Darczyńcy Kwartalnika Prowincja WOJEWÓDZTWO POMORSKIE Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2025 roku” FOBOS ONE Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos One l]l KOPOCZYŃSKI adwokaci i radcowie prawni PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr2(60) 2025 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Piotr Napiwodzki Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy Krzysztof Czyżewski, Andrzej Lubiński, Wiesław Olszewski, Arkadiusz Wełniak, Piotr Podlewski, Alicja Łukawska Projekt okładki Mariusz Stawarski Str. III i IV Prace plastyczne Wandy Wolak Skład komputerowy i przygotowanie do druku Ewa Krefft-Bladoszewska Druk Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia wydawca Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury oraz Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca, w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Zakład fotograficzny Foto Mono II w Sztumie, Plac Wolności 19 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy: Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 WWW. prowincja, com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Sześćdziesiąta „Prowincja”.....................................................5 Poezja Alfred Kohn....................................................................6 Jarosław T. Seidel............................................................13 Proza Grażyna Kamyszek - Rowerzysta.................................................15 Jan Rosłan - Trzy historie o butach...........................................20 Edward Derylak - Omam.........................................................24 Andrzej Kasperek — Podzwonne Edwarda Derylaka.................................30 Esej Piotr Napiwodzki - Praktyczna filozofia z Królewca............................33 Wędrówki po prowincji Wiesław Niedziałkowski - Geopoetyka Powiśla w tekstach autobiograficznych międzywojnia. Część I - w stronę pojęć i definicji.........................37 Alicja Łukawska - Żuławskie opowieści.........................................47 Adam Langowski - Waplewski krzyż na rozdrożu..................................58 Andrzej Lubiński - Teatr i muzyka w Gniewie...................................69 Tomasz Bębniak - Zabytkowa kaplica w Cieszymowie w oczekiwaniu na remont ....81 Dobromiła Rzyska-Laube - Odnaleziony portret Idałii z Pociejów Sołtanowej z kolekcji hr. Sierakowskich...............................................85 Anna Flis - Integracja przez sztukę...........................................87 Wiesław Olszewski - Nie z piernika... Toruń zbudowano.........................90 Na tropach historii Arkadiusz Wełniak - Ursache des Selbstmordes. Sztumscy samobójcy w świetle akt administracji pruskiej.....................................................99 Ryszard Rząd - O szpitalu joannitów w Tczewie.........................106 Wystawa „Marienburg - Malbork. 1945. Koniec i początek”, z Tomaszem Agejczykiem, dyrektorem Muzeum Miasta Malborka, rozmawia Alicja Łukawska............122 Wspomnienia Elżbieta Ziarko - Moje życie z „Medykiem”..................................131 Maciej Kraiński - O Leszku Kopciu, pasjonacie Grassa i kina................135 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski - Notatki słów i obrazów (26)..........................138 Muzyka Wacław Bielecki - Zamek krzyżacki w Malborku jako miejsce akcji neoromantycznych oper..................................................145 Wacław Bielecki - Zapiski melomana.....................................153 Arkadiusz Wełniak - Na moje ucho (3)........................................167 Galeria Prowincji Agnieszka Świercz-Karaś - Słuchajmy dzieci. Rodzice nie zawsze wiedzą lepiej.... 175 Recenzje Andrzej Lubiński - Powojenny Elbląg i powiat elbląski......................180 Arkadiusz Wełniak - Zatrzymane w kadrze.....................................184 Noty o autorach............................................................186 SZEŚĆDZIESIĄTA „PROWINCJA” Szanowni Czytelnicy, ten rok spędzimy wspólnie na nieustającym świętowaniu. Zaczynamy od tego numeru, bo to jubileuszowy, sześćdziesiąty numer naszego kwartalnika. Mariusz Stawarski też wróży nam pomyślne wiatry z zachodu, o czym świadczą dymy w kominach malowniczych domków i balon, który na razie jest w kształcie księżyca, ale zaraz się napełni, nie inaczej. Tak jak my zapełniamy treścią kolejny numer naszego wspólnego pisma. Poezja na dziś to nasz wytrawny przyjaciel Alfred Kohn i debiutujący na naszych łamach poeta i prozaik z Trójmiasta Tomasz J. Seidel. Bogato w prozie, także pod względem geograficznym: Grażyna Kamyszek, niegdyś ze Sztumu, obecnie z Ustki, dziś uznana powieściopisarka, która przed kilku laty nieśmiało zadebiutowała na łamach naszego kwartalnika, ksiądz, poeta prozaik Jan Rosłan z Olsztyna i Edward Derylak z Żagania. Piotr Napiwodzki przypomina postać filozofa z Królewca Immanuela Kanta, abyśmy starali się zgłębiać jego myśli, a nie tylko zgrabne bon moty, jak choćby „niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”. Dotyczy to oczywiście nie tylko Kanta. O Powiślu piszemy w każdym numerze kwartalnika, ale jeśli chcecie Państwo wiedzieć, co się kryje pod pojęciem „Geopoetyka Powiśla”, to koniecznie trzeba zajrzeć do tekstu Wiesława Niedziałkowskiego. Alicja Łukawska kontynuuje swoje żuławskie opowieści, tym razem o osadnikach ze Starej Ko-ścielnicy, a w rozmowie z Tomaszem Agejczykiem przybliża czytelnikom Muzeum Miasta Malborka. Tomasz Bębniak przypomina zabytkową kaplicę w Cieszymowie, z nadzieją, że znajdą się w końcu środki na przywrócenie jej do życia. Adam Langowski renowację zabytkowego, przydrożnego krzyża pod Waplewem wykorzystuje po to, aby wspomnieć o ciekawej historii tej okolicy. O tym, że kultura może wspierać narodowe aspiracje, szczególnie w czasach niewoli, pisze Andrzej Lubiński przypominając dzieje amatorskich działań artystycznych w XIX-wiecznym i przedwojennym Gniewie. Anna Flis z Przywidza pisze o integracji przez sztukę, przywołując wielokulturowe Żuławy w kontekście uchodźców z Ukrainy, którzy starają się znaleźć swoje miejsce w nowej rzeczywistości. Od wielu lat Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie sukcesywnie odzyskuje utracone w czasie wojny dzieła z kolekcji dawnych właścicieli pałacu — rodziny Sierakowskich. O kolejnym z takich „zdobyczy” pisze Dobromiła Rzyska-Laube. Wiesław Olszewski na drodze swoich turystycznych wojaży tym razem zabiera nas do Torunia, udowadniając, że „nie z piernika” go zbudowano. Ryszard Rząd przypomina historię szpitala joannitów w Tczewie, a Arkadiusz Wełniak penetrując akta administracji pruskiej wynajduje losy sztumskich samobójców. I garść wspomnień: Elżbieta Ziarko wspomina swoją pracę w słynnym sztumskim „Medyku”, który najbliższy rok szkolny rozpocznie w nowej siedzibie, a Maciej Kraiński wspomina postać zmarłego w tym roku Leszka Kopcia, wielkiego miłośnika kina i literatury. Krzysztof Czyżewski z Krasnogrudy peregrynuje po krajach bliskich i dalekich, od Sri Lanki po Bośnię i Ukrainę, przywołując pamięć ludzi, którzy tworzą lub tworzyli kulturowy pejzaż nie tak znów odległych prowincji. W muzycznej części kwartalnika Wacław Bielecki prezentuje nam kolejną część swoich muzycznych zachwytów z filharmonii, oper i teatrów, marząc przy okazji, że być może opera wróci, jak przed wielu lat, na Zamek w Malborku. Inny rodzaj muzyki kontempluje Arkadiusz Wełniak, szukając inspiracji w Islandii czy wśród polskich grup punkowych. W Galerii Prowincji Agnieszka Świercz-Karaś, opisuje plastyczne fascynacje pani Wandy Wolak z Malborka, która swoją twórczością udowadnia, że na realizację pasji nigdy nie jest za późno. Kolejne historie, opowieści, nowi autorzy i namacalny dowód na to, że wciąż żyjemy. Świętujemy, zachęcamy do lektury i kłaniając się naszym Czytelnikom, zapewniamy, że (mimo, że często skupiamy się na przeszłości) przyszłość przed nami. WIWAT PROWINCJA! Leszek Sarnowski Redaktor Naczelny Kwartalnika „Prowinga ” Poezja Alfred Kohn * * * co zostanie po mnie smutnym wierszoklecie gdy z ostatnim oddechem przyjdzie zamilczenie trochę wierszy - listów pisanych do siebie i nadzieja że nikt nie zadepcze moich śladów na ziemi * * * wiem że teraz żyje mi się piękniej łatwiej bogaciej ale dałbym wiele by wrócić do dzieciństwa gdy pajda mokrego chleba posypanego cukrem ciepło matczynej dłoni i życzliwe spojrzenia ludzi wystarczyły by być szczęśliwym Poezja 7 MIASTU PRZYPISANY błąkam się w krwioobiegu ulic widzę chłopca beztrosko grającego w kapsle na ulicy z kluczem od domu zawieszonym na tasiemce u szyi młodzieńca rozrzucającego ulotki podczas odwiedzin obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej twarz Judasza i zimną celę aresztu mężczyznę naznaczonego zmową milczenia zranionego kłamstwem zmuszonego poszukać nowej Itaki chciałbym zamknąć za sobą drzwi miasta odciąć pępowinę przeszłości ale to boli... tam Ojczyzna gdzie groby naszych przodków powroty stanowią o mnie to wszystko co mam cóż mi możecie jeszcze zabrać oprócz wspomnień - tylko życie Sztum - 1990 r. 8 Poezja * * coraz częściej o śmierci przyjaciół i znajomych dowiaduję się z Facebook-a przechowuję w pamięci ich twarze słowa gesty czyny rozrasta się we mnie cmentarz wspomnień * * w dzieciństwie myślałem jak dorosnę to zmienię świat ale szybko w zimnej celi w ciągu 48 godzin zrozumiałem że świat zmienił mnie MOJEMU MIASTU NA POŻEGNANIE mój cień zostawiony nad Orzycem dalej śpi w szuwarach może ktoś kiedyś obudzi go przypadkiem pójdzie w miasto z moimi wierszami opowie moją historię jestem dumny i hardy nie ulegam schematom unikam fałszywych proroków Poezja 9 i klakierów mówiących jedno robiących drugie na białe mówię białe na czarne - czarne jestem człowiekiem o jednej twarzy nie proszę o litość tylko o zrozumienie moich słów prostych jak bicie matczynego serca ciężkich jak spracowane ręce ojca miasto zostawiam daleko ale wierzę że przyjdzie taki dzień kiedy wrócę do niego - choćby wierszami Tarczyn 2023 •k k nie obrażaj nie będziesz obrażany nie wyśmiewaj nie będziesz wyśmiewany nie hej tuj nie będziesz hejtowany nie odróżniaj Żyda od Polaka nie będziesz odróżniany na początku było Słowo pozwólmy mu zakwitnąć na nowo - dobrocią 10 Poezja myślałem zakończę wędrówkę na ziemi makowskiej tej dobrej i tej złej ale własnej swojskiej rodzicielskiej ojcze matko nie Maków Sztum Tarczyn przede mną dalsza podróż do wymarzonej Itaki POETA może spoliczkować metaforą albo pogłaskać subtelnością może ku pokrzepieniu albo żeby nie zabliźniły się... mówią nie wiadomo z kim trzyma lepiej mieć się na baczności dla świętego spokoju traktować go jak wariata Poezja 11 *** W moim ogrodzie dzieciństwa wycięto drzewa wypłoszono ptaki chmurami domów przesłonięto słońce ziemia zamiast kwiatów rodzi asfalt i krzyk dzieci bawiących się w wojnę strumyk w którym gasiłem pragnienie z żalu stracił wodę żaby przyjaciółki miłosnych spacerów śpią wieczyście tylko pan Henio postrach naszych zabaw jak gdyby nigdy nic przechadza się dumnie kundla wymienił na jamnika * * * J.M idź uyprostoioany lasród tych co na kolanach, wśród odwróconych plecami i obalonych w proch Zbigniew Herbert w tym miasteczku musisz jak władza albo milczeć zaciskając zęby ze złości 12 Poezja jeśli będziesz mówił zgodnie z prawdą i sumieniem zostaniesz Persona non grata władza może zrobić z ciebie bohatera kłamcę złodzieja głupca albo pieniacza (przykłady można mnożyć) wszystko zależy od widzimisię władzy wszechwładzy władza może dać ci dobrze zarobić albo będziesz za michę ryżu... pewnego dnia staniesz się obojętny na krzywdę innych zamkniesz się w sobie zagłuszając (jeśli masz) sumienie zapominając o przesłaniu Pana Cogito Sześćdziesiąta „Prowincja” 13 Jarosław T. Seidel ŻYJEMY W INNYCH CZASACH Żyjemy w innych czasach, Pink Floyd już nie grają, i nie ma już nastroju do życia, smutku, melancholii. Nic nas nie podnosi na duchu, nie daje nadziei. Gdzież są pola i łąki Demptowa, na których miały spocząć moje prochy? Tylko asfalt, tylko beton. Stare, dobre czasy ostrego grania w Jarocinie, czarno-białej telewizji i czarno-białej optyki widzenia. Samotnych podróży stopem, z północy na południe i częstych wypadów do Krakowa i w Tatry w towarzystwie przyjaciół. Czas płynął powoli i pozwalał na miłość, nienawiść, malachitowy smutek i żółte szaleństwo. Przestrzeń i czas wypełniały przygody - życie było jedną, wielką przygodą. Miłości, przyjaźnie, wiersze, listy, uczucia - pośród samotności, smutku, melancholii, niepokojów serca i duszy, intelektualnych poszukiwań i ciągłych dyskusji o sensie życia, było jednak wiele zabawy, wiele radości. Mieszkaliśmy na wielkiej wsi, pośród łąk, pół i lasów - cały świat był naszym domem. Mieliśmy marzenia i perspektywy, a jednak żyliśmy chwilą - potrafiliśmy to. Dni tak ciągnęły się wspaniale wypełniane zbawczą pracą a czas jak pies gdzieś z boku sobie biegł. Cuda zdarzały się nader często - każdy poranek, nowy dzień, ptak i kwiat, każde przebudzenie, nowa twarz, słońce i deszcz były cudem wprawiającym w zachwyt. A o zachodzie, wieczorami, marzyliśmy, czekaliśmy na to, co wydarzy się jutro. 14 Jarosław T. Seidcl Żyliśmy chwilą i nadzieją. I nawet cierpienie było znośne. Żyjemy w innych czasach. Kolorowych fotografii, kolorowej telewizji, Internetu, cyfryzacji, imeili i esemesów. Pożerającej nas cywilizacji. Kultury pośpiechu. I wszystko jest kolorowe - jak w cyrku. A my na tej arenie, codziennie wkładamy łeb i naszą duszę w paszczę cywilizacji, z trwożliwą nadzieją, że nas nie pożre. Nie czekamy już na jutro. Żyjemy chwilą w pośpiechu pożerając hotdoga. Nerwowo i lękliwie zerkamy na zegarek - Nie ma czasu! Nie ma Czasu! Czas się skończył! Gamę over! I tak biegniemy co tchu do pierwszego zawału by zdążyć zdobyć wykształcenie, pracę, samochód, kasę i władzę by wyciąć jeszcze więcej drzew i ludzi stojących na naszej drodze. Starzy bogowie pustyń, puszcz i lasów deszczowych zostali wyrżnięci przez nowych bogów metropolii - Mamonę, System i Postęp. Oto nowy bóg w trzech osobach. On przenika do nas do kości. Zżera nam mózgi i zatruwa dusze. Jego symbolem kierat roboty. Jego znakiem cep popkultury. Jak manekiny chodzimy zamknięci za murami własnych samotności. Już nikt nas nie złapie na okazywaniu uczuć bólu i nieświadomości. Jesteśmy laoini, możemy iść—jesteśmy loolni, bo nie ma już nie. Żyjemy w innych czasach. Oślepieni sztucznym światłem nauki, ogłuszeni szumem dezinformacji. Czucie i wiara nie są już w modzie. Hołdują im już tylko samotni poeci. Nie proście zatem o więcej światłości, wołajcie raczej: więcej ciemności! W ciszy swego serca, w głębi duszy. Bo tam ukryta jest słodka tajemnica niepoznawalnego jądra Rzeczywistości. Obmyjcie swe twarze ciemnością nocy, miękką gąbką pełni księżyca. On jeden jest taki jak kiedyś, blado-różowy, blisko-daleki. Gdy stoję w oknie i patrzę na niego, a on patrzy na mnie, wtedy przez chwilę znów czuję to samo. Proza Grażyna Kamyszek ki ROWERZYSTA Nie wiedziała, czym tłumaczyć codzienne budzenie się o czwartej nad ranem. Starość? Była wprawdzie w podeszłym wieku i nie potrzebowała nadmiernych godzin snu, ale żeby tak codziennie z dokładnością szwajcarskiego zegarka snuć się bladym świtem po mieszkaniu? Nawet tabletki nasenne nie pomagały. Zła sama na siebie otulała się ciepłym szlafrokiem i siadała przy oknie na pierwszym piętrze swojego przytulnego mieszkania, by obserwować wschód słońca i budzące się osiedlowe życie. Jako pierwszy, dokładnie o godz. 5:00 przemykał rowerem młody chłopak. Codziennie, oprócz niedziel, pojawiał się na ulicy z niewielkim plecakiem na przygarbionych plecach. Rozpędzał się na prostym odcinku, by zniknąć u wylotu ulicy. Stanowił dla obserwatorki nie lada zagadkę. Wracał o różnych porach. Po południu nie tkwiła przy punkcie obserwacyjnym, więc nie mogła określić dokładnej godziny powrotu. Zdarzało się, że przypadkowo zobaczyła go z okna późnym popołudniem lub wieczorem. Kim był? Jaką pracę wykonywał? Dokąd każdego dnia dojeżdżał o świcie? Jak miał na imię? W myślach zaczęła nazywać go Marcysiem, tak jak Maria Konopnicka bohatera noweli „Dym”. Cóż miał wspólnego jej Marcyś z tym od Konopnickiej? - zadawała sobie w duchu pytanie i od razu znajdowała odpowiedź. Była wdową, staruszką, tak jak matka Marcysia, obserwująca dym walący z wielkiego fabrycznego komina, co oznaczało, że Marcyś fasuje. Ona, gdy z daleka dostrzegała światło rowerowej latarki, wiedziała, że jej Marcyś jedzie fasować. Nie wiedziała dokąd, do jakiego zakładu pracy, a tych w ostatnich latach pojawiło się na obrzeżach miasta bez liku. Obserwowała go każdego ranka z życzliwością i szacunkiem w odróżnieniu do spragnionych, którzy przed godziną szóstą niecierpliwie czekali na otwarcie sklepu, aby zacząć dzień od piwa. Nieroby, pasożyty obszczymury, zakały osiedlowe żerujące na pracy innych. Jej gniew i wzburzenie przybierało na sile, gdy zestawiała nierobów ze swoim Marcysiem. Zdyscyplinowanym, punktualnym, konsekwentnym. Życzyła mu dobrego, szczęśliwego dnia, odmawiała kilka zdrowasiek, aby szczęśliwie dojechał do pracy. Był dwudziesty pierwszy wiek, a ona przywoływała w pamięci dziwiętnasto-wiecznego robotnika z noweli Konopnickiej. Ktoś mógłby pomyśleć, że takie porównanie nie ma sensu. Zmieniły się realia i ludzie. Tamtych dziewiętnastowiecznych wyparło inne pokolenie. Mimo podeszłego wieku dobrze pamiętała ten utwór. Była nauczycielką, dawno temu uczyła języka polskiego, i niektóre lektury szczególnie pielęgnowała w pamięci. Gładko weszła w nową rolę, a samotność w rozmiarze XXL sprzyjała, by stworzyć sobie alternatywny świat. Pomogły jej w tym realia współczesne Marii Konopnickiej, sięgające ostatniej dekady XIX wieku. Pisarka tak wykreowała swoich bohaterów, że realizm postaci i wydarzeń po mistrzowsku zawładnął na długie lata wrażliwością staruszki. Koniecznie chciała podzielić się swoimi refleksjami z Anią i z niecierpliwością oczekiwała jej odwiedzin. 16 Grażyna Kamyszek Kim była Anulka, bo często tak ją nazywała? Studentką filologii polskiej, wnuczką dawnej koleżanki z pracy. Mijały wakacje, więc zapewne wkrótce pojawi się, by poopowiadać, gdzie spędzała lato, ale głównie przejrzeć bogaty księgozbiór zajmujący jedną ścianę w pokoju starszej pani. Dzisiaj wszystko jest dostępne w internecie, lecz Ania wołała mieć kontakt z tradycyjną książką. Lubiła szelest kartek, szczególną frajdę miała wtedy, gdy znajdowała fiszki z uwagami dawnej studentki, najczęściej w gramatyce opisowej, stylistyce czy teorii literatury. Nie przychodziła w tak zwanym interesie. Księgozbiór pani Janki to mizerny dodatek do więzi, jakie wytworzyły się między kobietami, a różnica pokoleniowa uleciała w niebyt po kilku spotkaniach, szczególnie po jednym. Był środek nocy, gdy Janinę wyrwał ze snu dzwonek u drzwi. Przez wizjer zobaczyła twarz Anki i kogoś jeszcze. Wpuściła dziewczyny do środka. Pijaną Anię kobiety położyły na wersalce. Pani Janina czekała na wyjaśnienia, a te były lakoniczne: impreza, zerwanie z chłopakiem, próba gwałtu i szukanie bezpiecznego azylu. Dobrze, że obok była trzeźwa i rozsądna koleżanka. Do mieszkania rodziców nie mogła odholować Ani, bo byłoby piekło na osiedlu. Wiedziała o pani Jance, więc wybór padł na nią i na jej dyskrecję, albowiem swego czasu miała spore doświadczenia z własną córką. Jakże inna była pani Janina w porównaniu z babcią Ani, a przecież były z tego samego rocznika. Dziewczyna często skarżyła się na swoją babcię i rodziców, ale Janina za każdym razem brała ich w obronę. Jej jedyna córka nocnymi incydentami przyprawiała ją i męża o stany przed-zawałowe, więc Janina rozumiała prawa młodości. Niekiedy żałowała, że nie może podrzucić swojej jedynaczki do okna życia, żeby choć przez jakiś czas ktoś inny się nią zajął. Bezmiar samotności zagościł w jej domu i sercu, gdy zmarł mąż, a córkę oddała do „adopcji”. Tak nazywała jej zamążpójście i wyjazd z kraju. Dopiero z odległości doceniła, jakim darem są rodzice, szczególnie matka. Dzwoniła, tęskniła i raz w roku wracała skruszona i pełna miłości. Zastąpiła ją Anulka, wypełniając puste kąty nową jakością. Dom przestał pachnieć ciszą. Pojawił się ktoś, kto podobnie myślał i czuł. Przede wszystkim ten ktoś był inny niż jej córka... Radości nie było końca, gdy któregoś dnia pod koniec września Ania zjawiła się w drzwiach seniorki. - Anulka, nareszcie jesteś! Wiesz, że nie widziałyśmy się prawie cztery miesiące? Dziękuję za kartki. Ale zwiedziłaś kawał świata! Gdy wyściskały się, otarły łzy radości i usiadły przy herbatce, minęło sporo czasu, bo trzeba było jeszcze rozpakować upominki. Potem mówiła tylko Ania, pokazywała zdjęcia zrobione komórką. Janina zobaczyła piękny kawałek Turcji z Kapadocją w roli głównej, potem była jeszcze Grecja.. .a potem wdarło się zmęczenie nadmiarem widoków i informacji. Dziewczyna zorientowała się w sytuacji i zadała długo oczekiwane przez Janinę pytanie; - A co u pani? Jak zdrówko? Córka się odzywa? - U mnie wszystko dobrze, czuję się stosownie do wieku. Leki ciągle te same, wychodzę na spacery, spotykam znajomych, a córka od czasu do czasu się odzywa. Oby tak dalej. Najważniejsze, Anulko, że mam ciebie... - Ach, przesadza pani. Mam wyrzuty sumienia, że tak rzadko panią odwiedzam. - Chciałabym ci o kimś opowiedzieć. Odkryłam go jakiś czas temu. Może go znasz? - Brzmi intrygująco. Czyżby jakiś adorator? - zapytała dziewczyna z lekkim rozbawieniem w głosie. - Chodzi o chłopaka, którego obserwuję z mojego okna. Nadałam mu nawet imię. Mar-cyś - tak jak bohater noweli Marii Konopnickiej „Dym”. Codziennie rano jeździ rowerem Rowerzysta 17 do pracy. Gdzieś fasuje, tylko nie wiem gdzie. A ja to jestem jak ta stara wdowa czuwająca nad swoim dzieckiem. Czy wiesz, że nieraz jak ugotuję zbyt dużo zupy, to myślę, że Marcyś, ten mój, zjadłby ją z apetytem. Odkąd się nim zainteresowałam, jakoś czas szybciej leci. - Pani Janino, litości! Mamy XXI wiek, a pani przywołuje robotnika, a ściślej - kotłowego z XIX wieku, fasującego w jakiejś fabryce. Konopnicka to mistrzyni w wyciskaniu czytelniczych łez. Obie dobrze znamy tę nowelę. Więź emocjonalna między matką a synem, motyw dymu, będącego szczególnym porozumieniem między dwojgiem ludzi, śmierć Mar-cysia, ogromna rozpacz matki - to niezaprzeczalny realizm postaci i zwierciadło minionej epoki, lecz trzeba podejść do tego z właściwym dystansem. Czasy się zmieniły. Młodzi ludzie robią kariery, są na eksponowanych stanowiskach, są kreatywni, pełni pomysłów. Teraz to zupełnie inne pokolenie, a pani próbuje wmówić sobie, że to jest d^d tm. Proszę wybaczyć krytykę, ale niechże pani żyje teraźniejszością, a nie odbywa podróży w czasie. — I co, myślisz, że w dzisiejszych czasach nie ma robotników, takich jak Marcyś? — zaoponowała seniorka. - Ten pani Marcyś to Olek, mój kolega. Studiuje chemię, ale korzysta z urlopu dziekańskiego. Ma trudną sytuację rodzinną, zatrudnił się w odległych zakładach chemicznych i dojeżdża codziennie do pracy. Rowerem, bo dojazd jest okropny. Musiałby mieć kilka przesiadek, więc wsiada na swój jednoślad i jest niezależny. Ostatnio wpadła mi w ręce książka Wojciecha Przylipiaka Zakupy u> PRL. W kolące po los^^stko. Podrzucę ją pani. Proszę zwrócić uwagę na fragment mówiący, jak dojeżdżało się do pracy w XX wieku. Autor przytoczył dialog z filmu Stanisława Barei Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz? z 1978 roku. Dla mnie to historia, a dla pani będzie to przypomnienie realiów dawnego życia, w którym pani uczestniczyła. Olek w porównaniu z dwudziestowiecznym robotnikiem dojeżdżającym do pracy, jest w komfortowej sytuacji. Powiem mu, że obserwuje go pani z okna swojego mieszkania, zawsze o jednakowej porze. Niech pomruga światełkami. Zamiast dymu symbolem waszego porozumienia będą blaski rowerowej latarki. A pani może mu pokiwać z okna. To fajny, wrażliwy chłopak. Nie żaden Marcyś a Olek. Ale wymyśliła sobie pani syneczka! Już jestem zazdrosna. - A może wpadłby do mnie od czasu do czasu na ciepły barszcz? Zawsze coś zostaje z obiadu. Zapytaj. - No nie! Pani Janino, bez przesady. Na pewno mu o tym nie powiem. Wypłoszyłaby pani chłopaka swoją nadopiekuńczością. On doskonale radzi sobie sam. A barszcz ja chętnie zjem, tylko proszę dać mi znać, jeśli coś zostanie. Proszę nie wcielać się na siłę w rolę dziewiętnastowiecznej matki. Jest pani fajną, starszą kobietką, doskonale się dogadujemy i nie potrzebujemy, aby ktoś nieproszony ingerował w nasze życie. Proszę dać sobie spokój z tym całym Marcysiem. Jego nie ma. Już nie fasuje. Wyleciał biedak razem z kotłem. Ania już wcześniej zauważyła w zachowaniu i wypowiedziach starszej pani niepokojące sygnały. Gdy obejrzała jakiś wstrząsający film, potrafiła przez kilka dni przeżywać losy bohaterów, nie zgadzając się z zakończeniem. Podobnie rzecz się miała z bohaterami książek, chociażby jak z Marcysiem, którego „sobowtóra” najchętniej zaprosiłaby na ciepły barszcz. Rozmawiała o tym z rodzicami i babcią, rówieśniczką Janiny, lecz domownicy zgodnie stwierdzili, że to wiek powoduje dziwne zachowania, a jeśli towarzyszy temu samotność, wybiera się wygodną alternatywę spędzania czasu. Jest to nieszkodliwa przypadłość i nie należy temu poświęcać zbyt wiele uwagi. Ania, zgodnie z obietnicą, podrzuciła Janinie książkę Wojciecha Przylipiaka, zaznaczając fragment, o którym wcześniej wspomniała. 18 Grażyna Kamyszek Janina od razu przypomniała sobie film Stanisława Barei Co mi zrobisz, jak mnie zia-pieszi', a przede wszystkim doskonałego Józefa Nalberczaka, przedstawiającego koledze swój „dobry” dojazd do pracy. „- Ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony, bo golę się wieczorem. Śniadanie jadam na kolację. Tylko wstaję i wychodzę. - No, ubierasz się pan. - W płaszcz - jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu? - Fakt. - Do PKS mam pięć kilometry. O czwartej za piętnaście jest PKS. -1 zdążysz pan? - Nie, ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i nie zatrzymuje się. Przystanek idę do mleczarni. To jest godzinka. Potem szybko wiozą mnie do Szymanowa. Mleko, widzi pan, ma najszybszy transport, inaczej się zsiada. W Szymanowie zsiadam, znoszę bańki i łapię EKD (dziś znana jako Warszawska Kolej Dojazdowa WKD, do 1951 roku było to EKD, czyli Elektryczne Koleje Dojazdowe). Na Ochocie w elektryczny do stadionu, a potem to już mam z górki, bo tak... w 119, przesiadka w 345 i jestem w domu, to znaczy w robocie. 1 jest za piętnaście siódma. To jeszcze mam kwadrans. To sobie obiad jem w bufecie, to po fajrancie nie muszę zostawać, żeby zjeść, tylko prosto do domu. I góra 22: 50 jestem z powrotem. Golę się. Jem śniadanie i idę spać”’. Janina z ogromnym zainteresowaniem czytała książkę, odświeżając w pamięci kolejkowe życie po wszystko, a fragment „dobrego” dojazdu do pracy był dla niej pocieszeniem, że jej Marcyś ma zdecydowanie lepiej. No przecież jest XXI wiek! A jeszcze w czasie jazdy mrugał do niej rowerowymi światełkami na znak sympatii i porozumienia. Z tkliwością wpatrywała się w migające światełka. Już Ania o to zadbała, aby pozdrawiał ją o świcie. Szkoda, że nie wpadał na barszcz...Tak bardzo chciała go poznać. I tak mijał dzień za dniem, spokojnie, monotonnie aż do tamtej chwili, w której Janina dotknięta została niewyobrażalnym bólem. Tego ranka jak zwykle tkwiła w oknie, czekając na Marcysia. Pojawił się, ale nieco później niż zwykle, zatrzymał się i dość długo mrugał światełkami. Wydawało się, że nawet jej pokiwał. Inaczej wyglądał. Zazwyczaj na pochylonej sylwetce widniał niewielki plecak. Tym razem na bagażniku tkwił duży bagaż przypominający foliowy worek, a po obu stronach tylnych kół widoczne były sakwy. Poza zdziwieniem, Janina nie snuła żadnych podejrzeń. Widocznie Marcyś musiał coś przewieźć do zakładu pracy. Około godziny ósmej Janina zaobserwowała z okna pokoju kilkanaście osób stojących przed osiedlowym sklepem i zacięcie o czymś dyskutujących. Wiedziona ciekawością zeszła na dół. Z daleka dobiegły do niej słowa: - Taki młody, pracowity. - Ogromna tragedia! - Ci prywaciarze wycisną z człowieka ostatni pot, byle tylko zarobić. Janina na drżących nogach podeszła do rozdyskutowanej grupki. - Co się stało? - zapytała. ' W. Przylipiak, Zakufy w PRL. W kolejce f>o wszystko. Warszawa 2023, s. 103-104. Rowerzysta 19 - Pani, straszna tragedia. Mówią, że zginął chłopak z naszego osiedla. Pracował w tej fabryce chemikaliów i był wybuch. Ponoć oprócz niego jest kilka ofiar. Janina przysiadła na ławce przed sklepem i siedziała jak skamieniała. Czuła dokładnie to samo, co matka Marcysia. Przejęła jej ból. Zmartwiałe usta nie wydały żadnego krzyku. Jej oczy widziały iskrzasty słup ognia i kłęby czarnego dymu. Powlokła się do domu, usiadła na wersalce i rozpłakała się. Pomieszczenie wypełniła skarga starej kobiety, której świadkami były ściany niewielkiego pokoju. - Mój Marcyś. Nic się nie zmieniło! Czy XIX, XX czy XXI wiek wszystko jest takie samo. Ania nie wierzy w podróż w czasie, a ja wiem, że wszystko już było i wróciło do mnie. Takie są realia. Marcysie byli są i będą, tak jak opłakujące matki - żaliła się głosem nabrzmiałym rozpaczą. Janina nie wiedziała, jak długo tkwiła na wersalce. Nie miała siły na nic. Czuła się tak, jakby straciła ukochane dziecko. Taką bez życia, pogrążoną w niewysłowionym smutku, zalaną łzami, zastała Ania. - Pani Janino, co się stało? Drzwi otwarte, ciemno w mieszkaniu? - Inne czasy! Gadajcie sobie co chcecie, a ja swoje wiem. Nic się nie zmieniło, bo nie ma już mojego Marcysia! Już nigdy nie zamruga światełkami! To się stało! - wykrzyczała jednym tchem, ocierając łzy. - Niby dlaczego nie ma Olka, czy tego pani „Marcysia”? - zapytała ze zdziwieniem Ania. - Nie udawaj, że nie wiesz. Zostaw mnie. On nie żyje. To moja żałoba. Chcę być sama. — Pani myśli, że ten wypadek w fabryce chemikaliów.,., że Olek zginął? Kto nagadał pani takich głupot? - Ludzie przed sklepem. — No to zaraz panią uspokoję. Rzeczywiście był wypadek. Kilka osób zostało poszkodowanych, ale Olek żyje, jest cały i zdrów. Mam z nim kontakt. Właśnie gdzieś w Polsce szuka miejsca na nocleg. Od dawna nie podobało mu się w tej fabryce. Widział, jako student chemii, wiele zagrożeń, ponieważ nie przestrzegano zasad bezpieczeństwa. Gdy zgłosił swoje zastrzeżenia szefowi, ten kazał następnego dnia rano zgłosić się u niego na rozmowę. Olek wiedział, że chce go zwolnić. Zgłosił swoje zastrzeżenia do inspekcji pracy i rano zamiast do szefa, przejechał obok fabryki, pokazując fakolca. A że planował urlop przed powrotem na uczelnię, to wyruszył w Polskę. Wszystko to wiem od niego, więc szkoda pani łez. Żałuje tylko, że wcześniej nie zawiadomił inspekcji pracy, bo mogłoby nie dojść do wypadku. Uszczęśliwiona Janina nie dopytywała, co oznaczał ten fakolec, ale na pewno coś dobrego, skoro zrobił to Marcyś. - Czy na pewno wróci? - zapytała z nadzieją w głosie. - Oczywiście. Tylko nie zobaczy już go pani o 5.00 nad ranem, ale na pewno kiedyś zamruga światełkami na znak przyjaźni. Musi jednak pani przyznać, że czasy się zmieniły. Marcysia, tego od Konopnickiej, chyba nie byłoby stać na krytykę szefa, a tym bardziej na pokazanie fakolca - zaśmiała się Ania. *** Wdowa, jak każdego dnia o świcie, siadała przy oknie, wypatrując migających światełek. Marcyś wróci. Na pewno wróci, nie może tego przegapić. 20 Jan Rosłan Jan Rosłan Trzy łiisiońe o butacfi Po miesiącu od objęcia redaktorstwa regionalnego dwutygodnika otworzyłem jedną z szuflad potężnego biurka, gdzie byty wrzucane listy od czytelników. Kartki pocztowe z rozwiązaniami krzyżówek mieszały się z dużymi i małymi kopertami, gdzie przeważnie odręcznym pismem autorzy w elaboratach dawali cudowne recepty na uszczęśliwienie ludzkości na całym świecie. Postanowiłem, aby rubryka Listy otL Czytelników była w każdym numerze pisma, bo to najlepiej świadczy o jego poczytności, więc czytałem anonimowe skargi na sąsiadów czy gminnych urzędników, odpisy petycji do władz powiatowych, wojewódzkich czy nawet do prezydenta, skargi na niesprawiedliwe wyroki sądowe i prośby więźniów, zawsze w ich mniemaniu niesłuszne skazanych, o przysłanie paczek żywnościowych i papierosów lub z prośbą o nawiązanie korespondencji z samotnymi paniami. Listów, które nadawałyby się do druku było niewiele, jakieś sprostowania do artykułów, uzupełnienia do tekstów historycznych i apele o niewyrzucanie śmieci do lasu. Jeden jednak list mnie zaintrygował. Staranna kaligrafia i podpis: Wincenty Jodelis z Kętrzyna, emerytowany zawiadowca stacji. Pochodził z Wołkowysk, gdzie po zajęciu tych ziem przez Rosjan 17 września 1939 roku uczęszczał już do radzieckiej szkoły i ukończył szóstą klasę dziesięciolatki z wyróżnieniem. Jako wzorowy pionier dostał list pochwalny z portretami Lenina i Stalina. Gdy w roku 1941 do Wołkowysk wkroczyli Niemcy, zapanował nowy porządek. Ogłoszono, że wszyscy bezrobotni od lat szesnastu do sześćdziesięciu muszą się zarejestrować w Arbeitsamcie, czyli urzędzie pracy, pod groźbą kary śmierci dla tego, kto tego nie zrobi. Wincenty i jego o rok młodszy brat się zarejestrowali, aby po pewnym czasie dowiedzieć się, że zostali skierowani do Niemiec do kopania ziemniaków. Dziwnym zbiegiem okoliczności, 17 września 1941 roku, czyli równo dwa lata po zajęciu tych ziem przez Rosjan, wyjechali na przymusowe roboty do Prus Wschodnich. Wincenty trafił do Rychnowa koło Ostródy. Na wyjazd ojciec dał synom owe buty. U bauera, czyli według oficjalnej niemieckiej nomenklatury ortsbaurnfuhrera Otto Bruc-kerta, Wincenty kosił trawę, żniwował, orał, bronował, doglądał zwierząt. Latem chodził boso, bo buty niestety już się zniszczyły. Zbliżała się mroźna zima przełomu roku 1942 i 1943. Jesienią bauerowie zabrali swego parobka do Olsztynka, aby tam zrobić zakupy i zaopatrzyć go w nowe buty. Z żoną bauera przymierzali drewniaki, aby wybrać najbardziej dopasowane. Były ciężkie, dobre do chodzenia, ale w pracy w polu czy w lesie raczej zawadzały. Zbliżało się Boże Narodzenie 1943 roku. Bauerowie byli ewangelikami. Wigilii nie organizowali, ale uroczystą kolację tak. Zaprosili też Wincentego i żona bauera podarowała Trzy historie o butach 21 mu wełniane skarpety i rękawiczki z jednym palcem, które sama zrobiła na drutach. Był szczęśliwy, a jeszcze bardziej, gdy Bruckert podarował mu solidne, używane już wojskowe trzewiki podbite stalowymi gwoździami. Buty przysłał syn gospodarza Helmut, walczący na froncie wschodnim. Były po zabitym żołnierzu niemieckim. Styczeń 1945 roku. Rosjanie już w Prusach Wschodnich. Wielki eksodus tu mieszkających. Bruckertowie wraz z Wincentym opuszczają Rychnowo. Dobytek ładują na furę i przez Ostródę docierają do Miłomłyna. Tu już są Rosjanie. Było to 23 stycznia. Żołnierz rosyjski podszedł do Wincentego, ten powitał go po rosyjsku, przecież świetnie znał ten język. Rosjanin objął go niby w geście serdecznego powitania - jak sądził, ale sołdat szarpnął i wyrwał mu z rąk wełniane rękawice. Gospodarze i parobek wrócili do Rychnowa, gdzie szybko przybyli Rosjanie. Na przywitanie zabrali mu niemieckie buty, a mróz był ponad dwudziestostopniowy. Niemcy przed wkroczeniem Rosjan do Prus Wschodnich próbowali w pośpiechu budować fortyfikacje. Do kopania okopów zatrudniono robotników przymusowych. Wincenty kuł zmarzniętą ziemię w okolicach Rynu, Mikołajek Mazurskich, Słodowa. Na nic zdały się te okopy. Rosjanie zdobywali teren bardzo szybko, a z miejscową ludnością się nie patyczkowali. Po zajęciu wsi Nemmersdorf wymordowali wszystkich mieszkańców, zabudowania spalili, a wieś do dzisiaj nie ma polskiej nazwy, bo przestała w roku 1945 istnieć. Wincenty miał trochę szczęścia. Gdy Rosjanie wykonywali egzekucje załogi cegielni w Grabinie, także znalazł się wśród tych nieszczęśników. Miał ze sobą szkolne, rosyjskie świadectwo z portretem Lenina i Stalina i to go uratowała. Od sołdata słyszał słowa: Wsio taki, wy naszi. Do końca życia kolekcjonował zimowe buty. Ustawiał je w rzędzie, czyścił i pastował, bo wiedział, że nigdy nie wiadomo, kiedy będą potrzebne. Syn, lotnik wojskowy, podarował mu buty wojskowe, miał też milicyjne i zomowskie. Bo buty zimą to najważniejsza rzecz dla człowieka. Odwiedzałem swoich rodziców raz czy dwa razy w miesiącu. Ojciec prenumerował Express Wieczorny i to była jego codzienna lektura. Książek nie czytał, wystarczała telewizja, do innych tytułów prasowych, które przywiozłem do domu, sięgał sporadycznie. Matka prenumerowała Kobietę i Życie, czytała inne gazety i książki. Czasem nawet recenzowała dwutygodnik, który redagowałem. Zamieściłem w nim wspomnienie Wincentego Jodalisa z Kętrzyna. Jak nigdy, będąc w domu, zarekomendowałem ojcu, aby je przeczytał. Spojrzał trochę niechętnie na artykuł i odpowiedział: - Może potem, gdy będę miał czas. Widać, że nie kwapił się do lektury. Ojciec był także robotnikiem przymusowym w Niemczech. Wyzwolili go Amerykanie i wstąpił do ich wojska, pełniąc służbę wartowniczą. Miał legitymację wojskową polsko-angielską z odciskiem palca, ale nikomu jej nie pokazywał. Powrócił do Polski w roku 1946. Pamiątką tej służby była łyżka i widelec z wygrawerowanymi literami US, którymi posługiwać się do posiłków mógł tylko ojciec. Był też i taki nóż, ale gdzieś się zagubił. Ojciec nigdy nie mówił o pobycie w Niemczech podczas wojny. Gdy uczyłem się w liceum języka niemieckiego, udawał, że nie zna żadnego słowa po niemiecku. Czasami, może raz na pół roku, odwiedzał go sąsiad Wacław Sańczuk. Łączyła ich jedna cecha: flegmatyzm. Mogliby konkurować, kto tym flegmatykiem był większym. Ale łączyła ich także wspólna przeszłość wojenna, obaj byli przymusowymi robotnikami w Niemczech. Gdy Sańczuk odwiedzał ojca, zamykali się w pokoju. Ojciec nawet wyciągał 22 Jan Rosłan Ćwiartkę wódki, choć alkoholu się wystrzegał ze względów zdrowotnych, i obradowali za zamkniętymi drzwiami. Czasami ich tajne rozmowy trwały do północy. Po tygodniu znów odwiedziłem rodziców. Tym razem małomówny ojciec sam się odezwał. - Przeczytałem te wspomnienia. Różnie było. Po wkroczeniu Amerykanów do Niemiec wcale nie było spokojnie. Też upijali się, gwałcili Niemki, robili awantury. Kiedyś, idąc rano z kolegą na służbę, zauważyliśmy zabitego Amerykanina. Czy zrobili to wyrostki z Hitlerjugend, czy pijany odłączył się od swoich i zrobił to może ojciec zgwałconej dziewczyny, nie wiadomo. Kolega zauważył prawie nowe buty na nogach trupa. Nie namyślając się, ściągnął je Jankesowi. Amerykanie odnaleźli zabitego swego kamrata, ale także zauważyli u kolegi jego buty. Od razu go rozstrzelali. Tu ojciec jakby udawał, że oczy mu się nie zaszkliły, bo zawsze pozował na twardego człowieka. - Widzisz synu, podczas wojny nikt nie mógł pewnym, za co może zginąć i dlaczego? Na nas robotników też polowała wiejska straż, czy w nocy się ze sobą nie spotykamy, nie wyrywamy z pola brukwi czy marchwi. Za to można było stracić od razu życie albo trafić do obozu. Nigdy potem do przymusowej pracy w Niemczech ojciec nie nawiązał, a ja, znając jego małomówność, także o to nie zabiegałem. Rodzice dawno nie żyją, a ja nagle przypomniałem sobie te historie o butach. Dlaczego? Jesienią, późnym wieczorem wracałem do domu. Było ciemno, bo zachmurzone niebo zwiastowało deszcz. Gdy z ulicznego chodnika skręciłem w ścieżkę prowadząca do mojego bloku, zauważyłam stojące przy ogrodowej siatce białe buty. Gdyby były ciemne, na pewno bym ich nie dostrzegł. Były całkiem nowe, pasujące na moją nogę. Rozejrzałem się. Kto je mógł tu zostawić. Były ustawione równo, nie jako porzucone, ale świadomie pozostawione. Zaczynał padać deszcz, a były to buty sportowe, więc postanowiłem je zabrać. To co mnie trochę zastanowiło, to że w butach nie było sznurowadeł. Schowałem je do szafki i tak przeleżały zimę. Wiosną je wyciągnąłem, przymierzyłem, znakomicie pasowały do nogi. Dopiero teraz jednak zauważyłem, że w obu butach po obu stronach dwie symetryczne dziurki od sznurowadeł są przerwane. Sznurowadeł więc już przez nie przewlec nie będzie można. Wtedy pojąłem, że te buty musiał ktoś ukraść ze sklepu. Przeciął dziurki od sznurowadła, pozostawił więc metkę i czujniki. Dlaczego je zostawił obok mego domu? Pewnie to przypadek, ale widocznie ktoś ukradł nie ten rozmiar buta. A jego marka to czarno-biały Air Jordan. Właśnie wyczytałem, że buty tej firmy w Stanach Zjednoczonych potrafią kosztować nawet sześć tysięcy dolarów. Tak drogich butów nigdy nie miałem. Człowiek potrafi jednak gdzieś w sobie zepchnąć echa niekomfortowej sytuacji, tym bardziej, że buty były wygodne i dopasowane. Przecież ich nie ukradłem, znalazłem porzucone, a może powinienem je jednak zanieść do biura rzeczy znalezionych, teraz dopiero tak sobie myślę. Gdybym buty pozostawił na ulicy, deszcz zmoczyłby je i byłyby do wyrzucenia. Zresztą, kosz był tuż obok, a jednak ktoś tych butów tam nie wrzucił, ale na pewno by się tam potem znalazły. Niektórzy ludzie odbywają się bez butów i ponoć są nawet szczęśliwi. Wojciech Cejrowski tym epatuje w swoich reportażach, ale i on czasem buty zakłada. Gdy zobaczyłem plakat zapraszający na spotkanie Stowarzyszenia Bosych Chłopów, postanowiłem tam pójść. Gdzieś na festynach widziałem starszego, długowłosego mężczyznę, który propagował taki sposób poruszania się, co ma być najbardziej zgodne z natura. Na plakacie zapraszano na Trzy historie o butach 23 spotkanie nie tylko chłopów, ale kobiety, dziewczyny, chłopców, wszystkich, którzy chcą ocalać świat i żyć zgodnie z naturą. Spotkanie odbywało się w sali gimnastycznej. Wchodzący odważnie byli jednak od razu zawracani. Trzeba było wpierw zdjąć buty i dopiero boso wejść na salę. Prelegent na tle łagodnej muzyki przekonywał, że podłoga jest parkietowa, czyli to naturalne drewno, została dokładnie wyczyszczona, aby chodzącym nic się nie stało od jakiejś najmniejszej okruszyny. Mówił, jak to ludzie niszczą ten świat, przyrodę, że trzeba w pełni powrócić do źródeł, czerpać energię z ziemi, a przede wszystkim chodząc boso, bo to w pełni stymuluje nasz cały organizm. Logicznie wychodziło z tej przemowy, że faktycznie osoby pozbawione stóp nie powinny żyć, bo cały proces stymulujący funkcje życiowe odbywa się poprzez masaż końcówek nerwowych znajdujących się w stopach. Potem muzyka z cichej zrobiła się bardziej głośna i rytmiczna i prowadzący zachęcał, aby iść z nim i układać stopy podczas chodzenia według jego wskazówek. Jakoś wewnętrznie nie przekonywała mnie ta jego filozofia, ani zalecane ćwiczenia. Patrzyłem na wszystko z dużym dystansem. Nawet chciałem na końcu spotkaniu podejść do prowadzącego i powiedzieć mu wprost: według pańskiej koncepcji ludzie bez nóg faktycznie są martwi. Długo czekałem, aby mieć dostęp do tego guru, bo był oblegany przez nowych i starych wyznawców. Gdy wreszcie prawie już nikogo nie było, podszedłem i zapytałem, czy mogę chwilę porozmawiać. A kim pan jest - zapytał. Odpowiedziałem: dziennikarzem. - To dziś żadnej rozmowy nie będzie. Jestem wyczerpany po seansie. Proszę wejść na moją stronę internetową, odszukać mój adres internetowy i tak się ze mną skontaktować. Odpowiedziałem tylko: dobrze i wyszedłem z sali do przebieralni, gdzie zostawiliśmy buty. Żadnych butów już tu nie było. Ani moich, ani innych. Zostałem bosy. Teraz idąc ulicą czasami podświadomie zerkam, gdy widzę, że jakiś młodzian ma na nogach biało-czarne Jordany, czy nie ma przerwanych w obu butach obustronnych dziurek, przez które nie można przewlec sznurowadeł. Jak widać po spotkaniu bosych chłopów uznał jednak, że lepsze są buty. Nawet nie swoje. 24 Edward Derylak Edward Derylak omnm Mężczyzna otworzył drzwiczki. W twarz buchnął żar. Odłamał kawałek drewienka i wsunął do środka. Gdy błysnął płomień, ostrożnie przytknął do trzymanego w ustach papierosa. Ramieniem wsparł się o piec, a ciepło nieprzerwanym strumieniem wypełniało jego ciało. Poprzez wydmuchiwany dym widział połówki wpuszczonych pod blachę żeliwiaków, z ziemniakami dla świń. Pokrywki podskakiwały nad buchającą parą, syczały krople wody spadające na rozgrzaną płytę. Jeszcze trochę i będą miały dosyć, pomyślał. Wtem zza drzwi na podwórze dobiegł odgłos ostukiwanych o próg butów. Zaskrzypiały drzwi. Ktoś szamotał się w ciemnej sieni. Słychać było szelest miotły, którą przybysz omiatał resztki śniegu na butach. Z ciekawością patrzył na drzwi. Z pewnością to ktoś obcy, tylko kto o tej porze? Od razu skojarzył czerwone światła autobusu, które widział na zakręcie pod lasem, nabierając wodę ze studni. Do przystanku było tylko parę kroków. Może nie do końca obcy; ten nie miałby śmiałości po nocy zawracać ludziom głowy, chyba że jest w drodze, myślał. Sąsiad zza płotu, jednego czy drugiego, nie mitrężyłby tyle czasu, szast-prast i pakowałby się do środka. Pukanie i po chwili w uchylonych drzwiach stanął w całej okazałości nie kto inny, tylko weterynarz; w kożuchu z dużym włochatym kołnierzem, w futrzanej czapie zasłaniającej uszy i z dużą torbą w ręku. Jerzego Strzałkowskiego, doktora, jak między sobą mówili tutejsi, znali wszyscy w okolicy. W białym, przypominającym dziecinny nocnik, kasku na głowie, na czarnej wuesce przemierzał okoliczne wsie. Z brązowym, skórzanym kuferkiem z tyłu i też skórzaną - dla odmiany - jasnobrązową, przewieszoną na pasku przez szyję teczką. Od wiosny do jesieni. W słońcu i w deszczu, i w każdą inną niepogodę. Gdy zimą zasypało drogi, przesiadał się na sanie. Do powiatu, bywał tam dwa, trzy razy w miesiącu, tarabanił się niebieskim autobusem, w śnieżycę i nierzadko przez zaspy. Gorzej było z drogą powrotną. Mieszkał za lasem przy drodze niemieszczącej się w żadnej kolejności odśnieżania. W trudnych chwilach liczył na zaprzyjaźnionych gospodarzy, do których, jak była potrzeba przyjeżdżał nawet w nocy albo w nocy odjeżdżał. Jak trzeba było ratować chore zwierzęta, odebrać trudny poród albo zbadać mięso po kolejnym świniobiciu. Jednym z tych zaprzyjaźnionych był Michał Ha-remza. Od lat łączyła ich pewna zażyłość. Razem niejedną wódkę wypili, ale, choć weterynarz Strzałkowski proponował ze dwa razy, pozostali przy formie pan. „Jak to by wyglądało, że zwyczajny chłop tykałby doktora. Doktor ma być doktor, nie może być inaczej!”