranionej przez rosyjską rakietę w Krematorsku 144 Krzysztof Czyżewski ntPEA AMU^eM SiMMm ffiriS MIW KMA mam Jwiakctwo w gLic2U lV-®jNY (zginęło wtedy trzynaście osób, w tym czworo dzieci) i zmarłej w szpitalu w Dnieprze 1 lipca 2023 roku. Wiktoria Amelina narodziła się jako poetka podczas wojny. Wcześniej pisała powieści, w tym również dla dzieci. W rozmowie z Natalią Kornienko mówiła: „Wiersze zaczęły pojawiać się, gdy chciałam coś powiedzieć, ale nie byłam w stanie napisać tekstu prozą, a nawet banalnego posta na Face-booku. Od dawna jestem przekonana, że pisanie fikcji to nie tyle szczególna zdolność, ile szczególna niezdolność, niezdolność wyrażania siebie bezpośrednio, tak jak inni ludzie. Kiedy utraciłam możliwość wyrażania siebie w prozie, przyszedł czas na poezję. Jedynie ona potrafi wyjaśnić to wszystko: tak naprawdę to nie jest poezja, to tylko pocisk, który uderzył w mój język. Z fragmentów języka układa się poezja... Wszystkie słowa zmieniły swoje znaczenie. Dlate- go w tych nielicznych wierszach, które napisałem od początku inwazji, nie ma żadnych metafor, żadnych wymysłów, żadnych prób robienia wrażenia. Jest za to bezpośredniość, nagie znaczenia, strzępy informacji. Nazywam to «Rzeczy oczywiste zapisane w kolumnie podczas wojny».” Ukraińska poetka jest dzisiaj wołontariuszką w Charkowie. Czyż można jednak wyobrazić sobie światową antologię współczesnych wierszy tego czasu bez „Niepoezji” Wiktorii Ameliny? I czyż nie jest tak, że ten świat - podobnie jak jaskółki w powietrzu - jeszcze trzyma krzyk kobiety, która „woła / wszystkie kolejno imiona”? Na wiosenne niebieskie pole wyjdzie kobieta w czarnej sukni by imiona sióstr krzyczeć jak ptak w puste niebo Wykrzycz wszystkie z siebie tę, co odfrunęła szybko Notatki słów i obrazów (24) 145 tę, która o śmierć błagała tę, co nie powstrzymała śmierci tę, która nadal czeka tę, która wciąż jeszcze wierzy tę, co czterdzieści dni milczy Wykrzycz je wszystkie w ziemię jakby bólem obsiać pole z bólu i kobiecych imion wyrosną jej nowe siostry znowu będą opiewać życie No, a co ona, wrona? A ona na wieki w tym polu, bo tylko krzyk jej trzyma wszystkie te jaskółki w powietrzu Słyszysz, jak woła wszystkie kolejno imiona? 8 kwietnia 2023 EULOGIUM Nie. Śmierć już nie istnieje kiedy sięjef spotka. Antoine de Saint-Exupery' Gdy nadchodzi wieść o śmierci bliskiej osoby... Czujesz gwałtowne uderzenie serca. A zaraz potem krew, ciało, myśl zaczynają pulsować w innym rytmie. Łzy cisną się do oczu. Albo nie. Nie jest tak jak wtedy, gdy przeszywa cię fizyczny ból lub współczucie. Kruszy się twoja mowa. Milczy krzyk, tym mocniej, im bardziej podskórnie narasta. I oto widzisz inaczej. Widzisz twarz bliskiej osoby w poświacie śmierci. I nie masz na to słów. Rzeka życia, dotąd leniwie płynąca doliną współistnienia, przerywa tamę. Spadasz wodospadem. I ciebie mogłoby już nie być. I przez chwilę cię nie ma. To cud, że utrzymujesz się na powierzchni. Czujesz jak skrada się ku tobie przerażenie pustką. Rwie twój oddech, potykający się teraz o wyrwę po istnieniu. Czym ono było? I skąd nagle czas przeszły, ocierający się o coś tak namacalnego, tak z tobą zabliźnionego, tak nie do zaprzeczenia. Skąd w korycie żył, do których serce pompuje krew by czółno duszy nie osiadło na mieliźnie, ta katarakta osierocenia? Antoine de Saint-Exupery, Co trwa dłużej niż ludzie, Wrocław 1997, s. 42. 146 Krzysztof Czyżewski Czujesz, że się oddalasz. Od siebie, od innych, od świata, od wszystkiego, co zdołałeś oswoić. Masz ochotę odejść na bok. Niezależnie od tego, gdzie jesteś, czy pośród innych ludzi, czy w drodze, czy w pracy, czy w domu. Coś sprawia, że chcesz zatrzymać się, wysiąść, odwrócić albo zniknąć. Podchodzisz do okna. W samochodzie otwierasz szybę. Nawet wte-^y» g^y wewnętrzny szloch rzuci cię w ramiona drugiej osoby albo drzewa, nie siebie widzisz ani nikogo z żywych. Zamykasz oczy, przechodzisz dalej niż sięga twoja świadomość. Kot kładzie ci się na kolanach, grzeje bardziej niż zwykle. Gdy nadchodzi wieść o śmierci bliskiej osoby... Czujesz obecność. Równolegle z dojmującą pustką, ktoś zjawia się u ciebie, inaczej widzialny. Ktoś, kogo na innym planie śmierć właśnie wyprowadza z twojego królestwa. Jedno krzesło za stołem traci użyteczność. Telefon nie odpowiada. Sięgasz po książkę z półki tylko po to, by przeczytać dedykację. Nigdy wcześniej tego nie robiłeś. Nigdy wcześniej nie przeglądałeś archiwum zdjęć po to, by odnaleźć ślad życia, nie wspomnienie. Przybliżasz fotografię do oczu i widzisz coś, czego wcześniej nie dostrzegałeś. Niby wszystko wokół pozostaje niezmienne, a jednak jest nie to samo. Choć rozmowy zdają się niedokończone, a potrzeba wyrażenia wdzięczności albo zwierzenia prawdy przerwana w pół słowa, to rzeczy osobiste w szafie trwają, jak trwały, a bliskość zdaje się jeszcze bliższa. Nie jesteś już w tym samym miejscu. Wyczuwana obecność wyprowadza cię na most. I choć wiesz, że nie przejdziesz nim na drugą stronę, na swój brzeg powracasz już kimś innym. Czujesz jak inne światło przenika do wnętrza. Nie odmawiasz gościny. Nie wypierasz niemożliwego. Gdziekolwiek pójdziesz, czymkolwiek się zajmiesz, ono będzie z tobą. Inny czas się budzi i biec zaczyna poza następstwem godzin, wolny od rygoru daty. Potęgują go rytuały pożegnań, konduktu pogrzebowego, złożenia w ziemi albo spopielenia ciała, wspominek, stypy, mszy za duszę. Lecz nie koniec na tym. Czas gościny wciska się w szczelinę życia. Napełniasz się obcowaniem. Po świecie zaczyna cię nosić wewnętrzna rozmowa. I tak, jak dotychczas w modlitwie szukałeś wyciszenia, tak teraz ciszą jest czyjaś obecność, obcowanie od słowa do słowa milczenia. Nie możesz zasnąć. Siadasz do pisania. Do świtu, do kolejnej nocy. Różnie to może potrwać. Czekasz podpowiedzi. Czasem z mroku wyłaniają się same dłonie; chwytasz je pamięcią i czujesz, jak ich niepowtarzalność wymyka się śmierci. Słyszysz melodię mowy zmarłej osoby, rytm kroków, z którego da się wydobyć zarys sylwetki. Oczyszczasz widzenie do samej twarzy. Masz w pamięci malarza z Fayum, biegłego w technice en kaustycznej. Starannie polerował dębową deskę, a potem kauterionem przypominającym łyżeczkę z żelaza, sprawnie by uprzedzić zastyganie, rozprowadzał farbę błonnym spoiwem złączoną z gorącym woskiem. Stworzony przez niego obraz niby okienko umieszczano na piersi, wciskając je między bandaże owijające zmumifikowane ciało. Myślisz o tym, że mimo upływu czasu, a to już dwa tysiące lat z okładem, portret spod ich ręki zachował świetlistość. Podobnie jak oni, odcinasz przygodność i marginalia. Kładziesz drobiazg na szali przemijania. Wiesz, że na trop prawdziwego rysu twarzy naprowadzić cię może okruch pozostawiony na stole wspólnego życia. Na nic zdaje ci się pękaty od zdobyczy i honorów życiorys. Warstwa po warstwie odsłaniasz świetlistość. Próbujesz wyczuć, gdzie zbierała się esencja. Pisząc, zostawiasz za sobą literaturę, sytą od wgłębiania się w mrok i ludzką słabość. Wiesz o tym, znasz się na Notatki słów i obrazów (24) 147 niedoskonałościach osoby, z którą teraz obcujesz. Również ona nie ma już nic do ukrycia. Może nawet łatwiej przychodziłoby ci pisać nagą prawdę ciemnych zakamarków. Słowa pisane z bolesnej pamięci same układają się w zdania. I zagadują nas na co dzień, rosną w książkach, sprzyja im pogoda na polowanie. Lecz ty w pustą noc chcesz być inaczej wiarygodny. Gdy nadchodzi wieść o śmierci bliskiej osoby... Podchodzisz do okna. Podajesz się na podmuch opowieści. Trzymasz kocie ciepło na kolanach. Sen odkładasz na później, by zdążyć przed zamknięciem mostu. I nasłuchujesz dobrego słowa - na wyjawienie twarzy, na wypowiedzenie imienia, na uwolnienie światła. Wyczekujesz słowa na dalszą drogę. Dobrego słowa na śmierć. 148 Krzysztof Czyżewski ŁUBKA IIKONOPIS Z UŻHORODU 2 listopada 2023 roku Jesteśmy w Użhorodzie, Andrij opowiada mi o swoim przyjacielu, ikonopisie Maksymie Pieszy. Poświęcił mu ostatnim rozdział książki „Wojna od tyłów”, która wkrótce ukaże się w serii „Meridian” w przekładzie Marka Zadury. Niech i ten portret znajdzie się pośród naszych bliskich zmarłych. Wstąpił do wojska jako ochotnik, odstawszy swoje w kolejce przed komendą wojskową, i trzeciego dnia wojny trafił do zmechanizowanego oddziału, który natychmiast wysłano na front. Swoją decyzję wyjaśniał zwyczajnie: „Jak mogłem nie pójść na wojnę?”. Zarówno w życiu, jak i w duszy był malarzem, delikatnym i nieco wstydliwym. Malował ikony, pomagał ozdabiać cerkwie, tworzył portrety — tak zarabiał i tak był sens jego życia. Do chwili wybuchu wojny pracował w sklepie, zarabiając na życie i na malarstwo, żeby móc zatrzymać się gdzieś w centrum miasta i malować portrety, które często rozdawał w prezencie. Zadowalał się małym, był skromny i nieco zamknięty w sobie. Prosty, uczciwy i sumienny człowiek, być może aż za bardzo, biorąc pod uwagę nasz grzeszny świat. Na pogrzebie myślałem o tym, że Maksym zupełnie nie pasował do wojny. On i wojna - to dwa różne światy. Maksym nie miał zginąć, miał żyć i malować, wychowywać swoją córeczkę, tworzyć, budować, poznawać. Chowano go w rodzinnym mieście w zakrytej trumnie. Szkoda, bo był pięknym, przystojnym mężczyzną. Takich to tylko portretować... Bitwa Narodów pod Lipskiem 149 Piotr Zawada BITWA NARODÓW POD LIPSKIEM RELACJA Z REKONSTRUKCJI HISTORYCZNEJ DZIEŃ PIERWSZY. BIWAK W MARKKLEEBERGU Jak co roku, mniej więcej w połowie października (w roku 2024 były to dni 18-20 października), z każdego zakątka Polski do miejscowości Markkłeeberg pod Lipskiem w Niemczech, a dokładniej w Saksonii, zmierzają rekonstruktorzy historyczni epoki napoleońskiej, aby po raz kolejny w szeregach wojska polskiego pod dowództwem księcia Józefa Poniatowskiego stanowiącego część Wielkiej Armii Napoleona, stoczyć największą bitwę epoki napoleońskiej znanej jako „Bitwa narodów” pod Lipskiem. „Bitwa narodów”, ponieważ wzięli w niej udział żołnierze kilkunastu nacji. Była to decydująca batalia kampanii 1813 roku między wojskami napoleońskimi a koalicją antyfrancuską (Rosja, Prusy, Austria, Wielka Brytania, Szwecja), zakończona porażką Napoleona, która w rezultacie doprowadziła cesarza do upadku. Bitwa odbyła się w dniach 16-19 października 1813 roku na szerokich podmokłych równinach wokół Lipska poprzecinanych niezliczonymi rzeczkami i kanałami utrudniającymi wojskom wszelkie manewry, co często prowadziło do nieplanowanych Moi towar^sze podró:^. Dom Bramny w Dolitz, z archiwum Sławomira Kurta 150 Piotr Zawada Autor tekstu jako Napoleon to obstawie gwardiii cesarskiej (Czesi) na tle namiotu sztabowego cesarza, Lipsk 2022, z archiwum Przemysława Decewicza zwrotów akcji. Front walczących ze sobą stron liczył kilkanaście kilometrów, tak więc wojujący na jednym skrzydle żołnierze zazwyczaj nie wiedzieli, co się dzieje u ich kolegów na drugim końcu. Na skrzydle Wielkiej Armii pod dowództwem marszałka Murata, notabene szwagra Napoleona, walczyli Polacy, którzy dzielnie odpierali ataki wroga, między innymi w miejscowościach Markkleeberg i Dólitz, w których współcześnie rekonstruktorzy napoleońscy mają swoje obozowiska. Obecnie Markkleeberg to miasteczko na przedmieściach Lipska, a Dólitz to południowa część Lipska. Bitwa pod Lipskiem do I Wojny Światowej, czyli przez ponad 100 lat, była największą batalią w historii pod względem liczby żołnierzy. W apogeum bitwy siły obu walczących ze sobą stron liczyły około 5 50 000 żołnierzy. Na Bitwa Narodów pod Lipskiem 151 terenie przypałacowego parku w Mark-kleebergu swój biwak mają żołnierze napoleońscy, którzy w większości mieszkają w epokowych namiotach lub szałasach. Sam biwak, który też jest rekonstrukcją historyczną, według mnie jest nawet trudniejszy do wykonania niż sama bitwa. Po rozpaleniu ogniska siadamy wokół ognia grzejąc swoje kości, umilając sobie czas opowieściami z poprzednich bitew, palimy tytoń w glinianych fajkach i zażywamy tabaki, co rusz wzmacniając się łykiem wina, miodu pitnego albo piwa i to własnej roboty. Śpiewamy epokowe piosenki, a szczególnie piosenka „pszczółka Maja” ze słynnej animowanej bajki w naszym wykonaniu i to po niemiecku wzbudza wśród naszych niemieckich kolegów sporą sensację. Wtedy przyłączają się do nas i śpiewają razem z nami, korzystając chętnie z zapasu naszych trunków. Podczas takich biwaków spotykamy żołnierzy z innych krajów, mających taką samą pasję jak my. Wspólnie się bawimy, wymieniamy napoleońskie doświadczenia i wznosimy wiwaty na cześć naszego wspólnego szefa, Napoleona. Dzięki tym spotkaniom i konwersacjom, niejako przy okazji, szlifujemy znajomość języków obcych. Na biwaku zazwyczaj śpimy w namiotach albo przy ognisku pod gołym nie- bem, na siennikach wypełnionych słomą, przykrywając się kocem lub płaszczem. Z doświadczenia wiem, że taki nocleg w październiku wymaga dużego hartu ducha. Wielu tego nie wytrzymuje i wskakuje we współczesne śpiwory albo szuka noclegu w pobliskich zabudowaniach, gdyż twierdzi, że aż nazbyt realistycznie rekonstruujemy warunki, w jakich żyli ówcześni żołnierze. Ja to rozumiem. Trzeba dbać o zdrowie, a sama zabawa w napoleońskich żołnierzy powinna sprawiać przyjemność, dlatego też, jako dowódca grupy, przymykam na to oko. Często zawiązują się znajomości, a czasem przyjaźnie, które trwają wiele lat. Jeden z naszych niemieckich kolegów, którego poznaliśmy w 2008 roku, zaczął uczyć się polskiego i z roku na rok robi coraz większe postępy, tak więc trzeba uważać, co się przy nim mówi. W budynku bramy wjazdowej do pałacu w Markkleebergu, w parku, gdzie biwakujemy, można zwiedzić małe muzeum poświęcone bitwie z wieloma polskimi 152 Piotr Zawada Diorama bituy fiod Lipskiem. Muzeum w Dolitz, z archiwum Piotra Zawady akcentami. Trzy kilometry dalej w sąsiednim Dolitz znajduje się obóz koalicji antynapo-leońskiej, który warto odwiedzić. W bramie Domu Bramnego w Dolitz bohaterską walkę korpusu księcia Józefa Poniatowskiego upamiętnia wmurowana w ścianę pamiątkowa tablica. Oprócz tego koniecznie trzeba tam zobaczyć jedno z największych w Europie muzeum figurek cynowych, których jest ponad 100 000, oraz dioram zlokalizowanych na trzech piętrach muzeum. Dioramy przedstawiają wielkie bitwy, nie tylko napoleońskie, ale także inne, często drobne wydarzenia, a wręcz tylko sceny. Oprócz wielkiej dioramy przedstawiającej oczywiście bitwę pod Liskiem, na której możemy odnaleźć figurki polskich żołnierzy, polskie akcenty możemy również znaleźć na innych dioramach, takich jak: bitwa pod Grunwaldem, bitwa pod Wiedniem czy wjazd księcia Józefa Poniatowskiego do Krakowa w 1809 roku oraz wiele, wiele innych . Kiedy tego dnia już wszyscy z wszystkimi się przywitają, przebiorą w napoleońskie łachy, rozbiją namioty, a dowódcy oddziałów zakończą odprawę dotyczącą planu działań na następny dzień, wtedy tradycyjnie, jak co roku wieczorem, w drogę rusza kolumna wojsk polskich. Maszerujemy w pełnym oporządzeniu ulicami Markkleebergu, po drodze zatrzymując się w kilku umówionych miejscach, gdzie ku radości miejscowej ludności oddajemy na wiwat salwy karabinowe. Celem naszego marszu jest miejsce, w którym 16 października 1813 roku w pierwszym dniu bitwy pod Lipskiem Napoleon mianował księcia Józefa Poniatowskiego marszałkiem Francji, jedynego nie-Francuza wśród francuskich