. Toteż dzisiaj, w późny już wieczór, pan Jerzy śmiało zakołatał do drzwi. - A skąd to o tej porze? - gospodarz wstał od pieca, by z szacunkiem, jak zawsze czynił, powitać takiego gościa. Posadził doktora przy stole, czapkę i kożuch zawiesił na kołkowym wieszaku na ścianie i dopiero wtedy sam siadł obok; pod oknem, na drewnianej kanapie. Omam 25 Pan Jerzy opowiedział za czym to był w powiecie, wspomniał o zapasie leków, jaki poczynił. Potem zapytał o trzodę, czy zdrowe i nie oczekując odpowiedzi zażartował, że teraz mogą chorować, i wyciągniętą rękę skierował w stronę pękatej torby. Haremza z udawanym oburzeniem uniósł ręce, że nie daj boże, niech doktor trzyma je u siebie. Pogadali o utrzymujących się od kilku dni dużych mrozach i dopiero na końcu wyjaśnił przyczynę swego przybycia o tak późnej porze. - Pół godziny przed odjazdem odwołali autobus do Plewek. - I nic więcej. Poszedłem zapytać, to mi powiedzieli, że jest do Siekowa, zaraz odjeżdża. Zawsze to bliżej. I od razu o panu pomyślałem, panie Michale. I z prośbą o podwiezienie przyszedłem. - Twarz przybyłego pojaśniała w uśmiechu. - A czy ja kiedy odmówiłem? - gospodarz w przyjacielskim geście rozłożył ręce. - Trzeba, to pojedziemy. Nie minęło pół godziny i dzwonki obwieściły, że pod chałupę zajechały sanie. Wymoszczone słomą, z pękatym workiem siana pośrodku. Ma być, jak należy. Kiedy Strzałkowski usadowił się wygodnie, Haremza podał mu koc do okrycia nóg; swój wrzucił na słomę, na razie grzały go waciaki i chłopski, barani kożuch. Wsiadając spojrzał do góry. Upstrzony gwiazdami granat nieba z połówką księżyca, zapowiadały, że i tej nocy mróz nie odpuści. Koń prychał i parskał, zadowolony z czekającej go przejażdżki. Może mniej okazywałby tej radości, gdyby wiedział, że tam i z powrotem to prawie piętnaście kilometrów, a nie jakiś mały spacerek. Lecz nie wiedział, taka jego końska dola. Sanie ruszyły, a pod płozami zaskrzypiał śnieg. Na drodze było pusto, tylko z oddali niosło się szczekanie psa. Po kilkuset metrach wjechali na gościniec, który na przestrzał przecinał widoczny przed nimi las. Za plecami pozostały latarnie, znikały ostatnie światła okien. Ucichł wiatr. Oni postawili kołnierze i oddali się pogawędce. O ostatnim pożarze we wsi opowiedział Michał, weterynarz mówił o jarmarkach, skupach bydła, na których bywał z racji funkcji, to znów gospodarz o kłopotach z kupnem materiału na stodołę... Wreszcie wyswobodzili się z objęć ścian lasu i znaleźli na otwartej przestrzeni. Gościniec wspinał się na niewielkie wzniesienie. Wiatr gwizdał, wciskał do ust słowa, zlodowaciałe, ostre pyłki śniegu cięły policzki, raziły oczy. Zamilkli. Potem, kiedy znowu zanurzyli się w lesie, słowa cedzili jak gospodyni mleko do centryfugi - powoli, z namysłem, aż ucichli. Kasztan znowu poderwał się do galopu, parskał na boki, spod kopyt leciały na nich zbitki zlodowaciałego śniegu. Dzwonkami znaczyli swoją obecność w mroźną noc, w suchym i lekkim powietrzu, pośród ciszy. Po pół godzinie znów pojaśniało, wydostali się z lasu, a z prawej wiatr niósł szczekanie. Byli już blisko. Posesja weterynarza była skromna, ogrodzona zwykłymi sztachetami. Ledwie doktor wygramolił się i niepewnie stanął na drętwych nogach, Haremza zaczął kombinować, jak by tu zawrócić; do przodu, do tyłu, do przodu. Rozwalał zaspy, burzył spokój śnieżnych pierzyn. Przymierzał się do wsiadania, gdy pan Jerzy nienaturalnym, gromkim głosem zapytał; - A dokąd to!? Trzeba się trochę zagrzać! Pan Michał zaczął się wymawiać, że późno, że mróz, że doktorowa na doktora z kolacją czeka... - Otóż to - podchwycił weterynarz - kolacja czeka, a pan, panie Michale, szykuje się do ucieczki. Mróz i wiatr nie pozwolił nam dokończyć rozmowy. 26 Edward Derylak Wprowadzili konia pod wiatę, narzucili na niego jakieś derki i koce, a sami weszli do środka. Otoczyła ich ciepłota. Doktorowa zapraszała do stołu. Spojrzała na męża. Ten porozumiewawczo kiwnął głową. Ona zniknęła na chwilę, gdy wróciła, trzymała w jednej ręce szklanki, w drugiej talerz z pętami swojskiej, nęcąco pachnącej kiełbasy. Doktor przyniósł flaszeczkę. Haremza jakby mniej się już wzbraniał. Pan Jerzy napełnił szklanki prawie do połowy. Wypili. Potem na drugą nogę. Każdy wziął do ręki po pętku, przegryźli. Buchnęło od środka gorąco, Michał poczuł, że płoną mu policzki; zrobiło się mu dobrze i nie chciało wychodzić. Rozmowa zaczęła już płynąć wartko, gdy nagłe, ku zaskoczeniu gospodarzy, nagle się poderwał. - Na mnie już czas. - Zabrzmiało to nad wyraz zdecydowanie, tak że próby zatrzymywania go były już tylko grzecznościowe. — Daleka i zimna droga przede mną. Za drzwiami Haremza poczuł, że będzie pewnie ze dwadzieścia stopni. Śnieg na podwórzu skrzył się milionami gwiazdek, skrzypiał pod nogami. Wieś zastygła w śnie. Pojedyncze, otulone śniegiem okna rzucały małe plamy żółtego światła. Tu i tam szczekały psy, dwa przebiegły drogę i ujadając goniły sanie. Koń chętnie wpadł w kłus. Kopyta krzesały kawałki zbitego śniegu. Jeden zakręt i ostatnia prosta przed lasem. Tuż przed pociągnęło wiatrem od strony łąk. Woźnica odruchowo podniósł bok kołnierza z lewej strony. W lesie ucichło nagle, jakby kto za nimi wrota zamknął. Szybko roztrwoniło się zgromadzone ciepło i przez kożuch wnikał ziąb. Kocem, który w tamtą stronę miał doktor, on teraz okręcił nogi i końce wsunął pod tyłek, jeden z jednej strony, drugi z drugiej. Potem na wierzch narzucił swój. Koń rozgrzał się i niepo-naglany ciągnął teraz lekkie sanki już spokojnie. Woźnica raz po raz zapadał w drzemkę. Wiedział, że do domu koń sam trafi. Jak było trzeba, doprowadzał go na samo podwórze. Czy to z odległej łąki, gdy nie zdążył przed nocą, czy z odpustu w parafii siostry. Zawsze wiedział, w którą skręcić bramę. Minęło już z pół godziny, jak wyjechał od doktora i za nogi zaczął go szarpać ziąb; piął się coraz to wyżej i wyżej, wpełzł pod kożuch. Spadające z gałęzi płatki śniegu już się nie topiły na twarzy, lecz marzły. Opór zimnu stawiała jedynie ciepła papacha na głowie. Koc z wierzchu zsunął się z nóg na stopy, przyprószyły go drobiny śniegu i lodowe ogryzki spod kopyt. Schylił się, chwycił go jedną ręką, strzepnął i zaciągnął na kolana, rozsunął na boki. - Jeszcze trochę, już niedługo - zachęcał kasztana do wysiłku, obiecując ciepłą stajnię i dodatkową kwartę owsa. Byli sami, woźnica i koń, rozbielony las, a w nim cisza wypełniana krystalicznym dźwiękiem dzwonków; wpadał między sosny i gubił się gdzieś w głębi. Michał usiłował spojrzeniem przeniknąć drogę przed nim, zaraz powinna być figura. Mruczał pod nosem starą piosenkę i powoli przysnął. Po chwili coś go obudziło. Zmierzwiony, utytłany w śniegu i bryłkach lodu koc leżał przed stopami. Musiał się unieść, żeby go dosięgnąć. Spojrzał na konia. Zachowywał się niespokojnie. Uszy miał postawione w sztorc i rzucał łbem to w lewo, to w prawo. Pewnie coś dojrzał, pomyślał Haremza, i skierował spojrzenie to na jedną, to na druga stronę. I nic. Figury, którą mijał zawsze, gdy tędy przejeżdżał, też nie było, pewnie została już za nimi. Zapadł w półsen. Kolejny raz obudziło go rżenie konia. Jakby przyspieszył, rżał, nerwowo rzucał łbem i raz o raz spoglądał w prawo. - Co żeś zobaczył? Boisz się czegoś? - woźnica zagadał z troską w głosie. - Popatrzył w tamtą stronę i omal zaniemówił. Kilkanaście metrów od drogi przemykał między drzewami.. . wilk. - To jego się boisz? Omam 27 Skąd ten wilk? - pomyślał. Od lat nie słyszał, żeby tutaj kto wilka zobaczył. Przyjrzał się mu dokładnie. Kawał bydlęcia, od dołu w górę biel przechodziła w szarość. Grzbiet miał mocno przypalony, taka czarna pręga od łba po koniec ogona. Z rozwartej paszcza zwisał niemal do ziemi czerwony jak krew jęzor. Mimo woli przeniósł wzrok na sanie. Skołtuniony koc znowu leżał przed stopami. Co z tym kocem?! Ciągle spada i przesuwa się do przodu, jakby go nogami popychał. Wychylił się w bok, by spojrzeć na drogę. Wiła się tak jakoś dziwnie, zakręt raz w jedną, raz w drugą stronę. Biała i gładka niby zasłana prześcieradłem. I dziewicza, jakby jej pod śniegiem nie było. Obejrzał się do ryłu, tylko samotne ślady płóz jego sań. Znał tutaj nie tylko wszystkie drogi, ale i każdą niemalże dróżkę, rowerowe ścieżki, wiedział skąd i dokąd prowadzą, lecz tych zakrętasów jakoś sobie nie przypominał. Pomyliły się mu kierunki? Nie wiedział, czy jedzie z południa na północ, jak powinien, czy odwrotnie; a może ze wschodu na zachód? Albo gdzieś pośrodku tego czy innego kierunku. I ciemniej jakby się zrobiło. Zadarł głowę, zobaczył mały ogarek księżyca. Znowu popatrzył w bok - wilka nie było. Koń dalej strzygi uszami, rzucał łbem na boki, był ciągle jakiś taki niespokojny, może wystraszony. Zwierzę też ma strach, też się boi, jak każde stworzenie. Coś nie tak, pomyślał Haremza, miał pewne przypuszczenia, zaczął w nie wierzyć i wtedy lodowaty dreszcz przebiegł mu przez plecy. Nie, to nie jest strach, zapewnił siebie, rzucając czujne spojrzenie kasztanowi i po raz kolejny schylił się po koc; strzepał śnieg i kawałki lodu i położył na kolanach. Już nie spał. Patrzył przed siebie, jakby pilnował drogi, chociaż wiedział, że koń sobie poradzi. Zawsze go doprowadzał do chałupy, nawet wtedy, kiedy on nie pamiętał o bożym świecie, wracając z gościny u szwagra. Nie spuszczał też wzroku z czarnej kraty niesfornego pledu. Droga była tak samo gładka, śnieg wyrównał dołki i sterczące korzenie, sanie sunęły jak po stole, a koc... Nie wierzył oczom - koc zsuwał się mu z kolan. Był trzeźwy jak niemowlę, nie czuł nawet zapachu wódki wypitej u doktora. Dziwne mrowienie pełzało mu po plecach, szerokich, mocnych, chłopskich plecach. Koń znowu zarżał, uszy w sztorc postawił i rzucał łbem w prawo. Michał powiódł wzrokiem w tamtym kierunku. Czuł, że ciało pokrywa mu gęsia skórka. Wilk znowu biegł w takiej samej odległości. A przecież jeszcze przed chwilą go nie było. Skąd się wziął? Drzewa w tym miejscu przerzedzone, że nijak nie mogły go schować. Spróbował krzyknąć, ciekawy, czy go przestraszy. Wypadło głucho. Głos uwiązł mu w gardle; przełknął ślinę i jeszcze raz zdobył się na wysiłek, żeby naprawdę ryknąć jak potrafi chłop takiej postury jak on. Z tego okrzyku był zadowolony. Huknął, aż śniegiem z gałęzi poprószyło, lecz wilk nawet się nie obejrzał, jakby nie słyszał. Haremza nie wiedział, co myśleć. A jak nie jest to wilk? Wilk - nie wilk? Jeśli nie wilk, to co? Albo kto? Znika i się pojawia. Poszukał wzrokiem koca - stłamszony leżał pod nogami w słomie. Jakby się domyślił czyja to sprawka, kopnął go ze złością. - A masz! Weź go sobie! Od jakiegoś czasu wilk towarzyszył im z lewej strony. Ten sam? Z prawej go nie ma, to pewnie ten sam. Ale na pewno? Nie, Haremza niczego dzisiaj nie jest już pewny. Na przemian i ciepło, i zimno. Las wygląda na obcy. Gęsty i ciemny. Droga i las, pojedyncze drzewa, te połamane też, widzi pierwszy raz. Byle do pól, wzdycha, stamtąd już blisko. A jeśli za bardzo odbił w prawo - trafi na gościniec, na linię telefoniczną. Stracił poczucie czasu i miejsca, i odległości, przejechanych kilometrów i tych, jakie pozostały do domu. A jeśli kręci się w kółko? Latem wcześnie się rozwidnia, brzask byłby wkrótce, a zimą 28 Edward Derylak znacznie później. Zrezygnowany porzucił wszelkie domysły i zdał się na instynkt konia. Tyle razy go nie zawiódł, to dlaczego by dzisiaj miało być inaczej. Woźnica wychylał się, chcąc wzrokiem przeniknąć nakładające się na siebie pnie, raz w prawo, raz w lewo. Wilk się nie pojawiał. Kiedy las zaczął rzednąć i w oddali zajaśniało, ożywił się, wytężył wzrok. Jeszcze trochę, jeszcze trochę - mówił w myślach do siebie, a głośno zachęcał kasztana do wysiłku. Potem zatrzymał się na skraju lasu. Spojrzeniem omiótł skąpaną w niebieskiej poświacie przestrzeń, jednak linii telefonicznej z szeregiem topól nie było, kopulastego dębu na jego polu też nie. Bez żalu pozostawił ślady płóz, które uciekały w prawo i popchnął niezdecydowanego kasztana w nietkniętą biel. Potem zagłębił się znowu w las, znowu jakieś koleiny prowadziły w nieznane. Haremza nabrał pewności, że zwierzę straciło instynkt i też się pogubiło. Pewnie błąd się czepił. Jego i konia. Przypomniały się mu różne wcześniejsze opowieści ludzi, którzy pobłądzili w znanym im terenie. Teraz trafiło i na niego - pomyślał ze spokojem. Przecież w końcu gdzieś tam wyjedzie. A że później niż powinien. Gdzie się spieszy. Wyśpi się w dzień. Łeb konia odwracał się do tyłu. Gospodarz zrozumiał ten przekaz. Dotychczas tak robił, gdy uznał, że wóz za ciężki. Dzisiaj przecież ciągnął sanie lekkie jak piórko. To o co chodzi? - Ty też zgubiłeś drogę? - spytał, lecz koń nie odpowiedział. Gdyby mógł pewnie by odpowiedział: „Jak i ty”. Wyjechali z lasu. W oddali, z lewej strony, zamajaczyło coś ciemnego, ciągnącego się w poprzek. Haremza się domyślił, że to wioska. Po kilku już minutach wyłoniły się jakby z mgły stodoły ze śniegiem na dachach. Z ulgą nawet słuchał szczekania dolatującego od zabudowań. Koń już szedł ociężale po wyjeżdżonej lekko zaciągniętej śniegiem drodze. Budynki rosły w oczach, przed nimi biegały czarne kreski psów. Wieś spała, kasztan ciągnął pewniej, już się nie oglądał, Haremza przeszywał wzrokiem mijane zabudowania i spostrzegł ze zdziwieniem, że żadne nie jest mu znajome. Całe życie mieszka w jednym miejscu, okolice na głębokość kilku wiosek zjeździł wzdłuż i wszerz, dniem i nocą, latem i zimą, na wiosnę i w jesieni, a dzisiaj ma wrażenie, że pierwszy raz jest tutaj. Nic prostszego jak zatrzymać konia tam, gdzie świeci się w oknie światło, wejść i zapytać. A jak ktoś go pozna, co jest bardzo prawdopodobne, bo za czasów, kiedy pracował w geesie, to ludziska zewsząd przyjeżdżały po nawóz, temu i tamtemu coś dopisał, załatwił, jedni polecali go drugim, znał go bez mała co drugi gospodarz w gminie... I jak on teraz wejdzie do czyjegoś domu o świcie i spyta jak się nazywa wioska? Rozespany chłop przetrze oczy, nie, to nie mara senna, tylko Michał Haremza. Zwariował, czy co? O świcie przychodzi do domu i pyta, jaka to wioska. Co wtedy? Wieść rozniesie się szybko. Będą o nim opowiadać, porozumiewawczo stukając się w czoło. Nie, tego nie zrobi. Od miejsca, gdzie zobaczył wilka - jeśli rzeczywiście wilk to był, a może jego tam nie było, tylko on go widział. A koń? Koń też widział - od tego miejsca wiedział, że jakiś błąd się go czepił, jakiś zły omam. Czepił i dotąd nie puścił, bo nie może być, żeby nie znał tej włoski. Czuł się bardzo zmęczony, chociaż oprócz siedzenia nic więcej nie robił. Gdzieś zapewne w połowie, tak się domyślał, że połowa być powinna, bo nie wiedział jak długa jest wieś, coś się mu zaczęło przejaśniać w głowie. Domy były domami, już bardziej rzeczywistymi i mniej tajemniczymi. Przed nim, z przodu, zamajaczyły dwa betonowe słupy przy drodze, rozpostarte, niby coś obejmowały. Chwycił się ich wzrokiem i nie puścił, aż Omam 29 mógł powiedzieć, że to transformator. Znajome miejsce, skojarzył, spojrzał w lewo, światło w oknie domu - Józia Kusza, dalej mieszka Andrzej Pałys, Kruk. Teraz z pamięci mógłby wymieniać kto mieszka po lewej i prawej. Już poznawał... Spał niemal do południa. Dzieci w szkole. Zona zaglądnęła nawet do niego, czy nie chory. Leżał jak kłoda, nic się nie ruszał. Szeroka pierś rytmicznie unosiła się i opadała. Kiedy tylko się obudził, naciągnął portki, gołe nogi wsunął w filcaki, narzucił kożuch i wyskoczył na podwórze, odprowadzany zdziwionym spojrzeniem żony. Prosto do sań. Zajrzał do środka, koc ubabrany w śniegu i słomie tkwił wciśnięty w przednim rogu skrzyni. Ten drugi, doktora, leżał na słomie. Postał trochę, napatrzył się, potem zajrzał do stajni. Koń się odwrócił w jego stronę. Oczy miał rozbiegane, wystraszone. Grzbiet pokrywała mokra plama. Gospodarz przeciągnął dłonią wzdłuż łba, po białej łacie. - Nie bój się, dzisiaj nigdzie nie pojedziemy. Parę dni i zapomnisz. — Poklepał go delikatnie. 2008,2018 Publikacje można zamawiać na prowincja@onet.pl Można również zamawiać archiwalne numery Prowincji 30 Andrzej Kasperek Andrzej Kasperek PODZWONNE EDWARDA DERYLAKA Szare chaty! nędzne chłopskie chaty! Jak si^ z loami zrosło moje życie, Jak uy, proste, jak loy, bez rozkoszy... Dziś uy dła mnie wspomnień skarb bogaty... Jan Kasprowicz „Z chałupy”, sonet I Z twórczością Edwarda Derylaka spotkałem się w 2021 roku. Byłem wtedy przewodniczącym jury konkursu literackiego, którego organizatorem było Wojsko Polskie. Spośród nadesłanych tekstów (wówczas jeszcze bez podanego autora, żeby niczym się nie sugerować) najbardziej spodobało mi się opowiadanie pt. „Wojak”. Ujęła mnie jego skromność i doskonałe oddany język polskiej wsi sprzed kilkudziesięciu lat oraz dobre odtworzenie szczegółów tamtego świata. Zapamiętanych i odtworzonych bezbłędnie. To opis wizyty urlopowanego żołnierza, który przyjeżdża do rodzinnego domu na krótką przepustkę. Są rodzice wojaka, jego „prawie” narzeczona, zaczepny i porywczy konkurent do jej ręki, jest zabawa ludowa... Mały obrazek, krótka proza o czymś. Wspomnienie, które ma ocalić kawałek odchodzącego w niebyt świata. To opowiadanie dostało na konkursie nagrodę. Autor podarował mi swą książkę „Historie niewyśnione” - zbiór opowiadań, których akcja związana jest z wojskiem. Opowieści z koszar, szkół wojskowych, poligonów... Ta tematyka jest nieprzypadkowa, bo Edward Derylak jest oficerem rezerwy, który na ten temat pisał już wcześniej w książce „Czołgiści, czołgiści...” (współautorem jest Tomasz Lipowski). W biogramie na okładce książki można przeczytać, że autor „urodził się w 1953 r. w Harasiukach nad Tanwią. Mieszka w Żaganiu”. Te dwa fakty zdeterminowały jego życie. Jego wiejskie korzenie - wioska rodzinna leży na Podkarpaciu nad rzeką Tanew, która meandruje od Roztocza do Ulanowa, gdzie wpada do Sanu. I służba wojskowa, m.in. w garnizonie Żagań, znanym ze swych oddziałów pancernych. Nic zatem dziwnego, że kolejny tom opowiadań E. Derylaka nosi tytuł „Opowieści znad Tanwi”. Gdy pierwszy raz go przeczytałem, pomyślałem sobie o Pieterze Brueglu starszym. Kiedy w wiedeńskim Kunsthistorisches Museum podziwiałem obraz „Chłopskie wesele”, zrozumiałem skąd się wziął jego przydomek: Bruegel Chłopski. Jego obrazy ukazywały wieśniaków przy pracy („Żniwa”) i zabawie („Taniec wieśniaków” czy wspomniany obraz wiejskiego wesela). Śledziłem precyzję i doskonałość w oddaniu szczegółów strojów, wyposażenia, niepowtarzalność fizjonomii... Malarz zatrzymał czas, utrwalił chwile pracy i odpoczynku, twarze i sylwetki, „tu i teraz” nie minęło, jest już wieczne. Dał nam wierny obraz tej społeczności, która ma prawo do pracy i do odpoczynku, do miłości i szczęścia, ale która doznaje także nieszczęść i niesprawiedliwości... Podzwonne Edwarda Derylaka 31 Historyczka sztuki Jowita Jagła napisała o nim: ,Artysta jak żaden inny twórca przed nim przedstawił czule, uważnie, intymnie, a czasami z rozmachem życie chłopów, ich łączność z naturą, codzienny znój, ciężar dźwigania na swoich barkach niełatwego losu... Jednak portretując biedę, nie skupiał się wyłącznie na snuciu smutnej refleksji o społecznej niesprawiedliwości, ale z wielką wirtuozerią uwieczniał również chwile radości, zapomnienia, ucieczki. Ukazał więc wir tanecznej zabawy, tłumny krajobraz wiejskich kiermaszy, chłopskie wesele, ucztowanie pod gołym niebem”. Te słowa doskonale pasują do tej małej prozy. Napisałem: „małej”, ale to odnosi się tylko do rozmiarów opowiadań, zwykle nie przekraczają one kilku stron. W skład tomu wchodzą dwadzieścia dwa utwory. Wszystkie spina klamra - Tanew, mityczna rzeka dzieciństwa. „Tylko w tobie mogę rzeko dawnych dni / Tylko w twojej wodzie mogę ból zmyć z moich rąk” - te słowa napisał w 1972 r. Bogdan Loebl a wyśpiewał Tadeusz Nalepa z towarzyszeniem zespołu „Breakout”. „Rzeko dzieciństwa / Gdzie twa woda czysta, która koi ból” - jedynie powrót w rodzinne strony daje szansę ukojenia bólu, staje się plastrem na rany, balsamem dla zbolałej duszy. Ale także zwykłym ludzkim wytchnieniem i sentymentalnym (a może melancholijnym) powrotem do czasów najwcześniejszych, które na zawsze pozostaną czasami szczęśliwymi. Ów kraj dzieciństwa „święty i czysty, jak pierwsze kochanie” zostanie na zawsze miejscem, do którego się wraca. We wspomnieniach, w odwiedziny do rodziny i znajomych, na groby... Wątek cmentarny, a może lepiej funeralny, czyli dotyczący pochówku i żałoby po zmarłym, jest tu mocno obecny. Opis śmierci, pogrzebów, wizyt na cmentarzu, wspomnień o tych, którzy odeszli jest istotną cechą tych opowiadań. Znajdzlemy go w utworach: „Przybyli znikąd”, „Danuśka”, „Ławki”, „Tajemnica Ignacego Dziuby”, „Boryna idzie”, „Dziadek”, „Żółta droga”, „Ludwik” i „Park pamięci”. Dlatego użyłem w tytule słowa „podzwonne”, oznaczającego: hołd pamięci, wspomnienie o czymś, co minęło. Dziś to już archaizm, tak samo jak pierwotne znaczenie wyrazu: bicie w dzwony kościelne na pogrzebie i zapłata dla dzwonnika. Derylak jest takim dzwonnikiem, który mocno trzyma sznur i pociąga go, aby pożegnać odchodzących - zwykłych mieszkańców małej wioski, gdzieś znad Tanwi, ze swej małej ojczyzny. Spodobał mi się elegijny ton tych opowiadań, które próbują zatrzymać i ocalić pamięć o miejscach i ludziach, zwyczajach i obrzędach znikających bezpowrotnie z pejzażu polskiej wsi. Bo oto na naszych oczach dokonała się przemiana, której nikt się nie spodziewał. Andrzej Mencwel, świetny znawca wsi, powiedział w wywiadzie: „uświadomiłem sobie, że w mojej przytomności umarła klasa. Cała klasa społeczna, która liczyła sobie w Polsce ponad tysiąc lat”. Powojenna literatura polska wytworzyła ciekawy nurt chłopski. Można doń zaliczyć twórczość Juliana Kawalca, Tadeusza Nowaka, Edwarda Redlińskiego, Mariana Pilota czy Wiesława Myśliwskiego. Ba, lata sześćdziesiąte ubiegłego stulecia uznaje się wręcz za złotą dekadę literatury chłopskiej. Ale przecież nurt wiejski ma się wciąż dobrze i trwa od kilkudziesięciu lat. Wydał znakomitych pisarzy, pokazał powojenne przemiany życia wsi a ostatnio zaowocował serią świetnych książek podejmujących zasadnicze dla naszej tożsamości tematy: „dziedzictwo pańszczyzny” czy „wyparte chłopskie korzenie polskiego społeczeństwa”. Gdzie umieścić opowiadania Derylaka? Myślę, że śladem Myśliwskiego, który wieszczył „kres kultury chłopskiej” a w swych powieściach nostalgicznie opisywał odchodzący świat 32 Andrzej Kasperek wiejskich chat, autor „Opowieści znad Tanwi” próbuje przekazać nam ów „wspomnień skarb bogaty”, o którym pisał Kasprowicz. Opowieści chłopskich narratorów, wiejskich gadułów, knajpianych opowiadaczy... To zapis czasów minionych. Coś ważnego skończyło się bezpowrotnie. Ta zmiana dokonała się i dokonuje się wciąż. Głos autora jest tu bardzo ważny. Jest on bowiem kronikarzem przełomu, niczym socjolog albo etnograf opisuje zmiany na polskiej wsi. Ma on także szansę (jeden z ostatnich), aby opisać te procesy z pozycji świadka. Albo tego, kto jeszcze może wiarygodnie opowiedzieć np. o wojnie, bo nasłuchał się o niej niejednego, znał jej uczestników. Należy tu wspomnieć o przyczynach owych przeobrażeń - politycznych, ekonomicznych, ustrojowych i cywilizacyjnych. Ale są także powody klimatyczne owych zmian. Czytając opowiadanie pt. „Omam” uświadamiamy sobie, że nie ma dziś scenerii, w której rozgrywa się jego akcja - brak śniegów po pas i zadymek, sanie są tylko w skansenie a wilki w rezerwacie. Ten świat kożuchów, worków z obrokiem, furmanek odszedł. A samo opowiadanie uważam za najlepsze w tym tomie. Autorowi udało się świetnie nawiązać do tradycji polskiej nowelistyki i śmiało jego utwór może stanąć obok nowel i opowiadań naszych klasyków. Ostatni mieszkańcy wiosek Podlasia, Lubelskiego czy Podkarpacia dożywają swych dni. Siedzą na ławeczkach w nadziei, że ktoś się przysiądzie i zechce wysłuchać ich historii. Potrzebują uważnego słuchacza, który poniesie dalej ich „wieść gminną”. Autor nie pozwala im się rozgadać, to nie epickie opowieści jak u Myśliwskiego... Hamuje ich rozlewność, bo inni także czekają ze swoją opowieścią, też chcą być wysłuchani. Nie oczekują, żeby słuchacz się zaangażował, interlokutor nie przerywa ich słów, rzadko o coś dopytuje. Najczęściej to zwykłe, proste historie. Jak ze starej piosenki: „Knajpa, kościół, widok z mostu. / Knajpa, kościół i ten bruk [...] dwie drogi na krzyż”. I Edwardowi Derylakowi udało się znakomicie odtworzyć ten świat prowincjonalny. Jego świat, bo z nim się zrosło jego życie. Posłuchajmy jego podzwonnego! Widok znad Tanwi, Jot. NAC Piotr Napiwodzki Esej PRAKTYCZNA FILOZOFIA Z KRÓLEWCA Mój profesor od historii filozofii, wybitny filozof, profesor Stanisław Pieróg, tak wprowadził swoje wykłady na temat słynnego filozofa z Królewca: „Proszę Państwa, przechodzimy do omawiania Kanta. Cóż, na wstępie należy zaznaczyć, że jest to temat, którego zwykle większość studentów niestety nie rozumie...” - po chwili zastanowienia dodał - „.. .zresztą to samo mogę powiedzieć o wykładowcach”. Immanuel Kant jest filozofem-wizytówką Pomorza. W „Prowincji” także poświęcono mu już nieco miejsca - chociażby ostatnio w numerze 56 naszego kwartalnika'. Nic dziwnego, mało kto odcisnął tak wielkie piętno na nowożytnej filozofii i mało kto byłby tak nieodłącznie związany z jednym, nadbałtyckim miastem, Królewcem. To często właśnie przywiązanie do życia w jednym miejscu jest pierwszym skojarzeniem z postacią tego filozofa. Dla współczesnego człowieka to niezwykle ekscentryczne - jak można praktycznie przez całe życie (z wyjątkiem - jak wiemy - paru miejscowości położonych blisko Królewca, odwiedzin w Braniewie, a także nieco dłuższych pobytów w Jarnołtowie i w Gołdapi) nie wyjeżdżać z jednego miasta? Przecież współczesny dogmat brzmi: podróże kształcą. To zresztą oczywisty mit, bo okazuje się, że podróże kształcą jedynie tych, którzy już wcześniej są wykształceni. Można pojechać np. do Florencji, chodzić po płacach i ulicach miesiącami, zrobić setki zdjęć, a i tak nic „nie skumać” z początków renesansu i wyjechać z miasta jako absolutny ignorant w dziedzinie kultury, historii i sztuki. Obserwujemy to nieustannie w dobie szaleńczego rozwoju turystyki. Z Kantem - jak zresztą ogólnie z filozofią - łączymy też często jakieś krótkie powiedzonka, zgrabne „bon moty”, które mają zwięźle wyrażać - a według niektórych, o zgrozo, nawet wyczerpywać - głębię myśli filozoficznej. Trudno się później dziwić, że filozofię lekceważy się jako zajęcie dla mało praktycznych, a niezwykle pewnych siebie mędrców, którzy rzucają hasła i oczekują poklasku. W przypadku Kanta: „Dwie rzeczy napełniają umysł coraz to nowym i wzmagającym się podziwem i czcią, im częściej i trwalej nad nimi się zastanawiamy: niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie”. Cóż, ładne, ale - jak to mówią - „nie takie rzeczy wymyślało się z kolegami”. Jednak Kant oprócz dobrze brzmiących wstępów napisał naprawdę obszerne dzieła. Przede wszystkim trzy słynne „krytyki” - „Krytyka czystego rozumu” (1781), „Krytyka praktycznego rozumu” (1788) i „Krytyka władzy sądzenia” (1790). Tu kolejna generalizacja dotycząca filozofii - czy to poletko wiecznych krytyków? Czy filozof to ktoś, co sam nic nie robi, a wszystkich krytykuje? Krytyka u Kanta to jednak nie krytykanctwo. Bynajmniej. Krytyka to dla niego analiza. Tak więc w tytułach swoich dzieł zapowiada Por. Z. J. Woś, Jamoltowo w życiu Immanueia Kanta, „Prowincja” 2024, nr 2 (56), s. 39-50. 34 Piotr Napiwodzki skrupulatną analizę tematów - krytyka to logiczna analiza sądów, z których składa się nauka, odkrycie ich struktury logicznej. Istotę „przewrotu kopernikańskiego” dokonanego przez Kanta można próbować streścić w następujący sposób: to rzeczywistość ma się dostosować do umysłu, a nie umysł do rzeczywistości. Jest to więc odwrócenie relacji między podmiotem a przedmiotem i uwydatnienie roli podmiotu. Umysł, poznając, sam wnosi coś do doświadczenia. Podstawą analizy Kanta jest podział na sądy („sąd” to w terminologii Kanta jest tym, co dzisiaj nazwalibyśmy „twierdzeniem” lub po prostu „zdaniem”) analityczne (sądy, w których orzecznik nie zawiera więcej niż podmiot, nie rozszerzają one naszej wiedzy, jak np.. „trójkąt jest figurą trójboczną”) i sądy syntetyczne (wzbogacają naszą wiedzę, w orzeczniku zawiera się więcej niż w podmiocie, np. „żelazo tonie w wodzie”) oraz na sądy a priori (nie wymagające doświadczenia) i a posteriori (formowane na podstawie doświadczeń). W „Krytyce czystego rozumu” podstawowe pytanie brzmi: czy możliwe są sądy syntetyczne a priori - czyli wzbogacające naszą wiedzę, ale niewymagające doświadczenia. Kant uważał, że takie sądy istnieją i występują w matematyce (w przykładzie „5+7=12” 12 to coś więcej niż suma 5 i 7), w podstawach matematycznego przyrodoznawstwa (Kant miał tu na myśli fizykę Newtonowską) - w metafizyce, czyli, ogólniej, w filozofii (takiej, jak najczęściej rozumiano ją przed Kantem), takie sądy syntetyczne a priori są nieprawomocne, a więc metafizyka nie jest możliwa jako nauka. W matematyce sądy syntetyczne a priori są możliwe dlatego, że opisują fakty, które są dane w czystej naoczności czasu i przestrzeni. Co się kryje za tymi nieco tajemniczymi sformułowaniami? Naoczny nie oznacza tu wzrokowy, ale postrzegany przez zmysły, a przestrzeń i czas nie są zmysłowym wrażeniem, ale formą zmysłowego wrażenia. Czas i przestrzeń są funkcjami subiektywnymi, ale to nie znaczy, że każdy postrzega je inaczej - są subiektywne w znaczeniu gatunkowym, to znaczy: wszyscy postrzegają je tak samo. Podmiot poznający narzuca funkcje czasu i przestrzeni na swoje doświadczenie, ale wcześniej (właśnie a priori) te funkcje mogą być przedmiotem na przykład analiz matematycznych (które wzbogacają naszą wiedzę, są więc syntetyczne). W ten sposób Kant zagwarantował użyteczność matematyki dla doświadczenia. Tak zwane „matematyczne przyrodoznawstwo” jest uprawnione ze względu właśnie na osadzenie ich sądów (twierdzeń) w doświadczeniu niezmysłowym (w apriorycznych intuicjach czasu i przestrzeni). Z metafizyką jest trudniej. Na przykład twierdzenie: „Każde zjawisko ma swoją przyczynę” można stosować jedynie do zjawisk danych przez doświadczenie, a więc nie należy go rozciągać do całości rzeczywistości, by na tej podstawie wywodzić wnioski o naturze świata (np. o istnieniu pierwszej przyczyny). Oczywiście można dostrzegać podstawę filozoficznej wiedzy syntetycznej a priori w pewnego rodzaju „intuicjach” czy „wglądach”, które dopiero pozwalają na sformułowanie sądów o naturze bytu, poznania i moralności. Kant przyjmował tego typu podstawę dla moralności i są to słynne „imperatywy kategoryczne” - nie można uzyskać z doświadczenia, po prostu jest w nas, narzuca się apodyktycznie jako wartość - to właśnie jest wzbudzające podziw „prawo moralne we mnie”. Nie jest to jednak coś tylko w indywidualnie rozumianej osobie, bo prawa moralne ustanawia rozum pojęty gatunkowo, ogólnie. On wyznacza cele, najistotniejszy element w strukturze naszych działań. Człowiek nie tylko poznaje, ale też działa. Stąd też rozum „teoretyczny” i rozum „praktyczny”. W dorobku Kanta jest jednak jeszcze także „Krytyka władzy sądzenia”, dzieło. Praktyczna filozofia z Królewca 35 które jest próbą „zasypania” przepaści między rozumem praktycznym a teoretycznym. Władza sądzenia łączy się ze zjawiskiem sztuki i wychodzi od pytania, jak są możliwe sądy estetyczne. Dotyczą one piękna, mają na pozór charakter subiektywny, ale przecież są w pewnej części wspólne. Coś wspólnego musimy „nakładać” na rzeczywistość, gdy większość z nas wskazuje na ten czy inny obiekt i mówi, że akurat on jest piękny, że się podoba. Oceniamy to bez żadnego celu - według Kanta sąd estetyczny jest bezinteresowny, ale przecież zaspokaja coś, co można nazwać potrzebą estetyczną. Oczywiście, później możemy już niuan-sować nasze sądy, mówiąc na przykład, że coś jest kiczem, bo schlebia gustom większości, a więc nie tyle się podoba, co raczej stara się przypodobać, stosując mniej lub bardziej łatwe do zdemaskowania chwyty. Tak więc odpowiedź na pytanie o sądy estetyczne jest złożona, ale, nie wchodząc już głębiej w szczegóły, są one dobrym przykładem na łączenie moralnego świata celów ze światem doświadczenia. Zdaniem Kanta władza sądzenia łączy pewne funkcje rozumu teoretycznego (posługuje się doświadczeniem) z pewnymi funkcjami rozumu praktycznego (ujmuje rzeczywistość w kategoriach celu). Inaczej to formułując: władza sądzenia traktuje sferę doświadczenia stosując do niej kategorie celu. Do dzisiaj dyskutuje się o problemach analizowanych przez Kanta. Wiedza aprioryczna to temat dla epistemologii, filozofii umysłu, filozofii języka i innych pokrewnych dziedzin. Od XVIII wieku wiele się zmieniło, powstało wiele kierunków i stanowisk, a poszukiwania tego, co pewne i konieczne w ludzkim poznaniu świata, zainspirowało wielu do podjęcia refleksji na ten temat. Filozofia okazała się konieczna do określania tak własnych granic, jak i ogólnie granic ludzkiego poznania, tworzenia ram dla wszystkich nauk. To jedna z ważniejszych funkcji filozofii. I już w tym punkcie okazuje się ona czymś nad wyraz potrzebnym, wprost niezbędnym, aby porządkować nasze myślenie i pozwolić nam podejmować refleksję nad tym, co w ogóle możemy poznać, co możemy poznać w sposób pewny i w jaki sposób to zrobić, czyli jakich metod do tego użyć. Co jest jedynie zjawiskiem, a co tkwi głębiej i jaki mamy do tego „głębiej” dostęp. Filozofia zyskuje więc status nauki wstępnej, przedmowy, wstępnych rozważań wprowadzających. To właśnie jest „prolegomena” i taki tytuł nosi jeszcze inne bardzo znane dzieło Kanta. Co prawda brzmi nieco dłużej i wygląda niezachęcająca, ale to w gruncie rzeczy skrót „krytycznej” filozofii Kanta: „Prolegomena do wszelkiej przyszłej metafizyki, która będzie mogła wystąpić jako nauka” (1783). Na zakończenie tej książki Kant pisze między innymi: „Krytyka, przeciwnie, daje sądowi naszemu miernik, za pomocą którego można w sposób pewny odróżnić wiedzę od pseudowiedzy; i dzięki temu, że w metafizyce może ona być w pełni zastosowana, ugruntowuje sposób myślenia, który swój wpływ dobroczynny roztacza następnie na wszelkie inne użycie rozumu, a przede wszystkim budzi po raz pierwszy prawdziwego ducha filozoficznego”^. Filozofia ma więc wstrząsnąć tym, co uważa się ze pewne, uczyć mądrze i metodycznie wątpić. Uświadamia skalę naszej niewiedzy i niezrozumienia tego, co dokonuje się w świecie. Słynne „wiem, że nic nie wiem” Sokratesa jest pierwszym etapem filozoficznego „nawrócenia”. Zmienia to postrzeganie i przeżywanie świata, a ta zmiana dokonuje się na meta-poziomie. To właśnie „meta-” , greckie „ponad” (jak analizowana przez Kanta „metafizyka” - „to, co ponad fizyką”), jest miejscem modyfikacji układu odniesienia, albo ^ I. Kant, Prolegomena, przeł. B. Bernstein, J. Suchorzewska, Warszawa 1993, s. 139. 36 Piotr Napiwodzki lepiej - „matrycy interpretacyjnej”, którą przykładamy do tego, z czym się stykamy na różnych innych poziomach. To właśnie najbardziej praktyczny wymiar filozofii, która zbliża się w takim ujęciu do rodzaju duchowych ćwiczeń. Ćwiczenia fizyczne są pochwalane, nagradzane i promowane (chociaż przecież też niespecjalnie powszechnie praktykowane), a ćwiczenia myślenia uważa się za zbędne, za pewną ekstrawagancję. Jeśli to, co wykracza ponad jakąś prostą przynoszącą profity sprawność, uważamy za przesadę i marnowanie sił czy środków, to wcześniej czy później utracimy sens także w praktykowaniu nabytych sprawności, pozostaniemy z całą masą nieuświadomionych pytań, których nigdy nie zadaliśmy. Tak nie ruszy się z niczym twórczym, z niczym, co potrafi zjawiska wyjaśnić, pojąć, jak one działają, jakie mechanizmy odgrywają w nich główną rolę, jaki ewentualnie im może przyświecać cel i na ile jesteśmy uprawnieni do poszukiwania tego celu. Jakże więc mylą się ci, którzy filozofię traktują jako coś niepotrzebnego, niepraktycznego, nieżyciowego (a gdzie w Polsce w szkołach uczy się jeszcze filozofii?). Jest przecież dokładnie na odwrót; bez filozofii, bez mądrej „krytyki”, jesteśmy bezbronni i bezradni, zwłaszcza w naszej rzeczywistości, gdy skala i tempo zacierania się granic między tym, co realne, a tym, co wirtualne i nierealne, wprowadza chaos i dezorientację. Jak to niemalże proroczo wyraził inny wielki filozof i logik, dominikanin Józef Maria Bocheński, w zakończeniu swojej niewielkiej, a przecież bardzo znanej i cenionej książeczki pt. „Współczesne metody myślenia”: „Wiedza, rozum są dzisiaj tak zagrożone, jak to się niegdyś rzadko zdarzało, a wraz nimi zagrożone jest także to, co ludzkie po prostu; być może nawet samo istnienie człowieka. Tylko autentyczna filozofia, która do poznania używa u/szystkich środków, mogłaby przyjść z pomocą w tej sytuacji. Nie zaś nauki szczegółowe i podobne im upraszczające systemy, które jako związane z jedną metodą, nie są w stanie ogarnąć całości”^. Tak zwani neokantyści od połowy XIX wieku postulowali „powrót do Kanta”. To oczywiście historia filozofii i nie jest naszym zadaniem przedzieranie się przez subtelności poszczególnych kierunków i ich szerokiego oddziaływania na różne dziedziny wiedzy. Na nasze potrzeby jednak „powrót do Kanta” ma służyć nowemu spojrzeniu na filozofię jako taką oraz na jej praktyczny, wprost terapeutyczny, wymiar. ’ J. M. Bocheński, Współczesne metody myślenia, przeł. S. Judycki, Poznań 1992, s. 138. Wędrówki po prowincji Wiesław Niedziałkowski 6E0P0ETYKA POWIŚLA W TEKSTACH AUTOBIOGRAFICZNYCH MIĘDZYWOJNIA CZ^ŚĆ I - w STRONĄ POJfĆ I DEFINICJI GEOPOETYKA - W POSZUKIWANIU DEFINICJI Pojęcia „geopoetyka” nie znajdziemy w kanonicznych encyklopediach i słownikach języka polskiego, niemieckiego i angielskiego. Tym bardziej intrygujące będą informacje podane przez twórcę tego pojęcia, Kennetha White' a: Słowo to pojawiło się w mojej pracy około 1978 r. [...] Gdybym miał się pokusić o słownikowe zdefiniowanie tego terminu, to powiedziałbym: „Studium związków intelektualnych i zmysłowych pomiędzy człowiekiem a ziemią w celu wykształcenia harmonijnej przestrzeni kulturowej”'. Definicja ta jest szeroko otwarta na różnorodne obszary interpretacyjne i wieloaspektowa w odniesieniu do potencjalnych pól badawczych. Ten pochodzący ze Szkocji poeta, filozof i wykładowca akademicki przemierzył wzdłuż i wrzesz całą kulę ziemską, na dłużej związał się jedynie z francuską Bretanią. Najlapidarniej jego identyfikację jako współczesnego nomady oddają jego własne słowa: „Euroamerykazja to mój duchowy kontynent”^. Jak podaje Kazimierz Brakoniecki, Kenneth White założył Międzynarodowy Instytut Geopoetyki, był również twórcą „Zeszytów Geopoetyckich”. W centrum jego zainteresowania była relacja człowieka i planety, którą zamieszkuje, ale również stosunek do konkretnych miejsc - ta pozorna sprzeczność przejawiała się również na innych obszarach. Popularyzował wizję poety jednocześnie nowoczesnego i zarazem poety jako archaicznego szamana. Studiował m. in. dzieła średniowiecznych filozofów celtyckich i zarazem poezję amerykańską. W jego twórczości ta postawa kontrastu znalazła wyraz w przedstawieniu jednocześnie lokalnego oraz kosmicznego doświadczenia świata’. W opinii Brakonieckiego „pisarstwo White'a [...] jest oryginalne i charakteryzuje się poważnym podejściem do tematu, który jest z zasady prosty w sensie formalnym i głęboki w kontekście ukazywanego doświadczenia wewnętrznego”''. ' K. White, Poeta Kosmograf, przekład K. Brakoniecki, Olsztyn 2010, s. 35. ’ Ibitiem, s. 54. ’ Por. K. Brakoniecki, Posłowie tłumacza, [w:] White Kenneth, Poeta Kosmograf, Olsztyn 2010, s. 192-193. * Ibidem, s. 194. 38 Wiesław Niedziałkowski Próbę zredefiniowania pojęcia „geopoetyka” podjęła Elżbieta Rybicka w pracy: „Geo-poetyka. Przestrzeń i miejsce we współczesnych teoriach i praktykach literackich” (2014), Publikacja stanowi najobszerniejszą syntezę literaturoznawczą w zakresie polskiej refleksji geopoetycznej. Termin ‘geopoetyka’ badaczka definiuje w następujący sposób: Geopoetykę chciałabym [...] zdefiniować jako orientację badawczą, która zmierza w stronę kompleksowego, wieloaspektowego [.,.], jednak nie całościowego projektu analizowania i interpretowania interakcji (w tym także cyrkulacji) pomiędzy twórczością literacką i praktykami kulturowymi z nią związanymi a przestrzenią geograficzną’. Mimo że definicja ta zawiera w sobie wyraźniej naszkicowany zakres i kierunek interpretacji niż w przypadku Kennetha Whithe'a, to nadal geopoetyka - jak podkreśla sama lite-raturoznawczyni - to „pojęcie-w-działaniu i pojęcie wędrujące”^, tym samym wymykające się ostatecznym definicjom. Geopoetykę w ujęciu Elżbiety Rybickiej należy rozumieć jako międzyprzestrzeń rozpiętą między dwoma biegunami: wytworami aktywności literackiej o szerokim wachlarzu gatunkowym a przestrzenią geograficzną, która mieści w sobie pokłady historyczne, kulturowe oraz biologiczne. Autorka prezentuje analizę szerokiego spektrum zagadnień odnoszących się do obu komponentów słowa ‘geopoetyka’. Przedmiotem rozważań badaczki są inne pojęcia zawierające prefiks ‘geo’: geokrytyka, geokulturologia, geohumanistyka oraz pogłębiona analiza poetyckości w jej relacjach ze sferą ‘geo’ - począwszy od odniesień do klasycznych teorii Arystotelesa po nurty postmodernistyczne. Badaczka prezentuje w swoim opracowaniu dotychczasowy stan refleksji geopoetycznej w literaturoznawstwie polskim oraz światowym^. Specjalne miejsce poświęca Kazimierzowi Brakonieckiemu, współautorowi ujęcia ‘geopo-etyki’, która będzie koncepcyjnie najbliższa prezentowanym w dalszej części artykułu rozważaniom geopoetycznym®. Kazimierz Brakoniecki - poeta, eseista, tłumacz m. in. Kennetha Whłte'a, a także -poprzez współtworzenie pism takich jak „Borussia” oraz instytucji jak Wspólnota Kulturowa Borussia czy Dom Bretanii na Warmii i Mazurach - twórczy inicjator oraz kreator nowego regionalizmu, zakorzenia geopoetykę w lokalnych i regionalnych kontekstach’. Przedmowa do antologii „Borussia. Ziemia i ludzie” autorstwa jego oraz Winfrieda Lip-schera zawiera następujące credo geopoetyczne: Przez geopoetykę rozumiemy tu tworzenie uniwersalnej przestrzeni kulturotwórczej wynikającej z dialogowego stosunku człowieka do małej ojczyzny, a przez geopolitykę - proces ograniczania relacji człowieka do małej ojczyzny w imię partykularnych i „monologowych” ’ E. Rybicka, Geopoetyka. Przestrzeń i miejsce we współczesnych teoriach i praktykach literackich, Kraków 2014, s. 92. ‘ Ibidem, 3. \Q. Por. ibidem, s. 88-91. * Pod. ibidem, s. 87-88. ’ Por. Borussia. Ziemia i ludzie. Antologia literacka, red. K. Brakoniecki/W. Lipscher, Olsztyn 1999, s. 12 oraz E. Rybicka, op. cit., s. 87. Geopoetyka Powiśla w tekstach autobiograficznych międzywojnia. Część I - w stronę pojęć i definicji 39 wartości podnoszonych do rangi absolutów (np. „nasz” język, dziedzictwo, historia, ziemia... w opozycji do „obcych”)'”. To kreowanie uniwersalnych przestrzeni kulturowych mimo różnych obszarów działania łączy Kennetha White' a - naukowca i współczesnego nomadę - oraz Kazimierza Brakonieckiego - poetę i neo(regionalistę)". O wiele bardziej interesujące są niemniej dzielące ich różnice. „W odróżnieniu od kosmopolitycznego projektu White'a [...], ja w swojej poezji i esejach nie umiałem (i w sumie nie chciałem) pozbyć się indywidualnego rysu historiozoficznego oraz środkowoeuropejskiego [...] opisywanych miejsc”'^. Lokalne i regionalne kody kulturowe i uwarunkowania historyczne są - w oparciu o myśl olsztyńskiego poety- niezbędnym elementem do zbudowania jakiejkolwiek tożsamości, aby można było się do niej odnieść i ewentualnie wyjść z lokalnej perspektywy retrospektywnej w kierunku nowych uniwersalnych światów prospektywnych. Kazimierz Brakoniecki nie jest alchemikiem, który planuje kreację nowych bytów kulturowych ex nihilo. POWIŚLE - KRAINA WYOBRAŻONA Opuszczamy Warmię i Mazury. Na osi czasu przenosimy się do okresu międzywojnia. Pogranicznymi oraz częściowo granicznymi rzekami Drwęcą i Osą, które dzielą wówczas Polskę i Prusy Wschodnie, docieramy do Wisły. Przekraczając ówczesną granicę w Russe-nau (poi. Rusinowo) wkraczamy tym samym do wyobrażonej krainy o nazwie ‘Powiśle’. Dlaczego wyobrażonej? Pojęcie ‘Powiśle’ nie występuje w przedwojennych słownikach geograficznych’’, brak go również w wielkich encyklopediach powojennej Polski czy atlasach zawierających oficjalny wykazach regionów geograficznych*'*. Niemniej w lipcu 1920 r. na terenie Warmii, Mazur i Powiśla odbył się plebiscyt - wydarzenie powszechnie znane i przypominane podczas kolejnych rocznic. Jednak w wyborze źródeł „Plebiscyty na Warmii, Mazurach i Powiślu w roku 1920” (1986) wśród ponad trzystu załączonych dokumentów nigdzie nie znajdziemy słowa „Powiśle”'\ Występują tam wszelkie możliwe ekwiwalenty zawartego w tytule tej pracy słowa: „powiaty nadwiślańskie/powiślańskie”’, „Sztumskie” i „Kwidzyńskie”, „Rejencja kwidzyńska” etc. Brak jednak słowa „Powiśle”. Dalsze eksploracje źródeł w odniesieniu do okresu międzywojnia pogłębiają jeszcze trudności w ustaleniu genezy przedmiotowego pojęcia. ” Borussia. Ziemia i lutizie. Antologia literacka, red. Kazimierz Brakoniecki/Winfried Lipscher, Olsztyn 1999, s. 10. " Na temat pokrewieństwa ideowego obu poetów por. A. Kronenberg, Geopoetyka. Zwicfzki literatury i Irodowiska, Łódź 2015, s. 179-183. '^ K. Brakoniecki, op. cit., s. 192. '^ „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” w 15 t. (1880-1902); „Słownik geograficzny Państwa Polskiego i ziem historycznie z Polską związanych” w 91. (1936-1939) niedokończony ze względu na wybuch IIWS. '* „Wielka Encyklopedia PWN” w 13 t. (1962-1970), „Wielka Encyklopedia PWN” w 31 t. (2001-2005); „Adaś Rzeczypospolitej Polskiej”, red. M. Najgrakowski, Warszawa 1993. ” Por. Plebiscyty na Warmii, Mazurach i Powiślu w 1920 roku. Wybór źródeł, red. Piotr Stawecki/Wojciech Wrzesiński, Olsztyn 1986. 