marszałków. Niestety, miejsce nominacji księcia Józefa na marszałka niezbyt odpowiada duchowi epoki. Postument upamiętniający to wydarzenie umieszczony jest na trawniku w pobliżu osiedla bloków mieszkalnych. Niemniej już na miejscu przy monumencie składamy wiązankę kwiatów i zapalamy znicz, by po krótkim przemówieniu księcia Józefa Poniatowskiego do żołnierzy, w którego postać od wielu lat wciela się nasz kolega Bogdan z Sobótki, odśpiewać Mazurek Dąbrowskiego. Uroczystość kończy trzykrotna salwa z muszkietów. Po zakończonej uroczystości każdy wraca na własną rękę. Niektórzy wracają do obozowych ognisk, inni idą na tzw. miasto, a jeszcze inni idą na placyk koło pałacu w Markkleebergu, gdzie można usiąść przy wielkim ognisku, napić Bitwa Narodów pod Lipskiem 153 się dobrego niemieckiego piwa i zjeść tradycyjnego wursta. Można tam spotkać starych znajomych, z którymi trzeba pogadać i po prostu pośmiać się. Jeszcze inni, zmęczeni długą podróżą z Polski i atrakcjami dnia, idą po prostu spać, aby następnego dnia być wypoczętym, aby mieć siłę do czekającej nas bitwy. Co się tyczy mnie, to jak zwykle po wesołych rozmowach z przyjaciółmi, po mile spędzonych chwilach, poszedłem spać dopiero grubo po północy. A nazajutrz o 7.00 pobudka. A co mi tam. Nie przyjechałem tu spać. Wyśpię się, jak wrócę do domu. DZIEŃ DRUGI. BITWA Następnego dnia z lekkim bólem głowy wstałem rano na śniadanie, ale jakie śniadanie! Jak co roku na parterze Domu Bramnego w Markkleebergu zaadaptowanego coś na wzór karczmy podawane jest w sobotę i niedzielę rano przepyszne śniadanko dla rekonstrukto-rów przygotowane przez miejscowe panie. Są to smaczne kanapki zrobione z połówek bułek przy wsparciu gorącej kawki lub herbatki. Gdyby nie to atrakcyjne śniadanko, to nie wiem, czy bym tak szybko wstał. A kanapki były tam przeróżne: z dżemem, serem, morta-delą, nutellą, salcesonem i, moja ulubiona, z metką posypaną szczypiorkiem. Po takim śniadaniu wszystkim szybko wracały siły i rzecz jasna humor. Po porannym ogarnięciu się, o godzinie 10, trzeba było iść na ćwiczenia, które w ramach polskiego batalionu prowadził jego dowódca, szef batalionu (dzisiaj to podpułkownik), Kuba z Białegostoku. Chodziło oto, aby przypomnieć sobie podstawowe manewry pododdziału piechoty na polu bitwy, aby później wszystko poszło sprawnie i przyjemnie. Przede wszystkim chodzi o przećwiczenie salw karabinowych z dwóch szeregów, aby bezwzględnie zachować zasady bezpieczeństwa przy strzelaniu z muszkietów czarnoprochowych, aby stojącemu przed sobą koledze nie odstrzelić ucha a sobie palca czy też nosa. Generalnie mówiąc, poranne ćwiczenia pozwalają wszystkim się rozruszać i nabrać więcej optymizmu na dalszą część dnia. Kuba długo nas nie męczył i po około godzinie wróciliśmy do obozu, gdzie od tej pory aż do bitwy mieliśmy czas wolny. My postanowiliśmy nie marnować czasu. Jedni pojechali do samego Lipska, aby chociaż zobaczyć jego centrum. Inni, jak ja, poszli do pobliskiego Dólitz, aby zwiedzić muzeum dioram i może coś kupić na jarmarku, na którym można znaleźć prawie wszystko, co żołnierz i markietanka napoleońska potrzebują. Zazwyczaj są to ręcznie wykonane wyroby miejscowych rzemieślników, którzy niestety każą sobie za nie słono płacić i to w europejskiej walucie. Jeszcze inni zostają na miejscu, aby powłóczyć się ze znajomymi albo odrobić zarwaną noc. Część chłopaków z mojego oddziału, czyli Pułku 12 Piechoty Księstwa Warszawskiego, pojechało do centrum Lipska, a jest tam co zobaczyć. Przede wszystkim jest to mający 800-letnią historię kościół św. Tomasza, w którym przez 27 lat swojego życia, w latach 1723-1750 Jan Sebastian Bach pełnił funkcję kantora chóru chłopięcego św. Tomasza powstałego w 1212 roku - to najstarszy chór w Niemczech. Przed wejściem do kościoła można podziwiać okazały pomnik Jana Sebastiana Bacha, a w kościele między innymi organy, na których grał i tworzył mistrz. W kościele można złożyć mu hołd, gdyż jest tam pochowany, co upamiętnia nagrobna wmurowana w posadzkę świątyni płyta. Czasu mieliśmy niewiele, ale po drodze udało się im jeszcze zobaczyć Ratusz 154 Piotr Zawada Czizf na wursta. Z lewg Lorenza, z prawej autor tekstu, z archiwum Leszka Jastrzębskiego Staromiejski w Lipsku, znajdujący się we wschodniej części placu tzw. Markt, gdzie dwa razy w tygodniu działa lokalny targ. Niestety, trzeba było wracać do obozu, aby szykować się do bitwy. Kulminacyjnym punktem programu całej imprezy była oczywiście duża rekonstrukcja bitwy w miejscowym parku na wyznaczonym dość dużym otwartym terenie pokrytym trawą, z mało epokowymi stalowymi wieżami podtrzymującymi przewody wysokiego napięcia. Teren bitwy ogrodzony był metalowymi barierkami oddzielającymi nas od publiczności. Ale zanim doszło do wymarszu wojsk na pole bitwy, przed wejściem do pałacu w Markldeebergu odbyła się ważna uroczystość, w której głównymi bohaterami byli Napoleon i książę Józef Poniatowski. Ale nim o tym napiszę, chciałbym wspomnieć, że pałac w Markldeebergu jest prywatną własnością, którego właścicielami jest starsze małżeństwo. Jego właściciel, starszy pan, tak jak my fan Napoleona, urządził w jego wnętrzach ogólnodostępne muzeum napoleońskie. Jego syn też jest rekonstruktorem historycznym i należy do grupy odtwarzającej pułk piechoty francuskiej. Wróćmy jednak do uroczystości. Kiedy oddziały napoleońskie ustawiły się przed pałacem, Napoleon po krótkim przemówieniu, sławiącym zasługi księcia Józefa Poniatowskiego, mianował go marszałkiem Francji, czego znakiem była wręczona księciu buława marszałkowska. Po krótkim przemówieniu księcia Józefa oraz króla Saksonii i Wielkiego Księcia Księstwa Warszawskiego Fryderyka Augusta, Napoleon dokonał przeglądu wojsk, a przechodząc koło mnie uśmiechnął się. Znamy się z wielu bitew. Głośnym wiwatom nie było końca: Vive FEmpereur! Niech żyje Cesarz! Niech żyje książę Józefl Niech żyje król Fryderyk August! Niech żyje Wojsko Polskie! Następnie wszyscy ruszyli w kierunku pola bitwy. Wreszcie bitwa rozpoczęła się, czego dowodem był huk strzelających karabinów i armat. Niestety, polskie oddziały, nie wiedząc czemu, były w odwodzie Wielkiej Armii Napoleona i dość długo czekały, chyba pół godziny, zanim weszły do akcji. Nagłe usłyszeliśmy groźny głos, a właściwie ryk naszego dowódcy, Kuby: Formuj się! Na ramię broń! Naprzód marsz! Wkraczając na pole bitwy czuliśmy się jak gladiatorzy wchodzący na arenę i pozdrawiający cesarza, w tym przypadku cesarza Napoleona, w którego rolę wcielił się stary znajomy Polaków, Belg Jean-Gerald Larcin. Dla porządku chciałbym poinformować, że w rekonstrukcji uczestniczyły liczne grupy rekonstrukcji historycznej, niemieckie, belgijskie, holenderskie, czeskie, no i oczywiście polskie oraz inne, odtwarzające odziały piechoty liniowej, artylerii i kawalerii obu walczących ze sobą stron, a także gwardii cesarskiej. Pomimo, że zwykle na imprezach rekonstrukcyjnych odgrywam rolę kapitana fizylierów, czyli oficera zwykłej piechoty, tym razem wystąpiłem jako zwykły żołnierz w stopniu starego sierżanta. Wreszcie mogłem sobie postrzelać z muszkietu, co jest wielką frajdą i tylko wykonywać rozkazy, a nie jako dowódca je wydawać Bitwa Narodów pod Lipskiem 155 Cafy polski batalion. Po laotj stronie odtlzialfrancuski złożony z Niemców. Autor jest w pierwszym rzfdzie mniej wifcej pośrodku, z archiwum Radosława Matusiewicza i zastanawiać się, jak pokierować oddziałem podczas bitwy. Oddziały obu stron były liczne i były to w większości grupy doświadczone, dobrze wyszkolone w mustrze i dobrze umundurowane. Na moje oko, wykonawców-rekonstruktorów było w tym roku około pięciuset . Tłumy widzów zebrały się wokół pola bitwy, aby zobaczyć starcie obu armii. Bój rozpoczął potężny huk wystrzałów armatnich, który wielu niespodziewających się tego widzów, nieźle wystraszył i zmusił do wydania z siebie okrzyków zarówno przerażenia, jak i zachwytu. Od tej pory wojska obu stron ruszyły na siebie. Nastąpiła walka ogniowa, posyłano salwę za salwą w kierunku wroga, a dym prochowy zasłał cały teren bitwy tak, że czasem nie było niczego widać a nawet czym oddychać. Raz za razem szliśmy do ataku na bagnety z gromkim hura na ustach, albo sami byliśmy atakowani i musieliśmy się cofać, a nawet rejterować na tyły, aby na nowo się sformować. Tu muszę wspomnieć o pewnym problemie w napoleońskiej rekonstrukcji. Otóż mało kto chce albo lubi padać i udawać rannego lub zabitego, zwłaszcza, gdy jest błotko i kałuże. Czasami w stojących naprzeciwko siebie oddziałach strzelających do siebie przez wiele minut salwami karabinowymi nikt nie pada, co z punktu widzenia realiów bitwy głupio wygląda, nie mówiąc już o widzach. Dlatego przed bitwą albo w jej trakcie wyznaczamy osoby, które mają polec. Taki poległy lub ranny, po krótkim odleżeniu na polu chwały, wraca z powrotem do szeregów. Oczywiście rannych kolegów czule opatrują i pocieszają nasze niezawodne markietanki, które zawsze mają ze sobą coś do picia i zjedzenia. Przez cały czas na polu bitwy panował ogromny zgiełk, huk salw muszkietowych, gromy wystrzałów armatnich, okrzyki bojowe piechoty, dźwięk bębnów zagrzewających żołnierzy do boju oraz tętent galopujących kawaleryjskich koni, to wszystko bardzo przybliżało realia napoleońskich batalii, robiąc duże wrażenie na widzach. Często po atakach piechoty atakowała nas kawaleria. Wtedy my, ta szara piechota, według prawideł ówczesnych regulaminów wojskowych, grupowaliśmy się w ciasne czworoboki lub koła, w których żołnierze stojąc do siebie plecami odpierali ataki kawalerii broniąc się karabinami z bagnetem, którego błysku i brzdęku konie się boją. Wszędzie był dym po wystrzałach ładunków czarnoprochowych, których opary mają charakterystyczny zapach zgniłych 156 Piotr Zawada Atakują nas pruskie huzary, z archiwum Andrzeja Chyra jajek. Podczas inscenizacji bitew lub potyczek rekonstruktorzy posługują się replikami muszkietów, z których strzelają ładunkami z czarnego prochu, ale bez kuli. Wystrzał inicjuje wskrzeszona przez skałkę (krzemień) uderzającą w krzesiwo (metalowa płytka) iskra, która zapala proch na panewce, którego ogień przechodząc przez otwór zapałowy do lufy, zapala proch ładunku, inicjując wystrzał. Efekty dźwiękowe i wizualne są praktycznie takie same, jak przy prawdziwym wystrzale, przy czym z lufy nie wylatuje kula, tylko wiązki ognia i kłęby białego dymu. Oddziały lub pojedyncze osoby strzelające do siebie muszą stać w odpowiednio dużej odległości, aby nie zrobić sobie krzywdy, ponieważ podczas wystrzału zawsze mogą wylecieć z lufy jakieś drobne farfocle (resztki papieru z ładunku), już sam podmuch wystrzału może zrobić człowiekowi krzywdę, a z bliskiej odległości może nawet zabić. Dlatego strzelający podczas rekonstrukcji żołnierze są odpowiednio przeszkoleni i zazwyczaj podczas wystrzału celują broń w górę, albo w ziemię, aby zachować maksymalne bezpieczeństwo. Niestety, po długiej, ponad godzinnej bohaterskiej obronie, z powodu dużej liczebnej przewagi wroga, wyczerpania się amunicji oraz wielu rannych i poległych, zmuszeni zostaliśmy do odwrotu. Tradycyjnie, jak co roku, zgodnie z historyczną prawdą musieliśmy przegrać, choć muszę przyznać, że kilka lat wcześniej rozgrzani bitewnym zapałem zmieniliśmy nieco bieg historii i wygraliśmy bitwę pod Lipskiem ku konsternacji organizatorów, którzy nic później o tym oficjalnie nie wspominali. Po zakończeniu batalii wykonawcy nagrodzeni zostali gromkimi i długimi oklaskami od licznie zgromadzonej publiczności. Następnie odbyła się prezentacja oddziałów oraz przegląd wojsk dokonany przez Napoleona. Kiedy Napoleon przechodził przed naszymi szeregami kilku z nas ( było to umówione) niejako „w rozpaczy” rzuciło się do jego kolan pytając Cesarza: Sire, a Polska? Zaskoczonemu cesarzowi i jego świcie bardzo spodobała się ta nasza spontaniczna inscenizacja. Aż ich zamurowało. Niestety, wiadomo z historii, jak się sprawy Polski potoczyły. Następnie oddziały w szyku defiladowym zeszły z pola bitwy wracając do miejsca zakwaterowania, a widzowie za nimi. Po zrzuceniu z siebie ciążącego ekwipunku i chwili na Bitwa Narodów pod Lipskiem 157 złapanie oddechu, nastąpiło bratanie się z miejscową ludnością. Wtedy nastąpiły uściski, uśmiechy, fotki, rozmowy i oczywiście poczęstunki. Co niektórzy wykręcili się od balowania, również i ja, aby wyczyścić karabin, by prochowy nagar nie zżarł lufy i zamka. Zresztą według regulaminu, po użyciu broni, każdy żołnierz powinien wyczyścić karabin, czego, muszę przyznać, rekonstruktorzy bardzo nie lubią i często nie robią. Kiedy już wszystko mieliśmy poukładane, poszliśmy na placyk z dużym ogniskiem, gdzie właśnie rozkręcała się niezła zabawa. Przy blasku wielkiego ognia przygrywała do tańca miejscowa folkowa kapela. Niektórzy tańczyli, inni grzali się przy ognisku piekąc wursty, jeszcze inni siedzieli przy ławach gaworząc ze znajomymi i przyjaciółmi, popijając grzanym winem lub piwkiem. Wielu naszych kolegów pozostało w obozowisku i tam przy ogniskach wśród namiotów spędzało miło czas wśród swoich kamratów. Muszę przyznać, że atmosfera była bardzo miła. Poznałem nowych niemieckich kolegów i koleżanek, a także spotkałem się z wielu starymi druhami. Na koniec mój kolega Lorenzo wraz z naszym starym niemieckim kolegą Lutzem przed wszystkimi i razem z nimi wykonali piosenkę „pszczółka Maja” po niemiecku, czym wzbudzili wielki aplauz i radość wszystkich zgromadzonych. I w tak miłych okolicznościach przyszedł ten nieubłagany moment, kiedy trzeba było położyć się spać, bo jutro trzeba było szybko się zebrać i wracać do Polski, tym bardziej, że chcieliśmy jeszcze choć trochę pozwiedzać Lipsk. DZIEŃ TRZECI. POWRÓT DO POLSKI Zaraz po siódmej rano wstałem i szybciutko poszedłem na przepyszne śniadanko, o którym już wcześniej pisałem. Jak to zazwyczaj w ostatni dzień rekonstrukcji bywa, od samego rana w obozie panował spory rozgardiasz i gwar. Niektórych moich znajomych już nie było, wyjechali skoro świt albo nawet w nocy. Wszędzie uwijali się ludzie i podjeżdżały ich samochody. Wszyscy się pakowali, składali namioty, dogaszali ogniska, każdy chciał jeszcze w miarę wcześnie dojechać do domu. Kiedy już samochody były zapakowane, przyszedł czas pożegnań. Trzeba właściwie pożegnać się ze wszystkimi, co jest czasochłonne, ale bardzo przyjemne. Rekonstruktorzy tworzą jakby bractwo, rodzinę, których łączy ta sama pasja i nadają na tej samej fali, więc pożegnania są naprawdę prawie rodzinne. Ekipa, w której byłem z Lorenzo, liczyła dziewięć osób i podróżowaliśmy dziewięcioosobowym busem, którym w obie strony kierował nasz kolega Sławek z Kołobrzegu, za co mu cześć i chwała. Już wcześniej ustaliliśmy, że bez względu na godzinę, musimy zwiedzić Pomnik Bitwy Narodów w Lipsku. Tak więc wyruszyliśmy do miasta i zaparkowaliśmy naprzeciwko wejścia na teren, gdzie znajduje się pomnik. Monumentalny Pomnik Bitwy Narodów w Lipsku jest już widoczny z daleka, gdyż ma 91 metrów wysokości i jest najwyższą budowlą pomnikową w Europie. Odsłonięcie pomnika nastąpiło w 100-lecie rocznicy tej wielkiej bitwy, 18 października 1913 roku. Według danych podawanych przez wielu autorów zajmujących się tematem tej strasznej bitwy i oficjalnych danych obu wojujących ze sobą stron, powszechnie przyjmuje się, że po stronie napoleońskiej poległo, zostało rannych bądź wziętych do niewoli ponad 70 tysięcy żołnierzy, w tym około 10 tysięcy Polaków. Natomiast po stronie sprzymierzonych (Rosja, Prusy, Austria, Szwecja, Wielka Brytania) całościowe straty szacuje się w przedziale od 50 do 60 tysięcy żołnierzy. Bezpośrednio przed monumentalnym 158 Piotr Zawada pomnikiem znajduje się zbiornik wodny, a dokoła tego terenu wiedzie lipowa aleja. Obok pomnika znajduje się napoleońskie muzeum, w którym można zobaczyć wiele napoleońskich pamiątek, w tym dotyczących udziału w bitwie Polaków i samego księcia Józefa, którego oryginalne siodło, na którym siedział wpadając z koniem do Elstery, można tam zobaczyć. Sam monument też można zwiedzać. Wewnątrz budowli można zobaczyć olbrzymie posągi śpiących rycerzy i mitycznych bogów, co od razu skojarzyło mi się z muzyką Ryszarda Wagnera, a konkretnie z utworem dramatycznym „Pierścień Nibelunga”. Schodkami można przedostać się na wyższe piętro, z którego roztacza się niezwykły widok na wnętrze monumentu, a wchodząc na samą górę, znajdziemy się na platformie widokowej, z której przed naszymi oczami rozpościera się fantastyczna panorama Lipska i okolic. Jeżeli chodzi o inne polskie pamiątki, to na pewno warto odwiedzić pomnik upamiętniający śmierć księcia Józefa Poniatowskiego w nurtach Elstery. Książę Józef, będąc wielokrotnie rannym, na koniu próbował sforsować rzekę, ale niestety zginął w wartkim nurcie Elstery. Pomnik ten stoi w miejscu, gdzie rozegrała się ta tragiczna scena. Współcześnie w tym miejscu nie widać płynącej Elstery, ponieważ teren przykryto betonem, a bieg rzeki nie jest już taki sam, jak przed ponad dwustu laty. Jeszcze w innym miejscu Lipska można zobaczyć pomnik, który przypomina o innym tragicznym epizodzie bitwy pod Lipskiem. Otóż ostatniego dnia bitwy, 19 października 1813 roku, saperzy francuscy przedwcześnie wysadzili kamienny most, ostatni most na Elsterze, przez który wycofywały się oddziały osłaniające tyły wycofującej się z Lipska napoleońskiej armii tzw. ariergardy. W ten sposób odcięto od zbawczego drugiego brzegu tysiące żołnierzy, w tym resztki korpusu polskiego z księciem Józefem na czele. Każdy ratował się jak mógł. Niestety, wielu się to nie udało, w tym księciu Józefowi. W kilka dni po śmierci Poniatowskiego miejscowi rybacy wyłowili jego ciało. Po zidentyfikowaniu ciała przez polskich generałów znających księcia, jego doczesne szczątki złożono na cmentarzu przy kościele św. Jana w Lipsku, co upamiętniono kamienną tablicą. Dopiero w 1814 karawan z trumną ze szczątkami księcia Józefa w asyście polskich oddziałów wyruszył w uroczystym pochodzie do ojczyzny, do Warszawy, gdzie spoczęła ona w podziemiach bazyliki kościoła św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Następnie w 1817 roku trumna została przewieziona do Krakowa i umieszczona w krypcie św. Leonarda na Wawelu. Ciekawostką jest to, że pierwszą nagrobną tablicę z grobu księcia Józefa w Lipsku przewieziono do Warszawy i dzisiaj starą, popękaną tablicę można zobaczyć wmurowaną w ścianę we wnętrzu Bramy Grodzkiej w Zamku Królewskim w Warszawie. Niestety, nasz czas już się kończył i musieliśmy ruszać do Polski, a mieliśmy spory kawał do przejechania. Muszę przyznać, że w Lipsku i w jego pobliżu jest jeszcze wiele miejsc wartych zobaczenia, w tym wiele związanych z Polską, dlatego planuję, aby za rok przyjechać do Lipska chociaż dzień wcześniej, by na spokojnie odwiedzić to, co najciekawsze. W następnym roku będzie to już moja piętnasta bitwa pod Lipskiem. I już na koniec chciałbym tych, co nie wiedzą, poinformować, że w 2022 roku, podczas rekonstrukcji napoleońskiej w Lipsku, na zaproszenie niemieckich organizatorów, wystąpiłem w roli Napoleona. Było to dla mnie dużym wyróżnieniem i przeżyciem. Miałem satysfakcję, i chyba nie tylko ja, że to właśnie Polak, w tej jakże „polskiej” bitwie pod Lipskiem, mógł dowodzić żołnierzami Wielkiej Armii Napoleona. Wszystkim Państwu serdecznie polecam wizytę w tym pełnym zabytków, pamiątek po Polakach, pięknym i pełnym zieleni mieście, w Lipsku. Wacław Bielecki Muzyka ZAPISKI MELOMANA RECITAL SKRZYPKA WOJCIECHA NIEDZIÓŁKI PODCZAS DNI ZIEMI SZTUMSKIEJ sobota, 7 września 2024 r. Wojciech Nieticiółka gra Chaconnf Bacha, fot. W. Bielecki Z okazji przypadającej w tym roku 608 rocznicy nadania Sztumowi praw miejskich, podczas trzech weekendowych dni, odbyły się liczne imprezy i koncerty. Jednym z nich był recital skrzypcowy Wojciecha Niedziółki. Ten 21-letni muzyk dwa lata temu okazał się najlepszym z Polaków biorących udział w XVI Międzynarodowym Konkursie Skrzypcowym im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu. Obecnie jest studentem w klasie skrzypiec prof. Łukasza Błaszczyka na Akademii Muzycznej w Poznaniu. Ukończył drugi rok studiów indywidualnych i często koncertuje w kraju i za granicą. W ubiegłym roku Wojciech Niedziółka został odznaczony prestiżową nagrodą „Koryfeusz Muzyki” w kategorii „odkrycie roku”. W nowoczesnej, kameralnej sali Biblioteki Publicznej zebrała się liczna, około stuosobowa grupa sztumskich melomanów oczekująca z dużym zainteresowaniem na występ młodego skrzypka. A ten przedstawił zestaw utworów składający się na recital zatytułowany „Skrzypcowe hity”. Wśród nich znalazły się dwa wspaniałe dzieła: Chaeonne z Partity nr 2 d-mol/jana Sebastiana Bacha oraz Sonata nr 2 ofo. 27 Obsesja Eugene’a Ysaye’a. Utwory te zostały przedzielone miniaturami - kaprysami Niccoló Paganiniego, Henryka Wieniawskiego i Grażyny Bacewicz. Głównym dziełem wieczoru była niewątpliwie Chaeonne Bacha. To bardzo piękny, ale zarazem niezwykle trudny do wykonania utwór na skrzypce solo. Wielu melomanów 160 Wacław Bielecki kojarzy Jana Sebastiana z muzyką organową (słynna Toccata i Fuga d-moll), czy klawesyno-wą/fortepianową (24preludia i fiłgi z Dos Wbhltemperierte Klaoier), a tymczasem wiemy, że grał on także na skrzypcach, ałtówce, być może na lutni, i pisał utwory na te instrumenty. Chaconne jest barokowym tańcem hiszpańskim w metrum trzymiarowym. Pierwotnie opisywana była jako taniec swawolny, a nawet rozwiązły. Taka u Bacha nie jest, bowiem u tego kompozytora stała się utworem powolnym, w nastroju poważnym, ale wręcz hipnotyzującym swoim wyjątkowym pięknem. Jej budowa oparta jest na przebiegu powtarzających się wariacji. Niektórzy doliczyli się ich aż 64. Znany kompozytor niemiecki Johannes Brahms powiedział: Chaconne jest dla mnie jednym z najwspanialszych, a zarazem najhardziej niezrozumiałych utworów muzycznych. W moim odczuciu Wojciech Niedziółka zachował i odpowiednie tempo, i dynamikę oraz swobodnie pokonał rozlicznie nawarstwione problemy techniczne, szczególnie we fragmencie, gdzie skrzypce muszą grać wielogłosowo, akordami, wykonując szybkie arpeggia. Było to przepiękne wykonanie. Podobnie pięknie, z wielkim zaangażowaniem i uczuciem, została zinterpretowana przez skrzypka Sonata nr 2 op. 27 Obsesja Eugene’a Ysaye’a, belgijskiego kompozytora i skrzypka, ucznia Henryka Wieniawskiego. Utwór nosi podtytuł „Obsesja” pewnie dlatego, że we wszystkich jego czterech częściach uporczywie powtarza się melodia średniowiecznego hymnu „Dies Irae” (Dzień gniewu). Opisane wyżej kompozycje zostały „obudowane” przez kaprysy, czyli miniatury instrumentalne zbliżone do etiud, ale o charakterze popisowym, wirtuozowskim. Na rozpoczęcie usłyszeliśmy dwa niezwykle melodyjne utwory Henryka Wieniawskiego: Kaprys Fs-dur nr 2 op.18 oraz Kaprys A-dur nr 4 op. 10 „Le Staccato”, a później Kaprys A-dur i Kaprys E-dur Niccoló Paganiniego. Kaprysy tego ostatniego kompozytora obrosły legendą i w XIX wieku uznawane były za niemożliwe do wykonania z powodu licznych trudności technicznych. Podczas sztumskiego recitalu Wojciech Niedziółka dokonał zmiany programu, mianowicie zamienił Kaprys nr 24 a-moll na Kaprys nr 9 E-dur. Tłumaczył to tak słuchaczom: - Będzie to drobna zamiana. Myślę, że on jc^li «Kaprys nr 9» - WBj, lepie/ pasuje do tego dnia, bo jest niezwykle pogodny, taki nawet żartobliuy, więc sprawi wszystkim frajdę. Nie powiem, żeby ta zamiana ucieszyła mnie, bo jednak nie była to „drobna zmiana”. Wiadomo, że wśród 24 kaprysów skomponowanych przez Paganiniego, ten ostatni, napisany w tonacji a-moll, jest najbardziej znany i często wykonywany na bis na koncertach przez najwybitniejsze sławy wiolinistyki. Jednocześnie jest to najtrudniejszy z kaprysów Paganiniego. Składa się z tematu, 11 wariacji i finału. Jak podają muzykolodzy, Paganini zastosował tu szereg bardzo trudnych technik wykonawczych: podwójne oktawy, szybkie następstwa trudnych interwałów, arpeggia w molowych skalach w tercjach i decymach, pizzicato lewą ręką, wysokie pozycje, błyskawiczne i wielokrotne zmiany smyczkiem strun. Wielu skrzypków na świecie latami studiuje trudności techniczne tego utworu. Szkoda więc, że mimo wcześniejszych zapisów w programie, nie mieliśmy możliwości usłyszenia tego kaprysu, największego hitu skrzypcowego. Za to na koniec mieliśmy możność poznania innej, prawdziwej perełki muzycznej, jaką jest Kaprys polski Grażyny Bacewicz. Koncert zakończył się owacją na stojąco i bisem - efektownym Tańcem rustykalnym z VSonaty G-dur E. Ysaye’a. Publiczność była oczarowana grą skrzypka oraz jego krótkimi zapowiedziami utworów. Wojciech Niedziółka nawiązał bardzo dobry kontakt z melomanami, a mniej obeznanym z techniką gry na skrzypach demonstrował, jak wygląda staccato czy Zapiski melomana 161 ricochet. Dodać trzeba, że sztumscy melomani wzorowo zachowywali się podczas recitalu, nie odezwał się żaden telefon komórkowy, co jest obecnie powszechną zmorą nawet w najbardziej znanych salach filharmonicznych. Poza tym, nie przeszkadzali wykonawcy niestosownymi oklaskami podczas utworów wieloczęściowych, natomiast wielokrotnie podczas wieczoru słychać było okrzyki z wyrazami podziwu dla kunsztu skrzypka. Brawo. 25-LECIE SZTUMSKIEJ ORKIESTRY DĘTEJ niedziela, 8 września 2024 r. Sztumska Orkiestra Dfta, fot. K. Przybylska Całe niedzielne popołudnie w Parku Miejskim zostało wypełnione koncertami związanymi z 25-letnim jubileuszem Sztumskiej Orkiestry Dętej. Stało się tak dlatego, że muzycy z naszego miasta zaprosili do udziału w imprezie trzy orkiestry dęte. Były to: Harcerska Orkiestra Dęta z Tczewa, Kociewska Orkiestra Dęta „Torpeda” oraz Orkiestra Dęta ze Świecia. I chociaż tylko jedna z nich ma w nazwie Kociewie, to w istocie wszystkie były z tego regionu. Licznie zgromadzeni w amfiteatrze słuchacze mieli możliwość wysłuchania aż czterech zespołów. Koncertowy półmaraton zaczęła sztumska jubilatka występująca pod kierownictwem Bogdana Maciąga grającego na... gitarze basowej. Sztumscy muzycy liczą swoją historię od 1999 roku. Obecnie w zespole gra ponad 30 instrumentalistów w wieku dojrzałym i młodzieżowym, w tym, co cieszy bardzo, kilka dziewcząt (m. in. flety, klarnety, saksofony) oraz - raczej dla ozdoby - dwoje maluchów. Osobliwością orkiestry są też wchodzące w jej skład organy elektroniczne. W repertuarze przeważają utwory marszowe oraz taneczne tudzież przeboje muzyki filmowej. 162 Wacław Bielecki Harcerska Orkiestra Dęta z Tczewa ma znacznie dłuższą historię, bo pierwszy publiczny koncert wykonała już w 1947 roku, czyli 77 lat temu. Była to najliczniejsza orkiestra występująca w sztumskim amfiteatrze, licząca ponad 60 muzyków. I tu uwaga: grają w niej chłopcy i dziewczęta w wieku szkoły podstawowej i średniej, co jest niesamowitym ewenementem w obecnych czasach. Co więcej, od tych ponad siedemdziesięciu lat, kolejnymi dyrygentami orkiestry są członkowie tej samej rodziny Kubickich z Tczewa, najpierw dziadek Jan, potem jego syn Jerzy, a obecnie od 22 lat - wnuczka pierwszego dyrygenta - Magdalena Kubicka-Netka. Repertuar orkiestry jest rozległy, bo oprócz tradycyjnego (marsze, utwory taneczne, muzyka filmowa), obejmuje także utwory z muzyki klasycznej. W Sztumie usłyszeliśmy np. część Suity Peer Gynt Edwarda Griega pn. W grocie króia gór. Wyróżnia też ten zespół ciekawa aranżacja, bo gra on nie tylko jako całość, ale często we fragmentach prezentują się poszczególne grupy instrumentów lub sami soliści. Usłyszeliśmy także dwie piosenki w wykonaniu solistki z akompaniamentem orkiestry. Dodam, że zespół ten potrafi także zagrać cicho, co nie jest częste w orkiestrach dętych. Zupełnie w innym stylu zagrała Kociewska Orkiestra Dęta „Torpeda” (chyba też z Tczewa). To najmniejszy, 15-osobowy zespół, jaki zobaczyliśmy w amfiteatrze. Grają w nim głównie dojrzali mężczyźni, ale na ich tle wyróżniały się trzy panie dmuchające w saksofony i trąbkę. To taka typowa orkiestra do marsza, wesela i pogrzebu. Jak piszą o sobie na FB:-Można nas wynaj^fć na muzyczną niespodziankę urodzinową lub weselną. W Sztumie zagrali radośnie i dynamiczne. Jako ostatnia wystąpiła Orkiestra Dęta ze Świecia. Jako jedyna grała ze sceny, bo na placu pod sceną zaprezentowały się należące do zespołu mażoretki przebierające się kilkakrotnie w paradne stroje (czasami z pomponami) i wykonujące wdzięczne układy choreograficzne, dobrane odpowiednio do rytmu granych przez orkiestrę melodii. Tak to już jest, że jak pojawią się mażoretki, to uwaga widzów skupia się na pięknych, młodych dziewczętach, a doznania słuchowe pozostają gdzieś w tyle. Trzygodzinny koncert przebiegł szybko, a na jego koniec jubilaci, czyli członkowie Sztumskiej Orkiestry Dętej, otrzymali od burmistrza Bartosza Mazerskiego wielką kopertę z widocznym z daleka napisem: „15 tysięcy zł” oraz gratulacje i słowa podziękowania. Kończąc relację sądzę, że w nawiązaniu do tego jubileuszu, należałoby podjąć jakieś głębsze badania dotyczące historii orkiestr dętych w Sztumie. Jestem przekonany bowiem, że ich początek jest znacznie wcześniejszy, niż podany na koncercie rok 1999. Wiadomo przecież, że już w 1957 roku przy Powiatowym Domu Kultury działała orkiestra dęta prowadzona przez pana Dzwonkowskiego, niestety nie znamy jego imienia. Potem jej kierownictwo przejął kapelmistrz Stanisław Kalinowski (zob. Krystyna Błaszczyk i Janusz Ryszkow-ski, W Sztumie kulturalnym, 2022, s. 24). Dziwi więc, że obecna orkiestra nie odwołuje się do tej pięknej tradycji. Myślę też, że przy kolejnym jubileuszu można by zaprosić do Sztumu orkiestry działające po sąsiedzku na Powiślu i Żuławach. Mamy przecież świetną orkiestrę dętą w Państwowej Szkole Muzycznej w Kwidzynie, i to z mażoretkami, oraz Orkiestrę Dętą „Żuławy” z Nowego Stawu próbującą grać w stylu amerykańskiego zespołu Glena Millera. Zapiski melomana 163 PÓŁRECITAL RAFAŁA BLECHACZA W SZAFARNI czwartek, 19 września 2024 r. Ośrodek Chopinowski w dworku Dziewanowskich w Szafami, fot. W. Bielecki Punktualnie o godzinie 10 zaczęła się I Konferencja Naukowa pn. Chopin na Kujaioach i Pomorzu, zorganizowana z okazji 200 rocznicy pobytu Fryderyka Chopina w Szafami oraz 175 rocznicy jego śmierci. Uczestniczyli w niej muzykolodzy, etnomuzykolodzy, teoretycy muzyki, pianiści, historycy sztuki oraz grupa melomanów i uczniów ze szkoły muzycznej z Torunia. W ciągu dwóch dni 19 i 20 września br. w niewielkiej salce dworku Dziewanowskich mieszczącego Ośrodek Chopinowski wysłuchałem 11 referatów, z których więcej niż połowa poświęcona była chopinowskim mazurkom. Stało się tak dlatego, bo pierwszy