40 Wiesław Niedziałkowski I tak Mieczysław Jałowiecki, pierwszy oficjalny przedstawiciel Rządu Polskiego w Wolnym Mieście Gdańsku (1919-1920), odwiedzając Helenę i Stanisława Sierakowskich w Waplewie Wielkim, z dzisiejszej perspektywy leżącym na ścisłym Powiślu, wspomina, że „Rodzina Sierakowskich była jedną z nielicznych rodzin starej szlachty pomorskiej, które na Warmii [...] walczyły z uporem o polskość [...]”'^. Jałowiecki przekonany był więc, że przebywał na Warmii, a nie na Powiślu. Trudno się dziwić emigrantowi z byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, skoro jego gospodarze zaangażowani byli w Warmińskim Komitecie Plebiscytowym z siedzibą w Kwidzynie. Należy tu również pamiętać, że Diecezja Warmińska z siedzibą we Fromborku obejmowała wówczas swoim zasięgiem katolików mieszkających na obszarze, który dzisiaj nazywamy Powiślem. Osobliwym dokumentem w tym kontekście jest notatka dotycząca rozmowy Stanisława Sierakowskiego z Józefem Piłsudskim o wolności wyznaniowej na Warmii*^, której treść przedstawiono na zdjęciu. '^ M. Jałowiecki, Na skraju Imperium i inne wspomnienia, Warszawa 2014, s. 316. '’^ Archiwum Akt Nowych, Konsulat RP w Kwidzynie, Sygn. 2/478/0/5/29, s. 1 z 2. kUi.....—---------— Notatka o rozmowie S. Sierakowskiego z J. Piłsueiskim o woinosci wyznaniowej na Warmii. Źródło: Archiwum Akt Nowych. Geopoetyka Powiśla w tekstach autobiograficznych międzywojnia. Część I - w stronę pojęć i definicji 41 Melchior Wańkowicz podczas swojej podróży po Warmii i Mazurach latem 1935 r. kieruje się w stronę Powiśla. W rozdziale zatytułowanym „W Malborei” autor wyjaśnia ceł tej podróży: „[...] odkryliśmy na Powiślu, czyli, jak tam powszechnie przyjęto mówić, w Malborei, krewniaków”'®. Autor niniejszego tekstu nie spotkał w innych badanych tekstach źródłowych przytoczonego przez Wańkowicza określenia, które jest zapewne nawiązaniem do najczęściej używanego synonimu słowa „Powiśle” w okresie międzywojnia, czyli do „Ziemi Malborskiej”. Władysław Łęga - etnograf i duchowny rodem z Powiśla - definiuje ją w następujący sposób: Ziemią malborską nazywamy obszar między Wisłą, Nogatem, rzeką Dzierzgoń, Liwą a linią Malborka, zamieszkały przed ludność polską, mówiącą narzeczem malborskim. Jest to uszczuplony zasięg dawnego województwa malborskiego. Administracyjnie należy ziemia malborska dzisiaj [rok 1933 - przyp. W. N.] w przewarzającej części do Rzeszy Niemieckiej, wchodząc w skład powiatów malborskiego, sztumskiego, kwidzyńskiego i suskiego, włączonych do Prus Wschodnich [...]”. Halina Donimirska-Szymerowa, przedstawicielka jednej z bardziej liczących się w regionie rodzin ziemiańskich, wspomina w swoich memuarach, że w połowie lat trzydziestych Powiśle odwiedzali goście oraz jej krewni z Polski, którym prezentowano okoliczne atrakcje i zabytki, nie wyłączając zamku malborskiego. Zauważa przy tym, że „chętniej używaliśmy dla naszej, małej ojczyzny’ historycznej nazwy Ziemia Malborska niż Powiśle, gdyż nawiązywała do jej polskich tradycji”^*’. Z powyższych fragmentów wspomnień wynika, że w latach trzydziestych pojęcie „Powiśle” funkcjonowało w społecznym obiegu, natomiast regionu tego nie nazywano w sposób jednorodny. Kto, kiedy i w jakim celu ukonstytuował to pojęcie? Cennych informacji udziela nam Hubert Górnowicz, językoznawca z Uniwersytetu Gdańskiego, który pojęcie „Powiśle” wprowadził do dyskursu naukowego: Termin Powiśle powstał w dwudziestoleciu międzywojennym w Związku Polaków w Niemczech jako nazwa obszaru, na którym mówiono polskimi gwarami malborskimi. Stanowił on w strukturze tego związku w byłych Prusach Wschodnich przeciwstawienie w stosunku do Warmii i Mazur^'. Autor nie powołał się tu jednak na żadne źródło. Związek Polaków w Niemczech powstał w roku 1922, a Statut tego związku nie zawiera słowa Powiśle^^. Idąc tym tropem autor niniejszego tekstu zapoznał się z treścią statutu Związku Polaków w Prusach Wschodnich (nazwa oryginalna to Ustawy Związku Polaków w Prusach Wschodnich), gdzie '* M. Wańkowicz, Na tropach Smitha, Łódź 2023, s. 313-314; edycja na podsawie pierwszego, niecenzurowanego wyd. z r. 1936. ” ks. W. Łęga, Ziemia Malborska. Kultura lutźowa, Gdynia 2018, s. 71. ^^ H. Donimirska-Szyrmerowa, Był taki świat..., Poznań 2023, s. 154—155; autora nawiązuje tu do przynależności Województwa Malborskiego do państwowości polskiej w okresie 1466-1772. ^' H. Górnowicz, Toponimia Powiśla Gelańskiego, Gdańsk 1980, s. 5. “ Por. Zbiory Muzeum w Kwidzynie, Satut Związku Polaków w Niemczech, nr inw. MK/Hpk/37. 42 Wiesław Niedziałkowski W pkt. 6 „Organizacja” widnieje zapis: „Także C.[entralny]K.[omitet] mianuje trzech sekretarzy obwodowych, a to po jednym na Powiśle, Warmię i Mazury”^^. W statucie zawarte jest miejsce i data: „Olsztyn, dnia 30 listopada 1920 r.”^'* Statut został poprzedzony protokołem z zebrania konstytucyjnego Związku Polaków w Prusach Wschodnich, gdzie w pierwszym akapicie - z zachowaniem pisowni oryginalnej - zapisano: W myśl uchwały powziętej na wspólnym posiedzeniu Rad Ludowych powiatów Sztumskiego i Kwidzyńskiego odbył się w Olsztynie w hotelu International zjazd delegatów ludności polskich z Powiśla, Warmji i Mazur. Upoważnionych do głosowania delegatów przybyło z Kwidzyńskiego 3, z Sztumskiego 6, z Warmji 7, z Mazur 1. [...] Posiedzenie rozpoczęło się w wtorek, dnia 30. listopada rb. o godz. 11. przed poł.^^ Jest to najwcześniejszy dokument zawierający słowo „Powiśle”, do którego udało się dotrzeć autorowi. W sferze publicystyki regionalnej pojęcie „Powiśle” zadebiutowało jeszcze wcześniej. Justyna Liguz, historyk z Kwidzyna i współredaktor jego najobszerniejszej dwutomowej monografii „Kwidzyn. Dzieje Miasta” (2004, 2013), wskazała tu^*’ „Gazetę Polską dla powiatów nadwiślańskich”, gdzie już po przegranym plebiscycie z datą 24 lipca 1920 znaj-dziemy na stronie tytułowej tekst pod tytułem „Znaczenie ogólnoeuropejskie problemu przynależności Powiśla do Polski”^^. Ten dwuszpaltowy tekst podpisał Paweł Chmura, jednak ze względu na zdecydowanie antyniemiecką wymowę tego artykułu i ówczesne realia polityczne, należy założyć, iż prawdziwy autor posłużył się tu pseudonimem. W kolejnej części cyklu o „Geopoetyce Powiśla” cytowany będzie tekst Stefana Żeromskiego ze zbioru reportaży wspomnieniowych pod tytułem „Inter Arma” opublikowany w listopadzie 1920 r. Natomiast rozdział „Iława - Kwidzyn - Malborg” dotyczący pobytu pisarza na Powiślu w czasie akcji przedplebiscytowej został zamieszony wcześniej na łamach „Rzeczpospolitej” dnia 18 czerwca 1920 r.^® W reportażu pojęcie „Powiśle” występuje expressis verbis w odniesieniu do terenu położonego po prawej stronie Wisły zamieszkałego przez etnos polski i nie mogło być kalką znanego zapewne Żeromskiemu Powiśla warszawskiego (wówczas osiedle robotniczo-przemysłowe po lewej stronie Wisły). Czy możemy zatem założyć, że akuszerem pojęcia „Powiśle” był Żeromski? Tak, o ile udałoby się udowodnić, że redaktorzy „Gazety Polskiej dla powiatów nadwiślańskich” znali i inspirowali się tekstem Żeromskiego. Z pewnością nie wolno pominąć siły odzia-ływania tego pisarza. Do pracy Jędrzeja Giertycha „Za północnym kordonem (Prusy Wschodnie)” (1934, tu: 2022) załączona jest mapa Prus Wschodnich (Mapa 1), która w sposób wyrazisty ilustruje określenie, że Powiśle oznaczone na mapie jako Ziemia Malborska „jest ^^ Zbiory Muzeum w Kwidzynie, Ustawy Związku Polaków w Prusach Wschodnich, nr inw. MK/Hpk/56, s. 3. Ibieźem, s. 4. ^’ Archiwum Państwowe w Bydgoszczy, Odpis Protokołu z zebrania konstytucyjnego Związku Polaków w Prusach Wschodnich, sygn. 6/4/0/2.1.1.11/2221, s. 1. “ Notatki z roku 2007 przekazane autorowi via e-mail z dnia 16.05.2025. ^’ „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich”, rok I, nr 97, 24.07.1920, s. 1. “ „Rzeczpospolita”, rok I, nr 4, 18.06.1920, wydanie wieczorne, s.3. Geopoetyka Powiśla w tekstach autobiograficznych międzywojnia. Część I - w stronę pojęć i definicji^ Ziemia Malborskajako „półuysef) Pomorza". Żrótilo: J. Giertych, Za północnym kordonem (Prusy Wschodnie), Olsztyn 2022, wkładka h. s. 44 Wiesław Niedziałkowski półwyspem Pomorza, mimo pewnych cech swoistych zrośnięta jest tysięcznymi węzłami zadzierzgniętych stosunków i urobionych wiekami podobieństw z krajem poza Wisłą”^’. Przegrany plebiscyt i wyznaczenie granicy na linii Wisły i Nogatu spowodowały w znacznym stopniu zerwanie wielowiekowych więzów łączących Powiśle z Pomorzem. Całkiem nowa sytuacja polityczna spowodowała, że Powiśle znalazło się w orbicie odzia-ływania prowincji wschodniopruskiej. Tu leżały podstawy wykreowania tożsamości po-wiślańskiej, emancypacja regionalna wobec Warmii i Mazur, a sama nazwa tego regionu dookreślała jego autonomiczną identyfikację i aspiracje jako odrębnego obszaru. Wymagało to wykreowania nowego szyldu, pod którym wystąpili ostatecznie przedstawiciele Kwidzyna i Sztumu podczas tworzenia Związku Polaków w Prusach Wschodnich. W odniesieniu do definicji pojęcia „Powiśle” celem autora była wyłącznie próba odpowiedzi na wyżej postawione pytania o genezę powstania tego pojęcia w okresie międzywojnia. Na temat wieloaspektowej tożsamości Powiśla w szerokim ujęciu historyczno--kulturowym powstały w ostatnim czasie osobne, pogłębione opracowania^®. Na zakończenie należy powiedzieć jeszcze klika słów o zasięgach terytorialnych. „Powiśle” nie posiada do dzisiaj jednoznacznie określonych granic i wykazują one zmienność w zależności od przyjętych kryteriów. Ze względu na badany tu okres międzywojnia brak tu odniesień do innych okresów przed i po dwudziestoleciu międzywojennym. Wyjątek stanowi maksymalna koncepcja terytorialna Powiśla opracowana w latach pięćdziesiątych przez Rajmunda Galona z Instytutu Zachodniego w Poznaniu’’, która pełni tu funkcję odniesienia dla dwóch innych obszarów okresu międzywojnia, czyli Powiśla jako Ziemi Malborskiej i obszaru plebiscytowego (Mapa 2). Koncepcja Instytutu Zachodniego w Poznaniu i jej maksymalny zasięg terytorialny Powiśla rozwiązywała problem uzasadnienia praw państwa polskiego do historycznej Pogezanii (Prusy Górne, niem. Oberland), regionu usytuowanego w przybliżeniu między rzeką Pasłęką na wschodzie a granicą obszaru objętego plebiscytem roku 1920 na zachodzie. Ten szeroki pas terytorium znajdował się pomiędzy Powiślem a Warmią i Mazurami. O ile w odniesieniu do terenów Warmii, Mazur i Powiśla istniały przesłanki uzasadniające historyczną polskość tych ziem, to na terenie Prus Górnych Polacy do roku 1945 nie zamieszkiwali w zwartych grupach’2. Na miniaturze tej mapy w prawym górnym rogu widzimy, jak poprzez połączenie trenów Powiśla, Warmii i Mazur ten terytorialny problem został rozwiązany. Plebiscyt na Powiślu w 1920 r. został przeprowadzony na terenach, gdzie Niemcy (w większości) i Polacy (w mniejszości) zamieszkali wspólne terytorium, co stanowiło o niepowtarzalności tego regionu i dlatego też to kryterium wytycza osobne granice Powiśla” oraz obszaru, do którego odnosić się będą analizowane tu teksty autobiograficzne w języku polskim i niemieckim. Mapa ilustruje również specyfikę granicy na Wiśle, ” J. Giertych, Za północnym kordonem (Prusy Wschodnie), Olsztyn 2022, s. 72. ** Por. A. Paprot-Wiełopolska, Żuławy i Powiśie. Kreowanie tożsamołci łokałnych i regionainych po 1989 roku, Warszawa 2018, s. 29-30; eadem, Social and institutionał construction of regionai borders in the Western and Northern Lands — on the exampie of Żuławy and Powilłe, „Połiteja”, nr 2 (53), 2018, s. 305-334; K. Zdziennicki, Powiśle, Gdynia 2024. Por. R. Galon, Powiśle. Geografia, [w:] Wirmia i Mazury, red. S. Zajchowska/M. Kiełczewska-Załewska, Poznań 1953. s. 282-302. ^^ Por. E. Romer, Geograficzno-statystyczny Atlas polski, Warszawa-Kraków 1916, tablica XII (Polacy na Kresach). ^^ Powiaty Malbork, Sztum, Kwidzyn i Susz w obrysie granic przeprowadzonego plebiscytu. Gcopoetyka Powiśla w tekstach autobiograficznych międzywojnia. Część I - w stronę pojęć i definicji 45 Legenda: ^ / / / / / Ziemia Malborska w Prusach Wschodnich wg W. Łęgi (1933) '■" ..................... granica Powiśla wg Instytutu Zachodniego w Poznaniu (1953) .......................... granica obszaru głosowania plebiscytowego w 1920 r. i...._....._... granica polsko - niemiecka 1920-1939 (g) punkt dostępu do Wisły w Kurzebrack (Korzeniewo) obszar tzw. Małej Polski - przyłączony w efekcie głosowania w 1920 r. Powiśle i jego zasifgi terytorialne w czasie mifdzywajnia i u> okresie PRL. Źródło: Opracowanie własne Justyny Liguz na podstawie mapy [w:J Warmia i Mazury, red. S. Zajchowska/M. Kiełczewska-Zalewska, Poznań 1953. s. 281. 46 Wiesław Niedziałkowski która nie przebiegała po środku koryta rzeki, a ok. 20 m od jej prawego brzegu, a jedynym punktem swobodnego dostępu do Wisły dla Niemców był port w Kurzebrack (poi. Ko-rzeniewo). Tzw. „Mała Polska” to pięć wsi: Nowe Lignowy, Kramary, Dwór Bursztych, Janowo i Małe Pole^'* - jedyny skrawek Prus Wschodnich na Powiślu przyłączony do Polski po przegranym plebiscycie. Do powyższych zagadnień związanych z pograniczem polsko--niemieckim na Wiśle przyjdzie nam wrócić w kolejnych częściach cyklu „Geopoetyka Powiśla”. Por. T. Wyilic. Granica Prus Wschodnich na odcinku z Pobk/f w latach 1919-1922, Komunikaty Mazursko-Warmińskie, nr 2 (308), 2020, s. 212. żuławskie opowieści 47 Alicja Łukawska ŻIUŁAWSIKIIIE OSADNICY ZE STAREJ KOŚCIELNICY Piękna żuławska kraino, porośnięta łanami zbóż, Któż by cię tak kochał, no któż. Kocham te kręte, błotniste, polne drogi, po których kroczą dostojne bociany. Krainę pochyłych topoli i wierzb zaczarowanych. Krainę błękitnych letnich obłoków na horyzoncie różowym. Tutejsze bujne, zielone łąki pachnące nektarem kwiatowym. Kocham te deszczowe dni malowane tęczą. Rzepakowe żółte kobierce pachnące miodem, w których pracowite pszczoły brzęczą. Niebo tutaj świeci gwiazdami i księżyca blaskiem, jak nigdzie na świecie, a pola cykadami brzęczą. Słychać w dali odgłosy rolniczych maszyn, brzmiących niby orkiestra największa, w której rolnik dyrygent ciężko pracuje, aby nasza wieś była coraz piękniejsza. Kocham te niedzielne poranki, kiedy idziemy do starego kościoła drzew zielonych aleją. Widzimy jak na czerwonych murach świątyni białe pasy się bieleją. Widzimy na szczycie wielkie gniazdo obok krzyża, na którym każdej wiosny siadają pobożne bociany. To jest wiersz pod tytułem „W hołdzie Starej Kościelnicy”, którego autorką jest Grażyna Mierzwa, żuławska rolniczka i ekonomistka ze Starej Kościelnicy w gminie Miłoradz pod Malborkiem. Grażyna mieszka na Żuławach i jest zakochana w tej krainie, choć ma korzenie kresowe. Jej dziadkowie, czyli Stefan i Antonina Orzechowscy, oraz pradziadek, Józef Drewnowski, tuż po wojnie przeprowadzili się na Żuławy z Wołynia. Właściwie to uciekli stamtąd spod ukraińskiej siekiery, cudem ratując swoje życie. Jej mama Czesława Krzyżanowska urodziła się w Lubelskiem, które było tylko przystankiem w drodze tej rodziny na Ziemie Odzyskane. Tablica z nazwcf wsi, fot. A. Łukawska 48 Alicja Łukawska WOŁYNIACY NA ŻUŁAWACH Zostałam zaproszona do domu Grażyny w Starej Kościeinicy. Jest maj, najpiękniejsza pora na Żuławach. Wieś otoczona kwitnącymi na żółto połami rzepaku i zielonymi łąkami wygląda sielsko i spokojnie. Piękny widok psują tylko ogromne metalowe wiatraki, które coraz bardziej niebezpiecznie przybliżają się do domów mieszkalnych. Jemy razem śniadanie. Przy herbatce i pysznych naleśnikach z dżemem mama Grażyny, Czesława Krzyżanowska, opowiada mi takie rzeczy, od których ciarki chodzą po plecach. Ona sama nie była wprawdzie ich świadkiem, bo urodziła się rok po tej strasznej tragedii, ale od dziecka rosła wraz z pamięcią o tych zdarzeniach. Nie pamięta już, ile razy słuchała relacji swoich rodziców i dziadka o Wołyniu. To jest jej wielka rodzinna rana, która nie zagoiła się jeszcze do tej pory. Z tymi samymi opowieściami rosła też jej córka, a także jej synowie. Wołyńska trauma związana z zabiciem członków rodziny przechodzi bowiem w tej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Grażyna Mierzwa z mamą Czesławą Krzyżanmeską, fot. A. Łukawska Czesława Krzyżanowska: — Nasza rodzina wywodzi się ze wsi Szeroka na Wołyniu. To była mieszana wieś polsko--ukraińska. Przed wojną były tam normalne sąsiedzkie stosunki. Żyło się razem bardzo zgodnie. A potem Ukraińcy się zmienili. Obiecano im wolną Ukrainę, więc zaczęli nas mordować. Wcześniej kłamali nam, że nie będą nas zabijać, a jednak to robili. żuławskie opowieści 49 Mój dziadek Józef Drewnowski (urodzony w 1874 roku w Haliczanach, parafia Horochów, na Wołyniu) za młodu, jeszcze za cara, został powołany do wojska rosyjskiego i służył tam piętnaście łat. Wciąż gdzieś walczył, między innymi z Japończykami na wojnie rosyjsko-japońskiej w 1905 roku. Był już wtedy żonaty z Anielą z domu Starzyńską. Przyszłą żonę poznał w majątku Ledóchowskich, gdzie on był zarządcą, tak jakby dzisiaj brygadzistą, a ona pracowała tam jako gosposia. Pomimo, że dziadek nie umiał czytać i pisać, a podpisywał się krzyżykami, to znał się na pracy w gospodarstwie. Umiał też wyplatać koszyki z wikliny. Pomimo założenia rodziny i posiadania potomstwa został powołany do wojska, gdzie był kucharzem. Na wojnie został ranny. Miał przestrzeloną głowę, a bliznę zakrywał włosami. Był bardzo pobożny, nosił szka-plerz. Ta bogobojność dała mu siłę i wiarę w to, że nie zginie i zobaczy jeszcze rodzinę i dzieci. A jak wrócił z tej wojny, to dzieci po piętnastu latach nieobecności nie pamiętały ojca. Musiały na nowo przyzwyczajać Józef Drewnowski (siedzi) z wnukiem Januszem Orzechowskim na kolanach. Stoi Jego córka Antonina Orzechowska. Z archiwum rodziny Krzyżanowskich. się do niego. W 1943 roku, kiedy zdarzyła się ta zbrodnia, w domu dziadków przebywała moja mama Antonina (rocznik 1912) z malutkim Januszkiem, moim starszym bratem, który urodził się w grudniu 1942 roku, więc miał gdzieś tak około pół roku. W tym czasie jej mąż, a mój ojciec, Stefan Orzechowski (urodzony w 1916 roku na Wołyniu) nie mieszkał z nimi, ale ukrywał się w lesie, bo był w partyzantce. Miał pseudonim Muniek. Nie wiem, jak ta partyzantka się nazywała, ale nie było to AK, tylko coś innego. W domu dziadków mieszkała także młodsza siostra mojej mamy Czesława Drewnowska (rocznik 1925), która była jeszcze niezamężna. Latem 1943 roku Polacy już wiedzieli, że jest niebezpiecznie. Ukraińcy napadali wtedy na polskie wsie, zabijali, grabili i palili. Niektórzy z obawy przed napadem opuszczali swoje domy i uciekali gdzieś do miasta, bo tam były niemieckie koszary i Ukraińcy nie mogli im tam nic zrobić. Pewnego dnia rankiem mój tata przyszedł z lasu do dziadka Drewnowskiego i namawiał go, aby też uciekał, bo Ukraińcy grasują w okolicy i nie wiadomo, co się może zdarzyć. W każdym razie, ostrzegał, że grozi im śmierć! Mogą zostać zabici, bo są Polakami. Kazał się pakować i jak najszybciej zniknąć z domu. Jednak dziadkowie nie chcieli zostawić gospodarstwa, a przede wszystkim swoich zwierząt. Ojciec namawiał też do ucieczki swoją szwagierkę Czesławę, ale ona powiedziała, że nigdzie nie pójdzie. „Tatę zabiją, mamę zabiją, a ja ucieknę” - tak twierdziła. Ojciec zabrał więc żonę z synkiem i poszli do Łucka na stację kolejową, gdzie już gromadzili się inni Polacy. Tam było niemieckie wojsko, ale to nie byli Niemcy, tylko Ślązacy 50 Alicja Łukawska służący w Wehrmachcie, więc można było dogadać się z nimi po polsku. Tego samego dnia w południe zdarzyła się tragedia. Dziadek w tym czasie robił coś na podwórku, a babcia pasła krowę w sadku koło domu. Kiedy Ukraińcy przyszli, dziadkowie rzucili się do ucieczki. Rozbiegli się w różne strony. Dziadek zdążył uciec i schować się w zbożu, które rosło na polu koło domu. Na jego oczach zastrzelili bezbronną babcię. Dziadek był wtedy jak sparaliżowany. Nie mógł nic zrobić, nic pomóc swojej żonie... Krzyknął tylko: ,Aniela, ja tu!” i schował się, aby go nie zastrzelili. W czasie tego napadu Ukraińcy postrzelili też moją ciocię Czesławę. Została poważnie ranna w nogę. Uciekała przed nimi w swojej ładnej, różowej, letniej sukience... Bo miała taką różową sukienkę, którą podarowała jej moja mama. Sama dostała ją w prezencie od męża, ale uważała, że różowy kolor to bardziej pannie przystoi niż mężatce, więc dała ją młodszej siostrze. Czesława uciekła tym Ukraińcom i schowała się w jakiejś piwnicy, no i tam skonała z powodu silnego upływu krwi. Może by wyżyła, gdyby ktoś udzielił jej wtedy pomocy? O tym, jak wyglądała śmierć szwagierki, mój ojciec dowiedział się od jakiejś Ukrainki zaraz po tych wydarzeniach. Ta kobieta mieszkała w sąsiedztwie i opowiedziała mu, co wtedy widziała. Po wojnie to nikt z naszej rodziny na Wołyń nie jeździł. Baliśmy się odwiedzać tamte strony. Tamtego dnia zabito też moją drugą ciocię, siostrę mojej mamy Marysię (rocznik 1908), która była zamężna za Hałasem i jej dwoje małych dzieci, to jest Danusię i Leszka. Z trzecim dzieckiem ciocia była wtedy w ciąży. Nie wiem dokładnie, jak to się stało. W ogóle podczas tamtego napadu na wieś Szeroka zamordowano w sumie piętnaście osób z bliższej i dalszej rodziny. Dzisiaj nikt nie wie, gdzie są ich groby, i czy w ogóle zostali pochowani po chrześcijańsku. Bo przecież Ukraińcy, to wiadomo, że chowali Polaków jak psów, wrzucali gdzieś do dołów, zakopywali i tyle. Te napady to wyglądały tak, że oni przychodzili, najpierw zabijali ludzi, potem rabowali domy i obejścia, a jeszcze później podpalali wszystko tak, że śladu potem nie było, że tam jakiś dom stał. Mój dziadek, jak siedział w tym zbożu i ukrywał się przed mordercami, to słyszał, jak oni mówili do siebie „gani, gani, karowki jeszcze”, czyli chcieli zabrać ze sobą nasze krowy. Jak oni sobie poszli, to dziadek pobiegł na stację kolejową do Łucka i tam znalazł moją mamę z Januszkiem i swojego zięcia. Stamtąd przedostali się w Lubelskie. Zamieszkali w miejscowości Mały Leśnik, powiat Kraśnik, gdzie dziadek dostał gospodarstwo za mienie zabużańskie. Z naszej rodziny uratowała się jeszcze ciocia Julka (po mężu Chomicz, z domu Drewnowska), siostra mojej babci Anieli. Ona z kolei koczowała z rodziną przez pewien czas we Lwowie na dworcu kolejowym, a potem też przyjechała w Lubelskie. Przeżyli też dziadkowie ze strony ojca, bo oni wcześniej uciekli ze wsi do miasta. żuławskie opowieści 51 W tym Lubelskiem, w 1944 roku, ja przyszłam na świat. A w 1946 roku moi rodzice i dziadek Drewnowski przyjechali do Starej Kościelnicy na Żuławy Jak tu trafili? O Żuławach usłyszeli w Lubelskiem, że tu dobra, żyzna ziemia jest. Pierwszy zjawił się tu jeden nasz znajomy, spodobało mu się, wrócił i namówił mojego dziadka na przeprowadzkę. Dziadek tam sprzedał, a tu kupił dom w Starej Kościelnicy, teraz tam taki Paprot mieszka. Jego córka Ola książkę napisała o naszej wsi. Ona od mojej Grażynki wiadomości brała. W naszej rodzinie był kiedyś taki kuferek z różnymi papierami, dokumentami i zdjęciami, ale niestety, po śmierci moich rodziców zaginął, chyba został skradziony przez sąsiadów. Szkoda, bo nie mamy nic z tamtego domu z Wołynia, nie zachowały się u nas żadne pamiątki. Do Starej Kościelnicy przeprowadziliśmy się w 1946 roku, jak byłam jeszcze malutka i moje pierwsze wspomnienia są właśnie stąd. Zamieszkaliśmy w polu w jednym domu z Mu-siałami, którzy pochodzili z Kieleckiego. Żyliśmy z nimi bardzo dobrze. Moja mama z Mu-siałową razem piekły ciasta w piecu chlebowym, który był w tamtym domu. Tam nie było prądu. Wcześniej za Niemców był, wisiały jeszcze stare przewody elektryczne. Ale my go nie mieliśmy. Moi rodzice mieli dwanaście hektarów ziemi. Jak ojciec zmarł, to matka z bratem poszli mieszkać do takiego dużego domu z cegły w środku wsi. W wieku siedmiu lat poszłam do szkoły czteroklasowej tu na miejscu, a do piątej klasy to już chodziłam do szkoły do Miłoradza. W latach 50. w Starej Kościelnicy była spółdzielnia produkcyjna, nasza rodzina tam poszła. Ale tam tak grabili ludzi, tak nas okradali, że mój ojciec wziął i wystąpił. Jak podrosłam, to chodziłam na zabawy do klubokawiarni w Starej Kościelnicy, ale najwięcej to bywałam na zabawach w Kończewicach. Wstęp był za biletami. Do tańca zwykle przygrywała orkiestra. Jak oni pięknie grali... Jeden z tańców to był zawsze tradycyjny „walczyk czekoladowy”, w czasie którego kawaler kupował swojej partnerce czekoladę. Ludzie wtedy bardzo ciężko pracowali na roli. Nie było maszyn rolniczych, wszystko trzeba było robić ręcznie. Zboże kosił nam snopowiązałką sąsiad Kostrzewa, ale trzeba było je ręcznie wiązać powrósłem, a potem snopki układać w sterty na polu. Potem młóciło się zboże taką elektryczną młockarnią, która szła we wsi od sąsiada do sąsiada. Jeden szedł do drugiego pomagać przy młocce, a na koniec gospodyni robiła małe przyjęcie dla wszystkich pracujących. Dziadek Józef Drewnowski zmarł w 1957 roku w Starej Kościelnicy. A ja w 1963 roku wyszłam za mąż za Kazimierza Krzyżanowskiego. Miałam wtedy dziewiętnaście lat. Mąż był z Kieleckiego. Trafił tu w ten sposób, że najpierw służył pięć lat w wojsku w Malborku w jednostce lotniczej na Piaskach, a potem zamieszkał w Starej Kościelnicy u swoich kuzynów Śliwków. On się przed wojskiem wyuczył na rymarza, więc u nas we wsi szył półszorki dla koni. Ja po ślubie z nim wyszłam z domu goła i wesoła. Jak odchodziliśmy z mężem z mojego domu rodzinnego, to ojciec nic nam nie dał, tylko zaprzągł parę koni i wywiózł do takiego małego domku, co został po wojnie wybudowany dla repatriantów. Domek miał około sto metrów powierzchni, my tam już sami pobudowaliśmy stodołę i oborę. Naprawdę ciężko nam było... Trzeba było bardzo ciężko pracować. Mieliśmy gospodarstwo wielkości 10 hektarów. Miałam osiem krów i wszystkie trzeba było doić ręcznie dwa razy dziennie. Mleko odstawiałam w kankach do mleczarni, za to 52 Alicja Łukawska dostawałam pieniądze albo zamiast pieniędzy brało się masło, sery żółte i twarogi. Wyroby tej małej mleczarni były bardzo dobre. Hodowałam też dużo drobiu, kur, kurczaków, kaczek i gęsi. Miałam parę świnek. Mięso było zawsze swoje. Jak się zabiło świniaka, to przychodził rzeźnik i robił kiełbasy i inne wędliny. Najlepszy okres dla rolników to był za Gierka. Jaka ta komuna była, to była, ale lepsza niż ta dzisiejsza mieszanina partyjna. Grażyna Mierzwa: - Część naszej rodziny z Wołynia została na Lubelszczyźnie. To są potomkowie Julki Chomicz, siostry mojej prababci Anieli, która też uciekła z domu przed Ukraińcami. Ale na tej Lubelszczyźnie nie podobało się mojemu dziadkowi. On w ogóle był taki, że jemu ciągle coś się nie podobało. Przede wszystkim władza ludowa mu się nie podobała. On już był taki stary partyzant. Sam sobie panem i okrętem chciał być, taki po prostu był. W Starej Kościelnicy mój dziadek aż pięć razy się przeprowadzał. Największy problem był wtedy, jak tutaj kołchoz założyli, czyli spółdzielnię produkcyjną. A dziadek nie chciał był w tej spółdzielni, nie chciał być pod pręgierzem, bo kto chce żyć pod pręgierzem? Wystąpił z kołchozu i musiał przenieść się do oddalonego od wsi gospodarstwa w polu, gdzie w 1964 roku ja się urodziłam. Zmarł w 1973 roku. - W połowie lipca 1943 roku we wsi Szeroka, gmina Brany, powiat Horochów na Wołyniu zostało zabitych 52 Polaków. Poza tym, w tej gminie Polacy byli mordowani masowo w następujących miejscowościach: Batorówka, Boroczyce, Borysów Nowy, Brany, Czerwona, Drużkopol, Kupowalce, Lulówka, Nowe Gniezno, Pułhany, Rudka, Zastawie. Najwięcej ludzi zabito w Kupowalcach (150 Polaków) i Pułhanach (101 Polaków, 3 Ukraińców) - taką informację znalazłam w Wikipedii, gdzie jest hasło „Zbrodnie nacjonalistów ukraińskich w powiecie horochowskim”. PIERWSI OSADNICY W STAREJ KOŚCIELNICY Stara Kościelnica to stara, poniemiecka wieś na Żuławach. Dawniej nazywała się Alt Mu-ensterberg. Od czasów wojny mieszkają tutaj pospołu potomkowie Kresowiaków oraz ludzi ze wschodniej i centralnej Polski. O tym, jak wyglądały tutaj początki polskiego gospodarowania po II wojnie światowej, przeczytać można w książce „Żuławiacy”, czyli zbiorze wspomnień żuławskich osadników pod redakcją Józefa Pawlika wydanej w latach 1970. Jest tam relacja Mieczysława Szpinka, młodego partyzanta z Kieleckiego, a później działacza ZSL-u na Pomorzu, który wraz z grupą innych osiedleńców wyruszył z Czachowa w gminie Lasocin na Ziemie Odzyskane. W Kieleckiem była wówczas taka bieda, że aż piszczało. Ówczesna propaganda przedstawiała Ziemie Odzyskane jako mlekiem i miodem płynące. Wszystkie domy po Niemcach wraz z wyposażeniem miały tam czekać na Polaków. Szpinek był przewodniczącym grupy, która składała się z pięćdziesięciu osób (48 mężczyzn, 2 kobiety). Byli w niej członkowie komitetu osiedleńczego: Jan Szymański, Zając i Kurpias, a także dwóch milicjantów: komendant MO Jan Nowakowski i szeregowiec MO Jan Pałka. Ich podróż zaczęła się 25 maja 1945 roku. Ruszyli w nieznane towarowym pociągiem. W środku był straszny tłok. Ówczesne pociągi były pełne wojska, zwłaszcza Sowietów. Słychać było przekleństwa, krzyki, strzały, czasem płacz. Pomiędzy pasażerami wybuchały bójki. żuławskie opowieści 53 Osadnicy dojechali do Łodzi, gdzie mieli przesiąść się na inny pociąg. Ale tam towarzyszące im kobiety zostały aresztowane przez straż dworcową. Za co? Za to, że wiozły ze sobą większą ilość bimbru. Alkohol ten został skonfiskowany. Jednak osadników było więcej, więc zmusili strażników, by uwolnili zatrzymane kobiety i oddali bimber. Alkohol był wtedy bardzo potrzebny jako towar na wymianę. W 1945 roku bimber służył nie tylko do picia, był także uznawanym środkiem wymiany towarowej, bo pieniądze jeszcze nie były powszechnie w użyciu. Wymieniano więc za wódkę jedzenie, papierosy i inne rzeczy. Kolejny problem wybuchł na dworcu w Bydgoszczy, gdzie rozpoczęła się strzelanina. Osadnicy znaleźli w pociąg karabin, amunicję i jakieś drągi, którymi bronili się przed napastnikami. Pociski wlatywały do wagonu przez ściany, jednak na szczęście nikt z pasażerów nie ucierpiał. Nie wiadomo, kto wtedy ostrzelał pociąg. Dalej już spokojnie dojechali do Tczewa. Byli zmarznięci, głodni i spragnieni. Na dworcu dostali gorącą kawę do picia, ale nie było nic do jedzenia. Dopiero w mieście znaleźli jadłodajnię, która wydawała obiady dla repatriantów. Pokazali skierowanie z PUR i otrzymali po talerzu kartoflanki z mięsną wkładką. Zjedli ze smakiem, ale... - Całkiem dobra ta konina - usłyszeli od ludzi. Niektórzy z grupy wybiegli wtedy na zewnątrz i zwymiotowali. W Polsce od wieków jedzenie mięsa z konia było pewnym kulturowym tabu, więc niektórzy nie wytrzymali i zwrócili to, co zjedli. - Gdy po posiłku doszliśmy do Wisły, nie mogliśmy się napatrzeć na dwa stojące obok siebie mosty, częściowo zniszczone. Były żelazne i takie potężne, że martwiliśmy się, kto to i kiedy naprawi. (...) Minęło już południe i ciekawość nasza rosła z każdą godziną. Co to będzie za ziemia za tą górą, po drugiej stronie Wisły? Czekaliśmy dość długo, bo promem przeprawiało się wojsko. Cywile płynęli łódkami. Przewieziono nas wreszcie między godziną trzecią a czwartą po południu promem. Ta góra po drugiej stronie Wisły, to był wał, który chronił dalszy teren przed zalewem wody na wiosnę. Z wału tego widzieliśmy olbrzymią równinę, na której całe łany były albo żółte albo zielone. Zabudowania na tej soczystej ziemi wyglądały jak czerwone muchomory. Widok był tak piękny i urzekający, że ludzie przestali rozmawiać, schodzili z wału wolniutko, zatopieni w myślach, z oczami wpatrzonymi w ten cudowny dywan przyrody. Po zejściu z wału nasza grupa weszła na pola. Ludzie brali ziemię do rąk, ugniatali jak ciasto, wąchali i niektórzy chowali do kieszeni. To nie nasze piaski!... A tutaj pszenica ozima, ciemna jak chmura, rzepaki ozime rozpoczynają kwitnienie, a na ziemi nie obsianej kwitła pięknie ognicha - pisał Szpinek o Żuławach. Dalej osadnicy poszli pieszo drogą przez Lisewo, Kończewice i Gnojewo. W pewnym momencie skręcili w prawo do Starej Kościelnej, bo tak wtedy nazywała się ta wieś. Miejscowość była pusta i wyludniona. Na noc wszyscy położyli się spać w jednym budynku w centrum wsi (później zamieszkał w nim Józef Szymański ze swoją rodziną). To był duży dom, mogły w nim zamieszkać nawet dwie rodziny. Podobnych budynków było kilkanaście w tej wsi, a obok nich były mniejsze domki bez zabudowań gospodarskich. Wieczorem mężczyźni przygotowywali jakieś posłania, a kobiety szykowały kolację na kuchni. Rozpaliły ogień i ugotowały smaczną kartoflankę z poniemieckich ziemniaków zakopcowane zeszłej jesieni, które znalazły koło domu. Na noc osadnicy zamknęli drzwi i wystawili warty, aby pilnować budynku. W tym domu było na dole pięć pokoi, a na górze jeszcze dwa. Szpinek spał w pokoju z kolegami 54 Alicja Łukawska Kołodziejskim i Nowakowskim. Dwóch z nich miało spać, a trzeci miał czuwać. I tak na zmianę. Noc przeszła spokojnie. Rano wstali i poszli oglądać wieś. Wybierali sobie domy i gospodarstwa. Przeszukiwali puste mieszkania, szukali ciekawych rzeczy. — Znalazłem broń i amunicję. Masz jedną, przyda ci się jesienią na polowanie. To co, wypróbujemy je od razu? - powiedział Nowakowski do Szpinka, wręczając mu dwie ftizje--dwururki i naboje do nich. Wiedział, że Szpinek kocha polować. Od młodości był bowiem kłusownikiem. Okazało się, że znalezione fuzje bardzo dobrze strzelały. Potem jeszcze kilku innych mężczyzn z grupy wróciło z bronią w rękach. W kilku gospodarstwach osadnicy znaleźli gnijące szczątki zwierząt gospodarskich. Były to m. in. maciora z prosiakami, dwanaście martwych krów na łańcuchach w jakiejś oborze, szesnaście źrebaków w stajni. Smród od tego szedł niesamowity! Położenie szczątków wskazywało na to, że Niemcy przed swoją ucieczką z Żuław zabijali swój żywy inwentarz, bo nie mogli zabrać go ze sobą. Wieś nie była całkiem opuszczona. W domku przy kościele mieszkał pewien starszy człowiek z jakąś kobietą, chyba córką. Mówił po polsku. Po południu Szpinek wziął trochę bimbru i tytoniu, i wybrał się z nim porozmawiać. Przy kieliszku gawędzili do wieczora. — We wsi jest dwanaście dużych gospodarstw wielkości od 30 do 80 hektarów. Przy każdym takim gospodarstwie jest kilka domków robotniczych dla pracowników. Jesienią 1944 roku Niemcy obsiali normalnie całą swoją ziemię rzepakiem, kminkiem i pszenicą ozimą. Zboże zostało zwiezione do stodół, ale nie zdążyli go wymłócić. Ziemniaki leżą w kopcach. Wystarczy ich zarówno do jedzenia, jak i na sadzenie. Jest nie młócone zboże w stodołach, a nawet groch. Pola, które zostały jesienią zaorane, a nie zostały wiosną obsiane, zarosły ognichą, która kwitnie żółto i z daleka przypomina rzepak - opowiadał przybyszom mieszkaniec Starej Kościelnicy. Wieczorem osadnicy podjęli decyzję, że wieś im się podoba i zostają tu na stałe. Następnego dnia ruszyli pieszo do Malborka. Szpinek wraz z kilkoma mężczyznami poszli do radzieckiej komendantury, która mieściła się w budynku przy obecnej ulicy 17 Marca. Przyjął ich tam komendant A. Denisów. Był Sybirakiem. Okazało się, że jest sympatyczny i życzliwy dla Polaków. Razem z nim pracowały dwie tłumaczki, chyba Polki z Kresów, bo znały język polski i rosyjski. One właśnie tłumaczyły rozmowy osadników z komendantem. Udało się z nim wszystko załatwić pozytywnie. W tym czasie inni osadnicy rozeszli się po mieście. Patrzyli, co by tu można było wyszabrować. Ruszyli zwiedzać położone niedaleko komendantury poniemieckie koszary. Znaleźli tam dużą ilość żołnierskiej bielizny wojskowej, w tym większość kalesonów. Cóż to było za odkrycie! W tamtym czasie taka zdobycz to był majątek! Przemysł lekki nie istniał, nikt nie produkował żadnej odzieży, a ludzie musieli przecież coś włożyć na siebie. Osadnicy zabrali tyle wojskowej bielizny, ile tylko mogli unieść. Postanowili przeznaczyć je na handel albo zawieźć rodzinom w Kieleckiem. Z takiego dobrego trykotu można przecież uszyć różne rzeczy do ubrania. Kolejnego dnia większość z nich uciekła z Żuław razem z tymi kalesonami! żuławskie opowieści 55 Kiedy Szpinek rano się obudził, po jego grupie nie było już śladu. Zostali tylko czterej mężczyźni: Kołodziejski, Szymański, Śliwka i Musiał. Reszta zniknęła. Uciekli nawet milicjanci, którzy przyjechali z Kieleckiego i mieli strzec porządku publicznego na Żuławach. Widocznie przestraszyli się szabrowników, tajemniczych nocnych strzałów i ewentualnego głodu? Po paru dniach przyjechała do wsi zawitała kolejna grupa osadników: Kostrzewa, Kurpias, Nawrot i inni. Ci ludzie już tu zostali na zawsze. Mieczysław Szpinek nie zamieszkał jednak w Starej Kościelnicy na stałe. Najpierw ciężko zachorował. Tydzień leżał w łóżku. A kiedy wyzdrowiał, dowiedział się, że mają być jakieś zmiany administracyjne na Żuławach. Władza zapowiadała, że nie będzie powiatu w Malborku, tak jak sądził wcześniej. Stara Kościelnica ma być przypisana do powiatu gdańskiego. Ruszył więc do stolicy tego powiatu, która mieściła się wówczas w Sopocie przy ulicy Grunwaldzkiej. Załatwiał tam różne sprawy. Do Starej Kościelnicy już nie wrócił. Dalsze jego losy na Żuławach były związane z Lubiszewem w gminie Nowy Staw, gdzie osiadł na stałe. SAMI SWOI NA CMENTARZU Razem z Grażyną chodzimy po cmentarzu przy kościele w Starej Kościelnicy. Znajduję tam osoby wymienione w cytowanej wyżej opowieści Mieczysława Szpinka. Osoby, a raczej ich groby... Najbliżej świątyni leżą najstarsi osadnicy, pierwsi, którzy tu przyszli. Odczytuję nazwiska z Kieleckiego: Szymański, Kurpias, Kostrzewa... Na grobie Jana Szymańskiego rodzina umieściła zdjęcie, można więc zobaczyć, jak wyglądał jeden z pierwszych osadników w tej wsi. Obok są groby przybyszów z Białorusi. Grażyna wskazuje na charakterystyczne, kresowe nazwiska zza Buga: Mickiewicz, Michniewicz i inni. Leżą tu także dziadkowie i pradziadek Grażyny. Jan Szymański, jeilen z pierwszych osadników w Starg Kościelnicy. Fotograjia nagrobna, fit. A. Łukawska. Ewa Szymańska, żona Jana Szymańskiego, osadniczka w Starej Kościelnicy. Fotografia nagrobna. Jot. A. Łukawska. 56 Alicja Łukawska Dom w centrum Starej Koicielnicy, gdzie polscy osadnicy spfdzili pierwszą noc, fot. A. Łukawska Spoczywa tu również Franciszek Szulkowski (1900-1955), który był tym właśnie Polakiem, którego osadnicy z Kieleckiego zastali w zupełnie pustej wsi. Był to prawdopodobnie polski robotnik gdzieś z Kaszub lub Kociewia, który przywędrował w te strony za chłebem jeszcze za Niemców. Obok znajduje się grób Wandy Szulkowskiej (1910-2003), która -sądząc po datach - mogła być raczej jego żoną, a nie córką, jak sądził Szpinek. -A to jest ten dom, w którym osadnicy spędzili pierwszą noc. Tu potem mieszkał Szymański - Grażyna pokazuje mi nieco zaniedbany duży budynek stojący naprzeciwko cmentarza. O ludziach, którzy tworzyli początki polskiej państwowości na Żuławach, możemy poczytać w książce Aleksandry Paprot „Stara Kościelnica. Dzieje żuławskiej wsi”, którą dostaję w prezencie od Grażyny na pożegnanie. W książce jest mapka, gdzie jest zaznaczone, skąd przyjechali tutaj osadnicy. Oprócz ludzi z Kieleckiego i Białostockiego, znaleźli się tu repatrianci z Wileńszczyzny, Grodzieńszczyzny i z Wołynia. Aleksandra Paprot pisze, że życie osadników żuławskich od początku było ciężkie. I nie chodziło tylko o początki ustroju komunistycznego czy o trudną pracę na żuławskiej roli, ale o sprawę odmiennej mentalności osób z różnych stron. Ludzie z tak odległych regionów przedwojennej Polski nie od razu potrafili się dogadać. Wiele rodzin przeprowadzało się, zmieniając miejsce zamieszkania, w poszukiwaniu czegoś lepszego. Nie czuli się związani z danym miejscem, mieli poczucie tymczasowości, bali się powrotu Niemców. Dlatego też za bardzo nie dbali o nieruchomości, które zasiedlili. Z początku ludzie patrzyli na siebie krzywo i łatwo oceniali, przypinając sobie nawzajem jakieś negatywne łatki. O tych z Kieleckiego mówiono, że to złodzieje i biedota. O tych z Wołynia, że nie są Polakami, tylko Ukraińcami. Przybysze z Grodzieńszczyzny mieli być - w ocenie osadników z Polski centralnej - przebranymi Białorusinami. Z kolei Polaków, którzy przybyli do wsi jeszcze za czasów niemieckich, nazywano Niemcami. A byli żuławskie opowieści 57 to zwykle biedni robotnicy najemni rodem z Kociewia, którzy w okresie międzywojennym zatrudniali się u bogatszych gospodarzy, a potem przyjmowali niemieckie obywatelstwo. We wsi mieszały się różne tradycje ludowe, różne zwyczaje i obrzędy. Jednak wszystkich jednoczyła taka sama, sezonowa praca w rolnictwie, parafialny kościół katolicki pod wezwaniem świętego Jerzego, a także mieszane małżeństwa, kiedy to np. kawaler z Kieleckiego żenił się z panną z Wołynia bądź na odwrót. - Dzisiaj to większość naszej wsi jest w jakiś tam sposób ze sobą spokrewniona lub spowinowacona. Wszyscy są teraz sami swoi, to się wszystko wyrównało - twierdzi Stanisława Naumczyk pochodząca ze Starej Kościelnicy. Jej przodkowie przybyli na Żuławy z Wołynia. Przy pisaniu tego tekstu korzystałam z książek „Żuławiacy. Wspomnienia osadników żuławskich” pod red. Józefa Pawlika i „Stara Kościelnica. Dzieje żuławskiej wsi” Aleksandry Paprot. Koiciół/)w. swifUgo Jerzego w Starej Kościelnity. Źródło: Wikipedia, 20J00702_Stara_Koscielnica,_church 58 Adam Langowski Adam Langowski WAPLBWSKI KRZYŻ NA ROZDROŻU W krajobrazie kulturowym Polski elementem powszechnie występującym są krzyże przydrożne. Obiektów tego typu nie brakuje również na Powiślu, a szczególnie interesujący przykład stanowi polny krzyż w miejscowości Mirowice (dawniej Mirany)'. Niniejszy tekst jest poświęcony innemu, mało znanemu krzyżowi z okolic Waplewa Wielkiego, który w wyniku upływu czasu uległ zniszczeniu i z inicjatywy sołectwa Ramoty został w ostatnim czasie zastąpiony nową konstrukcją. Wydarzenie to stało się impulsem do zbadania dziejów waplewskiego krzyża umiejscowionego w bardzo ciekawym zakątku ziemi sztumskiej. Być może poniższa opowieść spowoduje, że część z nas, niezależnie od przekonań religijnych i stosunku do wiary, zwróci baczniejszą uwagę na przydrożne krzyże, którymi usiany jest nasz region. Jakże często mijane bezrefleksyjnie współtworzą przecież piękno powiślań-skiego krajobrazu i strzegą niejednej tajemnicy. Ta z pozoru bardzo lokalna, waplewska historia, ma zarazem silny wymiar uniwersalny, pokazuje bowiem wpływ duchowości, magii i wiary na życie dawnych, ale też obecnych mieszkańców Powiśla. Krzyże przydrożne często stawiano na krańcach wsi i rozstajach dróg, jako oznaczenie miejsc granicznych. W minionych wiekach rozdroża uznawane były za strefy szczególnie niebezpieczne, w których „straszy”. To właśnie tam gromadzić się miały złe demony i duchy oraz dusze zmarłych. Na rozstajach chowano kiedyś samobójców, skazańców, a kobiety grzebały swoje nienarodzone i nieochrzczone dzieci. W wierzeniach ludu malborskiego złe duchy przybierały postać czarnego psa lub kota. Obecność demonów zdradzał również brzęk łańcucha. W pobliżu przydrożnych krzyży dało się słyszeć inne złowrogie odgłosy, takie jak rzężenie i jęki, które podobno dochodziły do uszu osób mijających krzyż przy drodze z Miran do Dąbrówki, ustawiony w miejscu starego cmentarza cholerycznego^. Wśród ludzi istniało przekonanie, że na skrzyżowaniach dróg można było pozbyć się wielu chorób. Aby uwolnić się od suchot należało przyjść na rozstaje w południe, z kolei pojawienie się w takim miejscu o północy i wypowiedzenie odpowiedniego zaklęcia wywoływało u kobiet poronienie. Wierzono, że zawieszenie na krzyżu koszuli lub innej części ubrania należącej do chorej osoby spowoduje jej uleczenie. ' Ksiądz Władysław Łęga, autor monografii etnograficznej Powiśla, zwanego niegdyś ziemią malborską, zawarł następujący opis tego krzyża: „Stary krzyż z Miran w pow. sztumskim jest w przekroju czworoboczny. Ramiona na końcach zwężają się schodkowo, ku górze, krzyż zaś się zwęża i ozdobiony jest pierścieniowatą wypukłością i zakończony półkolisto. Jest to krzyż bardzo stary i nosi na chorągiewce napis: »Jan Przylwieścieński 1769*”. Zob. W. Lega, Ziemia malborska. Kultura lu-dawa, Toruń 1933, s. 183. W 2018 r. ukazało się wznowienie dzieła Łęgi z komentarzami Aleksandry Paprot-Wielopolskiej i Krystiana Zdziennickiego. W. Łęga, ofi. cit., s. 119. Waplcwski krzyż na rozdrożu 59 Krzyż na rozdrożu naprzedwojenng fotografii z albumu rodziny Sierakowskich. Źródło: httf>s://zhiorymng.