z nich powstał w Szafami. Jest to napisany w 1824 roku Mazurek As-dur z op. 7, zwany „Zydkiem”. Opowiadali lub wspominali o nim profesorowie, m.in. Piotr Dahlig z Warszawy, Magdalena Dziadek z Krakowa czy Tomasz Nowak ze stolicy. Historykom muzyki znane są dokładnie okoliczności powstania tego mazurka, albowiem opisał je sam kilkunastoletni Chopin w listach oraz w wydawanym przez siebie tzw. „Kurierze Szafarskim”. Można w nim znaleźć ciekawy opis pewnego wydarzenia z dnia 15 sierpnia 1824 r. Chopin pisze, że wtedy popisywał się przed kilkunastoma osobami w Szafami grając koncert fortepianowy Kalkbrennera. Jednakże to nie ten koncert zrobił wielkie wrażenia na publiczności, ale zagrany „Zydek”, czyli skomponowany przez niego mazurek. Właściciel Szafami, pan Dziewanowski, poprosił tamtejszego Żyda dzierżawcę o ocenę gry i usłyszał, że gdyby Chopin „chciał zagrać na żydowskim weselu, zarobiłby sobie najmniej dziesięć talarów”. Dowiedziawszy się o tej opinii, młody muzyk zastanawiał 164 Wacław Bielecki się, czy z czasem nie oddać się zupełnie tak korzystnemu zajęciu. Oczywiście, cała ta historia utrzymana jest w formie żartobliwej opowiastki. Z kilkunastu wysłuchanych referatów najbardziej zaciekawiły mnie rozważania pianistki dr Małgorzaty Mokrus z Katowic o próbach przełożenia mazurków Chopina na język poezji. Dokonał tego romantyczny twórca Kornel Ujejski w zbiorze poezji „Tłumaczenia Szopena” (1866) (próba poetyckiego przełożenia muzyki). Prof. Marcin Gmys z UAM w Poznaniu ciekawie mówił o innym tańcu narodowym - kujawiaku, a dr Jakub Puchalski ujawnił kilka szczegółów z życia Karola Mikulego, jednego z ostatnich uczniów Chopina oraz pianisty Raula Koczalskiego, który uczył się gry we Lwowie, właśnie u Mikulego. Konferencja zakończyła się referatem dr Anety Derkowskiej z Torunia na temat wykorzystania postaci i muzyki Chopina w popkulturze i reklamie (wódka, perfumy, czekoladki, kawa i in.). Już z tego wybiórczego i pobieżnego przeglądu tematyki, widać, że próbowano z różnych stron spojrzeć na najsłynniejszego polskiego kompozytora. Kończąca konferencję dr Agnieszka Brzezińska, dyrektor Ośrodka Chopinowskiego w Szafami, zapowiedziała kolejną konferencję za rok. Dla mnie swoistym szokiem było odkrycie, że kilku muzykologów, z którymi rozmawiałem w kuluarach, nic nie wiedziało o pobycie Chopina na Pomorzu w naszym Waplewie Wielkim w 1827 r. Jednak największą atrakcją konferencji był występ pianisty Rafała Blechacza na zakończenie pierwszego dnia obrad. Jak wiadomo, jest on zdobywcą pierwszej nagrody na XV Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim w 2005 roku. Wtedy pianiście przyznano też inne nagrody, m.in. za najlepsze wykonanie mazurków, poloneza, koncertu i sonaty. Rafał Blfehacz (w łrodku) po/iczas rozmowy przed recitalem, fot. W Bielecki Zapiski melomana 165 Zanim usłyszeliśmy Rafała Biechacza w roli pianisty, mieliśmy możność zapoznania się z jego odpowiedziami na pytania zadawane, najpierw przez dr Anetę Derkowską i prof. Marcina Gmysa, a potem przez melomanów siedzących na widowni. Dowiedzieliśmy się z niej m.in., że jest on w Szafami po raz trzeci. Poprzednio był tutaj jako dziesięciolatek, a ostatnio dwa lata temu. Rafał Blechacz wyznał, że obecnie gra zazwyczaj w wielkich salach koncertowych na świecie, ostatnio w Hamburgu w Elbphilharmonie (gdzie w sali koncertowej jest ponad dwa tysiące miejsc — WB). Natomiast w takich kameralnych salach (w Szafami jest około 100 miejsc - WB) gra rzadko. Ma jednak świadomość, że właśnie w takich małych pomieszczeniach grywał Chopin. Pianista stwierdził, że podczas pracy dydaktycznej ze studentami w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy czuje się gorzej niż na scenie, bo jeszcze nie ma większego doświadczenia, ale te zajęcia są dla niego inspirujące i wzbogacają go, bowiem musi częściej zastanawiać się nad teoretycznym uzasadnieniem swojej działalności pianistycznej, aby udzielić sensownej odpowiedzi studentowi pytającemu o jakiś problem dotyczący interpretacji utworu czy szczegółowej techniki wykonawczej. Powiedział też, że jego zainteresowania filozofią (obronił doktorat z filozofii pt. „Interpretacji dzieła muzycznego w kontekście jego tożsamości”-WB) przekładają się na wzbogacenie jego sztuki wykonawczej i lepsze zrozumienie, na przykład, na czym polega kontakt z publicznością. Rafał Blechacz nagrał sporo płyt z muzyką Chopina, a obecnie przygotowuje się do nagrania kompletu mazurków Chopina w wytwórni Deutsche Grammophon, co zakończy gdzieś za trzy lata. Jeśli idzie o plany koncertowe, to w najbliższym okresie wybiera się do Chin, Korei i Japonii. Na program półrecitalu Rafała Biechacza w Szafami złożyły się: Mazurki z op. 50— G-dur, As-dur, cis-modoraz Sonata h-mod op. 58. Pianista grał na gabinetowym fortepianie Steinway & Sons. W moim odczuciu jego grę charakteryzuje wielkie opanowanie, spokój i pewność. Nie epatuje wirtuozerią i nie nadużywa dynamiki. Jego mazurki były śpiewne i zarazem taneczne. Podczas wykonania monumentalnej Sonaty h-moU świetnie zróżnicowane były pod względem tempa i dynamiki kolejne cztery części oraz znakomicie zaprezentowane i zróżnicowane plany dźwiękowe w prawej i lewej ręce. W tej ostatniej kompozycji największe wrażenie na mnie wywarło zaczynające się burzliwie Finale presto non tanto. Oczywiste jest, że nie obyło się bez bisu. Pianista wybrał na tę okoliczność Walca cis-moll i zagrał go z początku nie za szybko, a później zmieniał tempa zgodnie ze swoim odczuciem rubata. Publiczność nagrodziła wykonawcę burzliwymi brawami na stojąco. O swoim wielkim uznaniu do sztuki pianistycznej Rafała Biechacza wypowiedział się marszałek województwa Piotr Całbecki. Mówił on tym, że jest dumny z tego, że w Województwie Kujawsko-Pomorskim mamy takiego wielkiego pianistę, jak Rafała Biechacza (urodzonego i mieszkającego w Nakle - WB). Z tego regionu pochodzi także narzeczona Chopina (Maria Wodzińska mieszkała w Kłóbce pod Włocławkiem. Obecnie jest tam oddział Muzeum Ziemi Kujawskiej i Dobrzyńskiej ze skansenem — WB), a Chopin przebywał tutaj kilka razy, w tym dwukrotnie w Szafami. To rzeczywiście może być powodem do regionalnej dumy. 166 Wacław Bielecki GDAŃSKI KONKURS IMPROWIZACJI ORGANOWEJ sobota, 28 września 2024 r. Nowe organy firmy Zeizislawa AfoUina w kościele pw. Bożego Ciała w Gdańsku Morenie, fi>t. W Bielecki Wspomniany w podtytule konkurs odbył się w ramach XII Międzynarodowego Konkursu Muzyki Organowej im. Jana Pieterszoona Sweelincka w kościele pw. Bożego Ciała w Gdań-sku-Morenie. Dlaczego tam? Albowiem rok temu postawiono w tej świątyni nowe organy wykonane przez firmę Zdzisława Mollina z Odrów koło Chojnic. Jest to duży instrument mający 66 głosów i cztery manuały (klawiatury ręczne). Są to trzecie pod względem ilości głosów organy w archidiecezji gdańskiej. Jak wiadomo, największe organy znajdują się w archikatedrze oliwskiej (96 głosów), a drugie w kościele św. Ignacego Loyoli w Jastrzębiej Górze (76 głosów). Nota bene, nie wszyscy wiedzą, że największe organy na Pomorzu, większe od oliwskich, mające 102 głosy, znajdują się od 1980 roku w Gdyni w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa. Organy w kościele na Morenie budowano przez siedem lat i to, co warte podkreślenia, ze składek parafian. Piszczałki umieszczono w dwóch szafach organowych a pomiędzy nimi jest miejsce przeznaczone dla chórzystów. Z jednej strony umieszczono charakterystyczne głosy barokowe, a z drugiej romantyczne. Instrument brzmi krystalicznie czysto i zachwyca różnorodnością głosów, o czym mogłem się przekonać na miejscu. Jak już wspomniałem, był to konkurs improwizacji organowej, stanowiący osobną część XII Międzynarodowego Konkursu Muzyki Organowej im. J. P. Sweelincka, w którym główna część nazwana jest konkursem interpretacji. Mnie jednak bardziej zaciekawił konkurs improwizacji. A na czym on polegał? Był dwuetapowy. W pierwszym etapie muzycy przysłali nagrania wideo z wirtuozowską toccatą w stylistyce XIX/XX w. na temat Bogurodzicy oraz fugę z na temat koncertu Antona Brucknera (w tym roku muzyczny świat obchodzi 200 rocznicę urodzin tego austriackiego kompozytora). Na podstawie nadesłanych nagrań jury zakwalifikowało do konkursu sześciu młodych organistów, ale w końcu do konkursu zgłosiło się ich czterech: dwóch Polaków, Amerykanin oraz reprezentant jednocześnie Meksyku i Niemiec. Zapiski melomana 167 Wystąpili oni według wylosowanej kolejności: Jakub Kraszewski (Polska), Austin Philemon (USA), Hubert Trojanek (Polska), Agustin Santos Mejia Vargas (Meksyk/Niemcy). Konkursowicze mieli niełatwe zadanie, musieli bowiem w czasie 30 minut improwizować na dwa zadane przez jurorów tematy. Pierwszym była improwizacja w formie partity na motywach melodii „Roty” Feliksa Nowowiejskiego, drugim - improwizacja w formie symfonii w dowolnej stylistyce brzmieniowej, składająca się z trzech części: andante, scherza i toccaty. Jak im poszło? Moim zdaniem, gdy chodzi o partitę na temat „Roty”, to usłyszeliśmy nie tyle barokowe tańce, z których składa się ta forma, ale raczej swobodne wariacje w różnorakich tempach. Obydwaj Polacy grali bardzo tradycyjnie, trzymając się melodyjnego tematu, natomiast Amerykanin mocno „zaszalał” i w znacznej części jego interpretacji trudno było usłyszeć, że improwizacja ma coś wspólnego z hymnem Nowowiejskiego. Chyba najlepiej zadanie to wykonał A. S. M. Vargas, bo improwizował „Rotę” w kunsztownym stylu barokowym wzorowanym na kompozycjach Jana Sebastiana Bacha. Jeśli chodzi o symfonię, to - moim zdaniem - największą trudność sprawiła wykonawcom jej pierwsza część, czyli andante. Tutaj najlepiej wypadli Hubert Trojanek i A. S. M. Vargas, którzy zaczynali do śpiewanego tematu i przekształcali go swobodnie w trakcie improwizacji. Wszyscy pięknie improwizowali w II części symfonii w formie scherza. Mnie szczególnie spodobało się ono w wykonaniu Jakuba Kraszewskiego, bo miało coś z niezwykle ulotnej muzyki impresjonistycznej. Podobnie piękne scherzo zaimprowizował Jakub Trojanek. Gdy zaś chodzi o toccatę, to młodzi organiści grali ją szybko i głośno, wykorzystując typowe głosy pryncypałowe i fanfarowe i dochodząc w końcówce do super brzmienia - fortissimo. Siedząc w kościelnych ławach, wśród nielicznych słuchaczy, zastanawiałem się, jak uczestnicy konkursu zostaną ocenieni przez pięcioosobowe jury, w którym uczestniczył prof. Roman Perucki, a sekretarzował dr Maciej Zakrzewski (obaj znani z koncertów w Sztumie). Kto otrzyma I nagrodę w wysokości 10 tysięcy złotych? Ja postawiłem na zwycięstwo A. S. M. Yargasa, reprezentanta Meksyku i Niemiec. Okazało się jednak, że decyzją jury konkurs improwizacji wygrał Polak Jakub Trojanek, student Akademii Muzycznej w Poznaniu. To świetna wiadomość, tym bardziej, że w głównym konkursie interpretacji, jury dokonało swoistej rzezi Polaków, bo z 6 startujących w drugim etapie ostał się tylko jeden. Na drugim miejscu w konkursie improwizacji znalazł się mój faworyt Agustin Santos Mejia Yargas. Zwycięzca konkursu improwizacji organowej Hubert Trojanek ma 22 lata i jest studentem III roku w poznańskiej Akademii Muzycznej w klasie organów dra Jarosława Tarnawskiego. Na stałe mieszka na wsi Dopiewiec pod Poznaniem. Obecnie HubertTrojanek —zwycięzca konkursu improwizagi organowy, fot. Edyta Steć 168 Wacław Bielecki przebywa na stypendium naukowym w Hiszpanii w San Sebastian. W grudniu 2023 r. zdobył nagrodę Platinum Prize w World Classical Musie Awards. Jest to jeden z najważniejszych konkursów internetowych muzyki klasycznej na świecie. Rywalizowali w nim kandydaci z ponad 30 krajów. Przy okazji gdańskiego konkursu nasunęły mi się pewne przemyślenia dotyczące wyboru tematów improwizacji. W tym konkursie owe tematy były znane wszystkim uczestnikom znacznie wcześniej, jeszcze na kilka miesięcy przed jego zaczęciem. W związku z tym, mogli oni przygotować sobie, i improwizację nt. Roty, i ułożyć wcześniej trzy części symfonii. Jeśli tak było, to chyba nie mieliśmy do czynienia z prawdziwą improwizacją, której istotą jest według znanych definicji: spontaniczne tworzenie, sposób grania polegajifcy na ukiatianiu przez instrumentalistę swojg partii podczas ff^ania w trakcie występu, przez co proces tworzenia utworu zbiega się w czasie z jego wykonaniem. Moim zdaniem, uczestnicy konkursu powinni poznać temat tuż przed występem, siedząc już przy organach. Wtedy można by mówić o prawdziwej, a nie „wyuczonej” improwizacji. Konieczna jest też poprawa strony internetowej konkursu, bo zabrakło na niej, np. podstawowych informacji o uczestnikach. Chodzi mi o biogramy i fotografie organistów biorą-cych w nim udział. Zabrakło również natychmiastowych informacji o wynikach konkursu. Jeszcze do południa następnego dnia po konkursie na stronie Filharmonii Bałtyckiej można było przeczytać w „Aktualnościach”, że „Rusza XI/ Międzynarodowy Konkurs... ”, a nie było listy zwycięzców. Nie mówię już o przekazywaniu informacji do lokalnych i ogólnopolskich mediów, bo tych zupełnie nie było. A transmisje internetowe na żywo? Chyba za dużo bym chciał... 6. MIĘDZYNARODOWY KONKURS SKRZYPCOWY IM. KAROLA LIPIŃSKIEGO W TORUNIU piątek 4 i sobota 5 października 2024 r. Początki tego konkursu sięgają 2007 roku, a ja obserwuję go od jedenastu lat. Byłem w Toruniu na trzech jego edycjach w 2013, 2019 i 2024 r. Podczas pierwszej wizyty słuchałem wykonawców tylko podczas I etapu w którym wykonywali utwory na skrzypce solo w sali Dworu Artusa naprzeciwko Ratusza. Wtedy zwyciężyła Anna Malesza (Polska). W 2019 roku słuchałem już w sali Centrum Kulturalno-Kongresowego Jordanki koncertu laureatów. Pierwszą nagrodę zdobył wówczas Elias David Moncado (Niemcy), a druga przypadła Robertowi Łaguniakowi (Polska). W tym roku oglądałem i słuchałem wykonawców podczas I i II etapu przez Internet, a zmagania wyłonionej przez jurorów szóstki w III etapie (finale) oglądałem w ciągu dwóch kolejnych wieczorów na Jordankach. Nie ma tutaj miejsca na drobiazgowy opis przebiegu konkursu, ale o jednej sprawie, która wydarzyła się w I etapie muszę wspomnieć, bo związana jest z naszym regionem Otóż do konkursu zgłosiła się pani Karolina Nowotczyńska, dyrektorka Elbląskiej Orkiestry Kameralnej, od trzech lat doktor sztuk muzycznych. Zagrała ona następujące utwory na skrzypce solo: 1) Adagio i Fugę z Sonaty Skrzypcowej nr 1 g-moll J. S. Bacha, 2) Kaprys nr 5 z op. 10 H. Zapiski melomana 169 Sunjae Ok z Korei Południowej wygrał konkurs skrzypcou^ w Toruniu, Jot. Internet Wieniawskiego, oraz 3) Sonatę na skrzypce solo nr 2 a-moll, „Obsesja” E. Ysaye’a (utwór ten grał podczas tegorocznych Dni Ziemi Sztumskiej Wojciech Niedziółka — zob. pierwsza relacja). Elbląska wiolinistka wykonała utwory bardzo dobrze, ale moim zdaniem, nieco za poważnie, zza małym luzem, lekkością i radością, trochę za ciężko. Może wynikało to z tremy. Z całego serca życzyłem jej awansu do drugiego etapu. Niestety, odpadła. Jak to powiedział przewodniczący jury Daniel Strabawa (przez 35 lat pierwszy koncertmistrz Filharmonii Berlińskiej), wielu uczestnikom po prostu zabrakło szczęścia. Na całe szczęście do II etapu, czyli grupy 12 skrzypków, przeszła pozostała dwójka Polaków; Hanna Pozorska i Jakub Staszek Natomiast do etapu finałowego jurorzy dopuścili tylko 6 skrzypków: 4 kobiety i 2 mężczyzn. Czwórka z nich pochodziła z Europy (wśród nich była jedyna Polka — Hanna Pozorska), a dwójka z Korei Południowej. Wszyscy musieli wykonać koncert skrzypcowy z towarzyszeniem Toruńskiej Orkiestry Symfonicznej pod dyrekcją jej szefa Dainiusa Pavilionisa (Litwina) i jednocześnie jurora. Tak się złożyło, że wybrali oni koncerty romantyczne — Beethovena, Wieniawskiego, Brahmsa, i aż troje - Sibeliusa, największego kompozytora fińskiego. W moim odczuciu finaliści grali znakomicie, wkładając wiele serca w interpretację tych znanych przecież utworów należących do „żelaznego” kanonu literatury skrzypcowej. Doprawdy nie wiem, czym kierowali się jurorzy wybierając najlepszego wirtuoza. Moją faworytką była Francuzka Sarah Jegou-Sageman. Już wcześniej, w II etapie, wręcz zachwyciła mnie swoją grą wykonując Rontlo alla Polacca D-dur Karola Lipińskiego oraz Noktur-na i Tarantellę Karola Szymanowskiego. Grała z niesamowitą pasją i dbałością o każdy szczegół. Po wykonaniu w pierwszym dniu przesłuchań finałowych Koncertu skrzypcowego D-dur Johannesa Brahmsa, tylko ona była wywoływana dwukrotnie do ukłonów przez publiczność. 170 Wacław Bielecki W sobotę 5 października br. w godzinach nocnych wyjaśniło się wszystko. Moja faworytka dostała tylko wyróżnienie, a zwyciężył Sunjae Ok z Korei Południowej (15 000 euro), który zagrał Koncert skrzypcouy D-dur Ludi^tga van Beethovena z nieznaną mi zupełnie kadencją austriackiego skrzypka Wolfganga Schneiderhana napisaną na skrzypce i kotły (Nawiasem mówiąc, skojarzyła mi się ona z trzecią częścią koncertu skrzypcowego Sibeliusa). On także, w drugim dniu finałów, był wywoływany do ukłonów dwukrotnie przez melomanów. II nagrodę otrzymał Lorenz Karls ze Szwecji (10 000 euro), a III nagroda przypadła skrzypaczce Wonbeen Chung, także z Korei (6000 euro). Nasza reprezentantka Hanna Po-zorska, studiująca u prof. Agaty Szymczewskiej, otrzymała wyróżnienie (2000 euro). Można sądzić, że konkurs był swoistym tryumfem Koreańczyków, ale gdy przyjrzeć się uważniej, to zauważyć można, iż zdobywcy II i III nagrody studiowali w Mozarteum w Salzburgu, a zwycięzca - w Berlinie. Jednym słowem, był to też tryumf niemieckiego szkolnictwa muzycznego, z tym, że Sunjae Ok, owszem, uczył się w Berlinie, ale u polskiego skrzypka i pedagoga Tomasza Tomaszewskiego. Konkurs był świetnie zorganizowany, jednak czegoś mi w nim zabrakło, mianowicie - wykonania koncertu Karola Lipińskiego, patrona tego wydarzenia. Tak się zdarzyło, co z resztą uporczywie powtarza się w jego historii, że nikt ze startujących w konkursie skrzypków nie wybrał tego dzieła, a przecież II Koncert skrzypcowy D-dur op. 21 Wojskouy Karola Lipińskiego to przepiękny utwór. Moim zdaniem, niedobrze to wygląda, że na konkursie „imienia Karola Lipińskiego” nie gra się jego koncertu. Jakby to było, gdyby na konkursie skrzypcowym „imienia Henryka Wieniawskiego” nie grano koncertów tego mistrza skrzypiec? Może pomogłoby ustanowienie naprawdę wysokiej nagrody finansowej za wykonanie koncertu patrona, bo pozaregulaminowa nagroda Rektora UMK w kwocie 1200 euro za najlepsze wykonanie dzieła Karola Lipińskiego widocznie jest za niska. A może w regulaminie powinien być zapis, że jest to utwór obowiązkowy? Tak, czy owak, coś z tym trzeba zrobić. KEVIN CHEN - KANADYJSKI WIRTUOZ FORTEPIANU ZAGRAŁ W BYDGOSZCZY niedziela 13 października 2024 r. W padających kroplach ciągłego deszczu wyruszyłem autem do Bydgoszczy. Głównym celem wyjazdu był II Festiwal Paderewskiego. Dzisiejszy koncert inauguracyjny był poprzedzony wykładem dr hab. Barbary Mielcarek-Krzyżanowskiej nt. Idącego Jana Paderewskiego „ame-rican dream”. Prelegentka opowiedziała o jego pierwszym tournee po Stanach Zjednoczonych zaczynającym się w listopadzie 1891 roku, kiedy to nasz pianista miał 31 lat. Bydgoski recital odbył się w nieznanym mi dotąd budynku Towarzystwa Muzycznego im. Ignacego Jana Paderewskiego mającego swoją siedzibę w willi przy ulicy Piotra Skargi. Znajdują się tam pomieszczenia biurowe Towarzystwa oraz salka koncertowa, którą można nazwać salonem, mogąca pomieścić nie więcej niż 50 osób. Koncert został w zasadzie zorganizowany dla członków Towarzystwa im. Paderewskiego. I to mnie nieco zdziwiło, bo w tym niewielkim pomieszczeniu wystąpił Kanadyjczyk Kevin Chen, wschodząca gwiazda światowej planistyki. Ten niewielkiego wzrostu, bardzo skromny w zachowaniu Zapiski melomana 171 Autor relacji z Keoinem Chenem,fot. E. Bielecka i sympatyczny młodzieniec ma zaledwie 18 lat, ale jakie już odniósł sukcesy. Wymienię tylko te z ostatnich lat. Są to pierwsze miejsca na: Piano Master im. Artura Rubinsteina w Tel Awiwie (2024), Concours de Geneve (2022), Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Franza Liszta w Budapeszcie (2021), konkursie w Hilton Head w USA (2020). Kevin Chen zaczął występować z orkiestrą mając 7 lat. Obecnie kształci się pod kierunkiem kanadyjskiej pianistki i nauczycielki Marilyn Engle. Na godzinny recital pianisty złożyły się podobne pod względem formy muzycznej utwory Chopina i Liszta. Były to: Chopina - Wariage na temat i Ballada g-moll oraz Liszta - Ballada h-moll nr 2 i Reminiscences de Don Juan. Wynikły z tego bardzo ciekawe porównania dla słuchaczy, dotyczące wariacji na temat tej samej arii z opery Mozarta, skomponowanych przez Chopina i Liszta oraz podobieństwa i różnice, jakie obaj artyści zrealizowali w romantycznej formie - balladzie muzycznej. Przyznam, że już dawno nie widziałem i nie słyszałem pianisty dysponującego aż taką techniką. Kręciłem głową z niedowierzaniem, patrząc, co Kevin Chen „wyrabiał” na klawiaturze gabinetowego fortepianu Yamahy. Były to bardzo szybkie pasaże i arpeggia, niesamowitej prędkości pochody dźwięków pojedynczych oraz w tercjach czy sekstach, tudzież pochody chromatyczne, błyskawiczne repetycje, piorunujące oktawy, potężne i ciche akordy. A wszystko to wychodziło spod jego palców bez żadnego wysiłku, nadzwyczaj naturalnie. Nie wspomnę już o fenomenalnym opanowaniu pamięciowym całego repertuaru. To po prostu najwyższej klasy wirtuoz totalnie panujący nad instrumentem. Elitarna publiczność bydgoska okazała się jednak dość powściągliwa w okazywaniu wyrazów uznania dla młodego pianisty. Oklaski nie były zbyt głośne i długie, nie było owacji na stojąco oraz bisu. W kuluarach udało mi się bez problemów sfotografować z artystą. Do domu wracałem w deszczu, a na dodatek w ciemności, ale niezmiernie zadowolony z wyjazdu. 172 Arkadiusz Wełniak Arkadiusz Wełniak KUKUŁECZKA (ZNOWU KUKA) Całkiem na początku była Kukułeczka zespołu Mazowsze odgrywana co rusz z wysłużonej, winylowej pocztówki, trzeszczącej i skwierczącej niczym boczek na patelni. Słuchała jej babka w godzinach przedpołudniowych, prasując, gotując albo cerując, wtórując przy tym śpiewającym dziewczętom we frazach kukania. Latem otwarte na oścież okno wpuszczało do pokoju z adapterem zapach trawy i rozgrzanego podwórza, oddając mu w zamian piskliwe „Dwa serduszka, cztery oczy, łojojoj”. Jako dziewięciolatek byłem przekonany, że nie może być już nic bardziej obciachowego i przaśnego niż ta Kukułeczka albo śpiewny dialog z ostrzeżeniem „łoj córuś, nie wychocłź za dziacła”. Myśłałem tak do momentu, kiedy dwa lata później podczas kolonii letnich w Poroninie jedna z opiekunek wpadła na pomysł, że grupa dzieci w wieku 10-12 lat będzie się znakomicie bawić na lokalnym przeglądzie ludowej muzyki góralskiej. I ten stan całkowitego zamknięcia na muzykę tradycyjną trwał lata, obciążony dodatkowo trójką z muzyki na świadectwie za fatalne odśpiewanie Prz^niczek 1 wygłupy przy chopinowskim „Gdybym ja była słoneczkiem na niebie”. Bo czy uczniowi klasy szóstej, z pierwszymi oznakami mutacji, wypadało śpiewać publicznie w klasie „Gdybym ja była... ”? Oczywiście u schyłku tej komunistycznej szkoły, kiedy muzyka zaczęła regularnie wypełniać pokój dzielony z braćmi, zaczęły gościć tam także nośne wówczas poprockowe kompozycje zachodnich wykonawców inspirowane folkiem. Nagrywane z radiowej Trójki przeboje typu Come On Eiłeen, Bełfast Chiłd, In Your Eyes czy czarna niczym zuluski wojownik płyta Gracełand Paula Simona miały w końcu to coś. Jakże tajemniczo brzmiał wtedy utwór Ofry Hazy Im Ninału (Jesłi bramy szf zamknięte) oparty na słowach poematu rabina Shabaziego. Czy mogła być skuteczniejsza metoda poznawcza tradycyjnej muzyki ludów Izraela? W tym czasie wielu miłośników brytyjskiego serialu Robin Hood stawiało sobie również za punkt honoru zdobycie kasety grupy Cłannad czy kojarzonej z nim Enyi z jej baśniowym Orinoco Ełow. Rok 1990 był przełomem, w którym prywatna, choć nie zawsze do końca uczciwa inicjatywa, mogła wreszcie wyjść z podziemia. Rzeczpospolitą odtąd już nie Ludową zalała muzyka (zazwyczaj niskich lotów) odwołująca się do ludowości, która budowała kapitał nowych przedsiębiorczych sprzedawców. Na bazarach samochodowych i targowiskach z przenośnych magnetofonów rozbrzmiewać zaczęła muzyka tyrolska, cygańska, rosyjskie kałinki, śląskie przyśpiewki biesiadne, pieśni religijne i patriotyczne w wersjach klawiszowych, w wykonaniu domorosłych bardów, weselnych grajków i eksportowych, peruwiańskich Indian. Mimo, że siedemnastolatek z małego miasta, natchniony atmosferą Jarocina 1989, stosował nadal bardzo uproszczony i kompletnie nieuzasadniony podział „prawdziwa i wartościowa jest niszowa muzyka gitarowa, pełna buntu i mroku, a reszta to komercja Kukułeczka (znowu kuka) 173 i plastik” zaczęły się doń skradać odważniej inne brzmienia. Ot chociażby Dead Can Dance z wydanej właśnie wówczas płyty Aion, czerpiącej garściami z muzyki dawnej z kręgu łacińskiego ze skocznym Saltarello i katalońską pieśnią o Sybilli. Doszedł do tego Kwartet Jorgt z „biskupińskiej” płyty analogowej oraz odsłuchiwany namiętnie utwór \a me poday grupy Bałkan Blectrii^ue. Minimałistyczne brzmienie, rytmika tradycyjnej bałkańskiej melodii i zagadkowe „da Mari da... wszicko drebno” śpiewane w języku starobułgarskim przez Fiolkę Najdenowicz. Jeżeli miał grać u mnie jakiś folk, to właśnie serwowany w takim nowoczesnym wydaniu Na kanwie zgłębiania w czasach studenckich kanonu rocka progresywnego, kraut- i hardrocka, muzyki klasycznej, wyłapywałem też to co piękne w muzyce kontemplacyjnej i filmowej. Zachwycił mnie więc Preisner na ścieżce dźwiękowej do Podwójnego życia Weroniki, w szczególności, że schorowana babcia od Kukułeczki dzieliła ze mną fascynację chóralnym „przyjdziesz w upalny, skwarny dzień” („Tu Yiendras”). W tej kategorii konkurencją był filmowy Ederłezi, aczkolwiek kurs na Bregovica nigdy mnie jakoś nie chwycił, w czym swoją zasługę miał wszechobecny Prawy do łewego. W każdym razie filmy Kusturicy i filmowy dokument Wendersa Buena Vista Sociał Cłub oglądane na projektorze w dusznej salce tczewskiego DKF robiły wrażenie, w czym oczywiście swoją największą rolę miała wypełniająca je muzyka. W 1996 roku Obywateł GC wszedł w buty Oskara Kolberga i jako Grzegorz z Ciechowa rozpoczął w Polsce modę na łączenie popu z folklorem ludowym. Pisano, że płyta Ojda-dana otworzyła uszy wyrafinowanego polskiego słuchacza na tradycje i dźwięki wsi, choć myślę, że wielu z mojej generacji odbierało to jednak bardziej jako żart niż sztukę. Co innego późniejszy płytowy debiut Kipełi ze Wsi Wirszawy czy album szczecińskiej grupy Dikan-da - Muzyka czterech stron Wschodu. A potem, po nadejściu nowego milenium, rozwiązał się worek z zespołami, które folklor wtłoczyły w nowoczesne brzmienia. Ich utwory grano w radiu i promowano w telewizji, pojawił się cykliczny festiwal Nowa Tradyga i popyt na coś, co mieściło się w szufladzie etno-pop. Płyty za sprawą rozwoju Internetu stawały się bardziej dostępne zarówno w legalnych profilowanych serwisach typu serpent, ale przede wszystkim w szarej strefie serwerów Napster ciy Audiogałaxy. Oczywiście trend na rodzimy folklor i wskrzeszanie muzyki korzennej miał różne oblicza i był kierowany do różnych odbiorców. Nawet jednak w tym bardziej medialnym i mniej wyrafinowanym wydaniu co drugi Polak nucił pod nosem golcowe „tak bardzo, bardzo kochom ją” albo Czerwone ko-rałe. Funkcjonowała też scena bardziej ekskluzywna i niszowa, która poszukiwała nowych inspiracji w słowiańskiej tradycji i eksperymentowała z brzmieniem. Z tamtej dekady, rozciągniętej między zamachami na nowojorskie WTC a premierą Róży Smarzowskiego, nieporównywalnie łatwiejszej w kolekcjonowaniu wszelkiej muzyki, pochodzi przynajmniej kilka moich ulubionych płyt w konwencji etno, world tudzież folk. Chyba pierwszym i do tego nieco przypadkowym zakupem ze skromnej pensji archiwisty była kompaktowa płyta LJnfołding Mari Boine, którą znałem już ze współpracy z Janem Garbarkiem. Tradycyjne pieśni Lapończyków, czyli ludów Saami, przearanżowane i z dużą domieszką elektroniki, mimo krytyki etnologów-purystów, z mojej perspektywy okazały się warte swojej ceny. Chyba dzięki okołojazzowym powiązaniom do Mari Boine dołączyła potem inna norweska pieśniarka, Agnes Buen Garnes, która z towarzyszeniem wspomnianego Garbarka nagrała album Rosensfołe. Zawierał on reinterpretacje średniowiecznych 174 Arkadiusz Wełniak i nowożytnych utworów ludowych Norwegii. Opór domowników spowodował, że śpiew Agnes docierał tylko i wyłącznie do moich uszu, niemniej muzyka skandynawska chyba właśnie wtedy stała mi się bliższa niż jakakolwiek inna. Potem dokładałem kolejne muzyczne perełki wyciągane z tej stylistycznej szuflady. W 2004 roku grupa muzyków rockowych z Montrealu o korzeniach żydowskich nagrała pod szyldem Black Ox Orkesfar album Ver tanzil". Zawierał on odtworzone pieśni starozakonnych z dawnej Rusi zaśpiewane w jidysz. Równolegle poznałem płyty nowojorskiego duetu La Mar Enfortuna, w którym jedna z osi koncentrowała się na dawnych pieśniach sefardyjskich Żydów z Półwyspu Iberyjskiego. Album La Convit>encia towarzyszył mi latem A.D. 2006 podczas pierwszej wymarzonej podróży drogami Andaluzji i prowincji Badajoz. Zespół gościł potem w Polsce podczas Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie, podczas którego wokalistka Jennifer Charles zaśpiewała całkiem poprawną polszczyzną własną wersję Ostatniej niedzieli. Samo La Mar Enfortuna i albumy poboczne muzyków skupionych wokół Johna Zorna i jego nowojorskiej wytwórni Tzadik Records były właściwie nieosiągalne, a zakup ich płyt sprowadzanych z Zachodu kosztował majątek. I wtedy na mojej drodze melomana-amatora pojawił się Paweł, muzykolog i etnograf z wykształcenia, pracownik jakiegoś warszawskiego instytutu badawczego, promotor muzyki współczesnej i improwizowanej na internetowych grupach dyskusyjnych. Powiedzieć o nim, że to indywiduum, to tak jakby nic nie powiedzieć. Prezentował bardzo specyficzne podejście nie tylko do polityki i wielu spraw społecznych, ale i do wartościowania muzyki w myśl zasady „g... tam się znasz, zamiast flojdów i innej zmielonej popeliny posłuchaj tego” (i tu padało kilka nazw, które kompletnie nic mi wtedy nie mówiły). Paweł posiadał jednak niewątpliwą zaletę, tzn. poszukiwał brzmień oryginalnych i niebanalnych, a mając przy tym z racji zawodowych nieograniczony dostęp do wielu rzadkich płyt, chętnie się nimi dzielił z innymi. Zamknięta grupa dyskusyjna