łocłoudhosting.net/ Krzyże pełniły zatem funkcję ochronną, odstraszały i neutralizowały demony oraz złe moce, tworząc swego rodzaju zaporę, za którą człowiek czuł się bezpieczny. Miały także znaczenie praktyczne, ponieważ w czasach, gdy przy drogach nie stawiano jeszcze drogowskazów, to właśnie krzyż stanowił dla wędrowców punkt orientacyjny ułatwiający dotarcie do wybranego celu. Do budowy przydrożnych krzyży najczęściej wykorzystywano drewno. Materiał ten był powszechnie dostępny, tani i stosunkowo łatwo poddający się obróbce. W przeciwieństwie do kapliczek wykonywanych z miękkiego drewna sosnowego oraz figur rzeźbionych w lipie lub jaworze, krzyże przydrożne ciosano z mocnego dębu. Zwyczaj nakazywał, aby w kolejnych latach spróchniałą, dolną część pionowej belki odcinać i wkopywać całą konstrukcję na nowo. Pierwotne krzyże były więc bardzo wysokie, co dawało możliwość wielokrotnego skracania zbutwiałego fragmentu. Taki zabieg powodował, że z czasem krzyże stawały się coraz niższe. Nieustannie narażone na działanie sił przyrody wymagały cyklicznych napraw, by ostatecznie zakończyć swój żywot, trwający przeciętnie od 30 do 50 lat. Zdarzało się jednak, że niektóre obiekty osiągały wiek 100 łat i więcej. Rozpad krzyża i postawienie w tym samym miejscu następnego było więc czymś naturalnym. W tradycji ludowej drewno ze starej konstrukcji posiadało właściwości lecznicze, a poważnie zniszczone krzyże oraz figury palono w Wielką Sobotę. Historia waplewskiego krzyża usytuowanego na rozwidleniu polnych dróg prowadzących niegdyś w kierunku Brzozówki, Trop Sztumskich i Starego Targu jest słabo rozpoznana. Podstawowe źródło wiedzy na jego temat stanowi przedwojenna fotografia pochodząca 60 Adam Landowski U/z^orM Ramockie z Portotejkiem, widok z drogi prowadzącej na rozstaje, fot. Henryk Reszka. Z albumu rodziny Sierakowskich, dawnych właścicieli Waplewa Wielkiego^ Dzięki niej możemy poznać wygląd obiektu oraz jego najbliższe otoczenie. Uwieczniony na zdjęciu krzyż był wysoki, a więc mógł potencjalnie jeszcze długo służyć miejscowej ludności, ponieważ, jak wiemy, długa pionowa belka pozwalała dokonywać niezbędnych podcięć związanych z usuwaniem zniszczonych fragmentów osadzonych w ziemi. Zakończenia ramion miały formę trójlistną. Taki typ krzyża nazywany jest krzyżem koniczynowym („liściakiem”) lub krzyżem św. Łazarza. Przestrzeń między ramionami wypełniało koło promieniste z nabijaną z listeweczek promienistą mandorlą. Na podstawie fotografii trudno jednoznacznie stwierdzić, czy figurka Jezusa była drewniana czy metalowa. Nad głową Chrystusa prawdopodobnie znajdowała się niewielka tabliczka. Wydaje się, że cała konstrukcja była w tamtym czasie w dobrym stanie. Na zdjęciu nie widać bowiem żadnych uszkodzeń, a mandorla posiadała komplet promieni. Przy krzyżu ustawiono niewielki, drewniany płotek, w znacznej części obrośnięty krzewami i kwiatami. Piaszczystą drogę prowadzącą do Brzozówki porastały drzewa, wśród których dominowały brzozy, a wokół rozciągały się malownicze pola z łanami zbóż. Wszystko to sprawiało, że waplewskie rozsuje z krzyżem były urokliwym miejscem, silnie sprzężonym z przyrodą, co z pewnością odczuwali przechodzący niegdyś tamtędy ludzie. Umiejscowienie krzyża w otoczeniu pól uprawnych mogło przydawać mu dodatkową funkcję, polegającą na obronie zasiewów przed niepogodą i uderzeniem pioruna. Dodajmy, że zachowana fotografia nie objęła drugiej drogi, biegnącej w kierunku Trop Sztumskich i Starego Targu. Waplewskie rozdroże, tak pięknie uchwycone na omawianej fotografii Sierakowskich, kryje w sobie wiele tajemnic, przez co tamtejszy krzyż jest jeszcze bardziej intrygujący. ^ Cyfrowe Zbiory MNG, https://zbiorymng.locloucl.pl/items/show/1320 [dostęp: 14.04.2025]. Waplewski krzyż na rozdrożu 61 Nieopodal znajduje się bowiem wzniesienie określane nazwą Portotejek, będące częścią większego pasma tzw. Wzgórz Ramockich (Ramter Berge), zwanych też Waplewskimi. Jak podaje Hubert Górnowicz w swojej pracy poświęconej nazwom występującym na Powiślu, wymienione wzniesienie, liczące 95 m n.p.m., w czasach przedchrześcijańskich stanowić miało ośrodek kultu Prusów"*. Z kolei Artur Semrau, niemiecki historyk zajmujący się w okresie międzywojennym dziejami Powiśla, zapisał podanie mówiące o tym, jakoby krzyżacy stworzyli na wzgórzu umocnienia obronne („Stutzpunkt”)\ Badacz używał nieco innej formy nazwy pagórka - Portetajek, a jej pochodzenie wywodził z języka staropruskie-go. Odnotował ponadto drugą nazwę związaną z tym miejscem, mianowicie „Butterteich”, którą nadano leśniczówce położonej na Portotejku^. Na początku lat 30. XX w., gdy Semrau publikował artykuły naukowe, na wzniesieniu można było jeszcze odnaleźć jej pozostałości w postaci gruzu i resztek piwnicy. Według ustaleń niemieckiego badacza leśniczówka stała tam do ok. 1870 r. Możliwe, że wokół opuszczonego i zrujnowanego budynku, położonego tuż przy drodze wychodzącej z rozstajów i łączącej Waplewo z Tropami Sztumskimi, roztaczała się jakaś aura tajemniczości. Prawdopodobnie dla osób przechodzących lub przejeżdżających tą drogą mijana leśniczówka stanowiła kolejny, obok drewnianego krzyża, punkt odniesienia w terenie. Historyk przypuszczał, że leśniczówka wzięła swoją nazwę od małego stawu znajdującego się u podnóża Portotejka. Doszukiwał się również podobieństwa między nazwą pagórka i samej leśniczówki, stawiając tezę, że określenie „Portetajek” to zniekształcona wersja „Butterteich”, choć wcześniej źródeł nazwy wzgórza upatrywał w języku Prusów. Istnienie leśniczówki, a ściślej podleśniczówki Butterteich na Portotejku, potwierdza tzw. mapa Schróttera, czyli słynna mapa topograficzna Prus z przełomu XVIII i XIX wieku^. Obecność takiego obiektu na obszarze z przewagą pól i łąk może zastanawiać, ponieważ znaczniejszy kompleks leśny rozpościerał się dopiero na południe od Waplewa Wielkiego, z głównym ośrodkiem w Tulicach. Wprawdzie mapa pokazuje, że wzniesienie porastał las, ale był on niewielki. Semrau, prowadząc swoje badania w drugiej i trzeciej dekadzie XX w., charakteryzował Portotejek jako wzgórze porośnięte krzewami, w dużej mierze wylesione, z licznymi norami borsuków. Wiadomo jednak, że w średniowieczu grzbietem Wzgórz Ramockich ciągnął się las Buchwald, stanowiący część szerokiego pasma leśnego, wyznaczającego północną granicę pruskiej ziemi Lingwars, obejmującej okolice Waplewa Wielkiego®. Może więc nieduży lasek na Portotejku z mapy Schróttera to relikt średniowiecznego Buchwaldu, podobnie jak położone bardziej na północ nieco większe skupiska leśne * H. Górnowicz, Tofionimia Powiśla Geiańskiego, Gdańsk 1980, s. 216; P. Kawiński, Organizacja pogańskiej przestrzeni sakralnej Prusów na tle osadnictwa w okresie plemiennym — przykład Pomezanii, Pogezanii i Warmii, „Pruthenia”, t.6, 2011, s. 94. ’ A. Semrau, Die Orte undFluren im ehemaligen KammeramtMorin (Komturei Christkurg), „Mitteilungen des Coppemicus--Yereins fur Wissenschaft und Kunst zu Thorn. H.38”, Thorn 1930, s. 154. ‘ Ibidem, Die Siedlungen im Kammeramt Morein (Komturei Christburg) wahrend der Ordenszeit, „Mitteilungen des Coppernicus-Yereins fur Wissenschaft und Kunst zu Thorn, H.39”, Thorn 1931, s.127. ^ Kartę von Ost-Preussen nebst Preussisch Litthauen und West-Preussen nebst dem Netzdistrict aujgenommen unter Leitung des Kbnigl. Preuss. Staats Afinisters Fr^ Herm von Schrótter in den Jabren von 1796 bis 1802, https://rcin.org.pl/dlibra/ publication/12308/edition/829/content [dostęp: 30.04.2025]. ’ P. Kawiński, op. cit., s. 94; S. Szczepański, Pomezania. Na styku świata pogańskiego i chrześcijańskiego (studia z dziejów), Olsztyn 2019, s. 81-82. 62 Adam Langowski W rejonie Bukowa i Trankwic. Warto zauważyć, że do dzisiaj jedno ze zboczy Portotejka, strome i trudne do uprawy, pozostało zadrzewione, a na sąsiednim pagórku odznacza się charakterystyczna kępa drzew. O tym, że w przeszłości tereny wokół Portotejka były silnie zalesione, świadczy także nazwa pobliskiej wsi Brzozówka, którą Semrau tłumaczył jako pochodną od nieistniejącego już wówczas lasu Brzozowego („Birkenwald”). Niemiecki historyk, opisując to miejsce, wspomniał o drewnianej wieży, którą rozebrano przed I wojną światową. Niewątpliwie Wzgórza Ramockie stwarzały doskonałe warunki do prowadzenia obserwacji rozległego terenu, co po części wyjaśniałoby fakt lokalizacji leśniczówki na Por-totejku. Wydaje się, że utrzymywanie tej leśniczówki, a wcześniej być może innego obiektu pozwalającego na kontrolowanie okolicy, mogło mieć w tym przypadku długą tradycję. Twórcy mapy Schróttera nie uwzględnili na niej przydrożnych krzyży, dlatego nie wiemy, czy ten waplewski stał już wtedy na rozdrożu, choć sama droga została naniesiona na arkusz, co stanowi dowód na jej długie istnienie. Niemniej dzięki analizie źródeł kartograficznych możemy ustalić istotne elementy krajobrazu występujące w otoczeniu polnego rozdroża i lepiej poznać kontekst kulturowy, w jakim funkcjonował krzyż. Niedaleko rozwidlenia starych dróg z osadzonym krzyżem, tuż przy opisanym wyżej Portotejku, leży kolejne ciekawe wzgórze. Chodzi o Szubienicę (Galgenberg), kojarzoną z miejscem straceń z czasów krzyżackich, gdzie rycerze zakonni wieszali Prusów i Polaków. Dodajmy, że Szubienica, mierząca 105 m n.p.m., to najwyższy punkt Wzgórz Ramockich’. Krzyż na rozstajach stoi zatem w niezwykle interesującej okolicy, gdzie wątki pogańskie łączą się i mieszają z elementami chrześcijańskimi. Możliwe, że przekazywane z pokolenia na pokolenie opowieści utrwalały wśród ówczesnych mieszkańców przekonanie, że wa-plewskie rozdroże wraz ze Wzgórzami Ramockimi to miejsce zagadkowe, wręcz niebezpieczne i budzące lęk. Jedna z dróg odchodzących z rozstajów w kierunku Trop Sztumskich i Starego Targu przebiegała dokładnie pomiędzy Portotejkiem i Szubienicą, co musiało oddziaływać na wyobraźnię ludu znającego podania na temat wymienionych miejsc. Obecność krzyża w takim otoczeniu, silnie naznaczonym wpływami sięgającymi czasów prusko--krzyżackich, mogła mieć więc na celu sakralizację, czyli uświęcenie tej przestrzeni i sprawienie, by stała się bardziej przyjazna dla miejscowej ludności. Niestety nie posiadamy żadnych informacji pozwalających na dokładne określenie czasu powstania krzyża oraz jego fundatora lub fundatorów. Pewnym wsparciem są dla nas archiwalne niemieckie mapy topograficzne Waplewa Wielkiego i okolic, tzw. Messtischblatt, wyróżniające się szczegółowością i dokładnością'®. Dzięki nim możemy stwierdzić, że jakiś krzyż istniał w opisywanym miejscu na pewno przed 1906 r. Jerzy Datta, obecnie jeden z najstarszych mieszkańców Waplewa Wielkiego, który kilkanaście lat temu opiekował się krzyżem, wskazuje, że jego wystawcą był Donimirski. Taką wersję Datta usłyszał od innego mieszkańca Waplewa, Jana Krakowskiego, dawnego kuczera Sierakowskich. W latach powojennych Donimirski utrzymywał kontakt telefoniczny z Krakowskim i podobno dopytywał go, czy krzyż na rozstajach oraz inny, znajdujący się przy drodze do Waplewka, jeszcze stoją. Należy w tym miejscu przypomnieć, że ’ H. Górnowicz, of). cit., s. 224. ” http://maps.mapywig.org/m/German_maps/series/025K_TK25/2081_(712)_Gr._Waplitz_1906_UW.jpg [dostęp: 14.04.2025]. Waplewski krzyż na rozdrożu 63 Fragment mafy Schrottera z przełomu XVIII i XIX w. Źródło: httpf://rcin.org.pi/ Niemiecka mapa topograficzna Waplewa Wielkiego i okolic z 1906 r. Źródło: http://www.mapy.eksploracja.pl/ Zbigniew Donimirski wszedł w posiadanie wapiewskiego folwarku w 1933 r. Nie mógł więc jako pierwszy ufundować krzyża na rozdrożu, ponieważ istniał on tam już wcześniej, co potwierdzają niemieckie mapy topograficzne oraz fotografia z albumu Sierakowskich. Niewykluczone, że Donimirski, jako nowy gospodarz Waplewa, zadbał o ten krzyż, może go odnowił, stąd jego późniejsze zainteresowanie tą sprawą. Wydaje się, że właściwymi fundatorami krzyża byli Sierakowscy, do których należały okoliczne pola wraz z drogą przez rozstaje prowadzącą do ich pałacu. Jednym z argumentów na rzecz uznania krzyża za dzieło Sierakowskich jest wykonanie przez nich jego 64 Adam Langowski fotografii i włączenie jej do rodzinnych zbiorów. Być może krzyż wyznaczał granicę dóbr waplewskich w tamtym rejonie, ponieważ położona w sąsiedztwie Brzozówka stanowiła własność Donimirskich, a następnie Chełkowskich. Wspomniana droga musiała mieć dla Sierakowskich oraz ich sąsiadów istotne znaczenie. Wzajemne odwiedziny i wymiana gości odbywały się prawdopodobnie z wykorzystaniem tego właśnie traktu. Przypomnijmy, że w 1867 r. gościem Sierakowskich i Donimirskich był Józef Ignacy Kraszewski, a w 1875 r. przebywał u nich Oskar Kolberg. Sześć lat później Waplewo i Telkwice odwiedził profesor Stanisław Tarnowski, z kolei w 1890 r. zjechał tu Michał Elwiro Andriolli. Przemieszczając się pomiędzy dworami Sierakowskich i Donimirskich musieli poruszać się drogą z Waplewa do Trop i Brzozówki. W tym kontekście zasadne wydaje się pytanie, czy niemym świadkiem ich przejazdów był drewniany krzyż przydrożny znajdujący się na rozstaju. Osadzenie krzyża na przecięciu dróg byłoby potwierdzeniem gorliwej wiary właścicieli Waplewa. Rodzina Sierakowskich znana była ze swojego przywiązania do religii, czemu dała wyraz w 1873 r., budując i wyposażając kaplicę grobową w Waplewie Wielkim. Świadectwem wiary przedstawicieli tego rodu jest również fundacja kolumny z figurą Madonny Syks ryńskiej. Nie można także odrzucić tezy, że inicjatorem budowy krzyża była miejscowa ludność, która przecież użytkowała tradycyjny trakt biegnący za kaplicą i parkiem do rozstajów, a następnie rozdzielający się w kierunku Brzozówki i Trop Sztumskich. W takim przypadku zapewne i tak musiała uzyskać aprobatę i wsparcie Sierakowskich. Brak zapisów źródłowych dotyczących genezy krzyża na rozstaju powoduje, że musimy poruszać się w sferze domysłów. Stary krzyż na rozdrożu w obiektywie V^eława Gładczuka (2010 r.). Waplewski krzyż na rozdrożu 65 Stary krzyż na rozdrożu w obiektywie Henryka Reszki (2010 r.). W świadomości współczesnych mieszkańców Waplewa Wielkiego krzyż na rozdrożu był miejscem niemal zupełnie zapomnianym. Z relacji najstarszych waplewianek wynika, że nigdy nie organizowano przy nim wspólnych modlitw. Małgorzata Ruszkowska podzieliła się następującą refleksją; „Ludzie raczej mało mówili o tym krzyżu. O ile ja pamiętam, to nic tam się nie odbywało. Na modlitwy z Waplewa raczej nikt tam nie chodził, za mojej młodości tego nie było. Krzyż był chyba oryginalny, sprzed wojny, bo gdyby go ktoś odnawiał, to by było wiadomo, bo takie działanie roznosi się wśród ludzi. Chodziły takie słuchy, że niby tam grób jakiś miał być, ale czy to prawda, tego nie mogę powiedzieć. Taka informacja gdzieś tam się o uszy obijała”". Małgorzata Vogler, której rodzina była przed wojną mocno związana z waplewskim pałacem, parkiem i folwarkiem, opowiadała: „Dawniej, jak nieraz szliśmy tą polną drogą do Trop, do krawcowej, to mama mówiła, że krzyż jest na rozdrożu, że to jest pamiątka, ale nic więcej nie mówiła co tam było. Droga była wtedy dobra, więcej gospodarzy jeździło wozami. Do Malborka czy do Trop, to jeździli tędy wozami. Nie szosą, tylko polną drogą i wtedy na główną wyjeżdżali. Póki był PO HZ, to było dobrze, a potem jak ziemię wzięli gospodarze, to zaorali wszystko. Krzyż był stary, nieużywany, stał bo stał, ale tam nic nie było. Kiedyś ksiądz Kurowski szedł z nami zobaczyć ten krzyż. Nawet już nie pamiętam, czy my tam w ogóle doszliśmy”". " Wywiad z Małgorzatą Ruszkowską przeprowadzony 14 kwietnia 2025 r. ’’ Wywiad z Małgorzatą Vogler przeprowadzony 15 kwietnia 2025 r. 66 Adam Langowski Brak szczególnej więzi z tym miejscem wynikał też chyba ze znacznego oddalenia. Wa-plewianie chętniej gromadzili się wokół figury maryjnej znajdującej się we wsi. Większą popularnością od krzyża na rozstajach cieszył się również krzyż przy drodze prowadzącej do Waplewka. Prawdopodobnie w pewnym okresie opiekę nad tym pierwszym sprawował ktoś z Brzozówki lub z Trop Sztumskich. Z czasem dawna polna droga była coraz mniej wykorzystywana i zaczęła zarastać, przez co dojście do krzyża stawało się bardzo utrudnione, a w niektórych okresach roku wręcz niemożliwe. Krzyż na rozdrożu był obiektem zainteresowania ze strony osób pasjonujących się fotografią i lokalną historią, takich jak Wacław Gładczuk oraz Henryk Reszka. Wymienieni panowie odwiedzali rozstaje z aparatem w ręku, dzięki czemu dysponujemy dziś wartościową ikonografią opisywanego krzyża. Jedna z fotografii Wacława Gładczuka uświetniła nawet wystawę zdjęć słuchaczy Uniwersytetu Trzeciego Wieku, zorganizowaną w Sztumskim Centrum Kultury w 2014 r. W tym samym roku praca ta została zaprezentowana w majowym wydaniu informatora Miasta i Gminy Sztum’’. Z kolei Henryk Reszka upowszechniał wiedzę o krzyżu poprzez umieszczanie postów na prowadzonym przez siebie profilu „Waplewo Wielkie i okolice”. Oto fragment wpisu z 22 kwietnia 2023 r.: „Osobiście go [krzyż] pamiętam z lat 60. Tam w tych latach moi rodzice i my, dzieci, zbieraliśmy jesienią tarki na sprzedaż. (...) Zbieranie tarek, »czarek« mówiliśmy, do przyjemności nie należało. To krzew kolczasty i mieliśmy wiele skaleczeń. Płacili 3 zł za kilogram. Owoc dzikiej róży też zbieraliśmy, był za 3,50 lub 4 zł za kilogram. Kolejne zdarzenie miałem przy tym krzyżu na wagarach. Kolegowałem się wówczas z dojeżdżającymi koleją do szkół w Malborku chłopakami z Dzierzgonia. Taką »paczkę« mieliśmy i zdarzało się nam, że zamiast na lekcję, to pojechaliśmy pociągiem do Gdyni, bo MS Batory akurat zawitał do portu, albo i do Waplewa, by poskakać i pozjeżdżać ze sterty słomy. Raz kiele tego krzyża przyuważył nas na stercie »Gandy« (...) wieloletni kierownik majątku Waplewo. Zajechał koniem z bryczką, a my dyla w »czary«, czyli tarninę. Jesień to była, na jabłka tak smaczne trafiłem w tych krzakorach, że do dzisiaj ich smak pamiętam. W dorosłym życiu nigdy tam nie chodziłem, później, już jako po wszelkich »karierach« zawodowych, poszedłem tam dla wspomnień. (...) Dzisiaj przy pięknej, wiosennej pogodzie wybrałem się z wnuczką Zuzią w te strony, by sprawdzić, czy ten krzyż stoi jeszcze. Krzyż znalazłem. Moja dzielna wnuczka mi towarzyszyła i wiedziała, co dziadek szuka. Jak trafiła na padnięty w krzakory krzyż, powiedziała: »Dziadek! Tu jest! Tu są znicze«”''’. Wielką pracę na rzecz uporządkowania przestrzeni wokół krzyża wykonał przed laty wspomniany wcześniej Jerzy Datta, który zwrócił uwagę na mocno zaniedbany obiekt i z własnej inicjatywy podjął się nad nim opieki: „Jak był ksiądz Karwat, to ja się wtedy tym krzyżem interesowałem i opiekowałem. Nikt mnie o to nie prosił, ja to tak sam robiłem. Kiedyś tam codziennie jeździłem, bo chowałem króliki, a tam zawsze był mlecz i ja po ten mlecz jechałem, no i przy okazji zawsze przy '^ Takptfkniefotograjuj^, www.Sztum.pl, Informator Miasta i Gminy Sztum, maj 2014, s. 15. https://www.facebook.com/pZWaplewo-Wielkie-i-okolice-100066720202247/?locale=pl_PL [dostęp: 25.04.2025]. Waplcwsld krzyż na rozdrożu 67 Uroczystośćposuiifcfnia nowego krzyża, 18 kwietnia 2025 r.,fot. Aciam Langowski. krzyżu coś zrobiłem, żeby ładnie było. Tam było zarośnięte pokrzywami i bez był taki, że tego krzyża prawie nie było widać” Działania Datty odbywały się bez rozgłosu, dlatego nieliczni wiedzieli, że to właśnie on oczyścił z pokrzyw i zbyt wybujałych krzewów najbliższe otoczenie, regularnie przycinał rosnący tam żywopłot, a także wzmocnił i naprostował całą konstrukcję. Warto zauważyć, że Jerzy Datta nie jest rodowitym waplewianinem. Wraz z rodzicami przybył tu w 1948 r. z kaszubskiego Karsina. Miał wówczas 9 lat. Jego ojciec był kolejarzem, podobnie bracia. Jerzy Datta również znalazł zatrudnienie na kolei. Mimo że nie pochodził z rodziny po-wiślańskich autochtonów, wrósł w tę ziemię i wykazał się wrażliwością wobec pamiątek związanych z jej przeszłością. 18 kwietnia 2025 r. proboszcz waplewskiej parafii, ksiądz Michał Bik, w obecności mieszkańców Waplewa Wielkiego, dokonał poświęcenia nowego krzyża, który dzięki zaangażowaniu i determinacji Katarzyny Gut, sołtyski sołectwa Ramoty, stanął w miejscu starego, pamiętającego zapewne czasy Sierakowskich. Porównanie przedwojennego krzyża z archiwalnej fotografii Sierakowskich z krzyżem, który uległ w ostatnim czasie zniszczeniu i został zastąpiony przez nowy, pozwala stwierdzić, że dotychczasowy krzyż był tożsamy z obiektem utrwalonym na zdjęciu. Mimo że z biegiem lat jego wygląd znacząco się zmienił, zachował on wiele pierwotnych cech. Jedną z nich stanowiło charakterystyczne zakończenie ramion w postaci potrójnego liścia koniczyny. Ponadto przeprowadzone oględziny ujawniły w belkach puste otwory, w których niegdyś osadzona była promienista mandorla. Jerzy Datta zapamiętał, że gdy zajmował się ” Wywiad z Jerzym Dartą przeprowadzony 17 kwietnia 2025 r. 68 Adam Langowski krzyżem, to część promieni jeszcze w nim tkwiła, jednak z czasem i one uległy destrukcji, a próba ich naprawy okazała się nieudana. Figurka Jezusa ze zniszczonego krzyża jest prawdopodobnie wtórna i nie odpowiada wyobrażeniu widocznemu na archiwalnej fotografii. Również daszek wykonany z kawałka blachy jako zabezpieczenie figurki Chrystusa jest późniejszym dodatkiem. Nowy krzyż, zaprojektowany i wykonany przez Czesława Krupę, ma odmienny kształt i nie stanowi bezpośredniego nawiązania do oryginału. Łącznikiem między starą i nową konstrukcją jest wykorzystanie drewna jako materiału budulcowego oraz przeniesienie figurki Jezusa wraz z tabliczką umiejscowioną nad jego głową. Przedsięwzięcie zrealizowane przez sołtyskę Katarzynę Gut we współpracy z lokalnymi instytucjami, przedsiębiorcami i wolontariuszami, uruchomiło pozytywne procesy w miejscowym środowisku. Wiele osób po raz pierwszy usłyszało o istnieniu krzyża na rozdrożu, z kolei inni przypomnieli sobie o nim. Niektórzy z mieszkańców podjęli próbę dotarcia do tego miejsca, a podczas spotkań i rozmów zaczęto wymieniać się posiadanymi informacjami. Wydaje się, że kwietniowa uroczystość przywróciła pamięć o krzyżu na rozdrożu i otworzyła nowy rozdział w jego długich dziejach. BIBLIOGRAFIA Antolak M., Szyszkowski W, Funkcjonowanie krzyża przydrożnego w krajobrazie kulturowym Polski [w:] Obiekty religijne w krajobrazie. Prace Komisji Krajobrazu Kulturowego, nr 21, Sosnowiec 2013; Bukowski A., Waplewo. Zapomniana placówka kultury polski^ na Pomorzu Nadwiślańskim, Wrocław 1989; Grabias M., /Gipliczki i krzyże przydrożne, „Obyczaje”, nr 9-10, 2022; Górnowicz H., Toponimia Powis'la Gdańskiego, Gdańsk 1980; Hochleitner J., Kapliczki Warmii południowej. Przydrożne obiekty kultu jako element ludowego systemu komunikacji, Olsztyn 2004; Janicka-Krzywda U., Fundacje kapliczek i krzyży przydrożnych na polskim Podkarpaciu. Geneza i typologia, „Nasza Przeszłość”, t. 89, 1989; Kawiński P, Organizacja pogańskiej przestrzeni sakralnej Prusów na tle osadnictwa w okresie plemiennym - przykład Pomezanii, Pogezanii i Warmii, „Pruthenia”, t.6, 2011; Łęga W, Ziemia malborska. Kultura ludowa, Toruń 1933; Rancew-Sikora D., Krzyże milczące, kapliczki przydrożne i znaczenie społecznej nostalgii [w:] Granice i pogranicza: państw, grup, dyskursów... Perspektywa antropologiczna i socjologiczna, pod red. G. Kubicy i H. Rusek, Katowice 2013; Semrau A,, Die Orte und Fluren im ehemaligen Kammeramt Morin (Kom-turei Christburg), „Mitteilungen des Coppernicus-Vereins fur Wissenschaft und Kunst zu Thorn. H.38”, Thorn 1930; Semrau A., Die Siedlungen im Kammeramt Morein (Komturei Christburg) wahrend der Ordenszeit, „Mitteilungen des Coppernicus-Vereins fur Wissenschaft und Kunst zu Thorn. H.39”, Thorn 1931; Seweryn T, Kapliczki i krzyże przydrożne w Polsce, Warszawa 1958; Szczepański S., Pomezania. Na styku świata pogańskiego i chrześcijańskiego (studia z dziejów), Olsztyn 2019; www.Sztum.pl, Biuletyn Miasta i Gminy Sztum, maj 2014; Facebook, Profil Waplewo Wielkie i okolice; Relacje ustne mieszkańców Waplewa Wielkiego: Jerzy Datta, Małgorzata Ruszkowska, Małgorzata „Margieta” Vogler (Waplewo Wielkie, kwiecień 2025). Teatr i muzyka w Gniewie 69 Andrzej Lubiński Teatr i muz^/Ra U) ęnieu/ic W drugiej połowie XIX wieku elity polskiego ruchu narodowego dostrzegły konieczność prowadzenia pracy narodowej i oświatowej wśród ludu polskiego. Jedną z dróg uświadomienia było organizowanie amatorskich zespołów teatralnych w miasteczkach i wsiach. Na Pomorzu spotkało się to z pozytywnym odzewem. Zanim zacznie się działalność teatralna, pierwszy koncert muzyczny w Gniewie został zorganizowany w roku 1867 przy okazji powstania giełdy zbożowej. Był nim nauczyciel i organista z Piaseczna Jan Stefański. Zebrany dochód przeznaczony był na cel dobroczynny. Rok później w sali pani Volkhemer ma miejsce kolejny koncert muzyczny. 30 kwietnia 1871 koncertował w lokalu Marcelego Bartkowskiego skrzypek po konserwatorium berlińskim - Teodor Wilemski. Do pierwszego teatralnego przedstawienia amatorskiego w Gniewie doszło w roku 1878. Była to trzyaktowa sztuka Karola Kucza „Ulica nad Wisłą”. Nie wiemy jednak, gdzie była ona prezentowana publiczności tego miasta. W roku 1892 gniewianie mogli obejrzeć sztukę A. Ładnowskiego „Żyd w beczce”. Więcej informacji o kolejnym przedstawieniu posiadamy z roku 1894, kiedy mieszkańcy mogli obejrzeć w niedzielę 18 listopada teatr amatorski urządzony przez Towarzystwo Przemysłowe na sali Andrzeja Jana Kleina. Odegrane były dwie sztuki: pierwsza W. L. Anczyca „Błażek opętany”, druga J. K. Gregorowi-cza „ Werbel domowy”. Dochód uzyskany ze sprzedaży biletów przeznaczony był na cel dobroczynny. Przedstawienia rozpoczynały się o godz 7:30 wieczorem. Pierwsze miejsca kosztowało 1 markę, drugie 75 fenigów, trzecie 50 fenigów. Ostatnim punktem spotkania była zabawa taneczna. 5 lutego 1899 roku miały miejsce w tym samym miejscu co poprzednie, czyli u A.J. Kleina, dwie sztuki. Pierwsza Pauliny Wilkońskiej „Cyganki”, druga W. L. Anczyca „Łobzowianie” połączona ze śpiewami. Bilety można było zakupić u mojego dziadka Kazimierza Bartkowskiego. Trzy lata później, 3 lutego, w tej samej sali, ponownie wystawiono dwie sztuki „Adam i Ewa” i J. Korzeniowskiego „Okrężne” oraz żywy obraz. Bilety rozprowadzali dla chętnych obejrzenia pp. Bartkowski, Lewandowski, Zwoliński. Nowo założone Towarzystwo Ludowe w roku 1908 urządziło 2 lutego zabawę taneczną połączoną z odegraniem dwóch sztuk W, L. Anczyca „Flisacy” i „ Błażek opętany”. Aktorzy wywiązali się bardzo dobrze z powierzonych im ról. 16 lutego w tej samej sali miano prezentować obrazy świetlne „Życie Pana Jezusa”, „Miasto Kraków” i dwie bajki. Tym razem publiczność zebrana była na sali Kazimierza Bartkowskiego. Dwa lata później, w tym samym miejscu, wystawiono sztukę znanej autorki rodem z Pomorza, piszącej sztuki dla zespołów amatorskich, Anny z Bardzkich Karwatowej „ Stryj Agapit”. 70 y4««a z Bardzkich Karwatowa Andrzej Lubińsiu Niektóre przedstawienia amatorskie wystawiane w Gniewie znajdowały się również w repertuarze aktorów amatorów z Powiśla: Waplewo, Stary Targ, Sztum jak „Łobzowia-nie”, „Berek zapieczętowany”, „Werbel domowy” . Jeszcze gdy trwały działania wojenne lat 1914-1918, w niedzielę 20 października 1918 roku zorganizowano w Gniewie w sali Kazimierza Bartkowskiego wieczór artystyczny. W części pierwszej pod tytułem „Miłość rodzi zgodę” wystąpił chór żeński ze śpiewem na trzy głosy pod kierownictwem Kazimierza Kleina oraz wystawiono obrazek sceniczny w dwóch aktach „Kto im łzy przywróci” z czasów królowej Jadwigi. Część druga to krotochwila w jednym akcie ,Aby handel szedł” i żywy obraz „Prządka” połączony ze śpiewami pieśni Moniuszki oraz komedyjka w jednym akcie „Chrapanie”. Bilety na występ można było nabyć u Kazimierza Bartkowskiego i Wierzbowskiego oraz w dniu przedstawienia. Dobrowolne datki miano przesyłać na ręce księdza Alojzego Karczyńskie-go, który był inicjatorem zorganizowania tego wieczoru autorskiego. Pierwsze przedstawienie teatralne młodzież gniewska wystawiła 16 grudnia 1923 roku pt „Konfederaci Barscy” autorstwa Adama Mickiewicza. Przed przedstawieniem połączone chóry „Kociewiak”, szkolny i wojskowy wystąpiły ze specjalnym koncertem. 3 Maja 1924 roku w Nicponi oddalonej od Gniewu o kilometr znajdowała się w rękach Bractwa Kurkowego „Strzelnica”. Po oficjalnych przemówieniach w tym miejscu i obdzieleniu dzieci przekąską miał miejsce koncert muzyczny. Wieczorem w sali Hotelu Centralnego przy ówczesnej ulicy Gdańskiej a od roku 1929 Józefa Piłsudskiego, którego właścicielem był Antoni Nowacki miały miejsce: występy chóru, deklamacje oraz pokazano obrazek sceniczny niestety nie wiemy jaki był jego tytuł. Natomiast przez cały dzień dziewczęta na ulicach miasta kwestowały na cele Towarzystwa Czytelni Ludowych. 18 maja 1924 roku w Hotelu Centralnym zaprezentowane zostały dwa przedstawienia amatorskie na rzecz drużyn harcerskich działających w mieście Szkoły Powszechnej i Gimnazjum. Pierwsze pt. „Dwie rady” autorstwa Józefa Bassico oraz „Zastąp mnie” komedia w trzech aktach Stanisławy Duszyńskiej. Po przedstawieniach była zabawa taneczna. Aktorzy wywiązali się ze swych ról dobrze w szczególności zapamiętano pannę Kaczorowską, Cejrowską, Marię Łuszpińską, Halinę Tollikówną. Z ról męskich Jabłońskiego, Stanisława Cejrowskiego, Kleina. Osoba pisząca sprawozdanie do Pielgrzyma zauważyła, że publiczność gniewska niechętnie uczęszcza na przedstawienia, koncerty prócz szczupłego grona społeczeństwa i nie jest zainteresowana tego rodzaju strawą duchową. 8 czerwca miał zawitać do Gniewu teatr miejski z Torunia. Jesienią 1924 roku zorganizowano obchód Powstania listopadowego, gdzie wystąpił chór męski „Kociewiak” i wystawiono sztukę dramatyczną A. Staszczyka „Kościuszko w Petersburgu” ze śpiewami patriotycznymi. 13 grudnia 1924 roku Szkoła Powszechna w Gniewie zoiganizowała wieczór artystyczny w Hotelu Centralnym. Na program złożyły się deklamacje, śpiewy i przedstawienia teatralne, których tytułów nie podano. Przygotowano dwie komedyjki bardzo wesołe i stosowne do obecnego czasu. Teatr i muzyka w Gniewie 71 Już pod koniec XIX wieku w Gniewie przy kościele działał chór mieszany „Cecylia”. Skupiał on Polaków i Niemców a w 1919 przekształcił się w ściśle polski pod nazwą Towarzystwo Śpiewacze „Halka”, dyrygentem był fotograf Konrad Weidemann, Zespół miał witać wkraczające do miasta wojsko polskie 27 stycznia 1920 roku. Ćwiczenia chóru miały miejsce w sali Bartkowskiego i Hotelu Polonia właściciel Józef Kulecki przy ulicy 27 stycznia a obecnie Piłsudskiego. 9 maja 1921 roku powstało Męskie Koło Śpiewu z inicjatywy Wacława Jankiewicza i miało własną orkiestrę. Przy Szkole Powszechnej działał trzygłosowy chór od 1920. Od roku 1923 kieruje nim Jan Wieczorek. W Progimnazjum chór powstał w roku 1921 i liczył 20 osób a od roku 1923 kierował nim nauczyciel muzyki Aleksander Winkiel. Po nim chór prowadził Jan Wieczorek. Działała też orkiestra piszczałkowa oraz zespół taneczny pod kierunkiem nauczyciela Piotra Obala. Chór męski „Kociewiak” powstał w 1922 roku z inicjatywy nauczyciela muzyki Jana Wieczorka i liczył 24 członków, w 1924 roku 43 członków. Prezesem chóru był Feliks Tramowski. Skupiał on młodych ludzi w większości urzędników i wojskowych. Ćwiczenia odbywały się w Hotelu Centralnym. Członkiem mógł zostać każdy, bez różnicy stanu, byleby chciał śpiewać i miał nieposzlakowaną opinię. Lekcje śpiewu odbywały się dwa razy w tygodniu, w poniedziałki i czwartki. Chór zdobył pełne uznanie społeczności gniewskiej, brał udział w uroczystościach narodowych i zbierał fondusze na zakup skrzypiec, szafy i nut około 100 kompletów. Dyrygentem był Jan Bojanowski, po jego rezygnacji ze względu na stan zdrowia dyrygentem został pan Wacław Jankiewicz. W mieście działał również chór przy więzieniu i liczył 60 członków oraz wojskowy liczący 35 osób. Chóry były samowystarczalne członkowie opłacali składki a dochód przynosiły wykonywane koncerty. Pewną sławą cieszyła się orkiestra dęta braci Szołów działająca przy Towarzystwie Ludowym jeszcze przed I wojną i składała się w większości z rzemieślników. 22 listopada 1924 roku miał miejsce w tym hotelu koncert Feliksa Nowowiejskiego z udziałem Ludwiki Czajkowskiej Assaturoff skrzypce, Jadwigi Suszyńskiej śpiew oraz występem chóru „Kociewiak”. „Rotę” odśpiewała cała publiczność zebrana na koncercie pod batutą Feliksa Nowowiejskiego. Od 1928 do 1939 koncertował zespół kameralny Alojzego Draheima oraz Leona Grubczyńskiego. W styczniu 1925 roku drużyny harcerskie przygotowały dwa przedstawienia. Drużyna harcerska Szkoły Powszechnej odegrała komedyjkę „Pojedynek”. Tydzień później harcerze z Progimnazjum wystawili „Jasełka nowe” autorstwa M. Hipolita. Do pieśni dobre melodie skomponował Józef Wieczorek. W piątą rocznicę wkroczenia wojsk polskich do Gniewu 27 stycznia 1920 roku wieczorem członkowie korpusu oficerskiego odegrali na cele oświatowe trzyaktową komedię Perzyńskiego „Kłopoty pana Złotopolskiego”. Rolę głównego bohatera Złotopolskiego odegrał kapitan Tura. Na wysokości zadania stanął również porucznik Karandyczewski. W święto Trzech Króli 1926 roku mieszkańcy miasta zostali mile zaskoczeni. Najmłodsze dzieci pod dozorem Sióstr Sercanek ochroniarek odegrały „Jasełka” budząc zachwyt dla najmłodszych aktorów i szczere uznanie dla tych, którzy ofiarną pracą przygotowali tę niespodziankę. Dzieci zatańczyły maleńkiemu Jezusowi w żłóbku staropolskiego „Krakowiaka” z werwą i fantazją. Kolejne przedstawienie teatralne, krotochwila w dwóch aktach, zostanie przygotowana 10 kwietnia 1927 roku pt. „Pan Pegaziński” przez członków Towarzystwa Młodzieży Katolickiej. Wystawiona została w Hotelu Centralnym. Obok 72 Andrzej Lubiński występów aktorów amatorów miał również miejsce koncert orkiestry wojskowej, odczyt, deklamacje i występ chóru męskiego „Kociewiak”. Całkowity dochód z przedstawienia i kwesty prowadzonej przez panny Ćwiklińską, Leokadię Kamińską, Melanię Kurowską, Napiątek oraz panów Franciszka Czajkę, Murawskiego, Emila Ponczka, Stefaniaka przekazano na Polską Macierz Szkolną w Gdańsku. Dzień wcześniej zorganizowano wieczornicę staraniem opiekunki II drużyny harcerskiej panny Heleny Oślickiej nauczycielki Szkoły Powszechnej przy pomocy drużynowej Zdzisławy Kłos uczennicy piątej klasy. Na program złożył się koncert wykonany przez p. Jana Bojanowskiego skrzypce, pannę Graewersównę fortepian, Seemanna celo, deklamacje oraz wystawiono sześcioaktową komedię pt. „Brylantowy krzyżyk”. Odegrane zostały przez harcerki II drużyny z której wywiązano się znakomicie a trójce muzyków dziękowano za dobry koncert. Natomiast 1 maja Towarzystwo Śpiewu Kościelnego „Halka” staraniem zarządu i ks. wikarego Romana Wiśniewskiego przygotowano przedstawienie teatralne połączone z zabawą. Z dość trudnej sztuki „Ach, to Zakopane” amatorzy wywiązali się wyśmienicie. Długo dziękowano reżyserowi p. Stanisławowi Cejrowskiemu prezesowi chóru „Halka” i dyrygentowi p. Bernardowi Weidemanowi za przygotowanie śpiewów. W święto Konstytucji 3 Maja 1927 roku po zbiórce towarzystw, szkół, wojska i mszy przemawiał na rynku prof. Józef Łuszpiński a defiladę odbierał gen. Karol Trzaska Durski. Dalszy ciąg uroczystości miał miejsce w „Strzelnicy” w Nicponi, gdzie odbywały się zabawy dla dzieci, deklamacje, występy chórów oraz przedstawienie teatralne wykonane przez uczniów Progimnazjum, które spotkało się z dużym zadowoleniem publiczności. 6 listopada 1927 roku Towarzystwo św. Wincentego a Paulo urządziło bazar, z którego dochód był przeznaczony na ubogich. Odegrana miała zostać jednoaktówka przez młodzież szkolną, ale tytułu nie udało się ustalić. Od roku 1927 w działalność Towarzystwa Czytelni Ludowych włączyli się aktywnie Stefan, Aleksandra i Halina Bartkowscy. Podobnie jak w poprzednim roku hucznie obchodzono święto Konstytucji 3 Maja 1928 roku. Mszę odprawił ks. wikary Roman Wiśniewski, którą upiększył śpiew chóru „Halka” a okolicznościowe kazanie wygłosił ksiądz Fabian Wierzchowski. Defiladę na rynku odbierał gen. Karol Trzaska Durski ze starostą Wojciechem Lemańczykiem. Wieczorem w Hotelu Centralnym występował chór „Kociewiak”. Teatr żołnierski odegrał sztukę WL Anczyca „Łobzowianie”. Publiczności spodobał się również wykonany staropolski taniec „Krakowiak”. 6 maja z okazji poświęcenia sztandaru Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej odbyła się na rynku uroczysta zbiórka i wyruszono do kościoła na mszę. Po południu odbył się na dziedzińcu koszarowym wspólny obiad z przemówieniami władz cywilnych i wojskowych. Wieczorem staraniem tego Towarzystwa wystawiono przedstawienie „Bolszewicy”. Towarzystwo św. Wincentego a Paulo urządziło 13 maja wieczorek połączony z koncertem i przedstawieniem na rzecz ubogich. Odegrano dwie sztuczki „Nie odparty argument”, „Ciotka na wydaniu” w wykonaniu zespołu teatralnego TCL. W niedzielę 12 wrześniu 1929 roku Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży obchodziło trzecią rocznicę powstania. Po zbiórce na dziedzińcu Szkoły Powszechnej wyruszył pochód do kościoła przy dźwiękach własnej orkiestry, po mszy miał miejsce pochód przez miasto. Po południu w „Strzelnicy” odbywały się zawody sportowe, w których uczestniczyli członkowie bratnich stowarzyszeń. Wieczorem w Hotelu Centralnym kółko amatorskie Teatr i muzyka w Gniewie 73 Stowarzyszenia Katolickiego Młodzieży odegrało dwie sztuczki „Kominiarz i piekarz”, „Lekarstwo na wszystko”. „Dziennik Gniewski” z 25 września 1929 roku zamieścił obszerne sprawozdanie z walnego zebrania Towarzystwa Czytelni Ludowych „W środę 15 września 1929 r w Hotelu Centralnym odbyło się walne zebranie TCL. Po zagajeniu i powitaniu członków dał prezes komitetu X. prof Fabian Wierzchowski pogląd na pracę oświatową TCL w roku 1928/1929. W roku sprawozdawczym odbyto się 5 zebrań komitetu i jedno walne zebranie. TCL liczyło 40 członków rzeczywistych. Korzystało z biblioteki 117 czytelników, którzy razem przeczytali 2781 książek. Biblioteka zawiera 700 tomów. Komitet zorganizował obchód Sienkiewiczowski i łącznie z innymi organizacjami obchód 3 Maja i obchód wianków, Z ramienia komitetu wygłoszono 2 wykłady popularne. W lutym br powstała przy TCL sekcja miłośników sceny polskiej. Sekcja zwołała 7 zebrań i dała dotąd 5 przedstawień i zyskała sobie sympatię tutejszego społeczeństwa. Z inicjatywy komitetu TCL zawiązał się w marcu br. komitet miejscowych towarzystw do współpracy kulturalno oświatowej. W dniu 3 maja otwarta została świetlica TCL. Dochody w roku 1928/1929 wynosiły 1853,39 zł, rozchód 1733,85, pozostało saldo 119,39 zł. Po sprawozdaniu X. prezesa stawił prof. Stanisław Piątek wniosek, żeby uczczono pamięć zmarłej sekretarki śp. Rychwińskiej. Wniosek przyjęto z zadowoleniem i oddano cześć niezmordowanej pracowniczce na polu oświatowym. Następnie prof. Stanisław Piątek stawił wniosek o udzielenie absolutorium zarządowi. Po przyjęciu tego wniosku przystąpiono do wyborów zarządu. Wybrano na główną sekretarkę Aleksandrę Bartkowską na jej zastępczynię Halinę Bartkowską, na sekretarza sekcji teatralnej p. Leszkowskiego, na bibliotekarkę Marię Preussównę, prowizora kasy p. Jana Dzięgielewskiego byłego burmistrza. Do Komitetu na rok 1929/30 weszli ks. Fabian Wierzchowski, zastępcą p. rektor Wańtowski [był kierownikiem Szkoły Powszechnej, na imię miał Ksawery], sekretarka Aleksandra Bartkowska, Halina Bartkowska, skarbnik ks. wikary Alojzy Prabucki, bibliotekarze Maria Preussówna, Zygmunt Zywicki i Jan Sławiński rewizorzy kasy Jan Dzięgielewski i Stanisław Piątek. Po wyborach X prezes przeczytał odezwę głównego zarządu TCL w Poznaniu w sprawie obchodu złotego jubileuszy TCL w roku 1930, który ma być uwieńczony postawieniem Domu TCL. Uroczystości połączone będą z wystawą oświatową w Poznaniu, która następnie przeniesiona będzie do Grudziądza, żeby Pomorzanie łatwiej mogli ją zwiedzić. Następnie omówiono zorganizowanie wycieczki na Powszechną Wystawę Krajową w dniach 28-30 września. Postanowiono wyłożyć listę w Książnicy Gniewskiej: kto pragnie jechać na PWK powinien się zapisać na tej liście do 25 września. W wolnych głosach p. Piasecki oświadczył, że Starostwo posiada jeszcze fundusze na poparcie wycieczki na PWK. Po przyjęciu nowych członków zebranie zamknięto”. Dziennik Gniewski 1929 nr 68 napisał „W przeddzień 11 rocznicy wskrzeszenia Polski w ubiegłą niedzielę odegrał miejscowy TCL operetkę narodową w trzech aktach J. N. Kamińskiego „Skalmierzanki”. Dochód uzyskany ze sprzedaży biletów przyniósł prawie 500 złotych z czego przeznaczony był na zakup książek, dekoracji, kostiumów za gotówkę 173,72 zł oraz spłacono długi związane z otwarciem świetlicy. Całość wypadła okazale. Sale Hotelu Centralnego napełniona po brzegi nie mogła pomieścić wszystkich obywateli. Wielebny ksiądz Fabian Wierzchowski, który z pełnym poświęceniem dla sprawy i nie szczędząc trudów udostępnił obywatelstwu tę tak bardzo udaną sztukę, wygłosił krótkie lecz treściwe słowo wstępne. Odegranie przez amatorów operetki wykazało 74 Andrzej Lubiński doskonałe opracowanie całkowitego materiału i wniknięcie się w sztukę samą oraz wartość artystyczną. Dobór aktorów był bardzo szczęśliwy i trafny. Wszyscy wywiązali się ze swoich ról znakomicie. Odtańczony krakowiak wykonany z należytym temperamentem świadczy o ogromnej pracy i poświęceniu włożonym w sztukę. Orkiestra pod batutą powszechnie łubianego Jana Bojanowskiego świetnie się wywiązała z założonego zadania”. Na życzenie ogólne z okazji 13 rocznicy śmierci Henryka Sienkiewicza była powtórka operetki. Natomiast 30 listopada sekcja teatralna TCL odegrała w Kolonii Ostrowickiej „Skalmierzanki”. Aktorom amatorom za dobra grę dziękował pan Cyganek. Młodzież gniewska obchodziła 17 listopada 1929 roku święto ku czci ich patrona św. Stanisława Kostki. Po mszy odbyła się uroczysta akademia, którą zagaił ks. Wikary Alojzy Prabucki a przemawiał prof. Stanisław Piątek. Po deklamacjach i śpiewie odegrano dwie krotochwile „Nad ojcowską mogiłą” i „Jak się Jaśkowi zachciało być panem”. 8 stycznia 1930 roku urządził TCL „Wieczór śmiechu” połączony z imprezami humorystycznymi, odegraniem jednoaktówki W.L. Anczyca „Chłopi arystokraci” i zabawą taneczną. 12 stycznia powtórzył zespół to swoje karnawałowe przedstawienie. Oklaski świadczyły o znakomitej grze aktorów. Teatr powtórzył część swego programu bezinteresownie w Kolonii Ostrowickiej podczas bazaru urządzonego na rzecz budowy kościoła w Smętowie. Do Gniewu jak podał „Dziennik Gniewski” miał przyjechać teatr objazdowy z Poznania i wystawić w Hotelu Centralnym dramat religijny „Rycerze Chrystusa Króla”. Bilety można było nabyć w Książnicy Gniewskiej. 15 maja 1930 roku żołnierze młodego rocznika mieli swoją przysięgę. Teatr żołnierski odegrał dla nich wieczorem trzy aktową farsę „Gobelin”. Największe brawa dostał za swoją grę kapitan Gozdecki w roli paskarza. O tym wystąpieniu napisał również „Dziennik Gniewski” w numerze 118. „W dniu przysięgi rekrutów garnizonu gniewskiego odegrana została siłami teatru żołnierskiego trzyaktowa farsa „Gobelin”. Wesoła treść niefrasobliwego humoru bawiła liczną publiczność. Na uwagę zasługuje gra kapitana Gozdeckiego w roli paskarza wzbudzając wesołość jak pojawił się na widowni. Na życzenie ogółu sztuka będzie powtórzona w niedzielę 1 czerwca. Teatr żołnierski wyjedzie ze sztuką do innych miast gdzie stacjonuje wojsko”. Do Gniewu ma też przybyć w najbliższym terminie Opera Warszawska i odegra w Hotelu Centralnym „Madame Butterfly”, reżyserem jest pan E, Narożny, a aktorami Z. Zabiełło, L. Morawska, E. Narożny, S. Kowalski. Pelpliński „Pielgrzym” z 1930 roku w numerze 129 dał obszerne sprawozdanie z działalności TCL w Gniewie „Rok bieżący jako rok jubileuszu pracy TCL jest mimo klęski gospodarczej w kraju rokiem wysoko cennych zbiorów na niwie oświaty. W pogranicznym mieście Gniewie rozwija swoją działalność TCL. Zarząd utrzymuje kontakt z miejscowymi stowarzyszeniami jak Towarzystwo Ludowe, Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży, Sokół, Halka, Kociewiak oraz społeczeństwem przypominając się obchodami narodowymi, teatrem amatorskim, biblioteką. W ostatnim roku sprawozdawczym zorganizował miejscowy komitet 11 odczytów, 6 obchodów, 7 przedstawień, obchody ku czci Kazimierza Pułaskiego, Henryka Sienkiewicza, rocznicy niepodległości, 3 Maja, jubileuszu TCL oraz nocy świętojańskiej stały się narzędziem oświaty ludowej, myśli narodowej. Teatr i biblioteka TCL są na drodze rzetelnego rozwoju. Sekcja teatralna ma własne kostiumy i urządzenia wartości 600 zł, ma dobrze zgranych amatorów. Występowała na scenach w Gniewie, Janowie, Kolonii Ostrowickiej Teatr i muzyka w Gniewie 75 zyskując wszędzie uznanie. Przedstawienia jak; Kamińskiego „Skalmierzanki”, Anczyca „Chłopi arystokraci”, „Dla miłego grosza”, „W mamusi oczach:”, „Przebudzenie”, „Zapraszam pułkownika”. Do przedstawień scenicznych dołączono taniec łobuzerski, chiński, lołek, rokokowy, cygański karnawałowy. Mniej rozgłośna ale solidna w pracy była sekcja bibliotekarska reprezentująca pierwszą w Gniewie polską placówkę oświatową. Biblioteka liczy 770 tomów, korzystało 112 czytelników jacy zgłosili 2026 zamówień na dostarczenie im książek. Mieści się w świetlicy TCL, można też słuchać radia, czytać pisma. Wpływy wynosiły ostatnio 2394 zł. Prezesem został dalej ks. Fabian Wierzchowski. Do dawnych jego współpracowników doszło nowych mianowicie p. Jakubiczka jako wiceprezeska, prof. Stanisław Piątek sekretarz, Balcerówna zastępca sekretarza, Dąbska i Preuss jako bibliotekarze”. Do tego sprawozdania można dołączyć informacje z „Dziennika Gniewskiego” z 1930 roku nr 89. „W obecności wszystkich członków TCL ks. Fabian Wierzchowski przedstawił 6 grudnia wynik dochodu z występów z komedia „Skalmierzanki” 500 zł, z czego zakupiono kilka dekoracji, kostiumów za gotówkę 173,72 zł, zamówiono książki do biblioteki i spłacono długi z otwarciem świetlicy. Omówiono mający się odbyć w styczniu 1930 roku „Wieczór śmiechu”. Na program mają być imprezy humorystyczne, odegrana jednoaktówka Anczyca „Chłopi arystokraci”. Latem 1930 roku podczas uroczystości dziesięciolecia przyłączenia Janowa do Polski doszło do spotkania młodzieży z Gniewu i Janowa z młodymi ludźmi z Powiśla. Zostali zaproszeni oni do Gniewu. Uczestniczyli we mszy, gdzie zostali serdecznie powitani, a następnie uczestniczyli zawodach sprawnościowych zorganizowanych w „Strzelnicy”, przedstawieniu teatralnym i zabawie tanecznej. Jedna z uczestniczek tej wycieczki Zofia Kochańska po powrocie do Postolina została oskarżona o działania szkalujące państwo niemieckie. Młodzi ludzie mieli zwrócić paszporty. Ostrzeżona o grożącej represji zdecydowała się na opuszczenie Powiśla i udała się do Polski, gdzie dostała pracę w pralni szpitalnej w Świeciu. Do rodzinnej miejscowości wróciła dopiero w 1948 roku. Stowarzyszenie Pań Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo zapraszało na 9 listopada 1930 roku do Hotelu Centralnego na doroczny bazar celem zdobycia funduszy przeznaczonych na ubogich. Odegrana będzie sztuka teatralna A. Fredro „Jeden z nas musi się ożenić” powiązana z tańcami. Gniewski oddział Pomorskiego Towarzystwa walki z gruźlicą w styczniu 1931 roku zorganizował wieczornicę w Hotelu Centralnym powiązanym z przedstawieniem teatralnym i występem Towarzystwa Śpiewu „Halka”. Dochód z zabawy i przedstawienia przeznaczano na otwarcie poradni przeciwgruźliczej. 17 stycznia odegrane zostały na sali Hotelu Centralnego przez kółko teatralne TCL dwie farsy operetkowe „Precz z mężczyznami” w dwóch aktach oraz „Stryjek Franio”. Obchód święta 3 Maja 1931 rozpoczął się zbiórką na rynku i wyjściu na mszę po jej zakończeniu rozpoczął się przegląd wojska i organizacji. Przed południem odbyła się publiczna kwesta na cele TCL. W „Strzelnicy” zorganizowane zostały zawody strzeleckie przez Bractwo Kurkowe oraz koncert. Natomiast wieczorem w Hotelu Centralnym wieczornica TCL połączona ze śpiewami chóru „Kociewiak” i wystawieniem sztuki teatralnej w trzech aktach „Majster Kuliński” oraz zabawą taneczną. W czerwcu tego roku sekcja teatralna TCL wystawiła sztuczkę „Pan tancerz”. Zysk przeznaczono na powiększenie czytelni. Do Gniewu przyjechał teatr z Grudziądza z przedstawieniem „Ogniem 76 Andrzej Lubiński i mieczem”, które miało mieć miejsce na wolnym powietrzu. Już od roku 1928 objeżdżał różne miejscowości Pomorza. Widowisko zorganizowane będzie się na dziedzińcu koszarowym 65 pułku piechoty z udziałem licznych statystów, wojska, kilkudziesięciu koni. Pokazana zostanie bitwa kozaków ze skrzydlatą husarią. W roku 1932, dla uczczenia Powstania styczniowego i przyłączenia Pomorza do Polski, Sodalicja Mariańska i uczennice Progimnazjum gniewskiego odegrały 24 stycznia w Hotelu Centralnym trzy aktowy dramat „Ofiara serca”. To przedstawienie odegrano dzień wcześniej specjalnie dla wojska stacjonującego w Gniewie. Dzień wcześniej członkowie „Sokoła” zorganizowali wieczornicę na sali Witolda Bartkowskiego. W czasie zabawy członkowie „Sokoła” pokazali ćwiczenia na drążku, poręczach. Przemawiał prof. Stanisław Piątek zachęcając do ćwiczeń. 14 lutego 1932 roku miała miejsce Akademia Papieska u Witolda Bartkowskiego połączona z zebraniem Towarzystwa Ludowego. Akademię zagaił prezes Akcji Katolickiej dr Konrad Behrendt. Wystąpił ze śpiewami chór „Halka”. Przemawiał prof. Stanisław Piątek, z deklamacjami popisywały się uczennice Progimnazjum oraz członkowie Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej. 6 marca miało miejsce zebranie Towarzystwa Ludowego na które przybyło 200 członków. Zebranych powitał prezes pan Kozak. Nauczyciel gimnazjum prof. Stanisław Piątek miał wykład „Miłość bliźniego”. Uczennice z Progimnazjum wystąpiły z przedstawieniem „Ofiara serca”. Dnia 17 kwietnia odbyło się zebranie Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary na sali Witolda Bartkowskiego. Zagaił zebranie pan Klein, sekretarka Szwarc odczytała protokół a referat o misji wygłosił ks. proboszcz Leon Kurowski. Deklamacje wygłosiło 6 dzieci. Święto konstytucji miało uroczysty charakter. Po mszy i kazaniu defiladę odebrał komendant garnizonu major Nikodem Sulik. Zespół teatralny TCL odegrał sztukę „Oblężenie Trembowli”. Dochód przeznaczono na celeTCL. Na przedstawieniu był korpus oficerski, przedstawiciele władz miasta i samorządu. Jesienią 1932 roku celem uczczenia Henryka Sienkiewicza TCL z Gniewu wystawiło w Janowie sztukę Anny z Bardzkich Karwatowej „Stryj Agapit”, ksiądz Fabian Wierzchowski miał wykład o Henryku Sienkiewiczu. Panna Szramkówna recytowała „Legendę Żeglarską” a dzieci z Janowa odśpiewały dwie pieśni ludowe. 2 lutego 1933 roku członkowie Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej pod kierownictwem ks. wikarego Franciszka Motylewskiego urządziło przedstawienie „Tim”, dramat religijny w jednym akcie. Drugi wykonany tego wieczoru, to dramat religijny w trzech aktach „Od chaty do chaty”. Aktorzy wywiązali się znakomicie ze swoich ról. Dekoracje bardzo podobały się publiczności jakie wykonał komitet teatralny z ks. wikarym Franciszkiem Moty-lewskim i panną Schwartzówną. Z gościnnym występem teatralnym wystąpili w sierpniu 1933 na Sali Witolda Bartkowskiego członkowie Sokoła z Pelplina. Publiczność obejrzała „Delikatne rączki”. Spotkanie zostało zakłócone awanturami. O tym wydarzeniu miały rozchodzić się od pewnego czasu wieści, o co posądza się członków gniewskiego „Strzelca”, organizacji pod wpływami sanacji. 22 października w niedzielę miała mieć miejsce akademia związana z Dniem Misyjnym i przedstawieniem, ale nie podano tytułu sztuki. Natomiast w listopadzie podczas zebrania Towarzystwa Ludowego ks. Fabian Wierzchowski miał referat o „Quo vadis” Henryka Sienkiewicza a kółko teatralne TCL w osobach 3 uczennic gimnazjum wystawiło jednoaktówkę Teatr i muzyka w Gniewie „Wkroczenie wojsk polskich na Śląsk”. W Hotelu Centralnym staraniem TCL urządzono amatorskie przedstawienie teatralne „20 dni kozy”. Zostało ono powtórzone na zakończenie „Tygodnia Książki” 3 grudnia 1933 roku. Premiera kolejnego przedstawienia będzie miała miejsce 2 lutego 1934 roku. Stowarzyszenie Młodzieży Polskiej przygotowano dwie sztuki: „Czwarty peron” i „Taniec marynarski”. Sala była zapełniona. 21 października w niedzielę 1934 roku na sali Edwarda Wyklan-da miała miejsce Akademia Misyjna, rozpoczął ją ks. proboszcz Leon Kurowski a uczennice Progimnazjum wygłosiły recytacje. Odegrano sztuczkę „Sinali sierota z Zikawi”. Dopiero 24 listopada 1935 roku Towarzystwo Śpiewu „Cecylia” we współpracy z TCL urządziło akademię z przedstawieniem amatorskim ku czci patronki „Św. Cecylia”. Zebrany dochód będzie przeznaczony na cele oświatowe. Próba generalna odbyła się w sobotę o godz. 7 wieczorem. W Hotelu Centralnym. Słowo wstępne wygłosił ks. proboszcz Leon Kurowski. Natomiast 1 grudnia Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży z Gniewu i Janowa odegrały w tej ostatniej wsi sztukę „Król a biskup”. W niedzielę 16 października 1937 w Hotelu Centralnym wystawiona została sztuka „Wesele Góralskie”. Dla dzieci miało być o godz. 16, dla dorosłych o godz. 20. Dla najmłodszych cena wynosiła 20-30 groszy, a dla dorosłych od 49 groszy do 2 złotych. 23 kwietnia 1939 roku odegrano przedstawienie amatorskie „Ciotka Karola”. Czysty dochód był przeznaczony na fundusz Obrony Narodowej. „Ciotka Karola", od lewtj: Gertruda Siebert, Helena Rezmer, Czsław Fele, Aleksander Dylewski, Helena Bartkowska, Marta Urban. Niżej: Izabela Błażek, w czarnym toczku na głowie Stefan Bartkowski, Tadeusz Zwiemik. 78 Andrzej Lubiński Z opowiadań mojej mamy wiem, że w połowie 1919 roku zespół teatralny i chór wystawili w sali Kazimierza Bartkowskiego mogącego pomieścić 300 osób sztukę „Przebudzenie śpiących rycerzy”, wystąpiło 12 dorosłych i 12 dzieci. Z przedstawienia zachowało się zdjęcie wykonane w ogrodzie oraz dwie zwrotki tekstu jakie wypowiadali krasnale. „Pierwszy mówi do siedzących pod skałą kompanów poganiając ich do pracy: Do roboty do roboty. Kujecie żwawo kujcie młoty dla tej Polski dla tej mowy Trza złociste kuć podkowy. Drugi na to co tak wrzeszczysz co tak krzyczysz, cudne rzeczy mi się śniły o tej Polsce o tej miłej”. Stroje potrzebne do przedstawienia przygotowano we własnym zakresie, a sztandar z polskim orłem wyhaftowały jeszcze w czasie wojny moja babcia Helena, jej córka Maria i Anna Czarnowska. 27 stycznia 1920 witał on wkraczających do Gniewu od strony nicponi hallerczyków. W drugiej połowie lat dwudziestych, gdy w wiek dorosłości wchodziło pokolenie urodzone przed wybuchem 1 wojny, aktywność zespołu teatralnego nabrała rozmachu. Działał on przy Towarzystwie Czytelni Ludowych. Prezesem był Feliks Tramowski, zegarmistrz i jubiler, a skarbnikiem Jan Wiśniewski naczelnik Urzędu Pocztowego, zaś sekretarzem Izabela Klein. Osobami odgrywającymi znaczna rolę w grupie byli Stefan (1905-1988) i Artur( 1904-1935) Bartkowscy. Pierwszy w wieku 19 lat został reżyserem i choreografem wystawianych sztuk oraz wykonawcą wielu ról. Często wcielał się w role kobiet. Grał je tak sugestywnie, że widzowie byli przekonani, że mają rzeczywiście do czynienia z przedstawicielkami płci żeńskiej. Kiedyś gdy przebierał się przed wejściem na scenę, garderobiana zauważyła wylatujące z sukni pióra i zawołała do niego z kociewska: „Panno Panna psierzy”. Marzeniem Stefana było zostać aktorem. Jednak stryj Juliusz, ksiądz infułat zamiar ten mu wyperswadował. Umiejętność Stefana gry na pianinie a na skrzypcach brata Artura wykorzystywano do ilustrowania muzyką niemych filmów w sali Kazimierza Bartkowskiego. Bracia uzdolnienia muzyczne przejęli po swojej mamie Helenie. Zespół teatralny wkrótce zasłynął z występów poza Gniewem w miejscowościach: Morzeszczyn, Piaseczno, Pelplin, Janowo. W tej ostatniej wsi grał regularnie na wolnym powietrzu przy granicy z Niemcami koło Pastwy lub w karczmie Dąbrowskiego, gdzie była sala widowiskowa. Wśród aktorów amatorów znajdowali się nauczyciele: Janina Rychlińska, Gerard Błażek, Zdzisław Drzewiecki, sekretarka w Inspektoracie Szkolnym Janina Loebel, Aleksandra Bartkowska (1907-1995), Halina Bartkowska (1908-1977), Melania Kurowska, Lidia Augustynowicz, Stefański, Stefan Bartkowski, ksiądz Fabian Wierzchowski opiekun duchowny zespołu i członek TCL, Franciszek Kaszubowski. W roku 1927 mieszkańcy Janowa mogli obejrzeć sztukę „Chata za wsią”. Na początku lat 30 działalnością kierował Jan Wiśniewski. Stefan Bartkowski razem z matką i siostrą Helena wyjechał na pięć lat do Tczewa uczyć się zawodu kupieckiego. Gdy wrócił w 1935 roku do Gniewu i zaczął pracować w sklepie państwa Jabłońskich jako kierownik działu bławaty i konfekcja, ponownie zaczął reżyserować sztuki i grać główne role. Do zespołu dołączyła jego siostra Helena, która ukończyła pensję u hrabiny Jadwigi z Działyńskich Zamojskiej w Kórniku i prowadziła do wybuchu II wojny bibliotekę TCL. Fundusze na książki pochodziły ze sprzedaży biletów na przedstawienia. Po książki udawano się do Tczewa i Grudziądza. Próby teatralne odbywały się dwa razy w tygodniu. Aktorzy amatorzy musieli już znać na pamięć teksty swoich ról. Przez długie lata suflerką była Izabela Klein. Na próbie generalnej widownię stanowiły dzieci. Garnizon polski, który stacjonował w mieście, wykupywał Teatr i muzyka w Gniewie 79 komplet biletów dla swoich żołnierzy. Oddzielnie wystawiano przedstawienia dla ludności cywilnej. W repertuarze zespołu było kilka sztuk: „Wujaszek z Gdyni”, „Ciotka Karola”, „Bursztyny Kasi”, „Kopciuszek”, „Pieśni i tańce polskie”, „Okrężne”. Tę ostatnią pokazywano podczas dorocznych dożynek. W trzyaktowej komedii „Ciotka Karola” główne role grali Stefan Bartkowski, Jan Haza, Aleksander Dylewski, Marian Stojałowski, Helena Rezmer. Podczas występu dla żołnierzy ci tak się śmiali głośno i wypowiadali swoje uwagi, że doprowadzili do łez cały zespół. Jedna z aktorek ze śmiechu posiusiała się, a szeroka struga leciała na suflerkę, która w różne strony wychylała się, aby nie zalało jej głowy. W montażu słowno muzycznym „Umarł Maciek umarł” role śpiewacze mieli Marta Słomska farmaceutka i Czesław Fele. Grupa wystawiła też operetkę „Papugi naszej Babuni”. Babunię grała Słomska, papugi Stefan Bartkowski i Jan Haza a wnuczki Halina Ko-ziełłówa i Armela Kujawska. Do zespołu należeli też Marta Urban, Władysława Kurowska, Cecylia Puczuńska, Helena Bartkowska, Grzesia Grubczńska, Halina Małkowska, Melania Małkowska, Gertruda Siebert, Maria Klein, Regina Frankówna, Halina Urban, Hildegarda Piątek, Gerard Błażek. Franciszek Gostomski. Obok zespołu działającego przy TCL istniał jeszcze jeden prowadzony przez Marię Wiese. Członkami zespołu były osoby należące do Towarzystwa Młodych Polek i Sodalicji Mariańskiej. Przygotowywano sztuki o treści religijnej „Gdzie jesteś Panie”, „Poncja córka Piłata”. Po wojnie zespól występował z repertuarem przedwojennym. Pierwszy występ zorganizowano 1 lipca 1945 roku w Sali gimnastycznej na Placu Zamkowym. Zysk przeznaczono na odbudowę Warszawy. Zbierano również pieniądze na postawienie symbolicznego pomnika zamordowanych mieszkańców Gniewa i okolic. Pomnik zamówiony został u pelplińskiego „Gdzie jesteiPanie”, w środku Helena Bartkowska 80 Andrzej Lubiński rzeźbiarza Cichosza. Jego koszt wyniósł 1,1 min zł. Napis na pomniku brzmiał „Przechodniu, powiedz Polsce, że wierni jej prawom tu spoczywamy”. W środku płyty umieszczono słowa „Tu spoczywają prochy pomordowanych przez Niemców obywateli Gniewa i okolic”. Artyści amatorzy jeździli z przedstawieniami po powiatach tczewskim, kwidzyńskim i sztumskim. Do zespołu należeli Jan Haza, Aleksander Dylewski, Leon Zwiernik, Marian Stojałowski, Stefan Bartkowski, Marian Pozorski, Helena Rezmer, Marta Weidemann, Helena Bartkowska, Jadwiga Kamińska, Izabela Błażek, Lidia Wasilewska, Krystyna Seroczyńska, Lidia Sarnowska, Senia Wasilewska, Jadwiga Grabowska, Maria Słomska. Na gościnne występy wybierano się samochodami i wozami drabiniastymi. W roku 1950 zespół zakończył działalność. Zainteresowania teatralne rodziny Bartkowskich kontynuuje do dziś z powodzeniem mój kuzyn Wiesław Geras mieszkający we Wrocławiu. Jego mama Aleksandra występowała w gniewskim amatorskim zespole teatralnym w latach dwudziestych XX wieku. On organizuje od pół wieku Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora, cieszące się dużą popularnością wśród miłośników Melpomeny. Niektórzy aktorzy występują ze swoimi melodramatami również w Toruniu. W spotkaniach obok aktorów polskich biorą również aktorzy z Niemiec, Rosji, Ukrainy, Litwy, Białorusi, Armenii, Wielkiej Brytanii, Słowacji, Estonii, Albanii. Wiesław jest też we władzach międzynarodowego stowarzyszenia Instytutu Teatralnego działającego przy UNESCO. Zycie teatralne i muzyczne w Gniewie zaprezentowane w tym tekście może stanowić uzupełnienie tego, co przedstawiono w publikacji pod redakcją Błażeja Śliwińskiego Dzieje miasta Gniewu do 1939 roku wydanej w roku 1998. WYKORZYSTANA LITERATURA • Augustyn Rąbała, Życie muzyczne w Gniewie w latach 1920—1939, praca magisterska, Gdańsk 1979. • Jerzy Konieczny, Z problemów życia literackiego na obszarze zaboru pruskiego w XIX i XX wieku, Studia i Szkice, Bydgoszcz 1993. • Andrzej Lubiński, 117 ich snach powracała Polska, Pelplin 2017. • Andrzej Lubiński, Amatorski ruch teatralny w Gniewie w latach 1919—1950, „Pomerania” 2008, nr 4. • Andrzej Solecki, Kupiec gniewski J. A. Klein 1860-1944 wzorem dla współczesnych handlowców. Gniew 1990. • Korzystałem również z Kujawsko Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej, numery archiwalne „Gazety Toruńskiej” do 1914 roku oraz „Pielgrzyma” do 1939 roku. Zdjęcie powyżej przedstawia zabytkową kaplicę w Cieszymowie. To oczywiście piękna i sielankowa wizja artystyczna malarki Zofii Orczyńskiej, uczestniczki jednego z plenerów plastycznych, organizowanych od wielu lat przez Starostwo Powiatowe w Sztumie. Rzeczywistość jest jednak nieco inna i woła o ratunek. Każdy człowiek wychodzi z rodziny, każde społeczeństwo ma swoją przeszłość, swoje korzenie. My, mieszkańcy Powiśla, odziedziczyliśmy po II wojnie światowej to wszystko, co zostawili nam nasi poprzednicy, dawni mieszkańcy Prus Wschodnich. Dziedzictwo, kultura, zabytki to nie tylko puste hasła i puste słowa. Bo to naszym obowiązkiem jest troska o te kulturowe dobra. W mojej miejscowości jest szczególny zabytek, który jest bardzo ważny nie tylko dla mnie, ale dla wszystkich mieszkańców Cieszymowa. Zabytkowa kaplica, posadowiona w centrum wsi, z 1797 r. stanowiła element zabudowy dworskiej, związanej z położonym nieopodal zabytkowym pałacem, wybudowana w tak zwanej konstrukcji szachulcowej, czyli konstrukcja drewniana, szkieletowa, wypełniana cegłą. Budynek został zwieńczony ośmiospadowym dachem krytym trzciną. Na dachu widnieje duża metalowa kula, metalowy krzyż oraz tabliczka z datą 1797 r. Ośmioboczny budynek pełnił w swojej historii różne funkcje: od uprzężalni, rymami, po miejsce pracy kołodzieja. 82 Tomasz Bębniak U/«rtz2z kaplicy w Cies^^mowie, fot. L. Sarnowski Po II wojnie światowej budynek popadał w ruinę, służył jako miejsce zbiórek przed rozpoczęciem pracy pracowników ówczesnego Państwowego Gospodarstwa Rolnego. Na początku łat 90. został przekazany Kościołowi katolickiemu i pełni funkcję kaplicy filialnej parafii rzymskokatolickiej pod wezwaniem św. Anny w Krasnej Łące. Jako mieszkaniec Cieszymowa pamiętam prace mieszkańców, które miały na celu adaptację budynku do celów sakralnych, pamiętam proces umieszczenia pierwszego krzyża, który stał po prawej stronie przed wejściem do kaplicy, dziś jest tam już drugi krzyż. Pamiętam pierwsze nabożeństwa, uroczystości związane z I komunią świętą poszczególnych roczników dzieci, które uczęszczały do Szkoły Podstawowej w Cieszymowie. Cały czas lokalne społeczeństwo dbało o kaplicę i o jej otoczenie. Dużym problemem był dach pokryty trzciną. Wiatr zabierał z dachu trzcinę, którą trzeba było sukcesywnie uzupełniać. Wymieniono również stolarkę okienną, zamontowano daszek, wymieniono podłogę, wykonano chodnik z kostki granitowej, wymieniono ogrodzenie. W roku 2019 ze względu na proces starzenia się budynku, degradacji elementów konstrukcyjnych, kaplica zastała wyłączona z użytkowania, a nabożeństwa są odprawiane, dzięki uprzejmości właściciela gospodarstwa rolnego, w pałacu znajdującym się naprzeciwko kaplicy. Od czasu zamknięcia kaplicy były podejmowane próby pozyskania środków na jej odbudowę, niestety bezskuteczne. Obecny stan budynku wymaga najprawdopodobniej całkowitej rozbiórki. Znajduje się on w niecce, a podmokły teren, na którym stoi, powoduje, że budynek dość mocno osiada i pęka. Trzeba będzie go posadowić wyżej, na mocnych fundamentach, by uniemożliwić dalszą degradację. Cieszymowo jest drugą co do wielkości miejscowości w gminie Mikołajki Pomorskie, a zabytkowa kaplica jest położona na szlaku dwóch ścieżek rowerowych wokół Jeziora Zabytkowa kaplica w Cieszymowie w oczekiwaniu na remont 83 Balewskiego oraz szlaku rowerowego zamków gotyckich. Jest miejscem bardzo często odwiedzanym przez turystów, rowerzystów, którzy zatrzymują się, by obejrzeć budynek i zobaczyć jego wnętrze. W miejscowości istnieje Izba Pamięci, skwer im. Teodora Gryzą, pierwszego dyrektora szkoły podstawowej. Kilka lat temu lokalna społeczność uporządkowała cmentarz ewangelicki, który znajduje się nieopodal miejscowości, zwieńczeniem prac była wspólna modlitwa ekumeniczna. Konserwator wojewódzki analizuje stan zabytku w Cieszymowie, fot. L. Sarnowski Proboszcz parafii w Krasnej Łefce, Tomasz Bfbniak i koruerwa-tor Dariusz Chmielewski w Irodku kaplicy, fi)t. L. Sarnowski Strych kaplicy w Cieszymowie, fot. L. Sarnowski 84 Tomasz Bębniak Właściciele gospodarstwa, które znajduje się w Cieszymowie, również chętnie angażują swoje siły i środki, wspomagając mieszkańców w realizacji ich zamierzeń i pomysłów. Parafia rzymskokatolicka w Krasnej Łące nie jest w stanie sama wyremontować kaplicy. Zamieszkująca ją ludność nie należy do zamożnej. Mimo podejmowanych wielokrotnie prób pozyskiwania środków na tzw. kościelny fundusz remontowy (darowizny wiernych) niemożliwym jest, ażeby uzbierać wystarczającą kwotę niezbędną do wyremontowania tego zabytkowego budynku. W marcu tego roku gościliśmy w Cieszymowie Pomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków pana Dariusza Chmielewskiego, który oglądał kaplicę, udzielił odpowiednich wskazówek co do przyszłego remontu, bezcennego jego zdaniem, zabytku. 1 efekt jest, bo udało się pozyskać od Pomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Gdańsku dotację na dokumentację techniczną, projekt konserwatorski i budowlany. Bez wymaganych dokumentów nie będzie można starać się o środki finansowe na remont kaplicy. Mieszkańcy miejscowości ucieszyli się z dotacji, ale wiedzą również, że to początek długiej drogi do tego, żeby kaplica odzyskała dawną świetność. Bardzo chcemy, żeby nabożeństwa wróciły do kaplicy, żeby to miejsce było wizytówką i dumą naszej miejscowości. Liczymy na pomoc łudzi dobrej woli, którzy dzięki swojej wiedzy i doświadczeniu mogliby nam pomóc w przygotowaniu należytych wniosków i pozyskać niezbędne środki na remont kaplicy. Kiedy powstanie dokumentacja będziemy mogli ubiegać się o środki ministerialne czy unijne na remont naszego pięknego zabytku. Ufamy, że nasza determinacja doprowadzi do tego, że kaplica zostanie wyremontowana, a mieszkańcy wsi, jak i turyści, będą mogli podziwiać ten wspaniały zabytek. Obraz pani Zofii Orczyńskiej wisie w tej chwili w gabinecie starosty sztumskiego, który zapewnia, że jak kaplica zostanie wyremontowana, zostanie przekazany mieszkańcom Cie-szymowa, by zdobić wnętrza odnowionego zabytku. Ka/>lica w Cieszymowie dzii, Jot. L. Sarnowski Odnaleziony portret Idalii z Pociejów Sołtanowej z kolekcji hr. Sierakowskich 85 Dobromiła Rzyska-Laube Odnaleziony portret Idalii z Pocieićw Sołtanowej z kolekcji hr. Sierakowskich Dwa lata temu Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim otrzymało niezwykle cenną propozycję darowizny od Pani Barbary Drałus z Brodnicy. Przekazaniu obiektu towarzyszyła następująca opowieść. Dziadek właścicielki w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach wszedł w posiadanie obrazu z Osieka Rypińskiego, dawnego majątku Sierakowskich, dokąd przenieśli się po opuszczeniu Waplewa Wielkiego. Ostatnią wolę dziadka o zwrocie obrazu potomkom Sierakowskich miał wykonać ojciec właścicielki, czego nie udało mu się zrealizować. Pani Barbara Drałus, przekazując portret do zbiorów waplew-skich, wypełniła ostatnią wolę swoich przodków. Darem okazał się portret Idalii z Pociejów Sołtanowej. Potwierdzeniem proweniencji waplewskiej jest zapis w Katalogu zbioróio autorstwa Klemensa Rodziewicza. W Katalogu, wydanym w 1879 r. pod numerem B/71, istnieje następujący zapis: leialia z Pociejów Sołtanowa, matka Maryi hr. SierakowskiejMolinari Aleks, z Berlina, 1772-1831, tektura, 24 x 31, rama złocona. Wymiary obrazu są zgodne z zapisem. Inskrypcja na odwrocie obrazu potwierdza tożsamość sportretowanej damy i dodatkowo informuje o czasie i miejscu jego powstania. Idalia pozowała uznanemu artyście w Wilnie w 1819 roku. Nie ma również wątpliwości związanych z autorstwem Aleksandra Molinarego. Po prawej stronie bowiem widnieje sygnatura artysty. Również strój w stylu empire, w którym prezentuje się portretowana, zgodny z modą pierwszego dwudziestolecia XIX wieku, odpowiada stylistyce wizerunków malowanych przez Molinarego. Aleksander Molinari był uznanym niemieckim portrecistą włoskiego pochodzenia, szczególnie popularnym wśród polskiej i rosyjskiej szlachty i arystokracji. Skończył Berlińską Akademię Sztuk Pięknych, pracował w Rzymie, Wiedniu i Weimarze, by w 1806 roku zawitać do Petersburga. Wkrótce stał się ulubionym artystą rosyjskiej arystokracji, portretując przedstawicieli zamożnych rodów: Golicynów, Szczerbatowych, Uszakowych czy Engelhardtów oraz udzielając lekcji rysunku rodzinie Buturlinów. Wkradł się także w łaski dworu carskiego, portretując samego cara Aleksandra I oraz książąt z jego otoczenia. W latach 1816-1822 przebywał w Warszawie, goszcząc zapewne w innych polskich miastach, o czym świadczą liczne portrety rodzimej szlachty i arystokracji. W zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie można podziwiać podobiznę cara Aleksandra I. Jego obrazy znajdują się w wielu rosyjskich muzeach m.in.: w Ermitażu, Galerii Tretiakowskiej i Muzeum Puszkina. 86 Dobromiła Rzyska-Laube Portret Idalii z Pociejów Sołtanowej został sprowadzony do Waplewa z pewnością za sprawą jej córki Marii z Sołtanów Sierakowskiej, żony Alfonsa. Matką Idalii Pociejówny była Anna Korzeniowska, która wniosła w wianie rodzinie Pociejów zamek w Oporowie. Ojcem był Aleksander Pociej, ostatni oboźny litewski, uczestnik powstania kościuszkowskiego, jeden z adiutantów Jakuba Jasińskiego, upamiętniony przez Adama Mickiewicza w VI Księdze „Pana Tadeusza”. Udział w insurekcji przypłacił zajęciem dóbr przez władze rosyjskie. Łożył znaczne sumy na Legiony Polskie we Włoszech oraz fundował stypendia dla studentów Uniwersytetu Wileńskiego. Idalia w 1820 r. w Oporowie wyszła za mąż za swego kuzyna Adama Sołtana, syna Stanisława Sołtana, marszałka nadwornego litewskiego. Młodzi mieli wspólnych pradziadków. Pokrewieństwo oraz zaangażowanie Aleksandra Pocieja i Stanisława Sołtana w powstanie kościuszkowskie oraz wspieranie obozu napoleońskiego sprzyjały znajomości Idalii i Adama. Portret młodej damy, wykonany w roku poprzedzającym ślub, powstał prawdopodobnie jako portret narzeczeński, przeznaczony dla przyszłego małżonka. Obraz jest bardzo wartościowym przykładem wizerunku, który wchodził w skład galerii portretów waplewskich. Po zabiegach konserwatorskich w Muzeum Narodowym w Gdańsku trafi na ekspozycję wnętrz pałacowych w Waplewie Wielkim. Historia związana z portretem Idalii Pociejówny może być inspiracją dla osób, które posiadają w swych domach pamiątki po hr. Sierakowskich i chciałyby przekazać je do zbiorów Muzeum Tradycji Szlacheckiej. Integracja przez sztukę 87 Anna Flis INTEGRACJA PRZEZ SZTUKĘ Mój projekt pt. Asymilacja, akulturaga, aciaptacja i integracja oraz oswajanie przez sztukę z (niejobcą kulturcf w Szkole Podstawowej w Kowalach, realizowałam na lekcji plastyki. Nawiązałam do kultury żuławskiej. Przygotowałam go na kilka tygodni przed wybuchem wojny w Ukrainie w 2022 roku, jako manifest, że każdy ma prawo do swojej kultury, tożsamości i dziedzictwa. Dalej jest aktualny, bo proces migracji trwa. Polska przez wieki była krajem tolerancyjnym, gdzie różne kultury mogły istnieć obok siebie. Tolerancja to szacunek i uznanie dla różnorodności, zarówno kulturowej, jak i indywidualnej. Oznacza wyrozumiałość dla innych ludzi, ich poglądów, wierzeń i zachowań, nawet jeśli są odmienne od naszych. Nie oznacza to koniecznie akceptacji, ale poszanowanie cudzych praw i wolność. Moja szkoła leży w powiecie gdańskim (terytorialnie na Kaszubach), na styku gminy Kolbudy, Gdańska i gminy Pruszcz Gdański, a stąd już blisko na Żuławy. Nawiązując do tematu warto przypomnieć kilka pojęć. Asymilacja kulturowa - proces okres'lajc}cy całokształt zmian społecznych i psychicznych, jakim ulegajc} jednostki, odh}cza-jąc się od swojej grupy i przystosowujcfc się do życia w innej ^upie o odmiennej kulturze. Najczęściej o asymilacji mówi się w przypadku przystosowania się imigrantów do norm życia społecznego kraju, w którym się osiedlili bądź przedstawicieli mniejszości narodowych do norm zbiorowości (narodu) dominujących w danym kraju lub krainie. Zjawisko to może mieć naturalny, niewymuszony charakter; niekiedy państwa prowadzą aktywną politykę asymilacyjną, która ma prowadzić do wykorzenienia innych wartości kulturowych i narzucenia norm narodu panującego. Akulturacja - natomiast to przyjęcie przez migrantów lub mniejszość wzorów zachowań społeczności gospodarzy (grupy dominującej). MULTI KULTURA - ZAGROŻENIE CZY UBOGACENIE? Dążąc do asymilacji uczniów objętych migracją, nasza szkoła jest integrująca, przychylna na wielokulturowe społeczeństwo, na ich język, kulturę oraz korzenie/tożsamość. Sytuacja jest nowa zarówno dla dzieci przyjeżdżających, jak i miejscowych, i trzeba odnaleźć się w tej rzeczywistości. Aby zintegrować naszych uczniów, chciałam umożliwić dzieciom objętych migracją pokazać swoje dziedzictwo, tym samym ucząc tolerancji i szacunku naszą młodzież wobec napływowej ludności. Często boimy się tego co obce i nieznane, aby się otworzyć, należy to poznać, nauczyć dostrzegać cechy wspólne oraz różnice, po prostu oswoić głównie siebie z nową sytuacją. Migranci lub uchodźcy to ludzie, którzy potrzebują naszej pomocy, otwartości, a nawet schronienia i opieki. Można oswoić się z nimi poprzez pozna-nie/doświadczanie ich sztuki, traktując nową rzeczywistość jako obszar rozwoju i poznania. 88 Anna Flis Włączanie do szkoły uczniów objętych migracją to wyzwanie, ale i możliwość kształcenie kompetencji społecznych w pracy w grupie mieszanej kulturowo. Aby wzmocnić i utrwalić przekaz, zaproponowałam wystawy szkolne. Lekcje miały oswajać uczniów z obcą sztuką, tak aby stała się przyjazna i bliska poprzez doświadczenie jej, przez wykonanie pracy plastycznej oraz kontakt z rekwizytami, dziełami. Sztuka powinna być uniwersalna jako dzieło (wytwór człowieka) ponad podziałami bez względu na narodowość czy religię. Dziedzictwo potrafi w niezwykły sposób połączyć ludzi w obszarze kulturowo-społecznej, ale wymaga to wiele pracy i kompromisów. Jesteśmy regionem napływowym, w którym jest mozaika wielokulturowości, w tym sporo uczniów z Ukrainy i Białorusi. Taka inicjatywa pozwala na wielowątkowe spojrzenie na temat mniejszości. Jako przykład podałam inicjatywę mającą na celu przybliżenie uczniom kultury żuławskiej, która przybyła wraz z osadnikami z Holandii i na stałe wpisała się w ten obszar oraz kulturę sąsiadów i z pogranicza wschodniego. Z HOLANDII NA ŻUŁAWY - WSPÓLNE DZIEDZICTWO Projekt ten nawiązywał do makatek kuchennych oraz flizów - malarstwa holenderskiego na ceramicznych kaflach, które trafiło do Polski wraz z osadnikami z Holandii od XVI-XIX w. i jest wizytówką Żuław. Dzięki Państwu Pullen z Holandii wystawa została wzbogacona o strój Kleppermana - regionalnego muzykanta, którego pomnik znajduje się w mieście Hardenberg oraz oryginalną ceramikę z Delft i flizy. Na wystawie odtworzyłam pomniki i stroje z Holandii. Obca kultura wpisała się na stałe w krajobraz żuławskiego multiregionu, tworząc jego wizytówkę i wspólne dziedzictwo, wspólny jest również instrument - klekotka/ kołatka. Na lekcji plastyki byłam ubrana w stroju Kleppermana a uczniowie projektowali na papierze lub tkaninie swoją makatkę, utrwalając motywy z kafli łub tradycyjnych makatek. Makatki, które swoim przesłaniem zarówno graficznym jak i pisanym uczyły i wychowywały, zawierały normy postępowania i współżycia rodzinnego. Dotyczyły charakterystyki, uczuć i emocji, ogniska domowego, wiary, ogólnych mądrości życiowych. Sentencja często była rymowana, łatwa do zapamiętania. Flizy i makatki, to dosłownie swoisty storytelling Integracja przez sztukę 89 Życia codziennego dawnych mieszkańców wsi, mieszczan i znamienitych ludzi. Wspólnych cech możemy doszukiwać się w krajobrazie z wiatrakami, w chodakach (dłubane buty drewniane, które zachowały się w różnych częściach Pomorza), kołatce - instrumencie ludowym. Chciałam pokazać, że nie należy obawiać się nieznanej kultury, ponieważ przy bliższym poznaniu może nas ubogacać kulturowo, możemy z niej czerpać wiedzę i inspirację do dalszej pracy, nie zapominając tym samym o swoich korzeniach. Polska od wieków była krajem tolerancyjnym i wielokulturowym, gdzie różne grupy etniczne, regionalne, mniejszościowe miały swoje miejsce i mogły przejawiać swoją kulturę. WIELOKULTUROWE POMORZE, NA STYKU KULTUR Drugi projekt przedstawiał dorobek naszych sąsiadów (oraz migrantów) z Rosji, Białorusi, Ukrainy, Litwy wyrażoną w rękodziele ludowym. Taki projekt może być realizowany na Dzień Różnorodności Kulturowej - na rzecz dialogu i rozwoju. W naszej szkole niektórzy uczniowie cudzoziemcy z dumą opowiadali o sztuce w swoich krajach, inni nie mieli wiedzy o tradycyjnym rękodziele kraju pochodzenia (wobec procesu globalizacji warto pamiętać o swoim pochodzeniu i dziedzictwie, aby kształtować więzi pokoleniowe). Podczas lekcji wszyscy uczniowie wykonywali pracę plastyczną wzorując się na przykładach: słowiańskie lalki motanki, białoruskie żadanice, rosyjskie matrioszki, malarstwo na drewnie Chochłoma, białoruskie lalki z siana i zabawki ze sznurka lub słomy, białoruskich wycinanek, ukraińskich zabawki jaworowskich, ukraińskie malarstwo petrykiwskie wpisane na listę UNESCO, ikonopis. Szkoła ma kształtować kompetencje społeczne - człowieka otwartego na świat. W podstawie programowej z plastyki zostały zawarte treści i cele, takie jak: szacunek dla narodowego i ogólnoludzkiego dziedzictwa kulturowego, wiedza o najbliższym otoczeniu, o zabytkach i dziełach architektury. Rolą edukacji regionalnej jest poznanie twórczości ludowej oraz znajomość artystów w obrębie „małej ojczyzny”. Szkoła powinna kształtować postawy patriotyczne, społeczne i obywatelskie z odpowiedzialnością za ojczyznę i region. Przeżycie własnej kultury prowadzi do otwartości na dziedzictwo ogólnoludzkie. 90 Wiesław Olszewski Wiesław Olszewski NIE Z PIERNIKA... TORUŃ ZBUDOWANO Znane Si} ogólnie monumentalne zabytki Torunia, jego kościoły średniowieczne i potężny ratusz. W literaturze o Toruniu s^} też dosc wyczerpujące opisy tych budowli, któremi chlubi się 700-letni gród Kopernika^ - pisał w 1933 roku Marian Sydow założyciel oddziału Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego w Toruniu. Dziś jego imię nosi Oddział Miejski Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Toruniu. Z pierników dziś głównie słynie Toruń. Gród urodzin Mikołaja Kopernika nie może poszczycić się takimi zamczyskami, jak choćby nasz Malbork czy królewski Kraków. W przeszłości było jednak inaczej: w Toruniu i jego bliskiej okolicy dominowały okazałe twierdze. Liczne wojny, burzliwe wydarzenia, zawierane traktaty, wielokrotnie pograniczne położenie miasta przyczyniły się do niszczenia dostojnych budowli. Dziś po większości z nich pozostały tylko romantyczne ruiny, albo i wszelki ślad niemal zaginął. ZAMEK PIERWSZY KRZYŻACKI - YOGELSANG Ponieważ wspomniani bracia domu niemieckiego, a mianowicie brat Konrad i jego towarzysz nie mieli gdzie głów swoich złożyć na ziemi pruskiej przekazanej im już wcześniej przez rzeczonego księcia połskiego [Konrada I], przeto od dawna zamierzałi urzec2ywistnić zamysł, by pośrodku pomiędzy nimi a wspomnianymi Prusami mieć dła obrony rzekę Wisłę. Poprosiłi wspomnianego księcia, aby im wybudował jeden zamek. Ten jako mi}ż całkowicie posłuszny Pogu i gorłiwy w wierze, kierujifc się znanym wierszem poety: „połowę pracy ma za sobi}, kto dobrze zaczął”, zebrał swój łud i naprzeciw obecnego miasta Torunia wybudował im na pewnym wzgórzu zamek zwany Yogelsang. Według kronikarza krzyżackiego Piotra z Dusburga^ tak powstał pierwszy zamek na terenie dzisiejszego Torunia. Prawdopodobnie wydarzenia miały jednak nieco inny przebieg. W roku 1228 (1230) książę Konrad Mazowiecki nadał krzyżakom niewielki kawałek ziemi na lewym brzegu Wisły wraz z istniejącym już castrum Nissoue, drewniano-ziemnym grodem Nieszawa. Bracia zakonni nazwali go Vogelsang czyli „Ptasi Śpiew” i założyli tu pierwsze i zarazem najmniejsze komturstwo. Położenie grodu nie zostało dotąd oficjalnie zlokalizowane, prawdopodobnie znajdował się on w okolicach dzisiejszego dworca Toruń Główny^. ' Marjan Sydow, Najciekawsze osobliwości Torunia z cźawnych i nowych czasów, nakładem Józefa Landowskiego w Toruniu, czcionkami Pomorskiej Drukarni Rolniczej S.A. wToruiu, Toruń 1933. Piotr z Dusburga, Kronika Ziemi Pruskiej, Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2004. ’ https://zamkiobronne.pl/zamek/mala-nieszawka/ Nie z piernika... Toruń zbudowano 91 ZAMEK DRUGI KRZYŻACKI W NIESZAWIE Zagarnięcie przez Zakon w roku 1308 Pomorza Gdańskiego zaogniło stosunki z Polską. Spowodowało to, że gród w Nieszawie stał się ważnym punktem strategicznym na lewym brzegu Wisły. Drewniano-ziemna konstrukcja nie gwarantowała jednak wystarczającego bezpieczeństwa więc jeszcze przed rokiem 1327 krzyżacy rozpoczęli budowę nowego, całkowicie murowanego zamku. Usytuowany został około pięć kilometrów w dół rzeki od starego grodu. Prace przerwała wojna z siłami Władysława Łokietka, po jej zakończeniu w roku 1232 zostały wznowione. Zamek wzniesiono na niewielkim wzniesieniu na półwyspie utworzonym przez zakole Wisły. W pierwszej fazie wzniesiono mur obwodowy z cegły na kamiennej podmurówce, bramę oraz część skrzydła północnego. Finalnie składał się zamku głównego i położonego od strony północnej podzamcza. Zbudowany z cegły na kamiennym fundamencie zamek właściwy miał plan zbliżony do kwadratu o wymiarach 35 x 35,7 m. Otoczony był dodatkowym murem parchanem tworzącym obszerne międzymurze. Od podzamcza zamek oddzielała głęboka na pięć i szeroka na kilkanaście metrów nawodniona fosa. Wjazd prowadził od północy przez zwodzony most i bramę poprzedzoną szyją bramną'^. Budowę ukończono w latach 80. XIV wieku. Twierdza nie posiadała, typowej dla późniejszych zamków konwentualnych, pełnej czteroskrzydłowej zabudowy. Skrzydło północne od zachodniego narożnika murów sięgało jedynie do bramy. Wschodni narożnik wraz z wybrukowanym wewnętrznym dziedzińcem tworzył wolną przestrzeń. Znajdowała się Pozostałości zamku w obrfbie Malty Nieszawki tuż przy wale przeciwpowodziowym Wisfy, skrywajtf sif na prywatnym terenie, tworztfc zielontf wyspf drzew i krzaków pośrodku uprawnego pola Janusz Bieszk, Zamki państwa krzyżackiego w Polsce, Bellona, Warszawa 2010. 