zwana pieszczotliwie kafelkiem o muzyczce opierała się na udostępnianiu i prezentacji każdego tygodnia kilku takich albumów. Uczestnicy tego nieformalnego forum muzycznego niczym uczniowie podstawówki odrobiwszy sumiennie pracę domową dyskutowali potem o własnym odbiorze „wystawianych” w kąciku płyt. A gościł tam cały przekrój wykonawców od muzyki klasycznej, neoklasycznej, ambientu, jazzowej awangardy i nu-jazzu, muzyki improwizowanej i eksperymentalnej, elektroakustycznej, aż wykonawców sceny world i etno właśnie. Arvo Part, Philip Głass, Otomo Yoshihide, Sun Ra, Uniuers Zero, Trzaska, a z drugiej strony Max Richter, Zero 7, ThirdEye Eoundation ciy A SiloerMt. Zioń, Niczym w promocjach Lidia muzykolog Paweł robił też w kąciku choćby tydzień czeski prezentując nieznane większości odbiorców płyty kwartetu Dunaj, Eestasy of Saint Theresa, Psi Vojaci CLy Ivy Błttovej. Chłonąłem niczym gąbka sporą część tej muzyki. Otwierałem się na nowe i mimo, że wielu „Pawiowych” artystów było dla mnie niestrawnych, czytaj zbyt awangardowych i eksperymentalnych - to było to i tak wyjątkowe doświadczenie. Po tamtych czasach zostały mi setki cedeków, gigabajty płyt w wersjach cyfrowych, a przede wszystkim ukierunkowanie na samodzielne wyszukiwanie tego co w muzyce wartościowe i autentyczne. W kategorii brzmień wyrastających z tradycji i muzyki ludowej Słowiańszczyzny i różnych zakątków świata zostało ze mną na zawsze przynajmniej kilka tuzinów kapitalnych albumów. Kilku należy się wzmianka, bo fascynacja ich muzyką jest nieprzemijająca, a one same stanowią dziś pewien punkt odniesienia w trwającej nadal Kukułeczka (znowu kuka) 175 eksploatacji dźwięków niebanalnych. Na pewno takim pozostaje dla mnie album Tami-krest Toumastin kolektywu Tuaregów z pogranicza Mali i Algierii. Tamikrest nagrywając od 2010 roku swoje pierwsze płyty dla niezależnej wytwórni Glitterhouse w pełni ukazał światu fenomen tej muzyki. Hipnotyczne bębny i tamburyny, transowe gitary zgodne z kanonem tuareskiego brzmienia tamaszek i nałożone na nie idealnie wokalizy żeńskie i męskie. Muzyka parzącego słońca, wiatru i ogromnych bezludnych przestrzeni, muzyka buntu i wolności. Saharyjski blues, tradycja tuareska z wpływami zachodniego rocka -jak zachwycała się prasa. Przy tym bardzo melodyjne i zgrabne kompozycje, od których słuchaczowi wręcz trudno się oderwać. Przy moim trwającym wiele tygodni uzależnieniu od Toumastina musiałem z czasem nawet zmniejszyć dawkowanie. Muzyka Maghrebu i Półwyspu Arabskiego zachwyciła również na płytach algierskiego muzyka Sergea El Beze, posługującego się po emigracji pseudonimem Cheb i Sabbah. Zarówno Krishna Liia jak i późniejsza La Kahena to bogactwo brzmienia wydobyte z prostych melodii koczowniczych Berberów, pieśni żydowskich i perskich. To muzyczna uczta dla wrażliwców, a także dla słuchaczy, którzy nabyli na wakacjach uczulenia na koszmarki tunezyjskiego popu. Marokańska pieśń Toura Toura stała się ulubionym utworem moich kilkuletnich dzieci i wezwaniem do szaleńczych podskoków ku utrapieniu statecznych sąsiadów. Muzyka Czarnej Afryki również wypełniała od czasu do czasu przestrzeń mojego małego mieszkania w mieście nad Wisłą. Najbardziej nośna muzyka z Mali reprezentowana m.in. przez Salifa Keite, Ali Parka Toure, Oumou Sangare czy Rokia Traore w mojej klasyfikacji przegrywała jednak z płytami etiopskiej artystki Gigi (Ejigayehu Shibabaw). Jej album Guramayle do dzisiaj uważam za absolutne piękno wydobyte z tradycyjnej muzyki ludów Etiopii, z pieśni chrześcijańskich, zagrane na podbudowie struktury Jazzowej. W jednej z recenzji napisano, że na wpoi akustyczne kompozycje z Guramayle i dziewczęcy wokal Gigi sc} nicsym szlachetna uroda etiopskich kobiet. Producentem płyty byl mc}ż artystki - Bill Laswell, pionier eksperymentalnej muzyki elektronicznej, co doskonale słychać w dubowej sekcji rytmicznej. Co ciekawe, poznawałem kolejne płyty z dorobku Gigi w czasie, kiedy zmarł autor Cesarza, Ryszard Kapuściński. Żywot Hajle Selasje i snujcfce się w tłe aranżacje erytrejskich i etiopskich pieśni Nafeken c:^ Gud Fełła stawafy się wieczorami Jednoćcicf, W tym samym czasie trafił do mnie ałbum Fly, fiy my sadness, którego duchem sprawcsym był ukraiński pianista i aranżer Michaił Ałperin. W nagraniu uczestniczył bułgarski żeński chór Angełite, rosyjski muzyk SergieJ Starostin oraz członkowie grupy Huun-Ffuur-Tu z Repubłiki Tuwy. Całość fascynujcęca, a opus magnum to utwór tytułowy oparty na tradycyjnej pieśni z bułgarskich Rodopów, gdzie atmosferę budowało żywe instrumentarium i swoiste dialogi wokalne solistki kontrastujące z gardłowym śpiewem tuwińskiego artysty. Fascynacji twórczością Huun-Huur-Tu nie krył sam Frank Zappa, a kolektyw z pogranicza Mongolii i syberyjskich peryferii Rosji, tuż przed przedwczesną śmiercią Franka w 1993 roku, odbył tournee po Stanach Zjednoczonych. Właśnie za Oceanem dekadę później działalność rozpoczęło kilka niezwykle oryginalnych zespołów rockowych, których muzyczne pisma branżowe wepchnęły do kategorii folk alternatywny. Co charakterystyczne, nie czerpały one ani z country, ani z tradycji neo-folkowej epoki flower-power spod znaku Joan Baez i Phila Ochs’a. Grupa Beirut z Santa Fe i jej charyzmatyczny wokalista odwoływali się do folkloru bałkańskiego, greckiego, muzyki francuskiej i włoskiej. Ich pierwszy album z akordeonowym Mount Wroclai czy Postcards 176 Arkadiusz Wełniak Jrom Italy był idealnym zestawem do samochodu, biegania i na andrzejkowe party u wujka Jarka. Przy okazji zespołu Beirut wypada wspomnieć o debiutującym wówczas Gogol Bor-eiello czy zespole Calexico zafascynowanym tradycyjną muzyką meksykańską. Dowodem jest porywająca i pełna ekspresji wersja dawnego hitu grupy Love Alone Again or z sekcją mariachi. Andrzej Dziubek, autor Bo ja Cie kochom, i Kazik Staszewski od Dyplomaty, mogli być dumni, bo wyprzedzili Calexico o całe pokolenie. Wrażliwość zbudowana na coraz samodzielniejszej eksploracji coraz bardziej dostępnych podkładów muzyki tradycyjnej różnych stron świata nie odwracała uwagi od tego, co nasze własne i oryginalne. Jako laik, mający świadomość, że brzmienia folkowe a tym bardziej muzyka tradycyjna są mi znacznie słabiej znane niż inne gatunki, musiałem odbierać ten rodzaj grania w sposób mocno subiektywny. Specjalną radą nie służył mi tu nawet Marcin Kydryński, chociaż promował muzykę urody niezwykłej, a i Upojenie Anny Marii Jopek było przecież świetną płytą. Wtedy pojawiła się R. U T.A, solowy projekt muzyka wspomnianej już Kapeli ze Wsi Warszatvy, z absolutnie niezwykłym albumem Gore. Podobnie jak w przypadku grupy Percioal Schuttenbaeh muzyka korzenna była podstawą, ale jednocześnie jednym ze składników niezwykłej mieszanki stylistycznej, gdzie elektronika mieszała się z hardrockiem, funkiem i blackmetalem. Od inspiracji słowiańskim folkiem zaczynał swoją karierę także płocki zespół Lao Che wydając niedocenianą do końca debiutancką płytę Gusła. Ale prawdziwym objawieniem okazała się dla mnie wtedy formacja Żywiołak, która wydała akurat płytę Globalna Wiocha. Piosenki o przewrotnych tytułach Muzyka psychodelicznej Świtezianki czy Mój miły rołniku, bogate instrumentarium, cudne wokalizy i chórki oraz transowe bębny. Moja prowincjonalna dusza, zmęczona wtedy nieco Col-tranem, King Crimson i Sigur Ros, oczekiwała właśnie takiej „muzycznej wiochy”. Na gdyńskim Openerze, gdzie na głównej scenie grał m.in. Cołdpłay, w festiwalowym namiocie wystąpił Żywiołak. To nie był zwykły koncert, to była magia, rytuał i istne słowiańskie misterium. Podobne wrażenia towarzyszyły mi podczas gdańskiego występu krakowskiej grupy Hańba, która jak mało kto potrafiła połączyć dynamiczny rockowy wykop z klezmerską melodyką i tradycją Galicji. Podstawą wielu tekstów Hańby były wierszy Tuwima czy Broniewskiego, a w charakterystyce czytamy m.in.: „wyobraźmy sobie, że punk rock nie powstaje na wyspach brytyjskich w latach siedemdziesiątych, lecz w międzywojennej Polsce, jako wyraz buntu przeciwko autorytarnym rządom sanacji. Oto, czym jest Hańba! ” Pod względem stylistycznej różnorodności i dostępności muzyki wszelkiej trudno porównywać ostatnią muzyczną dekadę do czegokolwiek wcześniej. Starałem się śledzić to, co nowego i oryginalnego w muzyce, szczególnie tej pozostającej po bokach rockowego równoleżnika. Wzrosło więc moje uczulenie na kanoniczne podsumowania niektórych przedstawicieli generacji wiekowej plus „obecnej muzyki nie da się słuchać, za naszych czasów to dopiero była muzyka”. Wiele debiutujących zespołów, często nawet nie z trzecich stron gazet, zaczęło kombinować z brzmieniem, tworząc ze wszech miar oryginalną muzykę wyrastającą z tradycji ludowej. O tym, że Zachód zaimportował właśnie ten rodzaj polskiej muzyki mogą świadczyć występy Kapełi ze Wsi Warszawa i Hababuka na największych festiwalach rockowych w Głastonbury i Roskilde. Jaką ekscytację musieli przeżyć członkowie folkowej grupy Bohemian Betyars grający przed kilkusettysięczną publiką na Porand’Rock? Nowe, cykliczne festiwale etno oraz wyprzedawane bilety na klubowe koncerty RU.T.Y, Kukułeczka (znowu kuka) 177 Percivala ciy Łysej Góry też miały swoją wymowę. Do końca swojego żywota zapamiętam koncert szwedzkiego zespołu Goat, oferującego mieszankę afrykańskich brzmień i psycho-deliczno-hipnotycznego transu. Dwie godziny dryfowania w iście szamańskim, kompletnie innym muzycznym wymiarze. Podobnie odbieram występ folkowego projektu Odpoczno w gdańskim kościele św. Jana czy efekt artystycznych poszukiwań Sztumianina, Piotra Pod-lewskiego. Entuzjazm słuchaczy szczególnie młodego pokolenia jest budujący, a rosnące zainteresowanie wielokulturową różnorodnością poszczególnych regionów naszego kraju ma tu dodatkowy wymiar. To, że świat muzyczny, nawet ten mocno skomercjalizowany, potrafi docenić folklor i taką estetykę, udowodniono w ostatnich latach choćby podczas konkursu Eurowizji. Nawet pomijając aspekty polityczne - jak inaczej można ocenić wygraną Jamali, artystki o krymskotatarskich korzeniach reprezentującą Ukrainę? Filmowa, malowana adaptacja reymontowskich Chłopów z 2023 roku zachwyciła obrazem i dźwiękiem. Epatowanie słowem „arcydzieło” wcale nie wyda się specjalnym nadużyciem. Jeżeli coś ma promować w świecie polską tradycję, kulturę ludową z jej obyczajowością, obrzędowością i folklorem, to ten film spełnił to zadanie doskonale. Koleżanka ze studiów mieszkająca od łat w Szafuzie oglądała Chłopów w gronie swoich szwajcarskich przyjaciół. Pisała mi potem, że choć ci nie rozumieli dialogów i niektórych symboli, byli zachwyceni oprawą i muzyką. Z pewnym wstydem przyznać muszę, że dopiero po kinowym seansie zabrałem się za lekturę powieści Reymonta, którą w szkole jako lekturę obowiązkową czytałem pod przymusem i to tylko fragmentami. Moją kolekcję płyt winylowych wzbogaciła także kunsztownie wydana płyta ze ścieżką dźwiękową z filmu. Stworzył ją znany już z szeregu innych projektów L.U.C. (Łukasz Rostkowski), opierając ją na tradycyjnych polskich melodiach i autentycznych instrumentach ludowych. Do współpracy zaproszeni zostali muzycy hołdujący tradycyjnym brzmieniom ludowym m.in. polsko-ukraiński zespół Daga^na, kielecki band Tęgie Chłopy, Laboratorium Pieśni CLy trio Sutari. Krótka recenzja najnowszej płyty tego ostatniego pod tytułem #kołysankaełłaświata otwiera w Prowincji dział, w którym będzie o muzyce i tematach okołomuzycznych. Spojrzenie subiektywne i niejednokrotnie emocjonalne bywa ryzykowne, więc wybór i prezentacja płyt oraz koncertów artystów szeroko rozumianej muzyki popularnej będzie dla mnie nie tylko przyjemnością, ale i wyzwaniem. Na moje ucho Arkadiusz Wełniak MOJE OSTATNIE ZASŁUCHANIA MEDYTACJA DŹWIĘKIEM WŚRÓD STOCZNIOWYCH DŹWIGÓW I KOPALNIANYCH SZYBÓW Ginącą w półmroku scenę rozjaśniało jedynie kilka przyćmionych, halogenowych reflektorów, których stonowane światło wędrowało leniwie za brzmieniem przenosząc blask na sceniczne rekwizyty i głównych aktorów tego wieczornego spektaklu. Pofabryczna sala przerobiona na klub, surowe, ceglane mury i postindustriałny design i widownia, która w kompletnej ciszy chłonęła atmosferę tego wyjątkowego przedstawienia. To nie teatralna adaptacja „Dogville” Larsa von Triera, ani wycięty fragment „Mulholland Drive” Lynch’a, ani nawet kadr z odkurzonego dreszczowca Johna Carpentera. Przywitanie z publicznością ograniczyło się do zdawkowych dwóch zdań, a zapowiadane ponurym szeptem i od niechcenia tytuły kolejnych kompozycji wskazywały, że słowa nie mają tu większego znaczenia. Nikt tu nie gra na pierwszym planie, żaden z trzech muzyków się nie afiszuje, kontrabas współgra z wibrafonem, a ciepłe brzmienie melotronu ustępuje miejsca melancholijnym wstawkom saksofonu. Solowe eskapady i popisy są tu niedozwolone i niepożądane. Moje ostatnie zasłuchania 179 bo mogłyby zepsuć efekt końcowy i odbiór muzyki Bohren & Der Club of Gore. Grupa powstała w 1992 roku w niemieckim Miilheim i eksperymentując z brzmieniem stworzyła rozpoznawalny styl oparty na połączeniu melancholijnego jazzu i mrocznego ambientu. W 2020 roku ukazał się dziesiąty w dyskografii album „Patchouli Blue” i to właśnie utwory z tej płyty wypełniły sporą część dwóch tegorocznych koncertów, w których mogłem uczestniczyć. Pierwszy z nich miał miejsce 25 marca w klubie Drizzly Grizzly zlokalizowanym w kompleksie stoczniowym w Gdańsku. Wieczorem 5 listopada muzyka Bohren wypełniła przestrzeń jednej z sal ośrodka kultury Zeche Carl w Essen, zaadaptowanych po historycznych obiektach kopalni koncernu Hoesch AG. Oba były niemal identyczne pod względem doboru utworów i elementów scenografii. Oba zostały wyprzedane co do ostatniego miejsca i zapewne tylko akustyka i nagłośnienie niemieckiego koncertu mogło wyróżniać się na tle tego z Gdańska. Jakkolwiek krytykom można zostawić spory czy Bohren & Der Club of Gore gra „doomjazz”, czy to bardziej „darkambient-jazz”, to pewnym jest, że wyróżnikiem tej muzyki jest wyjątkowe powolne tempo. Kompletny brak jakiejkolwiek dynamiki i większej różnorodności jest z nawiązką rekompensowany klimatem, mrokiem i kojącymi dźwiękami. Podczas blisko dwugodzinnego koncertu w klubie Drizzly Grizzly poza setem ze wspomnianego „Patchouli Blue” zabrzmiały utwory m.in. z płyt „Black Earth”, „Sunset Mission” czy kultowym już „Dolores”. Wyjątkowym momentem obu występów były dla mnie kompozycja „Karin”, swoisty hołd dla muzyki Angelo Bada-lamentiego czy „Verwirrung am Strand” z saksofonowym wypełniaczem wyczarowanym przez Christopha Closera. Siła muzyki niemieckiego tria tkwi przede wszystkim w umiejętności budowania nastroju. To podróż przez emocje i nastroje, istna medytacja i nie do końca kontrolowany mentalny i relaksacyjny masaż dźwiękiem. Warto dodać, że podczas gdańskiego koncertu Bohren wystąpił jako suport zespół Whalesong. I było to z całą pewnością skuteczne wprowadzenie, bo muzyka tej eksperymentalnej „supergrupy” złożonej 180 Arkadiusz Wełniak Z muzyków z innych projektów to rzecz oryginalna na polskiej scenie, gdzie uważny słuchacz wychwyci inspirację szeregiem gatunków, poczynając od ambientu przez postrock po noise i jazzową awangardę. SUTARI #KOŁYSANKIDLAŚWIATA W 2015 roku, w trakcie trwania katowickiego OFF Festiwal, kultowa w niektórych