92 Wiesław Olszewski tu ocembrowana drewnem studnia. Skrzydło było podpiwniczone i mieściło na parterze pomieszczenie dla straży strzegącej bramy. Na piętrze najpewniej znajdowało się mieszkanie komtura. Najbardziej reprezentacyjnym budynkiem zamku było skrzydło południowe podpiwniczone, w dolnej kondygnacji sklepione. Prawdopodobnie mieściło ono piwnice konwentu oraz dormitorium. Skrzydło wschodnie również częściowo podpiwniczone mieściło pomieszczenia gospodarcze i magazynowe. W jego piwnicy znajdował się piec typu hypokaustum służący do ogrzewania pomieszczeń. Skrzydło zachodnie zajmowała zamkowa kuchnia. Późniejsze zniszczenia uniemożliwiają precyzyjne odtworzenie górnych kondygnacji oraz ich przeznaczenie. Dziedziniec obiegał zapewne drewniany krużganek zapewniający dostęp do pomieszczeń na piętrze. W trakcie wielkiej wojny Zakonu z Polską i Litwą, w roku 1410, zamek w Nieszawie został opanowany przez wojska króla Władysława Jagiełły, lecz na mocy porozumień pierwszego pokoju toruńskiego powrócił w ręce Zakonu. Kolejną wojnę Korony z krzyżakami z roku 1422, zwaną „wojną golubską”, zakończyło podpisanie traktatu pokojowego w dniu 27 września nad jeziorem Mełneńskim. Na podstawie zawartych tam porozumień Polska otrzymała okręg nieszawski oraz zapewnienie, że do dnia 24 czerwca 1423 roku warownia zostanie przez krzyżaków rozebrana^. Ustalony termin krzyżacy przekroczyli, za to rozbiórkę przeprowadzili niezwykle starannie i w 1424 r. po zamku pozostały jedynie piwnice. Do naszych czasów z krzyżackiego zamku zachowały się jedynie resztki fundamentów z pozostałościami piwnic odsłoniętych podczas prac archeologicznych. Pozostałości budowli znajdują się w obrębie Małej Nieszawki tuż przy wale przeciwpowodziowym Wisły, skrywają się na prywatnym terenie, tworząc zieloną wyspę drzew i krzaków pośrodku uprawnego pola. ZAMEK TRZECI KRZYŻACKI, CZYLI ZAMEK KOMTURSKI W TORUNIU Brat Herman Balk, mistrz Prus, d^fż^c do wypełnienia obowi/fzku wiary, przy pomocy wspomnianego księcia, którego przyjifł do siebie, i dzięki męstwu jego wojska przeprawił się przez Wisłę do ziemi chełmińskiej i na brzegu, w dołnym biegu rzeki, wybudował w roku Pańskim 1231 zamek Toruń. Budowla ta została wzniesiona na pewnym dębie, na którym dla obrony postawiono obwarowania i mury; ze wszystkich stron otoczyli Je} ogrodzeniem; wejście do zamku było tylko Jedno. Tych siedmiu braci miało przy sobie łodzie na wypaelek ataku ze strony Prusów, aby mieć możliwość powrotu przez rzekę do Nieszawjh. Tak opisał brat Piotr legendarne początki zamku komturskiego w Toruniu, którego głównym elementem obronnym był początkowo potężny dąb zastępujący wieżę. Dość szybko „wieża na dębie” okazała się niewystarczająca i krzyżacy przystąpili do budowy drewniano-ziemnej strażnicy w miejscu wczesnośredniowiecznego grodu słowiańskiego Postolsk, zniszczonego wcześniej przez Prusów. Warownia powstała nad brzegiem Wisły ’ Tomasz Torbus, Zamki konwentualne państwa krzyżackiego w Prusach, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Gdańsk 2014. * Piotr z Dusburga, Kronika Ziemi Pruskiej, Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2004. Nie z piernika... Toruń zbudowano 93 Giianis/io — najlepitj zachowany fragment zamhu homtunkiego w Toruniu na wysokim, zbliżonym kształtem do trójkąta wzniesieniu, chronionym dodatkowo od zachodu i wschodu przez wody niewielkiego strumienia. Prawdopodobnie przed rokiem 1241 umocnienia ziemne wzmocniono fragmentami kamiennego muru z blankami. O walorach obronnych strażnicy może świadczyć fakt, że była jedną z nielicznych, które nie zostały zdobyte podczas pierwszego powstania pruskiego. W roku 1251 wzmiankowany jest pierwszy komtur toruński i wtedy też zapewne rozpoczyna się budowa zamku. Wzniesiony został na planie podkowy i nie miał kształtu typowego dla krzyżackiej architektury obronnej, lecz ukształtowaną znacznie później, formę zamku konwentualnego. W pierwszym etapie budowy powstał mur obwodowy oraz duży prostokątny budynek od południa. Jego południowo-wschodni narożnik wzmocniono niewielką kwadratową wieżyczką wysuniętą przed lico muru. Pod koniec wieku do budynku dobudowano arkadowe krużganki. Skrzydło to mieściło dormitorium, refektarz oraz kaplicę. Kolejny etap prac przypada na początek XIV wieku. Dobudowane zostało wtedy skrzydło wschodnie mieszczące kapitularz. Powstał również dansker wysunięty 32 metry poza mury w kierunku północno-wschodnim. Z narożnikiem skrzydła wschodniego łączył go kryty ganek wsparty na dwóch arkadach. W zachodniej części zamkowego dziedzińca powstała ośmioboczna, wolnostojąca wieża, której wysokość mogła wynosić 40 metrów. Od południa, wschodu i północy otaczały zamek podzamcza otoczone własnymi murami obronnymi. Na ich terenie znajdowały się zabudowania gospodarcze oraz warsztaty rzemieślnicze. Pomimo, że zamek znajdował się pomiędzy lokowanym w 1233 od zachodu Starym Miastem Toruń i powstałym w 1264 od północy Nowym Miastem, stanowił oddzielną strukturę obronną. Kolejna rozbudowa zamku miała miejsce na początku XV wieku. Zwiększeniu uległa ilość pomieszczeń dzięki wzniesieniu nowych zabudowań wzdłuż 94 Wiesław Olszewski muru północnego oraz zamurowaniu arkad krużganków, które zaadaptowano na niewielkie izby mieszkalne^. Po przegranej przez krzyżaków bitwie pod Grunwaldem wojska polskie 7 sierpnia 1410 zajęły Toruń. Zamek został obsadzony polską załogą, która mimo prób jego odbicia, utrzymała się w nim do 1 lutego 1411, kiedy to został zawarty 1 pokój toruński. Zniszczenia wojenne oraz pożar z roku 1420 mocno nadwyrężyły mury warowni. Dopiero w roku 1424 zamek doczekał się remontu, podczas którego pokryto go nowymi dachami. Coraz większe niezadowolenie szlachty i mieszczan w państwie krzyżackim doprowadza do założenia w 1440 roku Związku Pruskiego, a w rezultacie do wybuchu powstania w roku 1454. Mimo usilnych próśb o posiłki słanych przez komtura toruńskiego Albrechta Kalba do Malborka, zamek w Toruniu pozostaje bardzo słabo wyposażony i nieprzygotowany do wojny. Świadomi tego mieszczanie toruńscy nie przypuszczają szturmu na zamkowe mury, ale poprzestają jedynie na ostrzale. Po trwającym cały dzień bombardowaniu komtur zgadza się poddać zamek przedstawicielom Związku Pruskiego. Prawie natychmiast Rada Miejska Torunia, wbrew sprzeciwowi Związku, wydała uchwałę o jego rozbiórce. Po II pokoju toruńskim Toruń wraz z całą ziemią chełmińska znalazł się w granicach Polski. Niestety, w wyniku prac rozbiórkowych z zamku pozostały jedynie ruiny, na których toruńscy mieszczanie urządzili wysypisko śmieci. W latach 1958-66 na terenie toruńskiego zamku przeprowadzono prace archeologiczne, które pozwoliły odtworzyć pierwotne założenie i kolejne fazy jego rozbudowy. Dokonano także niewielkich prac konserwatorskich polegających na zabezpieczeniu murów i rekonstrukcji piwnic. Obecnie zamek ma formę trwałej ruiny a jego najlepiej zachowanym elementem jest dansker - wieża ustępowa, oraz łączący go kryty ganek. Przetrwał również kilkumetrowej wysokości obwód muru obwodowego zamku wysokiego, pozostałości domów mieszkalnych z odgruzowanymi piwnicami, przyziemie wieży, długie odcinki murów przedzamczy oraz fosy. ZAMEK KRÓLEWSKI W DYBOWIE R. 1422 na św. Jakóh przyeiifgnąl Władysław Jagiełło do ziemi pruski^ i zmusił krzyżaków do zerwania zamku w Nieszawie. Zerwanie to stało się w pierwssym roku rzefdów mistrza wielkiego Pawła Russdorfa przez syna Władysławowego, a następnie połacyjak się zdaje zamek naprawili. R. 1431 kiedy na nowo nieprzyjacielskie kroki z krzyżakami się rozpoczęły trzymał zamek w Nieszawie Mikołaj Tumigrała z Siekowa pod Kościanem, który Nieszawę oddał nieprzyjacielowi. Krzyżacy też zaraz w połączeniu z zawistnymi Toruńszczany zamek i miasto zbur:^li. Polacy jednak tak miasto jak i zamek na nowo wskrzesili. Odtąd dopiero pochodzi nazwa Dyhowo zamiast zburzonej Nieszaw)^. Podaje Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich. Dzieje zamku wyznacza podpisany w 1422 roku Pokój Mełneński, na mocy którego król Władysław Jagiełło odzyskał ziemie na lewym brzegu Wisły podarowane krzyżakom Janusz Bieszk, Zamki państwa krzyżackiego w Polsce, Bellona, Warszawa 2010. ’ Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, Tom II. Nie z piernika... Toruń zbudowano 95 Połuiiniowa brama królewskiego zamku Dybów dwieście lat wcześniej przez księcia mazowieckiego Konrada. W rękach Zakonu nadal pozostawał jednak Toruń, w pobliżu którego znajdowała się dogodna przeprawa przez Wisłę. Aby na stałe zabezpieczyć polski brzeg rzeki i móc kontrolować ruch statków po niej pływających, Jagiełło nakazał rozpoczęcie budowy murowanej warowni, ulokowanej dokładnie naprzeciwko Torunia, w pobliżu wspomnianej wcześniej przeprawy. Budowę zamku rozpoczęto około roku 1425. Równocześnie w jego sąsiedztwie lokowano miasto Nieszawę (Dybów), mające stanowić konkurencję dla krzyżackiego Torunia. Dynamicznie rozwijająca się osada taką konkurencję rzeczywiście stworzyła, co wywołało wybuch niezadowolenia toruńskich mieszczan i kupców. Podburzeni przez krzyżaków i z ich czynną pomocą w roku 1431 ruszyli na lewy brzeg Wisły, zdobywając i paląc miasteczko oraz twierdzę. Przez następne cztery lata zamek okupowały wojska zakonne i dopiero w roku 1435, na podstawie ugody podpisanej w Brześciu Kujawskim, powrócił on do Korony. Zamek ulokowano na lewym, płaskim brzegu Wisły, na południowy zachód od prawobrzeżnego Starego Miasta. Najstarszy jego element stanowił ceglany dom, wzniesiony na planie prostokąta o wymiarach około 46 x 15 metrów. Był to podpiwniczony budynek o trzech kondygnacjach, w którym izby reprezentacyjne i mieszkalne mieściły się na piętrze. Od północnego zachodu zaopatrzono go w potężną przyporę, pełniącą zapewne funkcję latryny. W krótkim okresie panowania krzyżackiego (1431-1435) powstały mury kurtynowe o wymiarach 52 na 28 metrów otaczające dziedziniec. Budynek mieszkalny zaadaptowano wówczas na siedzibę konwentu i umieszczono w nim kaplicę. Brama wjazdowa znajdowała się w wysuniętej przed kurtynę południową czworokątnej wieży, rozbudowanej do formy wysuniętego przedbramia, umieszczono w wieży dodatkowe armaty. Około roku 1450 podwyższono mury kurtynowe, umieszczając w trzech narożnikach dostosowane do 96 Wiesław Olszewski obrony artyleryjskiej nadwieszone ceglane wieżyczki. Całość założenia prawdopodobnie była otoczona fosą’. Po powrocie w granice państwa polskiego Dybów ustanowiono siedzibą burgrabiów zarządzających nim z ramienia starostów inowrocławskich. Decyzją Władysława III Warneńczyka wkrótce przystąpiono też do jego rozbudowy i modernizacji. Pod koniec lat 40. XV wieku zwiększono obsadę zamku, ustawiono dodatkowe armaty. W lutym 1454 roku, wkrótce po wybuchu krajowego powstania i wypędzeniu krzyżaków z Torunia, jego obywatele oddali się pod opiekę króla polskiego Kazimierza Jagiellończyka, oferując mu znaczną pomoc finansową w rozpoczętej właśnie wojnie polsko-krzyżackiej. Jako jeden z warunków donacji przedstawili jednak żądanie, aby nakazał on przesiedlenie lewobrzeżnej osady w inne miejsce, odległe na tyle, aby więcej nie zagrażało ich interesom kupieckim. Przystając na propozycję mieszczan król dokonał lokacji Nowej Nieszawy, położonej cztery mile w górę biegu rzeki, przenosząc tam całą dotychczasową zabudowę miejską. W Dybowie pozostał tylko zamek z niezbędnym zapleczem gospodarczym. Wraz z wybuchem wojny trzynastoletniej zamek Dybowski stał się miejscem licznych pobytów króla oraz polskich dygnitarzy i dowódców wojskowych. W listopadzie 1454 roku Kazimierz Jagiellończyk wydał tutaj znaczną część aktów prawnych, zwanych statutami Cereku/icko--Nieszawskimi, rozszerzając uprawnienia szlachty przez nadanie jej nowych przywilejów. W zamku królewskim w Dybowie prowadzone były pierwsze negocjacje polsko--krzyżackie w sprawie warunków drugiego pokoju toruńskiego, rozpoczęte w nim we wrześniu 1466 roku, a zakończone i podpisane przez obydwie strony na Dworze Artusa w Toruniu. Wyjątkowym wydarzeniem w dziejach warowni były również narodziny Anny Jagiellonki, córki Kazimierza Jagiellończyka, i Elżbiety Rakuszanki, która w dniu 12 marca 1476 roku przyszła na świat w murach zamku Dybowskiego. Po włączeniu Prus Królewskich w granice Rzeczypospolitej zamek utracił strategiczne znaczenie, funkcjonował jednak nadal jako siedziba starosty i komora celna. Następowało powolne niszczenie budowli. Wielkich spustoszeń dokonali jednak dopiero Szwedzi, którzy próbowali wysadzić mury i zamek podpalili. Wkrótce po wyjściu wojsk szwedzkich z Torunia rozpoczęto starania nad odbudową warowni, którą kontynuowano przez kilka kolejnych dekad, przy czym zakres realizowanych prac nie był znaczący. Po drugim rozbiorze Polski zabudowania zamkowe przejęły w zarząd władze pruskie, otwierając w nich gorzelnię. Ponownie wykorzystano je do celów obronnych w trakcie wojen napoleońskich w 1813 roku. W latach 30. XIX wieku powstał plan przekształcenia zamku Dybowskiego w część systemu fortyfikacji miejskich, którego z różnych względów nigdy nie zrealizowano, choć budowlę zdążono otoczyć wałami, a w murach wybito otwory strzeleckie. Przez kolejne dziesięciolecia ruina formalnie należała do wojska, początkowo pruskiego, później polskiego, ale pozostawała opuszczona. Władze wojskowe przekazały ją miastu dopiero w 1954 roku. Dzisiaj zamek Dybów to zabezpieczona i dość licznie odwiedzana przez turystów ruina. Z dawnej twierdzy zachował się pełen obwód murów obwodowych, cylindryczne wieżyczki, zrekonstruowana wieża bramna oraz ściany domu mieszkalnego. ’ Sławomir Jóźwiak, Janusz Trupinda, Zamek w Nowq Nieszawie (Dybowie) w Świetle średniowiecznych źródeł pisanych. Rocznik Toruński T.42, rok 2015. Nie z piernika... Toruń zbudowano 97 ZAMEK KRÓLEWSKI W ZŁOTORII Roku 1373, w sam dzień Narodzenia Najświętszy Panny Maryi, Władysław Biały, książę gniewkowski, po kryjomu przybył do Gniezna i tam w domu burmistrza Hanka, niepoznany, był goszczony. Tam zjadłszy śniadanie, gdy został przez gospodarza poznany i obdarowany sokołem, niezwłocznie odszedł i nazajutrz przybył do Włocławka, gdzie samoczwart, bez żadnej przeszkody wszedł do zamku i zwoławszy mieszczan, przyjął od nich hołd wierności. Następnie, pozostawiwszy w zamku straż, spiesznie udał się do Gniewkowa. Opanowawszy również i ten zamek, poszedł dałej do pewnej wsi, należącej do Romłika, i tego Romłika, przełożonego zamku Złotorii, wziął do niewoli, żądając, aly mu zamek Złotorię wydał. Kiedy zaś do Złotorii podszedł, mieszkańcy zamku, widząc księcia i zważywszy, że w razie oporu gotów jest ściąć ich przełożonego, niezwłocznie mu zamek oddali. Tym sposobem książę Władysław jednego dnia bez użycia broni zdobył Włocławek, Gniewków i Złotorię. [...] Kiedy się o tym wszystkim dowiedział Sędziwój z Szubina, Wielkopolski oraz tych zamków i miast starosta, jęknął z boleści i ogromnie zaniepokojony tak haniebną stratą tylu zamków, po naradzie ze swoją szlachtą, rozesłał gońców i zebrał dosyć duże wojsko, z którym najpierw obiegł miasto Włocławek. Król zaś węgierski i polski Ludwik nakazał wszystkiej szlachcie Wielkopolski, Kujaw i innych ziem aby, pod utratą czci i mienia, wspomnianemu Sędziwojowi potrzebną pomoc dla zdobycia pomienionych zamków dali.[...] Widząc to wspomniany książę, nie będąc w stanie oprzeć się potędze królewskiej, a nadto przez niektórych niejako oszukany, zamyślił zdać się na łaskę króla, co też i uczynił. Albowiem gdy włocławianie, przez wojsko królewskie bardzo trapieni, od księcia żadnej pomocy nie spodziewając się, zdali się na łaskę króla pana i w ręce pana Sędziwoja hołd złożyli, więc i książę Władysław, przez niektórych oszukany, pomimo że miał w zamkach Szarleju i Złotorii dostateczną ilość ludzi i żywności, tak iż rok cały i dłużej mógłby się skutecznie przeciwnikom opierać, owe zamki, prawie niezdobyte, Sędziwojowi na łaskę króla pana ze wszystkimi narzędziami obronnymi oddał. O tych i innych burzliwych wydarzeniach z zamkiem związanych pisał Janko z Czarkowa’®. Kilka kilometrów od centrum Torunia, nad samym brzegiem Wisły, przy ujściu rzeki Drwęcy, znajdują się ceglane ruiny zamku. Wzniesiony on został w połowie XIV wieku za panowania króla Kazimierza Wielkiego. Warownia stanowiła ważny punkt strategiczny strzegący ziemi dobrzyńskiej przed państwem krzyżackim. Zamek miał charakter gotycki, jako budulca użyto mocno palonej cegły. Wzniesiony został na planie wydłużonego prostokąta, składał się budynku mieszkalnego, otoczonego murem dziedzińca, wieży obronnej ze skarpami oraz przedzamcza. Od wschodu otoczony fosą. Składał się z czworobocznego narysu murów obwodowych o wymiarach 37x53 metry wzmocnionych przyporami ze wszystkich stron za wyjątkiem północnej. Mury zbudowane z cegły w układzie gotyckim, wiązanej zaprawą wapienną, osadzone na fundamencie z kamieni narzutowych, miały około 2 metry grubości. Zewnętrzną strefę obrony stanowiła fosa o około 20 metrach szerokości, pierwotnie łącząca koryta Wisły i Drwęcy, odcinająca od lądu niewielki fragment piaszczystej kępy na której posadowiono zamek. Od południa znajdowała się wysunięta, '® JANKO Z CZARNKOWA KRONIKA, http://biblioteka.kijowski.pl/srcdniowiecze/janko%20z%20czarnkowa%20--%20kronika.pdf 98 Wiesław Olszewski Ruiny królewskiego zamku w Zlotorii prostokątna w planie wieża przybramna i stojący obok budynek bramny. Obie budowle były w całości wysunięte poza obwód murów. Wieża miała wymiary 9,2 x 10,9 metra z murami wspartymi dwoma narożnymi przyporami. Wejście do niej prawdopodobnie mieściło się na poziomie przyziemia w ścianie od strony dziedzińca. Wewnątrz posiadała co najmniej dwie kondygnacje nadziemne i piwnicę, wszystkie rozdzielone drewnianymi stropami belkowymi (w XV wieku w najniższą kondygnację wstawiono sklepienie kolebkowe). Powstał zamek jako przeciwwaga dla Zakonu. Po śmierci Kazimierza Wielkiego zdobywali go Władysław Biały i Kazko Słupski. Stracił on znaczenie po II pokoju toruńskim. Historia zamku, z którego pozostały tajemnicze szczątki wieży, obrosła legendami o skarbach zamkowych, o tajemniczym przejściu podziemnym pod Wisłą, o Utopcach i Rusałkach pilnujących skarbu. A tajemnicza nazwa Złotoria podpowiada legendy o złotym skarbie. A i zamek stał się przedmiotem opisów literackich J.I. Kraszewskiego „Biały książę”, gdzie w książce o Władysławie Białym wspomniane są walki o Złotorię z Kazkiem Słupskim, który zmarł w 1476 roku pod wpływem ran odniesionych pod Złotorią. Powstał też film realizowany przez powiat toruński. Zamek uwiecznił w literaturze również Henryk Sienkiewicz, uczynił go miejscem śmierci matki Danusi Jurandówny z „Krzyżaków”. Zamek zyskał również zainteresowanie Fryderyka Chopina, który odwiedził ruiny w 1825 roku oraz Jana Matejki, który przebywał w 1877 roku w Toruniu. Na tropach historii Arkadiusz Wełniak Clrsacbe des Selbstmordes. $ztum$cv $amobójcv u> śioictie akt administracji pruskiej Łączyło ich bardzo wiele. Obaj pochodzili z dobrych rodzin, obaj urodzili się na styku Prus Zachodnich i Pomorza, byli w podobnym wieku, mieli wysoką pozycję społeczną, byli wykształceni i majętni. Obu kariera zawodowa albo interesy przywiodły na krótko do Sztumu i właśnie w tym mieście obaj zdecydowali się zakończyć swój żywot. W ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku w obwodzie urzędowym miasta Sztum odnotowano w sumie 13 samobójstw, jednakże właśnie przypadki zgonów Ottona Wittki i Paula Puttkammera, ze względu na ich status społeczny i pełnione funkcje, wywołały spore poruszenie i stały się podstawą licznych domysłów i plotek. W zespole archiwalnym „Akta Miasta Sztumu (1772-1945)” zachowało się kilka obszernych poszytów z dokumentacją postępowań w sprawach nieszczęśliwych wypadków ze skutkiem śmiertelnym oraz samobójstw. Wiosną 1886 roku najważniejsze gazety Rzeszy rozpisywały się m.in. o ekspedycji Gustawa Nachtigalla i nowych, niemieckich protektoratach kolonialnych w Afryce i Oceanii, o Bismarcku juniorze i automobilu Karla Benza. Początki działalności Komisji Kolonizacyjnej Henry Wallis — Śmierć Chattertona (1856), obraz z kolekcji Birmingham Museum and Art Gallery 100 Arkadiusz Wełniak i zagadnienie tzw. rugów pruskich nie pojawiały się bynajmniej na czołówkach czasopism, a otwarcie nowej linii kolejowej Pruszcz Gdański czy wybór nowego Prezydenta Rejencji Królewieckiej Grafa Eberharda von der Recke notowano jedynie w lokalnych gazetach z przysłowiowego „kronikarskiego obowiązku”. Wzmianka o śmierci Sekretarza Sądu w Sztumie Ottona Wittki i zatwierdzeniu jego następcy mogła więc trafić co najwyżej do biuletynów urzędowych (Kreisblatt des Landratsamtes Stuhm, Amtsblatt der Regierung Marienwerder), do działu poświęconego zmianom personalnym w lokalnych strukturach administracyjnych. Otto Wittki urodził się 21 stycznia 1856 roku w Debrznie (Pr. Friedland) koło Człuchowa w rodzinie miejscowego kupca Augusta Wittki. Ojciec z zawodu szewc, praktykował później też jako zegarmistrz, z czasem zajął się skupem i handlem skórami oraz sprzedażą obuwia. Dochodowy biznes podniósł z czasem status materialny rodziny, a August z żoną Amalią oraz piątką dorastających dzieci stał się właścicielem domu sąsiadującego ze sklepem w północnej części miejscowego rynku. Wedle zapisów księgi gruntowej Debrzna rodzina posiadała jeszcze jedną mniejszą nieruchomość z ogrodem w Miłachowie. Starsza siostra Ottona otrzymała dość oryginalne imię Thusnelda nawiązujące do germańskiej księżniczki. Młodsza Ida po zakończeniu prywatnej szkoły dla dziewcząt została przy rodzicach i pomagała ojcu w interesach. Otto Wittki w 1874 roku ukończył Męskie Gimnazjum w Grudziądzu i zapisał się na studia prawnicze w Królewcu, które jednak po roku nauki porzucił. Przez dwa lata praktykował w kancelarii sądowej Krumma i notarialnej Eichlera, a w 1878 roku złożył pozytywnie egzamin państwowy dla urzędników sądowych niższego szczebla. Wkrótce potem rozpoczął pracę w Sądzie Obwodowym w Brodnicy na stanowisku kancelisty. Prawdopodobnie w tym czasie poznał swoją żonę Hedwig Klarę z domu Lichtenberg. Kiedy brał z nią ślub w sierpniu 1882 roku pełnił już stanowisko pierwszego pisarza sądowego Sądu w Kwidzynie, z trzecią grupą uposażenia wśród personelu pomocniczego. W Kwidzynie na świat przyszedł jedyny syn małżeństwa Wittki, który jednak po kilku miesiącach zmarł. Wiosną 1884 roku Otto otrzymał przydział służbowy do pracy w Sądzie Obwodowym w Sztumie na stanowisku sekretarza sądowego. Obejmując tą posadę otrzymał nowy szerszy zakres obowiązków i nadzór nad koordynacją zadań kancelaryjnych i organizacyjnych sądu. Małżonkowie wynajmowali mieszkanie w domu Thieltscha przy obecnej ulicy Młyńskiej. Jego charakterystyczny podpis z zawijasem figuruje na większości wezwań sądowych, protokołów, dekretacji, korespondencji z notariuszami z lat 1885-1886, które znajdziemy dziś w zbiorach zachowanych w malbor-skiej ekspozyturze Archiwum Państwowego w Gdańsku. Warto wspomnieć, że w Sztumie mieszkał także szwagier młodego urzędnika sądowego, zegarmistrz Hugo Lichtenberg, który odnalazł ciało i doniósł o tragicznym odkryciu inspektorowi policji. W czwartkowy wieczór dnia 6 maja 1886 roku, podczas nieobecności żony w domu, Otto Wittki będąc w stanie nietrzeźwości podciął sobie gardło ostrym nożykiem do rozcinania korespondencji. Zachowany protokół opisowy burmistrza Hagena i inspektora policji nie wskazuje bezpośrednio przyczyn prowadzących do takiej decyzji. Możemy jedynie przypuszczać, że były to problemy osobiste lub rodzinne, bo w notatkach i informacjach z miejsca pracy brak wzmianek o jakichkolwiek postępowaniach dyscyplinarnych albo karach za niedopełnienie obowiązków służbowych. 28-letniej wdowie Hedwig przysługiwały pobory po zmarłym w wysokości 2400 marek. Zgodnie z obowiązującą procedurą zgodę na pochówek na cmentarzu musiał wydać dodatkowo Sąd oraz miejscowy proboszcz. Zgodę taką wydano, a Otto Wittki został pochowany na sztumskim cmentarzu ewangelickim już wieczorem Ursache des Selbstmordes. Sztumscy samobójcy w świetle akt administracji pruskiej 101 następnego dnia po samobójczej śmierci. Mimo prób nie udało się w źródłach potwierdzić informacji o dalszym łosie owdowiałej pani Wittki. Brak jej nazwiska w rejestrach stanu cywilnego w Sztumie może sugerować, że najprawdopodobniej wyjechała na zawsze z miasta. Pięć lat po śmierci Ottona Wittki lotem błyskawicy obiegła Sztum wiadomość o samobójczej śmierci Paula Puttkammera, trzydziestoletniego właściciela tutejszego browaru. Mimo, że ten mieszkał w Sztumie zaledwie od kilkunastu miesięcy, za sprawą koligacji rodzinnych oraz biznesowych nie był osobą anonimową w kręgach miejscowego ziemiaństwa, wśród urzędników i przedsiębiorców. W zachowanym protokole policyjnym sporządzonym dnia 11 lipca 1891 roku przez inspektora Holza w punkcie „przyczyna samobójczej śmierci” wpisano dość oględnie: wyniszczenie zdrowia w wyniku alkoholizmu (Zerruttung der Gesundheit infołge derTrunksucht). Z dalszych szczegółowych raportów wynika, że Puttkammer, którego browar po pożarze stanął na granicy plajty, zaplanował swoje samobójstwo. Świadczy pozostawiony list pożegnalny do rodziców. Próbował się zastrzelić, choć w stanie nietrzeźwości postrzał nie okazał się śmiertelny. Zgon nastąpił w godzinach późnonocnych wskutek silnego zatrucia nieoczyszczonym spirytusem. Karl Brose, asystent i kasjer browaru, który następnego dnia w sobotę nad ranem natrafił na ciało właściciela w jego mieszkaniu, zeznał, że zaalarmowała go niewygaszona lampa naftowa oświetlająca pomieszczenie produkcyjne. Żeby nieco lepiej zrozumieć powody tego samobójstwa, ujawnione pośrednio w słowach pożegnalnego listu, należy cofnąć się nieco w przeszłość. Paul Puttkammer przyszedł na świat w grudniu 1860 roku w Miastku na Pomorzu w zamożnej rodzinie kupieckiej o szlacheckim rodowodzie sięgającym średniowiecza. Jego dziadek Bogislav (Bogusław) był bezpośrednio spokrewniony z linią Puttkamerów właścicieli dóbr klucza Kołczygłowy. Wśród przedstawicieli rodu w połowie XIX wieku byli najwyżsi rangą politycy, doradcy na dworze Hohenzollernów, urzędnicy i generalicja. Można tu wymienić chociażby Joannę z Puttkammerów, żonę kanclerza Otto von Bismarcka. Przedstawicieli tej rodziny znajdujemy już u schyłku Rzeczpospolitej także na Powiślu Sztumskim. Dziadkowie Paula mieszkali nawet jakiś czas w Jurkowi-cach (Georgensdorf) koło Starego Targu, gdzie między 1820 a 1823 rokiem rodziły się ich dzieci. Rodzice Pau- Akt zgonu Paula Puttkammera la Puttkammera - Werner Gustaw ł02 Arkadiusz Wełniak Odpis listu pożegnalnego Paula Puttkammera. Zasób AP Gdańsk Bogislav i Franciszka z domu Schubert, przenieśli się po ślubie do Miastka. Ojciec był kupcem i miał udziały w handlu zbożem. Matka pochodziła ze znanej na Pomorzu rodziny piwowarów i słodow-ników. To właśnie do nich należał browar w Miastku, którym od 1862 roku zarządzał efektywnie wuj Paula. Koli- gacje rodzinne linii Schubertów prowadziły także do Elbląga, na Powiśle m.in. do podkwidzyńskiej Marezy, Bągartu i Sztumu. Paul Puttkammer wraz z rodzeństwem: młodszym bratem Hansem oraz siostrami Almą, Julianną, Luizą i Elżbietą, byli wychowywani wedle surowych zasad pietystycznego nurtu lu-terańskiego, w kulcie pracy, modlitwy, samodoskonalenia i samodyscypliny. Ojciec udzielał się jako prowizor w radzie miejscowego kościoła ewangelickiego a najstarsza siostra Alma Dorota poślubiła w 1878 pastora z Trzebiesze-wa - Georga Trudno potwierdzić na podstawie dostępnych źródeł wykształcenie młodego Paula, ale z całą pewnością musiał posiadać odpowiednie kwalifikacje do pracy w zawodzie kupieckim. Niewąt- pliwie musiał bywać w Sztumie u rodziny od strony matki jeszcze w połowie lat osiemdziesiątych. W mieście działał już wówczas mały, prywatny browar, którego właścicielem przynajmniej od 1871 roku był Peter Funk. Browar mieścił się u wylotu dzisiejszej ulicy Baczyńskiego nad jeziorem. Funk wykupił niewielką rozlewnię od żydowskiego kupca Salomona Eisen-staedta, rozbudował ją, doposażył i w następnych latach rozwinął produkcję. Na początku łat osiemdziesiątych XIX wieku browar zatrudniał sześciu pracowników, a roczną produkcję szacowano na 2600 hektolitrów piwa w dwóch gatunkach (bawarskiego i zwykłego). W zapisach metrykalnych już po konwersji na luteranizm Peter Funk występuje naprzemiennie jako Bierverlager, Brauermeister i Brauereibesitzer. W świetle katastru budynkowego latem 1890 roku browar został odsprzedany przez Funka, a nowym właścicielem został właśnie Paul Puttkammer, które przez ostatnie miesiące zarządzał mniejszym browarem w sąsiednich Bar-lewiczkach. Możemy jedynie przypuszczać, że pośrednikiem w sfinalizowaniu tej transakcji była rodzina Schubert, a obu panów łączyły wcześniej kontakty handlowe. Sztumski browar zaopatrywał piwem lokalny rynek, m.in. karczmy należące do Funka w Szadówku i Ryjewie. Interes wymagał inwestycji i nadzoru, więc nowy właściciel jako człowiek stanu wolnego przeprowadził się do Sztumu, zamieszkując w niewielkim mieszkaniu na tyłach browaru. Ursache des Selbstmordes. Sztumscy samobójcy w świetle akt administracji pruskiej 103 Pod koniec 1890 roku część pomieszczeń browaru strawił pożar, narażając Puttkammera na straty finansowe i czasowe wstrzymanie produkcji. Odbudowa intratnego interesu wymagała sporych nakładów finansowych i pożyczek, szczególnie, że pod bokiem rosła konkurencja. Na początku 1891 roku zakupiono nowe urządzenia, wznowiono w ograniczonym zakresie produkcję. Straty finansowe po pożarze z pewnością odbiły się negatywnie na sytuacji firmy i jej właścicielu. W skład personelu sztumskiego browaru poza wspomnianym wyżej asystentem Karlem Brose, wchodził mistrz piwowarski Enke i dwóch pomocników. Właśnie ów Enke jest wspomniany w liście pożegnalnym samobójcy jako zły duch sprawczy i człowiek spod ciemnej gwiazdy, który okazał się nieuczciwy, nielojalny i jako oszust oraz kłamca naraził właściciela na wstyd i upokorzenie. Do akt policyjnych dołączono odpis wzmiankowanego listu Paula Puttkammera do rodziców, w którym ten prosi ich o wybaczenie swojej decyzji, od której niestety nie ma odwrotu. W dalszych słowach Puttkammera czytamy, że ma nadzieję, że jak już stanie przed obliczem Boga, ten okaże mu łaskę, bo jest dobrocią i miłością w przeciwieństwie do złych ludzi. Wyraża jednocześnie smutek, że nie dane mu będzie być na ślubie ukochanego brata Hansa. Jednocześnie ma życzenie, żeby skromnym pochówkiem zajął się Peter Funk, List kończy się słowami: w ostatnich tchnieniach mojego życia żegnam was kochani rodzice, żegnam was moje rodzeństwo, was moi drodzy krewni i kochani przyjaciele. Wasz na zawsze Paul. Urzędowy formularz potwierdzenia samobójstwa Puttkammera z załączonymi protokołami zeznań świadków, protokołem oględzin i raportem policji przesłano do Sądu w Sztumie. Dodatkowe zgłoszenie Zarządu Policji w Sztumie przekazano do Urzędu Stanu Cywilnego oraz wydano dyspozycje o powiadomieniu rodziców w Miastku. Dwa dni po znalezieniu ciała sędzia wydał zgodę na pochówek. Ciało spoczęło na sztumskim cmentarzu ewange- Zgo^ S^u u> Sztumie na pochówek Ottona Wittki z 8 maja 1886. Zasób AP Geiańsk lickim 13 lipca 1891 roku. Wedle metryki nie było żadnej kościelnej ceremonii, a koszty pochówku zabezpieczono z majątku pozostawionego przez Puttkamera. W lipcu 1891 roku na tymczasowego zarządcę (kuratora) browaru do czasu prawnej regulacji jego statusu i spraw finansowych został wyznaczony Karl Brose. Dokładnie miesiąc po samobójczej śmierci Paula - na gdańskim Siedlcach, odbył się ślub brata zmarłego - Hansa. Jego potomkowie mieszkali do 1945 roku w Miastku. Warto jeszcze krótko wspomnieć o dwóch innych samobójstwach, które przywołują materiały władz administracyjnych. Pierwszy z nich dotyczy wdowca Marcina Zelaskowskie-go, lat około 75, określonego w aktach jako ubogi na utrzymaniu władz (Armenpflege). Jako jedyny w wykazanej grupie był wyznania katolickiego. Jego zwłoki wiszące na drzewie przy drodze polnej prowadzącej od strony Barlewiczek do Sztumu, odnalazł 5 lutego 1888 roku po południu robotnik rolny Karwatzki. Przy pomocy innych robotników 104 Arkadiusz Wełniak IS8 3al)tfQrtc Nr. fiir Srlbftinorbf mannlidKr IJerfoneii. tml nlf Ctcw-I’ «t<>M>? B«|vflił« C<łń^BiiftrB i# jM bat^frin^w. ». Sttant Wirfk«? »‘'z^>x >Mi' MtatliiłOT «n(lo(lro, * Ko" adłajjiH™. 6lwł' “*** aab CttiotsanałanSalha, SIrmta. nnb Sailtalliulnn, etilrtnajł-, Ualnni^ł-, (B« iJBwltn* »• -- ^eib BHW* BBb CnforgutigłanBalttii, ArmcR' un# Kli. Wincentego a Pauło pracujące w szpitalu przy ul. Klasztornej (ob. ks. Ściegiennego). Niemieckie diakonisy przeniosły się do Gdańska. Jak pisał Ernst von Kiichler (1884-1956), ówczesny konsul generalny Niemiec w Toruniu i członek Zakonu św. Jana: „Polska prasa w regionie z zadowoleniem przyjęła tę kolejną kradzież mienia niemieckiego, nie próbując nawet podać jej szczegółowego uzasadnienia”. „Kurier Bydgoski” ripostował: „Nominalnym celem zakonu była 120 Ryszard Rząd Dawna kostnica, 2025 r. działalność charytatywna w postaci opieki nad chorymi. W rzeczywistości było to stowarzyszenie wybitnie ekskluzywne, do którego dostęp miała wyłącznie niemiecka arystokracja rodowa. Działając na obszarze województwa pomorskiego stowarzyszenie winno było podporządkować się polskiej ustawie o stowarzyszeniach i zarejestrować we właściwym urzędzie, czego stowarzyszenie nie uczyniło, wobec czego uznane zostało przez władze za nieistniejące z mocy prawa”. Miesiąc później, w lipcu 1939 r., pel-pliński „Goniec Pomorski” grzmiał: „Na przejętym przez polskie władze szpitalu Joannitów widnieje jakiś krzyż niemiecki, który szpeci mury zakładu. Czas już najwyższy usunąć germańskie znaki z polskich zakładów”. Czy usunięto wówczas krzyż? Nie wiemy. Dziś go nie ma. Zachowało się kilka „Cheorolet Master”przed szpitalem, 1941 r. o szpitalu joannitów w Tczewie 121 archiwalnych fotografii szpitala, wedle opisu wykonanych w 1941 r. Godło joannitów dalej zdobiło elewację budynku. Na zdjęciach tych utrwalono też kilka diakonis z charakterystycznymi broszami w kształcie Róży Lutra. Czyżby w czasie wojny siostry wróciły z Gdańska do swego szpitala? Niewykluczone, obok niego stał bowiem najnowszy „Chevrolet Master DeLuxe 1939” na „blachach” z Wolnego Miasta Gdańska ... OiLiziałginekologiczno-/>obżnicz)i 2025 r. Widok ogólny szpitala, 2025 r. 122 Alicja Łukawska WYSTAWA „MARIENBURG - MALBORK. 1945. KONIEC I POCZĄTEK” Z TOMASZEM AGEJCZYKIEM, DYREKTOREM MUZEUM MIASTA MALBORKA, ROZMAWIA ALICJA ŁUKAWSKA - Od stycznia 2023 roku jest Pan dyrektorem Muzeum Miasta Malborka. Pańska poprzedniczka na tym stanowisku sprawiała wrażenie urzędniczki, a Pan jest pasjonatem. I to widać na pierwszy rzut oka! Patrząc z boku wydaje się, że Pan tu nie „urzęduje”, ale raczej dobrze się bawi, jednocześnie ciężko pracując. Skąd taka pasja? Czym jest dla Pana to muzeum? - Jak powiedział David Cuschieri „Kochaj to, co robisz, i rób to, co kochasz. Pasja jest kluczem otwierającym drzwi do radości i dostatku”. I to jest sedno tego, jak obecnie wygląda praca w Muzeum Miasta Malborka. To, że od dawna moją wielką pasją jest zagłębianie się w historii grodu nad Nogatem, nie jest jakimś odkryciem. Od najmłodszych lat obcowałem z historią, a to dzięki rodzicom, którzy opowiadali m.in. o przyjeździe do Malborka. Później była szkoła podstawowa i dwie wspaniałe nauczycielki: Stanisława Kowalska i Beata Kacprowicz, które potrafiły młodego człowieka zaciekawić, a nie odstraszyć historią. A to Tomasz Agejczyk, dyrektor Muzeum Miasta Malborka, fot. Ł. Mocek, UM Malbork Wystawa „Marienburg - Malbork. 1945. Koniec i początek” 123 jest naprawdę trudne zadanie. Sam to znam z autopsji, gdy opowiadam o ciekawostkach mojej córce. Historia jest naprawdę ciekawa, czasami zabawna, a dzieje naszego miasta wciąż skrywają wiele tajemnic i różnego rodzaju przekłamań, które uwielbiam badać. Teraz mogę pracować i poświęcać się pasji. Oczywiście, miałem krótką pauzę, ale od 2023 roku mogę razem z najlepszą ekipą muzealników pracować i budować Muzeum Miasta Malborka tak, jak założyłem na początku swojej kariery. Muzeum tworzymy dla ludzi i z ludźmi, bo to właśnie mieszkańcy są najważniejszą częścią tego miasta. Najcudowniejszym podziękowaniem za to, co robimy, są łzy wzruszenia ludzi odwiedzjących nasz obiekt. I to dotyczy byłych mieszkańców Marienburga i obecnego Malborka. — 2^ Pana kadencji w Muzeum Miasta Malborka wiele się dzieje. Drzwi tego budynku zostały nareszcie szeroko otwarte dla publiczności. Mnie najbardziej utkwiła w pamięci wystawa o malborskich fotografach oraz o rodzinie żydowskich kupców Flatauerów, w których pałacyku się znajdujemy. Wstęp na organizowane przez was spotkania jest darmowy, ale zainteresowanie niektórymi odczytami jest tak wielkie, że nieraz trzeba być pół godziny wcześniej, aby zająć miejsce siedzące. Wolnych krzeseł zabrakło m. in. na wykładzie archeologa i youtubera Olafa Popkiewicza, który opowiadał o oblężeniu Malborka w 1945 roku. Przez półtorej godziny część gości cierpliwie stała w sali, a nawet w korytarzu, słuchając z otwartymi ustami fascynującej opowieści. To chyba wyjątek, jeśli chodzi o muzea, które zwykle odbiera się jako instytucje nudne i pokryte kurzem. Tu się tego nie czuje. Skąd pomysł na spotkania tego typu i takie ożywienie tej szacownej placówki? - Tak naprawdę, to o ilości wydarzeń w muzeum zdaję sobie sprawę pod koniec roku, gdy przygotowuję sprawozdanie. Oczywiście, na początku roku zakładam plan z ilością Typowa walizka osadnika z 1945 roku, fot. A. Łukawska 124 Alicja Łukawska Fragmenty eksfiozygi, fit. A. Łukawska wystaw, ale życie pisze swoje scenariusze i z dwóch wystaw robi się dziewięć, tak jak w ubiegłym roku. Z tego aż trzy były prezentowane zagranicą: w Monheim am Rhein, w Muzeum Prus Zachodnich w Warendorfie i jedna w Muzeum KUBEN w Arendal w Norwegii. Podobnie jest z „Spotkaniami z historią”. Ich pomysł pojawił się w trakcie pisania koncepcji funkcjonowania muzeum jeszcze w 2022 roku. Cieszę się, że tak pozytywnie zostały przyjęte przez mieszkańców. Dlatego też spotykamy się co miesiąc. Spotkania z Olafem Popkiewiczem, Tomaszem Glinieckim, Ryszardem Rządem czy Sylwią Kubik pokazują, że potrzebujemy i chcemy poznawać historię miasta i regionu. Muzeum wypełniło tę lukę. Co do spotkania z Olafem Popkiewiczem, to z jednej strony domyślałem się, że jest to znana postać, ale nie spodziewałem się, że ludzie będą stać na korytarzu. Strach pomyśleć, co to będzie na jesień, szykuję wówczas naprawdę niespodziankę! Chyba czas pomyśleć o rozbudowie obiektu (śmiech). Najważniejsze, że Muzeum żyje, ludzie z chęcią do nas przychodzą, jak nie na wystawę, to na „Spotkania z historią”. Czasami przychodzą tylko po to, by porozmawiać, dowiedzieć się czegoś więcej. Uwielbiam takie rozmowy. - Rozmawiamy z okazji otwartej w tych dniach wystawy „Marienburg - Malbork. 1945. Koniec i początek”. W tym roku w maju mija 80 lat, odkąd Polacy powrócili na tę ziemię po wielu latach zaborów. Samorząd Malborka podjął uchwałę w tej sprawie. Rok 2025 został ustanowiony „Rokiem obchodów zakończenia II Wojny Światowej i powrotu Malborka do Polski”. Rozumiem, że nowa wystawa wpisuje się w obchody rocznicy polskości w naszym mieście? Kto był jej pomysłodawcą? I dlaczego taki właśnie tytuł? - Od początku roku mamy szereg wydarzeń związanych z obchodami zakończenia II wojny światowej i powrotu Malborka do Polski. Były to spotkania, promocje książek np. Sylwii Kubik czy doktora Tomasza Glinieckiego „Ostatnie oblężenie. 1945. Marienburg--Malbork”, ale najważniejszym wydarzeniem jest, oczywiście, wystawa „Marienburg--Malbork. 1945. Koniec i początek”. Wystawa powstała z myślą o ludziach, dla których Wystawa „Marienburg - Malbork. 1945. Koniec i początek” 125 ten kawałek ziemi kojarzy się z tęsknotą za rodzinnym domem, który musieli opuścić i już więcej tu nie powrócili; o ludziach, którzy pozostawili wszystko, co mieli, i wyruszyli w nieznane, poszukując nowego miejsca na ziemi. Ich wspólnym mianownikiem stało się miasto nad Nogatem, czyli Marienburg-Malbork. Rok 1945 oznacza koniec niemieckiej i początek polskiej historii tego miasta. To był czas przeobrażeń, naznaczony rozstaniem i przybyciem, stratą i nowym początkiem. W poruszający sposób ukazane tu zostały losy ludzi - Niemców i Polaków, którzy cierpieli, ale także mieli nadzieję. To, że wystawa powstała z polsko-niemieckiej perspektywy, nadaje jej wyjątkową głębię. Jest nie tylko wkładem w lokalną kulturę pamięci, lecz także przykładem siły współpracy ponad granicami narodowymi, historycznymi i instytucjonalnymi. - Temat Ziem Odzyskanych jest w ogóle bardzo fascynujący, ale chyba najbardziej ciekawa jest owa sławetna „godzina zero”, która tu się zdarzyła. Jedna cywilizacja się skończyła, druga zaczynała tu wszystko od nowa, ale na poniemieckich gruzach i pod radziecką kontrolą. Pana zdaniem, jakie wydarzenie historyczne pomiędzy styczniem a czerwcem 1945 roku można uznać za dokładną datę „wyzerowania” historii w Malborku? Czy jest to przybycie polskiej grupy operacyjnej, przyjazd pierwszych osadników, przekazanie władzy Polakom przez Rosjan w czerwcu 1945 roku czy może ustanowienie polskich władz miasta i powiatu? Jak Pan uważa? Kiedy malborskie zegary zatrzymały się na moment? Jak wyglądała historyczna zamiana Marienburga w Malbork? - Jest to bardzo trudne pytanie. Dla każdego inna data będzie wyznacznikiem końca i początkiem czegoś nowego. Dla jednych będzie to 9 marca 1945 roku, czyli dzień wysadzenia mostów. Dla Rosjan może to być data 26 stycznia, kiedy to ogłoszono pierwotnie zdobycie miasta i oddano w Moskwie 20 salw z 224 dział. Dla cudzoziemskich jeńców wojennych będzie to data 23 stycznia, kiedy zostali zmuszeni do ewakuacji Stalagu XXB i wyruszenia w długi marsz śmierci. Trzeba jeszcze pamiętać, że wciąż w świadomości mieszkańców tkwi data 17 marca, która ze zdobyciem Malborka nie ma nic wspólnego. Można wymienić jeszcze 3 czerwca, czyli przekazanie przez Armię Czerwoną władzy polskiej stronie. Jest tych dat naprawdę sporo i każdy powie, że inne wydarzenie jest ważniejsze. Dla mnie osobiście rok 1945 kończy etap niemiecki i zaczyna etap polski tego miasta, przy założeniu, że to nadal ciągłość historii Malborka. - Kiedy i skąd przyjechali tu pierwsi polscy osadnicy? Kto przybył z bliska, a kto z daleka? Czy oprócz repatriantów ze Wschodu przyjechali tu także Polacy z Zachodu, jak np. Polacy z Francji do Lichnów Wielkich, gdzie założyli najsłynniejszą spółdzielnię produkcyjną w kraju? Byli tacy też w Malborku? - Po zakończeniu działań wojennych Malbork był wyludniony. W kolejnych dniach z rzadka powracali z tułaczki Niemcy. Już w marcu wraz z grupą operacyjną przybyli pierwsi osadnicy z centralnej Polski. W maju i w czerwcu zaczęły przybywać niezorganizowane transporty repatriantów z dawnych ziem polskich na wschodzie za Bugiem, głównie z Równego, Rożyszcz czy Łucka. W drugiej połowie czerwca zostały powołane do życia Powiatowy Oddział Państwowego Urzędu Repatriacyjnego i Powiatowy Komitet Osiedleńczy, który ukonstytuował się w sierpniu. W Malborku istniał także Punkt Etapowy Państwowego Urzędu Repatriacyjnego. Od czerwca do grudnia przeszło przez niego 8505 osób, w tym 5375 repatriantów z dawnych ziem polskich na kresach wschodnich i 3128 przesiedleńców z centralnej 126 Alicja Łukawska Okno w przeszłość, fit. A. Łukawska Polski. Nie wszyscy ci ludzie osiedlili się w Malborku. Punkty etapowe były miejscami pomocowymi, przystankami w podróży do upragnionego nowego domu. W czerwcu 1945 roku Malbork zamieszkiwało 1170 osób, w tym 620 Polaków i 550 Niemców. Stan ludności 1 lipca wynosił 4230 Polaków i 1720 Niemców. W sierpniu zajętych było 2330 mieszkań, w grudniu 2781 mieszkań zajmowali Polacy, a 351 Niemcy. Trudno jest podawać dokładne liczby, ponieważ sytuacja dynamicznie zmieniała się z tygodnia na tydzień. Powojenne warunki życia były trudne dla wszystkich, nie tylko w Malborku. Brakowało jedzenia, środków higienicznych, leków, sprzętu, rąk do pracy. Należało skoordynować przemieszczanie się ludności, która nie była pewna swojej przyszłości. Na początku osiedlanie miało charakter niezorganizowany. Przybyła ludność zajmowała atrakcyjne dla siebie tereny. Wołyniacy, którzy byli przeważnie rolnikami, w nowe miejsce przybywali często z żywym inwentarzem. Wybierali więc przeważnie obrzeża miasta o bardziej wiejskim charakterze. „Centralacy” zaś zajmowali mieszkania bliżej centrum np. w okolicy mało zniszczonej ulicy Grunwaldzkiej. Później dopiero osadnicy ruszali dopełniać formalności. Zdarzało się, że przybywający pierwszymi transportami wylęknieni ludzie bali się opuszczać wagony. Z czasem, gdy zostały zorganizowane konkretne podmioty, których zadaniem była pomoc nowym osadnikom, weryfikacja i przydział odpowiednio zakwalifikowanych mieszkań czy domów, cała akcja nabrała bardziej zorganizowanego charakteru. Nadal jednak zdarzały się akty zachłannej samowoli. Według danych ze starostwa od 19 do 30 czerwca 1945 roku na terenie Malborka i z rzadka na wsiach zarejestrowano 280 rodzin repatriantów. - Co możemy zobaczyć na wystawie? Proszę opowiedzieć, jak wygląda jej aranżacja. -Wystawa „Marienburg-Malbork. 1945. Koniec i początek” została przygotowana w piwnicy tego budynku. Tak urządziliśmy sale, aby pokazać w nich cały rok 1945, w tym Stalag XXB, przygotowania Niemców do obrony, ich ewakuację, a także niemiecko--radzieckie walki od stycznia do marca oraz tworzenie się nowego miasta. Każda sala to osobny rozdział składający się w całym założeniu w jedną opowieść. Mamy tu pamiątki po jeńcach wojennych stalagu XXB, kopie słynnego niemieckiego planu ewakuacji miasta -wzorcowego, jak wówczas mówiono, niepublikowane zdjęcia z czasów walk, plany operacji wojennych wykonane przez czerwonoarmistów i dokumenty powojenne, w tym plakaty, odezwy, deklaracje wierności czy metrykę urodzenia pierwszego mieszkańca Malborka. Na wystawie można również zobaczyć mundury Rosjan i Niemców, jak również artefakty wydobyte po wojnie ze zgliszczy Starego Miasta, w tym szklane butelki stopione w czasie Wystawa „Marienburg- Malbork. 1945. Koniec i początek” 127 pożarów domów. To wszystko zostało zaaranżowane w starych oknach pochodzących ze staromiejskiego ratusza w Malborku. Przez te okna można popatrzeć w przeszłość i przyszłość. Oczywiście, są również osobiste pamiątki autochtonów i repatriantów. - Kto jest autorem całości wystawy? A kto fizycznie wykonał te różne kompozycje plastyczne? - Za całość wystawy odpowiadają wszyscy pracownicy Muzeum, każdy ma tu swój wkład. Tu należą się wielkie podziękowania Annie Kossarzeckiej, Tomaszowi Drózdzie, Dariuszowi Wróblewskiemu i Darii Raczyńskiej. — Skąd pochodzą pokazane na wystawie artefakty i jakie historie nam opowiadają? Przy okazji powiem, że ja osobiście przeżyłam pozytywny szok poznawczy, kiedy na jednej z ekspozycji rozpoznałam przedmioty, które po śmierci moich rodziców podarowałam Waszemu muzeum. Było Ul. KOŚCIUSZKI 54 MARIENBURG - MALBORK | KONIEC I POCZĄTEK ^ ■' ' * WYSTAWA CZASOWA 00 10.05.2025 T MUZEUM MIASTA MALBORKA Plakat uystauy „Marienburg- Malbork. 1945. Koniec i froczĄtek" to dziwne - ujrzeć je w zupełnie innym otoczeniu. Cieszę się, że te artefakty zyskały w ten sposób drugie życie i będą służyć innym, inaczej bowiem wylądowałyby na śmietniku. Byłam również poruszona, gdy zobaczyłam mojego wujka Józefa Kowalskiego na zdjęciu przedstawiającym pierwszych malborskich milicjantów. Czy zna Pan losy poszczególnych przedmiotów, które pokazujecie? I losy ludzi z nimi związanych? - Na wystawie pokazane są przedmioty i pamiątki pochodzące przede wszystkim ze zbiorów Muzeum Miasta Malborka, ale także z Archiwum Państwowego w Gdańsku, z którym współpracujemy od wielu lat. Można także zobaczyć pamiątki przekazane lub wypożyczone przez prywatne osoby. Często są to bardzo osobiste rzeczy, m. in. metryka Włodzimierza Kurka, pierwszego powojennego mieszkańca urodzonego w Malborku, czy też osobiste pamiątki np. Pani rodziców, czy Niemców, którzy zabrali stąd klucze od swoich mieszkań oraz różne inne przedmioty, a później oddali je do stworzonego w Hamburgu Marienbur-ger Archiv. W tej placówce państwo Kiehl dbali o nie do końca swoich lat, a później przekazano je na rzecz nowoutworzonego Muzeum Miasta Malborka. Mamy tu np. klucz do skarbca „Stadtsparkasse”, gdzie pracowała młoda Kate Kiehl, która jako ostatnia zamykała w 1945 roku Miejską Kasę Oszczędnościową. Prawie o każdym przedmiocie możemy coś opowiedzieć, ale na wystawie są one niemymi pamiątkami. - Wiem, że Pan ma rodzinne korzenie z Wołynia. Czy mógłby Pan coś o tym powiedzieć? Jak tu trafili Pańscy przodkowie? Czy na wystawie pokazane są może jakieś cenne przedmioty, które przywieźli zza Buga? - Moja cała rodzina, czy to ze strony taty czy mamy, pochodzi zza Buga. Jedni pochodzą z Włodzimierza Wołyńskiego i okolic. Uciekli z rzezi wołyńskiej, osiedlając się w Krasnym-stawie pod Lublinem. „Osiedlenie” to w tym przypadku zbyt poważne słowo. Po prostu zamieszkali na dworcu kolejowym, gdzie urodziła się w 1944 roku moja mama. Stamtąd 128 Alicja Łukawska dopiero powędrowali do Malborka. W tym mieście pozostali moi dziadkowie z dziećmi. Zajmowali kolejno różne budynki, aż w końcu zamieszkali na Wielbarku. To nasza dzielnica. Natomiast prababcia wołała większe miasto i wyruszyła w dalszą podróż, aż zamieszkała w Szczecinie. Z pamiątek zza Buga, które przywieźli, mało co pozostało. Większość została rozkradziona z wagonu na malborskim dworcu, a te, co pozostały, to kilka zdjęć i to wszystko. Z rodziną mojego taty wiąże się bardziej złożona historia. Dziadkowie mieszkali w Lu-bieszczycach (obecnie terytorium Białorusi). Dziadek przed wojną studiował inżynierię w Warszawie. W 1941 roku został wcielony do Armii Czerwonej. Babcia została w domu. Była wtedy w ciąży z moim tatą. Niestety, zmarła krótko po porodzie, a osieroconym wnukiem zaopiekowała się jej matka, a moja prababcia. Dziadek do zakończenia wojny nic o tym nie wiedział. Kiedy wrócił z frontu, nie zastał już nikogo w domu, gdyż prababcia zabrała czteroletniego wnuka i wyjechała z nim do Polski. Dziadek założył nową rodzinę i pozostał w Mińsku, gdzie zajmował się budową mostów. O synu w Polsce dowiedział się bardzo późno. Spotkali się tylko raz. A przyrodni bracia mojego taty o całej historii dowiedzieli się dopiero kilkanaście lat temu, dzięki mojemu apelowi w jednej z gazet. Jeden z nich nawet przyjechał do Malborka. Było to bardzo wzruszające przeżycie, gdy obok siebie stanęło dwóch mężczyzn, którzy nic o sobie nie wiedzieli, a wizualnie wyglądali na bliźniaków. - Czy przy okazji researchu do tej wystawy udało się Wam odkryć jakieś ciekawe fakty, dokumenty, zdjęcia lub przedmioty, które nie były wcześniej znane? Czy znaleźliście coś naprawdę sensacyjnego, czym cbcecie się pochwalić? - Na wystawie jest sporo perełek. Jak zawsze przy tworzeniu jest duży dylemat, co pokazać. Czasami jest problem z małą ilością pamiątek np. związanych z walkami o miasto. Ale jeśli chodzi o polskie czasy, to już jest ich bardzo dużo. Przy okazji kwerendy w Archiwum Państwowym trzeba było przyjąć jakiś plan selekcjonowania i wybierania najciekawszych artefaktów. Była wstępna selekcja, a później następna i następna. Nie można wszystkiego pokazać. Nasz cel był jeden: pokazać z każdej dziedziny życia najciekawsze pamiątki. I to się udało. Nie chcę zdradzać, co odnaleźliśmy, i co jest - moim zdaniem - najciekawsze, bo każdy z odwiedzających znajdzie coś innego. Wystarczy przyjść do muzeum. - Czy Muzeum Miasta Malborka posiada spisane lub nagrane relacje na temat losów pierwszych polskich osadników? Czy macie jakieś przywiezione tu pamiątki rodzinne z opisem? Czy może planujecie stworzenie wirtualnego Muzeum Opowieści tak, jak zrobiono w Nowym Dworze Gdańskim? - Spisywaniem i nagrywaniem wspomnień naszych mieszkańców zajęli się jakiś czas temu Bogusław Krause i Piotr Topolski, tworząc świetny materiał zawarty w dwóch tomach książki „Taki był Malbork. Wspomnienia”. Dzisiaj po 80 latach taki projekt byłby trudny, a czasami nawet niewykonalny. Z tymi, którzy pamiętają pierwsze lata w polskim Malborku, rozmawiamy. Staramy się także dotrzeć do ich potomków. Ale mieszkańcy też sami przychodzą do nas z pamiątkami i wspomnieniami. Tak było przy tworzeniu tej wystawy czy innej, o 1 Liceum Ogólnokształcącym. Mieszkańcy wiedzą o istnieniu muzeum, ufają nam i dzielą się osobistymi pamiątkami. To jest piękne, gdy osoby wiedzą, gdzie mogą oddać rzeczy i gdzie pamięć o ich bliskich nigdy nie zginie. Wystawa „Marienburg - Malbork. 1945- Koniec i początek” 129 -W okresie zamiany Ma-rienburga w Malbork był pewien tajemniczy okres, o którym bardzo mało wiadomo. Chodzi o czas od stycznia do czerwca 1945 roku, kiedy w mieście rządził radziecki komendant Denisów, którego nawet imienia nie znamy. Wszędzie o nim piszą tylko A. Denisów. Jak się nazywał, skąd pochodził i kim był ten człowiek? Czy może udało Pierwsi malisorscy milicjanci. Drugi z prawej mój wujek Józef Kowalski. Fot. Alicja Łukawska się wam odkryć jakieś sekrety związane z Rosjanami, którzy tu wówczas byli? Może są na ich temat jakieś materiały? Po rozpadzie ZSRR zostały przecież otwarte radzieckie archiwa i wiele dokumentów zdigitalizowano. Jest do nich dostęp w sieci. Można znaleźć także wspomnienia radzieckich weteranów i relacje korespondentów wojennych z okresu walk w Prusach. Czy korzystaliście również z tych zasobów? Czy natrafiliście na jakieś rosyjskie wzmianki o Marienburgu-Malborku w 1945 roku? - Przy tak trudnym zagadnieniu jak walki o Malbork w 1945 roku nie można było pominąć strony radzieckiej. Dlatego też podjęliśmy się jako Muzeum wydania pierwszej powojennej monografii dotyczących walk o miasto w 1945 roku. W publikacjach o wojennym Malborku, wydanych do tej pory, zwykle trzymano się jednej z dwóch rozbieżnych, narodowych narracji pamięci o wojnie, niemieckiej lub sowieckiej. A przecież trochę już na ten temat napisano, w różnych językach, jakby cały czas stojąc po dwóch stronach barykady. W powojennej Polsce, aż do końca lat 80. XX w., trzymano się niezbyt wiarygodnej opowieści ustalonej przez zwycięzców walk i umocowanej w geopolitycznej dominacji komunistycznego Związku Sowieckiego nad środkowoeuropejskimi krajami satelickimi. Nie wszystko zatem, co dotąd opublikowano, przetrwało próbę czasu i obroniło się przed zarzutami o subiektywność. Obok sowieckich naleciałości propagandowych, szczególnie trudna była konfrontacja realizmu zdarzeń z pełnymi emocji wspomnieniami niemieckich obrońców Malborka. Przypomnieć więc należy, że mimo niewątpliwych cierpień z końcowego okresu konfliktu, byli oni przedstawicielami nacji, która najpierw tę wojnę rozpętała, a dopiero potem ją przegrała. Trudnego zadania, jakim jest przedstawienie historii Malborka w pierwszych miesiącach 1945 roku, podjął się na prośbę Muzeum Miasta Malborka doktor Tomasz Gliniecki. Jego książka „Ostatnie oblężenie. Marienburg - Malbork 1945” to monograficzne ujęcie historii militarnej związanej z walkami o strategicznie cenne przeprawy mostowe na rzece Nogat. Przygotowane do publikacji w formie popularnonaukowej książki wyniki badań przeprowadzonych przez doktora Glinieckiego uzupełniają i poszerzają stan wiedzy o końcowych miesiącach II wojny światowej na dzisiejszych ziemiach północnej Polski, szczególnie we wschodniej części województwa pomorskiego, szczegółowo ukazując walki o Malbork. Przynoszą szerszy, często zupełnie nowy ich obraz, zmieniający dotychczasowe postrzeganie również w sferze geopolityki i pamięci o wojnie. Mogą więc 130 Alicja Łukawska Widok na rok 1945 w Malborku, fot. A. Łukau/ska być cennym wsparciem w dyskusji nad dotychczas rozbieżnym widzeniem przyczyn i skutków wciąż niezapomnianego konfliktu w jego lokalnym ujęciu. Tak jak w książce, na wystawie pokazane zostały wydarzenia tożsame obu stronom. Rosjanie kilkanaście lat temu podjęli się bardzo trudnego zadania, to jest digitalizacji całego zbioru dokumentów dotyczących II wojny światowej. I dzięki temu dzisiaj, nie wychodząc z domu, mamy dostęp do większości materiałów, w tym dotyczących walk o Malbork. Są tam raporty, mapy, biografie, plany itd. Korzystaliśmy z dokumentów na stronie Centralnego Archiwum Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej. Na wystawie można zobaczyć m.in. plany walk o miasto. W CAMO weryfikowaliśmy również nazwiska pojawiające się w książce „Kronika Malborka” Wiesława Jedlińskiego. Potwierdziliśmy niektóre personalia żołnierzy i dalszy ich los. Wracając do Pani pytania dotyczącego komendanta wojennego Denisowa, to wiemy, że miał na imię Aleksiej, pochodził z Sybiru i był myśliwym. Zarządzał naszym miastem od marca do czerwca 1945 roku. Jeszcze sporo do odkrycia przed nami. — I na koniec tradycyjne pytanie: jakie plany ma Muzeum Miasta Malborka na przyszłość? Czy w „Roku obchodów zakończenia II Wojny Światowej i powrotu Malborka do Polski” przewidziane są także jakieś inne akcje i działania? - Cały ten rok kreci się wokół 1945 roku i 80 rocznicy. Za chwilę, jeszcze przed wakacjami, otwieramy wstawę dotyczącą 80-lecia Straży Pożarnej w Malborku i tutejszego Liceum Ogólnokształcącego im. Henryka Sienkiewicza. O wszystkich planach na drugie półrocze nie mogę póki co mówić. Chcę, aby to była niespodzianka związana z tak ważnym rokiem. Jeżeli chodzi o plany na działalność naszego muzeum, to skupiamy się nad projektem dotyczącym strat wojennych dawnego niemieckiego Muzeum Miejskiego. Jest to kontynuacja ubiegłorocznych badań w niemieckich placówkach muzealnych. Od września ponownie zapraszamy na odwiedzanie nas w ramach „Spotkań z historią”. Prowadzę także rozmowy dotyczące pokazania naszych wystaw w innych miastach i za granicą. A co dalej? Planuję, układam sobie w głowie rok 2026 i to, co chcę pokazać z dziejów miasta. Wspomnienia Elżbieta Ziarko MOJE ŻYCIE Z „MEDYKIEM” „ Wspomnienie” Pani Elżbiety Ziarko ze słynnego „Meelyka zbiega się z notoym rozdziałem Junkgonowania tej wyj^ftkowej w historii Sztumu płacówki. Na początku było to Państwowe Liceum Piełęgniarstwa, następnie Medyczne Studium Zawodowe, Wojewódzki Zespół Szkół Połiceałnych i w końcu Pomorska Medyczna Szkoła Połiceałna, którego organem założycieł-skim jest Samorz^ Województwa Pomorskiego. Do tej pory szkoła junkcjonowała w budynku, który należał do szpitała, obok oddziału rehabilitacji. W związku z tym, że nowy operator szpitala, którym od2023 roku jest spółka American Heart ofPołand (dzierżawca szpitała) zamierza w całym budynku rozbudować rehabiłitację i przenieść' tu również i powiększyć Zakład Opiekuńczo-Leczniczy (ZOL) pojawiła się koniecznos'ć znałezienia nowej lokalizacji dla szkoły. Początkowo planowano rozbudować obecny ZOL, ale z powodu braku zgody konserwatora zabytków, starostwo powiatowe w Sztumie, które nadal jest właścicielem wszystkich obiektów szpitala i terenu, podjęło decyzję o budowie nowego obiektu. Nowoczesny i dostosowany do potrzeb szkoły obiekt zbudowano w ekspresouym tempie, niemał w ciągu roku. Koszt budowy uyniósł ok. 9 młn zł, jedną trzecią (3młn) dołożył Samorząd Województwa, a reszta s'rodków pochodziła z budżetu powiatu. Redakcja ■kiei! Moje życie z „Medykiem”, czyli z Państwowym Liceum Pielęgniarstwa w Sztumie, zaczęło się w 1965 roku. Miałam wtedy 22 lata, a odeszłam na emeryturę w 2002 roku mając 57 łat. Jak opisać 35 lat życia? Jak wybrać, co było najważniejsze, najciekawsze, najweselsze, najtrudniejsze, gdy wszystko było ważne, dobre, trudne i wypełniało kolejne lata mego bycia w szkole? Miałam wielkie szczęście, bo pracowałam z ludźmi życzliwymi, pogodnymi, odpowiedzialnymi, wspomagającymi mnie w dobrych i gorszych chwilach. Pracę w internacie zaczęłam jako wychowawczyni grupy dziewcząt małej szkoły pielęgniarskiej, jedynej takiej szkoły z internatem w ówczesnym województwie gdańskim. Mieszkało w nim wtedy 135 dziewcząt. Internat zajmował trzy piętra budynku. W miarę rozrastania się szkoły i ilości uczennic, pierwsze piętro zajęły gabinety szkolne i Izba Tradycji. Internat pozostał na drugim i trzecim piętrze i tak było do końca Liceum Medycznego. Dziewczęta mieszkały w większości w 10-osobowych pokojach. Mimo, że warunki były spartańskie, wszędzie panował porządek. Przez wszystkie lata borykaliśmy się z kłopotami finansowymi, brakiem podstawowych sprzętów i środków czystości. Jednak dziewczęta były niezawodne, zawsze wesołe, zdyscyplinowane, chętne do pomagania innym. 132 Elżbieta Ziarko Uczyły się życia i zawodu. Udzielały się w środowisku, w życiu kulturalnym, społecznym i sportowym. Z radością wyjeżdżały sadzić las, zbierać ziemniaki, porządkować tereny istniejącego w Waplewie Wielkim Państwowego Ośrodka Hodowli Zarodowej i pałacu rodziny Sierakowskich, dbały też o park przy sztumskim szpitalu. W 1974 roku, po odejściu na emeryturę pani Krystyny Gąsowskiej, zostałam powołana stanowisko kierownika ineternatu. Największym wyzwaniem stała się dla mnie odpowiedzialność za wyżywienie wychowanek i personel kuchenny. Na szczęście pracowały tam odpowiedzialne, sumienne i świetne kucharki pod kierownictwem pani Zofii Warjas, Wandy Szulgi i Teresy Wysockiej, wiele z nich po tragicznych przeżyciach wojennych. Panie kucharki (od lewej): Krystyna Śnitko, Teresa Viysocka, Wanda Szulga, Halina Fahich, Halina V(^socka, Rozalia Mon Przez kolejne lata poprawiały się nasze warunki socjalne. Metalowe łóżka zastąpiły tapczany, korytarze stały się przytulniejsze, bo stanęły na nich stoliki i fotele, a podłogi wyłożono chodnikami, wyremontowano łazienki, urządzono kuchenki dla wychowanek, wszędzie było dużo zieleni. Pojawiły się za to kłopoty z zaopatrzeniem kuchni w podstawowe produkty spożywcze, szczególnie, gdy obowiązywały kartki żywnościowe. Przez wiele lat nie było w internacie stałej kadry wychowawczej - pracowały w nim zatrudnione na godzinach nauczycielki ze szkoły. Dopiero w latach siedemdziesiątych zaczęły pracę koleżanki: Henia Kaszuba, Ewa Narkun, Ela Suska, i internat stał się podporą w organizowaniu różnych imprez szkolnych i działalności harcerstwa. Gdy rozpoczęli pracę panowie Janusz Rompa i Mirosław Melerski, internat został zradiofonizowany. We wszystkich naszych działaniach współuczestniczył wybrany demokratycznie Samorząd Internacki. To ryle moich ogólnych wspomnień z pracy w internacie, a teraz opiszę jedno osobiste wydarzenie związane z moją pracą w szkole. Przeglądając album ze zdjęciami natrafiłam na jedno zrobione na Gubałówce, które zwróciło moją uwagę i przywołało wspomnienia Moje życie z „Medykiem” 133 szczególne. Oto widzę Elkę Namyślak, Bożenkę Stankiewicz, Bożenkę Górską, Teresę Górkę i moją córeczkę z małym owczarkiem podhalańskim na rękach. Przywołuję z pamięci historię tej fotografii. W połowie lat siedemdziesiątych została zorganizowana wycieczka. Była ona nagrodą dla uczennic osiągających najlepsze wyniki w nauce, działalności społecznej, sportowej, kulturalnej i harcerskiej. Wycieczka odbyła się w czasie ferii wielkanocnych. Autokar zapewnił nam zakład opiekuńczy PBROL (Przedsiębiorstwo Budownictwa Rolniczego) ze wspaniałym kierowcą panem Karasiem. Aprowizację przygotowały niezawodne panie kucharki. Zapakowaliśmy wszystko do autokaru i wyruszyliśmy w drogę. Miejscem docelowym było sympatyczne, pełne zieleni miasteczko Chrzanów. Miało ono być punktem wypadowym dla naszej grupy przez kilka dni pobytu. Zamieszkaliśmy w zabytkowym domu Związku Nauczycielstwa Polskiego z zapleczem kuchennym i sanitarnym, wygodnie, choć w wieloosobowych pokojach. Pogoda nam dopisywała. Pierwszego dnia celem naszym było zwiedzanie Krakowa i jego zabytków. Rynek Starego Miasta z pomnikiem Adama Mickiewicza, Pomnik Grunwaldzki ufundowany przez wielkiego Polaka wybitnego pianistę Ignacego Paderewskiego, Kościół Mariacki z witrażami wykonanymi przez Stanisława Wyspiańskiego, Wawel i na zakończenie lody i kawa w historycznej Jamie Michalikowej. To tu spotykał się przez wieki wielki świat artystyczny Krakowa. Utrudzeni wróciliśmy do naszej bazy, by wypocząć przed kolejną wyprawą. Zgodnie z planem przygotowanym przez organizatora, dyrektora Jana Ziarko wybraliśmy się do Jury Krakowsko-Częstochowskiej, doliny Prądnika, Parku Ojcowskiego ze wspaniałymi wapiennymi skałami i Jaskinią Łokietka. Po drodze do przepięknej Pieskowej Skały z zachwycającym muzeum, podziwialiśmy ogromną słynną skałę zwaną Maczugą Herkulesa. Była piękna wiosenna pogoda, świeża zieleń, a u nas na północy jeszcze zimowo i szaro. Wieczorem byliśmy trochę przygnębieni, bo kolejnym dniem naszej wyprawy miał być Oświęcim. Prawie nikt z nas nie widział tego miejsca, gdzie dokonało się okrutne ludobójstwo. I rzeczywiście, po pobycie tam byliśmy wstrząśnięci tym, co zobaczyliśmy. W drodze powrotnej nie był to, jak zawsze, rozśpiewany autobus. Wszyscy w milczeniu przeżywali te straszne widoki, gabloty pełne butów, włosów, okularów, zrujnowane krematoria, Zastanawiałam się, czy zrobiłam dobrze zabierając w to miejsce kilkuletniego syna. Następnego dnia zaczynały się Święta Wielkanocne, z wiktuałów przygotowanych przez nasze sztumskie panie kucharki przyrządziliśmy świąteczne śniadanie. Były tradycyjne życzenia, dzielenie się jajkiem, potem leniuchowanie i spacery po mieście. Poniedziałek wielkanocny zaczął się małym dyngusem i ruszyliśmy do Zakopanego. Niektórzy z nas pierwszy raz mieli zobaczyć Tatry, przespacerować się Krupówkami. Zobaczyliśmy zabytki, drewniany kościółek oraz stary cmentarz na Pęksowym Brzysku, gdzie spoczywają, m.in. Kornel Makuszyński, Stanisław Witkiewicz, Marusarzowie, Sabała. Potem wyprawa kolejką na Gubałówkę, by zobaczyć to piękne miejsce i nabrać sił na pieszą wędrówkę do Harendy, gdzie mieszkał z żoną poeta Jan Kasprowicz, oraz znajdujące się obok Mauzoleum w którym oboje spoczywają. Wtedy jeszcze nikt z nas nie wiedział jak wygląda lany poniedziałek u górali. W drodze do Harendy, we wsi, którą mijaliśmy, zaatakowała nas gromada chłopaków z wiadrami wody. Byłyśmy kompletnie przemoczone, a zwiedzając muzeum z pamiątkami po poecie trzęsłyśmy się z zimna. Na szczęście na miejscu czekał z autokarem, a pan kierowca 134 Elżbieta Ziarko Na Gu balowef (stojif od lewej): Ela Namyllak, Agnieszka Ziarko z pieskiem, Teresa Górska włączył ogrzewanie i dotarliśmy do Chrzanowa. Tutaj trzeba było się wysuszyć i wygrzać, bo następnego dnia nasza przygoda się kończyła i wracaliśmy weseli, rozśpiewanym autobusem do Sztumu. Mam nadzieję, że tym opisem uruchomiłam wspomnienia uczestniczek tej wycieczki. Może przeczytają tę moją, pewnie niepełną relację. Może dla niektórych była to jedyna w życiu wyprawa w te miejsca, a może jeżdżą tam teraz ze swoimi dziećmi i wnukami. W momencie powstania w Internecie profilu „Nasza Klasa”, uruchomiona została lawina wspomnień, poszukiwanie koleżanek. Gdy oboje z mężem tam dołączyliśmy znajdowaliśmy liczne zaproszenia, nowe wiadomości o dziewczętach, dziesiątki życzeń świątecznych, osobiste wspomnienia. Odezwały się do nas wychowanki z różnych stron świata, najwięcej z Niemiec, Włoch, Wielkiej Brytanii, ale też z USA, a nawet z Nowej Zelandii. Tak pisały do mnie: - Zawsze bę^i^ ?niie wspominać nasze życie w internacie. Była Pani dła mnie taka dobra (Ewa Kurek); - Droga miła, urocza Pani Ełu. Tyłe mifych wspomnień, całe łata ciepło Pani^ wspominam (Lidka Grabowska); — Miło Panie} zobaczyć, byłam wychowankę} internatu. To były miłe czasy (Beata Perszke); — Bardzo miło wspominam pobyt w internacie w którym Pani była kierowniczkę} (Gabrysia Rakoczy); - Zawsze miło wspominam Panie}. Szkoda, że nie ma neiszego „Medyka” (Zosia Sławińska). Na szczęście „Medyk” istnieje, wprawdzie nie ma w nim pielęgniarek, ale jest piękna wyremontowana szkoła z nauczycielami, którzy o nią dbają. Zawsze z sentymentem wspominam moją szkołę i chętnie ją odwiedzam i cieszę się, jak widzę tableau z moimi koleżankami i kolegami, uśmiechniętymi dziewczętami, które przez 35 lat były ważną częścią mojego życia. Często myślę o Was wszystkich, jak żyjecie i czy jesteście szczęśliwe, a także czy wybór zawodu, jakiego dokonałyście jako dzieci, okazał się właściwy. PS. W 2017 roku zmarł Jan Ziarko. Jest pochowany na cmentarzu w Malborku, a ja od pięciu lat jestem szczęśliwą prababcią. o Leszku Kopciu, pasjonacie Grassa i kina 135 Maciej Kraiński o LESZKU KOPCIU, PASJONACIE GRASSA I KINA Moje wspomnienia o Leszku będą bardzo osobiste. Wszystko co można powiedzieć o jego działaniach zawodowych, zostanie powiedziane lub dopowiedziane przez liczne wypowiedzi w najbliższym czasie. Poznałem Leszka Kopcia w 1969 roku w Toruniu podczas egzaminów wstępnych na filologię polską na UMK. Wysoki, szczupły chłopak z zadartym nosem zwrócił moją uwagę, więc go zagadnąłem. Okazało się, że przyjechał z Gdańska, tak jak i ja. Zdawaliśmy na toruńską uczelnię, gdyż - jak warto nadmienić - w Gdańsku uniwersytet jeszcze nie został powołany. Rozmowa była interesująca, zatem zapadł mi w pamięci. Ja zdałem, a on nie. Zostałem w Toruniu, a on wrócił do Gdańska. Po dwóch latach przeniosłem się na powstały Uniwersytet Gdański i na korytarzu uniwersyteckim natknąłem się na znanego mi dryblasa z egzaminu toruńskiego. Opowiedział o rocznej przygodzie na Politechnice Gdańskiej i o ponownym starcie na nowopowstałym uniwersytecie. Byliśmy w jednej grupie, a potem na seminarium u profesor Marii Janion. On pisał o Conradzie, a ja o Gombrowiczu. Zanim złożyliśmy nasze prace, on w terminie, a ja nie, zapoczątkowaliśmy różne formy działalności związane z aktywnością młodoliteracką i kulturalną. Stworzyliśmy pisemko „Litteraria”, gdzie mogli publikować swoją twórczość młodzi poeci, prozaicy i krytycy literaccy. Początkowo w stopce redakcyjnej widniał Leszek Kopeć, Maciej Kraiński oraz Andrzej Grzyb - późniejszy starosta starogardzki i senator III RP. Reaktywowaliśmy Konkurs Jednego Wiersza o Nagrodę Kandelabra - kandelabr wykonywał gratis artysta metaloplastyk o nazwisku Skóra. W ciągu dwóch lat powstało Koło Młodych przy Gdańskim oddziale ZLP. Koło liczyło kilkadziesiąt osób i było jednym z najliczniejszych w kraju. Prezesem koła był Maciej Kraiński, a członkiem zarządu Leszek Kopeć. Były to czasy gierkowskie cechujące się pewnym liberalizmem. Przygody z cenzurą spoczywały na mnie — wszystkie formy działalności czy to literackiej czy kulturalnej należało uzgadniać z rektorem i cenzurą na Targu Drzewnym. Toczyłem boje o każde słowo i muszę przyznać, że odnosiłem sukcesy. Wraz z Leszkiem, Andrzejem Grzybem i kilkoma koleżankami i kolegami prowadziliśmy prace redakcyjne, a „Litteraria”, początkowo chude, pęczniały. Warto wymienić kilka nazwisk ówczesnych studentów publikujących w naszym pisemku: Stefan Chwin, Kazimierz Nowosielski, Zbyszek Majchrowski, Stanisław Rosiek, Aleksander Jurewicz, Bożena Ptak, Władysław Zawistowski, a później Paweł Huelle. Nasi mentorzy w owym czasie to Małgorzata Czermińska i Zbyszek Zakiewicz. Oprawą graficzną zajął się między innymi Jurek Janiszewski, wtedy jeszcze student WSP, później, podczas strajku w 1980 roku, twórca znaku Solidarności. 136 Maciej Kraiński W 1975 roku wyjechaliśmy z Leszkiem do Londynu, by popracować i nauczyć się języka. Towarzyszyły nam Ania i Krysia - późniejsze żony. Jechaliśmy fiatem kupionym przez Leszka od syna Lody Halamy. Gwoli wyjaśnienia należy dodać, że Leszek, jako syn marynarza, który zainwestował w plastikową produkcję galanterii pamiątkarskiej, był spośród nas najzamożniejszy. Teczki z materiałami do „Litterariów” przekazaliśmy w godne ręce Staśka Rośka, który uczynił z nich pismo pełną gębą. Nie dziw zatem, że stworzone przez niego, w późniejszym czasie, wydawnictwo słowo/obraz terytoria odniosło sukces. Można zatem, z pewną przesadą, stwierdzić: kierunek edytorstwo na UG powstało dzięki przekazaniu przez twórców pisma „Litterariów” we właściwe ręce... Z Londynu Leszek wrócił po kilku miesiącach, by złożyć pracę magisterską i ożenić się z Anią. Ja zostałem i pracując w gastronomii uczyłem się jednocześnie angielskiego. Po, bez mała, dwóch latach wróciłem i ja, by dokończyć studia. Leszek pracował już w szkole i opowiadał mi śmieszno-straszne historyjki o nauczycielach popijających podczas rad pedagogicznych. Po powrocie zainicjowaliśmy w ramach Koła Młodych przy gdańskim ZLP serię „Młodych Poetów” wydawanych przez Wydawnictwo Morskie z nieocenioną redaktorką Joanną Konopacką. W tym czasie wydaliśmy za nasze pierwsze książki: on - mini powieść pt. „Kredowe koło”, ja - tomik poetycki pt. „Jelita”. Po strajku sierpniowym, podczas stanu wojennego, Leszek utrzymywał się z produkcji plastikowych parasolek, które to wspólnie sprzedawaliśmy na straganie podczas Targów Dominikańskich. Za zarobione pieniądze Leszek wyszykował małego fiata, którym jeździliśmy na rajdy. On - jako kierowca, a ja- jako pilot-samobójca. Pamiętam, że kiedyś podczas objazdu trasy przed wyścigiem w Kamienicy Królewskiej weszliśmy zbyt szybko w ostry zakręt i przekoziołkowaliśmy lądując w kartoflisku. Samochodzik przekoziołkował i stanął na „cztery łapy”, my zaś po chwili grozy ruszyliśmy, by dokończyć trening. Po przemianach 1989/90 otworzyło się szerokie pole do działalności prywatnej. Niestety Leszek podżyrował niewłaściwej osobie i wpadł, mówiąc oględnie, w kłopoty finansowe. Podjęliśmy decyzję, by wyjechać na winobranie i odkuć się finansowo. Wsiedliśmy do jego VW Jetta i przez Heidelberg, gdzie mieszkała szwagierka Staszka Rośka wraz z mężem, szurnęliśmy do Akwitanii. W okolicach miejscowości Bazas cięliśmy białe i czerwone winogrona, by winiarz mógł je przefermentować na sławne Bordeaux zaczarowane w butelce. Za zarobione pieniądze mój przyjaciel Leszek zakupił gustowny płaszcz burberry i udał się do Paryża, gdzie umówił się z wydawczynią znanej francuskiej pisarki, nie pomnę już jakiej, by zdobyć prawa do wydawania tekstów tej drugiej na terenie Polski. Jak mi później relacjonował: „Starą jettę ustawiłem trzy ulice od siedziby redakcji, ubrałem moje burberry, na szyi zawiązałem jedwabny fular, pchnąłem ciężkie kute drzwi i poprosiłem o spotkanie z wydawczynią.” Ku jego zdumieniu przekonał Panią Francuzkę do siebie i otrzymał zgodę na tłumaczenie oraz wydawanie książek sławnej autorki. Spotkaliśmy się w Amboise, gdzie mój kuzyn był dyrektorem sławnego liceum winiarskiego. Jak potem relacjonował Leszek: „Ponieważ Yincent nie znał angielskiego. ________________________________________o Leszku Kopciu, pasjonacie Grassa i kina_____________________________________1^ spędziliśmy miły wieczór degustując wina znad Loary.” ... gdyż, jak wiadomo, Amboise jest w Turenii\, a tam Loara - by rzec Wyspiańskim - połyska swą falą. Po powrocie do Polski Leszek założył wydawnictwo, które po pewnym czasie przekazał wspólnikowi, a sam rozpoczął pracę w Neptun Filmie, a później w Gdyni, gdzie wykorzystał swoje doświadczenia i te w biznesie, i te negocjacyjne, i te wydawniczo-literackie, by stworzyć centrum filmowe ze szkołą i rokrocznie odbywającym się festiwalem. Przy rozlicznych zajęciach Leszek Kopeć znalazł czas, by współtworzyć Stowarzyszenie Guntera Grassa w Gdańsku. Jako prezes-założyciel skompletowałem zarząd, z którym Leszek współpracował. Korzystając z sal Kina Neptun podczas obchodów 80-lecia urodzin Guntera Grassa w 2007 roku wyświetliliśmy filmy wg scenariuszy opartych na powieściach „Blaszany bębenek” i „Kot i mysz’, oraz reportaż Bożeny Olechnowicz „Witamy w Gdańsku Panie Grass.” Kiedy kilka miesięcy temu rozmawialiśmy, co będzie robił na emeryturze, powiedział, że będzie pisał i włączy się bardzo aktywnie w działalność Stowarzyszenia GG w Gdańsku. Bardzo na to liczyliśmy, jak wiadomo człowiek z takim doświadczeniem, i co tu ukrywać, z takimi kontaktami, jest nieocenionym skarbem dla każdej organizacji. Jeszcze ostatni bridge - szlemik w pikach, bodaj trzy tygodnie temu. Ranny telefon od Ani: „Dziś w nocy”. Los tak chciał. Spotkałem w życiu człowieka, z którym ręka w rękę stworzyliśmy dużo wartościowych rzeczy i wydarzeń. Przeżyliśmy razem ponad 55 lat, raz, chciało by się rzec, ramię w ramię, raz w pewnym oddaleniu, ale nigdy nie tracąc siebie z pola widzenia. Spotkałem Leszka Kopcia Przyjaciela. Spotkałem Pięknego Człowieka. Jestem Szczęściarzem Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW (26) RENATA GORCZYŃSKA 22 stycznia 2025 roku Odeszła Renata Gorczyńska. Żył w niej dobry duch słowa. Mistrzowsko władała formą krótkiej prozy, małego eseju, rozmowy. Uwielbiam jej „Małe miłosziana” — wielka książka, nie tyle o tym, co i jak pisał Miłosz, ile dlaczego jest ważny, tu w Polsce i wszędzie indziej. Rok temu zamieściła ostatni wpis w „Księdze Przyjaciół”. Nosi tytuł „Biada!”. Zamiast o chorobie, pisała o tym, że porzucił ją Zmysł Humoru. Biada! Czytam tekst ponownie i pocieszam się, że dramat ostatniego okresu jej życia teraz oto być może zostaje zażegnany. Być może razem z Ciemnowielmożnym Przyjacielem siedzą sobie już razem na ławeczce w drugiej przestrzeni, gdzieś pomiędzy Jęczewem i Płaczewem, i nie szczędzą sobie żartów. „Bo gdy od człowieka odchodzi poczucie humoru, to już zostaje tylko poczucie honoru. A ono jest śmiertelnie poważne i nie znosi konkurencji.” DALEKI WSCHÓD 4 marca 2025 roku Jestem daleko od Zachodu, białej twarzy. Białego Domu... W Indiach i Sri Lance. Rozmawiam, wykładam (czasem pod drzewem Bodhi, jak dawniej bywało), prowadzę warsztaty, uczestniczę w debatach. Opowiadam o Pograniczu. Czytam swoje wiersze. Dużo się uczę. Powrócę. Czeka mnie długa podróż do Ukrainy. Potem do Serbii. Tak, do Stanów Zjednoczonych też pojadę. Amerykanie nie raz nam pomogli, gdy staczaliśmy się na dno. Nie można ich teraz zostawić samych. Potrzebujemy nowego mostu. To przekonanie zasiał we mnie głęboko Daleki Wschód. Zabiorę to ziarno ze sobą. Będzie ze mną też wiersz „Pustka” Bena Okriego, opublikowany rok temu w w Nowym Jorku. Kończy się on tak: Notatki słów i obrazów (26) 139 „Potrzebujemy nowego mostu, nie takiego, który połączy niezdolnych do pojednania ludzi, ale takiego, który codziennie będzie im przypominał w jaką pustkę mogą spadać. I że nie ma końca temu spadaniu, ani teraz, ani po kres historii. Być może szaleństwo sprawi, że wzniosą most jakiego nigdy wcześniej nie zbudowano. Nie most pokoju, lecz przerażenia dla świata, w którym nigdy nie może zapanować pokój.” ODSZEDŁ LESZEK MĄDZIK 18 marca 2025 roku Odprowadzając Leszka po ostatniej wizycie w Krasnogrudzie, poczułem inny smak słów na odchodne. Gdy powracałem do domu, przez myśl mi przemknęło, że przyjechał pożegnać się rozmową. Zrobiłem sobie wtedy wypisy z jego wypowiedzi. Dopisuję je teraz na marginesie słów „odszedł” i „wybitny”. Leszek Mądzik: Jak jest niepogoda, deszcz, wilgoć w powietrzu - to ja się dopiero budzę do życia... Czuję się częścią wilgotnej przyrody. Jedyny mój wyuczony zawód to tkacz. To chyba jest wciąż obecne w mojej twórczości -warstwowatość, włóknowatość. Istnieje teraz powszechna pokusa atrakcyjności i mam wrażenie, że oddala nas ona od istoty rzeczy. Z każdym spektaklem coraz głębiej zagarniałem przestrzeń. Ta głębia, ten kosmos pozwalał mi dryfować z widzami w nocy. Zawsze sobie to porównuję z nocnym dryfowaniem statku. Pojawia się niepokój, nie widzimy brzegów, nie wiemy, gdzie jest linia horyzontu... 140 Krzysztof Czyżewski gdy widać kres przestrzeni, to ma się wrażenie zamknięcia, skończoności. A ja chciałbym, żeby widz ...nie znajdował punktu oparcia, nie miał o co się zaczepić. Mam cały czas taką tęsknotę, żeby widz czuł się na moich przedstawieniach, jak gdyby był sam. Bym mógł widza zanurzyć w mrok i z tego mroku urodzić przed nim dramaturgię. ...akt kobiecy Jerzego Nowosielskiego jest religijny... Pewnie niejeden widz byłby oburzony, że ja tak czytam sacrum... Oglądałem wystawę Aliny Szapocznikow i strasznie to przeżyłem. Zobaczyłem dramat kobiety, który ujawnił się tam bardzo silnie, który dotknął elementów biologii, erotyki i śmierci... Przy swojej atrakcyjności, przy swojej urodzie to ciało, które - jak nieraz mówiłem - wabi, kusi, a z drugiej strony już umiera, było dla mnie jakimś fenomenem tej rzeczywistości, po prostu strasznie krzyczało. Spektakl „Zielnik” to był taki hołd jej poświęcony. Paradoksalnie, nazwałem go roboczo „Orgazm”, ale wtedy nikt się nie zgodził i bardzo dyskretnie mi na KUL-u ten tytuł odradzono... Miłość można dostrzec w pocałunku. Ale istnieje też stan przeczuć między dwojgiem ludzi, których nic fizycznie nie łączy, a miłość odczuwają pełną mocą, jak wielkie spełnienie. Chciałbym, żeby właśnie coś takiego się zdarzało w moim teatrze. W ŚWIATOWY DZIEŃ POEZJI Odessa stoi w ogniu, są zabici w Gazie rasizm wychodzi z nory oligarchowie inwestują w faszyzm i tchórze u władzy kartami cudzego życia grają w wojnę i pokój w światowy dzień poezji drony zabijają metaforę, przemoc metonimię gwałci komfort bogatych, strach biednych zamykają usta słowu i wykrzyknik rozstrzeliwany jest na oczach milionów aktywnie milczących Notatki słów i obrazów (26) 141 a chcieli sublimacji bólu i krzywdy w piękno mowy wysokiej dla karlejących i sponiewieranych tymczasem, jak każdego roku święto poezji jest dniem powszednim tego świata ODESZŁA DANUTA CIRLIĆ 25 marca 2025 roku Dopóki żyła Danuta Cirłić-Straszyńska (1930-2025), dopóty żyła Jugosławia. Nigdy nie pogodziła się z jej rozpadem. Na przekór podziałom i nowym granicom tłumaczyła prawie ze wszystkich języków południowosłowiańskich. Tłumaczyła dużo, bez wytchnienia i bez najmniejszego upustu dla jakości przekładu. Pozostała wierna maszynie do pisania i było w tym coś więcej niż zwykłe przyzwyczajenie, coś z dumy pozostania sobą w starości. Mówiła, że zamiast wyrzucać na śmietnik narzędzia-staruszki, powinno się je naprawiać. A maszynopisy jej przekładów były perfekcyjne, niemal nie potrzebowały redakcji ani korekty. Rozpoczęliśmy współpracę, jak tylko wybuchła wojna w byłej Jugosławii. Na początek „Sarajewska sevdalinka” Dżevada Karahazana i poetycka „Biblioteka Pisarzy Sarajewa”. A potem powieści i poezje w seriach „Meridian” i „Inicjał”, w tym m.in. Izeta Sarajlicia, Filipa Dawida, Mariny Trumić, Bory Cosicia i Mirko Kovaća. Były pośród nich prawdziwe arcydzieła przekładu, jak Predraga Metviejevłcia „Brewiarz śródziemnomorski” i „Inna Wenecja”. A książki wydane przez „Pogranicze” to przecież tylko cząstka jej ogromnego dorobku translatorskiego. Długie lata życia tylko przydały jej uroku. Odkąd pamiętam nie była siwa, zawsze świetlista. Gdybym miał teraz wybrać dwa słowa wyrażające to, jak żyła i pracowała, wybrałbym te z tytułu książki Izeta Sarajlicia - „Kocham Bardzo”. 142 Krzysztof Czyżewski ARCZIL KIKODZE 12 kwietnia 2025 roku Arczil Kikodze posiada wielki dar snucia opowieści. Czytając go nie czuję żadnego „wysilenia” ani zawodowego „naprężenia” piszącej ręki. Dany nam był nie raz czas wspólnych górskich wędrówek (w Gruzji, w którą stronę by się nie skierować, zawsze idzie się w góry. albo pod górę, jak w Tbilisi). Odkrywałem w nim wówczas wspaniałego gawędziarza. Żyje w Arczilu duch tamady, raczącego zgromadzonych za stołem supry gości barwnymi opowieściami. Sama jednak gawęda, podobnie jak sztuka wznoszenia toastów, opowiadania anegdot i dowcipów, nie czynią jeszcze pisarza. Mistrzem gawędy był jego ojciec, Żaliko, mój pierwszy gruziński przyjaciel i „szerpa”, z którym wspiąłem się kiedyś na Kazbe-ka. Ale pisarzem nie został. Arczilowi udaje się rzadka sztuka przeniesienia na papier żywiołu opowieści z górskiej ścieżki albo kawiarnianego stolika. Tak było w przypadku „Ptaków i ludzi” i „Słonia południowego”, tak jest w przypadku trafiającej właśnie do księgarń „Jaszczurki na kamieniu nagrobnym”. O „Jaszczurce” jej tłumaczka Magdalena Nowakowska pisze: „To powieść o tym, jak się pamięta w Gruzji, a ściślej - dlaczego o czymś chce się pamiętać, a o czymś postanawia zapomnieć”. ODSZEDŁ FILIP DAWID 14 kwietnia 2025 roku Z Sarajewa, Lubiany, Zagrzebia, Prisztiny i Belgradu nadchodzą wieści o śmierci Filipa Dawida. Był jednym z tych, jakże już nielicznych, przed którym schyla się głowę z wyrazem szacunku w każdym z tych miast i społeczeństw rozbitej Jugosławii. Odszedł ostatni z wielkiej czwórki pisarzy i przyjaciół, do której należeli też Danilo Kiś, Borislav Pekić i Mirko Kovać. I jeden z ostatnich z pokolenia ocalonych z Zagłady. Jugosławię miał za ojczyznę i do końca życia nie opuścił Belgradu. Ukrywał się z matką w serbskiej wiosce na zboczach Pruskiej góry, gdzieś pomiędzy Nowym Sadem a Vukovarem. „Nigdy nie wyjawiaj swojego prawdziwego imienia” - to część kodeksu przetrwania, wpajanego mu przez rodziców o splątanych sefardyjsko-aszkenazyjskich korzeniach. Dużo o Filipie Dawidzie mówi wizja senna, którą przywołuje w „Domu pamięci i zapomnienia”, jednej z najważniejszych powieści ostatnich lat na Bałkanach. Pojawia się w niej dom, gdzieś na Manhattanie, w którym jest takie pomieszczenie uwalniające człowieka od traumatycznych wspomnień. On jednak wybiera to drugie, z nieznośnie bolesną, acz żywą pamięcią, w którym jedynie może pozostać sobą. Gdy czytałem o tym, nasunęło mi się pewne skojarzenie, nie przywoływane przez autora, choć z pewnością dobrze mu znane. Notatki słów i obrazów (26) 143 chociażby z opowieści czasu Holokaustu rabbiego z Błażowej, Izraela Spiry. Chodzi o dość niezwykły wers z Księgi Rodzaju o przełożonym podczaszych na dworze faraona, który „nie pamiętał jednak o Józefie, zapomniał o nim” (Rdz 40, 23). Dlaczego nie było wystarczające samo stwierdzenie „nie pamiętał” i czy „zapomniał” jest dokładnie tym samym? Po traumatycznych wydarzeniach możemy starać się nie pamiętać o nich (na co dzień, nieustająco, obsesyjnie) by móc żyć dalej, ale nie możemy o nich zapomnieć. Ta książka przywraca człowiekowi imię poprzez niezapominanie. Czym ono jest dla samego Filipa Davida? Ocaleniem własnej tożsamości, na przekór wszystkiemu? Z pewnością. Ale to mu nie wystarcza. Stąpa po piętach złemu, obsesyjnie, i pyta: Unde malum^ Czy gdyby nie było człowieka, zło w świecie istniałoby tak samo? Poznaliśmy się podczas wojny. Przyjechałem do Belgradu z Bośni, W polskiej ambasadzie pracowała wtedy Magda Petryńska. Poza tym, że od wczesnego ranka pochłonięta była zbiórką i wysyłaniem paczek z najpotrzebniejszymi rzeczami do oblężonego Sarajewa, resztę dnia spędzaliśmy na wędrówkach po tamtejszym niewielkim archipelagu wolności: Centrum Dekontaminacji Kultury, redakcja radia B92, redakcja „Politiki” i Beogradski krug, czyli stawiające opór państwu Miloszevicia stowarzyszenie intelektualistów, w którym spotkałem Dana Ćolovicia, Radomira Konstantinovicia, Nebojszę Popova, Davida Albahariego i właśnie Filipa Davida. Wówczas był on dla mnie przede wszystkim odważnym krytykiem ideologii „narodowego komunizmu i klerykalnego nacjonalizmu”. Był też współautorem scenariuszy filmowych, w tym - bagatela! - „Okupacji w 26 obrazach” Lor-dana Zafranovicia. Ten film to jedna z pierwszych i najważniejszych moich inicjacji w pogranicze - opowieść o tragicznej przyjaźni Chorwata, Żyda i Włocha mieszkających w Dubrowniku, rozpoczynająca się w przededniu wybuchu drugiej wojny światowej sielskimi obrazami z życia zakochanych trubadurów rodem z renesansowej poezji dubrownickiej, a kończąca jednymi z najokrutniejszych w historii kina obrazami gwałtu i tortur zadawanych przez ustaszy swoim serbskim, żydowskim i chorwackim (tym nie-swoim) sąsiadom. Później, już pod koniec lat 90, zapadł mi w pamięć film „Beczka prochu” o Belgradzie okresu podpisywania porozumienia w Dayton, w którym tytułowy proch to nie uzbrojeni po zęby wojowie czy zaślepieni nienawiścią politycy, lecz małe zadraśnięcia między ludźmi, które ewokują emocje urastające do absurdalnych rozmiarów. Film zaczyna się od samochodowej stłuczki, niewinnej, ledwie błotnik zostaje wgnieciony; w reakcji wściekłości poszkodowany zaczyna skakać po karoserii samochodu, który go stuknął, rozbijać mu szyby, napastować kierującego nim chłopaka, który ledwo ucieka z życiem, ale tamten dopada go w jego mieszkaniu pełnym secesyjnych szkieł, kryształów, luster, kredensów... i dalej kontynuuje totalną demolkę; chłopak wyskakuje oknem, jego ucieczka zdaje się nie mieć końca; w późniejszej sekwencji filmu spotkamy go w pociągu wyjeżdżającym z kraju. Ot i cała „beczka prochu” - zło lęgnie się w małych, „niewinnych” międzyludzkich sprawkach i to z nich rozrasta się do piramidalnych rozmiarów, doprowadzając w efekcie do gwałtu, zabijania i totalnej destrukcji. Filip David napisał ten scenariusz z reżyserem Goranem Paskaljeviciem, z którym stworzy także film „Kiedy wstanie dzień” oparty na jednej z opowieści składających się na „Dom pamięci i zapomnienia”. Potrafię sobie wyobrazić Filipa Davida na którejś z tych europejskich konferencji poświęconych wojennym tragediom i procesom pokojowym, zbrodni i karze. Znany i szanowany. 144 Krzysztof Czyżewski przez organizatorów usadzony w pierwszym rzędzie, pośród akademików i notabli, powoli acz konsekwentnie wycofuje się do tyłu, aż w końcu będzie go można odnaleźć w ostatnim rzędzie, z uwagą wsłuchującego się w słowa nieproszonego świadka z ulicy, gorszącego audytorium zbyt emocjonalnie stawianymi pytaniami, budzącymi niepokój myślą nieoswojoną w laboratoriach teoretyków; świadka ni stąd, ni zowąd zwierzającego mu własny koszmar pamięci, w którym on znajduje więcej prawdy o naturze zła niż w uczonych dywagacjach. Oto jak rodziła się „Dom pamięci i zapomnienia”, powieść o tropieniu „boskiej cząstki zła”, o współczesnych wyznawcach Sabbataja Cwi czyniących zło by przyspieszyć nadejście Mesjasza; w tysiącach fiszek, wycinków z gazet i notatek archiwizujących wszelkie przejawy obecności zła; w sercu własnego miasta odkrywających ślady istnienia Starych Targów, czyli obozu, w którym tysiące ich sąsiadów straciło życie tylko dlatego, że byli Żydami bądź Romami; usiłujących stworzyć język, którego klarowność, siła i głębia stawiłyby opór mowie poniżającej innego; wzajemnie sobie pomagających w przezwyciężeniu choroby nienawiści do samych siebie. „Próbuję odkryć, dlaczego w losie człowieka jest tyle nieszczęść, w jaki sposób spokojną egzystencję zastępują czasy niespokojne, pełne zamieszania, a życie traci wszelką wartość. Skąd przychodzi, gdzie się kryje to zło, które wszystko odwraca na opak, a potem wycofuje się, pozostawiając pustkę w ludziach i wokół nich?” Na język polski tłumaczyła Filipa Dawida przyjaźniąca się z nim i ledwie kilka tygodni wcześniej zmarła Danuta Cirlić-Straszyńska. Widzę ich teraz połączonych w parę gwiezdnych bliźniąt na niebie. Wacław Bielecki Muzyka ZAMEK KRZYŻACKI W MALBORKU JAKO MIEJSCE AKCJI NEOROMANTYCZNYCH OPER Zamki, jako okazałe i zazwyczaj piękne budowie, są częstym miejscem akcji dzieł operowych. Aby długo nie szukać, przypomnijmy choćby Truba^źura Verdiego, którego akcja zaczyna się na murach zamkowych, gdzie dowódca straży opowiada o tragicznych losach rodu hrabiego di Luna lub Tannhausera i turnieju śpiewaczego na Wartburgu Wagnera, dzie-jącego się na zamku Wartburg górującym nad miastem Eisenach w Turyngii. Okazuje się, że średniowieczny zamek krzyżacki w Malborku także jest miejscem przynajmniej trzech oper, ale wiedza o tym znana jest bardzo niewielu. Spróbujemy zatem nieco ją przybliżyć. Do neoromantycznych oper, których akcja rozgrywa się w malborskim zamku należą, w kolejności powstania: Litwini Amilcare Ponchielliego (1874 Mediolan), Konrad Walienrod Władysława Żeleńskiego (1885 Lwów), Margier Konstantego Górskiego (1927 Poznań). AMILCARE PONCHIELLI - LITWINI(iS74 MEDIOLAN) Amilearf PonchieUi Plakat z of>ery Litwini Urodzony w Paderno niedaleko Cremony włoski kompozytor Amilcare PonchieUi (1834-1886) należy do mniej znanych twórców muzycznych. Napisał jedenaście oper, z których w repertuarze teatrów utrzymała się po dzień dzisiejszy Gioconda (1876 Mediolan) z niezwykle popularną sceną baletową nazwaną Tańcem godzin. Ta baletowa muzyka jest często wykonywana samodzielnie poza przedstawieniami operowymi. Kilka lat temu miałem przyjemność oglądania Giocondy w Operze Nova w Bydgoszczy. 