kręgach amerykańska stacja radiowa KEXP zarejestrowała krótkie sesje koncertowe czterech polskich wykonawców: zespołu Lautari, projektu Olo Walicki Kaszebe oraz grup Hańba! i Sutari. Wspomnianych artystów, pomimo, że stylistycznie pochodzili z nieco różnych światów, łączyła bezpośrednia inspiracja rodzimą muzyką ludową. Muzykę warszawskiego tria Sutari usłyszałem po raz pierwszy w 2017 roku podczas ich występu w gdańskim klubie Żak, gdzie promowali utwory z płyty Osty. Zespół miał już wtedy w dorobku debiutancki album Wiano oraz był jednym z laureatów festiwalu „Nowa Tradycja”. Za sprawą kolejnych albumów: Siostry Rzeki (2020) oraz Tantoj (2022) grupa ugruntowała wśród krytyków i słuchaczy swoją pozycję na polskiej i europejskiej scenie folkowej. Członkinie Sutari: Basia, Kasia i Dobromiła aranżują tradycyjne polskie pieśni i tworzą w odwołaniu do nich własne utwory, eksperymentując z instrumentarium i technikami wokalnymi. Zespół wykreował charakterystyczny styl Interpretacji pieśni, wielogłosu i muzycznej opowieści. W 2023 roku Sutari znalazło się w gronie artystów zaproszonych do współpracy przy nagraniu muzyki do filmu Chłopi (tematy Jarmark oraz Nienatvis'ć). Współpracowali też m.in. z grupą Bastarda, brazylijskim Barbatuques czy szwedzkim Frander, z którym nagrały cudne Flying Sioans. Ostatni album Sutari #KofysankiDiaŚiaiata to dziewięć kompozycji odwołujących się do jednej z najstarszych tradycji wokalnych świata - kołysanek. Mamy do czynienia z oszczędnymi i sennymi na ogół melodiami, gdzie czyste żeńskie wokalizy łączą się z delikatnymi podkładami tradycyjnego instrumentarium. Cytując opis wydawcy płyty, „to fuzja tradycji ze współczesnością, splatająca się wokół tematów natury, wolności i kobiecości”. Gościnnie na płycie zaśpiewały: członkinie lwowskiego duetu Kurbasy, Emma Bonnici oraz żyjące na emigracji artystki i performerki z Iranu. Tarę Fatehi, Sarę Ramezani i Roxan Ghari słychać w promującej album kompozycji „Włosy”. Impulsem do jego powstania było łamania praw kobiet, a całość to czytelne nawiązanie do protestów po śmierci Żiny Mahsy Amini w Teheranie. Dla mnie najpiękniejszym fragmentem płyty są utwory Powietrzny, który mógłby śmiało znaleźć się w zestawie muzycznym z Chłopów oraz Księżyc, oparty na jazzującej rytmice. Większość kompozycji przepełnia smutek i niepokój, co słychać szczególnie w Tułi Tułi i Siemienica. Zabieg świadomy i symboliczne odwołanie do problemów, które wyniszczają ziemię i targają światem naszych czasów. Nie da się ich rozwiązać niestety za sprawą wartościowej muzyki. Jednak obcowanie z tym pięknym, uduchowionym brzmieniem to gwarancja estetycznych wrażeń, błogości i ukojenia. Jeżeli pojawi się jeszcze przy tym refleksja, że nasz współczesny świat podąża w złym kierunku, to Kołysanki Sutari wbrew tytułowi nie pozwolą nam zasnąć do końca. Galeria Prowincji „Artyści inuszą Mieć urcJcMa " z WIKTORIĄ BARANOWICZ, ARTYSTKĄ Z BARCIC, ROZMAWIA PIOTR NAPIWODZKI - Wiktorio, jesteś absolwentką ASP w Gdańsku, rzeźbiarką i malarką - pozwolę sobie na wstępie na pytanie dosyć ogólne — czym jest dla Ciebie sztuka? - Proszę, już na wstępie najtrudniejsze pytanie... Powiedziałabym, że sztuka porządkuje, zagarnia, przenika całe moje życie. Tak w kontekście ambicji zawodowych, jak i głębokiej, osobistej potrzeby tworzenia. A mówię celowo o ambicjach zawodowych bardziej niż profesji, bo spędziłam też wiele lat wykonując najróżniejsze prace, które nie były związane ze sztuką, utrzymując się na emigracji. Ale, po godzinach, zawsze musiałam tworzyć. To jest pewien przymus. Bez tego jestem nieszczęśliwa. A szerzej - sztuka to bardzo ważna działalność człowieka. Pozwala na obserwację i przetwarzanie świata w inny sposób niż pragmatyczny. Dzięki temu, może ująć rzeczywistość w pewnego dystansu, i poprzez myślenie abstrakcyjne skutecznie o nim opowiadać. To, co dzieje się w pracowniach artystów, jest istotne dla całego społeczeństwa w większym stopniu niż o tym myślimy na co dzień. - Czy to, co robisz jako artystka, to bardziej potrzeba wyrażenia czegoś osobistego o sobie, czy raczej jest to próba zakomunikowania innym jakiś bardziej uniwersalnych treści? - Myślę, że te dwie kwestie są połączone. Wychodzę zawsze od siebie - mojej własnej estetyki, przeżyć, przemyśleń, przede wszystkim emocji. Ale w takie podejście jest wpisany uniwersalizm - głębokie, osobiste doświadczenie jednostki odbierane przez innych, pozwala na komunikację. Taką, która pozwala ludziom porównywać ich sposoby przeżywania świata. A kiedy rezonują z czyjąś wrażliwością, odnajdują się w czyjejś historii, wydarza się to, co jest najcenniejsze. Możemy poczuć się mniej samotni. Mniej podzieleni i odizolowani. Przeżyć coś wspólnie, zrozumieć, że nie jesteśmy jedyni, że inni też „tak mają”. — Jako rzeźbiarka pracujesz głównie w drewnie — skąd ten wybór? Na ile ważny jest dla Ciebie kontakt z samym materiałem? - Na to pytanie mam bardzo prostą odpowiedź: mój tata, Piotr Baranowicz, jest rzeźbiarzem pracującym w drewnie. To on nauczył mnie wszystkiego, co wiem o tym materiale i przekazał mi miłość do drewna. 182 Piotr Napiwodzki Co do materiału rzeźbiarskiego - ma ono właściwości, które bardo cenię. Jest żywe, interesujące, opowiada własną historię. Początek pracy w drewnie to nie stanie przed białą kartką, ale uszanowanie i odczytywanie opowieści, która zaczęła się znacznie wcześniej. W pracy ważne jest to, że trzeba czasu i wysiłku, żeby wyciągnąć z drewna ostateczny kształt. Rzeźby są przez to bardziej przemyślane, celowe, mają swoistą jakość. - W Twoim malarstwie (przynajmniej ostatnio) dominują kompozycje abstrakcyjne - dlaczego uważasz właśnie abstrakcję za najbardziej odpowiedni dla Ciebie sposób wyrazu? - Długo wahałam się, zanim podjęłam się abstrakcji. Zawsze była ona dla mnie wisienką na torcie sztuk wizualnych. Przez lata myślałam, że nie mam jeszcze kompetencji, aby robić dobre abstrakcyjne prace. W końcu jednak figury w moim malarstwie zaczęły się powoli zacierać a to, to pomiędzy nimi, zrobiło się ważniejsze i ciekawsze. Wreszcie zaczęłam nieśmiałe próby i nie oglądałam się już za siebie. Nie wyobrażam sobie teraz malować czy rzeźbić np. ze zdjęcia czy uganiać się za realizmem. To, co robię teraz, to też dopiero pewien etap. Coś, co musi się wymalować, wypowiedzieć - zanim nadejdą bardziej wyważone, spokojniejsze kompozycje. Ale to dobrze. To, co robię, musi wydarzać się naturalnie. Mam na to całe życie. - Co (lub kto) jest dla Ciebie główną inspiracją? - Inspiruje mnie wszystko. Światło. Relacje. Zestawienia kolorów na palecie. Widok łąk za domem. Wspomnienia z Nowej Zelandii. Moja córka. Można by tak wymieniać. Chłonę też prace innych artystów, najchętniej współczesnych, śledzę artystów żyjących i tworzących teraz. Gdybym miała możliwości, spędzałabym bardzo dużo czasu na wystawach sztuki współczesnej. Wspaniale czuję się w otoczeniu sztuki. Ale jest internet, więc oglądam i czytam o tym w wolnych chwilach. - Co jest dla Ciebie jako artystki najtrudniejsze? Wiadomo, jak trudne jest łączenie twórczości artystycznej z życiem rodzinnym czy niepewność finansowa lub też ogólna atmosfera wokół sztuki i artystów panująca w Polsce - jak to jest u Ciebie? - Bycie mamą czterolatki zabiera najwięcej czasu, ale też daje najwięcej inspiracji, samodyscypliny, chęci. W sumie moja działalność artystyczna wcale nie „ucierpiała” z powodu tej roli. Mam również bardzo dużo wsparcia - mojego cudownego męża, kochanych rodziców, całą super rodzinę, fajne panie w przedszkolu i jeszcze by wymieniać. Wiadomo, że w działalność artystyczną wpisane są trudności finansowe. W sumie żyje-my ciągle „jakimś cudem”, ale przyzwyczaiłam się do tego. Generalnie nie będę tu narzekać. Jest ciężko, ale tak bardzo lubię robić to, co robię. A to jest wartością. Przeczytałam kiedyś zdanie, które brzmiało mniej więcej tak: „artists need to be delu-sional”, co na polski mogę spróbować przetłumaczyć jako „artyści muszą mieć urojenia”. To może pomóc w wytłumaczeniu mojego pozytywnego podejścia do tego rodzaju kariery. - Od zeszłego roku prowadzisz zajęcia w Kwidzynie, w tym roku w zwiększonym wymiarze godzin w ramach Pracowni Plastycznej Kwidzyńskiego Centrum Kultury. Na ile praca na polu edukacji artystycznej jest dla Ciebie ważna? Co sobie po niej obiecujesz? — To dla mnie bardzo, bardzo ważna rzecz! Praca z ludźmi daje mi odskocznię od samotności studia. Dodaje sił. Totalnie inspiruje. Jeśli na zajęciach mam choć jeden moment. „Artyści muszą mieć urojenia” 183 W którym widzę, że ktoś właśnie dowiedział się czegoś nowego - spróbował czegoś po raz pierwszy - spojrzał na coś w inny niż dotychczas sposób - to jest to niesamowicie satysfakcjonujące, Muszę powiedzieć z wielką dumą, że obserwuję takie momenty często. Podchodzę do uczestników indywidualnie, staram się nie narzucać własnego zdania, obserwuję ich naturalne skłonności i podpowiadam delikatnie, jak je rozwinąć. I jestem pełna entuzjazmu do tego, co powstaje na zajęciach. Wierzę w pozytywną krytykę, a właściwie słowo krytyka to nie do końca to, o co mi chodzi. Artyści mają już na starcie - za sprawą swojej wrażliwości, indywidualizmu - trudne miejsce w społeczeństwie. Więc u mnie muszą czuć się dobrze i bezpiecznie. Musimy wspierać twórcze osoby. Świat ich potrzebuje. Czego ci matka nie powie... Paulina Jagnicka Kiedy miałam 19 lat, ogromnie cieszyłam się, że kończę przygodę ze szkołą. Wiadomo, studia to zupełnie inna bajka. Piękne to były czasy, gdy człowiek naiwnie wierzył, że nauczycielskie wymagania są już za nim. Wieczne przepytywania, kartkówki i sprawdziany z całych działów wiedzy - a do tego matura i ciągła presja ze strony wykwalifikowanej kadry pedagogicznej. Wmawiano nam, że z takim podejściem to nikt niczego nie zda, wszyscy zostaniemy głąbami i nic w życiu nie osiągniemy. Oczywiście, bo przecież całki, rozmnażanie pantofelka i warunki pokoju oliwskiego z 1660 roku to wiedza, którą wykorzystuję na co dzień. Menisk wklęsły i wypukły oraz reakcje alkanów to mój chleb powszedni, a każdy dzień zaczynam od przewrotów w tył i przód, kończąc partią siatkówki - z samą sobą. Nikt jednak nie uprzedził mnie (a sama też na to nie wpadłam, nie wiem dlaczego), że te małe, słodko pierdzące dzieciaczki wyrosną w końcu na latorośl, która także będzie musiała iść do szkoły. I że dla mnie, jako rodzica, oznaczać to będzie jedynie powrót do edukacyjnych zmagań, które uważałam za zamknięty rozdział. Zakup książek, plecaka, wyprawka szkolna, a potem wycieczki, książki, warsztaty, składki klasowe... czyli klasyczne „dej, dej, dej” odbijające się echem dzieciństwa - zwłaszcza, gdy moi rodzice wracali z zebrania. Dziś sytuacja jest zdecydowanie inna. Staliśmy się niewolnikami internetowej łączności, która sprawia, że w szkole jesteśmy... zawsze. Nie, nie dzieci, bo one mają do tego tematu całkiem beztroskie podejście. Dzięki komunikatorom i dziennikowi elektronicznemu my, rodzice, widzimy każdą ocenę, uwagę i notatkę niemal natychmiast. Komfort, jaki mieli nasi rodzice, chodząc raz na semestr na zebranie, jest dla nas niedostępny. Pamiętam dobrze karteczki z ocenami, które musieliśmy dostarczyć rodzicom do podpisu i oddać wychowawczyni. Uwagi w dzienniczku, telefony ze szkoły - tak wyglądała komunikacja z nauczycielami; okazjonalna, zaplanowana w przewidywalnych ramach roku szkolnego. Tymczasem przeżywam deja vu każdego ranka i naprawdę nie wiem, czy dotyczy ono mnie i moich własnych dziecięcych porannych męczarni, czy może bardziej współczuję swoim rodzicom, którzy musieli mobilizować mnie do wstania i pójścia do szkoły. Chyba nigdy nie uda mi się tego rozstrzygnąć. W każdym razie w tygodniach, kiedy chłopcy są u mnie, moja pierwsza myśl po przebudzeniu jest krótka i konkretna: wypchnąć jednego, a potem już jakoś pójdzie. I tak. Oski w miarę bez problemu ubiera się i wychodzi, ale obudzenie nastolatka graniczy z cudem - takim samym jak położenie go spać. Wiek, w jakim jest Szymon, to już niemal pełnoprawny wiek nastoletni, a każda literatura mówi o tym, że nastolatek to po prostu inny gatunek. Przeczytałam kilka książek na temat nastoletniego mózgu i każda mówi to samo: rytm dobowy nastolatka różni się od „normalnego” człowieka. Powrót do szkoŁy 185 Dlatego wstawanie na ósmą do szkoły to prawdziwe wyzwanie, podobnie jak kładzenie się o wczesnej godzinie spać. Mając to na uwadze, jest mi czasem bardzo przykro, widząc, jak Szym błąka się znudzony nocą, by rano ledwie się dobudzić. Ponadto każde pytanie o szkołę kończy się krótkim „nic nie mam zadane”, po czym nazajutrz wpada koncertowo 0% za dialog z angielskiego, nieprzygotowanie z plastyki i 10% z polskiego. Chyba naprawdę byłabym szczęśliwsza, gdyby jednak ten elektroniczny dziennik wyleciał w kosmos - albo padł łupem hakerów z grupy Anonymous. No wiecie, to ta ekipa, która po wybuchu wojny na Ukrainie dopadła rosyjskie media jak Reksio szynkę i puścić nie chciała. Wyobraźcie sobie, jak wspaniale wpisaliby się w obronę wolności obywatelskich rodziców zmuszanych przez Ministerstwo Edukacji do powrotu do szkoły. Taki skok w przeszłość potrafi wywołać naprawdę dawno zabliźnione traumy. Być może dzięki tej międzynarodowej grupie hakerskiej wróciłyby wywołane wyżej karteczki z ocenami, papierowe dzienniczki i telefony ze szkoły. Oczami wyobraźni widzę, jak odpalam dziennik, a tam piękny komunikat od hakerów: „Rodzicu, od dziś twoja prywatność jest chroniona - masz prawo do spokoju. Więcej żadnych natychmiastowych powiadomień, koniec z obserwowaniem życia szkolnego na bieżąco. Teraz możesz się odprężyć, my zaj-miemy się resztą”. Czyż nie cudowna byłaby chwila, gdy zamiast kolejnego powiadomienia o nieprzygotowaniu dziecka do zajęć pojawia się notatka: „Spokój to luksus. Czas na przerwę oćl edukacyjnych powiadomień. Pozdrawiamy — Anonymous". A może aplikacja, która podpowiadałaby treść usprawiedliwienia nieobecności — „zdrowe podejście rodzica do zdrowia psychicznego dziecka” lub spóźnienia - „dbanie o balans między edukacją a regeneracją organizmu”. Nie obraziłabym się też za filtr nałożony na zakładkę uwag. Po co atakować utyranych rodziców negatywną energią płynącą z edukacyjnych niedociągnięć latorośli? Czy nie łatwiej napisać „Szymon angażuje się w aktywny dialog z nauczycielem w poszukiwaniu wied:^"- zamiast ogłosić kolejne nieprzygotowanie do lekcji? Znacznie łatwiej czyta się również „Syn wykazuje indywidualne podejście do edukacji" niż oklepane „brak pracy domowej”. Bo przecież, czy naprawdę potrzebujemy wiedzieć o każdym małym zadaniu, każdej kartkówce, każdym szczególe? Czy nie byłoby pięknie wrócić do czasów, kiedy dziecięce porażki i triumfy były... ich własnymi? A my, rodzice, moglibyśmy trochę mniej martwić się o rzeczy, które, bądźmy szczerzy, są tylko jednym z milionów elementów dzieciństwa. Taki „Projekt Szkoła Offline” mógłby być kampanią, której autorem nie byłby kurator, minister ani rodzic - tylko ekipa od cyberwolności: Anonymous, wałczący o prawo do cyfrowego, rodzicielskiego spokoju. Wyobraźcie sobie, że na wywiadówkach pojawiałoby się znów więcej rodziców, bo kontakt z wychowawcą nie byłby już na wyciągnięcie ręki, a wiadomości o wycieczkach, apelach czy odwołanych lekcjach nie spływałyby w czasie