146 Wacław Bielecki Dwa lata wcześniej w 1874 r. Ponchielli wystawił, także w mediolańskiej La Scali, operę Litwini. Premiera spotkała się raczej z dość chłodnym przyjęciem, ale w późniejszych latach po dokonaniu przeróbek wystawiono ją z dużym powodzeniem w Trieście, Cremonie, Petersburgu (pod zmienionym tytułem Aldona), Turynie i Rzymie. Obecnie rzadko jest wykonywana. Najczęściej robią to, co nie dziwi, Litwini, jednakże w wersjach koncertowych, a nie scenicznych. Dodać tutaj trzeba, że Amilcare Ponchielli był także pedagogiem. Od 1881 roku pracował jako nauczyciel kompozycji w Konserwatorium w Mediolanie. Jego uczniami byli znani kompozytorzy operowi: Piętro Mascagni (Rycerskość wieśniacza) oraz przesławny Gia-como Puccini (Cyganeria, Tosca, Madame Butterfiy). Wracając do Litwinów, należy wspomnieć, że temat do opery - jak pisze w przewodniku Tysiąc i jedna opera Piotr Kamiński - podsunął kompozytorowi pewien mediolański pisarz, a Ponchielli wykorzystał go, realizując zamówienie na operę dla La Scali, jakie otrzymał od wydawcy muzycznego Riccordiego. Był to przetłumaczony na język włoski w 1872 roku poemat poetycki naszego wieszcza narodowego Adama Mickiewicza pt. Konrad Wallenrod, powieść historyczna z dzików litewskich i pruskich, wydany w Petersburgu w 1828 r. Adaptacji poetyckiego eposu na libretto operowe podjął się wytrawny specjalista w tej dziedzinie Antonio Ghislanzoni, którego znamy jako twórcę libretta do jednej z najczęściej wystawianych oper Yerdiego - Aidy, zamówionej na otwarcie Kanału Sueskiego, a w końcu wystawionej w Kairze w 1871 r. Treści opery Litwini opartej na mickiewiczowskim Konradzie Wallenrodzie nie trzeba przedstawiać, bo znana jest powszechnie, choćby jako lektura obowiązkowa w polskich szkołach. Oczywiście, librecista dokonał pewnych zmian, np. w imionach bohaterów: Konrad w tej adaptacji to Walter, Halban - litewski wajdelota przybiera imię Albano, a książę Witold to Yitoldo, jedynie Aldona, żona tytułowego bohatera pozostaje z niezmienionym imieniem. Dla nas najważniejsze jest, że akcja opery toczy się na zamku w Malborku. Na moje ucho, muzyka Ponchiellego w tej operze przypomina w melodyce, harmonii, rytmice, a szczególnie w instrumentacji, opery Giuseppe Yerdiego. Bardzo dużo jest niej fragmentów chóralnych, ansambli i dramatycznych arii, i jako taka może się podobać. To grand opera o tematyce historycznej napisana w stylu bel canto. Dziwne, ale dotychczas ta opera w trzech aktach z prologiem nie wzbudziła zainteresowania polskich teatrów. Wystawiono ją tylko jeden raz w formie koncertowej w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie i to dopiero w 2007 roku. Melomani, którzy chcieliby bliżej zapoznać się z tym dziełem, mogą zajrzeć do Internetu. Na YouTube znajdą, np. nagranie z 33 fragmentami opery w Turynie z 2014 r., ale tylko w wersji dźwiękowej, bez obrazu, w wykonaniu Narodowej Orkiestry Symfonicznej i Chóru RAI w Turynie pod batutą Gianandrea Gavazzeni’ego. W 2020 r. opera została wykonana w wersji koncertowej na Wielkim Dziedzińcu Pałacu Książąt Litewskich w Wilnie przez Litewski Narodowy Teatr Opery i Baletu w języku litewskim. Orkiestrą symfoniczną, chórem i solistami dyrygował Gintaras Rinkevićius. Stało się to z okazji Dnia Państwowości Litwy upamiętniającego rocznicę koronacji króla Litwy Mendoga oraz dla uczczenia 30-tej rocznicy odzyskania przez Litwę niepodległości. Zamek krzyżacki w Malborku jako miejsce akcji neoromantycznych oper 147 Także w 2020 roku zostało dokonane nagranie Liiiainóia Ponchieliego na 3 płyty CD z 63 fragmentami opery. Jest to chyba najobszerniejsze nagranie tego dzieła. Grają tam: Litewska Narodowa Orkiestra Symfoniczna, Chór Państwowy z Kowna, soliści, a całością dyryguje Modestas Pitrenas. W 2023 roku na Wielkim Dziedzińcu Pałacu Wielkich Książąt Litewskich w Wilnie operę Litiaini przedstawiła melomanom w wersji koncertowej Orkiestra Opery Narodowej Ukrainy wraz z Chórem Opery Narodowej Ukrainy i ukraińskimi solistami. Dyrygował Mykola Diadiura. Był to występ sponsorowany przez Litewską Radę Kultury w ramach tournee Ukraińskiej Opery Narodowej. Oprócz tych całościowych nagrań opery w Internecie można znaleźć kilka nagrań pojedynczych fragmentów Litiainóia: uwerturę i wybrane arie. WŁADYSŁAW ŻELEŃSKI - KONRAD WALLENROD (1885 LWÓW) RWCMtCRA • KWtCTMA «••« WLAOYIŁAW ŹILIŃSKt Władysław Zeleriski, litografia z nr 115 warszawskiego „ Tygodnika Ilustrowanego’z 1885 r. KONRAD WALLENROD ORCHA W A AKTAOH. • O#AA2AOH JDItT AUnAHD BUIAMU Plakat z premiery Kortratla Wallenroda ta Paristwowtj Operze i Filharmonii Bałtyckiej w Gdaruku z 1964 r. Ten sam epos Adama Mickiewicza stał się podnietą do napisania przez Władysława Żeleńskiego (1837-1921) pierwszej jego opery pt. Konrad Wallenrod. Oprócz niej skomponował on jeszcze trzy dzieła operowe o tytułach: Goplana, Janek, Stara Baśń. Najbardziej znaną z nich jest rzadko wystawiana Goplana, której przedstawienie oglądałem w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie. Władysław Żeleński zapisał się historii muzyki jako następca Stanisława Moniuszki, po którym w 1872 roku przejął klasę harmonii i kontrapunktu w Instytucie Muzycznym w Warszawie. Potem, w 1878 r., został dyrektorem artystycznym Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego. Jednak w 1881 roku porzucił Warszawę i powrócił na stałe do Krakowa. Z jego inicjatywy zostało powołane Konserwatorium Krakowskie, w którym przez czterdzieści lat, aż do śmierci w 1921 roku, pełnił funkcję dyrektora. Komponował dużo i nie tylko opery. Zapisał się jako twórca muzyki do Uwertury < lU Tatrach> (zwanej „fantazją 148 Wacław Bielecki pasterską”) oraz licznych utworów na zespoły kameralne, fortepian, organy i koło stu pieśni solowych, które uznawane są za koronę jego twórczości. Na końcu tej zwięzłej notki o kompozytorze przypomnieć trzeba, że Władysław Żeleński był ojcem znanego pisarza i tłumacza literatury francuskiej oraz krytyka literacko--teatralnego Tadeusza Boya-Żeleńskiego z wykształcenia lekarza. Prapremiera opery Konrad Wallenrod odbyła się 26 lutego 1885 r. we Lwowie w Teatrze hr. Stanisława Skarbka. Nie wszyscy wiedzą, że był to w drugiej połowie XIX wieku jeden z większych teatrów w Europie z widownią na 1460 miejsc oraz hotelem z 300 pokojami. Adaptacji poetyckiego dzieła Mickiewicza na libretto dokonali krakowscy literaci: Zygmunt Sarnecki oraz Władysław Noskowski-Łada, który - jak piszą - miał za zadanie „wierszowanie” tekstu libretta. Na prapremierze we Lwowie był obecny młody Ignacy Jan Paderewski. Z jego recenzji zamieszczonej w nr 115 warszawskiego „Tygodnika Ilustrowanego” z 1885 roku wiemy, jak wyglądało przygotowanie i wystawienia dzieła. Zacytujmy kilka wybranych opinii z obszernej recenzji Paderewskiego. Na wstępie autor stwierdza, że pierwsze wystawienia Konrada Wallenroda odbyło się w niezbyt korzystnych warunkach. Zauważa też, że libretto za mało posiada muzycznego pierwiastka i za mało w nim jest miłosnej intrygi. W III akcie i pierwszej odsłonie IV aktu nie toystępuje żadna kobieta. Chóry w pierwszym akcie trochę sef za długie (po pierwszym przedstawieniu autor je skrócił), bardziej se} oratoryjne niż operowe. W akcie drugim jesteśmy pod skłepieniami małborskiego kościoła. Odbywa się wybór wielkiego mistrza. Akt trzeci przedstawia ucztę na wielkiej sali malborskiego zamku... Brak żywiołu niewieściego dotkłiwie uczuwać się daje. Druga odsłona czwartego aktu jest uwieńczeniem całego dzieła. Pod względem muzycznym nie ma w niej chyba ani jednego chybionego efektu. (...) Dziwnie piękny chór do słów łitanii oraz chór „Święly Boże” na którego tłe, przy dźwięku organów, rozwija się urocza i wzruszająca swą prostotą pieśń Aldony, należą niewątpliwie do arcydzieł muzycznych. jeśłi nie wszystkie je/ fopery - WBJ piękności zostały uwydatnione. Przypisać to trzeba warunkom wykonania, które jak już powiedziełiśmy, najkorzystniejsze nie były. Komplet orkiestry lwowskiej jest za szczupły, niektórych instrumentów brak w niej zupełnie. Sprawozdanie nasze kończymy życzeniem, ażeby publiczność warszawska mogła jak najrychlej ujrzeć to dzieło, w którem Zełeński z hojnością bogacza rozrzucił klejnoty szczerego natchnienia i głębokiej wiedzy. Kompozycja Władysława Żeleńskiego jest zdaniem Paderewskiego: ołbrzymim krokiem postępu w operowe/ muzyce połskie/. Na te niekorzystne warunki wykonania podczas prapremiery Konrada Wallenroda we Lwowie złożyły się m.in. braki w zestawie instrumentów. Instytucja ta nie posiadała harfy. Dr Grzegorz Zieziula z Zakładu Muzykologii Instytutu Sztuki PAN pisze, że partię harfy, ale na fortepianie, wykonywał Ignacy Jan Paderewski. Były też problemy z obsadą baletu i dlatego niektóre tańce nie zostały pokazane podczas premiery. Życzenie Paderewskiego, aby „publiczność warszawska mogła jak najrychlej ujrzeć to dzieło”, spełniło się po 53 latach od premiery, dopiero w 1938 roku, a więc długo po śmierci kompozytora. Wiemy, że Konrad Willenrod był wystawiony w Krakowie w 1910 roku podczas uroczystości odsłonięcia Pomnika Grunwaldzkiego ufundowanego przez J. 1. Paderewskiego z okazji 500 rocznicy zwycięstwa Polaków nad Krzyżakami pod Grunwaldem. Zamek krzyżacki w Malborku jako miejsce akcji neoromantycznych oper 149 Po II wojnie światowej oglądali go melomani: Poznania (1957), Gdańska (1964) i Łodzi (1998). Trzeba zatem stwierdzić, że jest to opera zapomniana. Widać to także po nagraniach płytowych, których po prostu nie ma. W zasobach Internetu można znaleźć tylko szczątki: uwerturę, arię Halbana z I aktu Rozstrzygnął dolf naszą laczorajszy bój krwauy, arię Arcykomtura z IV aktu Zakon upada oraz dwa tańce z III aktu: Rycerzy krzyżackich i Zalotny. To stanowczo za mało, aby na ich podstawie można było sobie tę operę właściwie wyobrazić od strony muzycznej. KONSTANTY GÓRSKI - MARGIER (1927 POZNAŃ) Konstanty Górski, zsijfcie z zakładu fotograficznego w Charkowie z pocziftku XX w. Plakat z premiery opery Margier w Teatrze VCtelkim w Poznaniu w 1927 r. Jeszcze gorszy los dotknął jedyną operę napisaną przez mało znanego twórcę Konstantego Górskiego (1859-1924), pochodzącego z Lidy na ziemi wileńskiej. (Uwaga, pisze się i czyta: Górski, a nie Górski.) Kompozytor ten, a po zdobyciu wykształcenia muzycznego przez 29 lat pracował w Charkowie. Musiał być niezłym skrzypkiem, skoro sławny Piotr Czajkowski uważał go za jednego z najlepszych wykonawców swojego koncertu skrzypcowego. Dwa lata po rewolucji październikowej w 1919 roku K. Górski musiał przeprowadzić się do Polski i osiadł w Poznaniu, gdzie dzięki wsparciu Feliksa Nowowiejskiego został koncertmistrzem w Teatrze Wielkim. Jego opera Margier została wystawiona w Teatrze Wielkim w Poznań w 1927 r., a więc trzy lata po śmierci kompozytora. Libretto zostało ułożone według poematu poetyckiego Władysława Syrokomli z 1855 roku o tym samym tytule. Obecnie mało kto wie, kto to jest Margier i jaka była jego historia? Autor Margiera, wierszem pisanego poematu z dziejów Litwy, przedstawia go tak. Książę Margier to władca w grodzie Pillen (poi. Punia, niem. Pullen) nad Niemnem, położonym między Kownem a Wilnem w powiecie trockim. Akcja rozgrywa się w 1336 roku. Najpierw Litwini zwyciężają w bitwie Krzyżaków i biorą jeńców, a wśród nich młodego dowódcę łuczników Ransdorfa Warnera, którego ojciec służył w toruńskiej straży. Ranny 150 Wacław Bielecki Ransdorf, znający język litewski, jest leczony przez starego Litwina o imieniu Lutos (po litewsku: Lew). Krzyżak ma być przeznaczony na śmiertelną ofiarę pogańskiemu Poluk-sowi, bóstwu piekieł i śmierci. Jednak los chce inaczej. Zakochuje się w nim Egle, córka księcia Margiera, i to z wzajemnością. Jest to miłość od pierwszego spojrzenia. Przed dniem ofiary Egle z Lutosem umożliwiają Ransdorfowi ucieczkę tajnymi tunelami pod zamkiem aż do łódki na Niemnie. Musi on przedtem dać słowo rycerskie, że nigdy nie zdradzi tajemnicy tego ukrytego pod ziemią przejścia. Natomiast księżniczka Egle za pomoc w ucieczce Krzyżaka zostaje uwięziona i skazana na śmierć przez swojego ojca księcia Margiera, bo tak żądają mieszkańcy grodu i kapłanka Marti. Po niedługim czasie pod miasto nadciągają wojska krzyżackie dowodzone przez wielkiego mistrza Dietricha von Al-tenburga, a wśród nich Ransdorf ze swoimi łucznikami. Kiedy wydaje się, że zwycięstwo przechyla się na stronę Litwinów, Ransdorf dowiaduje się od konającego Lutosa o losie więzionej Egle. Nie zaważając na dane słowo rycerskie, prowadzi oddział znanymi sobie tunelami i trafia do miejsca, gdzie odnajduje uwięzioną ukochaną. Mimo jej zdecydowanych sprzeciwów, bo ma go ona za zdrajcę, porywa ją. Uciekających, już w łódce na Niemnie, widzi z zamkowych murów książę Margier i w ostatniej chwili i posyła w kierunku Ransdorfa strzałę. Jest ona celna. Trafiony nią Krzyżak wpada do wody i tonie w Niemnie. Krzyżacy zdobywają Pillen. Obrońcy, aby nie oddać się w ręce wroga, masowo zabijają się nawzajem lub popełniają samobójstwa i składają ciała na palącym się stosie ofiarnym. Książę Margier sam przebija się mieczem i ginie. Mroczna to i straszna opowieść poetycka. Jak z niej wynika, tylko akt II toczy się na zamku w Malborku, gdzie odbywa się narada krzyżackich rycerzy przed wyprawą na Litwę. Trzeba tutaj dodać, że wybitny pisarz historyczny Józef Ignacy Kraszewski, który znał, bo recenzował poemat Margier Władysława Syrokomli, napisał powieść pt. Kunigas (lit. Książę) opisującą te same wydarzenia, ale z innymi głównymi bohaterami i szczegółami akcji. Powieść J. 1. Kraszewskiego została wydana w Warszawie w 1882 roku. Los tej opery, wystawionej w 1927 roku w Poznaniu, okazał się fatalny. W czasie II wojny światowej spłonęła partytura. Na całe szczęście zachował się wyciąg fortepianowy wydany w Petersburgu w 1905 r. z podpisanymi na pięciolinii słowami arii i chórów w języku polskim i rosyjskim. Na podstawie zachowanych nut młody, białoruski dyrygent i chórmistrz Iwan Kostiachin, dokonał rekonstrukcji dzieła. Wyniki swojej pracy przedstawił podczas konferencji w dniu 26 kwietnia 2023 r. w salce koncertowej znajdującej się w siedzibie Związku Kompozytorów Polskich (ZKP) za Operą Narodową w Warszawie. Byłem tam i dowiedziałem się, jak Iwan Kostiachin, były dyrygent Opery i Baletu w Mińsku (dyrygował m. in. operą Verbum Nobile Moniuszki w Mińsku i Mohylewie oraz koncertami na zamku Radziwiłłów w Nieświeżu) dokonał rekonstrukcji partytury opery Margier. W czasie spotkania mogłem posłuchać fragmentów nagrań z tej opery zapisanych z pomocą specjalistycznego programu komputerowego MIDI oraz dwóch arii w wykonaniu białoruskich śpiewaczek. Była to sopranowa aria księżniczki Egle i mezzosopranowa aria kapłanki Marti. Wokalistom akompaniował na fortepianie sam rekonstruktor. Konferencja z udziałem kilkudziesięciu polskich muzyków na czele z prezesem ZKP zakończyła się zapowiedzią, że może w następnym, 2024 roku, w setną rocznicę śmierci Konstantego Górskiego uda się w Poznaniu wystawić w formie koncertowej operę Margier. Mówił o tym Zamek krzyżacki w Malborku jako miejsce akcji neoromantycznych oper 151 założyciel Towarzystwa Muzycznego im. Konstantego Górskiego z siedzibą w Warszawie, dr Grzegorz Seroczyński. Czy się udało? Niestety, w zaplanowanym czasie nie, ale trwają działania mające na celu nagranie opery, choćby w skróconej wersji kameralnej. Natomiast udało się postawić w 2024 roku na Cmentarzu Górczyńskim w Poznaniu granitową stelę upamiętniającą postać Konstantego Górskiego, bo jego mogiła nie zachowała się po wojennej zawierusze. Meloman szukający nagrań z opery Margier znajdzie na YT tylko Uwertury graną na fortepianie oraz tenorową arię Ransdorfa z I aktu; Jutro już może śmierć lo objęcia mnie pochwyci, także z towarzyszeniem fortepianu. Zostały jeszcze nagrane na płycie CD wydanej przez Konsulat Generalny RP w Charkowie w 2010 roku dwie arie: Egle i Marti oraz introdukcja do opery, wszystko z towarzyszeniem fortepianu. *** Jak wspomniałem na początku tego artykułu, zamki bywają miejscem akcji wielu oper. Tak też się stało z krzyżackim zamkiem w Malborku, który pojawił się w trzech neoromantycznych operach: Litwinach Amilcare Ponchłelli’ego, Konradzie Wallenrodzie Władysława Żeleńskiego i Margierze Konstantego Górskiego. Od razu nasuwa się wątpliwość, czy ostatnia z tych oper napisana i wystawiona na początku XX wieku, to opera neoromantyczna? Na pewno jest taką ze względu na treść i formę muzyczną. Trzeba też stwierdzić, że są to dzieła rzadko grane. W najlepszej sytuacji pod tym względem są Litwini, Konrad Wtllenrodzostał zapomniany, a Margier czeka na wystawienie po rekonstrukcji partytury. Wielka szkoda, bo moim zdaniem, są to opery, które zasługują na wystawienie nie tylko ze względów patriotyczno-sentymentalnych, ale także walorów muzycznych. CZY UDA SIĘ KIEDYŚ POSŁUCHAĆ OPERY NA ZAMKU W MALBORKU? Jakież byłoby to wydarzenie, gdyby melomani mogli zobaczyć i posłuchać tych oper wystawionych w... murach malborskiego zamku. Od wielu lat w lipcu każdego roku organizowane jest tutaj wielkie plenerowe przedstawienie pod nazwą „Oblężenie Malborka”, upamiętniające wydarzenie historyczne z 1410 roku. Jak piszą organizatorzy, jest to spektakl łączący w sobie elementy teatru i rekonstrukcji historycznej, z udziałem kilkuset wykonawców, ze scenami kaskaderskim i widowiskową pirotechniką. Na to wydarzenie ściągają tłumy widzów. Myślę, że gdyby w okresie tego widowiska (lub w innym terminie) wystawić na zamku przedstawienia operowe, to również one stały by się wielką atrakcją dla melomanów z całej Polski i Europy. Zamek w Malborku ma bowiem magiczną moc przyciągania turystów i widzów. Takie plenerowe przedstawienia dzieł operowych na zamkach nie są czymś nowym. Wiemy, że odbywają się w Krakowie na Wawelu, np. światowa prapremiera współczesnej opery „Wandy” Joanny Wnuk-Nazarowej odbyła się w 2021 roku na Dziedzińcu Arkadowym 152 Wacław Bielecki Zamku Królewskiego na Wawelu. Onegdaj wystawiono spektakl operowy w ruinach zamku toruńskiego, a pod ruinami zamku w Czorsztynie w 2019 roku zaprezentowano operę Karola Kurpińskiego Zamek na Czorsztynie.. Jak już wcześniej pisałem opera Litwini Amilcare Ponchiellego była parę razy wystawiana w wersji koncertowej na Wielkim Dziedzińcu Pałacu Wielkich Książąt Litewskich w Wilnie. Długą, bo sięgającą już prawie siedemdziesięciu lat tradycję w tym względzie mają Czesi. Otóż w renesansowym zamku w miasteczku Litomyśl liczącym zaledwie 10 tysięcy mieszkańców, niedaleko Pardubic, odbywa się co roku „Festiwal Smetany”. Jak wiemy z historii muzyki, Bedfich Smetana, to czeski kompozytor, który urodził się w tym mieście. Jest on twórcą czeskiej opery narodowej, przyrównywanym do naszego Stanisława Moniuszki. Jego najważniejszym dziełem jest opera „Sprzedana narzeczona”. Podczas „Festiwalu Smetany” wystawianych jest co roku kilka oper. Spektakle odbywają się na dziedzińcu zamkowym, zamieniającym się w salę koncertową charakteryzującą się podobno świetną akustyką i rozsuwanym dachem dającym możliwość oglądania nieba pod gwiazdami. To o czym napisałem powyżej, można potraktować jako marzenia melomana, który chciałby usłyszeć muzykę na malborskim zamku. Myślę jednak, że zorganizowanie tutaj jednorazowego spektaklu operowego, choć trudne, jest możliwe. O wiele trudniejsze byłoby stworzenie festiwalu operowego. Snując marzenia, można by go nazwać „festiwalem oper rycerskich”, aby odróżnić od innych festiwali. Dzieł o tej tematyce nie brakuje w literaturze muzycznej. Należą do nich opisane wyżej trzy opery, a także należący do hitów tego gatunku Trubadur Yerdiego, czy Tannhiiuser Wagnera. Z łatwością zmieścił by się w tym zestawieniu także Straszny Dwór Moniuszki, bo przecież jego bohaterami są dwaj bracia rycerze - Stefan i Zbigniew wracający ze zwycięskiej wyprawy. Oczywiście, marzenia są możliwe do spełnienia, gdyby znalazły się pieniądze. No cóż, pomarzyć można, a czasem się zdarza, że marzenia się spełniają. Póki co, na malborskim zamku muzyki operowej i klasycznej brak. Jeszcze przed pandemią odbywały się tutaj koncerty zwane „Zamkowymi Kameraliami”, a obecnie panuje muzyczna cisza. Zapiski melomana 153 Wacław Bielecki ZAPISKI MELOMANA ELŻBIETA STEFAŃSKA Z KONCERTAMI NA KLAWESYN W KOSZALINIE piątek, 21 marca 2025 r. Elżbieta Stefańska (stoi przy klawesynie) i dyrygent Jakub Cbrenowicz, fot. W Bielecki Czasem, gdy ma się chęć na posłuchanie jakiejś wyjątkowej i żywej muzyki, to nie trzeba jechać do stolicy, wystarczy wybrać się, na przykład do Koszalina. Właśnie tam udałem się, aby wysłuchać Koncertu na klawesyn i orkiestrę kameralne} skomponowanego przez Andrzeja Cwojdzińskiego (1928-2022). Było to dopiero drugie wykonanie tego utworu w Polsce. Jak opowiadał prowadzący koncert Andrzej Zborowski, z tym dziełem działy się dziwne rzeczy. Kompozytor stworzył go w 1996 roku i dedykował znakomitej klawesynistce Elżbiecie Stefańskiej. Zapakował do koperty ukończoną partyturę i wysłał ją na adres artystki z nadzieją, że go wykona. Jednak jakimś dziwnym zbiegiem losu przesyłka nie dotarła do adresatki w Krakowie. Została odnaleziona już po śmierci kompozytora i po raz pierwszy wykonana dopiero podczas inauguracji 58. Festiwalu Planistyki Polskiej w Słupsku we wrześniu ubiegłego roku. Partię solową zagrała wtedy Elżbieta Stefańska a Polską Filharmonią „Sinfonia Baltica” w Słupsku dyrygował Jakub Chrenowicz. W tym roku Koncert 154 Wacław Bieleciu kiajvesynotvy został powtórzony w nieomal identycznym składzie z tym, że słupską orkiestrę zastąpiła orkiestra koszalińska. Kompozytora tego utworu poznałem bardzo dawno temu, kiedy studiowałem na kierunku wychowanie muzyczne w Studium Nauczycielskim w Słupsku. Andrzej Cwojdziński często przyjeżdżał tutaj jako dyrygent ze swoją Koszalińską Orkiestrą Symfoniczną. Koncerty odbywały się w ciasnej sali słupskiego teatru. Przez okres studiów wiele razy widziałem Andrzeja Cwojdzińskiego za pulpitem dyrygenckim. W moim archiwum zachował się program z inauguracyjnego koncertu symfonicznego z października 1964 r., w którym prowadził koncert z udziałem pianisty Zbigniewa Szymonowicza, laureata VIII nagrody na IV Konkursie Chopinowskim w 1949 r., a więc w tym, w którym I nagrodę (ex aequo z Bellą Dawidowicz) zdobyła matka dzisiejszej solistki - Halina Czerny-Stefańska. Elżbieta Stefańska przyjechała do Słupska z Krakowa ze swoim klawesynem, który jest kopią XVIII-wiecznego instrumentu francuskiego. Klawesyn to stary, dawny instrument klawiszowy, przodek fortepianu. W XIX wieku został zupełnie zapomniany i dopiero wiek później przywróciła go na światowe sale koncertowe polska klawesynistka Wanda Landowska. To dziwne, ale ten staroświecki instrument o mocno brzękliwym dźwięku świetnie wpisuje się w nurt muzyki współczesnej. Mogliśmy się o tym przekonać na koszalińskim koncercie. Najpierw zabrzmiał trzyczęściowy Koncert na klaioesyn i orkiestrę kameraln^} Andrzeja Cwojdzińskiego. W tym utworze solistce towarzyszą same instrumenty smyczkowe oraz flet, który słychać przez cały czas, a szczególnie w drugiej, wolnej części, gdzie ciągle prowadzi piękny dialog z klawesynem. Drugim utworem był dwuczęściowy Koncert na kiaioesyn i orkiestrę smyczkowa} Henryka Mikołaja Góreckiego z 1980 roku. Sam kompozytor określił go jako „wybryk”, bo rzeczywiście jest zupełnie inny, niż monumentalne i poważne dzieła, jakie wówczas tworzył. Chyba jednak właściwszym określeniem, powtarzanym przez krytyków muzycznych i prelegentów, posłużyła się Teresa Małecka, teoretyk muzyki, nazywając tę miniaturę trwająca zaledwie około 9 minut: „efektownym cackiem”. To, że jest to utwór efektowny, potwierdziła koszalińska publiczność domagając się bisu. Solistka i muzycy powtórzyli więc w całości, drugą część, nadzwyczaj szybką, dynamiczną i pełną werwy, a przecież rzadko się zdarza, aby na koncertach bisowano utwory napisane na orkiestrę. I jeszcze kilka słów o solistce. Należy ona do grupy ciągle aktywnych i koncertujących muzyków o bardzo długim stażu. Wspomnieć tutaj można pianistkę Lidię Grychtołów-nę (97 lat), dyrygenta Jerzego Maksymowicza (89 lat), czy skrzypka Krzysztofa Jakowicza (86 lat). Elżbieta Stefańska w tym roku będzie obchodziła 82 rocznicę urodzin, i jak to było widać i słychać podczas koncertu, nie ma problemów technicznych z opanowaniem klawesynu, nawet w tak brawurowych i wymagających wirtuozerii utworach, jak koncert Góreckiego. Budzi to nadzwyczajny podziw. Klawesynistka prowadzi w Krakowie otwarty salon i szkołę muzyczną. Wspomniane utwory klawesynowe były głównym punktem programu, należy jednak dla porządku niniejszej relacji odnotować, że koncert zaczął się romantyczną, orkiestrową wersją Waica „Mefisto” nr 1 Franciszka Liszta. Utwór ten częściej grywany jest w wersji na fortepian solo, i w takiej wersji dotychczas go znałem. Dyrygent Jakub Chrenowicz poprowadził koszalińskich muzyków energicznie i nadał utworowi żywe tempo oraz uwypuklał momenty charakteryzujące się przepiękną instrumentacją, np. sola fletu i harfy. Po przerwie wysłuchaliśmy Zapiski melomana 155 uroczej Symfonii nr 100 D-dur („ Wojskoioq”) Józefa Haydna. Nie bardzo mogłem zrozumieć, dlaczego ta klasyczna kompozycja nosi militarny przydomek. Może z powodu sola trąbki pod koniec drugiej części? W sumie warto było pojechać do Koszalina na spotkanie z żywą muzyką, gdzie wykonawcy spotykali się twarzą w twarz z melomanami, a w czasie wieczoru wytworzyła się specyficzna więź między nimi. Takiego rodzaju przeżyć muzycznych nie jest stanie dostarczyć słuchanie muzyki z płyt, z radia czy na YT. STABAT MATEK I HARNASIE W OPERA NOVA W BYDGOSZCZY niedziela, 30 marca 2025 r. Scena obmywania nóg ze Stabat Mater, fot. ze strony Opera Nova W Opera Nova w Bydgoszczy obejrzałem dyptyk baletowy w choreografii Roberta Bondary do muzyki Karola Szymanowskiego pt. Stabat Mater - Harnasie. To przedstawienie miało swoją premierę dziewięć lat temu w październiku 2016 roku z okazji jubileuszu 60-lecia bydgoskiej sceny operowej. Tak jak i wtedy spektakl prowadził znakomity dyrygent i zarazem dyrektor tej sceny Maciej Figas. Na przedstawienie złożyły się dwa utwory. Pierwszy nie był tworzony przez K. Szymanowskiego jako balet, tylko kantata na sopran, alt, baryton, chór mieszany i orkiestrę. Jak mówił Szymanowski w wywiadzie na łamach czasopisma „Muzyka” nr 11/12 z 1926 r.: Na postanowienie moje napisania utworu religijnego wpłyntfł cały szereg pobudek, od wewnętrznych osobistych przeżyćpocz^ws:^ aż do zewnętrznych okoliczności życiowych, które sprawiły, że ostatniej zimy, odlożywssy chwilowo na bok inne, zaczęte Już „świeckie dzielą”, poświęciłem się wyłcfcznie „Stabat Mater”. Kompozytor użył tekstu współczesnego przekładu polskiego dokonanego przez Józefa Jankowskiego, składającego się z dwudziestu potrójnych strof, zwanych tercynami, które 156 Wacław Bielecki podzielił według swojego uznania na sześć części. „Stabat Mater” zaczyna się słowami: Stała matka bołqi}ea / koło krzyża łzy ł^ifca / gdy na krzyżu wisiał Syn. Szymanowski przewidywał trudności w wykonywaniu utworu poza Polską i dlatego dla zagranicznych wykonawców został przygotowany tekst łaciński. Wtedy przytoczone pierwsze trzy wersy przybierają następującą postać: Stabat Mater dołorosa / iuxta crucem łarcimosa, / dum pendebat Fiłitis. Bardzo byłem ciekawy, jak choreograf poradzi sobie z przełożeniem tej kompozycji na układy baletowe, bo dotychczas słuchałem tego utworu tylko w wersji muzycznej. W wydrukowanym programie można przeczytać, że Robert Bondara przyjął takie założenie: Brak tradycyjny fabufy, która byłaby dosłou/nym zztbrazoioaniem cierpienia Maryi będącej świadkiem męki Chrystusa, jest cełowym zabiegiem mającym podkreśłic uniwersałny wymiar tego doświadczenia. Żywię nadzieją, że przyjęcie takiego właśnie punktu widzenia wzbogaci możłiwości interpretacyjne spektakłu ipozwołi spojrzeć na „Stabat Mater” również zperspektyuy stanu ducha Matki, która w obiiczu okrutnej bezsiłności opłakuje cierpienia własnego dziecka. W moim odczuciu ten spektakl jest próbą zobrazowania muzycznej kantaty przez pomysłowe układy choreograficzne. Ogląda się je z zaciekawieniem, np. scenę z wciąganiem postaci za czarną kurtynę, czy nawiązujący do Biblii obrzęd obmywanie stóp, tudzież sekwencję z wykorzystaniem świateł licznych lampionów. Muzyka, poza prologiem z innego dzieła Szymanowskiego, jest zacytowana dosłownie. Na scenie jest więc trójka solistów - śpiewaków: Julia Pruszak Kowalewska (sopran), Aleksandra Gudzio (alt), Leszek Skrla (baryton) oraz chór przebrany w tuniki i podzielony na dwie grupy, rozmieszczone po przeciwnych stronach proscenium. Najbardziej spodobało mi się wykonanie partii sopranu przez Julię Pruszak--Kowalewską dysponującą niezbyt dramatycznym, raczej spokojnym, lirycznym głosem. Zauważyłem, że spośród solistów tylko baryton Leszek Skrla ostał się z obsady premierowej. Świetny też był chór, szczególnie w czwartym obrazie, gdzie najpierw a cappella, czyli bez towarzyszenia orkiestry, a następnie z oboma głosami żeńskimi, śpiewa: Spraw, niech płaczę z Tobą razem. Po obejrzeniu baletowej wersji Stabat Mater doszedłem jednak do wniosku, że przyjęte przez choreografa założenie zupełnie zmieniło wymowę dzieła i odniosłem wrażenie, że balet został napisany do zupełnie innego dzieła. Moim zdaniem, Robert Bondara unikając przedstawienia religijnego przesłania StabatMater poszedł w stronę świeckiej ogólnikowości i oczywistości. Przyszło mi do głowy pytanie, czy Karol Szymanowski zgodziłby się na tak radykalną zmianę: z sacrum na profanum? W historii muzyki polskiej znany jest bowiem przypadek, kiedy to Witold Lutosławski w 1972 r. sprzeciwił się skutecznie wystawieniu baletu w Operze Paryskiej, do którego chciano wykorzystać jego kompozycję - Muzykę żałobną - napisaną dla uczczenia rocznicy śmierci Beli Bartóka. Drugim dziełem były Harnasie Szymanowskiego, utwór od samego początku pisany i wykonany jako balet, chociaż w podtytule znajdujemy, że jest to: bałet - pantomima w trzech obrazach na tenor soło, chór mieszany i orkiestrę do scenariusza kompozytora i Jerzego Mieczysława Rytarda. Prapremiera tego dzieła odbyła się w czeskiej Pradze w 1935 roku i rok później w Paryżu z udziałem słynnego tancerza i choreografa Serge’a Lifara, a prapremiera polska dopiero w 1938 roku w Poznaniu. Pomysł baletu skrystalizował się ostatecznie po góralskim weselu na którym był kompozytor. Szymanowski przytoczył w Harnasiach cytaty kilku melodii góralskich. Są to tak znane piosnki, jak śpiewana na początku zza sceny przez tenora: Hej, idem w łas, ciy W murowanej Zapiski melomana 157 piwnicy lub Ja za wociom. Akcja baletu jest niezwykle prosta i przejrzysta niemal, jak w komiksach: panna młoda zostaje porwana podczas wesela, za jej wyraźną zgodą, przez zbójnika Harnasia. Wszystko to zostaje pokazane w formie ruchu scenicznego, tańca i mimiki w sposób, moim zdaniem, zbyt dosłowny, przerysowany i zgodny ze społecznymi stereotypami. Ws'ród tancerzy wybija się na czoło para solistów: Marta Kurkowska-Buritta (Młoda) i Paweł Nowicki (tytułowy Harnaś') pięknie tańczących swoje partie solowe i w duecie oraz corps de ballet, czyli zespół tancerek i tancerzy, świetnie zgrany w ruchach oraz niezwykle żywiołowy i różnorodny w scenie weselnej bijatyki. Z tłumu wykonawców wybija się wyraźnie postać tancerki kreującej komiczną rolę podpitej dziewczyny. Aktorów w strojach góralskich jest bardzo niewielu, tylko dwuosobowa, ale nie grająca, kapela, i kilku zaledwie tancerzy w regionalnych strojach, nawet Harnasie są ubrani w cywilne ubrania. Przedstawienie spotkało się z kilkuminutową owacją na stojąco raczej młodej publiczności. W moim odczuciu jednak bardziej wartościowa jest muzyka Stabat Mater. Klasą dla siebie był niewątpliwie dyrygent Maciej Figas, skupiony, uważny, precyzyjny i absolutnie panujący nad potężnym zespołem wykonawczym składającym się z orkiestry, chóru, solistów i tancerzy. Będąc w Opera Nova nie sposób było nie zauważyć, że trwa budowa tzw. czwartego kręgu, w którym pomieści się sala kameralna oraz podziemny parking. Na otwarcie trzeba będzie poczekać, pewnie do przyszłego roku. NOTATNIK ANNY MAGDALENY BACH (1725) niedziela, 20 kwietnia 2025 r. - Wielkanoc Klawesynista Krzysztof Carstka zapowiatia his, fot. W Bielecki 158 Wacław Bielecki Wielkanocny koncert nosił tytuł: Johann Sebastian Bach, Notenbuchlein Jur Anna Magdalena Bach (1725) (Notatnik Anny Magdaleny Bach) i odbył się w ramach gdańskiego Festiwalu Actus Humanus, reklamowanego jako „największy polski festiwal muzyki dawnej”. Recitalu klawesynowego w wykonaniu Krzysztofa Garstki wysłuchałem w przepięknej, kameralnej sali Ratusza przy Fontannie Neptuna, mieszczącej około stu krzeseł. Przywołana w tytule koncertu Anna Magdalena Bach była drugą żoną słynnego Jana Sebastiana, śpiewaczką. Z tego małżeństwa urodziło się 13 dzieci, z których wiek dziecięcy przeżyło zaledwie sześcioro. Natomiast z pierwszego małżeństwa z Marią Barbarą genialny kompozytor miał 7 dzieci, z których trójka przedwcześnie odeszła z tego świata. Grane podczas recitalu utwory pochodzą z drugiego notatnika Anny Magdaleny z 1725 r. Pierwszy notatnik z 1772 r. był zapisany tylko samymi utworami Jana Sebastiana. Ten drugi był obszerniejszy, bo znajdują się tam także miniatury innych kompozytorów, m.in. dwóch synów Bacha: najsłynniejszego z nich - Carla Philippa Emanuela, zwanego „Bachem berlińskim lub hamburskim” oraz Johanna Christiana, zwanego „Bachem mediolańskim lub londyńskim”. Ten ostatni, jako jedyny z rodziny Bachów przeszedł z luteranizmu na katolicyzm i pisał opery. Wiadomo, że bardzo cenił go i podziwiał młody Mozart. Na program recitalu złożyło się 19 miniatur. Były to przede wszystkim barokowe tańce: menuety, polonezy, musette (starofrancuski taniec dworski), marsze oraz utwory nietanecz-ne - króciutkie sonaty i preludium. Utwory zostały wybrane przez klawesynistę Krzysztofa Garstkę. W 2018 roku uzyskał on stopień doktora na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina, gdzie obecnie pracuje jako adiunkt w Katedrze Organów i Klawesynu. Jest też kierownikiem muzycznym Zespołu Instrumentów Dawnych „Polskiej Opery Królewskiej” w Warszawie noszącego nazwę „Capella Regia Polona”. Muszę przyznać, że muzyki klawesynowej w gdańskim ratuszu słuchałem z wielką przyjemnością. Wspomniałem już o świetnym koncercie klawesynowym w Koszalinie, ale tam klawesyn grał z orkiestrą i jego dźwięk był wzmacniany przez mikrofony i głośniki. Tutaj mogłem słuchać tego instrumentu grającego solo w kameralnej sali z dobrą akustyką. Na dodatek recital zaczął się od bardzo dobrze znanych mi utworów. Na początek było to słynne Preludium C-dur, do którego francuski kompozytor Charles Gounod dorobił melodię powszechnie grywaną podczas ślubów: „Ave Maria”. Za chwilę zabrzmiał bardzo prosty, ale przecudnej urody Menuet G-dur, który sam kiedyś grałem na gitarze klasycznej. Nie mogło zacząć się lepiej. W czasie wieczoru autentycznie doświadczyłem terapeutycznej mocy muzyki klawesynowej, co skojarzyło mi się z utworem zagranym na bis: Arią z „ Wariacji Gold-bergowskich”. Wspomnieć tutaj trzeba, że zostały one zamówione przez hrabiego Hermana Karla von Keyserlinga jako „lekarstwo na sen”. Utwór ten był bowiem wykonywany przez Johanna Gottlieba Goldberga, ucznia Bacha pochodzącego z Gdańska. Grał on nocami te 30 wariacje hrabiemu cierpiącemu na bezsenność. Teraz w Gdańsku co roku odbywa się Festiwal Goldbergowski związany z tym utworem. Po koncercie z ciekawością podszedłem do klawesynu i udało mi się nawiązać rozmowę, jak się okazało, z samym budowniczym tego instrumentu, który przyjechał tutaj z Krakowa. Okazało się, że jest to kopia flamandzko-francuskiego instrumentu pochodzącego z 1769 roku. Klawesyn, jak wiadomo, należy do instrumentów szarpanych, bo dźwięk, po uderzeniu w klawisz wydobywany jest przez „skoczek” zakończony piórkiem (w fortepianie Zapiski melomana 159 jest to młoteczek). Nigdy w życiu nie widziałem z bliska tego urządzenia. Tym razem pan budowniczy, wyjął jeden skoczek i objaśnił mi dokładnie jego budowę oraz sposób działania. Po uderzeniu w klawisz skoczek podskakuje i od dołu uderza w strunę i następnie opada pod wpływem ciężkości i tłumi dźwięk. Dawniej skoczki były wykonywane z drewna, a haczyk z piór gęsi, obecnie pęczniejące drewno i haczyk zastąpiono tworzywami sztucznymi. Choćby dla tej lekcji z instrumentoznawstwa opłaciła się Wielkanocna podróż na recital nad Motławą. POZNAŃSKA WIOSNA MUZYCZNA czwartek, 24 kwietnia 2025 r. ^^^y 4y’7g^^^^‘ (<>^prawg): Julia Tsaryk, Julia Clauer Pater, Sephia Ensemble gra na Starym Rynku w Poznaniu, Hon Ning Cheung, Jot. VZ Bielecki fot. W Bielecki W Poznańskiej Szkole Muzycznej im. Mieczysława Karłowicza wysłuchałem koncertu będącego prologiem do zaczynającego się oficjalnie następnego dnia 54 Festiwalu Poznańska Wiosna Muzyczna. W sporej sali koncertowej szkoły z organami zgromadziła się niewielka gromadka słuchaczy. Na scenę wyszła poznańska orkiestra kameralna Sepia Ensemble. Jest to kilkunastoosobowy zespół specjalizujący się w wykonywaniu muzyki współczesnej, który powstał w 2012 roku z inicjatywy poznańskich muzyków: kompozytora Artura Kroschela oraz pianisty i kompozytora Rafała Zapały. W jego skład wchodzą absolwenci oraz studenci Akademii Muzycznej w Poznaniu, których łączy szczególne zainteresowanie i pasja do wykonywania muzyki najnowszej. Zespół ten występował w różnych miastach świata, m.in. w Pekinie, Tallinie, Zepernick pod Berlinem, Teheranie, Brukseli, Dublinie, Luksemburgu. Podczas dzisiejszego koncertu usłyszeliśmy cztery utwory, w tym dwa prawykonania. Tymi dziełami dyrygowały kolejno trzy młode dyrygentki, uczestniczki warsztatów, które poprzedziły festiwal. Jako pierwsza poprowadziła zespół Hon Ning Cheung (Chiny/ Szwajcaria). Orkiestra wykonała pod jej batutą utwór Artura Kroschela: Tlo na orkiestrę kameralne} (2019). Jest to dzieło w którym w pierwszej części szczególnie eksponowany jest werbel wykonujący ciekawe szmery, a w tle słyszymy orkiestrę z wibrafonem i fortepianem. 160 Wacław Bielecki Kolejnym utworem Adriana Mihai: Jf^ozr^J^ na orkiestrę kameraln^f (2025) - dyrygowała Julia Tsaryk (Białoruś/Polska). Było to prawykonanie w którym zespół wystąpił jako oktet (ośmiu wykonawców). Jako kolejne prawykonanie usłyszeliśmy dzieło Parsa Zandi: Rue de Minuit (Ulica Północna) na orkiestrę kanterałnif (2025) z udziałem dzwonów, kontrabasu i klawesynu. Tym utworem dyrygowała Julia Claver Pater (Polska). Koncert zakończył się znanym hitem muzyki współczesnej skomponowanym przez Witolda Lutosławskiego: Łańcuch I na 14 wykonawców (1983). Kompozytor wykorzystał w nim technikę, którą nazwał łańcuchową. Jak pisze o tym muzykolog Danuta Gwizda-lanka: „polega ona na takim zazębianiu kolejnych epizodów, że zanim dobiegł końca pierwszy, równoległe z nim wprowadzany był już drugi, nim skończył się drugi - zaczynał się trzeci itd. Dziełem Lutosławskiego dyrygowała Julia Tsaryk, która w rozmowie po koncercie powiedziała mi z wyraźnym zachwytem w głosie, iż uważa Lutosławskiego za geniusza i dodała, że wykonanie tego utworu było wyzwaniem dla zespołu, ze względu np. na momenty które Lutosławski nazywa „aleatoryzmem kontrolowanym”, to znaczy takimi, gdzie wykonawcy mają przez chwilę swobodę dotycząca wykonania zapisu muzycznego, a dyrygent daje tylko znak rozpoczęcia i zakończenia tego fragmentu. Młoda mistrzyni batuty wyznała mi także, że dyryguje wszystkimi utworami na które otrzyma zamówienia. Nie jest to tylko „współ-czecha”, jak w muzycznym slangu nazywa się muzykę współczesną, ale także „klasyka”, a szczególnie utwory Czajkowskiego i Brahmsa. Następnego dnia po południu oglądałem i słuchałem na Starym Rynku pod Koziołkami zespół Sepia Ensemble, który krótkim koncertem plenerowym pod kamienicą SARP otworzył oficjalnie 54 Festiwal Poznańska Wiosna Mu^^czna. W tym samym czasie z innej części rynku słychać było głośno grającą kapelę bluesową. Jednym słowem, Poznań różną muzyką wybrzmiewa. OTELLO VERDIEGO W POZNAŃSKIM TEATRZE WIELKIM piątek, 25 kwietnia 2025 r. Otello i Desdemona, fot. ze strony Teatru Wielkiego u> Poznaniu Zapiski melomana 161 Wieczór spędziłem w Teatrze Wielkim słuchając opery Otello Yerdiego w czterech aktach z librettem sporządzonym na podstawie dramatu Williama Szekspira przez Arrigo Boito (poetę i kompozytora opery Mefistofeles). Premiera Otella odbyła się na poznańskiej scenie jesienią 2023 roku, a ja wysłuchałem dziesiątego przedstawienia. Verdi napisał Otella w 1887 r. po prawie 16 latach przerwy w komponowaniu od chwili premiery Aiely w Egipcie i miał wtedy 74 lata. Za dotychczasową twórczość (w sumie napisał 34 opery) był także krytykowany za brak postępu i trzymanie się tradycji. Pewnie dlatego w Otellu zupełnie zmienił swój styl. To nie jest Verdi z okresu tzw. wielkiej trylogii, czyli Rlgoletta, Trubadura i Trauiaty. Otello jest bowiem dramatem muzycznym w stylu Wagnera, a nie tradycyjną operą. Brakuje tutaj uwertury i układu numerowego, a w kolejnych aktach zamiast arii i duetów słyszymy monologi w formie recytatywów i śpiewnych deklamacji. Jak przypomina Piotr Kamiński, wybitny znawca historii muzyki operowej, razem z Otellem skończył się „naturalny” Verdi, a zaczął się „sztuczny” Verdi, w dwóch jego ostatnich operach; Otellu i Falstafie (napisanym w wieku 80 lat). Treść dramatu Szekspira, który na libretto operowe przerobił Arrigo Boito najkrócej można tak streścić. Objęty obłędną zazdrością Otello zabija (dusi) swoją wierną i niewinną żonę Desdemonę na skutek podszeptów nienawidzącego go Jago. To typ spod ciemnej gwiazdy, tak mówiący o sobie w słynnym Credo, dopisanym wszakże nie przez Szekspira, tylko librecistę: Z samej podłości zarodka lub atomu, podły się narodziłem. Jestem nędznikiem, ponieważ Jestem człowiekiem i czuję w sobie pierwotny szlam. Tak! To Jest moje credo! Tenże Jago udający przyjaciela Otella ostrzega go: Strzeż się, mój panie, zazdrości! To złos'liwy potwór, wściekły, s'lepy, z własnym Jadem zatruty, zżyw/^ ramf na piersi. Poznańską inscenizację Otelła wyreżyserował Anglik David Pountney we współpracy z Raimundem Bauerem (dekoracje) oraz Marie-Jeanne Lecca (kostiumy). Reżyser znany mi jest z nieudanej, moim zdaniem, inscenizacji „Strasznego Dworu” Stanisława Moniuszki w Operze Narodowej w Warszawie. W Poznaniu także przeniósł akcję opery dziejącą się pod koniec XV wieku na Cyprze, w najbliższe nam czasy. Na scenie widzimy nie rycerzy wracających ze zwycięskiej wojny z muzułmanami, tylko żołnierzy ubranych we współczesne mundury połowę, chyba greckie, z niebieskimi lub czarnymi beretami na głowach. Główni bohaterowie prezentują się we współczesnych mundurach galowych wyższych oficerów. Nawet Desdemona występuje czasem w żołnierskim stroju. Kiedy w I akcie dochodzi do bójki w pewnej chwili słychać komendę: Rzuć broń! I co rzucają żołnierze? Kije! Tak, długie drewniane kije, bo w taką broń zaopatrzyli ich realizatorzy. To wręcz śmieszny pomysł. Podobnie jest ze sceną śmierci Desdemony, bo Otello dusi ją nie w małżeńskim łożu, jak mu to podsuwał Jago, tylko na... stercie poduszek. 162 Wacław Bielecki Zostawmy warstwę wizualną, a zajmijmy się muzyką. Przedstawienie poprowadził znakomicie znany mi dobrze mistrz batuty Jacek Kaspszyk, a na scenie w głównych rolach wystąpili jako: Otello - Dominik Sutowicz, tenor; Jago - Stanisław Kuflyuk, baryton oraz Desdemona - Gabriela Legun, sopran. To świetni śpiewacy. Moją szczególną uwagę zwróciła sopranistka, Gabriela Legun, którą pamiętam z dwóch spektakli komediowych w Operze Bałtyckiej - Don Bucefalo Cagnoniego i Kandyda Bernsteina. W Poznaniu wystąpiła gościnnie, bo na co dzień jest śpiewaczką Opery w Bytomiu. Jest dramatyczny sopran jest piękny i silny. Bardzo dobrze wypadł też pod względem głosowym i aktorskim Stanisław Kuflyuk w kluczowej roli Jago. Spodobał mi się także chór, który nie stoi na scenie, tylko aktywnie bierze udział w akcji. W sumie więc przedstawieniem pod względem muzycznym można się było zachwycać. Jednak po wyjściu z opery czułem się zawiedziony muzyką Verdiego, bo była to pierwsza z jego oper, po której nie mogłem zanucić sobie jakiejś arii. Nawet te największe arie Desdemony: y4Ł'^’ Maria i Pieśń o wierzbie, aczkolwiek bardzo piękne, nie nadają się do wykonania przez zwykłego melomana, bo są zbyt wyszukane melodycznie i trudne. W uszach został mi jedynie powtarzający się kilka razy w tym dziele przewodni motyw orkiestrowy. RECITAL SKRZYPCOWY ANNY KWIATKOWSKIEJ sobota, 26 kwietnia 2025 r. Na skrzypcach gra Anna Kwiatkowska, fot. W. Bielecki Wczesnym popołudniem pojechałem rowerem do Szkoły Muzycznej położonej w malowniczej dzielnicy Poznania zwanej Śródka, położonej naprzeciw Ostrowa Tumskiego i Katedry. Jest to szkoła imienia kompozytora Tadeusza Szeligowskiego, a więc inicjatora Festiwalu Poznańska Wiosna Muzyczna w 1961 r. W niewielkiej sali koncertowej wysłuchałem recitalu skrzypcowego Anny Kwiatkowskiej. Ta nieznana mi dotąd artystka specjalizuje się w wykonywaniu solowej i kameralnej muzyki współczesnej. Gra w różnych zespołach wykonujących taką muzykę i nagrała kilka płyt oraz nagrań dla radia BBC. Zapiski melomana 163 Skrzypaczka zaczęła recital od trykającego 19 minut utworu Pierre’a Bouleza: Anthhnes 2 na skr^pce i ltve electronics (1997). Na scenie była sama, a głos drugich skrzypiec nagrany był na taśmie i podawany przez kwadrofoniczne głośniki o bardzo dobrym brzmieniu. Artystka nogą uruchamiała partię drugich skrzypiec za pomocą przycisku leżącego na podłodze. Ten specyficzny duet skrzypcowy Bouleza, został wybrany nie przypadkowo, tylko z okazji przypadającej w tym roku setnej rocznicy tego francuskiego kompozytora, dyrygenta i propagatora nowej muzyki. Jak dowiedziałem się z wydrukowanego programu, Boulez od początku swojej kariery wzbudzał kontrowersje. Jako dwudziestolatek nawoływał do zniszczenia teatrów operowych, co doprowadziło nawet do zatrzymania go przez szwajcarską policję pod zarzutem nawoływania do aktów terroryzmu. Wysłuchana przeze mnie kompozycja była oryginalna w brzmieniu, które co prawda nie przypominało klasycznych dzieł Paganiniego czy Wieniawskiego, ale była interesująca. Gorzej było z odbiorem drugiego, o połowę krótszego, utworu Rafała Zapały: No meaning detected (Nie toykryto znaczenia) ria skrsypce, elektronikę i oideo (2018). Na ścianie wyświetlany był angielski tekst o treści muzycznej, który na głos odczytywał niewidzialny lektor, a skrzypaczka jakby naśladowała ludzki głos. Utworu tego wysłuchałem z wielkim trudem. Na koniec zabtzmiała 24 minutowa Partita II na skr2ypce i live electronics (2014) Philippe’a Ma-noury’ego. Zaskoczyła mnie ona niespotykanymi, przepięknymi harmoniami podawanymi w warstwie elektronicznej i zapewne przez to skojarzyła mi się z partitami J. S. Bacha. Dodać trzeba, że za elektronikę podczas recitalu odpowiedzialny był poznański kompozytor Mateusz Ryczek. W sumie okazało się, że „współczecha” nie jest taka straszna, a bywa przyjemna. Szkoda, że na sali była tylko garstka miłośników tego rodzaju muzyki. „WSPÓŁCZECHA” W FILHARMONII POZNAŃSKIEJ sobota, 26 kwietnia 2025 r. ^yrr^^P y^f^^t^i^ Shemet, fot. Antoni Hoffinann ze strony Filharmonii Poznańskiej Widzów nie zabrakło w słynnej Auli UAM pełniącej od lat funkcję sali koncertowej Filharmonii Poznańskiej. Był to normalny, koncert abonamentowy, na który ledwie zdołałem wykupić wejściówkę, czyli miejsce stojące, ale udało mi się zająć bardzo dobre miejsce w piątym rzędzie. 164 Wacław Bielecki Koncert zaczął się od znanego hitu: Prelueiium do Popołudnia Fauna CIaude’a Debussye-go. Ta impresjonistyczna kompozycja powstała pod koniec XIX wieku, dokładnie w 1894 r. Następnie wysłuchaliśmy głównego utworu wieczoru, prawykonania Koncertu na fortepian i orkiestrę, kompozycji zamówionej przez Filharmonię Poznańską u Artura Kroschela, profesora tutejszej Akademii Muzycznej, a w latach 2012—2021 dyrektora Festiwalu Poznańska Wiosna Muzyczna. Do fortepianu zasiadł także poznaniak, młody pianista Jacek Kortus, a orkiestrą zadyrygował gościnnie Yaroslav Shemet, pełniący obecnie funkcję dyrektora artystycznego Filharmonii Śląskiej w Katowicach oraz dyrektora muzycznego Opery Bałtyckiej w Gdańsku. Koncert na fortepian i orkiestrę Artura Kroschela trwa około 20 minut i chociaż formalnie jest jednoczęściowy, to wyróżnić w nim można cztery ogniwa. Zaczyna się spokojnie, wolno i lirycznie, a fortepian gra na tle ciekawie dobranych instrumentów perkusyjnych. Mniej więcej w środku utworu pianista wykonuje solową kadencję, niezbyt trudną i także spokojną. Po niej następuje trzecia, najbardziej dynamiczna część z glissandami smyczków i głośnymi uderzeniami w czynele, a w końcówce znowu jest wyciszenie i powrót do nastroju z części pierwszej. Jednym słowem, koncert ma budowę klamrową. Nie jest to muzyka zbyt awangardowa, a raczej spokojna, przyjemna, miejscami nawet relaksacyjna. Publiczność przyjęła utwór gromkimi oklaskami, a obecny na sali kompozytor odebrał wiązankę kwiatów. Po przerwie wysłuchaliśmy drugiego prawykonania. Był to dość krótki utwór (9 minut) Tout est devenou flou (Wszystko stało się niewyraźne) koreańskiego kompozytora Youshina Gima zamówiony przez organizatorów Festiwalu. W założeniu miał on w muzyczny sposób ukazywać czasami trudne do uchwycenia różnice między jawą a snem, ale co innego założenia, a co innego muzyczna realizacja. Kompozytor także był obecny na sali i po wykonaniu został nagrodzony przez melomanów brawami i kwiatami. Ostatnim dziełem wykonanym podczas tego wieczoru był utwór Amerykanina Johna Adamsa Absołute Jest (Absołutny żart) na kwartet smyczkowy i orkiestrę skomponowany w 2012 r. Z orkiestrą zagrał go „Kwartet Smyczkowy Filharmonii Poznańskiej” w składzie: Anna Ziółkowska I skrzypce, Ewa Kozieł-Suszycka II skrzypce, Karolina Lewińska-Bąk altówka, Monika Baranowska wiolonczela. W założeniu jest to żart muzyczny skomponowany na 100-lecie słynnej orkiestry z San Francisco. Kompozytor gęsto cytuje w nim motywy ze znanych kwartetów Beethovena. Przyznam, że nie bardzo odebrałem ten żartobliwy ton. Być może wynikło to ze specyficznej akustyki spowodowanej ustawieniem kwartetu. Panie grające w nim siedziały na początku ciasnej sceny, a tuż za nimi wielka grupa, także instrumentów smyczkowych z orkiestry. Czasami trudno było „wyłapać”, co gra kwartet, a co smyczki z orkiestry. Organizatorzy zdawali sobie sprawę z tego i dlatego nad kwartetem ustawiono mikrofony i dźwięk tych czterech instrumentów podawany był przez głośniki, ale w moim, piątym rzędzie, wszystko to zlewało się w jedną całość. Ten utwór był ostatnim, jaki wysłuchałem na 5d Poznańskiej Wiośnie Muzycznej. Festiwal trwał dalej - do końca kwietnia, ale ja musiałem wracać do domu, bo co tu ukrywać, melomana z prowincji po prostu nie stać na dłuższy pobyt. Zapiski melomana 165 KONCERT INAUGURACYJNY III ELBLĄSKIEGO FESTIWALU ORGANOWEGO niedziela, 11 maja 2025 r. Hanna Dys prze