rzeczywistym. Wystarczyłoby raz na miesiąc, dwa zebrać notatki, a szkoła stałaby się na nowo bardziej miejscem dla dzieci niż dla nas, rodziców. A tak - de facto wróciłam do szkoły podstawowej. Jestem w klasie piątej, czytam lektury, pilnuję terminów sprawdzianów i poprawiam oceny. Toczę batalię ze wstawaniem, chodzeniem na zajęcia dodatkowe, kładzeniem się spać... A gdyby tak Anonymous pomógł nam wszystkim wylogować się choć na chwilę z tej cyfrowej szkoły, znów moglibyśmy w spokoju wrócić do naszych czasów — kiedy rodzic naprawdę mógł wcisnąć dziecko w szkolny mundurek i... po prostu pójść do pracy. Recenzje Krystian Zdziennicki BYŁ TAKI ŚWIAT H. Donimirska-Ssyrmerowa, Był taki świat... Mój wiek XX , Zysk i S-ka V^dawnictwo, Poznań 2023. Wspomnienia pt. Był taki świat... Mój wiek XX to dzieło liczące niespełna 450 stron, po które warto sięgnąć. Książką od 2003 roku była wydawana już trzykrotnie, a ostatnie jej wydanie miało miejsce w roku 2007. Warto zauważyć, że publikacja ta znana jest wielu mieszkańcom Powiśla i Żuław. Mieszkańcy tych terenów 21 lat temu mieli nawet możliwość nabycia wspomnień podczas spotkania autorskiego zorganizowanego w salach sztumskiego zamku. Co ciekawe, frekwencja była wówczas rekordowa, a sama Autorka nie spodziewała się tak wielkiego odzewu. Fenomen tej publikacji docenili również czytelnicy z innych regionów, dlatego też w ostatnich latach można było zauważyć brak książki na rynku księgarskim i antykwarycznym. To wszystko stało się przyczyną kolejnego wznowienia. Wydanie czwarte z 2023 roku, w odróżnieniu od poprzednich, stanowi publikację pośmiertną, gdyż Autorka zmarła w 2008 roku. Halina Donimirska-Szyrmerowa urodziła się 18 stycznia 1918 r. w Czerninie koło Sztumu w zasłużonej ziemiańskiej rodzinie. Jej ojciec Witold i Wanda (z Sikorskich) Donimirscy aktywnie działali na niwie polonijnej na Powiślu, które przez 173 lata znajdowało się we władaniu pru-sko-niemieckim (1772-1945). Aktywność rodziców oraz sposób wychowania wywarły ogromny wpływ na Autorkę wspomień. n A L I n A OOHIMIRSKA-SZYRMEROWA którą śmiało można określić wielką pa-triotką, zarówno w kontekście państwowym, jak i lokalnym. Swoje wykształcenie Halina Donimirska-Szyrmerowa zdobyła początkowo w szkole domowej, a następnie w gimnazjum sióst nazaretanek w Rabce Zdrój w latach 1931-1936 oraz w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie w okresie od 1937 do 1939 roku. Druga wojna światowa skierowała jej losy do majątku Kożuszki koło Sochaczewa, gdzie zajmowała się tajnym nauczaniem. Następnie przebywała na Lubelszczyźnie, gdzie podjęła się pracy urzędniczej. Z kolei w 1943 roku trafiła ponownie do Warszawy i wstąpiła do Armii Krajowej przyjmując pseudonim „Halszka”. W 1944 roku brała udział w powstaniu warszawskim jako sanitariuszka. Po przegranym powstaniu została wywieziona na roboty przymusowe do Niemiec. Natomiast Recenzje 187 po zakończeniu światowego konfliktu trafiła do Olsztyna, gdzie została sekretarką pełnomocnika rządu pułkownika Jakuba Pra-wina, a następnie wojewody olsztyńskiego Zygmunta Robią. W 1946 roku wyszła za mąż za Józefa Szyrmera - ówczesnego naczelnika Wydziału Wojskowego Urzędu Wojewódzkiego w Olsztynie. W okresie powojennym H. Donimirska-Szyrmerowa aktywnie działała w Związku Harcerstwa Polskiego oraz organizowała kursy repolo-nizacyjne kierowane do autochtonicznej ludności Warmii i Mazur. Ostatnie lata aktywności zawodowej poświęciła pracy w księgarni, a później w olsztyńskim oddziale PTTK. W 1980 roku przeniosła się do Warszawy. Jej dokonania zostały docenione, gdyż została uhonorowana Orderem Odrodzenia Polski oraz Krzyżem Walecznych. Halinie Donimirskiej-Szyrmerowej (wspólnie z bratem Stanisławem) nadano również tytuł honorowego obywatela Sztumu. Zmarła 22 października 2008 roku w wieku niespełna 91 lat, a spoczęła na warszawskich Powązkach. Najnowsze wydanie mogło dojść do skutku dzięki determinacji rodziny Autorki, a w szczególności jej syna, Jacka Schir-mera. To właśnie on podjął się napisania wstępu do wydania czwartego oraz posło-wia uzupełniającego losy rodziny w XXI stuleciu. Na nowo napisano wybór literatury, którego celem jest odesłanie czytelnika do publikacji poszerzających wiedzę na temat rodziny Donimirskich i środowiska, w którym działał ród. Zmodyfikowano również tablice genealogiczne, indeks rzeczowy i osobowy. Należy jednak podkreślić, że treść samych wspomnień pozostawiono ze zrozumiałych względów bez ingerencji. Wspomnienia Haliny Donimirskiej--Szyrmerowej to publikacja, która przybliża czytelnikowi historię XX wieku opartą o indywidualne przeżycia Autorki. Książka ta z pewnością jest warta polecenia każdemu miłośnikowi historii, a w szczególności zainteresowanym dziejami Powiśla, gdyż rodzina Donimirskich wywarła ogromny wpływ na ten region. Na uwagę zasługuje również fakt, że pod względem edytorskim nowe wydanie jest znakomite: elegancka twarda oprawa, wkładki ze zdjęciami (pochodzące w znacznej mierze ze zbiorów Autorki i śp. Stanisława Donimirskiego - kronikarza rodziny) oraz dodatki w postaci indeksów i tablicy genealogicznej. Z pewnością osoby, które zdobędą tę książkę, znacząco wzbogacą swoją domową biblioteczkę. Noty o autorach Wacław Bielecki — od 1947 roku mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności. Dyrektor Poradni Wychowawczo-Zawodowej oraz szkół medycznych w Sztumie. Meloman, autor książki Zapiski melomana z prowincji. Radosław Biskup jest pracownikiem naukowo-dydaktycznym w Katedrze Historii Skandynawii i Europy Środkowo-Wschodniej UMK w Toruniu. Krzysztof Czyżewski - eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze - sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Są-siedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum s'wiata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School Universłty (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Barbara Ełmanowska - ur. 1981 roku, poetka, doktora nauk humanistycznych, windsurferka. Autorka tomików poetyckich: „Tę drogerię mam po drodze” i „Próby generalne”. W 2016 roku wydała książkę o artystach pochowanych na świdnickich nekropoliach „Czarny pegaz”, w 2019 zbiór reportaży „Świdnicki szlak kobiet”. Laureatka indywidualnej nagrody za osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej przyznawanej przez Prezydenta Miasta Świdnicy. Wykłada na studiach pisarskich i bałtyckich studiach kulturowych na Uniwersytecie Szczecińskim. W grudniu 2024 roku nakładem wrocławskiego Wydawnictwa j ukaże się jej debiutancka powieść „Woliera”. Paulina Jagnicka — ur. w 1986 roku w Malborku, mieszkanka Sztumu od 2007 roku. W 2013 roku założyła blog pod nazwą Radość i Partyzantka. W 2021 przemianowała go na paula-pisze.pl, gdzie w dalszym ciągu z dystansem pisze o codziennych sprawach. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 roku, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim (seminarium prof. Marii Janion), pisarz, badacz literatury, działacz opozycji demokratycznej (jeden z założycieli Niezależnego Zrzeszenia Studentów), doktor nauk humanistycznych; od 1985 zajmuje się pracą nauczycielską (Liceum Ogólnokształcące w Nowym Dworze Gdańskim). Nominowany do Finału Nagrody Literackiej Gdynia 2011 za książkę Back in the DDR i inne opowiadania (2010). Autor tomu esejów Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło wschodnie (2013) oraz tomu opowiadań Koronczarka (2013). W 2018 wydał Mój płaski kraj Żuławy. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2012). Żuławiak od urodzenia. Syłwia Kubik - autorka poczytnych powieści obyczajowych osadzonych na Powiślu i Żuławach. Debiutowała w sierpniu 2019 roku. Tworzy zarówno powieści współczesne, jak i z tłem historycznym. Opublikowała do tej pory kilkanaście powieści. Miłość'pod naszym niebem została uznana za Książkę Roku 2020 w kategorii proza polska. Zaś sama autorka za aktywne promowanie regionów otrzymała tytuł Osobowość Roku 2019 i 2020 w kategorii; Kultura, zaś w 2022 tytuł Ambasadorki Kultury Pomorza w kategorii; Kultura. Stypendystka Marszałka województwa warmińsko-mazurskiego w kategorii: Kultura. Mieszka w Dąbrówce Malborskiej, w gminie Stary Targ. Andrzej C. Leszczyński - urodził się w Chodzieży. Eseista, wykładowca akademicki, okazjonalnie nauczyciel licealny. Studiował pedagogikę i filozofię. Autor pięciu książek i ponad 200 rozpraw i szkiców z zakresu filozofii człowieka, etyki, antropologii teatru. Promotor ponad stu prac magisterskich i licencjackich. Prowadził teatralne warsztaty komunikacji i ekspresji w kraju i za granicą. Dominika Lewicka-Klucznik - ur. 1978 r. Animatorka, filolożka. Jest redaktorką, autorką wstępów, recenzji oraz materiałów promocyjnych. Publikuje w antologiach, pismach literackich i kulturalnych. Rewir (wyd. Fundacja Duży Format) jest jej piątą książką poetycką. Tom poetycki Noty o autorach 189 Rewir został wydany w ramach Stypendium Kulturalnego Prezydenta Miasta Elbląg. Marzy, by mieć czas na prozę (nie tylko życia) i może mały dramat (broń Boże życiowy). Bardzo ceni warsztaty literackie, slamy i turnieje poetyckie, a także różnego rodzaju festiwale. To bowiem świetna okazja nie tylko do poznawania nowych ludzi, ale także wydeptywania nowych ścieżek w pisaniu. Społecznie związana z PSONI koło w Elblągu. Prowadzi blog/stronę autorską: www.lewickaklucznik.pl oraz projekt społeczny Pogotowie Warsztatowe: https://www.facebook.com/pogotowiewarsztatowe/. Alicja Łukawska - ur. w 1959 roku, absolwentka filologii polskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy, później pracownik naukowy tejże uczelni, dziennikarka prasy lokalnej i krajowej, autorka książki Duchy Kresów Wschocinich wydanej w 2018 roku w wyd. von Borowiecky, współautorka książki Córka organisty. Wspomnienia mieszkanki Pomorza. Piotr Napiwodzki - ur. w 1972 roku w Jeleniej Górze, teolog, filozof, tłumacz, były dominikanin. W 2005 obronił doktorat na Uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim. W latach 2006—2010 rektor Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie. Ostatnio w Bibliotece Prowincji wydał Małe obrazki, proste scenki. Powislańskim szlakiem Wilhelma z Modeny i losy całkiem współczesnych osadników (2020). Od 2010 mieszka w Koślince koło Sztumu. Wiesław Olszewski - ur. w 1957 roku. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof oraz Muzeum Zamkowym w Malborku. Rafał Panfil - ur. w 1970 r. w Malborku. Absolwent historii na Uniwersytecie Gdańskim, doktor nauk humanistycznych w dziedzinie historia (2020) na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. W przeszłości min. pracownik Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Elblągu oraz Urzędu Ochrony Zabytków w Olsztynie, Delegatura w Elblągu. Obecnie kustosz w Dziale Historii Muzeum Zamkowego w Malborku. Piotr Podlewski - absolwent historii na UW-M w Olsztynie i etnologii na UMK w Toruniu. Współzałożyciel kanału historycznego na platformie YouTube Penetracje wokół Sztumu i autor książki pod tym samym tytułem (2021) oraz Żywoty zmarłych (2013). Nauczyciel historii i muzyk. Mieszka w Sztumie. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 roku w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy — pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzie/e Sztumu J806-J9d5 (2014). Ryszard Rząd - ur. w 1958 roku, historyk, absolwent KUL. Pracownik Muzeum Zamkowego w Malborku. Autor szeregu publikacji poświęconych dziejom odbudowy zamku w Malborku na przełomie XIX i XX wieku. Leszek Sarnowski - ur. w 1959 roku w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TYP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989-1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do wolności (2017), Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej (2018) oraz Franciszek Baumgart. Osaczony bohater (2024). Mariusz Stawarski - ur. w 1961 roku. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 roku pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 roku zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marek Suchar - z wykształcenia psycholog oraz absolwent studiów z zakresu judaistyki i archeologii biblijnej, nauczyciel akademicki na sopockim Wydziale Uniwersytetu SWPS w Sopocie. Autor czterech książek i licznych artykułów poświęconych historii i teraźniejszości Jerozolimy. Ostatnio ukazała się drukiem jego powieść Kwadrat jerozolimski. 190 Noty o autorach Aleksandra Anna Thielmann - studentka piątego roku historii na UMK w Toruniu, z pasją do historii sztuki i malarstwa. Jako animator turystyczny łączy swoje zainteresowania z twórczością, malując i rysując w wolnym czasie. Łukasz Walendziak — ur. w 1983 roku w Gdańsku. Pisze o sobie: „W 2015 roku stałem na skraju przepaści. Limit głupot, błędów i porażek już wyczerpałem. Za mną były spalone mosty a dookoła zgliszcza. W akcie desperacji zdecydowałem się na ucieczkę przed samym sobą. Bilet w jedną stronę do Nepalu. Z perspektywy dnia dzisiejszego, śmiało mogę jednak stwierdzić, że cały ten trud nie poszedł na marne. Były to korepetycje w zakresie odpowiedzialności, samodzielności, radości życia czy poczucia własnej wartości”. Arkadiusz Wełniak - ur. w 1973 roku, historyk archiwista, genealog. W latach 1999-2011 kustosz i kierownik Oddziału w Archiwum Państwowym. Od 2011 roku pracujący w branży usług archiwistycznych, dokumentacyjnych i genealogicznych, w międzynarodowej firmie GEN Gesel-Ischaft w Berlinie. Aktywny członek Towarzystwa Genealogicznego Prus Wschodnich i Zachodnich. Publikował m.in. na łamach „Rocznika Elbląskiego”, „Przeglądu Zachodniego”, „Archeionu”, J\jchiwisty Polskiego” oraz periodyków genealogicznych w Niemczech. Zainteresowania naukowe koncentrują się wokół problematyki polsko-niemieckiego pogranicza w XIX i XX wieku. Praca doktorska dotycząca kwestii migracyjnych, demograficznych i społecznych Elbląga w latach 1945-1950, obroniona na Uniwersytecie Gdańskim. Miłośnik muzyki, twórczości Guntera Grassa i literatury współczesnej. Piotr Zawada - pasjonat historii, w szczególności epoki napoleońskiej. Z wykształcenia ekonomista, posiada też licencjat z historii. Od 2002 roku w polskim ruchu rekonstrukcyjnym doby epoki napoleońskiej - dowódca Pułku 12 Piechoty Księstwa Warszawskiego z Gdańska. Autor Sojusznik czy wróg? Armia rosyjska w kampanii galicyjskiej 1809 roku (2009) oraz Victor za Bluchera. O marszałkach epoki napoleońskiej związanych z polskimi ziemiami (2020). iBtbElobefŁCL J-^umptafrufeci jYouairtgci Leszek Sarnowski FRAIMCISZEK । BAUM GART OSACZONY BOHATER Publikacje można zamawiać na prowincja@onet.pl Można również zamawiać archiwalne numery Prowincji 3if)6LotefŁCi J-(uaxirtafrdlŁCL prGuainjgcL Publikacje można zamawiać na prowincj a@onet. pl Można również zamawiać archiwalne numery Prowincji fiiBElotcfŁCL J-(uaxirtafnifŁ^ prouftlrigcL Publikacje można zamawiać na prowincja@onet.pI Można również zamawiać archiwalne numery Prowincji fiiBElobefŁCL J\umrtafrufŁCL prouaiajga Piotr Podlewski ŻYWOTY ZMARŁYCH Płyty nagrobne na Powiślu XIV-XVIII w. Penetracje po Powiślu Publikacje można zamawiać na prowincja@onet.pl Można również zamawiać archiwalne numery Prowincji PubUbłcje mtłinu t:anu’.vi3< nr^ {>rowioqa^ł , ^^jina^-^ru/ ^tdłńB^lne nmcij-y Prcwipcji